/Archiwum_005_03_007_0001.djvu

			Nr. 2 (96) 


.. 


.. 


DZIS: 


6 


STRON 


. 


CENA (PRICE) 9d. 


\ ':. 
... 


, ..f.;" .. 
'. , 
' .' .' ."'- 


. 'I 



, 


I.: ",.., 
, .' 


, '.'-'6 


'I 
r 


I .' 
. . 


TBE 
-POLISH NEWS 


w ł:;ł:;J.<.{. Y 


l,-,'. 


" 


... 
) 


\ : 


. 
 "-:'. 
. . 
. 
'. . 
. . 
',,
' 


.:-\ 

';.. 0,' 
.
,. 
(.',
', 
":
 '.- 


ROK III - NR. 2 (96) - LONDYN 
NIEDZIELA II STYCZNIA 1942 
" 


" 
.,.,,' 


, 
I 


W NUMERZE: 



 . -:. 


rC:>' 


.J 


\. 


\ 


ł \ 


· REDAKCJA 
229 231, HIGH HOLBORN LONDON, W.C.1 
Telefon: CHA
cERY 6128 
ADMINISTRACJA 1_ 
9, NEW OXFORD ST., LONDON, 
.C.I 
Telefon: H OLBoRN 0868 


PRENUMERATA 
kwartalnie 


w Anglji 
w innych krajach 


95. 9d. 
$2.25 


,Vależność za prenumeratę prosimy przekazywać 
czekJem lub "Postal Order" na zlecenie: 
M. I. KOLI N (Publishers) LTD.. 
Ogłoszen:a przyjmują Advertising Oflices, The Berry Co., 
Grand l3uildings, Trafalgar Sq., w.ez, tel. ABBey 5108 


c\ , 
, ,I "- 
, ,}' ".. 
I. ' . , \,- 
.. " 
" ., 
.. 
, 
., \. . 
... ;..- "".: 
\\ 
,,-- 


I '
) 
. . 
" I 
_.,.
 .\ '1.' C 
/ li I 
,-" . 
,. . 
'. . 


Zbigniew Grabowski: Polska naszych 
pragnień. - Marja Kuncewiczowa: \Ya- 
kacje. - Arkady Fiedler: Tłusta prze- 
kąska: Dorniery. Z cyklu "Dywizjon 
303". - Zygmunt Nowakowski: Am- 
barasująca cisza. - J. P. Majewski: 
Anin. - Henryk Gotlib: Edward Wittig. 
_ Antoni Wójcicki: Nowe "pomniki" 
pedagogJi. - Krzysztof Eydziatowicz: 
Radjofonja sowiecka. - Helena Heins- 
dorf: Zza kulis osi. - Karol Zbyszewski : 
Ciekawostki morskie. - Alfa: Rozmaito- 
ści. - Camera obscura. - Bcsserwisserzy. 
- List ze Szwajcarji. - Korespondencja. 
_ Prasa angielska o nowej książce Axela 
Heysta.-O dob:e obyczaje.-Skarbllica 
Polska. X. Jędrzej Kitowicz: O stołach 
i bankietach pańskich. Bohdan Zaleski: 
W śnieżycy. Ryszard Berwiński : \,\TS
p 
i koniec. 


POLITYCZNE I LITERACKIE 
TYG OD NIK 


\ 
- 


ZBIGNIEW GRABOWSKI 


\ 


"--- 


. 


, 


POLSKA 


"- 
N A S Z Y U H' 


PRAGNIEŃ 


, 


Rozmowom z Tobą 


I 
Przyszła w dzień listopadowy zupełnie 
inaczej aniżeli się marzyło. Przyszła w 
oałym zamęcie i nieporadności, jakie towa- 
rzyszą narodzinom. \V oj na cofała się w 
ponurym odwrocie przez kraje Europy, 
bezpańskie wojska przemierzały bezpańskie 
S7.1.aki, a naród, który przestał już niemal 
myśleć potrzebami i kategorjami państw?-, 
pasował się z nowym żywiołem: budowy 
tego państwa. . 
Młode oczy przedewszystkiem poznawały 
Polskę i cieszyły się tern odkryciem. Oto 
pierwszy raz jechało się do \Varszawy, 
Wiłna, Poznania, Gdyni, potem do Kato- 
.wic, do puszczy Białowieskiej, do Krze- 
mieńca, Wejherowa. Szło się przez ogród 
Saski i przez otwarte okno mansardy na 
Krakowskiem Przedmieściu patrzyło na 
Zamek i Zjazd: to Warsza,,:a. Z góry 
Zamkowej widać było spienione zielenią 
miasto, z góry Trzykrzyskiej łyskał oksy- 
dowany: płaski skręt Wilji, w ciasnocie 
uliczki wypiętrzał się św. Jan: to Wilno. 
Dostojny front Bibljoteki Raczyńskich, 
uniwersytet krzątający się w sztywnych 
gmachach niemieckich, czarno-złoty ratusz 
i przewiewna sień pałacu Działyńskich: to 
Poznań. Rano odsuwało się firanki w 
małych hotelikach Środy, Leszna, Cho- 
dzieży, Rakoniewic, rynek wzbierał życiem, 
słońce naciekało w schludne uliczki, patrzy- 
ło się i mówiło: to Polska. Niedołężny 
pociąg snuł się do Małego Kacka, potem 
kostropata droga ku horyzontowi, i oto 
było Orłowo: domki, autentyczne pol- 
!5kie domy, jabłonie bielone wapnem, 
schodzące korowodem do morza. Polskie 
drzewa, białe na pniach dołem, białe 
rozrzutnym okwiatem w górze, stały sobie 
nad bladą wodą: jak trudno było sobie 
uświadomić, że to jest polskie 
orze, skoro 
pojęcie morza, slowo ..morze" kojarzyło 
się dla nas zawsze z czeffiŚ obcem, błękit- 
nem. Wirydarzem zagajnika przewlekała 
się ścieżka tuż nad morzem, wiszary zielone 
osuwały się ku wodzie, i oto była już 
Kamienna Góra, a potem Gdynia, drobna 
jeszcze, niepozorna, pachnąca smołą, którą 
zaklejano łodzie, powiewająca sieciami 
schnącemi do wiatru. Nocą wykłosily się 
gwiazdy nad Kępą Oksywską, pokój był 
zimny, mimo sierpnia, i siedziało się w 
oknie: tam daleko, na linji już wiadomej 
oczom, było polskie morze. 
Liljowiał z Pucka wieczm:ami smukły 
Hel, a potąn jechało się noga za nogą po 
nowych progach kolejowych aż na sam 
cypel: holenderskie domki, przekreślone 
drzwiami, zapach wędzonych ryb i ciągi 
ptaków w wiosennem, ruchliwem powie- 
trzu. Las helski pachniał żywicą, morze 
było modre, ulatywały w przestrzeni 
żagle białe i zgrzebne. To wszystko była 
Polska. 
. I bujna gąszcz. boru w Wejherowie i 
łoskot tartaku w puszczy Białowieskiej w 
iarze lata i park stryjski i cmentarz obroń- 
ców Lwowa i malachit Prutu kolo Kamie- 
nia Dobosza w Jaremczu i zarośnięty 
cmentarz w Krzemieńcu i Liceum, biale, 
t::hłodne przestronnością korytarzy, i czer- 
wone, pyzate jabłka w Białokrynicy i 
C!iemny żar hut górnośląskich i kurzawa 
śnieżna w Zwardoniu, w Siankach, na 
przełęczy Użockiej, nierealne świty roz- 
wieszone w zimowych Tatrach, księżyc nad 
Klimczokiem, serpentyny Kubalonki, szosy 
SIą.Ska - to byla Polska. 
Dla młodych oczu była to niespodzianka 
ustawiczna, radość ustawiczna. Dotyka- 
liśmy, nie wierząc oczom, cudownie zroś- 
niętego, mlodego ciała Polski. 


2 
I tak nauczyliśmy się ją kochać: 
milością prawie fizyczną, pierwszą milością 
młodzieńczą. Ileż to razy potem prze- 
klinaliśmy niejedno, piętnowaliśmy nie- 
pohamowanie, niecierpliwiliśmy się ogro- 
mnie, chcąc - znowu trochę jak zakochany 
mlodzieniec -mieć w tej Polsce ideał, zbiór 
wszelakich doskonalości. Ta pasja dosko- 
nalości, ten nadmiar krytycyzmu sprawiał, 
że niejednokrotnie nie dostrzegaliśmy po- 
stępu, wysilku, dobrej woli, wkładu pracy. 
Polska, która nie doszła pełnoletniości i 
której upadek był tern tragiczniejszy, że 
zgasła w chwili gdy wchodziła na szlak 
lepszej doli, nie mogła spełnić wszystkich 
naszych.pragnień, marzeń, zamiarów. Zbyt 
wielu ludzi żądało od niej nadzwyczajności. 
Zbyt długo trwała niewola, zbyt dużo 
myślano o Polsce, zbyt wiele pisano o 
Polsce, ażeby mogła ona, stanąwszy przed 
nami żywa, dotykalna - spełnić sumę 
myśli, słów, zaklęć. 
Musiała to być Polska niedoskonała, bo 
wyrosła z biedy, ze złej gospodarki, z 
zaniedbań, nieułożonych i zmąconych klas 
!5polecznych, Polska nieprzygotowana do 
życia. Łatwo jej wytknąć błędy, skazy. 
Są na mej plamy Brześcia, Berezy, 
!5prawy ukraińskiej, Cieszyna. Są inne. 


Jest przedewszystkiem ukryty błąd poli- 
tycznego nieprzejednania, niechęć do kom- 
promisu, nieumiejętność doboru ludzi, 
protekcjonizm, łatwizna myślowa, lekko- 
myślność; życie polityczne bez szkoly i 
manier, rozumowanie podminowane uczu- 
ciem, wielkie gesty często bez pokrycia. 
\Vszystko to trzeba znać. Ale nie można 
tego odłączyć, nie można tego się wyrzec: 
trzeba to przyfąć, trzeba. poczuć za to 
odpowiedziałność. Polska była niedosko- 
nała, i taką musimy ją kochać. Polska 
miała braki i wady, ale taką musimy ją 
przyjąć. Tylko przez przejrzenie tych win 
i błędów, tylko przez ich podźwignięcie 
wiedzie droga do odbudowy. 
Nie można przekreślać tych czy tamtych 
stronic naszego życia, nie można zabarwiać 
na dowolne kolory pewnych kart, tak jak 
nam jest wygodnie. Dzieje Polski nie 
mogą się zaczynać co parę lat od nowego 
mitu. Trzeba uznać tę Polskę jaką jest 
.i była - uznać ją za własność i odpowie- 
dzialność, za ciągłość. Bo historja jest 
całością, której się krajać nie da. Ciągłość 
i tradycja państwa i narodu, to żywe 
procesy, których przerobić niesposób. . 
Krótkowzroczne spory personalne zacie- 
mniały nam zbyt często horyzonty, prze- 
kreślały rozsądną ocenę, wykluczały ludzi, 
którzy byliby potrzebni. Spory personalne 
z teraźniejszością mają jeszcze sens i uzasa- 
dnienie, ale spory personałne z przeszłością 
są zabiegiem przeważnie jałowym. Jest to 
rozrywka ludzi nawykłych do życia w 
strefie własnych marzeń i myśli, albowiem 
w tej dziedzinie istotnie można zmieniać i 
przesuwać wartości i zdarzenia wcale 
dowolnie. Rekryminacje jednak pod adre- 
sem przeszłości, które pozerają LUyt wlełe 
energji i sił, stają się zawsze szkodliwe. 
Samobiczowanie i dostojewszczyzna jest 
zabójcza zarówno u jednostki jak narodu. 
Musimy stanowczo i zdecydowanie odejść 
od tych wspominków przeszłości, od tych 
ponurych zaduszków naszych grzechów. 
Spory personałne z przeszłością są na- 
prawdę jałowe: "coby było gdyby" - 
to zabawa ludzi słabych. Pewne fakty, 
nazwiska, zdarzenia wrosły w łożysko 
dziejów, jak kamienie w łożysko rzeki, i 

esposób ich ruszyć, odwrócić, prze- 
inaczyć. 
Musimy nauczyć się patrzeć na państwo 

ls
i
 jako !la pew
ą całość, ciągłość. 
Wlasme młode pokoWue, które przywykło 
do istnienia państwa i które zaczynało 
wyrabiać już w sobie powoli nałóg myśle- 
nia temi kategorjami, musi bronić się przed 
nawykami, stanowiącemi mimo wszystko 
echa naleciałości niewoli, sporów na małą, 
tylko personalną skalę. I 


3 
Bo jednak ta Polska, której nie tylko 
swoi ałe i obcy mieli tyle do zarzucenia, 
posiadała rysy wielkości. Swoi nie mogli jej 
wybaczyć niedoskonałości, obcy nie bardzo 
mogli oswoić się z jej istnieniem. Zagra- 
nica patrzyła stale sceptycznie na Polskę, 
karmio
a niemiecldem hasłem o państwie 
sezonowem, nieufna wobec polskiego ryn- 
ku; uważała, że lepszą lokatą są mimo 
wszystko Niemcy i że wschód Europy jest 
jednak zawsze tylko niepewną przy- 
budówką do cywilizowanego świata. 
Tak, to prawda, że na obszarze Polski 
toczyła się przez dwadzieścia lat naszej 
niepodległości ukryta walka między silami 
Wschodu i Zachodu - walka nape- 
wno nienowa, rozdroże istniejące nie 
od dzisiaj. Ale walka ta stała się ostrzejsza 
a równocześnie trudniejsza przez to, że po 
spłynięciu fałi rosyjskiej pozostało zaba- 
gnienie rosyjskie, biurokracja nasza ujaw- 
niała coraz bardziej wschodnie zapędy, 
słabe tempo materjałnego rozwoju nie 
tworzyło warunków uzachodnienia Polski, 
tani bizantynizm i urzędnicze pochlebstwo 
nadmiernie poszły w cenie. Walka między 
\Vschodem a Zachodem w Polsce istniała i 
zapewne odrodzi się - w innej, może 
groźniejszej jeszcze formie. Jest to dramat, 
na który skazała nas historja, jest to 
antynomja, od której niema bodaj ucieczki. 
Ale ta walka nie była sama w sobie złem; 
jesteśmy rozstajEm Wschodu i Zachodu, i 
z tego faktu możnaby raczej czerpać wiarę 
i silę na przyszłość: skoro Zachód pod tylu 
względami wykazał zachwianie się swoich 
podstaw i osłabienie tętna. _ Polska 
nie ma się czego wstydzić i w swej 
biologicznej prężności dopatrywać się po- 
winna raczej gwarancji przyszłości, szans 
rozkwitu. Ale nie wolno nam, nawet po 
najgorszem wyniszczeniu kultury, jakie 
czynią Niemcy, - bo oni właśnie, wbrew 
swym haslom i szyldom, chcą Polskę 
zmienić w bezimienny \Yschód, w miazgę 
bez nazwy i oblicza, - nie wolno nam 
wyzbywać się tych pokładów kultury 
i tych jej legatów, bez których Polska 
w swoich dziejach nie byłaby tern czem 
była. Polska nie może pod żadnym wa- 
runkiem stać się przedsionkiem Azji. 
Starcie Zachodu i Wschodu na naszych 


ziemiach musi być obrócone na korzyść i 
pożytek naszej rasy, napięcie to może i 
musi być owocne i twórcze. Chodzi jednak 
o tp, by zagranica zrozumiała, iż Polska 
nałeży naprawdę do Zachodu, że przy- 
należność tę okupywała od wieków naj cięż- 
szemi ofiarami, niekiedy niemał nad stan, 
i że dlatego Zachód powinien w tę Polskę 
inwestować po wojnie, chociażby w drob- 
nej części, to co inwestował' dawniej w 
Rzeszę. Polska, niezasilana kapitałem ob- 
cym, zbyt długo poniechana przez polity- 
kę Zachodu, dowiodla, że jest dobrą lokatą 
dla łojałności i zaufania. Polska, oskarżana 
o cyniczny reałizm polityczny, okazała się 
krajem szczerze romantycznym, który dla 
wartości idealnych odrzucił wszystkie po- 
kusy i który pierwszy obronie tych ideal- 
nych wartości dal czynny wyraz. Polski 
romantyzm stał się wyrazem głębokiego 
przekonania, że jednak w pewnych spra- 
wach niema kompromisu i że wojna obecna 
jest rzeczą nie Polski tylko, ale świata. 
Dzisiaj, kiedy pożoga ogarnęla cały 
glob, łatwiej jest może zrozumieć Zacho- 
dowi, jaki instynkt kierował rozpaczliwą 
walką Polski. 


4 
Polska, targana między \Vschodem a 
Zachodem, której Zachód nie pomógł 
zbytnio w przeważeniu szałi na rzecz 
uzachodnienia kraju, pokazała przez' swoją 
decyzję wrześniową, że związana jest z 
Anglją i Francją: tego nic i nikt nie 
zmieni. Polityka polska, mimo licznych 
łamańców i drażniących nieraz gestów, 
była w sumie i osnowie swej funkcją 
gotowości Zachodu do stanięcia do oczu 
R.teszy niemieckiej. W r. 1'1.:>j i i9.jG 
polityka polska miała swoje chwile jasno- 
widzenia, rzucając na szałe fatalnie nie- 
gotowej Europy myśl wojny prewencyjnej 
z Niemcami.' Błędy naszej polityki zagra- 
nicznej były napewno liczne, obracala się 
ona nieraz w sferze uroj eń i nadmiernego o 
swoim wpływie wyobrażenia. Ale jednak 
pozostaje faktem, że Polska zdobyć się 
umiała na gesty niebylejakiego rodzaju, w 
czem musimy widzieć cechy jej wielkości. 
Nie dała się skusić Rzeszy na wspólny 
marsz na Rosję sowiecką, a kuszenie to 
trwało aż cztery długie łata. Historja 
Rosji, jeżeli napisana zostanie kiedyś ręką 
sprawiedliwą a bezstronną, uzna tę nie- 
wątpliwie historyczną zasługę Polski wobec 
Rosji. Żadne inne państwo Europy nie 
oparłoby się - być może - podobnemu 
naciskoWi, polączonemu z tak hojnie 
rzucanemi obietnicami. 
Polska oparła się, i musimy w tern 
widzieć rys wielkości. Nie byłoby go 
moie, nie stać by nas może było na niego, 
gdyby ta zbiedzona Polska na ciężkim 
dorobku nie czuła jednak w kościach swoich 
historji: nie opuścily widocznie jej pod- 
świadomości wspomnienia naprawdę wiel- 
kiego państwa. Trwał w niej utajony 
zmysł historyczny, może przekleństwo 
nasze, ałe chyba i los nasz. 
I jeszcze jeden ta Polska miała tytuł do 
wielkości. Zagranica zarzucała nam nieraz 
i zarzuca nam dalej sympatje faszy- 
stowskie, rządy póltotalne. Ale można 
odpowiedzieć na to bez żadnej dema- 
gogji, że polska była w sytuacji, do- 
prawdy, bezprzykładnej na świecie: wciś- 
nięta między dwa groźne mury totalne - 
80 miljonów Niemców i 160 miljonów 
Rosjan. Dwa największe systemy totalne, 
jakie znają dzieje nowoczesne, dwa dyna- 
mizmy monopartyjne, zaczaiły się u na- 
szych granic. I jednak Polska, mimo 
ucisku tyłu atmosfer, pod obstrzałem 
dwóch propagand, zachowała zdumie- 
wającą odporność, niebywałe poczucie 
odrębności. Oczywiście, wiatr totalny, 
który hulał po calej Europie, naniósł na 
nasze podwórko sporo śmiecia, wiele po- 
myslów lichego naśladownictwa. Ale zno- 
wu spytajmy się, które państwo europejskie 
postawione na takim przewiewie, utrzy- 
małoby się samoistne, nieskażone w swych 
zasadniczych linjach? Dla każdego uczci- 
wego Polaka jest bowiem rzeczą jasną, że 
moda totalna nie miala w Polsce żadnego 
szczerego powodzenia, że hołdowały jej 
luźne grupy, przeważnie urzędnicze, i że 
społeczeństwu polskiemu hasła totalne 
byly naj zupełniej obce: nie wiemy, czy 
grał tu rolę polski indywidualizm, czy 
niechęć do wszelkich nakazów z góry 
idących. 


, 5 
Oczywiście, demokracja w Polsce nie 
była czystego chowu. Ale musimy zrozu- 
mieć, że demokracja, to przedewszystkiem 
żmudny ruch wychowywania mas, a wy- 
chowanie odbywać się musi w jakim takim 
spokoju i w jakim takim dobrobycie. Ten 
ciężki proces udał się naj piękniej w krajach 
takich jak Danja, Szwecja, Norwegja czy 
Szwajcarja, czyłi w krajach oszczędzanych 
przez wojny i najazdy, krajach niewątpliwie 
osiadłych w dobrobycie, krajach zamoż- 


nych. I nie jest to bez głębszego powodu. 
Nie może być bowiem mowy o czystej 
dąnokracji tam, gdzi
 istnieje natłok 
urzędników, gdzie biurokracja zastępuje 
nobilitację szlachecką, gdzie ilość ludzi 
załeżnych pośrednio czy bezpośrednio od 
rządu jest nieproporcjonalnie wielka. Biu- 
rokracja jest śmiertelnym wrogiem demo- 
kracji, a siostrą bizantynizmu. Dla demo- 
kracji nieodzowne jest powietrze niezałeż- 
ności, a niezależność nie może się krzewić, 
niestety, bez podłoża materjalnego dobro- 

u. _ 
I dlatego pierwszym warunkiem stworze- 
nia istotnej demokracji w nowej Polsce 
musi być sprawa podniesienia poziomu 
bytu, budowy gospodarczego jutra dla 
mas i pohamowanie przewag biurokracji, 
która jest forpocztą totałizmu. 


6 
Już wiemy, jaka była Polska wczoraj: 
niedoskonała. Wymagałiśmy od niej zbyt 
wiele; nawet jeszcze po jej klęsce we 
wrześniu czepiałiśmy się naszego pogotowia 
wojennego, chociaż potem okazalo się, że 
nie było ono najgorsze w zestawieniu z 
państwami o tyleż zamożniejszemi i bo- 
gatszemi. Ale jaka ma być ta Polska 
jutra? 
Na ten temat toczą się spory i dyskusje 
- toczyć się będą. Pada wiele słów, wiele 
obietnic: pocieszmy się, licytacja obietnic, 
to zjawisko normalne - nie tylko nam, 
ale calej Europie obiecuje się razporaz 
cuda. Nie wiemy, wiedzieć nie możemy, 
ałbowiem jesteśmy dopiero w środku 
burzy, a brzegu nie widać. Polska jest 
funkcją zawieruchy i będzie może wyrzu- 
_u ld. 'PLi,
L sta.tniE fale potopu: alt: nie 
jest funkcją bierną lecz najbardziej czynną, 
gdyż walczy na dwóch frontach - u siebie 
i poza granicami. Nie wiemy wiele o 
przyszlości, ałe musimy ją sobie wyobra- 
zić, wyjść jej naprzeciw myślą: myślą 
twórczą a nie lekkomyślną, myślą opartą 
na rzeczywistości, na istotnych przesłan- 
kach życia. 
W fakcie, że wojna ogarnia cały glob, 
należy widzieć czynnik pokrzepiający. 
Nikt już nie będzie się mógł uchylać od 
odpowiedziałności, od linji podziału, która 
biegnie przez glob, przez lądy i morza 
świata. Nikt już nie będzie mógł zbyt 
długo bawić się w niemoralną grę neutral- 
ności. Nikt już nie będzie mógl się usuwać 
od ciężaru ofiar i wspólnoty niedoli. Jest 
to potężny czynnik morałny, i dobrze 
dla świata i dobrze dla Polski, że 
wojna rozciągnęła się w przestrzeni, chociaż 
- groźne jest dla naszego stanu posiadania 
w Kraju, że wojna rozciągnęła się bodaj 
także i w czasie. - , 
Wydaje się, że świat wyjdzie z tej 
powszechnej kąpieli lepszy, że zlikwiduje 
się nieprawość i sobkostwo, jakie nagroma- 
dzily lata przedwojnia, że przejdą próbę 
ogniową wszelke ustroje, zdadzą egzamin 
hasła i. hart ludzki, rasy i narody, i że 
człowiek zrozumie może lepiej, iż wyzwał 
żywioły, których nie potrafi okiełznać. W 
tern wszystkiem i est krzepiący czynnik 
morałny. 


_ 7 
Ale jakaż, powtórzmy, będzie ta nowa 
Polska? Wydaje się, że w dużej mierze 
będzie ona taka jaka będzie przyszła 
Europa. Wspólnota doli, zasada połączo- 
nych naczyń będzie grała o wiele większą 
rołę w Europie powojennej, aniżeli _w 
Europie powersalskiej. Kontynent prze- 
orany został jednak pługiem bardzo dokła- 
dnym, został zjednoczony w pewnych 
podstawowych instynktach, - chociażby 
nienawiści, - zrozumiał, że pewne nawyki 
państw narodowych, że pewne prestige'e 
nie będą mogły mieć tej samej ceny 
rynkowej i że są to poczęści luksusy dni;l 
wczorajszego. Wydaje się, że tak jak 
Napoleon, depcąc przez lata po ksiąstew- 
kach niemieckich, osiągnął - wbrew swej 
woli napewno - zjednoczenie Niemiec, tak 
Hitler, znowu wbrew swej woli, może 
przyczynić się walnie do wyrobienia w 
Europie poczucia jedności, jakiego nie 
posiadała ona dawniej. 
, Kontynent wyjdzie z obieży wojny 
zbiedniały, zniwelowany w klasach społe- 
cznych, Polska - tern bardziej. Upust 
krwi i energji luc;lzkiej - ten drugi może 
jeszcze groźniejszy, albowiem głód do- 
kona głębiej sięgających spustoszeń aniżeli 
sama wojna - będzie w Polsce poważny. 
Nie łudźmy się, w naszym biologicznym 
stanie posiadania wojna poczyni szczerby. 
Ale musimy wierzyć, że wydobędziemy się 
z naj gorszej potrzeby, jaką zesłał na nas 
los, albowiem naród nasz zdał egzamin 
siły życiowej i energji bez zarzutu. Zdaje 
go nadał, co dnia, zdaje w kraju i poza 
krajem, na polu walki. 
Polska przechodzi obecnie przez procesy, 
jakie dotknęły ongi Czechy po klęsce pod 
Białą Górą. Nasze warstwy górne ucierpią 
naj poważniej : pokos śmierci, zatrata 


głodu dotknie je najsilniej. Część ich 
wejdzie do nowej miazgi warstwy miesz- 
czańskiej. Jest rzeczą jasną, że układ 
społeczny Polski nowej będzie mocno 
odmienny od wyglądu Polski przed- 
wrześniowej. O tern musimy pamiętać, 
nie ulegając pokusom myślowej łatwizny, 
że zastaniemy wszystko tak jakeśmy 
opuścili. 
Przemiany, jakie dokonają się w 
Polsce, będą głębokie i istotne. Warstwa 
chłopska uzyska przewagę, która jest 
przewagą naturałną. ' Nie nałeży się jej 
obawiać. Chlop nasz wykazał się dosko- 
nale; j
o uświadomienie narodowe wy- 
trzymali) próbę, chociaż zaniedbywano go 
tak niesprawiedliwie: wieś była, niestety, 
nader często rynkiem zbytu taniej polity- 
ki, a nie rozumnej myśli gospodarczej i 
oświaty. 
Polska nowa będzie twardsza i surowsza. 
Ale na to niema rady..: nie będzie ona' 
napewno rajem, nie będzie polem pracy dla 
slabych i zniechęconych. Ale i cała 
Europa będzie właśnie taka: wymagać 
będzie odwagi, odwagi i jeszcze raz odwagi 
- myślenia, czucia, dzialania. Ci, co 
obiecują nam dzisiaj różowy świt zaraz 
po wojnie, gładkie życie nazajutrz po 
rozkazie ..zaprzestać ognia" - ulegają 
niebezpiecznym złudzeniom. Świat nie 
będzie jeszcze uspokojony i ugłaskany 
przez to tylko, że będzie wyczerpany. 
Europę przebiegać będą spazmy rewolucji, 
nieobliczałnych ruchów społecznych, może 
i krótkie spięcia anarchji. Te wszystkie 
odruchy trzeba będzie owladnąć mądrze 
ale i mocno, trzeba będzie skierować zwi- 
chrzone energje we właściwe koleiny. Nie 
wiem:,-, ik !at zab:e:-zc rCb'--lleracja Eunrl'Y 
zniszczonej tak jak nigdy, sprzewracanej, 
wypalonej tylu gorączkami, zbłąkanej. 
Ale musimy wierzyć, że odradzanie się 
sil następuje szybciej niż się myśli, jeżeli 
powstają tylko jakie takie warunki dla 
rekonwalescencji. . 
Ale nie wiemy też, czy właśnie w dobie 
przejścia dC\ uspokojenia nie będą potrzebni 
ludzie naj silniejsi, którzy dopiero przy- 
gotują grunt pod wolne budowanie jutra, 
demokracji, nowego ładu. . 


8 
Polska nowa będzie przedewszystkiem 
krajem morderczej pracy, olbrzymiego wy- 
siłku na wszystkich połach. Musi ona 
także stać się powoli krajem innych 
obyczajów politycznych, tworzenia nowych 
podstaw na zasadzie krystalizowania się 
nowych warstw spolecznych, a zatem i 
nowych ugrupowań politycznych. Powinna 
ona stać się krajem, gdzie mądrość poli- 
tyczna nie będzie potępiana i przepędzana, 
gdzie zacieklość partyj na będzie wzięta w 
ryzy, a personałizm i protekcja trzymane 
na uwięzi. Spokojna roz
ga i zmysł 
sprawiedliwości - oto cnoty, o które 
musimy zabiegać_ Albowiem w kraju 
naszym, rojącym się od ludzi zdolnych, in- 
teligentnych, bystrych, za mało doprawdy 
jest ludzi poprostu mądrych. 
Polska nowa będzie krajem wyczerpa- 
nym. W żadnem państwie Em:opy nie 
zastosowano tak dokladnie, z takim sadyz- 
mem, metod niszczenia od samych podstaw, 
niszczenia ludzi, mienia, kultury.' Polska 
zawsze była hojna gdy chodzi o krew. 
Przecież pobita Polska stworzyła w ciągu 
krótkiego czasu armję we Francji, stanęła 
do dzieła obrony' nieba nad Anglją, 
postawila brygady w Libji i Palestynie, 
buduje dzisiaj siłę zbrojną na rubieżach 
Rosji, krząta się na polskich okrętach i 
statkach po morzach świata. Jest to, 
doprawdy, zjawisko jedyne w dziejach, że 
pokonane państwo, kraj biedny, państwo 
witane sceptycznie i nieżyczliwie, zawsze 
komuś zawadzające - ma dzisiaj siły 
zbrojne stanowiące niemal połowę naszej 
siły z września 1939 r. 
Ta Polska, która powstanie na straszli- 
wem przecięciu dziejów, w warunkach, 
jakich przeczuć nawet nie potrafimy dokla- 
dnie. będzie to Polska, nad którą przez lata 
znęcała się wroga nam propagand
, olbrzy- 
mi aparat obcej administracii, starający 
się na wszelkie sposoby unicestwić nas, 
zdeptać nasz honor, kulturę, rasę, sponie- 
\'> ierać i odebrać nam wszelką wiarę w 
siebie, w poczucie człowieczeństwa. Wy- 
prężyć się w nowej wierze i poczuciu siły, 
swobody, bezpieczeństwa, to będzie już 
wielkie zadanie, wstępne ałe i bardzu 
trudne zadanie. 


9 
Sila nowej Polski musi być silą mądrości 
i rozwagi, mądrej i rozsądnej gospodarki; 
musi polegać na wspólpracy z innemi 
narodami, i to na naj
zerszą skalę. Albo- 
wiem jasne jest, że musimy związać się 
najściślej z Czechosłowacją, z Litwą, z 
państwami baltyckiemi. B<..dziemy musieli 
przerzudć most. porozumienia mi<;. dzy 
Pragą a Budapesztem i iść ku morzu 


Adrjatyckiemu i Czarnemu w poszukiwa- 
niu towarzyszy. Siła nasza polegać będzie 
przedewszystkiem na rozumnem zespoleniu 
różnych energij, na zdolności stworzenia z 
Polski węzła wielkiego ruchu politycznego, 
wielkiej idei politycznej. Rozum polity- 
czny będzie też nowej Polsce potrzebny 
bardziej niż kiedykolwiek, albowiem kG 
nieczna będzie umiejętność zyskiwania 
sobie ludzi i sztuka współżycia - a wia- 
domo, że nie wymyślono większej nad nią 
sztuki. 


10 
Nie wiemy, jaka będzie dokładni
 w 
kształcie 
voim wewnętrznym a także i 
zewnętrznym ta nowa Polska, ale pragnie- 
my, ażeby była lepsza przez odrzucenie 
wielu blichtrów i nalotów - Polska zbli- 
żona raczej do wzorów Szwajcarji czy 
Norwegji, państw w zasadzie chłopskich 
a tak zwartych i doskonale demokra- 
tycznych. Siła Polski, powtórzmy to raz 
jeszcze, polegać będzie na wytworzemu 
z Polski ośrodka zespolenia przeróżnych 
energij: Polska będzie miała misję po- 
lityczną, która udać się nam musi. 
Granice Polski zostaną powiększone już 
chociażby w tym sensie, że wplyw Polski 
na państwa sąsiednie musi być większy, 
wplyw pełen rozumu, umiejętności po- 
średniczenia, perswazji. Cokolwiekby po- 
wiedzieć można o idei słowiańskiej, jest 
rzeczą oczywistą, że możliwości zorganizo- 
wania zachodniej i poludniowej Słowiańsz- 
czyzny w oparciu na Polsce będą po wojnie 
nieporównanie lepsze niż dawniej. Od 
naszego rozumu politycznego zależeć będzie 
powołanie do życia tei unji: naszego 
:'ozumu, a nie p,::stych gestów, deklamarj;; 
bez myślpwego wysilku. Dla dokonania 
tego scementowania narodów, bez którego 
niema widoków przeżycia dla nas, - państw 
leżących pomiędzy Rzeszą a Rosją, - 
trzeba będzie zdobyć się na niebywaly 
trud politycznego myślenia i działania. 
Chcemy, by nowa Polska była prawdzi- 
wym, pełnoprawnym członkiem Europy i 
świata, by żyła rytmem tej nowej Europy, 
by uczestniczyła w tworzeniu zrębów 
nowego świata. Nie możemy i nie chcemy 
zamknąć się dla Europy: chociaż mieliśmy 
po bokach przykłady państw totalnych, 
które świadomie zamknęły się przed 
światem, ażeby wyhodować swoje wiary 
i kadry, Polska starała się oddychać przez 
wąskie pobrzeże Baltyku, starała się nie 
tracić spójni ze światem. Chcemy współ- 
żyć z tym światem jutra, trudnym a nie- 
wiadomym, ałe nie możemy być nadmierrue 
otwarci na wszystkie strony. Jesteśmy 
konieczni Europie jako sila zorganizowana 
i solidarna, sprzęgnięta z organizmami 
pokrewnemi nam kulturą, obyczajami, 
historją. Obszar między Bałtykiem ą 
morzem Czarnem i Adrjatyckiem, prze- 
dziełający Rzeszę od Rosji, dowiódl w 
ciągu stuleci, że ma wlasne oblicze, że 
umie zachować pomimo wszystkich nacis- 
ków własną samoistność, że nie da si
 
wchlonąć przez sąsiadów ze "Vschodu czy 
Zachodu. Trudno o lepszy dowód samoist- 
ności tego obszaru: ałe też obszar ten nie 
może być rozparcelowany, rozbity na 
włóki państw i państewek, lecz scałony. 
Nadchodzi bowiem era wielkich gospo- 
darstw, wielkich zespołów w zgodzie z 
rozwojem komunikacji, panowaniem samo- 
lotu, który przekreślił tabu granic, roz- 
wojem nowoczesnej wojny, która dowiodla, 
że nie mieści się w ramach krajów i że 
tylko wielkie obszary i potężne zespoły 
.!l1 a ją widoki oparcia się napaści. 
Stać będziemy, po opadnięciu fali 
potopu, przed największem zadaniem i 
próbą naszych dziejów: postawienia wy- 
czerpanej ałe niezłomnej Polski w środku 
Europy, umocnienia jej i podparcia całą 
siłą naszych ramion. Polska, jaka się 
dźwignie, będzie w pewnym sensie skro- 
mniejsza, ałe jej. ambicje będą istotniejsze. 
głębsze, piękniejsze. Skrwawiona Pol- 
ska musi deMonać nie tylko trudu zagospo- 
darowania własnego domu, ale urządzenia 
większego .pomieszkania dla światłej i 
rozumnej myśli politycznej, myśli federacji 
i zjednoczenia. Dokonać tego musi, jeżeli 
jej ofiara krwi nie ma być tylko rozrzutnym 
gestem przyrody, ale krwią narodzin 
nowego, trudnego jutra, wstępem do wiel- 
kości, zmienionej, inaczej poj<..tej, glębiej 
osadzonej - wielkości, której świat i 
Europa potrzebować będzie, potrzebować 
musi. Nikt już uczciwy po tej wojrue 
praw Polsce do tej innej, zmienionej wiel- 
kości nie będzie mógł odmówić. Jest 
bowiem ona składową częścią nowego 
świata, gdzie narody, które wykazały hart, 
zrozumienie haseł ideałnych, pogardę dla. 
wartości materjalnych, znaleźć muszą 
miejsce uprzywilej owane: b} najmniej nie 
w łatwości życia, ale w ciężarach i trudzie 
dźwigania tego nowego świata, odpowie- 
dzialności za jutro. 


ZBIGNIEW GRABOWSKI.
		

/Archiwum_005_03_008_0001.djvu

			2 


"I;P"-' 


WIADOMOŚCI POLSKIE 


MARJA KUNCEWICZOW A 


ZIELONY BRZEG 
Ten więc wysoki brzeg kornwalijski, - 
wcale nie zamglony, - który zbliżał się 
do nas, miał być wyspą nie na mapie, tylko 
po drugiej stronie złego i dobrego.. 
Okręcik zarzucił kotwicę, czekaliśmy na 
barkę, która miała cywilów dostawić na 
molo. Lotnicy zostawali na statku. 
Najpierw spuszczano z pokładu walizy. 
Większość ich była obliczona na przewo- 
żenie uroczystych garniturów do. powiato- 
wego miasta na wesela albo na pogrzeby 
rodzinne. Targowano się kiedyś o ich cenę, 
stukając zgiętym palcem w wieko, majstru- 
jąc przy zamkach, podczas gdy kupiec za- 
pewniał : '"Pierws
y sort fibra. Pan sza- 
nowny możesz za hrabiego do Paryża z taką 
walizeczką pojechać". Nikomu się nie 
śniło, że te fibrowe pudla zawalać będą 
szosy w czas wojenny, że czolgi i armaty 
uwezmą się na ich pierwsz.orzędność i że 
Paryż przeminie na ich drodze, jak prowin- 
cjonalna stacja. Teraz, dziobane hakami 
dźwigów, wylatywały. w powietrze, żeby 
zadziwiać mewy swoją nędzą. 
Po sznurowej drabince zstępowali cywile. 
Niektórzy-z pokazowym szykiem, inni- 
z kurzą bezradnością, jeszcze inni jak we 
śnie. - - 
Na dnie łodzi spotkali się znowu-ludzie 
i walizy. 
Łódź nie odbijała. W górze stali, wychy- 
leni za burtę, lotnicy, między nimi kawale- 
rzysta z proporczykami na kołnierzu, chudy, 
czarniawy, jak gdyby spalony wietrzy- 
skiem Podola. Stali wysoko-ciągle jeszcze 
w Polsce - i śpiewali "Nie damy ziemi, 
skąd nasz ród". 
Motor huczal, nie było Charona, jednak 
popłynęliśmy przez Styks. Od tej okropnej 
nocy świateł, kiedy "Clairvoyant" znikł, 
szarość zaległa przestworza. 
Wspomniałam baśniową rzekę Huculów, 
prom, zbite kulami wózki chłopskie i let- 
ników na drugim brzegu, pod czarami 
września zaśnionych. 'Vtenczas balam się 
jeszcze lądować na nieznajomych brzegach. 
Teraz, w czerwcu, wszystkie. brzegi były 
nieznajome, i strach razem z życiem prze- 
minął. 
Palma na wybrzeżu nie dziwiła nikogo. 
Nikt nie spodziewał się znaków szcze- 
gólnych rzeczywistej Anglji. _ Anglja bo- 
wiem, do jak!ej nas wieziono, zieleniała już 
po "tamtej" stronie. 


- Kiedy było' blisko, łódź zaczęła się moc- 
no kołysać, i wiele kobiet poobsnwalo się 
z ławek na dno. Nie wychylały głów i nie 
patrzyły wcale na zbliżający się zaświat. 
Powyjmowały lusterka, pudrowały się, 
ostatnią granicę ludzką chciały przekro- 
czyć jak najbardziej "podobne do ludzi". 
Rozmawiały. Jedna mówiła: 
- KozakiewiGZ? Pani kochana, jeżeli 
,'on Anatol, tak jaż z jego matką (ona blon- 
dyna i pieprzyk u niej nad górną wargą)... 
my z nią na weselu Marynieczki Barciń- 
skiej poznali się i potem całe życie do siebie 
jeździli. U nich kucharz raz upiwszy się, 
mało dzieci nie pozarzynał, ten Antolek u 
nich na dach odryny zalazł wtedy ze 
strachu, a ot teraz bohaterem okazał się. 
Druga mówiła: - 
.. - Ciastka od Gajewskiego? Olbrzymie 
ciacha, to prawda, i krem przeważnie 
świeży, ale za jedną napoleonkę z Ziemiań- 
skiej jabym pól tuzina tych kluchów od- 
dała. 
Trzecia mówiła: 
, - Nie. Stefan nie pozwala mi nigdzie 
chodzić. Powiada, że wszędzie sami Żydzi. 
Stefan uważa, że w takich czasach najlepiej 

est siedzieć w domu. 
Płynęły więc w zaświat, siedząc w domu. 
Tak piźYbiliśmy do mola. 
Mężczyźni - niepoprawni - cały czas 
-troszczyli się o ziemskie paszporty. Prze- 
trząsali portfele, wywracali kieszenie, po- 
tem bledli, -opuszczając ręce: 
- Jednak przecież jesteśmy sprzymie- 
rzeńcy ! 
Archanioł w czarnym kasku, bez miecza, 
z paleczk
 u pasa, stał przy wejściu na 
schody. Ze nic był policjantem, wynikło z 
jego słów. Nie zapytał bowiem o paszporty. 
Zapytał: 
- Have yo\,! any dogs? 
Cocker-spaniel Filip, pierwszy w 
imieniu Polski - obwąchal próg "tam- 
tego" świata. - 


.1 . 


Obsesja zaświatowości wkrótce ustąpiła, 
bo jedliśmy, spali, nikt nas nie karał, ani 
nie nagradzał, a ziemia z niebem po daw- 
nemu złączone byly linją horyzontu. 
Jednak zaczął się nowy byt. 
Niewiadome. potęgi wiedzIały o naszem 
przybyciu i one to odwijaly dla każdego 
wątek jego godzin z jakiejś współnej szpuli. 
Należało tylko pochwycić wątek i dać się 
potem ciągnąć. 
Wszędzie na kontynencie, jeśli ktoś 
chciał żyć, musiał postokrbć swoje nie- 
zrozumiałe pytania zadawać, musial przeni- 
kać sens niepojętych odpowiedzi, musiał 
l.gadywać kierunek, szukać jadla, ryzyko- 
wać noclegi i kogo innego przed samym 
sobą udawać. 
W Anglji nie liczono na żadne pytania i 
nie przygotowano żadnych odpowiedzi. \\7 
jakiemś miejscu o jakiejś porze zatrzymał 
się nasz autobus, skrzypnęły furtki ogro- 
dów, milczące kobiety wyszły z tacami i 
rozdaly sandwiche. Na walizach ukazały 
się kredowe znaki, na piersiach - tabliczki 
z cyframi. Gdzieś powstał ogon; gdy się 
skończył, mieliśmy w rękach karty wstępu 
do nowego l.ycia. 
Jedzenie, funty szterlingi, pociągi zja- 
wialy się podlug planu, na który nie 
mieliśmy wplywu, a wieczór zastał nas w 
ogromne m kinię-. W tern kinie nic się poza 
nami nie działo - my sami byliśmy i 
public.lllością i filmem. Ekran schowany 
za kotarą, zadnej muzyki - włóczGgowski 
film toczył się."au ralenti" między fote- 
lami. 
Grymaszące dzieci, pies Filip ze szczotką 
do zęb.ówwpysku, walizy, piżamy, wal
... 


v 


Może oczy niewidz.ialnych gwiazdorów 
patrzyły na to przez kotarę? - 
Wreszcie ruch zastygł, wędrowni aktorzy 
posnęli w fotelach, i odsłonił się ekran: 
jedno dla wszystkich, niezmienne kino 
snów. 
Ale . koszmar przyśnił się dopiero w 
chwili przebudzenia: sala była pełna 
dźwięku. Na miejscu welwetowej zasłony 
błyszczały i dźwięczały strugi szklanych 
paciorków, za niemi stał pejzaż Tahiti: 
brązowa kobieta, łódki, szafirowe morze i 
palmy. Z góry wielkiemi metalicznemi 
falami płynęła muzyka. Organy? Murzyń- 
ska muzyka w katedralnych piszczałach, 
niesamowicie rozdęta, wibrująca prądami 
miejskiej elektrowni - tęsknota monstre 
po 3 i sześć za seans, dostępna tylko popo- 
łudniu w środy i w soboty, waliła się na nas 
za darmo, w poniedziałek, o godz. 7.30 
rano. 
Drzwi były uchylone, szare światło 
dzienne zaglądało z ulicy. W tej smudze 
stał miejscowy komitet przyjęcia i witał 
nas z najgościnniejszym brytyjskim uś- 
miechem. 


CIECHOCINEK 
Później zamieszkałam w Ciechocinku. 
Ciechocinek ten u Anglików nazywał się 
Bloomsbury i leżał wewnątrz Londynu. 
Ale w pensjonacie byli sami Polacy, czasem 
tylko przyplątał się cudzoziemiec w twee- 
dach, albo córa Albionu, co w pierwszorzęd- 
nem krajowem uzdrowisku jest rzeczą 
możliwą. Jak przystało na tryb wakacyjny, 
wszelki związek z rzeczywistością ustał, od 
tego bowiem są wakacje, żeby od życia od- 
począć. 
Walizy okazały się godne nadludzkiego 
przywiązania, jakiego dowody złożyli im 
właściciele: panie i panowie 
tępowali 
teraz do jadalni w strojach nie przłsczących 
dostatnim zapachom herbaty i bekonu. 
Nikt donikąd nie śpieszył. Pieszczono 
dzieci, projektowano wycieczki... Kąpiele 
znoszono tern lepiej, że łazienki były na 
miejscu i darmo. Sól zastąpiły wyciągi z 
igliwia, a cery poprawiały się nie gorzej po 
"com flake"ach, niż po borowinie. 
Rankami słyszeć mogłeś za ścianą dioni- 
zyjskie odgłosy masażu. Chirurg warszaw- 
ski, który w ostatnim wrześniu poprzed- 
niego życia przyszywał ludziom ich krwawe 
ochłapy do ubłoconych tułowi, klęcząc w 
rowie i pomagając sobie zębami, teraz 
fruwał z piętra na piętro w świeżym 
krochmalonym fartuszku, ze strzykawką 
pełną hormonów. 


A 


K 


'- 


Popołudnia schodziły na bridżu. Miny 
grających nie były bardziej ponure, niż - 
niegdyś - w pensjonatach "Pod Orłem" 
czy "Pod Matką Boską". Szlemy, nie 
mniej niż dawniej, wymagały namysłu jed- 
nych i lekkomyślności drugich. Podwie- 
czorek wzbudzał to samo, co kiedyś, zain- 
teresowanie. Z głośników reklamowano 
miłość. . 
Spacery dopełniały dnia. Powroty od- 
bywały się w najdoskonal
zej letnisko
ej 
aurze. Jednakowe domkI stały po obu 
stronach drogi, splecione sztachetami, 
wszystkie opatrzone w ganki, wszystkie 
ludne, niektóre suszące bieliznę. Z przodu 
i z. tyłu perspektywę zamykały skwery. 
O zmierzchu, poprzez kurz sączył się nikły, 
liściasty zapaszek, begonje pałały za mgłą. 
Po środku jezdni, wznosząc się i opadając, 
bzyczały - jak rój komarów - k
dzie- 
rzawe dzieci. Czasem jedno odrywało się od 
roju i pędziło naoślep w stronę nocy, wy- 
dając przeraźliwy gwizd. Reszta wówczas 
milkła. Na gankach i w oknach, pod fes- 
tonami ręczników, siedziały rozpłynięte w 
mroku, tłuste kobiety i drobni mężczyźni 
w kapeluszach. Gardłowy chór nieustan- 
nem, żabiem mruczandem podkreślał ciszę: 
Zanim nastała pora obiadu, w ściemnia- 
łych korytarzach, na półpiętrach rozdwa- 
jały się sylwetki i szepty, z ustronnych 
kanap pierzchali donżuani, światło elek- 
tryczne zastawało mrugające powieki, 
blade usta, jakieś za duże bukiety na nie- 
spodziewanych stołach... Potem ktoś przy- 
chodził spóźniony i stał z ufnością pod 


SKŁADY APTECZNE 


A 


u 


J 


żyrandolem, a wszyscy patrzyli nań - już 
obcy i już solidarni. 
O świcie sąsiedzi wzdychali, śmieli się, 
niektórzy wymawiali imiona. Nieraz 
bosa stopa plusnęła o podłogę, skrzypnęło 
okno... Księżyc - bialy - jeszcze maja- 
czył za siatką... Zegary szły. 
Nic to nie szkodziło, że pensjonat nie był 
"Pod Orłem", że skwer - zamiast Sienkie- 
wicza - nazywał się Russell i że kędzie- 
rzawe dzieci przyjechały nie z Nalewek, 
tylko z Gibraltaru. 
Londyński Ciechocinek płynął przez noc 
czasu wojny tak samo opity złudzeniami i 
bol
ścią, jak Ciechocinek solankowy przed 
wOJną. 
I tak właśnie, jak bywa w uzdrowiskach, 
zjawiali się i nikli 'przybysze z najróżniej- 
szych . stron kraju. Tylko że Polska po 
\Vrześniu rozrosła się ogromnie. Gości 
określano już teraz nie tylko jako Polaków 
z Małopolski czy z kresów, ale i jako 
Polaków z Narviku, z linji Maginot albo z 
Juan-Ies-Pins, z Węgier, z Palestyny, z 
Rumunji, z Portugalji, ze Szkocji. Oprócz 
przyrodzonych dialektów dzielnicowych, 
posiadali żargony, powstałe wskutek specy- 
ficznych sytuacyj wojennych, nie mniej 
wyłączne i pełne przenośni, niż - dawniej 
-:- żargon Ipsu albo lwowskiego Atlasa. 
Hierarchje również się wzbogaciły - 
cywilne i wojskowe. Wśród cywilów za- 
wód, zamożność, karjera przestały wy- 
starczać do stopnia społecznego. Decydo- 
wały o riim daty i walizy. Im później ktoś 
przekroczył jakąś granicę, z im mniejszą 


. 


DROGERJE 


pROSIMY wsz
stki.ch Polaków J?rzebywaj
crch w Anglji 
aby zwracalI Sl
 z zaufamem oloblscle lub drogą 
pocztoWIł z receptami i z wszelkiemi zapotrzebowaniami far- 
maceutycznemi lub medycznemi do składów aptecznych: 
John Bell & Croyden. 50/52, Wigmore Street, W.I 
(służba dzienna i nocna) 
Wrn. Martindale, 75, New Cavendish. Street, W.t 
Wallas & Co., 45, New Cavendiah Street, W.I 


wazyatkie pod leiał. kontro'" 
SAVORY & MOORE LIMITED 
Aptekarzy Jego Królewskiej Mości 
143, New Borid ,Street 


LONDON 


ARKADY FIEDLER 


T IJSTA 


Cały dzień 7 września był ciepły, jasny 
i pogodny i upływał w blasku słońca. Do- 
piero o godz. 16.32 spadl grom: Niemcy 
dorwali się do Londynu. 
Miasto, jak zwykle od niepamiętnych 
czasów, poddawało się błogiej sielance 
week-endu. Była to sobota. Na wschod- 
nich przedmieściach biedota ludzka od- 
poczywała w swych slumsach, dzieci ba- 
wiły się na ulicach, tysiączne tłumy przy- 
glądały . się różnym meczom i wyścigom 
psów. 
O godz. 16.30 na południowo-wschodnim 
nieboskłonie pojawiły się w powietrzu białe 
bukieciki: wybuchy pocisków artylerji 
przeciwlotniczej. Owe bukieciki wyrastały 
coraz bliżej, postępowały jak huragan, 
syreny zawyły, huk bateryj potężniał, 
wzmagał się szum dziesiątek samolotów, i 
nagle runął z góry potok klęski i śmierci. 
Walily jak grad bomby burzące i bomby 
zapaJające. Na spichrze, na mieszkania, na 
dzieci, na zbiorniki, na ogródki, na doki, 
na pieski wyścigowe, na gazownie - waliły 
i waliły, zdawało się, bez końca. Wciąż 
waliIy, jakby zmieść miały z powierzchni 
caly wschód Londynu. 
Wybuchały zbiorniki, zapalały się doki, 
płonęły spichrze, ginęli ludzie. 
Niemieccy lotnicy zapewne śmieli się z 
góry do tego piekła szatańskim śmiechem. 
Ponosiła ich radość, że oto nareszcie w samo 
dumne serce znienawidzonego Imperjum 
mogą ciskać krwawe pchnięcia za jasnego 
dnia, bezczelnie i bezkaTIlie, i jednocześnie 
rozpierała ich pewność zwycięzców, że bry- 
tyjskie lotnictwo już nie istnieje. Bo czyż- 
by, istniejąc, pozwoJiło im dolecieć do 
samego Londynu w najlepszym porządku? 
W istocie bombowce - było ich około 
40 - lectały w zwartym szyku trójkowym, 
a nad niemi tyleż samo unosiło się osłony z 
Messerschmittów lOg. Niema czego ukry- 
wać: był to czarny dzień Londynu i czarny 
dzień dowództwa brytyjskiego myśliw- 
stwa, które nie umialo wczas powstrzymać 
nalotu. 
Dywizjon 303 poderwano z lotniska 
późno, na kilka minut przed bombardo- 
waniem Londynu, i natychmiast skiero- 
wano na pólnoc od miasta. Stamtąd kur- 
sem południowo-wschodnim zwrócono go w 
stronę doków nad Tamizą. Już zdaleka 
myśliwcy ujrzeli dymki artylerji, a po 
chwili, przed sobą z prawej strony, zgrupo- 
wanie bombowców niemieckich. Szło zna- 
cznie nil.ej niż dywizjon, natomiast to- 
warzyszące mu Messerschmitty znacznie 
wyżej. Właśnie bombowce, zbliżając się od 
południa do Tamizy, rzucały bomby na 
jej przybrzeża, poczem pędziły dalej, na 
północ, poprzez rzekę. 
Myśliwcy sądzili, że kpt. F., prowadzący 


*) por. "The Battle of Britain 1940", 
"Myśliwiec" i "Pierwsza walka" w nr. 69, 
"Koleżeńskość" w nr. 71, "A gdy kul zabra- 
kło..." w nr. 77, "Uśmiech poprzez krew" 
w nr. 83, "Ból" w nr. 86, "Raz na wozie, 
raz pod podwoziem" w nr. 88, "Wrót{ tańczy 
taniec śmierci" w nr. 93/94 "Wiadomości 
Polskich". 


W.I 


PRZEKASKA: .00 
, 


z CJI'KLU "DTłVIZJON 303" 


ich tego dnia dowódca angielski, natych- 
miast skieruje dywizjon w prawo, wprost na 
wroga, i gwałtownym atakiem przerwie 
Niemcom, jeśli to jeszcze możliwe, bom- 
bardowanie doków. Lecz to nie nastąpiło. 
F.; zapewne nie widząc dokladnie nieprzy- 
jaciela i kierunku jego lotu, prowadził 
dalej po dotychczasowej linji. Przeszedl 
przed nosem wyprawy bombowej o jakieś 
2000 m i lecąc wciąż prosto, zaczął się od 
niej oddalaĆ'. Chwila była krytyczna 
Jeszcze kilkanaście sekund w tym kierunku, 
a dywizjon straciłby bezpowrutnie okazję 
do ataku. 
Inicjatywę i dowództwo obejmuje por. 
Paszko, dowódca drugiego klucza. Myśli- 
wiec doświadczony i żołnierz równie wzo- 
rowy jak energiczny. Kiwając skrzydłami 
na znak dla idących za nim myśliwc"ów, 
Paszko ze swym kluczem wyrywa się 
zdecydowanie z szyku, skręca w prawo i 
równocześnie nurkuje: bombowce są niżej 
o kilkaset metrów i już prawie w tyle za 
dywizjonem. Natychmiast za Paszką 
postępują porucznicy Dzidek i Witur z 
trzecim i czwartym kluczem i tak samo jak 
on skręcają. Pierwszy klucz, kpt. F., na 
szczęście w czas spostrzega manewr towa- 
rzyszy i zawraca, ciągnąc teraz jako ostatni 
za innymi. 
Podczas gdy dywizjon szerokim łukiem 
oskrzydlał Niemców, rozgrywał się wysoko 
nad nim wstępny akt bojowy, niezmiernie 
ważny i korzystny dla dalszej akcji Pola- 
ków. Mianowicie kilka sekund temu inny 
dywizjon Hurricane'ów zleciał jak z nieba 
i ostro zaatakował osłonę wyprawy bom- 
bowej. Tym sposobem związał odrazu 
większą część Messerschmittów, pozba- 
wiając bombowce skutecznej obrony myś- 
liwskiej. 
Bombowce, były to Dorniery 215. Idąc 
trójkami blisko siebie, t
orzyły zwartą 
masę, by łatwiej wzajemnie się obronić. 
Owa powietrzna reduta przedstawiała po- 
zornie wielką siłę ognia -- około 120 kara- 
binów maszynowych i tyluż strzelców, Jecz 
wobec jednego dywizjonu myśliwców, sza- 
leńców akrobatyki i czartów kąśliwości, ca- 
ła ta kupa bombowców była ociężała i bez- 
bronna jak żółw, przewrócony na plecy. 
Zrobiła się s
szna 'siekanina. Rąbanie 
na całego, prucie całej wyprawy. Masakra, 
jaka' rzadko się zdarza w dziejach walk po- 
wietrznych. Jako pierwszy dopada klucz 
Paszki, dopada do ostatnich bombowców. 
Klucz Witura wżera się'w prawy bok nie- 
przyjaciela. Klucz Dzidka wżera się w jego 
lewy bok. Klucz kpt. F. uder,?a w przednie 


szyki. Biorą Niemców ze wszystkich stron. 
12 wściekłyeh szerszeni o zabójczem żądle. 
12 namiętnych ogarów, szarpiących cielsko 
odyńca. 
Rozszarpali cielsko. 
Pierwszy Dornier, zaraz na wstępie, bu- 
cha płomieniem od pocisków por. Paszki. 
Z lewej strony Niemców sierżant Szaposzka 
ścina drugiego Dorniera. Tymczasem z 
prawej strony: trzeciego - sierżant Wójt. 
Czwarty, ppor. Tola, "pęka jak bańka". 
Piątego kosi ppor. Donald. Potem dwóch 
myśliwców z pierwszego klucza, Anglik F. i 
Polak Joe, równocześnie rąbie dwa Dor- 
niery. A tymczasem Witur zapala nowego 
bombo.wca, Paszko zaś tłucze swą drugą 
ofiarę, i Wójt również wykańcza swego 
drugiego. 
Odbywa się to wszystko niezmiernie 
szybko, sprawnie, niemal z wdziękiem. 
Sportowo. Dorniery spadają z powietrza 
jak kuropatwy ze stada. Niektór
 w 
dubletach. ........ 
Odbywa się to tak szybko, że dopiero 
teraz na pomoc 7latują z góry Messer- 
schmitty, niezwiązane dotychczas w walce 
z Hurricane'ami. Przylatują za późno, 
Rozgrom bombowców dokonany, wyprawa 
rozbita. Który z Dornierów jeszcze cały, 
rwie co sił ku Francji, pojedyńczo, dwójka- 
mi, chyłkiem, jak popadnie. Wszystkie w 
popłochu, naoślep. Już Niemcy nie 
chichocą. Zastygły im śmiechy. Podpa- 
lacze przedmieść Londynu sami giną w 
płomieniach własnych maszyn. Rozbitków, 
uciekających przez wschodnią Anglję, wy- 
łapują i niszczą inne H urricane' y i Spitfire' y. 
Niektórzy myśliwcy z ..303" walczą 
jeszcze z Messerschmittami. Por. Dzidek 
strąca jednego Me lOg, sierżant Szaposzka 
drugiego, por. Pis trzeciego. Przy tym 
trzecim - Pis mial pecha. Zestrzelono mu 
maszynę, i myśliwiec musiał skakać ze 
spadochronem. Wyskakując, zahaczył się 
lewym trzewikiem o brzeg kabiny i długi 
czas leciał z samolotem, wisząc głową na 
dół. Wreszcie wyrwał nogę z trzewika i 
szczęśliwie wylądował w skarpetce. Wtedy 
zawstydził się: w skarpetce była dziura. 
Ppor. Donald był w dywizjonie ostat- 
nim, który zestrzelił bombowca, już 
drugiego w tej walce. Było to w chwili 
ogólnej paniki. Oślepły Dornier sam wlazł 
Donaldowi w karabiny na 20 m. Po serji 
wybuchł z niego tak długi warkocz ognia, 
że myśłiwiec, przerażony o swą maszynę, 
jak piorun skręcił w bok. Stracił przytom- 
ność i odzyskał ją dopiero 4000 m niżej, 
blisko nad płonącem przedmieściem. Zbu- 


ANGLO-POLISH TRANSLATION OF WORKSHOP-TERMS 


ANGIELSKO-POLSKIE SŁOWNICTWO WARSZTATOWE 


w uje
iu rysunkow.m 


oprauwaue przez inż. W. BASTYRA i E. PASZKOWSKlEGO 
SUod główny u wydawcy: 
Stowarzy.zenie Techników Pol.kich w Wielkiej Brytanji 
18. DEVQNSHIRE STREEr, LONDON. W.I 
. Cena 3 ' - 
Przesyłka pojedyńczego egzemplarza 3d., wi
kBzej ilcki 6d. 


fi 


ilością waliz, tern wyższy szczebel przy- 
sługiwał mu na drabinie ciechocińskich 
snobizmów: 
W wojsku, oprócz zwykłych podchorą- 
żych, odróżniano podchorążych z Coetqui- 
dan, oprócz zwykłych pułkowników - 
pułkowników bez żadnej nadziei. Roz- 
mnożenie kategoryj powodowało wzrost 
emułacji. W "sitting-room"ach pen- 
sjonatu widywało się zwarte grupki, 
obrzucające się wzajem krytycznemi spoj- 
rzeniami, milknące na widok niewtajemni- 
czonej osoby. Każda grupka miała swego 
bohatera i swój mit, o którego prestige 
pilnie dbała. Wspólną cechą bohaterów 
była umiejętność "kiwania". Jedni zdo- 
łali '"kiwnąć" Gestapo czy Gepeu, inni - 
przeciwnika politycznego, jeszcze inrii - 
śmierć, niektórzy - nawet samych siebie 
- razem z pamięcią i z sercem. Mity 
ulegały poprawkom w zależności od potrzeb 
bohaterów. 
Wśród tej nowej konjunktury - tak 
obszernej, tak pstrej i tak zmiennej - 
stare grupy regjonalne poruszały się z 
hieratyczną godnością. 5lązacy nadal 
czcili "pierona" i Krółewską Hutę, krako- 
wianie - Planty, łwowianie - lwowską 
falę, obywatele Warszawy - Messalkę, 
kresowcy - bigos. Jednak i u nich do 
obrzędowych pieśni przybyły nowe zwrot- 
ki. Żałoba po profesorach zrymowała się 
z "Ziełonym Balonikiem", barykady na 
placu Narutowicza uzupełniły "dziesię- 
ciu z Pawiaka", "dzień deszczowy i po- 
nury" objął sowieckie porządki. _ 
Zrzadka wpadali do pensjonatu "lon- 
dyńczycy". Ci Polskę opuścili przed 
wojną, więc to nie grało roli, ile czasu prze- 
bywali w Londynie: lat trzy czy też trzy- 
dzieści. , 
Wiadomość, że w środku Bloomsbury 
wylądował Ciechoeinek, że zapuścił korzenie 
i rozsiewa wonie barszczu, przemieniając 
W.C.l w "land of nostalgia"-ta wiadomość 
"londyńczykami" wstrząsnęła. Pierwszego 
dnia przybiegli rozjaśnieni, pełni zapytań 
i współczucia. Przymierzali własną pol- 
skość do polskości przybyszów, licytowali 
się w sarmackich cechach. Ale Ciechocinek 
szybko ich do siebie zraził. Mieli swoją 
własną wersję Września. Opowiadania 
"refugiate"ów nie pasowały do niej, 
wynikała potrzeba sprostowań wobec an- 
gielskich przyjaciół, monopol na Polskę 
został podważony, inwazja autentyki na 
teren łegend groziła konfliktami. 
Wkrótce więc przygasili swoją polskość, 
wydobywając najaw raczej zagraniczność. 


NIERTP 


dził się w sam czas. 
W tej walce dywizjon 303 zestrzelił 14 
maszyn pewnych i 4 prawdopodobne. 
Strat własnych poniósł: 2 maszyny, jednego 
rannego i - jeden trzewik. Inne dywizjo- 
ny R.A.F.u strąciły tego dnia ogółem 61 
maszyn, same tracąc 20. Artylerja prze- 
ciwlotnicza spisała się wspaniale: znisz- 
czyła 28 maszyn. Był to jej najlepszy w 
tej wojnie wynik. 


Por. Witur, widząc, że napływają nowe 
fale niemieckich bombowców, wylądował 
na pierwszem napotkanem lotnisku na 
wschód od Londynu, by pośpiesznie uzupeł- 
nić amunicję i paliwo. .Na lotnisku zastał 
pustkę. Przekołował z jego jednej strony 
na drugą: pustka. 
Ponad palącemi się przedmieściami bu- 
chały czarne klęby dymu, zaciemniające pół 
nieba. Z lotniska wyglądało to groźnie, jak 
gdyby płonął cały Londyn. Gdzieś wpo- 
bliżu biła nieustannie artylerja, tworząc 
zaporę ogniową. Trochę da.lej słychać było 
wybuchy bomb. Walka dokoła wciąż 
trwała. . 
Wtem zjawil- się angiełski kapral i po- 
prosił uprzejmie Witura, by przyszedl do 
schronu. .W schronie myśliwiec zastał kilku 
jeszcze żołnierzy, obsługę pobliskiego stano- 
wiska karabinów maszynowych. 
yła 
właśnie godz. 17, pora podwieczorku. Zoł- 
nierze spokojnie pili herbatę i flegmaty- 
cznie gawędząc, palili papierosy. Nic na 
świecie ich nie obchodziło w tej chwili 
prócz herbaty: była to przecież godzina 17. 
- Do you like a nice cup of tea? - zapy- 
tał się miły kapral i nie czekając na odpo- 
wiedź, poczęstował gościa herbatą. 
Niedaleko padła bomba, wstrząsając po- 
wietrzem nawet w schronie. 
- Hoho! - zerknął kapral z uśmiechem 
do myśliwca i dalej smarował sobie do- 
kładnie i z lubością jam na chleb. 
Witur nie wytrzymał- W nerwach miał 
jeszcze wrzawę walki, którą kwadrans 
temu stoczył. Flegma owego five-o'clock 
tea wydawała mu się koszmarną sielanką. 
Wrzasnął na' poczciwego kaprala, by - at 
once, immediately - zaprowadził go do 
ludzi, którzy mają amunicję i paliwo. 
Kapral posłusznie zaprowadził. Ci ludzie 
także pili herbatę w schronie, lecz dali 
mu czego potrzebował. Gdy następnie 
Witur wzbijał się w powietrze, wydało mu 
się, że wyrywa się z dziwacznego snu. U 
góry poczuł się łepiej, we własnym ży- 
wiole. Zlagodniał, poweselał. Lecz wciąż 
szumiało mu w uszach natrętnie: 
- A nice cup' of tea!... A nice cup of 
tea!... 
Na wysokości 20000 stóp wszedl na 
szlak niemieckich bombowców. Wtedy 
otrząsł się zupełnie, był znów sobą, zaśmiał 
się z kaprala. I zrozumial, jak olśnienie, 
wiełką prawdę tej wyspy: takiemu naro- 
dowi m0f,ą spalić wszystkie Londyny, 
lecz wojnę taki naród wygrać musi. 


ARKADY FIEDLER. 


Nr. 2 (96' 


Uzbrojeni w mackintoshe, parasole i' 
akcent oxfordzki - z uśmiechem obcości 
oraz pobłażania --wycofywali się na West 
End. 
Tymczasem wakacje sunęły ku jesieni, i 
spoza Ciechocinka zaczął przezierać Lon- 
dyn. 'Powoli trzeb
 było wracać do rzeczy- 
wistości. . 
Sklepy stosunkowo niewiele sprawiały 
kłopotu, bo pasta Kiwi tak samo "but 
ożywi" w Londynie, jak ożywiala w Niesza- 
wie, śliwki tak samo są śliwkowe za szybą u 
Fortnum and Mason, jak w kazimierskim 
sadzie, Lux "sam pierze" nad Tamizą, jak 
i nad Wisłą, tanie koszule męskie na 
Oxford Street mają te same paski, a 
damskie - te same różyczki, co u Braci 
Jabłkowskich. 
Ałe już ogrody publiczne ostrzegały 
zdaleka, że są obce. 
W Ciechocinku zaczęły chodzić słuchy o 
barbarji Anglosasów, wydeptujących 
trawniki, o dramacie owiec angiełskich 
zmuszonych do szukania paszy aż w 
stołecznem mieście, o zuchwałstwie mętów 
Londynu, w biały dzień wznoszących po 
parkach antypaństwowe okrzyki, o tern że 
w Anglji babki razem z wnuczkami pub- 
licznie hasają na kucykach - i że t9 wszyst- 
ko nadal odbywa się bez zmiany w jede- 
nastym miesiącu wojny. 
Mieszkańcy Ciechocinka stwierdzałi z 
troską: "Musimy jakoś się odizolować". 
Zamykałi więc okna gdziekolwiek mogli 
to uczynić. Ucinali brytyjskie zaczepki 
godnem słówkiem "plis", z pietyzmem 
calowali w "underground"zie dłonie 
nieznajomych rodaczek i w obłiczu napi- 
sów "keep łeft" wysoko nieśli sztandar 
mijania w prawą stronę. . 
Przychodził wieczór i otrząsali łondyński 
pył z upartych polskich butów. Politycy, 
zapatrzeni w przeszłość, siadałi przy ko- 
minku do stawiania kabały. Intelek- 
tualiści ociągali się na progu, odwracali 
głowy za skwerem Russell, za muzeum 
British... Postanawiali że jutro poszu- 
kają w Ciechocinku dzielnicy, zwanej w 
powieściach: Bloomsbury. W końcu mała 
Basia wysuwała język i zaczynała rysować 
na kartce z kajet
 krzywe, kraciaste kwa- 
draty, podobne do klatek. Nachylano się 
nad nią i pytano: 
- Co to jest, Basiu? 
Odpowiadala niechętnie, jak zwykle 
artyści profanom: 
- Co to jest? Pensjonaty. 
Później z furją kuła ołówkiem w papier, 

obiąc mnóstwo kropek. 
- A to co? 
- To? Orzeszki. 
- Dla kogo? - dziwiono się. 
- Dla, was, dla was, dla squirrels - 
odpowiadało dziecko, zdolne do obcych 
języków. 


, .. 


, 


. I <- ZNOWU WRZESIEŃ ., 
Trawa, buki, strumień, na tern słońce, 
jak miód, falisty łot suchego liścia i zapa- 
chy już kadzidlane, już gorzkie... W głębi 
stał różowy pałac Osterley.. , 
\Vszędzie to zastawaliśmy: i w ostatniem 
polskiem mieście z lampą na oknie, i w 
kresowym ogródku generałowej, i w buko- 
wińskim stepie, i w Tuilerjach, i nad 
Loarą, i teraz tutaj w Osterley - ziemia, 
niebo, a nawet twarze ludzi, wyglądały 
tak jak gdyby wojna nie mogła się wy_ 
darzać. 
Młody Polak leżał na angielskiej trawie, 
patrząc w niebo. Nie przyjęto go do wojska 
spowodu choroby serca, ojca zagubił, matki 
nie miał, żył ze sprzedaży dziennika, umę- 
czył się bardzo, miał tylko to niebo nad 
sobą, w które się patrzy, jeżeli trzeba o 
ziemi zapomnieć. . 
On pierwszy dostrzegł biały punkt. 
Wkrótce inny biały punkt podążył na- 
przeciw. Zaraz później punktów zrobiło się 
trzynaście - większych i mniejszych, 
pędzących jak szalone gwiazdy dzienne, 
wszystkie koloru opłatka. . 
(Natalcia w ogrodzie kazimierskim z 
tasakiem, wymierzonym w niebo, nad nią 
Heinkle, białe jak anioly). 
Byl znowu Wrzesień. Nawet tu - w 
nowem życiu - był 'Vrzesień.. I znowu 
zawyła syrena. 


Wiele pisało się o tern, że pogpda 
sprzyja Hitlerowi, Podobno przed każdą 
nową kampanją, a zwlaszcza przed pierw- 
szą, polską - meteorologowie składali mu 
długie raporty, przygłądał się ropuchom 
w terrarjum, węgorzom w słoju; pukał w 
. barometry, nasłuchiwał co trzeszczą własne 
kości, co szumi morze, co radjo, co wiatr. 
Później puszczał w ruch samoloty i 
czołgi. 
Pamiętam, jak we wrześniu, rano, stałam 
z przyjaciółmi na Klonowej w Warszawie. 
Detonacje wstrząsaly domami, mówiło się 
o książkach, o meblach, które pewnie się 
spalą, i o tern że nic nie będzie jak było. 
Czyjeś córki odjeżdżały, machając szali- 
kami, jakiś mąż trzasnął furtką, żona nie 
spojrzała za nim, wszystko było naturalne i 
szybkie, chociaż sczasem okazało się 
ostatnie. 
Pamiętam, jak patrzyłam na młode to- 
pole w słońcu, 'za sztachetą, po drugiej 
stronie ulicy. Człowiek, który w dwa 
tygodnie później mial zwarjować, poszedł 
oczami za moim wzrokiem i uśmiechnął 
siG także. 
Wszędzie i zawsze p
tem, gdziekolwiek 
widziałam uderzenia Hitlera - w Polsce 
we Francji, czy w Anglji - między ciosami 
zbója a napadniętymi ludźmi stały jakieś 
drzewa ociekające słońcem, do których ci, 
co mieli ludzkie serca, musieli się uśmie- 
chać, a zbój ich wtenczas mordował. 
Miody Połak, patrzący w niebo wrześ- 
niowe z traw parku OsterJey, zginął nie- 
bawem od bomby. 
. Ale Hitler, który - żeby go zabić - 
piękno września dwukrotnie przeciw niemu 
obrócił, niech zginie od polarnej trucizny: 
od pustki takiej, gdl.ie żadne dr
ewo i 
żaden uśmiech nigdy nie postały. 


MARJA KUNCEWICZOWA.
		

/Archiwum_005_03_009_0001.djvu

			, 


. 


.... 


. 


WIADOMOŚCI POLSKIE 


3 


Nr. 2 (96) 


ZYGMUNT NOWAKOWSKI 


CISZA 


AMBARASUJAC 
, 


KONSTYTUCJA 
RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ 
usta
a Z dn. 23 'k
ietnia 1935 r. 


, 


imposś la plus complete rśserve", jak mówi 
dostępny mi francuski tekst wigilijnego 
przemówienia. 'Według przysłowia, lepiej póź- 
I1Q niż nigdy, ale dwa i pół lat zupełnej re- 
zerwy, to może zbyt wiele? 
W "Mieczu Ducha" czytamy o "uniwer- 
salnem stanowisku Ojca chrześcijaństwa",ale 
wspomniane błogosławieństwo nie było uni- 
wersałne. 'Włochom, napadającym na Gre- 
cję, \Vłochom, mordujących tysiące Serbów, 
udzielił go najwyższy autorytet moralny. 
Polscy żołnierze tego błogosławieństwa nie 
otrzymali, choć Polska. tylko broniła si
, nie 
napadała na nikogo. 
Również o uniwersalnem stanowisku pa- 
pieża nie świadczy np. audjencja, którą 
uzyskał w Watykanie krwawy Quisling 
chorwacki, Payelic. Albo czy o uniwersal- 
nem stanowisku Watykanu świadczą słowa, 
które usłyszała Hiszpanja stosunkowo nie- 
dawno, bo dn. 25 listopada: "Prawastanowio- 
nesą przez właściwe osoby w państwie dla dob- 
ra obywateli, toteż obywatele powinni ich 
przestrzegać, przyczyniając si
 w ten sposób 
do dobra swego kraju. Prawo nie zawsze 
jest miłe a nieraz bardzo surowe, często też 
narzucane jest narodowi wskutek jego włas- 
nych bb
dów". "Hitler rozszerzył świeżo swój 
porządek na nowe terytorjum i złożył prawo 
w r
e właściwych władz. \Vymagała tego 
natura rzeczy. Obecna postawa Niemców 
nie jest dobrowolna lecz spowodowana. ko- 
niecznością chwili. Ludziom się tłumaczy i 
wykłada rzeczy, do których zrozumienia 
dochodzą dzięki pokazaniu im prawdy. 
Jednosć prawa, gdy zostanie zachowana., 
stwarza prawdziwe braterstwo ludu. Nie 
stanowi to cnoty obywatela, że jest po- 
słuszny prawu, lecz jest zwykłą uczciwością 
chrześcija,ńską W()bec bliźnich. Stwarza on 
sobie własne niebo". _ 
Doprawdy, przyjemniej byłoby wstrzy- 
mać się od komentarza, ale my, na których 
terytorjum rozszerzył Hitler swój "porzłj,- 
dek", my twierdzić musimy, że posłu- 
szeństwo wobec tego porządku byłoby 
nieuczciwością chrześcijańską. Co wi
ej, 
choć papież obecny w powyższem orędziu 
powtarza tylko słowa Klemensa XIII o 
boskiem pochodzeniu wszelkiej władzy, my, 
naprzekór błogosławieństwu, które otrzy- 
mał "porządek" hitlerowski, twierdzimy, że 
władza Hitlera pochodzi nie od Boga lecz 
od szatana, oraz, że "obecna postawa 
Niemców" nie jest "spowodowana koniecz- 
nością chwili", ale że jest ona bezpośrednim 
wyrazem pogardy, jaką żywią Niemcy dla 
najbardziej wzniosłych zasad nauki Chry- 
stusa. 
Jesteśmy w Wielkiej Brytanji i jesteśmy z 
nią razem. Świat J!0dzielił się na dwa obozy. 
Po jednej stronie są np. katolickie Włochy, 
katolickie Węgry, katolicka, ksi
 mająca 
na czele rządu, Słowacja, katolicka Hiszpa- 
nja, może także i katolicka Francja Pśtaina, 
katolicy austrjaccy i bawarscy, katolicki 
biskup Monasteru, wielbiący męstwo żołnie- 
rza hitlerowskiego, i t.d. i t.d. Po drugiej 
stronie jest świat anglosaski, zatem w zdepy- 
dowanej większości niekatolicki, wsparty 
zreszta potężnym autorytetem kardynała 
Hinsleya i licznych rzesz katolików angiel- 
skich. Po czyjej stronie naprawd
 opowie- 
dział si
 najwyższy autorytet moralny 1 
Mickiewicz nazwał kościół św. Piotra "tiarą 
świata", zatem świat pragnie wiedzieć, w 
czyją stron
 pochyla si
 owa tiara. 
Tegoż samego dn. 25 listopada papież 
mowił do Niemców: "Tendencje do przy- 
klejania chrześcijaństwu etykiety socjalizmu 
i przedstawiania Chryst\lSa jako przyjaciela 
ubogich w szczególności, sprzeczne są z 
prawdziwym duchem i nauką Chrystusa. 
Posłanie Chrystusa jest w istocie powsze- 
chne i nie ograniczało się nigdy do 
jednej klasy ani też Chrystus nie nawoływał 
nigdy do obalania klas. Nie wzywał nigdy 
niewolników do powstawania przeciw ich 
panom, lecz panów wzywał, by łagodnie 
traktowali niewolników". 
Ale my, niewolnicy-naprzekór watykań- 
skiej rozgłośni - wierzymy, .że Chrystus jest 
przedewszystkiem przyjacIelem ubogich. 
\Vierzymy, że On słyszy, napewno słyszy, 
jęk matki-Polki ! 
Niebaczne ,wystąpienie "Miecza Ducha" 
rozpętać może dyskusję, której my, właśnie 
jako Polacy, chcielibyśmy unjknąć. Byli 
papieże Wielcy wielkością nieprzemijającą, 
ale w długim ich szeregu trafiają si
niestety, 
i papieże mali. Wielki był Innocenty III, 
który organizował czwartą krucja
, jak 
wielki był inicjator pierwszej, Urban II. By- 
wali papieże nie tylko z ducha ale i z miecza. 
Pius VI został pojmany przez Francuzów w 
r. 1799 i wywieziony jako jeniec wojenny. 
Zmarł poza Rzymem, poza 
'łochami. 
Pius IX zerwał stosunkI dyplomatyci:ne z 
rządem włoskim, Pius X - z rządem fran- 
cuskim. Pius XI zapisał si
 wspaniale w 
dziejach kościoła. Postawa jego wobec 
hitleryzmu była zdecydowana., myśli swe, 
wielkie i naprawdę "uniwersałne" wypo- 
wiadał w sposób surowy i bezwzględny. 
Napewno nie utwierdzałby wiernych w 
przekonaniu, że nawet wladza Hitlera od 
Boga pochodzi. Pius XI był wielkim 
papieżem! O dzisiejszym, o Piusie XII, 
krążyły uporczywe pogłoski, że w razie 
przystąpienia Włochów do wojny, wyjedzie 
w daleki świat, że rzuci kłątw
na Hitlera, że na 
szali położy cały swój wielki autorytet. Nie 
zrobił ani jednego, ani drugiego, ani trzeciego. 
Gdy całe chrześcijaństwo woła: "Gdzie 
jest papież ?", grupa Polaków londyńskich 
widzi już papieża na czele przyszłego porząd. 
ku świata. Grupa ta chce zbudować ów 
porządek na jakimś "Quincupxie", na fi- 
gurze geometrycznej, która zupełnie jak u 
Orzechowskiego zw. XVI, ma w samym 
środku insygnia. papieskie. Tymczasem my 
chcielibyśmy widzieć i zbudować naprawd
 
nowy porządek świata. W Kraju dzięki bo- i 
haterskiej postawie całego kleru, od góry do 
dołu, rośnie autorytet kościoła wojującego, 
który nie złożył broni w walce z zaciętym i 
nie cofającym się przed niczem wrogiem 
zarówno Polski jak chrześcijaństwa. Ten 
kościół walczy o wiarę, ale i o Polsk
. Umie 
dwie sprawy połączyć, skutkiem' czego na 
gruncie Kraju powstaje swoisty, mocny 
konkordat, skonstruowany inaczej niż nie- 
dawny konkordat. Dzisiaj w Polsce kościół 
iest razem z Polską. Jest to kościół kato- 
licki, ale narodowy równocześnie. 
W długiej, świetnej, tyle wieków liczącej, 
Historji papiestwa chwila dzisiejsza jest na- 
pewno ułamkiem zaledwie, jest epizodem, 
który przeminie rychło. Rzym posiada war- 
tości wielkie i trwałe, których jego obec- 
na polityka przekreślić nie zdoła, dziś 
jednak troch
 jeszcze za wcześnie na to, by 
właśnie Rzymowi oddawać rol
 "superarbi- 
tra" przyszłego porządku świata. Do cZl¥>u, 
lepiej niech w tej sprawie panuje cisza. 
Ambarasująca lub nawet grobowa.. 


"Już si
 ma pod koniec nowożytnemu 
światu'" - oto słowa, któremi nowy Kra- 
siński mógłby zacząć nowego "Irydjona". 
Istotnie, w gruzy wali si
 ten świat, na które- 
go ruinach pycha bezbożna a bluźniercza 
Hitlera pragnie Ętworzyć nowy porządek 
rzeczy.' \Yalczące z Hitlerem demokracje, 
mówiąc ściślej - świat anglosaski, również 
widzą jasno, że jakiś częściowy remont, że 
przemalowanie szyldu nie wystarczy i że 
konieczna jest radykalna zmiana, któraby 
przeciwstawiła si
 ładowi Hitlera, wnosząc 
nowe, trwałe i twórcze wartości. A my? A 
Polacy? Nie próżnujemy także, i pośród 
emigracji londyńskiej znalazła si
 grupa, 
która dorzuca własną, doprawdy wysoce 
oryginalną, cegiełk
 do budowy przyszłego 
szczęścia ludzkości. Flmdamentem ow.ego 
szczęścia i zarazem "superarbitrem" zwaśnio. 
nych ludów ma być "autorytet moralny, 
stróż prawa naturalnego...podtrzymujący i 
szerzący pojęcia pewnej normy, wyższej od 
wszelkich praw ludzkich, sam bezinteresowny 
w zdobyczach imperjalistycznych, nie posia- 
dający ani ziemi ani broni materjalnej, sło- 
wem, autorytet moralny, nie b
y konku- 
rentem stron spór wiodących". 
Słowa powyższe cytuję z miesi
znika p. t. 
"Miecz Ducha". Gdzież jest ten najwyższy 
autorytet, który powiedzie skołataną nawę 
świata ku lepszemu jutru? "Miecz Ducha" 
zaspokaja natychmiast naszą ciekawość, 
dając odpowiedź prostą a bezapelacyjną. 
Autorytetem owym jest papież. 
Miesi
znik, wydawany przez szambelana 
Jego Świątobliwości, nie waha si
 ani na 
chwilę. Autorytetem owym jest papież 
wogóle jako taki,.jako instytucja, i papież w 
szczególności, zatem obecny. 
Aby nie było jakichś nieporozumień czy 
kwasów, stwierdzam że na całej linji przy- 
znaj
 słuszność prof. Stanisławowi Grabskie- 
mu, który w artykule ws
pnym tegoż 
"Miecza Ducha" podkreśla potrzebę orlbudo- 
wania świata i Pplski na zasadach chrześci- 
jańskich. Inne być nie mogą. Dla każdego 
z nas idea Chrystusowa jest naj głębsza, 
najbardziej wzniosła, najpiękniejsza z tych 
wszystkich, które mają świat zbawić. Jest w 
niej najwyŻ8za pełnia i harmonja, która zbli- 
żając ludzkość do Boga, równocześnie Boga 
sprowadza na ziemię i czyni Go zrozumiałym. 
Jest w niej miłość i dobro i prawda i piękno. 
Gdy Hitler dąży do wygnania Chrystusa, 
ludzkość powinna wprowadzić Chrystusa z 
powrotem. Sądzę, że o to walczy nasz Kraj, 
że o to walczą nasi lotnicy, żołnierze i mary- 
narze. Ale... 
Ale nie ma to nic wspólnego z tym właśnie 
autorytetem, o którym mówi nam innyarty- 
kuł "l\Iiecza Ducha". Przeciwnie, artykuł 
ten, jak i cały miesięcznik, przerywa ciszę do- 
okoła osoby papieża i sam wywołuje pytanie, 
dlaczego milczy ów autorytet, który ma zbu- 
dować przyszłość świata. l\'Iilczy właśnie jak 
opoka. Jeśli zaś mówi przypadkiem, mówi 
do ambasadora...Peru. Dn. 18 lipca ub. r. 
właśnie ambasador peruwiański usłyszał od 
papieża słowa: "Dzisiaj zagadnienie umoral- 
nienia prawa międzynarodowego, uchronienia 
go od egoistycznych zboczeń, konieczność 
postawienia go nanowo na moraWe zdrowych 
i prawnie zabezpieczonych podstawach, oka- 
zuje się kwest ją żywotną dla wszystkich 
narodów, w szczególności zaś dla tych, które 
są mniej zasobne w środki po
gi materjal- 
nej". Słusznie, a1e byłoby o wiele lepiej, 
gdyby te same słowa usłyszał ambasador np. 
niemiecki. 
Miesi
znik "Miecz Ducha" sprowokował 
dalsze pytanie, czyniąc to w artykule 
"Polska a Stolica Apostolska". Czytamy 
tam opis chwili, gdy po wygłoszeniu przez 
papieża kilku ciepłych słów do delegacji 
polskiej dn. 30 września 1939 r., wspaniałą 
salę przyjęć zaległa cisza "grobowa" czy też 
"ambarasująca". Jakaż miała być ta cisza, 
skoro papież m. in. powiedział: "Jest 
rzeczą piękną, dobrą i chwalebną wierzyć w 
Opatrzność Bożą właśnie w chwilach, w 
których zdaje się, jak gdyby się ona. chowała 
na pewien czas za zasłoną wypadków... 
Pozostaje wam, nakształt smugi świetlanej 
wśród mroków obecnej nocy, świadomość 
dziejów narodowych, których dziesięć wieków 
bezmała zeszło na służbie Chrystusa, a cz
to 
na wie
odusznej obronie chrześcijańskiej 
Europy... 
Nie mam ochoty ani szydzić ani tem 
bardziej bluźnić, ale pami
i narzuca si
 
scena z "Kordjana.", gdy to w sytuacji trochę 
podobnej, choć nie tak, jak dzisiejsza krwa- 
wej, papuga papieska woła: "De profundis 
clamavi!". Przypomina si
 chwila nieco 
późniejsza, gdy to Mickiewicz podczas 
posłuchania w Watykanie ośmielił si
 nie 
tylko podnieść głos ale nawet chwycił pa- 
pieża za ręk
 i mocno szarpnął. Mickiewicz 
chciał zbudować nowy porządek świata, 
papie.i stał na straży starego. Mickiewicz 
wołał: "Ojcze święty!... Gdybyś raz 
usłyszał jęk matki-Polki, 'tobyś sen stracił !". 
Niestety, papież Pius IX nie chciał słyszeć 
głosu matki Polki, ani głosu Mickiewicza, 
którego "Księgi pielgrzymstwa polskiego" 
określił publicznie papież Gregorz XVI 
już w r. 1833 jako dzieło pełne złośliwości i 
lekkomyślności. My czcimy je tak jak 
ewangelję, książkę do nabożeństwa. Dla 
nas powstanie listopadowe, tak bezwzględnie 
po
pione przez Watykan, jest jedną z 
naj piękniejszych kart historji Polski. 
Niemasz nic nowego pod słońcem, tak 
więc i moja polemika z "Mieczem Ducha" 
ma pewne precedensy . Już w czwartym 
dziesiątku lat XIX w. "Demokrata Polski", 
wydawany w Poitiers, polemizował z 
ultrakatolickim organem ,,\Viadomości His- 
toryczne i Literackie", pisząc m.in. : 
"Niech Wiadomości zwrócą' uwagę na 
list encykłicz!lY papieża Grzegorza XVI, 
gdzie powstających 
'łochów nazywa zuch- 
wałymi buntownikami... gdzie przytacza 
wyrazy Klemensa XIII :... "dowiedzieliśmy 
się o książkach siejących mi
y ludem 
pewne doktryny wstrząsające wiar
 i podleg- 
łoŚĆ winną monarsze, i zapalające płomień 
buntu... należy pamiętać, że według zdania 
apostoła, wszelka władza pochodzi od Boga, 
że kto się jej opiera, staje wbrew przykazaniu 
Boskiemu, że opierający się ściągają na. 
siebie po
pienie". Czy i wówczas \Viado- 
. 


mości utrzymywać b
ą, że te wyrazy nie z 
przekonania, ale z musu napisane zostały?.. 
Czy podobnemi naukami zechcą Lud Polski 
powołać do zrzucenia tłoczącego go jarzma?". 
I dalej o bulli wzywającej biskupów 
polskich do posłuszeństwa wobec caratu: 
,,\\Tiadomości utrzymują, że bulla do 
Biskupów ,polskich... wydl!I'tą została 
przez groźby Moskwy, przez bojaźń nie 
nara:7..a.nia jeszcze wi
ej katolicyzmu na 
prześladowanie w Polsce. \Viadomości wy- 
baczą nam, iż powiemy, że i w tym razie 
fałszują, przekręcają fakta. Bulla nie wy- 
darta została przez groźby l\'Ioskwy, ale 
przez bojaźń utraty władzy duchownej, a 
jeszcze więcej świeckiej. Kiedy bowiem 

'łochy w 1831 r. rzuciły się do broni, wtedy 
papież zagrożonym będąc... przyjął pomoc 
Moskwy, zaręczającej mu całość państw 
jego, pod warunkiem napisania powyższej 
bulli do duchowieństwa polskiego. Była 
ona więc ukartowaną, nie wówczas kiedy car 
prześladował katolicyzm, ale kiedyśmy or
- 
żem dobijali się praw naszych, i zwycięztwa 
jedynie nasze opóźniły jej publikację. Niech 
wytłómaczą \Viadomości, dla czego po 
upadku rewolucyi listopadowej, urz
owy 
dziennik Rzymski, nie oszczędzał wyrazów 
na jej zesromocenie, po
pienie ? Jak również 
dla czego papież w liście z d. 5 Paź. 1833 r. 
pisanym do biskupa w Rennes, Księgi 
Pielgrzymstwa PolsI.. iego nazywa pismem 
zuchwałem i pełnem złości" ("Demokrata 
Polski" z dn. II kwietnia 1838 r.). 
Tę sarnę linję polityki w sprawie polskiej 
utrzymał też następca Grzegorza XVI i Piu- 
sa IX, Leon XIII, "za którego wyrzynano 
bez protestu unitów, który nigdy nie bronił 
słabych przeciw możnym, który zawiesił 
Ol"der Chrystusa na piersi, w której biło jedno 
z naj podleJszych serc naszych czasów - na 
piersi Bismarcka, a na stolicy prymasó," 
poląkich osadził Niemca Dindera, słowiańskim 
zaś biskupom pozwolił używać języka naro- 
dowego o tyle, o ile to nie sprzeciwia się 
interesom pai1Stw, do których należą ich 
ludy" (Stanisław Witkiewicz). 

je bacząc na wszystko, Polska pozostała 
krajem szczerze katolickim, wiernym tra- 
dycji. 
Ale artykuł "Polska. a Stolica Apostolska" 
podejmuje niewdzięczne zadanie. Gdy na 
jedną szal
 położymy naszą tragedj
, na dru- 
giej znajdą się rzeczy o zbyt małym ciężarze. 
Zatem wspomniane przemówienie z dn. 30 
września 1939 r. Zatem fragment enc
'kliki 
"Ad S=i Pontificatus", gdzie m. in. mowa 
o "ukochanej Polsce, która dzięki wierności 
swej kościołowi, dzięki zasługom w obronie 
cywilizacji chrześcijańskiej, zapisanym w 
dziejach niezatartemi zgłoskami, ma prawo do 
ludzkiego i bratniego współczucia świata"... 
Idźmy dalej, przebiegając te straszliwe dwa 
lata. Zatem wymienić trzeba kilka audycyj 
radja watykańskiego, w których przez pewien 
czas usiłowano protestować przeciwko zbro- 
dniom niemieckim w Polsce. Cóżby jeszcze 
dodać? Prawda, w Dzień Zaduszny speaker 
watykański modlił si
 za Polskę. Ponadto 
dn. 10 października b.r., jak "z wielką ra- 
dością" notuje miesi
znik, nuncjusz papie- 
ski na śniadaniu w Londynie powiedział: 
"Wiecie dobrze, z jaką sympatją odzywał się 
Ojciec św. o waszym narodzie, jego dziejach 
i jego przyszłości". Nie wiemy coprawda, 
ale i my "z wielką radością" notujemy te 
słowa. Dodać jeszcze wypada wyjątek z 
listu do prymasa Polski, ks. kardynała 
Hlonda: "Znane Ci są w szczegółach, 
Eminencjo, czyny i starania, których albo 
już dokonaliśmy albo dokonać zamierzamy, 
by ratować ukochany tak czule przez nas 
naród polski"... Może te sprawy są znane 
prymasowi, przebywającemu od początku 
wojny poza Polską, nam znane nie są. 
Trzeba jeszcze 
 wiązankę uzupełnić kilku 
błogosławieństwami apostolskiemi, które 
otrzymał naród (nie żołnierz!) polski, p. Pre- 
zydent i p. Premjer. Aby stało si
 zadość 
sprawiedliwości, zamykam cały bilans po- 
mocą materjalną dla uchodźców i jeńców 
polskich. Koniec. 
To wszystko, co w przeciągu dwóch lat i 
czterech miesięcy zrobił dla nas najwyższy 
autorytet moralny, obecny papież. Niem- 
cy wymordowali 82000 Polaków, w obo- 
zach koncentracyjnych zamknęli mo 000, z 
górą miljon skazali na roboty przymusowe. 
O tych sprawach radjo watykańskie mówiło 
bardzo krótko i umilkło z przyczyn, podykto- 
wanych zapewne względami racji stanu. Od- 
dawna. panuje w 
Tatykanie cisza na temat 
Polski, cisza tern bardziej grobowa i ambara- 
sująca, że nuncjusza przy rządzie polskim 
niema. "Ojcześwięty! Gdybyśraz usłyszał jęk 
matki-Polki, tobyś sen stracił !"... Dzisiejszy 
krzyk i jęk matki-Polki jest stokroć głoś- 
niejszy, a rozlega się od dwóch lat z górą. 
Czy Watykan wie o tem, że np. kościół św. 
Rocha w Poznaniu został zamieniony na 
magazyn wojskowy, kościół zaś Najświętszej 
Marji Panny-na muzeum niemieckie. W ka- 
tedrze gniew ieńskiej i w poznańskiej farze 
odbywają się koncerty dla żołnierzy nie- 
mieckich, w kościele w Przasnyszu jest ma- 
gazyn zboża. Diecezja krakowska otrzy- 
mała rozkaz wydania wszystkich dzwo- 
nów (nie wykonała tego rozkazu l), w 
diecezji zaś chełmińskiej biskup niemiecki 
zatwierdził zakaz spowiadania po polsku 
nawet śmierteWe chorych... To jęk kościoła 
w Polsce, ale jęk matki-Polki jest jeszcze 
bardziej rozpaczliwy. 
Ciszę przerwał "Miecz Ducha" , czyli można 
pisać i można mówić. W zapasach śmier-. 
teinych, które decydują O' ludzkości i o 
chrześcijaństwie, Watykan zachował stano- 
wisko mniej niż neutralne. Gdy odezwał się raz 
wyraźnie, uczynił to w tym celu, by udzielić 
błogosławieństwa żołnierzom...włoskim. Słu- 
sznie! Papież jest Włochem, my jesteśmy 
Polakami. Papież jest 
'łochem, dlatego 
nawet w ostatniem orędziu wigilijnem 
poświ
ił kilka gorących słów odwadze, 
z jaką broni się ziemia łacińska. Wpra- 
wdzie nie wiemy nic o obronie, wiemy 
natomiast o tern że \Vłosi napadli na Grecję, 
ale musimy zgodzić się z faktem, że papież jest 

'łochem. Jednakże my jesteśmy Polakami. 
Ostatnie or
ie wskazuJe na to, że 
\Vatykan nareszcie, nareszcie pragnie wyjśĆ' 
z impasu: "Jusqu'A ce jour, nousnous śtions 


tekst polski 


angiels ki 


cena 28. 


" 


do nabycia: M. I. KOLI N (Publishers) LTD. LONDON: 9, New Oxford Street, W.C.I. PERTH: 28, King 
Edward Street. DUNDEE: 24a, Cowgate. BLACKPOOL: 40, Lytham Road. 


" 


J. P. MAJEWSKI 


A 


l\T 


I 


N 


lloś6 i rozmiar samosądów i masakr nie- 
mieckich, dokonanych na ludności polskiej, 
wyświetli dopiero przyszloś6. Jeżeli clwdzi o 
masowe, jednodniowe rzezie bęz sądu, na 
Okęciu zamordowano 50 osób, w Bochni - 80, 
w Skierniewicach - 150, w Chrzanowie - 200 
i w Aninie - 200. 
Tutaj podaję przebieg wypadków w Aninie 
z opowiai/,ania uczestnika, który znalazl się 
wśród 8kazanych na śmier6. 


starego $zalewicza się trzęsie, wi
 razporaz 
biją go po głowie. 
. Przez drucianą siatkę ogr,)dzenia widzę 
Jak prowadzą coraz nowe part je wyłapa- 
nych. Na spotkanie ich wychodzi, kołysząc 
się w biodrach, cherubin-hemafrodyta. 
Pełen uśmiechów przyjaznych, pyta o "Rje- 
volvjer" i nagle uderza po twarzy cienkim 
stalowym prętem. 
. Za nami stawiają nowe szeregi. Słychać 
Ciągłe o
głosy bicia i okrzyki: "Polnische 
Hunde" , "Polnische Schweine". 
Za . mną stoi woźny województwa, stary 

złoWlek. Otrzymał tak mo<.,ne uderzenie, 
ze barankowa czapka zleciała mu z 
głowy i upadła między mną i ogrodzeniem. 
Czernia.ła tak w śniegu, i niewiadomo było, 
p
dnOSIĆ czy nie, aby nie zostać uderz-onym. 
Nie rozumiem po niemiecku - Jakiś wrzask 
niemiecki wziąłem za rozkaz podniesie- 
nia; kiedy chciałem się pochylić, unieru- 
chomił mnie wrzask jeszcze sroższy. Ale 
Niemcy zaczęli bić kogoś innego. Był to 
lekarz weterynarji, za którym przybiegł jego 
pies. Pies nie dawał się odpędzić, mimo 
rozkazów swego pana. Bito więc wetery- 
narza. że się odzywa z szeregu, i kopano psa, 
że nie odchodzi. 
Znowu sięgnęli aż do pierwszego rz
u do 
trzęsącej się głowy starego Szalewicza. 
Skowyt kopanego psa, głuche uderzenia 
razów, nieruchomość bitych i milczących 
ludzi, światło pełni księżycowej, śnieg w 
którym odbijały się długie czarne cienie, 
mróz wszechobejmujący - sprawiły, że 
czułem się zupełnie otępiały. Myślę, że ta 
o
piałość spłynęła na mnie. jak fluid od 
tych wszystkich ludzi. Mignęło mi przez 
myśl, że jesteśmy tak bierni, jak wyrzynana 
przez bolszewików inteligencja, pomyślałem 
też sobie - pamiętam - że przecie żaden z 
nas nie ma broni. _ Myślałem beznami
tnie 
i obojętnie, jakby kto inny myślał za mrrie. 
Koło godz. 3 wyszli z komendy trzej 
oficerowie Gestapo, wysocy, smukli, świetnie 
ubrani, o inteligentnych twarzach. Przeszli 
między ogrodzeniem i pierwszym szeregiem, 
przypatrując się twarzom. Zatrzymali się 
przed sąsiadem urzędnika starostwa, który 
stał przy mnie. Spytali o coś, urzędnik sta- 
rostwa pośpieszył jako tłumacz.- Wyszli za 
obręb brańców, odbyli krótką naradę, poczem 
wywołali, idąc znów wzdłuż szeregu, urzęd- 
nika starostwa, mnie, dyrektora fabryki, 
właściciela willi i Szalewicza. Jeden tylko 
Szalewicz był w starej jesionce, my czterej 
pozostali mieliśmy na sobie dostatnie futra 
i wyróżnialiśmy si
 widać spośród mas
' 
ludzkiej. 
Prowadzą nas przez podwórze komendy. 
Na tern podwórzu z'hajdują si
 pięknie 
utrzymane groby Niemców, poległych pod 
Aninem w czasie oblęenia Warszawy. 
Przy grobach stoi człowiek - na tym 
straszliwym mrozie tylko w czarnem mary- 
narkowem ubraniu. Człowiek chwieje się. 
Kiedy mijamy . bliżej, rozeznaj
 męż- 
czyznę lat może trzydziestu, w stanie 
skrajnego wyczerpania, z głową spuszczoną; 
z rękami obwisłemi wzdłuż ciała, chwieje 
się, z wysiłkiem starając si
 stać. Pilnuje 
go żołnierz. 
W przedpokoju komendy ustawiono nas 
pięciu rz
em. Ja byłem czwarty. Pokolei 
wzywano do pokoju komendy. Zwróciło moją 
uwagę, że wzywani wracaJą niemal natych- 
miast. Za mną stał Szalewicz. 
Kiedy mnie wezwano, znalazłem si
 w 
pokoju, w którym stało półkolem ze dwu- 
dziestu oficerów Gestapo. Jeden tylko sie- 
dział przy stole, trzymając pióro. Odezwał 
się od stołu czystą polszczyzną: 
- Proszę podejść tu. . 
Zrobiłem par
 kroków i stanąłem przed 
nim. 
- Twarzą do pana. pułkowuika.. 
\Yówczas zobaczyłem twarz, której nie 
zapomnę. Twarz oficera, którego wieku 
określić niepodobna, musiał mieć jednak 
pięćdziesiątkę. Bardzo niski, przeraźliwie 
chudy, o twarzy wyschłej jak trupia czaszka, 
pokryta błoną pergaminu. Ten pergamin 
był poryty w głębokie brózdy. W tem 
wszystkiem oczy zupełnie bez koloru, bez 
wyrazu i bez ruchu. Rybie oczy patrzyły 
na mnie. Mumja miała siwe włosy, ostrzy- 
żone na jeża. 
Zanotowano moje imię, nazwisko, rok i 
miejsce urodzenia i kazano wyjść. Wówczas 
pomyślałem, że idę na śmierć, bo były to 
tradycyjne cztery pytailla. przy egzekucjach. 
\V innych wypadkach pytano o zawód. 
Kiedy więc za drzwiami znikł skolei Szale- 
wicz, zacząłem rozglądać si
, czyby wbrew 
wszystkiemu, nie uciekać. Ale niebawem z 
drzwi wysunął głow
 gestapowiec i rzucił : 
- Tych czterech odprowadzić do domu. 
Pomyślałem, że widać. rozkaz rozstrzelania 
tak si
 nazywa. 
Eskortowało nas czterech .żołnierzy, trzy- 
mających w dłoni rewolwery. Znowu minę- 
liśmy chwiejącą si
 postać, groby, czarne 
r
y brańców stojących pod ogrodzeniem. 
Idący za mną fabrykant mruknął: 
_ Też porządki! Na to żeby pisać .na- 
zwisko, trzymają całą noc. 
\Vidz
, że ten człowiek nie orjentuje się '" 
niczem. Jestem pewien, że za chwil
 otrzy- 
mam kulę w tył głowy. Ksi
życ jest już nisko 
i za mną, widzę więc wydłużony cień żołnie- 
rza i cień ręki, trzymającej rewolwer. Obser- 
wuj
 ten cień z całem napi
iem uwagi, 
zdecydowany, w razie jeśli podniesie rewol- 
wer, rzucić si
 na niego. Czasem ręka zatacza 
szerszy łuk, i wówczas gotuję si
 do skoku. 
W pewnej chwili mój towarzysz mówi, że 
to jego dom. Żołnierz robi .ruch ręką, 
nakazujący by wszedł do domu. Drugi 
każ
 mi ilió dalej li&IIlemu do sweio domu. 


"Teraz obaj będą strzelali" myślę. 
Odchodzę patrząc bokiem. 
- Prędzej ! - woła żołnierz. 
Jestem już o dziesięć kroków i orjentuj
 
si
, że strzelać nie myśli. _ 
Koło mojego domu stoi wartownik - hano- 
werczyk starszego rocznika. 
- Puścili pana., prędzej, pr
zej niech pan 
wchodzi. Prędzej, prędzej - mówi z jakąś 
ul&ą i z troską w głosie. 
Zona i matka tkwią u drzwi od samego 
mego wyjścia. Ten żołnierz wtedy powie- 
dział: "Już mu rękawiczki nie 
ą po- 
trzebne"... 
Dowiaduję się, że trzy strzały, usłyszane 
koło godz. 19, to były strzały bandyty, któ- 
rego dwu sierżantów niemieckich chciało 
aresztować w pewnej kawiarence. Potem 
zaczęły się rewizje narazie przez bataljon 
saperów, nim przyjechało Gestapo. Jeden z 
Niemców, na podstawie podobnego wypadku 
w Sudetach, wiedział czem si
 to skończy i 
uprzedził Polk
, żeby mężczyźni uciekali. 
Kobieta brnęła w śniegu od domu do domu, 
stukała w okna i alarmowała. Ale Anin jest 
rozrzucony, i nie zdążyła zawiadomić wielu. 
Pewna. matka leniła si
 wstać do pukającej i 
odprawiła ją ostro. Kobieta nie mogła tracić 
czasu i pobiegła dalej. Tej matce 'WZi
li 
syna. 
Pani Szalewiczowa posłyszała ruch w 
naszej części willi i przybiegła pytać: 
- Gdzie Stasio? . 
- Lada chwila powinien tu być - odpo- 
wiedziałem w najlepszej wierze. 
Siedzieliśmy na pięterku, patrząc przez 
oszklone drzwi na zalaną światłem księży- 
cowem drogę. Szalewicz nie wracał. 
Koło godz. 5 słyszymy silną salw
 kilku 
karabinów maszynowych. Po salwie krótkie 
strzały pojedyńcze. 
- Zabijają! - krzyczy spazmatycznie p. 
Szalewiczowa. 
Salwy powtarzają si
 co pewien ods
p 
czasu. 
O godz. 6 kończy się zakaz wychodzenia 
z domu. Zmilkły salwy. Pani Szalewi- 
czowa biegnie w stron
, gdzie strzelano. 
Laski Anina rozbrzmiewają lamentem 
kobiet. 
Szarzeje. Na zmierzchłej drodze ukazuje 
się biegnący cień. To Szalewiczowa: 
- Zamordowali Stasia ! 
Znalazła jego trupa z wywalonemi: okiem 
i częścią mózgu. 
Przybiega córka Szalewiczów, nauczy- 
cielka ginmazjum,. mieszkająca na innej 
uliczce. Obława się skończyła na mojej 
uliczce. Okazało się że Niemcy zgroma- 
dzili dwustu delinkwentów. Po stu za 
jednego Niemca. Pierwotnie Frank wydał 
rozkaz rozstrzelania pi
iuset. 
Kobiety biorą saneczki dziecinne, które 
były w willi, i idą po ciało Szalewicza. 
Widzimy z okien, jak wiele kobiet udaje si
 
z saneczkami w tamtą stro
. Potem 
widzimy, jak dwie kobiety .na śmiesznie 
małych saneczkach wiozą trupa. Ciało nie 
może się zmieścić, wi
 jedna trzyma wysoko 
uniesione nogi, a druga boryka si
, ciągnąc. 
Coraz ktoś od tyłu wpada, wołając aby 
uciekać. I podczas gdy kobiety si
 krzątają, 
ludność ID
ka ucieka. 
Matka z córką wracają z pustemi sanecz- 
kami. Niemcy postawili warty i nie pozwa- 
lają zabierać trupów. Tylko niektóre ro- 
dziny zdążyły to zrobić. 
Postanawiam wyjechać do Warszawy 
koleją. Na dworcu tłum. Pokazują mi 
kobietę, której zabito męża i syna, stu- 
denta politechniki. Jest spokojna i nie 
płacze. Pewnej matce zabito czterech sy- 
nów. Nad jedną "ulitowali si
" - spytali. 
którego z dwóch synów mają wziąć. Znie- 
cierpliwieni, wybrali sami. 
\V drodze spotkałem dwu braci, którzy 
byli w ostatniej dziesiątce, już nie rozstrze- 
lanej. Opowiedzieli przebieg egzekucji. 
Skazańcom kazano iść w stronę plantu, 
przeszli tunelem aż na pole, gdzie stały 
karabiny maszynowe. Wydzielono dwu- 
dziestk
, kazano kłęknąć i modlić się. Z 
dwu stron błysnęły reflektory ciężarówek, i 
padła salwa. Potem dostrzeliwano. 
Kiedy kazano kłęknąć nas
pnej dwu- 
'dziestce, ludzie zaczęli wołać : 
- Jestem na służbie państwowej! 
- Jestem Volksdeutsch! 
- Jestem obywatel ameryk&ński ! 
Nic nie pomagało. Rozstrzeliwano dwu- 
dziestkę po dwudziestce. Widać, delink- 
wentów było dwustu dziesięciu, bo ostatni 
dziesiątek oszczędzono. 
- Pan pułkownik darowuje wam życie - 
powiedział oficer Gestapo - pod warunkiem, 
żebyście do godz. 8 pogrzebali zabitych. 
Niemcy pojechali, z ciemni wysunęły si
 
na pole rzezi przytajone kobiety. Z gromady 
trupów nagle poderwał si
 jakiś cWopak i 
jak oszalały pomknął w las. Potem podniósł 
się, chwiejąc si
 na nogach, miejscowy fryzjer 
i błędnie pytał: 
- Proszę państwa, co jam mam robić, 00 
ja mam robić? 
Miał w dwu miejscach przestrzelone plecy. 
Zaopiekowano si
 nim. . 
Przy ciele zabitego weterynarza leżał za- 
bjty pies. 


* 


Był drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. 
Zaziębiony, od kilku dni leżałem w łóżku. 
Koło godz. 18 musiałem jednak wstać i 
wyjść, bo dowiedziałem się że nadeszły cztery- 
zamówione przeze mnie wagony węgla. Tak 
samo jak wszyscy, czepiałem się nieoczeki- 
wanych zajęć, handlowałem czem mogłem, 
byle utrzymać rodzinę. 
Zakaz pojawiania się na ulicy obowiązy- 
wał od godz. 20, wi
 śpieszyłem się by 
dokończyć formalności w mieszkaniu swego 
wspólnika. W czasie naszej rozmowy posły- 
szeliśmy trzy 'strzały rewolwerowi'; nie 
zwróciliśmy na nie większej uwagi. 
Wyszedłem o godz. 19.30, by na czas zna- 
leźć się w domu. Był trzydziestostopniowy 
. mróz. Brnąłem przez zaspy, wtuliwszy 
twarz w podniesiony kołnierz futra. Na 
przejeździe kolejowym natknąłem si
 na 
biegnący patrol niemiecki pod dowództwem 
oficera. Byli to saperzy z konsystującego 
tu hanowerskiego "Baubationu". Patrol 
pośpiesznie mnie obszukał i pobiegł dalej. 
Stałem rozmyślając - co robić? Najwi- 
doczniej odbywa si
 jakaś obława. Nie 
dał mi czasu do namysłu następny patrol, 
który ponownie mnie obszukał i zabrał 
na wartownię. Niebawem zaczynają napły- 
wać coraz to nowe patrole, prowadząc nowych 
aresztowanych. W ciasnej wartowni zaczyna 
się robić ciasno. Żołnierze wyprowadzają 
ws ystkich na podwórze i każą stać z 
podniesionemi rękami. To męka tak trzy- 
mać podniesione ręce. Pozwalają nam 
wkońcu trzyn1ać je założone za głow
, ale 
i to jest taką m
zarnią, że mimo mrozu 
pot ciurkiem spływa mi po twarzy. Stojąca 
obok żQna mego przyjaciela, gruźliczka, 
chwieje się na nogach i j
zy. 
\Vytrzymali nas tak dwie godziny, poczęli 
wzywać po kilka osób, kapral spisywał 
personalja i puszczał do domu. 
\V domu wybiegają na moje spotkanie 
matka i żona: 
- Jesteś! Wielka obława na ludzi - w 
kawiarni zastrzelono dwóch sierżantów nie- 
mieckich. 
Chwila wahania. Ale reflektuję się, że 
mam alibi. Zresztą dokąd tu uciekać w 
mróz i noc? Dworzec napewno strzeżony, a 
każdy sąsiad zagrożony w równym stopniu. 
Kładziemy się, i każde z nas udaje, że śpi. 
Koło godz. l słychać po stopniach ganku 
ciężkie kroki. , 
- To po mnie - rzucam szeptem w 
stronę łóżka żony. 
Stuk kolby w drzwi. Żona otwiera- 
wchodzi czterech zaśnieżonych' żołnierzy. 
Dwaj pierwsi wyciągają rewolwery, jeden w 
moją, drugi - w stronę żony. Dwaj drudzy 
stoją z tyłu z r
znemi granatami w dłoniach. 
Poznaję ich - to ci z brązowemi kołnie- 
rzami, przydzieleni do Gestapo. 
- Bist du ein Pole t 
-Tak... 
- Steh auf ! 
- Dlaczego t - dochodzi nabrzmiały prze- 
ra
eniem i prośbą jęk żony. 
Odpowiedziało jakieś warknięcie. 
Żona trzęsącemi się rękami daje mi futro. 
Krząta si
, szukając rękawiczek. Dowo- 
dzą.cy drab wychodzi z jednym z żołnierzy_ 
do drugiej połowy willi - tam mieszka 
inż. Szalewicz z kr6iów. 
- Czy napewno pan jest Polakiem?- 
pyta jeden z pozostałych żołnierzy. 
- Tak. 
Milczenie. 
- Czy brał pan udział w wojnie? 
- \V r. 1920, w polsko-bolszewickiej. 
-Ach, so !... 
I po raz trzeci: 
- Czy pan jest Polakiem? 
Ale tamci ukazują si
 z Szalewiczem w 
otwartych drzwiach, z których wieje ciem- 
noŚĆ i mró. 
- SchnelT... 
- Zaraz, tylko mu znajdę rękawiczki- 
kI-ząta się żona. 
Coś mruknął dowódca patrolu, nie zrozu- 
miałem co. W oczach żony zastygło prze- 
rażenie. Nie zdąŻyłem spytać, co odpowie- 
dział. Wypchnięty do Szałewicza, brn
 
obok niego w śniegu z rękami, według 
rozkazu założonemi w tył. - 
Przed budynkiem komendy zas
puje nam 
drogę dwu żołnierzy. Jeden z nich, to 
młodziutki chłopak o panieńskiej cerze i 
wijących się lokach. 
Chwiejąc si
 w biodrach, wys
puje na- 
przód i pełen uśmiechów zapytuje: 
- Haben sie ein Rjevolvjer? 
Głos jego, to piskliwy, niewymutowany 
głos hemafrodyty. 
Stawiają nas twarzą przed ogrodzeniem 
placu. Jest już tam kilku ludzi. Po mojej 
prawej r
e stoi Szalewicz. Po lewej sta- 
wiają urzędnika starostwa. Znamy się, ale 
nic dajemy tego poznać po sobie. 
Trzymamy wciąż jeszcze r
e, tak jak 
nam kazano, za sobą. Niemcy biją rewol- 
werami po rękach, więc je opuszczamy 
wzdł
 ciała. Nogi kostnieją w tym wielkim 
mrozie, wi
 zaczynamy tupać. Niemcy 
kopią tupiących, i zmarźli ludzie, zwróceni 
twarzami do ogrodzenia, stoją nieruchorno, 
z rękami wyciąilliętemi WIo baczność. Głowa 


--ł 


. 


. 


MIECZYSŁAW SZERĘR 


, 
NARDO W PARLAMENCIE 


* 


Pogrzebano zabitych równemi rz
ami i 
postawiono na ich grobach krzyże. 
Rodziny, które zdążyły wykraść trupy, 
nie dały ich grzebać Niemcom. 
Joot wi
 krzyży sto osiemdziesiąt-sześć, 
a na nich nazwiska stu osiemdziesi
iu 
sześciu Polaków i lata urodzenia. Pogrze- 
bano ich stu osiemdziesi
iu sześciu w wieku 
od 14 do 76 lat. 


prawa i obyczaje polityczne Anglji 
z 8 ilustracjami 
, cena 7/6 
do nabycia w ksi,garniach: 
M. I. KOLIN (Publishers) LTD. LONDON: 9, New Oxford St., W.C.l. PERTB: 28, King 
'Edward st. DUNDEE: 248, Cowgate. BLACKPOOL: 40, Lytham Road. 


. 


J. P. MAJEWSKI. 


ZYGMUNT NOWAKOWSKI.. 


, .
		

/Archiwum_005_03_010_0001.djvu

			"" 
4 


. 


WlADOMOŚC1 POLSKIE 


" 


Nr. 2 (96) 


EDWARD 


"TITTIG 


Radjo polslcie w Londynie podało dn. 
29 listopada b.r. wiadomość o zgonie 
Edwarda Wittiga, który umarł w \Varszawie 
na udar serca w wieku lat 64. 


- 


--
 
;: _ c 


--
 



 


- 
- 




 


-.
 


-
 


, ' 
.co......, _ 
_", 


GABRJEL NARUTOWICZ 
bronz 


Ta lakoniczna inforll18.cja nic mO\\ I nam, 
w jakich okolicznościach zakOIlczyi życie 
jeden znajwybitniejszych wFpólczpsnych 
artystów polskich, do niedawa.na jeszczo. 
pełen wigoru, zdrowia i niepo'żytej energji. 
Tym przyrodzonym warmlkom \Yittig 
wiele zawdzi
czał. Walcząc zamłodu z nie- 
dostatkiem, doszedł stosunkowo wczPŚnip do 
dużego powodzenia, któremu, jak to zwykle 
bywa, towarzyszyła niech
ć mniej od niego 
energicznych i życiowo poradnych artystów. 
Akademicy zarzucali mu modernizm, moder- 
niści-akademizm. \Vystarczylo natknąć się 
na którejś z ulic warszawskich na jakieś 
jego dzieło, - a było ich w "\Varszawie sporo, 
- np. na pomnik "Lotnika" (na pl. Unji 
Lubelskiej), na "Peowiaka" (przed Zachętą) 
czy na "Ewę' (w parku Ują.zdowskim), ażeby 
nasłuchać si
 od towar.ł:ysza spacpru kry- 
tycznych, a często uszczypliwych, uwag. 
Odpowiadać na to lub wdawać się w grun- 
towne wyjaśnienia, nie było łatwo. Forma 
bowiem "Tittiga była prawie zawsze nip- 
doskonała i nieostateczna. ,,' ahała się 
mi
dzy zapalczywą obserwacją natury a 
poczuciem bryły. Kie była nigdy kopją 
kształtów żywcem wziętych z natury, ale 
nie była też beztroskicm stosowaniem jakiejś 
doktryny plastycznej. ,y "Lotniku" np. 
przeważa konstI'\lkcJa i dpkoracyjne kompo- 
nowanie formami; "Peowiak" natomiast 
jest tak intensywneID studjum ciała leżącego 
mężczyzny, że mistrzowską tę prac
 trudno 
uważać za dobry pomnik. 
\V tym niedosycie i Jak gdyby niedoprowa- 
dzonej do końca decyzji leży żywotność 
rzeźby \Yittiga. Dzieła jego pulsują gorącz- 
kowem zaciekawieniem dla kształtów ludz- 
kiego ciała i potrzebą przetwarzania ich na 
formy, dalekie od rzeczywistości i przy- 
padkowości, zamknięte w haTITIonijnem 
istnieniu. Kontmst ten, wspólny artystom 
wszystkich czasów i narodów, Jest widomym 
znakiem autentyczności. Ludzie, którzy w 
dziełach sztuki nie szukają "piękna", lecz 
odczytują je jak manuskrypt duchowego 
uniesienia, w pracach takich jak Wittiga 
znajduJą pomoc w poznawaniu i potęgowaniu 
własnych swych przeżyć. Dzieła takie pod- 
niecają w nas wol
 odszukiwania w chaosie 
zjawisk tego co wielkie i ważne, a odrzucania 
tego co małe, przypadkowe i przemiJające. 
* 


W pracach Wittiga skryta jest - poza tą 
ludzką, ogólnoludzką ich ważnością - jesz- 
cze inna nuta. 
\Y czasie kiedy "Tittig kończyi pomnik 
Słowackiego, przeznaczony dla Lwowa, często 
zachodziłem do jego pracowni warszawskiej ; 
przestronnej, z cegły i drzewa skleconej budy, 
stojącPj w podwórzu obok gmachu mini- 


"-- 


:. 



 
I; 


# 


k 


:. 


... - 


""'- 


sterstwa rolnictwa. Któregoś dnia ogląda- 
liśmy "Słowackiego.' bardzo szczegółowo, 
idąc od fragmentów do całości i wracając 
do szczegółów. Służący, zaraze.m model 
Ylittiga, który przpz parę lat pracy u 
artysty nabrał szczerego zainteresowania 




 

" 


-: 



 



 


". 


'" 


t. 


\i' 
I\, 
,,' 
. 


. 
1. 




 


,> 


C} 


. 


dla rzeźbisrskiego rzemiosła, słuchał w 
milczeniu naszych uwag i rozważań i po- 
słusznie obracał ogromnym kilkutonnowym 
zwałem gliny, odwracając ku nam "Słowac- 
kiego" raz tą to znów tamtą stroną. Nie 
spostrzegliśmy się, jak w pracowni ścienmiło 


si
 niemal zupełnie i jak głowa i tors "Sło- 
wackiego" utonęły w zmierzchu pod wyso- 
kim pułapem pracowni. Resztki światła, 
sączącego si
 jeszcze oknami, przylgnęły 
tylko do ciężkich, glinianych fałdów płaszcza, 
energicznie podtrzymujących postać poety 
pot
żncmi filarami. 
- To jak gdyby szkarpy domów krakow- 
. 
, 
 


" 


:>. 


.- 
'" 


. 
-- 


PEOWIAK 
bronz 


skich - powie
ziałem do Ylittiga - z Flor- 
jańskiej, z Siennej. To zjawa naszego śred- 
niowiecznego Krakowa. Nasz gotyk. 
,y słowach, któremi \Yittig zareagował 
na tę uwagę, posłyszałem ton takiego wzru- 
szenia, jakiego nigdy przedtem u niego nie 


. " 


" - 



 


"'-ł 
'\; 



...
 



 


EWA 
kamieil 


obserwowałem. Kiedyś, znacznie później, 
wyznał mi, że sprawiłem mu najwyższą 
radość: że odsłoniłem korzenie, któremi 
twórczość jego związana jest z naszą ziemią. 


HENRYK GOTLIB. 


NOWE 


"PO
NIKI" 


PEDAGOGdl 


Niedawno wydany "Przegląd Pedagogicz- 
ny" ("miesięcznik Zrzeszenia Nauczycieli 
Polskich w Wielkiej Brytanji") jest nowym 
"pomnikiem" sprawności i zawodowych 
umiejętności naszych urzędowych oświatow- 
ców. Wydanie pisma obarcza rrząd Oświa- 
ty, gdyż "Przegląd" wyszedł pod patronatem 
Urzędu i prawdopodobnie za jego pieniądze; 
redakcja wydrukowała uie tylko wyjątki z 
ustaw i przemówienie ministra, ale również 
karygodnie i lekkomyślnie listę uczestników 
zjazdu nauczycielskiego, "zgłoszonych do 
Urzędu Oświaty". Ponadto, zarówno w arty- 
kule wstępnym jak we wzmiankach, redaktor 
pisma Pawłowski, zajmujący odpowiedzialne 
stanowisko w emigracyjnej hierarchji szkol- 
nej, wyraźnie tę współodpowiedzialność pod- 
kreśla. 
Jakże wygląda pismo, zapowiadane od 
wielu miesięcy, wydane z pomrukiem głębo- 
kiego zadowolenia z siebie i z brakiem zwy- 
czajowej przy pierwszym numerze skromno- 
sci, a kompromitujące stan nauczycielski na 
emigracji w wysokim i niezasłużonym przez 
ogół stopniu? 
Przejrzenie choćby powierzchowne pisma 
wykazuje całkowitą nieznajomość najprost- 
szych zasad redakcyjnych. Nieporadność w 
łamaniu i układzie numeru, powodująca 
przetykanie artykułów komunikatami i 
wzmiankami, pomieszanie tekstów polskich i 
angielskich, informacyj - z publicystyką, 
wyjątkowo niestaranna korekta - oto obraz 
wyglądu zewnętrznego tej pedagogicznej 
jaskółki. 
StęSkniOllY jednak za polskiemi wydaw- 
nictwami pedagogicznemi czytelnik brnie 
odważnie przez haszcze układu, spodziewając 
się, że może treść usprawiedliwi wydanie 
czasopisma - i tu spotyka go zawód naj- 
dotkliwszy. Z wyjątkiem poprawnego arty- 
kułu prof. Kukulskiego "Brytyjski ideał 
pedagogiczny", reszta materjału jest nie 
tylko poniżej poziomu jednodniówki semi- 
narjum nauczycielskiego w powiatowem 
miasteczku, lecz obfituje ponadto w "kwia- 
tuszki", które budzą z początku "śmiech 
pusty, a potem lito!<ć i trwogę". ' 
Przebojami numeru są: artykuł wstępny 
pióra redaktora pisma oraz inny jego płód 
p.t. "Krok naprzód". Ten "krok" jest raczej 
włóczęgą po zawiłym labiryncie.. Czegoż 
bo wszechstronny autor nie włączył do tego 
zasadniczego dla pisma artykułu? Zaczyna 
się od zapowiedzi dyskusji z artykułem Wie- 
uiewskiego w nr. 72 ,,\Viadomości Polsldch" i 
ataku na Mackiewicza, dalej następuje próba 
przedstawienia ustroju szkolnictwa brytyj- 
,Bkiego, bałą.mutna i fałszywa, naszpikowana 
odpisanemi schematami i programem niewia- 
dorno jakich szkół, skolei idzie ochocze zapew- 
nienie, że "ludzie szkoły nie zasypiają gruszek 
w popiele" i przeprowadzają "badania syste- 


matyczne", chociaż w istocie tylko dwie lub 
trzy osoby pracują na własną rękę przy śta- 
rannej niewiedzy r rzędu Oświaty. Czytelnik 
skacze po przeszkodach rozstawionych przez 
autora, który w środku artykułu chciałby 
"gorąco podziękować zainteresowanym (?)" i 
raczy nas kilkoma nazwiskami znajomych 
sobie tubylczych nauczycielek. Każde prawie 
zdanie, to banał, podparty zalotną pewnością 
siebie. Autor zapowiada: "Tak np. możemy 
już dzisiaj (?) powiedzieć, że dziecko angiel- 
skie z ukończonym czwartym rokiem życia 
zaczyna swoją edukację w szlwle elementar- 
l"tej, o ile od 3 lat nie uczęszcza do przed- 
szkola zorganizowanego przez szkołę", gdy 
wiemy nie tylko "dzisiaj" ale-od dłuższego 
czasu, że' obowiązek szkolny zaczyna się od 
ukończonych lat pięciu, a przedszkoli jest w 
Wielkiej Brytanji bardzo mało z dziećmi już 
od dwu lat. Odwaga nie opuszcza autora ani 
na chwilę. Mówi skromnie: "Na takiej 
podbudowie mOŻlla przystąpić do rozważań 
na temat naszej reformy szkolnej"... Jakoż 
"rozważania" godne są "podbudowy". Pan 
Pawłowski zaciekle broni sławnej reformy 
Jędrzejewicza i dochodzi do zdumiewającego 
wniosku : "Jak widać z przytoczonego prze- 
ze mnie generalnego zarysu ustroju szkol- 
nictwa w Anglji twórcy polskiej reformy 
czerpali stąd aż nadto wiele"... Podsuwamy 
autorowi: zwłaszcza gdy cho\lzi o autonomję 
uniwersytetów i swobodę stanu nauczyciel- 
skiego. Artykuł kończy się zupełnie nie- 
oczekiwanym apelem o wpłacanie prenu- 
meraty. 
Na szczególną uwagę zasługuje zabawny 
styl artykułu, pełen jakby to Słowacki powie..- 
dział, "niegramatycznościów" . Oto próbki: 
"Natomiast z całą świadomością chciałbym 
skorzystać z pobytu na ziemi angielskiej, aby 
ich (sic) system szkolny poznać"... "Refor- 
ma szkolna...nie jest jakimś zjawiskiem, 
oderwanej (sic') od cywilizacji zachodnio- 
europejskiej, nie jest tworem wyłącznie pol- 
skim, jak też nie jest tworem jednego czło- 
wieka jak się popularnie określa, p. Janusza 
Jędrzejewicza...N"ie należy jednak przypisy- 
wać mu więcej niż był on w stanie uczynić, to 
znaczy zadekretować reformę szkolną". 
Przemyślny czytelnik mógłby obficie zasilić 
"Camera obscura" wycinkami z artykułów 
"Przeglądu", roi się tu nie tylko od błędów 
myślowych, zwalczających się tez, okropności 
stylistycznych, są też, o zgrozo, Lłędy grama- 
tyczne. Czy wynika to z wykształcenia 
autora, który samobiczując się, pisze: ,,0 
tym, że dawna szkoła wychowała i kształciła 
jedypie kandydatów na urzędników państwo- 
wych, świadczą wymownie dzieje tejże szkoły 
w l\'Iałopolsce...Tysiące młodzieży obojga płci 
o bdarzalle Ś'" iadectwem dojrzałości wkraczało 
w życie ("hear, hear" - jak wołają Bry- 
tyjczycy...) z jedyną umiejęt1wścią czytania i 


12, MANDEVILLE 


PLACE, 


LONDON, 
W.I 


'" ............ ..u............ ..................un......n......._ 
. . 
. . 
! Morning Coffee and 1 
, . ' , LU
ł
:

c
:I
LS3/- . : : 1 
from 7.0 to 10.30 p.m. 
........................:........'..................-.............. 


MANDEVILLE RESTAURANT 
GRILL ROOM 
AMERICAN BAR 
fullr lIcen.ed 


pisania (p o d kI'. m o je) . Gdzie szukać 
dla 1.lich posad, jakie warsztaty były dla nich 
dostępne, z takimi przygotowaniami, rzecz 
prosta można było się starać jedynie o po- 
sady w urzędach"... _ -- 
\Yracając do poprawności gramatycznej, 
żeby nie być gołosłownym, sięgamy po 
dowody z obfitej rozmaitości artykułu. "W 
tym czasie lJardzo częste były głosy krytyki, 
że wiadomości posiadaczy świadectw dojrza- 
łości są ograniczone i nie dosięgają tych po- 
zicmów,jakienakreślaich programu nauczania" 
(p o d kI'. m o je). "Argumenty za i prze- 
ciw mogą byĆ- równie ważne, trzeba jednak 
pogodzić to z rzeczywistością w czasie i 
pojemności myślowej młodzieży" (p o d kI'. 
moje ). 
Omawiane artykuły są tak kompromitu- 
jące, że w
lka dyskusja z ich tezami byłaby 
beznadziejną walką z wiatrakami...myśli. 
Jakze bowiem dyskutować z autorem, który 
na jednej stronie, rozważając przyszły ustrój 
szkolny w Polsce, pisze: "Zmiany grun- 
towne w systemie szkolnym odbiją się szko- 
dliwie ua całoliształcie \\ ychowania" - a o 
dwie strony dalej wywodzi: "Na podstawie 
już poczynienych obserwacji można. z całym 
przekonaniem twierdzić że szkolnictwo w 
przyszłej Polsce powirulO się oprzeć na 
nowych zasadach". 
Artykuł,\' p. Pawłowsl,iego me wyczerpują 
numeru. Rzutki redaktor, rozumieJąc po- 
trzebę aldualności, daje in extenso protokół 
ze zjazdu nauczycieli z marca 1941 r., czyli 
sprzed pół roku. Protokół oryginalny wzbo- 
gacony jest przemówieniem ministra - jak- 
zeby pismo polskie mogło się bez tego 
obyć
 
Emigracyjny "Przegląd Pedagogiczny", 
smutny popis nieudolności i p
tki myślo- 
wej, mógł wyrosnąć tylko w s
cyficznym 
kłimacie słynuego l.-rzędu Oświaty. Jest 
powszechną tajemnicą, ze urząd ten kompe- 
tencją nie grzeszy, a ideowe "ujednolicenie" 
jego współpracowników powoduje brak kry- 
tyki, czujnej kontroli i poczucia odpowie- 
dzialności. Bezplanowość, żeglowanie 'od 
prz
 paclku do przypadku, opieranie się na 
bezkrytycznem przytakiwaniu mści się dot- 
kliwie coraz to nowemi kompromitacjami. 
Jaki będzie los, obciążonego tak skanda- 
licznym grzechem pierworodnym pisma peda- 
gogicznego? \\Tydaje się, że bez gruntownej 
czystki redakcyjnej nawet tak odważny wy- 
dawniczo l.rząd Oświaty nie zaryzykuje 
dalszych numerów. Gdyby jakakolwiek rada 
mogła dotrzeć do górnych regjonów oświaty, 
ośmieliłbym się zwrócić uwagę, że zamiast 
wydawania specjalnego pisma, należałoby 
rozHć działalność wydawniczą na dwa przed- 
sięwzięcia: 
a) powielany biuletyn, jako okólnik orga- 
nizacyjny Zrzeszenia Nauczycieli ; 
b) broszury, podające wyniki badań nad 
szkolnictwem brytyjskiem, opracowy- 
wane przez fachowców i aprobowane 
przez kompetentny komitet. 
Papier jest surowcem wojennym, a grafo- 
mani są równie niebezpieczni dla losów tej 
wojn
', jak izolacjoniści lub pacyfiści. 


ANTONI WÓJCICKI. 


RADdOFONdA SOWI ECKA 


'- 
li 

 


\V ogniu i oparach rewolucji październiko- 
wej zrodziła się radjofonja sowiecka, która 
od pierwszej chwili zostala wyzyskana przez 
pełnych dynamiki przywódców rewolucji 
jako idealne narzędzie propagandy. Służy 
ona wyłącznie "sprawie", jest zatem całko- 
wicie zależna od ośrodka dyspozycyjnego 
polityki sowieckiej i ma jedno zasadnicze 
zadanie, mianowicie urabianie ideologji słu- 
chaczy w duchu bolszewickim. Podtrzy- 
muje temperaturę wrzenia zorganizowane- 
go. 
Ponieważ rząd sowiecki widział w radjo- 
fonji potężny oręż propagandowy, działający 
przedewszystkiem na naj szersze masy. przeto 
nie szczędził wysilków i kosztów na jej 
rozwój, który postępował szybko naprzód, 
ponaglany nie tylko ,.od góry" ale i "od 
dołu" przez tysiące młodych entuzjastów, 
olśnionych możliwościami jakie daje mikro- 
fon. .. 
W miarę krystalizowania się ustroju, 
krzepła również organizacja radjofonji so- 
wieckiej, wreszcie około r. 1930 wchodzi w 
życie żmudnie opracowany plan, ustalający 
ład i stosunki w tej tak skomplikowanej 
dziedzinie. Stworzono wówczas trzy zasad- 
nicze sieci radjofonji. . 
SIEĆ CENTRALNA nadaje przy pomocy 
stacyj wielkiej mocy program ogólnopań- 
stwowy. Program ten, nadawany częściowo 
również przez stacje miejscowe, ma za 
zadanie "gleichschaltowanie" ideologiczne 
słuchaczy rozsianych w tym ogromnym 
kraju, wyrabianie w nich patrjotyzmu so- 
wieckiego, związanie ich z l\'Ioskwą i stop- 
niowe rusyfikowanie wszystkich ludów za- 
mieszkałych w obrębie państwa sowieckiego. 
Pozatem zadaniem tej sieci jest nadawanie 
audycyj zapoznających poszczególne ludy 
między. sobą. 
SIEĆ DZIELNICOWA nadaje przy po- 
mocy stacyj o małym zasięgu program miej- 
scowy, dzielnicowy. Sieć ta ma na celu zaspo- 
kojenie potrzeb rarljowych poszczególnych 
dzielnic i umożliwienie wyżycia się mikrofo- 
nowego miejscowych art
'stów i zespołów. 
,y ten sposób radjo zapładnia życie artystycz- 
ne w rożnych ośroq,kach, wyszukuje nowe 
-talenty i stwarza nowe zespoły, które są 
potem wyzys!"iwane przez program nada- 
wapy przez sieć centralną. W każdym 
dziale programu miejscowego pobudza się 
rywalizację poszczególnych ludów, oczy- 
wiście na rzecz wielkości całego Związku 
sowieckiego, właściwej ojczyzny, o której 
sławę trzeba stale walczyć na wszystkich 
łoiach. - 
SIEĆ KO
nKTERNU, przeznaczona wy- 
łącznie na użytek zewnętrzny, rozporządza 
doskonale wyposazonemi stacjami krótko- 
falowemi. Pmgram zagraniczny, nadawany 
przez nią, pod kierunkiem Kominternu, ma 
na celu propagandę rewolucji światowej. 
Programy są nadawane we wszystkich języ- 
kach europejskich i w kilku azjatyckich. 
Ogólna iłość radjofonicznych stacyj nadaw- 
czych w Rosji przekracza znacznie setkę 
(oblicza się je na 110-140). Większość z 
. nich nie jest jednak słyszana poza Rosją, 
gdyż pracuj'ąc na falach 600-1000 m 
długości, nie moze być odbierana na normal- 
nych odbiornikach, będących w użyciu poza 
Rosją. 
Ponadto istnieje w Rqsji pewna ilość stacyj 
krótkofalowych, słu7ących do przekazywania 
na ogromne odległości poszczególnych audy- 
cyj, retransmitowanych następnie przez sta- 
cje średniofalowe, oraz do nadawania in- 
strukcyj. Ciekawy objaw stanowi znaczny 
rozwój sieci stacyj na północnej Syberji- 
pisała o tem obszernie prasa radjowa w 
r. 1938. 
Jeśli chodzi o ilość słuchaczy, cyfra sza- 
cunkowa wynosi około 25 miljonów. Jest 
to jednak cyfra niedokładna, wynikająca 
z obliczeń teoretycznych, opartych na 
liczbie t.zw. "punktów odbioru", których 
ma być około 6 100 000. W tem miejscu 
należy wyjaśnić, że organizacja odbioru 
programów jest w Rosji odmienna niż w 
innych krajach. Odmienność ta wyniknęła z 
dwóch zasadniczych przyczyn, mianowicie 
z jednej st.rony z ogromnych trudności w 
zaopatrzeniu ludności w sprzęt odbiorczy, z 
drugiej - z konieczności uniemożliwienia, a 
przynajmniej l1trudniania, odbioru stacyj 
zagranicznych. Było to ważne zwłaszcza 
w okresie dawniejszym, kiedy na terenie 
Rosji znajdowało się jeszcze sporo ludzi 
dawnego regime'u znających obce języki. 
\V wyniku tych dwóch czynników rozwinęła 
się w Rosji t.zw. "radjofonja przewodowa", 
polegająca na tern, że program nadawany 
przez stacje radjofoniczne nie jest odbierany 
indywidualnie przez każdego słuchacza, lecz 
zbiorowo, t.zn. przez jeden odbiornik obsłu- 
gujący głośniki umieszczone w mieszkaniach, 
świetlicach, klubach, na placach i t. p. W 
ten sposób jeden odbiornik, nad którym 
pieczę sprawuje oczywiście członek partji lub 
specjalnie w tym celu wyłoniony komitet, 
podaje słuchaczom- tylko program sowiecki. 
Równocześnie odpada kłopot zaopatrywania 
poszczególnych ludzi w odbiorniki. Nie 
znaczy to jednak, aby nie było indywidual- 
nych odbiorników - znajdujemy je, ale prze- 
ważnie tylko w "wyższych sferach". 
Organizacja programów w radjofonji so- 
wieckiej jest niebywale złożona, dotychczas 
w szczegółach nieskrystalizowa.na i nie- 
raz zawodząca z tej prostej przyczyny, że 
istnieje przepaść pomiędzy zamiarami a 
ich mozolną realizacją. Poziom intelek- 
tualny kierowników znacznie przewyższa 


poziom wykonawców oddalonych nieraz o 
tysiące kilometrów - nie rozumieją się oni 
wzajemnie; w tem tkwi przyczyna zabaw- 
nych nieraz qui pro quo. Pozatem należy 
pamiętać, że radjofonja rosyjska ma jeszcze 
dwie zasadnicze trudności do przez,vycięże. 
nia, miano\\icie: czas i wielojęzyczność. 
\Ve \Hadywostoku słońce wschodzi a w 
Moskwie właśnie zachodzi, a mówić trzeba 
równocześnie o tem samem w 64 językach i 
narzeczach. Kiełatwo w tych warunkach 
zachować linję programową, ustaloną przez 
władze centralne. Mimo to trzeba przyznać, 
że naogół program spełnia rolę, jaką mu 
wyznaczyła propaganda. 
Ogólny układ programu nie odbiega od 
programów innych radjofonij: "słowo" 
zajmuje zależnie od stacyj 30-45 0 0 czasu 
nadawania, "muzyka" - resztę czasu. Dział 
audycyj słownych jest bardzo bogaty tema- 
tyczme i samowystarczalny, t.zn. mówi 
zasadniczo tylko o tern co się dzieje w Rosji, 
a jeśli mówi o tern co się dzieje poza jej 
granicami, każda taka wiadomość jest zawsze 
silnie zabarwiona propagandą. Dużo miejsca 
zajmują audycje mające na. celu populary- 
zowanie nauki i techniki, wyrabianie kultu 
pracy, zaznajamiające słuchaczy z krajoznaw- 
stwem, wewnętrznem oczywiście, wreszcie 
. poświęcone poezji, prozie i teatrowi wyo- 
braŻlli. Te działy stoją na bardzo wysokim 
poziomie, zwłaszcza j8śli chodzi o wyko- 
nanie. 
Cały program w założeniu swojem jest 
rewolucyjny w stosunku do wszystkiego co 
było dawnej: "dobre" jest wszystko co 
powstało po rewolucji październikowej, "złe" 
natomiast wszystko co było przedtem i co 
jest zagranicą. Każda wypowiedź mikro- 
fonowa musi być namiętna i przepojona 
żarem wiary w prawdę tego co się mówi. 
Jest to reguła dla wykonawców mikrofono- 
wych sowieckich, a tak już jest na świecie, że 
to co jest powiedziane z przekonaniem... 
zawsze znajduje wiarę. 
Pragnąc skutecznie oddzialywać na naj- 
szersze masy, radjo sowieckie nie porusza 
przed mikrofonem "zagadnień", tak jak to 
zwykły czynić radjofonje europejskie, lecz 
mówi o tych zagadnieniach tak jak one 
wys
pują w życiu poszczególnych ludzi. 
Ta zasada ujawnia si
 jaskrawo w nadawa- 
nych obecnie komunikatach z frontu: pelno 
w nich historyj o dzielnych żolnierzach, 
którzy dokonali cudów waleczności, nato- 
miast mało jest "omówiCli sytuacji". Słucha- 
jąc tych audycyj, wielu intelektualistów 
zarzuca im "niski poziom". Istotnie, tego 
rodzaju poziom nie może im odpowiadać, 
audycje te są jednak przeznaczone dla 
najszerszych mas, składaJących się z ludzi 
prostych, Którzy widzą i rozumieją wojnę 
jedynie jako walkę ludzi podobnych do nich. 
Dla prostego człowieka. który jest żołnierzem, 
"zagadnienie" wojny sprowadza się do oso- 
bistych przeżyć: niebezpieczeństwo, błoto, 
zimno, zm
czenie i walka. 
Dział muzyki otoczony jest specjalną 
pieczą, gdyż czynniki odpowiedzialne za 
propagandę doskonale rozumieją jak wielkie 
walory reprezentuje muzyka w radjo. Radjo- 
fonja sowiecka działa na polu muzyki w 
ścisłem porozumieniu z wszystkiemi ośrod- 
kami muzycznemi w Rosji. Nie żałując 
kosztów, subwencjonuje setki zespołów i 
kształci solistów w konserwatorjach. Popiera 
rywalizację poszczególnych ośrodków mu- 
zycznych. UtrzymuJe kompozytorów i wy- 
konawców. \V wyniku tych różnorodnych 
poczynań, dzisiejsza Rosja może się posz- 
czycić nie tylko wielkim dorobkiem w dzie- 
dzinie nowej twórczości ale również doskona- 
łemi zespołami orkiestrowemi i plejadą 
pierwszorzędnych solistów-wirtuozów. Cha- 
rakterystycznym objawem jest bogata twór- 
czość w zakresie muzyki symfonicznej, sto- 
sunkowo mało znana na Zachodzie, oraz w 
zakresie pieśni solowej i chóralnej, która- 
choć pochodzenia ludowego - zasadniczo 
się zmieniła: zniknęły rzewne i rozlewne 
"romanse", a na ich miejsce pojawiły się 
pelne wigoru, raźne i melodyjne pieśni o 
charakterze jakLy łojowym. Stoi to w 
związku z usilną plOpagandą kultu pracy i 
dzielności indywidualnej i zbiorowej. 
Dużą rolę odgrywa w programach radja 
sowieckiego armja, która ma swoje specjalne 
audycje zarówno słowne jak muzyczne, 
całkowicie wykonywane przez żołnierzy oraz 
zespoły wojskowe. Ten dział programów 
jest szeroko rozwinięty i ma na celu z jednej 
strony wzbudzenie przywiązania do armji 
wśród ludności cywilnej i stworzenie kultu 
siły zbrojnej Z.S.R.R., a z drugiej - scemen- 
towanie ideologiczne wszystkich żołnierzy 
(po odbyciu służby idą oni do zajęć 
cywilnych) dookoła armji, która jest prze- 
dewszystkiem rosyjska, bez względu na to 
że służą w niej ludzie mówiący szeŚĆdzie- 
sięcioma językami' i pochodzący z okolic 
bardzo od siebie oddalonych. Jak obecnie 
widzimy, praca ta dała wyniki, które mało 
kto przewidział. 
Słuchając dalekiego głosu Moskwy i komu- 
nikatów nadawanych stamtąd po polsku dla 
słuchaczy w Polsce i rozproszonych na 
emigracji, wyczuwamy, że tamtejsza radjo- 
fonja jest "inna" i że słowo, namiętnie przez 
nią rzucane polskim sluchaczem, niewątpliwie 
pozostawia ślady w umysłach, zwłaszcza 
ludzi prostych. Dynamika wypowiedzi zaw. 
sze pociąga. O tern trzeba tutaj pamiętać i 
wyciągnąć odpowiednie wnioski praktyczne. 


KRZYSZTOF EYDZIATOWICZ. 


ZZA 


KULIS 


o S I 


WIELKI ŻOŁNIERZ . 
Q(jring oczyścił się z podejrzanych... przy- 
jaciół i zajaśniał w całej swojej pełni w St. 
Florentin- Versigny. Kto zna system aparatu 
propagandowego Trzeciej Rzeszy, nie wątpi, 
że niemal równoczesna śmierć trzech asów lot- 
nictwa niemieckiego, Udeta, Moldersa i Fiihl- 
berga nie jest tylko nieszc
ciwym zbiegiem 
wypadków. Pogrzeby państwowe Udeta i 
MOldersa, żałobne akademje w ministerstwie 
lotnictwa ku czci każdego "z drogich zabi- 
tych bohaterów", mogiły na Invalidenfriedhof 
(panteon Berlina), wymiana. depesz kondolen- 
cyjnych Hitler-Mussolini - wszystko to są 
oczywiste dowody zbrodni, której w Rzeszy 
Hitlera zawsze towarzyszy bicie dzwonów 
kościelnych, "Eroica" Beethovena, kwiaty, 
dekoracje, ordery, tytuły i wstrząsające prze- 
mówienia. Gruby a sprośny Goring nie 
odmówił sobie nawet przyjemności głośnego 
zachwytu nad dokonaną zbrodnią. "Tyś dał 
nam znowu postać młodego Zygfryda"- 
zawołał na pogrzebie MOldersa. Czyżby 
Fiihrer śmiał postąpić wbrew "Nibelungom" 
i wbrew... \Vagnerowi, zostawiając Zygfryda 
przy życiu? 
Złożywszy Fiihrerowi w dalze życie swoich 
przyjaciół i udekorowawszy się naj nowszym 
orderem, otrzymanym od króla włoskiego 
(wielki krzyż wojskowy Sabaudji "za wybitne 
zasługi wojenne"), Goring mógł bez lęku i 
zmazy zjawić si
 u boku marszalka Francji 
Petaina. Prasa. niemiecka nieomieszkała 
stwierdzić, że "na życzenie rzł¥lu francu- 


skiego w St. Florentin-Versigny spotkali się 
dwaj wielcy żołnierze: Goring i Petain" . 
.-/ 
ZAPŁATA 

iemiecki referent radjowy do spraw 
ibero-amerykańskich podniósł dn. l grudnia 
ub.r., że "Niemcy napisali większość istnieją- 
cych książek i artykułów o Ameryce Polud- 
niowej" oraz że w ciągu ostatnich dziesięciu 
lat ukazało się w języku niemieckim 16039 
książek i artykułów o krajach ibero-amery- 
kańskich. Z tego stwierdzenia spec nic- 
miecki wyciągnął niespodziewany wniosek, 
że "w gospodarce Ameryki Południowej 
musi się znaleźć miejsce także dla Ew'opy" 
i że "Niemcy są doskonale przygotowani i 
uzbrojeni do rozwiązania tych zagadnień 
ibero-amerykańskich, które muszą być roz- 
wiązane" . 
Instytut lbero-Amerykański w Berlinie 
(bibljoteka jego liczy obecnie ok. 140000 
tomów) powstał w r. 1929 dzięki znanemu 
argentyńskiemu politykowi i socjologowi 
Ernesto Quesada, który osiedlając się na 
stałe w Szwajcarji, złożył wówczas pruskiemu 
rządowi w darze 82 000 tomów. Quesada 
opowiadał si
 za Niemcami podczas pierwszej 
wojny światowej. Był on fana.tycznym 
rzecznikiem niepodległości Argentyny i są- 
dził, że przyjaźń z Rzeszą zabezpieczy ją 
przed "panamerykańskim imperjalizmem 
Stal}-ów Zjednoczonych". 


HELENA HEINSDORF. 


STRATTON STREET PICCADILLY. W.I. 
Phone: MAYFAIR 7807-9 
Ee G$oq d'or 
estaurant 
MAISON FRANC;AISE 
. pod osobistem kierownictwem 
pp. HENRY SARTORI I E. BERHAUD 
Sala restauracyjna. większe i mniejsze sale bankietowe 


CIEKAWOSTKI 
MORSKIE 


Podczas pierwszej wojny światowej pewien 
angielski oficer lądowy rzekł zgryźliwie do 
oficera marynarki: 
- My, armja. lądowa, walczymy heroicz- 
nie; ale absolutnie nie wldz
 czem wy, 
nieroby morskie, si
 zajmujecie. 
- A gdzie panowie walczycie? - zapytał 
chłodno marynarz. 
- J akto gdzie? Rzecz prosta, we Francji. 
- Ciekaw jestem, któr
y się tam panowie 
dostali? 
Podczas dmgiej światówki nikt nie kwe- 
stjonuje gigantycznej pracy floty. Dowóz 
wojsk na. pola walki to drobiazg, prawdziwe 
trudności zaczynają się dopiero przy zabiera- 
niu ich stamtąd. \Y ewakuacji Dunkierki 
brało udział 887 statków! Flota Jego Kró- 
lewskiej :Mości odwoziła wojsko z Norwegji 
i z Francji; z małych portów greckich 
Nauplia, l\Iegara i Rapthis wyewakuowała 
30-tysi
zny korpus, z Krety - 15-tysi
zny. 
A operacje ofensywne w Libji, Somali, 
Syrji; a dowóz broni do Rosji i na Bliski 
\Vschód; a bitwa o Atlantyk; a blokada 
całej Europy...? Każdego marynarza brytyj- 
skiego Hitler nienawidzi z pewnością z gł'i bi 
serca.. \ 
Stary wilk morski, Cecil King, dla za- 
znajomienia laików z niektóremi "notorycz- 
nie znanemi" faktami z dziedziny morza, 
napisał bezpretensjonalną książkę p.t. "Rule 
Britannia"*). Cecil King był na krążowniku 
"Concorde", który przywiózł Paderewskiego 
w 1919 r. z Harwick do Gdańska. Opowiada 
jak Paderewski przy końcu podróży zagrał 
na małem pianinie messy swego menueta i 
par
 utworów Chopina. Ten improwizowany 
koncert na morzu zostawił na słuchaczach 
niezatarte wspomnienie. 
"Rule Britannia'" roi się od ciekawostek. 
Czy wiecie, że ?- 
Ze statku wystartował samolot po raz 
pierwszy w r. 1912. Oczywiście, statek był 
angielski. 
Lodzie podwodne zostały po raz pierwszy 
użyte przez Amerykanów w czasie amery- 
kańskiej wojny domowej (druga połowa 
XIX w.). Łodzie te był
 drewniane i 
odniosły szereg sukcesów. 
Po angielsku nie należy mówić: "Pojechał 
do Ameryki na "Bator
"1n" lecz: "PoJechał 
w "Batorym". Okręt nie jest gorszy od 
domu. 
Kapitanowie statków neutralnych, wyru- 
szających obecnie w podróż, np. z Ameryki 
Południowej do Portugalji, muszą składać 
w konsulacie angielskim przysięgę, iż nie 
wiozą kontrabandy wojennej. Po tej przy- 
si
dze dostają "list żelazny". 
Hiszpański gubernator Algeciras nosi zara- 
zem tytuł gubernatora Gibraltaru. Raz na 
rok robi on oficjalną inspekcję Skały; 
Anglicy przyjmują go z'całą pompą. Trady- 
cja trwająca od dwustu przeszło lat i prze- 
rywana tylko podczas kilkoletnich oblężeń 
- kiedy to HiszpanIe próbowali zawładnąć 
Gilbraltarem napraw_dę. 
"Ark Royal'. był trzecim okqtem tej 
nazwy; pierwszy walczył udatnie ze słynną 
armadą Filipa II, drugi woził hydroplany w 
zeszłej wojnie do Dardaneli. 
Pierwszym "aircraft carrier"em był statek 
handlowy "Argus". Anglicy wpadli na ten 
pomysł pod kOllIec wielkiej wojny. 
System konwojów znany jest od w. XIV. 
Dawne konwoje były o wiele większe od 
obecnych, liczyły czasem do 400 jednostek. 
Gdy dwa konwoje się spotkały, zaczynały z 
reguły walkę, starając się obrabowac wro- 
ga. Jeszcze w r. 1781 konwój angielski 
pod dowództwem Sir Hyde Parkera walczył 
przez trzy godziny z konwojem holender- 
skim pod dowództwem Zouhmana. \Valka 
skończyła się bez rozstrzygnięcia. 
System zatapiania floty handlowej prze- 
ciwnika przez "raider' y nie jest nowy; 
stosuje go zawsze państwo słabsze na morzu. 
\\' w. XVII Anglicy byli korsarzami wobec 
Holendrów, w w. XVIII Francuzi wobec 
Anglików. 
Yajw
ej walk na morzu stoczyli Anglicy 
z Francuzami. 
Prób inwazji Anglji było około tuzina. 
Przeważnie zajmowali si
 tern Francuzi. 
Gdy 
iemcy w ub.r. zatopili kilka okrę- 
tów na Atlantyku, a konwój znacznie się 
oddalił, kapitan jednego ze statków handlo- 
wych poddał pod głosowanie zalogi, czy 
wracać ratować rozbitków, czy nie. Załoga 
zdecydowała wracać. Pytanie załogi o 
zdanie w niezwykłych sytuacjach jest bardzo 
starym zwyczajem (z r. 1400). 
Singapore należy do Anglji od r. 1819; 
wyspę tę kupila od sułtana Johori. . Raffles, 
urzędnik Towarzystwa Indyjskiego, piepwszy 
ocenił jej znaczenie, on też założył dzisiejsze 
miasto. 
"Bismarck" był trudny do zatopienia, bo 
składał się z wodoszczelnych przegród. An- 
glicy znają ten system budowania okrętów, 
ale go nie stosują, bo w ten sposób troci się 
masę cennego miejsca, zużywanego na po- 
mieszczenie dla załogi. Przy rozległych 
podróżach pancerników brytyjskich, załoga 
musi mieć odpowiednie wygody, zapasy 
żywności muszą być również ogromne. 
Pancerniki niemieckie są przeznaczone jedy- 
nie do krótkich wypadów, można wi
 
stłaczać załogę i nie zabierać tylu za- 
pasów. _ . 
EpizOdy nie zwykłego bohaterstwa, uka- 
zane w książce Kinga, są oczywiście nie- 
zliczone. Poddanie się okrętu - jak to 
uczynil włoski krążownik "Pola" lub nie- 
dE;lwno niemiecka łódż podwodna - jest 
wykluczone. Zasada, że kapitan idzie na 
dno ze swym okrętem choćby mógł się ura- 
tować, była jeszcze niedawno stosowana w 
brytyjskiej flocie w całej rozciągłości. Nie- 
notowany, nie do pomyślenia jest fakt aby 
załoga przepadła, a kapitan ocalał. To si
 
dotąd nie zdarzyło. 
Dziwne jest, iż mimo tylu nadzwyczajnych 
czynów, "Victoria Cross" otrzymało w obec- 
nej wojnic dopiero dwóch marynarzy. Jesz- 
cze jeden dowód jak poważny to ordcr i jak 
wstrzemięźliwi są Anglicy w jego nadawaniu. 



 


. 


I5.AROL ZBYSZEW::)KI. 


*) Rule Britannia. By Cecil King (AuthoI' 
of "H.M.S. and Their :Forbears"). With 
text illustrations by the author. Londyn, 
"The Studio", 1941; str. 280. 


BRYLANTY ZDROtAŁ Y O 75% 
PLACIMY NAJWYŻSZE CENY W LONDYNIE 
.. ZA bRYLANTY, Z.LOTO (16S/- ZA UNc.JĘ) 
B.zut
rje. klej..ty, kam.enie szlachetne, srebro, platery 
antykI i kosztownojci wszelkie&o rodzaju. Gotówka natych- 
mIast. Rząd J K. Mosol przejmuje całe zakupywane 
przez nas złoto. Prosimy o odwiedzenie nas lub zgloszerua 
przesyłką poleconą. 
LINDEN & CO., 85, New Bond Street, London, W.1 
PIllRn SZY SKLEP JUBILERSKI PRZy NEW BUND KT.
		

/Archiwum_005_03_011_0001.djvu

			) 


Nr. 2 (96) 


Ukazał si
 


, 
STYCZEN 
Stanisława Mackiewicza (C ata) 


. 


Treść: Odpowiedzialność. - Niebezpiecz
ństwo. - Trzy mocarstwa a 
Polska. - Dysproporcje.- Padół płac
u.- Złe za
awy. - Pochwała Anglji 
i czego pisać, a czego robić nie wolno. - O Ryczywole :zamilczeć wolę.- 
Ś.p. Artur Potocki. - Korespond
ncja. 
do rrabycia Ul k$f,garrriach M. I. KOLlN (PubUshen) LTD. 
lONDON: 9. New Oxford Street, W.C.I. PERTH: 28. King Edward Street. DUNDEE: 2-40, COAgate. - 
BLACKPOOL: -40. Lytham R01d. 


, 
ROZMA'ITOSCI 


. 


Popularna dziennikarka amerykańska 
Dorothy Thompson wniosła skarg
 rozwo- 
dową przeciwko swemu mężowi - Sinclair 
Lewisowi. Zarzuca ona znakomitemu pisa-" 
rzowi że ją porzucił siedem lat temu. Vf 
ostatnich czasach między Sinclair Lewisem 
a. Dorothy Thompson dochodziło do polemik, 
gdyż dziennikarka była zwolenniczką inter- 
wencji Stanów Zjednoczonych w wojnie, a 
Lewis był zbliżony do obozu izolacjonistów. 
* 
Studenci holenderscy składają masowo 


-. rys. Low 




 -: :: .:. 
:..:: 
 
..::::: =-
 


kolekcje kosmetyków pochodzenia francus- 
kiego. 


* 


W Londynie wyświetlano niedawno film 
p.n. "Citizen Kane" który jest rzekomo 
biograf ją amerykańskiego magnata praso- 
wego Hearsta. Wielki koncern dzienników 
Hearsta zbojkotował £ibn całkowicie. Prasa 
Hearsta zamieściła dotąd tylko jedno ogło- 
szenie £ibnu "Citizen Kane" . Ukazało si
 
ono w dzienniku "Herald Examiner" w Los 
Angeles i brzmiało jak nast
puje:. "Kino- 


r.:..... 


'" 


.. 
::' - 


("Evening Stqndard") 
. W przyszłości moja intuicja będzie prowadziła armję do boju! 


wieńce pod pomnikami wybitnych postaci 
narodowych. Do każdego wieńca przyczepio- 
na jest kartka z napisem: "Jedynemu Holen, 
drowi, który nie słucha radja londyńskiego". 
, * 
W Limburgu pewien piekarz holenderski 
stanął przed sądem, oskarżony o znieważenie 
sąsiada, którego nazwał "wstrętnym zdrajcą 
z partji hitlerowskiej". ' 
Po rozprawie sędzia Holender odezwał się 
do oskarżonego : 
- Jest to "bardzo poważne przestępstwo, 
gdyż na podstawie zeznań doszedłem do 


teatr Hawai - 'Vielka sensacJa ekranu! 
Początek przedstawiell o 12.20, 2.45, 5.15, 
7.40 i 10.00". 
Nazwy £ibnu w ogłoszeniu nie wymieniono. 
* 
Policja francuska aresztowała piekarza w 
Chartres, który dał żebrakowi kawRJek 
chleba bez kartki. Piekarnię zamkni
to na 
miesiąc. 


.. 


Niemiecka liga golfowa wyznaczyła na- 
grodę w postaci dożywotniego biletu womego 
ws
pu na wszystkie tereny golfowe w 



. -


{, 
I .. '
: I II 
- f
 ' t" 

; 'Q 
 '- 
 _ 
 1, 
 
 _ p /;- 

 
igt'"-" - ,,' . 
 ..' 

 -
 J.
:
 " 
 fi -=- 
t."- .4 f ,) 
.., 
" . 
1 ,; . I ' !)- t , I . t. . 
'
"" . l 
\ \ ł-"t

 
..1 ".0 :, /) . 
- " 
 ...' 
'-'-", 
- 
j- ..... 
 
< .
. 
.< . a. 
<'i
:'
.{:' '> 
 
/,
 

-:;: 
.
 /
-....:.:: 


.:. 


'"" 


......c >(. 
!!
 1» 
"=- 
-... ;-
- 


Zabawa w ciuciubabkę 


("The Star") 


wniosku że wasz sąsiad wcale nie należy do- 
partji hitlerowskiej. 


* 


Pisma amerykańskie donoszą że. jeden z 
największych szpitali w Los Angeles używać 
będzie wyłJlcznie papierowych talerzy, filiża- 
nek i spodków, usuwając całkowicie porce- 
lan
. Koszt tych papierowych naczyń, 
które muszą być oczywiście wyrzucane po 
jednorazowem użyciu, ma w:rnieRć 40 000 
dolarów rocznie. Zarząd szpitala obliczył 
że koszty zmywania dziesi
iu tysi
y sztuk 
porcelany. trzy razy dziennie są jeszcze 
wi
ksze. 


* 


"Manchester Guardian" przytacza nas
- 
pującą anegdotę. . 
Brytyj"ki instruktor poucza spadochrorua- 
rzy: 
"Pamiętajcie że wasze spadochrony są 
starego t\"pu i że w pierwszej chwili mogą 
się nie otworzyć. Macie jednak dwie linki, 
jedną z prawej, a drugą z lewej. Jasne? 
Jeśli się wasz spadochron nie otworzy, 
pociągnijcie prawą linkę: Jeżeli to ni
 
a 
wyniku -lewą. Zrozumiano 1 W
'ląduJeCIe 
na drodze, gdzic znajdziecie mały samochód 
ciężarowy z kambinem maszynowym. Jasne 1 
Dobra". . 
W godzin
 poźniej odbyły się skoki. 
Jednemu z żołnierzy nie otworzył się spado- 
chron, wi
c pociągnął prawą linkę, potem 
lewą, ale bez skutku. \Vtedy żołnierz powie- 
dział sobie: "Tak wygląda nasza armja. 
Napcwno na tej drodze nie będzie także tego 
samochodu z karabinem maszynowym". 
.* 
Żołnicrze brytyjscy, którzy dobrali się do 
Niemców w Libii, przyglądają się ze zdu- 
mieniem ekwipunkowi doborowych oddziałów 
pancernych wroga. \V przeciwieństwie do 
proletarjackiej piechoty, która cierpi głód i 
niewygody, elitarne oddziały panceme dają 
swym oficerom i żołnierzom zupełnie luksu- 
sowe warunki. \V fOrn-łacjach czołgowych 
Niemcy mają po cztery mundury, po cztery 
pary butów, bieliznę pościelową i... bogate 


Niemczech. Nagrodę otrzyma 
lazca 
pilki golfowej, zrobionej z surogatów dos
p- 
nych w Rzeszy, oczywiście pod warunkiem 
że pilką będzie można grać. 
* 
Minister pracy Bevin określił Angl¥w 
jako "dziwną i kłopotliwą" rasę. 
\V związku z tern jeden z dziennikarzy 
angielskich przypomina inne określenia tego 
rodzaju: 
"Różnica między wami (Anglikami) a nami 
(Francuzami) zdaje si
 polegać głównie na 
tem że wy jesteście dumnym narodem, który 
przywiązuje wagę do wolności, my zaś 
jesteśmy próżnym narodem, który przy- 
wiązuje wagę do równości" (Madame de 
StaiH). 
"Anglik nigdy nie jest szczęśliwy jeśli nie 
jest nieszczęśliwy. Irlandczyk nigdy nie 
zazna pokoju jeśli nie walczy. Szkot nigdy 
nie czuje się w domu jeśli nie jest zagranicą" 
(autor nieznany). 
"Jakżeż można zrobić rewolucję w tym 
kraju, który nie pozwala nawet na otwarcie 
teatrów w niedziel
 1" (socjalista niemiecki 
po wizycie w Anglji w 1848 I'.). - 
* 
Trzech członków WaliJskiej Partji Naro- 
dowej znalazło si
 w więzieniu w Swansea. 
Odmówili oni zapłacenia grzywny za zakłó- 
cenie spokoju w miejscowości Aberystwyth. 
Na promenadzie w tej miejscowości orkiestra 
odegrała angielski hymn narodowy. Cała 
publiczność,'z wyjątkiem trzech nacjona- 
listów, powstała z miejsc. Manifestacja trzech 
panów wywołała wrogie okrzyki tłumu i 
awanturę, 
Zarząd Walijskiej Partji Narodowej wysto- 
sował nas
pujący list do ministra spraw 
wewnętrznych: "Uważamy że uwięzienie 
Walijczyków za odmowę powstania, gdy 
angielski hynm narodowy jest grany na 
terytorjum Walji, stanowi akt ucisku, który 
nie ma sobie równego w historji współczespej. 
Wzywamy Pana. do natychmiastowego zwol- 
nienia. trzech Walijczyków". 


ALFA. 


.: 


WIADOMOŚCI POLSKIE 


I CAMERA OBSCURA 


Zwracamy si
 do czytemików "Wia.- 
domości Polskich« z prośbą o współprac
 
w dziale "Camera obscura", która ma na celu 
wytykanie wszelkiego rodzaju nonsensów, 
objawów ciemnoty, igno
ncji, niechl
jstwa 
j
zykowego, bł
ów stylistycznych I t.p., 
a to w celu, by "ridendo castigare mores... 
linguoo". Prosimy o przysył
ie ma- 
terjałów, . jak broszury, ulotki, c
so: 
pisma polskie (całe numery lub wycinki 
nie pozostawiające wątpli
ości 
ką? po- 
chodzą) z ustępami nadaJąceml Sl
 ,do 
"Camera obscura", pod adresem "Pohsh 
News", 229-231, High Holborn, London, 
\V.C.l, dział "Camera obscura". Us
py 
należy wyraźnie oznaczyć, najlepiej kolo
o- 
wym ołówkiem. Komentarze me są kOnIe- 
czne. Do przesyłki należy dołączyć kartkę 
z imieniem, nazwiskiem i adresem wysyłają- 
cego. Redakcja nie z"!aca nades
anego 
materjału i zastrzega sobie prawo zuzytko- 
wania go w dziale "Camera obscura", Za 
najlepszą rzecz redakcja y:zeznacz.a co t
- 
dzień nagrod
 w WysokOSCl £1, któ
ą II?oze 
podzielić lub w razie braku odpowle
ego 
materjału przełożyć na nas
pny tydzlen. 
* 
W ubiegłym tygodniu nagrodę w. 
sok
ci 
£1 otrzymał O. .sykom za zestawleme 
ow 
dwóch biskupów (wedłu
 sprawozdama w 
nowojorskim "Nowym Swiecie" 
 dn. 23 
września ub.r.). 


DWIE MOWY 
Baltimore, Md. - W niedzielę rozpoczął się 
43 sejm Zjednoczenia Polskiego Rzym. 
Katolickiego w Ameryce z udziałem 726 de- 
legatów. . 
Nabożeństwo ranne miało dwa kazama. 
Biskup Woźnicki wskazał posłom trzy cele: 
troskę o gotówkę na pośmiertne. troskę o sprawy 
nasze w Ameryce, troskę o kościół i - j e ś l i 
b ę d ą m o g l i - o sprawy Polski. Arc
- 
biskup Curley powiedział, że dziś jedyme 
trzeba myśleć o pokonaniu 
itleryzm
, ż
 
udział w tem Polaków powinIen być mellu. 
że armję gen. Ducha Zjednoc
enie ma z
s
ć 
ochotnikami, że jak on me WStydzIlOlę 
swego irlandzkiego pochodzenia, tak Polacy 
nie powinni wstydzić się polskości, skoro 
stanowią najwartościowszy materjał ludzki 
;, Ameryce". że powinni uczyć się języka 
polskiego. polskich zwyc
ajów i po
eś.lał. 
że Polak który zapommał o Polsce. me Jest 
god
ien b;ć amerykańskim obywatelem". 
* 
S Trudno powstrz
m
ć. się <:-d uwagi, 
e 
wyjątek z przemow
enIa 
Iskupa Woz- 
nickiego nadawałby Się raczeJ ?O 
,Camera 
nigerrima" gdyby taka rubryka IStruala. 


BESSERWISSERZY 


W ostatnim rozdziale lipowej historyjki 
polskiej Zygmunta Nowakowskiego p.t. 
"Sześć palców i co z tego wyniknęło" (nr. 
2 
"Wiadomości Polskich") pewien (,zytehllk 
doszukał się aż trzech bł
ów. Wytknął 
zatem drobną pomylk
 w d
cie. rocznic'y 
zwycięstwa Sobieskiego pod Wiedniem. Idzie 
mianowicie wszystkiego o... sto lat. Nato- 
miast niesłusznie czytemik ów twierdzi, jako- 
by forma "wyniknęło" była błędna_ Właśnie 
"wyniknęło" jest formą dobrą, "wynikło"- 
formą złą- . 
Ten sam czytelnik jest zdania, że Nowakow- 
ski mówiąc o numerach p.Ie 
sprawę z charakteru i potrze,b na

ego kraJ
. 
W prasie i publicystyce angIClskieJ pokutuje 
uporczywe przekonanie, że Polska je
t 
krajem zacofanym, prymitywnym, wyłączll1e 
rolniczym, nie tylko nie posiadającym pr
- 
mysłu, ale i niezdolnym do jego wytworzerua. 
To przekonanie nie b
dzie oczywiście bez 
znaczenia przy rozplanowaniu. przyszłeg
 
porządku świata i przydzieleniu Polsce roh 
w tym świecie. . 
Sprawa kalendarza. jest, oczywiście, sprawą 
drobną, ale niestety; niewielu nawet piszf!.'- 
cych i publikujących Anglików potmdzi S!ę 
o inne, poważniejsze dowody. \Vszystkie. 
reprodukcje, zamieszczone w tym kalendarzu
 
mają charakter romantycznego folkloru 1 
pałacowych tradycyj. Są aż trzy 
djęcia 
 
zakonnicami i zakonnikami, ale nIema anl 
jednego zdj
ia samochodu. (Jed
y nie- 
wyraźny "wizerunek" samochodu Jest. w 
związku z Ininisterstwem spraw zagranICz- 
nych). Są błota pińikie, ale niema ani je<ł;nej 
norma mej , wielkpmiejskieJ ulicy. Pełno Jest 
krytych słomą chałup, ale niema ani Jednej 
fabryki, ani jednego objektu przemys.lowego. 
Pełno jest strojów ludowych, jest nawet 
jedri.a policjantka, ale niema ani jednej 
bibljóteki, ani jednego zakładu naukowego 
czy szkoły. Są furmanki, stragany, balje, 
suszone grzyby, ale niema nic co by wiązało 
si
 ze współczesną twórczCŚJią arty
tyczną: 
Są piękne komnaty pałacowe, ale niema m 
jednego śladu, że PolHka pracowała, budo- 
wała, wytwarzała, że żyła życiem nowo- 
czesnem. 
Nie chodzi mi oczywiście o zupełnie wy- 
eliminowanie motywów romantycznych i 
sentymentalnych. Są bardzo pię..kne i 
zawsze drogie polskiemu scrcu. Ale jeśli 
chodzi o propagandę, powinna ona powiązać 
je i połączyć z motywami innemi, by nie 
przeinaczać obrazu prawdziwego życia Polski. 


JAN SZCZYGIEŁ. 


A.K 


* 
L. K. Nie skorzystamy. 
W. B. Z "Kolędy" nie skorzystamy. 
H. T. OgłosiliEmy kcnkurs na pa- 
mi
tnik, nie na sztukę teatralną. 
J. K. Nie zrozumiał Pan sensu tej no- 
tatki: przecież autor wykpiwa tu niedoce- 
ni
l.ie Japonji przez t.zw. fachowców. 
M. C. List przekazaliśmy komu należy, 
ale nie r
zymy czy dojdzie. 
S. Z. S. w Detroit. Przesłaliśmy autorowi. 
A. Z., K. E.. W. M. i Pięć Pań z Hay- 
Lodge, u. Przekazaliśmy Polskiemu Czer- 
wonemu Krzyżowi. - Za życ:o'enia uprzejmie 
dziękujemy. 
F. O. Przesłaliśmy autorowi. 
L. M. Z. B. i J. U. List postaramy się 
przesłać. 
F. J. K. Zaiirieścimy. 
B. J. P. List przesłaliśmy 
J. M. w Edynburgu: Z wiersza nie s .0- 
rzystamy. 
J. D. i A. G. w St. Andrews. l\'Iagua 
Charta z dn. l kwietnia 1523 r. o której 
mowa, była nadana za Henryka VIII 
(por. Falconer Ma.dan: "Oxford"; Oxford 
1923; str. 27) i nie ma, oczywiście, nic 
wspólnego z "Magna Charta Libertatum" 
króla Jana. z r. 1215. 
E. D. Uwagi Pana 8ą aż nadto słuszne, 
jednakże nie b
ziemy polemizowali z tem 
pismem ani na ten temat, ał:i wogóle. 


. . 
. .. w __ _.._ . _ .. _.. 

lii;

 r;i 
;;t
/.....
'):'}'Y: ..".,t;
 
.... . . "'0" ''''''.4.
' 
"-" .' 
 .'..' 
, li, ,;o.f9., _!er; 

I / .... ,.., 
ł1 

. r 1_:\- . .... . 

".",,:r .. " \. ł '
:.

.



j



J
:
+).
:: 



 . \ :::- s;.>"" .

 
:"ł{: -- .. ..
.... 
'
-:r.-:':..:;;,-: 
 
.' 
 ł j " .......
..

..
.,;, . ';:

";.'1lr
i..
 
'ł. 
 I' _ 
 ... ., "",..


.....,
. ..:..;.... 
.;. "t' - 

 
 '. :"J:;::t
.._
. 

 ' _--.-.. - 
 , - ":':i't<._.:;;;:" 

 
 _.. - 
 ł...
 &. 
--- 
-=-- ---------- / ł> . 
- ----- 
--:'-' - 

".., 
' 
 --:----... -. 


PRASA ANGIELSKA O 
NOWEJ KSIĄlCE AXELA 
HEYSTA 


Na łamach popularnego tygodnika "Ca- 
valcade" (numer z dn. 6 grudnia ub.r.) 
pojawiła si
 obszerna ocena nowej książki 
Axela Heysta "Wanted - a New Vision", 
zawierająca nader pochlebne uwagi o książce: 
"Wypadki wykazały słuszność i prawd
 
przewidywań i twierdze
 Axela He
sta... 
Heyst jest młodym enngrantem pohtycz- 
nym; bystra obserwacja i bystry sąd jego 
"After Hitler" zapewniły mu już wysoką 
markę. Nowy tom napewno podniesie jego 
autorytet (will certainly enhance his re- 
putation). Przewaga Heysta polega na tern 
że dokonywając przeglądu teatru wojny pod 
kątem widzenia państw demokratycznych, 
wie on, jałciemi siłami rozporządza narodowy 
socj8J.izm... - 
"Heyst ukazuje powody katastrofy euro- 
pejskiej z głębokim wglądem filo
oficznym: 
Książka jego jest apelem (a clal'lon .call) 1 
spełnia rolę wychowawczą (an educatlOn). 
"Jeżeli chodzi o sił
 przejrzenia niedawnej 
przeszłości . (in penetration of the,. recent 
past), o sugestywny komentarz chW1h obec- 
nej, jest to naJlepsza książka od bardzo 
długiego czasu (it is the best for a very long 
time)". 
* 
W tygodniku "Tin1es LIterary :Supple- 
ment" z dn. 13 grudnia ub.r. pojawiła si
 
obszerna ocena książki Heysta. Czytamy 
tu m.in.: "Axel Heyst, młody zagraniczny 
pisarz polityczny, napisał godne uwagi uzu- 
pełnienie do książki "After 
itler", k
óra 
wywołała pewien spór w chwlh ogłoszenia... 
Heyst wierzy mocno w 'zwycięstwo, ale nie 
mniej mocno Jest przekonany, że nie doce- 
niamy w pełni nieprzYJaciela i ?e nie uprzy- 
ta.nmiamy sobie w całej rozciągłości ile ofiar, 
dyscypliny i wysiłku potrzeba do osiągni
ia 
zwycięstwa... Heyst pos
puje obrazoburczo 
(iconoclastically) z wieloma utartemi poj
- 
ciami na temat jak dojdzie. do klęski Rzeszy 
oraz z wyobrażeniami jak wyglądać będzie 
świat, który powstanie po wojnie. Słowa 
jego należy brać pod uwag
, albowiem - jak 
dowodzi jego ostatnia ksiąŻka - wiele z 
jego przewidywań rozwoju wypadkóV\:: wojen- 
nvch ókazało si
 niemal niesamowicie trafne 
(
cannily accurate). Szczegóhlle oburza 
autora złudzenie, że istnieje jakies zwy- 
cięstwo automatyczne... \Vojna, jego zda- 
niem, otwiera iście "apokaliptyczne per- 
spęktywy", i zbyt niewielu z nas ma otwarte 
oczy i chce zrozumieć jej sens. Wojna ta 
stała si
 wojną kont
'11entów i cywilizacyj... 
Heys\, kończąc swoje uwagi w kwietniu, 
doma
ał się żeby możliwości, jakie wyłoni 
starcie sowiecko-niemieckie, nie zostały za- 
niedbane przez Stany Zjednoczone i przez 
nas... Wojnę
, powiada Heyst, wygrać 
można' przez jasną wizj
, wyobra.źni
 i 
rozmach energji"... 


O DOBRE OBYCZAJE 
Dziennik Żołnierze." z dn, 10 grudnia 
ub: r. zamieścił artykuł p.t. "SkOliczyć z 
linją Curzona", będący dokla,dnem stresz
z?- 
niem artykułu Adama Pragiera p.t. "LmJa 
Curzona", który ukazał si
 w nr. 91 "Wia- 
domości Polskich" z datą 7 grudnia 1941 r. 
Rzecz w zasadzie korzystna, gdyż zamiarem 
autora było niewątpliwie jak największe 
rozpowszechnienie argumentacji, uzasa- 
dniającej sta{lowisko polskie w sprawie t. zw. 
linji Curzona. . Taki jest te
 zamiar' "Wia- 
domości Polskich". Obyczaj przyjęty pow- 
szechnie nakazuje jednak powoływanie się na 
źródła. I to nie tylko wtedy gdy rzecz 
jakąś przedrukowuje się dosłowni
, ale także 
gdy ogłasza się ją w J?tre
zczeł::łu., Ro
u- 
mierny, że "pziennik Zołmcrza rue chCiał 
cytować Adama PJagiem. Niedawn? wystą- 
pił przeciw niemu z wykrętną polemiką. A!e 
w takim razie albo trzeba było zrzec Się 
korzystania z argumentów i m?,terjałów 
zebmnych i ogloszonych pr'-ez PragIera, albo 
prz
'11ajmniej powołać się n..a ri
mo, w 
którym się ukazały. Na tem po!egaJą dobre 
obyczaje. 


, Ośrodek Korespondencyjnego Kursu Han- 
dlowego - powołany do życia celem wydania 
skryptów z przedmiotów handlowych, prze- 
widzianych programem dla liceum handlo- 
wego - wobec braku źródłowych pom
cy 
naukowych zwraca się tą drogą do wszystkich 
posiadaczy polskich podręczników ha..ndl0W¥ch 
z prośbą o ich odstąpienie lub WYPozyCzeDl
. 
Poszukuje się podręczników z następu]l
- 
cych przedmiotów: arytmetyka handlowa. 
ekonomja, geograija gospodarcza, korespon- 
dencja handlowa, księgowość, nauka o handlu, 
nauka o państwie, prawoznawstwo, technik
 
handlu światowego, towaroznawstwo, polski 
kodeks handlowy, kodeks zobowiązań i t.p. 
Uprasza się o przekazywanie ewentualnych 
przesyłek pod adresem: Witold Bobiński, 28. 
Sutherland St.. Glasgow, W.2. 


DOLEGLIWOŚCI 
SERCOWE 


Spróbuj sławnęgo 
środka, który przy- 
nosi wszystkim ulgę 


- 
Nie niepokój się tern, że cierpisz na palpitacje lub bóle 
wokolicy serca. Może lO pochodzie z niestrawności lub z wy- 
czerpania nerwowego. Shadforth Toriie No. 632 (znane 
jako "Blue Lion Fox Nuto") wzmacnia ser"" i dobrze dzia.'i' 
na żołądek i nerki. Nie wmawiaj sobie choroby, wypoczru), 
zażyj ten środek, a w parę dni będziesz się znowu czul 
dobrze. Ż.d.i Shadforth Prescription No. 63Z. 
Srodek ten zapobiega palpitacjom, slabo
ci,. drżeniu, złemu 
samopoczuciu i uczuciu ogółnego osłablema. Cena I/I
, 
Z/lO i S/o
. Do nabycia w najbłiższej aptece. 
_. P R b B K A D A R M O (tylko pocztą) . -.., 
r Przez krótki tylko okres bęJziemy czytelnikom tego I 
I pisma, którzy nie próbowali )eszcze D3;,szeg
 środ.ka! I 
wysyłali DWIE paczk.i po I(I
. za ce
ę J.edneJ. Jeze
1 
I po sp óbowaniu Jednej paczkI me będzIecie zadowoleru, I 
prosimy o zwrot ,!
iej nieo

artej je9
.z<:, a zwrócimy 
I pieniądze w całoscl. PrzyśltJ nam dzIsiaJ I/I 
 razem I 
I z tym kup 'nem, żądając: "Blue Uon Fox NUIs" I 
(Prescription No. 63Z). ' 
I SHADFORTH PRESCRIPTION 'SERVICE, LTD. I 
L...:

.
 S49) ,
,
r:: 
'
'::. ,::,
n
.
 


POLKI ODWIEDZAJĄ SALON F/{YZJERSKI 
LUIGI, 46, Buckingham Pa!ace Rd., S.W.! 
Mówi .ie: po angielsku. francusku. włosku i aiemipc-ku 
Pm"imu t) znftowlrJź I,.J,JonirznQ (JoJ VIClorin 9508 


5 


...Nie chcę działać bez rękojmi dla mego 
kraju, ni też się łudzić nadzieją. ."" ., 
Położyłem na jedną szalę interes mojego 
kraju z inter::sem cesarza [Aleksandra 1]; 
nie jestem w stanie ich rozłączyć: nie mogąc 
uczynić więcej, zrobiłem z siebie dla ojczyzny 
ofiarę. lecz bynajmniej nie dla tej obciętej 
cząstki ziemi, szumne m nazwiskiem Kró- 
lestwa Polskiego ozdobionej. 
. Winniśmy wdzięczność cesarzowi za przy- 
wrócenie imienia polskiego. ale imię nie 
stanowi narodu. Wielkość ziemi i liczba 
mieszkańców są także czemś. Krom chęci 
naszych, nie widzę żadnej rękojmi udzielonej 
przez niego i mnie i tylu innym rodakom 
obietnicy, iż granice Polski do Dźwiny i 
Dniepru rozciągnie. Taka bowiem rozległoŚĆ 
utworzyłaby pewną przynajmniej proporcję 
siły i liczby do utrzymania wzajemnego 
między nami a Rossjanami poważania i 
stałej przyjaźni konieczną... A. bracia nasi 
pod berłem Rosji zatrzymani. Możemyż o 
nich zapomnieć P Serce się kraje nie widząc 
ich połączonych z nami... 


(do ks. Adama Cza.rtoryskiego. 
JJTiedeń, dn. 13 czerwca 181
 r.) 


, 


TADEUSZ KOŚCIUSZKO. 
... 
To samo się ma i z ogólnem zapatrywaniem 
się mego przeciwnika na rzeczy niemieckie. 
które ja... lepiej znam od niego, bom je nie 
z wysokości demokratycznego braterstwa 
widział, ale w realności życia politycznego 
i naukowego poznał. Ja wiem, co to są 
demokraty niemieckie; ja wiem, że pan 
Struve. ów demokrata par excellence Teu- 
tonów. gdy podniósł chorągiew rewolucyjną 
demokratyczną i socyalną w r. 1848 i zwołał 
konwent Niemiec, do tego państwa niemiec- 
kiego zaliczył i księstwo Poznańskie; ja wiem. 
że n.p. N a t i o n a l Z e i t u n g . .. w 
r. 1848, gdy nas ćwiertowano, mordowano, 
piętnowano... nie chciała wówczas przyjąć 
żadnego artykulu w naszej obronie! To 
wszystko wiem. i o tem wszystkiem bym 
miał zapomnieć dlatego, że w strachu teraz 
przed Moskalem kilka słów tam bełkocą o 
Polsce P Tak naiwnym już być nie mogę; z 
tego raju demokratycznego dawno wyszedłem, 
gdym skosztował gorzki, oj, i bardzo gorzki 
owoc wiadomości niemieckiego złego i do- 
brego. Czyżbym przeto już miał powiedzieć. że 
nie powinniśmy w razie danym wspólnie 
działać z Niemcami i korzystać ze zdarzonych 
okoliczności P... myślę, że się może zdarzy 
sposobność, w której lOtaniemy obok Niemców. 
ale tylko obok, nie z nimi; współdziałając, 
ale nie mięszając się z nimi, w zdrowem i god- 
nem stanowisku, ale nie w demokratycznych 
uściskach. Chłop jeden wielkopolski podczas 
pożaru Xiąża w r.1848. powiedział te prawdzi- 
wie natchnione słowa: "Nie Książ się to 
Pa
ie, to nasze braterstwo z Niemcami się 
pali !.. Tam myślał prawie chlop tylko polski 
bez inteligencyi, a nie kosmopolityczny de- 
mokrata; ale ja pozwolę sobie być zdania 
tego prostaczka... a teraz tylko mowa być 
może. nie o braterskim szale. lecz o zimnej. 
rozsądnej rachubie. Szarl'owny mój inter- 
pretator chciałby. abyśmy z Niemcami znowu . 
odegralikomedyę: E m b r a s s o n s n o u s, 
F o 11 e v i 11 e! którą tu daje teatr Mon- 
tansier ; ale ja z galeryi Vaudevillu na dramat 
ludzkości poglądać nie zwykłem i jeślibym już 
miał jakąś rolę obrać. to niezawodnie ni
 ową 
Follevilla ; prędzej ową Brutusa SzekspIrow- 
skiego, który łączy się wPrawdzie. w potrzebie 
z Kassiuszem, ale z całą świadomością jego 
nikczemuości. Przeciwnik mój, ktÓry pewno 
o tem nie wie, że na sławnym parlamenciB 
h'ankfurckim sławny Jordan jeden nam tylko 
przyznał przymiot tancerzy... chciałby zatań- 
czyć z Niemcami jakąś szaloną, rewolucyjną 
karmaI1iolę; jabym się najwięcej z nimi do 
porządnego i poważnego kontredansa zniżył, 
w którym sobie pary czasami ręce podawają, 
ale wtedy tylko i tak dlugo tylko, jak tego 
t a k t polityczny wymaga. Naj chętniej 
bym zaś z . potańczył poloneza Koś- 
ciuszki. .. 


("List z Paryża" z dn. 18 g'rUlJnia 1850 r., 
"G:miec Polsl..i", nr. 25 z dn. 25 t. m.) 


JULJAN KLACZKO. 


\V poprzednim 6-stronicowym numerze (95) 
Wiadomości Polskich" (5 ilustracyj): Ta- 
dtJusz Sieczkowski : Grudziądz--Łowicz- 
Bzura-l\Iodlin. Notatki oficera zwiadow- 
czego dywizjonu 3-go 16-go pomorBkiegc, 
pułkU artylerji lekkiej. Fragmenty pa- 
miętnika, uwieńczonego I nagrodą (Naczel- 
nego Wodza) na konkursie ,,\Viadomości 
Polskich". - Kazimwrz Wierzyński: Wier- 
sze: Inter anna. Noc w Pirenejach. . Po- 
żegnanie Francji. Jesień w Lizbonie. 
\Vspomnienie z Madery. Na statku. Motto. 
- Adam Pragier : Aby nie było nieporo- 
zumień. - Zygmunt NowakQW8ki: Cogito. 
ergo... sum liber ! - Stanisław Strzetelski : 
Federacja na swojem miejscu. - Florja
t 
Sokołów: O Polsce pod okJlpacją. - Zbig- 
niew Grabo1.V8ki: Książki: Ostrzeżenia dla 
Hitlera. Opowiadania Zuckmayera. - Wła- 
dyslaw Ostrowski: Jeszcze -o przyczynach 
klęski. - Betty Morgan: Eleonora Kalkow- 
ska. - Janusz Laskow8ki: "Przy Kierow- 
nicy w Tobruku". - Dlaczego Maurycy 
Mochnacki nie chciał'być urzędnikiem ceI'- 
zury. List do Kalasantego Szaniawskiego. 
- Rozmowa z prof. T. ::\1. Olbrychtem. 
Alfa: Rozmaitości. - Nowy Rok w polskim 
balecie. - Camera obscura. - Tysiąclecie 
Pińska. - Skarbnica Polska. Ignacy Chrza- 
nowski: O trwałe wartości "Ksiąg piel- 
grzymstwa". Walerjan Kalinka: Teorja 
ras. Cyprjan Norwid: Sieroctwo. Ada11' 
Mickiewicz: Rozum i wiara. Juljan Tuwim : 
Historja. 


ISY GEIGER 
znany z "Caf6 Splendld" I Z radia w Wiedniu 
koncertu;e i przyKrywa do tańca podczas 
podwieczorków i kolacyj 
W KAWIARNI I RESTAURACJI 
WILERBY 
6. Hanover S
ree
. Rel'.n
 Street. W.I 
Polskie mdod;e 
Nastr6j przedwojenny Wyborna kuchnia 
Muzyka cod,ieorri, - takt, " Iłid,itlf 


Redaktor: 


ZYGMUNT NOWAKOWSKI 


Printed in Great Britain for 1\1. I. Kolin 
(Publishers), Ltd., by Williams, Lea & Co., 
Ltd., Clifton House, Worship Street, E.C. 2 ; 
Published every Tuesday at 229/231, High 
Holborn, London, W.C. l. 


Nowość! 


Nowość! 


ZNAK 


ALEKSANDRA JUNOSZA-GAŁECKIEGO 
ZAPYTANIA 


zamówienia przJ'jmuje : 


cena 


1/.. 


HERBALL HILL. 


F. MILDNER AND SONS, 
CLERKENN£LL ROAD. LONDO
, 


E_C, l, for GĄ.ŁECKI
		

/Archiwum_005_03_012_0001.djvu

			6 


WIAD0\10ŚCI POU::KIE 


. 


" 


Nr. 2 (96) 


( 
, 


\. 


_ L S K - 
- - 
- . .. .... =, 
I 
III
 1111I111111111111111I11111111111111111111I111I111111111111111 m 11111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111 i 111111I11111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111111; 11111111111111111111111111111111111111111111111111111111 Ul 11I111I1111111111111111 Ali 
X. JEDRZEJ KITOWICZ 


,..... 


o 


STOLAU 


Panowie, tak w domach jak na publicznyc "1 
miej8cach przebywając, kochali 8i
 w wielkich 
stołach, dawali sobie na publice nawzajem 
obiady i wieczerze; do tych zapraszali przy- 
jaciół, o bywatelów, wojskowych i sędziaclcich; 
w domach zjedżdżali się do nich bliżsi sąsiedzi; 
rzadki był dzień bez gościa ; cz
te biesiady 
z tań<::ami i pijatyką. W całym kraju pędzono 
życie na wesołości, wyjąwszy garstkę skrom- 
nych w napoju. Stoły zastawiano wielkiemi 
misami, które u wielkich panów były srebrne, 
u mniejszych prócz wazów i serwisów cynowe, 
talerze także podług pana. srebrne albo cynowe. 
Od połowy panowania Augusta ITI nastały 
talerze farfurowe, dalej porcelanowe, naresz- 
cie cała służba stołowa składała si
 u wielkich 
panów z porcelany; wazy, serwisy, misy, 
półmiski, sałaterki, talerze, sohllczki, kara- 
finki, trzonki nawet u nożów i widelców 
porceia.nowe ; ale że ta materja była naten- 
czas droższa od srebra, a przytem pr
emu 
stłuczeniu podlegała, przeto bardzo rzadko 
si
 z nią popisywano, chyba w dni bardzo 
uroczyste. Łyżki do jedzenia pospolicie 
srebrne, po niektórych zaś dworach niezbyt 
wykwintnych lub mniej dostatnich albo u 
tych panów, którzy zwykli dawać otwarte 
stoły i którzy często nie znali swoich stołow- 
ników, na pośrodek stołu, gdzie mieścić się 
miały dystyngwowane osoby, kładziono 
łyżki srebrne i talerze takież, albo za wprowa- 
dzoną modą farfurowe lub porcelanowe; po 
końcach zaś. do których tłoczył się kto chciał 
i kto się mógł zmieściÓ, dawanO"łyżki blaszane 
lub cynowe i talerze. N oww i widelców u 
wielu' panów nie dawano po końcach stołu, 
trwał albowiem długo od początku panowania 
Augusta lIT zwyczaj, iż dworzanie i towa- 
rzystwo, a nawet wielu z szlachty domatorów, 
nosili za pasem nóż, jedni z widelcami, 
arudzy bez widelców, inni zaś prócz noża za 
pasem z widelcami miewali uwiązaną u pasa 
srebrną, rogową lub drewnianą z cisu, 
bukszpanu lub trzmielu wyrobioną łyżkę, w 
pokrowcu skórzanym, u niektórych srebrem 
haftowanym; przeto póki taka moda trwała, 
miano zadosyć pośrodek stołu opa1:jzyć 
łyżkami, nożami i widelcami, wiedząc, że ci, 
którzy zasi
dą końce stołu, będą mieli swoje 
noże i 
żki na pańską pieczeń, barszcz i inne 
potrawy . Jeżeli zaś który nie zastał u stołu 
łyżki gospodarskiej i swojej nie miał, pożyczał 
jeden od drugiego, skoro ten, rzadkie zjadłszy, 
do gęstego'się zabrał, albo zrobił sobie łyżk
 
ze skórki chlebowej, zatknąwszy ją na nÓŻ, 
00 nie było poczytane za żadne prostactwo, 
w wieku wykwintnością francuską nie bardzo 
jeszcze zarażonym czyli też niewypolera- 
wanym. Serwety także i odmienianie talerzy 
za 'każdą potrawą nie zaraz nastało; a gdy 
nastało to. oboje, najprzód tylko używane 
było do środka stołu, nie zasięgając końców, 
przy których stołownicy obywali si
 jednym 
talerzem; dopiero gdy napełniony-ogryzkami 
i kościami, podawali go posługaczowi jakie- 
mu do odmienienia. - 
Goście od szarego końca siedzący z jednej 
szkłanki pili za koleją lub z jednego jmhara. 
Biała płeć nawet nie miała odrazy przytykać 
swoich ust delikatnych do puhara w kolej 
idącego. Jak zaś nastały kielichy szklanne i 
kieliszki, nastała zarazem i obrzydliwość 
cudzej g
by. Kto spełnił aielich, nim go 
Urugiemu podał, wytarł go czysto serwetą, 
dalej zaś za ochędóstwem pos
pującem w 
górę, przepłukiwano go po każdym pijącym 
wodą w kredensie, kieliszki zaś małe do wina 
stawiano zosobna przed każdego, tudzież 
butelkę z winem i wodą i szklank
 do niej 
przed każdą osobę. Jeżeli kto żądał piwa, to 
na tacy roznoszona w szklankach dla siedzą- 
cych u stołu. Gdy zaś ta moda nastała, już 
wtenczas przy całym stole od końca kła- 
dziono talerze, serwety, noże i widelce. 
Naostatku, 'aby na niczem nie zbywało 
wykwintności, na każdym talerzu kładziono 
po kilka drewienek bukszpanowych, cienko 
i kończysto zastruganych, do wykłuwania 
z
bów, których drewienek w \Varszawie kopę 
płacono Norymberczykom po 2 tynf.y, t.j. po 
2 złote dzisiejsze i po groszy miedzianych 16. 
Te drewienka wolno było każdemu zabierać 
do swojego sztućca czyli, jak go nazywano, 
zębodłuba; drewienka zaś same nazywano 
iglicami z podobieństwa do takiego narzędzia. 
Do wielkiego stołu od osób kilkudziesiąt 
wyszło takich iglic kopa jedna i druga; na 
każdy publiczny obiad kupowano świeże, 
ponieważ jedne goście rozebrali, drugie mniej 
dbający służący na koszt pański za mało 
poczytany, spr2:ątając ze stołu bez uwagi na 
te fraszki, rozproszyli lub między siebie 
rozebrali, ponieważ o zginienie ich żadnego 
nie było pytania. Liberja służyła do stołu, 
podając i odbierając talerze przez serwe
, 
ażeby gołą ręką niezgrabną na czas lokaj lub 
hajduk pieszczonemu smakowi nie sprawił 
obrzydzenia. Toż samo zachowywał kuch- 
mistrz, zastawiający stół potrawami, i rozno- 
szący półmiski lokaje, o czem będzie niżej przy 
opisie potraw i sposobie niemi częstowania. 


*) Z książki "Opis obyczajów i zwyczajów 
za panowania Augusta lIT". 


BOHDAN 


ZALESKI 


W pIerwszym zwyczajU starosw16ckim, na 
początku panowania Augusta ITI jeszcze 
trwającym, nie było zbyt wykwintnych 
potraw. Rosół, barszcz, sztuka mięsa, bigos 
z kapustą z różnego mięsiwa kawalcami, kieł- 
basą i słoniną, drobno pokrajanemi, i z 
kapustą kwaśną pomięszanemi, i nazywano 
to bigosem hultajskim; dalej gęś gotowana. L 
śmietaną i z grzybkami suszonemi, w kostk
 
drobno pokrajanemi, kaszą perłową zasypana. 
Gęś czarna, którą u pomniejszych panów 
zaprawiano tak: kucharz upalił wiecheć 
słomy na węgiel, w niedostatku czystej z buta 
czasem naprędce wyjętej, przydał do tego 
łyżkę lub więcej miodu praśnego, przylał 
podług potrzeby jakiego octu mocnego, 
zmięszał z ową słomą spaloną, zasypał 
pieprzem i imbierem, a zatem stała si
 gęś 
czarna, potrawa bardzo wzięta owych czasów 
i podczas największych bankietów używana. 
Nikt mi nie zada, iż taką przyprawę słomianą 
zmyśliłem na wyszydzenie staroświeczyzny, 
kiedy sobie wspomni na tarnosolis, płatki, 
których podziśdzień kucharz do farbowania 
galaret i cukiernicy do farbowania cukrÓw 
używają; wszak te płatki są to zdziery 
starych koszul i'pluder, które gaciami zowią, 
płóciennych; jeżeli mi nie wierzy, niech sobie 
ich każe dać funt w korzennym sklepie, 
znajdzie mi
dzy temi płatkąmi kolnierze od 
koszul i paski od gaci. Jeżeli powie, że te 
płatki, nim poszły do farby, wprzód musiały 
być czysto wyprane, to też uważyć powinien, 
że ogień, którym słoma do gęsi była palona, 
bardziej wyczyszczał wszelkie brudy niż woda 
płatki. Dalsze potrawy: flaki, czasem żółto 
szafranem zaprawiane, osobliwie w woje- 
wództwie sandomirskiem, od których i od 
ciel
iny, tymże szafranem zaprawionej, 
nazywano ich żółtobrzucoomi; czasem bez 
szafranu w białym sosie, mąką zaklepanym. 
Ciel
ina szaro, ciel

 biało ze śmietaną, 
kury, kurczęta, gęsi na rumiano, indyki, 
kapłony, bażanty, baranina z czos
em 
prosięta, nogi wołowe na zimno z galaretą: 
wędzonka wołowa, a w 'Wielkiej Polsce ba- 
rania i wieprzowa. \Vszystko to rozrna.itemi 
sIJ:j.akami, do których zwyczajne zaprawy 
były: migdały, rozynki, kwiat, goździki 
g
łka., imbier, pieprz, szafran, pistacje: 
pmele, trufle, miód, cukier, ryż, cytryna, ale 
bardzo jeszcze natenczas mało, jako droga, 
bo P? tynfie jedna sztuka najtańs:7.B.; nad- 

tawmno . kwasu 1?otr
ebę octami; dalej 
Jeszcze: kielbasy, kiszki z ryżem i wątrobne. 
Toż zwierzyna, zające, sarny, jelenie, daniele 
dziki, przepiórki, kuropatwy, kaczki dzikie' 
cietrzewie, ptaszki drobne, paszte
y, pardW; 
na Rusi; z temi mięsiwami łączyli warzywa 
ogrodowe, j
o to: marchew, pasternak, 
rzepę, buraki i kapus
 słodką. Takowe 
potrawy dawano na pierwsze danie, i było 
wszystko gotowane i przysmażane; gdy zas 
takie było, zwało si
 po francvsku: ragout 
fricassee. 
Na drugie danie stawiano na stół takież - 
mięsiwa i ptastwo, pieczone sucho calkowicie 
ę.lbo też jakim sosem podlane. 
W tych zaś wszystkich potrawach naj- 
bardziej przestrzegano wielkości, tak iż 
półmiski i misy musiały być czubate. 
Między pomieI?-ione pieczyste z mięsa sta- 
wiano także torty i ciasta francuskie, które 
jeszc,ze dotąd 
idujemy, ale te .ciasta owych 
czasow dla mewydoskonalonej sztuki ku- 
charstwa były bardzo ciężkie i grube pod 
względem teraźniejszej delikatności. Nie 
dobierano do nich masła młodego, ale owszem 
starego, czasem aż zielonego, albowiem ta.kie 
było sporsze, dając wi
ej czucia swego, choć 
w :ł:miejszej kwocie użyte, niż młode ; do tego 

azdy zbytek. w początkach swoich ogląda 
Się na . dawruejszą o
z
zędno.ść,. z której 
w;\

puJ
.. Język tez maczeJ me poznaje 
delikatnoscl . s
aku, tylko przez używanie 
coraz łagodniejszych potraw; więc kiedy nie 
kosztował tortów i ciast francuskich z młodem 

asłem pieczonych, przyjmował z gustem i 
pieczone z starem masłem jako nowe specjały 
lepsze od klusków i pirogów. ' 
Mi
y p(4miski, rozmaitem ptastwem i 
ciastem napełnione, podług wielkości stołu 
stawiano .dwi
 .?'lbo trzy misy ogromne, 
nakszałt pll'allildow z rozmaitego pieczystego 
złożonych, które hajducy we dwóch nosili 
bo.by . jed
n nie .Ulli?sł. Te piramidy n
 
spodzie mIały dWie pIeczenie wielkie wołowe 
n
 ni
h położo
a był
 ćwiartka jedna i drug
 
Cleh
cmy, dalej baranma, potem indyki, gęsi, 
kapłony, kurczęta, kuropatwy, bekasy im 
w.Yżej
 t?m co
az .
i
jsz? ptastW? Z tych 
pll'amld Jakotez mIS I połmlsków goscie spraw- 
niejsi do krajania za prośbą gospodarza brali 
przed .siebie 0.w
 pieczyste, rozbierali, cz
- 
stow
h .w kolej slCc:I
ących u. st?łu, nie prze- 
pomma.
ąc zostaWIe dla. SlebIe najlepszej 
sztuczki ; po o bczęstowaru.u wszystkich sami 
jedli. 
Tak w pierwszem jak w drugiem daniu 
wszystkie mięsh
a i ptastwo szły do garka, 
rondl
 lub na rozen. w przyrodzonej istocie 
swoJe], albo całkowite, albo też na sztuki 
rozebrane. Zobaczemy niżej, jak kucharska 
sztuka, wydoskonalona scza.sem, potrafiła 


w 


ŚNIEŻYłJT' 


Plowieje siola krasa rodzima - 
W mroźnego wialm poświście ; 
Spoza gór ciągnie ponura Zfma, 
Co zwarzy kwiecie i liście. 


Powiejcie, dumki moje, och f w górę; 
Niedl1 goć tutaj zabawf11t. 
Ptactwo serdeczne, hej krasnopióre, 
Rozwi1'z się w szyku żórawim. 


I ja za wami znagla odlecę, 
M inąl bo dzionek nasz mily : 
W brzasku zarania, w polu dnia sPiece, 
Przy was mi dziwy się śnily. 


N a krótko jeno się przyzostanę. 
jaskiJlki w stawie-niech usną f 
Aż lód im za11tknie loże świetla1te, 
N a drzemkę mroczną i gnuśną. 


I ja za niemi utonę w ciszę, 
Pod zwaly śniegów i lodu: 
Bodaj Aniola pieśń znów zaslyszę, 
Niezrozumianą zamlodu. 


W śnieżycy ptactwa śladu ni znaku - 
N ad głową cynowe wieko. - 
Ni żórawiego dopatrzeć szlaku. 
Dalekoć ptactwo, daleko. 


Dumki, o f dmżki - kędy wy ninie? 
I żegnać nawet daremnie f 
O wiecznej zmorze, o Ukrainie, 
Śpiewajcież teraz beze mnie. 
Śpiewajcie M alce slodko, milośnie, 
l\-im kędyś w zmierzclm stuleci 
Ujrzym się jeszcze raz - gdy ku wiośnie 
Bojan slowikiem wyleci. 


BOHDAN ZALESKI. 


..... 


I. 


ANK ETAUD 


PAŃSKIUU 


*) 
I 


ZAGADNIENIE OGRANICZEŃ ODZIEŻOWYCH ROZWIĄZAŁA FIRMA 


JONES, CHALK (!I DA WSON Ltd. 
krawcy wOJskowi. cywilni I lotnictwa 
. 6 SACKVILLE ST., PICCADILLY 
LONDON, W.1. Tel. REGent 0656 
Najlepsza jakość materjału. a co najważniejsze, wzorowy angidski krój zapewnia praw- 
dziwą elegancję i trwałość: d,zięki temu nie dają się nam we znaki ograniczenia kuponowe 


robić z jednych ciał drugie, dając np. pieczeni 
form
 karpia a100 SllczUpaka i t.d. 
Trzecie danie składało się z owoców ogro- 
dowych i cukrów rozmaitych na talerzach i 
półmiskach, mi
y które stawiano z cukru 
lodowatego misternie zrobione baszty, cyfry, 
herby, domy, dragantami zwane, które 
biesiadujący łamiąc burzyli. Postne obiady 
tymże szły porządkiem co i mięsne, a że 
wtenczas Polacy ściśle zachowywali posty, 
nie obaczył u żadnego pana. na stole maślanej 
potrawy, ale wszystkie z oliwą lub olejem, 
który wybijano z siemienia lnianego, konop- 
nego, z maku i migdałów. Skoro się na- 
cisnęło do Polski kucharzów Francuzów i 
rodacy wydoskonalili si
 w kucharstwie, 
zniknęły potrawy naturalne, a nastąpiły na 
ich miejsce jak naj wykwintniejsze, jako to ; 
zupy rumiane, zupy białe, rosoły delikatne; 
potrawy z mięsiw rozmaitych komponowane: 
pasztety przewyborne. Zaprawy nie wystar- 
czały z korzennych sklepów; brano z aptek 
spirytusy, esencje i olejki, zapachu i smaku 
przydające i apetyt rozdrażniające. Gęś 
czarna wyszła z mody; nie dawano jej, 
chyba na obiadach pogrzebowych, albo w 
partykularnych domach; a gdy się kędy na 
stole pokazała, kolor jej dawano nie ze słomy 
palonej, ale z miodowniku, dodawszy do 
niego cytryn zamiast octu, cukru, goździków. 
Miód praśny powszechnie ze wszystkich 
kuchniów pańskich i szlachty majętnej został 
wywołany, na jego miejsce nastąpił cukier. 
Cytryny były już powszednie, i gdzie przed- 
tem na
abiano octem, tam potem rohiono 
kwasy z cytryn, a jeżeli dla oszczędności 
przymięszywano octu, to samego winnego i 
to w małej kwocie. Kucharz nie miał się już 
za dobrego, Jeżeli musiał gotować bez cytryny. 
Pistacje i pinele wyszły z mody, a nastały 
na ich miejscu kapary, oliwki, serdele, tartofle 
i ostrygi marynowane. 'Vina także zaczęto 
używać do potraw, które miały być z ostrym 
sosem, mianowicie zaś szafowano nim do 
ryb, o których zaczęto już powoli trzymać, że 
szkodzą zdrowiu ludzkiemu, sprawując w nim 
przyrodzoną wilgotnością swoją wieldść fleg- 
my. A przecież starzy Polacy byli mocniejsi 
od dzisiejszych i mieli w sobie więcej ognia, 
choć jadali ryby w wodzie gotowane. Łososia 
świeżego u panów wykwintniejszych goto- 
wano w samem winie burguńskiem, przecież 
w samej rzeczy nie był on lepszy od gotowa 
nego w wodzie. chyba przez imaginację. Nic 
to było kucharzom wielkich panó
 do jed- 
nego obiadu na kilkadziesiąt osób zepsuć kopę 
cytryn, których dawniej kilka do takiegoż 
obiadu wystarczyło, bo kucharz jednę cy- 
trynę wypotrzebował do potrawy, a dwie 
schQwał dQ kieszeni. Toż samo działo sie 
z winem, którego część do potrawy, a dwi
 
części wlał kucharz do gardła. I gdy kucharz 
wołał wina do ozora, prawdę mówił, ze go 
potrzebował do ozora, ale do swego, nie do 
wołowego. Niechżeby mu nie dodano czego 
podług jego woli, z umysłu zepsuł potrawę, 
udając, iż nie miał dosyć ingredjencyj, 
których do takiego smaku potrzebował. 
Oprócz sztuki mięsa, którą gotowano w 
samej wodzie z pietruszką i solą, inne wszyst- 
kie potrawy nalewano sokiem, z mięsiwa 
rozmaitego wygotowanym. . Ten sok po 
kucharsku zwał się alabrys; robiono go tak: 
w wielki kociół, w każdej kuchni będący, 
nakładł kucharz całą goleń wo!ową, z mięsa. 
nieco ogołoconą, w sztuki porąbaną, a jeśli 
miał być wielki obiad, to przyłożył pieczeń 
jednę i drugą, ćwiartkę cielęciny, ćwiartkę 
baraniny, kapłona jednego i drugiego, słoniny 
niesłonej karwasz, pietruszki. selerów, porów, 
marchwi; to wszystko wrzało bez soli w 
owym kotle, aż się mięsiwa od kości oddzie- 
liły. Tym sokiem dopiero nalewali potrawy 
w osobnych rondlach gotowane, przypra- 
wując je rozmaitemi kondymentami, wyżej 
wypisanemi, i solą. 
Drugi wymysł był farsz, t.j. siekanka z 
łoju wołowego, z cielęciny, z kapłona, z 
chleba tartego, jajec, masła, gałki muszkato- 
łowej, pieprzu, imbieru i innych korzeniów; 
tym farszem nadziewano mostki ciel
e i 
baranie, prosięta, kapłony, kury, które 

zy.wan
 pulardam!. Dosyć wyrazić, że' tyle 
ml
lwa, ile go psuh kucharze na sosy i sie- 
kanki, wystarczyło przedtem na cały suty 
o biad, a przecież, lubo tak wiele mięsiwów i 
ptast\}'a brano do kuchni, na stole mało tego 
znać ł:Jyło. Wyszly z mody wielkie półmiski 
i głębokie, nastały małe okrągłe i płaskie 
salaterki jeszcze mniejsze; misy nie służyły 
już wi
eJ, tylko do sztuki mięsa. i pieczeni 
albo ptastwa wielkiego, gęsi, indyka, głuszca. 
Byłoby grubjaństwem i obrzydzeniem, gdyby 
na jednę misę położono dwie pieczenie it.lb
 
dwóch indyków; półmiski tak'że nie były 
pełne, ale tak tylko, żeby potrawa samo dno 
zajmowała, przeto jeden kapłon, jedna kura, 
para kurcząt lub para kuropatw dosyć była 
na półmisek, gdy każdy zosobna miał to za 
jaką
 pewnoŚĆ, ż
 wiel
ość potrawy pRujf:) 
do mej apetyt. Nie uwazano zatem, choć się 
tej i owej potrawy nie każdemu dostało, gdy 
natomiast liczba potraw, któIJ"ch do sześć- 
dzesi
iu i wi
ej na jedno danie stawiano 
nagrodziła szczupłość onych; a do tego, gdy 
rosoły, zupy, sztuka mięsa i pieczeń w tej 
obfitości były zastawiane, żeby się z nich 
każdemu choć potrosze dostało. Moda też 
wprowadzona razem z nowmni potrawami 
ostrzegałl!. gości, ażeby się nie bardzo po- 
trawami obkładali, kosztując bardziej tej i 
owej potrosze niżeli jedząc, chociaż drugi, 
dobry mający apetyt, dla tej mody wstał 
głodny od stołu, co się najwięcej wstydliwej 
białej płci i galantom francuskim przytrafiało. 
Kończąc o potrawach nowomodnych,_ to 
jeszcze przydać należy: kucharze przedni dla 
pokazał;lia swojej doskonałości wyjmowali 
sztuczrue z kapłona lub z kaczki mięso z 
kościami, sarnę skórę w całości zostawując, to 
mięso posiekawszy z .rozmaitemi przypra- 
wami, kładli znów w skórę zdjętą, a powy- 
kriywiawszy dziwacznie nogi, skrzydła, łby, 
robili figury do stworzenia boskiego nicp
- 


dobne; i to były potrawy najmodniejsze i 
najgustowniejsze. 
Rybne obiady tymże sposobem dawali jako 
i mięsne ; jedn
 połowę ryb rozmaitych goto- 
wali w kotle na smak z przydatkiem rozmaitej 
zieleniny wyżej opisanej, w tym smaku do- 
piero gotowali ryby, które si
 miały ple- 
zentować na stole, przeto były arcysmaczne. 
Niektórzy kucharze, żeby się lepiej popisali 
z doskonałością swoją, gotowłłli ryby w sosie 
mięsnym, a do karpia kładli na spód słoninę, 
czyniąc to wtenczas, kiedy nikt nie widział, i 
na wydawaniu kryjąc zdradę, aby nie była 
postrzeżona. \,,"szakże doszli tego sczasem, iż 
ryb smak czyli ekstrakcja z ryb wygoto- 
wanych, przydana rybie mającej pójść w 
swojej całkowitości na stół, smaczniejszą ją 
czyniła, niż zaprawioną sosem mięsnym albo 
słoniną. 
Ciasta także francuskie, torty, pasztety, 
biszkopty i inne, pączki nawet wydoskona- 
liły się do stopnia jak najwyższego. Staro- 
świeckim pączkiem trafiwszy w oko mógłby 
je był podsinić, dziś pączek jest tak pulchny, 
tak lekki że ścisnąwszy go w ręku, znowu się, 
rozciąga i p
znieje jak gąbka do swojej 
objętości, a wiatr zdmuchnąłby go z półmiska. 
Stawiano na stole przed potrawami w mi
ne 
obiady jedn
 i drugą parę śledzi surowych na 
talerzach; tego panowie przed wszystkiemi 
potrawami jedli po dzwonku lub mniej, a to 
dla zaostrzenia apetytu, jak mieli podane 
od doktorów, którzy z obżarstwa panów 
spodziewając się chorób, doradzali im to co 
psuło zdrowie, aby mieli kogo leczyć. 
Kucharz dawny u wielkiego pana już to 
dobrze był zapłacony na rok trzema set 
tynfów, co uczyni na dzisiejszą mone
 
złotych 380, i był razem kucharzem do wa- 
rzonego i do pieczystego. Późniejszych zaś lat 
zdrożała ta profesja. Najmniej dobremu 
majstrowi, który był wyzwolony, trzeba było 
dać na miesiąc czerwonych złotych 5, 6 aż do 
8, kiedy był przedni majster. Różnica także 
nastała mi
y kucharzami; jedni byli z nich 
do gorących potraw. t.j. do warzonego, i ci 
byli drożsi, drudzy do pieczystego. i ci byli 
tańsi; nazywali się pasztetnikami, lubo nie do 
samych tylko pasztetów należeli, ale do 
wszelkich potraw z pieca wychodzących, jako 
to: torty, ciasta, leguminy, mięsiwa i zwie- 
rzyny, które przemysł kucharski nie w rondlu 
łJoni na rożnie, ale w piecu przyprawiał. Dalej 
jeszcze panowie polscy, powracający z cu- 
dzych krajów, przywieźli z sobą montkochów, 
t.j. górnych kucoorzów. Ci montkochowie nie 
mieli do siebie ciżby od miernych panów, 
mieścili się rzadko gdzie po najpryncypal- 
niejszych kuchniach, gdyż to już był zbytek 
nad zbytkani ; montkoch brał na miesiąc 
dukatów 12; przyjmując służbę wymawiał 
sobie, żeby nie należał do wszystkiej roboty 
kuchennej, tylko do tylu potraw, do wielu 
się zgodził, najwi
ej do sześciu i to dla 
samego pana; a gdy ten nie miał być u 
siebie na obiedzie, montkoch nie zajrzał do . 
kuchni, choć w niej dla innych domowników 
albo familji pańskiej obiad gotowano; 
przysławszy do kuchhi po swoją porcją, 
siedział w domu albo się spacerem bawił. 
Potem montkochowi musiało być nagoto- 
wane wszystko pod ręką co on miał gotować, 
tak żeby nie miał więcej pracy, tylko włożyć 
w rondel i z niego. wyłożyć na półmisek, a 
potem, umaczawszy palec w sosie i oblizaw- 
szy, powiedzieć: "bon sos". Co też i kuch- 
mistrzowie przy zastawianiu stołów robili, 
rekomendując jaką osobliwą potraw
 i 
naprawując do niej apetyt. Tym sposobem 
zastawione potrawy zbierano po jednej z 
stołu, krajano na kredensie, i pokrajane 
obnosili lokaje i hajducy dokoła stołu, aby 
nikt nie miał przyczyny sięgać przez trzeciego 
do półmiska albo prosić od drugiego. 
:Nie us
pując nasi Polacy w niczem Wło- 
chom i Francuzom, nawykli powoli, a dalej 
w najlepsze specjały obrócili owady i obrzezki, 
któremi si
 ojcowie ich jak jaką nieczystością 
brzydzili. Jedli ża6 y , żółwie, ostrygi, ślimaki, 
granele, t.j. jądrka młodym jagnięt0n:ł i cioł- 
kom wyrzynane, grzebienie kurze i nóżki 
kuropatwie, same paluszki nad świecą wos- 
kową przypiekane, którym sama tylko 
inmginacja jakiegoś smaku dodawała, sałaty, 
ogórki, musztardy i inne surowizny, które 
dawano do stołu do sztuki mięsa i pieczeniów. 
Te nie należały do kuchni, ale do kredensu. 
i stawiano to na stole razem z serwisem. . 
Serwis była to machina srebrna, na łokieć 
wysoka, na trzy ćwierci łokcia w dnie 
szeroka, u góry węższa, z czterech balasów 
prostyc4 albo wyginanych w esy złożona, 
które wiązały się z sobą poprzeczniemi 
baleczkami lub esami. :Na tych kolumnach 
osadzony był kosz srebrny misterną robotą, w 
który kładziono Cytl'yny, albo nawa do tejże 
potrzeby służąca. Nad koszem lub nawą 
unosiła si
 kopuła, orła z rozpiętemi skrzy- 
dłami alb? jakiegoś genjusza dźwigająca, 
czasem zas sam kosz lub nawa z cytrynami 
składaly w!erzch serwisu; niżej kosza między 
kolumnami były cztery obrączki, między sobą 
związane, do baleczek poprzecznich przy- 
lutowane, w każdej z tych obrączek stała 
wetchnięta bańka misterna z nakrywadłem 
srebrna albo też kryształowa srebrem w kil- 
koro obwiedziona; te bańki, nazywane kara- 
finkami, dlatego osadzone były w cyrkuly 
czyli obrączki, ażeby nie podlegały nieostro- 

emu wywróceniu. Służyły zaś do octu, 
ohwy, culuu na mąk
 stłuczonego i musz- 
tardy, których ingredjencyj panowie zaży- 
wali, gdy sami sobie na stole sała
 zaprawić 
lub jakiej potrawie smaku lepszego podług 
dotkli\\ości języka swego przydać chciel
 

usZtal 
ę zaś brali do sztuki mięsa. i kiełbasy 
pieczoneJ, z którą kiełbasę sądzili być 
zdro\\szą i smaczniejszą
 To jedna. sztuka. 
serwisu. Dmga była spód: a tą była tafla 
drewniana, slCbrnym gZyn1Sem oprawna, 
niskich nóżck szeM, cztery mająca, lub też 
b?z nóżek, na której tafli stawiano ową 
pIl'rwszą sztukę. U niektórych panów cała 
tafia była blachą srebrną powleczona; na tej 


tafli po brzegach między -kohunnami sta- 
wiano czteIJT małe naczynia srebrne, solnicz- 
ka
i z polska, salserkami z francuska zwane, 
dWie z solą, dwie z pieprzem, aby sobie każdy 
doprawił potrawy do swego gustu, jeżeii 
si
 mu która nie dosyć słona lub nie dosyć 
pieprzna wydawała. W bańce z musztardą 
była łyżeczka proporcjonalna do bańki z 
trzonkiem zakrzywionym, głęboka jak wia- 
derko, srebrna, w środku wyzłacana ; w każdej 
znowu salserce czyli solniczce tkwiła maleńka 
szufelka. srebrna, w swojej gębie wyzłacana, 
do nabierania soli albo pieprzu. Bańka cu- 
krowa miała przykrywadło szparowate albo 
dziurkowate, którędy sypał się cukier bez 
otwierania przykrywadła. Bańki z oliwą i 
octem kto potrzebował, odkrył przykrywadło 
i nalał sobie likworu łatwo ciekącego. Że 
z?Ś mł:sztarda, jako gęściejsza, nie tak łatwy 
Ciek miała, dlatego do niej przydawano, łyżk
, 
bez której nalewający musztardy alboby 
za zbytnem nachyleniem bańki razem wiele 
nalał, albo za małem długoby ciągnącej się 
masy powoli czekał. Takich serwisów na 
wielkie stoły stawiano po dwa i po trzy; na 
małe po jednemu, do małych zaś wcale stołów 
były serwiski dużo od pierwszych mniejsze, 
zwały się menazikami i nie miały wi
ej sztuk 
w sobie jak dwie lub cztery bańki, srebrnemi 
obrączkami i cyframi połączone, z koszykiem 
na dwie lub trzy cytryny, dla kształtu ractej 
niż dla potrzeby, ponieważ gdy tych potrze- 
bowali stołownicy, osobliwie przy jedzeniu 
ostrygów, dodawano ich z kredensu na 
talerzach, tak u wielkich jak u małych 
stołów. Salserki zaś rozstawiano tu i owdzie 
po stole. Cukier na talerzu, a musztardę, 
gdy była potrzebna, w flaszce szklannej bez 
ceremunji przyniesiono, ponieważ w małej 
kompanji pr
ko się mogła obejść kolej 
musztardy, nie od każdego potrzebowanej. 
Prócz serwisu paradowały jeszcze na stolach 
pańskich w gorące czasy kufle srebrne bez 
uchów, w które stawiano butelki z winem i 
wodą, a potem obkładano lodem dla utrzy- 
mania zimna w napoju. Takich kuflów liczbę 
miarkowano i stawiano na stoły podług 
liczby służby stołowej, na wiele osób był 
stół nakryty, miarkując jeden kufel na dwie 
osoby: . Jednem słowem stoły się uginały 
pod Clęzarem srebra, gdy na jednym stole w 
wazach, miskach, półmiskach, talerzach, 
salaterkach, nożach, widelcach, serwisach i 
kuflach można go było rachować na pięćset i 
wi
ej grzywien.' I że już ten przepych 
opanował wszystkich, nie mający dostatkiem 
panowie sreber pożyczali ich jedni od drugich, 
byleby tak jak inni swoje stoły pokazali 
srebrem zastawione. . 

ł:zy wszelkich konceptach, do wymyśl- 
noscl smaku użytych, długo Polacy nie mieli 
sposobu utrzymania potraw w cieple. Nim 
się kuchmistrz Wyguzdrał z swoją symetrją 
potraw, które wprzódy na stole kuchennym 
niż na pańskim ustawiał, przypatrując się 
jakby jaki biegły fizyk koneksjom i powino- 
wactwom potraw, tymczasem wszystko krze- 
pło ; a jeżeli jeszćze cokolwiek ciepło na stół 
pański zaniesione zostało, to do reszty wy- 
stygło, nim panowie zasiadający do stołu 
proces, indukty, repliki, rerepliki i jura- 
menta względem miejsc pierwszeństwa skoń- 
czyli. Wi
 zasiadłszy, nas
powała remisa 
zimnych potraw do kuchni dla rozgrzania, a 
ta przewlekała, psuła i przerywała apetyt. 
Trafiało się i to, że potrawa odesłana do 
kuchni wi
ej nie powróciła na stół i czasem 
w sprawnych rękach jakiego służalca a 
czasem i domowego, ile w zamieszaniu, z 
półmiskiem przepadła. Końcowi zaś stołow- 
nicy, mając gorące żołądki, zmiatali choć na 
zimno przed sobą potrawy postawione. A tak 
panowie, środek stołu trzymający, albo choć 
też na zimno jeść musieli, albo czekając za 
rozgrzaniem, widzieli koniec obiadu wten- 
czas, gdy go zaczynali. Myśląc tedy długo 
nad taką nieprzyzwoitością, nareszcie wy- 
myślili fajerki srebrne; te stawiano na stoły 
w zimne czasy, nalane spirytusem, który 
dodając ognia, nie czynił dymu. Dopiero po 
takim wymyśle jadali ciepło, postawiony 
albowiem półmisek na fajerce w momencie 
się.rozgrzał tak jak trzeba było. " 
Zeby też i od talerzy zimnych nie krzepły 
potrawy i żeby farfurki zimne nalane ciepłą 
potrawą nie pękały, co im było zwyczajne, 
rozparzano je wprzód w ciepłej wodzie i z tej 
na stół wyjmowano, lubo i to naczyniu' 
kruchemu niewiele pomagało; od jakiegokol- 
wiek gradusu ciepła lub zimna większego, niż 
miały w sobie, pękały talerze fa.rfurowe, ale 
że na nich czyściej jeść było niż na srebrnych, 
przeto nie żałowano na nie kosztu i czem 
przedniejsze, tern drożej płacono. Tuzin 
ordynaryjnych farfurek płacił si
 po złotych 
6, lepszych drożej aż do czerwonych złotych 2. 
Do sreber stołowych, acz te nie stały na 
stoltJ, należały srebra kredensowe, te zaś 
były wanny srebrne do zmywania talerzy, 
konwie wielkie do piwa i puhary staroświec- 
kie, mało co już pod panowaniem Augusta 
III do napojów używane, wyjąwszy limon- 
jadQ i kaliszan, które z nich robiono. Limon- 
jada znajoma jest podziśdzień. Kaliszan 


RYSZARD BERWIŃSKI 


WSTEP 
. 


Motyl - nim krasę lotnych malowidel 
Wiatrom da na lup i harce ; 
Pierw blask kolorów i piękność swych 
skrzydel 
W ciasnej zasklePia poczwarce. 


J\./orze - nim burzą nawalnic zaryczy, 
Pierw zwierciadlane swe fale 
Ciszą przegląda i na dnie ich liczy 
Wszystkie swe perly - korale. 


Wulkan - nim światu zniszczeniem 
. zablyśnie, 
Pierw ogień w glębiach swych ściska; 
I wąż - nim jadem w przeciwnika pryśnie, 
Pierw kolem tęczy polyska. 


I lud - nim swego upiora, krwiożercę, 
Śmiertelnym ciosem 1tderzy ; 
Pierw wlasnej piersi zapyta - gdzie serce, 
I glębie jego prze11tierzy. 


zgin';lł, . wi
 go opisz
 dl
 wiecznej rzecay 
paml
1 : ad perpetuam rei memoriam. Była 
to mieszanina. z piwa, z wina francuskiego. K 
soku cytrynowego, cukrem osłOlizona i 
chlebem u
rtym zakruszona. Tym się 
chłodzili zrana po wczorajszem przepiciu. 
Przytoczyłem troch
 o pijaństwie z okazji 
puharów, napiszę wi
ej o niem w swojem ' 
miejscu, skończywszy o stołach. 
Nim. cukry modne nastały, stoły wielkie 
bywały wąskie, na półtora łokcia szerokie, 
na dwanaście długie, na nogach warownych 
albo jak zwano, ligarach krzyżowych stawia- 
ne; kiedy potrzeba było dłuższego stołu, 

kładano takich dwa do kupy, albo do 
Jednego, tak lub mniej długiego, przysta- 
wifmo dwa krótsze po końcach. . 
S
oro zaś nastały cukry nowomodne, już 
takie stoły wąskie nie służyły, albowiem te 
cukry znaczną część stołu zajmowały. Więc 
porobiono szersze a krótsze, czyli raczej tafle 
na trzy łokcie szerokie i na tyleż długie, na 
nogach prostych, lisztwami u góry i dołu. 
spajanych, osadzane. Takie tafle przysta- 
wiając jedną do drugiej, robił się stół równy, 
tak długi jak długiego potrzebowano, i był 
sposobniejszy do uprzątnienia niż owe długie 
dwunastołokciowe. Długo przed obiadem 
cukiernik zastawił cukry, zajmując niemi 
sam środek stolu. Te cukry składały sifJ 
najprzód z taflów szklannych, lecz gdy te 
często się tłukły, domyślili się cukiernicy 
porobić drewniane, gdy jak szklannej tak 
drewnianej tafli nikt nie jadł, ale cukry. Te 
tafle, rz
em ustawione, czyniły jeden skład 
cukrów, reprezentujących jaką długą galerją 
albo szpaler ogrodowy albo ulicę miejską, 
podług imaginacji cukiernika, wyjąwszy iż 
na zbyt długim stole dzielił te tafle serwis 
jeden środkowy, gdy drugie dwa zamykały 
koilce taflów, ale ten dział bynajmniej nie 
psował symetrji, ponieważ tafle przy nim 
zamykały rzecz cukrami reprezentowną. Plan 
czyli płaszczyzna taflów była wysypana 
piaskiem grubym, rozmaitemi kolorami far- 
bowanym, różne figury czyniącym, albo też 
jednostajny kolor całej dłużyźnie dającym, 
najczęściej zielony, jako naj milszy oku. 
Brzegi taflów poboczne oblepiano papierem 
białym, wąskim, w koronkę wystrzygan
, 
kupowano go w korzennych sklepach na 
funty, z cudzych krajów sprowadzony; 
płacono funt po kilkanaście złotych, ponieważ 
do wybijania jego nie mieli jeszcze formów. 
czyli też cukiernicy tern wybijaniem zatrud- 
niać się nie chcieli. Na taflach tak przyozdo- 
bionych stawiali robione z gipsu rozmaite 
figury genjuszów, bogów niebieskich, bo- 
haterów, nimfy, satyry, słowem, różne figury, . 
jakie cukiernikowi do symetrji przypadały. 
Sarna. struktura składała się z takich części, 
jaki gmach reprezentowała. Jeżeli ogród, to 
drzewa rozstawione łączyły si
 zielonemi 
gierlandami. Jeżeli ulice, to widzieć było 
kamienice, pałace, zamki, bramy tryumfalne, 
kolumny, mury ościenne albo sztakiety białe 
z zielonemi kapitelami i tym podobne ozdoby. 
Zawsze zaś w jakiejkolwiek b'-'odź strukt\ll':7..e 
stawiano w samym pośrodku altanę wydatną, 
herbem gospodarza albo gościa pierwszego, 
na którego honor dawany był obiad, przy- 
ozdobioną. Jeżeli zaś serwis pośrodek taflów 
trzymał, to herby dubcltowano i albo zaraz 
przy serwisie albo też na końcowych taflach 
stawiano. To wszystko żywemi kolorami 
ozdobione dziwnie piękny i wesoły oku 
czyniło widok i wszystko to było dla samego 
oka, gdyż nareszcie za pos
pującym przo- 
pychem wszystkie te rzeczy były porcelf\- 
nowe. . 
Do zjedzenia stawiano po brzegach taflów 
w małych karafinkach rozmaite konfitury 
mokre, wiśnie, porzyczki, agrest, śliwki 
 
czarne, śliwki zielone, orzechy włoskie, a przy 
taflach na farfnrkach stawiano konfitury 
suche, jako to: gruszki w' cukrze smażone. 
migdały cukrem białym oblewane i karnlek 
takimże sposobem; lody cukrowe, t.j. masy 
cukrowe z śmietany, malin arbo innych 
soków, zimnem stężonych, w figury rozmaite 
melonów, arbuzów, kunsztem cukiernickim ' 
utworzone, i galarety z rosołu mięsnego i 
cukru składane, biszkokty, makaroniki, pier- 
niczki i frukta świeże ogrodowe. Takie tedy 
cukry z talerzami, dopiero wymienionemi, 
czyli farfurkami, zas
powały środek stołu 
na pięć ćwierci łokcia; na rcszcie pozostałego 
placu stawiano potrawy i talerz do jedzenia. 
Takowych cukrów nie zażywali do każdych 
stołów, chociaż wielkich, ale tylko w dni 
osobliwszej jakiej gali. Przydawali także do 
cukrów wiersze rozmaite w różnej imaginacji 
pisane, które genjusze albo kolumny lub 
facjaty bram utrzymowały. Slużyły one 
najwi
ej do wypicia kielicha wina za zdrowie 
uroczystującej osoby lub aktu. Takich wier- 
szów rzadko używano w \Varszawie, najwię. 
cej po trybunałach i domach wielkich panów. 
lubiących się popisywać nie tylko z dobrem 
winem, ale też z rozumem, chociaż nie u jed- 
nego było wino jego własne, lecz' wiersze 
cudze, najwi
ej jezuickie albo pijarskie. . 


x. JĘDRZEJ KITOWIVZ. 


I 


KONIEłJ 


I ja -lecz co niewczesnemi skargł 
Niewczes1tej żebrać litości f 
Dość, że i moje, że te gorzkie wargi 
Pi
v J kielicha mi/ości. 
Dość, że nim skrzydla oddalem na wiatry. 
N im je brud życia opylil ; 
Dość, żem niejedną perlę Kleopatry 
Z niejednej czary wychylil. 


I cóż, że na dnie dopilem się jadu" 
Który w świat będę wyciskal ; 
Kiedym już Jęczą drzemiącego gadu 
Tyle przed światem polyskal. 


"Dlugo spal wulkan? - spytasz-li ciekawy. 
Co mu się w snach tych przyśnilo?". 
Patrz - oto pomnik z wystudzonej lawy, 
A na nim naPis: ,,]\.f i n ę l o f" 


RYSZARD BERWIŃSKI.