W czwartym wymiarze : opowiadania

W CZWARTYM WYMIARZE
>>>
ANTONI 
LANGE 
W CZWARTYM 
WYMIARZE 
OPOWIADANIA 
SPÓŁKA NAKŁADOWA „KSIĄŻKA" KRAKÓW 
SKŁADY GŁÓWNE: WARSZAWA - G . CENTNERSZWER i SKA. 
KRAKÓW, S. A . KRZYŻANOWSKI. 
— 
NEW YORK - THE 
POLISH BOOK IMPORTING Co.
>>>
PRAWA AUTORSKIE W ROSJI CO DO TŁUMACZEŃ ITD. ZARE­ 
ZERWOWANE NA ZASADZIE USTAWY Z DN. 20/111 (3/IV) 1911 R. 
COPYRIGHT BY ANTONI LANGE, NINETEEN HUNDRED TWELVE. 
OKŁADKA RYSUNKU A. PROCAJŁOWICZA. 
KLISZE Z ZAKŁADU R. BRZEZIŃSKIEGO I TOW WE LWOWIE. 
CZCIONKAMI DRUKARNI NARODOWEJ W KRAKOWIE — IV - 12. 
PRZEDRUKI, NIEUPRAWNIONE PRZEZ AUTORA, WZBRONIONE 
WSZELKIE PRAWA AUTORSKIE CO DO TŁUMACZEŃ I PRZE 
RÓBEK ZASTRZEŻONE.
>>>
BABUNIA.
>>>
Pierwsza połowa października była owego roku 
tak ciepła, że w naszym ogrodzie wszystkie 
niemal drzewa: jabłonki, wiśnie, kasztany, bzy— 
od strony południowej, wystawionej na mocniejsze 
działanie słońca, zajaśniały drobnemi liśćmi żywej, 
świeżej, jaskrawo zielonej barwy i pokryły się no­ 
wym młodocianym białoróżowym kwieciem. Raz 
jeszcze zakwitły sasanki, konwalje, prymulki i nie- 
zabudki, a w ptaszarni słychać było, niby na wiosnę, 
gęganie gęsi, gdakanie kur i kwakanie kaczek, złu­ 
dzonych żarem październikowych promieni, co w nich 
budził niby nowo-wiosenne tęsknoty miłosne. 
Oglądaliśmy te cuda, podnieceni szczególnym 
fenomenem, i nie tyle dziwiły nas nasze własne 
kostiumy letnie o tak późnej porze, ile ta nowa 
wiosna, to odrodzenie świata roślinnego, ten rozkwit 
młodocianych kwiatów w październiku. Byliśmy tak 
wzruszeni tym widokiem, że zamilkliśmy zupełnie 
i tylko moja żona, osoba zawsze przytomna, czu­ 
wała nad inną kategorją zjawisk; — oczy jej były 
utkwione raczej w stronę werandy naszego domu, 
niż w stronę cudów natury, i w pewnej chwili po­ 
wiedziała : 
— 
Proszę państwa na czarną kawę! 
Jakoż, posłuszni temu głosowi, mechanicznie 
ruszyliśmy ku werandzie, gdzie już Roch na stoli- 
i
>>>
4 
kach porozstawiał przybory do poobiedniej czarnej 
kawy. 
Sąsiad nasz, p. Feliks, który lubił aluzje polityczne, 
powiedział wówczas: 
— 
To wszystko robota księcia Światopełka- 
Mirskiego. Powywracał kalendarz do góry nogami, 
z jesieni zrobił wiosnę i z tego, broń Boże, wyjdzie 
jakaś bolesna konstytucja! 
Zasiedliśmy dokoła paru stolików na werandzie, 
a moja żona z p. Elżbietą zaczęły rozlewać kawę 
w filiżanki. 
Jedna z pań, która już nieco frisait la quaran­ 
taine, z melancholją patrząc na białą pianę, powsta­ 
jącą w kawie z topniejącego cukru, mówiła jakby 
do siebie: 
— 
Gdyby to w życiu człowieka choćby na chwilę 
powtórzyć się mogła taka druga kwiecista wiosna! 
Ale pani Emilja, mniej więcej tych samych lat 
osoba, zaprotestowała: 
— 
O, ale nie z jednej strony tylko, jak na tych 
jabłonkach! Taka trocha mi nie wystarcza! Chcia­ 
łabym się odmłodzić w całości — i to naraz, z dziś 
na jutro — w pełni! Wczoraj lat sześćdziesiąt — 
jutro dwadzieścia, nie! ośmnaście. 
— 
Co też tym kobietom do głowy przychodzi — 
rzekł mąż pani Emilji. 
— 
To naruszałoby przecież 
logikę i ekonomję natury! 
— 
A cóż mnie obchodzi logika natury... 
— 
Powiedz, logika wogóle... — odparł ze śmie­ 
chem mąż Emilji, przyzwyczajony do fantastyczności 
swej połowicy.
>>>
5 
— 
A bo i prawda! 
— 
Stoję po stronie p. Emilji — zauważył doktór 
M., który z sąsiedniego miasta czasami przyjeżdżał 
do nas na winta. 
— 
Nie idzie mi tu oczywiście o 
walkę z logiką... 
— 
Chwała Bogu — zawołał jeden z panów. — 
Kochany doktorze, jesteś znakomitym lekarzem, ale 
też lubisz rzeczy ekscentryczne i w średnich wiekach 
napewno byłbyś sławnym czarownikiem. 
— 
Bardzobym pragnął. Marzeniem moim by­ 
łoby to samo, nad czym pracowali alchemicy: eli­ 
ksir młodości! Zapewne usłyszę znów tensam za­ 
rzut, że się to nie zgadza z ekonomją natury. Ale 
na to odpowiem: czyliż my znamy całkowicie logikę 
i ekonomję natury, jej zamiary, jej istotę, jej moż­ 
liwości? Zapewne codzienne doświadczenie uczy 
nas, że człowiek mniej więcej w 60 — 80 roku życia 
umiera jako starzec, ale nie zdaje mi się to conditio 
sine qua non. Rozmaite mogłyby być sposoby ro­ 
dzenia się, umierania i odradzania. Może są planety, 
na których istota ludzka trwa w długoletniej mło­ 
dości i zagasa w pełni uśmiechów i rozkoszy. Może 
są światy, na których człowiek, doszedszy do pew­ 
nego wieku, na nowo się odmładza, jak to widzi­ 
my u roślin. I na ziemi człowiek niekoniecznie 
musiał umierać tak wcześnie, jak to dziś widzimy — 
i niekoniecznie w stanie takiego kalectwa i cho­ 
roby, jak to dziś widzimy. Dawne podania mówią 
nam o ludziach, co żyli po kilkaset lat, otoczeni 
kołem praprawnuków i prapraprawnuków. 
Na wyspach Polinezji istnieje piękna Iegienda o
>>>
8 
nych. Oczywiście wiek 13X7 jest tak daleki, że 
o jakimś odnowieniu realnym mowy tu być nie 
może; jednakże jest to pewien określony komplet 
organizmów tak blizki śmierci, że już przez to samo 
może się stać podatnym do zmartwychwstania. 
Granica śmierci a życia jest i na wieki zapewne po­ 
zostanie dla nas tajemnicą. Tu jednak stoimy wobec 
faktu prawdziwego zmartwychwstania, które się ujaw­ 
niło, zanim jeszcze śmierć dokonała swego dzieła. 
Ale nie uprzedzajmy wypadków. W końcu r. 1890 
na wakacje Bożego Narodzenia przyjechałem z Jan­ 
kiem do Podobłocza, gdzie naraz mi się zdarzyło 
studjum lekarskie, wprost niesłychane, a potym 
znów niemniej niesłychana czekała na mnie przy­ 
goda. Właśnie kiedym przybył do Podobłocza, dok­ 
tór Korynthius, mój poprzednik w Zatoczynie, od 
dwuch dni już tu siedział, czuwając nad chorą ba­ 
bunią. Ucieszył się bardzo staruszek na mój widok, 
gdyż pomoc, choć początkującego medyka, była mu 
bardzo użyteczną. 
Moment był tragiczny; wszyscy oczekiwali ka­ 
tastrofy. Babunia była śmiertelnie chora; całemi go­ 
dzinami leżała uśpiona i nieprzytomna, zupełnie ze­ 
sztywniała, poczym budziła się w konwulsjach. 
Doktór Korynthius nie był w stanie określić cho­ 
roby; z początku sądził, że to drętwica, ale znów 
epileptyczne drgania chorej przeczyły temu przy­ 
puszczeniu. Już trzeci dzień mijał od chwili, gdy 
babunię trzeba było położyć do łóżka; było jej 
wciąż niby to gorzej, niby to lepiej; wogóle stan 
dziwnie nieokreślony i niepodobna było oznaczyć,
>>>
9 
w jakim organie skoncentrowaną jest energja cho­ 
roby. Już to zdawało się serce, już płuca, już prze­ 
pona brzuszna jest zaatakowana, gdy oto nazajutrz 
straszny ból dziąseł albo głowy, albo znowu cier­ 
pienie nerwu ocznego zbijało nas z drogi. 
Staruszek doktór chwilami pytał mię niespokojnie: 
— 
1 cóż o tym myślicie, panie kolego? Babunia 
nigdy w życiu nie chorowała. Było to wcielenie 
zdrowia, siły, równowagi ducha, tego spokoju psy­ 
chicznego, który panuje nad ciałem. I oto naraz... 
Prawdę mówiąc, nic nie myślałem. Ponieważ 
zajmowałem się wówczas tajemnicą śmierci, śledzi­ 
łem bacznie przejawy umierania, gdyż oczywiście 
nie oczekiwałem na nic innego, jak na ostateczny 
rozkład tego egzemplarza ludzkiego. 
Babunia zresztą, choć tak chora, mało co zmie­ 
niła się na [twarzy — i z pod niebieskiej kołdry 
wyglądała na białych poduszkach jej sympatyczna 
głowa, która do ostatka zachowała wielką czystość 
i szlachetność rysów, choć policzki miała pomarsz­ 
czone. Poeta wyraziłby się, że zachowała nieza­ 
tarte ślady piękności. Tego nie powiem, ile że nad 
łóżkiem babuni na ścianie wisiał w stare okrągłe ramy 
oprawny portret jej z czasów, kiedy miała lat dziewięt­ 
naście; był to portret cudnej dziewicy w kostiumie 
z epoki Księstwa Warszawskiego. Nieznanego na­ 
zwiska, ale dobry malarz odtworzył jej bystre, ciem- 
nobłękitne oko, żywe i przenikające; usta jak wiśnie, 
w czarodziejski uśmiech zaklęte — i bujne, złote, 
w całym znaczeniu tego słowa złote, bladozłote 
włosy, spięte w loki.
>>>
10 
Z obrazu tego patrzyło na cię zjawisko nad­ 
ziemskie, marzenie przedziwne, które jedną chwilę 
trwało na ziemi i minęło na wieki. Jednakże widok 
ten i wyobrażenie tej istoty, jako żywej, miało 
w sobie coś rozrzewniającego. Dziś babunia była 
prawie bezzębna, głowę jej pokrywały kępki siwych, 
krótkich włosów; oczy półzagasłe patrzyły na świat 
dobrotliwie, ale niby czekając z rezygnacją wyroku 
losów. Uśmiech tylko pozostał zawsze miły i słodki, 
choć nie tensam co na portrecie; tamto był uśmiech 
nadziei, to zaś pożegnania. Babunia była osobą 
wzrostu drobnego, trzymała się zawsze prosto, gdyż 
sił żywotnych miała wiele i dopiero od kilku lat 
zarzuciła konną jazdę, w której niegdyś była mi­ 
strzynią. 
Nigdy, chyba w dzieciństwie, nie chorowała, to 
też nie dziw, że jej choroba wywołała ogólne prze­ 
rażenie, zwłaszcza, że babcia była przez wszystkich 
kochana. 
Pierwszym objawem choroby było zemdlenie, 
trwające blizko dwanaście godzin: nie byłem jeszcze 
w Podobłoczu i wiem o tym od dra Korynthiusa. 
Doktór przyjechał w jakie trzy godziny po omdle­ 
niu chorej — i, chociaż stosował wszystkie środki 
w takich przypadkach wskazywane, nic nie mógł 
dopomóc chorej. Dopiero po pewnym czasie chora 
przebudziła się sama; była zupełnie przytomna, tylko 
miała dość silną gorączkę. — „Kostucha mi się kła­ 
nia— mówiła półżartem. — Czas bo na mnie wielki". 
Doktór ją pocieszał, jak mógł, choć sam nie 
wierzył w szczęśliwy koniec tej sprawy; na drugi
>>>
11 
dzień chora wpadła w rodzaj parogodzinnej epilepsji, 
która ją strasznie zmęczyła, tak że blizko dobę całą 
była pogrążona we śnie głębokim i dziwnie spo­ 
kojnym, ale się przebudziła w nader obfitych potach. 
W tym właśnie czasie przyjechałem z Jankiem 
do Podobłocza i doktór zaprosił mię na konferencję, 
z czego, oczywiście, jako młody medyk, byłem nad­ 
zwyczaj dumny. Doktór nie umiał dotąd nazwać 
choroby; ja zaś wysilałem całą swoją bardzo za­ 
czątkową wiedzę, aby sobie przypomnieć zjawisko 
podobne: jednakże nic takiego dotychczas jeszcze 
nie widziałem. 
Czuwałem nad babunią przez całą noc. Spała 
kamiennym snem, ale chwilami dziwny niepokój był 
w tym śnie kamiennym. Właściwie nie można było 
tego nazwać niepokojem; owszem, był to raczej 
stan przyjemny. Od czasu do czasu przez sen śpie­ 
wała dźwięcznym, nie swoim głosem jakieś stare 
zapomniane pieśni; to znów wybuchała wielkim 
śmiechem, ale śmiech ten nie był to śmiech babu­ 
leńki, liczącej lat z górą dziewięćdziesiąt, owszem 
był to śmiech kobiety w sile wieku, zdrowej, tęgiej 
i energicznej. Pot z jej czoła lał się strumieniami. 
Koło szóstej rano przyjechał doktór, ja zaś na 
chwilę spać się położyłem. O jedenastej znowu po­ 
szedłem do niej. Babunia była przytom niejsza; nie 
leżała w łóżku, ale siedziała w nim i, skoro tylko 
wszedłem, powiedziała do mnie napół ze smutkiem, 
napół ze zdumieniem: 
— 
Michasiu, powiedz mi, co się ze mną dzieje? 
Nic nie rozumiem — i Korynthius nic nie wie.
>>>
12 
— 
Patrz! 
I, odsłoniwszy rękawy białego kaftanika, poka­ 
zała mi ramię, żółtawe, powiędłe, pomarszczone 
ramię staruszki. Owóż miejscami na tym ramieniu 
występowały plamy białe, niby kość słoniowa, twar­ 
dej konsystencji — tak, żeśmy się obawiali jakiegoś 
ogólnego skostnienia czy stwardnienia organizmu. 
Trzeba zaznaczyć, że tego dnia chora czuła się 
wcale nieźle; owszem przybytek sił był dość znaczny 
i apetyt wcale dobry. 
Nazajutrz te białe plamy ukazały się na czole, 
na plecach, na nogach i wogóle na całym ciele; 
natomiast włosy wszystkie powypadały z głowy, 
a na ich miejscu wyrósł drobny, białawy meszek, 
przytym — mirabile dictu — w dziąsłach ukazało się 
kilka białych świeżych zębów, jak u małego dziecka. 
Zmiana też nastąpiła w strunach głosowych; babu­ 
nia już nie mówiła teraz drżącym głosem staruszki: 
słyszałeś, owszem, dźwięk metaliczny, głęboki so­ 
pran, świeży i melodyjny. 
Ponieważ w owych czasach wraz z Jankiem 
uprawialiśmy fotografję amatorską i przywieźliśmy 
tu swe aparaty, nie zaniedbałem też sprawy pod 
tym względem i co kilka godzin robiłem zdjęcia, 
które później przesłałem Akademji paryskiej. 
Owóż w kilka dni potym żółta, pomarszczona, 
starcza skóra zupełnie znikła — i całe ciało babuni 
przybrało barwę białą kości słoniowej, barwę, co 
przedtym tylko w plamach była po nim rozsypana. 
Słowem ciało się wygładziło dokoła, ale nie było 
sztywne i odrętwiałe, jak tego oczekiwaliśmy; prze-
>>>
13 
ciwnie, stało się naraz giętkie, elastyczne i silne, 
a w ścięgnach nader sprężyste. Twarz i czoło wy­ 
równały się i nabrały alabastrowej białości. Dodam, 
że już tego dnia poprzez ową białość alabastrową 
zaczęła przeświecać żywa barwa czerwono-różowa, 
a pulsa bić poczęły z niepospolitą a harmonijną 
szybkością. Zęby niemal wszystkie odrosły, białe 
i kształtne, jak podłużne perły; usta zaś nabrały 
barwy wiśniowo-malinowej, a grzybkowaty ich układ 
zniknął zupełnie; były to usta młodej osoby. Biały 
meszek na głowie w kilka dni się rozwinął w bujne, 
jedwabne, złociste włosy, a w oczach zaczął naraz 
błyszczeć żywy blask i ogień, pełny radości i uśmie­ 
chu, przenikający i głęboki. 
Słowem staliśmy wobec niepojętego zjawiska 
i powoli budziło się w nas jego rozumienie, choć 
nie byliśmy w możności określić jego istoty. Nie— 
choroba naszej babuni — to nie była śmierć, to było 
odrodzenie, to było zmartwychwstanie. Było to cał­ 
kowite przekształcenie komórek organizmu, który 
przeszedł trzynaście cyklów po siedm lat, i w któ­ 
rym, dzięki szczególnemu zbiegowi okoliczności, 
mikroby życiodawcze unicestwiły całą złośliwą po­ 
tęgę 37 miljardów mikrobów chorobotwórczych 
i śmiercionośnych, unicestwiły, krótko mówiąc, tę 
całą bierną niemoc, która powoduje w naszym orga­ 
nizmie nędzę i chorobę, zwaną: starość. Słowem, 
choroba naszej babuni była to nowa młodość, nowe 
życie... 
Choroba babuni szła teraz crescendo, jak cu- 
.downe zjawisko. Po kilku tygodniach, w sam dzień
>>>
14 
Bożego Narodzenia w naszych oczach poprostu ba­ 
bunia, licząca lat dziewięćdziesiąt i jeden, przemie­ 
niła się w młodą, czarującą, dziewiętnastoletnią 
pannę — tę samą, której portret z r. 1818 wisiał 
nad jej łóżkiem. 
Niewątpliwie przez najbardziej tajemniczą, do­ 
tychczas niewytłumaczoną przemianę materji orga­ 
nicznej (czyż tylko organicznej ? — zdaje mi się, że 
głównym czynnikiem była tu psychika, utajona 
energja duszy babuni, duszy pięknej, czystej, har­ 
monijnej, panującej 
właśnie nad organizmem, 
owszem samodzielnie go kształtującej) — niewątpli­ 
wie przez ten cud babunia przestała istnieć. 
To znaczy: przestała istnieć jako babunia, choć 
nią w rzeczywistości była dalej, a zamiast niej uka­ 
zała się nowa, czy też odnowiona istota, sama sobie 
matka czy też córka — przepiękna dziewica, panna 
Klementyna, która ciałem swoim miała teraz lat 
dziewiętnaście, ale której duch zachował wszystką 
mądrość i doświadczenie ubiegłych blizko stu lat ży­ 
cia, owszem podniecony był jeszcze tą nową wiosną 
i nowym odrodzeniem. 
Trzeba zauważyć, że ani my, ani sama babunia 
tak odrazu nie zrozumieliśmy dobrze tego nowego 
jej położenia na świecie. 
Zwłaszcza babunia chwilowo zatraciła poczucie 
czasu — i mieszało się w niej naraz dwojakie zja­ 
wisko. Już to czuła się ona prababką całej gromady 
osób, zamieszkałych w Podobłoczu; już to znowu 
roiło się jej, że jest realnie tą dziewiętnastoletnią
>>>
15 
panną Klementyną ze starego portretu i że właśnie 
jest rok 81818. 
— 
Michasiu — mówiła do mnie — dowiedz się, 
czy dzisiaj będzie na teatrze reduta, bo właśnie pan 
Stanisław Okraszewski napisał śliczny wiersz, któ­ 
rym zaprasza mnie do angleza. Ach, taki czuły 
i romansowy wiersz, że łzy się cisną do oczu. Pan 
Stanisław to pewnie dziś największy poeta, kawaler 
piękny i 
f 
dzielny oficjer... Dla czego to Zuzia nie 
przychodzi? Posłałam ją do panny de Latour po 
suknię na dzisiejszy wieczór... 
I naraz śmiać się zaczęła srebrzystym, szczerym 
śmiechem dziewczęcym. 
— 
Cha, cha! Co za złudzenie I To przecież dawno 
miniona przeszłość. Wszystko mi się pomieszało! To 
zabawne! Jakiż to rok mamy teraz? 
— 
189... 
— 
Boże drogi, jak to czas płynie... Przecież ja 
mam lat ośmdziesiąt... 
Nawiasowo tu dodam, że babunia nigdy się nie 
chciała przyznać do swego wieku i poza liczbę 80 
za nic w świecie nie wychodziła. 
— 
Ośmdziesiąt lat, a tymczasem czuję, że właśnie 
jestem młodą, jak Zosia lub Natalka. To przecie 
dziw! Nie mogę się połapać. Więc ja na nowo się 
urodziłam, na nowo życie rozpoczynam! Co za osob­ 
liwa choroba. Czy to się często zdarza?... Ach, co 
za rozkosz 1 
Tak szczebiotała, a ja z niepojętym zachwytem 
spoglądałem na nią. Nie widziałem nigdy takiego 
upojenia życiem, takiej eksplozji radości, jak w tej
>>>
16 
zmartwychwstałej i odrodzonej osobie, świeżej jak 
rozkwitła róża z lilją połączona. 
— 
Babunia — rzekłem — jest odrodzona jak Fe­ 
niks — i mogę śmiało powiedzieć (tak mówiłem 
dalej, choć niezupełnie ściśle), że to zmartwych­ 
wstanie jest moim dziełem. 
— 
Wdzięczną ci też będę do końca życia, ale 
proszę cię, nie nazywaj mnie babunią, bo to jakoś 
nie wypada tak tytułować młodą pannę... 
— 
A więc — panno Klementyno. 
— 
Tak, tak — rzekła z czarownym uśmiechem, 
pełnym szczególnej kokieterji, a przypatrując mi się 
przez chwilę bardzo uważnie, dodała: 
— 
Ach, jak ty jesteś podobny do p. Stanisława 
Okraszewskiego, który się we mnie kochał w roku 
1818. 
— 
Gotów jestem naśladować pana Stanisława 
jak najgorliwiej — i tak samo jak on będę panią 
kochał — zawołałem pomimowoli, ale tak szczerze 
i tak głęboko, że naraz poczułem w sobie tę nową 
a niespodziewaną prawdę: kochałem tę' zmartwych­ 
wstałą kobietę, kochałem samo to jej zmartwych­ 
wstanie. 
— 
Ach, jak to będzie ładnie! — klasnęła w ręce 
babunia, a potym w komicznym zakłopotaniu rze­ 
cze:—Tak, ale co na to powie moja wnuczka He- 
lunia, co powiedzą jej córki, Zosia i Natalka? 
— 
Nikt na to nic powiedzieć nie może. 
I przypomniawszy sobie coś z podróży po Au- 
stralji, które czytałem jeszcze w gimnazjum, do­ 
dałem :
>>>
17 
— 
Na wyspach Polinezyjskich, gdy mężczyzna 
przy ślubie wierność przysięga kobiecie, wygłasza 
taką formułę: „Ja jestem śmiertelny, tyś jest nie­ 
śmiertelna". 
A któż jest bardziej nieśmiertelny, niż 
pani, babuniu... to jest, panno Klementyno! 
— 
Ślicznie to powiedziałeś. Zupełnie jakby pan 
Stanisław. Czy naprawdę jestem nieśmiertelna? Ni­ 
gdy nie umrę? nigdy? 
— 
Tak myślę — tak wierzę... 
— 
O mój Boże, zacóż takich łask zaznałam ? 
Sama nie wiem — mówiła dalej, opuszczając oczy 
—sama nie wiem, czy mi wolno powiedzieć to, co 
chcę powiedzieć... 
— 
Pani ma wyjątkowe stanowisko, wyjątkowe 
przywileje na ziemi. Śmiało niech pani mówi. 
— 
Powiem ci, mój Michasiu, że nigdy serce 
moje nie płonęło tak gorąco jak dzisiaj... Kocham 
ciebie, jak nigdy nie kochałam nikogo... Gdybym 
miała tak naprawdę lat dziewiętnaście, nie wypa­ 
dałoby mi tego mówić, ale przecież ty wiesz, że ja 
mam koło... no, mniejsza o to. Tobie zawdzięczam 
wszystko, bo moja młodość, moje życie jest twoim 
dziełem... 
W tym duchu prowadziliśmy rozmowy z babu­ 
nią, a to niemal nadprzyrodzone zjawisko rzuciło 
na mnie taki urok, że o wszystkim na świecie za­ 
pomniałem. I gdy pewnego wieczoru przyjechał do Pod- 
obłocza Janek ze swoją siostrą, Jadwigą — czułem, 
że stało się coś tragicznego w moim życiu — i nie 
tyle w moim, ile w życiu Jadwigi. 
Nie, już nie kochałem siostry Janka. Zapewne 
W czwartym wymiarze. 
Z
>>>
18 
było to z mojej strony źle i brzydko, że ją zdra­ 
dziłem i porzuciłem, ale czyżby mnie nie uwolnił 
każdy sąd, każdy trybunał. 
Klementyna — zjawa nadziemska — opanowała 
mą duszę. Jej przemiana była cudem i ona sama 
była cudem: jakże miałem nie ulec tej wyższej po­ 
tędze? Czytałem w oczach Jadwigi niemy wyrzut, 
ale milczenie moje dało jej do poznania, że między 
nami wszystko skończone. Swoją drogą żal mi było 
serdecznie Jadwigi, cios jednakże był tak niespo­ 
dziewany, że niktby rady nie znalazł. 
Natomiast miłość moja do Klementyny rosła 
z dnia na dzień ; i ona sama też rozwijała się, kwitła, 
dojrzewała, promieniała do apoteozy. Przebóstwiona, 
nieśmiertelna istota ludzka. 
Szczególnie zachwycająco wyglądała w noc Syl­ 
westrową. W Podobłoczu był wielki wieczór taneczny. 
Ponieważ wieść o cudownej metamorfozie babuni 
rozeszła się szeroko i daleko, więc też gości zje­ 
chało się do nas bardzo wiele. 
Istotnie Klementyna była królową balu. Nikt, jak 
ona, nie tańczył z takim wdziękiem walca, oberka, 
mazura. Nikt nie promieniał tak niepospolitą urodą, 
ani kostiumem ani dowcipem. 
Jej błyszczące oko, różowe usta, jej złote włosy, 
jej postać wysmukła i wytworna — wszystko to 
w ową srebrną noc zimową wydawało się niby zja­ 
wisko ze snu nocy letniej. I ona — ona mnie ko­ 
chała — i byłem szczęśliwy, bez miary szczęśliwy. 
Otwarcie mi powiedziała, że wtedy, w roku 1818 
była bardzo głupia (»Ah, si jeunesse savait!") i że
>>>
19 
dopiero potym zrozumiała różne rzeczy („si vieil­ 
lesse pouvait!"), i właśnie ona ten wyjątkowy stan 
osiągnęła. 
Powiem wam tedy, żeśmy się potajemnie zarę­ 
czyli, o czym nikt nie wiedział; tylko Jadwiga, kie­ 
rowana instynktem, odgadła nasz sekret. Byłem 
szczęśliwy i nie opuszczałem Podobłocza, choć na 
leżało wracać do Warszawy. Czekałem jednak oka­ 
zji, aby wraz z Klementyną wyjechać do miasta i aby 
móc ją poślubić. 
Było nam spieszno. Chciałem szukać posady, 
opuścić szkołę lekarską. Oboje nie chcieliśmy czasu 
marnować. 
A jednak się spóźniliśmy. 
Blizko miesiąc byliśmy w niebie, w niebie cu­ 
dów i marzeń. Ale nieszczęście czyha: dnia dwudzie­ 
stego stycznia Klementyna po powrocie ze ślizgawki, 
pełna humoru i wesołości, zasiadła do podwie­ 
czorku. Ten cudowny powrót do życia i młodości 
oczywiście sprawił to, że babunia żyła w nadzwy­ 
czajnym podnieceniu. Jako lekarz powinien byłem 
przewidzieć, że nadmierna ekspansja energji życio­ 
wej— może tu do fatalnych doprowadzić wyników. 
Niestety, byłem zaślepiony i nieprzytomny. 
Owego wieczoru właśnie Klementyna, wśród naj­ 
weselszej rozmowy, naraz pochyliła głowę i niespo­ 
dzianie zamilkła. 
O zgrozo, zamilkła na wieki. Gdym się zbliżył, 
aby zbadać jej puls, poznałem straszliwą prawdę. 
Klementyna umarła od udaru sercowego, umarła 
z nadmiaru życia i radości.
>>>
20 
Nie będę opowiadał o swojej rozpaczy. Odro­ 
dzenie babuni był to cudowny, ale nietrwały wy­ 
skok natury, promień słońca, wychodzący z mo­ 
giły. Może oboje, nie ceniąc i nie czcząc, jak przy­ 
stoi, tego objawu siły boskiej, nadużyliśmy go nie­ 
właściwie i zostaliśmy za to ukarani. Kwiaty je­ 
sienne rychło przemijają...
>>>
WŁADCA CZASU.
>>>
We czwartek, z powodu rekreacji popołudnio­ 
wej — profesor Jan Kanty Szelest wrócił już 
koło godziny pierwszej do domu, gdzie mu 
stróż wręczył list oraz mały pakiecik, przyniesiony 
przez pocztyljona. Zarówno list, jak i pakiet dato­ 
wany był z Indji i pochodził od Symforjona Larysza. 
Larysz był to znany uczony, który z górą rok 
temu udał się do Indji dla badań nad psychofizyką 
braminów, oraz innemi sprawami, związanemi z tym 
przedmiotem. 
Larysz znany był głównie w świecie naukowym, 
jako wynalazca nowego mikroskopu, zwanego me- 
tamikroskopem. Najdoskonalszy mikroskop nie po­ 
większa przedmiotów więcej nad 1500 do 2000 razy. 
Ciałko rozmiarów 0.0001 milimetra przybiera w nim 
wielkość 0-15 do 0-2 mil. 
Metamikroskop Larysza zbudowany był w ten 
sposób, że za pomocą całego szeregu zwierciade- 
łek wklęsłych i wypukłych, połączonych z mikro­ 
skopem ulepszonym, badane ciałko odbijało się na 
ekranie w powiększeniu miljonowym, czyli sięgało 
rozmiarów jednego metra. 
Profesor Szelest studjował botanikę i badał ta­ 
jemnicę budowy roślin; interesowało go zwłaszcza 
krążenie soków, rozwijanie się komórek i zjawi­ 
sko wzrastania. Uchwycić wzrastanie na gorącym
>>>
24 
uczynku, ujrzeć istotę wewnętrzną tego fenomenu, 
przeniknąć objawy, które z tym faktem się łączą — 
oto było marzenie Szelesta. Pr. Szelest z nie­ 
zmiernym entuzjazmem powitał metamikroskop La­ 
rysza, ale ta konstrukcja nie rozwiązywała jeszcze 
trudności; dla celów, jakie sobie założył był Sze­ 
lest, konieczne było opanowanie czasu: jak opano­ 
wać czas? jak rozciągnąć moment w bezmiary? 
Słowem, jak uczynić dla kategorji czasu to, co dla 
kategorji przestrzeni robi mikroskop? Nad temi za­ 
gadnieniami nieraz długie rozprawy toczył Szelest 
z Laryszem. 
Larysz w sprawie istoty czasu miał swoje włas­ 
ne, choć niezupełnie rozjaśnione poglądy i liczył, 
że mu psychofizyka indyjska niektóre braki jego 
myśli uzupełni. Oddawna wybierał się do Indji - 
i, gdy wreszcie plan swój urzeczywistnił, zapowie­ 
dział, że w danym razie natychmiast go zawiadomi 
o wyniku swych poszukiwań. To też prof. Szelest 
żarliwie list pochwycił do rąk i otworzył pakiecik. 
W przesyłce była niewielka flaszeczka, zawierająca 
sto gramów czerwonego płynu, barwy soku wiśnio­ 
wego. Na wierzchu miała białą kartkę w literach 
indyjskich, których Szelest nie umiał odczytać, oraz 
niżej w literach łacińskich: anehaspati. 
Oto są słowa listu: 
„Kochany Janie Kanty! Mogę ći nareszcie prze­ 
słać szczęśliwą wiadomość o naszej sprawie. Przy­ 
padek usłużył mi doskonale. 
Czy pamiętasz naszego kolegę z Paryża, Indyj- 
czyka Radżendra-Lalamitrę? Był to człowiek żarów-
>>>
25 
no głęboko wtajemniczony we wszystkie dziedziny 
wiedzy europejskiej, jako też i w prastarą mądrość 
braminów. Nie da się zaprzeczyć, że o ile Europa 
w technice doszła do wysokiej doskonałości, o tyle 
zaniedbała śledzenie tajemnic duszy ludzkiej. Nie 
dziw też, że co do znajomości zjawisk psychicznych, 
jesteśmy poprostu dziećmi wobec nieograniczonej, 
bezdennej wiedzy braminów w tym przedmiocie. 
Przybywszy do miasta Hastinapury, szczęśliwie 
spotkałem się z Lalamitrą, który zresztą przeważnie 
oddał się sprawom politycznym. Dzięki niemu jed­ 
nakże poznałem się z kilku braminami, jak Nisi- 
kanta, Czandraloka, Ramasita i in., 
ludźmi ze 
wszech miar godnemi najwyższego szacunku, zarów­ 
no dla swej cnoty, jako też mądrości. Ludzie ci za­ 
stanawiali się niemało nad istotą czasu. Jest to ka- 
tegorja wcale odmienna od przestrzeni, jakkolwiek 
ściśle z nią skoordynowana. Czas ma wartość nie- 
tylko zewnętrzną, ale też i wewnętrzną. Jeżeli czy­ 
tamy w księgach indyjskich, że ten a ten święty 
żył 10.000 lat — to znaczy tylko, że umiał on go­ 
dzinę rozciągnąć na setki lat; dzięki potędze swego 
ducha pomnażał czas wedle woli i zwiększał posto- 
kroć swoje życie, nadając mu niesłychaną intensyw­ 
ność. Podług mądrości indyjskiej dziś i wczoraj 
i jutro — jest to zawsze to samo. Minuta jedna, stra­ 
wiona w najwyższej potędze ducha, znaczy tyle co 
sto lat; naodwrót sto lat, przeżytych roślinnie albo 
mineralnie, znaczy tyleż co jedna minuta. Rozciągli­ 
wość czasu zatym leży w naszej mocy, o czym wie­ 
dzą Hindowie i, o ile sobie przypominam, mówił
>>>
26 
nam Lalamitra, że nawet mają oni pewną tajemni­ 
czą roślinkę, która się zowie panem czasu, 
a która mechanicznie to czyni, do czego inni do­ 
chodzą wewnętrzną doskonałością. Bramini mianowi­ 
cie mają dwie metody utrwalenia, przewyższenia po­ 
tęgi czasu, panowania nad nim, wreszcie wprost 
wychodzenia poza więzy czasu. 
Metoda pierwsza, wyższa — dostępna jest tylko 
tym, którzy osiągnęli największą dostojność ducha; 
dzięki długiej uprawie naszych sił duchowych czas 
na nasz rozkaz się zatrzymuje, cofa w najdalsze 
wczoraj lub płynie w nieznane jutro; ściąga całe 
wieki w jedno mgnienie, lub przeciwnie jedną mi­ 
nutę rozciąga na długie stulecia; nakoniec stosow­ 
nie do naszej woli, czas znika zupełnie, stajemy 
poza granicą wszelkiego postrzegania czasu, innemi 
słowy zdobywamy nieśmiertelność. Druga metoda, 
niższa — opiera się na podkładzie fizjologicznym, 
mianowicie na zażywce pewnej jagody. Ta druga 
metoda, mówił mi Nisikanta, dla was, Europejczyków, 
istot gruboskórnych i mięsożernych, — jest odpowied­ 
niejsza, choć nietrwała; pierwszą dopiero za tysiąc lat 
zrozumiecie. 
W towarzystwie kilku braminów wyruszyłem 
w góry Himalajskie, aby dostać tę roślinkę. Jest to 
trawka, zwana anehaspati, t. j.pan, władca 
czasu; przypomina nieco naszą niepokalankę czyli 
agnus castus, ma drobne jagódki pięknej bar­ 
wy, jak nertera depressa. Smak miły — kwas- 
kowaty. Trzy lub cztery jagody wystarczą dla wywo­ 
łania skutku na 15—20 minut naszego czasu po-
>>>
27 
spolitego, który zamienia się w setki i tysiące lat — 
prawie natychmiastowo. 
Roślinka ta jest bardzo rzadka; rośnie tylko na 
dwuch szczytach wysokich na 10 —12 .000 metrów, 
zwanych Tatravanta i Matravanta. Droga prowa­ 
dzi tam piękna, lecz stroma I niebezpieczna. Jed­ 
nakże moi przewodnicy bramini doprowadzili mnie 
szczęśliwie na szczyty, gdzie zebrałem sobie znako­ 
mity zapas anehaspati. Po powrocie do Hasti- 
napury zażywałem kilkakrotnie tę roślinkę w po­ 
staci jagód i przekonałem się, że jej działanie jest 
wprost cudowne. Mechanicznie rozciągnąwszy czas, 
widzisz zjawisk 4—5 tysięcy razy więcej niż nor­ 
malnie, albo raczej rozbierasz jedno zjawisko na 
4—5 tysięcy oddzielnych momentów, przyczym całość 
przybiera kształty zupełnie nowe, niespodziewane, 
odmienne od naszej pospolitej spostrzegawczości. 
Badania mikroskopowe przy pomocy aneha­ 
spati otwierają nam światy nieznanych dotychczas 
tajemnic. Przesyłam ci tę roślinkę w formie syropu, 
gdyż lękam się, aby jagody w tak długiej przepra­ 
wie nie zatraciły swej własności. Syrop jest trwały, 
choć oczywiście nie działa tak potężnie, jak świeża 
roślina. Bierz na jedno doświadczenie nie więcej, 
nad 10—12 kropel, najlepiej w kieliszku dobrego 
wina burgundzkiego. Uprzedzam cię, że po zażyciu 
wpadniesz w jedno lub dwuminutowe omdlenie; po- 
tym jednak natychmiast, jakby z odnowioną duszą, 
możesz do badań przystąpić. Bądź zdrów i pisz mi 
do Hastinapury o wyniku swoich doświadczeń. Rad- 
żendra-Lalamitra przesyła ci serdeczne ukłony;
>>>
28 
również i moi mistrze-bramini, którzy cię znają 
z moich opowiadań. S . Larysz. » 
Profesor Szelest był oszołomiony. Już czuł się 
panem czasu, już bez namysłu chciał wypić dziesięć 
kropel nadesłanego mu płynu, ale się wstrzymał. 
» — Spokoju, spokoju! — powiedział sobie i prze - 
dewszystkim rrtikroskop przygotował, ekran nasta­ 
wił. Potym zaczął śród preparatów wybierać ten, 
który mu się zdawał najwłaściwszy. Miał tam 
różne pleśnie i grzybki, w parafinie utrwalone ; miał 
bakcyle, mikrokokki, spirochyty; miał Labo ul e- 
n i a 1 e s, niewidzialne mchy, kwitnące na ciele żu­ 
ków wodnych i t. d . Miał wreszcie porost barwy 
złoto-zielonawej, który sam odkrył na kwiatach 
fuksji, a który od imienia kobiety umiłowanej nie­ 
gdyś i utraconej zbyt rychło — nazwał Vanda- 
maria Szelesti. 
Ten więc porost wybrał nasz profesor do badań. 
W odpowiednie miejsce mikroskopu włożył szkiełko 
z preparatem, nastawił zwierciadełka i rzucił na ekran. 
Zapuścił story w Iaboratorjum i natychmiast 
ujrzał na płótnie obraz, który niewiadomo dla czego 
wydawał mu się dzisiaj zamglony. Obraz ten rozmia­ 
rów prawie jednego metra ukazywał się jako nagro­ 
madzenie wodnisto-zielonych kulek ze złotawemi jąder- 
kami; szkliste soki toczyły się z energją poprzez ko 
morki, błyskając tęczowo; potym nastawała ciemność. 
Profesor nastawił aparat fotograficzny i zdjął 
obraz. Dopiero wówczas zaczął się przygotowywać 
do nowej, nieznanej pracy. Wziął nowy preparat 
Vandamarii — i umieścił go w mikroskopie. W uro-
>>>
29 
czystym nastroju ducha wypił 12 kropel płynu, 
z Indji przysłanego — i czekał na wrażenie. W pierw­ 
szej chwili nie czuł żadnej zmiany, ale wnet po­ 
ciemniało mu w oczach i zdawało mu się, jakby 
zapadał w sen pod chloroformem. Był jednak dość 
przytomny, aby śledzić stan swego ducha; czuł, że 
jakiś fluid nowy się w nim rozwija; niby to był on, 
tensam co poprzednio, a przecież inny. 
Szelest nazwał później ten fluid: multiplicator 
temporis. Patrząc dokoła — czuł raczej niż widział, 
że świat znieruchomiał; chwilę nasz badacz znajdo­ 
wał się w bezwzględnej ciemności i znieświadomieniu. 
Naraz się zbudził, bardziej ześrodkowany w du­ 
chu, niż kiedykolwiek. Czuł w sobie jakby nową 
potęgę, powiedzmy — bardzo natężone poczucie no-, 
wego, czwartego wymiaru — czasu. 
Spojrzał na zegarek: była godzina 2 minut 12 
sekund 37 tercji 5, co szybko zapisał. 
Na ekranie miał przed sobą obraz tensam, co 
przedtym, ale wnet mgła, przesłaniająca jego tajniki, 
rozwiała się i szczegóły wydobywały się wciąż wy­ 
raziściej. 
To, co uważał za komórkową plazmę, była to 
jakby zielonawo srebrna mgławica, niezmiernie 
szybko wirująca dookoła osi. Naraz mgławica ta 
zapłonęła purpurowo i rozpadła się na kilkanaście 
kulek mniejszych i większych; jedna z nich, cen­ 
tralna, miała rozmiary pomarańczy katańskiej, barwę 
złoto-ponsową i w ciemnym laboratorjum nawet 
rzucała rodzaj promieni. Inne — mniej świetne, ale 
jaskrawe kulki, z odcieniem zielonym — zaczęły
>>>
30 
krążyć dookoła tej wielkiej kuli czerwonej, każda 
po swoim kole albo raczej po elipsie. 
Światło tych kulek bladło powoli i gasło, gdy 
pomarańcza wciąż świeciła. Krążąc, owe kulki zwra­ 
cały się raz jedną, raz drugą stroną ku pomarańczy 
i gdy z jednej strony były oświetlone, z drugiej 
tonęły w ciemności. Jedna zwłaszcza kulka, najzie- 
leńsza, zwróciła uwagę Szelesta. 
Nakręcił odpowiednie zwierciadełko mikroskopu 
tak, że wszystkie kulki wraz z pomarańczą zniknęły 
i pozostała tylko jedna, którą Szelest nazwał Me a, 
t. j. moja; zajmowała ona cały ekran. Błękitnawa, 
jakby eteryczna błonka otaczała całą sferę Mei. 
Kula ta krążyła nieustannie, dookoła swej osi i raz 
była świetlana, jakby złota, raz znowu zielonawo- 
szara. Im bliżej się profesor przyglądał ruchom na 
tej kuli, tym wyraźniej widział olbrzymie przewroty 
na jej powierzchni; od czasu do czasu z jej wnę­ 
trza buchały jakieś dymy i ogniki, to znowu płyn 
bezbarwny, niby wodospad, walił z błonki, otacza­ 
jącej kulę. 
Na tej powierzchni Szelest rozróżnił dwojakie 
pokrycie: twardsze, zielonawo-brunatne, które na­ 
zwał „lądem", i błękitnawo-płynne, które nazwał 
„wodą". Naraz z błony zewnętrznej zaczął padać 
bialuchny proszek, niby mąka, a to, co nasz 
uczony nazwał wodą, przybrało postać szkła. Wy­ 
buchy ogniowe ucichły, a to, co Szelest określił 
jako ziemię i morze — na pewien czas się ustaliło. 
Jakby w natchnieniu Szelest wynalazł sobie metodę 
liczenia obrotów tej kuli i obliczył, że od chwili, gdy
>>>
31 
ją ujrzał po raz pierwszy w blaskach wielkiej poma­ 
rańczy, minęło cztery tysiące lat; od chwili zaś, gdy 
ujrzał mgławicę Vandamarii, lat siedm tysięcy. 
Mea była ostatecznie sformowana. Szkło na nowo 
przybrało postać płynną, a biały proszek zniknął 
i kula zaczęła się pokrywać mchem zielonym, po­ 
rostami cudnych kształtów, a w przezroczystym 
płynie (morzu) ukazały się kolorowe istoty, nie­ 
wątpliwie żywe, podobne do bakcylów i wrotek. 
Inne zaczęły biegać w mroku mchów i paproci, a 
niektóre latały po powietrzu. Nie mógł oczywiście 
profesor inaczej nazwać tych tworów, jak florą 
i fauną Mei. 
Tu Szelest uderzył w pewien sztyfcik mikroskopu, 
a znakomita część kuli zniknęła; pozostał tylko jej 
szmat powiększony do rozmiarów metra. Szmat 
pozornie był nieruchomy. Ujrzał wtedy profesor 
niby krajobraz, w którym można było odróżnić 
(mówiąc po ziemsku) brzeg morza, skały, lasy, pusz­ 
cze. Tysiące żywych infuzorjów krążyło po tych 
przestworzach, pożerając się, walcząc ze sobą, mno­ 
żąc się, rosnąc i umierając. Pokolenia mijały za 
pokoleniami, lata i wieki płynęły, a świat ten się 
rozwijał coraz barwniejszy i coraz pełniejszy zja­ 
wisk nowych. 
Śród mieszkańców Mei ukazał się twór, podobny 
do jaszczurki, który zaczął naraz chodzić na dwuch 
tylnych nogach,? a przednich używał do walki 
z innemi. Ten kangur osobliwy (Baccillus bipes 
Szelesti) był różnych barw: czerwony, żółty, czarny, 
biały, niebieski. Szelest zauważył, że ten Przecinek,
>>>
32 
skaczący jak pchła, a przedniemi łapami wyrywający 
z ziemi mchy i paprocie, walczył ze wszystkiemi 
tworami w wodzie, w lasach i w powietrzu. Nadto 
zaś jaszczurki owe łączyły się ze sobą, stosownie 
do koloru — i prowadziły zażarte wojny. 
Biała gromada pożerała czarną, niebieska czer­ 
woną i t. d. Bakcyle te jednak z niesłychaną ener- 
gją pracowały, tworząc niby mrowiska. Wydobywszy 
jakieś świecące blaszki, zaczęły rąbać lasy i skały, 
budować pryzmatyczne, gliniane domki (niby ter- 
mity); w łupinach puszczały się na morze. 
Niedługo też — w wielu miejscowościach — 
zmieniła się postać Mei; lasy poznikały, a na wy­ 
rębach ukazała się sztucznie hodowana śnieć. Mro­ 
wiska otaczano jakby obwarowaniem. Jaszczurki te, 
jak wiemy, nie żyły ze sobą w zgodzie i na wzór 
tego, jak mrówka opanowała mszycę, tutaj gromada 
biała utrzymywała w stanie mszyc — gromadę 
czarną; podobnież gromada czerwona — niebieską. 
Naraz gromada biała wyruszyła wielką masą prze­ 
ciw czerwonej — i straszna wojna, trwająca długie 
lata — zawrzała między niemi. Tysiące ginęło, już 
to białych, już czerwonych; wreszcie czerwoni upadli 
do stanowiska czarnych, a niebiescy zajęli miejsca 
czerwonych w dawnym kraju. I oto znów czerwoni 
i czarni gromadzili się na jakieś potajemne zebrania— 
i naraz czerwoni i czarni wyruszyli przeciw białym 
i niebieskim, i straszną między niemi rzeź sprawili. 
Teraz zapanowali czarni i czerwoni jako mrówki, 
a biali i niebiescy służyli im za mszyce. 
Był zaś pośród białych jeden ze świecącą złotą
>>>
33 
główką i ten krążył od białych do czerwonych 
i niebieskich i coś im przekładał... (Niestety, choć 
rzeczą pewną jest, że owe istoty miały własną 
mowę — niemasz mikrofonu, coby ją nam utrwalił 
i zakomunikował!) Z drżenia atmosfery widoczne 
było, że bakcyle krzyczą oburzone; niektórzy tylko, 
różnej barwy, stanęli przy złotogłowym, ale pozo­ 
stała gromada, zbrojna w świecące szpileczki, rzu­ 
ciła się przeciw nim oraz ich przywódcy — i w mgnie­ 
niu oka ich rozsiekli, a złotą główkę odciąwszy, 
wbili ją na długą szpilkę i tak obnosili po mieście. 
Obraz ten napełnił melancholją serce Szelesta. 
Płakał niemal nad tą piękną złotą główką jakiegoś 
bakcyla najwyższego typu, którego zamordowali 
barbarzyńcy. Nie chciał już widzieć tej grozy. 
Odwrócił sztyfcik i znów wywołał na ekranie 
całą kulę Mei. Zauważył na niej prawidłowe linje, 
które w pierwszej chwili porównał do kanałów na 
Marsie. Tu i ówdzie szły metalowe druciki, po któ­ 
rych się toczyły puzderka na kółeczkach. Po mo­ 
rzach płynęły liczne łupinki z jaszczurkami różnych 
barw. Liczba mrowisk znacznie się powiększyła, ale 
w wielu miejscach było dużo białego proszku. 
Zwłaszcza koło biegunów znaczne przestrzenie były 
pokryte niby mączką i szkłem. Z tych stron jasz­ 
czurki coraz tłumniej zmierzały do równika. Jakoż 
kwitnące niedawno lasy znikały, mrowiska padały 
w ruinę, a wśród bakcylów trwała coraz sroższa 
walka o byt. Tysiące tworów ginęło w śniegach 
i lodach, a zwłaszcza pyszne władcy owego globu. 
Światło dawniej tak promienne, które na Meę 
W czwartym wymiarze. 
3
>>>
34 
padało z wielkiej pomarańczy, było coraz bledsze, 
a gdy kula odwróciła się na osi — była niemal 
zupełnie czarna. Momentalnie czas obliczył Szelest; 
minęło lat trzydzieści tysięcy... 
Poruszył znów w sposób właściwy jedno zwier- 
ciadełko i znowu ujrzał obraz pierwotny z wielką 
pomarańczą w środku; ale nie była już ona pon- 
sowa, jak przedtym (t. j. 30,000 lat temu); miała 
odcień blado-żółty, który stopniowo przechodził 
w biało-szary, węglano-bury i nakoniec w zgoła 
czarny. Noc zapanowała w tym świecie. 
Z przerażeniem też widział Szelest, że krążenie 
kulek dokoła czarnej- kuli środkowej — trwało jesz­ 
cze pewien czas, a potym ustało — i naraz wszyst­ 
kie runęły w otchłań, waląc się jedne na drugie. 
Ciemność zaległa ekran i niewątpliwie profesor miał 
prawo sądzić, że w mikroskopie coś się zepsuło 
i że obraz zniknął skutkiem pęknięcia szkiełek. Ale 
naraz — po czterech tysiącach lat — w samym 
środku ekranu błysło srebrne oczko, które, zdaje 
się, na nowo rozpaliło ogień wewnętrzny tych zwa­ 
lonych na siebie słońc i planet — i wrychle biało- 
złota, gęsta, płynna masa zaczęła się toczyć wokoło. 
Rzekłbyś, palingieneza światów zmarłych. 
Siedemdziesiąt dwa tysiące lat przeminęło. Nowy 
okres bytu się rozpoczął. 
Szelest był oczarowany, gotowy modlić się do 
Brahmy za łaskę, którą obdarzył Larysza. 
Jednakże w tejsamej chwili, kiedy się zaczynało 
odrodzenie kosmosu, co zniknął w straszliwej ka­ 
tastrofie, widok cały zbladł i zamarł i Szelest ujrzał
>>>
35 
na ekranie zwykły, powiększony obraz Vandamarii; 
splot okrągławych komórek z jąderkami świecącemi, 
napełnionych sokiem bladozielonym. 
Anehaspati działać przestało. 
Szelest spojrzał na zegarek: była godzina 2 
minut 32 sekund 51 tercji 38. 
Cały ten olbrzymi, na 72,000 lat Obliczony prze­ 
wrót — powstanie i zagłada potężnego systemu 
globów — trwał 20 minut, 14 sekund i 33 tercje. 
3*
>>>
KOMETA.
>>>
R 
zecz zdumiewająca, że choć od ostatniego zja­ 
wienia się komety Halleya w roku 1910 mi­ 
nęło z górą lat sześćdziesiąt, to jednak nikt 
tego nie zauważył — i wszyscy traktują rzecz tak, 
jakby owych 64 lat nigdy nie było. Posiadam jed­ 
nakże niezbity dowód, że te 64 lata były; że mia­ 
nowicie planeta nasza przeszła okres 1910—1878, 
a potym znów 1878—1910. W ten sposób czas, 
ubiegły wstecz i z powrotem, całkowicie się wy­ 
równał, co da się bardzo łatwo wykazać matema­ 
tycznie. 
Ten szczególny fenomen w dziejach kosmicznych 
nie miał, niestety, żadnego wpływu na historję 
człowieka. Poprostu tylko wszystko się potoczyło 
po linji odwrotnej, jak np. odwrócona filma w ki­ 
nematografie. Przeszłość pozostała niezmieniona — 
i jakby jakieś fatum czuwało nad nami — wszystko 
odbyło się zupełnie tak samo jak poprzednio. 
Nie wątpię, że i wielu innych ludzi mogło zau­ 
ważyć to zjawisko; nigdzie jednak nie znalazłem 
o nim wzmianki. 
Ja jeden mogę stwierdzić notorycznie, że tak 
było. Nie mówię, że ten przewrót odbył się dla 
mnie, ale ja z niego w pewien sposób skorzystałem. 
Żadną też miarą nie mogę się zgodzić na teo- 
rję profesora Kessingtona z Glasgowa, który w po-
>>>
40 
przednim 1909 roku, przed kometą jeszcze ogłosił 
swoje poglądy w Astronomical Review of G. R. 
S. of S. Pisze on mianowicie, że kometa wcale 
nie istnieje; że w pewnym układzie słońc i planet 
formuje się splot mgieł eterycznych międzyglo- 
bowych, które się łączą w nieokreślony a dłu­ 
gotrwały obłok świetlny, szczególnej formy, zwany 
kometą; obłok ten jakiś czas krąży w przestwo­ 
rzach, a potym rozwiany znika; przytym układ taki 
eterów co pewien okres czasu się powtarza i tak 
samo powtarza się zjawienie tego świetlnego obłoku. 
Blanchard z Paryża ostrą polemikę rozpoczął 
z Kessingtonem. Dowodził on realności komety i na 
zasadzie analizy spektralnej wykazał w jej ogonie 
obecność cjanku potasu, zapowiadając całej ludz­ 
kości śmierć z otrucia. 
Nic podobnego, jak wiemy, się nie wydarzyło, 
ale również fałszywa jest teorja Kessingtona. Ko­ 
meta jest niewątpliwie ciałem realnym; ogon zaś jej, 
choć się składa z materji nieskończenie rozrzedzo­ 
nej, to jednak posiada znakomitą sprężystość, jakby 
kauczuku, w stosunku do atmosfery ziemskiej, któ­ 
ra jest niby drugą piłką z kauczuku. Zetknięcie się 
dwuch takich ciał niewątpliwie pewien efekt wywo­ 
łać musi. Przy niesłychanej szybkości ruchu ko­ 
mety — uderzenie jej o ziemię nie ma bynajmniej 
charakteru katastrofy; jest to uderzenie nadzwyczaj­ 
nej siły, ale bardzo łagodne: skutkiem tego rezultat 
uderzenia jest prawie nieodczuwalny, ale trwa bar­ 
dzo długo. W danym razie 64 lata. 
Dla tego też owego czasu, dnia 18-go maja 1910
>>>
41 
roku — mieszkańcy planety, prócz lekkiego strachu, 
nic nie odczuli. Natomiast w kilka dni potym (nie 
odrazu) i dalej przez całe lat 32 ludzkość była szczegól­ 
nie zdziwiona osobliwym charakterem biegu wypad­ 
ków, jakie się potoczyły na naszej planecie. 
Cała sprawa polegała na tym, że kometa, uderzyw­ 
szy w atmosferę ziemi — pchnęła ją w kierunku 
odwrotnym jej zwykłemu biegowi. Orbita ziemi, za­ 
miast naprzód, poszła wstecz i wszystko się niejako 
na ziemi odwróciło. Rodzaj ludzki jest z natury 
swej bierny, to też po kilku miesiącach zdumienia 
wszyscy nawykli do tej odwrotnej kolei zjawisk. 
Najgodniejszą uwagi rzeczą była w tym okresie 
nie tyle zmiana kierunku w obiegu ziemi, ile odwró­ 
cenie czasu. Mianowicie czas zaczął płynąć wstecz, 
zamiast naprzód, od jutra ku wczoraj, wydobywając 
z powrotem, niby klisze fotograficzne, zjawiska utrwa­ 
lone w przestworzach zamarłej przeszłości. 
Po długich dyskusjach astronomowie dopiero 
w następnym 1909 r. ogłosili kalendarz, który się 
zaczynał od 31-go grudnia, kończył na 1-szym stycz­ 
nia. Wszystkie też fenomeny z czasem związane 
zaczęły się poruszać [po linji odwrotnej. Naprzód 
był zachód słońca, a potym wschód; naprzód były 
żniwa, potym zasiewy; naprzód śmierć, potym ży­ 
cie; naprzód dzieci, potym małżeństwo. Zmartwych­ 
wstanie stało się prawem ogólnym, starcy odzyski­ 
wali młodość i dziecięctwo, żony powracały do 
panieństwa, a dzieci znikały w łonie matek, prze­ 
chodząc do niebytu. Kto był w więzieniu, mówił: 
— 
Mam za trzy lata popełnić taką a taką zbrod-
>>>
42 
nię. 
— 
Wczoraj znaczyło jutro, jutro znaczyło 
wczoraj. 
Wiosna powoli znikała, zaczęły się śniegi i mrozy 
i w miesiącu marcu — lutym mieliśmy dość ostrą 
zimę. A jednocześnie mój wierzyciel, z którym już 
w maju uregulowałem rachunek, pokazał się na 
nowo, żądając zwrotu całej sumy wraz z procenr 
tami. W marcu też przyniesiono nam z lombardu 
futra, które istotnie były nam przydatne. Styczeń 
roku 1910 upamiętnił mi się doskonale: wracaliśmy 
z cmentarza wraz z całym; konduktem pogrzebo­ 
wym, a gdy byłem w domu, wniesiono mi do po­ 
koju trumnę, którą otwarto — poczym z niej wy­ 
jęto zwłoki mojej teściowej. Położono ją na łóżku, 
a po kilku dniach otworzyła oczy; z początku była 
osłabiona, ale wkrótce nabrała sił i znowu słysza­ 
łem jej miły głosik: — Ach, ty nędzniku prze­ 
wrotny i rozpustny, zgubiłeś moją córkę, życie jej 
złamałeś itp. Poczciwa Marynia dopiero ją mitygo­ 
wać zaczęła, zwracając uwagę na to, jak nasz pół­ 
roczny Jaś ciągle maleje; jakoż w końcu listopada 
1909 doszedł on do minimalnych rozmiarów i pewnego 
dnia zniknął w łonie matki. To samo stało się po 
roku (1908) z Olesiem, a w 1907 okazało się, że 
nietylko teściowej, ale i żony nie mam wcale. Spo­ 
tkałem się raz z Marynią na ulicy; na nowo była 
panną, a ja dopiero jej narzeczonym. Jej mama 
była dla mnie bardzo słodka. Natomiast brat mojej 
żony, który w poprzednim 1907 roku wrócił z ze­ 
słania z ziemi Jakuckiej — na nowo się tam znalazł 
i aż do roku 1905 tam przebywał.
>>>
43 
Nie mogę tu oczywiście wykładać historji po­ 
wszechnej wstecz. Przypominam sobie jednak wielki 
ruch 1905-go roku i dzień 30-ty października, w któ­ 
rym ogłoszono konstytucję. 
Tymczasem już nazajutrz, chwała Bogu, konsty­ 
tucji nie było i żyliśmy w ancien régime, kiedy to 
spokojnie chodziło się do Filharmonji i grywało się 
w winta, a intendentura robiła świetne interesa. 
Pewnego dnia roznosiciele gazet wołali na uli­ 
cach : Cuszima ! Innego zaś dnia : Bitwa pod Jalu ! 
it.d. 
W tym właśnie czasie ze mną zaszły fakty na­ 
stępujące: żony swojej Marji zupełnie nie znałem, 
a posada, którą miałem w zarządzie kopalni węgla 
— 
była niemoja. Stary Breyer żył i siedział przy 
moim biurku, a ja z ostatnią trzyrublówką w kie­ 
szeni błądziłem po Warszawie, rozmyślając nad 
swoim zerwaniem z Jadzią. Pewnego dnia byłem 
w parku, gdzie pod starym klonem zakopałem 
w ziemi małą skrzyneczkę z medaljonem (dar Ja­ 
dwigi!), dłutkiem wyryłem datę: dnia 15-go maja 
1900-go roku, nadto porobiłem na skrzynce, sam 
nie wiem dla czego, pewne znaki magiczne, aby 
skrzynki tej ani czas, ani przestrzeń nie pochłonęły. 
Naraz ukazała się Jadzia, czyniąc mi srogie zarzuty 
o jakąś Emilkę i płacząc gorzko, zerwała ze mną 
na amen. Ale nazajutrz znów się z nią widziałem, 
byliśmy jak najlepiej: sielanka cała rozwinęła się 
prześlicznie, aż pewnego razu Jadzia zniknęła i na­ 
wet o niej nie wiedziałem. 
Tu zaznaczę, że w poprzednim czasie, jeszcze
>>>
44 
nawet w r. 1910 nieraz przypominałem sobie ten mo­ 
ment i żałowałem zerwania. Bolała mnie ta niedopita 
czara. Powtórzenie było identyczne z dawnym prze­ 
biegiem faktów, ale w odwrotnym kierunku. Właś­ 
nie przeszedłem z IV kursu prawa na III, a potym 
na II i I, aż pewnego dnia znalazłem się w gimna­ 
zjum, przechodząc ściśle z klas wyższych do niż­ 
szych, aż nakoniec z chwałą doszedłem do klasy 
wstępnej. 
Byłem wtedy niezmiernie szczęśliwy, gdyż znowu 
znalazłem się w domu rodziców, kochany, piesz­ 
czony i próżny trosk. Na Boże Narodzenie dosta­ 
łem ślicznego konia, a w kilka lat później chodzi­ 
łem z niańką do ogrodu, w szkockich majtkach. 
Pewnego dnia przestałem mówić i umiałem tylko 
bełkotać: mama-tata! zapomniałem sztuki chodze­ 
nia, nosili mię na rękach itd. 
Pomimo tak szczególnego zniedołężnienia, pa­ 
miętałem doskonale wszystko, co działo się przed- 
tym, choć większość ludzi całkowicie o tym zapo­ 
mniała. Nastąpił jednak i dla mnie ostateczny mo­ 
ment nieświadomości i mroku. Pewnego dnia znik­ 
nąłem ze świata: poprostu nie byłem! Jak długo 
nie byłem — określić trudno. Czas mego niebytu nie 
istnieje dla mnie. Zdaje się jednak, że długo to nie 
trwało. 
Tu małe wyjaśnienie: piłka uderzona leci w da­ 
nym określonym kierunku, ale po niejakim czasie 
znów na ziemię spada, co się tłumaczy prawem 
ciążenia. Podobnież ziemia, pchnięta po orbicie od­ 
wrotnej, krążyła jakiś okres lat wstecz, aż pew-
>>>
45 
nego dnia wróciła do normalnego biegu. Czas 
powrócił również do swej normy. O ile dane moje 
sięgają, przeżyłem wstecz lat 32; potym nastąpił 
mrok niebytu, i znów się ukazałem na świecie. 
Był rok 1878, gdy nastąpiło moje powtórne uro­ 
dzenie. 
Długi czas nie mogłem tego zrozumieć i połapać 
się w analogjach mego pierwszego i drugiego po 
bytu na ziemi. Była pewna rozkoszna monotonja 
w tym powtórzeniu, które mnie wielce zdumiewało, 
gdym zrozumiał tajemnicę. 
Ciągle marzyło mi się, aby rozwinąć żywot swój 
w edycji poprawnej, doskonalszej niż poprzednia, 
ale napróżno: fatum jest nad nami, i musimy prawie 
bezwzględnie powtarzać sami siebie. Przy każdym zda­ 
rzeniu mówiłem sobie: to już było, to już znam, to już 
widziałem. 1 ta niańka, co mi bajki opowiadała, i ten 
koń drewniany i ta bakalarnia, do której mnie po­ 
syłano — wszystko to znałem — i owszem, powiem, 
że miło jest żyć po raz drugi; szkoda tylko, że się 
to zdarza bardzo rzadko. Tak przeszedłem znów gim­ 
nazjum i znów byłem w szkole prawa, i znów 
spotkałem się z Jadwigą. 
Od pierwszej chwili, gdym się spotkał z Jadwigą, 
coś mnie tknęło: niewątpliwie znaliśmy się w po­ 
przednim żywocie i niewątpliwie było między nami 
coś serdecznego. Nic dziwnego też, że w jednej 
chwili czuliśmy się jak starzy znajomi. Zacząłem też 
jej przypominać pewne fakty z naszego poprzed 
niego życia, ale Jadwiga mało pamiętała. Wszystko 
to, co mówiłem, traktowała jako fantazję, choć bez
>>>
46 
wątpienia — mówiła — coś się w niej budzi powoli, 
jakieś wspomnienie, ale było to raczej wspomnienie 
snów i rojeń sennych, niż rzeczywistości. Dopiero 
po kilku tygodniach zaczęła sobie ten sen uświada­ 
miać: ja podsuwałem jej obrazy, które musiała w tym 
śnie oglądać. 
Klaskała w ręce, płakała i śmiała się z podziwu, 
gdym jej własne jej sny opowiadał; nasze dziecinne 
radości i smutki — nasze pierwsze pocałunki — i kłót­ 
nie, zwłaszcza historję z powodu jakiejś Emilki — 
i potym zerwanie. Jadzia była zawstydzona tym wi­ 
dzeniem sennym i opowiadała dalsze swoje, jak na­ 
zywała, sny. Zerwawszy ze mną, zapoznała się z" ja­ 
kimś starszym panem, który się z nią ożenił; był 
dość zamożny, ale ona szczęścia w tym związku nie 
znalazła i zawsze żałowała, że tak nagle mnie po 
rzuciła. Ale szczęściem — dodała — był to sen. 
Nigdy z tobą nie zrywałam; zawsze byłam twoja. 
Ucałowałem ją w usta i w szyję, gdy nagle uj­ 
rzałem na jej piersi medaljonik, a w medaljoniku 
był jej własny portrecik z lat dziecięcych. Byłem 
dziwnie poruszony: ja znam ten medaljonik; taki sam, 
może tensam — ona mi niegdyś dała na pa­ 
miątkę. Czy przypominasz sobie o tym? Ale właś­ 
nie ja taki sam medaljon zakopałem w parku za­ 
miejskim, pod starym klonem. Jeżeli ten medaljon 
jeszcze tam jest, to znaczy, że wszystkie moje przy­ 
puszczenia się potwierdzają. 
— 
Pójdźmy do parku — rzekłem — musimy zba­ 
dać, czy ta metalowa skrzyneczka jeszcze się tam 
mieści.
>>>
47 
Rzeczywiście nie była to złuda: dzięki magji mo­ 
ich uczuć i moich zaklęć — skrzyneczka z medaljo- 
nem — przedmiot materjalny — przeważył niemate- 
rjalną potęgę kołowrotu czasu i do dziś przetrwał 
nienaruszony. 
Inne przedmioty znikały stopniowo, przechodząc 
w jakiś cień niebytu razem z zamierającym meta- 
czasem. Tak np. próżno szukałem kalendarzy lub ga­ 
zet ówczesnych; czas je pochłaniał w szczególny 
sposób, jakby to naddatkowe tworzenie rzeczy wią­ 
zało się z naddatkowym czasem i jakby razem z za­ 
nikiem tego okresu ziemi rozpadało się w nicość 
wszystko to, co było stworzone w tym okresie z ma- 
terji. Moja nowa miłość z Jadwigą przypadła na 
czas, kiedy miałem lat 22, t. j . około 1900 r. Zau­ 
ważyłem, że w Bibljotece publicznej wszystkie dzien­ 
niki i kalendarze od r. 1900 do 1878 zniknęły bez 
śladu, jakby rozwiane w niebycie. Były natomiast 
jeszcze te, które dotyczyły lat 1910—1905, ale i te 
kolejno znikały — tak, że gdyśmy teraz idąc w od­ 
wrotnym do poprzedniego kierunku, doszli do lat 
1905 — 1910, wszystko to, co mogłoby świadczyć 
o potężnym przewrocie kosmicznym — niby mgła 
nierealna pryskało i znikało. 
Jedyny (zdaje mi się) dowód niezaprzeczony rze­ 
czywistości tego okresu stanowi ten medaljon, wy­ 
kopany z ziemi pod klonem w starym parku. Ze 
łzami w oczach całowała Jadwiga ten medaljon, 
świadectwo naszego poprzedniego żywota i naszej 
poprzedniej miłości. 
Zrozumiała teraz wszystko: to nie były sny, to
>>>
48 
była dawna przedistnieniowa rzeczywistość nasza; 
to była nasza lekkomyślność, co nam kazała ze­ 
rwać z sobą i nie dopełnić naszego szczęścia. Te­ 
raz już byliśmy jak jasnowidzący; już rozumieliśmy, 
co powinniśmy. Powinniśmy teraz do dna wypić 
niedopitą czarę. O słodka godzino cudu! Jakże 
szczęśliwi, wniebowzięci byliśmy w tym drugim ży­ 
wocie! Jakąż głęboką mądrość wykazywały serca 
nasze, bogate doświadczeniem ubiegłych okresów! 
Oboje też — ona i ja — staliśmy się poprostu 
fenomenem kosmicznym dla stwierdzenia wielkiego 
przewrotu globu naszego. Otrzymałem od niej drugi 
medaljon, który razem z pierwszym (w skrzynce) 
chowam na pamiątkę. 
Sądzę, że byłby to najpiękniejszy dar dla jakiego 
muzeum. 
Swoją drogą po kilku latach rozeszliśmy się z Ja­ 
dwigą — zresztą w najlepszej przyjaźni. Wyszła za 
jakiegoś zamożnego pana. Ja zaś ożeniłem się 
z Marją, osobą niezmiernych zalet serca i duszy, 
bardzo przystojną i zamożną — i byłbym z nią ab­ 
solutnie szczęśliwy, gdyby nie moja najdroższa teś­ 
ciowa, która aż do śmierci (w styczniu 1910 roku) 
mieszkała u mnie. Mamy .dwoje dzieci: Oleś umie 
już chodzić i mówić, a Janek zjawił się na świecie 
powtórnie po 64 latach niebytu. 
Słowem, wszystko wróciło do normy — i wszel­ 
kie ślady tego kolosalnego przewrotu znikły bez­ 
względnie, tak że nowsi rachmistrze nawet jednej 
minuty nie mogą doliczyć do zwykłego wymiaru 
czasów.
>>>
49 
Matematycznie mają rację, jeżeli bowiem dodamy 
1878 —1910=—32, a 1910—1878=+32, to 
-32-f-32= 0 (zero). 
Ściśle biorąc, przewrotu nie było. 
Ale ten medaljon — te dwa medaljonyl I któż 
może lekceważyć naiwne podarki, jakie między sobą 
wymieniają zakochani? 
W tych medaljonach mieści się niezbity dowód 
opisanych przeze mnie faktów. Nie sądzę, abym ja 
jeden był pod tym względem uprzywilejowany; nie­ 
wątpliwie i inni z ludzi owoczesnych—ludzi z okresu 
komety — mają po temu dowody. Pożądanym jest, 
aby i oni się odezwali. 
W czwartym wymiarze.
>>>
V 
f 
*
>>>
V 
SEN. 
*
>>>
edakcja „Absolutu" ogłosiła pewnego razu 
1-^ 
ankietę o snach. 
*• 
Szło mianowicie o zbadanie, czy istnieje 
jakiekolwiek terytorjalne, masowe prawo analogji 
widzeń sennych — czy też jest to dziedzina bez­ 
względnie osobista. 
W odezwie do publiczności umieszczono prośbę, 
aby zechciała pilnie śledzić swoje sny — między 
dniem 10 a 20 września — i aby je w możliwiVdo- 
kładnym opisie przesłała, oznaczając przytym płeć, 
wiek, zajęcie i t. d . 
Redakcja liczyła co najmniej na półtora tysiąca 
odpowiedzi. Tymczasem, jak to najczęściej bywa 
u nas, gdzie ogół traktuje ankiety bardzo apatycznie, 
nie otrzymano listów więcej nad trzydzieści parę, 
przyczym większość pochodziła od różnych figlarzy, 
z których ten i ów opisywał swoje wielce niecen­ 
zuralne przygody z Lolotą, Szarlotą, Pepitą i t. d. 
Niektórzy opowiadali rzeczy bardzo znane: latanie 
po powietrzu, ucisk zmory i t. d., co wszystko wy­ 
nika z powodów czysto mechanicznych i nie jest 
ani socjalne, ani osobiste. Kilka starych panien opi­ 
sało rojenia o swoich dawnych straconych zacho­ 
dach miłości; inni podróże po Chinach i Indjach, 
albo znów echa przeczytanych książek. 
Ostatecznie można ankietę uważać za chybioną.
>>>
54 
Zgromadzony materjał nie pozwalał osądzić, czy 
istotnie ludność, zamieszkująca pewne terytorjum, 
ma w swoich widzeniach sennych pewną linję 
wspólną, czy ulega pewnym prawom socjologicz­ 
nym — czy też jest to dziedzina anarchicznej do­ 
wolności. 
Jeżeli jednak niektórzy uczeni z fenomenu snów 
wyprowadzają całą niemal mitologję, pierwotne po­ 
jęcia o duszy, o jej wędrówkach i nieśmiertelności — 
to prawo masowe widzeń sennych jest wielce praw­ 
dopodobne. 
Redakcja „Absolutu" nie traci nadziei, że gdy 
za parę lat podejmie tę samą ankietę, uzyska więk­ 
szą liczbę odpowiedzi na ten ważny problemat psy- 
chologji narodowej. 
Otrzymaliśmy — pomimo wszystko — parę listów 
ciekawych — i owszem, jak się pokazało, są ludzie, 
którzy widzenia senne niejako kultywują. Czasami 
zdarza się nawet, że ci, co życie rzeczywiste mają 
szare i jałowe, we śnie rozwijają niezmierne bo­ 
gactwo niespodziewanych, barwnych obrazów. To 
wewnętrzne życie duszy, choć nie związane ściśle 
z zagadnieniem pierwotnym ankiety, ma swoją osob­ 
liwą wartość — i redakcja „Absolutu" nie wahała 
się tych listów publikować. Korzystając z pozwole­ 
nia redakcji, ogłaszamy też niektóre referaty. 
Oto co pisze pan Józef N. 
.. . P łeć: męska. 
Wiek: lat czterdzieści sześć. 
Zawód: nieokreślony; właściwie jestem wykole- 
jeńcem: próbowałem nauczycielstwa, gospodarki
>>>
55 
rolnej, agientury handlowej; służyłem w konspiracjach, 
robiłem dzwonki elektryczne, kapsułki dla apteka­ 
rzy i t. d . Skończyłem ostatecznie na dziennikarstwie. 
Pracuję w pismach codziennych A. B . C . Płacą mi bar­ 
dzo licho. Jestem nikomu nieznany. Stanowięt. zw. siłę 
użyteczną. Ściągam różne — mądre i głupie — rzeczy 
z gazet zagranicznych. Nikomu nie zazdroszczę, do 
nikogo nie mam pretensji —z nikim też się nie zbliżam. 
Z kobietami dawno zerwałem — albo raczej one 
ze mną, o ile można w tej sprawie wykryć pierw­ 
szeństwo. Żyję niemal bezwzględnie sam, tylko w jed­ 
nej małej kawiarni spotykam się od czasu do czasu 
z kilku znajomemi. Zginąłbym niewątpliwie z nudów, 
wlokąc życie bezbarwne i beznadziejne, gdyby nie 
to, że odkryłem w sobie jeden cudowny talent. 
Umiem spaćl 
Talent bardzo rzadki — i nie wiem, czy znajdzie 
się na świecie siedmiu braci śpiących, ale śpiących 
umiejętnie, mądrze, artystycznie... Talent ten rozwi­ 
jałem w sobie długo, starannie i systematycznie. 
Sen — to moje realne życie: śpiąc, mam świado­ 
mość snu; żyjąc, nie mam świadomości życia. Co 
noc przeżywam nadzwyczajną, bezładną, fantastyczną, 
ale bardzo interesującą historję. Moment przebudze­ 
nia — to dla mnie moment zgrozy; nowe zejście 
w rzeczywistość, której z głębi serca nienawidzę. 
Długo pracowałem nad sobą, zanim osiągnąłem 
ciągłość widzeń. Najważniejszą sprawą było tu dla 
mnie zwalczenie przestrachu. Dawniej, gdy jeszcze 
mnie interesował świat zewnętrzny — ile razy w wi­ 
dzeniu groziło mi niebezpieczeństwo, natychmiast
>>>
56 
się budziłem. Była to w istocie ucieczka, na jawie 
w takim wypadku byłbym hańbą okryty; z drugiej 
strony uchodzić z niebezpiecznych krain widmowych 
w jeszcze niebezpieczniejszy świat okropnej jawy — 
jest to niedorzeczność. Postanowiłem tę trwogę we 
śnie przezwyciężyć: nie uciekać, nie budzić się ze 
snu, ale dalej trwać w tej wizji, która chwilami 
bywa groźna, ale gdy trwogę zwyciężysz, jeszcze 
większe cuda zobaczysz. 
Miałem świadomość snu — i w pewnych oka­ 
zjach mówiłem sam do siebie: to sen — tu ani 
śmierć ani życie nie jest rzeczywiście rzeczywistym; 
tu nic ci nie grozi, oprócz przebudzenia: żyjesz 
w wieczności — wiekuiście umarły. 
W nocy z d. 10 na 11 września r. b. miałem 
sen następujący: 
Śniło mi się, że byłem na jakimś bulwarze, który 
zdobiły całe szeregi klonów, topól i kasztanów. Niby 
to było miasto, niby ogród. Po ulicach krążyło nie­ 
wiele osób, a godzina była przede zmierzchem. 
Uwagę moją zwróciła pewna młoda osoba, najwy­ 
żej lat dwudziestu, powierzchowności tak ujmującej, 
że oczu nie mogłem od niej oderwać. 1 nieznajoma 
też uśmiechała się do mnie tak słodko, że czułem — 
zbliża się moment mojego szczęścia: to jest właśnie 
ta, której szukałem na ziemi — i juzem chciał jej 
powiedzieć słowo ostateczne, gdy zaczęła mię nie­ 
pokoić pewna szczególna okoliczność: dziewczyna, 
kształtna, ślicznie zbudowana, w popielatej skrom­ 
nej sukni szła jak sarenka na drobnych nóżkach, 
nęcąca i świetlana, ale ręce jakoś tajemniczo ukry-
>>>
57 
wała pod niebieskim fartuszkiem. Pomyślałem więc 
sobie, aby ręce pokazała, i, posłuszna mojej myśli, 
natychmiast ręce wyjęła: na ten widok zdrętwiałem 
z przerażenia i zimny dreszcz mię przeniknął. Ta 
prześliczna dziewczyna o twarzy Madonny miała 
po siedem, osiem, nie! po jedenaście palców, dzi­ 
wacznie umocowanych, u każdej ręki. Dziewczyna 
spostrzegła mój niepokój.— Ach, ty mnie opuścisz! — 
mówiła żałośnie. Jakoż ja, pełny niezgłębionego 
smutku, poszedłem dalej, bo mię ta potworność 
zraziła. Dziewczyna pod drzewem padła rozpłakana. 
. 
Zastanawiałem się jeszcze nad tym dziwem, gdy 
ujrzałem naprzeciw siebie kobietę kolosalną, praw­ 
dziwą karjatydę o twarzy bogiń, egipskich. Bry­ 
lantową gwiazdę miała na czole i nosiła purpurową, 
grecką, rozwartą u boku — suknię. Posuwała się 
zwolna — zwolna, jak przystoi bogini. Czułem się 
wobec niej maleńki, ale mię czarował jej ogrom 
i chciałem hołd jej złożyć. Uśmiechała się do mnie 
życzliwie i padłem przed nią na kolana. Naraz jej 
grecka suknia od wiatru uchyliła się nieco, odsła­ 
niając jej białe ciało, ale znów ze zgrozą ujrzałem 
straszną tajemnicę: ta kobieta wcale nie miała nóg, 
był to olbrzymi tors, oparty na stopach, któremi 
z trudem poruszała. 
— 
Co za potwór! — pomyślałem i raz jeszcze 
uciekłem. 
Nie, chyba bóg miłości, królujący w marzeniach 
sennych, nie łaskaw dziś na mnie. Tymczasem 
nowa zjawiła się na mej drodze istota; była to 
kobieta średniego wzrostu, w sukni jaskrawo żół-
>>>
58 
tej, cerę mająca barwy cygar hawańskich Colorado 
maduro. 
— 
Ach, nakoniec widzę ciebie — zawołała. 
— 
Kocham ciebie, Arionie. 
(N. B . We śnie tracę swoje imię realne — Jó­ 
zef — i nazywam się Arfon). 
— 
Czy ci nie wstyd myśleć o takich rzeczach — 
odparłem, nie bez awersji patrząc na tego koczko- 
dana. Lepiejbyś się czegoś nauczyła. 
— 
Ale owszem — rzekła na to hawanna — ja 
umiem gieometrję. — I ujęła mnie za rękę. 
Nie, nie wytrzymam takich okropnych widzeń! 
Zacząłem znowu uciekać bulwarem (tylko się nie 
obudź — mówiłem sobie). Domów było tu niewiele. 
Naraz ujrzałem wrota, niby sklepu jakiegoś; otwo­ 
rzyłem je, wpadłem do izby, pośpiesznie zamkną­ 
łem. Była to pracownia rzeźbiarska, w której siedział 
młody człowiek, zapewne artysta — przed cudownym 
posągiem z białego marmuru: była to postać tanecz­ 
nicy na paluszkach lewej nogi oparta, prawą nie­ 
mal poziomo wtył przesunęła, sama z lekka pochy­ 
lona. Grecką fletnię trzymała w ręku. Dzieło było 
skończone, ale wynik pracy był ten, że artysta sie­ 
dział martwy jak posąg z dłutem w ręku, a mar­ 
murowa tanecznica żywo się poruszała i, grając na 
fletni, wzywała mię ku sobie. 
— 
Kochanku mój — wołała. 
— 
Galateo! — krzyknąłem. — Kocham ciebie — 
' kocham na wieki! O, jakżem szczęśliwy. 
Istotnie byłem szczęśliwy — znalazłem swoją 
boginię! Ale była we mnie trwoga, że okropna
>>>
59 
Indjanka może się zjawić i zatruć mi tę godzinę 
cudu: 
— 
Uciekajmy — zawołała Galatea, i już tę nogę, 
co była oparta o piedestał, podnosiła, jakby zawie­ 
szona w powietrzu — gdy naraz otwarły się drzwi 
pracowni i wpadła megiera: głowę pokryła swoją 
żółtą suknią, a na brunatnych nogach skakała jak 
małpa. W ręku miała siekierę i wołała: 
— 
Ja rozwalę twoje szczęście! 
I na drobne kawałki rozbiła marmurową dzie­ 
wicę. 
— 
Poco mi ta gieometrja! — ryknąłem z roz­ 
paczy, aż się rzeźbiarz martwy przebudził. 
— 
Galatea — wołał — Galatea! — i wyrwawszy 
z rąk wiedźmy siekierę — odrąbał jej głowę, potym 
sobie samemu, wreszcie i mnie chciał podobnież 
uraczyć, ale tu — wyznaję nie bez wstydu — wzią­ 
łem nogi za pas i umknąłem. 
(Nie była to ucieczka ze snu w rzeczywistość, 
ale tylko z pracowni, gdzie zginęła biała tanecz­ 
nica!) 
Znalazłem się sam na pięknej, obszernej łące, 
zarosłej bujną trawą i pokrytej barwistym kwieciem. 
Zapach siana unosił się w powietrzu, jakby łąkę 
świeżo skoszono. Piękna ta miejscowość leżała nad 
dość szeroką rzeką; po drugiej stronie rzeki stał 
mój dom, wiedziałem o tym i chciałem się tam do­ 
stać. Most łączył oba brzegi, ale przejście przez 
most było bardzo ciężkie, gdyż mniej więcej co pięć­ 
dziesiąt kroków stały tam na straży jakieś groźne 
zwierzęta: u wejścia dwa bure niedźwiedzie, dalej wiel-
>>>
60 
kie psy o oczach jak filiżanki, dwa nosorożce z roz­ 
dziawioną mordą, dwa ziejące ogniem smoki. Jeden 
z tych strażników stał zawsze po prawej stronie 
mostu, drugi po lewej. 
W niemałej trwodze ruszyłem naprzód, bo innej 
drogi nie było. Chciałem udać, że mnie wcale niema, 
i tak się jakoś prześlizgnąć, aby mnie te bestje nie 
spostrzegły. Jakoż niedźwiedzie tylko coś węszyły 
— 
i, obwąchawszy, przepuściły mnie swobodnie, 
ale psy z okropnym ujadaniem rzuciły się na mnie, 
jakby mnie chciały poszarpać; — zimny pot lał mi 
się z czoła, a koniec mostu był tak daleko — tak 
daleko! Ze łzami w oczach biegłem naprzód, aż 
się znalazłem na linji nosorożców; te bez litości 
porwały mnie na rogi i rzuciły powietrzem aż po­ 
między dwa ogniste jaszczury. Smoki naraz zaczęły 
mię zalewać swoim ogniem i spaliłbym się na po­ 
piół, gdyby nie to, że strumienie stawały się coraz 
chłodniejsze, aż nakoniec zmieniły się w bardzo 
przyjemny prysznic zimnej wody, jakbym był w No­ 
wym Mieście albo Nałęczowie. 
Był to koniec mostu: szczęśliwie przeminąłem 
wszystkie potwory i wydostałem się na drugi brzeg 
rzeki. Przez jakieś ogrody, ścieżki, zagajniki — tra­ 
fiłem wreszcie do domu. Byłem niezmiernie znu­ 
żony i położyłem się do łóżka. Chwilę tak drze­ 
małem, gdy naraz zapukano do drzwi. 
— 
Entrez! 
Wszedł listonosz. Miał w ręku list o pięciu 
czerwonych pieczęciach; widać pieniądze dla mnie. 
Było mi dziwnie nieprzyjemnie.
>>>
61 
— 
Nie przyjmę tych pieniędzy — rzekłem do 
listonosza. 
- 
Pieniądze we śnie oznaczają goliznę 
na jawie. (Jak widzicie, miałem we śnie szczególne 
skojarzenia świadomości). Wyjdź pan. 
— 
Nie wyjdę. Muszę panu ten list oddać. 
— 
Nie przyjmę, rozumiesz pan, lnocenty Ósmy! 
(tak go nazwałem, sam nie wiem, dla czego). 
— 
Musisz przyjąć ten list, psia duszo! 
— 
Cóż to za sposób mówienia? Ręce i nogi ci 
połamię. 
— 
No, no, spróbuj tylko — rzekł listonosz i wy­ 
jął długi nóż, z rodzaju tych, jakich używają Apa­ 
sze, ale ja porwałem go za kołnierz i strąciłem ze 
schodów; sam zaś wyskoczyłem przez okno—i za­ 
cząłem pędzić bez celu — wprost przed siebie. 
Byłem na placu San Marco w Wenecji. Dzwony 
biły w kościołach Santa Maria del Salute, San Gio­ 
vanni e Paolo, San Giorgio Maggiore, a ja myśla­ 
łem sobie: 
— 
Ucieknę na Campanillę. 
Jakoż szybkim krokiem pobiegłem ku dzwon­ 
nicy, a potym po schodach śpieszyłem coraz wyżej 
a wyżej na górę. Czułem jednak za sobą pogoń: 
ścigał mię listonosz, a wraz z nim dwaj żołnierze, 
ci sami (poznałem ich odrazu), którzy mnie w prze­ 
szłym roku prowadzili na Pawiak. 
— 
Ach, ty sukin syn — wołali — prymiesz al nie 
prymiesz bumagu? 
— 
Nie— nie! 
I uchodziłem coraz wyżej, a gdyśmy już byli 
na szczycie, śród dźwięku dzwonów, żołnierze p ry-
>>>
62 
kładami potrzaskali moją osobę, a listonosz im 
rzecze : 
— 
A teraz go na dół. 
Jakoż strącili mnie ze szczytu Campanini, a ja 
spadałem — spadałem bez końca. Ciemność strasz­ 
liwa zapanowała dokoła — i zaczęło grzmieć; pio­ 
runy biły nieustannie, a wkońcu zahuczał głos, 
potężniejszy od wszystkich piorunów. 
Karając plemię ludzkie zbrodniami zatrute, 
Bóg wyrzuci tę ziemię, jak on swą redutę. 
Potym wszystko ucichło i w nieprzeniknionej 
czarności leżałem, nieprzytomny i umarły. 
Po niejakim czasie pewna świadomość zaświ­ 
tała we mnie. Byłem trupem — to wiedziałem do­ 
skonale — i moja śmierć kojarzyła się z pewną sa- 
mowiedzą. 
Znajdowałem się w obszernej, słabo oświetlonej 
sali. Zupełnie obnażony, leżałem na podłużnym, 
dosyć wązkim stole. Stołów podobnych było kilka­ 
naście, a na każdym podobnież obnażony człowiek. 
Po sali krążyli młodzi ludzie i szeptali coś po ła­ 
cinie: sarłorius, gluteus, bulbocavernosus, 
crico- 
thyrimdius, stylo-pliaryngius, 
duodenum, 
jejuno- 
ileum. 
Byli to studenci medycyny, a sala ta — to oczy­ 
wiście prosektorjum. Jeden mówił, pokazując na 
mnie: 
— 
Najpierw pokrajemy t e g o 1 egzemplarz niezły. 
Leżałem w milczeniu, ale skoro tylko studenci 
wyszli, podniosłem głowę i zacząłem rozglądać się
>>>
63 
dokoła. Naraz usłyszałem głos, który mnie prze­ 
niósł w lata młodzieńcze. 
— 
Ale ten, co mnie będzie krajał — to bardzo 
przystojny chłopiec! 
— 
Marylka! — zawołałem w stronę, skąd głos 
dochodził — a ty co tu robisz? 
— 
Tosamo co i ty! Będą się na mnie uczyć 
anatomji. 
— 
A zawsze jesteś kokietka i Iekkomyślnal Już 
ci się ten studencik spodobał. 
Marylka była to moja pierwsza miłość; kocha­ 
łem się w niej, będąc jeszcze w gimnazjum; ona też 
była pensjonarką, ale że to była zawsze dziewu­ 
cha trochę szelma, więc nagryzłem się niemało 
z jej powodu. I teraz już się spodobał jej ten stu­ 
dent. 
— 
Nic się nie zmieniłaś — powiedziałem jej na- 
pół z wyrzutem. 
Ale ona śmiała się ze mnie. 
— 
A boś ty mnie nie zdradzał? Patrz, tu są 
twoje wszystkie... Julja — Krysia — Wanda — Janina 
— 
Natalka — Leonka... 
Jakoż istotnie były one tu wszystkie. Znalazłem 
się naraz w najsłodszym towarzystwie kobiet, które 
w rozmaity sposób wiązały się z moim życiem. 
Wszystkie leżały na stołach prosektorjum, tak 
jak ja — i wszystkie, jak ja, w zupełnym obna­ 
żeniu. 
Wstaliśmy ze swoich stołów i zaczęliśmy wspo­ 
minać dawne czasy; Krysia boczyła się nieco na 
Leonkę, że niby jedną opuściłem dla drugiej, a Ma-
>>>
64 
rylka nieustannie wybuchała śmiechem. Brak*sukien 
istotnie powiększał tylko poufność zebrania. Osob­ 
liwa rzecz, nikomu z nas nie przyszło na myśl, że 
moglibyśmy uciec. Z rezygnacją oczekiwaliśmy na 
nóż anatomów. 
Wkrótce usłyszeliśmy zbliżające się kroki stu­ 
dentów — i zanim ci weszli do sali — my, umarli, 
spiesznie powróciliśmy na swoje miejsca. Pozamy­ 
kaliśmy oczy i leżeliśmy nieruchomo. 
Jeden ze studentów zbliżył się do mnie — i wpa­ 
kował mi nóż w serce, potym zaczął mnie krajać 
wzdłuż i wpoprzek. O, jakże mnie to bolało! jakże 
się wiłem kurczowo! Ale milczałem, jak przystoi 
umarłemu (tylko się nie budź! mówiłem do siebie). 
— 
Gotowy! — rzekł wreszcie student, a mnie 
znów ogarnęły ciemności. 
Złożono mnie na jakimś wozie. Leżałem bardzo 
niewygodnie na dwuch poprzecznych ławkach — 
z próżnią pośrodku. Wóz podskakiwał i ja podska- - 
kiwałem. Wkrótce stało się jasno, byłem na szero­ 
kiej drodze: zacząłem się przyglądać swemu kara­ 
wanowi. Była to furka tatrzańska, ale bez płótna 
na wierzchu. Leżałem nawznak i widziałem niebo. 
Woźnica, którym był sam Don Pedro, infant hisz­ 
pański, jechał powoli, krok za krokiem, aż mię 
dręczyła ta niemrawość. No, ale tak się jedzie na 
cmentarz. 
— 
I nie wiem, co się stanie z Marylką i z tą całą 
gieometrją! 
Naraz usłyszałem za sobą głosy: to moi zna­ 
jomi z kawiarni Miki szli za moim pogrzebem.
>>>
65 
— 
Szkoda chłopa— mówił Andrzej — posiekali 
go na drobne kawałki. 
— 
Bardzo dobrze z nim zrobili — stentorem od­ 
parł Franciszek. 
— 
Zawsze jesteś nieludzki — oburzył się Ed­ 
ward. 
— 
Może być, ale jeżeli dla podniesienia ludzko­ 
ści trzeba będzie wyrżnąć dziesięć tysięcy takich jak 
on — to wyrżniemy ich z czystym sumieniem. Bo 
cóż on miał za związek z rzeczywistością? Żył tylko 
snem, a czyż sen jest w jakimkolwiek stosunku 
z produkcją? W żadnym. Arfon stał poza wszelką 
produkcją. Był to człowiek nierealny, jego życie 
było nierealne — i jego śmierć jest nierealna. 
— 
Rzeczywiście — pomyślałem sobie — moja 
śmierć wcale nie jest realna, ale dla czego ten wał- 
koń Don Pedro tak powoli mnie wiezie na cmen­ 
tarz? 
Natychmiast się podniosłem i kilka razy dałem 
infantowi po karku. 
— 
Cóż to, psia mać, Najjaśniejszy Panie, jedziesz 
tak powoli? Pędź galopem. 
— 
Jak ta sobie chcecie, panoczku. Polecę jak 
aeroplan. (Tak odpowiedział Don Pedro, ale właś­ 
ciwie był to Pietrek z Jaworowa). 
I natychmiast polecieliśmy z najwyższą szybko­ 
ścią. W parę minut byliśmy na szczycie Giewontu, 
potym wskoczyliśmy na Łomnicę, z Łomnicy na 
Murań, z Murania na Zawrat, z Zawratu na Polski 
Grzebień. 
— 
No, dosyć już, dosyć! Gdzież ten cmentarz? 
W czwartym wyiniarje. 
5
>>>
66 
Ale nie było ani cmentarza, ani furki, ani Don 
Pedra. Widocznie mi się gdzieś zatracił. 
Leżałem na placu Świętego Aleksandra, w po­ 
bliżu ulicy Książęcej; a koło mnie stał listonosz 
i rzecze: 
— 
Czegóż pan uciekał? To wcale nie pieniądze. 
To z magistratu powiestka. 
— 
A widzisz? — usłyszałem naraz z dwuch stron, 
a 
- 
mówiły to owa Indjanka w żółtej sukni i mar-- 
murowa Galatea, która stałanade mną uśmiechnięta, 
z lewą nogą poziomo wtył wygiętą. 
— 
No, to dajcież tę powiestkę. 
Poczym list otworzyłem i czytałem takie zawia­ 
domienie: 
— 
Za numerem XY. Józef N. winien był za 
przetrzymanie paszportu zagranicznego Rubli 120 — 
sto dwadzieścia, który to dług zostaje umorzony, 
gdyż sumy powyższej żadną miarą wyegzekwować 
od wyżej oznaczonego Józefa N. — niepodobna, al­ 
bowiem on nic nie posiada i niema nadziei, żeby 
kiedykolwiek cokolwiek posiadał. 
Było to świadectwo ubóstwa, które we śnie jest 
dobrym znakiem. Jednakże zaledwiem to odczytał, 
gdy zarówno czarna jak biała dama — śmiać się 
zaczęły ze mnie do^ rozpuku, a Indjanka język mi 
pokazała. 
— 
Nie ma nic — i niema nadziei, aby kiedykol­ 
wiek cokolwiek... 
— 
Ale owszem, ja mam dwadzieścia groszy — 
odparłem, pokazując dwie srebrne dziesiąteczki.
>>>
67 
— 
To ci starczy ledwie na czarną kawę! Do wi­ 
dzenia. 
To rzekłszy, poszły sobie precz: Galatea, ska­ 
cząc na jednej nodze, a wiedźma, colorado 
maduro, 
fikając koziołki — tak, że raz widać było jej brunatne 
nogi, raz jej żółtą spódnicę. 
Zostałem sam jeden — i tylko dwaj żołnierze, 
wymierzywszy we mnie karabiny, mówili: 
— 
Wstań, sukin syn, i chodź z nami. 
— 
Znowu mnie aresztowali— powiedziałem so­ 
bie — ale zaco? 
— 
Nie twoje dieło, a tam razbierut. 
Poszedłem z niemi, ale żołnierze zaprowadzili 
mnie tylko do Miki i wydali rozkaz: 
— 
Idź na czarną kawę! 
Tak więc z rozkazu władzy wyższej poszedłem 
na czarną kawę. U Miki byli właśnie zebrani moi 
znajomi: Andrzej, Edward, Stasiek, Jan, Franciszek. 
Był też pan Antoni, który wogóle rzadko do nas 
przychodził. 
Na Franka boczyłem się nieco. 
— 
Cóżeś to ty gadał tam, na moim pogrzebie? 
że ja to nic, że niby trzeba mnie zarżnąć? 
— 
W każdym razie jesteś poza wszelką produk­ 
cją. Rozumiesz? Ale tu nie o to idzie. Posłuchaj, 
co opowiada pan Antoni. Ważna sprawa. 
Jakoż istotnie wszyscy otoczyli pana Antoniego, 
a ten z uroczystym grobowym wyrazem twarzy 
mówił: 
- 
Moi panowie, straszliwą prawdę muszę wam 
powiedzieć. Zawsze byłem trochę cynik, ale dzisiaj 
5*
>>>
68 
sumienie mnie dręczy. Zamordowałem swoją babkę, 
a teraz idę się oddać w ręce policji. 
Byliśmy wzruszeni zarówno tragicznym wyzna­ 
niem p. Antoniego, jak i jego heroizmem — i po­ 
stanowiliśmy wszyscy towarzyszyć mu do komisa- 
rjatu policji. 
P. Antoni miał minę tak zdecydowaną, że wi­ 
dać było na jego twarzy wielkie pragnienie pokuty. 
Szliśmy teraz ulicą Chłodną do cyrkułu, gdy postać 
p. Antoniego, który pewnym krokiem szedł między 
nami, zaczęła się jakoś zacierać, niewyraźnieć, sta­ 
wała się mglistą, eteryczną, przezroczystą i niewi­ 
dzialną... 1 gdyśmy stanęli u wrót cyrkułu — pan 
Antoni rozpłynął się jak mgła i zniknął bez śladu. 
Nie było go wcale! 
— 
Rozpuścił się w kwasie policyjnym — rzekł 
pan Stanisław, chemik z zawodu. 
— 
To nie ma żadnego związku ze sprawą pro­ 
dukcji— zdecydował Franek. 
— 
Wracajmy do Miki 
na kawę. 
Powróciliśmy zatym do kawiarni. Tu jednak 
czekały mnie nowe przykrości: przy jednym ze 
stolików siedziała owa panienka, co miała po je­ 
denaście palców u każdej ręki — i spoglądała na 
mnie okiem pełnym żalu. Byłem bardzo zmieszany 
— 
i udawałem, że jej nie widzę, gdy naraz jakiś 
nieznajomy jegomość zjawił się przy mnie: stał na­ 
przeciw mego krzesła, ręce trzymał w kieszeni i, pa­ 
trząc na mnie, pękał — jak to mówią, ze śmiechu. • 
— 
Ależ bój się Boga — rzecze — przecież Ma- 
raksudi to fabryka papierosów.
>>>
69 
Z przerażeniem patrzyłem na tego człowieka, 
zacząłem drżeć całym ciałem z trwogi, zacząłem 
szczękać zębami i zimny pot wystąpił mi na czoło. 
— 
Maraksudi—fabryka papierosów! — zawoła­ 
łem wylękniony — i naraz się przebudziłem... 
* 
— 
Maraksudi — fabryka papierosów! — szepta­ 
łem na jawie. 
Wygnany zostałem z krainy snów. Ale po prze­ 
budzeniu jeszcze byłem przepełniony zgrozą! 
Koniec końców ostrzeżenie co do imienia Ma­ 
raksudi zapamiętałem, a potym, oprzytomniawszy, 
zacząłem sobie opowiadać całe widzenie senne od 
początku. 
Muszę teraz dać małe wyjaśnienie. Śród roz­ 
maitych moich rozprawek z pism zagranicznych 
było coś o pisarzach arabskich, gdzie wspomniany 
był autor z IX wieku Masudi. Od czterech miesięcy 
artykuł był złożony i leżał w drukarni. Redakcja, 
zapewne z powodu nieaktualności tematu, trzymała 
tę rzecz w odwodzie. Owóż, robiąc korektę, z ja­ 
kichś nieokreślonych przyczyn — zacząłem się bacz­ 
niej przyglądać temu imieniu Masudi. Wydało mi 
się ono jakoś za mało arabskie; Masudi uważałem 
za błąd i naraz mi się przywidziało, że nazwisko 
to brzmiało inaczej. Ale jak? Próbowałem na roz­ 
maite sposoby i nareszcie stało mi się jasno. Imię 
to było Maraksudi — i takem skorygował. Potym 
zapomniałem o tym zupełnie, jak o wielu innych 
rzeczach.
>>>
70 
Minęły cztery miesiące — i oto naraz we śnie 
najniespodziewaniej ostrzegł mnie jakiś niezna­ 
jomy. 
Nazajutrz rano, skoro tylko wyszedłem na 
miasto, postanowiłem rzecz zbadać — i chodziłem 
od trafiki do trafiki. 
— 
Proszę mi dać papierosów z fabryki Ma- 
raksudi. 
— 
Niema — niema! — odpowiadano mi wszę­ 
dzie. Nikt nie znał tej fabryki i już zacząłem drwić 
sam ze siebie, że wierzę nieznajomemu panu, któ­ 
rego widziałem we śnie. Naraz na pewnym sklepie 
ujrzałem napis: 
Skład główny wyrobów tabacznych fabryki 
1. N . Maraksudi w Symferopolu. 
— 
Jest! 
Kupiłem paczkę tych papierosów i zacząłem się 
im przyglądać. Były to papierosy zupełnie te same, 
które paliliśmy tajemnie, jako uczniowie II i III 
klasy. 
Tyle lat minęło, zapomniałem o nich zupełnie; 
zapomniałem o tym bardziej jeszcze, niż o moim 
artykule, gdy oto we śnie przez jakąś cerebrację 
nieświadomą zostałem ostrzeżony. 
Naturalnie artykuł poprawiłem. 
Taki był mój sen i jego wynik w życiu realnym. 
Dodam tu, że wszystko opowiedziałem dosłow­ 
nie tak, jak mi widzenia senne pokazały — i że od 
siebie nie dodałem ani też nie ująłem ani jednego 
słowa. 
Taki sam opis mego snu posłałem towarzystwu 
(
>>>
71 
Morpheus, Société anonyme pour explication des 
rêves w Paryżu. Zanim otrzymam odpowiedź, zazna­ 
czę tu, że nie sądzę, aby ktokolwiek w powyższym 
śnie szukał jakiegoś sensu moralnego albo jakiejś 
symboliki nauczającej. Marzenie ulega wyłącznie 
prawom marzenia. 
* 
* 
* 
Na tym się kończy relacja p. Józefa N. W przy­ 
szłości podamy inne referaty naszych łaskawych 
korespondentów.
>>>
EKSPERYMENT.
>>>
N 
ieraz kobieta w rozdrażnieniu woła do swego 
męża : — To wszystko przez ciebie I To twoja 
wina! — i bardzo często jest przytym nie­ 
sprawiedliwa. 
Jednakże pani Irena Klonowska miała bezwa­ 
runkowo słuszność, czyniąc Janowi najsurowsze 
wyrzuty w tym rodzaju. 
Istotnie, mąż jej popełnił błąd nie do darowa­ 
nia, możnaby nawet powiedzieć zbrodnię, gdyż kto 
kiedykolwiek słyszał, aby na własnym nowonaro­ 
dzonym dziecku robić niebezpieczne doświadczenia, 
niby in anima vili? 
Niewątpliwie długoletnie badania naukowe, jakim 
się oddawał p. Jan Klonowski, wysuszyły w pew­ 
nym znaczeniu jego serce, tak, że gotów był wszystko 
poświęcić dla tej — jak mówiła Irena — „przeklętej 
nauki". 
P. Jan zajmował się hypnotyzmem i tak pochło­ 
nięty był swojemi studjami, że poprostu człowiek, 
jako taki, dla niego nie istniał: gdyby stanął przed 
nim Platon, czy Napoleon, patrzyłby on na niego 
przedewszystkim z tego stanowiska, czy „osobnik" 
jest podatny" czy „niepodatny". Jeżeli niepodatny— 
to dla p. Jana poprostu nie istnieje. O ile zaś po­ 
datny — proszę usiąść, spokojnie i nieruchomo 
siedzieć, patrzeć w jeden punkt; w to świecące
>>>
76 
r 
szkiełko, myśli zjednoczyć... Raz — dwa! raz — 
dwa! p. Jan robi pasy, poczym, palcami przebierając, 
jakby piasek sypał w oczy osobie siedzącej na fotelu, 
wprowadza ją w sen hypnotyczny. W takim razie 
nawet Platon albo Napoleon byłby mu przydatny. 
Bądź-co-bądź, w swojej sztuce p. Jan doszedł 
do najwyższej doskonałości. Jednym spojrzeniem 
umiał wprowadzać „dobre" medjum w stan głębo­ 
kiej katalepsji i był wtedy panem jej myśli i woli. 
Właściwie jednak nie szło mu o to; raczej prze­ 
ciwnie: dążył on do wyzwolenia jednostki uśpionej 
nietylko od jej własnej osobowości, ale też od 
swojej własnej woli; chciał mianowicie dowiedzieć 
się przedewszystkim, czym jest dusza ludzka, wy­ 
zwolona całkowicie od materji, jak i od własnej 
i cudzej psychiki. Medjum nie narzucał swoich myśli, 
swoich pragnień, swoich pytań. 
Osoba uśpiona stawała się tabula rasa; ale 
p. Jan tę osobę uśpioną wprowadzał w stan energji 
samoczynnej i obnażywszy ją tylko ze wszystkiej 
przypadkowości, pozostawiał jej całą samodzielność 
i żądał od niej tylko: ujawnij sięl ukaż, z jakiej 
przybywasz płaszczyzny duchów! bądź tym, czym 
jesteś! 
Sumę tej wiedzy, niezależnej od czasu i prze­ 
strzeni, a którą zdobył od tych dusz, w katalepsji 
pogrążonych, p. Jan rozwinął w pewien system 
absolutu duchowego. To też jego studja były głośne 
w całym świecie naukowym. 
Ale zagadnienie, które już oddawna najbardziej 
niepokoiło p. Jana, było takie: Z jakich krain na
>>>
77 
ziemię przybywa dusza dziecięca? Istota bezwzględ- 
dnie czysta, niesplamiona żadnym interesem, nie­ 
świadoma bezwzględnie, to zn. wszechwiedząca — 
istota owa w chwili, gdy właśnie na ziemię przy­ 
bywa, jest-że tu czymś całkowicie nowym, bez po­ 
czucia wczoraj ani jutra, czy też przeciwnie, przy­ 
nosi już na ziemię jakąś pamięć innego bytu? 
Jeżeli więc świeżo narodzone dziecko wprowa­ 
dzić w stan katalepsji, cóż ono nam powie? Ależ 
dziecko nie umie mówić! Nic to nie znaczy: życie 
wiony fluidycznej, stanowiącej esencję astralnego 
pierwiastku człowieka, jest tak natężone, że przez 
wolę magnetyzera maleńkie medjum w jednej chwili 
będzie mogło opanować mowę ludzką. Tu jest 
jedyny wypadek, gdzie badaczowi wolno użyć swej 
potęgi sugiestyjnej w całej pełni i zaludnić całym 
bogactwem najbardziej oderwanych pojęć i słów — 
fluidyczny mózg danego medjum. 
Czy jednak taki eksperyment nie zaszkodzi zdro­ 
wiu dziecka? Był to punkt, nad którym długo się 
zastanawiał nasz uczony; zdecydował jednak, że 
ponieważ w stanie lunatyzmu można całkowicie unie­ 
zależnić duszę od ciała — i ciało od duszy, zatym 
żadnej szkody taki eksperyment nie uczyni organi­ 
zmowi. 
Trzeba dodać, że p. Jan, chociaż wogóle wta­ 
jemniczał swoją żonę w sprawy hypnotyzmu, o tej 
jednej myśli nigdy jej nie wspominał, lękając się 
instynktownie, że kobieta zaprotestuje przeciw ta­ 
kiemu straszliwemu doświadczeniu. Zwierzył się
>>>
78 
tylko z tym jednemu z przyjaciół, lekarzowi, który 
dane zagadnienie traktował dość ironicznie. 
— 
Jak sądzisz — mówił p. Jan — co za tajem­ 
nice odkryłaby nam taka świeżo zjawiona dusza, 
gdyby się zapytać: skąd przychodzisz? 
— 
A nużby — odparł lekarz — dusza odpo­ 
wiedziała na to zgoła cynicznie i trywjalnie? 
— 
Nie sądzę — odpowiedział na to p. Jan z naj­ 
wyższą powagą. 
— 
Tylko kłopot jest taki: nie mam 
dziecka własnego, a o cudze do takich doświad­ 
czeń trudno. 
— 
Jak to, chciałbyś własne dziecko...? 
— 
A jakże inaczej? 
— 
No, to widzę, \Pan Bóg dobrze zrobił, nie 
dając ci dziecka... 
Klonowscy, choć już czwarty rok byli po ślubie, 
nie doczekali się dotychczas potomstwa. Dopiero 
w piątym roku narodziło im się dziecko, chłopiec, 
który potym wyrósł na ładne stworzenie, ale w pierw­ 
szej chwili swego pobytu na naszej planecie wyglą­ 
dał nieco poczwarnie; był czerwony, jak burak, po­ 
marszczony, o twarzy pokrzywionej żałośnie: sło­ 
wem mało nęcący. 
Matka bardzo cierpiała, wydając go na świat — 
i przez cztery noce bezsenne była blizką śmierci. 
Nakoniec usłyszała krzyk nowonarodzonej istoty — 
i wkrótce o wszystkich cierpieniach zapomniała, 
uszczęśliwiona widokiem dziecka. Skoro tylko dziecko 
należycie obmyto i oporządzono, skoro je nakar­ 
miła po raz pierwszy — w słodkim ukojeniu usnęła, 
rozmarzona i pełna szczęśliwości.
>>>
79 
Spała tak pięć godzin. Nawet akuszerka znajdo­ 
wała się przez ten czas w innym pokoju. 
Cóż zrobił p. Jan? Nie bez wyrzutów sumienia— 
opowiadał sam to wszystko, co zaszło od chwili, 
kiedy matka usnęła. Jak wyżeł, mówiąc poprostu, 
czyhał na tę chwilę — i, nazwijmy rzecz po imie­ 
niu, ukradł własne dziecko—i, okrywszy je jakimś 
pledem, potajemnie zaniósł do swego gabinetu, 
przyczym drzwi zamknął na klucz. Pokój był nie­ 
zbyt obszerny, miał szyby fijoletowe, osłonięte blado- 
żółtą firanką; mebli było tu niewiele: parę foteli, 
stolik trójnożny, maleńka szafka, zawierająca jakichś 
trzydzieści parę tomów książek z dziedziny hypnozy 
oraz przedmioty rozmaite, używane przy ekspery­ 
mentach. Było ledwie po południu, gdy p. Jan, ze 
drżeniem i niepokojem (bądź - co - bądź — własne 
dziecko) posadził małe, czerwone niedołężne stwo­ 
rzenie na fotelu — i rozpoczął swoje czarnoksię­ 
skie praktyki. 
Spojrzenie jego na małą bezimienną i pozba­ 
wioną woli istotę podziałało jak piorun; dziecko 
zesztywniało, usnęło i zapadło naraz w stan naj­ 
głębszej katalepsji. 
Wówczas hypnotyzer rzekł: 
— 
Słuchaj, duszo nieznana, co do ciebie mówię, 
a przedewszystkim witaj mi, gościu nasz, na tej 
ziemi — oto hołd ci składam, wielka i święta ta­ 
jemnico. Czy rozumiesz mowę moją? Jeżeli jej nie 
rozumiesz, ześrodkuj całą swą energję i stań się 
istotą mówiącą... 
Z natężeniem najwyższym wolę swoją zognisko-
>>>
80 
wał w medjum. Przyglądał się twarzy uśpionego. 
Nie było to już dziecko, był to raczej młodzieniec 
nadanielskiej piękności; było w tej twarzy coś nie­ 
ziemskiego; z jego oczu przeglądała taka głębia 
mądrości, że p. Jan zadrżał z trwogi i szacunku 
zarazem. Czekał z niepokojem. 
Medjum otworzyło naraz usta, cudownie pon- 
sowe — i zaczęło wydawać jakieś dźwięki. Były to 
dźwięki niezrozumiałe, ale niezmiernie śpiewne, jakiś 
język nieznany, raczej muzyka przedziwna, koły­ 
sząca do upojenia. Jednocześnie z tą muzyką — 
dokoła medjum — zaczęły błyskać światła wielo­ 
barwne, naprzód iskry, potym smugi, potym cała 
gama kolorów; medjum spoczywało w aureoli barw, 
które zarazem rozlewały dokoła zapach aromatyczny; 
przyczym barwy nabierały powoli plastyki i zmie­ 
niały się w cudowne, złote, czerwone, lazurowe 
kwiaty dziwnych, niewidzianych nigdy na ziemi 
kształtów. 
Hypnotyzer był olśniony, chociaż nic tego zja­ 
wiska nie rozumiał. 
— 
Duchu z nieznanych sfer! Jeżeli możesz, wy­ 
tłumacz mi te cuda! 
Melodja cichła powoli i wydawała się coraz 
dalsza i dalsza, zaś kwiaty barwne blakły i mglały 
na powietrzu; aromaty zniknęły. Nakoniec wszystko 
umilkło i zniknęło: w gabinecie stało się, rzekłbyś, 
ciemno i głucho. Na fotelu leżało uśpione dziecko 
0 twarzy młodzieńca, ale pierwotna jego piękność 
zniknęła; owszem rysy medjum były teraz surowe 
1 ostre, jakby przechodziły rodzaj męki. P. Jan
>>>
81 
W czwartym wymiarre. 
6 
lękał" się, żeby samemu z roli hypnotyzera nie 
przejść do stanu medjum, znajdował się wobec zja­ 
wisk tak niespodziewanych, że lada chwila — czuł — 
jego władza rozkazodawcza osłabnie. Więc zaczął 
teraz niejako sam siebie hypnotyzować, aby nie 
ulec przemocy tego nieznanego ducha. Opanował 
siebie. 
— 
Raz jeszcze pytam ciebie: skąd jesteś i kto 
jesteś? Czy rozumiesz moją mowę? 
— 
Rozumiem — odparł uśpiony nieco chropo­ 
watym, sztywnym, jakby obcym językiem — ale do­ 
piero zwolna przeniknąłem tajemnicę tego straszli­ 
wego zgrzytu i rżenia, które się u was nazywa mową 
ludzką. Przemawiałem do ciebie naszym językiem— 
powiązaniem melodji, barwy i aromatu, ale wiem, 
że go nie mogłeś zrozumieć. Nakazałeś mi wielki 
wysiłek, który mię męczy, bo mi duszno w tym 
powietrzu waszej planety. Otom zniżył się do was 
i przemawiam waszym sposobem. 
— 
Dzięki ci, istoto niepojęta — i przebacz, żem 
cię udręczył, ale chcę poznać tajemnicę, jaka się 
kryje w twoim zjawieniu. Kto jesteś i skąd przy­ 
bywasz ? 
— 
Przybywam z tej krainy, gdzie i ty jesteś — 
z nieskończoności, bo i ty, choć w innym punkcie— 
w nieskończoności przebywasz. 
— 
Ale... z jakiego punktu nieskończoności? 
— 
Jestem z dalekich niebios, z tej sfery, po 
której krąży sześćset sześćdziesiąt sześć drobnych 
planet — jedynych planet, rzeczywiście zamieszka­ 
nych przez ludzi.
>>>
82 
— 
Jak to jedynych? A Mars, Merkury, Wenus, 
a nasza Ziemia? 
— 
Ziemia? To, co wy nazywacie ziemią — my 
nazywamy piekłem i tu za nasze grzechy bywamy 
strącani, a staje się to w formie narodzin ziemskich. 
Niejeden z tych tworów dwunożnych a bezskrzy- 
dłych, które wy nazywacie ludźmi, jest wygnańcem 
z Raju. Takim wygnańcem jestem jal 
— 
Jak to z Raju? 
— 
Ze sfery naszych planet. One to stanowią 
ów Raj utracony, o którym mówią wasze księgi 
święte. Wiem o tym od istot, które po śmierci na 
waszej Ziemi do nas przybywały. Ja mieszkałem 
dotychczas na gwiaździe Cerery, ale za grzechy 
moje zostałem tu do was, do piekła, zesłany... Tak 
właśnie z naszych Edenów na Ziemię został wy­ 
gnany Adam i odtąd już na wieki pozostało tu jego 
potomstwo. 
— 
Duchu przedziwny! Skąd masz tyle wiado­ 
mości o Ziemi? Dla czego nazywasz ją piekłem? 
Jakie grzechy popełniłeś? jaki jest wasz raj? jak 
wy tam żyjecie? czy macie stosunki z innemi pla­ 
netami waszej sfery? 
Tysiące pytań jeszcze miał na języku hypnotyzer, 
ale wczas się spostrzegł, że postępuje wbrew me­ 
todzie własnej; jednakże sytuacja była tak wyjąt­ 
kowa (i niebezpieczna dla p. Jana, gdyż nieustan­ 
nie przypominał sobie o żonie, akuszerce i dziecku!), 
że mimowoli chciał w jednym słowie zawrzeć jak 
najwięcej myśli. 
— 
O, za wiele zgrzytu naraz! za wiele twego
>>>
83 
szczęku i jęku ! Jeżeli nie możesz śpiewać melo­ 
dyjnie — to powoli skanduj sylaby. 
— 
Wybacz, sam o tym pomyślałem. Nie gnie­ 
waj się na mnie. Skąd wiesz tyle o Ziemi? 
— 
Wiele, wiele przybywa do nas dusz, które 
były u was — tak jak na ziemi są ludzie, co bywali 
na naszych planetach. Ale kto na ziemię spływa, 
ten nie pamięta przeszłości, chyba w pierwszym 
momencie żywota, kiedy jego dusza tylko przez pół 
jest na ziemi; przeciwnie u nas każdy duch wszyst­ 
kie swoje dawne wcielenia pamięta. Pobyt na 
ziemi — to dla nich niby sen przykry: deszcz i sza­ 
ruga wieczna, nieustanna męcząca walka o byt — 
i krótkie sekundy wytchnienia. Na ziemi człowiek 
skazany jest na grzech, drapieżność i męczarnię. 
Od tych duchów wiemy wszystko o ziemi; owszem, 
dzięki naszej umiejętności sięgania do treści rzeczy, 
wiemy nawet więcej. Wy jesteście w stanie widzieć 
tylko pewien drobny zakres rzeczy i warunków, my 
w każdej chwili, jeżeli trzeba, dostrzegamy cały 
wszechświat. My krążymy po środkowym kole sy­ 
stemu planetarnego; nie jesteśmy ani tak ciężko 
z materji zbudowani, jak mieszkańcy Ziemi albo 
Marsa, ani tak odśrodkowo-gazowi, jak ludzie z Jo­ 
wisza, Urana, Neptuna. My właśnie sami w sobie 
przezwyciężyliśmy materję i stanęliśmy nad nią. Na 
ziemi dusza jest w więzieniu ciała; u nas ciało jest 
pod władzą bezwzględną duszy. Dla tego to, co wy 
na ziemi nazywacie zmysłami, czyli zacieśnienie 
mocy wrażeniowej, u nas właśnie jest wyzwolone. 
Widzimy i słyszymy daleko więcej i dalej, niż wy, 
6*
>>>
84 
a nasze nerwy zastępują wszystkie wasze przyrządy 
elektryczne... 
— 
Mów jeszcze, mów jeszcze! Jakie to są wa­ 
sze światy? Czy planety wasze komunikują się ze 
sobą? 
— 
Nasze światy, to wielka liczba drobnych pla­ 
net, trzy i cztery razy mniejszych od Ziemi, ale 
mieszkańcy ich znajdują się w ciągłym związku ze 
sobą czy to osobiście, czy przez telepatję. Jeżeli 
wolę mamy po temu, oblatujemy bezmiary, bo na­ 
sza organizacja jest taka, że możemy istnieć bez 
atmosfery, a nawet bez pożywienia. Jeżeli więc 
między jedną planetą a drugą powietrze jest bardzo 
rozrzedzone — przebywamy je bez trudności. 
— 
Na skrzydłach, czy na maszynach? 
— 
Bynajmniej. Wola własna służy nam za 
skrzydła. 
— 
Znasz i inne planety? 
— 
Znam Palladę, Junonę, Westę, Amfitrytę, 
Penelopę, Helenę i wiele innych, nieznanych przez was. 
— 
He masz lat? 
— 
Nie wiem, jestem nieśmiertelny — albo, ściślej 
mówiąc, żyję na naszych planetach dwadzieścia ziem­ 
skich stuleci. Nie dziw się, że posiadam tyle wiedzy. 
Nasze istnienie to wieczne poznawanie, to jedyna 
funkcja naszego bytu. 
— 
Ależ Adam... 
— 
Są u nas rzeczy niepoznawalne — rzeczy 
zakazane. Ludzie z ziemi opowiadali mi o miłości 
waszej cielesnej, a niektórzy mieli o niej tak słod­ 
kie wspomnienia, że wielce żałowali utraconego
>>>
85 
piekła. Te właśnie opowieści o słodyczach miłości 
rozbudziły we mnie pożądania osobliwe, pod któ­ 
rych mocą ciało zaczęło we mnie przeważać nad 
duchem. Za ten grzech ciekawości zostałem z Raju 
wygnany, aby poznać tajemnicę cielesności. 
— 
A jakże wy się rodzicie? jak umieracie? czym 
żyjecie? 
— 
Rodzimy się w ten sposób, że każda dusza, 
czy to nasza własna, czy z innych przybywająca 
planet, wybiera sobie ten lub ów kwiat — a u nas 
kwitną przecudowne i bardzo inteligientne kwiaty — 
i w jego aromatach się pomieszcza. W kielichu tego 
kwiatu przybiera kształt, mniej więcej podobny do 
formy ziemskiego człowieka, ale raczej wyanielony 
i doskonalszy. Rzekłbyś jest to metamorfoza kwiatu 
w postać ludzką. Zdaje mi się, że pochodzenie od 
kwiatów głównie odróżnia nas od was, bo wy po­ 
chodzicie od zwierząt. W takiej postaci żyjemy dłu­ 
gie stulecia i — można rzec — jesteśmy nieśmier­ 
telni. Nie odczuwamy nigdy tej konieczności, która 
się u was nazywa głodem. Żywimy się powie­ 
trzem, echem, promieniami słońca. Dla tego niema 
u nas walki o byt, niema tej okropnej tragiedji starć, 
wojen, zabójstw, nędzy; niema u nas walki, przeci­ 
wieństw, załamań. Istotą naszej planety i naszej psy­ 
chiki jest powszechna jedność. Mamy wszyscy jedną, 
barwną, melodyjną, pachnącą mowę. Mamy jednego 
Boga, z którym obcujemy nieustannie, choć pełni 
jego tajemnicy nigdy — wiemy o tym — nie bę­ 
dziemy w możności ogarnąć. 
— 
Jakiż to Bóg? Mów mi o Bogu, duchu czysty!
>>>
86 
ze drżeniem pytał badacz, rozmodlony już niemal 
wobec swego medjum. 
— 
O tym mówić nie mogę. Wy, synowie ziemi, 
żyjecie w sprzecznościach. Nasz Bóg — jest poza 
wszelką sprzecznością — jest utożsamieniem wszyst­ 
kich przeciwieństw, jest absolutem. Nie zrozumiesz 
mojej mowy, zwłaszcza, jeżeli w waszym ludzkim 
języku mam mówić. Boga można wypowiedzieć tylko 
w języku nadludzkim. 
— 
A więc mi powiedz, jak umieracie? Bo jeżeliś 
zestąpił na ziemię, to musiałeś umrzeć na swojej 
planecie. 
- 
Umarłem. Ten, który ma umrzeć, zwołuje 
przyjaciół na ostatnią biesiadę i śród rozmowy o 
rzeczach nieskończonych odczuwa naraz niepojętą 
słodycz, lstność jego, rzekłbyś, w mrok przedziwny 
pełen światła słonecznego przechodzi. W żarze tego 
stanu umierający, niby w sennej półświadomości, 
rozpływa się w mgłę, maleje do rozmiarów nie­ 
widzialnych i, jak np. ja, znajduje się naraz w oto­ 
czeniu nowym, w kolisku ciemnym, gdzie powoli 
dochodzi do niewyraźnej świadomości swego no­ 
wego bytu. Nakoniec zjawiłem się na ziemi, jako 
istota żywa, w życiu normalnym bezwiedna i po­ 
zbawiona pamięci o życiu poprzednim. Moment 
rozproszenia mego ciała Cererowego, był to właś­ 
nie moment mego poczęcia na ziemi. Czasami 
w łonie błyskała mi myśl, że za karę jestem ska­ 
zany na to więzienie, ale były to chwile tylko; 
w istocie byłem jakimś ślimakiem, czy kijanką, która 
żyje tylko, by się odżywiać. Dla mnie te narodziny
>>>
87 
ziemskie — to upadek. Słusznie też byłem ukarany 
za swój grzech ciekawości. Dziś — przed godziną — 
skoro tylko znalazłem się na ziemi, zrozumiałem 
w jednym momencie całą grozę waszego piekła — 
i krzyknąłem z wielkiej rozpaczy po utraconym 
raju, ale natychmiast zapomniałem o wszystkim. 
— 
A jakże u was przejawia się miłość? Czy są 
u was mężczyźni i kobiety — czy wy jesteście an- 
droginy ? 
— 
Owszem, płeć u nas bywa dwoista, ale u nas 
przeważa związek dusz nad związkiem ciał. Połą­ 
czenie harmonijne dwojga barw, dwojga zapachów, 
dwojga melodji naszych istot — daje pocałunek 
dusz, tak ogarniający naszą istotę, że nasza jaźń 
się podwaja. Cząstka tych elementów oddziela się 
od nas i szuka swojego kwiatu. Muszę dodać, że 
takie pocałunki dusz mogą tylko w takim razie się 
urzeczywistnić, jeżeli istnieje realne powinowactwo, 
symfonja barw, zapachów i melodji. Bez symfonji 
związek jest niemożliwy. To też u nas każdy długo, 
długo szuka swego uzupełnienia, aż nakoniec przy 
wielkim natężeniu woli napewno odnajdzie tę brat­ 
nią duszę. Tak płynie u nas życie w słońcu 
i wiośnie... 
— 
Jakież są pory roku? 
— 
Wiekuista wiosna panuje u nas. My nie znamy 
śniegów, ani burzy, ani potopów. Nie nosimy ubra­ 
nia, nie budujemy domów, nie znamy własności, 
ani bogactwa, ani nędzy. Życie nasze — to myśl, 
kontemplacja, marzenie. Codzień opowiadamy sobie
>>>
88 
nasze sny i widzenia, a twórczość swoją realizuje 
każdy z nas w samym sobie. Ciało nasze, jak ci 
już mówiłem, jest jakby silna baterja elektryczna. 
Wszystkie wasze wynalazki u nas są jakby natural­ 
nie nam dane — w nerwach. Dla tego możemy roz­ 
mawiać na odległość; oczy nasze są, jak teleskopy. 
Śmierć u nas, to właściwie rozproszenie elektrycz­ 
ności wewnętrznej, a to rozproszenie — to najczę­ 
ściej wynik grzechu. 
Coraz nowa fala pytań budziła się w myśli pana 
Jana. Już go chciał zapytać, jaki tam ustrój spo­ 
łeczny, jaki rząd, jaki parlament, jakie stronnictwa 
polityczne, jak tam stoi kwestja żydowska, gdy 
naraz doszły go straszne krzyki z sąsiednich po­ 
kojów. 
P. Jan poczuł się nagle, jak zbrodniarz, schwy­ 
tany na gorącym uczynku. Lęk ogarnął go straszny 
i jednocześnie poczuł nadzwyczajne 
osłabienie 
swojej siły hypnotyzerskiej. Był niespokojny, zde­ 
nerwowany, wytrącony z równowagi. W tejsamej 
chwili medjum zaczęło na nowo bełkotać swoim 
językiem, lecz melodja była groźna, jak burza, 
a barwy dokoła medjum krążyły ciemne, czarne, 
purpurowe; twarz medjum dziwnie się zmieniła; 
była to bolesna, pomarszczona twarz starca, a mu­ 
zyka jego mowy zmieniła się z burzliwego pomruku 
w jęk bolesny, a potym w zwyczajny płacz małego 
dziecka. 
Zapukano do drzwi. 
— 
Panie, panie! 
Pan Jan oprzytomn ał. Spojrzał na zegarek, była
>>>
89 
blizko piąta. Opanował nerwy, instynktowo wy­ 
tężył wzrok i przeprowadziwszy pasy — obudził 
medjum. 
Konwulsyjny płacz niemowlęcia dał się słyszeć 
w pokoju. Pan Jan otworzył drzwi. Stała w nich 
akuszerka. 
— 
Co też pan wyrabia na miłość Boską. Także 
pan się politycznie zachowuje. Upoważniam pana, 
że pani mało co spazmów nie dostała. Zabiera 
pan dziecko, a pan się tyle na tym zna, co kura 
na pieprzu. Już to szkoda, że pan gdzie nie poje­ 
chał we światy. Przed rodzonym ojcem trzeba pil­ 
nować dziecka. Biedne maleństwo. Nic nie jadło, 
a tu matce wzbiera. Jeszcze gorączki dostanie. Też 
z panem chryja taka! 
Pan Jan pokornie słuchał baby i oddał dziecko, 
które, jak się okazało — było mocno przeziębione 
i chorowało blizko trzy miesiące, w ciągłym nie­ 
bezpieczeństwie między życiem a śmiercią. 
Nakoniec jednak zdrowy organizm — jak mó­ 
wił doktór — zwyciężył. 
Mimowoli pan Jan zdradził się kiedyś przed 
żoną, jakie to doświadczenie zrobił ze swym synem 
i jakie zyskał od niego rewelacje. 
Pani Irena — osoba nadzwyczaj łagodna — wy­ 
buchła gniewem i przemówiła do swego męża sło­ 
wami, jakich on zapewne nigdy nie słyszał do­ 
tychczas. Pan Jan nibyto uznawał słuszność pre­ 
tensji żoninych, ale z drugiej strony tak odsłonić 
tajemnicę bytu, jak to jemu się udało, chyba nikt 
dotychczas nie uczynił.
>>>
90 
— 
Omało mi dziecka nie zabił! — mówiła pani 
Irena przez lat dwadzieścia w różnych okazjach. 
Istotnie, dziecko było wątłe, słabowite, choro­ 
wite i wymagało nieustannej pieczy i uwagi, co, 
nie bez słuszności, matka przypisywała niebezpiecz­ 
nemu doświadczeniu, jakie z biednym Józiem uczynił 
ojciec. 
Pan Jan jednakże był bardzo dumny ze swo­ 
jego doświadczenia i długi czas jego sprawozdanie 
miało wielki rozgłos w europejskim świecie uczo­ 
nym. Jednakże niejaki Dr Wagner z Lipska wyka­ 
zał, że te wszystkie rzekome rewelacje nowonaro­ 
dzonego znajdują się w książce pewnego mistyka 
z wieku XII, nazwiskiem Angelo Mandragora de Ca- 
tacumba p. t . „Misteria coelestia". 
Dzieło to pan 
Jan istotnie znał i. czytał w młodości. Owóż w do­ 
świadczeniu z Józiem pan Jan zapomniał o swo­ 
jej zwykłej metodzie i zamiast nakazać uśpionemu: 
„mów, co wiesz!" — sam mu dawał zapytania 
i sam pewnie odpowiedzi mu podsuwał; czynił to 
nieświadomie, gdyż rzecz pewna, że treść książki 
bezwzględnie zapomniał. Ale znowu z drugiej strony 
faktem jest, że Józio z nim mówił i to naprzód 
jakimś nadziemskim językiem, a potym dopiero 
ludzkim... A może i to było złudzenie... Może 
właściwie to on sam, pan Jan — był zahypnoty- 
zowany. 
Wątpliwości go dręczyły. Rozwój Józia ojciec 
pilnie śledził, przypuszczając, że będzie to jakiś wy­ 
jątkowy gienjusz. Okazało się jednak, że był to 
chłopiec przeciętny, mało ciekawy do nauki, dość
>>>
91 
apatyczny, ale natomiast bardzo kochliwy. Wcześnie 
rozwinął się w nim zmysł erotyczny, ale, niestety, 
Józio w tym kierunku doznał samych zawodów 
i rozczarowań i jeżeli powróci na swoją planetę 
— 
to już pewno nie będzie ciekawy miłości ziem­ 
skiej.
>>>
*
>>>
AMOR I FAUN.
>>>
I. 
mor i Faun, te dwa bóstwa grecko-rzymskie, 
to dwa odmienne symbole energji uczucio- 
^ 
* wej człowieka. Zazwyczaj obaj ci bogowie 
razem panują na świecie, ale już to jeden, już drugi 
zyskuje przewagę nad rodzajem ludzkim: rzadko 
kiedy nadchodzi wielki Renesans równowagi obu 
bóstw, gdy zjednoczone bujają po ziemi jako je­ 
den jedyny, pełny pogardy i w bezmiarach zagłę­ 
biony Amor-Faun. W zwykłych czasach każde się 
błąka oddzielnie, po swoich dziedzinach — a i okre­ 
sowo panowanie ich się zmienia. 
Nie będziemy sięgać w daleką przeszłość, ani 
zaglądniemy do Hezjodowej Teogonji. Bogowie 
greccy żyją zawsze i zamierzamy tu rzucić okiem 
na ich czyny tylko w najbliższych dwuch stuleciach, 
w w. XVIII i w. XIX. Są to dwa okresy, których 
istotę różnieby można oznaczyć, ale jeżeli chcemy 
je określić ze stanowiska ludzko-uczuciowego, to 
wiek XVIII nazwiemy wiekiem Amora, wiek XIX 
wiekiem Fauna. 
Spójrzmy na obrazy malarzy XVIII w., czytajmy 
pieśni poetów tego czasu, a znajdziemy, że główną 
postacią ich twórczości, głównym wyrazem siły ich 
sentymentu jest Amor-Kupido, mały, pucołowaty,
>>>
96 
nagi chłopczyna, z łukiem w ręku i kołczanem 
strzał na plecach, złośliwy, psotny, figlarny, kapryśny, 
swawolny syn Afrodyty. 
Jest to potworek groźny czasami, ale w istocie 
filuterny sam przez się i filuternie traktowany przez 
swoje ofiary. Zadaje on rzekomo męczarnie, ale te 
męczarnie rychło wynagradza rozkosz; we łzach, 
które wywołuje, jest pewien uśmiech i każdy, do 
którego Amorek się zbliża, wie, że miły ten bożek 
zada mu trochę cierpień, ale od tych cierpień serce 
nie pęknie i że tym słodsza będzie godzina cudu. 
Jest to lekki, dobrze wychowany djablik z naj­ 
lepszego towarzystwa; umie się tajemniczo wciskać 
do gaików, gdzie płynie bystra woda; do gęstych 
parków, gdzie kieretnie ukrywają tajemnicze uściski 
kochanków; do salonów, gdzie pudrowani pano­ 
wie i pudrowane damy dowcipnie igrają słówkami. 
Amorek nie lubi tragiedji, a jeżeli wywołuje poje­ 
dynek, to dla czegóż pojedynek ma być smutny? 
Ludzie powinni dla Kupidyna żyć wesoło i umierać 
wesoło. Amorek bowiem, błąkający się po Luwrze, 
po Wersalu, po Trianon, na dworze Ludwika XV 
i Ludwika XVI, jest dziecięciem najweselszego stu­ 
lecia, jakie znamy w historji ludzkiej, dziecięciem 
wieku XVIII... 
Był on i w XVI i w XVII stuleciu, przebrany 
w suknie pasterskie, a chwałę jego opiewali Mon- 
temayor, Honorjusz d'Urfe i Sennazaro, ale dopiero 
wiek XVIII był rzeczywistym panowaniem Amora. 
Wiek to był, który nie dbał o jutro i mówił: 
Po nas choć potop!
>>>
97 
W czwartym wymiarze. 
7 
Wiek to był, który w zjawisku życia cenił przede- 
wszystkim życie samo i każdą minutę umiał wyzyskać 
dla rozkoszy: pocałunki, uśmiechy, szepty miłosne 
towarzyszyły mu do końca; wszędzie przynosił on 
swoją lekkość, swobodę, prostotę, swoją jednolitość, 
pewność siebie, swoją jasność i logikę. Albowiem 
Amorek XVIII w., to przedewszystkim dziecię jasnej, 
czystej, logicznej umysłowości tego czasu; Amor ten, 
to djalektyk, sofista, libertyn : to brat duchowy Voltai- 
re'a, Helwecjusza, Holbacha, Encyklopedji; to drwią­ 
cy sceptyk, na tyle jeszcze pełny sił i pełny krwi, że nie 
łamią go ani drwiny ani sceptycyzm; on sam w sie­ 
bie na serjo nie wierzy, wie, że jest kłamstwem, 
ale dobrze mu z tym i wcale nie chce być innym. 
Owszem, ta niewiara w samego siebie, zamiast dlań 
być źródłem jakiegoś tragizmu, nadaje mu przeciwnie 
dobroduszny uśmiech pobłażliwości dla grzeszników 
miłych i tajemniczych, dla zawodów, zdrad i nie­ 
stałości, odlotów i zmian i fałszów: dla tego, je­ 
żeli rozkosze, któremi Amor darzył swoich wybrań­ 
ców, były nieprzebrane, to cierpienia, jakie zadawał, 
nie były ani zbyt długie, ani zbyt okrutne. A prace 
jego były liczne; Amor wszystkie rzemiosła upra­ 
wiał: był on kowalem i kolorystą, i puszkarzem, 
i łucznikiem, i kwiaciarzem, i zaklinaczem: umiał 
zamraczać rozum, wróżyć przyszłość, budzić zapo­ 
mnienie, albo, co gorsza, wspomnienie, umiał oczy 
oślepiać, a również rozwijać dar jasnowidzenia. Le­ 
karz to był znamienity: wskrzeszał półumarłych, 
budził do mocy osłabionych; czasem krew pusz­ 
czał jak cyrulik, że byłeś blady jak nieboszczyk,
>>>
98 
ale częściej tyle ci krwi wlewał w żyły, a krew 
tak była gorąca, żeś szukał ochłody w cieniu jakichś 
migotliwych, figlarnych źrenic, w sercu jakiejś damy 
tkliwej, oddanej, niezbyt męcząco wzajemnej i nie­ 
zbyt męcząco wiernej. 
Był to bożek wszechwładny, z pozoru okrutny, 
nieubłagany, ale w istocie gotowy do wszelkich 
układów; to też był zawsze jakby żartobliwie 
uśmiechnięty, różany wieniec nosił na głowie, a już 
to wygadany był niepospolicie. Żaden gracz tak nie 
rzucał słowami: retor był nadzwyczajny, a niespo­ 
dzianki jego przemówień nigdy nie raziły, bo cza­ 
rem ich była nie nowość wrażenia, ale właśnie jego 
dawność nieskończona; on był na ziemi ante Aga- 
memnona i cała rozkosz tych dusz XVIII w. po­ 
legała na tym, że pieśń Erosa, to pieśń, która nie­ 
zmiennie jednakowo brzmi od tysiącoleci. Retor to 
był doskonały: niedarmo żył w stuleciu, kiedy za 
mądrość starczyła une langue bien faite. 
To też brakło mu tego, czego również brakło 
owemu stuleciu, przynajmniej zewnętrznie: brakło 
mu poczucia nieskończoności; nigdy on nie umiał 
wyjść poza salony, poza Wersal, poza ziemię. Matka 
natura wyobrażała mu się jako poczciwa dusza, 
która nikogo nie krzywdzi i każdemu stworzeniu 
daje ziarna, ile trzeba; która człowieka rodzi do­ 
brym i miłościwym i tylko brzydkie ludzkie prawa 
naruszają tę przyrodzoną dobroć człowieka. Czło­ 
wiek zaś sam, to maszyna kunsztowna, ale bardzo 
prosta, w której zmysły i wrażenia grają rolę kółek 
i transmisji. Filozofją tego czasu był miły sensu-
>>>
99 
alizm, redukujący wszystkie zjawiska ducha ludz­ 
kiego do dwuch przeciwieństw: rozkoszy i cier­ 
pienia. 
Taki był Amor XVIII w., 
duch wesoły, jasny, 
zrównoważony, ludzi i bogów darzący rozkoszą. 
Ale obok sceptyków i encyklopedji, obok tych, 
w skończoności zamkniętych, wiek XVIII miał drugi 
szereg myślicieli, którzy pracowali w ukryciu, w ta­ 
jemne stowarzyszenia powiązani; dziedzice hjera- 
tycznych tradycji wieków umarłych, szukali oni roz­ 
wiązania zagadek bytu i nieskończoności na innej 
drodze, na drodze mistyki. 
Iluminaci, Różokrzyżowcy, nowi Templarjusze, 
Kabaliści, Fabre d'Olivet, Saint Martin, Saint Simon, 
Fourrier, Mesmer, zamącali śmiech ironiczny Voltai- 
re'ów i Diderotów. 
Żyli oni całą duszą w nieskończoności, a ta jasna 
i przezroczysta myśl XVIII wieku była dla nich 
myślą powierzchowną i płytką. Tu była granica pa­ 
nowania Amora. 
Jednakże mężowie ci byli zbyt daleko od swo­ 
jego czasu, ale już dzwoniła nuta miększa w pieś­ 
niach Amora, tendresse pasterzy, co się schodzili 
„pod umówionym jaworem"; już płynęły po świe­ 
cie mgły ossjaniczne melancholji, nadchodzące z da­ 
lekiej Szkocji; już się załamywał uśmiech ironiczny 
rozkosznego syna Cyprydy. Na twarzach Charyt 
i Dryjad bladł rumieniec. Rodziła się tęsknota, uczu­ 
cie niewysłowione, pełne jasnowidzeń jakiejś nowej 
origo rerum. 
Nowym głosem przemówiła natura; odezwało
>>>
100 
się serce. Zjawił się Jan Jakób, ojciec uczuciowości 
XIX w. i tego nastroju, który później nazwano ro­ 
mantycznym. On też był ojcem Werterów i Gusta­ 
wów, którzy w uczuciach swoich nie kierowali się 
wskazaniami figlarnego Amora-Kupidyna, ale prze­ 
czuwali w miłości jakąś tajemnicę tragiczną i nie­ 
rozwiązaną. 
Rousseau wzywał: powróćmy do natury! Nie 
przeczuwał, jakie huragany zawiera w sobie to we­ 
zwanie. Ale burza nadeszła: gromadziła się wiekami 
i naraz wybuchła. 
Wobec wesoło tańczącego Wersalu : wobec pań 
i panów strojnych, wypudrowanych, rozbawionych; 
opanowanych jakimś dziwnym szaleństwem igraszek, 
ale widzących i myślących jasno i logicznie, w gra­ 
nicach skończoności i encyklopedji — zjawiła się 
nagle i niespodziewanie gromada ludzi dzikich 
i wściekłych, żywioł rozhukany i nieocuglony, który 
dotąd zamknięty w klubach niewoli i poddaństwa, 
naraz zapragnął powrotu do natury, powrotu do 
lasów pierwotnych, a żądza ta nazywała się swobodą. 
Piękne damy i piękni panowie ze zgrozą pa­ 
trzyli na tę nacierającą tłuszczę sił żywiołowych, 
które szerzyły wkoło pożary i zgliszcza, układały 
nowe formuły życia i rozpoczynały nową epokę 
świata. 
Gilotyna zgrzytała nieustannie: najpiękniejsze gło­ 
wy tego czasu ścięto, najmilsze uśmiechy, najsłodsze 
spojrzenia, najczerwieńsze usta — zamarły pod no­ 
żem katowskim. Rewolucja huczała rozpętana i zwy­ 
cięska. Mater 
triumphalis.
>>>
101 
W tej rzezi ogromnej zginął też i ów rozkoszny, 
pełny wesela, miły synek Afrodyty. W rewolucji 
francuskiej zginął Amor, a jeżeli czasem jeszcze się 
odzywał, to głos jego był jakąś pieśnią zagrobową. 
Nie mógł też on się odrodzić w wielkiej epopei na­ 
poleońskiej, bo tu śród huku armat, śród krwi 
i ognia bitw, tylko dorywcza Venus Vulgivaga 
hulała sobie po żołniersku zgruba i bez subtel­ 
ności. 
Im dalej też płyniemy w XIX stulecie, tymbar- 
dziej znika nam świetlane dziecię Cyprydy, a za­ 
miast niego coraz potężniejszym władcą poezji staje 
się inny wielki bóg starożytności, Pan czyli Faun. 
II. 
Powiadają, że w II stuleciu po Narodzeniu Chry­ 
stusa — na brzegach Grecji i Sycylji — i na ca­ 
łym morzu Śródziemnym zabrzmiał jednego ranka 
wielki — przerażający okrzyk: Umarł Pan! 
Śmiało rzec można, że w rewolucji francuskiej 
Pan się odrodził. 
Bo ową tłuszczę dziką i pełną entuzjazmu, ową 
bachanalję ideału i rozlewu krwi, jaką była rewo­ 
lucja — prowadził nie kto inny, jeno odrodzony 
Pan, bóg lasów i pól, bóg pierwotnej, elementarnej 
swobody istot ludzkich. On to z dusz człowieczych 
zerwał pęta, wzywając je, by powróciły do lasu, 
do natury, do stanu pierwotności, jako niepokalana 
potęga żywiołowa.
>>>
10 
Pavana indyjski, Pan grecki, rzymski Faun 
zmartwychwstał na mogile Amora — i wygnał go 
precz ze strzyżonych ogrodów Wersalu i z leśnych 
zacisz i z ksiąg poetów. 
Stare, barbarzyńskie bogi ludów północnych, 
Odyny i Perkuny, odezwały się na nowo głosem 
ostrym i surowym, gdyż ich raziła miarowa i we­ 
soła mowa Erosa. 
— 
Przemówiły ponure Norny 
skandynawskie, a Faun czuł raczej z niemi pobra- 
tymstwo bliższe, niż z pogodnym niebem Olimpu. 
W treści Fauna była północ dusz greckich. 
Odtąd w pieśniach Shelleya i Keatsa, aż po dni 
Mallarmé'go i Regniera, w muzyce Beethowena, 
w obrazach Bòcklina, Stucka, Malczewskiego — 
nie Amor ale Faun jest głównym bóstwem ziemi. 
Nakoniec zjawia się Fryderyk Nietzsche, który 
w godzinie delirjum sam siebie uważa za wcielenie 
Djonizosa, za króla i władcę Faunów i wszelkiego 
Faunizmu. Kult Djonizosa i ducha Djonizyjskiego 
chce on postawić ponad wszelkim kultem ludzkim, 
a jest to w głębi swojej i nadewszystko kult tra­ 
gizmu. 
Odrodzony Faun iście zmartwychwstał w strasz­ 
liwej godzinie rzezi i pożarów ; on kochał tę rzeź 
i upojony był krwią i zniszczeniem, gdyż kąpał się 
we własnej krwi, jakby roił, że z tego samokrwa- 
wienia nowy świat się narodzi. Ale kiedy ucichły 
rzezie, kiedy wywalczone zostało prawo powrotu 
do Edenu — Faun czuł się nieskończenie smutny, 
bo krwi popłynęło zbyt wiele, a jeden grzech bolał 
go najwięcej : oto, że zabił Amora — i szukał jego
>>>
103 
zwłok — i nie mógł odnaleźć czarownego pacho­ 
lęcia. A przytym Faun celu swego nie osiągnął i 
zburzył stare zamki dawnych kasztelanów, ale nie 
mógł już powrócić do ciemnych głębi puszcz, gdyż 
lasy wyrąbano i zniszczono; tam, gdzie dawniej szu­ 
miały bory, o których marzył Faun odrodzony, 
dziś stały większe i mniejsze miasta, huczały ma­ 
szyny, wzbijały się ku górze kominy fabryczne, a na 
miejscu dawnych piękności i filigranowych domków 
rokoko — wznosiły się brzydkie, brudne, ceglane 
gmachy; wewnątrz nich płonął wiekuisty ogień 
w ogromnych piecach żelaznych, a czarne grube 
dymy mroczyły niebo, co dotąd było zawsze czyste 
i błękitne; jeżeli zaś się ściemniało, to od chmur 
potężnych, od wichrów i burz, nie od pyłu węglo­ 
wego. 
Na nowo uwięzione cyklopy przerabiały w tych 
ponurych budynkach — żelazo i nici. 
Ten świat, który swoją potęgą do życia powo­ 
łał Faun — nie był jego światem. Czarno ubrani 
panowie — zjawiali się wszędzie tam, gdzie on 
przeczuwał szerokie wolne przestrzenie, zielone szu­ 
miące gaje lub mchem porośnięte skały, w których 
łonie były dogodne dla faunów pieczary. Nimfy też 
przerażone coraz głębiej poza mury miast uciekały, 
ale miasto ścigało je wszędzie. Lokomotywy prze­ 
raźliwym świstem napełniały ich uszy, nawykłe do 
świergotu ptaków i melodji drzew — i oto Faun, 
co wylał tyle krwi, aby uzyskać swobodę błądzenia 
po swobodnych puszczach — uchodził wciąż dalej 
tam, dokąd uchodziły nimfy.
>>>
104 
Policja, administracja, biurokratyzm, regularna 
praca fabryczna, dzwonem kilkakrotnym codzień 
ogłaszana — wszystkie te grozy coraz potężniej ra­ 
ziły w zaklęte siedliska Faunów, o których w cza­ 
sie udręki roi każda dusza, zgnębiona niewolą ży­ 
cia nowoczesnego. 
Bezgraniczna melancholja opanowała serce Fauna; 
czuł, że jego królestwo nietylko nie nadeszło, ale 
owszem coraz dalej odpływa i coraz bardziej się 
uniemożliwia. To też nieraz w samotne ogniste wie­ 
czory Faun marzy o tym, czyby nie należało bła­ 
galnie prosić bogów, wołając do nich: Wskrzeście 
Amora! 
Bo chciałby się Faun od Amora nauczyć, jakim 
sposobem umiał on być szczęśliwy i różowo bar­ 
wić sny człowiecze, gdy w nim — w tym nowym 
bogu dni późnych — jest wiekuista posępność — 
i żal rzeczy spełnionych, że się spełniły, i rzeczy 
niespełnionych, że się nie spełniły. Ale Amor jesz­ 
cze nie zmartwychwstał, a Faun, zbuntowany prze­ 
ciw bogom i przeciw naturze, przeciw ludziom 
i przeciw sobie — wlecze po zniszczonych lasach 
swoją otchłanną żądzę nieskończoności. Ze śmiercią 
Amora, który kochał linje zamknięte, określoność 
i skończoność, zjawy proste i wyraźne, świat jasny 
i widzialny — Faun wywołał w duszach ludzkich 
bezgraniczną żądzę bezgraniczności, upiorową furję 
niezgłębionych tajników, chaos wiekuistych sprzecz­ 
ności wewnętrznych, pragnienie rzeczy o kształtach 
nieokreślonych, rzeczy, których nigdy nie było i nie
>>>
105 
będzie, tęsknotę, co świdruje i szarpie i targa; sło­ 
wem, nienawiść bezwzględną rzeczywistości. 
Dusza Fauna — to sen o śnie, sen posępny 
i niespokojny. 
Nie motyl i nie gołąb mu towarzyszy, ale wąż, 
który mu serce przegryza jadem. Amor żądał tak 
niewiele, że mógł otrzymać wszystko, czego prag­ 
nął, dla tego, choć czasami się smucił, kaprysił, 
żalił, płakał — były to żale, smutki, kaprysy, w któ­ 
rych istocie tkwiła żartobliwość; nie trudno było 
go zaspokoić. 
Faun się nie żali, nie kaprysi, nie płacze: on 
wyje, on przeklina, on wije się w spazmach, a jego 
melancholja graniczy z furją; jego ironja jest dziec­ 
kiem piekieł, — a jego pożądanie to wizja bacha- 
nalji kosmicznej, w której duchy planet padają sobie 
w objęcia, aby przez całą wieczność toczyć się w nie­ 
skończoności. 
Faun jest bezbrzeżnie smutny — bo wie, że nigdy 
zaspokojoną nie będzie jego niewygasła i wulka­ 
niczna żądza; pożąda on wszystkiego, bo to uczu­ 
cie, co mu trawi serce — jest wszystkim i esencją 
wszystkiego. 
Być może, że Faun nie potrafi nazwać określo­ 
nym imieniem, czym jest to jego wielkie i przera­ 
żające go samego uczucie, ale wie, że w nim miłość 
przerasta sama siebie — i, nie będąc Kupidynem 
— 
Faun jest więcej niż samą Miłością... 
Dla tego rodzi się w nim straszne poczucie, że 
niema w nim miłości — a syczący wąż melancholji 
jadem swoim zatruwa nikłe gołębio - motyle uczu-
>>>
106 
cie, które w nim się czasami odzywa kwiląco — 
i budzi pragnienie jakiegoś sielskiego dzieciństwa, 
bez tych burz wiekuistych, co nieustannie w nim 
huczą, niszcząc jedno marzenie po drugim, jedno 
pragnienie po drugim, jeden sen po drugim. Wszystko 
się załamuje, pryska, rozwiewa. 
A przecież Faun czuje się bliższym pierwotnego 
Edenu miłości i bliższym wszelkiej zagadki bytu, 
niż ktobądź. On sam pośród żywiołów, krąży jako 
żywioł; krąży śród natury jako jej wcielenie, jej 
zjawa wyodrębniona, samoistna i pełna... 
Ale dla tego właśnie jakieś bezimienne niewi­ 
dzialne żywiołaki pól i łąk, gajów i jezior, marzeń 
i snów, pożądań i rozczarowań — wirują nieustan­ 
nie w nim i walczą z nim i rozdzierają jego wnę­ 
trze na bolesne strzępy, że, będąc sam miłością, 
chce się wyrwać z miłości; będąc naturą — chce 
wyjść poza naturę; będąc marzeniem — chce wyjść 
poza marzenie; będąc naraz grzechem i świętością, 
chce się wyrwać poza grzech i świętość. Faun szuka 
samego siebie i chce stanąć ponad sobą; chce zer­ 
wać ze siebie wszystko, co mu narzuciła przypad­ 
kowość, i zmienić się w punkt bezprzestrzenny, 
w którym się przełamuje tajemnica bytu. W jego 
furjach miłosnych jest taki wybuch pragnień, jakby 
przerastających samą istotę miłości; jest w nich 
tyle mistyki i nadczłowieczeństwa, tyle anielstwa 
i szataństwa, tyle niewoli i żądzy wyzwolenia, tyle 
niewcielonych i niezjednoczonych przeciwieństw: że 
Faun dopiero teraz odczuwa swoją prawdę i swoje 
kłamstwo — teraz dopiero pojmuje, czym jest —
>>>
107 
i w straszliwym, męczeńskim niemal, rozlewającym 
się w bezmiary krzyku — ogłasza światu swoją 
sprzeczność istotną : 
— 
Jestem i nie jestem. Istnieję wszędzie i nigdzie, 
zawsze i nigdy. Nie znam ani czasu ani przestrzeni, 
nie znam ani ciała ani ducha, ani zła ni dobra, ani 
smutku ni wesela, ani życia ni śmierci... Nie znam, 
co jest dziś ani wczoraj, ani co jest tu lub tam, ani 
co jest ja lub nie ja. Żyjący jest umarłym. Przy­ 
szłość jest przeszłością. Nicość jest nieskończonością. 
Z nicości wszystko powstaje. Jestem bogiem, a bóg 
jest mną. Wszystko jest we mnie — i ja we wszyst­ 
kim. Utajone drga we mnie wszystko, co było, 
i wszystko, co będzie. Jestem i nie jestem. Jestem 
ja i nie-ja. Żyjący i umarły. Umierający wiecznie 
i wiecznie zmartwychwstający. Rozpłyniony w eterach 
poza teraźniejszością — wczoraj i jutro, wszędzie 
i zawsze... Jestem wiekuista przemiana, wiekuiste 
zaprzeczenie samego siebie, wiekuiste stawanie się, 
które się nigdy nie zatrzyma. Męczarnia moja, że 
duszy mówię: zatrzymaj się, a ona nie wie, gdzie 
jej kres; męczarnia moja, że nie mogę pogodzić 
sprzeczności; że nie mam granicy własnej, że dusza 
moja zlewa się z duszą wszystkich i wszystkiego; 
że nieustannie burzę, com zbudował, że rozwalam 
ołtarze bogów, których czciłem — i że zabijam 
wszystko, com ukochał! 
Tak się żalił Faun w głuchym napół zrąbanym 
lesie dębowym: ptaki przerażone zamilkły, a zadu­ 
mane łanie z melancholją patrzyły wielkiemi oczami 
na boga natury przesmuconego.
>>>
108 
Tysiące nimf, tysiące Dryjad i Nereid — oto­ 
czyły monarchę puszcz i wołały: 
— 
Czemu się żalisz, o nieśmiertelny, o wszech- 
jedyny, wszechczujący! Nerwie i mózgu i serce świata! 
Ty, w którym jest koniec i początek, w którym jest 
wszystka prawda i wszystka miłość, wszystko życie 
i wszystko unicestwienie; w którym pana czuje każdy 
listek mchu i każda paproć, każdy kamień i każde 
tchnienie zefiru, każdy oddech i pocałunek, każdy 
uścisk i każde poczęcie! Faunie, mów, czego się 
żalisz? Oto masz nas tysiące na skinienie, a każda 
cię obdzieli najgorętszym uściskiem, każda ci odda 
najwyższą świętość swego grzechu i najwyższy 
grzech swej świętości! 
Ale Faun znał je wszystkie — i widział w ich 
oczach zawsze jeno cząstkę tego, czego pożądał, 
a nigdy nie widział tej nieskończoności, którą prze­ 
czuwał— gdzieś — daleko — gdziebądź... Bo w nich 
drgała tylko znikoma struna bytu — coś, co prze­ 
mija, co się zmienia, coś — co jest i nie jest ra­ 
zem. Sam on był zmieniający się wciąż, jak potok, 
przez który coraz nowe płyną fale, a przeto szukał 
rzeczy niezmiennych i wiekuistych. 1 Faun — wdzię­ 
kami tylu cudnych rusałczanych postaci okrążony 
— 
szukał zawsze tej jednej i jedynej, która była 
nieobecna, a która błąkała się po ziemi, niewiado­ 
mo gdzie... 
Jednakże nimfy umiały otumanić Fauna. Wie­ 
działy, że natura, niegdyś przerażona grzechem 
swego okrucieństwa — jęła się sama przed sobą 
spowiadać — i, aby złagodzić byt swoim tworom —
>>>
109 
wywołała czarowny, upajający owoc — winne grono. 
Nimfy ze złotych i czarnych pereł wina musiały 
sączyć trunek zaklęty, którym Faun upojony, jakby 
upojony wodą letejską, zapominał o wszystkim, co 
go na jawie dręczyło. 
Sen cudowny opanowywał boga: ambrozja prze­ 
nosiła go w inne światy, nadawała odmienne barwy 
jego jasnowidzeniom. W delirjum bóg lasów tań­ 
czył i radował się bytem i oddawał się wszelkim 
rozkoszom nieprzytomności, a nimfy otoczyły go 
kołem i w lubieżnych skokach rzucały mu się 
w objęcia — i całowały go nieskończonym wielkim 
pocałunkiem, co jak eter ożywczy dawał mu złu­ 
dzenie urzeczywistnień niepojętych. Faun był szczęś­ 
liwy, a dokoła nimfy oszalałe, upojone winem i roz­ 
koszą — uderzając miarowo białemi nogami w mięk­ 
kie puszyste trawniki leśne, wołały: Evoe Bacche! 
Ale straszne było przebudzenie z upojeń. Ża­ 
łośniej jeszcze bóg odczuwał cierpienie swego bytu: 
gdyż nic go uchronić nie mogło od pamięci. 
Faun jest wobec Amora, jak melancholja wobec 
radości; jak jesień wobec wiosny; jako noc księ­ 
życowa wobec jutrzenki; to też Faun tęskni za Amo­ 
rem — jak my tęsknimy za naszym wiekiem dzie­ 
cinnym, ale nie wrócą lata dziecinne, ani zmartwych­ 
wstanie Manmatha. 
Tajemnica Fauna jest wielka: że miłość jest 
tragiedją, że jest to przeraźliwe misterjum, które się 
staje coraz bardziej niezgłębionym, im głębiej oko 
sięga w jego treść utajoną. Ona jest zaprzeczeniem 
samej siebie — i zwolna staje się niby złowrogim
>>>
110 
Anty-Erosem i Hyper-Erosem; przerasta sama siebie 
— 
i jak żeby chciała pochłonąć sama wszystkie 
pierwiastki bytu. Faun — w tym uczuciu bezgra­ 
nicznym, bezforemnym, bezkreślnym — chce wszyst­ 
ko zjednoczyć, chce rozplatać wszystkie najsurowsze 
zagadnienia człowieczego anielstwa — poprzez naj­ 
głębsze piekło szałów i upojeń zmysłowych. 
Faun — to ów furiis agitatus amor starożyt­ 
nych : pragnienie wieczne nowych wzruszeń, głód 
niepodobieństw, rozpacz niebiańskich pokus, uko­ 
chanie męczarni, ekstaza ascetyczna w obłędach 
rozkoszy, zwątpienie, co ją przegryza w jej najgłęb­ 
szych tajniach, zwątpienie o zwątpieniu, w godzinie 
powitań gorycz pożegnania, piekło i spazm poca­ 
łunków bez końca... 
Od dnia krwawej łuny, w której naraz wybuchnął 
— 
Faun idzie za nami, straszny i nieubłagany, jako 
wielki bóg sprzeczności. On jest tym prawem bo­ 
skim, prawem natury, prawem namiętności, przeciw 
któremu stanęło prawo ludzkie, społeczne, prawo 
uległości; on jest tym pożądaniem istotnej swobody, 
przeciw której stanęła skrępowana w każdym ruchu 
kultura; on jest bojowniczym, poszukującym siebie 
duchem osoby ludzkiej — wobec gromady, co go 
zalewa swą jednoforemnością, a zarazem on jest 
wcieleniem bezimiennej postaci bóstwa wszechist- 
nienia — jest Pantheosem. 
Jest to bóg nierównowagi, w której wirują nie­ 
skończone byty. Jest to pożądanie szałów i upo­ 
jeń coraz nowych, coraz odmiennych, coraz wyż­ 
szych... Jest to niepokój wiekuisty — powołujący
>>>
111 
ducha coraz wyżej i coraz dalej od rzeczywistości 
codziennej... Przeto dzieci Fauna są wiecznie z sie­ 
bie niezadowolone, a każde uczucie, jakie w ich 
sercu się obudzi — widzi się im nie tym uczuciem, 
jakie w nich płonąć powinno... Na szalejącym mo­ 
rzu wędruje łódź bez wiosła, co zda się nigdy nie 
dopłynie do żadnej przystani. 
I to jest może najwyższa melodja ducha Fauna; 
żyje on bez początku i końca, bez przyczyny i celu, 
jak wszystko, co jest w bycie największe i najdo­ 
skonalsze, jak natura, jak wieczność i nieskończo­ 
ność, jak bóstwo.
>>>
97 
W czwartym wymiarze. 
7 
Wiek to był, który w zjawisku życia cenił przede- 
wszystkim życie samo i każdą minutę umiał wyzyskać 
dla rozkoszy: pocałunki, uśmiechy, szepty miłosne 
towarzyszyły mu do końca; wszędzie przynosił on 
swoją lekkość, swobodę, prostotę, swoją jednolitość, 
pewność siebie, swoją jasność i logikę. Albowiem 
Amorek XVIII w., to przedewszystkim dziecię jasnej, 
czystej, logicznej umysłowości tego czasu; Amor ten, 
to djalektyk, sofista, libertyn : to brat duchowy Voltai- 
re'a, Helwecjusza, Holbacha, Encyklopedji; to drwią­ 
cy sceptyk, na tyle jeszcze pełny sił i pełny krwi, że nie 
łamią go ani drwiny ani sceptycyzm; on sam w sie­ 
bie na serjo nie wierzy, wie, że jest kłamstwem, 
ale dobrze mu z tym i wcale nie chce być innym. 
Owszem, ta niewiara w samego siebie, zamiast dlań 
być źródłem jakiegoś tragizmu, nadaje mu przeciwnie 
dobroduszny uśmiech pobłażliwości dla grzeszników 
miłych i tajemniczych, dla zawodów, zdrad i nie­ 
stałości, odlotów i zmian i fałszów: dla tego, je­ 
żeli rozkosze, któremi Amor darzył swoich wybrań­ 
ców, były nieprzebrane, to cierpienia, jakie zadawał, 
nie były ani zbyt długie, ani zbyt okrutne. A prace 
jego były liczne; Amor wszystkie rzemiosła upra­ 
wiał: był on kowalem i kolorystą, i puszkarzem, 
i łucznikiem, i kwiaciarzem, i zaklinaczem: umiał 
zamraczać rozum, wróżyć przyszłość, budzić zapo­ 
mnienie, albo, co gorsza, wspomnienie, umiał oczy 
oślepiać, a również rozwijać dar jasnowidzenia. Le­ 
karz to był znamienity: wskrzeszał półumarłych, 
budził do mocy osłabionych; czasem krew pusz­ 
czał jak cyrulik, że byłeś blady jak nieboszczyk,
>>>
98 
ale częściej tyle ci krwi wlewał w żyły, a krew 
tak była gorąca, żeś szukał ochłody w cieniu jakichś 
migotliwych, figlarnych źrenic, w sercu jakiejś damy 
tkliwej, oddanej, niezbyt męcząco wzajemnej i nie­ 
zbyt męcząco wiernej. 
Był to bożek wszechwładny, z pozoru okrutny, 
nieubłagany, ale w istocie gotowy do wszelkich 
układów; to też był zawsze jakby żartobliwie 
uśmiechnięty, różany wieniec nosił na głowie, a już 
to wygadany był niepospolicie. Żaden gracz tak nie 
rzucał słowami: retor był nadzwyczajny, a niespo­ 
dzianki jego przemówień nigdy nie raziły, bo cza­ 
rem ich była nie nowość wrażenia, ale właśnie jego 
dawność nieskończona; on był na ziemi ante Aga- 
memnona i cała rozkosz tych dusz XVIII w. po­ 
legała na tym, że pieśń Erosa, to pieśń, która nie­ 
zmiennie jednakowo brzmi od tysiącoleci. Retor to 
był doskonały: niedarmo żył w stuleciu, kiedy za 
mądrość starczyła une langue bien faite. 
To też brakło mu tego, czego również brakło 
owemu stuleciu, przynajmniej zewnętrznie: brakło 
mu poczucia nieskończoności; nigdy on nie umiał 
wyjść poza salony, poza Wersal, poza ziemię. Matka 
natura wyobrażała mu się jako poczciwa dusza, 
która nikogo nie krzywdzi i każdemu stworzeniu 
daje ziarna, ile trzeba; która człowieka rodzi do­ 
brym i miłościwym i tylko brzydkie ludzkie prawa 
naruszają tę przyrodzoną dobroć człowieka. Czło­ 
wiek zaś sam, to maszyna kunsztowna, ale bardzo 
prosta, w której zmysły i wrażenia grają rolę kółek 
i transmisji. Filozofją tego czasu był miły sensu-
>>>
99 
alizm, redukujący wszystkie zjawiska ducha ludz­ 
kiego do dwuch przeciwieństw: rozkoszy i cier­ 
pienia. 
Taki był Amor XVIII w., duch wesoły, jasny, 
zrównoważony, ludzi i bogów darzący rozkoszą. 
Ale obok sceptyków i encyklopedji, obok tych, 
w skończoności zamkniętych, wiek XVIII miał drugi 
szereg myślicieli, którzy pracowali w ukryciu, w ta­ 
jemne stowarzyszenia powiązani; dziedzice hjera- 
tycznych tradycji wieków umarłych, szukali oni roz­ 
wiązania zagadek bytu i nieskończoności na innej 
drodze, na drodze mistyki. 
Uuminaci, Różokrzyżowcy, nowi Templarjusze, 
Kabaliści, Fabre d'01ivet, Saint Martin, Saint Simon, 
Fourrier, Mesmer, zamącali śmiech ironiczny Voltai- 
re'ów i Diderotów. 
Żyli oni całą duszą w nieskończoności, a ta jasna 
i przezroczysta myśl XVIII wieku była dla nich 
myślą powierzchowną i płytką. Tu była granica pa­ 
nowania Amora. 
Jednakże mężowie ci byli zbyt daleko od swo­ 
jego czasu, ale już dzwoniła nuta miększa w pieś­ 
niach Amora, tendresse pasterzy, co się schodzili 
„pod umówionym jaworem"; już płynęły po świe­ 
cie mgły ossjaniczne melancholji, nadchodzące z da­ 
lekiej Szkocji; już się załamywał uśmiech ironiczny 
rozkosznego syna Cyprydy. Na twarzach Charyt 
i Dryjad bladł rumieniec. Rodziła się tęsknota, uczu­ 
cie niewysłowione, pełne jasnowidzeń jakiejś nowej 
origo rerum. 
Nowym głosem przemówiła natura; odezwało
>>>
100 
się serce. Zjawił się Jan Jakób, ojciec uczuciowości 
XIX w. i tego nastroju, który później nazwano ro­ 
mantycznym. On też był ojcem Werterów i Gusta­ 
wów, którzy w uczuciach swoich nie kierowali się 
wskazaniami figlarnego Amora-Kupidyna, ale prze­ 
czuwali w miłości jakąś- tajemnicę tragiczną i nie­ 
rozwiązaną. 
Rousseau wzywał: powróćmy do natury! Nie 
przeczuwał, jakie huragany zawiera w sobie to we 
zwanie. Ale burza nadeszła: gromadziła się wiekami 
i naraz wybuchła. 
Wobec wesoło tańczącego Wersalu: wobec pań 
i panów strojnych, wypudrowanych, rozbawionych; 
opanowanych jakimś dziwnym szaleństwem igraszek, 
ale widzących i myślących jasno i logicznie, w gra­ 
nicach skończoności i encyklopedji — zjawiła się 
nagle i niespodziewanie gromada ludzi dzikich 
i wściekłych, żywioł rozhukany i nieocuglony, który 
dotąd zamknięty w klubach niewoli i poddaństwa, 
naraz zapragnął powrotu do natury, powrotu do 
lasów pierwotnych, a żądza ta nazywała się swobodą. 
Piękne damy i piękni panowie ze zgrozą pa­ 
trzyli na tę nacierającą tłuszczę sił żywiołowych, 
które szerzyły wkoło pożary i zgliszcza, układały 
nowe formuły życia i rozpoczynały nową epokę 
świata. 
Gilotyna zgrzytała nieustannie: najpiękniejsze gło­ 
wy tego czasu ścięto, najmilsze uśmiechy, najsłodsze 
spojrzenia, najczerwieńsze usta — zamarły pod no­ 
żem katowskim. Rewolucja huczała rozpętana i zwy­ 
cięska. Mater 
triumphalis.
>>>
101 
W tej rzezi ogromnej zginął też i ów rozkoszny, 
pełny wesela, miły synek Afrodyty. W rewolucji 
francuskiej zginął Amor, a jeżeli czasem jeszcze się 
odzywał, to głos jego był jakąś pieśnią zagrobową. 
Nie mógł też on się odrodzić w wielkiej epopei na­ 
poleońskiej, bo tu śród huku armat, śród krwi 
i ognia bitw, tylko dorywcza Venus Vnlgivaga 
hulała sobie po żołniersku zgruba i bez subtel­ 
ności. 
Im dalej też płyniemy w XIX stulecie, tymbar- 
dziej znika nam świetlane dziecię Cyprydy, a za­ 
miast niego coraz potężniejszym władcą poezji staje 
się inny wielki bóg starożytności, Pan czyli Faun. 
* 
II. 
Powiadają, że w II stujeciu po Narodzeniu Chry­ 
stusa — na brzegach Grecji i Sycylji — i na ca­ 
łym morzu Śródziemnym zabrzmiał jednego ranka 
wielki — przerażający okrzyk: Umarł Pan! 
Śmiało rzec można, że w rewolucji francuskiej 
Pan się odrodził. 
Bo ową tłuszczę dziką i pełną entuzjazmu, ową 
bachanalję ideału i rozlewu krwi, jaką była rewo­ 
lucja — prowadził nie kto inny, jeno odrodzony 
Pan, bóg lasów i pól, bóg pierwotnej, elementarnej 
swobody istot ludzkich. On to z dusz człowieczych 
zerwał pęta, wzywając je, by powróciły do lasu, 
do natury, do stanu pierwotności, jako niepokalana 
potęga żywiołowa.
>>>
10 
Pavana indyjski, Pan grecki, rzymski Faun 
zmartwychwstał na mogile Amora — i wygnał go 
precz ze strzyżonych ogrodów Wersalu i z leśnych 
zacisz i z ksiąg poetów. 
Stare, barbarzyńskie bogi ludów północnych, 
Odyny i Perkuny, odezwały się na nowo głosem 
ostrym i surowym, gdyż ich raziła miarowa i we­ 
soła mowa Erosa. 
— 
Przemówiły ponure Norny 
skandynawskie, a Faun czuł raczej z niemi pobra- 
tymstwo bliższe, niż z pogodnym niebem Olimpu. 
W treści Fauna była północ dusz greckich. 
Odtąd w pieśniach Shelleya i Keatsa, aż po dni 
Mallarmé'go i Regniera, w muzyce Beethowena, 
w obrazach Bòcklina, Stucka, * Malczewskiego — 
nie Amor ale Faun jest głównym bóstwem ziemi. 
Nakoniec zjawia się Fryderyk Nietzsche, który 
w godzinie delirjum sam siebie uważa za wcielenie 
Djonizosa, za króla i władcę Faunów i wszelkiego 
Faunizmu. Kult Djonizosa i ducha Djonizyjskiego 
chce on postawić ponad wszelkim kultem ludzkim, 
a jest to w głębi swojej i nadewszystko kult tra­ 
gizmu. 
Odrodzony Faun iście zmartwychwstał w strasz­ 
liwej godzinie rzezi i pożarów; on kochał tę rzeź 
i upojony był krwią i zniszczeniem, gdyż kąpał się 
we własnej krwi, jakby roił, że z tego samokrwa- 
wienia nowy świat się narodzi. Ale kiedy ucichły 
rzezie, kiedy wywalczone zostało prawo powrotu 
do Edenu — Faun czuł się nieskończenie smutny, 
bo krwi popłynęło zbyt wiele, a jeden grzech bolał 
go najwięcej : oto, że zabił Amora — i szukał jego
>>>
103 
zwłok — i nie mógł odnaleźć czarownego pacho­ 
lęcia. A przytym Faun celu swego nie osiągnął: 
zburzył stare zamki dawnych kasztelanów, ale nie 
mógł już powrócić do ciemnych głębi puszcz, gdyż 
lasy wyrąbano i zniszczono; tam, gdzie dawniej szu­ 
miały bory, o których marzył Faun odrodzony, 
dziś stały większe i mniejsze miasta, huczały ma­ 
szyny, wzbijały się ku górze kominy fabryczne, a na 
miejscu dawnych piękności i filigranowych domków 
rokoko — wznosiły się brzydkie, brudne, ceglane 
gmachy; wewnątrz nich płonął wiekuisty ogień 
w ogromnych piecach żelaznych, a czarne grube 
dymy mroczyły niebo, co dotąd było zawsze czyste 
i błękitne; jeżeli zaś się ściemniało, to od chmur 
potężnych, od wichrów i burz, nie od pyłu węglo­ 
wego. 
Na nowo uwięzione cyklopy przerabiały w tych 
ponurych budynkach — żelazo i nici. 
Ten świat, który swoją potęgą do życia powo­ 
łał Faun — nie był jego światem. Czarno ubrani 
panowie — zjawiali się wszędzie tam, gdzie on 
przeczuwał szerokie wolne przestrzenie, zielone szu­ 
miące gaje lub mchem porośnięte skały, w których 
łonie były dogodne dla faunów pieczary. Nimfy też 
przerażone coraz głębiej poza mury miast uciekały, 
ale miasto ścigało je wszędzie. Lokomotywy prze­ 
raźliwym świstem napełniały ich uszy, nawykłe do 
świergotu ptaków i melodji drzew — i oto Faun, 
co wylał tyle krwi, aby uzyskać swobodę błądzenia 
po swobodnych puszczach — uchodził wciąż dalej 
tam, dokąd uchodziły nimfy.
>>>
104 
Policja, administracja, biurokratyzm, regularna 
praca fabryczna, dzwonem kilkakrotnym codzień 
ogłaszana — wszystkie te grozy coraz potężniej ra­ 
ziły w zaklęte siedliska Faunów, o których w cza­ 
sie udręki roi każda dusza, zgnębiona niewolą ży­ 
cia nowoczesnego. 
Bezgraniczna melancholja opanowała serce Fauna; 
czuł, że jego królestwo nietylko nie nadeszło, ale 
owszem coraz dalej odpływa i coraz bardziej się 
uniemożliwia. To też nieraz w samotne ogniste wie­ 
czory Faun marzy o tym, czyby nie należało bła­ 
galnie prosić bogów, wołając do nich: Wskrzeście 
Amora! 
Bo chciałby się Faun od Amora nauczyć, jakim 
sposobem umiał on być szczęśliwy i różowo bar­ 
wić sny człowiecze, gdy w nim — w tym nowym 
bogu dni późnych — jest wiekuista posępność — 
i żal rzeczy spełnionych, że się spełniły, i rzeczy 
niespełnionych, że się nie spełniły. Ale Amor jesz­ 
cze nie zmartwychwstał, a Faun, zbuntowany prze­ 
ciw bogom i przeciw naturze, przeciw ludziom 
i przeciw sobie — wlecze po zniszczonych lasach 
swoją otchłanną żądzę nieskończoności. Ze śmiercią 
Amora, który kochał linje zamknięte, określoność 
i skończoność, zjawy proste i wyraźne, świat jasny 
i widzialny — Faun wywołał w duszach ludzkich 
bezgraniczną żądzę bezgraniczności, upiorową furję 
niezgłębionych tajników, chaos wiekuistych sprzecz­ 
ności wewnętrznych, pragnienie rzeczy o kształtach 
nieokreślonych, rzeczy, których nigdy nie było i nie
>>>
105 
będzie, tęsknotę, co świdruje i szarpie i targa; sło­ 
wem, nienawiść bezwzględną rzeczywistości. 
Dusza Fauna — to sen o śnie, sen posępny 
i niespokojny. 
Nie motyl i nie gołąb mu towarzyszy, ale wąż, 
który mu serce przegryza jadem. Amor żądał tak 
niewiele, że mógł otrzymać wszystko, czego prag­ 
nął, dla tego, choć czasami się smucił, kaprysił, 
Żalił, płakał — były to żale, smutki, kaprysy, w któ­ 
rych istocie tkwiła żartobliwość; nie trudno było 
go zaspokoić. 
Faun się nie żali, nie kaprysi, nie płacze: on 
Wyje, on przeklina, on wije się w spazmach, a jego 
melancholja graniczy z furją; jego ironja jest dziec­ 
kiem piekieł, — a jego pożądanie to wizja bacha- 
nalji kosmicznej, w której duchy planet padają sobie 
w objęcia, aby przez całą wieczność toczyć się w nie­ 
skończoności. 
Faun jest bezbrzeżnie smutny — bo wie, że nigdy 
zaspokojoną nie będzie jego niewygasła i wulka­ 
niczna żądza; pożąda on wszystkiego, bo to uczu­ 
cie, co mu trawi serce — jest wszystkim i esencją 
wszystkiego. 
Być może, że Faun nie potrafi nazwać określo­ 
nym imieniem, czym jest to jego wielkie i przera­ 
żające go samego uczucie, ale wie, że w nim miłość 
przerasta sama siebie — i, nie będąc Kupidynem 
— 
Faun jest więcej niż samą Miłością... 
Dla tego rodzi się w nim straszne poczucie, że 
niema w nim miłości — a syczący wąż melancholji 
jadem swoim zatruwa nikłe gołębio - motyle uczu-
>>>
106 
cie, które w nim się czasami odzywa kwiląco — 
i budzi pragnienie jakiegoś sielskiego dzieciństwa, 
bez tych burz wiekuistych, co nieustannie w nim 
huczą, niszcząc jedno marzenie po drugim, jedno 
pragnienie po drugim, jeden sen po drugim. Wszystko 
się załamuje, pryska, rozwiewa. 
A przecież Faun czuje się bliższym pierwotnego 
Edenu miłości i bliższym wszelkiej zagadki bytu, 
niż ktobądź. On sam pośród żywiołów, krąży jako 
żywioł; krąży śród natury jako jej wcielenie, jej 
zjawa wyodrębniona, samoistna i pełna... 
Ale dla tego właśnie jakieś bezimienne niewi­ 
dzialne żywiołaki pól i łąk, gajów i jezior, marzeń 
i snów, pożądań i rozczarowań — wirują nieustan­ 
nie w nim i walczą z nim i rozdzierają jego wnę­ 
trze na bolesne strzępy, że, będąc sam miłością, 
chce się wyrwać z miłości; będąc naturą — chce 
wyjść poza naturę; będąc marzeniem — chce wyjść 
poza marzenie; będąc naraz grzechem i świętością, 
chce się wyrwać poza grzech i świętość. Faun szuka 
samego siebie i chce stanąć ponad sobą; chce zer­ 
wać ze siebie wszystko, co mu narzuciła przypad­ 
kowość, i zmienić się w punkt bezprzestrzenny, 
w którym się przełamuje tajemnica bytu. W jego 
furjach miłosnych jest taki wybuch pragnień, jakby 
przerastających samą istotę miłości; jest w nich 
tyle mistyki i nadczłowieczeństwa, tyle anielstwa 
i szataństwa, tyle niewoli i żądzy wyzwolenia, tyle 
niewcielonych i niezjednoczonych przeciwieństw: że 
Faun dopiero teraz odczuwa swoją prawdę i swoje 
kłamstwo — teraz dopiero pojmuje, czym jest —
>>>
107 
1 w straszliwym, męczeńskim niemal, rozlewającym 
się w bezmiary krzyku — ogłasza światu swoją 
sprzeczność istotną : 
— 
Jestem i nie jestem. Istnieję wszędzie i nigdzie, 
zawsze i nigdy. Nie znam ani czasu ani przestrzeni, 
nie znam ani ciała ani ducha, ani zła ni dobra, ani 
smutku ni wesela, ani życia ni śmierci... Nie znam, 
co jest dziś ani wczoraj, ani co jest tu lub tam, ani 
co jest ja lub nie ja. Żyjący jest umarłym. Przy­ 
szłość jest przeszłością. Nicość jest nieskończonością. 
2 nicości wszystko powstaje. Jestem bogiem, a bóg 
jest mną. Wszystko jest we mnie — i ja we wszyst­ 
kim. Utajone drga we mnie wszystko, co było, 
i wszystko, co będzie. Jestem i nie jestem. Jestem 
ja i nie-ja. Żyjący i umarły. Umierający wiecznie 
i wiecznie zmartwychwstający. Rozpłyniony w eterach 
poza teraźniejszością — wczoraj i jutro, wszędzie 
i zawsze... Jestem wiekuista przemiana, wiekuiste 
zaprzeczenie samego siebie, wiekuiste stawanie się, 
które się nigdy nie zatrzyma. Męczarnia moja, że 
duszy mówię: zatrzymaj się, a ona nie wie, gdzie 
jej kres; męczarnia moja, że nie mogę pogodzić 
sprzeczności; że nie mam granicy własnej, że dusza 
moja zlewa się z duszą wszystkich i wszystkiego; 
że nieustannie burzę, com zbudował, że rozwalam 
ołtarze bogów, których czciłem — i że zabijam 
wszystko, com ukochał! 
Tak się żalił Faun w głuchym napół zrąbanym 
lesie dębowym: ptaki przerażone zamilkły, a zadu­ 
mane łanie z melancholją patrzyły wielkiemi oczami 
na boga natury przesmuconego.
>>>
108 
Tysiące nimf, tysiące Dryjad i Nereid — oto­ 
czyły monarchę puszcz i wołały: 
Czemu się żalisz, o nieśmiertelny, o wszech- 
jedyny, wszechczujący! Nerwie i mózgu i serce świata! 
Ty, w którym jest koniec i początek, w którym jest 
wszystka prawda i wszystka miłość, wszystko życie 
i wszystko unicestwienie; w którym pana czuje każdy 
listek mchu i każda paproć, każdy kamień i każde 
tchnienie zefiru, każdy oddech i pocałunek, każdy 
uścisk i każde poczęcie! Faunie, mów, czego się 
żalisz ? Oto masz nas tysiące na skinienie, a każda 
cię obdzieli najgorętszym uściskiem, każda ci odda 
najwyższą świętość swego grzechu i najwyższy 
grzech swej świętości! 
Ale Faun znał je wszystkie — i widział w ich 
oczach zawsze jeno cząstkę tego, czego pożądał, 
a nigdy nie widział tej nieskończoności, którą prze­ 
czuwał— gdzieś — daleko — gdziebądź... Bo w nich 
drgała tylko znikoma struna bytu — coś, co prze­ 
mija, co się zmienia, coś — co jest i nie jest ra­ 
zem. Sam on był zmieniający się wciąż, jak potok, 
przez który coraz nowe płyną fale, a przeto szukał 
rzeczy niezmiennych i wiekuistych. I Faun — wdzię­ 
kami tylu cudnych rusałczanych postaci okrążony 
— 
szukał zawsze tej jednej i jedynej, która była 
nieobecna, a która błąkała się po ziemi, niewiado­ 
mo gdzie... 
Jednakże nimfy umiały otumanić Fauna. Wie­ 
działy, że natura, niegdyś przerażona grzechem 
swego okrucieństwa — jęła się sama przed sobą 
spowiadać — i, aby złagodzić byt swoim tworom —
>>>
109 
wywołała czarowny, upajający owoc —winne grono. 
Nimfy ze złotych i czarnych pereł wina musiały 
sączyć trunek zaklęty, którym Faun upojony, jakby 
upojony wodą letejską, zapominał o wszystkim, co 
go na jawie dręczyło. 
Sen cudowny opanowywał boga: ambrozja prze­ 
nosiła go w inne światy, nadawała odmienne barwy 
jego jasnowidzeniom. W delirjum bóg lasów tań­ 
czył i radował się bytem i oddawał się wszelkim 
rozkoszom nieprzytomności, a nimfy otoczyły go 
kołem i w lubieżnych skokach rzucały mu się 
w objęcia — i całowały go nieskończonym wielkim 
pocałunkiem, co jak eter ożywczy dawał mu złu­ 
dzenie urzeczywistnień niepojętych. Faun był szczęś­ 
liwy, a dokoła nimfy oszalałe, upojone winem i roz­ 
koszą — uderzając miarowo białemi nogami w mięk­ 
kie puszyste trawniki leśne, wołały: Evoe Bacche! 
Ale straszne było przebudzenie z upojeń. Ża­ 
łośniej jeszcze bóg odczuwał cierpienie swego bytu: 
gdyż nic go uchronić nie mogło od pamięci. 
Faun jest wobec Amora, jak melancholja wobec 
radości ; jak jesień wobec wiosny; jako noc księ­ 
życowa wobec jutrzenki; to też Faun tęskni za Amo­ 
rem — jak my tęsknimy za naszym wiekiem dzie­ 
cinnym, ale nie wrócą lata dziecinne, ani zmartwych­ 
wstanie Manmatha. 
Tajemnica Fauna jest wielka: że miłość jest 
tragiedją, że jest to przeraźliwe misterjum, które się 
staje coraz bardziej niezgłębionym, im głębiej oko 
sięga w jego treść utajoną. Ona jest zaprzeczeniem 
samej siebie — i zwolna staje się niby złowrogim
>>>
110 
Anty-Erosem i Hyper-Erosem; przerasta sama siebie 
— 
i jak żeby chciała pochłonąć sama wszystkie 
pierwiastki bytu. Faun — w tym uczuciu bezgra­ 
nicznym, bezforemnym, bezkreślnym — chce wszyst­ 
ko zjednoczyć, chce rozplatać wszystkie najsurowsze 
zagadnienia człowieczego anielstwa — poprzez naj­ 
głębsze piekło szałów i u pojeń zmysłowych. 
Faun — to ów furiis agitatus amor starożyt­ 
nych : pragnienie wieczne nowych wzruszeń, głód 
niepodobieństw, rozpacz niebiańskich pokus, uko­ 
chanie męczarni, ekstaza ascetyczna w obłędach 
rozkoszy, zwątpienie, co ją przegryza w jej najgłęb­ 
szych tajniach, zwątpienie o zwątpieniu, w godzinie 
powitań gorycz pożegnania, piekło i spazm poca­ 
łunków bez końca... 
Od dnia krwawej łuny, w której naraz wybuchnął 
— 
Faun idzie za nami, straszny i nieubłagany, jako 
wielki bóg sprzeczności. On jest tym prawem bo­ 
skim, prawem natury, prawem namiętności, przeciw 
któremu stanęło prawo ludzkie, społeczne, prawo 
uległości; on jest tym pożądaniem istotnej swobody, 
przeciw której stanęła skrępowana w każdym ruchu 
kultura; on jest bojowniczym, poszukującym siebie 
duchem osoby ludzkiej — wobec gromady, co go 
zalewa swą jednoforemnością, a zarazem on jest 
wcieleniem bezimiennej postaci bóstwa wszechist- 
nienia — jest Pantheosem. 
Jest to bóg nierównowagi, w której wirują nie­ 
skończone byty. Jest to pożądanie szałów i upo- 
jeń coraz nowych, coraz odmiennych, coraz wyż­ 
szych... Jest to niepokój wiekuisty — powołujący
>>>
111 
ducha coraz wyżej i coraz dalej od rzeczywistości 
codziennej... Przeto dzieci Fauna są wiecznie z sie­ 
bie niezadowolone, a każde uczucie, jakie w ich 
sercu się obudzi — widzi się im nie tym uczuciem, 
jakie w nich płonąć powinno... Na szalejącym mo­ 
rzu wędruje łódź bez wiosła, co zda się nigdy nie 
dopłynie do żadnej przystani. 
I to jest może najwyższa melodja ducha Fauna; 
żyje on bez początku i końca, bez przyczyny i celu, 
jak wszystko, co jest w bycie największe i najdo­ 
skonalsze, jak natura, jak wieczność i nieskończo­ 
ność, jak bóstwo.
>>>
ALMANZOR.
>>>
oeta pewien, błędny rycerz ideału, samotnik 
i pielgrzym, który młodzieńcze swe lata prze- 
•*• 
pędził na wzgórzach Antylibanu — opowiadał 
mi dziwną powieść, zasłyszaną tam niegdyś w noc 
miesięczną. Gdyby dziś, błądząc nocami po ka­ 
wiarniach Paryża, poeta ów spotkał się z tą po­ 
wieścią, którą poniekąd zapożyczyłem od niego — 
niechaj przyjmie ode mnie pozdrowienie. 
Stary strzelec z pokolenia Druzów rzecze: 
— 
Bism-illachir-rachmanir-rachim ! Był niegdyś 
w VII stuleciu hedżiry, w Szirrawazie, kalif Alman- 
zor, słońce Lewantu. Poznał on wszystkie tajem­ 
nice mądrości ludzkiej, a każdy wiersz Koranu u- 
miał na pamięć, jak idzie oraz wstecz — i niejeden 
zdała przybyły derwisz uczoności jego wydziwić się 
nie mógł. W gwiazdach też czytać umiał, jak naj­ 
lepszy astrologus, a zarazem był to znakomity wo­ 
jownik, który potęgą swego miecza zhołdował nie­ 
mało giaurów i pogan i czcicieli ognia; dwanaście 
narodów składało mu haracz bogaty — złoto, kość 
słoniową, pachnidła, zboże, bydło, tkaniny —a każdy 
naród przywoził mu nadto corocznie najpiękniejszą 
dziewicę swoją do haremu. Więcej niż tysiąc ko­ 
biet— białych i czarnych, bronzowych, oliwkowych 
* 
* 
*
>>>
116 
i żółtych miał kalif nasz do rozkoszy. Muzyka 
i śpiew nieustanny, uczty i igrzyska zapełniały jego 
życie. 
Mógł tedy być szczęśliwym Almanzor, pan mądro­ 
ści, pan miecza, pan złota, pan wiela narodów, 
pan najpiękniejszych niewiast. A przecież nie był 
szczęśliwy. 
Duszę jego pożerała straszna, niczym niezaspo­ 
kojona nuda, taka sama, jaką odczuwał niegdyś 
wielki król Salomon. Nicość wyglądała mu z każ­ 
dej rzeczy, której zapragnął, którą zamarzył, którą 
widział w żywe oczy. Jakiś czas rozweselało go 
młode czarne pacholę, dziwnie piękne przy swej 
barwie hebanu, niby małe szatanie w purpurowych 
szatach. Z głębi Afryki przywieźli kupcy to dziecko, 
co się błąkało po puszczy, nie wiedząc, kto mu był 
ojcem i matką. Trzynaście lat miał dziś Hannibal 
i zawsze pełny był wesołości, żwawy jak koźlątko, 
o głębokich, czarnych ognistych oczach. Mądry też 
był nad wiek i w pisaniu liter arabskich, czy to po­ 
czątkowych, czy środkowych, czy tych, co stoją na 
końcu słowa — mistrz nad mistrze. 
To też kalif Almanzor chciał go uczynić swym 
kaligrafem. 
Jakiś czas Hannibal wyborną krotochwilą zaba­ 
wiał monarchę, ale i to się skończyło. Almanzor 
jakby zapadł w nieruchomość, godzinami całemi 
siadywał na balkonie, zapatrzony w dale — i, kurząc 
długi cybuch — milczał, jak ten, cO wszystką na­ 
dzieję utracił. A gdy myślą przebiegał swoje życie 
minione, nie mógł zrozumieć, dla czego jemu właś-
>>>
117 
nie przypada w udziale wszystka świetność i chwała 
i potęga i rozkosz żywota, gdy tylu innych ludzi 
żyje w poniżeniu. 
Nie dla tego rzecz tę rozważał, aby miał się nad 
nieszczęściem litować, aby się wyrzec swojej potęgi 
i skarbów, lecz nie mógł w duchu swoim ogarnąć 
tego pytania: co jest los? dla czego los dowolnie 
wybiera jednych, a drugich strąca w niziny? 
Pytanie było bezbożne, albowiem Allach jest 
twórcą losów, a przeznaczenie każde spełnić się 
musi, jak było zapisane. Owóż niepokoiło Alman- 
zora, dla czego Allach takie a nie inne losy wyzna­ 
cza ludziom, i chciał się wedrzeć w jego tajemnice. 
Czy człowiek potężny jak on — nie może stać się 
jakby Allachem — czy sam nie może rozdawać prze­ 
znaczenia? Prawda, on to czyni, ale nie tak czyni, 
jakby chciał; czyni to zawsze z pewnym rozmy­ 
słem,] rachubą, planem, w którym niemasz ani ko­ 
nieczności niecofnionej ani też szalonej gry przy­ 
padku. Właśnie chciałby on być panem losów ludz­ 
kich, ale czynić to bezwzględnie, jako przystoi mo­ 
narsze, panującemu nad licznemi narodami. 
Cóż tedy jest los? Dla czego przeznaczenie nie 
dało mu nigdy troski i dla czego tym brakiem 
troski dusza jego tak złamana, gdy tylu ludzi żali się 
na nieustanny ciężar trosk i cierpienia? Los czyli 
nie przychodzi ku nam mimo naszej woli? czy nie 
jest to jakaś potęga szydercza, która tak nami rzuca, 
jak gracz, co się zabawia kośćmi? Czy człowiek nie 
mógłby wobec innych ludzi być taką samą — nie­ 
spodziewaną i nieuchronną potęgą? rzucać im prze
>>>
118 
znaczenia, których treścią byłby czysty przypadek? 
bo czyż przeznaczenie nie jest przypadkiem, a przy­ 
padek nie jest że przeznaczeniem? 
Tak rozmyślał Almanzor, siedząc na balkonie 
swego pałacu, a pałac zajmował wielki obszar po 
siedemset i dwadzieścia kroków z każdej strony 
świata; na szczycie pałacu wzdłuż dachu szła na 
cztery strony rozsnuta — balustrada z marmuru rzeź­ 
bionego w koronkę, tworząc balkon nieprzerwany, 
skąd Almanzor mógł oglądać wschód i zachód, pół­ 
noc i południe nieba. 
Jeden, najmilszy kalifowi balkon był niby ode­ 
rwany od świata i dawał widok na piękny ogród, 
pełny róż i granatów, zaludniony stadami łabędzi 
na jeziorze i saren oswojonych w gęstwinach; za 
ogrodem zaś rozpoczynała się głęboka czarna pusz­ 
cza. Drugi balkon zwrócony był ku morzu, po 
którym się toczyły mnogie okręty, przywożące to­ 
wary z dalekich krańców ziemi. 
Trzeci balkon otwierał oczom monarchy widok 
babieńca, w którym tysiąc kobiet oddawna za kró­ 
lem próżno tęskniło. 
Z czwartego balkonu mógł widzieć rynek miej­ 
ski i ulice pełne ludzi; tu szlachetni rycerze i ciury 
obozowe, bogaci kupcy, łachmanami pokryci drąż- 
nicy i półnadzy murzyni mieszali się ze sobą. 
Od strony ogrodu samotny siedział Almanzor — 
i, kurząc tytuń w wielkim cybuchu, a sącząc czarny 
płyn kawy z białej chińskiej filiżanki — spoglądał 
na czysty błękit nieba, po którym słońce zniżało
>>>
119 
się ku zachodowi — i na daleką, czarną, głucho szu­ 
miącą puszczę za ogrodem. 
Nie patrzył nawet, jak się koło niego zabawiał 
Hannibal. A właśnie paGholę na różnobarwnych pa­ 
pierach pisało słowa coraz inne — i tę śliczną kali­ 
grafię, papier zwinąwszy, rzucało w ogród. Więc 
na jednym papierku był znak dobry, na drugim 
imię Iblisa, na trzecim imiona aniołów, diwów i cza­ 
rowników. Tak pacholę niemało tych papierków 
rzuciło w ogród, a wnet się zlatywały gołębie, ocze­ 
kując jakiej strawy, ale rozczarowane uchodziły, 
głośno gruchając. Te białe stada ruchliwych gołębi 
obudziły monarchę z zadumy — i zaczął się przy­ 
glądać igraszkom chłopca. Nakoniec, nową myślą 
podniecony, rzecze: 
— 
Hannibalu! Wiem, żeś mądry nad swe lata: 
tedy posłuchaj moich słów. W rękach kalifa są 
losy plemion całych, wj jego rękach są również 
losy wielu ludzi, z któremi się styka, i tych, którzy 
się z niemi stykają. Ale nie jest on panem losu jed­ 
nostek, któreby sobie jakimś trafem nieokreślonym 
wybrał. Tym właśnie twórcą przeznaczeń chcę być, 
chcę zrozumieć tajemnicę losów. I owóż na widok 
twej igraszki — słuchaj, jaka myśl przyszła mi do 
głowy. Wiem, że jesteś doskonały kaligraf. Tedy 
zamiast pustych słów, napiszesz na jedwabnych pa­ 
pierkach tajemnicze wróżby i wyroki, a gdy staniemy 
po tej stronie balkonu, co zwrócona jest ku miastu 
— 
obwołamy wśród ludu, że im kalif rzuci losy, 
a komu los się uśmiechnie, komu zaś klęskę przy-
>>>
120 
niesie — to się bez chyby wypełni. Czyś zrozumiał 
moje słowa? 
— 
Zrozumiałem — odparło czarne dziecię i w u- 
śmiech złożyło swe malinowe wargi. Gdyby Al- 
manzor umiał był patrzeć, toby w oczach dziecka 
ujrzał swe własne przeznaczenie: była w nich ja­ 
koby czarna dziewica piękności uwodnej, a której 
uśmiech był uśmiechem zagłady. 
Kalif jednak nie spoglądał w oczy pacholęcia; 
zagłębiony w swą nudę, cieszył się już z góry wi­ 
dokiem rzeczy niespodziewanych, co się ujawnią 
z rozkazu wiatrem unoszonych losów. 
Długie godziny przez wieczór cały pracowicie 
pisał Hannibal wyroki losów podług słów kalifa; 
nazajutrz dopiero można było rzecz wykonać. 
Każda myśl, która się zrodziła w sercu Alman- 
zora — budziła w nim wielkie zadowolenie — i na­ 
tychmiast ją mu podsuwał, a Hannibal malował 
każde słowo na papierze barwy 
u 
dwoistej, już to zło­ 
tym, już to czerwonym. Papier złoty był dla niewiast, 
czerwony dla mężczyzn. 
Sześćdziesiąt cztery kartki — jako jest liczba pól 
szachownicy — zapełniono w ten sposób, ale nie 
widział ani Almanzor, ani Hannibal — jak bezcie­ 
lesna ręka zapełniła kartkę sześćdziesiątą piątą i zmie­ 
szała ją tajemniczo z ułożonemi poprzednio. 
Owszem, śmiejąc się, w tymsamym właśnie mo­ 
mencie prawił kalif: — Niechaj każdy będzie wy­ 
rokom posłuszny — i gdyby moje tu było przezna­ 
czenie, poddam mu się bezwzględnie — na imię Al­ 
lacha.
>>>
121 
W oczach czarnego szatanięcia — rzekłbyś — 
śmiała się szyderczo niewidzialna wysłanniczka 
lblisa. 
Jakoż w południe, kiedy naród na pokrzepienie 
po trudach udaje się do domu — stanęły heroldy 
pod balkonem zamku królewskiego, zwróconym ku 
miastu — i wielkim głosem trąb zawezwali tłum, by 
słuchał słów monarchy. 
Przystanęli wszyscy, a herold wołał: 
— 
W imieniu Boga i proroka jego Mahometa! 
Wielki król Szirrawazy, król królów Almanzor, pan 
wschodu i zachodu — ogłasza. Na balkonie zwró­ 
conym ku miastu, w zamku swoim — stanie on 
tejże godziny — i własną ręką rzuci narodowi, na 
jedwabiu złotym i czerwonym wypisane przeznacze­ 
nia. A ktokolwiek jaki wyrok ujmie — czyli zły 
czyli dobry — temu los natychmiast się wypełni. 
Niechaj więc każdy pomodli się do swego gienjusza, 
aby ten mu dopomógł — i niech losy chwyta. 
Tłumy ludu zebrały sie przed zamkiem, kobiety 
i mężczyźni, starcy i dzieci, czarni i biali — czeka­ 
jąc z zapartym oddechem tej rzeczy tajemniczej 
i nigdy dotąd niewidzianej w Szirrawazie. 
W otoczeniu kilku dworzan zjawił się na bal­ 
konie Almanzor w szatach uroczystych; z nimjczarne 
pacholę, trzymające w ręku siatkę, a w niej zwitki 
czerwone i złote. 
Grzmiącym okrzykiem tłumu powitany został 
kalif — chwilę, jakoby szóstą część godziny czekał; 
aż się tłum uspokoił — i śród ciszy uroczystej na­ 
tężonego wyczekiwania pomiędzy zgromadzoną ciżbę
>>>
122 
rzucił zwitki, rozwarszy siatkę, którą wziął był z rąk 
Hannibala. 
Jak gołębie rzucają się na groch, tak się zbiegli 
ze wszech stron ludzie, walcząc o tajemnicę swych 
losów; bójki też niemiłosierne były między niemi, 
ale kto już w ręku miał swe przeznaczenie, ten, 
choć pokaleczony i krwią oblany, bronił go, jak 
pies broni znalezionej kości. 
Sama ta bójka niezmiernie bawiła króla i obie­ 
cywał sobie, że nieraz jeszcze tosamo igrzysko po­ 
wtórzy — a gdy uciszyła się burza, rozkaz wydano, 
aby na czoło wystąpili ci, co losy uzyskali. Jakoż, 
przecisnąwszy się przez zwartą gromadę — stanęło 
u wrót pałacu sześćdziesiąt i pięć osób, każda ze 
zwitkiem w ręku, już to czerwonym, już złotym. 
— 
Jakimże to sposobem sześćdziesiąt i pięć? Po­ 
winno być na dziś jeno sześćdziesiąt i czteryl Ileś 
pisał, Hannibalu? 
— 
Sześćdziesiąt i cztery. 
A jednak było osób sześćdziesiąt i pięć i każdy 
wybraniec losu okazał swój zwitek. \ 
— 
Tajemnica jakaś w tym się kryje. 
* 
* 
* 
Ustawiwszy w porządku tych sześćdziesiąt i pię­ 
cioro osób, straż wpuszczała każdego po kolei. Ten 
zaś, który był wpuszczony, czyli to pan w złoto­ 
głowiu czyli nędzarz w łachmanach, wprowadzony 
był przed oblicze królewskie z honorami, należnemi 
księciu krwi — i witany uroczyście.
>>>
123 
Czarne pacholę odbierało zwitek i odczytywało 
kalifowi. 
Pierwszy, który się zjawił, był to karzeł o twa­ 
rzy bezkształtnej, koślawy, w nędznej sukni, żebrak 
i błazen uliczny. Odczytano jego los. 
Niechaj będzie wielkim wezyrem i niech za­ 
rządza moim hróleshoem. 
Natychmiast dawny wezyr się usunął, a wszyscy 
ze czcią pokłonili się karłowi i włożono mu szaty 
bogate i do pałacu wezyra go zaprowadzono. 
Drugi był młodzian z rodziny bogatej, który 
cały czas przepędzał jeno w ucztowaniu a igrasz­ 
kach ; myślał tedy, jaka będzie w jego losach od­ 
miana. 
Wyprawić mu ucztę, aby jadła, i napoju było 
wbród, a śpiew i taniec niech go uweselą. 
1 stało się tak, ale — zda się — była to jego 
uczta ostatnia, bo mu zbrzydło życie takie, odkąd 
los mu nic innego nie zgotował. 
Trzeci przystąpił mędrzec, znany w mieście, je­ 
den z najlepszych lekarzy, umiłowany przez całą 
ludność stolicy; przypadkiem znalazł się w tłumie 
i, mimochcąc, podniósł czerwony zwitek jedwabiu. 
Wygnać go z granic państwa i nigdy nie puś­ 
cić z powrotem. 
I natychmiast był wygnany, a choć naród go 
opłakiwał, wyrokom losów stać się musiało za­ 
dość. 
Połamany żebrak się zjawił, a los jego był: 
Dać mu za żonę najpiękniejszą pannę.
>>>
124 
Zaraz też za nim baba, nie mniej szpetna, zna­ 
lazła taki wyrok: 
Wejdzie do haremu jako małżonka 
monarchy. 
Uradowała się baba niemało — i natychmiast ją 
do haremu wprowadzono. 
Los wielkiego dygnitarza: 
Wybatożyć; dwadzieścia pięć uderzeń. 
Los biednego stolarza: 
Obciąć mu ręce i nogi. 
Los innego: 
Niech wypije szklankę wody. 
Tak też się stało — i umierający z głodu nę­ 
dzarz nic więcej nie dostał od przeznaczeń, a właś­ 
nie bogaczowi pewnemu, który sypiał na srebrze 
i złocie — wyrok zapadł taki: 
Ze skarbca królewskiego wypłacić mu sto ty­ 
sięcy dukatów. 
Innemu wypadło: 
Niechaj będzie na pal wbity. 
I natychmiast, jako los nieubłagany kazał, był 
wbity na pal, a innemu los powiada: 
Zaszyć go w worek i strącić w morze z wy­ 
sokości wieży. 
Oto los inny: 
Jeżeliś nędzarz, bogactwem będziesz 
obsypany; 
jeżeliś bogacz — wszystkie skarby odebrane ci 
będą. 
I tak najbogatszy kupiec w mieście Abdul-Said 
został w jednej chwili nędzarzem. 
Młody rycerz Sulejman — dostał cztery konie
>>>
125 
z pustyni arabskiej, ubogi flecista Alfarnabbi — zys­ 
kał bogatą wieś w okolicach rzeki Eufratu. 
Pyszny ze swego rodu i bogactwa Tardżiman 
znalazł takie słowa: 
W Matce go posadzić i na rynku 
wystawić. 
Dziewczyna, słodka jak marzenie, gazeli podobna, 
a śpiewna, jako słowik, co dzwoni w gęstwinie róż 
majowych, taki los wyczytała: 
Oddać ją żołnierzom ku zabawie. 
Tłum ze zgrozą widział, jako powleczono do 
obozu tego zapłakanego anioła, gdzie się miały nad 
nim pastwić ciury. 
Igrzysko wielce bawiło kalifa. Widział w nim 
splot kapryśnych a nieubłaganych rzutów losu — 
i zdawało mu się, że istotnie życie jest zupełnie 
tak samo kapryśne i nieubłagane, jak ta gra sza­ 
lona i bezlitosna. Bo też — co prawda 1 w ciągu 
paru godzin, jeżeli los tu i owdzie uśmiechnął się 
do ludzi życzliwie, ileż przyniósł on nieszczęścia, 
jakie popełnił szaleństwa, niesprawiedliwości, jak 
poprzerzucał stanowiska, wartości, pragnienia, po­ 
jęcia... 
Taki sam obraz mamy w życiu: tylko tu nie 
idzie to wszystko tak prędko, przygotowuje się stop­ 
niowo, niewidzialnie, moment po momencie, rok 
po roku — i nie widzimy związku rzeczy krańco­ 
wych, jak nie dostrzegamy piasku, sypiącego się ze 
szczytu góry, aż dopiero ten runie jednorazowo. 
Gdybyśmy nasze losy oglądali tylko w ich osta­ 
tecznym wyniku — mielibyśmy zawsze niemal wra­ 
żenie jakby trzęsienia ziemi. A może — może każdy
>>>
126 
z tych ludzi — wydobywał los taki właśnie, jakiego 
nieświadomie pożądał w najtajniejszej głębi swego 
serca: może ten na pal wbity śnił o tym bezwied­ 
nie, jak i ten, którego w worku strącono do wody; 
może ten karzeł istotnie marzył o tym, że będzie 
wezyrem, a ta koślawa baba, że wejdzie do haremu 
kalifa! 1 oto jak się te nieprzytomne marzenia ziś­ 
ciły w nieprzytomnym losie. 
W każdym razie los jest szalenie złośliwy i nie 
ma w sobie konsekwencji. Cóżby na to wszystko 
powiedział ów indyjski mędrzec, który tu w Szir- 
rawazie był parę lat temu i pouczał kalifa podług 
swojej wiary o karmie czyli o związku koniecz­ 
nym zjawisk życia ludzkiego. 
Zaiste, konieczności nie widzę tu żadnej: przy­ 
padek kieruje naszym życiem, o ile sam przypadek 
nie jest koniecznością. 
Wszyscy już, którzy kartki mieli w ręku — 
przedstawili swe losy i było im wypłacono podłtjg 
wyroku. 
Jedna tylko pozostała osoba: sześćdziesiąta 
i piąta. 
Była to rosła murzynka, o twarzy dziwnie pięk­ 
nej, tak że nie dorównywała jej żadna z dziewic 
arabskich, ani egipskich, ani greckich, ani syryj­ 
skich. A tak była czarna, że prawie niebieska. Skąpą 
czerwoną suknię miała na sobie, a w kształtach po­ 
dobna była do tych bogiń pogańskich, które u nas 
z pod starych ruin dawnych miast odkopują czasem 
pasterze lub frankowie. 
Sznur złotych blaszek świecił na jej szyi — niby
>>>
127 
gwiazdy na czarnym niebie. Gdybyś chciał wiedzieć, 
jak wygląda pożądanie, rozkosz, pokuta, grzech — 
dość ci było spojrzeć na nią, bo ona była tym 
wszystkim, a w mieście nikt jej nie znał; dopiero 
dziś — niewiadomo jak i kiedy — pokazała się 
w Szirrawazie — i stała wpatrzona w króla swoim 
czarnym, bezdennym, tajemniczym okiem, że się zda­ 
wała jak tygrysica, która lada chwila w podskokach 
spadnie na swoją ofiarę. 
Almanzor kiedy na nią spojrzał, zadrżał od stóp 
do głów. W jednej chwili przyszło mu na myśl: 
— 
To jest moje przeznaczenie. 
Jego, co od tak dawna nie zaglądał do swego 
haremu, bo już nie było niewiasty, któraby umiała 
obudzić w jego żyłach żądzę upojenia, — jego na­ 
raz opanowało szalone pragnienie pocałunków, aż 
mu w oczach stało się ciemno i nogi mu drżeć 
zaczęły. Bladł i Czerwieniał naprzemian, kiedy ta 
czarna kobieta miała się zbliżyć do niego — i, zda 
się, pragnął zniszczyć jedwabny złoty zwitek, jakby 
chcąc uprzedzić losy, bo gdyby w kartce stało na- 
przykład, że ma być uduszoną, albo żołnierzom na 
pastwę albo komu bądź innemu za żonę przezna­ 
czoną, — kalif postanowił wyroki losu przełamać. 
— 
Moją jest! — tak mówił do siebie, a ona ko­ 
biecym instynktem odgadywała jego marzenia — 
i w oczach jej jakiś dziwny szyderczy blask zami­ 
gotał, aż z czarnych stały» się złote niby płomień. 
— 
Niech przystąpi ostatnia z osób wybranych 
przez losy — mówił król Almanzor głosem drżącym 
i załamanym w sobie.
>>>
128 
A ta na swoich drobnych stopach — silna w bio­ 
drach i w łydce — szła jak posąg z czarnego że­ 
laza wykuty, powoli a tak dumnie, jakby właśnie 
ona była monarchinią, a kalif jej niewolnikiem. 
Zatrzymała się. przed Almanzorem, a mały Han­ 
nibal wziął jej zwitek i, otwarszy, spojrzał na pismo. 
— 
Wielki monarcho, — rzekł, — nie moja ręka 
pisała te słowa — i podał mu przeznaczenie. 
Raz jeszcze zamroczyły się oczy kalifa. Drżał ze 
zdumienia, bo czuł, że jakaś potęga nieznana zbliża 
się ku niemu. 
— 
To moje własne pismo —zawołał—choć nie 
pamiętam, abym cokolwiek był pisał. 
— 
To jest kartka sześćdziesiąta piąta — rzekł 
Hannibal, a widząc bladość monarchy, zapytał, co 
mu się stało. 
— 
Allach mnie ukarał, żem go wyzwał i kusił. 
Iblis pisał te słowa, pisał moją własną ręką. On 
mi zesłał tę nieznajomą kobietę. Sam wywołałem 
swój los, utajoną swą myśl wypisałem bezwiednie. 
Czytaj moje przeznaczenie. 
Hannibal czytał: 
Która podniesiesz tę hartą, przez 
dwadzieścia 
cztery godzin ucztować będziesz ze mną i wszysU 
kiej mi udzielisz rozkoszy. Potym- zaś podasz mi 
kielich trucizny, działającej jak piorun. A przy­ 
sięgam na imię Allacha, ze wyrokom przeznaczeń 
będę posłuszny, jako ich niewolnik. 
Almanzor. 
— 
Czyś gotów, kalifie ? — zapytała czarna ko­ 
bieta głosem, co dzwonił jak metal — czyś gotów,
>>>
129 
0 najsłodszy, przyjąć mnie w swoje ramiona? Al­ 
bowiem kocham cię oddawna i dusza moja poprzez 
pustynie i lasy wyrywała się ku tobie, spragniona 
twoich pocałunków. Ale jeżeli ty, Almanzorze, nie 
kochasz mię — odejdę i przeznaczeń swoich ani 
twoich nie wypełnię. Długie lata żyć będziesz albo 
długie lata umierać będziesz z tęsknoty za mną, 
pełny rozpaczliwej nudy, iżeś nie poznał Sulamity. 
Więc mi powiedz to słowo jedyne: czy kochasz? 
— 
Kocham, kocham cię, Sulamito — pragnę cię 
1 pożądam, albowiem tyś jest moim życiem i moją 
śmiercią. Niech się spełnią przeznaczenia. 
1 natychmiast przygotowano dla nich ucztę roz­ 
koszną, — a we dwadzieścia cztery godzin stało się 
wszystko, jak było zapisane. 
Czarna kobieta zniknęła bez śladu. 
W czwartym wymiarze.
>>>
r
>>>
ROZAURA.
>>>
I 
to
>>>
Salon pani Zofji. Przy stolikach kilka pań. Piją 
herbatę. W sąsiednim pokoju kilku panów gra 
w karty. 
Pani Jadwiga, 
rzuciwszy okiem na świeżo 
•przyniesioną 
gazetę wieczorną, zawołała 
nagle: 
— 
Oto nowina! 
— 
Co się stało? — pytająco zwróciły się do niej 
trzy inne damy. 
P. JADWIGA. Rozaura wyszła zamąż! 
P. LAURA. Co mówisz? Trupia głowa znalazła 
wielbiciela! Ależ to perwersja! 
P. EM1LJA. I za kogóż wyszła? 
P. JADWIGA. Niktby się nie domyślił! Za 
BrzeszczotaL. 
P. LAURA. No, to poprostu koniec świata! 
P. EM1LJA. Taka poczwara! 
P. LAURA. Bez nosa! 
P. JADWIGA. I te czarno czerwone plamy na 
całej twarzy! 
P. EMILJA. I to czoło, jakby skóry pozbawione 1 
P. LAURA. Usta bez warg! 
P. JADWIGA. Głowa prawie łysa! 
P. EMILJA. Pokraka! Do trupa raczej podobna! 
Straszydło na ptaki.... 
P. LAURA. Powiedz lepiej —straszydło na smoki! 
Meduza-by się jej ulękła...
>>>
134 
P. ZOFJA (gospodyni domu, która dotąd mil­ 
czała). Najdziwniejsze jest dla mnie w tym wszyst­ 
kim — nie to, że się Brzeszczot ożenił z Rozaurą, 
ale że się wogóle ożenił! 
P. JADWIGA. Bo i prawda! Taki nadzmysłowy 
człowiek! 
P. LAURA. Człowiek widmo! - 
P. EMILJA. Mag-czarnoksiężnik 1 Co też o nim 
nie opowiadają! 
P. LAURA. Eh, wszyscy oni tacy sami! 
P. JADWIGA. No, dobrze! Ale żeby się ożenić 
z taką Pastraną! 
P. ZOFJA. Myślałam zawsze, że Brzeszczot stoi 
tak wysoko, że dla niego małżeństwo poprostu jest 
czymś nienaturalnym... A jednak... 
P. JADWIGA. To coś czartowskiego!... Owszem 
— 
ja się wcale nie dziwię, że taki sługa djabła, jak 
Brzeszczot, ożenił się z takim koczkodanem. 
P. LAURA. Już jeżeli miał się żenić, to dla czego 
nie z p. Izabelą? 
P. EMILJA. Albo z Karoliną? 
P. JADWIGA. Albo z Wandą? (Widać, że każda 
z pań miała swoją kandydatkę). 
P. ZOFJA. Ależ ostatecznie, gdzie i kiedy to się 
stało? Przeczytaj. 
P. JADWIGA. O, słuchajcie... (czyta) Dnia 15 
maja 19... w kościele Santa Maria del Fiore we Flo­ 
rencji odbyły się zaślubiny p. Wawrzyńca Brzesz- 
czota z p. Rozaurą Białogórską. 
P. LAURA (klaszcząc w ręce). Szczęść Boże mło­ 
dej i dobranej parze!
>>>
135 
P. JADWIGA. A przytym skąd ta Rozaura? 
Przecież ona była poprostu Rozalja — i nic więcej... 
P. EMILJA. Podobno ją cyganka' tak nazwała 
przy spotkaniu — i odtąd Rózia przemieniła się na 
Rozaurę. 
P. ZOFJA. A jednak, choć taki poczwarna, Ro­ 
zalja miała tak piękne czarno-stalowe oczy, że po­ 
ciągała ku sobie... 
P. LAURA. Jakichś obłąkańców... 
P. ZOFJA. Owszem, znam chłopców, którzy o niej 
marzyli... 
P. EMILJA. Co za czasy! Tyle ładnych panien 
osiada na lodzie — a taka... 
P. JADWIGA. Żeby przynajmniej była bogata... 
Ale przecież to nawet sukni porządnej nie miało... 
P. LAURA. Pamiętasz, jak to mała Stefcia, kiedy 
zobaczyła Rozalję po raz pierwszy — wpadła w kon­ 
wulsje... 
P. EMILJA. Może p. Wawrzyniec lubi konwulsje 
— 
spazmy — epilepsję — opętania... 
P. JADWIGA. Pewnie — pokumany z djabłem... 
A mnie się zdaje, że i ona z piekła rodem... 
P. ZOFJA. No, przecież serce miała zawsze bar­ 
dzo dobre... Była tylko niezmiernie smutna... 
P. EMILJA. Czegóż się miała weselić? 
P. ZOFJA. Ale djabelskiego nie było w niej 
nic... 
P. EMILJA. Wyjąwszy buzi... 
Jeden z panów tymczasem wstał od zielonego 
stolika i wszedł do salonu, gdzie były zebrane panie.
>>>
136 
— 
O, pan Kasper! — zawołała p. Jadwiga. 
— 
Przecież pan był niedawno we Florencji. Czy pan 
widział tam Brzeszczota? 
— 
Widywałem się z nim bardzo często... 
— 
Razem z jego ubóstwianą — z jego Pawjaną 
— 
Orangutana? 
— 
Nie rozumiem, o kim pani mówi ? 
— 
Proszę, niech pan przeczyta wiadomość z Flo­ 
rencji... 
P. KASPER (przeczytawszy). 
Ach, to bardzo 
szczęśliwie! Będzie cudowna para! 
P. LAURA. Cha, cha, cha! Zawsze z pana żar- 
towniś! 
P. KASPER. Nie rozumiem zupełnie... 
P. LAURA. Cudowna para! On, rzeczywiście, 
mężczyzna piękny, co się zowie! Ale ona! Toż to 
z przeproszeniem małpa, wiedźma kosmata, wciele­ 
nie brzydoty... 
P. KASPER. Widać, że jej panie nie znają... 
P. EMILJA. Ale owszem, byłyśmy razem na pen­ 
sji. Znałyśmy ją od dzieciństwa... Była nie głupia, 
ładnie grała na fortepjanie, ale z twarzy była po­ 
dobna do trupiej głowy... 
P. JADWIGA. To też nazywaliśmy ją trupią 
głową. 
P. KASPER. Nie pojmuję! Widywałem ją przez 
parę tygodni — i jeżelim się usunął od jej towarzy­ 
stwa, to dla tego właśnie, że była za piękna! 
Lękałem się o siebie. Toż to cud nad cudy — toż 
to niebianka! Zdaje mi się nawet, że nie powinna 
była zostać niczyją, aby wszyscy mogli ją czcić jak
>>>
137 
boginię... Lorenzo, t. j . Wawrzyniec, bo takeśmy go 
nazywali we Florencji — jedyny mógł sobie pozwo­ 
lić na taki krok, bo on jeden z niewielu na ziemi 
zdobył sobie jakieś moce nadludzkie... Chętnie 
przyznaję mu wyższość nad sobą—i nad wielu in- 
nemi... Powiedziałbym, że bardzo wiele jest^w nim 
z Boga... 
Kobiety zaczęły naraz oddychać przyśpieszonym 
falowaniem piersi, jakby to wspomnienie o Brzesz­ 
czocie trafiało każdą w jakąś wrażliwą strunę. 
P. LAURA. Ale ona! 
P. KASPER. Ona? Oto jej fotografja. 
To mówiąc, p. Kasper wyjął z pugilaresu podo­ 
biznę osoby, o której mówiono, tak zwany „portret 
salonowy" — i wręczył ją zebranym paniom. Te — 
jak krogulce — rzuciły się na fotografję — i popro- 
stu wyrywały ją sobie z rąk do rąk. 
Widok tego portretu wywołał okrzyk zachwytu. 
— 
Ach, ach, ach! 
Nic innego nie umiały powiedzieć te panie — aż 
ich krzyk ściągnął do salonu grających w karty pa­ 
nów. Co się stało? pytali zaciekawieni. 
Istotnie z portretu wyglądała na nich twarz tak 
nieprawdopodobnej piękności, że, jak to mówi się 
w bajkach: ani słowo nie wypowie, ani pióro nie 
opisze... Żaden z posągów greckich, żaden z por­ 
tretów Leonarda ani Tycjana ani Palmy starszego 
ani Mantegni nie sięgał tej wyżyny... Wenus z Milo 
mogłaby u niej być kucharką... Jeżeli piękność ma 
granicę — to jej granicą ostateczną, najwyższą, ni­ 
komu z ludzi już niedostępną była osoba, której
>>>
138 
słabe odbicie oglądały te panie, nie bez pewnego 
uczucia—powiedzmy otwarcie — zazdrości. Jednakże 
zachwyt przygłuszył to uczucie. 
— 
Co za cudo! 
— 
To sama Afrodyta! 
— 
To bogini bogiń! 
— 
To anioł! 
— 
To jakaś istota, co się na chwilę przedostała 
z nieba na ziemię! 
— 
To nie ona! To nie Rozaura! 
— 
To kto inny! 
— 
Ktoś zupełnie niepodobny! 
— 
A jednak — zauważyła p. Zofja. 
P. LAURA. Co, a jednak? 
P. ZOFJA. A jednak ona jest podobna... 
P. EMILJA. Ależ to bluźnierstwo! 
P. ZOFJA. Owszem... podobna. 
P. JADWIGA. Co też ci do głowy przychodzi ? 
P. ZOFJA. Spojrzyjcie tylko: Rozaura miała 
twarz taką, jakby ją ktoś przypalił. Nos, powiedzmy, 
był zwęglony i w połowie ucięty; wargi tak wy- 
żarte, że prawie ust nie mogła zamykać; broda 
jakby przecięta piła do skrobania ziemniaków, a te 
czarno-czerwone policzki — jakby kto z nich skórę 
wywędził jałowcem i t. d . — w szystko to pozwalało 
nam prawowicie nazywać ją trupią głową, bo istot­ 
nie była to głowa śmierci... A jeżeli dodamy pra­ 
wie zupełny brak włosów na czaszce — i ten wyraz 
dziwnej starości na obliczu, które nigdy nie było mło­ 
dym — to istotnie nie dziw, że czasami jej widok 
budził dreszcz trwogi. I gdyby nie jej płomieniste,
>>>
139 
błękitno-czarne tajemnicze oczy, to przecież jej oczo­ 
doły, wygryzione przed urodzeniem przez jakąś nie­ 
pojętą truciznę — były to oczodoły śmierci, jak ją 
malują na obrazkach. 
Wszystkie panie razem. No dobrze, ale tu... 
P. ZOFJA. Tu? Mówię to wszystko, wiedziona 
przeczuciem... Wyobraźcie sobie, że ten spalony nos 
został cudem uzupełniony i doprowadzony do na­ 
leżytej barwy; że podobnież wargi rozwinęły się 
należycie i kolorem ponsowym zajaśniały; że plamy 
na policzkach znikły pod wpływem jakiejś niewi­ 
dzialnej wegietacji alabastru i różowości; że czoło 
wygładziło swe szkaradne owrzodzenia i zajaśniało 
białe i promienne, że jej oczy błyszczą w otoczeniu 
różowej kanwy powiek; że na ich pobrzeżu zakwi­ 
tają złociste bogate rzęsy i że ubogie kępki jej wło­ 
sów rozwinęły się w bujne puszcze i t. d . Cóż bę­ 
dzie? Oto właśnie wystąpi ta twarz cudowna i ar­ 
chanielska— jaką mamy na tej fotografji... 
P. JADWIGA. Przypuszczenie śmiałe!... Co pan 
myśli, panie Kasprze?... 
P. KASPER. Nic nie wiem — i nic nie mogę po­ 
wiedzieć. Ale z tego, co Panie mówią, wynikałoby, 
że p. Rozaura, gdyż to nikt inny być nie może — 
wyglądała dawniej inaczej niż dzisiaj. Ja ją poznałem 
dopiero przed kilku miesiącami: nie wiem, jaką była 
przedtym. Byłby to ciekawy fakt metamorfozy. 
Rozaura ukazała się we Florencji nagle, razem 
z Brzeszczotem — i zjawiła się już w kształcie najdo­ 
skonalszej piękności, jaką tylko wyobraźnia ludzka 
mogłaby wymarzyć. Nie wydaje mi się jednak rze-
>>>
140 
czą niepodobną sprawdzić tę kwestję, gdyż, o ile m? 
wiadomo, Wawrzyniec ma za miesiąc najdalej być 
tu w naszym mieście. 
P. ZOFJA. Panie Kasprze, na miłość Boga, niech 
pan śledzi ich przyjazd — i skoro tylko ją pan zo­ 
baczy, niech pan ją do mnie sprowadzi... 
W półtora miesiąca póżitiej. Ten sam salon — te 
same panie. Nadto noioa osoba, Rozaura 
Brzesz- 
czotowa, kobieta niepospolitej piękności: przypo­ 
mina nieco Beatrix Cenci z obrazu Guido Re­ 
niego, w podobny czarny kostium przybrana, 
ale 
jeszcze dziesięćkroć piękniejsza. Po krótkich powi­ 
taniach, pocałunkach, zapytaniach, Rozaura jedna 
przemawia. 
Historja jej tak jest dziwna, że słu­ 
chaczki gotowe ją uznać za bajkę, ale, choćby na­ 
wet ta powieść była nieprawdziwa, 
wzdychają za­ 
zdrośnie, a pani Laura od czasu do czasu poci- 
chutku szepce sama do siebie: Psiakrew! 
ROZAURA. Moje drogie przyjaciółki, jeżeli wolno 
kobiecie powiedzieć o samej sobie: jestem piękna ! — 
to przedewszystkim wolno to mnie, bo przez dwadzie­ 
ścia cztery lata życia byłam tak poczwarna, że nie­ 
nawidziłam sama siebie. Niezgłębiona melancholja 
trawiła mą duszę. Nikt nigdy nie zrozumie, jaki ból 
mnie przenikał, gdy pomyślałam o swej ohydzie 
zewnętrznej. Zapewne, istnieje piękność duchowa
>>>
141 
i pracowałam nad sobą, aby ją rozwinąć w sobie 
i aby tą pięknością wyczarować swoją brzydotę fi­ 
zyczną. Ale takie przeświecenie ciała anielstwem ni­ 
gdy nie osiągnie choćby już nie maksymum, ale pew­ 
nej miary znośnej... I dla czegóż, pytam, duchowa 
piękność ma się mieścić w takich ramach okrop­ 
nych? Nieraz nad tym myślałam, czym zasłużyłam 
sobie na to przekleństwo, jakie grzechy popełniłam, 
czy w tym żywocie, czy w innych — i dopiero Lo- 
renzo wyjaśnił mi tę tajemnicę... Lorenzo — nie śmiem 
poprostu wypowiedzieć o nim tych trywjalnych słów: 
mój mąż... Istotnie — raz jeszcze powiem, jeżeli... 
Jeżeli wolno kobiecie powiedzieć, że jej mąż jest 
człowiekiem wyjątkowym, jedynym, zjawiskowym — 
to chyba ja mogę to powiedzieć o Wawrzyńcu... 
Bo to już nie człowiek, to istota wyższa niż czło­ 
wiek — i poprostu trwoga mnie czasem ogarnia 
i dziw niesłychany, że Lorenzo mną się zajął... On 
mnie stworzył i kocha mnie jako własne swe dzieło, 
twór swego gienjuszu: on mnie wskrzesił i z poza 
mgły czterechset lat na nowo z grobu mnie wy­ 
dobył... 
To, co wam opowiem — zapewne wyda się wam 
rzeczą niewiarogodną, historją z tysiąca i jednej 
nocy, ale porównawszy moją postać dzisiejszą z tym, 
coście dawniej widziały — odgadniecie łatwo, że 
musiało się stać ze mną coś, co tę przemianę wy­ 
wołało... Poprostu musiał stać się cud... Inaczej 
tego nazwać nie mogę, choć Lorenzo nie uznaje 
cudu i mówi, że każdy mógłby cuda czynić, gdyby 
opanował pewne tajemnicze siły czasu i przestrzeni.
>>>
142 
Oczywiście ledwo jeden na miljony zdolen jest to 
uczynić i takim właśnie był Lorenzo. Jaką pracą, 
jaką ascezą, jaką intuicją doszedł on do tej potęgi 
— 
trudno mi to opowiedzieć, gdyż to przerasta siłę 
mego rozumienia, a i to dodam jeszcze z niemałą 
żałością, że Lorenzo dla odrodzenia mojej osoby 
całą swoją nadpotęgę poświęcił, więcej nawet, po­ 
święcił swoją własną nieśmiertelność — i że dziś już 
zatracił swoją moc cudotwórczą. Ze mną wykonał 
on cud tak naruszający prawa, nietylko przyrodzone 
ale i nadprzyrodzone, że wszystką swoją magję wy­ 
czerpał i stał się podobny do większości ludzi pod 
względem swego stosunku do codziennych praw 
natury: nie mówię tu oczywiście ani o jego sercu, 
ani o jego umyśle ani też talencie, bo co do tego 
pozostał jak był, wyjątkowym i jedynym. 
W każdym razie miał on potęgę tajemniczą 
w krainie wiony, przenikającej niewidzialnie materję 
ziemską. My żyjemy w mroku trójwymiarowej cie­ 
lesności, ale tuż obok nas, w nas, koło nas, leży byt 
odmienny, który trzeba widzieć, słyszeć, odczuwać. 
To widzenie, słyszenie, czucie leży na innej płasz­ 
czyźnie tejsamej ziemi (a pewnie i na innych świa­ 
tach, które w tej chwili nas nie obchodzą), gdzie 
krążymy. Czas i przestrzeń inaczej tam się wobec 
nas układa, albo raczej my stosujemy się inaczej 
do czasu i przestrzeni. Czas u nas to potęga bez­ 
względna, której nic nie przemoże; czas w tej dzie­ 
dzinie, której nie mogę dać imienia, to siła, która 
się nieraz rozciąga w nieskończoność, sprowadza się 
do jednej chwili, przerzuca się w jutro i wczoraj —
>>>
143 
stosownie do woli. Wszystko to wam powiadam, 
abyście zrozumiały moją nadzwyczajną historję, a i to 
jeszcze dodam (tak mówi Lorenzo), że istota ludzka 
nigdy się nie zaczyna i nigdy się nie kończy; że 
każdy z nas był już nieraz na ziemi i nieraz jeszcze 
będzie w coraz innej postaci. 
On to mi właśnie odkrył moją tajemnicę: ja by­ 
łam już niegdyś na ziemi — byłam już czterysta lat 
temu — i odtąd błądziłam po bezmiarach, aby się 
na nowo urodzić. Gdzie byłam ? Byłam we Florencji 
— 
i miałam imię Rozaura, tosamo imię, którym 
mię kiedyś powitała cyganka... Wiecie, ta cyganka, 
co mi wróżyła, że za życia będę w niebie... Tak 
mi dziwnie brzmiały te wróżby, ale zachowałam 
sobie imię Rozaura... Nazywałam się Montalboni 
i należałam do najszlachetniejszych rodzin tego mias­ 
ta... Żyłam za czasów Koźmy Medyceusza — i sły­ 
nęłam z tak nadzwyczajnej piękności, że aż stałam 
się przeraźliwą klątwą dla całego miasta... Jak nie­ 
gdyś Ifigienję bogowie wybrali na ofiarę ognia i ska­ 
zali na śmierć, przeto że była piękną, tak i mnie 
patrycjusze Florencji skazali na śmierć za życia, na 
życie w grobowcu — za moją zbrodnię piękności... 
Ale zbyt się śpieszę. Muszę wam naprzód po­ 
wiedzieć, jak się to stało, żem poznała Wawrzyńca. 
Ramy rzeczywistości zawsze są trywjalne: jecha­ 
łam koleją żelazną do Brześcia Litewskiego. W prze­ 
dziale siedziałam sama jedna, gdyż na mój widok 
każdy podróżny uciekał i wybierał sobie inny 
wagon. 
Dopiero wraz z ostatnim dzwonkiem wszedł do
>>>
144 
mego przedziału człowiek nieznajomy, człowiek 
o twarzy tak pociągającej i miłej, o oczach, które 
miały w sobie taką bezdenną głębię, że na ich wi­ 
dok dusza moja zaczęła śpiewać; jakąś cudowną 
melodję, nigdy dotąd jeszcze nie słyszaną na ziemi. 
Wiecie, że czasami komponowałam utwory mu­ 
zyczne, ale tym razem moja muzyka wewnętrzna 
przerosła wszystko, cokolwiek ludzki duch wypieś­ 
cił... W Edenie tylko dźwięczy taka muzyka—i by­ 
łam w tym momencie chwilowo tak szczęśliwa, jak 
nigdy. Ale skoro tylko nieznajomy wszedł do wa­ 
gonu, opuściłam na twarz gęsty czarny welon — 
może trochę za późno. Widział mię — i siedziałam 
pełna wstydu, że nie mogę mu twarzy pokazać... 
Przenikała mię trwoga... On, jakby czuł tę muzykę 
anielską, która grała we mnie, przyglądał mi się 
przez chwilę poprzez czarne zasłony — i tak mi po­ 
wiada: 
— 
Pani jest potwornie brzydka! 
— 
Proszę bardzo — rzekłam oburzona, bo choć 
o tym wiedziałam, nie lubiłam tego rodzaju uwag. 
Zauważyłam jednak, że w głosie podróżnego 
było takie wzruszenie, jakby miał dla mnie nadzwy­ 
czajne współczucie. Poczym dodał: 
— 
Czy pani zgodziłaby się podnieść welon? 
Właściwie nie chciałam tego zrobić, ale w jego 
żądaniu był jakiś hypnotyzm i nie mogłam mu od­ 
mówić; posłusznie welon podniosłam i, pełna ża­ 
łości w sobie, pozwoliłam mu patrzeć na swoją po­ 
tworność. On długo — długo przyglądał mi się w mil­ 
czeniu, a we mnie — rzekłbyś — topniały jakieś od-
>>>
145 
wieczne lody — coś tak kołysało się we mnie, coś 
tak płakało, śpiewało... on mi rzekł: 
— 
Ale pani mogłaby być bardzo piękna... 
Spojrzałam na niego zdziwiona. Serce mi biło jak 
młotem, oczy zabłysły ogniem. Chciałam się uśmiech­ 
nąć, ale się lękałam, że to będzie uśmiech poczwary. 
— 
Oczy ma pani bardzo piękne... Ja widziałem 
niegdyś te oczy... 
Zdumienie moje rosło. Nie znałam go zupełnie. 
Pierwszy raz oglądałam jego osobę. 
— 
Tak — mówił podróżny — to było bardzo 
dawno... Czterysta lat temu. 
Zrobiło mi się zimno z trwogi. Jakiś obłąkany 
— 
jeszcze mnie zabije! A może to i lepiej! 
— 
Pani ma na imię RozauraL. 
— 
Właściwie nie. Ale tak mnie raz nazwała 
jedna cyganka... 
— 
Cyganka się nie omyliła. Pani jest Rozaura. 
W nazwisku pani jest Góra — jest Białość... 
— 
Tak. Nazywam się Białogórska. 
— 
Montalboni. Tak, to była pani. Najpiękniej­ 
sza kobieta na ziemi... Pani mię nie pamięta? 
— 
Ach, nie pamiętam... nie znam pana... 
— 
A przecież ja tak panią kochałem... Obłąka­ 
nia dostałem przez panią... A potym wtrącono cię 
do więzienia. 
— 
Mnie? Ależ ja nigdy nie byłam w więzieniu. 
— 
Ferdynand Medyceusz skazał cię na doży­ 
wotnie więzienie, na mogiłę za życia... Nałożono ci 
trupią maskę. Tak — i ta właśnie maska trupia 
dziś, przy twym nowym narodzeniu — wystąpiła na- 
W czwartym wymiarze. 
10
>>>
146 
zewnątrz — i zasłania prawdziwą twoją twarz tak, 
że nie widać twej utajonej piękności... Maska ją 
wyżarła... 
— 
Co za osobliwe żarty... Wyznaję, że się lękam 
pana... Takie okropne rzeczy pan opowiada... 
— 
To nie są żarty... Brzmi to może dziwnie, 
ale jest prawdą z innej płaszczyzny... Jeżeli się pani 
zgodzi, cofniemy się w czasie do szesnastego stu­ 
lecia; staniemy we Florencji i tam na nowo roz­ 
pocznę rewizję procesu Rozaury Montalboni. 
— 
Musimy pani przywrócić jej dawną piękność... 
Byłam ciągle pełna drżenia, a jednak jakaś nie­ 
pojęta nadzieja budziła się we mnie. 
— 
Takie dziwne i niewiarogodne mówi pan 
rzeczy, że chyba tylko pragnienie wiary w cud, uta­ 
jone we mnie, wiarę mi nakazuje. Nie rozumiem, 
jakby się to stać mogło, co pan mówi, a jednak 
choć to pozornie rzecz nikła — brzydota cielesna, 
przecież wyznam, trawi mnie pragnienie piękności 
- 
i gdyby ktokolwiek cud ten sprawił, tobym... 
— 
W tamtym naszym dawnym żywocie kocha­ 
łem panią aż do obłędu, aż do bluźnierstwa. Bóg 
cię ukarał, żeś przyszła na świat w postaci okrop­ 
nej. Zdjęta będzie z ciebie ta klątwa, jeżeli uko­ 
chasz tego, którego niegdyś wtrąciłaś w nieszczęście... 
— 
Ukocham, kocham go już, zda się! 
— 
Ukochasz malarza Wawrzyńca Frescoti, który 
całą kaplicę wymalował nieprzytomny postaciami 
podobnemi tobie t. j . Rozaurze Montalboni. Jego 
Madonny, święte Magdaleny, święte Cecylje, chóry
>>>
147 
aniołów — wszystkie miały twarz Rozaury, bo on 
ciebie jedną widział na ziemi. 
Byłam wzruszona tak jak nigdy. Drżałam na ca­ 
łym ciele i tak mówiłam do nieznajomego: 
— 
Panie, ktokolwiek jesteś, dzięki ci składam, 
bo pierwszy jesteś, który do mnie po ludzku prze­ 
mawiasz, który mi takie cudowne opowiadasz rze­ 
czy. Chociaż trwoga jest we mnie — chociaż nie 
wszystkie twoje słowa rozumiem, chociaż może zu­ 
chwalstwem jest z mojej strony marzyć o jakim­ 
kolwiek uczuciu: mam do pana bezgraniczną ufność; 
czyń, co uważasz za właściwe, a ja wszędzie pójdę 
za tobą, jako twoja poddana — a jeżelim cię kiedy 
w dawnym żywocie obraziła, to przebacz mi, bo z ca­ 
łej duszy tego żałuję... 
Było mi bardzo gorąco, bo wybrałam się w futrze. 
Jak wiecie marzec w tym roku był u nas bardzo 
śnieżny i mroźny; tymczasem naraz — sądziłam, że to 
skutkiem wzruszenia — tak mi się zrobiło gorąco, 
że musiałam zdjąć futro; okno-otworzyłam w wa­ 
gonie: świeżym zefirem powiało od runiejących pól 
i świeżą zielenią pokrytych lasów; dziwne kwiaty 
ujrzałam na drzewach przydrożnych i na dziwnej 
budowy domkach: migdały i glicynje... Zapach 
słodki unosił się w powietrzu, a w pobliżu widać 
było wysokie ściany z kamienia: góry czerniejące 
i siniejące na blizkim widnokręgu. Zdumiona spo­ 
glądałam na to wszystko i na szafirowe, czyste, bez­ 
chmurne niebo... 
— 
Co to jest? Przecie to nie Litwa! 
Nie, my jesteśmy we Włoszech!... 
10*
>>>
148 
— 
Jak to? we Włoszech? 
— 
Tak. Zbliżamy się do Florencji. 
Istotnie: musiałam się pomylić — i siadłam do 
innego pociągu. Wkrótce pociąg się zatrzymał — 
i słyszałam głosy konduktorów: 
— 
Firenze! Firenze! 
Wyszłam z Wawrzyńcem — i już od tej chwili 
poddałam się jego woli. Zarzuciłam na twarz czarną 
zasłonę — i tylko przez krótki czas podziwiałam 
cuda Florencji, bośmy się śpieszyli, to jest on się 
śpieszył na przedmieście Certosy pod Florencją — 
a ja oczywiście za nim szłam bez woli, posłuszna 
jego myślom, oczekując rzeczy nieprawdopodob­ 
nych. 
Był tam na przedmieściu mały, śliczny domek 
w ogrodzie, pełnym świeżych wiosennych kwiatów 
i zapachów. 
Tam zaprowadził mię Lorenzo (bo tak odtąd 
nazywałam swego wybawcę) — i niedługo już oglą­ 
dałam ten nowy kraj, w którym się niespodzia­ 
nie znalazłam — i wkrótce głęboko usnęłam czy też 
przeszłam w jakiś stan osobliwy, który zewnętrznie 
mógł być do snu podobny, ale który może w isto­ 
cie snem nie był. 
Nie tyle wzruszenia, może aż nazbyt mocne, 
spowodowały ten sen, ile raczej osobliwe czarno- 
czerwone wino, które Lorenzo wydobył ze swej 
torby podróżnej — i dał mi go wypić szklankę. Byłże 
to sen? byłaż to śmierć? czy też stan wyższy od 
śmierci? A może nie był to ani sen ani śmierć — 
ale szczególny stan istoty ludzkiej, która zerwała ze
>>>
149 
siebie więzy czasu i przestrzeni — i w najwyższej 
swobodzie krąży w nich, łącząc wczoraj i jutro, 
rozdzierając tajemnice praw natury, przetwarzając 
to, czego już nawet sam Bóg nigdy nie czyni, prze­ 
twarzając niecofnioną przeszłość. Lorenzo powiada, 
że cała przeszłość ziemi żyje w przestworzach, jakby 
obraz realny; że ktoby umiał stanąć w odpowiednim 
punkcie nieskończoności i ktoby miał należycie zbrojne 
oko — tenby widział naocznie rozwijającą się wstecz 
bez końca przeszłość świata, która w niej trwa wie- 
kuiście. 
Lorenzo zdobył sobie tę potęgę, że umiał 
wznieść się w tę nieskończoność i umiał nietylko 
zobaczyć tę minioną przeszłość, ale zejść po­ 
między tych ludzi i te czasy, o których opanowa­ 
niu myślał. O, nie swym fizycznym ciałem mógł 
touczynić, ale wiosną nieśmiertelną, którą może tym 
wysiłkiem na zatracenie skazywał. 
Tam uniósł mnie ze sobą Lorenzo, wydobywszy 
ze mnie wszystką moją nadcielesność, aby drogą tej 
jazdy w nieskończoność stanąć we Florencji XVI 
wieku. Com widziała w tym stanie — rzecz zda się 
niepojęta, a przecież tak realna, że mi się ta moja 
dawna historja—historja Rozaury Montalboni prze­ 
dziwnie splata z moją historja dzisiejszą — i sama 
nie wiem, gdzie się kończy wiek XVI, a gdzie za­ 
czyna dzień dzisiejszy. Przecie to było tak niedawno, 
trzy-cztery miesiące temu... 
Znalazłam się w okresie Medyceuszów florenc­ 
kich. Panował właśnie Koźma I. Było wtedy we Flo­ 
rencji nie mało pięknych kobiet, które uwiecznili
>>>
150 
malarze i opiewali poeci. Ale wolno mi o osobie 
nieżywej, o osobie z przed lat czterechset powie­ 
dzieć: ja — Rozaura Montalboni, byłam najpiękniejsza 
ze wszystkich... Niestety, nad moją pięknością cię­ 
żyła jakaś klątwa. Moja piękność stała się źródłem 
nieszczęść całego kraju. 
Gdziekolwiek się pokazałam — obłąkany bóg 
miłości prowadził za mną szeregi rozkochanych, 
którzy opuszczali żony i dzieci, okradali rodziców 
i skarb państwa, popełniali zabójstwa z zazdrości 
i dla zdobycia skarbów, które mi u nóg chcieli zło­ 
żyć; tysiące pojedynków śród młodzieży, tysiące 
samobójstw wywoływały moje uśmiechy, moje spoj­ 
rzenia, moje jedno słowo: tak albo nie! 
To też jeżeli jedna połowa ludności florenckiej 
ubóstwiała mię bez granic, druga połowa: rodzice, 
co rozpaczali nad grobem synów; żony i kochanki, 
opuszczone przez mężów i miłośników; dzieci, po­ 
zbawione ojców — wszystko to przeklinało mię strasz­ 
liwie. — Na sąd Rozaurę! na sąd! 
Trzykrotnie byłam oskarżona przed sądem, żem 
spowodowała zabójstwo — i raz nawet wyrok na 
mnie wydano, abym była stawiona pod pręgierzem, 
napiętnowana gorącym żelazem za zbrodnię pięk­ 
ności i na zawsze wygnana z Florencji. 
Ale kat nie miał odwagi wypalić znaku hańby 
na moim ramieniu; przeciwnie, gorąco ucałował 
to miejsce, które miało świadczyć o moim wyświe­ 
ceniu. Głowę mu ścięto — ale nikt już się po nim 
nie chciał podjąć tego dzieła... 
Koźma Medyceusz wezwał mię do siebie —
>>>
151 
i wszystkie zbrodnie mi przebaczył: był to starzec ku 
mogile już idący, cały ppbożnym sprawom oddany 
i pobłażliwy na ludzkie słabości. Wybudował on 
nową kaplicę pod Signorią — i zamierzał ją przy­ 
ozdobić malowidłami, gdy nagle przeniósł się na 
łono wieczności. 
Nastąpił po nim syn jego, młody Ferdynand, 
który odznaczał się niezmierną surowością. On to 
postanowił wykończyć kaplicę, rozpoczętą przez 
ojca i — sprowadził młodego malarza, Lorenzo Fre- 
scoti, przyjaciela swego, aby freskami pokrył wnę­ 
trze świątyni. 
Stało się, że wkrótce po przybyciu do Floren­ 
cji, młody Frescoti, młodzieniec zresztą dziwnie 
piękny i pełny niepodległości ducha, zobaczył na ulicy 
mnie, Rozaurę Montalboni — i nastąpiło to, co mu­ 
siało nastąpić. Lorenzo od tej chwili nikogo prócz 
Rozaury nie widział na ziemi — i twarz jej zamiesz­ 
kała w jego źrenicy na zawsze — iż się nigdy nie 
mógł z nią rozstać. — Co do mnie — to, wyznaję, 
że ze wszystkich ludzi, którzy uśmiechali się do 
mnie i do których ja się uśmiechałam — ten jeden 
mię najbardziej zaciekawiał, gdyż było w nim coś 
tajemniczego, coś, co budziło we mnie trwogę i wzru­ 
szenie. Ale byłam wtedy nazbyt rozkochana sama 
w sobie — i bawiło mię tylko, że jeszcze jeden sza­ 
leje za mną... 
Lorenzo tymczasem malował wnętrze kościoła. 
Przez parę dni z rzędu nie spotykałam się z nim 
na ulicy, pod kolumnadą Ufficiow. Rzeczywiście tak 
się zapamiętał, że przez trzy dni, trzy noce, zamknąw-
>>>
152 
szy kaplicę na wszystkie klucze, nie jadł i nie pił 
— 
i nie opuszczał swej pracowni; na chwilę nawet 
nie wyszedł, by odetchnąć świeżym powietrzem. 
Niespokojny książę Ferdynand przemocą kazał 
otworzyć wrota świątyni: z obłędnym okiem, nie­ 
przytomny zupełnie i nieświadomy rzeczywistości, 
krążył dokoła Lorenzo i przyglądał się swemu dziełu, 
które wykończył był w całości. 
Było to dzieło niewątpliwie piękne, ale pobożnym 
nazwać go niepodobna. 
Były tam Madonny, św. Magdaleny, Św. Agnieszki, 
św. Barbary; były tam gromady aniołów — a wszystko 
miało jedną i tę samą twarz Rozaury Montalboni — 
moją twarz, taką samą, jaką tu widzicie teraz przed 
sobą. 
Lorenzo, oprócz swych malowideł, nie widział 
nic i nikogo. Zmysły mu się pomieszały. 
Oczywiście, wszystkie te dzieła traktowane były, 
jako bluźnierstwo i obraza boska. 
Książę Ferdynand kazał zniszczyć freski, kościół 
na nowo poświęcić i zamknąć, aby służba boża od­ 
bywać się w nim nie mogła. 
Pomiędzy ludem pobożnym wieść ta wywołała 
straszne wzburzenie. 
— 
Na śmierć Rozaurę! Zgładzić ją na wieki! 
Jakoż wytoczono mi proces o piękność i wszyst­ 
kie klęski wynikające z tej zbrodni. 
Ale teraz nikt mi już nie przebaczył, nikt się nie 
ulitował nade mną. 
Sędziowie wydali na mnie wyrok taki: Masz po 
wszystkie czasy, żelazną trupią maską osłonięta —
>>>
153 
przebywać w ciemnicy, aby nikt już nigdy oblicza 
twego nie widział — i z jego winy nie popełnił 
zbrodni ani też nie wpadł w szaleństwo... 
I nałożono mi na twarz okropną maskę że­ 
lazną, a ja czułam, jak mi się w duszę wpija 
każda śruba i każdy gwóźdź po kolei; zdawało mi 
się, że trumną jestem sama sobie. Do końca mo­ 
ich dni miałam żyć w tej masce — strącona w głu­ 
che podziemia... Tu muszę wam powiedzieć, że jest 
różnica pomiędzy historją rzeczywistą Rozaury flo­ 
renckiej, tak jak ją opisują kronikarze, a moją his­ 
torją obecną, którą kierował poniekąd świadomie 
mój dzisiejszy mąż Wawrzyniec Brzeszczot, odro­ 
dzony Lorenzo Frescoti, jak ja jestem odrodzoną 
Rozaurą Montalboni. 
Rozaura Montalboni siedziała w tej ciemnicy 
lat 28; wyszła dopiero z pod maski, kiedy po śmierci 
Ferdynanda wstąpił na tron Koźma II Medyceusz, 
który z powodu swej koronacji wypuścił z więzie­ 
nia skazańców. Żelazo skórę mi przepaliło i wy­ 
żarło: trupia maska ułożyła mi oblicze w postać 
trupiej głowy — tak, że na mój widok sędziowie po- 
mdleli, a małe dzieci uciekały przede mną, jak wo­ 
bec zmory. 
Z tą straszliwą maską trupią urodziłam się po­ 
wtórnie za naszych czasów; kiedy mię ujrzał Lo­ 
renzo, postanowił natychmiast uczynić — jak mówił 
— 
korektywę przeszłości. 
Ów obłąkany Lorenzo stał się dzisiejszym moim 
Wawrzyńcem, którego wszystkie męczarnie dawne, 
ześrodkowane i przeduchowione — przemieniły się
>>>
154 
w nadzwyczajną potęgę, w moc panowania nad cza­ 
sem i przestrzenią. 
On to — zlał się tajemniczo w jedność z obłąka­ 
nym, a dziś jasnowidzącym malarzem — i zjawił się 
u mnie—w ciemnicy, jako mój wybawca. 
Kiedy wyrok był już wydany, kiedy mię do 
więzienia wtrącono, kiedy rozmyślałam, że już nigdy 
z tego mroku nie wyjdę, oto usłyszałam kroki ci­ 
che, drzwi się otworzyły i stanął przede mną mój 
malarz obłąkany, tensam, ale inny; był to bowiem 
Lorenzo, który się stał odrodzonym Wawrzyńcem 
— 
jak ja miałam półsenną świadomość, że już jes­ 
tem czym innym, niźli byłam jeszcze dzisiaj rano. 
W oczach Lorenza była niezwyciężona energja, 
półboskie wyłonienie sił utajonych człowieka, wład­ 
nych nad wszelkim przejawem materji. 
Zerwał moją maskę — ujął mię w ramiona — 
i uniósł — przeniknąwszy bezpośrednio ściany wię­ 
zienia... Czułam, że płynę w powietrzu, czułam, że 
tracę wagę, objętość, cielesność; toczyłam się po 
jakiejś linji spiralnej w niewiadomych regjonach bytu, 
w promienistej ciemności; znikałam powoli sama 
sobie, wsiąkałam w majaki czasu, aby się z nich 
wydobyć powtórnie, aż opadłam zemdlona i bez­ 
silna. 
Obudziłam się. Przy moim łóżku stał Wawrzy­ 
niec i przyglądał mi się uważnie. Trzymał rękę na moim 
pulsie. Byłam jeszcze niezupełnie przytomna — i nie 
wiedziałam, czy to dalszy ciąg tej dziwnej historji 
(ach, jakże się lękałam pościgu sług sądowych księ­ 
cia Ferdynanda!) — czy też nowa sprawa; czy jesz-
>>>
155 
cze jestem w XVI wieku, czy też w naszych cza­ 
sach. 
Zapytałam o to Wawrzyńca. Uspokoił mnie: 
wypłynęliśmy po linji przełamania konieczności 
czasu — z dawnej Florencji do nowej — i już nam 
zbiry Medyceuszów żadnej krzywdy uczynić nie 
mogą. 
Teraz dopiero — pół jeszcze dawna Rozaura, pół 
owa — przyglądać się zaczęłam Wawrzyńcowi i te­ 
raz dopiero zrozumiałam, dla czego wobec jego po­ 
staci cała moja istota grać zaczęła jakąś melodję, 
pełną drgań wieczności... Bo to był ten, którego 
powinnam była kochać wówczas, a który teraz sta­ 
nął wobec mnie, jako Orfeusz, jako nieśmiertelny, 
który dla mnie poświęcił swoją nieśmiertelność... Bo, 
istotnie, owa przemoc, jakiej użył był Lorenzo, aby 
przełamać prawa codzienne, aby zgwałcić kolejność 
czasu i opanować przeszłość, aby ją w dziś prze­ 
topić: wszystko to, mówię, nie odbyło się dla niego 
bezkarnie. 
Najdoskonalszy człowiek nie stanie się wszech­ 
mocnym. Wszystka potęga magiczna opuściła go 
na zawsze; już nie jest tym mocarzem i władcą 
krain nadprzyrodzonych, jakim był dotychczas; utra­ 
cił na zawsze moc odrodzeń, utracił nieśmiertel­ 
ność — podobnie jak i ja, ale o mnie tu nie idzie: 
docześnie, co prawda, ale tak szczodrze wynagro­ 
dzona zostałam za utratę nieśmiertelności, że, wy­ 
znam — za nicbym jej nie oddała. Powiadacie, że 
piękność — to rzecz błaha, a ja mówię, że to skarb, 
to boskość: bom długo wycierpiała z powodu brzy-
>>>
156 
doty. Prawda, że kiedym była ową panią florencką 
— 
cierpiałam z powodu piękności; ale bo też coś 
pogańskiego było w tej mojej piękności, coś sza­ 
tańskiego... W ostatnim momencie, kiedym siedziała 
w więzieniu, zanim Brzeszczot mię wyzwolił — roz­ 
myślałam o tym i błagałam Boga, aby moja pięk­ 
ność, zamiast klątwą, mogła się stać błogosławień­ 
stwem. Dziś już nie wywołuję klęsk i śmierci do­ 
koła; przeciwnie — szczęście roztaczam, a do kogo 
się uśmiechnę — ten do sił ducha powraca, ten zmar­ 
twychwstaje... 
Piękność moja, choć na wieczystą zagładę ska­ 
zana po śmierci, choć się już nigdy-nigdy nie od­ 
rodzi powtórnie—teraz świeci jak słońce i wszyst­ 
kich do życia podnieca... 
Ale on! On zatracił swoje nadczłowieczeństwo 
— 
bo takiemu, jak on, ani na chwilę jedną niewolno 
ulec namiętności ludzkiej. A przecież on jej uległ: 
pokochał mnie jak zwykły śmiertelnik —i wszystko 
dla mnie poświęcił. Stał się człowiekiem, jak my 
wszyscy — ten, który był półbogiem. Już nie jest 
magiem, już nie mógłby nawet drugi raz powtó­ 
rzyć takiej jazdy w przeszłość: i gdybym ja przy­ 
padkiem powróciła do dawnej formy (np. przez 
niewierność) — to już on nie byłby w stanie mię 
odrodzić. 
Ale ja nie byłabym już w stanie być mu nie­ 
wierną, a z drugiej strony wyznam szczerze, wolę 
go tak jak jest dziś, bardziej człowiek, niż bóg... 
Stał zbyt wysoko nade mną — i nigdy nawet nie mog­ 
łam mieć dla niego uczucia litości...
>>>
157 
Ale wpływ jego na mnie jest wielki: przez niego 
stałam się niezwykłą artystką; fortepjan jest mi nie­ 
wolnikiem, posłusznym najmniejszemu drgnieniu 
moich uczuć. 
Lorenzo taką mi nieskończoną melodję w sercu 
rozkołysał, że chwilami czuję się boginią, w której 
cały świat tonów jest ześrodkowany... 
On zaś stał się tym, czym był Lorenzo Frescoti, 
malarzem, który maluje Rozaurę Montalboni — 
i w dalszym ciągu prowadzi tę pracę, którą rozpo­ 
czął czterysta lat temu... Tylko bluźnierstwo znik­ 
nęło... Cały jego gienjusz magiczny przeszedł w sztukę 
malarską.
>>>
LENORA.
>>>
Od dwuch dni Konrad stale powracał do Aka- 
demji Sztuk Pięknych w Wenecji — i ciągle się za­ 
trzymywał czas dłuższy przed jednym i tymsa- 
mym obrazem. Płótno czarowało go w sposób 
magnetyczny — i chociaż go nęciły dzieła innych 
mistrzów, może nawet większych, niż autor obrazu, 
co go przykuwał, to jednak Konrad powracał wciąż 
do swego Lorenza Veneziana; malarza z XIV w. 
prymitywa bardzo naiwnego, który jednakże zapa­ 
nował nad duszą czymś... czymś tajemniczym, czego 
nie mógł sobie Konrad wytłumaczyć... Na widok 
tego obrazu kołysało go jakieś wzruszenie, roz­ 
koszne i rzewne, bardzo blizkie i bardzo własne... 
Dotychczas jednak nie rozwiązał zagadki: dla 
czego na widok tego obrazu roją mu się zaraz 
w duszy jakieś sny z dziecinnych lat, dla czego mu 
się ukazuje zaraz jakaś twarz niewyraźna ale nie 
obca, woniejąca kwiatem świętości, dla czego serce 
mu bije tak mocno, jakby wobec jakiejś rzeczy prze­ 
czuwanej a niespodziewanej?... 
Płótno — właściwie tryptyk — wyobrażał z pra­ 
wej i lewej strony kilku świętych, jak św. Jana Chrzci­ 
ciela, św. Mikołaja i i. 
1 
Konrada jednak interesowała przedewszystkim 
część środkowa tryptyku, w której promieniała Ma­ 
donna. Ależ niejedna Madonna była w tej sali: więk- 
W czwartym wymiarze. 
11
>>>
162 
szość obrazów właśnie w barwach czerwonych, zło­ 
tych i niebieskich — rozwijała kult Bogarodzicy. 
Ale nad duszą Konrada zapanowała Madonna 
Lorenza Veneziana. Obraz przedstawiał Pozdrowie­ 
nie anielskie. Madonna w koronie i przejrzysto-po- 
wietrznej bladozłotej aureoli, o nadziemskim obli­ 
czu, rysów delikatnych, pociągłych, mistycznych, ja­ 
kich zapomnieli mistrze odrodzenia — Madonna, na- 
wskroś dziewicza, niemal dziewczęca — siedzi na tro­ 
nie, przyodziana szatą błękitną, złotemi gwiazdy 
haftowaną, jako prawdziwa Regina coeli: przed nią 
stoi anioł złotoskrzydły, z lekka nachylony: płaszcz 
ma błękitny z zieloną podszewką; lewą ręką płaszcz 
podtrzymuje, a prawą podniósł do góry, złożywszy 
palce i tylko dwa wystawiwszy... 
Najbardziej tajemniczy szczegół tego malowidła 
były to ręce Madonny; dłonie na krzyż złożone, o pal­ 
cach blado-różowych, podłużnych, cieniejących ku 
dołowi, niemal przezroczystych, prześwieconych słoń­ 
cem, prawie niematerjalnych, zakończonych łagod­ 
nym szeregiem różowo-promiennych, księżycowatych 
paznokci. 
Przyglądał się przedewszystkim tym mistycz­ 
nym, niby z eteru splecionym, bezcielesnym pal­ 
com — i właśnie, kiedy jego pamięć najenergiczniej 
pracowała — uczuł naraz jakiś obcy fluid w swej 
istocie; uczuł, że nie myśli już sam, ale że ktoś mu 
pomaga w myśleniu. Lekki, słodki dreszcz wstrząs­ 
nął nim całym, kiedy nareszcze zagadkę rozwiązał 
i sformułował:
>>>
163 
— 
Ach Boże! Toż takie same ręce ma Ostro­ 
bramska Madonna. 
1 w tejsamej chwili, kiedy to pomyślał — ryt­ 
micznie niemal w takt jego własnych słów brzmiący, 
Usłyszał poza sobą głos, dźwięczny i melodyjny, 
a 
który był niby echem jego myśli. 
— 
Ach Boże! Toż takie same ręce ma nasza 
Matka Boska Ostrobramska. 
Osoba, która mówiła te słowa po polsku, śpie­ 
wając przytym z białoruska, dodała jeszcze: 
— 
Nieprawdaż, mamo? 
— 
C'est bien vrai, Lénore — odrzekła towarzy­ 
sząca jej starsza dama, przyglądając się obrazowi 
Przez szkiełka na złotym łańcuszku. 
Konrad się odwrócił. Przed obrazem stały dwie 
Panie, obie ubrane czarno, w żałobie, starsza dama 
2 
młodą panną, osobą niezwykłej urody, a która 
^ pierwszej chwili wydała się Konradowi podobną 
do anioła z tegoż obrazu. Głos jej miał w sobie, 
bądź jak bądź — jakąś melodję anielską. 
Oczy miała szaro-niebieskie, jak jeziora witeb- 
s 
kie, powłóczyste, zamyślone w sobie i zapatrzone 
* głębie. 
Panna nie była starsza nad 22—23 lata: wybu­ 
jała i wiotka, ale zbudowana mocno i sprężyście ; 
biodra miała należycie uwydatnione, a piersi takie, 
Jakie miałaby Wenus Anadjomene, nieco starsza niż 
a rzeźbią zazwyczaj. Robiła wrażenie istoty bogatej 
*arówno cieleśnie jak i duchowo. Twarz była biała, 
s 
Pokojna, twarz marzycielki tkliwej i skłonnej do 
r 
Ozmyślań.
>>>
164 
Konrad bez wątpienia przeczuł obecność jej osoby. 
1 
zanim jeszcze usłyszał jej głos — i nieświadomie 
a mimowoli wszedł z nią w komunikację duchową 
— 
i głównie go zastanowił fakt (czyżby przypadek 
bez znaczenia?), że kiedy sam sobie szeptał for­ 
mułę ostateczną co do obrazu Veneziana, ona li­ 
teralnie prawie te same słowa wypowiedziała 
głośno. 
Spojrzał na dwie damy i do młodszej rzekł po ; 
polsku : 
— 
Toż samo powiedziałem sam sobie w tej* 
chwili. Zda mi się, jakby pani tę moją myśl prze­ 
czuła, jakby pani mi ją podsunęła, panno Lenoro. ' 
Ona zaś, jakby dla niej te słowa nie były czymś 
1 
niespodziewanym, odparła natychmiast: 
— 
Tak samo mnie się wydawało... Czułam, żel 
ktoś koło mnie myśli temi samemi słowami... 
— 
A więc pani zawdzięczam, żem odgadł tę ta­ 
jemnicę, która mnie dręczy od paru dni, gdyż do­ 
piero w chwili, gdy pani obecność mnie owionęłai 
wyjaśniłem sobie tajemnicę. Mam wrażenie, jakby 
istniała nieokreślona łączność pomiędzy panią a tym 
obrazem, pomiędzy mną a panią... Czuję, że mog­ 
łaby pani być osią żywota dla jakiejś duszy osa­ 
motnionej i zabłąkanej na ziemi. Dusza twoja, panno 
Lenoro (przepraszam panią za poufałość, ale tylko 
imię pani znam) — w jednej chwili jakby przenik­ 
nęła w moją duszę... 
— 
Mais c'est drôle ce que vous dites là, mon' 
sieur/ — zawołała mama, o której obecności Kofl' 
ad zdaje się całkiem zapomniał. — Rodaka mił°
>>>
165 
spotkać na obczyźnie, ale pan tak obcesowo już się 
oświadcza, a my nawet nie wiemy, z kim mamy 
zaszczyt. 
Konrad przepraszał za swoją śmiałość i za to, 
że naruszył niektóre formy światowe; ale wiedział, 
że Lenora nie gniewa się na niego; że pomiędzy 
niemi w jednej chwili nastąpiło porozumienie. Przed­ 
stawił się mamie: był technikiem, miał posadę w cu­ 
krowni na Ukrainie, wyjechał za urlopem, aby tro­ 
chę odpocząć: za parę tygodni powraca do domu. 
Pani N. była obywatelką z Mińszczyzny i obec­ 
nie zjechała do Wenecji na powrotnej drodze z Rzymu, 
dokąd odbyła pielgrzymkę, chcąc w świętym mieś­ 
cie pomodlić się za niedawno zmarłego męża, gdyż 
zapewniano ją, że to jest i w dobrym tonie i bar­ 
dzo pomocne na smutek wdowieński. Lenora jej 
towarzyszyła. 
— 
C'est ma fïlle bien-aimée (mama lubiła nie­ 
potrzebnie parlować po francusku), mais elle est 
si extraordinaire! 
On dirait une somnambule! 
— 
O już też mama robi mi opinję!... Pan może 
myśleć, że jestem obłąkana... 
— 
Niech Bóg broni — zastrzegł się Konrad — 
ale od pierwszej chwili, zanim jeszcze pani się ode­ 
zwała, zanim się] odwróciłem, zanim panią zoba­ 
czyłem —|odczułem koło siebie atmosferę, która za­ 
pewne wynikała z pani fluidu, a która świadczy, że 
w pani tkwi utajona jakaś istota nadmaterjalna, 
źródło jakiejś nieznanej potęgi... 
— 
Proszę bardzo, żeby pan mojej córce takich 
rzeczy nie mówił. Ona i tak jest nerwowa, a jeżeli
>>>
166 
pan się zbliża „w zamiarach", to niech się pan za­ 
chowuje po ludzku.. Przytym wszystko to, co pan 
mówi, jest bezbożne — i nie wiem, czy pan nie jest 
jaki heretyk albo farmazon... 
Pierwszy raz w życiu przyszło Konradowi na 
myśl, że można z panną rozmawiać „w zamia­ 
rach". 
Ponieważ panna bardzo mu się podobała, 
nie widział nawet w tym wyrażeniu nic nieodpo­ 
wiedniego. 
Wędrowcy nasi, pożegnawszy obraz Veneziana 
— 
w niedługim czasie przejrzeli inne Sale Akademji 
— 
i wyszli na plac, gdzie przede wszystkim u stra- 
ganiarza kupili w dwuch egzemplarzach barwną ko- 
pję tegoż tryptyku; poczym wzięli gondolę i popły­ 
nęli w stronę arsenału. 
Mama, uzbroiwszy oczy w szkiełka na złotym 
łańcuszku, przyglądała się pałacom i kościołom na 
prawym i lewym brzegu kanału; Konrad oddał się 
kontemplacji panny Lenory, która go od pierwszej 
chwili bardzo zajęła. 
To szczególne spotkanie jednej myśli, poprze­ 
dzone dreszczem specyficznym — stało się dla niego 
źródłem czarownych marzeń i wrażeń. 1 Lenora 
w jednej chwili uległa podobnym uczuciom. Zda­ 
wało się jej, niewiadomo dla czego, że oddawna 
doskonale zna Konrada — i czuła się z nim, jakby 
stara znajoma, pełna wiary i zaufania. Konrad, co 
musimy objaśnić dla czytelnika, zajmował się od 
długich lat sztuką hypnotyzmu; zwłaszcza sugiestja 
wzrokowa, poddawanie obrazów dowolnej treści 
i charakteru — była jego ulubioną dziedziną doświad-
>>>
167 
czeń: doszedł pod tym względem do wprawy nie­ 
pospolitej — i prawie każda jednostka, czy to bar­ 
dzo wrażliwa i podatna na wpływy magnetyzera 
czy też najzupełniej oporna — poddawała się prę­ 
dzej czy później jego wpływom, jako posłuszne me- 
djum. 
Znany był w swoim czasie fakt, że kiedy przy­ 
był na Ukrainę (tam właśnie, gdzie stała cukrownia 
Konrada) książę Z., słynny ze swoich polowań na 
lwy w Afryce środkowej, i przypadkowo zapoznał 
się z Konradem, o którego „czarnoksięstwie" nie 
mało był słyszał: ironicznie go poprosił, aby na 
jego rozkaz zjawiło się w parku stado lwów. Park 
w dobrach księcia Z. był olbrzymich rozmiarów: 
podobno koło dziesięciu włók obejmował, a książę 
hodował w nim jelenie i łosie. 
Konrad swoim głębokim, czarnym, przenikają­ 
cym okiem — chwilę popatrzył w oczy księcia—i ten 
niezadługo potym ujrzał wychodzącego z puszczy 
groźnego lwa: za nim wyszły dwa inne — i jeszcze 
dwa — i coraz więcej — jeden za drugim albo gro­ 
madkami w szeregu; szły całe stada przerażających 
bestji, wprost na księcia, aż się zbliżyły do niego 
o ćwierć kilometra, błyskając ognistym ślepiem, bi­ 
jąc w zady ogonami i otwierając szeroko swe czer­ 
wone, białemi kłami zbrojne paszcze. Książę — 
mówiąc prawdę — pierwszy raz w życiu zbladł, nie 
tyle z trwogi, ile ze zdumienia... Naraz widzenie 
prysło: lwy zniknęły. Tak potężna była siła sugies- 
tyjna Konrada, ale umiał on podobne zjawy na 
odległość nawet wywoływać. I kiedy książę nocą
>>>
168 
udał się na spoczynek — nagle ujrzał w swej sypialni 
— 
stojące przy łóżku dwa lwy, groźnie zapatrzone 
w niego i gotowe do skoku. I to widzenie nagle 
znikło; była to kara za drwiny. 
Tu jednak — wobec Lenory, Konrad po raz pierw­ 
szy znalazł się w takim położeniu, że nie wiedział 
dokładnie, czy to on oddziaływa na Lenorę czy 
też ona na niego: czy to ona jest medjum, czy też 
on ulega jej potędze magnetycznej. Bo poza wszyst­ 
kim innym przyłączył się tu inny sentyment, który 
dotychczas w życiu Konrada grał rolę drugorzędną 
— 
miłość. 
To było jasne: on kochał Lenorę, Lenora jego 
kochała... 1 ta miłość zakwitła w nich obojgu, za­ 
nim jeszcze się zobaczyli, zanim przemówili do sie­ 
bie. Fluid tego uczucia krążył już po powietrzu — 
tam w galerji sztuki — przed obrazem Lorenza Ve­ 
neziana— zanim jeszcze oboje wiedzieli o swoim 
istnieniu: dreszcz, jaki w pewnej chwili przeszedł 
oboje, był momentem zwiastowania i krystalizacji tej 
miłości. 
I poczuli odrazu i jednocześnie, że w tej miło­ 
ści jest coś, czego nie zwycięży ani czas ani prze­ 
strzeń; że będą zawsze i wszędzie ze sobą, choćby 
byli na dwuch krańcach ziemi. 
Rozkosz obcowania była dla nich w tym mo­ 
mencie jakby kołysaniem się na falach nieskończo­ 
ności—tak, iż wszystko, co ich otaczało, wydawało 
się im rzeczą bezwzględnie małą, prawie że samym 
niebytem. Świat się dla nich zaczynał i kończył na 
nich dwojgu. Przenikali się wzajem, jedno stawało
>>>
169 
się drugim, przestawało być sobą, wcielało się 
wzajemnie... 
Po dwuch tygodniach zjednoczenie ich dusz 
było całkowite. Lenora z rozkoszą i ufnością pod­ 
dawała się mocy duchowej Konrada — i ostatecz- 
' nie to zjednoczenie przybrało tony barw jego du­ 
szy. 
— 
Dobrze mi tak — dobrze mi z tobą! —Zda­ 
wała się mówić Lenora, upojona, niepomna ni­ 
czego, prócz tych krain marzenia, do których ją 
I wprowadził Konrad. 
Powrócili razem, ale w Warszawie musieli się 
pożegnać. Lenora z matką pojechały w Mińskie, 
Konrad na Ukrainę. 
Mama, jako osoba praktyczna, natychmiast po 
zapoznaniu się z Konradem — napisała do pewnej 
ciotki/ mądrej i wszechwiedzącej, aby ta dowiedziała 
się o Konradzie: kto, co, gdzie, jak, ile i t. d . 
Referencje miała doskonałe, a że panna była 
zakochana, młodzieniec przystojny i wielkich zalet 
— 
więc, gdy nadeszła chwila, że Konrad się oświad­ 
czył o Lenorę pani matce, ta pobłogosławiła ich 
uroczyście, dając im jednocześnie niemało rad peł- 
- 
nych zdrowego rozsądku — i postanowiła, że skoro 
tylko żałoba się skończy, pojadą do Rzymu i tu 
w samej bazylice zawarty będzie związek Lenory 
z Konradem. 
Konrad był skrępowany pracą w fabryce, zapo­ 
wiedział jednak, że skoro tylko będzie mógł, przy­ 
jedzie do nich na wieś. Jakoż był parę razy, 
zawsze tylko na dwa-trzy dni — i natychmiast mu-
>>>
170 
siał powracać. Każdy taki przyjazd był dla obojga 
młodych źródłem nowego szczęścia i nowych ma­ 
rzeń. 
Tymczasem nadszedł luty r. 1905. W połowie 
lipca Konrad, jako chorąży zapasu — wezwany zo­ 
stał pod broń. W ciągu tygodnia miał się stawić 
w pułku, który natychmiast wyruszał do Mandżurji. 
Oczywiście Konrad skorzystał z czasu, aby po­ 
żegnać rodzinę oraz narzeczoną. 
U krewnych w sąsiedztwie fabryki pobawił dzień 
jeden — i wyruszył w Mińskie. 
Blizko dwie godziny drogi konnej dzieliło go 
od stacji. Konrad był już w ubraniu wojsko­ 
wym, pełny myśli ponurych i złowróżbnych... Sos­ 
nowe lasy, wzdłuż traktu idące, szumiały mu głu­ 
cho, jakby wszystkie skargi świata w nich się splą­ 
tały, a złociejące łany zboża kołysały się pół­ 
senne i rozżalone. 
Na skręcie drogi, koło krzyża, gromada kawek 
nagle uleciała w górę, z głośnym krakaniem, jakby 
przerażona czymś nieznanym. 
Było już niedaleko N., dokąd udawał się nasz 
chorąży, wezwany na wojnę. Dwie trzy wiorsty naj­ 
wyżej dzieliły go od dworu. Tu mur z kamieni 
płaskich, wapnem połączonych, na przestrzeni kilku 
morgów — otaczał cmentarz miejscowy. Skromne 
drewniane lub metalowe krzyże, lampki i wieńce, 
figury świętych pańskich — w otoczeniu wierzb 
i brzóz, w głogach i czeremchach — widać było 
z drogi, ponad niewysoki mur wystające. Ubogie 
to były groby wieśniacze, a śród nich bardziej wy-
>>>
171 
tworny, żelazną sztachetą oddzielony, grobowiec ro­ 
dziny N. Była tu mała kaplica, na której fasadzie 
— pod szczytem — ujrzał Konrad — świeżo zapewne 
pomieszczony, szkłem osłonięty barwny obraz. 
Była to Madonna Lorenza Veneziana. 
Obok kaplicy groby z marmurów kieleckich albo 
z granitów fińskich — postacie aniołów, z bronzu kute 
lub wyciosane z kamienia. 
Natarczywie ten grobowiec przyglądał się Kon­ 
radowi, który mimowoli powiedział sobie: 
— 
Tu będzie moja ostatnia siedziba... 
Po chwili zaś dodał: 
— 
A może i niel 
I w tejsamej chwili przecząco zakołysały się ga­ 
łęzie sosen nad grobowcem, jakby mówiły również: 
A może i nie! 
W oczach Konrada zamigotały dalekie a nie­ 
znane krajobrazy Mandżurji, które wyobrażał sobie 
podług opisów i opowiadań... W każdym razie miał 
wrażenie, jakby udawał się w próżnię... 
Tak, może nie będzie spoczywał w jednym grobie 
z Lenorą. 
Wkrótce potym szeroką aleją wjechał na dzie­ 
dziniec dworski i stanął pod gankiem. 
Lenora czekała na niego — milcząca i smutna. 
Co można powiedzieć człowiekowi, jadącemu na 
taką obojętną wojnę? Lenora milczała: ona już tyle 
dni i nocy przepłakała i przemarzyła boleśnie nad 
tym wyjazdem Konrada, że tylko milcząc rzuciła 
mu się w ramiona i całowała go, jak sierota, która 
utraciła rodziców.
>>>
172 
Mama była tak wzruszona, że nie mogła się od 
łez powstrzymać—i zdaje się nie widziała dla Kon­ 
rada innego ratunku, jak zaprosić go na obiad, zło­ 
żony z dań wyborowych i rozmaitych, pod specjal­ 
nym jej dozorem przygotowanych; chciała, ażeby 
Konrad przed tą śmiertelną wyprawą zjadł smacz­ 
nie i obficie — i pilnowała go nieustannie. 
Konrad jednak był ze wszystkich najspokojniej­ 
szy. Wierzył, że nic mu złego się nie stanie, i na­ 
wet żartował, zapewniając przyszłą teściową, że 
dzięki swoim praktykom magnetycznym, które matka 
Lenory uważała za coś djabelskiego, potrafi zażeg­ 
nać wszystkie kule i potrafi zatrzymać dostęp śmierci 
do siebie. 
Wszyscy koniec końców uwierzyli w tę moc 
Konrada — i Lenora nawet się uspokoiła, choć jej 
serce biło trwogą, że jednak Konrad znajdzie się 
w Bóg wie jakich niebezpieczeństwach, w kraju da­ 
lekim, nieznanym, w pustyni, śród ludów obcych, 
dzikich, rozpalonych walką 
A jeżeli będzie ranny — a jeżeli będzie głodny, 
stęskniony, samotny — kto go dopilnuje, kto go 
nakarmi, kto go pocieszy? kto go ucałuje? Kiedy 
wróci i czy wróci? 
Po obiedzie Konrad z Lenorą poszli do ogrodu 
— i tu, choć Lenora dotychczas starała się wszystką 
siłę ducha utrzymać, to jednak nie mogła już dłu­ 
żej wytrwać w tym stanie — i rozpłakała się bez­ 
silna. 
— 
Czy nie zginiesz? czy powrócisz? 
To była oczywiście główna jej troska wobec
>>>
173 
tego groźnego zjawiska, które bezwładną ludzką 
wolę kierowało w stronę konieczności zimnej i nie­ 
ubłaganej. 
— 
O Boże, spraw, aby Konrad powrócił! 
— 
Lenoro — mówił do niej on, pełny najwyż­ 
szego spokoju, i spoglądał na nią, raczej w samą 
treść jej źrenic i jej duszy — ufaj mi, że stanie się 
wszystko, jak tego los zażąda. Jestem czasem fa­ 
talista — wierzę, że cobądź się stanie, będziemy się 
musieli ze sobą zobaczyć. Idę w niewiadomą ot­ 
chłań, na nieznane pole żywota. Tam działa grzmią, 
gromy huczą, krew płynie strumieniami. Tam z gar­ 
dzieli Fudżijamy płynie ognista lawa; gromady zło- 
tolicych duchów, rozkwitając w słońcu chwały 
wschodzącej, wyruszyły na srebrne równiny pół­ 
nocy i nową epokę dziejów zaczynają. Kule ślepe, 
szalone świszczą dokoła śród pól gaolanu; śród 
tego ognia dusza moja przepali się choć trochę 
płomieniem krateru japońskiego — i uzyska moc 
nową, jakiej dotąd nie miała. Czyli wrócę czy nie 
wrócę — nie wiem, ale czuwać nade mną będzie pa­ 
mięć wieczna tego spotkania naszego pod obrazem 
Lorenza Veneziana. Te biało-różowe, przejrzyste, 
bezcielesne ręce Madonny będą odpędzać ode mnie 
miecze i kule nieprzyjaciela. Za mną pójdzie pamięć 
twoich źrenic, twoich uśmiechów, twego głosu — 
i śród tej posoki krwi czerwonej i sczerniałej pa­ 
mięć twoja będzie mi tarczą, która śród wycia kar- 
taczów i jęku rannych stanie mi się ochroną 
i osłoną. 
— 
A gdy dotknie ciebie rana, gdy ci tryśnie
>>>
174 
krew czerwona, kto nad tobą czuwać będzie? Obca 
ręka cię osłoni, pielęgnować będzie ciebie! Ja — ci 
będę zbyt daleka, ja ci będę niepotrzebna. Gdy­ 
bym była uskrzydlonym ptakiem, co po chmurach 
lata — poleciałabym za tobą, by nad tobą czuwać 
ciągle. Poleciałabym na owe pola zimne i dalekie, 
aby rany twe przewiązać, aby krew ci zatamować, 
aby jadło twoje warzyć, by ci puhar dać leczniczy. 
Ach, a jeśli zginiesz w bitwie, od japońskich kul 
przebity, cóż uczynię na tej ziemi, ja sierota bez­ 
nadziejna! Nawet, gdybym na twym grobie we łzach 
chciała się pomodlić, nie znalazłabym w pustyni 
twej mogiły niewiadomej! Chcesz, to poślę w świat 
za tobą — swoje oczy, szare ptaki — abym ciągle 
była z tobą, była w tobie i przy tobie. Byś je wi­ 
dział nieustannie, jak ja widzę twoje oczy, twe 
ogniste czarne oczy, co czuwają wciąż nade mną. 
— 
Twoje oczy są mi gwiazdą, co mię będzie 
wiodła w dale do tych pustyń zabajkalskich, gdzie 
śmierć blada dziś tańcuje — i chorowód swój pro­ 
wadząc, morzem krwi rozweselona, żywot kosi za 
żywotem. Tam ty jednak będziesz dla mnie osią ma­ 
rzeń mych i czynów. Dusza moja za tą gwiazdą 
będzie krążyć nieustannie, jak słonecznik się obraca 
za ognistą słońca tarczą. Pamięć twoja w sercu 
moim moc rozpali niewzruszoną; żadna strzała mię nie 
zrani, żadna kula nie przebije. Moc mam z ciebie ta­ 
jemniczą: niechaj walka huczy wkoło, niech grzmią 
działa i szimozy, jam jest wszędzie nietykalny. 
A choćby mię grób pochłonął, choćbym runął gdzie 
zabity, to przełamię grobów ciemność i na świat się
>>>
175 
wydobędę — i tu stanę pod twym oknem i śród 
nocnej ciszy mroku wielkim głosem twoje imię wo­ 
łać będę, o Lenoro! Wierz mi, słuchaj mię, Le- 
noro — w tym momencie ostatecznym, ty jedyna 
w mojej myśli będziesz żyła, o Lenoro! i jeżeli 
zginę—zginę z twym imieniem, o Lenoro! 
Rzuciła mu się w ramiona — i płakała gorąco; 
płakała razem gorzko i słodko nad nim i nad sobą. 
Zebrała bukiet róż i głogów, stokrotek i niezapo­ 
minajek — i dała mu tę wiązankę, którą on przy­ 
cisnął do serca, jako drogą pamiątkę: w zapachu 
tych kwiatów był zapach jej rąk, jej łez i jej duszy. 
Po dwuch dniach opuścić musiał ten dom, 
w którym połowę swej istoty pozostawił. — 
Obie­ 
cał pisać — i rzeczywiście przez dłuższy czas, co 
parę dni, co tydzień pisał do niej z drogi, z Char- 
bina, z Mukdenu, z Laojanu... Potym listy były 
rzadsze, czasami przychodziło po dwa — trzy jed­ 
nocześnie. Nakoniec ustały zupełnie: może zginął 
w bitwie — może gdzieś krąży po okolicach pozba­ 
wionych komunikacji — może gdzieś przepadł bez 
wieści w tych pustyniach... 
Lenora z matką uważnie czytały gazety — i te 
wieści o klęskach nieustannych, połączonych ze 
śmiercią tylu ludzi — robiły na nich wrażenie nad 
wyraz bolesne, gdyż w każdym rannym i zabitym 
przeczuwały Konrada. Była też specjalna gazeta, 
w której wyliczano imiona i nazwiska wszystkich 
rannych, zabitych i przepadłych, co bądź zbiegli, bądź 
dostali się do niewoli.
>>>
176 
Ale dotychczas, do połowy października — naz­ 
wiska Konrada w tych spisach nie widziały. 
Była cicha noc październikowa; chłodno już 
było, ale w powietrzu panowało milczenie bez po­ 
szumu; niebo też błękitniło się czyste i jasne — 
i tysiące gwiazd promieniało na bezchmurnym 
niebie. 
Matka Lenory udała się na spoczynek, a sa­ 
motna kochanka Konrada rozmyślała wciąż o nieo­ 
becnym — i pomimo wszelkie dobre znaki, albo ra­ 
czej brak złych wieści — na sercu jej leżał ciągle 
wielki dręczący ciężar najczarniejszych przypusz­ 
czeń. 
Stara Madejowa, dawna niańka Lenory, czu­ 
wała z nią razem i układała pannie kabałę. Zapew­ 
niała ona też, że możnaby, zrobiwszy świecę z żyły 
dziś zmarłego nieboszczyka — sprowadzić czarem 
Konrada aż pod ten dom, a właśnie wczoraj pod 
wieczór pochowano na cmentarzu nieznanego włó­ 
częgę— i gdyby tylko kto się odważył grób odko­ 
pać i wyjąć z trupa żyłę... to Konrad, choćby był 
niewiedzieć jak daleko — musi przyjść — i pokłon 
oddać. Ale panna Len ora i słyszeć nie chciała o ta­ 
kiej praktyce. 
Maciejowa ułożyła karty na stole. Była tam i długa 
walka — i dalekie wody i lasy i pustynie. Kule 
(dziesięć trefl) świstały dokoła, ale omijały dotąd 
kierowego króla, który był od nich zawsze daleko; 
czuwała zawsze nad nim, niby to blizko a niby 
zdała — blondynka (dama kierowa), która ryce­ 
rzowi przynosi szczęście... Jest krew (as karo), ale
>>>
177 
jest też powrót (siedem trefl); chociaż ranny (dzie­ 
sięć pik) — niewątpliwie przybędzie (siedem kier). 
Słowem karta przynosi same dobre wróżby. 
Choć Lenora doskonale rozumiała całą niedorzecz­ 
ność tej gry, to jednak mimowoli uspokajała się 
pod wpływem słów niańki. 
Maciejowa powiedziała jej dobranoc — i ode­ 
szła. Lenora, gdy została sama, niedługi czas po­ 
zostawała w spokoju, zbudzonym pocieszającą ka­ 
bałą. 
Mimowoli twarz jej przybrała wyraz smutku; 
jakby daleki, obcy poświst jęczącego wichru usły­ 
szała w uszach, w samej muszli swego ucha; cię­ 
żar, który nigdy nie spadał z jej serca, zaczął ją 
daleko mocniej uciskać; ręce naraz jej zlodowa­ 
ciały, a w piersi jął ją szarpać niepokój najbo­ 
leśniejszych przeczuć. 
Powoli zaczęła się rozbierać; wyjrzała przez 
okno. Księżyc napół rozcięty świecił na czystym 
niebie śród chorowodu migotliwych słońc i gwiazd. 
Z sąsiedniej puszczy dochodziły głuche i nieprzer­ 
wane jęki i wycia, z poza lasu słychać było gwał­ 
towne ujadanie psów, oszczekujących swoje wizje 
upiorne. — Naraz te głuche wycia puszczy i te szcze­ 
kania psów umilkły niby na rozkaz jakiejś woli nie­ 
znanej. Cisza stała się w powietrzu głucha i uro­ 
czysta i tylko chwilami nietoperz szerokim ruchem 
kołowym przeleciał powietrze albo sowa gdzieś huk­ 
nęła, ukryta na wysokiej topoli. 
Zapatrzona w tę ciszę nocną — Lenora, zda się, 
pragnęła sięgnąć okiem aż do Mandżurji... 
W czwartym wymiarze. 
12
>>>
178 
Była już napół rozebrana, gdy naraz bardzo 
blizko domu — niby na gościńcu, usłyszała wielki 
krzyk: 
— 
Lenoro! 
Otworzyła okno. Był to krzyk rozpaczy. 
— 
Lenoro! 
To głos Konrada. On tu gdzieś jest w pobliżu... 
Jakim sposobem, dla czego — nad tym nie miała 
czasu się zastanowić. Wyskoczyła oknem do o- 
grodu — i, narzuciwszy na siebie jakąś chustę, wy­ 
biegła natychmiast na gościniec, bo krzyk ten jesz­ 
cze się powtórzył. Pod sztachetami ogrodu leżały, 
przykucnięte i wystraszone, dwa czarne tęgie kundlo- 
brytany, przeznaczone do straży nocnej koło dworu; 
skamlały żałośnie, jakby zatrwożone niewidzialną, 
zbliżającą się tu zmorą. 
— 
Konradzie! — wołała Lenora — idę, idę do 
ciebie! Gdzie jesteś!... 
Była już na gościńcu — okiem osłupiałym pa­ 
trzyła w błękitny mrok nocy, który nagle szarzał 
i bielał. 
Niewiadomo jak, Lenora znalazła się na wzgó­ 
rzu, którego dotąd nigdy nie widziała w okolicy; 
wzgórze, raczej przesmyk — było naprawo zarosłe 
gęstą wysoką trawą, raczej trzciną; nalewo była 
ścieżka... na tej ścieżce ujrzała Konrada: w oficer­ 
skim ubraniu przesuwał się konno w towarzystwie 
kilku kozaków—gdy naraz z gęstej wysokiej trawy 
wypłynęła trzykroć liczniejsza grupa żołnierzy, 
w których Lenora, przypomniawszy sobie różne 
obrazki, poznała Japończyków. Oficer japoński szedł
>>>
179 
wprost na Konrada — i próżno Lenora chciała swą 
ręką odżegnać niebezpieczeństwo. Konrad był już 
sam, gdyż żołnierze jego padli od kul nieprzyjaciel­ 
skich, zabici, nim jeszcze Japończycy ukazali się ze 
swego ukrycia w trzcinach gaolanu. 
1 Konrad upadł ostatni obok swych szeregow­ 
ców. Lenora nie słyszała wystrzałów, ale widziała 
dym prochu i kule w powietrzu latające. 1 w chwili, 
kiedy Konrad upadł, Lenora nad jego głową ujrzała 
cudowną Madonnę Lorenza Veneziana, która go 
błogosławiła swemi słoneczno-różanemi palcami. 
— 
Konradzie! — zawołała Lenora, niemiejąc 
z trwogi i rozpaczy. 
Naraz pole gaolanowe i wojownicy japońscy 
zniknęli. 
Na nowo noc zapanowała. 
Konrad pozostał sam. Przez mgnienie jeszcza 
promieniało nad nim widziadło Madonny, ale wnet 
się rozwiało i we mgle przygasło. 
Konrad chwilę jedną leżał na ziemi, ale natych­ 
miast powstał — i, milcząc, zbliżył się do Lenory, 
patrząc na nią tajemniczo, tymsamym okiem, którym 
niegdyś patrzył na nią przy pożegnaniu... 
Nie mówił nic — i Lenora spostrzegła na jego 
szyi dwie czerwone strugi krwi, toczące się z dwuch 
ran, zadanych kulami Japończyków. Jednakże w o- 
czach Konrada był jakiś nakaz — jakaś wola... Istot­ 
nie, szedł on w stronę cmentarza — Lenora oparła 
się o jego ramię i szła za nim, niepomna niczego: 
ani tej nocy chłodnej i milczącej, ani domu, który 
12"
>>>
180 
opuściła, ani dziwu tych zjawisk, co ją otaczały... 
Wszystko to wydało się jej tak jasne i zrozumiałe, 
że ani na chwilę nie zapytała siebie, co to znaczy 
— 
i czy to prawda — i czy to podobieństwo. 
Szła smagana wietrzykiem niezbyt surowym, ale 
chłodnym, październikowym; szła, oparta o ramię 
Konrada albo raczej jego podpierając, ufna, że nic 
jej złego stać się nie może... 
On ją prowadził gościńcem — wdał od domu 
matki — a szli tak szybko, że w niecałe minut pięt­ 
naście byli u wrót cmentarza — minęli świeżą mo­ 
giłę włóczęgi — i ruszyli do tych grobowisk rodzin­ 
nych, które Konrad oglądał zawsze, nim stanął 
w domu narzeczonej. 
Wrota cmentarza szczególnym trafem były nie- 
zamknięte... Stanęli nareszcie u celu wyprawy, ale 
w ostatniej chwili nieszczęsna Lenora spostrzegła 
naraz, że Konrada przy niej niema... 
Zniknął niewiadomo jak i kiedy... 
I upadła bezsilna, wyczerpana, nieprzytomna 
u mogiły swego ojca... 
Nazajutrz rano stróż cmentarny znalazł ją o- 
mdlałą, prawie sukien pozbawioną — koło grobu. 
Zawezwawszy pomocy, kożuchami ją nakrył—i od­ 
wiózł do domu, gdzie matka z przerażeniem do­ 
wiedziała się o zniknięciu córki... 
Długie miesiące Lenora, między życiem a śmier­ 
cią, leżała w gorączce.' 
W jakie pół roku po tym zdarzeniu przybyła 
wieść oficjalna o śmierci Konrada. Przeznaczony 
do służby wywiadowczej, zginął w walce z podob-
>>>
181 
nym oddziałem japońskim. Zginął tejsamej właśnie 
nocy, kiedy Lenora, widzeniami opętana, poszła na 
cmentarz za cieniem — i tam upadła zemdlona. 
Ostatnie słowo zabitego był to głośny krzyk: Le­ 
nora!
>>>
MEMORJAŁ 
DOKTORA CZANG*FU*LI.
>>>
Paryż, w r. 2652. 
yprawa naukowa do szczególnej części świata, 
zwanej Europą, dokąd wysłany zostałem 
TT 
przez czcigodną Akademję nauk w Peki­ 
nie — dala rezultaty tak nieoczekiwane, że gdyby 
się okazały prawdą fantastyczne teorje uczonego 
Lapończyka dra Teene Weene, byłby to poprostu 
przewrót zarówno w nauce gieologji, jak i historji. 
To zaś, co mi tu pokazywali niektórzy uczeni 
lapońscy, zresztą wszystko b. wychowańcy naszych 
chińskich uniwersytetów — wydaje się chwilami rze­ 
czywistością ; w istocie jednak jest to szczególna 
igraszka natury, która lubi naśladować dzieła rąk 
ludzkich i łudzić osobliwie wzrok i umysł czło­ 
wieka. 
Wy, którzy przebywacie w mirtowych i migda­ 
łowych gajach Władywostoku (mówiąc dawnym imie­ 
niem) czyli Lan-ding-stongu, wy, którzy oddychacie 
czarowną wonią syberyjskich cytryn i pomarańcz, 
ani się domyślacie, jak straszne czyni wrażenie po­ 
byt w Europie, pokrytej niemal w całości wiekui­ 
stym śniegiem i lodem. Nie sądzę, aby jakakolwiek 
rasa ludzka mogła tu przebywać, z wyjątkiem może 
Lapończyków, Samojedów i Kamczadałów, którzy 
podobno niegdyś mieszkali w północnej części na­ 
szego kraju, w Kamczatce, i dopiero w wieku XXII,
>>>
186 
w czasie wielkiej wędrówki narodów, opuścili Sy- 
berję — i przenieśli się do Europy wraz z renife­ 
rami. 
Jest to niewątpliwie legienda, oparta na starożyt­ 
nej baśni o Atlantydzie, a rozpuścił ją wraz z wielu 
innemi uczony Lapończyk dr. Teene Weene. 
Bądź jak bądź cechą szczególną Europy jest 
wielkie upowszechnienie renifera, który ma w sobie 
podobieństwo do naszych jeleni, ale tu służy tak 
jak u nas koń i wół; owóż chimeryczny dr. Teene 
Weene, chociaż kończył studja w Pekinie, twierdzi, 
że za czasów swego pobytu na Syberji — znalazł 
śród wykopalisk kości reniferów i zapewnia, że nie­ 
gdyś na Syberji żyły renifery i że klimat tego kraju 
był równie surowy, jak klimat Europy. 
Dzieło dra Teene Weene pt. Epoki lodowe 
naszej planety wywołało niemałe wrażenie, 
gdyż jest to rzeczywiście niebywałe curiosum 
w dziejach nauki, zwłaszcza niektórzy młodzi Chiń­ 
czycy — (jak wiadomo młodzież łatwo się entu­ 
zjazmuje) — przyjęli to dzieło z wielkim zapałem, 
gdyż paradoks i ekscentryczność zawsze znajdą wiel­ 
bicieli. 
P. Teene Weene, opierając się, jak mówi, na dłu­ 
goletnich badaniach gieo- i hydrologicznych z jednej 
strony, z drugiej na rozkopaliskach czynionych w swej 
lodowatej ojczyźnie Frankolaponji, a zwłaszcza w tej 
osobliwej śnieżno-wzgórzystej pustyni, która się zo­ 
wie pustynią Paryską — odkrył, jak zapewnia, rze­ 
czy nadzwyczajne, które z naszego stanowiska bajką 
śmiało nazwać można.
>>>
187 
Twierdzi on mianowicie, że jeszcze siedemset lat 
temu tj. w pierwszej połowie XX w. Europa miała 
klimat bardzo łagodny, że np. w Kampanji Rzym­ 
skiej kwitły migdały, cytryny i eukaliptusy, jak u nas 
we Władywostoku; że podobno Rzym stanowił nie­ 
gdyś potężne imperjum, że Rzymianie stworzyli 
prawo (! ?), że Paryż (ta lodowata pustynia) był sto­ 
licą wielkiej Republiki i że tu jeszcze w XVIII wieku 
ogłoszoną została t. zw. Deklaracja prawa czło­ 
wieka. 
Tak mówi dr. Teene Weene, ale każdy Chińczyk 
doskonale wie, że istotnym źródłem wszelkich po­ 
jęć prawnych na świecie były i będą zawsze Chiny; 
że tu po raz pierwszy w XX wieku ogłoszono za­ 
sadnicze ideje wyzwolenia człowieka i tu również 
powstała pierwsza na globie Republika. 
Nie będę zresztą polemizował z tak śmiesznemi 
twierdzeniami, jak te, które ogłasza p. Teene Weene. 
Jeszcze osobliwsze rzeczy opowiada nam on o sa­ 
mej przemianie klimatu w Europie i na Syberji — 
i zapewnia, że przyczyną tego zjawiska był sam 
człowiek, który rozzuchwalił się nadmiernie i za­ 
mierzył kulę ziemską przetworzyć, nie obliczywszy 
przedtym wszystkich możliwości. 
Jak to powszechnie wiadomo, Rzym znajduje 
się na tymsamym równoleżniku gieograficznym, co 
Władywostok. Rodzi się więc niepokojące pytanie: 
dla czego Rzym jest tak lodowcami pokryty, bezludny 
i nieurodzajny, gdy Władywostok ma klimat do tyla 
gorący, że można tam hodować pomarańcze, a na­ 
wet daktyle się udają? Oczywiście klimat decyduje
>>>
188 
o możliwości lub niemożliwości kultury; jakąż kul­ 
turę mogą mieć Lapończycy lub Samojedzi, miesz­ 
kając w krainie tak zimnej i bezpłodnej, jak pus­ 
tynia Paryża lub lodowiska Rzymu? Odpowiedź 
prosta—bardzo ubogą i nędzną. Zresztą od jakich stu 
lat szerzy się tu cywilizacja chińska, naturalnie w spo­ 
sób, miarkowany klimatem. 
Tajemnica owej rzekomej przemiany klimatu 
Europy i Syberji wynikła — jak mówi dr. Teene 
Weene — stąd, że w początkach XX w. przekopano 
w Ameryce Środkowej wielki kanał Carraba, który 
do dziś istnieje i Chinom niemałe oddaje usługi: 
skraca nam bowiem drogę do Afryki, zamieszkanej 
przez dość cywilizowane ludy Blankonegrów; jak 
wiadomo północ i zachód Afryki stanowi naszą ko- 
lonję, gdy południe i wschód opanowali Japończycy. 
Europa miała niegdyś w pewnej odległości od 
swych brzegów prąd gorący, zwany Golfsztrem: 
szedł on od zatoki Meksykańskiej ku Norwegji, ogrze­ 
wając w ten sposób całą Europę zachodnio-północną, 
gdy południową ogrzewały wiatry afrykańskie. 
Lapończycy, Samojedzi i inne plemiona miesz­ 
kały na najdalszej północy, tam gdzie jeszcze mógł 
swobodnie żyć renifer. 
W innych krajach przebywały wymarłe narody, 
jak Anglicy, Niemcy, Francuzi, Włosi i t. d . Potom­ 
kowie tych ludów, zimnem przepędzeni, wywędro- 
wali do Afryki i Ameryki. Są to ludy szczególnej 
barwy mleczno-kawowej, choć nasz ekscentryczny 
Lapończyk twierdzi, że byli oni niegdyś bielsi na­ 
wet od nas, Chińczyków (! ?).
>>>
189 
Podobno byli bardzo cywilizowani. Dr. Teene 
Weene znalazł nawet (nie śmiejcie się !) w wykopa­ 
liskach Paryża przedmioty zamrożone, które, po roz- 
tajaniu, okazały się książkami (tak!). Zdawałoby się 
nadto, że ci bajeczni mieszkańcy Europy mieli al­ 
fabet, znali druk i nawet pisali książki ! 
Ot, co znaczy myślenie przez analogję. Co do 
alfabteu to rzecz, szczególna — jest to nazs własny 
chiński alfabet, którym piszę ten list i którym nasze 
książki się drukują, wynaleziony w XX w. 
Ze zwykłą u obłąkanych konsekwencją mówi 
dr. T. W., że poznał język wymarłych Paryżan ; jest 
on rzeczywiście podobny do języka niektórych grup 
Blankonegrów afrykańskich, ale nieco odmienny, 
jakby czystszy i bogatszy. Sądzę poprostu, że dr. T. 
W., któremu niepodobna zaprzeczyć bogatej wyo­ 
braźni, musiał z języka Blankonegrów sfingować, 
że tak powiem, swój rzekomo z mogiły wykopany 
język wymarłych Paryżan. Jest to język zapewne ro­ 
dowodu mongolskiego ; istotnie, po mongolsku n. p. 
„zakochany" zowie się amura i, po parysku amou­ 
reux. O ile więc taki język rzeczywiście istniał, na­ 
leżałoby go zaliczyć do grupy języków mongolskich. 
Ale wróćmy do sprawy najważniejszej. Przeko­ 
panie kanału Carraba wywołało jeden skutek niespo­ 
dziewany i nieprzewidziany przez budowniczych 
tego — jak mówiono niegdyś — arcydzieła sztuki 
jnżynjerskiej. 
Oto mianowicie gorąca woda prądu meksykań­ 
sko-norweskiego zaczęła się przelewać z oceanu 
Atlantyckiego w głębie oceanu Spokojnego — z po-
>>>
190 
czątku w niewielkich ilościach, potym zaś w coraz 
większych — tak że po upływie stu lat — mniej- 
więcej w roku 2050 Golfsztrem europejski zniknął 
zupełnie i, można rzec, zlodowaciał. Krainy niegdyś 
ciepłe, jak Irlandja, Anglja, Skandynawja, Niemcy 
i t. d., pozbawione fal prądu gorącego — zaczęły 
stygnąć stopniowo, oziębiać się i lodowacieć, aż za­ 
marły całkowicie i stały się siedliskiem wiecznych 
śniegów i lodów; później nieco lberja, Francja, 
Włochy — ogrzewane czas jakiś tchnieniem wiatrów 
afrykańskich — również uległy mroźnym prądom 
Atlantyku i również zastygły i zlodowaciały. 
Nawet Afryka się oziębiła. 
Północ Europy stała się zgoła niezamieszkalną 
dla człowieka; białe niedźwiedzie tam marzną. 
To też mieszkańcy północnej i środkowej Eu­ 
ropy uciekli do Afryki. Urusy przeważnie osiedlili 
się w Chinach, gdy Włosi i Hiszpanie popłynęli do 
Ameryki południowej. 
W roku 2150 Europa stała się bezludną; pozo­ 
stali jedynie Lapończycy i tym podobne ludy czudz- 
kie, dla których jednak klimat północy stał się zbyt 
surowy. Konie i bydło, których kości podobno ty­ 
siącami znajdują się w Europie, powymierały ze 
szczętem — i jedynym zwierzęciem stał się tu re­ 
nifer, którego cmentarzyska — jak twierdzi dr, T. W., 
spotykają się na Syberji. 
Lapończycy wyemigrowali z dalekiej północy 
i zasiedlili Francję, Włochy i Hiszpanję, gdzie przez 
sześć tygodni w roku trwa okres cieplejszy, tak że
>>>
19t 
lody nieco tają, a miejscami nawet uboga zielona 
trawa z pod ziemi wygląda. 
Stolicą Frankolaponji jest Paryż, leżący w pełnej 
dziwacznych wzgórz pustyni Paryskiej, gdzie znaj­ 
dują się osobliwe fenomeny, a zwłaszcza wysoka 
na trzysta metrów góra zwana Eifel, cała lodem po­ 
kryta, formy stożkowatej; w porze zwykłej wygląda 
jak olbrzymi sopel kryształu lodowego, rzecz w ta­ 
kich rozmiarach nigdzie nie widziana; jednak w ciep­ 
lejsze dni, kiedy lód zewnątrz taje — widać po­ 
przez jego szkło przezroczyste jakby wiązania me­ 
talowe, żelazne, dziwnego — możnaby powiedzieć — 
matematycznie obliczonego układu. 
Zjawisko to — przez naszą Akademję nauk w Pe­ 
kinie, jedyną instytucję powołaną do badania i określa­ 
nia takich tajemnic — dotychczas wyjaśnione nie zo­ 
stało. Oczywiście to, co mówi p. Teene Weene, że 
ta góra lodowata jest dziełem rąk ludzkich i że jest 
to poprostu wieża, zbudowana przez dawnych miesz­ 
kańców Neolaponji — jest to fantazja, jak wiele 
innych u tego uczonego, na najmniejszą wiarę nie 
zasługująca. 
Z drugiej strony twierdzi dr. T. W ., że dawniej 
Syberja właśnie miała klimat tak surowy, jak dziś 
Europa, a nawet surowszy, a to dzięki zimnym prą­ 
dom, płynącym z bieguna północnego. Owóż w ciągu 
XXI w. wszystka gorąca woda Golfsztremu euro­ 
pejskiego poprzez kanał Carraba przelała się z brze­ 
gów Atlantyku przez ocean Spokojny ku brzegom 
Syberji — i powoli zmieniła jej klimat tak, że na 
początku XXII w. Władywostok miał klimat dawnej
>>>
192 
Italji, a Rzym stał się tym, czym niegdyś był Wła- 
dywostok. 
Na Kamczatce kwitną dziś migdały i oliwy; 
w ziemi Jakuckiej trzy razy do roku bywają żniwa, 
a pomarańcze i wino z nad Bajkału słyną na ca­ 
łym świecie. 
Na Syberji były niegdyś renifery, ale te lub wy­ 
marły jak konie w Europie lub opuściły gorące 
kraje Sybirskie wraz z temi plemionami, które je 
hodowały, a które bez reniferów żyć nie mogą. 
Ludy te — Jakuci, Tunguzi, Magury, Kamczadały 
ii. 
— 
przeniosły się do zamarzłej Europy i z po­ 
czątku mieszkały w północnej Rosji i północnej 
Szwecji, a potym również wywędrowały do Nowej 
Laponji, Nowej Samojedji i innych krain na po­ 
łudniu tej lodowatej krainy. 
Tak mniej więcej przedstawia się hipoteza uczo­ 
nego Lapończyka — niewątpliwie bardzo śmiała, 
a która ma wszystkie cechy fantasmagorji. 
Uczony ten twierdzi, że w miesiącu lipcu i sierp­ 
niu, kiedy lody z lekka topnieją — okazuje się, że 
owe rzekome wzgórza pustyni Paryskiej, to bynaj­ 
mniej nie wzgórza, ale ręką ludzką budowane gma­ 
chy, w ruinie leżące; niektórzy znajdują tam cegły, 
wyroby ze szkła, metalu, drzewa i inne skamienia­ 
łości. Podobno Paryż był niegdyś miastem njemniej- 
szym od Pekinu. 
Jak niepowstrzymaną jest siła rozpędowa raz 
pchniętej w ruch wyobraźni — tego dowodzi naj­ 
zabawniejsze ze wszystkich twierdzeń szanownego 
mędrca lapońskiego, które tu podam na zakończę-
>>>
193 
nie. Z owych rzekomych książek, pisanych wymar­ 
łym językiem paryskim, wyczytał on, że ten naród 
w połowie XX w. był właśnie w przededniu reali­ 
zacji największej reformy, jaka była od początku 
świata: w przededniu rozwiązania kwestyi socjalnej. 
Że właśnie kiedy zaczęło się budowanie podstaw tej 
wielkiej przemiany społecznej — ziemia w Europie 
nagle zaczęła marznąć, temperatura średnia roczna 
zaczęła opadać (do 3, a nawet 2 stopni Cels.) 
— 
i wszelka inicjatywa w tej doniosłej sprawie została 
sparaliżowaną. 
Tu już dr. T . W . doszedł do ostatecznych krań­ 
ców fantastyczności. Jakaż ideja narodzić się może 
w takim klimacie? Zresztą, czyż mogli owi bajeczni 
Paryżanie pomyśleć nawet o możliwości rozwiąza­ 
nia tej sprawy, gdy my, Chińczycy, przy naszym kli­ 
macie, naszym stopniu oświaty, naszym rozwoju 
przemysłu i naszym nagromadzeniu ludności do­ 
tychczas nie rozwiązaliśmy jeszcze tej kwestji — 
i pomimo reform z r. 2437, 2531 i 2580 — znaj­ 
dujemy się ledwie u jej progu. Oczywiście bowiem, 
ta bolesna walka, jaka trwa od początku historji 
między klasą zamożną a klasą ubogą — domaga 
się rozwiązania i będzie kiedyś rozwiązana, jeżeli 
nie za naszych czasów — to w XXVIII albo choćby 
w XXX stuleciu. Ale nie owa Atlantyda legiendarna 
ją rozwiąże, jeno nasza wielka ojczyzna, Republika 
Niebieska, Chiny — rzeczywista kolebka wszelkiego 
postępu ludzkiego i wszelkich idei wolnościowych. 
W czwartym wymiarze.
>>>
REBUS.
>>>
D 
nia 15 sierpnia zginął skrytobójczo, zabity we 
własnym mieszkaniu w Warszawie, Jan Sę- 
dziak, technik, w okolicznościach tajemniczych 
i niepojętych. 
O zbrodnię oskarżony został nasz przyjaciel, 
Fulgienty Trzon, najspokojniejszy z ludzi, jakich zna­ 
łem, sąsiad mój blizki, gdyż mieszkaliśmy naprze­ 
ciwko siebie, na tejsamej ważkiej, zacisznej, dale­ 
kiej od środka miasta ulicy. Mieszkaliśmy, że tak 
powiem, okno w okno i, siedząc każdy u siebie 
w pokoju, mogliśmy spokojnie palić fajki i rozma­ 
wiać ze sobą, nie wysilając głosu. Z naszego miesz­ 
kania widać było, jak w latarce, wszystko co się 
działo u Trzona, i vice versa; dla dyskrecji też za­ 
prowadziliśmy w oknach wielkie story. 
Otóż ten najspokojniejszy człowiek został oskar­ 
żony o zbrodnię. Sprawa jednak była nader powi­ 
kłana: bo jeżeli z jednej strony sąd miał znaczną 
liczbę dowodów przeciw Fulgientemu, to z drugiej 
i on miał zupełnie wystarczające fakta przeciw o- 
skarżeniu. Sędzia śledczy poprostu tracił głowę: bo 
jeżeli z jednej strony stwierdzono alibi Trzona, co 
poświadczyłem ja, pan Mirecki, komersant, doktór 
Lędźwiłł, dalej mój służący i stróż mego domu, to 
znowu stróż domu Sędziaka, jego służba, oraz brat 
stryjeczny ofiary, a jego współmieszkaniec, za po-
>>>
J98 
mocą dowodów niezaprzeczonych stwierdzili, że właś­ 
nie Trzon był u nich. 
Istotnie, w mieszkaniu Sędziaka znaleziono ka­ 
pelusz Fulgientego, jego laskę, porte-cigare, paczkę 
rozsypanych na ziemi biletów wizytowych z imie­ 
niem i nazwiskiem „Fulgienty Trzon", nakoniec 
sztylet, tensam sztylet, który oskarżony wczoraj 
nam pokazywał. Dowody straszne i wprost druzgo- 
czące. 
Najsurowszym jednak corpus delicti przeciw na­ 
szemu poczciwemu partnerowi szachów i winta było 
parę słów, które ten napisał na ćwiartce papieru 
na biurku, w kancelarji Sędziaka, przyczym podpi­ 
sał się i wyraźnie podał swój adres; słowa były 
dziwaczne i, rzecz szczególna! zrozumialsze dla nas, 
niż np. dla sędziego śledczego. Ostatecznie były to 
wprost pogróżki pod adresem ofiary. Ale znów sta­ 
wało się niepojętym, jakim sposobem Trzon mógł 
pisać atramentem fijoletowym, gdy tu w całym domu 
był tylko atrament czarny, czerwony i zielony. 
Ręka jednak bezwarunkowo zdradzała Trzona — 
i gdy sędzia zapytał oskarżonego, kto pisał te sło­ 
wa? ten, pobladszy, rzekł jednak bez wahania: „Ja! 
Nie pamiętam, jak i kiedy, ale ja!" 
I znów sędziemu wydało się szczególnym, w ja­ 
kim celu Trzon sam się oskarżał, aleć ostatecznie 
różne bywają stany psychiczne zabójców.' Również 
do fatalnych rezultatów doprowadziły badania da- 
ktyloskopijne: na szkle, na papierze, na biurku, na 
metalowych prętach łóżka nieboszczyka — wszędzie 
był ten dowód nieomylny: znaki palców Fulgientego.
>>>
199 
My, świadkowie, poprostu niemieliśmy ze strachu 
i zdumienia — i chwilami zaczynaliśmy sami wątpić 
o prawdziwości naszych świadectw. Atrament fijo- 
letowy był to mój własny atrament, zapewne jedyny 
egzemplarz w Warszawie, przysłany mi z Norwegji 
przez mego przyjaciela; butelka firmy Andersen 
& C. zawierała płyn o specjalnym złotawym odcie­ 
niu i łatwo było poznać ten atrament; istotnie Trzon 
pisał u mnie jakiś rebus czy zagadkę, gdyż poczci­ 
wiec lubił się zabawiać tym sportem. A nawet, 
rzecz zdumiewająca, niektóre słowa z tych szarad 
były w tajemniczej epistole, którą znaleziono na 
biurku denata. 
Oto dziwaczne słowa i znaki, w których Trzon 
przyznał własne pismo. 
aackssw 
Zły... §§ ska,cze|wan... DA.. . | Wanda | 
... 23... 
§§§ cze|ka|wan... DA .. . 
Nędzniku, wydarłeś mi szczęście, 
ale—jakem 
zaprzysiągł — nie minęła cię zemsta. 
Fulgienty Trzon. 
15 sierpnia! 
(adres) 
Wczorajszego wieczora Fulgienty był u mnie, 
graliśmy w winta, zresztą niefortunnie, bo Fulgienty 
był wczoraj bardzo gadatliwy; pod wpływem wina 
burgundzkiego zapewne, opowiadał nam swoją his- 
torję miłosną; był chwilami bardzo podniecony,
>>>
200 
potym na jakie dziesięć minut omdlał; był zupełnie 
nieprzytomny. Gdy zaś wrócił do siebie, rozma­ 
wialiśmy — po krótkim odpoczynku — dalej o róż­ 
nych przedmiotach. O godzinie pierwszej po pół­ 
nocy goście moi rozeszli się do domów, doktór 
z Mireckim odprowadzili Fulgientego do bramy, sami 
zadzwonili i stróż domu Trzona jest świadkiem, 
że od tej chwili jego spokojny lokator nie wycho­ 
dził na miasto. 
Zabójstwo dokonane zostało mniej więcej mię­ 
dzy godziną 11 min. 17 a godziną 11 min. 27 przed 
północą. Niepojęte! Doktór, który czuwał nad Ful- 
gientym w czasie jego omdlenia i śledził je z ze­ 
garkiem w ręku—zanotował sobie tę samą godzinę 
i minutę. 
Więc jakże? Z jednej strony oczywista, że Ful- 
gienty nie popełnił zbrodni, a z drugiej niemniej wi­ 
doczne, że tę zbrodnię popełnił. 
Sędzia śledczy był przygnębiony: z jego badań 
wynikało, że absolutnie nikt inny, prócz Fulgientego, 
nie mógł popełnić tej zbrodni; z naszych znów świa­ 
dectw niemniej realnie wynikało, że Fulgienty abso­ 
lutnie nie mógł popełnić tej zbrodni. 
Ale i my sami byliśmy zachwiani i przerażeni. 
Ten sztylet właśnie wczoraj pokazywał nam Ful­ 
gienty: słowa wypisane na papierze Sędziaka moim 
fijoletowym atramentem — były to mnfej więcej te 
same słowa, które oskarżony mówił u mnie jakimś 
szczególnym głosem, a i to przypominam sobie, że, 
gdyśmy się żegnali, Fulgienty nie mógł znaleźć ani 
kapelusza, ani laski; cygarnica też mu zginęła.
>>>
201 
Fulgienty Trzon był starym kawalerem i praco­ 
wał w administracji fabryki żelaza pod firmą: Jules 
Durand & C-o. Moje zbliżenie z Fulgientym trwało 
od lat kilku, było ono nieco przypadkowe, ale zmie­ 
niło się w stosunek bardzo zażyły. Spotykaliśmy 
się dłuższy czas w pewnej cukierni, gdzie grywali­ 
śmy w szachy. Ponieważ pewnego razu i mnie i jemu 
zabrakło partnera, przedstawiłem mu się i zawar­ 
liśmy znajomość, a potym jako blizcy sąsiedzi wi­ 
dywaliśmy się niemal ciągle; łączyło nas jeszcze sta- 
rokawalerstwo i nawet pewne koleżeństwo zawo­ 
dowe, gdyż ja byłem rysownikiem u N. inżynjera, 
który znajdował się w stałym stosunku z fabryką 
Jules Durand & C-o . 
Latem, w towarzystwie kilku innych przyjaciół, 
urządzaliśmy w święta wycieczki zamiejskie, a w zi­ 
mie chodziliśmy razem do teatru, na koncerty — 
albo też zbieraliśmy się u siebie na winta. 
Z innych osób bywał u mnie profesor Tarło, 
doktór Lędźwiłł, pan Mirecki, komersant, i in. 
Dnia 15 sierpnia zebrali się ci panowie u mnie; 
profesor Tarło wyszedł bardzo wcześnie, gdyż miał 
jakieś posiedzenie; pozostało nas czterech. Oczywi­ 
ście był i Fulgienty. Szymonowi kazałem sprowadzić 
z piwnicy dwie butelki doskonałego wina burgundz- 
kiego; przyrządziłem też niezłą wieczerzę, gdyż Szy­ 
mon był zdolnym kuchmistrzem. 
Słowem staliśmy wobec zjawiska, przewyższają­ 
cego rozum ludzki.
>>>
202 
Graliśmy w winta, który dziś jakoś kleił się nie­ 
szczególnie; ja, coprawda, byłem zawsze graczem 
lichym. Mirecki grał średnio. Lędźwiłł był mistrzem 
nad mistrze w tej sztuce, a wcale dobrym wincia- 
rzem był Fulgienty. 
Tymczasem ten był dzisiaj szczególnie zamy­ 
ślony; najlepszą grę marnował, aż go doktór po­ 
syłał do wszystkich djabłów. Więc raz miał niby 
szlemik w pikach; licytując, powiedział na piki dok­ 
tora odrazu dwa piki; okazało się, że ma tylko 
trzeciego waleta: leżeli bez jednej. Doktór huczał, 
jak organ, ale Fulgienty był niepoprawny. Miał szlem 
bez atu, wskutek roztargnienia nie dał przejścia 
partnerowi — i przepadł bez ośmiu. 
Pomimo gniewu doktora, Fulgienty uśmiechał się 
dobrodusznie, jakby zajęty był zupełnie innemi spra­ 
wami. Miewał on takie zagapienia, do czego nawyk­ 
liśmy, przypisując je natchnieniu szczególnego ro­ 
dzaju: Fulgienty bowiem układał szarady, zagadki, 
rebusy, co uważał za bardzo wysoką sztukę; że 
nas to czasami bawiło wybornie, nikt nie drwił z tej 
niewinnej manji naszego przyjaciela. 
W momentach zagapienia, jego oczy blado-nie- 
bieskie, zazwyczaj] nieco rozpierzchłe — były wy­ 
jątkowo rozwiane, prawie wodnisto-powietrzne. Ful­ 
gienty nie był piękny; rysy miał dość nieprawidłowe, 
tak szczególnie złożone, jakby jeden od drugiego 
uciekał, i to był normalny stan jego fizjognomji; 
chwilami jednak w momentach bardzo rzadkich 
i przemijających — wszystkie rozpierzchłe rysy łą­ 
czyły się w jedną, skondensowaną całość, pełną
>>>
203 
niesłychanej energji; miał w sobie coś rozkazują­ 
cego i był w takich chwilach piękny. Ale taka kon­ 
densacja wiązała się u niego z pewnym osłupie­ 
niem, niejako bezwładem myśli i woli; był to po- 
prostu jakby tężec psychiczny, zesztywnienie jaźni, 
połączone z chwilową utratą mowy. 
Po niejakim czasie (zazwyczaj po 10—15 minu­ 
tach) wracał do przytomności, wyczerpany, znu­ 
żony — a przytym usposobiony lirycznie i senty­ 
mentalnie, skłonny do wyznań i zwierzeń, opowia­ 
dał wtedy o swoich rodzicach, o swoich latach dzie­ 
cinnych, o jakiejś pannie Wandzie, w której się ko­ 
chał— „jedyny raz w życiu". 
I dziś, pod wpływem wina, a może też i in­ 
nych—nieznanych nam czynników — Fulgienty dziw­ 
nie się rozmarzył — i coraz większe bąki strzelał 
w wincie. 
— 
Ależ pan gra, jak cap! Cóż do licha? Pewno 
panu jakieś szarady i rebusy w głowie siedzą... i już 
pan nie rozróżnia asa od siódemki! 
— 
I jakby pan zgadł — odrzekł najspokojniej 
w świecie Fulgienty — wymyśliłem nadzwyczajne za­ 
gadki. 
— 
No, to mów — wtrąciłem, przewidując, że 
wint dziś się nie uda. 
— 
Dobrze, ale daj-no atramentu, to wam na­ 
piszę całą rzecz. 
Zaraz podałem mu przybory do pisania, on zaś 
— 
patrząc swoim wodnistym okiem dokoła i blado 
się uśmiechając — mówił do nas. 
— 
Słuchajcie szarady. Pierwsze jest i drugie
>>>
204 
trzecie ma twarz, ten, co się naraz ujrzy pierwsze 
drugie trzecie. 
Ale nikt nie mógł odgadnąć tej niesłychanej 
enigmy. 
— 
No, gadaj odrazu, Fulgienty, co to znaczy, bo 
tu nikt nie jest taki mądry. 
— 
Otóż to — z dumą rzekł Trzon. — Więc wam 
powiem: Zły jest i siną ma twarz (z gniewu) ten* 
co się naraz ujrzy z łysiną. 
— 
Brawo, brawo! — wołaliśmy wszyscy, a zwłasz­ 
cza Szymon, który był wielbicielem zagadek Ful- 
gientego. 
— 
Ale to nie wszystko. Jeszcze drugą wymyśli­ 
łem zagadkę. Masz tu. jedenaście liter: a, a, a, c, 
e,k,n,s,s,w,z;ułóżztegoimięrzekiwAme­ 
ryce. Potym odrzuć jedną literę — i ułóż nazwę 
kwiatka. No, kto odpowie? 
— 
Nikt. Sam odpowiadaj. 
— 
Dobrze, otóż rzeka zowie się Saskaczewan, 
a jeżeli odrzucisz w — pozostanie dziesięć liter, 
i z nich się zrobi Sasaneczka. 
— 
Cudownie! — wołał doktór — że też panu, 
panie Fulgienty, przychodzą do głowy takie mądre 
historje! 
— 
Ba, ba! — mówił ten jakby w tryumfie i pisał' 
na papierze: Saskaczewan... 
skacze wan... (tu coś 
mruczał, jakby skacze icanda — zaśmiał się cichym 
kocim śmiechem)... kacze... czeka... czeka.,.. ivan... 
zcanda... czeka wanda... (zamyślił się nagle). Cha, 
cha, cha! przypomniałem sobie, jaki nadzwyczajny 
rebus kiedyś ułożyłem... Opowiem wam o tym".
>>>
205 
Ale to jeszcze muszę wam pokazać, bo właśnie 
dziś odebrałem z naprawy ten nóż, stary puginał 
bośniacki, który kupiłem dawno, dawno temu... Dziś 
właśnie mija dwadzieścia trzy lata z górą... 
To mówiąc, wyjął z płaszcza, koło drzwi wi­ 
szącego na wieszadle — dość duży nóż z doskona­ 
łej stali angielskiej, z rękojeścią rogową, poryso­ 
waną w ornamenta i litery tureckie, używane śród 
Serbów mahometan. Nóż był w mocno poblakłej 
pochwie z czerwonego safjanu, oczywiście niemało 
lat liczącej; ostrze jednak było świeżo nawecowane, 
błyszczało świetnie i przedmioty odbijały się w nim 
jak w lustrze. 
Podziwialiśmy nóż, poczym oddaliśmy go Ful- 
gientemu, który go z powrotem włożył do płaszcza. 
- 
Ze dwa tygodnie temu, przeglądając stare ru­ 
piecie, znalazłem ten nóż w biurku, głęboko ukryty, 
i przypomniałem sobie dawne lata... — Poczym dodał 
ciszej: — starą historję... — I jeszcze ciszej, prawie 
szeptem: — czeka Wanda... 
Naraz Fulgienty zamilkł. Oczy jego stały się 
ognisto niebieskie, rysy twarzy ześrodkowały się 
niby w posągu marmurowym. Z tym wyrazem nie­ 
złomnej energji i potężnej woli — Fulgienty nagle 
skołowaciał, zesztywniał, nieprzytomny runął na 
ziemię. Doktór za najwłaściwsze uważał puścić mu 
krew. Po dziesięciu — jedenastu minutach dopiero 
(była godzina 11 min. 28) zemdlony obudził się. 
Brom i szklanka wody selcerskiej z cytryną posta­ 
wiły go na nogi. 
Długi czas jeszcze był jakby nieswój — wreszcie
>>>
206 
przyszedł do siebie — i wpadł w nadzwyczajny za­ 
pał oratorski; mówił zaś tak, jakby to był dalszy 
ciąg jakiegoś opowiadania poprzedniego. 
— 
Więc ten młody człowiek zjawił się nagle 
u panny Wandy... i chociaż nie odznaczał się ni­ 
czym, ale powiem wam, że od pierwszej chwili po­ 
czułem do niego antypatję. Nie sądzę, aby Wanda 
miała dla niego więcej życzliwości, niż dla mnie, 
ale był to zuchwalec, poprostu wszelkich delikatnych 
uczuć pozbawiony; gdy ja byłem dyskretny, pełny 
czci religijnej dla mojej pani, on nie miał dla niej, 
czułem to wyraźnie, najmniejszego szacunku; gdy 
ja milczałem, tłumiąc w sercu te wszystkie święte 
słowa, któremi dla niej przepoiłem się do głębi, on 
gadał wciąż, jak opętany, niesłychane głupstwa. 
Wanda śmiała się z niego oczywiście, jako z błaz­ 
na, gdy ten plótł swoje trzy po trzy. W mojej 
obecności zachowywała się zupełnie inaczej: po­ 
ważnie i milcząco, gdyż mówiłem z nią niewiele; 
głównie się opierałem na kontemplacji wewnętrz­ 
nej. Jednakże tamten mię niepokoił: był to skoń­ 
czony technik i dochody miał większe niż ja; nie 
pozwoliłbym sobie nigdy podejrzewać Wandę o in­ 
teresowność, a jednakże, być może, stąd właśnie 
wypływała jego pewność siebie. Nie uważałem go 
za rywala poważnego, ale coś mnie przeciw niemu 
burzyło. Bądź jak bądź, moje uczucie — moje przy­ 
sięgi—jej obietnice... Co prawda, przysiąg jej nie 
składałem, nawet nigdy jej nie powiedziałem, że 
ją kocham, ale pocóż to było mówić, gdy ona 
doskonale o tym wiedziała. Prawdziwa miłość obę-
>>>
207 
dzie się bez słów; owszem, każde słowo profanuje 
głębszą uczuciowość. Powiedziała mi wszystko, obie­ 
cała mi wszystko bez słów — i tylko umyślnie, dla 
przyzwoitości, jako dobrze wychowana panna, uda­ 
wała wobec mnie zimną i obojętną. Teraz jednakże, 
gdy ten przeklęty młody człowiek się pokazał, w sto­ 
sunkach naszych nastąpiła jakaś nieuchwytna zmiana. 
Postanowiłem dwie rzeczy: że nakoniec miłość swoją 
opowiem Wandzie i że tamtego unicestwię... To was 
dziwi, bo żaden z was zapewne nigdy nie kochał 
w takim milczeniu i takim nabożeństwie — i tak 
głęboko, jak ja. Pomyślałem sobie, że go zgładzę, 
jako wcielenie trywjalności, która mi szczęście chce 
zburzyć... Właściwie, sam nie wiem dla czego... Miał 
on dla mnie jakiś dziwny uśmiech, ironiczny i przy­ 
kry... Tak, tak — właśnie ten uśmiech, przy którym 
szczerzył swoje białe zęby — ten uśmiech chciałem 
unicestwić... A teraz druga sprawa: jak powiedzieć 
Wandzie, że ją kocham. Nie chciałem i nie mogłem 
w banalnych i brutalnych słowach wyrazić całej 
głębi mego uczucia. Gdyby to można było za po­ 
mocą sugiestji magnetycznej obudzić w niej rozu­ 
mienie stanu mego. Ale każde słowo — bezpośred­ 
nie, nagie — obrażałoby zarówno mnie jak i ją. 
Chciałem jej to wypowiedzieć w sposób tajemniczy 
i delikatny. 1 oto, co wymyśliłem. Znałem jednego 
poetę, co nawet do Kurjera Świątecznego pisy­ 
wał — i tak mu powiadam: — napisz mi wiersz 
nie długi, ale taki, coby wyrażał, jak kocham pew­ 
ną damę — i wiem o jej uczuciu dla mnie, ale 
ona wobec mnie zawsze udaje zimną i obojętną.
>>>
208 
Napisz mi go tak, żeby go można było ułożyć w re­ 
bus; już ja ten rebus sam wyrysuję, bo chcę te 
swoje oświadczyny posłać jej w formie rebusu. Je­ 
żeli serce jej jest dość przenikliwe i delikatne — od­ 
gadnie tajemnicę. Poeta, z przykrością muszę to wy­ 
znać, surowo ocenił moją metodę; powiedział, że 
kobiecie trzeba zawsze mówić wszystko prosto z mo­ 
stu i brutalnie; kobieta — twierdził — lubi prze­ 
moc. Ale, oczywiście, nie chciałem go słuchać. Poeta 
długi czas się mozolił, bo to trzeba było, żeby był 
i wiersz czuły i trudny rebus. Nakoniec jednak zrobił 
tę rzecz bardzo dowcipnie. 
O, patrzcie! (tu Fulgienty zaczął rysować), jaki 
to był rebus. Naprzód mamy tu jeże, potym idzie 
Lilił — pierwsza żona Adama, pół-djablica z wę­ 
żowym ogonem; oś; małe c; drzewko iwa; małe 
t; rysunek krowy z dodatkiem langue française, 
to znaczy nache czyli wasz; potym szlachcic starej 
daty, co miało znaczyć Lach; następnie wulkan zie­ 
jący ogniem — Etna; potym TY z uwagą deu- 
tsche sprache, to jest du; znów rysunek wyobraża­ 
jący fort albo szaniec; znów słowo wysoki z do- 
pisem english linguage, to znaczy hight czyli 
hajt — i kochasz z uwagą lingua latina, to jest 
amas; dalej było duże K, ułożone z lo; moneta 
hiszpańska 5 pesetas czyli duros ; rysunek „szczura", 
co na Litwie mówią pac ; dalej obraz astronomicz­ 
ny zaćmienie; małe z; nakoniec kufel piwa, w któ­ 
rym widać mus, ale ten mus składa się t małych a. 
Taki był rebus — i tak, w sposób delikatny a wy­ 
raźny — powiedziałem jej, że ją kocham.
>>>
210 
— 
Coprawda, rzecz niebardzo zrozumiała. 
— 
Enigmatyczna! naturalnie. Lecz wyjaśnię wam 
bliżej. Czytajmy naprzód znaki, a potym kombinację 
znaków. 
Jeże-Lilit-oś-c-iwa-t -vache-Lach-Etna-du- 
szaniec-hajt-amas-ka 
z 
lo-duros-pac-zaćmienie-z- 
mus z a. Jeszcze nie rozumiecie? Więc uważajcie, 
wiersz był taki: 
Jeżeli litościwa twa szlachetna dusza 
Niechaj ta maska z lodu rozpaczać mię nie 
zmusza. 
Kobieta z sercem powinna była całą tajemnicę 
tego rebusu odgadnąć. 
— 
Podpisałeś się? 
— 
Niech Bóg broni. List był bezimienny, a ja 
czekałem zwiastowania. 
— 
Nie można powiedzieć, żeby to był najlepszy 
sposób oświadczenia miłości. 
— 
Obawiam się też, że Wanda nie zrozumiała 
delikatności mojego sposobu. Była to niewątpliwie 
dusza wyjątkowa, z tysiąca wybrana, kobieta wyż­ 
sza, dostojna, ale brakło jej tego subtelnego tono­ 
wania uczuć, które właśnie ja uprawiałem. Wierzy­ 
łem, że z biegiem czasu mógłbym ją wyszkolić w tym 
kierunku. Jednakże losy postanowiły inaczej. Tego- 
samego dnia, kiedy wysłałem jej pocztą miejską mój 
rebus, zapukał do mnie jakiś wędrowny kramarz, 
Bośniak, w barwnym turecko-serbskim kostiumie 
narodowym; sprzedawał on fezy, chusty serbskie 
i macedońskie, kaftany, gąbki, pantofle i sztylety. 
Kupiłem sztylet, gdyż dawno marzyłem o takim 
przedmiocie — wiadomo już dla czego. Trzy tygod-
>>>
211 
nie temu z górą — przeglądając stare rupiecie — 
znalazłem nóż, głęboko ukryty w biurku... Widzie­ 
liście, sztuka dobra!... Otóż właśnie przypomniałem 
sobie naraz wszystkie marzenia o Wandzie, która 
na mój list nigdy nie odpisała; przypomniałem so­ 
bie też dziwną myśl o zabójstwie mego rywala. Nóż 
był zardzewiały, więc dałem go do wyostrzenia... 
Patrzcie, toż to dziś 15 sierpnia. Właśnie dnia 15 
sierpnia 187... roku, dwadzieścia trzy lata temu — 
Miałem dzień straszliwy. Doniesiono mi, że się od­ 
był ślub Wandy z tamtym... Osnuł ją swojemi sza- 
tańskiemi nićmi, duszę promienną opętał, a ja... 
Nawet mię nie zawiadomili o ślubie... Wandy nie 
widziałem już odtąd nigdy. Ale jego spotkałem kilka 
razy i za każdym razem chciałem mu krzyknąć: 
„Nędzniku, wydarłeś mi szczęście, ale, jakem za­ 
przysiągł, nie minie cię zemsta!" Sztylet nosiłem 
zawsze przy sobie. Za każdym razem chciałem go 
przebić, ale jakaś martwota wewnętrzna powstrzy­ 
mywała mą rękę. I tak z dnia na dzień odkładałem 
zemstę — aż ostatecznie przeszło to i rozwiało się 
we mgle; potym Wanda z mężem wyjechała gdzieś 
na prowincję, o nim zapomniałem, a może w istocie 
i o niej, choć tylko o niej jednej mogłem pamiętać. 
O czym-że więcej? Cierpiałem przez nią, ale, na­ 
wet cierpiąc, błogosławiłem Wandę, boć ona była 
całą moją wartością wewnętrzną... Czemże byłbym 
bez niej?... A przecież od dnia jej ślubu — jestem 
nieżywy. Trzeba wam jeszcze wiedzieć, że Wanda 
w cztery lata po ślubie umarła: czytałem jej ne- 
14*
>>>
212 
krolog w Kurjerze. Gdtąd wszystko się dla mnie 
skończyło. 
— 
I nigdy się nie spotkałeś już z tamtym ? 
— 
Niech Bóg broni. Przestał mnie już zupełnie 
interesować, zwłaszcza po śmierci Wandy. Zerem 
był dla mnie. Czasem tylko we śnie pokazywał mi 
się, jak zmora. Ale nie wiem nawet, co się z nim 
dzieje. Eh, co gadać! Zmarnowałem życie. 
Było już późno. Pożegnaliśmy się i przypomi­ 
nam sobie, że Fulgienty nie mógł znaleźć ani laski 
ani kapelusza; musiałem pożyczyć mu własnych. 
Nazajutrz koło południa po całym mieście gruch­ 
nęła sensacyjna wiadomość: Fulgienty Trzon za­ 
mordował Piotra Sędziaka; zamordował go koło 
wpół do jedenastej w nocy — i rano przed dzie­ 
wiątą, jak to czasami bywa u zbrodniarzy, zjawił 
się na miejscu przestępstwa; krążył pod bramą domu 
ofiary. Natychmiastowo poznał go stróż, zarówno 
jak służba Sędziaka oraz jego bratanek. Oczywiście 
też go aresztowano. Zbrodniarz wypierał się swego 
czynu, ale wobec jawnych dowodów, jak sztylet, 
kapelusz, laska, pismo własnoręczne, tak się zmie­ 
szał, że jednym słowem nie był w stanie zaprzeczyć 
oskarżeniu i wpadł w całkowite odrętwienie. Z po­ 
czątku oskarżony twierdził, że nie wiedział wcale, 
jakoby Sędziak był w Warszawie; nie wiedział, że 
tu mieszka. Czy go znał? Znał, ale bardzo dawno. 
Czy miał z nim jaki spór? Miał, ale dwadzieścia 
trzy lata temu; spór w istocie zapomniany, zresztą
>>>
213 
nigdy się z nim nie spotykał. Jakiej natury był spór, 
o tym oskarżony nie chciał mówić absolutnie. 
— 
Czy przyznaje, że to jego pismo? 
— 
Przyznaje. Podpis wyraźny, ale pismo tak 
energiczne, jakby to pisał młodzieniec, nie człowiek 
pięćdziesięcioletni. Słowem, pisał to jakby inny Ful- 
gienty Trzon, ale atrament świeży — wczorajszy. 
Na karcie były naprzód jakieś niezrozumiałe zyg­ 
zaki, a potym słowa, będące oczywistą groźbą przeciw 
zabitemu. Dość niejasne było to, że oskarżony tak 
dokładnie podał swoje nazwisko i adres. 
Również niejasnym było, jakim sposobem Ful- 
gienty, pracownik akuratny, nagle pewnego ranka, 
zamiast pójść do biura — znalazł się w obcej dziel­ 
nicy miasta — pod jakimś obcym domem (ul. Wie­ 
loraka, Nr. 43), gdzie właściwie nie miał żadnej 
sprawy. Coś — jak mówił Fulgienty — ciągnęło go 
w tę stronę; czuł, że musi iść tam, a nie gdziein­ 
dziej. Dla czego? niewiadomo. Jakiś nakaz nieokreś­ 
lony, jakaś wola nie własna; poprostu musiał. Trzy 
razy chciał zawrócić i trzy razy był znów na dro­ 
dze ku temu domowi. 
Słowem — o ile sędzia trzymał się świadectw 
zdrowego rozsądku oraz mieszkańców domu pod 
numerem 43 — wszystkie poszlaki były przeciw 
Fulgientemu. Jednakże, z chwilą, gdy wystąpiliśmy 
my, świadkowie Fulgientego, wobec niewątpliwej ucz­ 
ciwości naszej — dowody przeciw oskarżonemu mu­ 
siały runąć natychmiast. Od godziny 9-ej wieczorem 
do 1-ej po północy był u mnie; oddawaliśmy się 
zajęciom najpospolitszym; koło godz. 11 -ej z kwa-
>>>
214 
dransem Fulgienty omdlał i był zupełnie nieprzy­ 
tomny w tymsamym czasie, w którym zabity zo­ 
stał Sędziak. Potym czuł się nieco osłabiony, wresz­ 
cie od pierwszej w nocy do ósmej zrana znajdował 
się u siebie w domu i na chwilę się nie oddalił, 
0 czym świadczy jego odźwierny, stróż i posłu- 
gaczka. 
Niewyjaśnione były fakta następujące: jakim spo­ 
sobem sztylet, kapelusz i laska Fulgientego oraz jego 
bilety wizytowe znalazły się w mieszkaniu Sędziaka; 
jakim sposobem zabójca mógł pisać moim atra­ 
mentem fijoletowym, którego tu w kałamarzach nie 
było; jakim sposobem wypisały się tu zygzaki 
1 słowa Fulgientego; jaka siła wreszcie sprowadziła 
Fulgientego pod dom Sędziaka. 
— 
Rebus, rebus! — wołał zrozpaczony sędzia 
śledczy. 
— 
Chyba djabeł się tu wmieszał. 
Powiedział to głosem tak poważnym i z takim 
przekonaniem, że nas mimowolny przeszedł dreszcz. 
— 
Nikt inny, tylko djabeł przybrał postać oskar­ 
żonego — i on-to popełnił zbrodnię! A może jaka 
symulacja — dodał już bardziej fachowo. 
Blizko miesiąc trwało śledztwo, które nie dopro­ 
wadziło do żadnych wyników pozytywnych. 
Tu nawiasowo zaznaczę, że niemal przypadkiem 
wpadł mi w rękę dokument, bardzo ciekawy, choć 
dla sprawy obecnej nie mający znaczenia. Oto na 
etażerce koło biurka denata, otworzywszy jakąś książkę 
(coś z technologji), natrafiłem na ćwiartkę papieru, 
na której był wyrysowany tensam rebus, co to go
>>>
215 
nam wczoraj objaśniał Fulgienty. Był to jego „list" 
z przed lat dwudziestu trzech. Niżej — pod malo­ 
wanką — drobnym pismem kobiecym uwiecznione 
były następujące słowa: „To od tego barana!" 
Nigdy oczywiście tego dokumentu, który dość 
osobliwie świadczył o jego ubóstwianej Wandzie, 
nie pokazałem Fulgientemu. 
Po miesiącu z górą przyjaciel nasz został wy­ 
puszczony z więzienia dla braku dowodów, dosta­ 
tecznie stwierdzających winę. 
Witaliśmy go jak ocalonego z wirów morskich. 
Był strasznie przygnębiony. Jego lekka szpako- 
watość stała się gęstą siwizną; oczy zaś nabrały 
wyrazu skupionego i wodnistość ich przemieniła się 
w czysty szafir, nie można powiedzieć — ożywiony, 
lecz nie pozbawiony mocy. Wychudł i chodził po­ 
chylony. 
— 
O mało co obłędu nie dostałem — mówił. 
A toż ja o tym zabójstwie myślałem dwadzieścia 
parę lat temu — i w gruncie nie brałem tej myśli 
nigdy naserjo. Potym zapomniałem o niej tak, jak 
tylko można o czymś zapomnieć. Nie wiedziałem 
wcale, że Sędziak przyjechał do Warszawy — i do­ 
piero na śledztwie dowiedziałem się szczególnej 
rzeczy. Oto Sędziak przybył z prowincji tegoż dnia 
i o tejże godzinie, kiedy ja znalazłem swój nóż boś­ 
niacki. Nóż był pordzewiały, oddałem go do wyo­ 
strzenia i dopiero po paru tygodniach — i to dnia 
15 sierpnia odebrałem go z naprawy. Pamiętacie,
>>>
216 
żem wam ten nóż pokazywał. Nie wiedziałem, że 
mi go ten drugi porwie i zabije nim Sędziaka. 
— 
Co za ten drugi- 
— 
No, ten, co zabił. Nie wiem, jak go nazwać. 
A przecież ja go widziałem. 
— 
Jak to widziałeś? 
— 
Widziałem — na chwilą. Był u mnie w wię­ 
zieniu. Człowiek (a może nie człowiek), bardzo do 
mnie podobny, zjawił się u mnie i drwiąco patrzył 
się w moje oczy. Chciałem z nim porozmawiać, 
ale zniknął. Mówcie, co chcecie; ja wierzę, że jest 
jakiś drugi Fulgienty na świecie. Działa on poza 
mną i beze mnie, ale wykonywa moje czyny, te, któ­ 
rych sam zapewne nigdybym nie wykonał; zabiera 
mi kapelusze, laski i sztylety. W nim jest moja ener- 
gja, moja pamięć, moja złowroga siła. To jest mój 
rebus. On to mię zawiadomił, że Sędziak jest; on 
kazał mi sztylet wyostrzyć, on wyszedł ze mnie, 
kiedy byłem uśpiony; on zabił mego rywala. Kiedy 
we mnie i miłość dla Wandy i pragnienie zemsty 
dawno już zwietrzały, tamten był wiecznie świeży 
i wiecznie o tym pamiętał. Dla tego wszyscy mię wi­ 
dzieli przy ul. Wielorakiej, bo to był on. 
— 
A potym już go nie widziałeś? 
— 
Nie widziałem — i nie chciałbym go zoba­ 
czyć, bo to moja zła wróżba. 
Minęło parę miesięcy. Nadeszła wiosna roku na­ 
stępnego; nasze ostatnie posiedzenie domowe. Ful­ 
gienty się uspokoił.
>>>
217 
Pewnego razu siedzieliśmy we dwuch — było 
to u mnie — i graliśmy w szachy; Fulgienty grał 
niefortunnie i dostał mata. Szymon przyniósł her­ 
batę i rozmawialiśmy o różnych sprawach, gdy na­ 
raz, spojrzawszy w okno, w przeciwległym domu 
zobaczyliśmy w mieszkaniu Fulgientego zapaloną 
świecę. 
— 
Patrz-no, ktoś tam jest u mnie. 
Rzeczywiście, jakiś pan czarno ubrany — krążył 
po jego gabinecie. 
— 
Kto to być może? Trzeba się dowiedzieć. 
W kilka chwil potym byliśmy przed bramą domu 
Trzona. Koło furty stał stróż i ćmił fajkę. 
— 
Wincenty, powiedźcie, kto to zachodził do 
mnie ? 
— 
A no, prócz pana dobrodzieja, nie widziałem 
nikogo. 
— 
Co też wy mówicie ? — niespokojnie odparł 
Fulgienty i szybko pobiegł na schody. Ja za nim. 
Otworzyła nam posługaczka Janowa. 
— 
Kto tu przychodził ? — zapytał ją nieco zdła­ 
wionym głosem. 
— 
Dyć pan sam przychodził. Nikogo tu nie 
było. 
Szybko wpadł do swego gabinetu. Nie było ni­ 
kogo. 1 świeca się nie paliła. Musiał ulec jakiemuś 
złudzeniu. 
Zapalił świecę i zaczął się rozglądać dokoła. 
Mimowoli spojrzał na biurko. 
Na białym papierze — formy kancelaryjnej —
>>>
218 
znalazł, wypisane swoją własną ręką — następujące 
słowa: 
15 sierpnia. Czeka Wanda. Fulg. Trz. 
— 
Co to znaczy ? 15 sierpnia! Czekajmy 15 sierp­ 
nia. Teraz mamy koniec marca. Za cztery i pół 
miesiące. Urządzę większe zebranie. Będzie dużo 
osób. Zobaczymy. 
Czas mija szybko. Nadszedł dzień, właściwie wie­ 
czór 15 sierpnia. Zebrało się u Fulgientego liczne 
towarzystwo. Byłem oczywiście i ja. Opisywać uczty 
nie będę, powiem tylko, że o godzinie dwunastej 
dał się słyszeć dzwonek i wszedł do sali człowiek, 
jak dwie krople wody podobny do Fulgientego, ale 
jakby pewniejszy siebie. ^Nasz przyjaciel stał na 
środku pokoju. Ten drugi szedł ku niemu powoli, 
ale pewnym krokiem — i, zbliżywszy się, podał mu 
rękę. 
— 
Czeka Wanda! — rzekł i w tejsamej chwili znik­ 
nął, jakby zlewając się z Fulgientym, który na zie­ 
mię runął, jak długi. 
Pękło mu serce.
>>>
NOWE MIESZKANIE.
>>>
H 
istorja, którą mi pan opowiada — mówił dok­ 
tór — jest rzeczywiście tak dziwna, że niemal 
nieprawdopodobna. I gdyby pana nie znale­ 
ziono tam w tej szopie, na pustym podwórku... I pan 
istotnie nie wie, jakim sposobem pan się tam zna­ 
lazł? 
— 
Nie mam pojęcia... 
— 
Jakieś działanie bezwiednych a nieznanych sił 
duszy, rozszczepienie jaźni nad wyraz ciekawe i wy­ 
jątkowe. Nie mogę jeszcze się zorjentować. Proszę 
mi powiedzieć tylko jedno: czy pan kiedy myślał 
o samobójstwie? 
— 
O samobójstwie? Doktorze, wydobywasz ze 
mnie pamięć dawno minionych dni. Istotnie, byłem 
wtedy bardzo młody, blizko dziesięć lat temu, gdy 
mię naraz dotknęły dwa wielkie nieszczęścia. W ży­ 
ciu moim nastało załamanie. Miałem wtedy, pewnie 
pod wpływem rozpaczy, jakąś głęboko utajoną, od­ 
ruchową dążność do samobójstwa, a która obja­ 
wiała mi się raczej we śnie, niż na jawie — i przy- 
tym w sposób bardzo szczególny... 
— 
Szczególny? Znów coś osobliwego? 
— 
Być może. Miałem od czasu dó czasu we 
śnie widzenie liczby. Nagle, niewiadomo skąd i jak, 
ukazywała mi się w ognistych cyfrach liczba 33. 
Dla czego 33 — nie wiem, ale, przez jakieś tajem-
>>>
222 
nicze skojarzenie, wiedziałem, że ta liczba 33 zna­ 
czy dla mnie tyleż, co śmierć samobójcza. Z moich 
obserwacji wynika, że takie skojarzenia senne mają 
zawsze charakter jakby półświadomego jasnowidze­ 
nia. Taki niepojęty łącznik istniał dla mnie zawsze 
między liczbą 33 a samobójstwem. Na jawie nigdy 
o tym nie myślałem, nie dla tego, żebym nadmier­ 
nie kochał życie, ale poprostu, że mi zawsze był 
wstrętny szereg tych rękoczynów, jakie są konieczne 
do aktu samobójstwa. 
— 
1 często się to powtarzało? 
— 
Przez pewien czas dosyć często. Rozumiałem, 
że to wróżba śmierci, tymczasem minął rok 33, do­ 
chodzę czterdziestu lat, a jednak żyję, nie umarłem. 
— 
Dziwne, dziwne! Być może w najgłębszej, roś­ 
linnej głębi pańskiej jaźni myśl ta przechowała się 
jako zasadnicza dźwignia pańskiej duszy. 
— 
Tego nie wiem. Wogóle mam w sobie pewną 
dwoistość i moje życie senne jest nader dziwne,- 
zgoła odmienne od jawy: na jawie mam umysł 
trzeźwy, ścisły, żadnym rojeniom nie podatny. Sen 
wyprawia ze mną dziwy. Ściśle biorąc, to ostatnie 
moje zdarzenie jest to również wynik tego fenomenu, 
podwójności, który we mnie występuje, w sposób 
mnie samemu niezrozumiały. Jestem prawie zu­ 
pełnie niemuzykalny, pozbawiony słuchu, najprost­ 
szego krakowiaka fałszuję. Tymczasem, jak to wiem 
od znajomych, po nocach, przez sen, śpiewam z nad­ 
zwyczajną siłą i harmonją wprost nadziemską. Na- 
wsi u X., gdzie często bywałem, umyślnie usypiano- 
mię, aby posłuchać koncertu. Jest to szczególny-
>>>
223 
objaw somnambulizmu słuchowego. Sąsiedzi" moi nao- 
gół byli ze mnie niezadowoleni, tylko pewna staruszka 
mówiła, że ten śpiew — to głos chórów anielskich, 
który wieści przynosi z nieba, i tylko ludzie dla 
swych grzechów ich nie rozumieją, i że bezbożnie 
jest gniewać się na to śpiewanie. Większość jednak 
trzeźwo myślących obywateli naszej kamienicy trak­ 
towała sprawę tylko z tego stanowiska, że im spać 
przeszkadzam, a jeżeli chce mi się po nocach śpie­ 
wać, to mogę sobie sypiać w wielkiej operze. Pod 
ich to naciskiem gospodarz wymówił mi mieszkanie. 
— 
I opuścił pan tę kamienicę? 
— 
Właśnie pewnego ranka postanowiłem szu­ 
kać nowego mieszkania. Byłem zaś w tak równym 
•usposobieniu ducha jak nigdy. Poprzedniego wie­ 
czora studjowałem kwestję mechanicznego równo­ 
ważnika ciepła i rozmyślałem nad tym, jakby przy 
tej przemianie ciepła w ruch zaoszczędzić jak naj­ 
większą sumę ciepła, aby się nie rozpraszało. Sprawa, 
jak pan widzi, sucha, liczebna, lodowata, nie mająca 
żadnego związku ani z czwartym wymiarem, ani ze 
światem duchów. 
Wstałem dość późno, koło dziesiątej, ale nie 
czułem w sobie najmniejszego śladu zmęczenia, ani 
neurastenji, która mnie gnębi czasami w godzinach 
rannych. Byłem owszem bardzo podniecony, pełny 
wewnętrznego uśmiechu, jakbym oczekiwał jakiegoś 
szczęśliwego zdarzenia. 
Chwilowo tylko przygnębiła mnie żona listono­ 
sza, moja sąsiadka, która mi rano przynosiła kawę, 
a która była ze mnie bardzo niezadowolona.
>>>
224 
— 
Znowu pan całą noc hałasy wyprawiał! A to 
wszystko przez to, że pan nie ma żony; bzika pan 
dostał i tyle. A ja panu dawałam dobrą radę. — Tu 
muszę wyjaśnić, że pani listonoszowa chciała mnie 
ożenić z pewną osobą, zamieszkałą w tymsamym 
kurytarzu. 
— 
Pan kawaler, ona — panna, to się żeńcie! 
A dziewucha porządna co się zowie, bez feleru. 
Z profesji jest kamizelczarka — zarabia 27 rubli 
miesięcznie — a za chłopami nic a nic nie lata. 
Dobra z niej będzie żona i djabła z pana wypędzi. 
Ponieważ jednak nie miałem ochoty do tego 
małżeństwa — obie te niewiasty mię znienawidziły— 
i podobno one to pierwsze poruszyły sprawę mego 
wygnania z czwartaka, gdzie mieszkałem. 
Na chwilę to babskie gadanie w okropny sposób 
mnie złamało, ale wnet się ocknąłem. Znów było 
mi słonecznie, tęczowo i srebrno dokoła w moim 
szarym pokoju. Podobno, że owego dnia czas był 
chmurny, jałowy, niewyraźny. Ja tego. nie widzia­ 
łem — i owszem, nawet żebrak, którego spotkałem 
przy wyjściu z bramy na ulicę — wydawał mi się 
jakby odziany w płaszcz z promieni słonecznych. 
Ulica nasza była to jedna z tych jałowych ulic 
warszawskich, które są pozbawione typu i charak­ 
teru, a jednak dziś wydała mi się naraz barwna 
i świetlana. 
Wyszedłem z domu z zamiarem poszukiwania 
lokalu — i postanowiłem udać się do jakiej pięk­ 
niejszej a zacisznej dzielnicy. Ze zdumieniem jednak 
widziałem, że te strony, które opuszczałem, a które
>>>
225 
zazwyczaj wydawały mi się takie nieładne, dziś przy­ 
brały zupełnie nowy charakter i koloryt. 
Nie pojmowałem zupełnie, skąd się wzięły te 
barwne i fantastycznie pobudowane kamienice, ar­ 
chitektury zupełnie odrębnej, niby to pałace florenc­ 
kie, niby świątynie indyjskie. Im dalej szedłem, 
tym przepych budynków był wspanialszy i bardziej 
zdumiewający. 
Nad miastem bezchmurne, cudownie szafirowe 
niebo, a w powietrzu Słyszałem harmonijną muzykę 
dzwonów, jakby po całym mieście rozkołysanych, 
a z dźwiękiem muzyki łączył się chór ptaków śpie­ 
wających jakby pieśni anielskie — brzęk tysięcy 
unoszących się po powietrzu pszczół i różnobarw-. 
nych muszek i komarów. Wszędzie też latały więk­ 
sze i mniejsze nieznane ptaki, oraz ognisto - żółte 
i ognisto-srebrne motyle. Pomiędzy budynkami zie­ 
leniały liczne ogrody, pełne gęstych drzew i prze­ 
dziwnych kwiatów, których dotychczas nigdy nie 
spotykałem. Upajające zapachy unosiły się dokoła, 
a w ogrodach stały posągi nieznanych nigdy na 
ziemi bogów i aniołów. 
Nakoniec, gdym wyszedł z labiryntu ulic bocz­ 
nych na linję główną — rozwinęła się przed moim 
okiem nieskończona, w obie strony płynąca, per­ 
spektywa. Był to szeroki, wielki bulwar, bogato za­ 
drzewiony; szereg wspaniałych pałaców i świątyń 
o wysokich wieżach snuł się wzdłuż bulwaru. Na 
krańcu bulwaru od północy było wysokie wzgórze 
z olbrzymim na szczycie posągiem, który zdaleka 
promieniał jak słońce, na południe widziałem fale 
W czwartym wymiarze. 
15
>>>
226 
szmaragdowego morza, a na nim płynące okręty. 
Na bulwarze barwy domów, drzew, posągów, świą­ 
tyń harmonijnie zlewały się w łagodną otęcz, a pro­ 
mienie słońca, niemal dotykalne, snuły się po bruku, 
po ścianach i po twarzach przechodniów. Tłumy 
ludzi urodziwych, pełnych szczęścia i wesołości — 
krążyły po ulicy. Kobiety cudnej piękności, w sza­ 
tach, jakby wyśnionych, kroczyły lekko, zaledwie 
stopą dotykając ziemi. 
Środkiem ulicy toczyły się pojazdy, zaprzężone 
w konie — rzekłbyś — skrzydlate. 
Zdumienie moje rosło bezgranicznie. Skąd ja się 
tu wziąłem? — przecież to jakieś nowe, obce mi, 
nieznane miasto! Czy to sen — czy obłęd — czyli 
baśń arabska? Przecierałem oczy, powtarzałem so­ 
bie różne formuły z mechaniki, aby sprawdzić swoją 
przytomność. 
Nie — to nie sen — to rzeczywistość. 
Właśnie spotkałem kilku znajomych — najbez- 
czelniej ich zapytuję: 
— 
Moi panowie, w jakim to mieście my jes­ 
teśmy ? 
— 
Cha, cha! Co za żarty, drogi panie! Niby to 
pan nie wie! 
I pożegnali mnie ze śmiechem, a ja dopiero te­ 
raz zacząłem się zastanawiać. Przecież to był Lu­ 
cjan i Michał, którzy umarli już trzy lata temu. 
— 
Więc jakże? 
Nie mogłem tego zrozumieć, a po chwili wy­ 
dało mi się to rzeczą zupełnie prostą i naturalną. 
Zacząłem się rozglądać wokoło i zobaczyłem na
>>>
227 
bulwarze dom, a na bramie kartkę błękitną. Dom 
był niewielki, dwupiętrowy, ale miał w sobie coś 
tak pociągającego, że mi naraz błysnęła myśl: gdyby 
tu zamieszkać na zawsze! 
Na kartce była wiadomość, że w tym domu jest 
pokój do wynajęcia. Ruszyłem tedy po schodach 
i znalazłem się przede drzwiami odpowiedniego lo­ 
kalu. 
Na drzwiach była przybita metalowa tabliczka, 
na której nie bez zdumienia odczytałem swoje 
własne imię i nazwisko. Choć byłem teraz przygoto­ 
wany na najniemożliwsze rzeczy, wydało mi się jed­ 
nak niezmiernie dziwnym, że mam wynająć miesz­ 
kanie u samego siebie. Stałem też przez chwilę 
w sieni, nie mając odwagi zadzwonić. Zwłaszcza za­ 
drżałem, gdym usłyszał w mieszkaniu pieśń jakby 
dawno znajomą. 
— 
Co to znaczy ? — mówiłem sam do siebie, ale 
razem wydawało mi się to wszystko zupełnie zgod­ 
ne z przyrodzonym biegiem rzeczy. 
Kiedym już przemógł wzruszenie, chciałem za­ 
dzwonić, ale naraz drzwi, jakby posłuszne mojej 
myśli, same się otwarły. 
Zatrzymałem się w przedpokoju i spojrzałem do 
saloniku obok. Były tam dwie kobiety; nie mogłem 
dostrzec ich twarzy, gdyż odwrócone były ode- 
mnie — i, zdaje się, nie wiedziały o mojej wizycie. 
Starsza, siwowłosa pani, siedziała przy klawikor- 
dzie, gdy młodsza, jasno-złota blondyna, stała obok 
niej, śpiewając dziwnie pięknym głosem melodję, 
którą ta druga grała na instrumencie. 
15*
>>>
228 
Melodja, którą grała starsza pani, była znana mi 
od dzieciństwa pieśń, ulubiona pieśń mojej matki, 
stara i zapomniana, bardzo naiwna i prosta, ale 
która mnie zawsze porusza' do głębi, kiedy ją 
wspomnę. 
Metalicznym, cudownym sopranem śpiewała młod­ 
sza osoba: 
Z pośród farysów któż nie był gotów 
Piosnkę dla ciebie zanucić? 
Koń mój nie zlękły ni burz, ni grzmotów, 
Pośpieszał, by do cię wrócić. 
Pamiętasz piosnkę? Ona-ż zaginie, 
Którą dla ciebie nuciłem? 
Pamiętasz stepy, głuche pustynie, 
Przez które do cię Spieszyłem ? 
Stepy piasczyste, stepy szerokie! 
Serca farysów niezmienne I 
Nie byłem w możności dłużej wytrzymać. Naraz 
wybuchnąłem wielkim płaczem, co mi się nigdy nie 
zdarza. Obie kobiety przerwały] śpiew i muzykę — 
i zwróciły się ku mnie. 
— 
Henryk! — zawołały obie naraz, a ja takem 
się na nie patrzył, jakbym już oddawna czekał na 
to zjawienie. 
Padłem na kolana i obie kobiety całowałem po 
rękach. 
— 
Matko! Marjo ukochana! Jakżem szczęśliwy, 
że was widzę raz jeszcze. Powiedzcie mi, jakże to 
się stało, że wy tu znowu jesteście ? Słodko mi jest 
was widzieć, ale zaczynam nic nie rozumieć. Tyle 
lat, jakeście odeszły. Razem w jednym roku — i pra-
>>>
229 
wie jednego dnia — umarłyście, a teraz znowu ży­ 
jecie — i znowu widzę was — i mogę z wami roz­ 
mawiać. Tylko trzeba was było znaleźć — i to tak 
niedaleko. Nie pojmuję tylko, jakem się tu do was 
dostał. Przecież dzisiaj rano byłem jeszcze tam. Nie- 
chajże się wam przyjrzę! Tyle lat minęło od chwili, 
gdym was widział po raz ostatni. A tak pragnąłem 
umrzeć, kiedyście wy umarły; takem pragnął iść 
za wami! I sam błądziłem po ziemi, jak umarły. 
Dzięki wam, żeście mnie tu wywołały, bo tylko 
przez waszą potęgę mogłem tu przeniknąć. 
Tak mówiłem i przyglądałem się twarzom tych 
dwu najukochańszych istot: były takie, jak w chwili, 
gdy opuszczały ziemię, ale tak jakoś zbłękitniały, 
tak zesrebrniały, jakby się zmieniły w postacie wie­ 
kuiste, a wszystkie ślady trosk ziemskich i nędz go­ 
rycze — zniknęły z ich oblicza, które jaśniało po­ 
godą empiryjską. Całe życie moje od kolebki do 
grobu jak w błyskawicy przesunęło się teraz przed 
moim okiem — i zaczynałem rozumieć istotne zna­ 
czenie każdego momentu. One to — te dwie ko­ 
biety— widma czy anioły, opowiadały życie moje 
w sposób zgoła odmienny, niż mi się to zdawało 
dotychczas. Nie podobna mi — choć doskonale pa­ 
miętam — rozmowy ich powtórzyć: była to raczej 
muzyka, niż słowa, raczej śpiewanie; jakby ciągle 
w różnych warjacjach snuła się melodja starej pieśni 
o farysach. 
W czarodziejskim byłem świecie; czas niby to 
płynął bez końca, a przecież stał w miejscu i była 
ciągle tasama chwila. Zrozumiałem wkońcu, że
>>>
230 
to kraina umarłych, bo choć sam bezwiednie ciągle 
o tym myślałem i mówiłem, ale nie mogłem zdać 
sobie sprawy ze stosunku mojego do tej nowej rze­ 
czywistości. Rozumiałem, że to kraina umarłych, 
ale że ja jestem żywy i obie umarłe kobiety, moja 
matka i żona, którą po roku pożycia utraciłem, wie­ 
działy, że ja nie umarłem, ale żem jest żywy, a one 
nie żyją. Rozumiały też moją niższość wobec siebie, 
jak ja rozumiałem ich wyższość. 
Bezwarunkowo stały one na bardziej świetlanym 
punkcie rozwoju ducha niż ja, grubomaterjalna istota 
ziemska. Anielskość, którą miały już na ziemi, tu roz­ 
winęła się w pełni. 
Uderzało mnie tylko i mile zarazem, i przykro, 
że, przy całej różnicy, świat ten jest dziwnie po­ 
dobny do naszego. W moim wyobrażeniu na tym 
świecie miały być jakieś w złotych mgławicach pły­ 
wające wyspy, z eterów uplecione, gdzie żyją ludzie 
zgoła sobie niepodobni, w nadziemską, nadmate- 
rjalną przekształceni postać. Tymczasem tu... 
Oto zaś jak Marja rzecz mi tłumaczyła. 
— 
Nie jeden jest świat, ale tysiące i właściwie 
człowiek żyje w różnych światach jednocześnie, ale 
zamknąć się musi w jednym, aby spełnić swoje 
przeznaczenie. Abyś mógł nas zobaczyć, musiałyśmy 
przyjąć postać oku twojemu dostępną, a wraz z nami 
zmieniło się i całe otoczenie. Dla tego zeszłyśmy 
o pewną ilość stopni niżej naszego punktu na kole 
bytu. Wy żyjecie cząstką bytu, a my całością. Nie 
sądź, że jesteśmy gdzie daleko. Przebywamy koło 
ciebie, w tobie samym. Przestrzeń istnieje tylko dla
>>>
231 
oka ziemskiego. Oko waszego ducha leży na wiel­ 
kim kole nieskończoności, ale widzi tylko jeden sto­ 
pień, raczej jedną jego minutę, jedną sekundę, a tych 
stopni jest — mówiąc po ziemsku — trzysta sześć­ 
dziesiąt. Teraz oblicz, ile minut, ile sekund. Otóż 
twoje oko przesunęło się o kilka stopni i zobaczy­ 
łeś świat nieco inaczej, niż on ci się zwykle przed­ 
stawia; ale w istocie swojej jest on jeszcze innym, 
niż go widzisz teraz, i my wyglądamy jeszcze ina­ 
czej, niż ci się teraz przedstawiamy, ale nie mógłbyś 
nas w tej istotnej formie zobaczyć. Rozumiesz? 
Oczywiście, rozumiałem tę melodję doskonale 
i nie wiem, dla czegom dotychczas nie odgadł tak 
prostej rzeczy. Minął czas nieokreślony, gdy naraz 
zauważyłem jakby zmianę dokoła. Przejrzyste po­ 
wietrze zwolna się zaczęło rozwiewać; świetlna, 
złoto-f ijol eto wa mgła osnuła pokój, dźwięki forte­ 
pianu przygłuchły, jakby się oddalały coraz bar­ 
dziej; szary półmrok otoczył wszystko, a postacie 
mojej matki i Marji przybrały charakter półcielesny, 
stały się naraz niby srebrno-błękitne, niby przezro­ 
czyste. Jeszcze widziałem ich oczy, a potym znikły 
zupełnie; pokój się rozszerzył w bezmiar, coraz 
bardziej popielaty, szary, czarny i zupełna ciemność 
mnie otoczyła. Początkowo rozmyślałem nad tym 
nowym zagadnieniem, a potym zapadłem w całko­ 
witą nieświadomość. Ile czasu tak upłynęło — nie 
wiem, gdy naraz jakiś głos, owadzi raczej niż ludzki, 
szepnął mi w samo ucho: 
— 
Zastanów się. Co robisz? 
Głos ten mnie przebudził, otworzyłem oczy,
>>>
232 
a jednocześnie w uszach mi zabrzmiało dalekie, lecz 
wyraziste echo srebrnych dźwięków pieśni: 
Stepy piasczyste, stepy szerokie! 
Serca farysów niezmienne! 
Zacząłem się rozglądać wokoło. 
1 
Dokoła mnie 
były ciemności, czułem tylko przejmujące zimno. 
Wzrok mój powoli się przyzwyczajał do otoczenia. 
Była to, jakem się później przekonał, szopa czy 
stodoła. Leżały tu stosy węgli kamiennych, drzewa 
i siana. 
Pod mojemi nogami stał szeroki pień dębowego 
drzewa, który — zdaje się — służył za oparcie tra­ 
czom przy piłowaniu. Ja zaś sam znajdowałem się 
jakby zawisły w powietrzu, nogami z lekka oparty 
o pień dębowy; na szyi zaś miałem stryczek dość 
gruby, umocowany na haku, i najwidoczniej miałem 
zamiar się powiesić. 
Tajemniczy głos półświadomej, roślinnej du­ 
szy mojej, która pierwsza oprzytomniała, obudził 
mnie i do życia powołał. Instynktowo zerwałem 
stryczek i zeskoczyłem na ziemię. Jakim sposobem 
znalazłem się w tej stodole — nie wiem. Gdzie się po­ 
działo to cudowne miasto, które widziałem tak nie­ 
dawno, nie wiem. Całe to zdarzenie uważałbym za 
sen, gdyby nie namacalna rzeczywistość chwili obec­ 
nej, również tajemnicza, jak wszystko poprzednie. 
Byłem w pospolitej, codziennej, znanej mi Warsza­ 
wie; tylko w obcym, nieznanym mi domu. Wybieg­ 
łem z szopy: na podwórzu było ciemno i tylko 
blask ulicznej latarni z lekka rozświecał te mroki. 
Podwórze było obszerne i niezabudowane; właś-
>>>
233 
ciwie był to pusty plac do sprzedania, trawą zie­ 
loną tu i owdzie porosły, pełny dołów i nierówno­ 
ści ; w jednym miejscu było tam wielkie kwadratowe 
wgłębienie, bielejące wapnem. 
Wyznaję, że ta próżnia i ciemność, w połączeniu 
z pamięcią ledwo co widzianych cudów, obudziła 
we mnie strach i grozę przerażającą. Uciekałem też 
w kierunku furtki na ulicę. Była to mało znana mi, 
pusta, szara, bez zabudowań prawie, ulica na krańcu 
miasta. 
W obdartym i poplamionym ubraniu, znużony 
tak, jakbym zrobił pięć miljonów mil drogi, powlok­ 
łem się i, śród chmurnie wilgotnego wieczora wsiad­ 
łem do dorożki i powróciłem do domu. Oto jest 
moja przygoda, która niewątpliwie świadczy o pew­ 
nym rozstroju. Co pan doktór o tym sądzi? 
— 
Weźmiemy pana na hydropatję — odrzekł 
doktór po namyśle.
>>>
PIS RZECZY: 
Str. 
i Babunia 
1 
Władca czasu 
21 
Kometa 
37 
•-Sen 
51 
Eksperyment 
73 
'-Amor i Faun 
93 
(Almanzor 
113 
Rozaura 
131 
wLeonora 
'59 
rMemorjał Doktora Czang-Fu-Li 183 
I Rebus 
195 
"Nowe mieszkanie 
. 219
>>>
TEGOŻ AUTORA: 
Pogrzeb Shelleya. Poemat 
. 
. 
wyczerpane 
Poezje. Cześć 1 
wyczerpane 
Poezje. Część II 
wyczerpane 
Pogrobowcom. Poemat . 
wyczerpane 
Rozmyślania 
.... 
wyczerpane 
Fragmenta, Poezje wybrane 
na 
wyczerpaniu 
Wenedzi. Tragiedja 
na 
wyczerpaniu 
Atylla. Tragiedja 
na 
wyczerpaniu 
J Wybór poezji. W . Bibl. Mrówki 
Piorwszy Dzień Stworzenia. Pieśni społeczne 
Groteski. Pieśni ironiczne 
w druku 
Kwiaty Grzechu z Baudclairea 
wyczerpane 
Pocałunek z Banville'a 
wyczerpane 
Przekłady z poetów obcych. Owa tomy . 
. 
wyczerpane 
y Kuszenie Ś-go Antoniego z G. Flauberta . . 
Nal i Damayanti. Przekład z sanskrytu 
. 
. 
. 
Savitri. Przekład z sanskrytu 
na 
wyczerpaniu 
Sintaisi-Sho. Poeci nowojapońscy 
Poeci hiszpańscy. Zorrilla i Campoamor 
. 
. 
w druku 
£ Studja i Wrażenia 
wyczerpane 
Studja z Literatury Francuskiej 
0 sprzecznoiciach sprawy żydowskiej 
. 
. 
Skonfiskowane 
Dwie Bajki. Książka dia dzieci 
Stypa. Powieść 
Zbrodnia. Opowiadania 
Elfryda. Opowiadania 
Wspomnienia więzienne 
w 
druku 
SERJA p. t . EPOS. 
I. Epos Babilońskie. Enuma Elisz 
II. 
„ 
Egipskie. Klechdy-Romanzero-Pentaur. 
III. 
„ 
Indyjskie. 1. Valmiki. Ramayana 
LiV. 
„ 
„ 
2. Vyasa. Maha-Bharata. 
V. 
„ 
Greckie, i. Homer. Iliada.
>>>
Hintorii LUaitaiü^ P' '=iHej 
Univ.'. 
MIXOlñJSry:ÓI-hts.,íXA 
Hl
>>>
LITERATURA PIĘKNA 
WYJĄTEK Z KATALOGU 
SPÓŁKI NAKŁADOWEJ 
„KSIĄŻKA" 
W KRAKOWIE.
>>>
DO NABYCIA WE WSZYSTKICH KSIĘGARNIACH.
>>>
CHOYNOWSKI PIOTR. 
ZDARZENIE. 
Nowele. 
Cena 3 Kor. 60 hal. (1 rb. 50 kop.). 
„Piotr Choynowski należy do niezbyt licznego rzędu tych 
młodych pisarzy, którzy przynoszą coś rzeczywiście nowego do 
polskiej literatury. Cechują go zwłaszcza : doskonały zmysł psy­ 
chologiczny i obserwacyjny, świetność i barwność djalogów, 
bogactwo... języka, pewna niewybredność artystycznych środ­ 
ków, pewna brutalność, i sekundowana natomiast śmiałością 
w kreśleniu sytuacji i charakterów- . . 
Po autorze „Zdarzenia" 
spodziewamy się jeszcze nie jednej prawdy o życiu". („Życie", 
Nr 47, 1911 r.), 
„Źe szczerą, głęboką radością powitać należy nowy, szczery 
talent w literaturze, tym więcej, że talent to nietylko zdolny 
do trafnych obserwacji życia, ale wsparty widoczną artystyczną 
kulturą i obdarzający nas prawdziwą poezją". („Gazeta Ponie­ 
działkowa" Nr 52, 1911 r.) . 
„Debiut literacki w zakresie beletrystyki przyniosła książka 
Piotra Choynowskiego: Zdarzenie. Zbiór nowel... 
świadczących o talencie. Po przeczytaniu widzi się, że są one 
dziełem urodzonego pisarza... Piotr Choynowski jest talentem 
charakterystycznym. Ludzie i zdarzenia ze świata zewnętrznego 
przechodzą do jego literatury, nie roniąc nic ze swych cech 
odrębności. Jak dotąd, twórczość Choynowskiego wypływa 
z ostrej obserwacji, ludzie jego są prześwietleni jego pracowitą 
postrzegawczością. Jako temperament artystyczny, ma już dzisiaj 
autor „Zdarzenia" poczucie cugli. Realista, nawet naturalista 
z powołania, nie szafuje kolorem, nie przejaskrawia. Jeżeliby 
szukać podobieństwa jakościowego, to Choynowski przypo­ 
mina zacięcie Reymonta... Nie chciałbym milcząco przejść koło 
noweli, która nosi tytuł „Barowska". Barowska, to postać na­ 
prawdę w większym, literackim stylu. Nie dziwiłbym się, gdyby 
przeszła w rangę typu. Autor umiał ją skondensować w mały 
pomnik. Stoi przed naszemi oczami wyraziście, z mocnego 
materjału literackiego; jak w kamieniu pisany jest jej portret... 
Kilkanaście wierszy noweli, w których autor opisuje wejście Wan­ 
dy, warte są niejednej całei noweli". („Museion" Nr 1, 1912 r.). 
„Zapowiedniemi światłami zdążającej ku nam, ale jeszcze
>>>
IV 
dalekiej nowej siły literackiej są w tej książce nowelki: „Wy­ 
znanie", „Straszny dzień Janka 
- 
', „Zdarzenie". („Kultura Pol­ 
ska", Nr 2, 1912 r.). 
„Nowele p. Piotra Choynowskiego świadczą o niewątpli­ 
wym talencie. Autor umie nadawać swym utworom rytm żywy, 
sangwiniczny. Każda nowela stanowi pewną całość, z której 
już nic odkroić się nie da. Niema tu tych dłużyzn i rozwle­ 
kłości, tego gawędziarstwa niepotrzebnego, na które noweli­ 
styka polska choruje dotąd. Autor umie przemawiać językiem 
odpowiednim do charakteru każdej osoby. Ma on zdolność 
dosadnej i bardzo zwięzłej charakterystyki. Kiedy opisuje, czyni 
to z zapałem, i w słowie jego pulsuje rozkosz przeżywania tej 
lub owej sytuacji. Słowem, p. Piotr Choynowski ma niewątpli­ 
wie dużo cennych danych, aby zostać doskonałym pisarzem". 
(„Prawda", Nr 5, 1912 r.) . 
„Rzadką ma sposobność krytyka literacka notować po­ 
dobne debiuty, jak właśnie Choynowskiego. Mamy do czynienia 
z zupełnie skończonym wyrazem artyzmu, z indywidualnością 
nawskróś oryginalną, która rozwijać się może i rozkwitać, lecz 
która ton swój właściwy, swój własny, wyraźnie manifestuje... 
Wiele na przyszłość rokującą i to najpiękniejsze nadzieje, cechą 
talentu Choynowskiego jest, żeby się tak wyrazić, jego mę­ 
skość. Obcym mu jest wszelki opowieściowy liryzm, tak bujnie 
panoszący się na niwie wytwórczości literackiej ostatniej doby. 
Tę moc i zwartość, tę prężność i zdecydowanie, tę, w stopniu 
najwyższym konieczną konkretyzację swych widzeń posiada 
Choynowski w mierze bardzo znacznej. Widzi on, jak na sce­ 
nie, i ludzi, których stwarza, i sytuacje. I niedość na tym. Z tą 
zdolnością widzenia rzeczy łączy umiejętność, jak rzekło się 
wyżej, ich konkretyzacji tak wyrazistej, tak silnej, tak w każ­ 
dym drobiazgu zdecydowanej, że narzuca je wyobraźni naszej, 
sugieruje nieomal, jako skończone typy. Przemawia więc do 
nas autor nie z kazalnicy, czy z katedry — raczej ze sceny; 
nie poucza, lecz pokazuje, nie przekonywa, lecz zwycięża. 
Rzecby się chciało po prostu, iż prawie każda z szeregu nowel 
Choynowskiego — to znowelizowany dramat tego bezimien­ 
nego — a tak jednakże różnoimiennego tłumu... W osobie 
Choynowskiego przybywa literaturze naszej artysta na miarę 
nie przeciętną; cześć jego zbożna dla sztuki, bezwzględna su­ 
rowość wobec własnych tworów i daleko idące wymagania dać 
mogą i napewno dadzą literaturze niejedną rzecz wartości wy-' 
sokiej i trwałej". („Świat", Nr 2, 1912 r.) . 
„Owładnął tą sztuką (nowelizowania) Choynowski w wy­ 
sokiej mierze. Zaklina w ciasną formę szmat życia słowem, 
silnym, zwięzłym. Na 25 stronicach noweli „Czyn" dał więcej 
życia, niż niejeden autor w tomie obszernym, a przecież treść 
formy nie rozpiera, gdyż jest nowelistyczną... (Choynowski) dał
>>>
V 
już w pierwszym tomie więcej, niż zadatki ; skupiony, musku­ 
larny, prosty talent stworzył kilka nowel mocnych, obiecując 
znacznie więcej". („Krytyka", Nr 3, 1912 r.) . 
„Gdyby mi kto kazał dać w dwuch słowach charakterystykę 
p. Choynowskiego, odpowiedziałbym: „Artystycznie zwięzły". 
1 mniemam, że określenie takie starczy za rozbity na szereg 
pochlebnych frazesów dytyramb. Bo artystyczna zwięzłość zna­ 
czy to samo, co dar ujęcia tematu w formę najprostszą, a jed­ 
nocześnie wszechstronnie go uwypuklającą; to Caran d'Ache'- 
owska maestrja chwytania podobieństwa w kilku kreskach, to 
również dowód bogactwa twórczej fantazji, która nie lęka sję 
kondensacji, tego najlepszego wykładnika myślowych zasobów". 
(„Słowo" Nr 4», 1912 r.). 
„P. Choynowski jest autorem jeszcze nieznanym. A jednak 
powinien się stać znanym, gdyż jego „Zdarzenie" jest naprawdę 
wydarzeniem literackim. Rzadko się spotyka młodego autora, by 
fizjognomję swoją tak dokładnie uwydatnił, by wypowiedział całą 
piersią swoje twórcze „chcę". Już z czysto zewnętrznej strony 
rzecz biorąc, przy rozważaniu zasobów językowych i stylisty­ 
cznych, musimy w nim podkreślić władztwo nad formą i tem­ 
perament pisarski o zdecydowanym zupełnie kształcie. Niema 
rodzaju nowelistycznego, którymby nie owładnął Choynowski 
dokładnie. 1 czy to będzie pokazywał psychologiczny dramat 
duszyczki biednego urzędniczyny telegraficznego Łaszczkiewi- 
cza, czy też gdy wyrysuje groteskową scenę familijną (Barow- 
ska) lub rozpoetyzowaną bajkę-symbol, da czytelnikowi taką 
narzucającą się ekspresją wizję, że na długo zapamięta jej 
kształty i barwę... Nie c.icę prorokować przyszłej „świetnej" lite­ 
rackiej działalności Choynowskiemu. Wiem, że wszelkie pro­ 
roctwa są niepotrzebne. Kto przez jeden tomik umie powie­ 
dzieć tak wiele, będzie i na przyszłość miał coś do powiedze­ 
nia". („Literatura i sztuka", dodatek do ..Nowej Gazety", Nr 7, 
1912 r.) . 
(Vide także recenzje: „Gazeta Wieczorna", Nr360, 1911 r.; 
„Przedświt", Nr 11, 1911 r). 
DANIŁOWSKI GUSTAW. 
JASKÓŁKA. 
Powieść w 2 tomach, wydanie 2-gie. Cena 5 kor. 50 hal. 
(2 ruble 20 kop.). 
„Przecudną jest idylla miłości Orskiego z Halszką Orwi- 
dówną... Nie potrzebuję przypominać cudownych opisów przy­ 
rody w „Jaskółce". (Na marginesach Daniłowskiego „Jaskółki", 
Tadeusz Dąbrowski w .,Krytyce", NNr 1 i 2, 1908 r.) . 
„Jedna to z najszerszych koncepcji życia współczesnego, 
jakie literatura posiada ; nietylko tragiedję polską przedstawia,
>>>
VI 
ale załamanie się obrazu całej kultury obecnej w duszy isto­ 
tnie wolnej". („Krytyka", Nr 3, 1909 r.). 
„...Skarbnicą, próbą najwyższej koncentracji wzlotów bo­ 
jującego ducha, jego wzruszeń i pragnień, pokus i zagadnień, 
największego napięcia utajonych mocy, z rzeczywistością nie- 
złączonych, nazwałbym Daniłowskiego „Jaskółkę". („Przed­ 
świt", Nr 5, 1908 r). 
DANIŁOWSKI GUSTAW. 
W MIŁOŚCI I BOJU. 
Nowele. 
Cena 3 kor. 20 hal. (1 rub. 20 kop.) . 
„Ostatnia książka Daniłowskiego „W miłości i boju" 
w większym może jeszcze niż poprzednie stopniu posiada te 
wszystkie cechy, tak bardzo wyróżniające twórczość jego od dzieł 
mniej lub więcej zdolnych artystów współczesnych, zatrutych pe­ 
symizmem i porażonych bezwładem..." („Życie", Nr 13,1910 r.) . 
„Zalety talentu Daniłowskiego występują w tych nowelach 
na pierwszy plan, wad żadnych nie znać, filozoficzne rozumo­ 
wania nie zaciemniają fabuły. Psychologja osób wycyzelowana 
jest mistrzowsko i trafnie... Tom cały (zaopatrzony w niezwykle 
piękną winietę rysunku Jana Rembowskiego) stoi pod wzglę­ 
dem artystycznym może jeszcze wyżej, niż dotychczasowe 
utwory Daniłowski eg o". („Głos Narodu", Nr 341, 1910 r.) . 
„Druga (nowela) z rzędu „Paltocik", najlepsza w całym 
zbiorku, to zamknięte arcydziełko bólu i nędzy emigracyjnej, 
cicha i prosta tragiedja, tym rzewniej wstrząsająca, że zawiera 
w sobie osobny dramat". (,.Słowo Polskie", Nr 49, 1911 r.). 
„W miłości i boju", to jedna z najcenniejszych książek, 
jakie się u nas pojawiły, i dlatego przeczytać ją należy". 
(..Gazeta wieczorna", Nr 101, 1911 r.) . 
,.Bohaterzy ostatniego zbioru nowel Daniłowskiego są 
przeważnie 'w wieku studenckim, stąd też młodocianość ich 
uczuć... Oświetlenie tego życia drga... tonami czystego liryzmu 
samego autora i gdzie ten liryzm bezpośrednio przemawia, 
wywołuje trwalsze, szczere wzruszenie". 
(„Krytyka", Nr 4, 
1911 r.) . 
„Zbiorek nowel „W miłości i boju" jest dziełem pisarza 
pewnego siebie, pisarza o wyobraźni bujnej, posłusznej, nie 
sprawiającej niespodzianek ani ,.in minus", ani ,.in plus"... 
(„Nowa Reforma", Nr 183, 1911 r.) . 
(Daniłowski) przedstawia cały szereg typów ofiarnych 
bojowników za wolność i szczęście powszechne dla wszyst­ 
kich. A że jest przytym artystą nielada, nie poprzestaje na 
sensacji konspiracyjno - więziennej, ale kreśli nieraz karty,
>>>
VII 
Owiane przedziwnym urokiem prawdziwej poezji". („Tygodnik 
il lustrowany", Nr 25, 1911 r.) . 
„Jest tu nowela: „Za ścianą", w której ów pierwiastek 
rzewności, charakteryzujący talent Daniłowskiego, zakwitł tak 
cudną lilją liryzmu na podłożu głęboko przemyślanych i arty­ 
stycznie ujętych duchowych powikłań, że nie mogę oprzeć się 
chęci opowiedzenia jej tu pokrótce... Nie pamiętam dawno be­ 
letrystycznego utworu, któryby na mnie uczynił tak silne wra­ 
żenie, jak ta.nowela. Oryginalność pomysłu, poczerpnięta u czy­ 
stego źródła psychologicznych zagadnień, przyoblekła się tu 
w.kształt wysoce artystyczny, zwłaszcza w pierwszej części, którą 
czyta się wprost jak poemat prozą"... („Słowo", Nr 199,1911 r.) . 
r 
„...Na właściwym sobie gruncie Daniłowski jest tam, gdzie 
nie tworzy akcji, ale opowiada z głębokim współczuciem o cu­ 
dzym nieszczęściu, o cudzej niedoli, o cudzych uczuciach". 
(„Kurjer Warszawski", Nr 191. 1911 r.) . 
„To jeden z najbardziej udatnych zbiorów nowel w ostat­ 
niej dobie"... („Museion", Nr 7-8, 1911 r.). 
(Vide także recenzje: „Izraelita", Nr 11, 1910 r.; „Prapor" 
Nr 14, 1911 r.; „Myśl niepodległa" Nr 159, 1911 r.; „Naprzód" 
Nr 296, 1910 r.) . 
GALICA ANDRZEJ. 
ROBERT SZPORN. 
Dramat w 4-ch aktach. Cena 2 kor. 60 hal. (1 rb.) . 
„Andrzej Galica zmusza czytelnika do myślenia i niepokoi 
jego sumienie. A druga zaleta Roberta Szporna, to jego 
duże kwalifikacje sceniczne. Cztery akty tego dramatu zbudowane 
są każdy dla siebie zwarcie, sytuacyjnie zajmująco i efektownie, 
postacie dramatu są wyraźne, charakterystyka ich plastyczna. 
Język niewyszukany, jędrny". („Głos", Nr 24, 1912 r.). 
„Jest to dramat osnuty na tle antagonizmu między war­ 
stwą robotniczą a kapitalistami... mamy w tym utworze kilka 
momentów bardzo dobrze świadczących o talencie autora". 
{„Gazeta Wieczorna", Nr 523, 1911 r.) . 
„Galica ma w pomysłach swoich rozpęd szeroki, w ob­ 
serwacjach zasób postaci silnych, w literaturze bynajmniej nie 
wyzyskanych. O uzdolnieniu jego scenicznym świadczy naj­ 
więcej umiejętność prowadzenia djalogu dramatycznego... Ga­ 
lica potrafi całe charaktery malować zapomocą słów zwięzłych, 
mocnych, symbolizujących ruchy duszy, w czym właśnie taje­ 
mnica djalogu dramatycznego... „Robert Szporn" ma dużo pier­ 
wiastków świeżych, przedewszystkim górników polskich, czu­ 
jących i mówiących inaczej, niż górnicy sztuk obcych... Nie ko- 
pjuje autor życia, ujmuje je w silnych zwrotach, nieraz aż
>>>
VIII 
szkicowych — to świadczy na jego korzyść"... („Krytyka", Nr 3 
1912 r.) . 
GRUBIŃSKI WACŁAW. 
MOC KAMIENNA. 
(Dajmonjon-Bib. — 
Jerzy — Moc kamienna). 
Cena 3 kor. 20 hal. (1 rb. 20 kop). 
„Świadomy środków i celu, fascynuje G r u b i ń s k i swojemt 
utworami... Grubiński z niebywałym mistrzostwem gra na 
nerwach i czyta się jego utwory z zapartym oddechem, jak 
tylko czytać można Allana Poe'go... Język bogaty i bujny. Ję­ 
zyk Grubińskiego posiada moc zaiste kamienną". („Świat", Nr 
25, 1911 r.) . 
„Tom cały świadczy, że młody autor wyrąbuje sobie drogę 
do otwartych przestrzeni, omijając wzgardliwie zaułki ustalo­ 
nych banalności". (..Prawda", Nr 26, 1911 r.) . 
„Grubiński, jeżeli nie widział czegoś w rzeczywistości, wi­ 
dział to w halucynacji artystycznej, równie żywej, jak rzeczy­ 
wistość. Taka siła widzenia pociąga za sobą ogromną siłę od­ 
czuwania. Jest też u Grubińskiego ogromna siła emocji —do­ 
chodząca do napięcia, które może spiorunować i zabić." 
(„Sfinks", Nr 7, 1911 r.) . 
„Grubiński ma szczery talent... Jeżeli można już porów­ 
nywać autora „Zabawy" z którymś z mocarzy pióra, to chyba 
z Maupassantem. Jest to nasz polski Maupassant — w minja- 
turze. Posiada on rzadką u nas galską wesołość zmysłów. 
1 równocześnie wraz z swawolnym Francuzem odgaduje pod 
orgją swawoli zmysłowej jakiś ciężar tragiczny". 
(„Wolne 
Słowo", Nr 132-133, 1911 r.) . 
„Moc kamienna"... jest przepełniona aż po same brzegi 
talentem dużej miary, i bije z niej, jak ze źródła, największa 
cnota dla artysty: nieomylność formy". („Dziennik Petersbur­ 
ski". Nr 432, 1911 r.) . 
„P. Grubiński udoskonalił swoją technikę. Styl jego, zaw­ 
sze kolorystyczny, stał się wytworniejszym, zwroty zyskały na 
płynności, zachowując dawniejszą jędrność i dosadność". „(Sło­ 
wo", Nr 241, 1911 r.). 
„Tematem zwykłym nowel Grubińskiego jest miłość. Mi­ 
łość dla nieuświadomionych semi-panien, krwista, temperamen- 
towa, wielce obiecująca. Do atletycznych czasem zapasów do­ 
chodzą jego bohaterowie obojga płci- — Dla tego też tematom 
jego nie można się oprzeć... (W „Mocy kamiennej") oddanie 
newrozy oczekiwania zrobione jest z rozmachem pierwszorzęd­ 
nego pisarza... („Museion", Nr 9, 1911 r.) . 
„Tym nowym tomikiem nowel potwierdza Grubiński jesz-
>>>
IX 
cze bardziej swe stanowisko w literaturze: badacza dusz... 
widać pewne spojrzenie urodzonego analityka, drobiazgowego 
podpatrywacza tajemnych drgnień duszy ludzkiej, chwytającego 
migawkowym aparatem najdrobniejsze jej przejawy... Psycho- 
logja jest subtelna, a dosadna, uzmysławiająca, pewną kreślona 
ręką... Scenerja jest zawsze dobrze i dowcipnie pomyślana... 
Zbiorek niniejszy należy powitać z uznaniem, są to bowiem 
rzeczy szczerego i niewątpliwego talentu". 
(„Przełom"', Nr 
10-11. 1911 r). 
„Grubiński nie pisze, lecz cyzeluje, wykuwa rylcem z ka­ 
mienia i trzyma czytelnika w napięciu od początku do końca... 
Nowele jego wyrastają wysoko ponad przeciętną nowelę, jaką 
spotykamy w czasopismach. Jakoż zdobyły sobie zasłużone 
uznanie w kołach literackich i powinny znaleźć się na stole 
każdego smakosza literackiego". (,.Dziennik Poznański", Nr 
289, 1911 r.). 
(Vide także recenzje: „Knrjer Lwowski", Nr 370, 1911 r. ; 
„Dzień", Nr 194, i9U r.; „Głos Narodu', Nr 253, 1911 r.; 
„Myśl niepodległa", Nr 173, 1911 r.) . 
WACŁAW GRUBIŃSKI. 
POCAŁUNEK, UCZTA BALTAZARA 
I INNE NOWELE. 
Wydanie drugie. 
Cena 4 kor. 20 hal. (1 rb. 60 kop.) . 
.. Grubiński wrzuca swe postacie w sytuacje, napięte silnie 
niezwykle... Ten młody, przedwcześnie dojrzały sceptyk... ma­ 
lując piekło duszy ludzkiej, umie być objektywnym, to jest 
spokojnym, wciąż panującym nad położeniem — widzem... 
Włada środkami umiejętnie, rozporządza językiem pięknym, 
jędrnym i tęgim". (Nowa Gazeta", Nr 150, 1906 r.) . 
„Z tych kart nastrojowych, pisanych językiem pięknym, 
giętkim, miejscami bardzo prostym, a zarazem silnym i wdra­ 
żającym się w ucho słuchacza — wieje ku nam szczera poezja". 
(„Gazeta Polska", z dn. 21 kwietnia 1906 r.) . 
„W utworach Grubińskiego znać nietylko talent, ale też 
pracowite obrobienie szczegółów zarówno językowych, jak 
i rzeczowych. Talent jego najchętniej przebywa w krain.ie rze­ 
czy widzialnych, i świat wyobraża mu się scenicznie... Żywość 
opowiadania, wyrazistość obrazów i figur nawet w wizjach, 
napięcie sytuacji — oto główne zalety Grubińskiego". („Świat", 
Nr 18, 1906 r.).
>>>
X 
JŁŁAKOWICZ I. K . 
IKAROWE LOTY. 
Cena 4 kor. (1 rb. 60 kop.). 
.. Wydany świeżo w Krakowie zbiór poezji, zatytułowanych 
„Ikarowe loty", stanął jednym rzutem na linji czołowej współ­ 
czesnej naszej twórczości poetyckiej. Fala, która go wyniosła 
i złożyła na arenie literatury naszej, oderwała się niezaprze- 
czenie od fluktów poezji naszej, rozkołysanych ongi tak po­ 
tężnie przez Słowackiego... Dużo siły i bogactwa kolorów 
w tym nowym, bujnym a ujarzmionym i już urobionym przez 
wysoki artyzm — talencie... „Zakończenie" najpiękniejszego 
cyklu poezji, noszących zbiorowy tytuł: „A dokądże mam 
pójść z moją tęsknotą ?" Ze zdumieniem czytałem ów cykl. 
Więc... jeszcze nie wyczerpane do dna tony i dźwięki liry pol­ 
skiej, skoro dotknąwszy jej, ręka przed chwilą jeszcze nieznana, 
•dobyć może ze strun mowy poetyckiej polskiej tyle siły, wy­ 
razu — i świeżości? Więc z mowy poetyckiej polskiej nie dobyli 
jeszcze wszystkiego złota ci, co zda się, całą już chyba skalę 
mowy tej przebiegli, od Słowackiego do Konopnickiej? Z ogniw 
tego cyklu bryzgają krew i łzy'. (Kurjer Warszawski", Nr 14, 
1912 r.) . 
„Sentyment rewolucyjny w Polsce może być zadowolony. 
Karmiony jego ideologją zjawił się poeta, który naprawdę jest 
poetą... Wśród rymów i rytmów, cennych lub obojętniejszych, 
zawartych w „Ikarowych lotach", przykuwa uwagę drobny poe­ 
mat erotyczny: „Z księgi złudzeń". Opowieść o pięknie wspo­ 
mnień zapewne, może o miłości, która zamknęła swą kartę, 
może o przedmiocie miłości, który zrazu był ideałem, a póź­ 
niej rozgoryczeniem, opowieść o jakiejś śmierci, jakimś po­ 
grzebaniu rzeczy bardzo kochanycn. I gdy one są już trupem 
- 
wówczas pamięć stroi przeszłość we wszystko złoto i w całą 
tęczę kolorów, utrwala w marmur piękna każdą chwilę minio­ 
nej radości. Wbrew dantejskiemu: niemasz boleści sroższej 
nad rozpamiętywanie ubiegłych dni szczęścia — pamięć ta jaś­ 
nieje weselem, wmawia w siebie, że nic w szczęściu się nie 
zmieniło, że wszystko jest jak było. Niema tu ani przekleństw, 
ani złorzeczeń, niema rozpaczy. Szczęście istotne dało tyle 
pożywy, że starczy dziś jeszcze na szczęście w wyobraźni. Ta 
teza o szczęściu marzenia przyoblekła" się, jako w przykład, 
w przypowieść o dziejach miłości, zakończonej śmiercią ko­ 
chanka. Dziesięć pieśni opowiada owe dzieje. Wynurza się 
z nich dusza namiętna, silna na radość i ból. Przewijają się 
przez nie obrazy o niecodziennej piękności, dźwięczności, za­ 
kończone w sobie, jak akord muzyczny. Najbardziej jednak
>>>
XI 
poetycznym fragmentem jest finał utworu... Kochanka poszła 
w nieznane dale po wodę cudotwórczą, która ma uzdrawiać 
śmiertelnych. Przemogła wszystkie złe strażniki, które strzegą 
krynicy cudów. („Głos Warszawski", Nr 61, 1912 r.) . 
(Vide recenzja: „Gazeta poniedziałkowa", Nr 52, 1911 r.) 
JAWORSKI ROMAN. 
HISTORJE MANJAKÓW. 
(Treść: Miał iść. — Zepsuty ornament. 
— 
Medi. — 
Trzecia godzina. — 
Bania doktura Lipka. 
- 
Amor milczący czyli o absolutnej niemożliwości, by 
pewien młodzian zakochał się w damie jakiejkolwiek). 
Cena 4 kor. 20 hal. (1 rb. 60 kop.) . 
„Książka to ciekawa — albowiem miarą ciekawości książki 
literackiej jest przedewszystkim talent. Tutaj zaś przemawia 
do nas talent niewątpliwy i odrębny. Odrębność zaś znowu 
i miara talentu polegają na szczerości i na sile uczucia, w twór­ 
czości przejawionego". („Naprzód1 Nr 89, 1910 r.) . 
„Potrzeba niemałego wysiłku, żeby tę książkę sumiennie 
do końca przeczytać. A szkoda, bo... w takich obrazkach, jak 
„Zepsuty ornament" lub „Medi", znajduje się koloryt, siła 
i dobry rysunek stanów duszy, który sercem wstrząsa". 
(„Przegląd Powszechny", Nr 10, 1910 r.) . 
„Zbiór nowel, wybijający się ponad zwykłą produkcję lite­ 
racką. Tchnie z nich pewna świeżość talentu, wyrażająca się 
zarówno oryginalnością pomysłów, jak i indywidualnym ujmo­ 
waniem przedmiotu... Niewątpliwy talent, którego już ta książka 
wyraźnym jest świadectwem". 
(„Nowa Reforma", Nr 295, 
1910 r.) . 
„Styl p. Jaworskiego ma w sobie bardzo dużo świeżej 
plastyki i pięknego, przepuszczonego przez filtr ironji senty­ 
mentu... Książka jego jest jedną z tych..., które po przeczy­ 
taniu w pamięci czytelnika nie maleją, lecz rosną i przerastają 
same siebie, tak że gdy się do nich wróci, wywołują uczucie 
niedosycenia, niepokoju". („Widnokręgi", NNr 16 i 17, 1910 r.). 
„Niezwykła książkaI W powodzi nowel, szkiców, opowia­ 
dań, narzucających się współczesnemu czytelnikowi więcej sen­ 
sacyjnym tytułem albo ilustracją fasadową z wyobrażeniem 
kobiety nagiej (koniecznie) — tak rzadko spotka się książkę, 
któraby zatrzymała nietylko fabułą, ale każdym zdaniem i sło­ 
wem. A taką właśnie jest książka Romana Jaworskie­ 
go". („Słowo Polskie", Nr 162, 1911 r.) . 
„Pisarzem nawskróś dzisiejszym jest autor „Historji Ma- 
njaków"... Autor należy do rzędu tych ludzi rzetelnych, którzy 
się nie cofają wobec zgrozy. Jego wzrok ma ostrość wizji ma-
>>>
XII 
Jarskich. Jego marzenia i obrazy mają rodzaj i charakter na­ 
strojów beardsleyowskich, gdzie wytworne, ciche rodzaje pię­ 
kna kojarzą się z potworną brzydotą ludzkich przerostów, za­ 
ników, zgarbień i wklęśnięć"... 'Prawda", Nr 14, 1911 r.) . 
„Styl wszystkich „Historji" o nadzwyczaj wytężonym tonie 
bolesnej humorystyki... świadczy o wielkim u autora bogactwie 
wyobraźni". (Książka", Nr 11, 1911 r.) . 
KADEN JULJUSZ. 
ZAWODY. 
Nowele. 
— 
Cena 3 kor. 20 hal. (1 rb. 30 kop:). 
„Juljusz Kaden ma... cierpliwość i trwałość postanowienia. 
Świadome poczucie własnego talentu i wartości swej pracy 
pozwoliły mu dać społeczeństwu książkę o temacie na pozór, 
zbyt już opisanym, więc mało popularnym, a talent pozwolił 
mu być w temacie tym na wskroś nowym, ciekawym, niespo­ 
dzianym". („Dziennik Petersburski". Nr 555, 1912 r.) . 
„Kąt widzenia Kadena jest... odrębny, oryginalny, tylko 
temu autorowi właściwy. Znaczy to wiele — bo odrębność 
literackiej indywidualności. Dzięki temu wnosi Kaden w lite­ 
raturę rzeczy nowe i świeże, niektóre nawet doskonałe, jak 
np. „Druciarz", „Hycel" lub „Statysta"; ta ostatnia zwłaszcza 
nowela jest pierwszorzędnej wartości. Banalnego niema w tej 
książce nic, poczynając od założenia, a na stylu skończywszy. 
Wszystko jest odmienne, inne, oryginalne, świeże. Na kon­ 
kluzje Kadena można się nie zgadzać, ale nie można zaprze­ 
czyć, że one są, logicznie wyrastają ze swych przesłanek, 
układając się w całość, w konkretny pogląd na świat. Dziś 
jeszcze o tym poglądzie nie wiele da się powiedzieć, bo nie­ 
wątpliwie niejedno jeszcze z niego odpadnie; kto wie jednak, 
czy w niedalekiej przyszłości nie będziemy mieli do czynienia 
z nową a poważną koncepcją życia, do której Kaden — zdaje 
się - jest zdolny". („Słowo Polskie", Nr 72, 1912 r.) . 
„Z wielką powagą życiową wstępuje do literatury p. Juljusz 
Kaden. Książka jego jest pomyślana oryginalnie. 
„Nowelom" 
tym brak w zupełności fabuły. Żadnej intrygi, żadnych histo­ 
rji na temat: on i ona. Życie, uchwycone w najważniejszym 
swym przejawie współczesnym, w pracy ludzkiej, którą nasz 
świat dla olbrzymiej większości przemienił w... zawód. Podpa­ 
trzył Kaden pracę w najnormalniejszej postaci: pożera ona 
człowieka, zabiera mu duszę, serce, unicestwia indywidual­ 
ność, zostawia typ zawodowy. Kartki psychologji zawodo­ 
wej mamy, pisane przez niezwykłego obserwatora nizin". 
(„Krytyka", Nr. 3, 1912 r.) .
>>>
XIII 
„W usposobieniu artystycznym p. Kadena przebija... wir- 
tuozerja opisów. Opisów malarskich... Wszystkie obrazki p. 
Kadena powstały ze smakoszostwa talentu opisowego. Pokry­ 
wa go autor dodanym sentymentem współczucia dla krwawego 
trudu tych ludzi, ciężko pracujących". 
(„Głos Warszawski", 
Nr 16, 1912 r.) . 
„Pisarz o niepoślednio bystrej i wnikliwej obserwacji, wła­ 
dający językiem nadzwyczaj kolorystycznym, co mu nie prze­ 
szkadza być jasnym, przejrzystym, zawsze doskonale myśl 
autora odzwierciedlającym; zasobnym w imponujące bogactwo 
metafor, porównań zawsze oryginalnych, prawie zawsze szczę­ 
śliwych". („Słowo", Nr 55, 1912 r.) . 
KASPROWICZ JAN. 
CHRYSTUS. 
Poemat społeczno-religijny. 
Cena w oprawie 3 kor. 
„...Wielkim dziełem Kasprowicza jest poemat „Chrystus"... 
Utwór to wielki w założeniu — miejscami, o ile naturalizm 
nie przeszkadza w symbolizowaniu uczuć ogólno-ludzkich 
i nie zgrzyta w formie — także w przeprowadzeniu"... (W. Feld­ 
man, „Współczesna Literatura Polska"). 
„...Miecz prokuratorski spadł na to dzieło dla jego bluź- 
nierczego tonu, i słusznie, jeżeli bezbrzeżny smutek i nadmiar 
litości bluźnierstwo stanowią, a wymowa rozkrwawionego ser­ 
ca paszkwilem się stała". 
(Al. Bruckner, „Dzieje literatury 
polskiej". Wydanie II. Tom II. Str. 422/423). 
KULIKOWSKA MARCELINA. 
BARWY DUSZY. 
(Z portretem autorki). Cena 5 koron. (2 rb.) . 
„Wychodzi... ku nam z kart książki dusza, zdolna do całko­ 
witego spalenia się na stosie ofiarnym, łaknąca piękna, spra­ 
wiedliwości i prawdy, pełna chwilami wiary w jutro, nade- 
wszystko jednak smutna i boleśnie zadumana"... 
(„Kurjer 
Warsz.", Nr 51, 1911 r.) . 
„Naogół noszą te wiersze piętno bolesnego przygnębienia, 
z którego sama ich autorka zdawała sobie dobrze sprawę, 
pisząc w swym pamiętniku o „myśli o opuszczonych skrzy­ 
dłach" i negatywnych siłach, z których czerpie swą twórczość". 
(„Gazeta Warszawska", Nr 55, 1911 r.) . 
„Uderza w tym zbiorku niezwykłe rwanie się do życia, 
ton szlachetny i pewna muzyka wiersza- Kto wie, czy nożyce
>>>
XIV 
śmierci nie przecięły pasma niepospolitego". („Myśl niepod­ 
legła", Nr 165, 1911 r.). 
„W poezjach Kulikowskiej tętni — by się tak wyrazić — 
imperatyw tworzenia. Myśl leci, wyrazy brzmią mocno, uczu­ 
cia grają silnie. Skala ideowa i uczuciowa wcale szeroka". 
(„Słowo", Nr 78, 1911 r.) . 
(Vide recenzję „Gazeta Lwowska" 1911 r.) . 
KULIKOWSKA MARCELINA. 
FRANIA. 
Nowele. Cena 2 Kor. 60 hal. (1 rb.) . 
„Drobne te obrazki, pisane łatwo i potoczyście, zawierają 
dużo szlachetnego uczucia i współczucia doli ludzkiej. Za­ 
sadniczym ich motywem jest smutek, tak swoisty duszy au­ 
torki, umiejącej głębiej patrzeć w życie". („Kurjer Warszawski", 
Nr 326, 1911 r.) . 
„Nowele te pisane są z prostotą i szczerym odczuciem, 
nie brak im przytym pewnej oryginalności w pomyśle"... („Sło­ 
wo Polskie", Nr 545, 1911 r.). 
„Najbardziej uzasadnioną jednostką literacką jest tom 
nowel : Frania. Zasługują na uwagę zwłaszcza dwie z nich : 
„Frania" i „Pani Marszałkowa". Pierwsza ujmuje rzewnością 
odczucia niedoli sierocej, druga jest oryginalnym pomysłem, 
w którym czuć pragnienie uwydatnienia pewnej stylowości 
ducha kobiecego. Kobieta, która całe życie była piękną i pięk­ 
ność ta była całą jej istotą — w przeczuciu zgonu układa się 
w trumnę i każe pannie służącej zapamiętać sobie dobrze 
giest, ornamentację kwietną, czyni słowem jeneralną próbę 
pośmiertną". („Museion", Nr 11, 1911 r.) . 
(Vide recenzje: „Kurjer Litewski" Nr 9. 1911 r.; „Gazeta 
Lwowska" 1911 r.; „Kurjer Warszawski" Nr 14, 1912 r.) . 
KULIKOWSKA MARCELINA. 
Z DZIEJÓW DUSZY. 
Pamiętnik. Cena 4 Kor. (1 rb. 60 kop.) . 
„Autorce nie cnodziło o druk. Pisała dla siebie. I stało 
się dobrze. Nie mielibyśmy w przeciwnym razie w „Dziejach 
duszy" tej świeżości i tej bezpośredniości w wyrażeniu najinty- 
mniejszych załamań autorki. Książkę tę gorąco polecamy 
wszystkim czytelnikom"— („Gazeta wieczorna", Nr 439,1911 r.) 
„W spuściźnie, pozostałej po zgasłej poetce, znaleziono 
kilkanaście zeszytów notatek, pisanych dorywczo w różnych 
czasach i miejscach. Wybór ich zawarty w książce, świeżo
>>>
XV 
wydanej, obejmuje lat piętnaście, od r. 1895, od czasów stu­ 
denckiego życia na uniwersytecie w Gienewie, aż do czerwca 
1910 roku. Ostatnie słowa, noszące datę 9 czerwca, skreślone 
były zaledwie na dni kilka przed śmiercią; '9 czerwca wy­ 
strzałem z rewolweru młoda autorka przecięła tragiczne pasmo 
swego żywota. Cała jej dusza, cała istota wypowiada się na 
kartach tej książki, która nie była pisana dla ludzi"... 
(„Prawda", Nr 51, 1911 r.) . 
„Dominujący ton współczucia dla wydziedziczonych, nie­ 
kiedy przerwany zgrzytem ironji w nowelach Kulikowskiej, 
czyni wrażenie prawie niespodzianki, gdy je bierzemy do ręki 
po przeczytaniu jej pamiętnika. Osobiste zwierzenia autorki 
przesycone są znużeniem, pesymizmem i bezwładem ducho­ 
wym: odbija się w nich, jak w tafli jeziora górskiego, gehen­ 
na bytowania na ziemi duszy, pragnącej przez całe życie 
zaczepić się o coś uczuciem i patrzącej co dnia na rozpływa­ 
nie się we mgłę niepochwytną, każdego porywu uczucia pod 
zimnym dotknięciem wiecznie czujnej, nieprzejednanej analizy 
mózgowej. Myśl zabija w niej uczucie co chwila — i w tym. 
właśnie tkwi tragizm tej duszy... Piękna, smutna książka"" 
(„Kurjer Warszawski", Nr 14, 1912 r.). . 
, (Vide recenzje: „Kurjer Wileński" Nr 18, 1912 r.; „Gazeta 
Lwowska 1911 r.) . 
KULIKOWSKA MARCELINA. 
Z WĘDRÓWEK PO KRAJU. 
(Kruświca. — Z zaboru pruskiego. — Kaszuby. — Zagłębie Dąbrowskie. 
Śląsk Górny. 
— 
Z Warszawy). 
Cena 2 kor. 60 hal. (1 rb.) . 
„Sympatyczna autorka... nie ogranicza się... na podaniu 
mniej lub więcej ścisłych danych natury ludoznawczej i spo­ 
łeczno politycznej, ale stara się zarazem odczuć duszę tego 
ludu... Autorka nietylko z uczuciem rodaczki Polki, ale i za­ 
razem z sumiennością badacza duszę ludu naszego oddaje 
w krótkich rozmowach z nim. A w tym tkwi główna wartość 
pracy pod względem etnograficznym". („Gryf", Nr 8, 1911 r.) . 
„Z Wędrówek po kraju" zdaje nam autorka sprawę ze 
swych podróży,, a czyni to w sposób barwny, nie zapomina 
o wypukleniu żadnego z ważniejszych szczegółów, i wyciąga 
wnioski, oraz wypowiada sądy śmiałe i ciekawe, aczkolwiek 
nie na wszystkie zgodzić się można, gdyż autorka, z powodu 
zbytniej wrażliwości, nieraz sądzi jednostronnie. Notatki po­ 
dróżniczki obejmują jedynie ziemie polskie: Kruszwicę, Zabór 
pruski, Kaszuby, Zagłębie dąbrowskie, Szląsk górny i War-
>>>
XVI 
szawę, i dlatego może..- stają się bardzo miłą lekturą". 
(„Ga­ 
zeta Lwowska", 1911 r.) . 
(Vide recenzję: „Łan Młodzieży", Nr 152, 1911 r.) . 
ANTONI LANGE. 
ELFRYDA. 
Nowele i Fantazje. 
(Widłak. 
— 
Testament. 
— 
Schadzka. 
— 
Elfryda. 
— 
Melodramat. 
— 
Pojednanie. — 
Rzeczywistość. 
— 
Zupa więzienna. — 
Bogowie). 
Cena 4 kor. 20 hal. (1 rub. 60 hal.) . 
NowośćJ1912 r. 
MARKOWSKA MARJA. 
MELODJE ŚMIERCI. 
Cena 1 rubel. 
„Lubię poezje p. Markowskiej. Wykwint duszy i rzewli- 
wość tonu każą wpatrzeć się w smętne ich wnętrze. - . 
Wiersz 
„wzdyć-em ci służył" przypomina okres złoty naszego piśmien­ 
nictwa. Archaizm pieści ucho, olśniewa, bo kto ciągłość kul­ 
tury naszej może sobie odtworzyć z wszystkiemi jej zaletami 
i wadami, ten, jak słodkie chwile dzieciństwa, pamięta mocną 
gwarę Reya, podniosłość Kochanowskiego, namaszczenie Skar­ 
gi". („Prawda", Nr 3, 1910 r.). 
„Tomik poezji p. Markowskiej przedstawia się niezmiernie 
sympatycznie... p . Markowska jest niezmiernie wrażliwa na 
sprawy życia. A to nam powie, dla czego w większości swych 
pieśni snuje wątek wokół pragnień i ukochań ideałów dnia 
dzisiejszego. W zwycięstwo swych ideałów p. Markowska 
wierzy, sądzi nawet, że próżny jest trud tych, którzy chcą 
zmarnować, wytępić wybrańców Jutra". („Myśl Niepodległa", 
Nr 127, 1910 r.) . 
„Skargę... nabrzmiałą istotnym, niekłamanym bólem, który 
z głębszych płynie źródeł, przyniosła z sobą świeżo p. Marja 
Markowska... Wczytując się w te dźwięczne, istotnie melodyjne, 
przepojone szczerym uczuciem strofy, w których spowiada 
się dusza poetki ze swojej niemocy, z tęsknot swoich, z go­ 
ryczy, którą wypiła, uczymy się ją rozumieć... Tak śpiewa 
pokolenie, które przeżyło rewolucję ostatnią, opaliło sobie 
skrzydła w jej ogniu..." („Kurjer Warszawski", Nr 109,1910 r.) .
>>>
XVII 
NALEPIŃSK1 TADEUSZ. 
CHRZEST. 
Fantazja polska. Cena 4 kor. (1 rb. 60 kop.) . 
„...Wiersz płynie śpiewnie, rymy dzwonią, jak perły, rytm 
łka, jak skarga jaskółki. Nigdzie zgrzytu, nigdzie dysproporcji 
lub załamania się linji..." („Myśl Niepodległa", Nr 135, 1910 r.) . 
„Jakie... widzeń tych bogactwo! Jakie rytmów tych tem­ 
po! Jak każde z nich, wiotkie nieraz i bezcielesne, krwią 
tętni żywą!... Wysokich lotów potrzebują skrzydła (Nalepiń- 
skiego), a jeśli schylą się, to nigdy nad bagnem, lecz nad 
otchłanią, po której również można latać i podobnie jak 
w podniebiach dostrzegać tajemnice"... („Krytyka", Nr 6, 1910 r.) . 
„...Poemat ...marzycielskiego nastroju... kunsztownie zbu­ 
dowane... oktawy oznaczają się zwartą siłą słowa, wyrazistą 
rytmiką, bogatą harmonją i obfitują w szczęśliwe zwroty, 
mocne, dobitne tony'. („Książka", Nr 9, 1910 r.) . 
„Dopatruję się w tym poemacie młodzieńczym... bardzo 
ciekawej i poważnej zagadki wielkiego talentu poetyckiego. 
Tę przyszłość rozwiąże. Obyż jak najpomyślniej!". („Kurjer 
Warszawski", Nr 286, 1910 r.) . 
„Całość poematu, przybranego w szatę dźwięcznych i moc­ 
nych oktaw, mimo pozornej rozbieżności poszczególnych czę­ 
ści, sprawia głębokie i przejmujące wrażenie". 
(„Tygodnik 
ilustrowany", Nr 2, 1911 r.) . 
(Vide recenzję: „Naprzód", Nr 89, 1910 r.) . 
ORKAN WŁADYSŁAW. 
HERKULES NOWOŻYTNY 
I INNE WESOŁE RZECZY. 
(Treść: Nad moją duszą żałobnicą. 
— 
Herkules Nowożytny. 
— 
Opo­ 
wieść o płanetniku. — O Wojtku, którego na Szczepana przekręcili. — Lis. — 
Przykry moment. — Jędrzej Baja i powieściopisarz. 
— 
Jak Jędrek Śklarz 
po Włochach jeździł). 
Cena 2 kor. (90 kop.).; 
„Herkules Nowożytny zawiera utwory humoru, przesia­ 
nego przez ból serdeczny"... (Wilhelm Feldman, „Współczesna 
literatura polska"). 
„Okazuje się..., że Orkan umie spoglądać na życie i świat 
z tego punktu widzenia, z którego one śmiesznemi wydać 
się mogą, dostrzega ich komiczną stronę, gdyż widzi częstą, 
a naiwną sprzeczność między istotną treścią czynów, a icn 
uświadamianiem sobie, ich oceną moralną, między zamia­ 
rami a ich urzeczywistnieniem. Co więcej, autor umie się zdo-
>>>
XVIII 
być nawet na swobodny i pogodny humor. („Jak Jędrek Śklarz 
po Włochach jeździł"). Samo przez się jednak rozumie się, 
że podstawowym tonem jest nie pogoda, lecz ból serdeczny". 
(A. Drogoszewski, „Książka", Nr 10, 1906 r.) . 
ORKAN WŁADYSŁAW. 
NAD URWISKIEM. 
Wydanie drugie z dodatkiem „Listów ze wsi". 
(ZBIÓR NOWEL. Treść: Chłop na łany wyszedł z kosą. — 
Nad Urwi­ 
skiem 1. — 
Wilja. 
Na Godnie Święta. — Bazie. 
— 
Wesoły dzień. — 
Pie­ 
kiełko. 
— 
Błażkowa Łysina. 
— 
Niedowiarek. 
— 
Nad Urwiskiem II. 
— 
Po ugorach. — Z krainy Gorców. 
— 
Tę krainę kęp. 
— 
Juzyna — Mia­ 
łem raz chwilę. 
— 
Przekleństwo — O ziemi, o nędzy. 
— 
Po omac­ 
ku. — 
Jasna polana. — 
Po ugorach i po szarych łanach zbóż. — 
Noc. 
— 
Listy ze wsi). 
Cena 3 kor. (1 rubel 20 kop.) . 
„Władysław Orkan wyszedł z ludu i sercem wśród ludu 
żyje. Wykształcenie nie przerwało nici uczucia, łączącej go, 
ze środowiskiem ojczystym. Stał się śpiewakiem tego piekła 
nędzy chłopskiej, w którym przyszedł na świat... Beznadziej­ 
ność spętała mu ducha i zaszkliła źrenice, jak starym gazdom, 
których twarze tak pysznie maluje". („Wiedza", Nr 21, 1910 r.) . 
„Życie wsi, dusza chłopa, jego troski codzienne, jego 
zwyczaje odwieczne, jego miłość ziemi i najgłębsze uczucia 
i myśli — oto treść tej ciekawej książki". („Kultura Polska", 
Nr 7, 1910 r.). 
ORKAN WŁADYSŁAW. 
OFIARA. 
Fragment w 3 aktach z roku 1846. Cena I kor. 50 hal. 
(75 kop.) . 
Krwawy obraz z dziejów okropnej rzezi tarnowskiej. 
Ponury dramat, rozgrywający się pomiędzy dwoma światami 
obcemi sobie, wzajemnie się nie mogącemi zrozumieć. Z jed­ 
nej strony porywy bohaterstwa, zrodzonego w duszach mło­ 
dzieży, pełnych idealizmu i samozaparcia się — z drugiej — 
głuchy mur ciemnoty ludu, pomnącego krzywdy odwieczne, 
a podszczuwanego przeciwko niosącym mu wyzwolenie przez 
siły, wrogie jemu tak samo, jak i tamtym. Całość wywołuje 
wstrząsające wrażenie.
>>>
XIX 
ORKAN WŁADYSŁAW. 
WINA I KARA. 
Tragiedjalwf3 aktach. Cena 2 kor. (90 kop.) . 
„Zupełnie... świadomym, dojrzałym dziełem artystycznym 
jest „Wina i Kara". Poeta odrazu stwarza tu swój świat... 
W „Winie i Karze" fatalistyczny, wyroczny charakter tragiedji 
starożytnej połączony jest przedziwnie z chrześcijańską ideją 
odkupienia oraz z nawskroś współczesną ironją moralną. 
Dawnej miękkości Orkana niema już w „Winie i Karze" 
prawie ani śladu... Najgłębszą treścią twórczości Orkana jest 
zagadnienie krzywdy i cierpienia... W „Winie i Karze" spoj­ 
rzał im w twarz zimnym, silnym, niezmąconym wzrokiem. 
Teraz dopiero rozpoczyna on więc może twórczości swojej 
wiek męski". (Jan Sten, „Krytyka", Nr 10, 1905 r.). 
ROGOSZÓWNA ZOFJA. 
DZIECINNY DWOR. 
Cena 3 kor. 60 hal. (1 rb. 50 kop.) . 
„Wśród długiego szeregu autorek, piszących dla dzieci 
p. Rogoszówna zwróciła na siebie uwagę, jako autorka, obda­ 
rzona w tym względzie niepowszednim powołaniem pisar­ 
skim. „Dziecinny dwór" jest istotnie perełką w powodzi ba­ 
nalnej produkcji wydawnictw z tej dziedziny, gdyż nie mo- 
ralizując, daje zajmującą powieściową fabułę, żywy styl obra­ 
zowy i na każdym kroku wykazuje znajomość psychologii 
dzieci. Obok „Piskląt" i popularnej bajki „0 gdakaczu i gda- 
kuli", „Dziecinny dwór" daje całą pełnię rozkosznych wzru­ 
szeń młodym czytelnikom". („Nowa Reforma", Nr 585,1911 r.). 
„Dziecinny dwór" daje szereg malowniczych, pełnych głę­ 
bokiej treści obrazów z życia dziecięcego na tle stosunków 
dworu wiejskiego". („Naprzód", Nr. 283, 1911 r.) . 
ROGOSZÓWNA ZOFJA. 
PISKLĘTA. 
(ZBIÓR NOWEL: Jureczek. 
— 
Jak sobie Jędruś „tiutkę" znalazł. 
—«Jaki 
„odpust" zrobił Jędruś mamie, a jaki mama Jędrusiowi. — Jak się to Jędruś 
opiekował Marysią. 
— 
Jaką naukę dał tiutce Jędruś. — 
Maluśka). 
Cena 2 kor. 60 hal. (1 rubel). 
„Pisklęta" Rogoszówny Twprowadzają nas 'w świat... od­ 
czuć i wrażeń dziecięcych, podpatrzonych żywcem, zrozumia-
>>>
XX 
nych doskonale i przeniesionych odrazu na papier rzutem 
śmiałym, lekkim, zdradzającym nieomylne drgnienie talentu... 
wszystko to staje nam przed oczyma, naszkicowane zaledwo, 
ale silnemi, pewnemi, utrwalającemi się odrazu w wyobraźni 
rysami. To jest talent". („Słowo Polskie", Nr 562, 1910 r.) . 
„W Polsce nikt jeszcze z takim odczuciem nie mówił 
0 duszy dziecięcej. 1 nikt nie mówił o niej z takim artystycz­ 
nym umiarkowaniem... „Pisklęta" zasługują na baczną uwagę. 
Jest to dzieło młodego, szczerego i naprawdę dzielnego ta­ 
lentu". („Nowa Reforma", Nr 574, 1910 r.) . 
„A jeszcze co wam radzę dobrze wysłuchać — to „P i s k- 
lęta" Rogoszówny. Bo tam jest jedna mała dziewczynka, 
Halusia, co mówi takim słodkim dziecięcym językiem, że czło­ 
wiekowi aż rozkosznie się robi na sercu..." („Wolne Słowo", 
Nr 1, 1911 r.). 
„W autorce „Piskląt" witamy nowy talent. Tak wdzięcz­ 
nych, tak pełnych powabu utworów, jak te nowele o nie­ 
mowlętach i dzieciach, „ledwie od ziemi odrosłych", niewiele 
posiadamy w naszej literaturze nadobnej"... („Świat", Nr 3, 
1911 r.). 
„Prawdziwe uczucie radości przejmuje krytyka, gdy, po 
raz pierwszy biorąc do ręki książkę wstępującego na wi­ 
downię autora — spotka się z poważną kulturą artystyczną 
1 szczerym talentem. Niecodzienna to radość. Obie książki 
Rogoszówny są z tych, które się odczytuje zawsze z upodo­ 
baniem". („Gazeta Warszawska", Nr 65, 1911 r.) . 
n-'„Sądzę, że w „Pisklętach" przybyło naszej literaturze dzie­ 
cięcej niepospolite urokiem dziełko". („Prawda", Nr 18,1911 r.) . 
„Zdarzają się palce tak subtelne i zręczne, że z kłębka 
tych pajęczych zawikłań pomiędzy duszą dziecka a jego oto­ 
czeniem wyplatają tęczową nitkę porozumienia, a jeśli takie 
palce ujmą pióro, wtedy literaturze przybywa pisarz dziecię­ 
cy z Bożej łaski. Mniemam, iż nie omylę się, witając go w oso­ 
bie p. Zofji Rogoszówny, której niewielki zbiór nowel, zatytuło­ 
wany „Pisklęta", świeżo przeczytałem." („Słowo", Nr.164,1911 r.) . 
(Vide recenzje: „Naprzód", Nr 283, 1911 r.; „Kurjer Lwow­ 
ski", Nr 588, 1910 r.; „Myśl niepodległa", Nr 156, 1910 r.) . 
KTGIER-NAŁKOWSKA ZOFJA. 
NARCYZA. 
Powieść. 
ICena 5 kor. (2 ruble). 
f ^ „Narcyza" p. Rygier-Nałkowskiej, to rzecz zakreślona 
na dużą miarę. Na „trzystu kilkudziesięciu stronach autorka
>>>
XXI 
przeprowadzałaś przez tajniki duszy kobiecej, duszy nieco­ 
dziennej wcale, obdarzonej ogromną skalą wrażliwości i wiel­ 
ką inteligiencją, posiadającej przytym to, co się nazywa cha­ 
rakterem, i osadzonej w ciele pięknym, młodym, ponętnym, 
którego powaby czujemy nieledwie z samych kart powieści, 
z zapachu słów jej własnych, z wdzięku mimowolnego, oży­ 
wiającego każdą scenę, w której ona występuje... P. Nałkow­ 
ska ma talent wybitny; jest to niewątpliwie wśród piszących 
współcześnie kobiet jedna z najzdolniejszych". („Słowo Pol­ 
skie", Nr 562, 1910 r.) . 
.. . Z zajęciem można śledzić rozwój talentu p. Rygier Nał­ 
kowskiej. Coraz to większe opanowanie środków artystycz­ 
nych, coraz to większy zakres obserwacji życiowej. Od prze­ 
żyć czysto kobiecych przechodzi do coraz to ogólniejszych, 
coraz to głębszych. „Narcyza" nie jest tylko reprezentantką 
pewnego typu kobiecego. Wciela ona zagadnienia dobrego 
i złego, czynu i ofiary, w stosunku do jednostki i subiektyw­ 
nych jej przeżyć". („Świat", Nr 9. 1911 r.) . 
„Narcyza jest typem bardzo prawdziwym i bardzo czystym, 
a jako zamierzenie literackie jest niepospolitą próbą wyide­ 
alizowania oschłego charakteru". („Prawda", Nr 10, 1911 r.) . 
„Najnowszy utwór „Narcyza" znamionuje znaczny postęp 
pod względem literackim". („Tygodnik llustr.", Nr 22,1911 r.) . 
„Że już w paru miesiącach okazało się potrzebnym dru­ 
gie wydanie „Narcyzy", to mnie wcale nie dziwi. Jako lektu­ 
ra przewyższa ona poprzednie powieści pani Nałkowskiej, 
jako dzieło sztuki także. Tam mieliśmy zbyt wyraźne, luźne 
urywki z pamiętnika autorki, skrawki liryczne i krajobrazowe, 
związane od biedy w całość, tu pojawia się po raz pierwszy 
kompozycja. Zarysowują się trzy wymiary: szerz, dal i głębia." 
(„Nowa Reforma", Nr 262, 1911. r.) . 
„Twórczość Nałkowskiej należy do najbardziej fascynu­ 
jących w naszej literaturze". („Slov. Przehled" Nr 719, 1911). 
„Jeden z lepszych, jeżeli nie najlepszy utwór tej autorki". 
(„Przedświt", Nr 7-8, 1911 r.) . 
„Autorka przeprowadza swoją bohaterkę przez cały szereg 
sytuacji ciekawych i kreślonych ze zniewalającym talentem, 
wiąże ją z całym szeregiem figur silnie i wyraźnie postawio­ 
nych... W sposobie opracowywania materjału przebłyskuje cza­ 
sami ta sztuczność i nienaturalność, jakkolwiek na ogół 
wszystko tu przezwycięża dojrzały, świadomy swych środków, 
oryginalny talent". („Książka" Nr 9, 1911 r.) . 
„Narcyza" tłomaczy nam, iż nie posiadamy właściwej kwa­ 
lifikacji czynów. Jednakowe czyny mogą być raz dobre, 
drugi raz złe — zależnie od pobudek, które je wywołały. W 
tym odwołaniu się do innego, niż "zwyczajnie przyjęte kry-
>>>
XXII 
SIEROSZEWSKI WACŁAW. 
BAJKA O ŻELAZNYM WILKU. 
(Z 14 ilustracjami kolorowemi i rycinami J. Rembowskiego. 
W ozdobnej oprawie)^ 
Cena 10 Koron (4 ruble). 
„Bajka o żelaznym wilku" jest jedną z tych książek, któ­ 
ra pozostanie na długi okres trwałym i wartościowym nabyt­ 
kiem literatury dla młodzieży..." 
(„Nowa Reforma", Nr 579 
1911 r). 
„Zawsze ogromnie wytworna spółka wydawnicza „Książ­ 
ka", z jedną tylko nowością gwiazdkową wystąpiła w tym roku. 
„Bajka o żelaznym wilku" Wacława Sieroszewskiego, to stare 
podanie ludowe, krążące w opowiadaniach nianek po wszyst­ 
kich dziecięcych pokoikach, przeobraziło się pod piórem 
świetnego pisarza w alegorję społeczną bardzo przejrzystą dla 
umysłów dojrzałych. Typograficzna strona tej książki jest wprost 
przepyszna, a ilustracje Rembowskiego rwą oczy cudną grą 
barw i finezją rysunku. Tak wspaniale wydanego dzieła nie 
posiadała dotychczas beletrystyka młodociana". („Słowo", Nr 
346, 1911 r.) . 
„Sieroszewski w „Bajce o żelaznym wilku" kładzie na­ 
cisk na zagadnienia społecznofilozoficzne, dąży przez serce 
do umysłu. Rozumie się, że nie czyni tego zapomocą suchych 
formułek, niestrawnych dla umysłu dziecięcego, przeciwnie — 
prowadzi na tęczowej szarfie baśni duszę i serce złem nie­ 
skażone w krainę nieznanych prawd i praw — każe mu 
ukochać biednych i nieszczęśliwych, każe się domyślać, kędy 
leży prawda walk klasowych, każe rozumieć życie pełne 
z wszystkiemi jego zaletami i zmaganiami". 
(„Głos Narodu", 
Nr 13, 1912 r.) . 
„Niezaprzeczenie pertą wydawnictw gwiazdkowychjest „Baj­ 
ka o żelaznym wilku" Sieroszewskiego. Zewnętrzna szata 
wysoce artystyczna, piękne ilustracje, wielki polot fantazji, 
głębia uczucia, przenikającego tę fantastyczną i poetyczną, 
a bardzo poważną bajkę, sprawiają, że jest ona równie zaj­ 
mująca dla czytelników wszelkiego wieku; dla tych, którzy 
wyczują lub odkryją myśl w niej ukrytą". („Kurjer Poranny", 
101i - 
Mr 
'? 
m 
io 
S 
iądU 
' 
tkw 
znaczenie 
'bojowe „Narcyzy;1 
. 
(„Krytyka" 
Wr 2, 1y11 r.). 
(Vide recenzją: „Wolne Słowo", Nr 119, 1911 r.) .
>>>
XXIII 
„Pisał ją mocarz słowa, a choć treść bajki znana, bo 
osnuta na ludowej starej bajce, lecz jak odmienna od innych, 
jaka potężna w słowach, cudna w obrazach, głęboka w po­ 
myśle. Talent Wacława Sieroszewskiego lśni się tu wszystkie- 
mi blaski i porywa czytelnika od pierwszego słowa. Opis 
polowania, lasu, przyrody, następnie walka króla z napastni­ 
kami, wszystko to mistrzowsko zrobione, a tchnące pełnią 
życia. Pozatym z książki tej wieje czar poezji, ukochanie 
wszystkich cierpiących. Książka ta bardzo zajmująca, wydana 
też prześlicznie z 14 rycinami p. Jana Rembowskiego". („Kur- 
jer Lwowski", Nr 578, 1911 r). 
„Książka ta, obok „W pustyni i puszczy" Sienkiewicza, 
jest pierwszą z tegorocznych wydawnictw gwiazdkowych". 
(„Gazeta Wieczorna', Nr 423, 1911 r.) . 
„Bajka o żelaznym wilku" wzbogaca niepoślednim klej­ 
notem naszą literaturę fantastyczną... Język „Bajki o żelaz­ 
nym wilku" błyszczy wszystkiemi zaletami pióra Sieroszew­ 
skiego. Wydanie książki jest bardzo staranne, a zdobiące ją 
ryciny Jana Rembowskiego stoją zupełnie na wysokości zada­ 
nia". (,,Kurjer Warszawski", Nr 345, 1911 r.). 
,.I znowu zajaśniały w pełni blasku olśniewające skarby 
niewyczerpanej wyobraźni; i znowu, jak za dotknięciem róż­ 
dżki czarodziejskiej, otworzył się przed nami cudowny świat 
marzeń poetyckich, nierównie piękniejszy od rzeczywistości; 
i znowu przemówiło do nas miłujące serce poety, któremu 
żadne cierpienie ludzkie, żadna łza gorzka, w cichej samot­ 
ności wylana, obcą nie jest. Piękny to dar wielkiego talentu 
dla tych najmłodszych czytelników, z których wyrosną 
kiedyś kraju obywatele". („Tygodnik Ilustrowany", Nr 50, 1911 r.) . 
(Vide recenzje: „Prawda", Nr 51,1911 r.; „Kurjer wileński", 
Nr 159, 1912 r.; „Gazeta poniedziałkowa", Nr 52, 1911 r.) . 
SIEROSZEWSKI WACŁAW. 
BAJKI. 
{TREŚĆ: Przygoda tygrysa. — 
W ruinach. 
— 
Inwalidzi. — 
Dary wiatru 
północnego). 
W ozdobnej oprawie. Winieta okładkowa rysunku Jana Rembowskiego, wy­ 
konana sposobem litografji. 49 rysunków w tekście Jana Małachowskiego. 
Cena 6 kor. (2 rub 40 kop.) . 
„Znakomity pisarz, który już w poprzednich swoich książ­ 
kach dla młodzieży złożył dowód niepospolitej umiejętności 
obcowania z młodemi umysłami, i tym razem ofiarował dzie­ 
ciom polskim garść opowiadań niepowszednich..." 
(„Kurjer 
Warszawski", Nr 346, 1910 r.) . 
„Niezmierna plastyka słowa i wdzięk, talent opisowy, 
posiadający dużo cech stylu i obserwacji Lotiego lub Kiplin-
>>>
XXIV 
ga, oraz ogromny podkład uczuć i swojskości sprawiają, że 
„Bajki" Sieroszewskiego, będąc utworem literackim pierwszej 
marki, gotującym przednią rozkosz dojrzałemu czytelnikowi, 
równocześnie są zajmującą i pobudzającą szlachetne strony 
uczuć lekturą dla młodzieży". („Nowa Reforma", Nr 580,191 Or.) . 
„Bajki", nawpół fantastyczne, w połowie pouczające, świet­ 
nym piórem, niecącym złote iskry humoru, pisane, a tak zaj­ 
mujące, że oderwać się od nich trudno. A szata zewnętrzna 
wydawnictwa: piękna winieta okładkowa w kolorach Jana 
Rembowskiego, pół setki rysunków w tekście Jana Małachow­ 
skiego, nie pozostawia nic do życzenia". („Tygodnik Ilustro­ 
wany", Nr 51, 1910 r.). 
„...Na choince dziecięcej zawiesił szereg przecudnych 
gwiazd swego talentu — Wacław Sieroszewski. Królewską 
prawdziwie powodowany szczodrobliwością wlał on w swe 
„Bajki" całe czarodziejstwo barw, świateł i tonów, całe bo­ 
gactwo wyobraźni, na której paletę zbierał farby i blaski z ocea­ 
nów, lądów i mórz całego świata..." („Prawda", Nr 53,1910 r.) . 
„Nowa książka Sieroszewskiego przeznaczona jest dla 
młodzieży. Muszę stwierdzić, że będzie napewno jedną z naj­ 
bardziej pociągających lektur... Po „Djable zamorskim" jest 
to jedna z najlepszych książek dla dzieci i młodzieży". („Myśl 
Niepodległa", Nr 156, 1910 r.) . 
„...Ten pan Sieroszewski to pisze piękne książki dla du­ 
żych ludzi. 1 ma bardzo mało czasu. Ale on także bardzo 
kocha małe dzieci. I powiada sobie: „a co ja będę ciągle pi­ 
sał dla dużych? A właśnie, że ja znajdę czas i napiszę coś dla 
tych małych ludzi! Niech czytają!" A jak pan Sieroszewski 
coś chce napisać, to zawsze umie. On ponawymyślał dla was 
takie cudowne Bajki o zbójnikach tatrzańskich i o jednym 
chłopcu, co między niemi był i usługiwał — że jak słucha 
się o tym, to robi się okropnie straszno na duszy, aż włosy po­ 
wstają, ale coraz więcej chce się słuchać. I dziecko nawet spaćby 
nie poszło, a ciągleby słuchało". („Wolne Słowo", Nr 1, 1911 r.) . 
(Vide także recenzje: „Gazeta Warszawska", Nr 345,1910 r.- , 
„Życie", Nr 1, 1911 r.; „Gazeta Poniedziałkowa", Nr 36, 1910 r.; 
„Nowe Tory", Nr 9, 1910 r.) . 
SIEROSZEWSKI WACŁAW. 
DNO NĘDZY. 
(Brzask. — W 
puszczy białowieskiej. — 
Szczelina grecka). 
Nowele. Wydanie 3-cie. Cena 3 kor. 20 hal. (1 rb. 20 kop.) . 
„Wszystkie (nowele) odznaczają się zwykłą u Sirki barw­ 
nością kolorytu egzotycznego i przenikliwością w odtwarza-
>>>
xxv 
niu ludzi pierwotnych i ich dusz prostych, w których prze­ 
jawia się ogólno-ludzki smutek i cierpienie. Pod tym ostat­ 
nim względem Sieroszewski nie ma sobie równych w naszej 
beletrystyce dawnej i współczesnej". („Książka", Nr 8, Sierpień 
1904 r.) . 
„Autor obok pysznych obrazów natury umiał wykazać 
tyle delikatności serca i przenikliwości, że czytelnik nader 
plastycznie widzi grę pierwotnej psychologji, pierwotnych, 
a przecież silnych i pięknych nieraz popędów i uczuć boha­ 
terów". („Przewodnik Oświatowy", Nr 719, 1909 r.) . 
„Dno nędzy — obozowisko trędowatych, na które autor 
zstąpił wprost z zaparciem się siebie, — przypomina opowieść 
Hjoba"... („Tygodnik Ilustrowany", Nr 36, 1910 r.). 
SIEROSZEWSKI WACŁAW. 
MAŁŻEŃSTWO. 
(Być albo nie być. — Tułacze). 
Wydanie 2-gie. Cena 4 kor. 60 hal. (1 rb. 80 kop.). 
„W formie wysoce artystycznej, w sposób dyskretny 
i subtelny, poruszył Sieroszewski w „Małżeństwie" odwieczne 
zagadnienie stosunku płci do siebie i społecznej jego formy— 
małżeństwa... Z całej nowej książki Sirki wieje prąd siły 
i świeżości, przemawia duch niezmożony, twórca prawdziwy". 
(„Krytyka", Nr 1, 1909 r). 
„Opowiadania te... oprócz wielkiej wartości artystycznej, 
mają również i wysoką wartość moralną, albowiem wzniecają 
w nas wiarę w szczytne przeznaczenia przyszłej ludzkości". 
(„Rassegna Nazionale", 16 września, 1909 r.) . 
„...Symfonją wielkiej mocy i piękności jest powieść, a ra­ 
czej dłuższa nowela, p. t. „Małżeństwo". 
Ciekawa z wielu 
względów. Przedewszystkim krajobrazy należą do najpiękniej­ 
szych, jakie stworzył kiedykolwiek Sieroszewski; tyle w nich 
siły, bujnego życia, nieposkromionej żywiołowości, która nie 
zaznała jeszcze wędzidła. A potym — niezmiernie interesujący 
i doskonale postawiony jest tu problemat psychologiczny, ...ten 
utwór... zaliczyć możemy śmiało do najlepszych dzieł Siero­ 
szewskiego". („Książka", Nr 9, 1909 r.) . 
„Powtórna edycja, świadcząca o wyczerpaniu się nakładu 
w ciągu niespełna roku, jest objawem radosnym i pocieszają­ 
cym. Dowodzi ona zwracania się opinji coraz szerszej ku two­ 
rom szczerego artyzmu, ku zagadnieniom poważnym i głę­ 
bokim". („Myśl niepodległa", Nr 35, 1910 r.) . 
„Talent Sieroszewskiego wznosi się... do najwyższej swei
>>>
XXVI 
miary w „Być albo nie być". Karty tu stworzone nie prze­ 
miną wśród dokumentów ludzkich"... („Tygodnik Ilustrowany", 
Nr 36, 1910 r.) . 
„Być albo nie być" — to nietylko jedna z nowel uta­ 
lentowanego autora. Doszukuję się w tym utworze wskazań 
•do zrozumienia istoty twórczości Wacława Sieroszewskiego". 
•(„Społeczeństwo", Nr 40, 1910 r.) . 
SIEROSZEWSKI WACŁAW. 
NA DALEKI WSCHÓD. 
Wydanie 2-gie, z dodatkiem dwuch rozdziałów. 
Cena 4 Kor. 20 hal. (1 rb. 60 kop.) . 
„Obrazy autora odznaczają się talentem, a refleksje — 
"współczuciem dla cierpień ludzkich... Książka Sieroszewskiego 
jest perłą w naszej literaturze podróżniczej...". 
(„Książka", 
Nr 5, 1904 r.). 
„Kartki ze wschodu. Notatki z podróży dalekiej, z włó­ 
częgi po krajach nieznanych a tyle ciekawych, tyle poucza­ 
jących! Nie jest to suchy elaborat uczonego podjóżnika, to 
raczej pamiętnik artysty o rzeczach zwykłych, czasem bardzo 
realnych, to znów o pięknych, o tych, które umierają i gasną, 
i tych, które się rodzą. Wrażliwy umysł Sieroszewskiego chło­ 
nie te wszystkie cuda, by je potym z plastyką artysty odtwo­ 
rzyć i naszej pamięci przekazać. Nie bada, nie analizuje, 
jeno patrzy, a że patrzyć umie i dostrzegać potrafi — tworzy 
ze swych kartek, z pośpiesznie szkicowanych notat, rzeczy, 
więcej nieraz dające, niż drobiazgowe i sumienne opisy. Po­ 
znajemy więc ludzi i miasta, urządzenia i obyczaje, charakter 
i upodobania, życie wreszcie obecne i życie minione". („Świat", 
Nr 3, 1912 r.). 
•SIEROSZEWSKI WACŁAW. 
RISZTAU. 
(Risztau. 
— 
Pustelnia w górach. 
— 
Czukcze). 
Wydanie drugie 
Cena 3 kor. 60 hal. (1 rb. 50 kop.) . 
„Rzeczy to zwarte i piękne w odbiciu przyrody kauka­ 
skiej, tak potężnej i złowrogiej, jako też i dalekich, niezmie­ 
rzonych pól śniegowych kraju północnego — Czukczów. Epi-
>>>
XXVII 
ka to żywa, gorąca, pulsuje krwią serdeczną. Książka to młoda, 
budząca". („Przełom", Nr 10—11, 1911 rA 
SIEROSZEWSKI WACŁAW. 
ZAMORSKI DJABEŁ. 
Powieść, z 54 rysunkami Henryka Minkiewicza. W ozdobnej 
oprawie. Cena 4 kor. 50 hal. (1 rb. 80 kop.) . 
„Na czele wydawnictw gwiazdkowych postawićby nale­ 
żało „Jan-Guj-Tzy" („Zamorski Djabeł"), książkę, w której 
znakomity pisarz dał niejako wzór powieści dla młodzieży"... 
(„Kurjer Warszawski", Nr 352, 1908 r.) . 
„Siła tej powieści leży w niezwykle barwnym i zacieka­ 
wiającym opisie tego mało znanego świata i jego zwyczajów 
i w wiernej charakterystyce osób i stosunków... Egzotyczne 
ilustracje dodają powieści rozmaitości". („Przegląd Powszech­ 
ny", sierpień 1909 r.) . 
„Dla starszej młodzieży wyszło parę książek bardzo pięk­ 
nych. Pierwsze wśród nich miejsce należy się dwom książ­ 
kom W. Sieroszewskiego: „Zamorski Djabeł", malującej przy­ 
gody Polaka w Chinach, i „Ze świata", zbiór opisów i przy­ 
gód, przeżytych i głęboko odczutych, o wielkiej wartości nau­ 
kowej i etycznej". („Krytyka", Nr 1, 1910 r.) . 
„Sieroszewski, łączący w sobie etnografa, artystę i głębo­ 
kiego znawcę duszy ludzkiej, wielkim okazuje się także 
i w dwuch świeżych swych dziełach: „Zamorski Djabeł" i „Ze 
Świata". Zbytecznym byłoby mówić, iż czytając te dwie ksią­ 
żki Sieroszewskiego, poznajemy życie zewnętrzne owych dale­ 
kich ludów, które jednak czują pragnienie wolności, miłości 
i ból tak samo, jak my, „cywilizowani" ; co więcej uczymy się 
odczuwać ich cierpienia. Na kartach tych książek odbija się 
tragiedja narodu"... („Rassegna Nazionale". Nr 5, 1910 r.) . 
„Najświetniejszym... nabytkiem naszej niebogatej literatury 
dla młodzieży jest piękna powieść „Zamorski Djabeł"... Obok 
Coopera i Beecher Stowe stanie „Zamorski Djabeł" Siero­ 
szewskiego jako nasz osobisty wkład w światowej pedagogice 
białych"... („Tygodnik Ilustrowany", Nr 38, 1910 r.) . 
SIEROSZEWSKI WACŁAW. 
ZE ŚWIATA. 
(Wśród lodów. — Polowanie na reny. — 
Polowanie na wieloryby. 
— 
Bokser. 
Kulisi. — 
Latorośle). 
Opowiadania z 53' rycinami. W ozdobnej oprawie. Cena 
5 kor. (2 rb.). 
„Treść tych opowiadań, osnutych na obserwacjach z cza­ 
sów przymusowego pobytu na Syberji i wśród Jakutów, tchnie
>>>
XXVIII 
urokiem szczerości, jaki wywołać może tylko wielka zdolność 
odczuwania dusz ludzkich... Książka ta maluje z niepospolitą 
zdolnością narracyjną nietylko obcych nam ludzi; ostatnia bo­ 
wiem jej część pt. „Latorośle" wprowadza czytelnika w grono 
dzieci polskich". („Kurjer Poranny", Nr 84 (355), 1909 r.) . 
„Oto pisarz dużego talentu, poeta nawskróś, przychodzi 
do młodzieży polskiej w tym roku z książką pt. „Ze Świata", 
z książką piękną, bogatą w treść, ale obcą tłem. Jego opowia­ 
dania.. - mają niepospolity urok rzeczy przeżytych, widzianych. 
Jedynie w „Latoroślach" jesteśmy wśród dzieci polskich i pozna­ 
jemy, że Sieroszewski jest nietylko znakomitym opowiadaczem 
swoich wrażeń egzotycznych „ze świata", ale jednocześnie no­ 
welistą „małego światka", umiejącym wybornie orjentować się 
wśród zjawisk, uderzających w duszę dziecka". (Kurjer War­ 
szawski", Nr 347, 1909 r.) . 
„Książkę „Ze świata", pomimo rozdzierających jej bólów, 
zaliczymy do najpiękniejszych darów dla młodzieży od lat 
przynajmniej 12". („Książka", Nr 3, 1910 r.) . 
„Znakomite podróżnicze opowieści... Sieroszewski wzbo­ 
gacił niezmiernie polską literaturę dla młodzieży; wzbogacił 
zaś ją nietylko... rozszerzeniem zakresu na kolorowe ludy 
i lądy, ale także i znacznym podniesieniem poziomu"... („Ty­ 
godnik Illustrowany", Nr 36—37, 1910 r.) . 
„Autor, znany podróżnik, żywo i wyraziście maluje przy­ 
gody na morzu i na lądzie, przykuwa uwagę i ani na chwilę 
jej nie rozluźnia... niemałego trzeba talenta, aby tematem od 
nas tak odległym nie na chwilę tylko, lecz na dłużej zająć; 
autor trudności wszystkie szczęśliwie ominął". („Przegląd Po­ 
wszechny", Nr 10, 1910 r.) . 
SIEROSZEWSKI WACŁAW. 
Z FALI NA FALĘ. 
(Japonia w zarysie. — 
Harakiri księcia Asano Naganori. — O -Sici. 
— 
Pojed­ 
nanie. — 
Widmo sakurskie. — Ingwa. — 
Jak liść jesienny...). 
Wydanie trzecie. 
Cena 5 kor. (2 ruble). 
„Sieroszewski ukazuje nam "dusze japońskie w szczególny 
indywidualny sposób... Cały tom wnosi do literatury żywioł 
nowy, odświeżający." („Krytyka", Nr 6, 1910 r.) . 
„W literaturze polskiej nie mieliśmy dotychczas oryginal­ 
nego obrazu Japonji. Kreśli go dopiero po raz pierwszy, na 
podstawie wrażeń bezpośrednich, Wacław Sieroszewski. Nie 
suchym wykładem poprzedza autor szereg utworów noweli-
>>>
XXIX 
stycznych, osnutych na motywach japońskich, ale wspaniałym 
poetycznie pisanym zarysem kraju... idziemy krok za krokiem 
za dobrym przewodnikiem, który nie szczędził trudu artysty­ 
cznego, aby... dać nam możliwie dokładne pojęcie o kraju 
i o zamieszkującym go narodzie... Autor przerzuca nas „z fali 
na falę", dodaje bowiem do swojej książki japońskiej euro­ 
pejskie już opowiadanie p. t . „Jak liść jesienny"... 
Kłębi się 
przed naszemi oczami, stłoczony w pudle jednego okrętu, cały 
nasz świat współczesny". 
(„Kurjer Warszawski", 
Nr 151, 
1910 r.). 
„Świetne pióro Sieroszewskiego nie przestaje obdarzać 
nas wciąż dziełami niepospolitej wartości artystycznej... znowu 
mamy sposobność podziwiać rozkwit jego talentu"... („Tygod­ 
nik Illustrowany", Nr 34, 1910 r.). 
„Sieroszewski jest — nietylko w literaturze naszej, ale 
wogóle w literaturze europejskiej — najwybitniejszym, naj­ 
większym „poetą Azji" jej północnych i wschodnich krain... 
Ten cały świat egzotyczny nie' ma dla Sieroszewskiego żad­ 
nych tajników... Z sielanki dwojga globetrotterów-Polaków — 
Sieroszewski zdołał uczynić arcydzieło nieporównane... I jak 
każde wielkie dzieło sztuki, tak i ta prosta opowieść wzrasta 
do wyżyn symbolu"... („Świat", Nr 36, 1910 r.) . 
..Proste charaktery... proste zawikłania i rozwiązania... 
(„Jak liść jesienny") stanowi najbardziej osobistą rzecz, jaką 
dotąd dał Sieroszewski, należy też do najlepszych jego utwo­ 
rów. Całość... daje obok pięknych bardzo opisów ogromnie 
szczere i dobre wzruszenia uczuciowe". („Widnokręgi•', Nr 14, 
1910 r.) . 
„Książka „Z fali na falę" jest jednym z najcenniejszych 
beletrystyki naszej ostatnich lat klejnotów... Jest ona też no­ 
wym, świetnym objawieniem talentu, który z umiłowanego te­ 
matu wykrzesał iskry najszczerszego natchnienia". 
(„Nowa 
Reforma", Nr 518, 1910 r.) . 
„...Twórcza, cudowna potęga serca, potęga twórczych prze­ 
istoczeń, tkwiąca w cierpieniu, jest ukrytą podziemną melodją 
całej działalności pisarskiej Sieroszewskiego. Działalność ta 
stanie się kiedyś jedną z najpiękniejszych kart ducha polskiego". 
(„Prawda," Nr 43, 1910 r.);. 
...„Temu głębokiemu odczuciu natury, jakiego świadectwo 
złożył Sieroszewki w „Liściu jesiennym", dorównywa niewielu 
poetów europejskich. W pokaźnym tomie „Z fali na falę" 
wszystkie utwory wykołysało serce, bijące wzruszeniem na 
widok bujnego życia, tym razem życia w szatach wschodnich. 
Ale pierwsze miejsce pośród tych utworów zajmuje krótka no­ 
wela zatytułowana: „Pojednanie". Pod względem artystycznym 
jest ona bez bez zarzutu; zbudowana zwięźle i harmonijnie". 
(„Literatura i Sztuka", dodatek do „Nowej Gazety", Nr 9, 1911 r.).
>>>
xxx 
„...Niebywałym powodzeniem cieszy się ta ostatnia książka 
Wacława Sieroszewkiego p. t . 
„Z fali na falę". W niespełna 
cztery miesiące wychodzi (ona) w drugim wydaniu. Należy 
z uznaniem dla polskiej publiczności podnieść ten fakt". („Ku- 
rjer Poranny", 14 maja 1911 r.). 
„Nowele powyższe są dowodem głębokiego wniknięcia 
w sam rdzeń istoty duszy orjentalnej, sięgającym najwyższych 
dziedzin artyzmu". („Książka", Nr 4, 1911 r.). 
(Vide recenzje: „Naprzód", Nr 115, 1910 r.; „Przedświt1 
, 
Nr 7, 8, 1910 r.; „Społeczeństwo", Nr 40, 1910 r.; „Kronika 
powszechna", Nr 2, 1911 r.) . 
STRUG ANDRZEJ. 
W TWARDEJ SŁUŻBIE. 
(„Ludzi podziemnych" serja III. Treść: Prolog. 
— 
Cienie. — 
Sielanka,— 
Ostatnie listy). 
Cena 2 kor. 60 hal. (1 rb.) . 
„Opuszczając fz Andrzejem Strugiem ten tajemny świat 
podziemi, co się przepala płomieniem nowego życia, pragnie­ 
my zwrócić uwagę czytelników na przepyszne czarujące ogro­ 
dy poezji, na które zlewa autor najjaśniejsze blaski swej sztuki". 
(„Kurjer Lwowski", Nr 7, 1910 r.) . 
„Każda nowa książka Struga przynosi nowe barwy i aro­ 
maty, nowych ludzi, nową duszę polską. Takich ludzi litera­ 
tura jeszcze nie miała". („Prawda", Nr 6, 1910 r.) . 
„Pan Andrzej Strug jest już znany czytającej publiczności. 
Dwa przedtym wydane zbiorki uczyniły go jednym z najbar­ 
dziej interesujących beletrystów współczesnych". („Myśl Nie­ 
podległa", Nr 25, 1910 r.). 
„Na czoło produkcji nowelistycznej ostatniej doby wysu­ 
wają się utwory Andrzeja Struga. Jest on nowelistą z urodze­ 
nia i temperamentu, obfitującym w bogactwo pomysłów, nie 
pozwalające mu skupić się dłużej nad jednym z nich. Spieszno 
mu do nowej sytuacji, do nowej odmiany typu „człowieka pod­ 
ziemnego". Nie wychodząc poza zakres tego typu, Strug nie 
powtarza się jednak nigdy". („Krytyka", Nr 1, 1910 r.) . 
„Obrazy chwil bolesnych i wstrząsających, niekiedy obla­ 
nych oślepiającemi blaskami szczęścia, nieuchwytnego dla dusz, 
wytrąconych z normalnych kolei życia". 
(„Kultura Polska", 
Nr 7, 1910 r.). 
„Typy różnych działaczów przeprowadzone przez czyściec 
łez i uśmiechów poety". („Slovansky Przehled", Nr 10, 1910 r.) . 
„Strug jest przedewszystkim psychologiem o dużych zdol-
>>>
xxx» 
nośaach analitycznych. Dusze, przez niego preparowane, mają 
jednak nietylko wartość dokładnych preparatów naukowych. 
Ożywia je także tchnienie prawdziwego artyzmu, opromienia 
blask szczerej poezji, skąpanej w szemrzącej cicho fali jakie­ 
goś wielkiego morza melancholii, bijącego o brzeg tego lądu„ 
który się życiem nazywa"... (Kurjer Warszawski", Nr 171, 
1910 r.) . 
(Vide recenzję : „Naprzód", Nr 339, 1909 r.). 
ŻEROMSKI STEFAN. 
SUŁKOWSKI. 
Tragiedja w 5 aktach. 
Wydanie drugie. 
Cena 6 koron. (2 ruble 40 kop.) . 
„Piewca... objął niziny i ukazał wszystkie ich krzywdy, po­ 
stawił na ich cokole człowieka — wojownika, uposażył go we 
wszystkie cechy, jakie najlepsf w narodzie wymarzyli w boha­ 
terze polskim. 1 ten bohater przebóstwia się w naszych oczach. 
Dokonywa się najwyższy jedyny cud, w jaki człowiek dzisiej­ 
szy może wierzyć. Takim jest tryumf gienjuszu". 
(„Krytyka", 
Nr 7/8, 1910 r.) . 
.. . „Utwór, pełen pierwszorzędnych piękności i myśli głę­ 
bokiej, gorzką jednak mieści w sobie strawę".. („Goniec po­ 
ranny", Nr 292, 1910 r.) . 
...„Sułkowski", 
na scenie przedstawiony — będzie to ka­ 
wał gienjuszem ożywionej historji". („Naprzód", Nr 38,1910 r.) . 
„Sułkowski" Żeromskiego jest tragiedja walki o niepodle­ 
głość duszy polskiej, o wyhodowanie z niej całkowitej woli, 
któraby szła, jak .„żywy pocisk, torujący drogę wolności". Spi­ 
żowy ton pieśni Żeromskiego- ., stał się niemal syntezą dążeń 
i pragnień pokolenia... 
„Sułkowski" do tego ognia, który ma 
objąć serca polskie, dorzuca cały las paliwa. Kto zbłądzi 
w serdeczne wnętrze tej książki, choćby tysiąc razy wyrzekł 
się polskości, rozetka się i zmężnieje, rozkwili i stanie się jak 
spiżowy szczerbiec Bolesławów, co zwycięstwo pisze". („Przed­ 
świt". Nr 7—8, 1910 r.). 
„Pod względem potęgi ekspresyjnej, zrównoważenia tudzież 
pełni środków artystycznych, utwór ten zajmie prawdopodo­ 
bnie miejsce najwyższe w szeregu dzieł dotychczasowych Że­ 
romskiego. Są w nim zdania, obrazy i słowa, gdzie polszczy­ 
zna, niesłyszana dotąd, poczyna drgać wespół z tętnem ży­ 
wiołów..." („Myśl Niepodległa". Nr 40, 1910 r.) .
>>>
XXXII 
„Każde nowe dzieło Żeromskiego staje się ważnym zja­ 
wiskiem naszej kultur, współczesnej... „Sułkowski" powstał 
całkowicie na stosunku autora do ogólnej klęski narodu. Jest 
też mniej dziełem sztuki dramatycznej, jak uczuciowym po­ 
mnikiem epoki; mniej tragiedją sceniczną, jak tragiedją myśli 
jednego z najwrażliwszych Polaków dzisiejszych, cierpiących 
na stałą nieuleczalną bezsenność ducha..." („Nowa Gazeta", 
Nr 462, 1910 r.). 
„Tragiedję budzi w nas dzieło Żeromskiego, z siłą i mocą 
„rozrywające rany polskie", przemawiające do nas głosem 
twardym i czasem bezlitosnym". („Kurjer Warszawski", dnia 
21 lipca 1910 r.) . 
„Przepiękne są, zwłaszcza w akcie V, przedzgonne roz­ 
mowy Sułkowskiego z jego przyjacielem Ventura". („Świat", 
Nr 30, 1910 r..). 
„Dziś w Żeromskiego wciela się sumienie narodowe. Du­ 
sza jego stała się niejako świętym kielichem, do kfcjrego 
spływają wszystkie łzy i cała krew umęczonego narodu. Każdy 
nowy utwór mistrza-pisarza jest jednym krzykiem bólu ludu zabi­ 
janego... Żeromski zdaje się nosić w sercu ogromny ból całego 
narodu. — „Sułkowski" jest dziełem, napisanym dla Polaków 
przez jednego z najszlachetniejszych synów Polski". („Mercure 
de France", Nr 323, str. 563, 1910 r.). 
„Duch wzniosłości panuje w tym dziele, jednym z naj­ 
wspanialszych z nowej literatury". 
(„Slovansky Przehled", 
Nr 7-9, 1911 r.). 
(Vide recenzje: „Głos", Nr 140-143,1910 r.; „Wiek No­ 
wy", Nr 2722-2725, 1910 r.) . 
I
>>>
Zakazane w zaborze rosyjskim. 
KATERLA JÓZEF. 
ROZA. 
Dramat niesceniczny, wydanie 2-gie. 
Cena 4 kor. 
„Mocna i piękna to książka — jedna z najpiękniejszych 
w ostatnich czasach — godna stanąć obok „Dumy o hetmanie", 
obok bolesnej opowieści o „Bandosie", obok bohaterskiego 
„Snu o szpadzie"... Książka — miecz, książka — róża, walce 
służąca i pięknu... Zewnętrzna szata książki artystyczna". („No­ 
wa Reforma", Nr 290, 1909 r.). 
„Przeczytasz książkę całą z zapartym oddechem, przy­ 
kuty do niej bijącym z jej kart czarem słowa i tą fatalną 
siłą, która serca gryzie i najtajniejsze struny duszy szarpie..." 
(„Naprzód", Nr 185, 1909 r.) . 
„Kiedy się czyta te stronice, pełne najcudniejszej poezji 
i artyzmu niewypowiedzianego, — spazm żalu chwyta za 
gardło — głębokiego żalu do autora, że użył takiego pędzla 
i takich farb — do stworzenia rzeczy tak chybionej". („Społe­ 
czeństwo" Nr 2, 1910 r.) . 
„Dramat ten — czaruje wszechstronnie, bo pełen jest rze­ 
czy, działających bezpośrednio na uczucia, porywających poe­ 
zją, a obok nich pełen myśli trochę poplątanych i sprzecz­ 
nych, ale przecie głębokich i trafnych". 
(„Słowo Polskie", 
Nr 500, 1909 r.) . 
„Róża" należy do rzędu najwspanialszych arcydzieł nie- 
tylko polskiej, ale i ogólno-ludzkiej literatury". („Jutro", Nr 6, 
1909 r.) . 
„...Dramat... który... tak silnie zaważy na rozwoju myśli 
Polski spółczesnej, jak chyba przed laty zaważyła... książka 
0 „Ludziach Bezdomnych"... „Róża" to... bezwzględnie szczery 
a godny poemat bohaterskich porywów i czynów". („Promień", 
Nr 1, 1910 r.). 
„Zaprawdę, niesceniczny to dramat: nie z myślą o sce­ 
nie — nie dla efektów teatralnych — nie gwoli gustowi pu­ 
bliki — nie dla poklasku tłumu i wypełnienia kasy, swojej 
1 teatralnej. Życia to dramat polskiego. Duszy polskiej... tra­ 
giedją straszliwa, ujęta w słowo okrutne twórcy, wpatrzonego
>>>
II 
w nią nieustraszoną, wieczyście czujną, śmiertelnie zbolałą źre­ 
nicą"... („Krytyka", Nr 8/9, 1909 r.) . 
„Najwybitniejszy utwór literacki 1909 r... Dramat ten ma 
dla Polski tosamo znaczenie, co trzecia część „Dziadów"... 
Całość... jest pomnikiem współczesnej Polski". 
(„Slovansky 
Przehled", Nr 10, 1910 r.). 
„...„Róża", 
jako dzieło talentu pierwszorzędnego, daje 
obraz uczuć, wstrząsających duszami i sercami tych, którym 
danym było przeżywać tragiczne dzieje rewolucji..." („Przegląd 
Powszechny", Nr 11, 1910 r.) . 
MARKOWSKA MARJA. 
POEZJE. 
I. Burza. — I I. Melodje śmierci. 
Cena 3 kor. 
„M. Markowska... posiada łatwość i giętkość formy, spraw­ 
ność stylu, sprawiające, że wszystko, co wychodzi z pod jej 
pióra, posiada niezaprzeczoną wartość formy". 
(„Krytyka", 
Nr 3, 1910 r.). 
„...Pieśni (Markowskiej), choć po kobiecemu rzewne 
i tkliwe, są mimo to silne i pełno w nich gwaru wojennego 
i szczęku broni... Poezja Markowskiej jest naprawdę taka, 
„co błogą ciszę trawienia zamaca, z podziemi bije, a o gwiaz­ 
dy trącał". („Robotnik Śląski", Nr 46, 1909 r.) . 
„...Silną i dumną, pełną nadziei, i wiary w jasny dzień 
jutrzejszy, pobudkami bojowemi grzmiącą, mową czynu są 
poezje, składające się na cykl: „Burza".. („Głos", Nr 270, 
1909 r.) . 
„Potężny talent twórczy, który zajaśniał w poezji Naj­ 
młodszej Polski słonecznym blaskiem..." 
(„Kurjer Lwowski", 
Nr. 203-205, 1910 r.). 
PRZYBYSZEWSKI STANISŁAW. 
SZOPEN A NARÓD. 
Cena 3 korony. 
„W wytwornej formie ujął Przybyszewski garść opartych 
na analizie dzieł Chopina, bardzo głębokich filozoficznych 
i literackich dygresji, które w całości złożyły się na pełen 
uwielbienia pean, poświęcony pamięci gienjusza narodowego 
w stulecie jego urodzin". („Nowa Reforma", Nr 496, 1910 r.) .
>>>
III 
„...Na czele (literatury o Szopenie) postawić należy bro- 
szurkę-odczyt St. Przybyszewskiego... Właśnie dla tego, że jest 
ona „osobistym sądem" i to człowieka, bądź-co -bądź wyjątko­ 
wo głęboko pojmującego Chopina, rzuca się w oczy, a raczej 
pod uwagę. Wspaniałemi można nazwać np. rozdziały o Po­ 
lonezie As-dur i Fis-mol.. - 
Nawiasem podnieść należy wspa­ 
niałe wydanie tej książki..." („Zycie" Nr 7, 1910 r.) . 
„Z pośród szeregu wydawnictw jubileuszowych zwraca 
ta niewielka broszurka na siebie uwagę przedewszystkim 
jako głos nie fachowca muzyka, ale pisarza i władcy słowa, 
jednego z największych z pośród żyjących... Broszurę tę... 
cechuje i strona zewnętrzna, która wykwintną starannością 
w druku, rysunkach na okładkach i winietach... świadczy... 
chlubnie o poziomie artystycznym wydawców i sprawności 
wykonawców..." („Naprzód", Nr 273, 1910 r.) . 
„W książce tej złożył autor „Odwiecznej baśni" jeden 
z najwznioślejszych i najpiękniejszych hołdów, jakie Naród 
w roku jubileuszowym Szopenowi składa". („Zarzewie", Nr. 
11-12, 1910 r.) . 
„Najprzedniejszemi pięknościami językowemi i polotem 
myśli odznacza się estetyczne studjum p. St. P . O Chopinie 
wypowiedział się p. Przybyszewski już dawniej; rzecz nowa 
jest wyrazem płomiennego uwielbienia sztuki Chopina, wspa­ 
niałym hejnałem chwały naszego Mistrza". („Przegląd Polski", 
Nr 2, 1911 r.). 
STĘPNIAK S. 
LOSY NI HI LISTY. 
Romans — Z przedmową Jerzego Brandesa. 
Cena 6 kor. 
Słynny utwór głośnego Stępniaka-Krawczyńskiego, tłu­ 
maczony na rozmaite języki i cieszący się wielką popular­ 
nością. Jerzy Brandes powiada o tej książce: „Jest ona nie- 
tylko zupełnie wiernym obrazem życia i do najwyższego stop­ 
nia porywającą powieścią, ale także obok tego wszystkiego 
posiada tak subtelny i przenikliwy, jakiego się nie spotyka 
w całym piśmiennictwie europejskim, rozbiór pobudek we­ 
wnętrznych, poruszających inteligientną młodzież rosyjską". 
Książka Stępniaka, pomimo swej objętości, czyta się jednym 
tchem, przyczym zainteresowanie czytelnika wzrasta z każ­ 
dym rozdziałem.
>>>
IV 
STRUG ANDRZEJ. 
DZIEJE JEDNEGO POCISKU. 
Wydanie drugie. 
Cena 4 kor. 80 hal. 
i 
„Niewątpliwym artystą, który ma dar jasnego widzenia 
duszy proletarjatu i zna doskonale życie na nizinach, jest 
Andrzej Strug. Nowy jego utwór jest szeregiem kart, wyrwa­ 
nych z dziejów lat ostatnich. Wszystkie te postacie ujęte 
są artystycznie, mają doskonałą plastykę zewnętrzną i trafną, 
przenikliwą aż do finezji charakterystykę wewnętrzną". („Kur- 
jer Warszawski", Nr 293, 1910 r.) . 
„Dzieje jednego pocisku" są nietylko powieścią historycz­ 
ną, lecz wprost niezmiernie cennym dokumentem czasu. Ze 
wszystkich dotychczasowych polskich powieści porewolucyj- 
nych ta jedynie nie ma w sobie nic z fabrykatu i w całości 
jest wiernym zwierciadłem wypadków doby rewolucji". 
(„Na­ 
przód", Nr 12, 1911 r.) . 
„Książka Struga nie utonie w morzu miernoty i zapo­ 
mnienia, ale długo będzie aktualna nietylko jako rzecz, po­ 
siadająca wartość artystyczną, ale jako dokument objektyw- 
nej, nie znającej wybiegów i ustępstw prawdy". („Na Ziemi 
Naszej", Nr 1, 1911 r.) . 
„Jest to stanowczo najlepsze dzieło Struga z napisanych 
dotychczas... Rozwinął tu w całej pełni talent narracyjny 
i obserwatorski". („Mercure de France", Nr 2, 1911 r.). 
„Takiej liczby dokumentów ludzkich z okresu rewolu­ 
cyjnego, jak on, nikt nie zebrał. Tak systematycznego uję­ 
cia całego tego czasu nikt nie dał. „Dzieje jednego pocisku" 
można nazwać klasyczną powieścią historyczną". 
(„Krytyka", 
Nr 4, 1911 r.). 
„Praca ta jest — śmiało można powiedzieć — arcydziełem 
w swoim rodzaju". („Slovansky Przehled", Nr 7 9, 1911 r.). 
„Taka jest moc prawdy w jego słowie, takie piękno 
w uczuciu, że kochają go i ci nawet, których „wczoraj" był, 
a „jutro" pozostanie zaklętym wrogiem... Humor, właściwy 
gienjalnym objektywistom a la Mark Twain lub Antoni Cze­ 
chow, u Struga nawskróś jest romantyczny... Wyobraźnia jego 
przelewa się w obrazy najrealniejsze pod słońcem, pieści się 
ich namacalnością, wydobywa treść mistyczną z faktu, że 
wszystko to właśnie jest tak straszliwie konkretne. Strug jest 
przedewszystkim gienjalnym znawcą obranego dla swej bele­ 
trystyki przedmiotu. Dla tego to prawi o wszystkich tych ta­ 
jemniczych sprawach z taką czarującą, nieprzymuszoną swo­ 
bodą żołnierza z bożej łaski. Nic go nie dziwi, nic zbytnio nie
>>>
V 
przeraża. Wszystko takie codzienne i rodzime. Brak mu zu­ 
pełnie patosu ; nawet tam, gdzie sypie pomniki chwały to­ 
warzyszom podziemnym, odeszłym i bezimiennym, czyni to 
cicho, krusząc piasek w garści i jakby bojąc się, by zbyt gło­ 
śno sypany kopiec nie poruszył ich w grobach". („Nowa Ga­ 
zeta",' Nr 236, 1911 r.) . 
(Vide recenzje: „Łan Młodzieży", Nr. 12, 1910 r.; „Głos" 
Nr. 187-88, 1910 rA 
STRUG ANDRZEJ. 
JUTRO... 
Cena 2 kor. 
„Arcybogatą treść książka ta w sobie zawarła, choć dzieje 
tylko dwudziestu czterech opiewa godzin. Czyta się książką do 
końca jednym tchem i odkłada z przeświadczeniem, że tak 
być musiało... Temat sam nastręczał trudności niezmierne. 
Przezwyciężył je jednak wielki talent". („Przedświt", Nr 1, 
1910 r.). 
„Do najszczerszych i najbardziej uczuciem przepojonych 
utworów najnowszej literatury naszej zaliczymy... książkę 
Struga... To dzieje zwycięstwa nad śmiercią"... („,Głos" Nr 
245, 1908 r.) . 
„W nowym utworze swoim dał nam Strug coś niepomier­ 
nie wielkiego".. (Prawo Ludu", Nr 40, 1908 r.) . 
„Książka smutna, a serdeczna, jak ostatni pożegnalny 
uścisk dłoni... Trzeba umieć wczuć się w...proces ponownego 
i zasadniczego przeszacowania wartości, jaki się na progu no­ 
wego jakiegoś istnienia dokonywać może, by tak żywo, szcze­ 
rze a silnie to przedstawić, jak właśnie tego zadania dokonał 
Strug". („Książka", Nr 7, 1909 r.) . 
„Książkę tę z radością powitać należy... w imieniu wszyst­ 
kiego, co młode, co chce żyć — nawet w śmierci... Z czynem 
zbiorowym zrośnięta, książka ta jest czynem... Dawno podo­ 
bnych słów już nie słyszała literatura polska... Polsce przybył 
pisarz niecodziennej miary..." („Społeczeństwo", Nr 40,1908 r.) 
„Jest to powieść psychologiczna, uwydatniająca prawdziwy 
talent... Powtarzamy raz jeszcze, powieść napisana jest z ta­ 
lentem, wpływ jej zgubnym nazwać musimy". („Przegląd Po­ 
wszechny", Nr 308, sierpień, 1910 r.) . 
„...Niema tu ani jednego słowa taniej czułostkowości, od­ 
rzucony jest wszelki byt zewnętrzny, słyszymy tylko prosty, 
a jednak podniosły głos duszy, odchodzącej w nieskończo­ 
ność". („Slovansky Przehled", 7/i0, 1909 r.) .
>>>
VI 
„Rzeczywiście szacowną jest ta tkanina myśli, roztoczona 
w „Jutrze". Skazaniec zmaga się z sobą, jak rzeczywisty bo­ 
hater i mędrzec. Jest wielki, gdy w sobie wypracowywa całą 
tę filozofję życia idei, opartego na zgonach ludzi i ofiarach: 
jest wzruszający, bo niebywale blizko dotyka całej mistyki 
życia, krzewiącego się w śmierci". („N. Reforma". Nr 433,1911 r.) 
STRUG ANDRZEJ. 
OJCOWIE NASI (1863). 
Cena 5 kor. 20 hal. 
„Bez dat i nazwisk historycznych, w słowach klasycznej 
prostoty, snuje się opowiadanie o ludziach i wypadkach z epoki, 
którą niby znamy, a której jednak po dziś dzień dobrze zro­ 
zumieć nie mogliśmy, bo albo się mówi: niedołęgi, warchoły 
— 
albo: bohaterowie... Strug nie rozstrzyga gołosłownie, lecz 
jako artysta prawy, daje syntezę". 
(„Wiek Nowy", Nr 3160, 
1912 r.) . 
„Autor prawie zawsze obiera za temat swych nowel chwile 
agonji powstania styczniowego, chwile tryumfu nieprzyjaciela, 
lub czas męki powstańców po upadku rewolucji w więzieniach lub 
katordze moskiewskiej. Pomimo tego bolesnego krytycyzmu, 
z jakim autor odtwarza sceny z 1863 r., pomimo smutku, jakim 
oddychają jego nowele, niema w nich wcale modnych do nie­ 
dawna gromów potępienia dla rewolucji styczniowej, prze­ 
ciwnie brzmi w tych utworach zgłuszona ale silna nuta wiary, 
że boje te nie były bezowocne, gdyż one zniszczyły przedział 
kastowości, dzielący szlachcica polskiego od chłopa... Dzia­ 
łają one na czytelnika jak gorzkie, piołunowe, ale uzdra­ 
wiające lekarstwo. Tę gorycz nadał im bezwzględny krytycyzm 
autora, tę moc leczebną nadaje im gorącość uczucia autora, 
pomimo pozornego chłodu, gorące umiłowanie wszystkich wal­ 
czących z przemocą, i niepośledni talent autora". 
(„Gazeta 
Wieczorna", Nr 519, 1912 r.) . 
STRUG ANDRZEJ. 
ZE WSPOMNIEŃ STAREGO SYMPATYKA. 
(„Ludzi podziemnych" serja II. T r e ś-ć : Z powrotem. — 
Odruchy. 
— 
Ze wspomnień starego sympatyka). 
Cena 3 kor. 20 hal. 
„W nowym tomie autora „Ludzi Podziemnych" znajdu­ 
jemy kilka studjów psychologicznych, z nadzwyczajną prawdą 
skreślonych, a skąpanych przytym w potoku głębokiej poezji". 
(„Krytyka", Nr 11, 1909 r.) .
>>>
VII 
„W ostatnim tomie... nowel, zatytułowanym „Ze wspomnień 
starego sympatyka", talent Struga wzbił się na wyżyny mi- 
strzowstwa... W literaturze żadnego narodu niema nic podo­ 
bnego do tych „wspomnień starego sympatyka". 
(„Naprzód", 
Nr 190, 1909 r.) . 
„Strug posiada wyborny talent narratorski, którego humor 
czasem ironiczny nie wyłącza jednak uczucia". („Mercure de 
France", Nr 303, 1910 r.) . 
„Literaturze polskiej przybyła książka niezwykłej mocy, 
zakrojona na miarę wielkich dzieł. Autorem jej Andrzej Strug... 
jeden z owej drużyny płomiennych duchów, co własną krwią 
piszą..." („Kurjer Lwowski", Nr 5, 1910 r.). 
„Myśli, wypowiadane przez Struga, szczególny oddźwięk 
powinny znaleźć wśród młodzieży". („Jutro", Nr 6, 1909 r.) . 
„Strug ukazuje nam (swój) świat... w najistotniejszej co­ 
dziennej rzeczywistości... Głównie jednak oglądamy dusze... 
Strug bowiem... jest mistrzem drobiazgowego malarstwa naj­ 
subtelniejszych drgnień duszy". („Przedświt", Nr 12, 1909 r.) . 
„Z gorącym umiłowaniem swoich bohaterów, wyzierają­ 
cym poprzez zasłonę miękkiej i dobrotliwej satyry, łączy p. 
Strug niezmiernie wyostrzony zmysł psychologiczny, szczerość 
w ujmowaniu swoich zagadnień artystycznych i wielki jakiś 
pęd ku ich stałemu pogłębianiu... Talent p. Struga rozwija się 
i rozszerza swoje horyzonty". („Prawda", Nr 21, 1910 r.). 
„Książka nastrojona jest na ton minorowy... Same zaś 
„Wspomnienia" to jakby historyczny dokument i przyczynek 
do dziejów rewolucji. Widać tu początki, rozwój, upadek 
i znowu ożywienie się ruchu... Czuje się dla tych ludzi nawet 
sympatję, gdyż tak często w dobrej wierze działają, a ból 
i cierpienie w sercu zawsze oddźwięk znajdzie". 
(„Przegląd 
Powszechny", Ńr 10, 1910 r.). 
VERHAEREN EMIL. 
JUTRZNIE. 
Dramat społeczny. Przekład Marji Markowskiej. 
Cena 2 kor. 
„Dramat społeczny „Jutrznie", przyswojony przez poetkę 
naszej literaturze, maluje wykwintnym pędzlem tytaniczne 
walki ludzi, przez morze krwi ofiarniczej dążących ku świtom 
promiennym". („Kurjer Lwowski", Nr 205, 1910 r.) .
>>>
VIII 
WALEWSKA MARJA JEHANNE (HR. WIELOPOLSKA). 
PANI EL. 
Cena 4 kor. 60 hal. 
„Na widnokręgu naszego piśmiennictwa pojawiła się po­ 
stać, przypominająca żywo najświetniejsze tradycje literackie 
z epok, kiedy literatura wywierała decydujący wpływ na kie­ 
runek myśli publicznej i nieraz na bieg wypadków dziejo­ 
wych... Z rodu tych umysłów niezależnych, które pozrywały 
z wszelkiemi szablonami i regułkami, z wszelkiemi komuna­ 
łami, liczmanami i banalnościami, które umiały się wzbić nad 
klasy i czasy, nad narody i ich mody, nad tautologje i truizmy, 
jest nasza pani Wielopolska... winszujemy Spółce Nakładowej 
krakowskie), iż podjęła się edycji tej kapitalnej publikacji 
i przez to dała możność szerszym sferom narodu naszego 
zapoznania się z postacią tak pod każdym względem niezwy­ 
kłą, oryginalną i interesującą". („Myśl Niepodległa", l\r 174, 
1911 r.). 
„W stosunku do innych młodych naszych pisarek wysuwa 
się pani Walewska swoją kulturą umysłową bezsprzecznie na 
plan pierwszy". („Krytyka", Nr 7—8, 1911 r.). 
„Wstęp do tego prawdziwie nowoczesnego a niesłychanie 
uwagę czytelnika wiążącego zbiorku napisał Andrzej Niemo- 
jewski, z zapałem wielkim go zachwalając. Mamy odwagę 
stwierdzić, że Niemojewski był w chwaleniu powściągliwy... Są 
to rzeczy, rozgrzewające swą wyzywającą śmiałością... Kto 
chce serce pokrzepić a umysł odświeżyć, niechaj czyta tę 
piękną i pożyteczną książkę", 
(„Robotnik Śląski". 
Nr 45, 
mii_\ 
WILEŃCZYK MARJAN. 
1812. 
Tragiedja w 5 aktach. 
Cena 4 kor. 
„Autor posiada wielką erudycję historyczną... W sztuce 
Wileńczyka Każde niemal zdanie jest wierne historycznie, wy­ 
jęte dosłownie z książki, pamiętnika lub przemówienia danej 
osoby... Bohaterem tragicznym sztuki p. Wileńczyka jest sprawa 
napoleońska, sprawa polska... Najlepszym jest akt 111, w któ­ 
rym zarówno car Aleksander 1, jak i Roztopczyn, rozwijają 
przed nami swą psychologję..." („Naprzód, Nr 58, 1912 r.).
>>>
Wydawnictwa Spółki Nakładowej 
„KSIĄŻKA". 
Angiolini Alfred. Dzieje socjalizmu we Włoszech. K 6. 
Bios W. Rewolucja francuska. Wydanie drugie. K 4 . 
Choynowski Piotr. Zdarzenie. Nowele. K 360. 
Daniłowski Gustaw. Jaskółka. Powieść w 2 tomach. 
Wydanie drugie. K 5-50 . 
Daniłowski Gustaw. W miłości i boju. Nowele. Wyda­ 
nie drugie. K 320. 
Feldman Wilhelm. O Rosji. K 1. 
Feldman Wilhelm. Stronnictwa i programy polityczne 
w Galicji 1846 do 1906 r. 2 tomy. K 10. 
Filipowicz Tytus. Zagadnienia postępu. K 3'Z0. 
Galica Andrzej. Robert Szporn. Dramat. K 2 60. 
Grabiec J. Dzieje narodu polskiego. K 5. 
Grądzielski K. Dzieje literatury polskiej. K 5. 
Grubiński Wacław. Moc kamienna. Nowele. K 3. 
Grubiński Wacław. Pocałunek, Uczta Baltazara i inne 
nowele. Wydanie drugie. K 4'20. 
Gumplowicz Wl. dr. Dzieje założenia Stanów Zjedno­ 
czonych. Z 3 mapkami. K 2-60 . 
Iiillquit Maurycy. Dzieje socjalizmu w Stanach Zjed­ 
noczonych Północnej Ameryki K 4. 
Jarosz Mieczysław. Śląsk cieszyński. K 3. 
Jaworski Roman. Historje manjaków. Nowele. K 420. 
Iłłakowicz 1. K . lkarowe loty. Poezje. K 4 . 
Kaden Juljusz. Zawody. Nowele. K 3-20. 
Kalthoff Albert. Światopogląd religijny. K 3-20. 
Kasprowicz Jan. Chrystus. Poemat społ. -rełigijny. K3. 
Katerla Józef. Róża. Dramat niesceniczny. Wyd. 2 . K 4. 
Krauz Kazimierz dr. Materjalizm ekonomiczny. K5"50. 
Kulikowska Marcelina. Barwy duszy. Poezje. K 5. 
Kulikowska Marcelina. Frania. Nowele. K 260. 
Kulikowska Marcelina. Z dziejów duszy. K 4. 
Kulikowska Marcelina. Z wędrówek po kraju. K 260. 
Landau Helena dr. Zarys ekonomji społecznej. K 3. 
Lange Antoni. Elfryda. Fantazje i nowele. K 4-2D. 
Lange Antoni. W czwartym wymiarze. Nowele. K 4"20 
Limanowski Bolesław dr. Rozwój przekonań demokra­ 
tycznych w narodzie polskim. K OoO. 
Limanowski Bolesław dr. Stanisław Worcell. K 10. 
Limanowski Bolesław dr. Szermierze wolności. K 8. 
Louis Paweł. Dzieje socjalizmu we Francji. K 4. 
Mańkowski Mieczysław. U stóp szubienicy. K 0*60. 
Markowska Marja. Poezje. K 3. 
Markowska Marja. Melodje śmierci (odb. z „Poezji"). 
K 260. 
Nalepiński Tadeusz. Chrzest. Poemat. K 4.
>>>
Narkiewicz-Jodko i Szymon Dyksztajn. Polski socja­ 
lizm utopijny na emigracji. (Dwie rozprawy). K T20. 
Orkan Władysław. Drzewiej. Powieść. K 680. 
Orkan Władysław. Herkules nowożytny i inne wesołe 
rzeczy. Nowele. K 2. 
Orkan Władysław. Nad Urwiskiem. Wydanie drugie. K 3. 
Orkan Władysław. Ofiara. Dramat. K L50. 
Orkan Władysław. Wina i kara. Tragiedja. K 2. 
Orkan Władysław. Z martwej roztoki. Poezje. K 5. 
Płochocki Leon. Rosyjskie partje polityczne i ich sto­ 
sunek do sprawy polskiej. K 3. 
Przybyszewski Stanisław. Szopen a Naród. K 3. 
Radziwiłłowicz R. dr. Zagadnienia psychologjt. K 3. 
Rogoszówna Zofja. Dziecinny Dwór. Powieść dla dzieci. 
K 3-60. 
Rogoszówna Zofja. Pisklęta. Nowele. K 2'60. 
Rygier-Nalkowska Zofja. Kobiety. Powieść. Wydanie 
drugie. K 420. 
Rygier-Nałkowska Zofja. Narcyza. Powieść. Wydanie 
drugie. K 5. 
Sieroszewski Wacław. Bajka o żelaznym wilku. Z 14 
rycinami J. Rembowskiego. W ozd. oprawie. K 10. 
Sieroszewski Wacław. Bajki. Z 50 ryc. W oprawie. K 6. 
Sieroszewski Wacław. Dno nędzy. Wyd. 3-cie. K 3-20. 
Sieroszewski Wacław. Małżeństwo. Wyd. 2 -gie. K 4-60 . 
Sieroszewski Wacław. Na daleki Wschód. Kartki z po­ 
dróży. Wydanie 2-gie. K 4-20. 
Sieroszewski Wacław. Risztau. Wydanie 2-gie. K 3'60. 
Sieroszewski Wacław. Zamorski Djabeł. Powieść z 54 
ilustracjami. W oprawie K 4*50. 
Sieroszewski Wacław. Ze świata. Opowiadania. Z 53 
rycinami. W oprawie. K 5. 
Sieroszewski Wacław. Z fali na falę. Wydanie III. K 5. 
Śliwiński Artur. Powstanie listopadowe. Z 11 portretami. 
W oprawie. K 460. 
Stępniak S. Losy nihilisty. Romans. K 6. 
Strug Andrzej. Dzieje jednego pocisku. Wydanie 2-gie 
K 4-80. 
Strug Andrzej. Jutro... K 2. 
Strug Andrzej. Ojcowie nasi (1863). Nowele. K 520. 
Strug Andrzej. W twardej służbie. Nowele. K 2-60 . 
Strug Andrzej. Ze wspomnień starego sympatyka. No­ 
wele. K 320. 
Studnicki Wł. Finlandja i sprawa finlandzka K 4. 
Verhaeren E. Jutrznie. Dramat. K 2. 
Walewska Marja-Jehanne. Pani El. K 4'60. 
Wasilewski L. Litwa i Białoruś. 
Wasilewski L. Ukraina i sprawa ukraińska. K 4-60 . 
Wasilewski L. Współczesne państwo konstytucyjne. 
K 240. 
Wileńczyk M. 1812. Tragiedja. K 4. 
Wyrostek M. dr. Urządzenia polityczne Szwajcarji. K 5. 
Żeromski Stefan. Sułkowski. Tragiedja. Wyd. 2-gie. K 6. 
Żeromski Stefan. Uroda życia. Powieść w 2 tomach.
>>>