/Magazyn_183_08_0001.djvu

			Ignacy Łyskowski. ŻYCIORYS. Skreślił Dr. Władysław Łebiński. to POZNAN. Czcionkami Drukarni Dziennika Pozuańnkiego, 1907. 'CL. . Sklał^główny w księgarni B. Chrzanowskiego w Poznaniu.
		

/Magazyn_183_08_0003.djvu

			Ignaey Łyskowski. ŻYCIORYS. Skreślił Dr. Władysław Łebinski. Odbitka z Dziennika Poznańskiego. Qyif c ~^\£) i ff Poznań.. Czcionkami drukarni Dziennika Pozuańskiego. 1907.
		

/Magazyn_183_08_0005.djvu

			Ignacy Łyskowski.
		

/Magazyn_183_08_0006.djvu

/Magazyn_183_08_0007.djvu

			Pałac w Mileszewacti.
		

/Magazyn_183_08_0009.djvu

			Gdyż ja, to już wiadoma rzecz, 
białe białem, a czarne czarnem zo- 
wię zawsze. Jeny Zbaraski r. 1627. W dniu 14 lipca 1886 zmarł w Poznaniu ś. p. 
Ignacy Łyslcowski, dziedzic Mileszew, majętności 
na ziemi Michałowskiej, w powiecie brodnickim, 
w dzisiejszych Prusach Zachodnich położonej. Życiorys niniejszy już w kilka miesięcy po 
śmierci Łyskowskiego napisanym był dla wycho¬ 
dzącego w Warszawie „Ateneum“ i jak dotąd 
nie zainteresował tutejszej opinii. Potrzeba zajęcia 
się nim odezwała się prawie dopiero w rocznicę 
śmierci nieodżałowanego męża, a mnie poszcze¬ 
nie ośmieliło do ponownego, nieco rozszerzonego 
wydania tego studyum, następujące zdarzenie. 
Spotkałem się z osobą, która jakkolwiek nie na¬ 
leżała do najzażylszych spólników pracy ś. p. 
Ignacego, jednakże z bliska miała wielokrotnie 
sposobność stykać się z nim i jego działal¬ 
nością. — Czytałeś życiorys Łyskowskiego? — za¬ 
pytałem. i*
		

/Magazyn_183_08_0010.djvu

			4 — Czytałem — odrzecze, i nie poszczędził 
mi uwag, z któryeh wedle potrzeby w tem no- 
wem wydaniu skorzystałem z wdzięcznością. — Ha! — rzekł ostatecznie — czem był 
Ignacy Łyskowski ani tyś nie mógł jasno po¬ 
wiedzieć, ani może jeszcze powiedzieć nie pora. 
Mieliśmyż z nim nieraz biedę w Berlinie, w Kole. 
Nie mógł się wdrożyć w utarte, tradycyjnie bez 
względu na zmienione okoliczności jakoby raz 
na zawsze ustalone zapatrywania, tak że go nie¬ 
jednokrotnie dosięgały najskrajniejsze krytyczne 
opinie, które i ja podzielałem, a jak dziś rzeczy 
stoją, pewnie ten człowiek miał słuszność 
za sobą. Przyznanie to charakterystyczne właśnie 
zniewoliło mnie ostatecznie do wznowienia życio¬ 
rysu tu, bliżej pola działalności niebożczyka. Je¬ 
żeli są dziś ludzie, którzy mu dawniej słuszności 
nie przyznawali, a dziś przyznają, musiał w mężu 
tym tkwić jakiś żywioł przyszłości, którego nie- 
chajże się myśląca opinia dopatruje z materyału 
przedmiotowo podanego. Żywioł ten w mate- 
ryale takim tkwić musi, jeśli mój krytyk prawdę 
powiedział. Żałuję, że materyału nie zdołałem rozszerzyć 
tak, jakbym pragnął. Podejmowałem w tej 
mierze usiłowania najszczersze, przez cześć dla 
zmarłego i w rozumieniu, że każdy szczegół doty¬ 
czący jego życia publicznego, każde zdanie i za¬ 
patrywanie jego należą do historyi nar odo-
		

/Magazyn_183_08_0011.djvu

			5 wego myślenia, nie tak jeszcze bogatego, żeby 
i okruszyny ducha lekceważyć można. * * * Ignacy Łyskowski był w społeczeństwie pol- 
skiem zaboru pruskiego znakomitością wielce do¬ 
datnią. Słusznie tedy należało mu się nie tylko 
wspomnienie pośmiertne, ale i obszerniejszy roz¬ 
biór jego życia i jego działania, jego wpływu na 
bieg współczesnych a domowych wypadków, 
na stan materyalny i moralny bądź w odłamie 
kraju, bądź w kraju całym. W społeczeństwie normalnem umysły i ta¬ 
lenty wyższe znajdują z łatwością zakres działa¬ 
nia odpowiedni, rozwijają się prawidłowo w je¬ 
dnym lub kilku kierunkach, zapełniają pewne 
określone stanowisko. W społeczeństwie zaś 
znaj duj ącem się w warunkach nienormalnych 
jest inaczej. Nie tylko, że talenta te pozbawione 
są prawidłowych i jasno określonych zadań i to¬ 
rów, ale owszem, narażone na pokusę rozstrze¬ 
lania sił swych w nieskończoność, a zwłaszcza, 
jeśli powodowane są szlachetną ambicyą praco¬ 
wania dla ogółu, a nie tylko pracę samą, ale 
i formę pracy stwarzać im wypadnie. Do takich ludzi należał u nas niewątpliwie 
Ignacy Łyskowski. Nienormalne stosunki społe¬ 
czeństwa powoływały i pchały go w różne strony 
i na różne pola działania. Wykazać tedy będzie 
zadaniem naszem, o ile i jakie po sobie pozosta¬ 
wił zdobycze, o ile i w czem bywał człowiekiem
		

/Magazyn_183_08_0012.djvu

			6 chwili, o ile praca jego ma znaczenie trwałe dla 
dalszych pokoleń. Z góry powiedzmy, że mąż ten, umysłu spo¬ 
kojnego, poglądu jasnego, wielkiej pogodności 
ducha, z natury swej jednak nie był założonym 
na człowieka chwili. Szeroki horyzont jego po¬ 
glądów, duch organiczny, rozum nie tylko głę¬ 
boki, ale i uporządkowany, objawiał mu rseczy- 
witość i wskazywał twardą konieczność liczenia 
się z nią wbrew najgorętszym życzeniom serca 
i wyobraźni żywej. Był on świadom, jakie są 
nieobyte warunki bytu społeczeństwa wogóle, 
a tem więcej społeczeństwa nienormalnego. Li¬ 
cząc się ze wszystkiemi jego uzasadnionemi i na- 
turalnemi aspiracyami, najchętniej i najskute¬ 
czniej pracował w kierunkach, które warunki 
bytu organicznie ulepszyć mogły nie na chwilę 
zwodniczą, lecz na trwałe. Temperament polski i jego nie uchronił od 
zboczeń,, od sprzecznostek, w które popaść tak 
łatwo wśród społeczeństwa, odznaczającego się 
bezprzykładną chaotycznością pojęć i przepaści¬ 
stą nierównością ich poziomu. * * * Taki jest sąd nasz ogólny o mężu, którego 
przedwczesny zgon opłakujemy. Czytelnik osą¬ 
dzi z nagromadzonego poniżej materyału, czy 
sąd ten jest słusznym. * * *
		

/Magazyn_183_08_0013.djvu

			7 Co do szczegółów życia Ignacego Łyskow- 
skiego, jesteśmy w tem szczęśliwem położeniu, 
że pozostawił nam po sobie publicznie ogłoszoną 
autobiografię, która wyszła w języku niemieckim 
w r. 1861 w Lipsku w Librairie etrangóre 
p. t. „Curriculum vitae des Rittergutsbesitzers 
Ignaz von Łyskowski, Landratsamts-Candidaten 
für den strasburger Kreis, Regierungsbezirk 
Marienwerder, auf Mileszewy. Selbstverlag des 
Verfassers“. Powód do sporządzenia tego życiorysu był 
urzędowy. W roku 1860 stany powiatu bro¬ 
dnickiego przedstawiły rządowi wedle obowią¬ 
zującego prawa trzech kandydatów na urząd 
landrata, czyli radzcy ziemiańskiego. W rzędzie 
tych trzech kandydatów a samych polaków, był 
i ś. p. Łyskowski. Jako kandydat miał obowią¬ 
zek spisać i podać rządowi bieg swego życia. 
Uczynił to tem chętniej, żeby zarazem w piśmie 
tem złożyć polityczne wyznanie wiary wobec 
rządu, którego miał zostać urzędnikiem. Oczy¬ 
wiście nie nastąpiło to i wobec systemu rządu 
pruskiego nastąpić nie mogło, bo kandydat był 
polakiem, świadomym nie tylko swej przyrodzo¬ 
nej narodowości, ale i praw historycznych, tejże 
narodowości przysługujących, a bez ogródki 
oświadczyć się musiał przeciwko systemowi ger- 
manizacyjnemu. Pisemko to nie tylko więc, że nam podaje 
ciekawe szczegóły z życia Ignacego, ale zara-
		

/Magazyn_183_08_0014.djvu

			8 zem określa jasno i dobitnie jego polityczne sta¬ 
nowisko na zewnątrz. Tymczasem rozpoczynamy rzecz od powtó¬ 
rzenia samego pisma. Ignacy Doliwa Łyśkowsla urodził się 12 wrze¬ 
śnia roku 1820 w Mileszewach, majątku rodzi¬ 
cielskim, z ojca Konstantego a matki Anny 
z Rutkowskich. Ród Doliwów Łyskowskich od 
dawna jest zasiedziałym na ziemi michałowskiej. 
W r. 1650 jeden z przodków jego był wysokim 
urzędnikiem królewskim, a w wojnie szwedzkiej 
stał wiernie po stronie nieszczęśliwego Jana 
Kaźmirza. Rodzina ojca Konstantego była dość liczną. 
Pan Bóg pobłogosławił go siedmiu synami 
i dwiema córami. Było więc zadaniem nie 
łatwem, wychować i wykształcić tyle dzieci przy 
skromnej fortunie jednowioskowej. Daremnie 
starał się ojciec, żeby choć jednego syna umie¬ 
ścić w pruskiej szkole kadetów w Chełmnie. 
Odebrał odmowną odpowiedź. Zadziwia to tem 
więcej, że szkoła kadetów już od Fryderyka II 
miała właśnie to zadanie, żeby polską młodzież 
szlachecką z dawnych Prus Królewskich germa* 
nizować. Po roku 1830 jednak już sobie nie 
dowierzano i przestali polaków przyjmować. Zatem ojciec, nie mogąc łożyć na utrzyma¬ 
nie tylu synów w szkołach publicznych, starał 
się im dać odpowiednie wykształcenie przez nau¬ 
czycieli domowych. A że w owych czasach
		

/Magazyn_183_08_0015.djvu

			9 w ogóle tylko majętniejsi polacy garnęli się do 
wyższych nauk szkolnych, więc i nauczyciele 
domowi bywali niemcy. W jakim kierunku 
w owych czasach nauka takich pedagogów dzia¬ 
łała, powiada nam jeden z bliskich Ignacego 
rówieśników temi słowy (w „Nadwiślaninie“): 
„Nie zapomnę ja nigdy cięgów, które mi mi gu¬ 
werner niemiec wbijał przekonanie o rozmaitych 
wielkościach historycznych, starając się we mnie 
wzniecić pogaidę wszystkiego, co polskie i ka¬ 
tolickie... tak że prawie cudem uszedłem fabry- 
kacyi sztucznej na wcale grackiego niem- 
czyka.“ Dom Łyskowskich jednak nie ulegał tym 
wpływom. Szlachta polska Prus Zachodnich do r. 1830 
a nawet jeszcze właściwie i do roku 1848 pozo¬ 
stawała w letargicznem uśpieniu świadomości 
narodowej. Ileż to razy słyszało się później star¬ 
szych niemców, ubolewających nad tem, że „da¬ 
wniej“ istniał „najlepszy“ stosunek między oby¬ 
dwiema narodowościami i dopiero w roku 1848 
zakłóconym został. Przez „najlepszy“ stosunek 
rozumieli oni taki, w którym świadomość polska 
obumierała na korzyść języka i obyczaju nie¬ 
mieckiego. W Mileszewach jednak zapewne 
dzięki bliższym stosunkom z Królestwem Pol- 
skiem, utrzymywał się obyczaj polski. Powiada 
ś. p. Ignacy, że w domu mówiono tylko po pol¬ 
sku i nauka domowa odbywała się wyłącznie
		

/Magazyn_183_08_0016.djvu

			10 •\y języku polskim, co wobec dalszych losów 
Ignacego było rzeczą wielkiego znaczenia. Przypadek zdarzył, że do Mileszew zawitał 
w gościnę ks. kanonik Donimirski z Pelplina. 
Zacny kapłan widząc sporą gromadkę synów 
w domu gospodarza, nie omieszkał z rodzicami 
mówić o przyszłości tych dzieci i namawiał, 
żoby choć jednego syna poświęcili zawodowi 
duchownemu. Niedostatek funduszów stał na 
przeszkodzie. Zaraz zacny kapłan ofiarował się 
z własnej kieszeni łożyć połowę kosztów, gdyby 
najzdolniejszego z braci posłano do gimnazyum. Zgoda nastąpiła, wybór padł na Ignacego, 
który wysłanym został do gimnazyum w Choj¬ 
nicach, jedynego na one czasy katolickiego gim¬ 
nazyum w Prusach Zachodnich. Miał wtedy 
Ignacy lat 13. Jakim losom uległ w szkołach chojnickich, 
przytoczymy w dosłownem tłumaczeniu z jego 
curriculum vitae. „Rozpoczął się najnieszczęśliwszy peryod 
mego życia. W domu rodzicielskim mówiono 
tylko po polsku; nauka w domu odbywała się 
tylko w języku polskim, wyszedłem zatem z domu 
bez znajomości języka niemieckiego. Tymcza¬ 
sem w Chojnicach był wykład nauk wyłącznie 
niemiecki. Siedziałem w klasie, nie biorąc udziału 
w nauce. Po za szkołą wałęsałem się, bo pizy 
braku znajomości języka, nie podobna mi było 
przygotowywać się na lekcye.
		

/Magazyn_183_08_0017.djvu

			11 Wśród takich okoliczności i przy znacznem 
zaniedbaniu młodzieży szkolnej ze strony nauczy¬ 
cieli gimnazyalnych, znalazłem się na najwła¬ 
ściwszej drodze do zguby. Przesiadywanie w kla¬ 
sie bez udziału w nauce zabijało mego ducha 
i podkopywało zdrowie. Brak umysłowego zaję¬ 
cia poza szkołą popchnął mnie do lekkomyśl¬ 
nego życia. Tak upłynęło lat dwa; pod moralnym i umy¬ 
słowym względem cofnąłem się wielce, cały postęp 
był w tem, żem zapominał ojczystego języka 
a obcując z młodzieżą niemiecką, nauczyłem się 
niemieckiego. Po dwóch latach mówiłem płyn¬ 
nie po niemiecku; w trzy lata później zupełnie 
polskiego języka zapomniałem i już do rodziców 
niemieckie listy pisywać musiałem. Ale nabytek 
języka niemieckiego nie podniósł mnie ani mo¬ 
ralnie ani duchowo. Zleniwiałem do szczętu 
a wszystkie dążenia moje skierowane były na 
to, żeby zostać burszem zawołanym. Takiej we mnie dokonano odmiany: z nie¬ 
winnego, dobrze wychowanego i uzdolnionego 
dziecka polskiego, wyrósł zepsuty człowiek. Ale Opatrzność mnie uratowała. W owym 
czasie otworzono gimnazyum w Chełmnie. Nie¬ 
szczęśliwi rodzice moi, tyle nadziei na mnie 
pokładający, spostrzegli rychło, że po manow¬ 
cach chodzę, i przenieśli mnie z Chojnic do 
Chełmna. Środek był dobrze wybrany. W gimna¬ 
zyum chełmińskiem panował inny duch, jak
		

/Magazyn_183_08_0018.djvu

			12 w Chojnicach. Ówczesny dyrektor, ks. Karol 
Rychter, śledził kroki prawie każdego ucznia 
i posiadał dar budzenia w uczniach poczucia 
honoru sposobem ludzkim i przekonywującemi 
przedstawieniami. Zatem poszło, że w przeciągu 
jednego roku młodzież gimnazyalna chełmińska, 
składająca się po części ze steku zepsutych 
uczniów z innych gimnazyów, doszła do stanu 
przyzwoitości i pilności, rzadkiego po gimnazyach. 
Nadto dostałem się w towarzystwo uobyczajo- 
nych chłopców, pochodzących ze znamienitszych 
rodów Wielkiego Ks. Poznańskiego. Dwa bodźce 
moralne działały na mnie równocześnie: wsty¬ 
dziłem się mojego niemieckiego burszostwa 
a zarazem i tego, żem zapomniał ojczystego 
języka polskiego. Owładnęła mną silna reakcya 
na korzyść mojej moralności i mej narodowości, 
oburzało mnie, żem się stał ofiarą systemu ger- 
manizacyjnego, znów się odtąd czułem polakiem. Z jakimże zapałem pochłaniałem klasyków 
polskich; a horribile dictu, musiałem ich czytać 
za pomocą słownika. Uczyłem się języka ojczy¬ 
stego, jakby obcej mowy i po dziś dzień prze¬ 
chowuję sobie na pamiątkę wokabularze, z któ¬ 
rych się na pamięć uczyłem. Zaraz też obudziła 
się we mnie potrzeba umysłowego zajęcia; odzna¬ 
czałem się pilnością i dobremi obyczajami. Po 
pięciu latach byłem abituryentem i jednym 
z pierwszów uczniów w gimnazyum. Piśmienny 
examen maturitatis wypadł tak świetnie, że mnie
		

/Magazyn_183_08_0019.djvu

			13 w pięciu głównych przedmiotach zwolniono od 
ustnego popisu. W październiku 1843 r. poszedłem na uni¬ 
wersytet do Fryburga w Bryzgowii na teologię1). 
Z wdzięczności dla dobrodzieja mego, ks. kano¬ 
nika Donimirskiego, wybrałem ten zawód. Na 
szczęście zastałem we Fryburgu 11 kolegów 
polskich, a nadto mieszkał tam filozof polski 
TrentowsM, jako docent przy uniwersytecie. Pobyt w Fryburgu pod wielu względami był 
dla mnie wielce przyjemnym. Góry Czarnolasu 
ze staremi zamczyskami i prześlicznemi dolinami, 
sięgały do bram Fryburga; ludność we wszy¬ 
stkich warstwach stósunkowo bardzo wykształ¬ 
cona, dała mi pojęcie o samowiedzy ludowej; 
pokochałem badeńczyków i na setki liczyłem 
przyjaciół między uczącą się młodzieżą. Pro¬ 
fesor Trentowski dla nas dwunastu akademików 
miewał w salach uniwersyteckich odczyty filo¬ 
zoficzne w języku polskim. Dziwny zaiste zbieg 
okoliczności: zazdrością niemczyzny nękany we własnym kraju, znalazł język polski spokojne 
schronisko na niemieckich niwach nadreńskich! Najbliższych feryi uniwersyteckich użyłem 
na podróż2) do Szwajcaryi i Włoch. Poprzednio *) Imatrykuła jego datowana z 4 listopada 1843 r. 2) Zdaje się, że Łyskowski z Fryburga podejmował 
częstsze wycieczki. Dr. Wł. Niegolewski przesyłając mu 
w r. 1845 swą rozprawę doktorską, przypisuje mu przesełkę
		

/Magazyn_183_08_0020.djvu

			14 nauczyłem się w tym celu języka włoskiego. 
Podróż ta, podjęta wraz z pięcioma kolegami, 
zostawiła w umyśle moim niezatarte wspomnie¬ 
nie. Swobodne urządzenia szwajcarskie, niebo¬ 
tyczne Alpy, urok jezior, bujność Lombardyi, 
wzniosłość tumu medyolańskiego, znakomitość 
sceny w la Scala, klasyczna powaga genueńczy¬ 
ków, przyj acielskość i swoboda fłorentezyków, 
skarby sztuk nagromadzone w palazzo Pitti 
i Palazzo delle belle arti, ponura pobożność rzy¬ 
mian, wzniosłość i bogactwo rzymskich kościo¬ 
łów i Watykanu, spodlenie Neapolu, gdzie obok 
szlachty i biurokracyi biedne lazarony w równej 
mierze pogrążeni w niemoralności; niewysłowiona 
piękność zatoki neapolitańskiej i Campania 
felice, groza Wezuwiusza, który się zdaje być 
oburzonym na to, że tak nędzny ród ludzki 
zamieszkuje raj europejski; — wszystko to prze¬ 
mawiało do mnie, poruszało mnie i kształciło. 
Widnokrąg ducha mego się rozszerzył, a pojęcie 
moje o najwyższych dobrach człowieczeństwa od 
przeczucia doszło do świadomości. U świętych przybytków Rzymu straciłem 
chęć do teologii. Zastrzegam się przed mniema¬ 
niem, jakobym się stał ateistą. Pozostałem chrze- 
ścianinem i katolikiem, ale popadłem w sprzecz- „na pamiątkę pobytu w Bonn“. Tam się tedy widocznie po¬ 
znali późniejsi towarzysze frankfurckiej kampanii parlamen¬ 
tarnej.
		

/Magazyn_183_08_0021.djvu

			15 czność z hierarchią. Już jako uczeń gimna¬ 
zjalny miałem sposobność zauważyć, jak często 
dzierżyciele boskich świętości stawają w sprzecz¬ 
ności z narodowemi ideałami. Tak n. p. ów¬ 
czesny biskup chełmiński, ks. dr. Sedlak, poda¬ 
jąc dłoń usłużną systemowi germanizacyjnemu, 
wzdłuż granicy Królestwa Polskiego, gdzie lud 
tylko po polsku mówi, z zasady osadzał często 
niemieckich proboszczów i wikaryuszów; nato¬ 
miast polskich duchownych posełał w niemieckie 
strony Prus Zachodnich. Cel tych nienatural¬ 
nych przesiedlań był nadto widocznym, ale wy¬ 
soki ten dostojnik Kościoła nie dbał o to, choć 
Kościół podawał na pohańbienie, a niemieccy 
duszpasterze złorzeczyć musieli polityce, skoro 
bez znajomości języka polskiego, nie mogąc po¬ 
dołać obowiązkom duszpasterskim, w sumieniu 
swem zaniepokojeni bywali. W tym to biskupie 
miałem tedy wkrótce uznać mego przełożonego 
z urzędu. Nie mogłem sobie zataić, że w ręku 
jego będę albo sponiewieraną piłką, albo też 
przyjdzie mi zrzec się działalności na ojczystej 
ziemi. Wróciwszy do Fryburga, zacząłem się pod 
względem dalszych studyów wahać między 
Scyllą a Charybdą. Czemże miałem zostać? 
Do medycyny miałem wstręt, filologia była mi 
za nadto pedantyczną, prawo nie przedstawiało 
w państwie pruskiem żadnych widoków; jako 
polak i katolik mogłem się spodziewać, że z koń-
		

/Magazyn_183_08_0022.djvu

			16 cem karyery prawniczej zostanę — sędzią po¬ 
wiatowym. Wegetowałem tedy jako teolog w niepocie¬ 
szonych wątpliwościach, ale głównie poświęcałem 
czas filozofii, historyi i literaturze. Lecz brak 
ściśle określonego planu nauk tak mi dokuczył 
moralnie, że popadłem w chorobę, która czer- 
stwośc moją podkopała. Lekarze radzili mi 
zmienić miejsce pobytu. A ponieważ i rok 25 
życia nadchodził, a z nim ostatni termin odsłu¬ 
żenia wojskowości, wróciłem do Prus i zapisałem 
się do uniwersytetu wrocławskiego. Mimo to 
robak wewnętrznego niezadowolenia i rozbrat 
z wybranym zawodem, nie przestały podkopy¬ 
wać mego zdrowia. Uznano mnie za niezda¬ 
tnego do wojska, a lekarze zgoła kazali mi po¬ 
rzucić studya i szukać w powietrzu wiejskiem 
i wiejskim sposobie życia powrotu do zdrowia. 
Przed rodzicami nie robiłem tajemnicy; znali oni 
stan mej duszy, a skorom z Nowym Rokiem 
1846 do domu powrócił i rady lekarskie im 
przedstawił, nie opierali się, ani mi też zarzutów 
nie robili. Przyjęli mnie w dom całem sercem, 
choć dużo rodzeństwa przy domowem ognisku 
siedziało. Polityczne wypadki r. 1846 nie do¬ 
tknęły mnie. Zagrzebałem się w ulubionych stu- 
dyach literackich i zajmowałem się gospodar¬ 
stwem, co na zdrowie moje doskonale oddziałało. Dopiero rok 1848 wyciągnął mnie z ojczy¬ 
stego poddasza. Komitet polski dla polskich
		

/Magazyn_183_08_0023.djvu

			17 części Prus Zachodnich posłał mnie na przed¬ 
wstępny parlament (Vor parlament) 2[do Frank¬ 
furtu nad Menem, celem zaprotestowania prze¬ 
ciwko bezwzględnemu wcieleniu Prus Zachodnich 
do Związku Niemieckiego i celem postawienia 
zasady narodowości jako podstawy rozgranicze¬ 
nia. Najprzód pojechałem do Poznania, żeby się 
porozumieć z tamtejszym komitetem narodowym, 
czy i reprezentanci W. Ks. Poznańskiego taką 
zasadę wygłoszą. Komitet poznański nie tylko 
się zgodził, ale równocześnie ze mną wyprawił 
swego wysłańca do Frankfurtu. Mieliśmy oświad¬ 
czyć obydwaj, że podstawą rozgraniczenia może 
być tylko narodowość. Mężowie w przedwstępnym parlamencie nie¬ 
mieckim zasiadający, chętnie tę zasadę przyjęli, 
a kiedym z mównicy frankfurckiego kościoła 
św. Pawła takową uzasadnił i swobodę ludów 
z niej wywiódł, przyjęto mowę moją grzmiącemi 
oklaskami. Niestety wszystko to rozwiało się z dymem. 
Parlament przedwstępny popełnił wielki błąd, 
nie zamieniając się w stały, jak radzili jasno 
patrzący członkowie i gorliwi patryoci, taki 
Hecker, Arnold Rugę, Struve i inni. Losy Nie¬ 
miec oddane zostały w ręce parlamentu, wybrać 
się mającego wedle prawidłowego regulaminu. 
Władzcy Niemiec zyskali na czasie, żeby zebrać 
siły. Gdyby nie ten błąd (powiada autor w roku 
1861) jużby Niemcy były jednem państwem, 2
		

/Magazyn_183_08_0024.djvu

			18 czego dyplomacya nigdy nie dokaże, a dokazać 
mogło wtedy owo w parlamencie przedwstępnym 
zgromadzone ciało rewolucyjne. W maju roku następnego zebrał się parla¬ 
ment a ja powtórnie pojechałem do Frankfurtu1), i) Jak gorąco Ig. Łyskowski w Frankfurcie się zajmo¬ 
wał powierzonym sobie mandatem politycznym, widoczna 
z broszury niemieckiej, którą wtedy wydal w Frankfurcie 
p. t.: Beitraege zur Beleuchtung der Polenfrage, von Ignaz 
Łyskowski. Frankfurt a. M. 1848. Druk von Benjamin 
Krebs. Broszura ta poświęcona „wszystkim niemieckim de¬ 
mokratom“. Tłomaczy niemcom wypadki roku 1848 w W. Ks. 
Poznańskiem i między innemi przytacza ciekawą odezwę „Ber¬ 
lińskiego niemieckiego komitetu dla odbudowania Polski“. 
Odezwa ta w imię sprawiedliwości, honoru a ostatecznie w imię 
rozumu i własnej korzyści wzywa niemców do pracy nad od¬ 
budowaniem Polski. „Polska od Wisły do morza Czarnego, 
byłaby targowiskiem, źródłem bogactw dla Niemiec. Czyż 
Kosya na zawsze ma dla nas zamknąć to targowisko ? Skoro 
Bosya zechce zrobić krok stanowczy i szybko spowoduje od¬ 
budowanie Polski, przez nas (niemców) przyrzeczone, zobo¬ 
wiąże sobie naród bohaterski“ itd. „Niemcy!“ tak kończy 
odezwa, „z Polską nam stać albo paść I“ — Dalej taż sama 
broszura zawiera ciekawe „sprawozdanie“ z uczty u generała 
Abramowicza w Warszawie. Z pisma tego widoczna, jak ro¬ 
syjscy mężowie stanu drwią sobie z szczerości niemieckich de¬ 
mokratycznych zachcianek, jak się cieszą z postępu reakcyi 
w Niemczech i sławią potężny wpływ swoich półimperyalów. 
Autor usiłuje niemców przekonać, że powinni z Polską szczerze 
stanąć frontem przeciwko despotyzmowi Kosyi i panslawizmow i 
despotycznemu a poprzeć Sławę, połączoną na zasadzie „demo- 
kracyi, ogólnej wolności i miłości narodów“. „Upełnoletniona 
Germania powinna dorastającą Sławę powitać jako siostrę i ręka 
w rękę z nią rozpocząć pielgrzymkę przyszłych tysiącleci, za-
		

/Magazyn_183_08_0025.djvu

			19 tym razem jako wysłaniec polskich wyborców 
powiatu lubawskiego i brodnickiego, którzy 
w liczbie 170 przeciwko 60 niemcom w Nowem 
Mieście na wyborze moim zanieśli protest prze¬ 
ciwko bezwzględnemu wcieleniu Prus Zachodnich 
do Związku Niemieckiego. Parlament, jaki się zgromadził, nie był zdol¬ 
nym, żeby powieść losy Niemiec do historycznej 
wielkości. Szczęśliwa chwila minęła; większa 
część parlamentu składała się z profesorów, 
ciężko uczonych, ale nie zdolnych do czynu 
i wykonania sprawiedliwości. Wszystkim naro- miast żeby się jej zawistnie wypierać i zagarniać jej ojcowiznę. 
Przez sławian odbudowaną być może wolność i braterstwo lu¬ 
dów Europy, ale też wnieść się może przez nieb despotyzm, 
jeśli icb popchną w objęcia panslawizmu. Niemcy nie po¬ 
winny się obawiać Polski. Niepodobna przypuścić, żeby od¬ 
budowana Polska dla życzliwych Niemiec miała się okazać 
niewdzięczną. O wojnie przeciwko Niemcom nie pomyśli, bo 
będzie zajętą organizacyą wewnętrzną swojego bytu. Dalej 
zwróconą będzie miała zawsze uwagę na wschód, zająwszy 
dawne swe kresowe i strażnicze stanowisko. A ostatecznie 
najlepszą rękojmią bezpieczeństwa dla Niemiec będzie zasada 
demokratyczna. Zatem tak kończy autor: „Polska musi zostać odbudo¬ 
waną i to przez Niemcy; jest to obowiązkiem niemców, leży 
to w interesie niemców“. Zaś na dowód szczerości zamiarów 
niemieckich powinno się przedewszystkiem z krain polskich 
odwołać złych niemieckich urzędników, na których ciąży od¬ 
powiedzialność za ostatnie wypadki. Bliższych szczegółów o działalności naszej deputacyi 
w Frankfurcie szukać należy w rzadkim już dziś: Steno- 2*
		

/Magazyn_183_08_0026.djvu

			X' — 20 — dowościom odmawiali wolności, a marzyli o tem, 
że w Niemczech reakcya jest niemożebną. 
Wobec takiego parlamentu przepadłem z moim 
protestem; Prusy Zachodnie wcielono do Nie¬ 
miec, nawet W. Księstwo Poznańskie rozpoło- 
wiono ową znaną linią demarkacyjną. Mnie 
zbyto tem, że polska ludność Prus Zachodnich 
miała otrzymać równouprawnienie w szkole, 
w administracyi i wydziale sprawiedliwości. Nie 
uszedł rok a historya wydała wyrok swój na 
parlament, jakoby słowami Wirgila wyrzeczo* 
nemi do natchnionego śpiewaka Boskiej Kome- 
dyi: no ragioniam di’ lor ma guarda e passa. 
Runął w otchłań zapomnienia. Opuściłem Frankfurt, wróciłem do domu 
i stałem się gorącym zwolennikiem polskiej graphischer Bericht über die Verhandlungen der deutschen 
constituirenden National-Versammlung zu Frankfurt a. M. — 
Deputacyę tę składali: Jan Ledochowski, były poseł sejmu 
polskiego, dr. Trentowski i Kaźmirz Wodzicki, jako deputaci 
krakowscy, Jan Wilhelm Cassius, dr. Wł. Niegolewski, 
dr. Libelt, dr. J. Chosłowski, jako wysłannicy komitetu naro¬ 
dowego w Poznaniu i Ignacy Łyskowski jako deputowany 
komitetu narodowego polskich okręgów Prus Zachodnich. Tak 
się podpisywał na licznych odezwach i protestach przez depu¬ 
tacyę naszą w Frankfurcie wydawanych. Pod Promemoria 
z 17 lipca 1848 podpisani są: Ledochowski, Trentowski, 
Cassius, Niegolewski, Łyskowski, dr. Góra z W. Ks. Pozn., 
Adolf Poniński i Floryan Ziemialkowski z Galicyi. Przyta¬ 
cza się to dla wyjaśnienia, z jakimi ludźmi Ig. Łyskowskiego 
wiązały stosunki.
		

/Magazyn_183_08_0027.djvu

			21 Ligi, która się wtedy utworzyła w Poznańskiem 
i Prusach na podstawie uzyskanych przez rewo- 
lucyę berlińską praw korporacyjnych. Byłem 
kierownikiem Ligi powiatu brodnickiego i człon¬ 
kiem rady prowincyalnej, która co trzy miesiące 
w Chełmnie się zbierała. Tej Ligi niestety nie zrozumiano i spotwa¬ 
rzono ją. Rząd tak dalece ją ograniczył, że 
istnienie jej stało się niemożebnem. A jednak jest 
to faktem, że Liga była wręcz przeciwieństwem 
polityki roku 1846. Polityka ta wyszła od cen- 
tralizacyi w Paryżu; w kraju udział w niej był 
bardzo nieznaczny. W Polsce już wtedy upo¬ 
wszechniała się wiara, że spiski i rewolucye są 
anachronizmem, że stoją na przeszkodzie spokoj¬ 
nemu, organicznemu rozwojowi i ukształtowaniu 
europejskiej rodziny narodów. Mógiby mi ktoś zarzucić, że mimo to w dwa 
lata później ludność polska W. Ks. Poznańskiego 
chwyciła za broń. Ale ja twierdzę stanowczo, 
że ruch ten wywołany był przez niemców. Z ca¬ 
łych Niemiec nasełano polaków proklamacyami, 
wzywającemi do wspólnej walki przeciwko Ro- 
syi. Po niemieckich miastach nad Renem two¬ 
rzyły się komitety do zaopatrywania polaków 
w broń i pieniądze; niemieccy studenci i t. p. 
ludzie wykształceni masami płynęli do Poznania, 
żeby się zaciągnąć do szeregów na wojnę prze¬ 
ciwko Rosyi; sam rząd pruski na koszt skarbu 
sprowadził polską emigracyę z Prancyi do Polski.
		

/Magazyn_183_08_0028.djvu

			22 Jakże polacy nie mieli uledz takiemu parciu? 
Że jednak ostatecznie broń swą skierowali prze¬ 
ciwko władzy krajowej, było skutkiem reakcyi. 
Rząd pruski chciał polaków rozbroić, a całe 
Niemcy wołały: „Nie składajcie broni, nie odważą 
się na was, bo i my tu jesteśmy.“ Że tak było, 
mogę zaręczyć, bo sam hasło takie przewoziłem. 
A kiedym uwagę prewodyrom parlamentu przed¬ 
wstępnego w Frankfurcie zwracał na reakcyę, 
rozpoczynającą się nad brzegami Wisły, otrzyma¬ 
łem polecenie, żeby powyżej przywiedzione słowa 
zawieść komitetowi narodowemu do Poznania. Zatem polacy, doznawszy zawodu tak w roku 
1846, jak i 1848, chwycili się oburącz uzyska¬ 
nych w roku 1848 praw korporacyjnych, żeby 
wedle wzoru katolickich irlandczyków na pra¬ 
wnej drodze dochodzić swych praw, ukracanych 
przez środki germanizacyjne. Być obywatelem 
państwa pruskiego, a jednak mieć prawo pozo¬ 
stania polakami — otóż była zasada Ligi. Wedle mego zapatrywania rząd pruski popeł¬ 
nił wielki błąd, że nie wspierał Ligi i nie odstąpił 
od tradycyjnej polityki germanizatorskiej. Rozwój 
narodowy na drodze legalnej byłby zadowolił mo¬ 
ralne potrzeby ludności polskiej i powstrzymał ją 
od wszelkich wybryków. Postępowanie przeciwne, 
system germanizacyjny, wywołał opór, drażnił po¬ 
czucie narodowe i wprowadzał polaków w przeci¬ 
wieństwo do uprzywilejowanych w państwie pru- 
skiem niemców.
		

/Magazyn_183_08_0029.djvu

			23 Żeby się przekonać o prawdzie tego twier¬ 
dzenia, dość spojrzeć na stan rzeczy w Prusach 
Zachodnich przed piętnastu laty. Możnaż tam 
wtedy było mówić o objawach poczucia naro¬ 
dowości u polaków? Żyliż polacy w odosobnie¬ 
niu od niemców? Nie szliż raczej za nimi wszę¬ 
dzie z zupełnem zaufaniem? Zatem system ger- 
manizacyjny osiągnął wręcz przeciwny skutek, 
nie ten, którego się spodziewał. Skoro z rokiem 1850 Liga się rozwiązała, 
wróciłem do rólnictwa i do studyów mych na 
poddasze rodzicielskiego domu. Tak było do 
roku 1853. W tym roku sędziwy rodzic posta¬ 
nowił cofnąć się na spoczynek i podzielić mają¬ 
tek między dzieci. Całe rodzeństwo zaproszono 
na naradę. Ciężkie było to zadanie ochronić 
ojcowiznę od przejścia w obce ręce, bez pokrzyw¬ 
dzenia reszty rodzeństwa. Ale zaiste rzadki wy¬ 
darzył się przykład, że dziewięcioro dorosłego 
rodzeństwa w ciągu jednego dnia zawarło zgodę 
o działy po rodzicach i otrzymało na nią przy¬ 
zwolenie i błogosławieństwo rodzicielskie. Ja objąłem Mileszewy, za które przed dwoma 
laty dawano 60,000 tal., za 68,000 tal., z udzia¬ 
łem własnym 3000 tal. Położenie moje było trudne, inwentarz nie 
był wystarczający, żeby podnieść dochody z roli. 
Kapitałem moim obrotowym była dziesiątka mych 
palców i zamiar, żeby niemców przekonać, jak 
polak gospodarować potrafi.
		

/Magazyn_183_08_0030.djvu

			24 Odtąd upłynęło lat sześć; ożeniłem się (z Pa- 
ruszewską) i jestem ojcem czworga dzieci. 
A czy zamiar wyżej wypowiedziany osiągnąłem, 
twierdzić nie chcę, ale to tylko nadmienię, że 
wydany przezemnie „Gospodarz“ stał się podręcz¬ 
nikiem drobnego gospodarstwa, jak daleko język 
polski sięga.“ * * * Podaliśmy prawie w całej rozciągłości po¬ 
wyżej skreślony życiorys, ponieważ takowy przed¬ 
stawia nam w zarysie zaokrągloną całość, w któ¬ 
rej się dość jasno odzwierciedla człowiek, wraz 
z otaczającemi go okolicznościami. Biorąc to, co 
powyżej powiedziano, jako podstawę, rozważymy 
i objaśnimy życie i działanie Ignacego Łyskow- 
skiego w wybitniejszych kierunkach, a mianowi¬ 
cie pod względem rolniczym i gospodarskim, 
społeczno-politycznym, a wreszcie i literackim, 
oraz publicystycznym. Był tedy Ignacy Łyskowski przedewszystkiem 
zawołanym rólnikiem i gospodarzem. Widzie¬ 
liśmy, że majątek ziemski objął w nader trudnych 
warunkach, jako jeden z dziewięciorga rodzeń¬ 
stwa. Objął go, nie uczy wszy się rolnictwa ani 
na akademiach rolniczych, ani jako „elew“ 
we wzorowych gospodarstwach niemieckich, 
a jednak nie tylko sprostał zadaniu praktycz¬ 
nemu, lecz jeszcze, jak nikt dziś w Polsce, od¬ 
znaczył się na polu teoryi. Poszło to niezawodnie
		

/Magazyn_183_08_0031.djvu

			25 dobrym przykładem i wzorem, jaki miał w domu 
rodzicielskim, a poszło i tem, że umysł Ignacego 
szczęśliwie był skierowanym na pojmowanie pra¬ 
ktycznych rzeczy z praktycznej strony. Wysoka 
inteligencya, jaką zdobył na uniwersytetach, nie 
tylko w górę, ale i na dół rozszerzyła i rozja¬ 
śniła widnokrąg jego wiedzy i rozumu. Jeżeli 
kto, to nasz Ignacy jest żywym dowodem, jak 
to człowiek naukowo wykształcony, przy okoli¬ 
cznościach sprzyjających, łatwo i z dobrym sku¬ 
tkiem sobie poradzi i nie popadnie na bezdroża, 
bo umie sądzić zdrowo i jasno. Nasz koryfeusz 
rolniczy tem się przedewszystkiem odznaczał, że 
w niczem nie przesadzał, szedł średnią zawsze 
a pewną drogą, ziemi i gospodarstwa nie zmu¬ 
szał do sztuk łamanych. Gospodarstwo jego było 
postępowem co do rezultatów przedewszystkiem. 
Zacząwszy prawie niczem, jak sam powiada, dzie¬ 
sięciu palcami, i tą szlachetną ambicyą, żeby 
niemcom pokazać przykład polskiego rolnika, 
zakończył tem, że dzieciom pozostawił fortunę. 
A przecież, jak zobaczymy niżej, nie był wyłą¬ 
cznie oddanym zawodowi swemu rolniczemu, lecz 
owszem trawił dużo sił i czasu na różnych po¬ 
sługach życia obywatelskiego, a kto zajechał 
w dom jego, znalazł w nim nie tylko uprzej¬ 
mego, ale i hojnie gościnnego gospodarza. Star¬ 
czyło na wszystko. Starczyło dla tego, że w gło¬ 
wie był rozum, a nie tylko rozum, ale i porzą¬ 
dek w rozumie.
		

/Magazyn_183_08_0032.djvu

			26 Prusy Zachodnie były tak szczęśliwe, że po¬ 
siadały w' epoce, o której mowa, dwóch mężów 
znaczniejszych z takim właśnie rozumem. Był 
to Teodor Donimirski i Ignacy Łyskowski. Im 
to głównie zawdzięcza ta dzielnica, że przez czas 
niejaki stała w kraju naszym, jak to mówią „na 
świeczniku“. Co zaś dziwniejsza u nas, że oba- 
dwaj działali bez zawiści i antagonizmu. Oba- 
dwaj znali tylko jednę ambicyę, żeby być uży¬ 
tecznymi, bez uszczerbku moralnego i materyal- 
nego dla kogokolwiek. W hartownej piersi obu- 
dwóch biły gołębie serca, a w głowach paliły się 
żnicze czyste, niezatumanione namiętnościami. Obadwaj też działali zgodnie na polu mia¬ 
nowicie rolniczo-społecznem, a zatem w towa¬ 
rzystwach i innych zbiorowych usiłowaniach. Działalność Ignacego Łyskowskiego na tem 
polu rozwija się pierwotnie już w czasie między 
rozwiązaniem Ligi a wystąpieniem jego na are¬ 
nie parlamentarnej, jak to poniżej się wywiedzie. Spędzony wypadkami z pola publicznej dzia¬ 
łalności, przy pracy domowej około rolnictwa, 
zajął się Łyskowski tem gorliwej działalnością 
piśmienniczą na rolniczej i ekonomicznej niwie. 
Już w roku 1851, kiedy w Chełmnie powstał 
„Nadwiślanin“, umieszcza w nim obok innych 
prac, artykuły rolnicze w osobnym dodatku p. t. 
„Gospodarz“, któremu i późniejsze sławne dzieło 
rolnicze tytuł zawdzięcza. Dzieło to wyszło 
w trzech częściach w r. 1852 po raz pierwszy
		

/Magazyn_183_08_0033.djvu

			27 u Koehlera w Brodnicy. Z wdzięcznością autor 
sam zaznacza, że rękopis przejrzał mu sławny 
rólnik wielkopolski, Wojciech Lipski, współzało¬ 
życiel i redaktor „Ziemianina“. Jemu też i Włodz. 
Wolniewiczowi jest poświęcone. Wiadomo powszechnie, jak przeważny i sze¬ 
roki wpływ wywarł „Gospodarz“ Łyskowskiego 
na rolnictwo całego kraju w znaczeniu najob- 
szerniejszem. Podobno i na inne języki sławiań- 
skie go przetłomaczono (na bułgarski). Napisa¬ 
niem tej książki postawił sobie Ignacy Łyskow- 
ski pomnik prawdziwie aere perennius. Zachę¬ 
cony powodzeniem, nie tylko go opracowywał 
w coraz nowych i liczniejszych wydaniach, ale 
zarazem coraz to nowe podawał do druku arty¬ 
kuły rolnicze, z których znaczna część, zwłaszcza 
w pierwszym czasie jego działalności piśmienni¬ 
czej podpisana jest pseudonimem „Szymona“. 
Artykuły jego, w „Nadwiślaninie“ umieszczane, 
przedrukowywał „Przewodnik Lwowski“ i „Czas“. Dziś oczywiście, wedle zdania postępowych 
rolników „Gospodarz“ w wielu punktach prze- 
starzał, bo nauka rolnicza w teoryi i praktyce 
doznała niesłychanego rozwoju. W swoim czasie 
jednak, nie tylko wystarczał, ale dla masy rol¬ 
ników zacofanych był prawdziwie postępowym 
przewodnikiem. Łyskowrski wyznawał zawrsze tę zasadę, że 
główną dźwignią inteligencyi społeczeństwa musi 
być nauka i czytanie. W tem przekonaniu wrziął
		

/Magazyn_183_08_0034.djvu

			28 się do pióra i zalecał upowszechnianie pism. A kiedy go powodzenie utrwaliło w tem przeko¬ 
naniu, znajdujemy, że w ulubionym „Nadwiśla- 
ninie“ tak się w tej mierze wyraża (r. 1858): 
„Gdyby pismo takie, jak nasz „Nadwiślanin“, 
było wychodziło od czasu, jak ziemie nasze pru¬ 
skie pod dzisiejsze przeszły panowanie, gdyby 
było bez ustanku naszych ojców upominało: 
przyjmijcie z pokorą i rezy gnący ą zmianę... ale 
strzeżcie waszej moralnej egzystencyi... bo po 
utracie takowej wyjdziecie na nikczemników; 
strzeżcie wszystkiego, co ją zachować i przy peł- 
nem zdrowiu utrzymać może, szanujcie ojców 
zwyczaje i język śpiewny a jędrny, trzymajcie 
mocno w ręku spuściznę majątkową, jako nie¬ 
zbędną podwalinę wszelkiej egzystencyi i potęgi 
na tym świecie; uczcie wasze dzieci, by obcej 
mądrości sprostać potrafiły, nie usuwajcie się od 
służby publicznej, by się nie otworzyły kanały 
napływu obcych, o! zapewne inaczej by po¬ 
między nami wyglądało, z czystszem sumieniem 
stanęlibyśmy wobec sądu historyi, nie tak po¬ 
chmurną i straszliwą wydawałaby się nam przy¬ 
szłość nasza.“ „Gospodarz“ Łyskowskiego obliczonym był 
przez autora na podniesienie drobnych gospo¬ 
darstw. Trzeba nam „książeczki“ gospodarskiej 
— powiada sam — puszczając w świat pierwsze 
wydanie. „Książeczka“ stała się wprawdzie wielce 
popularną, ale jednakże nie dosięgła do spodu
		

/Magazyn_183_08_0035.djvu

			29 społeczeństwa tak głęboko, jakby był tego pra¬ 
gnął autor, t. j. do ogółu gospodarzy włościań¬ 
skich, o których już w r. 1852 pisał, że giną 
i że ich ratować trzeba „nauką, przykładem 
i zapomogą“. Dla tego napisał później mniejszą 
książeczkę rolniczą p. t. „Trzy nauki gospodar¬ 
skie dla gospodarzy włościańskich“, która się 
nie mniej kilku wydań doczekała i znakomicie 
odpowiada zadaniu. W tymże kierunku napisał 
w roku 1861 „Rzecz o płodozmianie“ i w roku 
1863: „Prawdziwa nauka o płodozmianie“. Nie wszystkie nadzieje jednak pokładał Ły- 
skowski na nauce i czytelnictwie. Równocze¬ 
śnie prawie z wydaniem „Gospodarza“ rozpo¬ 
czyna piśmienną agitacyę w sprawie poprawy 
kredytu rólniczego. Już w r. 1857 jako „Szy 
mon“ odzywa się o potrzebie założenia banku 
prywatnego dla gospodarzy ziemskich Prus Za¬ 
chodnich. W r. 1858 zaś pod właściwem na¬ 
zwiskiem i „na żądanie osób interesowanych“ 
ogłosił artykuł p. t. „Uwagi organiczne nad 
naturą banku w Królestwie Polskiem utworzyć 
się mającego“. Bank ten miał wyniknąć z To¬ 
warzystwa Rolniczego. Łyskowski był wielkim 
wielbicielem tego towarzystwa i podnosił jego 
wpływ moralny. Pisząc o tem w „Nadwiśla- 
ninie“, zaznacza, jak pod wpływem towarzystwa 
ustały rozpusty i pijatyki a zawitał statek i przy¬ 
zwoitość. Lgnął tedy całą duszą do ruchu tego, 
a chcąc go przenieść na swoje społeczeństwo,
		

/Magazyn_183_08_0036.djvu

			30 zachwala związki małżeńskie między dziećmi 
różnych dzielnic, „dla porządnego skąpania się 
w wyobrażeniach i usposobieniu ziomków", u któ¬ 
rych żyje jeszcze i wre tętno swojskie ochoczo 
i mocno bije". Po wspomnianej tu instytucyi kredytowej 
i pożądanej wedle tegoż wzoru instytucyi dla 
ziemian zachodnio-pruskich spodziewał się prze- 
dewszystkiem poskromienia lichwy, która, jak 
mówił, Księstwo zjada i do Prus się wkrada. 
Przy tej sposobności wyłożył zapatrywanie swoje 
na naturę instytucyi bankowej, mogącej oddać 
rolnictwu rzeczywiste usługi. Może i dziś jest 
na czasie choć w kilku słowach naszkicować 
jego zapatrywanie. Wychodzi on z tego założenia, że nauka 
rolnicza dopiero wtedy będzie płodną, kiedy go¬ 
spodarzowi otworzy się odpowiedni kredyt. Ale 
kredyt jest mieczem obosiecznym. Dla tego 
używać i urządzać go trzeba z wielką rozwagą. 
Instytucya ziemska przedewszystkiem nie po¬ 
winna być wekslową, bo kredyt wekslowy jest 
dla rolnika za krótkim. Akcye banku ziem¬ 
skiego nie powinny być przystępnemi dla każ¬ 
dego, bo rychło przejdą w ręce lichwiarzy, wy¬ 
zyskiwaczy. Kredyt dla rolnika najstosowniejszy 
jest to kredyt hipoteczny, umarzający się a nie 
wypowiedzialny. Zatem obok rozprzestrzenionych 
towarzystw kredytowych powinny powstać banki 
hipoteczne, jako dwa odrębne czynniki, ale pod
		

/Magazyn_183_08_0037.djvu

			31 jedną administracyą zostające, już dla samej 
jednolitości taksy. Pierwsza 1/3 taksy ma służyć 
towarzystwu kredytowemu, druga 7s bankowi, 
a dopiero reszta wierzycielom prywatnym. Rewi- 
zye taks odbywać się mają co 6 lat itd. itd. Z tych to początkowych uwag i rozpamięty- 
wań urosły następnie projekta kredytowe, które 
wykonano w Toruniu i Poznaniu. Lecz to już 
do rzeczy nie należy, chociaż i w tem wszy- 
stkiem Ig. Łyskowski mniej lub więcej czynnie 
brał udział, zwłaszcza w Toruniu. W r. 1861 dał nareszcie Ignacy Łyskowski 
w Prusach Zachodnich hasło do zakładania po¬ 
wiatowych towarzystw rolniczych. Pierwsze było 
dla powiatu brodnickiego. Statut on sam ułożył 
i obok prezesa Sulerzyskiego pełnił w niem obo¬ 
wiązki sekretarza, Późniejszemi laty sam był 
przewodniczącym. Wyraził wtedy nadzieję, że 
niebawem po wszystkich powiatach podobne 
towarzystwa powstaną. Powstały też rzeczywiście 
i niejakiś czas odznaczały się ożywionem życiem, 
a kiedy tętno życia tego opadać zaczęło, wystą¬ 
pili dwaj wzwyż wymienieni mężowie: Ignacy 
Łyskowski i Teodor Donimirski z nowym ożyw¬ 
czym środkiem, który powołał do życia nową 
formę społeczno ekonomicznej pracy. Były to 
tak nazwane sejmiki gospodarskie toruńskie. Pierwszy sejmik odbył się dnia 15 stycznia 
1867 r. z udziałem 86 obywateli Prus Zacho¬ 
dnich i 17 obywateli z W. Ks. Poznańskiego.
		

/Magazyn_183_08_0038.djvu

			32 Zagaił go Ignacy Łyskowski, a przemówienie 
jego daje nam tę wyraźną wskazówkę, że pomysł 
toruńskich sejmików urodził się właśnie w głowie 
Łyskowskiego. „Ponieważ pierwsza myśl dzi¬ 
siejszego zebrania wyszła odemnie, biorę sobie 
prawo pierwszego przemówienia“. Tak witał 
zebranie, a następnie w przydłuższem przemó¬ 
wieniu wyłuszczył zapatrywania swe na potrzebę 
i cel zebrania. Jeżeli nie wypowiedział czuł to jednak 
dobrze Ig. Łyskowski, że towarzystwa rolnicze, 
które z taką skwapliwością popierał, nie kwitną, 
bo się niejako zaskorupiają w powiatowszczyźnie, 
do której nie docierają z zewnątrz ożywiające 
idee. W W. Ks. Poznańskiem ożywczem cen¬ 
trum dla towarzystw powiatowych było Cen¬ 
tralne Towarzystwo Gospodarcze i jego walne 
zebrania. Pragnął tedy Łyskowski i w Prusach 
stworzyć podobne źródło, bądź dla towarzystw 
jeszcze wegetujących, bądź dla jednostek, łakną¬ 
cych duchowego pokarmu. Stworzyć w tym celu 
organizm rozczłonkowany, jak go miało Księstwo, 
było niepodobieństwem, na to nie starczyło ma- 
teryału; wpadł więc na genialną myśl, żeby 
przez odbywanie corocznych, walnych zjazdów, 
osięgnąć cel pożądany. Nie zjeżdżają się tam 
z urzędu członkowie towarzystw, ale każdy oby¬ 
watel i członek inteligencyi ma równe prawo 
brać udział w sejmiku.
		

/Magazyn_183_08_0039.djvu

			33 ■ To była, że tak powiem, formalna geneza 
sejmików. Ale Łyskowski miał cele i zamiary 
głębsze. Nie pragnął on jedynie nastręczać spo¬ 
sobność do rozpowszechniania światła, lecz, jak 
to w przemówieniu swem zasadniczo zaznaczył, 
chciał stworzyć arenę, na którejby można zwal¬ 
czać „chorobliwy idealizm“. „Jest w duchowym ustroju (są słowa jego) 
naszego społeczeństwa jakiś prąd idealizmu, który 
zdradza wśród nas nie tylko chorobliwe pojęcia 0 głównych warunkach bytu społecznego, ale 
nawet chorobliwe pojęcia o religii i patryotyzmie. 
Zbyt często odzywają się wśród nas nawoływania, 
że świat zagrzązł w materyalizmie, że nie godzi 
nam się iść torem dzisiejszej cywilizacyi, która 
prowadzi do ubóstwienia cielca złotego itd. Ten 
chorobliwy idealizm przebija się u naszego gminu 
w niedbalstwie o jutro i w fałszywem pojęciu reli- 
gijnem, że ten Bóg, który ptaszki w powietrzu 1 lilie na polu żywi, i o nas nie zapomni. Zby¬ 
tecznie byłoby dowodzić, że człowiek to nie pta¬ 
szek ani lilia, że inne ma potrzeby, którym myśl 
i pracę poświęcać winien. Ten sam chorobliwy 
idealizm przebija się niemniej u wyższych warstw 
społeczeństwa naszego i manifestuje się w lekce¬ 
ważeniu bytu materyalnego, w usuwaniu się od 
pracy społecznej, w pokładaniu nadziei w fanta¬ 
stycznych konstelacyach i w składaniu wszyst¬ 
kiego na łaskę Bożą i w wyczekiwaniu jakiegoś 
cudu. I tu byłoby zbytecznie dowodzić, że z ni- 3 *
		

/Magazyn_183_08_0040.djvu

			34 czego nic nie będzie... Jest więc potrzebą, aby 
nie tylko głośno wypowiedzieć, że ten chorobliwy 
idealizm stoi w dyametralnem przeciwieństwie 
do realnego kierunku ucywilizowanych społe¬ 
czeństw i prowadzi do zguby, ale zarazem z po¬ 
rzuceniem tego zgubnego kierunku, czynnie wy¬ 
stąpić na tor trzeźwej i skrzętnej pracy około 
realnych podstaw życia społecznego, około inte- 
ligencyi, dobrobytu i moralności społecznej. Mu¬ 
simy nastrój nasz duchowy i nasze gospodarstwo 
społeczne zastósować do wymagań wieku i mu¬ 
simy brać udział w pracy i produkcyjności owego 
wielkiego mrowiska, aby z pełnemi rękoma sta¬ 
nąć do podziału przyszłego bytu społecznego.“ 
Przyzna każdy, że słowa te zawierają więcej, 
aniżeli zwykłe przemówienie banalne; one zawie¬ 
rają program, jak na nasz poziom umysłowy tak 
śmiały, że ani wygłaszający go, ani nikt po nim 
jeszcze się nie mógł odważyć na jego przepro¬ 
wadzenie we wszystkich konsekwencyach. Nie 
kusiły się też o to sejmiki i pozostały przy for¬ 
malnej części zadania, które z umiejętnością 
i spokojem pielęgnował właśnie Teodor Doni- 
mirski. Społeczeństwo też snąć wolało tę opiekę, 
bo choć Ig. Łyskowski był ojcem sejmików, 
odtąd do końca życia ojcował im Donimirski, 
wszakże bez urazy zobopólnej. Było to zaiste 
par nobile civium, którzy na jednem polu pra¬ 
cując, sobie nie zawadzali i też zawadzać nie 
pragnęli.
		

/Magazyn_183_08_0041.djvu

			35 Przykładność obywatelską tych dwóch mę¬ 
żów znakomitych zaznaczyć dziś należy tem 
więcej, że żyjemy w czasie nieledwie wojny 
wszystkich przeciwko wszystkim, w czasie ogól¬ 
nego powaśnienia, rozgoryczenia, wzajemnej za¬ 
wiści, a nie rzadko już nawet słyszy się zdanie, 
że stan taki jest normalnym i zgodnym z naturą 
ludzką. Tak dalece podupadliśmy w epoce , pod¬ 
noszenia ducha“. Ignacy Łyskowski czuł, że w sejmikach, 
jakie się w praktyce wyrobiły, czegoś opinii nie 
dostaje, a może i naturalne zaawansowanie się 
ich w stronę materyalistyczną, spowodowało go 
do duchowej reakcyi, dosyć, że w r. 1869 spo¬ 
wodował założenie Towarzystwa interesów mo¬ 
ralnych, które zamierzał rozciągnąć przede- 
wszystkiem i na W. Ks. Poznańskie. To się 
zgoła nie powiodło, a w samych Prusach Zacho¬ 
dnich Towarzystwo także nie doszło do roz 
kwitu przez założyciela upragnionego, albowiem 
zamiar przeszedł możność społeczeństwa, niedo¬ 
statecznie przygotowanego na takie zorganizowa¬ 
nie solidarności. Wydał tedy Łyskowski w roku 1869 w Po¬ 
znaniu broszurę p. t. „Rzecz o towarzystwie mo¬ 
ralnych interesów itd.“, która miała powołać 
wszystkich, aby „stanęli jak jeden mąż“ do 
pracy na polu społeczno-cywilizacyj nem. „Zało¬ 
żyliśmy — powiada Łyskowski — w Toruniu 
Bank kredytowy (Donimirski, Kalkstein, Łyskow- 3*
		

/Magazyn_183_08_0042.djvu

			36 ski i Sp.), a następnie sejmiki gospodarskie. 
Ubezpieczywszy się materyalnie, uczyńmy teraz 
trzeci rozumny i zdrowy krok, zgromadźmy nasz 
fundusz moralny, aby ubezpieczyć nasze moralne 
interesa społeczne.“ Jak zaś rozumiał to ubez¬ 
pieczenie na drodze jawnej i legalnej, powiada 
w końcu swej broszury temi słowy: „Podnośmy 
moralnie nas samych, nasze mieszczaństwo i nasz 
lud, budząc poczucie i krzewiąc oświatę; każda 
czytelnia, każde kółko gospodarskie, każda bi¬ 
blioteczka parafialna, każde towarzystwo wstrze¬ 
mięźliwości, każda ochronka, każda opieka dana 
szkółce czy to w udzielaniu materyałów szkól- 
nych, czy to w uczeniu dziewcząt robót ręcz¬ 
nych, każde ulepszenie bytu włościan, nawet 
każde dobre gospodarstwo, dobry przemysł swoj¬ 
ski, zgoła wszystko, co niejako społeczeństwo 
moralnie podnieść może, już jest w myśl towa¬ 
rzystwa itd.“ I w sprawach natury politycznej, a miano¬ 
wicie wyborczych, towarzystwo to miało być 
kierownikiem opinii i działania, a w tej mierze 
i tu przemilczeć nie możemy, co leżało na dnie 
duszy założyciela towarzystwa. „W ślad za roz¬ 
wojem towarzystwa“ — mówi on w broszurze 
swej — „rość będzie siła i godność społeczeń¬ 
stwa i wyleczymy się z chorobliwego idealizmu, 
szukającego zbawienia albo w gorączkowych po¬ 
rywach i teoryach burzących, albo w abstra- 
kcyach i cudach, albo nareszcie w abstynencyi,
		

/Magazyn_183_08_0043.djvu

			37 w indyferentyzmie, w kwietyzmie i Bóg wie 
w czem, tylko nie w pracy i cywilizacyi spo¬ 
łecznej. Idei założyciela nie rozumiano lub ją źle zro¬ 
zumiano, dla tego towarzystwo nie zdołało sobie 
zjednać popularności a założycielowi zgotowało 
niejednę gorżką chwilę. Wina leżała po części 
niezawodnie w samem założeniu i w pojęciach 
założyciela o szerzeniu zdrowego idealizmu przez 
„towarzystwo“. Jakkolwiek Łyskowski przeczył, żeby „To¬ 
warzystwo moralne“ miało być odnowieniem Ligi, 
której on przypisywał charakter narodowo-poli- 
tyczny, a towarzystwu swemu społeczno-cywiliza- 
cyjny, wątpliwości nie ulega, że pod względem 
zakresu działania „Towarzystwo moralne“1) zupeł- ') Pojęcie „moralności“ tak Ign. Łyskowski starał się 
wytłumaczyć publiczności w „Gazecie Toruńskiej“ przed zawią¬ 
zaniem towarzystwa: „W zakres moralnych, interesów człowieka wchodzą jego 
inteligencya, obyczajność i życie polityczne. Dotąd mieliśmy 
przeważnie nasze materyalne interesa na oku; nasze towarzy¬ 
stwa agronomiczne, spółki pożyczkowe, banki i nasz sejmik 
gospodarski, wszystko to zmierza do podniesienia naszych ma- 
teryalnych interesów. Odtąd pragniemy także zespolić siły 
nasze intelektualne w celu wspierania naszych moralnych inte¬ 
resów w powyższem określeniu. Ktokolwiek chce się rozpatrzyć w położeniu naszem, musi 
uznać potrzebę takiego towarzystwa. Idzie tylko o to, aby to 
towarzystwo praktycznością w formie i w treści trafiło w tę 
potrzebę i odpowiedziało zadaniu. O tę praktyczność więc
		

/Magazyn_183_08_0044.djvu

			38 nie naśladowało Ligę, a co do istoty tak samo 
bardzo mało się od tamtej różniło. Obydwa 
towarzystwa założone były tuż po rewolucyjnych 
wysiłkach, obydwa z natury rzeczy miały spro¬ 
wadzić społeczeństwo na drogę spokojnego 
rozwoju wewnętrznego, obydwa się rozbiły dla 
braku wyrobionych w społeczeństwie pojęć 
o organizacyi pracy a założone były na tak wiel- postarajmy się na zebraniu 24 lutego w Toruniu. Nie zawa¬ 
dzi wszelako już teraz zakreślić główne zarysy, które to towa¬ 
rzystwo w formie i treści mieć winno, jeżeli ma sobie wyrobić 
powodzenie. Towarzystwo mające się zawiązać powinno być przede- 
wszystkiem skupieniem sił intelektualnych, bez różnicy stanu 
i religii, z odrzuceniem wszelkich partykularnych koteryi 
a z ograniczeniem terytoryalnem na państwo pruskie; musi 
opierać się na prawach krajowych, asocyacyi i używać tylko 
środków konstytucyjnie dozwolonych. Celem towarzystwa na 
wewnątrz ma być podniesienie oświaty i obyczajności śród lud¬ 
ności polskiej pod panowaniem pruskiem. Na zewnątrz zaś 
nie ma towarzystwo być ani demonstracyą, ani opozycyą wzglę¬ 
dem rządu, ani nareszcie zajmować nieprzyjaznego względem 
niemieckiej narodowości stanowiska. Przeciwnie ma ono wzglę¬ 
dem niemieckiej narodowości być pośrednikiem dobrego poro¬ 
zumienia i torować drogę do łączenia się obu narodowości 
w celach cywilizacyjnych; wobec rządu zaś ma wyrobić prze¬ 
konanie, że ludność polska nie jest nieprzyjazną rządowi, ale 
pragnie uzyskać swobodę dla swej narodowości i znośny modus 
vivendi w ustroju państwowym bez wyrzeczenia się swojej na¬ 
rodowości i bez ubliżenia godności własnej. Vi tym kierunku 
będzie zadaniem towarzystwa wpływać za pomocą prasy na 
opinię publiczną i prostować nieprzyjazne uprzedzenia wzglę¬ 
dem narodowości polskiej i rogate [wyobrażenia o tendencyach
		

/Magazyn_183_08_0045.djvu

			39 kie rozmiary, że nie starczyło obrazu dla ram, 
a w ramach okazała się niebawem pustka. Prasa spełniła tu swój obowiązek, tak to¬ 
ruńska, jak poznańska, przestrzegała założyciela, 
że Towarzystwo buja w obłokach, zamiast się 
trzymać ziemi, że myśli raczej instynktowo, nie 
samowiednie, że ginie w ogólnikach, a skutek 
wieloletniego działania różnych i różnorodnych 
czynników zamienić pragnie na przyczynę, dzia¬ 
łającą w formie Towarzystwa. Gniewał się za¬ 
cny inicyator i przestrogi te brał za dowód nie¬ 
chęci, a ilekroć go przypierano do muru, żeby 
wybrnął z Towarzystwem swem z ogólnikowości, 
stawiał programy nad programy „tymczasowe“2) 
coraz rozleglejsze a niemogące wybrnąć z ogól- naszych, pojawiające się w prasie niemieckiej a i zarazem starać 
się u rządu i reprezentacyi kraju o uszanowanie resp. równo¬ 
uprawnienie narodowości polskiej. Wszystko razem wziąwszy, 
ma to Towarzystwo na celu, aby społeczeństwo polskie pod 
panowaniem pruskiem rosło w godność na wewnątrz a w uzna¬ 
nie tej godności na zewnątrz. Wiemy, że każde uznanie wy¬ 
robić i zasłużyć sobie trzeba; otóż celem tego Towarzystwa 
będzie zasłużyć sobie na to, aby rząd uznał potrzebę racho¬ 
wania się z naszą narodowością. Jest to wysoki i szlachetny 
cel, którego nikt ani lekceważyć, ani podejrzywać niema prawa. 
Bodajbyśmy tylko posiadali i tyle łączności społecznej i tyle 
rozumu politycznego, abyśmy takiemu celowi zrównali.“ 2) Otóż jego tymczasowy program prac na wewnątrz: A. Względem warstw oświeconych i zamożnych. 
Towarzystwo wzywa każdego uczciwego polaka warstw 
oświeconych i zamożnych, a posiadającego prawo obywatel-
		

/Magazyn_183_08_0046.djvu

			40 nika. Szczególnie go dotknęło krytyczne stano¬ 
wisko, jakie wobec Towarzystwa zajęła „Gazeta 
Toruńska“, której był współzałożycielem i po 
której wymagał uległości dla idei i pomysłów 
swych praktycznych, których sam nie formuło¬ 
wał ściśle, a których sformułowania i zorganizo¬ 
wania zinąd nie znosił. stwa pruskiego, do przystąpienia i do brania udziału w pra¬ 
cach społecznych. Organa wszystkich czynności publicznych wychodzić będą 
z łona Towarzystwa i z ramienia jego zarządu; wszystkie zaś 
•wsparcia i składki publiczne, staną pod dozorem zarządu. Towarzystwo wspierać będzie licznym abonamentem po¬ 
żyteczne pisma i wydawnictwa polskie, a zarząd popierać je 
będzie w miarę potrzeby i możności. Towarzystwo wpływać będzie na wzrost i pomyślność 
Towarzystw pożytecznych, a mianowicie Towarzystw mających 
oświatę, postęp i obyczajność na celu. Towarzystwa Naukowej 
Pomocy stać tu będą w pierwszym rzędzde. Towarzystwo poczuwa się do moralnej solidarności z wszyst- 
kiemi pracami i Towarzystwami polskiemi po za granicą pań¬ 
stwa pruskiego, mającemi oświatę i obyczajność na celu. Towarzystwo wpływać będzie, aby młodzież polska z ro¬ 
dzin możniejszych była oddawana do szkół, pilnie się uczyła (!), 
kończyła szkoły i oddawała się także praktycznym zawodom 
handlu i przemysłu; młodzież zaś mająca się oddać gospodar¬ 
stwu wiejskiemu — aby odbierała, po ukończeniu szkół, do¬ 
kładne wykształcenie gospodarskie, tak teoretyczne, jak prak¬ 
tyczne, ażeby nie tylko potrafiła zarządzać własnemi mająt¬ 
kami, ale i korzystny wpływ wywierała na Towarzystwa rolnicze 
i całe gospodarstwo. Towarzystwo stanie na straży obyczajności społecznej 
i wpływać będzie, aby nie dopuszczać zbytku, gier hazardo-
		

/Magazyn_183_08_0047.djvu

			41 Najjaśniej wypowiedział Ignacy Łyskowski 
to, co ze względu na Towarzystwo rzeczywiście 
na gruncie duszy jego tkwiało, w koresponden- 
cyi do „Dziennika Pozn.“ temi słowy: „Rok 1863 zadał nam ciężką klęskę. Mło¬ 
dzież nasza z głową i sercem, owoc pracy naro¬ 
dowej długoletniej, padła ofiarą w dużej części. wych, zabaw nieprzyzwoitych i wyjeżdżania za granicę dla za¬ 
bawy. Natomiast pielęgnować będzie starodawną gościnność 
polską w połączeniu z starodawną oszczędnością i pochop da¬ 
wać do skromnych zabaw, teatrów amatorskich itd. na wła¬ 
snej ziemi. Towarzystwo stanie na straży uczciwości, sądzić będzie 
wszelkie zgorszenie i obrazy sumienia publicznego, a niezgody 
i rozdwojenia rozstrzygać będzie przez sądy polubowe. B. Względem klasy rzemieślniczej. Towarzystwo wspierać będzie Towarzystwa rzemieślnicze, 
mające na celu oświatę, obyczajność i oszczędność, mianowi¬ 
cie Towarzystwa czeladzi rzemieślniczej, łączące wykształcenie 
z przyzwoitą zabawą. C. Względem ludu. Towarzystwo rozciągnie swój wpływ na wychowanie i wy¬ 
kształcenie ludu roboczego i gospodarzy włościańskich. W tym 
celu zachęcać będzie panie wiejskie do zakładania ochronek 
po wsiach, gdzieby dzieci pod dozorem uczciwej ochroniarki 
znalazły opiekę i odpowiednią naukę w czasie, kiedy ich matki 
do roboty idą, a starsze dziewczęta naukę w ręcznych robotach, 
w religii i w cnotach domowych kobiet wiejskich. Właści¬ 
cieli zas wiejskich i wszystkich ludzi możniejszych i wyższej 
inteligencyi Towarzystwo zachęcać będzie, aby czuwali nad 
elementarnemi szkołami (II r. 1869), iżby dzieci pobierały 
naukę w języku ojczystym i miały potrzebne książki i matę-
		

/Magazyn_183_08_0048.djvu

			42 Rosya tracąc nadzieję pogodzenia dziejów swoich 
z naszemi, postanowiła zniszczenie plemienia 
polskiego. Niemcy zdjęci pychą, że tylko nie¬ 
miecka cywilizacya daje zbawienie, przeznaczyli 
nam wymarcie i zostawiają ledwie dożywocie. 
Zamożniejsza część społeczeństwa naszego, spło¬ 
szona ostatniemi wypadkami, ściągniętemi na 
naród polski zuchwałą swawolą młodych polity- 
ków i bohaterów, zamknęła się w dużej części 
w sobie — jednem słowem bezradność społe¬ 
czeństwa, zawieszenie w życiu polityczne m 
a w perspektywie zagłada. Tak giną tylko 
nędznicy. Towarzystwo ku wspieraniu moral¬ 
nych interesów ludności polskiej pod panowa¬ 
niem pruskiem ma na celu oprzeć się zagładzie 
a w miłości i w prawdzie oddając każdemu co ryaly do pisania; dla starszych zaś zakładali po wsiach czy¬ 
telnie a po parafiach biblioteczki i Towarzystwa gospodarz 
włościańskich; nareszcie wspierali duchowieństwo w zaprowa¬ 
dzaniu i popieraniu Towarzystw wstrzemięźliwości i wszel- 
kiemi możliwemi sposobami podnosili oświatę, obyczajność 
i dobrobyt ludu roboczego i gospodarzy włościańskich. Powyższy program — powiada Ign.. Łyskowski jasno 
dowodzi, że Towarzystwo chce czynu i bierze kierownictwo 
czynu w swoje ręce... Idea inieyatywy miała posłannictwo ■ połączenia wszyst¬ 
kich politycznych odcieni i partykularnych przekonań w jeden 
obóz narodowy wspólnych i prawnych dążności. Skutkiem 
należytego rozwoju tej idei i jej powszechnego uznania, jużby 
nie było mowy o przystąpieniu lub nieprzystąpieniu do lowa- 
nystica, lecz Towarzystwo identyfikowałoby się z warstwą 
inteligentną i zamożną społeczeństwa.
		

/Magazyn_183_08_0049.djvu

			43 mu się należy i żądając od każdego co dać po¬ 
winien, prowadzić wszystkich do pracy koło spo¬ 
tęgowania naszych sił moralnych i około odro¬ 
dzenia naszego...“ Licząc na jego „racyonalizm“, objawiony 
w wyżej przytoczonej charakterystyce „chorobli¬ 
wego idealizmu“, a pragnąc go spowodować do 
jasnego i stanowczego wystąpienia z otwartą 
przyłbicą, tak „Gazeta“ między innemi spróbo¬ 
wała streścić i określić zasadnicze stanowisko 
i rolę polityczno-społeczną, towarzystwu Łyskow- 
skiego z natury rzeczy przypadającą, jeżeli rze¬ 
czy miały pójść na seryo: „Towarzystwo moralne“, jak mówią dla skró¬ 
cenia tytułu, powstało z wielkiej idei. Idea jego 
może nie zupełnie wypowiedziana, ale istotna 
i rzeczywista, jest: odmienienie duchowego stanu 
ludności naszej przez organiczną pracę. „Od czasu upadku Rzeczypospolitej Polskiej, 
gdy rząd polski istnieć przestał, a naród istnie¬ 
nie swe „narodowe“ musiał przejąć sam zupeł¬ 
nie na siebie, stan jego moralny, tak polityczny 
jak społeczny, objawiał i objawia dotąd dwie 
strony, dwa prądy, dwie twarze, jak komu naj- 
zrozumialej, otóż: „Kwietyzm i rewolucyonizm, dwie ostateczne 
barwy, dwie skrajnych kolorów szaty, w których 
na przemian chodzimy od dawna. Raz jest bardzo 
wielu kwi ety stów, czyli ludzi godzących się na 
wszystko, co się z nami stało i co z nami wy-
		

/Magazyn_183_08_0050.djvu

			44 twarzają po dziś dzień, a wtedy rewolucyoniści 
maleją, nikną; to znów szerzy się buta i krew¬ 
kość, przygotowując i wiodąc naród do nierów¬ 
nej walki orężnej, a wtedy i najobojętniejsi po¬ 
rywać się dają czasowemu prądowi, póki zapał 
nie ostygnie. Tak idzie na przemian co lat — 
piętnaście (nb. pisano to w roku 1869), jak wy¬ 
kazano. Co piętnaście lat mamy powstanie, 
a w przedziałach jedni śpią narodowo, drudzy 
trąbią na bojową pobudkę, często nie wiedząc 
sami, że tak czynią. „Kwietyzmem należy gardzić, nad rewolu- 
cyonistami naszymi trzeba ubolewać, a czy jeden 
czy drugi prąd przeważa, zawsze my jako naród 
na tem grubo tracimy. Rewolucyonizm nas mar¬ 
nuje, kwietyzm nas gubi. Więc czyż niema innego sposobu i rady? 
giniemyż i zginiemy?!! „Nie, nie zginiemy, albowiem ustaje i ustać 
musi panowanie zasad, które nas z jednej strony 
marnowały a z drugiej strony gubiły; miejsce 
ich zastąpić muszą i zastąpią zasady, przez które 
żywioły narodowe owszem się rozwiną i ukrze- 
pią bez strat a z zyskiem. „Przekonanie to od bardzo niedawna do¬ 
piero wyrabia się w narodzie i objawia się też 
na zewnątrz. Pierwszym objawem jego szcze¬ 
rym było w Królestwie Polskiem t. zw. Towa¬ 
rzystwo rolnicze, które jednakże jako pierwocina 
nowej idei, uledz musiało wpływom zakorzenio-
		

/Magazyn_183_08_0051.djvu

			45 nej idei rewolucyjnej, a następnie górującej 
kwietystycznej. „Idea, która potępia i wojnę wypowiada tak 
samo kwietyzmowi czyli obojętności narodowej 
jak rewolucyonizmowi, objawiła się teraz pono¬ 
wnie i przybrała kształt „Towarzystwa moral¬ 
nego“. „Jego to ideą przewodnią, chociaż może 
dotąd jasno niewypowiedzianą, jest: pobudzać 
i wciągać jednych do pracy narodowej, a z dru¬ 
giej strony strzedz, żeby ciężka praca wielu lat 
nie zdążała na „zmarnowanie“, nie zginęła znów 
kiedyś przez szczere zawsze, ale niefortunne bo 
nierozsądne postępowanie rewolucyonistów. „Wyrok u nas, w rozumie zapadł na kwie- 
tyzm i rewolucyonizm, ale one są tak głęboko 
w naród nasz nie tyle rozumny co uczuciowy, 
wkorzenione, że choćbyśmy n. p. dziś się najso- 
lenniej odprzysięgli od tych zasad najzgubniej- 
szych, jeśli nie postaramy się o odmianę istoty 
naszego stanu moralnego, zawsze losy nasze wa¬ 
żyć się będą między — „zmarnowaniem a zgubą“. 
Całe życie nasze publiczne i prywatne, społeczne, 
towarzyskie, jest pstrą mięszaniną zgubnej oboję¬ 
tności i marnującej porywczości. Całe życie nasze 
ma jakąś cechę tymczasowości: kwietyści czy¬ 
hają na stosowną chwilę, żeby zrzucić niewy¬ 
godne i dla nich szkodliwe w świecie ostatnie 
pozory polskości, rewolucyoniści czekają odro¬ 
dzenia — przez nowe zgubne ryzyko.
		

/Magazyn_183_08_0052.djvu

			46 „Całe wychowanie nasze rozdziera już 
młode dusze od mała na te dwie strony: jedni 
chowają dzieci kosmo-politycznie, bo to daje 
wstęp do świata łatwiejszy i życie spokojne; inni 
nie dbają o to, żeby się nauczyły pracować i za¬ 
rabiać dla siebie i narodu, — bo jak Polska 
będzie... Wychowanie nasze po największej części 
jednakże jest rewolucyjne, bo o ile jest narodowe, 
kształciło się dotąd tylko na ideałach i wzorach 
rewolucyjnych. „Oświata nareszcie, jaką szerzono między 
ludem, była także przeważnie rewolucyjną. Gło¬ 
wacki, Kiliński i t. d., otóż jedyne ideały ludowe, 
a wielu myśli, że już służy rzeczywiście i wy¬ 
czerpująco sile i ukrzepieniu i oświacie narodu, 
jeśli uczy i szerzy śpiewek o kosynierach, uła¬ 
nach i t. p. „Otóż nasz stan moralny: wiodący nas na 
przemian do zobojętnienia lub gorączkowych wy¬ 
bryków; odmienić go — jest ideą i zadaniem 
Towarzystwa, a sposobem ku temu to organi¬ 
czna praca, której celem jest stworzyć i wyro¬ 
bić nieustającą nigdy i niespożytą świadomość: 
że: chociaż nie ma państwa i rządu polskiego, 
jest naród polski, którego życie powinno się za¬ 
chować, rozwijać i mieć cechy narodowe; że na¬ 
ród ten mimo podległości, ma prawo do życia 
„narodowego“, a prawa tego bronić może i po¬ 
winien nie orężem, lecz przez bogactwo i oświatę,
		

/Magazyn_183_08_0053.djvu

			47 a więc środkami, których używania nikt nigdy 
i nikomu zabronić nie może. ,,Innemi słowy idea Towarzystwa chce upo¬ 
wszechnić przez wszystkie warstwy społeczeń¬ 
stwa, niezawisły od realnych stosunków polity¬ 
cznych, jakie uznawać musimy: patryotyzm 
polski nieustający, któryby się nie krył przed 
istotnym lub wymarzonym terroryzmem w jamy 
zobojętnienia, to znów wyzywająco nie wyjeżdżał 
na harc niefortunny, lecz zawsze z jednaką, nie¬ 
spożytą energią, nie narażającą nigdy na straty, 
wiedział i potrafił utrzymywać i krzepić życie 
narodowe, z którem naród musi być potężnym 
bez własnego rządu, ale bez którego żaden rząd 
ostać się nie może. „Tak pojmuję „Towarzystwo moralne“, 
czczę i z chlubą głoszę ideę, jaką w nim upa¬ 
truję, a życzyłbym, żeby wzniosłości idei odpo¬ 
wiadała liczba członków i sposoby, których ono 
używa i użyje w praktyce. „Kto się przyjrzy życiu naszemu publicznemu 
w Prusach Zachodnich, przyznać musi, że idea 
Towarzystwa, z życia tego powzięta i upostacio¬ 
wana w „Towarzystwie moralnem“, robi znaczne 
postępy; a jeśli w Księstwie, jak mówią, idea 
ta nie może znaleść gruntu, zasmuca to, ale nie 
ustrasza. Zadanie jest wielkie, idea zwolna so¬ 
bie tylko może torować drogę i wkorzeniać się 
w nieuprawny grunt. Na piaskach kwietyzmu 
i na sapach rewolucyjnej gleby, trzeba długo
		

/Magazyn_183_08_0054.djvu

			48 pracować, zanim się przyjąć może zasiew orga¬ 
nicznej pracy i racjonalna kultura narodowości; 
ale ustawać nie należy w szczepianiu jej. Dziś 
niech sprawę Towarzystwa opuści pięćdziesięciu, 
za rok zdobędzie ono stu innych pracowników; 
a choćby dziesięciu byle szczerych miało czyn¬ 
nych wyznawców zasad swych, więcej to dla 
Towarzystwa i sprawy będzie zysku, — jak że 
w Towarzystwie być mają ludzie, którzy zadania 
jego i zasad nie pojmują, wyznawać nie chcą, 
jak że członkami jego mają być ludzie, prze¬ 
ciwko których usposobieniu i zapatrywaniu To¬ 
warzystwo to właśnie walczy, czy to są kwie- 
tyści, czy, jak dziś, nieświadomi rewolucyoniści, 
bo świadomych — niema.“ Ale i ten ballon d’essai, puszczony na sta¬ 
łość i pewność zasad naszego męża stanu, nie 
pogodził go z Gazetą. Trudno to a może i zawcześnie dziś chwy¬ 
tać i rozmotywać kłębek asocyacyi idei, która 
Łyskowskiego z drogi spokojnego racyonalizmu, 
jakim kroczył przez wiele lat, zawiodła na ro¬ 
mantyczną poniekąd ścieżkę „moralnych intere¬ 
sów“. Uwaga ta naturalnie nie ma bynajmniej 
negować uprawnienia „interesów moralnych“, 
tylko wykazać ich niewłaściwe pogmatwanie 
z ekonomicznemi — w przewodzącej jednostce. 
Być może, że Łyskowski ulegał po części parciu 
i wpływom ze strony „idealistów“, zarzucają¬ 
cych całemu ruchowi Prus polskich zmateryali-
		

/Magazyn_183_08_0055.djvu

			49 zowanie i bałwochwalstwo interesów ekonomi¬ 
cznych, ale prawdopodobniejsza, że i on sam ze 
siebie snując duchową przędzę, jak wielu pol¬ 
skich myślicieli, zapragnął „wszechstronności“, 
żeby nie uchodzić za człowieka Jednostronnego“. 
Ta doktryna o potrzebie wszechstronności w ka¬ 
żdej jednostce, jak była tak jest szkopułem, 
o który się rozbijało i rozbija u nas wytworzenie 
ludzi i sfer rzeczywiście odmiennych zasad i kie¬ 
runków, równolegle idących a zbawiennie na 
siebie nawzajem oddziałujących, a miasto tego 
w jednostkach i konglomeratach jednostek two¬ 
rzy się i utrzymuje chaos pojęć sprzecznych, 
neutralizujących się nawzajem. W tej prawdzie, 
jak nam się zdaje, szukać należy zasadniczego 
powodu niepowodzeń wszelkich społeczeństwa 
polskiego w zaborze pruskim, o ten szkopuł roz¬ 
bił się także pomysł Łyskowskiego wskrzeszenia 
Ligi w postaci „cywilizacyjnej“. Szczególny to i dla polskiego ducha cha¬ 
rakterystyczny jest objaw wytężenia sił i zdol¬ 
ności przeobrażania się, że to samo zgromadze¬ 
nie, z tymi samymi przewodnikami narodu, które 
przez kilka dni obradowało nad naj ważniejszemi 
sprawami ekonomicznemi, materyalnemi, prze¬ 
mienia się naraz w areopag „moralnych inte¬ 
resów“. Zamiar był bardzo chwalebny, ale sku¬ 
tek ten, że ani ekonomia nie utrwaliła podstaw 
bytu na stałe, ani „moralność“ nie podniosła 
ducha stanowczo.
		

/Magazyn_183_08_0056.djvu

			50 W polemice, jaką Ignacy Łyskowski nie bes 
goryczy, o swoje Towarzystwo prowadził, spoty¬ 
kamy też ten dziwny objaw chaotyczności na¬ 
szych stósunków duchowych, „moralnych“, że 
racyonalista Ignacy Łyskowski, pogromca „cho¬ 
robliwego idealizmu“, stawia idealno-ogólnikowe 
programy „moralnych interesów“, a Władysław 
Kosiński, człowiek wielkiej prawości, bardzo 
rozległej wiedzy i myśliciel ścisły, ale w prak¬ 
tyce życia politycznego i społecznego, romantyk 
najczystszej wody, daje mu lekcye racyonalnege 
zapatrywania na organizacyą i zadanie Towa¬ 
rzystwa, wywodząc, że tylko w specyalnych kie¬ 
runkach może ono osiągnąć rezultaty. I miał 
racyą Kosiński, wielkie programy Łyskowskiego, 
aspiracye jednolitego kierownictwa, nie wy¬ 
brnąwszy z tymczasowości, rozchwiały się; sze¬ 
roki zakrój, jaki Towarzystwu nadać zamierzał, 
okazał się niepraktycznym i zawodnym, zwłasz¬ 
cza W. Ks. Poznańskie zupełnie się od Towa¬ 
rzystwa uchyliło, a jednak Towarzystwo to 
w Prusach Zachodnich wydało błogie owoce na 
specyalnem polu oświaty ludu i czytelnictwa*. 
Zatem i ta praca Łyskowskiego nie poszła na 
masne. Dużo zrobić pragnął, mniej się ziściło,, 
lecz i za to jemu cześć. Uważaliśmy za potrzebne, szerzej się roz¬ 
wieść nad sprawą Towarzystwa i podać obszer¬ 
niejsze wyciągi ze spółczesnych dokumentów, bo- 
one są bądź co bądź skarbnicą myśli niepospo-
		

/Magazyn_183_08_0057.djvu

			51 litych a chęci zacnych i szlachetnych męża, któ¬ 
ryby w społeczeństwie o jaśniejszych pojęciach 
i zasadach byłby też mógł i sam w sobie dojść 
do większej jasności i zgodności między zamia¬ 
rami a siłami, między ideą a rzeczywistość“ 
realną. Pod względem politycznym, polityczno-spo¬ 
łecznym, a parlamentarnym, była działalność 
Ignacego Łyskowskiego także dość rozległą, ale 
nigdy nie była przewodnią, a to po prostu dla 
tego, że zasadnicze zapatrywania jego polityczne 
nie były, jak dopiero co widzieliśmy, popular¬ 
nemu Patrzał on i widział jaśniej, niż przecię¬ 
tna i tradycyjna opinia, wkorzeniona w krew 
i kości społeczeństwa. Zatem nie mógł być co 
się zowie popularnym a nie znajdował też w tem 
zadowolenia, żeby się o popularność dobijać. 
Jemu wystarczało być powagą, a powagą był 
w pełnej mierze tak u siebie w powiecie, jak 
w całej ziemi, jak w całym kraju. Przy tem 
choć jasno patrzący, ale jako nieodrodny polak 
ulegał złudzeniom politycznym, które instynkt 
narodu odpędzał i które on sam ostatecznie 
porzucił. Dwie rozróżniać należy epoki politycznej 
działalności Ignacego Łyskowskiego. Pierwsza 
była na parlamentarnej arenie, jeśli tak powie¬ 
dzieć można, rmólucyi niemieckioj, druga pó¬ 
źniejsza w sejmie pruskim. Jak występował *a 4*
		

/Magazyn_183_08_0058.djvu

			52 pierwszej, sam nam już opowiedział krótkiemi 
słowy w życiorysie swym. Napojony niemiecką 
nauką i filozofią, związany stósunkami osobi- 
stemi, ulegając zresztą prądowi czasu, wierzył 
w ówczesny polityczny ruch niemiecki i w ukształ¬ 
towanie świata przez ruch ten. Wiarę tę musiał 
naturalnie rychło porzucić, zatrzymał tylko 
jeszcze nadzieję, że w marnych epigonach dzie¬ 
cinnego ruchu tego tkwi żywioł, od którego się 
czegośkolwiek spodziewać można, choćby plato- 
nieznej sprawiedliwości. I z tą nadzieją rozstać 
mu się przyszło, bez żalu a raczej z pogardą dla 
niemieckiego liberalizmu. Dosadnio się to uwy¬ 
datnia w słowach, które w r. 1871 rzucił libera¬ 
lizmowi niemieckiemu z trybuny sejmu pru¬ 
skiego : „Naszych starszych deputowanych, którzy 
chodzili do waszych ciał prawodawczych a pra¬ 
wie już ćwierć wieku patrzeli na Niemcy jako 
na dźwignię politycznego zbawienia, na pruską 
konstytucyą jako na twierdzę obywatelskiej wol¬ 
ności, na tych dziś patrzą jeśli nie jako na 
zdrajców, to przynajmniej jako na fałszywych 
proroków i palcami ich wytykają.“ Lecz to już było w drugiej połowie jego 
działalności politycznej. Czy może w papierach 
zmarłego znajdą się jeszcze jakowe zapiski, od¬ 
noszące się do jego dwukrotnej bytności w Frank¬ 
furcie nad Menem, to przyszłość okaże. Mowa 
jego wypowiedziana wtedy w przedwstępnym 
partanaeasid przesiwko weieleniu bezwzględnemu
		

/Magazyn_183_08_0059.djvu

			53 Prus Zachodnich do Niemiec, zrobiła wrażenie 
na słuchaczach i na całym kraju; był to pierw¬ 
szy protest parlamentarny z zaboru pruskiego, 
inaugurujący drugą, wspaniałą, tragiczną walkę, 
niezakończoną i nieskończoną. Jak nam wiadomo, jeździł Łyskowski dwa 
razy do Frankfurtu; obadwa razy nie jako czło¬ 
nek niemieckich parlamentów, lecz jako wysłaniec 
komitetu narodowego Prus Zachodnich. Jedność 
niemiecka w rewolucyjnym bigosie niemieckim 
się gotująca, miała pochłonąć polskie prowincye 
Prus. Komitety polskie zatem posłały swych 
reprezentantów do Frankfurtu, żeby Niemcom 
przypomnieć, kędy prowadzi granica między ży¬ 
wiołami teutońskim i sławiańskim. Wiadoma 
rzecz, jaką rolę marną rewolucya i demokracya 
niemiecka odegrała w frankfurckiej komedyi. 
Jeszcze na t. zw. parlamencie przedwstępnym, 
zostającym pod wrażeniem świeżem wypadków 
w Paryżu, Wiedniu i Berlinie, dość płatonieznie 
brano sprawy nie niemieckich narodowości 
w Niemczech, ale tylko co do W. Ks. Poznań¬ 
skiego. Przyznano łaskawie, że niektóre po¬ 
wiaty tego kraju mają prawo nie należeć do 
Pangermanii, ale Prusy Wschodnie i Zachodnie 
przyłączono bezwzględnie do Niemiec; wszystkie 
powiaty prowincyi tych miały wybierać porówno 
z niemcami posłów do ustawodawczego parla¬ 
mentu niemieckiego. Łyskowski z zapałem i po¬ 
wagą przemawiał w tej sprawie, wykazując mo-
		

/Magazyn_183_08_0060.djvu

			54 żebność przyjaźni i wspólnej akcyi polity car ej 
polaków z niemcami, byle uszanowano rzeczy¬ 
wiste granice narodowościowe. Przyjęto to 
z okrzykami radości, ale powiatów Prus nie wy¬ 
łączono z rzeszy. W wychodzącej w r. 1848 
w Poznaniu pod redakcyą Hipolita Cegielskiego 
„Gazecie Polskiej“ (num. 64) znajdujemy pod¬ 
pisany przez Ignacego Łyskowskiego raport, spi¬ 
sany i wydrukowany w języku niemieckim, 
który całą rzecz tak przedstawia: „Polacy Prus Zachodnich do przygotowaw¬ 
czego parlamentu niemieckiego wysłali adres, 
w którym wypowiedziano zasadę, że nie poli¬ 
tyka, lecz narodowość powinna oznaczać granice 
narodów. Zastósowując zasadę tę, przestrzegał 
adres parlament przygotowawczy przed bezwa- 
runkowem i bezwyjątkowem wcieleniem Prus 
Zachodnich do rzeszy. Przygotowawczy parla¬ 
ment przyjął oświadczenie to pełnem „bravo“ 
a kwestyą rozgraniczenia między polakami i niem¬ 
cami pozostawiono w zawieszeniu. (Referaty sej¬ 
mowe co do Prus orzekają przeciwnie.) „Zatem polacy Prus Zachodnich, gdzie lu¬ 
dność polska ma widoczną przewagę nad nie¬ 
miecką, nie przystąpili do wyboru deputowanego 
na niemieckie zgromadzenie narodowe, uważając, 
że referaty, jakoby wydział pięćdziesięciu pro- 
wincyę tę bezwzględnie już był do rzeszy wcielił, 
zawierają zmyślone fakta. Nie podobna przy¬ 
puszczać, żeby wydział pięćdziesięciu działać
		

/Magazyn_183_08_0061.djvu

			miał wbrew postanowieniom zgromadzenia przy¬ 
gotowawczego, a zarazem sprawę tak ważną 
rozstrzygać chciał, nie odczekawszy, jaką wolę 
w tej mierze objawi niemieckie zgromadzenie 
narodowe. Zresztą na korzyść ludności niemie- 
mieckiej W. Ks. Poznańskiego zastósowano za¬ 
sadę większości, zatem takową zastósować należy 
i na korzyść ludności polskiej w Prusach Za¬ 
chodnich.“ „Polegając na takiem zapatrywaniu, wy¬ 
borcy powiatów brodnickiego i lubawskiego, po¬ 
dali do komisarza wyborczego, p. radzcy ziemiań¬ 
skiego v. Hindenburga następujące oświadczenie, 
ze względu na wybór deputowanego do niemie¬ 
ckiego zgromadzenia narodowego: „„Niżej podpisani wyborcy powiatów bro¬ 
dnickiego i lubawskiego składają na ręce urzędu 
ziemiańskiego następujące oświadczenie: Zważywszy, że w W. Ks. Poznańskiem dużo 
powiatów ze względu na przeważającą większość 
ludności niemieckiej wyłączono z reorganizacyi 
a wcielono takowe do Rzeszy, dopominamy się 
o takież same zastósowanie zasady do powiatów 
brodnickiego i lubawskiego, a zarazem oświad¬ 
czamy, że podobnie, jak niektóre inne powiaty 
Prus Zachodnich takoż i nasze z przeważającą 
ludnością polską, nie powinny być wcielonemi 
do związku niemieckiego. Na tej zasadzie i w zgodzie z naszymi pra- 
wyborcami, nie możemy przystąpić do wyboru
		

/Magazyn_183_08_0062.djvu

			66 — deputowanego na wysoki sejm narodowy frank¬ 
furcki, a w miejscu wyborów tylko po to się 
zgromadziliśmy, żeby powyższe oświadczenie do¬ 
ręczyć król. radzcy ziemiańskiemu, jako urzę¬ 
dowi wyborczemu. Zarazem prosimy, żeby ta¬ 
kowe wysokiemu ministerstwu stanu doręczyć 
raczył. — Nowemiasto, d. 10 maja 1848 r.““ — 
(78 podpisów.) „Komisarz wyborczy, pan landrat v. Hinden- 
burg oświadczył na to, że nie uważa się za upo¬ 
ważnionego do przyjęcia tego oświadczenia. 
Zatem polecono jeneralnemu dyrektorowi ziem- 
stwa kredytowego, p. Czapskiemu z Bobrowa, 
żeby oświadczenie to przesiał do ministeryum, 
celem dołączenia takowego do akt wyborczych 
i doręczenia niemieckiemu zgromadzeniu narodo¬ 
wemu. Podpisani pod oświadczeniem wyborcy 
reprezentowali 40 tysięcy ludności polskiej; mimo 
to drobna reszta wyborców wybrała deputowa¬ 
nego. W powiecie chełmińskim ludność polska 
także nie wzięła udziału w wyborze deputowa¬ 
nego do niemieckiego parlamentu. Trzebcz, 15 maja. Z polecenia Ignacy Łyskowski.a Nie mylimy się zapewne, przypuszczając, że 
oświadczenie to napisane było właśnie przez 
samegoż sygnataryusza i dla tego je przyto¬ 
czyliśmy w całości, zarazem jako dokument
		

/Magazyn_183_08_0063.djvu

			1 — 67 — historyczny ludności polskiej w Prusach Zacho¬ 
dnich. Z treści dokumentu wynika, że tem więcej 
komitet narodowy miał powodu wyprawić wy¬ 
słańca swego do Frankfurtu, żeby dopilnował 
rugów wyborczych i starał się wpłynąć na odnośne 
postanowienia parlamentu. Pojechał tedy z Prus znów Ignacy Łyskowski, 
a wraz z wiadomymi nam już reprezentantami 
Księstwa i Galicyi podał do zgromadzenia naro¬ 
dowego niemieckiego pod dniem 23 maja 1848 
roku znaną odezwę, zawierającą wszystkie 
ówczesne dezyderata. Łyskowski przywiózł z sobą 
i podał nader licznemi podpisami opatrzone pe- 
tycye polskich okręgów z Prus, broniące ludność 
od wcielenia do Rzeszy. Nie chcemy się tu wdawać w szeroki rozbiór 
ówczesnej sytuacyi politycznej i w opisy prze¬ 
biegu marnego żywota niemieckiego sejmu Rze¬ 
szy, w którym sprawa polska już nie tyle głośną 
odgrywała rolę, co w parlamencie przedwstępnym. 
Wiemy już od Łyskowskiego samego, że wrócił 
do domu z niczem, wrócił z niesmakiem i zawo¬ 
dem. Niemiecki rewolucyonizm, niemiecka de- 
mokracya, liberalizm, wszystko to było dzieciń¬ 
stwem, igraszką, a szczerość niemiecka była 
bańką mydlaną. Ignacy Łyskowski z natury i usposobienia 
a zarazem z krytycznego zapatrywania się na 
wszelki bieg rzeczy, nie był skłonnym do poli-
		

/Magazyn_183_08_0064.djvu

			9 — 58 — tyki romantycznej. Sam nam to już powiedział, 
że romantyka polityczna r. 1846 nie porwała go 
w wir wypadków. Ruch niemiecki uniósł go 
jednak, ponieważ ruch ten przybierał formy ja¬ 
kiegoś prawidłowego rozwoju, a z krwawego 
bruku przenosił się na arenę prawodawczą. Ale 
kiedy i tu doznał zawodu dla swych ideałów, 
a wypadki w kraju smutnie zakończone, powa¬ 
żnie sądzącemu umysłowi nastręczały aż nadto 
powodu do wniknięcia w rzeczywistość, Łyskow- 
ski może był wówczas jednym z niewielu, który 
z niej wyprowadził dla zapatrywań swych kon- 
sekwencye stanowcze. Na zgliszczach roku 1848 powstała u nas 
Liga polska. Miała ona zreorganizować życie 
nasze społeczne, a staraniom o takowe dać 
pierwszeństwo przed aspiracyami politycznemi. 
Niestety i do tej pracy wzięto się raczej z za¬ 
pałem niż z rozwagą, obmierzającą zamiary 
wedle sił. Zapał wnet zgasł, a zamiast rzeczy 
powstała szumna forma papierowej organizacyi. 
Już to leży w naszej naturze, że nie chwytamy 
rzeczy z praktycznego końca. Tak było i z Ligą. 
Społecznego odrodzenia, wymagającego cichej, 
drobiazgowej pracy, zaczęto szukać w ostenta¬ 
cyjnych zjazdach i niebotycznych programach, 
które naturalnie obudziły czujność podejrzliwych 
władz. A jednak wraz z Łyskowskim musimy 
zrobić władzom tym ciężki zarzut, że podejrzli¬ 
wość tę posunęły aż do prześladowania i osta-
		

/Magazyn_183_08_0065.djvu

			59 tecznie zwinięcia Ligi. Gdyby jej byli zostawili 
spokój i wczas, byłaby się niewątpliwie otrzą¬ 
snęła z wszelkich niewłaściwości, niezgodnych 
z jej duchem i byłaby społeczeństwo ochroniła 
od szukania po manowcach tego, co osięgnąć 
należało w danej mierze na drodze naturalnego 
rozwoju. Wiemy już, że Łyskowski stał się gorliwym 
stronnikiem i propagatorem Ligi w Prusach Za¬ 
chodnich, a kierunkiem, jaki mu ona nadała, 
szedł odtąd bez przerwy i zboczenia do końca 
życia. Jeżeli Marcinkowski był „Ligą przed 
istnieniem Ligi“ („Gaz. Pol.“ r. 1848 nr. 189), 
to Ignacy Łyskowski, rzec można, był zawsze 
Ligą po jej rozwiązaniu i kiedy dawno o niej 
zapomniano. W całym ruchu ligowym wielokrotnie się z nim 
spotykamy. Stowarzyszenie to zawiązano dnia 
25 czerwca 1848. Już 26 czerwca 1848 roku 
zgromadziło się 26 obywateli w Brodnicy celem 
zawiązania Ligi powiatu brodnickiego. Posie¬ 
dzenie zagaił Ignacy Łyskowski, odebrawszy pole¬ 
cenie od dyrekcyi centralnej; określił w krótkiej 
przemowie dawny i obecny stan rzeczy, zachę¬ 
cał do wspólnego działania na drodze prawnej, 
ku podźwignięciu moralności, przemysłu i oświaty 
swojskiej. Do dyrekcyi powiatowej wstąpili 
z nim Wybicki i Buiiński. Dnia 25 października 
tegoż roku dyrekcya ta wydała list otwarty Ligi 
powiatowej do „Jego kapłańskiej mości ks. ka-
		

/Magazyn_183_08_0066.djvu

			6© nonika Rychtera, deputata w Berlinie“, dzięku¬ 
jąc mu za opiekę nad młodzieżą gimnazyum 
chełmińskiego, za udział w Lidze i posłowanie 
w Berlinie. Łyskowski był uczniem Rychtera 
i zawdzięczał mu po części nawrócenie z choj¬ 
nickiego burszostwa. Łyskowskiemu też nie¬ 
wątpliwie przypisać należy inicyatywę w tej owa- 
cyi szczerej i uznania godnej, ale dla urzędnika 
pruskiego zapewne niewygodnej. W grudniu obra¬ 
dowała Liga powiatowa nad przygotowaniami na 
wielki zjazd walny, mający się odbyć w styczniu 
w Kórniku. Odezwały się głosy żądające, żeby 
dla ściślejszego związku do głównej dyrekeyi po¬ 
dać także kandydatów z Prus i wymieniono 
kilku „starszych“ obywateli, „do których mamy 
zaufanie“ (Sulerzyckiego, Narzymskiego i Wy¬ 
sockiego). Zapewne Łyskowski byl jeszcze za 
młodym, a może też — jak to na innem miej¬ 
scu zobaczymy — działalność jego publicysty¬ 
czna zrażała do niego część opinii. Mimo to nie 
kto inny, tylko on zawozi życzenia pruskiego 
obywatelstwa na walny zjazd, bo on jeden 
z Prus najlepiej znanym był Wielkopolsce i miał 
tam stosunki z parlamentu franfurckiego. To 
też Wielkopolanie przyjęli go z odznaczeniem. 
Występuje w Kórniku jako sprawozdawca korni- 
syi ustawowej. Przemówienia jego odznaczają 
się w sprawozdaniu kilkakrotnie. „Nie uga¬ 
niajmy się za frazesami — woła on — starajmy 
się utrwalić byt Ligi, a pamiętajmy przede-
		

/Magazyn_183_08_0067.djvu

			61 wszystkiem, że Liga tylko wtedy będzie trwałą, 
gdy będzie legalną11. Dalej brał żywy udział 
w dyskusyi nad stosunkiem polaków do niem- 
ców i żydów. Gorące przemówienie rodowitego 
niemca, ale przychylnego polakom, dr. Metziga, 
obudziło w Łyskowskim frankfurckie wspomnieć 
nia, nadzieje i zawody. „Im boleśniej nas — 
rzekł — dotychczasowe sympatye (ze strony 
niemców) zawiodły, tem więcej naszym jest 
obowiązkiem uznać szczere stanowisko takich 
ludzi, jak dr. Metzig“, — i postawił wniosek, 
żeby mowę tego zacnego obywatela podać do 
druku, co też jednomyślnie uchwalono. A o ży¬ 
dach tak się wyraził: „Nie każdy żyd jest złym 
człowiekiem, jak nie każdy polak dobrym. Tak 
żydów jak i niemców mamy poczciwych“, zatem 
wnosił, żeby z zasady nie wykluczać niemców 
i żydów z udziału w Lidze, a uchwała stanęła, 
że „dowodnie przychylnych“ dyrekcye poszcze¬ 
gólne przyjmować mogą, albowiem — wywodził 
dalej, tak nakazuje zasada demokratyczna, którą 
przyjęliśmy jako główne bractwa naszego prawo“. Spotykamy znów później Łyskowskiego dnia 
15 czerwca na zjeździe delegatów w Wierzenicy, 
odbytym w sprawie wyborów do sejmu. Snąć 
przewidywał, że udział w rozpoczętem dziele Ligi 
nie będzie ani trwałym, ani ogólnym, bo gorą¬ 
cem! słowy zachęcał dyrekcyą główną, aby 
wpływała na „warstwy wyższe“, iżby czynni ej szy 
udział brały w obradach i czynnościaeh Ligi.
		

/Magazyn_183_08_0068.djvu

			62 Spotykamy go dalej na polu działań Ligi 
jako członka rady prowincyonalnej zachodnio- 
pruskiej w Chełmnie. Zachęca on tam do roz¬ 
powszechniania pism polskich: „Szkoły Narodo¬ 
wej“, „Wielkopolanina“ i „Ziemianina“. Wobec 
prześladowań, jakich wtedy już Liga doznawała, 
tak się odezwał do obecnego na zebraniu rady 
(19 grudnia 1849) komisarza rządowego: „Byłeś 
pan świadkiem naszych czynności, widziałeś 
pan, że nie mamy żadnych zamiarów rewolu¬ 
cyjnych, jak nasi oszczercy o nas głoszą; że 
celem Ligi jest oświecać lud i przychodzić 
w pomoc cierpiącej ludzkości. My się o to nie 
gniewamy, że zwierzchność przysyła swoich 
namiestników na nasze zgromadzenia, owszem 
po przekonaniu, że tylko do dobrego dążymy, 
życzylibyśmy sobie, aby nie tylko policya miej¬ 
scowa, ale i ministerstwo pruskie tu przy na¬ 
szym stoliku ligowym zasiadło, a przekonawszy 
się, jakie są nasze cele, przestaliby Ligę prze¬ 
śladować ! To powiedz pan w urzędzie“. — 
Później jednak w sejmach często występował 
przeciwko bezprawnemu nadzorowi towarzystw 
ze strony policyi pruskiej. Jeżeli nas źródła nasze nie zawodzą, z roz¬ 
wiązaniem Ligi ustała też na dłuższy czas poli¬ 
tyczna działalność Ignacego Łyskowskiego. Do¬ 
piero po roku 1866 występuje znów na arenie 
politycznej, mianowicie jako poseł do różnych 
ciał parlamentarnych pruskich i niemieckich.
		

/Magazyn_183_08_0069.djvu

			63 T Odtąd z małemi przerwami był członkiem Koła 
polskiego sejmowego jako reprezentant bądź gru¬ 
dziądzkiego i brodnickiego, bądź lubawskiego 
powiatu. Zbyt szeroko urosłaby objętość niniejszego 
pisma, gdybyśmy z kolei przechodzić mieli wszyst¬ 
kie wystąpienia Ignacego Łyskowskiego na mó¬ 
wnicy parlamentarnej. Prawie w każdej sesyi 
odzywał się kilkakrotnie, głównie jednak w spra¬ 
wach szkólnych i równouprawnienia językowego. 
Bywało, że przy obradach nad etatem wywodził 
uprawnione skargi ludności, którą reprezentował, 
to znów stawiał samodzielnie wnioski, łub uza¬ 
sadniał petycye. Wystąpienia swoje zwykł był 
popierać broszurami, w języku niemieckim pisa- 
nemi, które w sejmie między kolegów niemie¬ 
ckich rozdawał. Broszury te zawierają materyał 
prawny, sprawy szkół i językowej dotyczący, 
a odznaczają się znakomitą formą w przedstawie¬ 
niu rzeczy. Chojnice wydały teraz dopiero wła¬ 
ściwe owoce. Ludność polska Prus Zachodnich podawała 
do Izby deputowanych i ministeryum liczne pe¬ 
tycye o równouprawnienie językowe. Najwa¬ 
żniejsze są z r. 1861 i 1868, pierwsza z 20,000, 
druga z 30,000 podpisów. Wszystko bezskute¬ 
cznie. W r. 1872 jeszcze raz powtórzono szturm, 
a Ig. Łyskowski zebrał cały materyał praw i żą¬ 
dań w piśmie, które wydał pod tytułem: Beiträge 
zur Beleuchtung der Gleichberechtigungsfrage in
		

/Magazyn_183_08_0070.djvu

			64 Westpreussen, zunächst eine Denkschrift für die 
Mitglieder des Hauses der Abgeordneten von 
Ignaz von Łyskowski, Abgeordneten für den Kreis 
Strassburg. Posen. 1872. (Dwa wydania.) Pi¬ 
semko to zawiera naprzód brzmienie petycyi, 
a następnie historyczny rozwój prawnych i fak¬ 
tycznych stosunków w położeniu ludności pol¬ 
skiej w Prusach Zachodnich ze względu na 
szkołę, sądownictwo i administracyą. Dalej na¬ 
szkicowany jest historyczny przebieg prawnego 
oporu, jaki ludność stawiała naciskowi, a w końcu 
w autentycznem brzmieniu wszystkie rozporzą¬ 
dzenia, petycye, odpowiedzi, odnoszące się do 
tych spraw. W roku 1875 agitowała się sprawa (dziś do¬ 
konana) podziału prowincyi pruskiej na dwie 
odrębne prowincye: Prusy Zachodnie i Wscho¬ 
dnie, które wtedy jeszcze miały jednego wspól¬ 
nego naczelnego prezesa, rezydującego w Kró¬ 
lewcu. Głównym celem tej agitacyi było usu¬ 
nięcie polskiej ludności z krain tych. Jedni spo¬ 
dziewali się dokonać dzieła przez podział, inni 
przez zachowanie dawnego stanu administracyj¬ 
nego. Otóż wobec tej agitacyi odezwały się raz 
jeszcze w Ign. Łyskowskim dawne wspomnienia 
frankfurckie i przypuszczał, że polityczną publi¬ 
czność niemiecką przekona słowem i pismem 
9 daremności germanizatorskich zachcianek i do¬ 
brem prawie ludności polskiej. Wydał tedy bro¬ 
szurę pod tyt. Die Nationalitätsfrage der pol-
		

/Magazyn_183_08_0071.djvu

			65 nischen Bevölkerung unter preussischer Herr¬ 
schaft, von einem westpreussischen Polen. Posen 
1875. Przedstawiwszy znów raz jeszcze cały 
materyał historyczny, wywiódł wniosek, że „kwe- 
stya narodowościowa“ w Prusiech rozwiązaną 
być może tylko na podstawie wolności obywa¬ 
telskiej, z której naturalnym biegiem wyniknąć 
musi stan równouprawnienia. W roku 1848 na¬ 
zywał czynnik ten demokracyą. Że usiłowania Łyskowskiego pod tym wzglę¬ 
dem były bezskutecznemi tak w r. 1848, jak 
w r. 1875, chyba dodawać nie potrzeba. Sądził 
i mylił się zawsze, że stoi przed kwestyą otwartą, 
w której należy dyskutować; ale dyskusyi tej 
nikt nie słuchał, bo z zasady słuchać nie chciał. 
Stronie przeciwnej nie chodziło i nie chodzi 
o argumenta i badanie sprawy, lecz o wykonanie 
wyroku zapadłego. To też powiedzieć można, że praca Łyskow¬ 
skiego publicystyczna niemiecka była z wszyst¬ 
kich prac jego na jnie wdzięczniejszą. Daremna 
rzecz chcieć przekonywać tych, którzy nie chcą 
być przekonanymi. Bądź co bądź, on pełnił swój 
obowiązek. Jakoby na pociechę zwracał się więc w po¬ 
litycznych publikacyach swych i do wdzięczniej¬ 
szej ludności własnej, do swych wyborców. 
W roku 1873 wydał broszurę, zawierającą: 
„Sprawozdanie posła powiatu brodnickiego, Ign. 
Łyskowskiego, o petycyi ludności polskiej Prus 5
		

/Magazyn_183_08_0072.djvu

			66 Zachodnich, względem równouprawnienia języka 
polskiego z niemieckim. Poznań, 1873.“ Podo¬ 
bnież w roku 1876 wyszło .Sprawozdanie Igna¬ 
cego Łyskowskiego, posła powiatu lubawskiego, 
zdane na wiecu relacyjnym w Nowem mieście 
dnia 13 sierpnia 1876 r.“ Wracając raz jeszcze do iluzyi Łyskowskiego, 
jakiemi się na polu politycznem łudził, przy¬ 
puszczając, że niemców przekona i że z niem¬ 
czyzny wykwitnie odrodzenie ducha ludzkości 
i sprawiedliwości, zaznaczyć musimy, że pod tym 
względem rozczarowanie w duszy jego dokonało 
się stanowczo po r. 1876, kiedy uchwalono prawo 
językowe, rugujące język polski ze wszystkich 
urzędów. Wypowiedział to z goryczą dosadnio 
w kadencyi roku 1881 na 1882. „Dwadzieścia 
pięć lat — rzekł wtedy — frakcya polska wier¬ 
nie i szczerze popierała liberalizm, a wyście pa¬ 
nowie liberałowie uchwalili prawo językowe. 
Tak, wy panowie liberałowie dzierżyliście wtedy 
rządy, a tylko jedno centrum opierało się krzy¬ 
wdzie.“ Brzmi to inaczej, jak kiedy jeszcze 
r. 1870 w broszurze swej p. t. „Panslavismus im 
Gegensatz zum Allslayenthum“, z przyjemnością 
powtarzał słowa Ryszarda Boeckha: „Die polnische 
Ńationalitaet bedarf des deutschen Schutzes.“ 
Odtąd zamilkły u niego wszelkie sympatye 
dla niemieckiego „ducha“, a jeśli popierał cen¬ 
trum w walce kulturnej, to jedynie z dobrze zro¬ 
zumianego interesu kościelnego, nie narodowego.
		

/Magazyn_183_08_0073.djvu

			67 Może” też to było wynikiem tych duchowych 
zawodów, że Łyskowski w życiu parlamentarnem 
chętnie się odwracał od spraw politycznych, 
a szukał zadowolenia w zajmowaniu się spra¬ 
wami ekonomicznemi. A na tem polu zyskał też rzeczywiście nie¬ 
jaką wziętość nie tyle u swoich, co właśnie 
u niemców. Przyczyniła się mianowicie do tego 
szczęśliwie przeprowadzona sprawa obniżenia ta¬ 
ryfy przewozowej na węgle śląskie do Prus Za¬ 
chodnich. Do roku 1878 węgiel angielski był 
w Prusach Zachodnich tańszym od węgla ślą¬ 
skiego, gdyż koleje żelazne pobierały za wysokie 
opłaty od przewozu. W interesie kultury krajo¬ 
wej, w interesie przemysłu, a ostatecznie i ko¬ 
palni śląskich, po dwakroć występował Ignacy 
Łyskowski w r. 1877 i 1878 w sejmie za obni¬ 
żeniem taryfy przewozowej i mimo opozycyi 
miast portowych, przeprowadził obniżenie ku 
wielkiej radości wszystkich stron interesowanych. 
Działalność jego w tym kierunku przedstawia 
broszura p. t.: „Ueber den Transport der schle¬ 
sischen Kohle nach den oestlichen Provinzen 
Preussens, von Ignaz von Łyskowski, Ritterguts¬ 
besitzer auf Mileszewy, Abgeordneten für den 
Kreis Loebau. Strasburg Westpr. 1878.“ Powodzeniem w sprawie tej zachęcony tegoż 
roku 1877 (dnia 4 grudnia) wystąpił w Izbie 
w ogólnej sprawie zagrożonego rolnictwa. Cha¬ 
rakterystycznym był ustęp jego mowy: .Przed 5*
		

/Magazyn_183_08_0074.djvu

			68 nową rzeczą — mówił — stoicie panowie, że 
poseł polski przemawiać będzie o sprawach za- 
sadniczo-gospodarskich.“ Więc charakteryzował 
stan upadającego rolnictwa. Upada ono w Niem¬ 
czech, wedle niego, przez niedobór z produkcyi, 
przeciążenie długami, zły system podatkowy i nie¬ 
sprawiedliwe taryfy przewozowe. Banki hipo¬ 
teczne rolnictwo wyzyskują, a akcyonaryuszom 
ztąd płacą po 9—18% dywidendy. Radził zde¬ 
centralizować ziemstwa kredytowe przez zakła¬ 
danie filii, zmienić system podatku gruntowego 
i budynkowego, oraz znieść niesprawiedliwe taryfy 
dyferencyalne na kolejach żelaznych. Z zajęciem 
słuchano gruntownego i światłego wywodu. Pomijamy wszystkie drobniejsze wystąpienia 
bądź zasadnicze na polu politycznem, bądź przy¬ 
godne w sprawach administracyi. Tak żywym był 
ten umysł organiczny, że najdrobniejszy szczegół 
dawał mu pochop do pełnienia obowiązku posel¬ 
skiego w najrozliczniejszych kierunkach. Tu się 
łamał z niesprawiedliwym systemem wyborczym, 
podczas rugów sejmowych wykazywał nadużycia, 
działał na rzecz budowy szkół, gimnazyów, kolei 
żelaznych, a nawet nie zaniedbywał kontrolować po¬ 
rządku w ruchu kolei, wytykając ministrowi błędy 
i niedomagania. Należał tedy niewątpliwie do 
naszych najwszechstronniejszych parlamenta- 
ryuszów. Pozostaje nam jeszcze słów kilka powiedzieć 
o literackiej działalności Ignacego Łyskowskiego.
		

/Magazyn_183_08_0075.djvu

			69 W powyższym szkicu już niejednokrotnie odno¬ 
siliśmy się do jego publikacyi politycznych, po¬ 
lityczno-społecznych i rolniczych Czego się tam 
nie dotknęło, teraz zestawić należy. Słyszymy od żyjących jeszcze kolegów szkol¬ 
nych Ignacego Łyskowskiego, że z Chojnic do 
Chełmna przybył nie tylko jako „bursz“, ale 
i jako poeta niemiecki. Z zamiłowaniem upra¬ 
wiał tę niwę; czy zaś z powodzeniem, osądzić 
niepodobna, bo owoce tej muzy młodocianej nas 
nie doszły. Otrząsnąwszy się z niemczyzny, przeniósł 
zamiłowanie literackie na pole literatury ro¬ 
dzinnej, z którą, jak nam sam opowiedział 
w swem „Curriculum vitae“, za pomocą słownika 
poznawać się musiał. Wpływ dodatni pod tym 
względem wywarło na niego wtedy kilku mło¬ 
dzieńców, którzy z Księstwa Poznańskiego przy¬ 
byli do gimnazyum chełmińskiego. Byli to Bo¬ 
gusław Łubieński, późniejszy dziedzic Kiączyna 
w Szamotulskiem i poseł na sejmy, dalej znany 
i sławny później lekarz dr. Antoniewicz, oraz 
Fr. Mroziński. Znaleźli oni, oraz i ich nowi 
prozelici oparcie życzliwe w miejscowym wika- 
ryuszu ks. Tułodzieckim, który się potem od¬ 
znaczył w W. Ks. Poznańskiem na polu ludo- 
wem. A przemilczeć też nie należy, że jeśli 
nie wprost, to za pośrednictwem trzecich osób 
zaufanych, a mianowicie i zmarłego niedawno 
Kaźmirza Szulca, znana później i wielce zasłu-
		

/Magazyn_183_08_0076.djvu

			70 żona obywatelka, hr. Sewerynowa Mielżyńska, 
z domu Wilkxycka, mieszkająca u rodziców 
w Wabczu, dostarczała na użytek młodzieży 
historycznych i literackich dzieł polskich. Tej to 
opiece porówno z innymi zawdzięczał Ignacy 
Łyskowski swe narodowe odrodzenie. A całą 
duszą przylgnął do przeszłości i swojskiego 
piękna w dziełach literatury. Kiedy wyszedł ze 
szkół, w owej epoce demokratycznej z szczegół- 
nem zamiłowaniem pokochał nie tylko poli¬ 
tyczną i społeczną sprawę ludu, lecz i ducha 
jego moralnego badać i poznawać pragnął 
z poezyi ludowej, będącej wówczas na porządku 
dziennym literackich zajęć. Jako redaktor i współ¬ 
redaktor „Nadwiślanina“ umieszczał w nim 
śpiewki gminne i na sposób ludowy przez siebie 
układane a zarazem wzywał publicznie miło¬ 
śników ludu do zbierania ludowych przysłów 
i pieśni. Pamiętają go współcześni, jak z gitarą 
w ręku, wesoło przyśpiewując, ożywiał to¬ 
warzystwa. Mamy z czasu tego kilka publikacyi jego, 
dość rzadkich i zapomnianych. Nie odznaczają 
się one ani poprawnym językiem, ani wyższym 
polotem uczuć lub wyobraźni, ale dla szczerej 
i najlepszej woli, jaka je cechuje, warto, aby 
o nich wspomnieć. Wszak autor ich, ów „Szy¬ 
mon z pod ciemnej gwiazdy“, jak się sam na¬ 
zywał już za czasów uniwersyteckich, mieszkał, 
myślał i działał na niwie duchowo zupełnie nie
		

/Magazyn_183_08_0077.djvu

			71 uprawnej. Podziwiać więc chyba można odwagę 
jego, że wogóle brał się do pióra. Pełną skrom¬ 
ności jest też przedmowa jego do zbiorku poezyi, 
który wydał w r. 1847 w Brodnicy. Kończy ją 
zaś temi słowy: „Brodziński, otwierając wrota 
do nowej epoki poezyi naszej, nazwał się skrom¬ 
nym dzwonkiem wiejskiego kościółka, mającym 
tę jedyną zasługę, iż najwcześniej, z pierwszym 
świtem, przebudzał literaturę do porannego na¬ 
bożeństwa, a który zamilkł, gdy olbrzymie 
dzwony stolicy odezwały się potężnym głosem, 
rozlegającej się po całym kraju poezyi. Miłoby 
mi było, gdybym to, co Brodziński powiedział 
pod względem całej rozległej ojczyzny, mógł po¬ 
wiedzieć pod względem zakątnej okolicy naszej; 
chętnie chciałbym się zwać skromnym dzwon¬ 
kiem, bylebym olbrzymie przebudził dzwony.“ Dzwony te po dziś dzień śpią w zaklęciu 
losów. Ale Ign. Łyskowski spełnił i tu swój obo¬ 
wiązek. Jak na każdej innej niwie, tak i na 
tej pragnął pobudzić uśpionego ducha. Gdybym posiadał gromy błyskawicy, Gdybym pioruny miał w mojej prawicy, W serca bym godził, w dostatku niedbałe, Od dumy zastygłe — w przesądzie spleśniałe. Tak się odzywa w pieśni swej. Pieśni te snują się głównie w sferze pojęć 
i uczuć ziemiańskich i ludowych.
		

/Magazyn_183_08_0078.djvu

			72 Z sercem bez kału, na skrzydłach natchnienia 
Przejdziem tajniki życia sielskiego, Zbierzem radości, zliczym cierpienia, Rozkosze i biedy ziemiaństwa naszego. Więc dalej snuje wspomnienia młodości, 
napawa się pięknościami sielskiego przyrodzenia 
i urokiem dziewcząt: Śpiewajcie miłe ptaszęta, Przyznajcie drzewa, krzewiny, Że piękne są w świecie dziewczęta, Lecz nie ma nad Zosię dziewczyny. Świeży umysł autora lubuje się w zieleni 
Świąt Zielonych, w opisie odświętnych ubiorów 
ludu, sukmanie wyszywanej u chłopa, tołubku 
nowym i czapce suto złotem litej u kobiet, u pa¬ 
robków opisuje kapelusze szamerowane i pió¬ 
rami obsadzane, u dziewcząt barwne wstążki, 
kwiaty śliczne, kaftan sznurkiem obszywany, 
jak na nim świecą guziki, a lśni fartuch biały 
haftowany. Opisawszy, jak pobożni idą do ko¬ 
ścioła, jak „W cieniu lipy się witają, Tabakierki śląc do koła, Póki dzwonek nie zawoła“, oraz całe opisawszy nabożeństwo, tak kończy 
z pokorą myślącego chrześcianina: Kiedyś doszedł wśród badania 
Wszystkie szczeble pojęć, zdania, I zwątpienia masz katusze, — Me gardź tutaj świętym progiem, Może zgodzisz się tu z Bogiem 
I pocieszysz trwożną duszę.
		

/Magazyn_183_08_0079.djvu

			73 Wcale też udatną jest jego „pieśń chłopka“, 
naśladująca znaną piosnkę: „Chłopek ci ja chło¬ 
pek“. O ile nam wiadomo, ze wszystkich pio¬ 
senek Łyskowskiego, jedna tylko stała się w szer¬ 
szych kołach popularną mianowicie: „Polska 
dziewica“ z owym refrenem: Nic tu hiszpanki, Płoche kochanki! W świecie jedyna 
Polska dziewczyna! O piosence tej powiada autor w przypisku: 
y,Piosnka o jakiejś tam hiszpance, tancerce 
w Warszawie, weszła w modę w całej Polsce. 
Ponętna jej melodya zyskuje dla niej wstęp pra¬ 
wie w każdy dom. Umyśliłem do tej melodyi 
godniejszą zastosować piosnkę“. W r. 1848 wydał jeszcze Łyskowski dwa 
pamflety p. t. „Scena w piekle“. Zbiory poezyi wyszły jeszcze dwa: „Poezye 
Ziemianina w ziemi michałowskiej“ i w r. 1859 
„Pieśni gminne i przysłowia ludu“. Jest to 
cenny zbiorek z resztek pieśni gminnej, zamie¬ 
rającej na ustach ludu, germanizacyą srogo na¬ 
wiedzonego. Może ciekawą będzie rzeczą poznać 
stanowisko zbieracza, z którego pracę przedsię¬ 
brał. Powiada on: „Zabierając się do zbioru 
pieśni gminnych Prus Zachodnich, miałem za¬ 
miar wskrzesić pieśni gminne i wrócić je lu¬ 
dowi. Gdzieindziej także zbierano pieśni gminne, 
ale z innego wychodząc stanowiska. Zbierano
		

/Magazyn_183_08_0080.djvu

			74 je, chcąc niemi zabawić towarzystwo wyższe. 
Gdzie pieśni gminne brzmią pełnemi piersiami 
ludu, tam można w ich zbieraniu zabawkę mieć 
na celu; gdzie zaś pieśni gminne odzywają się 
już tylko zrywanym konania głosem, tam po¬ 
winien być inny cel. Mając to na oku, nie po¬ 
dałem tych pieśni gminnych w takiem ubóstwie, 
w iakiem je znalazłem, ale zebrawszy rozerwane 
i po różnych okolicach rozrzucone części jednej 
piosnki, zlałem je w jednę całość; czasem źle 
brzmiące wyrzuciłem słówko, czasem nieoby- 
czajną wypuściłem zwrotkę, czasem usunąłem 
słówko a nawet zwrotkę, aby związać wątek 
rozerwanych i rozrzuconych części, należących 
oczywiście do jednej pieśni. To zbrodnia, krzy¬ 
knie krytyka („Przegląd Poznański“), biorąc moje 
pieśni pod zwyczajne prawidła. Ja na moje 
usprawiedliwienie powiadam: nie pisałem dla 
ludzi ukształconych, czyniąc im zabawkę zbio¬ 
rem pieśni gminnych, ale pisałem dla ludu, 
zwracając ludowi zgubioną własność. Lud po¬ 
zna swoją piosnkę, po jednej albo po kilku 
zwrotkach, które się tu utrzymały, i przyswoi 
sobie urywki tej samej pieśni, które się gdzie¬ 
indziej utrzymały, a poznawszy swoją piosnkę, 
uzna ją w całości za swoją, pokocha i powtó¬ 
rzy ; w ślad zaś za pieśniami wracać będzie da¬ 
wna uczciwość i cześć bogów ojczystych.“ Oczywiście, że takie stanowisko jest nie- 
bezpiecznem dla zbieracza i badacza ducha lu-
		

/Magazyn_183_08_0081.djvu

			75 dowego z pieśni gminnej, ale „w potrzebie“ 
jest uzasadnionem względami praktycznemi, 
które u Łyskowskiego najczęściej miały pier¬ 
wszeństwo. Na dwie jeszcze publikacye musimy teraz 
zwrócić uwagę czytelnika. W r. 1848 wyszła w Brodnicy broszurka 
Ignacego Łysko wskiego p. t. „Słowa prawdy“. 
Tytuł taki był wówczas modnym. W literackich 
pismach z owego czasu spotykamy się z nim 
wielokrotnie. „Słowa prawdy“ Łysko wskiego 
noszą wyraziste piętno swego czasu. Jest tam 
cały katechizm demokratyczny r. 1848, oczywiście 
w najuczciwszej myśli wygłaszany. Pierwsza 
część prozą traktuje o prawach i swobodach 
ludu w przeciwieństwie do szlachty, druga wier¬ 
szowana, pełna wspomnień z wypadków galicyj¬ 
skich z r. 1846. Broszura ta najniesłuszniej 
ściągnęła na szczerego autora zarzut „czerwo¬ 
ności“, który dużo i długo mu przeszkadzał 
w życiu publicznem. Nareszcie wspomnieć jeszcze należy wydaną 
w r. 1849 w Chełmnie „Książeczkę dla ludu pol¬ 
skiego, zawierającą w sobie różne rzeczy dla 
nauki i zabawy“. Jest to kompilacya różnych 
historycznych opowiadań i poezyi wyborowych 
poetów, przeplatanych własnemi utworami autora, 
między któremi na uwagę zasługuje „Pieśń 
o ojcach frankfurckich“, w której autor płaci 
niemcom wzgardą za to, że „zaprzedali wolność“
		

/Magazyn_183_08_0082.djvu

			76 i „z miana prawości naród swój wyzuli“. Krytyka 
poznańska wtedy przyganiała ostro tej książeczce, 
na stosunki zachodnio-pruskie owego czasu bar¬ 
dzo użytecznej. Że człowiek tak rozległego horyzontu, jak 
był Łyskowski, czuł potrzebę wywnętrzania się 
w prasie, jest rzeczą naturalną. Uznawał on 
wielkie znaczenie rozumnej prasy i od początku 
działalności swej marzył o tem, żeby prasę taką 
stworzyć w Prusach. Przykłada tedy rękę czynną 
do założenia i prowadzenia „Nadwiślanina“ 
w Chełmnie, popierał ,przyjaciela Ludu“, zakła¬ 
dał wspólnie z innymi „Gazetę Toruńską“ a pra¬ 
wie we wszystkich pismach polskich znajdujemy 
liczne jego artykuły i komunikaty, najczęściej 
podpisane pełnem jego nazwiskiem, co za wielką 
cnotę publicystyczną uważać należy, zwłaszcza 
u nas, gdzie bezimienność publikacyi konieczna 
niestety lub też obyczajowa, nieobliczone za sobą 
pociąga niekorzyści dla ogółu i dla jednostek. Prowadził też Ignacy Łyskowski bardzo 
obszerną korespondencyę z poważnemi osobisto¬ 
ściami wszystkich części kraju. Gdyby się udało 
komu zebrać choćby część tej korespondencyi, 
znalazłaby się w niej niewątpliwie wielka suma 
myśli i pomysłów godnych, aby je od zagłady za¬ 
chować. Wspomnimy tu tylko, że n. p. z Wincen¬ 
tym Polem umawiał się listownie o krzywdę, 
jaką poeta Prusom Zachodnim wyrządził, że o nich 
nie wspomniał w „Pieśni o Ziemi naszej“.
		

/Magazyn_183_08_0083.djvu

			77 A nietylko literackie i piśmiennicze sprawy 
1 zajęcia interesowały Łyskowskiego. Przy kie¬ 
runku swoim ekonomiczno-społecznym zachował 
żywy zmysł dla wszystkiego, co piękne i nado¬ 
bne. Lubił muzykę i śpiew, a ściany gościn¬ 
nego domu w Mileszewach ozdobione były obra¬ 
zami pędzla pierwszorzędnych artystów, na któ¬ 
rych zakupno obracał z zamiłowaniem oszczęd¬ 
ności własne i oszczędności dzieci. Otóż wszystko, co na razie zebrać zdołałem 
dla charakterystyki męża niepośledniego, którego 
stratę tak głęboko czujemy. Przedstawiliśmy 
jego dzieła i jego zapatrywania ile możności 
własnemi jego słowy. Niech łaskawy czytelnik 
z materyału, tu nagromadzonego, sam sobie wy¬ 
ciągnie ostateczne rezultaty sądu. My przeko¬ 
nani jesteśmy, że jeśli nie wszystko wszystkim 
podobać się będzie, co się z życia ś. p. Ignacego 
Łyskowskiego wedle autentycznych źródeł przy¬ 
wiodło, wszyscy przyznać będą musieli: że był 
to mąż prawy, gorącego serca a zdrowego i wiel¬ 
kiego rozumu.
		

/Magazyn_183_08_0084.djvu

			'
		

/Magazyn_183_08_0085.djvu

			f m
		

/Magazyn_183_08_0086.djvu

			24490
		

/Magazyn_183_08_0088.djvu

			■Iggsr