/Archiwum_001_05_145_0001.djvu

			London, 31st Juty 1977 
Regiltered at the G.P .0. as a newspaper 


Rok XXXII nr 30 (1635) 
Cena 45p. Dziś 6 stron 


LONDYN, 31 lipca 1977 



 


AS. - UtaTł się w naszej krryfyce 
JJiteraokiej tailGi malltwy i o
l
 
pany 


 jrak gdy.by iailGiegoś spor- 
tOwego ujęcia dtzJiejów literaJtury poil;- 
s1ciej. Zawsze mÓWIj się że była M
 
da POL3ka, którą pokonał Sk'airnan- 
der no a potem Slkatnall1dira poko- 
Mła lliwangaird:a. Czy w i.St:ooic ist- 
niaij: ten konflikt między Skaman- 
drem a Młodą Poł
ą i międizy Ska- 
ma.ndlrem i awal!lga.rdą? 
To wszysdko jest tlToohę lekko- 
my81ne i mija się I11awet z prawdą. 
Właściwie ZJastarnówmy Się. Cały 
Skllil11a>ndie!r bard7Jo wiele zawdrzię- 
crzJał Młodej Polsce. Takiego konni- 
ktu wcale nie było! Któż to był 
Młoda Polska? Boy by1l Młodą Pol'- 
Ską, Przył>yszeiw..ki, Nowaczyń'Ski, 
Żeromski. Staff, ten Pold!2Jio, który 
był ulubieńcem całej g!rupy. W 
Skamandrze diruJ<1ował Zerom!ki. 
Boy barow szybko dołączył do gru- 
py. Wszy
y oni przyję1E. SkZY, ten fr3JZes kIilSZOWY o t.'2'JW. Jd'a- 
sykach, o walce Mickiewicza i kry- 
tyików warszarwskich - ja już o tym 
pisałem. W rzeozytwi'9tOOcnl 
prawa 
była 
otna. Romall1 l tycy porywa- 
li na:r6d, ,.BalIady i Roroonse", to- 
miku M ickliewilCZJa rookll\pyrwa,Jy 
dizJiewczęta z lud'll niemal, m}odziei, 
studenci. Cały naród porrwa'l1y był 
wtedy falą rol11aJt1
Yzmu a przeciw- 
ko była ty']
o wopa kTy1tyków w
 
szaw,>kich. Z aJWaJngalrd'ą dLJisiaj jest 
odwrot1l1lie. Awamga1rdę popiera ma
a 
grupa krytyków WalI"szawskich a nla- 
ród :teg!O nie chce. MÓWiią o tym ja- 
sno oo:kI1ady, mólWi o tym odbióT. 
Bo ta cała awamgarda to są pozycje 
martwe, to są POZYCje eSkapizmu. 
k1Jóre są w pew.nym sensie wygodP. e 
dZJisiejszej władzy. 
Często mnie to msl'all1a1Wi;ł
O, dla- 
czego popiera 
ę u nas dzisi3
 a- 
walIlga,rdę? Po proslIu dl'3itego Że to 
nie jest nieb
pieQne. 
ro'Ste rÓW- 
nanie: łatwość z jaką wydmkować 
mo'ŻJna dzisiaj rzecz ahsolułinie bez 
sensu i abso
utna sztywnOŚć, twar- 
doŚć i niellLsł.ępl,iiWość ceI11ZUiTy, k,ie- 
dy chodzi a j1akąkolwiek kwestJię do- 
tyczącą spraw narOdowych c:z;y spraw 
prawdy historycznej. Pchanie mło- 
dzieży liWl1ackliej w kierUll1ku liJtell'a- 
tury i poerz;j1Jh, piękne 
portrety naszego ukoonaJoego pudelka 
Owaliino, który przeży\\'szy pięknych 
20 lat dzisiaj już nie żyje. 


W.M. 


Redakqa l Admmł..tr8CJ& 
tr1, Great Russell Street, London WCIB 3B
 
tel. Ol 242-3644 
Prenumerata kwartalna £5, w Stanach Zjedno- 
czonych i 
:ma
e $12.50. 
w Belgii 400 fr. belg., 
we FranCJI 4.::> fr., w NIemczech 27 DM, " 
Szwajcarii 30 fr. szw., we Włoszech 7.000 lir. 
w innych krajach równowartość $12.50 - Zmia. 
na adresu - 20p. lub $0.40. - Dopłata za pre- 
numeratę lotniczą $5 lub £2.50 kwartalnie. 
Oiloszenia 1 cal X l szpalta £3 lub $7.00 
Cieki na1ety wystawiać na "WIAOOMOsa. 


Założyciel: Mieczysław Grydzewski 


TYGODNIK: 


dom oki", który się nazy\\ał ,.0 
wstrząs sumienia". To był artykuł 
podsUilTlowujący sprawy kampanii 
wrzdniov.ej i ostatnich lat rządzenia 
w Polsce. I dałem wiersz "Alarm", 
który już wtedy miał swój rezonans. 
Grydzewskiemu bardzo zależało na 
,.Alarmie". Powiedział mi że będzie 
drukował "Alarm", ale artykułu nie 
wcJt Wyspiańsk.i, n;jemrz; w swych ło stłoczone. No jedna rzecz uderzy- wyjątkiem Si
ego, Kader- miec przeci'\\ Niemcom występolWał będzie dmktóż to jest zasadniczy fakt, że cała grupa b}ła zaangażowana. nie wszedłem do redakcji jak to pro- 
są podstJaIwą S7J1jUI}ci woka.1nej. nę " 

. który wywo.łał W1e1

 który tyczy się przede wszystkim ta- Wieniawa był chyba bardziej "za- ponował Kot i dopiero w Londynie 
Z pew11}'11I1 zdrzjilWlieneim i smu!t- oddZJW'lęk. I hałas. Ja mówiłem "Car- kiego typowego przykładu w spm- angażowany" od Boya; pamiętam w wiele miesięcy później, wspólne 
kliem przeczytJałem kiedyś wstęp do magn
lę", ,
r
nt poematu. "Czar- W
e Hempill3. Hempell 2JWT60ilł się do jak chodził z interwencjami o wypu- nieszczękia nas znowu połączyły. 
"Księgi Ubogich" Kasprowicza, w na 
Iosna . ktOfY był 
konflSkowa- mnie abym ja podpisał protest w szczenie Władka Broniewskiego z WM. Ja pamiętam, kiedy 
którym on się wierzał że "niektó- ny Jako 
at komuD1sty
ny, co sprawie zmiany regułaminu trakto- więzienia. przyjechałem do Angers, gdzie mie- 
rtf' z tyCh wlierszy powstały nie było zresztą ł.1Ieprawdą b«;> Ja byłe
 warna więfuiów politycznych w Pol- AS. _ Ja bym był tr"ochę im1egu 
iły się biura Prezyd.ium Rady Mi- 
,przy biur'k.u a w czasie samotmyoh wtedy an
rchlsta-syn.d
a!lsta (bo ja sce. Użył nawet tego wyrażenia: zdania: Wieniawa robił to z przy jaź- nistr6w, zastałem w przedpokoju 
spacerów. Pomyślałem sobie: to nie- przechodziłem rówmez I przez te ..zwracam się do Pańskiego humani- ni. a nie dla polityki. Wieniawa wy_ Gryd7.e'W5k1iego i Ronnana, którzy 
dobrze! zł
ia
. Więc w pierwszy
 pro- tm'y7mu" _ z pewnym przekąsem wodził się z bohemy, był naszym bli- właśnie szli do prof. Kota po wy- 
Ja nie wyobrażam sobie w ogóJe gramIe PIkadora zał:rso wały s
ę bar- Mnie to troszkę zirytowało i powie- !;kim przyjacielem, lubił Władka i płatę sU1bwencji, którą ewenJtiUalnie 
wiersza, kltóry po'WIStalje przy biUif- dzo pow
ne. pOZYCJe poetyokle, na- działem: "nie zyczyłbym Panu żeby poszedł. Tu bym raczej dał inny dostali mimo że rząd nie był w naj- 
ku. To znaczy przy biurku m

 w
t 
ledzIał
}'1T1 po
tawy. No Pan kiedykolwiek w życ,iu ucierpiał pT'Z'\"kład: mec. Beremsoma, z Ict.órym lepszych warunkach finansowych z 
jedynie 2Jap
sać rzecz. która się JUZ 
wnc: J
 
 
 IJ1Jle :zJ1l3lailJ1'o z powodu braku tego humanitaryz- przyjaźniliśmy się, który też wystę- powodu zwłok w wypłacaniu pienię- 
u
ożyła w fmrz;ę poetycką. najll1IDle.J);zq WZJI1aa.nka nawet w oha- mu:' To było niestety o tyle smut- pował bardzo śmiało. Ale jeśt1 cho- dzy. Dlate'go właśnie Borman i Gry- 
A jeśli p01'USZYlłeś już sprawę Le- rakterystyce,. 
tórą 
łem .
 ne i wróżebne, że Hempel. jak wia- dzi o Piłsudskiego to myśmy wszys- dzewski tam stali i ja starałem się 
ohonia, k1Jóry był mi najb
iŻ';rzy z 

 "WJad o mo4cl na teJ11Qt his domo, zginął w Rosji zamordowany cy byli zaangażowani politycznie. im w tym pomóc. 
g ru"" Skamandrn, jako poeta prze- toIr1JiJ PIkadora. p1'ZeZ Gestapo, przez G.P.U. - prze- AS. - Przeczytałem w tym nume- 
YJ WM.-Oo dlo PiłsudskiegQ to maSZ 
trwał on baadrzJiej niż te młode Wlier- WM.-A ja1c było pótnoiej ze Sk.a- praszam, ale to właścirwie to samo. rze "Wiadomości" dZJ1wną rzecz że 
stokrotn'l rację. Pamiętam też te tra- 
sze Wierzyńs . kiego czy TuwiJma . ,kltó- mandrem? Otóz ' l ' a zawsze stał 
 na st anowi-' ja.koby Pragier skoczył do gardła se- 
"'HO giczne ch'W'Jlle po zamordowaniu Na- 
re. 
dzo Jak gdyb.y straOlły; 
e AS'--ł:
 - 
 b
ło Pro Ar- sk'll, że mogę protestować i .należy rutowicza, kiedy wszyscy poeci gru- k,reta.r:nolW'i Kota. Co to było? 

ISI
J .pa
hną secesj.ą: .Pachną. t
m te. Za>łoży1.iśmy mle51ęcZTIgk Sk.aanall1.: protestować; trzeba prot
towac prze- py z,a,rea,gowali na ten tragiczny wy- WM. - O kogo chodzi Pragiero- 

leWJel1Jaonmem a . d:i\1.SlaJ 
Qe to der. JesIt n
iWdą, Że CkydIZJeoWSkn ciiw temu 00 robi KomIsanz KaJdarn padek. wi nie wiem: ale sekretarzem Kota 
SIę zestarnało, WJe11SlZe. PoIs:ł'TIe 
 był redwd'orem, bo był wttedy tYlko W Polsce, i gorąco należy prot
to-. byłem ja. Nigdy Pragi era wtedy nie 
wpływM1. moderny rosYjskie]. 8:<> OI1n sekret.al'Zem redakcji przy komitecie wać przeciw traktowaniu wIęźniów AS.-;-To jeSt bardzo 
harakt
rystY- widziałem; Pragier do gardła mnie 

aj. 
YIi p
 wpływem 
j'i r<: redakcyjnym. Ten komitet kwalifik&'tawLł mnie 
mu rOSVJlSklego. NaJtomnast J3. I Le- .. . . .
. '" h I k . h . . ech 11 ' potem, pod komec narastały proble- F .. J . 00 ' ł B 
.:hoń może na skutek środowiSka i Zdaje. SIę, nawet Ze odwahhścle k,J!- wlęZlelll
c 

s lC .a me PO]. a my, po sprawie BrześcIa nastąpił roz- we ranCJ'l. a SI zla em w ayon- 
wyaho\Wl[1Qa by1i
y bardJziej ZJWią- ka 
erszy ba!dzo znanyc? poet
 do 
OSJI. Jesh chod
 o to mOje. za.- dźwięk. Ja osobiście zerIWałem wte- ne i tam wziąłem sobie do pomocy 
zani z nurtem poezji niepod!1tegłoś- 
 grupy, jak np. Tuwima waJe angllizowanre. 
o m
ja le.kcewaz
a dy stosunki z przyjaciółmi, z który- Jana I ibracha, który był na indek- 
. . M'oki' ł" SIę postawa Wellslsty, jako zwoknnlka . b ł t' kBk' sie, jako były radca ambasady u Lu- 
CIIO'We], 
 I. eWllCZel\ll, g owrne z . " . ,. rzecz ypo s p olite j ' globu, pacvfiLml! w mi. y. 
. na. Y. ja z ec leł'?' .z kasiewicza, który dla rządu Sikor- 
Mick
ewlcrzem, I na tym tle... AS.-Tak TUiWlma I WlerL}'ńSk.ie- . . 00 Ś . I dzk ' . I ł k MledZlnsklm ltd. Wtedy te drogi Się 
eć . I m l ,. J no CI u le j zna ll: a on- ..kie g o b y ł anatem ą i razem z Janem 
WM _ N ' Norwidem' go m.in., choć muszę powiedzi ze ekw l ... . ak ' z _ rozeszły, jedni poszli bardziej na le- 
. o l Z. ., '. . Lechonia nigdyśmy nie odwalali. 
. : 

y wYr.łz w P: ty
e._. mo IWO inni bardziej na prawo, ale za- Librachem. Janem TabaczyńskUm, za- 
AS.-Z NorW'1dem pomnej. To Kiedy Wiadomości Literackie" za- Jej ruCjaty'Wy pOWSG.1la \\ er.
Ja p.". sadniczo to była grupa o pewnym ufanym prof. Kota, bardzo miłym i 
O<Ńny mieli do LawdZJię<:zenia M'ło- C7ęły 
chodzić. Skamander zwiądł ska Deklaracj.i Praw. Cz
owle
a, ,na ob1iczu ideowym prze7, długie lata i przyzwoitym dziennikarzem j Hali- 
dej P0I1

e. t!o był Norwl
', 
tórego _ Że tak powiem. Przestał wycho- 
ą. WeL\s 

 Zg
, I 
 ktorą nawet to że Brześć czy późniejsze ną Jaworską, siedzidiśmy w tym 
nam MllJ"'lam pokaz.ał.. nlO I R'lmba
d dzić i dopiero po paru latach został lstn1ne!e 
Iez 
s 
gIe:ra, po- wypadki dały konflikty, d{)wodzi za- Bayonne i wydawali tysiące polskich 
- praMda. Te. d\\Ie..
! J (
wznowiony. Wówczas redaktorem za plSi1
zarru,. 
tOfJ'Y bvll 
.tedy \
 aJl]Jga1ŹJowaJl1
'a, bo 1Y]ko I
ie nierz;a- paszportów i francuskich wiz wy jaz- 
były wpływy, ktore działały na na rzeczywi
ie został Grydzewski, jeś- Lon<ł:'ya11e. .Jeśh WIęc chodzi..o 
 angażowani nie mają konfliktów. dowych, które nam dawał wyznaczo- 
skórek poetyclkoi. ISitota była formo- r h dz' śc' ł
ć 8Hgazowanl<: w m.a:ę mozl'woscl, .. . ny delegat ambasadora No/Ha. 
waITIIa przez poerzję romall1tyc:mą v c o I o 18 . niestety czasem ba.rdzo skromnych, Tak j'3.k robIłem ,protest w spraWIe AS. _ Jesli chodzi o ewa'kuację to 
,7"'" M ' ck ''''''''" J '..,.> I d late,"" Lechoń WM.-A "Wiadomości Literaokie" nl . e porzucl ' łero .,
, W :tlki v. Polscc Brześoia tak samo b}łem potem w . b 
pr........ 1 1..'''. CoU'" .".., "". . ł ja z moich w.spomnień mógł ym do- 
.... . blisko . J .a b y łem bliski Le- nie powstały jako wyraz całej grupy, LU(ll'W...... PaźdAiermku. Jak pisze MI osz w . k 

es. mi l I . . zd .. b ły ł -, . k' . k" . . rzucIć to, że myśmy razem z Jan ą 
ohoniow
 - \\iem o tym. M

o prz
wme. aje SIę ze y g <>BY WM. Ze swej l.tro.JY muszę 1'.1- !!WeJ sląz<;e, w . 
o
ej oce

a mOją wyjecha'li z Paryża do Accaohon, 
rómych kIkJtl11li; wiesz - on miał za I przecIW wśród Was. wiedzieć że termIn .,zaangazowany", post
ę, k1edy wroclłem dosc lekko- gdzie mies'ZJkała jej kuzynka, zamęŻ;- 
'-'.' '-' . .. tn " P 'e.- S T_oł..
'_ ..OL b ł . -. . < myślme w trudnych, bardzo trudnych 
charakJter p1m..Ie.IIJe 1fiteJ
gen 'J, I A .r-'.l1!>UUlIUm:; Jla pocrząUJl"U y y }Wlę- testować, uważali że jest to schodze- właściwie nie był palWdzlwą monetą Jak 1
sze IMdoo
 -I 
.Ieadera 
u- cyjnych. Tymczasem fala uciekinie- 
rej łączyło. NaiWet te spory, pmwda nie do brukowego poziomu, że nie ale fałszywą. Swift czy Orwell nie c
u Ibem !"
o I wo:.n . lowego:. o, rów tak namsła, że o powrocie do 
mwsze w .tej grople 
t.ów są 
 wYpada wydawać takiego pisma, nie działali jako prLeJstawiciele ja
:
j- nIe h
no"l 
:' ludzI. nle
a
n.gazowa- Paryża nie było mowy. W Arcachon 
lell1l11
cY Słowaok,lego l zwolennncy podobało im się. Ja byłem ZA od po- kolwiek parti,i ale byli zwycz3.Jme nyc. ł .wes. ow .\\llęc u aJ muszę miesZJkało trochę znajomych: pani 
Mickiew1iascy, którzy po- 
ę .dla m
le 
ywd

e. W kO?cu, Becka, pańS'two Korsakowie, pani Zo- 
czasem okazywał m.dZlrw'la.j
ą 19rtO- min życia. Tuwim stał się ....tałym szli bić się do Hisz:
ani.i przeciwko 

li. chodzI o. "hst 34 . Ja bylem jego sia Rajchman. Kiedy spraWa się za- 
ralTlcję. Po pc:ost'U ,tT1
 wał.. Ja 
 wsp6łpracownikiem, robił Camera Franco po,srli ze względów humani- 'nIOj'ator
,. Ja ponos,łe.m Jego kon- gęściła Tuwimowie wcześniej wy je- 
mówiłem, b:<> -!"l mO
'l
em 
 "':I&: ObscuTa do spółki ze mną, jednak czę- ta'fDych a nie innych. sekw
C]e, Ja przeds
a.
lałem na ze- chali do Portugalii" Wierzyńscy tak- 
f1LY z p;umęcl. Umlałem.pół k:'lę.f ściej sam. Ja prowadziłem początko- AS-Tak _ no przede wszyMkim 

a
lac
 
aruk 
d
ałov: ł v.arsza;s- że przez Portugalię do Ameryki Po- 
"Paoo. 
adeuSZJa". A TUWIm m0:ł: wo Książki Najgorsze, Recenzje Te- nie chciałbym mieszać tych wielkich 
 Ja p;u ro L
 ml.a e
 
a. al
 łudniowej: oni wszyscy pęd:zJili do 
"Jaik? Co ty pO'wiedziałeś? To .- atralne a potem Kroniki, które trwa- nazwisk: 'ak Orwell z p Sartre i z. u w sce WCj. o leze 'I Ameryki Południowej. Ja z Janką 
oo!'" To jest Mickiewicz -. mówi- ły niemał całe piętnastolecie. S. j d B . kt' mi a- to ..są ws.zysltko 
'OIW'Ody bra:ku zaan- zdec y dowaliśm y się j 'echać do Anglii. 
lem' a lechoń ocoz.ywiŚC'ie Ch1Cbotał. .. . , p. . Imone 
 eaJUv
, z ' dz °ł:l . k gazowanIa.. to Jest to moze trochę 
, . . WM. - Przypuszczam, łZ fakt zes łem spot;kame w czasIe Paz I
rm.a kmz:ywdrz:ąoe. mimo że miałem ws
tkie wizy: por- 

o: 
l1USZę t
 
WI1
Z1eć. rnec:
 od początlku był ZIWOleamikiem wyda- który im się nie pod.obał, bo Im SIę. tugalską. hiiszpaóską i amerykańską, 
które] m
dy z
 ZY
1a me poiWledlZ1a wooia "Wiadomości" łączy się z two. nie podobały zasadniczo nasze pró- W
.:-Ja,k 
s;łłY ..Wi.adomo
ci na s
utek właśnie tej kuzynki mojej 
łern 
UWlm()lWI, ktor
go ZIl"e
 balI"'" iIm zacWciem do publiicYst}ka i z by rozszerzenia granic wolności. W PolskJle w Par
u. .. .., żony i grupy pań z konsulatów, kt6- 
dZJO jako poetę cenIłem: Był poeitą faktem że mimo iż jesteś dowcipnY ambasadzie polskiej p. Sartre nama- AS.-POWSitały OCZYWIście z ITIlCp- re mieszkały w różnych willach w 
wielkiej miary, choć meo-ÓWI11Y.:: jest.et nie wesoIkieml" ale pisalfTZem wiał mnie na socrealizm, co jest tą tywy Grydzew'S'kiego, który w zrozu- Arcachon. Kiedy było już bardzo 
.,Kwiailach Poli..k
ch" są. wS?aJTI 
 zaangażow;nym. obnyd!lliwą obłJUdą. lewicy, która u- miały !;po,c;ób starał się wznowić to krucho, prof. Kot przysłał do ATca- 
.momentY', ale .n
gdy 
 zYCl'U Tu AS -M" pęd do br st k' jest waża. że oni mogą pisać co chcą w pismo, za co należy oddać mu jak chon duży samochód z przyczepką, 
wimowi tego nie powtorzył
, Z'3iO- d' ob . . . pu q
 
 .. Paryżu, ale my TAM powinniśmy najwięcej szacunku i przy wydatnej żeby zabrać nas wszystkich na c;ta- 
sz£
d!l,iłem mu tego co o 2
m po- Ici praw ZlWY o Ja Juz 
czą em K ę .pra- ule g ać dy
ektywom partij i Związku pomocy prof. Kota. O ile mn,ie pa- tek ..Chorzów" i to kogokolwiek się 
. ed . ł Ż -o S k ' Stefan .u;;>roms cę w pewnym sensie w " unerze ..' R . ." . . . ł K k 
W'I Zła 
"m. I ' P l k . " R W ' ad ' . L . Radzieclkiego i Jeżeli w ZWIązku a- l11IIęt llJle mVJji, a mam wrazeme, ze da. Ja zaproponowa em orsa om, 
. ed . ,> d m' k ied y ś' Wie pa n o s Im LJlec Ludowej dooyć często i w jakiś 000- Grydzem;kim mówi dziwną rzecz, bo g
 I .mme, a 
 omówlc spra\'ię wzno- panie odmówiły po namysłach i po- 
jak zaczął Się Plbdor? bliwy spoo6b. Też zarzuca się pew- z jednej strony mówi że zaangaWwa- "\lema t
o pIsma przy pomocy rz
- jechały, zdaje się do Hiszpanii, czy 
AS.- Pilkiador 
ł się już w r. nej grupie ludzi że nie są zaangażo- nie się "Wiadom<>ŚOi\" po\'istało. na du pol
kleg
. Początko
a k
nc
pcja Portugalii. A myśmy pojechali do 
1918. Pomysł był TadlZia Raa:bego, wan;, co znaczy, Że nie są ściśle pod_ skll\tek wystąpień Boya a.o kll
a K?ta była, 
eb
. stwo
zyc takI tnu
- Bordeaux na ten .!>tatecze.k ,.010- 
młodego człowieka, kt.óry. p:Z¥jechał dani dyrektywom partii. Otóż pod wań dalej mówi, że Bo
 n
g
y n

 wlrat w redakCJ
. To Jest 
ypowe dl
 rów", na którym jechał Li,ehermann 
z Rosji i opowiadał, ze lstlI1lleją ta
 tym względem ja rzeczywiście nie zadzierał z władzami śWl
klID1. Coz Kot
,. bo on me u
ał 
a
em.u ca
 i na który Kot ściągał ludzi jak 
kawia11ll
e poetÓIW, w których poecI byłem nigdy ściśle poddany rygorom to za dziwne zaangażowame bez za - kOWICle. Gry b dzews
ł 
y ł OTI b ' 1.
zn Z le mógł, jak np. przysyłając ten samo- 
. ., N . .. o bał-. . ., . . ., ł d ? potrzebny o on to mla ro lC, y- chod, co nie było rzeczą łatwą. No 
czytają sWOJe wIersze. o l 
 . . zadne. partII mImo ze byłem sym- dZlerama z wazą. N ' k 
I_' -. ł . , 
. .
 J..
} Wted I ' ... gmunt owa OW",I\J mm uchronić więc ten demoniZJm, o którym w 
dzo .Slę 0<1.111. 
ł"':":,?V<110'. y Ja patykiem PPS i drukowałem w okre- AS.-No oczywiście że to nonsens. ed d . , d - k ., M- 
TuwlOl pnY]>azmhsmy Się z Lecho- sie Brześcia w , Robotniku", o czym Przede WSZY5tkim jest to fałszywa 0- prz 
 
w:ł. ,:zy o bo
uny Ś' u "Wiadomościach" przeczytałem, że 
niem. Wierzyńskiego nie było w Pragier widoczn
e nie pamiętał; nig- cena wielkiej i wspaniałej działalnoś- s
ę POIWI
 ł'ilec ze .to 
 o cz
 CIO
l' Grydz dopiero po wielu latach prze- 
pierwszym okresie P
,k'adorn. Ja, Tu- dy nie byłem zaangażowany w zna- ci Boya ale która była głównie dzia- 
 U ł szne b , . o . na er:łJra
JI. pow
no ? konał się, że Kot chc,iał go umyślnie 
wim i Lechoń wydaliśmy proklama- czeniu Polski Ludowej l w tym zna- łalnOŚcią obYcza'jową, nie polilYC2Jl1naDllie za 
słusme. Niestety, mo7.n<.t je zasto- 
sować także w plastyce. Żyjemy w 
epoce 
en
a poszukiwoaJnia, de- 
fOl1l11owaJn'ia, Sta.wioon.a na brzydOltę, 
stawiania na cos nowego. Teoretycy, 
kJt:órzy do tego dorabiają jalkąś le- 
goodę, wywod
 się z koncepojli, któ- 


-
 


.,. 


-t 
\
ł 
-""", 


..,... . 
.... 


'. 


" 
," 
, 


s 


, ł 


rys. Feliks Topo1sl..i 


ra według mnie jC
t błędem pod
1a- 
W 1 0IW)'1m, to jest kiem w prosta- 
ków, Że wiersrz. bez rymów jest ostat- 
illIim krzykiem, bo przecież używa li 
go Horacy, Słowacki i Krasiński. 
Gdyby ogl'alniczyć poeZJję do rymów, 
cóż byśmy zrobi'\:i z Horacym? Cóż 
00 to 7Ja v.spaniarn muzyka !Jen o- 
brzydzony nam przez 
ołę heksa- 
metif Miokiewicza: 


Tłumy brańc6w niemieckich z 
powiązanym; rękami, 
Ze strvczkami na szyjach, biegną 
. przy koniach zwwięzców; 
Poglądają kil Pmsom i zalewają 
się łzam;, 
Poglądail/J na Kowno - i polecają 
się BOR". 


R}muj, jeśli chcesz, ale bądź Ra- 
synem czy Heinem, szukaj asonalJl- 
sów byleś był Tuwimem, pisz pflYl41 
rytmiC7JT1ą byle 'An,heHego' lub 	
			

/Archiwum_001_05_146_0001.djvu

			I 


2 


bez konwoju, bez łodzi ratunkowych. 
M asz zresztą przykład na W,ierzyń- 
skich, Tuwimach i Lechoniu, który 
przecież był w ambasadzjie '" Pary- 
żu. Oni te wszystkie stateczki zlek- 
ceważyli i uważali za pewniejszą dro- 
gę pojechać do Portugalii i Ameryki 
Południowej. 
WM.-Był tam wtedy taki nastrój 
strachu, Że ludzie pO pl'o<;tu smle}i. W 
końcu udało mi się wydostać wizy dla 
tych 80 osób pod moją opieką. Am- 
ba.sador Biddle dał mi amerykańskie 
wizy dyplomatyczne, mówiąc że wiz 
normalnych dać nie ma prawa bo nie 
jest konsulem ale wizy dyplDmatycz- 
ne ma prawo. Powiedział: jeśli to się 
Sekretarzowi Stanu w Waszyngtonie 
nie spodoba to mnie może wyrzucić! 
Na podstawie tych amerykańskich 
wiz dyplomatycZ!nych udało mi się 
uzyskać tranzytowe wizy hiszpańskie 
li portugalskie. Kiedy zjawiłem się 
na granjcy z panią Leś,l1Iiowską i dwo- 
ma adiutantami gen. Sikorsk,iego, 
płk. Borkowskim i Rozwadowskim, 
znaleźliśmy się w tej głupiej sytuacji, 
że jakiś gorliwy urzędnik czy urzęd- 
niczka MSZ na paszporcie pani Leś- 
niowskiej zamiast napisać "sekretar- 
ka" wypisati "córka Prezesa Rady 
Ministrów R. P. i Wodza Naczelne- 
go". Jak hiszpańsk,i policjant to zo- 
baczył, to się zrobiła sprawa poli- 
tyczna i nie choiał pani Leśniowskiej 
przepuścić. Rozwadowski i Borkow- 
ski mieli szalone pomysły aby włożyć 
polskie mundury. co oczywiście za- 
prowadziłoby wprost do obozu in- 
ternowania. Jedyna rDzsądna pam 
LeśniowSika powiedziała mi abym 
przeszedł gralliicę i po drugiej stl"oll1tie 
starał się coś zrobić. Nasz poseł w 
Madrycie, Szum1akowski oczywiście 
nic nie zrobił. Przeszedłszy na drugą 
stronę, poszedłem wprost do gene- 
rała hiszpańskiego i powiedziałem 
po prostu o co chodzi. Hiszpan uści- 
,
nął mi rękę i powiedział: daję Panu 
30 wiz do pańskiej dyspozycji i pod 
Pana własną odpowiedzialnością. 
Wróciłem na fraIU:uską stronę i 


- 


40 LAT TEMU 


WIADOMOSCI 
LITERACKI!; 


WARSZAWA, I SIERPNIA 1937 


wic7a, nawet i Herberta. który jest 
dobry. Zrobić eksperyment drukar- 
ski; złożyć to zwyczajną prozą nor- 
malną. Wtedy obnaży się ubóstwo, 
bo proza jest CZęli,tO bardziej wyma- 
gająca od wiersza. I 00 się dzieje 
wtedy z tą filoz(Jfią, którą oni bry- 
lują w wierszach. To jest ani filozo- 
fia, ani poezja, bo z chwilą kiedy to 
przestaje być wierszem i rozsypany- 
mi raz dużymi literami raz mnqejszy. 
mi, pozba wione znaków przestanko- 
wych, staje się normalnym zdaniem 
wydrukowanym w nOTmalnej książce 
proza icmej , zastanowisz się nad tym 
i okaże się, że są tylko dwie możli- 
wości, niesteJty, jak się rozprasuje 
wszystkie fałdy: albo to jest banał. 
albo to jest nieprawda. 
WM.-A ja chciałbym wrócić do 
"parafiańlsZJCzyzny", bo wydaje mi 
się że to jest nuta ważna i niedoce- 
nio'ila. To o czym mówiłeś, że u Tu- 
wima ma ona znaczenie inne w tym 
wspomnianym wierszu jest słuszne 
niewątpliwie, cały wiersz jest pejo- 
ratywny, właściwie jest to pastiche, 
ale i tam znajduję pierwi,astki podob- 
ne do "czerwone
 budki dróżnika" i 
"Bizanc,jum koszar mikołajewskich". 
N ie nasza to wina i nikt nam proce- 
SIlJ o patr,iotyzm zrobić nie może jeśli 
parafiańszczyzna w Polsc,e mieszała 
się w pewnym okresie i dla pewnego 
pokolenia ze swądem Rosji carskiej. 
Zresztą jakże to jasne u Lechonia, 
ktÓ'ry mieszka na Przyrynku i który 
co wieczór wraca do dDmu pod ramię 
z szewcem Kilińskim przez Stare 
Miasto. Jakże to zresztą dziwne, że 
Leszek, ten naj,bardziej mickiewi- 
cz'owski, wydaje mi s,ię tak bliski Sło- 
wackiego z "Uspokojenia". 


Co nam zdrady! - jest u nas 
kolumna w Wanzawie, 
Na której usiadają podróżne żurawie, 


...Za tą kolumną we mgły tęczowe 
ubrana, 
trójca świecących wież Sw. Jana; 


...A dalej we mgle, kt6ra na rynku 
się mroczy, 
Dwa okna - jak zielone Ki/itlskiego 
ocZy... 


AS.-Ja ci na to chcia'lbym od- 
powiedzieó. Tyś idotknął pewnego 
tonu mojej p'Oezji, tej palfafiallszczyz- 
ny, po prostu najbardziej zaakcento- 
wanego patriotyzmu lokalnego, któ- 
ry zrodził się, wzmocnił się - bo 
ja zawsze byłem związany z War- 
szawą, mój ojoiec był walfSlZa.wskim 
lekarzem, ja zawSZe byłem warSlzaw- 
ski rodak - wzmógł się na skutek 
poJ.itycznej sytuacji. Do tego jaki 
mógłbym ci dodlać komentalfZ? Prze- 
czy
am C'i koniec wiersza "Lamusi": 


Ach, wrócić do lamusa, wrócić 
na poddasze. 
Z zapomnienia, ze 
'tO.l'U 
starzyzny 
słowa "prawość" i 
"miłość ojczyzny". 
w słowach dawnych, 
bo to słowa nasze, 
w ubraniach ubogich, 
czystych, choć niemodnych. 
chce niech rzuca gar.fcią 
alchemiczne tygle 
układa 
semantyczne figle. 
Jałowa to potrawa dla naszych 
ust glodnych 


To jest rozwinięc,ie tej "parafiań- 
szczyzny". Zresztą muszę powiedzieć. 
że ta fraza "jałowa to potrawa dla 
naszych ust głodnych", pr,zyjęła się 
w pewnym sensie. Była cytowana w 
różnych dyskusjach młodzieży poe- 
tyckiej Jako właśnie pew1ien opór 
,,"obce bezduszności tego cmokiers- 
IM/a awangardy, która odsuwa poe- 
Z"]ę od jej natumlnej funkcji poe7Jji 
narodowej, poezji problematów mo- 
lI"alnych i narodowych, na które poe- 
zja w Polsce jest skazana. 
WM.-Anto'TIli, skoro przeczy. 
tałeś ten kawałek "Lamusa" to czy 
mógłbyś mi zrobić przyjemność i 
przeczytać twoim urzekającym gło- 
sem poemat o LcsZJku. 
AS.-o Janie LechOOJiu, hllk za- 
raz, czekaj... 


"Plazy", "Waldorf 
Astorie", 
Nasza ojczyzna parafiańszczyzna, 
Czerwona cegła budki dróżnika, 
Bizancjum koszar mikołajewskich. 
Czworaki dworskie nisko przysiadłe, 
Jak gdyby chciały zmylić historię, 
Która ,fpisując cyfry przepadłe 
Czerwoną kreską bi/ans zamyka. 
Bzy i kasztany ścianą za oknem, 
Kubeł blaszany, Z J..tórego chlust 
Spada wieczorem błękitną smugą 
Bratkom kwitnącym prosto do ust. 
Księżyc i żaby. W dobrym fotelu, 
Co się starzeje jak nasz rówieśniJ.., 
Siadłbyś wieczorem. 
Dalbym ci książkę starą, dziecinną, 
W szarej okladce miejskiej czytelni. 
K to długo nocą wiosenną nie śpi, 
Okna otwiera w dusznym hotelu, 
W tej starej książce młodość 
odnajdzie 
Jak płatek róży i znajdzie sen. 
Za długo oczy, serCe twe nużył 
Pejzaż nieludzki, obraz nie nasz. 
Są jeszcze przecież mroczne 
podwórza, 
Z ruin 
wynurza 
Czas rozpoznany jak Z fotografii 
Wyblakla, szczupła uczniowska 
twarz. 
Czekały w Parku znajome drzewa. 
Letnie wieczory i na Krakowskim 
Niebieskie szybki starej latarni 


WIADOMO$CI 


W liśriach przy skwerku, gdzie 
Matki Bo.fkiej 
W złotej koronie pMąg się czerni. 
Gdy niebo obce, świat naruszony 
N1'eziemsJ..ą łuną barwi obłoki, 
Gdy słychać pierwsze pomruki 
gromu, 
JaJ.. ten co trwożnie przyspiesza 
kroku, 
Aby przed burzą zdążyć do domu, 
Ukryć .fif trzeba wśród rzeczy 
bliskich, 
Drzew, ulic, mebli, ruin i mroku, 
Jak wśród przyjaciół, najbliższych 
krewnych. . . 
Mlodość porywa, trawi gorączką, 
A wiek przybliża, ,fchyla ku ziemi, 
W której .fpoczniemy uspokojeni. 
O, jakże mogłeś skokiem szalonym 
W llew)'or.fkich ulic runą£' kaniony, 
Ty staromiejski - Z czterdziestu 
pięter! 
Lotem podniebnym, o, jakżeś mógł 
Tak trza.mąć głową w newyorski 
bruk. 
Jak pięścią gniewną. 
MW.-Wiesz nie mogę się 
oprzeć wzru<;zen,iu słysząc przez cie- 
bie czytany ten poemat, nawet prze- 
czytawszy go przedtem niezliczone 
razy! Ale co jest zastanawiające w 
tym, to jest że - patrząc się na 
ciebie od tylu lał które ciebie 
znałem - ty właś'nie byiłeś tym 
pierwszym wśród nas, który od- 
wiedzał Plazy, Waldorf-Astorie. Je- 
ździł tam poza tobą tyl
o Ryś Or- 
dyńsh Tyś był tym podróżnikiem, 
tym kosmoporlitą " par excellence". 
Byłeś jak gdyby najbardziej odległy 
od tej parafiańszczyzny, tyŚ budo- 
wał nowy, nowoczesny świat, a te- 
raz tak mówisz! Mó
i&z że to jest 
pod wpływem tego Co się z Polską 
stało. Ale ja nqelZupclnóe ,
ię z tym 
zgadzam. 
Jest inny twój wi
sz z nóepodłe- 
głego dwudziestolecia "Podróży na 
W:c;chód". "Stary Żyd mnie zapytał 
koło Jaffskiej bramy..." 
AS.-No ja tutaj muszę powlie- 
dzieć, że istnieje pewne podobieństwo 
przywiązania, a,le są to akcenty bar- 
dZJiej - p'Owiedziałbym - miejskie, 
ściślej związame z Wa,rszawą, z tym 
coś okre;
lił sl:lOlwem pamfiańszczyzna. 
Jest w tym w pewnym semie prze 
kora. przekora wobec czytelnika dzi. 
siaj w Polc;ce, którą zawsze miałem. 
Ja podkreślam właśnie to czego chcą 
oduczyć to młodsze pokolenie, tego 
nie muszę udawać bo to mam, ale 
pod'kr
lam to świadomie. Tu jest 
pewna ironia (Jczywiście, jest tak
e 
chassez-croisez. Ja ktÓry byłem an- 
glomanem, ja który byłem Wellsistą, 
miałem te różne koneksje zagrani- 
czne; pamiętam moje utarczki z Pie- 
trk,ierwiczem, ktÓry jaJko oenerowiec, 
zajadły nacjonalista, atakował za to 
",łaśnie. No i potem los. który pła- 
ta różne figle zrobił z Pietrkiewi- 
cza znanego pisarza angielsk,iego a 
ze mnie polskiego patriotę, który 
siedzi w Polsce i się użera. Tenże 
pan Pietrkiewicz przyjecha,ł dOi Waif- 
sza wy i nawet mnie dosyć wzruszył. 
Przyszedł do mnie bez telefonu za- 
dzwonił i po",iedział: ,.Czy pa,r: po- 
zwoli że panu podam rękę; to jest 
jeden z kilku powodów dla których 
przyjechałem". Z przyjemnośc,ią to 
zrobiłem, mimo Że wypisał o mnie 
różne rzeczy. 
Pami,ętram Że w "Wiadlomośdiach 
Literack,ich" była taka kolumll1a: rze- 
czy, które nie mogą się zdarzyć. 
Wszystko się zdarzyło. Był taki ry- 
sunek Czermańskiego: Hitler i Stalin 
siedzą w WarsZJawi e u Hirszfeldra i 
piją wódkę; nD, właściwie prawie tak 
było. Albo: Słonimski stoi na balko- 
nie i chusteczką macha do ułanów, 
którzy iadą i salutują mu; to też 
niedalekie od tego co się stało. Wiesz, 
ta .ironia losu. ta z.miana stanowisk, 
czasem rzeczywiś,cie jest zaskakująca. 
WM.-Skoroś zrobił taką dy- 
gresję, to chciałbym ci przypom- 
'nieć, żeś tyś kiedyś robił w "Wiado- 
mościach" portrety imaginacyjne. 
Grydz drukował zrobiony przez cie- 
bie portret imaginacyjny autora, je- 
go fotogmfię auteoltyczną i twoją 
recenzję z książki. Czy nie myłę się? 
AS.- Tak, ja pisałem rubry
 
"Książki najgorsze", co tydzień. 
WyciągałCilI1 sULlkowski spotkał 
mnie kiedyś. .,Proszę Pana - Pan 
pisał o Zajde-Malinowskim. wydaw- 
nictwo Hypel"jon, ja tego nie mogę 
nigdzie znaleźć. Czy Pan by nie 
mógł mi tego dać?" - "Nie - od- 
powi
ałem - to tarka broszura, 
którą mi ktoś pażyczył na jeden 
dzień". Ale zaczerwieniłem się. Mu- 
szkowski się tak popatrzał i zdaje 
się że zgadł. 
WM.-Niesteiy zawodzi mnie pa- 
mięć, ale już przy którymś twoIm 
wi,e:rszu zacząłem liczyć zgłm;'ki, żeby 
sprawdzić rytm. Policzyłem w jed- 
nym trzynaście. potem pięć. potem 
trzy i spojrzałem: rymów nie było. 
Ale mimo braku rymów i równego 
rytmu, był doskonały wiersz wolny. 
I tutaj jako mistrza fDrmy chciałem 
zapytać czy rym jest ważniejszy od 
rytmu, czy na adwrót? Że rytm 
ważniejszy jest od rymu zgadzałoby 
!>ię z tym co l"Obili starzy Grecy i 
Rzymianie. 
AS. - To jest ciekawe zagadnie- 
nie, o którym sam dużo myślałem. 
rstnieją jakieś spra",y, które szukają 
wyrazu, jakiejś formy, która się na- 
rzuca, która sama przychodzi, która 
jak gdyby puka do ciebie. Ty ją od- 
rzucasz, szukasz innej, Sprawa selek- 
cji. Otóż istnieją takie frazy poetyc- 
kie, które nie mają właściwie formy 
określonej, ale które przychodzą go- 
towe i one w jakiś sposób są naj- 
trafniejsze. rnne wymagają pełniej- 
szego oprraoowani,a, wyslzlJ1kania tr'O- 
chę lepszej metafory a te frazy poe- 
tyckie, które nie mają określonej 
wersyfikacyj'ilie formy, ale które za 
to mają swoją siłę tego wiersza, te- 
go jakiegoś toku słów i to się zo- 
stawia. Zresztą u mnie to się często 
zdarzało, że ja łamię rytmikę świado- 
mie. NaogÓlł przeważJa u mnie w 
wierszach nierymowalJ1ych trzynalSif:o- 
zgłoskowiec regularny. Powiedzmy 
ostatnie wiersze, które drukowałem, 
dość ambi,tne, n.p. jak k'Omenta:rz 
do "Hamleta", całkowicie klasyczny, 
mimo że nie oparty na rymach. Tak 
samo ,.Odszczepieniec", ten wiersz 
dość popularny, który w ćzasie mar- 
cowych wypadków był świadomie 
fałszywie zainterpretowany, jest regu- 
laJ\1Ilym aleksall1dryn.em. Ale nigdy nie 
wyrzekałem się albo rymu albo ryt- 
mu z zachowaniem jakiejś frazy poe- 
tyckiej. To co się nazywa ,.rozsypa- 
ną wer.<;yfikacją" właściwie mnie 
nigdy nie zadO'Walało. 
WM.-Nie ulega dla mnie wąt- 
pliwości, że jesteś glębokim wrogiem 
tych głupców. którzy pisali wiersze 
w formie naczyń n.p. lub lokamoty'w 
lub w układach graficznych. 
AS.- To było w upadku poezji 
rzymskiej, liry, wazy, ale wazy były 
puste a I,iry głuche. 
WM.-Ale jeśli ch(Jdzi o rytm, 
czy nie odpowiada to temu że przy 
czytaniu takiego wiersza, wiersz tam 
się końozy, gdzie się kończy oddech 
tego co czyta, i że ten oddech tam 
się przerywa, gdzie się przerywa 
myśl. Jeżeli te dwie rzeczy c;ię zga- 
dzają powstaje celny wiersz. Toteż 
osobiście bardzo nie lubię mówienia 
wierszy z akccntem na sens i z za- 
tratą rytmu, tak jakby tu chodziło 
o stronę prozy. 
AS.-Oczywiście wie'rsz musI 
Dpierać się na tym oddechu... 
WM.--I mało tego, jeś,li prze- 
rywasz wiersz i przed końcem myśli 
pozostaje jedno słowo. które jest 
przeniesione na początek następnego 
w,iersza, to po to żeby temu słowu 
nadać większe znaczenie. 
AS.-Słu.sznie. Ty wiesz co się 
dzieje, Że słowa na ogół bez zna- 
c,zenia robią czasem karierę: ..który"' 
jest słowem nie'Przy
emnym i nic- 
znośnym w poezji. I w moim wierszu 
"",ąd" jest takie zdanie: ..Ci co ",al- 
ozyl
 za woil,n06ć, k,tó.I'ej w ojcz\źnie 
nie było..." To ,.które
" nagle robi 
karierę w tej strofie. Ą co ta jest, 
proszę ciebie. to cośmy mówil.i o 
wartości zapładniającej rymu? 
Tu mi wpadł w rękę, ot'worzyw,
zy 
przypadkiem książkę. kawałek mego 
wiersza "Urania"'. .,...Jak;!ż karierę 
zrobi:ła ta pIazmal Z mOTSlk,iego szla- 
mu, I Że się rozrosła w mózg Ein- 
steina I I w serCe I Erazma I z 
Rotterdamu..." Jak to siedzi! Nagle 
plazma i szlam zrosły mi się z Ein- 
steinem i Erazmem z Rotterdamu! 
A w końcu przecież to są te dwa 
bieguny, to jest początek życia orga- 
nicznega i to jest jego wykwit! Ale 
ja tutaj jestem wdzięczny tym ry- 
mDm, które mi przyszły; to one dały 
mi ten skrót. Tak samo dobrze sie- 
dzi tu ta Los Alarnos...: ,.T}m za- 
klęciem - Bramy ot",orzył firma- 
mentu - I z baraków w Los Ala- 
mos - Rzucił nas w Los Kasmos - 
Pewien były urzędnik - Szwajcar- 
skiego biura patentów..... 
Rym i rytm ,q pierwiastkami za- 
pładniającymi a poza tym niewąt- 
pliwie pierwiastkiem utrwalającym. 
Wątpię czy Homer by dotrwał do 
nas, gdyby nie był pisany heks,t- 
metrem, gdyby był pisany rozsypa- 
nym rytmem. . 
WM.-Nie mr.ł d'la mnic wątplI- 
wości że ze wszystkich poetów sv.e- 
go pokolenia ma
z najbogatsz;! v.er- 
syfikaoję i kunszt techniki poety
- 
kiej. JeśLi w d'ziedzinie a,sona.I1lsów tJ.1- 
je cię Tuwim, to jak d
'wiodła_ 
woJ? 
z nim dyskusja w "Wladomosclach 
na temat tłumaczenia z Puszkina. 
'ilae masz co mu zazdrościć, chyba na 
odwrót. Twój przyjaciel Lechon choć 
na najwyższym poziomie poetyckim. 
mój ulubieniec bez skazy nie ma nie- 
stety różnorodności. Wszystk'O jest u 
niego na bardzo W)'Jsokim diapa
o- 
nie. "Mochnacki", jakże wstrząsają- 


T 


Nr 1635, 31st Iwy 1977 


cy ale ,,Srebme i Czarne" znowu 
wraca do tej samej sonaty... 
AS.- Talk, Leszek niestety ban-- 
dzo się powtarnał. Pod tym wzglę- 
dem Tuwim miał znacznie większą 
rozmaito
ć, ale za to nie miał in- 
nych wartości. W ogóle wartościo- 
wanie poetó'" jest rzeczą bardzo ry- 
zyk'Owną. Nawet nie możnla ,powie- 
dzieć że czas osądza, bo czas często 
niec;łusznie 06ądza. 
WM.
DJ.a mnie jako SY'l1a mego 
ojca wszystko zaczynało się zawsze 
na Kochanowskim, ale miałem także 
wielką słabość do t.ZW. pseudoklasy- 
ków, kt6rzy na ogół nie mieli da- 
b.I'ej prasy u nas. UczonlO nas zaw- 
sze że Osiński i Trembecki to były 
bardzo podłe charaktery, na co się 
zżymałem, bo chciałem czytać wier- 
sze a nie ich Życiarysy . 
AS.
Askenazy zawsze robił 
plotki na temat Pani Trembeckiej, 
tak jak by ta były plotki na temat 
rreny KrzywiclkJiej. "Palnie, - mówił, 
- ona kulturalll1ra kobieta, a ten 
chlczyzna", D której mó",:l- 
łem i przed którą się broniłeś nIe 
przyszła z utra
ą wolności ojczyz- 
ny. Ona była zawsze w tobie obec- 
na, tuż. tuż, pod rzekomo tw,a;rdą 
powierzchnią. Ukułem '" czasi
 ,na- 
szej rozmowy 1J0 słowo pa,raflansz- 
czyzn,I, pochod,z'lce z tlW'ego wielr 
sza o Lechoni'u. ale właściwie chodz,i 
tu o nękaiące cię za",sze ws,p'Om- 
nienia młodości i to czym twoje ży- 
cie wtedy nasiąMo. Przekorny je- 
steś, jak sam to powiedziałeś wobec 
czytelnika i v.obec "amego siebie.. 
Ale ucriec przed' samym sobą mC 
portrafisz. Ta młodzieńcza słabaść 
sen',oymentu wraca nieubłagana, aby 
dać tak póź,ny i jakŻe ",spa'niały 
w"raz w poem,lcie o Lechoniu. T? 
ta sama, k.tó,ra kiedyś kamła ci pI- 
sać .,Hamak", Mórą pe'w1n,ie sam 
bardzo lubisz, bo zjawia się we 
wszystkich \!woich wydall1iach: 
Naftowa lampa. Cygaro w 
listach. 


Młody myśliwy, gniewem 
natchniony, 
Jedzie galopem jak aniol prerii 
Brzegiem Leony. 


W hamaku śpiąca blalla Luiw 
Budzi .fię, patrzy między pa"ow,\', 
Widzi lIa wzgórZ/l w blasku 
k.fięi:yca 


Jeźdźca bez głowy. 
To już na pewno nie ma nrl
 
!Wspólnego z sytuacją w pollsce. Am 
teŻ ta młoda. urocza Amerykanka, 
H ayd'nea, z "Torpedy Czasu", którą 
kiedyś napisałeś za mIodu w na- 
szej zakopiallskie,j Ortwa li granic; 
baga
elizował wa,rtość sojU1srzu z 
Francją a zabiegał o kontakty z kra- 
jami 5rkarudyrnaWSlkimi. "Na południu 
drażniły Becka wpływy Francji w 
Małej Entencie... obejmującej po- 
gardzane przez Becika państwo Be- 
nt
sza, Czechasłowację, sojuszniCZo'! 
Rumun
ę, kt6rą antagoni:zm Beck- 
Tiiotułesco popychał w ISItronę Sowie- 
tów oraz Jugo.sławię i Bułgarię". Na 
p<>1-udniu istniały dla Becka tylko 
Węgry. Giinthe:r kOllotYIłlJl\uje że ,,0.- 
glądając za
adonienie Węgier z Bel- 
gradu, zawsze pod kątem polskiej 
racji stanu" nie umiał dojrzeć "w 
politycznej buchalterii Becka zysku 
na pozycj
 'Węgry' wyrównującej 
straty po stronie przeoiwnej". Nie- 
długo ciesrzył się Beok Węgrami. 19 
ljpoa., gdy spra,wa Gdańska nie scho- 
dziła ze szpa'lt gazet, Po.seł węgier- 
siki Hory powtórzył Szembekowi o- 
świadczenie m
nistra spra'w zagrani- 
CZIIych Czakiego "że w ra:zie polsko- 
niemieckiego. zbrojcr1ego konfliktu, 
Węgry zaSltrzegają sobie prawo za- 
chowania wobec obu stron życzli- 
wej neutralności "_. 


. 'Pisarze angaelscy a "Quo vadis"'. 
Redakcja "Wiadomości" zwr6ciła 
...e da ikiJLkucLzicsięciu 1""S	
			

/Archiwum_001_05_147_0001.djvu

			Nr 1635, 31st July 1977 


WIADOMOśCI 


3 


ALICJ A LISIECKA 


JANINA SURYNOW A-\VYCZÓLKOWSKA 


MINIONE 


AKTUALNE 


y 


I 


"w 


JEśLI "DW'lie głowy ptaka." Wła- głej przemiany bohaJtera, linspi'l"owa- 
dysława Terleckiego są pDwieś- nej przez rosyjskiego (Jficerka. także 
cią dość oryginalną w formie, to intelektoo1i
 jak wszyscy w tej 
opowiadania "Powrót z Carskiego książce: poJljcjamci OaJfscy, biSkupi, 
Sioła"'*) podejmują nienową w li- "szarzy" autentyczni uczestnicy pow- 
teratUlfze WSlpółczeslnej próbę wielu staDna, autenrtyczni Wielopolscy, Po- Kiedy Wiceki) pod k.oillec XIX w. 
punikrtÓw widzem,ia ZGStOSOlWiJ.,nych toccy, Fel,ińscy, sam car wres.zcie. przyjechał dOi Leona do Krako\.\a _ 
wobec tego samego pr:zedmiotu Być może Terlecki poddaje wyłącz- nie mógł w przyjacielu odnaleźć daw- 
pierwsrzy raz chyba w "Lordzie Ji- lIlej 'ocenie czytelnika ów szczególny nej radości życIa i 
oł(Jści, urze- 
mie" ConTada. Trudn,o mów,ić o po- llWrot bOlharte['a-więźnia, który z in- kająco błyszczących w uśmiechu 
krewieństwie Conrada z "Miazgą" spitforwanego p
zez ideę walktl Na- oczu li zębów. 
Andrzejewskiego, który swoją wie- czelnika Miasta ?rzeobraża się jak- _ Co cD jes.t? Go na ciebie tak źle 
10Ść mDnologów podporządkowuje by w zwolennika Wielopolskiego i wpływa? - niepokoił się. 
nie jednemu wydarzeniu, ale r()ll- kosztem własnego życia pod\\aża w _ Kraków mnie zasmuca _ (Jd- 
ległej panoramie spraw współczes- zezlnaniach sens dalszej aktywn060i powiadał. 
nych. Dzieje si'ę podobn,ie i w "Za- pDwstańczej, idąc na rękę pOlicj,i _ Ten 'Ilastrój przeni1knął i twoje 
sypie wszystko, bLwieje" Odojews- pos?ukującej ,
posobu oozyskan-ia malarstwo. 
kiego, który Illapisał pOIwieŚć z a,,1- zdepvnowanych w Anglii funduszów. _ A no nigdy nie jestem wierny 
bicjami Tolstojowskiej "Wojny I li O - Wizyta kJOnsu.la angiełSlkiego staJIro- tym SJIITlym fOtm1om. Zajn.ałem do 
koju", TOzłDżony na wiele postaci wi ostateczną kompromitację d7Jiw- ognistych baiJ'W impresjonizmu. a te- 
portret odchodzącej w przeszłość megD więźnia, który przew:rotnie i r,arz no. jakby tu powiedzieć, moja 
klasy, ginącego w poiodrz.e świata. zczemem. o I 00 .na 01- 
W "Dwóch głoy,ach ptall'oa pow- dYWldualnych "POWIł 2Jl. am ry- k . d ł .' Ch lm . k . 
...... W .. . .. ed s a opoooa aa mi ze e ons I 
stańczy "Naczelnik 'Vll
ta arsza: Je SIę za półkami z htea-aturą prz - tr ł h t . k ł' J k 
wy" zamyka gzafotem swój krótl<'1 miotu. oto oni. powiada, sami mó- pa zy I z zac wy bl em h I m,rUI n I ą . ł "' 
 
ki ... Z by ..' . t' k on, su ma tę ac ę nama o\\a, ze 
pobylt w oall1S m wlę,zaemu. . e wią za sIebIe, ja pociągam tYiIJ o _ . I .. '. ." 
t" ł cr d' b' '00- k .. etek A ty JUZ epIej me mozna . 
ocaiIJlc 
 asną egen ę i zapo 1.ec J . ZIa s2jn
r I matf1
 . r
umen Leon b ł znioohęcony. Nas.trojony 
noc:ześn
e dalszemu ił"ozleWlOWl
 kJriW'l, dyskusYjne są Jednakowo podane, 1 
...1_ y.. . 
t r k ". ś1ed j. ." . '1 me U'UJla.ma-,yczn 1 e. 
pOImaga us a lĆ omlSjl1 cze. IlIkt pI1awle TIJe oleszy Się szczcgo mą KtóregO'ś dnia Brat Albert zapro- 
fakty dotyczące mapad'u na brullIk 1 aprobatą ani nie ra
 stylem czy dz ' ł b W ' tk ik . h . Las 
. . h .... _A w;a I {)I 'U yczo' O""S IC I z- 
losów plenl
Y zdeponowall11}'c w sposDbem wYPowIedzI. ZaJ.ezru.e. uu czk od zyt O;l'
 Berth. r wije\- 
A gl k' 'ctwo n,()jW&ta- te . dz1i hi: ę na c r- le , w 
n i,i przez . ICI['OWl11 .Y-.... go co wiemy i są' m, o " a- kiej auli Ma,tCjjkowskJiej UIJJiwersy1e- 
nia SohwytaJl1l1e, przesłuchM1'le, pm- łych" j czetWOII1ych", o "duchu na- tu J . II ' k . W . k przyznał 
. . .,. ." .' . agle ons lego. ICC ' 
ba l1c.Jeazki - WIIzyty ta
emmcze . go rodu" l racjach jego orgaIllcznego .' rtrertów ' kt 
);--. 
. ' . "-' em - . " b bąd ' 
rze ze szereg po re ""UW 
Dflcera. rozmowy z rowl!lJle 'lkUj rOlZWo
u - btJemy rawo, z wy. . K . ka b ' ł . _:,"'_ 
półw . , . . h ',s- .. , . , o , l opernI NO ł o na nIm Oiilfilej 
niczym ws lęzmełn sllU
,ącym I cofujemy Się w Clen. W clen rta . . od l k '.' 
'b I' m' kon '. . bo' SZe wrazet1lle pre e Cjl. 
toryczne III y-ana 
gl
 
 czac;a I .' - Dwugłowego, oczYWIscle, jego P odczycie Brat Albert kiOll11ento- 
feder.ao.i} TM
OłWIJ
<:j,. Potoa
lch, 
i,

6ć ,i .hi4
a wszech- watto i OIWIO. Siedrz;ieli w ogródku, 
BrnTIlaklch - I dzllSlle]BrZ)ch Wido- obectnosć Jest naJgToŹJnffCijSZYm ostrze L_t. . S . dl k . N d - 
. , .. d OlJU1l\. praooWil1lJ Ie ec lego. a Q 
polskich - oto kanwa rOZJWazan na żeniem dwóch części klsiązkl Wła y- . . lo dz.:k' 
, . 'nIt I ktula1n'}'lm. rapamym murze czeIWJOOIa I' Ile 
"':Y sakilan . PI
 .11 e e ... od , sł3J'Wa Teił'\ecklelgo. wino. Gorzko p<1chniały jesi
nne (ró- 
bcdy me zrmenqa Slę za,
ezm
e . Alicja lisiecka żowe i fiole
OIWe) astry. BJ"aIt Albert 
b ani spOsób WYPOWled,zJl. anI . . . 
oso Y I N m'k M. .ł.; ie- w habicie zaikonu zebracze,go, wIelkI 
<;ty1 
ut
a. ac:e ' \ r las c _ *) Władysław Terlecki: ,.Dwie gla- jałmużruik, mi'
yk - otoc:rony nę- 

 SIę J
ak 
ewą k
ie

i:- wy ptaka", "powrót z Carskie
 Sia- dzarzami i więzJiennymi ZJbrodnriana- 
t!lą TerleCIkleg? . ym ! _ ła", WaJlSZa:wa, PIW 1975, str. 34:!. mi - na Leonie wyw1e.roł glębokje 
rDZIU:miała 'stalle Się motywac1a 'Ila wrażenie. Partrzył i słucha'ł co ten 
_ _ - święty człowiek mÓWii. 
A Wi'Cek niepokoił się o tem wpływ 
Brata Albeorta. (Przecież przez r{)k 
zamknięty był w zakładzie dJa obłą- 
kanych.) O ten wpływ ma malarstwo 
Leona, l1ia to przyJtłumien,ie, zaciem- 
nienie impres.jOil1Ji5tYCZJIre,go kolorytu 
Wyczóła. 
Wieek oglądał w Sukienmri.cach na- 
strojowe obrazki Bra,ta Alberta, jego 
"Cmentall"z włoSkri" i "Sz1aifą godrrinę" 
(z jedną smugą czerwieni zachodzą- 
cego słońca). WszytStko to ba.rdzo 
pięknie - myślał - ale czemu na- 
rzuca Leo[}iO!w,l S\\'ój styl. czemu go 
pęta? 
Wracali. Brat Albert kulał. W po- 
wst.'1ndu stracił nogę i nooił protezę. 
Święty człowiek i bohaJter. Nie dziw 
że wywielfał taki wpłylW na wrrażli- 
wego Leona. Laszczka pocieszał 
Wieka: 
- Nie tmp się. Leon 'WYdobył 
slię spod wplywu M atejki i holender- 
skich mistrzów, wydOIbędzie się i spod 
wpływu Ady ChmielO'Wskiego. 
Kiedy Brat Albert pol1"ZUC
ł Kra- 
ków i zagrzebał się w pustelni, na 
KalatÓwkach - rzeczywiście jego 
wpływ na malarstJwo Leona ustal. 
Natomiast do końca życia porzo'>łał 
wiplyw du;.::howy niielsalClIllia pomocy 
lud:z;iom (stałe, m
esięczne zapcmogi 
dla ciotki Piotrow<;kiej, dla studen- 


- 


- 


CAVALLINO 


f
 1fJ
.,
 '(ł 
- 
 
 

 ., . 
lo) - ,.... 
,r" 
r1
 
r j,.
 
, 



', 


.
 



. 


r 


.." 


-
': . 
-.... Hf' ",... 
 
... :/. '

 
/'4. ,\" 

 \ l" 
'*;"'.'.. 
 
:: -..,: . ..': " . '\ '\ 
-r :ł

)
' . ..' 
' t r-. .- 
 1.i1 , !'f , -.; 
, ,., .. .. , 
/: <'"?\ 
-'- 


- 
l, i' {>
,. 
. 
 ., 

 


(:4 
ł-If!:f" " 
",'
 f 


.r:
7#f 


Rozmowom Słonimskoiego z Mieczysła.wsk,im przysłuch1wał się 
pudel pani Eliz.abeth Mieczysiławc;koiej, którego tymcz3Jsem rysowa- 
ła żOlna Słonimskiego, mana graficzka Janina Konarska. 


* Por. nr. nr. 1568/1569, 1582, 1588, 
1597, 1614 i 16:!2 "Wiadomości ". 
I) Inż. Wincenty Wyczółkowski - 
c;tryjeczny \J:13Jt malarzn,. Mój ojciec. 
2) Wyczółkawski odwjOOzał Boolta Al- 
berta. w jega pustelni na Kalatówkach. 
Umierając po w'elu latach modlił 
ię 
i prosił o pamoc Brata Alberta. 
3) W owym .okresie "WarSZaJW:lanka" 
W}1s'pilańskiega .okazala sie "nń.ekaso- 
\\1<1;". Ka;rdynał PlIIZ}'Ila mmknął Wawel 
prZJed jego witrarź.ami'. Więc b
eda. 
4) Jega "Geniusz budzący M:lCkiewi- 
CZIa" leża.ł rozwalony, w pyle. Ocalałą 
głowę wziął do zbiarów \1anggha-Ja- 
sileński. 
5) Gdzie umaf11 w r. J916. 
6) "Manggha, promelfllades a trovers 
les mondes " (ran et les idies). "Mang- 
gila" - po japańsku: wiązanka kwi'a- 
tów. 
7) Wyczół malował go i kar} katuro- 
wał kHkahotnie w "L'iberum veta" No- 
Wlaczyńskiego, jako "Japończl}'k:a". 


t
')r 
'. . II 


. J 
ł 
.... . 


.. 
:-::- 


'..... 
" 


'* 



 
'..:-.:, 


-- :.", 
.'
", 
,.... L,
"'" 
/., ,. ',..;. " 


I 
.... 
"h.' 
- .J I 


.. 
r"lir" 
":/1, . 

.: 
J' 


--;;.. 


» 


\ 


" 


£ Z 
Przyjaciele 


tÓw, dla st.'trego żebroka spod kościo- 

a 00. Francliszkakiego, oto J...ilka 1940 (nr. 16/18 z datą 14 lipca). Ju:.: 
skich KrakOIwa. Zachodzili do. aTIty- sprostowań, dotyczących "Wiado- w nastfpnym (19) numerze - Sło- 
kwariatu Jurki
;. 

tf
 P? mości polr;kich" w Paryżu i stosun- nimski ogłosił artykuł p.t. "Kraft 
kątach 
 sklep
e paDł Plemązkowej: ków Słonimskiego z Grydzfl\\
k.im. Durch Schadenfreude" potem na- 
w}dawah ostatnIe marki KUlnsthand- . _' dal publikował swe utwory w ,.Wia- 
Lerów Bea-lina, CZ y ootatnie franki w Zaproszeme Słzna, wschodnia 
uroda p>rezentZować się św1ietną kuchnią. 
Znawca i Zlbieracz SZJtuki też ofiaJro- 
wał swoje zbi'ory miastu (Muzeum 
Narodowemu w Krakowie). 
Mów1iąc o krakOlWskich przyjacio- 
lach Stryja Leolna - nie mogę nie 
w:spomnieć o pani Idali'i Pawlikow- 
sk.iej. ŻOna dyrektora teatru im. Sło- 
waokiego, sławne.go refutrmatora, 
estety .j Europe
crzyka - sama też 
była wielbiciie	
			

/Archiwum_001_05_148_0001.djvu

			4 


ADA\1 TOMASZEWSKI 


MlIdininll to nie muę dziewczYI1\' 
Tak kiedyś zwano 
Ten slodki kraj, ten kwiat 
Antyllów 
Martynikę, gdzie króluje miłość. 
Tu gdy powieje zefir 
Drżą kwiaty na balkonach willi 
l zdaje się że powiew szepCe 
cichutko 
Przybyszom do tego wymarzonego 
kraju: 
Witaj pod naszym niebiem 
Gdzie pocałunki są 
iłodsze 
A cierpienie łaRodniejsze. 
A jeśli, wędrowniku. .\erCe masz 
zbolale 
Znajdziesz u nro schronienie 
Bo tu kwitnie miłość. 
U kołysze cię anioł 
O powłóczystym spojrzeniu 
Aniol z madrasem w oczach 
A chustą na ramionach. 
Przybądź, ho nic nie jest tak 


cenne 


Jak serce kreo/ki. 


(Z kreolskiej pieśni) 


Przed dniem swej zagłady było 
st. Pierre stolic4 Martyniki, łącz- 
nikem z Francją, ostoją starego po- 
rządku w czasach Drugiego Cesar- 
c;twa, siedlic;kiem arystokratów i bo- 
gatego mieszczaństwa, miastem kup- 
ców i bankierów, wielkim światem 


"MADININA 


gdzie córki co znaczniejszych plan- 
tatorów tańczyły mazurka i lansjera 
w ramionach oficerów kolonialnych 
regimentów, urzędników, przedsta- 
wicieli dalekiej wszechmocnej Fran- 
cji. W rozległym porcie wyłado\\ y- 
rwano stosy towarów, do czekających 
na redzie żaglowców płynęły od 
'brzegu barki wypełnione baryłkami i 
warkami. Rumu, cukru, ka\\y, ka- 
kao, indygo. Wyrastały fortuny tu- 
1ejszych "bekes" - powi'lzanych ze 
sobą węzłami krwi rodów, bogacili 
t;ię obrotni armatorzy w Nantes, 
Bordeaux, La Rochelle. Okręty ich 
robiły patrójną turę. Najpierw pły- 
nęły z tandetą do Afryki, zab:erał} 
pod pokłady niewolników, zostawia- 
ły czarnych nieszczęśników Marty- 
nice, płynęły z powrotem wyładowa- 
ne bogactwami słonecznych Antyl- 
Iów. 
Z roku na rok rosło 51. Pierre. 
kładły się do grobu kreolskie pięk- 
ności, nowe pokolenia ,.beHes" tań- 
czyły zapamiętale w czasie karna- 
wałów. łamały serca, stawały się 
przyczyną pojedynków i skandalów, 
intrygowały, marzyły o powodzeniu 
córki plantatora, JÓzefiny. cesarzo- 
wej Francuzów. 
Podnosił się dobrobyt miasta i 
mieszkańców. St. Pierre zaczęło coś 
znaczyć na mapach świata. 
Aż przychodzi ów maj 1902. Od- 
zywa się Mont Pelce. Ludzie pracu- 
jący na polach po. zboczach góry 
czują drgającą pod nogami ziemię, 
.c;łyszą podziemne grzmoty, w:dzą u- 
kazujące się nad szczytem płomie- 
nie. Opowiadają w mieście o fon- 
talJmach trującej pary, o deszczu ka- 
mieni, o chmurach popiołu: słychać 
i tu niepokojące huki, widać i tu 
dymy i iskry. Pierwsze ostrzeżenie. 
Pierwszy dzwonek na alarm. Ludzie 
patrzą na siebie nie,spokojnie, pytają 
o radę, co ostrożniejsi opusz,czają 
miasto. Starzy ludzie przypominaj.1 
sobie co opowiadano w czasach ich 
młodości o poprzednich wybuchach. 
Nie wie nikt dokładnie jak to tam 
było - to już tak dawno. 
W dniu 5 maja zagatDwała się zie- 
mia na zboc.zu. Masa gorącego bło- 
ta runęła korytem potoku. zalała ra- 


Inier 


* 


* 


* 


TO 


finerię cukru, zabrała 25 istnień lu- 
dzkich. Drugi dzwonek na alarm 
trzeciego nie będzie. 
Ludzie pakują manatki, uciekają 
z miasta, ogromna większość jednak 
zostaje. Dwa następne dni są spo- 
kojniejsze, góra jakby przycichła, 
mieszkańcyoddychają spO'kojniej, na- 
bierają otuchy. 
Siódmego maja. W sO'botę wieczo- 
rem na całej kuli ziemskiej biały, 
żółty czy czarny człowiek odpręża 
się, odpoczywa, cieszy się z nad- 
chodzącej niedzieJi. Oieszą się tego 
wiec:zora i w St. Pierre. Wy- 
stają przed domami, żartują z włas- 
nej bojaźli wości, popijają rum; gó- 
ra odzywa się ale słabo, niebezpie- 
czeństwa nikt nie bierze już na serio. 
Są przecie w mieście gubernator 
Moutter i konsul amerykański i do- 
wódca garnizonu pułkownik Gerba- 
ul t, można im wierzyć. ZapewnialI 
stanowczo że nic nie grozi, nawoły- 
wali do spokoju, przypominali Q 
obowIązkach wyborczych. Prawda. 
Za pomnieli ze szczętem. Jutro prze- 
c:ie miejskie wybory. Z ufnością u- 
kłada się SL Pierre do snu. Dla trzy- 
dziestotysięcznego miasta - jest to 
sen wIeczny. 
Ósmego maja 1902, o 8.02 rano 
pęka nagle Mont Pelee. Napór ga- 
zów wali się na miasto. W kilkanaś- 
cie sekund giną ludzie, zwierzęta, 
domy, okręty w zatoce. 
Jeszcze dzisiaj, z górą pół wieku 
po katastrofie, zwiedzając gruzy 
Pompei Nawego świata, trudno o- 
przeć się przygnębieniu. Je
zcze dzi- 
siaj. gdy na ruinach męczeńskiego 
miasta wyrosło nowe życie, kiedy 
mieszkańcy st. Pierre chodzą koło 
swych zwykłych, ,ludzkich spraw - 
wrażenie jest wstrząsające. Między 
domkami nowych przybyc;zów ster- 
czą czarne rumowiska, przeżarte og- 
niem kikuty, zarosłe zielskiem zrę- 
by tego co było świetnością, a je.st 
nieustającym o.c;trzeżeniem. Bo. stra- 
szliwe monstrum po dawnemu wisi 
nad miastem. PO'budowano w pobli- 
żu obserwatorium skąd pilnują \\ul- 
kanu dniem i nocą, pobudowano 
drogi ewakuacyjne: w razie niebez- 
pieczeństwa można wywieźć ludność 


.ł.... _ 


arma 


śmiertnym tchni.eniu. Tą spi!TytUia
ną 
spuścizną, tą na tysiącleÓach opie- 
ll"ającą się tradycją, wyróżJnuają się 
talrgi j'Clrozolimskie spośród wszyst- 
kich inlTIvoh, tworzą jiCh atmlOSfeTę 
i tłumaczą ioh symboJiclZną d01l,io- 
stość. 


* 


* 


* 


Targi framkfurckie o gigantycz- 


- 


,
 



. 


... 


'" 


- 



 .... 
., 
... 



 F
1 
., 
 " ' 
rI) 
, . 
:' .......1 


WIADOMOŚCI 


NIE 


IM IE 


DZIEWCZYNY" 


w kilka godzin. Ale patrząc na groz- 
.ny szczyt trudno zapomnieć że kry- 
je się tam złośliwy potwór, że być 
może wyzyskuje zasłonę z chmur i 
czai się do skoku. 
Mocnym przeżyciem je
t wizyta \\ 
tutejszym Muzeum Wulkanologicz- 
nym. W kilku salach skupiono eks- 
ponaty - pamiątki. Kawały lawy, 
przedmioty codziennego użytku, zna- 
lezione w ruinach talerze, szklanki. 
lI1arzędzia kuchenne, zwęglony boche- 
nek chleba, żarÓwkę elektryczną. N a 
ścianach mapy, fotografie ówczes- 
nych ludzi, wymalowany przez pry- 
mitywnego artystę wybuch - jak 
!koniec świata ogl'ldany oczami dzie- 
cka. Uwagę naszą zwraCa jedna z 
fotografii. Czarna twarz, \\ydatny 
nQS, wykrzywione w uśmiechu usta, 
wrowe zęby, tak wyglądają twarze 
tragarzy z doków, robotników dro- 
gowych, przekupniów ulicznych. 
Auguste Cyparis - sła'\\ny czło- 
\\iek, mimo woli. W ów niefrasobli- 
wy sobotni wieczór Cyparis up] się 
i "narozrabiał" w mieście. Zamknię- 
to go' w więziennej piwnicy i dzięki 
temu ocalał. On jeden. Z 30 tysię- 
cy ludzi. Pokazywano go potem 
przez długie lata jako cllrio.Htl1l. W 
Cy,rku Ba,muma. 


* 


Do Fort de France wraca się in- 
ną drogą. Przez Morne Rouge. wz- 
dłuż masywu górskiego Garbet. Raz 
po raz widać przy drodze rzeźbione 
kapliczki, przy których czarni mie- 
szkańcy tych stron modlą się do 
Swojaczki-Czarnej Madonny, błaga- 
jąc o ochronę przed Mont Pelee i 
przed mocami nieczystymi. Zabobon- 
ny c:lJłowiek Martyniki, bez wzglę- 
du na kolor skóry, wierzy we 
własne i obce duchy, zawleczone z 
kara'ibskich i afrykańskJich kultów. 
"Tutaj od dawna już nikt nie mie- 
szka" - oświadcza nam kierowca, 
pokazuJąc na przydrożne domostwo. 
"Jęczy coś w ścianach, krzyczy prze- 
raźliwie. Prosili księży z St. Pierre, 
kropili, odprawiali egzo.rcyzmy, świę- 
ci.li całe obejście. Nie pomaga." 
Zagadnięty o własne zdanie, krę- 
cił długo głową, mruczał niezrozu- 


. 
miałe kreolskie .
łowa, wywnioskmva- 
liśmy jednak że odpowiedzialnością 
za nadprzyrodzone fenomena obar- 
CZa "geI1lS gages". 
Dam rzeczywiście robi nieprzy- 
jemne wrażenie. Ukryty cały w tama- 
ryndach, pozabij,ano deskami okna. 
walący się płot - wymarzona deko- 
racja. dla telewizyjnej makabry z 
dreszczykiem. Może i rzeczywiście 
włóczą się tu jakieś złośliwe widm.., 
podobne do upiorów z polskiej. lu- 
dowej. tradycji? Pomagają duchom 
awi "gen s gages", czarnoksiężnicy, 
ludzie za życia zaprzedani diabłu: 
.ł.wykle pokazują się pod postacią 
czarnego psa albo konia o trzech 
nogach. Wierzenia te wspólne są wy- 
spom całego archipelagu. W tryni- 
dadzkim "Guardian" często czyta się 
relacje "naocznych świadków" spo- 
tykających po drogach trumny albo 
olbrzymie zwierzęta znikające nag- 
Ie jak kamfara. Cynicy tłumaczą 
wszystko bardzo prosto i trudno nie 
przyznać im racji: rum. 
Wyspy franc.uskie mają jeszcze jed- 
ną kategorię duchów. wcale nawet 
ponętnych. Przyjeżdżają nawet po- 
dobno niektórzy by z nimi się zmie- 
rzyć. Zc świata sławnych z tempe- 
ramentu kreolek, spośród najpięk- 
niejszych dziewcząt jakimi słynie w 
świecie Martynika. wyszły ,.diables- 
ses". Mieszkanki najdzikszych ustro- 
ni leśnych, pokazują się czasem na 
drogach pod postacią powabnych ko- 
biet, .,uroczą" młodych mężczyzn, u- 
wodzą. prowadzą na manowce. to- 
pią w bagnach - zupełnie jak sło- 
wiańskie dziwożony. 
Jedziemy teraz jedną z najpięk- 
niejszych dróg, wzdłuż łańcucha Pi- 
tons du Carbet. Szosa, dawny jew- 
icki trakt, przebija się przez ścianę 
tropikalnego lasu. Nad gto\\ami po 
drzewach liany, narośla, pnącza ob- 
sypane kwiatami dziwnych kolorów. 
W nieckach dulin wyrasta mahoń, 
dziki kauczuk, bawełniane drzewo, 
bambus, olbrzymia paproć, powiąza- 
ne w zielony dach splotami figi - 
dusicielki. Pełznie to aż do połowy 
stoków dzikich gór, ostrymi stożka- 
mi dźwigających się z morZa zieleni. 
Amatorzy wspinaczki znajdą pozna- 



- 


- . 


I )ROGA z Fort de F.rtUJ ac , w z Olenl I 
cem Jego mleSZ ancow., . t h b k h . 
. d . . . b . bóstwo wul- tych aksaml' a:c' ,w '1"0' atac I sa- 
gor
 I zlslaJ k urz
 S k lę .' fianach wZJl1os,iła modły o powr,ót 
kanow I pars a siar a. . M . d ł . 
. dOi Jef'Ozolhmy. Ię zy iłą spe m l olJ1£l 
* modli,twą, a respektem, jakj Jerro- 
ZJolim:a wyraża. misj,i k,c;liążki wyczu- 
wa się ten związek. Ramą. która 
ją zdIO'bi, spłaca dług ZJa ukojenia 
jakie w tragedi,i naszych czasÓw 
naród cZClrpał - z książlki. Brzytulo- 
na do. serca wejmowała z niego. 

ęk. Otwierała wrota n,iebios umę- 
c.ZJonym. I ich u<;ta w ostatnim przed- 


non 


sileni 


Musae 


że otrzymuje ją nie tylko w UZJI1a- mość z GaJmusem. Tam powstają 
niu wysok'iego poziomu jego tw6r- tomy "LabY:Ilinth of Solitude" (1950), 
czośC'i, lecz także huma,nizmu i u- "Eagle or Sun" (1950), "V,iolent sea- 
miłoiWIaiDia spra,wliedli\\ości, przebi- son" (1958), wyrażające wysiłek 0- 
ja
qcych z jego 30 tomów poezj,j j 
iągnięcia oOlSkonałO'ści i wia.r} w Slie- 
ni,ezlicZlclI1Y 1 ch esej6w o litCil1aturze, bie w obronie przed próżnią. Samot- 
sztuce, filoflJofii i all1tJropolO'gici. Do ność pogłębia w nim natchnienie, 
poprzedników Ootavio Parz;a, w ten którego OW01ctJm jest ,.Sun st!oTIle", 
saII11 sposÓb wyróżnw,n¥'Ch, należał poemat najwyiŻszega pOZJiomu, oparr- 
Bertrand Russel ja:ko pie il1 ws7Jy, .Max ty na p113JnetaJrnym wydacr-zeniu, opi- 
Flfisch, Andre Schwartz-BaJrth, Igna- C;aJl1o/ITI w kalendarzu AZiteków. 
"Labir'YTIth of SO'litude" i "Su.n 
Sło1l1e1" są syrnłe:zą fil.o:z;ofj,j Paza i 
zQstaną z oIkazj,i przyznall1aa mu na- 
grody JeI'OIZolimy przetłumaczone na 
język hebra'jski przez E. Solay-Levy 
i Dalwida Hardlatna. 


-.'." 
 


l' 


... 


.. 


. : 



 


l1li: 
:j;
 ",. 


"o( 
" 


'r' 


,I' ./ 
o!: 
< 


f>: 
.
 


Prezydent Izraela prof. Katzir prze- stoisldem Bojowników Getta. 
(Obok niego Eugenia Nadlerowa) 


nych rOZJmiwrach, ptlJnkt aII11bicji 
św,ii3Jta wydawniczego wiodły prym w 
te
 dziedzi'nae. Nioej,skim - umk Ri- 
wiery przylspM'za populamoiŚci. Bos- 
iI10ńskie pirzyciągagą inttx:l1ekJtualnymi 
osiągnięciami Nowe.go ŚWiata. San 
F.ralTI.ctisiCo już samą swą nazwą jest 
pł"Opaga:ndą. Wszystkim im jest 
wspólny komercjalny charakter 
przedsięwlJięoia. Jero(llOlima nealizu- 
je tę ,imp['Cizę przede iW'SzYISltkJim z in- 
nych pobudeik. Konrtakt, jaki prZlez 
talrgi nawiązuje ze światem pocho- 
dzi z an,ałO'giozmych źródeł, jak jej 
zespO'lenia z książką. Myśl ludZ'ka 
wszystk,ich krajów Zachodu (blvik 
wsch0dni reprezentowała tylko Ru- 
munia) dzJi,ała jak olbrzymi gobeli1n 
lutkaJny z mózg6w, tal1eiO,tóiW, na- 
tchnień, wzlotów i zmagań. Siła, któ- 
ra bije z 50.000 egzemplarzy, to 
mowa JerozoJ.imie najbliższa i - 
flJajmi1sza. 
Konkurs Jerowlimy, ufunoowan} 
w r. 1963 przyznaje n.agrod ę za war- 
t
c,i moralne, przebija,jąc,e z tw6r- 
CZJoś,cti pisa'Tza. Temat się pOwta:T:lJa: 
.,WO'),n.ość jedn.ostki w !'Jpołeczeń- 
stwie". O wybO'rze laureata decy- 
duje jury, do którego n.aJeża} rektor 
uniwerSlytetu JeroZJolimskiego., pro- 
fesor Harman.. poeta J. Amichai I 
M. Ba1ł-Ou, przewodTIiicząiCy depar- 
tamentu wychawawczego AgelncÓ,i 
Żydowskiej. TegoI1oczna przypad1a 
Octavio Paz, poooie, eseiście i dy- 
plomacie meksykańskiemu. PeIn,ił tę 
służbę wStanaoh, Frall1,cji, JapO'r,j,i, 
India,ch - gdzie w r. ]968 zrezY'glniO" 
wał ze stanowi'Ska ambasm:loiI'a, ja- 
klo wyraz protestu z powodu stłu- 
rmiemtia. ruchów studenckich w kJra- 
ju. Nag;r'odę w wy,sokoki 2.000 dola- 
rów wręczył mu w wieczÓT uro
rzy- 
stego otwa.rcia targów. w obecności 
prezydenrta T:lJrae}a, proQ,f. Katzilfla i 


3.000 uczestników, burmistrz Jero- 
:lJolimy Teddy Kolek, podJkrcślając 
no Silone, JOT'ge Luis BO:f'ge's a Si- 
mO\o,e de Bea:uvoir. 
W swej O'dpolwied'zi Octavio Paz 
podkreślił - między innymi - że 
pisalfZiom o,!le wOlI,no się wyTzec nie- 
:lJa:leżności myśli i słowa. Żyjemy w 
jednym z najgorszych stuleci, jaikie 
zna historia. O ile ludzkOtŚć je prze- 
żyje, będzie ..ię je wSlpomi'
'ało ze 
zgJrozą. Uniwersałizm stJw
T'za węz- 
ły, z kJtórych świat czerpie uczucić 
.łączności. Czasy Hitlera i Stalina za- 
przeczały tej łą'c:lJnośdi. DZJięlkując 
za ;]11a'grodę prZJy
na,ną pop.r'zedJnlio 
wymienionym bojownikom o wol- 
ność, Paz powiedział że czuje się 
zaszczycoll1y i zakończył SWe pTZ1e- 
mówienie słowami: "Bez wci!iDośoi 
In
e ma literatury, bez literatury 
wolność jest pustym brzmieniem". 


* 


* 


* 


Octav,io Paz urodził się w roku 
1914, w najbardziej !Ql"wawym ob'e- 
sie rewO'lucji meksykańslk,iej. Jego 
ojoiec, adiwoka.t, był w Sta1nłach 0.- 
brońcą przywódcy powstania, Emi- 
lio Zapalta. W pewnym senls,ie świ,a- 
topogląd Paza jest: owocem hasła 
Zapaty: ,,0 ziemię i wO'lność". Has- 
ła, które Paz zaadoptował jako 
wtasn.e credo, czemu dał wyraz w 
tomie poezj,i "WolnoiŚć dh słowa". 
W tym okresie Paz uległ wpływowi 
poetów hiszpańc;kich HernandeZd, 
Albert'i. Bunuela, peruwiańskiego 
Valejo i chileańskiego Neruda. 
Po pobycie w Stanach Paz prze- 
nos,i się do Paryża, gdzie w środowi- 
sku surl"ea'list6w odnajdluj1e IJ1ÓiWI nI O" 
wag
 d1a swej twólfCiZIOŚełi. Spotyka 
dawnych przyjaciół Pere1a, ojca SlI'r- 
reaililstów Bretona, na'wiązu!je 7najo- 


.kowane scieżki prowadzące na szczy- 
ty, ze s.zczytÓ\\ widoki aż po Gwa- 
delupę, Marie Galante, La Desira- 
de - wyspę trędowatych. 
\Vspinaczka wymaga sporych u- 
miejętności taternickich a wędrów- 
ka po lesie zdrowych nerwów i do- 
brych oczu. Bo w paprociach, orchi- 
deach, czerwonych kwiatach "szczyp- 
ców homara" można zetknąć się z 
fer de lance, jednym z najjadowit- 
szych wężów świata, bo z gałęzi 
spaść może na kark jadowity pająk 
mygale, znany dobrze pod naz\\ą ta- 
Tantuli. W lesie Martyniki, jak w 
każdym lesi.e tropików, pod jaskra- 
wym kwiatem często kryje się gro- 
za. 
Piton Boucher, Piton de L'Alma, 
Piton Dumauze, najwyższy Piton 
Royal. Obrysowują się ostro na tle 
nieba, straszą dzikością i niemal 
prostapadłymi ścianami. J pociąga- 
ją. A przecie to cała wyprawa. z 
mułami, z przewodnikami, ze sprzę- 
tem. 
Na zakręcie leśnej drogi stoją dwie 
dziewczyny. Rosłe, zgrabne, kołyszą 
biodrami, krzyczą ze śmiechem: Ba 
moin an ti bagaye! Ba moin all li 
hagaye. Wypytujemy przewodnika co 
to znaczy. Wyjaśnia że po kreolsku 
to mniej więcej "daj mnie coś", cho- 
ciaż... Znowu niedO'mówienie. Zno- 
wu tajemnica. "A może... A może 
to ,.diablesses"? 
Szofer łypnął ponuro, uśmiechnął 
się kwaśno, jest wyraźnie niezado- 
wolony z nietaktu turystów. Obej- 
;rzał się jednak raz i drugi i... dodal 
gazu. 


. 


* 


" 


W samym środku Savannah. re- 
prezentacyjnego parku w Fort de 
France, wycięta z bloku kararyjskie- 
go marmuru cesarzowa Józefina 
przygląda się misteriom wieczoru. 
Obsiadłe zatokę żagle nagle zapala- 
ją się jak głownie. 
Kiedy statki Cunarda i White Star 
przybijają do nadbrzeż} La Com- 
pagnie, pod posąg dumnej mieszkan- 
ki Trois I1ets zbiegają się całe gro- 
mady turystów. Patrzy obojętnie 
wielka cesarzowa na zgiełk jarmarku 


138 z Jz:rae,Iq., w tym jeden nakład 
arabski. Szwajcaria. w obawie że jej 
stoisko świecić będzie pustkami z po- 
wodu stI'ajk,u portowego w Haifie, 
kltó.ry prrz.e'SZJkodtził wyła,d'owaniu, 
nad'robiła spóźn:enie p
łn\ m samo
o- 
tern. "Antiqua,ri3Jn Bool

1\ers As- 
sociation of Great Brita,in" ZJa:p'l"e- 
zenro'wała pr6cz a.ntyclZ:nych, w PO" 
przednioh wiekach wydiwnyoh tomów 
starych map i druków, O'ryginały li- 
stów Lorda Tenny'SOIn<ł, ZO'Ii, Tha- 
ckeray"a, Word!SIWoItha, DiiCkensa, 
A'T1t.u.r;a J. Ba
fouro, ściągając na swe 
stoisko tłumy bibiofilów, niemntiej 
zajętych ek!'1ponatłami zakonu fmn- 
Ószk, anÓw iktÓr:z\ rorzpoczęli 'Swą 
dZ1iała.)n
 wydawnliczą w Jero:lJuli- 
mie w r. ] 878 obszernym słO'wn,i- 
* * * kiem włO'skim i rozszeiTzyli ją na re- 
Według pisarza angielskiego, O'sm- li
ijne, hilSltoryc,zne, muze;ł,I,n'e zabyt- 
dłego przed paru laty w I:lJT'aelu, ki Ziemi Swiętej. Tuż obok, w obec- 
LiOlne1a Davidsona, targi książek w llioś
,i Rev. James Payne, zaj.ął miej- 
Jerozol,imie zajmują dziś drugie po sce NOlwy Testament ostartnio wyda- 
Fralnikfurc.ie miejsce na świec,ie. Z ny we współczesnYm hebmjskim ję- 
pierwszego wysiłku w r. 1963, gdy zyku. 
niczym gałązka (JJiwna obwieściły Z zaJkresu Judaioa najważniejszą 
kuLturaoLnemu światu imopr'czę Jell'O- antyczną pO'zyoją był AU,epo-Ccdex 
ZJolimy, w której wted'y wzięły ud:Zliał ręc:ź:ntie spis3lny pil1zed 900 (!) Jaty w 
22 kraje, rozrosły się do obec,nego Tybe'l"iadzie nad jezJiorem Gooezaret, 
fOJ1matu: 43 narody. O szeŚĆ więcej oały Sta,ry Testamel1lt (n,;,e tylko 
niż w r. 1975 (Płd. Afrylkla, Kana- Penta,teuch). Wy.wiez;iOln:y potagemnlie 
da, Brazy),ia, Portuga,Ji,a, Meklsyk i z S}1riU w Ia:tach 5o-.tych został wrę- 
Urugwaj), 00 jest wymo,wnym d'o- CZOll1y ówczesnemu prezydentowi 
wodem że mimo pokus radi'a i tele- IZJl'aela, Boo Zwi. Podc'lias ant y- 
wizji ludność Jzraela ma maość do iZTaetslk,ich rozruchów w Aleppo w r. 
kJsiążki We krwi i P(Jzostaje wierna 1948 dJwieiŚClie z ośmiulslelt stlronic Co- 
pi'sa'lJemu słowu. PrezydenIt St. Zjedn. dexą: padło ofiarą płomieni, co bę- 
CaJ1ter, IktólfY w T. 1975 2IWied:lJ:t :zeraJą 
lem 
o'Pflzedziło mi>£lInlow3,n1ie prezy- oczyma tybuły, chcą zatrzym-ac czas, 
denta Lr,raela, Drofesora (biofiz\ ka) przeniknąć, w
hł()lnąć ,atł:n'
sfe.rę. ta.k 
Katzim "a fO'r
ign feIlO'W of ROYGI odle'głą od tej, do kto.reJ Ich n,leba- 
S oci et y". The Royal Society, najwyż- 
em 
O'rw
 autobusy. Wy
hodzę w 
sza 'a,o,gielska insrtytucja naUlk owa , JerozO'lImsb, pastelowy ,?mlerzc.h, w 
zatożona w r. 1645 ogra	
			

/Archiwum_001_05_149_0001.djvu

			Nr 1635, 31st Iwy 1977 


5 


Na naszej ]()I1dyńs.kiej prowill1cji nie 
zdajemy sobie sprawy w całej pełni 
z rozgłosu, jaki towaI1ZY5IZY ukazy- 
waniu się w różnonarodowych krajach 
tłumaczeń rewotucyjnych studiów tea- 
tralnych Jana Kotta. Sądy z zewnątrz 
dochodzą do nas głównie przez "Wia- 
domoooi ". Czyentuzjastyczne czy 0- 
bUf2ooe, pochwalne czy zgorszone, 
ZaJw;sze wyrażają zaskoczenie przejęte 
podrziwem. Dotychczas tłuma,czooo 
Kotta na 19 języków. 
t
orys Jana Kotta, urodzonego w 
r. 1914, obejmuie dwie wojny. W o- 
kresie nasile.nia jego rozwoju inte1ek- 
tuałneg,o i moralnego, nabywania wie- 
dzy i wy!lmwania własatych, przemyś- 
lanych poglądów na problemy 21asad- 
;rncze, dokonywaJ.a sdę zmiana stosun- 
ku do śmierci, przez wiele I'okoleń 
stat}"C!Zl1ego i jak gdyby pIiLypisanego 
do drz.iedziny religii. Wraz z brutalno- 
ścią ostatn,iej wojny, śmierć wtargnęła 
W życie coo]]ienne i zmieniła jego obli- 
CZe. Bezkarność i nieodpowiedzialność 
dObyły z dn.a ludzkiej natury okru- 
cieństwo posum.ięte do sadyzmu, któ- 
ry stał się legalnv. 
W kLimacie ty(.n przewrotów umysł 
twórczy .nie mógł się oprzeć pokusie 
badanjoa istoty modyfi.kacid stosunku 
do śmierci. ZdyscY'PIi.nowany wysłłek 
Kotta, naukowca i erudyty, który pod- 
porządkował swą rozległą wiedzę tea- 
trowi, nie ogranicza zasięgu badań i 
nie pęta ich skrupułami. Nie pIiLyj- 
mując skrajnej postawy, działa pozy- 
tywnie: przestawia i przekuwa. Jest 
bl\cr1townillcieJT' liOI1gani:z,owanym. Od- 
brązowia i odśW'iątobJ.iJwia mity ze 
śmiałością, ćwiczoną w epoce upada- 
nIa autorytetów. Wchodzi do kościo- 
łów :z. nakrytą głOlwą, do meczetów w 
Obuwiu. W tym nastroju, z imponu- 
jącym opanowaniem materiału wnika 
głębooco w m
l twórczą iachodu. 
Studi1a w tym kierunku, rozpoczęte i 
Prowadzone jeszcze w Polsce, przy- 
llloozą mu zaciekawienie wieloosobo- 
wością Szekspira. Uwspółcześnia go, 
posługując się w analirz:ie własną rea- 
listyczl1ą metodą. ' 
WyclhodZJi z założenia że wielcy tra- 
gky powołali śmierć do życia na sce- 
nie, w niej skupiając to, co jest oś
od- 
kiem tragedii: wykonanie wyroku 
Sprawied.liwości, pojętej jako zadośću- 
czYl!lienie, Ikara lub akt zemsty. Jej 
to przemiany - przypuszczać wolno 
- w obliczu doczesnej rzeczywistości 
wciąga
ą Kotlta w dociekania nad wy- 
II10wą teatru szekspi
owskiego i an- 
tYcznego. 
Uwagi te podsunęła Notatkom lek- 
tu.m artykułów kryty=ych recenzji 
i wy'wiadów, którY'mi zaroiła' sie prasa 
włoska w pierwszych dniach ma
a, po 
ukazaniu się w Mediolanie przekładu 
z angielsk,iego ;obioru 
ejów z greckiej 
traged.H p.,t. ,.Ma.ng.iail"e dio - Una in- 
terrpreta2JiiOne della tragedia greca' - 
Contradizziooi .. *) 


*) Ed-ilZion; i.! Pormiohiere. MHaIlo 
1977. 


-- 


NOTATKI 


Kott pracował nad tą ksiątką od r. 
1966 w Warrszawlie, ukończył teks.t 
an-gie1sIci, ze WtSpółudziałem uczonych 
pI"Zyjaci6ł amery'kańskich, w Stanach 
Zjed.noozonyc.h, gdzie miała wiele wy- 
dań POCZąIWSzy od r. 1973. Oryginał 
polSlki n.ie jest dotychczas ogłoszony 
drukiem. Próbuję pozbierać tu własne, 
Ilotatkowe wrażenia (coś jak poraże- 
l1Jle prądem elektrycznym) z ameryikań- 
skiego czytania pl'1zyłączone do świe- 
żych, W}'1WołanYch żywą reakcją Wło- 
chów na dzieła Kotta i po dorwaniu 
się do tekstu włoskiego. 
Sądy Włochów liczą się bardziej od 
czyichkoLWliek. Czytają Kotła i piszą 
o nim przewaŹinae ludzie z przedwo 
jenm,ej sUoły, z okresu faszyzmu któ- 
ry szedł na rękę studiom k.!asy
ym, 
Z3iwsze ta.m 
ntownie uprawia n} m, 
ale po marszu na Rzym uważanym 
!Za obowiązek patriotyczny bezpośred- 
n.ich spadkobierców świałta antycme- 
go. OpmcowaJl1Jie reformy wolnictwa 
powiemooo - na szczęście - filozo- 
fowi powołanemu do tego zadania. 
Był nim Giovanni Gentile, jeden z 
trzech tw6rrow doktryny fa51zystow- 
5ikiej, k.tóry nie odstąpił od teorii po 
W1prowstów. To jej 
przypadkowa zasługa. DosłOWI1Ja i nie- 

przec2JQIla, to wprowadzenie codzien- 
lIlej łaciny do ośmi,u klas gimnasio- 
liceo, nieco zaś krócej, mniej mgę- 
szerzonej lecz intensywnie przekwwanej, 
grek
: od 1. klasy (dziesi
aiolatków) 
obowiązywały w oryginale lektury 
lcl4sy1ków opraoowania pi5emrne, tłu- 
maozenia, słowem naj ściślej pojęte 
przyswajanie 
otu. 


Tak soł
dne przygotowanie pozwala 
przystąpić przeciętnemu kry:tykowi i 
recenzentowi ze znajomością rzeczy 
de oceny twórczości "polskiego esei- 
sty", jak nazwa.ti Jana Kotta. Kom- 
petencja krytyki włoskaej, a tym sa- 
mym różnorodność poglądów, daje 
miarę bogactwa myśli Kotta. Książka 
została przeds,ta,wiona publiczności me- 
diolańslkiej ze sceny "Tea:tro Piccolo" 
przez reżysera i scenografa Strehlera 
w ro:mnowde z autorem. Wypowiedzi 
Kotta, które przytacza w relacji z tej 
rozmowy dziennik ,,La Repubblica" 
(Bnrico Raga2zorn), są tak zwarte i 
trdiciwe, a zdaniem Gastona Geron, 
recenzenta z ,,11 Giornale", tak jasne, 
oówaŻllle i stanowcze, że nie może być 
-- 


W
OSKIE 


"MAIIGIARE 


010" 


morwy o wtórnym referowaniu ich 
po ama
orSku, a to jest jedynie dostęp- 
ne dla autora Notatek, który nie po- 
trafiłby informować o nawale nowych 
pojęć, dostarczanych przez Kotta. Na 
to trzeba być teatrologiem, lub co 
najnmiej teatromanem, nie zaś nieu- 
]eazalnym czytelnikiem, który woli drllok 
od sceny. Z kart k&iążJki dramaturg 
przemawia głosem swych postaci. Na 
scenie ktoś przebrany udaje kogo in- 
nego. Geniusz aktorski, zdolny wros- 
nąć w sk6rę bohatera, jest równie 
rzadki jak UJniedostępniony przez trud- 
ności techniclZ:ne. A i ten krzywdlZ:i 
widza - czytelnika, odbierając mu do- 
wolność interpretacji. Czytelnik roz- 
porządza władLą reżysera i prze- 
twórcy. 
Przekład w książce (str. 308) 00- 
przed za dyskll5ja tłumacza, Ettore 
Caprioli, z nowatorskim reżyserem 
kl-łSyików, Luca Ronconi. USiiłując pod- 
chwycić wpływy, jakie urobiły indy- 
widualność twórczą KoMa, Ronconi 
tak szkicuje jego sylwetkę: "Jan Kott, 
intelektualista z ładunkiem oczytania 
i z bodźcami ide.owymi, Polak, ściga- 
lJy zmorą mSltorii, o kt6rej tragizmie 
nazby:t cZęsto decyduje ucisk n:ieu- 
chwytnej, wszechobeanej władzy. 
Wreszcie - i przede wszystkim - 
człowiek teatru, a zatem skłonny do 
prZJeI1o.szen-ia na scenę myśli podsuwa- 
nych mu przez lekturę, dając się po- 
w.odować jedynie podnietom wzroko- 
wym zrodzonym w jego wyobraźni". 
Ws:pomniany tu Ga,stone Geron uwa- 
ża Kotta za "totalnego pesymistę" na 
podsta,wie jego koncepcji tragedii ja- 
ko wyrazicielki doli człowieczej któ- 
ra 21naczy trupami drogę wygn
ńcÓW 
z raju utraconeg,o do bram raju obie- 
canego. Symbolem przeznaczenia, a 
zarazem łącznikiem jego z życiem, 
jest bohater tragedi i. "KolZ:ioł ofi'amy" 
- .określa go Geron. 


Ani on, ani Ronconi i większość 
krytyków, nae godzi się na całk.owite 
usunięcie mi.tu. Nie ma - mówd - 
tragedii bez mitu, i tragedią jest nisz- 
czenie go. Według niego, Kott pod- 
da.je się w d n1erpretacj i tragedii grec- 
kiej wpływowi tragicznej wizji histo- 
rił z jej pesymizmem, nadzieją bez na- 
dziei i pewnośoią nieistnienia pew- 
ności. Związarnie tego motywu bezpo- 
średnio z osobistym losem autora - 
"typoweg.o intelektualisty naszych 
czasów" - wydaje się pewnym - upro- 
szczeniem ale fakt brania w rachu- 
bę t.a,kiej zależności ma swoją wagę 
w całQŚ{:i .oceny. 
Nb. komunistyczna "Unita" d}s- 
kretlnie przemilcza w swym skrócie 


z 


CZASOPISM 


K 


RECEPCJA KOSSAKÓW 


"Na frontonie poznańskiego Muzeum 
ł-larodowego napiJs Kossakowie infor- 
ll1uje o bieżące) wystaJwie. Przed kasą 
długa kolejka", denooi "Słowo Pow- 
szechne ". 
",Zwiedzający,ch mnóstwo, a rÓŻno- 
rOdność publiczności przeogromna. 
Widok całych rodzin zatrzymujących 
się przy .obrazach nie jest rzadkością. 
ludzie w 's.iJe wieku, srt!arsi, całkiem 
ll1łodzi" . 
Przedstalwiciel gazety pytał o wraże- 
nia. Oto odpowied.zi kilku zwiedzają- 
cyoh: 
Lekarz: "Na tę wystawę przyjecha- 
łem z Wrocławia. Obrazy KOSS<ł>ków 
Wzruszyły mn,ie. Dla człowieka wy- 
chowanego jak ja na lekturze Żerom- 
Skiego i Siel11kiewicza ta,ka reak,cja nie 
ll10że być zask.oczeniem. Swego czasu 
równie świetnym pomysłem była wy- 
stawa M:akiZewsk i ego. " 
T&hnik i student: "Ogólnie wysta- 
Wa podoba nam się przede wsz}stkim 
dlatego, że poświęcona tym trzem ma- 
larzom, których łączą nie tylko więzy 
rodzinne ale i tematyczne. Do muzeum 
chodzimy rzadiko, ale to maJarstwo ba,r- 
dziej pI1Zemawia de naszej 'Wyobraźni 
niż sZJtuka współczesna, której nie ro- 
zUmiemy". 
Prawnik: "Wystawa, którą można się 
Zachwycać. We wszystkich obra.zach 
najlepsze jest stud'j.um k'on.ia." 
Uczoonica IV klasy liceum: "Wspa- 
niałe k.onie i spory kawał historii. 
}>'rzedkładam da:WI11e maJłaa-stwo nad 
'lViSpółozes'ne, którego nie rozumiem, 
choć ozasem nielktóre obrazy mi s'ię 
Podobają" . 
DWie emeI)'1tki - siostry: "J eSlteśmy 
Zachwycone i wdrzięczne. To maja 1'- 
stWo nam się podoba, bo jest bliskie 
Ilagzym pols-kim odczuciom i przema- 
Wila do karoego. Na tej wystawie jesteś- 
ll1y już drugi raz, na wystalWie Mal- 
cZeJWlSoc'iego byłyśmy cztery razy". 
Emeryt: "W tych obrazach bardziej 
ll1nie pociąga terna'ty.ka hisltorycrlna niż 
sa'll1a f.orma artystyczna." 
Technik z żoną i ich dwoje dzieci: 
:,Wystawa interesuje nas jako ooś przy- 
Je.rnnego dla oka. Żaden z tych obra- 
zów nie wymaga tłumaczenia, bo wia- 
do.rno, co przedstaiVllia. Przyszliśmy tu 
głównie ze względu na 
ieci, żeby zo- 
baczyły .te obrazy, przeŻyły coś inte- 
r
ującego ". 
JESZCZE "DZIADY" 


W "Kiemnocach" znalazłem taką in- 
fOrmację o nowościl3JCh wydawniczych: 


,,Adam Mickiewicz, Dziady, część 
II. IV li I, poslow,ie Zofia Stefanowska, 
Czytelmi,k, 1977, s. 139, cena zł. 18". 
Redakcja zaopatrzyła tę notatkę ,krót- 
kim komenta,rzem, cyrowamym tu w 
cał
ci: 
"Poema zostały wydane w Bibliote- 
ce Lektur Szkolnych zawierając tylko 
II, IV i l część "Dziadów". "Tajemni- 
ce i sprzeczności są w "Dziadach" - 
pisze w posłowiu Zofia Stefanowska - 
intencj-onJaJlne; są tam po to, aby bu- 
rzyły r;OZSądne i. uporządiko>wane uję- 
cie o rzeczywistości. Te taki świat, ja- 
ki wid'zi bohater szalony młodością, 
bólem i odwainą samotnością". Na 
ipelwno, ale chyba nie tyliko te elemen- 
ty stanowiły główną siłę napędową dzie- 
ła." 
Jest to histor.iJa zag.adkowa, co uwy- 
daJtnia słOlWO ,Itylko" w pierws,zym 
zdaniu komenta,nza. Nie ma potem 
dalszych wyjaśnień, dlaczego "tylko". 
Może ,,Dziadów" część Ul zootała 
wy1klęta po doświadczeniach r. 1970? 
Czy tei opublikowano ją oddzielnie? 
Jedno je&t pe\\oll'e: każdy powinien 
znać c,zęści II, IV i l, ale część 1lI 
,kaMy zrnać musi. Czego to wnęc uczą 
w tych "socjalistycznych" srz.kołach 1 
Jak W1idać, ze sprawy "Dziadów" wy- 
ciągnięto ostateczne konsek.wen,cje, mi- 
mo że Gomułka już od dawna nie ma 
nic do gadalJia. 


KULTURA 


JaIk korzystają ludzie z .oficjalnych 
Klubów Osiedlowych, mających orga- 
nizować życie kultUIatne? Jan Lewan- 
doWlSlld podaje 'w "Sło'Mie Powszech- 
nych" wyniki przeprowadzonej przez 
5liebie minisondy w Warszawie. 
MóWli .warszawiank-a: "Jak była wy- 
staiWa maJlar;stwa d.zieci, to mieliśmy 
trochę kultury w Klubie Osiedlowym. 
Moja Agnieszka d05ltała czwartą na- 
grodę, namalowała obrazek bardzo Ja- 
dny i naIWet powinna dostać jak nie 
pierwszą to może drugą nagrodę. W 
KLubie rządzi 'Portier czy szatniarz. 
Stoi bi,lard, stół ping-tawić jeden 
z tych tekstów, ale w odwrotnej in- 
Jterpretacji: umieszcza go \\oe współ- 
czesności nie obecnej, tylko w V w. 
po Chr., kiedy żyJ,j Ateńczycy, dla kt6- 
Tych dramatmgolWie przemaczali swe 
sztuki. 


Gdy Kott zdobył z takim impetem 
aktualn
ć mediolańską, było w przy- 
gotowooiu przedstawiende "Burzy" w 
jego inscenizacji do spółki ze słaJ\',- 
nym reżyserem włookiim Strehlerem, 
na scenie tegoż "Teatro Piccolo", z 
której obydwaj dali się słyszeć. 
KotJt utrudnia swoim pół-opozycjo- 
;nisrom pół - admiratorom niezgodę z 
nim, bo rozbra,ja ich swym wspania- 
łym językiem. Włoski sprzyja mu bar- 
dziej od angiel5ikiego. Jakiż układ 
przeciwności i .podobieństw potrafi 
zmieścić w słowach: "szaleniec boha- 
terskii" "szaleniec cyn,iczalY". To od- 
trącają się, to łączą. Wspiem go traf- 
ność własnego wyrazu, pewl10ść jaką 
daje wielojęzyczne oczyt4.nie i niepo- 
chwytny, wrodzony urok stylu. Prze- 
chadza &ię swobodnie po kiJ.ku lite- 
ratumch, spotyika się z Cyce,ronem, 
HOLderHl1em, Camusem Heglem Ra- 
cinem, Marxem, Giden: nawet ; Mic- 
kiewiczem, i to w "Od
ie do młodoś- 
ci ". 


P.olacy nie zdobyli. się na wydanae 
oryginału. Ale gdzie? W Polsce kra- 
jowej Kott jest spalony, w zagran,icz- 
11 ej odbiorcy jego kończą wymierać. 
Nie ma obaJWy, trafi do Polski w 
glorili obcej chwały. Towar z importu 
zaw,gze był u nas w wysokiej cenie. 
Ch.opilJ1 i Conrad lepiej przysłużyl.i się 
Polsce, niż Moniuszko i Orzeszkowa. 
Tytuł miałby być podobno "Jedzenie 
bogów". Nie zaleca się br2J1lieniem, a 
znaczen,iowo poje, że zami!aSt przy- 
nieść do sprzedania stare kryminały za- 
wracam mu głowę py'taniem, a potem 
szepll1ął, że ma "Rodzi,nę Whiteoaków" 
za półtora tysiąca", a także WaTwicka 
Deepinga, "jednego Maxa Branda" i 
któryś tom Co.urth Mahlerówny, "cho- 
ciaż bez os.tatnich stron, ale maina 
się domyśleć reszty". "Najlepiej s.zedł 
'Ulisses' - powliedział w rozmarzeniu". 


WSIly>stko to obrazuje rozbrat mię- 
dzy oficjaLną "ikulturą", a tym, co 
ludzie n>aJprawdę robią. 


"SEJM" 


Komwniści przejęli wiele ilJ1Stytucji, 
których nazwy zachowali, ale pozba- 
wili je ich właściJWego sensu. Dlate.go 
powinno się ZaJW5.Ze pisać w cudzysło- 
wie: ...paa-Iament" albo ,,sejm", czy 
też "związki zawodowe", gdy mowa 
jest o tych tworach w ustroju komuni- 
6itycznym. 
ZaJclAman.ie jest też wid>ocwe w 
działalności tych instytuoji, tak się jed- 
nak 00 tego przyzwyczailiśmy, że co- 
raz rzadziej sobie z tego zdajemy 
SproJwę. Czasem tyLko. oczy się nagle 
otwiera:ją. Przeczytajmy na przykład 
wypowiedź "po>sła" Jerzego Jóźwiaka, 
cytowaną przez "Trybooę Ludu", któ- 
ry powiedział w ,,sejmie": 
"W realizacji tegoJ'()CZnego planu 
znajdowało wyrnrz. sprzężen.ie treści 
społecznych i gO,>poda,rczych. W trak- 
cie d
iejszej debaty m
my sposobność 
spojI!Zeć na te problemy z 'POczuciem 
odpowie&ialności, takim, z jakim mi- 
ldeny Polaków codzienną pracą i aktyw- 
noocią społeczną budują siłę i a'lltory- 
tet krłą powagą mowi o więzi 
ze społeczeńs1lwem, nie zdając sobie 
sprawy ze śmie5lZJ11,ooci swoich słów. 
A,lbo taka wypo\Wedź "posła" Zeno- 
1113 Komendera, .określonego jaJko "bez- 
partyjnego" przedstawkiela PAX-u: 
"Koociół IW Polsce zawsze zajmował 
i mjmuje w węzłowych problemach 
:narodu stanowoi.sko zdecydoW1acie pa- 
triotyC2ll1e "i 


Tak wi.ęc Kościół zos.tał poklepany 
po plecach przez "bezpartyjnego". 


SAMOCHODY DLA ROBOTNIKo\\ 


"Słowo Powszechme" ogłosiło, że ce- 
na samochodu ma,]'Iki PolSikii P.iat 125 
została obniżona do 1.630 dolarów. 
Przedtem wynosiła 1.920 dolarów. Do- 
lary w Polsce? A tak, każdy obywatel 
może mieć w banku konto, a na tym 
koncie waluty wymienne, czyli twarde, 
czyli dewizy kiaJpi,ta,listyc2JJ'le, czyli po 
prostu dolary. I za te doliary może ku- 
pić samochód natychmiast. 
Jeśli dolarów nie ma, to gorzej. Mu- 
si wtedy na tell sam sa.mochod czekać 
kiloca lat li m;płaoić 180.000 złotych, 
czyli 9.000 dolarów licząc po kurSlie 
oficj'3!lnym. Jeśli chce zapłacić ty,lko 
część w dolaraoh, może to zrobić. Mi- 
nimum 'Mpłaty dewizowej 1.100 dola- 
,rów, a do tego muSli zapłacić 77.000 
złotych, czyli 3.850 dolarów. 
Wszystke to w państwie robotniczym. 
Skąd robotnicy mają wziąć konta dola- 
rowe albo astrOIllOmic:z:ne sumy złotych, 
nie wi-aidomo. JeśLi założymy że ro- 
botnik zarabia 4.000 złotych miesięcz- 
l1
e, czyli 50.000 złotych rocznie, to 
jak długo mus.i oszczędzać na samo- 
chód? 


KAMPINOS TOPNIEJE 


Ma1rek Antoni WasilewSIki ze "Sło\\ a 
PoWtSzechnego" zainteres.o\\oał się do- 
Il1oiesiel1iiami o "zrzec.zeniu się prze,z 
Kampinowski Park Narodowy na rzecz 
stollicy części lasów pozarezerwato- 
wych" i o ",weryfikacji rezerwatów 
ociisłych ". Bad.anita w}1ka,zali) że w 
praktyce oznaczało to zmniej,szen,ie się 
powierzchni Kampi'noskiego Pal'ku 
Na.rodoweg,o o blisko 6.000 ha do 
34310 ha. WasilewSiki pisze że spra- 
iWa ma dWJa aspekty. PieI"Wszym jest to 
..że Pasze i tak llJiewdeI
ie parki naro- 
dowe są terytorialnie pomniejszaf1e 
wbrew ustaw.owym gwaranc.jom. Dru- 
gi asp
t to sposób informowania o 
tym \\o yi\arzeni u". 


"Par:k, 
tóry był Mekką kłusowni- 
otwa po,)s'
ego, POlllOĆ ma ten problem 
z głowy: odbyła się tylko jedna roz- 
prawa sądowa w oiągu minionego pię- 
ci.olecia. Wooług relacji dyrekcji. Al- 
bo Wlięc je&t t.ak świetnie z litkJwidacją 
Iklusownictwa, albo t'a
 źle z łapaJUem 
kłUJSO'WI1i1k6w" . 


Glosator 


HECZK
<\ 
Szpiegostwo parapsychologiczne 


- 


ROBERT Toth, korespondent "Los rozwiąZalnie, kitóce usunie potrzebę 
Angeles Times", :zaltxzyrna-ny zo- subtelnych sltruktur jak teza Koper- 
stał w Moskwie na ulicy w chwilę nika munęła potIrzebę wszystkich 
po tym jak oł.rzymał od naukowca epi c } kli i i'l1>Dych wyja
nień astrono- 
sow.ieckiego :!5-cio strOl!llltioo\\y ma- micznych. 
szynopis o d.oświ.adczeni'ach para psy" Pochł.onięta tymi problemami i 
d'lologicznych. Toth był bada.ny w nastawiona na potrzeby produkcyjne 
n
ejasmm cha,raocterze ni to oskar- nauka zachodnia odwraca się z lek- 
żon ego o szpiegostwo ni podejrzalne- ceważ
n,jem od zagadn
eń paJ"'apsy- 
go świadka. W końcu puściti go i chologlcznych. Czego nasza doc;ko- 
pozwolili mu wyjechać do Ameryki. n?ła wiedza nie m.oże wyjaśnić, to 
Wedle t\\ierdJzenaa milicji mos- me moŻe istnieć, musi być złudze- 
k,iewskiej, Toth otrzymał taljemlllice niem. Ludz'ie pr.l
dyczn,i idą dalej niż 
pańs,twowe od rosyjskiego znajome- teoretycy. Ma'rynar'ka amwykańs.ka 
go. Wprawdzie w Sowietach wszys- robiła doświadczenia telepatycme, 
tko, czego władza sama nie ogłosi by zbadać, czy nie dał.oby się utrzy- 
jest tajemnicą państwową, -ale w tym mywać łączmJŚci z okrętami pod- 
wypadku chodZJiło o C.oŚ poważniej- wod'nymi w sposób ZJUpełnie nieu- 
szego niż numer telefonu dyrekcji chw\"tny dla nieprzyjaciela a miaJlllO" 
fabryki czy Inarzwa typu lokomot\'\\y. wide przy poomcy para:ps
hilków. 
Od najda\W1iejs.zej stGJrożytnOOc,i ° ile wiadomo, nic z tego nie wy- 
marzeniem wład
,ów b
ła możność szł? .Cechą tych zjawisk zdaje się 
magicznego ocllliJiaJływama lila podda- byc
 .ze wySltępują w myśl maksymy 
nych i wrogów. a także widzenia ,:SPllfltU.S fiat ubi vult" i nie d'3.ją 
przyszłości, przeęz.łości i wielk.iClh od- SI-ę tI1
'lej;;cowić ani uregu
lować. 
ległości. przed W\ prawą wojenną RosJame w tym zakresie robili 
Rzymialnie i Słowianie, Murzyni i więcej niż Amerykanie. Jest to zrD- 
Mongołowie zac;ięgali rad wróżbi- ZUII11,iałe. Prawdziwymi maten.aliSita- 
tów. Aż do czasów no\\oży1\Jnych na m! są Anglasasi. a Rosj,a1TIie są z z;a- 
każdym dworze eU'ropejskim był ml!ow


a mistylmmj - tak przy- 
urzędOWy astrd1og. KroI ZygmUil1t naJmrueJ z:twsze mówiono. Ale dbk- 
Wa
 .zaj.mowa
 !Się n
,ięt.n
e asITO- tT\na . 
skorupialłego di'alektycznego 
JOg1ą I alchemią, stalf"aląc Się prze- matenatlzmu zle się godiZi ze skłon- 
ni
ąć tajemni
e natury. AS!JX?'loga nościami mistyc
nYlffili. Doktryna ta 
miał Adolf Hitler. Na'Si mlTIl'stro- 
a. za dogmat, że WSZYStk.o 00 ist- 
wie przed w.ojną chodzilji db pani 
'ueJ
. jest matell"ia
lne. Skoro więc 
Wojno-Wied1row, a po wojniee nasi 
stn.
eJą. zjawiska pa.rapsYlChic
ne (a 
genera
owie do pani SiikorzylJ1Y. Ze IstnIeją ,można stwierdzić empi- 
Znajom
 psychologii przeciwni- rycznie) to muszą być materialne. 
ka ma pierwszorzędną wartość. Nauka sowiecka zaczęła więc SZlI- 
Niemcy (jak o tYm wie każdy kto ka
 .'.CZ.1 stecz ek p.r;". Badano pro- 
był na filmie ,.Patton") w yznalC'zyl i mremowaJ\'llie mózgu i w ogóle ciała 
specjalnego >(Joficera do zajmowania lud'zkiego. Okazało się ono zbyt 
się psychol.ogią anleifYlkańskiego do- słabe by m.ogło wywoh wać obja- 
wódcy., którego uwamli za szczegól- wy telekinezy a nawet komunlik,a,- 
nie niebezpiecZ!negc, Ten oficer wy- cj,j mózgów. Zresztą telepat,ia dzia- 
prOlWadził całkiem słuszne wniiOSki ł? bez względu na odległość, bez 
Z takich danych jak kult 1SłamŻ\'1- zadnych śladów słabnięcia. Chciał 
ności rzymskiej Pattona czy jego to. potwierdzić astronauta amerykań- 
:zx.J.ol,ności poe,tyckich. Sztab niemiec- skI, uma,wiając się, że prześle syg- 
ki pomyl'fi:ł się w j.cdnym: Niemcy nały te,Iepa'tycrne z prze&tnoo,i mię- 
nie mogli uwierzyć. żeby Amerylka- d!zygwiezdlnej, ale niczego nie o'lcy wskażą 
kie ziawisk!ł z DOJ!Tanicza owchiKi gd
le szukać cząsteczek psi. Inni u- 
i fizyki. których nie rozuil11lie'lm'. Do c.zeni zada'walli świeżo urodzonym ko- 
nich należy telep'l1ia czy'1i łąoZ1l1OŚć cIakom wstrząsy elektryczne, by zo- 
myś101Wa na poprzek czasu i l)IT'Ze- b:'lczyć czy ich. matki, na i,nlnym 
stlJ"Zoni, jra- 
OfZV1naimniej u n
ekt6rvch ludzi. Te- ps\chiczne nad'a1ą się do badania 
lekineze filmowano i. pokazywano naukowego, a więc są zabronione 
na tel
wiiZiL Niektóre doświadcze- prywat>nym bad'aczom. Gdy za
 pro- 
nia np. Osc;owie::-kiego nie dad:zą sie feso,r GaSlt'alUd w H4cie do ,.l.e Mon- 
wvtłum!łczvć niczYm innym iak <1'6>" wspom'n
ał że Rosjan'ie p't"OIWa- 
zdoln:ościa wid7enia rzeC7V w innym dzą badania para psychiczne, KGB 
c'ZJ3sit' i vrzestrzeni. .Test na DeWll10 na tychmiast, piórem niej-akiego l WIQ- 
wiece i fa
szvwvch ni:ł prawdzilwych wa, :zJalprzec:zylło temu kategorycznie. 
mediów wiece! błednvch niż spraw- Profesor bi.ofizyk,j z PiJttsburga. 
dzonvch przepow'ie(]:ni, ale n"e McConneT!, który spocil3l;nie zajmo- 
wszy>;;tko mojna wvtłU1l1ac7Yć oc;zus- wał ..ię pai1'a
YCihi'ką sow:iecką. twier- 
twem i sugestia Sa iakieś "ih- w dzi że Rosja>nie nie diOkonaJij żad- 
c'Złowieku i c:a i'akid zjawiska \\ mch wyna
aZJków i nie wiedzą wię- 
pT:z:vrod'z:ie. 'k,tórych nauka nie po- cej, w tej d'ziedlz.i,nie ni,ż Amerykanie. 
trafi wyia
nić. Oby tak h)io! B.o wyobratmy so- 
Na oocieche m07n1 o sIedzIbie narodowej Pa- 
naimniei miliona lat a cvwilinda TestyńczykówT - "Widee owaTnv 
od d':z!iec;ieciu tvsecV "at. Nauka ma pokój. człowielk za hiurkiem. mv
, 
wiec wielka Drzv<ąłość Drzed s'Oha mgła. mgła, nie wiem nic". Albo: 
i za kilbdzie!>iat. ki
kac;eł lub kil'ka ..Skoncent.ru
 sie na podziemnei sali. 
tv<;iecv lat może doi
c< do oemf'l!'o Odna,jdź Pl"ZVI\"'Znd z czei["Wonvm gu- 
7TOzumienh 7iawi-k p"'Jrnos\chicz- 7'ikiem. Zaibloku; guz
k od wClwna.trz. 
'JlVlClh!. Tvlko m'1
 
nJanWć iakie.; Stop przewody". Albo: "Człowie1ru, 
>J10we metody bad"lnia w tei 
łpzi muc;isz z
bić prez;yrlenta.. PoW'tón;: 
wied'zy, bo metody tzw; naurk 
cis- ml
sze zabIć prezydenta. !<-I
V prz:y'J
 
Rvch Z'lwodza, NJ1ei okłt C7as do ataku w Zatoce Żółwi i dOI 
temu. A z grawitacją wciąż jesz- n:r:zei
Óa. R7eki 'Yscl1od.1TI
ei". . 
cze nie daliśmy <;obie całkiem rady. W kazdym. razIe 
a mter
wame 
Wev."ndlł-7ną strukturp atomu kom- się parapsychIką s
wlł:
ką grozą po- 
plikuiemv i komplikuiemv ialkbv n'l ważne konseiJ	
			

/Archiwum_001_05_150_0001.djvu

			6 


WIADOMO'CI 


Nr 163S, 31st Juty 1971 


= 


"SZKLANE 


Więc jeszcze kilka uwag o "uką- 
szeniu heglowskim" (patrz "Hegel. 
czy morali!ityka?" - nr. 1626 "Wia- 
domości"). Ale tym razem zacznę od 
innego pieca, bo od jednego z boha. 
terów Żeromskiego. Młodziutki Ce- 
zary Baryka przejął się hasłami re- 
wolucji rosyjskiej i .,zbolszewiczał" 
w dalekim kaukaskim Baku. Jednak 
wrócił do kraju, a w drodze spotkał 
umierającego ojca, który mu prze- 
kazał wizję "szklanych Jomów". Ale 
ueczywist{)ść, jaką Czaruś zastał w 
ojczyźnie, niczym tej pięknej wizji 
nie przypominała. To wszyscy świet- 
nie znają, nie potrzeba szczegółów 
przywoływać. Baryka wziął na.c;tęp- 
nie udział w wojnie polsko-bolszewi- 
ckiej, ale późniejszy pobyt w ziemiań- 
skim dworze pogłębił jego rozczaro- 
wanie. I w końcowej scenie "Przed- 
wiośnia" znalazł się na czele zrewo- 
lucjonizowanego tłumu, prącego na 
Belweder. 
Czy dzieje przemian ideowych 
Czarusia były typowe dla radykali- 
zującej się młodzieży w Polsce owe- 
go okresu, jak to dość ogólnie, a 
zbyt pochopnie uznano? Na podsta- 
wie moich osobistych dośw.iadczeń 
twierdzę że odwrotnie. Twierdzić za- 
wsze wolno, ale nie zawadzi następ- 
nie dać solidne uzasadnienie. 
Pozwolę sohie powołać się przy 
tej okazji na Tym{)na Terleckiego, 
który obszerną recenzję z mego to- 
mu .,Rozmowa z ojczyzną", zamie- 
szczoną w r. 1937 w "Tygodm...u 
Ilustrowanym", zatytułował "Wier- 
sze CezaTego Baryki" (a może "Po- 
ezje Cezarego Baryki" - już dokład- 
nie nie pamiętam; zresztą ta drob- 
na różnica istoty sprawy nie zmie- 
nia). 
Analogia, przeprowadzona przez 
Terleckiego, wypadła wielce efekto- 
wnie, ale chyba tylko częściowo by- 
ła słuszna. Wtedy - i przez dłuższy 
czas później - nie dostrzegałem isto- 
tnych różnic: obecnie widzę to o 
wiele jaśniej. Oczywista, zbieżności 
były niewątpliwe, ale nie brakowało 
także bardzo poważnych różnic. Cza- 
ruś przeżył dwie tragedie osobiste: 
śmierć Karoliny i małżeństwo Laury. 
To pierwsze nie miało zbyt wielkie- 
go znaczenia, bo nie łączyło się z 
żadną kwestią. społeczną: to drugie 
było w pewnym sensie decydujące. 
Ale przedc;tawiając ewolucję ideową 
Baryki, Żeromski sporo naknocił: 
przesadnie zaufał własnej intuicji, 
zamiast oprzeć się na bezpośrednich 
obserwacjach. Przebieg zebrania, na 
którym Czaruś starł się z członka- 
mi Partii Komunistycznej wypadł 
naj zupełniej nieprzekonywująco. 
We wspomnianym na wstępie 
"worku" podałem dwie wersje, do- 
tyczące procesu radykalizowania się 
części młodzieży w dwudziestołeciu 
Drugiej Niepodległości. Przypomi- 
nam: z grubsza biorąc, chodziło o 
to, czy ów proces wypływał z prze- 
słanek bardziej moralnych, czy tez 
intelektualnych. doktrynalnych. "U- 
kąszenie Hegla", jak to obrazowo 
ujęto, czy raczej protest moralny, 
bunt sumienia, wstrząs uczuciowy, 
rzadko kontrolowany umysłowo? 
Twierdzę bez żadnych zastrzeżeń że 
to drugie, choć, naturalnie. warza- 
rzały się wypadki o wiele bardziej 
skomplikowane. Nie były one jed 
nak w stanie zmienić ogólnego kraj- 
obrazu. 
Mój. ojciec, podobnie, jak stary 
Baryka, umarł na krótko przed o- 
późnioną repatriacją, do kraju nie 
wrócił, pozostał na kaukaskim cmen- 
tarzu. Często mawiał przed śmierci;1 
że wolałby być w Polsce stróżem, 
niż w Sowietach dygnitarzem. To 
nie była żadna wizja "szklanych do- 
mów", lecz proste, praktycl'Jne stwier- 
dzenie; przeniknęło jednak głęboko 
do mO'jej 
wiadomości i wyobraźni, 
choć później. zacząłem interpre,tować 
sobie wszystko odmiennie. Ja także, 
jak Czaru
, natychmiast dojrzałem 
w tej wymarzonej Polsce nędzę i nie- 
sprawiedliwoŚĆ. Początkowo zagra- 
ła decydująca różnica wieku: boha- 
ter Żeromskiego był w chwili po- 
wrotu prawie mężczyzną, ja trzyna- 
stoletnim chłopakiem. W lubelskim 
gimnazjum przeważali synowie za- 
możnych i urzędniczych rodzin: 
wśród moich kolegów nie bardzo 
mogłem liczyć na zwolenników, czy 
sojuszni'ków. Byli to w znacznej 
większości kandydaci raczej na przy- 
szłych korporantó\\, niż rewoluCijo- 
nistów. 
Nie brak na naszej emigracji nie- 
wydarzonych puhlicystów (trzeba bę- 
dzie przy jakiej
 okazji przyjrzeć się 
im bliżej), którzy już kilka razy wy- 
tknęli mi "komull1istyczną prze- 
szłość". Jeden z nich napisał nawet 
że "czym skorupka za młodu nasiąk. 
nie" i tak dalej. Można, czemu nie! 
Ale moje złudzenia pl'Omarksistow- 
skie trwały krótko, akurat tyle, ile 
młokos potrzebował, by po intensyw- 
nych lekturach l OsO'bistych doświad- 
czeniach przekonać się że doktryna 
jest fałszywa, zaś praktyka barba- 
rzyńska. W przedwojennych "Wia- 
domościach Literackich" można prze- 
czytać, jeżeli to kogoś interesuje, 
dwa artykuły, ogłoszone na przestrze- 
ni niespełna roku, a wzajem uzu- 
pełniające się: "Smutne porachunki" 
(październik 1935) i "Uzurpatorzy 
wolności" (lipiec 1936). Znalazły one 
dość szerokie echo w prasie. narobi- 


WOREK JUDASZÓW 


DOMY" 


Popularnie mawiało się wtedy o 
,.pol,>kiej ulicy" i "żydowskiej ulicy". 
Było to bardzo istotne rozróżnienie. 
Ktoś tam szczebiocze od lat, zapew- 
niając że do komunizmu dO'prowa- 
dziły go oglądane w dzieciństwie i 
młodości żydowskie krzywdy i prak- 
tyki antysemickie. Ejże! Tylko ko- 
muniści jedni nie byli antysemitami? 
Przecie;; istniały i działały organiza- 
cje młodzieżowe, dalekie od komuniz- 
mu, które antysemickich hec nie u- 
rządzały. przeciwnie 
 strO'niły od 
nich i energiczne się im przeciwsta- 
wiały. Gdy więc jakiś cacuś utrzy- 
muje z uporem Że jedynym sposo- 
b
m na przeciwdziałanie antysemi- 
tyzmowi by,ł akces do komunizmu, 
ordynarnie fałszuje przeszłoŚć we 
własnych, prywa'tnych celach. Świa- 
dectw na to również nie brakuje. 


Na "ulicy żydO'wskiej", tej prole- 
tariackiej, w miastach i przeludnio- 
nych miastenkach panowała śmier- 
dząca nędza. No. choćby takie lu- 
belskie Podwale, dzielnica wspinają- 
ca się po zboczach wzgorz, na któ- 
rych wznO'si się Stare Miasto; jak 
sama nazwa wskazuje, dzielnica ta 
została kiedyś założona za murami, 
pod obronnymi wałami, więc właś- 
nie Podwale. To były drewniane dom- 
ki. pozbawione wody i kanalizacji. 
c;iedliskO' głodu i chorób, nigdy nie 
odwiedzane przez lekarzy (jeśJ.i nie 
liczyć szlachetnego fitlantropa. dok- 
tora Jana Arnsztajna, ale iluż było 
takich zwariowanych Judymów?!), 
eksploatowane przez lichwiarzy; pro- 
duktorka rachitycznych i gruźliczych 
dzieci i nieletnich prostytutek. Czy 
można się było dziwić Że co ener- 
giclmiejsze jednostki, ambitnie wyry- 
wające się z tego smrodu i skrajnej 
nędzy, szukały również skrajnych 
rozstrzygnięć? [ znajdowały je właś- 
.nie w komuni:mnie! 
Ale poza gdtem nie brakowało u- 
czonych, marksistowskich cadyków, 
którzy, po świadomym odejściu od 
starozakonnej ortodoksji, ŻJerowali na 
biedzie i rozpaczy wydziedziczonych 
i pozbawionych \\szelkiej nadziei. O- 
glądałem to z bliska, współżyłem 
przez pewien czas z ową .straszliwą 
biedą a kiedy od niej odszedłem, 
nigdy nie byłem w stanie o tamtych 
przeżyciach i doświadczeniach za- 
pomnieć. Ciekaw jestem, ile osób 
wie że krakowski Kazimierz, podob- 
nie nędzarska dzielnica, jak lubel- 
skie Podwale, był jedyną miejscowoś- 
cią w Europi,e, gdzie bez przerwy 
szalał plamisty tyfus, epidemia" któ- 
ra utrwaliła się na stałe. TO' nie mo- 
je odkrycie, przeczytajcie sobie wy- 
specjalizowane w tych sprawach oza- 
sopisma medyczne, wychodzące w 
Europie Zachodniej przed Drugą 
Wojną Światową. Dziś się już o tym 
nie pisze żydowski Kazimierz 
przestał istnieć. 
Na "uliC} pobkiej" wyglądało to 
zgoła inaczej, W dzielnicach robot- 
niczyoh skutecznym hamulcem i za- 
porą przeciw komunizmowi była 
Polska Partia Socjalistyczna, choć 
niekiedy traciła kontrolę. Na przy- 
kład, w takich T.U.R.-ach, czyli To- 
warzystwach Uniwersytetów Robot- 
niczych infiltracja komunistyczna 
stawała się w osta'tnich latach co- 
raz inten
ywniejsLa, co najmniej 
(nie chcę generalizować) na terenach 
dobrze mi znanych, jak choćby w 
tymże LubIinie. Kto był uczciwym 
c;ocjali.stą, a kto komunistyczną wty- 
czką, rychło wyszło na jaw \\ latach 
1944 - .t5; w po.c;zczególnych wypad- 
kach znacznie wcześniej, że przypo- 
mnę casus Wanda Wasi'lewska któ- 
ra jakże długo popisywała się w 
"Robotniku", a w każdym razie by- 
ła tam szanowana. A cóż powiedzieć 
o takim Bole,ławie Drobnerze! Ow- 
szem. prz}pominam sobie że mial 
poważne kłopoty z kierownictwem 
P.P.S., ale aż do końca nie został 
rozszyfrowany, ja,ko agent sowiecki. 
Wanda Wac;ilev.ska doczekała się 
czegoś w rodzaju niewielkiej mono- 
grafii, wydanej na emigracji, szkoda 
że nikt nie napisał (Jb
zerniej o Drob 
nerze. Postać bardziej malownicza i _ 
wypadek znacznie ciekawszy. 
Na wsi wpływy komunistyczne 
były wręcz znikome. Tu i ówdzie 
propagandyści partyjni miewali po- 
słuch i powodzt'nie, gdy głosili hasło 
.,parcelacji ziemi obszarniczej bez od- 
szkodowania ", ale najczęściej wystę- 
PO'wali pod innymi, bardzie
 niewin. - 
nymi szyldami. Pe'wna iloŚć wtyczek 
zdołała dostać się do szeregów "Wy- 
zwolenia", ale i oni nie puszczali far- 


I HEGEL 


J6zef I.obodowsld. 


K 


k 


a 


OTW ARCm BIBLIOTEKI POLSKIEJ W I.ONDYNIE 


r 


o 


n 


. 
I 


skiego mrodlka Społeczno-Kultwah1e- mia z Licznymi pnzem6wieniamoi 
go. Po pośwIięceniu lokalu przez x. stępami. 
Biskupa Wesołego, odbyła się akade- 


1 . 
 . 


t';tłl1 


3 maja odbył.o się w Loo
ie uro- 
ły partyjniakO'm wiele złej krwi i po- by z dobrze zrozumiałych względów. czyste otwarcie Bibliotek.i Polskiej, 
psuły robotę macherom od monto- W ostatecznym bilansie k{)muna pol- przeniesionej do n-owego gmachu Pol- 
wania "wspólnego frontu", na od- ska mieściła się na bardzo wąskim 
cinku młodzieżowym przede wszy- społecznym marginesie. 
stkim. Są to rzeczy utrwalone czar. Wracam do sprawy zasadniczej. 
ną farbą drukarską na białym papie- Droga dochodzenia do komunizmu 
rze, więc innych dowodów nie po- w ogromnej większości wypadków 
trzeba. 
prowadziła poprzez emocje i pro- 
Jak wyglądała w Poln dru- 
ku, na pięknyll11, pół
kredowym pa- 
pierze; numer "Gazety" znacznie 
,w,czuplejszy. format mniejszy, papier 
lichy. Ale nie to było najbard
ej 
ważne. Wkrótce wyszło na jaw że 
ten sowi
i numer ukazał się po,za 
kolejną numeracją, w minimalnym 
nakładziie, do sowieckich prenume- 
ratorów nie dotarł, w księgarskiej 
sprzedaży nje objawił się. Nieliczne 
egzemplarze poszły do Polaków, by 
zamydlić im oczy, TypO'we oszust- 
wo, a że nie dość sprytnie wykona- 
ne, udać ,."ię nie mogło, natychmiast 
zostało wykryte. Niemniej osławio- 
ny Potiomkin musiał błogO'sławić 
zza grobu tej fałszerskiej operacji. 
Było po tym sporo śmiechu i tro- 
ohę złorzeczenia. Przyglądałem się 
nie bez zgorszonego zdumienia i 
stwierdzałem że tego rodzaju (i je- 
szcze gorsze) sowieckie wyczyny w 
niczym nie naruszały "świadomoś- 
ci proletariaokiej" takich pisarzy, jak 
Lucjan Szenwald, Leon Pasternak 
StanisłaiW Ryszard DOOrowolSlI(l: 
wspomniana Szemp1ińska et tutti 
qllanti. Broniewski z dezaprobatą po- 
mruczał, za.>klął po rosyjsku w mat- 
kę i poozedł na wódkę, ale to w ści- 
słym gronie najbliższych zaufanych 
przy
aoiół; na zewnątrz wolał się nie 
wychylać. 
Mógłbym takie historyjki opowia- 
dać godzinami. Przysięga.m że He- 
gla przy tym wszystkim nie było ani 
na lekarstwO'. A "szklane domy"? 
Podobno wznosZJOno je, ale nie w 
Polsce. Ptropaganda zapewniała że w 
Sowietach! 


",.'., l 
'" ;',:\, 
'" , 



 


1 1 \ ' """ ;,.\ .':\ . "!I ,,-' 'd ." , 
" ...ot "...d. ., .""" '
 I
 '.' ¥l 
, ,.111," . 'fli,iłt' "'. - -' ,: ,." 
 : . :i 
"v' h, f 't, .hdUP " : 
 

' I . I rf 
I,f ,., ' 




 


ł J fIJt, ..... ł " r A :- . 
[ 
I' Al 
,\\1 ł . . . 
. 
. 
i !! 
- II 
"!II 
!Ii' 


Na zdjęciu z poŚlWięcenDa sa
 biblio- 
tecznych stoją od lewej: AruliJbę T1iJ "airshif 
cle" - aby z nim pogaJWędZJić, zdra' 
drzał swoje plany wa1kacyjm. "Proszę 
Ciebie" w tym roku wybieram się na 
Alaskę, "pros,zę Ciebie". Jego nielza- 
wodlJe ..prOlszę ciebie". Gdy na pod- 
meoz.orek pot'raJiił wypić jaik nic [6 
1ii
iriaJnClk he'l'baoty, wypominałam mu je- 
go brzuch, który sobie wypielęgnował, 
00 go Z3Jwsze sel1decznie bawiło. W 
ciągu tych 20 lat zdążył objechać chy- 
ba cały świat. Znany był z tego te z 
ka,ż,dego kraju wysyłał do kolegów i 
pny
acl6ł z Radia chyba przeszło 100 
kiaT1ek. Załl\Jję że ich nie zbierałam, 
miel,ibyśmy d7Jiś spory album. Oczy- 
wi
cie mowy być nie mogło o odcy- 
frow3ll1iu choćby jednego słowa. - 
.,przysrzła kartka od Wawrzooa" tyle 
się mÓwiło, bo "Czer"... można było 
OSItatec'mie odcrzy,tać. 


Po powrocie z Ameryki, którą obje- 
chał WSZe'l"Z i wzdłuż przez 3 miesiące 
(bo taik. robie waka.c.je układ-łł), zachę 
cał nas do wytjazdów w takąż podróż, 
"bo to talt1io i' się opłaca".- WawrzOll1 
- mówię - tobie dobrze gadać, jak 
ty zabieJ'as'z z sobą ty1ko teczkę z przy- 
bo.rami toa
etowymi i dwtie nylono'\\c 
koszule, Móre sobie w drod,ze prze- 
pierasz, w hotelach nie sypiasL. Waw- 
noc po nocaah SJPał w autobus,ie, a 
dzień SiPę>dzał DJa z.wiedzaniu i pisaTlJiu 
kartek do przyjadół. Zachęcałam go do 
. 
n.api5alt1ia książild na temat swoich W'Ta- 
żeń z pod,róży. Już pc'Wollic nie zdążył 
nap.i6ać. 


Jedna "Z ndszych stałych cotygodnio- 
wych audyoji w W.E. pt. ł--ądk PDe- 
tycki (Poets Corner) poświęcona była 
w całości twórczości poetyckiej Waw- 
rzyńca CLereśniewskie,go. Wawr.zon był 
szczęśI.i,wy. 
rzels'łał wykonawcom spe- 
cja1ne podZJiękowania za wsoparuoałe re- 
cytacje. Qddzielnje przepisał własno- 


POLA('Y W ARGENTYNIE 


Związek Pol,akólW 'w A,rgentYf1ie, sku- 
pia>jący wszvstkie organirzacje polskie 
o charakterze niepodległościowym w 
całej Arge'ntYlt1
e obchodzi w tym roku 
50.Jecie SIWego 
stnien.ia. Z o.kazji tej 
odbył się w lipcu uroc.zysty pięcio- 
dniowy jubileusz z bogatym progra- 
mem. Na obwardu :zJjarzd,u, przed a.kca- 
demią, starsi działaaze przekazali SlWój 
dorobek młodzieży i zobowiązali ją do 
kantynuowania ioh pracy. 


- 


redakcji 


ręlW1de długi wier
, któr) przesłał z 
dedy'kacją dla Kal'Olka D Oczywiście 
o odczytaniu waeł"'za mowy być lJie 
mogło. Poza kreską, kropką, kółkiem, 
k1"eslką - n
e było nic. - Kochany 
Wawrzon! j.a(kże nam go żal. Nikt z 
nas nie spodziewał się, że zechce 0- 
S'iedLić się w dalekiej AuMralii, którą 
sobie widocmie w czasie SW} ch po- 
d'róży "upatrzył". Niedługo cies.zył się 
życiem emerytalnym. Z wielkim Żialem 
wspomi,namy lJaStZego kochanego przy- 
jaciela a p. Edmundowi Gollowi za 
piękny artykuł o n1im dziękujemy. 


Hanna i Karol Dor\tscy 


(Londyn). 


..ORĘDOWNIK" - 
NIE "ORł;:DO\\ N I('Zł:K" 


W receTIozji KaZiimierza Sowińslkie- 
go pt. .,Je!.tem kocha'1lok,iem muz" (nr 
1,631 ,.Wiadomości") zna.łazł się w 
zakonczeuiu złośliwy błąd drukar:>ki. 
Wiersq; powinien hrLmieć: 


"Chciałbym. by w Polsce, 
na szero
im sWlecle 
Pisano o mnie, jaiko o poecie 
Orędov.niku zaoności". 
Bolesław Kobrzyńsl..i 


(Sułton ). 


I'OPRA WKA "POPRA W El\. .. 


Nie zamierzam \\łączać się w de- 
batę o pocLątkach pańs,twa polskiego, 
a.ni wypowiadać się czy wymien-ione 
w dokumenoie ..Dagome Index" mia- 
o5ItO Schil/1e
ne (czy też Sch:1nesghe) na- 
le,ży odclyt}'\\ać jako Szczecin lub Gnie- 
zno. (,hod'Li mi o to że w tej poważnej 
i rLcczy'wlśoie fascynującej d)skusji lob 
m. nr. ]619/1620 i 1626 "Wiadomo. 
ści ") ,.Danaid)" łld7Wał) profesora 
Alekosaondlra GieY''iltO'f'a "hl\\"dr/Y'szem" 
i .,najbar 
stal,in, uśmiecha
ąc się przyjaźnie do 
Adolfa Hitlera 
W Polsce komunizm le1Ż.Y. Sytuaoja 
poJi.tyc:zma i gospodarCZa jest skom- 
pJ.ikowana a polityka monopartii - 
beZJ1adna i wyzuta z poczucia spo- 
łecznych potrzeb. Rośnie niezadowo- 
lenie i mnożą siC; ośrod,ki oporu i 
łmntestacji. Kontestacja jest przeja- 
wem kryzysu społecznego. Kto wi- 
nien? Oczywiście żydzi. Jako dowód 
"Życie Warszawy" cytuje kilka naZ- 
wisk o niepolskim brzmieniu. 
Pomija n'aturaln
e winę pa.rtii - 
wszak o to chodzi - i fakt, że w 
Polsce Żydzi jako mniejszość narodo- 
Wa praktycznie nie istnieją. Hitle- 
rowcy i komuniści przyczynili się do 
tego zgodnie. Co paTę lat trzeba ży- 
dów importować w oharakterze stad- 
ka kozłów ofiarnych, aby móc zrzU- 
oić na nich winę za społeczne klęski, 
przywrócić do życia antysemityzm i 
odwrooić uwagę społeczeństwa od 
permanentnego braku mięsa. 
Wśród kontestatorów znajdują się 
Polacy żydowSkiego pochodzenia. 
Jak również PO'lacy protestanci i na- 
turalnie PoJ.acy katolicy. Urz.ędowY 
antysermtyzm nie pozwa,la na róW- 
ność praw i, obowiązków. Kozły o- 
fiarne podlegają ostracyzmowi. Os- 
tracyzm w starożytnej Grecji ozna- 
omł głosowanie za pomocą gi1n ia - 
nych skorupek z wypisanym naZ- 
wiskiem obywatela, którego naleiY 
wydalić z kraju jako niebezpiecznego 
dla demokracji. Cóż kiedy polscY 
kontestatorzy są właŚinie przyjaciółmi 
demokracji a wrogami jej są kierow- 
nicy monO'partii, ktorych należy WY- 
da,lić z kTaiju jako rasistów i wmgó
 
socjali:zmu. 


I 
J 


II 


Mimochodent. 


- 


- 


RAPPERSWIL I ZBYSZKO 
CYGo\N1E\HCZ 


Z artytk,ułu Marii Da,nilewic7 Zie- 
lińskiej o h
sa(.'h rappemwilskich zbio- 
rów (w nr. 1][. 1627/1628 "Wiado- 
m
ci "), jak zwy.kle logicznego i 
wiet- 
nie udokumen,towanego i zarazem głę- 
bo
o roman'tycznego a dła mnie oso- 
biście zupełnie rewelacyjnego, Wyn i - 
b że sentymentałno-optymistY'c:z. na 
decyzja przeniesienia tych zbiorów do 
Wars.7a1WY była tragicmą omyłką. A 
jednak i przed wojl1ą byli tacy, takie 
czarne ale mądre kruki, którzy na- 
szeO Drugiej RzeczYPO'!>politej długiego 
życia nie wrÓ1Żyli. Jednym z nich był 

wiatowy milstril w zapaśnictJwie, ZbY- 
SZJko Cyganiewicz. 
W r. 1949 czy 50 spotkałem w lon- 
dyńskim "O
n
s
u" Julka (nie wieJ1"l 
Juliusz czy J ułian?) Ślaslkiego. ktJ re - 
;!!iO poroałem w OxfO'rdzie 1(b}ł Vi 
RaJlioł Co1łege) w towarzystwie aU- 
tentycznego olbrzyma. WystalWian
 
wówczas '" Londynie film ,.Da,wid I 
Goliat" i aktor grający rolę Goliata 
WY5tępoWał na ek.ranie w zbroi. Rze- 
cZYIW
ŚoCie hyło na co patrzeć. Alkto f 
ten był Polakiem, który przed woj,ną 
wypł}'!Dął na s
ałty dZJienników p,k o 
Żołn.[1Cif1Z saperów, dla którego trz epa 
było specjalnie uszyć mundur i zrO- 
bić buty. Występował też ja,ko siłacl., 
LatJrilymująC samochody w pel1nylJ1 
biegu przy pomocy Iiony trzymallei 
 
7ębach. Nazwiska jego już niestety nIe 
pamiętam. Julek się gdzie
 ulotnił a 
ja zasiadłem z olbrzymem do obiadu. 
KelJ!lel1ka taktown.ie obsłużyła go o- 
biadem ilościowo zupełnie normaJn}lJ1. 
Nóż i widelec w iego rękach znikałY 
zupemie. 
Podczas obiadu miałem z tym o!- 
brLyrnem, prostym 1 dobrym dobrocią 
p5a Saint Bernarda ba'rdzo ciekawą rOz- 
mowę. Opowiad;tł o kobietach, jak 
nńe
t6re z nich były po prostu za- 
. ... w 
fatScynowane Jego wzrootem Ja
 
hotelu zajmował podIWójny' pokój. ; 
dwoma łóżkami zsun.ietym.i razem, Ja 
nie mieścił się w kinach ani w t

: 
trach. jak nie mógł spokojnie przeJS
 
przez ulicę bez zwracania pOiwszechlIlej 
uwagi. "Na szt""Lęśaie - m6wdł ...- 
iestem czło\\nelciem zamoŻJnym. M
 
. I 
W Ameryce dom z dużym sade
 ód 
uż
wam spokojnyet. spacer6w ws r 
d
'zew ". 
Otworzył mu karierę Zb) 
l

 
('yga'lliewicl, który go zapro:.ił '. 
Amery\ld, gdzie nic brakowało dJla ple 
go ról olbrzymów w Holly'wood. we- 
dług słów Goliata, które dokładtlie rJI
 
miętam, bo z,robiły na mnie sil1ne \V
 
żenie, Cygooiewicz pow.ioedz
ał do. nIe; 
go "Wiej z PolsBc.i bo będ1Zle w O I Il1Jil " 
Niemcami i Niemcy Polskę zni
c::ą 
 
Cyganliewicza widziałem późll1eJ 
oukiemi Da q ui
e. B y ł już w6Wc? 
tO' 
starszym panem. Ale Gołia,t był s f;e 
sunkowo młodym człowiekiem i !TI
 11 
jeszaze żyje i spaceruje wśród sW OIC 
drrzew w Hollywood 


Burda 
S. K. ) 
(Granada'