Wiadomości, R. 30 nr 31/32 (1531/1532), 1975

London, 3rd/1Oth August 1975 
ReglStered at the G.P.O. as a newspapec 


Cena 5Op. 


Dziś 8 stron 


Rok XXX nr 31-32 (1531-1532) 


LONDYN, 3 10 sierpnia 1975 


Założyciel: Mleczyslaw Grydzewski 


TYGODNIK 


......... I A ' " ... 
67, CIelIł R-łI 
, 
Lollcloa WCIB SBS 
teŁ 01-242 3&U 
Prenmnerał.a kwartalna £4. w Stau.ch 
 
czonyd:1 i Kanadzie $10, w Belp 375 h. bela.. 
we Francji 40 Er., w Niemczech 25 DM, w 
Szwajcarii 50 Er. $ZW., we Włoszeda 6.000 br. 
w innych kra l 'ach roWDOwartc:Wć $10. - ZmiaM 
adresu 2Op. ub 4Oc. Dopłata za prenum.att 
lotniczą £1.25 lub $4 kwartalnie. Ogłon:eaia 
1 cal x 1 szpalta !.3 lub $7.50. Czeki nalety 
WYstawiać na ..WlADOMOSCI" 


JAN KOTT 


WITKIEWICZ 


l. 
WITKIEWICZ, gdyby jeszcze żył, 
miałby teraz lat dziewięćdzie- 
siąt. Artaud - siedemdziesiąt dzie- 
więć. Większooć sztuk Witkacego 
powstała we wczesnych latach dwu- 
dziestych. W r. 1926 Artaud zakła- 
da Teatr imJieTllia Alfreda Jam. 
który w ciągu czterech lat wysta- 
wił cztery spektakle zagrane w su- 
mie osiem razy. C;;ztuki Witkacego 
doczekały się tym czasie niewie- 
lu więcej wystawień. Pierwszy 
manifest Teatru Okrucieństwa ogła- 
sza Artaud w r. 1932; w tym sa- 
mym roku Witkiewicz wydaje sw6j 
traktat o narkotykach. Pierwszy 
tom Dzieł Wszystkich Artauda wy- 
chodzi w r. 1956, w latach sZ
ć- 
dziesiątych "Teatr i je
o sobo- 
wtór" staje się biblią dla szukają- 
cych nowego teatru w Europie i 
w Ameryce: w r. 1962 wychodzi 
zbiorowe wydanie dramat6w Wit- 
kiewicza, jest on jednym z auto- 
rów najczę
ciej wystawianych w 
Polsce, sztuki jego grane są na ca- 
łym 
wiecie. 
Witkiewicz i Artaud nigdy o so- 
bie nie słyszeli. Ale jedno z naj- 
czę
ciej cytowanych zdań Artauda 
kończących rozdział ..Teatr i dżu- 
ma" mógłby napisać Witkiewicz. i 
to niemal w tych samych słowach: 
..Powstaje teraz pytanie, czy w me. 
cie, który się stacza. kt6ry nąeświa- 
domie popełnia samobójstwo, znaj- 
dzie się związek. co utworzony z 
ludzi zdolnych narzucić społeczn
 
wyższe pojęcie teatru - da nam 
wszystkim naturalny, magiczny od- 
powiednik dogmatów, w które prze- 
stali
my wierzyć"*). Witkiewicz wie- 
lokrotnie głosił Że w miarę rozwo- 
ju społecznego. kiedy jednostka co- 
raz bardziei roztapia się w zbioro- 
wo
ci. reli
a. a potem i filozo- 
fia. nie są już zdolne budzić do- 
znań metafizycznych. Wstrząs wy- 
wołać moŻe jeszcze tylko sztuka. 
T u Artauda. i u Witkiewicza. by- 
ły to bardzo staro
wieckie. odzie- 
dziczone jeszcze po symbolistach. 
prze
wiadczenia. Flaubert już pisał 
że literatura jest ..mistycyzmem 
tvch, którzy już w nic nie wierzą". 
C'taudel nazwał Rimbauda ,.misty- 
kiem w stanie dzikim". W okresie 

ymbolizmu słownictwo religijne sta- 
ło sie do
ć powszechnvm jezykiem 
krytvki i poetvckich wyznań. Pisa- 
ło sie wtedy o "prorokach", ..wy- 
zn'lwcach" i ,.heretykach", o ,.wta- 
jemniczeniach". ..powołaniach" i 
..nawróceniach". o ..uoetyckiej łas- 
ce" i o ..objawieniu". Ta semanty- 
ka religijna przeszła potem z kryty- 
ki uoetvckiei do manifest6w tea- 
tralnych. ByĆ może uierwszv zaczął 
uŻywać jej Craig. W ostatnim dzie- 
siecioleciu jei naibardzie,i znamien- 
nym orzvkładem ie
t Grotowski. Je- 
gO terminy pod
tawowe to ..
e- 
to
ć" (akt
r ma być ..
więtym",' i 
..meczennikiem". chociaż jest to 
..
wieto
ć 
wiec1-a") ..ofiarowanie" i 
..profanacia". Nie iest orzypadkiem 
że Grotowski wvbrnł z -Artauda ja- 
ko kluczowv cytat: ..1 je
1i w na- 

zvch cza;ach' istnieje ieszcze co
 
prawdziwie oiekielnego i "rzeklete- 
go. to artvstvczne zadawalanie sie 
formami. zamiast abv
mv bvli iak 
Żywcem ualeni meczennicv. co da- 
ja jeszcze znaki ze swvch stos6w". 
To zdanie również mógłby na- 
oisać Wit1-iewicz, i także niemal w 
tvch samvch słowach (zwłaszcza ta 
..piekielno
ć" i ..przeklf'to
ć" jest 
bardzo witkacow;ka). Zd:nie to jest 
rzeczvwi
cie kluczowe i warto mu 
sie bliżei "rzyoatrzeć. Meczennicy 
Żywcem paleni. co daią znaki ze 
swych sto;ów - te z n a k i są 
tuta i bardzo ważne - "rzeciwsta- 
wieni s
. ale i oorównani. do w!roÓł- 
czesnych artv
tów ;'Zl)kaiacych For- 
my. Teoria Czvste; Formy w ma- 
larstwie i w te:trze była oodstawa 
estetyki Witkacef!o. W teJ Czystei 
Formie obiawiać ma ..ie Dziwno
ć 
Tstnienia i tylko ona wvwołać mo- 
że ,.dreszcz metafi7Yczny". Ta Czy- 

ta Forma brzmi dla nas także bar- 
dzo staro
wiecko, ale wymarczy 
przemianować ja na ..zamkniętą 
o;trukture". żeby my{l Witkacego o- 
kazała sie nagle niec;podziewanie 
w
u6łczesna. Czysta Forma - ..jed- 
no
ć w wielo
i" jest oczywi
c,ie 

kturą znaczącą. ale jei znacze- 
nia ..Życiowe". ..trywialne". na{la- 
dujące.' odbiiające: powtarzajace 

wiat rzeczvwim, były dla Witka- 
cego nieważne i przypadkowe. Me- 
tafizyką i esencią sztuki jest ..zna- 
czące". a nie "znaczone": ..znaczą- 
ce" niezależne. albo oderwane od 
..znaczonego". 
Jeszcze jedno zestawienie chrono- 
lo
czne wydaje się zastanawiaJące. 
W r. 1915 uczniowie de Sau&Sure'a 
w Genewie ogłOSIli pofu1iertnie cylcl 


*) Wszv
tkie cytaty z Artaud w prze- 
kładzie Jana Błońskiego. 


jego wykład6w. Ten "Cours de lin- 
guistique generale" zrewoluojonizo- 
wał w ciągu półwiecza całą huma- 
nistykę od językoznawstwa po an- 
tropologię, z tej niewielkiej ksią- 
żeczki wywodzi się strukturalizm, 
semiotyka i semiologia, albo m6wiąc 
po prostu rozumienie kultury jako 
systemu znaków, jako języka, jako 
kodu. Język dla de Saussure'a nie 
jest naturalny; między dźwiękiem i 
znaczeniem, między opozycją i pow- 
tarzaniem się fonemów, z kt6rych 
złożone są najmniejsze cząstki zna- 
czące i pojęciem albo rzeczą na- 
zwaną, związek jest arbitralny. W 
tym samym r. 1915, w Ziirichu, w 


'11'- 


... ..
 
:\ 
, 
\ 


J' 


. .. ł - ... 
\\, 
 '(,
: 
,. \'. 
 
\' , 
(/ 


'...... 


\utonin Artaud. Autoporttet. 


Cabaret Voltaire Tristan Tzara wy- 
cinał nożyczkami z porannej gaze- 
ty pierwszy lepszy artykuł, potem 
rozcinał go jeszcze na poszczególne 
słowa. mieszał potem je w kapelu- 
szu, wyciągał na los szczę
ia i 
układał z nich poemat. Prancis Pi- 
cabia rozkładał w czasie innego 
wieczoru budzik na czę
ci składo- 
we i układał z nich .,przedmiot- 
dada". W ciągu następnego półwie- 
cza wszystkie zegary wszystkich 
sztuk zostały rozłożone na cząstki 
aż do ostatniej sprężyny i ostatniej 

rubki. Majsterkowaniem zajmowali 
się dawniej młodzi chłopcy i starzy 
emeryci, Dadai
ci z ..bricolage", 
który tak pięknie zanalizował Levi- 
Strauss, uczynili zasadę nowej este- 
tyki albo. jak ktoo woli, anty-este- 
tyki. Struktury znaczące TOZ!lcładali 
na elementy, kt6re oderwane od 
swoich pierwotnych funkcji i zna- 
czeń tworzyć miały nowe układy. 
Bardziej jest może interesujące że 
w tych nowych układach rozłożone- 
go na czę
 zegarka i pocięte
o na 
wyrazy artykułu zmienione zostały 
stosunki przylegania: w wi7)jach te- 
atralnych Artauda spotykają się 
na podobnej zasadzie znaki teatral- 
ne greckie, elżbietańskie i teatr6w 
dalekiego wschodu, ryty, gesty i za- 
klęcia magiczne r6żnych kultur i 
różnych czasów. Synkretyczny teatr 
czystych znaków miał wywołać ten 
metafizyczny wstrząs. 
Jeszcze jeden z najczę
ciej cyto- 
wanych fragmentów Artauda m6gł- 
by napisać Witkiewicz. i to znowu 
niemal w tych samych słowach. "Te- 
atr nie jest możliwy bez elementu 
okrucieństwa u podstawy. W stanie 
powszechnego skarlenia, w jakim je- 
steśmy. metafizyka wejdzie w umy- 
sły tylko przez skórę". Z wszystkich 
wizii Artauda po ćwierćwieczu naj- 
większy wpływ wywarła ta jego me- 
tafizyczna fizyka teatru. W latach 
pięćdziesiątych i sz
6dziesiątych 
działanie ..przez skórę" stało się 
niemal powszechnym programem 
teatrów studenckich i artystycznego 
..podziemia" w Europie i Ameryce. 
Teatr wydawał się ..
ętym miej- 
scem", w kt6rym utracony Raj mo- 
Że zostać, chociaż na krótką chwilę. 
przywr6cony. "Raj - teraz!" A 
je{li Raj nie może zostać urzywró- 
cony, to jeszcze zawsze mOŻe być 
odegrany. Teatr miał zastąpić nie 
tylko utracone religie, ale i rewolu- 
cję, kt6ra r6wnie okazała się nie- 
możliwa. W tym teatrze, który dzia- 
bł ..przez skórę", instant sex i 
instant revolution stawały się no- 
wym Wyzwoleniem. 
Witkiewicz podobnie jak Artaud 
uważał że w społeczeństwach zrów- 
nanych przez dobrobyt albo nędzę. 
w nudzie, którą przynosi automa- 
tyzm. sztuka, a zwłaszcza malarstwo 
i teatr, żeby wywołać szok. działać 
muszą 
rodkami gwałtownymi. Ale 
tę gwałtowno
. albo ..perwersję" 

rodków. jak je nazywał. inaczej 
pojmował niż Artaud. Odrodzeniem 
teatru było dla Artauda zniszczenie 
literatury w teatrze. Precz z aTcy- 
dziełami! Dramaty elżbietańskie ma- 
ią być zagrane bez oryginalnego 
tekstu z zachowaniem ..tylko stro- 
j6w epoki, sytuacji, postaci i akcji". 
Jezykiem tego teatru magicznego i 
okrutnego mają być albo .,inkan- 
tacje", jak Orgha.
t Peter Brooka 
w Persepolis. puste sygnansy nieist- 
niejącego języka albo sama materia 
dtwiękowa, język "zwierzęcy" i ,.na- 
turalny", "w pół drogi między 
- 


ALBO 


REALIZM 


stem a my
lą". Tutaj kończą się a- dziej metafizycznie ruenasycony. 
nalogie między Artaudem i Witka- Jak "okrucieństwo" u Artauda, "nie- 
cym. Witkiewicz był dramaturgiem. nasycenie" jest kluczowym słowem 
i to niejednokrotnie genialnym. i temperaturą p
ychiczną teatru Wit- 
kacego. Tytan przeżywa wszystkie 
męki ograniczeń Poszczególnego 
Istnienia, spala go potrzeba wiel- 
kości i nieustanna potrzeba dzia- 
łania; dla rozpierającej go energii 
nie może znaleźć ujścia; nie może 
spać i piana toczy mu się z ust. 
Wi,tkiewicz bardzo lubił 
rodki jar- 
marcznego teatru i podawał techni- 
czny sposób na ową "pianę", Tyta- 
ni nudzą się, aby zniszczyć tę nudę 
w sobie i w zautomatyzowanym spo- 
łeczeństwie zostają okrutnymi dyk- 
tatorami, przeprowadzają wielkie 
operacje finansowe albo zakładają 
tajne grupy terrorystów. kt6re ma- 
ją opanować świat. Mordują, tor- 
turują i gwałcą. bez skrupułów, ale 
bezinteresownie, żeby przeżyć 
dreszcz metafizyClZllY. Pod koniec 
dramatu w
zyscy witkacowscy tyta- 
ni nagle flaczeją jak przekłute ba- 
lony. 
Partnerkami tvtanów są kobiece 
demony. Niena
ycone seksualnie, 
obiecują tytanom najbardziej per- 
wersyjne rozkosze. 1:ądają od sam- 
c6w wielko
ci, ale chcą ich znisz- 
czyć. najchętniej pożerałyby ich jak 
modliszki w czasie kopulacji. Wiel- 
kie demony są żonami angielskich 
lordów. finansowvch rekinów albo 
pochodzą z rosyjskiej arystokraoji. 
Pospolite demony są z mieszczań- 
stwa i wydają się znacznie !!,orzej 
oczytane w Husserlu i Comeliusie. 
Pragmatyczne demony oplątują swoi- 
mi mackami artyst6w i jak pijawki 
wysysają z nich tw6rcze siły. Są 
jeszcze nad-demony profesjonalne, 
nienasycone i niezniszczalne jak 
Rniewa/ Wedekindowska Lulu. Najmłodsze 
jak jest demony, to dziesięcioletnie Świntu- 
sie, ubrane jak aniołki, lubieżne i 
perfidne, zapowiadające już powo- 
jenne Lolitki. Demonami nie są tylko 
matrony i kobietony. (To n
e gar- 
sonki, ,.mascu1ettes". jak w przekła- 
dzie angielskim. ale zmężczyźniałe 
babiszony, spotworniałe "women- 
liby".) 
Między tytanami. artystami i de- 
monami kręcą się dranie i bubki. 
Dranie są mbdzi i z ludu. Dzielą 
się na metafizycznych i zwykłych. 
Metafizyczni dziwno
ć istnienia za- 
głuszają okrucieństwem i draństwem. 
Zwykli - chcą mieć pieniądze i ko- 
biety, użyć 
wiata i rządzić. Są 
silni w barach i nie mają żadnych 
zahamowań. Udają pokornych, że- 
by dos1ać się do wyż
zych sfer. 
Edek z ..Tanga" Mrożka. które po- 
winno się nazywać ,.Ostatnim tan- 
giem w Warszawie", ten wsp6łczes- 
ny Fortynbras zabijaiący uderzeniem 
pię
i współczesnego Hamleta, jest 
z rodziny Wi.tkiewiczowskich pospo- 
litych drani. Bubki - Żygolacy i 
drobn1 aferzy
ci. udają czasami ar- 
tystów i gotowi są do każdych. 
najbardziej nikczemnych posłu
. W 
WitkiewicŻowskim 
wieoie po odej- 


n 


2. 
Bohaterowie dramatów Witkiewi- 
cza mówią bardzo specjalnym języ- 
kiem. Wszyscy tym samym, nawet 
służba, dzieci i kaci. Jest to język 
kawiarni literackiej i artystycznej 
w Krakowie i w Wiedniu, w Pradze 
i w Berlinie w latach między pier- 
wszą i drugą wojną 
wiatową. W 
kawiarnianych rozmowach z imie- 
nia albo z przezwiska wymienia się 
przyjaciół, artystów i sławnych lu- 
dzi. W niemal każdej ze sztuk Wit- 
kacego występują jako osoby dra- 
matu albo przynajmniej są wspom- 
niani pod najróżniejszymi pseudoni- 
mami dwaj przyjaciele jego młodo- 

ci: Bronisław Malinowski, kt6remu 
w r. 1914 towarzyszył w antropolo- 
gicznej wyprawie przez Cejlon do 
Australii. i Leon Chwistek. malarz, 
logik i filozof kultury. Rozmowy 
kawiarniane mają sw6j szyfr perso- 
nalny. 
W intelek
ualnej kawiarni języki 
są zmieszane. W technicznych ter- 
minach filozofii padać mogą naj- 
bardziej wyrafinowane propozycje 
seksualne. ,.Pragmatysta" używane 
jest jako prywatna obelga. Na skrzy- 
dełku wydania dramat6w Witkiewi- 
cza przedrukowano fragment arty- 
kułu o nim Tadeusza Kotarbińskie- 
go. nestora polskich filozof6w. 
,....borykał się z dławiącą mgłą na- 
czelnego problemu, który sam na- 
zywał problemem Ontologii Og61- 
nej..... Dokładnie tym językiem rOZ- 
mawiają ze sobą bohaterowie Wit- 
kacego. 
KURKA WODNA: Nie 
się, ie cię o col zapytam: 
z problemem wielkości? 
EDGAR: Wielkość? Moie olbrzy- 
miość? Powiedziałem; jestem paja- 
cem w rękach niewiadomej sily - 
jestem wielki jako marionetka. Cha! 
Cha! 
Lokaj ksieżnej of Nevermore m6- 
wi: ,.Her Grace prosi państwa do 
stołu". Ale księżna oprócz lokaja 
miała jeszcze męża. który zginął w 
Afryce rozszaroany przez tygrysa. 
..Czytał 'Pńncipia mathematica' 
Russel1a i Whiteheada, mając wnę- 
trzno
ci rozdarte przez tygrysa. To 
był bohater. Był zupełnie przytom- 
ny i mówił to, że panią nabierał na 
metafizyczny flirt. Nazywał to me- 
tafizycznym flirtem psychopatów. 
A sam nie był przecież wańatem". 
Postacie dramat6w nie tylko mó- 
wią językiem artystycznej kawiarn;' 
Sami, niemal bez wyjątku, do tej 
wspaniałej kawiarni należą. Prze- 
brani w stroje fantastyczne albo his- 
toryczne. r
zsypani po wszystkich 
zakątkach 
wiata, od wielkich stolic 
po dżunglę na Malajach, opatrzeni 
najbardziej wymy
lnymi imionami, 
tytułami i przezwami. (te imiona i 
nazwiska znaczące, oparte na grze 


\ , 
., 


\
 


, 
J. -.... 
,\, 
.\, 


(, 


(" 


......
 


\ 


.
, 
.t -
 
S. I. Wit:ł..iewicz. 


słownej albo na niespodzianych aso- 
cjacjach dźwięków gubią często swo- 
ją jadowitość w przekładach; Kur- 
ka Wodna. która w pierwszej sce- 
nie stoi pod latarnią, we francus- 
kiej wersji Poule d'Eau, w amery- 
kańskim tłumaczeniu nazwana zosta- 
ła Water Hen; Hot Chick byłoby 
zabawniej) należą do tego samego 
towarzystwa i wydaje się że tylko 
na chwilę odeszli od zarezerwowa- 
nego dla nich stolika. Nawet papież 
Juliusz II i szekspirowski Ryszard 
III są z tej samej intelektualnej 
kawiarni w środkowej Europie. 
Jak w komedii dell' arte wszystkie 
role w dramatach Witkiewicza są 
rozdane z góry; każda partia tych 
perwersyjnych szachów rozegrana 
jest tymi samymi figurami. Ta nie- 
zmienna ,.typologia" została w pol- 
skiej krytyce literackiej wielokrotnie 
i bardzo precyzyjnie zanalizowana. 
Najważniejszym, a często tytułowym 
bohaterem jest "Tytan", matematy- 
czny geniusz albo artysta najbar- 



 


,\ 
\ 


\ 
.
 
\ 


\. 


........ 

: ' 

 . 
I
 
/(", 


" 



 


" ) 


-ł--- 


. ,. 


Kompozycja. 



iu tytanów i demonów pozostaną 
tylko dranie i bubki, Lulu i kobie- 
tony. 
W dramatach Witkiewicza boha- 
terowie torturują się fizycznie i psy- 
chicznie, odprawiają straszliwe orgie 
i biorą najokropniejsze narkoty- 
ki; odbywają się masowe egzekucje 
w następujących kolejno po sobie 
puczach i społecznych przewrotach: 
tytani i demony albo kandydaci na 
tytan6w i na demony wyrzynają się 
nawzajem i kończą samobójstwem. 
Fabuły w tych dramatach wydają 
się często najbardziej nieoczekiwa- 
nym połączeniem ,.Justyny" piekiel- 
nego markiza de Sade z .,Królem 
Ubu" Alfreda Jarry. Nie wiadomo, 
czy Witkiewicz czytał Sade'a, ale 
raz jeszcze natrafiamy na zadziwia- 
jącą analogię z Artaudem. W "Pierw- 
sym Manife
cie" Teatru OkTucień- 
stwa proponował: "Wystawimy nie 
licząc się z tekstem." powiastkę 
markiza de Sade. w kt6rej erotyzm 
będzie przetransponowany, upOSła- 


NIEOCZEKIWANY 


ciowany alegorycznie i przebrany 
tak, by gwałtownie uzewnętrznić o- 
krucieństwo i ukryć całą resztę". 
Męczarnie i trucizny, orgie, per- 
wersje seksualne, tortury i egzeku- 
cje są zawSze u Witkiewicza "tea- 
tralne", na niby, pozbawione jakie- 
gokolwiek weryzmu: trupy wynie- 
sione za kulisy powracają spokojnie 
w następnym akcie jako żywe oso- 
by. Ale w tym wielkim buffo, w 
tym perfidnym i perwersyjnym me- 
tafizycznym Grand Guignolu jeden 
z teatralnych znaków nie jest pusty 
i ma zawsze u Witkiewicza swoje 
przerażające s e r i o. Jest nim 
widmo nieuniknionej, ostatecznej i 
totalnej zagłady. 
W tej intelektualnej kawiarni spo- 
tykali się ..geniusze" matematyczm, 
artyści prawdziwi i kabotyni, za- 
chodzili tam politycy z opozycji i 
z rządu, bywały tam żony żydow- 
skich adwokatów i kupców, i księż- 
ne, prawdziwe i fałszywe, z emigra- 
cji rosyjskiej ze swoimi pięknymi 
córkami. Przy osobnym stoliku sie- 
działa zaWSZe Lulu. Do pań z to- 
warzystwa dosiadały się bubki. Dra- 
nie, zwyczajni i metafizyczni. roz- 
glądali się łakomie po sali. Stali 
bywalcy tej kawiarni środkowo-eu- 
ropejskiej zostali począwszy od lat 
trzydziestych wymordowani albo 
rozproszeni po wszystkich częściach 
świata przez kolejno następujące po 
sobie pucze faszystowskie i dykta- 
tury wojskowe. antysem'ityzm i na- 
cjonalistyczne przewroty, wojnę i 
obozy, inwazję i okupację, hitle- 
rowską i stalinowską. 
Witkiewicz był katastrofistą ob- 
darzonym jak Orwell, i to Orwell 
raczej z ..Folwarku zwierzęcego" 
niż z ,,1984", zadziwiającą jasnoś- 
cią i ostrością widzenia. Przewidział 
że cywilizacje równych. sytych i zau- 
tomatyzowanych zagrożone będą 
nie tylko naporem "niwelatorów" ze 
Wschodu. z Azji i z Afryki, ale 
również i to że cywilizacje zme- 
chanizowane są nie tylko kru- 
che i podatne na szaleństwo, ale 
też bezbronne wobec szaleńc6w i 
DsydlOpatów. W 
wiecie, kt6rv stał 
się ..globalną wioską", szaleństwo 
jest zaraźliwe i powszechne. W tej 
wielkiej wiosce, gdzie wszystko 
dzieje się równocze
nie, stało się 
nagle wszystko możliwe. 
W teatrze Witkiewicza spoisto
ć 
XIX-w:ecznych struktur dramatycz- 
nych została równie gwałtownie ro- 
zerwana jak s!Joistość XIX-wiecz- 
nych struktur społecznych i poli- 
tycznych. Spotkania bohaterów w 
najbardziej odległych czę
ciach 
wia- 
ta są bardziej nieoczekiwane i przy- 
padkowe od spotkań słów w poe- 
matach, które Tristan Tzara ukła- 
dał z wyciągniętych z kapelusza wy- 
cinków gazety. Spiski terrorystów, 
przewroty faszy!rtowskie i rewolucje 
pojawiają się w dramatach Witka- 
cego bez jakiejkolwiek motywacji 
realistycznej, poza tą jedną że na- 
stępują po sobie. Fabuły Witkiewi- 
czowskie wła
nie przez swój brak 
wewnętrznej spoistości. pragmatycz- 
nych motywacji i życiowego praw- 
dopodobieństwa zaczęły się niespo- 
dziewanie urzeczvwistniać w dru- 
giej połowie XX - wieku. (Powiastki 
markiza de Sade i "Król Ubu" 

tały się również na tej samej za- 

adzie utworami realistycznymi.) 
Struktury stały się nagle znaczące. 
Teatr metafizycznej ..Dziwno
oi Ist- 
nienia" stał się niespodziewanie ko- 
medią obyczajową. Okazało S'ię że 
jeste
my nie tylko widzami w reali- 
stycznym teatrze Witkiewicza, ale 
że wielu z nas. nie wiedząc nawet 
o tym, od dawna w nim statystuje. 
Dokładnąe dziesięć lat temu, zo- 
stałem przedstawiony Kiereńskiemu 
na popołudniowej party w jednym 
z koledżów Oksfordu. Ledwo ukry- 
łem moje zdumienie Że jeszcze żyje. 
Kiereński trzymał się zresztą zna- 
komicie. Musiał być kiedy
 bar- 
dzo piękny. Na palcu miał pi er- 
kień z czterokaratowym brylantem. 
Nosił go jeszcze Jako premier Rządu 
Tymczasowego. Z tym brylantem na 
palcu. przebrany za kobietę, w paź- 
dzierniku 1917 uciekał przed bolsze- 
wikami z Pałacu Zimowego w Pe- 
tersburgu. Teraz wła
nie objeżdżał 
wszystkie wielkie biblioteki i spędzał 
w nich codziennie dwie godziny. od 
dziesiątej rano do dwunastej. Czytał 
tylko o sobie. Chciał się dowiedzieć. 
jaki popełnił błąd. W roku 1954 na 
jedena
cie lat przed tym pobytem w 
Oksfordzie, zostałem zapToszony 
przez Czou En-Iaja na Dopołudnio- 
we party wydane na cze
ć Dalaj- 
Lamy. Z Warszawy było wtedy 
bliżej do Pekinu niż do Zachodnie- 
go Berlina. Wśród niewielu gości by- 
ła również ciotka Nehru i szesna
- 
cie tancerek z Bali o zadziwiającej 
urodzie. Dalaj-Lama wyglądał na 
wyrooniętego przedwcz
nie chłopca. 
nie mógł mieć zresztą wtedy więcej 


niż osiemnaście lat, z ogoloną Jdo- 
wą, w przepysznych i:ółciach i 
czerwieniach, z długim paznokciem 
u małego palca lewej ręki. Sprawiał 
wrażenie zakrystianina przebranego 
za jakiegoś wspaniałego biskupa. Ba. 
wiliśmy się na tym party w ciuciu- 
babkę: kiedy z kolei Z'lwiązano mi 
chuteczką oczy, złapałem niespo- 
dziewanie w objęcia ciotkę Nehru. 
Dalaj-Lama nie bawił się z nami, 
ale zobaczyliśmy w pewnej chwili 
jak przyoknie, skąd roztaczał się 
widok na cesarskie ogrody. z wiel- 
kim zapałem zaczął się zabierać do 
jednej z tancerek z Bali. Czou En- 
lai zmarszczył krzaczaste brwi. kla- 


c.. 


S. I. n itl..icwicz. Autoportret. 


Smlł w dłonie i powiedział: ..PrzY1ę- 
cie je1it skończone". 
Tego samego wi::czoru w Oks- 
fordzie zadzwoniłem do dziekana 
koledżu. ..Jestem chyba tutaj jedy- 
nym - powiedziałem - który poz- 
nał osobiście Kiereńskiego i Da- 
laj-Lamę." O pierwszej w nocy zbu- 
dził mnie telefon. "Nie jeste-i je- 
dynym - powiedział dziekan. - 
M6j przyjaciel antropolog, ktory 
wrócił przed dwoma tygodniami z 
Indii, w jednej z północnych pro- 
wincji, już niemal pod zboczami Hi- 
malajów. poznał Dalaj-Lamę, który 
uciekł z Tybetu po inwazji wojsk 
chińskich." 
Jest to z współczes!lych fabuł 
Witkiewiczowskich jedna z najbar- 
dziej niewinnych. W r. 1961 albo 
62 Onassis jeszcze za życia Prezy- 
denta Z'lprosił Jacqueline Kennedy 
na przejażdżkę na swoim jachcie 
po Morzu Sródziemnym. Z panią 
Kennedy była tam również jej sio- 
stra. księżna Lee. żona jednego z 
Radziwiłłow rozsypanych po Euro- 
pie. (WAZ będzie znał na pewno 
jej dokładne koligacje.) Zaproszona 
została również Maria CalI as. Było 
również na tym jachcie paru artys- 
tów, kilkunastu drani zwyczajnych 
i metafizycznych. oraz zapewne 
wiele bubków nie licząc obstawy 
Onassisa i przebranych Z'I maryna- 
rzy agentów CIA. Na tym jachcie 
Onassisa znalazła się pełna ob
ada 
bohaterow Witkiewicza i zapewne 
niejeden z jego dramat6w odegrany 
został od początku do końca. 
W r. 1968 brałem udział w prin- 
ceton w colloquium o przyszłoki 
świata, na które zapro
zono przed- 
stawicieli trzech kontynentów. O- 
statniego wieczoru na tarasie hote- 
lu zobaczyłem mojego dawnego 
znajomego z Polski z dobrej ży- 
dow
kiej rodziny, która zerwała z 
nim, kiedy do
tał się do więzienia, 
zresztą na krótko. złapany z ko- 
munistyczną bibułą. Było to jesz- 
cze za moich uniwersyteckich cza- 
sów. Wyjechał z Polski przed woj- 
ną. Został potem wielkim ek
peT- 
tem od rewolucji. Wydawał w Wa- 
szyngtonie periodyczne Zeszyty, któ- 
re cieszyły się za
łużonym respek- 
tem wśród kreml 0- i pekinologów. 
Siedział teT'lZ na tej 
wiatowej kon- 
ferencji w Princeton o parę sto- 
lików ode mnie. krępy, łysawy. z 
brzuszkiem. z twarzą jak wielkie 
jaio. w której błyszczał złoty ząb. 
Pił wino z wysoką. chyba o dwie 
głowy wyhzą od niego. ciemną sza- 
tynką w średnim wieku. Twarz jej 
wydała mi się dziwnie znajoma. 
Ale Doznałem ją dopiero. kiedy 
przeszli tuż obok mnie. wpół obję- 
ci. schodząc do parku. Mój war- 
szawski znajomy. ..rudy 
emita" 
według terminologii Witkacego, 
przepadł w krzakach tego wieczoru 
ze Swietlaną AlIilujewą. córką Sta- 
lina. 
W ..Kurce Wodnej" Witkiewicza, 
napisanej w r. 1921. mówi Ojciec: 
..Trzeba zapić te trzy nieudane po- 
kolenia. Ja jeszcze bedę może re- 
wolucyjnym admirałem. ale tamci: 
brr - co za degrengolach!" W 
pierwszym akcie ..Kurki Wodnej" 
mamy dużą o
miokątną gazową la- 
tarnię o zielonych szkłach. Może 
być. pisze autor, srebrna i ozdob- 
na. Takich wła
nie gazowych latar- 
ni. pod którymi spacerowały kurwy 
za cza;ów mojej młodooci. poszuku- 
ją obecnie antykwariusze: 
tały się 
już dziełem sztuki i są zabytkiem 


pokazywanym za gablotkami w 
muzeach. "Kurka Wodna" dzieje 
się między tą gazową latarnią z 
Art Nouveau a rewolucją. Rewo- 
lucja jest końcem tego 
wiata, ale 
chociaż w ostatnim akcie .,czerwo- 
ny blask zalewa scenę" i z bliska 
pękają granaty. koniec 
wiata jest 
szyderczy. W Witkacowskiej chrono- 
logii ..Kurki Wodnej" rewolucja dzie- 
je się w r. 1917. "Historia - pisał 
Marx - powtarza się, ale kiedy 
po raz pierwszy przychodzi jako tra- 
gedia, powtarza się już tylko jako 
farsa". Witkiewicz był chyba pierw- 
szym. który zrozumiał że koniec 
n a s ze g o 
wiata będzie farsą. I 
może nawet więcej. że nadchodzi 
czas, kiedy t Y l k o farsa będzie 
jeszcze tragiczna. 
OJCIEC Dwa karo. Dobrze walq. 
Pan, panie Widm ower? 
WIDMOWER Dwa kiery. 
Świat się wali. 
TYPOWICZ Pas. 
W ostatniej z zachowanych i naj- 
bardziej proroczej ze sztuk Witkie- 
wicza, ..Szewcy", ukończonej w r. 
1934, po przewrocie faszystowskim 
następuje rewolucja. Ale rewolucja 
nie jest końcem 
ztuki: końcem sztu- 
ki jest koniec rewolucji. W epilogu 
w towarzystwie Hiper-Robociarza ..z 
termosem miedzianym w ręku" zja- 
wiają się dwaj Panowie z Aparatu, 
wspaniale ubrani w angielskie garni- 
tury. 
JEDEN Z PAN6w: TOWA- 
RZYSZ X. Więc sluchajcie. 10- 
warzys'lu Abramowski, ja re- 
zygnuję na razie Z upaństwowie- 
nia kompletnego przem\"Słu rol- 
neRo, a/e nie jako kompromis... 
DRUGI Z PAN6w: ABRA- 
MOWSKI. Oczywiście, pr'lelwie- 
tlenie ideowe tego faktu będzie 
takie. fe oni muszq to zrozu- 
mieć jako tylko i jedynie cza- 
sowe przesunięcie... 
TOWARZYSZ X. Tyle kompro- 
misu. ile tylko absolutnie konie- 
cznie - rozumiecie: ko-nie-cz- 
nie - potrzeba. 
TOWARZYSZ ABRAMOWSKI. 
Ależ oczywi.fcie. Szkoda tvlko, 
ie my sami nie możemv' być 
automatami. Po posiedzeniu 
weźmiemv tę małpę ze sobq. 
(Wskamje KSIĘ1;NĘ. której 
no!!i widać tylko pod plachtą). 
TOWARZYSZ X. (przeciąga się i 
ziewa) Dobrze - moiemy ra- 
zem. Muszę mieć jakqś detantę 
- odpręienie. Przepracowalem 
się ostatnio na glanc. 
..Król Ubu" dzieje się w Polsce. 
czyli nigdzie. ..Kurka Wodna" 1 
.,Szewcy" dzieją się w Polsce, czyli 
wszędzie. 
3. 
W styczniu 1947 Artaud po raz 
ostatni wvstąoił uublicznie w pa- 
ry'ikim teatrze Vieux Colombier z 
prelekcją. kt6rą nazwał ..Sam na 
sam". Przestał m6wić uo paru mi- 
nutach. Machał rekami - jak- pływak. 
kt6ry tonie. Notatki poleciały z pul- 
pitu na podłogę. Zaczął się jąkać. 
wykrzyczał jeszcze parę słów, któ- 
rych nie można było zrozumieć. Za- 
szlochał i uciekł. Nie wiem. czy 10- 
nesco był wtedy na tej sali. Ale 
jestem niemal pewien Że jego Mów- 
ca z ,.Krze
eł". wydający tylko rzę- 
żenia i jęki. wyoisujący jakieś nie- 
zrozumiałe znaki na cnmei tabli- 
cy. jest obrazem Artauda. prZyszedł. 
aby orzed oustymi krzesłami, na 
których siedz1 niewidoczni widzo- 
wie. powiedzieć - najważniejsze. 
Ale był głuchoniemy. Tego zimo- 
wego pooołudnia w Vieux Colom- 
bier Artaud stał się znakiem tea- 
tru, który "istnieć może dooiero od 
chwili. gdy to. co niemożliwe. na- 
prawdę się z"czvna.. ," 
18 wrze
nia 1939 Witkiewicz pod- 
ciął sobie gardło brzytwą. Wojska 
niemieckie już od tygodnia ostrze- 
liwały z przedmie
 główne ulice 
Warsz,'lWY. Poprzedniego dnia ko- 
munikMv radiowe doniosły o prze- 
kroczeniu wschodnich granic polslci 
przez wojska sowieckie. Witkiewicz 
raz przeŻył Apokalipse w r. 1917 
i nie chciał iej oglądać PO raz dru- 
gi. W powiclciach swoich i w sztu- 
kach koniec świata. tego świata. do 
którego sam należał. przedstawiał ja- 
ko wielką farsę. Wszystkie samob6;- 
stwa w jego teatrze są na niby, tylko 
jego własne było na serio. Ale sa- 
mobójstwo Witkiewicza należy w 
tym samym stopniu do jego wła- 
snego teatru. jest je
o znakiem. i do 
niego kluczem. jak ostatnie nie- 
me wystąpienie Artauda. Te dwa 
teatry Artauda i Witkiewicza na 
róŻny spos6b i w r6żnych ięzykach 
m6wią że "niebo może nam jesz- 
cze runąć na głowy. T teatr po to 
istnieje. by nas tego przede wszyst- 
kim nauczyć". 


Jan Kott. 


Kamienny Potok, czerwiec 1975
>>>
2 


WIADOMO'CI 


Nr 1531/1532. 3rd/lOth AuguIt 1975 


ADAM CIOlKOSZ 


DWA 


ZALETY pisarske książki pod tY- 
tułem ..Sylwetki polityczne 
XIX wieku".) są ogromne i tym bar- 
dziej zasługują na uznanie że zło- 
Żyły się na nią prace dwóch, a na- 
wet trojga młodych autorów: Woj- 
ciecha Karpińskiego, Marcina Kr6- 
la i Małgorzaty Dziewulskiej-Król. 
Gdyby nie informacja w spisie treś- 
ci. niepodobieństwem byłoby do- 
strzec zachodzące między nimi róż- 
nice w sposobie podejścia do po- 
szczególnych sylwetek, a nawet róż- 
nice stylu. Wła
ciwie nie ma takich 
różnic. Rzecz to tym bardziej nie- 
zwykła że każd:l z tych piętnastu 
prac ujęta została w sposób zwarty 
I przejrzysty, bez gadulstwa, ze wzo- 
rową. wyjątkową dzisiaj ekonomią 
;łowa. Ich czytanie je;t prawdziwą 
przyjemnością. Tym niemniej trud- 
no jest znaleźć odpowiedź na zapy- 
tanie. czym kierowali się autorzy, 
ustalaiąc między sobą taki a nie 
inny zestaw sylwetek. 
Są poeci: Słowacki. Krasiński i 
Norwid, nie ma Mickiewicza. Jest 
filozof Kamieński, nie ma Dem- 
bowskiego. Jest hi;toriozof Moch- 
nacki, nie ma Buszczynskiego. Są 
publicyści: Klaczko, świętochowski, 
nie ma Podoleckiego, Czyń,kiego, 
Królikow;kiego. Jest Hotel Lambert, 
nie ma ani Lelewela i jego środo- 
wiska, ani też Towarzystwa Demo- 
kratycznego. Są pozytywiści z ,.Gło- 
su" lecz brak Krzywickiego. Odpo- 
wiedzi jednoznacznej na nasze za- 
pytanie nie znajdujemy. Nie może- 
my jednak czynić z tego autO'rom 
zarzutu, jako że tytuł książki nie 
wprowadu"l w błąd. a jej zawartość 
nie przynosi ani mniej ani więcej 
niż tytuł zapowiada. Pozostaje tyl- 
ko hipoteu"l: autorowie dali nam 
sylwetki osób i zespołów, które dla 
jakichś przyczyn 
ciągnęły na sie- 
bie ich uwagę; zestaw mogliby być 
szerszy lub węższy. mógłby nawet 
obejmować zgoła inne postacie. W 
tym nieładzie jest jednakże metoda. 
Sens zbioru ujawnia nam autor 
przedmowy Henryk Wereszyckl, 
historyk znany ze swego dorobku 
pisarskiego i ze swej rzetelnośc,i na- 
ukowej. Wereszycki przesuwa 
akcent w naszym zapytaniu i re- 
dukuje je do kilku słów: dlaczego 
sylwetki XIX wieku? I odpowiada: 
dlatego że w tysiącletnich dziejach 
Polski to okres niewoli. to jakby 
przerwanie ciągłości historycznej. 
Sytuacja Polski była bez preceden- 
;u i bez analogii. Inne podbite i 
ujarzmione narody utraciły własną 
państwowość o setki lat wcześniej, 
stąd też pamięć własnej panstwo- 
wo
ci poniekąd zatarła się w ich 
narodowej świadomości. Jeszcze 
inne narody nigdy nie cieszyły się 
własną państwowością i uzyskały ją 
dopiero w XX stuleciu (jeżeli ją 
w ogóle uzyskały). Stąd też, od pier- 
wszego rozbioru zaczynając, na- 
czelnym u"lgadnieniem polskiej my- 
śli politycznej były dwie sprawy: 
po pierwsze, ocalenie niepodległo
ci 
i odbudowa własnej państwowości. 
po drugie. przeobrażenie ustroju spo- 
łecznego i politycznego w duchu no- 
woczesnym. Połączenie tych dwóch 
najwyż;zych celów narodowych sta- 
ło się szczególną cechą polskich 
dążeń niepodległośÓowych. wyróż- 
niającą naród polski w dziejach Eu- 
ropy. zwłaszoza w pierwszej po- 
łowie XIX wieku. 
Czy takie połączenie było dla pol- 
;ki koniecznością? Tak jest, dla Pol- 
ski było koniecznością: bez decyzji 
i woli prz.eobrażenia ustroju społe- 
cznego i polityoznego niemożliwa 
byłaby odbudowa własnej państwo- 
wości. Spośród wszystkich narodów, 
rewolucjonizujących pierwszą po- 
łowę XIX w. w Europie. tylko Po- 
lacy dokonali takiego połączenia. Nie 
uczynili tego Włosi, czołowy myśli- 
ciel Ris.mrgimento włoskiego Giu- 
seppe Mazzini rozmyslnie i celowo 
oddzielał problemy wyzwolenia i 
zjednoczenia narodowego od pro- 
blemow socjalnych. a nawet ostrze- 
gał Polaków przed ich łączeniem. 
Nie inaczej było u Węgrów. Także 
i u nas podobne stanowisko zajmo- 
wali Mochnacki. a potem Hotel 
Lambert: najpierw ,.być", a potem 
dopiero ,.jak być". Lecz stanowisko 
takie nie utrzymało się, nie mogło 
się w Polsce utrzymać. Zespolenie 
dwóch rewolucji. dwóch przewrotów, 
narodowego i społecznego w jednym 
prądzie było własnym dorobkiem pol- 
skiej myśli politycznej. Jedna z nie- 
wielu pomyłek, jakie tr,zeba wytknąc 
omawianej książce. to nieopatrzne 
słowa w przedmowie Wereszyckiego 
i w rozdziale KaTpińskiego o Janie 
Ludwiku Popławskim. jakoby car 
uwła;zczył chłop6w polskich. Chło- 
pów uwłaszczyło Powstanie Stycznio- 
we. ono zmusiło cara do zalegalizo- 
wania programu i dorobku "czer- 
wonych" w tej dziedzinie. także na 
obszarze ,,
em zabranych" - i to 


*) Wojciech KarpińsJ..i i '\łarcin 
Król. Sylwetki polityczne XIX wieku. 
Maurycy Mochnacki, Kaliszal1ie Hotel 
Lambeł"1:, Juliusz Słowac.ki, Zygmunt 
Krasiński, Henryk Kamieński, Cyprian 
Norwid, Zmartwychwstańcy. Aleksander 
Wielopolski, Julian Klaczko, Stanisław 
Tarnowski, Włodzimierz Soas,owicz. Mi- 
chał Bobrzyński, Aleksander Swięto- 
chow
ki, Jan Ludwik Popławs.ki. przed- 
mowę l1aipisał Henryk Wer
zvcki. Wy- 
dawnictwo ZNAK Kraków 1974. 


NURTY, 


w wymiarze większym i na warun- 
kach dla chłopów znacznie korzyst- 
I1Iiejszych niż na ziemiach rdzennej 
Rosji. Kto o tym nie wie, albo o 
tym zapomniał, niech czyta raport 
komisji Milutina dla AleksaóJ1dm II. 
Wyjątkowość położenia polski w 
XIX stuleciu. zwłaszcza pod schy- 
łek tego stulecia, polegała także i 
na tym że Polacy nie mogli łiczyć 
na pomoc żadnego obcego mocaif- 
stwa, byli w gruncie rzeczy zdani 
tylko na swe własne siły, a jedno- 
cze
nie byl,i przekonaDii że naif6d, 
który istniał przez dziewięćset lat 
w ramach własnego narodowego 
państwa nie może zgodzić się na stan 
jakiejś degradacji: bezpaństwowe by- 
towanie było w rozumieniu polak6w 
niejako 
miercią i to tym bardziej 
że niewola połączona była z podzia- 
łem na tifZy zabory. Niesłusznie roz- 
patruje przy tym Wereszycki możli- 
wo
 przyjęcia alternatywnego roz- 
wiązania i w tym celu sięga do po- 
r6wnania z Czechami, kt6rych przy- 
kład ma rzekomo 
wiadczyć iż moż- 
na było przeprowadzić - wła
nje w 
XIX stuleciu - odrodzenie narodo- 
we bez tych bezgranicznych ofia'l', 
jakie ponidli Polacy w okresie swo- 
jej niewol
. Niesłusznie nie tylko dla- 
tego że Czesi utracili własną pań- 
stwowość jeszcze pod koniec średnio- 
wiecza, Polacy o dwiclcie lat p6t- 
niej, więc własna państwowo
ć moc- 
niej tkwiła w oolskiej narodowej pa- 
mięci. Niesłusznie przede wszystkim 
dlatego że cało
ć narodu czeskiego 
pozostawała pod jednym tylko ob- 
cym panowaniem. monarchii habs- 
burskiej, skazanej na sła.bo
ć. roz- 
kład i upadek To samo odnosiło 
się do narod6w bałkańskich, pozo- 
stających pod panowaniem turec- 
kim. przeżywającym sw6j schyłek. 1 
Czesi i Słowianie południowi ocze- 
kiwali pomocy ze stifOny Rosji. Lecz 
dla polaków Rosja była najokrut- 
niejszym gnębicielem. więc pansla- 
wizm pod rosyjskim patronatem był 
dla nas wynaturzeniem politycznym, 
za
 oanslawizm z prymatem Polski 
(doradzał 
o Manini) nie odpowia- 
dał innym narodom słowiańskim: Po- 
lacy, nawet w niewoli. obciążeni by- 
lO. kompleksem wielkiego narodu, 
podczas gdy Czesi i Bułgarzy obcią- 
żeni byli kompleksem małego naro- 
du wielka i potężna Rosja mogła 
im' była zaofiarować bez por6wna- 
nia więcej niż polska. Oba te komp- 
leksy miały swoje historyczne uza- 
sadnienie. z czego jed.nak nie wy- 
nika że można było Polakom wy- 
perswadować kompleks mocarstwo- 
wy, albo Czechom - kompleks ma- 
łego narodu. Te komoleksy wlokły 
się za są;iednimi i spokrewnionymi 
narodami aż po najnowsze czasy. 
stąd też powstanie wa.rsu"lwskie w 
r. 1944 i powstanie praskie w r. 1945. 
dwa zjawiska, związane z sobą tyl- 
ko terminolo
ą. poza tym niczym 
więcej, jd1i chodzi o miarę wysiHm 
i ofiar oraz o orientacje polityczną. 
Nowo
 w podej
ciu do d
ej6w 
Polski w XIX w. poleJ!:a w oma- 
wiane; książce na tym że autorzy 
stwierdzają i wvS'Uwaią na miejsce 
naczelne zgodno
ć celów we wszyst- 
kich odmiaóJ1ach oolskiej mv{li poli- 
tycznej, różnicę widzą tylko w dro- 
gach. w taktyce. La,t temu dwie
cie 
czy sto pięćdziesiąt czy nawet sto 
była to rÓŻ'/1ica nie do przezwycie- 
żenia i nie do wybaczenia. Dzi
, z 
odległej perspektywy. można na nią 
spojrzeć sookojnie i dost.rzec w obu 
nurtach XIX-wiecznej my{li polity- 
cznej: w nurcie romanty
o-,jnsu- 
rekcyjnym i w pragmatycznym nur- 
cie pracy u podstaw dwa oblicza 
tego samego poczucia obowiązku 
oracy na rzecz sprawy narodowej. 
pracy Dołączonej co oewien czas z 
ogromnymi ofiarami krwi, a zawsze 
z ofiarami wartości materialnych. 
Oba nurty były formą samoobrony 
narodowej, żadnemu z nich aułorzy 
nie odmawiają prawa do respektu i 
do wdzieczno
d. Przyznają Że - iak 
się okazało - w
zystkie oolskie 
koncepcje niepodległo
iowe okresu 
niewoli były sprzeczne z wymogami 
realizmu. lecz z drugiej strony wy- 
nikały z realnej potrzeby. Marzenia 
o wiel\ko
ci były przy tym tak głę- 
bokie i tak intensywne że one same 
stawały sie wielkością, a z.res'Ztą ma- 
rzenia nie muszą być sorzeczne z 
realizmem, w jakim
 momencie za- 
czvnają sie pokrvwać z rzeczywis- 
tym układem sił i rzeczywistym nur- 
tem historii. Czv taki jest mus hi- 
storii. je'i !'I'awidłowo
ć? Nie. musu 
takiego nie ma. jest jednak taka mo- 
żliwo
ć. Jej absolutne wykluczanie 
jako wytworu ..imaginacji kawiarnia- 
nego ool1tyka" jest ryzykowne i koń- 
czy sie kompromitacią kieoskich 
marksist6w, zbyt pewnych siebie i 
swej racji. Konkretny orzvkład i do- 
wód jest notoryczny. 00 dzień dzi- 
sieiszv komuni
ci polscy płacą i na- 
dal płacić będą za błąd. oopełniony 
prze7 ich ideoloRicznych i politycz- 
nych protoplastów. 
Niewola - wedle Karpińskiego i 
małżeństwa Kró16w - była dalszvm 
etaDem kurczenia się soadku po wiel- 
kim mocarstwie. mimo to tradycje 
wielko
ci państwowej zostały prze- 
tworzone w wielkie waMo
ci moral- 
ne. które dały po'sce w XIX w. pry- 
mat w
ród n:lrod6w niewolnych 
Sens działania Dolitvczne
o leżv w 
nawiązywaniu do wart
ci, kt6r
 już 


JEDEN 


były, kt6re zatem choćby częścio- 
Wo zostały potwierdzone. Nawet te 
myśli, które nie doczekały się rea- 
lizacji, mają wartość istotną. Myśl 
bowiem, która nie znalazła pełnego 
uj
a w życiu politycznym. odszu- 
kała je w pracy duchowej, dzięki 
czemu możemy powracać do wspa- 
niałych pisarzy politycznych XIX 
w., którzy są 
wiadectwem przem
- 
lanej dbało
ci o rozwój kultury pol- 
skiej i tradycji, troski o pogłębienie 

wiadomego życia politycznego. Wy- 
siłki ludzi. zastanawiających się nad 
drogowskazami politycznymi, nie są 
dla późniejszych pokoleń ja.owe. 
Uczą one tego że sam wysiłek my- 
śli politycznej może zapładniać i 
rzeczywiście zapładnia następne po- 
kolen
a. 
Można by więc sądzić że je
H nie 
wszystkie, to niemal wszystkie syl- 
wetki omawianego zbioru są reha- 
bilitacją przeciwników nurtu roman- 
tyc:mo-insurekcyjnego. rzecznik6w 
pracy u podstaw, głosicieli politycz- 
nego realizmu. Lecz rehabilitacja 
ma swoją granicę. jest nią stanow- 
czo przez autor6w "Sylwetek" od- 
rzucana koncepcja ugody z Rosją 
i caratem. Jak dowodzi Marcm Kr6l, 
Kaliszanie bracia Niemojowscy nie 
zdawali sobie sprawy z tego że ma- 
ją do czynienia nie z bylejakim 
przeciwnikiem. lecz z caTatem. pr6- 
bowali pogodzić z sobą dwie skraj- 
ności: zachodni Iiberalizrn i wschod- 
ni despotyzm. zapominając że w 
Polsce nie ma gleby, na kt6rej mo- 
głaby się rozwinąć którakolwiek z 
tych orientacji. Nie rozumieli że 
uczestniczą w starciu dw6ch kultur, 
popełnili błąd. stawiając sobie cele 
polityczne a nie narodowe, tym sa- 
mym odwracając hierarchię pojęć. 
Tenże Król wykazuje że ma.rgrabia 
W
elopo1ski popełnił w swym my- 
śleniu polityc7J11ym zasadnicze błę- 
dy: nie rozumiał że reformy narzu. 
cone są czasem złem więbzym niż 
brak reform, nie rozumiał roli tra- 
dycji i automatyzm6w społecznych. 
przeceniał cierpliwo
ć i wy trzyma- 
ło
 społeczeństwa. a wreszcie po- 
wziął niedopuszczalną decyZJję o 
brance, kt6ra stała się bezpo
nią 
przyczyną wybuchu powstania. W 
konsekwencji. autor sylwetki Wielo- 
polsKiego odmawia mu p'l'awa do 
miana konserwatysty. margrabia od- 
wrócił bowiem polską hiera
chię 
warto
i, stawiając cnoty takie jak 
zdolnok,j organizacyjne, dynamizm 
i politykę realizmu na pie1'Wszym 
miejscu, przed warto
ciami takimi 
jak wolno
ć i niezawisło
ć. "Dzia- 
łalnosć margrabiego - pisze Król 
_ jakkolwiek godna podziwu i wiel- 
ce rozumna w szczegółach. była 
skrajnie nieskuteczna, nic z niej nie 
pozostało". Pisząc o Włodzimierzu 
Spasowiczu. wykazuje ten sam au- 
tor że błędna była u Spasowicza 
nie p rak t Y ka cod
ennej dzia- 
łalności polityczno-kulturalnej, wy- 
korzystującej wszystkie luki w anty- 
polskiej polityce catratu, lecz d ok - 
t r y n a ugody z Rosją. mającej 
polegać na zachowaniu i pielęgno- 
wan
u polskiej odrębno
ci narodo- 
wej. a zarazem na zaakceptowaniu 
państwowej wspólnoty Polski i Ro- 
sji. Do ugody muszą być bowiem 
skłonni obaj ewentualni jej partne- 
rVJ, carat za
 skłonności takich nig- 
dy nie ujawniał. Ideologia ugody 
była więc niebezpieczna i prowa- 
dziła albo do zdeprawowania albo 
do tragedii. 
Jak widzimy, autorzy książki ani 
nie utożsamiają się z naszkicowa- 
nymi w niej sylwetkami, ani też do 
tego czytelnik6w książki nie nakła- 
niają. Widzą w tych piętnastu po- 
staciach tylko dowód że rzeczywis- 
to
 można oglądać z rozmaitych 
stron i że ją należy - jak to głosi 
prof. Wereszycki - oceniać nie 
schematycznie, lecz wielorako, ina' 
czej mówiąc. że rozpatrując dawne 
dzieje należy stosować metodę nau- 
kowego obiektywizmu. Dawne, ale 
także nowsze i najnowsze, co już 
jest trudniejsze, gdyż więź uczucio- 
wa z nowszymi laty jest silna także 
i u historyk6w. Nie można żądać 
i oczekiwać zerwania tej wię
, moż- 
na i trzeba żądać poszanowania 
faktów. Można i trzeba też ocze- 
kiwać że niezależnie od osobistych 
i rodzinnych sentymentalnych po- 
wiązań historyk dokona obiektyw- 
nej analizy i syntezy dziejowej, bez 
czego musiałby ulec dyskwal.ifikacji 
jako pracownik naukowY. Historyk 
może a nawet powinien być - jak 
się to teraz określa - zaangażo- 
wany, zawsze jednak musi respekto- 
wać fakty i ich wzaiemne związkI. 
Jaki przyczynek do syntezy historii 
polskiej XIX w. wnoszą w tym sen- 
sie Karpiński i małe.eństwo Kr6- 
lowie? 
Przez omawianą książkę przewi- 
jają się raz po raz dwa motywy 
przewodnie. Jeden. to znaczenie 
tradycji w życiu narodowym. histo- 
ryczno
ć narodu w najpełniejszym 
sensie tego wyrazu. Okrcl1ił ją Hen- 
ryk Kamieński słowami: "To tylko 
może w narodzie się przyjąć, co z 
rodzimego gruntu jego wYchodzi". 
1 słusznie Wojciech Karpiński jak 
gdyby podw6jną a nawet potr6jną 
linią podkreśla te wytrazv. Drugi 
motyw przewodni, to położenie na- 
cisku na odpowied
alność polak6w 
za sw6j kTaj, odpowiedzialn
ć w 


CEL 


znaczeniu ciągłości dziejowej i nie- 
sprzeniewierzania się naczelnym 
wartościom ani dla marzeń, ani z 
racji słabości. ani dla politycznej 
koniunktury, ani dla żadnej ideo- 
logii: waTtośoiami tymi są wolno
ć 
i niepodległo
 narodowa w for- 
mach państwowych. Wartości te nie 
uzbędniają i nie wykluczają war- 
toki ogólnoludzkich, wyb'aczają- 
cych poza polityczny pragmatyzm 
chwili. Tym samym autorzy ,,syl- 
wetek" odrzucają i potępiają nacjo- 
nalizm jako nie mieszczący się w 
warto
oiach ogólnoludzkich. Zatrzy- 
mują się tedy na progu XX stule- 
cia, w kt6rym dwa nurty polskiej 
myś"i politycznej. romantyczny ł 
realistyczny, przestały się nawzajem 
uzupełniać (rzecz oczywista. uzupeł- 
nianie się było zawsze bezwiedne i 
nie wynikało z umownego podziału 
ról i zadań) i kiedy dla każdego w 
narodzie nastał czas konieczności 
dokonania wyboru. Tylko mimocho- 
dem zaznaczają że ówczesny kon- 
flikt (mowa o roku 1905) rzutował 
potem tragicznie na całą rzeczywis- 
tość Polski międzywojennej. To 
prawda, lecz nie można było tego 
konflik.tu uniknąć. Był konieczny. 
Tutaj powmca kwestia podziału 
na dwa nurty myśli politycznej, nurt 
romantyczno-insurekcyjny i prag- 
matyczny nurt pracy u podstaw. 
Dla autor6w ,.Sylwetek" rozstrzy- 
gająca jest wspólno
ć cel6w w sen- 
sie wymienionych poprzednio war- 
tości nadrzędnych. Pozostaje spra- 
wa dr6g. Zgodności dr6g nie było, 
stąd w polskim Życiu politycznym 
podziały na prawicę i lewicę, po- 
d
ały bynajmniej nie urojone. Spra- 
wa nie była bez znaczenia, JZ(1yż 
wybranie błędnej drogi przesądzało 
niemożność osiągnięcia założonego 
celu. Może najlepszym po temu 
sprawdzianem jest w XIX w. kwe- 
stia chłopska. Tak prawica (rowa- 
rzystwo Rolnicze) jak i lewica (par- 
tia ruchu. "czerwoni") wid
ały pro- 
blem chłopski jako główny problem 
społeczny owego okresu, le
 gdY 
lewica postulowała natychml3stowe 
i całkowite uwłaszczenie chłopów, 
prawica poprzestawała na oczyn- 
szowaniu, chooiaż po dokonanym w 
zaborze pruskim i austriackim peł- 
nym uwłaszczeniu ociąganie się z 
identyczną reformą w zabor"le 
o- 
syjskim wykluczało f!10
liw
ć. ZWIą- 
zania chłop6w z dązemaml mepod- 
legło
ciowymi. Historyk nie odstą- 
pi od wYmogu obiektywi
u: gdy 
po przedstawieniu i rozwazemu ra- 
cji "białych" i racji ..czetWonych" 
w okresie poprzedzaj'
cym powsta- 
nie Styczniowe stwierdzi że ,.biali" 
byli na błędnej, za
?dnej dTod.
 
i Że słusznie postąolh "czerwom , 
narzucając im od razu pierwszym 
manifestem powstańczym natych- 
miastowe, całkowite i bezw arunk ?- 
We (tj. bez odpłaty) uwłaszczen
e 
chłop6w. Wprawd
e odzew w
6
 
chłopów nie odpowiedział ocze
1- 
waniom ,.czerwonych", nie da SIę 
jednak zaprzeczyć że taktylka :.cz
: 
wonych" przynosiła pTZY,"aJmmeJ 
szansę zwYcięstwa P?wsta
1a: pod- 
czas gdy taktyka "bmłych Ją. wy- 
kluczała. Trudno
ć metodologiczna 
w przeprowadzaniu ?

ału na pra.- 
wicę i lewicę wyłom SIę, gdy v.: p
l- 
skiei my{li politycznei pOJaWl S1ę 
zjawisko dwóch anta
o
istyc
ych 
prawic: konserwat
n
J I n
cJona- 
listycznej. Ale to lUZ będzl
 XX 
wiek, okres ruch6w masowych, w 
którym popuJ.istowska pr
wlc
 
a- 
cjonalistyczn a będzie w D1eu

kmo- 
ny sposób brała 
rę nad elItarny- 
mi konserw a tystam1. 
Wojciech Karpiński. Marcin Król 
i Małgorzata Dziewulska-Kr61 nie 
udzielają żadnych wskazówek na o- 
kres bieżący, zapoczątkowany przed 
trzydziestu laty samozwańczym ob- 
jeciem władzy nad Polską przez 
PKWN. poza jedną ponadczasową 
i niezmienną wskazówką. Brzmi o- 
na: W ciągło
ci więzi wewnętrznych 
leży tajemnica siły narodu. kt6rej 
praktyczny użyfek wskażą okolicz- 
noki same. Lączv się to z
 wska- 
zówką. zanotowaną przez Króla 
przy kre{leniu sylwetki Stanisława 
Tarnowskiego: ..Musimy nie tylko 
dostosowywać się do prawidłowo
- 
ci biegu dziej6w, ale czynnie wpły- 
wać na to, by nie zaprzepaWić his- 
torycznie powstałych możliwo
i". W 
tym miejscu jednak milkna histo- 
rycy, do głosu w ten czy inny spo- 
sób dochodzą oolitycy i przywódcy 
narodu. więc książka Kamińskiego 
i Kr616w zagadnień polityki bieżą- 
cej nie porusza, porostawia to in- 
nym czynnikom. Może jednak bę- 
dzie na miejscu twierdzenie że zbio- 
rowa mądro
ć narodu nie zaprze- 
pa
C11a tych możliwo
. jakie przed 
nim otwar-ła historia XX w. Wpraw- 
dzie z winy prawicy nacjonalistycz- 
nej zmarnowana została szansa roz- 
wiązania zagadnień niepolskich grup 
etnicznych. co będzie musiało rzu- 
tować na przyszłe losy naszego na- 
rodu i państwa. lecz poza tym jed- 
nym - prawda że kosztownym i bo- 
lesnym - wyjątkiem. naród 001s1d 
zdał niezgorzej egzaminy historycz- 
ne. w jakie obfitował XX w. Nie 
pora. jeszcze odgadywać, jaki bę- 
dzie dobór oostaci w .,Sylwetkach 
politycznyc], XX wieku". pozostaw- 
my to zadanie Karpińskiemu i Kr6- 
10m przyszłego stulecia. Będą mie- 


MARIAN BOHUSZ-SZYSZKO 


o 


KRYTYCE 


TRU!ZM: krytyka jest bezpo
ed- 
mą pochodną warto
ciowania. 
Teorią warto
ciowania zajmuje się 
dział filozofii, kt6ry od czas6w 
Kanta nazywamy aksjologią. Ma 
ona dwie gałęzie: etykę i estetykę. 
Pierwsza zajmuje się wartościowa- 
niem czynów ludzkich z punktu wi- 
dzenia "moralno
ci", to jest osądza- 
nia tych czynów zależnie od przy- 
jętego poglądu na 
wiat, biorąc za 
punkt wyjścia tkwiący w człowieku 
głos sumienia lub zbi6r obowiązko- 
wych konwencji w danym układzie 
społecznym: druga, estetyka. w u- 
proszczonym streszczeniu, zajmuje 
się znaczeniem pojęć, kt6re człowiek 
określa jako "piękne" i "brzydkie" 
i stopniowaniem tych pojęć. 
Od czasu przełomu V w. na TV w. 
przed Chrystusem, gdy Sokrates i 
jego wielki uczeń. Platon, kładli 
podwaliny estetyki w myśli europej- 
skiej nie ma chyba - wydaje mi 
się - innej dziedziny filozofii, w 
kt6rej by mniej osiągnięto w usta- 
laniu kryteri6w sądzenia jak wła
nie 
w estetyce. Widać że jest to dzie- 
dzina wyjątkowo trudna dla stwier- 
dzień dyskursywnych. 
Zasadnicze pytanie, kt6re się tu 
nasuwa brzmi: czy istnieją w aksjo- 
logii - w etyce i estetyce - bez- 
względne kryteria wartościowania? Je- 
żeli chodzi o etykę - odpowiedt 
jest prawie oczywista: zależy to od 
przyjętego poglądu na 
at. Na 
przykład dla chrzdcijanina, kt6ry 
przyjmuje naukę Chrystusa za obja- 
wioną bezwzględną prawdę - ety- 
ka ma bezwzględne kryteria warto
- 
ciowania. Dla zwolennika dialekty- 
ki materialistycznej - takie kryte- 
ria, niezależne od epoki, miejsca i 
okoliczno
ci - nie istnieją. Pierwsza 
więc gałąt aksjologii - etyka - jest 
niejako ..łatwiejsza" do opracowania, 
bo istnieje przynajmniej grupa ludz- 
ka przyjmująca Objawienie z g6ry 
ja.ko b e z w z g l ę d n y plN1kt wyj- 

cia. W drugiej gałęzi, w estetyce. 
niezależnie od przyjętego poglądu na 

wiat, żadne objawienie nie istnieje. 
Fakty, powierzchownie obserwo- 
wane w życiu, zdają się dowodzić 
że bezwzględnie warto
iujące sądy 
estetyczne istnieć nie mogą. Wulgar- 
ne powiedzenie "Piękne jest nie to 
co piękne lecz to Co się komu
 po- 
doba" znajduje tyle potwierdzeń ile 
jeszcze wulgarnie.iszy slogan: "Kaź- 
da potwora znajdzie swego amato- 
ra". Są przecie niezliczone przykłady 
Że nie tylko indywidualne sądy czło- 
wieka o innych osobnikach własne- 
go rodzaju, w znaczeniu ,.piękny", 
.,brzydki" są funkcją epoki, rasy, 
kraju, kaprysu, zwyczaju, 
rodowi- 
ska - ale i osądy dzieł sztuki lub 
poziomu poszczeg6lnych artystów, a 
nawet kierunk6w styl6w, zmienia- 
ją się w podobny sposób. A więc 
czyż możliwa jest "obiektywna", 
,.sprawiedliwa", a c6ż dopiero "bez-, 
względnie słuszna" krytyka? 
Chciałbym dowieść że mimo po- 
zornej beznadziejno
ci obrony faktu 
Ż:.- istnieje obiek1ywna i "słusma" 
krytyka - może ona powinna istnieć, 
a jej brak jest symptomem środowisk 
twórczo poronionych i za
cian
o- 
wych. 
W przyszłym roku będę obchodził 
trzydziestą rocznicę moich opro- 
wadzań po galeriach i wystawach 
londyńskich. czego zasadniczym ce- 
lem jest demonstrowanie tezy że w 
strukturze człowieka, od czasu gdY 
zaczął pokazywać swoją osobowo
ć 
w tw6rczoki plastycznej, istnieją za- 
sadnicze. niejako pierwotne cechy, 
kt6re mogą być brane jako podsta- 
wa do twierdzenia że warto
iowanie 
w sztuce ma podstawy obiektywne. 
Wniosek ten nie jest wynikiem ja- 
kiej
 doktryny sformułowanej a 
priori, lub wysnutej z jakiegoś przy- 
jętego poglądu na świat - ale jest 
oparty na empirycznej obserwacji; a 
więc może być przyjęty jako pod- 
stawa do dyskusji i do uzgodnienia 
decyzji poznawczej między ludtmi tak 
różniącymi się poglądami jak ah;olu- 
tysta i relatywista. 
Wynik tych obserwacji jest taki: 
cz1łowiek w swych wypowiedziach 
plastycznych w sztuce dąŻy do j e d- 
n o 
 c i s t Y l u, i indywidualne rea- 
lizacje poszczególnych artystów da- 
nego 
rodowiska, 
wiadomie czy 
pod
wiadomie (przede wszystkim - 
to ostatnie) słuchają dyktanda stylu 
w tym 
rodowisku istniejącego. 1m 
potężniej ten styl ogólny jest w dzie- 
le zamanifestowany, a r6wnocze
nie 
podkreślona różnica indywidualna '- 
tym bardziej dzieło do nas prze- 
mawia, tym bardziej czujemy że nas 
wewnętrznie wzbogaca. "Czujemy"- 
to znaczy Że poznajemy to raczej 
intuicyjnie, chociaż i stwierdzenie 
natury dyskursywnej może w tym pro- 
cesie poznawczym mieć udział: ale 
chcę do
ć arbitralnie podkre
lić że 
v. zjawiskach sztuki, zarówno w dzie_ 



 


1; z czego czerpać: w por6wnaniu 
z wiekiem XIX, na pewno więcej 
łez i więcej polskiej krwi, ale też 
zapewne więcej polskiej glorii. 
.,Sylwetki polityczne XIX wieku" 
odkładamy po przeczytaniu z poczu- 
ciem że spotkałi
y się z dobrze 
napisaną i mądrą książką. 


Adam Ciołkosz. 


dzinie wytwarzania jak i odbioru, 
intuicja ma większe znaczenie niż 
intelekt. Wydaje mi się że w myśli 
wsp6łczesnej - jeżeli chodzi o roZ- 
prawę ze 2Ijawiskami w sztuce - mi- 
strzem czołowym jest Bergson - na- 
wet w porównaniu z Husserlem; ten 
ostatni, twórca współczesnej feno- 
menologii mial chyba najgłębszego 
ucznia, Romana Ingardena, kt6rym 
szczyci się Polska i kt6rego wkład 
do teorii wartościowania w sztuce w 
ogóle, a w plastyce w szczególno
i 
należy do największych w mysI i no- 
woczesnej. 
O kryteriach warto
ciowania w 
plastyce pisałem wielokrotnie.). Po- 
za wspomnianym wyżej kryterium 
,.jedności stylowej", podam tu jeszcze 
kryterium ,.konsekwencji materiału", 
bardzo powszechne, podkreślające że 
wła
ciwe użycie tworzywa w plasty- 
ce jest warunkiem konioomym po- 
prawności dzieła (..tworzywa" - a 
więc w rzetbie gliny, kamienia, drze- 
wa, metalu; w malarstwie farb olej- 
nych, akwarelowych. temperowych. 
plastycznych, enkaustyki, niezliczo- 
nych technik w grafice). Do za- 
sadniczych kryteri6w w plastyc
, 
jak i w innych dziedzinach sztuki 
należy prawo kontrastu (n.p.w ma- 
larstwie prawo kolor6w dopełniają- 
cych). dalej ,.prawo rytmu, prawo 
wielkich mas, prawo ekonomii (je- 
żeli jedna linia wYTaża to samo cO 
dziesięć - t o l ep i e j gdy uży- 
jesz jednej linii! Podobnie jak w 
teorii wymowy: gdy jedno zdanie 
wypowie tę samą treść co dziesięć 
- to na pewno to jedno jest lep- 
sze!); wreszcie prawo inwencji. pole- 
gające na tym że prawdziwe dzieło 
sztuki, godne tego imienia. nie mo- 
że być powtórzeniem w technice i 
trdci twórczej (to nie znaczy tylko 
w anegdocie!) rzeczy dokonanych 
poprzednio (co znowu nie znaczy 
aby prawdziwe dzieło twórcze nie 
miało prawa podlegać wpływom po- 
przednich dokonań; Drzeciwnie - 
wzajemne wpływy są -cechą ciągło
- 
ci kultury - i nic nie mają wspól- 
nego z martwym, niewolniczym na- 

ladownictwem). 
Krytyk z prawdziwego zdarze- 
nia powinien mieć uporządkowany 
system kryteriów wart
ciujących, 
wśród których najważniejszym jest 
chyba kryterium, nie poddające się 
formułowaniom dyskursywnym 
a kt6rym jest oparta na intuicji - 
wrażliwo
ć odbiorcza. 
Czyż jest do pomy{lenia aby Zna- 
lazł się w dziedzinie muzykologii 
poważny krytyk. zupełnie pozbawio- 
ny muzykalno
ci, choćby masę czy- 
tał w tej dziedzinie? Oczywiście, są 
i tutaj ogromne różnice kompeten- 
cyjne, ale do rzadko
ci naleŻy w 
krytyce muzycznej osobnik, kt6ry 
jest zupełnie niemuzykalny i w do- 
datku kompletny ignorant; gdy się 
taki zdarzy-natychmias.t będzie zde- 
maskowany - i nie potrafi bronić 
swej pozycji. Gorzej jest w dzie- 
dzinie krytyki literackiej, chociaż 
przeciętna odbiorczo
ć publiczno
ci 
wła
nie w tej dziedzinie .jest najlep- 
sza. bo każdy kto skończył np. 
szkołę 
rednią, gorszą czy lepszą, 
musiał mieć okazję zetknięcia się z 
pewną krytyką utwor6w literackich 
przez swego nauczyciela literatury 
i u nas np., dostając maturę, potra- 
fi w wielu wypadkach odr6żnić po- 
ziom Mniszkówny od prusa. Na 
podstawie wieloletniego do
wiadcze- 
nia zapewniam że aby taki abitu- 
rient umiał odr6żnić poziom Styki 
rktórego bądt z trzech) od pozio- 
ziomu braci Gierymskich - należy do 
wyjątk6w najrzadszych. W
ród kry- 
tyk6w muzycznych zupeł;nie niemu.. 
zykalni a piszący ignoranci są rzad- 
cy; wśród krytyków literackich-zaro- 
zumiali ignoranci zdarzają się CZę- 
sto: Mt6d krytyków sztuk plas- 
tycznych - wrażliwi kompetentni na- 
leżą do wyjątk6w. 1 nie tylko u nas. 
Przeżywamy eookę, kt6rej cechą 
jest chyba niebywały w 
wiecie 
kryzys aksjologiczny, kryzys war- 
to
ciowania. Jeden z moich przy- 
jaci6ł, wybitny malarz i krytyk pol- 
ski w Paryżu. zrobił kolekcję. za- 
straszająco rosnącą. kolekcję nie- 
wiarogodnych bredni pisanych w 
artykułach krytycznych o plastyce, 
często w wybitnych czasopismach 
po
więconych tej dziedzinie i pod- 
pisanych nazwiskami, kt6re się li- 
czą na rynkach sztuki. W Anglii, a 
i gdzie indziej. jest nie lepiej. 
Sensu krytyki artystycznej nie 
można zrozumieć bez zrozumienia 
sensu sztuki. C)ztuka jest dzieckiem 


*) Spis moich arty,kuł6w na tec te- 
mat podany jest w Wydawnictwie "Li- 
teratura Polska na Obczyźnie" 1940-60. 
Tom l i n. 


Prometeusza, Prometeusza, który 
wykradł bogom ogień. Dlatego lu- 
dzie. którzy należą do Sztuki, ar- 
tyści, lub ci, Co chcą o niej mówić 
- krytycy - aby być godnymi 
tego przywileju muszą rozumieć że 
działanie w sztuce jest wykradaniem 
tajemnicy, jak Prometeusz wykra- 
dał bogom tajemnicę ognia. A więc 
nie jest sztuką powtarzanie za pa- 
nem Piotrem pacierza we frazesach 
już mówionych poprzednio tysiąc 
razy; chociaż właśnie takie powta- 
rzanie jest brane przez ignorantów 
za coś dla nich zrozumiałego, a 
więc przyjemny odpoczynek
nierób- 
stwo. Tymczasem ani tworzenie w 
sztuce. ani jej prawdziwy odbiór, 
chociaż jest rozkoszą. jest rozkoszą 
specjalną jak rodzenie, któremu to- 
warzyszy - ból. Na zapytanie tyle 
razy słyszane: ,.dla kogo jest więc 
sztuka?" - odpowiadam z reguły: 
..dla wszystkich - z wyjątkiem le- 
niwych." 
Ponieważ sztuka jest tworzeniem, 
wyciąganiem rąk duchowych po co
 
czego nie było, a co jednak tkwi 
w tęsknotach człowieka - praw- 
dziwa krytyka nie może być schle- 
bianiem leniwym gustom - ale u- 
łatwieniem odbiorcom zrozumienia 
tych nowych treści. Gdy to krytyk 
osiąga - sam jest tw6rcą - i taki 
tylko krytyk się liczy. Do krytyki 
należy zwalczanie każdego banału, 
który już w nazwie swojej jest za- 
sadniczym zaorzeczeniem sztuki. W 
żywym 
rodo
isku, w kt6rym jest 
prawdziwa sztuka, a nie jej, oklas- 
kiwane przez tłum surogaty, są też 
zawsze krytycy, często narażającY 
się popularnym wielkoludkom. kry- 
tycy odegrywający rolę drożdży dla 
ciasta twórczego, które tkwi w ma- 
sie społecznej. 
Na przykład - okresem i ciałem 
społecznym. w którym tkwily za- 
czyny twórcze było na pewno w 
Krakowie pięćdziesięciolecie, obej- 
mujące prawie dokładnie ostatnie 
ćwierćwiecze XIX w. i okres nasze- 
go wieku do pierwszej wojny 
wia- 
towej. Działał jeszcze w dużej czę
- 
ci tego okresu geniusz Matejki i 
działali jego wielcy uczniowie, Mal- 
czewski. Wyspiański. Mehoffer. p6ź- 
niej była cała dynamiczna ..Młoda 
Polska", i na miejscu był .,enfant 
terrible" tego okresu - Feliks Ja- 
sieński. o przezwisku ..Mangha"; 
niestrudzony zbieracz sztuki japoń- 
skiej, i w ogóle dzieł sztuki. pisarz 
i krytyk o ciętym, kompetentnym 
piórze, pogromca wszelkiej napuszo- 
ności, tanizny i banału. Atmosferę 
społeczną ówczesnego Krakowa 
można porównać do góry wulka- 
nicznej, pod której powierzchnią 
wrzała lawa twórcza. Ale była to 
góra o charakterze hierarchicznym, 
niby Olimp. Zeusem był tu Stanis- 
ław Tarnowski. profesor literatury 
i rektor Uniwersytetu JagieIlońskie- 
go, z tytułem ekscelencji. nadanym 
mu przez Franciszka Józefa. Gdy 
na parę lat przed wojną wybuchł 
;kandal w klasztorze jasnogórskim. 
spowodowany orzez mnicha Maco- 
cha, zdaje się prowokatora mos- 
kiewskiego, Tarnowski umieścił w 
jakim
 pi
mie (bodaj w "Czasie") 
zdanie w tym rodzaju: ..Matka Bos- 
ka została splugawiona" (przez Ma- 
cocha); a na to zjawiła się replika 
Manghi Jasieńskiego: ,.Ek
celencjł. 
hrabia. rektor raczy bredzić. Bo 
jest albo niewierzący albo wierzący. 
Jeżeli jest niewierzący - to jak 
można splugawić kogo
 nie istnieją- 
cego? A jeżeli jest wierzący to jak 
mOŻe orzypuścić. że tysiąc Maco- 
ch6w przez tYsiące wieków mogłoby 
ubliżyć Matce Bożej?". Piorun w 

miałka nie uderzył. dziewięciopał- 
kowa korona nie spadła z głowy 
Tarnowskiemu, ani opinia jego jako 
powszechnie szanowanego człowie- 
ka nie ucierpiała; societa krakowska 
co prawda wzdrygnęła się - ale 
na tym koniec. Innym razem cie- 
szyła się dużą popularnością w pra- 
wowiernych sferach Krakowa (i w 
całej Polsce) książka p.t. ,.Legendy 
o Matce Boskiej", napisana przeZ 
Gawalewicza. ilustrowana przez Sta- 
chiewicza: obaj aTtyści 
redniej mia- 
ry, nie DOZ bawieni talentu. Napisał 
o nich Mangha: ".. i można naZ- 
wać Gawalewicza Stachiewiczem w 
poezji, a Stachiewicza Gawalewi- 
czem w malarstwie. a Donieważ są 
znawcy. którzy twierdzą-o że Gawa- 
1ewicz jest wielkim poetą. a Sta- 
chiewicz wielkim malarzem - DO- 
równanie moje nikogo obrazić -nie 
powinno". 
Kraków nie by'ł grajdołkiem. Nie 
było sprawy honorowej i nie było 
sprawy przed obcym sądem austriac- 
kim... 


Marian Bohnsz Szyszko. 


i I O.*4 "'PRE NUMERATA****l : 
jest zawsze płatna z góry: za kwartał, za półrocze lub ;; 
za cały rok. Gdy Szanowni Prenumeratorzy przysyłają 
I nale
ność tuż przed końcem kwartału lub półrocza, · 
prosuny zawsze dodawać do czeku należność za następ- 
ny kwartał lub półrocze, by zaoszczędzić nam kosztów 
wysyłania przypomnień. Z góry serdecznie dziękujemy. I 
ADMINISTRACJA J 
H....................................................
>>>
Nr 1531/1532. 3rd/lOth AugtJlt 1975 


WIADOMO!CI 


3 


. 
NAROD 


dość wymogom. Twierdzili OD.! ze 
szybko
 i ułamkowo
 tych tel"" 
wizyjnych przeŻyĆ uniemożliwia im 
wydobycie linii my
owej, po kt6rej 
posuwa się opowiadanie, albo roZ- 
patrzenie i analizę oglądanych rze- 
czy i ocx:nę ich znaczenia. 
SOHN: Czy odwiedzając znajo- 
mych zauważył pan Że bardzo częs- 
to ich telewizory są zawsze włą- 
czone i właściwie działają cały dzień 
bez przerwy? 
KOSIŃSKI: Wielu Z nas to robi. 
Ja sam dużo czasu spędzam przy te- 
lewizji. W moim mieszkaniu. na 
przykład, przyjaciele, którzy mnie 
odwiedzają zaczynają trochę pod- 
skakiwać około si6dmej wieczorem. 
Chcą oglądać wiadomości. Włączam 
telewizor i przez godzinę "krąŻymY" 
wok6ł tego. Jeszcze ciągle rozma- 
wiamy ze sobą, albo coś pijemy 
razem, ale zostali
my już oddziele- 
ni od siebie - teraz jesteśmy tam, 
w owym innym świecie "przynie- 
sionym wam przez..." ("brought to 
you by.....) - jak głosi zasadniczy 
SOHN: Znany antropolog Edmund zwrot tego medium. 
Carpenter zauważył że każde me. Ale widz wie że nie jest on ani 
dium ma swą własną gramatykę - Columbo ani Captain Kangaroo. 
elementy, kt6re umożliwiają mu Jest oddzielony od tych gwiazd 
komunikację. Również McLuhan - nie tylko przez swą jawnie różną 
rzucając swoje hasło "medium jest osobowość, będąc tu. podczas 
dy 
posłaniem" - m6wił o tym w ja- oni są t a m, lecz także - co jest 
ki sposób medium komunikuje. znacznie ważniejsze - przez sam 
KOSIŃSKI: Mam skłonność do proces oglądania. w wyznaczonej mu 
myślenia w terminach odbiorc6w roli widza... 
medium. a nie w terminach same- Literatura ma charakter og61- 
go medium. Inaczej m6wiąc, tym ny, składa się ze sł6w. kt6re są 
co mnie zajmuje nie jest ko
iół, często nieokreślone, albo symboli- 
ale gmina jego wiernych. M6wił- zują wiele rodzaj6w rzeczy: np. 
bym raczej o ,.gramatyce" tego, kto ,.drzewo", ..ptak". ,.ludzka istota". 
obserwuje. o gramatyce publicznoś- Powidć nabiera konkretno
i tylko 
ci. Telewizor bez widz6w nie cle- dzięki wyobraźni czytelnika, dzięki 
kawi mnie. Telewizja jako technicz- jego wewnętrznej inscenizacji, któ- 
ny proces również mnie nie cie- rej podstawa tkwi w jego pamięci, 
kawi. Ale rola. jaką telewizja od- w jego rojeniach i w jego bieżącej 
grywa w naszym życiu, interesuje rzeczywisto
i. Akt czytania uru- 
mnie ogromnie. chamia ten wewnętrzny proces. 
SaRN: Czy nie pozostaje to w Przede wszystkim zaś literatura ski e- 
związku z tym. co pan powiedział rowuje nas ku naszemu własnemu 
w swej książce p.t. "Being There"? istnieniu tak jak my je indywidual- 
KOSIŃSKI: Chance. główna po- nie dostrzegamy i określamy... Za- 
stać w "Being There" nie posiada drukowana stronica nie ma do za- 
istnienia wyposażonego w sens po- ofiarowania niczego opr6cz farby 
za tym. co przeżywa w telewizji. drukarskiej: czytelnik dostarcza 
Zupełnie inaczej niż czytelnik po- swych własnych umysłowych pod- 
wieści, kt6ry odtwarza dowolnie pór, swych własnych fizYcznych i 
tekst w swej wyobratni, Chance nie uczuciowych szczeg6łów. Z nie- 
umiejąc ani czytać ani fantazjo- skończonego katalogu swego umy- 
wać pozostaje na łasce odpowiednio słu wybiera on te rzeczy, kt6re są 
dostrojonej stacji. Nie może on so- dlań najbardziej zaimujące. najŻyw- 
bie wyobrazić siebie w jakiejkol- sze i najlepiej zapamiętane w krę- 
wiek akcji poza poszczeg6lnymi sy- gu zakrdlonym przez jegO własne 
tuacjami. kt6rych dostarczają mu życie... 
telewizyjne programy. Chance jest Telewizja natomiast nie wymaga 
oczywi
cie nowidciowym archetY- żadnej takiej wewnętrznej rekonstruk- 
pem. Z drugiej zaś strony różni na- cji. Wszystko już w niej jest. wyrat- 
uczyciele mówili mi że wielu z ich ne. gotowe do oglądania i do tego, 
młodych uczni6w przypomina Chan- żeby za nią podążać na jej wła- 
ce"a. Dziecko rozpoczyna obecnie snych warunkach, z szybko
cią 
szkołę od podstawowych obrazów z przezeń narzuconą Widz nie ma 
telewizji na temat ..swego własnego czasu na przerwę. na przypomina- 
ogródka". nie sobie. na scalanie naporu obra- 
Dzieci zawsze na{ladowały doros- zów z własnym do
iadczeniem. 
łych. ale ,.dzieci te1ewizyjne", kt6re SaRN: Intryguje mnie pańska ana- 
mają dostep do życia poza obrę- liza tego, jak telewizja wpływa na 
bem świata swych rodzic6w i ro- naszą samoobserwację i zachowanie. 
dzeństwa. na{ladują często ważne KOSIŃSKI: W latach. kiedy uczy- 
osobistości z telewizji. Zachowują łem. zaprosiłem kilkana
cioro dzie- 
się one zgodnie z modelami tele- ci, w wieku od siedmiu do dziesię- 
wizyjnymi. a nie zgodnie z włas- ciu lat, do bardzo dużej sali szkol- 
nvm usposobieniem. i w tym. co nei. w kt6rej z"linstalowano dwa 
robią odzwierciedlaią się wzory za- monitorowe aparaty telewizyjne. je- 
czerpnięte z telewizJji... den z lewej. drugi z prawej strony 
Dla mnie zasadnicza różnica mię- tablicy. Po obu stronach sali r6w- 
dzy telewizją a powieścią jako me- nież umieszczono telewizory. Ja sie- 
diami leży w tym że telewizja przej- działem przed tablicą opowiadając 
muie iniciatywę: to ona wciąga. historię. Nagle do pokoju wtargnął 
M6wi ona-: "Ty. bierny obserwator. z zewnątrz intruz - oczywiście by- 
jestd tam. Zostań tam. h zaimę ło to z góry ułożone - i zaczął ze 
się poruszaniem sie. m6wieniem, mną sie kłócić, popychając mnie i 
działaniem..... bijąc. Kamery zaczęły zdejmować 
W czasie oglądania telewizji mo- to wydarzenie, a cała awantura 
żemy jeść. możemy położyć się. mo- ukazała się na obu ekranach mo- 
żemy chodzić dokoła aparatu. mo- nitorowych aparatów w sposób wi- 
żemy nawet zmieniać stacie, ale nie doczny dla wszystkich dzieci. Gdzie 
tracimy łączn
i z medium. Tele- one spoglądały? Na sytuację (na- 
wizja. w przeciwieństwie do teatru pastnik i ja). czy na ekran? według 
albo kina. pozw;11a. a nawet za- świadectwa trzeci e i kamery, kt6ra 
checa do tych wszystkich ,.lud z- utrwaliła na filmie' reakcję uczni6w, 
kich" ró:lnych czynności. Wła- wiekszo
ć z nich rzadko tlatrzyła na 
dza telewizji nad nami iest tak sil- to." co rzeczywi
cie działo się po 
na że niełatwo może je; zagrozić 
rodku sali. Zamiast tego zwr6cili 
..inne Życie". które prowa-dzimy. al- się w stronę ekran6w, kt6re były 
bo nas od niei odciąć. Kiedy oglą- umieszczone powyżej poziomu oczu 
damy telewizje. nie przypomina i dlatego łatwiej je było zobacZYć 
nam (tak jak ntl. tlubliczno
ć te:1- niż samo wydarzenie. Później. kie- 
tralna może nam przYtlom;nać) że dy omawiali
my je, wiele dzieci wy- 
ieste
my członkami społeczeństwa. jaśniało że mogły one lepiej zoba- 
których my
li i reakcje mogą oka- czyć napa
ć na ekranach. Bo prze- 
zać się wartościowe. Jeste
my od- cież, zaznaczały, mogły obserwo- 
izolowani i nie mamy czasu sie za- wać ..zbliżenia" moje i napastnika, 
stanawiać. Obr;lZY nadbiegają i nie jego rękę na mej twarzy. jego wy- 
możemy ich zatrzymać, ani zwolnić rażenia - wszelkie jakie chciały 
ich tempa. ani odwr6cić ich 
tecz. szczegóły - nie odczuwając przy 
Słyszałem niedawno o klasie w tym strachu w związku z tym 
col1ege'u, gdzie przedmiotem była co ..działo się naprawdę" (lub w 
..komunikacja" przy pomocy me- związku z konieczno
cią wzięcia w 
di6w, którei uczniom tlolecono o- tym udziału). 
glądać tele
izję przez dwie godziny Innym razem. pokazując kr6tki 
i notować tr
ć WYtlełniającą owe film naukowy dzieciom. znów w 
dwie godziny. Od studentów zażą- wieku od siedmiu do dziesięciu lat. 
dano otlisu każdego elementu - tlowiedziałem im że stało się co
 
włączaiąc pokazy reklamowe (com- bardzo fascynującego na korytarzu. 
mercia7.f) - z możliwie wielką do- ..Teraz ci. którzy chcą zostać 
kładnością szczeg6łów. sklasyfiko- tutaj i oglądać filmy mogą po- 
wania każdego wydarzenia i każdej zostać w klasie". - powiedziałem 
postaci z uwagi na jej znaczenie - ,..ale co
 zupełnie niewiarogod- 
w przedstawionej historii. Wszyscy nego odbywa się na zewnątrz, i ci, 
ci studenci wychowali się przy te- którzy chcą to zobaczyć. mogą wyj
 
lewizorach i byli przyzwyczaieni do z pokoju". Nie więcej niż dziesięć 
obstrz'lłu ze strony telewizyjnych procent dzieci wyszło z klasy. Po- 
obraz6w: wielu z nich spodziewało wtórzyłem: ..Wiecie, to co się dzieje 
sie. Że 'po uzyskaniu dyplomu znaj- na korytarzu jest naprawdę fanta- 
dą zatmdnienie w przemyśle me- styczne. Czego
 takiego jeszcze
e 
di6w komunikacyjnych. A jednak nie widzidi. Dlaczego po prostu 
ani jeden nie potrafił uczyni
 za- nie wyjdziecie, żeby zobaczyć?" A 


/ 



 


CJ- 


JerZ) Kosiń;ki 


. 
WIDEOTO 


Wywiad Dawida Sohna 


one m6wiły: ..Nie nie, nie, my woli- 
my tu zostać i oglądać film". "Ależ 
wy nie wiecie. co jest na zewnątrz" 
powiedziałem. "No, co to jest?" 
"M usicie zobaczyć!": "Dlaczego 
nie mamy siedzieć tutaj i zo- 
baczyć wpierw film?" Oto sedno 
rzeczy: one były już zbyt leniwe. 
zbyt zepsute, żeby powstać z miejsc 
i zaryzykowac kontakt z .,zewnę- 
trznym światem". 
SOHN: To jest poważne oskarien.ie 
telewizji. 
KOSIŃSKI: Nie tyle telewizji co 
raczej społeczeństwa opartego na 
zasadzie biernej rozrywki. Młodzi 
widzowie ulegają wpływowi telewi- 
zji znacznie bardziej, niż chcieli- 
by
my przyznać. Pewnego razu za- 
prosiłem uczniów (w wieku od dzie- 
sięciu do czternastu lat) do wzięcia 
udziału w indywidualnych rOZmo- 
wach. Powiedziałem każdemu: ..Chcę 
z tobą poroZJll1awiać, zadam ci 
pewne bardzo intymne, a nawet że- 
nujące pytania, ale nie zaprotokołuję 
naszej rozmowy. ani nie powt6rzę 
nikomu tego co mi powiesz. Na 
wstępie: czy ty się onanizujesz?" 
Dzieci, zgorszone, zwykle odpowiada- 
ły: "Nie rozumiem o czym pan m6- 
wi". Z kolei zapytywałem: Czy ty 
często kradniesz? Czy
 ukradł c
 
ostatnio?" Wszystkie dzieci znowu się 
wahały: ..Ja n
e wiem. hm__. hm..." 
Więcej mruczenia. Dziewczynki z 
reguły były bardziej zakłopotane od 
chłopc6w. 
Po zakończeniu powiedziałem: ..A 
teraz powiem wam, dlaczego po- 
stawiłem te wszystkie pytania. Widzi- 
cie. chciałbym sfilmować tę rozmowę 
i pokazać ją w telewizji, żeby to 
oglądały tysiące i tysiące ludzi". 
Kiedy usłyszeli że pokażą ich w te- 
lewizji, nastąpiła natychmiast zmia- 
na w nastroju. Zależało im na tym 
bardzo. żeby być w telewizji. Zain- 
stalowałem monitorowe aparaty i 
kamerę i powiedziałem dzieciom: 
..Chcę urządzić widowisko dla sze- 
rokiego ogółu. dla każdego t a m 
n a z e w n ą t r z. Wasi rodzice. 
wasi przyiaciele. obcy, cały kraj to 
zobaczy. Czy macie coś przeciw te- 
mu. jeżeli jeszcze raz, tym razem 
dla telewizji, zadam wam te same 
pytania?" Wszyscy uczniowie za- 
pewniali mnie że dołożą jeszcze więk- 
szych starań. żeby na nie odpowie- 
dzieć. 
Kiedy aparaty zostały już zain- 
stalowane. pu
ciłem w ruch telewi- 
zyjną kamerę i zwr6ciłem się do 
niewidzialnego i nie istniejące- 
go technika: ..Bob. nastaw obraz 
ostro. bo chcę. żeb} każdego 
z kim będe rozmawiać można było 
poznać". Każdemu dziecku powie- 
działem, żeby się przedstawiło po- 
dając w pełni swoje imie, wiek i 
adres. Wszystkie odpowiedziały bez 
wahania. "Bob. czy obraz jest wy- 
raźny?" - ,.Zupełnie. Każdy roz- 
pozna twego gościa" - padła z 
góry nagrana odtlowiedź ze strony 
..Boba". Czas było zwr6cić się do 
pierwszego "gokia". ..Powiedz mi 
teraz" - zapytałem Toma - "czy 
ty się onanizujesz? Jeśli tak, to 
opisz naszej publiczno
ci. jak i kie- 
dy to robisz." 
Chłopak. nagle zrównoważony i 
zblazowany. pochylił się ku mnie: 
..No, tak, niekiedy to robię. 
Oczywiście nie wiem. czy potrafię 
to opisać. Lecz mogę spróbować..." 
Zachęcający uśmiech ukradziony z 
..The Mike Douglas Show". Kiedy 
rom opisał wszystko, nie pozosta- 
wiając nic wyobraźni publiczności, 
zmieniłem temat. Powiedziałem: 
..Tom. ponieważ będziemy poka- 
zywać tę rozmowę w telewizji chcę 
żeby
 bardzo uważał, co mówisz. 
Otóż każdego zainteresują twoje 
przeżycia jako złodzieja. Czy 
ukradłeś coś kiedyś?" W zamysle- 
niu, jakby przypominaiąc sobie ja- 
kie
 przyjemne zdarzenie z dzie- 
ciństwa. Tom powiedział: "Od cza- 
su do czasu. kiedy idę do maga- 
zynu, wie pan, lubię coś poder- 
wać". 
"Tom powiedziałem 
zdajesz sobie sprlwę z tego że mó- 
wisz do bardzo licznej publiczności. 
Twoi rodzice, twoi nauczyciele. 
przyjaciele. są tam na zewnątrz. 
Nie wiem, jak oni zareagują na to 
że się przyznałeś. Czy jesteś pe- 
wien Że nie mówisz w audYcji cze- 
goś, o czym tylko ty sam powinie- 
ne
 wiedzieć?" - "Nie, nie, nie. 
wszystko w porz'ldku" - zapewnił 
mnie z nonszalancją - ..Nic nie 
szkodzi", Wtrąciłem: ,.Czy powin- 
niśmy to tak zrobić. żeby nie było 
widać twej twarzy?" - .,Nie, dla- 
czego?" - "No, jeżeli chcesz opi- 
sać swoje do
wiadczenia złodzieja, 
to może powinniśmy..... - ,.Nie, 
mogę o tym mówić. Naprawdę, 
to nic nie szkodzi" - nalegał. 
Podobne reakcje obserwowałem u 
około dwudziestu pięciu dzieci. 
Wydaje mi się że nie było ani jed- 
nego chłopca albo dziewczynki, 
którzy odmówiliby wzięcia udziału 
w rozmowie na temat najbardziej 
obciążających czyn6w, począwszy od 
mniej powszechnych form przeży- 
cia seksualnego aż do aktów gwał- 
tu, kradzieży, zdrady popełnionej w 


z 


Jerzym 


przełożył 
WŁADYSŁAW JAWORSKI 


slO'iunku do kogoś z rodziny. przy- 
jaciół i t.p. Tym razem dziewczynki 
wydawały się mieć mniejsze opory 
niż chłopcy. Kiedy tylko kamera była 
w akcji i uczniowie mogli widzieć 
siebie w monitorowych aparatach. 
mówili bez przerwy. Udawałem 
często zażenowanie tym, o czym 
mówili. Jednakże ,.goście", wyćwi- 
czeni w najlepszej tradycji rozmo- 
wy pokazowej, nie zrażali się go- 
spodarzem. 
Ich sposób bycia był dobrze zna- 
ny: swobodna postawa telewizyjne- 
go rozmówcy, nagłe ciepło uczucio- 
we i otwartość, całkowita szcze- 
rość. Każde dziecko, z którym 
przeprowadzałem rozmowę, odpo- 
dało szczerze. patrząc poważnie 
wprost w kamerę. trochę mrucząc. 
udając że się namyśla, lecz w grun- 
cie rzeczy pokrywając głębszą nie- 
zręczność w wysławianiu się. Te 
młodziaki nagle wydały się zbyt 
stare jak na swe lata. Każdy z nich 
był mieszaniną aktora. autora. pro- 
fesora. błlzna, mówiąc z dziwacz- 
ną łatwośdą o rzeczywistych lub 
zmyślonych czynach, które były 
..zabronione". Sądząc na podstawie 
ich zachowania można by pomy- 
śleć że wypytywałcm ich o wczoraj- 
szą pogodę. 
SOHN: Czy pan przeprowadzał 
je
zcze jakieś inne eksperymenty? 
KOSIŃSKI: Nie myślałem o 
tych kilku ad hoc sesjach jak o 
eksperymentach. Były 10 raczej pry- 
mitywne próby dowiedzenia się 
czegoś o młodzieży. Nie wiem. czy 
natrafiłem na coś, Ponieważ mia- 
ło to miejsce kilka lat temu. nie 
wiem. czy moje wyniki byłyby waż- 
ne dzisiaj. \Ie niektóre z nich bar- 
dzo mnie zaniepokoiły. N.p. kiedy 
zaatakował mnie ten intruz, sama 
napaść zainteresował,1 dzieci mniej 
niż 10. co robiły telewizyjne ka- 
mery - tak jakby zapłaciły onc 
za zobaczenie filmu. jakby to wy- 
darzenie wystawiono na scenie dla 
ich rozrywki! A oodcz'ls starcia - 
mimo moich wrzasków. jego gróźb, 
mimo strachu jaki okazywałem - 
dzieci n
e w:rącały się do tego. ani 
nie przyszły mi z pomocą. Ani jed- 
no z nich. Siedziały jak przykute. 
tak jakby kamery zneutralizowały 
ten akt gwałtu. I być może tak by- 
ło. Kamery dokonując z różnych 
punktów widzenia zdjęć filmo- 
wych brutalnej walki fizycznej 
przekształciły ludzki konflikt w 
estetyczne wydarzenie, odsuwając 
odeń widzów na pewien dystans i 
przyznając im alt
rnatywę' w sfe- 
rze moralnego 'iądu i uczestnicze- 
nia w tym. co się działo. 
SOHN: Czy pan pytlł uczniów 
o ich reakcje? 
KOSIŃSKI: Tak, wypytywałem 
ich później o to. co zaszło w kla- 
sie. Wiekszość z nich mówiła: 
..Wie pa"n. te kamery bYły nasta- 
wion=:. a potem. wie pan, ten facet 
przyszedł i pana pchnął i, no. to 
było coś w rodzaju, hm, można 
było widzieć jego i pana bardzo 
dobrze na ekranie. Pan wyglądał 
taki przestraszony. a on był taki 
podły". Zapytałem: "Co to znaczy 
'można było to widzieć bardzo do- 
brze'?" - ,.No, wie pan, można 
było na tych ekranach widzieć 
w s z y s t k O. One są świetne. Ile 
kosztuje taki odbiornik?" 
SOliN: To bardzo dziwne. Co to 
wszystko w ogóle znaczy? 
KOSIŃSKI: Mogę snuć tylko 
domysły. W sposób oczywisty wią- 
że się to z faktem że dużo dzieci 
woli pozostawać w domu i oglądać 
telewizję zamiast pójść do mu- 
zeum, zwiedzić miasto. albo nawet 
bawić się ze swymi rówieśnikami. 
Mają możność oglądania "zbliżeń" 
i pokazów reklamowych. a kiedy 
je to nudzi, przechodzą na inną 
stację. Doszliśmy obecnie do tego 
punktu że ludzie - tak dorosli 
jak i dzieci - wolą oglądać w 
telewizji grę w piłkę niż siedzieć 
w jakimś odległym kącie stadionu, 
w zbyt wielkim upale lub w zbyt 
wielkim chłodzie. niewygodnie, po- 
śród woniejącej ciżby, gdzie nie ma 
..zbliżeń", ani innej stacji, na którą 
można sie przestawić. 
SOHN: Znowu więc mamy do 
czynienia z biernym widzem, który 
rozsiadł się wygodnie. średnio zain- 
teresowany. Co ie;zcze pan zauWa- 
żył? 
KOSIŃSKI: Po jakimś cza"ie i 
ja sam przełączyłem się na ..inną 
stację". Wydaje mi się Że mam 
dość dzieci. Uważam że sta- 
nowią żałosną grupę. Niekiedy 
rozmawiam z nimi i próbuję 
zająć je jakąś wymyśloną grą, ale 
jak długo ja lub ktokolwiek może 
współzawodniczyć ze wszystkimi 
stacjami? Nie odbyłem więcej żad- 
nych "sesji". Wielu z moich przy- 
jaciół o nastaw:eniu antropologicz- 
nym odnosiło się krytycznie do me- 
go ..oszukiwania" dzieci, do ich 
..wykorzystywania" w nien'lUko- 
wym eksperymencie. Tak jakby nie 
dość były wykorzystywane jako wi- 


Kosińskim 


dzowie albo jakbym chciał i mial 
z nimi przeprowadzać eksperymenty 
naukowe! Niech pan pojdzie do ja- 
kiejkolwiek szkoły średniej i zobaczy 
jak ogr'lniczona jest samoobserwa- 
cja uczniów, jak zdeformowana ich 
wyobraźnia. jak nie zdolni są do 
czytania albo do skupienia. albo 
choćby do opisania dokładnie ja- 
kiegoś \'.ydarzenia zaraz po jego 
zajściu. 
Niech pan z:lUważy jak łatwo 
wpadają w nudę. jak szybko przy- 
bierają znaną pół-leżąc'l pozycję w 
klasie, jak krótki jest okres ich 
uwagi. Albo nich pan pomówi z 
ich nauczycielami. Oni wiedzą wię- 
cej o słabości trawiąccj ich uczniów 
niż będzie kiedykolwiek wiedziało 
któreś z ich rodziców. 
SOliN: Czy może pan wskazać 
na jakie
 pożyteczne skutki tele. 
wizji dla oświaty? 
KOSIŃSKI: Słowo .,pożyteczne" 
nie ma według mnie zastosowania do 
telewizji. Telewizja jest po prostu 
częścią życia współczesnego. Muszę 
się z nią skonfrontować. zastanowić 
nad nią. przyjąć ją albo odrzucić. 
SOHN: Stanowi czę
ć otoczenia 
i dlatego niełatwo to dostrzec. 
KOSIŃSKI: Tak i być może dla- 
tego Że pozostaje w niezbyt pełnej 
zgodzie z otoczeniem. To medium 
jest tak przytł,lczające. Jak ocenić 
doniosłość jakiejś dział,lIności, któ- 
ra naprawdę towarzyszy nam przez 
cały czas'! Przeciętny pracujący 
Amerykanin ogląda telewizję przez 
1200 godzin rocznie. podczas gdy 
n.p. czytanie książek zabiera mu 
tylko pięć godzin w tym samym 
okresie. Jak osądzić rolę telewizji 
w naszym życiu politycznym? Albo 
gwałtowny naoor jej komercjaliz- 
mu'! Albo wpływ jej układu czaso- 
wego'! Albo jej uszeregowanie tego. 
co jest ważne (i dlatego widoczne) 
i tego, co nie jest ważne (i dlatego 
opuszczone)? 
SOHN: Zauważa się pewne zja- 
wiska. N.p. dzieci, kt6re chodzą 
obecnie do szkoły są pod wpływem 
..Sesame Street"' i "The Electric 
Company" i niektórych innych pro- 
gramów. Kiedy przychodzą do 
przedszkola, znaią już litery i licz- 
by. W ten sam sposób starsi 
ludzie maią nagle lepszy dostęp do 
świata. okazję. żeby zobaczyć zna- 
cznie więcej niż poprzednio. 
KOSIŃSKI: Powiedzmy - lep- 
SLY do;tęp do świata telewizji. W 
małych społeczeństwach europej- 
skich. jeszcze bez telewizji, star- 
si ludz:e są czynni fizycznie mie- 
szając si,:: z młodymi i robiąc wy- 
pady na zewnątrz w 
wiJ.t rzecZy- 
wisty. Tutaj. podobnie jak ich mali 
wnukowie. siedzą oni unierucho- 
mieni przy telewizji. Pewien star- 
szy obywatel amerykański powie- 
dział mi Że jego telewizor dał mu 
szósty zmysł - za cenę pozbawie- 
nia go pozostałych pięciu zmy,łów. 
Wydaje mi się że zarówno młodzi 
jak i starzy uzyskują poprzez tele- 
wizje powierzchowne spojrzenie n'l 
wąski skrawek nierzeczywistości. 
Nie wiem. w jaki sposób ta ,.wie- 
dn" znaiduje zastosowanie, albo 
co sprawi
. Czy nadaje ona więk- 
szy sen
 rzeczywistemu życiu lub 
..prawia że jednostki są bardziej 
czynne'! Czy zachęca do przy- 
gód? Czy uzbr.lja jednostkę 
pr 7 eciw cierpieniom zadawanym jej 
przez społeczeństwo. innych ludz: 
albo wiek? Czy zbliża ona nas wza- 
jemnie? Czy wyjaśnia nam nas 
samych, i nas samych jedn}ch dru- 
gim? 
Dla mnie mvsl o grupach sa- 
motnych jednostek przy prywat- 
nych kontrolowanych na odległo
ć 
telewizorach stanowi ostateczną 
zmorę przyszłości: naród w i d e o- 
t ó w. 
Patrząc na dzieci. które spedzają 
pięć lub sześć godz:n każdego dnia 
na oglądaniu telewizji. spostrzegam 
że kiedy są one w grupie. nie po- 
trafią wzajemnie współdział,lć. Jedno 
boi się drugiego. rozwijają cechy 
wtórnej bojaźliwości. Chcą oglą- 
dać telewizję, a nie l:hcą roz- 
mawiać. Chc'l oglądać telewizję. a 
nie chcą. żeby je o coś pytać i w 
jakiś sposób je wyróżniać. 
Telewizja róv.-nież wpływa na ich 
sposób patrzenia na świat. W tele- 
wizji świat jest podniecający. ied- 
no
tronny. i nigdy nie jest złożony. 
W porównaniu z tym ich własne 
życie ukazuje się im jako powolne. 
bez wydarzeń. i wywołu.je zdziwie- 
nie. Z
acznie łatwiej jest im obser- 
wować w telewizji obrazy ludzkich 
przeżyć - gwałt. miłość. przygodę. 
życie sehualne, niż zdobywać wła- 
sne doświadczenie. Wierzą w uni- 
kanie rzeczywistych konfliktów tak 
jak wierzą w znieczulające środki 
i pigułki nasenne. To wł,lśnie tele- 
wizja pierwsza nauczyła ich tego, 
żeby polegać na lekarstwach: nie 
ma potrzeby cierpieć, żyć w na- 
pięciu. być nieszczęśli\'.ym. albo 
znosić niewygody, ponieważ lekar- 
stwo przynosi na to wszystko ulgę. 
Nawet śmierć nie jest dla nich ko- 
nie\:zną częścią istnienia. Jej nieod- 
wohlność znikła, pon i e'.', aż ich bo- 
hater, bez względu na to w jaki 


sposób zginął, powst"lnie znowu. 
Tak więc wł,lściwie wyrastają 
niemo\'.y. Jako nastolatki prag- 
ną dołączyć do bezkształtnej gro- 
mady - do orkiestry ..rock and 
roll" albo do kinowej publicznoś- 
ci. Muzyka lub film uwalnia ich 
od wszelkiej potrzeby wzajemnego 
współdział,mi,1 - ogłuszaj'lce dźwię- 
ki przeszkadzają w porozumiewa- 
niu się, ekran nad głowami s:ano- 
wi miejsce. gdzie skupia się ich 
uwaga. W istocie pozostają oni 
niemi: siedZO:lc r a z.e m. jedno 
o b o k drugiego, ale o d s u n i ę- 
c i o d s i e b i e przez tego wszech- 
obecnego trzec.iego uczestnika: mu- 
zykę albo film. 
Cisza i brak rozryv.-kl są czymś 
więcej niż przykrą niew} godą dla 
telewizyjnego pokolenia - stano- 
wią one groźbę. Wywołują trwo- 
gę..- 
SOI/ N: Potrzeba ciszy. jeżeli 
chodzi o nich, nie Istnieje. Wydaje 
mi się że potrafili sobie dać radę z 
hałasem. 
KOSIŃSKI: Dziwi mnie 10 jak 
oni sobie daią rldę z czymkolv.-iek. 
Wielu z nich nie umie. Coraz więcej 
rodzico\'. pozostawia dzieci przed te- 
le\'.izorem jako ich opiekunem, za. 
kładaj'lc że oglądanie telewizji jest 
b;:zpieczniejsze niż chodzenie po rze- 
czywistych ulicach tloza domem. Ale 
czy tak jest? 
W przeciwieństwie do telewizji 
dzieci dorastają. Przez lata uczono 
je sprawować \'.łldz(;' nad ich ma- 
łym światkiem przez zmienianie 
stacji, kiedy były znudzon::-, i przy- 
zwyczliły się do uproszczonego. 
niedwuznacznego świata telewizji. 
gdzie bżdy jest po to. żeby je 
bawić. j,lko podrasta " lca młodzież 
są naturalnie - zagrożeni obecnością 
rzeczywistych ludzi. nad którymi 
nie mają władzy. Inni ich popy- 
\:hają. wykrzywiają się do nich. 
wkraczają na ich teren_ A oni nic 
nie mogą zrobić. żeby fl\ zatrzy- 
mać. Zaczyn:lją odczuwać że ten 
realny świat niesprawiedli\'. ie ich 
ogranicz,l. bo przecież rzadko od- 
daje im do dyspozyc!i altermtywne 
stacje. 
Ponieważ ten nieoblicz;tln
 rze- 
czywisty świat nie funkcjonuje 
zgodnie z systemem czaso\'. ym. 
gd7ie Sa! odpowiednie otwor
1 tak 
jak w J.utomatach i ponieważ jest 
on peł::-n dwuznaczno
i, dzieci wy- 
chowane jako widzo'}, ie telewizji 
czuią się oczywiście prześladowa- 
ne. Ale chociaż nasze przemy'łowe 
państwo nie stwarza wielu sytuacji. 
w ktjrych w ciągu trzydziestu mi- 
nut dochodzi do roz,trzygn:ęcia. 
ani nie stwarza wyraźnych boha- 
terów i łotrów. telewizyjni mło- 
gowcy wciąż oczekują ł.ltweg..) roz- 
wiązania. Kiedv ono nie przycho- 
dzi. staj'l się niecierpliwi. a potem 
twardnieją jak kamień albo ogar- 
nia ich rozczarowanie. W tym świe- _ _ _ _ _ _ _ _ 
cie hierarchii i brutalnego współza- 
wodnictwa, bezrobocia i inflacji zaw- 
sze coś im rzuca wyzwanie. a inni 
górują często nad nimi. Wkrótce za- 
czynają wierzyć Że błąd leży w nich 
samych. Zamiast osi 'lgnąć pełnolet- 
ność. rozkładają się. 
Ten proces, który stwarZa sł,lbych 
i bezbronnych, zdaje się obecnie 
stanowić ogólną regułę w Amery- 
ce. Dzieci zamożniejsze mają 
doświadczenia. które przeciwdzia- 
łają wpływowi telewizii: mają oka- 
zje do zetknięcia ;:ę Z rzeczywis- 
tymi końmi. z rzeCLywi"tymi lasa- 
mi, z rzeczywistymi górami. z rze- 
czami. które mogą widzicć. dotykać 
i których mogą d0 7 nawać. jednak- 
że dużo dziec z klas średnich i 
prawie wszystkie ubogie dzieci są 
zdane na ł.tskę telewizji przez y ie- 
le godzin... 
SOli N: Gdy pytałem pana o ci- 
sZę.. . 
KOSIŃSKI: Dla mnie cisZ"! i sa- 
motność S'I konieczne dla samo- 
określenia. dla codziennej oceny celu 
mego życia. Cisza :anu.ie wtedy, 
gdy rozważam kim je
tem kiedy 
czytam prozę lub poezję. Czytanie 
i pisanie są c 7 ęścią konfrontacji _ _ _ _ - - - - . - _ 
mnie samego ze społeczeństwem. 
Są części'l mych pasji oraz mych 
rezygnacji. 
SOHN: Wydawałoby się więc że 
te1ew'zja może okradać nas z ży- 
cia naszej wyobraźni. 
KOSI.'VSKI: Widowi,ko telewi- 
zyjne iest produktem lud 7 i. z kt6- 
rych 
ielu jest pierwszorzędnymi 
artystami. prawdziwie twórczymi, 
pomysłowymi. zaint resowan
 mi swą 
pracą : jej uder7ają("vm wplywem 
na publiczność. Ale \'. idowi,ko telewi- 
zyjne, zc swei istoty. jest wynikiem 
zbiorowej, a nie indywidualnej, fan- 
tazji. Podlega ono różnym zbioro- 
wym wpływom. zbiorowej pracy e- 
dytorskiej, zb:orowvm uproszcze- 
niom. zbiorowej poręce. i tp. Inn
- _ _ _ _ - - - - - - 
mi ,ło\'. y: ..Brought to you by... . 
\le telewizja posiada również in- 
ną ceche charakterystyczną. coS. co 
mamy skłonność przeoczać. Jest to 
przenośny multi-teatr. Jeżeli 
podcZ"ls oglądania jakiś program 
nas wyprowadza z równowagi, nie 
musimy się podnieść, opucić teatr 
i iść ulicą. żeby dojść do innego 
teatru i zapłacić za zob:.łczenie in- 
nego widowiska. Po prostu nac:ska- 
my gUZJik i przcno,imy się w inne 
miejsce. Oto, w każdej chwili. mo- 


Replinted witIJ the kind permis- 
sion Irom the April 1975 isslle 
ol Ml'dia & MetllOds MllRa
int', 
c 1975: David A. Sohn 


żerny wyjść z jednej zbiorowej fan- 
tazji i wejść w inną. Ta nie wyma- 
gająca Ż"ldnego wysiłku władza nad 
dział,lInością zajmującą tyle naszego 
CZ'lSU m,1 głęboki wpływ na nas. 
Bo przecież taka swoboda bez wy- 
silania się nie istnieje w żadnej in- 
nej dziedzinie naszego życia. 
SOHN: Jest je
zcze inne 
pytanie, które chciałbym postawić. 
Dotyczy ono Josepha Conrada i pa- 
na. Obaj jesteście autorami pocho- 
dzenia pol
kiego, a jednak każdy z 
panów p:sał po angielsku. Dlaczego 
tak jest? 
KOSIŃSJ{I: Nie mogę mowić za 
Conrada. Kiedy przyb}łern do 
Ameryki, to co mnie naj- 
bardziej urzekło w związkl z języ- 
kiem angielskim to s,lm fa
l, -'-e 
każdy mówił nim tutaj. 
SOHN: Część otoczenia. 
K05JIŃSKI: jak telewizja. 
SOliN: Ale jestem zain:rygowa- 
wany. 
KOSIŃSKI: Byłem dwujęzycz- 
nym dzieckiem. Moi rodzice byli 
Rosjanami, lecz ja wyrosłem w Pol- 
sce. Jako chłopak byłem niemową 
przez kilkanaście lat. Kiedy od- 
zyskałem mowę. kraj uległ stalini- 
zacii i utracił wolność słowa. Dla- 
tego też nigdy nie pisałem we 
wschodniej Europie. Wypowiada- 
łem się w fotografice. Angielski. 
ktorego nauczyłem się po przybyciu 
tu:aj w r. 1957. nie wywołuje we 
mnie uczucio\'.o negatywnych reak- 
cji. Z"lkorzenionych w mej przesz- 
łości. Bardzo szybko zoriento\'.ałem 
się Że łatwiej mi było dać wyraz 
moim uczuciom nawet w prymi- 
tywnej wówczas angielszczyźnie 
niż polsku lub po rowhku. 
Po angielsku nie bałem się być so- 
bą. nie czułem osobistego zagroże- 
nia przcz 10. CD mówiłem i nadal 
tego nie odc.zuwam. kiedy mówię 
lub piszę po angielsku.. 


WO
@ill@
@il 
komentarze 


w powie.fci Jerzego Kosińskiego 
,.Bein
 There" po raz pierwszv poja- 
wilo sir slowo "video(', dziś już u- 
:.ywane w potocznym jrzvkll. Ozna- 
cza ono c:.łowieka, którego jedynym 
kontaktem ze światem jest telewizja. 
Źrńdło.
lńw (video + idiota) nie W)'- 
stawia videode zbyt pochlehnego 
.fwiadectwa. 
W,'wiad z Kosińskim. w"drukowa- 
ny w amerykańfkim pi.fmie ..Media 
& "vfethods", ::ajmll;qrym .fir bada- 
niem rń:.nvch zaf!adnień wvc1lOwaw- 
c'tYch (..EY!'loration in Edllcation") 
w\'ja.fnia to zjawisko i ilustruje je 
pr'l"kladami, które IIkaZl/ją przera- 

ajqcq wi'[ję pr::.yszło.fci - ..naród 
videotńw". 


Jerzy Kosiński. alltor 
oJnvch 
hiq
ek. które TJr::yniosly m'u sł
wr 
Jwiatowq i lic::.ne mird::.)'nOl odowe 
nawodv. ni.f:.e wyłacznie po an
iel- 
sku. W r. 1969 ,.Wiadomo.fcr' dru- 
kowah fra!?mcnt .,Steps" (..Stopnie") 
w nrzeklad::ie Jadwigi Maurer. 
Dwa lata temll Kosińs1i 7mtał pre- 
ze.fem-iako viorw.wy clldzo'liemiec- 
al1lPr"kańskip
o PEN-Clllhll. Wyhra- 
ny na dru
q kadendĘ'. "iedawno wi- 
tał na doroc::nym hankiecie PEN- 
Clllhll honorowe
o gościa. wybitne- 

o murzV1hkief;?o poetę. Leopolda 
Sedar Senghor. który ie,
' 'dnocześ- 
nie pre::ydentem Senegalu. W SWW71 
przemówieniII, mówinc o tradvc;i łq- 
czenia liti'ratllry Z nolitykq i dyplo- 
macjq. Kosiń
ki wymienił wśród 
nazwi,.!.: - m.in. Miltona, Yeats'a, 
Bacona. Claudela. Pu..zkina. Malraux. 
Sefarisa. Dżilasa - równie:' Jana 
Lechonia i Czesława Miłosza. 
..Wiadomo.fci" d::.irkujq Jerzemu 
T(osińskiemu i Davidowi A. Sohnowi 
oraz Mr. Ąnthonv Prete z r -dakc;i 
.7v f edin & Met"od.f" ::0 nliarowanie 
nam "rawa druku nol.
kiej wersji wv- 
wiadu (którv 1Jodaiemy z pewn"mi 
skrótami). 


Niedawno dotarł do nn.f pięknv al- 
hum namintkowy. w\'dany w l'f!rani- 
c-onej iTo.fci e
zemnlarzy z okazji wi- 
zvtv krńlnw,,; E1żhiety w Kanadzie 
w r. 1973. 54 w.fvaniałe kolorowe 
7djecia poka:.u;q urode i ho
actwo 
Fanndv. W.fród wier.f"lY an
iel.fkich 
i Irancu.fkich znaTa::ł .fie przekład 
wi('rs::a Wacława Iwaniuka p.t. "l 
lear continua11" that the premature 
nif!hr. .." Wiersz ten, pod polskim 
tytułem ,.r"iqRle .fil' hojf że pr"led- 
wcze.fna noc. __" p{)chod'Zi z tomu 
..W"hńr wierszv". 
Alhum hvł nre::entem !,remiera 
Kanad" dla Królowe; i rJremierów, 
hioracvch w7::.iał w konferencji Bry- 
ty;skiej Ws"ńlnoty w Ottawie. 


K.fil1
ka Het1rvka Grvnbe,rga p.t. 
,"L:.vcie ideoln(!ic:.ne". krńrej kiTka 
fragmentów drukowaly ,. Wiadomo.f- 
ci", uka
e się (z vr::edmowq Jana 
Kotta) z l..nńcem hr. nakładem Pol- 
ski('j Frmdacii Kulturalnej w Lon- 
d\'nie. 
Prz\' okazji sprostowanie. 
..Pa
d-;prnik" of!łos'lony w nr. 7520 
. Wiadomo.fel" nie jest ani pełnym 
ani o.ftatnim m-dzialem ., tycia ideo- 
10 f!iancf!O". ;ak mvlnre poinformo- 
wał czvtelników odsvłacz redakcyjny
>>>
4 


WIADOIIIO'CI 


Nr 1531/1532, 3rd/lOth August 1975 


Jako Hiob stanęła przede mnq. 
Powieki 1 Zadrgały. Perel słonych 
s,nur rozlal się miękki... 1 Upiorna 
zmora sczezła w niebieskawym 
dymie. 
Wzdłuż łańcucha bogatych w ko- 
paliny gór Uralskich, których nie- 
wysokie pasmo stanowi granicę mię- 
dzy Rosją europejską a Rosją az- 
jatycką, wije się od południa ku 
pÓłnocy wąż kolei żelaznej. Za Ro- 
manowów można było jechać kole- 
ją od Orenburga (dzisia.i Czkałow) 
do Jekatierinburga (Swierdłowsk) i 
dalej do Nadieżdinska (Sjerow). Na 
naj nowszych map,lch widać przedłu- 
żenie trdSY z Sjerowa do Samarowa. 
Iwdielu i Połunocznoje. 
Mój pobyt w Iwdielu w r. 1941 
przyczynił się w nieznacznej m1erze 
do oczyszczenia trasy Iwdiel-Połu- 


1 


r 


[ 


FEUKS LACHMAN 


SiedeUl 


. . 
unesl
ey 


zanie
 jej wiadomo
ć o córce. 
Zajechaliśmy tramwajem podczas 
ulewy na ul. Czajkowskiego, po 
czym dobijaliśmy się bezskutecz- 
nie przez długie minuty do drzwi 
chałupki. Sąsiedzi, do których 
też stukaliśmy. powiedzieli że 
"matka" powinna być w domu, 
za
 córka pracuje gdzieś daleko 
na południu. Stukaliśmy znowu, 
aż wreszcie drzwi otworzyły się 
na chwilę i w szparze ukazała 
się twarz kobieca. Zanim żona 
zdołała przekazać pozdrowienia 


;I 


.1ii
.' ,. 

 ,. 


-\: 

 / 


dzo starego, jak się potem okaza- 
ło) wynotowałem adres firmy. 
Obok nas biwakowała para mał- 
żeńska: Maks i Myszka. - Jego pa- 
miętałem z lat szkolnych: był zaw- 
sze "buntownikiem"; w r. 1915 u- 
ciekł z domu do Legionów, z kt6- 
rych wyszedł jako sierżant. Potem 
"lewiał" i pił coraz potężniej - 
przyjaźnił się z Broniewskim. Jego 
stosunek do głównych postaci ko- 
munizmu ubierał się w szaty poezji 
polskiej, którą miłował. O Leninie 
mawiał: Pan Włodzimierz. 


włosa, miła - ale nie mogę oprzeć 
się podejrzeniu że bvłd seksotką 
(sjekretnaja sotrudnica, czyli tajna 
współpracownica NKWD). 
Meczety - z cudami mozaik,i i 
łuków - były w najlepszym razie 
obrócone na muzea, w najgorszym 
- na magazyny zboża i stajnie. 
Co mieściło się w olbrzymim wa- 
rownym zamku emirów buchar- 
skich, których car swoimi kuzyna- 
mi nazywał, tego nie wiem. Wiem 
natomiast z opowiadań że dawniej, 
podczas godzinnej przerwy obiado- 
wei. złotnicy z Ulicy Złotników nie 
zabezpieczali swych sklep6w lepiej 
niż zamykaniem drzwi na klamkę 
i przystawianiem do nich zydla, na 
znak że właściciel jest nieobecny. 
Bardzo rzadkich złodziei czekało po 
schwytaniu odrąbanie prawej dłoni, 
a przy recydywie - marsz na sam 
szczyt specjalnej wieży, skąd nie- 
szczę
nika strącano na ziemię. Te- 
raz nie odrąbywano dłoni i nie 
strącano z wieży - chyba dlatego 
że w całym emiracie nie znalazłbyś 
ani jednego złotnika. 
Olek dostał przez Kurta zajęcie 
w dziale admi.nistracY1nym s:zJkoły; 
wkrótce potem i ja dostałem tym- 
czasową pracę, jako korepetytor dla 
podniesienia poziomu język6w ob- 
cych (niemiecki, francuski, angiel- 
ski) w trzech najwyższych klasach 
"dziesięciolatki". Płacono od godzi- 
ny. Po tygodniu utraciłem pracę 
nie wypadało, by eks-skazaniec u- 
czył dzieci sowieckie. 
Pamiętam z podręcznika języ- 
ka angielskiego opis Glasgowa: 
Duży ośrodek przemysłowy w 
Szkocji. Ludność - 95% wy- 
zyskiwanych proletariuszy i 5% 
krwiopijców-burżujów. Co wie- 
czór burżuje rozjeżdżajq limuzy- 
nami, ochlapujqc błotem prole- 
tariuszy. którzy swkają resztek 
żywności w rynsztokach i śmiet- 
nikach. KażdeRo ranka policja u- 
suwa z ulic kilkanaście trupów 
zmarłych z głodu proletariuszy. 
(Po wojnie moskiewski klub pił- 
ki nożnej "Dinamo" odwied:ził 
Wielką Brytanię; czytali
my wte- 
dy w gazetach Że zawodnicy so- 
wieccy bardzo chcieli odwiedzić 
Glasgow.) *) 


\\ J 
" 
.\ 


\', 


! 


1 


 I' 



 
f 


Ruiny wielkiej zagrody uzbeckiej koło Urgcnszu. (Rysunek #Obiooy w lutym 1942) 


od córki, baba wrzasnęła: .,Nie 
mam żadnej c6rki", i zatrzasnęła 
drzwi przed nosem, zostawiając 
nas pod ulewnym deszczem. 
Jechaliśmy na południe wzdłuż 
pasma gór Uralskich, aż dojecha- 
liśmy do Czkałowa. To dawniejszy 
Orenburg - podobno wrota z Eu- 
ropy (pożal się Boże!) do Azji. 
Orenburg z powieści Puszkina ..Ka- 
pitanskaja doczka" i Orenburg z r. 
1890, gdzie ojciec mój służył jako 
ochotnik (.. wolno-oprediel.ja juszczij- 
sja") w jednym z pułk6w piechoty 
imienia jakiej
 niemieckiej ..princes- 
sy". spokrewnionej z Romanowami. 
W Orenburgu popas. bo nie ma 
pociągu. Siedzieliśmy, a raczej na 
wpół leżeliśmy - na kamiennej po- 
sadzce dworca kolejowego. pilnując 
każdej zardzewiałej bańki metalo- 
wej i każdej brudnej szmaty. Gdy 
trzeba było "wyj
 na stronę", mu- 
siało się skakać lub okraczać le- 
żących. 
Raz po powrocie z takiej wy- 
cieczki żona znalazła mnie minus 
jedna susząca się onuca, którą 

wisnął jakiś pauper, ale plus 
nasz stary druh i sąsiad, adwo- 
kat z Warszawy, Marian T., o 
którym dochodziły nas, jeszcze 
przed aresztowaniem. widci o 
jego pobycie z rodziną w Wilnie 
i o tym Że starał się o wizy wjaz- 
dowe do Stan6w i tranzytowe 
przez ZSSR i Japonię. Wyglądał 
o całe niebo lepiej niż my - 
był zresztą w łagrze tylko dwa 
miesiące, a i w więzieniu kr6- 
cej od nas. Zaimponował mi bu- 
tami z cholewami i driarską mi- 
ną. Jechał z Workuty do Bu- 
zułuku, i nas też namawiał. by
- 
my tam jechali. Odrzekłem mu 
na to Że najpierw musimy pod- 
reperować zdrowie i pojedziemy 
na południe, przy czym podob- 
no (czego ja nie pamiętam) wv- 
mieniłem miejscowość Jangi-Jul 
(pod Taszkientem), gdzie są sady 
i winnice. 


Pożegna-łiśmy się gdy nadszedł 
jego pOCiąg. a potem jechaliśmy 
wprost do Taszkientu, mniej więcej 
'iZ]akiem starszych Signorów Polo, 
gdy jecha]'i pierwszy raz do Chin. 
Dojechaliśmy wreszcie do stolicy 
Uzbekistanu i ..rozbili
my namioty" 
na wielkim placu przed stacją ko- 
lejową. Koczowało tam kilka tysię- 
cy ludzi, którzy przybyli do tego 
największego miasta Azji Środkowej 
sowieckiej. Po paru dniach wybra- 
łem się do 
rodka Taszkientu i 
;kierowałem kroki do SAGU (Sried- 
n;e-A ziatskij G oS/ldarstwiennyj U- 
niwiersjitiet). Wszystkie biura. sale 
wykładowe i seminaryjne były zaję- 



 


,..\ 


, 


. 


') t l 
-J:.- 


W Taszkiencie był z żoną, nau- 
czycielką
polonistką; ich mała có- 
reczka, Lenka. leżała w szpitalu. 
Blisko dwa lata przeżyli "na po- 
siołku" w Soswie - razem z Bo- 
lesławem Drobnerem. Komunistycz- 
na przeszłość nie chroniła od zesła- 
nia. 
Po kilkunastu dniach bezcelowe- 
go biwakowania w Taszkiencie wy- 
ruszyliśmy do Buchary we czworo: 
nas dwoje, Olek i jego dZjiewczy- 
na. która przypętała się po dro- 
dze. M ieliśmy ze sobą spory wo- 
rek z sucharami z ciemnego chle- 
ba, zdobywanego całonocnym wy- 
stawaniem w kolejkach. Z tego wor- 
ka świ
nięto nam wszystkie sucha- 
ry, gdy spali
my na nim w ciem- 
nym wagonie towarowym. 


Poznałem w Bucharze niejakiego 
p. Bielawskiego, Polaka urodzone- 
go w Leningradzie (Pet,ersburgu) i 
nie znającego zupełnie Polski. Re- 
wolucja rozbiła mu życie. zmi.otła 
pierwszą i drugą rodzinę. więziła 
czterokrotnie w łagrach: osiadł wre- 
szcie w Bucharze jako optyk. Po- 
magał nam czym m6gł - mam 
Gdzieś i kiedyś między Sjero- dotąd świecę z wosku pszczelego, 
wem a Taszkientem chcieli
my jego roboty. Przynosił chleb, melo- 
sprzedać lusterko do golenia ny, węgiel za pazuchą. Żonie mo- 
(płaskie z jednej, wklęsłe z dru- jej podarował ładny nowiutki busz- 
gie.i strony). Na ..tołkuczce" da- łat. Przewidywał możli,,'o
ć wypusz- 
wano żonie 
miesznie mało, więc czenia Wojska Polskiego z ZSSR. 
nie sprzedała. Wstąpiliśmy do RadZiił trzymać się blisko polskiego 
jadłoda
ni, gdzie omawialiśmy o
rodka organizacyjnego. 
półgłosem nieudaną tranzakcję; Musie1i
my wyprowadzić się od 
nagle siedzący obok nas młody Kurta - chyba to władze zmusiły 
człowiek zagadnął nas po polsku. go do wyrzucenia nas. przenieślig- 
vy sposób ni,ewypowiedzianie. d
- my się do domku zamożnego Uz- 
hkatny . zynuslł nas do przYjęcia beka, kt6ry słabo mówił po rosyj- 
50 rubh Jako d
ru, pr
ząc, 
ylko sku. N
e płaciłem nic za nasz po- 
o oka
me w mlar.ę mozno
l po- koik: miałem niby pomagać jego 
dobnej po
ocy mnym mlzera- o
mioletniej c6reczce w zdobywaniu 
kom. Gdy zona chciała 
odaro- znajomości czytania po rosyjsku, ale 
w
ć ';lu paczkę m.achorkl, zaś- pewien jestem że Kurt płacił za 
miał Się młodym śmIechem: właś- nas. - 
nie ha.ndel . machorką był pod- Zaproszono mnie raz na przyję- 
stawą Jego Interesu: .. cie (..men onIy'') - trzech Uzbe- 
Innym. ra
eyn sledzleMmy w k6w i ja czwarty. Siedziało się na 
garkuchm. ZUjąc w
asny chleb: dvwanie dokoła wielkiej mosiernej 
p.osypany restauracYjną solą l tacy, na kt6rej były kawały pieczo- 
clenk
 I?osmaro
any mus:zJtardą, nej baraniny i różne jarzyny. Jadło 
g
y j
kl
 starsLY ro
otmk po się pakami. oblizuiąc je i mlasz- 
zjedzemu tale
za gęstej 
upy po- cząc. Wina nie było - Mahomet 
szedł po drugI talerz, 
tory pod- zabronił. Po uczcie pili
my czaj, 
sunął nam wraz z duzą kromką iednym kubkiem. kt6ry krążył do- 
chleba. koła tacy. 
Gospodarze mieszkali w cudow- 
nej, obszernej i bardzo wyJ;okiej iz- 
bie ze ścianami wykładanymi mo- 
zaiką. W pewnym punkcie kamien- 
nej posadzki. niezupełnie po 
rod- 
ku. było wgłebienie z rusztem. Pa- 
liwem był. zdaje sie. wegiel drzew- 
ny. Pod wiecz6r rozoalano ogień, 
kt6ry rozgrzewał podłogę dokoła 
tego pieca (..mangal''). a po wygag- 
nięciu żaru rodzina układała się 
na spoczynek n"l RTUbvch dywanach 
w szyku promienistvm, nogami do 
pieca. Wszvscy przykrvwali się jed- 
ną olbrzvmią kołdrą wartową. wiel- 
ko
ki chyha blisko 4 x 4 metry. 
a może kołdrą kolistą o 
rednicy 
4 metrów. Głowa w chłodzie, stopy 
w cieple - taki był imperatyw hi- 
gieniczny. 
Zdaje się wła
nie w Bucharze 
słyszałem urzez radio słuchowis- 


Buchara była dla nas miniaturą 
Taszkientu - to samo biwakowa- 
nie przed stacją. tylko na grubej 
warstwie pyłu o konsystencji mąki. 
Z dala było widać co pewien czas 
kTOczace poważnie kosmate wielbłą- 
dy baktryjskie: od uździenicy szedł 
długi sznur do kulbaki wielbłąda 
na przedZjie, zaś sznur od pierw- 
szego wielbłąda był przytroczony 
do osiołka. wiodącego karawanę. 
Mimowoli błyskał w pamięci teatr 
..Siniaja ptica" i słowa: "Odin wier- 
bIj ud idioto drugoj wierbljud idiot..." 
W Bucharze nie umarli
my z gło- 
du, bo Olek znalazł tam zupełnie 
niespodziewanie dobrego znajomego 
z Polski. Był to młody absolwent 
uniweI'sytetu wi,edeńskiego, ideowY 


t" I ""I 
1, 


*) Czytałem niedaWl10 w podręczni- 
ku iezvka angielskiel!;o dla 10 klasy szko- 
ły (redniej, wydanym w Moskwie w r. 
1972, w artykule niejakiego Doul!; Bain 
"Ooe of thousands": 
"George Square stał się teraz miei- 
scem. gdzie w porze poobiedniej, kiedy 
muzyka już nie gra, zbiera się bezrobot- 
na młodzief Glasl!;owa". (Cóf u diabła 
z tvm Glasgowem - jak powiada sta- 
ry Fredro). 
..W Szkocji 10.000 młodzieńców w 
wieku do 18 lat (czyli jedna trzecia mło- 
dzieży) nie może dostać pt'acy. Z ej 
licZibv przeszło 2.000 nigdy nie miało 
zajęcia od chwili opuszczenia szkoły. 
To samo słyszymy ze wszystkiCh czę- 
ści Wielkiej Brytanii: z Walii. z zagłę- 
bia rzeki Mersey, z Sunderlandu i na- 
wet z bogatego połud'TIiowel!;O wschodu 
Anglii. Dziesiątki tysięcy młodziefy rO- 
botniczej nie mają pracy. 
* 
Musimv położyć kres zamachom na 
prawa młodzieży. Rząd, który nie umie 
wykorzystać uzdolnień, efltuzjazrnu i 
ideałów swej młodzieży, winien ustą- 
pić. Młodzież winna być zwarta w wa1- 
ce prleciwko rządowi konserwatywne- 
mu". 


,1_ 


I 
\ "\' 



;I 


1 


ULbecy z kołchozu nad Arou-Daną. (Zima 1942) 


te na szpital wojskowy. Wyszuka- 
łem Zakład Chemii Fizycznej i tra- 
fiłem na profesora Usanowicza, któ- 
ry przyjął mnie grzecznie. pokazał 
swe pracownie naukowe i podaro- 
wał trochę tytoniu do fajki. Natu- 
ralnie nie było mowy o jakimkol- 
wiek płatnym dla mnie zajęciu. Zna- 
lazłem natomiast katalogi londyń- 
skiej firmy Adam Hilger Ud.. kt6- 


komunista, najzacmejszy człowiek, 
który natychmiast przygarnął bez- 
domną czwórkę. Spaliśmy co praw- 
da pokotem na podłodze jedne; z 
dwu izb mieszkania. ale żywiliśmy 
się chlebem i winogronami, jak 
Kurt i Katia z rana i wieczorem. 
Oboje byli nauczycielami w szkole 
średniej. Kurt jeszcze we Lwowie 
zgłosił się do władz okupacyjnych 
z pro
bą o pracę w Rosji. Katia 
była hoża. jędrna. krągłolica, jasno- 


. 


Widać pewien postęp od 1940 do 
1972 roku. 


Rysunki ADAMA KOSSOWSKIEGO 


I I 
ezyseea 


ko o wyborach do parlamentu 
brytyjskiego, oparte całkowicie na 
opisie dickensowskim wybor6w w 
Eatanswi11 (larta dwudzieste XIX 
w.), które pamiętamy z "The 
Pickwick Papers". Naturalnie w 
słuchowisku nie było mowy o 
Dickensie. i słuchacze odnosili 
wrażenie Że chodzi o wybory do 
parlamentu brytyjskiego w okre- 
się tuż przed wojną. 
Kilka tygodni po tym słucho- 
wisku przeczytałem w ..Prawdzie" 
czy "Izwiestjach" (a może w ga- 
zecie miejscowej) op'is wybor6w 
w Anglii współczesnej, .,zerżnię- 
ty" bezwstydnie z ,.Pickwicka". 
Oto mocne przeżycie, w którym 
odegrałem tylko rolę widza. 
W drugiej połowie listopada 
1941, żona Uzbeka, pod nieo- 
becność męża, przysłała do na- 
szej izdebki c6reczkę, która ła- 
maną ruszczyzną m6wiła z wiel- 
kim niepokojem i strachem: "On 
priszoł... on upał..... Poszli
my z 
żoną do mamy, która - wobec 
grożącego niebezpieczeństwa - 
pokazała się obcemu mężczytnie 
nie przy mężu. Kołyska z nie- 
mowlęciem stała w tej wielkiej 
izbie przy drzwiach blisko ł6ż- 
ka. na którym leżała zwinięta w 
pierlcienie jadowita żmija. Spa- 
dła z gniazda - dziury w 
ia- 
nie tuż pod wysokim sufi.tem. 
Uzbeczka podawała mi ostry n6ż 
i toporek, błagając wyrazem twa- 
rzy, bym zabił gada. Niestety 
nie czułem się na siłach, zresz- 
tą nie miałem niezbędnego do- 
świadczenia i wyszkolenia. Wre- 
szcie ustalono że ja zostanę z 
Uzbeczką. toporem i nożem na 
miejscu, by bron-ić niemowlęcia, 
gdyby groziło mu niebezpieczeń- 
stwo. zaś żona z dziewczynką 
pobiegły do mieszkającego do
ć 
daleko ojca Uzbeczki. Po p6ł 
godzinie przvszedł stary, wysu- 
szony Mongoł, zdjął obuwie. ujął 
n6ż w prawą, a toporek w lewą 
dłoń. stanął przy łóżku i błys- 
kawicznie skoordynowanymi ru- 
chami podsunął ostrze siekiery 
pod łeb żmii, a ostrze noża przy- 
cisnęło szyję. Po odcięciu łba 
Uzbek nie uspokoił się. aż po- 
ciął gada na drobne dzwona. 
W Bucharze zetknąłem się po raZ 
pierwszy Oistopad 1941) z miejsco- 
wym ,.mężem zaufania" władz pol- 
skich w ZSSR. Był to adw. Mar- 
gulies (łodzianin?). Zwróciłem się 


tf' 


.Jf, 


do niego z pro
bą o powiadomie- 
nie londyńskiej firmy Adam Hilger 
Ltd. o sytuacji, w jakiej się oboje 
znajdowali
my. Chodziło naturalnie 
o wiadomość telegraficzną. nic więc 
dziwnego że adw. MarguHes po- 
czątkowo nie bardzo się kwapił. 
Na wszelki wypadek zapisał, o cO 
mi chodziło; p'isząc moje nazwisko, 
zapytał. czy jestem tym inż. Lach- 
manem. który zrzekł się możno
ci 
legalnego powrotu przez Brześć 
n / Bugiem do Warszawy w maju 
1940, gdy sowieccy członkowie mie- 
szanej komisji wymiany ludnoki 
nie chcieli się zgodzić na przepusz- 
czenie towarzyszącej nam sarni 0- 
nogiej pinczerki Kitty (,.wnuczki" 
Tuwima). ,.Zostaw ją tu, wrzuć do 
tego dołu, a my zrobimy z nią ko- 
niec". Naturalnie pokazali
my ko- 
misji plecy i wróciliśmy do Brześ- 
cia i Lwowa. skąd wreszcie zaczę- 
1iśmj krajoznawczą podr6ż po 
ZSSR. 
Adw. Margulies wykrzyknął: 
,.Muszę pomóc człowiekowi, który 
miło
ć do psa kładzie wyżej od 
nienawi
ci do systemu". Po dwóch 
tygodniach adw. Margulies zmarł 
na tyfus plamisty. 
W Bucharze było kilka tysięcy 
uchodźców z Polski. byłych więź- 
niów lub zesłańców. Zagęszczenie 
ludnoki i... robactwa sprzyjało 
szerzeniu się tyfusu: władze sowiec- 
kie po!tanowiły wysłać z Buchary 
znaczną część tułaczy. Wyjechali
- 
my 30 listopada. tym razem w 
"twardych" wagonach pasażerskich; 
jechali
my przez Samarkandę, Tasz- 
kient, na północ. Widocznie nie 
bardzo wiedziano, dokąd nas za- 
wiozą, bo na stacji Arys' (Kazach- 
stan) stali
my blisko 12 godzin. Po- 
tem lokomotywę przeczepiono na 
drugi koniec pociągu i pojechali
- 
mv znowu na południe, ale od sta- 
cji węzłowej Ursat'jewskaja skrę- 
ciliśmy na wschód. ku granicy chiń- 
skiej. 
Wla
nie w miasteczku Arys', 
koło 6 grudnia 1941. gdy kilku 
mężczyzn z transportu zaryzyko- 
wało krótki wypad "do miasta", 
ujrzeliśmy kolejkę z kilkuset 0- 
sób. które wyŻłobiły czarną kolei- 


nę w wysokim 
nicgu. "Co da- 
ją?" "Lody". "Morożenoje'l fe. 
raz? zimą? kiedy i tak zimno?" 
"To prawda, ale sto Czy dwieś- 
cie gramów lodów zawiera sporo 
śmietanki, t ł u s z c z u , kt6- 
rego nam brak. Zanosimy do do- 
mu, topimy nad ogniem i doda- 
jemy do potraw zamiast masła." 
W tymże Arys' wszedł do na- 
szego pociągu podchmielony, 
starszy wiekiem pułkowmk so- 
wiecki. Chwalił się Że w r. 1920 
był w korpusie Gaja, który po 
polskie.j kontrofenzywie zapędzo- 
no do Prus Wschodnich. Skar- 
żył się na ból chwiejącego się 
zęba. Jadący w naszym wagonie 
dentysta kazał mu otworzyć usta, 
ujął ząb. __ i wyrwał go szybkim 
ruchem. Oficer sowiecki był za- 
chwycony i chwalił wyższo
ć den- 
tystyki polskiej nad sowiecką. 


Dowieziono nas 10 grudnia do 
Andiżanu (głowne miasto "obwo. 
du"); przenocowaliśmy w różnych 
..hostelach": ja z żoną spałem na 
starym stole bilardowym w klubie 
"Krasny ugołok". Naza1utrZ rano 
rozwieziono nas arbami i innymi 
wehikułami po sąsiednich kołcho- 
zach - nas przydzielono do ..ba- 
wełnianego" kołchozu "Izwiestia". 
gdzie na polach rosły warzywa i 
bawełna, ale ani tdtbła zboża. 
Dwudziestu sześciu uchodźc6w 
płci obQjej, od 14 do 65 lat, rzu- 
cono do izby, która chyba była 
poprzednio sklepem. Okna zabite 
deskami, drzwi wychodziły do cze- 
goś w rodzaju szopy z otworem 
drzwiowym. W izbie zamiast po- 
dłogi było gliniane klepisko. na 
którym spało się, jak kto umiał. 
Po
rodku izby był żelazny piecyk 
z rurą. przebijającą dach. O opał 
było trudno. Podczas długiej nocy 
świeciła lampka naftowa z płaskim 
knotem. Racja żywności wynosiła 
400 gramów mąki jęczmiennej z 
otrębami; po odsianIU grubych i 
długich wąsów, pozostawało mniej 
niż 300 gramów mąki dZjiennie na 
człowieka. Zarabiali
my tę mąkę 
wodą, bez soli. i możliwie najcień- 
sze podpłomyki wypiekaliśmy na 
gorącej zardzewiałej blasze, wspar- 
tej na paru połamanych cegłach. 
Paliwem byłY prawie zielone jeszcze 
łodygi krzewu bawełnianego, które 
dawały "wiele dymu, ale mało cie- 
pła". Te jęczmienne przaśniki były 
naszym chlebem powszednim w do- 
mu niewoli, ale jeszcze bez nadziei 


. 
... 


,\, 
.;
 
\ 


nocznoje. Nad odcinkiem Samaro- 
wo-lwdiel pracowały przed ostatnią 
wojną ..brygady", złożone z robot- 
ników austriackich. byłych członków 
republikdńskiego Schutzbundu, któ- 
rzy, po beznadziejnej walce w lu- 
tym 1934, przedostali się z W.jed- 
nia do Czechosłowacji i dalej do 
ZSSR. Do Austrii powr6ciły pc la- 
tach nieliczne jedno;tki. Podkłady 
toru kolejowego, biegnącego ""śr6d 
nieskończonych wrzosowisk, różo- 
wiejących na tle tajgi, leżą na koś- 
ciach tych, co nie powrócili. 
u.Sz6stego wrze
nia 1941 po po- 
łudniu na stację Samarowo wto- 
czył się zestaw kilku wagonów 
towarowych, przywożący z Iwdie- 
lu transport zwolnionych z łagru 
Polaków. Na p;:ronie zaroiło się 
od tych byłych Ze-Ka, którzy 
mieli teraz czekać na pierwszy 
normalny poci,lg. mający zawieźć 
ich do Sjerowa, dość znacznej 
stacji węzłowej. Pociąg ten przy- 
był po bez mała godzinie, pra- 
wie bez pasażerów. Wyszła zeń 
kobieta, odziana w "kazionną", 
łdgierną spódnicę i buszłat. Po- 
deszła do jednego z przybyłych i 
zapytała po polsku, czy trans- 
port przyjechał z łagru iwdiel- 
skiego oraz czy znajduje się w 
nim Feliks Lachman. 
..Niech pani nie odchodri stąd 
ani na chwilę; proszę poczekać 
na mnie pięć minut, na pewno 
nie dłużej." 
Po trzech minutach przypro- 
wadził męża kobiety. 
Spotkaliśmy się o szóstej wie- 
cz6r, równo dwa lata po wyrusze- 
niu z Warszawy. 
Przenocowaliśmy w Sjerowie, a 
potem byliśmy cały tydzień na po- 
siołku tuż przy stacji Sos'wa, u 
brata żony, deportowanego z ro- 
dziną ze Lwowa jeszcze w czerwcu 
1940. Wyrzucił nas z posiołku zwie- 
rzęcy egoizm złej kobiety. która 
chciała pozbyć się ciężaru, jakim 
przez krótki cza; byliśmy dla niej 
i jej rodziny. Przez tydzień Żywil
ś- 
my się czymś podobnym do racu- 
chów. pieczonych na blasze z u- 
tartych ziemniak6w - bez tłuszczu, 
soli, jaj. mąki... 
Siedli
my w Sos'wie do puste- 
go wagonu z ..tw,lrdymi siedze- 
niaJmi". Na przeciwległej ławie 
siedział nieco od nas starszy ko- 
lejarz sowiecki. Pociąg ruszył na- 
gle - kolejarz przeżegnał się. 
Po pewnym czasie otworzył sto- 
iący na ławce koszyk. odkraiał 
kromkę chleba i wyjął jajo na 
twardo. ":tem wzrok jego pa
! 
na nas: UJrzał nasze ,.mundury 
łag;erne. Odkrajał dwie pajdy 
chleba i podał nam razem z dwo- 
ma jajami. Pierwszy nabiał od 
czerwca 1940. 
Starali
my się jeździć na 
pę, 
w r6wnej mierze dla braku pienię- 
dzy, jak i dlatego że dla kupna bi- 
letu wymagano zazwvczaj ..koman- 
dirowki", C'zyli rozkazu podr6Ży - 
f't ubi prenus (a s1ąd go wziąć), 
iak mawiały ..Sorbonosły". Jecha- 
liśmv na południe. W Swierdłowsku 
przesiedzieliśmy na stacji trzy dni li 
doczekaliśmy się przvbycia (z Iw- 
die1u) znajomego ze Lwowa, Olka, 
który dodał nam otuchy niezgnę- 
bionym optymizmem. dobrym ser- 
cem i 7aszytvmi wrekawie m ary- 
nd rki dolarami, kt6re przeszły wszy- 
;tkie dezinsektyzacje we ..wszobij- 
kach" (..woszeboikach") i wygląda- 
ły jak po błotnej kąpieli. 
W Swierdłowsku wszedłem raz 
z Olkiem, w strojach zdradzają- 
cych pobyt w łagrze. do lokalu 
w rodzaju kawiarni. Dowiedzie- 
liśmy się że jest kakao (bez cu- 
kru) czarny chleb (bez masła) 
i cz
rwony kawior: potem zarzą- 
dzający poprosił nas do swego 
pokoiku i w grzeczny spos6b wY- 
prosił za drzwi. składając winę 
za ten postępek na gości ka- 
wiarnianvch. 
Żona bardzo chciała odwiedZić rej byłem wyłącznym reprezentan- 
JI'Iatkę .,koleżanki" łagiemej. by tem na Polskę. Z tego katalogu (bar- 


Izba uzbecka. (Zima 1942) 


..exodusu", jak mace Hebrajczyk6w, 
opuszczających Egipt. 
Przez 60 dni dwudziestu sześciu 
ludzi w naszej izbie (troje zwiało 
wkrótce, ale o tym później) dosta- 
wało tę mąkę jęczmienną z otrę- 
bami. Jeden tylko raz każdy uchodź- 
ca dostał buteleczkę lub inne na- 
czynie z 80 gramami oleju z... 
jąder brzoskwini. Mieliśmy więc 
dziennie mniej niż 300 gramów 
węglowodanów i 1 
 grama tłuszczu. 
ale zaledwie znikome ślady białka, 
witamin i soli mineralnych. Doku- 
pywaliśmy, co kto mógł. Codzień 
gospodynie uzbeckie przynosiły mi- 
seczki miejscowego sfermentowanego 
mleka (.,katyk"). co
 między zsia- 
dłym mlekiem a jogurtem. Przyno- 
siły i "lepioszki" (płaskie miękkie 
placki pszenne). 
elazne prawo po- 
daży-popytu i monopolu podnosiło 
codzień ceny tych produkt6w, bo 
eks-..posiołkowcy" (ci co mieli jesz- 
CZe sporo ,.rzeczv" albo nawet pie- 
niędzy. a nie byli wyszkoleni w 
groźnej Akademii Głodu) nie umie- 
li zdobyć się na twardą politykę 
wobec bab uzbeckich, bo to po- 
ciągnęłoby za sobą p6łgłodowanie 
przez jeden czy dwa dni. 
Mieliśmy parę drobnych rzeczy, 
które trzeba było ..opylić", by za 
uzyskane pieniądze kupować dodat- 
kową żywno
ć. Przez pierwsze dwa 
tygodnie na targ do miasta chodzi- 
łem ja. w pożyczonych butach, bo 
w moich nie można było nawet 
marzyć o przebyciu sze
ciokilome- 
trowej drogi. ktorej jezdnia była 
głębokim błotem. a niby-chodniki 

romo i ślisko opadałY ku jezdni. 
Nie pamiętam już co miałem sprze- 
dać i co udało mi się sprzedać. Dwa 
razy nocowałem w Andiżanie: raz, 
podczas pluchy. w izbie z trzema 
uchodźcami z Polski. to znaczy ca- 
łą noc przesiedziało się w ubraniu, 
i każdy opowiadał swoje dzieje. 
Druga noc była pod gołym nie- 
bem na dziedzińcu ..czaj chan y". 
Ktoś grał na szarpanym instrumen- 
cie melodię chyba mongolską z dłu- 
gim śpiewnym zawodzeniem, a sło- 
wa brzmiałY z daleka jak mowa 
szwedzka. 
Nazajutrz po powrocie z tej 0- 


statniej wyprawy, około 30 grud- 
nia 1941, zachorowałem. Tempera- 
tura skoczyła do 40 stopni i wyżej; 
na ciele dokoła pasa wystąpiła wy- 
sypka. Powiedzieliśmy o tym leżą- 
cemu obok nas lekarzowi z Polski 
(doktorat u.J. z pierwszej połowy 
lat dwudziestych), który jako były 
deportowany miał kilka dobrze wy- 
pchanych waliz i pieniądze. powie- 
dział m o jej żonie: "To tylko 
potówka", a s w o jej: ..Pakuj 
rzeczy, wyjeżdżaJmy natychmiast". I 
wyjechali, nie zostawiwszy nie tyl- 
ko paru groszy na dodatkowe doży- 
wianie chorego, ale nawet najele- 
mentarniejszych wskazówek lekar- 
skich; a wiedział dobrze że to tyfus 
plamisty. 
(Po sześciu miesiącach, kiedy bY- 
liśmy z żoną w Teheranie. już poza 

yfusami. głodem. chłodem, smro- 
dem i brudem, dostałem list od te- 
I!'O chromającego doktora F., pisa- 
ny z ZSSR. Płaszczył się - "rassy- 
pałsja miełkim biesom" - sumito- 
wał się. przyznawał się do nieludz- 
"iN'o postępowania, i błagał o wy- 
ratowanie z ZSSR jego z żoną i 
siedemnastoletnią córką, kt6ra wte- 
dy grubo flirtowała z Uzbekam
, 
by dostać produkty żywno
ciowe o 
grosz taniej. Odpisałem że jestem 
zupełnie bezradny - nie wiem czy 
list mój otrzymał a zresztą mało 
mi na tym zależy.) 
Chorowałem bardzo ciężko przez 
osiem dni i tyleż nocy, a w ciągu 
tego czasu żona dokonywała cudów. 
Najpierw Zjmusiła kierownika koł- 
chozu, by posłał konno po felczera 
dla postawienia baniek, bo w na- 
iwno
ci swej uważała mój kaszel za 
objaw zapalenia płuc. Stary opierał 
się ale zagroziła użyciem najstrasz- 
niejszego przekleństwa. Przed nocą 
przyjechał młody sanitariusz z tu- 
zinem słoiczków po ogórkach. Bań- 
ki wgryzały się w ciało i nawet kale- 
czyły skórę. ale ciągnęły jak cho- 
lera. Kto wie, może ta miniaturowa 
autohemoterapia przyczyniła się w 
jakim
 drobnym stopniu do wzmo- 
żenia odporności ustroju? 
Sąsiedzi w izbie nalegali. by żona 
odesłała mnie do szpitala, ale usły- 
szeli odpowiedź: "Nie!" Leżałem na 
wpół przytomny i słyszałem jak żo- 
na z krzykiem i płaczem spierała 
się z kilku ludźmi, którzy chcieli 
pozbyć się chorego z izby. Opar- 
łem się na łokciu i falsetem pro- 
siłem ich by nie krzywdzili żony. 
.,Dlaczego ona płacze", pytałem 
nieprzyltomnie. 
W izbie było zimno; żona po- 
szła na poszukiwanie opału. Zna- 
lazła gdzie
 masywną toczoną nogę 
od krzesła meblowego, ale przyła- 
pano ją na gorącym uczynku kra- 
dzieży mienia kołchoźnego. Przed 
zarządcą kołchozu nie tłumaczyła 
się: zuchwale zażądała albo zastrze- 


lenia jej i mnie albo dostarczenia 
opału i kołdry. ..Chodź do izby, a 
zobaczysz, jak mój mąż leży. U 
nas psa się lepiej traktuje. Pamię- 
taj że i ciebie ten los może czeka." 
Uzbek ustąpił przed tym wulkanem 
woli i uczucia: przysłał drzewo o- 
pałowe, trochę węgla i kołdrę, 
..która sama chodziła", więc żona 
kazała ją zabrać. Druga kołdra by- 
ła nowiuteńka. wielka, na cztery 
osoby, toteż była nam materacem 
i przykryciem. pod którym było 
ciepło i nam i moim wszom, na 
ktore żona polowała bez przerwy 
i zawsze z powodzeniem. 
Oprócz mnie był w izbie jeszcze 
jeden chory, może i tyfusowiec, 
chłopiec czternastoletni. którego pie- 
lęgnował ojciec. Dawał mu od cza- 
su do czasu kakao na wodzie z 
odrobiną cukru. T ja półprzytom- 
nie żądałem od żony kakao. k1ó- 
rego nie miała, zaś tamten ojciec 
słusznie zwracał ku mnie głuche u- 
cho. Głucha była również kuzynka 
żon t (z osiemnastoletnią córką); 
miały walizy z rzeczami i kosztow- 
no
ci po ciotce. którą zostawiły w 
sowieckim domu starców. 
Podobno moja temperatura do- 
chodziła do 42 stopni. Nie umia- 
łem odróżnić jawy od mary. a 
marzenia moje skrystalizowały się 
w wizje prorocze. 
Wizja pierwsza 
Jedziemy - żona i ja - kon- 
no po Nowogródczyźnie i zaJez- 
dżamy do chutoru rodziców na- 
szej dobrej Broni. Otaczają nas 
dziwni obcy ludzie. Na nasze 
pytania "gdzIe Bronia i jej ro- 
dzina", odpowiadają wymi.iająco: 
..nie ma ich, wyjechali". Zbliża- 
ją się coraz bardziej. i groźnie 
chwytają za uzdy. (Po wojnie do- 
wiedziałem się że Bronię zamor- 
dowano w r. 1943. po torturach, 
w domu jej stryjecznego. sołtysa. 
z całą jego rodziną. Mordowali 
partyzanci.) 


Tu zaszła zmiana w scenach 
mojego widzenia.
>>>
Nr 1531/1532. W/10th AUguIt I97S 


s 


Wizja druga 
Jestem - sam - w jakim
 
podziemiu w Warszawie. Na uli- 
cach walka mieszkańców z prze- 
czuwającymi ostateczną porażkę 
okupantami. Czołgi, działa. kara- 
biny maszynowe, bombardujące 
samoloty, ogień, rumowiska, 
krew, trupy.., W podziemiu kto
 
prowadzi rozmowę radiową z 
Rządem w Londynie. Słyszę że 
nie może uzyskać połączenia z 
Osobą Najważniejszą. Odsuwam 
rozmawiającego i żądam pod- 
niesionym głosem rozmowy z 
Szefem Rządu. "Warszawa ginie; 
gorzej jeszcze - nar6d jest tę- 
piony bezlitośnie jak robactwo; 
skuteczna pomoc musi nadej
ć 
natychmiast. bo może przyj
 za 
późno." Milczenie! Krzyczę w 
mikrofon: "Niech Rząd zmusi 
sojuszników do wysłania pomo- 
cy: broni. amunicji, ludzi. leka- 
rzy. żywno
i, leków." Dłuższe 
milczenie, a potem: "Nic więcej 
ponad to co dotąd czynimy nie 
jest obecnie możliwe". Ogłusza- 
jący ryk w słuchawkach. 
Tu zaszła zmiana w scenach 
mojego widzenia. 
Wizja trzecia 
Jadę konno sam jeden przez 
Niemcy ku zachodowi. Poganiam 
konia jak mogę - boję się po- 
goni od wschodu. Dokoła zieją- 
ca pustka, rumowiska, błędne 
psy i trupy. Przekraczam granicę 
Holandii i kieruję się do Hagi. 
Zajeżdżam do poselstwa R.P. 
(sic) i błagam posła o umożli- 
wienie mi natychmiastowego wy- 
jazdu do Anglii. ..Niech pan naj- 
pierw odpocznie po tej strasznej 
podróŻy." ..Nie mogę. boję się, 

cigają mnie, 
igają nas wszyst- 
kich." Jestem wreszcie na jakim
 
statku. kt6ry ma mnie zawietć 
do Londynu: Nagle nad statkiem 
zjawia się samolot z czerwoną 
gwiazdą. 
Koniec ostatniej wizjt 
Temperatura opadła. ale i tętno 
wielce osłabło: ciało było zupełnie 
WYprane z sił. Płuca' często nie 
chciały odpowiednio napełniać po- 
wietrzem umęczonej krwi. Jedyne 
w moim życiu napady dusznoki 
miałem wła
nie wtedy. Zona chcia- 
ła odżyWiać mnie forsownie - za 
iakie pieniądze? Wahała sie krótko, 
czy sprzeeać jedyną pamiątkę po 
ukochanym jej ojcu. jego obrączkę 

ubną. kt6rą, po wielkiej awantu- 
rze odebrała w Somie od brato- 
wej: Para wsp6łmizerak6w - ona 
k.oo. a on złodziej - byli jedynymi 
nie-eJ;!'oist
mi. z którymi czesto 
dzieliliśmy się ostatnią ..1epioszką". 
Powied7ieli: ,.Mrża trzeba ratować. 
pamiątka czv nie oamiątka". i po- 
szła obrączka za sto rubli, a z 
tego za 60 rubli kupiło się kilo 
.,uriuku" (suc;zone morele). z czego 
żona robiła mi kompoty. Te kom- 
noty. katyk i lepioszki - taka by- 
ła dieta o7drowieńca po tyfusie. 
Nogi miałem wciąż jak z gumy. 
gło
a kołowała mi się. Kazano mi 
jednak pracować. w mv
 zac;ady: 
Or,; non lahorat non manducet. 
Raz byłem ksiegowym. kiedy in- 
dziej skubałem bawełn e - jak w 
..Chacie wuia Toma" - surowa 
wata na lewo. owoce bawełny na 
orawo. Czasem musiałem dtwigać 
blisko dziesieciokilowv worek z 
ieczmienną mąką dla naszego "fa- 
lansteru". 
Dzień narastał w leniwYm tem- 
pie, aż nagle 1 9 stycznia młody 
człowiek. !Jomocnik mieiscowego 
..meża zaufania" przyniósł p67no 
wieczorem depesze z AnJ;!'lii adre- 
sowaną do Jana KwaDińskieJ;!'o. 
Delegatura. Hotel Nacional w Ta- 
szkiencip. i 7awiadamiaiąca że fir- 
ma Adam Hi1ger Ltd. (dokładny 
nowy adres podany in extenso) wy- 
c;łała w styczniu jedna paczke Żyw- 
no
ciowo-odzieżowa dla mnie. za
 
dnll!'a paczka odeidzie w lutym. 
Wiec adwokat Marl!Ulies w Bu- 
charze zd:}Żył przed 
iercią D'lpi- 
c;ać list do Kwaoińskiego. a Kwa- 
"iński wysłał depesze do Anglii. 
Wpatrywałem się w słowa depeszy. 
napisane przez odbip-miacego tele- 
/!:rafistp. nie ob7najmionego dobrze 
z łacińskim alfabetem - serce mi 
roc;ło rozsadr';a" żebra. WieC' są 
ludzi
. za dziewieciu g6rami. lasa- 
mi. morzami. co mvśla o mnie i 
chca mi pom6c. (Paczki nadeszły 
chyba po naszym wyjeździe z ZSSR. 
Może zawarto
ć ich tra Ha do ust 
i na grzbiety prawdziwie głodnych 
i nagich.) - 
Od tego dnia tempo odzyc;kiwa- 
nia sił wzrosło niepomiernie. Wciąż 
iedn'.k czukm sil' jak ten w6ł w 
kierncie: czv:rbvm miał wiecznie 
czekać na cud. kt6ry krecenie sie 
w kółko ur7emipni wreszcie w pęd 
ku wolno
? 
Po około dw6ch tVJ;!'odniach przy- 
szedł znowu ten sam młodzieniec 
od meża zaufania i przeczytał po- 
woli list. naDic;anv do teJ;!'o funk- 
cionariusza opieki sDołecznei R P. 
Drze7 meJ;!'o Drzyiaciela por. Maria- 
na T.. z Korousu Sądowego tego 
S'lmego. kt6reJ;!'o SDotkammv Drzed- 
tem w Czkałowie. Porucznik T. pro- 
sił meża zaufania, aby powiadomił 
niezwłocznie przrbywającego na 
..Dodo"iecznym" obszarze inż Fe- 
liksa T achmana (tu nastepował sze- 
reg c;uDerlatvw6w) o 
oni
zności 
rmtyC'hmiaS'towepo udanIa Sle do 
TanJ!i-Jul !Jod Taszkientem (siedziba 
S7tabu Gł6wneJ;!'o PSZ w ZSSR). 
gdzie por. T się pod6wczas znal- 
dował. 
Dowiedziałem "ie potem od tego 
"rzvjaciela że natychmiast po. Drzy- 
byciu do Ta n I!'i-Jnl orzyDommał on 
sobie Że właśnie do tej mieiscowo
ci 
chciałem iechać. gdy widzieliśmY 
sie w Czkałowie. Poszedł więc d.o 
biura adresowego w Tangi-J,!11.. gdz!e 
s7ybko podano mu że znaldule SIę 
w obwodzie andiżańskim. rejon ta- 
ki a taki. 
Po kilk1l dniach. dokładnie 10 lu- 
tego 194:!. w wYniku niestrudzo- 
łlvcn starań i zabiegów żony. zarzad 
kołchozu zl!odził sie odstawić do 
Andiżanu tych uchod:fc6w. kt6rzY 
sobie tego Życzyli. Oprócz nas 


WIADOMO.CI 


dwojga zdecydowali się na wyjazd: doŚĆ wysoki parkan (pom6gł żonie 
państwo Antoniostwo B. (on były w tym wyczynie), podprowadził do 
obywatel ziemski z północnego Wo- pociągu od strony przeciwległej pc- 
łynia, ormiańskiego pochodzenia) z ronowi, zastukał do drzwi wagonu, 
kilkunastoletnim synem, kuzynka a gdy konduktorka otworzyła, wep- 
żony z dorastającą córką (obie chnął nas oboje. po1'nimo jej okrzy- 
twarde egoistki) i jeszcze parę 0- ków: "to nie kołchoźnicy", i ka- 
sób. Większo
 partii szła pieszo, zał milczeć. Pociąg ruszył - żona 
bo na jedynej arbie wieziono przede zemdlała. Cuciłem ją dość długo 
wszystkim bagaż - a było tego "odiekołonem", który skądś miałem. 
sporo. Zona jechała na oklep kon- Kołchoźnice-uzbeczki, poczciwe du- 
no za Uzbekiem; ja, jako słaby sze, bardzo mi pomagały i litowały 
ozdrowieniec, gnieździłem się mię- się. 
dzy pakami i belami na wielbłą- W Taszkiencie zameldowałem się 
dzie, który wyciągdł każdą nogę z najpierw w t.zw. Delegaturze, czyli 
połmetrowego błota, by zanurzyć ją biurze Jana Kwapińskiego. Kiedy 
niebawem nieco dalej. Chlup! chlup! wszedłem do jego gabinetu, spot- 
To chlupotanie na przestrzeni szcl- kałem się z naganą z powodu sa- 
ciu kilometrow trwało trzy godziny. mowolnego opuszczenia kołchozu i 
Stanęliśmy w niby.hotelu, recte w z nakazem powrotu do Andiżanu, 
"obszczeżitji" (hostelu). W dużej skąd mogę starać się o przyjęcie 
P I 
1 -- I CJ! O
 ' , li! t....q:-:y- 
= J,o "7;(-..--;nop. ł_ " b.. ", ';: ,. ;- . 
 , AJlrJcVlJ.!5 ł:
 
1 
:II'U""
f4- -,---- i ' /} f fI
:
1ł-4UH«ł

 
I -- ro "_M._ '0,1, 'I_I 7d' 
'-s!-,. 
I 
 B -I nr Q . N_t fkoa Nt" 

'!l..P'-4bt.R.h"L___ 
= II"' N - 
 --I :ł.
 
E."'-Jf0"" __ 
". 
(YV
 
___'__ ' I 

 ktfJ.1L


 
..::ii, 
" &.",,,..,,
;r-133J-. ą o -- -- -- - -- -- - - '-- 


" F
T --1
o.p
vl ]J;Y-=- 

. 
 

 q 
r!
 

j !l:_


 - 
W J
f


 
..!


 J:t
..:t.

L'i11


: t0
 iM-;%h 
 
.p'" ,-p, 
f
t_
_
 


 _


i
 
Q
 - -J f(}.
7v!:.

i_ 
-' 
'D crv.
. 1.111. IiKllpo\'.1. Y C\..1'. ;s,UI:. -.'\ 1l1li-z..,(,3jłW-łl r. 


Depe;za londyń'ikiej (inny Hil&er do min. Kwapińskit'go. 


sali stało rzędami trzydzieści ł6żek 
dla mężczyzn. kobiet i dzieci. 
Pani B. zaczęła pisać do 2en. 
Andersa z prośbą o okazanie po- 
mocy jej i jej rodzinie. My mu- 
sieli
my przede wszystkim zdobyć 
trochę pieniędzy, a potem bilety do 
Taszkientu. PoszMmy do ..męża 
zaufania", paradującego w mundu- 
rze porucznika (potem okazało się 
że był to jeden z licznych szal- 
bierzy, którzy przywłaszczyli sobie 
sto.vień oficerski), Nie chciał na- 
wet rozmawiać z nami, tylko cac- 
kał się ze swoją ..dziumą": żarła 
czekoladę i chlała kakao, przezna- 
czone dla podopiecznych biedaków. 
Przeliczył się - żona zapowiedzia- 
ła mu że, jeżeli nie okaże nam 
pomocy, znajdziemy drogę do 
K wapińskiego, który da wiarę nam, 
nie jemu. Zaraz mu rura zmiękła, 
dał sto rubli i kilka sztuk odzieŻy 
z dzianej wełny: sweter, skarpety 
i szalik. wszystko przysłane z An- 
glii, gdzie zrobiły je zacne Brytyjki. 
Pewnego dnia, około południa, 
zatrzęsła się ziemia w Andiża- 
nie. Byłem wtedy na ulicy: zda- 
wało mi się że domy po obu 
jej stronach chwieją się, grożąc 
runięciem na ulicę. Ludzie w po- 
płochu biegli w różne strony, 
zwłaszcza tam gdzie były niskie 
domy. Zona moja była wtedy w 
hostelu i wyglądała oknem. 
Podobne. ale znacznie słabsze 
trzęsienie odczuli
my w Bucha- 
rze: drzwi do naszego pokoju, 
zamknięte na klamkę, otworzyły 
się nagle. 
Sprzedaliśmy jeszcze za 100 ru- 
bli ten nowiutki buszłat. który 1"0- 
darował żonie p. Bielawski w Bu- 
ch arze. 
Teraz trzeba było zdobyć możność 
przejazdu do Taszkientu. Po zasięg- 
nięciu ięzyka trafiłem z rana o 
dziewiątej do partorga (organizato- 
ra partyjnego) młodego Uzbeka. 
WyłoŻyłem mu' jasno. o co chodzi: 
ja. inżynier, rezerwista wojsk 1'01- 
!'kich. mam obowiązek zgłoszenia 
się do Armii Polskiej. by przygoto- 
wać się do świętej walki z Hitle- 
rem, ramię w ramię z waleczną 
Armią Czerwoną. Pllzyjaciel m6j, 
służący w sztabie gen. Anders1 w 
Jangi-Jul pod Taszkientem. wyszu- 
kał mnie i wzywa do natychmiasto- 
wego przybycia z Andiżanu. Wo- 
bec tego proszę o umożliwienie 
przejazdu mnie i żonie. partorg na- 
mawiał mnie. bym wstąpił do Armii 
Czerwonej - upro
ciłoby to walnie 
całą sprawę, a wynik byłby taki 
sam Na p
wno wkrótce 70stałbym 
kapitanem. Na to ia: ,.Wielkim za- 
szczytem byłaby dla mnie służba 
w sławnej Armii Czerwonei. ale 
zwaŻyĆ wypada że mam już prze- 
szło 40 lat. a w tym wieku trudno 
zmieniać nawyki. To tak jakby oc;ło- 
wi kazano ciągnąć działo w zaprzę- 
gu, składaiącym się z samych ko- 
ni. Na pewno dam z siebie więcej 
w otoczeniu polskim. gdy nie będę 
musiał wciąż starać się o zado
ć- 
uczynienie nowym dla mnie prze- 
pisom zwyczajom rozkazom i tra- 
dycjom." M'lchnął reką: "Może 
masz raoię. A teraz słuchai uważ- 
nie. Dzi
 o 14.00 odjeżdża ze 
stacii koleiowei Andiżan grupa 40 
kołchoźników i kołchoźnic. udają- 
cych się do Taszkientu na budowę 
kanału irygacyjnego. Dasz człowie- 
kowi. którego ci zaraz wskażę. pie- 
niądze na dwa bilety do Taszkien- 
tu. zaś o godzinie 13.00 bedziesz 
czekał na stacii. On was zaprowa- 
dzi do wagonu, jako jeszcze jedną 
nare kołchoźników." Podziekowałem 
Partorgowi bardzo serdecznie i u- 
m6wiłem sie z tym człowiekiem na 
yodzinę 12 na stacji. po czym popę- 
dziłem do nasze/!:0 ..hotelu". Powie- 
działem żonie o moim sukcesie. a 
przez lojalno
ć powt6rzyłem treść 
rozmowy z PartoTJ!;iem reszcie u- 
chodźców. nadmieniaiąc że istnieje 
pewne nrawdopodobieńc;two uzys- 
kania i dla nich przejazdu do Tasz- 
kientu. POSYDały się protesty. ,.0- 
szukają was!" ,Jak można decvdo- 
wać sie tak szvbko?" ..Tyle b:.ga- 
żu!" ,.A obiad 'iuż za pasem." Od- 
oowiedziałem: ..Jak chcecie - my 
iedziemy." Z
cmJciłem na grzbiet 
oba worki, służące za plecaki. i 
noszliśmy na głodno na stację. 
Człowiek wziął pieniądze na bilet. 
i kazał czekać na siebie. Byliśmy już 
prawie przekonani że oszukał nas, 
gdy nagle 10 minut przed odjaz- 
dem zjawił się, kazał pri':eletć przez 


do wojska w najbliższej wielkiej 
jednostce wojskowej (dywizja w 
Dżełałabadzie). Na koszty powrotu 
do Andiżanu Kwapiński kazał wy- 
płacić mi sto rubli. Po naradzie z 
żoną wzięliśmy pieniądze, a potem 
wyszukaliśmy pomieszczenie, prze- 
znaczone dla bezdomnych Polak6w. 
Umidciłem tam żonę, a sam po- 
szedłem dowiedzieć się o drogę do 
Jangi-Jul. Okazało się że tę trzy- 
dziestokilometrową odległo
ć można 
przebyć autobusem w ciągu półto- 
rej godziny. Wracając z miasta, na- 
tknąłem się na mego Drzvjaciela ła- 
giernego, majora Ludwika Naim- 
skiego (męża Isi z ,.Wesela"). któ- 
ry porwał mię w objęcia. Zapro- 
wadziłem go do ..schroniska", gdzie 
czekała na mnie żona. Teraz już 
mogłem wybrać się do Jangi-Jul. 
bo Ludwik obiecał zaopiekować się 
żoną. 
Wyjechałem tegoż dnia po połud- 


niu. Przy wartowni sztabu byłem o 
zmierzchu. Przywołano por. T., kt6- 
rego ja, dotąd wieczny abstynent, 
powItałem przez płot pytaniem: 
..Marian, masz wódkę?" i prośbą 
o chleb. Zaprowadził mnie na swo- 
ją kwaterę, dał chleb i w6dkę, ka- 
zał mi zrzucić i spalić koszulę i 
dał nową, oraz polecił przenocować 
w chacie u ogrodmka-Koreańczy- 
ka, i przyj
ć o 9 rano na wartow- 
nię. 
Wstałem wcześnie, by się dobrze 
umyć i doprowadzić moje łatane 
waciaki do stanu względnej czysto
- 
CI. Przed dziewiątą byłem na miej- 
scu umówionym, gdzie czekał na 
mnie Marian z przepustką. Zapro- 
wadził mnie do sIebie. dał papier, 
pióro i atrament i kazał napisać 
życiorys i podanie o przyjęcie do 
PSZ. Potem uzyskał dla mnie moż- 
noŚĆ rozmowy z gen. Szareckim. 
Generał wysłuchał cierpliwie mo- 
ich wywodów i obiecał zrobić wszy- 
stko, co będzie w jego mocy; wia- 
domość o ewentualnym przyjęciu 
do wojska miała być natychmiast 
przetelefonowana do Delegatury w 
Taszkiencie. Podziękowałem i wy- 
szedłem, pełen otuchy. Najgorsze 
było to że Marian odjeżdżał na- 
zajutrz na nowy przydział do 10 
Dywizji w miejscowości Lugowoj. 
Po powrocie do Taszkientu co- 
dzienne informowanie się u p. Kat- 
mierczaka w Delegaturze przynosiło 
tę samą odpowiedź - nie ma wia- 
dom
ci. Po 3 dniach zatelefono- 
wałem na własny koszt z Taszkien- 
tu do Jangi-Jul do Wydziału Służ- 
by Zdrowia sztabu; dowiedziałem 
się że powinienem był już dnia 
poprzeeniego zameldować się na 
służbę. bo "przeszedłem w rozka- 
zie" nazajutrz po złożeniu podania, 
oraz że odnośny telefonogram był 
natychmiast wysłany do Taszkien- 
tu. 
Naimskiego już nie było, gdy wy- 
jechaliśmy do Jangi-Jul koleją. Naj- 
pierw przesiedzieliśmy dW1e noce na 
stacji kolejowej (we dnie pracowa- 
łem w biurze Wydziału SI. Zdr.). 
Znalazłem wreszcie kwaterę w cha- 
łupie wdowy Rosjanki. która mie- 
szkała z synową-sołdatką i wnuka- 
mi. .zywność przynosiłem żonie z 
kuchni kompanii sztabowej w me- 
nażkach (właściwie w bańkach po- 
konserwowych). Ja sam, jako ..u- 
rzędnik kontraktowy przy wojsku" 
miałem prawo stołowania Się w ka- 
synie oficerskim. Pierwszego dnia 
zadałem ktlm twierdzeniu Alfonsa 
Karra (Meme fe Grand Napo1ćon 
ne pnllvait pas diner deux fois.): 
zjadłem p i ę ć 
 n i a d a ń (wiel- *) Nawet wielki Napoleon 
kich porcji rozgotowanej kaszy), zjeść dwóCh obiadów. 


tr z Y o b i a d y (3 zupy, 3 dania 
gł6wne, trzy desery i herbatę) i 
d w i e k o l a c j e - a wieczorem 
wciąż jeszcze odczuwałem czczo
ć 
mimo zupełnego wypełnienia prze- 
wodu pokarmowego. 
PamIętam że po zjedzeniu dwóch 
porcji kaszy na miejscu przy kotle 
kompanijnym zabrałem blaszankę z 
trzema dalszymi porcjami do biu- 
ra. Trzymałem ciepł4 blaszankę mię- 
dzy kolanamI i coraz to dziobałem 
kaszę łyżką. Przypatrywały mi się, 
chyba ze zrozumieniem. młodziutka 
ĄlIcja Drwęska i jeszcze jedna mło- 
da niewiasta. imieniem Irena - p6- 
źniej żona por. Romanowskiego, 
adiutanta gen. Andersa. a po wojnie 
mojego studenta na Polish Univer- 
sity College w Londynie. 
Praca moja polegała na tłumacze- 
niu z angielskiego przepisów i in- 
strukcji do obsługi aparatów i przy- 
rządów diagnostycznych, przysłanych 
dla naszego wojska w ZSSR. 
Zastępcą gen. Szareckiego był 
płk. Oktawiec. Błąka mi się po 
głowie nazwisko mjr.-Iekarza Eusta- 
chego Tustanowskiego, którego bar- 
dzo mile wspominam. 
W tłumie otaczającym kocioł z 
kaszą ujrzałem znajomą prostą syl- 
wetkę Kazimierza Galusińskiego. 
Był to ,.kolega" ze Starobielska i 
z łagru iwdielskiego. Ponieważ nie 
miał kwatery, zabrałem go do sie- 
bie. i zamieszkaliśmy razem we 
troje .:... nie na długo. 
Po paru zaledwie dniach żona za- 
chorowała: wysoka temperatura. 
Wezwana ze sztabu lekarka (dr 
Duczymińska) rozpoznała tyfus pla- 
misty i zaleciła jak najszybszą hos- 
pitalizację. Razem z żoną miała je- 
chać do miejscowego sowieckiego 
szpitala chora na tyfus sołdatka. sy- 
nowa naszej gospodyni. Kiedy wró- 
ciłem na przerwę obIadową, żony 
już nie było. ale sołdatka nie po- 
jechała do szpitala. Natychmiast 
popędziłem do sztabu, uzyskałem 
zwolnienie na popołudnie i prze- 
pustkę i udałem się do szpitala. 
gdzie pomyślnym zrządzeniem losu 
zaopiekował się żoną pracujący w 
szpitalu dr Węgierko. tytularny pro- 
fesor UJP w Warszawie. jego żona 
(lekarz-oftalmolog) i mieszkająca z 
nimi lekarz-dentystka F. Toruńczy- 
kowa. 
Od tego dnia (5 marca) do dnia 
opuszczenia szpitala (28 marca) ży- 
cie żony wisiało na włosku. W szpi- 
talu brakło wszystkiego: pokieli. 
bielizny. leków i odpowiedniej die- 
ty. Naturalnie nie wolno mi było 


nie mógł 


JANINA SURYNOW A-WYCZÓLKOWSKA 
" :N O i P O I a c z e k " 


Czas teraźniejszy jest rzadko ceniony 
jako surowiec li,teracki. PrzeszłoŚć rzu- 
ca na wyobraźnię czar i nieraz jest u- 
cieczką od współczesności. AUitorzv wra- 
cają do młodoŚci, do lat dziecięcych: 
Wańkowicz, Kaden Bandrowski, Biela- 
towicz, Chciuk, Parandowski i tylu ;n- 
nych. Mówią nam o Kresach, Krako- 
wie, Wilnie, Lwowie, o małych mia- 
steczkach dawnej Kongresówki i Poz- 
nańskiego. 
Z tych, którzy byłi wychowami w car- 
skiej Rosji, X MeysQ;towicz zaC2'e- 
pił o Petersburg - a teraz Liebert 
mówi nam o dzieciństwie spędzonYm w 
Moskwie. 
W owycn czasach (koniec XIX w.J 
Polacy jechali do Rosji po złote runo. 
Pełno ich było od Wołej POCZąW5ZV i 
Semipałatyńska aż po Tuli; i Krvm. Tch 
wykształcenie, dar organizacyjny pre- 
destynowały ich l1a wysokie stamowiska 
w przemy
le, budowie kolei i spich- 
rzów nad Wołgą; kobiety prowadziły 
salony mód w petersburI!;U i za&:ładały 
fabr}'ki kwiatów w Mos,kwie. teniono 
się z Polkami, służbę sprowadzano z 
Polski; dzieci wychowywan() na patrio- 
tów - wreszie z uciułanYm majątkiem 
wracano do kraju. Zdarzało si,: że przed 
rewolucją nie zdążono w czas poWró- 
cić, jak rodzice autora "Wron nad 
Moskwą ". 
\Dzieciństwo w Moskwie 00l5UJe 
Liebert barwnie i z humorem, oddając 

wietnie atmosferę panującą w domu 
rodziców, w pieciopietrowym bloku .l 
pomarańcz..owej 
egły,' z wygalonowany- 
mi lokaiami !)rzy paradnych wejściach. 
Książka jest urocza, pełna u(miechu I 
opisów raju dziecięceJ1;o, balików ko- 
stiumowych, (lizgawek, pływania łódka- 
mi na Czystej Prudzie, spacerów w sze- 
wkiej alei lipowej. Cvrki aż dwa: za- 
czarowane bogactwo sklepów braci Je- 
nisiejew: oJ1;,r6d z 100] noc'V kwiaciar:1i 
..Flora" i jarmark ,.Wierbna" l1a Placu 
Czerwonym, gdzie można było kupić 
ptas2']ka i zaraz wypuścić J10 7 klatki. 
NJ i te bliny z J1;ryczanei m1}ki. Naw
t 
choroba i leżenie w łóżku były rajem 
głośnego czytania mamy i prezentów 
rozłożonych na kołderce, 
tycie polskie skupiało sit' koło ko
- 
cioła, biblioteki, sali teatralne! i balo- 
wej Sokoła, oraz klubu "Metropol". 
gdzie notable polscv 
rali w modnego 
..wista ". 
więta BOżel!o Narodzenia ob 
chodzono wedle pols,kiei tradycji z ,)- 
płatkiem, sianem -:pod obrusem i choin- 
ką pod sufit. 
Raju dziecięceJ1;o nie maciły stos uonkI 
Z Rosjanami. Wprost DTzeciwnie - 
Liebert ze czcią ws!",omina nazwisko 
chirurga Postnikowa, który ojcu ocalił 
życie. T mile pisze o krawcowe! prak- 
sowii Martinownie Kr,:ciła mas7yna. 
ręczną ,,c:il1l!era" i ś'D'ewała wesołe 
piosenki, a Wacio komentował je no 
swojemu tak że czvtagąc wybuchałam 
głośnym śmiechem. 
W gimnazj.um (radość z munduru i 
długich spodni) - Wacio lubiany "'vł 
przez cała. klasę. 
Wspomina też . kUC7era" Wasilija w 
wywatowanym tułupie. którv tak bar- 
d;'o kochał konia ,.Wiemego" i "tyle 
godności miał w sobie". 
Profesor arytmetyki był !)1"'Zviacielem 
Wada i ratował 11;0 przed dyrektorem. 
Mile więc wspomina oweeo Pawła Pi 0_ 
trowicza i kolel!;ów Mile wS'Pomina 
Rosjan z tego okresu. 


*) Wacław Lieben "Wrony nad Mosle- 
wą". Połska Fundacja Kulturalna. 


S7koła Woskriesień'ikiego zaliczała się 
do najbardziej postępowych. Polacy 
kończylI ją przeważnie jak() jedni z 
pierwszych. Więc mały Liebert zakasy- 
wał rękawy "żeby Polsce nie zrobić 
wstydu". 
A kiedy przyszła rewolucja i trzeba 
było opuścić szkołę (we wspani'ałym 
gmachu o czterech jońskich kolumnach) 
i pójść do biedl1ej, polskiej szkoły, a 
zamiast barwne£o munduru przywdziać 
bekieszę z Hchego, wojennego materia- 
łu - chłopiec z trudem móJ1;ł się p
o- 
dzić z tym że dawni koledzv - to iuż 
byli "oni". Omijał więc z daleka szko- 
łę, aby nie pomyślallo że jest "wypęd- 
kiern". On był przecież tylko ,,-odstęp- 
cą". Był Polakiem, który w rosyjs1kim 
gimnazjum w rocmic,: Borodina nie 
chciał deklamować wiersza, bo ,.kochał 
Napoleona i samego ks. Józefa", więc 
zachorował i nie wystąoił, a na pra. 
wosławnych nabożeństwach nie bywał. 
Komplikowało się życie podczas kie- 
dy wrony rewJlucji nadleciały nad ko- 
puły moskiewskich cerkwi. Spotkanie 
l1a wprxt dawnej szkoły z bvłvm wv- 
chowawcą, jakże było vrzvkre. I to pO- 
wiedzenie: 
- Jak ci się żyje polaczonku? Pew- 
nie jedziesz do tej waszej Polszv. Ot 
tylko pytanie, czy ta wasza Polsza bę- 
dzie umiała się sama rząd7;ć" 
A więc minął raj dziecinny brykania 
na łące ..daczy" i raj ..Opowi
ci 
Hoffmana ", "Aidy", baletów widzia_ 
nych z loży. T ten zachwyt nad teatrem 
(o czym świadczył dopisek do lital1ii 
,,
więta Melpomeno - módl się za 
nami "). 
Na specjalna uwal!;ę w książce zasłu. 
guje wspomnienie o Jurku Liebercie. 
Wacio z Jurkiem mieli W'mól'l1e!!o dziad- 
ka. Ojciec Jurka po r. 1863 skazany byt 
na (J5iedlenie w głębi Rosii. Chło'PCy w 
\-foskwie zaprzyjaźnili si':. Już wted'l 
mały poeta patrzył w niebo i mówił: 
..Wszystko ma swój początek i koniec" 
Dysertacie filozoficzne tych dwóch mal- 
ców budzą uśmiech. Ale już zaZnaC7a 
sie różnica w t)Ol!;la.dLach. Jurcio iest 
religijny, Wacio,- pod wołvwem starsz
j 
siootrv, rzuca powiedzenie: ..Da i soO- 
kój, mówimy o nauce, a nie o religii" 
Nierozłączna przyja:lń wielu lat miała 
się s.kończyć po m at1Jrze , na ławce w 
warszawskich Alejach Uiazdowskich. 
Jurcio pełen był radoki i !Jroiektów. 
Czytał swój ostatni wiersz. Jechał do 
Jarosława TwasZJkiewicza do Stawisk. ")- 
powiadał o X. Komiłłowiczu i o Las- 
kach. Poeta w przyjacielu natrafił ,a 
ostry okres wolterianizmu, Rozstali 
ie 
Twaszkiewicz w swoiei _.Książce 
moich wspomnień" pisze że kiedy Ju- 
rek Liebert w redakcii (c;traszliwie "a- 
żeonowany) wręczył mu swo
e wiersze -- 
po przeczytaTIiu pierws7ych linii osą- 
dził te to: "materiał l1a doskonałą 
poezję ". 
U Twaszkiewicza, Jerzy Liebert na- 
Di!;ał swoje najDieknieisze wiers2'c. 
Przebywał w atmosferze ooezii. W ksiijż- 
ce 7najduje się kilka foto
afii. gdzic 
obok takich ooetów j-a1k Raliński, Le- 
choń, Tuwim i Iwaszkiewicz widzimy 
małego, jasnego blondasa o miłei twa.- 
rzy i błyszcząCvcn czanlVch oczach. po_ 
glądy jego i głęboka wiara 7awsze ko- 
goś drażniły i obrażałv. Odsunełv 2;0 
tym razem i od Twaszkiewicza. Umie- 
rający chłopiec pisał naitral!;iczniejszc 
swoie wiersze w Poroninie, 7 !,Tzygas- 
łvmi oczami potępiał każdym słowem 
dawnego mecenasa, który go odwiedził 
Na pogrzebie był i przyjaciel od 


dZiecka. dutor "Wron nad Moskwa." i 
porotektor dawny - Iwaszkiewicz. 
Aut
r obserwuje rewolucję nawpól 
dziecinnymi oczami. Pierwsze wstrząsy 
młodej republiki. 


Na parkanie sobie siedze 
Re\\olucję IJiInie sledze. 


Nie pomaje swojej d{lwnej Moskwy. 
Na tylnej platformie, w tramwaju 
ścic;k. Ojciec Waci a osłaniał i protesto- 
wał, za co usłyszał: 
- Ej ty, czego burżujską mordę 
krzywisz? Tłumy ida. i fałszywie śpie- 
wają ..W pieriod. W pieriod." ..DałiJj 
batius7ke cara. " Waciowi żal było 
Nikołki. 
A potem czerwoni zdobvwali pocz:ę 
i od Stretienki do Miasnickiej galopują 
na koniach. Całv sztab oartii bolsze- 
wiokiej zjeżdża do Mosk
y, a u ojca 
w fabryce już rada robotnicza i wrony 
nad kopułami cerkwi. 
Moskwa zapełnia się ..bieżeńcami" oz 
Pols.ki. 
I zaraz praca społeczn{l oica. "Pol- 
ski Komitet Ofiarom Wojny". Pomoc 
dla uchodźców i jeńców wojennych Za- 
kładanie polskich szkół i internatów. T 
teatr polski z Jaraczem i Osterwą. 
 
"satyryczna szopka" w Lutni. 1 
"Gwi-azdka" w ochronce. T paczki rOL- 
dawa,ne w szpitalu Polakom, T konspi- 
racja w szkole, T I!;łód. T ścit.:ta jodłowa 
gałą:l zamiast choinki. 
Ale za to nadzieja, bo rząd Księcia 
1.wowa ogłasza ..Niepodległo
ć 
Polski ". 
Więc ojciec trąca się z mamą kie- 
Ii'izkiem i załamującym się J1;łosem mó- 
wi: "Na szczęście tej Niepodległej ". I 
już robi projekty gospodarowania oa 
stare lata w swoich Łekach Vod Ciecha- 
nowem. A dzieci w ochronce 
piewaią: 
..7{l ojców zwyczajem I Przeprowadzić 
kraiem I Przeprowadzić pierwszy pług" 
Ale radosną nadziejP mącą s'Porv, iak 
to u nas od wieków bywało. Zdawało- 
bv się w ta&:iej chwili polacy powinm 
c;ię łączyć. Już paiawiaia. sit.: dwie gazety 
sobie oPozycYjne. Już Polacy dzielą się 
na dwie katel!;orie. Na pracę Lednickie- 
go i Lieberta rzuca sic: obelJ1;i i oszczer- 
stwa. 
Rozgoryczony wIezie Van Liebert 
pocztę dyplomatyczna. przez Szwecję 
dla "Rady Regencyjnej" w kraju. Za- 
raz po jego wyje:tdzie 7jawiaja się pa- 
nowie z teczkami, aby 
o aresztować. 
A potem? 
Pożegnanie z ludźmi, pożegnanie 2' 
\ofoskwą i wyjazd na platformie ta 
worku słomy. 
T wrec;zcie brama obozowa i okrzyk: 
- To już polska! 
T powiedzonko żołnierza niemieckie- 
I!;O - 
Iązaka: - Nei. Junge, nei to 
iest keine Pol'ika, da'i ist Deutsch Ober 
Ost! 
Książka Wacława Liebert{l na vierw- 
szy rzut oka wYdaje c;ie 
roteskowvm 
opisem beztroskich, szczenięcych lat, W 
ic;tocie jest opowiadaniem tragicznym o 
złośliwości historii. 
Dążno
ć do wypowiedze'1ia sie, wła
_ 
ciwa wszystkim ludziom, nabiera u- 
roku w checi utrwalenia chwil i ziaw'sk 
l1a ogół nieznanych nam. Poza tym 
autor w końcowych rozdziałach uwal. 
nia się jakby od emil!;racyjnvch cierpiell 
i naibardziei dręcząc\ch nas wszystkich 
myW, rzucając noa papier jeszcze jede;, 
fra.
eI1t polskiej niedoli. 


J, Surynowa-Wyczolkowsk.l. 


wchodzić do szpitala: z lekarzem 
rozmawiałem zwykle przez okno. 
Dr Węgierko podkreshł koniecz- 
noŚĆ podtrzymywania sił chorej od- 
powiedmm odżywmniem; zależnie od 
stanu i temperatury potrzebne byłY 
owoce (na kompoty), cukier, zsiad- 
łe mleko, jaja - wszystko to ku- 
powałem ,.na wolnym rynku". t.zn. 
jedno jabłko - 8 rubli. lItr mleka 
- półtora rubla, jedno jajo - trzy 
ruble. pół kIlo masła - 100 rubli. 
Moje uposażenie oraz honoraria za 
prywatne lekcje języka angielskiego 
dla oficerów nie mogły wystarczyć 
na wszystkie wydatki. toteż zadłu- 
żyłem się pokaźnie w biurze płat- 
nika - dług spł.tciłem dopiero w 
Iranie. 
Około 15 marca dr Węgierko 
z1telefonował z samego rana do 
mojego biura i zażądał ode mnie 
natychmiastowego dostarczenia leku 
Coramine, bo krążenie i oddech by- 
ły w stanie krytycznym. Zarządza- 
jący magazynem farm,lceutycznym 
oficer powiedział że mają co praw- 
da analogiczny lek Anacardone, ale 
że nie wyda mi tego leku. bo żona 
moja nie jest żołnierzem PSZ. U- 
dałem się do płk. Oktawca, który 
po zaznajomieniu się ze stanem 
rzeczy kazał wydać mi flaszeczkę 
leku. Do szpitala pojechałem konno 
na kobyle kołchoźnej z siodłem wy- 
ciosanym z drzewa; przyjechali nią 
z sąsiedniego kołchozu znajomi u- 
chodźcy. 
Przed szpitalem czekała na mnie 
pani Toruńczykowa. która opowie- 
działa dzieje ostatnich kilku godzin. 
Około drugiej po p6łnocy dr Wę- 
gierkowa obudziła męża i rzekła: 
..Wstawajmy - dziecko umiera". 
(Nazywali żonę dzieckiem. bo wła
- 
ciwie było to małe wychudzone cia- 
ło i ostrzyżona do c;kóry głowina.) 
Ubrali się i poszli do szpitala. gdzie 
poili żonę mocną czarną kawą i 
obłożyli ją kilkunastoma butelka- 
mi z dobrze ciepłą wodą. Dopiero 
rano mogli zadzwonić do mnie. 
Już później opowiadała mi żona 
o swoich zmorach sennych i o roz- 
mowach z lekarzami. M6wiła na 
przykład lekarzowi gor
lczko\'oo że 
jej własne nogi ukradli iej Rosjanie. 
dając wzammn obce nogi. których 
ona nie chce. Potem błagała by za- 
brano stojącą przy jej posłaniu ko- 
łyskę z dzieckiem (naturalnie nie by- 
ło ani kołyski ani dziecka). bo Ro- 
sjanie chcą jej wmówić niemowlę, 
a przecież oni są mistrzami we 
\'omawianiu. 
Wiadomo już było że wkrótce na- 
c;tąpi wyjazd pierwszej fali ewakua- 
cyjnej z ZSSR do Iranu, oraz że 
jestem zaliczony do tego tra n c;por- 
tu. Dr Węgierko był zdania że wo- 
bec trud6w podróży (Kilka dni ko- 
leją do Krasnowodska, gdzie zno- 
wu czekanie na statek do Iranu. a 
i tam nie wiadomo. jakie będą wy- 
gody na początku) wc;kazane byłoby 
przeniesienie żony do nastepnego 
transportu. Postanowił jednak po- 
dzielić się swymi obawami z chorą. 
Zona aż zaniemówił
 z przejecia: 
błagała lekarza. by zażadał ode mnie 
niewszczynania żadnych kroków w 
sprawie odroczenia naszego wyjazdu. 
,.Przecież tego drugiego transportu 
może nie być w og6le", mówiła z 
rozpaczą. Kiedy wreszcie 25 marca. 
odziany w kitel szpitalny. zbliżyłem 
się do ł6żka żony, o
wiadczyła mi 
słabym ale wyraźnym głosem: ..Wo- 
lę umrzeć w drodze niż zostać jesz- 
cze kilka tygodni w tym przeklę- 
tym kraiu." 
Dr Węgierko uważał że pozosta- 
nie w ZSSR zac;zkodziłoby zdrowiu 
żony chyba niemniej niż trudy 
podróży. Dał mi cenne w..karow- 
ki - ale ani jednego leku. bo sam 
ich nie miał Pożegnaliśmv się po 
2 dniach. gdy Z1powiedziałem że 
odjazd ze stacji koleiowej nastąpi 
przed południem w sobotę :!8 mar- 
ca 1942. 
Komendant pociągu naznaczył 
mnie starszym wagonu. Były to wa- 
gony osobowe. ..twardej" klasy. Dla 
żony przygotowałem całą dłuższą 
dolną ławkę. tuż przy wejściu. któ- 
rą przykryłem dwoma wojskowymi 
kocamI. złożonymi w kilkoro. 
Trzesło bardziej, ale było bliżej do 
W.c. Kiedy nadjechała biała sani- 
tarka słaby wciąż jeszcze po ty- 
fu..ie.' z łatwością podniosłem ważą- 
cą poniżej trzydziestu kilo żonę i 


ł 


'* 
, J, ł 


ny fakt że nowe stanowisko ro- 
dzi w człowieku cechy poprzed- 
nio zupełnie nie znane. Dzielnych 
do\',ódców wielkich jednostek 
mieli
my przee wojną pod do- 
statkiem. Część zmarniała w nie- 
woli niemieckiej, ponad 10 ge- 
nerałów mają na swym sumieniu 
inicjatorzy tego Katynia, który 
znamy, i innych, nie znanych 
Katyniow. 
Zawiódł się srodze Stalin na 
gen. Andersie. gdy wyr,lził zgo- 
dę na jego nominację na dowód- 
cę PSZ w ZSSR. To nie był - 
jak Stalin mogł myśleć. jak 
chyba myslał - typowy kawa- 
lerzysta, ..koniarz. kobieciarz i 
nic więcej"; był wł-.lśnie Anders 
czymś więcej - człowiekiem mą- 
drym i wielkim realist
l, dającym 
sobie radę z zadaniami w miarę 
ich wpływania w jego coraz roz- 
leglejszą orbitę. rozumiejącym 
hIerarchię zagadnień i umieją- 
cym godzić osiągalno
ć celów z 
rozporz1dzalnością 
rodkow. 
Gdyby nie jego polityka. Ar- 
mia Polska w Rosji, która wzro- 
słaby może do dwustu lub wię- 
cej tysięcy, byłaby użyta do wy- 
watowania pułkami lub batalio- 
nami masy wojska sowieckiego. i 
wykruszyłaby się, jako mięso ar- 
matnie. w setkach bitew i poty- 
czek typu Lenino. 
Gdyby nie jego polityka, zmie- 
rzająca do wyj
cia z Rosji, co 
byłoby się stało z Armią Polską 
w Rosji po ..bombie" katyńskiej? 
Za
 Anders na pewno przewidy- 
wał możliwo
ć takiej sytuacji - 
po przeszło sześciu miesiącach 
bezowocnego poszukiwania kil- 
kunastu tysięcy oficer6w. 
Stalin starał się o pozyskanie 
Andersa. Przysłał kawalerzy
cie 
cud-konia. Anders konia przyjął 
- i wyjechał na nim z Rosji, 
wyprowadzaj
lc 90 tysięcy woj- 
ska i :!5 tysięcy ..rodzin wojsko- 
wych". 


Z Jangi-Jul do Krasnowodska - 
cztery doby. Zona jako
 znosiła po- 
dróż nadc;podziewanie dobrze. Kar- 
miłem ją pieczywem rozbełtanym w 
herbacie z mlekiem lub w winie al- 
koholizowanym. tartymi jabłkami, 
jajami na miękko, które konduktor 
umieiętnie warzył we wrz
!tku. a 
przede wszystkim cukrem. suszony- 
mi morwami i rozgotowanymi owo- 
cami. Czasem sprzedawano na sta- 
cjach ..pirożki" lub ..pelmeni": je- 
żeli były nadziane dobrze zmielo- 
nym miesem, kupowałem je dla żo- 
nv. Ponieważ nie mogła utrzymać 
się na nogach. trzeba było Doma- 
gać jej przy każdym nieuniknionym 
wstawaniu. Widać było jednak DO- 
wolne odzyskiwanie sił. 
Wreszcie- na prima aDrilic; zaje- 
chali
my do Krasnowodska, na sa- 
mą przystań. Na szczdcie statek 
..Na wachtie" czekał już. Kiedy 
szli
mv z pociągu na statek Drzez 
ostatnią kontrole sowiecką. pod- 
trzymywałem żonę z jeenej strony 
ja, z drugiej inny meżczyzna. Sa- 
ma kontrola była bardzo słaba - 
nic więc dzi",nego Że wraz z woj- 
skiem wymknęli sie do Iranu rów- 
nież nieliczni ..ludzie sowieccy". 
których czac;em widywało się na- 
wet w szeregach PSZ. 
Zamiast siedzieć w dusznych klit- 
kach podpokładowych postanowiłem 
znaleźć mieisce na Dokładzie tuż 
przy gorącym kominie. Opatuliłem 
żonę kocami i siedziałem przy niej 
prawie bez przerwy przez cały 36- 
godzinny reis przez Morze Kas- 
pijskie w kierunku południowoz1- 
chodnim. ..Marynarze" robili na 
mnie wrażenie szczurów lądowych. 
Istotnie. podobno tylko n-letni 
..kapitan" miał jakie takie doświad- 
czenie. Nie wiem ile jest prawdy 
w tym Że podczas nastepnego rejsu 
z Krasnowodska do Tranu shtek 
"Na wachtie" zatonął z tranc;porto- 
wanymi żołnierzami i zał()gą. 
Dnia 3 kwietnia o świcie przy- 
biliśmv do przystani portu Pahle- 
vi. Około 9 rano wylądowaMmy. 
Niosłem 
Diącą żone na rękach. 
Po wstąpieniu na brzeg położyłem 
ją na chwilę na piasku. ukląkłem 
i ucałowałem ziemię perską. 
Był to Wielki Piątek 1942. 
Po dwóch dniach było Z Mar- 
twych Wstanie. 


-...... 
:i 



't- 


ił 


ł'ahle\ i od !otrony :\lOrLa h.a..oijskiego. IRy..unel.. 
rohiony w marcu 1942 
niedługo po w)lądowaniu piernszego pO.....il1:0 oddziału). 


położyłem na zawczasu przygoto- 
wanym posbniu na peronie. Na za- 
ł.ldowanie czekaliśmy blisko dwie 
godziny; słyszałem od czasu do cza- 
su uwagi: ,.Po co on tego trupka 
zabiera? Przecież to to zemrze przed 
najbliższą stacją:' Rzeczywiście mi- 
nęło dopiero 10 dni od długiego 
okresu niewyczuwalnego tętna. Mózg 
był wciąż słabo odżywiany, trzeba 
było popędzać serce kawą i winem 
alkoholizowanym. które na szczę
- 
cie można było nabyć. 
Przed załadowaniem przemówił do 
nas gen. Anders. Krótko, twardo. 
bez rozmazywania. 
Podobał mi się mój dowódca. 
ten nasz Mojżesz, co nas wszyst- 
kich z domu niewoh wyprowa- 
dzał Studiowałem iego drogę 
wzwyż w ciągu następnych trzech 
lat - rosł i potężniał coraz bar- 
dziej. Miał wtedy już ponad 50 
lat i był człowiekiem zupełnie 
dojrzałym i uformowanym. a mi- 
mo to me można było przykła- 
dać doń miary na podstawie służ- 
by i działalno
ci przedwojennej. 
Potwierdził on raz jeszcze zna- 


Po dwóch latach udręki nadec;zło 
dla naszej garstki ludzi wYjście z 
Domu Martwych. 
Słońce świeciło. 


Feliks [achman. 


Przypisy 


Ze-Ka - skrót słowa zakljuczon- 
lIvj czyli więzień 
kazionny - skarbowy 
buc;złat - pikowana kurtka z su- 
rowej waty i tkaniny bawełnianej 
posiołek (po rosyjsku posjolok) - 
osiedle. osada 
tolkllczka - rynek. gdzie handlu- 
ją przedmiotami uŻywanymi 
"Siniaja ptica" - Niebieski Ptak 
(nazwa teatru. w którym występo- 
wał Fryderyk Jarosy przed przyby- 
ciem do Warszawy) 
Odin wierbljlld idiot.. - idzie 
jeden wielbłąd, idzie drugi wielbłąd 
on priszoł. on upał - on przy- 
szeeł, on spadł 
rassypałsja miełkim hie.mm 
podlizywał się
>>>
6 


WIADOMOSCI 


Nr 1531/1532, 3rd/1Oth August 1975 


AUCJA IW A
SKA. 


p 


Nie, o tym że Lola była 1:ydów- 
ką nie wiedziałam wówczas nic. 
Zresztą ona sama też nie wiedziała 
aż do chwili przesiedlenia do getta. 
Nie wiedziała.. a więc 1:ydówką 
n;e była. 
Dla mnie Lola Wilska była przede 
wszystkim ładna, inteligentna i bo- 
gata a może raczej elegancka niż 
ładna, bo urodę jej spostrzegłam do- 
piero znacznie później. gdy już nie 
była Lolą i jeszcze zanim ją roz- 
poznałam przy naszym trzecim spot- 
kaniu. 
Na pierwszym roku uniwersytetu 
była najmłodsza. Miała zaledwie 
szesna
cie lat. ale wyglądała na 
czterna
cie. Ubierała się króciutko 
w beżowo-brązowe tweedy i len - 
zawsze z dodatkiem czego
 niebies- 
kiego, bo miała bardzo niebieskie 
oczy a włosy kasztanowe, obcięte 
na chłopca. Chodziłyśmy często po 
wykładzie z genetyki na ciastka do 
Pomianowskiego i rozmawiały o ge- 
netyce. o profesorze a potem coraz 
więcej o teatrze, bo Lola pojechała 
z ojcem do Paryża gdzie w ciągu 
dwóch tygodni była aż szesna
cie 
razy w teatrze, a kto wie. może na- 
wet dziewiętna
cie bo przecież i w 
sobotę i w niedz.ielę są matinees 
teatralne, więc ostatecznie było to 
możliwe a to ..szesna
cie" zapamię- 
tałam pewno z powodu jej szesnastu 
lat. 
Gdy się skończył ten półroczny 
kurs genetyki, stracił.lm z nią kon- 
takt i potem też jej nigdy nie spot- 
kałam tak że w pewnym sensie za- 
pomniałam o jej istnieniu. co brzmi 
wręcz okrutnie na tle tego co się 
potem stało, ale w6wczas nic w tym 
okrutnego nie było. 
Je;ienią 1942 mieszkałam co praw- 
da bardzo wygodnie ale było tam 
bardzo niebezpiecznie. tak że mimo 
tych względnie nowych instalacji 
pod podłogą. szukano dla mnie no- 
wego lokum o co wówczas nie było 
łatwo. 
Było mi naprawdę dobrze i wy- 
godnie w tym małym. jasnym poko- 
iku na czwartym piętrze. bardzo 
cicho i swojsko, bo wdowa, do któ- 
rej to mieszkanie należało. przygo- 
towywała mi codziennie rano kawę 
w ślicznej filiżance z rosenthalow- 
skiej porcelany, w jadalni były zaw. 
sze kwiaty a w mieszkaniu pode 
mną był.! muzyka, dobra muzyka. 
której czasem przez podłogę słucha- 
łam. Pozostali lokatorzy to byli mło- 
dzi chłopcy w moim mniej więcej 
wieku, osobiście ich jednak nie 
na. 
łam... Tak. . naprawdę... mimo 
wspólnej łazienki nie znali
my się 
osobiście... nie rozma wialiśmv ze 
sobą ani razu... 1 podobno onI tak- 
że się nie znali. więc pewno pra- 
cowali w innych jedno;tkach a mo- 
że nawet w innych organizacjach - 
bo o tym że gdzie
 pracowali nie 
wątpiłam ani na chwilę - no, ale 
co było robić... takie zupełnie ..czy- 
;te" mieszkania były w tym okresie 
rzadkością. Mnie jednej l..tęsknią- 
cej za mężem z oflagu i robiącej 
tłumaczenia z niemieckiego na pol- 
;ki w takim biurze tłumaczeń przy 
Placu Małachowskiego" - bo taka 
była oficjalna wersja) wdowa chyba 
o nic nie podejrzewała... Chociaż i 
to nie jest pewne, kiedyś bowiem 
przy kolacji powiedziała mi że za- 
nim jeszcze chłopcy wynajęli te trzy 
pokoje, było tu gestapo i wszyst- 
kich lokatorów zabrało... 
- Tak że teraz już nie mogę i m 
pomagac - powiedziała - zabili 
ich pewno od razu na Alei Szucha 
a może, w najlepszym wypadku wy- 
słali do getta, no a klucze, proszę 
pani, zatrzymali.. 
- Ale zmieniła pani chyba za- 
mek? - zapytałam zdumiona. 
_ Nie zmieniłam bo nie pozwo- 
lili - powiedziała - bo chcą od 
czasu do czasu sprawdzać, ale ani 
razu jeszcze nie przyszli. 
Od tej chwili. naturalnie. zaczęto 
mi szukać nowego lokum ale szło 
to bardzo powoli a ja sama nie 
bardzo chciałam się stamtąd wy- 
nie
ć. bo było mi u mojej wdowy 
naprawdę bardzo dobrze a poczu- 
cia osobistego niehezpieczeństwa już 
w tej epoce nie miabm. 
Od czasu gdy mi zaczęto szukać 
nowego mieszkania coraz częściej 
otwierałam wieczorami skrytkę, kład- 
łam się obok niej na podłodze i 
;łuchałam. słuchałam. czasem przez 
godzinę lub dwie. To był chyba 
patefon bo magnetofonów jeszcze 
wówczas nie było i gdy tego po- 
południa wdowa zapukała, mówi:lc 
że jakaś pani na mnie czeka, słu- 
chałam właśnie Vivaldiego. 
W hal1u przy drzwiach stała uś- 
miechnięta Lola w fiołkowo-nie- 
bieskim kostiumie i ciemno-brązo- 
wym kapeluszu na długich kaszta- 
nowych lokach. Wyglądała jak pros- 


.) Roroział z przygotowanej ,-Jo 
dmku powie
ci p.t. "Karnawały". 
(Por. nr. nr. 1419, 1475 i 1506 ..Wia. 
domości ''), 


o 


to z Paryżu a może z Londynu. 
jak pomyślałam po chwili bo przez 
ramię miałd przerzucone ,.burber- 
ry" koloru khaki i ogromną torbę, 
jakby walizkę a jednak nie-walizkę. 
tego samego koloru i chyba też an- 
gielską. 
- Lola. Lola - zawołałam - 
jaka elegancka, przyznaj się, zrzu- 
cili cię chyba z samolotu! Prosto 
z Paryża? A może z Londynu? Ile 
to lat. ile lat od czasu gdy mała 
Wilska...i wiesz. wydaje mi się że 
bardzo urosła
... 
- Nie nazywam się Wilska - 
powiedziała wówczas Lola bardzo 
poważnie - Nazywam się te
az 
Drudzińska. bo przed samą wOjną 
wyszłam za mąż. Mam córeczkę, 
której na imię Ula. Ula Drudziń- 
ska, ale tak naprawdę to się po- 
winnam nazywać "Rozenbaum" lub 
co
 takiego... Wła
nie uciekłam z 
getta - powiedziała po chwili mil- 
czenia bardzo gło
no - Ojciec. mat- 
ka i mąż tam zostali. Ula jest gdzieś 
tutaj, ale nie wiem jeszcze gdzie, 
mam jednak punkt kontaktowy. ;j- 
ciec jako
 wydostał tw6j adres WięC 
przyszłam.. . 
Tak to mniej więcej opowiedziała, 
bardzo spokojnie i zwyczajnie i po- 
tem w ten sam sposób odpowiadała 
na pytania. te zadane i te nie za- 
dane. podczas gdy ja siedziałam 
naprzeciwko niej blada i spocona... 
_ Z tym Rozenbaumem to oczy- 
wi
cie żart bo nikt z nas się tak 
nie nazywi i mąż mój nie jest 1:y- 
dem, ale cóż z tego gdy i ojciec 
i on zaraz gdy się to s t a ł o, po- 
czuli się nagle :l;ydami. Ojciec mi 
wówczas powiedział że to wcale nie 
pomyłka, bo jego babka a moja 
prababka była naprawdę 1:yd6wką 
i że on nie ma zamiaru udawać.._ 
T wowczas m6j mąż, Julian, wbrew 
mojej woli. rozumiesz, wówczas Ju- 
lian zadecydował Że on takŻe będzie 
1:ydem! "Z miło
ci dla mnie". ro- 
zumiesz. dla mnie która nic z tym 
wspólnego mieć nie chciała, z ta- 
kiej miło
ci wyimaginowanej. aspo- 
łecznej. egotycznej... powiedział że 
tu jest teraz jego miejsce i tu 
 
nie tam i to koniecznie ze mną I 
z Ulą zostanie i ..przy naszym bo- 
ku będzie walczyć".. Tak to sobie, 
rozumiesz, wykombinował... jakby 
życie nic nie było warte i nie tylko 
jego życie rozumiesz. bo on ma 
prawo udawać kogo 
u się żywni.e 
podoba i za co mu Się podoba gi- 
nąć. Ale to było życie moje. ktore 
j e s t m o j e i życie Uli... - 
Słuchaj - powiedziała nagle - ju- 
tro mam kontakt do Uli. ale dzisiaj 
nie mam gdzie pój
ć. Czy możesz 
mnie przenocować? 
Ale nie mogłam__- [ nie mogłam 
jej nawet dokładnie powiedzieć dla- 
czego _..nie mogłam powiedzieć o 
tych setkach nazwisk ze skrytek 
pod podłogą. nie mogłam powiedzieć 
tego co najważniejsze i to było oco/- 
wiście straszne... - Klucze od mie- 
szkania ma gestapo - powiedzia- 
łam tylko - ukrywano tu 1:ydów 
i wszystkich zabrali. Mieszkanie jest 
kompletnie "spalone", rozumiesz? - 
Ale ją to w og6le nie zniechę- 
ciło. 
_ Jeśli o mnie chodzi to mogę 
tę jedną noc zaryzyko
a
 - po- 
wiedziała - ale oCZywl
cle... - 
Wówczas przypomniałam sobie o 
tym karabinie... tak, mia.łam rzc:c
y- 
wi
cie tego dnia w szafle ten IdIO- 
tycznie zapakowany karabi!"! 
as
';y- 
nowy, cały w r6żowo-meblesklch 
flanelach. jak kukła pięcioraczków 
z Grand Guignol. jak noworodek 
ogromnej przedpotopowej o
miorni- 
cy.. tak wła
nie im powiedział.am 
gdy poprzedniego wieczoru przynle
- 
li mi ten głupi karabin przed samą 
godziną policyjną. mimo skrytek w 
podłodze. mimo tego co w skryt- 
kach i czego nie wolno b
ło prze- 
cież narażać.. Teraz wyciągnęłam 
ten karabin z szafy i kazałam Loli 
dotknąć ale i tym się nie przestra- 
szyła więc w końcu powiedziała"! 
jej część tego o czym nie wolno .ml 
było mówić bo co było robić, Jak 
wytłumaczYć? - . 
_ Chodzi tu o bezpieczeństwo, 
o życie setek ludzi... -. zaczęłam:.. 
Ale Lola miała do mnie zaufame. 
a może zresztą wyrozumienie raczej 
niż zaufanie. tego nigdy już chyba 
nie będę pewna. więc powiedziała 
po prostu: - Słuchaj. jes
 już bar- 
dzo późno i noce są ciepłe, po- 
wiedz mi najlepiej gdzie jest względ- 
nie bezpiecznie... - 
Więc powiedziałam Jet o takich 
ruinach przy Krakowskim Przed- 
mie
ciu, ruinach z r. 1939 zaro
- 
nietvch krzakami. 
W te ruiny poszła w palcie ..bur- 
berry" koloru khaki i szarej chus- 
teczce którą wyciągnęła z torby, 
a ja' otworzyłam znowu sk
ytkę. 
położyłam się na p
nod.ze l 
- 
częłam słuchać muzykl, me pamlę- 
tam już jakiej. T nie wiem jak 
długo słuchał-dm, bo obudziłam się 
potem w nocy cała obolała obo
 
otwartej skrytki i już bez muzyki, 


r 


a 


a nienakręcony zegarek zatrzymał 
się na 11.30. tak że nie wiem na- 
wet, która godzina była naprawdę, 
było jednak ciemno, bardzo ciem- 
no. 
Nie, tym razem już o jej istnie- 
niu nie zapomniałam i szukałam jej 
gdzie się dało, najpierw w tych 
ruinach przy Krakowskim, no i po 
kawiarniach. potem w Łodzi, w 
Poznaniu, w Krakowie, w Kato- 
wicach, później we Francji. w An- 
glii, w Kenii i w Ghanie a w końcu 
w Ameryce przez różne biura.. no 
i na przerwach teatralnych... Cza- 
sem szukałam jej na ulicy, zwłasz- 
cza przed afiszami teatralnymi i na 
matki z córkami też uważnie patrza- 
łam, najpierw z małymi a potem z 
córkami coraz starszymi... 
Z biegiem lat te poszukiwania 
przestały być wła
ciwie poszukiwa- 
niami, co
 jednak z nich zostało, 
jaka
 ciągle 
wieża wrażliwość na 
jej imię, na kolor niebiesko-fiołko- 
wy, na płaszcze koloru khaki, dość 
rzadkie zresztą w latach powojen- 
nych zwłaszcza w
r6d pamiętają- 
cych... 
Gdy w latach sześćdziesiątych wy- 
jechałam ze Stanów do Ameryki 
Południowej, pra wdopodobieństwo 
odnalezienia Loli bardzo się chyba 
zmniejszyło i o tym myślałam - 
pamiętam - gdy mój samolot z 
powodu mgły wylądował w Men- 
dozie. już za granicą argentyńską. 
zamiast w Santiago de Chile dokąd 
jechałam. Bo Lob nadawała się 
chyba znacznie lepiej do Stanów 


HELENA żURKOWSKA 


Muza 


Głębokie zamyślenia uczonych i fi- 
lozofow wymagają odprężenia. A 
może istl\1ieje jaki
 głębszy splot. nie 
poddany dotychczas szczegółowSiZym 
badaniom, którry w rytm syllltetycz- 
nego my
lenia wplata rytm poetycki? 
Może jest to potrzeba duszy wypo- 
wiedzen'a się rytmicznymi skanda- 
mi w skrótowych ujęciach, które mo- 
gą trafiać łatwiej niż wywody nau- 
kowe do umysł6w ludzkich. działaj=łc 
zarazem na ich wyobraźnię i uczu- 
cie? 
Odpowiedź na te py'tania, w ogól- 
nym zarysie. mieści się w wykładzie 
profesora Władysława Tatarkiewicza 
p.t. .,Tw6rczo
ć - dzieje pojęcia", 
wygłoszonym na Uniwersytecie War- 
szawskim w r. 1966, a potem ",..ydru- 
kowanym w miesięczniku "Poezja ,. 
w tym samym roku. 
Jego rozważania wyjaśniają fakt 
wydania w ciągu ubiegłego dziesię- 
ciolecia 3 tomików poezji prof. Ta- 
deusza Kotarbińskiego z Warszawy. 
uczonego o 
wiatowym roz
łooie, oraz 
kilku tomik6w JeT'lego BTauna z 
Rzymu, pisarza katolickiego. filozo- 
fI i poety . 
Braun, tytan pracy, poza swą dzia- 
łalnością odczytową (obejmującą te- 
ren zamieszkan
a, oraz Amerykę i 
Kanadę) wydał - pomijając jego 
działalno
 przedwojenną - w latach 
1960-1974 - 24 książki i eseje nau- 
kowe w językach: polskim, włoskim, 
francuskim. angielskim i niemieckim. 
Tematyka obejmowała. poza og6lny- 
mi zagadnieniami filozoficznymi. o- 
sobę i działalTIo
ć Hoene-Wrońskiego 
(co jest gł6wnym zailJlteresowaniem 
Brauna), a też 
w. Tomasza z Akwi- 
nu, św. Anzelma. Norwida. Artura 
Górskiego. o. Maksymiliana Kolbe, 
Romana Tngardena, Stanisława Brzo- 
zowskiego. Feliksa Konecznego i Jn. 
W tym też okTesie wydane zostały 3 
zbiorki poetyckie Brauna: ..Moja 
Matka ", Londyn 1967. ..Wyb6r poe- 
zji - Bal1ada o Warszawie". Nowv 
Jork 1967 i "Rymy wł
kie", Lon- 
dyn 1974. 
Niewiele 
ków poezji BrauTla jest dosfępnych o- 
becnie. Liczne antologie wydane 1'0 
wojnie w baiu nie po
więcają im 
miejsca. P,rawie jedyny wyjątek sta- 
nowi ..Antologia poezji polskiej 1914- 
1939" z r. 1962 opracowana przez R 
Matuszewskiego i Seweryna Pol1aka, 
gdzie. na 880 ;tron druku. poświęco. 
no 3 stroniczki poematowi Brauna 
..Lucyfer". Z 13 człon6w tego pięk- 
nego poematu warto, dla ukazania 
jego stylu. przytoczyć przynajmni
 
dwa: 


z 


niż do takiego maleńkiego Chile... 
o tym myślałam wówczas na lot- 
nisku w Mendozie czekając na wia- 
domości o mgle. potem jednak, już 
w Santiago nie myślałam o Loli 
w ogóle, zajęta szukaniem mieszka- 
nia, bo gdzi
 przecież trzeba było 
mieszkać a hotel w którym się za- 
trzymałam był bardzo drogi. Chcia- 
łam mieszkać w samym centrum a 
to było specjalnie trudne, więc cho- 
dziłam tak już drugi dzień z ogło- 
szeniami z "EI Mercurio" i naj- 
pierw z mapą a potem już bez ma- 
py po wąskich zamglonych ulicach, 
bo było to w lipcu czyli pod ko- 
niec ich bezśnieżnej mokrej zimy i 
jeszcze przed zaczęciem się ich 
przedwiośnia. 
Była 
roda - pamiętam i te- 
go popołudnia miałam pój
ć na uli- 
cę Las Ramitas 29 m.6 po to dwu- 
pokojowe umeblowane mieszkanie z 
ogłoszenia i zapytać o Ruth Lagos. 
Była to ładna uliczka i mimo mgły 
wydała mi się już wiosenna bo po 
obu stronach rosły niewielkie jasno- 
zielone, puszyste drzewka i prawie 
wszystkie domy miały balkony, z 
kt6rych zwisały liliowo-zielone pną- 
cze. 
To był niewielki dom, jakieś dzie- 
sięć mieszkań ale nazwiska ..Lagos" 
nie znalazłam w rozdzielniku bra- 
my, a pod numerem 6 nie było żad- 
nej wizytówki. - Pewno dlatego że 
wynajmują mieszkanie, bardzo to z 
ich strony delikatnie - pomyślałam 
- i to mieszkanie 6 bez nazwiska 
wydało mi się już prawie moje. 


r 


Otworzyła mi piękna kobieta o 
rudych, krótko obciętych, bardzo 
świecących włosach i ogromnych 
niebieskich oczach. 
- Może pani woli mówić po 
francusku lub po angielsku? - za- 
pytała - To mieszkanie jest mojej 
ciotki kt6ra umarła rok temu a po- 
niewai: syn jej wyjechał za granicę, 
ja zajmuję się wynajęciem mieszka- 
nia. Może pani naprawdę woli mó- 
wić po angielsku? - zaznaczyła 
znowu i w tym momen.:'e zauwa- 
żyłam że jej hiszpański był jakiś 
trochę inny niż hiszpański Czylij- 
czyków. 
- Nie, nie.. wolę mówić po hisz- 
pańsku skoro już nie mogę mówić 
moim rodzinnym językiem. bo te 
wszystkie języki są i tak dla mnie 
obce - powiedziałam - ale gdyby 
mi pani na przykład zaproponowała 
rozmowę po polsku.... 
W tym momencie t o n a s t ą - 
p i ł o. Ale nie od razu, bo ona naj- 
pierw zbladła, cofnęła się i zrobiła 
taki ruch jakby chciała przede mną 
zatrzasnąć drzwi, ale drzwi między 
nami nie było więc gest jej trafił 
w pr6żnię. 
- Skąd pani wie? - zawołała 
drżącym głosem po angielsku. - 
Skąd pani wie? - i w6wczas do- 
piero rozpoznały
my się naprawdę. 
- Musimy stąd zaraz wyjść - 
powiedziała Lola znowu po angiel- 
sku - mieszkania ci wynająć nie 
mogę, ale nie... to nie ma nic 
wspólnego z niczym... nic wspólnego 
z tymi ruinami na Krakowskim, 


e 


e 


. 
ł 


-) 


możesz być pewna... Tu nie chodri 
o mnie lecz o Ulę. może pamiętasz 
że córce mojej było na imię Ula 
i ona Ulą została. podczas gdy ja 
jestem Ruth...Ruth Lagos. zapamię- 
taj! Tu chodzi tylko o Ulę...O sie- 
bie nie potrzebuję się bać. A po 
polsku już nie mówię...z a p o m - 
n i a ł a m i nie chcę sobie przy- 
pomnieć! No chodźmy, już chodź- 
my. za pół godziny jestem umówio- 
na w Cafe Paula z Ulą a chciałabym 
najpierw sama z tobą trochę poroz- 
mawiać, wytłumaczyć ci wszystko, 
no i opowiedzieć o Uli, ale nie tu- 
taj, byle nie tutaj.._ 
Nie udało się nam jednak tego 
dnia porozmawiać i kto wie czy 
się kiedykolwiek uda, chyba że Lo- 
la mnie jakoś odnajdzie w co zresz- 
tą wątpię i nie wiem nawet czyby 
mnie w ogóle szukała... 
Ula już w tej ..Pauli" była. Sie- 
działa wysoka i jasna z trzema ciem. 
no ubranymi młodymi mężczyzna- 
mi przy narożnym stoliku i Lola 
mi ją zaraz pokazała zanim jeszcze 
Ula nas zauważyła. 
- Spójrz to ona - tak wcześ- 
nie - powiedziała ze zdziwieniem 
- tego się nie spodziewałam - 
dodała - no ale i tak będziemy 
mogły przez chwilę spokojnie po- 
rozmawiać a potem gdy Ula przyj- 
dzie, porozmawiasz sobie z nią po 
polsku bo wyobraź sobie że Ula... 
Ale nic mi więcej nie zdążyła 
opowiedzieć bo w tym momencie 
zaczęła się w kawiarni strzelanina, 
posłyszałam brzęk tłuczącego się 


szkła, zapach prochu i jakieś krzy- 
ki, których nie zrozumiałam. Ktoś 
przewrócił krzesła naokoło. znowu 
kilka strzałów i zamieszanie a po- 
tem nagle wszystko zamilkło i ka- 
wiarnia wypełniła się karabinierami. 
Dopiero wówczas zauważyłam że 
Loli już obok mnie nie było i Uli 
też nie widziałam nigdzie. Została 
tylko grupka Amerykanów, których 
karabinierzy uspakajali po angiel- 
sku. Kilka osób wyszło a ja zosta- 
łam, chyba dlatego zresztą że pod- 
szedł do mnie właśnie kelner z 
ogromną tacą ciastek. Wybrałam 
więc aż dwa ciastka. takie same 
jak kiedy
 u Pomianowskiego. na- 
poleonkę polewaną czekoladą i o- 
gromną bezę z bitą śmietaną. 
- Co się tu dzieje? - zapyta- 
łam kelnera. 
- Nic takiego - odpowiedział. 
u
miechając się - no se preocupa 
.
eiiora, nikomu się przecież nic nie 
stało a o tym co to było dowiemy 
się jutro z gazet. Take it easy 
seliora... czy tak się mówi po an- 
gielsku? - 
Zirytował mnie bardzo ten kelner. 
bo on był przecież jedynym. z któ- 
rym mogłam wówczas porozmawiać 
w tym mieście. w którym nie zna- 
łam nikogo. Tak mnie zirytował że 
chciałam zaraz wyjŚĆ ale cóż, na 
miejsce karabinierów napłynęły no- 
we fale gości i kelner mój zaczął 
tak biegać od stolika do stolika 
że na rachunek musiał.lm jeszcze 
czekać bardzo długo. 
_\licja Iwańska. 


- 


. . 
poezJI 


swój talent czę
ciowo wyrzekając się 
- na rzecz kończącej się już obecnie 
mody - korzystania ze Z'Ilaków prze- 
stankowych i formy wierszowanej. 
Trudniej wtedy o u
rzymanie muzy- 
kall\1ości rytmu, obecnego w jego 
dawniejszych utworach poetyckich. 
Stąd barwne obrazy strzelające ku 
niebu niefałszowaną świew
cią prze- 
Życia w daWll1ych wierszach. nabierai
 
tu niekiedy przybiurkowej sztucznoś- 
ci: "...spal wszystkie recepty na 
poezję - Jedynie Norwid trWa: 
bez
osobisto
ć - kondensaoja 
symbolizm. On :lIDał rodzący się kon- 
tynent trzeźwo
i.. .". Wyjątek stano- 
wią miejsca. gdzie autor jedTlak po- 
wraca do pewnej onomatopeiC7Jl1ej 
rytmiczności: 


Słupy karbowanych kaktusów sq jak 
praojce totemóW 
maskami bó.
tw okrutnych 
wyszczerzonych w Niebo 
kt6rym dzil pieśll smentarną 
Colorado SZum; 
Milczqc krzyczę nad ,losem 
zapomnianych plemion 
ściętych salwami kul stalowookich 
traper6w. 


Jeżeli chodzi o tematykę. widocz- 
na jest w całym zbiorku intencja au- 
tora podania niejako artystycznego 
kalendarza swych wędr6wek. Widać 
t
 wyraźnie już w samym przytacza- 
niu nazw wierszy, kt6re są zarazem 
nazwami miejscowości. Nie z
inął w 
nich braunow;ki liryzm. wplata ;1ę 
w każdy widziany obraz, zespala z 
przeŻyciem jakie on wzbudza i pro- 
wadzi, coraz bardziej zdecydowamie i 
wyratnie do wiary, której odd.ił 
autor niepodzielnie Swe talenty pisar- 
skie. 


Trwa tvlko i lwieri Krzyż 
nad s
ugami .mteTltów 
nad Statuq W olnolcl 
nad jeziorami Kanady 
nad Maarytem, Paryżem. Londynelł1. 


z przedwojennych zbior- Dawną wi!zyjną moc uzy;kuje aut0r 
w wiersZ1.J ,.Bazylika Ara Coe1i". 
gdzie przenośnia obrazu ukrywa ko;- 
micZ'T1ą mistykę: 


TarlUlem się pn wszystkich 
mrcze,htwach człowieczyc!l, 
wszystkie spazmy poetów schwytałt-m 
na nerwy. 
hllr.
ztyno11'q e.
encj(' poznania 
wszechrzeczy 
zhadalem jednvm hau.
tem i piłem . 
bez przerw.v. 


r 


NOW A KSIĄŻKA JÓZEFA MACKIEWICZA 
O politycznej roli Watykanu we współczesnym świecie 


..Historyczny i modtlow\'" nakt z komunistami. - Pojednanie ko
cioł6w 
w cieniu czerwonej 
iazd,', - ..Farvzeusze wszystkich kraj6w łączcie 
się". - Co to jest \\'it'tmim? - Jak' doszło do tajnego porozumienia: 
Watykan - Hanoi? - W cieniu Mao Tse-tunga. - Na drodze między 
. Rzymem i Moskwą 
Oto tytuły nil'lt6rych rozdzia16w nowtj 320_stronicowej ksiązki 
JÓ7efa Mackiewicza 
WATH.AN W CIENIU CZERWONEJ GWIA7D\ 
Do nahycia we wszystkich księgarniach a takze bezpośrednio 
w wydawnictwie KONTRA: 
3, Ashnes
 Road, London SWII BRY, tel. 228 4089 
('ena £3.45 ($9.00) plus opłata pocztowa - 10% ceny książki. 


Artyleria mvch brmtów, Kasandra 
n;eszczrścill 
prała w niebo kartaczem, Że Tlto
d 
nil' ma - 
Wyprężalem ku BORU oszalałe pięlrie 
i .fpiewalem żałosnt-. żeglarskie 
poema.. . 


Jak wobec tel!O młodopolskiego 
wichru poetyckiego wyglądają utwo- 
ry zawarte w ostatnio wydanym 
zbiorku ..Rytmy włoskie" (r. 1974W 
Od razu narzucają się r6żnice: w 
formie i w tematyce. Braun zuboża 


-..:::::: ...---r-"'-- 


...i już zjaw 
wiata pierzcha lm 
bytów krawc(N 
Rdzie Byt i Nicolć otchłań odsłania 
Plam 1IaRq 
(I w zamieraniu .
erc cień fmierci 
skrZ)'dłami motvla 
trzepoce drży ucieka i w przt-shvór 
Rdzie
 pędzi 
jak gdy Tanatos oddech ,ostatni 
wydziera 
wszechświat jak motyl jeszcze na 
oczach mi.f!oce 
i odlatuje w ciemność ostatecznych 
nocy 
w której Bóg zmartwvchw.
taje 
a człowiek umiera. 


O He niespodzianką fi]ozoficzn
J 
uoez;i - i prozy - Brauna iest 
wsoółŻycie my
iciela z wizionerem- 
poetą w oparciu o głęboką wiarę 
religijną - o tyle niesuodzianką cał- 
kiem inneQo rodzaju jest tw6rczo
ć 
poetycka ateisty. a zarazem fi10rlOf:ł. 
jednego z naiwakomitszych uczonych 
naszego wieku. iakim jest prof. Ta- 
deusz Kot-arbiński. 
Tyle już miejsca poWięcono jego 
powarnym macom naukowym, tłu- 
maczonym na szereg ięzyków świato- 
wych (z japońskim włącznie) że poe- 
tyckie wypowiedzi autora leżą na grt- 
nicy umysłowej rozrywki, odpręże- 


. 
J 


S_wrR 


nia, żartobliwej zabawy. Tak zrodzo- 
TlC, bez zamiaru bawienia kogokol- 
wiek. poza własną osobą, są jedmk 
epigrramatami stwor.zonymi przez 
wielki umysł i talent poetycki, trzy- 
many na uwięzi i w ukryciu na rzecz 
wieLkich i powaŻJ11ych prac. Toteż 
wypryskują, niemal samoistnie. po- 
między dokonaniami o wielkiej diJ- 
niosłości i dokal.Ują bezkarnie. 


Ledwie Z niemowlęcego 
wychynqwszy wozka 
Gada sobie i gada mala moja .muzka. 
Przekorne to, kapryśne, przemqdrzałe 
dziewczę. 
Oczęta ma zadziorne, listeczka - 
wyśmiewcze. 
Do zachwyt6w nieskora, do przygany 
dziarska 
Urzędowym powagom wprost w 
oblicze parska. 
Mdly trzynastozgłoskowiec spod 
starego placka 
Upodobała sobie i tak ,.
ię z nim 
cacka. 
("Wesole smutki"' 1966) 
Ale myliłby się ten, ktoby tak bez- 
trosko uwierzył w niewinnmć tych 
wierszyk6w. Ironia, mmies,zenie błę- 
dów ludzkich. przywar, rozporządzeiI 
władzy, zarządzeń nie do wypełnie- 
nia. partactwa, owego największego 
grzechu dla propagatora ,.Traktatu o 
dobrej robocie" (tak brzmi tytuł 
głównego dzieła profes.ora) - to 
broń celna, nie od dziś znana. a czę- 
sto 
miercionośna. Operowanie nIą 
wymaga mistrzowskiej dłoni. Korzy- 
stanie z niej w formie poetyckiej, peł- 
nej nienagannej rytmiki i rymu. tłu- 
maczy nam wstęp autora do drugiego 
zbiorku jego poezji p.t. "Rytmy i 
rymy", (Warszawa 1970). Nie za- 
mierza zrerz:ygnować z tych obu 
.,środków harmonijnego brZ!mienia". 
W utworach zawartych na tych stro- 
nach autor c h c e być śpiewny, 
c h c e bawić się brzmieniem pol- 
szczyzny, z a m oj e r'Z a "poruszyć 
strunę i trafić w sedno", a n i e z a- 
m i e r z a obmyślać uderzająCych no- 
w
ci. bo i po co? ziawiają się one 
same przerz: się. Jeśli to komu nie 
odpowiada - m6wi autor - proszę 
bardzo. niech to nazwie ..rymowan- 
kami", ieżeli nie może się w tym 
'IopatrzeĆ głębszej frdci pokazaTleJ 
w krzywym zwierciadle. Tre
ć tych 
wierszy przepływa przez głowę auto- 
ra czasem iako idea. domagająca się 
ulCazania, innym raZem jako prob- 
Jem do rozpatrzenia. lub jako ;tany 
uczuciowe, jak miłość. radość, tęsk- 
nota, żal. zachwyt. . . 


Gdv wier.
z pi.
z(' - nie po to 
Rozpierzchłe słowa łqczę. 
By do pracy statecznej 
Zaprzęgał zrywy rqcze. 
Chce wy
piewać, co czuje 
Ktoś, kto śpiewać ,nie umie. 
Poryw oddał próbuje 
W dźwięcznym mowy pmzumie. 
(..Wiqzanki" Warszawa 1971) 


Te lekceważące słowa o wła;nym 
talencie poetyckim nie mogą nikogo 
zmylić. Ma się tu do czynienia ze 
świeżym i niezatrutym tródłem lirycz- 
nym. na przemiany z satyrą i zamyś- 
leniami nad zjawiskami życia. Autor 
jest ateistą - lecz nie pozbawia t0 
go filozoficznego pogodzenia się 7- 
prawami rządzącymi wszechświatem: 
.,Bo nie wiem co się z cieniem sta- 
nie z chwilą. gdy ja się stanę cie- 
niem". lub "... niech mi się urzyś- 
n: że na tamtym brzegu pr:zyobieca- 
ne wzejdzie zmartwychwstanie". 


IDą dr oj ci 


Albo: "Przestałem istnieć (skoro :J- 
trdciłem życie) i zacząłem trwać da- 
lej. czyli być - w niebycie". Parę 
wierszy nie ortodoksyjnych, prawie 
bluźnierczych ze zbiorków ,.Rytmy i 
rymy" i .,Wiązanki" mówi o 'Z,wąt- 
pieniu autora, na które nie znalazł 
jeszcze rozwiązania: ..Szczęśliwi, któ- 
rzy wierzą w cuda lecz nic nie mó- 
wią mi niestety ani kojących słów 
ułuda. ani święconych ksiąg wersety" 
. . . ,.gdy więc niedziela przyjdzie IJ- 
roczysta i we mnie takoż budzą 3 i ę 
porY'WY. by wspólnie wołać: ciesz- 
my się. zmartwychwS'tał'! Alem nie 
uczeń prostackiej legendy, ani wy- 
myś'lnych złud propagandysta - go- 
tówem 
piewać pastusze kolędy, lecz 
myśl niech będzie niezmącona. czy- 
sta. Uznać fantazmat? Nie! Droga 
nie tędy!!!". Nie naszym prawem 
wskazywać myślicielowi tej miary cO 
Kotarbiński na liczne przykłady 
przedstawicieli ..czystej, niezmąco- 
nej my
li" w ubiegłych wiekach, 
którzy wrócili z ateistycznych po- 
błądzeń na drogę katolicyzmu. 
Podkreślmy więc sarkastyczne u.- 
stępy tej poez
i zawarte we wszyst- 
kich trzech zbiorkach. Autor mówi: 
..Niemiło potwierdzić, gdy przeczyć 
nie wolno", "Biurokrata. który prze- 
jął hasło równej uprzejmo
ci 
wszystkimi równo pomiata", "Zło 
musi dojrzeć, aby się przesilić". 


Ogół swoich znajomych, ;których 
podobizn mam wiele 
Podzieliwszy roZtropnie. każdego w 
podziale umieszczę 
Na tych co już się nie bojq i tych 
którzy bojq się jeszcze. 


W innych wierszach opis jak kat, 
nazwany katem wygrał proces o r,- 
szczerstwo: o tym, jak pająki wydały 
prawo, aby taką muchę najpierw za- 
męczyć, kt6ra najgłooniej brzęczy. 
1:artobłiwym podbudowaniem własnej 
teorii filozoficznej jest wiersz 
"Schludnooć" ("Rytmy i rymy"): 


Każda rzecz - to jej tenor: wielka 
czy znikoma 
w sobie właściwym miejscu u siebie 
jest aoma. 
Zastosowań, przykładów przytoczysZ 
bez Tiku 
zqb w szczęce, ryba w wodzie. 
a ochłap w lmietniku. 


Wiąie się tre
ć tego wiersza z in- 
nymi. poświęconymi naganie za nie- 
chlujst,wo wielkiego miasta, brakowI 
podporządkowaTlia sie przepisom etc.: 
..polsko. jeśli nie chcesz. by cię diabli 
wzięli, do cn6t codziennych zapraw 
swych obywateli"; "Ład rozumny. 
niezbędny do wspólnego bytu, 
zę- 
dzie bardzo potrzebny: i J!"dzie in- 


dziej, i tu"; "Z dwojga - jedno się 
spóźnia, a drugie popędza. Jeśli on 
- to .brutal', gdy ona - to 'ję- 
dza'. Bez popędzania stadło na ter- 
min nie zdąży. (Tak prawi prakse- 
olog, sprawności chorąży)". Traf- 
ność spostrzeżeń, precyzja i skróto- 
wość wyrazu tych epigramatów na- 
suwa porównania do epigramatów 
Omam Chajjama. Ten sam charak- 
ter filozoficznej zadumy, te same 
wady ludzkie - każde w ramach 
własnej epoki historycznej - ale 
wieczne i jednako godne potępienia 
przez obu myślicieli i poetów w jed- 
nej osobie (Omar jak wiadomo był 
znakomitym matematykiem. profeso- 
rem astronomii). Jeżeli chodzi o po- 
dejście t
matyczne, rodzaj sarkaz- 
mu, celność wypowiedzi a nawet 
operowanie nonsensem - epigrama- 
ty Kotarbińskiego noszą pewne po- 
dobieństwo do wierszyków Leca: 


Jakko/wiek psia natura człowieczej 
najbUższ a 
sq różnice: abstrakcji u psa 
nie wytropisz, 
wszelako pies wiernościq 
człowieka przewyższa. 
Więc czy pies - to pot/człowiek, 
czy człowiek - niet/opies? 


Największym kunsztem artystycz- 
nym odznaczają się wiersze zawarte 
w zbiorku ..Wesołe smutki". Wypa- 
d,l więc zakończyć dwoma spośród 
nich: 


Zgodnie Z nie zaprzeczoną dobrych 
serc potrzebq 
Postanowiono piekło przerobić 
na niebo - 
Jednak niebawem zacne dqżenie 
osłabło, 
A/bowiem zbożnq pracę 
powierzono diabłom. 


drugi, smutniejszy: 


Życie to pęd serpentyną, 
aż .pojazd stoczy się w parów: 
podróżni wSzYscy poginq, 
zostanq strzępy zamiarów. 


Zwięzłość i skrótowa treściwość 
tych małych utworów poetyckich 
wymagałaby - zamiast ich omawia- 
wiania - przytoczenia ich w całoś- 
ci. Niech więc przynajmniej liczne 
tu podane przykłady dadzą pojęcie 
o pociągającym uroku tych zbior- 
ków poetyckich. Z'lrazem jest 
to próba odsłonięcia tajemniCY 
autorstwa dwu doskonałych przed- 
stawicieli sztuki, z których - jeden 
znany jest tylko ze swych dokom 1ń 
w zupełnie odmiennej dziedzinie. 


Helena żurkows"ka. 


HE WHO SA VES ONE LIFE 


-- 


angielskie poszerzone wydanie książki 
"KTO RATUJE JEDNO ŻYCIE" 
"POLACY I ŻYDZI 1939-1945" 


Kazimierza Iranka-Osmeckiego 


Nadeszły ostatnie egzemplarze ze Stanów Zjednoczonych, 
gdzie książka została wydana po angielsku. Do nabycia 
u autora: 43a, Emperors Gate, London SW7 4HJ i w księgar- 
niach polskich w Londynie. Cena £3.50 przesyłka 30p. 


...--:
>>>
Nr 1531/1532, 3rdl1Oth August 1975 


WIADOKO.CI 


7 


PUSZKA 


T ,ran 


Pisarz angielski Denis Hil19 w Ir'ę- 
kopisie książki, kt6ra nie została je- 
sz£re oddana do druku. określił dy- 
ktatora Ugandy Jdi Amina, jako 
..tyrana wio
kowego". Z przyczyny 
jakicM niewiadomych podejrzeń po- 
licja Amina przeprowadziła rewizję 
w mieszkaniu Hi11sa i zabrała mu 
rękopis. W tym samym mniej więcej 
czasie został zaaresztowany Brytyj- 
czyk polskiego pochodzenia Stanley 
Smolen. oskarżony o niedozwolone 
gromadzenie oliwy, mydła i innych 

rodk6w domowego użytku. Smolen 
został zwolniony i pozostawiono go 
w spokoju. 
Inaczej potoczyły się losy HiI1sa. 
Został oskatrŻony o ,.zd.radę sta- 
nu", chociaż można mu było przy- 
pisać jedynie winę obrazy - pożal 
się Panie Boże - majestatu Amina 
jako głowy państwa. 
Biografia Amina jest wielce bu- 
dująca. Jego pole chwały sprowa- 
dzało się do kilkudziesięciu metrów 
kwadratowych kuchni oficerskiej 4 
pułku Królewskich Strzelców Afry- 
kańskich. SłuŻył w tym pułku gdzie 
nauczono go - najprostszych e1emen- 
tów mu:zt;ry i dyscypliny wojsko- 
wej. PO CZYm skierowano 
o do 
kuchni. Musiał zapewne gotować 
smacznie i zdrowo. bo uzyc;kał 
awans na sierżanta. Tylko dwóch 
Murzynów w całym pułku uzyskało 
stopień podoficerski. 
Brytania miała z tym Aminem nie- 
jeden kłopot. Zaprosił sie na 
ub 
i uroczyst
ci weselne księżniczki 
o\nny, córki obecnie panuiącej Elż- 
biety n. Dano mu znać że jego 
udział w uroczYst
ciach nie jest 
oczekiwany. Podóbnie. z powodu je- 
go awanturniczego sposobu bycia 
nie dopuszczono go do udziału w 
rokowaniach jakie toczyły się mię- 
dzy przedstawicielami brytyjskiego 
Commonwealth na Jamajce. 
Wspomnieć tu trzeba że Amin do- 
konał w swoim kraju zamachu sta- 
nu i przejał władzę z rąk Miltona 
Obote. po czym zamianował się ge- 
nerałem i przyznał sobie trzy orde- 
ry woienne brytyjskie. 
6d nich 
Victoria Cross. iedno z nairzadziej 
przyznawanych odznaczeń bojowYch. 
Obote Znowu dla odmiany tytułuje 
się doktorem nie wiadomo 
o i 
przebywa na wygnaniu w Tanzanii, 
gdzie uzyskał prawo azylu. 
Najwięks7ą trudno
ć wszelako dla 
Brvtanii a także dla Ul!andv spra- 
wił o\min. kiedy wypędził ze swo- 
jego kraju kilkadziesiąt tysięcy 
Aziat6w. mających paszporty bry- 
tvjskie. WSzYscy niemal zajmowali 
sie handlem i rzemio
em umielli 
czytać i pisać. mieli stosunki z za- 
granicznymi firmami hurtowymi. 
więc kraj m6gł być jako tako zao- 
patrywany w przedmioty codzienne- 
go uŻytku. Ale Amin postanowił że 
ma być przeprowadzona ..ugandyza- 
cja" handlu i rzemiosła (przemysłu 
żadnego tam nie ma). więc oddał 
zrabowane Azjatom c;klepy i war- 
sztaty w ręce Murzyn6w. którzy nie 
wiedzieli co mają z tvm począć. 
Rychło też. gdy wyczerpałY się 
istniejące zapasy, brakło wszystkiego 
na rynku. Taki stan rzeczy 
istnieie "0 dzi
 dzień. Ci Azjaci. 
zostali p
zyjęci przez rząd brytyjski 
jako emigranci co sprawiło niemałą 
trudno
ć z uw
gi na brak mieszkań, 
na znaczne bezrobocie, a także i na 
to Że jest miedzy nimi niemało ma- 
hometan, którym religia dozwala 
mieć cztery żony. ObciąŻyło to bar- 
dzo budżet ministerstwa zdrowia i 
opieki społecznej. a także sZkolnic- 
two. bo tysiące dzieci nie znających 
jezyka angielskiego sku"iło sie w 
kilku ośrodkach przemysłowych, 
gdzie w szkołach brak dla nich 
miejsca i czasu. 
Ale trzeba wrócić do sprawy 
Hi11sa. Amin uwolnionego przez kar- 
n\ sąd cywilny Hillsa kazał ponow- 
nie postawić przed sadem wojskowym, 
Co przesądziło oczywi
cie skazanie 
go na 
mierć za "zdradę gł6wną". 
Wtedy Amin postawił rządowi 
brytyjskiemu ultimatum. ograniczo- 
ne w czasie. z jednoczesną zapowie- 
dzią że jeżeli żądania jego nie będą 
"pełnione - Hi11s będzie publicznie 
rozstrzelany. Niektóre z tYch żądań 
były sprzeczne z podstawowymi za- 
sadami ustroju państwa. D om a gal 
się więc cenzury prasy i nie wypo- 
wiadania żadnych ujemnych ocen 
polityki Ugandy. Domagał się także 
wyrzucenia z Brytanii osiadłych tu 
uchodźc6w z Ugandy, korzystają- 
cych z prawa azylu politycznego. 
Jest to sprzeczne z wiekową trady- 


wioskowy 


Hultajska 


czwórka 


Słoneczny czerwcowy dzień. WróOi.l
- 
my ze spaceru i czekamy na obiad. 
Nie chcę obliczać ile to lat już minęło, 
dużo, ale wciąż czuję zapach kwitną- 
cych akdcji i przytuloną Renię, mi&aw- 
ka utrwaliła się nie tylko na taśmie 
aparatu. 
Chleb z ręki zabiera mi Czera, na- 
prawdę nie zasłużyła na pamięć, ale 
skoro jest na zdjęciu trudno ją pomi- 
nąć, zwłaszcza że wiąże sił- z moim 
pierwszym i bardzo przyjemnym poby- 
tem w Krakowie. Mieszkał tam mÓJ 
stryj, profesor Akademii Sztuk. Pięk- 
nych i m6j wuj, dyrektor elektrowni. 
Wybrałem się (bodajże w r. 1923) na 
ostatki w towarzystwie jednej z przemi. 
łych uczennic Warszawskiej Szkoły Dra- 
matycznej. Obchodziliśmy je hucznie j 
z fantazją. Jedno z przyjęć odbyło się 
u stryja na Biskupiej, gdzie na 5 pięt- 


cją brytyjską, więc nie może być 
spełnione. 
Amin, ogromne chłopisko dwume- 
trowej wysokości, siłacz, góra mięsa, 
dotknięty jest wedle terminologii 
freudow..kiej kompleksem niższmci. 
Temu kompleksowi odpowiada za- 
zwyczaj "hyperkompensacja" czyli 
urojenia wielko
ci. Z tej racji Amin 
rozpoczął zabawę w kotka i w my- 
szkę i stawiał coraz nOWe żądania. 
Zapowiedział przy tym że Brytania 
będzie musiała błagać go na klęcz- 
kach zanim zmiłuje się nad Hi11sem. 
Zażądał na,ipierw przybycia ofice- 
r6w pulku, w którym słuŻył, ko- 
niecznie w mundurach galowych ze 
wszystkimi odznaczeniami. Przyiął 
ich nie w swojej ..stołecznej rezy- 
dencji" Kampala, ale w wiosce 
gdzie się urodził i mieszkał p6ki nie 
stał się ..wielkim człowiekiem". Ist?t- 
nie jego chałupa kryta strzechą SIę- 
gającą niemal do ziemi. wymaga 
wpełzania się do wnętrza przy głę- 
bokim pochyleniu ciała. Tak samo 
musiał pełzać i Amin. Przyjął gOOcl 
dobrze i ofiarował im tradycyjne 
dary murzyńskie, oszczep i łuk ze 
strzałami. Ale p6tniej okazał wielkie 
niezadowolenie z przebiegu wizyty. 
Powiedział że ci oficerowie zwracali 
się do niego wciąż jak gdyby był 
ich podkomednym. a w dodatku 
generał dywizji Sir Otandos BlaiT 
był zupełnie pijany. Obaj ci ofice- 
rowie nie mają pojęcia o dyplo- 
macji. 
Zażadał z kolei listu premiera Wi- rze miał 
sona z Pro
ą o ułaskawienie Hm- 
sa. a pMniei takiegoż listu podpisa- 
nego OT7ez królowe Elżbiete. Wre- 
szcie za7ądał przybycia do Kampali 
brytyiskiel!o ministra spraw zagrani- 
cznych Cal1aghana. 
Zaró"wno rząd b;ytyj
i jak i pra- 
sa zachowywały sie w ciąJ\'U całegO 
orzebiegu tego wydarzenia z wielkim 
umiarem i rozc;ądkiem. W obu li- 
stach skierowanych do Amina przy- 
znawano mu wszystkie tytuły i or- 
dery. kt6re sobie był przywła-szczvł. 
To s'lmo CZYniła prasa. która poda- 
wała wiadomo
ci bardzo pOMcia
li- 
wie. Ale CaHal!han zapowiedział że 
orzYiedzie do Kampali nie wczdniej 
niż no ułaskawieniu Hi11sa. T zapo- 
wied7i tej dotrzymał. 
Okrucień'itwo Amina soraW110 że 
7"r6wno 'udno
ć mieiscowa jak i 
"Rrvtyiczvcv. którzy przebywali w 
Ul!and7ie w liczbie około 6 tysiecy, 
norozbiepa1i sie 00 sąsiednich kra- 
iach afrykańskich. t!dzie zna1etli 
,,-chronienie. Pozostało około 700 
Brvtyiczvk6w, którzy sa teraz nadal 
Z:l1!1'07eni. bo Amin kilkudziesieciu z 
nich kaz'lł aresztować ood zarzutem 
szniegostwa. Amin przebaku!e na- 
wet Żp i Hi11s iest szpieciern. skoro 
r7adowi brvtviskiemu tak bardzo !1 a 
iego Życiu zaleŻy. Jest to zrozumla- 
łe. bo Amin kazał wymordowa
 
ogromną liczbę ludzi. zazwycza1 
":ne7 rmhicie czaszki :if'7
im TT'
1- 
tem. Liczbe ofia,r ocema Sle na _5 
tysiecy czv zgoła na 250 tysięcy. 
co wskazuie na chaos panujący w 
tym nieszczęsnym kraju. 
. Taktvka brytyjska okazała się 
trafna i Amin Iznalazł sie w 
nołO:leniu bez wvi
ia. N
espo- 
dziewa nie dla wszystkich. a pewnie 
i dla siebie samego. Amin po
piesz- 
nie udał sie do sasiedniego murzyń- 
c;.1ciel!o kraiu Zaire z wizyta do pre- 
7ydpnta Mobutu Mobutu takie za- 
mianował się generałem. ale nie oka- 
lw';e zdziczenia wła
iwel!o Amino- 
wi DOT:\lhił mu orzeto żeby ..uła- 
sk;wił" Hil1sa i w taki sposób umoż- 
iiwił doi
cip do skutku konferenoii 
przedstawicieli kraiów afrykańskich 
w stolicy Ugandy Kamoa l :J., gdzie 
z na tUTY rzecry prezydentowi Ugan- 
dv czyli Aminowi przypadłby za- 
szc.
yt przewodniczenia obradom. To 
spodobało sie Aminowi i powiedział 
orzez radio Że posłucha każdej radY 
swoiego ..brata" Mobutu. 
W tym samym cza:ie Cal1aghan 
oznajmił że gotów jest. skoro życie 
Hi11sa nie jest już zagrożone. przy- 
być do Ugandy dla przedyskutowa- 
nia z Aminem całokształtu stosun- 
ków między Brytanią a Ugandą. 
Jakoż CaIlaghan samolotem woj- 
skowym brytyjskim przybył do stoli- 
cy Zaire i po kr6tkim porozumienliu 
z prezydentem Mobutu udał się do 
Ugandy 10 lipca b.r., gdy już był:! 
oczywiste że Amin nie ma innego 
wyjścia jak tylko zwolnienie Hiłlsa lILA 
nie tylko od kary 
mierci, ale i od 
więzienia, Callaghan zabrał Hillsa 
ze sobą i przywiózł go do Londynu. 


Pandora. 


NA
LEPSZA FORMA POMOCY 
$ H O..Wy" ACJI FUNTA W POLSCE 
TEL.01-3734881 Do lca.ro'W'e 
'I AZAR 213 OLo BROIPION ROAo LOlooN SI5 9J B 


W ciągu dziesięcioletnieKo pobytu zdo- 
była tylko sympatie ogrodnika, bo tak 
ja'k i on nie znosiła kur w owodzie i 
tępiła je bez litości. Zginęła tragicznie 
w r. 1933, rOzjpruta przez dzika piękn.c 
osaczonego przez psy podwórzowe \v 
ogrodzie. 
Prync, ktory zamiast uśmiechnąc się 
prL}jcmnie do fotQ2rafa odwróCił od 
niego głowę, był \\spaniałym i J!;roźnym 
wilkiem. Kupiłem 
o od komendanta 
miejscol'lego posterunku policji. Dost:lł 
ostatccznv i nieodwołalny rozkaz na- 
tychmiastowego pozbycia się psa. P.:- 
wody były różne, z wiadomych mi l1aj- 
wazniejszych "skok z pierwszego pięt- 
ra na interesanta". Posterunek mieścił 
się na niskim pierwszym piętrze daw- 
nej szkoły cerkiewnej, pa,rte.r zajmował 
urząd pocztowy. Wystarczyło pozosta- 
wiooie niedomkniętego okl1a, Prync 



 
..... \ . 

 

-, 
, 
, 
-, " -ł"t , 
" -, 1 
.
 ....- 


łt " 


Jerzy Pieńkowski z synem i ..hultajską cz"órką". 


pracownię i dwie ciupki. 
Punktem kulminacyjnym był taniec 
apaszów na dachu - na kt6ry wy- 
chodziło się przez okno w 'pracownI 
- w wykon-aniu stryja i profesor6w 
Dunikowskiego, Jarockiego i Gałęzow- 
sIkiego. Emocja była tak wielka że stry- 
jenlka aplikowała jakieś sole trzeiwiące 
pani GałęzO'Wskiej, a historyk sztul,;. 
pan Klein (jadający w 
tarym Teatrzc 
na obiad "kartofle ze sosem od p;ula- 
szu n) rozchorował się na środku pra- 
cowni. Drugie niemniej udane przyję- 
cie urządził prof. Dunikowski w swojej 
pracowni w Nkademii, I1;dzie również 
mieszkał. Nakrywanie do stołu odby- 
wało się w obecnoŚci i przy pomOCY 
gości. Za obrus służyło ścią/otllięte z. 
łM.ka prześcieradło a dekoracviną piece 
de ..esistance był słój z 4-miesięcznym 
noworodkiem w s.pirytusie. Duni'kowski 
wdzięcroie sepleniąc wyjaśniał że to jeJ!;o 
syn spłodzony pod pomnikiem Wdzięcz_ 
ności Ameryce w noc przed odsłonię- 
ciem. Eterycznej pa'lli Jachimcokiej uda- 
wadniał, że (on, nie ona) ma bardzo 
"łasową łąckę" i że niJ!:(iy sił- nie myję, 
bo jest człowiekiem "cystym" a myją 
się tylko ludzie "błudni" itp. Na tym- 
że przyjęciu mój wuj zaproponował IDI 
wspall1iałą młodą wilczvcę "Czerę", 
kt6rej jed'llo ucho jeszcze nie stanęł'), 
ale na pewno stanie i która absolutnie 
musi wyjechać na wieś, bo do miasta 
się nie nadaje. Wuj bYł psiarzem z u- 
rodzenia, o psach mówił tvlko w super- 
latywach i chociaż ciocia należała do 
osób, kt6re na kolanach zdmuchiwały 
kurz z podł-ogi i nikt na Łobzows'k:e) 
nie był zwolniony z posuwania się na 
suknach, trzy belgijskie buldożki zdo- 
były sobie prawo zamieszkania w kuch- 
ni. Dziwny to był dom, meble jaoc w 
muzeum antyku, na ścianach cała kra- 
kowska Akademia z przyległościami, 
wszystkie szuflady kantork6w i biure- 
ozek upchane rysul1kami, alkwarelami 
itp. Elektryfihcja do maksimum jakle 
wtedy można było osiągnąć. Ci-ocia :: 
latającą nerką stabilizowaną przez ele1c:- 
trycz:ną poduszkę, wszystko na prą.::!, 
począWS'ly od oJ!;rzewania ooorzez odku_ 
rzacze, żela:zJkoa aż na zaoalniczkaclJ 
skończvwszv, kuchnia oczywiście też, a 
buldożki jaik żywe srebro robiły wrażc- 
nie że i tu działają iakieś baterie. Tyl- 
ko "słupek ", talk si
 nazywała moja 
ci.otecma siost,ra, nie oodlei:!3ł prąd,om 
i zachowywał się spokoJnie. bko dziec- 
ko na r6W'\li z rvbami została DOzba- 
wiona prawa J!;łos
. a jak dorosła. do- 
szła do orzekonania że ulvwalllie J!;łosu 
nie jest koniecznością i dla ml1ie jest 
szczytem małom6wności. ale jak pooru- 
SZYĆ temat P'S6w to w tei chwili J!;łos 
d
chodiZi do !;:łosu, bo. iak oic;ec, uro- 
dzona psiara i dziś w każdym liście 
najpierw pyta o zdrowie Maciusia i 
tuka naszvch czw-oronożnvch członk6w 
rod'Zi
y. . 
Odbiegłem od Czerv, otóż bez waha- 
n'ia przyjąłem propozycje: wuja z mv
lą 
o Pryncu. o kt6rym bpdz;e mowa za 
chwilę. Po różnych orzy!"odach doie- 
chała d,o domu i została oficialną żoną 
PrY'nca. Oklapłe ucho nil!Gy nie staneło 
na.tomiast r6żne p-aJicmaisterskie nł- 
wyczki od razu wys
ly na 
!erzch_ Dużo 
ujadania z byle lub bez powodu, ty- 
powe austriackie gadanie a w ogó1e 
..
dy ci da
ą to bierz, a J!dv cip. biją 
to uciekaj" były jej naczelną dewizą. 


W poorzednim 6-stronicowvm nume- 
rze (1530) ..Wiadomośri: (fi ilustracji): 
Stanislaw WY2odzki: 
iatło dnia. - 
Henryk Grynberg: Kto kOj!o. Uwierz- 
cie a zrozumiecie. - Broni:law Przv- 
luski: 1artobliwy protest. - W. A. 
Zbyszewski: Anglia a Polska (2). -- 
Tadeusz Polanowski: Pi6rko ze skrzy- 
deł Amora. - Aleksander lanta: Kro- 
nika trzech !Jokoleń. - Szymon laks: 
Jeszcze o chaosie w pisowni t'olskiej. 
Janina Surynowa-Wyczólkowska: 
Sukn'ie fatalaszki i libido. - Pando- 
ra: Pu
zka. Trzy konferencje. - Sta- 
nislaw Wujastyk: Z Sudanu. - Kry- 
stvna Brzozowska: Notatki niemieckie. 
Wiesław Toporowskl: Kazimierz Mar- 
kiewic7. i Irlandia. - 40 lat temu. - 
J6zef ł.obodowskl: Worek Judaszów. 
- ..Cyprysy wierzą w Bo
a ". - 25 
lat temu. - Wydawnictwa nadesłane. 
- Stanisław 2ochowski: Jak m6gł 
zginąć prezydent F. D. Roosevelt. 
Czyte1'11UcY o "Wiadomo
ciach". 


l7"'l 


bacznie obserwował wchodzących inte- 
resantow i jeśli któryś mu się nie po- 
dobał, skokiem z góry obalał J!;O na 
ziemię i szczerząc dla większee;o po- 
strachu zęby, czekał aż ktoś z J)06te- 
runku odbierze delikwenta. Ta pra.kty- 
ka trwałaby o wiele dłużej, bo kto by 
tam zadzierał z .,władzą", ale Pryoc 
mimo wielkiej inteliJ!;encji l1ie zawsze 
umiał roz,różnić kto idzie na pocztę a 
kto do policji i to spowodowało zwol- 
nienie go ze służby w Policji Państw3- 
wej. Drugim niemniej ważnym była 
zbyt gorliwa pomoc przy badal1iu "in- 
teresantow". Nie to żeby J!:IYZł, broń 
Boże, nikogo nie tknął bez rozkazu, 
ale jeśl-i "interesant" zoStał z Pryncem, 
powiedzmy w pozycji przysiadu, t-o nie 
mógł jej zmienić dop6ki któryś z poste- 
mnkowych nie wrócił do pokoju. Nikt 
nie mi
ł prawa tknąć broni lub rOWeru 
i jeżeli zlekceważył ostrze2'lwcze warK- 
nięcie to do końca życia pozostał mu 
znak na ręku. Miał wyższe wykształ- 
cenie policyjne, podparte roczną służ- 
bą, mocno ugruntowane i z wielkim 
trudem udało mi się go przysposobić 
do życia cywilnego, ale w ciąJ!:U dw6;:h 
pierwszych lat nasze£;o VIo"Sp6łżycia nig- 
dy nie byłem pewien, zwłaszcza jak 
wyjeżdżałem z domu, CZy nie nawa- 
rzy piwa, a przez całe jego życie zda- 
rzałv się wypadki "wyjątkowe", z kt6- 
rych ratowały £;0 okoliczności "łago- 
dz.ące". Kupiłem go za dwa metry owsa 
dla pOlicyjnego konia i z wielkim tru- 
dem, nie zdejmując kagańca, udało mi 
się dowie:lć 20 do domu. Pierwszy ty- 
dzień był koszmarny, bo choć pies po- 
jął w ciągu doby że dostał we mnie 
nowego pana, ani rusz nie m6J!;ł zro- 
zumieć, dlaczego w domu jest inny sto- 
sUl1ek do cywilów, aniżeli na posterun- 
ku. Mój młody służący dosłownie pła- 
kał i chciał rzucić służbę, to samo 00- 
koi6wka, ogrodni'k zapowiedział że nie 
będzie podlewał kwiatów ..na pokojach" 
(sprawdził że woda z konewki na Pryn- 
ca nie działa), tylko kucharka z punktu 
uwiodła Prynca. W ciąe:u paru dni l1a- 
uczył się otwierał wszvsf1kie drzwi nie 
zamknięte na klucz. \-fiał sw6j tapczan 
obity cielęcą sk6rą w stołowym poko- 
ju, ale wolał starą kanape, albo pod- 
łogę w każdym pokoju byle ze mną. 
Na spacer wychodził albo o-a smyc-zy 
albo w kagańcu, dopiero po roku 
mogłem puszczać go swobodnie. Za- 
gadnienie jakie
oś na,padu czy kradzie- 
ŻV prz
tało istnieć, do domu oprócz 
służ;by m6gł wej
ć bezkarnie jedynie 
policjant w mundurze, kt6rego zawsze 
witał z entuzjazmem. 
Jednym Ze sławnych występ6w Pryn- 
ca był t.zw. ..duch w starym dworze"_ 
Bvło to w okresie kryzysowym, kiedy 
Wileński ,Bank ZiemsIki wisiał nad kar- 
kiem ja'k gilotyna. Przvjechał bardzo 
ważny gość, kt6ry miał mi pom6c w 
przeprowadzeniu pewnej transakcj; fi- 
nansowej, umożliwiającej spłate zateg- 
łych rat bankowych_ Po odpowiednio 
wystawnej kolaoji i obiecującvch wstęp- 
nych sondażach odprowad7iłem pana 
radcę do gościnnego pokoju w dru.gim 
końcu domu_ Sprawdziłem czy wszYst- 
ko w należytym oorzadJku, tJ{)CZąwszy 
od czystej bielizny - pościelawej a skoń- 
czywszy na nocniku w nocnej szafc
 
(też słupku), pokazałem rozkład domu 
i Życząc dobrej ,"ocy wycofałem się 110 
siebie. Przerzuciwszy pare: stron jaldej
 
książki zgasiłem 
wiece i zaczałem ob- 
my
lać metodę czarowa'l1ioa wileńskich 
dyrektor6w, got6Wkę już iporawie na- 
macalIlie czułem w kieszeni, tok my
h 
pogodny, ba, prawie r6żawy !,rzeszedł 
w sen. Obudziła mnie Stefka T"OZiPala- 
jąca w piecu i Prync swoim zwykłym 
serdecznym ,.dzień dobry" oblizujący 
mi ucho. Zapytałem czy iuż roz!,aliła 
u go
kia i odpowied:t ooderwała mnic 
z łóżka: ..ten pan calutka noc oka nie 
przymknął. bo ta zaraza (tu wskazała 
na Prynca) spała na nim i jailc: chciał 
się ruszye! to "scezyła zc:bY". Zakląłem 
siarczy
cie i w s7lafroku poleciałem 
do pana radcv. Nie
tetv czarna rozmac7 
w całej pełni: Radca nledwie zdążył 
"lasnąć, jak jaki
 "straszny" łomot do 
drzwi postawił e;o na nogi. za'tlam 
światło, rozejrzał sit.: 90 pokoju, cisza. 


"WłADOMO
CI" 
POCZTĄ LOTNICZĄ 
ł:o
2tuiR tvlko o $4 1uh £1.25 wiece; 
(kwartalnie) nit zwykłą poczta. 
ttón ba.rd!z:o 
1ama7arnie dział. 
w więt
i krajów j,riatL 


40 lat temu 


WIADOMOSCl 
LITERACK II;: 


WARSZA U A, 28 LIPCA 1935 


W artykule ..Szymon Askenazy 
- 1866-1935" profesor Włodzi- 
mierz Dzwonko
ski, niegdys lI- 
czeń a potem długoletni wspoł- 
pracownik znakomitego historyka 
daje wyczerpujący obraz Askena- 
zego - człow,ieka. pisarza, UCZ;)- 
nego i patrioty. "Askenazy. . . 
zajął miejsce odrębne . pod każ- 
dym wzgledem przewyższył swych 
wspołszermierzy na polu dziejo- 
pisarstwa nowożytnego... Ogrom 
rozpiętości badan źr6dłowych.. 
dał mu, przy jego zdolnokiach i 
fenomenalnej pamięci... panowa- 
nie absolutne nad każdą epoką w 
jej statyce i dynamice. Do tego 
dochodzi wielki talent pisarski. 
świetne pi6ro, oełne siły. barwy i 
uczucia" - pisze Dzwonkowski. 
Askenazy, pr;ed i w okresie I 
wojny, słowem walczył o niepod- 
ległość Polski. P6źni.ej, jako przed- 
stawiciel Polski w lidze Naro- 
dów. wywalczył. "po fatalnym ple- 
biscycie" znaczną część Zagłębia 
śląskiego, zatwierdzenie WHna i 
Litwy środkowej. uznanie cało
ci 
granic wschodnich Rzeczypospoli- 
te;. ..Byl 2ydem z pochodzenia i 
religii. Polakiem - z wyboru i 
umiłowania, Europejczykiem - z . 
kultury i ostatecznych id'eał6w cy. 
wilizacyjnych ". 
Zbigniew Grabowski w artykule 
..Dwa na słońcach swych przeciw- 
ne bogi" ukazuje obraz istotnych 
przemian ideowych w Trzeciej 
Rzeszy. Autor rozważa zjawisko 
2wałtownej potrzeby mitu dla. 
zmobilizowania sił narodu do wal- 
ki o sw6j byt. 


Adolf Nowaczyńs'ki drukuje ..Var- 
sovie anno dazumal", uroczą ga- 
wędę o ..chooinowskiej Warsza- 
wie", która stanowi dalszy ciąg 
cyklu ..Z opowiadan Kolberga" 
Antoni Sobański opisuje ,.Lojalne 
szały" trwaiące od dnia jubileu- 
szu kr61a Jerzego przez następnc 
pięć dni, czyli jeden wielki karna- 
wał uliczny w Londynie. Tańce. 
śpiewy. oijatyki - słowem "hu- 
lanka, swawola". TIustracje Felik- 
sa Topolskiego. 
..Komsomolcy" - to 4 odcinek 
..List6w z n
wego Wschodu" Ste- 
fanii Zahorskiei. W czasie budo- 
Wy moskiewskie
o metra autorka 
p
znala oracuiących tam mlodych 
ludzi - przeważnie student6w ,t- 
niwersytetu. politechniki, szk6ł 
artystycznych - rozentuzjazmo- 
wanych tworzeniem najwspanial- 
szel!o. w irh !,o;
ciu. świata - 
raju socjalistycznego. .....stąpa]i 
mocno a zarazem lekko, bvli ja':- 
bv uskrzydle.ni. Nqe czuli koło 
siebie granic i zau6r - oisze Za- 
horska. Nie znali najstraszliwsze- 
go ciężaru naszej młodości - tro- 
ski o byt. widma bezcelowych 
wysiłk6w i beznadziejnej przysz- 
łości". Prawie wszyscy pis:I1i 


wiersze. 


. ..Polski numer sowieckiej 'Litie- 
raturnoj Gaziety' .. (Od redakcji). 
Sowiecki numer .,Wiadomosci Li- 
terackich" pozostawał długo be?' 
odpowiedzi. ]8 lipca 093'» "Li- 
tieraturnaja Gazieta" w}dała o- 
sobny numer. "hors serie", nie 
posiadający numeracji, łączącej ':0 
z całoscią rocznika. W słowIe 
wstępnym zaznaczono że jest to 
..niejako" (,.kak by") odpowiedź 
na sowiecki numer "Wiad. Liter..., 
wydany jesienią ]933. Dziwna jest 
ta przydluga przerwa w ..ułożenau 
się współpracy literackiej między 
dwoma narodami", o kt6rą jako- 
by sferom sowiec'kim chodzilo. 
Numer zawiera artykuły teore- 
tyczne, informacyjne, fragmenty 
beletrystyczne prozą (m.in. Goetla, 
Parandowskiego, Irzykowskiego. 
Szyfmana. Sieroszewskiego, Tre- 
tera) oraz poezje Lechonia, Iwasz- 
kiewicza, Leśmiana, Wierzyńskie- 
go, T/Iakowicz6wny. Balińskie20, 
Słonimskiego, Tuwima i Wittlana. 
"Należy podkreślić dużą dbałość 
redakcii o wierny i artystyczny 
przekład tekst6w, szczeg61nie 
wierszy". 


WARSZAWA, 11 SIERPNIA 1935 


Na pierwszej stronie:: ,.Narkotyk 
Ameryki Południowej" Zbignie- 
wa Uniłowskiego. Stanowi on 
.....przygotowanie do prac jakie 
powoli zacznę ogłaszać w związ- 
ku z moim przeszło rocznym po- 
bytem w Ameryce Południowej - 
pisze autor. 
Notatka redakcyjna pt. "Nieudol- 
na mistyfikacia " odsłania praw- 
dziwe losy polskiego numeru ..Li- 
tieraturnoj Gaziety". ,.Jak sie o- 
kazuje... polski numer 'Litera- 
turnoi Gaziety' iest po !!rostu ka- 
wałem w stylu potiom'kinowskim, 
imDrezą obliczoną wvlącznie n'! 
efekt zagraniczny... fata morga- 
ną na pustyni 'zgleichschaltowa- 
nej' literatury sowieckiej. Numer 
ten w ZSSR po prostu nie wy- 
szedł: nie dostali go prenumera- 
torzy, nic o nim nie wiedza księ- 

arnie, nie kupi go w żadnym 
kiosku. Co wiecei w samej 'Litie- 
raturnoj Gazietie' nie było o nim 
naid-robnieiszei wzmianki". 
. Tadeusz Hollender przesyła ko- 
respondencje ze Lwowa pt. ..Ar- 
tyści w Kawiarni Pokoju". W :e- 
cesyjnei ..Cafe de la Paix" co 
czwartek 7bierają się ..oni" - 
ukraińscy poeci. publicyści. mala- 
rze. muzycy i literaci, oolitycy i 
2raficy, posłowie i humoryści. 
Zaprzyiaźniony z nimi Tadeusz 
HolIender ufa że przez dobrą wolę 
i wzajemne zrozumienie można 
przezwyciężyć kompleks nieufnoś- 
ci. jaki wytworzył si,: mi:-dzy Po- 
lakami i Ukraińcami - "zwycięz- 
cami a zwyciężonymi". 
e Zawsze dotąd malutka kolumna 
..10 lat temu" tym razem zajmu- 
je prawie calą stron
. Omawia 
szczeg6łowo numery 83 i 85 ..Wia- 
domości Literackich" z r. 1925 
ooświęcone Polskiej Partii Socja- 
listycznej. 



pok6i. Doszedł do przekOl:lania te to 
niespokojny sen po obfitej kolacji, alb" 
jakiś pO'Wieściowy duch w sta-rym dwo- 
rze, położył się z powrotem do ł6fta 
i po paru minutach zgasił świecę. Na- . 
stępne przebudzenie było koszmarne, 
hałas otwierających sił- drzwi i kolos 
walący się nan całym ciężarem. P" 
stra
znych sekundach oczekiwan.ia t;0- 
rientował się że ciężki pies leży na je
;) 
nogach i odetchnął z ulJ!;ą że to nie 
bandyta, ale groźne warczenie l1a pod- 
partą ruchem nogi propozycję .,woo z 
łóżka" mówiło że to nie przelewki i 
sytuacja jest nadal bardzo poważna, 
Lwłaszcza że jego wołanie o pomoc 
oka.zało się głosem wołającel/;o na pusz- 
czy. Leżąc bez zmiany pozycji całą I10C 
zdrętwiał i ja:k przysLła Stefka ro:zpalić 
w piecu i usunęła intruza, kt6rym był 
Prync, to nie mógł przewrócić się na 
bok. Mimo moich najszczerszYch i naj- 
gorętszych przeprosin fonnalnie zaa.k- 
ceptowaflych, nie ule2ało wątpliwości że 
mój plan wziął w łeb
 
U moich n6g zieje czekoladOiWa Beh, 
moja ukochana i najlepsza jaką miałem 
w żyÓu wyżlica, a choć kiedy
 w bra- 
ku cierpliwości drasnęła zębem policzek 
mego syna, to w r_ 1939 uratowała J!;0 
od pogryzienia przez 
ciekłelto psa. 
Ale wrÓĆmy do chronologii. Począwszy 
od czasow studenckich przyjaŹJIiłem iię 
w Warszawie z dorożkarką pal1ną Wła- 
dzią (proszę nie mieszać z Jadzią) R
- 
d
towicz. Była to przemiła dziewczyn
, 
zawsze uśmiechn.ięta z wiszącym lokiem 
spod łobuzersko na bakier włożonej ma- 
ciejówki (jedyne odchylenie od doroż- . 
ka.rskiego stroju), w doroŻkarskim 
ra- 
natowym płaszczu z numerkiem na pIe- 
cach j długich butach z cholewami. 
DoroŻJka błyszcząca ja,k cacko, koc w 
kratę ż6łto oblamowany i brudny kasz- 
tan z białą łysiną spasiony jak spławek, 
to był jej żywioł. Swoją pracą utrzv- 
mywała całą rodzi'l1ę, bo ojciec z prze- 
proszeniem "alkoholik" do niczeJ!;o 
ię 
nie nadawał, a młodsze rodzeństwo jesz- WARSZAWA. 4 SIERPNIA 1935 
cze nie pracowało. Władzia miała gest 
i fantaZJję a woziła po kawalersku. Zr1"ł- . 
ła tuziny dyrektorów i dziedziców i 
czasem poŚredniczyła w drobnych trans_ 
alkcjach. W zaraniu naszeJ znajomoścI 
dostałem przez nią od jaJkiegoŚ dyrek- 
tora młodego wyżła "z rodowodem .. . 
Wabił się RaIf, miał wsp3l1iały ekste- 
rier, miły charakter itd., ale jak 
ie 
już na wsi okazało, nie znosił huku. 
W doskonałym humorze szedł w kar- 
tofle, 
wietnie wystawiał pierwszą kurę 
i po strzale natychmiast zabierał się 10 
domu, na tym kończył się jego dzień 
myśliwski. Nazajutrz można było do- ,. 
kładnie powtórzyć to samo. Tłumacz v - 
łem to młodo
cią i postanawiłem cze- 
kać na następny sez,on, niestety nie był 
lepo;zy. widocznie jakiś uraz z o
resu 
szczenięctwa. Psa oddałem naczelnikowi 
Urzędu Skarbowego, żeby mieć tam 
choć jedną ŻyczJi,wą duszę, ,Panna Wła- 
dzia wied'ziała o wszystkim. martwiła 
się i jak mlllie zapewniała, przestała raz 
na zawsze wozić dvrehora X. W ja,ki
 
czas po pożegTIaniu z Ralfem dostaje 
od niej li
t: "mam sukę. tym razem 
gwarantowana, do zwrotu jeśli zawie- 
dzie, 
hodzi o oddoa'llie 'w dobre ręce' " 
i na wieś. To była Bela. Spo
kali(mv 
się w Hotelu Europejskim, popatrzyła 
na mnie smutnym wvżlim okiem I 
uwiodła, miłość od pierwszego wejrze- 
ni-a została dochowana wiernie do 
mier- 
ci Heli. a wspomnienie i d'ziś zwilża 
oczy. Miała rok. z punktu zademon- 
strowała ekstra klasę. NiJ!:(iy nie tresO- 
wałem l1ie tylko my
liwskiego, ale w 
og61e żadnego ipsa, nie miałem cierpli- 
wości. Bela l1ie Dotrzebowała akademii. 
od pierwszego wyjścia w pole do ostat- 
niego, przez dwanaście tat nie pODełni- 
ła nigdy najmniejszel1;O błędu. Wspania- 
ły wiatr, imponujące st6jki, opanowa- 
nie nie do wiary, nadużvwałem biorąc ią 
w sitowia i taota.raiki i choć l1ie była Jo 
tego stworzona zachowywała się j'łk 
l1ajleps7Y w.odołaz i pływak. Jedyny 
moment histerii to wviście na 'Polowa- 
nie czyli z dubelt6wka na ramieniu. 
skrukała na ramiona, oblizywała twarz, 
kręciła się w k6łko 
ak bąk i czekała 
noa kierunek. W domu idealnie cich t, 
It)rzewaŻ'llie śpiąca na swoim stoJ1ku. bu- 
d7iła się tylko w czasie "osiłk6w, siada. 
ła obok mego krze
ła z soplami 
liny 
zwisającemi niemal d.o podłogi. Nie było 'F_ __ __._.................. _............. ........ .. .... 
prób wdrapywania się na kolana, zacze- 
piania łapą, pojękiwań. były tylko wier- 
ne kochające oCZy, kt6rvrn nie można 
było sie oprzeć. Raz tylko .dostała rze- 
tel'lle la
ie za zadrauanie zebem polic7- 
ka mego syna (miał wtedy dwa lata). 
kt6ry widocrnie tposiagnął ją za ucho 
zbvt mocno. W rok potem ziawił 
ie 
na' !Zazonie przed domem wściClkłv pies, 
syn -z niańk
 bawił sie w 9ia
ku o kilka- 
dzoiesiąt krok6w i moja obeCflość nie- 
wiele bv pomogła gdyby nie Bela, któ- 
ra zaatakowała Ip';a i przez parę sekund 
kotłO'Wanil1Y umożliwiła niańce zabnć 
dziecko do domu. Pies ooszedł d,okład- 
nie za ich piętami, został zabity na 
drod7e przez brukarzy i 90 odesłaniu 
głowy do Wilna została potwierdzona 
wścieklizna. Po naradzie z miejscowym 
aptekaT7em i przy jeJ!;o oomocy doo;ta- 
łem serię zastrzyków (bodaiże 15) dla 
człowieka pogryzionego przez w
c;ekłe- 

o psa i wraz z żoną zaczt'Fmv ie 
stoo;O'Wać Beli uwięzionei w uichr7IJ. 
Niestety już po 14 dniach zaC"ął sie pa- 
ralif krzyża i z wielkim trudem łvkah 
kwa(ne mleko, a nast..

o dnia trzeba 
bvło ią zabie!. 
Pod moją lewą ręką lefy syn Beli, - 
Kryzys, biedak zawdzi....czaiący tyc,ie wv- 
łącrnie mojej .zonie. Bf.'dąc -szczeniakiem 
przeszedł niezauważalnie nosacizone 
(według weterynarza) i co ro'ku miał 
d'Wl1tygodniawy okres. w czasie kt6re
O 
stopniowo tracił władzę n6g igłowv: 
tylko z najwie.](szym trudem udawało 
się fonie kannić go. wlewając ZU'Pe Jo 
gardła, po czym stODni,owo wracał do 
nonny. Odziedziczvł wszYstkie dobre 
cech v matki. był jednak słaby i bard 7 f) 
rzad'ko brałem J!O w pole. Po śmierci 
Beli miał ją zastąpiĆ, ale wybuchła 
wojl1a. Pozostał w domu razem z Gre- 
kiem Airedale terrierem i ilwoma pod- 
halańskimi owczarkami i l1igdv nie do- 
wiedziałem się o jego dalszvch losach. 
Z całej sz6stki zostałem tylko ja i 
cudny sen, który jednaJk był Neczywis- 
t
ią. 


Nowość wydawnicza 
TADEUSZ NOWAKOWSKI 


BYLE DO WIOSNY 


POWIEŚĆ 
Cena £2.70 - koszt przesyłki 3Op. 
lub $7.50 z kosztami przesyłki 
i czeki na ..Polish Cultural Foundation") 
Polska Fundacja Kulturalna 
9 CharleviHe Road, London W.H 


(przekazy 


DYWANY 


NOWE I U:tYWANE 
sprzedaż, kupno, rep
racje, układanie, oferty na żądanie 


ATLAITIC BAJ CARPETS 


739, Fulham Rd., London, S. W.6. 
tel.: 01-736 8777 
Stacja metra: Parsons Gr
en. Autobus nr 14. 


.......... -
 .. ..... .. .... ........... _......,........- .. 


.-.... -- --.- -- --.. -- -- --.- -- -. -. -- -- -- -- -..- -..-.. ..'ii 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
. 
ADMIN1STRACJA : 
-----..-- -- -- -..- -.---..- -- -. --.- -- -..-.- -.- 


Jerzy Plel\kowski. _ 


PRENUMERATA 


Ponieważ wi
kszość rachunków, związanych z wyda- 
waniem pisma, musimy płacić z góry. prosimy naszych 
Prenumeratorów. aby uprzejmie pamiętali o płaceniu 
zawsze z góry: za kwartał, pÓłrocze lub cały rok. 
Prosimy także, by odnotowywali u siebie za jaki okres 
opłacili prenumeratę. W razie wątpliwości chętnie 0d- 
powiemy na skierowane do nas zapytanie i odwrotną 
pocztą poślemy przypomnienie. 
Uprzejmie prosimy o zapłacenie prenumeraty zaleg- 
łej oraz za pierwszY kwartał lub pierwsze p6łrocze 
1975. 


NIE OOSć JEST PRENUMEROWAĆ .,W I A D O M O S C I"! 
TRZEBA TE TAKŻE CZYTAć 1 GANIć Lm CHWALIć. 


-
>>>
Nr 1531/1532. 3rd/1Oth August 1975 


WIADOMO.CI 


8 


Krzyczkowski 


Roman 


WOREK JUDASZÓW 


. 
Je 


j-wiadk 


. 
n I 


Na 


Czerwcowy numer "Wiadom
- 
ci".) w nieprzewidziany sposób otwo- 
rzył na krótko, na pierwszej stronie 
- i zamknął nekrologiem i wspom- 
nieniem Andrzeja Neszezyńskiego 
na ostatniej, życie Romana Krzycz- 
kowskiego. "Człowiek międzynarodo- 
wy", uosobienie "Trzeciej wartclci" 
nie nazwany po imieniu, ujawnił się 
na ostatniej stronie pisma, kt6re tak 
zawsze cenił i które, w oprawnych 
rocznikach. zajmowało ważne miej- 
sce w jego domu. Nawet w tym 
najpierwszym, w Ameryce, na przed- 
mie
iu Baltimore, w małym wtedy 
mieszkaniu gdzie odbyły się chrzci- 
ny jego starszej córeczki, Roman 
Krzyczkowski chwalił się rocznika- 
mi ..Wiadomoki. 
Była to urocza para, któTą pozna- 
li
y na krótko po ich przy
etdzie 
do Ameryki. Ona - deli
atna i 
bardzo kobieca wobec Romka ener- 
gicznej, dominującej osobowoki. Ich 
start Życiowy w nowym kraju wy- 
dawał nam się łatwiejszy od naszych 
p0C7ątków: lepsza znajom
ć angiel- 
skiego. ukończone studia za granicą 
i możliwo
ć zaczęcia od razu w 
swoim zawodzie dla Romka. Porwa- 
ny na fali amerykańskiego sukcesu, 
Roman Krzyczkowski był w nieu- 
stannym, wyczerpującym ruchu. 
Nawet list, o którym wspominam. 
pisał do mnie w samolocie lecącym 
z Santa Barbara do Waszyngtonu. 
Chciałabym przytoczyć go w peł- 
niejszym brzmieniu: 
Poniedzialek, l. 19. 70, American 
A irlines. 
Droga Pani, uprzejmie dziękuję za 
list i dodatkowe formularze (kwe- 
stionariusza), które rozprowadziłem 
już po 
w. B. Do"ilnuję ich zwrO- 
tów. W załqczeniu vrzesyłam nasz. 
B,'ł on trudniejszy do wypełnienia 
niż się w"daie, w dużym stopniu 
'lapewne ponieważ jestelmy odizolo- 
wani od Polaków... 
1;,'jemy w bardzo międzynarodo- 
wym lwieeie i pojęcia narodowości 
zacierajq się szybko. Chcę aby mę- 
żowie mvch córek byli ludźmi uczci- 
wymi, porzqdnymi. mqdrymi. Chcę 
aby byli białej rasy a pasowali do 
córek kulturalnie, intelektualnie f 
moralnie. Inne kryteria wydajq mf 
się przestarzale i nieżyciowe. 
Mamy od lat Francuzkę w domu 
i córki sq prawie trój-języczne. Dl' 
dzieci mówimy wyłlIcznie po polsku 
Rdv jesteśmy sami. Pl' francllskrt gdy 
si
dzimv przy stole z Francuzkq. Po 
anRielskrt - gdy sq goście - Ame- 
rvkanie. 
. O"ydwie dziewczynki mówiq po 
polsku b. dobrze, p;.fZq nieźle. 1;ona 
ma z nimi rermlarne cod'denne 
lekcje (15 minut). 
Nie 
a pol.fkich szkól w promil!- 
n;u 2nn mil. N;e wiem czY ch rial- 
hvm korzystać z polsHch szkól 
Rdy")' "y1y... Znam wiele amery- 
kańfkirh domów gdzi" wychowanie 
i maniery dzieci sq pilnowane rów- 
nie .mrowo (lub jeszcze surowiei/ 
ni7. w naszym domu. W ciqf!u mych 
licznych podróżv do Europy spo"'- 
kam sil' z manierami (i zwyczajami) 
młodzieży, których nil' tolerowałhy 
żaden znany mi dom amerykań- 
.fki. . 
Na pvtanie 55 (Do you cons;der 
yourself primarily Po1ish or pl imariTy 
Amer;can - no third choice, please), 
nil' mam odpowiedzi po wuntownvm 
przemvśleniu. Operuje na codz;eń w 
7.nwodzie czterema jezv1cami. Mam 
klientów na 4-ech kontynentach. 
Mvśle po "o1sku w dl'mu, pl' an- 
(!ielsku w bi,lrze 
w. Barbary czy 
Wa.fzynRtl'nU, 1Jl' francusku w mym 
hj"rze w Genewie. Jestem hardzo 10- 
;alnvm obvwatelem amerykań.fkim. 
Pap'ierv m
m amerykańskie, akcent 
pol.fki, wyglqd nieokrellony. 
W chwili gdy to piszę mam na 
sohie "uty angielskie, krawat wlos- 
ski, marynarkę ze Szkocji, a piszę 


po polsku. lutro rano zaczYnam 
dzień od lniadania Z Włochem... 
opuściłem Polskę majqc lat 15. Mam 
polskq i francuskq maturę, polskie, 
francuskie i angielskie uniwersytety, 
wykładam regularnie na wojskowych 
uniwersytetach amerykańskich. 
Jestem chyba uosobieniem czlo- 
wieka międzynarodowego, obywatela 
kultury zachodniej. Sprawami polski- 
mi przestałem się dawno pasjono- 
wać... dzielenie ludzi na narodowo- 
lei to jest "europejskie spojrzenie na 
lwiaf'. 
Nie znalazłam żadnych notatek z 
ostatniej wizyty Romana Krzyczkow- 
skiego w naszym domu. Pamiętam 
ją jednak bardzo dobrze. Ludzie 
spotylani rzadko występują dużo 
wyrazi
ciej niż ci, z kt6rymi spoty- 
kamy się w częstym obcowaniu. 
Zauważyłam w nim wtedy dojrze- 
wanie procesu stwarzania samego 
siebie z elementów odziedziczonych 
i nabytych. Nazwał się ..człowiekiem 
międzynarodowym" i ..obywatelem 
kultury zachodniej". Nie był napraw- 
dę ani jednym ani drugim. Był. wy- 
daje mi się. człowiekiem na wyso- 
kim poziomie ludzkiego rozwoju. 
kt6rego polsko
ć stała się funda- 
mentem i potencjałem tei dojrzało- 

ci, a kt6rego amerykańsko
ć poten- 
cjał ten wyzwoliła i poszerzyła. 
Polsko
ć nie
ciclniona, nie za
cian- 
kowa sprzyjała jego libe.ralizmowi. 
odwadze z jaką podbiiał nowy 
wiat 
i szerokiemu spojrzeniu. które naz- 
wał ..międzynarodowo
cią". Polsko
 
tak pojeta. tak użyta lub tIrzetwo- 
rzona staje się wartclcią. W braku 
innego terminu. nazwałam to :z;jawi- 
sko ..t,rzecią wart
cią". 
Narodowo
 (albo ,.etniczn
ć" o 
której wtedv nie mówili
myt a kt6- 
rej Romek 'Krzvczkowski tak sie za- 
rzekał. przejawiła się w ostatnim je- 
go ze mną kontakcie. 
Na drugi dzień po jego u naS 
wizycie otrzymałam piękny bukiet 
róż. Gentleman? Czy też polish 
Gentleman? 
Tak go zapamiętałam. 
Danuta Mostwin. 


O
 


ocz 


współuczes,tnika! Nie spędziłem ani 
jednego dnia w Mirandzie deI Ebro. 
Siedziałem w więzieniu w Figueras, 
skąd pojechałem prosto do Madry- 
tu. Wśród Mirandczyków, których 
wkrótce tam spotkałem, było sporo 
moich dobrych znajomych i kole- 
gów, więc nie trudno mi było zorien- 
tować się jak to naprawdę wyglą- 
dało. 
Miarą wart
 dokumentarnej tych 
wspomnień jest informacja, podana 
przez Wysockiego całkiem na serio, 
jakoby poseł Marian SzumI akowski 
stale grywał w tenisa z ambasado- 
rem niemieckim. Moje stosunki z 
SzumIakowskim, najpieI'W dobre, po- 
tem poprawne, pogarszały się niemal 
z każdym miesiącem aż doszło do 
zerwania i odtąd staliśmy się zde- 
cydowanymi wrogami. Nie jestem 
więc zainteresowany, by jego postę- 
powanie wybielać. Ale plotka o tej 
tenilowej przyjaźni jest niewiarygod- 
ną bzdurą. Gdyby tak było, Szum- 
lakowski zostałby natychmiast odwo- 
łany, a jednak urzędował aż do 
końca r. 1943. Jego odwołanie na- 
stąpiło z zupełnie 
nnych powod6w. 
Spieszę zapewnić wszystkich obec- 
nych, zdrowych i przytomnych na 
umy
le że to żadne hobby, ani ma- 
niactwo - moje zamiłowanie do po- 
prawiania i prostowania; chodzi ra- 
czej o swoistą akcję filantropijną, 
o ułatwienie ŻyWota przyszłym histo- 
rykom. TakŻe historykom literatury. 
Właśnie skończyłem czytać "Ostat- 
nią Cyganerię" Tadeusza Wittlina. 
Czytałem z satysfakoją, bo autor 
przypomina mn6stwo doskonałych 
kawałów, a poza tym przecież zna- 
łem Co najmniej połowę osób. kt6re 
Wittlin wymienił. Co prawda. nie 
należałem do tej ..cyganerii", lecz do 
zupełnie innej, bardziej przypomina- 
jącej ::Wsp61
r pokój:'" Uniłows
i

 
go, mz "IPS, ..Adnę . ..Astonę 
i inne luksusowe lokale bawiącej się 
beztrosko Warszawki. 
W czasie moich do
ć częstych wy- 
pad6w z Lublina do stolicy - na 
miesiąc, dwa - spotkałem się parę 
razy ze ŚWiatkiem Karpińskim (wy- 
pili
my bruderszaft u "Wr6bla" za- 
raz pierwszego dnia - ale ,.bez os- 
tentacji"), także ze Zbignriewem Uni- 
łowskim; natomiast znajomo
ć z 
Andrzejem Nowickim, z Dołęgą-Mo- 
stowiczem i paroma innymi była 
przelotna, do niczego nie zobowią- 
zująca. Co tu dużo gadać - 'Opisa- 
na przez Wittlina z takim sentymen- 
tem cyganeria najzupełniej mi wte- 
dy nie odpowiadała. Należałem przez 
jaki
 czas do innej. My, ci z ulicy 
Dobrej i Tamki, także mocno popi- 
jali
y i wł6czyli
y się po knlłJj- 
pach. ale styl był zupełnie inny. 
Po pierwsze. zarabialiśmy znacznie 
mniej; po drugie. żywinśmy troski 
społeczne. brali
my na serio nasze 
szczeniackie ideologie. od których 
nikt nie próbował wykpić się zgrab- 
nym wierszem satyrycznym, fraszką, 
udanym kalamburem. kabaretową 
pi
enką. czy dowcipnym felietonem. 
Ogarniał nas rosnący niepokój. czu.- 
li
my bliskOOć tragedii. więc stać 
nas było na Dowagę. kt6ra tamtych 
pobudzała do- śmiechu. choć przyz- 
nać muszę że pretensjonalny w roz- 
mowie i zgrywający się Karpiński 
uderzał niekiedy w podobny ton. 
Rzadko. bo og61na atmosfera ..ostat- 
niej cyganerii" natychmiast rozłado- 
wywała mroczne przeczucia. Inaczej: 
cyganeria wittlinowska składała się 
ze złotej młodzieży literackiej; m
- 
my ocierali się - 
adomie czy 
nie - o nieuchronnie zbliżającą się 
katastrofę. 
W rozdziale ..Brunetka, blondyn i 
wróbel" Wittlin barwnie opisał spot- 
kanie kilku ,.ostatnich cygan6w" z 
Zuzanną Ginczanką. Wynika z tega 
opisu że była wtedy zupełnie nie- 
znaną poetką. która niemal fuksem 
dostała się do "Wiadom
ci Lite- 
rackich". A działo się zupełnie ina- 
czej. Sądzę Że pamię
 autora w tym 
wypadku zawiodła. podobnie, jak w 
razdziale. "Nagroda MłodYch", w 
którym zrobił z Tadeuszem Brezy 
rywala 
wiatopełka Karpińskiego. 
myląc daty. Już na ten temat po- 
lemizowałem z Wittlinern w "Wia- 
domo
ciach"*) i nie będę argumen- 
tów powtarzać. przypomnę tylko że 
Karpiń
ki otrzymał Nagrodę Mło- 
dych za rok '935. Breza za
 był 
kandydatem (dla niektórych i dla 
niega samego murowanym) za rok 
następny. Ja przegrałem do Karpiń- 
skiego w styczniu 1936. Bre'Za prze- 
grał do mnie w rok p6tniej. W WY- 
daniu książkowym Wittlin moich po- 
prawek nie uwzględn
ł. czy umał 
je za nie
łuszne. czy już było za 
p6tno ze względu na drukarnię? A 
stlrawdzić kto ma rację - nietrudno. 
W encyklopedii. w Słowniku Współ- 
czesnych Pisarzy Polskich, gdzie- 
kolwiek... 
Ginczankę poznałem wczesna je- 
sienią 1933, gdy była uczenicą 7-mej 
klasy gimnazjalnej w Równem: mia- 
ła wtedy szesnaście lat i została w 
klasie na drugi rok: co
 tam nie 
wyszło z algebra i trygonometrią. 
wła
nie byłem rekrutem z cenzusem 
w miejscowej podchorążówce piecha- 
ty. Jan 
piewak dowiedział się o 
mojej obecno
ci, zaprosił do domu 


rodzic6w, zawiadomił Zuzannę. Pro- 
wadziła już wtedy korespondencję z 
Julianem Tuwimem. Nie chciała mi 
pokazać wiersza p.t. "O szesnasto- 
latkach". Zł
iłem się. "Ale Tuwi- 
mowi posłałaś..." "To co innego, 
Tuwim m6głby być moim ojcem". 
..Jakże to?" ,.Oblicz!" Istotnie, gdy 
Sana urodziła się W Kijowie, w rO- 
ku rewolucji (1917), Tuwim miał 23 
lata. A ja, o te piętnMcie lat młod- 
szy, nie nadawałem się na powier- 
nika. 
Prawdziwe nazwisko Zuzanny 
brzmiało Ginzburg, więc Ginzbur- 
żanka. Jej ojciec był fantastą, na 
głowę rodziny słabo się nadawał i 
małżeństwo rodziców Sany szybko 
się rozleciało. W życiorysie Osipa 
Mandelsztama znalazłem jeszcze jed- 
nego Ginzburga, zdaje się, brata 
tamtego, zatem stryja Ginczanki, 
człowieka bardzo bogatego (kupił ty- 
tuł barona), mecenasa poet6w i ar- 
tyst6w. dobrze zapisanego w Żyoiu 
literackim 6wczesnej Rosji, jako or- 
ganizator, wydawca i finansista. Sa- 
na, po rozejkiu się rodzic6w, wy- 
chowywała się u babki, która wy- 
klęła synową. we wnuczce była roz- 
kochana, ale jej wierszy ocenić nie 
mogła, bo m6wiła i czytała wyłącz- 
nie po rosyjsku. 
Tuwim zainteresował się kores- 
pondentką z wołyńskiej prowincji. 
Gdy Zuzanna zdała nareszcie matu- 
rę i przyjechała do Warszawy na 
wyższe studia. autor "Biblii cygań- 
skiej", znajdujący się wtedy u frZtLY- 
tu sławy, przyjął ją, jak starą zna- 
jomą. Był wrzesień 1935. Sana od- 
znaczała się dużą pewnclcią siebie, 
ale wobec mężczyzn zachowywała się 
początkowo nie
miało. Nie musia- 
ła ryzykować. posyłając swój wiersz 
Grydzewskiemu, jak to opowiedział 
Wittlin. Gdy wciągnęła się do śro- 
dowiska ,.złotej młodzieży cygań- 
skiej", nie była nieznaną prowincjał- 
ką, która ledwie co zjechała do sto- 
licy i pr6buje szczę
ia. Cieszyła się 
od pierwszego dnia możną opieką i 
protekcją Tuwima. 
Plotkowano że jest jego kochan- 
ką. Gdy kt
 bezczelnie zapytał, czy 
to prawda, odpowied7Jiała krótka: 
.,To dla mnie za wysokie progi". Już 
w roku następnym, 1936. ukazał się 
debiutancki tom wierszy, ..O centau- 
rach". Dzięki protekcji Tuwima, tom 
wyszedł u Przeworskiego, w wydaw- 
nictwie bardzo wymagającym i eks- 
kluzywnym. Już to jedno było wiel- 
kim sukcesem dziewiętnastoletniej 
panienki. Droga do ,.Wiadomo
ci Li- 
terackich" i do niedawno wznowio- 
nego ,.Skamandra" (najpierw jako 
miesięcznik, potem jako kwartalnik) 
została z miejsca utarta. Toteż całe 
opowiadanie o wizycie Ginczanki w 
mieszkaniu Grydzewskiego wygląda 
mi na swobodną grę wyobratni. Po- 
znała redaktora "Wiadom
i" bar- 
dzo szybko. za po
rednictwem wła- 

nie Tuwima. 
Byłem przekonany że jej kawiar- 
niane brYlowanie w towarzystwie 
..złote
 młodzieŻy" nie sprzyjała roz- 
wojowi talentu. M6wiłem to jej jesz- 
cze w r. 1936. ale już dała się 
wciągnąć. Kiedyś. w obecno
i Tu- 
wima i mojej pewien nieopierzony 
kandydat na lirycznego poetę pOwłe- 
dział jej: ..Jest pani warta nocy". 
Zareagowałem dość ostrym tonem: 
..Myli się pan. Sa11a jest warta nie 
nocy, lecz tysiąca i jednej nocy'" 
Gdy młodzieniec chciał replikowa
, 
Tuwim połoŻył mu dłoń na ramie- 
niu: ..Po tym. co pan usłyszał, na- 
Jeżałoby wstać i wYi
ć". 
Ginczankę zamordowali hitlerow- 
cy, tylko dlatego że była Żydowskie- 
go pochodzenia. Dlaczego nie uszła 
ze Lwowa na czas? Tego już się 
chyba nigdy nie dowiemy. Napisa- 
no o niej, o jej kr6tkim Życiu, o 
twórczo
i, przerwanej przedwcz
- 
nie, o wiele za mało. W kraju pisał 
o niej (dOOć bałamutnie) gł6wnie Jan 
Śpiewak, teraz na emigracji - Ta- 
deusz Wittlin. Zasługiwałaby na więk- 
szą i czulszą uwagę, ale z tych, ca 
ią dobrze znali, prawie nikt nie Żyje. 
Jeszcze kilka lat i nie będzie komu 
prostować niclcisłych informacji. 
Pewne szczeg6ły wskazują że zre- 
lacjonowane spotkanie z Ginczanką 
odbyło się w zimie z 1935 na 1936, 
inne - że co na1jmniej o rok pót
 
niej; podobnie, jak w wypadku Na- 
grody Młodych, znowu nawaliła 
synchronizacja. 
Gorzej. gdy wspominkarz. opisu- 
jąc własne perypetie, zapomina że 
swego czasu dał zupełnie odmienną 
wersję tych samych wydarzeń (ta 
uwaga nie dotyczy Wittlina) i czytel- 
nik nie wie. która wersja jest praw- 
dziwa, ta pierwsza. czy obecna, więc 
popada w zwątpienie i zaczyna podej- 
rzewać że żadna z nich nie odpowia- 
da rzeczywisto
ci. Że pies został za- 
kopany w zupełnie innym ogr6dku. 
Nie należy liczyć na krótką pami
 
czytelnik6w, można boleśnie się spa- 
rzyć. Zupełnie, jak z panem Onuf- 
rym Zagłobą, który dziurze We łbie 
przypisywał za każdym razem inne, 
coraz bardziej bohaterskie pocho- 
dzenie, zapominając że mu ją wybi- 
to kuflem w karczemnej zwadzie. 
Niejedna wzniosła bohaterszczyzna 
bywa identycznego pochodzenia. 


niemieckich, więc, by nie drażnić 
hitlerowskiej bestii, ustępowali w 
drobniejszych sprawach, byleby 
utrzymać swoją neutralność. A gdy 
tylko przyszło zwycięstwo pod El 
Alamein, lądowanie Anglosasów w 
Afryce północno-zachodniej i klęska 
stalingradzka, wszyscy Mirandczycy 
po ni,edługim czasie wyszli na wol- 
ność. Prawda, przedtem odbył się 
siedmiodniowy strajk głodowy, ale, 
gdyby nie ogólna sytuacja na fron- 
tach, nie dałby on żadnych wyni- 
ków. W powszechnej eufori,i jakoś o 
tym nie pamiętano. 
Nie zamierzam twierdzić że we 
wspomnieniach Wysockiego wszyst- 
ko jest sfałszowane. jest tam sporo 
prawdy, ale tak przemieszanej z fał- 
szem Że ktoś nie do
ć zorientowany 
nie ma żadnych szans na odróżnie- 
nie zmyśleń od autentycznych wyda- 
rzeń. Autor nie pofatygował się, by 
skorygować pomyłki wręcz humory- 
styczne. Pisze n.p. że kilku ofie!:- 
rów polskich wybrało się z połud- 
niowej Francji do Gibraltaru zaku- 
pionym jachtem; po drodze zawinęli 
do portu w Sewilli i tam zostali 
..nieprawnie" aresztowani. Nonsens! 
Sewilla leży nad Gwadalkwiwirem, 
który wpada do Atlantyku. By do- 
stać się do niej z Morza 
ródziem- 
nego, trzeba uprzednio przepłynąć 
przez cie
ninę Gibraltarską. W rze- 
czywisto
ci ów jacht wpadł na mie- 
liznę na hiszpańskich wodach tery- 
torialnych, koło wschodnich wybrze- 
ży, bodaj gdzieś w połowie drogi 
między Tarragoną i Walencją. 
Kiedy indziej autor zapewnia że 
proniemiecko nastawieni oficerowie 
hiszpańscy wołali ..Arriba Gel1IDa- 
nia!" Znowu nonsens. Mogli wołać 
"Arriba Alemania-", w żadnym wy.- 
padku - ..Germania"! I tak stale. 
Oto świadectwo "wiarygodnego" 


zjechał z Krakowa do Warszawy i 
wła
nie w SIM-ie zorganizował pod- 
wieczorki artystyczno - literackie. 
Swieżawski? Owszem, ogłaszał od 
czasu do czasu słabe wiersze w nie- 
dzielnym dodatku do IKAC-a. Ale 
o żadnych jego popisach na terenie 
Warszawy - nie słyszałem. W każ- 
dym razie, gdy ja sam wy
ępowa- 
łem w SIM -ie w drugim półroczu 
1938, Swieżawskiego tam nie było j 
nikt mi o nim nawet nie wspomi- 
nał. Przy okazji zagadnąłem p. Zo- 
fię Arciszewską, kt6ra była właści- 
cielką SIM-u i osobi
cie angażowa- 
ła recytatorów, 
piewaczki. autorów. 
Rozłożyła ręce; w ogóle nie wie- 
dział.!. co to za jeden, ten Swieżaw- 
ski. Oczywiście po trzydziestu kilku 
latach wszystko zbujał, licząc na 
krótką pamięć i na bezkarność. Je- 
żeli w SIM-ie kiedy był. to chyba 
tylko, jako klient, który wstąpił na 
pół czarnej. 
Czytam w pewnym wydawnictwie 
"Wspomnienia z pobytu w obozie 
Miranda w latach 1940-1943", na- 
pisane przez prof. dr. Bolesława A. 
Wysockiego, który, jak głosi notatka 
redakcy
na, wykłada obecnie psycho- 
logię na Uniwersytecie Cambridge, 
w Massachusetts. Prawie czterdzie- 

i stron dużego formatu, mn6stwo 
nazwisk, dat, szczególików, nasta- 
wienie zdecydowanie wrogie do Hi- 
szpanów, a na każdym kroku nie- 
dokładności, błędy i zwyczajne fał- 
sze. 
Wysocki uważa że internowanie 
Polaków usiłujących przedostać się 
do Gibraltaru, lub Portugalii przez 
terytorium hiszpańskie. było pogwał- 
ceniem prawa międzynarodowego. 
Nie tylko nie było pogwałceniem, 
by lo obowiązkiem. Aż do końca 
r. 1942 Hiszpanie żyli pod ciągłym 

trachem że nastąpi inwazja wojsk 


Jaka jest wartość wspomnień 
t.zw. naocznych świadk6w? Różnie 
z tym bywa. Zależy od spostrze- 
gawczości. umiejętności obserwacji, 
a także, gdy minie dłuższy okres 
czasu, od rodzaju pamięci. Tylko 
ludziom, posiadającym pamięć typu 
retrospektywnego, można wierzyć 
bez zastrzeżeń, a i to pod warun- 
kiem Że nie wykazują skłonno
 do 
koloryzowania. Są fizjonomi
ci, kt6- 
rzy raz jeden kogo
 zobaczą i za- 
pamiętają jego twarz na zawsze; in- 
ni mają pod tym względem praw- 
dziwy antytalent. 
W pierwszych latach mego po- 
bytu w Madrycie mieszkałem w 
wynajętym pokoju. przy rodzinie. 
Kt6re
 dnia mieszkanie zostało 
okradzione. Przyszedł obcy jegomo
 
w jakiejś sprawie. w chwili nieuwagi 
obecnych 
ciągnął. co było pod rę- 
ką i ulotnił się. Gospodyni złoŻyła 
doniesienie w komisariacie. Po kił- 
ku dniach wezwano ją do stawienia 
się, wyprowadzono kilku aresztowa- 
nych. ustawiono ich szeregiem. 
..Proszę przyjrzeć się. czy pani kt6- 
rego poznaje__." Do
ć leciwa. ale 
wciąż jeszcze atrakcyjna Andaluzyj- 
ka I(spod Kordoby) patrzy i po kr6t- 
kim namy
1e pokazuje na jegomoś- 
cia. stojącego nieco z boku. "To 
ten! To jest 2łodziej. kt6ry mnie 
okradł!" ..Ależ proszę pani! - sły- 
ay obrażoną odpowiedt - Ja je- 
"tem komisarzem policji'" Był w 
cywilnym ubraniu. Nieszczęsna Ara- 
celi omal nie zapadła się pod zie.. 
mię. . 
W ubiegłym Toku przeczytałem w 
krajowym tygodniku "Przekr6g" 
wspomnienie ..naocznego 
wiadka" i 
..współuczestnika" o warszawskim 
SIM-ie i sąsiadującej z nim ..złotej 
Kaczce". Autor, Ludwik Swie2:aw- 
'iki, barwnie opisał, jak tryumfalnie 


Radziwiłł na morzu 


25 lat temu 

ill@
@a 



."..,.,.,'
.. . 
 


15-LECIE DZIALALNOSCI 
TYSIĄCE ZACHWYCONYCH 
PRZEJAZDAMI 
NASZYMI LUKSUSOWYMI 
AurOKARA.MI 


-., 


LONDYN, 30 LIPCA 1950 


....A\. 


(. 


. W artykule ,.Na ratuszu w roku 
1913 " Adam Praglier opowiada 
swoje przeżycia ..w kozie", tj. w 
areszcie przy ut. Daniłowiczow- 
ski ej w Warszawie, gdzie siedział 
kilka miesięcy. Poniewaf względ- 
nie łagodne postępowanie Rosjan 
z więźniami a niezłe warunki by- 
towania r6żniły się diametralme 
od obecnych, stalinowskich, wspo- 
mnienie to Pragier poświęca 
"wszystkim tym, kt6rzy przebywa- 
li w więzieniach sowieckich ". 
"Zamiast przeglądu prasy 
George Orwel1". Lector omawia 
tu czerwcowy numer ..Worlod R
- 
view". po
więcony prawie w ca- 
ło
ci Orwellowi. Jądra jego stano- 
wią przede wszystkim nigdzie do- 
tąd nie ogłoszone rękopisy: esej 
o młodzieńczych latach sikolnych 
i dzienn
k wojenny z lat 1940- 
1942. O Orwellu pisarzu i czło- 
wieku piszą: Bertrand Russell, 
T.R. Fyvel, Malcolm Muggeridge, 
Stephen Spender, Herbert Read 
i Aldous Huxley. 


'
 . 
\\ " \" \ 
t.: t. .- 


DO POLSKI 


ANGLO-POLISH 
ENTERPRISES LTD. 


! 
1-- 


i\."
 
. ] 


WłMcidel 
M. .. TOMASZEWSKI 
J': Pomanł- 



 


i.
 


,.. 


dy 
d'CY.d"j,
 .prow,dzie 

 tanio I wygodnie 
 
POZN
i-J
LOE
ZDON
P:OZNAN 


-"') J, t' 


. ,
/ ;:: . 
":..-'1.:: } ' 
t., '. .,: 


. 


OLS"JE BIU"IO POORÓlY 
ANGLO-POLlSH ENTERPRI5ES (TRAVE L... 


12 CECIL COURT. 
LO
DON WC2. 
Tel.: 01-836 3391/2987 
Przy stacji kolejki podziemne.j 
iLeicester Sqoare 
SPROWADZAMY 
KREWNYCH I ZNAJOMYCH 
LUKSUSOWYMI AUTOKARAMI 
REWELACYJNIE TANIO 


..Radziwiłł" - statek z prawej strony (naz\a, wyraźna na obrazie - 
niewidoczna na reprodukcji). 


sar,y ale jedynym bodajże polakiem 
C7ynflym wzdłuż wybrzeży Stan6w Zjed- 
noczonych w czasie Wojny o Niepod- 
ległość. 
Statki korsarskie wyrządziły ogrom- 
ne szkody wśród brytyi
kiej floty han- 
dlowej kierując swą akcję przede wszy- 
stk i m przeciw tym okretom brytYOskim, 
które przywoziły dostawy dla armii bry- 
tyjskiej w Ameryce. 
Ilustracja powyższa jest fragmentem 
obrazu malarza marynisty Johna Bra- 
zendale Coonelly i pokazuje .,Radzi- 
wiłła" atakującego brytyjski zachodnio- 
indyjski statek handlowy "Diana". 
Obraz znajdu1e się obecnie na Wysta- 
wie marynistycznych obraz6w w David 
Gallery w LOIldynie. 


W pr7yszłym roku kiedy Stany Zjed- 
noczone obchodzić będą 200-setną rocz- 
nicę Wojny o Niepodlegl,QŚĆ nazwisko 
Feliksa Miklaszewicza przypomniane 
będzie obok nazwisk niewielu cudzo- 
ziemc6w, którzy w tej w.ojnie służyli na 
morzu pod flagą amerykańską. 
Kapitan M iklaszewicz, właściciel S'tat- 
ku "Scotch Triok", dzięki pomyslnym 
wyprawom korsa.rskim zdołał zakupić 
drugi statek nazwa.ny "Prince Radzi- 
wiłł". 
Będąc w posiadaniu "Listu k3lperskie- 
go", oficjalnego pozwolenia Rządu 
Stan6w upoważniającego prywa.tne stat- 
ki do korsarskich napadów, skierowanych 
przeciw brytyjskim sta
kom handlowym, 
był Miklaszewicz jednym z wielu kor- 


L07VDYN, 13 SIERPNIA 195n 
(Numer podwójny) 


Sprzedaż biletów kolejowych - 
lotniczych - okretowych. 
Załatwiamy przekazy pienieźoe. 
Wystawiamy bony hotelowe - 
wymienne (vood1ery). 
Załatwiamy przedłużanie 'Ważności 
paszportów, wiz pobytowych i 
ttanzytowych. 
Ponad 50.000 zadowolonych 
podróżnych skorzystało 
z naszej komunikacji. 


. Jan Wszelaki na Dadstawie ogło- 
szonega przez Departament Stann 
piętnastego tomu dokum.ent6w 
związanych z polityką USA 'V 
przededniu i podczas druj!;iej wOJ- 
ny 
wiatowej (rt. "Post-war 
Foreign Policy Preparation'') ko- 
mentuje niektóre interesujące ma- 
teriały oficjalne. dotyczące stano- 
wiska Ameryki wobec zagadnienia 
Dolskiej granicy wschodniej. Ty- 
tuł artvkułu: ..Stan v Ziednoczone 
a j!;ranice wschodnie Polski". 
. W. A. Zbyszewski w arty'kule 
..Korea ", w zwiazku z ostatnimi 
wypadkami na tym terenie rozwa- 
fa stosunki nomięd'Zy Stanami 
Zjednoczanymi. Jaoonią, Chinami 
i Rosją na Drzestrzeni ostatnich 
ki1kudziesięciu lat. 
e W powiązaniu z dyskusją, jaka sie 
rozpętała wok6ł postaci generała 
Rommla. po ukazaniu się apolo- 
getycznej książki brygadiera 
Younga (..Rommel'" bv Desmond 
Young. London, Co11ins, 1950). 
KaZ'imierz Glabis7 w artykule 
..Opryszek czy rycerz" stara 'ilę 
z:jąć obiektywne stanowisko. Roz- 
wafając całą kariere generała i ;ei 
poszczególne fazy (wreszcie tra- 
giczna 
mie'l"ć) autor w zakończ
- 
niu nisze: "Był O-n tylko 
wietnym 
fołnierzem 'sans Deur'. ale nie ry- 
cerzem 'sans reoroche', czyli in- 
nymi słowy typowym synem wo- 
jowniczego 'Herrenvol'ku', męf- 
nym wobec nieprzyjaciela, uleg- 
łym i tch6rzliwym wobec władzy". 
. Władysław Studnicki omawia 
..Sowiecki nodrpcznik historii" - 
3 tomową' pracę historyków ro- 
syjskich, która została przetłuma- 
czona na angielski na u:!:ytek Za- 
chodu (..A Historv of the USSR ", 
Compł1ed by Prof. K. V. Bazile- 
vich, Prof. S. V. Bakhrusin. Prof. 
A. M. Pankratova. Docent A. V. 
Fokht. Moskwa. Foreign Langu:t- . 
ges Publishing House, 1947-48). 
Pełno w niej błędów zarówn;) 
faktolog11cznych jak historiozo- 
ficznych oraz po prostu kłamstw. 
..Wielkie błędy, kt6re spotykamy 
w encyklopediach brytyjskich, w 
artykułach dotyczących Polski i 
Rosji mają fr6dło w rosyjskiej su- 
aestłl-. 


- 


» Wiadomości « 


*) Por. "Trzecia wartość" Danuty 
Mostwin w nr. 1524. 


Fundusz Wydawniczy 


..
.
&
,


...
,.
.
 


'................. ...... .. .. .............. ...... .... 
 


Dalsze wpłaty: 


JóZEF ŁOB(X)()WSKI 


£5 


Dr J. J. Robatiner 
J. H. Pisarski (zamiast kwiatów na grób 
Ojca w drugą rocznicę zgonu) 
Lidia i Adam Ciołkoszowie (zamiast kwiatów na 
grób ś.p. Barbary Reńskiej) £3 
G.L&rt n 
Lesławostwo Meinhardtowie (dla uczczenia pamięci 
ppłka Dra Eugeniusza Zdrocbeckiego) $25 
Hilary D. Laks $14 
Franciszek J. Figiel $5 
Gen. Wilhelm OrHk-Riickemann $7 
Tadeusz Sadowski $10 
Józef Bisping $10 
W. Vincent-Rudzki £2 
M. E. Bończa-Tomaszewska £1 
Janina Paprocka (7amiast kwiatów na grób ś.p. 
Maj. J uHana Bilinkiewicza) 
Z. M. J urewicz 
Kazimierz Tym 
W. Liberys 
W. J. i Z. Wolscy 
Serdecznie dziękujemy. 


ogłasza przedpłatę na tom p.t. 


£10 


DROGA do TOBOZO 


Książka, licząca przeszło 450 stron, 
skład8
 się będzie z następujących części: 
I. 
oza, opisująca pie
ze dwie wyprawy Don Kichota, 
lGtóremu autar towarzyszy po cm:erech stuleciach, nie tylka 
po ta. by opisać kraiobraz i ludzi, ale także, by pokusić się 
o próbę syntezy historii i kultury hiszpańskiej. 
II. Dwadzieścia kilka wierszy oryginaJ.nych o temaJtyce hisz- 
pańskiej, częściawa tylka drukowanych. 
III. Antologia poe
i hiszpań5kiej w przekładach autora. 
700 la1 liryki hi5zpań5kiej od Xln po XX wiek: prawie pięć- 
dziesięciu poetów, dwieście kilkadziesiąt wierszy. PieTwsza 
antologia tego rodzaju w języku polskim. 
IV. Przypisy, dotyczące każdego z autorów, włączonych 
do antalogii. 
Książka kosztuje w przedpłacie £4 albo odpowiednik w innych 
walutach, zależnie od bieżącega kur!!u. 
Po ukazaniu się cena będzie znacznie wyższa. 
Czeki i postal 'Ordery na imię i nazwisko JÓ'lefa Lobodow- 
skiego proszę wysyłać pod adresem - 11, Pa11iser Road, 
London W.H. 
Pawodzenie niniejszej przedpłaty uma:żJliwi szybkie wydam.ie 
paru innych tomów poetyckich autora, które są całkowicie 
ukańczane. 


£3 
£2 
$10 
£2 
A$IO 


IDEALNY ROZMIAR 
ARTYKUŁU DO 
"W I A D O M O ś C I": 
6 STRON ,MASZYNOPISU 


W "Silva rerum" czytamy: "Re- 
akcja opinii angielskiej na wy- 
padki koreańskie musi wzbudzIć 
uczucie daleko idącego przygnę- 
bienia. .. w dalszym ciągu przewa- 
żają defetystyczne, tch6rzliwe na- 
stroje appeaserskie... Wszystkie- 
mu temu przyświeca naiwna wiara 
w 'bargain', w rokowania d}'plo- 
matyczne, w noty i 
wiadczenia". 


.................... .. .. .... .... .... .... .. .. ... .... .. 


Published by ,.Wjaoomości". 67, Great Russell Street, London WCIB 3BS 
and printed by Whiiłe Eagle Press Ltd., (T.U.) 2 ViDe Lane, Tooley St. S.E.I. 


J6zef Lobodowski. 


*) Por. nr 1475.
>>>