/Archiwum_002_01_023_0001.djvu

			London, 31st January 1971 


Registered at the G.P.O. as a newspaper 


Cena 4.. I Dziś 6 .tron I 
Rok XXVI nr 5 (1296) 
LONDYN 31 stycznia 1971 


Założyciel: Mieczysław Grydzewski 


TYGODNIK 


ALINA GRABOWSKA 


RedI1.kcja i lIr!młn.
 ; 
67 Grea.t RusseU Streclo 
London 
WCtB 3BS 
tel. 01.242.3644 
Prenumerata kwart.alna £2.0.0. W Stanaob Zjea.. 
noczonych i Kanadzie $6.00, w Belgii 285 rr. 
belg., we Fr3lIlcji 28 fr., w Niemczech 24 DM 
w Szwajcarii 28 fr. 6ZW.. we WłOSZleCh 3300 
lir. w. inm
ch krajaoh r6w
wa.rto
ć $6.00. 
---: Zmł3.IlJa 
csu l
;. - Czeki naJ.eży wysta- 
WIać na "Wiadom()ki . - Ogłoszenia. Ccm za 
l cal x 1 szpa1ta 305. 


PIEKNY 
.. 


UZBEKISTAN 


, 


<;.-" 
 l 


.. ". t . 
..:
.c,. 
..... . 


." 
, .. . 
....,. 


., \ 
»>:. . 


. 


iM . 


- 


t 


., 

 . 


. -;<
 'tE' 


.
 , 



 


, 
.... 
r 
;.,...,.,r 


" 
"'/, 


lm
. 


*: 


" 

 


'. 


. .-- 
. 


1
1
 
.- 


S:lmarkanda. Stare miasto 


Z MOSKWY wylatywałam w fatal- 
nym nastroju. PG'przedniego 
dnia Tano: spotkanie z panem X. 
ówczesnym przedstawicielem czoło- 
wej polskiej agencji prasowej. X sie- 
dZJiał na placówce blisko trzy lata 
i miał w Polsce opinię czło-wieka za- 
służonego J "dobrze ustawionego". 
Co tydzień w prasie centralnej i pro- 
wincjonalnej ukazywały się jego en. 
tuzjastyczne reportaże, nakręcił rów- 
nież dla TV parę równie entuzjastycz- 
nych filmów. Kariera pana X po- 
wszechnie uchodziła za godną za- 
zdrości. 
Ale na spotkanie w Moskwie przy- 

zedł mocno pijany i po odmowie 
prawa wyjazdu do Tasz;kentu. To 
znaczy, odmowa nie była dosłowna. 
Każdy akredytowany koresponde!1t 
zagraniczny. nawet jeżeli oieszy się 
dobrą opinią odpowiednich wfallz, 
muc;i każdorazowo prosić o zezwo- 
lenie na wyjazd poza granice W.iel- 
kiej Moskwy. Zezwolenie związane 
jest także z zamówieniem miejsca w 
określonvm hotelu oraz z zamówie- 
n,iem bifetu samolotowego. Jedno i 
drugie załatwia biurD prasowe. i nic 
prostszego, jak zawiadomić zaintere- 
sowanego że "miejsc. w hotelu brak". 
X nie miał żadnej wątpliwości iż do 
Taszkentu po prostu nie chcą go 
wpuścić. Sprawa była zupełnie ta- 
jemn
cza. szclególnie że ja takie z('- 
zwolenie dostałam bcz trudu i mia- 
łam właśnie w perspektywie podr.jż 
P'? ,Uzbekistanie. X mamrocząc j:ł- 
kIeR prz('kleńst'wa rozważał, czy za- 
wini.ła biurokracja, czy - co byłoby 
o wtele gorsze - jakiś passus w jego 
korespondencjach nie spode bał się 
moskiew<;kim opiekunom. 
Z panem X udajemy się do pana 
y - korespondenta p.olskiej gazety 
codziennej. Ob:łj panowie z ponury- 
mi minami wprowadzają mnie w tai- 
niki życia polskiej kdonii .w Mosk- 
wie. Około 800 o
ób - pracowników 
ambasady, przedstawicielstw handlo- 
wych i prasowych wraz z rodzinami: 
są całkowicie i dokładnie odizolowa- 
n! od ludności kraju, w którym peł- 
mą zaszczy,tne służby. Poza pracą i 
sprawami zawcdowymi nie mają żad- 
nego kontaktu z Rosjanami. Nie ma 
w ogóle mowy o tym, żeby ktDŚ za- 
prosił ich prywatnie do domu. Mimo 
serde
znych więzów łączących oba 
bratme narody, Moskwa nie ma zu- 
pełnie zaufania do ..Polaczków". Ku- 
charki, <;'użące i t.p. wyznaczcne 
przez biuro obsługi cudzoziemców 
ni
w
tpliwi
 .pozostają na usługach 
tal.nej . polICJI. Polscy dyplomaci. 
dZleni!1lk
rze i handlowcy nie mogą 
swobodnie poruszać SIę już nie tyl- 
ko po .,kraju rad", ale nawet w o- 
brębie Wielkiej Mcskwy - a to od 
czasu, gdy pewien korespDndent tra- 
fił do podmoskiewskiei dzielnicy bla- 
s
nych dom6w. dzielnicy nędzy. Poli- 
cJa prowadzi ścisłą kontrolę korespon- 
dencji i odwiedzin, a nieustanną .0- 
piekę" w pewnym stopniu tylko 'ła- 
go.dzi fakt Że można .,zapisać się na 
futro". czyli kup.ić dla żony karaku- 
ły po ulgDwej cenie. 
. Ze słowami .,Cała Mosk wa pędzi 
bImber, bo ich nie stać na wódkę" 
pan X udaje si;;: do <;klepu po butel- 
kę koniaku, a pan Y powiada do 
mnie konfidclnojonalnie: .,Proszę z 
nim uważać; z czegD kupił sobie 
mieszkanie w Warszawie i mercedc- 
sa?". 


Wieczorem tego samego dnia: sta- 
ła wystawa rozwoju radzieckich re. 
'Publik. Nies'ychane ilości pozłaca- 
nych fi¥ur, pozłacanych kopuł. fon- 
tann, gIgantycznej wielkości postaci 
obejmujących ziemski glob w brat- 
nim uścisku. P1akaty w naturalistycz- 
no-secesyjnym stylu przedstawiają 

I
o 
enina. albo r 


,,,",. 


;. 
I, 


; .
.-; i... 


", 


" 


.. 


..,. 


.;;.a 


, ,h.. 


". 
 


. '.i 


,..\;.' 


....... 


no
ć czytać i pisac. Poci<,g szedł po- 
dobno dwa tygodnie, a od kiedy przy- 
iechał, w dziejach' Uzbekistanu roz- 
poczęła się nowa era. 


* 


W hote,lu ..Taszkent" jadałam już 
pięć dni. kiedy pewnego popołudnia 
znalazłam się prawie sama na sali 
restauracyjnej. W kącie chichDtały 
kelnerki wypychając ku mnie jedną. 
ubraną tak samo jak one i obsługu- 
jącą .zazwyczaj inną czę
ć sali. .,Ona 
Polka. ona poda" - zaśmiewały się 
serdecznie. ł rzeczywiście - podesz- 
ła k{Jbieta w starszym wieku i czystą 
polslczyzną zapytała, czego sobie 
życzę. 
Zaprosiłam ją do swojego pokoju 
- odmówiła. Proponowałam Że się 
spotkamy u niej w dDmu - także 
odmówiła. W końcu zgodziła się zo- 
baczyć ze mną po dyżurze, na ulicy. 
Pani R. powiedziała mi także że nie 
mogła dotychczas rozmawiać ze mną 
i dlatego przy jmo.vała zamówienia 
tylko po rosyjsku. Dopiero dziś rano 
jej współkołeża,nki pozwoliły jej po- 
wiedz:eć mi że jest Polką. Ona sama, 
jak się okazało, pochodzi z War- 
szawy, w Taszkencie znałazła się w 
czasie wojny i tutaj wyszła za mąż 
za Rosjanina_ Tęskni ogromnie za 
krajem, pyta, jak wygląda Warsza- 
wa, prosi o polskie czasopisma. Jak 
jest traktowana? - niestety. z zu- 
udnvm br:Jkiem zaufania. Rdzenna 
iudność uzbecka. składająca się z 
Uzbeków, Kazachów, Kirgizów trwa 
od lat w głuchym, tępym oporze wo- 
bec Rosjan, uważanych za "obcych". 
Nie ma mowy oc.zywiście o jakichś 


p 


h 


o 


c 


Ił .....suu.a;ą w prz()(l swc grube karki 
I tr""!.ęsą 
woimi tłu
tyrni {!.lIrhami 
, T /wr/wtle bylli, 
1"(/1< ;ah się lJntrząsa wdomollwic 
Iriklitlowymi gamllami z 
[mlekiem, 
lieb)' zrobiło się masło. 
U/wc/tatle byki pokrywają Ilmwy, 
Te, któr>.;.h .ielęta 
Tllż są donaslr i dojrzałe 
I tc, h lorych .idęta to jeszcze 
[rnłódlli. 
l 'stawia/q się li' szerl'g ulwchane 
[byli i 


Żądne tej Jaow)', która jest 
[w)'branką 
,Vajsilniejsze{!.o wśród nich. 
l tak wracają jeden za dnll';im 
no dOrT/cwej zagrody 
C:::arne hvlli, które należą 
Do Szolle, s'\'tll/ Du bv 
I uhachalle .!J/owe byki, któJ"(' 
[naleią 


no 7'ał/dhll, svna Duby 
I te 1I/w.hał/e
 te czaT/ze, ldóre 
[nall'Żą 


Do Me,!!.!!,i, syna D/lbv, 
re .wmiutllit', które Ilaleią 
no ,\[ f,,t!,!!i, SYlW Duby 
l te 11 lIo.ltall(', te płowe, 


ldóre 
[należq 


BOlESł.A W KOBRZYŃSKI 


Wejście na bazar w Samarkandzie 


manifestowar swoją Ldrębność i niez
- 
leżność. NieJ"awisło
ć polityczną za- 
brali ma jeszcze carowie - nota bene, 
akcie wojskowe, w k,tórych wyniku 
carska armia opanowała ten kraj, 
przedstawiane są jako wojny wyzwo- 
leńcze, a imperialistyc.zne motywy -- 
jako r swobodzenie z niewoli doko- 
nane przez niezwyciężony, braterski 
lud rosyjski. Je
t to punkt programu, 
z którym historycy mają pewne trud- 
ności - jak przedstawić carów w 
roli oswobodzicieli? Ta jedna z trud- 
niejszy::h wolt programowych jest 
tłumaczona 'W ten sposób: carowie 
zre:łlizowali odwieczne pragnienia 
ludności Uzbekistanu. Ponieważ po 
każ(1ej w{)jnie odradzał ,sie narodo- 
wy ruch patriotyczny dążący do wy- 
zwoleni:l kraju spod ,rosyjskiej prze- 
mccy, był on oczywiście kierowany 
przez ,.wsteczne siły", najpierw feu- 
dalne a później kapitałistyczne. 
Ze słownictwa oficjalnego powoli 
znika w ogóle słynne rozróżnienie 
wojen "sprawiedliwych" i ..niespra- 
wiedli wych". Ani jedna wojna pro- 
wadzona p.rzez dawnych władców 
Rosji - jeżeli doprowadziła do przy- 
łączenia nowych ziem - nie jest o- 
becnie oceniana krytycznie. Nawet z 
programów <;zkolnych obowiązujących 
w ZSSR wynika że carowie rosyjscy 
na ogół muc;ieli się tylko bronić. 
,Największym paskudnikiem" w 
dzie1ach Uzbekistanu jest emir Bu- 
chary. którego udało sie wykończyć 
dopielfO w pa
ę lat po rewolucji pal- 
&iernikowej. Jak tylko emir uciekł 
do Afganistanu, L cnin mógł już 
przysłać ,.pociąg przyjaźni" z M osk- 
wy, a w tym pociągu delegatów ludu 
rosyjf>kiego. którzy mieli uczyć lud- 


W" 


a 


I 


a 


byk 


, 
o 


W" 


/)0 SI/f'hl', WIUl D"/n' 
T tf jllowc, /durr' Ilależq 
Do Tand/w. S'\ilW IJu b..... 
I te U/Wc/Will': te ("ZaT1ze, 


które 
[na"'żą 


źródłem dumy jak w cywilizacjaah prze- 
mysłowych posiadanie drogicl1 5arnO- 
cbodow, l'uksusO'wych domów w boga- 
tych dzielnicach, tłustych kont banko- 
wych lub prestiżowych osobistych o- 
siągnięć. B"OI'ad1O l wie bardzo kodhają 
swe bydło i niechętnie je za'rzynają, a 
gdy t'O się dzieje, j'CiSJt to połączone czę- 
sM z ryl'uoałem ich pogańskiej religii. 
. Gdy poe1a mówi o bykach żądnych 
tej krowy, którą wybrał sobie najsil- 
niejszy wśród niClh, ma on na myśłi 
dość osobl'iwy, lecz sprawdzony przez 
długą obse'rwację ich 
wycmj. Otóż ten 
byk, Móry wszystkioh ws>połoo'Wan:yszy 
bije w potyczkach, gdy wybic'fZ"e sobie 
w pewnoym momelncie krowę, wzbTania 
innym bykom dostępu do niej, a one z 
dziwnych przyczyn mają do niej wte- 
dy ';,pecjalny pociąg, i idą za nią i Ul 
nim w szeregu, pomimo mi,nimalnycih 
szans Soukcesu, zapominając równo- 
czdnie o innyclh krowach w s.tadzie. 
Tłumacz byłby wdzięczny czyte1nikom 
"Wiad'Omości" wtajemniczonym w ta- 
kie sprawy, gdyby go powiadomił.i, 
czy spotkali się z podobnymi tenden- 
cjami wśród pol!'.k.ioh lub innych Cluro- 
pejskiclh byków. 


Dwa aktualne poemaciki 
Wiersze stylizatorskie ale na czyją modłę? 


DżENTELMEN I 


DAMA 


Da ma. 
1':ochankJ lala, 
Tak barwnc ma suknie, 
Tak pożądaniem, pasją drży 


I gościa dżentelmena tak szczodrze 
:1;' 
o na klucz zamvka... 
To - trzmiel i lwia paszcza 


no S
(}IT(, 
Ylla Duby. 


Przełożył z języka galla 
Bogumił Andnejewski. 


PRZVI>IS TŁUMACZA: 


WilCll'SZ 
en jesl1: duma.cziO'l]y z tekstu, 
który spisałem z nagra.nia magnetofo- 
nowego, zrobionego przeze mnie pod- 
czas badań językoZll1'awczyclh wśród 
szczepu Bora-na mówiącego językiem 
ga
la. Język ten, jak somali, należy 
do grupy ku'Szyckiej i mówi nim plfaw- 
dopodobnie 'Około ośmiu milionów lu- 
dzi zamieszkałyoh głównie w Etiopii a 
także w ffiałyoh grupach w Północ1nej 
Ken'ii i Zaohodn'iej Somalii. 
Członkowie szczepu Borana są prze- 
ważnie paSJterzami i więksZlOŚć z n'oh 
wyznaje pogańską religię opartą na kuł- 
c1e słońc,a jako boga nie,ba. W ich kul- 

llrze bydłu zajmuje bardzo ważną po- 
zycję G posiadanie pięknych i dobrze 
wypa"iionycih 5i!Jad jest w takiej mierze 


2. 


RYCERZ I DAMA 


Test w mu.ndurze zielonym, 
Rzekłbyś, barwy khaki, 
Rv mieczem po dawnemu wrogom 


w kaidym ich 
włóknIe 
ugaszcza, 


dać si{ 
w znaki... 


Broni czci swoje; damy pięknej jak 
Riale;.. czystej, niewinnej... 
T() - kto zgadł jui? - lilia. 


dziedzilia, 


'\. 


ł( 


i 


$ 
"') 



 


I 
I 
I 


" 


t 
:', 
f 


\ . 
E' 
f:' 


'
 


'\" 
.::
-.. 


."') 
), ' 
!\ ' 


'" 


\t, 
" 


Typowa uliL'Zł..a Buchary 


,- 


B. A. 


zorganiz
.wanych buntach. skądże 
znowu. To tylko drobiazgi - ostra- 
cyzm towarzyski. fakt że sprzedawczy- 
ni obsługuje najpierw Uzbeka a do- 
piero na końcu Rosjanina. ekspono- 
wanie tradycji obyczajowych. do któ- 
rych Rosjanie nie maj
! dostc,.pu. Ro- 
sjanie piastują wszy<;tkie ważnie,jsze 
stanow:ska w go
podarcc i życiu kra- 
ju. pomijając C\czywiście funkcje re- 
prezentacyjne. jak np. w marionetko- 
wej Radzie Republiki Uzbekistanu. 
MiejsCC\wa ludność, jeżeli nie ,robi 
partyjnej kariery, skazana jest - jak 
to zwykle w pcdbitym kraju - na 
podrzcdl1c. jle płatnc posady. 
W sumie nic nowego, podobna at- 
mosfe,ra i układ stosunków jak w 
większo
ci nierosyjskich republik so- 
wieckich. Za:-.tanawiający jest tylko 
6w swoi
ty biert1Y opAr I]zbeków, 
dla niewt'ljcmniczonego zupełnie nie- 
do-sl.rzeg'lIny. b0 sięgaj,!cy jedynej do- 
stępnej dziedziny: obyczajowości. 
I w tym wszystkim owo traktowa- 
nie Polaków jako równie znienawi- 
dzonych ..obcych"! Pani R. powie- 
działa mi że w Taszkencie mieszk.l 
okcło 100 czysto polskioh rodzin, 
nie licząc małżeństw mie
zanych. 
liczniejszych niźli się przypuszcza. 
Te ..czysto polskie" rodziny zjech,l- 
ły tu w rozmai,tych okolicznościach 
i latach. S,! nie tvłko pozostałością 
czasu wojny. Pani R. utrzymuje kon- 
takt z rodzin.!, .która liczy trzy ,,ta
7- 
kenckie" poko'lenia. wszyscy mówi
! 
w domu biegłą polszczyzną i prze- 
chowuj'! polskie książki. Oczywiście, 
te .,poloni<;tyc.zne nmi.łowania" nie są 
manifestowane publicznie (wła
ciwiej 
byłoby powiedzieć że są uk1rywa- 
ne...) wła
nie 7e względu na niechęć 
Uzbeków i... niechęć Rosjan. 
Nast*;pnego dnia w Taszkencie trzy 
charaktcrystye-zne rozmowy: w sta- 
rym, rozklekotanym autobusie pod- 
różni hezbłędnie rozpoznają we mnie 
cudzoziemkę. Uzbek w bardz0 po- 
deszłym wieku. w kapocie i zawoju 
na głowie, pvta straszliwie łamaną 
ruszczyzn:,; ,.Atkuda wy?" - a ,)- 
t.rzymawszy odpowiedź że z ,.Pol- 
sz.y" kiwa Ze zrozumieniem głową i 
wyjaśnia sąsiadce: ..Eto Angliczan- 
ka". Dla .,starika" \\oszystko. co mieś- 
ci się więcej niż 500 kiłometrów dalej 
jest, jak się wydaje, mityczną ..An- 
glią". Oczywiście młodzież. która 
pr.zeszła przez szkoły i wojsko. ma 
o wielc lepszą orientację geopolitycz- 
ną. Kilkunastoletni młodzieniec i,n- 
formujc przede wszy<;tkim że jest ..stu- 
dentem" (tak przed
tawiają 
ie z re- 
guły uczniowie szkół technicznych) 3- 
następnie powiada że o Polakach i 
Polsce dużo słyszał. bo w cza<;ie WGj- 
ny było tu wielu Polak6w i ..musieliś- 
mv dawać im naSze jedzenie". 
Podczas drugiej woiny światowej w 
Uzbekistanie było- wielu wywiezionych 
i uchodźców z Polski i Rosji centralnej 
- w świadomości dziecka ten ekres 
odbija się w przykry spo<;ób. ono już 
wie że ..obcy" - wszystko jedno, Ro- 
s.janie czy Polacy. stanowili doda1ko- 
we obci

tanie czasu wojny? Jak wsz.yscy, których o to pytałam, próbu.je się wykręcić, odpowiada b:H- dzo niechętnie. Wreszcie wydOobywam z niego odpowiedź: "Niech pani z ludimi na ten temat nie rozmawia, ci Połacy jedłi tu nasz chleb a póź- n.iej zdradzilI i połączyli się z Niem- cami. Alc to byli polscy imperialiś- ci. których tcraz już nie ma, bo ich polscy r0botnicy sami przepędzili". * Wielkie trzęsienie ziemi zniszczyło kilka lat temu całe dzielnice Tasz- ket1tu. W ciągu paru sekund rozwa- liło set1ci domów i tysiące łudzi po- zo tało bez dachu nad głową. Okaza- ło się przy tym Że najbardziej od- porne na wstrząsy były duże budow- Ie, wielopiętrowe. oparte na silnych fundamentach konstrukcje z betonu i żelaza. Takich budynków nie było jednak zbyt wiele - gmachy komi- tetów partyjnych, domy towarowe, niektóre fabryki. Uzbeckie budow- nictwo mieszkaniowe ma jako pod- stawowy surow:ec glinę, z :(tórej pry- mitywnymi metodami robi się cegły układane później w charakterys.tycz- ne wzory. T chatki-lepianki oto- czcne są ślepymi murami, co sku- tecznie chr0ni domowników przed słońcem, a przede wszystkim - ko- bi ty przed. spojrzeniami .,obcych". KIedy kataklizm zburzył domki, mało kto ucierpiał, śmiertelnych wypadków pr.awie nie było, bo rozsypująca się glIna wielkich szkód ludziom nie wy- rz"dzi1a. Akcja ratunkowa polegała główni na wywieszeniu w gmachach komitetów i rad namdowych list z .,zaproszeniami" - te i te republiki zgadza h się przyjąć tyle i tyle bez- domnych rodzin (w sumie było ich podobno około 50.000). Ale mało kto z tego skorzystał. Wkrótce rozpoczę- to budowę nowych blokowo typowych czteropiętrowych budynków, w któ- rych dwa pokoje z kuchnią przezna- czr no dla dwóch rodzin. Tylko że i z tego Uzbecy nie chcą korzy tać. Bez- domne rodziny umieściły się kątem u znajomych i przyjaciół i składają podania o zezwolenie na wybudowa- nie sobie takiego samego domku, ja- ki mieli przed katac;trofą, i dokład- nie w tym samym miejscu. Nie po- trzeba do tego wielkich wkładów fi- namowych - dobra tradycjd uzbecka polega na zaproszeniu sąsiadów i krewnych, którzy razem pomagają w budowie, a kiedy domek jest ukoń- c ony, llczestn:czą w wiełkim przyję- CIU. Ty czasem władze skorzystały z trzesienla w tym sensie że zwolniły sie tereny stanowiące w centrum miasta prywatną własność. Ale do wywłaszczeń się nie po,sunięto - w efekcie wdziny pozbawione domów nadal koczują u przyjaciół. ulice są puste - tylko odgruzowane. a w nowych blokach na pe,ryferiach mie- zkają Rosjanie. Uzbecy nie chcą no- wego budownictwa. nie chcą pryszni- ców i czteropiętlfOwych domów. To oś .,obcego", coś niezgodnego z tym, lak żyli ojcowie i dziadowie. Obycza- jowość. styl życia jest dziedziną, w którcj pedbitemu narodDwi udałD sie 7achować pewną niezależnoRć. Rosja: r:ie <: ęt!1ie mówią o postępie i cywi- lIzaCjI, jaką Uzbekistanowi przynosi władza sowiecka, o walce z ciemno- tą i acofaniem. W tym czasie prze- wodniczącą Rady Republiki była ko- bieta - ale w rdzennych domach U- zbeków kobiety maj,! po dziesiecio- ro dzieci. nie pokazują się obcym i ..

/Archiwum_002_01_024_0001.djvu

			2 


WIADOMOSCI 


Nr ]296, 31st January, 1971 


na ulicy idą poł kroku za mężem. 
Wyemancypowana młodzież nie pod- 
kreśla niższej pozycji kobiety, w za- 
5adzie jednak nawet pracująca zawo- 
d<40 met- 
r6w z pieczokwicie wyhaftowanym 
napisem .,Niech żyje Wielka Rewo- 
lucja Radziecka". Smutne resztki 
dawnej świetności rękodzieła arty- 
stycznego spotkać można jeszcze w 
k'ramikach i kramach przycupniętych 
na peryferiach Buchary i Samarkan- 
dy. W Bucharze również widziałam 
cudownie rzeźbioną wieże o 42.5 met- 
rów wysokości - z wieży tei emir 
zrzuc:łł. podobno. n;ewiern
 żony i... 
złodZieI. Przed pIerwszą wojna świa- 
towa złodziejstwo - jak twierdza 
miejscowi - w ogóle nie istniało .;. 
UzbekistanIe (metody emira pomog- 
ły..J i kup,iec nie zamyka' straganu 
i,d
c na obiad. Natomiast dziś roi sie 
od żebraków. złodziei, drobnych 
pr7est.eł: ców żyiący
h cd -kradzieży do 
kradzlezy - i mimo wysokich kar 
walka z przestcoczO 


"W 


:\. ŻEBY JUż SKOŃCZYć ze spra- 

 wami borykania się Boya, należy 
przynajmnie1 wspomnieć o jego stu- 
diach z łiteratury polskiej. Zaczęło 
się od s.ławetnego wstępu do dzieł 
Mickiewicza, gdzie Boy, ku swemu 
największemu zdziwieniu, znalazł ca- 
łe połacie n,ie zbadane w żyoiu naj- 
większego artysty polskiego. Nie wie- 
rzył wła-snym oczom: tam, gdzie by 
obowi,!zywał największy pietyzm, 
część dokumentów zniszczona; część 
przerobiona i zafa,łszowana, część 
przemi1czana. Boy, przy całe,j swoje1 
(pozornej) lek,kości, był fanatykiem 
Prawdy, i to przez duże P. Uważał 
za swój obowiązek ujawnić wszystko, 
do czego zdołał dotrzeć, nie sądząc 
- naiwnie - że rozpęta taką burzę. 
jaka wybuchła. "Krew w nim ZaWrZ:i- 
ła" i zabrał się ostro do walki z ob- 
łudą, złą wolą, a nierzadko nieuct- 
wem różnych szanownych profe1So- 
rów. Po Mickiewiczu przy,szła kolej 
na innych pisarzy. 1 za ,każdym ra- 
zem ta sama awantura. Nie będę o 
tYm pisała szerzej, bo to już należy 
do historyków literatury. JaJ< dalece 
rozjątrzył "ciało profec;orskie", niech 
świadczą S
owa sympatycznego skąd- 

nąd prof. Wacława Borowego, au- 
tora znakomitego studium o przekła- 
dach Boya (wspominałam o nim po- 
przednio), który mi wręcz powie- 
dział: "Miałem zamiar pisać całą 
książke o twórczości Boya, ałe po 
tym, co on wyrabia - nie!". Duża 
strata. Nie będę się wdawa\ła w to, 
czy i kiedy Boy sie mylił. kiedy miał 
rację bo to do mnir nie należy. mogę 
jednak zapewnić że nie pisał nigdy 
dla sensacji. jak go oskarżano, tylko 
po prostu zdawał sprawę z tego, 
co odnalazł. albo co zdemaskował i 
zawsze dziwilł sie dziecinnie że tyle 
wywołał oburzenia. Wystarczyło, aby 
mu przysporzyć nieprzyjaciół, i to 
licznych. 
Jak trudmo jest zrozrum
,eć postać 
Boya, jego wady i zalety. świadczą 
też Jristy, kt6re otrzymuję nieraz od 
czytelników. Jeden z nich pyta, ja- 
kim sposobem ..biedny student" mógł 
trafić do kół intelektualnych albo 
"wysoko urodzonych". Boy nigdy nie 
był "biednym studentem". Dom ro- 
dziców był zamożny i Boyowi nie 
brakowało niczego do prowadzenia 
światowego życia. dzięki sławie ojca 
miał wstęp na wszystkie salony, nie 
mówiąc już o tym że jedna gałąź 
rodziny Żeleńskich miała tytuł hra- 
biowski. Miał dość na niezbędne po- 
trzeby. Jeżeli cZęsto rżnął w kar- 
ty. to z bardzo przejściowej namięt- 
ności do gry. albo dlatego że ko- 
chanki jego miały duże wymagania. 
Nie dlatego. żeby im płacił, ale za- 
loty światowego młodzieńca były 
kosztowne. W zwi
zku z tym j,esz- 
cze inne sł6wko odpowiedzi: Pvta:ą 
mnie, czy ta, lub owa miłość Boya 
była .,platoniczna". Wiem dużo o 
romansach Bova. ale ani o jednym 
..platonicznym". Był człowiekiem o 
dużym temperamencie. bardzo mes- 
kim. o nieopisanym uroku i wybit- 
nej sytuacji tow:uzvs'kiej. Panny i mę. 
żatki. aktorki i hrabiny nie robiły mu 
trudności. Ale mnie,j,s73 z tym. Za- 
czełam poprzednio mówić o czarnej 
serii w życiu Boya, więc 1eTaz chcia- 
łabym ten obraz nieco rozja
nić. 
Porozmawiajmy wiec o rzeczach 
przyjemniejszych (choć ciemn
 chmu- 
ry bynajmniej się nie rozwiały). Tą 
wielka radości
 w życiu Bova był 
mój domek, czy też willa w Podko- 
wie Leśnej (i do tej epoki odnosi się 
jego fotografia z gracą. niepotrzebnie 
umies7czona - mimo moich ostrze- 
ż.eń - w iednym z pierwszych od- 
cink6w tych w<;pomnień). Dom ten 
zbudowałam na za<;adzie phnów do- 
brego. nowoczesnego architekta, ale 
niemal własnymi rękami, t zn. by- 
łam swoim whsnvm przedsiebiorcą: 
kupowałam sam:! W.lpn
. cegły. klam- 
ki okna, godzihm robotników. Dzie- 
ki tf'mu dom wypadł nadsoodziew"nie 
tanio i był bardzo sympatyczny. Du- 
żv bardzo ,Jiving", z cała oszkkn
 
ściana (sza1eństwo. iak na owe cza- 
w) oraz trzy pokoie sypia1ne nie Ii- 
C7ąC łazien'ki. kuchni i pokoiku mo- 
jej uTtibionei Marvni. Ogrodu. a ra- 
c7ei lasu było około hpktara. z kt6- 
reg-o tyl1<:o cZPść sl1.nowiła warzvwnik 
i sad. Spedzałam tam pół roku a 
Bov był bardzo czostym gościem. 
przy czym chetnie pracował w Ogro- 
d7ie. Nie znał sie 7upełn;e al1i na 0- 
.l!!rodnictwie ani nr. W iednym może bywał nie- 
spr::łwiedliwy: stosował ..tarvfe ull!o- 
wa" w Sit'csunku do autorów po!- 
rego odsyłam czytelnika, ale nie 
na tym koniec. Rzekoma Solwejg 
(jak silne były jeszcze wpływy Ibse- 
na) zachwycona tym że sławny czło- 
wiek zajął się Jej ogłoszeniem, na- 
pisała do. niego entuzjastyczny list. 
Trafiła właśnie na okres dobrrego hu- 
moru i oto Boy powiedział do mnie 
pewnego dnia: ,.Idziemy do Solwejg, 
zobaczyP1Y, jak wygląda. Tylko musi 
sie pani przebrać po mesku i wystą- 
pić w roli mego sekretarza". Zrobi- 
łam co mogłam przylizałam kr6tkie 
i tak włosy, 'Znalazłam gdzieś iakiś 
pasujący na mnie garnitur. ale wynik 
był nieoczekiwany. Dość wysoka 
(zwłaszcza na obcasach). w męskim 
stroiu wydawałam sie malutka. no 
i niestety wygLIdałam bardzo dwu- 
znacznie. Solwejg przyjeła Boya en- 
tuzjastycznie, al
 skrzywiła sie wy- 
raźn;e, zobaczywszy że przyszedł z 
sekretarzem. Była to dziewc'Zyna 
średnio przystojna. pospolita. I!:łupia 
iak but. Usiłowała nawiązać flirt z 
Boyem, ale kiedy zerkała na mnie 
widać było wyraźny niepokój w jej 
twarzy. Czara - jak to mówi
 - 
wypeł.niła Isię, kiedy odchodząc, Boy, 
zapomniaW5zy o moim p'rzebraniu, 
zerwał si e, odsunął skwapliwie moie 
krzesło i podał mi palto. Biedna 
Solwejg Sitraci,ła wszelkie złudzenia, a 
w dodatku na pewno posądziła. 
Boya o skłonności. których on z całą 
pewnością nie miał. 


Mimo to homoseksualiści. dlatego 
że stanąl w ich obronie, uznali go 
za swego niejako patrona. Temu za- 
wdzięczam że jakaś zakochana para 
w spodniach zaproponowała Boyowi 
wycieczkę samochodem (jeżdżenie sa- 
mochodem bez szofera no i samo- 
chód w ogóle, nie by.ły wówczas rze- 
czą częstą). Boy zgodził się na propo- 
zycję, bo choiał odwiedzić Jakuba 
Wojciechowskiego, robotnika, autora 
wybornej i oryginalnej ,książki p.t. 
..Raz kiedyś a ob
cnie". kt6remu po- 
mógł ją wydać. Dojazd do wSii, w któ- 
rej mieszkał Wojciechowski, był trud- 
ny, toteż propozycja obu panów przy- 
szła w samą porę. Boy tylko postawił 
warunek że zabierze mnie ze sobą, 
już nie w męskim przebraniu. Była 
to dla nas obojga okazja do urocze.j 
wycieczki. a przy tym postać Woj- 
ciechowskiego, którego Boy odklt"ył i 
któremu patronował, budziła nasze 
zaciekawienie. Siedzieliśmy więc so- 
bie na tylnym siedzeniu auta i 
- 
kaJ.iśmy ze śmiechu (dy,skretnie) wi- 
dząc, jak kierowca i jego przy,iaciel 
czulą się do siebie. Wydawało sie to 
nam przekomiczne - homooeksua- 
Iizm nie był wówczas tak jawny, jak 
obecnie - i dlatego zapewne zacho- 
wanie obu panów tak nas śmieszyło. 
Wojciechowski zasługiwał na pod- 
róż. Gościnny, (oba,i zakochani znikli 
na szczęście gdzieś w ,lesie), godny, jak 
tylko mądry chłop być pot,rafi. ser- 
deczny bez poufałości, swobodny bez 
chamstw:ł. Mile wspominam tę wizy- 
tę. W powrotnej drodze przestały naS 
już bawić zalmy obu panów, cieszy- 
liśmy sie pejzażem, by}i.śmv przy tym 
zmęczel1i i senni. ale zadowoleni z 
wycieczki. 


* 


Dwa zabawne "poloniki" z Bu- 
ch ary - w jedynym hotelu, w sali 
restauracyjnej stoi polska szafa gra- 
iąca produkcji Łódzkich Zakładów 
Radiowych. Te szafy kosztowały w 
Kraju ponad 80 tysięcy złotych jed- 
na, stale się psuły i w ogóle nie wia- 
domo dokładnie, po co je wyprodu- 
'kowano. W Bucharze szafa stoi na 
reprezentacyjnym miejscu, przybyla 
tu jako fragment polsko-.jsza płci apoteozo, 
W różach. storczvkach. liliach. 
. [tuberozach... 


Od czasu do czas.u wspominał swo- 
je dziecińst,wo Ze zgrozą. Pończochy, 
wysokie trzewiki. nawet la1:em. ko- 
ronkowe albo sztvwne kołnierzyki z 
fonta2liem. Guwernerzv z trzcinlJcami, 
kt6rymi bi']i boleśnie. Nie wolno by
o 
biegać. pocić się, plamić ubrania. Przy 
stole dzieci nie miały głosu i w ogó- 
le niedopuszczalne było, żeby się od- 
zywały do dorosłych pierwsze. Pa- 
1rzac na mego, prawie gołego synka. 
hasaiacego swobodnie po ogrodzie, 
mówił: 
- Nigdy nikomu niczego nie za- 
zdrośc.iłem. ani sławy. ani piękno!ci 
ani bogactwa. Tvlko jemu że ma P1- 
nia za 'matkę. Ach. Boże! 
1. westchnąwszy ciężko, szedł gra- 
cować ścieżke. 
Jako uczeń. miał zwyczaj. idac do 
szkoły, klękać przed fisrurą Matki 
Bo
kiej i odmawiać oacierz Ale od 
iakiegoś czasu przeżywa
 krvzvs re- 
ligijny i przestał sie modlić. Z hardo 
podniesioną głowa wszedł de) szkoły i 
tegoż dnia dostał pięć dwój. 
- Taki natychmiastowy odwet ze 
strony nieba zrobił na mnie silne 
wrażenie. I ja'k tu sie byłO porywać 
TIa takiego przeciwnika. kiedy w do- 
mu groziło za dw6iki lanie. Toteż 
na druższy czas wr6ciłem do swo.ej 
figury. 
M11e ws.pominał kisliążkę dla 
młodzieży. tłumaczoną ongi przez 
jego ciotke. Grabowską. ..Małych 
mężczvzn" Alcotta. Zwłaszcza lubił 
recytować 
miejąc sie wierszyk z te,i 
powieści: ,.Małe wody kropelki I 
piasku ziarneczka małe I Tworzą 
ocean wielki J Tworza kraje WSDa- 
niale. I Małe słówka żvczliwe I Wiel- 
ką korzyść oddaja I Tworz:) szcześ- 
cie pTawdziwe I Życie w rai zamie- 
niają". 
Tytuł "Słówka" właśnie z tego 
wierszyka bieTze początek 
Bardzo go bawiło - to już z im- 
nej dziedziny - wspomnienie o Sien- 


Jeśli do nIego dojdzie, spowoduje to 
znaczne opóźnienIa 'iW dvcieraniu 
,.Wi'adomości" do Prenumeratorów 


poważnie utrudni pracę redakcji 
administracji. 


Prosimy o wyrozumiałość dla niedo- 
ci:!gnięć, za które nie ponosimy winy. 


Alina Grabow*a. 


VEUVE nu 
VERNAY 
More people in thi
 c'ountrv drink ' 
Veuve du Vernay than any other ; 
French 
parkling wine, bar one 
fc1mou
 Champagne.18
te. the. 

ecrtt oł its ever-growin.9 
uccegg 
About 201- li bottle 


.:
r.' 
tł' 
i& 

: 


.,:-, 
. ' 
. 
. ' 
......:..,.' . 


-=-.
, 
" 


YEUVE DU VERNAY 




- . 


*) Por.: "Moie pie"w
ze spotkanie z 
Bovem" w nr. 1198. .,Dalsze spotkania, 
z Boyem-Żeleńskim" w nr. 1200/1201, 
"Jeszcze o Boyu" w nr. 1211, "Boy na 
co dzień" w nr. 1224, "Boy walczący 
(1) w nr. 1246 i ,.Boy walczący (2) w 
nr. 1273 "WJiad()mo
ci". 


allil. USIE Ul IE f'.1 
_Ił III Clili lUlI 


Importers: Edouard Robinson ltd.,london SW,ll 


.
		

/Archiwum_002_01_025_0001.djvu

			r 


Nr 1296, 31st January, 1971 


WIADOMOŚCI 


HALINA MARTINOWA 


kieWliczu, kiedy gQ ktoś prosił, aby 
opowiedział Co.ś zajmującego.. Sien- 
kiewicz wtedy uśmiechał się łaskawie, 
'WStawał, o.bciągał ,surdut. 'Opierał się 
ramieniem Q ko.minek, krzyżo.wał no.- 
gi ko.kieteryjnie i zaczynał: 
"Było. to pewnego. wieczo.ra. ..". 
Bo.y, wspominając te zdarzenia, 
śmiał sie bezdźwięcznie, z lubo.ścią, 
ze smakiem, zamykając o.czy. To by- 
ła zwykła ie
o. reakcja na patQs. nd 
prozę, na celebrowanie... 
Boy był wielkim sceptykiem, jeżeli 
chodziło. D medycynę. Nie chciał bra.: 
lekarstw, nie wierzył w lekarzy, uwa- 
żał że taki czy inny typ leczenia. tQ 
po prostu kwestia mody. 
- Po 'Odkryciach Pasteura - mQ- 
wił - zabiłiśmy (my, lekarze) setki 
tysięcy dzieci, w 'Obłędnym lęku przed 
bakteriami, dając niem'Owlętom tyJko. 
przego1.owane po.trawy. 
l jeszcze: 
- Za mDich czasów istniał slogan, 
druk'Owany na kartce w Karlsbadzie 
..Zucker ist Gift (Cukier tQ truoi:zna)". 
Dziś istnieje inny sl'Ogan: "Cukier 
krzepi". A medycyna po.dpisuje to i 
tamto. Leczenie polega głównie na 
autosu'g
tii. 
Istotnie tak byłQ, właśnie w jego. 
wypadku. WynaleziDno. wówczas wi- 
taminę C. ..To podobnQ cudowny 
środek - mówił BDY - działa jak 
czarna kawa i nie szkodzi. Wystar- 
czy jedna pastylka". 
I odtąd siadając do pisanja zaży- 
wał malutką pastyleczkę witaminy C, 
0,1 grama, czy mQże nawet jeszcze 
mniej, CQ w porównaniu z dawkami, 
j
kie bierze się dzisiaj brzmi śmiesz- 
me. A jednak działało cudownie. jak 
twierdził. Bez tej malutkiej pasty:ecz'<:i 
nie mógł pisać. Czyli że tQ, CD m6- 
wił D auto.sugestii w medycynie, 
był'O, jak większość rzeczy, które gło- 
sił, prawdą. 
W okresie kiedy go. znałam, BQY 
nie miał już najmniejszegQ pojęcia 
o medycynie, albo. nie chciał go. mieć. 
CzęstQ dzwonił d'O mnie, pytając Q 
radę, w wypadku jakiejg dQ]eg]iwości. 
Sam, kiedy go. sie Q co. pytano., tylko. 
wzruszał ramicnami. W jednym ty]- 
kQ przypadku, kiedy zaniepokQj'Ona 
'Objawami erekcji u mego parDmie- 
sięcznego synka, zapytałam gQ, CQ tQ 
znaczy, odparł: 
- Niech się pani nie boi. Minie 
z wiekiem. 
Czasem jednak się chwalił: 
- Nigdy pani nie zgadnie, w czym 
ce]o.wałem, jakQ lekarz. W tracheoto.- 
mii. Bardzo zręcznie umiałem dzie- 
cku przecinać tchawicę w czasie kru- 
pu i wr
ucać jednym ruchem rurkę, 
aby mogło oddychać. Brr! 
Czasem mówił ze zgo.r
zeniem: 
- Dziecko., to. dziwny stwór. MDŻ- 
na mu o.bciąć ręh czy no.ge a p
 tem 
dać piernika i wtedy się śmieje. I jak 
tu brać tak,i 006 poważnie. 
Boy był nadzwyczaj dlObrze wy- 
chDwany, ale bardzo. rQztargniony. 
Kiedyś, w czasie jakiego.ś e]eganckie- 
go podwieczQrku, wziął kawałek tDr- 
tu i najspokDjniej pDłożył go. o b Q k 
talerzyka, po. czym jadł wytwQrnie 
widelczykiem, nie widząc tłustej pla- 
my, która 
ę rozpływała po pięknym 
obru<.Je, ku rozpaczy pani do.mu. 
Innym razem wszedł do arystokra- 
tycznego. salcnu, gdzie w głębokim fD- 
telu siedziała dostDjna babcia. Bo.y 
przywi'tał się. po. czym usiadł n a 
t y m s a m y m f Q t e ] u, obok 
przestraszonej .staruszki, która nie 
bardzo. wiedziała, cc z sDbą począć. 
Zerwał sie. kiedy usłvsz'łł Q
ólny wv- 
buch śmiechu. Tłumaczvł sie że 
wziął fDte] za kanapę. Babcia zresztą 
twierdziła rzekomo. że byłQ bardzo 
przyjemnie. 
Raz jeden tvlkc byłam -z Bo.yem 
w kinie, na .,Niepotrzebnym człQwie- 
ku" z Janningsem. BDY nie lubił ki- 
na i - śmiech pawiedzieć - nie ro- 
ZJumiał. Zamykał o.czy, spUis
za.ł głD- 
wę, a kiedy otwierał pawieki nic a 
nic nie wiedział. c co chodzi (dcty- 
czyłD to. zwłaszcza filmu niemego). 
Nie rozumiał skrótów filmo.wych. 
..Skąd sie wzięły te k'Oła?"-. .,CQ to. 
za no.gi?". ,.Czy to. ta S'łma kobieta 
co przedtem?". Sasiedzi o.gląd
li się 
ze zniecierpliwieniem na tego., któ- 
rego. brali za idi'Ote. a ja wstydziłam 
się DkrQpnie, pękajac jednocześnie ze 
śmiechu. Wyprawy do kina jednak nie 
poncwiłam. Po ..Niepo.trzebnym 


SYGNETY HERBOWE 
SYGNETY NAROOOWE 
(SREBRNE ORL Y 
NA RUBINACH) 
wykonuje 


" 


B I J O 
,I. 


U" 


194 Nortb End Road. London, W.14 
tel. FUL 3770 
sklep jubilersko - zegarmistrzowski 
L. KANTECKIEGO 


czł'Owieku" wyszedł z kina zgnębio- 
ny, długo. milczał, wreszcie wybuch- 
nął: "Tc są nielDjalne chwyty. W 
teatrze istnieje jakaś kDnwencja. syn- 
tetyzująca czas, przestrzeń, o.ddziela- 
jąca scenę o.d widza. A tu nagle jest 
się wplątanym w prywatne dzieje in- 
nego c.zł.owieka, nieustannie się gc 
podgląda, łazi się za nim po ulicy, 
wpycha do. damu, przyłapuje na go- 
rącym uczynku w różnych zakamar- 
kach QudzegQ mieszkania. I czego się 
pani ze mnie śmieje że się przejąłem? 
Człowiek się przejmuje, ale ma uczu- 
cie nieprzyzwoitości". 
I więcej do. kina nie poszedł. 
- KtQ jest dla pana najgenialniej- 
szym powieściDpisarzem? - zapyta- 
łam kiedyś. Sądziłam że o.dpowie 
..Balzac". A]e 'On pawiedział : 
- Dostojewski. 
W zasadzie jednak nie lubił pawie- 

ci, albo raczej przestał je lubić. 
- Za stary już jestem na to - 
mówił. - Trzeba przy tym zawierać 
7Jbyt wiele nDwych znajQmości, z któ- 
rych większość nic mnie nie cbcho.- 
dZli. Przy tym fikcyjna fabuła wyda- 
je mi się częstQ zbyt naiwna, opisy 
nu.żące. Realne życie ma Q wiele więk- 
szą pOmysłOWIOŚć. 
Lubił bardzo pamiętniki i biQgra- 
fie, byle tylko. nie "vies r'Omancees". 
Fikcyjne dialo.gi wielkich ludzi do- 
prQwadzały g'O do rozpaczy. Jeżeli 
chodzi D powieści. to. prawdziwYm 
wstrząsem był dla niego. Proust, któ- 
rego. zaliczał dQ naj.większych. 
Wspomnienie z młodych lat pary- 

kich: BQY poznał w Lasku Bu]cń- 
skim piękną kDbietę. Po. wspólnynl 
abiedzie, paszli dQ jej mieszkania a 
jeszcze później, po. scenie miłQsne;, 
kiedy BQY już chciał odejść, dama 
zawcłała: 
- A gdzie mQje dwa 1uidory? 
BDY zasmucił się 'Ogromnie: 
- Proszę. Ale ja myślałem że to 
tak... z miło.ści. 
Na t'O dziewczyna: 
- Marzyaie1! ("VO'l1S revez., mQn 
ami"). 
- Pierwszy i ostatni raz - opo- 
wiadał Boy - ktoś mi powiedział że 
jestem marzycielem. 
Drobne anegdcty: 
Boy pędem wbiegał na schody. 
- Dlaczego pan tak biegnie? 
- Bo mi schody szkodzą. 
-1 
- N'O tak, chcę, żeby się prędzej 
skończyły. D]a roro.Wlia. 
Boy bardzo lubił śledzie: 
- Mają tylkc jedną wadę. Są ta- 
nie. 
Lubił też parę przysł6w, nie
byt 
cenzuralnych: 
"Nie widziała d... słońca, 'Ogorzała 
od miesiąca". Albo. (czy przypadkiem 
nie własneg'O ChDWU?): ..Stój w kącie, 
prąc,ie, znajdą cię". 
..Gwałcona dziewica wo.ła: ..Ciala 
moje we:icie, duszę mi :rostawcie"'. 
.,00. rabić na plIUi"kwy?" - pytała 
pewna pani. 'Po.]ubić' (Nb. często się 
teraz pawtarza ten dcwcip, nie wie- 
dzopO'WIiadał przy Bcyu Q są- 
,siad,kach. które sie kłóciły C strych, 
czy Q męża, który bił żo.ne. 
- Życie o.wadów - westchnął 
Bo.v. 
-1 
- NQ bo życiem ludzi tegQ na- 
zwać nie mo.żna. 
To. "życie o.wadów" bardzo. się w 
naszych rozmo.wach przyjęłQ. 
- Ten facet pisze po.d siebie - 
po.wiedział BDY Q pewnym grafo.ma- 
nie. Wielu ludzi przesadnie gadatli- 
wych, zakwaJ.ifiko.w1ał jako m6wią- 
cych PQd siebie. 
Bo.y nie zm.'sił, kiedy zamawiano 
u niego. j:Jkąś pracę, po.mijając wstyd- 
liwie kwestię hon'Orarium: 
- Mo.gę pisać za darmo. jeżeli 
mi sie tak spodo.ba, cho.ć za darmo 
na o.gół piszą tylko. grafo.mani. Ale 
jeżeli ktoś zamawi
 u mni
. jakąś 
robDtę. niechże mówI..c? płac!. Jes!e':l 
takim Samym robo.tnIklem, 'ak b.z- 
dy mnv i żyję z pracy. A ci wydaw- 
cy, redaktorzy, to. po.e
i,. psiakrew 
jeżeli cho<.lzi O cudze pienIądze. T,'- 
raz to tvlko prawdziwi artyści za- 
chowują się trzeźwo.. ro.z
ą
nie i 
c
- 
ciwie. a tamci na ich mIejsce bUjają 
w obłokach. 
r dodawał: 
- A jeżeli który z nich (wyda'\\:- 
ców redaktorów) powie że załatwl- 
mv 
pmw. później. jak przystoi mię- 
dźv dżentelmenami, to. wiem z góry 
że. to. ło.buz. . 
Trzeba dodać że Bcy nie mIał w 

o.bie ani gro.sz skąpstwa. był UCZy.l- 
ny i hejny z natury. 
Przyjechał kiedyś do. Warszawy 
znako.mity halzakista, Marcel Bo.u- 
teron. abv wygło.sić o.dczvt o tym 
pisarzu. Boy miał zaś odczyt po.- 
przedzić sło.wem wstepnym. Sala była 
pełna, ale kiedy o.
aj 
isarze. poja- 
wili sie na estradzIe, wIdzowie wy- 
buchnęli niepo.w<;!rzym
nym 
mi
- 
chem. Obaj pre]egencI przy,<;taneh. 
roz,.jrze\i się ze zdziwieniem, zaże- 
no.wani taką reakcią trumu. po. czym 
ka:7F.1v paszedł w inn:}. stronę estrady 
i stanał za 
woim stolikiem. Sala 
rvczała" ze śmiechu, kiedy iednocześ- 
ńie w!ożvli o.kulary, w grubej. ciem- 
nei oprawie. .' 
Co. sie stało? Otc o.ba) pan'Owle z 
ilaleka byli zupełnie do. siebie. po.- 
do.bni. Jednakowego wzrostu. z CIem- 
nym, przystrzyżo.nvm wą,sem.. wł,sa- 
mi. zaczesanymi do. tyłu. I leszcze, 
kiedy oba i wł,o.żyli identyczne okula- 
ry. identycznym ruchem! ;.Gag" z 
music hall "u. Efekt był nIeodparty, 

Ie obaj prelegenci ,:i.e mcgli zrozu- 
mieć, czemu obudzI), tak
 s
o.nt
- 
niczna wesołcŚć. W tvch nIezmIernIC 

rudnvch warunkach Bo.v Z1.C
ąt m6- 
wić. I sala ucichła. A Bo.v mIał głos 
nieefeMowny. Mówił iakbv fa]sete1!1 
i gło.s ten w pierwszei chw
li. zadZi- 
wiał. pocho.dząc od .krzeok
e'l. mes- 
kiej po>taci i poteżnet, oe
ne) wWa/U 
głowy. Ale ju
 po 
hwlli słu':
acz 
zapo.minał Q Jego mezbvt prZYlem- 
nym brzmieniu. Treść i fo.
ma prze- 
mówienia. przeovsznv dawclp a n1.de 
wszvstko wdzięk. który cechawał 
każde słowo Bo.ya. każdy jeg'O rucb, 
wd:z1ięk, który zniewalał nie ty]k'O 
kobiety. ale i mężczyzn - 
szystko. 
.to. sP'fawiłQ ze. jak zwyk]e, kIedy wv- 
stepo.wał publicznie; sala za
rzała 
entuzjazmem. Tak ze re
z
a wlec7;0- 
ru upłyneła w ku'1Ura]neJ. m'eresu)ą- 
cei atmosferze. 
Z okresu okupacji. kiedv przepadły 
mi wszvstkie listv i książki 7 de
yka- 
ciami Bova. Oo.losta t mi tylkc Jeden 
autof!raf:. własnNęczny miedzioryt 
Govi. p:-zeds,tawia,jący upiornego. 'PO- 
teŻnego o.giera który porywa o.lbrzy- 
mymi zebiskami o.mdlewającą z rozko- 
szy kobietę. W dole, na pas.fe-parto/lt 
Boy napisał: 
..Do.stałem tego Go.ye od 
St. Przybvszew
kie!!c - 
o.fiaruje go Irenie Krzvwickiei 
dla utrzymania ciągłości gatunku. 
Warszawa, ]5.111. 1931 
Boy-żeleński" 
Najzabawnieisze że z właściwym 
..o.bie roztargnieniem napisał naj'- 
oierw teg'O Goyę przez . i" potem 
oo.prawił i tak z tą poprawką dedy- 
kacja została. 


Irena Kl"Z)"\icka. 


, 
MORON 


NIE PIĘKNY był dwcrek w P
- 
włowicach. Dwie dobudówkI, 
jak dwa sztuczne zęby, sterczały spo.d 
nierównego. dachu. Do głównej częś- 
ci domu przylepiono. spo.rą oszklo.ną 
werandę. chroniącą zimą drzwi wej- 
ściowe przed mroźnym podmuchem. 
Latem - ko.rzystał z niej ktc chciał. 
Najczęściej chciał Karolek, bo mógł 
patrzeć na świerki, przypo.minające 
mu rodzinne stro.ny. spo.glądać w nie- 
bo. i ko.rzystać ze światła. 
Dom pawł'Owicki brak urody za- 
stępo.wał innymi wwrto.ściami. Jego 
ściany, jak z gumy, rozstępowały się 
dla każdego.. Zawsze było. w nim miej- 
sce ..na wspólnej sło.miance" - jak 
się mawiało. Pach mia ł chlebem do- 
mo.wego. wypieku i pastą do po.dłóg. 
czerwo.no-brunatnych i błyszczących. 
Przez te po.dłogi przeszło. spo.ro lu- 
dzi. Zostawały po nich ślady butów 
na gumie, butów z po.dkutymi o.bca- 
sami, butów różnego po.cho.dzenia i 
autoramentu. Karo.lek zo.stawiał śla- 
dy rozdeptanych. starych sandałów. 
Bo Karolek nie miał butów. Próbo.- 
wano. wiele razy obuć Karo.lka, 'Od- 
powiednio. do sło.ty, bło.ta, śniegu i 
mrozu. Żadne buty ..nie chciały" pa- 
sować. Na widok pieniędzy na o.bu- 
wie Karolek c.ichł, czerwieniał i pro.- 

ił aby mu dano. żyć jak chce. Wzrok 
uciekał w bok. palce przeczesyw.!!y 
rudą czuprynę, kiedy o.dchcdził do. 
tego. życia, które so.bie wybrał. Cza- 
sami znikał z Pawło.w:c. Na pyta- 
nia, gdzie tak długo. był lub CQ ro- 
bił - o.dpowiadał wzruszeniem r3.- 
mion. Często. tygodniamI całymi nie 
rusnł się po.za 'Obręb majątku 
Nie wiem, czy jeszcze istnieje 
wjazdowa brama w Pawło.wicach. 
Chyba nie - była zrobiona z drze- 
wa. prawie trzydzieści lat temu. W 
deskach misternie złożonych mo.dą 
góra Isk.!, Karol wyciął sześć stylizo- 
wanych po.l
kich o.rłów. Kto.kclwiek 
pr-zekr3.czał tę bramę - wiedział po.J 
jak i dach wchodzi. 
* 
Kiedy Karclek do. nas do.łączył ."- 
nie umiem powiedzieć. Czasy o.kupa- 
cji ni;:mieckiej zaśmieciły pamięć. 
Wysilam się, aby go zobaczyć w wo- 
jennym śro.d'Owisku pawło.wiczan. Nie 
widzę KaPJla pod świerkami, gdzie 
pewnej ro.zpachnio.nej i rozgwieżdżo.- 
nej nocy słuchaliśmy ko.ncertu Wie- 
niawskiegc z płyt. Henryk Szto.mpka 
wprowadzał nas w arkana wiedzy mu- 
zycznej. ale Karolka tam nie było. 
Nie łączy mi się jego. po.stać z żad- 
nym z przelDtnych go.ści. Karo.] nie 
pomag1.ł w kło.potach z pewnym nie- 
szczęśliwcem, próbującym kil
(akro.t- 
nie odebrać so.bie życic. Nie było. go 
też wśr5d chłopców, broniących przed 
samo.sądem służby fo.lwarcznej ban- 
dyciaka, który po.strzelił .stróża nac- 
nego.. ojca CZWQrga dzieci. A m07e 
był? B'_) ktc zrobił łupki, w które 
do1 Q C'O. Rysował mo.cną, pro.- 
stą krechą, o.szl:zędną i bardzo fo.rem- 
ną. Kclor ro.ztarty paluchem zo.sta- 
wiał prześwitv, dawał mocnc cienie i 
światła. CzegÓż tam nie było! Akt za 
aktem. Stąd brał mo.de:e? Portrety 
slużby folwarcznej. Budynki. Uschnię- 
ta gałąź jabłoni, tej spod pł'Ota. 
Zachwycający bYł projekt fontan- 
ny. Miała być zrobiona z barwio.ne- 
go. szkła, nakładanego. na siebie róż- 
nDko.lorowymi warstwami. Wśród ba- 
jecznych kwiatów przewijały ję 
sztvwne, pr
wie trójkątne. figury 
kra<;noludków. Na obie strony p'yty, 


,''''0 



 
:. 



 
" 


JESTEM 


..,.. 


... 


.... 


..../:.. 


, 
""'-ą., 


,..\IaI">Lalek ł9-12 roku. Zafrasowan)". zafrdsm
aD} jak świat cały". 
Rzeżba wykonana przez I\.arola Pawclka 


tąd? Papierzyska można popalić, &Ie 
glina? 
W len spo"ób dowiedzieliśmy SIę 
że Pawełek szuka mo.delu pośr6d d,)- 
mcwników. bo. właśnie ..kce" zrobić 
po.rtret. 


* 


Pa\\ełek? Tak Pawełek, bo od dłuż- 
szego CZ:lSll zaczęto. na Karo.]a 
oł..!ć 
Pawełek. Nic mam pojęcia, k.to. plerw- 

zy zal:zięknych 
w W.ar
zaWlie. Z Pnoiewsklim znał się 
od dawna i naWJiązała się ich wsp6ł- 
praCla. Słynny architekt by'ł zachwy- 
cony tdlentem Karola Pawełka. Cza- 
PDwała go wiedza, intel'igencja i 
o.bycie byłego. 'Oficera Polsk1iej Ma- 
rynarki Wcjennej. 
Halina 
Iartinowa.
		

/Archiwum_002_01_026_0001.djvu

			4 


WIADOMOSCI 


Nr 1296, Jlst January. 1971 


W. A. ZBYSZEWSKI 


PIECJIIJ 
C. 
GDYB\ czynna dZIałalność poh- 
tyczna PIłsudskIego zakonczyła 
Się w r. 1922, w chwlh gdy ustąpIł ze 
stanowIska Naczelmka Państwa, je- 
go obraz w oczach potomnoścI był- 
by pozostał zapewne pcdobny. pa- 
tnota I żołmerz przed wOjną I w 
czasIe wOjny, zWYCIęskI wódz w pa- 
miętnej bItwIe pod Warszawą, na]- 
wIększej, najbardzIej błogosławIOnej 
wIktom naszych dZl jÓW, wikt m, 
która, gdyby me obłęd samobóJczy 
Zachodu, mogłaby ocalić Europę i 
ŚWIat od zagrożenIa rOSYjskIego na 
stulecIa Gdyby de Gaulle umarł 
przed powrotem do władzy W r. 
1958. to by pozostał w histom Fran- 
CJI pOSl1:aclą epizodyczną, mało co 
ważniejszą od Gambetty, który też 
był uosobieruem patnotyzmu fran- 
cuskIego w czasIe wojny r 1870. Z3. 
wszelką cenę de Gaulle chciał być 
jednym "des Quatre Grands" dru- 
giej wOlny śWiatowej. chciał koniecz- 
me zająć mieJsce obok Churchilla 
Roosevelta I Stalina W mOIm prze 
konaniu powinien był Bogu dzięk'- 
wać że nie należał do grona, które 
SIę splamIło Jałtą I kumaniem Się z 
krwawym zbirem, z wrog.'lem me 
tylko Furopy. ale I własnego naro- 
du, jak świadczą o tym, po raz ty- 
sIączny, pamIętnIkI samego Chrusz- 
czowa. Przec e w JałcIe de Gaulle 
byłby ieszcze bardzIej bezsilny niż 
ChurchIll - StalIn by go traktował 
jak woźnego Ale jest faktem że de 
Gaulle czekał dwanaście lat na oka- 
Zję, by pokazać ŚWIatu sWÓJ "Iwi p
- 
zur", na co nip miał naprawdę okazJI 
w latach 1940-1946. 


k.TO GO POWOLAL 
DO WŁADZY? 
OflCJalm hagiografIa Generała 
dowodzi że to naród francuski od- 
wrócił się od upodlonego parlamen- 
tu i systemu tV Republiki, by bła- 
gać de Gaulle'a o powrót, bo upa- 
trywał w mm iedynego przedstawi- 
cIela .,de la Lep:.timitć Fran, oozrstawali \11f'nrze;edn"n Co 
robić? W tei sytuac'I Francuzi UCIek- 
h sie do starei rzymskiei formułki' 
ustanowIĆ chwilowo dyktat ra Po 
z
'atwipnl1J sorawy algerskie'. wS 7 Y- 
stko miało oowróclć do ffatuf 0110 
mte do tradycyjnego ,romonl1e- 
ment". 
Ale do kwestii algerskleJ doszły 
dwa d,\lsze ważne momenty Primo, 
pra\\,ica po<;tanowlła skorzystać z o- 
kazJI dla reahZ'\cji 
wego starego ph- 
nu wzmocnIenia władzy wykonaw- 
czei kosztem uorawnień parlamen.tu 
Secundo, sam de Gaulle postanowił 
z mieJsc'l skorzvsta
 z tejze okazji, 
by dla 
iebie zdohvć władzę do ko 1- 
ca życia Z Algeną mu sle mI' uda- 
ło, z kons.tytucj1} połowicznie, bo 
musi at lo!}. nieraz gwałcić I nacIągać 
by utrzymać Sle u władzy, ale trzeci 
punkt programu - dotyczacy wtas- 
neJ władzy - udał mu sie lepiej. mż 
ktokolwick mógł przypuszczać w 
chwIli, gdy Generał ziaw1ł się w HA- 
tel Matlgnon siedzibie premiera 


ALGERIA 
CZY de Gaul1e mtał wyraźny plan 
dla "Igem w chwili gdy dochodzIł 
do władzy? Na pewno nie Jak zaw- 
sze, lego reakcje były mieszaniną in- 
stynk
u sentymentu, pragmatyzmu i 
nade wszystko bardzo żywego wvczu 
CIa momentów które mogły ewet]- 
tualnie 7al!;rozić ie
o osobiste, wła- 
dzy. De Gaulle. jak zawsze przece- 
mał swói prest/Re I SWOJa popular- 
ność m'ał nadziele ŻP samo poja- 
wlen'e sie jego w Algeril usp koi 
namiętnoścI po obu stronach, skłoni 
1e do komoromisu który by pozo- 
staw'ł sprawy mniej wiecej w lym 
stanie, w iaklm były przed wybuchem 
gervlasówkl Słowem de GaulII' mlat 
nadziele że da sobie radę z Araba- 
mi. tak jak równocześnip pluf m/m/f 
dał sobIe rade z MurzynamI N e do 
cenił ani nacjonalizmu Arabów. ani 


*) Por poprzednie odcil1ki tego cyklu 
w nr nr 1290 1 1291, 1292 i 1294 "Wia- 
domoścI". 


DE 


stanowcze1 woli kolonistów algerskich 
zachowama dla sIebIe ZiemI. w któ- 
rej SIę uwdZ1l1 I przeżyh pIęć poko- 
leń. Wre<;zcle de Gaulle dobrze zda- 
wał sobl'C sprawę z faktu ze mIał tyka mIędzynarodowa mUSI być dłu- 
armIę przeciw sobIe. gofalowa; nagłe COUPf de thćatre, 
Czy by'o JakIeś rozumne wyjoŚ;le drogIe BeckowI, drogIe de Gaulle'c- 
z tego konflIktu? OSobIścIe uwazam W1, drogie dZISIaj Brandtc WI, nIgdy 
ze gdy małzeństwo nie moze siebIe mc me dają 
znosić, lepszy jest rozwód albo przy- RozdzIelenie Francuzów I Arabów 
najmmeJ separaCJa, n'ż m eszkame było w Algef11 koniecznością. Ale 
pod wspólnym dachem wśród me- można było ten "rozdZ1ał od siołu 
ustannych awantur. WspółżycIe moze I łoza" przeprQWadzlć także w Inny 
tylko zaostrzać wrogość. rozłąka mo- sposób, mIanOWICie przez podzIał 
że Ją kolosalnie złagodzIć Np jestem kraju: Alger I wschodma połówka 
przekcnany że rozdzieleme Polak6w kraju dla muzułmanów, okohce Ora- 
I Niemców zaraz po wojme byto ko- nu I jego zaplecze oraz korytarz do 
nIecznośclą; dzisiaj, po 25 latach, Sahary, plus cała Sahara - dla Fran- 
właśme na skutek tego rozdziału, cuzów. Coś podobnego - na mmej- 
WSpÓłŻYCIe polsko-niemieckie stało szą skale - zrobIli HIszpanIe w 
SIę z powrotem możliwe, czego n3.j- "swOIm" Maroku. przed oddaniem 
lepszym dowrdcm Jest fakt ze samI tego kraju su
tanowl w RabacIe" za- 
komuniści polscy, CI sami, którzy trzymah dwa porty nad Morzem 
wypędzIlI Niemców w r 1945, teraz Śródziemnym dla siebIe. Ceute I Mel- 
pragnęlIby ich zatrzymać. OCZYWIŚ- IIlę. jako części Integralne HIszpanII 
cie zatrzvmywanle siłą jeSlt non sen- DZlslal te dWIe enklawy są hlszpań- 
sem. ale zatrzymywanie przyjaźnią i skle, choć pozostały tam małe mn ej- 
serdecznoścIą jest ze wszech miar szosci marokańskIe, które są uszczęś- 
wskazane Tak samo me było żad- hWlOne IŻ ŻYją w kraju dużo boga t- 
nej mozlIwości uzyskal1la współży- szym I duzo IIberalniejszym od Ma- 
cia Polaków I Ukraińców, szczegól- roka: nigdzie nie widziałem Arabek 
me w Małopolsce WschodmeJ przed równie przystojnych, równie zalot- 
r. 1939. sam PiłsudskI, choć ukraino- nych spoza swych ul1raprzezroczys- 
fIl. zrobIł pacyfIkacIę" w r. 1911 tych woalek I szat, co w Ceucie 
Teraz, po ćWierć wieku .oswobo- Ceuta iest rodzajem raju na ziemi. 
dzenla" UkraIńców lwowskIch przez W okolicach Oranu trzeba było o
 
Rosie, wszystko może być możlIwe, siedl ć wszystkich Francuz6w z Af- 
jezeII me dZisiaj to za dalszych 25 ryki Północnej, właśme koło Oranu 
lat NIe wierzę w żadne porozumic- znaJdowała SIę najwIeksza baza fran
 
me żydowsko-arabskie. pókI Izrael cuska w Afryce. Mers-el-Kćblr; w 
ma tak wielka mmejszość arabską Arzew. tuż koło Oranu. dochodzą do 
ale gdyby te dwa narody radykalnie morZa rurocIąg naftowy I gazocIąg 
rozdzielono, też kto wie co by 
lę Z Sahary. słowem. Francja mOl/ła za- 
stało? Wszak iest faktem że znaCz- chować baze francuską w Północnej 
na cześć 300.000 Żydów z Alger i, Afrvce, salwuiąc przyszłość Nawet 
Maroka i Tunisu którzy uClekh do tak zacIęty jakobin i nacjonalista 
Fra'1cii, teraz wolałaby się porozu- jak Michel Debre opowiadał SIę za 
mieć z ArabamI I wrócić na dawne rozwiązaniem ,orańskirn". To de 
pielesze niż emIgrować do Izraela Gaulle nie chciał słyszeć o nim I 
CZY zostawać we Francji Ani w :". przeforsował układ eV1a>'lski, który 
19'i8 am dZIsIaJ Francla nie może oddał FI N całą Algerię łącznie z 
zawrzeć zadnego prawdziwego ,po- Sahar1} Prawda, traktat ten zawie- 
rozumlema z Algeri1}; ma już duzo rał coś tYSI3C artykułów wyliczalą- 
więcei sn.ns zawarcia porozumienia cych szczegółowo uprawnienia Frat]- 
z państwami. które nigdy do impe- cuzów w Algerii Ale ludność miej- 
rium francusklcgo nie należ'lły' scowa uważała te gwaranc'e z góry 
excmplum LIbia ('xempi11m Jorde", dZIękI parlamentarnej praWICY, 
która wreszcIe mu wybaczyła walkę 
z Pćtamem I ahanse wOjenne z ko- 
mumstaml, potrafił SIę utrzymać u 
władzy wbrew swym zwclennikom I 
poplecznIkom, a dZięki poparcIu le- 
WICY, dowodzI raz jeszcze, pk wiel- 
kIe mIał talenty do manewrowama 
W rzeczy samej, wbrew pozorom. był 
10 wIelkI gracz partyjny, a raczej mię- 
dzypartyjny, który, gdy chodzI o wol- 
ty I kontrwolty, mógłby dawać lekCje 
najstarszym I najlepszym wygom ra- 
dykalnym. Ale cała zręczność nie 
przeszkodzIła temu że od czasu ukła- 
dów w EVIan I utraty Algeril Gene- 
rał JUż mgdy me był człowiekiem zgo- 
dy narodowej, człowiekiem jedności 
Na prawIcy znalazł on nIeprzeJed 
nanych wrogów, którzy mu po dziś 
dZień me darowali i którzy dotąd 
czekają na swój rewanz. Piłsudski 
mógł zwycIęsko przetrwać mena WIŚĆ 
"endecji". bo miał za sobą wIeko- 
pomne zwyclę"two r. 1920: bez tej 
wygranej WOjny z RosJą nigdy by nie 
stworzył, co prawda dopIero po 
śmIerci, jedności wszystkich Polaków 
wokoło swego ImIenia. Ale de Gaul- 
le nie mógł się mgdy prdobnym 
zwycIęstwem pochwahć w operac- 
jach wOJskowych drugIej wIelkiej 
WOjny me odegrał najmniejszej roli, 
a wojnę algerską przegrał z kretc- 
sem, i pokój z Algerią przegrał jesz- 
cze bardziej 
Być może, głębokie urazy I niena- 
wiści, które kapitulaCja wobec FLN 
za sobą pociągnęła, byłyby mnie, 
namiętne, mnIej zacięte. mniej za- 
prawIOne goryczą. gdyby Gener
ł 
mial udwage śmIało I odważnie po- 
wiedzieć' ponIosłem klęskę. musia- 
łem podptsać warunkI podyktowane 
przez wroga, ale me było innego 
wvjścla. Tymczasem Generał z upo- 
rem starał Się wmówIć we Franc'e i 
w ŚWiat że, oddajac Algerię, odniósł 
wIekopomny sukce,> i że ci co opo- 
nrlWali przeCIW tei polityce, a więc 
..picds l1oilrs" algierscy. wojsko w 
Algeni zwolenmcy ..Alg{.rie Fral1- 

aise", bylI "zdrajcamI" Niko!!:o nig- 
dy ta argumentaCja nie przekonała' 
najlepszym tego dowodem jest Że h- 
dpn z polityków, związanych z
 
smutnym i traglcznvm układem w 
FVlan (który okazał Sle natvchml'l<;t 
liwistkiem Dapleru), z samym Debre na 
czele nIgdy sw nim nie chw'lli ł . a 
Pompldou, który iest człowIekIem 
wvczuwajacym oDmię, che t dbającym 
o pewien mit Generała, bo ten częś- 
ciowo usprawiedhwia jego własną 
karlere, nigdy ani słowem o , zasłu- 
gach" czy ,.sukcesach" al
ers\:ich 
Generała nie wspomniał W swych 
ostatnich wspomnieniach Generał 
jakby 
Ie prześlizguje nad całą spra- 
wą algerską, I nawet wybąkał że ca- 
la ta operacja go bardzo kosztowah. 
bo była tak sprzeczna z poglądami i 
tradycjami. w kt6rych si
 wychował, 
ale duch cza<;u. warunki I t d . Raz 
jeszcze powtarzam' trzeba nazywać 
rzeczy po imieniu' Jałta była kata- 
strofą, Churchill nie próbował te
o 
ukrywać i zachował SWÓI p/estige. A 
Roosevelt. który próbował ją przed- 
stawić Ameryce i światu jako olbrzv- 
mi sukces, jest od dawna całkowicie 
zdV'>kredvtowany. Z Algerią jest to 
samo 


SZEF KOALICJI 
By jakoś uratować Algenę dla 
FranCJI, parlament powołał de Gaul- 
le'a na szefa rZ'1du, i nadał mu ob- 
szerne pełnomocnictwa w tej dZle- 
dzmie' de facto wyrzekł się sam swych 
uprawnień. jeżeli chodzI opoI tykę 
algerską. Druga recepta polegała na 
wypróbowanym pomyśle konserwa- 
tywnym stworzyć rząd halicy.ny, 
przezwany z tel okazjI "rządem zgn- 
dy narodowej" Tak postąpiła ITI 
Republika z okazji wybuchu wojny 
w r. 1914 i p6źnieJ dla ratowania 
franka (rzad Poincarego w r. 1926). 
tak postąpIła Anglia dla ratowania 
funta w r. 1931 (National Govern- 
ment). tak zreszta postąpiła i PoI- 
ska w r 1920 (pIerwszy rzad Witl sa) 
Plnav i Mollet weszh obaj do TZądu 
de Gaulle'a. Poza nimI bylI w rzą- 
dzie przedstawiciele radykałów. cha- 
deków innych grup I grupek, było 
paru gaullistów, jak Debrć, Malraux 
I Soustelle, pIerwszy jako mmister 
sprawiedliwoścI, drugi - kultury, 
trzeci - informaCJI, oraz kIlku urzęd- 
mków' GUlllaumat. jako minister 
woiny (na kr6tko). Couve de Mur- 
ville, jako minister spraw zagranicz- 
nych (na stałe) Nikt nie zauważył 
równoczesnego pojawienia SIe na ty- 
łach oroscenium niejakiego p Geor- 
ges Pompidou który został dyrek- 
torem gabinetu premiera. czylI gen 
de Gaulle. Tutaj trzeba przypomnieć 
ze w ustroju francuskim nie ma wi- 
ceministr6w: zastepca ministra I fak- 
tycznym podsekretarzem stanu w u- 
rzedach prezydenta Reoubllki pre- 
mipra i w mmi"'ter!/lwach 1est Dyrek- 
tOr Gabinetu podczas gdy S7ef G'l- 
bmetu odpcwiada naszemu dyrekto- 
rowI P'łhinetu mmIstra Nikt Sle !1'e 
domyśla) ze ten zakulIsowy urzęd- 
nik stanie sie Druga Osoba w Pa,,- 
stwie i nastepca Generała NIkt? MoL 
let sie szybko zorientował że ..z gaul- 
hstów tvlko z iednym W'łrto m6wi
. 
mianowicie 7 Pompidou" Podobme 
się wyraził Pinay: ,Debrf - to źle 


Monarcha*) 


wychowany krzykacz I demagog, 
Pompldou jest jedynym człoWIekiem 
blIskim Generała, z którym można 
?oważme dyskutować I coś załatwIć". 
Ale godzina Pompldou wybIła dopie- 
ro później. 
Gabmet koahcyjny był we Francll 
od dawna kOniecznoścIą, jego koścIą 
pacIerzową musIało być kolegowa- 
me Pmaya I Molina, konserwatysty 
I socjalisty, reszta była zbyteczną, a 
w każdym razIe meistotną dekoraCją 
salaterkI Czy gabinet Pmay-Mollet 
był mozhwy, czy dałby rady? Jestem 
przekonany że zupełnie by wystar- 
czył I że wyciągnąłby z trudnoścI 
zarówno fInanse jak I polItykę al- 
gerską SytuaCja dyktolWała premIe- 
rostwo Pmaya I tekę spraw zagra- 
mcznych dla Molleta. Tylko ślepota 
tego ostatniego sprawIła ze do tego 
nIe doszło Mollet wolał premiero- 
stwo de Gaulle'a od premierostwa "re- 
akCJonisty", zupełnIe tak samo lak 
nasI sOCJalIści w r. 1926 woleh stor- 
pedować gabmet Skrzyńskiego I pójść 
na pomaganie zamachowI majowe- 
mu W krajach, w których socjalIści 
będą woleć "demokratycznych" czy 
,.lewIcowych" generałów. dwóIkarzy I 
Ich żony, ..Iew cewych" milionerów 
I, t d od autentycznych liberalnych 
konserwatystów. ludzi umiaru I zło- 
tego środka, zawsze się doczeka- 
ją ,silnych rządów", albo nawet 
Jakiejś formy faszyzmu To me jest 
przypadek że gaullIścI popIeralI i 
bylI członkamI rządu Mendesa To 
me jest przypadek że austnacka 
Frelheitspartel. złożona z notc'fYcz- 
nych eks-hItlerowców woh popIerać 
Kreisky'ego niż spokojnych chade- 
ków Le
 ('xtrełnef fe tOllchen! 
Rzad koalIcyjny znowelIzował kon- 
stytucję, ale nie zmienił jej zasadni- 
czo. Zmian było właścIwie dwie. pre- 
zydent ctrzymał prawo rozwiązywa- 
nia Izb i prezydent miał być odtąd 
wybieralny przez kolegIUm złozone 
z 38000 merów francusk'ch oraz 
członków rad departamentalnych, 
czyli plu
 millllf przez wyborców se- 
natorów W gruncIe rzeczy Izba, o 
zdecydowanei większości. mogła na- 
dal obalić rząd a według lItery zno- 
welizowanej konstytucJi. to rZ1}d. a 
nie prezydent miał prow 
kweslle ustroju A tę politykę zagra- 
niczną de Gaulle rozumiał w sposób 
nalbardziej ciasny, staromodny, na 
wet oSlemnastQWieczny "La France 
doit aVOIr SOli rang". To było w'aś- 
ciwle wszystko De Gaul1e był d7iw- 
nte pozbawIony wyobraźni w tej sweJ 
ukochanej dZledzlTIle. Wydawało mu 
SIę że do kot'lca śWIata będą IstnIeć 
tylko cztery WIelkie mocarstwa Fran- 
Cja, Stany Zjednoczone. Ros'a I 
WIelka Brytania NIe chcIał mkogo 
do tego grona dopuścić bojąc - 
raz, pókI lest Brandt, jest t3 wvraź- 
nie niemożliwe Z Macmll1an
m bv'o 
dużo łatwiej o kompromis. mż póf- 
niej z WIlsonem. Sam de Gaulle 
przyznaje w swych pamlto lekceważacym CZy nawet po- 
gardhwym ml!czemem A Jednak na 
dalszych dziejach Q'aul1izmu samel!O 
de Gaulle'a. b:J. FranCJI to druole 
wyc
arzente zacl
żvło me mnie.j '" a 
moze nawet więcej, niż pierwsze 


W A. Zbyszewski. 


NowV kod pocztowy 
ProsImy o adre<;CJiWan e do nas listów 
l prze9vre-k nowym kodem poczl'OWym 
,v I A D O M O Ś C I 
67 Great Rus<;
N S
reet, 
LONDON 
WCl R 3BS 
Kod pQlWll111ren byt piSany pod 
..London" ItteTami i cyframi druko- 
wanyrmi 
Admin
ftraCJa "W1ADOMOŚCf'
		

/Archiwum_002_01_027_0001.djvu

			r 


s 


WIADOMOŚCI 


Nr 1296, 31st January, 1971 


Nasi 


k 


. 
ł 


tk 


f 


. 
ł 


PUSZKA 


t 


N 


autorzy 


e 


s 


e 


a 


u 


n 


r 


a 


o 


I 


w 


p 


Krytyka jest jej przychylna, cho- 
ciaż powieść ..Les Signes et les pro- 
diges" (z r. 1966) chwalono półgęb- 
kiem: za gęsta i zbyt nałado-wan.l 
sprzeczn'Ościami. Bałamutny tytuł za- 
powiadał magię czy mistyqzm -- 
nie obce jej - ale prowadził w krai- 
nę nie
koordyn.QoW'anych i niepotrzeb- 
nych przygód, zaludnioną postaciami 
przerysowanymi, przesadnie przeżywa- 
jącymi dramaty prawdziwe lub wy- 
':maginowane. 
Natomiast "La Maison de papier" 
zachwyciła krytykę i czytelników. 
To jej dom, jej wła"ny mąż (poz06ta- 
wj,ony za kulisami), jej czworo dzieci. 
I jej żenująca szczerość. przek'racu- 
jąC.l już nawet granice ekshibicjoniz- 
mu. Niczego nie przepuści. Dziecin- 
na genialn0'ść. pustota, powaga, 
kłamstwa. nieuctwo i tryumfy szkol- 
ne. pierwsze zapały i rozczarowani'a, 
chłopięce wiersze, budzenie się ape- 
tytów, w
zystko jest wywleczone na 
przód sceny, w jaskrawe światło. 
Wszystko przenicowane, ogadane 
krytycznie, niby bezstronnie. lecz 
zawsze z pseudoskromnością matki 
p0'pisującej się swymi pisklętami. 
Dzieci dorastające (wyszła za mąż 
hardzo młodo), w wieku, kiedy wraż- 
liwość jest jak narowisty koń, strzy- 
g'lCY uszami nawet przed wyobra- 
żoną przeszkodą, są wystaw,ione na 
pokaz. zdradzone. Jak r06ną. jak się 
ubierają, jak mówją, jak psują. drą, 

miecą i brudzą, jak ekspe,rymentu- 
ją. filozofują i marzą. 
Ro-zm.lch. świetno
ć i żywość tej 
książki zachwyciły audytorium. Cóż 
za używanie: wdzierać się w intym- 
no.ść cudzego życia, zagląd'ać do serc 
i do szuflad. do kuchni i do- łóŻek. 
Pani tego domu wszędzie prowadzi. 
odkrywa t'O, co .podglądnęła. i to, co 
dziecri jej zwierzyły. 
Tak nie można. To nie szczerość 
pisarska, ale niedyskrecja, do jakiej 
nie ma prawa matka, ciesząca się 
zaufaniem swo,:ch dzieci. Jeżeli nie 
wyr06ną na przemądrzałych aktorów 
- lichych, bo wart0'ściowi grają ro- 
le na -"cenie. ale nie w życiu - albo 
na odludków i dziwaków z urazem 
nd punkcie małżeństwa i macierzyń- 
stwa, słowem, jeżeli się nie wykóle- 
ią. to i tak nikt im nie będzie wierzył. 
Już mama wszystko powiedziała. 


myśl des.perata, samotnie uchodzące- 
go z zagłady w zagładę? 
Część literacka programu zawiera 
jeszcze pa,rę zwięzłych, interesuh- 
cych szkiców o twórcz'0'ści i osobo- 
wości Witkacego. 
"Journal de Geneye" poświęca mu 
całą stronę sobotniego dodatku lite- 
rackiego (14/15 listopada). na której 
Jean-Claude Buffle analizuje jego 
dzieło warty kule "Straszliwe 06trze- 
żen-ia W.itk'iewicza", a Martine Jaques- 
Dalcroze skupia się na jego twórczo- 

ci scenicznej. Genewa sposobiła się 
wtedy do wystawienia "Kurki wod- 
nej" i "Wariata i zakonnicy", nad- 
to ukazała w telewizji wyjątki z jego 
sztuk, połączone z wypowiedziami 
aktorów. Organizatorzy imprezy tele. 
wizyjnej, jak zapewnia sprawozdaw- 
ca, ,,'06zaleli na punkcie Witkacego i 
mówią o nim z uniesieniem". 
Te są głośniejsze echa opinii prasy 
radi'a w języku francuskim. 


świetnie. Co słowo - to zaprzecze- 
nie sądu kolegi z codziennego "Fi- 
gara". Lema,rchand wyraża uznanie 
dla Madeleine Renaud za wprowa- 
dzenie na scenę tego "starego, lecz 
jakże młodego twórcy". Obszerny 
artykuł jego zawiera nadto zarys teO- 
rii "czystej formy" Witkacego i uważ- 
ną analizę wątków, postaci, gry i wy- 
stawy sztuki ,.Matka". 
Pomiędzy tymi skrajnymi orzecze- 
niami mieszczą się lepsze i gorsze, 
mniej lub więcej fachowe, zdawko- 
we lub trafiające obok, zawsze grze- 
szące brakiem znajomości podłoża i 
zaplecza psychiki i twórczości Pola- 
ków. 
Bezpośrednio po przedstawieniu 
paryskim jeden z programów radio- 
wych brukselskich nadał długie i nie- 
mal entuzjastyczne sprawozdanie z 
tego .,doni06łego wydarzenia teatral- 
nego". Pozytywnie również brzmiała 
ocena radia genewskego ("Radio 
Suisse Romande") , jako wstęp do(} 
omówienia wystawienia w "Petit 
Thcat're de Poche" w Genewie "Me- 
tafizyki cielęcia z dwiema głowami" 
SL Tgn. Witkiewicza, w adaptaCji 
K Su..anl1e Brookshaw, kt6ra w spra- 
wie pomnika Chopina, w końcowym 
roaniu swego listu pis7e: ..Pomnik bar- 
dziej moiliw
' do przY.ięcid (podkreśle- 
nie autorki :istuL. "powodowałby od- 
powiedni przypływ fundusz6w. ..". 
Z. P. S. w Hi
hland :\IiIIs: Przesyłam 
redakcji i administracji ..Wiadomości" 
najlepsze życz'enia na Nowy Rok t971, 
aby wydawnitwo 7dobyło sobie jak: naj- 
więcej płatnych prenumeratorów, bo czy- 
telników 7 pewnością ma nieprzebraną 
ilDŚć. Jcdyne pismo z sensem i bardzo 
ciekawie prowad7one_. 


.1. R. w Lancaster: Proszę pogratu:o- 
wać Borkowskiemu świetnej rzeczy o 
słowniku (nr 1293). Mozna był.o z tego 
7robić piłę, a on na tej ,pile ślicznie 
zagrał! 
A. N. w Waterbury: Należy się po- 
godzić ze smutną prawdą że poczty .-\- 
merykańskiej i brytyjskiej nie stać na 
lojalny stosunek do "Wiadomości". Na 
pohybel im! 
E. Ż. w London. Ontario: P. Małgo- 
rzata Balczyńska jest, moim zdaniem. 
bardzo dobrze się zapowiadającą tłu- 
maczką wierszy Wier7yńskiegD... 
H. R. w Ryde: Z uznaniem przeczy- 
talem wezwanie do wspó
pracowników 
..Wiadomo,lici". aby się skracali, a 
akże 
list R.Z. z Nowego Jorku. który całko- 
wicie pokrywa się z moim poglądem 
na treść ,.Wiadomości" i nieznośne ta- 
siemce... Stąd też moja energiczna rea-k- 
cia w postaci zaprzestania prenumera- 
ty. . 
J. R.: Bardzo mnie zatrwożyło ogło- 
,zenie .,Po,tanowienie noworoczne". 
Czy to nie w związku z listem p. R.Z. 
z Nowego Jorku? Jest to zapowiedź 
ubniżenia poziomu pisma. 
W. S. w West Malling: Podwyższam 
sobie kwarta,lną prenumeratę o 101- i 
uważam że każdy ideowy emigrant, któ- 


.. Blue Danube" Breakfast 
Roast - lekka i delikatna kawa, 
wspaniała do śmadall1ia; 



Iue
nu
ę- I 
V"lCnneRe eofTee. I 
. : With lig: seasolunb, \ 


"BIue Danube" - Aft'er Dirtlller 
Roast - prawdZiiwie 
kontynentalna, 
mocno palona, 
świetna, czarna kawa, 



.. D NN'" f>OI'S' 
.......:.. 


. . 



... 


. 
 


r 


Pa:lona i pakowana 
(yacuum-seaIed) 
w t Ib puwkach przez 
GLORIA PRODUcrS LTD. 
125 Parkway, London, N.W.1. 


",-., 



 



"""""'_"'_"""'3 


DyslJIybuoją BIue Danube Coffee zajmują się T6wtnież 


STARANNY RĘKOPIS 


pow.sze.ohmie mall1e pols.kie h'1lt'toWlI1.ie żywnościowe. 


ZACHĘCA iDO CZYTANIA! 


Pandora.
		

/Archiwum_002_01_028_0001.djvu

			. 


6 


K 


o 


SPORY W OWI I"ATA 


Do redaktora "Wiadomości" 


AI1lykuł Adama Praglem "KsIążka- 
pomnIk" (nr 1287 .,Wladomoścl") wy 
maga CZęŚCIOWO sprostowania, CZęśCIO- 
wo uzupełnienIa w trzech punktach 
l) SprostowanIa wymaga relaCja d'0- 
tycząca okohcznoscl wyznaczenia Ś p 
Tomasza Arciszewsklego na następcę 
PrezydentJ: RP Pmgler tWIerdzI ze z 
inIcjatywy prezydenta Władysława Racz_ 
klewlcza r7ąd zwrócIł SIę w r 1944 do 
Kraju z ządanIem przewIeZlema do 
Londynu trzech osob WIncentego Wi- 
tosa, KazimIerza Puzaka I Tomasza Ar- 
clszcwsklego, przy czym Prezydent naJ- 
hardzIej skłamał SIę do wyzndCZenIa 
SWOIm następcą Puzaka, lecz skoro 
przybył do Londynu tylko Arclszewskl, 
z natury rzeczy wypad.lło Prezyden{oWI 
Jemu własnle powierzyć następstwo, 
choCl.az me był z tego zadowo'ony By- 
ło inaczej, a mIanOWICIe W maJu 1944 
prezydent Raczklewlcz pos1anowlł wy- 
znaczyć swym następcą s p KdZlm]erza 
Puzaka, przewodniczącego podzIemnej 
Rady JednoścI Narodow
J w Warsza- 
wie, człowIeka C]esz4cego SIę zaufamem 
l poparcIem wszystkIch stronmctw me- 
podleg
ośclowego ruchu oporu puzak za_ 
wIadomIł jednak Pre/ydenta ze nIe mo 
ze przYjąć zaproponowanego mu stano- 
wIska, gdyż nIe ohce 0PUSCIĆ kraju Na- 
stę(pnym pOsunIęciem prezydenta Racz- 
kIewlcza było wystosowame przez nIe- 
go pro
by do Rady JednoŚCI Narodo 
weJ o wskaLame trzech kandyda'tów 
sposrod których wyznaczy swego na- 
..tępcę. Zgodme z tym zyczenlem, R.a- 
da JednoścI NaTodoweJ wybrała trzech 
kandydatów w osobach Tomasza ArcI- 
szewskiego, Bolesława Blelawsktoego I 
WIncentego WItOsa BielawskI i WI10s 
bądz to nie moglI, bądz tez me chcielI 
udać Się w podróz do Londynu, IOh kan_ 
dydatury były więc tylko fIkCJą dla za- 
dośćuczvnlenla formIe, ktorej ządał pre- 
zydent Raczklewlcz, dalsza wymiana 
korc..pondenojl w tej "prawIe była JUZ 
nlcmozlIwa, Jako ze wszystko to roz- 
grywało SIę w przedcdnIU powstama 
Narszawsklego Przybył WIęc tylko To- 
masz Arclszewski, Jemu tez zarządze- 
mem z 7 s]erpnla 1944 plezydent Racz- 
klcwlcz powIerzył swe naSJtępstwo JaK 
stąd wynIka, prezydent Raczklewicz me 
mógł był oczekiwać przybycIlłuję so- 
bie wyobrazić reakcję Łobodowsklego 
li myślę ze byłaby ona zupełme taka sa- 
ma, jak mOJa reakcja na określenie 
"gudłaJe" w Jego opowladan
u 
Tę zasadę zmiany ról wysuwam tak- 
ze w odniesienIu do zagadnien,i,a asy 
mlnaoJl1 Jest to sprawa zasadnicza I 
wykracza poza przycinkI i uszczypliwo- 

ci. Szereg pIsarzy, publrcyst6w I hi- 
!'łtoryków (m.liln Pohóg..\Ma'inowski w 
swojej "Najnowszcj Ihlstorii polItycznej 
Polsk'I") tłumaczy zjawIsko antysemi- 
tyzmu żydowską "innością". "Żydzi od- 
gradzallI SIę od polskiego otoczema mu 
rem niematenalnym, ale meprzemkmo- 
nym konserwowali pieczołowIcie 
swoje odrębno
ci - w mowIe, zargoq-]ie 
(zniekształcony niemiecki z domleszkó! 
hebrajszczyzny), w wyglądZlc zewnętrz 
nym (nIedorzeczny stróJ. hodowany na 
twarzach zarost, u WIelU 7wisające ze 
skrom długie '(pejsy'), w obyczajach, 
pełnych guseł i zabobonów, w rygory- 
stycznym przestrzeganiu zasad kultu 
rel
gijneg.o Masy te za ojczyznę swo- 
ją uwazały nie Polskę, mimo 700 lat 
zWIązków z nią, lecz tylko Pa'estynę" 
(srtr 807). P.o takiej oceme Żydów, 
przy podkreśleniJu, że ich religia na- 
kazywała uczoiwość tylko w stosun- 
kach między nimi, a
e w stosunku do 
"goi ów" wolno im było oszukilWać i t d. 
- Itrudno się dziwić ze Pob6g-MaJoi- 
nowsk,i usprawiedliwia wybryki ant y- 
zydo\\-"Skie tym że "Żydzi wypIierah Po- 
laków", ze młodZJiez żydowska zajmo- 
wała miejsca młodzieży polskIej na u- 
niwersytetaCh, blokowała jej dostęp do 
warsztatów pracy i t d. To wszystko 
napisane zostało już po drugiej wojq-]ie 
światowej, po ghetoie warszawskim, po 
Oświęcimiu i Treblince. 
Ale zostawmy Pobóg-Ma'inowskiego 
u wróćmy do innych, kt6rzy są obu- 
rzeni, gdy im SIę wytyka antysemickie 
[wglądy A tak
m wła.
nie poglądem 
Jest postulat asymilacji ŻYdów, ich re- 
zygnacJI z "absurdalno
oi stroju, pej- 
sów i t d." Józef Łohodowski 
na marginesie omÓW1ienia książk,i Ninv 
Karsov i Szymona Szechtel a, nawiązll- 
I<)C do wsp6łczesn-ego lantysemityzmu w 
komun'istycznej Polsce, stWlieIidza :76 
, gdyby Polska odzyskała niepodległość 
wszystko rozwinęłoby się inaczej Nie- 
dobitki :l:ydów, przeważnie inteligencji 
wSliąkłyby z czasem w s(połeczeńs
wo i 
antysemityzm stałby się ponurym wspo- 
mnieniem". 
O to właśnie chodzi Likwidacja an 
tvsemitvzmu Dr7ez zlikwidowanie Ży- 
dów, Jako odrębnej grupy narodowej 
Żydzi ..wsiąkliby" i antysemityzm stał- 
by Się ponurym wspomnIeniem 
W żaden S'1)osób n-ie mogę 7rozumieć, 
dlaczego niemiecka polli1yka germani- 
Ziacji ludności polskiej na Pomorzu 
Warmiłi, MazumCh, Śląsku - była z 
punktu widzenia Polski zbrodnJią a po_ 
lityka "polonizacJi" Żydów godna jest, 
czy byłahy. pochwałv? D:aczego wy- 
narard.awlianie sit' Po
ak6w jest nieszczę- 
śOlem narodowym, a wynarad3!wian-ie 
sję ŻY'dów - słuszne i poządane? 
Co powiedzliełiby zwolennicy asymi- 
łacH Żydów, gdvby np w W]elIC'iej Bry- 
tanii prześladowano Polak6w jak
 
mniejszość narodową, odmawiano im 
szeregu praw :i domagano się ich wy- 
narodowienlia, wYrzeczenia się po'sko- 
ści, jako warunku równouprawnienia' 
Wiięc dlaczego wobec :l:yd6w w Polsce 
jest to dOlDuszerelne i stanowiłoby 
Ildealne rozwiązal1ie? 


E 


N 


. 


Hasło asymllacJl w ustaClh me-Zydów 
oznacza nietoleranCJę. W Paryżu mIesz- 
kaJą Murzyni, ArabowJe, Zydzi L. 
Polacy NIkt ntle domaga SIę od nich, 
by wyrzeklI Się swego narodu I relIgu, 
Jako warunku korzystanI3J z wszystkJch 
praw, Jakle przyznaje Im konstytuCJa. 
Ar thul Goldberg mógł być przedstawI- 
cJe:em Stanów Zjednoczonych w ONZ 
II w S.!dny DZIeń me przyszedł do bIU- 
ra, pomewaz poszedł do synagogI. J 
nikt nie miał mu tego za złe, mkt nic 
uw.lzał ze przcz to Jest "obcy". 
A ŁobodowsJo napIsał ..Łatwiej cier 
pleć I znosIĆ krzywdy z rąk 'swoJego' 
nI!Z 'obcego'. I wtedy prawIe zawsze wy_ 
olbrzymia SIę rolę 'obcych' NI.e chodzI 
o to, czy słuszme, czy nlle, po prostu 
zaWSle tak było I tak Jest" Przepraszam 
- właśn'le chodzI o to. czy słusznIe, 
czy me Łooodowsb tWlerdZJI ze tylko 
"Zianotował" to zJawIsko. Ale on je nIe 
tylko zanotował, on przez IlIleodclęcle Silę 
od niego, przez mepotępIcme tego zJa- 
wIska - zaakceptował Je 
ŁobodowskI menawldl.:l komumstów 
rządzących dZIś Polską Ale z.amm 
okreslI stopIeń swoJeJ nienaWIŚcI, spraw- 
dza, J.lklego są pochodzenIa, JakIch 
mleh dZiadków - ochrzczonych czy 
obrzezanych I w zaleznoscl od tego 
ustala sw OJ stosunek do ,.swolch" I 
,.obcych". A przcolez CI "obcy" bylI I 
są całkowIcIe zasymilowani' Włacsme 
w stosunku do klomunlstow zydow- 
skIego pochodzenia spełn'la SIę WI- 
zJa, którą Łobodowskl chcIałby oglą- 
dać w wolnej Polsce wobec wszystkIch 
Zydów. Mmc, Berman, Katz-Suchy, Bo 
rejsza, RomkowskI, RózańskI, FeJgm - 
wszyscy, których Łobodowskil wymienił 
- byh oałkowlcloC zasymdowam Na 
zwać Ich ŻydamI mozna tylko o(plera- 
Jąc S'lę na hitlerowskIch zasadach okre- 
slema przynalcznośOl rasowcJ Bo z po 
chodzen1ha takze Słommskl Jest Żydem 
- Jego dZIadek był rabmem A Manan 
Hemar? \Vj]ęc moze Jcgo takze Łobo- 
dowskl włącza do lIsty ..obcych"? A 
dlaczcgo - w takllm razIe Jest tam Bo- 
feJsza albo Minc? 
NIektórzy antysemIcI woiąż wracając 
do argumentu Irz Polską po wOjnie rZ1- 
dZJI:I Zy"'z
, poml]ają mIlczeniem fakt 
ze w kazdym urzędzie II biurze sied,nał 
sowieckI "doradca", który był pmwdzl- 
wym "boss"em A przeciez RosJanIn 
naprawdę był obcy, podczas gdy Zyd 
- Jeśh pracował w takim biurze - był 
przecicz od tvsląoa lat zWIązany z Pol- 
ską Moz.na Bermanowa i Mincowi wIe- 
le zarzucić, ale nie to ze bylI dla Pol- 
ski obcy. I ich dzklłalno
ć zWIązana by- 
ła - w ioh pTZekonaniu - z 1IIlteresaml 
PoiskiI, choclaz obIektywnIe Jej szkodzi- 

I, tak samo Jak szkodził Jej - przeciez 
nie ,.obcy" - Gomułka Ale sowieccy 
doradcy nawet w Ich własnym przekona- 
nIU ni'!:' dZIałali na rzccz Polsk
, ale na 
rzecz ich kraju li ojczyzny - Związku 
Sowieckiego. 
A ci wszyscy, którzy pomstują na 
,.obcych", czylI polskloh komunistów 
zydowskiego pochodzema, jakoś na ten 
temat dZIwnie mIlczą Nie trudno z te- 
go wyciągnąć wnIosek zc c'hodzi o zu- 
pełme określoną "obcosć". Ale być mo- 
ze ze gdyby wśród sowieckIch dorad- 
ców było w]e'u Żydów - (ohociaz ta.k- 
ze tam, gdy trzeba, uwaza się loh za 
.,obcych") - sprawa wyglądałaby ma- 
czeJ 
W cY'towanym przeze mnie artyku'e 
LobodowskiJego na temat książki Niny 
Karsov i Szymona Szechtera jest takie 
stwierdzenrie "Nie ma co tej sprawy 
owijać w bawełn e i wvpierać się praw- 
dy antysemityzm w Polsce był" Ło- 
boIdowskd ma na myślr Polskę pr7ed- 
wojenll1ą I chyba nie zaprzecza że 1<1kże 
w obecnej Polsce Ludowej an'y- 
semliltyzm jest. A więc - był ł jest Ale 
Co to znaczy - "w Polsce"? Tylko w 
sensie googrnficznym" Krajobraz hv] 
antysemicki, g6ry i. rzekii nie lubiły ŻY- 
dów urządzały pogmmy, lDocią.gały Ży- 
dów za pejsy? Ludzie. C7ęŚĆ społeczen 
stwa, była antysemicka T jest do dnia 
dzisIejszego. 
By to stwierdzJić, me trzeba sięgać do 
poldręcznik6w ihlistorii Nasze pokolenie 
jest naocznym świadkiem tego co w 
przedwojennej Polsce i w obecnej, po 
wojennej - się d1Jiało i d7'ieje Ale gdy 
trzeba siegnąć do histor.n lat odległych, 
Łobodowskiemu wygodniej jest sięgnać 


n 


. 
I 


a 


k 


rę" oraz "Roy" w Nowym Jorku. 
Wobec (powodzema kIermaszu Polski 
Instytut Naukowy w Ameryce postall10- 
wIł powtarzać tę imprezę co roku w 
tych samych datach. 


"DWIE STRONY MEDALU" 
"Washlngton Po<;t" z 29 listopada 
I .,ChllstIan ScIence MOnItor" z 5 grud- 
ma ub r. ogłosIły lIst Stefania Korboń- 
skiego na temat umowy ZJawartej przez 
PRL z NiemcamI Zachodmml. LIst WI- 
ta umowę Jako pierwszy kJ10k ku nor- 
malIzaCjli stosunków pomIędzy dwoma 
sąsledmml krajamI rak wygląda pol- 
sko-memlecka strona meda
u, głosi list 
Druga Jego str.ooo ukazuje obecną po- 
btykę sowIecką, zmIerzającą poprzez 
zawarde se
li pakJlów o meagresji po- 
mIędzy NIemcami Zachodn'lmi a Rosją 
sowieoką i jej satelItamI do europejskiej 
loo'l1Jferencjli bezplecZJCństwa. która by 


KIERMASZ KSL
ŻKI 
W NOWYM JORKI' 
Od dawna narzekano ze ksiązki pol- 
skIe sprzedawały SIę w Nowym Jorku 
zle albo prawlie wcale Na tym tle po- 
mysł Koła Pan przy PolskIm Tnstytu- 
Cle Naukowym w Ameryce, by zorgani- 
zo\\ać kiel1masz kSlązki polskie], nie ro_ 
kował powaznych nadzieI Okazało SIę 
Jednak ze jest inaczej Przez siedzibę 
Po:sklego Tnstytutu Naukowego w No- 
wym Jorku w dn.iach 5 i 6 grudnia 
ub I przesunęło SIę kIlkaset osób, któ- 
re zakupiły kSlązek za przeszło $]600 
Wśród kupujących zwracał uwagę licz- 
ny udział młodziezy. 
PI zowodmczącą Koła Pań, kt6rego 


Książki 


Juliusz Sakowski. Daowne i nowe lata. 
Paryz, Księgarma Polska w Paryżu, 
1970, str. l75 I 1 nI - ZbIór kIlkudzie- 
sIęciu SZkICÓW, ujętych w cykle "Wśród 
kSiążek i przYJaciół", "Ak3!demia Gry- 
dzewskIego", "Raz na tydzIen", "War- 
S7.awa której JUZ nie ma". KSIążkę Sa 
kowsklego omowI w ..Wladomościach" 
Karol Zbyszewski. 
Piotr Borkowski. An Engltsh-Polish 
Dlchonary of TdlOms and Phrases. 
AngIelsko-polskI słowmk idIOmów I 
zwrot6w. DrugIe wydanie Londyn, 
Od
owa Ltd, ]970; str 204 
Władysław Pele. Epifanie. Paryż, 


nadesłane 


EdItions du Dla]ogue, 1870; str. 2l 
] q-] I - PoezJe. 
EUgCniUSL Żytomirski. Ballada czar- 
nomorska Londyn, "Gryf", ]970, str. 
192 J 4nl - Część druga pt. "Uśmlech 
a rchamoła ". 
Jan Biclatowicz. LItemtura na emi- 
gracjI Okładkę projektował Tadeusz 
Terlecki. Londyn, Polska Fundacja Kul- 
turalna, ]970; s
r. 240. - Wydany po- 

miertnie tom prZ'Cdwc:ześme zmarłego 
wybItnego krytyka II eseisty zawiera 
szkIce J recenZje podzIelone na trzy 
grupy: "Próby syntez", "O prozie". "O 
poezJI". 


zatwierdziła pod'b6j przez Sowiety 
Wschodniej i środkowej Europy i do- 
prowadzIła do rozkładu NATO i moraL 
nego rozbrojenia Zachodlllilej Europv 
ZahezPleczywszy sobie w ten sposób 
zaohadni<) flankę - twierdzi KOThoń 
ski - Sowiety mogłybv wówczas po- 
święcić wszysttkie swe siły rozgrywce z 
ChJ1lami. 


GALERIE LAMBERT 
Wy<;tawa okresu 
wi<)tecznego od l] 
grudnia 1970 do 9 stycznia 1971. uka- 
ZUje rzeźby i płaskorzeźb v Mariana 
Kruczka. absolwenta j Drofcsora krakow- 
skieJ Akademl1 Sztuk Pieknych Jego 
faq-]
aoStvczne postacie sa , na granicy 
świata kafkow
kiego i Drymitywu 1udo- 
wego". wedle kontrowersy.neeo okrcl'e- 
nia krytyka Stefana PaDDa Kontrower- 
svjnego, bo u Kafki Jest d71wność, ale 
nie ma wd
ięku. natomiast Kruczek za- 
stanaowia wybujałą fantaz)<) ale co naj- 
mniej w równym stopniu ulmuje wdzie- 
kiem Zhliża się nim do ludowości. ale 
wysublimowanej pr7eSYCOncj intelektua- 
lizmem i poezją. W jego pomysłach 
nrzewaza element zwierzęcy. co jeszcze 
bardzie; przybliza go do ziemi, ta za
 
dla KafkI ma zawsze nawierzchnię bru- 
ku 


WJFCZóR 
JANUSZA RYCHLEWSKIEGO 
6 grudnia ub rodbył sie w Rzymie 
wIeczór autorsk'l Janusza R ychlewskIe- 
go, który recytował fragmenty swej 
sztuki o O MaksvmilianIe Kolbem p t. 
"Plec/ęć krwi". W drugie l części WIC- 
czoru zebrani dyskutowa.h odczytanc 
fragmenty Dyskusję zapocz<)tkował X 
biskup Władysław Rubin PI'zewilduje 
Się ze O Kolhe h"dzle heatyflkowany 
JcsIemą b r. 


Nr 1296, 31st January, 1971 


c 


J 


A Ostatni lalD 


do zapllsów historyków polskuch, co jest 
zresztą rzeczą zupełrue zrozumiałą. Czy 
zawsze bylI om jednak obiektywni, gdy 
chodzIło o ocenę i ewclltuaille potępIe- 
nIe antysemIckIch praktyk w Polsce? 
Trudno mleć do nich pretensje ze sta- 
rali SIę albo ummeJszac albo w ogóle 
przemIlczać te przykre sprawy, ze wo- 
lelI przejść do porządku dZIennego nad 
sprawą antysemItyzmu w Polsce, który 
Jak PISZC ŁobodowskI - ilstmał I 
dlatego me zawadZIłoby sIęgnąć do hI- 
storyków zydowsklch. S/ymon Dubnow, 
MClr Bałabdn, Berson, lcewIn, (autor 
,Judenyerfolgungen m Schwedlsch-Pol 
mschen Knege", Poznań 1906), Schorr, 
GumpIoWlIcz, Gurlanod-Kohen I mm - 
są bardziej wIarygodnymI sWladkaml 
antyscmlcklch praktyk w Polsce, mz 
mcktorzy In nil hIstorycy, którzy mleh 
powody, by Się tych plaktyk wstydZIć 
I chclc,; Je ,pr.lemllczeć czy umnieJszyć. 
Łobodowski pOWOłuje SIę na to ZJe w 
slledcmnasl\'owlcczneJ Po:sce nIe bylo 
poglOmów I rzeZl ŻY'dow, bo rabIm na- 
kazali odpl aWI.Inle modło\\- za kSIęcIa 
Jerem ego WlsmowleckIcgo, który wal 
czył z kozackImi powstańc1ml Chmlel- 
nIcklcgo WIlsnlOwleckl był rzeczywIscle 
owym .,małym WYJątkIem" I mepotrzeb- 
me Łobodowskl lronolzuJe SIedemnasto 
wlcczny zydow,kl krom"arz Natan H.m 
nower wyrazn'le podkresla, ze tylko 
ksll')Zę WI<śnlOwleckl llJle pozw.ll.tł na 
mordowame Zydów. A Dubnow dodaje 
ze po zdobycIU Nlemlrowa WIśnIloWIc- 
ekI nakazał I ozstrzela me wszystkIch 
UCZCSlm ków pogromu pl zecllwko Zydom, 
podcl.ls kJtorcgo wybIto w pl en 6000 
osób - męzczyzn, kobIety, starców I 
dZl':CI z};dowskle "Ale sam Jeden (WI- 
ŚnNJWleckl) nHe był w st