Wiadomości, R. 30 nr 21 (1521), 1975

.....- 


London, 25th May 1975 
Rcptered a.t the G.P,O. 81 a oewspapcr 


Rok XXX nr 21 (521) 


Cena 35p. 


Dziś 6 stron 


LONDYN, 25 maja 1975 


lil) m )@ill @
@[I 


Reclaltqa I AdmiDiltracla 
ff1, Gnat RusseD Street, 
London WCIB 3BS 
tel. 01-242 3644 
Prenumerata kwartalna £4. w Stan.ch Zjedn''- 
czonych i Kanadzie $10, w Bdgii 375 Er. bdi.. 
we Francji 40 Er., w NiemczeOO 25 DM, w 
Szwajcarii 30 Er. $ZW., we W1oszecO 6.000 hr. 
w innych krajach równowartość $10 - ZmiaIIIII. 
adresu 2Op. lub 4Oc. Dopłata za prenumeratę 
lotniczą £1.25 lub $4 kwartalnie. Ogłoszenia 
l cal x l szpalta £3 lub $7.50. Czeki nalety 
wvstawiać na "WIADO
tOSCI.' 


Założyciel: 


Mieczysław 


Grydzewski 


TYGODNIK 


Listy 


yv, maju 1965,umaąa w,Warsza,;"ie Maria Dąbrowska. 
Wsrod tych, ktorzy F! wowczas zegnali był Kazimierz 
Wierzyński na emigracji i Jan Kott w kraju. 
Listy Marii Dąbrowskiej, ogłoszone w dzisiejszym nu- 
merze nigdzie dotąd nie były drukowane. 


" 1', 
ł 


....: :. 



, 
,. 


.

 


, '. 


..
''''' "., 


--,- 


:

,
 
'. ". '\
, 

 


. -; 
/"1 



 


.... .. 


\ \ 
,., 
Ą. 


k 


'.. 


 

:?"t 'ł' 
"'
 
" .. 
 ''''''\i,. 
, ,
. 


. 
.\ '- 
,\ t f,. 
" 


.' 


;, 


fot. Daniel Zawadzki 


-
 


'" 


.ł....,
 ;
 



,' 


1--\" ' . .. 
.", .:-, 'I, . 


,Y 


-:.. -. .
. 


/, 


..; t_o' 
ł," J f 


l! 
.,.. 

 
. , .., 


:. 


'f' 


'\, 


\,,;\'t 


'\ 


\\'.:' 


..i 
\1 :..o(
 
A. u..,.i..... - .:.:..::: 

 (" k
J:bk !-,"s, 


';i 


MARIA DĄBROWSKA 


Na odwrocie dedykacja dla Wierzyńskich i notatka ręcznie napisana: 


Halinie i Kazimierzowi - Maryjka, 4.1.60. 
Fot. rysunku zrobionego tej jesieni w październiku w Komorowie 
przez p. Aleksandrę Jasińskq-Nowickq Z Krakowa 


MD. 


Marii 


D
bro
skiej 


KAZIMIERZ WIERZYŃSKI 
* 


* 


* 


We czwartek 20-go maja dowie- checkiej w dniach i nocach które 
działem się we Frascati pod Rzy- toczyły się nad upadającym z'iemiań- 
mem że poprzedniego dnia wieczo- stwem. Przeniknęła siłę chłopa i je- 
rem umarła w Warszawie Maria go niedolę, o którego lepszy los 
Dąbrowska. Była to naj gorsza wia- upominała się, gdy Polska stanęła 
domoŚĆ jaką mogłem usłyszeć. Jesz- na. 
ozdrożu swojego rozwoju. Po 
cze poprzedniej niedzieli wysłałem wOJme w okresie, nazwanym zbyt 
do niej z Assyżu pocztówkę, której p

piesznie "okresem minionym" 
zapewne nie dostała. Wiedziałem od pierwsza przeczuła rok 56 i zapo- 
dawna o jej chorobie, wiedziałem wiedziała nieuniknioną, lecz nieste- 
że po krótkiej poprawie przeniosła ty, powstrzymaną przemianę. Wszy- 
się z powrotem do kliniki, donie- stko . t? opisywała językiem najdo- 
siono mi o późniejszym pogorsze- stępmeJszym a wyborowym, z pro- 
ni u, potem znów przyjaciele pisali stotą przenikającą rzeczy trudne i 
mi o chorobie w tonie uspakajają- z
wił
, z jasno
ią słowa, które 
cym, aż przyszła ta nieodwołalna wIernIe oddawało jasno
ć jej my
li. 
wiadomo
ć. Od samej Dąbrowskiej Jest rzeczą zastanawiającą że nielicz- 
dostałem przed wyjazdem z Nowe- ny stosunkowo dorobek pisarski dał 
go Jorku do Europy dwie pocztów- jej taką władzę duchow'l w Polsce. 
ki, ostatnie jej słowa. Pisała mi wte- 1:eromski, ostatni przed nią rządca 
dy: "Przeszło trzy miesiące byłam 
usz, uderzał w naród raz po raz, 
ciężko chora, jedena
cie tygodni le- l wstrząsał każdym dziełem. Dą- 
żałam w klinice. której zawdzięczam browska odzywała się rzadko i du- 
że jeszcze raz wyrwałam się 
mier- żo trzeba było czasu. aby zrozu- 
ci. Teraz jestem w stadium rek on- mieć że przemawia t
,kże milczeniem. 
walescencji, która powoli przecho- Wiedzieli
my jednak, że czuwa nad 
dzi w "małą stabilizację". Tak pi- wszy.stkim i ten niezwykły proces za- 
sała mi 14 grudnia 1964 roku. Nie- ufama utrwalił w nas pewność. że 
stety "stabilizacja" nie przetrwała od zarówno w pisarstwie jak w mil- 
połowy grudnia do połowy maja. czeniu wyraża się jej moralna racja 
Zdaję sobie sprawę że mówię o stanu. W sztuce jak w Życiu cho- 
rzeczach zbyt osobistych, ale 
mierć dziło jej o szlachetno
ć człowieka 
Dąbrowskiej jest dla mnie tak oso- i rozbudowe jego przymiotów wew- 
bistą stratą, że inaczej mówić nie nętrznych. Starała się być sprawied- 
mogę. Byłem z nią w przyjaźni od !iwa wobec winnych i niewinnych 
r. 1920 czyli 45 lat. Po wojnie wi- I tego swego ideału sprawiedliwoś- 
działem ją kilka razy. po raz ostat- ci nie naginała do żad'nych z góry 
ni .w październiku 1963. kiedy przy- powziętych postanowień. Jeśli błą- 
leciałem do Rzymu. aby się z nią dziła. miała odwage przyznać się 
spotkać. W tym samym Rzymie do- przed sobą do błędów. Raz powie- 
wiedziałem się teraz że n-ie zoba- działa do mnie: ,.Nie ma wśród nas 
czymy się nigdy. ludzi w nieskalanych gronostajach". 
Dąbrowska miała to szczdcie że Odwaga cechowała ją zawsze. nie 
pod tym co pisała mógłby się pod- opuściła jej także w końcu życia 
pisać jeżeli nie cały naród. to z kiedy schorzała staneła w obronie 
pewł'!ością jego wiekszość i najlep- idei, o które upominało się 34 pisa- 
sza Jego część. Stała się sumieniem rzy. Na zebraniu słuchacze przyjęli 
Polski. miała pod sobą rząd dusz. ją owacyjnie. sala wstała. Był- to os- 
Wiedzieli o tym wSZYSCY, nawet ci. tatni jej triumf przed śmiercią. ale 
którzy woleliby tego nie wiedzieć. nie ostatni w Życiu. które zaczyna 
Wysokie to stanowisko. najwyższe się po 
mierci. Myśl o niej, dzieło 
stanowisko w kraiu, zajęła nie tylko jej i duch muszą zwyciężyć, jeśli 
dzięki swojemu pisarstwu. lecz prze- bytowanie polski nie ma toczyć się 
de wszystkim dzięki postawie mo- wśród przymu.su. gwałtu i niedoli 
ra1nej. 1:ródłem jej mądrości była obezwładnionego człowieka. 
powaga i rozwaga. z jaką patrzYła 
na życie. osądzała epokę, określała (Przemówienie przez radio Wolna 
ludzi. Widziała zmianę Polski sz1a- Europa. maj 1965 Rzym) 


Do 


31. lU (1957) Poniedzialek 


Najmilsi Halino i Kaziu - 
Dziękuję najczulej za oba listy - 
Zwłaszcza ten pijany przy wódce z 
..trzeźwym" dopiskiem pani Haliny 
był chyba największym (i jedynym 
miłym) paradoksem tych paradoksal- 
nych czasów - Wszystko doszło - 
Dziękuję. 
Ah. czemuż nie mogę napisać listu 
na sto mil długości. listu mówiącego 
o świecie. co nas trafił jak pocisk 
i roztrzaskał tak. że się pozbierać 
nie możemy listu Mickiewiczowsko- 
Słowackiego, co dałby się czytać we 
dnie i ..w nocy na niebie dalekiem" 
- Listu. w którym jedna kartka 
miałaby sto stron grubości i dała 
się odczytywać jak ów palimpsest 
średniowieczny - z którego odga- 
duje się ciemne i straszne dzieje na 
spodzie stuleci - Jednym słowem 
listu nad listy, którego nie udźwig- 
nęłyby największe air mails świata! 
Więc zamiast tego kilka spraw zgo- 
ła trywialnych. (...) 


(Wierzyński, odpowiadając na jedną 
ze "spraw zgoła trywialnvch" a do- 
tyczącą obowiązków ludzi pozosta- 
łych na emigracji. nWJisał w liście 
z 20 maja /957: Nie. kochana pani 
Maryjko. nikt tu się nie pyta ..od 
czego wy tam jesteście". bo każdy 
wie po co tu iest. Jeśli u spodu 
Pani gorzkich słów leżało rozdraż- 
nienie dlaczego nie wracam - a 
przypuszczam że może tak było - 
chcę Pani się zwierzyć. że jest to 
najcięższy w mojem życiu problemat. 
Oczywiście nie sposób omówić go 
w liście wyczerpu!ąco. W kwintesen- 
cji, żyję imponderabiliami rzeczy, o 
które toczyła się wojna i za które 
ginęli 1udzie. i nie widzę dotych- 
czas wyższego dobra. które kazałoby 
mi je zmienić lub ich się wyrzec. 
Ofiary ponoszone za to są duże, jak 
Pani się zgodzi: całe moje pisarstwo. 
samotność. trudne warunki i tp. Ale 
może kiedy
 i to się policzy. Piszę 
o tern otWarcie. jak mr pozwala na- 
sza przyjaźń. i proszę pomyśleć o 
tern też w jej promieniu). 


22.1.61 
Kaziu mój drogi i droga pani Ha- 
lino - Listów miałam dwa. choć 
kopert trzy. Lecz pierwsza zawierała 
tylko amerykańskie pochwały Twoich. 
Kaziu, wierszy - co z wielką ra- 
dością przeczytałam - ale nie było 
tam ni ,.słówka a choćby i pół" od 
Ciebie - Jeszcze po przeczytaniu 
artykułów. jak zawiedzione dziecko, 
zaglądałam wciąż do koperty i wy- 
trząsałam ją - pustą - potem był 
list na którzy nie odpisałam, hańba 
mi! Za chwilę z tego się wytłuma- 
czę - a teraz odpowiadam na Twój 
a raczej Wasz list. z 15.1.. wczoraj 
przywieziony mi przez Annę do Ko- 
morowa. Jest w nim zdanie, które 
mną wstrząsnęło "Rozważam 


KaziIDierza 


moż1iwość (a raczej koniecznclć) 
powrotu" - Kaziu, jak można tak 
napisać i bliżej nie objaśnić. co to 
znaczy? Przez chwilę miałam wra- 
żenie, że to znaczy ,.powrotu do 
Polski", bo przecież dalej jest: "już 
nie mam sił tułać się dalej bez do- 
mu (i pewnie bez sensu)". Ale to 
niemożliwe - Dla Ciebie dom" 
to już tylko Ameryka - '
resztą 
wiem. że zostawiłeś tam część rze- 
czy i książkę o "Ptakach ziem pol- 
skich" i Grzegorza przecież wycho- 
wałeś już na Amerykanina i to tyl- 
ko Francję nazywasz tułaczką. wtór- 
ną tułaczką - Wiem zresztą, jak 
po
ochałeś Amerykę i pewno nig- 
dZIe po za Ameryką żyć byś nie 
potrafił. a cóż dopiero w Polsce, 
tym zwarjowanym kraju - Jedyne 
co by Ci tu można obiecać napew- 
no, to te tłumy czytelników i słu- 
chaczy na wieczorach autorskich - 
Ale może i to wła
iwie nie jest 
pisarzowi potrzebne - Zresztą i cóż 
tu pisać - ulegam tylko potężne- 
mu wrażeniu. nie wiem dlaczego ra- 
dosnemu - choć właściwie czy to 
nie wszystko jedno. gdzie jesteśmy 
i jak daleko od siebie będziemy u- 
mierać? - I nie zniósłbyś potępie- 
nia emigracji, a ona ma te same 
kryteria sąd:Sw, co tutejsze. tylko że 
tu przynajmniej milczy się eleganc- 
ko o wyjeżdżających (tymbardziej, 
że wieją raczej komuni
ci. a powra- 
caią tzw. ,.reakcjoniści") - 
Teraz o mnie - Z obu z
szło- 
rocznych podróŻy wróciłam chora 
- to nie zacheca mnie do trzeciej 
- Zdaje mi sie że nie znoszę już 
dłuższych podróży niż dwutvgodnio- 
we - Po powrocie z Jugosławii by- 
łam przez parę tygodni do niczego. 
Potem nagle wydobrzałam tak, że 
zaczęh.m znów wierzyć w długie ży- 
cie. z2tczełam nawet dzielnie oraco- 
wać i umieściłam nowy fragment od 
16 lat pisanej powie
ci w ..Przeglą- 
dzie Kultura1nvm" - a mnóstwo 
drobnych rzeczy robię na boku 
(m.in. ostatnio małe wspomnienie o 
M ortkowiczowe,i. Umarła 27 grudnia 
w wieku lat 87-iu). Jeszcze orzed- 
tern spotkała mnie idiotyczna - !lrzy- 
goda - Kiedy wracałyśmy z Anną 
ze spaceru w lesie, olbrzymi wilczur 
rzucił sie znienacka na naszego ko- 
morowskiego foksteriera Dyla. Od- 
ruchowo rzuciłam sie i ja. żeby psia- 
ka wyciągnąć spod kłów notwora. 
który przy tej okazii zawadził kłem 
i rozorał mi rekę na przegubie. tę 
samą prawą ręke. którą miałam zła- 
maną w powstaniu - Trzeba było 
na gwałt jechać do Warszawy. gdzie 
w lecznicy M-stwa Zdrowia dV7ur- 
ny chirurg zszył mi rane. W ten 
spos6b straciłam około dwu tygodni 
najlepszego zdrowia. odpowiedniego 
do pracy pisarskiej - Teraz już do- 
brze. tvlko została brzydka szrama. 
Nasz Dyl tak był pokąsany. aż ba- 
liśmy sie. że zdechnie. Ale jak to 
pies, wylizał się z wszystkiego, a że 


Wierzyńskiego 


jest pokryty szerścią, więc nawet 
blizn nie widać - To na tę porę 
przyszła druga koperta z listem - 
a!e )uż była.m 
apóźniona z wszyst- 
kImi odpowiedzIami - 
Po Nowym Roku przyszła znow 
jakaś tajemnicza parodniowa gorącz- 
ka, która jednak minęła, tak że zno- 
wu zaczynam ,.czernić papier" - 
Czy przesłać Ci ten mój kawałek 
..Święta we mgle" - Czy znasz Ko- 
cia Jeleńskiego? Miał w listopado- 
wym numerze ,.Preuves" drukować 
moje opowiadanie "Klara i Angeli- 
ka". Dotąd nie wydrukował. ani wy- 
jaśnił dlaczego. Przybiegł też do nas 
Antoni z relacją z wizyty u Ciebie. 
On jest bardzo dowcipny: ja uwiel- 
biam dowcipnych ludzi . przez lenis- 
two - tak świetnie zwalniają od 
trudów towarzyskich - jest się jak 
w kabarecie - Ale on nie jest w 
stanie mówIć już nic poza dowcipa- 
mi to mu widać potrzebne do zdro- 
wia. Ostatnio wszczął - niepotrzeb- 
nie - polemikę z młodymi poetami 
- napisał na ten temat' bardzo ,.as- 
nykowski" wiersz, a teraz gani ich 
prozę bardzo "racjonalistyczną" - 
Zdaie mi się, że to nie jest dobry 
manewr - Nigdy nie można wie- 
dzieć co się wykluje z na,ibardziej 
niedołężnego bełkotu i nie na tej 
drodze można pozyskać młodych 
dla czegoś rozsądnego - Nadeszły 
czasy tak dziwne. zagmatwane i trud- 
ne, że w sztuce (jak i w polityce) 
rozwaga nakazuje zawiesić S'ld i spo- 
kojnie być sobą - i robić swoje po 
swojemu - 
(... ) 
Całuję Was oboje zawsze cze- 
kam listu 


Prz-ypisek na hoku pierwszej .ftrony: 
Zwlekam z wysłaniem listu z po- 
wodu tego głupiego wyrażenia. An- 
na zaśmiewała się z mojej naiwnoś- 
ci. Ale już nie mam siły pisać dru- 
giego listu. 
W nagłówku papieru listoweRo cy- 
tat z listu Chopina do Tytusa Woy- 
ciechowskiego z 9.1K/828 ..Zlituj się 
i napisz czasami słówko. a choćby 
i pół, ch.)'; literę i ta mi drogą bę- 
dzie". 


4.IV.61 
Drogi Kaziu -- Dzięki za "wdzię- 
czny liścik" (bo jakże inaczej to 
nazwać) z d. 16.111 - pisany z oka- 
zji spotkania z panem Jerzym - 
Zdaje mi się. że nie odpisałam 
i na poprzedni. a co gorsza nie zło- 
żyłam Ci życzeń Imieninowych - 
byłeś bodaj wtedy właśnie w Twej 
ukochanej Ameryce. 
A propos listów dawniejszych - 
miałeś racj\-, dowiaduję się z pew- 
nym opóźnieniem (jestem wogóle 
"opóźniona w rozwoju", co powin. 
no mnie skazywać na długie jesz- 
cze życie. na co się jednak, nieste- 
ty, nie zanosi) że jesteśmy trakto. 


Marja. 


wani przez nowego .,Z Polską oso- 
bi
ie spowinowaconego Prezyden- 
ta" w duchu ..największych uprzy- 
wilejowań". 
W ostatnim liście donosiłam Ci, 
że zasiadłdm (czy zagrzęzłam w) do 
mojej nieszczęsnej powieści. do któ- 
rej materiały gromadzę od tak wie- 
lu lat, że jeden jej rozdział znalaz- 
łam napisany jeszcze przed wojną 
(i ten jest najbardziej ,.nowoczes- 
ny") - przekopać się przez te ma- 
teriały. to jakby mysz chciała dźwig- 
nąć górę - A nie chcę tei masy 
napisanego zostawić, aby tym nie 
zajmowali się niepowołani DO mo- 
jej śmierci - Chce z gracją sędzi- 

ej ważki (czy łątki) prze
lizgnąć 
SIę przez 40 lat w jednym tomie. 
Albo się uda jako tako. lub nad 
tym skonam - ale co
 zrobić mu- 
szę - Na razie napisałam cztery 
pierwsze rozdziały - 45 stron - 
zawierających 15 'lat Życia - Anna 
to przeczytała i mówi, że to będzie 
,.pasjonująca powieść" - Obawiam 
się. że nie - ale już mi wszystko 
jedno - Nie mam' innego celu ży- 
cia - Niestety są tam i lata. o któ- 
rych przy naiwiększej nawet zręcz- 
ności - nie będzie całej prawdy - 
Ale sam rozumiesz. że aby wykonać 
ten zamiar. lub choćby jego cze
ć 
- nie mogę w tym roku podróżo- 
wać, choć wła
nie i powinnabym! 
Ale na wszystko sił nie starczy - 
Z żałością myślę więc, że chyba już 
się więcej na tym świecie nie zo- 
baczymy - Choć może wszystko 
bedzie inaczej - Jak długo bedzie- 
cie jeszcze w Europie? - Kiedy 
zamierzacie wrócić do Waszej no- 
wej i już chyba jedynej Ojczyzny 
- Ameryki? 
Całuję Was najczulej - p. Grze- 
gorzowi przeszlijcie ukłony 


WaS7a Maryjka, 


JAN KOTT 


Pierwszym, który o Marii Dąb- 
rowskiej powiedział do mnie "pani 
Maryjka", był Jerzy Stempowski. 
"Pani Maryjka powiedziała", "pani 
Maryjka jest bardzo zmęczona". 
Zawsze było ważne, co pani Maryj- 
ka powiedziała. 
Ostatnie tomy Nocy i dni brałem 
już wprost z księgarni, od Mort- 
kowicza. Czytałem je na gorąco. 
Były dla mnie bardzo dalekie. Dla 
mnie, to jest w końcu zupełnie obo- 
jętne. ale były dalekie dla moich 
najbliższych przyjacioł, potem, dużo 
potem. dla wielu moich uczniów. 
Wielkie, może raczej zadziwiające. 
ale bardzo obce. Z ludzi mi wtedy 
bliskich przeżywał tę książkę wprost, 
wł.iśnie przeżywał. nie tylko czytał. 
ni
 tylko podziwiał. jeden Lutek 
Fryde. On chyba pierwszy mówił o 
conradowskiej sprawiedliwo
ci "wy- 
mierzonej widzialnemu światu", o 
ocaleniu jakiejś zasadniczej miary 
życia i o szacunku dla drobiazgów. 
dla wszystkich pyłków Życia. Bar- 
dzo długo nlie rJiZumiałem, o co mu 
chodzi. znowu nie tylko ja, bo to 
byłoby także zupełnie bez znacze- 
nia. 
Byłem. byliśmy, pisarze z moje- 
go pokolenia i młodsi, ci. którzy 
po nas przychodzili, opętani długo 
przez dwa demony: polityki i lite- 
ratury. Mi0taliśmy się od jednego 
z tych demonów do drugiego. Go- 
towiśmy byli poświęcić literaturę. 
całą literature dla polityki, albo po- 
tem poświęcić wszystko dla litera- 
tury, nawet ją samą. kiedy literatu. 
ra żądała, żeby wszy.stko niszczyć: 
świat i literaturę razem ze świa- 
tem. Bvły to nasze fanatyzmy i 
obłędy. Pani Maria znała oba te 
demony. one ją także kusiły, o jed- 
nym z nich, a może o obu prze- 
mieszanych, pisała w swoich Szki- 
cach z podróży. Z tym diabłem pro- 
wadziła nocną rozmowę na zamku 
w Wartburgu. Znała go. Pisała. całe 
życie pisała. poprawiała korekty i 
znowu poprawiała korekty. i jesz- 
cze czasem poprawiała omyłki dru- 


I 8. III. 64. 
Drogi Kochany Panie Janku - 
Nie potrzebuję Pana zapewniać. że 
z takim samym zachwytem jak Pań- 
skiego Szekspira czytam teraz Pana 
Dziennik filozoficzny i Pana nowy 
szkic szekspirowski: "Tytania i gło- 
wa osła". Zachwyt zresztą nie jest 
wbściwym słowem, to są rzeczy w 
jakiś sposób wstrząsające, w czym 
się i zachwyt zawiera. 
Nie wiem dlaczego piszę ten list 
- bardzo labilny i przeważnie zły 
stan zdrowia trzyma mnie ..w jamie 
borsuczej" Komorowa - nie mam 
sił do uczestniczenia bezpośrednio 
w życiu towarzyskim i ..świato- 
wym", przynajmniej na razie. choć 
to ,.na razie" trwa już długo. A chcę 
sie z Panem podzielić paru myśla- 
mi, które mi przyszły do głowy 
przy czytaniu eseju w styczniowym 
..Dialogu" (następnych jeszcze nie 
otrzymałam). M oże są błahe i nic 
nie warte. może nic nowego Panu 
nie powiedzą. a może się przyda- 
dzą. 
Jak Panu to doskonale wiadomo. 
Midsummer's Night's Dream nie 
znaczy zwykłego snu zwykłej nocy 
letniej, jak to się sielankowo w pol- 
skim tytule tłumlczy (zresztą może 
inaczej się nie da). Midsummer's 
Night to jest najkrótsza noc roku 
wypadająca u nas (i teraz) między 
23 a 24 czerwca. zwana Nocą Świę- 
tojańsk'l albo ..wiankami". co chy- 
ba nowsze. albo z dawnych. jesz- 
cze chyba pogańskich czasów - So- 
bótkami. W tę noc wedle obrzę- 
dów dotąd obserwowanych pmzcza 
się na wodę wianki mające wywró- 
żać przyszłe pary. w wielu okoli- 
cach chłopcy pal ,l ogniska i skaczą 
przez nie, młodzi ludzie obojgd płci 
szukają kwiatu szczęścia, kwiatu pa- 
proci. Nie wiem odkąd trwa ta zła- 
godzona wersja uroczystości święto- 
jańskich. ale według obrzędów ar- 
cydawnych chłopcy i dziewczęta 
szli wtedy ,.W naturę" i mieli pra- 
wo do szcześcia (czy użycia) bez 
zastrzeżeń. Dla dalszego życia nie 
było ważne, co się z nimi przez tę 


, 


II 


" 

 


Maria Dąbrow!ka Budensiełg, łleidclbe
 19
'J 


* 


* 


* 


ku na gotowej książce. O kilku pi- 
sarzach. o Gogolu, o Tomaszu Man- 
n,ie i o Prusie, napisała zadziwiające 
rzemy, .i to wlaśnie o ich samym 
pisarstwie, o materii języka i obra- 
zów. Znab i drugiego demona. 
Wiele razy podpisywała protesty. 
Przeciwko Brześciowi, przeciwko 
Berezie i potem. Podpisywała nie- 
chętnie, z oporami, miała zawsze 
poczucie odpowiedzialności. Ale wie- 
działa. tak jak myśmy wszyscy wie- 
dzieli, że najważniejsze jest. czy ona 
podpisze. I co ona powie. Jak wte- 
dy, kiedy miałem dwadzieścia lat 
i kiedy pan Jerzy powtarzał mi: 
..pani Maryjka powiedziała". 
Muszę powiedzieć. że po raz 
pierwszy zrozumiałem pewne rze- 
czy, które w jej pisarstwie wydają 
mi się najważniejsze, czytając 
Gwiazdę zaranną i Na w.fi wesele. 
Drukowano wtedy. jak to się w 
tym okresie mówiło. gorzkie bardzo 
obrachunki. Pani Maria nie racho- 
wała się ani z niczym. ani z sobą. 
Nie miała powodu Pani Maria na- 
pisała po prostu w tych swoich 
dwóch opowiadaniach. jak Żyją lu- 
dzie w Polsce. Zwyczajni ludzie. 
Bardzo długo nikt o nich nie pi- 
sał. Zapominano nawet. że są zwy- 
czajni ludzie, którzy żyją w zwy- 
czajnej Polsce. Pani Maria zawsze 
o nich wiedziała. Po prostu do nich 
należała. Ona naprzód była zwy- 
czajną osobą w żwyczd!nei Polsce. 
Może dlatego tak zawsze było waż- 
ne, co pani Maryika powiedziała. 
Pamiętam ją we Wrocławiu, przy- 
jeżdżała do pani Anny ze Stanisła- 
wem Stempowskim. Pan Stanisław 
miał białą brodę i podobny był do 
Boga Ojca. Pani Maryjka była drob- 
na. uprawiała ogródek, zawsze wie- 
działa, jakie drzewa kwitną w par- 
kach wrocławskich. Była drobna, 
była krucha. w ostatnich latach ro- 
biła się coraz bardziej podobna do 
małej dziewczynki z coraz jaśniej- 
SZ1 równo przyciętą grzywką nad 
czołem. W czasie tych wszystkich 
rozmów. tych wielu wizyt. ra.z tylko 
- 


Do 


Jana 


Kotta 


....... 


najkrotszą noc działo. Dziewczyna 
mogła wtedy bezkarnie dla opinii 
stracić wianek. możliwa była ..wy- 
mienialność partnerów". słowem 
wszystko było wtedy dozwolone i 
możliwe. Wspominam o tym. ponie- 
waż to potwierdza niejako Pańską 
genialną interpretację Midsummer's 
Night's Dream. 
Coprawda nie jestem pewna. czy 
i jak dalece ten obyczaj rozpętywa- 
nia wszelkich uświęconych tabu w 
sferze płci, albo raczej uświęcający 
ich rozpętanie na jedną najkrótszą 
noc - kultywowany był w Anglii 
wogóle i Elżbietańskiej w szczegól- 
ności. Samuel Pepys (znam cokol- 
wiek tylko tę epokę). który miał 
już za sobą dziesięciolecie straąli- 
wego purytanizmu. nie daje o tym 
żadnej informacji: w paru czerw- 
cach notuje tylko: ..Myśl o tym. że 
dzi
 mamy naidłuż.szy dzień roku. 
jest mi bardzo niemiła." Tak samo 
jak przy odpowiednich datach grud- 
nia powiada: ..Mvśl o tym. że dziś 
;est najkrótszy dzień w roku. jest mi 
bardzo orzyjemna." Zaznacza więc 
tylko. że przykry mu jest pocZltek 
skr,lcających się dni. a miłe - zbli- 
żanie sie dni rosnących. Niema u 
niego nic o tym, że znajkrótszą 
nocą czerWCd łączą się jakieś szcze- 
gólne obrz,:dy zwiąZ1.ne z płcią. 
chociaż ..te rzeczy'. stanowiły jego 
ulubione hobby. 
Co wiecej jako najkrótsza noc 
podaje datę 12 czerwca. odsyłacz 
angielski wyjaśnia. że idzie tu o 
stary kalendarz. Jednakże przy da- 
cie 24 czerwca Pepys zaznacza narę 
razy: ..24 czerwca (Midsummer's 
Day)" i dodaie. że ten dzień obcho- 
dzi się jako świeto. Trochę to sprze- 
czne z notatkami z 12 czerwca, ale 
bądź co b,ldż zaznaczenie ..Midsum- 
mer's Day" jakoś ten dzień wyróż- 
nia. Wiec to byłoby jeszcze do zba- 
dania. Parnietam. iak w Jaworzu 
na Śląsku Cieszyńskim w naj.łcrM- 
szą czerwcową noc paliły się na 
wszystkich szczytach ogniska. a że 
tam SZCZyty niskie i dU 7 0 ich wi- 
dać. mnóstwo też było ogni
k jak- 
by góry płonełv. to robiło fascy- 
nujące i czego
 groźne wra7enie. a 
cała wieś ogarnieta była wtedy nie- 
zwykłym podnieceniem. 
Wracając do Pepysa - o ..
nie 
Nocy Letniej" 
est w Jego dzien- 
niku jedna tylko wzmianka pod da- 
tą :'4 września 1662 f. ...poszli
- 
my do Królewskiego Teatru. gdzie 
oglądałem Midsummer's Night's 
Dream", rzecz którei nigdy !1 rzed - 
tern nie widziałem i nigdy wiecej 
nie zobaczę. gdyż to jest najhardziej 
niesmaczna i niedorzeczna sztuka, 
iaką kiedyk01wiek w życiu z,hrzy- 
ło mi sie oglądać." Szekspir był wte- 
dy mało popularny i stosunkowo 
mało grywany. przeważnie w prze- 
róbkach na "musicale" czy nawet 
rodzaj oper. 
Ale np. o ..Burzy" jest u Pepysa 
aż jedenaście wzmianek i wszystkie 
entuzjastyczne. ('Lv Pepys w pełni 
"chwytał" te sztuke - wątpie. Był 
wręcz maniakiem 
piew\l i muzyki, 


poczerwieniała i nagle stała się za- 
palczywa. Było to już u niej w War- 
sza-:vie, jeden z naszych wspólnych 
znajomych powiedział. że Kalisz nie 
był gubernią. Pani Maria twierdziła 
Że by', miała zresztą racje, ale zdu
 
miało mnie. że to było dla niej ta- 
ki
 ważne: .Ważniejsze od tylu są- 
dow o kSlązkach. dawnych i obec- 
nych. które w czasie tego wieczoru 
padły w je.i pokoju. To było na- 
prawdę ważne, bo było cząstką rze- 
czywistego kraju i rzeczywistego lo- 
su. Dla pani Marii różne rzeczy by- 
ły stokroć ważniejsze niż dla więk- 
szoki moich kolegów. 1:e Ka1isz był 
gubernią, że zakwitły azalie w par- 
ku szczytnickim. że trzeba naprawić 
J:lch .w Komorowie. że chłopcy prze- 
biegaJą przez tory, że w jakimś ma- 
łym miasteczku 'Zaszczuto nauczy- 
cielkę. 
9statnie 
o
o
ne popołudnie spę- 

z
łem u. mej I LI pani Anny na 
sWleta Bozego Narodzenia w Komo- 
rowie. Nic nie pamiętam z naszej 
rozmowy. Pamiętam tylko psa pani 
Maryjki. małego zwvkłego kundla. 
Ten pies zrobił na mnie wrażenie 
niesłychanie ludzkiego. aż się wsty- 
dzę powiedzieć. szalenie humanis- 
tYc.zn
g
. Był łagodny. hard70 czuły, 
z Jaklms ludzkim dystansem do ob- 
cych. z dystansem i jednocześnie 
zaufaniem. Powiedziałem o tym. 
..Przecież to pies Maryjki" - 'od- 
powiedziała mi pani Anna. 
Pani Maria chciała. żeby ją po- 
grzebano na zwykłych Powązkach 
obok grobu jej matki. Chciała mieć 
Dogrzeh zwykłv. Zwykły. to znaczy 
jak 1udzie w Polsce. Pogrzebano ją 
na ;tarvch Powązkach. Dod ścianą 
katakumb. Niedaleko od Starzyń- 
skiego. 
Niosłem iej trumne od bramy 
cmentarza. Pani Mari:l była taka 
drobna i taka krucha. Dopiero wte- 
dy, idąc aż do końca tą aleją. zro- 
zumiałem. jak ciężka jest ta trumna. 


("Aloes", PIW, Warszawa 1966) 


zachwycał się też głównie jej efek- 
tami muzycznymi. Pierwsza wzmian- 
ka o ..Burzy" z 27.X1.I667 brzmi: 
"Najbardziej to niewinna sztuka, ja- 
ką w życiu widziałem i osobliwa w 
niej pie
ń. w której echo powtarza 
pierwszą czę
ć zdania. gdy aktor 
przechodzi już do drugiej. co bar- 
dzo wdzięczne. Mało w te.i sztuce 
dowcipu. a jednak lepsza jest od 
wielu zwykłych sztuk." Odsyłacz an- 
gielski powiadamia. że idzie tu o 
pie
ń Ferdynanda. której Ariel jako 
echo wtóruje. W dalszych wzmian- 
kach Pepys mówi. że tylko mary- 
narska część sztuki mu się nie po- 
doba. lecz gdzieindziej chwali właś- 
nie pieśń marynarzy. O pieśni Ariela 
wspomina kilkakrotnie podkreślając, 
że gdy ją słyszy, ogarnia go tak sil- 
ne wzruszenie. ..jak kiedy był zako- 
chany w swojej żonie." Najulubień- 
szą sztuką szekspirowską Pepysa był 
Hamlet. Zachwyca się w nim zwła- 
szcza gnl Bettertona i jego żony, a 
do monologu ..Bvć albo nie być" 
napisał muzykę, nad którą praco- 
wał kilka lat. A propos żony Bet- 
tertona. wedle PeDvsa dopiero za 
czasów jego dziennIka kobiety za- 
częły występować w teatrze, ale za 
to tak dalece. że grały odrazu także 
role chłopaków. Czy tak było? (za 
Cromwella teatry były wogóle zam- 
knięte). 
Panie Janku - Gratuluję Panu 
światowych sukcesów, chociaż mnie 
one nie są potrzebne. aby Pana oce- 
nić. mimo że się z Panem kłóci- 
łam. kiedy Pan usiłował nie być 
sobą, podobno Pan niedomaga. to 
mnie martwi. ..Mały traktat o umie- 
raniu" - bardzo dobrze - ale żad- 
nego umierania. Chcę żeby Pan był 
zdrów i żył długo. Marzę sobie. że 
po mojej śmierci na marginesie włas- 
nej tryumfu!ącej twórczości zrobi 
Pan z moim Pepysem to, co Pan 
zrohił ze starym przekładem Swifta 
- wyda go P,II1 w całości popra- 
wiwszy moje błędy i nie
isłoki i 
zaopatrzywszy w rewelacyjny ko- 
mentarz. 
Całuję Pana serdecznie. dziękuję 
za ,.Dziennik", za Szekspira. który 
jest jakby drugą Biblią literatury, 
tylko że gdy ta pierwsza może słu- 
żyć i jako Księga Święta, i jako 
wiec- 
ka (mówiąc językiem cybernetycz- 
nym) informacia o wszystkim. Szek- 
spir jest wyłącznie 'świecki. Aż 
dziwne. że nigdy nie dotyka SDraw 
ko
cioła i religii'. a może - się mylę? 


Raz jnzcze całuję i uscHnienia dla 
pani Litki. 


Marja Dąhrowska 


P.S. Prz-epra.fzmn. że na maszynie, 
ale przez ok/,[arv piszę piórem za 
drobno zapominając o adresatach 
nie nakładających jeszcze okularów 
do czytania. *) 


*) Ustępy wydrukowane kursYWą w 
liście były napiS;I,rje Te'ką. (Red.).
>>>
WIADO MOtCI 


Do 


Nr 1521, 25th May 1975 


2 


Kazimierza Wierzgńskiego 


29.VII.61 
Najdroższy nasz Kaziuńciu - Pi- 
szę "nasz" pod wpływem zachwytu 
wywołanego Twoimi wier
zami z 
majowego i lipcowego numeru ..Kul- 
tury", które wynoszą Cię nad wszel- 
ką "własność osobistą", a które do- 
piero po jakim takim wyjściu ze 
stanów gorączkowych przytomnie 
przeczytałam. To dopiero poezja co 
się zowie, zdolna wzruszać w cza- 
sach i życia, i epoki, kiedy zdawa- 
łoby się nic już nie może mnie 
wzruszająco zadziwić. A to na praw- 
dę poezja zadziwiająca. oryginalna, 
Twoja własna. do niczyjej nie po- 
dobna. Piszesz chyba coraz lepiej 
choć coraz smutniej, co też jest zre- 
sztą potężnym urokiem tych wier- 
szy. I to jest fenomen pisać tak po 
polsku. a już o tyle inaczej, więcej 
niż ..polsko", już tak aŻ czy po 
prostu ludzko. Anna zachwyciła się 
szczególnie lipcowymi. ja może jesz- 
cze bardziej majowymi wierszami, w 
lipcowych wielką siłę ma ..Jedno 
słowo". Mój drogi. pisz tak dalej. 
a nie potrzeba będzie mojej po- 
wieści (o którą się tak upominasz), 
aby nadać wielkość literaturze pol- 
skiej naszego wieku - tak mi się 
przynajmniej wydaje. 
Twój alarm o moje zdrowie (znam 
tylko ten z listu do Anny) przejął 
mnie, jako niezasłużony dowód Twej 
przyjaźni, a piękny - Twej wraż- 
liwości. Pogłoski o uremii (cieka- 
wam skąd do Ciebie przyszły?) są 
dość dalekie od prawdy. ale kiedyś 
(jeśli będzie to kiedyś) mogą się do 
niej zbliżyć. 
W czasie okupacji w 1942 choro- 
wałam na wyjątkowo ciężkie zapa- 
lenie miedniczek nerkowych Wywo- 
łane bakterją Coli. Ta bakteria' 00- 
żyteczna w jelitach, staje się bar- 
dzo złośliwa, gdv dostanie się do 
miedniczek (lub no. do woreczka 
żółciowego) gdyż nie daje się stam- 
tąd całkiem wyprzeć. Dość to so- 
bie lekceważyłam, bo się przez kil- 
kanaście lat wcale nie dawało we 
znaki. aż od półtora roku zaczeło 
się owo zapalenie miedniczek wciąż 
pojawiać na tym samym tle - bak- 
terji Coli, odpornej w dodatku na 
większość antybiotyków. W ostatniej 


karcie rozpoznawczej napisano już 
nie zapalenie miedniczek. ale: "od- 
miedniczkowe przewlekłe zapalenie 
nerek", co wiedzie do uremii. Po- 
zostaje nie przejmować się termino- 
logią lekarzy, tymbardziej że nerki 
mnie nigdy nie bolą. (a siusianie jest 
u mnie w absolutnym porządku jak 
myślenie). Nawet i z nadciśnieniem 
uporano się (czy też organizm się 
uporał), cały ten rok mam przeważ- 
nie I 50 na 70 i tylko czasem zda- 
rzają się skoki wżwyż. Ale nadciś- 
nienie może zawsze wrócić, będę 
więc bardzo wdzięczna pani Hali- 
nie za wiadomość o lekach Bielato- 
wicza, którego znam jako pisarza. 
W tej chwili najdrastyczniejsze jest 
serce, które kompletnie wysiadło po 
bardzo silnych antybiotykach (tao, 
sygmamycyna, chlorometycyna etc) i 
wysokich gorączkach ponad 39°. 
Ale jakoś upieram się przy życiu, 
nie chcę iŚĆ śladem Hemingwaya, 
który po drugim wyjściu z kliniki 
odmówił życia na małych obrotach. 
Nie wiem czemu. wciąż zdaje mi 
się, że jeszcze muszę żyć. chociaż 
możliwe, że tym razem istotnie 
"świat wogóle potrwa najwyżej trzy 
tygodnie." 
Mimo że nie zobaczę Was przed 
wrześniowym wyjazdem do Amery- 
ki, bo nie mam w tym roku sił 
na podróże, odczuwam ten wyjazd 
jako roz;tanie, a każde rozstanie 
teraz może być pożegnaniem ostat- 
nim. Rozstanie z mniejszej na nie- 
co większą odległość, a wśród tej 
większej - być może już na naj- 
większą - słowem chiń;kie jajko 
w jajku. zabawka naszego dzieciń- 
stwa. a przynajmniej mojego; a mo- 
że już nie zabawka lecz element 
przyszłości, jedno z opowiadań me- 
go ..Uśmiechu dzieciństwa" nosi ty- 
tuł ..Chińczvk" i kończy się słowa- 
mi: "że jutro przyjdzie Chińczyk". 
Ja też nie jestem już w stanie 
uporać się z korespondencją. całe 
jej stosy zalegają. prawie już prze- 
stałam odpowiadać nieznajomym. 
nawet zagranicznym, przeraziło mnie, 
gdy nagle znalazłam całe pudło ze- 
szłorocznych listów nieodpowiedzia- 
nych. 
Dlaczego myslisz. że katedrę li- 


Gdy słońce Raka za!!rzewa, J. P. HORZELSKI 
A slowik więcej nie 
piewa, 
Sobótkę, jako czas niesie, 
Zapalono w Czarnym Lesie. 


J. Kochanowski 



 

nJ 
 
. 
" j. fJ! 

"ł 
 
Cł;ł tr-łtf 


"ł 


. ił, J '.' . 
',
'
J! /' .; 

 Y, ł ,,
 
'A'V

" 
1:" 



 t 



 


Podejirzon (Botrychium lunana). 
WysoJr.o

 11-12 cm. 


tera tury polskiej w Chicago propo- 
nują Ci o kilka dobrych lat za póź- 
no? Czy tak bardzo źle się czujesz 
ze zdrowiem i z siłami? Ta nutka 
melancholii (pierwszy raz na ten te- 
mat u Ciebie) czegoś mnie dotknę- 
ła, jakbym tylko ja miała prawo pi- 
sać. "Zostało mi już niewiele cza- 
su". a Ty masz być wieczysty i 
młodzieńczy. 
W lipcowym numerze "Listenera" 
jest artykuł "The rntel1ectual's Dil- 
emma under Communism", napisa- 
ny wedle relacji nowego rumuńskie- 
go emigranta pisarza petra Dimi- 
triu. Przed kilku laty, jeszcze jako 
partyjny prezes rumuńskiego Związ- 
ku Literatów odwiedził nas na Nie- 
podległości z żoną. Oboje bardzo 
piękni. ubrani bogato ale z najlep- 
szym smakiem, mówiący świetną 
francuzczyzną. robili wrażenie Ame- 
rykanów przybywających z bynaj- 
mniej nie "cygańskiego" Paryża. Byli 
nam dobrze zarekomendowani, mi- 
mo to zachowałyśmy w rozmowie 
rezerwę. On powiedział: ,.Nigdy nie 
wie się, gdzie jest Betlehem. A ono 
może właśnie jest u nas". I rzekł 
jeszcze: "Napisałem powieść w ro- 
dzaju Pani ,Nocy i dni' p.t. Bojaro- 
wie." Koniec końców uznał że Be- 
thehem nie jest w Rumunii, dzięki 
czemu owa jego powieść jest tłu- 
maczona i wydawana na Zachodzie, 
gdzie nikt nie wyda "Nocy i dni", 
mimo że wszystkie kraje zachodnie 
zwracały się o opcję. W Paryżu 
wydał dwa pierwsze tomy owych 
..Bojarów" (zdaje się, że pierwsza 
część tej olbrzymiej powie
i się 
tak nazywa) bodaj ten sam wydaw- 
ca. który sam zwróciwszy się o 
opcję na "Noce i dnie" następnie zre- 
zygnował z wydania z powodu zbyt 
obszernych rozmiarów powie
i. Nie 
ubolewam tu nad sobą, ani nie jes- 
tem przeciw Rumunowi, o którym 
jeszcze niedawno Zachód pisał wprost 
przeokropne rzeczy. Idzie mi o to, 
do jakiego stopnia w odniesieniu 
do literatury i sztuki (zawężając 
naiskromniej) i u was, i u nas kry- 
teria są te same - nie artystyczne, 
a jedynie i wyłącznie polityczne. Co 
nie znaczy, że czasem to się może 
pokrywać. Możliwe, że "Bojarowie" 


są arcydziełem, tak jak "Rodzinna 
Europa" Miłosza (dziwnym zbiegiem 
okoliczności teraz dopiero przeze 
mnie przeczytana) jest książką za- 
chwycającą. 
Wracam jeszcze do tych wykła- 
dów w Chicago. Jeżeli nie byłyby 
za częste i miałbyś dobrą opiekę 
lekarską. to może warto byłoby za- 
ryzykować. Na literackie wykłady 
robione przez poetów i pisarzy cho- 
dzą tłumy nie dla naukowej, przy- 
czynkarskiej, ale dla natchnionej, 
oryginalnej interpretacji. Taką war- 
tość ma pierwsza serja paryskich 
wykładów Mickiewicza (bo potem 
popadł już w obłęd) i jego 9 wy- 
kładów lozańskich o literaturze sta- 
rożytnej; Lwowiacy dotąd wspomi- 
nają jako niezwykłe wykłady Kas- 
prowicza o Szekspirze, a w tej chwi- 
li młodzież z zachwytem słucha wy- 
kładów Jana Kotta z literatury fran- 
cuskiej, choć ten świetny eseyista 
ma zabawny zwyczaj mylenia cytat. 
I wracam jeszcze do Twojej prze- 
pysznej poezji: jaka strata, jeśliby 
jedno tylko pokolenie ludzi w kra- 
ju nie znało jej, a jedno co naj- 
mniej nie będzie prawie jej znało! 
Czy Ty masz "Wiklinę" Staffa? Nie 
ten dawny Staff, któregoście uwa- 
żali za swego mistrza, ale ten mały 
tomik w roku śmierci czy na rok 
przed śmiercią (77 lat!) wydany bę- 
dzie chyba jedyną jego wielką trwa- 
łą poezją. M oże jeszcze ze dwa to- 
miki przed samą wojną wydane. Nie 
gniewaj się, nie obraź. ale przeczy- 
tałam niedawno Twoje wiersze ze- 
brane. r choć początki od począt- 
ków (długich) Staffa nieskończenie 
lepsze. w tym jesteś do niego po- 
dobny, że wszystko dawniejsze bled- 
nie wobec "Korca maku", "Tkanki 
ziemi", czy wierszy ostatnich. Muza 
nietylko Cię z wiekiem nie opusz- 
cza, jak powiada pan Jerzy, lecz 
Cie z wiekiem wyróżnia. Drżyj więc 
jak ja drżę o Ciebie. Lipiec u nas 
zimny, deszcz ciągle. zwały chmur, 
zimno i kompletny brak słońca. 
Uści
nienia najczulsze ode mnie 
i od Anny. która wydaje w tym roku 
trzy książki. a mimo b. złego zdro- 
wia, zasiada do czwartej (...) 
Maryjka. 


Do TglDona Terleckiego 


14.1X.60 


Szanowny i Drogi Panie 
Nie wiem czy Panu czy Wydaw- 
nictwu Świderskiego zawdzięczam 
nadesłanie Pana książki: "Ludzie, 
książki, kulisy", ale myślę, że naj- 
lepiej będzie, jeśli podziękuję Au- 
torowi - Książka nadeszła dziś, a 
więc jej jeszcze nie przeczytałam. 
Ale zajrzawszy, widzę, że to co w 
niej dotyczy Lwowa i lwowskich lu- 
dzi, będzie czytane z największym. 
nie tylko literackim. zajęciem także 
przez moją przyjaciółkę Annę Ko- 
walską, która jest ze Lwowa. 
Jestem bardzo zasmucona z powo- 
du przedwczesnej i tak nieoczekiwa- 
nej śmierci Tadeusza Sułkowskiego. 
Serdeczne pozdrowienia 


Maria Dąbrowska. 


24.V.61. 
Szanowny i drogi Panie - Prze- 
praszam, że dopiero dzisiaj odpisuję 
na Pana list z 4.111. Także i w tym 
roku dłuższy czas chorowałam i le- 
żałam w klinice, skąd wróciłam do 
domu niecałe dwa tygodnie temu. 
Jednak przed zachorowaniem odpi- 
sując p. Czesławowi Bednarczykowi 
prosiłam go o zawiadomienie Pana, 
że postaram się coś o Tadeuszu Suł- 
kowskim napisać; podałam mu na- 
wet numer Pana telefonu. List ten 
widać nie doszedł. bo niedawno temU 
ko1. Flukowski po powrocie z Lon- 
dynu napisał do mnie ponawiając 
Pana prośbę z zapytaniem. czy co
 
napiszę. Otóż w dalszym ciągu prag- 
nę choć coś krótkiego napisać. ale 
na maj już nie zdążę. Może na pierw- 
szą połowę czerwca. jeśli to nie bę- 
dzie zapóźno. Choroba mi przesz- 
kodziła, jakoś od roku wciąż zała- 
muję się ze zdrowiem i pewno tak 
już będzie do końca. 
Moje wspomnienie o Sułkowskim 
może być tylko b. krótkie i dosyć 
osobliwe. Czy Pan uwierzy, że wi- 
działam go tylko dwa razy w życiu, 
raz przed wojną i drugi raz w 1956 
w Londynie w czasie kongresu Pen- 
klubów - spotkaliśmy się wtedy 
bodaj trzy razy. Korespondowałam 


z nim z rzadka przez kilkanaście lat 
od czasów Oflagu - Dopiero po 
wojnie zdałam sobie sprawę, że jest 
nieprzeciętnym poetą, ale i z twór- 
czości jego znam zaledwie parę wier- 
szy drukowanych w "Wiadomoś- 
ciach" i jeden artykuł (o Ślesińskiej) 
druk. w "Kulturze". 
A jednak przy tak nikłej znajo- 
mości doznawałam od Niego dużo 
serca i wyjątkowej życzliwości, tak 
że czuję się poniekąd jego dłuż- 
niczką. 
P. Czesław Bednarczyk pytał mnie, 
czy chciałabym mieć listy moje do 
Sułkowskiego pisane. Prosiłam go o 
to, w nadziei, że listy dopomogą do 
napisania o Nim. Brak odpowiedzi 
w tej także sprawie upewnia mnie, 
że list ów musiał zaginąć. 
Łączę wyrazy szacunku i serdecz- 
ne pozdrowienia 


Maria Dąbrowska. 


13.X.61 
Szanowny i drogi Panie- Opóźniw- 
szy się tak niezmiernie (przeszło 5 
miesięcy) z wykonaniem obietnicy 
napisania o Tadeuszu Sułkowskim do 
księgi zbiorowej poświęconej jego 
pamięci - doczekałam się sytuacji, 
w której mam podstawy przypusz- 
czać, że ten niewinny tekst Pana 
nie dojdzie. Jeśli do dwu, najwyżej 
trzech tygodni nie otrzymam potwier- 
dzenia odbioru, będę uważała to 
wspomnienie za przepadłe. Co bę- 
dzie pewną szkodą. gdyż tu także 
nie da się go zużytkować. W Kraju 


nazwisko Sułkowskiego nic nikomu 
(poza jednostkami) nie mówi. nale- 
żałoby więc o nim napisać całkiem 
inaczej, biorąc pod uwagę twór- 
czość. A propos - wydanie jego 
autorskiej puścizny mnie nie doszło 
- jak dotąd - ale książki idą dłu- 
żej. 
Przepraszam raz jeszcze za opóź- 
nienie wywołane chorobą. 
Serdeczne pozdrowienia 


Marja Dąbrowska. 


(dopisek na lewym marginesie: Za 
łaskawe uwzględnienie mojej sytua- 
cji w kontekstach całości książki w 
miarę możno
i - będę bardzo zo- 
bowiązana.) 


7.XL61 
Szanowny i drogi Panie - Jeżeli 
możecie mieć jeszcze trochę cierpli- 
wo
i, aż złapię ze dwa dni nieco 
lepsze, to napiszę krótkie wspomnie- 
nie o Sułkowskim. Właśnie zebrano 
mi tu jego do mnie listy z ostatnich 
lat. Moich listów do Niego w An- 
glii nie otrzymałam. 
Stan mojego zdrowia jest wciąż 
bardzo ,.labilny" - co się wezmę 
do pisania, to znowu walę się z 
nóg. 
Pomału jednak staram się wypeł- 
niać zaległe obietnice i zamówie- 
nia. 
Serdecznie pozdrawiam dziękuiąc 
za list z 22.VIII. 


Maria Dąbrowska. 


Scena 


ma 


JERZY PETERKIEWlCZ 


trzy 



 . 
sClany 
. 


Tryptyk dramatyczny na 4 osoby 
Specjalny naklad (100 egzemplarzy) trzech sztuk ogłoszonych 
w jubileuszowym numerze "Wiadomości" 


Cena 90p. z przesyłką 
Do nabycia tylko przez ,.Wiadomości" 


Dlatego też utrata wianka stanowiła 
więcej niż kalectwo, była dobro- 
wolnym, czy choćby niedobrowol- 
nym wykroczeniem. 


Dziewczyno. dziewczyno. gdzież 
twój wianek upadł? 
Leży na leszczynie, pies się 
na nim /I kładł. 


(W tej wersji tradycyjnej przy- 
śpiewki ..Ieszczyna" jest zdrobniałą 
postacią rzeczownika ..Ieszcza", który 
znaczył to co dzisiaj "bruzda", t.j. 
zagłębienie w ziemi rozdzielające za- 
gony czy łany - typowe miejsce 
lekkomyślnego, czy też - w obycza- 
jach kultury matriarchalnej - rytu- 
alnego "gubienia wianka". A pies - 
i to w obu rodzajach, a więc zarówno 
psek jak psuka - który skądinąd 
stanowi wzór przyjaźni i wierności, 
jest równocześnie symbolem rozwiąz- 
łości seksualnej. Stąd tak wyraźnie 
ambiwaletny stosunek do psa). 
Pary skojarzone przy ognisku 
sobótkowym mogły teraz oddalić się 
od gromady i udać się samowtór na 
wędr6wkę po lesie. Nie po to zresztą 
aby "skonsumować" przyrzeczony 
związek. W owym wieku (uczestni- 
ków) i w ówczesnym klimacie spo- 
łecznym nie było to psychologicznie 
ani potrzebne ani możliwe. Ale w 
ogromnej większości wypadków była 
to pierwsza okazja aby młoda para 
mogła być jawnie i otwarcie. a bez 
ograniczenia czasu. sam na sam ze 
sobą - bez świadków. Mówić tyl- 
ko do siebie. przekomarzać się, 
sprzeczać, godzi c, czulić. Tak wła- 
śnie jak to opowiada Szekspir w 
"Śnie nocy letniej" (Tradycyjne tłu- 
maczenie tego tytułu nie jest dokład- 
ne: ..midsummer night" to jest "noc 
porównania słonecznego", najkrótsza 
noc roku, "kupalnocka"). 
A równocześnie starali sie znaleźć 
..kwiat paproci". który stanowił wró- 
żbę pomyślnego losu. (fak jak n.p. 
w Irlandii czterolistna koniczyna, al- 
bo w Szkocji - biały wrzos). Tylko 
w niewielu chyba wypadkach tego 
kwiatu nie znajdowano. Tak czy ina- 
czej, młodzi wracali (o świcie) do 
gromady i tam. przepasani bylicą. 
trzymając się za ręce, przeskakiwali 
przez płomienie ognisk. Ten akt ska- 
kania kończył obrzęd "przechodzenia 
przez ogień i wodę" (brnięcie przez 
wodę mokradeł było przy poszuki- 
waniu kwiatu paproci) który stano- 
wił - w tym jednym jedynym dniu 
roku - kompletny rytuał zawarcia 
małżeństwa. (Naturalnie w czasach 
przedchrześcijańskich. Później musiał 
być uzupełniony obrzędem kościel- 
nym). 
Ale cóż z tym kwiatem ,.papro: 
ci"? Opowiadanie o kwiecie paprocI 
jest często traktowane jako odmiana 
wschodnich legend o magicznym zie- 
lu. czy magicznym kamieniu króla 
Salomona "szamir". (Magiczne ziele, 
"saxifraga" o którym rozwodził się 
już Pliniusz, Falimirz w XVI w. na- 
zywa po polsku ..rozryw-ziele". albo 
"rozryw-trawa"). Domysły takie. któ- 
re w naszej folklorystyce rozwijał 
n.p. Klinger, wydają się o wiele mniej 
przekonywujące jeżeli się uwzglldni 
czynnik chronologii. Motywy, wątki, 
czy obyczaje, rozwijające się na tere- 
nie kultur hamito-semickich nie pro- 
mieniowały na tereny kultur indo- 
europejskich (poza częściowym wy- 
jątkiem kultury helleńskiej) dopóki 
Imperium Rzymskie. po zagarnięciu 
Hellady, Egiptu i Libii nie stworzyło 
pomostu dla przedostawania się tych 


Świętojańskie wianki 


i kwiat paproci 





 11)
" 

 ", \ ł \,
 .
;;. 
\. . \ 
 
'" 
J;'!
"'
- 




.,,""". 
J 
"./
ł..:-;} _ t't
 

,
 
 
. i,(,
r£', ' 

 
l



/ 
)i'l
  
f11

 
=J /' J!j. 
_
;"T 
 
 _

___ 
 :
-- 
l 01/'" 
 
" I .4j1),:," . - 
...... r \..:"' '1 

.. 


Paproć kwitnąca, fijolki (Osmunda 
regalis ). 
Pełen liść (przecięty dla pomiesz- 
czenia na rysunku) od korzenia do 
"kw:tnącego" wierzchoŁka mieny 
około 100 cm. Cały krzak ma za- 
zwyczaj 2-3 łodygi "kwitnące" 0100- 
czone bukietem Ii
ci zwykłych. 


- 
wody, a drugi. właściwie bezimienny, 
bo nazywane Swarożyc (t.j. po prostu 
syn Swaroga), był bóstwem ognia. 
Swarog miał też dwie córki-bliźniacz- 
ki o wspólnym imieniu Zarza (t.j. 
Afrodyta, gwiazda wieczorna i za- 
ranna). 
Obchody rozpoczynały się od ry- 
tualnego skrzesania ognia z drzewa. 
Frazer opowiada że gdy pierwotna 
tradycja jeszcze się zachowywała, to 
na obranym terenie wbijano w zie- 
mię kół z brzozowego drewna (brzo- 
za jest świętym drzewem boga słoń- 
ca) i wkładano nań piastę koło 7e 
szprychami (symbol słońca. a techni- 
cznie wynalazek Celtów) wykonane z 
drzewa' jesionu. Zapewne nie tylko 
dlatego że drewno jesionu łatwo pło- 
nie, nawet gdy jest świeże. ale rów- 
nież że jest to jedno z najbardziej 
czczonych drzew poświęcone bóstwu, 
które i w innych tradycjach indo-eu- 
ropejskich (n.p. celtyckiej) jest bez- 
imiennym (a raczej o imieniu ta- 
jemnym, którego symbolem i atry- 
butem był Wron, czyli Krak. a zatem 
w mitologii helleńskiej odpowiada 
mu Chronos). 
Koło na kołku było szybko obra- 
cane póki od tarcia oiasta nie za- 
częła się palić. Wtedy koło, którego 
szprychy były uprzednio owinięte 
splecionymi warkoczami nasmolonej 
słomy, zdejmowano i płonące toczo- 
no kolejno do przygotowanych sto- 
sów, kt6re w ten sposób podpalano. 
Szeregi stosów ułożonych na wybra- 
nych wzgórzach płonęły tej nocy na 
terenie całej Europy. W grupach bę- 
dących niemal w zasiegt\ wzroku, 
a przynajmniej łuny. Tańce dokoła 
ognisk i skakanie przez stosy należa- 
ły do obrządku i miały zabezpieczać 
przed złymi mocami i chorobą. zaś 
palenie na stosach ofiar w postaci 
drobnej zwierzyny i ptactwa. chwyta- 
nych w sidła na up{ilwnych polach, 
wraz z ..magicznymi ziołami" (byli- 
ca, dziurawiec. dzwoniec, dziewanna, 
szałwia, nawrotek. rucina, matka 
zielna) w cylindrycznego kształtu ko- 
szach. Dlecionych z witek wierzbo- 
wych (znów święte drzewo, ..księży- 
cowe". bogini Bran-Wen. czyli Wan- 
dy) miało zapewnić urodzaje pól oraz 


"'-' 


płodność zwierząt i ludzi. (Juliusz 
Cezar oskarża druidów że w podob- 
nych koszach palili ofiary ludzkie z 
wrogów wziętych do niewoli w bit- 
wie). 
Noc sobótkowa była także, jako 
święto urodzaju i płodności, jedynym 
dniem zawieszenia mocy tabu. zwią- 
zanego z kojarzeniem małżeństw. W 
owych społecznościach, gdzie z zasa- 
dy wł.lsność (n.p. uprawnej roli, mły- 
na, rybnego stawu i t.p.) była nie 
własnością indywidualną, lecz całego 
rodu - kojarzenie małżeństw, wraz 
z rozstrzyganiem wszystkich związa- 
nych z tym zagadnień finansowo-go- 
spodarczych, niekiedy wcale skompli- 
kowanych, było wyłącznym przywile- 
jem głowy rodu, podejmowanym przy 
pomocy oficjalnych zawodowych 
swatów i z udziałem ważniejszej star- 
szyzny rodu (do których rodzice zain- 
teresowanych młodych mogli wcale 
nie należeć). Ale dziewczyna, o którą 
czy to z braku odpowiedniego wiana, 
czy innych przyczyn, jeszcze swatów 
nie przysłano. albo dziewczyna, która 
chciała uniknąć swatanych konkuren- 
tów. jeżeli nie była jeszcze nikomu 
narzeczona (t.j. obiecana oficjalnie) 
mogła skorzystać z jedynej w roku 
okazji. plotła wianek. nie tyle z kwia- 
tów ile magicznych ziół - bylicy, 
ruty, dziewanny i t.d., tak aby pły- 
wał po wodzie. wpinała weń zapa- 
lone łuczywo i puszczała na bieżącą 
wodę w zbiorowej ceremonii ze śpie- 
wami i pląsami przy ognisku sobót- 
kowym. 
W dalszej części strumienia, czy 
jeziora, gdzie jak było wiadomo wo- 
da wynosi płynące liście, zebrani już 
byli chłopcy, niektóry w tajnym po- 
rozumieniu z dziewczyną. inni liczą- 
cy na los szczęścia, i każdy któremu 
udało się wyłowić wianek, wracał do 
gromady aby zidentyfikować jego 
właścicielkę. Teraz młodzi tak dobra- 
ni mogli kojarzyć się w pary bez ni- 
czyjej aprobaty i bez obrazy oby- 
czaju. 
Wianek. jak wiadomo był zawsze 
symbolem seksualnym. Reprezento- 
wał on, z jednej strony, dojrzałość 
fizyczną dziewczyny do roli matki 
i żony. a z drugiej - stan dziewic- 
twa. Oddanie wianka było potwier- 
dzeniem zgody na małżeństwo. 


Ty jednemu dajesz wieniec 
Z róż. lilii i tymianka, 
(choć) Kocha cię inny 
młodzieniec. . . 


Natomiast ,.zgubienie" wianka 
oznaczało utratę dziewictwa, co, je- 
żeli nie było po prostu antycypacją 
małżeństwa, stanowiło oczywistą o- 
brazę społecznego ustroju patriarchal- 
nego. Był to bowiem jak gdyby bunt 
i powrót do obyczajów zwalczonego 
i obalonego ustroju matriarchalnego. 


.'. 


to 


.-" 


, .
., 


ZANOTOWANA przez Kochanow- nek u rzymskich historyków i helleń- 
skiego nazwa ..Sobótka" nie jest skich kronikarzy, parę, raczej aluzji 
pierwotną. autentyczną nazwą tej, niż informacji. u arabskich geogra- 
jednej z najdawnieiszych uroczysto- fów, trochę tendencyjnych wiadomo- 

ci, obchodzonych jeżeli nie na ca- 
ci w kronikach bizantyjskich mni- 
łym terenie zasięgu kultur indo-eu- chów, z zasady wrogo nastawionych 
ropejskich. to w każdym razie na do takich "diabelskich", pogańskich 
obszarach zajmowanych przez ludy tradycji - oto wszystko. Ale. po- 
celtyckie, germańskie i słowiańskie. dobnie jak źródło iezyków indo-eu- 
Jeżeli dawną. powszechną nazwą był ropejskich można było zrekonstruo- 
termin ..Kupała" (czy kupalnocka, wać na podstawie systematycznych 
co wcale nie jest pewne), to. wbrew porównań dźwięków, form i postaci 
do
ć rozpowszechnionym tłumacze- gramatycznych w językach pochod- 
niom, wyraz ten tylko pozornie nych. tak też źródłowe formy i zna- 
miałby coś wspólnego z ruską for- czenie obchodów świętojańskich da- 
mą wyrazu "kąpiel". Takie tłuma- dzą się zapewne wyprowadzić z sy- 
czenie zostało wvmyslone nie wcze- stematycznych porównań ceremonia- 

niej niż w X-XI stuleciu, aby po- łów. mitów i oodań ludow z grupy 
wiązać sobótkę z nadanym jei pa- kultur indo-europeiskich. (Naturalnie 
tronem w postaci św. Jana Chrzci- jest to tylko niejako program ba- 
cie1a, którego też nazwano Kupałą. dań. a nie ich wynik. I to program 
Jako że stosował chrzest (w obrząd- na lata i dla wielu. Tu i teraz może 
ku wschodnim) w formie rytualnej być miejsce tylko na tymczasowe 
kąpieli. Wyraz "kupała" pochodzi w szkicowanie niektórych punktów wy- 
istocie z rE pierwiastka "k-um-p", tycznych), 
który znaczy grupę, zbiorowo
ć (z Obchody świetoiańskie były od sa- 
niego wywodzą się takie wyrazy jak mego zarania chrześcijań;twa zaciek- 
kupa, kupić (t.j. gromadzic), kąpa le zwalczane przez Kościół. (Pod ob- 
albo kępa, kąbłać i t.d.). nie jak Dokrewne obrzedv celtyckie 
Wyraz "sobótka" był pierwotnie były szkalowane i brutalnie zwalcza- 
terminem, w intencji, pejoratywnym, ne jeszcze orzez pogańskich Rzy- 
oznaczającym jakby "mały sabat cza- mian). Zarówno własnymi środkami 
rownic". kazań. pokut. wyklinań, jak i za po- 
Na temat tego obrzędu (jak i in- średnictwem ,.ramienia 
wieckiego" 
nych obchodów indo.europejskiego - zakazów i kar ogła;zanych przez 
cyklu rocznego) w ogóle mamy tylko królów i ksiażeta - Ko
ciół starał 
bardzo skąpe. a niekiedy bałamutne sie tepić obchody oogańskie. Kiedy 
informacje. Parę oderwanych wzmia- zrozumiano 7e walka nie może być 
łatwa i szybko skuteczna. Kościół 
zwrócił wysIłki w kierunku "oswoje- 
nia" obchodów przez tłumienie naj- 
jaskrawszych ,.wybryków" !'Jrzy ze- 
zwoleniu (milczącym) na część oro- 
gramu. narzucanie nowego wykładu 
symboliki. soychanie obchodu do po- 
zvcji wil";skich. gminnych obvcza- 
jów. nadanie mu chrze
ciiańskiego 
patrona. (Naturalnie. odnosi się to 
nie tylko do sobótki), 
W wyniku tych akcii. które w Eu- 
ropie zachodniei rozwijały sie i nrzy- 
nosiły skutki dU:lo wcze
niej ni7- u 
nas. obchody sobótkowe już w okre- 
;ie XIII-XV stulecia zaczeły zani- 
kać. ulegały zaoomnieniu i zniekształ- 
ceniu dl) kilku oderwanych symboli. 
mimo re jak świadczy n.o. J. G. 
Fra7er (The Golden Bough) sobótka 
była n1 wieków świętowana n;ł ca- 
łvm terenie Euronv. od Irlandii "o 
stepy ('zarnomorskie i od Skandy- 
nawii po Apeniny. 
Podobny orzehieg zatracania się 
tych tradvcii. choć z opMnieniem, 
istniał i li nas. Jeszcze Mikoła; Rey 
wyraża sil" o obchodach sobótko- 
wych z niechecia i odraza. Ale w 
drudei połowie XVI w. powiały iuż 
inne wiatry intelektualne Ideał czło- 
wieka szcześliwego w oowrocie do 
natury i obyczaiów wieiśkich głoszo- 
ny onl!iś przez Horacego i drzemia- 
cy w zaoomnieniu. zaczął teraz odży- 
wać w humanizmie. Ostateczna za- 
głada sobótek na naszym terenie spó- 
7niła sil". Nowe orady filozofii spo- 
łeczne; zaczvnaią ie idealizować i sen- 
tvm p ł1talizować. Kochanowski podej- 
muie wątek sobótki w nastawieniu 
za;adniczo odmiennym od Reyow- 
;kiego. 
Domyśfamy sic że obcl,ody sobót- 
kowe hyły związane z k"ltem ;łońca, 
ognia i' wody. oraz urodzaju. Wiemy 
7e naczelne brSstwo. której:!o symbo- 
lem hvło słońce. nosiło słowiańskie 
imie )warog. Miał on dwóch synów. 
z którvcn ieden. Oad 7 boj:! (bodai od- 
oowiednik celtyckiego Dadl!'a) miał w 
swej pieczy mgły, chmury i źródła 


)t'- 



:J 


., 


"Paproć" gnieźnik. 
Sfotografowana w lesie w Dordogne, 
w pobliżu wejścia do jaskini. 


pierwiastków do E
roJ?Y' Zatem 
wpływy takie zaczynają SIę pojawl3c 
tutaj najwcześniej pod koniec ostat- 
niego stulecia przed naszą erą. Le- 
gendy i obrzędy związane z motywem 
kwiatu paproci, których pochodzenia 
i ślady są znacznie dawniejsze, nie 
mogą być związane z motywami 
"czarodziejskich" legend semickich. 
Czy można jednak wątpić że le- 
genda kwiatu paproci musi być opar- 
ta na bujnej fantazji skoro przyrod- 
nicze doświadczenie botaników mó- 
mi nam w sposób zdecydowany że 
paproć nie kwitnie, należy do rzędu 
roślin bezkwiatowych? Wydawałoby 




.\\
'J.h 



J

 

$&(:.
fł? 
B7f.
ii'.;':--;
 
'CV"'r 
 .,) 

 
I';JJ.r
,""" 
. r'1 It"] 
 
'
li
 

'" 
 
Ł..-:'II'.'c,
 
J}F/J
 



. 
 
2 .:t
 
". 
tlrY:
Y::!J 
,"/oJ 
-
 "

g 
C





 


_--t

 
1t;c ':)r 
 
'I!.
,
-::.ł-f
 
Ę 
:
-,y:

. " 
'. '-!.;
... ,'} "\i 


łlig.) 
lti.1 y.
;n)\rtrgo' 1
,5i.:
)"::: 
c.i I!::;
cn.'cci, l' It,i{; \::;icń S. "";,, 
nci: i\ml tf3 t\,' !t(lc)"ogni.-: p..t
i)"/ 
t..liCOWi.ly I ópićn.,..ły I "I
bht 
c;csć ci m"bf
 q)"t1t
c. '[:eg" "" 
byc;.-iin p"!I.
:if1'ifgo
" trel, C3..i
 
fów w p"ljc;c nicd)c,: opufc;" 
nitwi.-iłi}"/bo ti;fić5 to o
.iNwi 
nii teg 3icłr. c3ynial wicficit1c/O" 
}J
fui.:l' fzc J1ićm; ewkta tr
 te., 


BJlica (Artemisia abrotanwn. 
campt.'Stris albo vul&aris). 
Według drzeworytu z "Herbarza 
Polskiego" Marcina z UITZędowa 
(Kraków 1595). Tekst pod rysun' 
kiem opie1wa: (Dwudziestego dnia 
y czwartego Księżyca Czerwca u nas 
dZ
eń S. Jana: tam też w nOCY ognie 
paliły, tańcowały, śpiewałY, dia- 
błu cześć a modłę czyniąc. Tego 
obyczaiu pogańskiego do tych cza- 
sów w PO'lscze nie chcą OPUSCZ3Ć 
niewiasty, bo takież to ofiarowanie 
tego zie,].a czynią, wieszając, opa- 
sując się niem". 


się że odpowiedź na tak postawione 
pytanie musi być bezsporna, a jed- 
nak tak nie jest. Klucz do tego oa- 
radoksu znaiduje się w zagadnieniu 
terminologi.i. 
Nazwy roślin stanowią, aż po 
XVIII - xrx w. prawdziwy chaos 
(nie tylko w naszym języku). Ta 
sama roślina w różnych okręgach 
- nawet sąsiednich osiedlach - 
może nosić inne nazwy. Ta sama 
nazwa może na różnych terenach 
(albo w różnych okresach) oznaczać 
odmienne rośliny. 
Wyraz paproć (albo paprotka) sta- 
nowił oryginalnie nazwę nie jakiejś 
określonej rośliny, ale był terminem 
ogólnym, oznaczającym zbiorowo 


wiele rodzajów roślin znajdowanych 
na gruntach podmokłych. Sam wy- 
raz wywodzi się z pierwiastka lE 
,.pap-r" oznaczającego sitowie (a z 
niego wywodzą się takie wyrazy jak 
papka. papię, paproch. paprać i t.d., 
a także grecki papyros, skąd pa- 
pier). Naturalnie. rośliny nazywane 
..paproć", podobnie jak rośliny na- 
zywane ..trawa". lub "ziele" miały 
także swoje szczegółowe. rodzajowe 
nazwy. Paprociami były zatem n.p.: 
długosz. gnieźnik, karlik
 mokrzyca, 
nasięźrzał, parl'h;t. podejźrzon, roso- 
szka, zanogcica, zapartnica, zylwa 
i t.d. (powyższa lista nie obejmuje 
jeszcze na wet połowy nazw). W 
większości są to istotnie różne od- 
miany roślin z rodziny paprociowa- 
tych (W terminologii botanicznej 
Filicalae) ale są tu też rośliny in- 
nych rodzajów. Tak więc do rodzi- 
ny storczykowych (Orchidaceae) na- 
leżą: podkolan. parlisf. gnieźnik i 
karlik. których kwiaty otwierają się 
albo pachną tylko w nocy. Jest tu 
też roślina z rodziny owełkowatych 
(Proteaceae), należącej do najstar- 
szych na świecie roślin kwitnących, 
mianowicie rososzka. nazywana tak- 
że rososna, lub rososzla. Z drugiej 
jednak strony nazwa rososz1a. lub 
rososz oznacza także gatunek pa- 
proci "Mertensia dichotoma". Ro- 
ślina zwana zapartnica. albo zanok- 
cica (przez k) należy do rodziny 
połoniczkowatych (Caryophyllaceae) 
albo goździankowatych (/licineae) 
(nie jest dobrze zidentyfikowana), w 
obu wypadkach jest to roslina lub 
krzew kwitnący. Ale nazwa zanog- 
cica (przez g) oznacza także pa- 
proć "Asplenum ruta-muraria". któ- 
rej inne nazwy są słodziszka, albo 
mokrzyca. Ta sama jednak nazwa 
- mokrzyca - oznm;za też roślinę 
kwiatową, (z rodziny Alsineae). któ- 
rej inne nazwy są: muszec. otasie 
ziele. lub. zanokcica. Tak - więc 
..kwiat paproci" to mogła być któ- 
rakolwiek z tych roślin Wiele Z 
nich zakwita właśnie w czerwcu. 
Należy też dodać że są gatunki 
paproci. mniej pospolite, jak n.p. 
gatunek zwany długosz. albo fiioł- 
ki (nie fiołek!, fijołki jest mianów- 
nikiem l. pojedynczej przymiotnika 

znaczającego kolor. analogicznie 
Jak n.p. .niebieski") nazwa botani- 
czna "Osmuda regalis". Albo gatu- 
nek. zwany podejźrzon. obejmujący 
kilka odmian Botrychium (virginia- 
num. lunaria. l1lultifidum i in.). wre- 
szcie gatunek zwany nasięźrzał. ma- 
sierzon albo języcznik (Ophi!do.fsum 
vulgatum). Ich sporonośne liście są 
drobne. zebrane w obfi
e grona na 
wydłużonych łodygach i -sprawiają 
wrażenie gron kwiatowych tym har- 
dziej że rośliny te maią także in- 
ne li
cie bez sporów. Wszystkie one 
noszą też nazwę.. ..paproć kwitną- 
ca" (również i w innych językach 
europejskich: flowering fern. fou- 
g!re tleuri. Rispenfarn etc.). 
Zatem szukanie i znaidowanie 
..kwiatu paproci" - niekoniecznie 
w każdym wypadku takiei samej ro- 
śliny - choć utrudnione oodmok- 
łym 
untem leśnym i nocą - - wca- 
le me było niemoiliwe. Każda Z 
par sobótkowych miała wcale nie- 
złe szanse znalezienia takiego czY 
innego "kwiatu oaproci" a z nim 
i widoków pomyślnego losu. 


J. P. HOrJ'elski. 


STARANNY RĘKOPIS 
ZACHĘCA DO C ZYT ANT A!
>>>
Nr 1521, 25th May 1975 


WIADOMOSCI 


3 


GOSCINA "Starego Teatru" z Kra- 
kowa na "Światowym Festiwalu 
Teatralrnym" w Londynie była spra- 
wą nieruniemej wagi taOC dla nas, 
Polaków osiadłyclt w Angliti, jak i 
dla zamteresowanego prądami kultu- 
ralnymi Europy odŁamu \Wdrz6w an- 
gielskich. Po raz pierwszy ukarzano 
na londyńskiej scenie miclciewiczow- 
skie "Dziady" i "Noc Listopadową" 
Wyspiańskiego. Może nie przyguto- 
wano właściwie widzów cudiz,o:zJiem- 
skich do zrozumienia trudnych dla 
nich utwOll"ÓW, opaI'tych o wypadki 
polskiej historii i w dodatku gra- 
nych w niezrozumi1lłym dla nich ję- 
zyku. Mimo t'O k'Onfrontacja SWOI- 
stego stylu polskiego teatru z tra- 
dycjami zachodnioOeuropejs.k4mi wy- 
warła tutaj głębokie wrażenie, czego 


LEOPOLD ICIELANOWSIa 
KRAKOWSKI "STARY TE liTR" W LONDYl'IE 


wym, bo "wieki i lata co przyjdą 
ży
 będą ?Jiaren tych treścią". Zna- 
komicie ujął to kiedy
 w swe) re- 
cenzji Boy żeleński: ..POWStan3e li- 
stopadowe nie skQńcrzy'lQ się swoim 
upadkiem. Statyści zejdą ze sceny, 
aktorzy wystąpią dop,ierQ p6tnoiej. 
Osobliwym zd
niem będą tQ poe- 
ci, .. Mickdewicz, Sł'Owacki.." Pub- 
[ilCZno
ć wynosim więc z teatru pa- 
mięć wezwania Wysockiego ..dQ bro- 
ni", powitanie wolności - Łukasiń- 
skiego, i wieszczbę Kory: "Pokole- 
niom ostawię czyny, - po ojcach 


...;... 
) 
'- -- 
 

 
. .; 
.r ł 
, 
.to 
,
: 
'" 
\ " 


, 


,OC LISTOPADOWA. Kon'itantv (Ja1 Nowicki) i Joanna (TerC'ia Budzisz- 
KIZ)'Lanowska) 
dowodem są głosy IDndyńskiej kry- wielkich. wielkie wskrze5Zę syn y, - 
tY'ki. kiedyś będliecie w o l n i!. . " 
Ob'Ok gl,06.nego na Zachodzie naz- Jak ooczy.tał "Noc list'Opadową" 
wiska Andrzeja Wajdy, w któreg:J Andrzej Wajda? Jest on zbyt wybit- 
oprac'Owaniu scenioznym pojawiła nym twórcą, aby miał P'Oprzestać 
s.ię "Noc LilS1opad'Owa", mógł Lon- tylko na nadaniu utworowi nowej 
dyn po raz pierwszy zapoznać się z slzaty formalnej. Włączył się w usta- 
pracą insceni1zacyjną K'Onrada SWI- w:.cznie żywą, aktualną dyskusję D 
narsk
egD, chyba najwybitIlliejszego sensie zbrojnych zrywów .narodu. 
w
pótczeslnego reżysera pQls,kiego Problem ten poruszył niedawno 
dramatu romantycz.nego. Fesrilwal Andrzej Ki:łDwski w eseju: ..Listo- 
rozpoczął się spektaklami "Nocy Li- pad'Owy wieczór", temu mgadn4eniu 
"topadOowej " w Teatrze Aldwych, a poświęcił też wiele kart Marian 
po tygodniu roz.legły s'ię wiersze mie- Brandys w panor.amie dzJiejowej o 
k1ewiozowskich ,.Dz'i.adów" w starej "Końcu świata s:lJW'Oleierów". spra- 
anglikańskiej katedrze Southwa'l"k. wa tJa pobI1.lmiewa echem i w "Rze- 
czy li.stopad'Owej" Ernesta Brylla. 
Co nam pDwstania przyni'Osły? Czyż- 
by tylkO' temat dla romantyoznej li. 
teratury? Ozy ukształtowały naszą 
o'Obowość? I wreszcie czy mOŻna 


BIESY ,.NOCY LISTOPADOWEJ" 
Siedemdziesiąt lat minęło od wy- 
buchu PDwsta-D'ia ListopadowegQ. gdy 
Wyspiań-.ki próbował dat jego syn- 


f 


...,. 


\. 


, 


,. 


\ 


... 


'/ 
.
 



 


.. 


,!' 


(» 


I 


.\ ' 
" 


! 


DZIADY. Bal u Senatora. Rollisonowa (lT.abeła OL
zewska) 
tt:1Zę w "Nocy Ustopadowej" a Dbec- znaleźć usprawiedliwienie dla prze- 
nie narosło od tej chwili drugich lat le\\ u narodowej krwi?! - ..Chyba 
siedemdziesiąt. Lata te były pełne w szalleństwie bogów i w opętaniu 
wypadków o ogromnym, narodowym ludzi" - zdaje się odpowiadać Waj- 
maczeniu. Rok 19ł4, Legiony Pił- da. Szał bogów jest tragi
 drwin
 
sudiskie,!,o, odzyskanie niepodległeg{) z bezwolnych, zwiedzio.nych ludz- 
bytu państwOowego, a dalej tragiczny kich owadów. Nie ma bohaterów -- 
wrz.es.ień 1939, lata wojny, wres.z.cie 
ą tylko opętani! TQ nie bogowie 
Powstanie Warszawshe, nawiązują- prowadzą powstańców do walki, ale 
ce emocjonalnie do listopad{)wego b i e s y! Zamiast białych kamien- 
lJrywu. Nad wdlkami na ulicach nych pos;lgów, o szlachetnych, kla- 
Warszawy dźwięczała często melo- sycznych rysach, jakie zwykLi byli
- 
dia "Wa,rszawianki". Okrrzyk piQtra my oglądać na scenie, wprowadllł 
Wysockiego ..Do broni!" budził przez rozszalałe potwory, łaknące roz.lewu 
dziesiątki lat patriotyczne uniesienia. krwi, prowadz.1ce ludzi na rzeź. 

łowa: "Oto godzina wybija gnana Wciągają one młodz.ież w krw.awy 
tęsknotą lat.." byly rozumiane jako zryw po\\stańczy, na zgubę. Oszała- 
wezwanie do zbrDjnej, wy,zwoleń- mia
ące tempo śpiewnych recytaty- 
czej rozprawy. Również fin
łowa wów Pallady i jej skrzydlatych towa- 

cena utworu, wizj1l Luka&lińskiego, rzyszek. wzmocnione plTl:!l potężne 
powtarzającego na tle dz-wonów bu- gł.ośn:ki porywa i szokuje; dimi.zyj- 
dzącej się do walki powstańczej skim rytmem szaleństwa wzywa 
Warszawy słDwa mickiewicZO'Ws.kiej powstańców "do broni!". W okrzyku 
..Ody do młodości": " Witaj jut- tym można dosłuchać się diabelskie- 
rrenko swobody, - zbaw:ienia za go rozkazu i pi-wkielnej drwiTly. Aby 
tobą słońce!" niosła przekOl1lani e o wzmDcnić jeszcze ten przenikający 
ostatecznym zwycięstwie nieugiętej całe widowisko ton, nadał Wajda 
walki o wolność. fe dwie sceny, wypowiedZJi'Om bogiń mUlZycrzną ka- 
prolog Wysockiego i finał Lukasiń- dencję. Krytycy angielscy porównali 
skiego. stanowiły najmoc:niejszy wr- śpi.ewające boginie do konwenCji 
dźwięk UtWDru. Bohaterskie boginIe Dperowej Wagnera. Nie odniosłem 
z Palladą na czele wzywały do zwy- tego wrażenia. W 1T\()Ii,m odczuciu 
cięskiej walki, a molowa ton.acja Ni- by,) to raozej grecki chór "Bachan- 
ke spod Cheronei stawała się tylko tek" Eurypidesa. Już w pierwszej 
lirycznym przerywnikiem. Na- scenie galopujące recitatywa Pallady 
wet wpleciona w utwór scena mi- wciągają w swoje tryby Wysockiego. 
sterjum Eleuzyjskiego, scena zej
cia który włącza się w jej śpiew. Jego 
Kory w podziemie, wie
ci:ła poza wezwanie dQ poochof"ążych nie 
pJ'lZJem
j,3Jjącą zimą, powtórne nadej- brzmi jak gorące orędzie WQlności. 
śoie wjoony i życia. Klęska powstania ale staje się częścią szaleństwa bo- 
była więc również czymś prz.ej
cio- gów. I tu zaczyna się zbiorowe Dpę- 


tanie powstańców. Diabelski rytm, 
galop rozszalałych bóstw spowIja 
swym zadyszanym tempem cały 
utwór, pl1ZeSłania swą sugestywnDś- 
oią 
"tkie iMe sceny. Jak mi- 
[lemie, nawet mdło wyglądają realne 
sceny historyczne w porównaniu z 
ogłuszającym śpiewem bogiń. Warst- 
wa dramatu historycznego jest chy- 
ba w realizacji Wajdy naj uboższa. 
Odcina się on wyraźnie od h
oryz- 
mu, sprowadzając nalwet zewnętrzne 
ry!;y bohaterów do jednakowej bez- 
b.3JTWno..ki. Ozy będzie to Generdł 
Kro.&iński ozy Potock,i, Nabielak czy 
GQsrwzyński, a nawet ChłQpicki, to 
ws.z.y!;tk'O tylk{) pi'Onki na szachQw- 
n'cy dziejów. Urastają dopiero wów- 
czas, gdy zostają wciągnięQj w rytm 
,zalejących bóstw. W śpiewie bogów 
i ludzi gubi się zawartość słów, gubi 
się rÓWll1ież często poezja. Nie jest 
to jednak istotne dla inscenizatora. 
PO' raz pierwsrzy uwzględniOll1e wier- 
sz,owane uwagi autora utraciły swój 
IirY'zm, zmieniając się w zadyszane, 
nerwowe recitatiwa jakichs złośli- 
wych chochlików rew'Olucji. 
Opętany przez biesy jest równiez 
Wielki Książę Konstanty. Odtwarz.a 
g'O Jan Nowicki, którego widzieliś- 
my w ubiegłym roku w roli Stawro- 
gina w "Biesach n. Odszedł tutaj i 
reżyser i aktDr od tradycyjnego uję- 
cia postaci K'Onstl3nteg{), jak{) pry- 
mitywneg{) dcspoty. Jest Ql1 w wy- 
konanąu Nowiakiego pełen słowiań- 
skiego li'l"Y'zrnu, nawet poezji, które 
po.krywa s7'Arstkością i chamstwem. 
Miłość d{) polskiej żony, Joanny, na- 
biera w nim brutalnych, trywialnych 
cech. Kontrastują one z pięknym 
snem Joanny o głębokiej miłości do 
Aresa, który w realizacja Wajdy po- 
siada rysy K'Onstantego. Jest to no- 
watorskie. świetne rozwiązanie nie- 
ia
nej symboliki tej sceny. Sceny wi- 
zyjne g6Tl!ją 2J\"es1Z4 tu stale nad 
realistyozną warstwą dramatu. Chęć 
doprowadzenia ich do naturalizmu 
przejaWlił.a się katastrof1llnde w za- 
gubieniu rytmu i rymu wiersza. co 
zacierało nieraz pointy dialogu. nie 
mówiąc już o ich muzyczności. 
P'Omiędzy jaskrawym, ogłuszają- 
cym światem bóstw a płaskimi, ściszo- 
nymi ludzkimi owadami umieścił 
Wajda mister,ium Eleuzyjskie, sprawę 
tajemnicy życia i śmierci. W przej- 
mującym rytmie muzyki Fe1riksa Ko- 
niCC'Zl1ego odchodzi Kora w podzie- 
mie. powlocząc dtu
m, cekinami je- 
siennyc.h liści przyozd'Obionym płasz- 
ozem, którry jak smuga jasności zni- 
ka za nią w podz.iemiu. Żal mi byto 
turtaj tych chyba najpiękniejszych 
wierszy Wyspiańs
iego, które zagłu- 
swne muzyką, nie docierały do WI- 
dJza wyraZJiście. N ie zadźwięczał 
echom trenów KochanQwskiego WZJI'U- 
szający werset Demeter: "Gdzieżeś 
córko, Co byłaś mi ptakiem, - ra- 
dosnym, letnim śpiewakiem.." 
W podobnej t'Onacji li!rycznf1i utrzy- 
mał inlSCenUz.ator scenę zej
cia pole
- 
łych do łodzJi Charona. WszystkIe 
dialDgi tej sceo\ .,w teatrum Stani- 
sława A ugllSta " zostały skreślone. 
IinscenilZator poprzestał na recytacil 
wierszowanego opisu autora, pod- 
kreślonego głębok'O sugestywną mu- 
.lyką, jakby 7aŁobnym marszem. W 
jego rytm polegli żołnierze :zyjążają 
do oczekującej ich w oparach jesien- 
nt;i mgły __o charonowej łodrzi. Jest 
to może najbardziej przejmująca 
scena w calym widowisku, która po- 
zostaje wyryt1l w pamięoi. Jej ma- 
larskie piękno łączy się z narzuca- 
jącym się pytaniem: Qzyżby 'Ofiara 
życia pow
tańców była berrowoooa? 
Czy tut1lj należy szukać przewodniej 
myśli speklaklu? Czy ma on prze- 
kreślić Wal tość narodowych zry- 
wów? Wajd.\ jest przede wszystikim 
artystą i tWOlf"zy w kategoriach ar- 
tystycznych. Nie daje więc n1l te 
budząc'e się pytani.a jednOZJ1acznej 
odpowiedlzi. W każdym ra0ie prze- 
jawem tej samej intencji jest przesiJ- 
nięc!e finałowego monologu Łuka- 
sińskiego przed wersety Konstantego 
o jesiennych drzewach, "które na 
wiu"n
 pędy puszczą nowe". Książę 
ma tu ostatnie słowo. on. a nie PoI- 
ska cierpiąca. Polska podziemna. 
Konstanty u Wajdy podnosi Łukasiń- 
skiego z klęczek i całuie go w 
rękę. Czy mamy to r'Ozumieć jako 
zwycięstwo lepszych, sz.lachetniej- 

zych imtynktów rosyjskiej duszy. 
czy iako jeszcze jeden gest ironii? 
Forma widowiska Wajdy zbliża się 
najba rdziej do modnej "rook-opery" 



 


w rodzaju "Jesus Christ - Super- 
star. To samo mocne uderzenie, to 
samo posługiwanie się jaskrawością i 
szokiem. Mikrofon podczas kupletów 
satyrów w Teatrze Rozmaitości bu- 
!1Zy ilUZlję, i przypomina że to tylko 
spektakl, tylko teatr. 
Obok Wajd} trzOOa podkrcśl.ić 
wkład jego najbli:l
}'cl1 wsp6łpra- 
cowni,ków, Felq,ksa Koniecznego, któ- 
reg{) kompozycje wnosiły niepokoją- 
cą atmosferę wojennego su.ału, a 
także koshumy Krystyny Zachwato- 
wic:z, które współgrały znakomicie z 
myślą przewodnią inscenizacj,j. Ja- 

krawość, nawet krzykJJ
wOOć postaci 
bDgiń kontrastowała z uprOSZCZ;()I}ymi 
ubiorami ludzi, także mundurów, 
które 'Zatraciły swój tradycyjny blask, 
były jakby 
ypane popiołem. Sło- 
wem, spektakl "Nocy Listopado- 
wej" odmienny 'Od tradycyonych 
Wz'Orów i chyba od wi,z;;i Wyspiań- 
skiego był zastanawiającym, wyso. 
kiej klasy dzjielem artystyC!ZiIlym. 
Przy tym stawiał odważnie bolesne 
pytania o naszych, pDlskich spra- 
wach, pytania, na które 
ażdy z nas 
musi znaleźć sam w sobie odpo- 
wiedź. 


"DZIADY" W KATEDRZE 


To się hędzie w teatrze grat, co 
Zllamy wszyscy, co cala Polska zna 
na pamięć. 
(StaniS'ław Wyspiański o inscenirz.acji 
..Dziadów" r. 1901). 


Trudno mówić o "Drz.iadach" 
Mickiewicza wyłącznie jako o utwo- 
rze literackim, czy choćby tylkQ jak;) 
o arcydziele naszego romantyzmu. 
Znaczą one dla nas o wiele więcej. 
To właściwie jeden z nurtów, który 
kształtował n1lszą osobow05ć naro- 
dową. Poemat MickiewiQza Wdąże w 
genialną syntezę od\'fieczną ludo- 
WDŚĆ z misty.ką chrze':Cijańską i rl)- 
mantYlom jednostki z ofiarą przelanej 
krwi dla narodu. "Dzi.ady" zwłasz- 
oza ich Część Trzecia - były wio 
d:riane zawsze przez wrogów naszeg(1 


sta rszegu mO£tu London Bridge już 
we wczesnym średniowieczu, a w 

poce elżbietańskiej sąsiadował z 
nią słynny teatr szeksph-owsk i GIQbe, 
umieszczono witraż poświęcony po- 
staciom z jego utworów. W tym 
właśnie historycznym wnętrz.u koś- 
cielnym wysta,w.iol!1{) miokiiewiczow- 
skie ,.Dziady". Przez całą długoŚĆ 
głównej nawy ustawiono podium, 
które było glówną sceną akCljj Trze- 
ciej Części poematu. Część druga j 
czwarta, Dziady wilensktie, odbywały 
się na O&i krzyża katedry. PQ 'Obu 
st.ronach kamiennej figury gotycki.,j 
Madon!llY M'Orza, stanęły nasze w 
złoto i srebro przystrojone wUz.erullki 
Matki Boskiej Częstochowskiej i Tej. 
co w Ostrej świeci Bramie. One zakre- 
ślały miejsce, w którym odbywało 
!ię to polskie misterium. Przed prez- 
biterium katedry odbywała się sc
na 
obrzędu. Tutaj zwoływał guślarz du- 
chy zmarłych, a gromada powtarz.1.ła 
słowa jego zaklęć. Widzowie st'Ojąc 
do.k()lta współuczestniczyli w tym 
święcie litewskich d
iadów. Na am- 
bDnie pojawiły się dwa gołąbki, sym- 
bolilzujące anielskie duszyczka nie- 
winnych dzieci, a na tle Mat\Qi Bo- 
skiej - Ostrobrams.kiej zobaczyliśmy 
dziewczynę Zosię, mwies.roną 
między niebem a ziemią. Nie tra- 
fiło mi do pr.zekonania spr'Owadze- 
nie jej tęsklllOt do pożądań seksual- 
nych. Caly Dbrzęd potraktowany 
był z wyraźnym realizmem. Nie 
\\ Y korzystano w nim tradycyjn
j 
muzyki Widm Moniuszki. które za- 
zwyczaj zmieniały scenę w kaplicy w 
rodzaj opery. Guślarz wypowiadał 
słowa zaklęć z właściwą dla obrzę- 
dów ludowych mDn'Otonią. Ks.iądz, 
idący przez nawę katedry z mini- 
strantami w komżach. torującymi 
mu drogę dźwiękiem dzwonków, 
wydawał się początkowo należeć do 
dnia dzisiejszego, zanim nie rozpo- 
czął illalDgu z Gustawem. Włączenie 
sc::ny "U księdza" w obrzęd dzi.a- 
dów było ni'ezwykle trafnym odczy- 
taniem reżyserskim. NajwiękSize wra 
żen:e sprawiało jednak połączeni
 


, l 
. . , 

 "I, ;r. . '€t 
',. 
'. 

 , W 
:' "", 

 \ " 
" 1 

 , . ' . 
'\:,. 
 
. :\' :,. 
- . 

 .... 
...-- -.... '. 


. .... 
-
 
.; 
- 


ę 


'" 

'
 


.....1- 
.
 


..ł.. 


. 


NOC LISTOPADOWA. Demetel' (Zolia Jaro"zew'ika) i Kora (Anna Dymna) 


narodu jako zarzewie buntu. Dlate- 
go od chwiqi ich p'Owstania kgqążka 
ta była przefil'adDwana przez zabor- 
cow. Do "Dziadów" prrzede WSlZyst- 
kim Ddnoszą się słowa Mickiewicz.t 
że "mimo carsk,ich gróźb, na złQść 
stra.żni'kom ceł - szmugluje w Litwę 
żyd - tomiki moich dzieł". A po- 
tem, gdy z końcem XIX w. nierz;ręcz- 
nie już było wzbraniać w WarSZa- 
wie druku utwDrów Mickiewicza, 
wykreślał cenzDr wszystko, co mog- 
łoby zbudzić patriDtyczne zrywy. 
Trudno więc słuchać płomiennych 
wi'erszy .,Dziadów" z chłod!llym ser- 
cem, trudno mierzyć je "mędrC,} 
szkielkiem i Dkiem". Zwł'aSlWLa gdy 
do najsilniejszych przeżyć teatral- 
nych dzieciństwa należały "Dziady" 
w inscenizacji Wyspiańskieg{), i gdy 
było się świadkiem pDwstawan.a 
monumentalnej wizji Leona Schiller1-, 
nadającej "Dl,iadom" kształt "teatru 
ogromn::go". A równLeż gdy się byro 
auto.rem własnego kształtu scenicz- 
nego "Dziadów". wystawiooych ja- 
ko ostatnia in;;cenizacja dzieła Mio:- 
kiewicza w latach niepodległości. 


Z tym całym serdecznym bala- 

tem, z tą zawieruchą uczuć, wspom- 
nień i skojarzeń, posz.edłem na lon- 
dyńskie ,.Dziady" do katedry South- 
wark nad Tamizą. W katedrze tej. 
której mury wznosiły się Dbok naj- 


. 


/'... 


,'\ 


'" 
" 


l 


D7IADV. Gustaw-Konrad (Jerzy Trela, 


realizmu inscen:z.acji z mistyką wnę- 
tlza kal::dralnego. Wielką ImprowI- 
zację widzi.ałem poprzez k'Olumny, 
gdy pos
acie KDnrada. aniolów i 
szatanów wydawały się plynąć w 
powietrzu na smudze światła, wzno- 
szą.-ej się \.\I ciemności katedry. Tu 
rO.lgrywały 
ię walki człDwieka z 
Bog:.
m i ",zatanem. I tu także była 
cela Konrada (skreślono re szkod'l 
dla sp
k'aklu ""paniałe opowiadanie 
kaprala). tutaj I ównież realistycrzne 
sceny: "Salonu warszawskiego" i 
,.Balu u Senatora" urastały do kos- 
mioz.nych wymiarów. RealiL:m insce- 
ni,zatolf"a przetwarzał się w ten spo- 
sób !pontanic,znie w miSiterLum. N.l 
długo pozostaje w oczach procesja 
cbrzędowa, krążąca z zapalonymi 
gmITLl1icami, z monotDnnym 
pie- 
wem przez długą nawę katedry. 
Przedziela ona i ł40ZY zamzem sce- 
ny poematu. nadając scenom reali- 
stycznym charakter wizyjny. W finale 
widowiska gromada ludu burzy salon 
senatora, przewraca 
tDły i krzesła. 
a z KDnrada ściąga buty i kurtk... 
Kończy \\ ten spo\S.ób rozpamięty- 
wanie na.rodowych zaduszek. 
Osią Trzeoiej Ozęści "Dziadów" 
są trzy widzenia: slzatańskie - Se- 
natora, anielskie - Ewy, i mistycz- 
ne - X. Pi'Otra. Następują one po 
Wielkiej ImprDwizacji i egzorcyz- 
mach. W scenach tych działają dob- 
re i złe duchy, aniołowie i diabły. 
StanDwj'ły one zawsZe największy 
kłDpot inscenizacji, chcącej utrzymać 
w pełni zal'Ożenia realizmu. K01lJrad 
Swinarski uformował je na kształt 
barokowych mDralitetów. Anioł i 
duch w posrebrzanych zbrojach. z 
m:::czem i dzidą, wydawały się być 
figurami, zeszlymi z barokowych oł- 
tarzy. Łączyły się one dos.konale z 
wnętrz,em kośc;oła, pod'Obnie jak 
chłopięcy chór anioł,ów wyłaniająC} 
się z ciemno6ci u szczytu gotyokich 
łuków. RDgate diabły o kędzierza- 
wych ozuprynach i 'Owłosi'Onych tu- 
łowi'ach bliskie były konwencji wi- 
dowiska pasyjnego w Obergamergau 
lub ludowych pastorrałek XVIII 
wL::cznY'ch. Ciekawe rozwiązanie zma- 
lazł rezyser dla sceny Dpętania Kon- 
rada pr:zez złeg{) ducha. Wpleciony 
ramionami w Konrada odpowiad'i 

'zatan na s
01Wa X. PiotJra albo sam, 
albo razem z Konradem. Ta scena 
egzorcyzmów jes,t jedną z najoieka- 
wiej pomyślanych w całym spektak- 
lu. N atDmiast niezbyt wyrn2Jiście 
wydobył reżyser kluczowy moment 
utworu: prrzemiaJnę Gustawa w KQn- 
rada. SłiO'Wa: .,Gustayus obiit, hic 
natus cst Conradus" wypisywane 
kredą na ścianie, nie miały w sDbie 
ani emocjonalnego ani mistycznego 
ładunku. Gubiła się przez to prze- 
wodnia myśl dzieła Micllciewicza: 
odradzanie sLę człow,ieka w myśl na- 
kairu św. Pawła: "oportet yos nasCl 
de noyo" - należy wam odrodzić 
sie po raz wtóry. Tu przecież 
o- 
czyna się nowy etap rozw'Oju we- 
wnętrlln.ego bohatera, tu zaozyna Się 
..droga Konrada" znacZJOll1a eta pa- 


mi corat wjększych wyrzeczeń oso- 
bi6.tych, poświęceń dla narodu i dla 
ludzkDści. Nie wydobył również do- 
statecznie tej p.!1Zemiany młody od- 
twórca mickiewiczowskiego bohater3, 
Jerzy Trela, który rozporządza wspa- 
niałym grosem, przypominającym 
niezapolTUlian} timbre głosu młode- 
gO' Józefa Węgrzyna. Zadziwiał on 
w I mpr'Owizacj i płomienną szlachet- 
nością i głębią wyrazu, połączoną z 
najprostszą be.zpOOredniością. Cechy 
te przeznaczają go do ról bohaterów 
wiełkiego dramatu romantycznego. 


.... . 


.( 



 


"'OC 


salę balową o&Zalałej z bólu Rolh- 
sonowej. Izabela Olszewska budziła 
w tej scenie głębokie wzrusrr.enic. 
N'OW06iJoow, 8I'any przez Wiktora 
Sadeckiego, nie był potworem zła ani 
katem, jaJciego 2JWYkliśmy byli wi- 
dzieć w tej roli, ale chytrym, cynicz- 
nym dworakiem, spełniającym dla 
kariery, na zimno rozkazy cara. Zna- 
k'Omi.ta kreacja. Aktorzy byli jakby 
zrośnięci z koncepcją realistycmą 
Konrada Swinarskiego. Chciatbym 
jeszcze wymieni
 Aleksandra Fabi- 
siaka (Sobolewskiego), Zygmunta Jó- 
zefczaka i Zygmunta Malaka (Anio- 
ła i Ducha), Romana StanldewGcza 
.-- głębOoko prawdziwego, ludowego 
Guślarza i Wojciecha Ruszkowskie- 
go wyrazistego Starostę. Nie 
można także pominąć Anny Dym- 


, 


'-- 


Silne wrażenie, 
..Dliady", było w 
!!o zasługą. - 
Odroozenie religi.jne Konrada pod- 
kreśla Mickiewicz również atmosfe- 
rą Nocy Wigilijnej. Po egzorcyz- 
mach, po wyjściu szatana z jego 
duszy odzywa się - wedle uwag 
autora - śpiewana przez anioły 
pieśń-kolęda: "Anioł pasterzom 
mówił." Zabraklo jej w ostatniej in- 
o;ceniozacji. Zubożyło t'O, jeśli w ogó- 
le nie prz.ekreśJiło mistycllOOj więzi 
łączącej odrodzenie duchowe czło- 
wieka z taljemnicą Narodz.en.ia Bo- 
żego. W tym chyba leży największy 
brak tej dos kDnałej. twórczej insce- 
nizacji. próbującej iŚć rzetelnie za 
myślą poety. 
Wre!'Zcie postać X. Pi'Otra. 
Przywykliśmy slyszeć jego widzenie, 
wypowiadane w największym ume- 
..ieniu, w prDroczej ekstazie. Takim 
mistykiem, palącym się wewnętrz- 
nym Dgniem świętośc.i był X. Piotr 
w wykonaniu Edmunda W'iercińskie- 
go w schillerowskich "Orliadach ". 
W realizacji Swinarskiego jest on 
skromnym. prostym braciSZJkiem, 
któremu daje siłę ufna, gorąca wia- 
ra. Nieodparcie nasuwało się po- 
równanie z błogosławionym męczenni- 
kiem nasZ}ch czasów, X. Maksymi- 
lianem Kolbe... Kazimierz Borowiec 
miał jako X. Piotr właśnie wzrusza- 
j;lcą pr05t'Otę i skupienie. 
..Sal'on warszawski" whlClono w 


LISTOPADOWA. Od lewei: kuruta (Stanisław Grąbka), Wielki Książ' 
(Jan "Iowic.-ki) Makrot (Jen) "Iowak) 
jakie wywierały nej, pelnej wyrazu. chociaż k'Ontro- 
wielkiej mierze je- wersyjnej "Zilifi" w kaplicy i AIIJtl} 
Polony w bardzo, niestety, skróco- 
nej roli Paster ki. N ie należało łączyć 
tej postaci z widzeniem Ewy. Paster- 
ka jest dO;lrz
'lą kobietą, a Ewa musI 
być niewinnym młodziutkim d ziew- 
cZ;ltkiem, by jej mistyczna roz.mOWd 
z różą miala wyraz aniel!kiego snu. 
Jak poprzednio w ..Nocy Listo- 
pad'Owej" tak i w "Dziadach" mu- 
zyka Fel.iksa Koniecznego dodawał.. 
widowisku nastroju. Realizacja 
..Dziradów" SwmarskiegQ oderwał.1 
się od wszelkiej operowośoi, a t
 
od kształtu monumeI1ltalnegQ, który 
nadał im kied, ś Leon Schiller. Trzv- 
mała się wiernie realiz,mu i Mickie- 
wicz przemówi.1 do nas ool'pośredniv 
i niezwykle głębokQ. 
Szkoda że nie przygDtowano le- 
piej wid.zów angielskich do przyjęCld 
trudnego dla nich utworu. Szkoda 
że nie przypomn,ialll'O, 'Opowiadając 
dzieje Konrada że właśnie to imię. 
symbol wałki o wol!I106ć narodu, 
otrzy mał na chrzcie syn powstańca 
styczniowego, Józef Konrad Korze- 
niowski, i że właśnie pod tym imie- 
niem wszedł na karty liJteratu.'Ty an- 
gielskiej jako jeden z jej najwięk 
szych pisarzy. 
"Stary Teatr" z Krakowa, przywo- 
żąc na londyński Fes
wal "Dziady" 
i .,Noc ListOopadową" przysłużył się 
pięknie narodowej kulturze. Należą 
się słowa uznania dla dyrektora Ja- 


'"' 


,., 


" 


..... 


r 


..ł 

 



 


.4. 


" 


.... 


.-- 
, -- 


nZIADY. Sowa (Elżbieta KaJ'ko'zka) i Guslarz (Rom.m Stankiewicz) 
p.zed
,tawienie londyńsk.ie dop'ero na Pawła Gawlika, który skupił w 
na trzy ostatnie dni. Opowiad:"nie ,woim teatrze szereg twórczych re- 
Adolfa o śledrtwie i męczeństwie Ci- żyse,rów i 'Oparł repertuar prowadzo- 
chDwskiego wypowiedziane Z{)6'.ało nej przez siebie placowki artystycz- 
prosto ale przejmuj'lco. W finale tej nej na arcydzielach polskieg{) d'l":I- 
sceny padły także tak istotne dh matu. 
po.::matu słowa Wysockiego: ,.Na- 
ród nasz jak lawa, - z wierz
hu 
z:mna i twarda, sucha i plugawa .- 
lecz we\'fnętrznego Dgnia sto lat nie 
wyziębi! Plwajmy na tę sk'Orupę 
i zstąpmy do głębi!". 
"Bal u senatora" nie odbiegał 'Jd 
przy.jętych wzorów, mówiQny ryt- 
m:cznie pod melodię menueta z 
.,Don Juana" Mozarta. Nowym po- 
mysłem reżyserskim było ukazanie 
skrwawionego studenta, Rollisona, 
przebiegającego poprzez tańaz.ące 
pary. A pDtem brz
k tłuozonego szkła, 
gdy wyskakuje on przez okno na 
bruk w ucieczce przed torturami 
śledztwa. Ws.trząsająca to scena! Ale 
przygasiła wrażenie wdarcia się rJa 


Znikły JUZ zjaw} polskie w sta- 
rej katedrze Londynu. Pozostał tam 
witraż szekspirowski, z którego pa- 
trzyły na polskich kolegów postacie 
z je.go utworów: Romeo i Julia, 
Falstaff. Hamlet, Viola i Malvolio, 
a także Pro
pero z tajenmiczą lask4 
wł-tdcy nieba i z
eml w ręku. Szko- 
da, że nie powiedz;iano angielskim 
widzom że Mickiewicz postawił na 
czele sWQjego utworu motto, wzięte 
ze świata Sz.ekspiJra: "Są dziwy w 
niebie i na z:emi, o których się nie 
śniło naszym filozofom" 


Leopold Kielanowski.
>>>
4 


WIADOMO$CI 


Nr 1521, 25th May 1975 


ŻALOW AL kiedyś Klaczko że Sien- 
kiewicz nie pisał swoich powie- 

i wierszem, jak Mickiewicz "Pa- 
na Tadeusza". Dziś, a zapewne już 
wtedy, mogłoby to brzmieć anegdo- 
tycznie. powieść bowiem, jako ga- 
tunek zaozęł,a robić błyskotliwą 
karierę na długo przed ową wypo- 
wiedzią KlaczkI. Wszystko poczęło 
się w Anglii, a potem we Francji. 
gdzie wielkie imiona Waltera Scotta 
i Victora Hugo jak słupy milowe 
wytyczały drogę nowo nobilitowa- 
nemu gatunkowi literatury. Dzieje 
oddziaływania goethowskich ..Cier- 
pień młodego Wertera", j-aIw po- 
wieści w pewnym sensie autobio- 
graficznej, to osobny i burzliwy 
rozdział rozważano podobnie burzli- 
wie. a nawet wręcz awanturniczo 
przebiegał żywot t.zw. wówczas u 
nas ..powieści szalonej", do której 
jak do wielkiego worka bez dna 
nasi krajowi luminarze pakowali z 
pasją dzieł.! Balzaca, Georges Sand. 
Paula de Kocka i innych autorów. 
nWZiwyczajnie poczytnych na Zacho- 
dzie i rozchwytywanych momental- 
nie w srodowisku krajowej modnej 
i bardziej ..Postępowej" młodzieży. 
Najlepiej zaświadczy o tym stanie 
rzeczy, jako autentyczny, pewjen do- 
kument epoki, fragment rodzimej 
powi
ki, który dlatego niech będzie 
przyczynkiem do dziejow recepcji 
..szalonej powieści" w Polsce. Oto 
rzecz dzieje się w kresowym dwor- 
ku państwa Ostrożalskich podczas 
rozmowy pana domu z żoną na te- 
mat ich córki Anny, która zdaje się 
za bardzo nadążać za wpływami 
nowocz
snł:j mody i obyczajów, co 
gorsza maNc w tym za mistrzynię 
własną mamę: 


". .Mon cher, poślij do Berdy- 
czowa do Gltigsberga po książki: 
oto masz karteczkę. - 
Wziął kartkę, pocierał czoło. 
,I wzdychał. - 
- Moja Magdusiu, cóż to ta- 
kit:gu Contes drolatiques par de 
Balzac; na cóż te śmieszki dla 
młodej panny? sam tytuł dzieła 
już je potępia. - 
- Co ty wiesz, to I'essence du 
bon gOlłt, wyrafinowanie rozu- 
mu; bez poznania tych arcydzieł, 
ust nie można otworzyć w świe- 
cie comme il faut. - 
- O! O! powoli - powoli - 
moja kochanko; są ludzie rozu- 

u. na cał4 gębę przyzwoici, co 
me wiedzą, czy żyje jaki de Bal- 
zac na świecie, albo kto on taki. 
czy kareciarz, czy pisarz pary- 
ski. - 
- Les barbares! 


*) Por. 111'.1111". 1432, 1492 i 1505 "Wia- 
domo
i ". 


- 


Fundusz Wydawniczy 


- M niejsza o to; a toż znowu 
co? - Les egouts de Paris par 
J ules Janin - i jest że to sens, 
paryskie brudy wwozić do na- 
szego polskiego domu - a Mo- 
ścia Dobrodziejko. - 
- Jakiś ty dziwny, mój mężu, 
wszak to skarbnica najpiękniej- 
szych. najwyszukańszych rzeczy.- 
No już jeżeli w rynszto- 
kach piękne i wyszukane rzeczy, 
to i ja w piędzięsięciu leciech, 
muszę być jak smyczek chłopak 
i śliczniutki i żwawy; iWaćpani 
w czterdziestym roku, musisz wy- 
glądać jak pączek różany, jak 
z igły dziewczynka. - 
- Laissons ca, mewiedzieć co 
gadasz, przekręcasz wyrazy; tam 
wyraźnie napisano les Catacom- 
bes nie les egouts. - 
- Prawda, ale w tych grobach 
pewnie są rynsztoki myśli; daj- 
my temu pokój, a patrzmy da- 
lej Spirydion par Georges 
Sand; jeśli to dzieło takie. jak 
dawniejsze tego autora pół męż- 
czyzny. pół kobiety. tego Geor- 
ges Sand i Madame Oudevant 
w jednej osobie - to przyznam 
się, trzeba mieć wielką odwagę, 
aby je dawać do czytania młodej 
panience. - 
- Co za przesąd - c'est la 
chastete. la moralitć superfinowa. 
- O. prawda. że superfinowa; w 
piersi się uderzę i powiem praw- 
dę, że nie czytałem żadnej książki 
tej pani Georges Sand. - Ale pan 
Jan powiada. że to trucizna cuk- 
rem zaprawiona i podana w dya- 
mentowym kielichu. - Kto usta 
do niej przytknie. to od niej ust 
oderwać niemoże; a kto jt'd zako- 
sztuje, musi wypić do końca: - 
wtenczas rozbrat ze szczęściem. - 
- Oj! oj co za kazanie, co La 
klątwa - quelle barbarie. 
- lonie moje słowa. tylko 
pana Jana, a on choć młody, 
to roztropny. a przy tern i lite- 
rat. - 
- Śliczny mi literat, jedno i toż 
samo prawi, o poezji Mickiewicza, 
o Bohdanie Zaleskim, ° Micha- 
le Grabowskim, o Kraszewskim i 
tak dalej. Mon cher. śmiać się 
z takiego literata. - 
- Oj nie śmiać się, ale na- 

Iadować. - 
° i mon cher, nie gadaj 
tego, gdyby to ludzie, comme il 
faut słyszeli, coby mówili o 
nas". - 
I jeszcze krótki opis zasobów bi- 
bliotecznych Anny, córki państwa 
Ostrożalskich: "...W jrednym rogu 
buduaru, za zieloną kitajką, mahonio- 
wa szafka, a w niej na p61kach ra- 
moty: Żanenowe, Diumasowe, Balza- 
kowe. Pani Sand-Dudevant, pani 
--- 


» Wiadomości « 


Dalsze wpłaty: 


Tadeusz Połanowski (7amiast kwiatów na grób 
Eugenii Aczarkanowej w braelu) $10 
Maria Czapska fr. fr. 150 
A. H. Kośmider £ 4 
M. E. Bończa-Tomaszewska £ l 
Ambasador Ivar Lunde £ 4 
Zofia 
pkowska £13 
Aniela Reicher (dla uczczenia pamięci Męża, 
adwokata Stefana Reichera oraz prof. U. W, 
dr. med. Eleonory Reicher) $40 
Katarzyna Raczyńska £ 5 
Władysław Jerschina £ l 
Gaston Ciechanowski fr. SLW. 125 
Kazimiera i Józef Wassennannowie (dla uczczenia 
pamięci dr. Jerzego Brylińskiego) £ 5 
Halina Martin £10 
Marceli Kycia £ 3 
Andrzej i Irena Pleszczyńsc) (zamiast kwiatów 
na grób Marii Puacz) $10 
Cecylia Halpern-Matzowa £ 2 
Wacław Iwaniuk (dla uczczenia pamięci Michała 
Olbrychskiego, utalentowanego aktora, 
zasłużonego dla Polonii Kanadyjskiej) $20 
Jadwi
a i Adam Tomaszewscy £10 
Ewa Krzyżanowska (dla uczczenia pamięcI 
Syna, Marka Ni7ich-Niziński
o w dniu Jego 
imienin) $25 
Anna Grobicka $10 
Barbara i Julian Ciszewsc)' $ 6 
N.N. £10 
Bezimiennie (dła uczczenia pamięci kpt. art. 
Wojska Polskiego Huberta Maculewicza) $30 
Maria i Clark Halstead (zamiast kwiatów na grób 
Romana KrzycJ'kowskiego) $15 
Józef Polkowski $30 
Serdecznie dziękujemy. 


...,....- ......................................."........ 


DYWANY 


NOWE I UŻYWANE 
sprzedaż, kupno, reperacje, układanie. oferty na żądanie 


ATLARTIC BAY CARPETS 


739, Fulham Rd., London, S.W.6. 
tel.: 01-736 8777 
Stacja metra: Parsons Green. Autobus nr 14. 


. 
... _. 0.. .. .. .. .. .. ..... .. .. .. .... .. .. .. ...... .. .. .. 


ANTONI POLIŃSKI 


Z bibliofilskich obrachunków *) 


Armand Rejbaud i całej moralno- 
romansowej francuskiej sz;koły, a 
na sam
m czele dramata Wiktora 
Hugo. - Biedaczek Walter-Scott, z 
nim Cooper. Moor, a nawet i By- 
ron, poszli do papinej albo maminej 
biblioteczki, bo to stare i nieza- 
bawne rzeczy. - A co polska książ- 
ka, nigdy na tych mahoniach nie- 
leżała ".1) 
Jest jeszcze w moich zbiorach po- 
wieść Józefa Korzeniowskiego, coś 
zupełnie przeciwstawnego upodoba- 
niom Anny, co zapewne w jej bu- 
duarze nie mogłoby nawet znajdo- 
wać się na podłodze - to ,.Szczę- 
ście za górami". Otóż na samym 
końcu ostatniego drugiego tomu. 
(edycja z r. 1858), zapisana została 
rękami czytelników (też z epoki!) 
zabawna między nimi polemika. 
której tutaj nie mogąc in extenso 
zacytować z racji jej zbytniej obfi- 
tości, przytoczę tylko urywek jako 
pel/t/ant dla tehtu Czajkowskiego: 
"...kto nie mvśli zostać klechem a 
przypadkiem przeczyta to dzieło to 
może dostać febry i wymiotów na 
oba końce ze złości". W odpowie- 
dzi: "... radziłbym nigdy nie 
brać do rąk książek polskich auto- 
rów, ale uciekać od nich aż do 
Francyi i czytywać szczególniej 
,,"oka. a ręczę że żadne z powyż- 
szych przypadków nie spotka - ale 
jeżeli djabeł wymyśli coś więcej nad 
fybrę i wymioty na oba końce. 
upraszam nie mieć żalu do mnie__." 
Lektura owej polemiki jest nie tylko 
zabawna. lecz i pouczająca. toć to 
bowiem jak żywa historia polskiej 
recepcji tego gatunku powiesciowe- 
go. który za Cza.ikowskim można 
by nazwać "moralno-roman
owym". 


"ELWIRA" - 
POWIESĆ BEZIMIENNA 


r 
. 
. 
. ..- 


Cza
 porzucić jednak anegdoty i 
powrócić do zasadniczego tutaj pro- 
blemu "Elwiry". Jest to powieść 
bezimienna. bo nie wiadomo, jakie- 
go miała autora, a jedynym źród- 
łem informacji jest tekst karty tytu- 
łowej polskiego przekładu z r. 1830, 
który oto mam przed sobą. Jednym 
słowem: jedna z wielu nierozszyfro- 
wanych jeszcze powieści z pierwszej 
połowy XIX w., należących do ga- 
tunku "moralno.romansowego" czy- 
li ,.szalonego", który stanowił za- 
sadniczy zrąb, jądro całej produkcji 
powieściowej tamtej epoki. Produk- 
cja "szalonej powieści" zalewała za- 
chodnioeuropejski rynek księgarski. 
zalewała r6wnocześnie i nasz rynek 
krajowy w wersji przekładowej. Kar- 
ta tytułowa brzmi: "Elwira. Romans 
z czasów Arab6w w Hiszpanji. Prze- 
łożony z Francuzkiego. W Warsza- 
wie w Drukarni Józefa W ęckiego. 
1830" . 
A więc autor (jeżeli nie autorka), 
był Francuzem. Treść pokrótce 
przedstawia się następująco: Elwi- 
ra, cÓrrka ,,"róla Hixema ben-AI- 
hakema jest oblubienicą Ferdynan- 
da, syna Alfonsa króla Leonu. A- 
frykańczyk SuIeiman jest ich prze- 
śladowcą, bo stara się o względy 
Elwiry, ale bezskutecznie. Po wielu 
różnych intrygach i perypetiach, 
miejscami doŚĆ naiwnych, z kt6rych 
utkana jest siatka fabularna roman- 
su, rzecz zostaje doprowadzona do 
szczęśliwego dla Elwiry i Ferdynan- 
da zakończenia. W sumie jest to 
powieść dla swojej typowości ga- 
tunkowej warta odnotowania dzi- 
siaj, natomiast jej literacką ocenę 
należy odsunąć na plan dalszy, z 
tych samych względów, co w przy- 
padku wczesnych powieści Krasiń- 
skiego. 
Ponieważ "Elwira" oparta jest na 
motywach wschodnich, orientalnych, 
(wszak podtytuł głosi, że to powieść 
z czasów panowania arabskiego w 
Hiszpanii) i ponieważ zawiera dość 
obszerne partie sielankowe (pobyt 
Elwiry i Ferdynanda na wyspie Pu- 
stelnika Horama), przeto nieodpar- 
cie przychodzi na myśl podobień- 
stwo tych partii do pewnych już 
wtedy dość odległych, wielkich pier- 
wowzor6w, jakimi mogły być i nam 
znane z lektury Ariosta i Tassa od- 
powiednie partie "Orlanda Szalone- 
go" (sielanka Angeliki i Medora), 
oraz ..Jerozolimy Wyzwolonej" (sie- 
lanka Armidy i Rynalda). Posłu- 
chajmy urywków tej zrytmizowanej 
pastoralnej prozy: 
"Elwira podniosła oczy, jakiż 
urok! 
Zefiry kołysały jej łódkę na 
ziemi zielonością okrytej na któ- 
rą ją bałwany wyrzuciły. Słyszy 
miły śpiew ptaszków wśród przy- 
ległych gajów; pozdrawiają one 
świetlną gwiazdę która się na 
chwilę przyćmiła; a strumienie 
wody spływając z pagórków roz- 
lewają się po piasku, i łączą 
swój szmer z szelestem list- 
ków wiatrem wstrząsanych".2) 
..Wyspa na której byli, zda- 
wała się bydź małym punkcikiem 
na powierzchni wody, natura 
udzieliła jej wszystkich wdzięków 
swoich. Na około jej oko spo- 
czywało na rozkosznych pagór- 
kach, kwitnących równinach, po- 
tokach, strumieniach, a wśród la- 
sów słyszeć się dawały wytrysku- 
jące fontanny. Elwira wyprowa- 
dziła swego kochanka nad grotę 
Pustelnika; ztamtąd przyglądali 
się polom, i tam poraz pierwszy 
Ferdynand doświadczył odradza- 
jących się sił swoich. Zeszedł z 
g6ry, i znowu powrócił przyniósł- 
szy swej kochance rodzynki i po- 
marańcze. Wkrótce udał się sam 
w głąb lasu, przebył rzekę i dog- 
nał daniela zdziwionego wido- 
kiem istoty mającej więcej od nie- 
go szybkości; Elwira odebrała go 
żywego z rąk Ferdynanda, i swo- 
jem pocałowaniem wolność jego 
opłaciła; pocałowaniem które ich 
upoiło roskoszą miłości i napeł- 
niło całą mocą jćj zapału. 
Elwira siedziała na pochyłym 
pagórku: Ferdynand przyciskał ją 


I 
...- 


Ogłoszenia w "Wiadomościach" 


trwają długie lata 
Cena ł cal x I szpaltę £3.00 
Zniżki przy wielokrotnych i dużych ogłoszeniach. 



 - . 


NA.JLEPSZA FORMA POMOCY 
$ B Ony. lACJI fUNTAWPOł.SeE 
111.01-3734881 Dolaro'D'e 
.. AZAR 273 OlD BRO.PION ROAD LONDON SWI 9J B 


do swego serca: oparł swoją gło- 
we o jej ramię; jego usta zlepia- 
ły się z ustami Elwiry; przema- 
wiał do niej z czułością której 
jeszcze dotąd nie znała. Elwira 
podniosła się spiesznie, chciała 
uciekać z tych samotnych ga- 
jów; lecz wszędzie napotykała ich 
słodkie i tajemnicze ustronia; a 
sądząc że ich unika wkrótce się 
w ich cieniach zbłąkała".3) 


W wykonaniu autora "Elwiry" 
wypadło to jednak tak (w dalszym 
ciągu jest to tylko na prawach do- 
mysłu), jakby starał się on wyraź- 
nie nadążyć za szlachetnymi pier- 
wowzorami epiki renesansowej, cO 
z jednej strony może nas już dzisiaj 
trochę śmieszyć, kiedy słuchamy tak 
podniosłego tonu w tak szczupłych 
ramach. ale jednak z drugiej nie 
powinno dziwić, kiedy weźmie się 
pod uwagę naturę konwencji, w ja- 
kiej powieść została napisana. Nie 
darmo jest to romans, ale obliczony 
już nie na arystokratycznych od- 
biorców, jak było w Renesansie, 
lecz na nowocześnie uformowanych 
czytelników, wśród których zapewne 
niemała musiała być liczba, t.zw. 
plebejuszy w pojęciu dawnej arysto- 
kracji, a którzy nie mogąc legity- 
mować się wysokim urodzeniem 
mogli imponować wysokim ukształ- 
ceniem. Znacznie im bliższe od ry- 
mowanych cudów były powieści pi- 
sane jędrną i potoczystą prozą. któ- 
ra stare romansowe wątki czasem 
może nawet przyodziewała w nieco 
jarmarczną szatę. 
Podobnie rzecz Się ma z wątkami 
rdzennie epicznymi w "Elwirze", 
kiedy idąc tropem tych samych do- 
mysłów, stwierdzimy ich podobień- 
,two do Ariostowych i Tassowych 
pierwowzorów. posłuchajmy: 


.....nagle jakiś wojownik z groi- 
liwem spojrzeniem występuje z 
namiotu króla Leonu, i daje sły- 
szeć głos swój straszliwy w po- 
śród wojsk obudwóch; w jego 
postawie Chrześcijanie poznają 
swego wybawcę, a przelęknieni 
Muzułmanie swego strasznego 
nieprzyjaciela. Był to Ferdy- 
nand..... 4 ) 


"Alfons, nieopuszczając swego 
namiotu dla wieku i choroby, 
ożył prawie ujrzawszy Ferdynan- 
da; zapomniawszy na chwilę o 
swojej słabości, kazał sobie podać 
swoją broń starą, pamiątkę jego 
dawnej sławy, i poszedł wraz z 
nim, nie dlatego aby walczył, 
lecz aby był świadkiem jego 
trjumfów."5) 


"Rzuca się; jego ciosy straszli- 
we roznoszą śmierć i przestrach; 
całe pułki pierzchają, naczelnicy 
ich nie są już słuchani. Mahmud, 
Almanza, po razy trzy odparci, 
cofają się z przestrachem; stary 
Muleasem wylewa łzy zapalczy- 
wości i nie może zebrać żołnie- 
rzy. Moktader rozpaczający szuka 
Ferdynanda i śmierci; spotyka się 
z nim, Suleiman widzi go zwy- 
ciężonym a pomścić go nie mo- 
że. Tymczasem wszystko w koło 
niego ucieka; on sam tylko nie 
jest zwyciężony, sam tylko wśr6d 
zwyciężających Hiszpan6w, wal- 
czy i ściele ich trupami. Podob- 
nie jak lew dziki, kt6rego nie- 
przyjaciele zwyciężyć się spodzie- 
wali, spogląda na Chrześcijan 
drżących przed jego zapalczywo- 
ścią i przestraszonych jego cio- 
sami".6) 


W tym miejscu nie można sobie 
odmówić przyjemności, aby przyto- 
czyć fragment I I 5 oktawy XL VI 
ostatniej Pieśni "Orlanda Szalone- 
go" w przekładzie Piotra Kochanow- 
skiego - dla zobrazowania, jak 
podobne opisy wyglądały w pierwo- 
wzorze: 


Nie tak u Wulkanowej na wyspie 
roboty 
Dużemi Cyklopowie raz wraz 
kują młoty, 
Nie tak machinę ciężką 
po klubach spuszczają 
Na tramy, które w ziemię 
głęboko wbić mają, 
Jako poganin, wielką siłą 
rozwiedziony, 
Z obu rącz trafił w szyszak. 


Taka powieść jaką jest "Elwira", 
gdzie autor zapatrzony na renesan- 
sowe klejnoty poezji, zapomniawszy 
o wątłych i szczupłych ramach swo- 
jego utworu. maluje z żywiołowym 
rozmachem i liryczno-romantyczną 
niepohamowaną wylewnością czucia 
i czyny swoich bohaterów - taka 
powieść musiała być zdecydowanie 
sprzeczna z realizmem historycznym 
romansów Waltera Scotta. 
Dla należytego zrozumienia jej 
genezy trzeba ogarnąć okiem całą 
rozległą panoramę zjawisk, tkwią- 
cych u podłoża romantyzmu, nie 
tylko ten jeden aspekt. W epoce tej 
niezwykle były modne Wschód i 
Hiszpania, zwłaszcza we Francji. 
Co do Wschodu. to sprawa jest ja- 
sna i już o tym była mowa, można 
tylko jeszcze przypomnieć że jego 
wszechobecność w literaturze i sztu- 
ce miała pewien podkład filozoficz- 
ny, podobnie zresztą jak neogotyk i 
w ogóle historyzm: wszystko to by- 
ła forma odwrotu od rzeczywistości 
i buntu przeciwko niej. Stąd estety- 
k.l Chateaubrianda, kontynuacja bu- 
dowy katedry w Kolonii, ,.Katedra 
Marii Panny w Paryżu" Victora 
Hugo, wreszcie niektóre monumen- 
talne malowidła Oelacroix, takie jak 
..Porwanie Rebeki", czy "Zdobycie 
Konstantynopola przez Krzyżow- 


STARANNY RĘKOPIS 
ZACHĘCA DO eZYT ANIA! 


ców", w których malarz czerpał nie- 
kiedy. jak widać. z tematów Wal- 
tera Scotta. 
Natomiast Hiszpania wkroczyła 
na arenę zainteresowań francuskich 
romantyków właściwie w związku z 
kampanią Napoleona przeciw niej. 
Hiszpanie stali się wtedy synonimem 
walki o wolność. Nie trzeba przy 
tym zapominać że arabski orienta- 
lizm zaważył tu także. W rezultacie 
w paryskim Louvrze nie tylko po- 
wstała słynna galeria hiszpańska, ale 
paryscy literacI - naród bardzo 
burzliwy i zapalny - wszystko co 
hiszpańskie wzięli na swój warsztat. 
Tak powstał pamiętny "Hernani" 
Victora Hugo. nie mówiąc już o 
innych mniej programowych dzie- 
łach. Nic dziwnego że w "Elwi- 
rze" pokrzyżowały się wątki rene- 
sansowo - romantyczne z wątkami 
orientalno- i hiszpańsko-romantycz- 
nymi. Dlatego Elwira, bohaterka ro- 
mansu, jest mimo wszystko dla nas 
dzisiaj nie bohaterką z czasów pa- 
nowania Arabów w Hiszpanii. lecz 
bohaterką z czasów, kiedy sztuką 
swoją świat podbijał Goya. 
Pozostała jeszcze sprawa zwróce- 
nia uwagi na tak typowe dla pro- 
dukcji powieściowej epoki ,,El wiry" 
zjawisko nadawania tytułów od 
imion heroin. Namnożyło się tedy 
bez liku rozmaitych ..Elżbief', 
..Ulryk". "Arabelli" i "Matyld" - 
wszystkich oczywiście francuskiegu 
rodu i chowu. które kursowały po 
Europie. przemierzając ją wzdłuż i 
wszerz. U nas ta moda zadomowiła 
się doŚĆ wcześnie. aby najefektow- 
niej dać znać o sobie ..Malwiną", 
a rychło potem pojawiły się "Ma- 
ria" i ..Grażyna", które choć wy- 
szły spod piór poetów, ostatecznie 
też są powieściami, tyle że poetycki- 
mi. Cytowana tu ,.Anna" Czajkow- 
skiego dopełnia rejestru. Oni wszy- 
scy, autorzy powieśl:i i poeci, ma- 
nifestowali w ten sposób romanso- 
wą niezwykłość sworch heroin i ich 
los6w, heroin uwikłanych w roman- 
sową fabułę i z niej wyrosłych. Nie 
jest to nic innego, jak tylko roman- 
tyczny kult wybujałej indywidual- 
ności, która w wypadku heroin 
ogranicza się do urody. Romantyzm 
nawet z urody potrafił uczynić rzecz 
wyższego rzędu. 
Ile jest jeszcze powieści z pierw- 
szej połowy XIX w., czekających 
na opracowanie, których ani Est- 
reicher, ani Korbut nie notują, a 
o kt6rych nieliczne i tylko skąpe 
wzmianki czasem spotkać można w 
zachowanych katalogach znanych 
krajowych firm wydawniczych tego 
czasu! A niekiedy zdarzają się in- 
formacje wręcz sensacyjne, jak ta 
n.p. niepor6wnana u Estreichera. po- 
wt6rzona przez Korbuta: "Białopio- 
trowiczowa (z Xiąż. Giedrojców, 
siostra L. Rautenstrauchowej). Hra- 
bia Teodor czyli Lazienki w War- 
szawie (powieść z rzeczywist.) B.m.w. 
i r. (Warszawa około 1826) w 8-ce, 
str. 22. (Warszawa około 1826) w 
8ce, str. 22. (Wytępione dla skan- 
dalicznej niemoralności).7) Czy rze- 
czywiście była to całkowita zagłada 
edycji? Nic nie ocalało? A może 
gdzie żyje choć jeden bezcenny 
egzemplarz i doszedł naszych cza- 
sów? A jeżeli tak, to gdzie? Dużo 
w tej niepewności romantyzmu, ale 
pewności mało co do możliwości 
istnienia takiego ogzemplarza. 
Katalogi zawartości Biblioteki Na- 
rodowej w Warszawie, Biblioteki 
Instytutu Badań Literackich, Biblio- 
teki Jagiellońskiej i innych zasob- 
nych placówek tego rodzaju aż pę- 
kają w szwach, (aż dziw, ile starych 
książek ocalało i wyszło u nas z 
pożogi tylu wojen!), ale ani Biblio- 
teka Narodowa, ani Instytut Badań 
Literackich, ani nikt inny nie jest 
w stanie uchwycić i zebrać należytej 
ilości informacji bibliograficznych. 
Jest to po prostu czasem niemożli- 
we właśnie z uwagi na 6w brak 
wzmianek w piśmiennictwie biblio- 
graficznym dawniejszym, które mo- 
głyby naprowadzić dzisiejszych ba- 
daczy na jakiś ślad, lub rzucić choć 
skąpe i nikłe światło, ukazujące dro- 
gę do rozwiązania wielu zagadek i 
tajemnic dawnych powieści. Bez- 
imienność ich autorów w dużej mie- 
rze stąd pochodzi że ówczesną mo- 
dą często się nie ujawniali, zacho- 
wując anonimowość na kartach ty- 
tułowych, które Estreicher przepisy- 
wał tak, jak je widział, albo ko- 
rzystał ze starszych źródeł. takich 
jak wzmiankowane już katalogi wy- 
dawnicze, w kt6rych wydawcy po- 
stępowali zresztą tak samo, przepi- 
sując z kart tytułowych to wszystko, 
co na nich było, a więc informacje 
z pominięciem autorów. Aktualny 
stan badań bibliograficznych nad 
dawną powieścią w kraju znalazł się 
zatem ostatnimi czasy w impasie. 


CENNIEJSZY NIŻ 
PIERWODRUK 


W r. 1826 Mikołaj Malinowski 
tak pisał o trzeciej XVll-wiecznej 
edycji polskiej: "Jerozolimy Wyzwo- 
lonej": ,,1687 w Krakowie u Fran- 
ciszka Cezarego 8vo, stron 654 
(przypisana Franciszkowi i J erze- 
mu Lubomirskim. W tey edycj,i 
nieznaiomy wydawca dozwolił so- 
bie poprawić wiele wierszy, któ- 
re uważał za mniey gładkie; po- 
prawy te zależą na odmianie po- 
iedynczych wyrazów lub ich szy- 
ku. Mieli Cezarowie przywiley na 
drukowanie tego dzieła; trwał on 
do 1730, w którym ostatecznie roz- 
wiązała się ich officyna").8) 
Tyle Malinowski. Jak wiadomo do 
końca XIX w. było u nas osiem 
wydań Tassowego arcytworu prze- 
kładania Piotra Kochanowskiego. 
W r. 1846 wyszedł z druku dwuto- 
mowy przekł.!d Ludwika Kamińskie- 
.. go, bardzo gładki i udatny, ale Pio- 
trowy pozostał niedościgniony i on 
to jest klasyczny dla Polaków po 
wszystkie czasy. podobnie zresztą 
rzecz wygląda z przekładem "Or- 


landa", kt6remu po wielokroć nie- 
dorzecznie odmawiano autorstwa 
Piotra Kochanowskiego. Te wszyst- 
kie spory i polemiki rozpętane wo- 
kół osoby i dzieła genialnego tłu- 
macza pewnie w znacznej mierze 
straciły już dziś na aktualności i 
mają się ku wygaśnięciu dzięki sa- 
memu tylko dorobkowi badawczemu 
Romana pollaka i materiałom nie- 
dawno odbytej sesji naukowej w 
Krakowie. 9 ) 
Porzucając zgiełk i wrzawę świę- 
tej wojny na pióra, chciałbym teraz 
skoncentrować uwagę na edycji "Je- 
rozolimy" z r. 1687, jako że jej 
egzemplarz mam w swej bibliotece. 
Konfrontacja językowa z pierwo- 
drukiem z r. 1618 należy do filo- 
logii, ale punkt przecięcia filologi- 
cznych i bibliofilskich rozważań 
znajduje się w problemie ustalenia 
aktualnego stanu posiadania w zbio- 
rach bibliotek krajowych egzempla- 
rzy tej edycji w stosunku do ich 
ilości z edycji r. 1618, oraz z edy- 
cji drugiej r. 1651. Otóż już po- 
bieżny rzut oka na zawarto
ć ka- 
talogu centralnego Biblioteki Naro- 
dowej w Warszawie pozwala zorien- 
tować się w sytuacji, która jak się 
okazuje, nie jest najgorsza, bo oto 
egzemplarzy wszystkich trzech wy- 
dań XV H-wiecznych jest ok. 44, w 
tym z r. 1618 - 14, z r. 1651 - 
I I. z r. 1687 - 19. W podanym 
zestawieniu mogą być pewne mini- 
malne nieścisłości. Okazuje się że 
edycja z r. 1687 nie jest wcale rzad- 
sza od pierwodruku. przeciwnie - 
jej egzemplarzy jest najwięcej. Ale 
za to egzemplarz z mo:ego zbioru 
swymi walorami bibliofilskimi może 
wyr6wnać wszystko. No cóż, chwal- 
ba jest nieodłącznym atrybutem bi- 
bliofilstwa i na to nie ma rady. 
A zdobyłem egzemplarz w rezulta- 
cie dość skomplikowanych zabie- 
gów operacyjnych. t.zn. metodą wy- 
miany, nie mówi'lc o tym że do 
poprzedniego właściciela dostał się 
z antykwariatu za bajecznie niską 
cenę 180 zł. Ileż to funtów osiąg- 
nąłby w Londynie? 
Opis egzemplarza. Karta tytułowa 
(Awers): Goffred albo Jeruzalem 
Wyzwolona, Przekładania Piotra 
Kochallow.rkiego, I. K. M. Sekreta- 
rza. Gwoli Szlachetnemu Rycerswu 
zabawie przedrukowana. W Krako- 
wie, W Druk. Franciszka Cezarego, 
l. K. M. Y lego M. X. Biskupa 
Krakowskiego Książęcia Siewier- 
skiego Typogr. Roku POfisk: 1687. 
(Tuż pod tytułem pieczątka własno- 
ściowa: Apollinary Kątski!). Rewers: 
pośrodku herb Lubomirskich śrenia- 
wa, nad nim napis: Na Starożytny 
Kleynot Iaśnie Oświeconvch Ich 
Mościow PP. Lubomirskich. U do- 
łu: Składam w Srzeniawie Waszey. 
krwią zbroczone Miecze; 


Wszak często w tev Poglll!stwo 
krew swą piło Rzecze; 
Albo z tąd G offredowi ozdoby 
przybędzie; 
Albo Pogaństwo większey sromoty 
nabędzie: 
Kiedy Woiennym pędem, tam 
Srzeniawa płynie, 
Gdzie G offredo we Imię tryum- 
falne słynie. 
Całość druku in 8vo, s. nlb. 14, 
654, nlb. I. Tekst Do łaskawego 
Czytelnika, oraz tekst główny dru- 
kiem gockim. Na odwrocie ostatniej 
nlb. strony rękopiśmienny ex-libris 
Valentini Pilawa Tworowski z r. 
1767. Grzbiet voluminu oprawny w 
skórę ze złoconym tłoczeniem mo- 
tywu rocaille i napisem: G offred 
albo Jeruzalem, zaś u dołu: A. 
Kątski. Wewnątrz brak str. 125-126, 
uzupełniony pismem maszynowym. 
Niezwykle rzadko w krajowym han- 
dlu antykwarskim pojawiają się te- 
go rodzaju starodruki. Pierwodruk, 
zresztą n iecałk owity, .,Orlanda" z 
r 1799, (bo dopiero wtedy świat 
ujrzał!) spotkać można już częściej. 
Wracając do spraw tekstowych, 
na koniec chciałbym przytoczyć ten 
fragment mistrza Piotrowego prze- 
kładu, kt6ry może najgłębiej w pa- 
mięć zapada: 
Widźićie rożą co w pol wychylona 
Dopiero swoie opowiada przyście: 
Y w puł zawarta, a w pul 
rozwiniona, 
Jeszcze niedoszłe ukazuie liśćie. 
Patrzćie, iako się ledwie 
wypełniona 
Rozwiia, a iuż więdnie oczywiśćie: 
Więdnie, y iuż się nie godź-i 
na wieńce. 
Ani na panny, ani mi młodzieńce. 


Takći śmiertelnych rodzaiow 
na świećie 
Przemiia ten kwiat wesołey 
młodośći: 
Y choć się kwiećiel! wrcŁca 
w kaidem lećie, 
On więcey nie kcie, y zbywa 
pięknośći. 
Zbieraymysz rożą, poki 
w świeżym kwiećie, 
Zbieraymy rożą pożądney 
miłośći: 
Dziś, owszem zaraz, poki nie 
przeminie, 
Poki nie źwiędnie, poki nie 
upłynie. 
(Jer. XVI, 14, 15) 


Antoni Poliński. 


l) "Anna ". Powieść Michała CzaJ- 
kowskiego, Wilno 1851. 
2) "ELwiTa ", Warszawa 1830, s. 93- 
94. 
3) Tamże, S. 103-105. 
4) Tamże, S. 139. 
5) Tamte, S. 139-140. 
6) Tamże, s. 140-141. 
7) Estr. I (A-F), KTaków 1872, S. 96. 
8) Mikoł3Jj Malinowski: Przedmowa, 
S. V w: "Goffred albo Jeruzalem Wy- 
ZJwolona" Torquata Tassa. Przekłada- 
nia Piotra Kochanowskie
o, Sekretarza 
Jego K. M. Tom I. Wilno 1826. 
9) W kręgu "Gofreda" i "Orlanda". 
Księga pamiątkowa sesji naukowej Pio- 
tra KochanowskieiO w Kraik-owie dnia 
4-6 kwietnia 1967. Przewodn. Kom.lI'ed. 
Stanisław Pi
oń. Red. nauik. Tadeusz 
Ulewicz. Wrocław 1970. Załł. N3II'. im. 
Ossolińsikich. Wyd. P.AN. 8° s. 294, 
tab!. 2, ilustr., Riassunto, 


W!IDID@ill@0@il 
i komentarze 


Na londyńskie przedstawienie 
"Dziadów" w katedrze anglikańskiej 
Southwark (por. "Wiadomości i Ko- 
mentarze" w nr. 1518) były dwa ro- 
dzaje biletów - stojące i siedzące 
nienumerowane. Nauczeni w Anglii 
że kto dłużej czeka temu należy sir 
pierwsZe1lstwo. nie wiedzieliśmy, wy- 
narodowieni emigranci, że nasza wia- 
ra w cierpliwą kolejkę należy do 
przesądów zdegenerowanego Zac/lO- 
du. Żeby zapew/lić sobie dohre miej- 
sca, zasiedliśmy dwie godzi/lY przed 
rozpoczęciem przedstawie/lia na ła- 
weczkach i krzesłach koło podium. 
gdzie miały odbywać się gusła. Pół 
godziny przed przedstawieniem zja- 
wiła się wśród /las surowa przedsta- 
wicielka władzy ludowej, ostro żą- 
dając opuszczenia zasiellziałych 
miejsc. Podstarzały rudzielec - bez 
żadnego do tego tytułu, ho okazało 
się później że nie miała nic wsvól- 
nego z teatrem svrzedającym hilety 
a/li Z gospodarzami Katedry - IIlI 
miękkie protesty. dała /lam IllIukę: 
wszyscy mają jednakowe prawa, więc 
ci co przyszli wcześniej nie mogą 
mieć lepszych miejsc /liż inlli. Rów- 
ność, proszę państwa. Demokracja. 
Nielicwi hU/ltownicy, jeszcze nie 
całkiem zarażeni tubylczą potulnoś- 
cią, którzy nie zamierzali ruszy(
 się 
z miejsc. u.rłyszeli od zirytowanej 
"tłumacz!..i" (tak .ią nazywali młodzi 
cz.łonkowie krakowskiego teatru. 
którzy IW jej widok szyhko kończyli 
przyjaz.ne rozmowy Z widzami) - 
że "niech państwo nie zapominają 
że to jest koś c i ó ł i nie można 
tu przycllOd::.ić kiedy się chce i sia- 
daf gdzie się chce..." 
Za/liemówiwszy Z podziwu dla te- 
go kościel/lego ohlatania, przenieś- 
liśmy się do ławek kano/lików w 
prezbiterium. ("Siadajcie gdzie chce- 
cie" - powiedział przedtem Rever- 
end. odpowiedzialny za porządek w 
Katedrze. Widocwie ml/iej obzna- 
jomiony z zwyc70jami ohowiqzujq- 
cynIi w kościele). 
* * 
W LOlldYllie zjawiło się kilka eg- 
zemplarzy zbioru "W oparach ab- 
surdu" Słonimskiego i Tuwima, wy- 
danego w W arszawie. Są w nim 
sławne numery prima-aprilisowe z 
lat dwudziestych - trzydziestych, 
"kalendarz dla rolników" p.t. .,Pra- 
cowita Pszczółka", różne ,.dodatki 
nadzwyczajne", jednodniówki i inne 
obłędne żarty. W londy,iskim auto- 
busie czy kolejce podziemnej nie 
można było czytać tej książki, bo 
współpasażerowie patrzyli z przera- 
żeniem /la wariatów. wybuchających 
/la głos śmiechem i zalewających 
się łzami. Część tych absurdalnych, 
niepOlównanych dowcipów, którymi 
przez lata ha wiła się WarsZQwa 
przed wojną. była przedrukowana w 
jubileuszowym numerze "Wiadomoś- 
ci" w uhiegłym roku. Nie ma (wia- 
domo), nie było (na pewno) i bar- 
dzo wątpliwe aby zjawili się znowu 
- i to jednocześnie - pisarze o 
dowcipie Słonimskiego, Tuwima i 
Hemara (/lie figurującego w tej 
książce). 


* 


W czasie, gdy /lajwiększe /lawet 
firmy wydaw/licze w A nglii muszą 
Z powodu kosztów i trudności tech- 
nicZ/lych ograniczać swą produkcję 
nieraz o 80%, Oxford University 
Press wydaje nową książkę Jerzego 
Peterkiewicza (Pietrkiewicza) p.t. 
"The Third Adam" (Trzeci Adam). 
W książce tej technika powieściopi- 
sarza łączy się z techniką naukow- 
ca: Oparta /la nieznanych dotąd do- 
kumentach, podejmuje fascynujący 
problem religijny i seksualny. Wiel- 
ka książka - no TYsięcy słów - z 
licznvmi ilustracjami, w zwiększo- 
nym: luksusowym formacie ma się 
ukazać wczesną jesienią. 
Oxford University Press wydało 
już dwie prace Peterkiewicza: "The 
Other Side of Silence" (1970) i dru- 
gie wydanie "Five Centuries of 
Po/ish Poetry" (1970). 
Na jednej z aukcji książki w Pol- 
sce poemat Pietrkiewicza wydany w 
r. 1936 p.t. "Prowincja" osiągnął 
najwyższą cenę, większą niż rzadkie 
starodruki. Jest to rzeczywiście bia- 
ły kruk. pierwsza książka wydana 
nakładem tygodnika "Prosto Z Mos- 
tu". 


* 


W krajowej "Literaturze" z 3 
kwietnia br. ukazał się fragment 
czwartego rozdziału książki Kazi- 
mierza Koźniewskiego o "Tygodni- 
kach z różnych epok". Pierwszy roz- 
dzial tej książki. poświęcony "wia- 
domościom Literackim", ukazal się 
w kilku numerach "Literatury" w r. 
1973. Obecny fragment p.t. "Tytuł 
byl znakomity" mówi o "Prosto z 
Mostu", którego pierwszy numer u- 
kazał się 6 stycznia 1935, tego sa- 
mego dnia, tylko o 11 lat później niż 
"Wiadomości Literackie" (6 stycznia 
1924). 
Koźniewski, pisząc o tym że "Pro- 
sto z Mostu" miało być konkuren- 
cją dla "Wiadomości Literackich", 
ich "absolutną opozycją i negacją", 
zauważa że "Bardzo zabawne jest po 
latach konstatować w jak wielkim 
stopniu, walcząc politycznie z Wia- 
domościami, Piasecki powtarza chwy- 
ty redaktorskie G rydzewskiego". U- 
waga ta zaopatrzona jest w odnoś- 
nik: ..Mieczysław Grydzewski, zało- 
życiel i redaktor naczelny Wiado- 
mości Literackich, których wydawa- 
nie po roku 1939 kontynuował w 
Londynie p.t. Wiadomości, stal się 
po wojnie rzecznikiem skrajnej opo- 
zycji emigracyjnej wohec kraju". 
Na zbiorowej karykaturze "Współ- 
pracownicy Prosto Z Mostu", ogło- 
szonej w ,.Prosto Z Mostu" i repro- 
dukowanej przez Koźniewskiego, 
można poznać: Kazimierę iłłako- 
wiczównę, Adolfa Nowaczynskiego, 
Zygmunta Nowakowskiego. Wojcie- 
cha Bąka. Jerzego Andrzejewskie- 
go, K. I. Gałczyńskiego, Wojcie- 
cha Wasiutyńskiego, Jerzego Pietr- 
kiewicza, Bolesława Micińskiego i 
Stanisława Piaseckiego. 


(sk)
>>>
Nr 1521, 25th May 1975 


WIADOWO'CI 


PUSZKA 


OjlDiornica 


Polityka Sowietów jest z samej 

wojej istoty globalna. ekspansywna 
I agresywna. Gdziekolwiek zdarzy się 
jakiś słaby punkt, czy to w zakresie 
tervtorialnym czy politycznym. bez 
zwłoki cała potęga Sowietów zwraca 
się ku ternu punktowi żeby uzy- 
skać jak największe dla siebie korzy- 
ści. W rzeczy samej, na całym świe- 
cie toczy się bezustanna walka mię- 
dzy Sowietami a Ameryką aby ura- 
tować to, co pozostało jeszcze poza 
zasięgiem Sowietów od popadnięcia 
w nieszczęście, w kt6re układy jał- 
tańskie wtrąciły Europę środkowo- 
wschodnią. Umożliwiło to utworze- 
nie sowieckiego imperium kolonial- 
ntgo w Europie. sięgającego aż po 
rzekę Łabę. 
W chwili obecnej brytyjskie związ- 
ki zawodowe kierowane urzez komu- 
nistów mają decydujący. wPływ na 
politykę Partii Pracy. Jakkolwiek 
premier Harold Wilson głosi że 
pragnie by W. Brytania pozostała 
w obrębie Europejskiej Wspólnoty 
Gospodarczej. to jednak niekt6rzy 
ministrowie nie tylko w Izbie Gmin 
i w dyskusjach organizacyjnych 
wypowiadają się przeciwko premie- 
rowi i większości rządu. ale także 
na zgromadzeniach publicznych 
ogólnie dostępnych. sprzeciwiają się 
rządowi. do kt6rego sarni należą. 
Dotyczy to zalecenia rządu Wilsona 
żeby ludność w referendum. 
które ma stanowić o dalszym pozo- 
taniu W. Brytanii we Wp61nocie, 
w czerwcu b.r. wypowiedżiała się 
za "pozostaniem w Europie". 
Rzecz oczywista że Sowiety nie 
chcą dopuścić do scalania sre Eu- 
ropy choćby tylko w zakresie 
o- 
spodarczym. Moskwa dobrze wie że 
nieuchronnym tego następstwem by- 
łoby do iście do prowadzenia wsoól- 
nej polityki zagranicznej i wsp6lnej 
obrony. 
Podobnie rzecz sie ma ze sprawa 
utrzymania dziś istniejących sił 
zbroinych na lądzie. na morzu i w 
powietrzu. W najgorszYm czasie. bo 
Po rewolucji komunistycznei w por- 
tugalii. kiedy naipotrzebniejsze są 
wysiłki zmierzaiące ku obronie dro- 
gi morskiei w uośrodku Atlantvku, 
i p6łnocnei flanki Wspólnoty Atlan- 
tvckiej NATO. mimo że kraie skan- 
dvnawskie ooczynaia sie skłaniać ku 
neutralizmowi, rZad Wilsona znacz- 
nie zmnieisza wydatki na sprzęt wo- 
jenny a także na stany rÓŻnorakich 
sił zbrojnych, co - oraktycznie 
rzecz biorąc - kra i obezwładnia. 
Jeżeli idzie o samą portugalie, 
która rzadzi teraz komunistyczny 
soisek woiskowv" .,Ruch Sił Zbroj- 
nvch", przvznaiacy sobie prawo 
veta w stosunku do kandydatur 
wszystkie}, uartii przy wvborac}, WY- 
znaczonych - na 25 kwietnia b.r.. a 
także prawo stanowienia ustaw nie- 
zale7nie od wybranego oarlamentu. 
Sowiety nie tracac ani c1iwiH czasu. 
zgłosiły roszczenia o donio
łym dla 
nich 7naczeniu ;tratecicznvm które 
oczywiście Lizbona nrzvieła. Idzie o 
utworzenie sowieckiei bazy morskiej 
i lotniczei na Madef7e. a także o 
zerwani/" ukłarln z A ."ervka. na 
którego podstawie na Azorach lot- 
nictwo amerykańskie mogło korzv- 
stać z bazy zaopatrzeniowei dla sa- 
molotów chroniacvch VI Flote ame- 
rvkańską na M orzu 
rpd7iemł1vm. 
To prow3dzi n3S do konfliktu 
bliskowschodniego. Izrael domaga się 
od Egiptu wyrzeczenia się groźby 


użycia siły w zamian za co zgła- 
sza gotowość do dalszego ustąpie- 
nia swoich wojsk ze wschodniego 
pobrzeża kanału Sueskiego na pół- 
wyspie Synajskim. Gotów jest także 
oddać Egiptowi złoża naftowe Abu 
Rudeis. Tę ostatnią decyzję rząd 
Izraela może podjąć tym łatwiej że 
niedawno odkryto bogate złoża naf- 
towe w Ramallah. co uczyni Izrael 
samowystarczalnym w zakresie zao- 
patrzenia w naftę. 
Agresywne dążności Sowietów w 
obszarze bliskowschodnim objawia- 
ją się w różnoraki sposób. Prezy- 
dent Egiptu Sadat chciałby jak naj- 
prędzej dojść, jeżeli nie do pokoju 
to przynajmniej do niepisanego za- 
wieszenia broni, stał się przeto dla 
Sowiet6w sojusznikiem niezbyt pew- 
nym. Jordania nie ma najmniejszej 
przyczyny kierowania się względa- 
mi na Sowiety. Wręcz na odwrót 
- Izrael jest dla Jordanii państwem 
buforowym, kt6re broni ją od moż- 
liwej agresji syryjskiej, a nawet egip- 
skiej. choć ta jest mniej prawdopo- 
dobna. Kr61 Hussein 1'0 kilkakroć 
już oznajmiał że nie zamierza brać 
udziału w żadnych działaniach wo- 
jennych. Toteż Sowiety zbroją teraz 
pośpiesznie Syrię i Irak i .iak zwy- 
kle nie dostarczają im części zapa- 
sowych do dostarczanego sprzętu 
wojennego, by je tym więcej od sie- 
bie uzależnić. Liczba instruktorów 
sowieckich, która ma niby służyć 
pomocą sztabom tych obu krajów, 
jest jak zwykle bardzo duża. Po- 
nadto teraz właśnie szkoli się w 
Taszkencie syryjskich oficerów ar- 
tyleńi, w szczególności w posługi- 
waniu się rakietami najnowszych 
typów. 
Przypomnieć także trzeba że So- 
wiety dużą część floty czarnomor- 
skiej przeniosły do wschodniego ba- 
senu Morza Sr6dziemnego, gdzie 
szachują VI Flote amerykań- 
ską. W chwili obecnej jest tam 90 
okręt6w sowieckich. a w tej liczbie 
20 okretów podwodnych. Sowiety 
przenikają także poprzez zatokę 
Perska i Morze Czerwone, na Ocean 
Indyjski. gdzie uzyskały już bazy 
na dwóch strategicznie ważnych 
wysepkach i zagospodarował" się 
nienajgorzej w Indiach i na Cej- 
lonie. 
Dla dooełnienia obrazu trzeba 
wspomnieć' że Sowiety w oośrodku 
Czarnej Afryki doszłY do - DOroZU- 
mienia z dyktatorem Ugandy. para- 
noikiem Aminem" kt6ry był kucha- 
rzem w Pułku Kr61ewskich Strze1- 
ców Afrykańskich. a teraz sarn sie 
zamianował generałem i przyznał 
sobie trzy naiwv7sze ordery wo- 
jenne brytviskie. Korzystaiac z je- 
go bzika. 
owietv dozbraiaia ten 
nieszczesny kraj, który pozostaje pod 
jego władzą i obficie zaopatruią go 
w czołgi i w samoloty. oczywiście 
Pf7Y obecności nadmiernie Jicmej 
ekiDv instruktorów. 
Jak widać z tego wszystkiego nie 
ma ani jednego !,unkt11 na naszej 
ola necie. gdz.ie bv nioe było tf7eba 
walczyć o - zachowanie cvwili-zacii. w 
jakiej Wyrosły Hane Dokolenia. po 
czynaiac od" ciemnego' okresu Sred- 
niowiecza. Jedyną osłoną iest broń 
atomowa w reku Ameryki. która 
może odstraszać Sowiety od oodej- 
mowania zbyt ryzykownych awan- 
tur. 


Pandora. 


Gabriela Zaoftlska 


S7tuka Ga'brieli Zapolskiei p.t. ,.Ich 
c7woro" grana niedawno w 10ndyńslci'T\ 
..Og"isku". nasunpła mi my
1 naoisania 
wspomnienia o autorce z czasu Jej 00- 
bvtu w lecmicv me,g,o Oica w Kosowie. 
Bvła w nasZIV'ITI zakładzie" przed pierwszą 
woina. Cieroiała wówczas na owrzodze- 
nie kiszek i żołądka ; była na specjal- 
nei diecie. To wpływało na pewno ;,u 
iei uSPQ;obienie - zmienne i ka'Pry
nc. 
Oiciec mói ODowiadał że była bardzo 
trudną pacienUcą i nie chciała !)oddać 
s,i e rvl!:omwi kos'O'Wskie
o :łycia. Kilh 
razy "wytknął jej iaki
 uchvbienie w 
diecie. na co reagowała bardzo Q!;tro a 
nawet złomwie. 
Ojciec opisywał iei wv
ląd - była 
wv
oka, szczupła, m;ała gkboko osadzo_ 
ne cza,rne oczy nłonące niernatura1 n 'Ym 
b1asldem, cer
 
niadą i 7niszczoną !)OO 
warstwa szminki, nosiła długie. powł6- 
c7yste 
uknie. 
W rozmowach z oicem m6wiła o ŻY- 
ciu zaZJWyczaj ze skrajnym resymizmem 
i goryczą. 
W tym okresie bywała w KOsowie 
Helena" DuninÓ'Wna. kt6ra miała wtedy 
17 lat - a późniei iuż, iako starsza 
pani w r. 1957. naoisa"ła ,.Wspomnienie 
o Kosowie". Opisuie tam jak Zapo1ska 
zwróciła sil' raz do niei "Ze słowamI: 
,.Jeste
 młoda teraz, a za kilka lat po- 
wiesz dowidzenia swoiej oromienno- 

ci. miła d7iewusZTko". Opowiada Duni- 
n6wna że parnieta, jalc ra? przy ob!e- 
d7ie Zapolska sięgnęła DO ja,ki
 owoc, 
s7kodliwv przy jei chorobie. Dr Tar- 
na,wski wyrwał go jej z 
ki. Zap01ska 
pob1adła, OCZy jej zapadły, wstała od 
stołu wspaniała. groźna, jak aktorka na 

cenie w jakiej
 !)rawdziwei roH. Po- 
wied7iała tv1ko: ,.Doktorz:oe!", a1e w tym 
iednvm słowie kryła się cała gama 
UCZ'llć: oburzenie, gniew. uraza, aikcent 
ta,iemnej groźby, ostrzeżenie... Doktor 
znieruchomiał: spod białej st'rzechy wło_ 
sów i lI;ęstvch brwi patrzał na nią ma- 
łvmi, bystrymi oczami z nieudanym po- 
dziwem. ..Zna,komita" - szepnął i 
uśmiechnął si
 do niej. Zap01ska r6wnież 
udobruch3ła się. 
Jedną z metod kuracyjnych dT. Tar- 
nawskiego było skła,nianie !)acjent6w do 
pracy fi z vcznej. Piękny, rozległy sad i 
ogr6d kOsowskiego zakładu dawał DO 
temu sZeTokie możliw
ci. Pacjenci 
chętnie prace wykonywali, okopując 


w 


KosIwie 


drzewa. Ojciec opowiad3ł że razu jed- 
negC\ zaproponował Zapols'kiej jaka
 
orace w ogrodzie warzywnym, zapewniał 
że praca dobrze by jej zrobiła, że na- 
brałaby zdrowej cery, i wywietrzałYby 
iei z głowy melancholijne my
li. "Le- 
piej pani zrobi praca w o.II:ro&ie - po- 
wiedział jej. - niż pisanie książek". 
7'łoolska urażona orzestała sil:: 
mia
, 
ścialmęła brwi i od!,owiedziała ojcu: 
..Doktor nie ma pojęcia o hannoni.i i 
estetyce"
. WSZyscy parsknęli €miechem 
a oiciec pomv
lał że rzeczvwi
cie trud- 
no byłoby iei oracować w rei koronko- 
wei. powł6cr"ystej szacie. Pr6bował jed- 
nak jeszcze ią na.kłaniać. ..Nie chce Da- 
ni słuchać dobrei rady - niech pal11 
pisze 
woje książ.ki. 31e sama praca in- 
telP'ktualna bez ćwiczeń fizycznych bę- 
dzie Pal1':ą dal
 wprowadzała w choro- 
be - Pani jest osobą z perfumowanego 
świata... a szkoda - mając le:psze zdro- 
wie m;ała,hy Pani mniej pesymistyczne 
myśli, kt6re przejawiają się w książ- 
kach". 
Zapolska nie podarowała ojcu tych 
powiedzeń i mimo tego że wyjechała z 
Kosowa cZlUjąc się lepiej, napisała 
sztukę: "Asystent", w kt6rej lekarz, 
główna postać, jest wzorowana na ojcu. 
Ojciec mój po ujrzeniu tej sztuki w 
lwowskim teatrze czuł siE;: dotknięty 
i nigdy Zapolskiej nie mógł darować 
nOe tvle paszkwilu na siebie co wy- 
śm'ania jego idei. Mimo to uważał ją 
la nieprzeciętnego człowieka, o głębo- 
kiej my
li, tylko rozdarteg.o wewnętrz- 
nie. 


Celina Tamawska-Bu'!7a. 


Notatki 


DZIEJE ..RYCERSKOśCI 
WIEśNIACZEJ" 


Nie do wiary, jaką burzę w szklance 
wody wywołały perypetie opery Mas- 
cagniego "Cavalleria rusticana". UtJW6r 
ten, daleki od genialności, osiągnął nad- 
mierną popularnosć sam przez się, a 
z czasem spopularyzował się dzięki 
sprzęgnięciu go z "Pajacami" Leonca- 
va.JIa. Obie ope11Y, za kr6tkie by wy- 
pełn'ć cały wieczór, są niezmiennie gry- 
wane razem. Łzawo-tragiczny roman- 
tyzm wielkiej arii "Srniej się pajacu" za- 
chował dotychczas urok dla czułych 
serc, czego nie mOŻna powiedzieć o 
słabych, melodramatycznie przejaskra- 
wionych, efektach Mascagniego. 
Libretto "Cava,)Jerii" jest OI))arte 'la 
noweli współczesnego powieściopisarza, 
Giovanni Verga. Ten wspaniały pi- 
sarz miał za życia uznanie znacz- 
ne, lecz nie na' swoją miarę. Ce- 
niono jego podrzędną twórczość, ale 
ani krytyka ani czytelnictwo nie 
dorosły do zrozumienia jego praw- 
dziwie w:elkich dzieł, obrazujących 
ducha ludu sycylijskiego. Te osiąg- 
nęły sławę po 
mierci autora, a dZI
 
pasjonują nawet obcych historyk6w li- 
teratury i eseist6w. Verga należy 
ię 
szkic odrębny, nie tylko w związku l 
Mascagnim, protagonistą tych "Nota- 
tek". 
Giuseppe Mascagni. ur. w r. 1861, 
był młodszy od Verga o 21 lat. Ojciec 
jego, piekarz z Livorno, nie popierał 
zdolno
ci chłopca i jego zamiłowania 
do muzyki. Przez początki kariery Mas- 
cagni przebrnął dzięki pomocy stryja, 
a potem miejscowego arystokraty-melo- 
mana. W wieku lat 15 komponował mn- 
zykę kościelną, w 18-tu, po sukcesie :Ja 
konkursie muzycznym w Mediolanie, 
zdał egzamin do tamtejszego konser- 
watorium. Zaprzyjaźnił się wtedy z 
Puccinim, o 5 lat starszym, z kt6rym 
czas jakg dzielił mieszkanie. Klepał 
biedę, szczemwy gdy przyjęto go do 
orkiestry, ołacąc !)O 3 liry za wiecz6r. 
W trybie życia młodych muzyków iest 
wiele element6w, kt6rymi p6iniej pu- 
służył się puccini w "Cyganerii", 'Ja 
podmalowan;u powi
ci MUrgern. 
Przviaiń młodzieńców opierała sie n, 
niezgodności usposob;eń. - Puccini - 
vł 
wzorowym uczniem. Mascagni. niezdy- 
scyplinowany i fantasta, porzucił wkrót- 
Ce kon
erwatorium. Pragnął poracować 
samodzielnie. Poświecił dużo czasu :Ja 
komponowanie ooerv ..RMcliffe" - na- 
tchnionej tłumaczen'ie
 z Heinego -- 
lecz porzucił ją Drzed ukończeniem. 
Bieda zmusiła go do zaciągnięcia się 
do trupy wędrownei, I!dzie czekała go 
o wiele gorsza form'ł niedostatku, 
o 
w połączeniu z n;ezgodą z dyrektorem 
i niepowodzeniami osob;
tYmi. DoraiFJe 
i nie wvstarcza,jące zarobłi znosił tym 
trudniej Że związał swe losv z jedną 
z aktorek, ieszcze b:ednieisza od nie- 
go. Chwytał l!I"Q;ze za bebnienie ro- 
rvwkowej muzyki PO małych miastecz- 
kach. 
zie był lubiany. ale słabo wy- 
nal!:radzanv. nie tvlko w stosunku do 
naiprvm;tvwniejszvch wymaga.ń życio- 
wvch o wiele nad ooziom zapotrzebo- 
wań 'miasteczkowych. był bowiem do- 

łonałvm oia.nistą. Kiedy przyjaci6łka 
zaszła w c;ąże, zwr6c i ł się do ojca 7. 
błaganiem o zasiłek. Zawziety piekarz 
odm6wił. Nieszczp
n1 Dara cierpiała nę- 
dze. Wrog:e stOsunki - z kierownikiem 
trupy, u kt6rego daremnie dop o mil1ał 
się o wyPłatę zaległych należno
ci, 7.a 
ostF,'łv się tak że doszło do publiC7_ 
nvch bójek. 
Z pomocą życzliwych przvjaci6ł para 
uc;ekł3 z w
drownej kom!)anii. Sciga:1i 
przez policie za zerwanie umoW/V zdo- 
łali sie wvmknać. Osiedli w małej mie- 

cinie, - gdzie Mascagni dawał licho 


- 


wloskie 


płatne lekcje śpiewu i fortepianiu. W 
głowie szumiały mu projekty wysta- 
wienia tam OI))ery, ale jej wy,konallie, a 
zatem proby zrealizowania marzeń dla 
załapania trochę grosza, spełzły na ili- 
czym: nie było sceny, nie było aktor6w, 
nie było publicznosci. Raz jeszcze upo- 
korzył się przed ojcem, znowu bezsku- 
tecznie. 
Nareszcie spotkał go nie5'podziewany 
sukces, który zbiegł się z ciężkim przej. 
ścit.1ffi osobistym. Otrzymał posadę za 
100 lirów miesięcmie, a jednoc
nie 
iego przyjaciółka urodziła nieżvwe dzie_ 
oko. Przy tym czuł się nieszcz
liwy, 
pokrzywdzony, zraniony w swej ambicji 
wyb:cia się jako kompozytor, dusił jię 
w atmosferze małego miastecrlca, uwa- 
żał za najcięższy los pędzić życie jako 
podrzędna figura w głębi partykularza. 
S,zukając spOsobów wyj
cia, pilnie czv- 
tał dziennik mediolański ,,11 Secolo". 
w poszukiwaniu jakiejkolwiek okazji 
dla siebie. Nawiasowo: dzienni.k ten 
był reda.gow3flY przez znanego wydaw- 
cę mediolańskiego, nazwis.kiem Sonzog- 
no. Ważniejsze biografie wsp6ł- 
czesnych, kt6rych mnóstwo powstało 
po angielsku, piszą o wszechpotędze te- 
go wydawcy, wielkorządcy 
wiata arty- 
styczno-literackiego, o kt6rego względy 
zabiegano kłaniając mu się w pas, ale 
przemilczają jego podskórną działal- 
ność niechlubnie zakończoną. Jeżeli 
będzie czas i miejsce, wrócimy do ni
j 
pokr6tce. Ot6ż jego "Secolo " ogłosił 
konkurs na operę, który zapalił wy- 
obraźnię Mascagniego. Postanowił sta- 
nąć do zawodów. Ktoś mu pods.unął 
zużytkowanie jako libretta noweli VergJ., 
osnutej na tragicznym epizodzie z ży- 
cia ludu sycylijskiego. 
Bvła to historia miło
ci, zdrady mał- 
żeńskiej i krwawej rozgrywki rywali, 
kt6r3 rozegrała się za młodych lat Ver- 
ga i utkwiła mu w pamięci. Osnuł po_ 
tem na niej opowiadanie druikowane w 
czasop;śmie literackim w r. 1880 p.t.: 
"Rycerskość wi
niacza" z podtytułem 
,.Kodeks honorowy ludu". 
Wartość literacka noweli przewyższa 
jej adaptację jako libretto operowe. 
Dramatyczność wyłania się z prostoty 
oo:su, styl jest zwarty i pozbalWiony 
efektów. 
Nie od razu została rożytJkowana ja- 
ko tekst do muzyki. Ver/!:a miał w Me- 
diolanie przyj aci 6ł odgrywających 
znaczną rolę w kołach artystycznycb, 
m.in. Arri/!:o Boi,to i Giuseppe Giacosa. 
Przez nich poznał uroczą Eleonorę Du- 
se. do nieda,wna nieznaną, kt6rą jede1 
wiecz6r wyni6sł na szczyt sławY. 19- 
letniej, podrzednej aktorce J!:l'Y'Wająci 
.,ogony" powierzono pierwszą rolę na 
skutek nagłej choroby koleżanki wYż- 
szei rangi. Duse wsteDl1vm boiem zdo- 
była pUlbliczno
ć. Dziwn
 to była pOstać: 
c6rka wędrown'Ych aktorów, bez wy- 
kształcenia, obdarzona genialnym ta- 
lentem i niepokonanym czarem. dostała 

;e pod wpływ Arril!:o Boito, który po- 
kierował jej edukacią literacką. Entuzja- 
stka - krańcowa w swych sądacn, 
dyktowanych intuicją. bez zmy;łu kry- 
tycznego - rozpaliła się do realizmu 
w literaturze. 
..CavalJe.ria rustica,na" wYdała się jej 
Drzeznaczona do układu scenicznego. 
Przekonała Ver
a, by przerob;ł ją do 
teatru, a ona gwarantowała powodze- 
nie w roli Santuzzy. To stało się po- 
czątlk iem najnieprawdopodobniejszych 
zawi.kłań. Verga pojechał do Cal1tami 
celem przepracowania tematu. Zawrza- 
ła korespondencia między Svcylią, Mc- 
diolanem, Rzymem i Turynem, pertrak- 
tacje z teatrami, od rzucal1ie, protesty, 
urazy, komeraże. Przerabiana i przy- 
stQ!;owywana nowela straciła sw6j 
u- 
rowy urok wraz ze sprowadzeniem te- 
matu do jaskrawie tragicznych momen- 
---ł 


J6zef Brodsky I jego poemat 
"Pierwszy wrzesień" 


Dopiero teraz wpadł mi w ręce zbi6r 
poezji. których autorem jest J6zef Brod- 
sky. Chodzi tu o antologię prz e kład6w 
na angielski p.t. "Selected !'oems" (wyd. 
Penguin 1973), 
Od razu ZJWrócił moją uwagę poemat 
,.Pierwszy wrzesień", kt6rego tematem 
jest ata,k niemiecki na Polsk
 w r. 1939. 
Motywem przewodnim te
o poematu 
są ułani. których. 
ia
d
ą ł:li
iedcie 
czołgi. '00 stanowI jeslen. LI
cle opa- 
dają na dachy opustoszałych dom6w. 
Wiersz wyszedł spod pi6ra 27-letniego 
Poety, którego zainteresowal1ie języ- 
kiem polskim obuddo się w r. 1956 
na wieść o październ;,kowvch rozru- 
chach w Poznaniu. W r. 1958 poeta, 
liczącv wówczas 18 lat .poznał 
łodą 
tudentkę polską na umw.ersytecl
 w 
Lell'inoradzie. Zawiązała Się przYjaiń. 
Polka'" przvwi07ła rosyjskiemu poecie 
hiążki z Warszawy. Brodslky zna utwo- 
ry polskich poetów wsPÓł
Zesl1ych 
zwłaszcza Zbigniewa Herberta I Cze5ła- 
wa Miłosza, kt6rego bardzo wysoko 
ceni. Niedawno powziął decyzję prze- 
kładania wierszy Miłosza na rosyjski. 
Brod
kv Dochodzi z żydowsko-rosyj- 
skiej rodzi
y. przyszedł na 
wiat w r. 
1940 w Leningradzie. Gdy mIał 24 lata 
skazany zOstał na cieŻ'kie roboty "Za 
..pasożytn:ctwo społeczne". 
pędził rok 
w okręgu Archangielska. KI.lka z
ed- 
wie poematów je?,o ukazało Się drukIem 
w Sowietach. Od czerwca 1972 prze- 
bvwa na wygnaniu. Mie5zka obecnie w 
Stanach Zjednoczonych. 
Poemat "Pierwszy wrzesień" na'Pisany 
70stał w r. 1967. Opiera się na lekturze 
lub f!1mie. 
Brodsky, kt6ry cieszy się dzi
 wielką 


sławą, zwłaszcza od czasu swe!:o udzia- 
łu w międzynarodowym festiwalIII poezji 
w Londynie w r. 1972, i jest tłumaczo- 
ny na r6żne języki europejskie - po- 
winien nal))isać coś o d'ru
m ataJk'U r,a 
Polskę, kt6ry miał miejsce 17 wr:z.eśnia 
1939. Mie5zkając w Stanach Zjednoczo- 
nych ma niewątpliwie dostęp do Hten- 
tury, kt6ra odsłania kulisy wydarzeń 
pC\Ftycznych jalkie poprzedziły nap
ć 
na Polskę we wrzdniu 1939. 


"Polonia" Elgara 


Przed 60 laty, 15 lipca 1915 w Queen"s 
Hall, w Londynie, odbył sit koncert 
orkiestry symfonicznej pod dyrekcji} 
znanego kompozytcra angielskiego, 
Edwarda Elgara (1857-1934). Orlc:iestra 
wykonała preludium symfoniczne 
Elgara, "Polonia" op. 76, dedykowane 
Ignacem,u Padercws'kiem'U. 
Dochod z koocertu był przezmaczony 
na Fundusz Pomocy Polskim Ofi
rom 
Wojny. W tym samym roku preludium 
zostało wydane u Elkilla w Londynie. 
Elgar wcześniej już intere50wał się 
Polską. Było to wynikiem przyjatni z 
hr. B. Łubieńskim. BeZlp
rednim po- 
wodem powstania preludoilllm "Polonia" 
stała się jedn3Jk wizyta Emila Młyn-ar- 
skiego u Elgara w połowie maja 1915. 
Młynarski zasugerował, by Elgar napi- - 
sał cos dla polski. Odtąd Elgar my
lał 
o utJWorze po
więconym polsce. Z pO- 
czątkiem czerwca 1915 "Polonia" byla 
gotowa. Jednocześnie z nią powstała 
bHżej nieznana biografom EIgara Fan- 
tazja na melodie polskie. 
Paderewski przyjaźnił się ze starszym 
od siebie o kil'ka lat ElgareID. Wsp6ł- 
cz
ni OI))owiadali że w czasie peiWnego 
przyjęcia, ktoś z8'Pytał Paderewskiego, 
gdzie Elgar studiował. "Nigdzie" od- 
powiedział Paderewski. Kt6ż £;0 więc 
uczył? zapytano z kolei. ..Le Bon Dieu" 
- odrzekł Paderewski. 
Elgar pozOstawił także nieopubJioko- 
wany nigdzie utw6r na orkie5trę p.t. 
"Helcia " (jest to polka skomponowa- 
na w r. 1883) oraz dwa polonezy na 
skrzyPCe i fortepian, dedykowane "z 
szaounk iem" pewnej osobie, występu- 
jącej tu pOd literami - J.K. 
Okoliczno
ci ta:k się złożyły że znany 
artysta malarz i rzezbiarz, percival M. 
E. Hedley, kt6ry wykonał portret Elga- 
ra, malował także Paderewskiego. 


ST ANISLA W 


Podróż 


WYGODZKI 


. 
zimowa 


poezje 
Stron 64. Cena: £1.50 lub $4.00 z kosztami przesyłki 
Zamawiać prosimy w księgarniach lub wprost 
u wydawców: 
POETS' AND P AINTERS' PRESS 
]46, Bridge Arch, Sutton Walk, London, S.E.I, 8XU 
England 


Wieslaw Toporowski. 


tow. Ciekawe że Bencdetto Croce .1ie 
dzieli tej opinii, którą przekonywająco 
wyraził i uzasadnił Zola. Pomimo iWa- 
rancji Duse, sztuka nie chwyciła. Du. 
mat, przyjęty chłodno, od razu upadł. 
Nowe spotkania, dyskusje, listy, no- 
we naciski i tarcia, aż doszło do spre- 
parowania utworu w innej postaci: 
s- 
ko libretto do opery Mascagniego. Z 
dramatycznej, skoncentrowanej opowie- 
ści, stał się sensacyjną szmirą pod me- 
lodyjną łatwiznę. Niewątp'1iwy talent 
Mascagniego ugrzązł w przejsciowoścl. 
Nie przez:wyciężył zapotrzebowań mo- 
dy, czego w dziedzinie literatury po- 
trafił dokonać "erga wbrew pokusom 
popularnej poczytności. 
Pomimo obniżenia poziomu libretta 
do bieżących upodobań, z wybuchu sła- 
wy opery skorzysta' wyłącznie kompo- 
zytor, choc Veru;a opracował sw6j udzi.d 
sumiennie, dOstarczając drobiazgowych 
wskazowek, nawet z rysunkami stroju 
śpiewaków. 
Swietny sukces ..C'avałlerii", niepro- 
porcjonalny do jej warto
ci, otwiera i 
zamyka sławę Mascagniego. Nie stwo- 
rzył jU7 nic godnego uwagi. Czasami 
grywany jeszcze "L'amico Fritz" ni- 
czym się n:e odznacza, pr6cz podpisu 
kompozytora. "Rycersko
ć" wzbogaciła 
Mascagniego w pieniądze i chwałę. Ver- 
ga zOstał bezczelnie oszukany. Korzysta- 
jąc z niejasności kontra,ktu co do pro- 
centu z dochodów, przypadające/!: ס mu 
jako autorowi libreua, Sonzogno zbył 
go wypłatą ryczałtową, w kwocie 50:1 
lir6w, kt6rą gwałtowny protest Verga 
podniósł do \.500, sumę na owe czasy 
d
ć pokaźną, ale stanowiącą drobną 
część należności. Szczeg61na rzecz że 
najsum:enniejszy z angielskich biografów 
Verga, Alfred Alexander, pisząc o nie- 
lojalnym stosunku Sonzoll;no do kliente- 
li, pomija je!:o tajną działalno
ć poli- 
tyczną, którą przypłacił życiem. Zde- 
maskowany w Mediolanie jako agent 
policji austri,aok:ej, przeniósł się d.J 
Rzvmu, gdzie zręcznością, bezczelnością 
i talentem ootrafił bezspornie zdemento- 
wać uzasadnione zarzuty przeciw 
niemu, oburzając się na krZyw- 
dzące oszczerstwa, odzyskał wzięcie w 
prasie i opinii i podcią/!:ał się szybko 
na dawny poziom. Nie długo się nim 
cieszył: został zamordowany podcza
 
urzędowania w swej rzymskiej redakcji. 
Tymczasem Verga, upokorzony i obra- 
żony za potraktowanie go jak podrzęd- 
nego pionka, pisał do wpływowych 
przy.jaciół że "nie przyjmuje napiwk6w". 
Dopominał się o swe prawa tym Ostrzej, 
że był w ciężkich warunkach. obarczo- 
ny długami. Sonzogno, jeszcze w pelm 
potęgi, pa'llował nie tylko nad prasą, 
lecz i nad sceną, wraz z teatrem "L I 
Scala". Krucz'kami prawnymi wymin1ł 
rezolucję związlku pisanzy, kt6ra wy- 
padła na korzyść Verga. Po długich wal- 
kach Verga, przyciśnięty n3Jtarczyw
cią 
wierzyc;eli, niebacznie podpisał ugod
, 
mocą kt6rej przyjmował jednorazowe 
wvnagrodzen:e, odcze!)l1e niewspóhnier_ 
ne z krociami zagarnianymi przez Mas- 
cagniego. A "Cavalleria" 
więciła try- 
umfy we WłOszech i za 2Tanicą. W r. 
I R89 zyskała szalone powodzenie w Co- 
vent Garden w obecno
ci kr610wej Wi- 
ktorii, która udzieliła kompoZJytorowi 
audiencji i obsypała go komplement:ł- 
mi. 
Mascagni nieOsobliwie wychodzi z lej 
afery. 
Zniechęcony doznaną krzywdą i obo- 
jętnym przyjęciem jego sycylijskich epo_ 
pei powieśc;owvch, stokroć większej 
wartoci niż cala jeJ(o poprzednia tw6r- 
czość, 53-letni "erga, przez długie lata 
bożyszcze s310nÓw florenokich i medio- 
lańsk:ch, wycofa' się do Catanjj na 
resztę życia. 


Wierzyński 
po angielsku 


W uniwersyteckim piśmie sz.kockim 
"Aberdeen University Review" ukazal 
się wiersz Kazimierza WierzyńskieJl;o w 
przekładzie na anJl;ielski Gerarda Roch- 
forda. Przekład został poświęcony pa- 
mięci Bernarda Mandella, byłeJl;o wy" . 
kładcwcy na wydziale psychologii uni- 
wersytetu w Aberdeen. Wiersz zOstał 
wydrukowany po polsku i po angielsku: 



IE M.\ DLA "lAS UCIFCZKI 


"Iiema dla na'! ucieczJ..i na niebie 
i ziemi 
Ani żadnego w ciszy ocalałej kąta. 
Burze sieją na'! ciemne Earściami 
pełnemi. 
Świat depce porzuconych i wiatr nas 
upnąt:.. 


I jeśli po na'! jakiś !)Ion jes7.cze 
się zbierze 
I pamięć bez pogardy jeżeli zostanie, 
To 
tedy, gdy jak owi staniemy 
70łnierzc, 
Co bili się o wołność, by pójść 
na 'WYpanie. 


TYRA "I "IY'S EXILE 


There is no calm on carth nor heavenh 
grace 
For ExiIes, no benefactions from 
the psalm'! 
Of war. Thrown like seed, we find 
no place 
Within the fertile silences of fanns. 


And if our pa'!sinE furthers any flower 
Clean of contempt, as thc slow Eł'owing 
of mos'!, 
II must be as ref t men whose inner 
powcr 
Was bom within the freedom 
of their loS'i. 


From "Krzyże i Miecze," Stowarzy- 
szenie Pisarzy polsk:ch. Londyn 1946. 



 


W poprzednim 4-srronicowym nume- 
rze (l5:!0) "Wiadomości" (3 ilustra_ 
cje): Hen
k Grynberg: Paździer- 
nik. - \-tarta Reszczyńska-Slypińsk'l: 
Ucieczka. - W. A. Zbys7cwski: Film 
o Waterloo. - Józef Garliń
ki: Oświ:- . 
c:msk:e podziemie. - 40 lat temu. - 
Wieslaw Toporowski: S:r John Giel- 
gud. - Pandora: Puszka. "Duch Mo- 
nachium". - Lamus: Londyński diZie.] 
Szekspira. - Allair: Nowości wydaw- 
nicze w Anglii. - Kazimierz F. Vin- 
cenz: Korespondencja ze SLwa
carii. -- 
Helcna żurkowska: Z pracowni filo- 
zoficzncj i poetyckiej. - Polonica w 
Niem:zech Zachodnich. - Romanow.i- 
czowa w Ameryce i w Kanadzie. - 
Jon: Kastracja kulturalna czyli wygna- 
nie sztuki z "raju". - JÓLef Lobo. 
dow'!ki: Worek Judasz6w. W poszuki- 
waniu Julietty. - 25 lat temu. - 
Stanislaw Żochowski: Humor z poważ- 
nej czerpany lektury. - KI"Z)'iztof Ro" 
wiński: Polonica. - Listy do redakcjI 
(Bohdan Kawecki. 'VIieczY'iław Gier- · 
giele
icz. Stefan TaraszkiewicL). Książ- 
ki nadesłane. 


»Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy« 
w celu zebrania informacji o dys1rybucj
 fiJmu "KOCHANEK 
WIELKIEJ NIEDŹWIEDZICY" Sergiusza Piaseckiego uprzej- 
mie proszę Polaków w krajach, w ktorych film wyświetłano, 
o krótką informację na kartce pocztowej: gdzie i kiedy film 
wyświetlano, za.interesowanie: duże, małe. 


R. DEM EL. 
Via S. Bartolomeo 13 
35030 TENCAROLA/Padoya 
Italia 


....... .. .. .. ...... ...... .......................... .... 
. 
- 
- 
- 


JóZEF ŁOBOOOWSKI 


ogłasza przedpłatę na tom p.t. 


DROGA do TOBOZO 


Książka, licząca przeszło 450 stron, 
składać się będzie z następujących części: 
I. Proza, opisująca pierwsze dwie wyprawy Don Kichota, 
któremu autor towarzyszy po cZlterech stuleciach, nie tylko 
po to, by opisać krajobraz i ludzi, ale także, by pokusić się 
o próbę syntezy historii i kultury hiszpańskiej. 
II, Dwadzieścia kilka wierszy oryginalnych o tematyce hisz- 
pańskiej, częściowo tylko drukowanych. 
III. Antologia poeZlji hisl,pańskiej w przekładach autora. 
700 lat liryki hiszpańskiej od XIII po XX wiek: prawie pięć- 
dziesięciu poetów, dwieście kilkadziesiąt wierszy. PieTwsza 
antologia tego rodzaju w języku polskim. 
IV. Przypisy, dotyczące każdego z autorów, włączonych 
do antologii. 
Książka kosztuje w przedpłacie £4 albo odpowiednik w innych 
walutach, zależnie od bieżącego ku
u. 
Po ukazaniu się cena będzie znacznie wyższa. 
Czeki i postal ordery na imię i nazwisko Józefa Lobodow- 
skiego proszę wysyłać pod adresem - 11, Pa11iser Road, 
London W.l4. 
Powodzenie niniejszej przedpłaty umoiJ1łwi szybkie wydanie 
paru innych tomów poetyckich autora, które są całkowicie 
ukończone. 


5 


40 lat temu 


WIADOM OS CI 
LlTERACKlb 


WARSZAWA, 26 MAJA 1935 


- 


Na pierwszej stronie portret \1 ar- 
szałka Józefa Pił
udskiego (rysu- 
nek węglem Zdzisława Czerman- 
skiego), w otoku czarnych ram, 
na kt6
ch symboliczne wstęgi, 
liscie palmowe i buława marsza!- 
kowska. U dołu wiersz żałobny 
Antoniego Słonimskiego. 
. Stanisław Łempicki w artykule 
"Francesco Filelfo a polska" 
przypomina niezwykłą postać wło- 
skiego renesansu: wielkiego eru- 
dyty, humanisty (choć "jednego z 
najwięhzych snobów" swego cza- 
su). natchnionego retora i 
wietne- 
go epistolOj!;rafa. Ten to Filelfo, 
v"środ licznych swych wojaży za- 
witał w r. 14:!4 do Krakowa, aiku- 
rat na uroczystosć koronacyjną 
czwartej żony Jagiełły, Sonki. 
W
ród znamienitych gości i gł6w 
koronowanych wygłosił oczvwi
c;e 
"miodopłynną mowę". Po 20 la- 
tach, na wieść o zwycięstwie mło- 
dego kr6la, Władysława, nad Tur- 
kami złożył mu listownie hołd, 
"hum3n'styczne cacko gratulacyj- 
ne ", a na wieść o drugiej wypra- 
wie (przed Warną) panegiryk 
wraz z czymś w rodzaju proro- 
ctwa. Opisuje w nim wizję jaką 
miał jakoby w Krakowie: ujrzsł 
"...przepiękną jak
 gwiazdę, 'la- 
wet od słońca samcgo wieksza i 
ja
niejszą, kt6ra opadłszy z nieba 
zatrz}mała się na wyz;zym szczy- 
cie owego tam, kr61ewskiego wa- 
szego zamku". Po czym Filelfo- 
neoplaton ik i wr6zbiarz renesan- 
sowy wykłada sen: "...Ty bowiem, 
królu Władysławie. jeste
 ową 
gwiazdą... Ty... jak spodziewam 
się, zdobywszy 9
rię i Egipt ;)- 
tworzySZ na ośc;eż całemu 
wia- 
tu chi-ześcijańskiemu Ziemię Swię- 
tą... Już zadrżała przed tobą ca- 
ła barbaria... Tyś jest przedmu- 
rzem całej RzeczypQ;politej Chrzi:- 

cijańskiej" i t.d. Ponieważ Fi- 
le1fo znany był ze sprytu i umie- 
jętnego korzystania z hojno
i mo- 
narchów, .....SCeptycyzm... kazał- 
by raczej w tym natchnionym ,i- 
ście do Warneńczyka upatrywać 
dQ;konały, panegiryczny kalWał, 
obliczony na gruby procent" - 
pisze Łempicki. 
,,Spor o Victora HURO". W ko- 
re
pondencii z Paryża Franciszek 
Biedart pisze o obchodach z po- 
wodu "O-lecia 
mierci wielkiego 
pisarza. W związku z nimi rozpe- 
tał się spór: ". ..stare pokolenie pi- 
sarzy wypowiada się o Victorze 
z najwyż.
zym podziwem... młode 
z pewną rezerwą, wręcz... z obo- 
jętno
cią". N ieporozumienie tkwi 
według autora w tym że Hugo 
".. jest postacią ducho,wo bardl:o 
skomplikowaną i niełatwą do u- 
chwvcenia... Narzucono Francji i 
całemu światu - pisze - wizję hala- 
ślilWcgo romantyka. poety narodo- 
wego i patriotycznego... obraz od 
którego nie mOżna się uwolnić i 
kt6ry spowszedniał. Lecz zupełnie 
w cieniu pozOstał inny Hugo, 
wznoszący sie nad wszelkim racio- 
nalizmem, postać wszechludzka.. 
Hugo głęboko tragiczny, mistyk 
prawdziwy, nad losem ludzkiego 
bytu - w sam.,otności zatopiony" 
..FranCJa i 'Pan Tadeusz"'. Z. St. 
Kling;land przewertował w Pary- 
żu gruby zeszyt wycinków praso- 
wych i listów prywatnych dotyczą- 
cych "Pana Tadeusza" w tłuma- 
czcniu Paul C'a,zina. Mimo że mi- 
nął już rok od ukazania się prze- 
kładu, którego nakład nadspodzie- 
wanie szybko się wyczerpał, wciąż 
jeszcze mówi si
 i pisze o nim we 
Francji. W} bitni krytycy (Gi11et, 
Bonnard, Pourrat) z entuzjazmem 
wyrażają się o 
wieżo
ci, mi- 
strzows,kim odd3niu prozą formy 
pC\ctyckiej w kolorycie i nastroju 
dzieła. Pogląd że Cazin zasłużył 
się tak literaturze polskiej jak ; 
francuskiej powtarza się w ol- 
brzymiej więkwoci artykułów i 
listów. 
. Jeden z najbliższych numerów 
"Wiadomo
ci Literackich" po
wię- 
cony będzie w całości pamięci J6- 
zefa Piłsuds,kiego. Wydawnictwo 
"w. L.. " złoŻJyło dla uczczenia 
pamięci Marszałka złotych tysiąc 
do dy
pozycji Polskiej Akademii 
Litcratury na zapoczątkowanie 
fundacji kulturalnej Jego imie- 
nia. 


POLONICA 


Zbi6r nowel "Science Fiction", p.t.. 
..Antigrav" (Arrow Books) pod redakcją 
Phili.pa Strick'a zawiera opowiadanie 
Stanisława Lema "How the worJd was 
saved (Jak 
wiat został ocalony)". 
. 
Colin Nears napisał i reżyserował na 
telewizji RBCI w programie "Omnibus" 
udramatyzowane wspomnienie o dosko- 
nałvm tancerzu rOsyjskim Dolskiego po- 
chodzenia (oboje rodzice byli Polaka- 
m;). Wacławie Niżyńskim - ..Nijins.ky 
God of the Dance". Dowiedzie1i
my 
się z cytowanych wspomnień tancerza 
że nie znał polskiej pisowni - wycho- 
wanv był w szkole ros}_iskiej. Dame 
_ \1ar;e Rambert, p6ł-Polka po matce, 
mówiła o swym spotkaniu z wybit- 
nym tancerzem, a Nicholas Johnson, ie- 
den z czołowych tancerlIV O!ery Covent 
Garden, którego matka jest Polką a 
ojciec Anglik iem, tańczył jako Niżyń- 
ski. 
. 
Australijka pochodzenia p01skiego 
Antoinettc Stankowicz była jedną z kan- 
d}datek do na
rody Johna Griersona 
za najlep
zy krótki film dokumentalfny 
roku. HarTY Watt, przyjaciel Griersona 
przeprowadził z nią krótki wywiad. Nie- 
stety jej ciekawy i dowcipny film (kre- 
skówka ..Putting on the Ritz'') nie do- 
stał pierwszej nagrody. Film pokazano 
w programie ..Omnibus" na telewizji 
RBC1. 


...... .. .......... .... ............ ........ .. .. ........ 


NIE DOść JEST PRENUMEROWAĆ ..W I A D O M O 
 C l"! 
TRZEBA JE TAK:2:E CZYTAć I GANIć LUB CHWALIĆ. 


Krzysztof Rowiński.
>>>
6 


WIADOMoaCI 


Nr 1521, 25th May 1975 


Maria Skoczkowa 


Jeżeli w powszedni dzień na emigra- 
oji w ko
ciele lJbiera się 500 os6b, 
aby pożegnać kogoś odchodzące
o na 
zawsze, a ten kto
 nie był działaczem, 
artystą, czy mil.ionerem, to znaczy ze 
ludzie Zmarłego cenili i lubili na- 
prawdę. 
Tak właśnie było z pogrzebem Ma- 
rysi Skoczek w Melbaurne 6 maroa b.r., 
gdyż ko
i61 poISIki Sw. Ignacego w 
Richmond by
 w powszedni dZJień wy- 
bity po brzegi, a żal po jej odej
ciu 
szczery i og6lny. Bo Marysi nie moż- 
na było nie lubić. W polskim życiu 
społecznym w Melbourne nie wchodZJi- 
ła nigrly do żadnego zarządu, komi- 
sji czy komitetu, ale żadna dobra 
polska impreza kulturalna i społeczna 
nie mogła się odbyć bez jej pomocy 
i udziału. A dom KazimierzOstwa 
Skoczk6w w Bentleill;h od 25 niemal lat 
był cząstką Polski przez swą go
cin- 
no
ć, tradycje, kuchnię i bezpo
red- 
nio
ć. 
Szykowna i fertyczna warsZ/3IWianecz- 
ka, co ledwo poznała lokale i teatry 
stolicy, z tą samą lekk
ią, humorem 
i godnością znosi aresztowanqe w Bia- 
łymstoku, wywiezienie do ROsji, 
Iedz- 
two, więzienie, pracę w kołchozie, nę- 
dzę, Persję i Indie - zawsze pełna 
energii, zawsze gotowa do pomocy dla 
innyoh, zawsze bogata w uoill1iech, żan 
i ciepłe słowo, przy zbieraniu bawd- 
ny, w szpitalu, czy w pocią
 do Tasz- 
kentu, albo w Bombaju, czy też w 
Melbourne mogąca sobie wspominać 
SIWe "Adrie'" i "Qui pro quo", nu- 
cąca 
osen'ki Dymszy, Lopka, Bodo, 
Wery Gran, Ordonki i Sempolińskie- 
go - talk była pełna werwy i poczu- 
cia humoru, który potrafiła dostrzec 
i pokazać w najtrudniejszych sytua- 
cjach. Taka była Marysia. Swą pogo- 
dą zarażała innych. 
W Indiach wychodzi za polab z 
"Batorego", 7Jjeżdżają do Australii, 
prowadzą jedną restaurację, potem 
drugą, wychowują swe dzieci, oboje 
drobni wzrostem, ale wielcy duchem, 
serdecznością i uczynno
cią, wielcy 
'\Wpaniałą polsko
cią. Potem Marysia 
pracuje w fabryce pończoch. Kazik 
taks6w'ką zarabia na życie, ale nigdy 
nikt nie widział ich zgryzionych, smut- 
nych, przYbitych - natomiast ich dom 
w Bentleigh dalej był tym czym zaw- 
SZe był: przystanią dla przyjaciół i zna- 
jomych. 
W Marysi żegnam nie tylko osobi- 
stego Przy
aciela, że
nam w Niej r6- 
wnid idealnego i wiernego Czytelnika 
'Prasyoraz ksią:lł:i emigracyjnej, Wi- 
dza naszych teatr6w, Uczestniczkę 'Ja- 
szych ba1ów. zabaw i imprez bądi ma- 
n ifes,tacj i politvcznych, żegnam w Niej 
Emigrantkę i Konsumentkę kultury na- 
szej, a przede wszYstkim pięknego i 
loudlJkiego Człowieka. 
o\ndrzej Chciuk, 


ZARAZA W ATENACH 


!Prof. Ignacy Wieniewski, który prze- 
lożył głośny opis zarazy w Atenach 
hisw,ryka Tucydydesa (m. 1503 "Wia- 
domości ") zw,r6c.ił się d.o mnie z za- 
pytaJliem, o ja,ką chorobę zaikaźną 
mogło tu chodzić. Pomyślałem że to 
samo pytanie mogli sobie stawiać czy- 
telnicy przekładu i dlate
o próbę od- 
powiedzi na to, nie całkiem łatwe, py- 
tanie zamieszczam na łamaoh "wia- 
domosci ". 


Tmdność polega na tym że OI))is 
aoteński'ej zaraZJY nie odpowiada 
iśle 
żadnej ze znanych zakaźnych joon.ostek 
chorobowych, nie można za
 wątpić 
w wierność opisu przC!Z tak dokładnego 
i inteligentnego obserwatora jak Tu- 
cydydc
. 
W pierwszym rzędzie przychodzi, 
oczywi
;e, na myśl dżUma, ze względu 
na gwahowny i 
miertelny charakter 
epidemii, jej drogę wędr6wlki ze łlrodka 
Afryk i i pra,wdopodobne przeniesieme 
przez szczury na okrętach, przybywają- 
qyoh do a
eńs'kiego portu. D:mJma mie- 
wa dwie całkiem odmiet1il1e formy: bu- 
bonową (gruczołową) i płucną. Obraz 
zarazy w Atenach przypomina raczej 
dżumę bubonową, ale żadna z obu 
form nie odpowiada we wszystkich 

woich objawach opisowi TlUcydydesa. 
Przebieg tej epidemii bywa jednaik czę- 
sto nietypowy i istni
ą r6żne kombi- 
nacje obu wymienionych odmian. Diag- 
noza dżumy jest więc całkiem prawdo- 
podobna. 
Można by także my
leć o czarnClj 
ospie, która w 
redni,owiec2JU nieraz 
wyludniała Europę, a jeżeli napadła 
starożytną Grecję po raz pierwszy, 
mogła być szczeg61ni e zab6jcza. Za 
ospą przemawiałoby pojawienie się w 
przebiegu choroby owrzodzeń s'k6ry, 
opisanych przez Tucydydesa, kt6rych 
nie spotyka się w dżumie. Trudno 
jednak przypu
cić, aożeby tak wierny 
dziejopis ja,k Tucydydes nie podał cha- 
rakterystiYcznych następstlw ospy: zbliz- 
nowaceń mvarzy. 
Trzecią możliwą diagnozą jest tyfus 


LISTY 


plamisty, tak dobrze znany wszys
kim, 
kt6rzy przeszli przez R.osję sowiecką 
w czasie ostatniej wojny. Potrafi on 
być zarazą równie oiężką i zaJb6jczą 
jak epidemia w Atenach, a wiele jego 
objawów zarówno ogólnych jak płuc- 
nych i nerw-owych odpowiada opisowi 
Tucydydesa. Profes'or R icha,rd Living- 
stone w oxfordzkim wyd3lWnictlwie "The 
Wordls Classics" podaje włMnie tyfus 
ja'ko właściwe roz;poznanie, pow.oh1jąc 
się na angiels,kie czasopismo lekarskie 
"Lancet". Tu jednak znowu objawy 
skórne utrudniają identytiiikację. Tyfus 
plamisty cechuje wysypka, nie za! 
owrzodzenia s'k6rne, o kt6rych pisał 
Tucydydes. Tak więc do końca pozo- 
staje nad ateńską zarazą pewien znak 
za'Pytania. W każdvm razie najipraw- 
dopodobniejszym rozpoznaniem wydaje 
się dżuma (nie typowa) albo tyfus pla- 
mist.y. 


Dr Wit Tarnawski, 
( M o n m o u t h ). 


SZKOCI W POLSCE 


W zwią1]ku z notatką "Sd-aci w 
Polsce..." (nr 1503 ..Wiadom
i") 
pragnę przytoczyć !\potkanie z r. 1939. 
Po otrzymaniu w Warszawie 8 wrze- 

nia rozka1zu ewakuow8!Ilia sit; teraz z 
kolei do Brzdcia, nasza W'Upa pięc1u 
oficerów Słu:żJby Transportowej 'wyfa- 
sowała' w magazynach pm:y ul. Ludnej 
szcicioosobowego Fiata i PO r6ŻJnych 
zatrzymaniach na przedmi
iu Pragi, 
rankiem dnia następnego wyjechała dro- 
gą na Siedlce. 
Nieco p6inj
 zauważyłem, pomimo 
zawalenia dTogi pojazdami i ludźmi, 
postaWl/1ego oficera, idące,go poboczem 
szosy. Zdołałem jak
 zjecha
 na stro- 
nę, wyJ;zedłem z wozu, stanąłem przed 
nadchodzącym i jalk zwyczaj naJkazywał 
powiedziałem - panie majorze przed- 
stawiam się posłusznie, porucznik taoki 


DO 


REDAKCJI 


to. Wycią
ął rękę ze słowami - ma- 
jor Braun. Zapytałem - czy pan major 
idzie gdzicl tu, lokalnie? Nie. do Brze- 

cia - odparł. Mam wolne mi
sce - 
wskazałem na samochód. 
Ruszyli
my. Po początkowej zdaJwto- 
wej rozmowie - "Panie maaorze, kie- 
dy
 uczyłem się angiels!ki
, pozwolę 
sobie na ciekawość, CZy nazwisko pa- 
na pisze się Brown?" ..Tak" - od- 
parł uprzejmie. "I oiąile wY!lIlawia bię 
Bral\J11, jak to usłyszałem?" - rzekłem. 
"Tak, tak je wymawiamy" - dodał. 
"Od wielu też lat ta tradycja utrzymu- 
je się w rodlZinie pana?" - uparcie 
indagowałem. "Liczymy na stu1ecia" 
- odparł. "Ketling" - pomyMałem. 
Naloty op6źniały nasrz.e posuwanie 
się. Dopiero nad ranem 10 wrz
nia 
wysadziłem majora Browna w Brze- 
ściu. U
iskał mi mocno dłoń. To wszv- 
stko. 
A jednak to spotkanie zapadło mi w 
pamięć jako WfII'az przyiWiązania do 
naZJwisb, do tradycji. I jakie.i
 cieI'PlL 
w
ci w ciągłym pouczanilIl wsp6łroda- 
1Jc6w (n{) talk!) że na7JWisko pisze się 
talJc, a wymawia się inaczej, poprzez 
pokolenia, w ciąj!JU dmJ&t'Il i ki1kudzie- 
sięciu 1at. 


S, M. de WaJdorf 
(Canber!I'a, A'I1stra l i a) 


BIALI GENERAŁOWIE 


Do ciekawej recen'lJji Andrzeja 
Pleszczyńskiego z ksiąf.1ci Luckett'a, 
"The Wbite Generals", (nr 1511 "Wia- 
domośoi") zakradł się błąd: ..R07J1c:az 
nr 1" zOstał wydany n,je przez Rząd 
Tymczasowy lecz przez Sowiet Peter- 
sburski wbrew uprzedniej umowie /. 
Rządem Tymczasowym. 
IPrzy okalJji pozwalam sobie 7JWI'6cić 
.uwage na fakt, że moia książka, "Joseph 
Piłsudski... 1918-1922", HOOVeT 1969, 
zawiera przynaónmi
 trzy r07Jdziały o 
wojnie domowej w Rosji: "Piłsudsti 


and the Whites ", "Pił5uds.ki and 
he 
Reds", "Piłsudsiki and the Third Rus- 
sia ". 


M. K. Dziewanowski 
(Boston). 


CENZURA I "ODSIEWKA" 


Jak najbardziej solidaryzu,ię sil;; z 
w. A. ZbyszewS'kim że cenzura jest 
paskudną rzeczą. Na,tomiast na pewno 
szanowny auWr UlWag o Wańkowiczu 
21godzi się ze mną że odsiewka redak- 
cyjna cclem wyeliminowania paskudzt- 
wa, zlego gustu i wprost ordynarnych 
wyrażeń, jest nieodzowna. W tym wy- 
padku redaktor pisma musi dyktO'Wd.
 
co będzie drukowane a co nie. To nie 
jes,t kwestią cenzury, lecz kwestią este- 
tyki i smalw. 
Chciałbym zwr6cić uwagę na nieobli- 
cza,lne wprost s2lkody jwkie mofe przy- 
nicić nienawi
ć. Zdania o Rosji, gdy 
autor wkłada słowa w usta Wańkowi- 
cza, '.. .że modziłem się w kraau ,gdzie 
nigdy ani jedrnego prawnika nie było, 
ani jednego sędziego nie bvło...' są zu- 
pełnie nieodpowiedzialnym, niesprawie- 
dliwym i nieprawdziwym wytworem nie- 
nawiści do wszystkiego co rosyjskie, 
Sugeruję przeczytać Michała Pawli- 
kOWSIkiego "Dzieciństwo i młodość Ta- 
deusza Irteńskiego", strona 331 II:dzie 
czytamy o procesie, kt6ry był "jed- 
nym z n3ljświetniejszych te:j wspaniałej 
instytucji, jaką było carskie sądow- 
nictwo rosyjskie po reformie Aleksand- 
ra II". A przecież PawHkowski, syn 
adwokata dziecko ziemiańskie, miałby 
za co 
ienawidzić Rosję. Natura1nie 
pawHkowski nie ma na mym sąd6w 
policyjnych w Kr6lestwie. Albo pole- 
cam gorąco pamiętniki Wacława Led- 
niakiego. 
Strach i nienarwi
ć zazwyczaj radzą 
bardzo ile. 


Wojciech Rostafiński 
(R o c k y R i v e r, O h i a). 


ORTOGRAFIA I STYL 


Proszę przyją
 parę moich uw
 na 
temat "Li,tera 'x' i parę innych spraw'. 
W. A. ZbyszewskieJ«) (nr 1514 "Wiada- 
m
ci "). 
Nie zajmuje mnie temat od strony 
wywodów. Wniosek że każdy mate sto- 
sować własną ortografię jest bardzo 
wygodnI}'. . 
Natomiast przykry jest sposób tralkto. 
wania tych, którzy są przeciwneao zda- 
nia. W. A. Zibyszewski pisze: "Otcę 
tylko by mnie w moim wieku, po 52 
latach pracy dziennikarskiej, i to w 
najlepszyoh s2lkołach, źaden cymbał, 
żadcn nieuk, żaden grafoman nie po- 
zwalał sobie mojej pisowni wni ortogra- 
fii zmieniać"... "Jeden z moich 'popra- 
wiaczy' latami mi przekręcał 'pompi- 
dolizm' na 'pompidouizm' czy 'pompi- 
duizm' i na nic się nie zdało mu tłu- 
maczyć że gdy końcÓwka francus'ka jest 
'ou', to przymiotnik jest 'ol, 'fou - fol 
_ folie'. Hebes nie umiał słowa po 
francusku ale on wiedział lepiej". 
Pamięt
m pięciokrotne powt6rzenie 
rw jednym artykule W; A. Z. o de 
Gaulle'u: "Gdy de Gau11e by' oficer- 
kiem". W wojsku są ż{)ffiierze: szere- 
gowcy, szeregowi, oficerowie. Oficer. 
k6w nie ma. Ta.k jak są pisarze, dzien- . 
nikarze, a nie pisarczykowie, dzieooik3- 
rzyny. 
Ortografia ortografią, ale sty1 dziwi 
i jest przykry, 


Z. Pillt1mwski 
(Manchester). 


CZYJA cóRKA? 


Przyjąłem do wiadom
ci mes'ia
e 
artyk
łu "Litera 'x' i parę innyoh 
sprarw" (nr 1514 "Wiadom
ci", co b
 
wątpienia zrobili WSZyJ;cy jego czytelm- 
QY, prosiłbym tylko autora: W. ftoo. Zby- 
szewskiego, o sprecyzowame od Ilu ,:Ja- 
nusz6rw Rad7Jiwiłł6w" dostał ..falre- 
part" o ślubie ich c6rki? 
Wiktor Kwast 
(U n i on, N. J.). 


ezvte'n'cy 
O ". Wladomośft'aeh" 


s. P. w Toronto: Doprawdv trudno 'ni 
je
t znalefć jaki
 orvginalne super1d.- 
tvwy na wvrażen,ie moiej opinii o "Wia- 
domościach". Je
t to moim g,kr0l111lym 
zdaniem fenomen Hteracki. kuHuraln v , 
dziennihrski i organizacyjny dla kt6- 
rego, wydaie mi się, nie ma ekwiwa1en- 
tiu w publikac

ch neriodVCZl11ych 
ia- 
ta. Za.1ączam naiserdeczniej
ze gratula- 
cie i wyrazy wdziec2ln
ci za tę o1brz v - 
mią pracę, kt6ra nam. rozproszonym 
po ooraz mniej prZ'Vjemnvm 
wiecie do- 
starcza ty1e - z braku lepszeg-o słowa 
- po prostu wie1kiei rado
ci. 
K. I B. K. w We11a"d. Kana1a: 
Wiem że pismo wydaie się nie tylko 
d1a mnie. pr7eto nie bede wvlawał 
żadnej opinii - bo to że za wierszamI 
nie przepadam to moi a słaba strona - 
natomiast Puszke czvtam Vierwszą. 
F. I. w :Jerozo1i'1lie: Wierzę że 
._Wiadom
ci" szczd1iwie Vrzerzwvcięż) 
piętrzące sie trudn
c1 i nada1 uka7v- 
wać 
ie bęlą ku rado
ci czvte1nikóW. 
B. R. w Guatema1i: Kt
 propono- 
wał Henrvka Grvnberga do nat!'rodv 
poetyckiej, bardzo słus7I1ie, to głeboki 
i ciekawy poeta i noezia filozofic7na. 
kt6rej tak :roaia się ludzie obecnie po- 
trzebować. Bardzo mi si
 nodoba Sta- 
n;
ław Wwod7'ki,. prześliczna była )eg o 
,.Podróż zimowa". 
niel!: tak svnie. 'C 
aż sic czuie jego wj,)go
 na 
owiekach 
i chłód i 73pach. Cenię je:,o prosto.
 
i odwal!:e p:sania prostym romantvcz- 
nvm rymem. choć 'to n:
 modne. T.) 
sa poeci prawdziwi. 
B. T. J. w ('araca'i. ... 
tosuie Pani 
metody raczej 7dumiewaiące. bo np 
taki Grvd7ewski miał ten wa10r r..) 
te um:ał oceniać rzeczy warto(ciowe 
i żadnel!O Hstu nie nozostawiał be7 
od'powiro7"i. Ot6ż chc
 Pani wvtkmć 
że Pani nismo wyjaławi.a. że iest za- 
nadto ucze;3ne, te wY'!:'asza je Pani -fo 
S7eP'tu osoby ch oru,iacej na gardło. ę;i, 
ho Pani odrZ!uca intT'Vl!:e_ kt6ra Grv- 
i17ews1d całe życie nrowadził. (...) 
Ufam fe prz
wietne - Wiadomo
('i" 
dadzą sobie rade beze mnie i spokoinie 
WVi!asna. bo one wy
asaią iak wYl!:a- 
sało ..tvcie" redagowane 
rz'e7 
wiet- 
ne
o Rielatowicza. (...) Wam 
i.. zdaie 
że w:ecie. a wiecie ile i mało i wszy- 
stko dookoła usycha. 


KSIĄżKI N
DFSŁAm 


1\Ifaenu'i :tan Kryl'\ski and Robert \. 
'\farl!:Uire. The poetrv of Tadeusz R
- 
:7ew;cz. Reorinted from The P01:
h 
Rev,iew. Vot XX. No. 1, !J'D. 71-110. 
New York: str. 40. 
Wie'i'aw 
tr7ał1cow!'ki. P1700 (witem. 
Wiers7'v zesZyt II. Lonilvn 1975: str. 21 
:Józef Alf
ns potrvkowsld. Tułactwo 
polaków We Francii. Dziennik Emi- 
I!ranta. Wydawnictwo ł-iterackie Krak6w 
1974. Cz. T str. 277. Cz. II str. 58!. 
Henryk Pan as. Wedłu/! Judasza 
(auokłv£). Wydanie dru
ie. pojezierze 
Ol«ztvn 197'i. str. 257. 
Jerzy' Put;amenł. Puszcza. Wydan:e 
trzecie: Pojezierze Olsztyn 1974; str. 
296. 
Marek Tarniewski. Ewo1ucia 
zv 
rewoluoja. Tnstytpt Literąg]Qi,' Pary
, 
J97
; !itr. 284. 


Proponuję by "Wiadom
ci" wyoho- 
dziły co d:wa tygodnie. Nie będzie to 
stanowić dla mnie żadnej różnicy z 
uwa,gi na to Że "Wiadom
c,j" i tak 
doręozaM są obecnie z kIlkutygodnio- 
wym op6in,ieniem. 


Dr M. W. Balicki 
(Montcla,ir, N. J.). 


-- 


Opowiadam się za a1ternatvwą prze- 
kształcenia, może tymczasOiWo, "Wiado- 
mo
i" na dwutygodniik. Ponieważ 
"Wiadom
i" nie są czasopismem o 
charakterze dziennikars.kim, a inforrma- 
cje zawarte w nim są stale aktua1ne, 
nie sądze żeby czytelnik w odległym 
Ikraju od Anglii czuł się pokrzywdzo- 
nym że c
 pl1zeczyta z tygodniowym 
op6:hnieniem. I tark do Stan6w Zjedno- 
czonych "Wiadomo
i" dochodzą prze- 
waŻlnie pięć tygodni po ukazaniu się .v 
Londvnie. Tydz;eń p6iniej, czy WC'le- 

niej nie robi żadnej r6:Łnicy, jeżeli 
idzie o przeczvtM1ie artvkuł6w. Uwa- 
żam że upadek "Wiadomo
ci" byłby 
niepowetowaną stratą dla emi
racji i 
kultmv polski
. Z drugiej strony nie 
chciałbym żeby czasopismo, w pos.ZJUki- 
waniu wyj
ia . z tarapat6IW finansowych, 
uległo wpływom tej czy inrne!j W'Upy w 
zamian za pomoc materianą. .,Wiado- 
mo
ci" zac,howaaą swoją wartość jedv- 
nie wÓiWczas, 
dy zostaną czasopismem 
niezależnym. 


Stani'ilaw Dąbrowski 
(Buffalo). 


Drukujcie na gors2/VTTI papierze, dru- 
kujcie raz na dwa tygodnie - wszystko 
przyjmiemy z entuzjaIZmem, byle ty1ko 
"Wiadomo
oi" utrzymać. 
Z podziękowaniem za boryłanie się 
za nas wszystkich, tych narw'et, kt6rzy 
sobie z tego nie zdają sprarwy. 


Marta Erdman 
( M i d d I ef i e I d, N o w v Jor k ). 


Moja gospodarska rada: dwutygodnik, 
bo żal każdego grosza, wydanego na 
porto, w dodatku obce. Niechaj 7'.8- 
oozczędzone na porcie grOsiwo zasili 
pisarzy, (jako honorarium), a my czy- 
telnicy na tym s,korzyJ;tamy. To co oni 
napiszą, "Wliadomo
ci" wydrukują, a 
mv wchłoniemy, to 10tne, nieuchwytne, 
jedyne dobro, kt6rego nikt nam odebrać 
nie zdoła. 
Dlatego zmniejszenie obięto
i pisma 
byłoby bard70 bo1esne. Jem nieJUniknio- 
ne. to trudno - clloć dziw to niepoję- 
ty. wobec zasobno
ci emigracji i jej 
hojno
ci na cele narodowe. Zagorzały 
czytelnik (ohyba ka,żdy?), kt6ry żyć nie 
może bez cotygodniowyoh "Wiadomo- 
ści", zdobędzie slif" niewątpl'iwie na tyle 
heroizmu, bv samemu sobie 1ekturę w 
d'W11 tygodnioWYCh porcjaoh wydzie1ać. 
To jest w jego mocy. A jd'li nie da 
rady i całość jednym tchem przeczyta, 
to tvlko na dobre mu wyilzie, J!;dy w 
następnym tygodniu tę cał
ć powt6- 
rzv. Bo warto. 
I niech mi, prosze, nikt nie mówi, że 
,.Wiadom
ci"- drożeJą. Przeciwnie, one 
wytrwale. po bohatersku, od wie1u lat 
tanieJą! Kto zechce sobie zada
 trud 
porównania, z ołówkiem w reku
 kosztu 
prenumeraty z kosLtem jakiego bądi 
artykułu pierwszej potrzeby i z docho- 
dem własnym, w odstf?pacll np. p6ł- 
rocz%,ch, za okres ostatnich k
1ku Jat 
- z pewno(cią przekona się fe "Wia- 
domości" marudzą, że się ociągają, że 
wcale kroku innym nie dotrzymują. Na- 
wet tam. wśród niesł8Jwnych angie1skich 
porządkÓiW. 
A c6ż d01)iero 
zie indziej? Por6w- 
najmy waninki czytelnik6w w innych 
kTaiach. Oto przykład: mimo dewalua- 
cji. która nas też dotknęła, prenumera- 
ta w wysoko
ci £10 wy,nosiła pierwot- 
nie w tut
szej walucie jednostek 20. po 
jakimś ozasie 17, wreszoi,e około 14-ru! 
Bo furnt spada. 
Robię więc na "Wiadom
ciach" 
fanta'ifyczny interes. A że d.o tego 'lie 
dążc, załączam crek na £15, na wyr6w- 
nanie niedoboru (oraz zarybek), wy- 
nikłego z przekazania mej rocznej pre- 
numeraty, zanim się stało wiadome, że 
ta !Jowa bieda na nas spadnie. 


T. G. 
( S i Iv a R e g i n a e ). 


R 


e 


My
lę ze 8 stron co dwa tygodnie to 
będzie ekonomiczniej wvdawać. ale r6b- 
cie jak najOszczędniej. Czytać "Wiado- 
mo
ci" można z przyjemn
oią i pożyt- 
kiem po latach, więc co tam r6żnica 
czy co tydzień, czy co dIWa! 


Maria Korewa 
( C h i c a g o ). 


Osobi
cie porpieram projekt redakcji, 
aby "Wiadomości" mogły wychodzJić co 
2 tygodnie. 
Wierzę że Opatrzm
 obroni Redak- 
cję i nas, czytelników, przed "znawca- 
mi", kt6rzy radzą: 
I - Pa,pier gazetowy. 
Co za pomysł, a.by tak cenne mate- 
riałv drukować na tego rodza
u papie- 
rze! Przecież po upływie dwu lub trzech 
lat te pieczołOWlicie kO'!l1ipletowane rocz- 
ni,ki rO'ZSlvpią się w proch. 
2 - Zmienić fomnat. 
"Wiad-omo
ci" nie są pismem, kt6re 
czyta się w autobusie, kolei podz
em- 
nej lub podczas przerwy obiadowej, 
dy 
format m6głby odgrywać pe:wrną ro1ę. 
..Wiadomo
ci" przeżyrwa się w odpo- 
wiednim nastroju, w ciszy i samotno- 

ci. Wtedy to rozkłada się tak znajome 
kredowo białe ich skrzydła na biurku 
I.ub stole i - do uczty! 
3 - Zamknąć pismo. 
To najłatwiej! Podwyższanie co pe- 
wien okres prenumeraty jest w obec- 
nych warunkach całkowicie uzasadnio- 
ne i będzie bez wahania przez przyja- 
ciół tego unirka,lneogo pisma akceptorwa- 
ne. 
"Wiadomo
ciom" nie wolno skończyć 
się nawet "honorowo", one muszą 
trwać! 


Marian Kurowski 
(Chicago). 


Głosuję za zmianą pisma z 4 na 8 
stron wydawanych co dwa tygolnie. 
Jako iedna z czytelniczek zamieszka- 
łych poza Wielką Brytanią, już od daw- 
na przyzwyczaiłam się do n i eregu1arne- 
go odbierania "Wiadomo
ci". Nadcho- 
dzą one w bardzo r6żnych odstępach 
czasu. W jednym ty
odniu można ode- 
brać 3 egzemplarze na raz, po czym na- 
stępuje przerwa, czasem nawet miesięcz- 
na, kiedy "Wiadomości" znikają z 
obiegu poczty, by się potem znów wv- 
łonić w dziwnej ko1ejno
ci numer6w i 
dM. 
Ponieważ pismo, jak ktoś kiedv
 
dowcipnie okre
lił, ma na
mniej wiado- 
mości. czyli temat6w aktua),nJyoo, nrie ja 


f 


e 


r 


e 


n 


chyba jedna, porządkując stare numery, 
potrafię się zagłębić w ja,kim
 ciekarwym 
i pasjonującym mnie artykule, kt6ry 
ukazał się przed rokiem lub naM'et daw- 
niej. 
Wiadomo
ci" ze swoim unilWersa- 
liz
em temat6w mo,gą być odczytywa- 
ne zawsze i wszędzie, niezależnie .Jł 
daty, dlatego głosuję za dwutygodni- 
kiem, je
1i to ma pomóc w tarapatach 

i,nansowych pisma. 


Aniela Lepszy 
( T o r o n t o ). 


1. Objęto
ć pisma nie powinna bYć 
w żadnym wypadku zmniejszona. Uwa- 
żam że zredukowanie zawart
ci spowo- 
duje ubytek prenumeratorów. 
2. Cena prenumeraty i pojedy,nczych 
numerów powinna by
 natychmiast pod- 
wyższona. 
3. Wysyłka za granicę raz na dwa ty- 
godnie powinna być wprowadzona jdh 
obniży koszty. W USA i sądzę że i w 
innych krajach zamorskich, numery 1 
ta,k. przychodzą drogą morską "grupa- 
mi". Opcja zagranicznej prenumeraty z 
tygodniową przesyłką 10tniczą powinna 
być utrzymana i talk obliczona by cał- 
kowicie po'kryła dodatkowe O1'łaty 
pocztowe. 
4. ..Wiadomo
ci" powinny pOZOstać 
tygodnikiem. nieza1eżnie od t
o czy bę- 
dą rozsyłane poza Wielką Brytanię co 
tydzień czy co dwa tygodnie. 
5. Niezamożni prenumeratorzy po- 
wi'1lini otrzymvwać - obni:tJkę cen prenu- 
meraty za1eżnie od ich moż1iw
ci fi- 
nansoWych. Mam dosyć zaufania do 
uczciwo
i czvte1niik6w "Wiadom
ci" 
by przyjąć że pro
y o zni2Jkową prenu- 
meratę nie będą nadutywane. 
6. Naturalnie, całkowity efekt pod- 
wv
ki cen prenumeraty bedzie dopiero 
zrealizowany po roku. Tymczasem do- 
datkowe koozty utrzymaoTlia "Wiadomo- 

ci" na obecnYm poziomie muszą być 
pokryte. Sąd'Zę że sDecjalna jednorez o - 
wa wpłata przez obecnych prenumera- 
torów byłalby właściwym rozwiązaniem. 
Redaikcja powinma usta1i
 wysoko
ć tej 
jednorazowej wpłaty i poda
 uzasal- 
nienie. 


Krzysztof M. Munnich 
( L o n g m e a d o w, M a s s \. 
M
lę że najekonomiczniej i chyba 
dla bardzo wielu czvteln r ik6w najlepszym 
wyiściem jest: 4 strony i raz w miesią- 
cu 6. Gwarancja że każdy "wszyJ;tko" 
prz,e,Czyta, a biorąc ciąg1e pod uwagę 

 


Fraszki 


Kontredans 


Miliony idą: pzęc kroków naprzód, cztery wstecz, 
ale nie w tym cala rzecz - 
zjawia się Geniusz Wojenny (na szczęlcie nie co roku) 
i cofa pochód o tysiące kroków. 


Czas 


Je.vt czas szczęścia i hólu, pracv i spoczynku, 
pOl1/vślności i klęski. ci.\'zY i halasu, 
lecz ;a wszl/stko ustawiam w odmiennym ordynku 
bo na klęskę, ból, halas - nie mam czasu! 


Trudno... 


Trudno hyć filozofem i trudno hyć geniuszem, 
ho jeśli nawet niebo i ziemię poruszę 
wiem że nic nie wiem. No ho skąd 
wezmę wam wielki. Renialny Błąd! 


Nauka moralna 


..Kto rano wsta;e. temu Pan BÓR da;e" 
- mówi przysłowie. Przykład? Nad ruczaiem 
ptaszek wstal rano - i muszkę mu dano. 
- Lecz muszka też wstala rano! 


Ewa EmIlIj 


d 


m (2) 


u 


drożyooę - łatwiej będzie przej
ć 
Wiadomościom" z 6-eiu na 4 nit z 
8-miu. A przeClież "Wiadomo
ci" mu- 
szą wychodzić. 


J. Nowiak 
( L o rn d y n ). 


WypOWiadam się za wydawaniem pi- 
sma raz na drwa tygodnie. W'Y"d3lje "111 
się ze ta alternatywa bl;;dzie dla Redak- 
cji wygodniejsza i przyniesie dodatko- 
wą oszczędność. Tygodniowe op6inie- 
nie nie wpłynie na zdeaktualizowanie 
rwiększ
ci zawart
h artyikuł6w, bo 
przecież na dobrą Spr3lWę "Wiadomo- 

ci" można czytać zarwsze. Coraz go- 
rzej działają
e poczty nas za mOrzami 
przyzwyczaiły do otrzymywania "Wia- 
do
ci" często w dwa miesiące po uka- 
zaniu się numeru, ale czyta się je /.a- 
wsze z wieJ.kim zainteresowaniem. 


T. A. Paw'owic/. 
(Fo rest Hd 11 s, N. Y.). 


Biorąc udział w referendum c z yte1ni- 
k6.w, opowiadam się za utr?Jymaniem 
,iWiadomo
i" Za wszelk
 możliwą ce- 
nę. Przedstawiają one zbyt wielki w&:ład 
w życie kultura),ne Polski. teby 
ch zni
- 
nięcie można było bez wielkiej trOski 
odpisać na straty. Uważam że zmiana z 
tygodnika na dwutygodnik jest wskaza- 
na i finansowo u73sadniona. W swoich 
rozwa,żaniach posunąłbym się jeszcze da- 
I
 - gdyby koszty wydawania pisma 
wzrastały nadal z inflacją, ograniczył- 
bym "Wiadomości" do czterOstronico- 
wego dwutygodnika; jest to ostatecz- 
no
ć, ale lepiej utrzymać historycznI! 
cią.gło
ć w zredukowanej formie, 'liz 
w og61e zaprzestać wydawania. 
Podobn
 przemianie uległ przed 
przeszlo rokiem jeden z naj1epiej ..- 
moim zdaniem - redagowanych amery- 
ikańskich "Saturday Review" (obecnie 
"Saturday World"), kt6rej1;0 wydawcą 
jest tak mile przez Jantę wspomniany 
Norman Cousins. Również była notat- 
ka redakcyjna, r6wnież referendum czy- 
telni,ków (odnośnie olchylenia od po- 
.przedni
 naZJwy ty
odnika) i w rezulta- 


cie tygodnilJc przekształcił si
. w 
'WUt
- 
godnik bez zmiany poprzedmClj objętO
CI, 
a liczba czytelników - o dziwo! - 
wzrosła o parę tysięcy, co mnie. jako 
prenumeratora tego pisma od piętnastu 
lat bardzo ucieszyło. 
Sam fakt istnienia "Wiadom
ci" w 
jakriejikolwiek formie jest. fa,ktem 
Ia 
wszystkich nas chyba doniosłym. Lepl
 
c
es
vć się i umacniać choćby to. co naJ- 
mniejsze, n.iż ronić łzy na stYPIe. 
Dr Adolf Ricbter 
(Grand Bahama). 


Tygodni,k załotony prze? Mieczysła- 
wa Grydzewskiego odegrał ZJbyt W1elką 
rolę w hist,orii kultury polski
 na 
e- 
strzeni o
tatnich 50 lat, aby czyte1mcy 
Wiadomo
ci" mog1i dopu
ci
 do ,ch 
:' niehonorowego skończenia się"! 
Zwłaszcza że zapowiedziana do
ć du- 
ża podwvZka o!,łat pocztowych, papiem, 
il;oszt6w'dmku. etc. nie jest moim zda- 
niem jaikirm uspr
:wiedliwieniem, czy 
powodem ku temu. . 
SkOTO "Wiadomo
i" przetrwały naJ- 
t,rudniejs'zy okres powojenny, kied
 poI- 
ska emigracja dopiero urz
dzała SIę, .
o 
d7isia,j, 30 lat p6źniej, kiedy dorobIła 
sie jut dawno własnycll domik6w ;'0- 
dzinnych i przepchała swoje dzieci po- 
przez szkoły etc. ewentualne "niehono- 
rowe 
końc
enie się" tygodnika byłobY 
niewvbacza1ną plamą "na honorze" trj 
emigracji. 
Gdv poróWnam np. t.ZW. so1idarno
ć 
i ofia.mo
ć amervkańskiej .,polonii", 
łąC711i e z oowoienną po1s1ką emigracją 
na nolskie cele oobliczne z s01idarno
cią 
i ofiarno
ią na ich sprawy tutejszych 
Ukraińc6w - nie mówiąc już o ame- 
kańskich tvdach - to tr1]eba doj
ć et.) 
smutnego wni.os,ku że Polak6w znac,zn!e 
łatwiej stać na nara.żani,e własnego tycIa 
i zdrowia w rozmaitych powstaniach aiż 
na otwarcie sakiewki i materia1ne po- 
parcie polsk;ch wydawnictw, czy innych 
kultura'lnvch inicjatyw. 
Kończąc wypowiadam się za utrzyma- 
niem objęto
i oraz częstotlirwołlci pu- 
blikowania .,W.iadomości" w dotychc7a-. 
sowych warunkach. 


Jan Weiss 
(C a m b ri d g e; M aIS. ). 


25 lat temu 

 


LONDYN, 28 MAJA 1950 


Ignacy Wieniewski w artyiku1e ..Łup 
lorda Elgina" OIpisu,ie bezcenne 
okazy sztuki 
reckiej z V w. przed 
Chr., kt6re na przełomie XVIII i 
XIX w. Thomas Bruce Ead of 
EIgin uratował właściwie przed 
rozgrabieniem przez nieodpowic- 
dziaJnych "miłośni.k6w sztuiki" i z 
wielkimi trudnościami przewiózł 
do Anglii. Autor krem historię 
odbudowy Aten przez Peryklesa, a 
zwłaszcza powstanie Partenonu tak 
wspaniale ozdobionego przez Fi- 
diasza. Partenon przetrwał z g6rą 
21 wiek6w, by w r. 1687 rOZJPa
ć 
się w gruzy podczas wojny Tur- 
kÓiW z Wenecją. Obecnie w British 
Museum znajdują się: dwa tympa- 
nony, 15 metop i fryz Partenonu, 
biegnący niegdyg dookoła świątyni 
orarz jedna kariatyda z Erechte- 
jonu. 
W cyklu "Lata okupacji" Ferdy- 
nand Goete1 dmkuje odcinek p.t. 
"Piłsudczycy". Po wrz
niu 1919 
zostało ich w P01sce za1edwie kil- 
ku: poza autorem, Kazimierz Sta- 
mirowski, Zygmunt Hempel, Sla- 
womir Dun i n.Borkowski , Henrvk 
J6zefski, Janusz Albrecht, później 
do Po1ski przybyli z Zachodu Wa- 
cław Lipiński i Julian Piasecld. 
Ani jeden nie dożył końca wojny; 
wszyscy zginęli. W r. 1942 Goetel 
spotyka się z Piaseckim, kt6ry o- 
powiada mu jak gciągnął z Rumu- 
nii przez Węgry do Polski mar- 
szałka Rydza-Smigłego. Wódz na- 
czelny wr6cił: ,.... w cicho
ci do 
kraju, by pod obcym nazwiskiem 
stać się żołnierzem podziemia" 
Po kilku miesiącach rozgoryczo- 
ny TOzd
więkami między "piłsud- 
czykami" zmarł na atak serca, po- 
chowanry został pod przybranym 
na7JWiskiem: Zawisza. 
. ,.Kronika" donOsi o nagrodach li- 
terackich Katolickie;l!:o Ogrodka 
Wydawniczego ..Veritas". Za ca- 
ło
ć dorobku pisarskiego nagrodę 
otrzymała Beata Obertyńska. Na- 
grodę młodych przyznano wsp61- 
nie Tadeouszowi Nowakowskiemu i 
Edmundowi R6życkiemu, zd na- 
grodę z.a dlZiałalno
ć pub1icvs t yc 7 - 
ną wojciechowi Wasiut
skiemu. 
Tamże: "Głos z Brazy1ii"_ Jerzy 
Pomian w kurytybskim "Lu- 
dzie", wymieniając "Wiadomo- 

i", "Lwów i Wi1no" oraz "Kul- 
turę" ub01ewa że pisma te bory- 
kają się z niesłychanymi trud n 0- 

ciami i stoją pod grozą ruiny i 
zamknięcia. ..Pomian słusznie 
wskazuje że do uratowania wszv- 
stkich trzech ph;m WyStarczyłoby 
gdyby zaabonowanie ich każdy ty- 
sięczny polak na emigracji uwa- 
żał za sw6j obowiązek". 
. W "Silva rerum" mOWa jest m.in. 
o dwóch nowych sztukacll: Camu- 
sa ..Sprawiedliwi" i T. S. E1iot:l 
"The Cooktail Party". Pierwsza 
dzieje się w Rosji za Mikołaia II: 
jest "...utworem jałowym, pustym 
i dziecinnym... z całą fraze o 1ogią 
rew01ucyjną, m6wiącą o wyzwo1e- 
niu człowieka a już !1rzygotowują- 
cą dla niego nowe, strasz1iwe kaj- 
dany". Eli ot znów usiłuje pogO- 
dzić katolicyzm z freudyzmem. 
seksualizmem i drew,Czem sensa- 
cji. Recenzent "Sunday Times'a.' 
pisze z ironią że _.Cocktail Party" 
jest dziełem indywidualn
ci tak 
bystrej jak Newton, kt6ra chce 
pisać jak Do;tojewsk,j, a kt6rei 
udaje się najlepiej gdy pisze jak 
Jane Austen". 
. "Nabożn
ć,. je
t duchową posta- 
wą Toli Korian. Jest miarą jej 
oddania" - p.i
ze Stefania Zahor- 
ska w rcccnzi,i z "Wieczoru pasyj- 
nego" Toli Korian na kt6rv zło- 
żyły się "Historia 
 Męce i Chwa- 
lebnvm Zmartwychwstaniu Pana 
Jezusa oraz o 
więtvch. którzy szli 
jego 
Iadem. opowiedziana wier- 
szem i pieśnia n. "Sztuka Toli Ko- 
rian wydaje si
 nabożna nie tylko 
wtedy kiedy 
piewa p,j
ni pasyi- 
ne, jest nabożna i w6wczas gdy 
recytuje wiersze Iłłakowiczównv, 
Lechonia i ObertJyńs'kiej... M
lę 
że to wła
nie jest tajemnicą iei 
sztukd ". 


Uniwersytet w Ann Arbor USA kolebką astronautów 


Polacy w Ann Arbor, Mich. postano- 
wili ustalić jacy rodacy da.wniej w tym 
mieście przebywa,)j i działali. Nie za- 
mierzam dać pełnego obram] tych po- 
szukirwań ale chciałbym om6wić jeden 
fragmern, kt6ry niewątplirwie jest cie- 
karwy. 
W r. 1911 przybył do Stanów Zjed- 
noczonych prof. Feliks Pawłowski i 
rozpoczął pracę jarko konstruktor mo- 
torów, dop6ki nie powziął peIWIleJtO pro- 
jektu dość fantastycznego jak na owe 
czasy. Mianowicie zwr6cił się do 18 
różnych wyższych zakładów nauko'Wy.:n 
z prOl))ozyoją utwo'rzenia Wydziału In- 
żynierii Lotniczej. Wydział w ogó1e nie 
był znany w Stanach Zjednoczonych i 
wieole zaikładÓiW na,ukowvch uznało te t
 
jaki
 dowcip lub że autor nie jest zdr6w 
na um
le. 
Jedynie dwa zakłady odpowiedziały: 
Massachusetts lnstitute of Technology i 
University of Michi
an w Ann Arbor. 
InstJitute of Technology odpowiedział 
grzecznie że taki wydział nie jest prze- 
widziany. Natomiast uniwersytet w Ann 
Arbor, w osobie dziekana Mortimer 
Cooley, zaprOl))onował Pawłowskiemu 
stanOiWisko wykładowcy mech8lIliik,j z 
pensją 800 dol. rocznie obiecując, że 
m o ż e za dwa lata p07JVVo!i mu się na 
wykładanie inżynierii lotniczej ale natu- 
ralJlie bez kredytów, czyli kursu te
o nie 
będzie się zaliczać do uzyskania dyplo- 
mu. 


,PrOl))ozycję tę prof. Pawłowski przy- 
jął. Jarko profesor został on doradcą 
Michigan Aem C
ub, obejmując to sta- 
nowisko po prof. Sad1erze
 także entu- 


zjaście lotnictwa od początk6w jego po- 
wstania w EurOl))ie. 
Pa.włowsk,j pomagał studentom w 
konstruo:waniu szybowc6w i lataniu pa 
nich jak też wykładał im zasady aero- 
dynamiiki i lotnictwa. Ponadto wykłady 
w Ann Arbor prof. Marchis z Paryża, 
kt6rego uczniem był PawłOWSIki, me 
t:ylko podniosły zainteresOW3iIlie aero- 
nautyką ale i nadały jej znaczenie po- 
wainego studium. Jednakowoż, mimo 
wytężonej pracy Pa.włowskiego i jego 
entu'lJjazmu... nie decvlowano się na 
utworzenie Wydziału Inżynierii Lotni- 
czej i zrobiono to doPier.o w r. 1930. 
Był to pierwszy teg-o - rodzaju wydział 
w całyoh Stanach Zjednoczonych. 
Pawłowsk.i, nazywany przez studen- 
t6w i przyjaci6ł Pawi, zorganizował ten 
wydział i prowadził do r. 1946, kiedy 
to przeszooł na emeryturę, osiedlił się 
w Pau, we Franci i, gdzie zmarł w r. 
1951. Ci, co pamiętają go tutaj, twier- 
dzą Że w czasie drugiej w
ny 
wiato- 
wej, jaJko gorąC} patriota polski, zażar- 
cie walczył o prawa narodlU polskiego. 
Sława Wydziału Inż. Lotnicze!j roz- 
s7.erzyła się i gdy 1 paŹldziemika 
IQ58 powstało National AeronalUtics 
amd Space Administratioon, to Univer- 
s'ty of Michigan otrzymał miliony do- 
larów na badania. Wiele poważnie my- 
ślących osób uważało że osią,gnięcie 
księżyca jest niemożliwe i finansowanie 


L.. 


takich zamierzeń jest wyrzucaniem pie- 
niędzy. Nie tylko więc do naszego ro- 
da.ka przeszło 40 lat temu odnoszono 
s
ę sceptycznie. 
Jak za je
o czas6w tark i obecnie 
znaleźli się entuzja
ci i trzeba pamię- 
tać że o
miu astronautów studiowało w 
Ann Arbor a cztereoh z nich odbyło 
podr6ż na ks'iężyc. Przypominam ich 
na7Wiska: A. McDeviu, A.M. Worden, 
J.B. Erwin i D. Scott. 
University of Michigan. jedyny, któ- 
ry umożliwił pracE: !,rof. Pawłowskie- 
mu, został sowicie wynagrodzony 
wia- 
tową sławą - jako koleobrka astronau- 
t6w. 


H. Zajączkowski. 


SYGNETY HERBOWE 
SYGNETY NARODOWE 
(SREBRNE ORL Y 
NA RUBINACH) 
wykonuje 


" B I J O U " 
194 North End Road, London, W.14 
tel. 385-3770 
s!lclcp jrubiler!ko - zegannistrzowsti 
L. KANTECKIEGO 


Puhlished by ,.Wiadomo
oi'.. 67, Great Russell Street, London WC1B 3BS 
and printed by Wbite Eaile Press Ud., (T.U.) 2 V1ne Lane, Tooley St. S.E.1.
>>>