/Magazyn_155_08_0001.djvu

			Qj&tk/m/erk* Qy/fa/f cw Q.//fs>f siit/ffîÂ/ \ Jstx _ ; cK... iffuguss£ // 77locn.y /oÿvù dolski cJrydćsyk. 1/fU/ie.ùn £ krfoć pruski ■s&s&s.w*
		

/Magazyn_155_08_0003.djvu

			t ŻONIE MOJEJ, CZUJNtJ, HARTOWNEJ, OFIARNEJ 
TOWARZYSZCE PRACY
		

/Magazyn_155_08_0005.djvu

			Abowiem nie iest nic skrytego, coby odkryto 
bydź nie miało: ani taiemnego, czegoby wie¬ 
dzieć nie miano. (Mat. to, 26.) The secret history of Europe during the last 
two hundred years yet remains to be inritten. 
Until viewed in the light of the dessous des 
cartes, many events that have taken place du¬ 
ring this period must remain for ever incom¬ 
prehensible ). cj\jes(a |[ Webster „Secret socie¬ 
ties and subversive movements“.) So you see,... that the world is governed 
by very different personages to what is 
imagined by those who are; .not behind the scenes ). (Disraeli' „Coningsby“.) l) Tajemne dzieje Europy u; ciągu ostatnich dwustu lat winny 
być dopiero napisane. Wiele wypadków, które zaszły w ciągu 
lego okresu, pozostałyby na zawsze niewytłumaczonemi, 
gdyby się ich nie oglądnęło w świetle dessous des carles. -) Widzisz więc— że świat jest rządzony przez całkiem inne 
*)soby, niż sobie wyobrażają ci, którzy nie oglądają kulisów.
		

/Magazyn_155_08_0007.djvu

			PRZEDMOWA Podają dzisiaj publiczności polskiej owoc pracy ośmio¬ 
letniej (1926—1934), wynik kwerendy archiwalnej, bi- 
bljotecznej i „wizyj lokalnych“, dokonywanych na wielu 
miejscach, jak Wiśniowiec czy Dukla, Norymberga czy 
Frankfurt, Wilhelmsbad czy Kassel — „wer den Dichter 
will verstehen, muss in Dichters Lande gehen“ i — „nil 
massonici alienum a me puto“. Wypadło w tym celu 
skompletować własnemi środkami obfitą, kosztowną a róż¬ 
nojęzyczną, niezawsze dla laika dostępną a jednak uchwyt¬ 
ną, bibljotekę podręczną, nieuwzględnioną naogół w bibljo- 
grafjach masonerji, jak np. w czterotomowem kompendjum 
wolnomularskiem Wolfstiega. Wypuszczam w świat tę książkę, choć świadom je¬ 
stem tego, że wykonałem robotę zaledwie pionierską, że do 
ponurego sklepu historji, w którym czają się od wieków 
związki tajne, wpuściłem pęk zaledwie rozświetlających 
promieni, i że pochodnia intuicji badawczej, którą się 
w pracy mojej posługiwałem, jest jedną z tych pochodni 
symbolu greckiego, którą biegnący zawodnicy podają in¬ 
nym, młodszym następcom swoim. Pracowałem przez te lat osiem w warunkach różnoli- 
tych, otoczony zrazu powszechnym niemal sceptycyzmem. 
„Nie grzeb się przecie w podziemiach historji — mówił tak 
do mnie jeden z największych uczonych naszych — nie jest 
to równie wskazane jak latanie ponad jej powierzchnią, 
wszak stąpać trzeba po ziemi!“
		

/Magazyn_155_08_0008.djvu

			Obojętność ta wszakżeż i sceptycyzm ustąpiły ponie¬ 
kąd już w roku 1930, kiedy to mogłem zapoznać szersze 
audytorjum, złożone głównie z młodzieży, z pierwszemi 
rezultatami mojej kilkuletniej pracy. W łatach następ¬ 
nych, głównie zaś 1932-34, powtórzyłem dany ekspery¬ 
ment na wielkich salach, wobec wielu nieraz setek doboro¬ 
wych słuchaczy: najpierw w Warszawie; później w gma¬ 
chach uniwersyteckich: krakowskich, lwowskich, poznań¬ 
skich, wileńskich i lubelskich; dalej — w szeregu miast 
prowincjonalnych, klubów i stowarzyszeń; nakoniec — 
w języku francuskim — przed świetnem audytorjum uczo¬ 
nych europejskich, na ... VII zjeździe międzynarodowym 
historyków. Ten kontakt z aktualnością, ta „fuite dans la publici¬ 
té“, chronił mnie, jak sądziłem, skutecznie przed upadkiem 
w ową „Kathederweisheit“, co nic nie miewa wspólnego 
z życiem i żywotnością, a zgubna byłaby nadewszystko wo¬ 
bec przedmiotu, który, będąc żywy, dolega nam często jak 
żywa rana, więc subtelnej wymaga diagnozy. Toteż, pisząc latem r. 1931 swój „Wielki plan kró¬ 
lewski“ (który jako „Bractwo Wrogów Wstrzemięźliwości“ 
ujrzał najpierw światło dzienne na łamach lwowskiego 
„Kwartalnika Historycznego“), miałem wrażenie, że sie¬ 
dzę nad równaniem z wieloma niewiadomemi i że tylko, 0 ile mi się uda je rozwiązać, osięgnę świadectwo dojrza¬ 
łości do tego rodzaju badań. Inne fragmenty danego cyklu powstawały z wewnętrz¬ 
nego przymusu autora, na peryferji wszakże tego „wielkie¬ 
go planu“ rozbiorowego. Schwytawszy, jak sobie pochle¬ 
biam, właściwych sprawców rozbioru na gorącym uczynku, 
konfrontowałem ich z trybunałem historji, wywołując ko¬ 
lejno na wokandę: „Mocnego“, Stanisława Augusta, Jó¬ 
zefa, Marję Teresę, Katarzynę, Fryderyka, Lucchesiniego, 
głównych podsądnych i ich utajonych pomocników: Asse- 
burgów i Leibnizów, Eugenjuszów i Briihlów, Bernstortfów 1 Cagliostrów, Mokronowskich i Mniszchów — cały ten 
„związek uczynnych grabarzy“ Polski. 10
		

/Magazyn_155_08_0009.djvu

			Jednych spotykał w obliczu tego trybunału wyrok 
miażdżący (August II czy Lucchesini), inni windykowałi 
sobie okoliczności łagodzące (Marja Teresa czy Stanisław 
August), ale do nich wszystkich stosował się aksjomat sta¬ 
rego „mędrca Syjonu“ Disraełego: „Widzisz więc, że świat 
rządzony jest przez całkiem różne osoby, niż sobie wy¬ 
obrażają ci, co nie oglądają kulisów“. A inny mędrzec, mędrzec Pański, przytacza słowa 
Chrystusa: „Albowiem nic nie jest skrytego, coby odkryte 
być nie miało, ani tajemnego, czegoby wiedzieć nie miano“. Więc przez te łata, lata ciężkich prób, publicznych 
i osobistych, zwątpień i zmagań, obojętności najbliż¬ 
szych nieraz po pochodzeniu i tradycji, zrozumienia zaś — 
ze strony garstki zrazu tylko ludzi dobrej woli — krzepiła 
mnie myśl, że nie idę jednak samopas, ale jako jednostka 
bojowa wielkiej kontrofensywy stuleci, że jestem szeregow¬ 
cem Rzymu, jego wiary, jego odwiecznej kultury, tej „Ro¬ 
mę hayabe“1), którą — od stuleci także — zwalcza i której 
blużni złowroga ciżba wyznawców Kabały — adeptów 
Trójkąta. Jako zaś specjalista od stulecia XVIII, jako pisarz, 
który za przedmiot pierwszego swojego essai przed blisko 
już ćwierćwieczem obrał był sobie postać jednego z czo¬ 
łowych polskich masonów2), patrzyłem na to stulecie 
zamłodu, pod wpływem liberalizujących „nowinek“ ojczy¬ 
stego mojego Krakowa, z entuzjazmem niemal3); potem 
dopiero, nel mezzo del cammin della nostra vita, wracając 
zwolna do przyrodzonych źródlisk tradycji, a świadom 
zarazem, dzięki gromkim naukom wielkiej wojny, pot꿬 
nych znaków palca Bożego na kanwie dziejowej, oceniłem, 
przekonany jestem, że trafniej, co w settecencie było ple- 
   ') Termin kabalistyczny na „Rzym przeklęty", 2) „Ignacy Potocki". Część I. Kraków 1911, Monografie z za¬ 
kresu dziejów nowożytnych pod kierunkiem prof, Szymona Askena- 
zego. Tom XXI, ®) „Z wieku Łazienek . Kraków. Spółka Wydawnicza Polska. 1913. 1 1
		

/Magazyn_155_08_0010.djvu

			wą, a co ziarnem — siewem żniwiarzy takich, jak król 
nasz ostatni, ten odrodziciel Polski, lecz — zarazem — 
i wielki budowniczy jej grobu1). Młode zaś zastępy, które wtajemniczałem żywem 
słowem w zdobycze moich badań, które urządziły mi 
niezapomniane dla mnie cykle wykładów w Warszawie, 
Poznaniu, Lwowie i Krakowie, ta przyszła Polska, co kupi 
się wokół Chrystusa i domaga się jawności, dawała mi to 
oparcie, którego mi zabrakło po zawaleniu się słynnej 
„szkoły krakowskiej“. Pracy mojej — w kształcie jej obecnym — nie przece¬ 
niam, na pełną bowiem syntezę jest jeszcze za wcześnie: 
„Wolnomularstwo a Polska w przededniu rewolucji fran¬ 
cuskiej i rozbiorów“ — oto dzieło, co wciąż jest jeszcze do 
napisania; archiwum, dla tych spraw najważniejsze, Po¬ 
tockich w Krakowie czy Krzeszowicach, wciąż jest za¬ 
mknięte; ja zaś sam, ze względu na charakter książki, nie 
mogę zestawić tu pełnego aparatu krytycznego i muszę 
ograniczyć się do zasadniczej bibljografji. Na zakończenie niechaj mi będzie wolno wyrazić naj¬ 
serdeczniejszą podziękę tym wszystkim, co przez ostatnich 
lat osiem nie szczędzili mi zachęty, rady czy pomocy, prze- 
dewszystkiem więc Jego Eminencji Księdzu Prymasowi 
Polski, Kardynałowi Dr. Augustowi Hlondowi, który tak 
wielkie i owocne w skutki okazał zrozumienie dla moich 
usiłowań; dalej — prezesowi Romanowi Dmowskiemu, na¬ 
szemu „wielkiemu Europejczykowi“, którego doświadcze¬ 
nie, jako twórcy faktów historycznych, prostowało nie¬ 
jednokrotnie ścieżki dziejopisa; następnie — wybitnym 
uczonym zagranicznym, zatem profesorowi uniwersytetu 
berlińskiego Pawłowi Haakemu, znakomitemu biografowi 
Augusta II, którego niezwykła kurtuazja, niezawodna eru- J) Tu też, na wstępie, zaraz zaznaczyć pragnę, że historyk stu¬ 
lecia XVIII, jaknajbardziej nawet odległy od detraktorskiej tendencji 
takiego np. Chłędowskiego, nie może jednak z obrazu danej epoki 
wyeliminować objawów ześwieczczenia pośród „oświeconego“ duchowień¬ 
stwa, które to szkodliwe objawy, Bogu dzięki, już w zaraniu stulecia 
następnego ustąpiły miejsca wspaniałemu odrodzeniu duszy katolickiej. 12
		

/Magazyn_155_08_0011.djvu

			WSTĘP NOWE SPOJRZENIE NA DOBĘ „ROKOKA“ i. Oblicza wieków, jak portrety przodków, mają dla nas 
zwykle to samo wejrzenie: średniowiecze patrzy na nas, 
ponure zawsze i groźne, mimo że wnikliwsza analiza Bier¬ 
diajewa, Chestertona czy naszego Kliszewicza, przemalo- 
wywając jego obraz, pod zmarszczkami cierpień, pod mar¬ 
sem wojen i wychudłością ascezy, promiennych dopatruje 
się błysków i niebywałej u potomności równowagi. Wiek XVI oglądamy po dawnemu jako wielką ucztę: 
florencką czy babińską, jako wiek złoty natchnień zgoła 
świeckich, nie bacząc na to, że ci florenccy humaniści, że 
ich koledzy, niemieccy alchemicy-reformatorowie, pospołu 
parali się wiedzą tajną, w „Kabale" szukali natchnień re¬ 
ligijnych i odpowiedzi na zagadki bytu, i że u nas, w Pol¬ 
sce, Kraków słynął w tym czasie jako wielka akademja 
magji, godna spadkobierczyni Salamanki i Toleda. Wiek XVII sprawiedliwszej doczekał się oceny jako 
arena rycerskich w imię — tak czy inaczej pojętego — 
Krzyża walk i wzlotów, ale o XVIII mylne panowało do¬ 
tąd wyobrażenie, że wyczerpywał się cały w racjonalizmie 
suchym, negatywnym i agresywnym, a nieprzystępny był 
dla wszelakich drgnień głębszego uczucia, dla wszelakich 
impulsów rzeczywistości zaziemskiej. Nowsze badania 
wykazały, że tak nie było. II. Chcę mówić o „arkanach" sełłecenta, o tajnikach dy¬ 
plomatycznych, o mrocznych zakamarkach tego wieku, 15
		

/Magazyn_155_08_0012.djvu

			który dumnie zwał się „oświeconym". Czy nazbyt śmiała 
to impreza pod pudrowaną peruką Janusowego dopatry¬ 
wać się dwójoblicza? Nie jestem pierwszy, który na takie porwał się zada¬ 
nie. Weźmy do ręki gruby np. tom Viatte'a1), wydany lat 
temu sześć w Paryżu, i zerknijmy chociażby na „tobie des 
matières“, reasumującą obszernie owych trzysta zgórą bi¬ 
tych i udokumentowanych stronic. Inny nam się zaiste pokaże wtedy wiek XVIII, niżeli 
ten, któremu poważny nasz badacz, zmarły coprawda dość 
dawno już Smoleński, przylepiał jako etykietę: „Wierze¬ 
nia, dzieci niewiadomości, niedługo przeżywają swoją 
matkę". Nachyli ten wiek nad nami drugą tedy twarz 
swoją Janusową, nie ten dobrze nam znany, suchy, sardo¬ 
niczny, wolterjański profil, ale wejrzenie tamto, mistyczny 
wzrok swoich magów i wieszczów: Swedenborgów, Saint- 
Martinów, Lavaterôw, swoich guślarzy i szarlatanów: 
Saint-Germainów, Mesmerów, Cagliostrów... III. Nie moją tu rzeczą streszczać obfite wywody szwaj¬ 
carskiego profesora. Moją — mówić o „sekretach" wieku, 
jak o sławnym „sekrecie" Ludwika XV, o „sekrecie", który 
zaburzył w stuleciu XVIII politykę dworów, który przy¬ 
czynił się może do przewrócenia niektórych jego ałjansów, 
który wstrzymywał pono w biegu rydwan boga wojny 
(siedmioletniej), który kiedyindziej kreaturami swojemi 
obsadzać chciał trony (jak nasz polski Contim), który na 
zamorskie bodaj nawet przerzucał się kontynenty, pragnąc 
przydzielać Meksyk Anglikom wzamian za Stany, które 
od nich odrywał. Ale „sekret" ten — i na ten moment chciałbym poło¬ 
żyć nacisk odpowiedni — nie był bynajmniej „sekretem" 
jedynym stulecia XVIII, on tylko wybujał bardziej od in- *) Viatte Auguste: „Les sources occultes du romantisme. Illu¬ 
minisme. Théosophie 1770—1820". Tome I: Le préromantisme. Paris. 
Champion 1929. 16
		

/Magazyn_155_08_0013.djvu

			nych w literaturze pogrobowej wieku, dzięki zwłaszcza hi¬ 
storykowi Brogliemu, który nim ilustrował dzieje swojego 
pradziada, i dzięki atmosferze romansowej, w jakiej się 
ten „sekret“ poczynał w Wersalu: w orbicie króla mło¬ 
dego, ale już niewiernego żonie, i w Warszawie: Warsza¬ 
wie dalekiej, ale związanej z Wersalem świeżym bojem 
o Leszczyńskiego, w tej atmosferze przedziwnej lóż i kon- 
wentyklów, okultyzmu i teozofji, tajnej dyplomacji i żar¬ 
gonu masońskiego, jaką oddychał jednem z płuc swoich 
wiek XVIII. IV. Podwójne oblicze „Rokoka“! Przejdźmy się wskroś 
głównych hal jego pałacowych, zajrzyjmy do jego sal tro¬ 
nowych i „czarnych gabinetów", do warsztatów Rewolucji 
i kuźni rozbiorów! Mińmy „Palais-Royal“ paryskie — w niem wciela się 
wczesny okres ten przejściowy, co zdegenerowanym jest 
barokiem ludwicjańskim. Siedzi w niem „Regent“, któ¬ 
rego miano streszczaćby w sobie zdawało epokę, epokę zim¬ 
ną, suchą, przeżartą wątpieniem, przegniłą cynizmem, wiek 
młodego Woltera — prewolterjanizm. Aliści „Regent“ — 
ku zdumieniu współczesnego Saint-Simona — nie jest 
w pełni człowiekiem nazwanej od siebie epoki: on ko¬ 
rzeniami tkwi jeszcze w stuleciach poprzedzających, kiedy 
to w Luwrze mag Nostradamus wieszczył koronę polską 
dla syna Katarzyny Medycejskiej, i gdy kochanka wiel¬ 
kiego króla, pani de Montespan, „czarne msze” odprawiała 
wespół z trucicielką Katarzyną Deshayes. Oto „Regent“, alchemik i satanista, bywalec grot pod¬ 
ziemnych w Vanvres i w Vaugirard, ewokator Lucyfera 
oraz „krystalomanta“, godzien naszej Horpyny. Aleć na 
drugim krańcu Europy ma książę Filip współcześnie druha, 
starszego nieco od siebie, a równie już słynnego, Augusta 
Mocnego, kabalistę też i maga, wróżbitę i „geomantę", t. j. 
amatora horoskopów, niczem renesansowi jego poprze¬ 
dnicy na tronie polskim: taki Zygmunt August czy Batory. U'i'W£5.SVl Źródło rozbioru Polski. 2 17
		

/Magazyn_155_08_0014.djvu

			Króla zaś polskiego otacza w Dreźnie istny dwór 
okultystyczny: przoduje w nim Flemming, marszałek, premjer, lecz i astrolog; obok zaś niego Beichling, kan¬ 
clerz, ale wróżbita też i „geomanta"; a dalej Fürstenberg, 
statysta, ale przedewszystkiem alchemik; a dalej inni 
uczestnicy alchemicznego kółka królewskiego: lejb-medyk 
Pauli i fizyk-znachor Tschirnhaus; a dalej Petersen, pa¬ 
stor, który królowi dostarcza ulubionej lektury: owej ta¬ 
jemnej, pełnej wróżb księgi grebnerowskiej, którą oglądać 
można było, w oryginale, na jubileuszowej wystawie drez¬ 
deńskiej. A dalej — kobiety, medja czy proste ekspery- 
mentatorki: Juljana von der Asseburg, która sugeruje 
królowi koronę polską, i Konstancja z Brockdorffów, póź¬ 
niejsza hrabina Cosel, tak dalece rozmiłowana w ,,Ka¬ 
bale”, że pastora Bodenschatza przyjmuje w szacie arcy¬ 
kapłana żydowskiego i że dostojną przepisuje rączką 
przechowywane podziś dzień w Dreźnie traktaty okulty¬ 
styczne. V. Tożto więc jest to stulecie „oświecone", ten „siècle 
de lumières“, ten okres zmierzchu wszelakich wierzeń, 
które „niedługo przeżywają swoją matkę '? Może to je¬ 
dnak złudzenie, może tylko miraż, miraż czasu i prze¬ 
strzeni: czasu, co poprzedza zenit wieku, poprzedza połóg 
ów „wielkiej Encyklopedji" i — miraż przestrzeni, w któ¬ 
rej obok wierzchołków ducha miejsce jest na płaszczyzny 
i płycizny guseł wszelakich? Nie, bynajmniej! Idźmy naprzód w wiek utartym już 
przez nas szlakiem: od Sasów „Mocnego do Sasów dru¬ 
giego na tronie polskim Augusta. I cóż ujrzymy? Otyły 
król nie hołduje wprawdzie „Kabale" — wstrzymuje go 
od tego dobry obyczaj i szpetna, ale zacna małżonka. Zato 
poza plecami jego para się Brühl, wpływowy premjer, 
wszelakiemi gałęziami tajnej wiedzy. Z Polaków zaś 
nie mówiąc o dogasającym na uboczu Jakóbie Sobieskim, 
zawołanym kabaliście — przy dworze możny kasztelan 18 * !■ '
		

/Magazyn_155_08_0015.djvu

			Poniatowski, ojciec króla, znoi się jako alchemik nad „ka¬ 
mieniem filozoficznym"; a z młodszej generacji saskiej, 
poencyklopedycznej i powołterjańskiej, królewicz Karol, 
mąż poczciwej Franciszki Krasińskiej, kręci stoliki w Lip¬ 
sku z magiem Schroepferem, młody zaś Bruhl Fryderyk 
Alojzy, generał artylerji, to zawołany iluminat i teozof 
czasów swoich. VI. Ale może te Briihle, te Flemmingi, te Beichlingi, te 
premjery, te marszałki, te kanclerze, to w gruncie rzeczy 
typy są jednak tuzinkowe? A człowieczeństwo pełne na 
modłę tego stulecia, a światło szczere „Oświecenia”, nie 
zaś „Iluminizmu”, na innych zgoła skoncentrowało się wy¬ 
żynach: nie pod liberją dworską czy suknią mundurową, 
ale w niestrojnej piersi jakiego mocarza ducha? Nie — i powielekroć nie! Oto tu bowiem kroczy 
ku nam sam Gotfryd Wilhelm Leibniz, perła intelektualna 
stulecia, trzeci po Kartezjuszu i Spinozie przedstawiciel 
„filozofji naturalnej", konfident dworów, ideał uczonych 
księżniczek, wszędywścibski uczestnik różnorakich „se¬ 
kretów" politycznych: elekcyj polskich, medjacyj wojen¬ 
nych, promocyj i fundacyj, aneksyj i rozbiorów. Czyżby 
i autor „Teodycei“ i „Monadologji“ zbaczać miał chyłkiem 
z gościńca czystego rozumu? I jak jeszcze! Młodzieńcem 
w Norymberdze para się bowiem nasz filozof alchemją, 
potem w Sulzbachu przez miesiąc cały pilnie uczy się „Ka¬ 
bały", a i w „akademjach" tych, które rozsiewaćby pra¬ 
gnął od Dunaju po Szprewę, nie wiemy naprawdę, o jaką 
wiedzę bardziej mu chodzi: o jawną czy też o tajną. VII. Jest bowiem Leibniz powiernikiem takich mężów jak 
wspomniany nasz August, którego dwór potajemnie śpieszy 
odwiedzać, podsuwając królowi sekretne swoje plany; 
jak dalej — Eugenjusz Sabaudzki, medjalna latorośl ka- 
balistki Mancini; jak nareszcie — przesiąknięci protestanc- 2* 19
		

/Magazyn_155_08_0016.djvu

			kiem „różokrzyżostwem" książęta: Brandenburczyki, Brun- 
świcczyki i Hanoweranie. To krąg zaklęty nieustannych 
„kabał“ i „sekretów". Echa zaś książęcych tych poczy¬ 
nań przebijają mury sal pełnych książek, pośród których 
czai się i uwija politykujący bibljotekarz. Może bieży on właśnie wtedy od kwatery Augustowej 
do obozu rywala jego, króla szwedzkiego, a propos któ¬ 
rego pisało do siebie współcześnie dwóch „wtajemniczo¬ 
nych“, że „świątynię Salomona“ najlepiej da się jednak 
zbudować „z szwedzkiego drwa i stali"? A może — 
w Wiedniu — wpływa właśnie przez cesarzową na ostat¬ 
niego z rodu Habsburgów cesarza, by ten — o pięćdziesiąt 
lat wcześniej — z żywego ciała Polski wyrąbał sobie do¬ 
statni posag dla córki? A może kusi raczej Leibniz na tak 
bliskim sobie dworze berlińskim, gdzie drugi król Ho¬ 
henzollern sprzysięgać się gotuje na zgubę Polski z Au¬ 
gustem? VIII. Jest bowiem uczony mag u siebie w tej atmosferze 
tajnej dyplomacji, podszytej tajną wiedzą, w atmosferze 
wieku Alberonich i Cellamarych, Bruhlów i Manteufflów, 
Marschallów i Bischoffwerderów, wieku, gdzie w Wiedniu 
sam cesarz warzy w tyglach złoto, gdzie w Berlinie król 
jegomość wywołuje na spółkę z faworytami duchy, gdzie 
król polski odbiera od Cagliostra potajemne wskazówki, 
jak zachować młodość i jak pozyskać bogactwa. Zasiada też może nasz filozof w „tabagji pruskiej, 
co nie była tą niewinną igraszką królewską, za jaką ją 
mieli starzy Carlyle czy Macaulay, lecz obrządkowem prę¬ 
dzej kolegjum masońskiem, przesiąkniętem tradycją „wiel¬ 
kiego elektora“, tego „osobliwego światła w Niemczech , 
jak go w dialekcie już masońskim mienili „zakonni 
współbracia, z drugiej zaś strony tradycją pijacką 
owych „zakonów" tajnych, dworsko-książęcych, tych „Pal- 
menordenów“ i innych ich odnóg i filjali. 20
		

/Magazyn_155_08_0017.djvu

			-f IX. Nie jeden bowiem — powtarzam — „sekret" tylko 
królewski zalągł się był i rozplenił pod postacią słynnego 
„sekretu" Ludwikowego. „Sztuka królewska — jak chęt¬ 
nie zowie się sama masonerja — „arkanami" swojemi pę¬ 
tała niejeden tron europejski, niejedną oplatała politykę 
gabinetową i przepajała — ona to właśnie — osobliwą tę 
atmosferę pozornej beztroski, jaką tchnął neorenesans 
„Rokoka". Typowym już z brzegu „sekretem" takim królewskim 
był ów „sekret" poczdamski, raczej zaś drezdeńsko-ber- 
lińska konfraternja, nosząca żartobliwe miano „Przeciw¬ 
ników wstrzemięźliwości", a jednak — jak słusznie pod¬ 
nosi monograf jej Paweł Haake — kryjąca w sobie ,,den 
Ernst des politischen Lebens“, straszną powagę pierwszych 
pruskich knowań rozbiorowych. Poniżej spróbujemy zanalizować jej genezę, rzucić 
pęk światła na wywód jej z alchemicznych tajni, prze¬ 
świetlić symbolikę jej i nomenklaturę, wyjaśnić obrzędo¬ 
wość jej i godła. X. Polska więc była „objet de prédilection“ tych „sekre¬ 
tów" XVIII-towiecznych. Dwukrotnie też — w ciągu je¬ 
dnego półwiecza — rzucano o nią kości w Dreźnie, Ber¬ 
linie czy Wersalu. To bowiem, co pozwoliłem sobie zło¬ 
żyć niedawno na międzynarodowym stole kongresowym1), 
dotyczy analizy jednego tylko z tych „sekretów . W lat 
kilkanaście po „wielkim planie" rozbiorowym „Mocnego", 
po tej „grand'oeuvre“ Brühla, Marschalla i Manteuffla, 
w której spółka alchemików rozłożyć zapragnęła wiekowy 
aljaż starej Rzeczypospolitej na poszczególne pierwiastki 
podziałowe, rodził się gdzieindziej, nad Wisłą czy też nad 
Sekwaną, „sekret" inny, o którym wszakże historyk i) Le „secret du roi" en Pologne (Un chapitre obscur de l'hi¬ 
stoire diplomatique. (Odbitka z dzieła zbiorowego: „La Pologne au 
Vll-e Congrès International des Sciences Historiques“). Varsovie, 
Société Polonaise d'Histoire, 1933. 21
		

/Magazyn_155_08_0018.djvu

			francuski nas zapewnia, że stawką tej gry była znowuż oj¬ 
czyzna nasza: „le noeud du secret était en Pologne". Nie będę powtarzał łatwo skądinąd każdemu dostęp¬ 
nych tez moich, nie będę ponownie charakteryzował tutaj 
aktorów tej wielkiej komedji z omyłek: króla — Burbona, 
konspira jącego się z nieufności do własnych ministrów; fa¬ 
woryta — Contiego, potomka awanturniczej krwi Maza- 
rinich, a syna kobiety, co wprowadziła na dwór wersalski 
panią de Pompadour, czołowego zresztą wolnomularza; fa¬ 
worytki wreszcie — markizy, której dyplomacja nietyle 
krzyżowała się z dyplomacją księcia-faworyta, ile samaż 
ona cierpiała na mocy kobiecej czysto zazdrości, że król- 
kochanek długie przed nią z Contim wykrada godziny. XI. Więc nachyla się nad konającą już, już Polską to 
drugie niesamowite, niezbadane dotąd oblicze „Rokoka“. Więc w połowie stulecia spokojny dotąd zaścianek 
drugiego Sasa poważnych doznaje zaburzeń. Do Polski 
i przez Polskę tłumne ciągną poczty ambasad: z Paryża 
zjeżdża sam świetny hrabia Karol Franciszek de Broglie; 
do Stambułu pędzi „brat“ podkomorzy Mniszech z am¬ 
bitną połowicą swoją Ludwiką z Zamoyskich, „bratem“ 
Wielhorskim, Jakubowskim i t. d. W Białymstoku na¬ 
rady: stary hetman, politykująca jego familja, Francuzi. 
W Warszawie konszachty: w loży „Aux trois frères", 
w dworku imć Mokronowskiego na Królewskiej, rojno jest 
i dostojno. W Dukli intrygi — tam faworyt drugiego Au¬ 
gusta Jerzy Mniszech też nie zasypia ze swojej strony 
gruszek w lożowym popiele1). XII. Czy zerwie się raz jeszcze naród do boju w momencie 
przegrupowywania się europejskich aljansów, w momencie 
wybuchu wielkiej wojny siedmioletniej? 1) Tym, niedosyć dotąd wyjaśnionym „sekretom polsko-fran¬ 
cuskim, tłumaczącym ujemną rolą Francji w dobie rozbiorowej, po¬ 
święcona jest poniekąd część druga książki.
		

/Magazyn_155_08_0019.djvu

			Statyści szlacheccy pukają się teraz w palce. Konop¬ 
czyński wygrzebał gdzieś „Elogia aequivoca“ (Dwuznaczne 
pochwały) z tego czasu, w których ziemianin saski, pra¬ 
ojciec niejednego prawnuka z wielkiej wojny czteroletniej 
nie wie, komu dla Polski i dla siebie życzyć zwycięstwa; 
więc radzi sobie wierszykami, które, czytane pionowo, 
wzywają niebios na pomoc potencji pruskiej, poziomo 
zaś — zaklinają na pohybel jej pioruny i gromy. Taki był dylemat umysłów polskich w połowie tego 
stulecia. Polityka zaś tajna, polityka „sekretów“, polityka 
lóż masońskich za każdego z trzech Augustów wprzęgać 
je się starała najsprzeczniejszym z polską racją stanu try¬ 
bem w rydwan kolejnych królów pruskich. Za „Mocnego“, jakżeż odmiennego w tem, jak we 
wszystkiem, od wielkiego swojego poprzednika, konspira- 
torska polityka królewska bagatelizowała sprawy morskie 
(Elbląg), uznawała królewskość Hohenzollernów, gotowa 
im była zaprzedać wkońcu kawał Polski. Za „Trzeciego“, który konspiratorem nie był, różni 
wszelako Bruhle, Manteuffle, Mniszchowie, Mokronowscy 
warzyli w tyglach „Trzech braci“, „Dobrych pasterzy , 
w Dukli czy Wiśniowcu, to piwo z „tabagji“ pruskiej ro¬ 
dem, które wypić będą musieli ich następcy. Za Stanisława nareszcie Augusta, konspiratora zno¬ 
wu, który na tron dostał się był właściwie jako surogat 
tylko za dogodniejszego lożom Hohenzollerna, te wpływy 
pruskie pod pokrywką i osłoną rosyjskich rosną nieustan¬ 
nie, aż — ze sejmem czteroletnim — uwidocznią się naj¬ 
dobitniej w korespondencji dyplomatycznej tego sejmu, 
sprzężone tam organicznie i nierozerwalnie już z wpły¬ 
wami masońskiemi. A na tę ostatnią rozgrywkę, dla Polski przedzgonną, 
spogląda czujnie, cynicznie a bezlitośnie oczyma Repni- 
nów, Józefów i Lucchesinich, współrozbiorców razem 
i współbraci, szydercza i zatajona, Janusowa iście a zło¬ 
wroga twarz gasnącego już „Rokoka“.
		

/Magazyn_155_08_0021.djvu

			SZTANDAR PRZYBOCZNY KAROLA GUSTAWA (WŁASNOŚĆ HIERONIMA H*. TARNOWSKIEGO W RUONIK-U NAD SANEM)
		

/Magazyn_155_08_0023.djvu

			PROLOG SZTANDAR KAROLA GUSTAWA i. Pamiętają czytelnicy w „Potopie" opis bitwy pod Ru¬ 
dnikiem (w widłach Sanu), gdzie Karol Gustaw zatrzymał 
się był na nocleg w miejscowej plebanji; pamiętają sro¬ 
motną ucieczkę króla szwedzkiego i romantyczny za nim 
pościg imć Rocha Kowalskiego; pamiętają nareszcie srogi 
bój, jaki rozgorzał wokół plebanji po ucieczce króla po¬ 
między forpocztami Czarnieckiego a rajtarami lejbgwar- 
dji królewskiej. I mają może jeszcze w pamięci opisy¬ 
wany przez Sienkiewicza rzekomy przedmiot krwawego 
sporu — „olbrzymi błękitny sztandar ze szwedzkim lwem 
w pośrodku". II. „Habenł fata sua“... sztandary. Chorągiew królew¬ 
ską, „Kommandofahne“ hufca przybocznego Karola Gusta¬ 
wa, ujrzałem po raz pierwszy w tych samych widłach 
Sanu, w tym samym Rudniku, gdzie była zdobyta przed 
trzema stuleciami. W ciągu tych trzech stuleci dziedziczyły ją przeważ¬ 
nie i przekazywały dalszym pokoleniom kobiety: po oj¬ 
cu — Czarnieckim — brała ją najpierw w spadku mar¬ 
szałkowa Katarzyna Gryf-Branicka; po niej — córka jej 
podskarbina Sapieżyna; po niej — Teresa Sapieżanka, żo¬ 
na regimentarza konfederacji barskiej Joachima Potockie¬ 
go; po nich córka ich Piotrowa Potocka, żona ostatniego 
posła polskiego w Carogrodzie; dalej — syn jej Jan Alojzy 
na Białymstoku i wnuk Herman Potocki, oficer listopadowy 
i emigrant paryski; przez córkę zaś tegoż Jadwigę Kor- 
czak-Branicką i wnuczkę, profesorową Stanisławową Tar- 25
		

/Magazyn_155_08_0024.djvu

			nowską, wróciła chorągiew do miejsca swojego zdobycz¬ 
nego, do Rudnika, w posiadanie „późnego wnuka" Czar¬ 
nieckiego, hr. Hieronima Tarnowskiego. III. Chorągiew, reprodukowana jedyny raz dotąd w al¬ 
bumie wydanym przez Eustachego hrabiego Tysz¬ 
kiewicza1), zachowana zaś, jak mnie informuje właściciel, 
tylko w połowie, jako że odwrót jej w walce może został 
oderwany — to „proporzec z białego, jedwabnego ada¬ 
maszku, złotem wypukłoszyty“. „Przedstawia — opisuje 
go dalej hr. Tyszkiewicz — we środku ptaka w promie¬ 
niach, Głoski C. G. R. S. oznaczają: „Carolus Gustavus 
Rex Sueciae“. Wielkość wynosi łokcia litewskiego 
w kwadrat. U dolnego prawego rogu łata z takiegoż ada¬ 
maszku. Przy głosce R. plama od krwi, cały prawy brzeg 
od drzewca oderwany.“ IV. Godzimy się z archeografem wileńskim w determi- 
nacji ptaka, kwestjonujemy zaś jego definicję promieni, 
która na pierwszy rzut niewtajemniczonego oka sama się 
jakby narzuca, jakkolwiek „promienie“ te dziwacznie by¬ 
łyby powyginane. Konstruujemy natomiast tezę własną celem wytłu¬ 
maczenia symboliki tej chorągwi przybocznej Karola Gu¬ 
stawa i okoliczności, dlaczego na jego „Kommandofahne“ 
nie widnieją lwy szwedzkie, ani choćby herb palatynatu 
Dwóch Mostów (ściślejszej ojczyzny króla), ale ptak ten 
osobliwy w szczególniejszym jeszcze otoku. V. Karol Gustaw był od roku 1648 członkiem najzna¬ 
mienitszej niemieckiej organizacji tajnej, a mianowicie 
t. zw. „Zakonu Palmowego“. Maszerując w końcowym 1) Karola X Gustawa, króla szwedzkiego, trofea i sprząty stołu, 
zdobyte przez Stefana Czarnieckiego w 1656 r. Wilno 1856. 26
		

/Magazyn_155_08_0025.djvu

			tym roku wojny trzydziestoletniej na zdobycie Pragi, za¬ 
trzymał się w Zerbst, gnieździe rodzinnem późniejszej Ka¬ 
tarzyny II, i w tym ważnym ośrodku okultystycznej ro¬ 
boty protestanckiej przyjęty został w poczet rycerzy wy¬ 
mienionego „zakonu“ z przydomkiem (pseudonimem): 
„Der Erhabene mit der hochsteigenden Sonnenblume“ 
(„Wzniosły z wysoko pnącym się słonecznikiem“)1). VI. Symbol Ducha Świętego (gołębica), uwidoczniony na 
naszym sztandarze, pojawia się oddawna w symbolice 
sekt i wywodzących się z nich stowarzyszeń tajnych, i po¬ 
wiedzieć można nawet, iż w tej nieortodoksyjnej swojej 
postaci sięga najpierwszych niemal czasów chrześcijań¬ 
stwa. „Jedną z najbardziej oryginalnych i uporczywych idei pierwszej 
społeczności chrześcijańskiej — pisze mianowicie znakomity historyk 
francuski Emil Gebhart2) — było, że nic jeszcze w stanie religijnym 
świata nie zaszło ostatecznego, że Objawienie nie wypowiedziało było 
^ ostatecznego jeszcze swojego słowa, że apostolstwo i śmierć Jezusa aktem było tylko dramatu Odkupienia, że należało oczekiwać w naj¬ 
bliższej lub dalszej przyszłości spełnienia się wielkiej tajemnicy. Nie¬ 
jedno słowo Zbawiciela, samaż obietnica powrotu w chwale Syna 
człowieczego, aluzja do niebywałej jakiejś katastrofy czy może na¬ 
wet ruiny wszechrzeczy, podniecały w... pierwszych chrześcijanach 
nadzieje, zmieszane z trwogą...“ Za autorem „Włoch mistycznych“ stwierdźmy potężny 
wpływ na samowolnych w ciągu wieków interpretatorów 
obu dzieł św. Jana: z jednej strony Apokalipsy (obok in¬ 
nych proroctw Pisma), z drugiej zaś — czwartej Ewan- 
gelji. Stąd też wywiodła się doktryna heretycka wszyst¬ 
kich owych „gnostyków“, „chiljastów“, „millenarystów" 
czy poprostu „mesjanistów“, co zapragnęli wtórego odku¬ 
pienia czy wtórego raju na ziemi... 1) 0 tym szczególe podałem wiadomość na V Zjeździe History¬ 
ków Polskich w Warszawie {patrz „Pamiętnik Zjazdu“, I, 241). 2) „L'Italie mystique. Histoire de la renaissance religieuse au 
moyen âge." Paryż b. r. (1928), str. 51 nn. 27
		

/Magazyn_155_08_0026.djvu

			Ale dodaje Gebhart: „Czwarta Ewangelja, dzieło poczęte z ducha greckiego i prze¬ 
siąknięte nawskroś neoplatonizmem, przyszła wporę, by wlać nowy 
ideał w niespokojne dusze chrześcijan: „Wierz mi, niewiasto, bliska 
jest godzina, w której nie będziecie wielbić Pana ani w Jerozolimie, 
ani na tej tu górze; zbliża się godzina, gdzie prawdziwi wierni czcić będą Pana w Duchu i Prawdzie" Duch tylko daje żywot, ciało nie służy nanic"... Teorja o Duchu Świętym, którą przeczuł był już 
Paweł święty, dominuje nad całą czwartą Ewangelją. Duch Święty, 
Paraklet, jest pośrednikiem w tym samym stopniu, co Słowo..., będzie 
On świadczył za Synem, jak Ten świadczył był za Ojcem, i pozosta¬ 
nie wieczyście pomiędzy ludźmi. Przezeń wykończone zostanie ob¬ 
jawienie się Słowa: „...zależy wam, abym odeszedł, bo, jeśli nie odejdę, nie przyjdzie ku wam Paraklet, a gdy odejdę, poślę Go 
wam..." VII. Nie moją tu rzeczą rozprawiać się z tekstami Geb- 
harta, które zalatują gdzieniegdzie interpretacją prote¬ 
stancką; moją — zaznaczyć, jak „johannityzm“ (fałszywie 
zazwyczaj pojęty), a stapiający się stale z „neoplatoni¬ 
zmem“, przenikał w ciągu stuleci ducha sekt, ducha zbo¬ 
rów heretyckich, ducha lóż1). Ewangelja św. Jana leżała już tedy jako symbol na 
stołach włoskich, medycejskich Akademij neoplatońskich. 
Przedtem jeszcze przenikała — obok Apokalipsy — inne 
rojenia i wieszczby średniowieczne: w wieku IX — mille- 
naryzm Skotusa Erygeny, w XII zaś — „Ewangelję wie¬ 
czystą" opata Joachima de Flore. Joachim zaś de Flore był „par excellence“ prorokiem 
Ducha Świętego. Jak późniejsi mistycy protestanccy, hu¬ 
maniści, pietyści, „różokrzyżowcy“, i on już, potępiony 
sczasem przez Kościół jasnowidz kalabryjski, wieszczył 
ponowne nadejście Ducha Świętego, nową „reformację 
świata w duchu wspólnoty pierwszych chrześcijan, 
a w związku z tem wszystkiem powstanie nowego zakonu. *) Keller Ludwig: „Die Gedankenwelt der Renaissance und das 
johanneische Christentum". („Vorträge und Aufsätze aus der Come- 
nius-Gesellschaft", XX, 3). Jena 1912. 28
		

/Magazyn_155_08_0027.djvu

			& A „Zakon Palmowy“, z ducha poczęty Akademij wło¬ 
skich, ducha wspólnego z pierwocinami wolnomularstwa, 
znał z pewnością doktryny opata Joachima, które przy¬ 
świecały przecie takiemu współcześnie Robertowi Flud- 
dowi, jednemu z głównych antenatów Loży. W spowino¬ 
waconej zaś, jak zobaczymy niżej, z „Palmenordenem“ 
norymberskiej organizacji tajnej największe święto przy¬ 
padało właśnie na dzień Ducha Świętego. VIII. ,,Carolus“ szedł tedy pod Częstochowę z wyszytym 
na sztandarze symbolem „johannickim“ wczesnej swojej 
loży, gołębicą, w jej zaś otoku — własnem godłem swojej 
do tej loży przynależności, słonecznikiem (zakrytym w po¬ 
środku przez ptaka i zlekka stylizowanym, podobnie 
zresztą jak i gołębica). W cieniu zaś jego sztandaru snuli 
się, w czasie i przestrzeni, wskroś zagrożonej przez ich 
knowania ziemi polskiej, złowrodzy jego „współbracia za¬ 
konni“ a uczestnicy planów rozbiorowych: Fryderyk Wil¬ 
helm brandenburski, zwany, jak wiemy, (w gwarze czysto 
już masońskiej) „osobliwem światłem w Niemczech“, da¬ 
lej — zdrajca z Leszna Komeński i najeźdźca — Rakoczy, 
dla którego brata napisał był wspomniany Komeński swoją, 
masońskim już zgoła duchem przepojoną „Via lucis“; 
wkońcu zaś — od połowy stulecia XVIII — członkowie 
naczelnej loży warszawskiej „Dobrego Pasterza“ (znowu 
symbol „johannicki“; por. rozdział X czwartej Ewangelji) 
i inni jeszcze — aż w samo serce wieku XIX — heretyccy 
czciciele „Parakleta“1). *) Co do tajnego „Kościoła Ducha Św." — w jego rzekomym 
dziejowym całokształcie — porównaj bałamutne częściowo, ale miej¬ 
scami wprost rewelacyjne wywody Wincentego Soro: „La chiesa del 
Paracleto. Studi su lo gnosticismo“. Todi 1922, 29
		

/Magazyn_155_08_0029.djvu

			• CZĘŚĆ PIERWSZA: SASI I. „I O C I Y“ „U voulut primer surtout les princes de son 
temps et cela en toutes choses; il voulut faire des 
conquêtes éclatantes et pourtant il voulait nager 
dans les plaisirs et ne pas travailler..." (Haxthausen) I. Jeżeliby do znanej skądinąd postaci najzgubniejszego 
lego monarchy na tronie polskim zastosować dawne taine'- 
owskie kryterja rasy, momentu i środowiska i gdyby 
wpierw się zastanowić nad najważniejszem z nich, to jest 
rasą, to bywalcom Drezna zaraz stanąć w oczach powi¬ 
nien korowód książęcy, wyobrażony na jednej ze ścian ta¬ 
mecznego zamku. Wspomną, jak na „sgrafficie“ Wal- 
thera dostojna posuwa się kawalkada, a kawalkada ta to 
zarazem drzewo genealogiczne Augusta Mocnego po 
mieczu. Jadą więc na czele kawalkady bracia dwaj renesan¬ 
sowi: Moryc i August, za nimi ujeżdża Chrystjan I, za 
nim Chrystjan II, którego trzech tylko tego samego imie¬ 
nia Janów Jerzych od naszego oddziela Augusta. Co zaś 
mówi nam ten pochód książęcy? Wszyscy oni, a obok nich ich małżonki: księżniczki 
heskie, duńskie, anhalckie, brandenburskie, wirtemberskie 
i bajreuckie — to kość z kości i krew ze krwi reformacyj- 
nej. Wszyscy oni — ci Wettyni — to członkowie misty¬ 
czni i polityczni, a sczasem i „dyrektorowie" korpusu 
ewangelickiego Rzeszy, to twórcy czy poplecznicy wszela¬ 
kich „unij", mających na celu zapewnienie przewagi pro¬ 
testantyzmowi, to członkowie „zakonów rycerskich" napoły 
tajnych, kolegjów mistycznych, zwalczających namiętnie, 31
		

/Magazyn_155_08_0030.djvu

			aż po kres ostateczny, hydrę papizmu. Wiąże się z nimi — 
w umysłach fanatyków protestanckich — nadzieja zgnę¬ 
bienia Rzymu, odwojowania dla Lutra czy Kalwina kato¬ 
lickich jeszcze Niemiec. August czy Chrystjan jawi się 
tym zelantom, tym exaltadom, w płaszczu już rzymskiego 
Cezara. II. Nie należy zapominać, że tak a nie inaczej urobiło 
się środowisko, w którem urodził się i dojrzewał przyszły 
król polski. Tradycyj łacińskich, czysto łacińskich, za¬ 
znała była „Florencja nad Łabą“ do jego czasów stosun¬ 
kowo mało: nie zdążyła zaszczepić ich w lutrzejącej Sa- 
ksonji Barbara Jagiellonka, córka króla Kazimierza i Ra- 
kuszanki, żona Jorka Myszyńskiego (Georg von Meissen). 
Że jednak przenikały tu wpływy włoskie, dowód w osobie 
Padovana, twórcy Sukiennic, który pracował w połowie 
wieku XVI także około drezdeńskiego zamku. Byli bowiem owi Auguści i Chrystjani książętami 
z ducha poniekąd renesansowego. Więc taki August, 
współczesny naszemu Zygmuntowi Augustowi i Batoremu, 
twórca „Grünes Gewölbe“, bogaty a zabobonny, wraz 
z żoną swoją Anną parał się alchemją, pilnie patrzył 
w gwiazdy, radził się kabalistów i z misternie kombino¬ 
wanych figur — na wzór arabski — układał sobie ho¬ 
roskopy. Zobaczymy, że wszystkie te skłonności, właściwe 
epoce „Odrodzenia“, przejdą sczasem na jego imiennika 
i spadkobiercę. A taki znów Chrystjan II, prastryj „Mocnego" — toż 
to był także alchemik zawołany. W zamku drezdeńskim 
więził tajemniczego Szkota Aleksandra Setona, „Kosmo¬ 
politę“, chcąc mu wydrzeć sekret robienia złota, a przy¬ 
ciągał tam również słynniejszego jego kolegę Sędziwoja, 
głośnego w świecie okultystów „Sandivogiusa". Były dalej te dwory Chrystjanów i Janów Jerzych 
nadewszystko tęgą szkołą pijacką. Kto badał trochę oby¬ 
czaje porenesansowych książątek niemieckich: drezdeń- 32
		

/Magazyn_155_08_0031.djvu

			skie czy weimarskie, anhalckie czy późnych Piastów ślą¬ 
skich, ten wie, że polityka gęsto tam wszędzie bywała za¬ 
krapiana, że poważnym zjazdom towarzyszył z reguły ry¬ 
tuał pijacki. Tak, te „Palmenordeny", „Blumenordeny“, 
„Elbschwanenordeny“ optymatów niemieckich z sympozjo- 
nów renesansowych rade czyniły orgję karczemną. m. To była jednak w środowisku, które wychowywało 
przyszłego króla, jedna tylko strona medalu. Saskie 
„Marsy", kondotjerowie i lowelasi na tronach, robili swoje; 
swoje robiły także pobożne panie, skupieni pietyści, pa¬ 
storzy. Frauen- czy Kreuzkirche w Dreźnie świadczy po- 
dziś dzień monumentalnie o polotach dusz protestanckich. 
Najbardziej natchnionym poetą tychże wzlotów stanie się 
Bach, który w roku 1717 koncertować będzie przed Augu¬ 
stem Mocnym, który uczci kantatą pamięć nabożnej jego 
małżonki. Albowiem jak u nas w Polsce, jak bodaj wszędzie, 
kobieta, ten, by użyć wyrażeń myśliciela obcego — ,,pier¬ 
wiastek, ściślej niż mężczyzna związany z duszą świata, 
z prasiłami jego elementarnemi czy rodzajnemi" — staje 
się tam wtedy pośredniczką, przewodnikiem czy medjum 
pomiędzy duchowością protestancką a wyższemi tej du¬ 
chowości aspiracjami. Dwie kobiety na tronie: matka Au¬ 
gustowa, znów Anna duńska, nieoddana wszakże jak 
tamta jej poprzedniczka sztukom tajnej wiedzy, ale udu¬ 
chowiona przyjaciółka i popleczniczka pastorów Spenera 
i Petersena oraz żona Augustowa, nieszczęsna Chrystjana 
Eberhardyna, płacząca po utracie odszczepieńczego syna 
„Rachela" protestantyzmu, stają się podporami reakcji lu- 
terańskiej przeciwko płynącym tym razem głównie z Pol¬ 
ski „nowinkom". Znamy takie kółka pań pobożnych o ary¬ 
stokratycznych nazwiskach saskich Reussów, Gersdorfów 
czy Friesenów, otaczające egzaltowanych pastorów czy wi¬ 
zjonerki. Takie to i tacy leją łzy na wieść o elekcji pol¬ 
skiej Augusta, nucąc rzewnie: „Also bleib bei uns Herr Źródło rozbioru Polski. 3 33
		

/Magazyn_155_08_0032.djvu

			r Jesu Christ, weil es nun Abend worden ist“. Z pieśnią 
protestancką na ustach kona też przedostatnia królowa 
polska. IV. Na skrzyżowaniu tak odmiennych od siebie prądów 
upływa wiek młodociany Augusta Mocnego. Skutek oka¬ 
zał, który wziął w nim prąd górę: pietystyczny czy świe¬ 
cki, jakim kobietom — przewodniczkom w złem czy w do¬ 
brem — ulegał on już zamłodu. Zapytaćby się raczej wy¬ 
padało, czy w kształtującej się duszy książęcia nie ostał 
się jaki pierwiastek szlachetniejszy, zasiany tam przez: 
matkę, czy nie uległ August podniecie jakowej dodatniej - 
szej, płynącej doń ze środowiska czy momentu dziejo¬ 
wego. Wystawmy sobie najpierw plastycznie tego monarchę* 
trzech używając do tego celu portretów. Mamy więc naj¬ 
pierw biust młodzieńczy dłóta Wilhelma Coustou, rzeźbio¬ 
ny zapewne podczas paryskiej Augusta „tury kawaler¬ 
skiej“: niezbyt to miłe pacholę o wystającej wardze zmy¬ 
słowej, o nosie wklęsłym, skrytykowanym przez jedną 
z rodaczek jego w Wersalu. Publikujemy tutaj wślad za 
odkrywcami niemieckimi pyszną maskę „koronacyjną“ 
królewską z roku 1704 (August jest wtedy w pełni wieku 
męskiego), o której główny biograf jego profesor Haake 
wyraził się, że „głowa tego księcia nosi na sobie znamiona 
odstraszającej zgoła brutalności“. Portrety znów sędzi¬ 
wego Augusta, czyto Silvestre'a, niegdyś w Rydzynie, dzi¬ 
siaj na Wawelu, czy inny, wyrazisty, choć nie z natury, 
Bacciarellego w Zamku warszawskim — mają wejrzenie 
poprostu lisie: skazy Dorjana Graya uwidoczniają się na 
nich najdokładniej. V. I takiego człowieka przeznaczył nam los nieżyczliwy 
na następcę Sobieskiego a króla rycerskiego narodu. Nie 
dziw, że nowy król grać zapragnął na rycerskich podda¬ 
nego sobie narodu strunach. W pierwsze też karty rzą- 34 |j f
		

/Magazyn_155_08_0033.djvu

			dów Augustowych w Polsce wplata się epizod pod każdym 
względem charakterystyczny, epizod turecki, ostatni 
w dziejach niepodległej Rzeczypospolitej. Turek, z olbrzymiego realnego niebezpieczeństwa, 
którem był pod Warną i Mohaczem, pod Lepantem, Ceco- 
rą i Wiedniem — staje się zwolna, stopniowo, ale przez 
cały wiek XVIII, po kolejnych z naszej strony uderze¬ 
niach: Odsieczy, Parkanów i Podhajec czy cudzych — 
Belgradów i Azowów, rekwizytem teatralnym niemal, 
sztafażem „Rokoka", „tête de Turc“ przy turniejach 
w „Zwingerach" czy ogrodach Krasińskich, w którą za¬ 
wodnicy miotają oszczepami. Będzie się portretował 
jeszcze w Rydzynie Sułkowski, powracający z wyprawy 
austrjackiej, z nogą na bisurmaninie; ta zaś noga stanie 
się w drugiej połowie stulecia symbolem niejako, skoro 
król nasz ostatni analogicznem wyobrażeniem na pomniku 
łazienkowskim usiłować będzie podniecić naród do nowych 
przewag wojennych. Syn „saskiego Marsa", potomek szeregu bitnych elek¬ 
torów, rycerzem był niewątpliwie. Ale — rycerzem z epo¬ 
ki, kiedy ideały, drogie jeszcze sercu Don Kiszota, wypło¬ 
wiały już i zblakły były doreszty, równolegle do zdemo- 
netyzowania się pod naporem destruktywnych doktryn fi¬ 
lozoficznych chrześcijaństwa, na którem gruntowało się 
dawne rycerstwo. „Mocny", brutalny wielbiciel siły dla 
siły, czciciel prostej tężyzny fizycznej, służby swoje za¬ 
czął wszakże — rzec można — jeszcze pod znakiem So¬ 
bieskiego: ojciec jego Jan Jerzy III był pod Wiedniem, 
on sam o śmierci sławnego swego poprzednika dowiedział 
się bodajże w polu przeciwko Turkom. Stare wreszcie 
przepowiednie i zapowiedzi protestanckie — mające czę¬ 
ściowo obieg i w orbicie własnej jego rodziny — przepo¬ 
wiednie żydowskich i judaizujących wizjonerów mesjani- 
stycznych, rojących sobie zapewne o odwojowaniu na Tur¬ 
kach Syjonu: saska z wieku XVI, wirtemberska z roku 
1604 czy frankfurcka z roku 1615 — wszystkie zgodnym 
kierują się frontem przeciwko papieżowi, którego ostat- 3' 35
		

/Magazyn_155_08_0034.djvu

			niemi lżą słowami, ale i przeciwko „zatraconemu synowi 
jego Mahometowi", Wiemy pozytywnie, że coś z tych 
szumnych pobudek protestanckich zapadło także w duszę 
ambitnego a zabobonnego Augusta. VI. Mamy więc tak, tant bien que mal, naszkicowaną syl¬ 
wetkę młodego, dwudziestosiedmioletniego króla, w chwili 
gdy osiada tron Jagiełłowy. Pełen żywotnych sił, ale wyposażony też długą trady¬ 
cją absolutystów, pijaków i rozpustników w brutalną bez¬ 
względność względem bliższego i dalszego otoczenia — to 
rasa; wyprany ze skrupułów i nieprzystępny szlachetniej¬ 
szym impulsom matki i żony, nieczuły na głębsze podniety 
religji, której się zaparł, religji, przechodzącej zresztą 
wówczas jeden ze swoich kryzysów chronicznych — to 
środowisko; reagujący zato żywo na wszelkie bodźce, tra¬ 
fiające do rozpętanych jego instynktów, skądkolwiekby te 
bodźce wychodziły: od przyjaciół, od kobiet, od szarlata¬ 
nów, ulegał August gasnącym mirażom otoczenia, fatamor¬ 
ganie zgruntu już przetwarzającej się epoki — to moment 
dziejowy. Wstąpił — niegodny — na chwiejący się tron 
Sobieskiego krokiem pewnym, widząc w sobie zrazu pra¬ 
wego jego następcę — „turkobójcę", a nie zdawał sobie 
sprawy, że to już nawet nie odblask glorji wiedeńskiej 
stroi mu czoło aureolą, że te kostjumy tureckie, które na- 
wdziewał w karnawale drezdeńskim, że ta karawana egzo¬ 
tyczna, która, jak opisują diarjusze, towarzyszyła mu 
w pochodzie na Wawel — to był nierealny jeno sztafaż ro¬ 
kokowy, co wnet miał się rozpierzchnąć pod zimnym po¬ 
dmuchem zawieruchy północnej. VII. Ostatnie lata przyniosły nam stosunkowo bogatą lite¬ 
raturę o Auguście. Czy było w tej profuzji, tej eflorescen- 
cji, coś zadraśniętej tak głęboko przez rezultat wojny 
dumy narodowej Niemiec, która po pociechę chroniła 
się do wieków odleglejszych a równie pełnych blasku, 36
		

/Magazyn_155_08_0035.djvu

			♦ t -Ł* c£> jak świeżo właśnie zakończone czterdziestolecie wil- 
helmińskie? Nie wiemy. August w żadnym razie nie był 
odtrutką na Wilhelma: obaj — ten wczesny Wettyn i ten 
późny Hohenzollern — jedną zaiste mieli wspólną wadę, 
która zjednoczonym Niemcom większą napewno wyrządzi¬ 
ła szkodę, niż niegdyś Saksonji; obaj mieli tę „Prunk¬ 
sucht“, z której u Wilhelma tak natrząsa się Ludwig, tę 
żądzę zbytku, czy raczej żądzę wystawności; u Augusta 
trafiają się rysy całkiem pokrewne do manjactw Wilhel- 
mowych. Historykom saskim, którzy właśnie okazują sła¬ 
bość wybitną na punkcie najfatalniejszego z naszych kró¬ 
lów, mogło przy względnej jego rehabilitacji chodzić 
wszakże o co innego: z szarej, mrocznej, dusznej niemiec¬ 
kiej rzeczywistości powojennej chronić się oni mogli, idąc 
śladami Augusta, na dwór pełen bądźcobądź światła 
i wdzięku, jak świetlane i wdzięczne jest stworzone przez 
niego Drezno, dziś jeszcze, w piękny dzień słonecznej wio¬ 
sny, lata czy jesieni. VIII. Komeljusz Gurlitt, najznakomitszy bodaj z saskich 
historyków sztuki, który, o ile mi wiadomo, odwiedzał był 
także swojego czasu Warszawę okupacyjną, szukając tu 
śladem zwycięskiej swojej armji przedwiekowych pamią¬ 
tek, Korneljusz Gurlitt uznał, że komu jak komu, ale jemu 
jako historykowi sztuki wolno podziwiać monarchę, cho¬ 
ciażby skądinąd uznany on został za potwora, monarchę, 
który tyle na jednem miejscu nagromadził skarbów i stwo¬ 
rzył bądźcobądź z niczego, ze szarej, mrocznej, kiszącej 
się w swoim germano-protestantyzmie stolicy nadłabskiej, 
sen godzien iście sułtana z wschodniej bajki. Dwa tomy Gurlitta1) — to najpełniejsza jak dotąd 
synteza Augustowego dworu. Mienią się w barwach Wet- 
tynów te wspominki starego Drezna, pisane ręką stronną 
może nieco, jak Gurłittowi zarzucają historycy pruscy. „August der Starkę. Ein Fiirstenleben aus der Zeit des 
deutschen Barock“, Drezno 1924. 37
		

/Magazyn_155_08_0036.djvu

			Gurlitt usiłuje wykazać wszystko, co „Mocny“ uczynił dla 
Saksonji, pragnie uwydatnić, iż Saksonja świadomie mu za 
to była wdzięczna. Jest w tej koncepcji księcia, stwarza¬ 
jącego dwór swój przemocą, z krzywdą i szkodą nieraz 
poddanych swoich saskich, a już napewno polskich, coś 
niby transpozycja w wieki dawne hasła dzisiejszego ame¬ 
rykańskiej „prosperity“, która, aby handel szedł, byle pie¬ 
niądz się wałkował, gotowa poświęcić głębsze dobra mo¬ 
ralne dla obrotu i ruchu materjalnego. Ale teza Gurlitta, 
choć zaraz spotkała się z odprawą Haakego1), drugiego 
biografa Augustowego, jest ciekawa i zasługuje na uwagę. IX. W literaturze historycznej polskiej sprawy saskie — 
mam tu na myśli przedewszystkiem historję kultury — nie 
zostały posunięte tak daleko. Najświeższą jest monografja 
Truchima, historyka poznańskiego2), pożyteczna przeróbka 
Gurlitta: to może wyrażenie za śmiałe, gdyż autor przy¬ 
ciąga cały szereg źródeł Gurlittowi nieznanych; użyłem 
jednak wyrażenia „przeróbka“, gdyż zdaniem mojem Gur¬ 
litt niewątpliwie bogactwem zgromadzonego materjału za¬ 
chęcił i podniecił polskiego badacza. Przed tą pracą Tru¬ 
chima postęp znaczyła w badaniach krótka monografja 
o Auguście pióra piszącego te słowa3); dalej parę charak¬ 
terystyk Konopczyńskiego, częściowo rozsianych w funda¬ 
mentalnej pracy jego o czasach saskich4); pozatem sięgnąć 
nam wypadnie do całego szeregu monografij wspomniane¬ 
go już Pawła Haakego5). Niemniej badacz, któryby się po¬ 
kusił o stworzenie u nas monografji typu Gurlitta, mu- *) „August der Starkę“, Berlin-Lipsk, b. r. (1926). 2) „Na dworze Augusta Mocnego", Lwów 1925. 3) „August Mocny i August III" (w „Studjach nad epoką sa¬ 
ską", Kraków 1913). 4) „Historja polityczna Polski“ (Czasy saskie). Kraków, Aka- 
demja Umiejętności 1920 i „Od Sobieskiego do Kościuszki", War¬ 
szawa b. r. (1921), str. 67. 5) „August der Starkę im Urteil seiner Zeit und der Nachwelt", 
Drezno 1922; „Sachsen zur Zeit Augusts des Starken", Berlin 1929; 
,.Die Problematik Augusts des Starken", Lipsk 1931.
		

/Magazyn_155_08_0037.djvu

			siałby raz jeszcze przewertować stare źródła i opracowa¬ 
nia polskie: tych Zawiszów, „Otwinowskich", Jarochow- 
skich i t. d. X. Jakże teraz wypadnie synteza dworu Augustowego 
x perspektywy polskiej? Oczywiście, że ujemnie. O za¬ 
chwytach Gurlittowych dla mecenatu „Mocnego“ mowy 
najmniejszej być tu nie może. Gdzież są w Warszawie 
pyszne te „Zwingery“, gdzie skarby „Grünes Gewölbe", 
gdzie pomniki? Rzec można, że z kamiennych tych i spi¬ 
żowych snów o potędze polskiej Augusta wszystko pozo¬ 
stało na papierze, a raczej — powiedziałby specjalista 
Francuz — à l'état de maquette, w stanie rzutu czy rysu. 
Gurlitt uprzystępnił nam majestatyczny projekt przebudo¬ 
wy zamku warszawskiego według architekta Pöppelman- 
na, którego fantastyczne tarasy tłukły się bodaj jeszcze po 
malarskiej fantazji Canaletta. W „Grünes Gewölbe“ oglą¬ 
daliśmy niedawno wspaniały pomnik, jakby pendant do 
Falconnetowego Piotra Wielkiego czy Augusta z „Neu¬ 
stadt“ drezdeńskiej, z sążnistym napisem polskim i płasko¬ 
rzeźbą, przedstawiającą koronację na Wawelu, pomnik 
zapewne przeznaczony dla Warszawy, ale darmo: dzisiej¬ 
szy „pałac Saski“ każe nam dzięki przewiewnej swojej 
kolumnadzie o Skworcowie raczej myśleć, niż o Wettynie, 
pałac Brühlowski do późniejszej należy już epoki, pałac 
Błękitny saskiej wyzbył się fizjognomji. XI. Powiada Flemming, który Augusta ze współczesnych 
znał chyba najlepiej, w słynnej już dzisiaj charaktery¬ 
styce swojej, że „żądza uciech stawała bardzo często wpo- 
przek jego ambicji, lecz żądza sławy nigdy nie przeszko¬ 
dziła uciechom“. A żądza ta sławy sama w sobie była 
nieograniczona, sięgała wyżyn zawrotnych, dali nieuchwy¬ 
tnych. Za złe mu mieli to już współcześni. Słusznie też 
mógł się obawiać ochmistrz nowej królowej polskiej na
		

/Magazyn_155_08_0038.djvu

			wieść o elekcji Augusta, że „cień tej korony może pożreć 
elektorat, podobnie jak siedem chudych a brzydkich krów 
pożarło młode a tłuste faraonowe“. Tak się nie stało, 
obawy Bosego się nie sprawdziły, bo August snąć lepiej 
jeszcze doić umiał Polskę niż Saksonję, lepiej wyciskać 
z niej złoto- i życiodajne soki: „uczy figura", co w Polsce, 
a co w Saksonji po nim pozostało. Ale ujemniejszą bodaj 
jeszcze stroną tej jego żądzy sławy było to, że nie była 
skoordynowana, że od korony polskiej, której z Flemmin- 
giem szukał w gwiazdach, z Grebnerem i Petersenem 
w traktatach okultystycznych, a z przodkiem swoim Au¬ 
gustem w horoskopach geomantycznych „Punktierbuchów“, 
biegła wyobraźnia jego do tronu cesarskiego w Wiedniu 
czy bodaj w Konstantynopolu, do Neapolu i Sycylji, do 
stathouderatu holenderskiego. Miał dalej August i tę wa¬ 
dę, że nie był miłośnikiem pracy, że przeto jeden pomysł 
brał, a rzucał drugi, że żądzy uciech — jak słusznie pod¬ 
nosi Flemming — dawał zawsze krzyżować zamysły swoje. Na to przekleństwo jego natury dworskiej mamy 
oprócz świadectwa Flemminga cały dalszy szereg świa¬ 
dectw. Kroi się w roku 1697 wielka wyprawa turecka, 0 której samże August pisze do jednego z dygnitarzy li¬ 
tewskich, by „nie przeszkadzał wyprawie, od której za¬ 
leży dobro publiczne i sława nasza", a tu zaraz pierwszy 
etap lwowski staje się dlań Kapuą i cała wyprawa, po¬ 
zbawiona oka pańskiego, a dzięki pięknym oćzom Omfali 
jego chwilowej, Urszuli Lubomirskiej, rozchodzi się na ni- 
czem. Gorzej jest jeszcze czasu nieszczęsnej wojny Pół¬ 
nocnej. Gdy mianowicie Karol XII przepędził go z reszty 
Polski, August chroni się do Torunia, a „miasto pruskie 
— pisze historyk — przepełnione wojskiem, magnatami 1 dyplomatami zagranicznymi, brzmi nieprzerwanie odgło¬ 
sem zabaw i hulanek“, pośród których Lubomirska po 
dawnemu atutem jest królewskim. 14 znowu lutego 1703 r. 
przenosi się August z Torunia do pewniejszego bodajże 
Malborka. W trzy dni po przybyciu do tej siedziby krzy¬ 
żackiej myśli już król o zbudowaniu „theatrum dla kome- 40
		

/Magazyn_155_08_0039.djvu

			dji“. Zarówno on, jak jego kochanka, wysilają zmysł swój 
towarzyski pośród najniedogodniejszych warunków, ażeby 
pięknie obchodzić ostatki. Analogiczny objaw widzimy 
w lecie tego samego roku. „Villégiatura“ królewska to 
wtedy najpierw Otwock, potem zaś Ujazdów. I tu i tam 
towarzyszy znowu królowi Lubomirska, Istny obraz ,,Boc- 
cacciowego Dekamerona pośród spustoszeń florenckiej 
dżumy" — zauważa o tych wczasach Augustowych stary 
Jarochowski. Kasy nadworne stoją pustkami, zabobonny 
monarcha puka już o radę do alchemików, bankier kró¬ 
lewski Berend Lehmann rozbija się na wszystkie strony 
za pieniędzmi, a przecie król zdobywa się dla uczczenia 
rozwodu swojej kochanki na festyn i bukiet z drogiemi 
kamieniami wartości 60.000 talarów. Ale i klęskowy rok 
1705 wart jest w życiu Augustowem fatalnego 1704. Zmie¬ 
nia się w nim tylko scenerja: Cosela występuje zamiast 
Lubomirskiej. A jak na tem wszystkiem cierpiały sprawy państwo¬ 
we, poucza nas inny powiernik królewski Manteuffel. Sam 
król pyta się go raz mianowicie, dlaczego sprawy pań¬ 
stwowe w Saksonji z reguły mu się wymykają z pola pa¬ 
trzenia, w Warszawie zaś rzecz się z tem ma nieco lepiej. 
Manteuffel na ten raz rżnie królowi wyjątkowo prawdę 
w oczy: „Bo nie mamy tutaj, Wasza Królewska Mości" — 
powiada — „ani domków tureckich, ani domków holen¬ 
derskich, ani Moritzburgów, ani ogródków, ani opery, ani 
komedji, ani tancereczek". Ale kiedyindziej, i to przy 
raporcie, musi tenże Manteuffel, chcąc zainteresować króla, 
wkradać się w jego posłuch drogą okólną, prawić mu naj¬ 
pierw o kometach, o porcelanie, czy o jezuitach i t. p. in¬ 
teresujących go tematach, aby przemycić to, co najważ¬ 
niejsze. XII. A jakiż jest nakoniec charakter zasadniczy tych za¬ 
baw, co tak — zdaniem kompetentnem — hamowały bieg 
machiny państwowej? 41
		

/Magazyn_155_08_0040.djvu

			Krótko mówiąc — pijacki. Czytając ich opisy, wspo¬ 
mina się zaiste starą pieśń kuchenno-łacińską: Bibił iste, bibit illa, Bibit herus cum ancilla... W tym bowiem względzie okazuje się August potom¬ 
kiem nieodrodnym ,,Saufboldów swojej rodziny, Chrystja- 
nów i Janów Jerzych, co w Dreznach, Kóthenach i Wei¬ 
marach ze swoistych puharów ciągnęli do upadłego ry¬ 
tualne hausty. Toteż jakżeż ówczesna kronika warszawsko-drezdeń- 
ska bogata jest w tego rodzaju notatki kronikarskie, jak 
następująca ich ser ja. Dnia 23 września 1720 r, zapisuje 
sobie w swoim dzienniczku Flemming: „Urżnąłem się 
z Poniatowskim" (ojcem króla); 29 października tegoż 
roku notuje: „Król pije dalej (wyraźnie nie pierwszy to 
już dzień) z Tarłą oraz Mniszchem"; 10 lipca 1722: „Sły¬ 
szałem, że król urządził sobie orgję pijacką z biskupami ; 
6 października t. r,: „Nie zastałem w domu hetmana Sie- 
niawskiego, gdyż upił się jak dziura"; 13 października 
t. r.: „I biskup warmiński (Teodor Potocki) podpił sobie 
sielnie"; 14 października t. r.: „Nie można ruszyć z miej¬ 
sca sprawy komendy, gdyż obaj hetmani litewscy (Pociej 
oraz Denhof) spili się jak bele"; 22 października t. r.: 
„Urżnęła się Pociejowa (hetmanowa)“; 15 grudnia t. r.: 
„Poniatowski spił się naumór". Ładna to lista, pijacką także spisywana dłonią. A ileż 
ohydniejszych jeszcze epizodów, jak ta orgja pod Dreznem 
u pijanego Flemminga, gdzie spija się król, spija się ko¬ 
chanka jego Denhofowa, zataczają się bladzi i nieprzy¬ 
tomni panowie polscy, a wreszcie król i Denhofowa, wra¬ 
cając do Drezna, spadają z koni. Albo kanclerz Lipski 
i podskarbi Poniatowski — o popuszczacze pasa! — ważą 
się przed jedną z uczt w roku 1727 i okazuje się, że każ¬ 
demu z nich przybyło po uczcie do pięciu funtów! 42
		

/Magazyn_155_08_0041.djvu

			■é XIIÎ. Wszystkie te orgje, trafnie usyntetyzowane w powie¬ 
ści Kraszewskiego p. t. „Skrypt Flemminga", znajdują 
swoją koronę, swoje uwieńczenie w t. zw. „Bractwie Wro¬ 
gów Wstrzemięźliwości“. Mój przyjaciel berliński, pan 
profesor Haake, poświęcił tej „société des antisobres" 
osobną broszurę1), ale nie rozporządzając wystarczającemi 
materjałami, nie uwydatnił, zdaniem mojem, jak się na¬ 
leży, wszystkich zasadniczych momentów wielkiego tego 
„humbugu“. Jest w Dreźnie piwnica, którą miałem przyjemność 
zwiedzać swojego czasu. W niej, w latach 1728 — aż 
do samej bodajże śmierci, schodził się August z t. zw. 
swoją „Confidenztafel“, z rzeszą całą pijackich swoich 
kompanów i kompanek. On, który przepić się starał cara 
Piotra, on, co z pierwszym królem pruskim pijał w Jańs- 
borku, gościł teraz w tej piwnicy, knując z nimi spiski na 
zgubę Polski, pruskiego „króla-kaprala“ Fryderyka Wil¬ 
helma I i syna jego, dojrzewającego Fryca. W piwnicy tej, wpobliżu stojących w stałem pogoto¬ 
wiu beczek najprzedniejszych „renów", „mozeli“ i „wę¬ 
grzynów", skupiał się i uplastyczniał styl cały epoki naszej 
saskiej. Była tam „fontanna Muz bachicznych“ do obmy¬ 
wania głowy pragnącym wytrzeźwieć i były „Ruhe- 
plätzchen“ (miejsca wypoczynku) dla beznadziejnie sku¬ 
tych, Hajducy z pochodniami rozświetlali ową orgję, ale co 
bolesne, to że świeciły w niej nazwiskami najpierwsze też 
rody i persony Polski współczesnej: Lubomirscy i Sapie¬ 
howie, Bielińscy i Pocieje; obok Lipskiego, przyszłego kar¬ 
dynała, zapewne Jan Klemens Branicki, przyszły hetman, 
i ksiądz Opat Rozdrażewski, i najwyżsi dygnitarze dworscy, 
i dyplomaci... Co także nad miarę wstrętne, to że panowała 
w tem gronie moda koszarowa na wzór pruski, że pleniły 
się karczemne dowcipy, że nawet stali ci kompani pijaccy „La société des antisobres“ {„Neues Archiv für sächsische 
Geschichte“, XXI). 43
		

/Magazyn_155_08_0042.djvu

			mieli ad hoc sfabrykowane pseudonimy, że gości obowią¬ 
zywał wysoce ordynarny statut. A była ta piwnica przy Schiessgasse, jak zobaczymy 
niżej, kuźnią zguby na wolność i całość dzierżaw nieszczę¬ 
snej Rzeczypospolitej. Albowiem goście jej stanowili zwią¬ 
zek tajny, pierwszy w naszych dziejach, obliczony pod 
przewodem króla na zatratę kraju. Nie wiedzieliśmy do¬ 
tychczas, do czego prowadziła i doprowadzić mogła pi¬ 
jatyka saska. Dziś, patrząc na potworne puhary Augu- 
stowe w „Grünes Gewölbe“, uświadamiamy sobie, że ten 
alchemik w koronie sączył do nich prawdziwą truciznę. 44 A
		

/Magazyn_155_08_0043.djvu

			II. KOBIETY W ŻYCIU „MOCNEGO“ 1. KRÓLOWA 
„IN PARTIBUS“1) I. Z reprezentatywnego płótna Silvestrea, tego samego, 
który malował wielokrotnie lisi konterfekt Augustowy, 
a może też podobną do ojczulka, lecz wyszlachetnioną bu¬ 
zię Andzi Orzelskiej, wychyla się do nas masywna Ho- 
henzollernka, jedyna Hohenzollernka na tronie polskim. 
(Jużto do urody monarchiń swoich w stuleciu XVIII szczę¬ 
ścia Polska nie miała, bo Habsburżanka Marja Józefa nie 
warta była nawet tej bajreuckiej Chrystjany). Szparko minęły miesiące miodowe „Mocnego“: „Nowy elektor — pisze wszędywścibski baron Pollnitz — (Au¬ 
gust wstąpił na tron saski po bracie na wiosnę r, 1694) żył w najdo¬ 
skonalszej harmonji z elektorową, żoną swoją; ubóstwiał ją, nie wi¬ 
dział nic poza nią, a księżna czuła się najszczęśliwsza w świecie.“ Ale niebawem zazdrość, „filotimia“ grecka, zatruła te 
słodycze. Wprawdzie 7 października 1696 (w sam rok 
śmierci Sobieskiego) obdarował Chrystjanę los tęgim, zbyt 
tęgim chłopakiem, przyszłym, godnym tylko co do tuszy, 
następcą wielkiego króla, ale w końcu tegoż miesiąca ro¬ 
dził się niewiernemu elektorowi syn drugi, Maurycy, owoc 
stosunku z Marją Aurorą, hrabiną Konigsmarck, Nierów¬ 
nej kompozycji byli ci bracia: Maurice de Saxe, uroczy, 
zdobywczy kobieciarz, jakim go widzimy na portrecie Nat- ') Haake Paul: „Christiane-Eberhardine und August der Starkę. 
Etnę Ehetragodie", Drezno 1930.
		

/Magazyn_155_08_0044.djvu

			tiera; starszy, August III — grubas z urodzenia, o którym 
pierwsza relacjonuje nam babka: „Cóżto za luby, prześliczny aniołek, a duży, jakby sobie liczył 
osiem tygodni“. Nie kwapił się do synka papa-lowelas, wypoczywa¬ 
jący właśnie po trudach wojennych nad modrym Duna¬ 
jem w łubem towarzystwie hrabiny Esterle czy też Tur- 
czynki Fatymy, branki wyprawnej, matki Rutowskiego, 
nabożnie dziś spoczywającej w Panu u św. Antoniego na 
Senatorskiej w Warszawie; a dalej w towarzystwie dru¬ 
hów: Antoniego Egona Furstenberga, alchemika, i (bodaj¬ 
że) Wolfa Dietricha Beichlinga, Leporella tego Donżuana. 
Dopiero w grudniu wrócił ,,Mocny do Drezna w samą 
porę, aby obejrzeć sobie pod drzewkiem Gucia i Morysia. Niedługo wszakże zasiedział się we własnej stolicy, 
wytrzymał karnawał, ale ku wiośnie pomknął znowu do 
Wiednia, do Esterlki, na kurację do Badenu. W głowie 
miał już sukcesję polską, już konferował z bankierami 
Samsonem Wertheimerem i Berendem Lehmannem na te¬ 
mat jej sfinansowania, w końcu zaś czerwca bawił w go¬ 
ścinie u Karola Hannibala hr. Dohny i tam dowiedział się 
zapewne o szczęśliwym wyborze warszawskim. II. „Co to za ból — pisał ochmistrz nowej królowej polskiej Jan 
Baltazar Bose, protestant gorliwy tak jak i pani jego, w dniu 1 lipca 
1697, opisując wrażenie elekcji w Dreźnie — co za ból patrzeć, jak 
lud na ulicach jęczy i lamentuje. Elektorowa nie może się pocieszyć 
wobec grozy, która czyha na nas w związku z tą nową godnością". Albowiem katolik-Fiirstenberg zostawał namiestnikiem 
królewskim w Saksonji, tej kolebce reformacji, albowiem 
kursowały pogłoski, że August, który się zadłużył był 
u jezuitów, ma zamiar zastawić im Łużyce i t. p., i nie 
uspokoił tych obaw luterańskich nawet tolerancyjny edykt 
Augustowy, datowany z Łobzowa. Królowa, tak bardzo niepocieszona po wyniesieniu 
męża, nie chciała jechać na koronację do Krakowa, jeżeli 46
		

/Magazyn_155_08_0045.djvu

			jej Polacy nie pozwolą odstąpić od ołtarza katolickiego 
na czas przynajmniej mszy koronacyjnej. Tymczasem za¬ 
mieszkała w Pretzschu pod Wittenbergą, w dawnym zamku 
Arnimów i Loserów, z których jeden tak blisko żył z Lu¬ 
trem, że trzymał mu do chrztu syna, zrodzonego z Ka¬ 
tarzyny Bora. Wysłany do Polski, do króla, wierny Bose 
powrócił z Piekar, gdzie właśnie w cudownym klasztorze 
ogłosił był August uroczyście swoją abjurację, lecz nie 
oświecił Chrystjany, czy ma jechać na Wawel, czy raczej 
od jazdy tej się wstrzymać. Przywiązanie do wiary ojców 
i przynależność do rodu Hohenzollernów kazało jej szu¬ 
kać rady u posła brandenburskiego w Dreźnie von Chwal- 
kowskiego, pośrednio zaś u jego władcy a szefa własnego 
domu. I tak pierwszy król pruski powstrzymał przedosta¬ 
tnią królowę polską od wzięcia udziału w koronacji! A było na co patrzeć na Wawelu 15 września 1697 r. 
August, który — jak skądinąd wiadomo — czuł się już 
cesarzem świata, bo mu to, zabobonnemu kabaliście, insy¬ 
nuowała stara, sfałszowana zresztą przepowiednia, wkro¬ 
czył do katedry w „ornacie", przechowywanym podziśdzień 
w muzeum drezdeńskiem, w kostjumie skomponowanym 
przez siebie samego: w zbroi, „caligach“ rzymskich, w pła¬ 
szczu niebieskim, aksamitnym, podbitym gronostajami 
a wyhaftowanym w kwiaty złotolite, w kapeluszu z wieją¬ 
cym pióropuszem — ot! czem podbić wyobraźnię lekko¬ 
myślnych Słowian! Ale nie wytrzymał tej parady kome- 
jant i omal nie omdlał, więc przyniesiono mu krzesło, 
ściągnięto zeń zbroję, i dopiero wtedy biskup kujawski 
Stanisław Dąbski odebrać mógł od niego rzymskie wyzna¬ 
nie wiary. Nazajutrz nowa maskarada: w niebieskiej, zło¬ 
tem podbitej delji, w srebrnym, bogato diamentami wysa¬ 
dzanym żupanie i w aksamitnej konfederatce ruszył kur- 
firszt-król na Rynek odbierać hołd od miasta1). .. \ £or- Morawski K. M.: „Prawdziwe oblicze Augusta Moc- 
lińskie!" f?M?.„Zv3. .źi.Udn^ °r!Z ’&?**•> na ile eP°ki kar°- i" (’'Myśl Narodowa" z 11 lutego 1934).
		

/Magazyn_155_08_0046.djvu

			Z rozbawianej już przez nowego króla Polski rzadkie 
tylko wieści dochodziły zbolałą królową: „Niech królowa przyjeżdża, kiedy chce — pisał z Warszawy 
podczas karnawału 1698 r. do teścia królewskiego baron Blom¬ 
berg.,, — niech przeciągnie tutejsze damy na swoją stronę, a już ich 
potem rzeczą będzie przerobić własnych mężów, ażeby dali ukorono¬ 
wać się jej bez zmiany religji, jako że w Polsce kobiety rządzą 
mężczyznami." Ten Blomberg bawił w Polsce jako swat bajreucki, 
zabiegający dla szwagra królewskiego o bogatą marszał- 
kównę Teresę Katarzynę Lubomirską, „słodki i tłusty ką¬ 
sek“ — jak się trywjalnie wyrażał pan baron. Toteż 
w marcu 1698 r. ruszył do Polski w dziewosłęby sam 
margraf Chrystjan Ernest, ale nie wiózł ze sobą córki do 
Warszawy: żegnała go spłakana i takie za nim słała listy: „Niech Wasza Dostojność ujmie się za mną — pisała — i tak 
sprawą kieruje, abym nie potrzebowała Polski oglądać... Ja ze swo¬ 
jej strony nie mogę się rezolwować, duszy swojej na takie narażać 
niebezpieczeństwa..,, przeto dla miłości Bożej poświęcę wszystko, za 
co On mnie w tamtem życiu tysiącznie wynagrodzi... A Wasza Do¬ 
stojność... niech się nie bierze na karesy i pomni, że ma na pieczy 
duszę własnego dziecka“. III. August tymczasem królował w Warszawie. Towarzy¬ 
szyła mu Esterle, która 11 sierpnia 1698 r. urodziła w sto¬ 
licy trzeciego syna królewskiego(?). Szczęśliwy ojciec po¬ 
pularny w Warszawie nie był; przyczyniali się do tego je¬ 
go Sasi: „Trudno o harmonję między Polakami a Sasami — stwierdza 
w zimie wspomnianego roku niepodejrzany świadek, baron Blom¬ 
berg. — Polacy są pyszni, ale uprzejmi, Niemcy zato pełni grubjań- 
skiej buty i skłonni do prawowania się nawet z prymasami". Toteż jadący właśnie do Warszawy młody margraf 
Ernest August ostrzegał siostrę jeszcze w marcu, że kró¬ 
lewski jej małżonek winien się mieć na baczności, gdyż 48
		

/Magazyn_155_08_0047.djvu

			HOłd KORONACYJNY NA WAWELU lONY NA COKOLE MODELU POMNIKA AUGUSTA MOCNEGO W ..GRÜNES GEWÖLBE") ..MASKA KORONACYJNA" AUGUSTA MOCNEGO (MUZEUM HISTORYCZNE W DREŹNIE)
		

/Magazyn_155_08_0048.djvu

			2
		

/Magazyn_155_08_0049.djvu

			odkryto ostatnio komplot, mający na celu wymordowanie 
wszystkich Niemców dnia jednego. „Fremitus szlachty przeciwko wojsku saskiemu — relacjonował 
ze swojej strony we wrześniu poseł brandenburski Werner — nie da 
się naprawdę opisać“. August znajdował się już wtedy na „mołdawskiej" 
swojej wyprawie, po której „Kabała" wróżyła mu dwa aż 
diademy cesarskie: bizantyński, a potem rzymski. Opuścił 
Warszawę, żegnany uroczyście przez nuncjusza Davię. Po 
drodze, w Rawie Ruskiej, spotkał się i upił z wracającym 
z Wiednia carem Piotrem. We Lwowie witany był przez 
poprzedniczkę Chrystjany Marję Kazimierę, podczas gdy 
jego „knechty ‘ buszowały i rabowały po domach, klaszto¬ 
rach i ogrodach. Wyprawa wszakże do kraju Brancovanów 
spaliła na panewce, nadto się Polacy kłócili podczas niej 
ze Sasami, aż August z obozu polskiego musiał się chronić 
pomięazy swoich. Nic dziwnego! Już wtedy podejrzewali 
go Polacy, że z elektorem brandenburskim, Karolem XII, 
carem Piotrem i niewdzięcznym cesarzem Leopoldem dąży 
król do nowego rozbioru Polski w celu zapewnienia sobie 
na pozostałym jej skrawku władzy absolutnej. Tak inter¬ 
pretowano między innemi wydanie przezeń Elbląga Bran- 
denburczykom. W marcu 1699 r., kiedy król jechał Kra- 
kowskiem Przedmieściem, kula przebiła karocę dworską. 
uWon Sasi z Polski! Wojna Brandenburczykom!" — 
brzmiały okrzyki tłumu. W takiem położeniu nie pora była królowej Chrystja- 
nie przyjeżdżać do Polski — i to jeszcze w towarzystwie 
Predykantów luterskich. August zresztą miał już nową 
kochankę, tym razem Polkę rodowitą, podstolinę koronną 
Urszulę Lubomirską. „Była to nieustraszona jeźdźczyni — pisze o niej inny biograf 
Augustowy Gurlitt — Polka z krwi i kości, drogocenny bez wątpie¬ 
nia, ale kosztowny kaprys królewski... Niegdyś na polowaniu, stojąc 
na skraju lasu, w towarzystwie saskiego generała, zwierzyła mu się 
żartobliwie, że pragnęłaby być właścicielką tego lasu pod warunkiem, Źródło rozbioru Polski. 4 49
		

/Magazyn_155_08_0050.djvu

			by wszystkie jego drzewa mogła spiłować na deski, a za te deski do¬ 
stać tyle dukatów, ileby się ich dało ułożyć na każdej desce jeden, 
obok drugiego". Nie śmiałbym nigdy powtórzyć, co pięknej księżnej; 
odrzekł na to dowcipny generał. Królowa bali warszawskich ćmiła więc prawowitą kró- 
lowę w oddali. „Wczoraj — pisał Blomberg do Bayreuthu 17 lutego 1699 — 
urządził podskarbi Lubomirski festyn, który trwał do rana w obec¬ 
ności królewskiej." Księżniczka Teresa Katarzyna miała bowiem zostać 
teraz nareszcie żoną szwagra królewskiego. A księżna 
Urszula, która zdobyła na dobre serce królewskie, mdle¬ 
jąc z miłości do niego podczas niebezpiecznego turnieju, 
zjechała teraz za Augustem do Saksonji. „Król — notuje cytowany już Pollnitz — pragnąc olśnić bla¬ 
skiem królewskości swoją kochankę, w7oził ją po głównych miastach 
saskich. Gdy przybyli do Wittenbergi, August opuścił księżnę na 
dni parę i pojechał — o dwie czy trzy mile — odwiedzić w Pretz- 
schu królowę... (Poczem) — chronologja barona szwankuje zresztą 
mocno — wręczył król Lubomirskiej złotą kasetę pełną klejnotów, 
na której dnie leżał dyplom cesarski, mianujący kochankę Augusta 
księżną cieszyńską... Król spędził jedną tylko noc w Pretzschu: pilne¬ 
mu było do (nowokreowanej) księżnej, z którą spotkał się w lesie 
napół drogi pomiędzy Pretzschem a Wittenbergą." Niezadługo potem rodził się nowy syn Augustowy — 
Jan Jerzy, „chevalier de Saxe". IV. Był styczeń r. 1700, pierwszy miesiąc tak niebezpiecz¬ 
nego dla Polski „settecenta“. August bawił w Lipsku, po¬ 
chłonięty cały planami wojny Północnej, brzemiennej już 
dziełami rozbiorowemi. A Chrystjana towarzyszyła mu 
wtedy w mieście nad Pleissą. Ale jakżeż inaczej spływały 
dni małżonkom królewskim: August wieczerzał u hrabiny 
Esterle, rozkoszował się „Skąpcem" Mol jera, hulał; kró¬ 
lowa zrzadka tylko sekundowała mu w tych zabawach, 50
		

/Magazyn_155_08_0051.djvu

			pilnując raczej gorliwie nabożeństw w miejscowych „kir- 
ehach" protestanckich. A czem znowu trudniła się Chrystjana, gdy małżonek 
jej zdobywał na dalekiej północy, pod Rygą, wątpliwe 
laury? Wychowywała młode Niemeczki, opiekowała się 
studentami, kalekami, karłami, trzymała do chrztu w swo¬ 
jej kaplicy zamkowej żydów, jak tego „sefardima“ Pin- 
tiego, którego obdarzała mianem ojcowskiem Chrystjana 
Ernesta. W Wielki Piątek 1701 r. płonął jej pałac, którą 
to klęskę rozdrażnieni zelanci luterańscy przypisywali 
„rzymskim podpalaczom“. A w dzień jej urodzin kamer - 
junkier jej von Bünau, podochociwszy sobie na przyjęciu 
u królowej, spadał przez rampę do klatki schodowej i po¬ 
nosił śmierć na miejscu. Nadszedł rok 1702, dla Augusta i Polski rok klęsko¬ 
wy, rok ponownego zajęcia Warszawy przez Szwedów, rok 
porażki kliszowskiej. Gwiazda Augustowa błyszczała co¬ 
raz bledziej. Rok 1704 pozbawił króla tronu polskiego, na 
ten tron wyniósł zaś Leszczyńskiego. August uciekł z Kra¬ 
kowa do Drezna samotrzeć, w towarzystwie gwardzisty 
Boblinga i kamerdynera Spiegla, męża swojej Fatymy, 
a uciekał tak zdrowo, że aż odśpiewano w Dreźnie za jego 
przyjazdem „Te Deum“. Świtały teraz dni Coseli. Smukła brunetka, pełna ży¬ 
cia i ognia, tak gwałtowna, że gotowa była policzkować, 
biczować, czy nawet zabić przeciwnika, tak zabobonna, że 
z miłości do „Kabały“ chciała podobno przechodzić aż na 
judaizm, zajęła teraz miejsce Chrystjany Eberhardyny. 
Ale była ona gorliwą protestantką, tak jak i Chry¬ 
stjana, wstawiała się tedy za małym kronpryncem, aby mu 
nie kazano przechodzić na katolicyzm. Nie wywdzięczył 
się jej — mówiąc nawiasem — August III za tę troskli¬ 
wość, gdyż śladem ojca przetrzymał ją w więzieniu stol- 
peńskiem, dokąd wtrąciła ją była własna jej pycha i in¬ 
trygi dworskie, aż do późnej jej śmierci (31 marca 1765). 4‘ 51
		

/Magazyn_155_08_0052.djvu

			Ale nim dumna hrabina znalazła się w więzieniu, omal że 
nie pękło królewskie serce jej rywalki: „Niechże Wasza Dostojność — czytamy w liście Chrystjany do 
jej ojca z 10 lipca 1705 r. — nie odwraca ode mnie ojcowskiej swojej 
łaski i serca, jako że jestem najnieszczęśliwszą istotą na ziemi, oto¬ 
czoną tylu boleściami, że prawdziwie co dzień, co godzina, wzdycham 
za wyzwoleniem i końcem błogosławionym, V. Wszelako czekały ją nowe jeszcze walki. Jej tłuścioszek Gucio wychowywał się nie w Pretzschu 
pod macierzyńskiem jej okiem, ale w Dreźnie czy Lichten- 
burgu pod opieką babki Anny Zofji, księżniczki duńskiej. I ona była twardą protestantką, przyjaciółką pastorów, 
jak Spener, Petersen i t. p. Jako ochmistrz królewicza 
funkcjonował zrazu Aleksander von Miltitz, zajadły wróg 
Polaków, Nic dziwnego, że od początku szwankowało pol¬ 
skie wykształcenie księcia, że do powołania na tron mówił 
łamaną polszczyzną. Pięcioletniego bębna proklamował 1 maja ultraprote- 
stancki wittenberski uniwersytet Melanchtona swoim rek¬ 
torem, 6 zaś grudnia 1704 ćwiczył ośmioletni w obliczu 
ojca saskich kadetów: „Sylabizując szabelką wywija 
I nią wskazuje na książce litery; Kiedy go tańczyć uczą guwernery, Biczykiem takty muzyki wybija". Dnia 10, 12 i 19 września 1705 r. jeździł królewicz 
z szukającym zapomnienia w łowach ojcem na podjazd 
i kładł trupem pierwszego rogacza, a 5 października — 
pierwszego jelenia. Ale roku następnego skończyły się te 
uciechy pacholęce. Był to rok Wschowy, Drezna, Altran- 
stadtu: królewicz z matką i babką musiał uciekać do duń¬ 
skiego Rendsburga. 52
		

/Magazyn_155_08_0053.djvu

			Wrócili zbiegowie do Drezna po niespełna pół roku. 
Odwiedził ich tamże zwycięzca szwedzki Karol XII, bru¬ 
dny, obszarpany, nieokrzesany. „Z królową — pisze Gurlitt — zamienił (znany mizogin) trzy 
słowa, ze stojącym obok niej błaznem Fröhlichem (rozmawiał) z kwa¬ 
drans". Tymczasem zbliżał się dzień w życiu młodego Augusta 
najważniejszy: dzień jego przejścia na katolicyzm. Zabie¬ 
gali o nie kolejno, papieże Inocenty XII i Klemens XI; 
pracowali nad niem dostojnicy rzymscy Paulucci, Davia, 
Albani; pracowali jezuici Vota, Vogler i Salerno; przygo¬ 
towywać je miał ostatecznie nowy ochmistrz królewicza, 
a następca zelanta luterańskiego Miltitza, Sabaudczyk Jó¬ 
zef Wicardel de Trivier, margrabia de Fleury et de Beau¬ 
fort, wówczas poseł sardyński w Wiedniu. „Hrabia Lagnasco —■ polecał August —- oświadczy papieżowi, 
że król każe margrabiemu de Trivier udać się do Rzymu, ażeby Jego 
Świętobliwość raczyła zbadać, czy markiz nadaje się do przeznacza¬ 
nej mu funkcji." Za sankcję ponowną korony polskiej postanowił za¬ 
płacić Rzymowi „Mocny“ nawróceniem syna. Papież obie¬ 
cywał mu w dodatku dla tegoż syna rękę domniemanej 
spadkobierczyni spuścizny habsburskiej, jemu, który ma¬ 
rzył właśnie o wielkiem imperjum Wettynów. Dnia 24 
maja 1711 r, zabierał tedy ojciec czternastoletniego syna 
z sobą do Polski, 24 zaś marca roku następnego pisał do 
opornego wciąż chłopca po naradzie z Salerną i Szembe- 
kiem: „Powtarzam ci, kochany synu: mojem zdaniem, moją radą i moją wolą jest, abyś stał się katolikiem. Poza tym Kościołem nie- 
masz bowiem zbawienia, tylko zguba wiekuista". Z Polski zawieziono chłopca do Bolonji. Tam na dwo¬ 
rze kardynała Jakóba Buoncompagniego dokonało się na- 53
		

/Magazyn_155_08_0054.djvu

			reszcie nawrócenie młodego Augusta. Dnia 27 listopada 
1712 r. złożył on potajemne wyznanie wiary. „Widok z Monte della Guardia — dodaje prof, Haake — i ob¬ 
szerne nawy San Petronia pozwoliły estetycznie nastrojonemu mło- 
dzieócowi zapomnieć o płaczącej, samotnej matce . VI. Nawrócenie Augusta zbiegało się z obchodzonem uro¬ 
czyście w całej Saksonji dwóchsetleciem reformacji. Więc 
zawrzało w świecie protestanckim: heskie landgrafy, An- 
halty i Koburgi jęły konspirować z ortodoksami i pietyst- 
kami saskiemi przeciwko „renegatom“. Działo się to 
w roku Pańskim 1717. W dwa lata później poślubił młody 
konwertyta brzydką, ale prawowierną Habsburżankę, „Reinhardt wieku Oświecenia“ — jak „Mocnego“ 
określa dowcipnie prof. Haake — wysilił się na przyjęcie 
synowej. Na jachcie, zbudowanym w kształcie Bucentaura, 
przywiózł ją Elbą do Drezna. Poseł pruski Posadowsky 
opisuje pyszny bal 3 września 1719 r. w zamku drezdeń¬ 
skim, otworzony polonezem przez Augusta II i Chrystjanę 
Eberhardynę. Była to ostatnia parada oficjalna biednej Chrystjany. „Nie umiem powiedzieć — pisała o niej z Wersalu daleka po¬ 
winowata — jak bardzo żal mi królowej. Jej częste łzy nie mogą 
przynieść szczęścia jej synowi." „Płaczącą Rachelą" nazwała ją ulotka protestancka 
z r. 1717. Nie była nigdy w Polsce jej przedostatnia a tragiczna 
królowa. Nie spoczęła na Wawelu obok Austrjaczek, obok 
Jadwigi, obok Marji Ludwiki i Mar ji Kazimiery. Nie szko¬ 
dziła i nie zaszkodziła przynajmniej Polsce, tak jak nie¬ 
godny jej małżonek. Odeszła w zaświaty pogodnie, ze 
śpiewem na ustach, uczczona pochwalną kantatą Bacha. 
Słuchała w godzinę śmierci, zdała od baraszkującego po 
Warszawie czy Dreźnie małżonka, podniosłych słów chorału: „Co doczesne, mignie chwilką. Życie ziemskie — śmieszny lach. Co nas czeka? Koniec tylko". 54
		

/Magazyn_155_08_0055.djvu

			2. „LEWA RĘKA“ 
KRÓLEWSKA „Nous conclûmes à la vérité que Votre Excel¬ 
lence voulait parler de quelqu une de ces 
nymphes à cous fourrés, mais nous nen fumes pas 
plus savants, leur nombre étant trop grand pour 
fixer notre devination.“1) (Manteuffel do Flemminga.) I. „Lubię ja naogół kobiety — wywodzi druh Augustowy, stary 
Flemming, w autoportrecie, spisanym w Warszawie w roku 1718 
i wydaje mi się, że trzeba być gburem, aby w nich nie gustować. Wy¬ 
znam zaś szczerze, iż wiele zawdzięczam kobietom, które więcej dały 
mi wykształcenia, a zwłaszcza umiejętności zachowywania się w świę¬ 
cie, niż faktyczni moi wychowawcy...“ Pöllnitzowa „La Saxe galante“, mała, 500-stronicowa 
książeczka, wydana dość tajemniczo w Amsterdamie 
i Frankfurcie w dwa lata po śmierci „Mocnego", poucza 
nas znowu, jak rozumiał miłość Flemmingowy władca. 
Coprawda był ten pan baron Karol Ludwik von Pöllnitz 
autorytetem mizernym, katolikiem, jak samże August — 
z pozorów i dla prebendy („Paris vaut une messe“), pięć 
razy bowiem zmieniał wiarę — ten pasorzyt i szpieg podo¬ 
bno, saski czy pruski. Pornografja zaś jego chodziła, jak 
często się to zdarza, z nikczemnością w parze. Mimo to 
pozostała ta opowieść „poetycka" o „galanterji" Augusto- 
wej — nie jedyna bynajmniej, gdyż współcześnie jeden 
z książąt brunświckich poświęcał Augustowi romans swój 
o „Rzymskiej Oktawji" — podstawą badań historycznych 
nad erotyką elektora i króla. Dużo przecie w tej opowieści Pöllnitzowej jest „Dich¬ 
tung , a stosunkowo mało „Wahrheit“. Za prolog służy 
autorowi sielanka hiszpańska w stylu napół Le Sage'a 1) („Król i ja) doszliśmy w samej rzeczy do przekonania, iż Wasza 
Ekscelencja miała na myśli którąś z tych nimf o kołnierzach futrza¬ 
nych, lecz nic nam nie przyszło z tego, skoro liczba ich jest zbyt 
wielka, ażebyśmy zorjentować mogli naszą domyślność." 55
		

/Magazyn_155_08_0056.djvu

			a napół tylko w kolorycie Zuloagi. Z Don Kiszota Au¬ 
gust, podobnie jak Flemming, nie miał oczywiście, mimo 
rozczytywania się w romansach rycerskich, ani łuta: „W miłości... daje się rządzić jedynie rozumowi" — zwierza się 
nam znowu feldmarszałek i dodaje: „niech sobie myślą {o tem), co 
chcą, kochankowie romantyczni." Nie brał ponoć August w Madrycie, jak chce legenda, 
czynnego udziału w walkach byków, jak też nie stał się 
tragicznym kochankiem margrabiny de Manzera. I szybko 
minęły dla książęcia „szczęśliwe dni Aranjuezu”, spłynął 
jak sen dwukrotny pobyt w Wersalu, Paryżu i Fontaine¬ 
bleau, ale bardziej zato w formacji młodzieńczej dojrze¬ 
wającego księcia, który, jak skądinąd wiadomo, od dziecka 
niemal hołdował Wenerze, zaznaczył się pobyt w rozba¬ 
wionej Wenecji sełłecenta czy we Florencji, skąd z dworu 
żonatego z Niemką Kośmy III przesadzić mógł później 
August niektóre zabawy rycerskie do Drezna i do War¬ 
szawy. W każdym razie już wtedy, w dobie tych wczasów 
parysko-madryckich, tych zapustów weneckich czy karu¬ 
zeli florenckich, „żądza uciech — jak pisze Flemming — 
stawała wpoprzek jego ambicji“. Narazie — powiedzmy za wzorem usłużnych biogra¬ 
fów — zagrała wszakże w Auguście żądza sławy. On, 
który, jak od nich słyszymy, z żalem niegdyś jako chłopak 
trzynastoletni rozstawać się miał z ojcem, „saskim Mar¬ 
sem", śpieszącym pod mury zagrożonego Wiednia, później 
zaś biegł asystować Eugenjuszowi Sabaudzkiemu przy 
oblężeniu Lille i który uważał się za zawodowego „turko- 
bójcę", znalazł się teraz w obozie, gdzie jednak, jak mó¬ 
wią nam prawdomówne źródła, w przerwach pomiędzy 
bitwami i biesiadami nie poniechiwał wcale zwykłej lektury 
romansowej. Wracając zaś z pierwszej czy drugiej kam- 
panji na Zachodzie, poznał młody książę w Bayreucie czy 
Berlinie legalną swoją połowicę, a tak mało przecie towa¬ 
rzyszkę życia, w osobie skromnej, jasnowłosej Niemeczki 
z rodu Hohenzollernów. 56
		

/Magazyn_155_08_0057.djvu

			AUGUST MOCNY W STROJU SUŁTAŃSKIM 	
			

/Magazyn_155_08_0059.djvu

			II. Już wszakże świtała w bujnym żywocie Augustowym 
era metres. Margrabina de Bayreuth podaje w pamiętniku, 
że po śmierci króla liczbę dzieci jego nieprawych obli¬ 
czano na 354, brat zaś jej Fryderyk, zwany Wielkim, przy¬ 
równuje znów Augusta w swoim „Antymachjawelu" do Ju- 
ljusza Cezara, którego zwano w Rzymie „mężem żon 
wszystkich". Była jesień roku 1694, roku, który nastąpił po ślubie 
króla z Chrystjaną Eberhardyną. Już podróż poślubna 
młodych małżonków urozmaicona została tego rodzaju 
epizodami, jak wjazdy „Mocnego" szóstką galopujących 
rumaków do piwnicy ratuszowej w Norymberdze, gdzie 
August zgasił z pistoletu stojące w najodleglejszym za¬ 
kątku światło. Za przybyciem zaś do Drezna pary elek- 
torskiej rozpoczął się na dobre nieprzerwany łańcuch za¬ 
baw. Ale nie Chrystjana miała nadal na nich królować. 
Jesienią, o której mowa, przybyła bowiem do Drezna 
w sprawach rodzinnych kobieta niezwykła a urocza, jak 
tylko kobiety z Północy być potrafią, Szwedka w wieku 
balzakowskim, brunetka rasowa i już przez ten kontrast 
z kolorytem typu skandynawskiego interesująca, nieprze¬ 
widziana w swojem brio, a zdolna i wspaniała, jak boha¬ 
terki Renesansu. Toteż wlot podbiła Aurora Kónigsmarck 
serce żonkosia przyciężkiej Eberhardyny. Otaczały ją — dla kontrastu lub akcentu — dwie inne 
gracje, a siostry jej rodzone: hrabina Lówenhaupt i hrabina 
Steinbock, a wszystkie te trzy oglądamy podziśdzień na 
mocno rozebranym trójportrecie w zamku w Moritzburgu, 
głównej widowni jej sukcesów. Usłużny Beichling, fawo¬ 
ryt i minister królewski, odegrał prżytem, jak zwykle, rolę 
„pocztyljona miłości , a potem rozegrała się z teatralno¬ 
ścią i przepychem właściwym Augustowi królewska sie¬ 
lanka moritzburska. Wystawmy sobie pałac jakby z bajki, leżący na wy¬ 
spie wpośród zieleni; wystawmy sobie hrabinę piękną jak 57
		

/Magazyn_155_08_0060.djvu

			Diana, prowadzoną przez swojego adoratora na kraniec 
tej wyspy, gdzie rozbito dwa namioty tureckie: w nich 
królował August obok Aurory, przebrany za sułtana, wokół 
nich kręcili się Beichlingowie, hrabina Lówenhaupt, Fur- 
stenberg, agowie, janczary... Ciągle Wschód, „Tysiąc i je¬ 
dna nocy“, sto i jedna metres plącze się z ciężkim, saskim 
Zachodem i z subtelną a zmysłową Północą. Wszak dogasa 
tymczasem w Wilanowie Sobieski, wszak pastorzy i okul- 
tyści wieszczą właśnie elektorowi następstwo po nim i zwy¬ 
cięstwo nad Turkiem... I tylko biedna Chrystjana wylewa 
w Dreźnie gorzkie łzy zawiedzionej, III. Prawdziwy szczęk broni wyrwał znów elektora spo 
śród teatralnych kindżałów. Był teraz rok 1696. August 
w tym roku został, jak wiemy, ojcem dwu synów: 7 paź¬ 
dziernika rodził mu się w Dreźnie August III, w trzy tygod¬ 
nie później, w pobliskim Goslarze, Maurycy Saski, syn roz¬ 
kosznego Moritzburga, przyszły marszałek francuski. Au¬ 
gusta wtedy w Dreźnie ani w Goslarze nie było, bawił 
w Wiedniu i nad modrym Dunajem wypoczywał po tru¬ 
dach pierwszej swojej kampanji tureckiej. To pierwsze 
wszakże „turkobójstwo“ Augustowe wypadło fatalnie. 
„Wnuk Marsa“, traktowany zgóry przez hardych, jak sam 
cesarz Leopold, Austrjaków, „meteków“ zresztą z Połu¬ 
dnia, jak Caprara czy Veterani, spóźniał się wszędzie i stał 
bezczynnie pod Piotrowaradynem, podczas gdy Turek 
przeprawiał się przez Dunaj pod Temeszwarem. Tracił 
August ludzi i zapasy, gubił się w bagnach i torfowiskach, 
ba! przegrał podobno nawet jedną z bitew, upiwszy się 
jak mu to zarzucali feldmarszałkowie cesarscy przed 
objęciem komendy nad szturmem; w każdym więc razie 
pomimo osobistego męstwa nie zasługiwał on ze strony 
Turków na rzekomo przyznany sobie przez nich przy¬ 
domek ,,demir delha“ (pięść żelazna). Gdy jednak żądza jego sławy spaliła i raz nie 
ostatni — na panewce, to żądza uciech pełnej zato doznała 58
		

/Magazyn_155_08_0061.djvu

			satysfakcji. Nastąpił bowiem karnawał drezdeński roku 
1696, mający za tło odnowione świeżo dzięki pożyczce 
bankiera Berenda Lehmanna komnaty zamkowe, a roz¬ 
dwojony pomiędzy Chrystjaną a Aurorą. Królowała prze¬ 
cie raczej ta ostatnia, występując w punkcie kulminacyj¬ 
nym zabaw, w balecie ,,Święto Muz", przy dźwiękach ta¬ 
kiej oto serenady: „Bronić miłości któżby mi śmiał? Miłości Jowisz sam wszakże chciał, Jarzma Wenery, co światem włada, Za żadne skarby nie oddam rada, Bronić miłości któżby mi śmiał?“ IV. Ale już bladła także i gwiazda Aurory. Na dworze 
drezdeńskim różne walczyły ze sobą koterje. Wszystkim 
zarówno nie dogadzała ,,die Kónigsmarckin'. Toteż Prze- 
bendowscy podsunęli „sułtanowi" wychowanicę swoją, 
brankę turecką Fatymę: w jej towarzystwie pojechał bo¬ 
dajże August na drugą turecką wyprawę — couleur locale 
nęciła w tem prawdopodobnie urodzonego kabotyna. Z nią 
też ugrzązł zapewne elektor po dość niechlubnie zakończo¬ 
nej wyprawie w jednej ze swoich Kapui, w Wiedniu, wy¬ 
ratowanym przez swojego poprzednika, w pysznej, bo już 
zapowiadającej „Rokoko" stolicy naddunajskiej. Tam płu- 
żyła sobie zmysłowa Fatyma, kręcili się wokół niej zaufani 
Augustowi Flemming i Fiirstenberg, lecz już wschodziła 
gwiazda nowej metresy, hrabiny Esterle. Nie było więc 
Augusta — jak rzewnie a fałszywie opisuje Póllnitz — 
przy kolebce małego Morysia w Goslarze ani przy łożu 
Chrystjany Eberhardyny w Dreźnie. Wzgardziwszy tamtemi 
dwiema, a nawet Fatymą, zatrzymał „Mocny" wzrok swój 
w czasie balu dawanego przez króla „rzymskiego" Józefa, 
twórcę pięknej wiedeńskiej bibljoteki, na hrabinie Esterle 
z domu Lamberg, która cucić pono musiała zapały jego 
„larendogrą", jak on sam cucić będzie później omdlałą 
z miłości do niego Lubomirską podczas turnieju w Warszawie. 59
		

/Magazyn_155_08_0062.djvu

			Albowiem w życiu Augusta nastawała teraz era pol¬ 
ska. I znów nie Chrystjana Eberhardyna, ale płocha Wie¬ 
denka towarzyszyła królowi w drodze na Wawel i asysto¬ 
wała koronacji na osobnej trybunie, obsypana kosztowno¬ 
ściami, podczas gdy król, posuwając się w teatralnym, wy¬ 
myślonym przez siebie kostjumie ku ołtarzowi koronacyj¬ 
nemu, paradował przed nią i zerkał w jej stronę z wiel- 
kiem zgorszeniem Polaków. To był przecie punkt szczy¬ 
towy jej faworów: za względy dla Flemminga i Wiśnio- 
wieckiego usunięta została niebawem Esterlka z dworu, 
a syn jej nie doczekał się uznania przez Augusta. Ten, 
ruszając w tym czasie na trzecią wyprawę turecką, zabierał 
już ze sobą Lubomirską. V. Urszula z Alten-Bokumów Lubomirską, żona Jerzego, 
podkomorzego koronnego, a córa starej, spolszczonej jak 
Platerowie czy Borchowie rodziny niemieckiej, późniejsza 
księżna cieszyńska i wirtemberska, a matka kawalera de 
Saxe, była kobietą polityczną. Tak twierdzi przynajmniej 
Haake, a Gurlitt, często zresztą bałamutny, czyni z niej 
godną siostrzenicę kardynała Radziejowskiego i jego in¬ 
tryganckiej siostry, pani Towiańskiej, insynuując, że tak 
dziwnemi drogami chadzał początkowo i gruntował się 
wpływ Lubomir skie j. Było jednak cokolwiek inaczej. Początkowo istotnie 
Radziejowscy czy Lubomirscy mogli chcieć przez tę ko¬ 
bietę opanować króla: ci ostatni zwłaszcza, ,,z soli wyrośli 
magnaci pchali się „drzwiami i oknami“ na dwór Augu¬ 
stowy: córkę podskarbiego Hieronima Augustyna swatali, 
bez skutku zresztą, szwagrowi królewskiemu, za Jerzego 
Ignacego wydawał król metresę swoją Denhofową. Sczasem jednakże zakochał się August na dobre 
w swojej księżnie cieszyńskiej. I rzadko kiedy Warszawa 
bywała tak świetna, jak w tern przedwiośniu pięknej Urszuli 
przy boku ledwo trzydziestoletniego monarchy. I jak 
Kónigsmarckini składał elektor-król niegdyś w hołdzie 60
		

/Magazyn_155_08_0063.djvu

			u stóp czar Moritzburga, Esterlce zaś majestat Wawelu, 
tak Lubomirskiej rzucał teraz do nóg splendor Warszawy, Nie należała do Polski Cosela, należała Denhofowa. 
Pierwsza z nich — to polityczka, jak księżna Urszula, 
druga — bezpretensjonalna trzpiotka. Jeśli Esterlka wy¬ 
niosła była Flemminga, Lubomirska strącić pomogła Beich- 
linga, aresztowanego pewnej nocy kwietniowej 1703 roku 
w Toruniu, to Cosela, Niemka z krwi i kości, szła znowu 
na rękę fakcji Beichlingowej, którą położyły były wpływy' 
polsko-francusko-katolickie. Zła to była kobieta, choć wy¬ 
idealizowana nieco przez Kraszewskiego, o wiele gorsza 
od płochych poprzedniczek swoich, a niesamowita w ma- 
njach kabalistyczno-talmudycznych, krew swoją i lichą 
tradycję przekazała dalej. Ale że wyrosła nad głowę 
Flemmingowi, ten skręcił jej kark i zastąpił nieszkodliwą 
Denhofową. VI. Le roi s amuse..., mais le roi vieillit. Jesteśmy teraz 
w roku 1732, przedostatnim żywota królewskiego. Święci 
się lato ostatnie przedwcześnie zużytego viveura. Spędza 
je August w Wilanowie. Nazajutrz po „świętej Flance“ 
— 27 lipca — przychodzi cały wielki świat polski na po¬ 
koje królewskie pożegnać się z gasnącą gwiazdą „Moc¬ 
nego“. Te imieniny Anusi Orzelskiej — to jakby synteza 
przedzgonna ciężkiego dla Polski trzydziestopięciolecia, 
utkanego z klęsk i zdrad, parad i zbrodni, mieniącego się 
blaskami Wawelu i „Zwingeru“, wielkiej sztuki i marnych 
fajerwerków. Zdziadziały Sas, wsparty na ramieniu nowej 
ulubienicy, córki szynkareczki francuskiej ze Starego Mia¬ 
sta, a rycerskiej w geście i teatralnym efekcie jak sam 
ojciec prezyduje ostatniej tu za życia uczcie. Otaczają 
go grenadjerzy-gwardziści syna Rutowskiego, chłopy na- 
schwał, ci sami, co przeprowadzać z nim mieli wtedy wła¬ 
śnie zamach stanu królewski w Polsce. A w parku pała¬ 
cowym dwadzieścia tysięcy lamp składa się na napis: 
Vivat Anna! 61
		

/Magazyn_155_08_0064.djvu

			W salach zaś pałacowych, gdzie przed trzydziesto¬ 
pięcioleciem konał Sobieski, rozsiadła się cała Polska 
saska. Wiedeń daleko, a Targowica blisko. Siadł obok 
Augusta Czartoryskiego, który będzie świadkiem gwałtów 
Repnina i rozbioru, Jan Klemens Branicki, który się prze¬ 
ciwstawi wyborowi ostatniego króla. Ale to święto, ta apo¬ 
teoza Orzelskiej, to — nadewszystko — święto damy ro¬ 
kokowej polskiej, w swojskiem jej „embarquement pour 
Cythère“, z doświadczonym w tych sprawach Augustem 
przy sterze. Więc płyną pośród fal i łach wiślanych Wilanowa: 
Konstantowa Sobieska, zjawa jeszcze poprzedniego pano¬ 
wania, której męża porywał był niegdyś August do Kônig- 
steinu; płyną trzy córki królewskie: Orzelska, Moszyńska 
i Bielińska; płynie Zosia Sieniawska, oczko w głowie sta¬ 
rego Flemminga, rozkoszna a tak bardzo posażna, że wal¬ 
czy się o jej skarb i wdzięki na udeptanej ziemi; płynie 
Konstancja Poniatowska, matka króla, i — grono wzgar¬ 
dzonych kochanek i kompanek królewskich z eks-hetma- 
nową Pociejową, wtedy już hrabiną Montmorency, na 
czele. Płyną, ale — jak w dramacie Wyspiańskiego — ta 
łódź, co ich niesie, ściemnia się nagle i zasępia: gasną 
lampjony, z rąk „Mocnego" przejmuje wiosło ponury 
Charon, spada kurtyna nad pierwszym aktem Polski sa¬ 
skiej, la commedia è finita. 62
		

/Magazyn_155_08_0065.djvu

			III. ORSZAK „MOCNEGO“ 1. „OKRĄGŁY STÓŁ, 
KRÓLEWSKI 
(Wielmożowie polscy) Jak to szczęśliwie Polak żyl pod Augustami! Jakie to dwory, jakie trybunały huczne! Co za paradne sejmy, jakie wojsko juczne! Człek jadł, pi!, nic nie robił i suto w kieszeni! (Niemcewicz: „Powrót posła".) I. Czytamy u starego historyka Nabielaka1): „Głównym celem Augusta II, nad którym przez cały ciąg życia 
usilnie pracował, było zaprowadzić w Polsce dziedziczność tronu, 
widząc jednak, że nie może zamiaru tego dopiąć jawnie i przemocą, 
obrał ku temu pod koniec panowania drogę inną, niby legalną: skła¬ 
dał liczne sejmy, których dawniej nie lubił, jednał sobie łaskawie 
cenniejsze rodziny i tym sposobem utworzył koło siebie grono osób 
zamiarom swoim przychylnych. Zawiązek tego stronnictwa dworskie¬ 
go stanowili pod koniec jego panowania: podskarbi nadworny Mo¬ 
szyński; miecznik koronny książę Lubomirski, dowódca muszkiete¬ 
rów saskich; Jan Lipski, biskup, podkanclerzy koronny; biskup ka¬ 
mieniecki Hozjusz; Mniszek (sic!), marszałek wielki koronny; Antoni 
Dembowski, referendarz koronny; dwaj bracia Bielińscy: Michał i Franciszek; Piotr Dunin, starosta Zatorski; Jan Cetner, starosta ka- 
mionecki, później kuchmistrz koronny. Do tego grona najbliższych 
i najzaufańszych zwolenników Augusta II należał i (Jan Klemens) 
Branicki...,, II. To stronnictwo dworskie, o którem wspomina tu — 
jako jedyny bodajże z naszych historyków — Nabielak, 1) „Jan Klemens Branicki..." („Biblioteka Ossolińskich", V, 
Lwów 1864). 63
		

/Magazyn_155_08_0066.djvu

			toby mogła być zarazem owa polska „Confidenztafel“, ów 
„stół konfidencjonalny“ Jego Królewskiej Mości Augu¬ 
sta II, z którym spotykamy się właśnie w ostatnich latach 
„Mocnego“, np. w „Lettres historiques", opisujących pobyt 
Hohenzollernów w Dreźnie 1728 r., gdzie się mianowicie 
powtarza wzmianka: „Diner an der Confidenztafel". Miał 
ten osobliwy stół nakryć zapewne dwanaście, więc — nie 
licząc króla-gospodarza — zasiadać przy nim mogło, jak 
ulał, jedenastu wymienionych przez Nabielaka polskich 
paladynów królewskich, a zatem: Lipski, Hozjusz, Dem¬ 
bowski, Mniszech, Moszyński, Lubomirski, Bielińskich 
dwóch, Dunin, Cetner oraz Branicki. III. Ecclesia praecedit. I zaraz nasuwa się pytanie, jak 
wogóle wyglądał Kościół Augustowy1). Zaryzykowałbym twierdzenie, że tak, jak już w Egip¬ 
cie starożytnym — profanom przypomnimy tu choćby 
świetną powieść Prusa — kapłani prowadzili społeczeń¬ 
stwo, tak i w narodach katolickich naród okazuje się za¬ 
zwyczaj tyle wart, ile wart jest jego episkopat, którego 
przecie starożytna nazwa grecka mówi o zadaniach czu¬ 
wania, nadzorowania nad społeczeństwem. A jakże rzecz 
się ta miała z naszem społeczeństwem polsko-saskiem, 
jakich tuzów ascezy — jeżeli tak paradoksalnie wyrazić 
się wolno — liczył Kościół polski w dobie Augusta-kon- 
wertyty? Więc — prymasi: Radziejowski, Szembek, Potocki. 
Więc biskupi krakowscy: Dąbski (koronator królewski), 
Szaniawski i wspomniany już Lipski; więc młodszy Szem- 
bek-Krzysztof, więc dwaj Tarłowie, więc imiennik wiel¬ 
kiego kardynała, wspomniany również Hozjusz, więc dwaj 
Załuscy, więc dwaj Denhofowie, więc Łubieński, więc Fre- *) Na temat osłabionej żarliwości w wyższym klerze polskim 
z epoki „Oświecenia", która przyczyniła się pośrednio do zwycię¬ 
stwa prądów rozbiorowych, patrz niżej jeszcze w szkicu: „Związek 
uczynnych grabarzy"!
		

/Magazyn_155_08_0067.djvu

			AUGUST MOCNY (PORTRET PENDZLA BACCIARELLIEGO NA ZAMKU KRÓLEWSKIM W WARSZAWIE) (PASTEL ROSALBY CAR 
R I ER Y W B. GALERJI KRÓ¬ 
LEWSKIEJ W DREŹNIE) ANNA ORZELSKA A
		

/Magazyn_155_08_0069.djvu

			dro, więc Ogiński i wiele innych jeszcze nazwisk, głośnych 
w Polsce dawnej. Już na pierwszy rzut oka uderza w tej niekompletnej 
zresztą liście wielka ilość „kortezanów“, biskupów dwor¬ 
skich, takich, co, jak ci za Zygmunta i Bony, jak Gamra¬ 
towie, jak Krzyccy, jak do pewnego stopnia Tomiccy, stali 
tronu bliżej niżeli ołtarza i którzy, jak później Franciszek 
Krasiński, a — bliżej końca — Podoski, Młodziejowski, 
Poniatowski czy Massalski — letnimi okazywali się w rze¬ 
czach wiary. Jeżeli rozpatrzymy zgrubsza wymienione 
wyżej nazwiska, to odrazu podejrzanymi pod względem 
takiego „kortezaństwa“ wydadzą nam się: Radziejowski, 
Szembek, Potocki, Dąbski, Szaniawski, Lipski, wszyscy 
niemal najważniejsi, Radziejowski — a tak trudno w biograf jach tych wy¬ 
kreślić średnią pomiędzy urzędową pobłażliwością Koryt- 
kowskich a pozytywistycznym antyklerykalizmem So- 
bieszczańskich i Orgelbrandów — kardynał św. rzymskiego 
kolegjum, ale syn zdrajcy, a zato krewniak i protegowany 
Sobieskiego, wysłany przezeń do papieża z chorągwią zdo¬ 
bytą pod Chocimem i umocowany później do zawarcia 
słynnego przymierza z cesarzem Leopoldem, niebardzo 
wywdzięczał się protektorowi za życia, a także i po 
śmierci, nie bacząc na interesa elekcyjne kuzyna-Jakóba, 
jeno oscylując w Łowiczu i Błoniu, gdzie funkcjonował 
jako inter rex, przy stałym współudziale siostry-intry- 
gantki, pani Towiańskiej, między Contim a Augustem, 
a później — i tu się odezwała w nim zapewne smutnej 
pamięci krew ojca — pomiędzy prawym królem a Szwe¬ 
dami. Tak wyglądał prymas-interrex. Nielepiej przedsta¬ 
wiał się koronator Augustowy Stanisław Dąbski, biskup 
wówczas kujawski. Miała wogóle stolica żyznych Kujaw 
Włocławek to do siebie, że była vagina episcoporum i że 
z niej najdzielniejsi pasterze na wyższe przesiadali się 
stolice, W tern zaś zaraniu stulecia XVIII zasiadali na tro¬ 
nie biskupów kujawskich kolejno: Dąbski, Szembek Sta- Źródło rozbioru Polski. 5 65
		

/Magazyn_155_08_0070.djvu

			nisław, Szaniawski i Szembek Krzysztof, dwóch biskupów 
krakowskich i dwóch prymasów. Z nich pierwszy, Dąbski — tu polegałbym raczej na nieżyczliwej ekspertyzie Bar¬ 
toszewicza i Smoleńskiego, skoro tak wcześnie oglądamy 
go w obozie tak wątpliwego konwertyty jak August — 
scharakteryzowany został przez innego, późniejszego a nie¬ 
zależnego w sądzie biskupa, jak następuje: „Czynu jego przy elekcji Augusta nie miał już kraj cnoty uka¬ 
rać; pokazuje to ostatni upadek, kiedy występek chodzi z czołem do 
góry. Dąbski należy do epoki, jaka gotowała się wtedy. Manę, Thecelr 
Phares napisane stały, a odczytać ich nie umiano..." (Łętowski). A teraz: Szembeki, Potocki, Szaniawski i Lipski, „kor- 
tezani“ pomniejsi, bo nie- było im dane odegrać roli tak 
przełomowej, jak Radziejowskiemu i Dąbskiemu: „korte- 
zanów" w Rzymie renesansowym nazywano znów dla od- 
miany „harpjami“, tak łasi bywali oni na dostojeństwa 
i beneficja. I Szembekowie nie z roli się poczęli i nie 
z bólu: byli zrazu mieszczanami krakowskimi, Schónbecka- 
mi, jak Bonery i Morstiny, a późniejsze przepychy i her¬ 
by — „Trinae rosae, binae kozae, vivat princeps generose!“ — kłaniają się transparenta prymasowi, to już atrybuta 
późniejszej epoki, saskiej; de facto zaś księża, pro¬ 
boszczowska to rodzina, Barberiniowie polscy, nie jedyni 
zresztą w swoim rodzaju. Z plebanji bowiem czy może celi 
klasztornej istotnie wyrośli: pierwszy z nich znany — to 
jezuita krakowski, a potem sypią się na nich zaszczyty: 
Stanisław — ze Słupowa już się piszący — zostaje pry¬ 
masem, brata wynosi na kanclerstwo; inny brat, Jan Krzy¬ 
sztof, osiada tłuste biskupstwo warmińskie, a dwóch jesz¬ 
cze dalszych członków' tej rozrodzonej i zapobiegliwej ro¬ 
dziny dostaje biskupstwa inne. Cały zaś ród dziwnie jest 
powolny „Rucie“ saskiej. Potockiego, interrexa po Auguście II, krótko a trafnie 
charakteryzuje Askenazy: „Górowała w nim — pisze — przysłowiowa duma Potockich, 
nieodstępna chęć przewodnia wyniesienia swojego domu do wszech¬ 
władzy w Rzeczypospolitej, nieubłagana niechęć dla wszelkich in- 66
		

/Magazyn_155_08_0071.djvu

			nych wewnątrz Rzeczypospolitej potęg, zdolnych do rywalizacji 
z tym własnym jego domem, a więc zarówno nieubłagana dla innych 
domów możnowładczych, jakoteż dla samego nawet domu królew¬ 
skiego.” Ramy szkicu niniejszego nie dozwalają mi przyjrzeć 
się wszystkim tym dygnitarzom kościelnym, a są pośród 
nich tak wpływowi, jak „regalista“ Szaniawski, co trząsł 
kancelarją królewską w erze Szembeka i Manteuffla. Ten 
biskup krakowski — to najtęższy bodaj statysta duchowny 
doby saskiej. Równa się z nim chyba tylko Andrzej Sta¬ 
nisław Załuski, także członek dynastji biskupów, jak 
Szembekowie i Łubieńscy, a — jak pisze o nim Bartosze¬ 
wicz — „pod każdym względem człowiek niepospolity“. Ale pilno nam już z powrotem do „Tafelrundy“ Au- 
gustowej, przy której ze szczególną podobno predylekcją 
z prałatów tych zasiadać mieli: Lipski, Hozjusz i Antoni 
Dembowski. Cóż powiedzieć mam o pierwszym z nich, księdzu 
podkanclerzym, późniejszym kardynale, w tej dobie zaś 
gorliwym uczestniku zawiesistych biesiad królewskich czy 
nawet osławionego „Bractwa Wrogów Wstrzemięźliwości"? 
I jego dosadnie na podstawie relacyj saskich charaktery¬ 
zuje Askenazy: „Lipski — powiada — podkanclerzy koronny z łaski dworskiej 
(pieczęć mniejszą otrzymał jako biskup krakowski wbrew prawu), 
Z' sklarowany... Augustowiec, człowiek małego serca, równie małej 
świętobliwości infułat, tern większego sprytu polityk..."; bez żad¬ nych podstaw moralnych — dodaje o nim gdzieindziej — intrygant, 
karciarz i smakosz, który bawiąc się, robiąc politykę, robiąc prze- 
dewszystkiem własną karjerę, więcej przesiadując za stołem biesiad¬ 
nym Augusta II albo w gabinecie ministerjalnym Briihla, aniżeli 
w swojej diecezji, dawał gorszący przykład nieposzanowania dla wy¬ 
sokiej godności księcia Kościoła i podniosłych obowiązków dusz¬ 
pasterza..."1) *) Zbyt może ostro wypadła dla księdza kardynała owa repry¬ 
menda askenazjańska; to pewna, że nie dorastał żadną miarą Lipski 
do „podniosłych — zwłaszcza — obowiązków duszpasterza” w tej 
skłóconej i zaburzonej epoce. Spotykamy się bezustannie z jego na¬ 
zwiskiem w dobie bezkrólewia po Auguście II czy pierwszych latach 
ugusta III, np. w ciekawej dla nas okoliczności, kiedy to milicja 5* 67
		

/Magazyn_155_08_0072.djvu

			„Sprawnym tłumaczem ustaw, organizatorem potwor¬ 
nych, „kradzionych“ wyborów, giętkim pośrednikiem 
w układach z butną magnaterją“ — mieni znowu biskupa- 
kardynała Konopczyński: „Cała (późniejsza) inscenizacja — dodaje — obioru Augusta III— 
była, rzec można, dziełem Lipskiego. On przekupywał magnatów, on 
dostarczał argumentów prawnych agitatorom, on wynalazł sprytne 
„salwy", czyli zabezpieczenia przeciwko uchwałom konwokacji, wyłą¬ 
czającym kandydatury cudzoziemskie, on też intonował „Te Deum 
po obiorze (drugiego) Sasa, ukoronował go w Krakowie i przyprowa¬ 
dził mu do przysięgi pokonanych Stanisławców, Nagrodą tych zasług 
był kapelusz kardynalski—" Jeżeli Lipski wywdzięczał się tak dynastji, która go 
wyniosła, to inny znowu członek „Tafelrundy“ Augustowej 
Stanisław Hozjusz, imiennik wielkiego kardynała, biskup 
poznański, mniej pewny siebie od kolegi — podkanclerze¬ 
go, bo „zanadto pamiętający o własnem pospolitem po¬ 
chodzeniu..., (a) z kultury Niemiec“, wysługiwał się rów¬ 
nież plemieniu swojego dobroczyńcy, proklamując obiór 
syna jego na kamieńskiem polu elekcyjnem, podczas gdy 
w pobliskim kościółku bernardyńskim towarzysz jego Lip¬ 
ski intonował właśnie „Te Deum". Innych zato biskupów w kole kamieńsko-praskiem nie 
było. Nie było także świeckiego jeszcze uczestnika owego 
(Nabielakowego) grona współbiesiadników Augustowych, 
przyszłego zaś biskupa Antoniego Sebastjana Dembow¬ 
skiego. Mniej ogładzony od szefa swojego Lipskiego, nie- 
władający jak on tak biegle licznemi językami cudzoziem¬ 
skiemu „mało mówiący i mrukliwy, ale wielkiego rozumu 
i sumienia“, siedział wtedy pan referendarz Dembowski, 
niepocieszony po przedwczesnej stracie małżonki swojej biskupia, stacjonowana bodaj w Kielcach, uganiała się po Polsce ' do¬ 
padała wkońcu „emisarjusza wielkiej loży angielskiej' , Ramzesa Bar- 
tazzani vel Rakoczy. Nie ze wszystkiem zaiste godne było to ramię 
duchowne — kardynał w roku 1739 potępiał plakatami konwentykle 
masońskie — gdy chodziło o tępienie herezji w Polsce, a nie zapo¬ 
minajmy, że jeśli zaogniła się pod koniec panowania Augustowego 
sprawa dysydencka, odpowiedzialność dostojników kościelnych wzro¬ 
sła, jak zaś się z niej wywiązywali, poucza nas, jak dotychczas, je¬ 
dynie sumienna praca Feldmana. 68
		

/Magazyn_155_08_0073.djvu

			Salomei z Rupniewskich, na dobrowolnem wygnaniu w By¬ 
tomiu, oczekując antyelekcji swojego kandydata. Wrócił 
też z Augustem III do Polski, aby tu sięgnąć po infuły: 
płocką i włocławską, a potem już jako biskup błogosła¬ 
wić po patrjarchalnemu swojemu po Rupniewskiej potom¬ 
stwu, żenić dzieci, chrzcić wnuki... Jako jeden z potom¬ 
ków w prostej linji zacnego biskupa cieszę się, że nie po¬ 
trzebuję napisać tu o praszczurze nil nisi bene. IV. Po infułach — buławy. Wielką koronną po Jabło¬ 
nowskim Stanisławie, paladynie „Odsieczy , po Potockim 
Feliksie, zwycięzcy spod Podhajec, po Lubomirskim Hie¬ 
ronimie, synu rokoszanina, dzierży najdłużej, bo przez lat 
równo dwadzieścia, Adam Mikołaj Sieniawski. Pamiętnik 
Flemminga, znaleziony w Dreźnie przez dr. Tarlińskiego, 
a potem zużytkowany przeze mnie, maluje nam plastycz¬ 
nie środowisko współczesne Sieniawskich, starej tej het¬ 
mańskiej rodziny. „Przysłowie niemieckie powiada — pisze Flemming do osoby nie¬ 
wiadomej z Warszawy 16 lutego 1720 r. — że kiedy Panu Bogu sta¬ 
wiają kościół, to djabeł tuż obok kaplicę sobie buduje, tak też, kiedy 
mężczyźni interesa robią, to kobiety pewnie się do nich wtrącają. Ma tu na myśli stary wyga saski dwie zapewne nie¬ 
poślednie rzędziochy z gatunku tych, o których mawiał 
niestety Fryderyk II: „Rozum w tem królestwie (= w Polsce) chodzi z kądzielą w pa¬ 
rze, kobiety intrygują i rządzą wszystkiem, podczas gdy mężowie ich 
się upijają.“ Ma tu na myśli Flemming Elżbietę z Lubomirskich 
Sieniawską, hetmanową w. koronną, i Agnieszkę Emeren- 
cjannę z Warszyckich Pociejową, hetmanową w. litewską. 
Wybaczy więc czytelnik, że, gdy pora nam przyszła mó¬ 
wić o buławach, z konieczności mówić będziemy raczej 
o spódnicach. Adam Sieniawski bowiem — o koledze jego Ludwiku 
Pocieju powiem tylko słów parę — to jeden z owych fa- 69
		

/Magazyn_155_08_0074.djvu

			talnych niedołęgów, niedołęgów w boju i niedołęgów w ra¬ 
dzie, jakich tylu pętało się i pęta skroś całej historji pol¬ 
skiej ; jeden z tych typów bez temperamentu i polotu, wy- 
karmionych jakby na kartoflach tylko i cienkiej łurze, za¬ 
leżnych ślepo od panoszących się połowic-magnifik i ciągle 
się na nie oglądających, tak iż w stosunku do nich raczej 
warto się pytać, z kim są żonaci, niżeli co sami ze siebie 
reprezentują. Agnieszka Emerencjanna z Warszyckich i Elżbieta 
z Lubomirskich — to herod-baby: Śreniawitce zwłaszcza 
płynie w żyłach mocno warcholska krew dziada-marszałka 
i ojca — także marszałka a sensata. To są oligarchy 
w najgorszym stylu i guście litewskich kolegów — Radzi¬ 
wiłłów, oportuniści bez czci naprawdę i bez wiary, z któ¬ 
rych lęgną się tego rodzaju sekutnice z piekła rodem. Taka Sieniawska wpada np. w roku 1720 do komnaty, 
gdzie radzą hetmani, i woła: „Wy tu radzicie, a lepiej, byście działali, a jeżeli zbywa wam 
na odwadze, to ja wsiądę na koń i wszystko załatwię". Nic dziwnego, że w cieniu tej spódnicy heros-Sieniaw- 
ski maleje do rozmiarów znikomych. Niknie również pod 
majestatycznym pantoflem swojej Agnieszki kolega jego 
litewski Pociej, podobnie jak tamten sprawujący komendę 
swoją — na nieszczęście kraju — przez pełnych lat dwa¬ 
dzieścia, w okresie nietylko niezbyt zaszczytnych bojów, 
ale i konfliktów domowych inłer maiesłałem et libertatem, 
konfliktów właśnie wokół buławy hetmańskiej, konfliktów, 
które przeżyją obu Augustów i zamącą doreszty erę rów¬ 
nież ich następcy. Ta Lubomirska przy Sieniawskim, ta 
Warszycka przy Pocieju, jak — później — przy Ksawe¬ 
rym Branickim — siostra jego Sapieżyna, dolewają do 
tych konfliktów wszelakich babskich jadów oraz trucizn — 
miscent aconiła novercae. Tym koszmarnym postaciom za¬ 
wdzięczamy w nie byle jakiej mierze smutny nasz koniec 
i ekspiację tyle zasłużoną, choć nieraz tak piękną, jaką 
była długa Golgota moralna matrony porozbiorowej. 70
		

/Magazyn_155_08_0075.djvu

			V. Z emblematów rządowych, ministerjalnych za Augu¬ 
sta II pozostały nam jeszcze do omówienia — używając 
gwary XVIII-wiecznej — „klucze“, „laski“ i „pieczęcie“. 
„Klucze“ (podskarbiowie) — to przedewszystkiem Prze- 
bendowski i Poniatowski; „laski“ (marszałkowie) — to 
przedewszystkiem Kazimierz Bieliński i Józef Mniszech; 
„pieczęcie“ (kanclerze) — to dwóch Andrzejów Załuskich, 
Michał Wiśniowiecki, Jan Szembek oraz początkujący Mi¬ 
chał Czartoryski. Towarzystwo to mieszane, bo i kogóż w tym zastępie 
nie braknie? Są tam przybłędy niby saskie, jak ten Prze- 
bendowski, Polak czy renegat, kalwin czy katolik, djabeł 
wie, komu naprawdę się wysługujący, warchoł zapewne 
i szubienicznik, ale „kingmaker“ Augustowy, ale kuzyn 
Flemmingowy, powtarzający z cynizmem: „Niech djabli 
wezmą Rzeczpospolitę, skoro mnie w niej źle!“ Jest dalej 
Wiśniowiecki, jak tamten — krętacz pomorski, tak ten 
znowu — żubr litewski, nadzwyczaj popularny u szlachty, 
przeniknięty dumą niezmierną, „wybierający niewolę nad 
ucieczkę, gdyż Wiśniowieckiemu uciekać nie wypada, od¬ 
stępujący nagle od ułożonej już umowy przekupnej z dy¬ 
plomatą (obcym)..., gdyż Wiśniowieckiemu nie wypada 
brać do rąk pieniędzy“, tradycjonalista twardy, który, 
„z dużym trudem zyskiwany dla Sasa, gotów w ostatniej 
chwili zepsuć całą sprawę, skoro się dowie ze zgrozą, że 
elekcja saska musi się odbyć na Pradze, zamiast na tra- 
dycyjnem polu wyborczem pod Wolą, i który naprawdę 
wtedy dopiero z rzetelną uciechą oświadczy się za Augu¬ 
stem III, skoro mu agenci sascy podadzą na pergaminie 
pięknie wymalowane drzewo genealogiczne, skąd jasno 
wynika, że królewioz-elektor Jegomość przez dwanaście 
różnych stopni wywodzi się ze świętej krwi Jagiellonów, 
jedynej, przed którą on, Wiśniowiecki, pochyla głowę"; 
zresztą — jak zawsze pisze Askenazy — „nadzwyczaj 
gwałtowny, zwłaszcza pod wpływem kielicha, a często 
nietrzeźwy i wtedy poprostu — jak wyraża się o nim pry-
		

/Magazyn_155_08_0076.djvu

			mas — „dzikie zwierzę“.,, i znowu — tum go czekał — „całkiem prowadzony na pasku przez żonę Teklę Radzi¬ 
wiłłównę“, wdowę po Flemmingu. Przy tym zaś kanclerzu- 
barbarzyńcy rośnie już w zaszczyty i wpływy odmienna 
zgoła generacja statystów polskich: funkcje podkancle¬ 
rzego litewskiego sprawuje najpierw Kazimierz ks. Czar- 
toryski, później zaś syn jego Michał, „jagiellońska" także 
familja, podupadła teraz nieco, ale pełna kultury zachod¬ 
niej i mocna poparciem Flemminga. To Czartoryscy, a tuż obok nich pnie się wgórę ich 
zięć i szwagier Stanisław Poniatowski, bohater Woltera, 
przyjaciel żyda Fonseki, co z niejednego już pieca chleb 
jadał, co i do Holandji wciąż zazierał, i do Paryża jeździł, 
i w niemieckim Kasslu był u siebie, i okultyzm czynny 
uprawiał, „intrygant (zresztą raczej), niż mąż stanu“, jak 
dawniej „partyzantem był raczej, niż dowódcą". Na zakończenie zaś ministerjalnej tej galerj i, nie¬ 
pełnej, gdyż owe sylwetki saskie z ram mi już wychodzą, 
o Mniszchu jeszcze wspomnę tylko, założycielu krótko- ^ trwałej dynastji marszałkowskiej, i o Bielińskim, ojcu 
tego, co stworzył w Warszawie „Marszałkowską", żona¬ 
tym, jak Czartoryski, z Morstinówną, a przez to — po¬ 
dobnie — rozsadniku kultury francuskiej w Polsce, kul¬ 
tury dworskiej, której ślady sięgają aż w epokę stanisła¬ 
wowską. VI. Józef Mniszech, marszałek wielki koronny, potomek 
starego a nieszczególnie na dworach Zygmunta Augusta, 
czy Zygmunta III, zapisanego rodu, „przez Augusta II obdarzony wielką laską marszałkowską, t. j. 
najpierwszym urzędem ministerjalnym Rzeczypospolitej, a prócz tego, 
będąc także na stałym żołdzie 12.000 talarów rocznie z prywatnej 
szkatuły królewskiej, uchodził za najpewniejszą kreaturę dworską, 
lecz w gruncie rzeczy bardzo podstępny, giętki i wyrachowany, nie 
brał bynajmniej zanadto do serca swoich obowiązków wdzięczności 
względem dworu, obok sekretnej pensji królewskiej pobierał sekret- 
niejszą pensję rosyjską i swoją służbę dla króla godził zręcznie ze 72
		

/Magazyn_155_08_0077.djvu

			NAGROBEK HETMANA JANA-KLEMENSA BRANICKIEGO (W KOŚCIELE FAUNY« w BIAŁYMSTOKU)
		

/Magazyn_155_08_0079.djvu

			służbą dla Rosji przeciwko królowi. Marszałek miał wpływy w kraju 
i nietylko z mocy samego urzędu, lecz również przez rozlegle stosunki 
familijne: przez córkę, wydaną za Józefa Potockiego, trafiał do zięcia, 
wojewody kijowskiego, do prymasa i do całej partji magnackiej Po¬ 
tockich; przez żonę, rodzoną siostrę Jana Tarły, trafiał do szwagra, 
wojewody lubelskiego, do starosty jasielskiego i do całej partji szla¬ 
checkiej Tarłów. W tej grze podwójnej nader pomocną była mężowi 
pani Mniszchowa, wielka dama, politykująca w wielkim stylu owo- 
czesnym, nienawidząca i znienawidzona współzawodniczka innych 
wielkopańskich „kobiet stanu", a wyższa wytrawnością i sprytem od 
wojewodziny Radziwiłłowej („za męża swego wojującej amazonki" — 
jak wyrażał się paszkwil współczesny) i nawet od kanclerzyny Wiś- 
niowieckiej, niepochwytna, niebezpieczna, intrygująca na wszystkie 
strony, wszędzie poszukiwana, wszędzie opłacana, a nigdzie nieprzy- 
wiązana, biorąca upominki rosyjskie, ewikcje austrjackie, gratyfikacje 
francuskie i kosztowności saskie, żmija — powiada o niej z pasją 
Briihl —• która pozostanie przy więcej dającym i lepiej wypłacalnym, 
plus offerenti et melius soluenti"1). VII. Trzej inni paladyni „Okrągłego Stołu“ Augustowego 
to już to, coby dzisiejsza Warszawa czy też prowincja — 
z ironicznym przekąsem — nazwała „rodzinką" królew¬ 
ską, to powinowactwo, oczywiście, z lewej ręki. To — Mi¬ 
chał Bieliński, to — Jan Kanty Moszyński, to — Jerzy 
Ignacy Lubomirski. Bieliński, młodszy syn Kazimierza i Morstinówny, 
brat Franciszka, to bowiem jeden z kilku zięciów natu¬ 
ralnych królewskich, jako małżonek Marji Aurory Rutow- 
skiej, córki Augusta i branki Fatymy, z którą nie wytrzy¬ 
mał wszakże pan cześnik nadto długo, podczas gdy ona 
„zwiała" mu do Paryża. Jużto w tem potomstwie wnu- 
czem podskarbiego Morstina kusił „djablik" jakowyś, 
skoro pan Michał z takim aż bisurmańskim kojarzył się 
pomiotem, o siostrze zaś jego Marji, innej kochance kró¬ 
lewskiej, rozwiedzionej z Denhofem, poślubionej zaś pó¬ 
źniej Lubomirskiemu, wiemy skądinąd, jak mało była 
warta. Siostra wreszcie przyrodnia Marji Aurory Fry- *) Askenazy; „Dwa stulecia", I, 67 na. (skąd zaczerpnięte i inne 
cytaty). 73
		

/Magazyn_155_08_0080.djvu

			deryka Coslówna oddawała w roku 1730 rękę podskar¬ 
biemu Janowi Kantemu Moszyńskiemu. „Pan Moszyński — pisze Bartoszewicz — dawał u siebie obiady 
dla króla i dla całego grona familijnego.,. Czyto z Mokotowa, czy 
z Wilanowa jechał (August) do swojego dworca na Krakowskiem 
Przedmieściu, czy wracał z zamku z konferencji z jakim ministrem 
cudzoziemskim, czy z odwiedzin gdzie na mieście..., znajdował zawsze 
u Moszyńskiego stół gotowy... U podskarbiego widywał córki swoje: 
księżnę Annę (Orzełską-Holsztyńską), cześnikową Bielińską, Fryzową 
(Friesenową, siostrę Moszyńskiej), wreszcie samą panią podskarbinę 
(Moszyńską). Tam też schodzili się przyjaciele królewscy. Bywał 
miecznik koronny książę (Jerzy) Lubomirski, bywał ksiądz Lipski, 
podkanclerzy,... i drugi biskup, ksiądz Stanisław Hozjusz, i marszał¬ 
kowie Bielińscy, i Mniszech, i kilka innych jeszcze osób..." Pani domu, pani „Fritzi" Moszyńska, graczka wy¬ 
trawna na każdem polu, ustawiała wtedy zapewne stoliki 
do lombra, a przywiązany do nadobnych córek ojciec 
śledził rozgrywkę tych pań z magnatami i prałatami. VIII. Przemknijmy się jeszcze koło dwóch innych postaci 
dworu Augustowego i Nabielakowej „Tafelrundy“: koło 
kuchmistrza Jana Cetnera, niedoszłego męża Anusi Orzel- 
skiej, i koło ochmistrza przyszłej królowej Piotra Dunina. 
Spieszno nam już bowiem do młodziana, co siadł na sza¬ 
rym końcu, opodal króla, w gronie kuzynek Mniszchówien, 
Radziwiłłówien, czy Lubomirskich. To Jan Klemens Bra- 
nicki, to żywy łącznik pomiędzy epoką Sobieskiego (ro¬ 
dził się wszakże w cztery lata po „Odsieczy“) a dobą Po¬ 
niatowskiego (umarł w sam przeddzień rozbiorów). „Branicki — pisze Stanisław August w pamiętnikach — jedyny 
spadkobierca starożytnego rodu, był bogaczem, umiejącym używać 
dóbr ziemskich tak wystawnie, iż dom jego uchodził słusznie za dwór 
polski, łączący w sobie maximum gustu i wspaniałości. Młodość jego 
stowarzyszyła się z wszelakiemi uciechami Augusta II. W latach, 
w których odbywał się sejm w Grodnie, król ten, jakoteż i syn jego 
August III spędzali po kilkakroć pobyty w Białymstoku, jego rezy¬ 
dencji, i wraz z całym dworem ugaszczani bywali z zadziwiającym ich 
samych zbytkiem i komfortem. Albowiem te jego rezydencje w Bia- 74
		

/Magazyn_155_08_0081.djvu

			łymstoku i Horoszczy, te ich ogrody, to były zdobiące Polskę wykwity 
dobrego smaku. Drobny z postawy, wyglądał jednak Branicki na pana, odznaczał 
się wszelakiemi zręcznostkami, potrzebnemi do imponowania tłumom, 
a nadewszystko właściwością niemieszania się z zasady do żadnych 
spraw niewygodnych, z których niejedna rozszczepiała podówczas 
Polskę na dwie przeciwstawiające się w niej sobie z reguły i namięt¬ 
nie zwalczające się fakcje (Potockich i Czartoryskich)... To były jego awantaże; wzamian ■— mierność jego i przecięt¬ 
ność na wszelkich punktach, które stanowią o powołaniu na męża sta¬ 
nu, mierność, której sam był zresztą świadom, mierność, wynikająca 
z wykształcenia pełnego poloru, ale i powierzchowności, stroszyły 
próżność jego naprzeciwko tym, co go mogli przyćmiewać... Zbytkownik, 
zawsze zajęty środkami do podtrzymywania ulubionej sobie wystaw- 
ności, a mało wybredny w wyborze tychże środków, ograniczony le¬ 
niuch w służbie publicznej, chytry był i uważny wyłącznie wtedy tyl¬ 
ko, gdy chodziło o jego prywatę — a i fałsz nie bywał mu obcy. Dwór 
białostocki — to była istna minjatura dworu wielkiego, jako zbioro¬ 
wisko intryg, manewrów oraz faworytów, równie ogładzonych jak sko¬ 
rumpowanych... A jako że próżność i wygodnictwo raczej niż ambicja 
były motywami działań Branickiego, ponieważ dbał on jedynie tylko 
o utrzymanie się na powierzchni, o trwałość pozorów zewnętrznej 
swojej konsyderacji, a zarazem realnych zysków oraz przyjemności, 
przeto nie troszczył się zgoła o sprawy państwowe... Takim był czło¬ 
wiek, którego zamożność i zbytek, elegancja i rozkosznictwo uczyniły 
głośnym w całej Europie..." Takim był — zgodnie ze świetnym portretem szwa¬ 
gra — benjaminek ten orszaku Augustowego, najmłodszy 
rycerz królewskiego „Okrągłego Stołu", ten sczasem het¬ 
man, wódz partji francuskiej w Polsce, uczestnik „sekretu" 
wersalskiego, kawaler hiszpańskiego „Złotego Runa", szwa¬ 
gier ostatniego króla, przeżytek schyłkowej epoki, pogrobo- 
wiec saskiej swawoli, najprawowitsze plemię „Mocnego". 2. DYGNITARZE 
NIEMIECCY 
(Dwaj panowie z Loży) Historyk Klaudjusz Rułhiere, dobry znawca Polski 
przedrozbiorowej, w ostrych słowach scharakteryzował 
biurokrację sasko-polską: „Ten tłum podrzędnych figur... — tak ją mianowicie określa — 
które, przywykłe do podziemnych intryg w stosunku do narodu pol- 75
		

/Magazyn_155_08_0082.djvu

			skiego, znały narodu tego słabości i namiętności i cnót nawet jego 
umiały używać, by go znieprawiać i prowadzić na manowce.,. Dzisiaj przyglądnąć się mamy ekipie naczelnej tej 
biurokracji saskiej, co zdaniem kompetentnego, dobrze 
poinformowanego świadka, przez lat sześćdziesiąt zgórą 
znieprawiała i na manowce wiodła naród polski. I. Zanim wszakże ruszymy wślad polityków, jak ma¬ 
wiało się wtedy: statystów, to nawiązując jeszcze do daw¬ 
niejszych rozważań naszych, zatrzymajmy się na chwilę 
przy „Confidenztafel", przy stole konfidencjonalnym króla 
jegomości. Stoi on w Dreźnie — obojętna, czy w ad hoc 
przyrządzonej, wspomnianej już piwnicy przy „Schiess¬ 
gasse“, czy gdzieś w górnych apartamentach pałacowych. 
Istnieje od najwcześniejszych lat panowania Augustowego, 
sięga końcowych bodaj lat wieku XVII, i bardzo być może, 
że uczestnicy uczt i pogadanek tego stołu tworzą wzorem 
humanistów renesansowych włoskich rodzaj klubu współ- 
biesiadniczego, zwanego z łacińska ,,contubernium , ja¬ 
kich sporo, począwszy od stulecia XVI, rozpleniło się było 
na Zachodzie. To pewna, że przy tym „stole konfidencjonalnym 
„Mocnego" gromadzi się od wczesnych, jak się wyżej rze¬ 
kło, lat jego panowania grupka alchemików, grupka ludzi 
zainteresowanych napozór wyłącznie w studjum i roz¬ 
woju praktycznym nauk przyrodniczych, t. zw. „Nałur- 
philosophów“, ale napewno ściślejszemi jeszcze węzłami 
związanych ze sobą, niż proste naukowe. Do grupki tej 
należy przedewszystkiem dwóch szlachciców niemieckich: 
arystokrata Antoni Egon ks. Fürstenberg, bliski królowi, 
katolik, z tradycji rodzinnej, a czy z przekonania, tego do¬ 
kładnie nie wiemy: za dużo tych tuzinkowych książątek 
niemieckich zmieniało wszakże wiarę dla interesu, a w dru¬ 
gim rzędzie — równie bliski królowi obieżyświat, przy¬ 
jaciel filozofów, junkier Walther Ehrenfried von Ischirn- 
haus. Trzecim w tym związku jest lekarz nadworny Au¬ 
gusta, przytem zaś, jak wszystko na to wskazywać się 76
		

/Magazyn_155_08_0083.djvu

			zdaje, mag-okultysta, towarzysz jego podróży i trochę wy¬ 
chowawca, dr. Maciej Pauli. To towarzystwo, jak już wspominano, napozór para 
się tylko naukami przyrodniczemi: chemją zwłaszcza czy 
też i optyką, ale wszystko znów wskazywać się zdaje na 
to, że zainteresowania jego mniej są akademickie, mniej 
platoniczne. Fiirstenberg w ciężkim momencie wojny Pół¬ 
nocnej asystuje królowi na Zamku warszawskim przy eks¬ 
perymentach alchemicznych zagadkowego mnicha Ange 
d‘Ombrie; Tschirnhaus nie opuszcza Augusta w innym mo¬ 
mencie przełomowym tejże wojny, bawiąc przy boku jego 
w Sandomierzu, w dobie zawiązywania się tamże konfe¬ 
deracji; Paulego, o ile nam wiadomo, podobnie jak i in¬ 
nych okultystów, radzi się król w chwili decydowania się 
na koronę polską. Jest więc ta „Tafelrunde“ poniekąd 
i polityczną kuźnicą, a zabobonny August, który jak prawy 
suweren renesansowy niczego nie przedsiębierze, nie po¬ 
radziwszy się magów swoich i horoskopów, który wierzy 
w „arkana“ alchemiczne, gdy chodzi o przeróbkę metali na 
złoto czy wyrób ulubionej porcelany, który nawet z ko¬ 
chankami swojemi — jak uczy przykład Coseli — gotów 0 „Kabale“ prowadzić rozmowy, jest w tem synem także 1 swojego stulecia, co z „Regentem“ Francji i marszałkiem 
de Richelieu wywoływało szatana, z Ludwikiem XV zaś 
i jego następcami radziło się St.-Germaina, bywalca już 
podobnież i na dworze Augustowym, czy też później¬ 
szych Cagliostrów. II. A teraz przyjrzeć się nam należy zastępowi innego 
typu dygnitarzy, mężów stanu, biurokratów, którzy uszczę¬ 
śliwiali Polskę wspólnie z Saksonją w trzydziestoleciu 
1697—1733, owych Beichlingów, Flemmingów, Man- 
teufflów, Briihlów (pomijam tu innych, chociaż znacznych, 
jak Watzdorf, Fleury czy Lagnasco), w których cieniu 
kwitnęły znów figury pomniejsze, jak znani nam z histo- 
rjografji czy z powieści Kraszewskiego Paulowie, Hen- 
nickowie, Ludoviciowie i inni. 77
		

/Magazyn_155_08_0084.djvu

			Kanclerzy, vel premjerów, vel ministrów spraw zagra¬ 
nicznych wyszczególnić musimy w tem gronie przede- 
wszystkiem trzech: Wolfa Dietricha von Beichling vel 
Beichlingena, dalej Jakóba Henryka Flemminga i Ernesta 
Krzysztofa Manteuffla. Beichling — kanclerz i Flemming — pierwszy „minister 
gabinetowy“ saski (w tem zmniejszeniu jego kompetencyj 
ministerjalnych, które przetrwa de nomine aż po kres rzą¬ 
dów saskich w Polsce, uwydatnia się nieufność absoluty- 
sty-Augusta w stosunku do swoich doradców), Beichling 
zatem i Flemming — to pierwsza, najwcześniejsza para 
politycznych powierników Augustowych. Flemming, obok 
Paulego, a może i Tschirnhausa, gra znaczną a ruchliwą 
rolę w momencie powoływania Augusta na tron polski: 
rozstrzygającej wiosny 1697 r. pozostaje mianowicie 
w kontakcie z Polską za pośrednictwem ulubionej kuzynki 
swojej Przebendowskiej, kasztelanowej chełmińskiej, córki 
feldmarszałka pruskiego hr. Henryka Flemminga — szcze¬ 
gół to niedość, zdaniem naszem, uwzględniany przez histo- 
rjografję polską, że wszystkie te Flemmingi, Manteuffle 
czy Bninie, to albo Prusacy, co potem dopiero przedzierz¬ 
gnęli się w Sasów, albo skądinąd rozsadniki wpływu pru¬ 
skiego; niedarmo jedni z drugimi tak blisko o łużycką gra¬ 
niczyli miedzę. Uczestniczy dalej Flemming i w innych 
przygotowaniach Augusta do objęcia korony polskiej, krę¬ 
cąc się żywo między ówczesnemi kwaterami królewskiemi 
a Polską. Nad osobą Beichlingena zbyt długo zatrzymywać się 
tu nie możemy: ten kanclerz saski, nie wiemy, czy w pier¬ 
wszych etapach symbiozy sasko-polskiej, kiedy, jak wi¬ 
dzieliśmy już, Sasi odrazu zdobyli sobie wielką pośród 
Polaków niepopularność, odegrał taką czy inną rolę: o tem 
pouczyćby nas mogła przedewszystkiem korespondencja 
jego — niezbadana pod tym kątem widzenia — z Flem- 
mingiem, kiedy przez pół bodaj roku towarzyszył Augu¬ 
stowi w jego kwarantannie wawelskiej, zanim król, pogo- 78
		

/Magazyn_155_08_0085.djvu

			dziwszy się ze swoimi antyelektorami, zdecydował się 
przenieść wkońcu do Warszawy. Są w każdym razie Beichling i Flemming prawdzi¬ 
wymi „kingmak erami“ („królotwórcami") Augustowymi, 
są koruptorami, przekupywaczami magnatów i szlachty- 
elektorów. Beichlinga koniec (sprawuje on kanclerstwo 
saskie w ciągu czterech lat tylko) potwierdza nam poję¬ 
cie, jakie wytworzyliśmy sobie skądinąd o jego wartości 
wewnętrznej jako o koruptorze nietylko szlachty polskiej, 
ale przedewszystkiem rówieśnika młodości swojej, Au¬ 
gusta, którego ku rozpaczy nabożnej elektorowej-matki 
i sumienniejszych od siebie ochmistrzów wtajemnicza, on 
właśnie, w arkana Wenery; jako dalej — „stuprocento¬ 
wego“ okultysty, spirytysty, wróżbity, maga słowem wsze¬ 
lakiego pokroju — i przez to właśnie tak bliskiego Augu¬ 
stowi, a w gruncie rzeczy poprostu może szarlatana, który 
odchodzi ze sceny dziejowej pod zarzutami sprzeniewie¬ 
rzeń, lecz przytem tajemniczo, sposobem absolutystycz- 
nym, a specjalnie już saskim, ginie przed okiem historji 
wraz z sekretem swojego upadku w mrokach więzienia 
i niełaski, jak później Cosela, jak Sułkowski, jak inni 
jeszcze faworyci czy przeciwnicy elektorscy, co od mło¬ 
dych Sobieskich aż po alchemika Bóttigera zamieszkiwali 
mury fortec saskich z imponującym Konigsteinem na czele. III. Z Flemmingiem1) zgoła co innego. Ten, w miarę jak 
druh jego chyli się do upadku, potężnieje i rośnie w za¬ 
szczyty. On przecie — obok cara Piotra i Patkula — jest 
zapewne głównym inicjatorem wojny Północnej, on jako 
feldmarszałek saski kieruje całą armją elektorską w tej 
wojnie, zatem - rzec można - ani zasługi dyplomatyczne 
w wywołaniu zewszechmiar fatalnego konfliktu ani wąt¬ 
pliwe bardzo laury wojenne (August, jak podnosi Konop- l"WisSenSchaftliche Beil^e des Dresdner ' Anzeige"rs" 79
		

/Magazyn_155_08_0086.djvu

			r czyński, z reguły bitwy przegrywał) nie powinny były 
wynieść go tak wysoko, jak wyniosły. Stało się jednak inaczej. Flemming szedł do karjery 
bez skrupułów: „Wszak w drogach do zysku i mienia -— pisze o nim polski jego 
biograf —■ nie przebierał (feldmarszałek) nigdy (zostawił Flemming, 
podobnie jak Briihl, majątku po sobie 14—16 miljonów). Handel zie¬ 
mią prowadził na wielką skalę w Polsce i na Śląsku, kupował także 
i sprzedawał domy, budował pałace (jak słynny podziśdzień „Ja¬ 
poński“ w Dreźnie), żył w bezgranicznym zbytku, grał o wysokie 
stawki, brał pieniądze od każdego, co mu je dawał' . Również oczywiście pozbawiona skrupułów była jego 
lin ja polityczna — tu jednak zauważyć musimy, że postać 
tego męża stanu nie została jeszcze jak się należy 
a wszechstronnie oświetlona. Przeglądaliśmy dotąd w Dre¬ 
źnie — prócz pamiętnika-dziennika — inwentarz tylko 
olbrzymiej jego korespondencji, a co w nim zadziwia, to 
przedewszystkiem różnorakość gatunku: stanu i narodo¬ 
wości jego korespondentów. Flemmingowe bowiem zainteresowania — jak słusznie 
zauważył to także inny jego biograf, profesor Haake — 
mają rozpiętość bardzo szeroką. „Otwarta (to była) głowa 
na zagadnienia filozoficzne — określa go ten uczony ber¬ 
liński — ale wcale niezamknięta i dla problematów re¬ 
ligijnych“. Literat przytem — sporo utworów Flemmin- 
gowych, i to wcale zręcznych, mieliśmy w ręku, jak 
wogóle literatów niepozbawionych były ówczesne sfery 
polityczne saskie, literatów zdatnych i rączych do pam- 
fletów, paszkwilów i „portretów". Psycholog ze spojrze¬ 
nia, jak jego francuski kolega-dworak La Rochefoucauld 
czy później Polak Sułkowski, humanista późny, a wsze¬ 
lakiej rzeczy „wiedzialnej ciekaw, niedziw, że ko¬ 
responduje Flemming i z reformatorem protestanckim 
Beausobrem, i z mędrcem żydowskim Fonseką, i z filozo¬ 
fem Leibnizem, że prosi do siebie na obiady jezuitów, 
z którymi dyskutuje o istocie Bożej i Jej właściwościach, 
źe czytuje Poniatowskiemu, ojcu króla, utwór, tyczący się 80
		

/Magazyn_155_08_0087.djvu

			ERNE S T K R Z Y s N 
—ł 
0 F M ANTE u F F E L (PORTRET MATH! 1 E U W BIB L J O T E C E UNIWE RSYTETU L 1 P s 6 o —
		

/Magazyn_155_08_0088.djvu

			
		

/Magazyn_155_08_0089.djvu

			„prescjencji Boskiej“, że kiedyindziej rozważa sprawy te¬ 
ologiczne z zamieszkałym w Rzymie baronem Schenkiem, 
że konferuje z zakonnicami warszawskiemi, że się wkońcu 
dla tych czy innych, głębszych czy bardziej świeckich 
motywów namyśla — o czem wieść już gruchała bezpośre¬ 
dnio po elekcji Augustowej — nad zmianą wiary. IV. Taki to filozof-libertyn rządzi de facto Polską i Sa- 
ksonją w najcięższych dla obu krajów latach. Następcą 
jego bezpośrednim i spadkobiercą zostaje — na krótko 
coprawda — kreatura jego, Ernest Krzysztof Manteuffel. 
Znowu Prusak z ducha, ze służbowej przynależności pier¬ 
wotnej, z dozgonnych skłonności; znowu „filozof“, w naj- 
gorszem wszakże rozumieniu tego modnego podówczas 
określenia. Jeżeli o Flemmingu powiedziałem, że ważny ten 
czynnik historji naszej krajowej, że ten filar saskiej u nas 
„okupacji“ nie został dotąd dostatecznie „naświetlony", 
to Manteuffla — dzięki niedawnej rozprawie pani Seyde- 
witz1) — znamy, rzec można, poddostatkiem. A — rzec 
także można — Manteuffel wyciąga z przesłanek filo- 
zoficzno-libertyńskich Flemminga konkluzje niemal już 
rewolucyjne, deklaruje się jako republikanin, jako bez- 
mała królobójca; punkty widzenia religijne, u wcześniej¬ 
szego jego szefa jeszcze żywe, szczuplejszą grać musiały 
rolę w berlińskiej kreacji jego t. zw. „Aletofilów“ (loża 
masońska, do której wtajemniczał on zapewne młodego 
Fryderyka II); w zakresie zaś rządzenia Polakami, do 
czego jeszcze powrócimy, wprowadzał Manteuffel w życie 
metody czysto policyjne. V. Ze ściany lipskiej bibljoteki uniwersyteckiej spogląda 
na nas podziśdzień bezczelna twarz tej postaci. Siedzi tu 
imć Manteuffel jako protektor nauk i umiejętności, jako 1) Von Seydewitz Thea: „Ernst Christoph Manteuffel, Kabinett¬ 
minister Augusts des Starken. Persönlichkeit und Wirken“. Drezno 1926 Źródło rozbioru Polski. 6 ß \ J
		

/Magazyn_155_08_0090.djvu

			„Druh Prawdy“ (bo tak brzmiało jego miano konspira¬ 
cyjne), siedzi przy stole, przy warsztacie pracy, z piórem 
w ręku, w stroju porannym, w szlafroku i szlafmycy pod¬ 
bitych futrem, jakby od polskich chronił się mrozów, 
z orderowym „Orłem Białym" na sercu. A był to jeden 
z ludzi, co najwięcej szkód wyrządzili Polsce. VI. Manteuffel był junkrem pomorskim jak Flemming, 
junkrem jak Bismarck i jak Bulów. Władcza to rasa — 
ci junkrowie — ,,ein Herrenuolk“. Ernest Krzysztof, pan 
na Kerstinie, był w młodości, podobnie jak Otton Edward,, 
pan na Schónhausen, szaloną pałką, „ein toller Junker ; 
do drugiego kanclerza, Biilowa, zbliża go raczej przyro¬ 
dzona hipokryzja, mimo że jak tamten renomował się 
Manteuffel „en franc Pomeranien“. Zresztą żywot jego 
upodobnia się do biografji jednego z głównych jego pro¬ 
tektorów, Flemminga. Dzięki temu ostatniemu wędruje też Manteuffel do 
Polski. Flemming bowiem sprowadza go na dwór drez¬ 
deński z Prus fryderycjańskich i to w przełomowym, tra¬ 
gicznym niemal momencie jego egzystencji. Jest to rok 
1701, rok apogeum Prus hohenzollernowskich, rok wyniesie¬ 
nia pierwszego ich króla na stolec monarszy. Otóż w bla¬ 
skach koronacji królewskiej doznaje młody kamerjunkier 
zawrotu głowy. On, szlachcic „czworograniasty", poniża 
się do rzemiosła literata, „szansonuje" kochankę królew¬ 
ską, hrabinę Wartenberg, i wylatuje z dworu berlińskiego 
jak z procy. Początek obiecujący. Manteuffel, podobnie 
jak później Bulów, okazuje się w tym epizodzie więcej 
„intelektuałem" niż monarchistą. Istotnie, jak tamten 
w niełasce mizdrzyć się będzie do lewicy (po roku 1918), 
tak nasz Manteuffel znajdzie, jak zobaczymy zaraz, czas 
i miejsce na „credo“ ze wszystkiem republikańskie. VII. Odtąd — przez lat niemal trzydzieści — mamy to* 
„dobrodziejstwo inwentarza" pruskiego w Saksonji i Pol- 82
		

/Magazyn_155_08_0091.djvu

			see. Jest pan Ernest Krzysztof — jak się rzekło — krea¬ 
turą wszechpotężnego Flemminga: „Que je suis heureux d'être tombé entre les mains de Votre 
Excellence! — pisze doń 5 maja 1705 — Sans elle je ne serais rien, 
je ne saurais rien et je n aurais rien..." Jest Manteuffel Flemminga trabantem, kancelistą 
i publicystą; z jego polecenia odpowiada na zjadliwy 
wolfframsdorfowski „Portrait de la cour de Pologne“; 
z jego poręki jedzie w roku 1705 na ważne stanowisko 
Posła sasko-polskiego do Kopenhagi; potem na analogiczną, 
a ważniejszą jeszcze placówkę berlińską (1711), skąd 
wraca (1717) na równorzędne już niemal z Flemmingiem 
stanowisko ministra gabinetowego. Kopenhaga była w stuleciu XVIII ważnem centrum 
protestantyzmu światowego. Stąd wszakże miotał w roku 
1766 premjer duński Bernstorff najzgubniejsze dla Polski 
pioruny na nietolerancję naszą i chwiejny tron Stanisława 
Augusta. Tu sczasem rozwinąć się miała szkoła „Ilumina- 
tów Północy“, magów niesamowitych, mącących stale kadź 
polityczną elukubracjami teozoficznemi. Z tego też okresu 
żywota Manteufflowego zachował się słynny jego list do 
Flemminga, list niebywały jak na dyplomatę dworu kró¬ 
lewskiego, list niesłychany jako raport skierowany do 
dygnitarza sasko-polskiego, świadczący o tem, jaka to już 
korupcja zasad zalęgła się była na stopniach tronów 
przedrewolucyjnych: „Tak wyglądają monarchje — podajemy tu ustępy tego listu 
w tłumaczeniu polskiem — monarchje, które tylu poczciwców popiera 
i mieni najlepszą formą rządu. Co do mnie nie taję, żem jest ma¬ 
łym Sidneyem (Algernon Sidney, radykalny pisarz angielski, tuba 
opozycji królobójczej przeciw Karolowi I angielskiemu)... i biada mo¬ 
narsze, co zechce mnie potraktować niezgodnie z prawem, a może ra¬ 
czej biada mnie, gdyż te łajdaki naogół bywają silniejsze, ale obo¬ 
jętna, wszakżeż i rozbójnicy na drogach zazwyczaj mają także prze¬ 
wagę, a nie należy przecież oszczędzać zębów i pazurów, ażeby ich 
gwałtom przeszkodzić. Jestem przekonany, że gdyby świat miał od¬ 
wagę praktykowania nieco gorliwszego wyłuszczonych wyżej przeze 
mnie uczuć, które w teorji żywione są chyba przez wszystkich z jed¬ 
nym bodajże wyjątkiem ludzi obłąkanych, to nędza większości ludz- 6' 83
		

/Magazyn_155_08_0092.djvu

			kiej byłaby stokroć mniejsza, niż teraz. Zobaczy Wasza Dostojność, 
że sczasem panowie władcy zmuszą sami poddanych swoich do przed¬ 
sięwzięcia w rozpaczy, czego z braku cnót i serca nie potrafili byli 
dokonać. Bo rzeczy doszły nazbyt już daleko i najbardziej ospali 
zbudzą się wreszcie... Bógże sam, którego wszyscy ci tyrani małpują 
niby to, Bóg, powtarzam, aczkolwiek sam także jest monarchą, nie 
działa przecie w analogiczny do nich sposób: ...nie chce byśmy na¬ leżeli doń gwałtem, i pozwala nam iść do djabła, gdy tylko mamy na 
to ochotę..." VIII. Tak wyglądała jedna strona filozofji Manteufflowej — 
rewolucyjna. Ale była i strona druga — czysto też 
XVIII-towieczna — frywolna. W duchu tej ostatniej pisał 
Manteuffel 15 lutego 1706 r. do protektora: „Filozof ja lekarstwem jest wszystkiego złego, Łagodzi najsroższego jarzmo przeznaczenia, Przeto — dla uniknięcia większego zmartwienia — W ramionach Sylwji ujrzysz filozofa cnego". Toteż, jeżeli w gorętszych latach wojny Północnej 
widzimy hrabiego w zajęciach naprzemian pokojowych 
i wojennych: to korespondującego z ramienia Flemminga 
— w dobie pokoju altransztackiego — z magnatami pol¬ 
skimi, to jawiącego się znowu w orszaku nowego swojego 
władcy na dworze poczdamskim, z którego musiał niegdyś 
uciekać, to wreszcie dokonywającego wywiadu w obozie 
duńskim, to — czasu berlińskiej swojej ambasady — hoł¬ 
duje Ernest Krzysztof tej bardziej „sylwijskiej" filozofji. 
Najpierw więc rzuca spojrzenie łaskawe na „filozofa 
w służbie praw natury" pruska pani ministrowa wojny von 
Blaspiel. Manteuffel znajduje jednak, czy się też z tego 
przed Flemmingiem tylko chwali, że zdusić musiał w sobie 
namiętność, która inaczej krzyżowałaby była zabiegi jego 
dyplomatyczne. My sądzimy wszakże, że Wenerę zgnębił 
tu Merkury, że Manteuffel, wiecznie w kłopotach pieni꿬 
nych i cynicznie wyznający Flemmingowi, iż „przyjął so¬ 
bie za zasadę obłupianie z pieniędzy wszystkich możnych 
tego świata“, dlatego wzgardził wdziękami pani Blaspiel, 
że już nosił w zanadrzu intercyzę bogatej Chwalkowskiej 84
		

/Magazyn_155_08_0093.djvu

			(córki bodajże posła pruskiego w Dreźnie), Bóg jednak 
strzegł Chwalkowskiej, która umarła przed ślubem, 
a w rok potem żenił się 36-letni pan Ernest z arcyciepłą 
wdówką, Ślązaczką Gottlibą z Bludowskich. IX. Frywolny filozof potrafił się również przypodobać 
i swojemu zmysłowemu władcy: „Vous me ferre plesier — pisał do niego mianowicie 8 kwietnia 
1713 „Mocny“ ohydną swoją ortograf ją francuską o wysyłanym do 
Berlina, jak Menelaus na Kretę, hrabi Denhofie, mężu wpadłej wła¬ 
śnie królowi w oko pięknej hrabiny Marji Magdaleny z Bielińskich — 
de trouver moiyen de lasmeusser le plus longten quon pourras, au jen 
desprit il ne fos parler quas demies mos, que dieu vous aiges den sa 
seinte garde et je scuis votre bien affectione A, R." („Zrobi mi Pan 
przyjemność (z Denhofem), o ile Pan znajdzie sposób zabawienia go, 
o ile można najdłużej, a wiem, że mądrej głowie dość na słowie, 
niechżeż Bóg ma Pana w świętej Swojej opiece" i t. d.) W sześć tygodni później zwraca się król ponownie do 
swojego dyplomaty, by go zawiadomić, że niespodziewany 
powrót Denhofa do Warszawy już go w niczem nie krę¬ 
puje: „Les affaires étant sur un pied — porządkuję tym razem pi¬ 
sownię królewską — que sa présence ne porte plus d'obstacle, je vous 
suis toujours obligé du soin que vous vous êtes donné et je (ne) me 
suis point trompé (de) remettre cette négociation (!) entre vos mains, 
l'occasion se pourra trouver de vous rendre la pareille (!), ne croyez 
pas que Vaffliction du veuvage (list pisany w pięć miesięcy po śmierci 
Chwalkowskiej, narzeczonej Manteuffla), puisse aller si loin pour ne 
pas songer un jour au beau sexe". Manteuffel, przetrzymując Menelausa-Denhofa po¬ 
śród uciech Berlina i Poczdamu, działał w tem zgodnie 
z interesem protektora swojego Flemminga, Denhofowa, 
„secundo voto" Lubomirska, była bowiem następczynią 
bezpośrednią zdysgracjonowanej i uwięzionej (nie bez po¬ 
mocy usłużnego zawsze Manteuffla) Coseli, z którą 
wszechpotężny faworyt był na złej stopie. Z płochą zaś, 
chichoczącą pośród małp swoich, papug, murzynów i plo¬ 
tek Poleczką, którą król podziwiał, podobnie jak jej po- 85
		

/Magazyn_155_08_0094.djvu

			przedniczkę, księżnę cieszyńską, nienaj mniej dla ich prze¬ 
wag w jeździe konnej, radził sobie Flemming jak po ma¬ 
śle. Pamiętnikarz Loen opisuje nam dziką orgję, urzą¬ 
dzoną przez faworyta na cześć nowej kochanki królewskiej 
i równie rozpustnej hetmanowej Pociejowej. „Quand Au¬ 
guste buvait, la Pologne était ivre“: widywano na tych fe¬ 
stynach — podług cytowanego już tu Loena — magnatów 
polskich bladych niby ściana, chwiejących się na nogach, 
powstrzymujących się zaledwie przed majestatem królew¬ 
skim. Wtem powstał król, ażeby powrócić do rezydencji. 
Pijany Flemming, nie chcąc go od siebie puścić, rzucił 
mu się na szyję. Wdała się w tę nieprzystojną scenę Den- 
hofowa: „Milcz, mała kokotko!" usłyszała za to od poufa¬ 
łego ministra. Poczem para zakochana dosiadła koni, 
ale nie potrafiła utrzymać się na nich do samego Drezna. X. Trzynaście lat fatalnych trwało ministrowanie Man- 
teuffla w Dreźnie i Warszawie. Trzynaście fatalnych lat 
— od konfederacji tarnogrodzkiej do niedoszłego zamachu 
stanu Augusta — trzynaście lat nieodstępnej służby przy 
boku króla. Przez trzynaście lat steruje Manteuffel — 
obok Flemminga — faktycznie polityką zagraniczną Pol¬ 
ski. Przez trzynaście lat uczestniczy w poufnych o losie 
Polski konferencjach, jak ta np. z końca roku 1716 po¬ 
między królem pruskim a carem, Zrazu jako prawa ręka 
premjera saskiego, potem zaś, po śmierci protektora Flem¬ 
minga, samodzielny już kierownik polityki zagranicznej 
sasko - polskiej ; jako dalej prawa ręka zamiłowanego 
w sztuce swojego władcy, w charakterze dyrektora zbio¬ 
rów królewskich, wspina się zwolna chytry junkier pomor¬ 
ski na najwyższe szczeble łaski monarszej. W Dreźnie 
czy Karlsbadzie, Warszawie czy Grodnie czyha stale Man¬ 
teuffel na wymykającego się od poważnych interesów Au¬ 
gusta, zwabia go na teren urzędowej z sobą konwersacji 
opowiadaniami o pasjonującej króla porcelanie, o kome¬ 
tach i t. d., to mu znów — przy jego warszawskiej „Tafel-
		

/Magazyn_155_08_0095.djvu

			rundzie“ — czyta, jak wiemy, nagłos wyjątki z jezuickich 
*,,monita secreła“. W Grodnie znowu, podczas sejmu 
w 1718 r., wpada August do izby Manteuffla o późnej po¬ 
rze w szlafroku, ażeby z nim i Vitzthumem rozegrać kilka¬ 
set dukatów. Król go, jak również wiemy, zapytuje w tym¬ 
że czasie sejmowym dlaczego w Polsce jest o wszystkiem 
lepiej poinformowany, niżeli w Dreźnie: ,,Oserai - je en dire — zwierza się Manteuffel Flemmindowi — 
la véritable raison? lui ai-je répondu en riant: c'est que nous n'avons 
ici ni maison turque et hollandaise ni... Moritzburg ni... petits jardins 
ni... opéra ni... comédie ni... jolies danseuses. Combien de fois, y ai- 
je ajouté, Votre Majesté ne nous a-t-elle pas renvoyé quand nous lui 
■avons voulu faire des rapports en Saxe? Et ici tout va comme un 
papier de musique..." Innym razem odcyfrowują razem — król i Manteuf¬ 
fel — list Flemminga z Warszawy. Mówi w nim Flemming 
królowi o jakiejś „piękności wyjątkowej" („la bella in 
eecezione“ ). „Nous conclûmes à la vérité — odpowiada Manteuffel — que 
Votre Excellence voulait parler de quelqu'une de ces nymphes à cous 
fourrés (Polski?), mais nous n'en fumes pas plus savants, leur nombre 
étant trop grand pour fixer notre devination". XI. Czapką i papką, sztuczką i intrygą, służalstwem i raj- 
furstwem rośnie minister Augustowy jak na drożdżach. 
A drożdże te nawpół polskiego są pochodzenia, skoro 
Manteuffel większą część swojego urzędowania spędza 
w Polsce, skoro ze szlachtą polską, a przynajmniej z ad¬ 
herentami dworskimi pośród niej jest zapanbrat, skoro wy¬ 
rabia sobie indygenat polski z nazwiskiem Kiełpińskiego1) 
i od Kielpińskich się wywodzi, niczem później następca 
jego imć pan Henryk Brühl, „hrabia na Ocieszynie i Bry- 
lewie". I jak tamten dzierżyć będzie cały poczet starostw 
z tłustem spiskiem na czele, tak ten w ciężkiej dobie kon¬ 
federacji tarnogrodzkiej wyrabia sobie u kurującego się *) Od Kiełpina w starostwie nowodworskiem. 87
		

/Magazyn_155_08_0096.djvu

			właśnie razem z nim w Karlsbadzie króla przywilej na 
starostwo nowodworskie. Uczy go Flemming, jak postępować ma z Polakami: „A gdy po drodze zwróci się kto z petycją do króla — taką 
daje instrukcję pan premjer wyjeżdżającemu po raz pierwszy w no¬ 
wym charakterze urzędowym do Polski — niechaj ^Xr a s z a Ekscelencja 
wprost na nią odpowiada, nie pozwalając Polakom, towarzyszącym 
Jego Królewskiej Mości, mieszać się do tego! Wystarczy tylko po¬ 
informować o tem króla i przedstawić mu, że Pan jest takim samym 
dobrym Polakiem, jak pozostali“. Pojętny uczeń słucha rad Makjawela w peruce i nie 
dopuszcza istotnie do Augusta panów polskich, chcących 
króla przy pomocy Manteuffla przekonać, aby nie zwo¬ 
ływał niedogodnego tym razem dla magnaterji sejmu. 
Tłumaczy im obłudnie, że „choć Polak, ale nie poseł i nie 
minister koronny", woli się nie wtrącać do spraw we¬ 
wnętrznych Rzeczypospolitej. Szaniawski, Szembek i Manteuffel, biskup-sensat 
Litwin, kanclerz-parwenjusz-oportunista i Niemiec-cynik- 
wolnomyśliciel stanowili wtedy trójcę „regalistyczną , 
trzęsącą państwem. Zręcznie politykował „pan Kiełpiń- 
ski“, dzielnie dopomagali mu ksiądz biskup kujawski 
i kanclerz-pacyfikator, skoro — jak stwierdza Konopczyń¬ 
ski — w rezultacie połączonego ich trój wpływu w okresie 
wspomnianego już sejmu grodzieńskiego, „August... sta¬ 
nął... na czele Polski... rzekłbyś pan samowładny". XII. Sługa zaś tego polskiego samowładcy był dla nas, 
niestety! — przyznaje to najświeższa jego biografka — 
człowiekiem nawskroś pruskim. Już w lecie 1718 r., nie¬ 
długo po sejmie „niemym", pielgrzymował ponownie do 
Berlina, dążąc do wplątania króla polskiego w przymierze 
pruskie. Zarazem zaś majstrował już wówczas Manteuffel 
w Berlinie około osławionego później planu pozyskania 
przez Augusta w Polsce władzy absolutnej, kosztem — 
oczywiście — przyzwoitego „korytarzyka" dla Prusaków. 88
		

/Magazyn_155_08_0097.djvu

			„Wielki plan“ Manteufflowy — „le grand oeuvre“, jak się 0 nim w osobliwej gwarze masońskiej wyrażał młody 
Brühl dojrzał wszakże dopiero w dziesięć lat później, 
dojrzał w zimie z roku 1727 na 1728, w dobie szczytowej 
wpływów i pozycji Manteuffla. Nie tu miejsce szczegó¬ 
łowo zajmować się tym planem, studjum osobne poświę¬ 
cam niżej doniosłej tej kwestji t, zw. „Bractwa Wrogów 
Wstrzemięźliwości", które to „bractwo" okazało się naj¬ 
wcześniejszą w dziejach lożą niemiecko-polską. Manteuffel loży tej był inicjatorem i duchem. W ko¬ 
respondencji lożowej nosił król miano „Patrona", król 
pruski — „Kompatrona", on — poprostu — „Djabła". Na 
żołdzie pruskim, jak dawniej na duńskim, uważany przez 
Prusaków za tyle własnego człowieka, co przez Augu¬ 
sta1), zwalczany dlatego na dworze saskim przez t. zw. 
„klikę francuską", prowadzoną przez następcę Flemminga 
w premjerostwie, a niegdyś wychowawcę Augusta III, 
margrabiego de Fleury et de Beaufort — „Vivat Germa¬ 
nia, pereat Gallia“ pisał Manteuffel do Brühla. „Trop 
prussien“, nie wytrzymał jednak pan starosta nowodwor¬ 
ski skombinowanego naporu zdrowej reakcji francuskiej, 
saskiej i polskiej: odszedł w roku 1730, w pełnym rozwoju 
znanych a morderczych dla Polski planów Augustowych, 
pozostawiając młodszemu od siebie Brühlowi dalsze ich 
snucie i wykonywanie. XIII. A teraz otwiera się w życiu ministra sasko-polskiego 
faza końcowa (1730—49) i znowu faza pruska. Z Berlina 
wyszedł, przez Polskę przeszedł, do Berlina wrócił. Faza 
to — jak zazwyczaj u niego — dyplomatyczno-filozoficzna 1 wywiadowczo-masońska. Napozór para się Manteuffel 
poezją i trudni publicystyką: wszak to już w jesieni 1729 
roku wydał był „z Piotrkowa" ulotkę: „List szlachcica i) „Dites de Ma parł au Diable — wyraża się o nim w tym 
czasie pruski „król-kapral" — qu’il change de vie touchant la bouteille 
ou il succombera, quel malheur pour la cause commune et (ce) très- 
fidèle serviteur du Patron et ami du Compatron."
		

/Magazyn_155_08_0098.djvu

			polskiego do ministra obcego w Warszawie“. Jeszcze 
wcześniej tłumaczył był „ad usum delphini“, Augusta III, 
urywek jakiejś historji polskiej, potem — z łaciny na 
francuskie — „pacia conventa“, opatrując je własnemi 
a kompetentnemi komentarzami. A już po śmierci „Moc¬ 
nego" wypuszczał „w Hadze" „List przyjaciela-Prusaka do 
przyjaciela-Holendra o zbliżającej się elekcji polskiej“. 
Właściwie spełniał on jednak już wtedy w Berlinie funk¬ 
cję centrali wywiadowczej Briihla: „Na własny koszt i ryzyko — pisał mianowicie Manteuffel 
w czasie zaczynającej się doby elekcyjnej — sprowadziłem tu (do 
Berlina) z Polski wyborową sforę psów swoich wywiadowczych, na¬ 
radziłem się z nimi poufale..., wyposażyłem ich na własny swój ra¬ 
chunek kilku tysiącami guldenów i odesłałem, jaknajszybciej się dało, 
do ich prowincji“. Tak to nawet z azylu swojego berlińskiego mącił 
indygena polski w przybranej i łaskawej nań ojczyźnie. 
Pomagała mu przy tern ciemna zgoła figura, radca kance¬ 
laryjny Siepmann, alchemik z zawodu, tropiciel konfede¬ 
ratów dzikowskich, których listy skrzętnie przejmował, 
twórca „czarnych gabinetów" na pocztach we Lwowie, 
Lublinie i t. p. Ale był — nadewszystko — starzejący się Manteuffel 
mentorem młodego kronprynca Fryca, inicjatorem jego do 
filozofji wieku, a także zapewne i do masonerji, w której 
późniejszy Fryderyk II odegrać miał tak wybitną rolę. 
Fryderyk dopiero pod jego wpływem poczuł się na dobre 
„Frédéric le philosophe“; sam mienił się „Alcybjadesem", 
a Manteuffla uważał za swojego „Sokratesa". W tym też 
czasie zakładał Manteuffel w Berlinie nowe stowarzysze¬ 
nie „Przyjaciół Prawdy" („Aletofilów"), nową lożę ma¬ 
sońską, jak ta wcześniejsza, niemiecko-polska, z roku 
1728. Bo tu, jak i tam, skrywała się rzeczywistość pod 
pozorami niewinnej całkiem „badinerie“; bo tu, jak i tam, 
panowały pruskie maniery obozowe; bo tu, jak i tam, do¬ 
puszczane już bywały damy, późniejsze „mopsice , do 
obrządków jakoteż i uciech loży. 90
		

/Magazyn_155_08_0099.djvu

			Manteuffel umarł prawie że w połowie XVIII wieku. 
Ale ostatnie lata krętego swojego żywota spędził w kom¬ 
pletnej niełasce, ,,odstawiony" zarówno przez pruskich, jak 
i saskich swoich przyjaciół. Przepolitykował „pan Kieł- 
piński", za dużo srok za ogon chciał utrzymać. Zgubiła 
go wszakżeż ostatecznie przyrodzona dworakowi służal¬ 
czość. Oto kazał się portretować Francuzowi Mathieu 
z „Orłem Białym“ na piersiach, z listem pisanym właśnie 
przez siebie obok na stole, z listem, na którym widna była 
dużemi literami dedykacja do pruskiego kronprynca. Ta 
poufałość nie podobała się w Poczdamie: „Policmajster powinność służby swej rozumiał: Bardzo się nad zuchwalstwem czynownika zdumiał.“ Manteuffel nie wrócił już do swojego „Kummerfrey“ 
pod Kerstinem (nawet ta jego willa ulubiona musiała się 
właśnie tak nazywać jak fryderycjańskie „Sans-Souci“), 
umarł w Lipsku „en philosophe“, uprawiając niemal do 
końca służbę wywiadowczą, nie bez szkody zapewne dla 
Tej, która dała mu niegdyś indygenat rodowy Kiełpińskich 
i wyposażyła starostwem nowodworskiem. XIV. Poprzez Manteuffla dochodzimy do tego z biurokra¬ 
tów saskich, który rządzić będzie Saksonją za Augusta III, 
dochodzimy do Briihla. Skromne są jego początki. Przy¬ 
pomną współcześni postaciom naczelnym biurokracji sa¬ 
skiej za Augusta III, skąd się rekrutowała: z przedpoko¬ 
jów królewskich; Brühl, Sułkowski, Hennicke — jak 
brzmiał napis na ironicznym, poświęconym im trzem me¬ 
dalu — „drei-zwei Pagen und ein Lakai“. „Brühl — pisze o początkującym za Augusta III faworycie do¬ 
bry znawca spraw polskich Anglik Williams — jest synem szlach¬ 
cica turyngskiego... Brühl był paziem księżnej wdowy von Weissen- 
fels, mieszkającej pod koniec dni swoich w Lipsku. Zmarły król 
polski (August II), który przybywał zawsze na targi lipskie, odwie¬ 
dzał przytem Jej Wysokość księżnę i poznał wtedy hrabiego Brühla, 
który jako paź rozświecał przed nim schody... (Zaangażowawszy go 
do swojej służby), używał go... (August) czas dłuższy jako sekretarza 91
		

/Magazyn_155_08_0100.djvu

			swoich miłostek, ale dopatrując się w nim wielkich talentów, posta¬ 
nowił wychować z niego ministra i uczynił zeń przedewszystkiem 
szpiega w stosunku do wszystkich innych ministrów swoich, z którego 
to zadania wywiązał się (Brühl) ku zadowoleniu króla.., W chwili 
zaś śmierci (Augusta)... sprawy jego znajdowały się już bez reszty 
w ręku hrabiego Brühla... Był on jedynym ministrem, który towa¬ 
rzyszył (wtedy) królowi do Warszawy,., Czego nie mówi stary Williams, to tego, że jedno 
jeszcze ogniwo spajać wtedy mogło gasnącego króla z mło¬ 
dym paziem, a później ministrem. Generacja poprzednia 
stopniowo schodziła do grobu: Beichling, Flemming, Tschirnhaus i Pauli, ale niesłabnące nigdy okultystyczne 
zamiłowania króla nowej ciągle potrzebowały pożywki: 
podsycał je prawdopodobnie Brühl, właściciel przechowy¬ 
wanej dotąd w Dreźnie bibljoteki o wiedzy tajnej, spad¬ 
kobierca niektórych w tej dziedzinie rękopisów królew¬ 
skich, używający, ba! nawet gdzieniegdzie w korespon¬ 
dencji swojej gwary alchemicznej. XV. W roku jubileuszowym Kraszewskiego wygodził nam 
tom kilkusetstronicowy o Brühlu1). Szkoda tylko, że 
kolubryna węgiersko-niemiecka, wystawiona staraniem 
lipskiej „Amalthei“, strzela na wiwat starej wydze saskiej, 
z tem przecież, że salwy jej zgoła niezawsze trafiają 
w centrum. Przyjrzyjmy się rezultatom rehabilitacji! Henryk von Brühl — zdaniem p. Boroviczényego, 
„Medyceusz, Ryszeli i Rotszyld swojego czasu" (już 
w tym podtytule bucha tendencja panegiryczna) — uro¬ 
dził się w saskim Weissenfelsie na przełomie stuleci XVII 
i XVIII. Ojciec jego posiadał tamże zamek w Ganglof- 
sómmern, pozostający w rodzinie Brühlôw od czasów tego 
Jana, który przybyć miał do Saksonji z Barbarą Jagiel¬ 
lonką. Z pazia Augustowego kamerjunkier i szambelan, 
posiadający ucho swojego monarchy, mieszał się Brühl do 
polityki zawczasu. Na jednym z pierwszych „gorących *) Boroviczény Aladär von: „Graf von Brühl. Der Medici, Ri¬ 
chelieu und Rothschild seiner Zeit“. Zurych-Lipsk-Wiedeń (1929).
		

/Magazyn_155_08_0101.djvu

			uczynków“ złapał go Askenazy. 28 stycznia 1733 r, pisał 
mianowicie Brühl do Prusaka Grumbkowa o Polsce i wtedy 
już zamierzonym jej podziale: „U ne manque que de bien laisser cuire la soupe pour le grand 
repas du grand oeuvre (wyrażenie alchemiczno-masońskie), on verra 
avec quelle facilité et vitesse, sans risque et sans danger, tout ira“. W przeciwieństwie jednak do optymizmu Brühlowego 
rzeczy te nie poszły bynajmniej tak łatwo, gdyż w trzy 
dni po liście do Grumbkowa palec Boży zabrał z grona 
żyjących wielkiego zbrodniarza w koronie, Augusta II. 
Był więc „risque“ i był „danger“, że nowy elekt polski nie 
będzie tak łaskaw na Briihla, jak był nim stary August, 
zwłaszcza że młody król miał już innego faworyta w oso¬ 
bie Aleksandra Józefa Sułkowskiego. Na upadek tego Sułkowskiego i związane z nim osta¬ 
teczne wyniesienie się Briihla — tę jedną z najbardziej 
tajemniczych kwestyj w historji polskiej — rzuca praca 
Boroviczényego nikłe tylko światło. Dla mnie wszakże 
nie ulega wątpliwości — czemu dałem zresztą wyraz 
w krótkiej rozprawie, zaaprobowanej przez naukę nie¬ 
miecką1) — że podłożem niełaski Sułkowskiego była więcej 
od intryg dworskich sytuacja polityczna, mianowicie zaś 
angażowanie się faworyta za polityką frankofilską, „naro¬ 
dową“ w przeciwieństwie do orjentacji filopruskiej Briih- 
lów i Manteufflów, czy filoaustrjackiej wpływowego spo¬ 
wiednika królowej-arcyksiężniczki, ojca Guariniego. Brühl w charakterze premjera sasko-polskiego tamtą 
orjentację „narodową“ tępił coniemiara. Szpiegował pa- 
trjotów, jak tylko biurokrata niemiecki czynić to potrafi, 
używał zaś do „czarnych" posług policyjnych wspomnia¬ 
nego już wyżej Siepmanna, z profesji alchemika, z ka- 
rjery rezydenta saskiego w Berlinie, który, jak wiemy, 
przejmował korespondencję konfederatów dzikowskich 
przy pomocy pocztmistrzów lubelskiego i lwowskiego. *) Por. recenzję w berlińskiem „Litterarisches Zentralblatt“ 
z 4 listopada 1922
		

/Magazyn_155_08_0102.djvu

			XVI. Jest w niedawnej powieści Pawła Burga „Die Brühl- 
sche Terrasse“1) ustęp fantastyczny, dobrze oddający syl¬ 
wetę dworską młodego Briihla, niegorzej od minjatury na 
kości słoniowej, publikowanej w dziele Boroviczényego. 
Rzecz dzieje się na Wawelu, w zimie roku 1734. Poprzez zaśnieżony dziedziniec wawelski — opisuje Burg — 
podreptał Brühl do pomieszczeń dworskich i wypukał lekko ochmi¬ 
strzynię Kolowrat-Krakowską. „Brühl, ty tu? w nocy? Czy nie boisz się odkrycia naszej 
przyjaźni, czy nie lękasz się, że wtedy nie mogłabym ci być dalej 
pomocną, Henryku?..." „Chodź ze mną — odrzekł Brühl — i weź ze sobą Franię!..." Otulone w ciepłe płaszcze, ukazały się wkrótce matka i córka 
przed czekającym grafem. Ten skłonił się nisko, przeprowadził je 
przez pogrążony w mroku nocnym dziedziniec do bramy zamkowej, 
którą roztworzył. „Nocą do katedry?“ — zawahała się hrabina i pochwyciła za 
zziębnięte ramię córeczki. Ale Brühl nie zwlekał. Zapalił pochodnię o wieczystą lampę, 
palącą się w katedrze, i zeszli do krypty... „Do trumny Augusta!... Hrabino, — wyrzekł, stanąwszy przy 
tej trumnie komedjant-Brühl — nad trumną pana mojego błagam 
cię, hrabianko Franciszko Kolowratówno-Krakowska, zostań moją 
żoną!" Tak opisuje powieściopisarz niemiecki scenę zaręczyn 
Briihla z młodą i piękną hrabianką. „Frania" Kraszew¬ 
skiego znacznie mniej jest wszakże romantyczna od Bur- 
gowej. „Komedji dosyć mam dzień cały — powiada ona do męża — ze 
sobą grać jej nie potrzebujemy,.. Zawarliśmy ze sobą nie małżeń¬ 
stwo, nie związek serc, ale kontrakt, starajmyż się go korzystnym 
dla stron obojga uczynić!" A inną znowu jawi nam się dojrzała już Brühlowa 
w badaniach Krosigka2) : „Pan — pisze do syna Fryderyka na Nowy Rok 1755 roku — 
dał mi męża, który jest mi ojcem, przyjacielem i doradcą... Bóg ob- J) Burg Paul: „Die Brühlsche Terrasse." Roman von drei Kö¬ 
nigen und einem Grafen auf dem Balkon von Europa. Monachjum (1928). 2) Krosigk Hans: „Karl Gral von Brühl und seine Eltern". 
Berlin 1910. 94
		

/Magazyn_155_08_0103.djvu

			darował mnie jedenaściorgiem dzieci, z których połową rychło znów 
do siebie odwołał, za co Go wszakże wielbię i chwalę, pełna pociechy, 
że one przynajmniej nigdy względem Niego nie zgrzeszyły i że 
wiecznie przebywać będą w Jego bliskości." Polski, gdzie przymusowo od wybuchu wojny siedmio¬ 
letniej rezyduje hrabina, nie lubi. O Warszawie pisze: „Nieskończenie wiele zjechało się tutaj ludzi i niebywale się 
oni w towarzystwach bawią... Prywata tylko rządzi wszystkimi 
w tym kraju (aluzja do ciężkich chwil wojennych)... Polska jest 
krajem, gdzie można zrobić karjerę szybko, ale nie wedle zasług... 
W żadnym innym kraju nie prawi się tyle o wzajemnej przyjaźni, 
przyjaźni, która wszakże tyle tylko wytrzymuje czasu, jak długo 
sobie ktoś obiecuje po niej korzyści i protekcji..." A oto, jak sam wdowiec donosi synowi o śmiertelnej 
chorobie matczynej: „Wyśmienita ta pani, tak dobroczynna, tak chrześcijańska, tak 
długo śpieszyła z pomocą innym chorym, aż ją samą śmiertelna 
opadła zaraza.,. Anioł to był, którego teraz Bóg zapragnął wezwać 
do siebie spowrotem... Żebracy (nawet warszawscy).., dają (w cho¬ 
robie) na mszę za jej zdrowie..." XVII. Takiem było jedno to oblicze Brühl owe, oblicze pro¬ 
testanckiego pietysty, autora rozprawy ,,0 prawdziwej 
i gruntownej nabożności chrześcijańskiej wogóle, łącznie 
z pobudką do modlitwy“, oblicze Tartuffe'a, który „nieraz 
po faryzeuszowsku dawał się na modlitwach w kaplicy 
zaskakiwać". Ale miał Brühl i oblicze drugie, historykom 
dotychczas całkiem nieznane, oblicze okultysty, zamiłowa¬ 
nego w kabalistyce, oblicze okultysty, któremu nic co ma¬ 
gicznego nie było obce. „Powiedz mi, co czytasz, a ja ci 
powiem, kim jesteś" — wystarczy zajrzeć do katalogu księ¬ 
gozbioru Brühlowego, zakupionego w roku 1768 za 50.000 
talarów do bibljoteki królewskiej w Dreźnie, ażeby się 
o tern przekonać. Nie brak było tedy w „Brühlianie" pism nigromantycz- 
nych doktora Fausta, pism tego czarownika, o którym po¬ 
wiada Wiszniewski, że podobno był Polakiem, że nawet 95
		

/Magazyn_155_08_0104.djvu

			uczył się i wykładał magję w Akademji krakowskiej, 
a dalej, że niemasz dowodu, iż nie był jednoznaczny 
z Twardowskim, co to, jak powiada legenda, duszę zapi¬ 
sawszy djabłu, oszukał go i uciekł do Niemiec pod na¬ 
zwiskiem Fausta. Posiadał Brühl dalej księgi chiroman- 
tyczne medyka medjolańskiego Kardana; posiadał „psał¬ 
terz magiczny“ Teofrasta Paracelsa i jego „Ukrytą filo- 
zofję“, wydaną przez „filozofa nieznanego“; rozczytywał 
się w „Jedwabnej nici świata“ rodaka, swojego Pawła Greb- 
nera, co jak wiemy, „Mocnemu“ polską wywróżyła była 
koronę; zbierał horoskopy astrologiczne i podręczniki tejże 
wiedzy układu Araba Albohalego; zbierał rzadkie ko¬ 
deksy norymberskie, średniowieczne i renesansowe; zbie¬ 
rał traktaty i recepty medycyny hermetycznej, księgi za¬ 
klęć magicznych i ewokacyj kabalistycznych, jak „Tarcza“, 
„Kluczyki“ i „Zwierciadło Salomonowe“, jak dalej kom- 
pendja alchemiczne, przepisywane częściowo rączką hra¬ 
biny Cosel, równie gorliwej w poszukiwaniu złota jak 
i królewski jej kochanek, jak wkońcu wróżby „chiljastów“ 0 końcu świata i Królestwie Bożem. Posiadał Brühl prze¬ 
pis, jak odpędzać duchy piekielne, strzegące skarbów 
ukrytych, i inny znowu, znaleziony rzekomo w skrytce 
zamku malborskiego, jak produkować złoto i srebro, prze¬ 
pis, dzięki któremu dojść mieli Krzyżacy do tak wielkiej 
potęgi. Opłacał minister tysiącem dukatów sennik, spo¬ 
rządzony dlań umyślnie we Florencji, według interpreta¬ 
cji pewnego rabina. Wszystko to z „Oświeceniem“, ja¬ 
keśmy sobie wystawiali je dotychczas, zgoła nic nie po¬ 
siadało wspólnego: już raczej do tej zaliczyć można ka- 
tegorji traktaty anonimowe, jak „Duch pana Spinozy“, 
rzadki pamflet ateistyczny w języku francuskim, włącznie 
z rozdziałem o demonologji, wymierzony wprost w „tiarę 1 mitry“, w papieża i biskupów, i jak „Księgę o trzech 
oszustach“ (Mojżeszu, Chrystusie i Mahomecie), bijącą we 
wszelkie religje, a wywrotowe te broszury w kilku aż 
czasem trafiały się u Brühla egzemplarzach i gromadzone 
były przez niego z trudem i wielkim nieraz nakładem pie- 96
		

/Magazyn_155_08_0105.djvu

			niędzy ze spuścizn bibljotecznych po ludziach tak wy¬ 
bitnych, jak Maciej Korwin czy Kugenjusz Sabaudzki. XVIII. Wiemy już, jak Rulhiere, wytrawny znawca stosun¬ 
ków polskich, scharakteryzował wytworzoną przez Briihla 
w Polsce biurokrację. „Pflance“ te saskie, przeszczepione na bujnym grun¬ 
cie polskim, krzewiły i rozmnażały się gęsto. Należał do 
nich Manteuffel, w poezjach swoich — bo i taki w razie 
potrzeby umiał być poetą — wielbiący, zgodnie z orjen- 
tacją polityki brühlowskiej, sojusz orła białego z orłem 
czarnym: Hier sieht man weiss und schwarz freundbrüderlich vereint. Es lebe, wer es treu mit beiden Adlern meint! Uczniem Brühla był Gabrjel Podoski, sczasem pry¬ 
mas, klątwa i zmora następnego panowania. „Znalazł on — pisze Rulhiere — środki do życia w namiętności, 
którą uczuła względem niego młoda luteranka, wdowa po bogatym 
kupcu gdańskim, Oehmichenie. Główny handel tej kobiety polegał 
na dostawach na stół (tych dwóch smakoszów, którymi byli król 
i jego minister) wszelakich najwytworniejszych smakołyków egzo¬ 
tycznych, młody zaś duchowny, pędzący żywot na łonie najrozkosz¬ 
niejszej bezczynności, (a) bogaty majątkiem kochanki... napotkał 
zawsze w tym samym domu... (pierwszą) nadzieję wyniesienia się, 
towarzystwo (bowiem), które się (u Oehmichenowej) zbierało, skła¬ 
dało się z domowników zaufanych pierwszego ministra." Pominąć tutaj ostatecznie możemy pomniejsze płotki 
saskie, kręcące się, węszące i szpiegujące i za następnego 
panowania, tych wysadzonych z siodła Briihlowców: Hey- 
kingów, Aloych, Friesenów, co i za Stanisława Augusta 
w Warszawie pozostali i z pałacu Saskiego mącili wodę 
w stolicy; tę nędzną dosyć, ale zawsze wpływową proge- 
niturę ministra-faworyta: jego córkę Amelję Mniszchową, 
zaciekłą intrygantkę antykrólewską; jego synów: Fryde¬ 
ryka Alojzego, organizatora masonerji w Polsce, — wszys¬ 
cy czterej młodzi Brühlowie byli masonami — i Karola, 
pośrednika w przymierzu polsko-pruskiem przed wielkim Źródło rozbioru Polski. 7 97
		

/Magazyn_155_08_0106.djvu

			sejmem. Niesposób nam jednak nie wspomnieć potężnego, 
jak niegdyś za Augusta II współwyznawca jego Berend 
Lehmann, „Hofjuda“ Briihlowego: Barucha Jawana, kaba- 
listy czy talmudysty, ajenta pruskiego, który pośredniczył 
stale pomiędzy Berlinem a Briihlem, mamiąc tego ostat¬ 
niego na wypadek, jeżeli pójdzie Prusom na rękę, stano¬ 
wiskiem despoty w ujarzmionej Rzeczypospolitej, udziel- 
nem księstwem w Czechach i setkami tysięcy florenów. XIX. Nie był więc Brühl — jak chce biograf jego najnow¬ 
szy — „Ryszelim" (stracił on wszakże na szkodę swojego 
pana właściwie i Polskę i Saksonję). Był już raczej ,,Rot- 
szyldem” czasu swojego ten hrabia na Ocieszynie, Bryle- 
wie, lipnicki, piaseczyński, bolimowski, kiedyindziej kam¬ 
pinoski, błoński, kościerzyński, radomski albo spiski sta¬ 
rosta, dziedzic na Turwi, Sowinach, Pakosławiu, Niecha¬ 
nowie, Gołembiowie, Górce, Łodzi, nie licząc wcale dóbr 
saskich, jak Ganglofsómmern, Pforten, Forsta, pałaców 
w Dreźnie, w Warszawie i t. p. A czy był Brühl nareszcie 
„Medyceuszem" ? Na cześć pana jego to śpiewał, oczarowany Sykstyną 
drezdeńską, pruski szpieg-pochlebca Algarotti: Amica del nosłro ciel, Medicea stella, Ravissavava in te... A rola przy tern Brühla? Zajrzyjmy najpierw do po¬ 
wieści Kraszewskiego: — Jak ty myślisz — zapytał (August Brühla) — czy to praw¬ 
dziwy Ribera ten, co go wczoraj przywieźli z Wenecji? Brühl ramionami ruszył. — Najjaśniejszy Panie, jestem w tem zdania Waszej Królew¬ 
skiej Mości. -—■ To może być Ribera — mruknął król ścicha. — Tak, to mógłby być Ribera — powtórzył Brühl. — Ale mógłby być i Frate... Oh! Niezawodnie, że podobny bardzo do Frate. Ty się znasz, Brühl... Uczę się przy Waszej Królewskiej Mości. 98
		

/Magazyn_155_08_0107.djvu

			Boroviczény pisze: „Liczni agenci hrabiego... poszukiwali stale, we wszystkich kra¬ 
jach kultury europejskiej, a szczególnie przecie w Holandji, Francji, 
Austrji, Italji i Hiszpanji wartościowych obrazów i sztychów. (Także) 
przedstawicielstwa dyplomatyczne saskie zagranicą otrzymywały po¬ 
lecenia obserwowania targu artystycznego i donoszenia natychmia¬ 
stowego Briihlowi o każdej korzystnej sposobności kupna... Z arty¬ 
stami i znawcami wszystkich tych krajów pozostawał Brühl w stałej 
korespondencji. Spis jego liwerantów zawiera — w pstrem pomie¬ 
szaniu — szereg najbardziej znanych osobistości swojego czasu: są 
wśród nich książęta, hrabiowie i magnaci, są duchowni, są handlarze 
obrazów, urzędnicy muzealni i malarze, a dalej różne ciemne i cu¬ 
daczne figury, które handlowały z Brühlem bądź dla miłości nauki, 
bądź dla sławy, bądź dla zysku". W r. 1745 kupił Brühl dla Augusta III wielką kolek¬ 
cję Franciszka księcia Modeny. Kolejno weszły dzięki 
niemu w skład galer ji drezdeńskiej : „Sykstyna" Rafaela, 
„Święta noc" Correggia, „Grosz czynszowy“ Tycjana, 
„Portret Moreta" Holbeina, „Św. Hieronim" Rubensa, „Św. 
Agnieszka" Guida Reniego, a dalej dzieła Weroneza, An¬ 
drea del Sarto, Giulia Romana, Velasqueza, Fransa Halsa, 
Van Dycka, Watteau'a, Rembrandta, Teniersa, Wouver- 
mana i innych. Sylvestre malował plafon w zamku Briih- 
lowym i samegoż ministra, Liotard — hrabinę Franciszkę, 
a Latour czterech małych Brühlôw w perukach i kontusi- 
kach. Brühl wreszcie sprowadził do Warszawy i Drezna 
tak dobrze nam znanego Canaletta. Terasa briihlowska w Dreźnie ze słynnym Belwede¬ 
rem, zburzonym przez Fryderyka, a odbudowanym przez 
Repnina, pałac Brühlowski w Warszawie, jedna z pereł 
saskiego rokoka, zamki w Pfórten i Nieschwitz — świad¬ 
czą podziśdzień o zmyśle architektonicznym hrabiego mi¬ 
nistra. 0 znawstwie jego artystycznem świadczy również 
i czujna a umiejętna jego opieka nad manufakturą miśnień¬ 
ską porcelany, która — jak pisze biograf Briihla — była 
dla niego „polityczną także bronią, lub — powiedziawszy 
ściślej — atutem politycznym". Czytamy mianowicie 
u Boroviczényego o podarkach w saskiej porcelanie, nie- 
szczędzonych dla pozyskania magnatów polskich. W la- v 99
		

/Magazyn_155_08_0108.djvu

			tach 1737—1741 stworzony został dla samego Briihla 
słynny serwis „łabędzi", przechowywany podziśdzień 
w Dreźnie, a złożony pierwotnie ze sztuk około 1400. XX. „Chociaż nie był — pisze Stanisław August o Briihlu — ani nad¬ 
to wykształconym, ani finansistą, czy wojskowym z fachu, ani dobrym 
jeźdźcem czy myśliwym, ani muzykiem czy nawet znawcą sztuk pięk¬ 
nych (?), udało mu się przecie dzięki giętkości, bystrości i hojności 
względem podwładnych wmówić w swojego pana, że dorasta do 
wszystkich powyższych zadań. Przyroda obdarzyła go temperamen¬ 
tem stalowym i wyglądem przyjemnym, któremu bezsenność, najwięk¬ 
sze trudy czy najżywsze niepokoje nigdy żadnego nie wyrządziły 
uszczerbku. Zawsze uśmiechnięty, zawsze wyświeżony, zawsze 
uprzejmy i pełen zawsze dla wszystkich komplementów, nigdy niko¬ 
mu on w oczy się nie narażał, wszelkim miernotom potrafił się przy¬ 
podobać, a przeciwnikom — tak dalece utrudnić i uprzykrzyć dostęp 
do panującego..., że zwątpili wkońcu wszyscy i ugięli się pod jego 
jarzmem... Pozbawiony dobrego smaku (?), miał wrodzone zamiło¬ 
wanie do wszelkiego zbytku, drogich kamieni i wspaniałości kostju- 
mów, którą rozwinął niebywale." Istotnie, popatrzmy w dziele Boroviczenyego na libe- 
rję służby Bruhlowej, sprawioną z okazji małżeństwa kró¬ 
lewny polskiej z Delfinem, a nakarmimy oczy przepychem 
wprost orjentalnym. Jeżeli król Staś dla Briihla był surowy, to hrabinę 
Franciszkę liczył sobie natomiast do grona matek przy¬ 
branych, „mamans“. Jako do matki pisze też o dwudzie¬ 
stoletnim Poniatowskim do Bruhlowej słynna księżna de 
Brancas: „Chcę pani zdać sprawę o krokach dziecka, które mi Pani po¬ 
wierzyła. Spotkałam go ponownie w Wersalu, tak świetnym i o wła¬ 
snych latającym skrzydłach, że zgoła nie potrzebował mojej pomocy. 
Wszyscy ci, co znali jego ojca, uradowani byli, że odnajdują syna 
męża, którego określa się tu słowami: „To druh, przyjaciel, towa¬ 
rzysz Alcyda“ (aluzja Woltera do Karola XII)... Zna on naszą 
historję, zna anegdoty każdego panowania, jego rozmowa jest przy¬ 
jemna i przewyższa rozmowę większości Francuzów,.,, (toteż) nadaje 
się on na kompana tak dla ministra jak dla jenerała, tak dla aka¬ 
demika jak i dla starej damy dworu..," 100
		

/Magazyn_155_08_0109.djvu

			Tak to o młodym „arcyhrabi" pisała stara dama 
dworu do pięknej mężatki — obie panie torowały mu 
drogę do Katarzyny. Toteż jakżeż intymny pozostawił nam ten najświet¬ 
niejszy polski pamiętnikarz wizerunek środowiska huber- 
tusburskiego, w którem bawił niegdyś zamłodu, obraz 
króla-myśliwego, tak zapamiętałego, jak „ostatni, co nosił 
kołpak Witołdowy", rozpromieniającego się i rozkrochma- 
lającego się na łowach, obraz kłusującego przy nim 
z oszczepem Briihla, który tego rodzaju od monarchy 
swojego otrzymywał czasem bileciki: „Z zameczku myśliwskiego (w Griinnhausen): Wiem, że (radca) 
Saul poinformował Pana o sprawach państwowych, więc o nich zmil¬ 
czę,,. Po przyjeździe (do Griinnhausen) byłem w Krinthal, a na 
Szpicbergu zabiłem mimo deszczu koguta. Wczoraj rano nie poszło 
tak dobrze spowodu złej niepogody, która, jak wiadomo Panu z do¬ 
świadczenia, nie sprzyja tokom tych śmiesznie zakochanych ptaków... 
Ojciec Ligeritz (jezuita) położył też jednego (głuszca)...'‘ W Warszawie przelewało się to samo życie dworskie 
saskich ostatków z pałacu Saskiego do pałacu Briihlow- 
skiego, z pałacu Briihlowskiego do pałacu Błękitnego, stąd 
do pałacu biskupów krakowskich, stąd do pałacu mar¬ 
szałka Bielińskiego i t. d. U siebie przyjmował Briihl 
w kontuszu, otoczony hajdukami, huzarami i murzynami, 
pomiędzy okazałą żoną a tiroczą córką, które wraz z nim 
prezydowały ucztom obfitym, złożonym nieraz z dań aż 
szesnastu1). Taką była epoka bruhlowska. Lapidarnie ją ujął pa¬ 
miętnikarz królewski, kongenjalny blasków i nędz briih- 
lowskich spadkobierca. *) Oto jedno z menu uczt Briihlowych, „Przekąski: Olla pod- 
rida, ostrygi, żółwie. Potrawy: zupa z selerów na kościach cielęcych 
lub kapuśniak. Sztuka mięsa naturalna z kminkiem lub pietruszką. 
Węgorz z ogórkami kiszonemi. Pularda w białym sosie z kalafjorami. 
Groch z kawałkami ryb wędzonych. Pieczeń z dzika z jałowcem. 
Pstrągi po genewsku. Cielęcina w dwóch przyprawach z nerką oraz 
kapłon. Zające i kuropatwy. Tortua z kremem owocowym. Legumina 
„melszpais". Jajecznik z serem. Na zmianę: lin po francusku i fry¬ 
kas ze zwierzyny. Jako przystawki: sałata z jajami“, I dziwić się potem, że cierpimy na artretyzm. 101
		

/Magazyn_155_08_0110.djvu

			„(Brühl) — pisze zawsze Stanisław August — nie znał się na 
chwale prawdziwej i chwały takiej nie pragnął, ale dążył jedynie 
do zachowania stanowiska i wygód, których mu to stanowisko do¬ 
starczało..., całą on na to swoją wysilał zręczność. Nie był też ani 
dobrym, ani wielkim, ani okrutnym, był tylko miernym, znieprawio- 
nym i najczęściej nędznym. A całe rządy jego władcy przeniknięte 
zostały przyrodzonym Brühlowi charakterem, co się przyczyniło do 
znieprawienia i charakteru narodowego." Epoka saska pozostała symbolem najgorszej ery na¬ 
szych dziejów jako wigilja rozbiorów i niewoli. „Radosna 
twórczość" Briihla i jego kliki, związana z orjentacją nie¬ 
miecką w polityce i kulturze polskiej — wpływy francu¬ 
skie działały wówczas wąsko i powierzchownie, włoskie 
zaledwo sporadycznie — zapisała się w Polsce deficytem 
budżetowym i anarchją w kraju. Brühl nie był „Ryszelim , 
ale Gil Blasem, jego „rotszyldostwo" kosztowało nas 
drogo, a „gwiazda medycejska", która, zdaniem dwor¬ 
skiego pochlebcy, dzięki niemu zajaśniała na czole Au¬ 
gusta Otyłego, dla Polski była ciemną gwiazdą. 102
		

/Magazyn_155_08_0111.djvu

			IY. „W IE L K [ PLAN“ KRÓLEWSKI Chór Różokrzyżowców: ...Pokój ciału 
wszelkiemu. — Długo przeklęte i uciskane, ono 
wznieść się chce, ono rozbłysnąć w złoto, roz¬ 
kwitnąć w różę alchemji! Wolność i natchnienie, 
oto prawa nasze! — Natura, oto siostra nasza ży¬ 
jąca, urodziwa! — Jak Chrystus nas, tak my ją 
odkupim i wyszlachetnieje w miłości naszej. — 
Pokój jej i ciału wszelkiemu... Chór mistrzów: Inni was zastąpią, jeśli¬ 
ście małej wiary i skrzepłego ramienia. Teraz 
lać krew i własną i cudzą potrzeba — teraz rządy 
kruszyć i głowy królewskie zdejmować znad karku 
europejskich ludów — teraz Kościół nowemi roz¬ 
dzierać bólami, by uczuł, że żyje i ocknął się! — 
Inny wiek, inny trud — naprzód więc!... Chór Różokrzyżowców: W czy jeż, czyjeż ręce oddać trzeba puhar życia? Chór mistrzów: W ręce Braci Mularzy oddajcie go! Chór Różokrzyżowców: Amen. — Niech przyśpieszą królestwo lat tysiąca..." (Krasiński — „Nieboskiej Komedji 
część pierwsza") I. Pewnego pięknego popołudnia letniego zaprowadził 
mnie pan Wilhelm Suntheim, właściciel znanej firmy dre¬ 
zdeńskiej H. E. Philipp, mającej sklep swój wpobliżu po¬ 
mnikowego kościoła św. Krzyża (Kreuzkirche), do piwnicy, 
mieszczącej szeroko w Dreźnie cenione wina firmy, a znaj¬ 
dującej się w podziemiach niezbyt odległego „Pałacu Kur- 
landzkiego". Uprzejmy mój cicerone trzymał w ręku bro¬ 
szurę przyjaciela swojego, dyrektora krajowego archiwum 
saskiego Hansa Beschornera, wydaną własnym nakła- 103
		

/Magazyn_155_08_0112.djvu

			dem i na jej podstawie tłumaczył mi znaczenie histo¬ 
ryczne przesławnej piwnicy1). Po wygodnych schodach, łączących niegdyś sklep ten 
podziemny ze sienią i apartamentami pałacowemi, ze¬ 
szliśmy do hali piwnicznej, przestronnej, o dostatecznym 
dostępie powietrza, ciemnej tylko nieco, o ile nie rozbły¬ 
ska w niej dzisiaj elektryczność, tak jak niegdyś rozświe¬ 
tlały ją trzymane przez hajduków pochodnie. Tłumaczył 
pan Suntheim, że sklep ten wydaje mu się dawną częścią 
składową — zanim powstał pałac — okalających Drezno 
starych hast jonów warownych, i prowadził mnie ku środ¬ 
kowi hali, gdzie widoczne były ślady dwóch przeciw¬ 
ległych sobie półokrągłych grot czy też framug. W jednej 
z nich znać było miejsce jakby na stół owalny, niezbyt za¬ 
pewne duży, bo dwunastu tylko służący nakryciom; na¬ 
przeciw resztki rzeźby znaczyły miejsce „kąpieli Muz ba- 
chicznych“, wodotrysku, który mógł zmywać głowę tym, 
co tu nadużyli płynących prosto z beczek renów i wę¬ 
grzynów, tak jak w innych znowu zakątkach piwnicy 
wskazuje nam tradycja miejsce, gdzie wypoczywały ofiary 
pijatyki, „trupy" („Todtenkammer“). II. W połowie stycznia 1728 r. przybywał do Drezna, do 
tego pałacu, później nazwanego „kurlandzkim“, nie kto 
inny, jeno stary „król-kapral" Fryderyk Wilhelm I pruski 
wraz ze synem, następcą tronu, młodym Frycem. Wizyta 
jego miała na celu ratyfikację traktatu przyjaźni pomię¬ 
dzy Prusami a Saksonją, ale naradom politycznym towa¬ 
rzyszył czterotygodniowy sezon karnawałowy, wyjątkowo, 
nawet w mieście zabaw Dreźnie, świetny. Jak w kalej¬ 
doskopie mieniły się na tle gmachów rokokowych bale, 
maskarady, szlichtady, rewje, zwiedzania, strzelania i prze- 
dewszystkiem pijatyki, clou zaś wszystkich tych uciech *) O piwnicy w „Pałacu Kurlandzkim": Beschorner Hans: ,,Ernstes und Feuchtfröhliches vom Kurländer Palais in Dresden“. 
Drezno 1927 (odbitka z „Dresdener Geschichtsblätter“, XXXV, 
180—91). Y ’ . . 104
		

/Magazyn_155_08_0113.djvu

			stanowiła modna wówczas — loterja nie loterja, reduta 
nie reduta — t. zw. „Wirłschafł der Nationen“, której do¬ 
kładne opisy i wizerunki zachowały się podziśdzień i dzięki 
którym wiemy, że August Mocny-gospodarz przyjął na 
siebie postać szynkarza, jego gość królewski wdział ko- 
stjum groteskowego „Pantalona", późniejszy zaś Fry¬ 
deryk II nałożył ludowy strój norweski. Goście pruscy zamieszkali w obchodzącym nas wła¬ 
śnie „Pałacu Kurlandzkim". Nie nazywał się on tak 
jeszcze wtedy (nazwę tę otrzymać miał dopiero od króle¬ 
wicza Karola, księcia kurlandzkiego, męża Franciszki Kra¬ 
sińskiej). Nazywał się wówczas poprostu gubernatorskim 
czyli rządowym, a zamieszkiwany był przez feldmarszałka 
Krzysztofa Augusta hr. Wackerbartha, gubernatora stolicy. Niedługo wszakże przeznaczone było Hohenzollernom 
korzystać z gościnności gubernatorskiej, w nocy bowiem 
z 17 na 18 stycznia wybuchnął w pałacu Wackerbartha 
groźny pożar, który rozszerzał się z taką szybkością, że 
pogrążony już we śnie „król-kapral" zaledwie wyratował 
się z życiem. Ale zanim spłonęły te mury, miały być one podobno 
świadkami niezwykłych rozmów i zwierzeń. Tutaj bo¬ 
wiem — najpewniej — stał przed i po pożarze, który do 
piwnicy, jak przypuszczać należy, nie dotarł, „stół kon¬ 
fidencjonalny“ („Confidenztafel") Jegomości króla pol¬ 
skiego1). III. Co to była ta „Confidenztafel“ ? „Istniało w Dreźnie — czytamy w jednej z biografij 
„Mocnego" — od roku 1708 w każdym razie (bo w tej 
dacie da się stwierdzić dokumentalnie), ale prawdopodo- M O „stole konfidencjonalnym“ Augusta II: Gurlitt: „August 
der Starkę", 1. c., II, 147—51; Haake: „August der Starkę", 1. c., 
str, 37—8 i 209; por. tenże: „Christiane-Eberhardine und August der 
Starkę", 1. c., str. 101. 105
		

/Magazyn_155_08_0114.djvu

			bnie już wcześniej niejakie „contubernium“ (stowarzysze¬ 
nie czy raczej klub współbiesiadniczy, a zarazem) współ¬ 
życie duchowe przyrodników", w k torem uczestniczyli 
z nazwisk bardziej nam znanych trzej ludzie: dr. Maciej 
Pauli, Ehrenfried Walter von Tschirnhaus i Antoni Egon 
ks. Fürstenberg. Co wiemy szczególnego o wszystkich trzech tych mę¬ 
żach? Maciej Pauli (zmarły zresztą w r. 1704 — cenna stąd 
wskazówka dla chronologji stowarzyszenia) to medyk na¬ 
dworny króla polskiego, ale bynajmniej nie to tylko: „sub¬ 
telnie się rozumiał — pisze o Auguście II ostatni jego 
biograf — (król także) i na umiejętnościach tajnych, 
z któremi go, jak się zdaje, zapoznał był towarzysz jego 
z (młodzieńczej) „tury kawalerskiej" (po Europie), lejb- 
arct dr, Maciej Pauli; i to nietylko alchemja, ta sztuka 
robienia złota, ta sztuka przemiany metali nieszlachetnych 
w szlachetne, zainteresowała rozrzutnego Augusta mło¬ 
dzieńcem już bodaj, ale także magja i astrologja, kaba- 
listyka i geomancja, ta ostatnia w szczególności w postaci 
,,Punktierbuchów“ praszczura elektorskiego Augusta (o którym niżej). Ehrenfried Walter von Tschirnhaus, od Paulego gło¬ 
śniejszy, był to domniemany wynalazca saskiej porcelany. 
„Przyrodnik i matematyk, — pisze o nim Haake ge- 
njalny eksperymentator, co powróciwszy ze swojej „tury 
kawalerskiej" po Holandji, Anglji, Francji i Włoszech 
z bogatem doświadczeniem i wieloma naukowemi planami, 
sporządzał olbrzymich rozmiarów soczewki, zrazu meta¬ 
lowe, potem szklane, w swoich dobrach (łużyckich) wzniósł 
własną hutę szklaną i wynalazł nowe piece oszczędno¬ 
ściowe, przydatne innym również przemysłom, jak wa¬ 
rzelnictwo soli, browarnictwo i t. d. (skądinąd znowu 
wiemy o nim jako o rutynowanym higjeniście, jako o wzię¬ 
tym w całej Europie „psychoterapeucie" czasów swoich), 
Tschirnhaus zbliżył się do młodego Augusta (jeszcze wtedy 
elektora w roku 1696) za pośrednictwem Paulego i potrafił 106
		

/Magazyn_155_08_0115.djvu

			go niebawem zainteresować w kierunku założenia manu¬ 
faktury państwowej szkła i porcelany.“ Protektorem Tschirnhausa był — narówni z królem — 
trzeci z wymienionych przez nas mężów Antoni Egon ks. 
Furstenberg, pełniący urząd namiestnika w Saksonji 
(kiedy król bawił w Polsce). On to wysłał Tschirnhausa 
na wiosnę 1702 r., więc w czasach już wycieńczającej 
Saksonję i skarb jej wojny Północnej, do Holandji i Fran¬ 
cji, skąd uczony Łużyczanin powrócił niebawem, przy¬ 
wożąc wszakże jako zdobycz z wyprawy, zamiast upra¬ 
gnionego sekretu robienia złota, sekret robienia porcelany. IV. Przyrodnikami zatem z zamiłowań, chemikami (zali¬ 
czyć do nich można przynajmniej Paulego i Tschirnhausa), 
ale nadewszystko alchemikami wydają nam się trzej ci 
tak ściśle ze sobą powiązani mężowie. Nic tedy dziwnego, 
że poza ich „contubernium“, poza ich konfidencjonalnym 
stołem współbiesiadniczym rysuje się nam potężniejsza 
od ich własnych postaci postać — Gotfryda Wilhelma 
Leibniza. „Król i Tschirnhaus — opisuje nam Gurlitt — spotkali się ze 
sobą w roku 1702 w Sandomierzu,... podówczas siedzibie konfede¬ 
racji. Uczony zamieszkiwał tuż przy królu, mając w ten sposób 
możność obfitej z Augustem konwersacji. W Sandomierzu też zwie¬ 
rzył mu się (wtedy) król, że nosi się z zamiarem założenia Aka- 
demji Umiejętności." Leibniz, przyjaciel i korespondent Tschirnhausa, zja¬ 
wił się w kilkanaście miesięcy później osobiście w Dreźnie 
dla konferowania o tym przedmiocie z ministrami królew¬ 
skimi Fürstenbergiem i Flemmingiem. Nie pominął i mniej 
oficjalnego na króla wpływu, jak spowiednika, niegdyś So¬ 
bieskiego, a dzisiaj Augusta, ojca Karola Maurycego Voty. „Waszej Królewskiej Mości wielkie światła (lumières) i jej wy¬ 
bitna skłonność do „realjów" znane mi były już oddawna — pisał 
Leibniz do Augusta 18 grudnia 1704 r. — a Saksonja (ściślejsza 
zresztą ojczyzna filozofa) wydaje mi się szczególnie uposażona ze 
względu na taką société des sciences, jako że władca jej jest jednym 
z najchciwszych wiedzy i najoświeceńszych monarchów Europy..." 107
		

/Magazyn_155_08_0116.djvu

			V. Ten zaś — Leibniza zdaniem — „jeden z najoświe- 
ceńszych monarchów Europy", ten niedoszły fundator sa¬ 
skiej Akademji Umiejętności, był naodwrót nieodrodnem 
dziecięciem zabobonnego swojego stulecia. Zarówno we 
krwi wettyńskiej rodzica, jak i w oldenburskiej krwi matki 
dziedziczył „Mocny“ — zadziwiające u cynika-materjali- 
sty — skłonności do wszelakiego okultyzmu1). I tak imiennik i praszczur Augustowy, wspomniany 
już przez nas wyżej elektor August (1553—1586) był ka- 
balistą, pozostającym w stosunkach z rabinem-wróżbitą 
Mardochajem; był alchemikiem (podobnie jak słynna 
z eksperymentów przetwarzania metali małżonka jego 
Anna; był „geomantą" (t. j. starał się odgadywać przy¬ 
szłość z t. zw. „Puńktierbuchów“, t. zn. specjalnych kom- 
binacyj punktów oraz linij), a interesował się napewno 
również i astrolog ją. Wnuk znowu tamtego Augusta, elektor Chrystjan II 
(1591—1611), odziedziczył po dziadzie, ale niemniej 
i ojcu, skłonność do alchemji. W zamku swoim drezdeń¬ 
skim gościł, a potem więził słynnego alchemika szkockiego 
Aleksandra Setona („Kosmopolitę“); gościł sławniejszego 
jeszcze niż Seton — Polaka Sędziwoja („Sendivogiusa“), 
któremu to dopiero udać się wkońcu miało więzionego ko¬ 
legę Z pęt elektorskich wybawić. Synowiec zaś tego Chrystjana, a dziad „Mocnego", 
elektor Jan Jerzy II (1656—1680) już w drugim roku pa¬ 
nowania (1658) uroczyście został przyjęty, z zachowaniem 
przepisanego rytuału, w Weimarze, rezydencji starszej, 
ernestyńskiej linji Wettynów, do „Zakonu Palmowego", 
głównej podówczas tajnej organizacji niemieckiej (do któ- 1) O filjacji okultystycznej Augusta („Zakonie Palmowym"): Vehse 
Eduard: „Geschichte der Höfe des Hauses Sachsen", Hamburg 1854, t. 
II, str. 271 i t. III, str. 42—3; Weber Karl v.: „Einige Sachsen be¬ 
treffende Prophezeiungen", („Archiv für sächsische Geschichte", t. VII), 
Lipsk 1869, str. 232—48; Barthold Friedrich Wilhelm: „Geschichte 
der fruchtbringenden Gesellschaft. Sitten, Geschmacks-Bildung und 
schöne Redekünste deutscher Vornehmen vom Ende des XVI bis über 
die Mitte des XVII Jahrhunderts", Berlin 1848, str. 241 i 285.
		

/Magazyn_155_08_0117.djvu

			rej jeszcze powrócimy), a której Weimar centralną był 
wtedy siedzibą. Młodszy wreszcie brat tegoż elektora, znowuż August, 
dożywotni administrator Magdeburga, który do „zakonu" 
wstąpił wcześniej od brata, został nawet w roku 1667 te- 
t. goż „zakonu" głową. Ale i po kądzieli dziedziczył „Mocny" skłonności okul¬ 
tystyczne, po dziadzie mianowicie macierzystym, Fryde¬ 
ryku III duńskim. VI. W życiu Augusta odzywały się nieustannie owe tra¬ 
dycje i wierzenia przodków. Jak nam już wiadomo, od młodu wtajemniczał się przy¬ 
szły król polski — przy pomocy najpewniej Paulego — w kun¬ 
szty magji: alchemji, astrologji, geomancji i kabalistyki. Nie dziw tedy, że podczas gdy w głowie jego krysta¬ 
lizować się począł zamiar ubiegania się o koronę polską, 
albo może nim jeszcze myśl tego rodzaju przyszła mu była 
> do głowy, zdarzył się epizod osobliwy, związany z posta¬ cią tajemniczą mistyka lüneburskiego. Lüneburg odwieczną był siedzibą okultystów. Jako 
zaś bohatera naszej akcji spotykamy tam superintendenta 
miejscowego, niejakiego Jana Wilhelma Petersena, zwa¬ 
nego „chiljastą“1). Cóż to był ten „chiljazm"? Jedna z wielu sekt pro¬ 
testanckich, jakie wyłoniły się po wielkiem rozdarciu re¬ 
formacji, kiedy serca ludzkie, zawsze spragnione tajem¬ 
nych pociech mistycznych, chroniły się — za własną tylko 
idąc wskazówką — w dziedziny utopijnego pietyzmu. Był 
chiljazm odmianą poprostu mesjanizmu, który — jak wy- 1) O Petersenie, „chiljazmie“, Liineburgu i t. d.: „Allgemeine 
deutsche Biographie", t, XXV (Lipsk 1887), str. 508 nn; por, Ritschl 
Albrecht: „Geschichte der Pieiismus in der luiherischen Kirche des 
n und 18 Jahrhunderls", t, II (Bonn 1884), passim; Vulliaud Paul: 
„La Kabbale juive. Histoire et Doctrine (Essai critique)“. Paryż 
1923, t. II, str. 60; Waite Arthur-Edward: „The Brotherhood of the 
Rosy Cross" Londyn 1924, str, 41; Bischoff Theodor und Schmidt 
August: „Festschrift zur 250-jâhrigen Jubelfeier des Pegnesischen 
Blumenordens" Norymberga 1894, passim. 109
		

/Magazyn_155_08_0118.djvu

			wodzi uczony francuski — „zapowiada ludowi, z którym 
Jehowa zawarł przymierze, wiek (czy raczej tysiąclecie, 
poprzedzające koniec świata) pokoju i szczęścia". Był chi- 
ljazm nazwany także millenaryzmem (doktryną o kró¬ 
lestwie tysiącletniem), doktryną rewolucyjną nieraz, z ka¬ 
balistycznych i gnostycznych wywodzącą się źródeł, me¬ 
todą obliczania z kombinacyj cyfrowych, tekstów, gwiazd 
nareszcie — za pośrednictwem intuicji wieszczej medjów 
podatnych czy rutyny odwiecznej sekt i szkół okultystycz¬ 
nych — momentu ponownego nadejścia Mesjasza, Wizjonerzy typu Petersena mają to często do siebie, 
że dopiero wespół ze subtelniejszą od siebie organizacją 
psychiczną kobiecą osiągają pewniejsze napozór rezultaty: 
wspomnijmy chociażby przykład słynnej niegdyś Kry¬ 
styny Poniatowskiej przy Komeńskim. Więc i do domu su- 
perintendenta liineburskiego zawitała tego rodzaju wizjo¬ 
nerka w osobie Rozamundy Juljanny von der Asseburg, 
Ten etap życia Petersenowego zakończył się wszakże bu¬ 
rzliwie: miejscowe duchowieństwo protestanckie pozbyło 
się go bowiem z miasta, zarzucając mu, że „z żydami i no- 
wochrzczeńcami wierzy w (nadejście) królestwa świeckiego 
i (ziemskich) pełnego rozkoszy". Wówczas przeniosła się 
sekta „chiljastyczna" do Wolfenbiittlu, rezydencji innej 
gałęzi zaangażowanego oddawna w okultyzmie domu brun- 
szwicko-lüneburskiego, gdzie panowali wtedy wspólnie 
dwaj książęta, obaj członkowie wspomnianego już przez 
nas „Zakonu Palmowego". Zaznaczyć przy tej sposobności 
wypada, że i sam Petersen należał do t. zw. „Zakonu 
Kwiatowego" w Norymberdze, prostej odnogi owego „Za¬ 
konu Palmowego". VII. Opowiada Bayle w ,,Odpowiedzi na zapytania czło¬ 
wieka z prowincji“, że elektor saski, przyszły król polski, 
przechadzając się raz po zamku swoim altenburskim (czy 
torgawskim), „przyglądał się z uwagą obrazowi, przedstawiającemu człowieka 
napadniętego przez lwy a bronionego przez tygrysy, i zapragnął do- 110
		

/Magazyn_155_08_0119.djvu

			wiedzieć się, coby ten obraz znaczył. Stary lekarz (oczywiście Pauli) 
odrzekł mu na to, że obraz wyobraża sen pewnej osobistości, 
w związku z którym wiele przeczytać można w pewnej starej 
księdze“. Cóż to była za księga? Miałem tę księgę w ręku1). Jest to stary traktat okul¬ 
tystyczny z „bohaterskich” czasów reformacji, utwór mi¬ 
styka saskiego Pawła Grebnera, obficie, choć nie mister¬ 
nie ilustrowane kompendjum astrologiczne, wywołane po¬ 
jawieniem się w roku 1572 „wielkiej i strasznej gwiazdy 
z ogonem”, która podnieciła wszystkich astrologów euro¬ 
pejskich, a siała wskutek wywodów, przepowiadających 
w związku z nią wojny i klęski, panikę w umysłach mo¬ 
żnych zarówno jak i prostaczków. Grebner przejął się nią 
najbardziej, napisał pod jej wrażeniem tę swoją „Jedwa¬ 
bną nić świata", zawiózł do Drezna władcy swojemu, zna¬ 
nemu nam już ówczesnemu elektorowi saskiemu Augustowi, 
a przerobiwszy później, zadedykował ostatecznie wnukowi 
jego, wspomnianemu też przez nas wyżej, dla zamiłowań 
swoich w alchemji, elektorowi Chrystjanowi II. Czegóż chciała właściwie owa „Jedwabna nić świata ? „Dzielne, wojownicze... nasienie Ruty saskiej (aluzja symbo¬ 
liczna" do herbowej ruty Wettynów) — wieszczył mistyk łużycki — 
(ty) wraz z książęciem anhalckim oraz (książętami: brandenburskim, 
palatyńskim, heskim, brunszwickim, liineburskim i t. d,)... zapomocą 
konfederacji i... konspiracji... (wyżeniesz papieża,) cesarza i pozosta¬ 
łych dynastów papistycznych z ich siedzib". Chrystjanowi II saskiemu jako synowi Chrystjana, za¬ 
służonego niegdyś dla protestantyzmu wczesnego promo¬ 
tora „Unji” przeciwkatolickiej książąt niemieckich (1591), 
przeznaczał Grebner misję tę epokową, przeznaczał ko¬ 
ronę cesarską, poczem dodawał: „Po Chrystjanie nastąpi August... cesarz, który rozszerzy gra¬ 
nice Europy... Po nim (zaś)... August Wielki..., największy z wszyst¬ 
kich cesarzy..., (pod którego)... władzą... nadejdzie (ponownie) Zbawiciel“. 9 O „Jedwabnej nici świata“: „Sericum mundi filum (Rkp. 
krajowej bibljoteki saskiej nr. 32), por. Götze Johann-Christian: „Die 
Merkwürdigkeiten der königlichen Bibliothek zu Dresden . Drezno, 
1744, t. I, str. 337 nn. i Bayle Pierre: „Oeuvres diverses“. Haga 1727, 
t. III/2, str. 508.
		

/Magazyn_155_08_0120.djvu

			Cóż zaś wieszczył nasz mistyk w odniesieniu do 
Polski? „O podziwu godne — czytamy w „Jedwabnej nici‘ — prze¬ 
miany narodu polskiego, (które nastąpią) o ile Polska nie obierze 
sobie polskiego lub niemieckiego księcia, jakiego jej narzucą sąsied¬ 
nie Prusy i Niemcy ewangelickie,..“ Dalej zaś jest u Grebnera mowa o wynikłych stąd 
ewentualnie rozruchach, do których wmiesza się „Karol..., król szwedzki (rzecz datowana jest roku Pańskiego 
1586), co,., niemałe... wyśle posiłki... naprzeciw Antychrystowej... pa- 
pieżnickiej kohorcie polskiej...“ A wreszcie zapowiedź: „Polacy wskutek niewczes¬ 
nych... rozruchów utracą grani- i 
ce swoje od strony Inflant, Prus 
aż po Kaszuby i Pomorze, po 
kresy Marchji (brandenburskiej) 
i po pola śląskie i — wszystkie 
miasta używające języka nie¬ 
mieckiego..." Wieńczy się zaś to pro¬ 
roctwo apostrofą do panu¬ 
jącego współcześnie w Pol¬ 
sce króla Zygmunta III: „Zygmuncie!,.. Królestwo 
twoje przypadnie jako łup ra¬ 
busiom wielu..,“ VIII. Jest w tekście Greb- 
nerowym pewien nader 
sugestywny obrazek. Wy¬ 
obraża on mianowicie tron 
królów polskich, a nad nim 
sterczącą w powietrzu 
dłoń tajemniczą, dzierżącą 
berło. Czy były czynione ze 
strony okultystów prote- 112
		

/Magazyn_155_08_0121.djvu

			stanckich — nie mówiąc już o rozsadzającej wprost Pol¬ 
skę czysto negatywnej akcji takiego Komeńskiego — tak¬ 
że pozytywniejsze usiłowania zapewnienia sobie, w myśl 
owych natchnień Grebnerowych, wpływu na takie czy 
inne obsadzenie tronu polskiego? Tak, niewątpliwie. Pierwszą znaną nam próbą — jeżeli pominiemy tu 
niedoszły projekt małżeństwa palatyńskiego Władysława 
IV czy niedość jeszcze wyjaśnione zamachy protestanckie 
na trzech aż pokolei królów polskich — jest próba tem cie¬ 
kawsza, że centralną zamieszaną w niej postacią jest nie kto 
inny, jeno znajomy nam już skądinąd Gotfryd Wilhelm Leibniz. Młody ten wówczas filozof pełnił właśnie — od roku 
1668 — funkcję sekretarza stowarzyszenia alchemicznego 
w Norymberdze, które było poprostu filją — jak i później 
rozwinąć się mający w temże samem mieście Petersenowy 
„Zakon Kwiatowy“ — przesławnego „Zakonu Palmowego“. 
Jemu to, a nie komu innemu, jemu, potomkowi rodziny 
pastorów-okultystów, niepozbawionej zresztą podobno an- 
tecedensów polskich, powierzona została misja wyforyto- 
wania na tron Jagiellonów (po zaszłej właśnie abdykacji 
Jana Kazimierza) katolika świeżego powołania, ale po¬ 
tomka przewodniej w protestantyzmie niemieckim dynastji, 
palatyna Filipa Wilhelma neuburskiego, żonatego z córą 
arcyprotestanckiego rodu heskiego, których syn, skoligacony 
z Polską przez związek z Bogusławówną Radziwiłłówną, 
zalecany był później, bezpośrednio po śmierci Sobieskiego, 
jako kandydat tych samych zapewne kół, co wysuną 
wkońcu Augusta. IX. Leibniz żywo się interesował i tą elekcją1). Interesował 
się pod dostatkiem i sektą Petersena, młodą — jak się wy¬ 
rażał „Sybillą z Liineburga" i jej duchownym towarzy- 1) 0 Leibnizu, Petersenie, ich stosunku do elekcji Augustowej 
i t. d.: Leibniz do Burneta of Kemney z Hanoweru, 27 lutego 1702; 
tenże do ks. Zofji hanowerskiej, bez daty (z r. 1691); ks. Zofja 
do pani v. Harling, 8/18 października 1691 i t,.d. (Die Werke von 
Leibniz", wyd. Klopp Onno, Hanower 1864—73, ser ja I, t. 3, str, 307 Źródło rozbioru Polski. 8 113
		

/Magazyn_155_08_0122.djvu

			szem. I cóż dziwnego? Wszak od młodu parał się Leibniz 
wiedzą tajną, uprawiał czynnie alchemję, hołdował „Ka¬ 
bałę“, chociaż przynależności do związków tajnych wprost 
się wypierał, nawet zacierał za sobą wiodące nas do niej 
ślady, ale zatrzeć zupełnie ich nie potrafił. „Petersen — donosił między innemi Leibniz jednemu z rozlicz¬ 
nych swoich korespondentów — ogłosił książkę... o „Powrocie 
wszechrzeczy"... (Zdaniem w niej wyrażonem) śmierć kiedyś usta¬ 
nie, djabeł nawet się opamięta i powróci do łaski Bożej razem ze 
wszystkimi aniołami swoimi i potępieńcami... Znam kogoś ko¬ 
mentował dalej Leibniz doktrynę Petersenową — kto sobie wy¬ 
obraża, że ów Lucyfer, upadły czy wypędzony z niebios, jest globem 
ziemskim, lecz po przywróceniu (właściwego porządku)... rzeczy, sta¬ 
nie się napowrót słońcem...“ Czyż wobec tego dziwić się należy, że przeciwne Pe- 
tersenowi duchowieństwo protestanckie zwalczało doktrynę 
głoszoną przezeń, imputując mu kult „świętego djabła“? Nie takiemi w związku z Petersenem zagadnieniami 
przejmował się wielbiony właśnie przez Leibniza za re¬ 
alizm w myśleniu August. Jemu szło o ziemskie zgoła cele. „Królowa polska — bałamuci zlekka cytowany już przez nas 
wyżej Bayle — (wcale nie królowa, Krystyna Eberhardyna, ale matka 
Augustowa, elektorowa Anna Zol ja) zapaliła się do... starej księgi 
(Grebnerowej) i obiecała 200 dukatów temu, kto ją jej dostarczy. 
Ktoś nieznany z nazwiska (quelqu un qu on ne connaît point) poży¬ 
czył jej wspomnianą księgę i otrzymał natychmiast sumę obiecaną. Tym „kimś nieznanym z nazwiska“ był najprawdopo¬ 
dobniej samże Petersen, tłumacz na język niemiecki księgi 
Grebnerowej, który odwiedzał księżnę-matkę, jak skąd¬ 
inąd nam wiadomo, u wód cieplickich; wręczył on zapewne nn; t. 6, str. 145 i 151; t. 7, str. 156; t. 8, str. 335—6; t. 9, str. 30) ; por. 
Foucher de Careił Louis-Alexandre; „Leibniz, la philosophie juive et 
la Cabbale", Paryż 1861, str. 56 nn; Schmieder Karl-Christoph: „Ge- 
schichte der Alchemie", Halle 1832, str. 414; Wittemans Fr,: ,,Histoire 
des Rose-Croix", Paryż 1925, str. 117—8; Peuckert Will-Erich: „Die 
Rosenkreutzer", Jena 1928, str. 192; Haake Paul: „Kónig August der 
Starkę. Eine Charakterstudie"; Monachjum-Berlin 1902, str, 13; tenże; 
„August der Starkę", 1. c. str. 58—9 i 79; Gurlitt, 1. c„ I, 112; Moraw¬ 
ski K. M.: „Ze studjów nad epoką saską , 1. c., str. 24 nn.; Konop¬ 
czyński; „Czasy saskie", 1. c., str. 425; Jarochowski: Dzieje panowa¬ nia Augusta II od śmierci Jana III.,", Poznań 1856, str. 166, 114 k.
		

/Magazyn_155_08_0123.djvu

			rzadki ten rękopis (a raczej prawdopodobnie dwa, t. j. ory¬ 
ginał i tłumaczenie własne, które oboje znajdują się dzi¬ 
siaj w zbiorach drezdeńskich) przyjacielowi Paulemu, od 
którego — już po elejęcji syna — nabyła go księżna Anna Zofja 
(Bayle przechował dokładną datę faktu — 30 marca 1698 r„ 
a zatem po nieudanej wyprawie polsko-tureckiej Augusta, co 
jak zobaczymy zaraz, może także mieć pewne znaczenie). Cóż bowiem mówiła żądnemu sławy elektorowi owa 
„Jedwabna nić świata“ ? Mówiła — poza zacytowanemi już 
przez nas wyżej wzmiankami o dwóch mających panować 
po sobie cesarzach Augustach — nie licząc niezrealizowa¬ 
nej zapowiedzi o „cesarzu“ Chrystjanie — niewiele, ale 
bądźcobądź było tam napisane: „Sas zostaje królem polskim i pod cesarzem rzymskim z ple¬ 
mienia Ruty (znowu aluzja do godła herbowego Wettynów), papież 
zupełnej doznaje zagłady", Tylko, że wyżej nieco, w tejże samej zacytowanej co 
dopiero przez nas nocie marginalnej oryginału łacińskiego, 
w miejscu, gdzie Grebner wieszczył, że „upadek papieża 
nastąpi w roku 1590, zupełna zaś jego zagłada w 1609“, 
ręka jakaś tajemnicza, z pewnością ręka tłumacza-,,chilja- 
sty“, co to, jak wiemy skądinąd, zapowiadał był dawniej 
— razem ze swoją Asseburżanką — ponowne nadejście 
Chrystusa na rok 1693, cyfry dane, zwykłym u kabalistów 
trybem, zaktualizowała, przerabiając mianowicie piątkę 
pierwszej cyfry na szóstkę, a zero drugiej na dziewiątkę; 
podobnie w dalszym ciągu rękopisu przerobiona została 
data 1608 na 1688, Słowem, przez „pobożne“ fałszerstwo 
uprawdopodobniony został rzekomy związek proroctwa 
z ewentualną elekcją Augustową na tron polski. To pewna, że „zaktualizowana“ tak zapowiedź ,,Je¬ 
dwabnej nici“ głębokie na wierzącym w gwiazdę swoją 
elektorze uczyniła wrażenie. Opowiada Flemming, że kiedy 
na wiosnę 1697 r. wezwany został do Augusta w sprawie 
jego kandydatury, zastał go wyraźnie pod wpływem pod¬ 
suniętej wróżby, skoro trzy wieczory zeszły im, jak świad¬ 
czy późniejszy feldmarszałek, na dyskusjach astrologicz- 8* 115
		

/Magazyn_155_08_0124.djvu

			nych o prognostykach Nostradamusa, który też niegdyś 
zajmował się był upadkiem papiestwa i obsadzeniem tronu 
polskiego, jak również o wróżbach Paracelsa. X. „Świat jakby zmieniał oblicza“ — pisał na wiadomość 
o dokonanej elekcji Augustowej cytowany już przez nas 
parokrotnie Leibniz. I nuże mową wiązaną sławić wciela¬ 
nie się w czyn zapowiedzi Grebnerowej: Niegdyś saski Magdeburg uczył Polską prawa, Teraz Saksonja Polsce praw strażnika dawa — Oby razem z cesarzem i carem król nowy 
Zgnębili w Europie barbarzyńców głowy! Z pewnością wszakże nietyle tradycje Sobieskiego za¬ 
chęcały jego następcę do doradzanej mu przez Leibniza 
walki z „barbarzyństwem“ tureckiem, ile pewne ustępy 
przytomnego zawsze jego pamięci traktatu Grebnerowego. 
Jeżeli tedy w rok po elekcji pisał król do zausznika na 
Litwie tajemniczo, bo po włosku: „Nie przeszkadzajcie wy¬ 
prawie tureckiej, od której zależy dobro publiczne i sprawa 
nasza“; jeżeli wciągał w orbitę planów swoich wschodnich, 
śladem królów poprzednich, daleką nawet Persję (obok 
bliższej Wołoszczyzny, gdzie rządził radzący się podobnie 
jak on prognostyków hospodar Brincoveanu); jeżeli nawet 
na jednego z dowódców w owej chybionej wyprawie tu¬ 
reckiej powoływał aż ze służby duńskiej księcia wirtem- 
berskiego, to działo się to wszystko podobno też dlatego, 
że mu podszeptywał Grebner: „(Runie) Magog (aluzja do proroctwa Ezechjelowego), t. j. Tu¬ 
rek wraz ze swoimi sprzymierzeńcami... tego czasu, kiedy Europa... 
(ujrzy?) na tronie cesarzy Sasa półkrwi duńskiej, (a ten) wraz ze 
swoim namiestnikiem wojskowym duńsko-holsztyńskim i w Azji ol¬ 
brzymiej doczeka się chwały... A dalej: „Persji król (Turkowi) się przeciwstawi i klęskę mu zada". Nie bez wpływu wkońcu na niewyrozumowane impulsy 
nowego króla mogły też być ustępy proroctwa, wygraża¬ 
jące, jak cała zresztą pokrewna literatura, Habsburgom: 116
		

/Magazyn_155_08_0125.djvu

			stąd nieustanne bodaj plany, sięgające od samej elekcji 
Augustowej aż do pierwszych czasów następcy jego Au¬ 
gusta III, plany wypraw na Śląsk i Czechy, czy na Węgry 
i Siedmiogród, dziwacznie się plączące z pierwszemi po¬ 
sunięciami królewskiemi w kierunku feralnej wojny Pół¬ 
nocnej — wszystko zaś nie ad maiorem Polski gloriom, 
ale zaiste pour le roi de Prusse. XI. O czem sobie „król-siłacz" pogwarzał z „królem-ka- 
pralem" przy okrągłym, na dwanaście osób nakrytym stole 
„konfidencjonalnym" w piwnicy „pałacu gubernatorskie- 
go", nie wiemy. Ale tematów, tematów wspólnych do takiej 
„konfidencji” mogło im nie zabraknąć. Mógł August przy¬ 
pominać Hohenzollernowi, z którym kumał się właśnie 
przeciwko Habsburgom, wróżby Petersenowe, tego Peter- 
sena, który w roku 1692 schronił się był najpierw, gościn¬ 
nie przyjmowany przez ministrów pruskich, do dzierżaw 
pierwszego króla Prus, a ojca obecnego w Dreźnie Fry¬ 
deryka Wilhelma, A może też gwarzył król polski z ru¬ 
basznym pruskim „kapralem" o ulubionej swojej porce¬ 
lanie i o jednym z jej wynalazców, alchemiku Bóttgerze, 
którego wydzierali sobie byli ongi nawzajem wraz z ojcem 
„konfidenta" swojego i gościa. Powiada o Auguście Jan Fryderyk Wolframsdorff 
w swoim „Porłraił de la cour de Pologne", że sprzyjał on 
wielce takim, którzy starali się torować sobie do niego do¬ 
stęp za pośrednictwem okultyzmu: alchemji i magji. Tak 
w pierwszym rzędzie postępował przyjaciel jego z lat dzie¬ 
cinnych Wolf Dietrich Beichling, który już jako paź wy¬ 
warł był wpływ ujemny na młodszego od siebie elektoro- 
wicza, co dało ochmistrzowi tegoż powód do skargi, że 
w obcowaniu z Wolfem oduczył się był August wszelkiej 
bojaźni Bożej, a przyuczył do rozpusty. Był Beichling, 
wielce wpływowy na dworze sasko-polskim, zanim go wła¬ 
sna korupcja nie pozbawiła łaski królewskiej i stanowiska 117
		

/Magazyn_155_08_0126.djvu

			kanclerskiego, wszechstronnym adeptem magji czyli — jak 
się o tem mawiało wtedy — „sztuk djabelskich“. „Beichling... — informuje nas o nim Leibniz — bawił się... 
sztukami wróżbiarskiemi, do których... zgromadził wielki zbiór ręko¬ 
pisów, przez siebie samego skatalogowanych". Wywoływał on duchy, poszukiwał skarbów, a nawet 
posądzano go o czary, zagrażające życiu bliźnich i wła¬ 
snego władcy. Tymczasem dostarczał Beichling temu osta¬ 
tniemu podręczników z zakresu „geomancji“, podręczni¬ 
ków, które sprzedawano między innemi i w Lipsku na słyn¬ 
nych jarmarkach tamtejszych. Zbudował dalej Beichling — 
jak wciąż poucza nas Leibniz — i specjalną „machinę geo- 
mantyczną“, tajemna bowiem ta wiedza operowała, jak 
nam już wiadomo, subtelnemi kombinacjami punktów oraz 
linij, które Arabowie kreślili byli niegdyś laskami po pia¬ 
sku, a które później usystemizowane zostały — gwoli ła¬ 
twiejszego wyciągania z nich horoskopów — w t. zw. 
„Punktierbuchach”. Właścicielem takich „Punkłierbitchów“ 
był w dawniejszych czasach — jak również już o tem 
wiemy — elektor August I; zachowały się one podziśdzień 
w archiwach drezdeńskich; „Mocny" sprowadzał je sobie 
nawet do Polski i woził wszędzie ze sobą. Ale tak Beichling, jak i król uprawiali gorliwie rów¬ 
nież alchemję1). Nie zliczyć seansów alchemicznych Augu- 
stowych w Goldhausie drezdeńskim czy też na Zamku 
w Warszawie. Znamy już Tschirnhausa. Zabiegi jego scho¬ 
dziły w umyśle królewskim na plan dalszy, ustępując 
miejsca wobec palących potrzeb skarbu królewskiego, wy¬ 
wołanych wielką wojną Północną, innym, mniej naogół po¬ 
ważnym eksperymentom. I tak w roku 1701, w drugim roku 
wojny a pierwszym, strasznym dla Augusta klęsk wojsko¬ 
wych i politycznych, jakie zwaliły się na króla oraz pod- 1) 0 okultyzmie Augustowym: por. Waite Arthur-Edward: „The 
secret tradition in alchemy. Its development and records", Londyn 
1926, str. 321 nn; Floessel Ernest: „Zwei interessante kabbalistische 
Urkunden aus den Tagen Augusts des Starken" [„Sphinx", XI, Brun- 
szwik 1891, str, 161—8); Haake: „August der Starke", str, 68, 96 
i 210 nn, i Vehse, 1. c., V, 87 i 183 nn,
		

/Magazyn_155_08_0127.djvu

			ległą mu Polskę, zjawiali się w Warszawie kolejno: za¬ 
gadkowy mnich Ange d‘Ombrie, przysłany królowi z Wie¬ 
dnia i z otwartemi przezeń przyjęty rękoma, gdyż obiecu¬ 
jący dostarczać mu po 100.000 guldenów rokrocznie; 
w samo zaś Boże Narodzenie tegoż roku inny alchemik, 
zbiegły rzekomo z Berlina, spod władzy świeżo ukorono¬ 
wanego na króla elektora tamtejszego, aptekarczyk Jan 
Fryderyk Bóttger, adept domniemany tajemniczego archi- 
mandryty z wyspy Lesbos, wywodzącego się z rodu kró¬ 
lewskiego Laskarysów. Z Aniołem d‘Ombrie, z Bóttgerem i Fiirstenbergiem 
odbywał król długie seanse okultystyczne na Zamku 
w Warszawie, którą już wkrótce miał utracić na rzecz Ka¬ 
rola XII. Na Bóttgera zwłaszcza łożył w latach następnych 
— w miarę pogarszania się szans wojennych — sumy 
olbrzymie, a wyrażał się o nim w liście do wtajemniczonego 
Furstenberga per „nasz suweren“, póki w miarę mnożących 
się rozczarowań i potrzeb nie zwątpił na czas pewien 
o skuteczności jego „arkanu“. Ale i wtedy niezupełnie, 
gdyż przy zbliżaniu się Szwedów na wszelki wypadek 
zamknął go w twierdzy kónigsteińskiej, po zaś ich odej¬ 
ściu ze Saksonji osadził go na stałe w sąsiedztwie zamku 
drezdeńskiego, w t. zw. „baszcie Wenery", gdzie pomysło¬ 
wemu czy też głęboko wtajemniczonemu aptekarczykowi 
udało się wkońcu, po wielu eksperymentach i nagłym zgo¬ 
nie mniej odeń szczęśliwszego Tschirnhausa wykryć na do¬ 
bre tajemnicę wprawdzie nie sztucznego złota, ale wydo¬ 
skonalonej porcelany. Zachęcony tym sukcesem na nowo, 
długo jeszcze roił sobie August, że wślad za pięknym wy¬ 
nalazkiem Bóttgera przyjdą inne, bardziej dla niego lu¬ 
kratywne. Król hołdował wkońcu praktykom kabalistycznym. 
Jako też adepta tej hebrajskiej wiedzy tajnej witali go za¬ 
pewne żydzi lipscy w roku 1727, przy przejeździe Augusta 
z Polski, horoskopami kabalistycznemu Hołdowała takim 
samym praktykom również kochanka królewska hrabina 
Cosel, podejrzewana, jak słyszeliśmy, aż o przejście na
		

/Magazyn_155_08_0128.djvu

			* wiarę żydowską, parał się niemi Poniatowski, ojciec króla, 
i Briihl — jak widzieliśmy gdzieindziej — przeniósł te tra¬ 
dycje dworu saskiego w późniejsze lata. Dziwnem byłoby zaiste, gdyby przy tak „nastawionej“ 
wyobraźni, przy wszelkim — z drugiej strony — braku 
zasad i skrupułów, przy płomiennej żądzy życia i użycia, 
na dworze starzejącego się potomka czterech pokoleń al¬ 
chemików i adherentów „Zakonu Palmowego” nie były 
pojawiły się wkońcu i owe „loże masońskie“, o których re¬ 
lacjonuje nam dobrze o sprawach tych z pierwszej zapewne 
ręki poinformowany Kraushar, że je „na dworze Au¬ 
gusta II już pod koniec panowania utworzono"1). XII. Dyrekcja archiwum domowego prusko-brandenbur- 
skiego w Charlottenburgu dostarczyła mi z tą wielką 
uprzejmością, jaka charakteryzuje wszelkie instytucje na¬ 
ukowe niemieckie po wojnie, kopji fotograficznej statutów 
drezdeńskiego „Okrągłego Stołu“ vel „Confidenztischu“. 
Spisane pyszną kaligraf ją osiemnastowieczną na ośmiu kar¬ 
tach dużego formatu, zawierają statuty owe szereg dosyć 
interesujących paragrafów. I tak dowiadujemy się z nich, że 1) jako „niema miej¬ 
sca odpowiedniejszego ponad stół dla uprzyjemnienia ży¬ 
cia, ustanowione zostało przed niejakim czasem stowarzy¬ 
szenie, noszące miano stowarzyszenia czyli bractwa Okrą¬ 
głego Stołu (Société ou Confraternité de la Table Ronde), 
którego założyciel (= król polski) używał pseudonimu 
„Patrona“. Stół był więc miejscem, wokół którego zbierali 
się współbracia. Stół ten był kształtu okrągłego — tłuma¬ 
czą „Statuta“ — „jako najdoskonalszego i niezawierają- 
cego w sobie końca ani wysokiego ani niskiego, co zgadza *) O „lożach dworskich“ Augusta II itp. Kraushar Aleksander: 
„Ramzes Bartazzani (sic!) vulgo Winiarski. Dawna historja z cza¬ 
sów Augusta‘ („Kraj", Petersburg 1891, nr, 5, stn 7); por. Be- 
schorner, 1, c.; Saint-Simon: „La cour du Régent“, Paryż b. r. (Crès), str. 27 i 30 m; Carré H.: „Le règne de Louis XV“, Paryż 
1909, str. 69. 120
		

/Magazyn_155_08_0129.djvu

			się, jak przynależy, z tą równością, która powinna panować 
pomiędzy współbraćmi i która stanowi jedną z cech na¬ 
czelnych danego stowarzyszenia" (§ 7 statutów obwieszcza 
w szczególności: „11 y régnera une parfaite égalité entre 
les assistants, car sans cela, au lieu de la liberté, qui fait 
tout l'agrément de la société, on n'y verrait que cérémonie 
et contrainte") ; 2) że będzie się można zgromadzać przy 
tym stole czyto na obiad, czy na kolację, czy na pierwsze 
śniadanie, czy też nareszcie na „tabagję" (ulubiona „knaj¬ 
pa", przy winie i fajce, na dworze Fryderyka Wilhelma I); 
że 3) liczba współbiesiadników na jedno posiedzenie nie 
będzie mogła przenosić liczby dwunastu; że w biesiadach 
będą brały udział osoby płci obojga, ale w stosunku ośmiu 
mężczyzn do czterech kobiet, gdyż — jak zaznaczał autor 
statutów (król-,.Patron“?) — „gdyby kobiet miało być wię¬ 
cej, wyższość ich byłaby zbyt poważna: już i tak będzie 
dobrze, jeżeli ośmiu mężczyznom uda się zrównoważyć 
cztery kobiety“. Zalecały dalej statuty, aby 4) siadając do stołu, wy¬ 
rzekali się współbiesiadnicy wszelakiej ceremonji, trosk, 
smutków i spraw (poważnych), wyzbywali się zwłaszcza 
zawiści czarnej, tej zarazy i trucizny społeczeństwa. Prze¬ 
ciwnie, winien współbiesiadnik przynieść ze sobą zapas 
dobrego humoru, radości (gayeté) i dowcipu. Zalecały 
także statuty, 5) aby dochowywano ścisłej tajemnicy 
o wszystkiem, cokolwiek mówi się lub czyni w zgromadze¬ 
niu. „Kiedy się to zgromadzenie zbiera — wywodziły sta¬ 
tuty 6) — dla obradowania o sprawach związku, winien 
każdy z współbraci płci obojga przychodzić na zebranie 
z bronią, oznakami i atrybutami swojego urzędu". Nie brakowało wkońcu — pośród tekstu statutów — 
ustępów również o charakterze specyficznie niemieckim, 
t. j. burschikos, jak np. (w paragrafie 13-tym): „Bywają 
pewne przymusy i powstrzymywania się zgoła dla zdrowia 
szkodliwe. Od nich zwalnia się współbiesiadników". Lub 
(w paragrafie następnym): „Od stołu wolno będzie wstać
		

/Magazyn_155_08_0130.djvu

			współbiesiadnikowi tylko wtedy, gdy zmusi go do tego pilna 
potrzeba naturalna“. XIII. W archiwum znowu drezdeńskiem znajduje się parę 
świstków, nagryzmolonych czerwonym atramentem własną 
Augusta ręką i rojących się od tylu błędów ortograficznych 
w nazwach i francuszczyźnie, iż wydawca Beschorner po¬ 
gubił się gdzieniegdzie w ich treści. Świstki te zawierają 
projektowane przez króla — w niektórych odmianach — 
listy dygnitarzy „Okrągłego Stołu“. A ten „Okrągły Stół“ Augusta Mocnego — to prze- 
dewszystkiem wierne odbicie epoki „Rokoka“, niedawno 
przebrzmiałej zwłaszcza „Regencji“. Jak bowiem August u nas, tak we Francji współcze¬ 
sny mu „Regent“, Filip ks. Orleański (1716—23), jest po- 
dziśdzień najdoskonalszem dla badaczy „Rokoka“ wciele¬ 
niem cynizmu i hedonizmu swojej ery. Ale całkiem po¬ 
dobnie jak u Augusta, tak i w wysuszonem rozkoszami 
sercu libertyna, jakim był „Regent", nie brakowało zaka¬ 
marków odmiennego jakiegoś nabożeństwa. „Kiedy powrócił na dłuższy pobyt na dwór po śmierci ojca — 
pisze mianowicie o „Regencie11 pamiętnikarz Saint-Simon -— dał się 
(książę Filip) opanować nudzie (dzisiajbyśmy powiedzieli: spleeno¬ 
wi), która go pogrążyła w ciekawościach chemji.“ Chemja zaś w owych wiekach niedaleka zawsze by¬ 
wała od alchemji, toteż nic nas nie dziwi, że znajdujemy 
dalej u St, Simona ustęp treści następującej: „Ciekawość umysłowa księcia Orleańskiego, złączona z ideą 
fałszywą stałości i męstwa, zawczasu kazała szukać mu kontaktu 
z szatanem, starać się ujrzeć go i móc z nim rozmawiać. Niczego 
więc tu nie poniechiwał, zagłębiając się w najszaleńszą lekturę, aże¬ 
by sobie wyperswadować egzystencję Boga, w djabła natomiast wie¬ 
rzył... Trudny to do zrozumienia kontrast -— dodaje od siebie sub¬ 
telny pamiętnikarz — a nadzwyczaj przecie trafia się często (ma tu 
na myśli St. Simon oczywista wiek swój własny). Biedził się („Re¬ 
gent") nad tern (zagadnieniem) w otoczeniu rzeszy ciemnych figur. 
Noce całe przepędzało to towarzystwo w kamieniołomach Vanvre‘su 
i Yaugirardu, trawiąc czas na inwokacjach“. 122
		

/Magazyn_155_08_0131.djvu

			* Ale ten spleen, ta „chemja“, ten satanizm — to u księ¬ 
cia Filipa, całkiem jak u naszego Augusta, jedna tylko 
strona medalu. Druga — to słynne kolacyjki w paryskim 
„Palais-Royalu", na których prezyduje, „patronuje“ „Re¬ 
gent" w otoczeniu córki i przyjaciółek. .-4»- „Księżna de Berry i książę Orleański — opowiada dalej cyto¬ wany przez nas co dopiero pamiętnikarz — a córka więcej, niż ojciec, 
spili się razem. Księżna nie wróciła do przytomności i w ładnym 
tym stanie odwieziono ją do Wersalu, na oczach wszystkich fory- 
siów, którzy tego nie zamilczeli...“ Podobnie spijała się jedna z kochanek „Regenta , 
pani de Parabère. Wszyscy niemal że uczestnicy i uczestniczki uczt „Re¬ 
genta“ używali mniej lub więcej dosadnych pseudonimów. 
I tak księżna de Berry nosiła na kolacyjkach ojcowskich 
miano „Pucołowatej“, pani de Parabère zwała się „Kru¬ 
kiem". Inna przyjaciółka „Regenta , pani de Sabran 
„Krzyżówką" (Sztuką mięsa), cynik Brancas „Wesołą 
trzpiotką". A wydaje nam się, że w kamerton tych orgij, 
jeżeli zestawimy je zwłaszcza z późniejszą drezdeńską ich 
analogją, uderza pani de Sabran, głosząc, że w „dniach 
stworzenia świata ulepił Pan Bóg ciast dwoje: z jednego 
ukształtował ludzi, z drugiego zaś lokai i książąt“. XIV. Ta paryska „société des antisobres ‘ uderzająco bo¬ 
wiem jest podobna do drezdeńskiego „Bractwa Wrogów 
Wstrzemięźliwości". Są oczywiście pomiędzy dwoma towa¬ 
rzystwami pewne także różnice. I tak, na listach, sporzą¬ 
dzanych ręką Augustową, spotykamy np. pełną zacności 
synowę królewską, królewiczową Marję Józefę, żonę pó- 
p. źniejszego A-Ugusta III (z niebardzo pochlebnym dla brzy¬ duli przydomkiem „Praczki“ — pierwsza to analogja z „re¬ 
wolucyjną“ nomenklaturą w stylu pani de Sabran) ; wątpić 
nam wszelako należy już nietylko o jakiemkolwiek z jej 
strony wtajemniczeniu w rytuały pijackie, ale nawet o fak- 123
		

/Magazyn_155_08_0132.djvu

			tycznem uczestnictwie w tego rodzaju orgjach dostojnej 
damy. Zato brać mógł w nich udział istotny występujący 
w zapiskach królewskich barwny rój córek i kochanek Au- 
gustowych. Więc jak tam księżna de Berry, ulubienica, 
tak tu — Orzelska („la joies“, jak ją na liście definjuje 
w lichej francuszczyźnie kochający ojciec, czy też „Gre- 
nadjer“ — aluzja jawna do znanych jej zamiłowań woj¬ 
skowych, uwiecznionych m. i. w „La Saxe galante“). Jest 
dalej Coslówna, późniejsza Moszyńska, i jako taka Egerja 
sczasem możnego Brühla a matka mającego nas zajmować 
w analogicznych okolicznościach późniejszych Moszyń¬ 
skiego Augusta. Z kobiet figuruje dalej w spisach kró¬ 
lewskich inna jego faworyta Urszula Lubomirska, księżna 
cieszyńska (późniejsza wirtemberska), także amazonka, 
a przytem kobieta polityczna. Dwie inne amazonki — 
w tych spisach królewskich — to panna Erdmuta Dieskau, 
wydana później za hrabiego Lossa („Piwniczna“), i Den- 
hofowa, gorliwa uczestniczka, jak wiemy skądinąd, pija¬ 
tyk królewskich, a bliska w nich stanu księżnej de Berry, 
wydana niedawno za jednego z Lubomirskich. Oto są 
polsko-niemieckie Sabranki i Paraberki naszego „Regenta", 
a może zarazem i owe cztery damy, którym — jak twier¬ 
dzą statuty „Bractwa” — trudno sprostać przychodziło 
ośmiu zgoła panom. Ale na nich nie koniec. Jest na listach królewskich — 
i, podobnie jak Orzelska w gronie męskich szarż „Okrą¬ 
głego Stołu" — hetmanowa Pociejowa, przezwana tu „Sier¬ 
żantem" (ten gatunek pseudonimów Poczdamem trąci już 
raczej niż Wersalem) : „Pociejowa (jak już wiemy) — zapi¬ 
sywał Flemming w dzienniku swoim 22 października 1722 
— urżnęła się". Jest dalej, niby cień poprzedniego pano¬ 
wania, księżna Konstantowa z Wesslów Sobieska („Ku¬ 
charka"), jest, jakby żywy łącznik z kulturą towarzyską 
Wersalu i Paryża, z Morstinów Bielińska, matka Denho- 
fowej („Szwaczka"), i jest jakaś Ogińska („Kadet"), i kil¬ 
ka jeszcze Niemek, jak hrabina Kónigseck („Metresa kapi- 124
		

/Magazyn_155_08_0133.djvu

			tana") i hrabina Lagnasco („Markietanka") i hrabina Fran¬ 
kenberg („Infirmierka“) i — wreszcie — księżna Weissen- 
fels z mało wytwornym przydomkiem „Dziewka obozowa" 
(„Kommis—Nickel“). A teraz panowie: otwiera listę oczywiście sam król- 
„patron" dewizą pijacką (fragmentarycznie tylko odcyfro- 
waną przez wydawcę): „Point se laisser sen aller quand 
on veut“ (wiadomo, jak pijacy przymuszają do dosiadywa- 
nia sobie innych współbiesiadników). Figuruje dalej w tych 
listach królewskich — jak wyżej dwie córki Augustowe — 
tak tutaj dwóch synaczków: gruby Gucio (późniejszy Au¬ 
gust III — „Kapral") i wdzięczniejszy Moryś (późniejszy 
marszałek Maurycy Saski — „Piszczek" grający na pisz¬ 
czałce); z trzecim synem królewskim Rutowskim spotka¬ 
my się później nieco. Jest następnie para ministrów sas¬ 
kich — i to nie byle jakich: znany nam Flemming 
(„Chorąży“) i następca jego w premjerostwie, a — jak się 
przekonamy wkrótce — właściwy reżyser „Okrągłego Sto- 
^ łu" — znany nam również Manteuffel („Zbrojmistrz" czyli „Djabeł"). Nie brak nareszcie w spisie królewskim 
dyplomatów obcych, jak ambasador hiszpański, książę Li- 
ria y Xenica, syn słynnego marszałka Berwicka, wnuk zaś 
nieprawy ostatniego Stuarta w koronie Jakóba II, zaleca¬ 
jący się do Orzelskiej, oraz — inny, którego identyczności 
nie udało mi się, jak dotąd, ustalić. Są wkońcu hrabiowie: 
Königseck, Lagnasco, Friesen, Loss, Bomstorff i inni. Z Polaków znowu, jakkolwiek nie figuruje pośród 
dworaków domniemanych „Okrągłego Stołu" młody wów¬ 
czas chorąży i generał artylerji, sczasem hetman, Jan Kle¬ 
mens Branicki, to przecie widnieje na listach uczestniczek 
„Bractwa" nazwisko jego żony z wiele nam mówiącą, jak 
wykazać się postaramy za chwilę, dewizą „sub rosa“. Jest 
też inny przyszły wielki dygnitarz koronny: Jan Aleksan¬ 
der Lipski, wówczas podkanclerzy, a sczasem biskup kra¬ 
kowski, prymas i kardynał. Figurują nadto w spisach kró¬ 
lewskich dwaj inni jeszcze duchowni, a mianowicie prote- 125
		

/Magazyn_155_08_0134.djvu

			gowany królewski ks. Antoni Rozdrażewski, opat lubiński 
i sekretarz w. koronny z przydomkiem „Kapelana" oraz 
ks. Antoni Dembowski, referendarz koronny; figurują 
wkońcu: Bieliński, mąż zapewne jednej z córek nieprawych 
królewskich, z domu Rutowskiej, Lubomirski, zapewne 
drugi mąż Denhofowej, i jakiś Sapieha. XV. W dwa miesiące po wspomnianym pobycie Prusaków 
w Dreźnie (17 marca 1728) wysłał August do Berlina ka¬ 
pitana Karola Fryderyka Póppelmanna, syna budownicze¬ 
go „Zwingeru“, który zawiózł Fryderykowi Wilhelmowi I 
wraz z „okrągłym stołem", wykonanym ściśle na wzór 
tego, jaki gość królewski oglądał był u gospodarza swo¬ 
jego w Dreźnie, i „kilkoma innemi drobiazgami" — pismo 
odręczne, zawierające nominację króla pruskiego na „Kom- 
patrona Okrągłego Stołu" („Compatron de la Table Ron- 
de“) i upoważniające go w tym charakterze do zwoływa¬ 
nia i odbywania zebrań stowarzyszenia, gdzie i kiedy uzna 
to tylko za stosowne. Miał mieć odtąd król pruski prawo 
przyjmowania do związku nowych współbraci, opatrywa¬ 
nia ich odpowiedniemi urzędami i zdobienia ich odznaka¬ 
mi związkowemi. „Ku uwierzytelnieniu tego — kończył 
„Mocny" dokument ten swój nominacyjny — położyliśmy... 
podpis nasz i opatrzyć kazaliśmy go wielką pieczęcią 
związkową. Dan u Okrągłego Stołu 13 marca 1728". Jakże wygląda teraz kształt symboliczny tej pieczęci? Przedstawia więc ona dwa koła koncentryczne, po¬ 
między któremi umieszczony jest napis: „Sceau de la Ta¬ 
ble Ronde“. W obwód koła wewnętrznego wpisane są 
cztery zachodzące na siebie trójkąty (trygony), z których 
skrzyżowania powstaje, jak widzimy na załączonej figu¬ 
rze, krzyż równoramienny, t. zw. grecki. Na ośmiu jego 
szczycikach wypisanych jest osiem liter, które składają się 
razem na słowo „radość" (w osobliwej, znanej nam już or- 126
		

/Magazyn_155_08_0135.djvu

			tografji Augustowej: „la gahete“)-, w środkowem zaś pól¬ 
ku tego krzyża mieści się róża z dodanem nad nią słów¬ 
kiem łacińskiem „sub rosa“ (tenże sam zwrot, który spo- & * tykaliśmy już w zapiskach królewskich jako jedną z de¬ 
wiz pijackich „Bractwa“). XVI. Zalecał August w wyżej wspomnianym dokumencie 
erekcyjnym filjali berlińskiej swojego „bractwa" „kocha¬ 
nemu kompatronowi", iżby dbał nietylko o to, ażeby pra¬ 
wa i statuty stowarzyszenia faktycznie były przestrzega¬ 
ne, ale także żeby go (Augusta) informowano o przebiegu 
posiedzeń tegoż. Odzewem na tę pobudkę Augustową 
stał się też w samej rzeczy osobliwy dokument-protokół, 
zredagowany w języku francuskim, ale przesiąknięty na- 
wskroś już pruską, koszarową wonią: 127
		

/Magazyn_155_08_0136.djvu

			„My niżej podpisani — tak brzmiał ten protokół1) — 
Fryderyk-Wilhelm, przezwany „Kompatronem“, von Bor- 
cke, przezwany „Audytorem“, Schwerin, przezwany ,,Ży- 
wem srebrem“, Denhof, przezwany „Starostą Schmoutz- 
kym“, Linger, przezwany „Jasieczkiem na granacie“, 
Klinckowstrome, przezwany „Gaskończykiem Północy", 
Suhm, przezwany „Przeźroczystym", Marwitz, przezwany 
„Zapachem", Dersehau, przezwany „Spragnionym“, Sy- 
dow, przezwany „Robiącym faszyny", i du Moulin, prze¬ 
zwany „Kurjerem“, czynimy wiadome panu (zamku) Dah¬ 
me nad Łabą (== kuzynowi Augustowemu, ks. Sachsen- 
Weissenfels), Gubernatorowi Frygji (= Wackerbarthowi, 
gospodarzowi, jak nam wiadomo, „Pałacu Kurlandzkiego", 
siedziby drezdeńskiej „Bractwa“), Djabłu (— Manteufflo- 
wi) i Jałmużnikowi (= Friesenowi, jednemu z zięciów z le¬ 
wej ręki Augusta), że prezydent Biberius (= Grumbkow), 
zgromadziwszy nas na posiedzenie, wprowadził nas do po¬ 
koju oświetlonego świecami w samo południe, gdzie nam 
przeczytał, pośród wielkich objawów radości, zaświadcze¬ 
nie, tyczące się powrotu do zdrowia Patrona, niegdyś jed¬ 
nego z najwytrwalszych filarów najszlachetniejszej a sta¬ 
rodawnej société des antisobres (stowarzyszenia wrogów 
wstrzemięźliwości). Ta wiadomość tyle upragniona wpra¬ 
wiła całe towarzystwo w wesoły humor, a skoro Kompa- 
tron zezwolił, ażeby wypadek ten został uczczony przez 
skropienie winem, Prezydent ujął za naczynie, które prze¬ 
robione zostało na „Stumpfschwanz“ wedle znanego wzoru 
Gubernatora Frygji (une flûte convertie en stumpschwans 
pour raisons connues au Gouverneur Phrygien — podług 
Beschornera: wysokie, cienkie naczynie, spłaszczone u do¬ 
łu w ten sposób, iżby nie można go było postawić, ale zmu¬ 
szonym się było wychylić jednym tchem) i które wypeł¬ 
niono po brzegi, i wychylił je do serdecznego przyjaciela 
Patrona, przezwanego Kompatronem, wykrzykując: „Na 1) O filji berlińskiej „Bractwa” patrz Haake Paul: „La société 
des antisobres“, 1. c. 128
		

/Magazyn_155_08_0138.djvu

			h f !
		

/Magazyn_155_08_0139.djvu

			spełnienie zyczen, zawartych w zaświadczeniu, i na jedność 
i przyjaźń trwałą pomiędzy Patronem i Kompatronem“ 
Kompatron podziękował za ten hołd i dodał jeszcze słów 
i a, które byłyby zachwyciły Patrona. Niecierpliwość 
twszakze) do wypitki nie pozwoliła bawić się nam w szcze- 
g° , . Wa zakończenie zawołał „Germanja" (= poseł ce- 
sars i w erlinie von Seckendorf, zaproszony jako gość na 
posiedzenie „Bractwa“}: „Niech żyją Patron i Kompatron, 
mech giną ci, co ich nie kochają!" „Nie możemy wszakżeż ukryć wam — ciągnął dalej 
tenże protokół — że doszło do naszej wiadomości, iż w ze¬ 
szły poniedziałek podczas festynu, wydanego w Moryc- 
burgu, Patron zachował wstrzemięźliwość wzorową, ale 
chociaż się to sprzeciwia statutom stowarzyszenia, w któ- 
rem nie jest wolno żadnemu członkowi wypić mniej, niż 
jedną butelkę wina, czyto przy obiedzie czy też przy kola¬ 
cji, godzimy się, zważywszy okres rekonwalescencji u Pa¬ 
trona (August chorował wtedy na nogę), przebaczyć mu to 
przekroczenie praw naszych i statutów, aby mu tern bar¬ 
dziej okazać życzliwość naszą i wdzięczność za usługi od¬ 
dane i trudy poniesione w służbie stowarzyszenia. (Za¬ 
razem) pragniemy udzielić mu za pośrednictwem listu ni¬ 
niejszego dyspensy formalnej od ścisłego wykonywania 
statutów naszych w ciągu jednego roku, po którego upły¬ 
nięciu wyślemy deputację celem stwierdzenia na miejscu 
s anu, w jakim Patron się znajduje, i celem zmuszenia go, 
ażeby na przyszłość trzymał się z tern większą sumienno¬ 
ścią statutów naszych, lub też wręczenia mu patentu wete¬ 
rana, iżby go w przyszłości nie niepokoili więcej godni 
członkowie stowarzyszenia. Na stwierdzenie czego i chcąc 
nadać dokumentowi tem większą autentyczność, podpisa- 
hsmy go własnoręcznie, pieczętując go pieczęcią herbową. 
Dan w Berlinie, w domu Prezydenta (= Grumbkowa), 
26 listopada 1728 . Następuje dwanaście podpisów: Wilhelm, przezwany 
Kompatronem; A. B. Borcke czyli „Audytor"; Schwerin, 
przezwany „Żywem srebrem"; H. G. von Dönhoff — „Sta- Źródto rozbioru Polski 9 j 29
		

/Magazyn_155_08_0140.djvu

			rosta Schmoutzky“; Ch. von Linger — „Hänsgen m der 
Granate"; Otto Klinckowstrome, nazwany „Skromnym 
z Północy"; H. F. von Suhm, nazwany „Przeźroczystym , 
B. von Marwitz, nazwany „Zapachem"; R. von Derschau, 
nazwany „Spragnionym"; L. S. Sydow, nazwany „Robią¬ 
cym faszyny“; D. L. du Moulin, nazwany „Kur,erem , 
oraz Fryderyk Wilhelm (Grumbkow) — „Bibenus Cassu- 
biensis" (czyli: Bibosz—Kaszuba). XVII. Dokument co dopiero przytoczony odzwierciedla nam 
przejrzyście skład i nastroje filjali berlińskiej „Bractwa . 
Pośród dwunastu współbiesiadników berlińskiego „Okrą¬ 
głego Stołu" widzimy wokół króla-„Kompatrona": Kurta 
Krzysztofa hr. Schwerina, byłego posła pruskiego w War¬ 
szawie (noszącego kiedyindziej pseudonim „Chorążego 
odpowiednik tem samem wpływowego Flemminga w kon- 
fraternji drezdeńskiej), dalej - jednego z Denhofów, spo¬ 
krewnionego zapewne z polską gałęzią tej ro ziny i _°P^ 
trzonego prawdopodobnie dlatego ironicznym^ pseudoni¬ 
mem „Starosty Schmoutzkyego" (od „Schmułz bru , 
nie zaś bynajmniej od Żmudzi), Grumbkowa następnie, 
w którego domu odbywała się rzeczona pijatyka, współ¬ 
uczestnika niebawem słynnych przedśmiertnych orgi, Au- 
gustowych, zalecanego też dla hulaszczych swoich przy¬ 
miotów przez tegoż Augusta na „kwatermistrza związku, 
i który pełnił, jak widzieliśmy, faktycznie urząd prezy¬ 
denta jego filjali i — ośmiu wkońcu innych biboszow, opa¬ 
trzonych każdy zosobna koszarowo-pijackiemi pseudonimami. Ale _ przeciwnie niż w Dreźnie — widzimy tu ,uz 
Bractwo..." w pełnem funkcjonowaniu, a z osobliwym, 
właściwym mu rytuałem, zasiadające więc „w pokoju, 
oświetlonym świecami w samo południe , i pijące z pu a 
rów o oryginalnym, rytualnym także zakroju. XVIII. Doszliśmy tak do kresu naszego opowiadania o ile 
chodzi o postać zewnętrzną stworzonego przez Augusta 130
		

/Magazyn_155_08_0141.djvu

			„Bractwa . Po tem zaś, co przedstawione zostało wyżej 
me może żadne dla nas ulegać wątpliwości, że „BraZo“ szego y:rm °1kazem OWych znanych w historii wcześniej- 
lT«r n^ar*tWa kIubÓW współbiesiadniczych czyli epoka? \ tÓryCh dwadzieścia pięć w różnych “lan Wy icza (Pocl rubryką: convivial societies) 
encyklopedia masońska Waite a, do których zaś należał Po /ta? rÓTeŻ "°krągły Stół" (»Knights of the 
and Table ; z St. Martins Court“, jak bodaj i słynna ” lelka Loza zbierająca się, jak nam wiadomo skąd¬ 
inąd, w londyńskiej gospodzie „Pod jabłonią“. . ,S,tartWOgÓle tradycja tych tainych sympozjonów, 
tych bankietów masońskich, czyli loges de table1). Sięga Wszak. ona Renesansu, sięga humanizmu i Włoch z epoki 
rozkwitu medycejskiego. Zahaczając zaś o tamtejsze aka- 
demje, które w renesansowej swojej postaci bywały nie¬ 
jednokrotnie stowarzyszeniami tajnemi i które kult dla kla¬ 
sycznego platońskiego „Sympozjonu“ umiały łączyć z za¬ 
miłowaniem do tajników żydowskiej „Kabały“, przedsta- 
wia tradycja ta obfite wzory dla późniejszych klubów 
wspoibiesiadniczych. Weźmy np. taką florencką czy liworneńską „Compa- 
gma della Cazzuola“, „Stowarzyszenie Kielni", opisane 
nam przez Vasariego, którego członkowie zbierali się na 
uroczystości swoje „in abito di muratoriw stroju mular¬ 
skim, i zasiadali do stołu zastawionego pieczywem i paszte¬ 
tami w kształcie różnych przedmiotów i narzędzi mular¬ 
skich: kamieni, ciosów, słupów i cyrklów. Wszystko to 
miały być składniki i czynniki idealnego gmachu, który 
miał być zbudowany przez współbiesiadników, najprawdo- . 1. ”°. ,lożach stołowych" Waite Arthur Edward: „A new ency¬ clopedia of freemasonry (Ars magna Lałomorum) and of cognate 7n- sfr mTl Kcn!“/ l?eT°tUren a'\d h^" ■ London 1921, 
jq,; P n- .Ludwig; „Die Freimauerei", Lipsk-Berlin \ ; l£7 V ,"Dle ,rom^che Akademie und die altchristlichen ~ SsZ^J&rgfgt: ś\c?,7: „Fu.,, Ludwig tu Anhalt-Colhew", Marburg 1917, passim, 'Barthold! 1. c., passim; Peuckert, L c., str, 350-2. 9* 131
		

/Magazyn_155_08_0142.djvu

			podobniej nakształt świątyni Salomonowej. Wspomnijmy 
dalej o funkcjonującem niegdyś również we Florencji „Sto¬ 
warzyszeniu Spragnionych" („Compagnia degli Alłerałi ‘), 
jako o noszącem nazwę identyczną niemal z „Bractwem", 
jak wreszcie o „Stowarzyszeniu Pytla" („della Crusca“). Te wzory włoskie przeniosły się niebawem i na Pół¬ 
noc. Jak poprzednik wielkich reformatorów niemieckich 
Reuchlin niegdyś „Kabałę", tak studjował o wiek później 
w akademjach też florenckich (czy jednej „Crusce“) ksią¬ 
żę anhalcki Ludwik, z linji kótheńskiej, członek ultraprote- 
stanckiego, a zarazem parającego się gorliwie okultyzmem 
rodu. Był on założycielem wspomnianego już w ciągu te¬ 
go opowiadania „Zakonu Palmowego", inaczej zwanego 
„Fruchtbringende Gesellschaft“ („Stowarzyszenia Owoco- 
dajnego"), które pod osłoną dyletanckich igraszek lingwi- 
styczno-literackich poważniejszym służyło z pewnością 
celom. „Zakon" powstał na zamku Hornstein pod Weimarem 
w przeddzień niemal wojny trzydziestoletniej, bo 24 sierp¬ 
nia 1617 r. Dostępny on już był w pewnej przynajmniej 
mierze i dla płci obojga, skoro wespół z odnogą jego mę¬ 
ską powstawał siostrzany „Zakon Złotej Palmy" czyli — z francuska zwana — „La noble Académie des 
Loyales". Nie będę zatrzymywał się tutaj dłużej nad godłem 
owego stowarzyszenia „Palmowego", które mogło było zo¬ 
stać istotnie zaczerpnięte z tradycyj żydowskich (palma = 
symbol wojującej Judei), podobnie jak adepci wspomnia¬ 
nego już przez nas wyżej „Stowarzyszenia Kielni" znoić 
się mogli symbolicznie nad odbudową świątyni Salomona — za wcześnie bowiem na gruntowne odcyfrowywanie te¬ 
go rodzaju kabalistycznych, narzucających się zresztą sa¬ 
me ze siebie zagadek. Tyle pewnego, że „zakon" był taj¬ 
ny, że członkowie jego z reguły, w stowarzyszeniu i we 
wzajemnej korespondencji, używali wzorem włoskim 
i wcześniejszo-niemieckim (po-reuchlinowskim) pseudoni¬ 
mów — wymienić tu wystarczy najgłośniejszych, jak otwie- 132
		

/Magazyn_155_08_0143.djvu

			rający listę oficjalną adherentów „Palmenordenu“ dziad 
„Kompatrona , a „wielki elektor" brandenburski, znany 
nam skądinąd z doby najazdu szwedzkiego i bitwy war¬ 
szawskiej Fryderyk Wilhelm, zwany, jak wiemy już, w swo- 
îstej gwarze stowarzyszeniowej „osobliwem światłem 
w Niemczech“ fein sonderbares Licht in Deutschland), jak 
a ej jeszcze lepiej nam znany Karol Gustaw, król 
szwedzki, noszący w „zakonie" pseudonim „Wzniosłego 
z wysoko pnącym się słonecznikiem", jak kanclerz wresz¬ 
cie szwedzki Axel Oxenstjerna: wszyscy trzej czołowi bo¬ 
jownicy protestantyzmu. Co tu nas wszakżeż obchodzi najbliżej w organizacji 
rzeczonego „zakonu", to obrzędowość jego, że tak powie¬ 
my, „pijacka". „Już w Weimarze (pierwotnej siedzibie „Palmenordenu") — 
pisze monografista instytucji tej Barthold _ było zwyczajem 
przyjmować nowicjuszy do związku z różnorakiemi żartami i kroto- 
chwilami. Działo się to — (a zaznaczyć nam wypada, czego Barthold 
podnieść omieszkał, jak dalece „Palmenorden w swojem pijackiem, 
meobcem wszakże całej obyczajowości niemieckiej prostactwie, od¬ 
biegał już od wytworniejszych wzorów zaalpejskich w guście flo¬ 
renckiej „Cazzuoli" czy też „Cruski" — (działo się to) przy wesołej 
wieczerzy i przy smakowitym kielichu, a zwało się (po niemiecku) 
„das Hänseln"... (Było zaś w rzeczy samej to) „Hänseln"... (tak zwa¬ 
ne na pamiątkę słynnej „Hanzy”) tęgiem pociągnięciem z osobliwego 
puhara, z płaskiego, pięknie rżniętego kielicha, noszącego później miano 
„Oelbergfer/a..., skąd (o stowarzyszeniu) rozpowszechniła się ujemna 
opinja, że było (ono),., stowarzyszeniem wyłącznie pijackiem („eine 
Saufgesellschaft")...“ „Dziwne (zaiste) obyczaje kwitnęły w (tym) „Palmenordenie" — 
potwierdza ze swojej strony inny, późniejszy badacz związków taj¬ 
nych, Peuckert. — Miano tam szczególny sposób trzymania szklanek 
przy piciu; używano kielichów szczególnego kształtu, jako to „Oel- 
bergu"; stosowano przy przyjmowaniu nowych członków (t.’zw.) 
„Hänseln , przyczem każdy z członków dawniejszych przypijał się do 
nowicjusza z powitalnego puhara...” W tradycji też „zakonu zachowały się opisy niektó¬ 
rych takich przyjęć, jak recepcji np. Jerzego Rudolfa, 
księcia na Lignicy i Brzegu, ostatniego z Piastów śląskich, 133
		

/Magazyn_155_08_0144.djvu

			i jak wspomnianego już przez nas elektora saskiego Jana 
Jerzego II, dziada „Patrona". XIX. ,,On gardera exactement le secret sur tout ce qui aura 
été dit ou fait dans rassemblée“ — zalecały statuty 
„Okrągłego Stołu“. „Sub rosa“ — dewizę znów okulty¬ 
styczną tajności — dodawał, jak nam wiadomo, Patron- 
August do nazwiska jednej z domniemanych współbiesia- 
dniczek swoich. I jak o „Palmenordenie" pisze Peuckert, 
że jeżeli się zważy skład jego osobisty, to będzie się miało 
nad czem zastanowić, „gdyż wielka liczba adherentów jego 
zbliżona była bez wątpienia do „Pansofji" (wiedzy tajnej): 
August anhalcki i Maurycy heski uprawiali alchemję; 0 palatynie reńskim Ludwiku Filipie pisali „pansofowie" 
poprostu jako o „naszym“, ...(a) także (i wspomniany wy¬ 
żej Piast) Jerzy Rudolf na Brzegu (zbliżał się do tych 
„pansofów“)...“, to Augustowe również „contubernium“, 
wytwór wnuka i synowca dostojnych dygnitarzy „Palmen- 
ordenu“, zrazu „współżycie naukowe" alchemików w gu¬ 
ście Paulego, Fürstenberga i Tschirnhausa, kiedyindziej 
znowu „stół konfidencjonalny" dla zwierzeń „Patrona" 1 „Kompatrona", wkońcu (w dobie stwarzania już filjali 
berlińskiej) — prawdziwe „Bractwo Wrogów Wstrzemię¬ 
źliwości" z „Hänseln“ Grumbkowa, „Stumpfschwanzem“ 
Wackerbartha, z pieczęcią nareszcie Augustową, było isto- 
tnem z typu stowarzyszeniem taj nem. Spójrzmy przedewszystkiem na tę jego pieczęć1): koło, 
opasujące ją — drugie koło stanowi poprostu otok dla na¬ 
pisu — uchodzi pośród okultystów za symbol panteistycz- 
ny jedności i wszystkiego, Boga i wszechświata (hen kaj 
pan), w alchemji zaś oznacza słońce albo złoto. O kształ- *} O pieczęci „Bractwa“ por. „Allgemeines Handbuch der Frei¬ 
maurerei“, Lipsk 1900-1, t. I, str. 578, t. II, str, 591; Marx Arnold; 
„Die Gold- und Rosenkreuzer. Ein Mysterienbund des ausgehenden 
18. Jahrhunderts in Deutschland“ („Das Freimaurer-Museum. Archiv 
für freimaurerische Ritualkunde und Geschichtsforschung... Hand¬ 
schrift für Brr. Meister", t. VI — Zellenrode — Lipsk 1930 — str, 74-5 ). 134
		

/Magazyn_155_08_0145.djvu

			cie wyobrażonego na pieczęci tej krzyża stwierdza zaś ka¬ 
tegorycznie niemiecka oficjalna encyklopedja masońska, że 
„krzyż grecki, t, j. taki, w którym ramię pionowe przecina 
się z ramieniem poziomem dokładnie w połowie..., jest 
krzyżem kawalerów Rosecroix“. Według dalszej znowu 
wykładni kabalistycznej, która się stosuje do tego rodzaju 
figury, dwanaście kątów w wytworzonych przez skrzyżo¬ 
wanie trójkątach pieczęci — to symbol dwunastu godzin 
dnia, dwunastu miesięcy roku, dwunastu znaków Zodjaku. 
dwunastu apostołów Chrystusa, dwunastu pokoleń Izraela 
— i stąd też i liczba statutowa dwunastu współbiesiadni¬ 
ków „Okrągłego Stołu“, a bodaj i godzina ta dwunasta, 
o której schodzili się uczestnicy filjali berlińskiej. Najciekawsza jest dla nas wszakże wpisana w krzyż 
pieczęci róża. Ona bowiem wespół z tym krzyżem stano¬ 
wi naczelne przecie godło „Zakonu Różokrzyżowców", 
których dewizą jest również przytoczony już przez nas wy¬ 
żej zwrot ,,sub rosa" (powstały w centrum pieczęci przez 
dodanie nad ową różą słówka „sub“) jako symbol, jak już 
nam wiadomo, właściwej związkowi- tajności. A teraz zapytajmy się, co to byli, o ile zasłonę tej taj¬ 
ności przeniknąć można, „różokrzyżowcy" i jaki był zwią¬ 
zek ich przypuszczalny z omawianym klubem Augusto- 
wym1). XX. „Mamy za zadanie — czytamy w „Confessio Fralerniłaiis", 
jednym z pierwszych manifestów oficjalnych bractwa „różokrzyżow- 
cowego“ — ustanowić w Europie (nowy) porządek rzeczy,.., a wtedy *) O „Różokrzyżowcach": „Confessio Fraternitatis oder Bekennt- 
niss der löblichen Bruderschaft des hochgeehrten Rosen-Creuzes, an 
die Gelehrten Europas geschrieben' („Geheime Wissenschaften. Eine 
Sammlung seltener, älterer und neuerer Schriften über Alchimie, Ma¬ 
gie, Kabbala, Rosenkreuzerei, Freimaurerei, Hexen- und Teufelswesen 
etc.“, Berlin 1922, str, 69—71 nn.); Waite Arthur Edward: „The 
Brotherhood of the Rosy Cross“, 1. c., passim; tenże: „The secret tra¬ 
dition...“, 1. c., str, 260; Vulliaud Paul: „Les Rose-Croix Lyonnais au 
XVIII-e siècle, d'après leurs archives originales. Précédé d'une intro¬ 
duction sur les origines des Rose-Croix“, Paryż 1929, str. 20 i 192; 
Wittemans, 1. c., str, 39 i 114-6; por. Feldman Józef: „Sprawa dyssy- 
dencka za Augusta II“, Kraków 1924, str. 22, 135
		

/Magazyn_155_08_0146.djvu

			trąba nasza rozebrzmieje jawnie, kiedy mianowicie to, o czem już nie¬ 
wielu z was przebąkuje, i jako rzecz przyszłości, w symbolach i obra¬ 
zach, przewidująco, lecz tajnie zaznacza, zapełni cały obszar ziemski 
i z pełną swobodą zostanie okrzykiwane: i, podobnie jak przedtem 
(już) zaatakowało bogobojnych wielu tyranję papieża tajnie (zrazu) 
i jeszcze nieśmiało, potem zaś dopiero strącono go w Niemczech z jego 
stolicy z wielką powagą i (tak) szczególnym zapałem, że aż nogami 
został (tenże sam papież) podeptany, (tenże), którego upadku osta¬ 
tecznego doczekać się mają czasy nasze (— manifest ujrzał światło 
dzienne we Frankfurcie n/Menem w roku 1615), (tenże, którego) roz¬ 
drapiemy pazurami (i którego) ryki ośle zagłuszone zostaną rykiem 
lwa..." Znamy już skądsiś tę szczególną a pełną nienawiści 
prozę: „Dzielne, wojownicze... nasienie Ruty saskiej — wołał wszakże 
w zbliżonym do manifestu czasie pod adresem przodka Augustowego 
Grebner, kreśląc swoją „Jedwabną nić świata“ („w symbolach i obrazach ) — (ty) wraz z księciem anhalckim oraz (książętami) 
brandenburskim, palatyńskim, heskim, brunszwickim, liineburskim... 
zapomocą konfederacji i... konspiracji... wyżeniesz Papieża, (cesarza) 
i pozostałych dynastów papistycznych z ich siedzib". Byli bowiem istotnie „różokrzyżowcy“ tajną „milicją 
ewangelicką", jak sami się byli nazwali (w okresie względ¬ 
nej jeszcze przewagi katolicyzmu trafiały się często tego 
rodzaju zakonspirowane „bojówki"), byli zarazem — jak 
ustala naczelny ich historjograf — „kolegjum misterjów". „Różokrzyżostwo" — stwierdza przecież inny jeszcze ich ba¬ 
dacz — składa się z mistyki iluminackiej, połączonej z alchemją, — 
stąd druga ich nazwa: „Gold- und Rosenkreuzer" ■— astrologją, ma¬ 
gnetyzmem i spirytyzmem.,.“ Cóż dziwnego, że do „bractwa“, będącego w tajnej 
swojej esencji „kolegjum misterjów“ i używającego jako 
takie z „Kabały“ zaczerpniętych symboli, skłonił się Au¬ 
gust, kabalista, alchemik i astrolog, pupil Beichlinga, Pau- 
lego, Tschirnhausa i Bóttgera, spadkobierca prawdopo¬ 
dobny tradycyj „Zakonu Palmowego"? Czytamy przecie 
w innej jeszcze historji „różokrzyżowców", że wskrzeszeni, 
odrodzeni czy ujawnieni na początku stulecia XVIII przez 
współrodaka Augustowego Sasa Richtera, posiadali „różo¬ 
krzyżowcy“ dom swój w Norymberdze (siedzibie młodego 136
		

/Magazyn_155_08_0147.djvu

			Leibniza) i przyjmowali adeptów, wręczając im właśnie' 
emblemat „Palmenordenu", gałązkę palmową — na listach, 
z drugiej strony, wczesnych kapituł ,,różokrzyżowcowych" 
spotykamy niektórych założycieli tamtego „zakonu“. Cóż 
więc dziwnego, że spiknął się z tą „milicją ewangelicką“ 
człowiek, o którym powiadał w roku 1714 dobrze znający 
go Flemming, że „książę... jest toujours bon luthérien", któ¬ 
ry był potomkiem władców dla protestantyzmu zasłużonych 
i w protestantyzmie popularnych i który w dodatku prze¬ 
znaczony był z urodzenia na „dyrektora korpusu ewange¬ 
lickiego“ w Rzeszy? „Nasienie Ruty“ (August) wraz ze spadkobiercą „wiel¬ 
kiego elektora („Kompatronem“) — nie brakowało zaś 
w „różokrzyżu wyraźnych nawet tradycyj krzyżackich czy 
zgoła pruskich, jak symbol „Czarnego Orła“ — gotowi byli 
przy pierwszej z brzegu nadarzającej się sposobności „wy- 
żenąć (istotnie) papieża, cesarza i pozostałych dynastów 
papistycznych (a w tern i Polskę): Augustowi zapowiadał 
to Petersen, mistyk z Lüneburga, jednego, jak już wiado¬ 
mo, z głównych niemieckich ośrodków okultystycznych czy 
„różokrzyżowcowych“ (jest zresztą w księdze Grebnero- 
wej wzmianka o formacji w temże mieście „milicji ewan¬ 
gelickiej"), zapowiadał w słowach: „Sas zostaje królem polskim i pod cesarzem rzymskim z ple¬ 
mienia Ruty papież zupełnej doznaje zagłady“. Wierzył, jak wiemy już, August „chiljaście“ lünebur- 
skiemu, zbliżonych zaś do chiljastycznych zapowiedzi do¬ 
wiadywać się mógł również z „różokrzyżowcowej“ „Con¬ 
fessio", zapowiedzi mianowicie, że: „Bóg postanowił światu przed jego upadkiem, który niedługo 
potem nastąpi, użyczyć takiej jeszcze prawdy, światła, życia i wspa¬ 
niałości, jaką niegdyś w raju Adam, pierwszy człowiek, posiadł był 
i zmarnował“. Jako libertyn i epikurejczyk wierzyć mógł też król 
polski chętnie, wraz z „różokrzyżem“, wraz z Petersenem, 
wraz z „żydami i nowochrzceńcami... w (nadejście rych¬ 
łe) królestwa świeckiego, (ziemskich) pełnego rozkoszy”.. 137
		

/Magazyn_155_08_0148.djvu

			XXL W szczycikach bowiem owego krzyża „różokrzyżow- 
cowego“, zaadoptowanego do potrzeb „Bractwa Wrogów 
Wstrzemięźliwości", kryje się, jak już nam wiadomo, 
nibyto symbol epoki tej i panowania, słówko „la gahété“ 
— radość życia i użycia. Jestże ta „gahété" godłem 
„Bractwa“ i dlatego, że mogłoby być ono równoznaczne 
z pewnym „Zakonem Radości" („Ordre de la Joie“), 
o którym wspomina w swojej „Historji wolnomularstwa" 
Clavel, a którego statuty ogłoszone zostać miały właśnie 
w 1696, roku zjawienia się w Dreźnie Tschirnhausa?1) „En se mettant à table — zaleca mianowicie statut 
Augustowy „braciom" i „siostrom" — on renoncera à toute 
cérémonie, à tous soucis, chagrins et affaires, surtout à la 
noire jalousie, la peste et le poison de la société. On 
y apportera au contraire provision de bonne humeur, de 
gaieté et d'enjouement...“ Weźmy teraz do ręki wcześniejszy o lat osiem od 
tychże statutów traktat angielski „Pantheisticon", pióra 
filozofa Johna Tolanda, „prekursora masonerji" — jak 
go określił ostatni jego monografista — niepozbawionego 
zaś za życia kontaktu z dworem drezdeńskim: korespon¬ 
dował wszakże z Flemmingiem. Oto więc co znajdujemy w owym „statucie" Tolan- 
dowym, przenikniętym tymże samym zresztą duchem, 
Tctóry panował i w „Contubernium" Augustowem: skłon¬ 
nościami do kabalistyki, alchemji i astrologji. Znajdujemy 
więc na wstępie cytat z traktatu cycerońskiego „De Se- 
nectute", w którym Marek Porcjusz Kato przemawia jak 
następuje: „Za mojej kwestury powstały stowarzyszenia (societałes)... 
"Słusznie nazywali przodkowie nasi zgromadzenie współucztujących 1) O „Zakonie Radości“ Clavel F.-P.-B.: „Histoire de la franc- 
maçonnerie“, Paris 1844, str. 406; Vulliaud Paul: „Un précurseur de 
la franc-maçonnerie, John Toland“, Paryż 1927, passim. Le Forestier 
R.: „Les illuminés de Bavière et la franc-maçonnerie allemande“, 
Paryż 1914, str. 195; „Allgemeines Handbuch..." I, c„ II, str, 142-3 
i 257-8; Gurlitt, 1. c„ I, 338.
		

/Magazyn_155_08_0149.djvu

			przyjaciół Convivium... Jestem gorącym stronnikiem królestw stoło¬ 
wych przez tych przodków ustanowionych, mów, wygłaszanych ze 
szklanką w ręku, zgodnie ze starym zwyczajem, przez króla uczty..." Wślad zaś za tą reminiscencją klasyczną oto jaka 
następnie w ,,Pantheisticonie“ mieści się inwokacja ry¬ 
tualna : Król uczty (czyli Prezydent): „Milczeć! Nie¬ 
chaj to zgromadzenie i wszystko, co ma się w niem my¬ 
śleć, mówić oraz działać, uświęcone zostanie potrójnym 
ślubem Mędrców: Prawdzie, Wolności, Zdrowiu!" Respons: „Niechby tak było w teraźniejszości 
i po wszystkie wieki!" Król uczty: „Mieńmy się pomiędzy sobą Rów¬ 
nymi i Braćmi!“ August zaleca: „U y régnera une parfaite égalité entre les assistants, 
car, sans cela, au lieu de la liberté, qui fait tout l'agré¬ 
ment de la société, on n y verrait que cérémonie et con¬ 
trainte". Tak więc z zestawienia dwóch tych jeno tekstów wy¬ 
nika już pełna suma haseł rewolucji francuskiej. Król uczty: „Oddalmy ducha kłótni, zawiść, upór! (En se mettant à table — wywodzi August — on re¬ 
noncera... à la noire jalousie...") Król uczty: „Zajmujmy się zabawą i żartami (des jeux et des ris)". (August: „On pourra rire et chanter, quand il en 
prendra envie".) Respons: „Niechaj Muzy i Gracja nam sprzy- • » |K y jają! Król uczty: „Radość jest dla mędrców cen¬ 
niejszą od życia!" Respons: „Radość jest znamieniem człowieka wolnego!"
		

/Magazyn_155_08_0150.djvu

			XXII. Muzami zaś i Gracjami tego „Sympozjonu" czy „Za¬ 
konu Radości" Augustowego miały być, jak nam już wia¬ 
domo, ulubiona jego Anusia Orzełska (,,la joies"), a dalej 
dwie Lubomirskie: księżna cieszyńska i eks-Denhofowa, 
co tak wiernie dotrzymywała była królowi niegdyś placu 
na pijatyce pod Dreznem u Flemminga, dalej zaś hrabina 
Loss-Dieskau i inne jeszcze, jakby się trafiło, przyczyny 
radości „kochanka żon wszystkich“. Równość swoją rozciągali bowiem libertyni stulecia 
i na pleć, „sztucznemi" dotąd oddzieloną różnicami. „Nie będę tutaj powtarzał — pisał Toland w przedmowie „Li¬ 
stów do Sereny" ■—• com już powiedział na korzyść równości i współ- 
mierności pomiędzy narządami umysłowemi płci obojga.,.” Nie dziwna więc, że jak już przed stuleciem, przy 
„Palmenordenie" zakładały cztery tuziny książąt i ary¬ 
stokratów płci obojga pasterską „Akademję prawdziwych 
kochanków" (,,Académie des vrais amants"), tak i w kilka 
zaledwie lat po założeniu „konfraternji" Augustowej fun¬ 
dował rozwiązły elektor koloński Klemens August „Zakon 
Mopsów" czy raczej „Mopsic", tak wcześniej nieco istniał 
we Francji analogiczny „Zakon Pszczoły", założony przez 
księżnę de Maine, i tak, po śmierci już Augustowej, fun¬ 
dowała w Dreźnie królewiczowa Marja Antonja Wal- 
purgis, żona jego wnuka, „Zakon Przyjaźni", I znowu roz¬ 
brzmiewały komnaty zamku drezdeńskiego pseudonimami 
i dwuznacznikami frywolnemi, i znowu przemawiano tam 
do siebie „en enfants sans souci, fût-ce même sur le 
cotillon“ (terminologja statutów Augustowych). Teraz zaś, zanim opuścimy na dobre piwnicę ową „kur- 
landzką" przy „Schiessgasse", wystawmy sobie jeszcze wi¬ 
dok „Okrągłego Stołu", na modłę znanych nam skądinąd 
„loges de table". Wystawmy sobie tedy w jej pośrodku 
„Króla uczty", „Prezydenta" czyli „Patrona", gdyż i to 
ostatnie miano spotyka się w nomenklaturze masońskiej; 
dookoła zaś niego siedmiu innych „wrogów wstrzemięźli¬ 
wości" i cztery przyszłe „mopsice" — wszystko rozświe- 140
		

/Magazyn_155_08_0151.djvu

			tlone jarzącemi się światłami, chociaż, jak podczas orgji 
u Grumbkowa, na dworze mogło być wtedy samo połu¬ 
dnie. „Słumpfschwanz“ obrzędowy krąży z ręki do ręki, 
wychyla się zeń jednym haustem potężne „salamandry“, 
niczem w „Schlaraffii“ jakiej bajecznej; święci się tak, 
w znaku ,,Róży kwiecia W^enery — radość życia, 
radość pojętą już jako znamię istotne wolności, równości 
i braterstwa. XXIII. „Za całą tą swawolą — zauważa wszakże trafnie 
wydawca Beschorner — kryła się powaga życia politycz¬ 
nego“. Dojrzewał „wielki plan" (grand dessein) pano¬ 
wania Augustowego. Parokrotnie już nosił się król-,.Patron" z zamiarami 
podziału Polski, o których powiada przytaczający je hi¬ 
storyk pruski Droysen, że „nie jest bez interesu, iż 
pierwsze bardziej określone projekty rozbioru Polski wy¬ 
szły od króla polskiego“1). I tak — po klęsce kliszowskiej i nieudanych ze strony 
Augusta próbach bezpośredniego porozumienia się z Ka¬ 
rolem XII, tym Szwedem, o którym mawiali „wtajemni¬ 
czeni , że „z drzewa i stali skandynawskiej wznosi (rów¬ 
nież) świątynię Salomona" — zapytywał się „Mocny" je- 
sienią 1703 r., w Berlinie, później zaś w głównej kwa¬ 
terze szwedzkiej, czy król Fryderyk i król Karol nie ze¬ 
chcieliby podzielić się z nim Rzecząpospolitą jako łupem. O „wielkim planie Augustowym i jego głównych reżyse- 
rach: Droysen Johann-Gustav: „Geschichte der preussischen Politik" L. rY4, rT',284M ' 40,*"!4; por- Seydewitz Thea v.: „Ernst Chri¬ 
stoph Graf Manteuffel passim; Schnorr von Carolsfeld 
Frf.nz, und Sc, ,m'dt Lud^g; „Katalog der Handschriften der kö¬ 
niglichen öffentlichen Bibliothek zu Dresden", t III str 1 nn (Ma¬ 
gische und alchymische Handschriften), Lipsk 1906; Volz Gustav Ber- 
thold und Oppeln-Bronikowski Friedrich v.: „Der Grat von Saint-Ger- 
mam. Das Leben eines Alchimisten...", Drezno b. r. (1923), str. 209- 
Bord Gustave; „La franc-maçonnerie en France des origines à 1815“, 
t. I, str. 315-6; „Allgemeines Handbuch...“; 1. c,, t I str 17- Vehse 
op. cit t. VI str 368; Konopczyński Władysław: „Czasy saskie", 1. c.' 
t. II, str. 446), Jarochowski: „Dzieje panowania Augusta II " Po¬ 
znań 1856, str. 391 ’ 141
		

/Magazyn_155_08_0152.djvu

			W sześć znowu lat później, po pokoju altransztackim 
a przed Połtawą, słał ponownie zdetronizowany już wtedy 
August „chorążego" — Flemminga do stolicy pruskiej. 
Ojciec „Kompatrona" przyjął go wtedy (wiosną 1709 r.) 
z otwartemi rękoma i wręczył mu na odjezdnem własno¬ 
ręczny projekt podziału, który opiewał: Inflanty dostaną 
się Leszczyńskiemu, Polska, t. j. okolice Warszawy wraz 
z Litwą pozostaną przy Auguście, Prusy królewskie 
z Warmją i protektorat nad Kurlandją zagarnie sam Fry¬ 
deryk. Nastąpiło niebawem spotkanie Augusta z Fryde¬ 
rykiem I w obecności kuzyna duńskiego Fryderyka IV, 
później zaś — już po Połtawie — zjazd króla pruskiego 
z carem w Kwidzyniu, gdzie pierwszy zażądał od dru¬ 
giego otwarcie pomocy przy zdobyciu Prus królewskich 
z Elblągiem i Żmudzi, ekspektatywy na księstwo kuroń- 
skie, ew. kilka województw wielkopolskich i t. d. W stycz¬ 
niu znów roku następnego (1710) spotkał się król pruski 
z królem polskim w Lipsku. „Piąty punkt — pisał potem Fryderyk do posła swojego ów¬ 
czesnego w Warszawie Marschalla von Bieberstein — podpisanej 
przeze mnie tamie wraz z królem polskim pertraktacji — tyczy się 
znanego grand dessein i rozbioru" i opiewa: „...le Czaar proposera à ceux de(s) grands de Pologne qui sont 
les plus considérables par leurs charges, par leur crédit et par les 
biens qu'ils ont, quon trouve nécessaire pour la tranquillité et pour le 
véritable intérêt de la nation polonaise, dont le gouvernement a été 
jusqu'ici si funeste à elle même et à tous ses voisins, de donner une 
autre forme à ce royaume, de joindre aux états du Czaar outre la Li¬ 
vonie Suédoise une certaine étendue de terre du côté de la Lithuanie, 
à ceux du Roi de Prusse la Prusse Polonaise et la Samogitie (resztę 
w szyfrze opuszczono) et de laisser le reste au Roi de Pologne au 
titre de roi héréditaire..." XXIV. Marschall, pozostający co do „wielkiego projektu" 
w kontakcie i harmonji z Flemmingiem, powiózł na sześć¬ 
dziesiąt lat przed „insynuacją" innego nad Newą „facto¬ 
tum" pruskiego, hr. Lynara, rzeczony projekt podziału do 142
		

/Magazyn_155_08_0153.djvu

			Petersburga. Minęło wszakże lat blisko jeszcze dwadzie¬ 
ścia, zanim odżyły te plany, choć sprzyjać im mogła była 
częściowo dwuletnia okupacja rosyjska w Polsce. Pod rokiem jednakże 1721 słyszymy znowu przelo¬ 
tem o tym samym „wielkim planie", wtedy bowiem — 
jak informuje nas Konopczyński — „(zakręcili się) dwaj... 
żydzi nadworni (Augustowi) Lehmann i Meyer... między 
Dreznem a Berlinem, obwożąc... (jego) plan rozbioru..." Ale, jak słusznie podnosi znowu Droysen, odżyły na 
nowo te plany starzejącego się Augusta, coraz bardziej 
myślącego o zapewnieniu synowi tronu polskiego, dopiero 
w omawianym przez nas wyżej roku 1728, odżyły przede- 
wszystkiem z przyjściem do steru spraw sasko-polskich 
Manteuffla. Znalazł Manteuffel następcę i wykonawcę swoich pla¬ 
nów. Był nim młody Henryk hr. Brühl, z pazia zrazu, 
pazia „Dziewki obozowej", umiejącego się przypodobać 
swojemu władcy, dopuszczany przezeń później do wsze- 
^ lakiej konfidencji i sekretów. Odtąd też mógł donosić i Fryderyk Wilhelm ministrom swoim, że po „upadku 
Manteuffla udało mu się przeciągnąć Briihla na swoją 
stronę i skłonić go do korespondencji z Grumbkowem". 
Wtedy to odżyły na dobre i rozbiorowe plany. Wyrazem zaś wskrzeszenia ich stała się ponowna 
misja Marschalla do Drezna i Warszawy, przedewszyst- 
kiem zaś udzielona temu ostatniemu przez Fryderyka 
Wilhelma 12 grudnia 1732 instrukcja: ,,Instruction secrète 
pour le ministre Marschall de Bieberstein, concernant le 
partage que le Patron a fait proposer au Compatron...‘c Marschall w Dreźnie raźnie wziął się do pracy. „On croit — pisał stamtąd mianowicie do Grumbkowa (6 gru¬ 
dnia 1732) w gwarze wspólnej sobie z Brühlem — toujours réalisable 
le grand oeuvre (wyrażenie alchemiczne) dont l'union des quatre 
aigles (August, Rosja, Austrja, Prusy) et le secret sont posés pour 
fondement". W nocy zaś z 11 na 12 stycznia 1733 spotkał się 
wracający już po raz ostatni do Polski August z przy- 143
		

/Magazyn_155_08_0154.djvu

			słanym przez „Kompatrona“ Grumbkowem na noclegu 
w Krossen, XXV. ,,Imć Pan Brühl — donosił „prezydent Biberius“ 
o tej swojej wyprawie „Kompatronowi“ — przybył 
w niedzielę na dwie godziny przed „Patronem“..., a pierw¬ 
szą sprawą, o której dyskutowaliśmy, była kwestja, kto 
pierwszy poruszył propozycję du grand dessein. Brühl 
się przysięgał, że tym kimś był Marschall, z tem, że 
Wasza Królewska Mość oświadczyła była wspomnianemu 
Marschallowi na jego odjezdnem do Warszawy, że jest 
niezadowolona i rozgoryczona względem Polaków i że 
byłaby uradowana, gdyby można ich nauczyć rozumu, 
a że nic ku temu nie posłuży lepiej, niż rozbiór... Pomimo 
wszystkich tych szczegółów — ciągnął dalej w liście swoim 
„Prezydent“ — trwałem przy zdaniu, że Marschall za¬ 
pewnił był Waszą Królewską Mość, iż idea (rozbioru) 
wyszła była od „Patrona", czemu Brühl zaprzeczał...“ I zastanawiali się dalej dwaj konfratrzy, oczekując 
na króla, nad ewentualnym udziałem Rosji i Austrji w za¬ 
mierzonym podziale i doszli do przekonania, że „takie 
przedsięwzięcie, to nie partja pikiety“, że wymaga czasu. Nadjechał „Patron“. Ucieszył się do „Biberiusa", ale 
tak słabo trzymał się już na nogach, że choć jeszcze trze¬ 
źwy — pisze Grumbkow — „U me tomba sur le corps et 
sans un armoire qui me soutenait, nous serions tombés 
tous deux“. Siedli i rozpoczęli dyskurs o rozbiorze: „// 
donna libéralement (à la Prusse) Thorn et une grande 
lisière avec les villes de la Prusse royale excepté Danzig 
(„Polacy... — pisał był swojego czasu Grebner — utracą 
granice swoje od strony... Prus aż po Kaszuby i Pomo¬ 
rze...“), il se réserva la Grande et la Petite Pologne avec 
Wilno et le reste devait tomber en partage à la Russie“. Siadło się potem do stołu: „Je fis servir — pisze 
Grumbkow — deux plats selon le goût du „Patron“..., 
mais après il me demanda, si favais du champagne et 144
		

/Magazyn_155_08_0155.djvu

			alors il s en donna... Et il battit la campagne avec son 
plan, en se faisant donner la carte de la Pologne et tan¬ 
tôt il faisait la disposition de marcher tous trois conjoin¬ 
tement, puis il devait rester pour voir venir quand la 
Prusse et la Russie auraient commence'. Tak ucztowali po raz ostatni ze sobą król-,.Patron" 
i „Prezydent" filjali berlińskiej „Bractwa". XXVI. A teraz słów jeszcze parę o wykonawcach rzeczo¬ 
nego „wielkiego planu". Manteuffla i Briihla już znamy, nie znamy ich tylko 
jeszcze dokładniej ze strony ich działalności wolnomular- 
skiej, ta bowiem w pełniejszem świetle ujawnić się miała 
dopiero później : u Manteuffla, kiedy mianowicie po wyforo- 
waniu go z Drezna, jak słyszeliśmy już, osiadł w Berlinie 
i założył tam w roku 1736 „Stowarzyszenie Aletofilów“ 
(„Miłośników Prawdy"). Stowarzyszenie to — jak ustala 
znowu cytowana już przez nas wyżej niemiecka oficjalna 
encyklopedja masońska — nosiło wyraźny charakter ma¬ 
soński, uczestniczyli zaś w niem, czy przynajmniej blisko 
niego stali dawni menerzy „Bractwa Wrogów...", więc 
w pierwszym rzędzie Grumbkow, jak również ks. Jan 
Adolf Sachsen-Weissenfels, znany nam już z „Bractwa" 
szwagier „Dziewki obozowej" (a zarazem następca Augu¬ 
stowy jako „dyrektor korpusu ewangelickiego"). Tu też 
bowiem, u Manteufflowych „Aletofilów“, panował ów cha¬ 
rakteryzujący „Bractwo" styl koszarowy pruski: panie 
i panowie zespolili się tutaj mianowicie w „pułk bez przy¬ 
musu („Régiment de sans-façon“), podzielony na cztery 
kompan je „androgyniczne", z których każdą dowodziła 
jedna z panien Manteufflówien. Manteuffel i nadal, z Berlina, pozostawał w jaknaj- 
ściślejszym kontakcie i korespondencji z Brühlem (łączyło 
ich wspólne przecie hasło: Vivat Germania, pereat Fran¬ 
cia! — a w rezultacie i Polonia). I Brühl również, spad- Źródło rozbioru Polski. 10 145
		

/Magazyn_155_08_0156.djvu

			kobierca wskazań Manteufflowych, a, wcześniej jeszcze, 
tradycji dworu sasko-weissenfelskiego, którym władał był 
niegdyś znany nam, jako głowa „Zakonu Palmowego“, 
książę August — był wolnomularzem, był jak August, 
„dobrym“, jeżeli nie wojującym, protestantem, był nade- 
wszystko gorliwym okultystą. Marschall znowu, ów pruski partner robót dookoła 
„wielkiego planu“, bratał się ze swojej strony z okultystami. 
I tak jeden z najsłynniejszych magów stulecia, t. zw. „hra¬ 
bia de Saint-Germain", który, jak też już słyszeliśmy, znał 
się dobrze z Augustem i bywał wielokrotnie u niego 
w Dreźnie czy w Warszawie, dyskutując w wiele lat póź¬ 
niej, na schyłku życia, z innym znamienitym okultystą 
o zagadnieniach wolnomularstwa, wspominał mu między 
innemi o głębokiem wtajemniczeniu „niejakiego Marschal- 
la von Bieberstein“, którego poznał i do którego zbliżył się 
był w Warszawie. Grumbkow nakoniec, który w ostatnich latach Augu- 
stowych dla talentów swoich pijackich stanowił idealny 
łącznik pomiędzy berlińskimi „wrogami wstrzemięźliwo¬ 
ści“ a królem polskim (dwukrotnie też zbiegał on do Kros¬ 
sen, ażeby króla spijać i urabiać dla pruskich celów), 
Grumbkow-,.Biberius" wydaje nam się narzędziem tylko 
tamtych głowaczy: Manteuffla, Briihla, czy Marschalla, 
wydaje dogodnym figurantem w „Bractwie“. „Poślij zapasik ten — pisał np. August w czerwcu 1729 r. do 
Manteuffla, przesyłając za jego pośrednictwem pięćdziesiąt butelek sta¬ 
rego wina, otrzymanych od poddanych polskich, „Kompatronowi" — 
(lecz prześlij je) bezpośrednio Jego Królewskiej Mości, gdyż, gdyby 
dostały się w ręce prezydenta Biberiusa, zachodziłaby obawa, że 
mógłby on skosztować z nich przed królem, roszcząc sobie do tego 
prawo prezydjalne..." XXVII. Nazajutrz po owej pożegnalnej orgji w Krossen, 
„przed szóstą rano — relacjonuje dalej Grumbkow — 
zawołał mnie król do siebie, siedział on przed kominem 146
		

/Magazyn_155_08_0157.djvu

			z obnażonemi nogami i powiedział: A tak mnie wczoraj 
dobrze on uczęstował. Czy to się nazywa żyć „sobre“? 
Mam z tego dzisiaj zupełnie pustą głowę... A nie rób 
z tych rzeczy hałasu — dodał na pożegnanie do Prusaka, 
aludując do gawęd o rozbiorze — bo Polacy gotowi jesz¬ 
cze kark mi skręcić!” W parę dni później, 16 stycznia 1733, przybywał Au¬ 
gust do Warszawy po raz ostatni. I podobnie jak po¬ 
przedniego lata czy jesieni, wisiał zamach stanu absoluty- 
styczno-sukcesyjny ze strony królewskiej i teraz w po¬ 
wietrzu: „Nie chcę sukcesji bez rozbioru" — powtarzał 
wtedy wszakżeż August. I jak poprzedniego lata, kiedy 
zgromadzał zbrojny „kampament” w Wilanowie, czy po¬ 
przedniej jesieni, świadczyło o jego planach i teraz za¬ 
pewne ostre pogotowie dragonji i mnóstwo uwijających się 
„oberoficerów”. Kręcił się prawdopodobnie pomiędzy ni¬ 
mi i ten syn naturalny Augustowy, hrabia Rutowski, do¬ 
wódca żółtego pułku olbrzymich grenadjerów (grandmu- 
szkieterów) gwardji, ufundowanych na wzór poczdamski, 
drugi obok Grumbkowa łącznik pomiędzy Sasami a Ber¬ 
linem, „Adjutant ‘ z „Bractwa”. Śmierć jedynie królew¬ 
ska (w nocy z 31 stycznia na 1 lutego) udaremniła zło¬ 
wrogie jego plany. XXVIII. Nim wszakże od rzeczonych wypadków przystąpimy 
już do epilogu, obecnie, dla zaczerpnięcia wraz z czytelni¬ 
kami tchu, dla wyklarowania metodą dedukcyjną tezy 
naszej, budowanej dotąd zapomocą konstrukcji indukcyj¬ 
nej, dla wycieniowania wkońcu lub uzupełnienia tego czy 
innego fragmentu naszego opowiadania, pokusimy się 
o resume, o skrót końcowy: W roku 1696, w przeddzień zatem elekcji polskiej 
Augusta, przybywał do Drezna okultysta Tschirnhaus. 
Przybywał niewiadomo nam dokładnie skąd, ale przyby¬ 
wał nie bez porozumienia już zapewne z Leibnizem, przy- io- 147
		

/Magazyn_155_08_0158.djvu

			jacielem swoim i korespondentem. Jeżeliby zaś patrzeć 
na to zjawienie się Tschirnhausa w Dreźnie pod kątem 
zbliżającej się elekcji polskiej, to uwydatnić należy w tym 
związku, że Leibniz lat temu mniejwięcej trzydzieści 
wszedł był w kontakt bezpośredni z Polską, uczestnicząc 
w imprezie dyplomatycznej, mającej na celu wyniesienie 
na tron opróżniony przez Wazów jednego z książąt krwi 
niemieckiej. Leibniz pełnił wtedy właśnie funkcję sekretarza sto¬ 
warzyszenia alchemicznego w Norymberdze, będącego fi- 
lją „Zakonu Palmowego". Skądinąd zaś wiadomo nam, że 
w tejże Norymberdze posiadali — i to zapewne już w tym 
samym okresie — jedną ze swoich siedzib „różokrzyżo- 
wcy ', pomiędzy którymi a wspomnianym wyżej „Zakonem 
Palmowym" istniał niewątpliwy związek, skoro — pomija¬ 
jąc już nawet zbieżności czysto personalne — spoty¬ 
kamy godło „Palmenordenu“, gałązkę palmową, jako 
zasadniczy również emblemat w rytuale „różokrzyżow- 
cowym", Tschirnhaus, przybywając do Drezna, zastawał tam 
innych obok siebie okultystów, przedewszystkiem zaś 
dwóch, a to doktora Macieja Paulego, medyka nadworne¬ 
go króla polskiego, a dalej przyjaciela tegoż Antoniego 
Egona ks. Furstenberga. Jak bowiem powiada o Augu¬ 
ście pamiętnikarz Wolframsdorff, sprzyjał król wielce 
takim, co starali się torować sobie do niego dostęp 
zapomocą magji czy okultyzmu: Pauli wtajemniczał go 
w kunszty alchemji, astrologji, kabalistyki i geomancji; 
Fiirstenberg asystował jego seansom okultystycznym na 
zamkach drezdeńskim czy warszawskim; Beichling dostar¬ 
czał mu corazto nowych podręczników z zakresu geoman¬ 
cji i wszelakiej bodaj magji; Flemming wkońcu wertował 
wraz z nim, jak sam opowiada, traktaty wróżbiarskie Pa- 
racelsa i Nostradamusa. Ale wślad za Tschirnhausem zjawiał się niebawem 
na terenie drezdeńskim emisarjusz inny. I znowu nici pro- 148
		

/Magazyn_155_08_0159.djvu

			wadzą nas w stronę Norymbergi, „różokrzyżowców" i Leib¬ 
niza. Emisarjuszem tym był bowiem Jan Wilhelm Peter - 
sen, członek norymberskiego „Zakonu Kwiatowego", in¬ 
nej filjali „Zakonu Palmowego", zarazem zaś uczestnik 
przesiąkniętej nawskroś okultyzmem sekty protestanckiej 
o charakterze mesjanistycznym, sekty, mieszczącej się 
chwilowo w Liineburgu, jednej z naczelnych pono siedzib 
„różokrzyżowcowych". Petersen, pilnie śledzony przez 
Leibniza, orjentującego się we wszelkich kulisach elekcji 
polskiej, (w jednym ze swoich epigramów wspomina on 
alegorycznie o „złotych jabłkach", dostarczonych na cele 
tej elekcji Augustowi przez żydostwo — ma tu na myśli 
Leibniz sfinansowanie tejże przez domy bankowe Wert- 
heimera i Lehmanna, podobnie jak żydowsko-holenderski 
dom Suassów umożliwiał był co dopiero „desant" angiel¬ 
ski Wilhelma Orańskiego) Petersen dostarcza Augustowi 
w przeddzień bodaj jego elekcji, a nie bez kontaktu z Pau¬ 
lini, księgi starożytnej, którą przed stuleciem przeszło uło¬ 
żył był astrolog saski Grebner i zadedykował dwom skolei 
przodkom Augustowym. Księga ta nosiła na sobie wyraźne już znamiona „ró- 
żokrzyżowcowe". Jeżeli bowiem zestawimy jej teksty 
z tekstem np. późniejszego od niej nieco manifestu 
„różokrzyżowcowego": „Confessio...", to stwierdzimy ła¬ 
two, że w obu tych elukubracjach dominuje ton niemal 
że identyczny, ton mianowicie namiętnego antyka- 
tolicyzmu, o „nastawieniu" zarazem wybitnie okulty- 
stycznem. Nic tedy dziwnego, że wszystkie te impulsy — pomi¬ 
jając tu narazie doniosłe ich znaczenie polityczne — do¬ 
prowadziły na gruncie dworu drezdeńskiego rychło już 
(gdzieś w ośmioleciu pomiędzy 1696 a 1704) do wytwo¬ 
rzenia pierwszej tam organizacji okultystycznej. Byłżeby 
to ów „Zakon Radości", o którego statutach czytamy 
w dziejach masonerji pod rokiem właśnie 1696? Sporo 149
		

/Magazyn_155_08_0160.djvu

			za tem przemawiaćby mogło, skoro w trzydzieści lat póź¬ 
niej spotykamy na dworze Augustowym inną coprawda 
z nazwy organizację, która nosić niemniejby mogła to sa¬ 
mo miano: „Ordre de la Joie“; narazie wszakże mamy tu 
do czynienia ze znamionami klubu współbiesiadniczego, 
hołdującego przedewszystkiem doświadczeniom chemji 
(czytaj: alchemji). Wybuchła tymczasem wojna Północna. Skarb jego¬ 
mości króla polskiego wyczerpany był i pusty. Było więc 
rzeczą owego „contubernium“ alchemicznego pomyśleć wte¬ 
dy o ponownem jego zaopatrzeniu. Toteż pierwsze te 
lata nowego stulecia wypełnia Augustowi gorączkowe po¬ 
szukiwanie złota, a raczej „sekretu“ wyrabiania tegoż. 
I tak w roku 1701 zjawiają się kolejno w Warszawie, 
gdzie bawił wtedy król, dwaj alchemicy: Ange d’Ombrie, 
przybywający z Wiednia, i Jan Fryderyk Bóttger, przy¬ 
bywający z Berlina. W roku 1702 wysyła król po „se¬ 
kret“ robienia złota do Holandji i Francji Tschirnhausa. 
Stamtąd biegnie nasz mag do króla, do Sandomierza, gdzie 
w kwaterze nionarszej poufne z Augustem odbywają obaj 
narady. Nareszcie w styczniu 1704 fatyguje się, przyjeż¬ 
dżając potajemnie z Berlina do Drezna celem konferowa¬ 
nia z Fiirstenbergiem i Flemmingiem, sam Leibniz z im¬ 
pulsem dla monarchy, zamiłowanego — jak on mówił — 
„w realjach“, do założenia nowej „société des sciences“, 
akademji bodaj „filadelficznej" — termin masoński, uży¬ 
wany przez samego Leibniza (którego przyjaciel Man¬ 
teuffel upatrzony był bodaj na pierwszego jej prezyden¬ 
ta) — nowego, szerszego zapewne „contubernium“, wiemy 
zaś już, czem naprawdę bywały tego rodzaju „sociétés“ 
czy „akademje“, chociażby z pozorów parały się istotnie 
„realjami“. Po drugim wszakże torze posuwała się wtedy już myśl 
Augustowa. Krótko bowiem przed ową drezdeńską wi¬ 
zytą Leibniza, — czy zaś zupełnie bez związku z temi od-
		

/Magazyn_155_08_0161.djvu

			wiedźmami? — w jesieni mianowicie roku 1703 rodził się 
— jak wykazuje Droysen — „wielki plan“ („grand des- 
sein ) Augustowy. Pukał wtedy mianowicie „Mocny" po 
raz pierwszy do Berlina z zapytaniem, czy świeżo ukoro¬ 
nowany król pruski nie byłby skłonny, przy współudziale 
Karola XII — Szweda zwycięzcy, podzielić się z nim niby 
łupem wojennym Rzecząpospolitą. Najbliższe tymczasem dwudziestolecie przyniosło na 
Zachodzie duże zmiany. We Francji przypadła na 
nie — po zgonie Ludwika XIV — epoka „Regen¬ 
cji". Filip Orleański, zachodni ów odpowiednik Au¬ 
gustowy, najdoskonalsze wcielenie hedonizmu i cyni¬ 
zmu swojej ery, zarazem zaś okultysta niemniej gorliwy, 
jak u nas „Mocny", tworzył wtedy w paryskiem „Palais- 
Royal", pierwsze niby „bractwo wrogów wstrzemię¬ 
źliwości". Jakżeż bowiem inaczej nazywać mamy słynne 
urządzane tam przezeń kolacyjki, przy których księ¬ 
żna de Berry i pani de Parabere spijają się tak, jak 
u nas Denhofowa czy Pociejowa, i gdzie — w myśl 
aksjomatu pani de Sabran o analogji pomiędzy ksią¬ 
żętami a lokajami, aksjomatu zbliżonego zresztą du¬ 
chem do egalitaryzmu „statutów" Augustowych — używa 
się pseudonimów równie bezceremonialnych, jak w Dre¬ 
źnie? W Anglji współcześnie — o czem wspomnieliśmy 
zaledwie w tekście, do daty bowiem 1717 r. w dziejach 
masonerji nie przywiązujemy tak szczególnej wagi (ozna¬ 
cza ona, zdaniem naszem, względne tylko po katastrofie 
Stuartów ujawnienie się lóż angielskich i łatwiejszą ich 
stamtąd na kontynent ekspansję) — w Anglji tedy, na 
tle „lóż stołowych", do których należała bodaj i ta loża 
w gospodzie „Pod jabłonią", gdzie ukonstytuowała się 
później „Wielka Loża“ londyńska — krystalizuje się 
w „Pantheisticonie“ „prekursora" Tolanda dogmatyka 
czy raczej rytualistyka masonerji angielskiej, która ka-
		

/Magazyn_155_08_0162.djvu

			« nałem najpewniej pruskim (Toland był mianowicie 
w przyjaźni z matką króla-„Kompatrona") dociera i do 
saskich organizatorów „Bractwa". Ci zaś, tworząc „Bractwo", bardzo dbają o to, iżby 
ideologja Tolandowa, ideologja wolności, równości i bra¬ 
terstwa, znajdowała wyraz swój także w jego statutach. 
I tak „Prezydent" u Tolanda kazał współbiesiadnikom swo¬ 
im ślub składać Wolności, a mienił ich równymi i braćmi. 
„Patron zaś w statutach drezdeńskich zalecał również, 
iżby panowała pomiędzy uczestnikami „Bractwa" dosko¬ 
nała równość, gdyż „w przeciwnym razie, zamiast wol¬ 
ności, tego jedynego uprzyjemnienia stosunków towarzy¬ 
skich (czy bodaj już społecznych?), wkradałyby się tam 
zgoła ceremonja i przymus". Stąd też, jak w „Palais- 
Royal owe „Trzpiotki", „Pucołowate" czy „Sztuki mięsa", 
tak tutaj znów i w Berlinie — „Praczki", „Szwaczki", 
„Kucharki , „Dziewki obozowe", „Zapachy", „Starostowie 
szmuccy , mieli na celu zmniejszyć tę ceremonję, ten 
przymus, tę etykietę dworską. Czy „Bractwo" w tej formie, jaką nadać jej pragnęły 
zapiski Augustowe, zebrało się kiedykolwiek istotnie, nie 
wiemy. Nie chodzi tu jednak o to: chodzi o zamiar, o na¬ 
strój, o precedens. Jest już bowiem „Bractwo" (czy 
samże jego projekt) antecedensem jakgdyby Manteufflo- 
wego „régiment de sans-façon“, z którym w następnem 
dziesięcioleciu spotkamy się u „masonizujących" również 
„Aletofilów“, Ten jeden chociażby już szczegół wskazuje 
nam na reżyserję w „Bractwie" Manteuffla, który od 
wznioślejszych niegdyś planów „akademickich" przyja¬ 
ciela swojego Leibniza wolał tu zstąpić na bardziej odpo¬ 
wiadający środowisku grunt uciech piwnicznych czy pi¬ 
jackich, a wskazuje na nią zarówno „nastawienie" jego 
rewolucyjne, ujawnione w cytowanym przez nas wyżej 
a duchem „wolności, równości i braterstwa" tchnącym 
liście jego do Flemminga. 152
		

/Magazyn_155_08_0163.djvu

			t Chodzi nam tu dalej o nastrój czy tendencję tegoż 
„Bractwa". Chociażby bowiem do piwnicy „Pałacu Kur* 
landzkiego" nie przychodziła była nigdy część tych osób, 
które król był wciągnął na autograficzne swoje listy, cho¬ 
ciażby tam nie byli się nigdy pojawili: ani niezawsze po¬ 
wolny ojcu w takich rzeczach królewicz August, ani na¬ 
bożna jego małżonka, ani — z pań starszych — księżna 
Sobieska czy pani Bielińska, to przecie, zgodnie z tra¬ 
dycją, łatwo nam sobie wyobrazić — w piwnicy „Pałacu 
Kurlandzkiego" urządzonej na modłę dziś jeszcze w Niem¬ 
czech tak popularnych „Kellerów“, dookoła „Okrągłego 
Stołu" — wesołą kompanję, złożoną z czterech pań i ośmiu 
panów, prawdziwą „kompanję bez przymusu", z „Grena- 
djerem" np. — Orzelską, „Sierżantem" — Pociejową, 
księżną Weissenfels — „Dziewką obozową" i panną Dies- 
kau — „Piwniczną", jak się damy te zabawiają z królem 
i dobranymi przez niego towarzyszami (Liria zaleca się 
przytem do „Grenadjera", Maurycy Saski jest przedmio¬ 
tem westchnień „Sierżanta") i jak się wszyscy oni razem 
zabawiają „drobiazgami", które August przez Póppelmanna 
przesłał był swojego czasu do Berlina, przedewszystkiem 
więc Wackerbarthowym „Stumpfschwanzem“. Męski zaś 
„Okrągły Stół" — to byłaby przedewszystkiem ówczesna 
partja dworska: więc z Polaków mógłby tu zasiadać, opo¬ 
dal małżonki swojej, Branicki, z którego wyraźnem „ma- 
sonizowaniem" zapoznamy się w późniejszym okresie na¬ 
szych dziejów — sześć właśnie ,,Słumpfsehwanzów“ tego 
rodzaju (po polsku: „kijów" vel „kulawek") spotykamy 
w inwentarzu hetmańskiej piwnicy białostockiej; — mógł¬ 
by być dalej Lipski, który jako kardynał tępił podobno 
nawet masonów, ale teraz jako uległy dworak schlebiał 
gustom swojego pana, podobnie jak Rozdrażewski — na¬ 
zwisko to spotykamy zresztą istotnie na późniejszych li¬ 
stach masońskich — czy bodaj Dembowski, Ma dla nas „Bractwo" — jak się udowodnić starałem 
wyżej — wyraźny bowiem charakter już masoński. Pi- 153
		

/Magazyn_155_08_0164.djvu

			jactwo jego — tak bardzo odpowiadające zarówno epoce, 
jak środowisku — przybrane jest tutaj we formy ry¬ 
tualne, naśladowane najwyraźniej z „Palmenordenu" : 
spłaszczony „Stumpfschwanz“, to dokładny przecież od¬ 
powiednik płaskiego również (o bluźnierczej nazwie) „Oel- 
bergera“. Pieczęć jest wybitnie „różokrzyżowcowa“. Za¬ 
czerpnąć jej mógł „Patron"-August z „contubernium“ 
jeszcze alchemicznego, z młodszych lat obcowania i współ¬ 
życia z Paulim, Petersenem i Tschirnhausem. Jeżeli zaś 
„Ordre de la Joie był istotnie tworem tegoż Tschirnhausa, 
to stamtąd też zapożyczony został zapewne ów beztroski 
ton radości, radości życia i użycia, który przenika symbo¬ 
likę statutów oraz pieczęci „Bractwa“. Zbiegała się zaś 
symbolika ta dokładnie z łibertyńską doktryną Tolanda, ze 
wskazaniami jego mianowicie, że „radość jest dla mędr¬ 
ców cenniejszą od życia" i że „jest (ona) znamieniem czło¬ 
wieka wolnego", a gdzież mogła się radość taka realizo¬ 
wać swobodniej, jak nie w takim „androgynicznym", na 
wzór „Akademji prawdziwych kochanków", „zakonie", „za¬ 
konie", którego celem było „królestwo świeckie, ziemskich 
pełne rozkoszy", „Wein, Weib und Gesang“? 0 tęm, że „Bractwo“ funkcjonowało istotnie, świad¬ 
czy przytoczony przez nas wyżej protokół berliński. 
Z Berlina też narzucano mu prawdopodobnie cele poli¬ 
tyczne, o których nie wątpią Beschorner ani Haake. Z tego 
zaś, że w tej przeważnej politycznie filjali berlińskiej 
brali udział, w pewnej może niezgodzie ze statutowym 
charakterem drezdeńskim „Bractwa", sami tylko m꿬 
czyźni, przypuszczać wolno, iż dzięki tej okoliczności za¬ 
strzeżony również w statutach „sekret" był tu pewniejszy. 
Prusacy i Sasi imputowali sobie zresztą, jak widzieliśmy, 
nawzajem ową wstępną inicjatywę rozbioru. Dla nas 
w każdym razie jest szczegółem zasadniczo ważnym fakt, 
że obaj główni poza wolnomularzem Manteufflem — 
wykonawcy „wielkiego planu“, zarówno Brühl, jak i Mar- 
schalł, byli masonami-okultystami. 154
		

/Magazyn_155_08_0165.djvu

			Moc nareszcie światła na wpływy zakulisowe, cza¬ 
jące się w podziemiach „Bractwa", światła bardziej ra¬ 
żącego, niż to np., którem prześwietlićbyśmy zdołali ka- 
balistykę właściwą związkom tajnym, oraz motywy he¬ 
brajskie, trafiające się zarówno w „Palmenordeniejak 
i w „Różokrzyżu“ — dostarcza nam impreza owa dyplo¬ 
matyczna „żydów nadwornych" Augustowych, owo „fak- 
torowanie" „wielkim planem“ pomiędzy Dreznem a Ber¬ 
linem ze strony Berenda Issachara ha Levi-Lehmanna, tak 
wpływowego na dworze sasko-polskim, jak również wśród 
własnych współwyznawców, bankiera oraz szwagra jego, 
Jonasza Meyera. Ale narazie nie pomogły te „wielkie plany", nie po¬ 
mogły zbrojenia i „kampamenty" Augustowe, jak nie po¬ 
mógł formowany przezeń w kontakcie z Berlinem, a z my¬ 
ślą o zamachu stanu pułk „grandmuszkieterów" Rutow- 
skiego. Wszystko to się nie udało, udaremnione, jak wia¬ 
domo, przez śmierć królewską. XXIX. Quindi uscimmo a riveder le Stelle 
(Dante, Inferno, XXXIV, 139). Kiedyśmy, w towarzystwie p. Suntheima, ciceronea. 
mojego czy Wirgiljusza, wyjrzeli na światło Boże z tej 
piwnicy czy pieczary Augustowej, podzieliłem się z nim 
wrażeniami, jakie na mnie sprawił jej widok, i skojarze¬ 
niami myśli, jakie wywołała przeszłość w zetknięciu 
z żywą jeszcze teraźniejszością. „Nie dziwią mnie pańskie odkrycia — zauważył na to uprzejmy 
„wróg wstrzemięźliwości“. — Dom ten, którego zwiedziliśmy właśnie 
podziemia — wiedziałem wszak o tem nie od dzisiaj — inną mieści 
jeszcze w sobie tradycję masońską. Tu przecie, w dziesięć lat za¬ 
ledwie po stworzeniu tegoż „Bractwa" Augustowego, w tymże samym 
„Pałacu Kurlandzkim", gdzie rezydował wówczas hr. Rutowski — 
jeden, jak sam pan stwierdza, z uczestników rzeczonego „Bractwa" — 155
		

/Magazyn_155_08_0166.djvu

			powstawała zapewne pierwsza oficjalna loża saska, późniejsza wielka 
loża „Trzech Orłów Białych" i tutaj napewno odbywała swoje po¬ 
siedzenia"1), Ale z lożą tą przechodzimy już do panowania 
Augusta III. ’) Por. Fiedler A.: „Zur Geschichte des Kurländischen Palais....", 
Drezno 1913, str. 7,
		

/Magazyn_155_08_0167.djvu

			Y. ŚWIT „SASKICH OSTATKÓW“ i. Lat temu zgórą dwieście, 5 października 1733, o go¬ 
dzinie piątej popołudniu, pośród zapadającego jesiennego 
zmierzchu, nominował biskup poznański Stanisław Ho- 
zjusz — żywe wspomnienie innego Hozjusza i innego Au¬ 
gusta — królem polskim „Najjaśniejszego Augusta III". 
Nominował go biskup nie w „kole" na Woli, gdzie kilka¬ 
naście tysięcy rycerstwa, stu kilkudziesięciu senatorów 
i ministrów, w tem ośmiu biskupów, z prymasem na czele, 
jednomyślnie obrało było królem — przeszło już trzy ty¬ 
godnie temu — ekskróla Stanisława Leszczyńskiego, ale — 
po prawym brzegu Wisły, pod Pragą, w owej wsi Ka¬ 
mieniu, gdzie wybrany był ongi inny mizerny elekt, Wa- 
lezy, i gdzie otwarto teraz sejm, sejm antyelekcyjny. Sejm ten, nielegalny oczywiście i buntowniczy, obra¬ 
dował pod osłoną bagnetów rosyjskich, pod osłoną for- 
pocztów korpusu Lacyego. „Autorytetu moralnego" do¬ 
dawało temu sejmowi dwu tylko biskupów, obu dworzan 
zmarłego Augusta: poznański i krakowski, wspomniany 
już Hozjusz i Jan Lipski, obaj ludzie bez charakteru 
i większych zasług — „kortezani". Otaczało ich kilku¬ 
nastu tylko senatorów i ministrów, na czele — oczy¬ 
wiście Radziwiłł: Mikołaj, wojewoda nowogrodzki, „słaby 
i nieszczęśliwy człowiek, z wyraźnemi śladami umysło¬ 
wego rozstroju,... a całkiem opanowany przez żonę, Bar¬ 
barę Zawiszankę", córkę znanego pamiętnikarza, babę 
hardą, chciwą i przekupną; dalej — Wiśniowiecki, cha¬ 
rakteryzowany już gdzieindziej, z rodu Jaremy i Michała, 
więc „trawiony retrospektywną za berłem królewskiem 
tęsknotą, ostatni przedstawiciel swojego upadającego 157
		

/Magazyn_155_08_0168.djvu

			i umierającego rodu , kanclerz wielki i regimentarz litew¬ 
ski, „dziwnie dosadny i malowniczy typ polsko-litew¬ 
skiego magnata starej daty; pan wspaniały i hojny, nad¬ 
zwyczaj popularny u szlachty, choć nietyle miłowany, ile 
groźny, przenikniony dumą niezmierną, niezmiernym dla 
własnego gniazda książęcego szacunkiem i w tem Wy¬ 
sokiem o własnej krwi pańskiej pojęciu czerpiący jedyne 
wyższe pojęcie własnych obowiązków, godności i honoru... 
i całkiem prowadzony na pasku przez żonę Teklę Radzi¬ 
wiłłównę,... wyrachowaną i chciwą wdowę po wielkim 
Flemmingu... Sekundował temu Wiśniowieckiemu Micha¬ 
łowi, w marzeniach swoich Il-mu, brat jego, kasztelan 
krakowski, w marzeniach swoich Janusz I, cynik i sceptyk. To byli magnaci z dziada pradziada, dumni kniazio¬ 
wie litewscy oraz ruscy, hardzi, ale tępi, za nimi zaś 
czaił się „sekret , ,,le secreł de feu le roi Augustę“. 
„Sekret ten stanowili — kierowani niewidoczną dłonią uczestnicy przesławnego bractwa królewskiego1 „Wro¬ 
gów Wstrzemięźliwości", paladyni „Okrągłego Stołu" Au- 
gustowego, poplecznicy Briihlów, Manteufflów i Flemmin- 
gów, dorobkiewicze i akwizytorzy. Pośród tych górował rangą Mniszech, marszałek ko¬ 
ronny, znany nam już z „Orszaku" Augustowego, kreatura 
„Mocnego", jurgieltnik rosyjski, kandydat pruski, mąż 
Tarłówny i ojciec Potockiej, tak więc „wąchający się" 
w razie potrzeby i z opozycją, podczas gdy małżonka 
jego, „wyższa wytrawnością i sprytem od wojewodziny 
Radziwiłłowej i nawet od kanelerzyny Wiśniowieckiej", 
stanowiła razem z dwiema tamtemi damami istne trio 
czarownic w szekspirowskim dramacie elekcyjnym. Przy Mniszchu uwijał się gładki i giętki monsignor 
Lipski, także dobrze nam znany (on to owego 5 paździer¬ 
nika intonować będzie w kościele bernardynów na Pradze 
solenne „Te Deum i on to ściągnie niepewnego zrazu 
marszałka do „Pałacu Saskiego", aby odebrał tam piękne 
„bijou“ drezdeńskie dla małżonki). Uwijał się dalej 158
		

/Magazyn_155_08_0169.djvu

			w temże towarzystwie późniejszy także duchowny Antoni 
Dembowski, referendarz koronny, „człowiek — charak¬ 
teryzuje go Askenazy — zdolności powszedniej, ale nie¬ 
zwykłej rutyny, nabytej pod Szembekiem, byłym kancle¬ 
rzem w. k., u którego przez szereg lat był regensem kan- 
celarji“. Ten, sczasem zgoła od Lipskiego odmienny, bi- 
skup-patrjarcha, narazie był świeckim jeszcze i wątpliwej 
wartości obywatelskiej dworakiem saskim: „wziął na ko¬ 
rupcje (od Sasów) ogromną sumę 21 tysięcy dukatów“ 
i sypał niemi wraz z Lipskim, 10 tysięcy dając kancle- 
rzynie Wiśniowieckiej, 8 przeszło — marszałkowi Bieliń¬ 
skiemu, 2 zaś — własnemu szwagrowi Małachowskiemu, 
staroście opoczyńskiemu, później kanclerzowi. Obok zaś 
dwu tych tuzów kancelaryjnych krzątały się inne jeszcze 
wokół kandydatury saskiej figury dworskie: taki Cetner, 
kuchmistrz koronny, na Rusi; taki Dunin, kasztelan ra¬ 
domski, w Małopolsce; taki Sapieha (Michał) na Podlasiu. Marszałkiem zaś sejmu tego kamieńskiego został 
Antoni Poniński, instygator koronny, „naprzód sługa dwor¬ 
ski, potem Stanisławczyk, teraz znów Augustowiec", stryj 
osławionego Adama, ojciec innego wolnomularza Jana, 
sam zaś wierszokleta łaciński, zinwentaryzowany niedawno 
przez Sinkę i, jak widać z tych jego wierszydeł, podej¬ 
rzany libertyn w stylu współczesnych „roués“ francuskiej 
„Regencji“, zwolennik i propagator — avant la lettre — 
haseł głoszonych później przez rewolucję francuską. II. Najjaśniejszy zaś elekt z pola pod Pragą, August III, 
nie był zapewne tym obskurantem, za jakiego mają go 
dzieje. Nie był on oczywiście „filozofem dobroczynnym“ 
w stylu kontrkandydata Leszczyńskiego, wolnomyśliciela 
z krwi dysydenckiej, on, także z krwi dysydenckiej, ka- 
tolik-zelota. Z innego, przedłożonego czytelnikom szkicu, 
znamy dramatyczne jego młodzieńcze, konwertyckie prze¬ 
prawy; z opublikowanej zaś dawniej przez nas mistrzow- 159
		

/Magazyn_155_08_0170.djvu

			skiej charakterystyki pióra Flemminga wyglądają dobre 
i złe, ujemne i dodatnie cechy charakteru królewskiego: „August — pisał ten „bon-vivant“ doby poprzedzającej o Del¬ 
finie drezdeńskim — lubi zbytek i wystawność i dumny jest ze swo¬ 
jego smaku w tych rzeczach. Lubi (też) biesiady, dobrą kuchnię 
i wino, ale nie popełnia co do tego nadużyć. Gustuje w muzyce wło¬ 
skiej. Hołduje zwykłym skłonnościom książąt: polowaniu, koniom, 
psom i t. d.“ August podobnie jak ojciec był mecenasem: ,,W tobie 
odżyła gwiazda medycejska" — wołał wszak do nabywcy 
„Sykstyny" pochlebca Algarotti; większy zaś od tam¬ 
tego Winckelmann, zawdzięczający mu niejedno stypen- 
djum, nazywał go niemieckim Tytusem. Tych parę lat, 
spędzonych na Zachodzie, wycisnąć musiało pewne piętno 
na strukturze duchowej królewicza, odniemczając go psy¬ 
chicznie, a jednak „boszostwa“ wrodzonego pozostało 
w nim coniemiara i razić musiało, choć grubych nieraz 
i w gruncie rzeczy nieokrzesanych, ale mocno już pudrem 
francuskim posypanych Sarmatów. III. Zamiłowanie do biesiad i wina odziedziczył August 
po całej filjacji antenatów: po ojcu, nieśmiertelnym fun¬ 
datorze „Bractwa Wrogów...“; po dziadzie, o którym pi¬ 
sał spod Wiednia Sobieski: „ivrogne, simple et bon¬ 
homme“; po Janach Jerzych, po Chrystjanach, po Au¬ 
gustach. Jaki był smak, jaki gust tych uczt późnosaskich, 0 tem pouczają nas zapiski współczesne. Przyjrzyjmy się 
np. imieninom królewskim, obchodzonym 3 sierpnia 1756 
roku, w niezdobytem jeszcze przez Prusaków Dreźnie. Przy stole siedzi blisko już 60-letni, ale zawsze pe¬ 
łen apetytu (który o śmierć go przyprawi) monarcha; obok 
niego — królowa; następca tronu, kaleka Fryderyk Chry- 
stjan, i pełna temperamentu jego małżonka Marja Antonja 
Walpurgis; dalej — czterech młodszych królewiczów 1 dwóch nieprawych braci królewskich: syn Lubomirskiej, 
t. zw. „kawaler saski“, oraz hrabia Cosel; dalej — mini- 160
		

/Magazyn_155_08_0171.djvu

			AUGUST III (MEDALJON RZEŹBIONY W PAŁACU W BIAŁYMSTOKU) królowa marja Józefa, żona augusta iii (POrtret WSPÓŁCZESNY ZE ZBIORÓW ZAMKU na WAWELU) -i
		

/Magazyn_155_08_0173.djvu

			strowie Brühl, Wackerbarth, Loss i Wessenberg, wtajem¬ 
niczeni częściowo w orgje starego dworu; z Polaków 
wreszcie — zięć Brühla marszałek Jerzy Mniszech, kuzyn 
królewski stolnik August Moszyński iAtńbomirski. Pani Oehmichenowa, przyjaciółka referendarza Podo- 
skiego, dostarczyła pono, zwyczajnym trybem, z War¬ 
szawy czy Gdańska, co rzadszych smakołyków na dwór 
łakomego króla. Jadą na stół monarszy ostrygi i żółwie, 
pstrągi i węgorze, dziki i kuropatwy; osób siedemnaście, 
potraw dziewiętnaście — oto są cyfry „szpajzecetlu" 
dworskiego. Po uczcie zaś król, namiętny myśliwy, co dzieckiem 
już jeździł z ojcem na podjazdy, co później kochał się 
w tokach cietrzewich i masowych obławach, jak słynna 
owa, urządzona na cześć jego przez Radziwiłła w Ujazdo- 
wie, idzie na łowy. Drezdeńskie wszakże łowy wyglądały skromniej od 
warszawskich, ograniczały się nieraz do prostego strze¬ 
lania do tarczy; na „sKolossale“ nie było stać oszczędniej¬ 
szych z natury Niemców, którzy szerzej pozwalali sobie 
dopiero w Polsce. Zato nagrody w tym turnieju grzeszyły 
najbardziej już „boszowskim" smakiem: żywa tam gęś 
figurowała pośród nich jako Signora An gela V amoroso. 
z komedji włoskiej, przebrana i spętana w wystawnej 
sukni dworskiej, dalej małpa przystrojona jako „Arlekin", 
zając jako „Kryspin", królik jako „Scaramuzzo“, indyk 
jako „Doktór (Bolończyk" i t. p. Wieczór imieninowy spędzał solenizant także pośród 
figur komedji włoskiej w ukochanej swojej operze. Tam 
czuł się on najlepiej — lepiej chyba tylko w kniei krint- 
halskiej czy hubertusburskiej. Tam słuchał rozkosznych 
treli pięknej śpiewaczki „Faustyny“, a raz, kiedy zagadał 
S1? z otoczeniem, poufała Włoszka stanęła tuż przed jego 
lożą i — nie wypadając zresztą z tekstu roli — zanuciła: „Milcz, oto rozkaz mój dla ciebie!“ („Taci, io łi commando"). 
Źródło rozbioru Polski. 11 161
		

/Magazyn_155_08_0174.djvu

			IV. Faustyna Bordoni przedstawiała w życiu Augusta 
pierwiastek „des ewłg Weiblichen : „Ciągnie go nieprzeparcie do kobiet — pisze o nim dale) 
Flemming — chociaż gardzi temi, które się źle prowadzą"... Dobrze się prowadziła ostatnia królowa polska Marja 
Józefa, córka cesarza Józefa I i Wilhelminy Amalji, ks. 
hanowerskiej. Dobrze się prowadziła, ale Katarzyną ro¬ 
syjską czy Karoliną neapolitańską być też nie mogła, już 
dla notorycznego braku urody. „She is ugly beyond painting“ (Jest niewypowiedzia¬ 
nie brzydka) — pisze o niej kawaler Hanbury Williams 
i ma w tym względzie rację: widzieliśmy wszakżeż osta¬ 
tnio plastyczny wizerunek jej na Wawelu, a jest inn^ 
w Częstochowie — krótko mówiąc: straszy! Ta „uroda" sprawiała, że nieszczęsna Marja Józefa 
truchlała długie lata o serce swojego „Guschti". Stąd wy¬ 
radzało się w zacnej zresztą Habsburżance pewne intry- 
ganctwo czy skłonność do sekatur. Nie ma wszakże w nie¬ 
chętnej swojej nawskroś charakterystyce racji cytowany 
Sir Charles, kiedy, mieniąc ją znów „malicious beyond 
expression“ (niewypowiedzianie złośliwą), pastwi się nad 
nią ze swojej strony, że jest „wielką dewotką, ale ni tro¬ 
chę dewocja ta nie czyni jej lepszą" i że „popełnia ciągle 
grzechy powszednie i ciągle za nie domaga się rozgrze¬ 
szenia". Zapewne, libertynowi, co czuł się później tak dobrze 
na dworze Katarzyny, dogadzać nie mógł dwór arcyka- 
tolicluej królowej polskiej, która na każdym kroku mani¬ 
festowała te swoje uczucia, 6 czerwca 1744 roku krocząc 
np. pobożnie przy boku małżonka i w otoczeniu całego 
dworu, ze świecą zapaloną w ręku, a przy niebardzo 
sprzyjającej pogodzie, za procesją Bożego Ciała. „Ce zèle — pisał pod tem wrażeniem rezydent pruski do swoje¬ 
go króla et marques de piété firent un effet merveilleux dans Vesprit des Polonais... ‘ 162
		

/Magazyn_155_08_0175.djvu

			V. Zajrzyjmy teraz do zamku, około trzeciej popołudniu, 
w porze, kiedy tam niby zasiada owa „tajna rada“ kró¬ 
lewska, której tak obawiali się Polacy. Prezyduje w niej 
de facto królowa, od małżonka rozważniejsza — rozumie 
ona np. niebezpieczeństwo pruskie i pełną forsą, choć 
niezawsze skutecznie, mu przeciwdziała — poważniejsza 
też od małżonka, ten się bowiem puszcza niejednokro¬ 
tnie na nieprzystojne Majestatowi zabawy: z błaznami 
i dworzanami (hr, Konigsmarcka obrzuca np. zgniłemi 
jajami). „Tajna rada“ prowadzi politykę naogół ultrakatolicką 
wobec swoich (myśl nawrócenia Saksonji) i wobec obcych 
(porozumienie z Austrją, Burbonami, zwłaszcza hiszpań¬ 
skimi, front przeciwko Fryderykowi). Czuwają nad nią 
jezuici: Guarini czy Ligeritz; czuwają posłowie cesarscy; 
łącznikiem zaś pomiędzy królem a Bruhlem, pomiędzy 
ortodoksją a masonerją jest w niej, niestety, teściowa mi¬ 
nistra, zapobiegliwa hrabina Kolowrat-Krakowska, wielka 
ochmistrzyni Marji Józefy, sama przekonana dewotka, 
plotkarka jednak i mocno przez to szkodliwa. VI. Już ukoronował wierny Lipski Augusta i Marję Jó¬ 
zefę na Wawelu i na Zamek warszawski zdąża nareszcie 
kawalkada królewska pacyfikację przeprowadzić na naj¬ 
bliższym sejmie walnym. Przyjeżdżają z Drezna kró¬ 
lestwo, a w ich orszaku jawią się nowi dygnitarze pano¬ 
wania. Ścichły okrzyki dopominającej się o wolność 
szlachty, któremi rozbrzmiewały niedawno krużganki mi¬ 
sjonarskie przy św. Krzyżu, gdzie mieściła się wtedy 
ambasada francuska, a odżył znowu „Pałac Saski", Kuzyn królewski, znany nam z „Bractwa“, Jan 
Adolf ks. sasko - weissenfelski, z wojny sukcesyjnej 
polskiej, w której komenderował w zastępstwie nie- 
orężnego kuzyna, przynosi mu nareszcie renuncja- 
cJę ponowną Leszczyńskiego; druh księcia Briihl, n* 163
		

/Magazyn_155_08_0176.djvu

			niezmiernie czynny w całym okresie zmierzchu „Mocnego 
i brzasku jego następcy, wprowadza się już na zamek 
z czeredą Wackerbarthów, Saulów, Hennicków i Ludo- 
vicich. Jeszcze on wprawdzie nie jest rozstrzygającym 
atutem w grze gabinetowej sasko-polskiej, gdyż mu za¬ 
wadza Aleksander Józef Sułkowski, rywal spowinowacony 
podobno z nowym królem i nieodstępny w młodości jego 
towarzysz, ale już gorzej od Briihla widziany przez imć 
królowę; impulsywniejszy od Niemca, bardziej sarmacki 
w swoich instynktach, konszachtujący z „patrjotami , 
więc już na śmierć skazany, na śmierć cywilną w długo- 
letniem odosobnieniu rydzyńskiem. VII. Czego zaś chce naród? Jen naród, który instynktow¬ 
nie bał się Niemca, który zdradę pierwszego Sasa prze¬ 
czuł, jak ten młody Potocki, co w obozie królewskim na- 
szedł z towarzyszami namioty wielkiego hetmana koron¬ 
nego Jabłonowskiego, wołając: „Tyś nam dał Niemca króla, tyś nas Szotom (Szkotom?) zaprzedał!“; jak dalej 
ci Małopolanie, o których pisał jeden z gości po koronacji 
„Mocnego", iż rozumieją się z Sasami, jak wrony z so¬ 
wami; jak następnie ci chłopi ruscy, co tylu Niemców 
nabili i natopili, że prędzej — pisze Otwinowski — „w sta¬ 
wach Sasa, niż rybę niewodem wyciągnął"; jak nakoniec 
ci warszawiacy, co grozili Niemcom „nieszporami sycylij 
skiemi" w stolicy (marzec 1698) i strzelali do karocy 
królewskiej na „Krakowskiem (marzec 1699). Nieufność zaś ta przeszła dziedzictwem i na młodego Augusta: „Dobry wprawdzie jest pan królewicz Imć, ale że dobry, tern 
nam straszniejszy — pisać miał „pewien senator" fikcyjny przed 
elekcją do przyjaciela swojego. — Alboż nie wiemy, wiele razy kroi 
Imć August chciał absoluta dominatione nas oppńmerel Miał ner- 
vum (pieniądze) w Saksonji, ten będzie miał większy, bo co on na 
metresy i komedje, królewicz na wojsko łożyć będzie; sposobniejsza 
i temu głowa, bo amorami i pijaństwy niezaprzątniona; co ex mncita 
ad despotismum fundandum inclinatione wymyśli, dextenus wykona... 164
		

/Magazyn_155_08_0177.djvu

			Pozatem delikatność sumieni ab oppressione zahamuje. Będzie teolog 
Niemiec, który jak potężnego Leopolda na Węgrów, tak... jego na 
karki nam wsadzi. Adieu libertas. Vale libertas“. Na imci zaś Augusta III, poczciwszego ale słabszego 
niż ojciec, szły wpływy sprzeczne a silne: od żony, od 
spowiedników, od Briihla. Naprzemiany to jednym ulegał 
król, to drugim. Mamy memorjał Prusaka Grumbkowa do 
„króla-kaprala“ pruskiego (w styczniu 1733), w którym 
mowa o skardze Briihla na królewicza, że twardo się prze¬ 
ciwstawia niecnym rozbiorowym praktykom ojcowskim, 
i mamy świadectwo Askenazego, że w czerwcu t. r. zawia¬ 
damiał królewicz działającego w zastępstwie jego w War¬ 
szawie Wackerbartha, że stoi niewzruszenie przy „mon 
grand dessein“, a taką właśnie konspiracyjną nazwę nosił 
ojcowski plan rozbiorowy. Toteż — wszystko biorąc pod uwagę — kiedy, w ten 
wieczór październikowy lat temu zgórą dwieście rozdzwo¬ 
niły się dzwony kościołów na Pradze, podczas „TeDeum“ 
Lipskiego, słychać już było wskroś atmosfery elekcyjnej 
poszum jakby złowrogi skrzydeł trzech orłów czarnych, 
w sercach zaś szlachty instynktownie wtórowały im bicia: 
„Adieu libertas! Vale libertas! Vale libertas!" 165
		

/Magazyn_155_08_0179.djvu

			CZĘŚĆ DRUGA: INTERMEDIUM 
POLSKO-FRANCUSKIE (Dookoła „sekretu królewskiego“ i „sztuki królewskiej“) I. MĄŻ PANNY LESZCZYŃSKIEJ i. Co sobie mógł myśleć 64-letni Ludwik XV na łożu 
śmierci? Kiedy w sypialni wersalskiej chorego na ostry 
atak ospy króla zgromadzili się zwyczajem dworskim 
możni tego świata i kiedy kardynał de la Roche-Aymon 
na życzenie umierającego dal dowód publiczny królew¬ 
skiej pokory chrześcijańskiej i w imieniu penitenta prze¬ 
prosił obecnych za zgorszenie, jakiego król stał się był 
winnym względem poddanych; kiedy później, w pierw¬ 
szych dniach tego maja 1774, został Ludwik sam na sam 
z najbliższymi swoimi i własnem sumieniem, jakie myśli — 
u kresu 60-letniego blisko panowania — trawić mogły 
mózg konającego, jakiż obrachunek czynić on mógł z plu¬ 
sów i minusów swojego panowania? Ten bilans panowa¬ 
nia Ludwika XV wypada na saldo aktywne. Historyk1) tak 
odtwarza tutaj bieg wyobraźni królewskiej: „Wszystkiego, co dokonało się wielkiego w toku ostatniego stu¬ 
lecia, (ja,) król tego chciał (em). Ja odesłałem księcia de Bourbon, 
ja przyłączyłem Lotaryngję, ja naznaczyłem podatek dziesięcinny, 
ja zdobyłem dla Francji Korsykę, ja zgnębiłem parlamenty..." II. „Ostatnie słowo" królewskie, które Ludwik mógł tak 
zatem wygłosić w zakresie czynów swoich publicznych 
przed sądem Bożym, brzmiałoby w każdym razie inaczej, *) Gaxotte Pierre: „Le siecle de Louis XVParyż 1933. 167 d
		

/Magazyn_155_08_0180.djvu

			niż apokryficzne jego „Après moi le déluge“, również 
apokryficzne jak nasze kościuszkowskie „Finis Poloniae“. Jest dla mnie pewne podobieństwo pomiędzy blisko 
sześćdziesięcioletniem panowaniem Ludwika XV a blisko 
siedemdziesięcioletniem panowaniem Franciszka Józefa. 
Młody delfin austrjacki wstępuje coprawda na tron 
w burzliwszej od księcia andegaweńskiego dobie. Tron ten 
habsburski mocniej trzęsie się w posadach pod naporem 
rewolucyj wewnętrznych na wiosnę 1849 r,, niż tron bur¬ 
boński wskutek nieszczęśliwych wojen pod jesień 1715 r. 
Ale też „delfin austrjacki" ma już lat osiemnaście, jest 
niemal pełnoletni, może świadomie iść, mając Radetzkych 
i Jellacziczów przy boku, na pogrom Kossuthów i Batthya- 
nich. Delfin andegaweński jest dzieckiem zaledwie pięcio- 
letniem. I jeżeli po Serajewie żalili się patrjoci austrjaccy, 
że losy sześćsetletniej monarchji zawisły na życiu prze¬ 
szło 80-letniego starca i niedoświadczonej młodości jego 
następcy, to cóż dopiero powiedzieć mamy o wielkiej 
spuściźnie Ludwika XIV, która znalazła się bez reszty 
w dłoniach pięcioletniego chłopczyka, nad którym czuwali 
zrazu, niby złe duchy, jeno regent — Orlean i premjer 
— Burbon? m. A jednak po latach sześćdziesięciu tron tego pacho¬ 
lęcia urasta do wymiarów patrjarchalnych. Zdobi go już 
nietylko tradycja wielkiego Wersalu „króla-słońca“: Lu¬ 
dwik XV poprostu staje się dziadkiem czy też wujaszkiem 
Europy. I tu znowu analogja z Franciszkiem Józefem czy 
bardziej może jeszcze z Chrystjanem IX duńskim: gdyby 
w epoce, kiedy komunikacje były trudniejsze, mogły się 
były komnaty wersalskie zaludnić rojem książąt, arcy- 
książąt i wielkich książąt, jak później komnaty schón- 
bruriskie czy kopenhaskie, kogoby tam było nie stało 
wokół tego dziadunia Europy? Uwijałoby się było wokół 
niego najpierw trzech dorodnych młodzieńców, których 168
		

/Magazyn_155_08_0182.djvu

			■■■ \ k
		

/Magazyn_155_08_0183.djvu

			podarowała jego synowi córka naszego Augusta III: 
poczciwy grubas Ludwik XVI, sceptyczny cynik Ludwik 
XVIII i wytworny „sportsman“ i „lowelas“ Karol X. Bli¬ 
żej tronu trzymałyby się były jego córki, pół-Polki (ro¬ 
dziły się wszakże z Leszczyńskiej): złośliwa pani Ade¬ 
lajda i karmelitanka, ale pojawiająca się czasem w Wer¬ 
salu pani Luiza. A dalej cudne ogrody wersalskie za- 
roićby się były mogły od nie byle jakich innych magnatów: 
mógłby się tam był pojawić samże cesarz Józef II, żo¬ 
naty z wnuczką królewską, infantką Izabelą, obok siostry 
swojej, uroczej Marji Antoniny, wydanej za Delfina. IV. „Les roi règne, mais ne gouverne pas“? Czy tak było 
w istocie? Oczywista spoczątku tak; w latach 1715—1725, 
pierwszem dziesięcioleciu królewskiem, jaknajmocniej 
(król wtedy dochodził zaledwie lat dwudziestu). To dzie¬ 
sięciolecie to były rządy faktyczne dwóch kuzynów: Fi¬ 
lipa Orleańskiego najpierw (przez lat osiem — od I września 1715 do 2 grudnia 1723), po tegoż zaś śmierci 
— Ludwika Henryka ks. de Bourbon (jako premjera do II czerwca 1726 r.). Punktem niejako kulminacyjnym tego pierwszego 
dziesięciolecia, tych apersonalnych jeszcze rządów króla, 
stał się ów ranek majowy 1725 r., to petit lever królew¬ 
skie, podczas którego Ludwik XV oświadczył zgromadzo¬ 
nym wersalczykom, co następuje: .Panowie! Żenię się z polską księżniczką. Ta panna urodziła 
się (lat temu 22) 23 czerwca roku 1703. Jest ona jedynaczką Sta¬ 
nisława Leszczyńskiego, hrabiego na Lesznie, niegdyś starosty odo- 
lanowskiego, później wojewody poznańskiego, wybranego nareszcie 
(w lipcu 1704 r.) królem polskim, oraz Katarzyny Opalińskiej, kaszte¬ 
lanki poznańskiej, którzy (oboje) rodzice sprowadzili się już do 
zamku Saint-Germain-en-Laye, podobnie jak matka króla Stanisława 
Anna Jabłonowska, poślubiona secundo voto hrabiemu Leszczyń¬ 
skiemu...“ 169
		

/Magazyn_155_08_0184.djvu

			V. Gaxotte jako rojalista mnoży światła, bijące od 
monarchji za Ludwika XV. Nie brakło jej wszakżeż 
i cieni. Cieniem była przedewszystkiem głośna sprawa Law 
z całym orszakiem bolączek powojenno-kryzysowych, spe¬ 
kulacyjnych i deflacyjnych. „Wszystkie — pisze historyk — warunki wielkiej zamieszki 
moralnej zestrzeliły się (w „systemie" Law), a to — majątki zbudo¬ 
wane w dzień jeden, miljonerzy wyrośli z kanałji, spekulanci rozbici 
nerwowo, „nuworysze" opętani zbytkiem, magnaci, leżący plackiem 
przed paskarzami..., niemoralność zysków, osiągniętych bez pracy, 
potem zaś, później — panika, ruiny, spadek monety, obawa jutra, za¬ 
wrotny pęd wdół majątków, wśród zaś tego powszechnego strachu — 
potrzeba oszałamiania się i zapomnienia." Na takiem tle rysuje się dopiero plastycznie epoka 
„Regencji": władców, jak Filip Orleański, ministrów, jak 
kardynał Dubois, finansistów, jak Parisowie. Wszakżeż 
i następna epoka nie jest lepsza. Wprawdzie u steru spraw 
państwowych zastąpi niebawem niegodnego kardynała 
Dubois zacny kardynał Fleury, ale w orkiestrze wpływów 
dworskich plączą się ciągle rozdźwięczne motywy kobiece: 
za Orleana — cały rój wytworniś („Regent" umiera niemal 
że w objęciach jednej z nich), za Burbona — nieoceniona 
pani z Berthelotów de Prie, która rzekomo forytuje dla¬ 
tego na tron pannę Leszczyńską, iżby w ubogiej Polce 
nie mieć istotnej konkurentki, po śmierci zaś Fleuryego 
— dwie nowe Egerje jego królewskiego pupila, midinełki 
niby paryskie: Janka Poisson (późniejsza markiza de 
Pompadour) i Janka Becu (późniejsza pani du Barry). VI. A jednak zdaje się mieć rację historyk, kiedy ustala, 
że, gdyby się chciało w kilku słowach wyjaśnić, co cha¬ 
rakteryzowało duszę francuską w danym okresie, nie na¬ 
leżałoby wypisywać najpierw zwrotów: „esprit“, „charme“ 170
		

/Magazyn_155_08_0185.djvu

			■ L i ,, volupté“, ale skromniejsze te określenia: „zdrowy sens“, „trud“ i „rzetelność zawodowa“. Jest coprawda to sześćdziesięciolecie okresem licz¬ 
nych wojen: Gaxotte oblicza, że od końca stulecia XVII 
do początku stulecia XIX Francja w stosunku do samejże 
& Anglji przez całe sześćdziesiąt lat stała w postawie wo¬ jennej. Mimo to jednak — a warunki wojen ówczesnych 
były odmienne od obecnych — stało się przecie panowanie 
Ludwika XV złotym zarazem okresem administracji fran¬ 
cuskiej. Nie wygasła wcale, nie załamała się bynajmniej 
dostojna linja pierwszych administratorów ludwicjańskich: 
Richeljich, Mazarinów, Louvoisôw, Vaubanôw i Colbertów. 
Nazywali się oni tylko teraz inaczej: Fleury, czyli wielki 
dyplomata; Orry, Machault i Terray, czyli wielcy f«ska¬ 
liści; La Galaizière, Trudaine, Mercier de la Rivière 
i Turgot, czyli dzielni administratorowie regjonalni i t. d. VII. Z „pałaców, sterczących dumnie", z majestatycznego, 
jakby w ciągłej paradzie królewskiej trwającego Wersalu 
zeszła Francja Ludwików XV i XVI do pogodniejszych 
Trianonów. P. Gaxotte porównuje tak słynny pałac pre¬ 
zydenta Lamberta na wyspie Sekwany (należący dziś do 
Czartoryskich) z takim pałacem Elizejskim. „Mniej pisze i— (w tym ostatnim jest) zbytku, więcej apar¬ tamentów intymnych, wchodów i wyjść dogodnych, bezlik pokoikow 
wygodnych, wesołych, przytulnych." Drzewo zluzowało tu marmur 
i stiuki; biel ze złotem, lustra, Aubussony, supraporty Bouchera, laki, 
bronzy, mahonie, mebelki Boullea — wypełniają teraz wnętrza pa¬ 
łaców i domów miejskich. W tej zaś dekoracji — o ile mamy na myśli elitę —- 
rozsiadła się Francja zasobna, rodzinna, „burżuazyjna . 
Z Anglji bowiem wdziera się już wówczas na kontynent 
industrjalizm, łamiąc i rozsadzając odwieczne barjery 
korporacyjne: wielcy panowie stają się odrazu wielkimi 
przemysłowcami: Artois i Orlean finansują np. fabrykę 
produktów chemicznych w Javel; Conti, inni książęta, ‘ 171 M
		

/Magazyn_155_08_0186.djvu

			diukowie, markizi i marszałkowie stoją za innemi znów 
przedsiębiorstwami przemysłowemu Współcześnie zaś 
przeprowadzenie rozległej i znakomitej sieci drogowej 
w kraju — 10.000 mil wytyczonych, to wielka zasługa rzą¬ 
dów Ludwika XV — pobudza prężność i żywotność eko¬ 
nomiki francuskiej. Francja jest zasobna, ale Francja jest też rodzinna. 
Tu przykład idzie zgóry: Ludwik XV, zły mąż, był jednak 
dobrym ojcem. Kochał swojego Delfina i swoje osiem córek: 
ks. Croy opisuje jego „bonheur bourgeois“, jak „po ko¬ 
lacji, w salonie, król tulił się do swoich córeczek, pochła¬ 
niając je oczyma, wzrokiem pełnym ujmującej czułości . 
Dobra, a tak płodna Polka — trochę zresztą śmieszna 
w swoich „aturach“ i „postiurach", ginąca formalnie, jak 
stara panna z prowincji, w szalach, wstążkach i mantyl- 
kach, niemodna, wyranżerowana i nielotna, dała jednak 
staremu wietrznikowi wiele szczęścia prostego, niewy¬ 
myślnego a niezawodnego, dała port, dokąd zawijał pło¬ 
chy lampart, nabuszowawszy się w „Parkach jelenich 
i Louveciennes‘ach. VIII. Król ma obecnie lat sześćdziesiąt. Zasiadł właśnie 
do pracy w narożnym gabinecie zamkowym, jasnym jak 
refleksy zachodu w przeciwległym parku lub jak odbłyski 
świeczników i luster. Zasiadł przed półokrągłem biurkiem, 
teatrem czy grobowcem słynnych swoich „sekretów". 
Przed nim zaś — na makatach czy sztalugach — widnieją 
dwie perły zbiorów wersalskich: „La santa famiglia“ Ra¬ 
faela i „Erazm z Rotterdamu" Holbeina. A król jegomość 
marzy: Wstają więc przed nim w wyobraźni widma lat daw¬ 
nych: wstaje ten poranek wrześniowy, przed pięćdziesię¬ 
ciu pięciu laty, kiedy w Wersalu obwołany został królem, 
a potem „Regent", przy całym swoim cynizmie pełen 
czułości dla tej głowy swojego domu, a potem — Burbon, 
strasznie brzydki i głupawy, którego tak szpetnie napędził 172
		

/Magazyn_155_08_0187.djvu

			młodzieńcem 11 czerwca 1726 r., a potem — Fłeury, 
chytry i namaszczony, a potem — wojny: sukcesyjna austrjacka, głupia i niepotrzebna, zakończona marnym 
pokojem, ale w której zdobył Ludwik ostrogi i laury, i — 
siedmioletnia, w której nagiął się do dobrych instynktów 
politycznych, ale nie miał zato szczęścia wojennego. 
A dalej — ministrowie: Machault, z którym ręka w rękę 
walczył z uprzywilejowanymi o podatki, i Maupeou, z któ¬ 
rym ręka w rękę przeciwstawiał się skutecznie egoistycz¬ 
nej a nadętej oligarchji parlamentów, i wreszcie Choiseul, 
któremu zgoła nie wierzył. A wkońcu faworyty: pani de Pompadour, pani du 
Barry, panna 0'Murphy... Ogień dogasa na kominku. Rew ja skończona. W sercu 
królewskiem niema wyrzutu i żalu. W mózgu królewskim 
niema „przedpotopowych“ przeczuć Rewolucji. W ko¬ 
ściach tylko czai się starość. Więc melancholja ogarnia 
na chwilę przedostatniego z Ludwików, ale za chwilę 
prostuje się on na nowo w władczem swojem poczuciu, 
chwyta za pióro, jest znów pierwszym urzędnikiem swo¬ 
jego państwa. 173
		

/Magazyn_155_08_0188.djvu

			II. O PRZEWAGACH POLITYCZNYCH 
POMPADOURY i. Jest luty roku 1745, Na szerokim świecie toczy się 
wojna, długoletnia wojna sukcesyjna austrjacka, w którą 
zamieszana jest także Francja: właśnie miesiąc temu 
umarł był jej kandydat do tej sukcesji, cesarz bawarski 
Karol VII, co rokować mogło nowe zatargi i walki na 
teatrze wojny, w stolicy wszakże szumiał i pienił się kar¬ 
nawał. A Wersal także nie pozostawał wtyle, obchodząc 
właśnie ślub Delfina z infantką hiszpańską. Płonęła jego 
fasada iluminacją lamp tysiąca, w „Galerji Zwierciadla¬ 
nej" królowała Mar ja Leszczyńska, o północy rozpoczął 
się bal maskowy. Fizjognomję tego balu, na którym tłoczył się cały 
Paryż, oto jak opisuje Nolhac1) na podstawie słynnego 
sztychu Cochina: „Galerja skrzy się od świateł: świeczniki, pochodnie, żyrandole 
mnożą się w lustrach. Pod wystawnym plafonem Le Bruna ożywia 
się maskarada: Arlekiny i Kolombiny, Turki, Ormiany, Chińczyki, le¬ 
karze w wysokich perukach, dzikusi w piórach na głowie, pielgrzymi 
i pielgrzymki, pasterze, magicy, djabły, wesołki z kaduceuszami 
w dłoni, damy, umieszczone na trybunach, świeżą się chłodnikami, 
roznoszonemi przez paziów. A w kąciku usiadła grupa masek na 
posadzce i w tej pozycji zajada i zapija...“ II. Jest na tej kompozycji Cochina kobieta młoda 
i piękna, widoczna z profilu w otoczeniu mężczyzn z grupy 
królewskiej, przebranych jeden w drugiego za cisa strzy- 1) „Louis XV et Madame de Pompadour“, Paryż 1928, passim. 174
		

/Magazyn_155_08_0189.djvu

			żonego z parku. I król przebrany jest za cisa i rozmawia 
właśnie z tą pięknością. Jest nią pani Le Normant d‘Etio- 
les z domu Poisson. „Gdyby pani Le Normant — pisze Nolhac — nie była weszła 
w tej chwili w żywot Ludwika XV, panowanie jego byłoby przybrało 
zapewne całkiem odmienną orjentację. Byłby król prowadził był 
inną politykę finansową, religijną i zapewne też dyplomatyczną. Byli 
(wszakże) w tej dacie tacy ludzie, co mieli w tem interes, ażeby król 
absolutny, absolutniejszy niż sam Ludwik XIV i zazdrośniejszy odeń 
jeszcze o swoją władzę, dał się opanować kobiecie o wyższej inteli¬ 
gencji i umiejącej tą inteligencją się posługiwać... Ta noc (lutowa) 
w Wersalu pozostała w pamięci dobrze poinformowanych współczes¬ 
nych jako ta spośród szaleństw, w której rzucił król chustkę swoją 
faworycie.,. (Wiedział o tem) Wolter,.,, kiedy poświęcał młodej pani 
niezrozumiały dla ogółu madrygał: „Gdy Cezar, bóstwo Rzymu, bil Belgi i Niemce, Lud, wielbiąc bohatera, czcił z nim Kleopatrę, Tak heros i kochanek mirt złączył z wawrzynem. Ja wolą cisa...“ in. Któż byli ci, co mieli — według Nolhaca — interes 
w wyniesieniu przyszłej pani de Pompadour? Było ich 
wielu — figur wielkich, ryb grubych. Przedewszystkiem 
więc zależało na tem wyniesieniu braciom Paris. „Byli oni — powiada Saint-Simon — synami oberżysty, który 
posiadał zajazd u podnóża Alp.,., zajazd, noszący w szyldzie nazwę: 
a la Montagne; synowie służyli mu, jak również przejezdnym, jako 
kelnerzy, opatrywali konie i sprzątali w pokojach, a byli wszyscy 
czterej postawni i kształtni; jeden z nich został gwardzistą (i drugi 
był także żołnierzem)." Tyle Saint-Simon. My o tych braciach Paris, o któ¬ 
rych powiada jeszcze stary książę, że „widywali u stóp 
swoich dwór, miasto oraz prowincje“ — możemy mieć 
bardziej szczegółowe informacje1). Mowa tu jest oczywi¬ 
ście o trzecim i czwartym z czterech braci: o Józefie 
Paris-Duverney oraz Janie Paris-Montmartel. Pochodzili *) Informacje te zawdzięczam w przeważnej mierze niezwykłej 
uprzejmości dr. Bohdana Kieszkowskiego, który zgromadził je dla 
mnie w Paryżu. 175
		

/Magazyn_155_08_0190.djvu

			bracia z Delfinatu, — oberża ojcowska leżała na drodze 
z Lugdunu do Grenobli — a jak brzmiało właściwe ich 
nazwisko, dość trudno sobie obecnie zdać sprawę, skoro 
najstarszy brat nie używał żadnego predykatu, drugi zaś 
przybrał nazwisko od oberży: ,,La Montagne". Józef razem z braćmi rozpoczął karj erę od dostaw 
dla armji francuskiej w kampanjach jej włoskiej i flan- 
dryjskiej czasu wojny sukcesyjnej hiszpańskiej — Saint- 
Simon opowiada nam, per longum et lar gum, jej począt¬ 
ki — poczem, umiejąc się wkręcić, obrócić i przypodobać, 
wspinał się kolejno dzięki protekcji kardynała zwłaszcza 
Dubois na intratne stanowiska skarbnika wojskowego, ge¬ 
neralnego poborcy czy intendenta, słowem, jak go nazwano, 
général des farines. Po śmierci „Regenta" i Dubois a z przyjściem do steru 
w charakterze premjera księcia de Bourbon — awansował 
Paris dalej, tym razem przy poparciu przyjaciółki księcia- 
premjera, markizy de Prie, ta markiza de Prie jako córka 
finansisty Berthelota de Pléneuf była bowiem jedną ze 
„swoich": „Pléneuf (ojciec markizy) — tłumaczy nam zawsze Saint-Si¬ 
mon — nazywał się w rzeczywistości Berthelot, a pochodził z tej naj¬ 
niższej sfery ludu, która tuczy się jego własnym kosztem i która, 
z najbrudniejszych wyrastając interesów, wybija się powoli, nie bez 
pracy i talentu, na najwyższe piętra poborców i (innych) finansi¬ 
stów, Wszyscy ci Berthelotowie, trzymając się za rączkę, dobili się 
mety, jedni bliższej, a drudzy dalszej: i ojciec markizy z niejednego 
pieca chleb jadał, póki nie wzbogacił się na dostawach armji,,." Bądźcobądź przez cały okres rządów Bourbona po¬ 
siadali bracia Pârisowie niepodzielny już wpływ — ils 
gouvernèrent en plein et à découvert — mówi o tej epoce 
działalności ich St.-Simon. Józef Paris został przy tem 
poparciu bez trudu sekretarzem do specjalnych poruczeń 
nowego premjera, który uczestniczył w paskarskich inte¬ 
resach braci i dopuszczał ich do konfidencji w tak waż¬ 
nych nawet sprawach, jak np. sprowadzenie na tron fran¬ 
cuski Marji Leszczyńskiej. Jak się to wszakże i takim 
spryciarzom nieraz zdarza, przeciągnęli Pârisowie strunę: 176
		

/Magazyn_155_08_0191.djvu

			zostali oskarżeni przez opinję publiczną o skandaliczny 
ażjotaż w dostawach zboża, po upadku zaś protektora 
swojego w r. 1726 zostali wydaleni z Paryża, internowani 
w czterech rozmaitych punktach Francji, a Józef za¬ 
mknięty nawet w Bastylji, gdzie przesiedział bodaj ze dwa 
lata, powrócił zaś do wpływu dopiero po śmierci kardy¬ 
nała Fleury, t. j. około r. 1743. „Mówi się — tak tłumaczy przyczynę jego uwięzienia adwokat 
ar ier że poruszona będzie sprawa chleba, sprawa straszna 
i o pomstę wołająca, gdyż nietylko ceny tego chleba były wyśrubo- 
wane, ale w dodatku był on zrobiony ze złego zboża i wywołał 
w kraju chorób bezliku." „Po tem krótkiem zaćmieniu — kończy charakterystykę swoją 
siążę pamiętni arz — stali się (Parisowie) napowrót panami finan¬ 
sów i kontroli generalnej, nabyli dobra olbrzymie, robili i walili mi. nlStrÓW„ 1 CudzC ma’ątki- wzywali u stóp swoich dwór, miasto i pro- 
wincje." IV. „Wiadomo — pisała w roku ponownego ich wyniesienia się 
wtajemniczona pani de Tencin do dwuznacznego księcia de Riche- 
keu Pśrisów nie należy traktować z obojętnością; mają oni wielu przyjaciół, wszelkie przystępy podziemne (!) i wiele pieniędzy, 
które tędy mogą rozsypywać.“ Ze śmiercią Fleuryego, który w przeciwieństwie do 
poprzedników swoich Dubois i Bourbona tego rodzaju 
„podziemia“ tępił, umyślili wspomniany Richelieu i pani 
de Tencin opanować 33-letniego króla za pośrednictwem 
metresy „politycznej“. Richelieu zwłaszcza, okultysta, sa¬ 
tanista, alchemik, który z godnym siebie pod wieloma 
względami kompanem marszałkiem de Belle-Isle i bra¬ 
tem swojej Egerji kardynałem de Tencin utworzył był na 
dworze wszechpotężny wówczas triumwirat, matował mo¬ 
narchę wiecznie przytomną intrygą. Walnie dopomagali mu Pârisowie. W Plaisance to, 
willi podmiejskiej Józefa, żonatego od lat kilkunastii 
z córką najstarszego swojego brata1), odbywały się przę¬ śl, T} kor’ ci*Pły Ludwika XV do papieża w sprawie indultu 
dla Jozeta publikowany u Clémenta; „Les frères Paris" („Portraits 
historiques", Paryż, 1855), str. 3397 Źródło rozbioru Polski. 12 177
		

/Magazyn_155_08_0192.djvu

			cie pierwsze schadzki Ludwika XV z księżną de Château- 
roux, pierwszą z politycznych metres króla. Trzy wtedy 
były na dworze margrabianki de Nesle, z których pokolei 
każda pozyskiwała sobie serce królewskie. Kiedy bowiem 
okazało się, że sprowadzona z Wissemburga na małżonkę 
królewską Polka nie zgodzi się z wrodzonej sobie uczci¬ 
wości być podatnem narzędziem tego rodzaju wpływów — pan Józef przydzielony wszak zrazu został do wła¬ 
snego dworu królowej — wzrok tych kurtyzanów spoczął 
naprzód na hrabinie de Mailly, damie dworu Marji Lesz¬ 
czyńskiej, brunetce trzydziestoletniej, śmiałej i płochej 
epigonce zalotów Regencji. Pani de Mailly do polityki 
mieszała się jeszcze niewiele, chociaż jej to już zawdzię¬ 
czał ambasadę swoją do Frankfurtu w ważnym momencie 
wojny sukcesyjnej austrjackiej druh Richelieugo wspo¬ 
mniany wyżej marszałek de Belle-Isle. Tę najstarszą 
z sióstr de Nesle wygluzowała wszakże młodsza siostra 
jej Paulina, duża, ambitna, prosto z mostu, niepozbawiona 
wdzięku brzydula. Ta już na dobre starała się mieszać 
do polityki, zasypywała Ludwika listami i poleceniami, 
pchała dalej kreaturę siostrzaną, prusofila Belle-Islea, 
naprzekór dobroczynniejszemu wpływowi premjera a wy¬ 
chowawcy królewskiego, kardynała de Fleury, póki śmierć 
nie przecięła — zbyt przedwcześnie dla jej protektorów — pasma napoczętych przez nią intryg. Z tą śmiercią po¬ 
wróciła na chwilę do spraw steru wzgardzona niegdyś 
pani de Mailly, nawijały się królowi tymczasem inne też, 
młodsze jej siostry, aż wzrok królewski, załzawiony na 
chwilę żalem po stracie ukochanej Połci, spocząć teraz 
raczył na najmłodszej z całego grona, ambitnej pani de 
La Tournelle. I znowu był fatalny Richelieu przy boku 
swojego króla, gdyż los tak chciał, iż ten właściwy gra¬ 
barz monarchji Ludwików nosił najznamienitsze bodaj 
w rocznikach jej wielkości nazwisko: on prowadził dy¬ 
plomatyczne niemalże rokowania przedwstępne z boginią 
Nattiera, on układał królowi i jejże samej liściki miłosne, 
on podejmował się odprowadzać wzgardzoną ponownie, 178
		

/Magazyn_155_08_0193.djvu

			zrozpaczoną, skruszoną, „świętą“ — jak ją nazywa iro¬ 
nicznie — chwilową pocieszycielkę królewską, panią de 
Mailly, na ostateczne wygnanie do Paryża. Tak nastało 
krótkotrwałe panowanie nowokreowanej przez króla 
„księżnej de Chateauroux“. y. I to panowanie okazało się wszakżeż efemerydą, wła¬ 
ściwą królową Francji miał bowiem zostać kto inny. Została nią Joanna Antonina Poisson, córka Fran¬ 
ciszka, wydana 8 marca 1741 r. za Karola Wilhelma Le 
Normant, pana na Etioles. Ojciec przyszłej markizy roz¬ 
począł był błyszczącą karjerę jako woźnica w tejże samej 
armji marszałka Villarsa, gdzie swoją zrobili byli i bracia 
Parisowie. Dzięki nim wzbił się Poisson na wysokie sta¬ 
nowisko pośród dostawców. Miał sobie powierzoną apro¬ 
wizację stolicy w czasie głodu 1725 r. i, jak się często 
trafiało tego rodzaju dostawcom w tych czasach, a prze- 
dewszystkiem samymże jego protektorom, nadużył zaufa¬ 
nia władz i za nadużycia swoje skazany podobno został 
na szubienicę. To nowe „wyniesienie“ nie zaszkodziło mu 
wszakze ani w dalszej karjerze ani zwłaszcza u protekto¬ 
rów - Parisów (wszak jego Janka stać się miała sczasem 
kochanką jednego z braci, Montmartela). Parisowie też teraz wyprotegowali nową faworytę. „Kroi - pisze pamiętnikarz de Luynes — kupił dla pani d'Etio- 
les markizat Pompadour, którego miano będzie ona nosić... Pan de 
Montmartel (jeden z Parisów) dostarczył (na to kupno) pieniędzy. .“ Parisom wysługiwały się również inne, intelektualne W°lter rzucał ^worycie pod nogi najpiękniejsze 
hołdy swoje: .^Sincère et tendre Pompadour, — wielbił ją zgóry — Lar je peux vous donner d'avance, Ce nom qui rime avec l'amour Et qui sera bientôt le plus beau nom de France." „Widzimy tu - komentuje Woltera Nolhac - jak rozbrzmiewa 
od pierwszych chwil (władztwa nowej faworyty) ten koncert pochwał 
wzajemnych a interesownych, który uczynił filozofów niezbędnymi 12* 179
		

/Magazyn_155_08_0194.djvu

			dla pani Pompadour, a ją samą Egerją (tychże) hlozofow; chwytamy 
tu na gorącym uczynku, jak budzi się ambicja tego kółka namiętnych 
polemistów, aby pchnąć markizę na wyżyny i na wyżynach tych ją 
utrzymać." VI. W pałacu t. zw. „Tempie", siedzibie skasowanego 
niegdyś przez Filipa Pięknego zakonu Templarjuszów, 
sczasem zaś — przez „niesamowity przypadek czy ra¬ 
czej symbol umyślny — więzieniu jego potomka, Ludwi¬ 
ka XVI, gnieździł się najpierw w początku stulecia osła¬ 
wiony książę de Vendôme, wielki przeor maltański i jako 
taki spadkobierca Templarjuszów, po którego śmierci, jako 
ostatniego ze swojej linji, „Tempie“ jak nas poucza 
Sant-Simon — przeszedł na ród Kondeuszów, przez 
nich zaś dostał się do Contich. Dwa razy był tak — w ciągu stulecia XVIII — pałac 
„Tempie" świadkiem zebrań o charakterze mocno „liber- 
tyńskim": pierwszy raz — w zaraniu wieku za „Regen¬ 
cji“, u „wielkiego przeora", gdzie schodzili się „epikurej¬ 
czycy" z Wolterem i Fontenellem na czele, później, na 
dłuższej wtedy już przestrzeni czasu, u Contich (Ven¬ 
dôme umiera w 1727, spadkobierca jego Conti — w roku 
dopiero 1776). Ludwik Franciszek de Bourbon, książę de Conti, za¬ 
powiadał zamłodu niezwykłą karjerę wojenną. Został on 
na początku wojny o sukcesję austrjacką jako młodzieniec 
24-letni generał-lejtnantem na terytorjum walk niemiec- 
kiem, w trzy zaś lata później komendantem naczelnym 
armji włoskiej, gdzie na odcinku nicejsko-sabaudzkim cu¬ 
dów dokazywał waleczności, godnych późniejszych tu czy¬ 
nów Napoleona: pod Coni np. dwa konie miał pod sobą 
ubite, a kirys wielokrotnie podziurawiony kulami. Po tej 
zaszczytnej kampanji, przeniesiony do Niemiec najpierw, 
a potem do Flandrji, byłby świecił zapewne i dalej w prze¬ 
wagach wojskowych, gdyby nie przyćmiła była wschodzą¬ 
cej jego gwiazdy stalsza już konstelacja feldmarszałka 
Maurycego saskiego, co nowego teraz nabierała jakbv 180
		

/Magazyn_155_08_0195.djvu

			blasku przez małżeństwo synowicy jego Marji Józefy, 
córki Augusta III, z Delfinem1). Odtąd — wyranżerowany, zawiedziony — żył młody 
jeszcze Conti jako typowy wieku swojego libertyn, „sobie 
i Muzom . Muzą była mu przedewszystkiem Marja Fran- 
'■> ciszka Katarzyna de Boufflers, t. zw. „pani rozkoszy“, która prezydowała bez żadnej żenady fetom, urządzanym 
przez niego w pałacu „Tempie“ czy bodaj w uroczej wi- 
legjaturze Isle-Adam, fetom w guście tych, których wize¬ 
runek przechował się do dni naszych w muzeach Luwru 
i Wersalu2). Ale nietylko Muzy wschodzącego encyklopedyzmu 
zaprzątały umysł i wolę wzgardzonego, odsuniętego wo¬ 
dza. Do cywilnej garnął się on także polityki. Czynnym 
był przedewszystkiem i wpływowym uczestnikiem niedaw¬ 
no sformowanych we Francji lóż masońskich. I tak np. 
przy wyborze wielkiego mistrza wolnomularstwa francu¬ 
skiego, 11 grudnia 1743, po śmierci zmarłego świeżo księ¬ 
cia d‘Anłin, otrzymał Conti kilka głosów „braterskich", 
nie został jednak wybrany, skoro na w. mistrzostwo wy¬ 
niesiono raczej kuzyna jego Ludwika de Bourbon-Condé, 
hrabiego de Clermont'). Matka zaś Contiego, księżna 
Luiza Elżbieta, bratowa Bourbona, była właśnie tą damą, 
która ułatwiła Pompadourze wstęp na pokoje królewskie. VII. Jeżeli bowiem 25 lutego 1745 r. podniosła się była, 
jak opisywał nam Nolhac, kurtyna ponad baśnią z tysiąca 
i jednej nocy w życiu Ludwika, to teraz po tym prologu, 
w dniu 14 września tegoż samego roku 1745, rozgrywał 
się w Wersalu jej akt pierwszy. „Prezentacja (na dworze) — czytamy tam dalej — ma odbyć 
się o szóstej. Zgromadził się w komplecie dwór nieżyczliwy, kpiący, *) Por. Camon: „Maurice de Saxe“, Paryż 1934, ) Patrz Cain: „Nouvelles promenades dans Paris“, str, 209 
nn.; por. mój szkic: „Niedoszła polska Pompadoura" [„Kurier War¬ 
szawski z 23 września 1934 r.). Paryż* 1W8lils1trtte30”Pr^C,S * l histoire du Grand Orient de France“, 181 1
		

/Magazyn_155_08_0196.djvu

			a ciekaw debjutu zaimprowizowanej markizy, którą zimą widywały 
te same mury pod mieszczańskiem zgoła jej nazwiskiem. Tłok praw¬ 
dziwy panuje w „Galerji Luster“, w „Oeil-de-Boeuf" i w paradnych 
komnatach. A at! i zjawia się już księżna de Conti, przeciska się 
przez tłum i wchodzi do gabinetu królewskiego w towarzystwie damy 
honorowej i trzech innych jeszcze dam w wielkich toaletach, mienią¬ 
cych się diamentami. Są to: pani de Chau-Montauban, pani d’Estra- 
des i pani de Pompadour, Księżna wypowiada zwykłe formuły (pre¬ 
zentacji), markiza trzykrotny wybija pokłon. Król lekkie okazuje 
zażenowanie, które udziela się i stronie przeciwnej. Krótko trwa 
więc rozmowa, wnet przechodzą damy do królowej, do Delfina i do 
Delfiny..." Czy był może tego dnia w Wersalu wmieszany w tłum 
dworaków cudzoziemiec, młody, rosły, barczysty szlachcic 
polski, grandmuszkieter niegdyś w służbie saskiej, później 
dragon w służbie Leszczyńskiego, później jeszcze kuch¬ 
mistrz na dworze pruskim, nareszcie, po służbach w ar- 
mjach Belle-Isle'a i Coignyego, maréchal de camp francuski? Wszakci to w roku przyjścia do władzy ambitnej 
markizy, który był zarazem rokiem przewag zbrojnych 
francusko-saskich pod Fontenoy, przybywał pan Andrzej 
Mokronowski, ten sam, co „pierwsze światła mularskiego 
przyniósł do Polski promienie", nad Sekwanę, aby w imie¬ 
niu „części patrjotów" ofiarowywać Ludwikowi XV koronę 
polską dla Contiego. „Bawiąc we Francji w r. 1745 — pisze o Mokronowskim bio¬ 
graf jego Konopczyński — podjął się on potajemnej agitacji w kraju 
na rzecz nowego kandydata, o którym nie myślało ministerjum d‘Ar- 
gensona, ale którego sekretnie popierał sam król Ludwik..." „Le noeud du secret royal était en Pologne" — 
stwierdza ze swojej strony Nolhac. Zachodziła już bo¬ 
wiem w Paryżu gwiazda ministerjalna owego d‘Argen- 
sona, ustępując na dobre świetnej konstelacji Pompadoury. 
Faworyta wtedy, wsparta na Contich, na Pârisach, na 
księciu de Richelieu, przebywała krokiem miarowym prze¬ 
strzeń, dzielącą ją od alkowy królewskiej do gabinetu kró¬ 
lewskiego, a później od gabinetu królewskiego do ministe- 
rjalnych wprost źródeł władzy. I teraz w dobie, gdy 
wszczynał się słynny „sekret królewski", „la filie 182
		

/Magazyn_155_08_0197.djvu

			Poisson“, niby planeta Wenus sunąc orbitą królew¬ 
ską, w empire; skie wzbijała się szlaki. I w dwa 
lata — jak stwierdza historyk Carré — ogarniała 
markiza, zawsze przy pomocy nieodstępnych i nieodzow¬ 
nych Parisów, co najważniejsze sprężyny administracji 
państwowej, dysponując niepodzielnie niemal i monarchą, 
i skarbem, i wojskiem, i dyplomacją, będąc faktycznym 
premjerem Francji, wezyrem jakby żeńskim swojego suł¬ 
tana, dyktując politykę we wszystkich zakresach, pro¬ 
wadząc ofensywę na wszystkich frontach. Czyż dziwna, że echo takiej renomy rychło dotarło 
i nad Wisłę? „Sire — pisał w r. 1746 Richelieu do Augusta III — (właśnie) 
otrzymałem wczoraj list od króla arcychrześcijańskiego.,.; ...pani de 
Pompadour usłużyła nam doskonale (w sprawie małżeństwa Delfina 
z infantką saską), zważywszy, że stosunki jej z Marją Leszczyńską 
(przeciwną zrazu temu -małżeństwu saskiemu) są wyborne... Pâriso- 
wie mecno mnie (też) poparli w temże dziele: są to przyjaciele fa¬ 
woryty, a jako (z drugiej strony) inicjatorowie (niegdyś) małżeństwa 
królewskiego, mają (i królową także) w ręku... Są to osoby, które 
strzegą się światła, a w gruncie rzeczy... poruszają całą maszynerją...“ Nie mylił się, zaiste, Richelieu, kiedy tak informował 
króla polskiego, i to w dobie dziejowej właśnie, kiedy 
sekret króla Francji dzierzgał się i więźlił nad Wisłą. VIIÏ. „Dwór bawi jesienią 1752 r. — pisze Nolhac1) — w Fontaine¬ 
bleau... Pomiędzy Ludwikiem XV a panią Pompadour panuje letnia 
już tylko atmosfera przyjaźni. Od roku bowiem triumfatorka z roku 
bitwy pod Fontenoy wyrzekła się była prerogatyw miłości.“ Król cały zajęty jest swoim „sekretem”: „Sekret" ten polityki królewskiej — ten sam zawsze dodaje 
historyk — strzeżony był tak dobrze, że ci, co podejrzewali jego 
istnienie, nie przejrzeli nigdy jego przedmiotu. Dzień w dzień, 
w ciągu godzin całych, władca ten, którego domyślano się raczej hoł¬ 
dującego uciechom, zasiadał do biurka, ażeby przeglądać, porządko¬ 
wać i zaopatrywać adnotacjami memorjały lub raporty, które ze 
wszystkich zakątków Europy kierowali do niego w szczelnie za¬ 
mkniętych kopertach ajenci nieznani. Czuwał tak (Ludwik XV) za ł) „Madame de Pompadour et la politique", Paryż 1928, passim. 183
		

/Magazyn_155_08_0198.djvu

			pośrednictwem ludzi o wypróbowanej gorliwości nad delikatnemi 
punktami własnej polityki zagranicznej.,. Jego prywatni kurjerzy 
z Saksonji, Polski, z Prus czy z Anglji przywozili mu więcej prawd 
użytecznych, niżeli raporty na wielką zakrojone skalę ministerstwa 
spraw zagranicznych, uroczystemi najczęściej wypełnione komerażami. W ciągu lat długich środkowej części panowania napawała się 
ciekawość wersalczyków widokiem pewnych wizyt u króla... Chodził 
do niego, nie potrzebując zgoła być zaanonsowany, książę de Conti, 
niekiedy w towarzystwie sekretarza, wtedy zaś dwaj kuzynowie zni¬ 
kali razem w głębiach apartamentu. Dworacy, Argenson lub Luynes, 
przetykają od czasu do czasu tok swoich diarjuszy tego rodzaju za¬ 
piskami: „Dziwią się tu powszechnie interwencjom księcia Contiego 
w sprawach państwowych... Książę ten zanosi królowi niejedno¬ 
krotnie grube portfele i współpracuje długo z Jego Królewską Mo- 
ścią... Pytają się wszyscy, co jest przedmiotem tej współpracy, ale 
nikt nie jest o niej poinformowany... (Conti) ma kilku sekretarzy, 
a wszyscy wyglądają bardzo zajęci... Od pokoju akwizgrańskiego 
(1748 r.) stał się (Conti) konfidentem polityki tajnej Ludwika XV, 
którego wszelkie rozkazy przez jego przechodziły ręce... Młody 
Broglie, mianowany ambasadorem w Warszawie 11 marca 1752 r., 
zdziwił się mocno, odbierając nazajutrz drogą prywatną następujący 
bilet królewski: „Niechaj hrabia de Broglie uwierzy wszystkiemu, co 
mu powie książę de Conti, ale niechaj nie wspomina o tem żywej 
duszy! (podpisano:) Ludwik".,. Węzeł sekretu królewskiego — jak wspominaliśmy gdziein¬ 
dziej — mieścił się w Polsce. Od czasu wojny, przedsięwziętej w obro¬ 
nie praw teścia swojego Leszczyńskiego, interesował się Ludwik tym 
krajem... (Tajna dyplomacja królewska) wspierała ogólną politykę 
Francji, co usiłowała związać ze sobą i powiązać — jedną przez dru¬ 
gą — Szwecję, Polskę i Turcję, przeciwstawiając je Austrji i Rosj‘i 
i w ten sposób utrzymując równowagę, stworzoną w roku 1748 przez 
traktat akwizgrański... Zdolen zrozumieć zamysły królewskie i godzien stowarzyszyć 
się z niemi, — ocenia wkońcu politykę „sekretu" Nolhać — okupy¬ 
wał tak Conti nieład życia swojego prywatnego i fanfaronadę bez¬ 
bożnictwa, cechującą kolacyjki w „Temple'u".„ Pewien dobrej or¬ 
ganizacji swojego „serwisu" oraz zaufania królewskiego, (które chwi¬ 
lami czyniły zeń właściwego ministra spraw zagranicznych Francji)..., 
zapominał tylko (Conti) o szczególe jednym, zapomniał o pani de 
Pompadour..." IX. A Conti faworycie winien był być zobowiązany. Je¬ 
żeli, jak wspomnieliśmy, w pamiętnym dniu 14 września 184 •-i i
		

/Magazyn_155_08_0199.djvu

			1745 roku, w dniu prezentacji Pompadoury na pokojach 
wersalskich, ,,pilotował ją był tam nie kto inny, jeno ro¬ 
dzona matka księcia, to od Nolhaca dowiadujemy się rów¬ 
nież, że „zapłata długów będącej w potrzebie matrony 
książęcej wynagrodziła tę usłużność (względem lekkomy¬ 
ślnej damy) . Ale wchodził tu w grę inny także, a na 
Contiego przemożny wpływ kobiecy, wpływ metresy jego, 
wpływ hardej Boufflers, „pani rozkoszy", która cierpieć 
nie mogła „bóstwa małych apartamentów". A faworyta? „Jakże mógłby jej nie mierzić — pisze Nolhac — ukryty trud, 
co odrywał tak często od niej króla, i o którym król starannie się 
z nią rozmawiać wystrzegał? Co zawierały owe depesze, wręczane 
Contiemu w toku polowania, owe bilety gryzmolone przez niego na 
siodle i przez umyślnego zanoszone królowi? Czemuż to on tak nie¬ 
raz pędził na szybkim koniu z Isle-Adam do Wersalu, a z Wersalu 
nawracał znów galopem do siebie? Wtedy to — konstatuje historyk — (pod wpływem niepokoju 
i zazdrości o wpływ na króla) poczęła pani de Pompadour (na do¬ 
bre) interesować się sprawami, któremi dotychczas nie interesowała 
się zgoła, ale których jedynie świadomość mogła sprokurować jej 
najwyższe zadowolenie, sprokurować dumę z konfidencji królew¬ 
skiej..." Tak więc „sekret contiowski zrodził intrygę Pom¬ 
padoury. X. Przenieśmy się teraz, zawsze pod wodzą subtelnego 
kustosza Wersalu, o kilka lat naprzód, przenieśmy się 
w ciągu roku 1756 razem z markizą do jej pałacu w Bel¬ 
levue pod Paryżem! „Bellevue“ to istotne, gdyż widok 
stąd wspaniały rozciąga się na Sekwanę, na Saint-Cloud, 
na Sèvres, na całą równinę Paryża. Fasada Lassurancea, 
przed nią cienisty szpaler, na tle jego markiza z koron¬ 
kową parasolką w ręku, której rączkę zdobi srebrzysty 
barometr, oto — powiada Nolhac — „intymna a dyskre¬ 
tna scenerja, na tle której rozegra się (niebawem) akt 185
		

/Magazyn_155_08_0200.djvu

			pierwszy sztuki politycznej, co zmieni poniekąd sprawy 
tego świata“, „Jeżeli pawilon Babiole (pierwotna nazwa zamku Bellevue) — 
dodaje cytowany wciąż przez nas historyk — wchodzi przez godzinę 
w skład wielkiej historji świata, to dlatego, że pawilon ten oglądał 
pierwsze rozmowy na temat zbliżenia austro-francuskiego, na temat 
traktatu przygotowywanego w Wersalu, który zapewnić miał odwró¬ 
cenie przymierzy". W fałdach zaś sukni markizy, gdzie ważą się pokój 
i wojna, przeważa letnią tego roku porą, kiedy król prze¬ 
siaduje u faworyty w świeżo zbudowanym przez Gabriela 
Ermitażu — wojna. „Zresztą — pisze 22 sierpnia 1755 r. do znanego nam już skąd¬ 
inąd finansisty Pârisa-Duverney inny protegowany markizy, obiecu¬ 
jący abbé de Bernis — rad jestem powiadomić (Pana) przed wyjaz¬ 
dem moim do Wersalu, dokąd udaję się bezzwłocznie, że pani de 
Pompadour przechyliła się już całkowicie na naszą stronę, ba! że 
oświadczyła księciu de Nivernais (ambasadorowi francuskiemu 
w Berlinie), że z chwilą, kiedy pan wziął wypadki na swoją odpo¬ 
wiedzialność, może odtąd polegać i na własnej ocenie położenia... 
Otóż (istotny) stan rzeczy, z którego dla mnie wynika, że musiała 
(markiza) dopatrzyć się w królu wyraźniejszej skłonności w kierunku 
energicznych postanowień." XI. A energiczne te postanowienia dojrzewają. W osiem zaledwie dni po tamtym liście Bernisa z 30 
sierpnia 1757 otrzymuje faworyta pismo z Wiednia od 
kanclerza austrjackiego Wacława ks. Kaunitza. Ten Kau- 
nitz — to przyjaciel markizy jeszcze z czasów, kiedy był 
ambasadorem w Paryżu. To ,,homme à femmes , świa¬ 
domy swoich przewag, to elegant, chodzący w peruce nie- 
fryzowanej, ale wyczesanej w pukle, zwane lirycznie „la¬ 
cets d‘amour“. A kiedy ktoś kpił sobie przed Pompadourą 
z tego panicza, nad którego koafjurą co rano czterech 
uznaja się waletów, mieszkami swemi po niej rozpryskując 
co najsubtelniejsze pudry, odpowiedziała markiza kpia¬ 
rzowi temu najpoważniej: „Wszak to Alcybjades, co ka¬ 
zał psu obciąć ogon, iżby w ten sposób mieli o czem mó- 186
		

/Magazyn_155_08_0201.djvu

			wić Ateńczycy i odwrócili uwagę swoją od rzeczy, które 
on pragnął ukryć przed nimi”. „Pani — pisał teraz do faworyty upudrowany kanclerz — pra¬ 
gnąłem ja często przypomnieć się pamięci Pani, teraz zaś nastręcza 
się do tego sposobność, która, zważywszy znane mi uczucia Pani, nie 
powinna być Pani nieprzyjemna... Hrabia Starhemberg (następca 
Kaunitza w Paryżu) ma oto zaproponować królowi rzeczy najwyższej 
wagi i to takie, o których traktować można jedynie przez kanał ko¬ 
goś, kogo Jego Królewska Mość Arcychrześcijańska pełnem zaszczyca 
zaufaniem..." Tak Starhemberg — dodaje Nolhac — miał do wy¬ 
boru gwoli wykonania swojej misji: faworyta i faworytę, 
wybrał jednak Pompadourę, a pominął Contiego, pomimo 
że cesarzowa Marja Teresa nie zapomniała w swoich pla¬ 
nach, pisząc do Ludwika, i o „sekrecie królewskim”: „Nie będziemy się sprzeciwiali, ażeby książę de Conti zasiadł 
na tronie polskim, owszem, dopomożemy mu do tego." XII. W Babiole (Bellevue) stała więc kolebka wojny sie¬ 
dmioletniej. Markiza z parasolką o inkrustowanym w nią 
srebrnym barometrze stała się tą złą wróżką, co świat 
urzekła siedmioletniemi klęski. Przedziwny był zaiste 
sztafaż czarodziejskiej jej kuchni. Genius loci, sama topo- 
grafja miejsca, jak żadna inna, nadawała się do tajemni¬ 
czych, „sekretnych” schadzek. Droga z Paryża prowadziła 
tu wzdłuż brzegów Sekwany. Tędy też przyjechali do 
markizy dwaj dyplomaci: Starhemberg i wybrany przez 
nią na pełnomocnika francuskiego, abbé de Bernis; przy¬ 
jechali nie razem i każdy z nich — w dodatku — odesłał 
natychmiast precz powozy swoje i liberje. I stanął pakt 
ten w Babiole, pakt przejednania i współpracy dwóch 
naczelnych w Europie potęg katolickich, Habsburgów 
i Burbonów, pakt z drugiej strony morderczy, jak ten 
późniejszy Adama Czartoryskiego, przeciwko Prusom, spa¬ 
czony jednak w zawiązku i wykonaniu przez też same 
ręce, które go skleiły, przez te same zwłaszcza mózgi, 
które nad jego przyjściem do skutku czuwały w kulisach. 187
		

/Magazyn_155_08_0202.djvu

			Toteż, gdy otwarł się rok pierwszy spomiędzy siedmiu 
lat wojennych, kulisy te wystąpiły znowu śmiało na sam 
przód widowni dziejowej, która zaćmiła się jakby cała 
od cieniów i mroków, jakie ustawicznie na nią stamtąd biły. XIII. Albowiem w tych bojach siedmioletnich nie sami tylko 
udział biorą protagoniści w zbrojach. Za marcjalną de¬ 
koracją obozowisk żwawiej się jeszcze poruszają kom- 
parsi. Armjami Francji dowodzi wprawdzie nominalnie 
marszałek d'Estrées, ale przeciwstawia mu się nieustannie 
a skutecznie znany nam już skądinąd dostawca Pâris- 
Duverney w charakterze „munitionnaire général des 
armées“. Udało się wprawdzie Francuzom przekroczyć 
Ren, jednakowoż dalszy ich pochód naprzód coraz bar¬ 
dziej nam przypomina współczesną ofensywę jakąś Sam- 
sonowa, dajmy na to, czy Rennenkampfa. A Paris pre¬ 
tensje ma olbrzymie, uważa się za wspólnika czy moral¬ 
nego conajmniej sprawcę zwycięstw niedawnych mar¬ 
szałka Maurycego Saskiego — to ma być zasług jego 
przeszłość, co zaś do teraźniejszości, to liczy on w każdym 
wypadku na poparcie bliskiej sobie Pompadoury. I już 
skleja się znowu fatalny iście dla Francji triumwirat: jest 
w nim faworyta, jest Paris czyli kochany jej „gamajda", 
jak o nim i do niego pisać rada1); zjawia się nareszcie w tej 
trójcy i nieunikniony, a zżarty ambicją, uwieńczoną świe¬ 
żym pod Mahoń wo-jennym sukcesem, Richelieu. Ale, jak to powiedział już stary Cycero, przyjaźń 
na dalszą metę wykazuje trwałość tylko w razie, jeżeli 
uczestnicy jej naprawdę są jej godni. Nie było tak naj¬ 
widoczniej w wypadku, który tu nas obchodzi, wypadku 
markizy i „diuka11 de Richelieu. Poszło tej parze o rolę 
Soubise'a, jednego z podkomendnych marszałka de Ri¬ 
chelieu, mocno protegowanego przez markizę, a niedość, 1) Markiza, jak to na prostą mieszczkę przystało, lubuje się 
wogóle w takich sobriquet’ach: do ks. de Chaulnes mówi: „moja 
Świnio", do pani d’Amblimont: „moja ścierko". 188
		

/Magazyn_155_08_0203.djvu

			jej zdaniem, faworyzowanego przez Richelieugo. Wszak- 
żeż otoczenie Pompadoury rywalizacji marszałka z tym 
tak miłym jej sercu podkomendnym przypisywało zgoła 
zawarcie przezeń haniebnej konwencji w Klosterseven, co 
przywracała oddech pognębionemu już niemal na zawsze 
Fryderykowi, z największą obopólną szkodą sprzymierzo¬ 
nych obecnie ze sobą dwojga monarchij: austrjackiej 
i francuskiej. XIV. Tajemnicze bowiem te siły, te kulisy występowały 
coraz śmielej, jak mieliśmy to sposobność zaznaczyć już 
wyżej, na platformę działań wojennych i dyplomatycz¬ 
nych walki siedmioletniej. Wszak konwencję w Kloster¬ 
seven zawierał z księciem de Richelieu zagadkowy wła¬ 
śnie dyplomata duński, emisarjusz „wtajemniczonego“ 
Bernstorffa, Roch Fryderyk hrabia Lynar, tenże sam za¬ 
pewne, co w końcu 1769 r. powiezie do Petersburga, i zno¬ 
wu z ramienia Fryderyka, pierwszy projekt podziału Pol¬ 
ski, a który teraz jako pietysta-iluminat pisał do powier¬ 
nika na temat tej zawieranej przez siebie konwencji: „Duch 
Święty (Paraklet) dał mi siłę powstrzymania postępów 
Francji, jak niegdyś Jozue zatrzymał był w biegu słońce"1). Nie da się zaprzeczyć, że faworyta przeglądała te 
matactwa Richelieugo: „Rzecz to dziwna — pisała mianowicie do Choiseula — że 
marszałek uważa (tę) swoją... małą negocjację z królem pruskim za 
całkiem prostą... Taksamo nie mieści się to w jego głowie, że gdyby 
kontyngent heski i t. d. przeszedł do Danji, jak tego domagał się 
zręczny Bernstorff,... dostałby się na żołd Anglji i pod jej ferułę..." XV. Podejrzewała tedy markiza wprost Richelieugo o gra¬ 
nie na rękę najgorszego wtedy, dziedzicznego wroga Fran¬ 
cji, Anglji. Niemniej, kiedy Richelieu, uginając się pod 
brzemieniem klęsk własnych i cudzych (Soubise doznał 9 Patrz Reboux: „Les conquêtes d'amour et de gloire du ma¬ 
réchal de Richelieu", Paryż b. r„ str, 241. 189
		

/Magazyn_155_08_0204.djvu

			był właśnie takiej, niebywałej w dziejach Francji, w bi¬ 
twie pod Rossbach), odwołany został nareszcie z placu 
boju, któż powołany został na jego miejsce, za sprawą 
markizy? Oto wspomniany już przez nas gdzieindziej kuzyn 
Contiego, Ludwik de Bourbon-Condé, hrabia de Clermont. Któż był zacz ten Clermont? „Jakkolwiek przeznaczony w młodości do służby Kościołowi i na¬ 
wet opatrzony tonsurą — pisze o nowym naczelnym wodzu armji 
francuskiej Albert Lantoine, historjograf oficjalny masonerji1) — po¬ 
święcił się (Ludwik) w wieku lat 24 karjerze wojskowej, zachowując 
przecie dzięki dyspensie specjalnej papieża Klemensa XII, który — 
o iron jo losu! — rok właśnie wprzódy wyklął był wolnomularzy, 
znaczne beneficja, przywiązane do stanu jego duchownego..." Jakim był Clermont dawniej wodzem, wiemy o tem 
dosyć mało. Historyk Carré chwali np. tego Opata opactwa 
Saint-Germain-des-Prés, o którym pisze, iż był to jedyny 
z Kondeuszów, wykazujący wtedy zalety wojskowe. Do¬ 
daje jednak zaraz, że wszyscy ci książęta krwi, służący 
w wojsku francuskiem: ci Contiowie, Clermontowie i jak 
się tam jeszcze nazywali, buntowali się stale przeciwko 
narzucanemu sobie autorytetowi księcia półkrwi królew¬ 
skiej a obcej, Maurycego Saskiego. W tym tedy sensie 
informuje nas też nota policyjna: „Podobno hrabia de Clermont mocno jest niezadowolony, że nie 
otrzymał komendy. Powrócił z dworu wielce umartwiony. Sądzi 
się też, że nie będzie służył w tej kampanji. Nie zbraknie mu więc 
czasu na zajęcie się dobrobytem Zakonu Wolnomularzy, którego jest 
wielkim mistrzem (wybranym parę miesięcy wprzódy).“ „To w łonie wojska — brzmi jak komentarz do noty powyższej 
informacja późniejsza — rozpowszechniło się nasamprzód wolnomu¬ 
larstwo..., a wzrosło w siłę.,,, kiedy na czele jego stanął pan de 
Clermont, opat Saint-Germain-des-Prés." Ale na placu boju zawiódł i ten protegowany pani 
de Pompadour najzupełniej. „Okrył się hańbą — pisze o nim życzliwy chyba dla niego, 
a cytowany już przez nas historjograf własnego jego „zakonu“ — umy¬ 
kając spod Krefeld i rejterując aż pod Kolonję". 1) „Histoire de la franc-maçonnerie française", Paryż 1925, 
str. 64; por. Fava: „Discours sur la franc-maçonnerie" Paryż — Poi¬ 
tiers 1882, str, 25. 190
		

/Magazyn_155_08_0205.djvu

			XVI. Tak więc pani Pompadour prowadziła Francję od 
klęski do klęski. Na zakończenie tego przeglądu wspomnieć jeszcze 
wypada o awanturniku, któremu także nie odmówiła 
swojej protekcji, o słynnym „hrabi de Saint-Germain“. Pani de Hausset, pokojowa markizy, opisuje nam 
barwnie jeden z jej „petits-levers". Markiza leży w łóżku, gdyż czuje się niedobrze (jest 
to wszak okres wojny siedmioletniej, a wiemy od Nolhaca, 
że w tym czasie zdrowie jej się wyczerpało, że jest „wy¬ 
cieńczona aż do anemji okropnie rozagitowanym żywo¬ 
tem, który jej narzucał król, przez czuwanie, przez repre¬ 
zentację i przez ustawiczne podróże, (że) ma żołądek 
zniszczony przez kolacyjki, serce zużyte przez coraz od¬ 
nawiające się niepokoje“). Koło łoża markizy obfita zebrała się kompanja: jest 
więc król, tyran i kochanek, nie tak zapatrzony, jak lat 
temu kilkanaście, na balu wersalskim, ale ciągłego prze¬ 
cie potrzebujący z nią obcowania, porady, przyjaźni. 
Jest w sypialni markizy i druga dama, a to Mar ja Ange¬ 
lika księżna de Brancas, ta sama, co nieco wcześniej na¬ 
pisała była do pani Brühlowej panegiryk młodego Sta¬ 
nisława Augusta, powtórzony w pamiętnikach królewskich. 
Jest markiz de Gontaut, powiernik króla, jest abbé de 
Bernis, powiernik markizy, ale oczy tych czworga skie¬ 
rowane są na innego jeszcze uczestnika rannej narady, 
Tym kimś jest pięćdziesięcioletni z wyglądu mężczyzna, 
ubrany poprostu, ale ze smakiem, a uderzający tylko bo¬ 
gactwem diamentów, które zdobią jego pierścienie, ze¬ 
garek i tabakierę, guziki u jego mankietów, sznurowadła 
u jego trzewików i podwiązki u jego pończoch. Ten gentleman, tak obsypany kosztownościami, że 
imponowały one samemu królowi Francji — to z tajem¬ 
niczych ludzi, w jakich obfitowała epoka, najbardziej 
tajemniczy, to „hrabia de Saint-Germain“, jakim go wi- 191
		

/Magazyn_155_08_0206.djvu

			dzimy na sztychu Thomasa1). Ta sielanka poranna do¬ 
brze oddaje nastroje wersalskie. Oglądamy kuźnię, 
w której decydowały się nominacje (jak ta fatalna Cler- 
montowa), w której — rzec można — zapadały decyzje 0 wojnie czy też o pokoju. W jednej i tej samej komna¬ 
cie na gorącym uczynku niemal przychwyceni są: król 
faworyta, kierownik polityki zagranicznej królestwa 1 awanturnik nieznanego pochodzenia. Markiza, co do tego Saint-Germaina mówiła: „mój 
psie wielkołapy , prezydowała na frywolnych kolacyjkach 
swojego znudzonego zawsze kochanka, poczem — wyczer¬ 
pana hulanką — szukała leków u szarlatana. Łasa też była 
rompadoura na wyrabiane przezeń rzekomo klejnoty 
i złoto. Dzięki jej wpływom zainteresował się kochanek 
jej królewski młodym magiem z Frankfurtu2) i osadził go 
(data tego faktu jest zresztą chwiejna) w Chambord, pysz- 
nym swoim zaniku pod Paryżem. Zamek ten już przedtem gościł nie bylejakich miesz¬ 
kańców: za Henryka II — słynną Dianę de Poitiers, któ¬ 
rej godło księżycowe zdobiło ściany pałacu; za obecnego 
zas panowania przemieszkiwał tam był najpierw teść kró¬ 
lewski Leszczyński, później zaś jeden z nieprawych synów 
„Mocnego , marszałek Maurycy saski, co zginął w listo¬ 
padzie roku 1750, przeszyty podobno szpadą swojego ry¬ 
wala, księcia Contiego3). W Chambordzie, Wersalu i Paryżu toczył „hrabia“ 
długie rozmowy z królem, faworytą i ministrami. Jeden 
taki dialog uwieczniły nam znów pamiętniki pani de Haus- 
set, „kamerystki“ pani de Pompadour: Markiza: — Panie de Saint-Germain! A jak wyglądał Fran¬ 
ciszek I? Bardzo byłabym lubiła tego króla... Saint-Germain: — Istotnie można go było lubić... Markiza : — A dwór Franciszka I, czy był naprawdę piękny? • M^°1^Uk°i'of•?U Co°Per-Oakley: „The comłe de St. Ger- 
main , Medjolan 1912 (frontispicium). O pochodzeniu żydowskiem por, m, i. mój szkic: „Ahaswer Rózokrzyża („Kurjer Warszawski“ z 19 maja 1935) ) Patrz Camon, loc. cit., str. 17. 192
		

/Magazyn_155_08_0207.djvu

			Saint-Germain: — W rzeczy samej, ale mniej jeszcze 
piękny, niż dwór jego wnuków, a zwłaszcza ten z czasów Marji Stuart 
i Małgorzaty de Valois; była to istna kraina czarów, wiek rozkoszy 
cielesnych i duchowych. Obie królowe były takie mądre, takie ładne 
pisały wiersze. Markiza: ■— Mówi pan, jakby pan był to wszystko widział... 
A nie mówi pan swojego wieku, chociaż pan uchodzi za mocno sta¬ 
rego. Hrabina de Gergy, która lat temu bodaj pięćdziesiąt była am- 
basadorową w Wenecji, twierdzi, że znała tam pana wówczas, po- 
dobniusieńkiego do dzisiejszego. St. - Germain: — Zapewne, pani markizo, że znam oddawna 
panią de Gergy. Markiza: — Dał jej pan podobno wtedy eliksir, zadziwiający 
w skutkach. Twierdzi ona, że dzięki niemu długo wyglądała na lat 
dwadzieścia cztery. Możeby pan coś podobnego dał też królowi..." Saint-Germain stał się jednak nietylko bywalcem 
dworu i uczestnikiem kolacyjek królewskich, ale został 
także agentem „sekretu królewskiego“. Oto opinja w tym względzie najświeższych jego bio¬ 
grafów1) : „Jako różokrzyżowiec przebiega pan de Saint-Germain świat 
cały, aby spełnić powierzoną sobie misję tajną.,. Nie jest on na żoł¬ 
dzie poszczególnego mocarstwa, Europa cała służy mu jako obser¬ 
watorium..." Kiedyindziej zaś czytamy, na tem samem miejscu, 
o roli przezeń odegranej w epoce wojny siedmioletniej: „Czyż nowe państewko, wytworzone w środku Europy (Prusy), 
miało zniknąć z karty politycznej? Nie t— wiele nie do uwierzenia 
pechów, nieporozumień, gaf i niedyskrecyj, zwycięstw niewyzyska- 
nych, czy też zdrad tajemniczych wywróciło nawspak położenie (wo¬ 
jenne).,. Niektórzy autorowie twierdzą, że pan de Saint-Germain, 
posłuszny w tem dyscyplinie związku tajnego, co czuwał nad utwo¬ 
rzeniem równowagi europejskiej (!), nie był obcy wywołaniu takich 
przewrotów." Inni są (znowu) mniemania (historyk Lenótre), że (Saint-Ger¬ 
main) grał tego rodzaju rolę w charakterze szpiega Fryderyka II, 
przyjaciela Woltera...“ Faktem jest, iż kiedy na wiosnę roku 1760 ważyły się 
losy wojny siedmioletniej, Ludwik XV wysłał Saint-Ger- *) Moura Jean et Louvet Paul: „Saint-Germain., le Rose croix 
immortel", Paryż 1934. Źródło rozbioru Polski. 13 193
		

/Magazyn_155_08_0208.djvu

			maina w tajemnicy podobno przed ministerjum Choiseula 
do Holandji. ,,Z różnych poświadczone mamy stron — ustala cytowany już 
przez nas historyk Volz — że (mag) zamieszkiwał (podczas tego 
swojego pobytu) u bogatych żydów portugalskich w Amsterdamie 
oraz Hadze..." A co robił? Czy — jak twierdzi Choiseul — funkcjo¬ 
nował wprost jako wysłannik Fryderyka, jako „oko i ucho“ 
jego wywiadu, jako prowokator antyfrancuski? Choiseul 
bowiem, sam zresztą podejrzany w swoich odruchach 
i koneksjach, był pozornie filarem orjentacji pro-austrjac- 
kiej, zwalczanej namiętnie przez prusofilów typu Belle- 
Islea, protektora Saint-Germaina i jego misji. Markiza 
zaś mąciła — jak zwykle — wody polityki francuskiej, 
popierając ekstraturę holenderską swojego „wielkołapa“ 
kosztem wojny zwycięskiej dla Francji,
		

/Magazyn_155_08_0209.djvu

			i III. W SŁUŻBIE „SEKRETU KRÓLEWSKIEGO“ „Toute cette aventure me confond; je ne 
puis concevoir,,, les démarches de Louis XV... 
Cela fera un beau problème dans rhistoire." (Wolter o „Sekrecie",) I Najnowszy biograf Andrzeja Mokronowskiego, wo¬ 
jewody mazowieckiego, profesor Władysław Konopczyń¬ 
ski, pisze o nim1), że „w dziejach Polski wieku osiemna¬ 
stego (odegrał on) rolę wybitną, bardzo ruchliwą, nie¬ 
kiedy dwuznaczną“. Sporo lat przeminęło od czasu wy¬ 
głoszenia tej opinji przez uczonego krakowskiego, bada¬ 
nia w tym względzie postąpiły nieco naprzód, pora więc 
sprecyzować, na czem polegała dwuznaczność roli wo¬ 
jewody mazowieckiego2). I. Był Mokronowski Mazurem rodowitym, synem Fran¬ 
ciszka, chorążego warszawskiego. Rodził się w roku 1713, 
za pierwszego króla Sasa, a choć liczył sobie lat zaledwie 
dwadzieścia, gdy ten przepity monarcha schodził z pola, 
miał czas w armji „Mocnego“ przesłużyć aż w dwóch 
broniach, bo najpierw w gwardji pieszej koronnej, a po¬ 
tem w regimencie t. zw. „grandmuszkieterów". Była ta 
ostatnia formacja na wzór słynnych pruskich dryblasów 
„króła-kaprala“ Fryderyka Wilhelma I. Komenderował 1) Por, art, w „W. Enc. Illustrowanej“, sub voce. 2) Ostatni u nas monografista sekretu, Stanisław Cieszkowski 
[„Tajna korespondencja Ludwika XV“, Warszawa 1929) powtarza 
bezkrytycznie za poprzednikami charakterystykę Mokronowskiego 
jako „wybitnego patrjoty, który później, wśród klęsk narodowych, 
odznaczył się niewzruszoną stałością charakteru i bezgranicznem po- j święceniem dla zbawczych dążeń ojczyzny", 13* 195 f I
		

/Magazyn_155_08_0210.djvu

			nimi znany nam bastard królewski, z Gruzinki urodzony 
Rutowski, a choć w dużej mierze złożona z Polaków, 
miała w założeniu swojem mętne i zgubne dla Polski cele 
absolutystyczno-zamachowe. Mokronowski do „grandmu- 
szkieterów“ Augustowych nadawał się, jak ulał: „Wzrostu wysokiego — pisze o nim powiernik Rulhiere — 
twarzy szlachetnej, wyrobiony w ćwiczeniach gwałtownych, do któ¬ 
rych nadzwyczajna siła królewska przyuczyła była młodą szlachtę, 
mógł on jednem uderzeniem uciąć głowę byka lub skręcić w palcach 
laskę żelazną...“ Nie wytrwał wszakże Mokronowski na stałe w obo¬ 
zie saskim i podczas bezkrólewia zadał się z konfedera¬ 
tami dzikowskimi i przerzucił się do dr agon j i Leszczyń¬ 
skiego w randze majora. A te zapewne związki zorjen- 
towały go na resztę życia ku Francji, gdzie w armjach 
Belle-Isle‘a i Coignyego dosłużył się rangi marszałka pol¬ 
nego, ale i ku sprzymierzonym z nią wówczas Prusom. 
I tu wplata się w bujny żywot wojewody mazowieckiego 
niewyjaśniony, a mocno już dwuznaczny, wedle wyraże¬ 
nia Konopczyńskiego, epizod. Posłuchajmy lepiej biografa 
jego i następcy, Stanisława Kostki Potockiego: „Miał czem — pisze wróg „Ciemnogrodu“ o tym, co „pierwsze 
światła mularskiego przyniósł do Polski promienie“ — zniewolić 
Mokronowskiego dwór takiego króla (mowa tu o królu pruskim): po¬ 
rzuca przyjemne Warszawy i Drezna siedliska, śpiesząc do tego 
wspaniałego miasta (Berlina), które wśród wojen wszystko niszczą¬ 
cych zdobiła czarodziejska Fryderyka ręka. Poznany od króla, znać 
ludzi umiejącego, otrzymuje, acz cudzoziemiec, jeden z naj,pierwszych 
dworu jego urzędów. Posiada Mokronowski urząd marszałka dworu 
(sic!). Zważmy, jak te rzeczy w życiu jego mało znane, od niego 
nigdy nie wspominane,,.“ II. Grodno. Listopad („niebezpieczny dla Polski mie¬ 
siąc"). Pamiętny sejm r. 1744. Sejm ten, jak wogóle 
wszystkie od czasu ostatniego fatalnego bezkrólewia, kiedy 
to kilkadziesiąt tysięcy obcych bagnetów narzuciło naro¬ 
dowi niechętnie przezeń widzianego króla, stał pod zna¬ 
kiem reformy skarbowo-wojskowej, t. zw. aukcji wojska. 196
		

/Magazyn_155_08_0211.djvu

			Tym razem jednak konjunktury: wewnętrzna i zewnętrzna 
wydawały się dużo pomyślniejsze. Zapał dla sprawy po¬ 
większenia armji był powszechny, nietylko pośród szlach¬ 
ty, ale i znaczniejszych panów, z których niektórzy ofia¬ 
rowywali pułki i milicje. Zarówno Potoccy, jak i Czartoryscy, zwalczający się 
dotąd zawzięcie, sprzyjali zbawczej reformie. A równie 
gorące było w Warszawie oburzenie i nienawiść przeciwko 
Fryderykowi II, co świeżo zadał był gwałt królowi pol¬ 
skiemu przemarszem wojsk swoich przez dziedziczną jego 
Saksonję. Położenie zaś wojenno-polityczne Fryderyka 
przedstawiało się w tym czasie bardzo groźnie: „Naj¬ mniejsza nawet dywersja ze strony polskiej — jak stwier¬ 
dza historjograf omawianego sejmu — mogła przyprawić 
Prusy o zupełną ruinę..." Sejm grodzieński musiał więc 
być udaremniony za wszelką cenę. Więc rozpoczął Fryderyk nową serję intryg w Sak- 
sonji i Polsce. Kusił, kogo mógł, poczynając od Briihla, 
któremu — za pośrednictwem faktora żydowskiego Ba- 
rucha Jawana — obiecywał tytuł księcia Rzeszy, udzielne 
księstwo w Czechach i wielkie zyski pieniężne, kończąc 
na podrzędnych posłach sejmu grodzieńskiego. W tym 
zaś ostatnim kierunku pomocnym stał mu się właśnie Mo- 
kronowski. I tak odwiedził Mokronowski w najgorętszym czasie 
sejmowym posła sandomierskiego Kietlińskiego, a gdy 
tenże wybrał się do niego z rewizytą, zjawił się u pana 
Andrzeja niebawem również i poseł pruski Wallenrodt 
i wszczął z Kietlińskim rozmowę na temat rozpraw sej¬ 
mowych, przestrzegając go zwłaszcza przed naruszeniem 
neutralności ze strony Rzeczypospolitej i przed zawarciem 
przez nią jakichkolwiek traktatów zagranicznych. Innym 
zaś razem, działając już poufałej, zwierzył mu się Wal¬ 
lenrodt z zamysłów swoich i życzeń, a mianowicie, żeby 
sejm ten został zerwany, albo raczej, żeby czas przezna¬ 
czony na obrady, dzięki wysuwaniu rozmaitych przeszkód, 
upłynął bez żadnego pożytku, a na wypadek, gdyby w ten 197
		

/Magazyn_155_08_0212.djvu

			czy inny sposób cel swój miał poseł osiągnąć, przyrzekł 
Wallenrodt Kietlińskiemu 4000 złotych węgierskich. Jeżeli się teraz zważy, co powiada w konkluzji pracy 
swojej o „Europie a Polsce w dobie wojny o sukcesją 
austrjacką Skibiński1), a to, że w wojnie tej „Polska przez 
swą neutralność pozwoliła największemu swojemu wro¬ 
gowi — Prusom — wyrosnąć na pierwszorzędną potęgę 
militarną, a niebawem i polityczną", to w pełnem odrazu 
świetle uwydatni się rola, jaką grał Mokronowski w wiel- 
kiem przesileniu dziejowem ery Augusta III. III. Paryż. Wiosna 1745 r. Pierwsza wiosna pani de Pom¬ 
padour. Faworyta spycha w cień Marję Leszczyńską, 
w tajni alkowianej poczyna się „sekret królewski". Mo¬ 
kronowski zaciąga się w służbę tego „sekretu". Nie był nowością taki „sekret" dla młodego Polaka: 
wszak adeptem tajnej „sztuki królewskiej" był on, naj- 
pierwszy bodaj świadomie z Polaków. W powrocie za¬ 
pewne z jednej z francusko-pruskich swoich wypraw, spod 
znaków może słynnego marszałka z wojny sukcesyjnej 
austrjackiej Belle-Islea, protektora okultystów, zafundo¬ 
wał pan Andrzej dwie pierwsze w Polsce lokalne loże 
masońskie — i obie prawdopodobnie w pamiętnym roku 
sejmu grodzieńskiego: jedną — w zapadłym Wiśniowcu 
na Wołyniu, własności Jana Karola Mniszcha, podkomo¬ 
rzego w. litewskiego, drugą — w stołecznej Warszawie, 
domu własnym, na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Kró¬ 
lewskiej. Loża ta jak podaje Smoleński — zwała się „To¬ 
warzystwem Trzech Braci“. Przeważały w niej jeszcze 
nazwiska cudzoziemskie: jakiegoś Le Forta, co włóczył 
się między Rosją, Niemcami a Polską; dalej jednego ze 
znamienitych na dworze carowej Elżbiety Razumowskich, 
feldmarszałka Cyryla; Hiszpana Walla, późniejszego mi- \) Kraków 1913, I, 816 por. również tamże, 616-7, 685- II 389 
i passim. 198
		

/Magazyn_155_08_0213.djvu

			■ nistra spraw zagranicznych, co niegdyś, jeszcze za pierw¬ 
szego Augusta czasów, sekretarzował w Warszawie „wta¬ 
jemniczonemu“ bodaj również ambasadorowi Jego Kato¬ 
lickiej Mości ks. Berwickowi-Lirii; wreszcie Francuza 
Longchamps. Zrzadka tylko, o ile ze skąpych materjałów 
historycznych wywnioskować możemy, wybijał się ze 
szeregów tej loży, „pracującej" nawet w języku fran¬ 
cuskim, jakiś ,,brat“-Polak, w guście wielkiego później 
mistrza masonerji polskiej, marszałka Stanisława Lubo¬ 
mirskiego, zięcia starych Czartoryskich. Pośród „Trzech 
braci“ — jak sądzić można — polską brać fartuszkową 
reprezentował najgodniej gospodarz domu na Królewskiej, 
dawny zaś kuchmistrz (nie, jak pisze Potocki, „marszałek 
dworu“) króla pruskiego, samże Mokronowski. IV. Teraz przybywał pan Andrzej do Paryża. Przybywał 
ofiarowywać „w imieniu grona patrjotów” koronę polską 
Ludwikowi XV dla księcia de Conti, wnuka niefortunnego 
antyelekta polskiego z r. 1697. „Był to początek — 
stwierdza dziej opis czasów saskich — i zarazem pierwszy 
przedmiot tego „sekretu królewskiego“. Podjął się — jak nam wiadomo również — imć pan 
Andrzej potajemnej agitacji w kraju na rzecz nowego 
kandydata. Więc zaczął za powrotem wypływać na szer¬ 
szą widownię, zajmując stopniowo konfidencjonalne sta¬ 
nowisko z poręki Francji przy boku starzejącego się het¬ 
mana, Jana Klemensa Branickiego, żonatego z młodą Iza¬ 
bellą Poniatowską, siostrą późniejszego króla. Jak niegdyś w pięknym Wiśniowcu, przy niedołędze 
Mniszchu i energiczniejszej jego małżonce, z domu Za¬ 
moyskiej, tak teraz w wytworniejszym jeszcze Białym¬ 
stoku, przy niemrawym, acz zamłodu, przez samego może 
króla Augusta wtajemniczanym we wszelkiego pokroju 
„arkana“ i „sekreta“ Branickim, przy zwłaszcza jego peł¬ 
nej ognia małżonce, zajął pan Andrzej, „od jednej do 
drugiej biegający klamki" — jak się o nim wyraża Wali- 199
		

/Magazyn_155_08_0214.djvu

			szewski stanowisko naczelnego — używając znów po- 
lityczno-erotycznej gwary osiemnastego stulecia — „kon¬ 
fidenta , a dzięki pięknej Egerji swojej z rodu Poniatow¬ 
skich, konfidenta nietylko o tem, co się działo współcze¬ 
śnie w hetmańskim obozie Potockich (do którego należał for¬ 
malnie pan hetman), ale i w familijnym obozie Czartoryskich. Poczciwy Michał Starzeński opisuje pociesznie idyllę 
białostocką Mokronowskiego: „Jaki był to człowiek w gruncie — wyznaję szczerze ■— trudno 
było dociec, to pewna, że zmienny był jak kameleon.,. Był on 
jednym z najpiękniejszych ludzi w Europie, prowadził zamłodu życie 
wielce romansowe i awanturnicze, czem przypominał don Kiszota. 
Za Sancho Pansę dodano mu Jakubowskiego, który posiadał spryt 
i przebiegłość Cerwantowskiego sługusa. Będąc żonatym, znajdował 
łatwo pozór do częstych podróży do Warszawy, niby w celu odwie¬ 
dzenia żony, właściwie zaś zawożąc do stolicy wieści o dworze het¬ 
mana i przywożąc spowrotem nowinki, które szeptał Mokronow- 
skiemu do ucha, jako nazbyt poufne, aby je można poczcie powierzyć,“ Jakubowski, ten — wedle pamiętnikarza — „Sancho 
Pansa dworu białostockiego, neofita, kolega Mokronow¬ 
skiego z armji i służby wywiadowczej francuskiej, przy¬ 
jaciel literatów warszawskich i sam wierszopis, wogóle 
popularny wiercipięta, był wraz z Mokronowskim i nie¬ 
jakim Spinkiem (siostrzeńcem znanego nam z „orszaku“ 
Augustowego biskupa poznańskiego Hozjusza) — tres 
faciunt collegium filarem „sekretu królewskiego“ w Pol¬ 
sce1). W tym wypadku „gęsta Dei per Francos' szły nie- 
zbadanemi iście ścieżkami Opatrzności. V. W r. 1752 przybywał do Warszawy główny kierownik 
paryski „sekretu królewskiego , hrabia Karol Franciszek 
de Broglie. „Broglie, Jakubowski i Mokronowski — jak stwierdza znawca 
niniejszej epoki zakonspirowali się tak doskonale, że nie próbo¬ 
wali pozyskać dla Contiego więcej, jak czterech do pięciu dygnitarzy 
polskich.., Poczynając od (drugiego) sejmu (grodzieńskiego), nad któ- 1) Później — jako czwarty liść tej koniczynki — przyłączył 
się do nich mocno podejrzany Czech, ksiądz Betański, „szef ekspe¬ 
dycji cudzoziemskiej" hetmana. 200
		

/Magazyn_155_08_0215.djvu

			ANDRZEJ MOKRONOWSKI, (PORTRET WSPÓŁCZESNY W ZBIORACH HR. WOJEWODA MAZOWIECKI HIERONIMA TARNOWSKIEGO W KRAKOWIE)
		

/Magazyn_155_08_0217.djvu

			rego popsuciem.,, (znowu) pracował do spółki z dyplomacją francu- 
sko-pruską, Mokronowski staje się nieodzownym (już) uczestnikiem 
i stróżem wszystkich kroków politycznych hetmana: razem z nim 
prowadzi układy z posłem hrabią Broglie o zawiązanie (wielkiej) 
konfederacji „patrjotycznej‘'(!)„. antyrosyjskiej, dla której pomoc 
pieniężną zamawiano sobie w Wersalu, a zbrojną w Stambule,,.“ Białystok — ta główna podówczas kwatera opozycji 
przeciwko rządom faworyta, Briihła, — leżał na ważnym 
trakcie politycznym, prowadzącym z Warszawy do Pe¬ 
tersburga i spowrotem. Tędy przebiegali i tu wstępowali 
nieraz dyplomaci i kurjerzy: zakochany w siostrzenicy 
domu Durand czy zagadkowy margrabia d'Eon1) czy Ponia¬ 
towski, Tu — wokół podtatusiałego przedwcześnie Bra- 
nickiego i ambitnej jego magnifiki — kręcił się rój bab po¬ 
litycznych z kategorji tych, z których Fryderyk natrząsał 
się jadowicie, że stanowią kądziel, co rządzi Polską. Ba! 
i kogo tam nie było? Była Mniszchowa, żona znanego 
już niedołęgi z VCTsniowca, kochanka hetmana, co w łyżce 
octu utopić była skłonna przeciwników politycznych; była 
Lubomirska, starościna bolimowska, siostra hetmana, ma¬ 
jąca „więcej siły i wzniosłości umysłu, niż rozległości te¬ 
goż i wykształcenia“; była Radziwiłłowa, siostrzenica het¬ 
mana, rozwiedziona z księciem Panie-Kochanku, sczasem 
Wirginja poety Bernardina de St, Pierre2), „mała osóbka, 
zła jak tygrys ‘, djabeł, nie kobieta. Była Starzeńska, była 
Węgierska, a pośród nich od jednej do drugiej kręcili się: 
Mokronowski, Jakubowski, Spinek, główni agentowie „se¬ 
kretu“: intrygom ich nie było końca. „II vous est réservé, Madame — pisze do pani Mniszchowej je¬ 
den z tych najciemniejszych działaczy białostockich — de réunir les 
intérêts de votre mari et de votre amant par le seul amour de la 
patrie... Jamais dame romaine (ne) joua un si beau rôle!“ la Mniszchowa, ta patronka pierwszej u nas loży, ta 
kompatronka Mokronowskiego, staje się tak coraz bar¬ 
dziej wyrocznią patrjotycznego obozu. *) Por, mój szkic „Sfinks dyplomacji rokokowej" (Kur jer 
Warszawski" z 8 grudnia 1934). 2) Na szczegół ten zwróciłem pierwszy uwagę w „Museionie", 
maj 1913, str. 194, 201
		

/Magazyn_155_08_0218.djvu

			VI. A obóz ten o nie bylejakich roi przewagach. Wszak 
Europa trzęsie się raz więcej w odwiecznych swoich po¬ 
sadach, wszak przymierza się odwracają, otwiera się pole 
dla nowych intryg, ale i dla statystowskich planów. Toteż 
wśród Potockich, wśród Mniszchów, wśród Wielhorskich, 
wśród Jabłonowskich, przebiega tenże sam dreszcz co pó¬ 
źniej za dni Baru i Wielkiego Sejmu: zwrot przeciwko Ro¬ 
sji, przy boku Francji i naturalnej jej sojuszniczki Porty. 
Mniszech z Wiśniowca pakuje oto manatki i wraz z żoną, 
dwoma synami i wspaniałym orszakiem wyrusza na Ż'wa- 
niec, Bender, wyrusza w ambasadzie do Stambułu. To 
ambasada spod serca hr. Broglie, to ,,sekret królewski" 
w najbardziej autoryzowanej transpozycji. Inaczej wszakże manewruje Mokronowski. Ten oscy¬ 
luje, jakby nigdy nic, pomiędzy Wersalem a Bruhlem; 
z Wersalu bierze pieniądze: w r, 1752 — dukatów 1600, 
w r. 1753 — dukatów 600, w r. 1754 — dukatów 1200, 
a nadto, wprost z osobnej szkatuły „sekretu królewskiego" 
czerpie pan Andrzej w r. 1753 — dukatów 600, w r. 1754 
— dukatów 1200, razem więc przez trzy złote lata „se¬ 
kretu" dukatów zgórą 5000, a nie wiemy jeszcze, ile po¬ 
brał później z funduszów „pana d‘Arbo" (pseudonim Con¬ 
tiego). Z obozem bruhlowskim łączą go wszakże również 
węzły; jak nas poucza bowiem stary historyk Moraczewski: „Miał (Mokronowski) polecenie utworzyć tajny narodowy zwią¬ 
zek przeciw Moskwie... Użył do tego loży mularskiej i nadał jej 
kierunek polityczny przeciw Moskwie. Pierwsza loża tego rodzaju 
odbyła się pomiędzy Karpatami w Dukli". Ta zaś loża dukielska — to było zupełnie co innego. 
Tam już nie Jan Mniszech patronował jak w Wiśniowcu, 
ale brat jego, możniejszy odeń, Jerzy, zięć samego Briihla, 
gorliwego także „brata". Tu, na małopolskie Podkarpacie, 
opodal chętnego zaiwsze do ruchów antyrosyjskich Kra¬ 
kowa, pod okiem zapamiętałego babsztyla, Amelji Briihlo- 
wej, zjeżdżał prosto z warszawskiego dworku Mokro- 
nowskiego — usłużny a „wtajemniczony" baron Le Fort, 202
		

/Magazyn_155_08_0219.djvu

			zjeżdżał towarzysz podróży stambulskiej Mniszcha z Wi- 
śniowca Michał Wielhorski i paru innych, zawodowych 
okultystów, jak de Toux, jak Moszyński i t. p. W dualizmie tym, w dwuznaczności, która uderzała 
już współczesnych, wikłał się odtąd coraz bardziej mistrz 
„sekretu królewskiego“ i adept „sztuki królewskiej“, pan 
Mokronowski. Czy siedział w kraju, czy też wyjeżdżał za¬ 
granicę, ruchliwość jego zamaskowana była tajemniczo¬ 
ścią, nikt dokładnie nie wiedział, z kim idzie lub prze¬ 
ciwko komu się zwraca, w czyjem naprawdę występuje 
imieniu, od kogo właściwie otrzymuje polecenia. Czy 
w wiedeńskim „Burgu", czy w heskiem Cassel, czy w pa¬ 
łacu paryskim Contiego, podwoje same roztwierały się 
przed tajemniczym emisarjuszem, na jego spotkanie wy¬ 
chodzili wodzowie, arcyksiążęta, faworyci... Ale poco je¬ 
chał, czego chciał, do czego dążył, nie wiedział nikt, nie 
wiedzieli nawet mądrzy Czartoryscy: „le véritable but de 
son voyage en France nest pas connu même des Czarto¬ 
ryski', pisał o półrocznym jego wojażu europejskim 
w roku 1761 dyplomata duński. Tyle pewnego, że od¬ 
stępował już Mokronowski poniekąd od myśli swojej 
antyrosyjskiej; peszył go do niej w Paryżu sam Choiseul: „Na miłość boską — mówił do niego ten wszechpotężny wtedy 
minister Ludwika XV — nie wymawiaj Pan tego wyrazu: konfede¬ 
racja! Przedewszystkiem nie liczcie, żebyśmy brali w niej jakikol¬ 
wiek udział albo dali na poparcie choćby jednego solda! Uważcie 
dobrze różnicę między ciężarem obecnym a tym, jaki musiałoby zno¬ 
sić królestwo, gdyby w Polsce zapłonęła wojna przeciw Rosjanom, 
mającym tam siłę!“ Czyż warto było bałamucić na to Polskę „sekretem 
królewskim“ w dobie wielkiego przełomu europejskiego? VII. Nie tu należy dalszy przebieg i koniec niesławny 
wielkiej konspiracji na tronie, konspiracji przedśmiertnej, 
której patronowała monarch ja a rcy chrześcijańska z udziałem 
awanturników, jak Eon, jak St. Germain, jak Mokronowski, 
przeciwko własnym ministrom, przeciwko własnej racji stanu. 203
		

/Magazyn_155_08_0220.djvu

			Polski szef „sekretu“, a przyszły wojewoda mazo¬ 
wiecki wytrwał do końca na posterunku. On, który „świa¬ 
tła mularskiego pierwsze przyniósł (z Francji) promienie“, 
on, który pojechał potem do Wersalu z gotową kandyda¬ 
turą Contiego, a stamtąd do Polski z królewską jej sank¬ 
cją powrócił, on, co zakonspirował Branickiego, co oba- 
łamucił jego małżonkę, co sprowadził może do Polski 
Brogliego, rzucił w naród żagiew konfederacji antyrosyj¬ 
skiej, upoił go stambulskim mirażem, wycofał się potem 
gładko w stronę Briihla czy Czartoryskich, a jako ślad po¬ 
dejrzanych tych obrotów pozostawił niby smugę na wodzie 
fundacje wiśniowieckie, dukielskie i warszawskie! Rwała się nieraz przyjaźń francusko-pruska, ale pen- 
sjonarjusz wersalski, a zarazem kamerjunkier niegdyś pru¬ 
ski, trwał ciągle twardo i przy tych swoich pruskich, tak 
bardzo zakonspirowanych początkach1). W ostatniem jesz¬ 
cze bezkrólewiu jeździł wszakże do Poczdamu ofiarowy¬ 
wać koronę polską Fryderykowi dla brata Henryka, po¬ 
czerń w dobie Baru kręcił się znów i maklował pomiędzy 
konfederatami a królem (bezskutecznie zresztą, choć nie 
wiemy, czy całkiem nieszkodliwie), poczem, zostawszy dla 
odmiany szwagrem Stanisława Augusta przy boku owdo¬ 
wiałej Izabelli Branickiej, nie miał nic lepszego do roboty, 
jak informować posła pruskiego w Warszawie o troskach 
rozbiorowych Stanisława Augusta. Tak wydzwaniał marnie „sekret królewski“. Epilo¬ 
giem jego u nas stała się poniekąd cytowana już pochwała 
Mokronowskiego pióra Stanisława Potockiego. Rządkom 
ja spotykał — w dziedzinie nekrologów — coś równie re- 
woltującego: „Od chwili (powrotu jego do kraju z Berlina) — głosił tam im- 
prowizowany mistrz katedry..., — nie ubiegając się za urzędami 
i za fortuną, kochany, szanowany, miał w narodzie tę wziętość, co 
zwykle zabiegów, zaszczytów i bogactw jest dziełem... Lecz nietylko 
w kraju służył Mokronowski ojczyźnie; związki Francji z Polską 
drugą mu w przyjacielskim dały narodzie... Kochał kraj, w którym *) Por. Waliszewski: „Potoccy i Czartoryscy*, Kraków 1886 
(zwłaszcza str. 144 i 194-5). 204
		

/Magazyn_155_08_0221.djvu

			był kochany, w którym sobie taką zjednał przychylność, że własnych 
interesów (pieczę) Francja rada powierzyła temu, którego tak pilnie 
Ojczyzny swojej strzegącego widziała: a jeżeli znaczne z kraju tego 
odbierał zasiłki (w luidorach!), to.., je hojnie w naszym wylewał na 
tych nieszczęsnych jego obywatelów, których zawiedziona nadzieja 
domową w zagraniczną zamieniła nędzę." / A dalej (o idylli w Białymstoku): „Obrał on sobie dom przyjaciela za własny i w nim pędził 
wiek szczęśliwy. Śmierć jedna rozerwać zdołała ten węzeł, którym 
ich spoił wzajemny szacunek, O rzadkiej przyjaźni przykładzie, coś 
przez bieg lat kilkudziesiąt łączyła dwóch przyjaciół pod jednym 
dachem, coś im życie i wszystkie czucia (!) wspólnemi czyniła! Nie 
spostrzegł się nigdy Mokronowski, że w cudzym żył domu; nie wie¬ 
dział nawet Branicki, że miał gościa w swoim. W tak przyjemnym 
związku, nigdy niezaćmionym najmniejszym niesmakiem, wiek ich 
upłynął, a umierając Branicki, nie nad swoim, lecz nad pozostałego 
przyjaciela litował się losem.“ Na zakończenie zaś — apoteoza, którą Tartuffe z Wi¬ 
lanowa darzy don Kichota, a raczej don Juana z Białego¬ 
stoku: „Nie, nie wszystek umarł dla nas Mokronowski, zostawiwszy 
nam do naśladowania piękną pamięć życia i prawości swojej. Naj¬ 
szlachetniejsza jego część śmierć przeżyła, z równym dla niego, jak 
dla Polski, zaszczytem, nietylko od rodaków, lecz od obcych wiel¬ 
biona. Jeżeli w życiu jego, poszukując wzoru obywatelstwa, dobro¬ 
czynności, przyjaźni, jakiem pominął słabości, których się ustrzec 
zupełnie naturze ludzkiej nie wolno, niech mnie ten oddawna chwa¬ 
lony wymówi przykład znakomitego malarza, co kreśląc ciąg świet¬ 
nych Kondeusza czynów, wśród nich wyobraził sławę, wydzierającą 
kart kilka z księgi życia jego". Myśmy te karty pozbierali1). ‘) Prócz zacytowanych już powyżej danych bibliograficznych, 
tyczących się Mokronowskiego, wymienić należy: Potocki: „Pochwały, 
mowy i rozprawy", Warszawa 1816, I, 1; Rulhière: „Histoire de 
l'anarchie de Pologne", Paryż 1807, I, 304 nn.; Starzeński: „Na 
schyłku dni Rzeczypospolitej", Warszawa 1914, str, 21 oraz Konop¬ 
czyński: „Polska w dobie wojny siedmioletniej", Warszawa 1909-11, 
I, 27, 324-5 i II, 159-60, 425. Nadto uwzględnić należy w odniesieniu szczególnem do kreacyj 
masońskich Mokronowskiego: Moraczewski: „Starożytności polskie", 
II (Poznań 1852), str. 739; Załęski: „O masonji w Polsce", Kraków 
1908, cz. II, str. 52-53, 110; Smoleński: „Przewrót umysłowy w Polsce 
w w. XVIU", Warszawa 1923, str. 171. 205
		

/Magazyn_155_08_0222.djvu

			IV. KONDOTJER Z BELWEDERU 
I ALCHEMIK Z UORYMBERGI i 1. KSIĄŻĘ EUGENJUSZ I. Kiedy za „dobrych, dawnych czasów“ monarchji habs¬ 
burskiej człowiek wychodził z „Burgu“, na jednym i tym 
samym dziedzińcu spotykał dwie najwyższe militarne jej 
chwały: księcia Eugenjusza, zwycięzcę spod Białogrodu, 
i arcyksięcia Karola, zwycięzcę spod Aspern. Wpobliżu 
zaś właśnie może zmieniająca wartę zamkową bośniacka 
kapela grała melodję, sercom wiedeńskim tak miłą: Prinz Eugen, der edle Ritter, Wollt' dem Kaiser wiedrum kriegen 
Stadt und Festung Belgerad... Eugenjusz Sabaudzki był siostrzeńcem (w drugiem 
pokoleniu) Giulia Mazariniego. A co zacz ten Mazarini? 
Giulio Mazarini (żyd sycylijski, jak insynuuje ostatni bio¬ 
graf księcia?), wyrosły na dyplomacji papieskiej, poczuł 
się nagle Francuzem, jak Bonaparte. Siostra zaś Giulia 
oddała była rękę signor Manzoniemu, niegdyś woźnicy 
i handlarzowi gipsem, później — płatnemu wróżbicie 
i astrologowi. Córka ich, bystra Olimp ja, wzbiła się zato 
dzięki karjerze wujowej bardzo już wysoko, poślubiając 
księcia krwi Eugenjusza Maurycego de Savoie-Carignan. 
Ale ambitna Włoszka kochała się w „królu-słoricu". Ta miłostka stała się wszakże kresem własnej jej karjery. Olimpja jako córka astrologa miała we krwi zami¬ 
łowanie do magji i horoskopów. W paryskiej jej rezy¬ 
dencji, w podmiejskim pałacu Soissons, zbudowanym nie¬ 
gdyś przez inną Włoszkę, Katarzynę Medycejską, matkę 206 i-
		

/Magazyn_155_08_0223.djvu

			Walezego a protektorkę Nostradamusa, sterczała kolumna, 
olbrzymia kolumna z platformą na szczycie, z której po¬ 
dejmować można było obserwacje astrologiczne, Ale nietylko w niebo spoglądała namiętna siostrze¬ 
nica Giulia. „Olimpja — stwierdza biograf jej syna — 
warzyła (także) środki kosmetyczne, balsamy, szminki,,., 
tynktury“... Ta manja, ta pasja zbliżyła ją do innej „astro- 
mantki“. Była nią Katarzyna Deshayes, z zawodu aku¬ 
szerka, z pseudonimu La Voisin, specjalistka magicznych 
trunków miłosnych i proszków podejrzanych. Tak więc nad młodością małego Genia zaciążył gro¬ 
źnie trójkąt mistyczny, zdobiący, jak opisuje pan Fri- 
schauer1), tajne komnaty pałacu hrabiów Soissons. Miał 
kilka ledwo lat, gdy Francją, piękną Francją młodych lat 
Ludwika XIV, wstrząsnęła złowroga „affaire des poisons“, 
ta — jak ją określa historyk angielski — „rozległa sieć 
złoczyńców (magików i alchemików), oplatająca truciciel- 
skiemi dłońmi Francję całą“. Katarzyna Deshayes była matactw tych i zbrodni na- 
/ rzędziem. Była inspiratorką oraz uczestniczką słynnych „czarnych mszy“ pani de Montespan, kochanki Ludwika, 
była pojętną uczennicą magji czarnej, „magji weneficznej“ 
(trucicielskiej), praktyk kabalistyczno-nekromantycznych, 
właściwych alchemikom współczesnym, którzy pod po¬ 
krywką togi lekarskiej wślizgiwali się niejednokrotnie na 
dwory, niosąc w jej fałdach możnym tego świata niemoc 
i śmierć, A matka księcia Eugenjusza współwinna się 
stała grzesznych takich stosunków i, zmuszona za to opu¬ 
ścić Paryż, grzebała zarazem normalną karjerę syna. II. Syn zaś ten, dwudziestoletni niespełna książę Euge- 
njusz, nie miał napozór w sobie danych, ażeby karjerę tę 
zrobić w sposób nadnormalny. Najpierw nie z Cezara 
miał w sobie coś fizycznie, ale raczej z Cyrana. ') „Prinz Eugen. Ein Mann und 100 Jahre Geschichte , 
Wiedeń 1933. 207 i-
		

/Magazyn_155_08_0224.djvu

			„Nic to, jeno brudny, wcale zaś rozwiązły bubek — opisuje je¬ 
go postać właściwym sobie, „boszowskim" nieco stylem, bratowa kró¬ 
lewska, księżna Liselotta palatyńsko-orleańska... Ma nos krótki 
i spłaszczony..,, gębę zaś trzyma furt otwartą." Od piątego roku życia nosił na sobie szpetny Genio 
czarną sutannę z białym kołnierzem i wyłogami. Niemniej, 
pochylał z predylekcją — nikt nie wywinie się swojemu * powołaniu swoją młodą główkę, zniekształconą na do¬ 
miar zbyt widocznemi od frontu dziurkami od nosa i nie¬ 
możliwie wystającemi z rozwartej buzi zębami — nad 
planami fortec Vaubana. W^śród tego studjum, pełnego 
uwielbienia dla wielkich bohaterów historji, zaskoczyła 
wszakżeż Eugenjusza brutalna katastrofa matki. III. Z tą chwilą rozpoczęła się własna odyseja młodego 
księcia. Tragiczny brzydal, pasujący się jednak ambitnym 
wysiłkiem woli (niedarmo płynęła w nim krew wujowska 
oraz matczyna) z przyrodzonemi przeciwnościami i prze¬ 
szkodami, stający się np. popisowym jeźdźcem pomimo 
braku muskułów i krzywych członków, błyszczał przytem 
świetnością swojego esprit w towarzystwach paryskich, 
w płochych kompanjach rozpustnego już wtedy ,,Tempie“’u, 
pałacu, w którym zniewieściali książęta krwi królewskiej 
wskrzeszali godnie tradycje najgorsze walezjańskich „mi¬ 
gnonów“. Eugenjusz nie był zgoła w tego rodzaju orgjach 
ostatni, dość znowu spytać się o to szorstkiej Liselotty. Szkoda tylko, że chevalier de Carignan, bo tak się prze¬ 
zwał po zrzuceniu sutanny, nie miał za co się ubrać, ten 
prawdziwy chevalier à la triste ligure, który chciał ko¬ 
niecznie, „musowo" zostać feldmarszałkiem. IV. Przyszedł czas i na to. Ale zanim w „Burgu" wiedeń¬ 
skim gwardji cesarskiej wypadło broń prezentować przed 
szkaradnym défroqué, dużo wody upłynąć miało jeszcze 
zarówno w Dunaju, jak w Sekwanie. Teraz bowiem roz- 208
		

/Magazyn_155_08_0225.djvu

			czarowany we wszelkich zabiegach swoich Eugenjusz la¬ 
tał, jak kot z pęcherzem, po wystawnym Paryżu „króla- 
słońca“ w poszukiwaniu pieniędzy. Był lipiec upalny, li¬ 
piec gorący także politycznie, skoro przemoc cała turecka 
Kara Mustafy stała już pod Wiedniem! A przyszły 
turkobójca nie miał pieniędzy, nie miał godziwego ekwi¬ 
punku, nie miał konia: „Królestwo za konia!" W tym wypadku orgje pałacu „Tempie“ nie okazały 
się płonne. Znalazł się druh, którego miano nie obce jest 
Polakom, skoro dwu z jego rodu pokolei ubiegało się o na¬ 
szą koronę, znalazł się Conti Armand, wierny towarzysz 
hulanek (w żyłach tych Contich płynęła także krew Maza- 
rinowska), on dał konia, on dał szaty, on wkońcu rzucił mu 
wór z pieniędzmi — na pożegnanie, bo wszak odprowadził 
go do samego Frankfurtu. Szlak epopei naszego bohatera 
odchylał się już bowiem od wersalskiej orbity, jak od niej 
odchylał się jednocześnie rydwan innego, większego, do¬ 
stojniejszego „turkobójcy“: mąż „Marysieńki" stanął był 
wszak już tymczasem pod Wiedniem. V. Z wyżyn Kahlenbergu 11 września 1683 r. zobaczył 
„Prinz Eugen“ raz pierwszy stolicę późniejszej swojej 
chwały. Górami, lasami szła „Odsiecz" wielkiego króla, 
gąszczem i ostępem, przepaścią i wąwozem. Wpośród tych cieśni i trudów otworzył się kroczącej 
armji widok nagły na oblegane miasto. „Cóż za widok! — pisze o nim inny rodak Eugenjusza — cóż za 
olbrzymia przestrzeń zasiana namiotami... Grzmią straszliwie baterje 
nieprzyjacielskie, z murów miejskich zieją też paszcze ogniste, dym 
zaś i płomienie tak dalece zasnuły miasto, że ledwo można dojrzeć 
szczyty jego wieżyc..." Miasto zaś to wytrzymało już pięćdziesiąt trzy sztur¬ 
my, dokonało zgórą trzydziestu sześciu wycieczek, już 
„Burg" stał w dziurach, już pięćdziesiąt pocisków w czci¬ 
godnego trafiło „Stefana", w wesołym zwykle i schludnym 
Wiedniu panował strach, głód i obrzydliwość spustoszenia. Źródło rozbioru Polski. 14 209
		

/Magazyn_155_08_0226.djvu

			Eugenjusz nie spał i wzrok miał wlepiony w przeciw¬ 
ległą wyniosłość, przyszły swój Belweder. Nie spał także 
i Jan III, bo spać było niesposób od armatniego huku. 
A nad ranem, że to przecie była niedziela (święto-cud, 
jak nasze nad Wisłą, czy jak rozstrzygający dzień pierw¬ 
szej Marny!), zeszli się książęta i wodzowie, wymęczeni 
i głodni, w głównej kwaterze księcia Lotaryńskiego, w na- 
wpół spalonym klasztorze kamedułów, gdzie ojciec Marco 
d'Aviano odprawił mszę św. Modlił się tu o łaskę Opa¬ 
trzności Sobieski, czy modlił się także niedawny abbe- 
libertyn? VI. Więc zaczęła się austrjacka karjera Eugenjusza. Mógł 
nareszcie sprawić sobie książę garderobę, obuwie, przy¬ 
stroić się w szamerunki, koronki, klamry. Syn biednej 
Olimpji Mancini miał nareszcie pieniądze. Przysłał mu 
je z Turynu chytry kuzyn, sabaudzki Wiktor Amadeusz, 
jak zazwyczaj volant au secours de la victoire. A sam 
cesarz pułk mu podarował: znowu 10—12 tysięcy rocznej 
gaży. I avanti Savoia! — w myśl znanej dewizy swojego 
rodu. Młodzian pędzi pod Białogród, ale go jeszcze nie 
zdobywa. Staje pod twierdzą, która zwiąże się w pieśni 
z jego imieniem na wieki, pod twierdzą, gdzie los mo- 
narchji, której służy, po dwustu latach ważyć się będzie 
ostatecznie, gdzie padną kości największego w dziejach 
świata konfliktu. Czy mu, jasnowidzowi, szumią już o tern 
do uszu fale Sawy i Dunaju? VII. Eugenjusz stanął teraz oko w oko z wielkim królem 
Francji. Wzgardzony syn wygnanej Olimpji jął trapić sen 
wersalskiego mocarza koszmarami coraz to nowych koa- 
licyj. Nie szło mu to spoczątku zbyt sporo: miał do czy¬ 
nienia z równie giętkimi i zmiennymi, jak on sam, gra¬ 
czami, z kuzynem sabaudzkim, z okrutnym i krwi chci¬ 
wym współgenerałem wojsk cesarskich Caraffą. Euge- 210
		

/Magazyn_155_08_0227.djvu

			njusz nie czuł się swojo w cesarskim obozie, nie znosił 
naddunajskiej „Liederlichkeit“, tej dziwnej mieszaniny 
pobożności z rozpustą i pedanterji z beztroską. Mamy z tego bodaj czasu portret nowego dygnitarza 
„Burgu" w „pełnym ornacie rycerzy Złotego Runa". Znają 
czytelnicy Dumasowskiego „Dziadka do orzechów"? Pa¬ 
miętają jego bohaterkę — ohydną Pirlipatę? Takby wła¬ 
śnie wyglądała nieszczęsna ta królewna, gdyby nawdziała 
była na siebie „ornat rycerzy Złotego Runa“. Niemniej godny jej brzydal omalże w czasie tym nie 
został królem i to polskim królem oczywiście. Nie chcę 
powiedzieć, by „der edle Ritter“ był łajdakiem, łajdakiem, 
jak kompan jego August Mocny, choć faktem jest, że wiek 
XVIII, niemal bez reszty, chciał na tron nasz nasyłać 
„samych łajdaków stek”. „Z okazji elekcji (polskiej) — faktem pozostaje, że tak, a nie 
inaczej pisze do Eugenjusza hr. de Saint-Saphorin (nazwisko i póź¬ 
niej w sprawach polskich złowieszcze) — elekcji, która tak niespo¬ 
dziewanie poruszyła światem, nie mówi się o przyszłym królu, nie 
wymieniając nazwiska Waszej Wysokości"1). VIII. Eugenjusz następcą Sobieskiego? Mały abbé na czele 
husarji polskiej? Czyżby tak? Ten St.-Saphorin był 
wszak powiernikiem księcia. Więc Sabaudczyk miał być 
zrazu kandydatem tajnym, „candidat secret“ tychże sa¬ 
mych sfer, które później wysuną Augusta? P. Frischauer ma w tym względzie sporo dla nas no¬ 
wego do powiedzenia. Było to wszak po ponownym 
upadku Białogrodu, kiedy potęga niegdyś turecka w przed¬ 
zgonnej konwulsji zagroziła była raz jeszcze habsburskim 
dzierżawom. „Hofkriegsrat“ (jak zwykle) nie rozporzą¬ 
dzał żadną siłą zbrojną. Toteż cesarz zaapelował o po¬ 
moc do Rzeszy. Wówczas kurfirszt saski Fryderyk August 1) O późniejszej w każdym razie kandydaturze księcia na tron 
polski, por. Feldman: „Polska w dobie wielkiej wojny Północnej...", 
Kraków 1925, str. 239 nn. 21 1 W
		

/Magazyn_155_08_0228.djvu

			ofiarował mu 3.000 ludzi wojska własnego, ale pod tym 
wyraźnym warunkiem, że zostanie mianowany wodzem 
naczelnym armji cesarskiej w wojnie przeciwko Turkom. August okazał się wszakże wodzem niedołężnym. Nie 
umiał się zdobyć na żadną zgoła decyzję, nie był wcale 
tą „pięścią żelazną", jaką rzekomo, w wersjach naiwnych 
kronikarzy, mienili go Turcy, stał bezczynnie na tych sa¬ 
mych polach walki, na których rozbłyśnie kiedyś naj¬ 
jaśniej gwiazda Eugenjusza; twierdzono nawet, że upija 
się w chwili szturmów. Musiał więc dostać zastępcę- 
podkomendnego, któryby zarazem stał był się mu mento- 
rem-kontrolerem. Na to stanowisko wybrał „Hofkriegsrat“ 
księcia Eugenjusza. Eugenjusz bronił się długo przed objęciem tak nie¬ 
wdzięcznego stanowiska. Wolnemi marszrutami zdążał 
więc w kierunku Temeszwaru. Jednocześnie zaś wysyłał 
kurjerów do Wiednia, do Berlina, do Warszawy, do Ha¬ 
noweru, może zwłaszcza do Hanoweru. Tam bowiem sie¬ 
dział przyjaciel jego Leibniz, filozof, żywo interesujący 
się polską elekcją, duch pokrewny, który sczasem synowi 
kabalistki Olimpji Mancini zadedykuje z ducha też „Ka¬ 
bały" poczętą „Monadologję“ i zjawi się na dworze wie¬ 
deńskim, w dobie prymatu już oficjalnego księcia, aby 
wraz z nim zapewne, a nie bez poparcia nowej cesarzowej 
Elżbiety Chrystjany, snuć dalej plany swoje polskie, idące 
aż do rozbioru1}. Teraz para ta przyjaciół — Eugenjusz 
i Leibniz — zabawić się mogli dla odmiany w kingmake- 
rów: Eugenjusz zwłaszcza forsował kandydaturę Augusta, 
chcąc objąć po nim stanowisko wodza naczelnego. IX. Prymat oficjalny księcia! Rozpoczął się on teraz na 
dobre. Szczęście wojenne wplatało corazto nowe laury 
w diadem „szczęściarza", co niegdyś był niemal „sankiu- 1) Droysen, 1. c., str. 299, podaje wzmiankę o nader podejrza¬ 
nych konszachtach księcia ze znanym nam już dobrze Marschallem 
na tle jego „wielkiego planu". 212
		

/Magazyn_155_08_0229.djvu

			lotem". Opłaciła mu się sowicie combinazione owa z Au¬ 
gustem. Od Zenty (1697) do Belgradu (1717) równał się 
ze sławą Sobieskiego; we Flandrji i we Włoszech wyzy¬ 
wał skutecznie majestat prześladowcy swojego — Ludwika. 
Wślad zaś za zwycięstwami, za zasługami przyszły 
triumfy i trofea. Kondotjer z Belwederu, niegdyś abbé i pauper, stał 
się z dnia na dzień dzięki orjentacji swojej strategiczno- 
dyplomatycznej Krezusem, mecenasem, landlordem. Roz¬ 
porządzał pałacami w Wiedniu, latyfundjami na Wę¬ 
grzech, kredytem u przyjaciół-bankierów żydowskich 
Oppenheimera czy Wertheimera1). Kosmopolita i paneuropejeżyk par excellence, Włoch 
z urodzenia, Francuz z wychowania, na stare lata stał się 
Eugenjusz patrjotą austrjackim, ba! stał się nawet jednym 
ze symboli i rekwizytów austrjackiej państwowości. 
I, jak kolega jego z wojny sukcesyjnej hiszpańskiej książę 
of Marlborough — „Malbrouck sen va t'en guerre" — żyje 
„Prinz Eugen" po dzień dzisiejszy przedewszystkiem 
w pieśni „moich ludów". 2. LEIBNIZ I. Niejeden z nas był jeszcze przy piersiach, kiedy hi- 
storjografja polska zajmowała się już bohaterem niniej¬ 
szego szkicu. Zajął się filozofem niemieckim, między innymi, w li¬ 
ście do redakcji „Kurjera Warszawskiego"2), pisanym po 
francusku, bo z więzienia w Magdeburgu, świetnie zazwy¬ 
czaj o sprawach tego rodzaju poinformowany Kraszew¬ 
ski, zaznaczając, że „pochodzenie polskie Leibniza jest 
faktem oddawna stwierdzonym, gdyż w swojej notatce 
biograficznej on sam ten fakt był zamieścił: pochodził 1) Por. u Skibińskiego, 1. c., I, 616 wzmiankę o wielkich usłu¬ 
gach wyświadczonych księciu przez żyda Barucha Jawana. ’) Z 7 listopada 1884 r. 213
		

/Magazyn_155_08_0230.djvu

			(filozof mianowicie)... z rodziny Lubienieckich, która po 
wyjściu z kraju... wydała kilku ludzi znakomitych, pisarzy 
i artystów (znanego malarza, rytownika i t. d.)‘‘. Zupełnie odmiennego, niż Kraszewski, zdania w tym 
względzie był profesor Henryk Struwe. A jednak i on 
przytaczał w polemice z autorem „Hrabiny Cosel“1) ten 
dokument, opublikowany w zbiorze pism Leibniza, w któ¬ 
rym filozof, kreśląc swoją autobiografję, zaczynał od 
słów następujących: „Leibniziorum sive Lubienieciorum nomen Slavonicum, familia 
in Polonia. „Tutaj w oryginale — dodaje Struwe — tekst się 
przerywa, sześciu następnych wierszy niema — wy¬ 
cięto je..." II. Innemu wszakże zdaniu, niż Struwe, temu samemu 
zaś, co Kraszewski, dał wyraz na łamach „Wieku"2) Jan 
hr. Lubieniecki, domniemany kuzyn Leibniza. „Nasamprzód — pisał tam hrabia nie bez racji — zadziwia ro¬ 
zumowanie p, Struwego, który sam dokładnie przytacza pierwsze 
wyrazy autobiografji Leibniza..., (ale) brak tych wierszy (wywołuje 
u niego) domysł, że on, ten wielki mędrzec-filozof, nie wiedział sam, 
co pisze, „a gdy się o przodkach swych dowiedział — dodaje p. Stru¬ 
we — wtedy może wyciął ustęp autobiografji, zaznaczający bliżej po¬ 
danie o pochodzeniu polskiem... jego rodziny. Jak widzimy, rozumo¬ 
waniu p. Struwego brak podstawy. Prawdopodobnie nie Leibniz sześć 
wierszy wyciął, ale późniejsze generacje Niemców, które go innej na¬ 
rodowości oddać nie chciały. Tym sposobem pan Struwe zaprzecza 
wszystkim podaniom ustnym i piśmiennym, od dwóch wieków w ro¬ 
dzinie mojej się przechowującym. Jakoż w rodzinie mojej prze- 
chowywuje się od wieków podanie, że jeden z jej członków prze¬ 
niósł się do Niemiec, gdzie, zmieniwszy swoje nazwisko, stał się 
przodkiem Leibniza. W listach z przeszłego wieku, gdy ojcowie 
zachęcali synów do nauki, zawsze za wzór jednego z członków 
tego rodu, Leibniza stajviali. Twierdzenie zaś p. Ad. Am. Kosińskiego, 
że tylko dwóch członków domu Lubienieckich zmuszonych zostało usta- 214 ') Tamże, 11 listopada t. r. 
2) z 17-go listopada t. r
		

/Magazyn_155_08_0231.djvu

			wą sejmową z r. 1658 do ustąpienia z Polski..,, a zatem nie mogło być 
protoplastami Leibniza, który się urodził w r. 1646, jakkolwiek słusz¬ 
ne, nie dowodzi jednakże, aby przedtem nie było innych Lubieniec- 
kich, co dobrowolnie lub z innych przyczyn nie byli się przenieśli 
na obczyznę, gdy tymczasem wiadomo, że, jako arjanie, robili oni 
ciągle wycieczki do Niemiec..." III. Młody Gotfryd Wilhelm Leibniz, czyli pod pseudo¬ 
nimem „Jerzego Ulikowskiego“ („zniemczałego Litwina") — G(eorgius) U(licovius) L(ithuanus)! — takie było bowiem jego nom de guerre na propagando¬ 
wych broszurach czy ulotkach o sprawach elekcyjnych 
polskich; proszę zwrócić — co uczynił już przed nami 
stary Załuski — uwagę na inicjały cytowanego pseudo¬ 
nimu — wszak własne to inicjały Leibniza. Miał zaś filozof nasz — z natury rzeczy — zamiło¬ 
wanie do pseudo- czy kryptonimów. Bene vixit, qui bene 
lałuił (żył dobrze, kto dobrze potrafił się ukrywać) — 
powiadała stara maksyma wczesno - masońska, więc 
młody Gotfrydek za nic w świecie nie zgodziłby się był 
wyjawić „zakonnej" swojej przynależności: „Braci Różo- 
krzyża uważani za fikcję..." — pisał wszak później do 
Polaka-jezuity, o. Kochańskiego; „Różokrzyżowe illumi- 
nationes, — wynurzał się na innem miejscu — (bajkę 
o Eljaszu proroku — „Elias Arłisła“) i inne tego rodzaju 
rodomontades uważa się słusznie za brednie..." W Norymberdze, gdzie bawił młody Gotfryd w chwili 
abdykacji naszego Jana Kazimierza, na studjach prawni¬ 
czych; w Norymberdze, gdzie stryjowie jego, ministrowie 
protestanccy Krzysztof i Justus, zdawna już tkwili w okul¬ 
tystycznym ruchu reformacyjnym; w Norymberdze — jak 
wiemy skądinąd — istniał jeden z dwóch centralnych do¬ 
mów „różokrzyżowcowych" (drugi t. r. „dom zakonny" 
znajdował się współcześnie we Włoszech, w Ankonie). Młody nasz adept „Różokrzyża" (za takiego uważał 
go też podobno jeden z jego biografów, słynny Wundt) 
pełnił, jak już wiemy od cytowanego przez nas wyżej 215
		

/Magazyn_155_08_0232.djvu

			Wittemansa — w szczególności funkcję sekretarza stowa¬ 
rzyszenia alchemicznego „Fruchtbringende Gesellschaft“, 
czyli „Zakonu Palmowego" („Palmenorden“). IV. 3 maja 1669 r. zjechał do Warszawy na sejm elek¬ 
cyjny, zwołany po abdykacji Jana Kazimierza jako poseł 
„wielkiego elektora“ Fryderyka Wilhelma brandenbur¬ 
skiego Jan Chrystjan baron von Boyneburg, nawrócony 
protestant, ale mocno mimo tego podejrzany katolik. Jak 
dalece był ten sługa niegdyś heski, moguncki, a dziś Ho¬ 
henzollernów, katolikom podejrzany, dowód w tem, że gdy 
w połowie stulecia został on, jeszcze protestant, ministrem 
Jana Filipa Schönborna, arcybiskupa mogunckiego, pierw¬ 
szego elektora i arcykanclerza cesarstwa — czujni w służ¬ 
bie Kościoła rzymskiego i jego polityki jezuici tak długo 
nie spoczęli, póki mu nie skręcili karku. Wtedy to, wydostawszy się z przelotnego aresztu 
i zamieszkawszy we Frankfurcie nad Menem, ofiarował 
Boyneburg usługi swoje — znowu wbrew interesom do¬ 
tychczasowych, katolickich swoich mocodawców, a w ko¬ 
neksji z Berlinem — palatynowi Filipowi Wilhelmowi neu- 
burskiemu, żonatemu l-o voto z królewną polską Anną. V. W orszaku Boyneburga ku „szopie“ senatorskiej, 
w której prezydował Sobieski, jechał prawdopodobnie 
i młody Leibniz. Miał on w zanadrzu broszurę agitacyjną 
za swoim kandydatem, napisaną przez siebie a wydruko¬ 
waną w Gdańsku. W niej „przy pomocy metody mate¬ 
matycznej“ usiłował dowieść (w kilkudziesięciu dowodach, 
60-ciu przesłankach i 4-ch wnioskach) zalet swojego kan¬ 
dydata. Dla zachęcenia czytelnika polskiego przybrał się al¬ 
chemik — „Ulikowski“ — „w ornat“ i dzwonił na mszę. „Módl się ze mną do najlepszego, największego Boga — wołał 
do „współrodaka"-elektora z Woli — o zbawienie Polski jako przed¬ 
murza chrześcijaństwa!“ 216
		

/Magazyn_155_08_0233.djvu

			„Polisyllogizmami", „prosyllogizmami" i „episyllogiz- 
mami'', „lemmatami" i „korollarjami“ logicznemi tłumaczył 
chytry „różokrzyżowiec" chętnie tego słuchającym wy¬ 
borcom Michała, że „dobro Rzeczypospolitej w Polsce 
utożsamia się prawie z dobrem szlachty", że taż Rzecz¬ 
pospolita jest ekonomicznie samowystarczalna, że „zada¬ 
niem Rzplitej wedle prawa jest wolność szlachty naj¬ 
większa, jaka przy bezpieczeństwie być może i t. p. 
Powoływał się przytem na Kromera, Starowolskiego, Pia¬ 
seckiego, Kojałowicza i A. M. Fredrę, a „z wypaczeń lo¬ 
giki polskiej wybornie korzystać umiał, schlebiając fana¬ 
tyzmowi wolności". Oświadczał się więc w czambuł za 
liberum veto, „wolnemi elekcjami" i t. p. VI. Leibniz, który pierwszy bodaj zalecał w pracach swo¬ 
ich stworzenie wielkiej „Encyklopedji", na gruncie pol¬ 
skim stał się tak poprzednikiem libertaryzmu Russa. Był on — skądinąd — ogniwem owej filjacjimasońsko- 
różnowierczej, pragnącej po zgonie Jagiellonów narzucić 
Polsce monarchę własnej kreacji. Stwarzał „Golema“ ta¬ 
kiego w osobie marnego Walezego — jak stwierdzają po¬ 
ważne relacje współczesne — „chacham czy „nassi , 
dom Salomon Askenazy; jeździli na dwór Batorego 
w ciemnych celach (przedelekcyjnych?) agenci „Secret 
service“ królowej angielskiej Elżbiety, alchemicy-astrolo- 
gowie John Dee i Edward Kelley; kręcił się wpobliżu 
Zygmunta III wielki alchemik „Sendivogius"; intrygował 
z Rakoczym przeciwko kandydaturze Jana Kazimierza — 
jak relacjonuje Kochowski—alchemik Richter. A kto sypał 
sczasem truciznę do rannej kawy Sobieskiego w Gdańsku 
(jak niegdyś strzelał był do Zygmunta Augusta z zamku 
królewieckiego lub do Zygmunta III w kruchcie święto¬ 
jańskiej), jak nie różnowierczy pobratymcy Leibniza? Kto 
mącił elekcję po Sobieskim, jak nie finansiści Lehmann 
i Lammel, wierni zapewne tradycjom starego kabalisty 
Manasseh-ben-Izraela? kto bałamucił szlachtę za następ- 217
		

/Magazyn_155_08_0234.djvu

			nego panowania, jak nie „różokrzyżowiec“ Winiarski? kto 
konspirował przed elekcją Poniatowskiego z elektem, jak 
nie późniejszy kolega Leibniza Toux de Salverte? VII. A teraz wracał nasz filozof na Zachód, rebus infectis, 
i „montował" nowy „wielki plan" — egipski. Jemu też w szczególności poświęcona jest instruk- 
tywna monografja Pawła Rittera1). Był koniec marca roku 1672, trzy lata więc niespełna 
po niepomyślnie rozegranej elekcji polskiej. Pan radca 
Leibniz znalazł się dla odmiany w Paryżu. Znowu w prze¬ 
łomowej chwili. Anglja faktycznie wypowiedziała już była 
Francji wojnę, a „król-słońce“ gotował się do nowej prze¬ 
ciwko niej kampanji. W takiej to chwili wystąpił filozof ze swoim „planem 
egipskim . Zwrócił się pismem osobnem do „arcychrześci- 
jaóskiego króla" Francji, pokazał mu palcem na Egipt, 
jako na cel dalszej zbrojnej jego ekspansji, owocniejszej, 
niż grzęźnięcie w zalewanych sztucznie diunach holender¬ 
skich. Tam — pisał do Ludwika XIV — czeka cię, królu, 
panowanie na morzu i przewaga w handlu; kraj ten 
wszak, to łącznik między Afryką a Azją; tam — hege- 
monja w ostatecznej krucjacie antytureckiej: tam wkońcu 
— tytuł imperatora Wschodu. Dla zagrzania „króla arcychrześcijańskiego" wprowa¬ 
dzał nabożny „różokrzyżowiec" do wywodów swoich 
znowu motywy religijne. Wprowadzał świętego Ludwika, 
który zagrzewał czternastego swojego imiennika do nowej 
wyprawy krzyżowej. VIII. To Leibnizowe „Consilium Aegyptiacum“ dla Ludwika 
XIV — zasługuje na baczną uwagę. Jest w niem Leibniz *) „Leibniz' ägyptischer Plan", Darmsztat 1930. 218 h
		

/Magazyn_155_08_0235.djvu

			poprzednikiem Disraelego i Lessepsa, kiedy np. pisze 
w jednej z dotyczących tego „planu" rozpraw: „Pan zaś nad Egiptem może nietylko wielką sprawom publicz¬ 
nym wyrządzić szkodę, jak to czyni Turek, paraliżując handel, lecz 
i dobrodziejstwami zjednać sobie rodzaj ludzki, skoro kanałem jakim 
złączy morze Czerwone z Nilem lub z morzem Śródziemnem.. “ Nie zapominajmy przytem, że Leibniz bawił i działał 
w Paryżu w „haniebnym" dla Polski roku 1672, roku 
upadku Kamieńca i traktatu buczackiego, na kilkanaście 
zaledwie lat przed zagrożeniem ponownem przez Turków 
Wiednia. Czyż nie mogły zatem trafiać jego „Turcyki" 
do sumień i rozumów politycznych tych królów chrześci¬ 
jańskich czy „arcychrześcijańskich", o których pisał dużo 
jeszcze później: „Oby razem z cesarzem i carem król nowy (August 11) Zgnębili w Europie barbarzyńców głowy!" IX. Leibniz był bowiem w „turkofobji" swojej konsekwen¬ 
tny. Przed Odsieczą czy po niej, z Ludwikiem czy Pio¬ 
trem, z Augustem Saskim czy Eugenjuszem Sabaudzkim, 
któremu dedykował przecie swoją „Monadologją“, gotów 
był wyprawiać się — na papierze — przeciwko Turkowi. Drwił on później w pamfletach swoich z „króla arcy- 
chrześcijańskiego", że ten wiąże się z Turkiem. Ale zato witał z uniesieniem wybór na tron polski 
nowego swojego kandydata do szarży „cesarza Wschodu", 
Augusta Mocnego. — „Świat jakby zmieniał oblicza!" — 
wywnętrzał się na temat tego faktu przed młodszym 
Boyneburgiem. Liczył także na zwycięstwa swojego druha sabaudz¬ 
kiego, a carowi Piotrowi (także pogromcy Turków, bo 
zdobywcy Azowa) świadczył, spotkawszy go w saskiej 
Torgawie, jak następuje: „Wspólne jest nasze pochodzenie — my wszak obaj Słowianie! 
W. C. Mość zdobyła na barbarzyńcach najpiękniejsze państwo świata. 219
		

/Magazyn_155_08_0236.djvu

			ja zaś — w nauce — ufundowałem niemniejsze królestwo. Obaj my 
przedsłańcami nowych wieków, obaj z rasy o nieprzewidzialnych je¬ 
szcze przeznaczeniach." X. A geneza całej lej Leibnizowej „turkofobji“? Zagrzebana ona leży głęboko, a jednak dostępnie, 
w „arkanach“ sekty, do której filozof przynależał, na dnie 
traktatów owych, które niewątpliwie studjować musiał we 
Frankfurcie czy Norymberdze, owych „rodomontad“ — 
jak je nazywał — alchemicznych, owych „iluminacyj ró- 
żokr zyżowcowych ‘ ‘. Leży przed nami jeden z takich „manifestów czci¬ 
godnego bractwa“, cytowane już przez nas wyżej „Wy¬ 
znanie“ jego („Confessio“), wydane po raz pierwszy dru¬ 
kiem we Frankfurcie na pół mniejwięcej stulecia przed 
„inicjacją“ Leibnizową. Czytamy w nim, w rozdziale 
pierwszym — podobnie zresztą, jak we wcześniejszych, 
duchem tej samej sekty owianych traktatach: drezdeń¬ 
skim („Grebner“) i stuttgarckim („Studion”), inwektywy 
łączne przeciwko papieżowi i Mahometowi, zapowiedzi 
łączne rychłej katastrofy Rzymu oraz tureckiego Bizan¬ 
cjum. XI. Na Rzym bowiem, Rzym przeklęty, Romę hayabe ka- 
bałistów i na Konstantynopol, niewiernego dzierżyciela 
Palestyny, po trupach razem Inocentych i Osmanów, pro¬ 
wadził — w przekonaniu skrytych inspiratorów sekty 
Leibnizowej — upragniony szlak do krainy ojców, z domu 
wygnania, do Palestyny, Szlakiem tym — szlakiem świetnych leg jonów — po¬ 
płynie tam kiedyś „wtajemniczony“ właśnie w „arkana“ 
sekty, na Malcie, Bonaparte1); angielska broszura propa¬ 
gandowa, wydana w roku 1805, dowodziła szeroko, że to 1) Por. mój szkic: „O upadku Napoleona“ („Gazeta War¬ szawska" z 22—26 lipca 1934), 220
		

/Magazyn_155_08_0237.djvu

			p Leibniz był inspiratorem Napoleona. W trzy ćwierci zaś 
wieku później — czy też Leibniz inspiratorem był Disrae- 
lego-Beaconsfielda, gdy ten „wielki wtajemniczony“ się¬ 
gał, poprzez Egipt i Suez, do Indyj i kładł zakochanej 
w nim królowej Wiktorji na głowę diadem „cesarzów 
Wschodu“? XII. Dla takiego to celu podawał alchemik z Norymbergi 
wyborcom z pola wolskiego do wypicia niesamowity swój 
„eliksir“. A Kochowski śpiewał współcześnie: „Przez tą tedy ich, co sią nią tak chlubią, Wolność, naprzód sią Polacy poślizną, Którą tak oni nieuważnie lubią, Jak muchy sorbet, przyprawion trucizną, Przez co urośli, przez to sią i zgubią 
I w tych kanarach arszeniku gryzną"'). i) O udziale Leibniza w elekcji 1669 r. jak również o analo- 
Jr gicznych, wymienionych w tekście, intrygach, por. m. i.: Korzon: „Dola i niedola Jana Sobieskiego...“, Kraków, 1898, II, 128 nn; Kot: 
„Rzeczpospolita polska w literaturze politycznej Zachodu", Kraków, 
1919, str. 145; Kraushar: „Czary na dworze Batorego“, Kraków, 1888, 
passim oraz „Ramzes Baltazzani...“, 1. c„ passim; Kochowski: „Hi¬ 
storia panowania Jana Kazimierza", Poznań 1859, str. 18. 221
		

/Magazyn_155_08_0238.djvu

			y. „UCZTA FILOZOFÓW« W KRAKOWIE „11 est question du roi de Prusse, des Russes 
et de la cour de Vienne, Et j'entends parler.,, de 
juifs,,." Mably: „Le banquet des politiques". „Podróż rozkoszną jest rzeczą, kochany mój Kleancie — pisał 
Mably w fikcyjnym zapewne liście do przyjaciela z Krakowa 
w r. 1776 — kiedy się miało szczęście napisać „Prawo publiczne Eu¬ 
ropy“1). Gabrjel Bonnot de Mably, starszy brat filozofa Con- 
dillaca, który układać miał sczasem podręcznik logiki dla 
naszej Komisji Edukacyjnej, rozpoczął karjerę publiczną, 
dostawszy się do boku kardynała de Tencin. On to w r. 
1743 wygotował projekt traktatu między Francją a Pru¬ 
sami przeciwko Austrji, który Wolter zawiózł do Berlina. 
Działał więc już w tym czasie nasz filozof na rzecz „ka¬ 
bały“ pruskiej na dworze francuskim, „kabały", której 
przewodził lekkomyślny marszałek de Bełle-Isle, ulega¬ 
jący ze swojej strony podszeptom słynnego szarlatana de 
Saint-Germain. Kar jera wszakże dyplomatyczna Mablyego skończyła 
się rychło, gdyż poróżnił się on ze swoim protektorem, zaj¬ 
mującym stolec arcybiskupi lioński — rzecz charaktery¬ 
styczna! — o unieważnienie pewnego małżeństwa prote¬ 
stanckiego: tu ks. de Mably, bez względu na charakter 
swój duchowny, stanął w sporze ze swoim przełożonym 
na gruncie „filozoficznych" zasad tolerancji, *) Askenazy: „Studja historyczne i krytyczne", Kraków 1897, 
str. 1 nn. 222
		

/Magazyn_155_08_0239.djvu

			Odtąd świecić miał Mably przedewszystkiem w dzie¬ 
dzinie literatury. Przeszedł wszakże do jej historji — prze¬ 
dewszystkiem jako teoretyk komunizmu1). Już w „Uwa¬ 
gach o Rzymianach“, wydanych w Genewie r. 1751, zwra¬ 
cał Mably uwagę szczególną na prawodawstwo agrarne 
Grakchów, w którem doszukiwał się pierwiastka komu¬ 
nistycznego. Otwarcie wypowiedział się za komunizmem 
w „Rozmowach Focjona“, wydanych w Amsterdamie 
w r. 1763, uwieńczonych w Bernie, później zaś przetłuma¬ 
czonych i w Polsce — wszystko to pod pokrywką pochwał 
dla ustawodawstwa spartańskiego Likurga. Nazywał wte¬ 
dy Mably własność prywatną źródłem wszelkiej niewoli 
ludzkiej. Poeci i artyści ustępować mieli w jego utopji 
państwowej miejsca rzemieślnikom, wyrabiającym jedynie 
przedmioty niezbędnego użytku, a kwitnąć tam też miał 
daleko posunięty etatyzm: obywatele winni byli znosić 
owoce swojej pracy do magazynów publicznych. Do tak radykalnego publicysty, który w pismach swo¬ 
ich groził ponadto zatratą panującej we Francji dynastji 
(„ród wasz — wołał do królów — tych samych może do¬ 
świadczyć losów, jakich doświadczył ród Karola Wielkie¬ 
go“), który zapowiadać się zdawał krwawe represje re¬ 
wolucji francuskiej w podobnych zwrotach, co współ¬ 
czesny mu Diderot („Jak uzdrowić moralnie zepsuty na¬ 
ród? Tak jak uczyniła Medea. Wróciła młodość ojcu. 
krając i warząc jego członki!") — do tak radykalnego, 
powtarzamy, publicysty zwróciła się w r. 1770 nasza kon¬ 
federacja barska w osobie przedstawiciela swojego pary¬ 
skiego Michała Wielhorskiego o wypracowanie nowego 
ustroju dla Polski. Tak powstał obszerny traktat Mablyego 
„O rządzie i prawach polskich“2), traktat, nacechowany 
skrajnym w stosunku do konstytucji polskiej liberalizmem 
(analogicznie zresztą, jak równoległy elaborat Russa). 
Zapatrzony we wzory rzymskie, radził ksiądz Polakom, 1) Por. Lanson: „Histoire de la littérature française“ (1909), 
str. 737. 2) Por. Konopczyński: „Geneza i ustanowienie Rady Nieusta¬ 
jącej'', str. 135—7. 223
		

/Magazyn_155_08_0240.djvu

			aby całą władzę wykonawczą złożyli w ręce senatu, obie¬ 
ranego przez szlachtę, władzę królewską natomiast radził 
ograniczyć na wzór doży weneckiego. Sejm stwarzał 
tłumny, złożony z siedmiuset aż ustawodawców, wnikał 
zresztą w poboczne także zagadnienia ustrojowe, jak pra¬ 
wa mniejszości, „W żydach polskich (widział Mably) żywioł bardzo dla kraju 
szkodliwy, lecz winę (tego) przypisywał,,, wyłącznie ścieśnieniu ich 
praw; najlepszym środkiem ku ich uobywateleniu — wywodził — 
umożliwienie im pracy na roli i zniesienie ograniczeń“. Nasz liberalno-komunistyczny filozof przybył do Pol¬ 
ski w momencie wykończania działań rozbiorowych i za¬ 
trzymał się najpierw w Krakowie. Mably tak syntetyzuje 
krakowskie swoje wrażenia w liście do fikcyjnego czy rze¬ 
czywistego korespondenta (przyczem odrazu podkreślić 
nam należy wysoce niechętny, szyderczy nawet ton gościa 
francuskiego względem swoich gospodarzy)1), „Nie dbasz zapewne, kochany przyjacielu, o poznanie tego mia¬ 
sta; nic tam nie widziałem znamienitego prócz katedry, gdzie Bóg, 
któremu służą w sposób nader zabobonny, raczy słuchać pieni, nie¬ 
ustających ani w dzień ani w nocy; prócz dalej świętego Ignacego 
u Jezuitów (zapewne w kościele św. Piotra), zbrojnego w piorun jak 
Jowisz, godło rozwiązanego zakonu; wreszcie —- kanału, przez który 
Francuzi nasi (w r, 1772) dostali się do zamku, skąd wypędzili zaj¬ 
mujący go garnizon rosyjski," Ale więcej miejsca we wspominkach krakowskich fi¬ 
lozofa od oglądania tych „gotyckich" pamiątek zajmuje 
opis „obiadu, który (spożył),., u osoby, co, dzięki urodze¬ 
niu, majątkowi i urzędom stała czas pewien u steru inte¬ 
resów Rzeczypospolitej"2). Anonimat dyskretny, wszela¬ 
ko — i po latach 160-ciu — nietrudno się domyślić, że 
Mably obiadował u Mniszcha (patrona znanej nam już 
skądinąd loży dukielskiej). Jerzy August Wandalin Mniszech, wówczas od trzech 
lat kasztelan („pan“) krakowski, odegrał był istotnie ') Nie rozumiemy dobrze, na jakiej podstawie Askenazy 
(„Listy Mablego", „Kwartalnik historyczny", XIV, 229—31) przed¬ 
stawia Mably'ego jako znakomitego przyjaciela Polski, 2) Mably; „Le banquet des politiques" („Collection complète 
des oeuvres"). Paris, 1794/5, XIII, 67 nn. 224
		

/Magazyn_155_08_0241.djvu

			1 JERZY WANDALIN MNISZE CH (PORTRET W KLASZTORZE O O. FRANCISZKANÓW W DUKLI)
		

/Magazyn_155_08_0243.djvu

			w dwudziestoleciu poprzedzającem wpływową w Polsce 
rolę. Faworyt Augusta III, skoligacony z Briihlem przez 
małżeństwo z jego jedynaczką, potem zaś w niełasce u Au- 
gustowego następcy, przerzucił się do opozycji, a dom je¬ 
go stał się ośrodkiem wielu intryg, mącących konfederację 
barską. „Babskąście,... Rzplitą w Węgrzech (t. j. Pre- 
szowie) założyli" — mówi o tym okresie swojej polityki 
Mniszech do żony we fikcyjnym zresztą dialogu „gabine¬ 
towym“ w Dukli1). W roku wszakże 1776 było już „po harapie". Am¬ 
bitna żona, Marja Amelja z Briihlów, od czterech lat prze¬ 
niosła się była do wieczności, kasztelan — od trzech — 
pogodzony był ze Stanisławem Augustem i spokojnie prze¬ 
siadywał w Dukli, bo — jak mu mówić każe Rzewuski 
w „Pamiątkach Soplicy"2) — „bała, bała (przysłowie ka¬ 
sztelana), jak zasiędę się w Warszawie, dyspozytory za¬ 
pomną gospodarstwa, kiedy ja nie będę ich na sesji w Du¬ 
kli uczył". Wiosną tą wszakże 1776 r. troskliwy gospodarz 
przesiadywać mógł w Krakowie, a może zjechał do 
kasztelanji swojej umyślnie, ażeby widzieć się z przy¬ 
jacielem, towarzyszem podróży i przyszłym gościem Wiel- 
horskiego (także zresztą „współbrata" dukielskiego), któ¬ 
rym to Wielhorskim chwaliła się ś. p. Amelja we wspo¬ 
mnianej już „rozmowie gabinetowej", „żeśmy u obcych 
dworów., roboty rozpoczęli i ciągniemy, osobliwie we 
Francji, przez Wielhorskiego". „Będzie ksiądz jadł źle — zagaił słynny ów obiad Imć pan 
kasztelan — węgrzyn mój jest lichy, są to skutki strasznych spu¬ 
stoszeń, jakich Polska doznała. A wszakże sprawiedliwem jest, aby 
kiedy ojczyzna pogrążona w smutku, i dobrzy patrjoci nie opływali 
w rozkoszach. „A przecie — dodaje Mably — spożyliśmy obiad obfity wcale 
i który, być może, byłby był bardzo dobry, gdyby Rosjanie i konfe¬ 
deraci wyplenili byli wszystkie te zioła aromatyczne, jakich się nie 1) Świejkowski: „Monografia Dukli", Kraków 1910, str. 159. 2) Wyd. „Bibljoteki Narodowej", str. 9. Źródło rozbioru Polski. 15 225
		

/Magazyn_155_08_0244.djvu

			szczędzi zarówno tutaj, jak i w Niemczech, trując podróżników cy¬ 
namonem i gałką muszkatołową". Rozpoczęła się od zupy rozmowa polityczna. Sekun¬ 
dował w niej Mniszchowi domownik, generał saski, jeden 
z tych Niemców, o których wiemy, że w Dukli stanowili 
większość magnackiego dworu. Wygłosił on też panegiryk 
dynastji saskiej: „Polska — utrzymywał — kwitnęła pod królami z tej dynastji... 
Oni złagodzili — mówi, zwracając się do czwartego współbiesiad¬ 
nika, szlachcica z Wołynia (może wysłańca Wielhorskiego) -— wasze 
obyczaje, użyczyli wam blasku i elegancji... Trzeba było być... roz¬ 
sądnym i przyjąć tę dynastję na stałe, tak jak ojcowie wasi przy¬ 
swoili sobie niegdyś Jagiellonów, a wierzę, że Saksonja nie byłaby 
mniej przysłużyła się wam od Litwy..." W radykalnym Francuzie zagrał wtedy bądźcobądź 
wrodzony szowinizm narodowy: „Czyż niema — zapytał Sasa — na świecie innych książąt, choć¬ 
by nie w najbliższem Polski sąsiedztwie? My sami mamy ich kilku, 
z którymi nie wiemy co począć i którychbyśmy ustąpili wam naj¬ 
chętniej, o ileby wam tylko dogadzali.” Generał chwycił nagle za talerz, za nóż swój i nóż 
Mablyego, przygarnął łyżkę i widelec i, ułożywszy z tego 
wszystkiego na stole figurę, prawił: „Ten talerz, wystaw sobie pan, że to jest Polska; to znowu, ca 
pan widzi z tamtej strony, za nożami i widelcem, to Saksonja; 
Śląsk z jednej strony, Czechy i Morawy z drugiej... Widzi pan na¬ 
ocznie i namacalnie, że Saksonja nigdy nie może przeprowadzić 
wojsk do Polski, że zatem elektorowie sascy nigdy nie mogą spra¬ 
wiać jej tego niepokoju, co inni książęta..." Co ważniejsza „przytyka Saksonja z jednej strony do krajów austrjackich, 
a z drugiej do prowincyj pruskich, może zatem dokonywać korzyst¬ 
nych dla Polski dywersyj." Wtem wtrącił się do rozmowy, aby narzekać, szlach- 
cic-konserwatysta z Wołynia: „Każdy naród — mówił — winien sam być sprawcą swojego 
bytu domowego..., najmniejszy grzech zaniedbania w tej materji by¬ 
wa zapewne godnym potępienia, z drugiej wszelako strony niespra¬ 
wiedliwością byłoby spychać (na naród) odpowiedzialność za wy- 226
		

/Magazyn_155_08_0245.djvu

			padki, których... on przewidzieć i którym zapobiec nie mógł. Bo 
jakżeż, proszę księdza, moglibyśmy my zapobiec, ażeby Rosja pod 
rządami Piotra Wielkiego nie przyoblekła się była w nowe kształ¬ 
ty?,.. Czy mogliśmy przeszkodzić naszemu (z nią),., sąsiedztwu... 
Czy mogliśmy pohamować talenta (Fryderyka II),... które uczyniły 
jego ambicję tak groźną dla sąsiadów? A jak było zrobić, by uda¬ 
remnić aljans francusko-austrjacki?.., Czy ksiądz kardynał de Ber- 
nis radził się nas przed napoczęciem tej pięknej negocjacji? A prze¬ 
cież od tego wypadku począwszy, ambicje austrjackie, zamiast jak 
dotąd, na południe lub zachód, zwróciły się w naszą stronę... My- 
śmy polegali na równowadze europejskiej; podziwu godny to system, 
co ma czuwać nad bezpieczeństwem państw europejskich... Wszyst¬ 
ko w nim pozostawać ma nieruchome, wszystko stałe w cieniu po¬ 
tężnej równowagi, o którą łamać się winny (poszczególne) ambicje... 
My takeśmy ufali w tę gwarancję wolności ludu, a tu w potrzebie 
zmiotła nas (właśnie) ta sama równowaga europejska." „Czy to nie śmieszne — dodaje Mably sam do siebie — te 
skargi ze strony narodu, który nie dbał nigdy o środki dla odparcia 
krzywd ze strony swoich sąsiadów, lecz przeciwnie dostarczał ich 
ambicji sukcesów najpewniejszych i najłatwiejszych?,., Chybam ja 
nieszczęsny dostał się do domu warjatów!" „Brawo! — zawołał tymczasem kasztelan do rezonującego 
szlachcica — brawo, rozwijasz waćpan idee, które zaprawdę były 
zawsze moją własnością. Wielka to pociecha nie mieć sobie nic do 
zarzucenia w nieszczęściach.,. Niesprawiedliwość, której doznajemy 
bezkarnie, znajdzie naśladowców, a wtedy Europa, która na nią po¬ 
zwoliła, zostanie skolei ukarana. Zobaczymy wtedy, kto śmiać się 
będzie,,, (a kto płakać). Cóż ksiądz o tem myślisz, księże Mably?" Nieżyczliwy filozof chciał odpowiedzieć, — jak 
pisze — że, „mówiąc z krwią tak zimną o nieprzyjaciołach (swoich) a no¬ 
wych władcach, nie dają (Polacy) dowodu wielkomyślnego oburze¬ 
nia, natchnionego miłością dla wolności, bez której przywyknąć moż¬ 
na łatwo i do najsurowszego jarzma"1). Ale westchnął tylko tytułem pociechy; „Europa (zaprawdę) wydaje mi się bardzo chora." *) W memorjale z roku 1760 dla księcia Parmy pisze Mably: 
,,La noblesse qui croirait tout perdre en obéissant à un maître étran¬ 
ger, sera vingt fois vaincue et ne sera pas soumise". (Askenazy: 
„Listy Mablego", 1. c„ str. 330). 15* 227
		

/Magazyn_155_08_0246.djvu

			Na to zapytał go Mniszech, przeciągając kilkakrotnie 
ręką po czole: „Wszakże Francja jest ustrojem zdrowym i silnym, który może 
przechodzić przez słabości, ale nigdy przez choroby śmiertelne. 
Niechże mi więc ksiądz wytłumaczy, jakiem to ona zrządzeniem losu 
nie odegrała w tych wszystkich okolicznościach roli naprawdę godnej 
siebie!" Nasz filozof był sceptykiem nietylko co do Polski, ale 
i co do własnej ojczyzny. „Kasztelan prawi o nas — myślał sobie Mably — jakgdybyśmy 
byli jeszcze tymi samymi Francuzami, których niegdyś imię było 
czczone i szanowane,“ Mably jednak w głębi ducha uważał, że Francja czyni 
teraz pokutę za wystawne rządy Ludwików, głośno jednak 
tego nie wypowiedział: „Bałem się pono, aby mnie za złego nie wzięto Francuza. Generał okazał się wszakże mniej dyskretnym od 
księdza: „Pięć lat temu — odezwał się raptem — podróżowałem do 
Strassburga, a wtedy jeden z moich tamtejszych przyjaciół, człowiek 
mądry, skarżył się bardzo na wasze rządy: — Król nasz — powta¬ 
rzał _ obcym jest we własnym kraju i radzie, pozwala ministrom, 
faworytom i metresom wszystko rozdrapywać, dba więcej o lokaja, 
który zarządza jego uciechami, niż o generała. Paryż naśladuje 
pana, uciska prowincję dla zadośćuczynienia potrzebom zbędnym; 
nędza szerzy się wszędzie, a my zbliżamy się do zguby." Ta szczerość generalska zakłopotała obytego Mnisz- 
cha. Zaczął chrząkać, dawać znaki oczyma swojemu kli¬ 
entowi, bębnić palcami po stole. „Panie hrabio! — uspokoił go Mably — jest nas tutaj czterech 
filozofów, poszukujących prawdy... chociażby nie była ona wedle 
naszego gustu. Dziękuję panu generałowi za jego otwartość... My 
wszak jesteśmy poddanymi monarchji absolutnej, którzy idziemy 
tam, dokąd nas prowadzą, i nie odpowiadamy za głupstwa własnego 
rządu." „Mógłbym był z łatwością — dodaje — przekonać (naszego 
szlachcica), że nieszczęścia jego Rzeczypospolitej, na które się skarży 
i którym się dziwuje, są równie koniecznym skutkiem jego rządu, jak 
nasza słabość i bieda uyły skutkiem charakteru osobistego Ludwika XV." 228
		

/Magazyn_155_08_0247.djvu

			Ale tym razem zmilczał. „Nie uwierzy ksiądz — odezwał się znów z innej beczki Mni- 
szech — ile mamy grzechów zaniedbania do naprawienia i nadużyć 
(do wytępienia).., Mieszkamy w bogatym, ale nie wyzyskanym kra¬ 
ju. Przyroda umieściła o kilka mil od miejsca, gdzie jesteśmy, bar¬ 
dzo obfite złoża srebra, a skarb ten jest dla nas stracony. Jesteśmy 
śpichlerzem europejskim..., a nie mamy kupców, ani nędznego choć¬ 
by stateczku na Bałtyku. Gdańszczanie kupują nasze zboże wedle 
swojej woli, t. j. darmo, odprzedając nam wzamian bardzo drogo po¬ 
trzebne nam przedmioty... Żydzi, których ksiądz wszędzie spotkasz, 
są śmiertelną dla nas raną. Ogłupiając lud, stali mu się potrzebny¬ 
mi, a nadużywają naszych potrzeb i naszego lenistwa, aby nad nami 
panować, choć wyglądają na naszych niewolników. Nie mamy żad¬ 
nych fabryk, surowce nasze na nic nam się nie przydają." Zirytował ten wywód kasztelański filozofa: „Ja tu mam na myśli — zwierzył się coprawda fikcyjnemu tyl¬ 
ko przyjacielowi — króla pruskiego, Rosjan i dwór wiedeński, któ¬ 
rzy razem opanowali kilka najbogatszych województw..., a tu mi pra¬ 
wią o zbożu, o Żydach... i o fabrykach...” Więc wybuchnął: „Coby panowie mogli odpowiedzieć swojemu królowi, gdyby on, 
wyrzekając się wszystkich pięknych frazesów, oświadczył poprostu 
sejmowi: „Panowie, świat ten jest zwykłą komedją! Wam pozwala 
się grać rolę wolnego narodu w izbach, a mnie reprezentować ma¬ 
jestat (na tronie). Nie łudźcie się, bo to są drwiny... Dzieje się 
(zaś) to dlatego, że wasi nieprzyjaciele się was nie boją, a ja zmu¬ 
szony jestem słuchać ich rozkazów. Przeto, panowie, śpijmy, pijmy, 
jedzmy, spokojnie czekając, póki los... nie pozwoli na jakowy prze¬ 
wrót." Na to Mniszech: „Im więcej myślę, tem więcej widzę, że to Francja powinna być 
narzędziem tego przewrotu, którego wspólnie oczekujemy. Na szczę¬ 
ście, wygląda ona inaczej od czasu zmiany na tronie. Istotnie, mój 
księże, młody wasz król Ludwik XVI równie jest pilny i gorliwy..., 
jak jego dziadek nim nie był." „Warto było jechać aż do Krakowa — konkluduje fikcyjną 
swoją epistołę złośliwy Francuz — ...ażeby... spotkać tam głupiego 
eks-ministra, głupiego generała i głupiego szlachcica. Tych panów 
nigdzie nie zbraknie i, nie wyjeżdżając z Francji, można znaleźć ich 
dziesięciu zamiast trzech przy (jednym) stole." 229
		

/Magazyn_155_08_0248.djvu

			Wychodząc od kasztelana, natknął się Mably przy¬ 
padkiem na pewnego Sasa, którego znał był dobrze przed 
dwoma laty w Paryżu. Zawiązała się rozmowa na temat 
co dopiero ukończonego obiadu i jego współbiesiadników. 
Sas dodał wkońcu: „Przyjeżdżam (właśnie) z Warszawy, która nie więcej przej¬ 
muje się sprawą swojej wolności, niż Konstantynopol. Bawią się 
tam cudownie. Bale, komedje, gra gruba, zbytek azjatycki — nikt 
już nie myśli o traktacie rozbiorowym.“ Pod takiem wrażeniem opuszczał cudzoziemiec Kra¬ 
ków, ruszając w dalszą podróż na Wołyń, do Horochowa, 
siedziby przyjaciela Wielhorskiego. 230
		

/Magazyn_155_08_0249.djvu

			4 f . > i
		

/Magazyn_155_08_0252.djvu

			t!
		

/Magazyn_155_08_0253.djvu

			■ a Mes observations, pismo Augusta Moszyńskiego, wielkiego mistrza wielkiej loży polskiej, inicjujące 
Stanisława Augusta do tajemnic masonerji (faksymil).
		

/Magazyn_155_08_0255.djvu

			CZĘŚC TRZECIA: 
REX PRAEDESTINATUS I. „WTAJEMNICZENIE« OSTATNIEGO KRÓLA i. Zagadnienie genezy wolnomularstwa wcześnie już za¬ 
przątać zaczęło, zdaniem badaczy, umysły masonów i nie- 
masonów. Czytamy w dziele Le Forestiera o masonerji 
niemieckiej, iż tego rodzaju pytania trawiły umysły 
„braci" najżywiej w okresie pierwszego rozbioru Polski. 
W kabalistycznym mianowicie roku 1777 (trzy siódemki!) 
i następnych widzimy szereg konwentów masońskich*), 
rozpatrujących ów problem genezy, pochodzenia masonerji 
i jej celów, widzimy nawet dalekie wyprawy dostojników 
masońskich, podejmowane celem wyświetlenia tych tajem¬ 
nic, aż nakoniec — 19 września 1780 r. — „Wielki Mistrz 
Zakonu", Ferdynand ks. Brunświcki, a w zakonie „Ry¬ 
cerz Zwycięstwa" (Eques a Victoria), sławiony przez „bra¬ 
ci” na wszelakie tony szwagier i aljant w wojnie siedmio¬ 
letniej Fryderyka II, a przejściowo kandydat na tron pol¬ 
ski, wydaje okólnik, zwołujący nowy konwent, który za 
przedmiot obrad ma mieć m. in. zbadanie, czy „zakon” 
wywodzi się od starszego jakiego chronologicznie stowa¬ 
rzyszenia, ew. od jakiego; czy i jakim podlega „przełożo¬ 
nym nieznanym"; jaki jest cel jego właściwy; czy ma nim 
być, być może, wskrzeszenie zakonu Templarjuszów (ska¬ 
sowanego, jak wiadomo, przez papieża za swoje przewiny 
w roku 1312) i czy — nareszcie — „zakon" obecny upra¬ 
wiać ma czy nie ma uprawiać okultyzmu. W masonerji bowiem panował w stuleciu XVIII zadzi¬ 
wiający chaos. Rytuały i tradycje krzyżowały się ze sobą. 1) W Hamburgu i Lipsku 1777 r., w Wolfenbuttel 1778 r. 233
		

/Magazyn_155_08_0256.djvu

			Nikt nie wiedział, czego ma się trzymać i co o własnej 
sądzić ma przynależności, W atmosferze masońskiej krą¬ 
żyły najfantastyczniejsze wersje. Ferdynand wysłał tedy 
do Włoch zaufanego Karola Eberharda Waechtera celem 
wyszukania rezydujących tamże wedle tradycji, przecho¬ 
wywanej w „zakonie", „Nieznanych Przełożonych“ tegoż. 
Ale snadź i ta wyprawa nie dała pożądanych rezultatów, 
skoro w parę lat później trzeba było zwoływać aż „ad 
hoc“ konwent w Wilhelmsbadzie (1782). Debaty te i kontrowersje znalazły wyraźny oddźwięk 
także i w środowiskach masońskich polskich. Dowodem 
tego jest memorjalik byłego wielkiego mistrza „Wielkiej 
Loży" polskiej Augusta Moszyńskiego dla króla Stanisława 
Augusta1). ^ „Wszystkie moje poszukiwania, tyczące się filozofji hermetycz¬ 
nej oraz masonerji — pisał w tym memorjale szef „najwyższej (war¬ 
szawskiej) kapituły dogmatycznej Różanego i Złotego Krzyża — 
przekonały mnie, że egzystowała (w przeszłości) i egzystuje może 
jeszcze wiedza nieznana uczonym nowoczesnym, co ma za przedmiot 
działania przyrodzone, które uchodzą za nadprzyrodzone, nadto zaś 
tradycję przewrotów naszego globu, a nareszcie znajomość mniej 
niedoskonałą, niżeli ta, którą my posiadamy, Istoty Bożej. Rozmaite 
te wiadomości wydają się pochodzić od Hindusów, od których prze¬ 
niosły się do Egiptu, gdzie kapłani uczynili z nich przedmiot religji 
i wiedzy kapłańskiej, w który wtajemniczano jedynie przywódców 
narodu i kasty kapłańskiej. Stamtąd Mojżesz, genjusz czynny 
i przedsiębiorczy, zaczerpnął pierwszych swoich wiadomości i za- 
pomocą rzeczonej wiedzy dokonał cudów na dworze Faraona... Jest 
rzeczą prawdopodobną, że Mojżesz i Aaron, (jako) dzierżyciele tej 
wiedzy, posługiwali się nią do rządów nad hordą żydowską i prze¬ 
kazali jej tradycję arcykapłanom narodu, którzy ze swojej strony 
wtajemniczali w nią królów, przywiązanych do Zakonu, tak jak Da¬ 
wid i Salomon. Twierdzi się dalej, że te nauki znajdują się zawarte 
w księdze chaldejskiej, nazwanej „Zoharem", wszelako są one tam 
odtworzone tak dalece zawile i pod pokrywką tylu przypowieści 
i tylu słów, których znać potrzeba wartość liczbową2) jakoteż źró- 1) „Mes observations" (rękopis nr. 700 archiwum ks. Czarto¬ 
ryskich w Krakowie, karty 437—9); patrz facsimile, łaskawie dla mnie 
sporządzone przez kustosza dra Komornickiego. 2) Jak wiadomo, w alfabecie hebrajskim litery są zarazem licz¬ 
bami. 234
		

/Magazyn_155_08_0257.djvu

			dłosłowy, że mało (nawet) żydów rozumie się (na tym „Zoharze"). 
W tej liczbie wymienia się Falka1) i Franka2), co znają się na 
tem dosyć, ażeby dokonywać pewnych eksperymentów czysto fi¬ 
zykalnych, które jednak wydają się nadprzyrodzonemi ludziom, bę¬ 
dącym ich świadkami, a prostą szarlatanerją słyszącym o nich uczo¬ 
nym. Jest wszakże rzeczą niemal pewną: albo, iż ten „Zohar“ nie 
zawiera całej wiedzy tajnej, albo też, że jego interpretatorzy nie 
pojmują go w zupełności, bez czego nie ograniczaliby się do zadzi¬ 
wiania ciekawych. Jest wkońcu rzeczą prawdopodobną, iż po zbu¬ 
rzeniu świątyni, niektóre cząstki rzeczonej wiedzy kapłańskiej roz¬ 
powszechniły się pomiędzy elitą kulturalną Wschodu — i stąd ta 
mnogość Arabów, poświęcających się studjum wiedzy tajnej,., Es¬ 
seńczycy, jako potomkowie rodzin kapłańskich żydowskich, przecho¬ 
wali również w swoich pustelniach niektóre ślady wspomnianych nauk 
i udzielili znowu cząsteczek tychże Krzyżowcom, a w szczególności 
Templarjuszom, którzy... przekazali je nakoniec spadkobiercom 
swoim, co pojawili się w tem ostatniem stuleciu pod nazwą maso¬ 
nów. „ Jeżeli się zważy, —• konkludował uwagi swoje Moszyński — że 
skutkiem przewrotów dziejowych dzierżyciele (tej) wiedzy (tajnej) 
się rozproszyli, każdy zaś z nich wykształcić musiał po paru uczniów, 
nie wyda się dziwne, iż ci (ze strony swojej) wytworzyli stowarzy¬ 
szenia, które wyposażyli w pewne pierwociny rzeczonej wiedzy, pozo¬ 
stawiając im pieczę o rozwinięcie tychże. Wasza Królewska Mość 
rozumie, kogo mam tu na myśli...“ Kogóż miał tu na myśli Moszyński? Odpowiedź na 
to pytanie znajdujemy w tradycji masońskiej: „Od roku (mianowicie) 1498 — pisze historyk masonerji nie¬ 
mieckiej Ludwik Keller — w którym to pożegnał ten świat „najczci¬ 
godniejszy i najmądrzejszy" mistrz Akademji rzymskiej, Pomponius 
Laetus3), wydaje się Florencja, gdzie Akademje cieszyły się chwilo¬ 
wo możnem poparciem Medyceuszów, jedną z najważniejszych sie¬ 
dzib tychże Akademij. Istniała tam (bowiem) „Academia Magna", 
jednocząca pod sobą szereg akademij filjalnych." Jakiż był kształt zewnętrzny tych Akademij florenc¬ 
kich? Zapytajmy o to Giorgia Yasariego, słynnego dziejo- 1) Chaim-Samuel-Jakób Rafałowicz Falk, zwany „Baal Sche- 
mem" (Cudotwórcą) (1710—1782), 2) Jakób Ben Jehuda Lob Frank (1726—1791). 3j Mowa tu o Akademji rzymskiej, zamkniętej w r. 1468 przez 
papieża Pawła II, a do której należał, jak wiadomo, także Filip Buo- 
naccorsi-Kallimach. 235
		

/Magazyn_155_08_0258.djvu

			pisa malarstwa włoskiego, który w swoich „Vite de più 
eccellenti pittori..." kreśli nam streszczony już powyżej 
zarys form obowiązujących w jednej z tego rodzaju aka- 
demji, a mianowicie w „Stowarzyszeniu Kielni“ („Com- 
pagnia della Cazzuoła), istniej ącem w dobie Renesansu 
w mieście nad Arnem1). W związku z tym opisem konstatują zgodnie historycy 
Gregorovius, Reumont i Pastor, że „Cazzuoła była kla¬ 
syczną już lożą masońską, jedną z tych, które stanowiły 
następnie pierwowzór dla licznych filjali zaalpejskich: 
niemieckich „Palmen“ — czy „Blumenordenów“, angiel¬ 
skich stowarzyszeń o typie lożowym z doby Cromwella 
i t. p. Cytowany memorjalik Moszyńskiego dla Stanisława 
Augusta (z września 1781 r.) był niewątpliwie w związku 
ze wspomnianym poprzednio przez nas okólnikiem lożo¬ 
wym ks. Ferdynanda brunświckiego (z września 1780 r.). 
Przebija się bowiem z niego toż samo zainteresowanie, 
które wogóle w tym czasie nurtowało umysły ,,braci"-ma- 
sonów, zagadnienie pochodzenia ich instytucyj oraz jej 
celów. III. Stanisław August wtajemniczony został do wolnomu¬ 
larstwa — jak niedawno ustalił Askenazy — młodzieńcem 
jeszcze, bo w roku 1753 czy 1754, czasu wielkiej swojej 
zachodniej „tury", rozróżnić przytem należy dwie kate- 
gorje wpływów, które przy tym ewenemencie odegrać mu¬ 
siały swoją rolę, a to moment środowiska, w którem wy¬ 
chowywał się przyszły król, jak również — towarzystwa, 
w którem znalazł się w dobie tego zasadniczego swojego 
„wojażu". Na dworze tedy pana wojewody mazowieckiego, póź¬ 
niej zaś kasztelana krakowskiego, ojca króla jegomości, 1) Por. str. 131-2, 236
		

/Magazyn_155_08_0259.djvu

			czynne były owe wpływy tajne, które, jak starałem się 
wykazać w monografji krytycznej o „Wielkim pla¬ 
nie , August II przyniósł do Rzeczypospolitej w tejże 
samej puszce Pandory, z której inne się jeszcze na Polskę 
za jego panowania wysypywać miały klęski. Stanisław 
Poniatowski, podobnie jak samże August, jak Brühl, jak 
zapewne i Flemming, był okultystą. Jak „Mocny", kochał 
się on w astrologji, trzymając na dworze swoim w Woł¬ 
czynie owego Włocha-wróżbitę Formikę, który rodzącemu 
się Stasiowi w tajemniczych nad wyraz okolicznościach 
wyprorokował koronę. Świadom był dalej pan wojewoda 
arkanów kabalistycznych, jak świadczy o tern prawnuczka 
jego pani Potocka (Formica pomagał mu bodaj również 
w „pracach“ alchemicznych nad „kamieniem filozoficz- 
nym"), która to tradycja przejść miała w spuściźnie na 
króla, wyposażającego (tuż przed swoją elekcją) hojnem 
stypendjum zagranicznem okultystę Toux de Salverte, 
przyjaźniącego się z Moszyńskim, otaczającego się ze 
szczególną predylekcją magami i obieżyświatami spod 
znaku Pentagramu i Róży (Cagliostro, Casanova, Kor tum, 
Ecker, Forster, Boscamp, Boekler, Ghigiotti, Piattoli i t. d.). To jedno koryto, którem do duszy młodego Ponia¬ 
towskiego sączyły się „nowinki", ale mogło być i z pewno¬ 
ścią też było koryto drugie, bardziej jeszcze od tamtego 
egzotyczne, przyjaźń i mentorstwo sir Charles Hanbury 
Williamsa. Williams, dyplomata angielski, syn tej atmosfery, 
która wytworzyła się w Anglji około roku 1700, zaraz po 
przejściu, dzięki interwencji żydowsko-holenderskich kapi¬ 
tałów, steru Wielkiej Brytanji z rąk katolickich Stuartów 
do protestanckich Orano-Hanowerczyków, Williams, liber¬ 
tyn „wie es im Buche słehł", wolnomyśliciel, a co za tern 
wtedy szło, pewnie i — mularz, uczestnik frywolnego kół¬ 
ka braci Foxów, osławiony spowodu lascywnych swoich 
wierszy i spowodu rozwiązłego trybu życia, który go scza- 
sem, jak kolegów po fachu Castlereagha i Wroughtona, do¬ 
prowadzić miał do samobójstwa, Williams był właśnie 237
		

/Magazyn_155_08_0260.djvu

			w dobie pierwszej owej „inicjacji ‘ młodego Stasia niepo¬ 
dzielnym niemal mentorem młodzieńca, jego przyjacielem 
i wyrocznią. Nie tu miejsce śledzić szczegółowo zanotowane w pa¬ 
miętnikach królewskich obroty mentora i pupila we wspo¬ 
mnianej ich wspólnej podróży. Wystarczy przytoczyć epi¬ 
zod tejże holenderski, pobyt Poniatowskiego z Williamsem 
w owej Holandji, dokąd niegdyś ojciec-wojewoda i kasz¬ 
telan zaglądał był tak często i tak tajemniczo, że te nie¬ 
ustanne holenderskie jego ekstratury budziły aż niepokój 
w sercach dyplomatów zagranicznych, w Holandji, która 
mocno nam się to wydaje — była, gdzieś od końca stu¬ 
lecia XVII, w silniejszym może jeszcze stopniu aniżeli 
Frankfurt czy Hamburg centralą ruchu wolnomularskiego 
na Europę środkową, siedzibą słynnej loży ,,Indissolubilis , 
prawdopodobnej kontynuatorki rozwiązanego rzekomo 
„Zakonu Palmowego". Więc kogóż to widywał Poniatowski-syn w tej Holan¬ 
dji i do kogo wodził go Williams? W Hadze frekwento- 
wał przyszły król wpływowych „sefardimów portugal¬ 
skich, jak Suassowie, co to, jak wiadomo nam skądinąd, 
przyczynili się byli walnie „bezinteresowną" pożyczką do 
zmiany dynastji w Anglji, podobnie jak współcześnie inny 
„książę wygnania" Samson Wertheimer finansował polską 
elekcję Augusta. „Suasso, qui parut me prendre en grande affection — pisze o nim 
St. August — me voyant témoigner une grande détestation pour les 
principes persécuteurs qui venaient de conduire au bûcher onze juifs 
en Pologne par le décret de l'évêque de Kijovte Soltyk, aujourd'hui 
évêque de Cracovie", rozmawiał z przyszłym władcą polskim wyłącznie 
o pierwszym tym kijowskim „mordzie rytualnym ; współ¬ 
wyznawca zaś Suassa, Tobjasz Boas, ratował Poniatow¬ 
skiego z pierwszej jego opresji finansowej, ale najlepiej 
czuł się młody Staś w domu jednego z członków „trium- 
wiratu", rządzącego wówczas faktycznie Holandją, w do¬ 
mu hrabiego Bentincka. 238
		

/Magazyn_155_08_0261.djvu

			„Był on wielkim przyjacielem mojego ojca. Polubił mnie tak 
dalece, że ku zdumieniu wszystkich, co go się obawiali i skarżyli się 
na jego mrukhwość, czułem się u niego prawie jak dziecię domu..." Otóż w domu tegoż samego Bentincka, jeno w kilka 
lat później, mieszkał inny gość, i toteż niebyłe jakiej ma¬ 
sońskiej próby, mieszkał słynny „mag Białej Loży", „hra¬ 
bia de Saint-Germain", bywalec, jak wiadomo, warszawski 
jeszcze z doby Augusta II, a w dobie późniejszej zausznik 
najbliższy pani de Pompadour. IV. Cóż więc dziwnego, że kiedy na tron polski dzięki za¬ 
biegom kół tych „wtajemniczonych" wstąpił znienawidzony 
w wielkiej części narodu „stolnik", pośród tegoż narodu 
szlacheckiego rozpętała się burza. Przypomniano sobie 
pono babkę nowego króla, neofitkę (Niewiarowską?) i — 
jak zapisuje wolnomularz Heyking — „osoby wysokiej rangi w Polsce zapewniały mnie, że dziad Sta¬ 
nisława był pochodzenia żydowskiego," Nic nam o tern niewiadomo, jakoby Franciszek Ponia¬ 
towski miał być „mechesem , a i w matczynej też, dostoj¬ 
niejszej krwi Czartoryskich tkwić mogła u króla skłonność 
do tajnej wiedzy i związków: wszakże księcia Adama (je¬ 
nerała ziem podolskich) widzimy w Paryżu, 12 paździer¬ 
nika 1773 (t. j. w najostrzejszem stadjum operacji rozbio¬ 
rowej), jak prezyduje w „Wielkim Wschodzie" paryskim, 
w t. zw. Folies-Titon, w „fartuchu" ognistego koloru i po¬ 
zostałym rynsztunku masońskim, siedząc po prawicy se¬ 
kretarza jeneralnego „Wschodu", w dzień instalacji na 
wielkie mistrzostwo księcia „Filipa Egalité". Siostra zno¬ 
wu księcia a ulubiona kochanka królewska, „siostra" Iza¬ 
bela Lubonurska, „księżna-marszałkowa" flirtuje również 
z „braćmi" Arandą i Casanovą. Kuzyn króla ks. Józef 
Czartoryski, jeden z naczelnych dyplomatów „sejmu czte¬ 
roletniego", poseł w Berlinie, umysł zresztą jak na Czar¬ 
toryskiego mierny („grand homme à Korzec, généreux 
a Łuck, simple à Varsovie et sot à Berlin“), trzymał 239
		

/Magazyn_155_08_0262.djvu

			w Korcu jako lekarza nadwornego tuza masonerji Fryde¬ 
ryka Erharda Loebera, ni mniej ni więcej tylko mistrza 
wspomnianej już wyżej centralnej na Europę środkową 
wielkiej loży „Indissolubilis“ (1770). Niema co mówić — 
sejm czteroletni przygotowywany był „lege artis". V. Syn kabalisty-okultysty, przyjaciel Suassa, Bentincka, 
Williamsa i Moszyńskiego, protektor Toux de Salvert, Ca- 
sanovy, Cagliostra, Forstera, Kortuma i Eckera, zobowią¬ 
zany Boasa, „témoignant une grande détestation pour les 
principes persécuteurs“, okazujący zato stałą ciekawość 
dla ghetta (jeździł np. już jako król z lektorem Reverdi- 
lem saniami oglądać podmiejskie wesele żydowskie), inte¬ 
resujący się, jak nam to wykazuje memorjalik Moszyń¬ 
skiego, kabalistyką Falka czy Franka, Stanisław August 
dał się sczasem pociągnąć do okultyzmu w ścisłem tego 
słowa znaczeniu. Dokonało się to, jak twierdzi Askenazy, 
nieprecyzujący zresztą, zwyczajem swoim, dotyczących 
źródeł, w ciągu roku 1779, kiedy to król przyjęty został 
za pośrednictwem Szwajcara Glayre'a, jako „kawaler ró- 
żano-złocistego krzyża" (najwyższy VII stopień wolnomu- 
larski), pod imieniem „Salsinatus (anagram imienia „Sta- 
nislaus") Magnus“ do loży warszawskiej „Karol pod Trze¬ 
ma Hełmami", „pracującej" w języku niemieckim a miesz¬ 
czącej się w domu gminy ewangelickiej przy ulicy Królew¬ 
skiej. W tym charakterze złożył też król — jak dalej po¬ 
daje Askenazy — przepisaną przysięgę zakonną „z za¬ 
strzeżeniem swych obowiązków obywatelskich i królewskich . Że król imci nie czuł się świetnie w nowym zespole, 
dowodem zakłopotane jego zapewne pytania do „brata 
lożowego i druha w alchemji Augusta Moszyńskiego, na 
które niewątpliwą odpowiedzią był cytowany przez nas 
memorjał tegoż: względem praktyk magicznych, udziału 
żydów-kabalistów w „zakonie", pochodzenia tego „zakonu 
i jego zadań. Że król w „zakonie" czuł się niedobrze, ma¬ 
my na to i inne, pośrednie jeszcze dowody, jak słynna jego 240
		

/Magazyn_155_08_0263.djvu

			rozmowa czasu pierwszego rozbioru ze szwagrem, w. mi¬ 
strzem Mokronowskim, o której ówczesny poseł pruski re¬ 
lacjonował Fryderykowi, że Stanisław August, widząc swo¬ 
ją zależność, nie płakał podczas niej, mais a hurlé. Jak było, to było: dla potomności wszakże figurować 
będzie odtąd ostatni nasz król, idący w tym względzie śla¬ 
dami najgorszego ze swoich poprzedników, Augusta Moc¬ 
nego, na listach oficjalnych „czcigodnego bractwa Różo- 
Krzyża". Fakt zaś ten tłumaczy, zdaniem naszem, dosta¬ 
tecznie późniejszą tragikę jego losu, tak lapidarnie ujętą 
na petersburskiej płycie grobowej: „Stanisław August, król polski, wielki książę litewski, niepo¬ 
spolity przykład złej i dobrej doli..."1) *) Z bibljografji do „wtajemniczenia" St. Augusta: a) W związku z „Mes observations“ Moszyńskiego: por. Le Fo¬ 
restier, ł. c„ księga II, rozdział II, passim, oraz Keller: „Die Frei¬ 
maurerei“, 1. c, b) W związku ze środowiskiem, z którego król wyszedł, w któ- rem się obracał, jak również obiema jego „inicjacjami“, patrz; Ru- 
lhière, 1, c., I, 237; Potocka: „Mémoires“, Paryż 1897, str, 32; 
Mnémon: „L'origine des Poniatowski", Kraków 1913, str. 98; Ilchester 
i Langford-Brooke; „The life of Sir Charles Hanbury Williams", 
Londyn b. r. (1929), passim; Poniatowski: „Mémoires", 1. c., I, 76-7, 
131-2; por. Skibiński, 1. c,, I, 40-1 i Volz, op. cit., str. 146; Heyking: 
„Aus Polens und Kurlands letzten Tagen“, Berlin 1897, str. 75; 
Britsch: „La jeunesse de Philippe-Égalité, Paryż 1926, str, 238-9 (o ks. Adamie Czartoryskim) ; Keller: „Die Grossloge Indissolubilis“, 
Jena 1908, str, 26 (o ks, Józefie Czartoryskim); Endore: „Ca¬ 
sanova“ Paryż 1934, str. 239 (o ks. Izabeli Lubomirskiej) ; Za- 
łęski, 1, c,, str. 71; Dembiński: „Polska na przełomie", Warszawa-Lwów- 
Poznań b. r., str. 222; Askenazy: „Łukasiński', Warszawa 1929, I, 243 
i 322; Benoit do Fryderyka II, 30 września 1772 r (Kgl. geheimes 
preussisches Staatsarchiv w Berlinie). Źródło rozbioru Polski. 16 241
		

/Magazyn_155_08_0264.djvu

			H. Z GALERJI NASZYCH ROZBIORCÓW 1. JÓZEF I. Pierwszy nasz rozbiorca urodził się 13 marca 1741 r. 
Dziwną losu ironją trzymało go do chrztu dwóch władców, 
których następcom najsrożej on się da we znaki: papież 
i król polski; na chrzcie otrzymał też Józef — dla owych 
ojców chrzestnych — na drugie imię: Benedykta, na trze¬ 
cie zaś: Augusta. Rodził się przyszły rozbiorca Polski w momencie, kie¬ 
dy się znaczył rozbiór własnej jego ojcowizny czy ojczy¬ 
zny. Ojcowizny nietyłe, gdyż ze śmiercią Karola VI, de 
facto habsburska skończyła się dynastja, ojcem noworod¬ 
ka był już właściwie Francuz, Lotaryńczyk, z Gwizjuszów 
się wywodzący książę małżonek Franciszek, który tron 
książęcy odstąpić musiał swojego czasu Leszczyńskiemu. Z małym Józefem na rękach, niemowlęciem półrocz- 
nem, przystrójonem w węgierski kontusik jawiła się matka 
jego Marja Teresa w Preszburgu, dzisiejszej Bratysławie, 
aby zagrzać widokiem tym do obrony swojej monarchji 
ognistych Węgrów, którzy też istotnie ślubowali dać życie 
za „swojego króla“. II. Ojciec Józefa, wspomniany już Franciszek Lotaryński, 
późniejszy cesarz, dziwnym był gościem na tronie Leopol¬ 
dów i Ferdynandów. Tamci zelotami byli w wierze, fa¬ 
natykami nieraz w natchnionym nią czynie, „Franz der 
Erste" wolnomularzem był i — myślicielem. „Mularzem“ zwłaszcza był ten praojciec dynastji 
habsbursko-łotaryńskiej arcygorliwym: „przyczynił się do 242
		

/Magazyn_155_08_0265.djvu

			rozszerzenia zakonu na kontynencie“ — mówi o nim nie¬ 
miecka oficjalna encyklopedja masońska. Młodzieńcem 
jeszcze przyjęty do masonerji w Hadze przez umyślnie 
nadbiegłą doń z Londynu delegację wielkiej loży londyń¬ 
skiej, wszędzie, gdzie mógł, protegował i chronił współ¬ 
braci, gdy wzmagały się przeciwko nim represje, np. mar¬ 
cowego tego dnia 1743 r., kiedy to stu grenadjerów tere- 
zjańskich osaczyło lożę wiedeńską „Pod trzema działami“, 
w której właśnie znajdował się „brat“ Franciszek i ucie¬ 
kać z niej musiał tylnem wyjściem, podczas gdy grena- 
djerzy więzili kilkunastu masonów. Toteż cieszyły się lo¬ 
że z jego wyboru na cesarza i czciły go ceremonjami 
i hymnami, jak np. „Absalon“ hamburski, on zaś sam 
zwoływał naczelną „kapitułę" wiedeńską do komnat „Burgu". III. Józef miał lat czternaście. Już występował przy uro¬ 
czystościach dworskich, jak w listopadzie np. 1755 r., kiedy 
w imieniu króla portugalskiego trzymał do chrztu naj¬ 
młodszą siostrę swoją Marję Antoninę, urodzoną w sam 
dzień feralny strasznego trzęsienia ziemi w Lizbonie. Nie¬ 
mowlę to rodziło się zresztą wporę, gdyż będzie ono póź¬ 
niej użyte jako zastaw przymierza, kleconego obecnie po¬ 
między Wersalem a „Burgiem“, między Marją Teresą a pa¬ 
nią de Pompadour, przymierza, na które mocno sarkał ce¬ 
sarz Franciszek, związany interesami materjalnemi z dwo¬ 
rem berlińskim (dostarczał mu mąki w czasie najazdu 
pruskiego na Austrję), To prusofilstwo ojcowskie z masoństwem bodaj razem 
przeszło dziedzictwem i na Józefa. W czasie wojny sie¬ 
dmioletniej mianowicie, nie mogąc iść jeszcze w pole, zam¬ 
knął się młodzian z fryderycjańskim „Anłymachiawelem“ 
i śledził z tchem zapartym czyny bohatera wojen śląskich. IV. Ale już rosła mu towarzyszka życia — w zamku Co- 
lorno pod Parmą — mała, wdzięczna Burbonka hiszpań- 16* 243
		

/Magazyn_155_08_0266.djvu

			ska. Izabela parmeńska mogła być dobrym duchem przy¬ 
szłego cesarza. Jedyne to w życiu jego były dni, kiedy 
młodziutki książę ludzkim bardziej dawał folgę uczuciom, 
kiedy przy łożu zawsze cierpiącej małżonki i przy kolebce 
wkrótce wślad za nią odejść mającego dziecka, czuwał, 
słuchał muzyki i sam przygrywał na wiolonczeli. V. Ze śmiercią wszakże małej infantki skończył się okres 
indywidualny w żywocie Józefa. Odtąd był on już — 
przez lat dwadzieścia i sześć — pierwszym a wyłącznym 
sługą swojego państwa i jego zimnej a nieubłaganej racji 
stanu. 3 kwietnia 1764 r., w rok elekcji Stanisława Augusta, 
zostaje młody Habsburg wybrany we Frankfurcie na wnio¬ 
sek króla Anglji przez elektorów Rzeszy „królem rzym¬ 
skim“. Jeszcze rozbolały cały od ciosu rodzinnego, który 
go spotkał, kroczy dumnie król Józef w „ornacie" Karola 
Wielkiego przez czcigodne komnaty frankfurckiego „Ro¬ 
mera“, co oglądały już tylu jego przodków. I znowu jest 
mężem: tym razem wstrętnej sobie Niemczychy z Mo- 
nachjum, szpetnej prawnuki Sobieskiego, Marji Józefy ba¬ 
warskiej. I wkrótce nosi też tytuł cesarza: 18 sierpnia 
1765 roku umiera bowiem nagle w Innsbrucku ojciec jego 
Franciszek Pierwszy, 65 lat przed inną datą dla Habs¬ 
burgów pamiętną, 18 sierpnia 1830, kiedy w Schónbrunnie 
rodzić się będzie Franciszek Ostatni. VI. Wstąpił więc na tron Karolów i Ferdynandów „Józef 
Drugi, za łaską Bożą wybrany rzymskim cesarzem, po 
wszystkie czasy Pomnożyciel Państwa. Niemiec król i Je¬ 
rozolimy, współregent i dziedziczny następca tronu króle¬ 
stwa Węgier i Czech, arcyksiążę austrjacki, książę bur- 
gundzki i lotaryński, w. książę toskański“. Marja Teresa obcięła włosy, nawdziała dozgonną ża¬ 
łobę i otoczyła się na resztę życia dworem zakonników 244
		

/Magazyn_155_08_0267.djvu

			i pań nabożnych; córki jej, chowane po męsku, bawiły się 
łowami: w jednym tylko roku 1764 upolowały były Marja 
Krystyna (późniejsza saska) i Marja Amalja (późniejsza 
parmeńska) 1400 sztuk dzików; cesarz tymczasem refor¬ 
mował. I w tym punkcie nastąpił konflikt z pobożną matką. „Ci dobroduszni rodzice — pisał mianowicie w tym czasie Jó¬ 
zef — są zdania, że osiągnęli wszystko i że dostarczyli państwu 
wielkich ludzi, kiedy ich synowie pełnią przy mszy funkcję mini¬ 
strantów, kiedy klepią różaniec, kiedy co dwa tygodnie się spowia¬ 
dają, a czytają to tylko, co im duch ograniczony ich Przewielebnych 
czytać dozwolił...“ Cesarz wymykał się nocami z nawpół przymkniętych 
bram „Burgu", aby mieszać się niepostrzeżenie jak Harun- 
al-Raszyd w tłum swoich poddanych, sypiał na słomie, 
wstawał o świcie, pijał czystą wodę i — reformował, re¬ 
formował, reformował. Wstawiał się za prześladowanymi 
dotąd kacerzami, za palonemi dotychczas na stosach cza¬ 
rownicami, za uciskanymi przez nadużycia szlachty wło¬ 
ścianami. Przy boku zaś jego stali wiernie jego dygnita¬ 
rze: kanclerz Wacław von Kaunitz-Rietberg, z rasy Czech, 
z powołania nieukończony kleryk, potem zaś po śmierci 
starszego brata dyplomata świecki, elegant paryski, za¬ 
wołany jeździec i hodowca (tak w roku 1760 sprowadzał 
sobie z Warszawy perskiego wierzchowca od księcia De- 
nasów) i — feldmarszałek O'Brien de Lascy, z rasy 
Irlandczyk, z zawodu wódz biegły, zwłaszcza w defensy¬ 
wie, z zamiłowania wolnomyśliciel. VII. Wiedeń stał się za rządów Józefa jedną z fortec ma- 
sonerji. Hołd tej jego zasłudze dla nich samiż oddawali 
„bracia": „Przejęci jesteśmy — tak meldowała loża wiedeńska „Pod 
uwieńczoną nadzieją" warszawskiemu „Wielkiemu Wschodowi" — 
uczuciami wdzięczności dla w, Budownika za wszystko dobre, któ¬ 
rego nam użyczył, a zwłaszcza za to szczęście, które nam zapewnia 
w światłej i dobroczynnej mądrości naszego dostojnego monarchy..." 245
		

/Magazyn_155_08_0268.djvu

			Z Wiednia, spod tego „oświeconego“ protektoratu, 
rozlała się też „zaraza wolnomularska" na inne kraje ka¬ 
tolickie: na Czechy, Węgry i Bawarję. Stąd na dwór 
Stanisława Augusta — jeździli „mistrzowie" Boekler i Kor- 
tum, na Węgrzech i w Galicji działali i wichrzyli „bracia“ 
Fessier oraz Martinovics; w Czechach organizował się nowy 
zakon alchemiczno-teozoficzny z siedzibą w Pradze, po¬ 
tem zaś w Wiedniu; stąd też wychodziły boczne odnogi: 
z magiem Schroepferem do Lipska, z młodym Briihlem, 
generałem artylerji koronnej, do Drezna i Warszawy, 
gdzie „zakonowi“ udawało się „wtajemniczyć“ samego 
króla; wicekanclerzem Cobenzlem wkońcu i aktorem Son- 
nenfelsem — do Monachjum. Loża w szczególności „Zur gekrönten Hoffnung , któ¬ 
rej list do „Wielkiego Wschodu“ warszawskiego cytowa¬ 
łem codopiero, wahała się zrazu między racjonalizmem 
a iluminizmem „stulecia", między okultyzmem takiego hra¬ 
biego Kuffsteina, który rzekomo przywiózł był ze sobą 
z Włoch dziesięć aż „salamander" (medjów czy demo¬ 
nów), magnetyzera Mesnera i handlarza jedwabi Baccio- 
chiego a racjonalizmem Józefów, Kaunitzów i Lascych. W każdym razie Wiedeń — w ówczesnej gwarze ma¬ 
sońskiej — żyznym zwał się Egiptem, masonerji zaś hoł¬ 
dowali tacy „prominenci“, jak gubernatorowie: Tyrolu Trapp i Lombardji Wilczek, jak biskup Innsbrucka Spaur, 
jak książę Jan Ditrichstein-Proskau, bliski przyjaciel ce¬ 
sarza, a w. mistrz austrjackiej loży prowincjonalnej, jak 
ministrowie: Kressel (sprawy duchowne), Gebier (sprawy 
czeskie), dwóch Kaunitzów; hrabiowie: Esterhazy, Har- 
rach, Paar, Salm, Kolowrat, Bethlen, Montecuccoli, Star- 
hemberg, Colloredo, Teleky; garść dyplomatów obcych, 
jeden hrabia galicyjski, paru księży, a pozatem wielu niż¬ 
szych wojskowych i urzędników, doktorów, artystów, kup¬ 
ców, księgarzy, nawet kilku kamerdynerów i służących. 
Liberté, égalité fraternité! 246
		

/Magazyn_155_08_0269.djvu

			VIII. Wojsko było zorganizowane, więc ruszyć można było 
do ofensywy. Na czele jej też ruszył do boju sam cesarz. 
Jak Henryk IV, jak Fryderyk II, jak Barbarossa, ruszył 
na Rzym, na nowe „Sacco di Roma“, na konklawe. Umarł 
był właśnie wtedy Klemens XIII (Wenecjanin Recconico), 
kandydatem zaś austrjackim, jak w roku 1903 Wenecjanin 
Sarto, był tym razem mnich franciszkański a uczony praw¬ 
nik Ganganelli. Na konklawe ostra toczyła się walka — o byt i nie¬ 
byt zakonu jezuitów. Za kulisami zaś niejako kaplicy 
Sykstyńskiej, w której odbywał się wybór, odgrywał swoją 
rolę i młody Cezar. Z bratem, młodszym od siebie w. ks. 
toskańskim Leopoldem, zawołanym później po ojcu alche¬ 
mikiem, spowiadali się wprawdzie i komunikowali w wiel¬ 
kim tygodniu w kościele San Lorenzo in Lucina, ale cza¬ 
sem puszczał Józef farbę wyraźną, jak np. przy zwiedza¬ 
niu słynnego „Gesu“, po którym oprowadzał go sam ge¬ 
nerał zakonu jezuitów Ricci, a któremu na widok dużej, 
szczerosrebrnej statui św. Ignacego zadał cesarz pytanie: — Skąd mieliście tyle funduszów, żeby zgromadzić tak ogromny 
skarb? — Z pobożnych ofiar — odpowiedział jezuita. — A może i z zysków w Indjach? — dodał Józef II z uśmie¬ 
chem, Ganganelli został papieżem. IX. Szykowała się także druga kół tych samych ofensywa. W lecie 1769 r. wyruszyła z Wiednia na dwór „brata“ 
Fryderyka ekspedycja, złożona z cesarza, dwóch feldmar¬ 
szałków: wspomnianego Lascyego i Laudona oraz króle¬ 
wicza niegdyś polskiego, po śmierci zaś ojcowskiej członka 
loży drezdeńskiej „Trzech mieczy“, a protektora dwóch, 
nazwanych od niego, lóż: praskiej, „Kazimierza pod gwia¬ 
zdami“, i wiedeńskiego „Alberta pod złotym hełmem“, 247
		

/Magazyn_155_08_0270.djvu

			czwartego syna Augusta III Alberta Kazimierza ks. sasko- 
cieszyńskiego, szwagra cesarskiego. Nowa ta — samoczwart — pokojowa już wyprawa 
śląska zmierzała do Nissy, gdzie czekał na Austrjaków 
Fryderyk. Porozumienie zaś to dwojga niemieckich mo¬ 
carzy otwierało grób dla Polski. „Najlepszy to cesarz, ja¬ 
kiego Niemcy oddawna miały“ — pisał złowrogo Prusak 
o gościu swoim do d‘Alemberta. „Najlepszy“ zaś cesarz 
nosił wtedy dwie strzały naraz w swoim kołczanie: „Znam — pisał on w tym czasie do Choiseula — tych ludzi 
(jezuitów) nawylot, znam plany, które przeprowadzili, usiłowania 
zaciemnienia globu, opanowania i zawichrzenia Europy od Przylądka 
Północnego do Finisteru“, X. Na jesieni 1770 r. zapowiedział Fryderyk u Józefa 
rewizytę, Czarny to był rok w rocznikach Austrji i życiu 
jej cesarza, o którym mawiano już, że ma „złe oko“, że 
jest „iettatore“. Kolejno marły mu druga żona i córka, 
a głód i mór szerzyły się w granicach starej monarchji. W takiej chwili przybywał Fryderyk w gościnę do 
Mahrisch-Neustadt w towarzystwie następcy tronu, „gru¬ 
bego Gu“, później dwukrotnego rozbiorcy Polski, a teraz 
już protektora lóż berlińskich „Ścisłej Obserwy“. Król pruski dbał o to — jak się wyrażał — ażeby 
Austr ja „wzięła udział w hańbie“ rozbioru. Opisuje nam 
St. August w pamiętnikach, jak matka i syn, jak cesa¬ 
rzowa i cesarz, zachowali się w rozstrzygającej chwili: „Marja-Teresa, — pisze król mianowicie — przerażona krzy¬ 
czącą i olbrzymią niesprawiedliwością, do jakiej ją zniewalano, opie¬ 
rała się długo... projektowi (rozbioru) ze skrupułów sumienia, Za¬ 
rządziła (tedy) zwołanie „junty", złożonej z trzech teologów, z któ¬ 
rych jeden był jej spowiednikiem (jezuita Parhammer), celem prze¬ 
dyskutowania „casusu"4, gdy rozprawa ich się przedłużała i gdy na¬ 
wet dwoje z konsultantów skłaniało się do odrzucenia propozycji 
dworów pruskiego i rosyjskiego, Józef... wtargnął do komnaty, gdzie 
obradowała teologiczna ta narada, i zdecydował jej uczestników do 
opinji afirmatywnej..." 248
		

/Magazyn_155_08_0271.djvu

			Matka, nolens volens, ustąpiła synowi: „Placet — pisała — skoro tak wielu wielkich i uczonych mę¬ 
żów jest za tem, kiedy ja jednak oddawna już będę leżeć w trumnie, 
okaże się, co wyniknie ze zgwałcenia wszystkiego tego, co dotych¬ 
czas za słuszne uchodziło i święte." Widziała jasno: z roku 1772 wyniknął 1918. XI. Uporawszy się tak z jednym zasadniczym wrogiem, 
z katolicką Polską, powrócił cesarz do szturmu na opokę 
Piotrową. Do Arandy, niegdyś posła hiszpańskiego w War¬ 
szawie i jednego z tuzów światowych masonerji, pisał on 
wtedy: „Klemens (XIV) pozyskał sobie przez kasatę jezuitów nieprze¬ 
mijającą sławę... (Ta) instytucja, wytwór wyobraźni marzycielskiej... 
południowca, dążącego do władzy uniwersalnej nad duchem ludzkim 
i pragnącego w tym celu poddać wszystko nieomylnemu senatowi la¬ 
terańskiemu, musiała być darem fatalnym dla wnuków Tuiskona 
(Niemców)... Nietolerancja (jezuicka)... była dla Niemiec przyczyną 
nędz wojny trzydziestoletniej, Ich zasady pozbawiły życia i korony 
Henryków francuskich, oni to wywołali ohydny edykt nantejski. 
Znany jest wpływ potężny, wywierany przez nich na książąt domu 
habsburskiego... Wychowanie młodzi, literatura, nagrody, dostojeń¬ 
stwa, ucho monarchów i serce królowych — wszystko było w ich 
rozporządzeniu...” Na tron papieski wstępował teraz Giovanangelo hr. 
Braschi, pod imieniem Piusa VI, dwukrotny — jak chciała 
przepowiednia Malachjasza — „pielgrzym apostolski (do 
Wiednia — 1782 i do Paryża — 1804). XII. Nie tu należy opis ostatnich lat pierwszego naszego 
rozbiorcy. Spędził je w ruchu nieustannym — der Reise- 
kaiser — pomiędzy Medjolanem a Lwowem, pomiędzy 
Koloszwarem a Wenecją, pomiędzy Wersalem a Presz- 
burgiem, pomiędzy Rzymem a Krymem. Był w Europie 
sławny i ceniony. Wielbiła go propaganda lóż: Lessing, 
Herder, Franklin. On jednak sam był coraz bardziej znie¬ 
chęcony, coraz samotniejszy. 249
		

/Magazyn_155_08_0272.djvu

			Marzył w tym czasie o przyłączeniu do dzierżaw 
swoich wakujących chwilowo dzierżaw bawarskich. Byłby 
tak stworzył, gdyby rzecz mu się była udała — wielkie 
Niemcy, Niemcy południowo-katolickie. Na taką wszakże 
kreację wbrew naturze, bo przecie nie Józef do takich 
właśnie celów był powołany, nie mógł żadną miarą zgo¬ 
dzić się Fryderyk. Tem zaś mniej należało się cesarzowi stworzenie tego 
rodzaju monarchji — malgré lui — katolickiej, że jak wy¬ 
nika ze świeżej literatury przedmiotu, liczył w tym wzglę¬ 
dzie przedewszystkiem na poparcie protegowanej przez 
siebie na wszelkie sposoby, a wpływowej wtedy w Mona- 
chjum masonerji niemieckiej. Ta jednak optowała za Fry¬ 
derykiem. XIII. Ostatnie więc lata Józefa (od 29 listopada 1780 same¬ 
go na tronie Austrji) spływają mu ohne Rast, ohne Ruh! 
Ze zmierzchem Austrji terezjańskiej zaczyna się dla niego 
pasmo trosk nowych, odmiennych od dotychczasowego 
konfliktu z matką. Krótko mówiąc, jądro nowego kon¬ 
fliktu było następujące: Z jednej strony — nie spełnił cesarz nadziei, jakie 
w nim pokładały wolna myśl i wolne mularstwo: odpo¬ 
wiadały im wprawdzie jego centrali - i germanizacja, ale 
zawiódł je, bo ugiął się w walce z papieżem. Zaczął ostro, 
z hasłem „Kościoła Narodowego“ na ustach, a groźbą 
wtórej reformacji w sercu, skończył zaś na konkordacie. W rok zaś potem (1785), jak car Aleksander w czter¬ 
dzieści lat później, zwrócił się Józef wprost przeciwko ma¬ 
sonerji. Czy jej przypisywać należy, jak chce pewna tra¬ 
dycja mularska, to, co się stało potem: rewolucję w Ni¬ 
derlandach austrjackich i na Węgrzech, niepokój w Niem¬ 
czech i ponowne zagrożenie granic monarchji ze strony 
Turków? Jakkolwiekbądź był już cesarz człowiekiem 
skończonym: wokół niego waliła się Bastylja, buntowała 
Bruksela, zdradzał Berlin i zawodził Budapeszt. Rewo- 250
		

/Magazyn_155_08_0273.djvu

			lucja pukała do bram starej Austrji, rozbiór Polski mścił 
się na pierwszym jej rozbiorcy. On zaś leżał w „Burgu“ 
na śmiertelnej pościeli samotny, opuszczony od Boga i lu¬ 
dzi, do końca pechowiec, „iettatore“. Tak konał ostatni 
herold „Oświecenia“1). 2. MARJA TERESA I. Jesienią byłem po raz pierwszy we wnętrzu Schön- 
brunnu. Cudny październikowy dzień złocił poważne 
kontury tej rezydencji cesarskiej niebywałym blaskiem. 
W przycienionych zazwyczaj refleksem parkowej zieleni 
komnatach było dnia tego jasno i wesoło, tak wesoło, że 
zapominało się o tragedjach i smutkach, które tu niegdyś 
obrały sobie siedlisko. Mijało się bez melancholji sypial¬ 
nię przedostatniego władcy i jego nieukojonej małżonki, 
gdzie igrał kiedyś zapewne mały Rudolf, a dawniej jeszcze 
książę Reichstadtu huśtał na kolanach malutkiego Fran¬ 
ciszka Józefa. Słońce wchłonęło było niejako ze starych 
tych murów cały ich smętek i promieniami swojemi gła¬ 
skało miłośnie chińskie złocenia obić, mebli i wazonów. 
Przekreślało magicznie w świadomości naszej rewolucję, 
wojnę, Serajewo, Genewę, Meyerling, Queretaro, „Orlę“, 
by uczynić jakgdyby miejsce dla triumfalnego spowrotem 
panowania pierwszej pani tego pałacu i jej ukochanego 
prince consorta. II. Pierwsza zaś pani i fundatorka tego pałacu Marja 
Teresa Walburga urodziła się w „Burgu" wiedeńskim 
13 maja 1717 r. Drugie imię, nadane małej arcyksiężnicz- 
ce, przypominało Hiszpanję, niedoszłą domenę ojca jej, 
cesarza Karola VI. Ostatniemu bowiem temu po mieczu 
Habsburgowi śniła się glorja poprzednika jego, Karola V, 
w którego dzierżawach, jak wiadomo, „nie zachodziło *) Patrz: Krück von Poturzin: „Kaiser Joseph der Deutsche , 
Berlin 1933; inną literaturę por. na końcu rozdziału. 251
		

/Magazyn_155_08_0274.djvu

			słońce", więc wybrał się młody „Carlos", korzystając 
z otwartej sukcesji po przodkach, do Hiszpanji, otoczył 
się wiernymi sobie a frondującymi stale przeciwko stolicy 
„karlistami" katalońskimi, i przy pomocy heretyckiej 
Anglji dwa razy zrzędu potrafił zasiąść na tronie królów 
„katolickich“. III. Trzecie zaś imię arcyksiężniczki — Walburga — trą¬ 
ciło zato najrdzenniejszym germanizmem. Zawdzięczała 
je Marja Teresa prawdopodobnie matce, „mądrej Liesel“, 
przepięknej północno-niemieckiej blondynce, Elżbiecie 
Chrystjanie, z domu księżniczce Braunschweig-Wolfen- 
biittel. Jak tedy Katarzyna po mieczu, tak Marja Teresa po 
kądzieli wywodziła się z mrocznego zakątka dunkelstes 
Deutschland, pełnego intryg i sprzysiężeń. Jak Anhalci 
katarzyńscy, tak i te Brunświki terezjańskie od czasów nie¬ 
pamiętnych krzątały się w laboratorjach okultystycznych 
przeróżnych „kolegjów" protestanckich. A więc w latach 
czterdziestych stulecia XVII napotykamy tam kilkakrotnie 
osobistość prapradziada Marji Teresy ks, Augusta brun- 
świcko-hineburskiego, wybitnego okultysty (Lüneburg był, 
jak wiemy, zdawiendawna jedną z siedzib „różokrzyżow- 
ców"); syn zaś tegoż Antoni Ulryk, książę na Wolfenbüt- 
tel, pradziad Marji Teresy, zasługuje ze względu na pra¬ 
wnuczkę, byśmy baczniejszą poświęcili mu uwagę. Antoni Ulryk, zmarły na trzy lata przed urodzeniem 
arcyksiężniczki (1633—1714), był najtypowszem książąt¬ 
kiem swojego wieku. Jak August Mocny, który zapewne 
w niejednym względzie jako wzór mu przyświecał — po¬ 
święcił mu książę m. in. niektóre karty swojego romansu 
„kluczowego" (à clef), „Rzymskiej Okławji“ — jak póź¬ 
niej Fryderyk II heski (także z koroną polską na oku), 
porzucał pradziad Marji Teresy, i on dla czysto świeckich 
celów, w 77-ym roku życia, wiarę ojców, gwoli obłowie¬ 
nia się łupami po zdeposesjonowanym elektorze bawar¬ 
skim. 252
		

/Magazyn_155_08_0275.djvu

			Ale ta jego renuncjacja była równie mało szczera jak 
Augustowa. Jeżeli o tamtym, jeszcze w roku 1714 (a więc 
w blisko lat dwadzieścia po akcie jego badeńskim), pisał, 
jak wiemy, Flemming do króla pruskiego, że „król (pol¬ 
ski)... jest dobrym luteraninem“, to Antoni (nawiasem mó¬ 
wiąc od 1659 r., uczestnik tajnej „bojówki protestanckiej' , 
t. zw. „Zakonu Palmowego"), na kilka ostatnich lat życia 
napewno się nie odmienił, usposobienia zaś jego docho¬ 
wały się zresztą jaskrawe ślady w stosunku do wnuczki. IV. „Oświadczał on wnuczce swojej — pisze o nim jeden z biogra¬ 
fów Marji-Teresy1) — że zadosyćuczyni skrupułom swojego sumienia 
(ze względu na zmianę wiary, wymaganą przy aljansie habsburgskim), 
recytując mentalnie credo luterskie podczas mszy świętej". Coś zaś z perfidnych tych rad dziadowskich Antonie¬ 
go Ulryka przeniknęło jakby do szerszej nawet świadomo¬ 
ści, skoro ludność wiedeńska przypisywała długą bez¬ 
płodność cesarzowej karze Bożej za tajne jej praktyki 
luterskie. Faktem pozostaje, że na tronie „apostolskich" Habs¬ 
burgów zasiadła potomkini rodu protestanckiego, który 
sięgać zechce sczasem i po koronę polską (Ferdynand 
brunświcki, w. mistrz masonerji niemieckiej, jak również 
jego synowiec, także Ferdynand, będą obaj kandydowani 
do tronu polskiego), podobnie jak już przy poprzednich 
cesarzach-Habsburgach udało się posadzić na tronie po¬ 
tomkinie rodów protestanckich: hanowerskiego przy Józe¬ 
fie, a przy Leopoldzie — palatyńskiego, tego samego któ¬ 
rego latorośle raiło się zresztą i Władysławowi IV, jak 
wiemy już, na małżonkę, później zaś szlachcie na następcę 
Jana Kazimierza. V • Poparta zapewne przez welfickich kuzynów na tronie 
Wielkiej Brytanji, z którą Habsburgowie w ścisłym wtedy 
żyli sojuszu, świadoma ponoć „arkanów“ dziadowskich 
i tradycji „Zakonu Palmowego“ — wskazywałaby na to 1) Mahan: „Marie-Thérèse d'Autriche", Paryż 1933. 253
		

/Magazyn_155_08_0276.djvu

			przyjaźń z adherentem tej sekty, filozofem Leibnizem — 
służyła matka Marji Teresy, tak czy inaczej, i celom poli¬ 
tycznym „zakonu , z których jednym z najcelniejszych 
było przewrócenie Polski katolickiej. Złapał ją mianowicie na gorącym uczynku Konop¬ 
czyński, rewelując w swojej historji politycznej doby sa¬ 
skiej, pod rokiem 1721, o Elżbiecie Chrystjanie, że „ma¬ 
czała ręce“ w imprezie dwu Żydów nadwornych Augusta 
Mocnego, Lehmanna i Meyera, obwożących po Europie 
elektorski plan rozbioru Polski. VI. Ale nietylko w osobie matki miała Mar ja Teresa do 
czynienia z tego rodzaju ciemnemi impulsami i wpływami. 
Jak ojcu Elizabetę Chrystjanę, jak stryjowi Wilhelminę 
Amalję, jak dziadowi Eleonorę palatyńską, tak i spadko¬ 
bierczyni ich wszystkich dodały te same wpływy towarzy¬ 
sza i consorta spod tego samego, nie protestanckiego co- 
prawda, ale masońskiego już znaku. Towarzyszem tym stać się miał młody książę lota- 
ryński, wnuk tego Karola, co niegdyś prowadził był armję 
cesarską pod Wiedniem przy boku Sobieskiego, przystojny, 
conieco zniemczały, potomek francuskich Gwizjuszów. 
Przyjęty on został zawczasu do masonerji, na wiosnę mia¬ 
nowicie 1731 r. w Hadze, i to z poręki znowu angielskiej, 
z rąk umyślnie przybyłej tam z Londynu delegacji wielkiej 
loży pod wodzą b. wielkiego mistrza Jana Teofila Desagu- 
liers, a nie bez udziału ambasadora angielskiego, później¬ 
szego lorda Chesterfielda — taką to wagę przywiązywali 
wolnomularze do „wtajemniczenia“ domniemanego mał¬ 
żonka Marji Teresy. Młodziutka zaś arcyksiężniczka, jakkolwiek kochała 
się już po same uszy w ślicznym kawalerze, co pięć lat 
poprzednio przepędził był w Wiedniu, nie wiedziała 
wszakże jeszcze, czy uda się jej wyjść za niego zamąż. 
Z Berlina bowiem rajono jej także na męża kronprynca 
Fryca, ale że to nie był Antoni Ulryk ani nawet August 254
		

/Magazyn_155_08_0277.djvu

			Mocny i jako przyszły antagonista Marji Teresy nie chciał 
poświęcić dla pięknych jej oczu wiary swoich ojców, skoń¬ 
czyło się — na szczęście przyszłej cesarzowej — na tem, 
że książę pruski poślubił inną Brunświczankę (dynastję 
tę lokowano współcześnie i na tronie rosyjskim), za sen¬ 
tymentem zaś arcyksiężniczki i za karj erą Lotaryńczyka 
wstawił się nie kto inny, jeno „prawdziwy cesarz", książę 
Eugenjusz sabaudzki, druh zresztą serdeczny cesarzowej 
Elżbiety i Leibniza. VII. „Caro visa — pisać odtąd mogła Habsburżanka do oblubieńca, 
w niebywałej, makaronicznej, prawdziwie austrjackiej prozie — je¬ 
stem ci nieskończenie zobowiązana za udzielenie mi wiadomości o so¬ 
bie, bo już martwiłam się, jak biedna psina... Adieu, Mauslein“. Oblubieńcowi zaś nie tak łatwo sięgnąć przychodziło 
po to szczęście, bo jako okup niejako musiał, trybem za¬ 
miennym, tak często praktykowanym w stuleciu XVIII 
scedować Francji (narazie dla Leszczyńskiego) rodzimą 
Lotaryngję, wzamian coprawda za bogatszą jeszcze od niej 
Toskanję, We Florencji tymczasem umierał właśnie w sa¬ 
mą porę ostatni Medyceusz Jan Gaston i w pięknym pa¬ 
łacu Pitti miała Marja Teresa spędzić kilka wczesnych 
miesięcy swojego małżeństwa. VIII. Niedługo wszakże potem wstępowała już na tron ce¬ 
sarski. Był to październik roku 1740. W grudniu zaś tegoż 
roku niedoszły jej małżonek pruski Fryderyk II zapowie¬ 
dział jej zamiar swój aneksji Śląska, wkraczając równo¬ 
cześnie w granice starej monarchji. Wobec takiej napaści Marja Teresa okazała się nie¬ 
ugięta. Nieugięta względem własnej stolicy, która w roku 
1741, podobnie jak później w roku 1917, dyszała żądzą po¬ 
koju, nieugięta nawet względem ukochanego małżonka, 
który teraz, jak i później, słuchał się rad popierającej 
Fryderyka loży.
		

/Magazyn_155_08_0278.djvu

			Zaledwie powstawszy z ostatniego swojego połogu, 
co dał nareszcie Austrji następcę tronu, wyruszyła młoda 
pani Dunajem na Węgry, przywdziawszy na siebie zielono- 
czerwone kolory tego kraju. A w Preszburgu, odziana 
w zdarty w łachman płaszcz św. Stefana, stanęła przed sej¬ 
mem węgierskim, poczem u stóp słynnego wzgórza koro¬ 
nacyjnego, na które wspinał się za naszych czasów i nie¬ 
szczęśliwy cesarz Karol, dosiadła wspaniałego ogiera, na 
którym jadąc, jednym susem dotarła na sam wierzchołek 
wzgórza. Tam wyprężyła się pomnikowo, poczem, wycią¬ 
gając z pochwy szablę, pogroziła nią gestem symbolicznym 
na cztery strony świata. „Mizerny wygląd cesarzowej — notuje świadek takiej sceny sir 
Nathaniel Wraxall — skutek niedawnej jej ciąży, zwiększał li tylko 
urok jej postaci... Upał i znużenie płeć jej wdzięcznie ożywiały, cudne 
zaś sploty jasnych włosów okrywały plecy jej i piersi". IX. P. Mahan zadał sobie trud zestawienia bilansu dzia¬ 
łań Marji Teresy w czasie jej pierwszych wojen. Już 
przed niemi urodziły się jej były trzy aż córki, z których 
dwie zmarły w dzieciństwie. W marcu 1741 r., już w do¬ 
bie najazdu pruskiego, przychodził na świat późniejszy 
Józef II, poczem, jak wiemy, udawała się cesarzowa (wraz 
z tem niemowlęciem) do Preszburga. We wrześniu zaś te¬ 
goż roku, zagrzewając tamże walecznych Węgrów do obro¬ 
ny swojej monarchji, nosiła już w swem łonie późniejszą 
królewiczowę polską. W lecie 1743 r., w samym ogniu 
wojny sukcesyjnej, rodziła się znów arcyksiężniczka Marja 
Elżbieta, niedoszła, jak zobaczymy, królowa polska. W po¬ 
czątku zaś 1745 r., w chwili otwierającej się na nowo 
w Niemczech sukcesji cesarskiej, drugi zrzędu, zmarły 
chłopięciem, syn. Tymczasem cesarzem zostawał własny 
jej małżonek, ale nowa ciąża przeszkodziła udziałowi ce¬ 
sarzowej w jego koronacji: w roku 1746 przyjść bowiem 
miała na świat późniejsza księżna parmeńska. W maju 
1747 r. urodził się późniejszy cesarz Leopold, a we wrze- 256
		

/Magazyn_155_08_0279.djvu

			śniu 1748 r., kiedy matka gryzła się niefortunnym dla 
Austrji pokojem, jednodniówka-córka. Saldo brzmi: „w ciągu lat ośmiu trwania wojny suk¬ 
cesyjnej urodziła Marja Teresa dzieci siedmioro, utraciła 
troje". X. A tu czekały ją nowe wysiłki, próby i zawody. Nowa 
się bowiem gra rozpoczynała na szachownicy europejskiej. 
Szach tam królowi pruskiemu zapowiedziały naraz aż trzy 
damy: ostatnia z Habsburgów, ostatnia z Romanowów (ca¬ 
rowa Elżbieta) i pierwsza z Poissonów (pani de Pompa¬ 
dour). Znane są ich manewry, co wywołały słynne „od¬ 
wrócenie się przymierzy", jak również „wyczyny" wojenne 
osaczonego przez nie Fryderyka i godnych jego przeciwni¬ 
ków na placu boju: Austrjaka Dauna i kondotjerów 
w służbie cesarzowej Szkota Laudona i Irlandczyka 
Lascyego (te Irlandczyki sługiwały współcześnie i w armji 
polskiej). Ale na zakończenie tych siedmioletnich bojów poja¬ 
wiła się na szachownicy czwarta jeszcze dama: atutowa 
dama rosyjska, „pamfil" w „kakoszniku", który też osta¬ 
tecznie przechylił szalę na korzyść króla pruskiego. Dama 
zaś austrjacka wychodziła z tak wielkich prób i niepoko¬ 
jów wpół już staruszką. XI. Pragnęła też żyć odtąd w spokoju Marja Teresa dla 
szczęścia dzieci swoich i swoich ludów, krzewić oświatę, 
zdobić stolicę, słuchać muzyki Haydna. Ale i jej „los ni¬ 
czego nie oszczędził“. Mąż ukochany odumierał ją przed¬ 
wcześnie, z szesnaściorga zaś dzieci zawczasu utraciła 
sześcioro. Z pozostałemi zaś przy życiu również zgoła nie brako¬ 
wało kłopotu. Do klasztoru pójść musiały Marja Anna 
i Marja Elżbieta, brzydule obie, choć dla młodszej z dwoj¬ 
ga, zeszpeconej wyłącznie przez ospę, myślała cesarzowa Źródło rozbioru Polski. 17 257
		

/Magazyn_155_08_0280.djvu

			o Poniatowskim zrazu, potem zaś o wdowcu po Leszczyń¬ 
skiej. Następna córka Marja Krystyna, żona królewicza 
polskiego Alberta, dawała matce same raczej pociechy; 
z Józefem II kłopot zato był niemały, z dysharmonjami 
pomiędzy nabożną matką a „przemądrzałym" synem, dys¬ 
harmonjami kulminującemi w okresie, jak wiadomo, pierw¬ 
szego rozbioru Polski. Dwie następne córki: Marję Ama- 
Iję i Marję Karolinę, osadziła Marja Teresa na tronach 
włoskich: w Parmie i Neapolu, a z synów — Leopolda we 
Florencji i Ferdynanda w Medjolanie; dla Maksymiljana 
zaś, najmłodszego, myślała czas bodaj jakiś o tronie pol¬ 
skim. Najmłodsza wreszcie córka została, jak wiadomo, 
królową Francji. XII. Cienie się kładą na złotych refleksach komnat schón- 
bruńskich, na dekoracjach ich, żywcem jakby wyjętych ze 
Straussowskiego ,,Rosenkaualiera . Chodzi po tych komnatach sędziwa już cesarzowa 
w sukniach żałobnych, z obciętemi, bujnemi niegdyś, wło¬ 
sami, które „Franz“ jej tak lubił. Z ram na nią spoglą¬ 
dają portrety przodków: cyniczny wzrok Antoniego Ulry- 
ka i zatajona twarz Elizabety-Chrystjany. Mar ji Teresie 
zaś smutno jest i nieswojo: Józef nie był znów u spowie¬ 
dzi wielkanocnej, a Marja Antonina coraz to nowe popeł¬ 
nia szaleństwa. Ale już z Polską to wypadło najgorzej: cesarzowa 
rozbioru jej nie zapomni, w sumieniu swojem z niego się 
nie rozgrzeszy. „Jestem starą kobietą, — powie ona kiedyś do tyle winniejszego 
od niej w tej materji syna, wspominając mu o Sobieskim i o „Odsie¬ 
czy" (była wszak wnuczką ówczesnego cesarza Leopolda) — pamię¬ 
tam prawie że tureckie oblężenie, A kiedyindziej, jak już wiemy, tak zwierza się ze 
swoich skrupułów: „Długo jeszcze po mojej śmierci stwierdzi świat smutne skutki 
aktu, sprzeciwiającego się wszystkiemu, co dotąd uważało się za spra- 
wiedliwe i święte. 258
		

/Magazyn_155_08_0281.djvu

			Niesamowicie dzwonią stare schónbruńskie zegary. 
Czy w dźwięku ich godzin — uulnerant omnes, ultima ne- 
cat — przeczuwa intuicją kobiecą cesarzowa dźwięk go¬ 
dziny, w której stoczy się na szafot paryskiego placu gło¬ 
wa córki jej najmłodszej i dźwięk tej drugiej — odle¬ 
glejszej — gdy konać będzie na egzotycznej Maderze, 
gdzieś na rubieży dzierżaw Karola V, w niedostatku i opu¬ 
szczeniu, inny cesarz Karol, ojca jej imiennik i w kolejno¬ 
ści następca, tak jak tamten, z Habsburgów po mieczu, tak 
ten z Habsburgów lotaryńskich na tronie ostatni? 3. KATARZYNA I. Drugiego maja 1729 r. rodziła się na Pomorzu, 
w Szczecinie, późniejszemu gubernatorowi tego miasta 
Chrystjanowi Augustowi ks. Anhalt-Zerbst, jenerałowi 
pruskiemu, córka, „Figchen“ Zerbst (bo tak nazywano małą Zosię) miała 
w żyłach krew dynastji jednej z najbardziej niesamowi¬ 
tych w Niemczech: właśnie przed stuleciem wydali byli ci 
Anhalci z łona swojego trzech równocześnie, nierównie 
głośnych, ale interesujących, każdy w rodzaju swoim, 
braci: równo niemal na sto lat przed urodzeniem Katarzyny 
schodził z tego świata imiennik jej ojca, inny Chrystjan, 
tenże sam, co pod Białą Górą prowadził był w bój za¬ 
stępy protestanckie na zatratę i pohybel; imiennikiem ojca 
przyszłej carowej był też młodszy brat tamtego Chrystja- 
na książę August, z zawołania i zamiłowania alchemik; 
najmłodszy zaś brat owej dwójcy książę Ludwik był, jak 
już wiemy, ni mniej ni więcej tylko założycielem najwięk¬ 
szej tajnej organizacji niemieckiej, o charakterze politycz¬ 
nym i protestanckim, przesławnego „Zakonu Palmowego“. 
Po kądzieli zaś dziedziczyła „Figchen“ krew oldenburską, 
tę samą, którą miał po matce i nasz „Mocny", a z której 
w następujących pokoleniach zrodzą się dwie ofiary mor- 17* 259
		

/Magazyn_155_08_0282.djvu

			► dów skrytobójczych: własny mąż Katarzyny car Piotr III 
i szwedzki jej przeciwnik król Gustaw III. II. Jeden z tych Oldenburgów bowiem, Karol Fryderyk 
ks. Holstein-Gottorp, poślubił był tymczasem młodszą 
córkę Piotra „Wielkiego“ Annę. Skuzynowani więc byli 
Anhalci z dworem rosyjskim, i niedziw, że gdy syn owej 
Anny Piotrówny Piotr Ulryk dorósł był lat młodzieńczych, 
ciotka jego, bezdzietna carowa Elżbieta, zakrzątnęła się za 
małżonką dla swojego następcy tronu. A wybór jej padł 
na „Figchen“. Przybył wtedy do Szczecina jako umyślny wysłannik 
i wywiadowca carowej niejaki Karol Sievers, z pochodze¬ 
nia także Holsztyńczyk, krewny zaś tego Jakóba, który 
był później grabarzem ostatecznym Rzeczypospolitej. Wy¬ 
wiad Sieversa wypadł pomyślnie, i czternastoletnia ksi꿬 
niczka przeznaczona została definitywnie na małżonkę je¬ 
dynego wnuka Piotrowego. III. Wnuk zaś ten niepodobny był mocno do dziada. Czuł 
się Niemcem, choć po kądzieli płynęła w nim krew Roma¬ 
nowów i inna krew obca, łotewska prawdopodobnie, krew 
babki jego, Katarzyny I. Nic więc dziwnego, że postano¬ 
wione małżeństwo dokonywało się pod auspicjami Berlina. Był wtedy rok 1744, rok pamiętny w dziejach dyplo¬ 
macji fryderycjańskiej. Właśnie jesienią tegoż roku ze¬ 
rwał był, jak słyszeliśmy, Fryderyk przy pomocy adhe¬ 
rentów swoich masońskich w Polsce ważny sejm grodzień¬ 
ski, co gwarantowało mu i nadal bezczynną neutralność 
Rzeczypospolitej w toczącej się wojnie o tron Marji Te¬ 
resy. Wkrótce potem wyjeżdżał z Polski do Paryża czło¬ 
wiek jego, zakonspirowany w lożach Andrzej Mokronow- 
ski, by w orbicie wschodzącej gwiazdy pani de Pompa- 
dour rozsnuwać nici t. zw. „sekretu królewskiego , zmon¬ 
towanego gwoli poparcia polityki pruskiej. Do Moskwy 260 1
		

/Magazyn_155_08_0283.djvu

			zaś i Petersburga słał król pruski oddaną sobie agentkę, 
żonę własnego jenerała, matkę „Figchen", księżnę Joannę 
Elżbietę, którą nawet życzliwe depesze francuskie cha¬ 
rakteryzowały poprostu jako „espionne prussienne". IV. Na Berlin, gdzie konferowano z Prusakami (i gdzie 
żył jeszcze ciągle stryj odległy „Figchen", słynny feldmar¬ 
szałek Leopold ks. Anhalt-Dessau, „stary Dessawczyk") ; 
na Schwedt nad Odrą, gdzie „Figchen" pożegnała się na 
zawsze z ojcem; na Rygę, którą osiągnięto po trzech ty¬ 
godniach podróży, i na Petersburg nareszcie przybyły obie 
damy do Moskwy, gdzie bawiła wtedy cesarzowa Elżbieta. 
Tam też poznała „Figchen“ swojego oblubieńca. Piotr kończył właśnie lat szesnaście. Cherlak był to 
anemiczny po matce suchotnicy; od lat pięciu — szczegół 
do uwierzenia trudny — zapijał się, idąc w tem w ślady 
„wielkiego“ dziada; nadomiar zaś złego już po przyjeździe 
narzeczonej zeszpeciła go tak ospa, że „Figchen" zemdlała 
na jego widok. Pomimo tego 21 sierpnia 1745 r,, w soborze 
Matki Boskiej Kazańskiej w Petersburgu, odbyły się uro¬ 
czyste zaślubiny przyszłego Piotra III z tą, która nosiła 
już miano Katarzyny. V. Rozpoczęły się teraz dla młodziutkiej wielkiej ksi꿬 
nej lata ciężkie, lata spędzone w goryczy i osamotnieniu, 
trawione na lekturze, bez braku i bez wyboru, w której 
Brantôme graniczył z Monteskjuszem, pani de Sévigné 
zmieniała się z Wolterem, Tacyt luzował się z „Encyklo¬ 
pedią'. Szesnastoletnia „Figchen", zamknięta w swoich 
apartamentach, pochłaniała tę strawę duchową, podczas 
gdy Piotr Ulryk musztrował żywych lub ołowianych żoł¬ 
nierzy, tresował psy lub zdrowo się zapijał. Ale przy¬ 
szedł dzień, kiedy „Figchen“ odwróciła się całkiem od 
obrzydliwego męża, wyjrzała na świat Boży, poznała leśną 
idyllę otaczającego ją Oranienbaumu, zapragnęła miłości. 261
		

/Magazyn_155_08_0284.djvu

			VI. Pomijamy jej pierwszą sielankę ze Sołtykowem i ta¬ 
jemnicze okoliczności, które towarzyszyły urodzeniu się 
Pawła, śpieszymy zaś do drugiego romansu carowej, który 
zaciężył na jej panowaniu i własnej naszej doli. Katarzyna pozostała wierna tradycjom matki, Uwa¬ 
żała, że tylko ,,aljans pomiędzy Rosją, Prusami oraz An- 
glją zbawić może Europę“. Przynajmniej od połowy 1756 
roku była też wielka księżna pensjonarjuszką angielską: 
zachowały się mianowicie dwa kwity na łączną sumę 
54.000 rubli, które baron Wolff, konsul angielski w Peters¬ 
burgu, wypłacił był młodziutkiej swojej klientce, W tym 
zaś samym — rzecz uderzająca — lokalu konsulatu angiel¬ 
skiego w Petersburgu, i w tymże samym czasie odbywały 
się schadzki miłosne „Katarzyny Aleksiejewny“ ze Stani¬ 
sławem Augustem Poniatowskim. VII. Stanisław August bawił w Petersburgu w latach 1755 
do 1758, w latach więc drugiej owej wojny siedmioletniej 
(pierwszą była wojna sukcesyjna austrjacka, w której 
ogniu nastąpiło wyniesienie Katarzyny do przyszłej jej 
kar jery). I ta skolei wojna wyszła na korzyść młodej 
„spryciarce“. Można powiedzieć, że zachowując pewne po¬ 
zory, pozory, których nie przestrzegał w. książę-małżo- 
nek, pozory zagadkowe czasem dla samego Fryderyka, 
wysługiwała się wielka księżna polityce pruskiej. 
W jej to pałacu spędzał długie godziny stary Apraksin, 
przeznaczony do tego samego zadania, co Rennenkampf 
w roku 1914, a to do zadania ciosu ostatecznego monarchji 
pruskiej via Prusy Wschodnie. Niewiadomo, co z rozmów 
tych przesiąknęło kanałem tajemnym do Berlina; to 
pewna, że raid Apraksina w kierunku Kłajpedy i Królew¬ 
ca skończył się haniebnym odwrotem — z braku należy¬ 
tego zaaprowjantowania w żywność i amunicję — całej 
armji rosyjskiej, której wódz niefortunny, stosowanym 
i w ostatniej wojnie przez Rosję trybem, palił teraz za 262
		

/Magazyn_155_08_0285.djvu

			sobą opuszczane wioski, usiłując tak wytworzyć pomiędzy 
ucieczką a pościgiem próżnię. „Je n étais rien moins que Prussien ‘ — pisze o sobie, 
w związku z tą epoką, w pamiętnikach swoich Stanisław 
August, to jednak pewna, że tak bliski kontakt kochanka 
w. księżnej, skompromitowanej osobiście niepowodzeniami 
Apraksina, z młodym dworem, dziwnym barwił odcieniem 
orjentację polityczną wysłańca Czartoryskich. Gdy zaś, 
na stanowisku posła angielskiego w Petersburgu, protekto¬ 
ra jego Williamsa zastąpił Sir Robert Keith, ściślej może 
jeszcze niż poprzednik związany poprzez wolnomularstwo 
z Fryderykiem, a zdrada młodego dworu takie przybrała 
rozmiary, że król pruski w posunięciach armji rosyjskiej 
orjentował się szybciej nieraz i lepiej od jej naczelnego 
wodza, pozycja młodego dyplomaty polskiego, i tak pełna 
drażliwości i sprzeczności, stała się nie do wytrzymania. 
Wywoził więc Poniatowski z Petersburga zadatek tylko 
na przyszłą swoją koronę (z całem już wszakże dobro¬ 
dziejstwem jej inwentarza), ale z sielanki wielkoksiążęcej, 
którą tak bardzo brał sobie do serca, kamień nie pozostał 
na kamieniu: już w kwietniu 1759 r, znikał owoc idylli 
oranienbaumskiej, mała jego i Katarzyny córeczka Ania, 
i nic nie wzruszały nadal wyrachowanej w. księżnej pło¬ 
mienne inwokacje Stanisława: „Je vous aimerais mieux 
qu'une couronne“ i „Si j‘ai désiré le trône, c'est que je 
Vous y voyais VIII. Uwielbiana zaś „Sophie“ Poniatowskiego o tronie pol¬ 
skim narazie nie myślała, ale pewnym, twardym, po tru¬ 
pach krokiem zmierzała do tronu Romanowów. „Tron rosyjski — utrzymywał Neapolitańczyk Carac- 
cioli — nie jest ani dziedziczny ani elekcyjny, jest okupa¬ 
cyjny.“ Okupacja zaś jego z ramienia Katarzyny odbyła 
się stosunkowo gładko, naszem zaś zdaniem uderzająco 
przypominała zastosowanemi metodami przewroty: luto¬ 
wy i październikowy 1917 r. 263
		

/Magazyn_155_08_0286.djvu

			t Już bowiem Piotr III, pragnąc umocnić się na chwie¬ 
jącym tronie, stosował metodę Kiereńskiego, rzucając 
armji niechętnej dalszemu wojowaniu z Fryderykiem ha¬ 
sła pokojowe (pokoju nawet separatywnego), popełnił on 
wszakże błąd analogiczny, jak wzmiankowany dyktator: 
jak tamten mianowicie na marginesie dotychczasowych ? celów carskich, tak i Piotr na marginesie wojny siedmio¬ 
letniej zapragnął stoczyć małą, własną jeszcze wojenkę 
(wojenkę coprawda aneksyjną), by prestiżem i zasobami 
caratu odwojować dla siebie na Duńczykach rodzimy 
Szlezwig. I dopiero Katarzyna odegrała rolę Lenina w tem 
znaczeniu, że wyzyskała w całej pełni żądzę pokojową 
armji, jak tamten narodu, i potrafiła dzięki temu dokonać 
zamachu w sam przeddzień wznowienia kroków wojen¬ 
nych. Dokonała zaś tego zamachu, oparłszy się na dwóch 
siłach społecznych dawnego imperjum rosyjskiego: na 
popach, którym Piotr III śladem dziada obcinać chciał 
brody i konfiskować dobra, i na gwardzistach, pośród 
których prym trzymali: aktualny i przyszły następca Po¬ 
niatowskiego Grzegorz Orłów i Grzegorz Potemkin. IX. I oto mała Niemka na czele kolosalnego caratu! Co- 
więcej, będzie ona własnym swoim kanclerzem. Z chwilą 
bowiem wstąpienia na tron podejmuje Katarzyna politykę 
Piotra, przebija dalej okno Rosji na Zachód. Mitawa 
i Warszawa stają się odtąd bramami wypadowemi carowej: Mitawa, gdzie królewicza polskiego zastępuje „wremień- 
szczykiem“ Buhrenem, i Warszawa, gdzie ojca tamtego, Augusta III, zastępuje kreaturą swoją, Poniatowskim. Trzema kolejnemi traktatami obwarowywa dalej ca¬ 
rowa porządek ten rzeczy z Fryderykiem, kasuje następnie 
autonomję Ukrainy i łamie ostatecznie opór Turcji. Ciągłe w trudzie, ciągle w podróży (podobnie jak inny 
monarcha współczesny, Józef II, przejeżdża Katarzyna ła¬ 
two z krańca na kraniec państwa), w drodze pomiędzy 
Kurlandją a Krymem, wciela się ona coraz bardziej w chło- 264
		

/Magazyn_155_08_0287.djvu

			dną, wypraną zc skrupułów rację stanu. „Je riai le temps 
de faire des billets doux nuisibles“ — pisze do Poniatow¬ 
skiego... „Pytam się pana — zwraca się do kogo innego 
jeszcze jako w. księżna — czy sąsiad despotyczny potrzeb¬ 
niejszy jest Rosji od szczęśliwej anarchji, w jakiej się znaj¬ 
duje będąca w naszem rozporządzeniu Polska“. X. Katarzyna nie miała szczęścia do biografów. Sołowjew 
umarł przed opisaniem jej panowania. Bilbasow z dwuna¬ 
stu projektowanych tomów wykończył zaledwie cztery. Ro¬ 
sjanom wystarczyć nie może monografja w guście Wali- 
szewskiego. Rodzimy zaś historyk daty najnowszej, jakim 
jest p. Brian-Chaninow1), nie odpowiada również kryte- 
rjom objektywizmu dziejowego. Oto, co przedstawiciel 
ten nauki emigracyjnej ma do powiedzenia na temat na¬ 
szych rozbiorów: „...punkt wyjścia całej kwestji polskiej leżał w sporze wyzna¬ 
niowym i współzawodnictwie obrządków.,, Polacy zresztą ułatwili 
wielce polityką swoją nierozsądną... interwencję mocarstw. I tak, 
korzystając z kłopotów Katarzyny w ciągu drugiej (jej) kampanji tu¬ 
reckiej i wywołanej nią wojny szwedzkiej, zmodyfikowali oni konsty¬ 
tucję swoją, 3 maja 1791 r„ w duchu, który mocno zaniepokoił Kata¬ 
rzynę i tak już zalterowaną wypadkami we Francji... (Toteż) hrabia 
Bezborodko nie potrzebował zadawać sobie dużo trudu, aby przeko¬ 
nać carową, że o ile reszta Polski nie zostanie podzielona pomiędzy 
trzy mocarstwa zainteresowane w zduszeniu w niej ducha jakobińskie¬ 
go, duch ten znajdzie sobie drogę, wymoszczoną pokrewieństwem ra¬ 
sy i języka, do rozpowszechnienia się swojego w Rosji. Z punktu wi¬ 
dzenia tejże Rosji źle wszakże przeprowadzone zostały dwa te ostat¬ 
nie podziały Polski. Katarzyna bowiem, chełpiąca się znajomością 
historji rosyjskiej, a w rzeczy samej nic na niej się nie rozumiejąca, 
pozwoliła Austrji opanować Galicję, ziemię wybitnie rosyjską, za¬ 
mieszkałą przez Rusinów obrządku greckiego, a zatem prawdziwych 
Rosjan..," Niczego nie zapomnieli i niczego się nie nauczyli. J) „Catherine II, impératrice de Russie...“, Paryż 1932. 265
		

/Magazyn_155_08_0288.djvu

			XL Ostatnie ćwierćwiecze Katarzyny więcej stosunkowo 
zajmuje miejsca w książce p. Brian-Chaninowa. Są to 
czasy, kiedy kingmaker Orłów rezyduje już w domu zdro¬ 
wia, lata, kiedy owego „Griszę“ I zastępuje w sercu caro¬ 
wej „Grisza“ II, Grzegorz Aleksandrowicz Potemkin, 
książę Taurydzki, fantastyczny organizator Krymu, cyklop 
jednooki, trochę djak, trochę hochsłapler. W korespon¬ 
dencji marszałkowej Rumiancewowej przechowała się na¬ 
wet data tego dworskiego ewenementu: „Wasilczykow — pisze hrabina do męża 20 marca 1774 r. — 
wczoraj się wyprowadził; teraz, skarbie, rada: udaj się do Potem¬ 
kina!“ Były to czasy, kiedy „księżna Tarakanowa“ przygoto¬ 
wywała się do wstrząśnięcia wraz z Emiljanem Pugacze- 
wem tronem „Kasi“ („Cateau“ nazywał carową Voltaire); 
kiedy później zbiegała się Europa oglądać wiano, jakie 
„Taurydzki“ przynosił swojej wybranej: Józef II, ks. de 
Ligne, jeździli wtedy na Krym, Poniatowski witał carową 
po drodze. Były to dalej lata, kiedy Katarzyna łudziła 
się projektem swoim „greckim“, kiedy marzyła o Carogro- 
dzie dla wnuka Konstantego, kiedy — ona, rewolucjonistka 
z roku 1762 — parła Zachód do walki z rewolucjonistami 
z roku 1789, aby mieć w ten sposób wolne ręce na Wscho¬ 
dzie. Były to czasy, kiedy się wykończał „Pałac Angiel¬ 
ski“ w Peterhofie i „Aleksandryjski“ w Carskiem Siele 
i „Ermitaż“ i „Smolny“ i „Taurydzki“; kiedy Wolter, Di¬ 
derot i Grimm opiewali pochwały „Catherine le Grand“', 
kiedy Falconnet wznosił pomnik Piotra, kiedy nad Newę 
zwycięsko wkraczała masonerja, kultywowana już bodaj 
niegdyś przez zabitego męża carowej; kiedy w jej własnej 
orbicie kręcili się magowie St. Germain i Cagliostro. XII. Były to — przedewszystkiem — lata osiemdziesiąte 
stulecia osiemnastego. Ostatni bowiem dziesiątek stulecia 266
		

/Magazyn_155_08_0289.djvu

			tego „wykończył" Katarzynę. Znienawidzona przez syna, 
który, jak twierdzą niektórzy, nie był wcale jej synem, 
a jednak znienawidził jej za mord ojca (zapowiedź jakby 
własnego zgonu), splamiona ostatnim podziałem Polski, 
który się był dokonał w rok przed jej śmiercią, konała Ka¬ 
tarzyna 17 listopada 1796, jak dyskretnie wyraża się 
ostatni jej biograf, ,,dans les retirades . 4. FRYDERYK I. Królewicza Fryderyka „wtajemniczenie" pierwsze: 
Drezno. Zima 1728 r. Pałac Wackerbartha. Szesna¬ 
stoletni „kronprync" towarzyszy ojcu do tego miasta, które 
dwukrotnie jako król okupować będzie w latach czterdzie¬ 
stych i pięćdziesiątych stulecia. Teraz przy „Tafelrundzie 
Augustowej, przy stole konfidencjonalnym „Mocnego" za¬ 
siadają „król-kapral", „król-siłacz" i zapewne przyszły 
„król-filozof". W ich zaś świcie nie braknie Manteuffla, 
ówczesnego premjera saskiego, starosty nowodworskiego, 
jednego z wczesnych inicjatorów rozbioru Polski, nie bra¬ 
knie Grumbkowa, osławionego prezydenta berlińskiego 
„Bractwa Wrogów Wstrzemięźliwości", kręci się też z pew¬ 
nością i młody Brühl. W gronie tem krążą gęsto osobliwe 
pijackie puhary, „kije" vel „kulawki", mignie się czasem 
też znienacka kabalistyczny jakiś emblemat. Królewicz patrzy, słucha, uczy się, wtajemnicza pil¬ 
nie, nim pójdzie nagórę (gdyż stół królewski ustawiony jest 
w sklepie pałacowym) narzucić strój norweski i wmieszać 
się w maskaradę dworską. II. Królewicza Fryderyka „wtajemniczenie" wtóre: Berlin. W kilka lat później. W domu tegoż Man¬ 
teuffla, u którego przez pewien czas zamieszkiwał Fryde¬ 
ryk w Dreźnie roku 1728. Królewicz odwiedza swojego 267
		

/Magazyn_155_08_0290.djvu

			mentora, tak jak go na kilka lat wprzódy odwiedzał był 
stary „król-kapral“ w otoczeniu swoich „wrogów wstrze¬ 
mięźliwości“ na zamku jego w „Kummerfrey“, oczywistym 
wzorze dla późniejszego „Sans-Souci". Ten wczesny inicjator rozbioru Polski jest bowiem za¬ 
razem inicjatorem młodego Fryca do filozofji stulecia. Fry¬ 
deryk uważa go za swojego Sokratesa, jak siebie za jego 
Alcybjadesa. Ciekawą jest ich korespondencja: „Wyrządza mi pan niesprawiedliwość — pisze np. „kronprync" 
do Manteuifla 18 kwietnia 1736 — jeżeli pan mniema, że tylko uda¬ 
wałem, iż nie wierzę w nieśmiertelność duszy,,. Zapewniam pana 
o mojem uczciwem (ówczesnem) przekonaniu, że żadnej nie posia¬ 
dam..." I dodaje: „...mogę być przekonany, że przyszłość nie okaże mi się złowro¬ 
gą, nie jakobym wierzył, iż mogę sobie zasłużyć na niebo zapomocą 
dobrych uczynków własnych, coby było bezsensowne i arcy- 
śmieszne... Nareszcie przecie można się przyznawać do filozofji 
z podniesioną głową i bez obawy tak przed straszakiem niereligijności, 
jak i przed karcącym gromem potępienia ze strony Boga, wypaczo¬ 
nego w postaci mściwego tyrana. Nic dziwnego, że „Sokrates“ popadł rychło w niełaskę 
u chętnie się doń dawniej przypijającego „króla-kaprala“, 
który, słysząc pośrednio z ust młodzika tego rodzaju fra- 
zesy, jak: „Luter i Kalwin nie są potrzebni do miłości 
Boga“ i „studjuję (filozofję) Wolffa na złość naszym du¬ 
chownym“, winę takiego wolnomyślicielstwa u „kronpryn- 
ca“ przypisywał nie bez racji ludziom i nastrojom z daw¬ 
nego swojego „Bractwa Wrogów Wstrzemięźliwości“. III. Królewicza Fryderyka „wtajemniczenie“ trzecie: Brunświk. Noc z 14 na 15 sierpnia 1738 r. Gospoda 
Korna przy Breite-Gasse. Deputacja loży hamburskiej 
„Absalon , nie bez udziału Anglika Albedylla, przyjmuje 
królewicza do związku, o którym stwierdza oficjalna nie¬ 
miecka encyklopedja masońska, że „nie skąpił mu (Fryde- 268
		

/Magazyn_155_08_0291.djvu

			ryk) potężnego swojego poparcia i do końca żywota oka¬ 
zywał mu swoją życzliwość“. IV. Tak, zapewniwszy się co do osoby przyszłego monar¬ 
chy pruskiego, któremu Manteuffel wpajał z jednej strony 
aksjomaty filozoficzne, z drugiej zaś głęboką niechęć poli¬ 
tyczną do Francji, Saksonji i Polski, mogła loża przystą¬ 
pić, z chwilą szczęśliwego dla niej objęcia przezeń władzy 
(31 maja 1740 r.), do waloryzacji i gloryfikacji swojego 
adepta. Adept zaś w okresie, który sięgał od niewoli jego 
kistrzyńskiej (rezultatu jego konfliktu z ojcem) do idylli 
jego rheinberskiej, przeżył — poza inicjacją brunświcką — 
dwie inne jeszcze inicjacje. Oto latem 1734, w wojnie suk¬ 
cesyjnej polskiej, zdobył młodzieniec ostrogi swoje rycer¬ 
skie w walkach z Francją pod dowództwem Eugenjusza 
Sabaudzkiego. Lata zaś następnego, 1735, wysłany został 
przez ojca-,,Kompatrona“ na wschód niemiecki, na ten 
Osten, ku któremu Drang wypełni mu życie. Pięknie opisuje p. Reddaway1) wrażenia tej polskiej 
inicjacji młodego Fryca w jego „podróży inspekcyjnej“ 
avant la lettre po kraju, „który miał zmienić prowincję 
izolowaną wschodnio-pruską w silny człon jednolitego pań¬ 
stwa“ i dać mu „bieg dolny trzeciej arterji rzecznej“, 
t, j. Wisły: „Przypadł mu wszakże (ten kraj) w roku 1774, pozbawiony naj¬ 
większej swojej chluby, starej bramy wiślanej i potężnej baszty pol¬ 
skiej, niezrównanego Gdańska. Ujrzał Fryderyk gród ten wspaniały, 
to ognisko kultury niemieckiej pośród Słowian, z olbrzymią jego „Ma¬ 
rienkirche“, wznoszącą się nad masą blank i bram, kościołów i pała¬ 
ców, „.niby nad Wenecją Północy, Wenecją, w porównaniu z którą 
stolica jego wydawała się zaledwie targowiskiem... I nie mógł Fry¬ 
deryk przymknąć oczu na fakt, że o kilka zaledwie kilometrów od tego 
łupu leżały Prusy Wschodnie i że z chwilą, kiedy August wyrzekł 
się był Kurlandji, o kilka tylko kilometrów (od Prus) rozciągała się 
Rosja. Rzadko zaiste przed oczyma króla, króla, przygotowującego 
się do akcji, jawiły się tak wymowne wskazania..." *) „Frédéric le Grand“, Paryż 1932, 269
		

/Magazyn_155_08_0292.djvu

			V. Po wojnie sukcesyjnej polskiej przyszła wojna suk¬ 
cesyjna austrjacka. W niej po raz trzeci ze sprawą polską 
zetknął się młody Fryderyk. Bój zaś toczył się tym razem na starożytnej ziemi pol¬ 
skiej i o nią. Na „Psiem Polu“, pod Głogowem, jak lat 
temu sześćset, rozstrzygały się losy pierwszych bitew, al¬ 
bowiem Głogów był bramą warowną, Śląsk od Prus chro- 
niącą, zamykającą od wieków najeźdźcy naturalną drogę 
nad Odrę. Od wojny trzydziestoletniej w szczególności 
stał się ten Dolny Śląsk ostoją wszelakich protestantów, 
Fryderyk zaś właśnie występował w tej wojnie jako pa¬ 
ladyn protestantyzmu w odezwie zwłaszcza do króla an¬ 
gielskiego. Ale lepiej pod tym względem miała się rzecz 
na Śląsku Górnym, gdzie stosunkowo nie tak dawno wy¬ 
gaśli byli nasi Piastowie. Podwójne więc były cele fryderycjariskiej „awantury 
śląskiej : jeden religijny niejako, ale podsycany z pewno¬ 
ścią przez miejscowych, dobrze nam znanych, pietystów- 
„różokrzyżowców"; drugi zaś, jak go określa Reddaway, 
polityczny czysto: wbicie klina pomiędzy Saksonję a Polskę. Więc ruszyli się żwawo naprzód paladyni Fryderyko¬ 
wi: młody Anhaltczyk, który cernował Głogów; Schwerin, 
były poseł w Warszawie, wtajemniczony w plany rozbio¬ 
rowe przeciwko Polsce, który brał Lignicę, i sam wreszcie 
Fryderyk, który wkraczał do Wrocławia, podczas gdy 
jeszcze kto inny blokował Brzeg, stolicę ostatniego Piasta. Austrja wysłała przeciwko najeźdźcom starego Neip- 
perga, przodka marnej późniejszej dynastji Montenuovów. 
Marszałek rozbił namioty w wiosce Mollwitz, Fryderyk 
zaś przed szturmem na tę wioskę gotował się na śmierć 
i wydawał ostatnie polecenia młodszemu bratu, ówczesne¬ 
mu księciu ,,Auwi". Neipperga zaskoczył i pogromił dziel¬ 
ny Schwerin, podczas gdy niedoświadczony w boju Fryde¬ 
ryk czmychał z pola bitwy aż pod Opole. 270
		

/Magazyn_155_08_0293.djvu

			W tym wszakże momencie rozprawy masonerja fran¬ 
cuska pod wodzą marszałka Belle-Isle poparła dyploma¬ 
tycznie króla pruskiego. Pod jej też egidą utworzyła się 
koalicja pro-fryderycjańska, do której weszły z państw 
obcych: coraz bardziej masonizowana od wewnątrz Hisz- 
panja, dalej zaś — Bawar ja, Saksonja, Sardynja, Palaty- 
nat i Kolonja. Cel kampanji w ten sposób się rozszerzał 
i stawka gry się powiększała: wyprawa śląska przeista¬ 
czała się mianowicie w wojnę świętą przeciwko samemuż 
bytowi Austrji, w cel, który od lat już dwustu przyświecał 
wojującemu protestantyzmowi. VI. Brühl, jak Belle-Isle, wykonał plany Loży w stosunku 
do Fryderyka, podniecając ambicję pani swojej, zawie¬ 
dzionej w prawach swoich arcyksiężniczki, na aneks ję Mo¬ 
raw, później zaś króla swojego na diadem cesarski. Współ¬ 
cześnie, inny katolicki książę Rzeszy, a wnuk Sobieskiego, 
Karol Albert bawarski, dawał się użyć przeciwko Marji 
Teresie, powolny w tem z pewnością radom brata swojego 
kolońskiego, wybitnego masona. Więc rozgorzała owa druga wojna śląska, ten wolno- 
mularski „Mordplan“ przeciwko Austrji. Runął Belle- 
Isle z Bawarami na Pragę, posunął się Schwerin z Sasami 
na Ołomuniec i Berno. Piękną zaś była w tych dniach 
Mar ja Teresa, młoda, wdzięczna obrończyni tronu i ołta¬ 
rza przeciwko sekcie i loży. A była to zarazem zaciekła 
walka dwojga młodych: trzydziestoletni Fryderyk wydzie¬ 
rał dwudziestopięcioletniej antagonistce „kraj czarnych 
diamentów“. Ale w tym znowu momencie Brühl nasz poszachrował 
karty i puścił Prusaków wzdłuż Elby do Pragi, która też 
padła (16 września 1744 r.), podczas gdy pan jego tkwił 
jeszcze wtedy pozornie w obozie terezjańskim; w Polsce 
zaś rządził wyga saski tak skutecznie, że tym razem nie 
mogło już być mowy, jak niegdyś za Zygmunta III i Ja¬ 
na III, o odsieczy wiedeńskiej, lecz przeciwnie — Prusak 271
		

/Magazyn_155_08_0294.djvu

			Wallenrodt z masonem Mokronowskim trzymali, jak 
wiemy, szlachtę na uwięzi. Wtedy to też i w tychże sa¬ 
mych kołach wypłynęła kandydatura Augusta na tron ce¬ 
sarski, Contiego zaś na tron polski. Ale Fryderyk pomieszał dumne plany wettyńskie: zbił 
najpierw Sasów wraz z Austrjakami pod Hohenfriedberg, 
poczem, uprzedzony pośrednio przez zdradliwe gadulstwo 
Briihla, dzięki „nieopatrzności“ jego i innego swojego 
„współbrata“, hr. Rutowskiego, w. mistrza w. loży saskiej 
„Trzech Orłów Białych“, wziął Drezno, wygrał wojnę 
i zdobył pokój. Toteż dzwony Bożego Narodzenia 1745 
roku ogłosiły światu, że Śląsk jesi pruski. VII. W dwa lata po tej choince drezdeńskiej, a w rok przed 
ostatecznym traktatem akwizgrańskim — bête comme la 
paix, mówiły o nim owoczesne ludy — wznosił uczeń Man- 
ceufflowy w parku poczdamskim swoje „Sans-Souci". Od¬ 
tąd żyć w niem będzie przeważnych lat czterdzieści, lat 
pełnych trosk, jakby na urągowisko wdzięcznej nazwie. „Miał zwyczaj —- pisze Reddaway — wstawać o świcie lub na¬ 
wet wcześniej... Trzy lub cztery pierwsze godziny poranka poświę¬ 
cane bywały tualecie, korespondencji, pośpiesznemu śniadaniu, złożo¬ 
nemu z arcymocnej kawy i owoców, a poprzedzonemu wielkim hau¬ 
stem zimnej wody, zaprawionej liśćmi koprowemi, grze nareszcie na 
flecie, ułatwiaja.cej rozmyślanie na temat spraw bieżących. Następo¬ 
wały później dwie godziny (równie) szybkiej pracy w towarzystwie 
sekretarza, które wieńczyła parada, posłuchania, niekiedy nieco ru¬ 
chu. Punktualnie o dwunastej siadał Fryderyk do stołu; obiad był 
zawsze głównem wydarzeniem światowem dnia, później zaś stał się 
jedynym jego istotnym posiłkiem! Czuwał on nad swoją kuchnią, jak 
nad jaką służbą państwową (stąd też zapewne zaufanie do Polaka 
Mokronowskiego w roli kuchmistrza dworu :— przypisek auto¬ 
ra szkicu). Badał i często poprawiał menu, zawierające nazwiska 
kucharzy •— autorów każdego dania, po obiedzie zaś krzyżykiem 
oznaczał potrawy, które zasłużyły sobie były na jego aprobatę. Re¬ 
zultatem był obiad, który smakował nawet Wolterowi (a bodaj i księ¬ 
ciu biskupowi Warmińskiemu — j. w.). Trzy do czterech go¬ 
dzin siedziało się tak przy stole.,. (Król) jadł obficie, dużo 
zwłaszcza potraw korzennych, pił bordo zmieszane z wo- 272
		

/Magazyn_155_08_0295.djvu

			dą i gadał bez przerwy. Był to gospodarz zręczny i przyjemny, 
który umiał spoufalać się odrazu ze swoimi gośćmi i, zdaniem Wol¬ 
tera, pobudzał dowcip u drugich. Pożegnawszy się z nimi, chwytał 
(król) znowu za flet i wracał do zajęć rannych. Potem znów popijał 
kawę i dwie godziny spędzał w samotności... Koło szóstej bywał go¬ 
tów przyjąć swojego lektora lub też rozmawiać z uczonymi i artystami. 
O siódmej zaczynał się mały koncert, w którym Fryderyk sam nieraz 
brał też udział. Następująca po nim kolacja była krótka, chyba że 
konwersacja przedstawiała (dla króla) interes wyjątkowy. W prze¬ 
ciwnym razie kładł się spać o dziewiątej na pięcio- lub sześciogo¬ 
dzinny wypoczynek,.." VIII. Ale już grają znowu surmy wojenne, zaskoczeni zaś 
niemi nieruchawi, nieopatrzni Sarmaci pukają się w palce 
i niebardzo wiedzą, komu życzyć zwycięstwa: własnemu 
królowi, sprzymierzonemu teraz z Francją, ale też i z ca¬ 
rycą, czy też może zaborczemu Hohenzollernowi. I tak wy¬ 
wodzi poeta szlachecki: Utrzymuj niebo 
Pruskie tumulty, 
Nakłoń na Prusy 
Bez końca triumf! 
Wspomóż przez dobroć 
Pruską odwagę, Broń wojujące 
Prusaków strony! Węgier zamieszanie 
Zetrzyj z gromem, Panie, 
Konkluduj wojaczkę, Złóż na Austrjaczkę! Węgierską królową 
Wdaj w kłótnią gotową, 
Węgierskie żołnierze 
Pokarz, mszcząc sią szczerze! Nietrudno wyrozumieć, iż wiersze te, czytane piono¬ 
wo, brzmiały pruso-, poziomo zaś — austrofilsko. Tymczasem zaś sprawca tych „pruskich tumultów" 
zapewniał w osobnej odezwie, że „się będzie miało dla kra¬ 
jów króla polskiego wszelakie względy, na które okolicz¬ 
ności niniejsze mogłyby tylko pozwolić“. To oświadczyć 
kazawszy, w sam dzień wybuchu wojny najechał Fryderyk 
ponownie Saksonję i zajął jej stolicę Drezno (9 września 
1756). August cofnął się do Kónigsteinu, zasłaniając przez 
pewien czas opasłym swoim majestatem Fryderykowi prze¬ 
prawę poprzez Łabę, a stamtąd drogę do Wiednia, wkrótce 
schronił się jednak do Warszawy, grając tam rolę podobną Źródło rozbioru Polski. 18 273
		

/Magazyn_155_08_0296.djvu

			nieco do tej, którą w lat sto sześćdziesiąt później' odgry¬ 
wać będzie na zachodniej Prus flance inna ich ofiara i inny 
też członek dynastji saskiej, Albert belgijski. A tu od wschodu nadciągała ku Prusom machina stra¬ 
tegiczna rosyjska, roułeau compresseur Sołtykowów i Fer- 
morów: Fryderyk wypadł nagle z Drezna ku Pradze, ale 
połamał sobie zęby na Daunie, gdyż los jakby począł znę¬ 
cać się nad nim. W tymże czasie umierała mu ukochana 
matka: „Wszystkie nieszczęścia — pisał pod wrażeniem tego ciosu do 
siostry — walą się razem na mnie.,. Jestem raczej umarły, niż żywy 
Może niebo dlatego zabrało drogą naszą matkę, aby nie patrzyła na 
nieszczęścia naszego domu." Ale znowu siły tajemne pośpieszyły na odsiecz je¬ 
go genjuszowi i energji. Na zachodzie, jak wiemy już, 
książę de Richelieu ratował właśnie tak bardzo zagrożo¬ 
nego antagonistę, traktując w Klosterseven z tajemniczym 
jego emisarjuszem, „czcicielem Parakleta , hr. Lynarem; 
następca znowu księcia, a w. mistrz w. loży francuskiej, 
hr. Clermont, ustępował bez walki swojemu antagoniście, 
w. mistrzowi w. loży niemieckiej, Ferdynandowi Brunświc- 
kiemu. Równocześnie zaś na wschodzie: w Polsce — Bruhl 
i Mokronowski, a w Rosji — Keith, Williams, Bestużew 
i Katarzyna pracowali gorliwie pour le roi de Prusse; na 
obu zaś bodaj frontach równocześnie działał na jego ko¬ 
rzyść słynny mag-wolnomularz de Saint-Germain — na 
froncie neutralnym w Hadze i na froncie zamachowym 
w Petersburgu. IX. W czasie matinée, którą kongres międzynarodowy 
historyków w Warszawie poświęcił historji dyplomatycz¬ 
nej stulecia osiemnastego, na której prezes Dembiński 
mówił o stosunkach zagranicznych St. Augusta, niżej 
zaś podpisany o dyplomacji franko-polskiej za Sasów, 
trzecim referentem miał być właśnie p. Reddaway z od¬ 
czytem o stosunkach polsko-brytyjskich w erze frydery- 274
		

/Magazyn_155_08_0297.djvu

			cjańskiej. Uczony jednak z Cambridge nie przybył na 
zjazd warszawski, a szkoda, bo dowiedzieć się mogliśmy 
od niego ciekawych rzeczy o preliminarjach anglo-prusko- 
rosyjskich pierwszego rozbioru, len bowiem rozbiór dojrzewał już na polach bitew 
wojny siedmioletniej. Pokój hubertusburski zawarty wszak 
został 15 lutego 1763, a konwencja prusko-rosyjska, gwa¬ 
rantująca Fryderykowi wraz z posiadaniem Śląska upra¬ 
gnioną przezeń anarchję polską, w rok później, 11 kwiet¬ 
nia 1764. Ale minęło jeszcze dziesięciolecie, póki z od¬ 
wiecznych ziem polskich wchłonąć mogły Prusy obok Ślą¬ 
ska i część Pomorza, tej tak cennej dla nas krainy, o któ¬ 
rej nowy jej zdobywca wyrażał się przecie z dumną po¬ 
gardą, że nic w niej niemasz, prócz piasku, sosen, wrzoso¬ 
wisk i Żydów, i że ją zamieszkuje „społeczeństwo dosko¬ 
nale głupawe, którego nazwiska kończą się na ski“. X. Jak Mickiewicz w paraleli pomnikowej zestawiał był 
niegdyś tyranję Piotra Wielkiego z patrjarchatem Marka 
Aureljusza, tak i Reddaway paralelą pomnikową konklu¬ 
duje tę opowieść swoją o wojnach śląskich: „Podróżny — pisze — który za dni naszych odwiedza stolice: 
pruską i austrjacką, zauważy (w nich) dwa wielkie pomniki, stano¬ 
wiące pomiędzy sobą uderzający kontrast, z których zaś każdy wy¬ 
raża instynktem szczęśliwym znaczenie poszczególnego panowania. 
W sercu tak Wiednia cesarskiego rozsiadła się kolosalna, spiżowa 
Maria Teresa, Wiktorja swojej epoki... Wizerunek jej przedstawia ją 
jako matkę ludu, nie przyćmiewa, ale uwydatnia raczej rolę uczo¬ 
nych, mężów stanu i wojowników, co grupują się u jej stóp i dzielą 
w pełni harmonii z nią razem chwałę, której ani lud ani królowa nie 
zdołali byliby pozyskać bez pomocy wzajemnej. W Berlinie wspaniały pomnik Fryderyka Wielkiego przejęty jest 
odmiennym duchem. Król góruje zwysoka nad tłumem, twarz ma 
nieprzeniknioną, niczem maskę... U stóp wspaniałego piedestału stoi 
zastęp znakomitości wojskowych i cywilnych, wystarczający, by prze¬ 
konać, że są w błędzie, tych Kassjuszów, coby myśleli, patrząc na 
Prusy fryderycjańskie, że stały one na jednym tylko człowieku. Pom- 18* 275
		

/Magazyn_155_08_0298.djvu

			nik ten mówi wszelako prawdę. Przepaść olbrzymia oddziela w mm 
monarchę od ludu. Całe bowiem swoje życie — w dobach rozstrzy¬ 
gnięć, rozpaczy, triumfów i śmierci — Fryderyk,^więcej może niż ja¬ 
kikolwiek inny człowiek w historji, przeżył sam . XI. t s Ostatnie „wtajemniczenie“ króla Fryderyka: Śląsk. Lato 1785 r. Pole manewrów i rewij: „Doszło się w ten sposób do przeglądu z 22 — 25 sierpnia, odby¬ 
wającego się na równinie na południe od Wrocławia... Trzeciego... 
dnia starał się Fryderyk natchnąć żołnierzy duchem obowiązku, nie 
schodząc z wierzchowca, pod deszczem ulewnym, przez sześć godzin 
zrzędu... (I) bez względu na nieuniknione zaziębienie, wziął (król) 
udział w obiedzie, w którym uczestniczył między innymi (i) Lafayette... Nastąpiła gorączka i dreszcze..." Poczdam. Lata 1785/6. „Sans-Souci : „W miesiąc po nieostrożności swojej śląskiej, w nocy (z 18 na 19 
września) doznał (Fryderyk) ataku apoplektycznego. (I jak niegdyś, 
w dobie wojen śląskich, cztery z różnych stron armje, tak teraz) osa¬ 
czały go: podagra, egzema, puchlina i astma... Wczesnym rankiem ^ . 17 kwietnia 1786 opuścił król pałac miejski w Poczdamie, gdzie prze¬ 
pędził był zimę, i przeniósł się do ulubionego „Sans-Souci . 30 czerwca 
zgorszył lekarza swojego, spożywając obfity obiad, złozony z mocnej 
zupy korzennej, wołowiny duszonej w wyskoku kukurydzy, zaprawio¬ 
nej serem i czosnkiem, i talerza, napełnionego ostrym pasztetem 
z węgorza. A w cztery dni później zerwał się (król) ze swego fotela, 
by przegalopować trochę na koniu... We wtorek (wszakże) 15 sierp¬ 
nia (1786) rozpoczął Fryderyk pracę o piątej godzinie rano..., (ale 
nazajutrz) siły go opuściły... (i) konał przez dzień cały, otoczony 
lokajami, ministrami i lekarzami. Żona (obca mu całkiem Elżbieta 
Krystyna von Braunschweig-Bevern), bawiła się dnia tego (nieświado¬ 
ma agonji męża) w rezydencji swojej w Schönhausen... O północy 
zawołał (król) swojego psa... (Potem) przez dwie godziny wierny lo¬ 
kaj jego Stritzky klęczał przy jego fotelu, obejmując ramionami 
króla, prawie nieprzytomnego... 17 sierpnia o drugiej (nad ranem) 
król wyzionął ducha." XII. W dalszem studjum — o epoce Fryderyka Wilhel¬ 
ma II i Lucchesiniego — pokazać się postaram, jak monar- 276
		

/Magazyn_155_08_0299.djvu

			chja pruska, na mocy prawa o ruchu wahadłowym historji, 
szła od Mollwitz do Jeny, jak później iść znowu miała od 
Jeny do Sedanu, a później jeszcze od Sedanu do Marny. 5. LU C CHE SINI1) I. Lukka. Pałac rodzinny Lucchesinich. Wiosna 1751 r. „Pomarańcz gaj majowe złocił drzewa“ ogrodów to¬ 
skańskich, kiedy margrabiemu Franciszkowi Lucchesinie- 
mu i małżonce jego, Marji z książąt Montecatini rodził się 
syn. Z Toskanji tedy wywodził się ten Włoch rasowy, 
jak Bonaparte, nie zaś, jak inny kondotjer gabinetowy Ma- 
zarini, z mniej czystej pod względem krwi italskiej Sycylji; 
Toskańczykiem był, jak partner jego na gruncie polskim, 
Scypio Piattoli lub inny jeszcze współczesny awanturnik 
florencki w naszej służbie, Filip Mazzei — czyżby wszyscy 
trzej emisarjusze jednej i tej samej, wspólnej organizacji 
tajnej? Z kraju więc, który był w każdym razie macierzą 
organizacji światowej wolnomularstwa, pochodził „messer“ 
Girolamo. Przyrównywany przez jednego z mistrzów swo¬ 
jej młodości do współrodaka Pika della Mirandola, jak 
onże sam, poświęcał się 16-letni student pawijski pod kie¬ 
runkiem przyrodnika Spallanzaniego wykazywaniu, że fi- 
lozofja daje się pogodzić z religją na gruncie fuzji pomy¬ 
słów kabalistyczno-neoplatońskich z zasadami chrzęści jari- 
skiemi. Późniejszy adept Mojżesza Mendelssohna zaczy¬ 
nał wcześnie. II. Schönbrunn. Sala balowa. Wiosna 1779 r. „Patria est, ubicunque est bene“, napisał młody Gi¬ 
rolamo do brata Cezara i stał się obieżyświatem. Koncert galowy na dworze Marji Teresy pierwszym 
jest etapem w dworskiej karjerze gładkiego markiza. 1) Patrz Kürenberg: „Der letzte Vertraute Friedrich des Grossen. 
Marchese Girolamo Lucchesini", Berlin 1933, 277
		

/Magazyn_155_08_0300.djvu

			Schónbrunn tonie wtedy w blasku świateł, odbitych w kry¬ 
ształach weneckich, pstrzy się i mieni mundurami gwardzi¬ 
stów, kostjumami szambełanów, liberjami paziów. Różno- 
lita monarchja już podówczas prezentuje się barwnie: tu 
magnatka węgierska, w tiurniurze rokokowej i zarzuconym 
na nią futrzanym „dolmanie“, rozmawia z pułkownikiem 
ułanów galicyjskich; tam jakowyś malowniczy „ban“ kro- 
acki porozumiewa się z poważnym „anardratem“ z Buko¬ 
winy. Ówdzie znowu, w małym chińskim saloniku, wietrzy 
wytworny kanclerz Kaunitz swoją starannie upudrowaną 
perukę. Ale już wkracza do wielkiej galerji orszak cesar¬ 
ski z kapelą na czele: suną „toisoniści“ (kawalerowie „Zło¬ 
tego Runa“); obok — elita wojny siedmioletniej z mar¬ 
szałkiem Gedeonem Laudonem na czele; jeszcze chwila 
i — oto stara cesarzowa na rok przed zgonem przychodzi 
słuchać ulubionych sobie treli Haydna. „Makaroniarz“ z Lukki może zatańczyć przed cesarzo¬ 
wą menueta, wolno mu nawet upoić się czarem wiedenek 
czy wonnym powiewem wiosennym, co zalatuje od „glo- 
rietty“, ale miejsca nad Dunajem nie zagrzeje i pojedzie 
raczej ofiarować swoje usługi zaprzysiężonemu wrogowi 
Marji Teresy, „złemu człowiekowi“ z Poczdamu, jak go 
nazywa cesarzowa. ,,Austria est delenda! III. „Sans-Souci“. Pokój audjencjonalny. Zima 1779 r. Fryderyk: Jest-li on markizem Lucchesinim? 
Lucchesini: I owszem, sire! Król: Czy przyjechał on z Francji? L,: Owszem, sire, z polecenia pana d'Alembert! K. : Dobre to polecenie, markizie. No i czegóż on ode mnie chce? L. : Wejść do służby Waszej Królewskiej Mości, K.: Tak, piękny panie. Nie wiem ja, czy moja cicha winnica 
(„Sans-Souci") dogodzićby mu mogła. Lubię ja wielce Włochów, co 
stwierdzam poważnemi ich pensjami w mojej operze. Ale w służbie 
państwowej lękam się ich sposobu bycia, co mnie zmusza do odtrącania 
suplikantów włoskich... Niechżeż on powie, d propos, dużoż jest po 278
		

/Magazyn_155_08_0301.djvu

			świecie takich włóczących się włoskich markizów, co na każdym dwo¬ 
rze trudnią się szpiegostwem? L. (z ukłonem dworskim): Właśnie tylu, sire, ilu jest książąt 
niemieckich, potrzebujących ich usług. Intermezzo: Lucchesini do matki, tegoż 7 grudnia 1779: „Jestem jeszcze cały wstrząśnięty jego widokiem, jego czarują¬ 
cym głosem, jego tryskającemi życiem oczami, sposobem, w jaki 
przemawia, i ruchliwością jego umysłu..,“ Poczdam. Pole rewji. Wiosna 1780 r. Król zeszedł właśnie z konia i, krocząc wzdłuż frontu, 
wydaje jakoweś polecenia adjutantowi, podczas kiedy sta¬ 
ry wierzchowiec jego z wojny siedmioletniej, „Condé“, kłu¬ 
suje sobie za królem i wyciąga z kieszeni surduta królew¬ 
skiego figi i transze melona. W nogach zaś pęta się kró¬ 
lowi ulubiona jego suczka, „Alcmène“. Król (do nawijającego się Lucchesiniego) : Gdzież tkwił on 
tak długo? L.: Podróżowałem po Niemczech, sire! (był w Anhalcie, Wei¬ 
marze, Gocie, Kasslu i Darmsztacie). K. (widząc, że suczka łasi się do markiza) : Qu est-ce-que ça, 
Alcmène? Może ona chce się zabawić w orędowniczkę? Eh! bien, 
markizie. Skoro Alcmène się zgadza, i ja się przeciwstawiać nie mogę. 
Mam nadzieję, że i nasze wzajemne stosunki ułożą się niegorzej. IV. Jadalnia królewska w ,,Sans-Souci“. Fryderyk siedzi w środku stołu i często zamiast wi¬ 
delca posługuje się palcami. Zupy i sosy spływają gęsto 
po jego ubraniu, mocno stąd zaplamionem. Mięso dla psa- 
faworyta wykłada palcami z talerza na obrus, aby się 
ochłodziło. Wskutek tej operacji plami się również mocno 
i serweta królewska, a zważywszy, że i woda i wino nie¬ 
kiedy się przelewają, król zaś gęsto rozsypuje tabakę, 
łatwo można po obiedzie rozpoznać miejsce, gdzie zasiadał. Przytoczmy jeden ze zwykłych jadłospisów stołu kró¬ 
lewskiego: „Kapuśniak à la Fouqué. Filet z drobiu à la Pompadour. Ło¬ 
soś à la Dessau. Wołowina au Pannais z marchewką. Paszteciki po 
rzymsku. Kurczęta w rondelku". 279
		

/Magazyn_155_08_0302.djvu

			W dodatku sypie Fryderyk do potraw pełne łyżki 
gałki muszkatołowej i imbiru, gdy zaś potrawa jakaś na 
jego stary żołądek okazuje się zbyt niestrawna, zdarza mu 
się „pojechać do Rygi“, i to jeszcze przy stole. Zaznaczyć 
wkońcu trzeba, że gościom królewskim trafia się, jak kie¬ 
dyś np. Krasickiemu, czekać całą godzinę na spóźniające¬ 
go się do stołu gospodarza. Z rozmów podsłuchanych przy tym stole przez Luc- 
chesiniego (,,Cose interessanłi udite alla łavoIa del Re“): 6 października 1780: „Król rozwinął piękny wykład na temat 
narodzenia, życia i śmierci Chrystusowej, krytykę godną wolnomy¬ 
śliciela pośród filozofów i filozofa pośród królów, Niemasz zgoła ży¬ 
cia przyszłego — wywodził — i niemasz osobistego Boga..." 23 października t. r.: „Po kolacji mowa o poemacie (królewskim 
o konfederacji barskiej), odczytywanym przez króla. Rzecz ta przy¬ 
pomina „Pucelle“ Woltera i dedykowana jest papieżowi Ganganelle- 
mu„. W pierwszej pieśni djabeł przebiera się za jezuitę i podżega 
biskupa kijowskiego (Sołtyka?), ażeby sprzeciwił się wyborowi Po¬ 
niatowskiego". 23 marca 1781: Znowu o Polsce: „Choroba francuska — mówi 
Fryderyk — dostała się do Polski przez brata króla Augusta (sic!), 
kardynała..." 12 kwietnia t. r.: „(Mowa) o widmach. Król wymieniał często 
Hobbes'a i margrabiego d‘Argens, co nie wierzyli w Boga, ale zato 
w duchy. Ta rozmowa dała mi do myślenia — dodaje Lucchesini — 
że i król sam wierzy w duchy". 21 czerwca t. r,: Król, zdaniem Włocha, bredzi o Horacym: 
„Ponieważ nic prawie nie rozumie (Fryderyk) po łacinie, nie może 
też pojąć czaru tego poety, który cały wyraża się we formie". V. Gross-Tinz na Śląsku. Wielkie manewry królewskie. 
Sierpień 1785 r. Fryderyk żegna się ze swoją armją, którą zgromadził 
w liczbie 50 tysięcy ludzi; jest to zarazem pożegnanie z lau- 
rami spod Mollwitz i Hohenfriedbergu, przed klęskami pod 
Valmy i pod Jeną. Staremu lwu towarzyszą — z cudzo¬ 
ziemców — książęta York i Kurlandji, lord Cornwallis, 
margrabia de Lafayette, generał książę Lubomirski.
		

/Magazyn_155_08_0303.djvu

			Król stanowi, jak zazwyczaj, centralny punkt uwagi 
i rozmów tych cudzoziemców. Nie mają dość oni dla nie¬ 
go wyrazów podziwu i uznania. Na nocnym „podkurku“ 
u księcia Lubomirskiego mówi do Lucchesiniego o nim Bi- 
ren, który właśnie dłuższe otrzymał był posłuchanie: „Ja¬ 
kąż rację ma Wolter, głosząc o królu, że mądrzejszy,jest 
od Mojżesza i rozumniejszy od Salomona“. Inni oglądać 
go mogą tylko na placu rewji, jak ten 70-letni starzec, 
w zaplamionym swoim mundurze, z gwiazdami „Orła 
Czarnego , „Orła Białego“, „Andrzeja“ rosyjskiego i „Se¬ 
rafinów szwedzkich na piersiach, pod ulewnym deszczem 
przez szereg godzin cwałuje na koniu. Staremu zaś mo¬ 
narsze przypadli tym razem do smaku, ze wszystkich go¬ 
ści — najwięcej — dwaj młodzieńcy i dwaj, jeżeli chodzi 
o przynależność do obozów wałczących w ostatniej wojnie, 
antagoniści: lord mianowicie Cornwallis, nieszczęśliwy 
wódz z pod Yorktown, i Marie-Jean-Paul margrabia de 
Lafayette, VI. Berlin. Mieszkanie starego Mojżesza Mendelssohna. 
Karnawał r. 1786. Herold asymilacji, „Nathan der Weise“ Lessinga, wą¬ 
tły zresztą i ułomny żydowina, niewiele ma już przed sobą 
godzin do przeżycia. Jest zawsze wszakże celem tajem¬ 
nych pielgrzymek wolnomularzy i wolnomyślicieli i, jak 
na kilka lat wprzódy, wpadał do niego z Warszawy taki 
Heyking, tak teraz składa mu wizytę Lucchesini. „Lessing — wywodzi filozof żydowski na benefis gości swoich 
(obok dyplomaty włoskiego bawi wtedy w pokoju trwórcy „Haskali“ 
także matematyk Lagrange, a jest przytem i córka Mendelssohna, póź¬ 
niejsza żona romantyka Schlegla) —, (Lessing) jest prekursorem no¬ 
wych czasów, które w mych oczach nadchodzą. Ja już ich nie dożyję, 
lecz wy, panowie młodsi ode mnie. Dzisiaj, tej samej nocy, siedzimy 
tak w przykładnej zgodzie: powiernik królewski, członek Akademji 
i filozof, albo — powiedzmy raczej — Włoch, Francuz i żyd. Zwią¬ 
zek zaś, który nas trzech, po tylu walkach i wojnach, do siebie zbli¬ 
żył, ogarnie niebawem wszystkie ludy. Światu zaświta nowy pierwia- 281
		

/Magazyn_155_08_0304.djvu

			stek życia, o który walczyłem, dla którego się narażałem, pragnąc 
mu dopomóc do zwycięstwa, Mam tu na myśli ideę Oświecenia,., 
Oświecenie zaś to postępuje naprzód. Słońce wschodzi dla wszyst¬ 
kich, Słyszę, że we Francji mnożą się już tego oznaki..." VII. Berlin, 17 sierpnia 1786 r. Na tron Hohenzollernów pruskich wstępuje — jako 
czwarty zrzędu monarcha — „gruby Gu“, czyli poprostu 
„wieprzak“, jak go nazywała w rozmowach swoich roz¬ 
złoszczona o jego politykę polską carowa Katarzyna. Syn niefortunnego wodza, a najstarszego brata wiel¬ 
kiego Fryderyka, księcia Augusta Wilhelma, który dostał 
był zdrowo w skórę pod Kolinem i umarł potem z rozpa¬ 
czy, niecierpiał też „Gu‘‘ po ojcu starego „Fryca“, a stryj 
tak dalece płacił mu pięknem za nadobne, że kiedy np. — 
pisze Kiirenberg — „usłyszał król, że książę podczas kar¬ 
nawału berlińskiego miał się nabawić choroby francuskiej, 
zaprosił go całkiem wyjątkowo do „Sans-Souci“, aby móc 
przypijać się do niego najcięższym węgrzynem“. Czterdziestodwuletni, a mocno zużyty, czwarty zrzę¬ 
du ten Hohenzollern na tronie pruskim, w zakonie zaś wol- 
nomularskim ,,Frater Ormessus Magnus", zainaugurował 
zgodnie z przewidywaniami i obawami stryja erę najgor¬ 
szą z całego dwóchsetlecia tej monarchji. Pozbawiony na¬ 
wet humanitarno-estetycznych gustów Fryderyka I czy III, 
Fryderyka Wilhelma IV, czy bodaj Wilhelma II, a cóż do¬ 
piero wrodzonej marsowości „wielkiego elektora“, Fryde¬ 
ryka Wilhelma I, Fryderyka II i Wilhelma I, Fryderyk 
Wilhelm II stał się na schyłku samym stulecia XVIII do¬ 
skonaleni, acz przejaskrawionem wcieleniem tego, co 
w królewskości stulecia tego było najbardziej ujemnego: 
„der Matressenwirtschaft und des Favoritismus“. Jego zaś 
Pompadury: Wilhelminy Encke-Lichtenau czy Julje Voss- 
Ingenheim, czy znowu Denhoffowe (miał bowiem grubas 
ów, podobnie jak Henryk VIII, sześć małżonek) trąciły 
mocno pruskim gustem junkierskim, jego zaś faworyci: 282
		

/Magazyn_155_08_0305.djvu

			Wôllner, Haugwitz, czy Bischoffwerder, więcej jeszcze za¬ 
pewne od współczesnych im gdzieindziej, od Contich, Ta- 
nuccich, Birenów czy naszych Branickich, zalatywali feto¬ 
rem lóż. Za „małego króla“ uchodził wówczas na dworze ber¬ 
lińskim Jan Krzysztof Wôllner, w zakonie alchemiczno- 
„różokrzyżowcowym", „brat Chrysophoron Heliconus 
Ophiron“, wielki mistrz staropruskiej loży-matki „Trzech 
Globów , a jak charakteryzuje go trafnie nieznany zresztą 
Kürenbergowi Askenazy: „hipokrycka i do szpiku spodlona figura z melodramatu, czoł¬ 
gający się a bezczelny, skończony cynik pod powłoką cnotliwca i świę¬ 
toszka, przytem niezwykle uzdolniony, pracowity, zjadany przez chci¬ 
wość i ambicję. Biedny kandydat teologji, wzięty na nauczyciela do 
pańskiego domu, gdzie przez piekielną zbrodnię, zgubiwszy matkę, 
wymusił małżeństwo z nieletnią córką, tym sposobem krótkie tylko 
po drodze odsiedziawszy więzienie, wprowadzony do wielkiego świata 
berlińskiego, z pastora przedzierzgnął się w masona, z wolnego mu¬ 
larza w brata Róży i Krzyża.,., w radcę kameralnego, nakoniec we 
wszechwładnego ministra.,,“ Jan Rudolf Bischoffwerder, w „zakonie": „frater Far- 
ferus Phocus Vibron de Hudlon“, najzaufańszy faworyt 
królewski, „żaba, która wdrapała się na tron Fryderyko- 
wy , przyjaciel Wóllnera i szwagier Lucchesiniego; z po¬ 
chodzenia szlachcic saski, naprzód koniuszy królewicza 
polskiego księcia Karola, także gorliwego wywoływacza 
duchów i wolnomularza, sam tak ciekawy i spragniony 
wiedzy masońskiej, że po jej uzupełnienie i pogłębienie 
swojego czasu aż na Cypr się wybierał; zresztą — oddaję 
tu znowu głos Askenazemu: „w rzeczywistości,., równie pospolity i chciwy karjerowicz... 
podrzędny intrygant, chytry a płaski.,., specjalista od ukrytych wejść, 
zagadkowych maskarad, lokajskich tajemnic i umówionych korespon- 
dencyj..." Chrystjan wreszcie August hrabia Haugwitz, 
w „zakonie“ wolnomularskim „Eques a Monte Sancto", 
spadkobierca mistyczny odwiecznych a tajnych tradycyj 
krzyżacko-protestanckich, przytem zaś arcykabalista, 283
		

/Magazyn_155_08_0306.djvu

			Haugwitz dopiero w wiele lat później (na kongresie miano¬ 
wicie w Weronie, roku 1823} dojdzie do uświadomienia 
sobie dawniejszych niegodziwości politycznych, popełnio¬ 
nych za panowania Fryderyka Wilhelma II, i złoży w tym 
względzie następcy jego kajający się memorjał, wydru¬ 
kowany później w zbiorze wydanym przez Dorowa. VIII. Poczdam. Gabinet królewski. Jesień i zima 1786 r. Lucchesini pracuje znowu z królem, z „grubym Gu“, 
jak pracował ze „starym Frycem". A pracuje stale „przy drzwiach zamkniętych", w „se¬ 
krecie", jak jego wcześniejszy „współbrat" Conti pracował 
był niegdyś z Ludwikiem XV. Są bowiem inne też ana- 
logje między winowajcą Rossbachu a winowajcą Jeny: obu 
tych dynastów-schyłkowców, Ludwika i Fryderyka, witali 
dwór i lud, zmęczeni wielkością ich poprzedników, iden¬ 
tycznym przydomkiem: ,,le Bien-aime“ („der Vielgelieb¬ 
te“), żaden zaś z nich dwóch, chociaż pokochało go pań 
wiele, nie spełnił zresztą nadziei w nim pokładanych. Wtóry więc Conti, nasz Lucchesini, siedzi z Frydery¬ 
kiem, jak tamten niegdyś z Ludwikiem, nad nowym ,,secret 
du roi“. Przyznaje to znowu pośrednio Askenazy: „Zdał się — pisze on mianowicie o królu pruskim w swojem 
,,Przymierzu“ — na łaskę i niełaskę.,, swych opiekunów, został naj¬ 
bardziej prawowiernym ich prozelitą, wkońcu (zaś) sam wstąpił do 
ich bractwa „Złotej Róży i Krzyża“,,. Dotychczas był w ręku stręczy¬ 
cieli, teraz wpadł w ręce sztukmistrzów, I teraz, i tędy, wstąpił do 
polityki. Teraz albowiem, po takiem przygotowaniu, młody Fryderyk Wil¬ 
helm wciągnięty został do bardziej poziomych, bardziej ziemskich 
a dużo donioślejszych praktyk. Dobrym jego przyjaciołom oczywiście 
nie o to tylko chodziło, aby mu dostarczać wzruszeń i pokazywać cu¬ 
da, ale o to, aby tędy opanować go pod względem politycznym,,, ^ Po orgjach i misterjach przyszła kolej na wielką politykę, która dla 
następcy tronu miała również smak zakazanego owocu. Od szarlata¬ 
nów, dla dokończenia edukacji, a zawsze tym samym sposobem, 
ukradkowym i podziemnym, dostał się pod koniec w ręce mężów 
stanu i ministrów. A raczej, w zupełnej zgodzie i harmonji, dotych- 284
		

/Magazyn_155_08_0307.djvu

			czasowi przyjaciele księcia z„, bractwa „Rosenkreuzerów", w tym 
celu pospołu podali ręce politykom zawodowym z gabinetu i pałaców 
królewskich. Z tej to strony, już krótko przed objęciem rządów 
przez Fryderyka Wilhelma, wzięli go szczególniej w obroty młodszy 
stryj, książę Henryk (jeden z inicjatorów pierwszego rozbioru Pol¬ 
ski), kuzyn ks, Brunświcki, minister Hertzberg... Pod wpływem tylu 
niezwykłych czynników rozkładowych, pod różnolitem działaniem ca¬ 
łej tej akcji podziemnej, otumaniającej w nim jednocześnie umysł, 
wolę i sumienie,.., nieodporna natura księcia pruskiego ulegała stop¬ 
niowej degeneracji fizycznej, duchowej i moralnej...“ IX. Rzym — Moguncja. Rok 1787. Dyplomacji Lucchesi- 
niowej etap pierwszy. Polityka „marchesego“ idzie w tym czasie konse¬ 
kwentnie już w kierunku anty-austrjackim: Lucchesini nie 
nadarmo jest Włochem i nie nadarmo ulega też dyrekty¬ 
wom swoich wolnomularskich mocodawców. Wyraża się 
zaś ta polityka w tendencji zizolowania w Niemczech do¬ 
mu Habsburgów, a nawet wyforowania go z Rzeszy, po 
czemu podatna nasuwa się sposobność, zważywszy prze¬ 
widzieć się już dający, rychły zgon Józefa II. Chodzi więc o to, ażeby, krocząc po linji fryderycjań- 
skiego „Furstenbundu“, utrzymać w możliwej solidarności 
z Prusami kolegjum elektorskie, które będzie dokonywało 
wyboru nowego cesarza. W tym celu jedzie „marchese“ 
w lutym 1787 r. aż do Rzymu, jedzie, ażeby tam, w Kurji 
papieskiej, przygotować i przeprowadzić obsadę najważ¬ 
niejszego z elektorstw duchownych, arcybiskupstwa mo- 
gunckiego, mającego niebawem zawakować wobec sędzi¬ 
wego wieku elektora. Chytry „marchese“ wygrywa zręcznie w Rzymie wro¬ 
dzone animozje swoich współziomków w kapeluszach kar¬ 
dynalskich przeciwko gnębicielce Włoch, Austrji, a bodajże 
nawet uzasadniony żal papieża Piusa VI względem Jó¬ 
zefa II. Toteż cel misji Lucchesiniego stosunkowo gładko 
dochodzi do skutku: czynniki rzymskie zgadzają się bo¬ 
wiem na kandydaturę do koadjutorji mogunckiej, jednego 
z najniebezpieczniejszych podówczas, jak dzisiaj już do-
		

/Magazyn_155_08_0308.djvu

			kładnie nam wiadomo, wolnomularzy-„iluminatów" barona 
Karola Teodora Dalberga. Tak wygląda pierwsza ta i poważna perypetja dyplo¬ 
matyczna w urozmaiconej karjerze Lucchesiniego, epilo¬ 
giem zaś tej perypetji staje się groteska, na której temat 
pani Lucchesini zwierzyła się później w Warszawie nasze¬ 
mu zacnemu Ursynowi, opowiadając mu, jak to jej mąż 
(w powrocie zapewne z Rzymu) pojawił się w Moguncji 
i „przebrany za kupca-jubilera, jednał kanoników to dara¬ 
mi, to obietnicami“. X. Działalności dyplomatycznej Lucchesiniego etap drugi: „Marchese“ jedzie nibyto na placówkę do Petersbur¬ 
ga, jedzie zaś zawsze z włosko-masońskim swoim planem 
rozgrywki z Austrją. W Wiedniu dogasa właśnie tymczasem cesarz Józef, 
następcą zaś jego ma zostać brat jego, toskański Leopold, 
suzeren poniekąd imć Lucchesiniego. Józef, jak później 
Franciszek Józef, szuka w ostatnich latach życia rewanżu 
na Wschodzie za straty poniesione na Zachodzie, tym ra¬ 
zem wszakże ręka w rękę z Rosją, nie zaś z Prusami. 
Francja zato nie wchodzi w tę jego grę, bo siostra jego 
Marja Antonina walczyć już musi z trudnościami przed- 
rewolucyjnemi ery Turgota i Neckera. Kto czytał Kalinkę, ten zna już „plany Hertzberga", 
których wykonawcą stać się ma obecnie Lucchesini. Dwu¬ 
dziestego pierwszego bowiem września roku 1788 wy¬ 
jeżdża nasz „marchese“ pozornie do stolicy Repninów 
i Razumowskich, ale już w kilkunastodniowej podróży do 
Warszawy decyduje się pozostać nad Wisłą. Tu bowiem 
od tygodnia obraduje „wielki sejm”. XI. A w tej Warszawie od paru już lat prusofilstwo we¬ 
szło było w modę. „Orzeł Czarny" stał się atutem domów 
magnackich. 286
		

/Magazyn_155_08_0309.djvu

			Czartoryscy, Lubomir,scy i Potoccy, „sujets mixtes“ 
w rezultacie pierwszego podziału, jak kania deszczu, od 
chytrego markiza oczekiwali przyłączenia napowrót do 
Polski austrjackiej Galicji, a z nią — Sieniawy, Łańcuta, 
Stanisławowa, Krystynopola... Być może, że ta nostalgja latyfundjalna leżała na dnie 
kochniczków pruskich: zabiegów osobistych ruchliwej a uroczej księżnej generałowej w Berlinie, skąd jej przy¬ 
słano zięcia dla nieszczęśliwej córki, Marji Czartoryskiej, 
w osobie późniejszego zdrajcy, księcia Ludwika wirtem- 
berskiego. Księżna Izabela oczarowała nawet „starego 
Fryca“, tak zresztą nieczułego na wdzięki niewieście; 
w kilka zaś lat później pobiegła znowu w czasie karnawału 
do Berlina bałamucić już na dobre jego płochego następcę 
(było to właśnie w zimie przed zebraniem się „wielkiego 
sejmu") ; tegoż zaś lata — w sam niemal przeddzień pru- 
sko-polskiej rozgrywki warszawskiej — zluzowała ją na 
terenie dworu pruskiego inna Syrena polska, inna księżna 
Izabela, bratowa jej Lubomirska z Łańcuta, do trzeciego 
skolei dobierająca się Hohenzollerna. W otoczeniu zaś 
księżnej marszałkowej i młodego niedźwiadka pruskiego, 
a późniejszego małżonka dzielnej królowej Luizy, kręcili 
się wtedy w wesołym „budzie“ pyrmonckim nielada gra¬ 
cze i tuzy: samże Potocki Ignacy, i błyskotliwy książę 
generał ziem podolskich, i wymowny „abbate“ Piattoli, 
i jeden z synów starego Briihla, i dam jeszcze parę. XII. Na początku listopada („miesiąca niebezpiecznego dla 
Polski") pamiętnego tegoż roku 1788 raportuje Włoch 
nasz do Poczdamu: „Mam wpogotowiu dobrego agitatora, co tylko czeka na sygnał, 
aby pobiec do Galicji i na Ukrainę i tam z kupką szlachciców rzucić 
się na Rosję..." Ale rozwiązanie w tym względzie przynieść ma do¬ 
piero sierpień następny, miesiąc po upadku Bastylji. 287
		

/Magazyn_155_08_0310.djvu

			„Gruby Gu“ kwateruje już wtedy na Śląsku, jako 
w bliskiem sąsiedztwie granicy polskiej, i do kwatery tej 
swojej wzywa z Warszawy Lucchesiniego. Nagle wszak¬ 
że z Berlina przybywa na Śląsk — i to jako pacyfikator 
niespodziewany — Bischoffwerder. A trójkątna „żaba“ 
ciągnie za sobą posła angielskiego Ewarta, równie podej¬ 
rzaną z punktu widzenia polskiej racji stanu figurę. Wo¬ 
bec takich powag i wpływów, oddziaływających na króla 
pruskiego, „Orlando furioso“ — jak nazywał w tej epoce 
Lucchesiniego, gwoli jego zapałów wojennych, antagonista 
jego rosyjski Stackelberg — podporządkowywuje się bez 
wahania dyrektywom szwagra, a ściślej mówiąc — Loży. Pomimo tego zawodu dla „patrjotów“ — analogicz¬ 
nego z niektóremi wypadkami ostatniej wojny — staje 
przymierze polsko-pruskie. I 28 marca 1790 r. może „marchese“ napisać do Pocz¬ 
damu: „Teraz, kiedy Polaków i ich losy sprzęgnęliśmy mocno z polity¬ 
ką gabinetową Waszej Królewskiej Mości, może kraj ich posłużyć za¬ 
równo jako pole walki i lewa zasłona flankowa dla Śląska, jak póź¬ 
niej, przy rokowaniach pokojowych, jako podstawa do spekulacji,. XIII. Z Austrją walczył był przedewszystkiem Fryderyk II, 
gdyż taka była wtedy — zła czy dobra — pruska „racja 
stanu". Przeciwko Francji wyprawiał się teraz Fryderyk 
Wilhelm II, jak w sto lat później ostatni z jego następców, 
Wilhelm II. Do wojny tej pchała go masonerja {Bischoff¬ 
werder, Wóllner, narzędzie ich, hrabina Lichtenau i tuba 
ich, Lucchesini), powstrzymywał zaś przezorny Leopold II, 
zatroskany o los siostry Marji Antoniny, pozostającej już 
wtedy w szponach Rewolucji (czyżby cesarz za to waha¬ 
nie się swoje miał był zapłacić, jak powszechnie wtedy 
utrzymywano, życiem?). Punkt ciężkości polityki pruskiej przeniósł się więc 
chwilowo znad Wisły nad Ren, z Warszawy do Koblencji, 
głównej kwatery emigrantów francuskich. Tam też król 288
		

/Magazyn_155_08_0311.djvu

			pruski odwołał niebawem Lucchesiniego. Szesnastego tedy 
sierpnia 1792 opuścił „marchese“ Polskę definitywnie, wy¬ 
jeżdżając nibyto do Karlsbadu. Jechał on wszakże w rze¬ 
czywistości dalej na zachód, za armją pruską, do Ver- 
dunu i... Paryża. Zdawał sobie niemniej dokładnie Luc- 
chesini sprawę z położenia (co powiększało jego odpowie¬ 
dzialność) i wiedział, iż w tej absurdalnej kampanji cho¬ 
dzi o zwykłą prowokację, o skompromitowanie francuskiej 
rodziny królewskiej. Kampanja bowiem skończyła się 
przegraną: armja fryderycjańska cofnęła się w rozsypce 
za granicę pruską: zaczął się „nowy rozdział w dziejach 
świata". XIV. Masonerja (w tym wypadku jakobini, Haugwitz i Luc- 
chesini) dopięła celu: pognębiła — z jednej strony -— 
Francję królewską, z drugiej zaś — równie prawowierną 
Polskę. W roku 1793 padła na szafocie głowa króla Lu¬ 
dwika i zebrał się sejm rozbiorowy w Grodnie. Złote 
jabłka: gdańskie, toruńskie i poznańskie spadły nareszcie 
do „fartucha" Lucchesiniego. Spotkała go za to i oso¬ 
biście upragniona nagroda: trzydziestego listopada t. r. 
osiągał „marchese“ marzenie młodości, zostawał posłem 
w Wiedniu. Ale tymczasem w Berlinie świtała również nowa era. 
Do grobu zstępował zużyty już całkiem następca „wielkie¬ 
go Fryca", na jego zaś miejsce wstępował młody król, 
Fryderyk Wilhelm III, mający przy boku swoim dzielną 
towarzyszkę życia w osobie słynnej Luizy z meklembur- 
skiego szczepu Świętopełków i Henryków Lwów. Lucche- 
sini, człowiek epoki przedrewolucyjnej, chociaż w meto¬ 
dach swoich rewolucjonista, nie pasował już do młodszej 
generacji, do Bonapartych, Steinów i Hardenbergów. I za¬ 
równo z Warszawy, zawiedzionej w nadziejach swoich 
patrjotycznych, jak z demonstrującego przeciwko niemu 
Wiednia, musiał wymykać się niejako tylnemi drzwiami 
przed pretensjami i zniewagami zapaleńców. Źródło rozbioru Polski. 19 289
		

/Magazyn_155_08_0312.djvu

			Prusy żyły tymczasem w przededniu Jeny. Frydery- 
cjańskiej wielkości nie było w nich już ani śladu: ,,hery 
oficery“ upijały się tylko w knajpach, a „hofraty, land- 
raty, psubraty“ kradli, co się dało. Lucchesini siedział 
wówczas u siebie na wsi, w zapracowanem ciężko przez 
siebie na Polsce starostwie międzyrzeckiem, i czekał na 
nowy uśmiech Fortuny. XV. A ten nadszedł. Spotkało się bowiem ze sobą dwóch 
kondotjerów włoskich: Lucchesini z Lukki i Bonaparte 
z Ajaccio. Ale Cezar w zalążku nie zachwycał się Arle¬ 
kinem na wylocie. W Berlinie dojrzewała już bowiem nie¬ 
łaska „marchese"go. Frondę przeciwko niemu prowadził 
młody kuzyn królewski, a dzielny huzar, ks. Ludwik Ferdy¬ 
nand, brat późniejszej Antoniowej Radziwiłłowej. Książę 
spoliczkował publicznie dyplomatę, potem zaś napisał do 
siostry na temat „kanalij..., co chcą obrócić kraj w gruzy". Tymczasem bowiem zbliżała się wielka rozgrywka. 
W berlińskim „Schauspielhausie“ wtórowała publiczność 
codziennie refrenowi rajtarskiemu z „Wallensteina“: „Hej, hej! towarzysze, do konia, na koń 
I w pole, na wolną swobodę, Bo w polu to warta coś męska jest dłoń..." Lucchesini zato do końca pozostał wierny roli swojej 
prowokatora: „zu allen Schandtaten bereił". Radziwiłło¬ 
wa, jako patrjotka pruska, dopatruje się w nim poprostu 
głównego winowajcy Jeny, w nim, który w Charlotten- 
burgu przypieczętował później hańbę przegranej, jak za 
dni naszych Erzberger w Rethondes. XVI. „Exit marchio“ („On l'avait assez vu!“). Dobiegł 
do mety, ale w jakże pożałowania godnym stanie. Pod¬ 
czas gdy wspólnik jego i ,,współbrat , hrabia Haugwitz, 290 >•
		

/Magazyn_155_08_0313.djvu

			uciekał przed gniewem patrjotów pruskich aż do Ferrary, 
i naszemu Włochowi groziło zrazu więzienie, przed któ- 
rem salwował się jednakże ,,messer Girolomo" ucieczką, 
poczem osiadł w rodzinnej Lucce, na dworze siostry Na¬ 
poleona, Elizy Bacciochi, późniejszej w. księżnej toskań¬ 
skiej. I jeszcze raz tylko uśmiechnęła się do niego For¬ 
tuna: Talleyrand wezwał go jako „eksperta" na kongres 
wiedeński. Ale stary Lucchesini tym razem do Wiednia nie po¬ 
jechał. Już nie pora mu było tańczyć, jak tańczył był 
przed Mar ją Teresą. Już nie miał do trucia nikogo, jak 
truł był niegdyś Polskę i Francję. Zgrabiały palce „orga¬ 
niście" ze słynnego wiersza Trembeckiego. Był gotów. 
Jeszcze przeżyć miał lat dziesięć, ale przeżył je żywym 
trupem. I trupem w stanie rozkładu, co zaraża wszyst¬ 
ko, czego się tylko dotknie. Jakżeż określa go bowiem 
ten stary, poczciwy Schlosser? „Zły duch Prus, przesłaniec każdego oszustwa i każdej hańby 
gabinetu berlińskiego"1). „*) P° szkicu p. t. „Józef : „Allgemeines Handbuch der Freimau- 
rerei , II 131 nn„ 263 (gdzie i o innych masonach austrjackich sub 
voce) -, Załęski, 1. c., str. 116-7; Le Forestier, 1. c„ str. 346-8, 649 i Po¬ 
niatowski: „Mémoires", I. 660-1. Do szkicu p. t. „Marja Teresa" (o przodkach i krewnych cesa¬ 
rzowe; po kądzieli): Peuckert: „Die Rosenkreuzer", passim; Barthold, 
\ ,C"..StL. Konopczyński: „Materjały do polityki „familji" („Kwar¬ 
talnik historyczny , XXV, 467). Do szkicu p. L: „Katarzyna (o przodkach carowej — Anhal- 
tach) por szkic mój: „Z bitwy na Białej Górze" {„Szczerbiec", luty - 
marzec 1931); Peuckert, 1. c„ str. 351; Denk, 1. c,; por. Poniatowski, 
1. c„ str. 174. Do ^szkicu p. t. „Fryderyk": „Allgemeines Handbuch der Frei¬ 
maurerei" II, 193; por. Konopczyński: „Polska w dobie wojny siedmio. 
letniej , I, 389. „Do szkicu p. t. Lucchesini ; Askenazy: „Przymierze polsko-pru- 
skie wyd. HI, str.18 nn.; por. Le Forestier, 1. c„ str. 358; Dembiń¬ 
ski, 1. c„ str. 120; Morawski: „Do charakterystyki okresu Rady Nie- 
usta,qcej i genezy przymierza polsko-pruskiego" („Kwartalnik histo¬ 
ryczny XXVII, 333 nn.) oraz „Ignacy Potocki", 1. c„ str. 65-6 i 133. 19‘ 291
		

/Magazyn_155_08_0314.djvu

			III. „ŹRÓDŁO PIERWSZEGO ROZBIORU“ i. Oto, co czytamy w tekście (francuskim) pamiętników 
Stanisława Augusta, wydanych w Petersburgu, w samym 
przededniu wielkiej wojny1). „Trzeba tu dosięgnąć — pisze król - pamiętnikarz — źródła... 
pierwszego rozbioru Polski. Bawił podówczas w Petersburgu dyplo¬ 
mata duński, niejaki hrabia von Asseburg, człowiek w gruncie rzeczy 
przekupiony przez króla pruskiego i o wiele gorliwszy i czynniejszy 
w służbie tego ostatniego księcia, niż w służbie króla duńskiego. Asse- 
burg zdawał sobie sprawę z kłopotów i troski, które interesy polskie 
sprawiały dworowi rosyjskiemu. (Z drugiej strony) wiedziano w Eu¬ 
ropie oddawna o ślepej predylekcji Panina (kanclerza rosyjskiego) 
względem króla pruskiego, który mu kadził w listach, pisząc, iż nie 
chce się rządzić czem innem jeno jego radą. Znał (również) Asse- 
burg nienawiść osobistą dwu braci Czernyszewów: Zachara i Iwana 
w stosunku do króla polskiego..., (nienawiść datującą się) od początku 
panowania Katarzyny II. Na mocy tego wszystkiego powziął Asse- 
burg próbę podsunięcia imperatorowej projektu rozbioru Polski. Pro¬ 
jekt ten skierował najpierw do króla pruskiego. Jest faktem, że Fry¬ 
deryk odrzucił go początkowo jako chimerę niewykonalną, Asseburg 
wszakże się tem nie zraził... (I) otrzymał nareszcie zgodę króla 
pruskiego na (dalsze) zabiegi w Petersburgu, nietylko w kierunku zy¬ 
skania tamże aprobaty dla projektu rozbioru, ale i celem skłonienia 
Petersburga do zaproponowania go przyszłym współrozbiorcom. Wie¬ 
lokrotnie i z... naciskiem powtarzał (Asseburg), że Rosja nigdzie in¬ 
dziej nie jest zdolna się za straty poniesione w wojnie tureckiej od¬ 
szkodować, jak tylko w Polsce, a dalej, że Berlin i Wiedeń nigdy nie 
spoglądałyby spokojnem okiem na (ewentualne) zdobycze Rosji 
w Polsce, gdyby analogicznych nie uzyskały dla siebie kompensat: 
że — następnie — ofiarowywując Austrji kawałek znaczny Polski, 
oderwie się ją w ten sposób od Porty i Baru, Porty, której Wiedeń ł) „Mémoires“, 1. c,, str. 658—61. 292
		

/Magazyn_155_08_0315.djvu

			obiecał pomoc efektywną, i Baru, któremu służył pośredniemi posił¬ 
kami, co rvszystko tern bardziej dogadzać powinno Austrji, że już była 
pozwoliła sobie na uzurpację (Spiżu i Nowotarszczyzny)... (I mówił) Asseburg... do Panina: „Jeżeli się panu uda zjedno¬ 
czyć ze sobą dwory berliński i wiedeński w łupie rozbiorowym, od¬ 
bierze pan (zarazem) królowi i narodowi (polskiemu) wszelkie środki 
oporu przeciwko projektom hegemonji (rosyjskiej)... w Polsce, ustano¬ 
wi pan w tym kraju formę rządu, panu dogadzającą, i uprawomocni 
pan wszelkie korzyści dla dyssydentów i dyzunitów, na których wyro¬ 
bieniu tak bardzo zależy imperatorowej, a zarazem przysporzy pan 
Rosji bardzo wielką prowincję, wielkie dochody i wielkie środki 
gwoli nagrodzenia sług państwowych, cywilnych i wojskowych“. Suma wszystkich tych objektów zdecydowała wkoiicu imperato- 
rową. Rozkazała zakomunikować je królowi pruskiemu, który potra¬ 
fił udać, że te idee są dla niego nowe. Nie omieszkał dodać przytem 
insynuacji, że nie wystarcza zachęcać, ale że w razie potrzeby wy¬ 
padnie przymusić Austrję do wzięcia udziału w rozbiorze. Marja Teresa, wystraszona olbrzymią i jaskrawą niesprawiedli¬ 
wością, do której ją skłaniano, sprzeciwiała się jej długo wskutek 
skrupułów sumienia. Zebrała „juntę", złożoną z trzech teologów ze 
swoim spowiednikiem na czele, ażeby przedyskutować ten „casus“. 
Kiedy się narada ich przeciągała, a nawet dwóch spomiędzy obradu¬ 
jących zamierzało odrzucić propozycje dworów rosyjskiego i pruskie¬ 
go, Józef II (wtedy) już cesarz... wtargnął do komnaty, gdzie obrado¬ 
wała rada teologiczna, i zmusił ją do opinji afirmatywnej... Król pruski mawiał odtąd powielekroć: „Europie się wydaje, że 
to ja jestem sprawcą pierwszego podziału Polski, a przecie projekt 
ten urodził się w Rosji“. Między innemi, wyrzekł (Fryderyk) tego 
rodzaju słowa do Krasickiego, biskupa warmińskiego. Cały (zaś) de¬ 
tal manewru Asseburgowego doniesiony został królowi (polskiemu) 
za pośrednictwem posła, którego miał wówczas (król) w Petersburgu 
(Psarski a może raczej Deboli), co potwierdzone zostało również w ca¬ 
łej pełni przez... Stackelberga... Asseburg, dokonawszy niegodziwego swego dzieła, zebrał jego 
owoce, opuszczając służbę duńską i kupując ziemie obszerne w Rze¬ 
szy, gdzie zamieszkał." II. Ród Asseburgów1), wywodzący się od Gunzelina 
z Wolfenbüttel, stolnika świętego rzymskiego cesarstwa, *) „Denkwürdigkeiten des Freiherrn Achatz Ferdinand von der 
Asseburg", Berlin 1842, por. Trippenbach: „Geschichte der Familie 
v. d. Asseburg", Berlin 1915. 293
		

/Magazyn_155_08_0316.djvu

			skłóconego osobiście z papieżem (wiek XII), jednoznacz¬ 
ny — od średniowiecza — z Hindenburgarni (w wieku 
XIII i XIV podpisują się rycerze z tego rodu: von der Hin- 
denburg und von der Asseburg), wydał w stuleciach XVII 
i XVIII troje członków, którzy w ten czy inny sposób mieli 
jakowyś związek z Polską. Pierwszą z nich była, jak wiemy już, Rozamunda Ju- 
ljanna von der Asseburg, „Sybilla z Lüneburga“, medjum 
i wizjonerka, towarzyszka pietysty i okultysty Jana Wil¬ 
helma Petersena, który zapewne z jej pomocą wywróżył 
Augustowi Mocnemu koronę polską. Drugim był — Herman Werner auf Hindenburg und 
Wallhausen, ochmistrz dworu arcybiskupa elektora koloń- 
skiego Klemensa Augusta Wittelsbacha, wnuka (przez 
matkę) Sobieskiego. Z tego to dworu nadreńskiego, peł¬ 
nego lekkich a tajemniczych — w guście epoki — zabaw, 
„amusements mystérieux“ (książę-arcybiskup był m. in. 
założycielem romantycznego „zakonu mopsic“1) wyszła — 
jeżeli liczyć omawiany wyżej, przypuszczalny impuls Asse- 
burżanki — druga inicjatywa obsadzenia tronu polskiego, 
przyczem ochmistrz elektorski odegrał wyraźniejszą przy 
tem już rolę, niźli ongi kuzynka jego czy ciotka Roza¬ 
munda: „Je crois que le grand-maître — pisała wtedy inna 
jego kuzynka do kuzyna Achacego Ferdynanda (o którym 
będzie zaraz mowa niżej) — a bercé le Prince de Hesse 
de la couronne de Pologne...“ Trzecim z Asseburgów, który zaważył na losach Pol¬ 
ski, był rzeczony Achacy Ferdynand. Nim wszakże za¬ 
poznamy się z jego karjerą, karjerą typowego rokokowe 
go kameleona, słów parę poświęcić wypadnie dworowi, na 
którym karjera jego wyrosła. III. Dwudziestotrzechletni Ferdynand Achacy von der Asse- 
burg, junkier, bibosz, palacz i rajtar w stylu późniejszego 
Ottona Bismarcka, przybył wiosną 1744roku na dwór kasselski. *) Por, Załęski, 1, c., str. 83. 294
		

/Magazyn_155_08_0317.djvu

			Hesją rządził wówczas — jako namiestnik landgrafa 
Fryderyka I, który był zarazem królem szwedzkim — 
późniejszy landgraf Wilhelm VIII, gorliwy protestant, 
podczas gdy syn tegoż, młody następca tronu Fryderyk, 
nosił się już od dwóch lat podobno z zamiarem przejścia 
na katolicyzm. Fryderyk, urodzony w roku 1720, o rok zatem star¬ 
szy od Asseburga, już jako młodzieniaszek dziewięcioletni 
brał udział w przeglądzie najemników heskich, których je¬ 
go ojciec konsekwentną tradycją domu swojego sprzeda¬ 
wał w służbę angielską. Fryderyk tak dalece przypadł 
do gustu obecnemu na przeglądzie królowi angielskiemu 
Jerzemu II, że mu ten — po latach jedenastu — oddał za 
żonę córkę swoją Marję. W wojnie sukcesyjnej austrjac- 
kiej walczył Fryderyk dzielnie, osobliwie w Szkocji, do¬ 
kąd powołał go teść angielski, krwawo się wtedy zmaga¬ 
jący, zwłaszcza pod Culloden, z pretendentem Stuartem. 
Była też wtedy mowa o wyniesieniu młodzieńca na tron 
szwedzki po spodziewanej śmierci wspomnianego wyżej stryja. Tymczasem jednak przeważyły inne miraże. W roku 
1749 przeszedł młody książę Fryderyk na katolicyzm, 
a uczynił to, jak nam już wiadomo, pod wpływem Her¬ 
mana Wernera Asseburga-Hindenburga, którego poznał 
był zapewne w najwcześniejszym okresie wojny sukce¬ 
syjnej, dowodząc korpusem heskim jako feldmarszałek 
cesarza Karola VII z rodu Wittelsbachów, rodzonego brata 
tegoż elektora kolońskiego, na którego dworze ochmistrzo- 
wał wspomniany Herman von Asseburg. A czy i jaką rolę 
odgrywał przytem służący współcześnie na dworze kas- 
selskim kuzyn jego, Ferdynand Achacy? Nie wiemy. Tymczasem losy tego ostatniego uległy pierwszej za¬ 
sadniczej zmianie. W Paryżu, gdzie — z młodym księ¬ 
ciem heskim — spędził był zimę z przełomowego dla tegoż 
roku 1749 (roku nawrócenia) na 1750, poznał Asseburg 
grubą rybę dyplomacji współczesnej, Jana Hartwiga Bem- 
storffa. Był podówczas Bernstorff posłem duńskim przy 
dworze francuskim, miał zaś wkrótce zostać duńskim mi- 295
		

/Magazyn_155_08_0318.djvu

			nistrem spraw zagranicznych. Należał do rodziny, której 
nazwisko zapisało się w dziejach duńskiego okultyzmu, na 
listach mianowicie szkoły hermetycznej t. zw. iluminatów 
kopenhaskich, którym przewodniczyli królowie i książęta 
z panującej tamże rodziny; sam w każdym razie Bern- 
storff był wojującym protestantem, czego dał dobitne do- 4 wody swojemi gwałtownemi interwencjami w sprawie 
dyssydenckiej w Polsce. Bernstorff pociągnął Asseburga do służby duńskiej 
(1753), mianował go posłem duńskim przy dworze szwedz¬ 
kim (1755—60), dalej — przedstawicielem króla Fryde¬ 
ryka V przy wyborze i na koronacji cesarza Józefa II we 
Frankfurcie (1763), posłem w Stuttgarcie (1764), Peters¬ 
burgu (1765—8) i ponownie w Stuttgarcie (1769—71). IV. Towarzysz paryski Asseburga, książę heski Fryderyk, 
został tymczasem landgrafem (1760). O koronie polskiej 
marzyć nie przestawał, a tylko protekcję angielską żarnie- ^ nił tymczasem na bliższą, pruską. W wojnie siedmiolet¬ 
niej funkcjonował więc jako pruski generał-lejtnant, czy 
potem jako wicegubernator Magdeburga, przez żonę zre¬ 
sztą bliskim był powinowatym starego Fryca. Otaczać się po wszystkie czasy lubił nowy landgraf 
awanturnikami. I tak jednym z jego kamerjunkrów był 
baron Adolf Knigge, jeden z najniebezpieczniejszych przy¬ 
wódców osławionej sekty iluminatów bawarskich, zacie¬ 
kły wróg jezuitów. Zachował się tekst jednego z listów 
landgrafa do Kniggego, pisany w jakiejś czarnej dla tego 
ostatniego godzinie: „Mój drogi kamerjunkrze... — pisał do niego Fryderyk — ufam, 
że pan zdoła uporządkować swoje interesa i będzie w ten sposób mógł 
pozostać w mojej służbie, jako że bardzo jestem zadowolony z pana. Jest pan zręczny i pilny. Pragnę więc, żeby pan się uspokoił. Po¬ 
trafię zresztą przy sposobności panu wykazać, że żywię dla pana 
zawsze te same uczucia..."1) 1) Patrz Le Forestier, 1. c., str. 206, por, również: str. 357-8, 296 k
		

/Magazyn_155_08_0319.djvu

			Tak czule pisał landgraf jegomość do przyszłego bu¬ 
rzyciela porządku społecznego. 0 innej tego samego ro¬ 
dzaju jego frekwentacji dowiadujemy się z kopji, której 
mi łaskawie dostarczyło po-landgrafowskie archiwum mar- 
burskie, z kopji listu zausznika landgrafowskiego, gene¬ 
rała Marcina Ernesta Schlieffena, który trzy lata przed¬ 
tem plątał się po Warszawie w rzekomych interesach dys- 
sydenckich1), do Karola Wilhelma Roberta, superinten- 
denta i profesora w Marburgu*). „Skoro zostało już postanowione — pisał mianowicie nie bez nie¬ 
pokoju generał do wpływowego snadź na dwarze heskim teologa, 17 lu¬ 
tego 1771 r. — że kawaler Bollo ma przybyć (do Kasslu), wydaje mi 
się, że należałoby widzieć się z nim w największej, jak tylko można, 
tajemnicy. Jeżeli jegomość landgraf zamierza się z nim (osobiście) 
spotkać, to publiczność tajemnicę przeniknie, co byłoby z (niewątpli¬ 
wą) szkodą. Jeżeli (natomiast) Jego Wysokość zadowoli się wejściem 
z nim w porozumienie za pośrednictwem osoby zaufanej — powiedz¬ 
my: ministra Althausa3), to to byłoby (oczywiście) najlepiej. Jeżeli 
jednak Jegomość landgraf chce się koniecznie z (awanturnikiem)... 
zetknąć, oto, jak, zdaniem mojem, postąpić należy. Nie trzeba (pod 
żadnym warunkiem), iżby się imć Bollo pojawił na dworze. Niechaj 
występuje „incognito", tak jakgdyby jedynym jego celem było ogląd¬ 
nięcie ciekawostek Kasslu. (Kapitan) Fuchs zaprowadziłby go po 
paradzie albo do galerj i obrazów albo do pałacu landgrafa, a Jego 
Wysokość spotkałby się tam z nim niby przypadkiem. Serdecznie życzyłbym sobie — dodaje wytrawny generał — że¬ 
by jegomość landgraf wogóle nie wchodził w porozumienie z tego ro¬ 
dzaju człowiekiem. Jest to bowiem alchemik, który będzie łudził 
Jego Wysokość złotem, chcąc sobie przywłaszczyć jego pieniądze," V. Kimże był ten Bollo? Na to pytanie odpowiedź wy¬ 
czerpującą daje nam świetna monografja Ottona Forst- 
Battaglii „Eine unbekannte Kandidatur auf den polnischen 
Thron“*). ') Patrz „Nachricht von einigen Häusern des Geschlechts der 
von Schlieffen oder Schlieben“, Berlin 1830, II, 178. 2) Por. „Allgemeines Handbuch der Freimaurerei". II, 251. 3) wuja przez żonę wspomnianego wyżej, osławionego Kniggego. 
’) Bonn —- Lipsk 1922. 297
		

/Magazyn_155_08_0320.djvu

			Awanturnik wielokaratowy, typu Cagliostra czy Ca- 
sanovy, czy bardziej w Polsce akredytowanego typu Ghi- 
giottich i Piattolich, Cocceich i Corticellich, Thomatisów 
i Bacciarellich. Syn genueńskiego kupca, abbate o niż¬ 
szych święceniach, od stycznia 1766 r. mianowany w ro- 
dzinnem swojem mieście rezydentem Rzeczypospolitej 0 kompetencjach natury głównie ekonomicznej, pożyczko¬ 
wej, z rokiem 1767 — dzięki protekcji osławionego Mło¬ 
dzie jowskiego — kawaler św. Stanisława i indygena pol¬ 
ski, później — wskutek romantycznej, trucicielskiej afery 
z żoną jednego ze sekretarzy królewskich — pokłócony 
z Warszawą, z królem, z Czartoryskimi, zwrócił się Bollo do 
przywódców konfederackich na emigracji, przewędrował 
Berlin, Drezno i Frankfurt i zapoznał się w tem ostatniem 
mieście ze wspomnianym już kapitanem heskim Fuchsem, 
z którym po rozmowie „wentylować“ jął pośród konfede¬ 
ratów kandydaturę landgrafa na tron polski. A kandydatura ta nie była wogóle nigdy zeszła z wo¬ 
kandy intryg europejskich. „Wentylował“ ją był po 
śmierci drugiego Sasa stary Bestużew, groził nią w stycz¬ 
niu 1770 r. Stanisławowi Augustowi Fryderyk pruski. Bollo 
ze swej strony planował kompensatę dla mającego 
być zdetronizowanym Poniatowskiego na Wołoszczyźnie 1 szukał poparcia Anglji, przeznaczając dla jednego z jej 
książąt inwestyturę kurlandzką. A był to przecie zarazem już na świecie — na tę 
wiosnę 1771 r. — ostry przednówek rozbiorowy. Właśnie 
podczas pobytu Bolla w Kasslu decydował się w Berlinie 
pierwszy rozbiór. Właśnie powrócił był z Petersburga 
brat Fryderyka książę Henryk pruski, a na cztery dni 
przed audjencją Bolla u landgrafa pisał król pruski do 
swojego posła nad Newą: „Użyj pan wszelakich możliwych 
środków, aby sprokurować mi kawałek Polski“. Fryderyk 
wiedział, że kruszała już dla jego projektu carowa, zmięk¬ 
czona zapewne propagandą Asseburga, że popierali go 
Czernyszewowie, ale niezupełnie pewien był jeszcze od- 298
		

/Magazyn_155_08_0321.djvu

			danego zresztą sobie Panina, więc użyć postanowił szan¬ 
tażu z konfederatami. Zachęcił tedy posłusznego mu land¬ 
grafa do „flirtu“ z tymi ostatnimi, w pierwszej zaś poło¬ 
wie kwietnia zjawił się we Frankfurcie, a więc wpobliżu 
Kasslu sam Asseburg, o którym Bollo taką landgrafowi 
13 kwietnia 1771 przesyłał wiadomość: „Mam zaszczyt zakomunikować Waszej Wysokości, że spędziłem 
cały dzień wczorajszy z przybyłym tutaj (do Frankfurtu) baronem 
Asseburgiem... (;) zapytałem go się między innemi, kogoby z książąt 
Rzeszy uważał za najbardziej odpowiedniego kandydata do tronu 
polskiego: odpowiedział mi z całą szczerością, że nie widzi innego 
poza Waszą Wysokością.,."1). Asseburg odegrał więc w tym momencie dziejów na¬ 
szych niemniej doniosłą niż poprzednio w Petersburgu ro¬ 
lę: zapalił lont, od którego wylecieć miała w powietrze 
integralność Polski. Jak w Rosji wysługiwał się był inte¬ 
resom aneksyjnym pruskim, „pilotował“ księcia Henryka, 
wpływał na carową, Czernyszewów, Panina, tak teraz wy¬ 
perswadował landgrafowi, że tak długo, jak stanie Stani¬ 
sława Augusta w Warszawie, nie będzie miejsca dla land¬ 
grafa jako jego następcy. Toteż „Fryderyk heski... — 
pisze Battaglia — i Bollo... znaleźli środek wywołania wa- 
kansu w Warszawie (w postaci) uprowadzenia Poniatow¬ 
skiego“. Tu leżała przyczyna pierwsza nieszczęsnego za¬ 
machu listopadowego warszawskiego, tu zarazem leżał, jak 
wiadomo, kamień obrazy dla dworów europejskich, dla 
opinji europejskiej, wygodny pretekst dla samorozgrzesze- 
nia się zaborców i biernie się robocie ich przypatrujących 
komparsów na Zachodzie. Odtąd był rozbiór kwest ją ty¬ 
godni i miesięcy. Niegodziwa robota Asseburgowa wy¬ 
dała plon. VI. Na zakończenie — pytanie ostatnie, tyczące się po¬ 
średnio zacytowanego z pamiętników Stanisława Augusta 
na wstępie „alibi“ rozbiorowego króla pruskiego. Wiado- 1) Archiwum w Marburgu. 299
		

/Magazyn_155_08_0322.djvu

			mo nam skądinąd1), że już w końcu 1769 r. wysłał był 
Fryderyk „projekt podziału Polski pod pseudonimem 
hrabiego Lynara jako nieurzędową insynuację do Peters¬ 
burga..." Mamy tu więc do czynienia z drugiem już, bardziej 
jeszcze od Asseburga tajemniczem „źródłem pierwszego 
rozbioru". Był to zapewne tenże sam Lynar, który o lat 
kilkanaście wcześniej, bo w r. 1757 podczas wojny 
siedmioletniej, zawierał, jak wiemy, z marszałkiem de 
Richelieu konwencję w Klosterseven, co przywracała od¬ 
dech pognębionemu już niemal na zawsze Fryderykowi, 
z największą szkodą monarchij austrjackiej i francuskiej. 
Był zaś ten Lynar — jak go charakteryzuje autor współ¬ 
czesny2) — postacią osobliwą, podobnie jak Asseburg czy 
Bernstorff, pietystą-iluminatem, który, jak wiemy również, 
pisał do powiernika na temat zawartej przez siebie kon¬ 
wencji: „Duch święty dał mi siłę powstrzymania postępów 
Francji, jak niegdyś Jozue zatrzymał był słońce..." Asseburg i Lynar — były to zatem główne tajemne 
sprężyny upadku Rzeczypospolitej. Dopomagał im alche¬ 
mik Bollo, maczał po łokcie ręce w morderczej dla Polski 
aferze dyssydenckiej najbliższy przyjaciel Asseburga 
Bernstorff, a protektor znów Asseburga i Kniggego land¬ 
graf heski współpracował z Asseburgiem i Bollem w pro¬ 
wokacji listopadowego zamachu. Nie wiedział zapewne 
ostatni król-pamiętnikarz o wszystkich szczegółach tej 
intrygi, ale — trafnym wiedzion instynktem i dobrze po¬ 
informowany w dodatku przez dyplomację polską na¬ 
zwał bez zastrzeżeń potomka Asseburgów i Hindenbur- 
gów — naprzekór nieszczerym wykrętom Fryderyka — 
właściwem „źródłem pierwszego rozbioru". *) Szujski: „Dzieje Polski', IV (Lwów 1866), 462, 2) Reboux: „Les conquêtes d'amour et de gloire du maréchal duc 
de Richelieu", Paryż b, r., str, 241, 300
		

/Magazyn_155_08_0323.djvu

			IV. „ZWIĄZEK GRABARZY“ 
PRZY ROBOCIE ROZBIOROWEJ orrida lega ché la quintessenza del mal far terrestre. (Alfieri, Satire, XV.) I. Zbliżając się do zakończenia niniejszej pracy, a jak 
już powiedziałem w przedmowie, uważając ją za zabieg 
pionierski, czuję się w sumieniu swojem autorskiem obo¬ 
wiązany do wyłuszczenia jeszcze na kilku stronach, co, 
zdaniem mojem, pozostaje do zrobienia, chociażby w za¬ 
kresie chronologicznym, jaki sobie zakreśliłem, aby wy¬ 
świetlić rolę tego „związku grabarzy“ polskiej niepodle¬ 
głości, jak trafnie określił rolę masonerji znakomity autor. Dużo, istotnie bardzo dużo. Jeżeli udało nam się 
rzucić nieco światła na genezę jej u nas saską, to im dalej 
w gąszcz matactw rozbiorowych, temci ciemniej. Nie 
znamy statutów „Trzech braci", warszawskiego „Dobrego 
Pasterza" czy lóż mniszchowskich, jak wcześniej pozna¬ 
liśmy statuty „Wrogów wstrzemięźliwości". Żadna pie¬ 
częć nie zdradza nam manewrów Imć Pana Andrzeja Mo- 
kronowskiego, a nad archiwum jego zaciężyło nawet ja- 
koweś fatum: nie wetują jego straty nędzne ułamki 
u „Krasińskich", podczas gdy zaginęło gros jego, będące 
pono do wojny w rękach ś. p. Adrjana Chełmickiego1), 
i nie ostał się dla potomności pamiętnik, cytowany przez 
Dorowa. Słowem, pan Andrzej, praojciec masonerji pol¬ 
skiej, jak był sfinksem za życia, tak i po śmierci zapaść 
się potrafił w piasek niepamięci. *) Informacja ordynata hr. Edwarda Krasińskiego; por. „Kwar¬ 
talnik historyczny", XLVIII, 576. 301
		

/Magazyn_155_08_0324.djvu

			Jeśliśmy zatem z konieczności dotknęli się tylko bo¬ 
hatera „Sekretu", to powierzchowniej jeszcze potraktowa¬ 
liśmy druha jego Mniszcha, do którego tak pięknie pisał 
wojewoda mazowiecki w r. 1760: „Waćpana rozkazy zawsze będą regułą życia mego"1) („Kochaj¬ 
my się jak bracia...“) Wypadnie więc pod tego rodzaju kątem widzenia 
przewertować raz jeszcze słynne teki mniszchowskie, czego 
zapewne nie uczynili Szujski ani Konopczyński i skonfron¬ 
tować rezultat z Dreznem przynajmniej i Paryżem. Wtedy 
może więcej padnie światła na „kabałę dukielską": na 
panią Amelję, co była córką obermasona i siostrą czte¬ 
rech innych masonów; na jej „sigisbeja“, „brata" Wielhor- 
skiego, na cały ten światek lożowy, od kuzynów: Lubo¬ 
mirskich, Ogińskich i Potockich (czyżby Eustachy, Stamm¬ 
vater w takim razie, bujnej filjacji masońskiej?) aż do 
szarlatanów w guście Toux de Salverte. Gdy się to sta¬ 
nie, zrozumiemy dopiero „pana krakowskiego , którego na¬ 
świetliliśmy tu jednem mignięciem, na tle jego rezydencji 
krakowskiej, co była też właściwą centralą loży jego pa¬ 
łacowej2) — w wysoce coprawda kompromituj ącem towa¬ 
rzystwie „bolszewika" Mablyego. Chciałbym też, by znawcy źródeł rosyjskich powie¬ 
dzieli nam, w związku z badaniami Pypina czy Wasilczy- 
kowa, z dziennikiem Corberona, coś więcej o roli tych mo¬ 
żnych prekursorów czy promotorów rozbioru — Rosjan, 
działających na gruncie polskim „braci" Razumowskich 
i Repninów, tych konfidentów ambasady rosyjskiej w gu¬ 
ście „braci" Auberta czy Aloego i t. d., i t, d., i t. d. II. Na bliższe również zbadanie zasługuje ekipa saska, 
owa ekipa, o której mówi Rulhiere, wykształcona przez 
Brühla, a przywykła do „podziemnych intryg", jak współ- 1) Konopczyński: „Polska w dobie wojny siedmioletniej", II, 8. 2) „Allgemeines Handbuch der Freimaurerei“, I, 574. 302
		

/Magazyn_155_08_0325.djvu

			cześnie Pârisowie we Francji opanowywali „przystępy 
podziemne“. I znowu kogo tam niema? Jest tedy wśród nich 
„brat" Wodzicki, kreatura pierwszego ministra, a wysoki 
zarazem dostojnik kościelny; jest pułkownik Aloe (d'Aloy), 
Piemontczyk, zidentyfikowany dopiero niedawno w „Sło¬ 
wniku biograficznym", a taki czynny „przy boku „brata“ 
Podoskiego w feralnej „journée des dupes" w Radomiu 
dnia 23 kwietnia roku 1767 i taki łajdak (dziedziczny 
zresztą), że nawet szef jego i socjusz zapewne, Mniszech, 
który go „nazwał raz w garderobie królewskiej „un fri¬ 
pon"..., dostrzegłszy, że ów stoi niedaleko, dodał: „Mó¬ 
wiłem głośno, abyś Waćpan słyszał“1). U niego to w pałacu Saskim pod bokiem druha Podo¬ 
skiego i jego „Emkini“ (pani Oehmichen), a w otoczeniu 
pięknych panien d'Aloe, wzrastał filar przyszłej masonerji 
stanisławowskiej Karol Armand Heyking, sczasem powi¬ 
nowaty Potockich, przyszły konfederat barski, adept ber¬ 
lińskiego Mendelssohna, emisarjusz na konwenty przed¬ 
rewolucyjne, judofil, junkier i jakobin w jednej osobie. I znowu po tych Heykingach i tych d'Aloych porosła 
trawa: wydawca pamiętników Heykingowych wykreślił z nich poprostu wszystko, co tyczyło się masonerji2), a po 
Aloych: starym pułkowniku, niegodziwym jego synalku 
i uroczej córce, pozostały papiery w archiwum wilanow- 
skiem3), ale, jak ono całe, zakryte, niczem tajemniczy 
obraz z Sais, co pomścił się na zuchwałym śmiałku. III. Inaczej z Podoskim. Tuby może źródeł nie zbrakło, 
od początków jego chudych (vide w Dreźnie!), przez kwa¬ 
rantannę przy wygnanych dynastach saskich, do osłupia- *) Konopczyński, 1. c., str. 9. 2) Heyking: „Aus Polens und Kurlands lełzten Tageri', przed¬ 
mowa. 3) Informacja hr. Róży z Potockich Raczyńskiej. 303
		

/Magazyn_155_08_0326.djvu

			jącego wyniesienia na tron prymasowski i towarzyszących 
mu matactw, do dramatyczno-sromotnej ucieczki z War¬ 
szawy barskiej i do wstydliwej agonji w Gdańsku 
i Marsylji. (Skandaliczne dane o Podoskim skupione są 
zwłaszcza w fikcyjnej rozmowie prymasa z historycznym 
zresztą kapucynem Przedwojewskim1). A czy ten prymas-mecenas trójkąta, ten najgorszy na¬ 
stępca niewiele już wartych Lipskich, Teodorów Potockich 
i Radziejowskich, był jedynym z „braci“-infułatów? Chyba 
nie, skoro o tyle od niego lepszy patrjota, inny biskup, 
ksiądz Adam Krasiński, pisze „z bezpieczności", anoni¬ 
mowo (a jednak list ten zawędrował do papierów Mokro- 
nowskiego): „Ks. Marcin (Lubomirski), gdy tu się mścić dłużej nie mógł, 
poszedł w głębokość kraju niszczyć, ciemiężyć, bałamucić wraz spo¬ 
jony sercem z wojewodą mazowieckim, Pułaskim i maślaną infułą, 
jest to sekta farmazonji warszawskiej“2). Zestawia tu więc biskup kamieniecki na jednej linji — 
obok takiego warchoła — „szabesgoja", jak książę Marcin, 
obok takiego świadomego, czy nieświadomego prowoka¬ 
tora, jak wojewoda Mostowski3) — także „infułę maślaną", 
t. j. biskupa wileńskiego Massalskiego, Ale distinguendum! Jeśli Gniezno i Wilno odprzy- 
sięgły się w tym czasie Chrystusa, to Kraków (Sołtyk), 
Kamieniec (Krasiński), Lwów (Sierakowski) i nawet Heils- 
berg (Krasicki) stały twardo przy poświęconych sztanda¬ 
rach: Sołtyk np. gromił dyssydentów listem na sejmiki, datowanym tegoż samego dnia, kiedy w Warszawie za gor- 
liwem poparciem tychże dyssydentów fundowała się pierw¬ 
sza loża stanisławowska. Będą jeszcze Ghigiottowie 
i Piattolowie pętać się po lożach w późniejszym okresie 
tego panowania, ale ani Michał Poniatowski, ani nikt inny 
z episkopatu nie pójdzie śladami przyjaciela pani 
Oehmichen. 2) Rkps. Arch. X. X. Czartoryskich w Krakowie nr. 865^ 2) Konopczyński: „Konfederacja barska. Wybór tekstów", str. 44. 3) Forst - Battaglia, 1. c.; por. Konopczyński: „Tajemnica Trembeckiego“ („Od Sobieskiego do Kościuszki"), str. 259. 304
		

/Magazyn_155_08_0327.djvu

			IV. Co za problem dla młodego historyka wyświetlić 
związek między dyssydentami a masonerją, między tym 
zborem np. na Królewskiej, który był — zarazem — i kró¬ 
lewską lożą, między tem „kollegjum misterjów milicji 
ewangelickiej“ a tymi emisarjuszami — dyssydentami, któ¬ 
rych spotykamy na naczelnych stanowiskach zresztą w lo¬ 
żach, tymi Heykingami czy Kortumami. A niemniej ważne jak łączność gotującej się do skoku 
na Polskę masonerji z akcją dyssydencką, będącą — jak 
pięknie powiedział Askenazy — „gwoździem do trumny 
Rzeczypospolitej“1), musi być zagadnienie wczesnej już, 
tak wczesnej jej łączności z żydostwem: od Lehmanów 
i Wertheimerów, od St.-Germainów i Cagliostrów do swoj¬ 
skich „braci" Delbenych; od wpływowych politycznie fak¬ 
torów Stanisława Augusta2) do Radziwiłłów, co prze¬ 
chodzą na judaizm, i Lubomirskich, co kojarzą się z ży¬ 
dówkami3). V. Ileż zagadnień nierozjaśnionych! Czyż stoi nam otwo¬ 
rem archiwum któregokolwiek z „wielkich mistrzów“, 
„Wielkiej Loży“ czy „Wielkiego Wschodu“ polskiego; czyż 
wiemy co o korespondencji Moszyńskiego (poza cudem 
uratowanemi fragmencikami w zbiorach Stanisława Augu¬ 
sta); czy znamy spuściznę po Hylzenie i Mokronowskim; 
czy dostępne nam są papiery Ignacego i Szczęsnego Po¬ 
tockich, niegdyś częściowo zrewidowane przez Kalinkę? Młodym badaczem dwudziestoletnim stałem przed za¬ 
gadkami wolnomularskiemi zbioru Potockich, niby przed 
„malowanemi wrotami“: cośniecoś sobie z tego wynotowa¬ 
łem lub zapamiętałem jak np. szczegół o zjeździe Igna- *) Łubieńska: „Sprawa dyssydencką“ (przedmowa). 2) „Encyclopedia Judaica", Berlin, I (1929) (art. o Hirszowiczu). 3) Patrz Bartoszewicz K.: „Radziwiłłowie“ str. 91—2; Kra¬ 
szewski: „Polska w czasie trzech rozbiorów“ (wyd. I), I, 306 (o ks. 
Marcinie Lubomirskim). Źródło rozbioru Polski. 20 305
		

/Magazyn_155_08_0328.djvu

			cego Potockiego w Monachjum z niebezpiecznymi „ilumina- 
torami" Dalbergiem i Morawitzkym, z tymże Dalbergiem, 
po którym także zaginęła rękopiśmienna spuścizna1), tym 
od Rotszyłdów i od upadku Napoleona2). Póki nie zostanie otwarte archiwum Potockich — 
a dlaczego właśnie w tej chwili jest ono zamknięte, nikt 
wyrozumieć nie zdoła, bo któż widział karać wszystkich 
sprawiedliwych historyków polskich za jednego „niespra¬ 
wiedliwego“ — każdy badacz Sejmu Czteroletniego i przy¬ 
mierza polsko-pruskiego zdany będzie (poza fragmentami 
jakiemiś w archiwach krajowych, jak np. u „Baworo- 
wskich") na poruszanie się w ciemnościach, a komu ten 
„Ciemnogród" historyczny wychodzi na dobro, jeśli nie po 
dawnemu Berlinowi? Tyle przynajmniej, że papiery „pa¬ 
nów Ignacego i Stanisława", o ile nam wiadomo, nie po¬ 
dzieliły dotąd losu spuścizny po Mokronowskich i Dal- 
bergach. Albowiem dopiero gdy spadną pieczęcie z owych za¬ 
zdrośnie strzeżonych skarbów, gdy roztworzą się archi¬ 
walne sezamy, gdy się okaże, że nikt nie sprzątnął naj¬ 
ważniejszych dyplomatarjuszy Sejmu Czteroletniego, jak 
niegdyś, bodaj z archiwum „brata" Zajączka, ulotniły się 
najważniejsze dokumenty lóż stanisławowskich3), tak 
długo przekonanie, że masoni stanisławowscy kontynuo¬ 
wali przygwożdżoną przeze mnie „zbożną" robotę Augusta 
Mocnego, pozostanie pustym aktem wiary, mocno coprawda 
złączonym z aktem nadziei, że... otworzy się sezam „pod 
Jagnięciem". O ten wyłom nie ja wołam, prosty ciura Kliony, ale 
woła dobrze zrozumiany interes katolicyzmu w walce 
z Antychrystem i dobrze zrozumiany interes Polski. Nie 
umarł wszakże jeszcze stary Grebner i August Mocny ') Patrz Beaulieu-Maręonnaey: „Karl von Dalberg", przedmowa, 2) Patrz mój szkic: „O upadku Napoleona", 1, c. °) Informacja p. Soubise-Bisiera. 306
		

/Magazyn_155_08_0329.djvu

			straszy po dawnemu w krypcie wawelskiej, a „brat" Fry¬ 
deryk ocknął się w Poczdamie. Ale na Zachodzie bojownicy Krzyża, jak np, padły 
w boju znakomity Cochin1) (czy nawet uczciwi prote¬ 
stanci, jak świetna Nesta Webster) zasiedli już przy war¬ 
sztatach historycznych i nastawili reflektory na „przy¬ 
stępy podziemne". Czy w tej karkołomnej „Samosierze" 
zbraknąćby miało partyzantów polskich? Czy nikt nie 
przyjdzie pomóc zedrzeć z murów Częstochowy skrwa¬ 
wionego sztandaru Karola Gustawa? ') Patrz Antoine de Maux: „Augustin Cochin et la genèse de 
la Révolution", Paryż b. r.
		

/Magazyn_155_08_0330.djvu

			V. Z DZIEJÓW MAGJI 
I MISTYKI ROKOKOWEJ 1. WIELKI MISTRZ PIERWSZEJ 
WIELKIEJ LOŻY POLSKIEJ I. Z licznego potomstwa Augusta Mocnego — prawego 
i nieprawego — bujne powyrastały i rozwinęły się lato¬ 
rośle. Syn prawy, dziedzic tronu i zamiłowań artystycz¬ 
nych, pupil dwu królowych: babki duńskiej i matki baj- 
reuckiej, obu pietystek protestanckich, dał się przecie 
August III pod czujną opieką jezuitów i zelotów kato¬ 
lickich przetrybować na łacinnika i papistę. Z awantur¬ 
nika, Alcybjadesa, Gil-Blasa, Don Juana, nie miał on nic: 
żyłki dziadowskie odżyły raczej w drugiej dopiero gene¬ 
racji, w synach szpetnej, jak noc, a płodnej, jak Nil, arcy- 
księżniczki austrjackiej — nie w najstarszym, zapewne, 
ułomnym elektorze Fryderyku Chrystjanie, którego galwa¬ 
nizowała jedynie lotna i zalotna małżonka, \^ittelsba- 
szanka o niesamowitem imieniu: Walpurgis, ale za to w takim Karolu kurlandzkim, mężu Franciszki Krasińskiej, 
wybitnym, jak dziad, okultyście, którego dworzanin, mi¬ 
styk Bischoffswerder odegrał — jak wiemy już — tak do¬ 
niosłą w chwili upadku Polski rolę; ale w takim Albercie 
cieszyńskim, założycielu wiedeńskiej „Albertyny , którego 
grób rodzinny u tamecznych Augustjanów, arcydzieło Ca- 
novy, świadczy strukturą swoją symbolicznie, że książę 
ten jednoczył w życiu swojem misterja Krzyża z tajnikami 
Piramidy. Potomstwo nieprawe Augusta bujniejsze może jeszcze 
wykazywało płonki. Aurora Kónigsmarck zrodziła ,,Moc- 308
		

/Magazyn_155_08_0331.djvu

			nemu" innego „Fortynbrasa", niezwyciężonego marszałka 
Francji, pana zamku Chambord i kulisów Komedji Fran¬ 
cuskiej, Maurycego Saskiego; branka turecka Fatyma po¬ 
wiła mu Fryderyka Rutowskiego, tak nazwanego od her¬ 
bowej ruty wettyńskiej, nieszczęśliwego wodza, wziętego 
wolnomularza; hrabina wreszcie Cosel że pominiemy 
tutaj wdzięczne progenitury Duvalówny ze Starego Miasta, 
naszej pięknej księżnej cieszyńskiej i pań innych — ob¬ 
darowała go synem i dwiema córkami, z których jedna 
zmarła młodo, druga zaś, jako hrabina Moszyńska, długie 
lata rządziła Bruhlem, a przez niego Polską. Świetna powieść Kraszewskiego o Konstancji z Brock- 
dorfów hrabinie Cosel rozświetliła szerokiej publiczności 
polskiej jedną tylko przeważnie stronę czwartej zrzędu 
faworyty królewskiej: dzieje jej serca. Poza właściwym 
wszakże wątkiem opowiadania mamy w „Hrabinie Cosel 
szczególny jeszcze splot epizodów, na który składają się 
snujące się poprzez ówczesne życie obyczajowe wierzenia 
i praktyki okultystyczne. Hrabina rozwodzi się z mężem, 
gdyż — jak twierdzi w procesie rozwodowym — niewierny 
sługa zaczarował jej łóżko i szaty. August występuje 
w powieści Kraszewskiego — zgodnie z nowszemi bada¬ 
niami historycznemi — jako alchemik, Cosel jako kaba- 
listka, studjująca księgę „Pirke Aboth", jako przyjaciółka 
talmudysty Issachara-Ha-Levi alias Berenda Lehmanna, 
jako czarownica poprostu, która gusłami chciałaby odcza¬ 
rować miłość króla. Hrabina Cosel, jak wspomniałem już wyżej, dała ży¬ 
cie dwu córkom Augusta: starsza, Augusta-Konstancja 
hrabina Friesen zmarła młodo i pochowana została w tym 
samym grobowcu, co słynna jasnowidząca tego stulecia, 
Rosamunda Asseburżanka; młodsza — Fryderyka — po¬ 
ślubiła w roku 1728, w czasie słynnego karnawału poli¬ 
tycznego drezdeńskiego (podczas którego, jak wiadomo 
nam skądinąd, uknuł był August z gośćmi-Prusakami plan 
rozbioru Polski), podskarbiego nadwornego Jana Kantego 
Moszyńskiego, 309
		

/Magazyn_155_08_0332.djvu

			Pałac Moszyńskich — po którego wspaniałościach nie 
pozostało dzisiaj nic ponad nazwę nowoczesnej ulicy wpo- 
bliżu dworca drezdeńskiego — był, rzec można, naprawdę 
domem Brühla. Hrabia bowiem podskarbi, w r. 1734 
świadek ślubu Briihlowego, w r. zaś 1736 wspólnik wraz 
z nim dzierżawny żup wielickich, umarł już roku następ¬ 
nego 1737. Dwudziestoośmioletnia jego wdowa miała być 
odtąd przez lat blisko trzydzieści niepodzielną Eger ją mi¬ 
nistra, „die allmächtige Gebieterin Sachsens". Jak czy¬ 
tamy w kronikach „Saxe galante", kazał się Brühl co rano, 
po jedenastej, nieść w lektyce z zamku królewskiego do 
pałacu pani Moszyńskiej, a co wieczór niemal grał z nią 
znowu w zamku królewskim lub u niej samej wysoką grę 
w karty. II. W pałacu też Brühlowskim, u „mamy“ swojej, hra¬ 
biny Franciszki z Kolowratów czy gdziekolwiek indziej, 
gdzie szumiało i pieniło się życie saskie, poznał się ze 
synalkiem wspomnianej wyżej Egerji ministerjalnej Sta¬ 
nisław August. Kiedy zawiązała się właściwie przyjaźń 
dwu stolników-rówieśników (obaj rodzili się w roku 1732; 
Poniatowski nosił tytuł stolnika litewskiego, Moszyński był 
stolnikiem koronnym) — niewiadomo. Ostatni biograf Mo¬ 
szyńskiego — a miał Moszyński szczęście do biografów — 
powtarza za Bartoszewiczem, że „na wieść o kandydatu¬ 
rze przyjaciela do tronu polskiego..., przybywa (młody 
August) z Drezna do Polski, by osobistemi staraniami po¬ 
przeć szanse elekcji Stanisława Augusta“, Nam się wy¬ 
daje, że było cokolwiek inaczej, zaś p. Mańkowski, który 
dla rozległych studjów swoich nad galerją ostatniego króla 
dobrze przetrząsnąć musiał korespondencję obojga przy¬ 
jaciół, zachowaną w kodeksie nr. 576 krakowskiej „Czar- 
torysciany“, mógł był odnaleźć tamże również drobny 
liścik Moszyńskiego z Kozienic, z r. 1764, z któregoby, 
zdaniem mojem, wynikało, że stolnik koronny, zbrzydziw- 
szy sobie terminowanie w obozie saskim, jeszcze przed 310
		

/Magazyn_155_08_0333.djvu

			elekcją stolnika litewskiego na tron przechodził na jego 
podwórko. Jakkolwiek tam z tem „ralliement“ bywało, pod je¬ 
dnym wszelako względem znaleźli się dwaj przyjaciele 
jak w korcu maku. „Czekając {lepszych czasów) — pisał mianowicie Stanisław- 
August 15 maja 1767 r., a zatem w ogniu konfederacji radomskiej 
do innej ze swoich „mam" Francuzki, pani Geoffrin — a potrzebując 
głowy świeżej, którąbym (do reszty) stracił, gdybym jej w piekących 
smutkach przez godziwą rozrywkę nie odświeżał, szukam dla siebie 
tej rozrywki w moich budynkach, moich domach, sztychach i innych 
przedmiotach tego gatunku." Ale — jak słusznie zauważa p. Mańkowski — „prze¬ 
wodziła w tem Stanisławowi Augustowi także myśl głęb¬ 
sza“, ta myśl, którą odczytać danem mi było swojego 
czasu na kartach korespondencji ze Sułkowskim: „A /‘ńge de vingt ans étant à Paris, je me souviens d'avoir dit 
cela que je semerai et qu'un autre recueillera"1). Ta myśl królewska wraca i w korespondencji z Mo¬ 
szyńskim : „Moje ryciny i moje medale — pisze mianowicie król do przy¬ 
jaciela — są w porównaniu do innych rzeczy niczem innem, jak roz¬ 
rywką, ale mam także na myśli ich stronę użyteczną, która chciał¬ 
bym, by stroną użyteczną dla innych pozostała także po mojej 
śmierci.“ W tym zakresie pełni Moszyński — dodaje jego bio¬ 
graf — „funkcje zaufanego referenta króla, który używa 
go do szczególnych poruczeń“, Moszyński zaś przedsta¬ 
wia królowi „wnioski w sprawach zarówno dotyczących 
skarbu i mennicy, teatru i-polityki, budowli królewskich 
i górnictwa“, jest — jak się o nim król wyraża — „we 
wszelkich zakresach... giętki i niezmiernie użyteczny“. A oto technika współpracy ich artystycznej: „O ile 
nie widują się osobiście, kartki ze zleceniami od króla 
przynosi Moszyńskiemu paź — Moszyński wzajemnie, na *) Por. „Stanisław - August o losach Polski" („Kwartalnik 
historyczny", XXIV. 536). 31 1
		

/Magazyn_155_08_0334.djvu

			kartkach bez intytulacji i bez zakończenia, odpowiada 
królowi lub sam informuje go o różnych sprawach, których 
załatwienie zlecił mu król. Spora ich ilość dotyczy spraw 
sztuki i zbiorów królewskich, zakupów, sztychów, medali, 
antyków, gemm, drogich kamieni, „objets de curiosité". 
Zakupów tych dokonywa Stanisław August przeważnie za 
pośrednictwem Moszyńskiego, który jego imieniem wy¬ 
płaca pieniądze za zakupione przedmioty i włącza je 
w skład kolekcji królewskiej. Tempo tych zakupów jest 
bardzo żywe, a zapał króla do zwiększenia zbiorów ro¬ 
śnie, o ile nie hamuje go smutny stan finansów. Ale 
i wtedy jeszcze powiększają się zbiory przez zakupy, 
z zastrzeżeniem płacenia za nie ratami. Spłata ratalna 
kolekcji medali papieskich Alompsteadea ciągnie się (tak) 
przez lat kilka“. Gdy mowa o ratach, długach, ciągnących się lata całe 
zobowiązaniach, dotykamy zaraz innej strony wspólnej 
królowi i Moszyńskiemu. Jest nią bezrząd finansowy, 
a mówiąc w ówczesnym dialekcie stołecz'nym —■ „eks- 
pensa“. Moszyński, syn i brat finansistów, z urzędu wiel¬ 
korządców czy komisarzy skarbowych, a z natury ludzi 
rządnych, brat w szczególności Fryderyka, nazwanego 
w przeciwieństwie do niego, „ekspensy" — „perceptą“, 
znajdował się sam ustawicznie w położeniu bez wyjścia. 
Już stary Bartoszewicz w swoich „Znakomitych mężach" 
(„lucus a non lucendo") zdewoalował nam wiele przypad¬ 
ków stolnika jegomości natury ekonomicznej a „hochsta- 
plerskiej“: jako to „wisiał" pan August na tabeli dłużni¬ 
ków u wielkich bankierów, przedsiębiorców stołecznych: 
u Fergussona-Teppera czy Gartenberga-Sadogórskiego; jak 
narażony był na pretensje pieniężne ze strony podległych 
sobie artystów, zwykłych lichwiarzy czy bodaj pożyczają¬ 
cych na procent zakonników; jak — w rok zaledwie po 
dorwaniu się przyjaciela do karjery i kasy państwowej — 
musiał wszelako radzić sobie inaczej i urządzał na własny 
dochód loterję publiczną, zapomocą której spieniężał swój 
zegarek, pistolet, tabakierkę i szpadę. Zafrasowany król- 312
		

/Magazyn_155_08_0335.djvu

			mecenas pisał o tych sprawach z troską do rządnego brata 
Moszyńskiego: „II faut que je sois son Reymann" (Reymann był, o ile nam 
wiadomo, chirurgiem nadwornym wuja królewskiego, wojewody ru¬ 
skiego Czartoryskiego, a uczniem słynnego lekarza holenderskiego 
Boerhave), Wszystko napróżno! Faworyt królewski dalej brnął 
w długi, dlatego zwłaszcza, iż nie mógł przejść obok pięk¬ 
nego przedmiotu, żeby go zaraz, na własny czy przynaj¬ 
mniej na cudzy rachunek, nie zakupić. m. Czy operacje finansowe pchnęły młodego Augusta do 
alchemji? Ignoramus. Alchemję miał on we krwi, po 
dziadzie i babce. Dziad nieprawy, po którym odziedzi¬ 
czył był wszakżeż imię — i bardziej realne dziedzictwa 
Augustowe przechowały się dotąd pośród spadkobierców 
sielanki królewskiej z Coselą, jak słynny szmaragd, na¬ 
zwany „półmiskiem szpinaku“, zrabowany swojego czasu, 
jak wiadomo, jednej z pań polskich na rumuńskiej szosie 
— dziad więc nieprawy August Mocny, był, jak wiemy, 
alchemikiem jak się patrzy. Otoczony był rojem zagad¬ 
kowych, podejrzanych figur: mnichów czy eksmnichów, jak przysłany mu z Wiednia do Warszawy Ange d‘Om- 
brie, rycerzy przemysłu i szczęścia, jak wlokący się za 
królem krok za krokiem od Drezna do Sandomierza uczony 
Tschimhaus, lejbmedyków-kabalistów, jak Pauli, aptekar- 
czyków berlińskich, wtajemniczanych rzekomo przez ma¬ 
gów wschodnich, jak wynalazca porcelany Bóttiger. 0 ka- 
balistyce i gusłach alchemicznych babki, hrabiny Cosel, 
pisaliśmy również już wyżej; przyjaciel matki, wcześniej 
przez nas na tern miejscu scharakteryzowany Briihl, 
mógł także oddziaływać odpowiednio na lekkomyślnego 
Gucia, Dość, że około roku 1750, a może nieco później, widzi¬ 
my Moszyńskiego sprzężonym z osobliwego autoramentu 313
		

/Magazyn_155_08_0336.djvu

			alchemikiem. Był nim Jan Łukasz de Toux de Salvert 
vel Salverte, matematyk i artylerzysta, wyforowany z Au- 
strji terezjańskiej za gusła i czary. De Toux schronił się 
do Polski, do Podhorzec, na dwór słynnego z pobożności 
hetmana Wacława Rzewuskiego — takie antynomje tra¬ 
fiały się w Polsce po wszystkie czasy — i został wycho¬ 
wawcą jego synów1). Wynurzył się potem de Toux na 
widownię w Warszawie ze swojem kółkiem hermetycznem 
pod nazwą „Dobrego Pasterza", kółkiem, które firmował 
już i nasz Moszyński. Osoba de Toux przez to także jest interesującą, że 
stanowi dalszy łącznik pomiędzy Moszyńskim a królem. 
Odtwórzmyż sobie tedy najpierw postać owego mistrza 
w alchemji: „Jest to uczony francuski — pisze o magu warszawskim jeden 
z młodszych jego kolegów, przygotowujących właśnie rewolucję fran¬ 
cuską... — jest to mistyk, kabalista, hermetysta. Siedzi on oddawna 
w Warszawie, gdzie Bóg raczy wiedzieć, w jaki sposób otrzymał rangę 
pułkownika i (gdzie) wegetuje, dzięki pomocy kilku wtajemniczonych 
magnatów... Utrzymuje (de Toux).,, uczniów swoich w oczekiwaniu 
wielkiego wydarzenia... Styl jego przypomina wielce (styl) Ezechje- 
lowy i apokaliptyczny. Uchodzi (de Toux) w Polsce za szaleńca, ale 
liczy sobie (niemniej) kilku zaufanych uczniów. Mam go przytem — 
dodaje autor niniejszej informacji — za nędzarza i łotra, a przecie 
w ideach jego, zapatrywaniach i stylu jest coś osobliwego," Takim był mag, który fascynował nietylko Moszyń¬ 
skiego, ale także Stanisława Augusta. W roku 1764 — 
wiedzieliśmy o tern już od Załęskiego, — na krótko 
przed elekcją Poniatowskiego wyjechał nasz Francuz do 
Paryża celem dalszego nabycia tajemnych nauk, „kabały 
i mistycyzmu", a wyjeżdżał — jak stwierdziliśmy skąd¬ 
inąd — na koszt i ryzyko przyszłego króla. I w epoce 
konfederacji barskiej pupil ten królewski, który tymcza- 1) Jak dalece owocna była pedagogika de Toux w stosunku 
do młodych Rzewuskich, świadczą podobno przeniesione z Podhorzec 
do Gumnisk pod Tarnowem bogate archiwalja alchemiczne, będące 
dziś własnością ks. Sanguszki, 314
		

/Magazyn_155_08_0337.djvu

			sem zdążył był już powrócić do Polski ze swoich studjów, 
pilnował mocno mecenasa swojego w koronie i chełpił się, 
że stykać się z nim może na każdem miejscu i o każdym 
czasie: „Je parle au Roi quand fai quelque chose à dire à Sa Majesté 
en tout temps et en tout lieu.*1 Czy Stanisław August, podobnie jak poprzednik jego 
na tronie polskim August Mocny, był także praktykującym 
alchemikiem? Świadczyłby o tern znany nam list uczo¬ 
nego obieżyświata niemieckiego, Jana Jerzego Forstera, 
przejściowo profesora w Wilnie: „Nie jest (król) — pisze Forster w r, 1785 — alchemikiem gor¬ 
liwym, ale trzyma sobie na dworze alchemika tajemnego, któremu 
szukać każe kamienia filozoficznego, a o tym powiada tradycja w ro¬ 
dzinie Poniatowskich, że posiadał go ojciec króla.“ Alchemja — to drugi zatem, obok koneserstwa arty¬ 
stycznego, węzeł, wiążący Stanisława Augusta z Moszyń¬ 
skim, Moszyński bowiem gorliwszym jest od króla alche¬ 
mikiem, jest alchemikiem czynnym. Z Sołłohubem miano¬ 
wicie i wspomnianym już przez nas Toux de Salvert pro¬ 
wadzi on w latach 1769 i 1770 pracownię alchemiczną 
w pałacu Ujazdowskim, którą zamyka jednak po bezsku¬ 
tecznych eksperymentach i wznieceniu tamże pożaru. Tu 
zaraz także dodamy — chociaż epizod to o dziesięciolecie 
całe późniejszy — że z rekomendacją do Moszyńskiego 
przybywa do Warszawy słynny magik Cagliostro, że do¬ 
konywa tu rzekomych eksperymentów regeneracyjnych na 
podstarzałym Toux de Salvert, że wywołuje niemi zacie¬ 
kawienie u króla, któremu jakaś tajemnicza ręka podrzuca 
zachowany nam podziśdzień memorjał, tyczący się arka¬ 
nów nowej wyroczni, że Cagliostro wkońcu, niedosyć biegły 
w eksperymentach alchemicznych, które głównie intereso¬ 
wały obu słabo uposażonych w dobra ziemskie przyjaciół, 
daje się złapać na gorącym uczynku w przytomności króla 
i opuszcza Polskę — rażony pamfletem Moszyńskiego — 
jako „Cagliostro démasqué à Varsovie“. 315
		

/Magazyn_155_08_0338.djvu

			r „A Varsovie", gdzie przecież alchemja pleni się w tych 
latach przed sejmem wielkim, w punkcie kulminacyjnym 
ery „Oświecenia", w sposób zadziwiający: „Liczba dwóch tysięcy takich marzycieli — pisze znowu For¬ 
ster — takich oszustów czy też oszukiwanych, jest, jak na jedno 
miasto, choćby nie wiem jak wielkie... poprostu olbrzymia.“ Ci zaś marzyciele należeli przeważnie do sekty czyli 
konfraternji t. zw. „złoto- i różokrzyżowców", która na 
Polskę promieniowała przeważnie z Wiednia. Ale jeżeli 
Austrja terezjańska wpakowała była do Spielbergu, a po¬ 
tem wypędziła Toux de Salvert, to i wobec innych „ró¬ 
żokrzyżowców“ nie okazywała się ona łaskawszą, tępiąc 
ich i więżąc. Konflikty te z porządkiem i władzą — sądzę, 
że przenosiły się do Polski, ważąc w poczynaniach orga¬ 
nizującej się masonerji, w której dwaj różokrzyżowcy: 
Moszyński i Fryderyk Alojzy Brühl, syn ministra, firmowe 
w latach 1766—76 zajmowali stanowiska. Wyrazem tych 
okultystycznych wpływów stała się również wyłoniona 
w Warszawie w okresie pierwszorozbiorowym „kapituła 
różanego i złotego krzyża", z udziałem Moszyńskiego, de 
Toux, wpływowego dyplomaty angielskiego Sauvé, podle¬ 
głych Moszyńskiemu urzędników mennicy Niemców: 
Schroedera i Holzhausera, lejb-medyka królewskiego, wie¬ 
deńczyka Boeklera, Żyda Delbene i paru innych. Wyrazem dalszym potężniejącego okultyzmu w Pol¬ 
sce był, jak wiemy już, dekret tejże kapituły, nadający 
Stanisławowi Augustowi stopień XXI „brata różano-zło- 
cistego krzyża" (Frater Roseae et Aureae Crucis) pod 
imieniem Salsinatus (anagram słowa Stanislaus) Magnus. IV. Na tern zakończyć moglibyśmy opowieść naszą o to¬ 
tumfackim króla Stanisława. Moglibyśmy, gdyby gabinet 
rycin, powrócony nam świeżo z Rosji, gdzie wszystko, od 
opraw począwszy, tchnie artyzmem mecenasa i akwizy¬ 
tora, gdyby medaljerstwo i numizmatyka polska, gdyby 316
		

/Magazyn_155_08_0339.djvu

			zrekonstruowana przez studja p. Mańkowskiego galerja 
Stanisława Augusta, gdyby Łazienki, dokąd niejedną, 
zwłaszcza w zakresie urządzeń technicznych, dorzucił 
był Moszyński cegiełkę, gdyby nareszcie dzieje teatru 
warszawskiego, gdzie funkcjonował on gorliwie jako kró¬ 
lewski „directeur des plaisirs“, nie domagały się okolicz¬ 
ności łagodzących dla tego marnego człowieka lichej hi¬ 
storycznej ery. I jeszcze jedna kwestja, conajmniej dla nas niespo¬ 
dziewana, domaga się — nie rehabilitacji zapewne, ale 
amnestji dla Moszyńskiego. Wiemy z legendy, jak to al¬ 
chemik Twardowski, zaprzedawszy się djabłu i porwany 
żywcem na księżyc, zaczął gwoli zbawienia duszy nucić 
godzinki. Moszyński godzinek nie nucił ani się nie kajał, 
jak inni, na łożu śmierci, tego samego fachu i zamiłowań 
grzesznicy, ale czynem trwalszym, „aere perennius“, za¬ 
znaczył swój kompromis z Bogiem. Jak bowiem w drugiej 
swej cennej o nim pracy wykazuje p. Mańkowski, okuł ty - 
sta nasz, będący małżonkiem nabożnej Teofili Potockiej, 
wnuczki hetmana — wielkiego fundatora kościołów, ryso¬ 
wał plany, tworzył fasadę — i to nie byle jaką, bo wedle 
najtęższych barokowych wzorów — kościoła dominikań¬ 
skiego w Tarnopolu. Czego więc nie zdążył dokonać stary 
bogobojny hetman dla pozyskania modłów ulubionego przez 
Pilawitów zakonu — „tam diu domus Potocciana, quam diu 
religio Dominicana“ — to wykończał wnuk jego przybrany, 
mason Moszyński. I na tern nie koniec: Moszyński był po¬ 
nadto autorem cudnej fasady kościoła w dalekich Miku- 
lińcach, podziśdzień pięknie świadczącej o misji kultural¬ 
nej polskiej i łacińskiej na Wschodzie. Kościół ten to 
była znowu fundacja pobożna babki żoninej Moszyńskiego. 
Jeżeli dodamy do tego wszystkiego analogiczne projekty 
budów czy przebudów kościelnych dla Warszawy, zadziwi 
nas nie po raz pierwszy ów słynny eklektyzm polski, obra¬ 
zujący się tutaj w znanem przysłowiu o djable, znoszącym 
cegły na budowę kościoła Pańskiego.
		

/Magazyn_155_08_0340.djvu

			V. Nakoniec nastał — koleją rzeczy ludzkich — i zmierzch 
Moszyńskiego. Zmęczył się niestary jeszcze libertyn, zużył 
przedwcześnie, stracił pamięć, stracił wzrok nadewszystko. 
Męką się stało dla wielbiciela formy nie odróżniać kształ¬ 
tów i konturów widzianych przez siebie arcydzieł, męką 
taką, że — jak pisał do króla — „nudziło go wszystko i... zbudować chciałby (był) sobie ermitaż 
w lesie alpejskim lub na dnie wygasłego wulkanu, gdzie zajmowałby 
się jeszcze doświadczeniami fizykalnemi,’’ A zarazem ścigały go, jak Erynje, utrapienia finan¬ 
sowe, dręczył nierząd całego życia i mścił się na podko¬ 
panym, nadwątlonym organizmie. Kosmopolita, który na¬ 
wet w okresie rozbioru — mamy na to dokument przezeń 
pisany — nie czuł ani śladu patrjotycznych dreszczy, który 
użalał się tylko na trzydziestoletni pobyt przymusowy 
w Polsce, wyrwał się teraz, na zakończenie dni swoich, do 
Włoch słonecznych. Jako spóźniony humanista pisał 
wtedy do króla-przyjaciela: „Je ne sais quoi (de) fort que moi, m'entraîne avec une 
force irrésistible vers ce pays." Wyrwał się i jął używać, jak żak, wypuszczony ze 
sztuby. I jakkolwiek od mało co więcej rządnego, ale sro¬ 
dze wtedy długami przyciśniętego króla, otrzymał był wraz 
z wiatykiem surowy zakaz jakichkolwiek zakupów na ra¬ 
chunek królewski, nie wytrzymał Moszyński — i już z Mar- 
sylji wysłał królowi mumję księżniczki egipskiej, potem 
zaś przebiegł przez Rzym, dokąd nie „limina aposłolorum", 
lecz jak wykazał świeżo Loret — ciągnął go raczej nie¬ 
samowity zlot polskich „różokrzyżowców", i zawitał do 
Neapolu, gdzie w jakimś gaju laurowym odkopał sam — 
jak pisze do króla — płaskorzeźbę starożytną. Umarł — w drodze powrotnej do kraju — w Wenecji. I może, gdy w ten letni dzień roku 1786 gasł nad brze¬ 
giem kanałów weneckich wieczny poszukiwacz klucza do 
zagadek i tajników bytu, może po znękanej jego głowie, 318
		

/Magazyn_155_08_0341.djvu

			może po niespodlałem docna jego sercu snuły mu się tego 
rodzaju myśli i takie grały uczucia: „Carieux scrutateur de la nature entière, J'ai connu du grand tout le principe et la fin. J'ai vu l'or en puissance au fond de sa minière, J'ai saisi sa matière et surpris son levain. J'expliquais par quel art l'âme au flanc d une mère 
Fait sa maison, l'emporte et comment un pépin, Mis contre un grain de blé, sous l'humide poussière, 
L'un plante et l'autre cep, sont le pain et le vin. Rien n'était. Dieu voulut, rien devint quelque chose. 
J'en doutais, je cherchais sur quoi l'univers pose, 
Rien gardait l'équilibre et servait de soutien. Enfin, avec le poids de l'éloge et du blâme, Je pesais l'éternel, il appela mon âme. Je mourus, j'adorais, je ne savais plus rien"1). 2. CAGLIOSTRO 
W WARSZAWIE I. Rok 1768 był w żywocie Stanisława Augusta rokiem 
ciężkim. Był to rok konfederacji barskiej, rzezi humań- 
skiej i dużego osamotnienia króla. Poniatowski nie zrywał 
jednakże — i pośród burz i zamieszek konfederackich, któ¬ 
rych echa obijały się gromko, jak widać z pamiętników, 
o mury stolicy — z dziedziczną, kultywowaną stale przez ł) „Jako ciekawy badacz przyrody w jej całokształcie pozna¬ 
łem początek i koniec Wielkiej Całości (termin panteistyczny). 
Widziałem złoto w zarodku w głębi jego żyły, wydobyłem jego ma- 
terję i określiłem jego ferment. Wytłumaczyłem sztukę, zapomocą 
której dusza ludzka buduje sobie przybytek w łonie matki, wyjaśni¬ 
łem, jak pestka i ziarno, zapłodnione mokrym pyłkiem, stały się 
w swym rozwoju, jedno — chlebem, a druga — winem. Bóg chciał, 
aby z niczego powstała rzecz jakaś. Jąłem więc szukać, na czem za¬ 
sadza się wszechświat i jak tłumaczyć ukryte prawa równowagi. Za¬ 
brałem się nawet z podziwem, lecz nie bez krytyki, do zważenia 
prawd wiecznych, gdy wtem Bóg wezwał mą duszę: umarłem, cześć 
Mu oddając, i pogrążyłem się w nieświadomość". 319
		

/Magazyn_155_08_0342.djvu

			siebie żyłką do arkanów wiedzy tajemnej, do okultyzmu: 
z roku tego właśnie 1768 zachował się wszak w zbiorach 
królewskich 10-stronicowy memorjał „O sztuce herme¬ 
tycznej“, pióra jego przyjaciela Moszyńskiego, zasygno- 
wany ręką własną królewską1). Zawierał ten memorjał, nie jedyny w archiwum kró- 
lewskiem, pogląd i opinję przyszłego „w. mistrza wolno¬ 
mularstwa Królestwa Polskiego i W. Księstwa Litew¬ 
skiego“ w sprawie ałchemji. Właśnie bowiem stara ta 
sztuka „spagiryczna“ (t, j. łączenia i rozdzielania metali), 
sprzężona od wieków z kabalistycznej natury teozofją, 
święciła niewiarogodny swój w wieku „Oświecenia“ rene¬ 
sans. Wszędzie tu na wschodzie Europy, w Pradze, Wie¬ 
dniu, Berlinie czy Petersburgu, tworzyły się kółka Gold- 
i Rosenkreutzerów, „braci Złotego i Różanego Krzyża" — 
sama Warszawa, w późniejszym coprawda okresie, liczyć 
ich miała aż do dwóch tysięcy. Od roku 1767, w loży 
„Trzech Braci“, założonej niegdyś przez Andrzeja Mokro- 
nowskiego, w domu własnym przy ulicy Królewskiej, a od¬ 
nowionej świeżo przez wspomnianego Moszyńskiego, pro¬ 
tektora sztuk wszelakich, więc i teatru, w mieszkaniu 
aktora francuskiego Rousselois, pod nazwą „Cnotliwego 
Sarmaty", toczyły się spory zacięte aż do secesji nie¬ 
których członków — na temat, jak z calem prawdopodo¬ 
bieństwem przypuszczać można, tendencyj tych właśnie 
neo-okultystycznych. Jedni zatem zbierali się osobno, 
„nad Wisłą, przy Solcu”, inni — po dawnemu zapewne — 
w izbie przedsiębiorcy komedji francuskiej. Kto poszedł 
spomiędzy nich nad Wisłę, a kto pozostał przy Moszyń¬ 
skim, tego ustalić nie możemy. Gdzie, z kim i w imię ja¬ 
kich haseł znalazł się fundator — Mokronowski (od je¬ 
sieni 1766 r. znowu w Warszawie), z kim książę Adam 
Czartoryski, jenerał ziem podolskich, i szwagier jego, 
książę marszałek Stanisław Lubomirski, z kim był Brühl, *) Rękopis 809 archiwum Czartoryskich w Krakowie, karty 
955—64. 320
		

/Magazyn_155_08_0343.djvu

			głęboko wtajemniczony syn ministra i „macher“ wszędo¬ 
bylski baron Karol Armand von Heyking i mag królewski 
Jan Łukasz Toux de Salvert i — dwaj Anglicy: osiadły 
w Polsce jenerał Sauvé oraz sam poseł Wroughton i wielu 
innych „braci“ pomniejszych, jak dworzanie królewscy 
Boekler i Ghigiotti, jak kupiec (-hugonota?) Jakób de la 
Doulx, jak stare wreszcie masony, pamiętające jeszcze 
świty lóż Augustowskich: Jabłonowski i Ogiński — kto 
z nich był za wiedzą tajemną w lożach, a kto przeciw 
okultyzmowi, dojść dzisiaj niepodobna. A jakież było za¬ 
patrywanie samego Moszyńskiego, doradcy w tym przed¬ 
miocie króla? „Są cztery gatunki alchemików — wywodził Moszyński w me- 
morjale, którego dać tu możemy ułamkowe tylko streszczenie. — 
Pierwszy (z nich) posiada umiejętność wydobywania złota i srebra 
z ciał, które wydają się nie zawierać go wcale albo mało... To są 
jedyni prawdziwi alchemicy, oni naprawdę wytwarzają złoto i sre¬ 
bro, w ilościach wszakże tak znikomo małych, że całoroczna praca 
przynosi im zaledwie trzysta do czterystu dukatów zysku... Drugi 
rodzaj alchemików — pisał dalej — składa się z ludzi łatwowier¬ 
nych, którzy przeczytawszy masę książek wypełnionych mrzonkami, 
przystępują do odpowiedniej roboty, bądźto, by wyrabiać kamień 
filozoficzny (= tynkturę złota), bądź też, aby wynaleźć lekarstwo 
uniwersalne.., Trzeci gatunek alchemików — ciągnął Moszyński — 
są to ludzie, którzy tylko podają się za takich, chcąc nadużyć dobrej 
wiary innych, co pozwalają się nabrać oszustom (następuje w tekście 
memorjału dobrze poinformowane wyliczenie sztuczek tychże).,. Przy¬ 
stępuję teraz — wyłuszcza dalej autor — do czwartego gatunku al¬ 
chemików, (co)... posiadają istotnie proszek, którego część zamie¬ 
nia się w złoto...: takimi (byli)... np, ów „Kosmopolita" (Moszyński 
sam używał niekiedy takiego pseudonimu), słynny baron Becker 
w Dreźnie, niejaki de Lisie za czasów Ludwika XIV, baron Dames 
i inni także, których dzieje dosyć są znane i którzy pomarli w wię¬ 
zieniu, napracowawszy się przez wiele lat bezskutecznie nad wytwo¬ 
rzeniem tegoż samego proszku, który służył im do eksperymentów. 
Większość tych ludzi rekrutowała się ze sług lub pomocników apte¬ 
karskich, wcale nieukształconych lub też takich, jak Polak Sędziwój, 
który, choć nader mało obyty z chemją, posiadał przecie taki pro- 
szek-tynkturę... Twierdzi się, te niektórzy zręczni chemicy wynaleźli sposób 
wysubtelniania, wyszlachetniania i „odduchawiania" złota tak dalece, Źródło rozbioru Polski. 21 321
		

/Magazyn_155_08_0344.djvu

			że cząstka tej jego „duszy" może być doprowadzona do drobniutkiej 
postaci. „Dusza" ta czy też raczej ten ekstrakt złota uchodzi po¬ 
wszechnie za „tynkturę"; bierze się jej cząstkę, miesza się z rtęcią 
lub ołowiem, ona je wtedy ożywia i przemienia w złoto. Jest to 
tak dalece prawdą, że dobry chemik pozna po przetopieniu czy nawet 
na samże widok dukaty wyrabiane z chemicznego złota. Inni... szu¬ 
kają („kamienia filozoficznego“) w limfie, we krwi, w moczu..., inni 
wreszcie... w soli roślin, w rosie, w oparach, w skoncentrowanych 
promieniach słońca, w konstelacjach, w wywoływaniach duchów 
i tym podobnych chimerach... Kilkanaście lat przeminęło od czasu tych rewelacyj, 
które napozór tak mało pachną rokokiem, tak raczej za¬ 
trącają kuchnią jakgdyby czarownic z „Makbeta , czy ro¬ 
mantycznym już zgoła sztafażem. Do Warszawy przybywał z Londynu mag Cagliostro. Wpływy angielskie w masonerji polskiej nie były — 
jeżeli zaliczymy do nich i ten jego „objazd apostolski 
pierwszyzną. zaraniu wszakże londyńskiej „Wielkiej 
Loży", której infiltracje korytem Odry, Szprewy czy też 
Łaby, na Hamburg, Berlin i Drezno, docierały do Polski 
saskiej, zjawiał się na gruncie polskim, już po śmierci 
pierwszego „różokrzyżowca" w koronie Piastów, Augu¬ 
sta II, emisarjusz Polak, mag Winiarski, używający szum¬ 
nych pseudonimów okultystycznych Rakoczego vel Ram¬ 
zesa, noszący zaś i rozdający wtajemniczonym order wol- 
nomularski z godłem śpiącego lwa Judy, używanem w lo¬ 
żach angielskich od czasów Cromwella. Agitował też Imć 
Winiarski brać szlachecką hasłami wolności i równości, na 
które ona bezkrytycznie była podatna, służąc, zgodnie 
z linją Bruhlów i Manteufflów, polityce antyfrancuskiej 
i fiłopruskiej. Później znów, w sześćdziesiątych latach stulecia, 
w latach największego napięcia sprawy dyssydenckiej, 
radomskich i barskich, kręcili się po Warszawie różnoracy 
wysłańcy masonerji, jak przybywający wówczas właśnie 
z aktywnego środowiska „różokrzyżowców wiedeńskich 
lekarz królewski Jan Boekler, jak dalej Szwajcarzy: 
Glayre, Reverdil i Correvon, którzy wraz z urzędnikami 322
		

/Magazyn_155_08_0345.djvu

			mennicy, podwładnej w. mistrzowi Moszyńskiemu (w War¬ 
szawie, podobnie jak w Norymberdze, mennica była sie¬ 
dzibą alchemików), Niemcami Holzhauserem i Schroede¬ 
rem, Żydem Delbene, aktorami Montbrunem i Rousse- 
lois’em, stanowili najbliższe wtedy otoczenie „mistrza" 
Moszyńskiego, zalążek jego „Kapituły Różokrzyżowcowej“. W tej kompanji kręcił się słynny też Casanova, przy¬ 
słany do Warszawy przez jednego z angielskich przyjaciół 
Stanisława Augusta, petersburskiego pastora Dumares- 
quera, ocierał się o nią wspomniany już wyżej sir Thomas 
Wroughton, ówczesny poseł angielski w Warszawie i czło¬ 
nek loży „Cnotliwego Sarmaty", w którego niegdyś kon¬ 
sulacie petersburskim, pod osłoną flagi purytańskiego 
Alb jonu schodził się, jak wiemy już, czuły kochanek Po¬ 
niatowski z młodą wielką księżną Katarzyną. Posłowi an¬ 
gielskiemu towarzyszył nieodstępny a tajemniczy generał 
Sauvé, zadomowiony bywalec niejednej loży polskiej, 
i szły zapewne ze strony tych dwóch mężów wysiłki na¬ 
dania lożom polskim, jak później w dobie „wielkich ^mi¬ 
strzów" Lubomirskich i Potockich, orjentacji anglizującej, 
związania ich ostatecznego z „Wielką Lożą“ angielską. Przybywał Cagliostro do Warszawy po wieloletnich 
już wędrówkach, tak barwnie zrekonstruowanych przez Du¬ 
masa, uwiecznionych w próbach dramatycznych Katarzy¬ 
ny II i Goethego, w nowszych zaś czasach rozświetlonych 
pracami Almérasa, Guenthera, Havena, Photiadèsa i Trow- 
bridgea. Bywał już mag w Rzymie papieskim, na Malcie 
pełnej tajników, na Sycylji rodzimej, w Hiszpanji mistycz¬ 
nej, w Paryżu, Wiedniu i Londynie i wszędzie tam burzli¬ 
we pędził żywoty w towarzystwie nadobnej Lorenzy Feli- 
ciani. Przybywał nad Wisłę z rozgłośną już reputacją 
maga-alchemika, Dunikowskiego czy Steinacha swoich cza¬ 
sów, kabalisty, magnetyzera, jasnowidza, spirytysty i sa¬ 
tanisty. Przybywał z Londynu drogą na Hagę, gdzie wi¬ 
tała go przesławna loża, wprowadzająca go do swojego 
łona poprzez szpaler „braci", pod sklepieniem z ich szpad 21* 323
		

/Magazyn_155_08_0346.djvu

			utworzonem, jechał dalej do Warszawy na Norymbergę, 
macierz odwieczną wczesnych „różokrzyżowców“, na 
Lipsk, Gdańsk, Królewiec i Mitawę, stare również siedli¬ 
ska masonerji niemiecko-pruskiej. Przybywał do stolicy 
polskiej w maju roku 1780, Przybywał w momencie doniosłej wagi dla wolnomu¬ 
larstwa polskiego, bo w roku jednej z reorganizacyj ma¬ 
sońskich. Już nie Moszyński ze swoimi „Trzema Braćmi ‘ 
czy „Wielką Lożą Polską“, już nie Brühl młodszy ze swo¬ 
im „Obosiecznym Mieczem“ (własnym przydomkiem ma¬ 
sońskim), czy nawet „Trzema Hełmami“ (lożą, do której 
należał król) stanowili najwyższe atuty naszego wolnomu¬ 
larstwa. Już bowiem berliński „Królewski York Przyja¬ 
źni" („Royal York zur FreundschaH") uzyskał był od 
„Wielkiej Loży“ londyńskiej zatwierdzenie dla szkockiej 
loży polskiej „Gwiazda Północna“ i podniesienie jej do 
godności szkockiej loży-matki na całą Polskę. Odtąd ta 
„Katarzyna pod gwiazdą północną“ rozsiadła się dumnie 
w samemże sercu Warszawy, w pałacu Radziwiłłowskim 
(dziś prezydjum rady ministrów), wpobliżu tedy króle¬ 
wskiej loży „Trzech Hełmów", rezydującej przy zborze 
augsburskim, instalowana przez w. mistrza Józefa Hylzena, 
z udziałem tuzów tej miary, co Heyking, łącznik lóż pol¬ 
skich z Berlinem i Petersburgiem, jak mag de Toux, jak 
wreszcie Potocki Ignacy i totumfacki jego Eljasz Aloe. 
W takim to momencie, w chwili układów pomiędzy 
„Wschodem" polskim a „Lożą“ londyńską, przybywał do 
Warszawy Cagliostro. Przybyć miał mag nad Wisłę na wezwanie osławio¬ 
nego Ponińskiego. Ale byłże to naprawdę ów Poniński 
sejmowo-rozbiorowy, Poniński — książę, przynależny isto¬ 
tnie do zakonu wolnomularskiego jako „kawaler wschodu 
i tarczy złotej“, jako „rycerz dobroczynny grodu świętego 
(Jerozolimy)“? Czy nie wchodził tu raczej w grę imiennik 
Adama, Jan Poniński, wojewodzie poznański, także wy¬ 
bitny a ruchliwy współczesny wolnomularz?
		

/Magazyn_155_08_0347.djvu

			Więc odbywały się w loży — pałacyku Jabłonowskich 
seanse Cagliostra z udziałem tym razem ośmioletniej ja¬ 
kiejś „gołąbki“ jasnowidzącej. Figuier (jeden z history¬ 
ków alchemji) opowiada mianowicie, iż Poniński prosił 
najpierw cudotwórcę o przydzielenie mu ducha — stróża 
„do specjalnych poruczeń“, później zaś żądał pomocy jego 
w zamiarach na piękną Kępińską. Ale Cagliostro ducha nie 
przydzielił, co zaś do przedmiotu westchnień księcia- 
marszałka ograniczył się, jak czytamy, do tejże samej 
sztuki, której niegdyś Mefisto chwycić się miał był z Fau¬ 
stem, pokazując mu w lustrze jego Helenę. II. Stanisław August z pałacu swego letniego w Łazien¬ 
kach pilnie nasłuchiwał odgłosów stołecznych o pobycie 
maga i dopraszał się u niezbyt zresztą chętnego Caglio- 
strowi Moszyńskiego, ażeby mu przedstawił przybysza. 
Bodaj, nie mogąc doczekać się posłuchania czy raczej za¬ 
proszenia do seansu w komnatach łazienkowskich, pod¬ 
rzucił Cagliostro 6-go czerwca 1780 (datę tę mamy 
uwiecznioną własnoręcznie przez króla) następujący, wy¬ 
soce tajemniczy liścik1): „Najjaśniejszy Panie! Racz Wasza Królewska Mość oderwać 
zwykłym pracom swym kilka momentów na przeczytanie zupełne 
w osobności przyłączonego pisma, śmiem upewnić, iż niemałe Naj¬ 
jaśniejszemu Panu sprawi ukontentowanie. Gdyby przeczytanie nadal 
miało być odłożone, niech paczka zapieczętowana i dobrze schowana 
zalegnie, zawiera bowiem opisanie rzeczy, którą roztropność pilnie 
przed najwierniejszemi nawet taiła osobami. Fundując się zaś na gatunku przysługi, którą oddawna Waszej 
Królewskiej Mości uczynić pragnę, spodziewam się, że podanie kon¬ 
tynuacji pomienionego pisma wnet nakazane mi będzie. Co, abym 
tem bezpieczniej mógł wykonać, pokornie jeszcze prosić mi należy, 
aby rzecz cała, póki Wasza Królewska Mość nie wyrozumiesz mnie 
zupełnie, w najściślejszym została sekrecie, który rozciągać ma się 
na wszystkie osoby, żadnej, gdyby najpoufalszej, nie wyjmując. Wa¬ 
szej Królewskiej Mości wierny sługa: Oddawca." ’) Rękopis 816, Archiwum Czartoryskich w Krakowie. 325
		

/Magazyn_155_08_0348.djvu

			Paczka ta zawierała memorjał, oznaczony mottem 
z „Księgi Mądrości“, gdzie pośród potoku frazesów szum¬ 
nych stwierdzał Cagliostro, że egzystencja „kamienia fi¬ 
lozoficznego“ poparta jest „wielką liczbą świadectw.,, (tak ze strony autorów,., ksiąg ta¬ 
jemnych, jak i stowarzyszeń tajnych... Jest („kamień") kluczem, 
którym otwiera się i zamyka wszelkie bramy przyrodzenia1); jest 
(dalej) — zgodnie z wyrażeniem biblijnem — węzłem zdolnym do 
wiązania i rozwiązywania wszystkiego w świecie; jest (w języku 
chemji) środkiem powszechnym spajania i rozłączania; jest królową 
czy królem tego globu, rozkazującym jego żywiołom i mieszkańcom... 
Oto opoka, na której prawdziwy mularz wznosi dom chluby (swojej) 
i zaszczytów; (prawdziwa) świątynia Salomona2)... W istocie swojej 
(najgłębszej) — i tu zaczyna się najbardziej ezoteryczna symbolika 
Cagliostra — stosuje się kamień filozoficzny wyłącznie do człowieka 
jako takiego. Onże jest owym kamieniem trójkątnym... Człowiek zło¬ 
żony jest w najdoskonalszych proporcjach z ducha, duszy i ciała 
czyli w terminach chemicznych — z rtęci, siarki i soli (które za¬ razem oznaczają trzy kąty naszego kamienia), podczas kiedy w po¬ 
zostałych istotach proporcje te ulegają zmianom i chwieją się w nie¬ 
równowadze, raz na tę, to znów na inną stronę,,. (Człowiek) jest 
(tym) kamieniem żywym,.., który... wyrywa (przyrodzie jej) tajniki... 
wszystkich jej, w łonie własnem ukrywanych wytworów... Człowiek 
jest tym kamieniem, co aż w astralne wystrzela regjony, aby śledzić 
i obliczać biegi ich i obroty, co, władając powietrzem, przenosi się... 
z krańca świata na kraniec przeciwny, porusza siłą własną mnogość 
maszyn pożytecznych i przyjemnych, co nareszcie grzebie się we 
wnętrznościach wody oraz ziemi w gonitwie za bogactwami... (Więc 
powiada) Hermes: „Miano moje; Trzykroć wielki albo Potrójny Merkury, gdyż mam trzy części, właściwości lub ingrediencje, skła¬ 
dające się na wiedzę świata całego (tworzące właśnie mistyczny ów 
kamień węgielny)“... (A) Bazyli Walentyn (głosi, że)... człowiek jest 
mikrokosmem, który zawiera w sobie w skrócie niebo i ziemię czyli 
wszystko, co w wielkich rozmiarach mieści się w makrokosmie. Gło¬ 
wa człowiecza jest jego niebem, skoro zabłyśnie w niej.., jaśniej słoń¬ 
ca rozum oświecony, ukształcony i mądry, reszta ciała odpowiada 1) „Stolica święta — dodawał w tem miejscu memorjału ko¬ 
mentator pisma Cagliostrowego Moszyński — używa (również) między 
innemi emblematami dwu kluczy: złotego i srebrnego." 2) Por. symbol „kamienia filozoficznego" w „Encyclopedia Ju¬ 
daica", tom II (Berlin 1928), str, 138, równoznaczny z sześciopro- 
mienną gwiazdą Dawidową, jak również ilustrację ze str, 330. 326
		

/Magazyn_155_08_0349.djvu

			w całości ziemi, kości przedstawiają (w analizie chemicznej) kamie¬ 
nistą powłokę globu, rdzeń pacierzowy przyrównać można łańcuchom 
górskim..., wklęsłości i żyły ciała ludzkiego — to jeziora, morza, 
rzeki i strumienie, Tkanka zaś włóknista skóry naszej odpowiada 
częściom roślinnym naszej planety, podczas gdy jej tłuszcz 
minerałom,,, (Toteż) ,,Lux e tenebris" woła do fałszy¬ 
wych alchemików, co następuje: „Poco wam tych gwałtownych płomieni, skoro mądrzy nie potrzebują węgli rozżarzonych ani drwa 
zapalonego, by spełniać czyn hermetyczny? Poco tyle substancyj 
w retortach i alembikach, jeżeli natura jest jedyna i zawiera wszyst¬ 
ko, czego mędrzec zapragnąć może?... (Człowiek, to) mularz praw¬ 
dziwy, co z kamieni... wznosi gmach ruchomy oparty na dwóch ko¬ 
lumnach, mularz wyposażony we wszelkie narzędzia potrzebne do 
swojego fachu, jak szufla (= język, na który nakłada się żywność), 
młoty (= zęby, któremi się ją kruszy), węgielnica (ręka wyciągnięta 
składa się łącznie z ciałem na jej figurę) i wreszcie kompas (nogi 
są kompasem, którym przemierzamy ziemię, skoro chodzimy, stąd 
nazwy miar: krok i stopa). (Człowiek, to) mularz, nieustannie zno¬ 
jący się nad swoim gmachem, nad ukochaną swoją lożą,,. Oto, jest, 
znowu pierwiastek i tajemnica prawdziwej masonerji... Człowiek 
stojący prosto, z nogami zwartemi a ramionami rozłożonemi poziomo, 
tworzy kształt krzyża, kształt od wieków czczony. Ta zaś konfigu¬ 
racja nadała mu miano różokrzyżowca, jako że krzyż ten... zabar¬ 
wiony jest na różowo. Krew (to) barwiąca wszystkie cząstki tego 
krzyża, jak w misterjach chrześcijaństwa. Wielka jest (przecie) róż¬ 
nica między... kamieniem nieociosanym, t. j, człowiekiem nieokrzesa¬ 
nym czy dzikim a między ciosem w rodzaju Sokratesa czy Platona...“ III. Do tej mistyki Cagliostrowej, operującej starą sym¬ 
boliką Kabały, filozofów naturalistycznych wieku XVI, 
wcześniejszych i późniejszych alchemików, panteistów ze 
szkoły Spinozy i Tolanda, teoretyków synagogi i loży, 
bluźnierczych zgoła synkretyzmów natury gnostycznej, 
dodał Moszyński szereg uwag marginalnych, częściowo 
uwzględnionych przez nas w tekście, oraz następujące 
resume: „(System ten) — pouczał króla — wykazywać się stara, że czło¬ 
wiek, wyposażony w odpowiednią wiedzę, może wydoskonalić ciało 327
		

/Magazyn_155_08_0350.djvu

			swoje na tyle, że wyzwoli je z części grubych i pospolitych, które.,, 
przeszkadzają duszy jego w przeniknięciu najbardziej skrytych ta¬ 
jemnic przyrody, a nawet w rozpoznaniu Bóstwa..." Dodać należy, że wielka nieufność panowała pomiędzy 
Moszyńskim a Cagliostrem, zarzucającym koledze pol¬ 
skiemu świętokradztwo wprost wielkich tajemnic, ale bo¬ 
daj też, czy nie było podobnej nieufności pomiędzy kró¬ 
lem a Moszyńskim, skoro 14 czerwca t. r. Okraszewski 
niejaki (dworzanin królewski?) pisał do niewiadomej 
osoby (zapewne Cagliostra): „Zwracam się jeszcze do Pana, prosząc, ażeby Pan załączonym 
listem uczynił to samo, co zechciał uczynić z poprzednim, t. j. wrę¬ 
czył go Jego Królewskiej Mości, kiedy Pan się dowie, że Jego Kró¬ 
lewska Mość jest sama. I gdyby nawet nastręczyła się potemu spo¬ 
sobność, proszę nie mówić nic o tern hrabiemu M. (Moszyńskiemu), 
skoro rzecz ta (cała) zgoła go nie obchodzi..." Drugim tym „listem“ był zapewne załączony do niego 
memorjał „O celu mądrości“ z mottem znów z Pisma Świę¬ 
tego: „Pan Bóg bowiem nie stworzył śmierci ani upodo¬ 
bania nie ma w przepaści żyjących... Stworzył owszem 
człowieka niepodpadającego zepsuciu. Z żądzy ducha 
złego śmierć weszła na świat i wszyscy nim rządzący się 
doznają jej.,.“ IV. W czerwcu tym 1780 r. liczył sobie król Jegomość 
lat czterdzieści osiem. Miał za sobą młodość bujną, choć 
nie sielską, miał Paryż i Petersburg, miał Katarzynę i rój 
godnych jej następczyń, miał Radom, Bar i rozbiór. Mógł 
więc czuć się zmęczony i przedwcześnie stary, jak nam 
się jawi istotnie na pysznym pastelu Peroneaua, który 
niedawno pomnożył zbiory warszawskiego Ministerstwa 
Spraw Zagranicznych. Więc napewno czytał król z zain¬ 
teresowaniem zalecenia Cagliostrowe: „(Nie) jest w porządku słuszności, aby Mądrość podała naj¬ 
przód człowiekowi sposób wiedzenia przeszłych lub przyszłych przy- 328
		

/Magazyn_155_08_0351.djvu

			TANISŁAW AUGUST W STARSZYM WIEKU ASTEL DOMNIEMANEGO AUTORSTWA PEYRONNEAU. OBECNIE 
ZBIORACH MINISTERSTWA SPRAW ZAGRANICZNYCH W WARSZAWIE)
		

/Magazyn_155_08_0352.djvu

			I
		

/Magazyn_155_08_0353.djvu

			padków, sposób obcowania z zmarłymi lub mieszkańcami obco-ziem- 
nymi, sposób rządzenia elementami lub podziemnemi stworzeniami, 
lecz bardziej — aby najprzód udarowała go sposobnością rzeczenia 
podług Biblji: „Mam moc złożenia duszy mojej i znowu wzięcia jej" 
(Jan, w rozdziale 10, w. w. 17 i 18) czyli: w ręku mych zostaje 
życia i śmierci sprężyna, którą do upodobania naciągać mogę. Egipcjanie, którzy wynaleźli sposób zachowania ciał zmarłych 
od zepsucia... czyliż nie mieli.,, innego zamiaru w szukaniu swojem 
i czyliż im nie szło bardziej o zachowanie od zepsucia ciał żywych, 
aniżeli umarłych. Prawdziwa w tej okoliczności intencja ich nie naj¬ 
mniejszym zapewne była milczenia ścisłego objektem, na które świeżo 
przyjęci w liczbę mędrców egipskich musieli ucznie przysięgać. 
Stawmy napis drzwi', prowadzących do pomieszkań ich podziemnych: 
dosyć się zgadza z mojem mniemaniem i dlatego przytaczam go: 
„Kto puści się sam tą drogą, oczyszczony zostanie w ogniu, wodzie 
i przez powietrze, a, jeśli zwycięży bojaźń śmierci', wyjdzie z wnętrz¬ 
ności ziemi, znowu światło ujrzy i prawa nabędzie przygotowania 
duszy swojej do odsłaniania tajemnic wielkiej bogini Izydy." Grecy rzecz jawnej refleksji naszej podali w historji Medei 
i Esona, gdyż tym sposobem o odmłodzeniu starca bez ogródki 
mówili.,. Mojżesz, wielki uczeń egipskich mędrców, uczy, że człowiek, 
w raju zostający, posiada drzewo, rodzące owoc życia i broniące od 
śmierci, która występców tylko ogarnia. Job, już obmyty z fizycznej pokuty, wyznaje, iż Pan wszelkiego 
jestestwa nie opuszcza sprawiedliwego, lecz wywyższa go przez od¬ 
młodzenie. Przypomnąć też należy, że złożonemu chorobą śmiertelną kró¬ 
lowi izraelskiemu Hiskija Pan Wszechmocny życie na lat piętnaście 
przedłużył. Cząsteczko — taką apostrofą poetycką kończy Cagliostro swój 
wywód — we wszystkich czasach wielbionego, od najmniejszej jednak 
liczby znanego należycie Bóstwa! Gwiazdo, która mędrców prowa¬ 
dzisz na miejsce, posiadające Odkupiciela od śmierci! Iskierko we 
wszystkich czasach czczonego ognia! rozetlij się w moim umyśle, 
rozpędź subtelnym i niepojętym twym promieniem ciemne chmury, 
dzieła twe przedziwne w mem ciele zasłaniające; niech przecie ujrzę 
niewymowną twą robotę, niech poznam, jak mnie ożywiasz i od mo¬ 
mentu do momentu utrzymujesz i broń nadewszystko najfatalniej¬ 
szego przytłumienia, którem się często uciskać zwykłem." Tako rzekł „Wielki Kofta“ do Esona z Łazienek, do 
starzejącego się Hiskiji, który nieraz w życiu swojem rwał 329
		

/Magazyn_155_08_0354.djvu

			wśród strzyżonych parków owoc zakazany, do rokokowego 
rozkosznisia, lękającego się żądła Hekaty, Tak, w pół 
wieku przed nocą listopadową, którą w makabryczne ko¬ 
lory przybrał nam Wyspiański, wskrzeszał na tle tych 
samych ogrodów, a na użytek króla Stasia, mag Cagliostro 
zatarty sens odwiecznych misterj ów o Grzechu i Śmierci. 330
		

/Magazyn_155_08_0355.djvu

			Z A M K JĘCIE N i. Przeszliśmy się tak skroś głównych hal pałacowych 
„Rokoka“, zajrzeliśmy do jego sal tronowych, „czarnych 
gabinetów“, do warsztatów rewolucji i kuźni rozbiorów. W cieniu sztandaru pierwszego rozbiorcy Karola Gu¬ 
stawa, członka „Zakonu Palmowego“, kolegi i „kom- 
patrona“ „wielkiego elektora“ spod Warszawy, rysuje się 
nam po raz pierwszy złowrogo symbolika Loży, gołębica 
w otoku płatków słonecznika, zapowiadająca już różę 
w krzyżu późniejszych „kompatronów“. I jawi nam się „Mocny“, w stroju rzymskiego Cezara, 
jakby wykrojonym z przepowiedni grebnerowskiej. „Mo¬ 
cny“ w drodze na Wawel, „Mocny“ o zwierzęcej twarzy 
i instynktach, nieprzystępny dodatnie jszym wpływom swo¬ 
jego otoczenia, matki i żony, niewolnik kobiet i wina, wy¬ 
dany przeto bezbronnie na łup szarlatanom i prowokato¬ 
rom, „zbrodniarz stanu“ Askenazego i bezduszny zbytko- 
wnik Haakego. W zwierciedle nowszej literatury niemieckiej (Gurlitt, 
Seydewitz, Boroviczeny i inni), w świetle pamiętników 
niektórych i korespondencyj polskich i obcych, bez uwzglę¬ 
dnienia niestety! dotychczas tak ważnego dla tej epoki 
zbioru, jak rozległa korespondencja Flemminga, którego 
nie zdołałem ogarnąć za trzech zbyt krótkich w Dreźnie 
pobytów (partyzantka archiwalna miewa z reguły krótki 
oddech) — obejrzeliśmy sobie najpierw Augusta Dru¬ 
giego — nowem spojrzeniem na „plan“ jego „wielki", na 
kobiety w jego życiu, na orszak wielmożów jego polskich, 
na jego paladynów z loży. 331
		

/Magazyn_155_08_0356.djvu

			IL Widzimy na karcie tytułowej książki na drezdeńskim 
dwójportrecie Silvestrea uwieczniony jakby moment, 
w którym „Patron" i „Kompatron" poprzysięgają sobie 
zgubę Polski. I pytamy, co w momencie tym i wogóle za 
genezy rozbiorów działo się we Francji. Na tronie jej wszak zasiadał król żonaty z Polką; fa¬ 
worytem jego zostać miał członek rodziny, w której kan¬ 
dydatura do tronu polskiego była już dziedzictwem; syna 
miał Ludwik ożenić także z królewną polską. Ale nanic te aljanse i tradycje! Do tronu bowiem 
„królów arcychrześcijańskich" mieli już „przystępy pod¬ 
ziemne" gracze nielada, którzy „widywali u stóp swoich 
dwór, miasta i prowincje" i „całą poruszali maszynerję". Była wśród nich markiza de Pompadour, stworzona 
przez nich „namiastka" zbyt uczciwej jak na potrzeby tych 
graczy królowej Marji; był — książę de Richelieu, sata¬ 
nista i prusofil; był — marszałek de Belle-Isle, protektor 
okultysty Saint-Germaina i właściwy szef „kabały" pru¬ 
skiej; było — rodzeństwo de Tencin, par nobiłe fratrum; 
była nareszcie falanga Parisów, Poissonów, Berthelotów, 
financiers véreux, Stawiskich „starego reżymu", finan- 
sjera o filjacjach i wpływach semickich à la Saint-Germain. Więc kiedy następca „kompatrona" ślubował sobie 
znowu zatratę Polski w dobie Contiego, Bernisa i Choi- 
seula, gdy jego totumfacki Lynar pod starym, dobrze nam 
znanym znakiem „Parakleta", zadawał cios śmiertelny 
w skutkach starej monarchji francuskiej, to tę monarchję 
Walezych i Andegaweńczyków stać już było, w stosunku 
do Polski, na „sekrety" tylko i prowokacje, na słowa, za 
któremi nie następowały czyny, na Contich eonajwyżej 
i Broglie‘ów, na luidory dla Branickich i Mokronowskich. III. „Źródłem pierwszego rozbioru nazwał barona Ferdy¬ 
nanda Asseburga ostatni król z łaski Loży. Wył on z bólu 
przed „mistrzem" Mokronowskim, informował się, nie bez 332
		

/Magazyn_155_08_0357.djvu

			p niepokoju zapewne u innego zaufanego Moszyńskiego, coby 
fo w gruncie rzeczy była ta Loża, inicjować się wszakże 
dawał do tej Loży, do loży, „pracującej w języku nie¬ 
mieckim“ i do „zakonu Różokrzyżowców“; otaczał się 
okultystami, z których jeden, najniebezpieczniejszy bodaj, 
Toux de Salvert, wysłany przezeń zamłodu na studja ka¬ 
balistyczne do Paryża, widywać mógł króla później, jak 
się sam z tego chełpił, en tout łemps et en łouł lieu. Cierpiał na przypuszczalnych związkach swoich z ma- 
sonerją również i „brat“ jego Józef II, pełniejszy odeń 
zresztą wolnomyślicielstwa, a nawet fanatyzmu, sekciarz 
po mieczu, choć uczuciowiec po kądzieli, ślepo wszakże 
wykonywający rozkazy loży (Kulturkampf, rozbiór, wybór 
Ganganelliego), póki nie zbuntuje się w nim lepsza tra¬ 
dycja matki, a „bracia“ wtedy karku mu nie skręcą. Nie buntował się zato Fryderyk, cynik całą gębą, od 
młodu zapewne wtajemniczany do guseł pijackich „kom- 
patrona", do „aletofilskich" obrządków „Djabła", do 
„wielkich planów“ rozbiorowych „Palmenordenu“, a rato¬ 
wany z największej opresji przez tych samych wyznawców 
„Parakleta“, do których należał był już niegdyś pierwszy 
nasz rozbiorca, Karol Gustaw. Nie buntował się również i drugi rozbiorca pruski 
a feralny nasz sojusznik — Fryderyk Wilhelm II, „wie- 
przak“ Katarzyny, podatne narzędzie „iluminatów” i „ró¬ 
żokrzyżowców“, jak ich narzędziem był także Lucchesini 
oraz główni sejmowi jego kontrahenci. IV. Przeszliśmy się tak wskroś hal pałacowych „Rokoka“, 
zajrzeliśmy do głównych sal jego tronowych. Z Asseburgiem, Lynarem, Bernstorffem (jak dawniej 
z Leibnizem, Boyneburgiem i Manteufflem) wracamy 
niejako do punktu wyjścia naszych rozważań. Jeżeli bo¬ 
wiem w kulisach akcji rozbiorowej Karola Gustawa sze¬ 
leścił już sztandar „domu Ducha Świętego" (siedziby „ró¬ 
żokrzyżowców“), to tutaj ponad właściwem „źródłem 333
		

/Magazyn_155_08_0358.djvu

			pierwszego rozbioru" czytamy wypisane jakby słowa iłu- 
minata-rozbiorcy Lynara: „Duch Święty dał mi siłę...“ 
Albowiem i on także wzywał imienia Bożego nadaremno. Moszyński zaś, członek „kapituły różanego i złotego 
krzyża“ i „Wielki Kofta" — różokrzyżowiec Cagliostro, 
wiążą nam dobę „króla predestynowanego" z wcześniejszą 
dobą saską. Niechaj wkońcu wolno mi będzie nawiązać jeszcze 
do przedmowy; niechaj wolno mi będzie polecić pobłażli¬ 
wości krytyka i czytelnika ten pierwszy wynik długo¬ 
letnich moich studjów, ten obszerny essai, powstały w co- 
razto cięższych warunkach tworzenia — stąd większa za¬ 
pewne wartość stosunkowa pisanego wcześniej „Wielkiego 
planu“ — bez oparcia o jakikolwiek ośrodek naukowy, 
uniwersytet czy akademję; tę rzecz, o której zgóry wie¬ 
działem, że, jeśli jej wkońcu dopnę fara da se. V.
		

/Magazyn_155_08_0359.djvu

			INDEKS IMIENNY Nazwiska autorów i osób przy pracy pomocnych oznaczono 
kursywą. Skrót „ks.“ oznacza tytuł książęcy. Członków 
rodzin panujących umieszczono alfabetycznie według imion.
		

/Magazyn_155_08_0361.djvu

			Aaron, patrjarcha 234 
Adelajda, ks. de Bourbon 169 
Albani Hannibal, kardynał 53 
Albedyll, wolnomularz 268 
Alberoni Juljusz, kardynał 20 
Albert I, król belgijski 274 
Albert Kazimierz, królewicz pol¬ 
ski, ks. sasko-cieszyński 160, 
247, 248, 258, 308 
Albohali, Arab 96 
Aleksander I, car 250 
d'Alembert Jan 248, 278 
Algarotti Franciszek 98, 160 
Almeras H. 323 d'Aloe vel d'Aloy Eljasz 302, 
303, 324 d’Aloe vel d'Aloy Jan Chrzci¬ 
ciel 97 d'Aloe vel d’Aloy, panny 303 
Alompsteade, kolekcjoner 312 
Althaus, minister heski 297 
d’Amblimont, M-me 188 
Andrea del Sarto 99 
Ange d'Ombrie 77, 119, 150, 313 
Anhalci 259, 291 
Ania, córka Katarzyny II i Stan. Aug. Poniatowskiego 263 
Anna, elektorowa saska, żona Au¬ 
gusta I 32, 108 Anna, ks. Holstein Gottorp 260 261 
Anna, ks. neuburska, królewna 
polska 216 Anna Zofja, elektorowa saska, 
żona Jana Jerzego III 33, 34, 
36, 52, 79, 108, 114, 115, 154, 
259, 308, 331 d'Antin ks. Ludwik Antoni 181 
Antoni Ulryk, ks, Braunschweig- 
Wolfenbiittel 55, 110, 252-4, 258 
Apraksin ks. Stefan 262-3 
Aranda hr. Piotr Paweł 239, 249 
d Arbo, patrz Conti ks. Ludwik 
d'Argens mgr. Jan Chrzciciel 280 
d’Argenson mgr. René Ludwik 
182, 184 
Arnimy 47 Askenazy Salomon 217 
Askenazy Szymon 11, 66-7, 71, 
73, 93, 159, 165, 222, 224, 227, 236, 240-1, 283-4, 291, 305, 331 
von der Asseburg bar. Ferdynand Achacy 10, 292-6, 298-300, 332-3 von der Asseburg bar. Herman 
Werner 294 295 
von der Asseburg baronowa 294 
von der Asseburg baronówna Ro- 
zamunda Juljanna 18, 110, 113, 
115, 294, 309 
Aubert Józef 302 
August I, elektor saski 31, 32, 
40, 108, 111, 118, 149 
August II, król polski i elektor 
saski 10-2, 17-21, 23, 31-68, 
70-9, 81, 84-93, 96, 98, 105-11, 
113-20, 122-5, 126-30, 134-6, 
137-9, 140-55, 157-8, 160, 164, 
192, 195-6, 199, 200, 211-3, 219, 237, 239, 241, 252-5, 259, 267, 
294, 306, 308-9, 313, 315, 322, 
331-2 Źródło rozbioru Polski. 22 337
		

/Magazyn_155_08_0362.djvu

			August III, król polski i elektor 
saski 18,22-3,33,38,45-6,51-4, 
58, 67-71, 74, 89-91, 93, 97-102, 
111, 117, 123, 125, 143, 153, 
156-7, 159-65, 169, 181, 183, 196-8, 225, 238, 242, 248, 264, 269, 271-3, 298, 308 
August, ks. Anhalt 134, 259 
August, ks, Braunschweig - Lüne¬ 
burg 252 August, ks, Sachsen - Weissenfels 
109, 134, 146 August Wilhelm, ks. Hohenzollern 270, 282 d'Aviano Marek, ksiądz 210 Bacciarelli Marceli 34, 298 
Bacciochi, handlarz jedwabiu 246 
Bacciochi Eliza, ks, toskańska 291 
Bach Jan Sebastjan 33, 54 
Barbara Jagiellonka 32, 92 
Barberiniowie 66 
Barbier Edmund, adwokat pary¬ 
ski 177 Bartazzani (vel Ramzes vel Rako¬ 
czy vel Winiarski) 68, 120, 218, 221, 322 Barthold Fryderyk Wilhelm 108, 
131, 133, 291 Bartoszewicz Juljan 66-7, 74, 310, 312 Bartoszewicz Kazimierz 305 
Batowski Zygmunt 13 
Batthyâny hr, Ludwik 168 
Baworowscy hr. 306 
Bayle Piotr 110-1, 114-5 
Beaulieu - Marconnay Karol Oli¬ 
vier 306 Beausobre, pastor 80 
Becker bar,, alchemik 321 
Beichling vel Beichlingen Wolf 
Dietrich 18, 19, 46, 57-8, 61, 
77-9, 92, 117-8, 136, 148 de Belle-Isle ks. Karol Ludwik 
177-8, 182, 194, 196, 198, 222, 
271, 332 Benedykt XIV, papież 242 
Benoit Gedeon 204, 241 
Bentinck hr, Wilhelm 238-40 
Bernardin de St, Pierre Jakób 201 
de Bernis Franciszek Joachim, 
kard. 186-7, 191-2, 227, 332 
Bernstorff Jan Hartwig 10, 83, 
189, 295-6, 300, 333 
de Berry ks, d'Orléans Marja 
Ludwika 123-4, 151 
Berthelot de Plćneuf, finansista 
176, 332 Berthelotowie 176, 332 
Berwick Jakób, marszałek 125 
Beschorner Jan 13, 103-4, 120, 122, 128, 141, 154 
Bestużew-Riumin hr. Aleksy 274, 
298 Betański Antoni, biskup 200 
Bethlen hr. 246 
Bezborodko ks. Aleksander 265 
Bielińscy 43, 74 
Bielińska Kazimierzowa z Mor¬ 
stinów Ludwika 72-3, 124, 153 
Bielińska Michałowa z Rutowskich 
Marja Aurora 62, 73-4, 126 
Bieliński Franciszek 63-4, 72-4, 101, 159 Bieliński Kazimierz 71-4 
Bieliński Michał 63-4, 73, 126 
Bierdiajew Mikołaj 15, 33 
Bilbasow Wasyl 265 
Biren vel Biron vel Bühren ks. Ernest Jan 264, 283 
Biren vel Biron vel Bühren ks. 
Piotr 281 Bischoff Teodor 109 
Bischoffwerder Jan Rudolf 20, 
283, 288, 308 Bismarck ks. Otto Edward v. 
Schônhausen 82, 294 338
		

/Magazyn_155_08_0363.djvu

			von Blaspiel, ministrowa 84 
Blomberg bar,, dyplomata baj- 
reucki 48, 50 
Boas Tobjasz 238, 240 
Bobling, gwardzista 51 
Boccaccio Jan 41 
Bodenschatz, pastor 18 
Boekler Jan 237, 246, 316, 321-2 
Boerhave Herman 313 
Böttger vel Böttiger Jan Fryde¬ 
ryk 79, 117, 119, 136, 150, 313 
Bollo, alchemik 297-300 
Bomstorff hr. 125 
Bona, królowa polska 65 
Bonery 66 
Bora Katarzyna 47 
Borchowie 60 
von Borcke A, B. 128-9 
Bord Gustaw 141 
Bordoni Faustyna 161-2 
Boroviczeny Aladar 92-4, 99, 100, 331 Boscamp-Lasopolski Karol Adolf 
237 Bose Jan Baltazar 40, 46-7 
Boucher Franciszek 171 
de Boufflers hr. Marja Karolina 
181, 185 von Boyneburg bar. Filip Wilhelm 
219 von Boyneburg bar. Jan Chrystjan 
216, 333 de Brancas książę 123 
de Brancas ks, Marja Angelika 
100-1, 191 Brandenburscy książęta 20 
Braniccy 283, 332 
Branicka-Gryf Janowa z Czar¬ 
nieckich Katarzyna 25 
Branicka-Gryf Janowa z Ponia¬ 
towskich Izabella, 2-o v. Mo- 
kronowska 125, 153, 199-201, 204 
Branicka - Korczak Konstantowa 
z Potockich Jadwiga 25 Branicki-Gryf Jan Klemens 22, 
43, 62-4, 74-5, 125, 153, 199-201, 
204-5 Branicki-Korczak Ksawery 70 
Brantóme Piotr 261 
Brensztejn Michał 13 
Brian-Chaninow (Brianczaninow) 
265-6 Brincoveanu vel Bräncovan Kon¬ 
stanty, hospodar wołoski 49, 
116 Britsch Amadeusz 241 
de Broglie ks. Jakób Wiktor Al¬ 
bert 17 de Broglie hr. Karol Franciszek 
17, 22, 184, 200-2, 204, 332 
Bronikowski Oppeln Fryderyk 
141, 145 Brühl hr, Fryderyk Alojzy, gen. 19, 94-5, 97, 246, 316, 320-1, 324 
Brühl hr. Henryk 10, 18-21, 23, 
39, 67, 73, 77, 80, 87, 89-102, 
120, 124, 143-6, 154, 158, 161, 
163-5, 197, 201-2, 204, 225, 237, 
267, 271-2, 274, 287, 302-3, 309, 
310, 313, 321-2 Brühl hr. Karol 94-5, 97, 287, 302 
Brühl Jan 91-2 Brühlowa hr. Henrykowa z Kolo- 
vrat - Krakowskich Franciszka 
94, 99-101, 191, 310 
Brühlowie hr. 78, 92, 97, 99 
Brunświccy książęta 20 
Buczek Karol 13 
Bülow ks. Bernard 82 
Bünau, kamerjunkier saski 51 
Bujak Franciszek 13 
Buonaccorsi Filip Kallimach 235 
Buoncompagni Jakób, kardynał 
53 Burboni 163, 187 Burg Pawel 94 Burnet of Kemney Gilbert 113 22* 339
		

/Magazyn_155_08_0364.djvu

			Cagliostro 10, 16, 20, 77, 237, 
240, 266, 297, 305, 315, 319, 
322-30, 334 
Cain Jerzy 181 
Camon, gen. 181, 192 
Canaletto Bellotto Bernard 39, 99 
Canova Antoni 308 
Caprara Eneasz Sylwjusz, gen, 58 
Caraccioli Dominik 263 
Caraffa Antoni, feldmarszałek 210 
Cardano Hieronim 96 
Carlyle Tomasz 20 
Carre H. 120, 183, 190 
Casanova Jakób 237, 239-41, 297, 323 Castlereagh wicehr. Robert Ste¬ 
wart 237 Cato Marcus Portius 138 
Cellamare ks. Antoni 20 
Cervantes de Saavedra Michał 
200 Cetner Jan 63-4, 74, 159 
Champion wydawca 16 
Chäteauroux ks, de la Tournelle 
Mar ja Anna z d, mgr. de Nesle 
178-9 de Chau-Montauban M-me 182 
de Chaulnes księżna 188 
Gheimicki Adrjan 301 
Chesterfield hr. Filip 254 
Chesterton Gilbert 15 
Chłędowski Kazimierz 12 
de Choiseul ks. Stefan Franciszek 
173, 189, 194, 203, 248, 332 
Chrystjan I, elektor saski 31, 
108, 111 Chrystjan II, elektor saski 31-2, 
108, 111, 149 Chrystjan IX, król duński 168 
Chrystjan, ks. Anhalt 259 
Chrystjan August, ks. Anhalt- 
Zerbst 259, 261 Chrystjan Ernest, margraf baj- 
reucki 48 Chrystjana Eberhardyna, elekto- 
rowa saska 33-4, 36, 39, 45-52, 
54, 56-60, 105, 114, 308, 331 
von Chwalkowska, córka dyplo¬ 
maty pruskiego 84-5 
von Chwalkowski, poseł pruski 
47, 85 Cicero Marcus Tullius 188 
Cieszkowski Stanisław 195 
Clavel F. P. B. 138 
Clément 177 de Clermont hr, de Bourbon 
Condé Ludwik 181, 190, 192, 
274 Cobenzl hr. Filip 246 
Coccei Karol Ernest Fryderyk 
297 Cochin Augustyn 174, 307 
Coigny ks. Franciszek 182, 196 
Colbert Jan Chrzciciel 171 
Colloredo hr. 246 
de Condillac Bonnot Stefan, 
ksiądz 222 de Conti ks. Armand 209 
de Conti ks. Franciszek Ludwik 
199 de Conti ks. Ludwik Franciszek 
16, 22, 65, 171, 180-2, 184-5, 
187, 190, 192, 199, 200, 202-4, 
272, 283-4, 332 de Conti ks. Luiza Elżbieta 22, 
181-2, 185 Cooper Oakley 192 
de Corberon, dyplomata francuski 
302 Cornwallis Karol, lord 280-1 
Correggio Antoni 99 
Correvon, wolnomularz 322 
Corticelli Szymon 297 
Cosel hr., syn Augusta II 160, 309 
Cosel hr. z Brockdorffów Kon¬ 
stancja 18, 41, 51, 61, 77, 79, 
85, 96, 119, 214, 309, 313 340
		

/Magazyn_155_08_0365.djvu

			Coustou Wilhelm 34 
Cromwell Oliver 236, 322 
Croy książę 172 
Czarniecki Stefan 25-6 
Czartoryscy książęta 72, 75, 171. 
197, 199, 200, 203-4, 234, 239, 
263, 287, 298, 320, 325 
Czartoryska ks. Adamowa z Flem- 
mingów Izabella 287 
Czartoryska ks. Augustowa z Sie- 
niawskich Zofja, l-o v. Denhof- 
fowa 62 Czartoryska ks. Kazimierzowa 
z Morstinów Izabella 72 
Czartoryski ks. Adam 187, 239, 
241, 287, 320 Czartoryski ks. August 62, 313 
Czartoryski ks. Józef 239, 241 
Czartoryski ks. Kazimierz 72 
Czartoryski ks. Michał 71-2 
Czernyszew Iwan 292, 298-9 
Czernyszew Zachar 292, 298-9 Dalberg bar. Karol Teodor 286, 
306 Dames bar., alchemik 321 
Dante Alighieri 155 
Daun hr. Leopold Józef Maria 
257, 274 Davia, nuncjusz 49, 53 
Dawid, król 234, 326 
Dąbski Stanisław, biskup 47, 64-6 
Deboli, poseł polski w Petersbur¬ 
gu 293 Dee (Devus) Jan 217 
Delbene, wolnomularz 305, 316, 
323 Dembiński Bronisław 241, 274 
Dembowska Antoniowa z Ru- 
pniewskich Salomea 69 
Dembowski Antoni Sebastjan, 
biskup 63-4, 67-9, 126, 153, 159 
Denhoff Stanisław 42, 73, 85 Denhoffowa Bogusławowa z Bie¬ 
lińskich Marja Magdalena, 
patrz Lubomirska 
Denhoffowie, biskupi 64 
Denk Otto 131, 291 
von Derschau R. 128, 130 
Desaguliers Jan Teofil 254 
Descartes René 19 
Deshayes Katarzyna (La Voisin) 
17, 207 Diana de Poitiers 192 
Diderot Dionizy 223, 266 
Dietrichstein-Proskau ks. Jan 246 
Disraeli - Beaconsfield Benjamin 
7, 11, 219, 221 
Dmowski Roman 12, 301 
von Dönhoff H. G. 128-30 
Dohna hr, Karol Hannibal 46 
Dorow 284, 301 
de la Doulx Jakób 321 
Droysen Jan Gustaw 141, 143, 
151, 212 Du Barry hr. Joanna (Bécu) 
170, 173 Dubois Wilhelm, kardynał 170, 
176-7 Dumaresques, pastor 323 
Dumas Aleksander sen. 211, 323 
Dunikowski 323 
Dunin Piotr 63-4, 74, 159 
Durand de Distroff, dyplomata 
francuski 201 
Duval Henrietta 61, 309 Ecker und Eckhofen Jan Henryk 
237, 240 Eleonora, cesarzowa 253-4 
Eljasz, prorok 215 
Elżbieta, carowa 198, 257, 260-1 
Elżbieta, cesarzowa austrjacka 
251 Elżbieta, królowa angielska 217 
Elżbieta, królowa polska 32, 253 341
		

/Magazyn_155_08_0366.djvu

			Elżbieta, ks, palatyńsko - orleań¬ 
ska 54, 208 Elżbieta, ks. palatyńsko-reńska 253 
Elżbieta Chrystjana, cesarzowa 
20, 212, 252-5, 258 
Elżbieta Krystyna, królowa pru¬ 
ska 255, 276 Encke-Lichtenau Wilhelmina 282, 
288 Endore 241 d'Eon de Beaumont mgr. Karol 
Ludwik 201, 203 
Erazm z Rotterdamu 172 
Ernest August, markgraf baj- 
reucki 48, 50, 60 
Erzberger Maciej 290 
Eson 329 
Esterhazy hr. 246 
Esterle hr. z Lambergów 46, 48, 
50, 59-61 d'Estrades M-me 182 
d‘Estrees ks. Ludwik Karol 188 
Eugenjusz ks. Sabaudzki 10, 19, 
56, 97, 206-13, 219, 255, 269 
Eugenjusz Maurycy ks. de Savoie- 
Carignan 206 Ewart Józef, dyplomata angiel¬ 
ski 288 Ezechjel, prorok 116, 314 Falconet Stefan 39, 266 
Falk Chaim Samuel Jakób Rafa- 
łowicz 235, 240 Fatyma (Spieglowa) 46, 51, 59, 
73, 196, 309 
Faust 95, 96 
Fava, msgr. 190 
Feldman Józef 68, 135, 211 
Feliciani Lorenza 323 
Ferdynand, arcyksiążę austrjacki 
258 Ferdynand, cesarz austrjacki 242 
Ferdynand, ks. brunświcki jr. 
253, 285 Ferdynand, ks. brunświcki, sen 
233-4, 236, 253, 274 
Fermor hr. W., generał 274 
Fessler Ignacy Aureli 246 
Feuillette 181 
Fiedler A. 156 
Figuier 325 Filip IV Piękny, król francuski 180 
Filip I, ks. Orleański 122 
Filip II, ks. Orleański (regent) 
17, 77, 122-3, 151, 168-72, 176 
Filip, ks. Parmy 227 
Filip Wilhelm, ks. Pfalz-Neuburg 
113, 216 Flemming hr. Henryk 78 
Flemming hr. Jakób Henryk 18-9, 
39, 40, 42-3, 55-6, 59-62, 69, 
71-2, 77-89, 92, 107, 115, 124-5, 
130, 137-8, 140, 142, 148, 150, 
152, 160, 162, 237, 253, 331 
Flemmingowa hr., patrz Wiśnio- 
wiecka de Fleury Andrzej, kardynał 
170-1, 173, 177-8 de Fleury et de Beaufort Vicardel 
de Trivier mgr. Józef 53, 77, 89 
Floessel Ernest 118 
de Flore Joachim 28-9 
Fludd Robert 29 
Focjon 223 
Fonseca Daniel 72, 80 
de Fontenelle Bernard 180 
Formica, alchemik 237 
Forst-Battaglia Otto 297, 299, 304 
Forster Jan Jerzy 237, 240, 315-6 
Foxowie 237 Foucher de Careil Ludwik Ale¬ 
ksander 114 
Fouquet Mikołaj 229 
Franciszek I, cesarz niemiecki 
242-4, 251, 254-8 
Franciszek I, król francuski 192 
Franciszek, ks. Modeny 99 342
		

/Magazyn_155_08_0367.djvu

			Franciszek Józef I, cesarz au- 
strjacki 168, 244, 251, 286 
Frank Jakób ben Jehuda Löb 
235, 240 Frankenberg hrabina 125 
Franklin Benjamin 249 
Frate Bartłomiej 98 
Fredro Aleksander Antoni biskup 64 
Fredro Andrzej Maksymiljan 217 
Friesen hr, Henryk Fryderyk 
33, 97, 125, 128 
Friesenowa hr, Augusta Konstan¬ 
cja 74, 309 Frischauer Paweł 207, 211 
Fröhlich, błazen Augusta III 53 
Fryderyk I Barbarossa, cesarz 
niemiecki 247 Fryderyk I, król pruski 39, 43, 
47, 49, 82, 86, 117, 119, 141-2, 
151, 282 Fryderyk I, landgraf heski, król 
szwedzki 295 Fryderyk II, cesarz niemiecki 247 
Fryderyk II, król pruski 10, 43, 
57, 69, 81, 90-1, 99, 104-5, 162-3, 
189, 193-4, 196-7, 199, 201, 204, 
277, 233, 241, 247-8, 250, 254-5, 
257, 260-4, 267-84, 287-9, 291-3, 
296, 298-300, 307, 332-3 
Fryderyk II, landgraf heski 252, 
295-300 Fryderyk III, cesarz niemiecki 
i król pruski 282 
Fryderyk III, król duński 109 
Fryderyk IV, król duński 142 
Fryderyk V, król duński 296 
Fryderyk (?) ks. Wirtemberski 116 
Fryderyk ks. York 280 
Fryderyk Chrystjan, elektor saski 
160, 308 Fryderyk Karol Józef von Erthel, 
elektor moguncki 285 
Fryderyk Wilhelm I, król pruski 
20, 43, 47, 49, 89, 104-5, 117, 121, 126-9, 134, 137, 142-4, 146, 
165, 195, 253, 267-9, 282, 332 
Fryderyk Wilhelm II, król pruski 
248, 276, 282, 284-5, 287-9, 333 
Fryderyk Wilhelm III, król pruski 
287, 289 Fryderyk Wilhelm IV, król pruski 
282 Fryderyk Wilhelm, „Wielki Ele¬ 
ktor" brandenburski 20, 29, 133, 137, 216, 331 
Fryderyka, margrafini bajreucka 
57, 274 Fuchs, kapitan heski 297-8 
Fiirstenberg ks. Antoni Egon 18, 
46, 58-9, 76-7, 106-7, 119, 134, 
148, 150 Gabriel Jakób IV Ange 186 
Gamrat Piotr, biskup 65 
Gartenberg-Sadogórski, bankier 312 
Gaxołte Piotr 167, 170-1 
Gebhart Emil 27-8 
Gebler Tobjasz 246 
Geoffrin Marja Teresa 311 
de Gergy hr., ambasadorowa 193 
Gersdorf hrabiowie 33 
Ghigiotti Kajetan, ksiądz 237, 
297, 304, 321 
Gielecki Wojciech 13 
Giulio Romano 99 
Glayre Maurycy 240, 322 
Gluziński Tadeusz 13 
Goethe Jan Wolfgang 323 
Goetze Jan Chrystjan 111 
de Gontaut markiz 191 
Grakchowie 223 Grebner Paweł 18, 40, 96, 111-6, 
136-7, 144, 149, 220, 306, 331 
Gregorouius Ferdynand 236 
Grimm bar, Fryderyk 266 
Grumbkow Fryderyk Wilhelm 93, 
128-30, 134, 141, 143-7, 165, 267 
Guarini, jezuita 93, 163 343
		

/Magazyn_155_08_0368.djvu

			Guenther Jan 323 
Guido Reni 99 
Gunzelin z Wolfenbtittel 293 
Gurlitt Korneljusz 37-9, 49, 53, 
60, 105, 107, 114, 138, 331 
Gustaw III, król szwedzki 260 
Gwizjusze 254 Haake Paweł 12, 21, 34, 38, 43, 
45, 54, 60, 79, 80, 105-6, 114, 
118, 128, 154, 331 
Habsburgowie 20, 116-7, 187, 253, 
257, 259, 285 
Halecki Oskar 13 
Hals Frans 99 
Hanowerscy książęta 20 
Hardenberg ks. Karol August 289 
von Harling 113 
Harrach hr. 246 Haugwitz hr. Chrystjan August 
283-4, 289, 290 de Hausset, pokojowa pani de 
Pompadour 191-2 
Haven Marek 323 
von Haxthausen Chrystjan August 
31, 117 Haydn Józef 257, 278 
Hennicke 77, 91, 164 
Henryk II, król francuski 192 
Henryk III, król polski i francu¬ 
ski 17, 157, 207, 217 
Henryk IV, cesarz niemiecki 247 
Henryk VIII, król angielski 282 
Henryk, ks. pruski 23, 204, 285, 
298-9 Herder Jan Gotfryd 249 
Hertzberg hr. Ewald 285-6 
von Heyking bar. Karol Armand 
97, 239, 241, 281, 303,305,321,324 
Hindenburgi 294 
Hiob, patrjarcha 329 
Hiskija, król izraelski 329 
Hirszowicz Abraham 305 Hlond August, kardynał 12 
Hobbes Tomasz 280 
Hoffmann Henryk 162 
Hohenzollerni 23, 47, 64, 105, 216, 282 Holbein Jan 99, 172 
Holzhauser, wolnomularz 316, 323 
Horatius Flaccus 280 
Hoym hr. Adolf 309 
Hozjusz Stanisław, biskup 63-4, 
67-8, 74, 157, 200 
Hozjusz Stanisław, kardynał 157 
Hylzen Józef 305, 324 Ilchester hr. 241 
Ignacy Loyola św. 247 
Innocenty XI, papież 65, 220 
Innocenty XII, papież 53 
Izabella, księżna Parmy 169, 244 Jabłonowscy 202, 325 
Jabłonowski Konstanty 321 
Jabłonowski Stanisław 69, 164 
Jadwiga, królowa polska 54 
Jagiellonowie 71, 113, 217, 226 
Jakób II, król angielski 125 
Jakubowska Wojciechowa 200 
Jakubowski Wojciech 22, 200-1 
Jan III Sobieski, król polski 
34-6, 38, 45, 58, 62, 65, 74, 107, 
113-4, 116, 160, 209-11, 213, 
216-7, 221, 244, 254, 258, 271, 
294, 304 Jan Adolf, ks. Sachsen-Weissen- 
fels 128, 145, 163 
Jan Gaston Medici, w, ks. toskań¬ 
ski 255 Jan Jerzy II, elektor saski 31, 
108-9, 134 Jan Jerzy III, elektor saski 31, 
35, 56, 108, 160 Jan Jerzy IV, elektor saski 31 344
		

/Magazyn_155_08_0369.djvu

			Jan Jerzy, „chevalier de Saxe“ 
50, 60, 160 Jan Kazimierz, król polski 113, 
215-7, 221, 253 Jan św,, ewangelista 27-8, 329 
Jarochowski Kazimierz 39, 41, 
114, 141 Jawan Baruch 98, 197, 213 
Jellacić Franciszek 168 
Jerzy II, król angielski 270, 295 
Jerzy III, król angielski 244 
Jerzy, ks. sasko-miśnieński 32 
Jerzy Rudolf, ks. na Lignicy 
i Brzegu 133-4, 270 
Joanna Elżbieta, ks. anhalcka 
261-2, 280 
Jozue 189 Józef I, cesarz niemiecki 59, 
162, 253-4 Józef II, cesarz niemiecki 10, 23, 
169, 242-51, 256, 258, 264, 266, 
285-6, 291, 293, 296, 333 
Juljusz Cezar 57, 207 Kalinka Walerjan, ksiądz 286, 
305 Kalwin Jan 32, 267 
Kara Mustafa 209 
Karol, arcyksiążę austrjacki 206 
Karol W. cesarz 223, 244 
Karol I, cesarz austrjacki 256, 
259 Karol I, król angielski 83 
Karol V, cesarz niemiecki 251, 
259 Karol VI, cesarz niemiecki 20, 
242, 251-2, 254, 259 
Karol VII Wittelsbach, antyce- 
sarz niem. 174, 271, 295 
Karol X, król francuski 169, 171 
Karol X Gustaw, król szwedzki 
25-7, 29, 133, 307, 331, 333 Karol XII, król szwedzki 20, 40, 
49, 53, 100, 112, 119, 141, 151 
Karol, ks. heski 146 
Karol ks. kurlandzki, królewicz 
polski 19, 105, 160, 264, 280, 
283, 308 Karol, ks. lotaryński 210, 254 
Karol Filip, ks, elektor palatyń- 
ski 113 Karol Fryderyk, ks. Holstein-Got- 
torp 260 Karolina, królowa neapolitańska 
162 Katarzyna I, carowa 260 
Katarzyna II, carowa 10, 27, 
101, 162, 252, 257, 259-67, 274, 
282, 291-3, 298-9, 323, 328, 333 
Katarzyna Medici, królowa fran¬ 
cuska 17, 206 
Kaunitz hr. Dominik 246 
Kaunitz hr. Ernest 246 
Kaunitz ks. Wacław 186-7, 
245-6, 278 Kazimierz IV Jagiellończyk, król 
polski 32 Keith Robert 263, 274 
Keller Ludwik 28, 131, 235, 241 
Kelley Edward 217 
Kępińska 325 Kielpiński, patrz Manteuffel 
Kiereński Aleksander 264 
Kieszkowski Bohdan 13, 175 
Kietliński, poseł sandomierski 
197-8 Klemens August ks, Wittelsbach, 
elektor koloński, arcybiskup 
140, 271, 294-5 
Klemens V, papież 233 
Klemens XI, papież 53 
Klemens XII, papież 190 
Klemens XIII, papież 247 
Klemens XIV, papież 247, 249, 
280, 333 345
		

/Magazyn_155_08_0370.djvu

			Klemens Wacław, królewicz pol¬ 
ski, elektor trewirski 160 
Klinckowstroem Otto 128, 130 
Kliszewicz Adolf 15 
Klopp Onno 113 
Knigge bar. Adolf 296-7, 300 
Kochański Adam, jezuita 215 
Kochowski Wespazjan 217, 221 
Kociełł Michał 116 
Königseck vel Königsegg hr. 125 
Königseck vel Königsegg hrabina 124 
Königsmarck hr. 163 
Königsmarck hr. Marja Aurora 
45, 57-60, 308 Kojałowicz Wojciech, jezuita 217 
Kolankowski Ludwik 13 
Kolovrat-Krakowska hr. 94, 163 
Kolovrat hr. 246 
Komensky Jan Amos 29, 110, 
113, 131 Komornicki Stefan 234 
Kondeusze 180, 190 
Konopczyński Władysław 13, 23, 
38, 68, 79, 88, 114, 141, 143, 
182, 195-6, 205, 223, 254, 291, 
302-4 Konstanty, w. ks. rosyjski 266 
Kortum Ernest Traugott 237, 
240, 246, 305 Korytkowski Jan, ksiądz 65 
Korzon Tadeusz 221 
Kosiński Adam Amilkar 214 
Kosma III Medici, w. ks. toskań¬ 
ski 56 Kossuth Ludwik 168 
Kościuszko Tadeusz 38, 304 
Kot Stanisław 221 
Kotula Bronisław 13 
Krasicki Ignacy, biskup 272, 280, 
293, 304 Krasińscy 35, 301 
Krasińska Franciszka 19, 105, 308 
Krasiński Adam, biskup kamie¬ 
niecki 304 Krasiński Franciszek, biskup kra¬ 
kowski 65 Krasiński hr. Edward, ordynat 
13, 301 Krasiński Zygmunt 103 
Kraszewski Józef Ignacy 43, 46, 
61, 77, 92, 94, 98, 213-4, 305, 309 
Kraushar Aleksander 120, 221 
Kressel, minister Józefa II 246 
Kromer Marcin 217 
von Krosigk Jan 94 
Krück von Poturzin Marja Jó¬ 
zefa 251 Krzycki Andrzej, prymas 65 Ksawery, królewicz polski 160 Kuffstein hr. 246 Kukieł Marjan 13 Kuntze Edward 13 von Kürenberg Joachim 277,282-3 Kyau Fryderyk Wilhelm 49, 50 Lämmel, krigscalmajster saski 
217 de Lafayette mgr. Marie Jan Pa¬ 
weł 276, 280-1 La Galaizière mgr. Antoni Marcin 
171 Lagnasco hr. Piotr Robert 53, 
77, 125 Lagnasco hr. Józefa 125 
Lagrange Józef Ludwik 281 
Lambert, prezydent 171 
Langford Brooke 241 
Lanson Gustaw 223 
Lantoine Albert 190 
de La Rochefoucauld ks. Franci¬ 
szek 80 
Laskarysi 119 
Lassurance, architekt 185 
de La Tour Maurycy Quentin 99 
Laudon Gedeon 247, 257, 279 
Lavater Jan Kasper 16 
Law Jan 170 346
		

/Magazyn_155_08_0371.djvu

			Le Brun Karol 174 
Le Forestier R. 138, 233, 241, 
291, 296 Le Fort bar. 198, 202 
Lehmann Berend Issaéhar ha 
Levi 41, 46, 59, 98, 143, 149, 
155, 217, 254, 305, 309 
Leibniz Gotfryd Wilhelm 10, 19, 
20, 80, 107-8, 113-4, 116, 118, 
137, 147-50, 152, 206, 212-21, 
254-5, 333 
Leibniz Justus 215 
Leibniz Krzysztof 215 
Lenin 264 Le Normant d'Etioles Karol Wil¬ 
helm 179 Lenôtre Gustaw 193 
Leopold I, cesarz niemiecki 49, 
58, 65, 165, 210-1, 219, 242, 253, 
258 Leopold II, cesarz niemiecki 247, 
256, 258, 286, 288 
Leopold, ks. Anhalt-Dessau 261 
Leopold Maksymiljan, ks. Anhalt- 
Dessau 270 Le Sage Alain René 55 
Lesseps Ferdynand 219 
Lessing Gotthold Efraim 249, 281 
Leszczyńska Rafałowa z Jabło¬ 
nowskich Anna 169 
Leszczyńska Stanisławowa z Opa¬ 
lińskich Katarzyna 169 
Ligeritz, jezuita 101, 163 
de Ligne ks. Karol Józef 266 
Likurg 223 von Linger Ch. 128, 130 
Liotard Jan Stefan 99 
Lipski Jan Aleksander, kardynał 
42-3, 63-8, 74, 125, 153, 157-9, 
163, 165, 304 Liria (vel Leria) y Xenica książę 
125, 153, 199 
de Lisie, alchemik 321 
Loeber Fryderyk Erhard 240 von Loen Jan Michał 86 
Lösery 47 Löwenhaupt hrabina 57-8 
Longchamps Franciszek 199 
Loret Maciej 318 
Loss hr. Jan Adolf 124-5, 161 
Loss hr. z Dieskauów Erdmuta 
124, 140, 153 
Louvet Paweł 193 
Louvois mgr. Franciszek Michał 
171 Lubienieccy 214-5 
Lubieniecki hr. Jan 214 
Lubomirscy 43, 60, 287, 302, 305, 
323 Lubomirska ks. Jerzowa Domini- 
kowa z Alten-Bokumów Urszu¬ 
la ks. cieszyńska, 2-o voto ks. 
wirtemberska 40-1, 49, 50, 59-61, 86, 124, 140, 160, 309 
Lubomirska ks. Jerzowa Ignacowa 
z Bielińskich Marja Magdalena, 
l-o voto Denhoffowa 42, Ć0-1, 
73, 85-6, 124-6, 140, 151, 282 
Lubomirska ks. Stanisławowa 
z Czartoryskich Izabella 239, 
241, 287 Lubomirska ks. Teresa Katarzyna 
48, 50, 60 Lubomirska ks. Janowa z Branic- 
kich Urszula 201 
Lubomirski ks. Hieronim Augu¬ 
styn 50, 60, 69 Lubomirski ks. Jerzy Ignacy 60, 
63-4, 69, 70, 73-4, 124, 126, 161 * 
Lubomirski ks. Kasper, gen. 
280-1 Lubomirski ks. Marcin 304-5 
Lubomirski ks. Stanisław 199, 
320 Lubomirski ks. Stanisław Hera- 
kljusz 70 
Lubomirskie 74 
Lucchesini mgr. Cezar 277 347
		

/Magazyn_155_08_0372.djvu

			Lucchesini mgr. Franciszek 277 
Lucchesini mgr. Hieronim 10, 11, 
23, 276-91, 333 Lucchesini margrabina Hieroni- 
mowa 286 Lucchesini mgr, Franciszkowa z ks. Montecatini Marja 277, 279 
Ludovici 77, 164 
Ludwig Emil 37 
Ludwik II, ks. Condé 205 
Ludwik IX, król francuski 218 
Ludwik XIV, król francuski 17, 
151, 168, 175, 207-10, 213, 218-9, 
228, 321 Ludwik XV, król francuski 16-7, 
21-2, 77, 167-75, 177-9, 181-7, 
191-3, 195, 199, 203, 228-9, 258, 
284, 332 Ludwik XVI, król francuski 169, 171, 180, 229, 289 Ludwik XVIII, król francuski 169 
Ludwik, Delfin francuski 100, 172, 174, 181-3, 332 Ludwik, ks. Anhalt - Kothen 
131-2, 259 Ludwik, ks. wirtemberski 287 
Ludwik Ferdynand, ks. pruski 
290 Ludwik Filip, ks. palatyn reński 
134 Ludwik Filip II, ks. Orleański 
(Égalité) 239, 241 
Ludwik Henryk, ks. de Bourbon 
167-70, 172, 176-7, 181 
Ludwika Karolina z ks. Radziwił¬ 
łów ks, neuburska, elektorowa 
palatyńska 113 Luiza, królowa pruska 287, 289 
Luiza ks, de Bourbon, karmeli¬ 
tanka 169 Luter Marcin 32, 47, 267 
de Luynes książę 179, 184 
Lynar hr. Roch Fryderyk 142, 
189, 274, 299, 300, 332-4 Łęłowski Ludwik, biskup 66 
Łubieńscy 67 Łubieńska Cecylja M. 305 
Łubieński Konstanty, biskup 64 
Łukasiński Walerjan 241 de Mably Gabrjel Bonnot, ksiądz, 
222-30, 302 
Macaulay Tomasz 20 
Macchiavelli Mikołaj 88 
Machault, minister Ludwika XV 
171, 173 Maciej Korwin, król węgierski 97 
Mahan 253, 256 
Mahomet 36, 96, 220 
de Mailly hrabina 178-9 
de Maine księżna Ludwika Bene¬ 
dykta 140 Maksymiljan, arcyksiążę austrjac- 
ki 258 Maksymiljan II Emanuel, elektor 
bawarski 252 
Malachjasz, prorok 249 
Małachowski Jacek 159 
Małgorzata de Valois, królowa 
francuska 193 
Manasseh ben Israël 217 
Mancini, astrolog 206 
Mancini z Mazarinich 206 
Mancini Olimpja 19, 206-8, 210, 
212 Manteuffel hr. Ernest Krzysztof 
20-1, 23, 41, 55, 67, 77-8, 81-91, 
93, 97, 125, 128, 141, 143, 145-6, 
150, 152, 154, 158, 267-9, 272, 
322, 333 Manteufflowa bar. z Bludowskich 
Gotlieba 85 
Manteufflówny 145 
de Manzera margrabina 56 
Mańkowski Tadeusz 310-1, 317 
Mardochaj de Delie vel Nelle, 
rabin 108 348
		

/Magazyn_155_08_0373.djvu

			Marek Aureljusz, cezar 275 
Mar ja, landgraf ini heska 295-6 
Marja Amalja, księżna parmeńska 
245, 256, 258 Marja Anna, arcyksiężniczka au- 
strjacka 257 Marja Anna Wiktor ja, infantka 
hiszpańska 174 Marja Antonia Walpurgis, elekt. saska 140, 160, 256, 308 
Marja Antonina, królowa francu¬ 
ska 169, 243, 258-9, 286, 288 
Marja Elżbieta, arcyks. austrjacka 
256-7 Marja Józefa bawarska 244, 248 
Marja Józefa, królowa polska 
18, 45, 53-4, 74, 93, 123, 153, 
160, 162-5, 271, 308 
Marja Józefa saska, Delfinowa 
100, 181-3, 332 Marja Karolina, królowa neapoli- 
tańska 258 Marja Kazimiera, królowa polska 
49, 54, 209 Marja Krystyna, arcyks. austrjac¬ 
ka, królewiczowa polska 245, 
258 Marja Leszczyńska, królowa fran¬ 
cuska 167, 169-70, 174, 176, 178, 182-3, 198, 258, 332 
Marja Ludwika, królowa polska 
54 Marja Stuart, królowa francuska 
i szkocka 193 Marja Teresa, cesarzowa 10-1, 
20, 187, 242-5, 248-60, 271, 275, 
277-8, 291, 293 Marlborough książę Jan 213 
Marschall von Bieberstein Jan 
20, 21, 142-4, 146, 154, 212 
Martinovics Ignacy 246 
von Marwitz B, 128, 130 
Marx Arnold 134 
Massalski Ignacy, biskup 65, 304 Mateusz, apostoł 7, 11 
Mathieu, malarz 91 
Maupeou René 173 
Maurycy, elektor saski 31 
Maurycy, landgraf heski 134 
Maurycy Saski, marszałek Francji 
45-6, 58-9, 125, 153, 180, 188, 
190, 192, 309 Mazarini Juljusz, kardynał 22, 
171, 206-9, 277 
Mazzei Filip 277 
Medyceusze 92, 98, 235 
Melanchton Filip 52 
Mendelssohn Mojżesz 277, 281, 303 Mercier de la Rivière 171 
Mesmer Franciszek Antoni 16, 
246 Meyer Jonasz 143, 155, 254 
Michał Wiśniowiecki, król polski 
157, 217 Mickiewicz Adam 275 
von Miltitz Aleksander 52-3 
Młodziej owski Andrzej, biskup 
65, 298 Mnémon Stanisław 241 
Mniszchowa Janowa z Zamoy¬ 
skich Ludwika 22, 199, 201-2 
Mniszchowa Jerzowa z Briihlów 
Marja Amelja 97, 101, 202, 225, 302 Mniszchowa Józefowa z Tarłów 
Konstancja 73, 158 
Mniszchowie 23, 202 
Mniszchówny 74 
Mniszech Jan Karol 22-3, 198-9, 
201-3 Mniszech Jerzy August 10, 22-3, 
161, 202, 224-9, 302-3 
Mniszech Józef, marszałek w. kor. 42, 63-4, 71-4, 158 
Mniszech Józef 202 
Mniszech Michał Jerzy 202 
Mojżesz 96, 234, 281, 329 349
		

/Magazyn_155_08_0374.djvu

			Mokronowski Andrzej 10, 22-3, 
182, 195-205, 241, 260, 272, 274, 
301-2, 304-6, 320, 332 
Mokronowski Franciszek 195 
Molière 50 
Montbrun, aktor 323 
Montecuccoli hr. 246 
Montenuovo książęta 270 
de Montespan mgr, Franciszka 
17, 207 de Montesquieu Karol 261 
Moraczewski Jędrzej 202, 205 
Morawitzky-Topór, minister ba¬ 
warski 306 Morawski Kazimierz Marjan 11, 
21, 27, 38, 47, 69, 79, 80, 93, 
114, 159, 181, 192, 201, 220, 237, 
274, 291, 306, 311 
Morstin Andrzej 73 
Morstiny 66 
Mostowski Paweł 304 
Moszyńscy 310 Moszyńska Augustowa z Potoc¬ 
kich Teofila 317, 333 
Moszyńska Janowa z Coselów 
Fryderyka 62, 74, 124-5, 309-10 
Moszyński August 124, 161, 203, 
234-7, 240-1, 305, 310-21, 323-8, 
333-4 Moszyński Fryderyk 312-3 
Moszyński Jan Kanty 63-4, 73-4, 
309-10, 312 du Moulin D. L. 128, 130 
Moura Jan 193 
Muszkowski Jan 13 Nabielak Ludwik 63-4, 68, 74 
Napoleon I, cesarz francuski 180, 
206, 220-1, 277, 289-91, 306 
Napoleon, ks. Reichstadt 251 
de Nassau ks. Karol Henryk 245 
Nattier Jan Marja 46, 178 
Necker Jakób 286 Neipperg, gen. austrjacki 270 
de Nesle margrabianki 178 
de Nesle mgr. Paulina 178 
Niemcewicz Juljan Ursyn 63,286 
Niewiarowska, babka króla Stan. 
Augusta 239 de Nivernais ks. Ludwik 186 
de Nolhac Piotr 21, 174-5, 179, 
181-7, 191 Nostradamus (de Notredame) Mi¬ 
chał 17, 116, 148, 207 O Brien de Lascy hr, Franciszek 
Maurycy, feldmarszałek austr. 
245-7, 257 O'Brien de Lascy (Lacy), gen. ro¬ 
syjski 157 Oehmichen, kupiec gdański 97 
Oehmichenowa vel Oemingenowa 
(Emkini) 97, 161, 303-4 
Ogińscy 302 
Ogińska 124 
Ogiński Andrzej 321 
Ogiński Ludwik Karol, biskup 65 
Okraszewski, dworzanin Stan. Augusta (?) 328 Oldenburscy książęta 260 
O'Murphy, kochanka Ludwika XV 
173 Oppenheimer Samuel, bankier 213 
Orano-Hanowerczycy 237 
Orgelbrand S. 65 
Orłów hr, Grzegorz 264, 266 
Orry, minister francuski 171 
Orzelska Anna, ks. Holstein-Beck 
45, 61-2, 74, 124-5, 140, 153 
Osman, sułtan turecki 220 
Ossolińscy 63 von Osten Adolf Zygfryd 203 
„Otwinowski", pamiętnikarz 39, 
164 Oxenstierna Axel 133 350
		

/Magazyn_155_08_0375.djvu

			Paar hr. 246 
Padovano Jan-Maria 32 
Panin Mikołaj 292-3, 298-9 
de Parabere M-me 123-4, 151 
Paracelsus Teofrast 96, 116, 148 
Parhammer, jezuita 248 
Paris 176 Paris-Duverney Józef 175-9, 186, 
188 Paris la Montagne 176—7 
Paris-Montmartel Jan 175, 177, 
179 Parisowa Józefowa 177 
Parisowie 170, 175-7, 179, 182-3, 
303, 332 Pastor Ludwik 236 
Patkul Rajnold 79, 115 
Pauli Maciej 18, 76-8, 92, 106, 
109, 111, 115, 134 136, 148-9, 154, 313 Paulucci, nuncjusz 53 
Paweł św. 28 
Paweł I, car 262, 267 
Paweł II, papież 235 
Petersen Jan Wilhelm 18, 33, 40, 
52, 109-10, 113-5, 117, 137, 149, 
154, 294 Peuckert Will Erich 114, 131, 133-4, 291 Perroneau Jan Chrzciciel, malarz 
328 Philipp H. L. 103 
Photiades Konstanty 323 
Piasecki Paweł, biskup 217 
Piastowie 32, 133, 270 
Piattoli Scypio, ksiądz 237, 277, 
287, 297, 304 Pico della Mirandola Jan 277 
Pinti Chrystjan Ernest 51 
Piotr I, car 39, 43, 49, 79, 86, 
142, 219, 227, 260-1, 264, 266, 275 
Piotr III, car 260-2, 264, 266-7 
Piotr III, król portugalski 243 
Piotrowicz Ludwik 13 Pius VI, papież 249, 285 
Pius X, papież 247 
Platerowie 60 
Platon 131, 327 
Pociej Ludwik 42, 69, 70 
Pocieje 43 Pociej owa Ludwikowa zWarszyc- 
kich Agnieszka Emerencjanna, 
2-o voto hr. Monmorency 42, 
62, 69, 70, 86, 124, 151, 153 
Podoski Gabrjel, prymas 65, 97, 
161, 303-4 von Pöllnitz bar. Karol Ludwik 
45, 50, 55, 59 Pöppelmann Daniel 39, 126 
Pöppelmann Karol Fryderyk 126, 
153 Poisson Franciszek 179 
Poissonowie 257, 332 
de Pompadour markiza Joanna 
Antonina Le Normant d'Etioles, 
z d. Poisson 22, 170, 173-5, 
179-94, 198, 239, 243, 257, 260, 279, 282, 332 
Pomponius Laetus 235 
Poniatowscy 315 
Poniatowska Krystyna 110 
Poniatowska Stanisławowa z ks. Czartoryskich Konstancja 62 
Poniatowski Franciszek 239 
Poniatowski Michał, prymas 65, 280, 304 Poniatowski Stanisław, kasztelan 
krakowski 19, 42, 71-2, 80, 100, 
120, 236-8, 315 Poniński Adam ks. 159, 324 
Poniński Antoni 159 
Poniński Jan 159, 324-5 
Posadowsky, dyplomata pruski 54 
Potemkin Grzegorz ks. 264, 266 
Potoccy 12, 66, 73, 75, 197, 200, 
202, 204, 287, 302-3, 305-6, 323 
Potocka Joachimowa z Sapiehów 
Teresa 25 351
		

/Magazyn_155_08_0376.djvu

			Potocka Józefowa z Leszczyń¬ 
skich Wiktorja 317 
Potocka Józefowa z Mniszchów 
Ludwika 73, 158 
Potocka Piotrowa z Potockich 
Krystyna 25 Potocka Aleksandrowa z Tyszkie¬ 
wiczów Anna 237, 241 
Potocki Eustachy 302 
Potocki Feliks 69, 317 
Potocki Herman 25 
Potocki Ignacy 11, 287, 291, 305-6, 324 Potocki Jan Alojzy 25 
Potocki Joachim 25 
Potocki Józef 73 
Potocki Piotr 25 
Potocki Stanisław Kostka 196, 
199, 204-5, 306 Potocki Stanisław Szczęsny 305 
Potocki Stefan 164 
Potocki Teodor, prymas 42, 64-6, 
73, 304 de Prie z Berthelotów de Pleneuf 
markiza 170, 176 
Prus Bolesław 64 
Przebendowscy 59 
Przebendowska Ignacowa z Flem- 
mingów 78 Przebendowski Ignacy 71 
Przedwojewski, ksiądz, kapucyn 304 
Psarski, poseł polski w Peters¬ 
burgu 293 Pugaczew Emiljan 266 
Pułaski Kazimierz 304 
Pypin Aleksander 302 Raczyńska hr. z Potockich Róża 
303 Radetzky hr, Józef 168 
Radziejowscy 60 
Radziejowski Hieronim 65 
Radziejowski Michał, kardynał 
60, 64-6, 304 Radziwiłł ks, Bogusław 113 
Radziwiłł ks. Karol 201 
Radziwiłł ks. Mikołaj, wojewoda 
nowogrodzki 157 
Radziwiłł ks. 161 
Radziwiłłowa ks. Antoniowa z ks. pruskich Luiza 290 
Radziwiłłowa ks. Karolowa z Lu¬ 
bomirskich Mar ja 201 
Radziwiłłowa ks. Mikołajowa 
z Zawiszów Barbara 73, 157-8 
Radziwiłłowie ks. 70, 305 
Radziwiłłówny ks. 74 
Rafael 99, 172 
Rakoczy Jerzy 29, 217 
Rakoczy Zygmunt 29 
Razumowski Cyryl 198, 286, 302 
Reboux Paweł 189, 300 
Reddaway 269-70, 272, 274-5, 295 
Reicke Emil 13 
Reinhardt Maksymiljan 54 
Rembrandt 99 
Rennenkampf, gen. 188, 262 
Repnin ks. Mikołaj 23, 62, 99, 
286, 302 Reuchlin Jan 132 
Reumont Alfred 236 
Reussowie 33 Reverdil, lektor Stanisł. Augusta 
240, 322 Reymann, lekarz 313 
Ribera 98 
Ricci, jezuita 247 
de Richelieu ks. Armand, kardy 
nał 92, 98, 102, 171 
de Richelieu ks. Ludwik 77, 
177-8, 182-3, 188-9, 274, 300, 332 
Richter Samuel (Sincerus Rena- 
tus) 136 Richter, alchemik 217 
Ritschl Albrecht 109 
Ritter Paweł 218 
Robert Karol Wilhelm 297 352
		

/Magazyn_155_08_0377.djvu

			de la Roche - Aymon, kardynał 
167 Romanowowie 257, 260, 263 
Rotszyldzi 92, 98, 306 
Rousseau 217, 223 
Rousselois, aktor 320, 323 
Rozdrażewscy 153 
Rozdrażewski Antoni, ksiądz Opat 
43, 126, 153 
Rubens 99 Rudolf, arcyksiążę austrjacki 251 
Rudolf August, ks. Braunschweig- 
Wolfenbiittel 110 
Rulhiere Klaudjusz Karloman 75 
97, 196, 205, 241, 302 
Rumiancewowa, marszałkowa 266 
Rutowski hr, Fryderyk August 
46, 61, 125, 147, 155, 196, 272, 
309 Rzewuscy 314 
Rzewuski Henryk 225 
Rzewuski Wacław 314 de Sabran M-me 123-4, 151 
Sachsen-Weissenfels księżna 91, 
125, 143, 145, 153 
Saint-Germain 16, 77, 141, 146, 
191-4, 203, 222, 239, 266, 274, 
305, 332 de Saint-Martin mgr, Ludwik 16 
de Saint-Saphorin hr. 211 
de Saint-Simon ks. Ludwik 17, 
120, 122-3, 175-6, 180 
Salerno, jezuita, kardynał 53 
Salm hr. 246 Salomon, król 132, 141, 234, 281, 
326 Samsonow, gen. 188 
Sanguszko ks. Roman 314 
Sapieha ks. Michał 126, 159 
Sapiehowie ks. 43 
Sapieżyna ks. Janowa z Korczak - 
Branickich Elżbieta 70 Sapieżyna ks. Józefa z Gryf-Bra- 
nickich, Krystyna 25 
Saul, radca saski 101, 164 
Sauvé gen., dyplomata angielski 
316, 321, 323 de Savalette de Langes mgr 314 
Schenk bar., dyplomata saski 81 
Schleglowa Fryderykowa z Men¬ 
delssohnów 281 Schlieffen (vel Schlieben) Marcin 
297 Schlosser Fryderyk 291 
Schmidt August 109 
Schmidt Ludwik 141 
Schmieder Karol Krzysztof 114 
Schnorr von Carolsfeld Franciszek 
141 Schönborn Jan Filip, arcybiskup, 
elektor moguncki 216 
Schroeder, wolnomularz 316, 323 
Schroepfer vel Schrepfer, okulty- 
sta 19, 246 Schwerin hr. Kurt Krzysztof 
128-30, 270-1 
Scotus Erigena 28 
von Seckendorf hr. Fryderyk 
Henryk 129 Seton Aleksander 32, 108 
de Sévigné margr, Marja 261 
von Seydewitz Thea 81, 141, 331 
Sędziwój Michał (Sendivogius) 
32, 108, 217, 321 
Sidney Algernon 83 
Sieniawscy 69 Sieniawska Adamowa z Lubomir¬ 
skich Elżbieta 69, 70 
Sieniawski Adam Mikołaj 42, 
69, 70 Sienkiewicz Henryk 25 
von Siepmann Aleksander 90, 93 
Sierakowski hr. 246 
Sierakowski Wacław, arcybiskup 
304 Sievers Jakób 260 Źródło rozbioru Polski, 23 353
		

/Magazyn_155_08_0378.djvu

			Sievers Karol 260 Silvestre Ludwik 34, 45, 99, 332 Sinko Tadeusz 159 Skibiński Mieczysław 198, 213, 241 Skworcow 39 Smoleński Władysław 16, 66, 198, 205 
Sobiescy 79 Sobieska ks. Konstantowa z Wes- 
slów Marja Józefa 62, 124, 153 
Sobieski Jakób 18, 65 
Sobieski ks. Konstanty 62 
Sobieszczański Franciszek Maksy¬ 
milian 65 Soissons hrabiowie 207 
Sokrates 268, 327 
Solms hr., poseł pruski w Peters¬ 
burgu 298 
Sołłohub 315 
Sołowjew Sergjusz 265 
Sołtyk Kajetan, biskup 238, 280, 
304 Sołtykow hr. Jan 262, 274 
Sonnenfels Józef 246 
Soro Wincenty 29 
de Soubise ks, Karol 188-9 
Soubise-Bisier 306 
Spallanzani Łazarz 277 
Spaur, biskup innsbrucki 246 
Spener Filip 33, 52 
Spiegel, kamerdyner Augusta II 
51 Spinek 200-1 Spinoza Baruch 19, 96, 327 
Stackelberg bar. Otto Magnus 
288, 293 Stanisław I Leszczyński, król pol¬ 
ski 17, 51, 142, 157, 159, 163, 
169, 182, 184, 192, 196, 242, 255 
Stanisław II August Poniatowski, 
król polski 10-2, 23, 42, 70, 
74-5, 83, 97, 100-2, 106, 120, 
191, 201, 204, 218, 225, 230, 
234-41, 244, 246, 248, 258, 262-6, 354 274, 280, 291-2, 298-300, 305-6, 
308, 310-20, 323-5, 327-8, 330, 
332, 334 Starhemberg hr. Jerzy Adam 
187, 246 Starowolski Stanisław, ksiądz 217 
Starzeńska 201 
Starzeński Michał 200, 205 
Stawiski 332 Stefan Batory, król polski 17, 
32, 217, 221 Stein bar, Henryk 289 
Steinach 323 
Steinbock hrabina 57 
Strauss Ryszard 258 
Stritzky, kamerdyner Frydery¬ 
ka II 276 
Struve Henryk 214 
Stuarci 151, 237 Stuart, pretendent (Jakób III) 295 
Suasso Lopes, dom bankowy 149, 
238, 240 von Suhm H. T. 128, 130 
Sułkowski ks. Aleksander Józef 
35, 79, 91, 93, 164 
Sułkowski ks. August 80, 311 
Suntheim Wilhelm 103-4, 155 
Swedenborg Emanuel 16 Sydow L, S. 128, 130 
Szaniawski Konstanty, biskup 
64-7, 88 Szembek Fryderyk, jezuita 66 
Szembek Jan, kanclerz 53, 66-7, 
71, 88, 159 Szembek Jan Krzysztof, biskup 
64, 66 Szembek Stanisław, prymas 64-6 
Szembekowie 67 
Szujski Józef 299, 302 
Świejkowski Emanuel 225 Tacyt Cornelius P. 261 Taine Hipolit 31 Talleyrand ks. Karol Maurycy 291
		

/Magazyn_155_08_0379.djvu

			Tanucci mgr. Bernard 283 
Tarakanowa księżna 266 
Tarliński Zygmunt 69 
Tarło Adam 73 Tarło Bartłomiej Michał, biskup 
64 Tarło Jan, biskup 64 
Tarło Jan 42, 73 
Tarłowie 73 Tarnowska hr. Stanisławowa 
z Branickich Róża 25 
Tarnowski hr. Hieronim 13, 26 
Tarnowski hr. Stanisław 25 
Teleky hr, 246 de Tencin Klaudyna 177, 332 
de Tencin Piotr, kardynał 177, 
222, 332 Teniers Dawid 99 
Tepper-Fergusson Piotr 313 
Terray Józef-Marja, ks. 171 
Teresa Kunegunda z Sobieskich, 
elektorowa bawarska 294 
Thomas, sztycharz 192 
Thomatis vel Tomatis hr. 297 
Tokarz Wacław 13 
Toland Jan 138, 140, 151-2, 154, 
327 Tomicki Piotr, biskup 65 
de la Tournelle mgr,, patrz Cha- 
teauroux de Toux de Sal vert vel Salverte 
Jan 203, 218, 237, 240, 302, 
314-6, 321, 324, 333 
Towiańska z Radziejowskich 60, 
65 Trapp, gubernator Tyrolu 246 
Trembecki Stanisław 291, 304 
Trippenbach 293 
Trowbridge W. R. H. 323 
Truchim Stefan 38 
Trudaine Daniel Karol 171 
von Tschirnhaus Walter Ehren- 
fried 18, 16-8, 92, 106-7, 118-9, 
134, 136, 138, 147-8, 150, 154, 313 Turgot Anne-Robert 171, 286 
Twardowski 96, 317 
Tycjan 99 Tyszkiewicz hr. Eustachy 26 
Tyszkiewicz hr. Józef 13 
Tytus, cezar 160 Ulikowski, patrz Leibniz 215, 216 Van Dyck 99 
Vasari Jerzy 131, 235 
de Vauban Sebastjan 171, 208 
Vehse Edward 108, 118, 141 
Velasquez 99 
de Vendöme ks. Filip 180 
Veronese Piotr 99 
Veterani, gen. 58 
Viatte August 16 
de Viilars ks. Ludwik 179 
Vitzthum hr. Fryderyk 87 
Vogler, jezuita 53 
Voltaire 16, 17, 72, 100, 175, 179, 
180, 193, 195, 222, 261, 266, 
272-3, 280-1 Volz Gustaw Berthold 141, 194, 
241 Voss-Ingenheim Julja 282 
Vota Karol Maurycy, jezuita 53, 
107 Vulliaud Pawel 109, 135, 138 Wackerbarth hr, Krzysztof August 
105, 128, 134, 153, 161, 164, 165, 
267 Waechter Karol Eberhard 234 
Waite Artur Edward 109, 118, 
131, 135 Walentyn Bazyli 326 
Walezjusze 332 Waliszewski Kazimierz 199, 204, 
265 Wall Ryszard 198 
Wallenrodt hr., dyplomata pruski 
197-8, 272 23* 355
		

/Magazyn_155_08_0380.djvu

			Walther, malarz 31 
Wartenberg hrabina 82 
Wasilczykow ks. 266 
Wasilczykow 302 
Watteau, malarz 99 
Watzdorf 77 
Wazowie 148 
von Weber Karol 108 
Webster Nesta, H. 7, 207, 307 
Werner, dyplomata brandenburski 
49 Wertheimer Samson 46, 149, 213, 
238, 305 Wessenberg, minister Augusta III 
161 Wettyni 31, 37, 39, 53, 111, 115, 
272, 309, Węgierska 201 
Wielhorscy 202 Wielhorski Michał 22, 203, 223, 
225-6, 230, 302 Wiktor Amadeusz, ks. sabaudzki 
210 Wiktorja, królowa angielska, 221, 
275 Wilczek hr., gubernator Lombar- 
dji 246 Wilhelm I, król pruski i cesarz 
niem. 282 Wilhelm II, cesarz niem. i król 
pruski 37, 282, 288 
Wilhelm VIII, landgraf heski 295 
Wilhelm ks. Orański 149 
Wilhelmina Amalja, cesarzowa 
162, 253-4 Williams Hanbury Karol 29, 92, 
162, 237-8, 240-1, 263, 274 
Winckelmann Jan Joachim 160 
Winiarski, patrz Bartazzani 
Wirtemberska ks. Ludwikowa 
z Czartoryskich Marja 287 
Wiszniewski Michał 95 Wiśniowiecka ks. Michałowa z Ra¬ 
dziwiłłów Tekla, l-o voto 
Flemmingowa 72-3, 158-9 
Wiśniowiecki ks. Janusz 158 
Wiśniowiecki ks. Jeremi 157 
Wiśniowiecki ks. Michał, kanclerz 
60, 71, 157-8 Y/ittemans Fr. 114, 135, 216 
Władysław IV, król polski 113, 253 
Wodzicki Michał, biskup 303 
Wóllner Jan Krzysztof 283, 288 
Wolff Chrystjan 268 
Wolff bar., konsul ang. w Peters¬ 
burgu 262 Woltramsdorff Jan Fryderyk 83, 
117, 148 Wolfstieg August 9 
Wouverman, malarz 99 
Wraxall Nathaniel 256 
Wroughton Tomasz 237, 321, 323 
Wundt Wilhelm 215 
Wyspiański Stanisław 62, 330 Zajączek Józef, gen. 306 
Załąski Stanisław, jezuita, 205, 
241, 291, 314 Załuski Andrzej Chryzostom, bi¬ 
skup 64, 71 Załuski Andrzej Stanisław, bi¬ 
skup 64, 67, 71 Załuski Józef Jędrzej, biskup 215 
Zawisza Krzysztof 39, 157 
Zofja, królowa pruska 274 
Zofja, ks. hanowerska 113 
Zofja Karolina, królowa pruska 
152 Zułoaga Ignacy 56 
Zygmunt I, król polski 65 
Zygmunt II August, król polski 
17, 32, 72, 157, 217 
Zygmunt III, król polski 72, 112, 
217, 271 • 356
		

/Magazyn_155_08_0381.djvu

			SPIS I L USTRACYJ August II i Fryderyk Wilhelm I (z portretu Silvestre'a w b. galerji 
królewskiej w Dreźnie) — na okładce. Sztandar przyboczny Karola Gustawa (własność Hieronima hr. Tar¬ 
nowskiego w Rudniku nad Sanem). „Maska koronacyjna“ Augusta Mocnego (muzeum historyczne w Dreźnie) Hołd koronacyjny na Wawelu (fryz rzeźbiony na cokole modelu po¬ 
mnika Augusta Mocnego w „Grünes Gewölbe"). August Mocny w stroju sułtańskim (b, królewski zbiór drzeworytów 
w Dreźnie). Anna Orzelska (pastel Rosalby Carriery w b. galerji królewskiej 
w Dreźnie). August Mocny (portret pendzla Bacciareliego na Zamku królewskim 
w Warszawie). Nagrobek hetmana Jana Klemensa Branickiego (w kościele farnym 
w Białymstoku). Ernest Krzysztof Manteuffel (portret Mathieu w bibljotece uniwersy¬ 
tetu lipskiego). „Patron" i „Kompatron" (z medaljonu pamiątkowego z roku 1728 
w „Grünes Gewölbe“ w Dreźnie). „Ręka nad tronem" (z rękopisu nr. 32 b. bibljoteki królewskiej 
w Dreźnie), str. 112. Pieczęć „patrońska" Augusta Mocnego (z cytowanej w tekście roz¬ 
prawy Beschornera), str. 127. „Krzyż i róża" (z najstarszego, znanego nam wyobrażenia w tekście 
okultystycznego traktatu „Naometria" — rękopis b. królewskiej bibljo¬ 
teki stuttgarckiej, nr. 23), str. 156. August III (medaljon rzeźbiony w pałacu w Białymstoku). 357
		

/Magazyn_155_08_0382.djvu

			Królowa Marja Józefa, żona Augusta III (portret współczesny ze zbio¬ 
rów Zamku na Wawelu). Ludwik XV i Marja Leszczyńska (z medalu ślubnego du Viviera). Andrzej Mokronowski (portret współczesny w zbiorach hr. Hieronima 
Tarnowskiego w Krakowie). Jerzy Wandalin Mniszech (portret w klasztorze 00. Bernardynów 
w Dukli). „Mes observations“ (faksymil fotograficzny memorjału Augusta Mo¬ 
szyńskiego z krakowskiego archiwum Czartoryskich). Stanisław August w starszym wieku (pastel autorstwa Perroneau 
w zbiorach Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Warszawie). Symbol „kamienia filozoficznego“, str. 330. „Wypędzenie z raju“ (z rękopisu nr. 32 b. bibljoteki królewskiej 
w Dreźnie) — odwrót okładki.
		

/Magazyn_155_08_0383.djvu

			cU>. ZMIANY I UZUPEŁNIENIA i
		

/Magazyn_155_08_0384.djvu

			(jk L
		

/Magazyn_155_08_0385.djvu

			Do szkicu p. t. „N owe spojrzenie na dobę ,,R o k o k a“: Co do okultyzmu wcześniejszych stuleci, osobliwie zaś XVI-go, 
wypadnie, prócz cytowanych już w tekście książki, dorzucić jeszcze 
prace następujące: Gougenot des Mousseaux: „Le juif, le judaïsme et 
la juddisation des peuples chrétiens", Paryż 1869; Lévi: „Histoire de 
la magie", Paryż 1922 (osobliwie str. 364 i 399: „La grande association 
kabbalistique, connue en Europe sous le nom de maçonnerie, apparaît 
tout-à-coup dans le monde au moment où la protestation contre 
l'Eglise vient de démembrer l'unité chrétienne“)’, Warburg: „Heidnisch¬ 
antike Weissagung in Wort und Bild zu Luthers Zeiten“ („Sitzungs¬ 
berichte der Heidelberger Akademie der Wissenschaften, Philologisch¬ 
historische Klasse"), 1919; Joël: „Der Ursprung der Naturphilosophie 
aus dem Geiste der Mystik“, Jena 1926; Kieszkowski: „Giovanni Pico 
della Mirandola", Warszawa 1930; Spunda: „Paracelsus“, Wiedeń- 
Lipsk, b, r.; Geiger: „Johann Reuchlin", Lipsk 1871; Boll-Bezold: 
„Sternglaube und Sterndeutung. Die Geschichte und das Wesen der 
Astrologie", Lipsk-Berlin 1926; Czubryński: „Mistrz Twardowski", 
Warszawa 1931; Lechicki: „Mistrz Mikołaj Wolski i alchemik Sądzi- 
wój" (Prace historyczne wydane ku upamiętnieniu 50-lecia Akademic¬ 
kiego Kółka Historyków Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie), 
Lwów 1929 i t. d.; por. wreszcie Czacki: „Rozprawa o żydach...“, Kra¬ 
ków 1860 (zwłaszcza str. 103—4). Do szkicu p. t. „Sztandar Karola Gustawa": Zdaję sobie sprawę, że o ile symbol gołębicy na wyżwymienio- 
nym sztandarze może uchodzić za bezsporny, o tyle kwestja „pro¬ 
mieni", z któremi analogiczne trafiają się i gdzieindziej, winna wywo¬ 
łać dyskusję. Pewne światło mogłyby tu rzucić bezpośrednie poszu¬ 
kiwania w zbiorach szwedzkich, osobliwie zaś w sztokholmskiem 
„Livrustkammaren“, które wszcząć się starałem przy łaskawej pomocy 
p. Dagmary Anckarsvärde z Upsali. Pominąłem zaś w tym związku znaną mi skądinąd literaturę, ty¬ 
czącą się „Gnozy", jej odnóg, „czwartej Ewangelji“; por. w każdym 
razie: Heyberger: „Jean Amos Comenius (Komensky)", Paryż 1928; 
Peuckert 1. c„ str, 40 i Waite: „The Brotherhood...", str. 298 i 423 
(o związkach „Różokrzyża" z symboliką „Ducha Świętego"). 361
		

/Magazyn_155_08_0386.djvu

			Do szkicu p. t. „Mocny": W wykazie literatury do biograf ji królewskiej pominąłem 
Haakego: „August der Starkę im Urteil der Gegenwart“, Berlin, b, r. W trakcie zaś druku książki nabrałem też pewnych wątpliwo¬ 
ści, czy pseudonim „Kosmopolita“ (str, 32, w, w. 6—7), powtarzający 
się zresztą w nomenklaturze okultystycznej, pasuje właśnie do Se- 
tona, co zakwestjonować podobnie należy i w dalszej osnowie książki, 
gdzie zato sprostowałem omyłkę z rzeczonej str. 32: „Sandivogius" 
(ma być: „Sendivogius"). Do szkicu p. t, „Kobiety w życiu „M o c n e g o" : Na str. 45 i 58 należy poprawić datę urodzin Augusta III z 7-go 
na 17-ty października, Podobnie na str. 46, w. 8 należy sprostować: „Turczynki" na 
„Gruzinki" (Fatymy); na str. zaś 55, al. 2 (tekstu), w. 1: „mała“ na 
„małego rozmiaru“. Nadto, jak mi już w trakcie druku łaskawie zwrócił uwagę prof. 
Haake — nie Kosma III żonaty był z Niemką (str, 56), lecz obaj jego 
synowie. Do szkicu p. t. „Orszak „Mocnego": Gurlitt, myląc się zlekka, pociągnął mnie za sobą (str. 77), mó¬ 
wiąc pod rokiem 1702 o konfederacji sandomierskiej (rok 1704), Wy¬ 
jaśniam za Jarochowskim, iż chodziło w tern miejscu o „koło gene¬ 
ralne" w Sandomierzu. Należy również sprostować błędy: na str. 87, w. 21: „Polki“ za¬ 
miast „Polski" i na str. 95, w. 13: „korzyści i protekcji" na „korzyść 
i protekcję". Cytaty na str, 64 zaczerpnięte zostały z Vehsego, op. cit., oraz 
Łętowskiego: „Katalog biskupów krakowskich“, s u b voce. Do studjum p. t. „W ielki plan królewsk i": Na str. 106, al. 5, w. 4, po „Flemmingiem" — dodać: („innemu 
z dygnitarzy dworu saskiego, Manteufflowi, przeznaczał filozof prze¬ 
wodnictwo w takiej akademji"). Mówiąc o eksperymentach alchemicznych „Mocnego“ (na str. 
118 nn.), pominąłem dwie jeszcze postacie alchemików, ujawnionych 
przez Jarochowskiego w jego „Dziejach panowania Augusta II od 
wstąpienia Karola XII na ziemią polską aż do elekcji Leszczyńskiego 
(Poznań 1874, str. 201 i 390), z których osobliwie zainteresować nas ży¬ 
wo tutaj musi „niejaki Krystjan Millier", projektujący z wiosną roku 
1703, w porozumieniu z dworem pruskim, podział Polski pomiędzy 362
		

/Magazyn_155_08_0387.djvu

			Prusy, Szwecję, Rosję i Augusta, który w dodatku — wedle planu 
Mullera )— miał powrócić do protestantyzmu. Kraushar źle przeczytał (patrz str. 120) nazwisko (pseudonim) 
alchemika Baltazzaniego (ma być — jak ja podałem: „Bartazzani"). Na str. 125, al, 2, w. 9: po „Maurycy Saski" — uzupełnić: 
„przedmiot westchnień Pociejowej"; toż alinea, w. przedostatni — po: „inny (dyplomata obcy), któ¬ 
rego identyczności nie udało mi się dotąd ustalić“ — dodać: („naj¬ 
pewniej ambasador francuski, markiz Antoni Feliks de Monti“), co już 
zresztą uwzględniłem był w „Kwartalniku historycznym", XLVIII, 
507—8. Na str, 126 nareszcie, w. 6: po „Sapieha" — dodać: („Michał 
zapewne, wojewoda podlaski"). Wkońcu -— na str. 141 — uzupełnić należy (al. ostatnie, w. 1) 
po słowie „tak": „— nie licząc przedwczesnych może, a wspomina¬ 
nych przez nas wyżej (str. 49) podejrzeń polskich z r. 1699“ — oraz 
sprostować w przypisku, w cytacie Jarochowskiego, datę wydania na 
1874, a strony na 226 i 390 nn. Dostarczywszy w przypisach do studjum niniejszego dość boga¬ 
tego, jak sądzę, wykazu literatury historycznej, trudno naogół przy¬ 
stępnej, a zasadniczo ważnej, która, dziwnem jakiemś wydarzeniem, 
uszła niemal w zupełności uwagi wszystkich badaczy naszych, a na¬ 
wet autorów dzieł nieraz wielotomowych i syntetycznych o stuleciu 
XVIII-tem (nie mówiąc o zasklepionych w specjalności swojej „przy- 
czynkowiczach“) — sądzę, że wolno mi było nie uwzględnić w tym 
wykazie, by nie obciążać zanadto tych przypisów, licznych dzieł po¬ 
mocniczych, z których wypadło mi korzystać w ciągu długoletniej mo¬ 
jej pracy. Jeżeli wszakże pozwoliłem sobie pominąć gdzieniegdzie w tek¬ 
ście tych przypisów ten i ów odnośnik, tyczący się zwłaszcza bogatej 
a wertowanej przeze mnie literatury judaistycznej (encyklopedje spe¬ 
cjalne; kompendja, jak „Graetz", „Bałaban" i t. p.), to z wdzięcz¬ 
nością conajmniej winienem tutaj wspomnieć tak pouczającą dla mnie 
lekturę cennego dzieła Henryka Rolickiego p. t. „Zmierzch Izraela", 
będąc o tern mocno przekonany, że ta świetna w głównych zarysach 
monografja dalej posunęła wiedzę naszą o historji polskiej od nie¬ 
jednego fachowego, lecz zarozumiałego w swojem założeniu, a pu¬ 
stego i czysto papierowego elaboratu szkolarskiego. Do szkicu p. t. „Świt „saskich ostatków": Wskutek niejednolitego grupowania materjału bibliograficznego, 
który pierwotnie miał być eliminowany z poszczególnych szkiców na 363
		

/Magazyn_155_08_0388.djvu

			koniec tekstu, wypadły odnośniki źródłowe, tyczące się tego ustępu 
książki. Zaznaczam sumarycznie, że w przedstawieniu tych epizodów 
pre-Briihlowskich oparłem się zasadniczo na cytowanem już po¬ 
przednio „Przedostatniem bezkrólewiu“ Askenazego, przyciągając doń 
inne wszakżeż opracowania doby saskiej, zarówno swoje własne, jak 
uwzględnionych już gdzieindziej: „Vehsego", „Skibińskiego", „Haakego" i „Droysena" obok luźnych przyczynków, zaczerpniętych 
z niektórych korespondencyj lub pamiętników („Helcel", Dembowski, 
„Otwinowski") i od niektórych badaczy „Rokoka" (Chłędowski, 
Sinko). Do szkicu p. t, „O przewagach politycznych Pom¬ 
pa d o u r y": Na str. 180, na początku ustępu VI włączyć należy ustęp na¬ 
stępujący: „Siostrą wyżwspomnianego księcia-premjera de Bourbon, ko¬ 
chanka markizy de Prie i protektora finansjery, była Luiza Elżbieta, 
księżna de Bourbon-Condé, zamężna za Ludwikiem Armandem, księ¬ 
ciem de Conti. W tym domu Contich, Bourbonów z bocznej linji, autentycznych, 
ale przemieszanych krwią obcą, jak Włoszki Martinozzówny, siostrze¬ 
nicy Mazarina, czy krwią bękarcią, jak panny de Blois, córki słynnej 
Lavallière'y, w tym domu, który wydał był na przełomie stuleci pol¬ 
skiego antykróla, od zarania niemal nowego wieku skrajne kwitnęło 
wolnomyślicielstwo". Soro, 1. c., str. 324, przytacza — z tradycji okultystyczno-ma- 
sońskiej — wysoce cenny dla nas szczegół, że tylokrotnie cytowany 
na kartach naszej książki pretendent do tronu polskiego, ks. Ludwik 
Franciszek de Conti, miał być tajnym w. mistrzem „Zakonu Tem- 
plarjuszy". Na str. 181, w. 5, zmienić należy: „Franciszka Katarzyna" 
na „Karolina", Do szkicu p. t. „W służbie „sekretu" królew¬ 
ski e g o": Na str. 202, w, w. 2—3 od końca — sprostować: „Briihlowej" na 
„Briihlówny", W spisie bibljografji, na str. 205, dodać należy: Boutaric: „Cor¬ 
respondance secrète de Louis XV sur la politique étrangère avec le 
comte de Broglie, Tercier etc. Paryż 1866. 364
		

/Magazyn_155_08_0389.djvu

			Do szkicu p, t. „Kondotjer z Belwederu i alchemik 
z Norymberg i“: Szkic ten włączyłem do działu książki, zatytułowanego ,,Inter¬ 
medium polsko-francuskie", na tej podstawie, że ks. Eugenjusz z po¬ 
chodzenia i wychowania był właściwie Francuzem, do zajęcia się zaś 
ponownego Leibnizem dała mi asumpt rozprawa Rittera o „planie 
egipskim" filozofa, przeznaczonym dla Ludwika XIV. O Janie Chrystjanie Boyneburgu, pośle brandenburskim na ele¬ 
kcję Wiśniowieckiego (patrz str. 216), znalazłem już w trakcie druku 
niniejszej pracy wzmiankę u Wolfstiega: „Ursprung und Entwicklung 
der Freimaurerei", I (Berlin 1923), str. 191, ustalającą — niezwykle 
ważną z naszego punktu widzenia — przynależność jego do „Zakonu 
Nierozłącznych" („Ordo Inseparabilium"), identycznego z „Zakonem 
Palmowym“; por. moje „Leibniziana“ („Kurjer Warszawski" z dnia 
26 września 1935) oraz Feldmana: „Polska w dobie wielkiej wojny 
Północnej", str. 23 (o dalszych podejrzanych koneksjach Boyneburga 
i Leibniza). Pozatem sprostować należy na początku tegoż szkicu (str. 206, 
al. 2, w. 6) — „Manzoniemu" na „Manciniemu". Do szkicu p. t. „W t a j e m n i c z e n i e ostatniego króla": Postać tego, którego, patrząc nań z nowego punktu widzenia, 
określam mianem „Re:x praedestinatus", a którego psychikę całkiem 
inaczej ujmowałem w okresie studjów moich młodzieńczych, mam za¬ 
miar oświetlić sczasem na nowo w wyczerpującem psychologicznem 
essai. Do szkicu p. t. „Z galer j i naszych r o z b i o r c ó w": Do bibljografji na str. 251 włączyć należy wydaną niedawno 
biograf ję Padovera: „Joseph II I empereur révolutionnaire", Paryż 1935; na str. zaś 246 sprostować: (w. 12) „aktorem" na „pisarzem“; 
(w. 20) „Mesnera“ na „Mesmera“ oraz (w, 26) „Ditrichstein“ na „Die¬ 
trichstein", Szczegół o rewelacjach weroneńskich Haugwitza (str. 284) za¬ 
czerpnąłem z Dorowa: „Denkschriften und Briefe zur Charakteristik 
der Welt und Literatur", IV, 212—19 (odpowiednią datę należy spro¬ 
stować na 1822). Do szkicu p. t. „Źródło pierwszego rozbioru": Niech mi wolno będzie w uzupełnieniu tego szkicu zacytować 
jeszcze opinję prof. Konopczyńskiego („Polska a Szwecja", Warszawa 
1924, str. 334): „To, co król pisze w Mémoires I, cz. IV, o zabójczych 365
		

/Magazyn_155_08_0390.djvu

			intrygach Asseburga przeciwko Polsce, nie daje się pogodzić z chro- 
nologją; niemniej u podłoża tych nieścisłych danych leży uderzająca 
jakaś niezbadana jeszcze prawda" (podkreślenie moje). Por. Kopp: 
„Die Alchemie in älterer und neuerer Zeit", II, 80—1 (o „wtajemni¬ 
czeniu" masońskiem landgrafa Fryderyka). Do szkicu p. t. „Związek grabarzy“ przy robocie 
rozbiorowe j": Sprostować należy omyłki: na str, 303, w, 9: „kwietnia“ zamiast 
„czerwca“; na str. 304, w. 14: „mścić" zamiast „mieścić“; na str, 306, 
przyp. 1: „Beaulieu-Maręonnaey“ zamiast „Beaulieu-Marconnay“ i na 
str. 307, przyp. 1: „Maux“ zamiast „Meaux". Wydany, z datą już roku 1936, pierwszy tom dzieła Konopczyń¬ 
skiego o „Konfederacji barskiej" wzbogaca wiedzę naszą o wolnomu¬ 
larstwie zwłaszcza w zakresie „sekretu" elektorowej saskiej Marji 
Antonji Walpurgis (z udziałem wolnomularzy Karola ks. kurlandz- 
kiego Briihla i Ponceta, dwóch ostatnich — kolegów z loży warszaw¬ 
skiej „Trzech Braci“, oraz Jana Ponińskiego — patrz zwłaszcza 
strony dzieła 187—9). W liście nadto prywatnym do mnie zwrócił moją uwagę prof. 
Konopczyński na tajemniczy ustęp z listu Andrzeja Załuskiego do in- 
stygatora kor. Pawła Benoego, z któregoby wynikało, że w pewnych 
kołach (publicystycznych?) insynuowano także Augustowi III przyna¬ 
leżność do masonerji, Do szkicu p. t. „Z magji i mistyki rokokowe j": O Toux de Salverte patrz m. i,: Viatte, 1, c., I, 110 (przepowied¬ 
nię, uczynioną przezeń w r. 1775 Corberonowi o wypadkach gotujących 
się w Warszawie i Paryżu); pozatem: Fabre: „Franciscus, eques a ca- 
pite galeato , Paryż 1913, str. 106 oraz rękopisy krakowskiego archi¬ 
wum Czartoryskich nr. 1160. Co do „Różokrzyżowców“ wogóle pozwolę sobie tu przytoczyć 
jeszcze wyjątek z cytowanej już wyżej książki (Elifasa Lévi, str. 364), 
który znakomicie się zgadza z opinją o nich poetycką Krasińskiego, 
zacytowaną przez nas (na wstępie do ustępu IV części I) na str, 103: „La rose, qui a été de tout temps Vemblème de la beauté, de la 
vie, de l amour et du plaisir, exprimait mystiquement la pensée se¬ 
crète de toutes les protestations manifestées à la renaissance. C'était 
la chair révoltée contre Yoppression de l'esprit; c'était la nature se 
déclarant fille de Dieu, comme la grâce; c'était l'amour qui ne vou¬ 
lait pas être étouffé par le célibat; c'était la vie qui ne voulait plus 
être stérile; c'était l'humanité aspirant à une religion naturelle, toute 366
		

/Magazyn_155_08_0391.djvu

			de raison et d'amour, fondée sur la révélation des harmonies de l'Etre, 
dont la rose était pour les initiés le symbole vivant et fleuri“. Na str. 323 sprostować: „Dumaresquera“ na „Dumaresques'a"; 
bibljografję zaś do szkicu o Moszyńskim uzupełnić pracą Loreta: 
„Życie polskie w Rzymie" (str. 256), „Uwagami politycznemi" Mo¬ 
szyńskiego („Dziennik Literacki“ 1862), korespondencją Forstera (Lipsk 1829), pamiętnikami Reverdila i Casanovy. Do topografji lóż 
masońskich w Warszawie korzystałem wogóle z przydatnej pracy 
Małachowskiego-Łempickiego: „Miejsca zebrań wolnomularskich w Warszawie" („Echo Warszawskie“ 1926, nr. 166—79). Do „Indeks u”: Wyrażam na tem miejscu podziękę p. A. Ziemięckiemu, koledze 
mojemu niegdyś w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, za niestru¬ 
dzoną i niezawodną pomoc przy układaniu tego indeksu, Do „Spisu ilustracyj“: Ilustracje ze stron 224—5 oraz 328—9 mają poprawną sygnaturę 
w tym spisie, a błędną w podpisach. Pragnę dodatkowo wyrazić tu jeszcze podziękowanie pp. Janowi 
Glince i Adamowi Soleckiemu, jak również dyrekcji drezdeńskiego 
„Grünes Gewölbe“ za pomoc w kompletowaniu materjalu ilustra- 
cyjnego. W ostatniej chwili musiałem wszakże zrezygnować z zamiesz¬ 
czenia w niniejszej publikacji portretów Asseburga, Briihla, Leibniza 
oraz ks. Eugenjusza Sabaudzkiego. P, S. Już po ukończeniu druku książki zapoznałem się z pracą 
Fay'a: „La franc-maçonnerie et la révolution intellectuelle du XVIIIe 
siècle" (Paryż 1935), która początek masonerji w Polsce ustala na 
rok 1735, 367
		

/Magazyn_155_08_0392.djvu

			
		

/Magazyn_155_08_0393.djvu

			SPIS RZECZY Str. Przedmowa ...••••••- • . ■ • 9 WSTĘP: Nowe spojrzenie na dobę „Rokoka 15 PROLOG: Sztandar Karola Gustawa * ' ' ' CZĘŚĆ PIERWSZA: SASI I. „M ocny"  II. Kobiety w życiu „Mocnego" . • ■ 1. Królowa „in partibus" 2. „Lewa ręka" królewska  III. Orszak „Mocnego"  1. „Okrągły stół” królewski (Wielmożowie polscy) 2. Dygnitarze niemieccy (Dwaj panowie z Loży) IV. „W ielki plan" królewski  V. Świt „saskich ostatków"  35 45 C5 55 63 63 75 103 157 CZĘŚĆ DRUGA: INTERMEDIUM POLSKO-FRAN¬ 
CUSKIE (Dookoła „sekretu królewskiego" i „sztuki kró¬ 
lewskiej“) ' I. Mąż panny Leszczyńskiej  II. O przewagach politycznych Pompa- doury  III. W służbie „sekretu królewskiego“ . IV. Kondotjer z Belwederu i alchemik zNorymbergi  1. Książę Eugenjusz  2. Leibniz  V. „Uczta filozofów" w Krakowie . 167 167 174 195 206 206 213 222 Źródło rozbioru Polski. 24 369
		

/Magazyn_155_08_0394.djvu

			Str. CZĘŚĆ TRZECIA: R E X PRAEDESTINATUS . . . 233 I. „W tajemniczenie“ ostatniego króla . . 233 II. Z galerji naszych rozbiorców . . . . 242 1. Józef 242 2. Marja Teresa 251 3. Katarzyna 259 4. Fryderyk 267 5. Lucchesini 277 III. „Źródło pierwszego rozbioru“ . . . . 292 IV. „Związek grabarzy" przy robocie roz¬ 
biorowej 301 V. Z dziejów magji i mistyki rokokowej . 308 1. W. mistrz pierwszej w. loży polskiej .... 308 2. Cagliostro w Warszawie 319 Zamknięcie 331 Indeks imienny 337 Spis ilustracyj 357 Zmiany i uzupełnienia . 361 1 H T Biblioteka Główna UMK 300046356588
		

/Magazyn_155_08_0395.djvu

			A
		

/Magazyn_155_08_0396.djvu