/Magazyn_014_09_001_0001.djvu

			BI1>1ioteka 1 17 O 1 -.J t 
V.III.K. . . 
,Toruń 11 
I' i -' "ó/j lr o1 - 
!A;KUP 


.f..l',.!.g J5 !:J t ,!,fJ1) 
'Br, X
6..3g
 
MICHAŁ GODLEWSKI ! 


."'- 


DUBl::.:1' B!BLlOTEKI 
.mtut,,' ;'tczne
o I. . 


" I 
, 


Z DZIEJÓW 
RZYMSKO - KATOLICKIEJ 
AKADEMII PETERSBURSKIEJ 
i 
- 
II ( 


d 
')"-ll 
...-/ 



 


'f 


Odbitka z Miesięcznika 
Katechetycznego i Wychowawczego 



 . 


WARSZAWA 
	
			

/Magazyn_014_09_002_0001.djvu

			,IIL 
BlbJk 


120 


/10. 1 11 


,\,"IITI'ł. 
. pQlllł 
 . 
##ł- 11i to 'ł' 


r'" 
h .' 


;. 


L" 


, "I 


/)ł 


\. 


1\, \ \t'\.f
		

/Magazyn_014_09_003_0001.djvu

			f 


.ł"\ 


r 


}o 


Już oddawna wśród starszych i młodszych wychowańców 
naszej Almy Petersburskiej, rozsianych teraz po Bożym świecie, 
odzywały się głosy, że należało urządzić koniecznie ogólny Zjazd 
Akademicki. Wołania te były zrozumiałe i zupełnie zrozumiałe. 
Były imperatywem serca, płynęły z potrzeby wznowie- 
nia dawnych więzów koleżeńskich, cofnięcia się do przeszłości _ 
do dni b
ztroski i wspólnej pracy w ścianach Zakładu, z któ- 
rego każdy z nas cośkolwiek z sobą wyniósł, wstępując na dro- 
gę życia, niekiedy nader ciernistą. 
"Do slonecznych dni mlodości, 
Któż się duchem swym nie zrywa..." 
W ciągu ostatnich lat kilku pewna garstka akademików, 
a gorliwych rzeczników zjazdu, niejednokrotnie omawiała tę 
sprawę. Zastanawiano się nad techniczną stroną jej wykonania, 
ale ostatecznie żadnych uchwał nie powzięto. 
I dobrze się stało... skoro dzisiaj dzięki łaskawości Najdost. 
Metropolity oraz zabiegom czcigodnego komitetu wychowańcy 
Akademii mogą się zebrać tutaj, tutaj w tym grodzie wileń- 
skim, a więc w kolebce, w macierzy naszej Almy, _ w pobliżu 
Bazyliki, gdzie stanął pomnik drogiego nam profesora wy_ 
znawcy Arcybiskupa Cieplaka... rzecz dziwna, właśnie w chwi- 
lach, kiedy przed 90 laty wylęgał się nad Newą zbrodniczy za- 
miar przeniesienia uczelni wileńskiej do błót i tumanów pół- 
nocy! 
Jeżeli kiedykolwiek, to bezwątpienia na tem pierwszem 
koleżeńskiem naszem zebraniu nie będzie rzeczą zbyteczną 
wspomnieć o dziejach tej Almy naszej, która już do historii 
przechodzi *). Oczywiście o jakimś obszernym referacie mowy 


") Niniejszy szkic historyczny pierwotnie został wygłoszony w for- 
mie odczytu na zjeździe b. wychowankkw b. Akademii Duchownej, 
który się odbył w Wilnie r. 1929 w auli Uniw. Stefana Batorego, gdy 
rektorem - był dawny profesor Akedemii Ks. dr Czesław Falkowski 
Zjazd doszedł do skutku dzięki J. E. Ks. Arcybiskupowi Romualdowi 
Jałbrzykowskiemu.
		

/Magazyn_014_09_004_0001.djvu

			- 4 - 


) 
J 


być nie może, bo niema czasu na to. Chcielibyśmy jedynie cie- 
kawszych dotknąć się szczegółów, parę nakreślić cylwetek, parę 
rzucić obrazów, aby choć na chwilę wskrzesić w pamięci to, 
co było minęło... "Ut resurgant, quae abiere".... 
Długą i beznadziejną była Kalwaria Polski po krwawych 
Wypądkąch 31 r. W myśl ukazów cesarskich, cynicznie i syste- 
matycznie dławiących duchą narodu i jego religię. Na:ł:ajutrz 
po wzięc
u Warsząwy rozwalono Uniwersytet Wąrszawski, a po 
nim Wileński. Z dawnej 
asłużonej wszechnicy. ocalały jedynie 
: 
ak
l
ety, medy
zny jako akademia chir-tirgiczno - medyc:ł:na 
oraz wyd

ął 
ęolo.,giozny, ukazem z dn. 1 lipca 1833 r. z Semi- 
na
um Głównegp ną Rzymsko.., Katolicką Akademię Wileńską 
prze
szt
C()I
Y
 Pilnie strzeżona, kontrolowana, szykanewana, 
krępowana, była jednak ta efemeryczna Akądemia ciągle solą 
w oku rządowi. WYc1awało się I1dziejqtiełom petersburskim" 
rzeczą niebezPłec?
ą, D.iew&
azaną, ąqy ł1łłQd
ięż duchowna, 
przeznaczQna da Wy*s

h 
tanow
sk w 
r
j1,l i mającą z Q?asem 
przodować d':lchowieństwu, kształciła się W WHn\ł1 
dzię tyte 
tkwiło weąłqg !lictt 
ewąh!
yjnY
h ?ąrR?ków. W łeh poj
c
u 
należało czempręg.zej izoloWąć ten ..?41
d, odsepf\rQWqć go. od 
korupcyjny
qy- 
dłami ,,:Qrawitięłstwą" WQ
ła młódź wyriis
ą.ć na 
oja

lYC

 p	
			

/Magazyn_014_09_005_0001.djvu

			, I 
"} 
5 


( 


J 


'" 

 


\ 


- 5 


sterze w Cesarstwie: Kozłowski, Wołonczewski, Bereśniewicz, 
LQbow\dzki, i p:vąłat wyznawca Kruszyński. Wyje;l;dżali prze- 
rażeni, bo sądzili, że jadą na Sybir, skąd już nigdy 00. ej
zyzny 
nie wrócą. Potem wywożono rucho.mości Akademi\ i wywo- 
żono tak sumiennie, że obok; spr
ętów kaplicznycłł, meb\\, pie- 

:\zny, p,orce!any, o
 archiwum OfQZ bibliote\ri, z któ.rej po 
drodze wiele cennych dzieł poginęło., wywędrowały na północ 
rądle, kubły, szafliki kuchenne i farfury pJ;ofesorsk
e. 
Dla ulokowania owego taboru prześwietn
 Ko.legiutn, z roz- 
kazu cesarza finansujące ten interes, wynaję
Q od kupę.a Je
a 
Łokotnikowa w llzielnicy miasta, zwanej ,.,Pieterburskają 
tQ- 
runa" posiadłość na rogu ulic Griazno.j i Iwanowskoj-sITu!t:flł3, 
u- 
chnące kąty... Drewniany. "o.m frQJltowy, ,,
mezoni.noIT\" (gCil,Ilek), 
przez:p,aczono na kwatery p.rQf
o.fskie, na 
apli
ę i sale WYkłado- 
we. W prawym Qddzielny:m ,,:Qigiele" 
tuniesz
aU alumnł., g
ież- 
dżąc się w ciasnych i ciemnych izdebkach. W lewem skrzydle 
mieściła się jadalnia, pokoje dla służby i prymitywne qbikacje. 
W listopadzie tegQi 18"ł2 r. tO
począł się ni"Qy nowy rok ",kade- 
micki w północnej stol\cy, ale szedł klllawo 
 bardzo 
ulaw9. 
Z biblioteki korzystać było niepodobna, gdyż leżała w pakactl 
na strychu. W mrozy, w $.tarym d?iurawym domu marzli alumni 
niemożliwie, latem w d:fli upąlne piekli się od żąru, a
e najgor- 
szą była ta okoliczność, że biedacy musieli nieustąnnie w śnieg 
czy szarugę biegać przez podwąrze n
 WY\\łądy, ąo kaplicy, do 
jadalni i grzęznąć w 
ałuży. Chorowało to bractwQ na gorą
?- 
kę, na kaszel, ną gaJ;dło, i w do.datku skutkię:w zmiany poiy- 
wienia na żołą-dek "na ponos" - jak widać wyraźnie z wydat- 
ków prawienia w tym czasie "na doktora i apteki". Nie wiado- 
mo, jak długo trwałby ten ci
żki stan .PI'zejściowy, gdYQY nie 
zabieg
 młodego. rek
orą, który enęrgią swoją przyśpieszył dzień 
wyzwo.lenia. 
Przypominamy sQbie zapewne ów wspaniały po.rtret, wi- 
szący w sali rekreacyjnej naszej dawnęj Ąlmy pr?y drzwiacb 
od strony kurytarza. Wyniosła, skupiona, majestatyczna po- 
stać, przywdziana w szkarłat, z rubinem na palcu, wygląc:la ze 
złoconych ram. Ma głowę pochyloną, jakby pod brzmieniem 
myśli, czoło wysokie, wzrok nieco przyćmiony. Na obUczu roz- 
lana troska, a na ustach jakiś nieuchwytnie drgający, tajemni- 
czy, enigmatyczny uśmiech, - uśmiech dyplomaty, bo też dy-
		

/Magazyn_014_09_006_0001.djvu

			- 6 - 


plomatą wielkiej miary i dyplomatą opatrznościowym dla Ko- 
ścioła w chwilach udręki, jakie wówczas przeżywał, był Ignacy 
Hołowiński. 
Mąż refleksji i głębokiej wiary, twardą obdarzony wolą, 
umysł bystry, spostrzegawczy, duch czysty i gorący, bo poeta 
i wielbiciel piękna, wszechstronnie wykształcony, a prosty 
i słodki zarazem, posiadał jeszcze Hołowiński niezwykły dar 
promieniowania i pociągania ludzi. W Kijowie, gdzie wykładał 
religię na Uniwersytecie, nauką swoją, wymową, ujmującem 
obejściem olśnił niebawem młodzież, profesorów i samego wiel- 
korządcę Ukrainy starego Bibikowa. który go promował w de- 
partamencie wyznań, w przekonaniu, te ten młody, układny, 
wykwintny, a ambitny - jak przypusz
ał - Ksiądz da się- 
łatwo przez rząd pozyskać i stanie się wrychle powolnem jego 
narzędziem. Srodze wszakże mylił się Bibikow w swych są- 
dach o Hołowińskim ,jak później mylić się będą Błudow, Skry- 
picyn, Perowskij i sam car Mikołaj, jak mylić się będą liczni 
świeccy i duchowni Polacy, o fałsz, o obłudę, o służalstwo po- j 
mawiający młodego rektora i miano rządowca mu przyle- 
piający. 
Nigdy rządowcem nie był Hołowiński. Nie kłaniał się -1. 
gdy rządowym figurom, nie frymarczył nigdy sumieniem dla 
osobistych widoków. Umiał tylko to, czego nie umieli inni - 
zręcznie "maskę przywdziewać" - słowa Felińskicgo - i po- 
wagą swoją, taktem, rozwagą, subtelnemi posunięciami zdoby- 
wać zaufanie rządu, o co mu chodziło, aby tem intensywniej 
i korzystniej dla Kościoła pracować. Przy poparciu Skrypicyna, 
dyrektora obcych wyznań, którego parokrotnie woził rektor 
na ulicę Grjazną, szybko postępowała na ul. "I-ej Linii" prze- 
róbka i restauracja obszernej kamienicy, zakupionej przez Ko- 
legium na rzecz naszej Almy od Akademii Sztuk Piękny
:h za 
72 tysiące rubli i 48 kop. Wzniesiono dwa symetryczno' tJię- 
trowe skrzydła i poprzeczną oficynę łukową z sypialnią j po.. 
kojami dla alumnów; podniesiono gmach frontowy; sprawiono 
solidne szafy dla biblioteki. Biało lakierowaną kaplicę ozdobiły 
obrazy, a wspaniałą salę zebrań - stiuki, żyrandole, appliki 
brązowe i portiery u okien z pąsowego adamaszku. Słowem 
z komfortem, nawet ze zbytkiem, wyszykowano nowe locum, 
odpowiadające w zupełności potrzebom uczącej się młodzi.eży.
		

/Magazyn_014_09_007_0001.djvu

			- 7 - 


22 czerwca 1844 r. nastąpiła uroczysta inauguracja nowej 
llczelni w obecności administratora archidiecezji sufragana 
Dmochowskiego, ministra Perowskiego, dyrektora Skrypicyna, 
polskich biskupów, bawiących podówczas w Petersburgu 
i oczywiście całej zgraj i kolegialnych figur. Przemawiał rektor 
po łacinie, śpiewano Te Deum, odbył się paradny obiad w bi- 
bliotece z toastem na cześć fundatora, a wieczorem pierwsza za- 
bawa dla alumnów. 


18 grudnia t. r. w południe uroczyście odwiedzi car Mikołaj 
Akademię, a po tej wizycie hojnemi obsypie ją łaskami. Nada 
jej szumny tytuł "Cesarskiej Akademii", podniesie utrzymanie 
do 40.000 rub., potwierdzi dawne wileńskie prawa i obdarzy 
nowemi, czyniąc ją zakładem uprzywilejowanym w Państwie, 
a po śmierci papieża przyśle popiersie marmurowe Grzego- 
rza XVI, jakoby przez niego jeszcze za życia przeznaczone dla 
nowej uczelni. W rzeczywistości, niezbyt autentycznym był ten 
dar papieski. Uchodził wszakże za dar Ojca Świętego i stanął 
w sali konferencyjnej pod oknem, na miejscu honorowem, skąd 
kamiennem okiem swojem spoglądał następnie na szereg jas: 
nych i mniej jasnych wypadków. 


A więc, nareszcie rozpoczęła nasza Alma swój żywot na ul. 
,.Pierwszej linii", ale narazie żywot niekanoniczny. Dopiero 
Konkordat z 1847 r. uprawnił jej istnienie. Odtąd bezpośrednim 
jej i najwyższym zwierzchnikiem stawał się arcybiskup mohy- 
lewski, który miał nią zarządzać, jak rządzą biskupi w swoich 
seminariach. Tylko w sprawie nominacji rektora, inspektora 
i profesorów w XXI paragrafie Konkordatu wyraźnie zazna- 
czonem było, Że wybierał ich arcybiskup, lecz na przedstawie- 
nie rady akademickiej. Ten ciekawy i znamienny paragraf, 
przez Mgra Corboli Bussi wtrącony zręcznie do tekstu umo- 
wy, mający zabezpieczyć jedność i harmonię w gronie profe- 
sorskim, zbyt szybko, niestety, poszedł w zapomnienie. Nie 
nauka, nie zasługi, ale protekcje, sympatie, przyjaźni lub 
względy osobiste przełożonych jęły często i często bardzo to- 
rować drogę do Akademii jednostkom ciemnym, niepożąda- 
nym, a co za tern idzie, powstawał rozłam w gronie profesor- 
skim, partyjnictwo, roiło się od intryg, zabagniających niekiedy 
całe lata wewnętrzne życie zakładu.
		

/Magazyn_014_09_008_0001.djvu

			- 8 - 


Jednym z pierwszych przejawów pedagogicznej działalno- 

ci Hołowińskiego były wysiłki podjęte przez niego celem za- 
prowadzenia pewnego rodzaju klauzury dla alumnów. Biorąc 
pod uwagę schyzmatycką i moralnie zgniłą atmosferę miasta. 
która ich otaczała, przyszedł rektor do przekonania, że wszelkie 
stosunki ze światem, a zwłaszcza z młodzieżą świecką, rozwią- 
złą i zarażoną niedowiarstwem czy konspiracją, mogły mieć na 
przyszłych pracowników w Winnicy Pańskiej jedynie wpły
 
ujemny. Więc zamknął niezwłocznie furtę Akademii. Z nikim 
nie wolno było widywać się alumnom, chyba w wyjątkowych 
wypadkach; nie wolno było nikomu wychodzić na miasto; nie 
wolno było latem nawet wyjeżdżać na wakacje. 
Opowiadał nam sędziwy prałat Majewski, że za jego cza- 
sów, kto wchodził do Akademii, ten musiał bez przerwy w niej 
pozostawać, aż do chwili ukończenia nauki. Na miesiące letnie 
wynajmował rektor obszerną "daczę" na Kamiennoostrowskim 
czy Aptekarskim ostrowiu, gdzie młodzież pod okiem władzy 
spędzała czas wakacyjny. "Jesteście młode i wiotkie drzewka. 
powtarzał rektor alumnom (słowa ks. Majewskiego). Trzeba 
pilnie was strzec, hodować, przystrzygać, podcinać, z robactwa 
oczyszczać, do palików wiązać, jak czyni ogrodnik z drzewkami 
w swej szkółce, aby prosto rosły i owoc rodziły". 
Rozporządzenia Holowińskiego łatwo uzyskały aprobatę 
Skrypicyna i aprobatę cara. "Prewoschodno ustrojena Akade- 
mia" pisał Mikołaj do Paszkiewicza w kwietniu 1845 r., i "pre- 
woschodnyj rektor", a rozmawiając pewnego razu z hr. Collo- 
redo, posłem austriackim przy dworze rosyjskim, zapytał go 
znienacka: "Czy widziałeś Akademię, którą założyłem? Radzę 
ci ją zobaczyć, wzorowo prowadzona, z surową dyscypliną, jak 
w klasztorze, nigdzie nie wolno młodzieży wychodzić". O ileż 
pod tym względem stała wyżej nasza Alma od współczesnej jej 
Akademii Warszawskiej. 
Dla urozmaicenia jednostajności życia akademickiego i re- 
kluzji weszły wtedy w zwyczaj owe długie czwartkowe prze- 
chadzki, ale zawszĘ' pod. przewodnictwem jednego z profesorów: 
zwiedzanie muzeów, cerkwi, bibliotek, osobliwości stolicy oraz 
zabawy wieczorne z bakaliami, z winem i jabłkami - słowem 
zaczęły się lądz przeróżne zwyczaje, zwyczaiki, tradycje, ma-
		

/Magazyn_014_09_009_0001.djvu

			- 9 - 


jące być prawem wewnętrznym, nie pisanym, lecz obowiązują- 
cym. W parę lat po śmierci Hołowińskiego upadł nakaz pozo
 
stawania latem w zakładzie. Zezwolono alumnom wyjeżdżać 
na wielkie wakacje, a przed wyjazdem wypłacono każdemu 
"rublia na pierczatki". Ale inne zaprowadzone zwyczaje, w sile 
pozostały i niebawem nowymi się jeszcze zbogaciły. Takimi 
będą: przyjęcia, obchody imieninowe, kolacyjki diecezjalne, 
poczęstunek śpiewaków w dzień św. Cecylii, wyjazdy do Kron- 
sztadu itd. pilnie przestrzegane przez liczne pokolenia młodzie
 
ży i jeszcze za naszych czasów trwające. - Nie miał Hołowiński 
wielkiej wyręki z profesorów w swej pracy pedagogicznej, bo 
naj wybitniejsi z nich Borowski i Wołonczewski zostali wkrótce 
biskupami, a reszta: stary Bagieński, niedołężny Lipski, Jaku- 
bielski, Niemeksza trzymali się zdaleka od alumnów. Ale sam 
sobie radził i radził jak najlepiej. Pomimo ciężkich obowiąz- 
ków, jakie na niego spadały, na wszystko zawsze czas znajdy- 
wał, gdy chodziło o kochaną młodzież. Przemawiał przy każdej 
sposobności: prywatnie, na rekolekcjach, w dni uroczyste, a na 
wykładach swoich ognistą wymową porywał słuchaczów, roz- 
niecając w nich miłość wiary, Kościoła, przywiązanie do Sto- 
licy św., i pragnienie wiedzy. "Do łez wzruszeni, mówił mi ks. 
Majewski, wychodziliśmy często z jego wykładów. Był duszą 
naszą i światłem naszem". 
Z zapałem garnęła się też młodzież zagrzana słowami rekto- 
ra do nauki i pracy nad sobą. Czytano i czytano wiele, czyniono 
wyciągi z najlepszych dzieł zagranicznych, tłumaczono homilie 
Ojców z greckiego czy z łaciny, które rektor przeglądał. i urzą- 
dzano niekiedy dysputy koleżeńskie na kółkach teologicznych. 
W 1855 r. gorliwy pasterz i wielkiej miary uczony zgasł przed- 
wcześnie, osierocając zakład, który opromieniał blaskiem swe- 
go imienia. 
Po jego śmierci bledsze i znacznie bledsze nastawały czasy 
dla Almy Petersburskiej, bo też i o wiele bledsi od Hołowiń- 
skiego byli w Akademii naj bliżsi jego następcy. Jeszcze nie 
zdążył nieboszczyk ostygnąć na śmiertelnem łożu, a już szła 
krecia robota wśród dygnitarzy duchownych, aby podsunąć rzą'" 
dowi wygodnych kandydatów. Zaciągnęła się jednak sprawa 
nowych nominacyj wobec wstąpienia na tron cara Aleksandra II 
i nadchodzących uroczystości koronacyjnych w Moskwie.
		

/Magazyn_014_09_010_0001.djvu

			- 10 -- 


W Akademii tymczasem nastało interregnum Księdza Lii' 
skiego inspektora, trwające półtora roku i zakończone instalacj
 
prałata Jakubieiskiego na godność rektorską. Nie zdaje się, ab)
 
go profesorowie i alumni pożądali. Lichy i niespokojny kapłan- 
jak pisał o nim Feliński - krętacz z przyrodzenia o wachadło. 
wym karku, węszący jak wyżeł kędy wiatr wieje i za wiatren; 
idący, nie cieszył się Jakubieiski sympatią otoczenia. Zwali gc 
alumni "kasztanem", może dla ciemnej jego cery i śmieli si
 
z niego. W ciągu trzechletnich rządów mącił ustawicznie, za. 
dzierając z inspektorem Ważyńskim, z profesorami i sam wresz- 
cie się pogrzebał przez swoje krętactwa. Chyba tylko jedną za- 
sługę przypisać mu można, że wprowadził do Akademii na sta- 
nowisko kapelana słodkiego Felińskiego, głośnego później arcy- 
biskupa warszawskiego. 
Lepiej się działo za Bereśniewicza, który rządził po Jaku- 
bielskim do 1864 r. Światły kapłan, wzorowy biskup dbał Be- 
reśniewicz o młodzież i jej wykształcenie. Zatrzymał Ważyń- 
skiego przy sobie. Wykłady filozofii powierzył Felińskiemu. 
Dzieje Kościoła wybitnemu kapłanowi Wincentemu Majew- 
skiemu. Uzyskał od rządu zgodę na wyjazd zdolniejszych stu- 
dentów do uczelni zagranicznych, lecz sam miejsca nie zagrzał 
na fotelu rektorskim i legendy po sobie w Akademii nie zdążył 
zostawić. 
Za to następca Bereśniewicza długo na I-ej linii gospoda- 
rzyć będzie i stworzy legendę - "sui generis legendę". - Cie- 
kawym zaiste typem o sępiem kościstem obliczu i wiercących 
oczach był ten rektor w białym habicie - Dominik Stacewicz, 
z zakonu kaznodziejskiego. Asceta, pokutnik, pokorny brat za- 
konny, różańcem brzękający i dewocją swoją budujący wielu: 
kleryków, a jednocześnie ambitny, chciwy władzy, regalista, do 
szpiku kości regalista, podszyty jansenizmem... Szanować we 
wszystkiem prawa państwowe, nie stronić od prawosławia, śle- 
po, bez zastrzeżeń pełnić wolę monarchy i w sercach braci szcze- 
pić przywiązanie do tronu - oto były hasła, przyświecające 
Stacewiczowi do grobu. Więc nie dziw, że pod kierunkiem ta- 
kiego męża stosunki Akademii z rządem stają się idyllą, jakiej 
dotychczas nie widziano w Almie. Dyrektor departamentu wy- 
znań Emmanuił Wiktorowicz Siewers był tam ciągłym gościem 
na I-ej linii. Sterczał przy otwarciu i zamknięciu roku szkol-
		

/Magazyn_014_09_011_0001.djvu

			- 11 - 


nego. Sterczał na egzaminach, przychodził na galówki i zaba- 
wy kleryckie, zasiadał z rektorem do wigilijnego stołu, a gdy 
po kolendach "Boże carja chrani" śpiewano dla niego, podcho- 
dził zazwyczaj do alumnów, powtarzając z zadowoleniem: "Spa- 
sibo, spasibo, rebjata!". Zamiast umizgać się do rządu winien 
był Stacewicz wtedy właśnie na inną okoliczność szczególną 
zwrócić uwagę. Wtedy bowiem Akademia w Warszawie koń- 
czyła swój żywot, a klerycy z Polski na rozkaz rządu wędrować 
musieli nad Newę. Sam interes wskazywał, że wypadało wejść 
w bliższy kontakt z biskupami polskimi, pozyskać ich zaufanie 
dla zakładu, który w Kongresówce nie mógł się cieszyć specjal- 
nym mirem po wypadkach 63 roku. Ale nie myślał o tem ojciec 
Dominik. Polska, jej biskupi, jej kler tyle go nie obchodziły. 
co ukazy wydawane pod jego bokiem, a dławiące prawa Ko- 
ścioła. Starsi profesorowie podzielali polityczne credo rektora. 
Inspektor Rokicki z "pierzami na głowie", pachnący Iwaszkie- 
wicz, Konstanty Maculewicz, Hryniewiecki etc. zapatrzeni w De- 
partament i Siewiersa własne obrabiali interesy i niejedno 
zręcznie obrobili sobie, o resztę wiele się nie troszcząc. - Opo- 
wiadał mi ks. prof. Jawnis. że podobno miał Stacewicz po śmier- 
ci straszyć alumnów. 
Lepiej się zaczęło dziać za rektoratu Kozłowskiego, który 
wyraźnie odstąpił od programu Stacewiczowskiego. 
Dopiero w r. 1885 nastąpiły radykalne zmiany w Akademii, 
kiedy jej rządy przeszły w ręce ks. Franciszka Albina Symona. 
Nie mógł bojaźliwy arcybiskup Gintowt lepszego uczynić wy- 
boru. Po Hołowińskim bowiem w licznym szeregu rektorów 
staje Symon i stać będzie zawsze jako naj wybitniej sza, najindy- 
widualniejsza i najsilniejsza jednostka. Szczerze oddany Aka- 
demii, znający dokładnie jej braki, gdyż od paru lat był jej pro- 
fesorem, zrozumiał niebawem pełen energii i zapału zwierzch- 
nik, że w danych warunkach pierwszym jego obowiązkiem 
była i być musiała praca nad podniesieniem poziomu nauk teo- 
logicznych w zakladzie, aby tem samem podnieść i jego po- 
wagę. Rozwijając logicznie swój program i wzorując się zara- 
zem na fakultetach, które zagranicą zwiedził, wprowadza ks. 
Symon nowe obszernjejsze podręczniki do nauki, wprowadza 
ustne i piśmienne repetycje, obostrza wymagania na rocznych 
i stopniowych egzaminach i sam czuwa nad wykładami. Pra-
		

/Magazyn_014_09_012_0001.djvu

			- 12 - 


gnął rektor słusznie zupełnie, aby mł'ódy magister, kończący 
Almę posiadał fundamentalne teologicżne wykształcenie i mógł 
dzięki temu stosownie do potrżeb swojej diec'ezji i żądań swej 
władzy pracować w różnych kierunkach ha niwie Pańskiej. 
Rozległy się jęki i stękahie wobec tych obostrzeń. Twierdzili 
niektórzy, że z kucia włosy im z głowy wychodzą, ale nauka 
szła, szła całą parą i nie z pustemi rękami wracaii Akademicy. 
do swoich diecezyj. 
Dla podhiesiehia powagi Akademii dołoży wszelkich starań 
rektor, aby stopniowo strząsać pył cesarski, który ją pokrywał 
i wlewać w nią prawdziwie kościelne i katolickie życie... I wlewał 
jt' mocą ducha swego wielkiego, przykładem swoim, jak t>ngi Ho:.. 
łowiński i natchnionem słowem; trafiającem do dna młodego ser- 
ca, Pod takiem tchnieniem musiało się odmienić oblicze naszej 
Almy. Wytwarzała się w niej hma atmosfera. Stawała się 
Alma ha wielkiem schyzmatyckiem morzu jakąś bazą iście ka:.. 
tolicką, gdzie nie na carskie sługi kształciła się młodzież. 
Dla podniesienia powagi zakładu wchodzi ks. Symon w bliż- 
sze stosunki z episkopatem polskim, lekceważonym przez jego 
poprzedników, bo chce go wciągnąć niejako w orbitę Akademii. 
Wysyła sprawozdania pasterzom, zasięga ich rady, stosuje się 
do ich życzeń i zdobywa ich aprobatę dla swoich poczynań, do- 
starczając diecezjom wykształconych i gorliwych kapłanów. 
Mozoły te nie mogły pozostać bez skutku. Nietylko w Polsce. 
lecz co ważniejsza nad Tybrem inaczej myśleć i sądzić zaczyna- 
no o naszej Akademii. Nieśmiertelny Leon XIII systematycznie 
powiadamiany o tem, co się w niej działo, zachęcał rektora do 
dalszej i wytrwałej pracy i niedwuznacznie dawał mu dowody 
swego uznania. W słynnej Encyklice do Polaków wyrazi się 
pochlebnie o Akademii, a kardynał RampolIa, alterego papieża, 
otwarcie i wymownie podkreślać będzie zadowolenie Stolicy 
św. ze stanu naszej Almy. "W państwie Aleksandra III, mówił 
kard. RampolIa w 1892 r. do hr. Reverteny, posła austriackiego 
przy Watykanie, mamy jeden wyższy teologiczny zakład, ale 
zakład, który w ciężkich warunkach nader chlubnie spełnia 
swoje zadanie". 
W rektoracie arcyb. Symona należałoby właściwie dwa roz- 
różnić okresy. W pierwszym okresie, gdy Symon był tylko kie:.. 
rownikiem zakładu, naj drobniejsze szczegóły życia alumnów
		

/Magazyn_014_09_013_0001.djvu

			- 1;
 - 


żywo go obchodziły. Był łatwy wtedy, dostępny, często z mło- 
dzieżą obcował i miał znaczny wpływ na nią. Ż'ostaws
y jednak 
biskupem-sufraganem i pomocnikiem źgtzybiałego Arc. Kozłow- 
skiego, zmienił się nieco w swojem postępowaniu: stał si
 mniej 
dostępny, często kostyczny i przykry dla otoczenia, i, co było 
rzeczą niezbyt pomyślną, dla braku czasu oddał, rzec można 
całkowicie, inspektorowi ks. Bolesławowi Kłopotowskiemu we- 
wnętrzny zarząd zakładu. Sumienny wprawdzie i pracowity 
był to profesor, znający gruntownie swój przedmiot, ale śle- 
dziennik, poza "położeniem" nic nie rozumiejący, i z jakąś dzh...,- 
ną lubością terroryzujący wszystkich dla utrzymania rygoru. 
Wszędzie go było pełno i wszędzie awantury. O papierosa, o roz- 
mowę, o "zawinnoje", o zrzucenie "hałatu" w szpitalu, o byle 
drobiazg - rwetes, groźby, krzyki, fukanie. 
Posępnym i gniotącym, jak te mgły petersburskie był 
w Akademii dzień 20 października 1897 r, Wywożono rektora- 
pasterza Arc. Symona na wygnanie. Nie sądzę, żeby ten, kto 
z nas się na to patrzył, mógł kiedykolwiek o tych chwilach za:- 
pomnąć. Wieczorem w sali rektorskiej żegnał się biskup z na- 
mi, ale jak zwykle żelazny, niezłomny. Podkreślał wymownie, 
że z radością ten krzyż przyjmował na siebie, że to był drobny 
ltrzyż, że większych gwałtów może doznać Kościół, lecz żadne 
gwałty, żadne ciosy Oblubienicy Chrystusa nie zdławią, a po: 
lem, w szare podróżne palto odziany, zaszedł do kaplicy mc.dlić 
się przed Panem Utajonym. Staliśmy tam chmarą wpatrzeni 
w pasterza... Coś nam piersi tłoczyło, coś za gardło chwytało. 
łzy do ócz się cisnęły i ze łzami, ze wzruszeniem, gdy szedł na 
tułaczkę, błagała go młodzież, klęcząc, o błogosławieństwo. - 
Po wywiezieniu Arcybiskupa Symona w korzystnych nader 
dla siebie warunkach obejmowała nowa magnificencja obo- 
wiązki rektorskie. Podrażnieni postępowaniem ks. inspekto- 
ra Kłopotowskiego niecierpliwie wyglądali akademicy zmia- 
ny rządów w nadziei, że z nimi lepsze czasy nastaną i z nie- 
kłamaną radością witali zwierzchnika, który uchodził za przy- 
jaciela młodzieży i za humanitarnego, łagodnego człowieka. 
Wrażenie, jakie alumni wynieśli z przemowy i instalacji bisku- 
p
 Niedziałkowskiego było najdodatniejsze. Pociągał ich swoją 
wyrozumiałością, słodkiem i roiłem obejściem, bo umiał być 
słodkim rzec7.ywiście, gdy na żołądek nie cierpiał i noc dobrze
		

/Magazyn_014_09_014_0001.djvu

			- 14 - 


przespał. Cichego dał im inspektora w osobie ks. Andrzeja 
Redkc, uwzględnił jeszcze ich żądania i po piętach nie deptał. 
Chociaż dawne "położenie" pozostało w sile, łatwo jednak moż- 
na było wyczuć, że mniej ostro wykonywanem było. Ale piękne 
dni rządów "prosze-ż ja Pana" biskupa Samosu minęły szybko. 
W lutym 1898 r. obejmował katedrę homiletyki w Akademii 
ks. Kazimierz Stawiński, ukochany pupil rektora, a z nim roz- 
poczęła się nieszczęśliwa, klęskowa dla zakładu - "era fawory- 
tyzmu". 
W 1901 roku po wstąpieniu biskupa Niedziałkowskiego na 
st.olicę żytomierską objął rektorat Akademii Prałat Longin Żar- 
nowiecki, który bezwątpienia wiele starań dołożył i mozołu, aby 
sprostać swemu zadaniu. 
Wymownym dowodem jego troski było stworzenie nowe) 
katedry w Almie, odnowienie kaplicy z wielką pieczołowitością. 
troska o czystość przepisów liturgicznych, i dbałoś
 o naukę kla-. 
sycznych języków i utrzymanie rygoru. 
Wypadki polityczne, rozgrywające się w stolicy przy po- 
wstaniu Dumy Państwowej dosyć słabo zareagowały na życie 
wewnętrzne Almy. Raz tylko przy wybuchu wielkiego strajku 
w 1905 r. chwilowa panika ogarnęła młodzież. Pod wpływem 
hiobowych wieści o mających nastąpić rzeziach i rewolucji, 
prosili alumni rektora o zgod
 na wyjazd z Petersburga, póki 
się w mieście nie uspokoi i zgodę otrzymali, lecz z niej skorzy- 
stać nie mogli skutkiem przerwanej komunikacji lądowej 
] wodnej. I na tem się skończyło. Więcej nie mieliśmy kłopo- 
tów z młodzieżą, choć wyjątkowo burzliwe czasy przeżywaliś- 
my wówczas. Naogół bowiem ci, których do Akademii nam 
przysłano. byli zacnym, solidnym materiałem. Pracowali uczci- 
wie i pracowali wiele. Uczyli się języków, poznawali literaturę 
kościelną zagraniczną, przedstawiali sumienne rozprawy na 
stopień i skwapliwie garnęli się do seminariów, prowadzonych 
przez paru profesorów. Z prawdziwą radością u wielu z nich 
mogliśmy stwierdzić szczery zapał do pracy i widoczne postępy 
w nauce. 
Akademia posiadała wówczas wybitne siły w swoim gronie, 
jakimi byli profesor dogmatyki Jerzy Matulewicz późniejszy 
biskup wileński i odnowiciel Zgrom. X. X. Marianów, Franci- 


I 
t 


-
		

/Magazyn_014_09_015_0001.djvu

			- 15 - 


I 
I 


szek Buczys znakomity profesor apologetyki, późniejszy je- 
nerał Marianów i biskup, profesor Pisma św. ks. Stanisław 
Trzeciak, ks. Aleksander Woycicki, obecni.e rektor Uniw. Ste- 
fana Batorego etc. 
W 1910 r. po ustąpieniu biskupa Żarnowieckiego objął 
rektorat znany w Warszawie wychowawca młodzieży duchow- 
Ijej ks. dr Aleksander Kakowski, który w czasie swoich krót- 
kich, bo 3-letnich rządów, zdołał Ogł03ić kilka p-ac naukowych, 
f; w seminariach z prawa kanonicznego podniósł naukę prawa 
kościelnego w Akademii. 
W 1913 roku rektor Kakowski, kapłan wielkiej wiedzy i za- 
sług dla Kościoła wstępował na stolicę Felińskich i Popielów. 
8. w parę miesięcy po jego wyjeździe, w grudniu tegoż rokq.. 
czyli w przeddzień wszechświatowych kataklizmów przybywał 
na l-ą linię ostatni rektor Akademii ks. dr Idzi Radziszewski. 
l szkoda, że ten człowiek, o tak niezłomnej energii i taką inicja- 
tywą obdarzony, tak późno przybywał. Ostatni Rektor szczerze 
był kochany przez młodzież akademicką, która widziała w nim 
opiekuna i głębokiego uczonego, umiejącego zachęcić do pracy 
.i zorganizować pracę. Pomimo przeszkód, z jakiemi się 
borykał w tych groźnych czasach wojny, zdołał jednak paru 
rzeczy dokonać: stworzył wydziały, powiększył liczbę wy- 
kładanych przedmiotów, zaprowadził obronę tez i rozpraw, ale 
planów swoich całkowicie rozwinąć już nie mógł... Waliło się 
carstwo, sypało się w gruzy i gruzami swoimi zasypało Almę - 
w 76-ym roku jej istnienia... 
Od szeregu lat na zakład, który nas wszystkich tu obecnych 
kształcił, różnej maści i kalibru padały zarzuty: jedne bardziej 
uzasadnione, inne zupełną nieznajomością rzeczy zdradzające, 
a inne i te najliczniejsze, trącące wyraźną niechęcią, a powta- 
rzane na prawo i lewo, jak pacierz za panią matką. Nie miejsce 
tu na nie odpowiadać. Przekonani jesteśmy, że prędzej czy póź- 
niej ujrzy światło dzienne źródłowa, krytyczna praca, która 
"sine ira et studio" wyświetli dokładnie dzieje tej instytucJi. 
Bezsprzecznie miała nasza Alma wiele braków, - braków 
zrozumiałych i dobrze nam znanych. Lecz czyż nie miała za- 
razem i wielu stron dodatnich? Rzućmy tylko okiem wstecz 
i sięgnijmy do chwil spędzonych w Akademii, a chwile te po 
wielu latach nam ciągle mówić będą, że każdy z nas, kto szedł 



 


...
		

/Magazyn_014_09_016_0001.djvu

			- 16 -- 


do A
my, aby się ks
tąłcił uczciwie, ten czasu w niej nie stracił, 
bo wdrażał f;ię tąm W pracę\ bo dojrzewał tam w pracy, bo czer- 
pa
 wi,aqom,o.śc
, 
akich nie posiadał i ostatecznie 
dobywał po- 
ważny podkład wiedzy teologicznej, na którym później śmiało 
mógł s
ę oprzeć i owocn
e, g4y tego pragnął, w specjalnych kie- 
runkach lłzlłpełniąć. 
Zapewn,e życie hen na północy, pod ołowianem niebem 
i w sci&łem zamknięciu, dla mlodzieży łatwem i wesołem nie 
było, lecz i te c;iężkie warl.!-nki ujemn,ie. n,a nią nie wpływały. 
Rygor, wymagania hartowały, urabiały wolę; rekluzja rozwi- 
jaJa tąk :potrzeb)1e koleżeństwo. Wrogie prawosławie, które nas 
otaczało, tylko z Kościołem nas bardziej spajało, uwydatniając 
n
 ka*d
m krQlm 
ontrąste:tn swo
m siłę i prawQę św. naszej 
wiąry, a oderwanie od swoich, a obczyzna, a rodzaj wygnania 
potęgował jedynie w młodych duszach mił-ość ojczyzny. 
 Chy- 
:t>a pamiętamy jesz
e rzewne ko
ehdy, śpiewane tam nad Newa 
pr?y uczcie w\giIijnej lub pjeśni we
ela, gdy w l'ezurekcję szła 
procesja ze świątłem pOp:l'
z. sale gmachu. Jak w serca nasze 
w


biąły lilię te pi
ni, jaką tęsknotę budziły w nas wówczas do 
ziemi ojczystej, której były echem... .J 
r G4y pytają się ludzie, co dała Akademia Kościołowi i spo- 
łecze
twu naszemu, niech św
adczą, co c:lała, zastępy dziel- 
nych wychowańców, którzy w ciągu lat dziesiątków wychodzili 
z Alm,y. Gdziei ich 
ie byłQ, gdzie nie praeowali dła Boga i oj- 
CZYZRY.! Qd Dźwiny, ed Dniepl'łł do Wisły i Warty leżą rozpro- 
szone ich kości. We wszystkich bodaj dziedzinach życia kościel- 

ego i &po.ł
ęznego napotykamy akademików naszych. Paste- 
rze, rządcy., pedagodzy, prąwnicy, teologowie, politycy, statYFd. 
pisarze; w cieniu i na widowni linieli wytrw
le, z zapałem, z po- 
święceniem kształcić, u:r.ąbiać, kierować, tworzyć, d,awać impulf 
do pracy, zbogacać wiedzę nauką swoją, bronić praw świętych 
i w chwiją
h 
rwawej pr-óby - męstwem i wiar-ą przyświecać 
innym... 
A wyrazem nąjwymowniejszym, tej krwawicy i trudów, 
niech będzie kaJ.wąria tego, któregośmy pomnikiem czcili pamięć 
w K;iitedrze, tego męża o gołęb\em, krysztł!,
owem sęrcu, mają- 
cego jedno pragnienie w życiu -- czynić do brzę innym. I prze- 
szedł zaiste "benefaciendo omnibus" ,- dobrze czyniąc biednej 
dziatwie, uczniom, przyjaciołom, krzywdzicielom swoim, dobrze 


, 
, 


t 
\
- 
r 


)
 


\,
		

/Magazyn_014_09_017_0001.djvu

			t 
t 


i' 
'... 
ł-- 

 


\ 


). 


\ 
\ 
.l 
" 


\ 


- 17 - 


czyniąc Kościołowi, choćby apostolstwem na tajgach północy. 
dobrze czyniąc ukochanej ojczyźnie, bo glorię Polaka - wyznaw- 
cy roznosząc do gór Pensylwanii czy do brzegów Ontaria! 
Imię jego: Arcybiskup Cieplak. 
Czytamy w żywocie Niemcewicza, skreślonym ręką księcia 
Adama, że posłom na sejm czteroletni, po zamknięciu Sejmu da- 
wano na pamiątkę żelazne pierścienie z napisem: "fidis mani- 
bus". Były te pierścienie symbolem licznych i wspólnie podję- 
tych mozołów. Krzyż ten złoty (magistrowski) jaki nam da- 
wano był również symbolem pracy, wysiłków i zarazem sym- 
bolem wielu tradycji. Jeżeli są nam one jeszcze drogie, to 
chciejmy wspomnienie o nich "fidis pectoribus" nadal za- 
chować. 



.
		

/Magazyn_014_09_018_0001.djvu

			) 
I 


II 


-4. 1:'19(9 


J 


,1 
\ 


Zakład
'. Graficzne J. DomagaIski i Z. Frączkowski, W-wa, Chłodna 19 . \ 
;. 





P.t Ą)'fJt 


1 
\