Malarstwo polskie XIX i XX wieku

I )' 


'" 


" 


... 


MALARSTWO POLSKIE 
XIX I XX WIEKU 


- 


Ks. \nw. b\-b\i. 
N .----, 
r. 


lo
>>>
ł 
t 


t
>>>
qUC5 I bf O '&5"!J 
V( 
E L I G J U S Z IN I E W I A D O M S K I 


..-- 


MALARSTWO 
POLSKIE 


XIX I XX WIEKU 
- 



 'łJ bi'o\i. 
Ks. . 
 
Nr. ',,- 


WYDAWNICTWO M. ARCTA 
W WARSZAWIE
>>>
ł 


. 


ODBITO 2700 NUMEROWANYCH EGZEMPLARZY 
W DRUKARNI ZAKŁADÓW WYDAWNICZYCH 
M. ARCT, SP. AKC. W WARSZAWIE 
CZERNIAKOWSKA 225 
192 6 



 

 
I 


1139 


lM/, 


J 



lilJ", 
 

'
!.lm'lI 

..\. 


totrv 


l 


j
>>>
PRZEDMOWA 


Książka ta pisana jest w warunkach trudnych. Historyk sztuki 
polskiej znajduje bardzo mało materjału przygotowawczego, - nad- 
to - szukanie jego jest mozolne i powoduje dużą a jałową stratę cza- 
su, którego już nie miałem zawiele... Dlatego niewszystko jest tak, 
jakbym chciał, aby było. 
Chciałem koniecznie skończyć tę pracę. Zbrakło mi czasu na 
lepsze opracowanie Pęczarskiego, Kwiatkowskiego, Dąbrowskiego, 
Sokołowskiego, Maleckiego, Straszyńskiego, którym należą się po- 
ważniejsze monografje, - przy innych nazwiskach nic nie zdążyłem 
dopisać. 
Tak samo i materiał ilustracyjny możnaby było wyszukać sta- 
ranniej. 
Najważniejszem jest tu zadanie c a łoś c i t. j. układu, - rozgru- 
powania takiego, ażeby obraz naszego malarstwa nie był bezładną, 
poplątaną mozajką dat, nazwisk, życiorysów i opisów. 
To zadanie - jak myślę - jest (przynajmniej z gruba) rozwią- 
zane. Stworzono tu pewne ramy, niby wielkiego poliptyku, i pole 
każdej wypełniono grupą artystów, związanych bądź epoką, bądź 
charakterem twórczości. Każdej takiej grupie starałem się dać pewne 
tło, na którem jaśniej tłumaczy się jej charakter i wzajemny związek 
jej członków. , . 
Nacisk główny położyłem poza tern na szereg wielkich twórców, 
którzy, niby słupy milowe, znaczą linję rozwoju malarstwa polskiego. 


E.N. 


d. 4/1 1923.
>>>
,. 



 



 
f
>>>
CZĘŚĆ I 


PRELUDJA 


1760 -1860 


EPOKA STANISŁAWOWSKA 
I JEJ TRADYCJE 


KRÓLESTWO KONGRESOWE 
OKRES PASKIEWICZOWSKI
>>>
f 


1 


, 
f 
t 


ł : 


l
>>>
EPOKA STANISŁAWOWSKA 


I JEJ TRADYCJE 


CZECHOWICZ. KONICZ TAD. SMUGLEWICZ 
RADWAŃSKI. GRUSZECKI 


" 


BACCIARELLI. MARTEAU 


LAMPI. GRASSI. KRAFFT. PIETSCHMANN 
BECHON 
BELLOTTO. NORBLIN 



 


CHODOWIECKI 
PLERSCH. KUCHARSKI 
KOSIŃSKI. TOPOLSKI 
PESZKA. LESSEUR. ŁĘSKI. J. REJCHAN 
WOJ N I AKOWSKI. VOGEL 


l' 


ORŁOWSKI 
PŁOŃSKI. OLESZKIEWICZ 
RUSTEM 


1- Igj radycje malarstwa w Polsce s. bardzo dawne_ Pomijając 

 epokę romańską i jej iluminatorów klasztornych, późne 
średniowiecze przekazało nam nietylko minjatury, a po- 
trochu i malowidła ścienne, ale także liczme nazwiska 
o wybitnie polskiem brzmieniu, wymienione w księgach cechowych. 
Także obrazy stalugowe kościelne, liczne w XV a zwłaszcza XVI w") 
Dopiero kiedy malarstwo cechowe w związku z ogólnym upadkiem 


l) O tej epoce patrz T. Jaroszyńskiego "Zaranie malarstwa polskiego". 


9
>>>
miast stopniowo przygasa, poczynając od końca XVI w., - powstaje 
wzamian s z t u k a d w o r ska. Królowie polscy, a nawet niekiedy 
magnaci i dygnitarze państwowi, powołują sobie "malarzy nadwor- 
nych", najczęściej sprowadzanych z krajów cudzoziemskich: Włoch. 
Flandrji albo Niemiec. 
Tak na dworze Zygmunta Augusta znajdujemy Włocha "Cora- 
gIa". nadwornym malarzem Batorego jest Marcin Cober. gdańszcza- 
nin. Zygmunt III sprowadza sobie z Wenecji Dolabellę Tomasza, dru- 
gim jego nadwornym malarzem jest Jakób Troszel z Norymbergi i t. d. 
W XVII w. są już liczni malarze Polacy, mnichy albo świeccy jak: 
Franciszek Lexycki, Jerzy Siemiginowski, bracia Lubienieccy i t. d. 


Prócz tych, głośnych w kraju - znajdowali się nadto liczni ma- 
larze bezimienni. mnichy, albo skromni mieszczanie, którzy nie by- 
wali zagranicą, obcych mistrzów nie widz
eli, chyba przypadkiem 
w komnacie wielkopańskiej, na pracach swoich nie podpisywali się. 
Jeździli oni od dworu do dworu. wzywan
 dla malowania portretów, 
często za krowę. za wieprzka, za kilka korcy zboża... Ich to dziełem 
są owe galerje portretów w dawnych domach szlacheckich. A prze- 
cież było tego dziesiątki tysięcy! Dziś jeszcze. po tylu wojnach. ra- 
bunkach, pożarach, niszczeniu przez czas, pleśń, niedbalstwo i t. p. 
pozostało tysiące zabytków jako tako zachowanych. Dalekie od po- 
ziomu Rembrandtów i Velasquezów, niemniej są one bardzo godne 
uwagi i nietylko ze względów archeologicznych, jako przyczynki do 
historji ubiorów i obyczajów. W tych twardych, nieumiejętnie malo- 
wanych "konterfektach", nierzadko spotykamy uderzającą szcz.erość 
malarską, naiwną ścisłość prymitywów, energję w poszukiwaniu cha- 
rakteru twarzy, której daremnie szukać u znakomitych ich kolegów 
"nadwornych" ... 


W takim stanie rzeczy zastał Polskę wiek XVIII - epoka roz- 
kładu, szczepionego przez rządy Sasów. Jak poprzednie, nie zdra- 
dzał on specjalnego zamiłowania do malarstwa. Malarstwo obsługi- 
wało tylko próżność ludzką. Więc magnaci podczas podróży zagra- 
nicę kazali się tam malować słynnym mistrzom, - a królowie spro- 
wadzali sobie "nadwornych" malarzy. Takimi za obu Sasów są Lud- 
wik Silvestre i Jan Samuel Mock. 
Instytucją, która u nas jak i gdzie indziej stale potrzebowała 
malarstwa, był kościół. Ale piękne czasy malarstwa kościelnego daw- 
no minęły. We Włoszech żyje garść epigonów, karmiących się spu- 
ścizną dawnych epok i przerabiających ją na ckliwy, manieryczny 


1 


10 


L 


-
>>>
.ł... 


. 


..... 
.. 


'. 


ł, .. 


. 
'"', 


,
 


\ ' 


:. 


J: - 


=4, 


Ii 


t' 



 
. '"; 


r 


;
 


.; 


" 


FRANCISZEK SMUGLEWICZ 


PORTRET PANI GRONOWSKlEJ 


styl XVIII w. Kościół katolicki, którego sercem były Włochy i Rzym, 
domagał się od sztuki, aby była możliwie zbliżona do włoskiej. Tam 
bowiem powstawały klasyczne niejako typy malowideł kościelnych. 
O ile więc nie sprowadzał bądź malarzy, bądź obrazów z Włoch bez- 
pośrednio, to zmuszał artystów do zupełnej rezygnacji z wszelkich 
odruchów samodzielności. 
Nieuniknionem następstwem tego musiało być doszczętne wyna- 
rodowienie tych Polaków, którzy oddali się malarstwu kościelnemu. 
Klasycznym przykładem jest CZECHOWICZ SZYMON (1689-1775). Po- 


11 


,
>>>
) 


"'. 



 . 


"" 


'I' 


"-- 

,- 
... 
 


1° 


\. 


--... 


MARCEL LO BACCIARELLI 
PLAFON 


słany do Rzymu, spędził tam około 40 lat, malując obrazy do kościo- 
łów włoskich i polskich w duchu epigonów zdegenerowanego Odro- 
dzenia, pod wpływem ckliwego malarza rzymskiego, Carla Maratty, 
który był jego nauczycielem. Artysta ten bez śladu siły i indywidual- 
ności, oczywiście nic nowego i własnego do sztuki wprowadzić nie 
mógł. 
Podobne były dzieje TADEUSZA KONICZA (1700-1780), kuchcika 
Andrzeja Załuskiego, posłanego przez tegoż do Rzymu na naukę. Ko- 
nicz nawet w Rzymie nosił konfederatkę, ale suche i zimne jego ma- 


12 


l 


-
>>>
- ....: 


,\" 
,. 


..ł...,\- 


- 


... 


"" 


I' 


. 


,... 


....' 


, . 


o 


'.. 


--.' 


l. '. 
, 


, , 
. 


,
.' 


MARCELLO BACCIARELLI 


PORTRET DAMY 


lowidła nie wyszły poza bierne naśladownictwa wzorów włoskich. 
Konicz spędził w Rzymie całą prawie resztę życia. 
Następne pokolenie wydało głośnego w swoim czasie malarza 
FRANCISZKA SMUGLEWICZA (1745-1807), jednego z czterech braci 
malarzy I Krewny i uczeń Czechowicza, jako młody, 18-letni chłopiec 
wyjechał do Rzymu i przebył tam 22 najpiękniejszych lat życia. Kie- 
dy wrócił, był już zatruty nieuleczalnie. W sztuce jego wątłej i zimnej 
jest mniej ckliwości, za to duża domieszka klasycyzmu, który mu 
zaszczepił mistrz uwielbiany Mengs, gwiazda Rzymu w czasach, kiedy 
Smuglewicz tam przebywał. Obok niepoliczonych obrazów religij- 
nych, rozsypanych w kościołach całej Polski, pracowity malarz wy- 
wołał z grobu liczny zastęp Brutusów, Higenij, Judyt, Lukrecyj, Hanni- 
balów, Cyceronów i innych bohaterów starożytnych, banalnych, kom- 
ponowanych według recept tryumfującego klasycyzmu, malowanych 


13 


- 


j
>>>
J. CH. LAMPI 


bez temperamentu, w kala- 
rycie mdłych, w rysunku le- 
dwO' paprawnych. 
Smuglewicz nie był ta- 
lentem twórczym i aryginal- 
nym, niemniej cieszył się 0'- 
gram nem powodzeniem, a 
także i paparciem króla Sta- 
nisława. Pa detranizacji te- 
gaż przeniósł się z Warsza- 
wy do Wilna, gdzie został 
prafesarem na wydziale ma- 
larskim świeżo adradzonego 
Uniwersytetu. Tu spędził 
astatnie dziesięć ht życia na 
malawaniu abrazów i szcze- 
pieniu swym pupilam mą- 
drości przywiezianej z Rzymu. 
Razumie się, ze szkały jegO' 
nie wyszedł ani jeden gadny 
uwagi uczeń. 
W XVIII w. pracowali jeszcze inni, starsi od Smuglewicza, mała 
znani malarze kaścielni, między nimi R a d w a ń s k i A n d r z e j 
(1712-1762) i Gruszecki Antani (1725-1793). 


) 



 



 


,. 



. 


PORTRET SaLTYKA 


W drugiej poławie stulecia wybitną rolę pełni m a l a r s t w a 
d w o r s k i e. Z chwilą wstąpienia na tran Stanisława Augusta za- 
czyna się w Warszawie ruch artystyczny, jakiegO' tu nigdy nie była. 
Paniatawski niewątpliwie mała miał danych na wodza narodu w chwi- 
lach niebezpieczeństwa i grazy, - niemniej był człowiekiem a wybit- 
nej kulturze i niezwykłem - bardzO' szczerem - zamiłowaniu da 
sztuki. Ten Medyceusz palski miał smak wytworny, był bardzo pięk- 
ny i bardzO' próżny. Kazał przerabiać zamek królewski, brał czynny 
i bezpaśredni udział w budawie Łazienek i gatów był zawsze pazo- 
wać malarzom, albo kazać im malować swoje fawaryty i kachanki. 
Wykształcanemu na wielkich dziełach zachodnia-eurapejskiega 
malarstwa nie magli wystarczyć nie tylko bezimienni malarze krajo- 
wi, ale nawet Sylvester de Mirys, stary malarz, któregO' adziedziczył 
pa Auguście III. Zapragnął mieć dokoła siebie malarzy modnych, wy- 
kwintnych - bardziej nowaczesnych. 


14
>>>
, , 


- 

 


, 
l 
. . "". 



 " 


-.... - 


t 


JÓZEF GRASS) 
KS. KRYSTYNA LlCHNOWSKA 


I w społeczeństwie - po okresie anarchji i letar
u epoki Sa- 
sów - budzić się zaczynają potrzeby umysłowe i świadomość swego 
zaniedbania. Wyższe sfery stołeczne okazują duże zainteresowanie 
się Europą i tern życiem przedrewolucyjnem, które ją elektryzowało. 
Prądy umysłowe Zachodu, jego mody, ideje i upodobania chwili prze- 
nikają do Warszawy, a przez nią - do całego kraju... 
W związku z tern zaczyna się istny najazd artystów cudzo- 
ziemców. 
Piękny król natychmiast po wstąpieniu na tron wezwał do War- 
szawy poprzednio już sobie znanego malarza-Włocha, od kilkunastu 
lat zamieszkałego w Dreznie, MARCELLO BACCIARELLI (1731-1818). 
Bacciarelli chętnie pośpieszył na wezwanie elekta. W 1765 już jest 
w Warszawie, w trzy lata później otrzymuje indygenat, stanowisko 
dyrektora budowli królewskich, przedtem jeszcze - pracownię 


15
>>>
w zamku, do której rychło zaczęła się zgłaszać młodzież po naukę 
miłego i popłatnego kunsztu. 
W ciągu swego 53 letniego pobytu w Warszawie Bacciarelli wy- 
konał ogrO'mną ilość portretów króla, rodziny królewskiej, pięknych 
dam z jego otoczenia, dygnitarzy warszawskich. działaczy Sejmu 
Czteroletniego i t. d. Oczywiście pO'rtretów tych nie można równać 
z dziełami wielkich angielskich malarzy tej epoki..-: Reinolds'a, 
GainsborO'ugh, czy choćby Romney'a, niemniej stoją one na poziomie 
europejskim i mimo cały właściwy epoce manieryzm są bardzo wy- 
kwintne w rysunku, barwne, pięknie, miękko kończone. zręcznie 
komponowane. Bacciarelli miał dużą łatwość kompozycyjną, która 
daje się odczuć zwłaszcza w jego pracach dekoracyjnych. 
Najważniejsze były wykonane dla zamku królewskiego. Wśród 
nich wyróżnia się plafon w sali audjencjonalnej, jasny. lekki i barwny. 
W Łazienkach znajdują się na ścianach sceny z życia Salomona, 
z "portretami" uroczych dam z otoczenia króla, jak p. Grabowskiej, 
p. Sobolewskiej, ks. de Nassau, a wreszcie baktnic i aktorek. Do 
najpiękniejszych malowideł ściennych należą znajdujące się obecnie 
w salach ratusza warszawskiego, przeniesione tam z dawnegO' pała- 
cu prymasowskiego. Są to plafony. komponowane na koło lub owal, 
zwłaszcza mniejszy - prześliczne. Na te urocze cacka kompozycji 
składają się obłoki. szmaty nieba błękitnego, nagie nimfy, girlandy, 
amorki, draperje i t. p. zręcznie wiązane w barwne p o t P o u r r i. 
Stylowi ternu dał wzór i podstawy Tiepolo, ale u Bacciarelli jest on 
okraszony pikantnym wdziękiem i lekkością Boucher, którego dzieła 
niewątpliwie były znane włoskiemu mistrzowi. 
Drugim wybitnym artystą. nadwornym malarzem królewskim był 
LUDWIK MARTEAU (1720 - 1805). Mieszkał w Polsce już za czasów 
Augusta III-go. Świetny pastelista, - w setkach dzieł, tą nową tech- 
niką wykonanych - lekkich, miękkich i barwnych, pozostawił ga- 
lerję piękności warszawskich. dziś rozsypaną i poukrywaną w pała- 
cach prywatnych posiada.czy. 
Obaj ci cudzoziemcy, podobnie jak i słynny minjaturzysta 
KAROL BECHON (1732 - 1812 1 ). puścili w Polsce korzenie, naturali- 
zowali się i zostali w ciągu całej reszty życia, bez względu na upa- 
dek państwa. 
Ale w okresie Sejmu Czteroletniego. a nawet parę lat przedtem, 
zaczynają zjeżdżać do nas na "gościnne występy", na krótki kilkolet- 


I) Zamieszkały w Polsce już za Augusta III, którego utrwalił w miniaturze, 
równie jak i jego rodzinę. 


16
>>>
ni pobyt, inni cud70ziemcy, portreciści - obieżyświaty, bawiący dziś 
w Wiedniu, jutro";' Dreznie, pojutrze w Warszawie, za miesiąc w Pe- 
tersburgu i t. d. Świadczą oni przedewszystkiem o niesłychanym po- 
pycie na portret - wśród karnawału warszawskiego, poprzedzają- 
cego upadek kraju. Głębszych wpływów na losy malarstwa polskie- 
go nie wywarli, jednakże zostawili pewną ilość wybitnych prac i pod- 
nosili poziom wymagań artystycznych. 
Do tej grupy należy TAUBERT GUSTAW, Niemiec z Berlina, któ- 
ry tu najwcześniej przyfrunął (około 1785 r.), pastelista i minjaturzy- 
sta, - dalej - ADAM KRAFFT - "Szwed", autor portretów olejnych, 
dość suchych w stylu i technice. Dalej Lampi, Grassi, Pietschmann 
i inni mniej godni uwagi. 
JAN CHRZCICIEL LAMPI (1751-1830) - Włoch, od wczesnej mło- 
dości zamieszkały w Wiedniu, zjawił się w Warszawie 1787 r. Miał 
pewne oko, miłą, miękką, zarazem bardzo dokładną manierę malo- 
wania, umiał konczyć z bezprzykładną cierpliwością koronki, perły, 
medaljony, ordery i t. p. na piersiach, szyjach i rękach osób portre- 
towanych. Z prac jego warszawskich' wyróżnia się portret biskupa 
Sołtyka o prześlicznych, wypieszczonych, kobiecych rękach. Sołtyk 
w czarnej aksamitnej szacie z niebieską wstęgą orderową, siedzi na 
fotelu z piórem w dłoni. Dobrze utrzymana w charakterze głowa mo- 
deluje się jasno na tle ciepłej, błękitnawo-szarej zasłony. Lampi ma- 
lował także króla, ks. Józefa, Kościuszkę, Stanisława Szczęsnego Po- 
tockiego w pancerzu, który mało pasuje do tej pięknej, ale zniewie- 
ściałej twarzy, - i wiele innych znakomitości. Po czterech latach wy- 
jechał do Petersburga po dalsze sukcesy na dworze Katarzyny. 
JÓZEF GRASSI (1757-1838) jako trzydziestoparoletni młody ar- 
tysta zjechał do Warszawy i, mimo burzliwy nastrój epoki Sejmu Wiel- 
kiego, zdobył sobie wstępnym bojem warszawski h i g h -l i f e i zrobił 
taką konkurencję Lampiemu, że ten wyjechał zaraz w następnym roku. 
Grassi jest dość nierówny w swych pracach, naogół jednak mniej 
w nim drobiazgowości kończenia niż u Lampiego - jest w technice 
swobodniejszy i szerszy, w układzie ma więcej smaku, pomysłowo- 
ści i wytworności - a w kolorze w najlepszych swych pracach umie 
być czarującym. Niewiadomo, czy był on w Anglji,-zdają się jednak 
przemawiać za tern pewne reminiscencje z dzieł Gainsborough: np. 
jeden z portretów ks. Józefa, wspartego na białym koniu, jest dość 
wiernem powtórzeniem dzieła tego angielskiego malarza.') 


') Portret pułkownika S. Leger. Jedna ze słabszych prac Gainsborough. 


Maiaroiwo pol.kie-2 


17 


-
>>>
'i" 


;.; , 


, , 


JÓZEF PIETSCHMANN 


STANISŁAW AUGUST PONIATOWSKI 


Grassi malował portrety ks. Józefa, Kościuszki (4-okrotnie), Ma- 
łachowskich, Chreptowicza i całą niemal arystokrację polską. Psy- 
chologicznym nigdy nie jest. bo epoka wykluczała te zadania, - nie- 
kiedy tworzy rzeczy bardzo płytkie i manieryczne, - ale lepsze pra- 
ce znamionują wybitnie zdolnego i pełnego smaku artystę. Ten ma- 
larz cudzoziemiec nie uciekał przed burzą. W czasie oblężenia War- 
szawy przez Prusaków 1794 r. był podoficerem gwardji miejskiej. Na- 
wet po ostatecznej katastrofie przez parę lat jeszcze Polski nie opu- 


18
>>>
I 


szcza. Wyjechał przed 1800 r. do Drezna, gdzie został profesorem 
akademji ----: i całą prawie resztę życia tam spędził. 
Z tej grupy przelotnych ptaków cudzoziemców zadomowił się 
u nas jeden tylko JÓZEF PIETSCHMANN (1758-1834). Niemiec, uro- 
dzony w Tryjeście, a kształcony w Wiedniu, zasłyszawszy o polskiem 
Eldorado, przywędrował tu, mając lat 30 i zaczął swą niesłychanie 
pracowitą a popłatną karjerę. W ciągu kilku lat spędzonych w War- 
szawie wykonał około 60 portretów, wśród nich aż 4 królewskie!... 
Bezgranicznie próżny Stanisław August umiał zawsze znaleźć czas, 
gdy chodziło o pozowanie malarzowi. 
Kiedy sprawy warszawskie wzięły najgorszy ohrót, sprytny 
a przezorny Pietschmann przenosi się do Lwowa (1794 r.) i tam po- 
zostaje w ciągu lat dwunastu, malując wytrwale portrety wszystkich 
sfer społeczeństwa zaboru austrjackiego: magnaterję, urzędników, du- 
chowieństwo, wojskowych etc. Nawet Franciszka II w całej postaci. 
Razem 280 płócien! Wreszcie 1806 r. Tadeusz hr. Czacki powołał go 
na profesora rysunku w liceum krzemienieckiem. I tu już Pietsch- 
mann spędził resztę życia. jak zawsze zawalony pracą - nietylko 
nauczycielską ale i zamówieniami. Ptaki przelotne opuściły już wów- 
czas nieszczęsną krainę, Bacciarelli postarzał się bardzo, więc 
Pietschmann bezkonkurencyjnie malował swe portrety. Wśród nich 
kilka - Czackiego, a także kilka cesarza Aleksandra, zapewne już 
po kongresie. Portrety tego malarza są bardzo poprawne w rysunku, 
ale nie mają ani wdzięku kompozycji Grassiego, ani jego lekkości 
pędzla, ani wytworności kolorytu. Są to sumienne, pedantycme robo- 
ty, dobrze rysowane, miękko modelowane, niezbyt śmiałe w kolorze. 
Takim jest piękny pastel Stanisława Augusta w warszawskiem Mu- 
zeum Narodowem. Wśród setek prac Pietschmanna jest jednak wiele 
bardzo manierycznych, powierzchownych i tanich. 
Cała ta grupa malarzy wniosła do Polski sztukę zachodnią - 
ściślej mówiąc - kosmopolityczną. w której krzyżują się pierwiast- 
ki włoskie i francuskie z domieszką smaku wiedeńskiego. Z wyjąt- 
kiem Bacciarellego byli to specjaliści portretowi. dotyle ciaśni, że 
wszystko, co wychodziło poza zakres twarzy, rąk, munduru, sukni- 
ostatecznie całej postaci ludzkiej. jest im mało dostępnej namalowa- 
nie konia, psa już przekracza ich wiedzę. Biały koń na portrecie ks. 
Józefa, pędzla Grassiego. jest narysowany z dziecinnem niezrozumie- 
niem kształtu. 


Wśród tej gromady znalazło się dwóch malarzy, których rola 
jest nieco odmienna: Canaletto i Norblin. 


19 



 


II 


II 


II
>>>
, 
. 


, I 


I, J 


," 


I .1'-
 


Ił 


.1 : j , 

 ! 
I 


,'" 


\. 


,iI 
- i'
mt.ł !, . 

. ., nI 


----r-- 
r',- ' 


[ ". 


" 


.,l 


'. ,:' 


" - "I 


.:..--- -/"- 


.. 


,,' 


BERNARDOBELLOTTO 


KLASZTOR BRYGIDEK 


BERNARDO BELLOTTO (1720-1780), przezywany często Canaletto, 
był siostrzeńcem malarza weneckiego, Antonio Canale który jest 
właściwym Canaletto. Wyrobiony w szkole wuja, Bellotto, podobnie 
jak wielu ówczesnych artystów włoskich, porzuca ojczyznę, aby szu- 
kać fortuny u barbarzyńców północy. Zwiedził Anglję, zapewne Fran- 
cję, Niemcy, aż około 1747 r. zatrzymał się na dłużej w Dreznie, gdzie 
wkrótce zosŁał ulubieńcem Briihla i nadwornym malarzem Augu- 
sta III. Pozostawał tu aż do oblężenia Drezna przez Fryderyka Wiel- 
kiego 1756 r. Wówczas pojechał do Wiednia na parę lat, a wreszcie 
do Warszawy. Z umierającym królem wraca jeszcze do Drezna, ale po 
śmierci tegoż jako tako likwiduje swe interesy i 1768 już na stałe do 
Warszawy zjeżdża. Tu przebył ostatnie 12 lat pracowitego żywota. 
Bellotto był malarzem widoków miejskich. Malował kościoły, 
pałace, perspektywy ulic z drzewami, murkami i t. d. Wśród tego pę- 
dzą wspaniałe karoce, białe ze złotem, albo żółte, czerwone, nie- 
bieskie - prześliczne w tonie - zawsze ze złotem. Przed karetami 
biegną laufry biało przybrani. Na ulicy tłum ludzi: szlachty, mieszczan, 
żebraków, chłopów, .2ydów i t. p. rozmawiają, kupują, sprzedają - 
biorą udział w uroczystościach, - żołnierze na warcie prezentują 
broń. Słowem wśród architektonicznego otoczenia wre tu życie ulicy. 


f 
. 


20 


ł
>>>
Bellotto wykonał ogromną ilość tak pojętych widoków Drezna, 
Wiednia i Warszawy. Z ostatnich - 22 zdobiło niegdyś Zamek, ale 
w 1832 r. wywieziono je do Petersburga, skąd wróciły dopiero 1922 r. 
wskutek układu ryskiego. 
Obrazy jego nie stoją na poziomie Canaletto. Architektura zaj- 
muje tu pierwsze miejsce, kończona starannie, a nawet sucho, mimo 
że Bellotto wprowadza zawsze prawie motyw światła słonecznego. 
Bierze je wszelako nie wprost z natury, a k o m p o n u j e w p r a- 
c o w n i, na podstawie rysunków z natury - suchych i dotyczących 
tylko kształtu. Dlatego oświetlenie to bywa często fantastyczne, np. 
na ulicy Miodowej widzimy światło słoneczne, padające od strony 
pół n o c n e j!... Ta sama ulica jest dosyć dowolnie komponowana 
i pozbawiona kilku domów - względnie murków - nazbyt krótka, 
z pałacem Rzeczypospolitej zbyt blisko i t. d. Dlatego niezawsze można 
polegać na tych obrazach, jako na niezbitych dokumentach histo- 
rycznych. 
Figury w obrazach Bellotto maluje sam - jak myślę - tylko 
wyjątkowo, np. swój autoportret na jednym z obrazów warszawskich. 
Pospolicie jednak zdradzają one pędzel tak odmienny, a niekiedy 
i słaby rysunek, że rodzą przypuszczenie, iż mistrz posługiwał się 
pomocnikami, którzy mu tę dodatkową a żmudną pracę (po kilka- 
dziesiąt figur na jednym obrazie) wykonywali, zapewne według szki- 
ców i wskazówek samego Bell otto. 
Bellotto stał się. ojcem duchowym Zaleskiego i całej z nim spo- 
krewnionej grupy malarzy miast. . 

 
Ze wszystkich tych cudzoziemców najsilniej na losach sztuki pol- 
skiej zaważył cichy i skromny, unikający Dworu artysta, którego 
przywiózł d,o Polski ks. Adam Czartoryski w charakterze trochę nau- 
czyciela domowego, a trochę nadwornego malarza własnego - 
PIOTR NORBLIN DE LA GOURDAINE (1745-1830). 
Syn mieszczanina francuskiego, wychowaniec Franciszka Casa- 
novy, weneckiego malarza batalisty, osiadłego w Paryżu, Norblin był 
artystą zdolnym i wykwintnym, ale bynajmniej nie samodzielnym 
i twórczym. Indywidualność słaba, - sztuka jego nosi piętno mistrza 
Casanovy - zwłaszcza w rysunku koni i kompozycji bitew, - a je- 
szcze silniejsze - wielkiego Watteau, którego dzieła musiały ocza- 
rować jeszcze w Paryżu wrażliwą naturę młodego Norblina. 
Po przyjeździe do Polski zamieszkuje Norblin u Czartoryskich, 
bądź w ich "pałacu błękitnym" 1), bądź na Powązkach - podmiej- 


I, Na placu Bankowym. Dziś-przerobiony-jest własnością Zamoyskich. 


21 


II
>>>
:[ 
'1 
'} 
- i '. 
f
' 
1- 
.
 
'r 
l 


j. 


,'!I." 


", 

 . 


... 


i. 


ł 
ł 
,. 


pIOTR NORBLIN 


KONCERT W PARKU 


,
>>>
ot. , " 


"''!t. ....i" 


., 
._
 ' 
 


,,' 


;..,. , 


.. 


"._L 


',( 


-, r
 
 


..) 


''', 


. -.:,- 


-. 



I .
. 


....:1. . 


PIOTR NORBLIN 


WSKRZESZENIE ŁAZARZA 


skiej rezydencji księstwa, zbudowanej wśród pięknego, świeżo zało- 
żonego parku. Do tego to okresu należą liczne, przeważnie niewiel- 
kie obrazy Norblina namalowane tak, że mógłby się pod niemi pod- 
pisać sam Watteau. Są to "Śniadania w parku", "menuety w parku", 
"towarzystwa", "zabawy", "koncerty" i t. d. zawsze w parku, na tle 
grup drzew wysokich - z licznemi drobnemi postaciami u dołu. Ro- 
dzaj kompozycji, proporcje i stylizacja figur, lekkość, wdzięk, piękny 
koloryt, rodzaj malowania, wszystko to łudząco przypomina dzieła 
wielkie
o francuskiego mistrza. 


23 


-
>>>
\' \
 
(t;' 1 .' 
__ .. fI,ł.:.
, I . 
" \ , 
.. \t \",\ . o'. '; 
ł " 
 ,.
 '

';1' 

' II

 
. I"" -4 -. 
., 
':\ .14 I'" . 
,-- "
O '.1:\'...0.... ... 
..
..'1 .(.ot....... ,__., 
, ( 
. .l ,.
 ..,. .;.,: 
--- .t.! .... .
 . 

,
-.;.
 . 7"'-' ....... 
. 
.,....... .:'.'
 ;'--j:.II, 9 .. . .,' . . 
\-.'
. 


. ) 


'I;. 


, " 


\f!j ItI .(. 
 
" . ".' 
o" 


.. 


," ' 
.' 
;,,- 


.....
 


( 


/ 


r-- 
i 
, 
"i; 

 


j 


. .
 
..... 
.4'
 


 -
 .. 

 ,'..; 
...- ...._
".....r r- 
£.:: o 
- -.-...., 
...... . ." :.-w.. 

 L-._.
' 
. - ".I
- _o. 
......-. a... 
. 
I -c;.&.....o '_

" _ 
""ł-."'"
...-..."
. 
 
l 


-:'. 


PIOTR NORBLIN 


l 


.1 


. ł- 


" 


] 


... 


.., 


" 


..; 


.i l ,,' 


" 


00 ",,' 
I " ..
; 
\ ' ,'
 
'f 
'...'-1;) 


, 
 


, 


o'. 


ł 
(t,J' 


.;.1 


:'ffJ \ , 
"''11' . 


.ł 


., 



' 
.
 .\' 
f , 


, 
,'. 
'I
' i 
,I l' 


, '11 
''f': 


',' ,IJ. 



'!I 
.I! 


\ (' :(f 
] " 

 ". I 
I. .' 
...., 


, "Jr, 
1 -,,' 
r....' 
.._
 r 
..' ,
. 
,. .'L'. 


" 


\:, \'
ł' 
.ł 


. ), ", i 
. .. ..... J 
.. - l o.
( . 
....
 a. 
..1 
, 


..':'." .l/f- 
 ,'. 
" 


....-. 


..... 


......,;:....
....

. 

; - ..:...&-:.
...:! _ r"' i 
..
-...,.. _ 


li.... 


,...." J 


TRĘBACZ
>>>
" 


r 
tf. 
. ( 
., .,V",_.. 


)o 


.
 


" 



" 


".r: _.. ,,"fi 
:" ... 
. ;.
 ':.'. J " 


I " 
li' 


t 


." 
... .... 
 
-'?".. ..ł,,;, 
- , 


'. . 



- 
---.' 


} 
. . 1 


. .JI.... '.' 
-;:., "''l .q, .- 
, ... ,'!' ".'. :{ł.; '" . :.... 
ł't'*'. 
.. .I 
.......- \ . 
.. 
,c 


-:
 


'. 


...... '\,..... 


.
. 1- 


PIOTR NORBLIN 


KRAJOBRAZ POLSKI 


Kilka tych malowideł, zdobiących niegdyś ściany pałacyku na 
Powązkach, ') dziś znajduje się w Muzeum Czartoryskich w Krako- 
wie. Wśród nich szczególniej piękną kompozycją wyróżnia się .,Kon- 
cert w parku". 
Watteau nie był jedynem słońcem Norblina. Jeszcze w Paryżu 
poznał on dzieła Rembrandta - olejne i akwaforty. Ten znów ocza- 
rował go poezją światła. Za przykładem Rembrandta zwraca się Nor- 
blin do niemodnego w XVIII wieku świata Biblji. W licznych gwa- 
szach i akwafortach stylizuje go zupełnie jak Rembrandt, a zwłaszcza 
upaja się efektami światła skupionego. We "Wskrzeszeniu Łazarza" 
na ciemnem tle bogatej architektury i zatopionych w mroku figur wid- 
mowo wyłania się oblana światłem postać Chrystusa, od której pada 
na mur sylweta cieniu. Podobny efekt światła rozpraszającego mrok 
widzimy w pięknej kompozycji "Złożenie do grobu" i zresztą- 
w mnóstwie innych. Ale od samego początku pobytu w Polsce zja- 
wia się i potęguje stopniowo trzeci wpływ - ż y c i a . . . 
Polska ówczesna, piękny kresowy kraj Europy, o ciekawej ory- 
ginalnej kulturze. musiała uderzyć wyobraźnię wrażliwego artysty 
zewnętrzną odrębnością. Norblin zobaczył tu świat nowy - malow- 
niczy, barwny i pełen charakteru: niebywałe ubiory, obyczaje. typy. 
budowle, galerja szlachty. Żydów, chłopów, hajduków, kozaków. prze- 
kupniów. Porwał go burzliwy temperament i warchoł życia polskie- 
go - zabawy. sejmiki, nabożeństwa. bitki, targi. tańce i t. d. 
Dzieło Norblina zaroiło się ludem polskim i ożyło jego życiem. 
Zwłaszcza w późniejszych czasach, kiedy Czartoryscy przenieśli się 


. 
l) Spalonego i zniszczonego podczas oblę:tenia Warszawy 1794 r. 


25
>>>
do świeżo odbudowanych po wojnie P u ł a w i tam stworzyli wybitne 
ognisko życia kulturalnego, gdzie Norblin odwiedzał ich często i na 
długo. Te jego prace obyczajowe są bardzo liczne. Bądź to złożone 
sceny w kościele, w karczmie, na sejmiku, jarmarku i t. d., bądź też 
niepoliczone typy pojedyńcze, rysowane piórem, ołówkiem, malowane 
gwaszem lub akwarellą. 
Malarz francuski oddał w nich-jak umiał-całą Polskę ówcze- 
sną. Nie są to-rzecz jasna-dzieła naturalisty, bo Norblin nim nie był, 
postacie jego nie są tak żywe i realne jak np.-Chodowieckiego, jest 
w nich zbyt wiele wykwintu francuskiego, wszelkie wybujałości są 
złagodzone, charakter form przytępiony. Niemniej to, co poz,ostało, 
jeszcze ma dużą wartość dokumentów życia. Ze wszystkich cu- 
dzoziemców, bawiących w Polsce ówczesnej, on jeden zwrócił na 
to nasze życie uwagę i oddał mu swoją sztukę. Pokazał młodzie- 
ży artystycznej, że to życie jest ciekawe i godne pędzla nie mniej 
niż portret albo obraz kościelny czy mitologiczny. Sam on portretów 
nie malował (chyba swoje własne), do prac dekoracyjnych także się 
nie rwał l) - natomiast stworzył w Polsce rodzaj dotąd tu nie zna- 
ny - malarstwo obyczajowe. 
Norblin nietylko dał przykład, ale bezpośrednio kształcił uczniów. 
· Z jego pracowni wyszedł O r ł o w s k i, P ł o ń s k i, R u s t e m, do 
sfery jego wpływów należy S o koł o w s kiJ a k ó b, - nawet 
P i war s k i w najlepszej części swych prac idzie za natchnieniami 
Norblina. Wszystko prawie, co w pokoleniu następnem jest rdzennie 
polskiego w naszem malarstwie - związane z jego imieniem. 
Stosunki Norblina z królem były nikłe i przelotne. Tytuł "na- 
dwornego" nie pociągnął za sobą poważniejszych następstw. Mimo to 
czuł się on związany z Polską, był żonaty z Polką - i dopiero 1804 r. 
zatęsknił do Francji i wyjechał już bezpowrotnie. Jednakże jeszcze 
we Francji pracuje na podstawie studjów wywiezionych z Polski i za- 
poznaje swą Ojczyznę z dziwami egzotycznego kraju. Tam to wydał 
"Zbiór polskich ubiorów", reprodukowany przez Debuncourt'a. 


Równolegle do tej grupy cudzoziemców żyją i pracują w Polsce 
liczni malarze Polacy. Liczni, ale mniej w y b i t n i. Albowiem zaczy- 
na się już pierwszy akt dramatu sztuki polskiej: najświetniejsi artyści 
nie mają w kraju nic do roboty i emigrują. Tak emigrowały najwięk- 


l) Jedyna pra,a tego rodzaju to plafon "Jutrzenka" w Arkadji - pod Nie- 
borowem. 


26 


l
>>>
. r.t 
,: .... 
..
".,,:, 


. .:I. 


' 
 '" ' 1 ' ", ,-. .' 
.h I ' , ' 
, -'_,.....:.. .' c 
-. I. . 
,
'. -
,.. ... 
 ,'........
:--. ", 
'
 ,-- ....... 

 F" '. " , ,£ r ': . łJ
' "', 
I. :. . .. ,
 ""-____-- 
:,. r, ,. ,i"";' , 
'I t 
 ...... I r.. 
. 
'-', " , ! ....  
. i .::3!!_ 


'/ 


, 
:-' " I'
' 
k,
:; j' -': 
 ..' 
,.,'.,; , ./ 
''I - lo .. 
"'.. .;.- 
 


: . 1 .' .
. "  . 
.:-- """ " I \,. J \ '\.:. 
r " ,.. . '. · 
,,:.
.,:
..,
 
 
:
:.
, .łł-,;'
 ,.. 

 ; 
 
";o '."ii.:, ł
. ,
- ., 
i.
 .,...."'
. \..... 
.
 ł , 
"..,.
:\:,1
.

. . 
-. \ -- ')-- ' 
 
.i 
. , \\ . t . 
 . 
 , ,-- 
., 
.....,
 
.
L. ........., 
,
f
. '" 


.
 "ł' 
.. 


__........."w 
-.............! op 
1 : 
. ' ... . 
4i ". 
... 'J! 
.--"" 
. 
, 
 A. 
" 
'-ol 
"l" 

l1-. 
t,... 
f 
 

. 
.. " 


, 
t. .' 



 
,.. '=- 
.
 .
'!! 
J

:- 
J ir
 

 \..J-"" , 


.. 
\, 


I, 
I 
I 


, ' 


'r 


DANIEL CHODOWIECKI 


RODZINA 


sze gwiazdy naszego malarstwa epoki Stanisławowskiej, Chodowiec- 
ki, Orłowski, Kucharski i Płoński. W obcą niwę rzucają ziarno naj- 
lepsze - podczas kiedy w ich ojczyźnie ziemie ugorują. W XIX w. ta 
emigracja przybierze rozmiary wprost zastraszające. 
Najstarszym, a zarazem największym z tych artystów był 
DANIEL CHODOWIECKI (1726-1797). 
Polak, mieszczanin, z rodziny od dwóch pokoleń zamieszkałej 
w Gdańsku, który wówczas był nietylko miastem prześlicznem, ale- 
przedewszystkiem - bardzo spolonizowanem, patrjotycznem i twar- 
do przy Rzeczyppspolitej stojącem. Gdyby ten stan polonizacji trwał 
jeszcze lat 50, w Gdańsku nie byłoby słychać mowy niemieckiej na 
ulicach... 
Tu spędził Chodowiecki dziecięce i chłopięce lata, tu zaczął już 
malować, poduczony trochę przez ojca dyletanta i ciotkę, również 
malującą dla przyjemności. Pod urokiem rodzinnego miasta pozosta- 
wał całe życie tern silniej, że sądzono mu było spędzić je w hrzyd- 
kim, koszarowym Berlinie. 
Do Berlina pojechał, mając lat 17, wysłany jako praktykant 
w handlu korzennym. Ale to zajęcie mało mu przypadało do smaku. 


27
>>>
Więc robi - podobnie jak w Gdańsku - minjatury do tabakierek- 
zazwyczaj kopje ze znanych sztychów. Zczasem przeszedł do orygi- 
nalnych minjatur i zarabiał niemi. W 1750 jest w Krakowie, o czem 
świadczy podpisany i datowany rysunek jego, wyobTażający odpust. 
Chodowiecki mimo że jakiś czas pracował pilnie u Rode, nie- 
mieckiego "s c h n e 11 u n d v i e l m a l e r'a" jednakże w gruncie jest 
samoukiem. W technice olejnej, której próbował wielokratnie, czuje 
się słabym, niema ani pewności pędzla, ani poczucia kaloru. Dlatego 
najwłaściwszą jegO' techniką są rysunki, gwasze, a przedewszystkiem 
sztychy, których wykonał w ciągu życia d wat y s i ą c e z gór ą!... 
Powodzenie i nazwisko zrobił mu sztych z 1767 r., reprodukują- 
cy obraz "pożegnanie Calasa z rodziną". Była to ilustracja głośnej 
w Europie sprawy Calasa, protestanta z Tuluzy, który był łamany 
kołem, ponieważ zabił syna za przejście na katolicyzm. W protestanc- 
kich Niemczech Calas cieszył się wielkiem współczuciem i popular- 
nością. 


Odtąd zaczyna się wielka praca ilu- 
stracyjna Chodowiecki.ego. Robi on ry- 
sunki do encyklopedji popularnej, do ele- 
mentarzy, almanachów, modnych roman- 
sów, ilustruje Szekspira, tworzy cykle "Tań- 
ca śmierci", - "Oświadczyn" i t. d. 
W 1773 r. odbył konno podróż do 
rodzinnego Gdańska i siedział w nim 2 
miesiące. Ulubieniec najlepszego towarzy- 
stwa polskiego, zarzucony był zamówie- 
niami, rysował hr. Leduchowską, Czapską, 
robił duży portret akwarellowy arcybisku- 
pa Podoskiego i wielu innych osób z ary- 
stokracji polskiej. Przywiózł z Gdańska 
moc studjów i 760 bitych talarów w mie- 
szku. 
Zmarł 1797 jako dyrektor Berlińskiej 
Akademji Sztuk Pięknych. 
Chodowiecki nie jest genjuszem. W je- 
go fakturze malarskiej jest coś prawie rze- 
mieślniczego. Tematy nie wykraczają zwy- 
kle poza prozę codziennego życia drobno- 
mieszczańskiego, - niema w nim poety 
ani marzyciela, niema śladu fantazji, kom- 
PRACZKA pozycje są dziwnie suche, pozbawione ko- 


JI 


D CHODOWIECKI 


l 


28
>>>
loru i światła... Architektura wnętrz objęta sztywną - jak od linji 
rysowaną kreską. 
A jednak są w nim wartości pierwszorzędne - jest nadzwyczajna 
samodzielność i bystrość obserwacji życia. Nie Tycjany i Rafaele -. 
ale natura była mu mistrzynią. Chodowiecki czcił ją święcie. Sam 
mówi o sobie: "jest ona jedyną moją kierowniczką i dobrodziejką"., 
Rysował ciągle - siedząc, stojąc, idąc. Jadąc konno do Gdańska, po- 
trafił brać cugle w zęby i rysować z konia... Lubił rysować ukrad- 
kiem, aby go nie zauważono, bo "jeżeli tylko jaka panna, a nawet 
i mężczyzna zauważy, że ją rysują, to chce się zrobić piękniejszą, 
przyjemniejszą - i wszystko psuje..... 
Ten trzeźwy realista, obcy satyrze, tendencji, a tembardziej sen- 
tymentalizmowi, ma ogromne poczucie charakteru. Jego F r y c, któ- 
rego niejednokrotnie rysował z natury, jest prawie karykaturalny. 
Rysy ostre, wielki, suchy, wystający nos, oko wysadzone, chciwe, 
szyja krótka, - plecy obłąkowate - robią prawie wrażenie garbu. 
Bohaterowie jego romansów są nietylko zdecydowani w charakterze, 
ale pełni ruchu i wyrazu: wystraszeni, zdziwieni, roześmiani - żywi. 
Bohaterowie Norblina obok nich wyglądają jak sentymentalne marjo- 
netki... Jeden Chardin we Francji ma tak oryginalne i głębokie po- 
czucie życia. 
Chodowiecki, anektowany przez Niemców - nie był i nie czuł 
się Niemcem. Całe życie ślicznie mówił po polsku i w liście do- 
Łęskiego przyznaje się do polskości wyłącznie. Z Niemcami musiał 
żyć, ale niebardzo ich lubił. W Berlinie, gdzie miał do wyboru pełno. 
białych, świeżych, o tęgiej piersi Gratchen - pojął za żonę Francuz- 
kę - Joannę Barez. Mówił w domu po francusku, córeczki wołał 
Jeanette, Suzette. Pamiętnik swój pisał po francusku. W Berlinie żył 
bliżej z kilku Polakami, między innymi z Goczkowskim, który two- 
rzył Fryderykowi manufakturę porcelanową... 
W kraju Chodowiecki mało był znany, więcej z nazwiska, aniżeli 
z dzieł, dlatego wpływu na sztukę naszą wywrzeć nie mógł. Nie- 
miecka jednak bardzo wiele mu zawdzięcza. 


Grupę portrecistów otwiera nazwisko Plerscha, najstarszego. 
z nich wszystkich. 
BOGUMIŁ PLERSCH (1732-1817), mimo brzmienie nazwiska, był 
Polakiem, urodzonym w Warszawie, oczywiście z rodziny niemiec- 
kiej, spolonizowanej. Wykształcony w Augsburgu, w Wiedniu, przy- 
swoił sobie dużą kulturę artystyczną, jak świadczą jego "freski" 
w sali kąpielowej Łazienek warszawskich, - trochę ciężkie, ale. 


29 


j
>>>
Romantyczne życie świet- 
nego malarza ALEKSANDRA 
KUCHARSKIEGO (1741-1819) 
po dziś dzień powleka mgła 
tajemnicy. Urodzony w War- 
szawie 1741 r" został paziem 
króla Stanisława, który doj- 
rzał w nim niezwykły talent 
malarski i wysłał za granicę 
na naukę. Kucharski wylądo- 
wał w Paryżu przed rokiem 
1764 i tam studjował u Vanloo 
i de Vien'a, korzystając w ciągu lat trzech ze stypendjum królewskie- 
go - 100 dukatów rocznie. Ale król chciał z niego zrobić malarza 
scen historycznych i mitologicznych, a Kucharski miał wyraźną do 
tego niechęć. Pisał więc zgrabne, pełne czci listy do swego opiekuna, 
.ale prace nadsyłał skąpo i tak niezadowalające, że Stanisław August 
.stypendjum cofnął i zażądał powrotu malarza do kraju. 
Kucharski, dotknięty wymaganiami króla, nie myślał jednak o po- 
wrocie: został we Francji i malował z zapałem, ale nie mitologję, tylko 
portrety pięknych kobiet. Wiodło mu się dobrze. Został ulubionym 
portrecistą najwyższych sfer towarzyskich, polskich i francuskich. 
Malował ks. Izabellę Czartoryską, jej córki, Wielhorskiego i inne zna- 
komitości polskie, jakie się znalazły na paryskim bruku, między nimi 
,ów wspaniały, znany portret pastelowy Zofji Potockiej, pomieszczony 
dzisiaj w muzeum berlińskiem. Ogromne, prześliczne, ciemne oczy, 
cudowna cera, włosy ciemno blond, przepasane zieloną wstążką, na 
piersiach bzowa sukienka z gazową białą wypustką - wszystko 
prześlicznie stonowane. Malował także piękności francuskie: markizę 
de Lage, panią de Palastron, hrabinę de Langeron, prześliczną księżnę 
LambalIe i inne, - często w całej postaci, a nawet łącząc niekiedy 


zręczne, barwne i dobrze ry- 
sowane. Plersch malował 
rówmez i portrety, choć 
mniej znane i mniej liczne, 
niż jego koledzy cudzoziemcy. 
Zamieszkiwał w Warszawie 
i miał tytuł nadwornego ma- 
larza króla, który mu powie- 
rzał liczne prace dekoracyjne. 


--. 


t . 
y.... 


'; 
'\ 


.. 
,
1;'-' . 
 


- 

 


, . 


...-4 
.: o" 


, 


,,. -- 
" 


. " 
./
, 
. , 
. 
 :
 


l. 


I 
I 
I 


-", 


'l 


- ."..ł 


".... 


,: 


..c. 


., 


. ..t;.........: 
'. 


.\. 
'.... 
 
7 


,
 



 
..
 
ł. 
- .' 


.
::t.,,
 


, I 


'.:. 


" ,..... 
11\ '\\1;, .- 
. .', \" 
 "\'
I. 
. 'it
' 
" \, 
, 
. 
 : . 
 



 



 



 :t. 


'ł 


:-, '. 
" 


.... 
.' . v 


D. CHODOWIECKI 


SZCZĘŚCIE MIŁOŚCI 


30
>>>
dwie postacie w grupę na tle 
krajobrazu i t. d. 
Sławę pośmiertną zrobiły 
mu portrety Marji Antoniny. 
Wykwintny malarz malował 
wielokrotnie ją i Delfina je- 
szcze w jej szczęśliwych cza- 
sach, zanim burza rewolucji 
zasępiła piękne oczy królo- 
wej. A kiedy uderzył grom 
i rozszalały się huragany, ry- 
cerski malarz pozostał wierny 
swej pani. Nie uciekał z Pa- 
ryża, jak tylu innych, - dał 
się nakryć fali rewolucji. 
W 1792 r. był gwardzistą na- 
rodowym i nie jest dziełem 
przypadku, że dotarł do 
T empi e, gdzie królowa była 
więziona i że tam, korzysta- 
jąc z dyżuru, widział ją, roz- 
mawiał z nią i malował jej 
o tern świadczą protokóły, zawarte w B u 11 e t i n d u 
r e v o l u t i o n n a i r e. 


\ 


\'i 

 


\ 


I, 


\ot '1 
ł 



. 


r 

 


D CHODOWIECKI 


KWASORYTNIK 


portret, jak 
tribunal 


Ten prześliczny portret i jego dzieje mówią nam o przywiązaniu 
malarza do królowej, które stwierdza także August hr. Arenberg. 
Był on sam niegdyś malowany przez Kucharskiego i znał go oso- 
biście. Portret jest wzruszający. Głowę królowej nakrywa czepek 
wdowy. Rysy dostojne. Oczy nadzwyczajne: głębokie, piękne w ry- 
sunku i mimo smutku promienne jak gwiazdy. Jest to ostatni z trzech 
portretów, robionych już podczas rewolucji. Ostatni akt przeżytego 
przez artystę, a nieznanego nam bliżej dramatu. 
Co się działo z Kucharskim później, po spłynięciu fali rewolu- 
cyjnej, niewiadomo. W świetnej epoce cesarstwa nazwisko jego nie 
wypływa. Rewolucja i śmierć królowej złamały go. Na minjaturze 
Perrin z 1797 r. widzimy go już jako starca o ciemnych oczach i dłu- 
gich białych włosach 1). 


') Reprodukowana u Sokołowskiego, tom li. str. 240. 


31 


. 


\:
>>>
ALEKSANDER KUCHARSKI 


ZOFJA POTOCKA 


Ostatnim tragicznym śladem ziemskiej 
jest adnotacja w rejestrach przytułku S-te 
1819 r!). 


wędrówki Kucharskiego 
Perine, że zmarł w nim 


Inni żyli i pracowali w Warszawie. 
TOKARSKI MATEUSZ (1747-1807), uczeń Bacciarellego, pracował 
w malarni królewskiej i należał do najlepszych portrecistów polskich 
swojej epoki. Podobnie KOSIŃSKI JÓZEF (1753-1821), z.apewne uczeń 
tegoż mistrza, potem we Włoszech stypendysta rządowy, następnie 
"malarz nadworny" - twórca licznych i pięknych min ja tur oraz nie-, 
wielkich portretów. W warszawskiem Muz. Narodowem jest jego bar- 
dzo wykwintny portret Kościuszki pół naturalnej wielkości.- 
Pełne charakteru, choć mniej wykwintnie kończone są prace 


I) Patrz monografję J. Mycieiskiego "Alexander Kucharski", - Kra-. 
Mw, 1894 r. 


32
>>>
08- 


\ 


AL. KUCHARSKI MARJA ANTONINA W TEMPLE 


TOPOLSKIEGO (1766 - 1813). Dwa jego portrety, ciekawe w typie 
i kompozycji barwy, znajdują się w warszawskiem Muz. Narodowem.. 
JÓZEF PESZKA (1767-1831) spędził około 10 lat w Warszawie, 
gdzie uczył się U Smuglewicza, a w epoce Wielkiego Sejmu malował 
szereg wybitnych jego działaczów - pod wyraźnym wpływem Gras- 
siego. Potem wyjechał 1797 r. za Smuglewiczem do Wilna, wreszcie 
długo jeździł po kraju, nim 1813 r. zawinął na stałe do rodzinnego 
Krakowa. 
Prócz tych - w Warszawie pracowali: świetny minjaturzysta 
WINCENTY LESSEUR (1745-1813), Polak, urodzony w Polsce, z matki 
Polki i ojca, któremu tylko nazwisko francuskie pozostało, - oraz 
JÓZEF ŁĘSKI (1760-1825). Ten ostatni nie pospolita postać: matema- 
tyk, astronom, malarz, sztycharz, minjaturzysta. 1794 r. oficer arty- 
lerji, potem więzień pruski, znajomy Chodowieckiego, już podówczas 
staruszka. 
JÓZEF REICHAN (1762-1822), również uczeń Bacciarellego, żoł- 
nierz 1794 r., po upadku powstania spędza parę lat w Puławach, pra- 
cując dla Czartoryskich, wreszcie 1798 r. osiada na stałe we Lwowie 
i tam, - wespół z Pietschmannem, - kładą podwaliny miejscowej 
prowincjonalnej szkole malarstwa. 


M.I.nlwo p"lskie - 3 


33
>>>
Najmłodszym z tej grupy i wogóle ostatnim portrecistą z plejady 
Stanisławowskiej - jest KAZIMIERZ WOJNIAKOWSKI (1772 - 1812). 
Ubogi krakowianin, przysłany do Bacciarellego przez ks. Sierakow- 
skiego, rektora uniwersytetu w Krakowie, okazał zadziwiające zdol- 
ności i zwrócił uwagę króla. Mając lat 19, był już wyrobionym ma- 
larzem. Jemu to powierzono wykonanie olejnego obrazu, ilustrujące- 
go pamiętną sesję sejmową 3 maja 1791 r. Wojniakowski jest mniej 
barwny i lekki. niż jego mistrz Bacciarelli. ale ma niezwykłe poczu- 
cie charakteru. pędzel śmiały, uderzenie pewne, rysunek doskonały. 
Malował liczne portrety Sapiehów, Pociejów, dam ze sfer arystokra- 
tycznych, ks. Józefa. Kościuszkę i t. p. Króla Stanisława malował 
kilkakrotnie. Zresztą wychodzi poza sferę portretu, maluje park Ła- 
zienkowski, obrazy kościelne, a nawet rysuje - zapewne za podnietą 
Norblina - typy współczesne. Kiedy się patrzy na te postaci drobne 
wojskowych, dziewcząt. mnichów. i n c r o y a b l ó w. kozaków, 
szlachty kontuszowej i t. p. rysowanych lekko. z wdziękiem i pełnych 
charakteru, trudno uwierzyć, że są one dziełem 18-letniego młodzień- 
ca. W ojniakowski był to - cygan, garściami rzucał zarobione pienią- 
dze, - jednego dnia bogacz, drugiego - nędzarz. Lubił towarzystwo. 
kobiety. wino. Świetna karjera i burzliwy temperament artysty dały 
mu wiele wrażeń, ale poderwały zdrowie. Zmarł śmiercią nagłą w ja- 
kimś sklepie na Starem Mieście w pamiętnym roku 1812. 


Malarstwo kościelne, o którem było mówione wyżej, - jako zu- 
pełnie obumarły odłam sztuki, nie budzi w tej epoce żadnego inte- 
resu, tembardziej. że polscy malarze. którzy mu się poświęcili. są 
w gruncie jako artyści - c u d z o z i e m c a m i... 
Nasza plejada portrecistów doby Stanisławowskiej ma tę zasłu- 
gę, że byli oni pierwszymi z Polaków, którzy przyswoili sobie techni- 
kę i wiedzę wielkiego europejskiego malarstwa i stanęli na równi ze 
swymi zachodnimi kolegami. Jednakże ich specjalność jest stosun- 
kowo wąska, a związek ich sztuki z życiem kraju bardzo jedno- 
stronny. 
Stosunek ten mogło rozszerzyć malarstwo pejzażowe. ale Polska 
ówczesna krajobrazu swoistego nie wydała. Pejzaże JANA SCISŁY 
z datą 1768 r., znajdujące się w Muzeum warszawskiem, są bardzo 
miłe, jasne i barwne, ale nie polskie. oparte na modnych motywach 
włoskich. nieoryginalne w technice i całem ujęciu natury. O innych 
prawach tego artysty nic zresztą nam niewiadomo. Bardzo podobny 
do niego PILLEMENT jest Francuzem i także daje pejzaż fantastyczny. 


34
>>>
.
 


.. """!" ," .... 


.: \: 


I 


. \ 


\ . 


KAZIMIERZ WOJ
IAKOWSKI 


PORTRET 



 


Dopiero ZYGMUNT VOGEL (1764-1826). Polak, urodzony w Woł- 
czynie. pierwszy zwraca się po naturę do kraju rodzinnego i chce za- 
czepić o jego grunt swoją sztukę. Ale sam nawpół architekt, a nawpół 
dyletant. nie daje rzeczy o wartości artystycznej. Jego rysunki ołów- 
kiem i rzadkie zresztą akwarelle lub gwasze są nawet bardzo cieka- 
we, ale: jedynie dlatego, że mówią nam (nb. dość ogólnikowo), jak wy- 
glądała ówczesna Warszawa, Puławy, Demblin. Wilanów, Arkadja 
i t. d.. albo odtwarzają modne podówczas "ruiny" Ojcowa, Rabszty- 
na, Olkusza i setki innych miejscowości, które ten czcigodny i wielce 
pracowity człowiek uwiecznił. 
Ściślejszy związek z życiem stwarza dopiero - świeżo rodzące 
się malarstwo obyczajowe. Powstaje ono poczęści samorodnie, po- 
części z natchnienia Norblina. Ojcem jego jest krakowski malarzyna, 
MICHAŁ STACHOWICZ (1768-1835). Stachowicza nie można nazwać 
malarzem bez zdolności. Jego niektóre prace, zwłaszcza portrety. 
uderzają rzadką szczerością w oddaniu typu. w podkreśleniu jakiejś 


35
>>>
- , 


., 


'- 


. 

 
.' . It. 

. 


, 



," 
. ,..., 
..... , 
. 




 
..' 

, 
. 
. 


:
 ;"1 
.1 

 
;' 
: '..'.'
 
, .... 


\, 
, 


;
'I 



. .
 
:'\'!
 
ł. 



. 
... 


, 


II ...
 
li! '. 


.' 
-.'1 



 


j. 


ALEKSANDER ORŁOWSKI 


DWAJ SZLACHCICE 


charakterystycznej potworności. Ale zarazem umie on bardzo nie- 
wiele i zupełnie nie przeczuwa, że malarstwo może mieć zadania 
czysto malarskie. T o też jego niepoliczone i niesłychanie różnorodne 
prace mówią nam jedynie, jak wyglądał Kraków ówczesny, jego za- 
bytki, targi, uroczystości, sceny ludowe z okolic Krakowa i t. d. Jak 
wyglądała przysięga Kościuszki, obchód Konika Zwierzynieckiego, 
saliny wielickie. Stachowicz maluje zarazem wnętrza, ilustruje książ- 
ki, jak "Hamleta", "Henryka VI", "Spazmy modne", wszystko to jed- 
nak, mimo pewne zalety obserwacji, jest zupełnie dyletanckie, w for- 
mie naiwnej, ale nie artystycznej. 
Polska prawdziwa, Polska schyłku XVIII stulecia, pochwycona 
na gorącym uczynku jej niespokojnego życia, w całej pełni jej odręb- 
ności obyczajowej i bogactwie typów, wyszła z pracowni Norblina. 
Właściwie nie ona to wyszła, ale pierwszy świetnych zdolności a za- 
razem nawskroś polski z ducha, temperamentu, braków i zalet 
artysta. 
Życie ALEKSANDRA ORŁOWSKIEGO (1777-1832) jest jednym ro- 
mansem fantastycznym. Syn ubogiego dzierżawcy karczmy opodal 
Siedlec - wspiął 'się zadziwiająco ,szybko na szczyt drabiny społecz- 
nej, obsypany złotem, opromieniony sławą, zaszczycony łaską książąt 


l 


36
>>>
i cesarzów, wyczerpał wszelkie rozkosze życia, które było dla niego 
rydwanem tryumfalnym. 
Orłowski chłopięciem jeszcze zwrócił na siebie uwagę słynnej 
Iza.belli ks. Czartoryskiej, którą przypadek zatrzymał w zajezdnym 
domu jego ojca. Księstwo zaopiekowali się chłopcem i oddali na. naukę 
do Norblina. 
Zapalczywy, wesoły, z szalonym temperamentem chłopak nie 
umiał się nagiąć do pracy systematycznej i gruntownej, choć podzi- 
wiał mistrza szczerze. Studjował dorywczo i pośpiesznie, dopóki rok 
1793 nie wytrącił mu z rąk pędzla. 16-letni Orłowski rwał się do mun- 
duru i szabelki. - Zdrowy i silny jak tur, rzucił się z radością do 
wojaczki. Raniony pod Zegrzem, musiał opuścić szeregi. W raca do 
Warszawy na dalszą naukę do zaniepokojonego oń mistrza. Ale 
fałdów przysiedzieć nie umiał, o co mistrz robił mu często wymówki 
surowe. Po jednej z takich scen Orłowski uciekł i wstąpił do trupy 
cyrkowej, gdzie go zapewne pociągnęła urocza Angelika Chiavini, 
woltyżerka o wspaniałych biodrach, za którą szalała złota młodzież 
warsza wska... 
Około 1799 r. zapoznał się Orłowski z ks. Józefem. Hulaszczy 
książę i awanturniczy artysta przypadli sobie do smaku. Orłowski 
często bywał "pod Blachą", robił dla księcia rysunki - a zwłaszcza 
karykatury, za co dostawał dukata dziennie L. konia pod wierzch, 
na którym podziwiało go całe miasto dla pięknej postawy i ślicznej 
jazdy. W Warszawie jednak po upadku Dworu nie widział Orłowski 
dla siebie pola i z lekkomyślnością, właściwą pokoleniu Telimeny, 
któremu zdawało się, że Polska zmieniła jedynie stolicę - wyjeżdża 
do Petersburga, zaopatrzony w listy polecające Stanisława Potoc- 
kiego... 


Nadzieje nie zawiodły artysty. 
W Petersburgu umiano cenić ludzi zdolnych. Przyjęto go z otwar- 
temi rękami i rychło ks. Konstanty powołał go do siebie z pensją 
6.000 rs. i mieszkaniem w Marmurowym Pałacu, gdzie już Orłowski 
prawie do końca życia pozostał. Tutaj w łaskach cesarskich, w naj- 
lepszych sferach, czuł się jak u siebie, rozchwytywany, płacony za 
byle świstek na wagę złota, w otoczeniu swych wspaniałych zbiorów 
oręża, starych fajansów, obrazów etc. pędzi Orłowski życie naprze- 
mian to w pracy samotnej, po kilkanaście razy robiąc studja jednej 
i tej samej rzeczy, to znów pije naumór w kompanji miłych druhów, 
garściami rzuca złoto przy kartach, zajeżdża konie na wściekłych 


" 


37
>>>
.
 




)". 
.
 


t 
I 


l 


ALEKSANDER ORŁOWSKI 


DANDYS 


zamiejskich eskapadach, albo 
bawi wykwintne towarzystwo 
opowiadaniem i ołówkiem, albo 
wreszcie szaleje przy boku ja- 
kiejś spódniczki. "Spódniczki" 
za nim przepadały. Ogromnego 
wzrostu, zbudowany jak Apollo, 
silny tak, że w palcach gwoździe 
skręcał na grajcarki, znakomity 
jeździec, miły causeur, swobod- 
ny w języku angielskim, fran- 
cuskim czy rosyjskim - równie 
jak w polskim, podbijał serca 
mężczyzn i kobiet. 
Mimo 30-letni pobyt w Pe- 
tersburgu-on, pijus i cynik lek- 
komyślny, w Boga i djabła nie 
wierzący, polskość swoją za- 
chował w czystości. Żył w przy- 
jaźni z młodym Henrykiem Rze- 
wuskim, z Leonem Sapiehą, 
znał się z Mickiewiczem, w póź- 
niejszych czasach znalazł dru- 
ha w doktorze Stanisławie Mo- 
widział chętnie, tylko "petersbur- 


rawskim,- każdego Polaka z kraju 
skich rodaków" znosić nie mógł. 
Powaliła go choroba serca w 55 roku życia. 
Sztuka Orłowskiego nic wspólnego nie ma z wysokim stylem. 
T ematy mitologiczne, historyczne etc. wydały mu się śmieszne, - 
a i techniki wysokiej nigdy nie osiągnął, mimo że podziwiał Rem- 
brandtów w oryginałach, kopjował ich - i - dla próby niekiedy na- 
śladował. Obrazy jego kończone - olejno czy akwarellą - są zawsze 
niedociągnięte, zamęczone, a zimne. Borykanie się z trudnościami 
technicznemi pozbawiało każdy pomysł świeżości i życia. Sobą sa- 
mym - znakomitym rysownikiem - jest Orłowski dopiero. w ry- 
sunkach i szkicach. Sypał je jak z rękawa. Oko bystre, pamięć nad- 
zwyczajna, poczucie charakteru jak u żadnego z malarzy polskich 
owych czasów. Przy tern sama faktura - żywa i nerwowa. Pośpie- 
sznemi kreskami znaczy najistotniejsze tylko rysy danego motywu. 
Jego typy chłopów, polonusów, Kozaków, Żydów, jak później dygni- 
tarzy petersburskich, oficerów, d a n d y'c h, kapitanów statków an- 


38
>>>
r . 


'" 


.. --;'.. 


..... 


.. 



 


''.j 


" 


.' 


-........ '. .. 
"'- .6,- 
-. . 


I 


'.-. 


" 


\ 


\ 


, . 


ALEKSANDER ORŁOWSKI 


PRZY OGNISKU
>>>
gielskich, czerkiesów i wszelkiej hołoty ulicznej, lekko odniechcenia 
rzucane na papier, czarują nas życiem, poczuciem sylwety, charakteru 
twarzy, ubioru albo ruchu... 
Gdziekolwiek przyszedł - w towarzystwie - o ile mu umiano 
w porę podsunąć ołówek, natychmiast zatapiał się w rysowaniu tego, 
o czem mówił, rozdając setkami przyjaciołom te pełne życia i hu- 
moru - niekiedy bezcenne szkice... Gdy nie było ołówka, rysował 
piórem, pędzlem, czasem knotem świecy woskowej, palcem rozcie- 
rając kopeć... 
W większych kompozycjach odwoływał się do wspomnień od- 
bytej kampanji - rysował i malował "obozowiska", "pochody", "pi- 
kiety", "walki", "gonitwy", "szarże", "wzięcie Pragi" - niekiedy 
znów uczty szlacheckie, chłopów w karczmie czy na jarmarku, albo 
"ulicę". W Petersburgu naj ulubieńszym motywem "Wouwermanna 
r o s y j s k i e g o (I)" - stali się kozacy, a zwłaszcza czerkiesi, w któ- 
rych się kochał i nawet sam ubierał z czerkieska fantastycznie. 
Koń Orłowskiego - urodzonego batalisty - pochodzi od Nor- 
blina. Orłowski znajomości anatomicznej konia dalej od mistrza nie 
posunął, nie zna lepiej kształtu, ale bezporównania lepiej czuje 
r u c h... W tem znów przejawia się polski pierwiastek jego talentu, 
obcy sztuce rosyjskiej, niemieckiej, czy jakiejkolwiek innej. 
Ten to malarz, nawpół samouk, jedna z najwybitniejszych indy- 
widualności swego czasu, wysoko ceniony w Londynie ówczesnym 
i w całej zresztą Europie-zamyka poniekąd swoją twórczością okres 
Stanisławowski - a jednocześnie otwiera księgę nowoczesnego p o t- 
s k i e g o malarstwa. . 


"Jeżeli pana Rustema kiedy zobaczysz - mówił pewnego razu 
Orłowski do Morawskiego - to proszę - ucałuj go ode mnie w ten 
wielki, turecki, garbaty, ale poczciwy nos, i w tę czerwoną myckę, 
którą wiecznie na głowie nosi"... 
Ten "kochany RUSTEM" był w pracowni Norblina kolegą Orłow- 
skiego. Starszy od niego o lat 7 (1770-1835), urodzony w Konstan- 
tynopolu, Turek z pochodzenia, znalazł się w Polsce dzięki ks. Ada- 
mowi Czartoryskiemu, który go dziesięcioletniem pacholęciem ze 
Stambułu przywiózł i oddał na naukę Norblinowi. Tę naukę uzupełnił 
Rustem później w malarni Bacciarellego, gdzie się poduczył malar- 
stwa portretowego i poznał zasady dekoracyjnego. 
Rustem mial w swem malarstwie smak dekoracyjny i poczucie 
koloru, właściwe ludziom Wschodu, - ale sztukę malowania poznał 
dość powierzchownie. Malował sporo średniej wartości portretów, 


40
>>>
\
.
 
, - 


tf}.. 
. '*" 
-i'" 
"

' 
"'.


,..
, 
 



, 


'I"q" 
. ;
,. 
1 ,f-' 
1 . 
, 
.' 

 
. , 
..- 


o.. 
. 
Ą- 


j.. '.., 


-- 
"; ;...

-:'-:. 


.1'- 
.1_ " 


.
:
 
 


,
t' . 
:?" 
........

  


{;
 


I ' 


-". 
, \ . ' 
:: 
 
I. .., 1 
. 
....-- 
, , ....-." 


...'1 Ja. . 
''''
J._.
i 


\ .t
 ',' 
,', ';, i ..' 
-- 
,-,- ? 
-... :
. ,...... 
'....-

 

.... 


, o. j 


'
 Ii'" .



 
'
-
'\ 

,
 
.
...:y 


- 
.:. 
 


,..; . 
:
1" -- 


... 
-- -;.
.


:;.,
,
:

, 
,., 
... ' 


--

.\ 
\';. 
i'} . 


, 


MICHAŁ PŁOŃSKI 


GŁOWA STARCA 


krajobrazów i scen rodzajowych w duchu Norblina, właściwem po- 
lem jego zasług była jednak praca pedagogiczna. 
1798 r. powołany do . Wilna, do pomocy Smuglewiczowi, - po 
śmierci tegoż objął kierownictwo wydziału malarskiego, które piasto- 
wał aż do zamknięcia uniwersytetu 1831 r. Na tern stanowisku praco- 
wał wiele i gorąco, uczył swych uczniów wszystkiego, co sam umiał, 
i zmniejszył zło, wyrządzone im przez Smuglewicza, szczepiąc słowem 
i przykładem zamiłowanie do tematów swojskich i codziennych. do 
odtwarzania życia, które ich otaczało. Ze szkoły jego wyszedł szereg 
zdolnych artystów, który stworzył szkołę wileńską - kwitnącą 
w pierwszej połowie XIX w. 


41
>>>
Trzecim wychawankiem, a za- 
razem chlubą Narblina był MICHAŁ 
PŁOŃSKI (1782-1812). Genjal- 
ne dziecka, już w 12-ym roku ży- 
cia addany da pracO'wni mistrza, 
razwija się niepajęcie szybkO' i w 
'1..:-" F..
 następnym zaraz roku pracuje ra- 
I' ,.'t zem z Narblinem w Arkadji, gdzie 
zwrócił na siebie uwagę ks. Ra- 
dziwiłłów 1). Jeszcze przed wy- 
jazdem za granicę był an zupełnie 
wyrabianym rysawnikiem, bo da 
,- 
" pędzla brał się tylkO' w ostatnich 
latach życia. 
Jaka 17-letni chłapie c apuszcza 
Płański kraj rodzinny. Po krótkim 
pabycie w Kapenhadze znalazł się 
w Amsterdamie. gdzie gO' nęcił 
Rembrandt, o którym tak wiele 
słyszał od swegO' mistrza. Tu stary 
Halender aczarował gO' i przykuł na 
DAMA lat kilka. Wrażliwy artysta uległ 
mu całą świeżością młodegO' talentu. Płoński jeszcze u Norbłina poznał 
akwafO'rtę. Teraz kopjuje w tej technice niektóre dzieła Rembrandta, 
gdzie indziej naśladuje styl jego tak, że maże amylić bardzO' wytrawne 
ako. Wreszcie robi dużo rzeczy O'ryginalnych. ale napiętnawanych 
wpływem tamtegO'. 1806 r. przenasi się do Paryża, tu wydaje swoje 
akwaforty. które adrazu zrabiły mu rozgłO's i dały zarO'bek. Jednakże 
w pracach paryskich rychła czuć pewną zmianę stylu, zwiastującą 
zbliżające się nieszczęście. Płański akała 1809 rO'ku ulega cichemu 
abłędawi, a w następnym sprzedaje za 8 f r a n k ó w swoje bezcen- 
ne płyty i piechotą rusza dO' kraju. Przybył da Warszawy śmiertelnie 
zmęczony, abdarty i bez grosza. Narazie pO'wrót da Ojczyzny po- 
prawił stan jegO' da tyla. że mógł nawet pracO'wać czas jakiś. ale już 
1811 r. powtórny atak choraby papchnął go w ciemne atchłanie - 
tym razem bezpawratnie. 
Płański w swej sztuce nie zdążył się wypawiedzieć samO'dziel- 
nie i jasnO', ba pierwszy akres właściwej twórczO'ści wypełnił mu 


/1/ 


. t, 

ci} 
- 
f. 
'1- 
\ 


..... 
. 
\ 
;11 I 


J ł . 
J.- 'I 
.. 


 
, 


/c--\ 
-- -l:- 
- 
 
 *"-- 


'\ 



 


MICHAŁ PŁaŃsKI 


'l 
'1 h 


l 
ł 
- 



 


" 



 
1 


I) Dotąd w pałacu w Nieborowie znajduje się mnostwo rysunków i szkiców 
humorystycznych Płońskiego z lat 1795-1799. 


L 


42
>>>
Rembrandt, a jej dalszy ciąg zmąciło widmo obłędu, podkopującego 
ducha w ciągu lat kilku. Z jego rzadkich i mało znanych w kraju 
prac - rysunków i akwafort - przemawia świetny rysownik, prze- 
ślicznie odczuwający kształt i linję, a równie dobrze i światło. Z lek- 
kością mistrza znaczy igłą swobodnym konturkiem postaci różnych 
obdartusów, albo brzuchatych Holendrów XVII w., pijanych i zata- 
czających się, bardzo wyczutych w ruchu; to szkicuje lekko psy, do 
których tak często powraca, to znów kończy przedziwnie wspaniałe 
głowy starców w wieczornem oświetleniu, pomagając sobie tintą dla 
bardziej subtelnych efektów kolorystycznych. Te prace - podobnie 
jak rysunki - są przesubtelne, wykwintne nad wyraz. 
Jednakże oryginalnego stosunku do życia i sztuki Płoński nie 
przejawił. Indywidualne popędy jego były zbyt słabe; epoka nie zna- 
ła wartości tego pierwiastka i nie pielęgnowała go wcale. Zbyt wcze- 
śnie poddany wpływom potężnych twórców, uległ im bezwzględnie. 
Podziwiać w nim można wcześnie rozwiniętego wirtuoza, obracają- 
cego się w orbicie, zakreślonej przyciągającą siłą obcego genjuszu. 


Zupełnie osobno od wyżej wymienionej grupy norblinowskiej stoi 
JÓZEF OLESZKIEWICZ (1777-1830), któremu Mickiewicz poświęca 
jeden ze swoich utworów petersburskich. 
Urodzony na Żmujdzi, źle poduczony w szkole Smuglewicza, wy- 
jechał z pomocą Chodkiewiczów do Paryża, gdzie rychło znalaz.ł się 
w pracowni Davida, którym tak się przejął, że skopjował jeden z je- 
go obrazów "Achilles i Patrokles". Kopjował także "Transfigurację" 
Rafaela, zapewne na żądanie swego opiekuna. 
Po 6 latach studjów powrócił do Wilna 1810 r., a wkrótce po- 
tem wyjeżdża do Petersburga, gdzie już resztę życia spędził. 
Oleszkiewicz umiał dużo, ale był mało oryginalnym malarzem 
i sam nie miał wiary w siebie i swoją sztukę. Głęboko religijny, ma- 
lował obrazy do kościołów w duchu klasycznych wzorów włoskich. 
Lecz i do tej pracy się zniechęcił. Mickiewicz pisze o nim (myśląc 
o powodzi 1824 L), że "d a w n o już pędzle i farby porzucił", że tyl- 
ko "Biblję i kabałę bada, a nawet mówią, że z duchami gada". Zadzi- 
. 
wiający ten, tajemniczy i unikający ludzi mistyk, ciekawy w życiu, - 
w sztuce polskiej odegrał rolę tern skromniejszą, że żył zdala od kra- 
ju, gdzie jest zupełnie prawie nieznany. 


Z tego rozsadnika wyszło całe niemal m
larstwo polskie okresu 
następnego. Wpływy jego dają się tu i owdzie odczuwać jeszcze 
w 50-ych latach XIX w.
>>>
.
>>>
l 


KROLESTWO KONGRESOWE 


OKRES P ASKIEWICZOWSKI 


ANT. BRODOWSKI. KOKULAR. KANIEWSKI. 
HADZIEWICZ. ST ATTLER. PIOTROWSKI. 
FR. LAMPI. WAŃKOWICZ. OLESZCZYŃSKI. 
OBORSKI 


SOKOŁOWSKI 
PIW ARSKI. KIELESIŃSKI. LEWICKI. DĘBICKI. 
GŁOWACKI. BONAWENTURA DĄBROWSKI. 
MARSZALKIEWICZ. ALOIZY REJCHAN 


DAMEL. RUSIECKI. SMOKOWSKI. ZAMETT 


MICHAŁOWSKI 


1815 - 1860 


1 11 _ °l ;ewsza połowa XIX w. dl. szluk; polsk;e; był. okresem 

 martwym. Martwym, nawet w stosunku do czasów Stani- 
sławowskich. Tradycje dwóch znakomitych artystów pol- 

 skich, którzy mogli byli położyć podwaliny polskiej szkole- 
zostały zerwane - o ile wogóle były tu kiedykolwiek. Chodowiecki 
bowiem emigrował do Berlina i zostawił istotnie zdrowe tradycje, 
ale - sztuce niemieckiej, - Orłowski zaś emigrował do Petersburga 
i wnosił trochę burzliwego życia i temperamentu do flegmatycznej 
i urzędowej sztuki petersburskiej. Tak samo zresztą stracony był 
dla kraju Kucharski. W kraju tymczasem życie było bujne, ale niespo- 


43 


..
>>>
kojne. Po wstrząsającej katastrofie politycznej przyszły legjony _ 
więc znów podniecenie i sen o chwale, potem wielkie nadzieje zwró- 
cone ku wschodzącej gwieździe Cezara, - potem Księstwo Warszaw- 
skie, jego gorączkowe prace organizacyjne i wysiłki militarne, _ 
potem kongres wiedeński, Królestwo Kongresowe - organizacje mło- 
dzieży, Nowosilcow, - wybuch listopadowy i t. d. 
Sztuka musiała się wobec tych rzeczy wydać czemś błahem, zbyt 
oderwanem od życia i nie na czasie. Wykwintniejsze potrzeby serc 
zaspokajała budząca się wspaniale poezja romantyczna. Ona to zdo- 
była wszystko, co było w Polsce świeże, szlachetne i czujące. Była 
bowiem nietylko genjalna, ale najściślej zrośnięta z duszą narodu: 
dzieliła wszystkie jego bóle, tęsknoty, nadzieje, gorycze, ekstazy, _ 
wszystkie najświętsze porywy ducha. Ogniskowała je w sobie i wy- 
buchała niemi, z potęgą nieznaną dotąd w dziejach naszych. 
O malarstwie tego powiedzieć nie można. Nie było ono ani ge- 
njalnem, ani życiowem. Dlatego, mimo jakąś setkę nazwisk artystów, 
przekazaną przez historję, o sztuce polskiej poprostu mówić jeszcze 
nie można. Nie było tu naturalnie żadnych walk, nie porywały ni- 
kogo świeże hasła romantyzmu, - o Delacroix nikt nie słyszał. Nie 
było żadnej opinji: nawet rewolucyjny romantyk Mickiewicz mógł 
się zachwycać zimnemi i nudnemi ..Mahabeuszami" Stattlera! 

 Wysoki styl nie dawał prawa do życia kilku jego skromnym 
przedstawicielom. Ich obrazów nikt nie kupował, musieli się ratować 
portretami, a wreszcie zajmować ..nauczaniem" - na nieszczęście 
tej młodzieży, którą przypadek zagnał do ich pracowni. Parnas ten 
stanowią Brodowski, Stattler, Kokular, Kaniewski, - poniekąd i Ha- 
dziewiczo 


BRODOWSKI ANTONI (1784-1832) jest najstarszym i najpoważ- 
niejszym z tej grupy. Pięć lat pracy i nauki w Paryżu zrobiło swoje: 
uczeń Fram;ois Gerard'a umie narysować jak nikt inny w Polsce gło- 
wę, dłoń czy nogę obutą w sandał - naturalnie w duchu pojęć kla- 
sycznych. W ich duchu malował ..Gniew Saula", ..Edypa i Antygonę", 
..Pyrama i Tysbe", wreszcie Hektorów, Parysów, Heleny i innych bo- 
haterów z repertuaru antycznego. Obrazy duże, uroczyste i wysoce 
poprawne w formie, zarazem zimne i martwe, bo pseudoklasycyzm 
był zabójczą szkołą, - w jego chłodne m objęciu konały talenty więk- 
sze i bardziej samodzielne aniżeli - Brodowskiego. Wystawiane 
w Warszawie obrazy te uzyskały Brodowskiemu stanowisko profe- 
sora malarstwa na wydziale sztuk pi
knych przy świeżo założonym 
uniwersytecie warszawskim. 


ł 


46
>>>
l 



 


,I 


..... 


- \,' 


I 


.; 
, 


, \ 
\' 


ANTONI BRODOWSKI 


GNIEW SAULA 


Najlepszym jest Brodowski w portretach. Malował ich dużo - 
w tern wiele osób znakomitych. Wybitnych zalet kolorystycznych 
nie wykazują, - jednakże duża wiedza rysunkowa artysty pozwoliła 
mu utrzymać te prace na poziomie bądź co bądź europejskim. 
Takim jest w wielkie m urzędowem płótnie, komponowanem 
w stylu Davida, "Cesarz Aleksander I nadaje dyplom uniwersytetowi 
warszawskiemu". Brodowski, jako człowiek wykształcony i wykwint- 
ny, cieszył się dużem poważaniem w kołach warszawskich. Był pro- 
fesorem uniwersytetu i członkiem T -wa Przyjaciół Nauk. 
Młodszy od niego o lat 9 ALEKSANDER KOKULAR (1793-1846), r- 0 
studjach u Lampiego w Wiedniu i dwóch latach spędzonych w Rzy- 
mie, powraca do Warszawy 1826 r. naturalnie z nieodzownym "Edy- 
pem i Antygoną". Towarzystwo to powiększyli później "Perykles 
i A
pazja", "Umierający Priamus" i inni - słynni w starożytności 
nieboszczycy. Sam autor jednak przewidywał małe ich powodzenie, 
bo zaraz po przyjeździe otwiera prywatną szkołę malarską, a - 
z chwilą założenia w Warszawie Szkoły Sztuk Pięknych 1844 r. 
zostaje pierwszym jej profesorem i kierownikiem. Poza nauczaniem 


47
>>>
. ; 
I 



 


" 


ANTONI BRODOWSKI 


PORTRET WŁASNY 


malował sporo obrazów kościelnych, a także liczne portrety: całą 
Ralerję znakomitości warszawskich. 
Jeszcze mniej zdolnym a więcej banalnym jest KSA WERY 
KANIEWSKI (1809-1870). Po wymalowaniu kolosalnego-zabójczo aka- 
demickiego "Filipa i Aleksandra" jeszcze w Akademji Petersbur- 
skiej. pojechał jako stypendysta akademji do Rzymu i całe 10 lat tam 
spędził, zarabiając malowaniem portretów, które ciesz.yły się dużem 
powodzeniem wśród arystokracji rzymskiej. 1843 r. powraca do Pe- 
tersburga, a po śmierci Kokulara 1846 r. powołany zostaje na profe- 


48
>>>
sora warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych, gdzie już do końca życia 
pozostał. 
Do tej grupy związanych z Warszawą klasyków należy włą- 
czyć HADZIEWICZA RAFAŁA (1806-1886). Uczeń Blanka '), później 
trafił do Paryża, gdzie rok uczył się u Grassiego, potem pojechał na 
dwa lata do Florencji i Rzymu, i tu zwrócił uwagę na późnych epi- 
gonów Odrodzenia z XVIII w. W 1834 przyjeżdża na kilka lat do 
Krakowa, gdzie wykonał niepoliczone mnóstwo obrazów kościelnych 
i portretów. W 1839 widzimy go w Moskwie, uczącego rysunku na 
uniwersytecie tamtejszym, a 1846 r. powraca do Warszawy, powo- 
łany na profesora Szkoły Sztuk Pięknych. Tu pozostawał do 1871 t. 
Nauka u Gros'a i późniejsze studja we Włoszech zaszczepiły 
Hadziewiczowi coś, co go wyróżnia od wymienionych wyżej mala- 
rzy - kolor. Nie jest to koloryt ani oryginalny, ani w wielkim stylu, 
raczej kolorkowość, - jasny, barwny, manieryczny ton, który okra- 
sza odrobiną taniej poezji banalne, źle rysowane kompozycje, kom- 
pilowane z czego się dało. 
Jeżeli do tych kilku nazwisk dodać Antoniego Blanka - ucznia 
Józefa Grassiego,-profesora na uniwersytecie warszawskim w tym 
samym czasie co i Brodowski, - to będziemy mieli mniej więcej 
w komplecie Parnas Warszawski. Ta grupa artystów zajęła stanowi- 
ska wpływowe i przy najlepszych chęciach wywarła najgorszy wpływ 
na rodzące się w stolicy kraju malarstwo. 


Czem był w Warszawie Brodowski i Kokular, tern dla Krakowa 
stał się WOJCIECH STATTLER (1800-1882). 
W Krakowie stan rzeczy był jeszcze gorszy aniżeli w Warsza- 
wie. Wprawdzie w 1818 r. dawną malarską szkołę włączono do Uni- 
wersytetu Jagiellońskiego jako wydział sztuk pięknych, ale ten od- 
razu postawiony fatalnie-oddał krajowi jak najgorsze usługi. Na pro- 
fesorów powołano starego Peszkę i Józefa Brodowskiego. 2 ) Peszka, 
człowiek bez talentu, najwierrnejszy uczeń Smuglewicza, kazał 
uczniom swoim kopjować kilka drugorzędnych obrazów starego pędz- 
la, które się przypadkiem znalazły w posiadaniu Uniwersytetu... Bro- 
dowski, wychowaniec Akademji Wiedeńskiej, kazał pupilom kopjo- 
wać roboty jej u c z n i ó w-albo sam na poczekaniu rysował im na 


l) Antoni Blank (1785-1844), uczeil Józefa Grassiego, klasyk, portrecista, 
razem z Brodowskim Antonim profesor rysunku w uniwersytecie warszawskim. 
2) Brodowskiego tego nie należy mieszać z drugim Józefem Brodowskim, sy- 
nem Antoniego. - drugorzędnym malarzem warszawskim - batalistą, malarzem 
scen z krowami, końmi, - kuligów, przepraw etc. 


Malarsiwo polskie - 4 


49
>>>
wZDry - liche, akademickie schematy głów. O rysunku i malDwaniu 
z natury nikt tu nigdy nie słyszał. 
W pDdDbnej uczelni Dczywiście uczniDwie niewiele mogli się 
nauczyć. I Stattler wiele z niej wyniósł. ŚwiadDmy swych braków, 
podążył za innymi do Rzymu, gdzie zetknął się z nazarejczykami, po- 
znał Mickiewicza i uczył się u Thordwaldsena. Spędził tam lat dzie- 
sięć, studjował i kopjował malarzy Odrodzenia bez wielkiegD pożyt- 
ku. Pozostał klasykiem bez temperamentu i wybitniejszych zdolno- 
ści i byłoby o nim niewiele do powiedzenia, gdyby nie pewna rola, 
jaką odegrał przy reorganizacji Wydziału Sztuk Pięknych w Krako- 
wie. Przyjechał tam w 1830 r. a w kilka lat później pDwierzono mu 
stanowisko profesora i kierownika świeżo przekształconej uczelni, 
pod nową nazwą Szkoły malarstwa i wyższego rysunku. 
Naturalnie autor Mahabeuszów nie mógł wnieść do niej ducha 
naturalizmu. Uczniów swoich zamęczał tyradami D wysokim stylu, 
pięknej linji, szlachetnych proporcjach i poprawionej naturze. Dał 
im jednak rzecz bardzo ważną, a której szkoła ta od początku swego 
istnienia nie oglądała - nagiego mDdela (akt). Ta inowacja, tak na- 
turalna i skromna, zmniejszyła jednak w znacznym stopniu zło dy- 
letantyzmu, jakiego dotąd szkoła była rozsadnikiem. 
I ks. Poznańskie ówczesne miałD swego klasyka. Był nim ANTONI 
MAKSYMILJAN PIOTROWSKI (1813--1875). Mimo że wykształcony 
w Berlinie, a później wiele lat życia spędził w niemieckim Królewcu, 
gdzie był profesorem akademji, pozostał szczerym Polakiem, CD za- 
dDkumentował szeregiem Dbrazów, polskich przynajmniej z tematu. 
JegD "Wanda", mdła i sentymentalnie klasyczna kompDzycja histo- 
ryczna, była zakupiona przez krakowskie T -wo Sztuk Pięknych i re- 
produkowana jako premjum. W tym duchu malował PiDtrowski "Wie- 
czór flisaków na Niemnie", "Rozłączenie Marji Antoniny z Delfi- 
nem", "Pożegnanie Marji Antoniny z rodziną", "Herodot u kapłanów 
egipskich" i t. p. 
T ę listę uzupełnią jeszcze dwa nazwiska mniej głośne. 
Jedno należy do FRANCISZKA LAMPI (1783--1852), syna głDśnegD 
w epoce Stanisławowskiej malarza wiedeńskiegD, Jana Chrzciciela. 
Poróżniony z Djcem, zerwał z rDdziną i Dsiadł w Warszawie 1815 r. 
Pozostał tu do śmierci, wyjeżdżając zresztą CZęstD dD Krakowa, Wil- 
na, Lwowa, Kalisza, Lublina etc. albo też za granicę. Malował trochę 
fantastycznych i zgDła nudnych krajobrazów, ale przedewszystkiem- 
portrety. W portretach jest tD zapóźniony malarz rococo - bardzo 
wykwintny, lekki i barwny w duchu XVIII w. Szczery artysta pięk- 
nych dawnych czasów, czuł się niebardzo swojo w epoce, w której 


ł 


50 


ł
>>>
." 
..... .s. 


"..
r' 


.'" 
.'!-:
, 

 
, 


't'
.' - 


.
 
.'f." 
, 



 o'' 


- ," . 

 
 
j,. 
;", 


....:"... .,' 


, . 
}
' 

 


.' 1 


". 
". ':. 
' 


.' 


PI . 
" ....,. 
:" 
'-. 

"t.. \ 
,

.;
-.. 
: :;'" 
'... 
 


. '.:- 
 


....., 
r: 


"",,- 


. '. 


.:
. 



ti 


, 
....."........ 


.
 
... 


;":It 
. .
\!
*
 

 



"' 
.
 l "'U 
, . } 
,- . ł 
 -. ,,- 
,1 _.' .'. 
 
. '1.. - 
,.. 


.. -
l.. :'" 
I .....
 
! - 
 .
 ..
 
. ' 


" 


.. 


\- ' 


\ 

. 


.. 
'-a. 



 


. 
, r 

, 


" 
" 


.-.'1" 



}. 


11.... . 


,. 


. . 


WALENTY WAŃKOWICZ 
ADAM MICKIEWICZ 


mu wypadło żyć. Portrety jego późnego okresu tracą dawny wdzięk 
i lekkość, stają się bardziej suche, pedantycznie kończone, ciężkie 
i ciemne w kolorze. 
Z nim też milknie w Polsce ostatni flet pięknej, świegotliwej or- 
kiestry minionego stulecia. 
Przymiotów jego nie ma WALENTY WAŃKOWICZ (1799-1842), 
autor licznych portretów Mickiewicza, z którym blisko żył w Peters- 
burgu, a potem w Paryżu. Głównie dzięki tym portretom nazwisko 
Wańkowicza nie pokrył pył zapomnienia. Śliczny chłopiec, jakim go 
znamy z autoportretu, klasyk nieuleczalny w obrazach kościelnych, 
idealista w portretach, nawet ze wspaniałej rasowej twarzy Andrze- 


51
>>>
ja Towiańskiego niewiele umiał wydobyć. Rysunek jego dość po- 
bieżny, koloryt przykry i ciemny, charakter postaci nie pogłębiony. 
Najlepszem znanem mi dziełem Wańkowicza jest malutki portret 
Mickiewicza, znajdujący się w Bibljotece Krasińskich. 


Klasykiem zagorzałym był również słynny swego czasu litograf, 
a przedewszystkiem sztycharz ANTONIOLESZCZYŃSKI (1794-1879). 
Cieszył się dużem uznaniem w Paryżu, gdzie większą część życia 
spędził. Wśród rycin jego - bardzo nierównych - są obok pobież- 
nych prac rzeczy przedziwnie kończone z subtelnością wykwintnego 
paryżanina. Taką np. jest głowa Piotra Bielińskiego, poczęści Igna- 
cego Krasickiego i wiele innych. 


T o malarstwo wysokiego stylu - "pomnikowe", jak je wówczas 
nazywano, niby odtwarzające uroczyście a bez śladu życia przeszłość 
dawno wymarłych narodów - było rzeczą obcą krajowi. W gruncie 
wegetowało ono zaledwo - mimo wspaniałe tematy, imponujące 
rozmiary płócien i niekiedy stosunkowo duże opanowanie środków 
malarskich. 
Obok niego w cieniu ukryta, niby Kopciuszek, istnieje inna sztu- 
ka: bardzo skromna i niepozorna, ale oparta o życie polskie, rodzi- 
ma, zrozumiała dla wszystkich, niekiedy pełna humoru i tempera- 
mentu. Artyści tej grupy nie drą się na Parnas, unikają pomnikowych 
tematów i wymiarów, a nawet - techniki olejnej. Zwykle rysują, 
niekiedy malują akwarellą i gwaszem niewielkie szkice, z których, 
mimo widoczny brak szkoły, przebija tyle życia. tyle zdrowej obser- 
wacji i poczucia charakteru, że stanowią one bezcenne dokumenty 
bytu polskiego danej epoki. 
Wszyscy oni dużo zawdzięczają Norblinowi, a przedewszystkiem 
Orłowskiemu. Z drugiej zaś strony są poprzednikami wielkiej, a już 
rdzennie polskiej sztuki, którą zobaczy pokolenie następne - w dru- 
giej połowie wieku. 
Takim zdolnym i pełnym humoru doskonałym naśladowcą Or- 
łowskiego był młodszy od niego o lat dwa OBORSKI ALEKSANDER 
(1779-1841). Rycerskiego temperamentu, odbył on wszystkie kam- 
panje epoki - poczynając od Kościuszkowskiej, a kończąc na pogro- 
mach 1815 r. Po młodości pełnej chwały, eks-pułkownik zawiesił sza- 
blę i wziął się do ołówka i pędzla, jednakże w swych rysunkach 
i akwarellach poza styl Orłowskiego nie wyszedł. Łączyła ich ścisła 


52 


t
>>>
'" --, 


-;" 


\ 


v 
tr 
'" 


fi 


, 'I... 


.. 


,; 


./ 


JAKÓB SOKOŁOWSKI 


ST MAŁACHOWSKI i gen. MORAWSKI 


przyjaźń, zwłaszcza między 1817 a 1822 rokiem, który to czas Obor- 
ski spędzał w Petersburgu. 
Najświetniejszym - i całkiem samorodnym talentem tej grupy 
był JAKOB SOKOŁOWSKI (1784-1837). Miał wszelkie dane do tego, 
aby zostać polskim Daumier - znakomitością europejską, ale na to 
za mało umiał, bo nigdy nie oddawał się systematycznym studjom. 
Ten starannie wychowany, bardzo wykwintny i wykształcony panicz 
nie doceniał swego talentu i nie brał go powaźnie. Żyjąc w najlepszem 
towarzystwie warszawskiem, znał wszystkich i bawił ich i siebie 
swoim talentem, kreśląc odniechcenia - ołówkiem, tuszem, akwa- 
rellą - zdumiewające w charakterze drobne portrety, karykatury, 
najczęściej w całej postaci. Zwykle z powodu małego wyrobienia 
odwoływał się do profilu. Nieporównany obserwator stworzył arcy- 
ciekawą galerję typów - całą Warszawę owej epoki, karykaturując 
dowcipnie nietylko głowę, ale proporcje ciała, a nawet ubranie!... 
Taki Jan Kruszewski, vice-referendarz Rady Stanu, mały, z ogrom- 
nym łbem, wysokiem czołem, zadartym noskiem, cały utopiony 
w przydługim po same kostki płaszczu z peleryną - jest godzien 
ołówka Daumier. Kokosowy jest Walerjan hr. Krasiński, pogięta 
zgniła tyka w staroświeckim cylindrze, na tył głowy nasadzonym. 


53
>>>
Dalej Lewiński - gene- 
rał, ale całkiem roz- 
krochmalony, w rozpię- 
tym mundurze, oklapłej 
czapie, z wielką fają w 
gębie. Dalej wspaniała 
głowa barona Galicheta 
z rozlanemi, potwornie 
obrzmiałemi policzkami 
i t. p. 
Zrzadka tylko So- 
kołowski porywał się na 
scenki bardziej złożone, 
ale z zamiłowaniem ry- 
sował zwierzęta - kro- 
wy, konie, psy, zające, 
gęsi i t. p. 
Świetny talent So- 
kołowskiego złamała 
nieszczęśliwa, a nadspo- 
dziewanie głęboka mi- 
łość. Po dwukrotnem 
usiłowaniu odebrania so- 
bie życia przenosi się 
w r. 1823 na wieś, gdzie, 
unikając ludzi, zamknię- 
ty w sobie i sposępniały, 
spędził ostatnie lat kil- 
kanaście. 
Mniej indywidual- JAKÓB SOKOŁOWSKI 
nym i mniej ciętym ry- 
sownikiem był FELIKS PIWARSKI (1794-1859). Dobroduszny i praco- 
wity, sumiennie przeszedł szkołę wysokiego stylu, rysował przykład- 
nie antyki i zachwycał się Rafaelem. Dlatego w wielu kompozy- 
cjach - zwłaszcza wczesnych - mógłby podpisać Smuglewicza, tak 
dalece styl ich jest mdły i śmiesznie bohaterski (p. Mucjusz Scevola). 
T ej skóry trudno mu było się pozbyć. 
Zczasem - idąc za wrodzonym popędem, a także za przykładem 
Norblina, zwrócił się Piwarski do życia. W szeregu rysunków ilu- 
struje sceny ludowe warszawskie - kolędy dla ubogich, rogatki, po- 
wodzie nad Wisłą, uczty dla ludu, powroty z jarmarku i t. p., także 


-t 


."\, 
" 


'. 


"( 


WAL. hr. KRASIŃSKI 


54 


-
>>>
. 


..,.. 


. 



.
 


.... 


( 


.. . 
-' t:: 



 


.. 
'\ - 
........., " '. 
\ . 
" 
. , 


,il 


, 
, 


FELIKS PIW ARSKI 


PIJACY 


rysuje lub maluje piaskarzy, Zydów, chłopków, łyczków i t. d. Jed- 
nakże wszędzie mniej lub więcej z pod usiłowań realistycznych prze- 
ziera klasyk, z jego popędem do łagodzenia charakteru - t. j. ideali- 
zacji typu. 


55 


II
>>>
:l)-+ 


j. 


1:',' 
'\, 


)\ 


f. 


, 
), 


..... 


, 
r 


i.. 


-' 


. 


'ł 


.-. 
-. 



..#" 
..... 


, " 


s:::.;- 


FELIKS PIW ARSKI 


SPEKULACJA 


Piwarski był obok Sokołowskiego jednym z pierwszych naszych 
litografów. W Iitografji wykonał liczne kopje z dzieł innych artystów, 
rysowane miękko, ze smakiem właściwym epoce. 
Poza tern był sztycharzem, mniej od Kielesińskiego oryginalnym, 
ale więcej wyrobionym. W miedziorycie również wykonywał kopje 
dzieł cudzych,' albo własne swoje pomysły. Był nadto profesorem 
Szkoły Sztuk Pięknych od chwili jej powstania. Wprowadził do niej 
rzecz pierwszorzędną dla nauczania - studjum aktu. 


Wspaniałym typem niezwykłego oryginała i dziwaka był w tej 
grupie "niezależnych" WINCENTY KAJETAN KIELESIŃSKI (1808-1849). 
Początkowo studjował matematykę i architekturę w uniwersytecie 
warszawskim. Ale nauka u Piwarskiego pociągnęła go ku malar- 
stwu - ściślej - rysunkom. Niedługie studja przerwał wybuch li- 
stopadowy - Kielesiński przywdział mundur, - a po odbytej kam- 
panji, zamiast emigrować z innymi do Paryża, przeniósł się do Kra- 
kowa. Znajomość z Gwalbertem Pawlikowskim, słynnym zbieraczem 
galicyjskim, zaprowadziła go do majątku tegoż, Medyki. Tam to po 
raz pierwszy zabrał się Kielesiński do akwaforty. Oczarowany tą mi- 
łą techniką, wykonał ogromną ilość płyt, przeważnie bardzo drob- 
nych. Trawi na płycie widoczki z natury, typy ludowe - sitarzy, 
obrazkarzy, górali, Żydów, Cyganów, obok tego stare baby, stare cer- 
kiewki, kościoły, chaty, dwory i wszelkie zabytki, do których się pa- 


56 


)
>>>
- '. _;" ';: ...::"z
 



 -::r - #
.. -- 

ą'f
r. 
Jc1

t_ ,', 
..........J.:
 ........... ""'...... ",--"'SI ... 
;,
';.-
- -""f, ,.t; . 
, .. .;sg:;.".
 :- 
fa.. 
&
 ": 
 \" . _
- 
ir"
:,' " N' : ':"'iii 
ii

 r.'\ }.
-' 
'f:
 t;

;. t . 
 :. : 
 I 

 . .c'-" -, "
l" 
 
. 
 ..
 J I: 
.. 

 - - -"

' . 
?,
-,$'
 ' 
_..




.
, . -"
 
_?---

:

.-. - -,--- 



" ..-'
"" 
-:::- " -,: - 
;
 -
.,..
 

 . ' 
- 
-- 
 ':=-- "\..i ""0 

_. '.
 
.. jD" , ..... 
-.
" "::ł
'" \ 
. "'-. .

- 
1:. ..,1' , ''';..- - 
""
 
." ..,,". 
 . 
 .':t.:. -.
,- }. 
,.. -: .- ,.:" "," . 1.'-\ ," t'ol'" 
 .
 

}1
:

' '-. ,',. '.( ," .... 
'''
.\ ''"'' . . .;.t...
 

: _..-".,
 ' L 

,:
 

:
 
...I/.4! li 


, ". 



 


W. K. KIELESINSKI 


GŁOWA SZLACHCICA 


lił - wszystko to drobne, często niewiększe od marki pocztowej,- 
swobodnie igłą rysowane - na próbę - "dla zabawy", jak sam lubił 
mawiać. 
Znajomość z Tytusem Dzieduszyckim 1839 r. wydobyła Kiele- 
sińskiego z Galicji. W 2 lata później widzimy go w Kórniku, gdzie 
Dzieduszycki porządkował właśnie swoje wspaniałe zbiory. Tu Kie- 
lesińskiemu przypadły nowe prace: rysunki budynków, starych pie- 
częci, herbów, rzeźb, napisów i t. p. nieprawdopodobnie dla tej epo- 
ki ścisłe i w charakterze utrzymane. Obok tego rzeczy twórcze - 
sceny i typy. niekiedy bardzo silne. jeżeli nie w rysunku, to w za- 
mierzeniach śmiałych i bardzo naturalistycznych: baby iskające się, 
wszarze bijący na sobie robactwo. 
W pracowni jego szwendały się w najlepszej zgodzie z sobą 
i z gospodarzem jeże, kuropatwy. myszy oswojone. sowy. skowron- 
ki i t. p. - przyjaciele artysty. Lubił nie tylko ich towarzystwo, ale 
miał w nich żywy i wdzięczny model. Bardzo chętnie rysował te 
zwierzęta. także zające, barany - całkowite, albo tylko głowy, szu- 
kając zawsze prawdy i charakteru. Jeżeli nie osiągał tych cech w ca- 


57
>>>
łej pełni, tO' jedynie dlategO', że małO' umiał, bO' Piwarski wiele gO' 
nauczyć nie mógł, a później już żadnej szkoły Kielesiński nie znał. 
EurO'Py artystycznej nawet nie widział. HO'ryzO'nty jego malarskie 
O'twierał NO'rblin, zamykał OrłO'wski, Bacciarelli, Plersch, Piwarski 
i paru innych, których zresztą kO'pjO'wał niejednO'krotnie. Przypad- 
kiem sPO'tkany Ostade - dzieckO' jadące na kO'niku - zachwycił go. 
Odczuł bratnią duszę w starym mistrzu hO'lenderskim i skO'pjował gO' 
czemprędzej. 
Z Kórnika już nie wyjeżdżał - chyba w 48 roku dO' więzienia 
w Berlinie. Tu pracował, tu się O'żenił pO' to, aby nazajutrz sPO'tkać 
śmierć, w 41 rO'ku życia. 



 


Burze dziejowe rO'zmiotły pO' świecie synów Polski, - rO'zpro- 
szyli się jak liście jesienne, oderwane od pnia i miotane wichrami. 
Niemasz takiego zakątka na naszym glO'bie, gdzieby się jakiś "latar- 
nik" - jakiś rozbitek polski nie zawieruszył. W dalekiej Kalifornji 
huczy w jesienne nO'ce spieniona rzeka... ..Stanisława..... KtO' ją tak 
nazwał - niewiadO'mo. A raczej wiadomO': nazwał ją bezimienny rO'z- 
bitek, obłąkany tęsknotą po kraju i po kimś jeszcze bardzO' drogim, 
którego bezPO'wrotnie - jak wszystko - stracił... I tylkO' nazwa po- 
została - jedyny świadek nieznanegO' dramatu nieznanego serca 
PO'lskiego. 
Takim liściem jesiennym był JAN LEWICKI (1795-1871), go- 
dzien wSPO'mnienia nie tyle dla swO'jej sztuki, ile dla dziwnych kolei 
życia. Urodzony w Sandomierskiem, miał nieszczęście trafić do szkoły 
Józefa Brodowskiego w Krakowie, w której naturalnie niczegO' się 
nauczyć nie mógł. 1825 r. przyjeżdża do Warszawy, aby się uczyć 
sztychu u Krathlowa, sztycharza berlińskiego, PO'dówczas profesora 
tej sztuki przy uniwersytecie warszawskim. Zarazem uczył się i lito- 
grafji. Wiedzę swoją uzupełniał w Wiedniu, dokąd pojechał na rO'k 
studjów. 1828 wraca, ale już nie na długo. Rewolucja listO'padowa PO'- 
niosła gO' jak PO'tO'k górski i wyrzuciła jak tylu innych na brzeg aż 
w Paryżu. 
Blisko 30 lat życia spędził Lewicki na obczyźnie i tułaczce. JakO' 
sztycharz pracO'wał w Strassburgu, PO'tem 8 lat w Nancy, - potem 
znów w 1843 r. widzimy go w Paryżu, - wreszcie 1853 zO'staje dy- 
rektO'rem szkoły tOPO'grafów - w LizbO'nie... Tu spędza 6 lat niespo- 
kojnego żywota, ucząc chłopców i kreśląc mapy. 
T ęsknota do kraju i mO'żnO'ść powrotu przypędziła go wreszcie 
do Warszawy, gdzie został "kierownikiem drzeworytów" w Tygodni- 
ku Ilustrowanym. Tu przetrwał lat pięć, widział ruch narodowy, 


( 


I 


58
>>>
r , 
i '
 
" 
.., . 
Vi-' I, '( fl ; ; t ł '
:1i 
, .' - r; . 
. l. r.!, 
.. 
 T. I: ,I.ti\!t \. I{ 

.i
 "" ,:
 iii . :',:', - ; , '-:c;' ic-' :' 
" ;'. : ;:.
 ł"..-. t:.
 ..r;.. 

.'( . . ,- '\, j,. 
,:. t \/
:
 . f;
\ ',:1 ł ' , ;y 
łt '
 

i;.J.. '\' ,"." ',' \ 
.t;. t "

t! I  I :.. łr 
"," _ t'J 


 ..  ," ! 'i .,., ,
\ .,,
"
 ".c...... '..\... t: 
_', .,'. 
: 
 ". t ' ..
 :.

;
 :::


'1\ ,'" ::


" .". 
_ . _, .' .,'"., J..,ł". . '. }t

?\. 
:-:,,-. . \o. ,. '\ " 

 

 
-;

 :- ..:.
. d-- 
 - 
- 


;..:: _



-=-.",
 
__ -.'" ;.
;'-";'; 

Ę, £
i. ... 


/" . 

 
.:" ł'l 


,I 


JAN LEWICKI 


SCENA Z VERBUM NOBILE 


upadek i pogrom nadziei. żałobę serc. Musiał czuć się źle, jak zawsze 
i wszędzie. Na portrecie widzimy szlachetną i nerwową twarz arty- 
sty i drobne, trochę krzywe - niespokojne i cierpiące oczy. W 1865 r. 
znów go widzimy na bruku paryskim. gdzie pracuje "wśród wielkich 
trudności". Potem nadeszła wojna, oblężenie Paryża - komuna. Nie- 
wiadomo czy Lewicki brał w niej udział. Ale w pamiętne dnie majo- 
we dość było nazwać się Polakiem, aby zostać rozstrzelanym. T ego 
losu nie uniknął Lewicki. 25 maja 1871 r. 76-letniego starca posta- 
wiono pod murem... Kule wersalskie położyły kres jego nędzom, sa- 
motności i tułaczce. 
O sztuce jego mało da się powiedzieć. Ilustracje do pamiętników 
Paska, panoramicznie pojęte, są banalne i słabe w rysunku. mimo wi- 
doczną łatwość kompozycyjną. Jego "pierwszy tuzin starych facecyj" 
zdradza wybitnie dążenia naturalistyczne, ale są to rysunki prze- 
ważnie pamięciowe. robione zdala od kraju - nie mogą mieć tętna 
życia, obserwowanego bezpośrednio. Podobnie satyryczny cykl "Mio- 


59
>>>
-, 


- .. 


""" 


.. 


',. ... 


,-,. 


JÓZEF GŁOWACKI 


PORTRET 


tełki" Z wierszykami odpowiedniej treści. Traktowane lekko, ale su- 
cho, noszą na sobie pewne ślady sztuki Orłowskiego i Sokołowskiego. 
Lewicki nie był rysownikiem bez talentu. O tern, czem mógłby 
być, świadczy jego doskonała scena z Ve r b u m N o b i I e-zwłaszcza 
Pakuła sunący ku pannie - w typie i ruchu nieporównany. Lewic- 
kiemu brakło szkoły i równowagi duchowej, niezbędnej do pracy. 
Dlatego minął bez śladu. 


Najmłodszym z tej grupy był DĘBICKI NAPOLEON (1820-1865). 
Uczeń Kokulara, sprzeniewierzył się naukom mistrza i poświęcił ma- 


'. 


60 


ł
>>>
BONA WENTURA-DĄBROWSKI 


PORTRET KUPCA 


larstwu obyczajowemu, a przedewszystkiem rysunkom i karykatu- 
rze. "Koncert Billego" w Dolinie Szwajcarskiej - z grupą tańczących 
i pijących grubasów mówi wiele o jego zdolnościach obserwacji, ale 
także o małem wyrobieniu formy. 
Malarstwo portretowe ma również grupę przedstawicieli mniej 
manierycznych i uroczystych, aniżeli ich koledzy klasycy. W pierw- 
szym rzędzie należy wymienić tu JÓZEFA GŁOWACKIEGO (1789-1858). 
Urodzony w Mińsku, uczeń Rustema w Wilnie, w późniejszych cza- 
sach przeniósł się do Warszawy, gdzie był dekoratorem teatrów, - 
zarazem litografem i portrecistą, na owe czasy pierwszorzędnym, jak 
świadczy znakomicie zrozumiany w charakterze "portret mężczy- 
zny" (być może jego własny) - w okularach, o nadzwyczajnie roz- 


61 


...
>>>
..... 


ALOJZY REJ CHAN 


PORTRET 


wiązanych subtelnościach w budowie ust pod wąsem. podbródka. 
nosa. całej zresztą twarzy. Głowacki przed przyjazdem do Warsza- 
wy był czas jakiś profesorem malarstwa w uniwersytecie wileńskim. 


Prócz niego żył w. Warszawie malarz o dużem wyrobieniu art y- 
styczne m i wielkich zdolnościach w zakresie portretu, BONAWENTURA 
DĄBROWSKI (1800-1861). Urodzony w Warszawie. był uczniem 
najprzód ojca swego, drugorzędnego malarza - Antoniego, - a po- 
tem starego klasyka Blanka. Syn pokolenia listopadowego, w 1831 r. 
chwycił za broń, - bił się i dostał do niewoli rosyjskiej. Po powrocie 
z zesłania zamieszkał w Warszawie. gdzie malował minjatury, a tak- 
że duże olejne portrety. W zbiorach Zachęty jest jego doskonały por- 
tret kupca Petiscusa: gęba pospolita, oczki bystre, twarz czerstwa 
ryżawego zdrowego człowieka. Na głowie siwy mechłaty cylinder,- 
czarny surdut - ciepły w tonie. jakby ciepłem światłem zalany. Ar- 
tysta ten szukał bardzo charakteru i wiele umiał. Na portrecie ka- 


62
>>>
,- - -=- 
.,,. 



 


,...... 


- 


. '. 


-. . . 
9 r?--. -,;-- 
 . 
- 
. 
. ... ....,-...... 
.... ...
..- 


., 


.
 1"."'-'''' 


lO. 
;!". 


\1 
._

 
. 
, 
 
 -:
 
"'.s# . 
 

-----=- "., 

-ł-?
 
6  _ . 
-=-.
......,--='

tI 
,'. 

- 
_ 
 
;
i
 :
:: 
:=-; 
- 


- 



::::
 


--= -
- 
. -
 


...:i;; .-== 


 


-..... - -. 

-- 
 
";-. 
:
--- 
. -r" ,,
;-r 
" 
 
 "iI

 
 
I
,.::


 . '

 

 :

 
-'l' 

 

. "--i. 


',:''.} .I
 .'. .,  

)"1 I I
': 
.
 

 - 
-,
 -
 -:;. 
:.. 
-:SC... -#'-
:_____-___ .....' 

 


_. _;...w . 
.
 


.. 


JAN DAMEL 


RYSUNEK 


nonika kieleckiego, litografowanym oryginalnie przez Dąbrowskiego, 
niekształtny z przodu widziany nos jest modelowany oryginalną ma- 
nierą światłocieniową, nad podziw zręcznie. 
Warszawską grupę portrecistów uzupełnia również STANISŁAW 
MARSZAŁKIEWICZ (1789-1872), zdolny i wzięty w swoim czasie minjatu- 
rzysta, ksztalcony przez Bacciarellego, potem przez Antoniego Brodow- 
skiego. Szkołę tę uzupełniał w Dreznie. Malował minjatury mniej ko- 
lorystyczne niż w wieku XVIII, ale bardzo wykwintne w rysunku 
i mniej manierowane, czy mniej stylowe - aniżeli tamte. 


Z portrecistów lwowskich wyróżnia się ALOIZY REJ CHAN 1808- 
1861). Kształcony we Włoszech, piękny, układny, bohater salonów. 
Odrębną grupę dla tej epoki charakterystyczną stanowią mala- 
rze wileńscy. 
W Wilnie kulturę artystyczną miał szczepić S m u g l e w i c z, który 
1797 przeniósł się tam jako świeżo mianowany profesor malarstwa 
w uniwersytecie. Ale naprawdę twórcą kultury wileńskiej jest doda. 


63 


...
>>>
;
 


" 


.s
... '.. 
.. 


.... . 


, 
'.. 'J I 
, 


. ......,! i. 


. ,t. 
...'\ ,"" . 
 -, 

 
...... 
.-. 


',' 


t?, i 


.'" 


r 


ł', 


r., l' 


'ś 



';:r' 


',. 


. "-..... 
 



. 



 
, , 


" , 


..... 


... :, - 


: '. 


'. 


, 
,i 


.., 


.' 


KANUT RUSIECKI 


GŁOWA 
MIEJĄCEGO SIĘ WŁOCHA 


ny mu do pomocy w roku następnym Rustem. Jego to uczniem był 
W a ń k o w i c z, D m o c h o w s k i W i n c e n t y, Kar c z e w s k i 
J u l j a n, Łuk a s z e w i c z J ó z e f a t, późniejszy batalista nadwor- 
ny ks. Konstantego, Kuk i e w i c z K o n s t a n t y, B a c h m a t 0- 
w i c z K a z i m i e r z i cały szereg innych. Przedewszystkiem zaś 
JAN DAMEL (1780 - 1840), naj starszy z całej kompanji. Malował 
wszystko, nie wyłączając portretów, mimo pewną manierę - mi- 


64
>>>
,..l
. 
r "' --':;""'i;. 
...- I
""
 
.,. I
.'
"'" 
I '-----".-"f" ...- 
\ '..j . ..1, 
 
'
i'. \" . 
\1: W' 
I---:;I\
 


 _/
 
J ',' 
I 
) 
 
'Y 
..., 
''- 

 I .M . 
 



 .....
'ł 
'
91' ':-' '(
 

:.
 ,- .'" I P 
. 7, 11' iia 
'.
 ''t.:, -I_'J: 

;r{
:) 
\ ł 'l ' 1;\ 
\.1 ł :.., 'Hi 
" i LV \ r 
, i' 
It ,t 
''J 
 


 

 
, \ ' , "-1k "I 
 I l 
.\ 'H, .{' )41 
wr;
-. -;.;:" ";' 

 ..:, 
 . 
 

 ,5! ,', r' 
"
 \ , '" '


l..;;.. 
,_
... #'. .re. 



 ;

 
I 
 
 
 . -; 
....... 

 - .... 
--
 -
 -- 


WINCENTY SMOKOWSKI 


l/i, 


SZKIC 


łych w kolorze i ciekawych w ruchu i charakterze. Godne uwagi 
są jego rysunki piórem. względnie - cieniutkim pędzlem, pełne sma- 
ku i stylu wytwornego. Damel, pragnąc zatrzeć wpływ Smuglewicza, 
zwracał się do natury. Robił studja drzew, a nawet zielsk, liści ło- 
pianu i t. p. z zaciekłością naturalisty, godną Diirera. Z grupy tej Da- 
mel zdaje się być najwięcej wyrobionym malarzem. 
Czem mógł być KANUT RUSIECKI (1801 - - 1860) świadczą jego 
wczesne niepretensjonalne studja. Na wystawie sztuki kresów, urzą- 
dzonej w Warszawie 1920 r.. była głowa roześmianego chłopca. ma- 
lowana tak śmiało, szeroko i soczyście, w wyrazie tak swobodna 
i świetnie wyczuta. że mógłby się pod nią podpisać Hogarth. Niestety 
Rusiecki. mając lat 18, pojechał do Rzymu, gdzie go w ciągu lat sied- 
miu zdławiło i zmanierowało doszczętnie włoskie dawne malarstwo. 


Znanym bardzo, dzięki swoim niepoliczonym rysunkom, uczniem 
Rustema był WINCENTY SMOKOWSKI (1797-1850). Jako stypendy- 
sta wileński wyjechał do Akademji Petersburskiej, gdzie go wyróż- 
niano bardzo. Siedział tam do 1829 r., malując nudne klasyczne obra- · 
zy w rodzaju "Marjusza na gruzach Kartagi". Po powrocie do Wilna 
źle mu się działo. Malarz, rzeźbiarz, drzeworytnik, biegły historyk 


Malantwo pol.ki..-5 


65
>>>
sztuki, którą roważnie studjował, musiał porzucić te zajęcia i zabrać 
się do... medycyny, po ukończeniu której pozostał na stałe w War- 
szaWIe. 
W rysunkach jego mniej akademizmu. Przeciwnie w tych kon- 
turowych szkicach jest dużo życia i charakteru, mimo całą ich i to 
dosyć tanią manierę kreskową. Smokowski pozostawił sporo prac 
literackich. Wśród nich życiorysy Orłowskiego. Rusterna i Wańko- 
wicza. cenne dla historyków sztuki. 
Wileńska grupa jest godna uwagi. jako pierwsza próba szczepie- 
nia sztuki miejscowej na pniu kultury polsko-litewskiej. Zarazem 
artyści ci - mimo nietęgą szkołę - przeważnie porzucili Parnas. 
zwrócili się do krajobrazu. do życia ludu, do portretów. t. j. do rze- 
czy, które mieli przed oczami. One były ich naturą i wychowawcą. 
Dzięki temu do ich skromnej sztuki przeniknęło coś ze świeżOośd 
życia. 
Po zamknięciu uniwersytetu 1831 r. zabrakło ogniska, które ich 
skupiało. Wówczas rozpierzchła się brać malarska - jedni wyjechali 
za granicę, inni - rozsypali po całej Litwie. szukając chleba. zara- 
biając potrochu malarstwem, przeważnie nauczaniem. Jedni z nich, 
jak H e s s e, L e d z i ń s k i, M i l a k o w s k i, P r z y b y l ski. S ł a- 
we c k i i t. d. malowali portrety i minjatury, - inni - jak D m o- 
c h o w s k i, K u l e s z a, M i s z e w s k i - krajobrazy miejskie lub 
wiejskie. Inni i to i owo potrochu. Z pejzażystów wyróżnił się 
ALBERT 1:AMETT (1820-1875), najmłodszy z tego pokolenia. Ma- 
larz zdolny, przesiedział długie lata w Rzymie, malował krajobrazy 
włoskie. nie bez smaku w kompozycji i poczucia koloru. 


Na takiem - naogół szarem tle - tern żywiej występuje jedyny 
pierwszorzędny talent tej epoki, na który złożyła się nietylko zgOoła 
niezwykła indywidualność. ale i wyrobienie w ogniskach sztuki za- 
chodnio-europejskiej. Jest on potężnem ogniwem. wiążącem sztukę 
Orłowskiego z plejadą wielkich malarzy polskich drugiej POołowy 
XIX wieku. 
Kiedy wielki minister Królestwa Polskiego - Drucki-Lubecki 
uprzemysławiał kraj i reorganizOował ważny dla jego przemysłu wy- 
dział górniczy, upatrywał w swem otoczeniu kogoś, komuby mógł po- 
wierzyć jego zarząd. Wybór przenikliwego księcia padł na młodego, 
25-letniego człOowieka, który niedawno wstąpił do służby państwo- 
wej Nazywał się PIOTR MICHAŁOWSKI (1802-1855). Oprócz uni- 
wersytetu krakowskiego skończył Oon świeżo akademję w Gotyndze, 


ł 


I 


66
>>>
Jr .' ł
 
, 
. 

I \;! '
 
{
,J .... .....w- \ , ; '
.' .) 
'ii ....... 
i',: , ,. 
" " ',- 
, - .
 , 
':'
 I 
.
). 
- 


J., 


... 


{: 
c' 
. 
 


$' 
,. 
-. 


,', 


L .- 
, I." '. __ 
.
 't. . 
 , 
,-: _ ,.. 
" -
""-:

 
".,,- 
.. 
.\. :. 



 
- 


" 


'
 
. 
- 


. -A... 
'?
 


I.'..t. 


.
 : --
 ,\- 
'.-., ".,.,-.- ':' 
;:, -. ". 
."- 


; .- 
-. !
..-..r:...

 _ _' """'r -; _ 


\, 


-
 


\ '.:"' ::i 
'
, 
.

 
--;..J..r_
 

 



.. 


PIOTR MICHAŁOWSKI 


POWÓZ Z DAMAMI 


naj świetniejszy zakład naukowy niemiecki, - władał - oprócz staro- 
żytnych - językiem francuskim, niemieckim, angielskim i hiszpań- 
skim - znał trochę arabski i perski. Studjował prawo. politykę i hi- 
storję równie gruntownie, jak matematykę i nauki przyrodnicze. 
wszędzie wyróżniany przez profesorów, zdumionych jego wczesną 
dojrzałością i fenomenalnemi zdolnościami. 
Drucki-Lubecki nie zawiódł się na Michałowskim. Młody czło- 
wiek zamknięty w sobie, unikający zabaw i zebrań - przy całej swej 
ogromnej wiedzy - nie był wcale mólem książkowym. Przeciwnie _ 
miał on wielką znajomość życia, rozległy horyzont myśli, tęgie zdro- 
wie - i żelazny charakter. W przeciągu pięciu lat objeżdża kraj, wal- 
czy z anarchją i demoralizacją urzędników swego wydziału. usuwa 
braki organizacyjne. dobiera ludzi, których dziwnie umiał odgady- 
wać, zwiedza konno całą Francję dla zbadania stosunków w górnic- 
twie tamtejszem. Wreszcie po pięciu latach krwawej pracy i nocy 
bezsennych - zostawia kopalnie i fabryki Królestwa w kwitnącym 
jak nigdy stanie i administrację zorganizowaną wzorowo. Dzięki jego 
pracy z chwilą wybuchu listopadowego przemysł "wojenny" stanął 
na wysokości zadania i mógł dostarczać wojsku ogromnej ilości broni 
i amunicji. 
W chwili wybuchu Michałowski miał lat 29 i był w pełni sił du- 
chowych. Orłem okiem obejmował każdą sytuację w całości i szcze- 


67
>>>
gółach. Krytyczny, a pełen wiary w naród, głęboki myśliciel i czło- 
wiek piorunowy w czynie-zdawał się być predystynowany do pierw- 

zorzędnej roli, w chwili, kiedy Polska stanęła do walki o śmierć lub 
życie. Ale menerzy powstania nie umieli. czy nie chcieli ocenić ge- 
njuszu twórczego tego urodzonego męża stanu i zmarnowali go, jak 
zmarnowali zresztą Prądzyńskiego, Chrzanowskiego, Mochnackiego 
i tylu innych bezgłośnych. Obcy ambicjom osobistym, Michałowski 
nie zabiegał o dostojeństwa, brzydził się intry,gami, - w ciszy i kar- 
nie dotrwał do końca na skromnem stanowisku. które mu powierzono. 
Ten niedoszły mąż stanu był zarazem pierwszym wielkim arty- 
stą polskim, zrodzonym w XIX w. Od dzieciństwa zdradzał niebywa- 
łe zdolności i to w różnych kierunkach. Mając lat 9, komponuje walce, 
które ordynatowa Zamoyska gra "pour calmer les fureurs de Zdziś..... 
W 14-ym roku życia zrobił z Orłowskiego kopję tak dokładną, że 
właściciel oryginału podobno musiał powołać komisję rozpoznawczą, 
aby być pewnym, że otrzymał z powrotem oryginał... 
Malarstwa uczył się Michałowski z początku od Stachowicza, 
potem od Brodowskiego Józefa, a nawet trochę u Lampi'ego, który 
był w Krakowie w latach 1817-18. Są to jednak szczegóły obojętne, 
bo żaden z tych artystów - z wyjątkiem może jednego Lampi'ego-- 
wiele mu dać nie umiał. Jak wszyscy malarze o wybitnej indywidual- 
ności - Michałowski był przedewszystkiem samoukiem. Sam mó- 
wił o sobie, że nigdy nie szedł bez ołówka do stajni... 
Kiedy rewolucja upadła, Michałowski zrozumiał, że lUZ nie mo- 
że w inny sposób być krajowi użyteczny - i idąc za głosem powo- 
łania, poświęcił się studjom malarskim. W Paryżu, dokąd pojechał 
w marcu 1832 r., poznał się z Charlerem i czas jakiś malował w jego 
pracowni, nietyle jako uczeń, bo Charlet od jednego spojrzenia na 
pierwsze studjum Michałowskiego uznał w nim mistrza, ale raczej 
jako kolega. Studja swe uzupełniał w rzeźni końskiej, która była dla 
niego t e a t r u m a n a t o m i c u m... wreszcie nowe a ogromne ho- 
ryzonty otwierało mu muzeum Luwru. Jak niegdyś Velasquez. tak te- 
raz Michałowski cenił ze wszystkich włoskich najbardziej szkołę we- 
necką, która go oczarowała wspaniałym kolorytem i zarazem czcią 
dla prawdy i natury. Co dziwniejsza - w czasach kiedy o Velasquezie 
nic nie wiedziano poza Madrytem '), Michałowski zwrócił na niego 
pilną uwagę. Zdumiał go szalony i majestatyczny naturalizm tego Hi- 
szpana, jego szeroki pędzel, siła charakteru. Cenił go nad wszystkich, 


') ..Odkryli" tego króla malarzów Angli
y na wystawie w Manchester 1857. 
Od tej chwili zaczynają się nim interesować malarze, krytycy i historycy sztuki. 


\ 


68
>>>
- 


PIOTR MICHAŁOWSKI 


PERSZERONY 


I' 
I 


nawet nad Van Dycka, którym się zachwyca. Podziwia jego "naiwność 
i wzniosłą prostotę pędzla..... Niektóre studja głów Michałowskiego 
świadczą wymownie o uznaniu dla tego "króla malarzy". 
Michałowski maluje przeważnie akwarellą obrazy nie duże, bez 
żadnej anegdotycznej treści, niesłychanie 
miało i szeroko. Ale żad- 
ne z tych szerokich rociągnięć pędzla nie jest przypadkowe. Rzeczy, 
mające pozory szkiców, są przedziwnie dociągnięte w kształcie, ruchu 
i charakterze. Treść - wozy, zaprzęgi, dyliżanse, targi końskie, kira- 
sjerzy konni. Konie potężne-percherony olbrzymie i ciężkie, zwła- 
szcza genjalnie wyczute kiedy ciągną... T o znów fragmenty epopei 
napoleońskiej, tak świeżej jeszcze i, mającej wielu żywych świadków. 
Michałowski był czcicielem cezara Francuzów, malował go wielo- 
krotnie, nawet rzeźbił. O jego konnym posążku Napoleona weterani 
mówili, że nigdy go nie widzieli rodobniejszym. 
Michałowski nie dbał o sławę, ale ta przyszła sama. Jego rysun- 
ki, akwarelle, budziły zachwyt potęgą życia i swobodą wykonania. 
Bogaci amatorzy wyrywali je sobie i płacili na wagę złota. Michałow- 
ski sprzedawał i to drogo, aby mieć z czego pomagać nieszczęśli- 
wym rozbitkom rodakom. Charlet kopjuje jego konie na swoich obra- 
zach - bynajmniej nie skrycie. Kopjują go niektórzyakwarelIiści an- 
giel!'cy. SetId ;ego prac wywędrowały za kanał, a niektćre nawet za 


69
>>>
ocean. Rosa Bonheur, słynna malarka zwierząt, uważała go za swe- 
go jedynego mistrza - a Balzac, umieścił go w jednej ze swoich po- 
wieści. 
 
Ta sława nie była rzeczą przypadkową. Prace Michałowskiego 
mają wszelkie cechy genjuszu i to genjuszu bardzo polskiego, nerwo- 
wego, o żywym temperamencie, ogromnem wyczuciu ruchu i charak- 
teru i bajecznem zamiłowaniu do konia. W epoce kiedy klasycyzm 
triumfował niepodzielnie, a w Polsce nikt nawet nie słyszał o takich, 
coby próbowali zachwiać jego powagą, - Michałowski jakby nie 
wiedział o jego istnieniu. Cokolwiek bądż maluje, czy rysuje-konie, 
byki, psy, ludzie - jako całość, czy jako głowy pojedyńcze - 
wszędzie kładzie piętno prawdy prostej - i majestatycznej w pro- 
stocie swojej. Pod jego "kowalem kującym konia" mógłby się podpisać 
Millet. On tylko i Daumier umieli zakląć tyle prawdy żywej i nieu- 
błaganej w kilku rzutach pędzla, w kilku śmiałych a lekkich kreskach. 
T e rzuty i kreski tak swobodne, są jednak owocem niesłychanie 
sumiennych badań kształtu. Trzeba widzieć rysunkowe studja koni 
Michałowskiego, zobaczyć jak jedną nogę, czy też zad koński po pięć 
i dziesięć razy przerabia, powtarza, uzupełnia etc., aby dojść do jej 
zrozumienia bezwzględnego; - trzeba samemu znać tajemnice 
kształtu, aby ocenić, ile głębokiej treści mieszczą w sobie te szkice, 
które byśmy dziś określili jako obrazy impresyjne. 
Michałowski znał i technikę olejną i władał nią po mistrzowsku. 
Na wystawie warszawskiej, urządzonej 1913 r., było jego studjum 
martwej natury - ze złocistym kirysem francuskim, świetnie malo- 
wane o przepysznym ciepłym tonie i pierwszorzędnych zaletach ko- 
lorystycznych. Podobnie głowa jakiegoś szlachcica o poczciwych, ja- 
snych, miękko patrzących oczach. 
1835 r. Michałowski robi wycieczkę do Anglji, której kultura, 
instytucje i ide je polityczne i społeczne zawsze go pociągały, poczem 
wraca do kraju na wezwanie ojca, który, czując słabnące siły, chciał 
go mieć przy sobie. 
Michałowski wrócił właśnie w tym czasie, kiedy reorganizowa- 
no szkołę malarstwa, nie przyszło jednak nikomu do głowy wezwać 
do tego dzieła - jedynego mistrza polskiego, w którym umiano tylko 
dopatrzeć dyletanta, wielkiego pana bawiącego się malarstwem. On 
zaś sam był zbyt dostojną i zamkniętą w sobie naturą, ażeby się pchać 
i narzucać z usługami. 
W pracowni, którą sobie urządził w Krakowie, maluje w tym 
okresie dużo i to wielkich olejnych płócien z figurami naturalnej wiel- 
kości. Ciągle się snują wspomnienia 31 roku, to znów współczesne 


1 


, 
ł 


ł 


j 


I 


70
>>>
t 


.-:. :- ,I 


....:.;.:. v.... 

.:


 


J 
0-"''''' .. 


-.. .... . .--.J \ :
. 
:
.". 
.
'


{a:'
 ': 
 - '-: I 
 
. . 


- .
 -:-- .' - .- 
,
 '":'-
. '. .

':- '),.. 

 ,.... .:;. .. - 
"2 {.:. '. '1 
, . n.. . .i" '"
 
:;

' 
..... 


"
 


.'
 I 
-, 
, I 


,."''\:., 
" 

'

r
.k 
-: 1.__) 'aA 
...--: 


.jo.
 
'. 


t 
I 



,lt
..
:c' 
,


S
 
 
;

.
,
" - 
:: 
:.. 
:1
 -' 


'.1-" 
-
- 

'. 


-
 "\.- 
 ,

 
..... -
'" 
.. t
. 

. ..-;. 


.
)'III,
 

. 
iC

1
 ,. 
-: 
 . 


.";'--." 


. ' 


" 


.:- 


.. ,,' 
. -łi I
 
;
 .. ,-".-. ,.:.ł;.') 


.

, _' J.' , I 
--,.... : r- t 
-: I 
....... .. -... 
--:

 ,jf 1  " "' I 
- '
ł . 
.: ..-,'ł'
',' . . 
 . .. .:, 
'- r.

. 
,ł .,. 

...
 
.łL ";"'1 
.'''. 
- '. oc-f""
.. 
..Ł 
:
':'-" 
..
 ; . t...;', 


:.. :
... ,.


-:.. 
... , ,. 



.., 


I - 

i.'-..... ,. .- 
-. "
 . 
l :
 
 .. ": -'
.' 
,ł- " ". .}I" 
. . 

, _:"') :.
 
. 


. " 
 ' 

 ł.t -
" 
.... '-- 


.. 


, 
"'I. 


I
 


;.. ., 

 
. 


. 4'." 


"- 
: " t.," 
- i]t(
 ; 
:-

.:
 


1', . 
.' ,
:., :...':' 
. ...." -n.. 
I . -ił: . . 


li _ 



 . .1;. 


, , 


. u\ 


:.. 


,:.. 


ł 


-'-, 


, . 


. 
 

 


.....,. 


.:... 


.n 


:
 



 


"t, . 


.' 


L'-"'
 


...... .,." 


. 


PIOTR, MICHAł.OWSKI 


STUDJUM 


krakowskie przeglądy huzarów, pojedyńcze figury żołnierzy i ofice- 
rów. Wreszcie bardzo go pochłania praca, do której przygotowywał 
się z ogromnym nakładem - szalony atak ułanów na Samo-Sierrę. 
Miał do niego mnóstwo szkiców i studjów pojedyńczych postaci,-Na- 
poleona naturalnej wielkości! - Wybierał się do Hiszpanji zobaczyć 
teren na miejscu. Do tego jednak nie doszło, - jak zresztą i do wy- 
konania tego obrazu. 


71 


..
>>>
. 


W olejnem malarstwie Michałowski jest równie szeroki i śmiały 
jak w akwareUi: maluje na grubem, mocno ziarnistem płótnie, 
szerokiemi rzutami pędzla, nakłada farbę to cienko, rzadką, to znów 
gęstą, grubemi warstwami - prostą i stanowczą techniką - a l a 
p r i m a. 
Po śmierci ojca 1837 r. Michałowski przenosi się na wieś i obej- 
muje gospodarstwo. Wbrew przepowiedniom, że "artysta" nie da so-- 


t 


-/ 


" ' 



 
I 
I 
I 
jr 
I 
... 
I . ' "- 
I t ,h 
\ 
" 
'-.. 
" 
-.'1 .II 
 
-:11 


. 


" 


I 


# 


, 


, .' 



. \ 


. I 
__
.J 


Ao;..ł... . 
1-- -

---'
-_:-= 


PIOTR MICHAŁOWSKI 


ZOŁNIERZ 


bie rady i "przemarnuje majątek", - "artysta" gospodarował równie 
genjalnie, jak malował. Z chłopami żył jak z rodziną. Omawiał z ni- 
mi wszelkie sprawy rolne i życiowe i przeczytane dzieła niemieckie 
czy angielskie o gospodarstwie, radził, zachęcał do ulepszeń, sam da- 
wał przykład. Dzieciom ich urządzał gry i zabawy gimnastyczne.. 
W czasie nieurodzaju żywił całe wsie. Miał zaufanego chłopa, któ- 


72
>>>
. 


. 


remu powierzał wyjeżdżając całe gospodarstwo. i ten prowadził je 
w nieobecności pana wzorowo. Chłopi 
o uwielbiali - mieli za ojca 
i króla. 
Umiał doskonale połączyć sztukę z gospodarstwem. We dworach 
w majątkach swych pourządzał sobie "malarnie", i malował w nich 
więcej niż kiedykolwiek. Wspaniałe byki i woły, przepyszn.z konie 
arabskie. portrety przyjaciół konno, epizody rycerskie, husarzy, li- 
sowczyków, Żydów w strojach szabasowych, wesołych chłopów kra- 
kowskich w Krzyżtoporzycach, - Rusinów w Bolestraszycach - 
innym majątku w Przemyskiem. Praca na roli i praca w malarni nie 
przeszkadzały mu wieczorami czytywać Cervantesa w oryginale, al- 
bo Krasińskie
o, Sadyka Paszę i t. d. 
Kres tej pracy ogromnej kładą burzliwe lata ruchów europej- 
skich. Rok 1848 zastał go w Paryżu, dokąd świeżo wyjechał na czas 
dłuższy, - ale pod wrażeniem wypadków wraca do kraju, rozumie- 
jąc, że może tam być potrzebny. Powołany na stanowisko Prezesa 
Rady Administracyjnej ks. Krakowskiego, zadziwiająco wywiązuje 
się z trudnych a odpowiedzialnych zadań - wobec własnych oby- 
wateli, a także - sąsiednich potęg Austrji i Rosji. Na tern stanowi- 
sku pozostawał do 1853 r., t. j. do zniesienia Rady Administracyjnej. 
W ciągu tego czasu dwukrotnie przyjmował Franciszka Józefa. Ale 
robił to z królewską godnością - jak równy równego, czem wielce 
Niemcom imponował. 
Ostatnie burze. a poprzednio strata córki, zachwiały żelaznem 
zdrowiem Michałowskiego. Wywiązała się choroba serca. Pogorszyły 
ją wzruszenia wojny krymskiej. Kiedy wieść o upadku Sebastopola 
okazała się fałszywą, Michałowski poczuł się szczególniej źle. 
9 czerwca 1855 przestało bić jedno z najczystszych serc polskich, - 
odszedł genjalny artysta i cudowny człowiek, którego - jak tylu in- 
nych - naród nie umiał ocenić, ani wykorzystać dla swego własne
o 
dobra. I) 


I) PatrL bezimienną monografję ..Piotr Michałowski". Kraków 191 t r. 


73 


- 


...
>>>
. 


. 


.
>>>
ł 


. 


CZĘŚĆ II 


ZŁOTY WIEK 
MALARSTWA POLSKIEGO 


1860-1920 


. 


ROMANTYZM W POLSCE 
MALARSTWO HISTORYCZNE 
RUCH NATURALISTYCZNY 
STYL I FANTAZJA 


.JI
>>>
I 


... 


-
>>>
ROMANTYZM W POLSCE 


KWIATKOWSKI T. 
KOSSAK JUL. GROTTGER 
STRASZYŃSKI. CHLEBOWSKI. 
RODAKOWSKI. KAPLIŃSKI. 
T E P A. G O R E C K I 


ANDRIOLLI. KOSTRZEWSKI. PILLA TI 


SAN D OZ. W. K O T ARBIŃSK I. 
ŻMURKO 
KRUDOWSKI. STYKA. MERWART. 
ST ACHIEWICZ 


R ew rr' pierw
zej połowie XIX w., jeżeli pominąć samotny i nie- 
!' 
 
VJ zrozumiany genjusz Michałowskiego, - puls sztuki pol- 

\
 (skiej był słaby, ledwo wyczuwalny. Wśród tego m a r e 

 ,tJ; t e n e b r a r u m tu i owdzie tylko drgają jakieś iskierki 
blade, niby światła fosforyczne, - przebłYf
{j talentów żywych a nie- 
dorozwiniętych, możliwości utajonych, a niedoszłych, wysiłków poro- 
nionych w beznadziejnej głuszy obojętności powszechnej. 
Nie zostawiły one po sobie pomników wybitnych, niemniej jed- 
nak nie minęły bezpłodnie. Musiały tkwić w nich jakieś niedostrze- 
galne, tajemnicze, zapładniające siły, które przygotowały tak nagły, 
tak nieoczekiwany i wspaniały rozkwit malarstwa polskiego w dru- 
giej połowie stulecia. 
W zadziwiająco szybkiem tempie wyrastają, jak kwiaty wiosen- 
ne, całe szeregi artystów pierwszorzędnych, a nadto uzbrojonych 


77 


..
>>>
w środki, jakich brakło poprzednim pokoleniom, a jakie dała im kul- 
tura zachodnio-europejska. Jej wielkie prądy znajdują echa i na na- 
szej ziemi, ale niema tu naśladownictw ślepych. Duch polski po swo- 
jemu ujmuje wszelkie nowe hasła i zdobycze. Nie mącą one jego czy- 
stości, przeciwnie - dają mu nowe środki wypowiedzenia się. 
A chwila nadeszła, kiedy tego wypowiedzenia potrzebował i szukał. 
Zbyt wiele przeżył, zbyt wiele sił, uczuć i porywów rozpierało go, 
jak ciśnienie pary rozpiera ściany kotła. Świeżo przeżyty okres wiel- 
kiej poezji romantycznej podniecał jeszcze Psyche narodu i wyzwa- 
lał w niej nowe siły i potrzeby. Ale poezja - wyczerpana, zamilkła, 
pozostawiając po sobie pustkę. Zapełni ją malarstwo. Teraz ono do- 
chodzi do głosu i w przeciągu lat pięciu dziesiątków brzmi jak ol- 
brzymia wielostrunna harfa. Na wystawach międzynarodowych 
stwierdza wobec świata odrębność i potęgę niepożytą ducha pol- 
skiego, twórczego mimo więzy potrójnej niewoli. 


Lecz wewnątrz kraju warunki zmieniły się mało w stosunku do 
okresu ubiegłego. Dopiero w naszych czasach budzi się jakie takie 
zainteresowanie sztuką, - wiek XIX tego nie znał. Jeszcze w 70-tych 
i 80-tych latach ze straszną goryczą stwierdza największy krytyk 
polski, Witkiewicz, absolutną obojętność ogółu polskiego na wszyst- 
ko, co dotyczyło sztukUJ Malarstwo nieproszone, nieroz.umiane, 
przedzierać się musiało przez gęsty las niechęci powszechnej, albo 
gorszej od niechęci - obojętności. T o też pochód jego gęsto znaczy 
swój szlak ofiarami. Jak żołnierze na straconym okopie padają ko- 
lejno Grottger, Gierymski Aleksander, Podkowiński, Wyspiański, 
W ojtkiewicz a iluż innych mniej znanych, albo padłych w zaraniu 
życia twórczego!?... Jeszcze inni, nie znajdując w kraju chleba i wo- 
góle warunków istnienia i pracy - emigrują całkowicie, jak Stra- 
szyński, Kapliński, Chlebowski, Kwiatkowski, Siemiradzki, Szermen- 
towski, Bakałowicz jeden i drugi, Sandoz, Max Gierymski. - albo - 
częściowo, jak Brandt, Wierusz-Kowalski, Chełmoński, Aleksander 
Gierymski, Czachórski i iluż innych mniej znanych! 
Dla tych powodów nie udało się wytworzyć w kraju ogniska ar- 
tystycznego. Z dwóch miast, w których żyje garść artystów, miano- 
wicie Warszawy i Krakowa, - tylko ostatni dzięki Matejce i Kos- 
sakowi, dzięki Akademji Sztuk Pięknych i potrosze zbiorom, dzię- 
ki pięknym zabytkom dawnego budownictwa - utrzymał jaką taką 
temperaturę. Z Warszawy - brak muzeów, wystaw poważniejszych, 


') Patrz jego bojową książkę ..Sztuka i krytyka u nas". 


78 


.
>>>
brak sympatji dla sztuki i sztuczny chłodny duch mieszczaństwa ko- 
smopolitycznej stolicy wypędzał wszystko, co młode i wrażliwe. 
Brak zamiłowania był tu tak uderzający, że T -wo Zachęty zmuszone 
było poniekąd podstępem wprowadzać obrazy do mieszkań ludzkich. 
Urządzano w tym celu zakup i rozlosowanie... 
Jest zrozumiałe, że w tych warunkach nie mogła powstać jed- 
nolita s z koł a polska. Jednolitości takiej niema. Szkoły niema. Są 
tylko liczni i wybitni a r t y ś c i polscy. 
Ich skupienia są czysto mechaniczne. Jedni mieszkają w Kra- 
kowie, inni w Warszawie, niektórzy (przeważnie drugorzędni) we 
Lwowie. W innych ogniskach życia polskiego, jak w Poznaniu i Wil- 
nie, pod wpływem ucisku politycznego życie kulturalne zamarło, 
a dla sztuki zabrakło poprostu gruntu. 
Ani Kraków, ani Warszawa nie mogły wystarczyć artystom 
w okresie ich kształcenia. Dlatego ciągną oni do większych ognisk, 
gdzie mogą żyć wśród podobnych sobie z ducha, gdzie mogą zoba- 
czyć dzieła wielkich mistrzów współczesnych, albo skarby nie za- 
stąpione sztuki wieków ubiegłych. Więc jedni trafili do Monachjum, 
inni do Paryża, inni do Wiednia, Rzymu, Petersburga. Każde z tych 
ognisk miało inne otoczenie, tradycje, kierunek i ton zasadniczy 
w nauczaniu. To też malarzy, którzy czerpali wiedzę ze studzien tak 
różnych i nasiąkli nią w najwrażliwszym okresie życia, nic pozornie 
ze sobą nie łączyło. 
Łączył ich jedynie duch rasy i poczucie polskości. Łączył i dzie- 
lił jednocześnie, bo wybitny indywidualizm Polaków nie pozwolił im 
ławą iść w sztuce (jak i gdzieindziej). Dlatego każdy idzie własnemi 
szlakami, nie troszcząc się o całość. Być może zresztą całości tej 
charakterystyczną i odrębną barwę nadaje ta właśnie indywidualna 
pstrocizna. 
Odrębność psychiki polskiej wycisnęła na tej pstrociźnie piętno 
rasy tern silniej, że i zadania sztuki inaczej były tu rozumiane, ani- 
żeli np. we Francji. Francuzi jedni w Europie ograniczyli je do za- 
gadnień czystej formy. Dzięki temu mają przywilej wynajdywania 
nowych dróg, nowych metod nietylko malowania, ale-w i d z e n i a 
świata... Nigdzie na świecie stosunek artysty do sztuki i do natury 
nie był roztrząsany tak wszechstronnie i głęboko, jak tutaj. Dlatego 
malarstwo francuskie jest jedną wielką retortą, jedne m laboratorjum 
eksperymentów f o r m y. 
W psychice polskiej uczucia porządku czysto malarskiego nie 
są tak odgraniczone od innych. Przeciwnie - są w ścisłym splocie 
ze wszystkiemi innerni, które płyną z życia. W ten sposób tworzy się 


79 


. 


....
>>>
zespół, w którym przyroda, przeszłość narodowa, wszelkie wzrusze- 
nia życia, miłość, fantazja i t. p. wkraczają śmiało na terytorjum 
świę-tego gaju sztuki i mieszają swe głosy do wzruszeń, płynących 
z harmonij barwnych, z czarodziejskiej i niepojętej władzy linji, -- 
do nieuchwytIWch dr
nień i podmuchów temperamentu malarskie
o, 
w takt które
o dr
a ręka, uderzająca pędzlem po płótnie. 
Odgrodzeni od Francji olbrzymim terenem Europy środkowej, 
odbieraliśmy w
zelkie prądy początkowo drogą pośrednią - przez 
Niemcy - w formie skażonej i ze znacznem opóźnieniem. Dopiero 
w XX w. Monachjum utraciło swą siłę przyciągającą i malarze wolą 
odrazu ruszać do źródeł ruchu - do Paryża, do które
o przedtem 
udało się trafić tylko niewielu wybranym. 


To, co się na Zachodzie nazywało romantyzmem, u nas właści- 
wie nie istniało, przynajmniej w zakresie malarstwa. Nie było tu 
żadnych walk, nie wywieszano żadnych haseł, nie znano Rubensów 
i Tycjanów i nie upajano się ich kolorytem, nie zwracano do Wscho- 
du i do wieków średnich po szaleństwo namiętności, albo przepych 
barw. Przemiana dokonała się w ciszy zupełnej. 
Walczyć nie było komu i z kim. Nie istniały żadne poważniejsze 
tradycje artystyczne, nie istniała opinja ani krytyka. Nieliczna grupa 
klasyków była w gruncie bez znaczenia, siedziała cicho i znano ją 
więcej z nazwisk, aniżeli z twórczości. 
"Nie mamy dziś pojęcia, jak wyglądała sztuka polska przed ro- 
kiem 1850 - było to poprostu nic..... stwierdza jej miłośnik i przyja- 
ciel artystów Marcin Olszyński, dobrze pamiętający te czasy. 


Okres nowy w sztuce polskiej otwiera wybitny stary malarz, 
TEOFIL KWIATKOWSKI (1809 - 1901). Jego życie i sztuka są dotąd 
właściwie nieznane, przynajmniej w kraju. Urodzony w Pułtusku 
1809 r. i poduczony w Warszawie, z powodu udziału w powstaniu li- 
stopadowem musiał emigrować jak tylu innych w pamiętnym roku 
1831. W Paryżu, dokąd go zaniosła fala emi
racji, trafił do pracowni 
znakomitych profesorów ówczesnych - Ary ScheHera i Cognieta. 
Ci dali mu szkołę, t. j. wytworny rysunek - zrozumienie kształtu, .- 
oraz rozwinęli wrodzone poczucie barwy. Niewątpliwie Kwiatkow- 
ski widział i podziwiał dzieła Delacroix, - a zdaje się także, że zwró- 
ci
 uwagę na kolorystę barbizońskiego - Diaza. 
Człowiek światowy, wykwintny, znany z dowcipu - znalazł 
drzwi wszędzie otwarte. Z Szopenem łączyła 
o przyjaźń, której nie- 


80
>>>
\ 


,. 


, ' 


,
 


Ił 


..,.: 


'.. 


,- 


-'\.:- 
 


, .' 


:\ 
(f 


" . 


, 


...... 


I 
 


,w 


.,. 


.., 


... 


-- 


"t 


- 
-s. ___ 


-.--1 
I 


,1' 


. . 

 


_I 


 
Z 
I.:i 
C. 
o 
N 
CI) 
N 
I.:i 
Z 
O 
....I 
O 
C. 


'
' ł 
,\ 


i2 
CI) 

 
O 
:..: 
f-o 
:S 

 
:..: 
....I 
r;: 
O 
I.:i 
f-o 


...
>>>
... 


jednokrotnie dał wyraz w swoich akwarellach. On to malował profil 
Szopena, leżącego już na łożu śmierci 1849 r. Podobnie w kilka lat 
później malował Mickiewicza. Czas jakiś spędził w Anglji, gdzie cie- 
szył się dużem powodzeniem. Wiadomości o jego życiu brak, biogra- 
fowie o nim zapomnieli. Wiemy jednak, że żył długo, przeżył siebie 
i swoją sztukę, zmarł na obczyźnie w A vallon (w Burgundji), jako 
92-letni starzec. 
Sztuka jego nie ma nic wspólnego z wysokim stylem j
go epoki. 
Kwiatkowski rezygnuje z ambicyj klasyków do pomnikowości. Za- 
miast ogromnych wielometrowych płócien - daje maleńkie, minja- 
turowe zgoła obrazki. Zamiast ostro obrysowanych konturów - deli- 
katnie topniejące we mgle kształty; zamiast ciężkiej, ciemnej i ubogiej 
skali farb olejnych - nikłe, delikatne, mieniące się i bogate tony 
akwarelli - nadzwyczaj lekkie i przejrzyste. 
J treść literacka jego obrazów nie ma nic wspólnego z bogami i bo- 
haterami starożytnymi. Kwiatkowski maluje "polonez Szopena" 
z przedziwnie rysowanemi, pełnemi wdzięku postaciami, zwłaszcza 
kobiet. W innej "fantazji" widzimy niewiastę w długiej bladoróżowej 
szacie, wznoszącą się na obłokach, za nią druga postać - skrzydla- 
ta, - a dookoła drobne aniołki. - Turek w zakątku haremu pali 
nargille i tuli do siebie odaliskę o słodkich piersiach i niewinnych 
oczach, w miękkiem świetle, jakby przez mgłę widzianą i t. d. Po- 
dobnie fantastyczną jest "apoteoza kobiety". 
Kwiatkowski malował także portrety i minjatury, wykwintne 
w rysunku i bogate w oryginalnym, właściwym mu kolorycie. 
Malarz ten, jako emigrant, - w kraju był nieznany zupełnie. 
Zresztą gdyby nawet żył i tworzył w Polsce, to obrazki jego na pew- 
no nie byłyby cenione w kraju, gdzie największą popularnością cie- 
szył się S u c h o d o l s k i, a to nie dla jego wartości artystycznych, 
ale - ponieważ malował konie i wojenki bohaterskiej epopei napo- 
leońskiej. Konie zawsze umiały znaleźć drogę do serca i kieszeni 
ówczesnych mecenasów. 
Polska bowiem ówczesna była jeszcze wsią -a rolnik - gospo- 
darzem kraju. Byt szlachecki i wspomnienia minionej widkości za- 
mykały jego horyzont. Mieściły się w nim zajęcia gospodarcze, polo- 
wania, zabawy. Przytem każdy szlachcic był koniarzem - i koń był 
jedyną rzeczą, którą uznawał w malarstwie. W dworkach szlachec- 
kich nierzadko można było spotkać litograf je i sztychy francuskie 
i angielskie - z reprodukcjami dzieł Vernefa i Landseera. 
W taki2j ciszy wschodziła gwiazda Kossaka. 


82 


...... 


---
>>>
JULJUSZ KOSSAK (1824--1899) urodził się w Wiśniczu, gdzie oj- 
ciec jego był urzędnikiem sądowym. Wkrótce potem rodzice prze- 
nieśli się do Lwowa, i tam się wychowywał Juljusz, tam chodził do 
szkoły 0.0. Bazyljanów, a potem do uniwersytetu na prawo. Jedno- 
cześnie uczył się trochę rysunku u Jana Maszkowskiego, skromnego 
malarza, żyjącego w zapadłym partykularzu lwowskim. 
T o też o losach Kossaka rozstrzygnął nie uniwersytet i nie nau- 
ka u Maszkowskiego, który mu wiele dać nie mógł, ale silny głos je- 
go powołania, a potrochu znajomość, jaką zrobił z Kazimierzem Dzie- 
duszyckim, a potem - z całą tą dziwną rodziną. Akademją jego był 
nie Paryż ani Monachjum, ale Jarczowice, wieś Juljusza Dzieduszyc- 
kiego. Tam trafił na ciekawych ludzi, otoczenie, i czuł się jak ryba 
w wodzie. 
Juljusz Dzieduszycki, niezwykle oryginalna i bujna natura, był 
zawołanym koniarzem. "Odbył z trudem niebezpieczną wyprawę do 
Arabji po konie. Sam żył życiem koniucha i myśliwca, podczas gdy 
jego "Beduiny" otaczał zbytek i wygoda. W Jarczowicach drzwi salo- 
nu otwierały się prosto do stajni, gdzie kilkadziesiąt przepysznych 
koni wschodnich żyło bez troski i pracy, tylko dla fantazji swego pa- 
na i sługi"... 1) 
Dla talentu tego rodzaju co Kossak było to wymarzone otocze- 
nie: mógł obserwować każdego dnia i godziny to, co go najwięcej 
w życiu zajmowało: życie wsi polskiej - jej prace, zabawy, polowa- 
nia - przed
wszystkiem konia, którego odczuwał, jak żaden inny 
malarz w jego czasach. Tu malował portrety koni, psów, czyny my- 
śliwskie, anegdoty rodzinne i t. p. Tu zyskiwał sobie wziętość, jako 
malarz, i podbijał ludzi jako człowiek o pięknej twarzy i jasnej, po- 
godnej, wesołej duszy. Widziano go chętnie w każdym domu szlachec- 
kim, i młody artysta, wędrując po kraju, poznał Wołyń,' a wreszcie 
wymarzoną Ukrainę, ziemię bujnej, szerokiej przyrody, ziemię wspo- 
mnień bohaterskich, ziemię wspaniałych typów kresowych szlachec- 
kich i kozackich. 
Z Ukrainy - z Białocerkwi wyjechał 1851 r. z Władysławem 
Branickim do Petersburga. Tam znalazł uznanie i zarobek tak suty, 
że po półtora roku postanowił ruszyć wreszcie do miasta swych ma- 
rzeń - Paryża. 
Na drodze jednak znalazła się Warszawa. Kossak wstąpił do niej 
na kilka dni, a pozostał - parę lat. Zetknął się tu z grupą młodych 
artystów - pionerów sztuki warsza wskiej. 


I) Czytaj piękną monografię Witkiewicza ..Juliusz Kossak". 


, 


83
>>>
.. 

 


." _"" 
t' '. . 


.\ 
:'
 


---- 


_..... \ fI(" -..."\ 

_ -----....
. 
 i'\.t..... ł ' 
-
 
._' 
).. 

 /"-
 

; 


"-' 


, 


I' 


\ 
,t 
. 


\ 


. 


. 
, 


''-... 


\ 


... 


-. ' 


....,,' ..-';--' ,,' 
.,
 \ .' 
.
,;:-- ,"..,.,.... - 'Y 
 - . 
". --.".fII ,..,..,' - - 

 :....!J:.. "
 ":---. 


JULJUSZ KOSSAK 


" '. 



 
-- 


,- 



 
. , 

. 
,- 
\. \'. 
,ł\łr.: -- 
)t .' 



 


\. ;I 
ł- 'I. 
n.. 


....... 


OMNIBUS :/:YDOWSKl 


Warszawa od czasów Stanisławowskich zamarła w sensie arty- 
stycznym. Obojętność ogółu była bezdenna. Sztuki nikt nie potrze- 
bował, nie rozumiał i nie kochał. Kraj, zawiedziony w swych nadzie- 
jach politycznych, wyczerpany olbrzymią emigracją wszystkich ży- 
wiołów czynniejszych, - odgrodzony murem chińskim od Europy, 
zapadł w jakieś senne odrętwienie i cicho wegetował pod żelazną rę- 
ką Paskiewicza. 
Dla sztuki warszawskiej były to czasy fatalne. "Wielka publicz- 
ność _ mówi o nich Józef Kenig - nie rozumiała sztuki, nie znała 
jej i nic nie kupowała". "Bardzo nieliczni prawdziwi miłośnicy sztuki 
nie mieli pieniędzy. Posiadający pieniądze - nie mieli zamiłowania. 
Kupowała obrazy drobna garstka..... "Nie było T owa Zachęty, ani wy- 
staw stałych, ani wreszcie pism ilustrowanych, które wprawdzie nie- 
raz sztukę i talent wysokiego pokroju przyduszają... ale go przynaj- 
mniej od głodowej śmierci chronią jako tako. Przed czterdziestu laty 
nie było nic co podtrzymuje, ale za to na wszystkie strony wyrastały 
siły dławiące..... (Tyg. Ilustr. w 1889 r.). 


84 


.... 


....-
>>>
-. 


,t 
J 
.. ' 
" 


." 


,.j:- 


JULJUSZ KOSSAK 


BEDUIN NA KONIU 


Jedyną ostoją sztuki była tu Szkoła Sztuk Pięknych, założona 
1844 r. Skupiła ona w sobie grupę artystów profesorów, szlachetnych 
i poczciwych ludzi, którzy jednak głębszego wpływu na młodzież 
mieć nie mogli. Byli tu Kokular i Kaniewski, Breslauer i Zalewski 
uczyli krajobrazu, Hadziewicz - malarstwa religijnego. Najśwież- 
szym z całej tej grupy był Piwarski i jemu najwięcej zawdzięczała 
młodzież, ucząca się w tych murach. Stamtąd to wyszła grupa arty- 
stów, z którymi zetknął się Kossak w Warszawie. Byli tu między in- 
nymi i Gerson Wojciech i Szermentowski, późniejszy znakomity pej- 
zażysta, i Henryk Pillati, bardzo zdolny rysownik i ilustrator, i Gier- 
dziejewski, Kostrzewski Franciszek i stary Bakałowicz, i kilku in- 
nych. Wszyscy prawie mniej lub więcej walczyli z nędzą, krzepiąc 
się sztuką i nadzieją przyszłych tryumfów. 
Kossak, którego dusza i kieszeń były zawsze otwarte dla kole- 
gów, rychło sam znalazł się w biedzie. Ratował się retuszowaniem 
i kolorowaniem fotografij, przyczem roboty miał dużo i zarobek nie- 
zły - nawet i dla kolegów. Jednakże na prace malarskie czasu było 
mało. Mimo to ilustruje w owym czasie "Pieśń o ziemi naszej" Pola. 
1855 r. Kossak się żeni i w parę miesięcy potem oboje wyjeż- 
dżają do Paryża. Pociągało go tutaj i wielkie ognisko ruchu artystycz- 


85
>>>
nego i osoba Verneta, którego cenił bardzo wysoko. Był nawet przy- 
jęty przez tegoż i gdy zapytał o radę, do kogo ma wstąpić na naukę, 
otrzymał taką odpowiedź: "Do nikogo". "Observer la nature et pro- 
duire - voila l'ecole qu'il vous:faut. Je n'ai ńen ll, vous apprendre. 
Du reste - je descends - vous. montez, et vous irez bien loin. C' est 
moi qui vous le dit"... Kossak tej rady posłuchał i uczył się sam. Ko- 
pjował konie Gericault i Rubensa, obrazy Troyon'a ze zwierzętami. 
robił studja w koszarach. na placach musztry, - w rzeźni końskiej 
uczył się anatomji konia. Trochę rysował z Gersonem i PilIatim, zre- 
sztą żył w serdecznych stosunkach z całą kolonją polską. 
W burzliwym 1861 r. powraca Kossak do Warszawy-a w następ- 
nym obejmuje kierownictwo art y styczne T y g o d n i k a II u s t r o w a n e- 
g o. T eraz pracuje dużo nad ilustracją. sam rysuje słynny cykl "Rok 
myśliwca". ilustruje "Pamiętniki starającego się", "Pana Tadeusza". 
nawet "Odysseę", nie licząc mnóstwa pojedynczych prac okoliczno- 
ściowych. Pomaga kolegom, żądając od nich rysunków, podnosi stan 
drzeworytnictwa warszawskiego do niebywałego przedtem poziomu, 
bierze udział w pracach świeżo założonego T -wa Zachęty S. P. Prócz 
tego znajduje czas na malowanie takich obrazów. jak "Stado Mo- 
horta". "Jarmark w Habelswerdzie" i in. 
W ciągu tych kilku lat ożywiał tempo życia artystycznego 
w Warszawie, dał świetne karty Tygodnikowi - i położył podwali- 
ny ilustracji polskiej. 
Dalsze losy artysty toczą się równo. W 1869 przenosi się do Kra- 
kowa na stałe. z wyjątkiem lat 1872-3, które spędził w Monachjum. 
razem z dawnym przyjacielem Brandtem. Nie chodziło już o naukę 
w majsterszuli, bo Kossak był w owym czasie dojrzałym 30-letnim 
artystą, - ale o pracę w otoczeniu sztuki europejskiej. 
W Krakowie żył i pracował cicho i radośnie. Nic nie mogło zmą- 
cić jego pogody anielskiej. Kiedy mu mówiono. jak handlarze sztuki 
zarabiają grubo na jego obrazach - cieszył się z tego. Nie umiał za- 
zdrościć Matejce. którego kult stopniowo wzrasta. pozostawiając 
wszystkich innych w cieniu. Nad życiem jego była rozpostarta łuna 
dobroci niesłychanej, Kossak był z ducha bratem Corot. Zmarł TO- 
ku 1899. 
Witkiewicz w swojem prześlicznem studjum o Kossaku zwraca 
uwagę na szkice tego artysty. Jeżeli u Matejki szkice są raczej roz- 
mieszczeniem figur mniej lub więcej konwencjonalnem. a rzecz sa- 
ma dojrzewa dopiero w obrazie - to u Kossaka wprost przeciwnie. 
Najciekawsze i najżywsze są właśnie szkice, kreślone subtelnie linją 
niezwykle śmiałą. żywą, wrażliwą na każde drgnienie ręki, na każde 


86
>>>
-J: 
, 
f :" 
\ L
 
-1 ) :1i')1' /' \ 
... lr
1 }1' 
 
'\ " 
, - 
 J -
'r. '.4 
..- i r 
\ 
 " 
- fJ\ 
. 
\ . ,t
 
I} /7 ] " '*
 /)1 :'
:: 

 

 
 
.
 \ł-
)
'O ;'I.
 
£t{, "'J \fi"'" -..\C
; A {Jf?; 
 -
( . ' 
tt, ';

 

\ .. . / ) ,,\
 "h: .,/f 
 . t ," 
 .' 
 
"c. ; 1
 ',. j
 ,.: '".7' i- 
 .:Y"" .' X 
 I " ," / 
.....'r(
I
i 
." 
,; 
 
 .:.:- r - "'-' ff ";'
'k

1 ',
J 
--- IV , (
\. ' '-/ 1.,\ 
 ' 
. 
 
 , . 
_ 
....., _ t -;:.. , \ 


G- /. 
, Li"" - 
 V"(' 
. r.' "l
,,\. 
,-I . 
ł .
 
.. 



 . 


JULJUSZ KOSSAK 


HETMAN 


przycIsmęcie ołówka. W szkicach tych tkwią najszczersze i najsil- 
niejsze odruchy jego talentu. Porywający jest np. ten "Hetman". 
Wspaniały ogier owiany wiatrem wiosennym wbiegł na wzgórze 
i rży z rozwartemi chrapami. Poniżej - na pierwszym planie tabun 
oszalałych klaczy, stłoczony, pędzi na wezwanie wodza. Porywają- 
cy jest nie tylko dla ruchu, o jakim nigdy żaden Vernet i żaden Meis- 
sonier nie marzył - ale także dla tej dziwnie nerwowej i żywej sa- 
mej w sobie kreski... 
Tak samo w studjach rysowanych albo akwarellowych, wprost 
z natury robionych. Jest wszystko - nawet śmiała, tęga w tonie pla- 
ma barwna i wyczucie wartości w o d y w technice akwarellowej. 
Niektóre studja są świetnie malowane. 
Dopiero przy przerabianiu szkiców i studjów na "skończone" 
obrazy, przy powiększaniu ich (często z pomocą kratek) dzieło traci 
świeżość, linja staje się bardziej konwencjonalną, barwy - mniej czy- 
ste. Kossak miał wszystko, co daje talent "z bożej łaski", tempera- 
ment i odczuwanie życia. Brak mu jednak było tęgiej szkoły, jaką ma 
pierwszy lepszy francuski artysta. Dlatego łamał się ze środkami - 
i w obrazach - stale akwarellą malowanych, bo techniką olejną wła- 
dał słabo - nie dosięga nigdy właściwego poziomu swego genjuszu. 
Bohaterem tych obrazów i szkiców jest koń. W żywej krwi Kos- 
saka krążyła ta miłość głęboka i bezprzykładne odczucie konia, 


87
>>>
odziedziczone po dziesiątkach pokoleń, co życie spędzały na siodle. 
U żadnego artysty jego czasów nie znajdziemy tyle subtelnych odcieni 
kształtu, ruchu i temperamentu konia. T u arab stępa kroczy pod Be- 
duinem na stalowo sprężystych nogach, któremi jak w tańcu przebie- 
ra,-tam spokojny mierzynek chłopski, flegmatyczny jak krowa, spe- 
cjalnie wybrany dla młodego panicza,-owdzie-wybrakowane, spo- 
niewierane przez życie szkapy, zaprzężone do omnibusu z wysiłkiem 
c o f a j ą wehikuł, aż im chomąta ku łbom się nasunęły. Gdzie indziej 
bachmaty tatarskie, rosłe angliki o charcich kształtach, srogie ciężkie 
meklemburgi, kuce szkockie, cuganty powozowe i t. d. I to nigdy 
w oderwaniu-zawsze w p r z e ż y c i a c h. Arcydziełem np. jest biały 
koń w "Przejściu Lisowczyków przez Ren" - chory i okulawiony... 
W zdumiewający sposób umiał Kossak określić rasę konia, jego wiek, 
płeć, usposobienie i t. d. W jego "Stadninach" masy koni poruszają 
się z wielką swobodą, prawdą układu i rozmaitością ruchu. 
Nietylko konie. - W polowaniu na lisa dwa charty przed chwilą 
puszczone - każdy na inny sposób ruszają na zwierza. Jeden ma 
chwilę wahania i bada sytuację oczami i uszami... drugi ma już plan 
i z łbem pochylonym chyłkiem leci naprzełaj... W lipcu - z "Roku 
myśliwca" spłoszone dziki sadzą w zboże szalonemi susami, aby 
w skoku zerknąć i pomiarkować, skąd grozi niebezpieczeństwo. Je- 
den - postrzelony - wali się w biegu... 
Do tego dziwna łatwość i prostota kompozycyj. Niektóre oczy- 
wiście są konwencjonalne w układzie - rzecz nieunikniona przy ta- 
kiem mnóstwie prac. Są jednak między niemi arcydzieła prostoty. Na 
jednym obrazie - szereg tęgich fornalskich szkap ciągnie brony. 
Ztyłu widziane tworzą nieporównaną grupę, pełną prawdy w ukła- 
dzie - i życia. Żywe są nietylko konie - ale i brony - każda na 
inny sposób pochylona - poruszają się jak fale wody... 
I ludzie Kossaka dalecy są od szablonu. Obok bohaterów z pod 
Kirchholmu czy Wiednia, widzimy zgoła inny typ bohaterów, biorą- 
cych Samosierrę, - a wreszcie - obok nich całkiem zwykłych lu- 
dzi: żołnierzy, chłopów, ekonomów, woźniców warszawskich - całą 
bogatą galerję bardzo polskich, bardzo odczutych typów. Najlepszą 
miarę pojmowania człowieka stanowią jego niewielkie szkicowe por- 
trety. Do czasów Kossaka nie znano u nas równie silnej charakte- 
rystyki postaci ludzkiej. 
Słabą stroną tego artysty jest barwa. Kossak nie był kolorystą, 
nie stawiał sobie żadnych zadań w zakresie barwy. Koloryt jego obra- 
zów jest wypłowiały, nikły, konwencjonalny. 


88
>>>
.., 
" 
,
L- 
. 

 
...; 
Ił 
. 
', 
..........' 
I 
\ , 
- 
" '. 


',' 


 


ł
 



 


- 
 


..... 
 I 


- 
..... -ł.,... ..... 


)
. 
. 


"- 


" 
" 
-: \ \
 

 - 
, . 


.. \} 
'-. I.\
\ 

Y': 

\ 
'\ .. 


" 


\'. 


. , 
'.
>>>
'.,
>>>
KDssak malDwał dawne dzieje: poselstwa, bitwy, spDtkania 
Chmielnickich i Tuhaj-bejów, hetmanów, ułanów i t. d., ale naj głęb- 
szym i naj ciekawszym jest w scenach współczesnegO' polskiegO' życia. 
"Był Dn - mówi Witkiewicz - malarzem wsi pDlskiej, gdzie na 
miedzy "ciche grusze siedzą", i - z której wyszłO' to wszystkO', co byłO' 
cnotą i zbrDdnią, CD było chwałą i hańbą, co żyłO' w spO'sób szcze- 
gólny, różny od reszty świata w fDrmie i treści, tO' - CD stanDwiłO' 
rdzeń i istotę pDlskiegD życia". 
Dzięki bystrDści Dbserwacji, poczuciu typów, ruchów i wszel- 
kich przejawów życia - Dddał ją z ogrDmną prawdą, choć mDże jed- 
nDstrDnnie - tak zresztą jak ją czuł. WolnO' mu byłO' nie widzieć 
ciemnych i pDnurych strDn jej życia. Wieś miała dla niegO' urok pDe- 



'j-, 
, . . 


, '\:Ą.' 


. ł:.''łI , 
 "t. 
o ".L , ,\; 
.,.sl"". t'y..\ .1£.... 

'. 
 .....1:-.- . _
 '-
. 
1.'- . ....... ".." - 
" 


. .-.. 


': 

 o.a 0-°:-..' 

-
 


JULJUSZ KDSSAK 


BRONY 


zji niewyczerpany . Niema tu rO'mantycznegO' fałszu w ujęciu przed- 
miotu - a tylko jakiś optymizm miły, płynący wprO'st z pDgodnej du- 
szy tegO' artysty. Jakgdyby widział ją przez mgłę wspO'mnień, umajo- 
nych radDsną młDdDścią, wiosną i zdrDwiem. Tak widzi niejeden z nas 
dzisiaj - w mętnych przeczuciach ducha - dawny idylliczny byt 
szlachecki, niezatruty jadem wielkich przemysłDwych miast, newrozą 
końca wieku, nieznający śruby pDlitycznegD ucisku, ani niepDkoju 
wielkich a nierozwiązanych zagadnień społecznych. 
Tak odczuwać musiał świat stary Sabała, kiedy hukał sobie pDd 
smętną nutę gęślicek - 


..zahucały turnie - zasumiały lasy - 
..oj - kaz nam się podziały starodawne casyl..... 


89
>>>
ARTUR GROTTGER (1837 - 1867) urO'dził SIę w OtyniO'wicach, 
w MałO'pO'lsce WschO'dniej. Ojciec jegO', ciekawy typ szlachcica, - 
trO'chę malarz amator, były wO'jak 1831 r., kO'niarz namiętny-miał ten 
majątek w dzierżawie. Dzieciństwo Artura upłynęło na wsi i byłO' 
istDtnie "sielskie i anielskie". Od najmłodszych lat chłDpiec ilustruje 
O'pO'wiadania Djca, albO' też rzeczy widziane. Fantazję zaludniają mu 
napady, bitwy, ucieczki, pogO'nie i t. p. Grottger urodził się batalistą. 
DO'jrzewał niesłychanie szybkO'. Jako 14-letni chłopiec rabi ry- 
sunki tak dO'jrzałe i tak barwne, że już późniejsze czasy niewiele 
miały dO' dodania. - Zwłaszcza konie. JegO' "Ekwipaż" z 1849 r. jest 
czemś zupełnie fenO'menalnem dla chłO'Pca w tym wieku. - GrO'ttger 
był "cudDwnem dzieckiem". 
RO'zstrzygające wypadki w życiu GrO'ttgera zaszły we LWDwie. 
dDkąd pO'jechał na naukę, mając lat 14. PO'znał tu przelDtnie Kassa- 
kat który zresztą dO'pierO' zaczynał SWO'ją karjerę malarską. Uczył się 
trochę u Jana MaszkDwskiegD. Tutaj tO' zetknął się z Aleksandrem 
hr. Pappenheimem, maj Drem kawalerji, który, przechodząc O'bO'k ja- 
kiegO'ś sklepu, zauważył niewielki Dbrazek - pogO'ń szlachty za ra- 
busiami Tatarami. - Kupił gO' bez targu, paznał się z autDrem, Dd- 
krył w nim naturę niezwykle bO'gatą i zO'stał jegO' Dpiekunem i przy- 
jacielem w ciągu całegO' życia. 
Drugi "uśmiech fDrtuny" był taki. - 16 października 1851 To 
O'dbył się wjazd cesarza Franciszka Józefa do LWDwa. Grottger, rO'zu- 
mie się, widział tę paradę. - Otóż dwO'm magnatom miejscawym, 
hr. GołuchO'wskiemu i hr. Zabielskiemu, przyszła myśl "szczęśliwa". 
Znając świetny talent chłopca - zamiast mieć tę szlachetną ambi- 
cję wziąć nikły ciężar jegO' wychDwania na własne barki - umyślili 
Ddwołać się da jałmużny cesarskiej. Za ich PO'radą GrO'ttger wykO'nał 
rysunek wjazdu, Dni zaś pokazali go cesarzowi, który oczywiście wy- 
znaczył chłDpcu stypendjum z własnej szkatuły 20 guldenów mie- 
sięcznie. Za te pieniądze pojechał wreszcie Grottger w kańcu 1852 r. 
uczyć się dO' szkO'ły Sztuk Pięknych w KrakO'wie. 
Ale Kraków był szkołą złą. Nic tu nie słyszano D barbizO'ńczy- 
kach, ani o Millet i CDurbet. DyrektDrem uczelni był W. Stattler, kla- 
syk, - stary, pDczciwy, zgarzkniały, bez talentu i uznania malarz. 
Ten prawił chłDpcom o pięknej linji, a PO'prawionej naturze, D regu- 
łach kompazycji i t. p. Nudą, pustką i jałO'wizną wiała z tegO' przy- 
bytku sztuki. Nawet kalegów małO' byłO' zdDlnych wybitnie, - wła- 
ściwie jeden tylkO' MatejkO', ale z nim Grattger nigdy nie wszedł 
w ściślejszy stO'sunek. Ta szkO'ła (tak samo jak później akademja wie- 
deńska, jedna z najbardziej konserwatywnych w Eurapie) magła tylkO' 


90 


...
>>>
Ił 
, .--- 
 r f ... 
11. I l 1 
'. t 
., f ....r r .T 
f " T r . r , 
, . oL 
I; . l 
T 1 
 . 
l 
l' 'I li.- ..' t
, 
\ " t I 
,
 
,a " ,r . '"":- 
,- 
, " ;"" , I 
1 ó 
.....-.- ...- - 
...., 
\: 1" 
" 
ARTUR GROTTGER EKWIPAZ 


zatruć artystę. Odlewy z antyków, idealizowana natura i szablony 
kompozycyjne znieprawiały całe pokolenia artystów po paru latach 
pobytu w zatęchłej atmosferze szkolnej. Jeżeli Grottger wyszedł zwy- 
cięskoz tych zapasów - to nie d z i ę k i szkole, ale w b r e w szkole. 
Po dwóch niespełna latach pobytu wyjeżdża do Wiednia i z bie- 
dy ratuje się szkicami malowanemi do sklepów, a wreszcie ilustra- 
cjami do pism wiedeńskich, Musestunden i IIIustrirte Zeitung. Tutaj 
to zastała go wojna włoska. Pappenheim wyjechał na front, chciał 
nawet Grottgera zabrać ze sobą, ale przyszły autor "Wojny" dla nie- 
zrozumiałych powodów opuścił tę jedyną w życiu okazję. 
Jeszcze przed wojną wyprawił go Pappenheim na wystawę do 
Monachjum, gdzie zobaczył Kaulbacha, Schwindta i Mentzla. Ale 
pobyt w Monachjum głębszego wrażenia na Grottgerze nie zrobił, - 
nawet Mentzel uniknął jego uwagi. 
Wypadki lat 60-ych zaskoczyły Artura w Wiedniu i tu przeżył 
cały dramat ruchu. Wstrząs moralny, groza narodowej klęski - zbu- 
dziły w wesołym ale uczuciowym artyście tragika. Przy odgłosach 
grzmotów, dobiegających z nad Wisły aż tu, do naddunajskiej stolicy- 


91
>>>
powstają znane powszechnie cykle "Warszawa", "Polonja", "Litu- 
anja", do tego mnóstwo dodatkowych kompozycyj, warjantów,. stu- 
djów, szkiców - w gorączce i podnieceniu twórczem rzucanych. 
Po upadku powstania aż do końca życia drgają nerwy Grottgera 
echami bolesnych przeżyć - i kompozycje krążą ciągle dookoła tych 
dni walki, grozy i nieszczęścia. 
Przerwą i ulgą była mu podróż do Wenecji 1864 r. Dzieła mi- 
strzów XVI, przepyszne barwy i wspaniały dekoracyjny styl we- 
neckiego malarstwa stały się świeżą, ożywczą rosą dla artysty, prze- 
niesieniem w inny - radosny i nad wyraz malowniczy świat. Odrazu 
odczuwa się to w malarstwie Grottgera. Pod wpływem Wenecji 
powstaje między innemi śliczna kompozycja-"rozmowa posągów"- 
a także - studjum portretowe na tle wspaniałego dywanu. 
Po powrocie Grottger nie może znaleźć sobie miejsca, czas dzieli 
między Wiedeń a kraj, dokąd jeździł na dłużej, i zaręczył się z młodą 
dziewczyną szlachetnych rysów p. Monne. Wreszcie w końcu 1867 r. 
wyjeżdża do Paryża. Tu czekają go nowe wrażenia... Zobaczył sztukę 
współczesną. Podobał mu się Gavarni, ale przedewszystkiem odczuł 
całą potęgę prawdy i prostoty Millera. Dał temu wyraz w swoich 
"Pastuszkach" i "Rusinkach" w polu, - nawet w niektórych por- 
tretach (wnuczka Mickiewicza) daje się odczuć pogłębienie charak- 
teru. W ciężkich warunkach pracuje tu niezmordowanie, kończy mię- 
dzy innemi swoją "Wojnę"-ostatni z szeregu cyklów rysunkowych.- 
Ale nędze życiowe, wzruszenia przebyte i nadmierna praca wyczer- 
pały wątły organizm - bezlitosna choroba w ciągu paru miesięcy 
dokonała dzieła. 
30-letni Grottger umiera 13 grudnia 1867 r. 
Już pierwsze prace Grottgera świadczą o nadzwyczajnem zrozu- 
mieniu kształtu i ruchu konia, a także łatwości kompozycji. Nietyl- 
ko łatwość, ale wytworność - przedziwny smak w każdej kresce ry- 
sunku, w każdej linji i plamie obrazu. W ciągu studjów zdobył 
on wiedzę, nauczył się rysować głowę czy rękę, oddawać po- 
wierzchnię burki, kożucha, żelaza, skóry, kamienia zwietrzałego i t. p. 
z namiętnością naturalisty. Wreszcie odczuł wszelkie uroki barwy, 
a zwłaszcza światła. Motywem światła posługuje się zadziwiająco. 
W "Modlitwie wieczornej" (1860 r.) na wzgórzu bliżej widza, z a- 
c i e m n i o n e m n a s u waj ą c ą s i ę c h m u r ą, stoi równie 
ciemna sylweta chłopka i odcina się śmiało od jaśniejszej dali 
krajobrazu, z pięknie skomponowaną chmurą. W późniejszych pra- 
cach ta niezwykła poezja światła jeszcze się silniej daje odczuć. 


t 



 


92
>>>
.f 
" 
'"\ 
..- " 


 
ł. " 
i,; 

 
. 
'" 

 

t 
,. . '\ 
',r 
I' 
.. 
'1" . 
'o,. 
. , 

. ',i 
f" 
... 
.. .
 
\. 
t' w- 
....-: 
-\,.- 
. . 
, . 



. 


.
-, 


" 


, . 


'- 


ARTUR GROTTGER 


W PRACOWNI 


Grottger rysował i malował wszystko: portrety, bitwy, nagie nim- 
fy na chmurach i t. p., ale uczucia jego najsilniej streściły się w zna- 
komitych cyklach rysunkowych, spowodowanych dramatem 60-ych 
lat. Bogata i wrażliwa uczuciowość Grottgera znalazła dla siebie pod- 
nietę wyjątkową, która sprężyła do niesłychanego napięcia wszystkie 
jego siły twórcze. 
"Warszawa" jest z tej serji cyklów najwcześniejszym i powiedz- 
my - słabszym od innych - najbardziej napiętnowanym duchem 
idealizmu, narzuconego Grottgerowi przez szkołę. Mówi nam to patos 


93
>>>
p.." 


1 


I 


'!!PI 


\ 


I 
I 
I 


';' 
.., 


\' 


ARTUR GROTTGER 


MODLITWA WIECZORNA 


ruchu mnicha - wspaniale zresztą udrapowanego, zamykającego 
drzwi kościelne, mówią idealizowane postaci Żydów - istnych Jan- 
klów mickiewiczowskich, - podobnie "Chłopięta służące do mszy", 
"Trzy stany" i t. d. Jednak i w tej grupie rysunków są wyjątkowo silne 
i wyczute, jak np. scena w oknie na placu Zygmunta. 
W "Polonji" są wspaniałe sceny. "Kucie kos" należy do najpięk- 
niejszych prac Grottgera, upojonego tu motywem światła, jakie bije 
z rozpalonej stali, i wspaniałemi typami obu powstańców. 
W "Bitwie" piękno grupy powstańców podniósł z pomocą chmu- 
ry białego dymu, na którym jasno rysują się ciemne sylwety walczą- 
cych. Wśród nich są niezapomniane postaci, jak ten, co odgryza na- 
bój, i ten, co ma twarz Grottgera. 
Ale najdojrzalszem dziełem jest "Lituanja". Złożyły się na nią 
i echa walki, co nie osłabłe ale wyolbrzymione docierały aż do Wiednia, 
i - wrażenia weneckie, i dojrzałość samego artysty. Jak przedziwnie 
rozwiązany jest motyw światła w "Znaku". Te wspaniałe ciemne pla- 
my cieniów, padających na ściany izby - spotęgowane jasną, bły- 
szczącą plamą nimbu na świętym obrazku!... Jak kolorystycznie po- 
jęta jest całość: przecież tu widać b a rwę białej koszuli,-ciemniej- 


94
>>>
I " " 


J 
. 
I 


., 
'.\e 


" 


'I., . 


., 


..-., 


-
łp. 


------... - , 
... ",
- 
::./ . 
...., 


..

:.
 .. 


- - 


_.
_....
: 



 
.. 
_.'
--' 


,"", 


'., 


-- '" 


" 


-- 


ARTUR GROTTGER 


PASTUSZKI 


szej skóry kobiety. - jeszcze inne w barwie są ściany izby. spodnie 
mężczyzny i jego sukmana. Kto słyszał o rzekomym wpływie Schwin- 
dta na Grottgera, ten niech porówna którąkolwiek kompozycję tam- 
tego z pracami Lituanji, albo Wojny. Zrozumie, jak suchym, bezbarw- 
nym i często trywjalnym dyletantem jest niemiecki artysta. Zrozu- 
mie caią rembrandtowską poezję światła w rysunkach Grottgera 
i czar malarski jego odwiecznej walki z ciemnością. Z tego punktu 
widzenia dobrze jest rozpatrzeć się w "Przysiędze". "Duchu" i wielu 
zresztą scenach z "Wojny". 
Czy są to ilustracje wypadków 63 roku? Czy mamy tam szukać 
prawdy realnej-chłodnego objektywnego ujęcia przedmiotu? Nie.- 
To jest hymn wieszczy i natchniony, - bohaterski poemat serca ar- 
tysty, - płód jego uczuć gorących, a nie zaspokojonych czynem 
orężnym - bezpośrednim udziałem w walce. Jego postaci nie są 
pospolitym plebsem powstańczym. ale jakiemś pokoleniem olbrzymów, 
natur żelaznych. co walczą bez nadziei. - umierają bez jęku, - bo- 
haterów powstałych nagle z mogił Griinwaldów. Chocimów i Cecoro 
Typy wspaniałe, nadzwyczajne i nad wyraz rasowo-polskie. - piersi 
potężne, karki nieugięte. burki rozwiane, spojrzenia orle. - wil- 
cze, - lwie... Czasem - poprostu anielskie, jak duch ofiary serc czy- 
stych. W tych wizjach - z oddali - znikło wszystko, co małe. - nie- 
istotne. co niedorosłe do roli. co było zgrzytem i dysonansem. Pozo- 


. 


95
>>>
. 


stał tylkO' jakiś akard ogromny, synteza idealna i zresztą bardzo 
subjektywna. 
Mima całą potęgę uczucia i dramat treści tych rysunków, dają 
ane wrażenie jakiejś zdrowej pełni życia i jego walk, tak różne np. 
ad nastrajów rozpaczy i przygnębienia, wywałanych przez Żerom- 
skiegO' w jegO' "Wiernej rzece". Grattger ma raczej caś wspólnegO' 
z Sienkiewiczem. Łączy tych artystów epiczny duch dzieł, ich pla- 
styka i malawniczaść, paczucie bahaterstwa i zamiławanie da motywu 
walki, - przedewszystkiem - pewien zdrawy aptymizm, niby wiara 
niezłamna, że wreszcie wzejdzie słońce nad popiałami, i kwiaty wy- 
rasną w palu, na mogiłach poległych rycerzy... 
Zarzut "tendencyjnaści", robiany mu przez krytykę abcą, nie 
jest słuszny. Tendencja jest istatnie dążeniem ubacznem, wragiem 
sztuce. Tendencja jednak jest produktem czysto intelektualnym, - 
zgóry pawziętą (dla niemalarskich względów) chęcią oddziaływania- 
nie na artystyczną wrażliwaść widza, ale na inne, abce jej ośradki 
czuciawe, i ta kasztem wartaści malarskich. Taką chęć p a u c z a n i a 
widzimy częsta na pracach rosyjskich "pieredwiżników" np. Bagdano- 
wa BielskiegO'. To, cO' nazwana tendencją u Grattgera, wypływa wprast 
z natury jegO' uczuciawaści, z jego całej istoty duchawej. Serce mę- 
skie, szlachetne, a gołębie - stwarzył sobie świat własny, gdzie 
mężczyźni są niby pasępne arły, kobiety szlachetne, czyste i ofiarne, 
dzieci grzeczne i pobożne. Świat na obraz i padobieństwa swaje. 
Zresztą postaci kobiet i dzieci są istatnie najsłabszą straną twór- 
czaści Grottgera, naszą najsilniejsze piętna konwencjanalne
a idea- 
lizmu epaki. 
Kossak i Grattger ta najczystsi przedstawiciele ramantyzmu pal- 
skiega. U innych nie znajdziemy talentu tak świeżegO' i samadzielnego, 
jak u Kossaka, ani też napięcia uczuciawega Grattgera. Niemniej są 
ta artyści wybitnych, niekiedy świetnych zdalności. Śradek ciężkaści 
ich dzieł leży nietyle w potędze twórczej, ile - w wykananiu, w bie- 
głaści technicznej, która toruje im dragę na wielką arenę światowej 
sztuki. Z epoką ramantyzmu łączy ich data uradzenia, - styl ich ma- 
larstwa - niekiedy zresztą burzliwe i niezwykłe losy ich własnegO' 
życia. 


LEONARD STRASZYŃSKI (1828-1879) urodził się w Takarówce na 
Ukrainie, w bogatym damu ojca, marszałka szlachty. Wykwintny, 
świetnych zdalności panicz - mając lat 19, pajechał wbrew wali ajca 
da Petersburga i tam w ciągu lat sześciu skończył akademję ze zło- 
tym medalem i stypendjum zagranicznem. 1856 r. widzimy gO' w Pa- 


96
>>>
.: t 
Ir. 
. '1 



1 
..,..... 
r I," 


.J 



 -"'\.... 


} -" 
4. . 


I 
'. 
 '-:1-'r 
;
 
 r:
J' 'ii.. 
I';.., -," 

 .,:, ...... 


l... 
'. 


... 


. :) 


.-'
 
_. ." :"f7J 

.
. 


" . 


,

 


).. 


"ł,
 
-
 .. 
-' 


\. 


\. ..... 


-. 


, '. 


"'II 

 
", .. 
. 
..,
 '
. 
,., 
:' ;./,- 

.--it 
\" y .j 
. 'I 

 


( 
\ 


h, 
I 


.( 


"t 


-- 
"- 


. '. 
... 


:.: 


.
 r 
'''-
-fII 


..; 
_'':':;'-A'':''
;
>>>
.
>>>
,'U _ 


I 


.. 
_ 
 
.łłł 
'o 
-".;' I 


'. "\ 
lo .;: 


, ,:

 


" 
:f" 
- -\," 


(
" - 


,
, 


-t' 


..".;. 


'ł. : 


t 


_:
 
-hl 


.
 


" 
. 


,c. 


'. 


'.. 
ot ,-_, 
, t 
. 
.. '\ . - 


'\ .... 
'. 
"" :"ł 
. !', 


. ' 


..:..' 


'" 



 


'-". 


'
I 



 


f 
 . "'" 
-!;-., 


., 


\ 


.....:". 


l' 


" 
'.-.. 
:,,\!-;" 


,.' 


'i :1). 
Ił
' \- 


.... 


-: t 


.1' 


" 


, .' 


":10' 


, . 


.--.'j 


_ .
.,._._ł.{3
. 


.-:.....'... 


LEONARD STRASZYNSKI 


W PRACOWNI BACClARELLl 


ryżu. Tu poznał nowoczesną sztukę francuską i prace Meissonier'a. 
a jeszcze więcej pociągały go dzieła dawnych mi
trzów holender- 
skich, Metsu i Terborgów. Tu maluje niewielkie obrazy - wnętrza, 
sceny pracowniane, paziów, błaznów, piękne kobiety XVIII w. w je- 
dwabnych sukniach, wytworne meble, dywany, koronki, aksamity - 
wszelką naturę martwą - wszystko z maestrją nieporównaną, jaką 
później u jednego Czachórskiego odnajdziemy. W trakcie tych prac 
dłuższe wycieczki do Brukseli, do W
och, Drezna, Monachjum, do- 


M.I.nlwo pol."j., - 7 


97
>>>
kąd pędził Straszyńskiego jakiś niepokój wewnętrzny. obok chęci zo- 
baczenia arcydzieł miejscowych galeryj obrazów. 
Okołd 1865 r. znalazł się Straszyński w Londynie z malowanym 
jeszcze w Rzymie pikantnym obrazem. przedstawiającym dwóch kar- 
dynałów w sypialni ubierającej się pani Dubarry. Tu jednak zaczyna 
się okres ciężkich prób w życiu artysty. 
Nieznane nam bliżej powikłania moralne doprowadziły go do ze- 
rwania z rodziną. Nadzieje na zamówienia zawiodły. Straszyński z nę- 
dzy bierze się do kopjowania obrazów - a wreszcie - on mistrz 
europejskiej miary - do retuszowania fotograf-ij!... Wkońcu zostaje 
nauczycielem francuskiego i rysunków w jakiejś szkole na przedmie- 
ściu Londynu!... 
Raz tylko jeszcze szczęście uśmiechnęło się malarzowi. W 1867 r. 
żeni się z córką oficera marynarki angielskiej. Teraz zaczyna znów 
malować portrety i obrazy, - ale już po 2-ch latach śmierć żony prze- 
rywa nietylko tę pracę. ale jakieś nici w duchowym organizmie ar- 
tysty. Wyczerpany i rozgoryczony do świata. nieuleczalnie chory, 
boryka się Straszyński jakiś czas z nędzą. Malarstwo rzuca. Wresz- 
cie - zdruzgotany życiem. "powraca - bez serca i sławy, jak obłą- 
kany ptak" - do kraju. aby w ziemi rodzinnej złożyć kości. 
Zmarł w niedostatku. zapomniany przez wszystkich, w Żytomie- 
rzu 1879 r. 
Z rzeczy polskich - do których zwracał się rzadko - znany jest 
jego obraz "W pracowni Bacciarelli". - Mistrz króla Stanisława po- 
rozumiewa się z uroczą damą. korzystając z tego, że jej towarzysz 
zbyt pilnie studjuje nagą modelkę. siedzącą na podjum. Scena pełna 
dyskretnego życia i dowcipu. malowana wytwornie. z mnóstwem 
prześlicznie skończonych pędzlem cacek. 


Jeżeli nie sztuka CHLEBOWSKIEGO (1835 - 1885) to jego życie 
było dziwnem jak w bajce pasmem fantastycznych niespodzianek. 
Urodzony na Podolu. trafił w młodych latach do Akademji Peters- 
burskiej i przebrnął straszliwą jej szkołę o tyle szczęśliwie, że w roku 
1859. jako stypendysta akademji znalazł się w Paryżu. Tu zetknął się 
nie z Rafaelem. ale ze sztuką nową: zobaczył wspaniałe barwy Dela- 
croix,zrozumiał potęgę prawdy, tkwiącej w dziełach Millet i Cour- 
bet'a. Te wrażenia znacznie złagodziły cechy ujemne. nabyte w Aka- 
demji Petersburskiej. Chlebowski rozkwita jako wybitny technik 
i świetny kolorysta. 
Powszechną uwagę zwróciło na niego wystawienie "Dziewicy 
Orleańskiej" 1864 r. Cesarz Napoleon III nabył ten obraz. Kilka in- 


98
>>>
'. 


j 


'a.. 
i 
 


\ 


!,' 


o, 


.(' 


'\ 
f' 
,,' \ l 
, j 


-- 


\. 
-, 


! 


.... 

.)... 

...
 . 


, .. 


....
r 


" 


ST ANISŁAW CHLEBOWSKI 


SZKIC BATALISTYCZNY 


nych nabył Fuad-pasza i przesłał je padyszachowi do Stambułu. Obra.- 
zy wprawiły Abdul-Azisa w zachwyt i spowodowały wezwanie Chle.- 
bowskiego do Konstantynopola. 
Tu urządzono malarzowi w pałacu sułtańskim wspaniałą pra- 
cownię. gdzie wymalował setki obrazów z dziejów Turcji. wypadków 
bieżących Dworu, scen rodzajowych - a nawet - rzecz niebywała 
do tego czasu - portret Padyszacha. Wiele z nich wykonał pod bez- 
pośrednią korektą i wskazówkami tegoż, niektóre musiał wykończyć 
w ciągu jednego dnia, bo taka była wola kapryśnego władcy. Chle- 
bowski musiał jej ulegać, ale było to nie bez wpływu na wartość 
obrazów i stan nerwów artysty. 
W tej złotej klatce z oknami na cudowny Bosfor. w pośród na.. 
gromadzonych skarbów sztuki wschodniej - obsypany zaszczytami 
i złotem spędził Chlebowski 13 najpiękniejszych lat życia. Dopiero 
w parę lat po zamordowaniu Abdul-Azisa (1876 r.) - przeniósł się 
ze swemi zbiorami i studjami do Paryża, urządził śliczną pracownię, 
zapełnioną dziełami sztuki, i chciał zabrać się do pracy. Tu miało po- 
wstać największe jego dzieło ..Zdobycie Konstantynopola przez Moha- 
meda n" - dzieło nigdy nieukończone. Rozstrój nerwowy podkopy.- 


99
>>>
wał siły Chlebowskiego. Podczas malowania tego obrazu Chlebow- 
ski spadł z rusztowania i odniósł uszkodzenia, które stały się powo- 
dem późniejszego jego obłędu. 
Ostatnie cztery lata życia spędził w Krakowie, nie wypuszczając 
pędzla z ręki, ale żyjąc poczęści wspomnieniami przebytych na dwo- 
rze sułtańskim dni, poczęści trując się poczuciem wielkiego nie wy- 
zyskanego talentu. Pracę jego przerwał obłęd, a wreszcie śmierć 
1885 r. . 
Dzieła tego artysty wskazują, że nie był on nowatorem. Ale idąc 
f,zlakiem utartym - zdolny malarz - przyswoił sobie zdobycze sztuki 
Zachodniej, opanował formę i barwę w duchu panujących prądów. 
Jednakże cuda widziane nad Bosforem i wszelkie podniety Wschodu 
wprowadziły do jego sztuki pierwiastek egzotyczny - świeży i ma- 
lowniczy, i wycisnęły na niej pewne piętno odrębności. 
W wielu drobniejszych pracach - najczęściej akwarelIowych - 
oddających życie codzienne Stambułu, ujawnia nawet nie zwykły dla 
epoki realizm, w prostocie kompozycyj i w odrzuceniu pierwiastka 
anegdotycznego. Obrazy, jak "Przechadzka w Beykos", "Cmentarz tu- 
recki", "Wycieczka nad Bosfor", "Odwiedziny Turczynki" i t. d. w ich 
spokoju i prawdzie, wolnej od wszelkiej afektacji, stoją już wyraźnie 
na gruncie współczesnego realizmu. Nawet w dużym obrazie - "Prze- 
gląd Kozaków otomańskich przez Abdul-Azisa", ujawnia on te same 
cechy - zgoła niezwykłe w płótnie nawpół urzędowem. 
Jako pół-emigrant Chlebowski mało znany był w kraju. obrazy 
jego są rzadkością - a wpływ na linję rozwoju sztuki polskiej - mi- 
nimalny. 


ł 


Grupę tę uzupełnia HENRYK RODAKOWSKI (1823 - 1894), ale 
tylko - chronologicznie, bo natura jego dzieł nic wspólnego z ro- 
mantyzmem nie ma. Wprawdzie malował on obrazy dziejowe, jak np. 
"Wojnę kokoszą", malowaną i komponowaną bardzo poprawnie, ale 
zimną i nie wychodzącą poza zakres poprawnego konwencjonalizmu 
szkoły historycznej. Malował "Bitwę Chocimską", "Odbiór Jassyru" 
i inne tego rodzaju pomysły, było to jednak coś narzuconego mu 
z zewnątrz - haracz płacony epoce, gdzie w opinji królowało wszech- 
władnie malarstwo historyczne. 
Właściwym terenem twórczości, na który Rodakowski wstąpił 
od pierwszych kroków, był p o r t ret. Mistrzem jego-znakomity pro- 
fesor Cogniet - w Paryżu, dokąd Rodakowski pojechał w 1846 r., 
zaraz po ukończeniu prawa w uniwersytecie wiedeńskim. Cogniet dał 
mu dobrą szkołę, ale i trafił na ucznia, który przewyższył mistrza już 


100
>>>
HENRYK RODAKOWSKI 


POR f RET gen. DEMBINSKIEGO 


w pierwszych wystawianych pracach. 1852 r. w Salonie paryskim 
ukazał się portret jenerała Dembińskiego i odrazu zrobił sensację. 
Portret szeroko zakrojony i po mistrzowsku malowany. Stary jene- 
rał - bohater kampanji węgierskiej - naturalnej wielkości - siedzi 
w namiocie, wsparty na ręku, w ciemno-zielonym mundurze, w fu- 
trze zarzuconem na czerwone pokrycie siedzenia. Przed nim na becz- 
ce biała plama mapy sztabowej, z prawej strony, poprzez uchyloną 
zasłonę widać obóz. Z portretu zrobił się tu niby obraz z dziejów nie- 
dawnej rewolucji węgierskiej. 


101 


.... L 



J
>>>
. 
'. 
... -4 
" I ' .) 


-' 



 '. 

 


, 
, 



 
.J 


HENRYK RODAKOWSKI 


, 


PORTRET MATKI 


W następnym roku wystawia Rodakowski wspaniały swój "por- 
tret matki". T en jest mniej bogato skomponowany, ale za to głębiej 
pomyślany w sensie psychologicznym. Głowa niemłodej kobiety deli- 
katnie przechylona, na twarzy niewypowiedziany uśmiech, uśmiech 
pogody, szczęścia i dumy z syna, - powstrzymywany zlekka, aby nie 
przeszkodzić malującemu... Na tle czarnej aksamitnej sukni bieleją 
ręce okrągłe - prześliczne, przedmiot dumy starszej pani, podkre- 
ślony przez syna artystę nadzwyczajnym wdziękiem kształtu i od- 
czuciem ruchu. Ręce splecione, przyciśnięte do piersi... Ten to por- 
tret wzbudził zachwyt Delacroix, o czem wielki Francuz pisze w swo- 
im pamiętniku pod datą 8.lV 1853 r. 
Rodakowski, obok męskich, malował liczne portrety kobiet, ale 
nigdy nie był malarzem modnych piękności, poświęcającym prawdę 


ł 


102
>>>
-. 



 


charakteru dla idealizacji i zewnętrznego szyku. Na zadania swoje 
patrzył poważnie. - szukał charakteru i ducha. umiał połączyć pro- 
stotę kompozycji z jakąś wyszukaną subtelnością ruchu. która da- 
wała tej prostocie treść i życie... Zwłaszcza umiał wyzyskiwać ruch 
rąk. co widzimy np. w ślicznie skomponowanym portrecie pani Bliih- 
dom. której dłonie podtrzymują zarzutkę. 
Przez paryską jego pracownię przeszedł szereg znakomitości 
swego czasu - Mickiewicz. ks. Adam Czartoryski. Kapliński Leon. 
Jan Działyński i in. Galerja ta znacznie się powiększyła. kiedy Ro- 
dakowski przeniósł się 1875 r. do Lwowa, gdzie już całą prawie resztę 
życia spędził. 
W twórczości swojej Rodakowski nie jest ani romantykiem. ani 
historykiem. Jest głębokim realistą. co się' wyczuwa nietylko z jego 
portretów. ale z każdego studjum chłopów. Żydów i "l. d.. a wreszcie 
koni, które traktował tak, jak się traktuje portret - szukał prawdy 
rysów, wyrazu i życia. 
Zarazem jest to pierwszy malarz polski w wielkim stylu. Wielki 
talent połączył z wielką wiedzą europejską. z biegłością malarską, 
jakiej nikt w Polsce przed nim nie miał. Jego pędzel jest wykwintny 
i szeroki zarazem. jak pędzel Van-Dycka. Pod wpływem Delacroix 
i wielkich dawnych kolorystów - Rodakowski wprowadza do swych 
dzieł, jako czynnik pierwszorzędny, k o lor. Dość zestawić jego por- 
trety z płótnami np. Simmlera.-jego rówieśnika-żeby odczuć.potęgę 
i wdzięk kolorytu Rodakowskiego. Simmler wyda się nam bezbarw- 
ny. czarnobronzowy. przykry w każdym tonie. 
Kiedy wystawił pierwsze znakomite prace. w sztuce polskiej pa- 
nował jeszcze okres dyletantyzmu. Nie było ani Brandta, ani Matej- 
ki. ani Grottgera. Nawet młodszy o rok zaledwo Juljusz Kossak był 
wówczas początkującym i obiecującym młodym artystą. który w Pe- 
tersburgu ciułał sobie grosze na projektowaną podróż do Paryża. 
Starszy od wszystkich wymienionych artystów Rodakowski otwiera 
ten okres naszej sztuki. kiedy już polskie malarstwo przestaje być 
prowincjonalną szkołą niedouczonych talentów - i wchodzi do sze- 
regu szkół europejskich, jak równy do równych. Zarazem zaczyna 
on świetny okres naszego portretu. Obok niego rychło zjawia się Ka- 
pliński, Gorecki i T epa. 


Najzdolniejszym z nich, świetnego talentu malarzem jest 
LEON KAPLIŃSKI (1826-1873). 
I on należy do pokolenia tułaczy, których burze wyrzuciły 
z gniazd ojczystych. Urodzony w Lisewie pod Nowem Miastem. stu- 


ł 


103 


_.J
>>>
1 


- 


.1.' .ł- 


LEON KAPLlli/SKI 


GŁOWA SUCHOTNIKA 


djował prawo na uniwersytecie warszawskim, ale z powodu udziału 
w jakimś spisku czy - stosunków z emisarjuszami T -wa Demokra- 
tycznego - musiał uciekać z kraju, rządzonego wÓwczas żelazną rę- 
ką Paskiewicza. 
Wówczas Kapliński osiadł we Wrocławiu i chodził na filozofję. 
Stamtąd jeździł często w Poznańskie, gdzie się poznał i zaprzyjaźnił 
z rodziną Mielżyńskich. I tu zaczął pod kierunkiem dyletanta Miel- 
żyńskiego swoje pierwsze studja malarskie. 
Gorąca dusza Kaplińskiego nie pozwoliła mu być biernym świad- 
kiem wypadków, J:oprzedzających rok 1848. Uwięziony w Berlinie, 


104
>>>
., 


.. 
-:.) , 

. 
, 
,.. 


,"\ 


.. 


I ," 


lEON KAPlIliISKI 


KOBZIARZ WŁOSKI 


uwolniony przez rewolu'cję, znalazł się wreszcie w Paryżu, gdzie Sił;; 
poznał z Rodakowskim, a uczył u Ary ScheHera. 
Tu pozostał Kapliński w ciągu lat zgórą 20-tu. Wrażeń i podniet 
szukał w wycieczkach: był w Pyrenejach, zwiedził Włochy, jeździł na 
Wschód. Wrażliwą jego duszę wstrząsnęły wypadki lat 60-tych, po- 
grom powstania, a w kilka lat potem pogrom Francji i komuna, na 
które patrzał własnemi oczami. Złamany przeżyciami i wyczerpany 
pracą, wraca do kraju 1871 r. i osiada w Krakowie, ale złożony długą 
chorobą, umiera po dwóch zaledwo latach pobytu w ziemi rodzinnej, 
którą jako młodzieniec opuścił. 


105 



J
>>>
o sztuce KapJińskiego nie można sądzić z jego kompozycyj do 
Pana Tadeusza, Marji MaJczewskiego, albo dzieł Krasińskiego. Sen- 
tymentalnie romantyczne - nie stoją one na poziomie jego talentu 
i dają o nim fałszywe wyobrażenie. 
Kapliński jest przedewszystkiem malarzem portretu - prześlicz- 
nym rysownikiem i bogatym, wytwornym kolorystą. Malował nietylko 
portrety żyjących, ale i zmarłych, jak np. hetmanów burzliwego 
XVII w. - Chodkiewiczów i Czarnieckich. Te ostatnie jednakże rów-o 
nież nie dają nam najwyższej miary malarza, chce on bowiem oddać 
duchową fizjognomję bohaterów i zaciera charakter typów jakąś ide- 
alną wizją. Natomiast portrety żyjących osób posiadają nietylko wy- 
kwintność nieporównaną techniki, ale i wyczucie charakteru twarzy 
i subtelność psychologiczną. 
Kapliński malował arystokrację i emigrację polską w Paryżu, Ra- 
czyńskich, Zamoyskich, Czartoryskich i in. także Zygmunta Krasiń- 
skiego, Bohdana Zaleskiego etc. 
Nawet skromne szkice z podróży na Wschód mają te niezwykłe 
cechy. Biskup bulgarski z podniesioną brwią, oryginalnie skośnemi 
powiekami małych oczek i bardzo długim suchym nosem jest prze- 
dziwny w rysunku. "Bulgar" w futerku i fezie na głowie, ma zadzi- 
wiający wyraz smutku i niepokoju w oczach, brwiach i ściągniętych 
ustach. "Głowa suchotnika" w warszawskiej Zachęcie jest poprostu 
arcydziełem wytworności kolorystycznej, niezwykłem zgoła w tej 
epoce. 
Kapliński - umysł wykwintny, znawca wybitny literatury pol- 
skiej i obcej, był zarazem pisarzem. Prócz powieści pisywał ciekawe 
rozprawy z dziedziny Jiteratury i sztuki, drukowane w 60 latach 
w "Wiadomościach Polskich" w Paryżu, w "Przeglądzie poznań- 
skim" i t. d. 


( 


Zdolnym portrecistą tejże epoki był zamieszkały na stałe w Pa- 
ryżu wychowaniec Akademji Petersburskiej TADEUSZ GORECKI 
(1825-1868). Podobnie lwowski malarz, kształcony w Wiedniu, Mo- 
nachjum i Paryżu - FRANCISZEK TEPA (1828 - 1889) - po śmierci 
znacznie starszego Aloizego Rejchana - najzdolniejszy portrecista 
wśród lwowskiej grupy malarzy. Należy do niej jeszcze wiedeński 
wychowanek W i l h e l m L e o p o l s k i. 


ł 


Z grupy cyganerji artystycznej, jaką zastał w Warszawie Kossak 
podczas pierwszej tu bytności, wyłonili się dwaj artyści, których ta- 
lent zasilił powstające wówczas pisma ilustrowane warszawskie 
Kostrzewski i Henryk Pillati, obaj zdolni i niezwykle płodni. 


106
>>>
-- 


ł\'{ 


, 
'\\ 


. " 



 . t. 

.:; "':""'ł'i 


j : , 


.1 r- 
.;. I 


.... . . 


';. . 
-.

f- ,. 


" 
. "" 




\'Io.ll,. t 


FRANCISZEK KOSTRZEWSKI 


AKWARELLA 


FRANCISZEK KOSTRZEWSKI 1826--1911) zapDwiadał się świetnie 
1 zwrócił uwagę Kossaka, który sDbie po nim najwięcej Dbiecywał. 
"ZDbaczycie czem Dn będzie, jeżeli dDtrzyma tego., co Dbie- 
cuje. Kraj nasz nie zdobył się jeszcze na podDbną bystrość spo- 
strzegawczą, na podDbną umiejętnDść chwytania i wYPDwiadania 
charakterystyki, na taką sztukę tWDrzenia typów. Będzie on 
pierwszym u nas człDwiekiem, który potrafi krajDwi dDskDnale 
D nim samym Dpowiadać, jak T eniersy i Brouvery opowiadali 
HDlendrDm D Holendrach. On sam nie wie czem jest i lekceważy 
, siebie" i t. d. 


IstDtnie malarz ten, ze świetnem poczuciem barwy i charakteru, 
nie dDtrzymał tego., CD Dbiecywał. Nie studjDwał pDważnie, nie jeździł 
za granicę, nie pDznał wielkiej kultury Zachodu. Został w Warszawie 
i rDzmienił swój talent na drobne. Wesoły, dowcipny, lubiący towa- 
rzystwo. - wszędzie był widziany chętnie, sypał rysunkami OkDlicz- 


107 



J
>>>
- 


." 


)ł 


.. 
.
 
I. 


,", ,,,... 
'. r 



 


-. 


'1 . " 



 


-,' - 


" 
" 


" 


, '. 
 ... ' 
. , .... 


, 
"-. 


. " 


"'. 


... ., 
.... 


J 
 



 
. 



 . 


. 
'
- 


... 
.... .
. :\
 


.:
. 
" 


}
 
\ 


1. 


. ,. 


HENRYK PILLA TI 


UTARCZKA Z TURKIEM 


nościowemi, a przedewszystkiem dostarczał pismom dowcipnych 
i nie bez charakteru, ale manierycznych i płytkich szkiców. Stworzył 
on tu pewien świat własny, galerję typów złotej młodzieży, zbankru- 
towanych obywateli, safandułów ojców, gąsek córeczek - Żydów, 
chłopów, dorobkiewiczów, bankierów, ekonomów i t. p. Świat wła- 
sny i żywy, ale niedosyć pogłębiony. 
Kostrzewski próbował scen rodzajowych i krajobrazów, malowa- 
nych olejno'lub akwareIIą, - ale z wyjątkiem wczesnych jego prac 
są to rzeczy aż przykre w płytkim manieryzmie formy i barwy, i po- 
zbawione wartości ściśle malarskich. 


ł 


Młodszym od Kostrzewskiego o lat 6 jest HENRYK PILLATI 
(1832-1894), równie zdolny, płodny i więcej malarski od tamtego, 
ale podobny do niego w tern, że zmarnował swój wielki talent, roz- 
mieniając go na drobne, nie poważne, pamięciowe prace. I on po stu- 
djach w Szkole Sztuk Pięknych powędrował do Monachjum, a stam- 
tąd do Włoch, skąd wrócił obładowany studjami. Nadmierna łatwość 
kompozycyjna i trudne warunki życia w Warszawie sprawiły, że 
w dalszym ciągu już mało studjował, a wiele malował niedużych, 
przeważnie pamięciowych, zręcznie komponowanych, wielofiguro- 
wych obrazów rodzajowych, przeważnie zaś batalistycznych. Utarcz- 


108 


t
>>>
r 


ki konne ze Szwedami w XVII w. stały się jego specjalnością. Miał 
duże poczucie ruchu i miły (dziś zagasły) koloryt. Pismom warszaw- 
skim w 60-ych i 70-ych latach dostarczał licznych i zręcznych ilu- 
stracyj. 


Jednakże ci i inni-przygodni, albo też mniej czynni i mniej znani 
ilustratorzy, jak GRABOWSKI ANDRZEJ (1833-1886), portrecista i ilu- 
strator galicyjski, jak KUNICKI LEON (1828 -1873), wybitnie zdolny 
dyletant, dowcipny rysownik humorysta, BRZOZOWSKI FELIKS (1836- 
1892), ilustrator pejzażysta - bledną i nikną w cieniu wobec niesły- 
chanych tryumfów i niebywałej płodności najpopularniejszego ilustra- 
tora danego okresu, Włocha z pochodzenia - ELWIRO ANDRIOLLI 
(1836-1893). 
Andriolli jest mniej indywidualny i twórczy aniżeli Kossak 
i Grottger, ale równie jak oni typowy dla naszego okresu romanty- 
zmu w latach 70-ych i 8O-ych minionego stulecia. 
Andriolli urodził się w Wilnie 1836 r. Mając lat 19, jedzie z roz- 
kazu ojca do Moskwy na medycynę. Jednakże romantycznemu mło- 
dzieńcowi nie przypadły do smaku prozaiczne zajęcia w prosektorjum 
i, narażając się na gniew ojcowski, wolał uczęszczać do Szkoły rysun- 
kowej, gdzie w ciągu dwóch lat poduczył się na tyle, że 1857 r. mógł 
podążyć do Petersburga do Akademji Sztuk Pięknych. 
Po dwóch latach pobytu w Petersburgu wraca do kraju, i tu 
wkrótce porwała go zawierucha narodowa. Po upadku powstania An- 
driolli musiał uciekać za granicę. Podczas kilkoletniej tułaczki był 
w Paryżu, w Londynie, w południowej słowiańszczyźnie, - Turcji, 
Krymie. Wreszcie kiedy stęskniony powraca do kraju - zostaje wy- 
słany do Wiatki 1867 r. 
Tu, podobnie jak za granicą, zarabiał malarstwem. Maluje obrazy 
dla cerkwi, portrety kupców rosyjskich i t. p. Zdolny, miły, towarzy- 
ski, doskonały opowiadacz, zostawia po sobie najlepsze wspomnienie 
zarówno w kołach polskich, jak i wśród Rosjan. W 1871 r. wyjeżdża 
do Warszawy. 
Warszawa stała się polem tryumfów Andriollego. Kiedy tu przy- 
był, Kossaka już nie było, i dawał się odczuć brak zdolnego ilustra- 
tora. W nie długim czasie Andriolli opanował bez wysiłku wszystkich 
wydawców. Szalona łatwość kompozycji i szybkość rysunku pozwa- 
lała mu wykonać pracę za 3 lub 4 rysowników. W ciągu lat 12 - 
prócz mnóstwa rysunków do pism perjodycznych - ilustrował "Pa- 
miętniki kwestarza", "Lilię Wenedę", "Starą Baśń", "Marję" Mal- 


109
>>>
-\! 


" 



 
 :'!- 


..; 



 
, 


.; 



 


,,;.. .,
.. 


,!
 


., ' 

 . 


(;.- 


/ 


'. 
" 


\
 


),. 


.
., 
 


" 


.1: 


,!. 


;,....: 
'-ł., 


.... 


.";',' . 
, ' -. 
k 


-"
 


;,ł- .. _i
. 
i"'
{J ; 
: 
 

:/ 
.11 ...., 
, . , 
, , 
. -..; 
1.;]o
"' ':;"" I 
.. 'i", 


,', 
. 



 


;f. 


'.; 


L _ 


."':'; 


'\ 


".--'=.... 


.'
 


I, 



.
!, 


...., 


I'j,
 iI..
 


, " 

, .. 
.,. 



,. 
:"\ :. 


\. 


I . 


" 


.." ,1..
 (1, 


\- 


" 


.,
,
 . 
r.' ". .......- '.. 

 
.,.' 



: 


...." 
. /'-' 
.". 


, . ',
 ' I 
,.., 
'''
':' , 
. ,',. ,'
' ':,,.,-- 


"..
. - 


-- 
..,....! .
.:,.'" 
a:'( :i'., 


.... 


ELWIRO ANDRIOLLI 


NIEMCY IDĄ 


czewskiego. "Mejira Ezofowicza" i wiele innych mniej ważnych 
utworów. 
Niesyt laurów w Warszawie zapragnął szerszej areny. W 1883 r. 
zmarł słynny ilustrator francuski Dore. Andriolli zrozumiał. że chwila 
nadeszła. i w miesiąc później już jest w Paryżu. W ciągu kilku tygodni 
zdobył sobie wydawców paryskich. Ilustruje dla nich Coopera "Ostat- 
niego z Mohikanów". W. Hugo - "Legendę wieków". Szekspira "Ro- 
meo i Julję" i t. d. Rysunki jego szalenie się podobały. Zgłoszeń coraz 
więcej - nawet z Londynu. Wyczerpany. po 3-ch latach pracy nie- 


110
>>>
r 


. '. 


l 


, J" 


-; 


:'., .." 
.: ł:
 ). i 
l,' 
i 


, 
'; .,' 


.
.. 


· "" J 
 
. I 
" 

 


.
 


. t 


. ł łt 


EL WIRO ANDRIOLLI 


RUINY ZAMKU 


zmordowanej, powraca Andriolli do Warszawy i tu już do końca p
- 
zostaje. 
Ale prace z tego ostatniego okresu są słabsz.e, przytem zjawili 
się inni wybitni ilustratorzy. gwiazda powodzenia artystycznego przy- 
gasa. 
Andriolli umiera 1893 r. 
Jeżeli pominąć J. Kossaka, który ilustracją rysowaną specjalnie 
dla pism zajmował się nie zawodowo ale dorywczo, to Andriolli jest 
pierwszym u nas na szerszą skalę zakrojonym ilustratorem. Powodze- 
nie jego jest zrozumiałe. ale dzisiaj zachwyty ostygły i sądy o nim 
brzmią być może nawet za chłodno. 
Zapewne Andriolli nie był naturą bojową, ani upartą, silną indy- 
widualnością. Przytem lubił się podobać. Publiczność mało intereso- 
wała się formą artystyczną dla niej samej - żądała anegdoty możli- 
wie zabawnej, albo sentymentalnie ckliwej. Andriolli nie umiał jej tego 
odmówić. Wykonał mnóstwo rysunków ..na kolanie", - bez miary 
banalnych, płytkich i śmiesznych, opatrywanych często jeszcze śmie- 
szniejszemi podpisami. Prace takie jak ..Poranek", ..Prysnęły lody", 
..Mój kolega z miasteczka", ..A w domu najlepiej" i t. p. są bezsprzecz- 
nie śmieciem, w pośpiechu rzuconym na rynek wydawniczy. Inne 
znów, jak ilustracje do ..Pana Tadeusza" - mimo całe uwielbienie 
dla Mickiewicza - stały się parodją, wskutek zupełnego niezrozumie- 
nia ducha dzieła. jego spokoju, prostoty i głębi. 


111
>>>
Jednakże sąd o Andriollim powinien się oprzeć na jego dziełach 
najlepszych. Liczne jego rysunki do "Starej Baśni", do "Marji", jego 
"Niemcy idą", "Potyczka Litwinów z Krzyżakami", "Podjazd litew- 
ski" i inne pozostaną zawsze piękną kartą naszej ilustracji. 
W talencie jego uderza niezwykły smak i ogromne poczucie kom- 
pozycji. Umie ją zbudować łatwo i dekoracyjnie, operując zręcznie 
sylwetami, kładąc plamy jasne na ciemnem, ciemne - na jasnem tle. 
Daje przedmiotom barwę lokalną i z jej pomocą wydobywa te miłe 


"--. 


\. 


-. ' ........ 

 - 


--
 
...-- 



 


1]) 

, 


'. 


" ; 
,,
 


,.; 


\ 


, " 



fI,.. 


ELWIRO ANDRIOLLI 


PRZY GROBIE 


harmonje jasnych i ciemnych plam - zwykle śmiałych, tęgich, zdecy- 
dowanych w kształcie i tonie. 
Ma w tern wszystkiem swój własny styl w linji niespokojnej, ale 
żywej, w budowie kompozycji, w jej kolorycie. ') 


') Mowa tu o kolorycie rysunkowym. kolorycie monochromji, która też po- 
zwoli rozróżnić barwę twarzy od bialej koszuli. szarej ściany, czarnego tużur- 
ka i t. p. 


112 


"
>>>
.1 


T e świetne zdolności kompozycyjne pozwalają zapomnieć i o dość 
słabym rysunku, o ruchu nieodczutym - zbyt patetycznym, przesad- 
nym albo fałszywym, o braku prostoty, o banalności typów kobie- 
cych, a zwłaszcza dziecięcych. 
Paroletni pobyt w Paryżu w 80-ych latach zamiast wzmocnić ar- 
tystę, wyczerpał go i wyzuł z cech indywidualnych. W pracach po 
powrocie (a nawet i paryskich) czuć upędzanie się za francuską lek- 
kością, szkicowością, winjetowem traktowaniem kompozycji, a także 
zanik cech kolorystycznych. 
Andriolli lubił krajobraz. Jego wnętrze puszcz z olbrzymiemi 
pniami i pokręconemi konarami mają w sobie dużo romantycznego 
uroku. Szczególniej zaś odczuwa twarde kształty architektoniczne. 
Ich stanowczość, twardo obrysowana linja, ich piękne sylwety dziw- 
nie przypadają do właściwego Andrio!lemu sposobu wyrażania form. 
Niektóre rysunki budynków, murów, kościołów, spichrzów są drob- 
nemi klejnotami, na które dotąd nie dość zwrócono uwagi. 
Mimo wszystkie braki Andriollego dotąd nie znalazł on w ilustra- 
cji polskiej godnego siebie dziedzica. 


Kierunek romantyczny lat 50-ych i 60-ych - przeżył siebie sa- 
mego i wydał już w czasach późniejszych szereg epigonów, t. j. arty- 
stów, którzy operują dawnemi ideami i środkami artystycznemi, bez 
względu na to. co do malarstwa wniosły prądy późniejsze. Niektórzy 
przetrwali aż do dni dzisiejszych. 
Do grupy tej należą w pierwszym rzędzie dwaj artyści jednego 
wieku - Sandoz i Kotarbiński Wilhelm. 


ADOLF SANDOZ, urodzony w Trybusówce 1848 L, wbrew hiszpań- 
skiemu imieniu i nazwisku jest Polakiem. synem obywatela ziemskie- 
go na Podolu. Zdolny i przedsiębiorczy, pojechał na studja do Szwaj- 
carji. a potem - Paryża, gdzie w E c o l e d e s B e a u x A r t s stu- 
djował architekturę a zarazem i malarstwo pod Delaunay i Puvis de 
Chavannes'em. Ci dali mu szkołę francuską najwyższej próby. Stmłja 
ukończył świetnie. Potem w licznych podróżach zwiedzał Niemcy, 
Austrję, Włochy. W Rzymie spędził rok na studjach. W Afryce pół- 
nocnej - dwie zimy. Przywiózł stamtąd szereg studjów i obrazów 
orjentalnych, jak "Arab na koniu", "Taniec saharyjski" i t. p. 
W kraju znany bardzo mało; parokrotnie tylko wystawiał w Kra- 
kowie i we Lwowie 1913 r. swe prace jak "Kobieta saharyjska", 
"Wieczór w pustyni", i t. d., ale zrażony obojętnem przyjęciem prze- 


Malarstwo polskie - 8 


113
>>>
stał je nadsyłać. Wystawiał w Salonie w Paryżu. gdzie także ilustro- 
wał niektóre wydawnictwa Hachette' a. Afryka miała dla niego urok 
niepojęty. 1882 jeszcze raz przenosi się do niej. - z niej czerpie po- 
mysły i motywy do większości swych obrazów. Maluje "Nad brzegiem 
Ued", "Prządkę", - "Portret żony szeika El-Kantary" i t. d. 
Jego "Wnętrze chaty saharyjskiej" zdradza pędzel śmiały, ener- 
giczny, traktowanie szerokie - gęstą. grubo nakładaną farbą, żywe 


l 


" 


. , 



 


-
- 


..... 


.- 


.a 


...,..
 
- ,,. 

- 
..... 


,. 


.. 
 
-......... .

 
,,
 -.- 
..?
'-- 


_.- 


ADOLF SANDOZ 


KOBIETA SAHARYJSKA 


wyczucie motywu światła spływającego z góry, znakomity rysunek 
jagniąt, bardziej żywych. aniżeli figury ludzkie. 
W Kłosach 1883 reprodukowano jego "Karawanę wielbłądów 
w Saharze". 


WILHELM KOTARBIŃSKI (1849-1921). Większa część życia upły- 
wa mu w Kijowie, jednak urodził się znacznie bliżej - w Nieborowie. 
i kończył warszawską szkołę rysunkową. Jako jej stypendysta poje- 


114
>>>
- 


'. 
" - 
".' \ u 
:;;! 

. .,', N 
r' VJ 
,. . 

 . '.. 
f . 
tt.. 
Ą 
f' .l fi 
, "" 
 
. 
.. 
 .... 
, "'.. 
" 
} I , 
. 
l 
., 

 
,.., 'J 
f.... ; 
.- ' I 
!....r 

 . 
. , I 
il.... 
 I
I 
J'- t, ł
 
., .t. 



 


", 


\ 


_...
::-...
- 


, .t, 
,. t;J ł 


.... 
.. 


, 


. ' 


, 


. 


. 
. ' 
,\ I 


' [ _ li 
I . 
 'Ił. . 
I r' 


. 
" 
. 



, 
-.. 
, 


, 

 


4 


! ' 


" 


i 


:;;! 
VJ 
'Z 
CQ 
c:: 
 
I- 
a 
:.: 
::E 
...J 
W 
X 
...J
>>>
.. 


chał do Rzymu i tam uczył sie:; jeszcze w staroswieckiej "akademji 
św. Łukasza". W Rzymie spe:;dził około 20 lat życia. 
W r. 1888 wraca do kraju - lecz wkrótce przenosi sie:; do Kijo- 
wa i tam już na stałe pozostaje. 
W obrazach jego Egipt, Hellada, Roma, Judeja - niekiedy znów 
fantazja oderwana w obrazach allegorycznych. Maluje "Sfinksy", "Ibi- 
sy", "Igrzyska greckie", "Judasza ", "W skrzeszenie syna wdowy", 
"Powrót z Golgoty", "Grób samobójcy", "Pocałunek fali" i t. p. 
Kotarbiński miał wybitne zdolności, poetyczną dusze:; i pewną do- 
ze:; samodzielności, dzie:;ki czemu malując obrazy z życia Grecji czy 
Judei, nie jest podobny ani do Alma Tademy, ani do Siemiradzkiego, 
ani do Leightona. Ale nie przeszedł przez poważną szkołe:; naturali- 
zmu i zbyt zaufał swym dekoracyjnym zdolnościom. Stąd pewna ba- 
nalność kompozycji i płytkość w pojmowaniu postaci ludzkiej, w roz- 
wiązaniu jej typu, wyrazu, życia. Forma jest nietylko szeroka, ale za- 
niedbana. Koloryt Kotarbińskiego nie nowy może, ale bardzo harmo- 
nijny i wyczuty, złocił pewnym blaskiem obrazy jego, póki były no- 
we. Komponował je bowiem na kolor, na pewną harmonje:; szerokich 
plam barwnych. Dziś - wskutek nadużycia asfaltów i innych nie- 
trwałych farb - wartości kolorystyczne znikły, obrazy zamieniły sie:; 
w rumy... 


Przed kilkunastu laty błyszczała jeszcze na firmamencie war- 
szawskim gwiazda 1:MURKI FRANCISZKA (1859-1910). Świetnych zdol- 
ności chłopiec uczył sie:; u Matejki w Krakowie, potem w Monachjum 
u Wagnera, ale najwie:;cej wpłynął na niego Wiedeń i Makart. Długie 
lata był pod potężnym urokiem wiedeńskiego mistrza, którego obrazy 
widział w całym przepychu ich świeżego jeszcze kolorytu. 
Natura zmysłowa, ope:;tany przez wizje:; kobiety - jej poświęcił 
cały swój talent. Maluje "Messaliny", Kleopatry", "Demony", "Car- 
meny", "Salambo" - a wreszcie niepoliczone nagie, albo półnagie 
bezimienne bohaterki - o te:;gich biodrach. pie:;knej piersi, gorących 
ustach i powłóczystych spojrzeniach. 
W późniejszych pracach, zwłaszcza licznych głowach i półfigu- 
rach nagich piękności, Żmurko daje nam lepszy choć zawsze niegłę- 
boki rysunek. piękny wenecki koloryt, lekkość wykonania i smak 
kompozycji. 
KRUDOWSKI FRANCISZEK (ur. 1860 r.). cały swój duży, ale bez 
śladu indywidualności talent zużył na obrazy religijne, w których wy- 
powiada się jego płytki eklektyzm, kształcony głównie na mistrzach 
włoskich. 


j 16
>>>
- 


- .' 



 


? , 


- 
r 


.' 


..,
:,: 
,. 


..... J 


10 


ol. 


" ł 


-'.. .... 



 


-, 


FRANCISZEK :l:MURKO 


ZUZANNA 


Równie zdolnym i mało indywidualnym jest STYKA JAN, ur. we 
Lwowie 1858 r., autor nieszczerych quasi-religijnych i quasi-patrjo- 
tycznych obrazów. Wśród nich - dwie wielkie panoramy "Golgota", 
malowana z pomocą Stanisławskiego i Popiela, - i - "Racławice, 
malowane z pomocą W. Kossaka. Mieszka w Paryżu od 1900 r.'). 


Zapóźnionym romantykiem był również p A WEŁ MERWART (1855 - 
1902), którego wielkie płótno "Potop" - z dwojgiem ludzi zalewa- 
nych falą - mówi o dużym nakładzie zdolności i wiedzy, zużytym 
bezpłodnie na zimny, konwencjonalny i szklano twardy w technice 
obraz. 


Ostatnim z tej grupy jest PIOTR STACHIEWICZ (ur. 1858 r.). Uczeń 
Matejki tak się przejął duchem mistrza, że w niektórych ołówkowych 


l) (Zmarł 1925 r.). 


117 


--
>>>
,,!., .'t 


--:1 


\ 


. , 


V -, 



 
 


, 



.... 


,\ 


'I. 



 



 


PIOTR ST ACHIEWICZ 


ILUSTRACJA do ETlENNE MARCEL 


rysunkach np. "Czaty" zupełnie operuje kreską Matejki. Rysunek ten 
zresztą jest jednym z najlepszych Stachiewicza. Zczasem zmienił Dn 
styl pod wpływem szkoły monachijskiej. W pracach jego widać zre- 
sztą wpływy różne np. w ilustracjach dO' Q u Q V a d i s stąpa nie- 
zgrabnie w gO'tDwe ślady Alma Tademy. 
W Stachiewiczu wielka płDdnDść i duży smak kO'mpO'zycyjny łą- 
czy się z jakimś nieszczerym, akademickim sentymentalizmem, rażą- 
cym zwłaszcza w jego "patrjDtycznych" tematach i pDdpisach, albo 
w kDmpDzycjach "religijnych". Rys ten słabO' zaznaCzO'ny w "Legen- 
dach D Matce BO'skiej" - później staje się jednym z najbardziej przy- 
krych dysDnansów w pracach tegO' artysty. "Za wiarę, ojczyznę i kD- 
ściół" np. ma leżeć jakiś łach pDgięty, rzucony na wschO'dach. PodDb- 
nym fałszem trąci "BO'że Ojcze, T wO'je dzieci"... i t. p. 
Miarą banalności Stachiewicza są jego niepDliczone, bez charak- 
teru i życia "główki kDbiece" z pDdpisami imion bDhaterek Sienkie- 
wicza. 
Jednemi z najlepszych jego prac są ilustracje dO' "Etienne Marcel" 
hr. Reya. 


118
>>>
Za epigona romantyzmu może uchodzić młodszy od Stachiewicza 
malarz-ilustrator STANISŁAW KACZOR-BATOWSKI (ur. 1866 r.), żywo 
odczuwający ruch zbitych tłumów i pojedyńczych figur, co zwłaszcza 
uwydatnił w ilustracjach do trylogji Sienkiewicza. 
W tych kilkunastu nazwiskach streszczają się dzieje romantyzmu 
w Polsce. Jednakże byłyby one niepełne bez s z koł y h i s t 0- 
r y c z n e j. Ta jest ich uzupełnieniem, albo raczej odłamem, przypa- 
dającym na tę samą epokę. Dlatego należy wykluczyć następczość 
chronologiczną z obu tych rozdziałów i traktować je, jako dwie strony 
jednej i tej samej dziejowej karty. 


-- 


....
>>>
J
>>>
MALARSTWO 
HISTORYCZNE 


LESSER 


S I M M L E R. G E R S O N 


MATEJKO 


LOEFFLER. BRANDT. WŁ. BAKAŁOWICZ 


SIEMIRADZKI 


S. BAKAŁOWICZ. WIESIOŁOWSKI. BUCHBINDER 


ALCHIMOWICZ 


CYNK. ANDRZEJKOWICZ. DYLCZYriISKI. MONIUSZKO 
REDLICH 


I . alarstwo historyczne znalazło w Polsce grunt wyjątkowo 
podatny. Karmił je romantyczny jeszcze duch czasu, a naj- 
bardziej to, że byliśmy narodem, który stracił wszystko 
Im] i stoi nad gruzami własnej przeszłości i wielkości. Wśród 
nędz i upokorzeń niewoli oczy pokoleń zwracały się utęsknio- 
ne ku minionym złotym wiekom swobody. Rozgrzebywała sta- 
rannie dzieje literatura historyczna, szukając rozwiązania straszliwego 
zagadnienia, - ku przeszłości zwróciła się powieść z Kraszewskim, 
Kaczkowskim i Sienkiewiczem na czele. Historja podtrzymywała 
i krzepiła nadzieją pokolenia pogrobowców Polski, i przeszłość ukwie- 
cona poezją i tęsknotą, stała się najczulszem miejscem naszej wrażli- 
wości narodowej. Ku temu biegunowi musiała ciążyć i sztuka. 


121
>>>
i"
 


.- \ ? 
. - 


, . 


.r ,r-' ,. . 
.'1 \
 
/' l 

\ 
',t' 



. 


'.j 
'., '" 
.. oJ ... ł 


" . 


1.- . 



-
- 


.. ........ 



. 



. 


'!. 


. 


1'L 

 . 
" 
J i,( 
 
.-. 
.... ,. 
',\ . 
l 
r \ 
.", I 


....... .
 


....., 
.
 , 

 


"'I 
.'t',' 



 


WYDOBYCIE ZWŁOK WANDY 


ALEKSANDER LESSER 


Pierwszym, który zwrócił się ku malarstwu profesjonalnie hi- 
storycznemu - był ALEKSANDER LESSER (1814-1884) i to właściwie 
jest jedynym tytułem I dla którego należy malarza tego wymienić. In- 
dywidualność nad wyraz słaba, wszystko , co umiał, zawdzięczał stu- 
djom w akademjach niemieckich i wpływom nazarejczyków, którzy 
sami niewiele umieli. To nam tłumaczy jego dyletancki jeszcze rysu- 
nek i koloryt. Najlepsza jego praca "Wydobycie zwłok Wandy" jest 
istotnie mdłą, teatralną kompozycją, - postaci narysowane bez cie- 
nia charakteru, koloryt taniej oleografji i nieśmiała, zalizana tech- 
nika. 
Zresztą autor miał bardzo szczere zamiłowanie do archeologji, 
studjował dawne zabytki i zbiory i pozostawił cenne albumy niezli- 
czonych rysunków I znajdujące się dziś w rękach rodziny. 



 


JOZEF SIMMLER (1823. - 1868) był wprawdzie uczniem Piw ar- 
skiego w Warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych, ale żadnych śladów 
tej nauki w pracach jego nie czuć. Natomiast bardzo czuć wpływy 
uczelni niemieckich Drezna, a zwłaszcza Monachjum. Wiele wcze- 
snych kompozycyj Simmlera wygląda, jakby wyszły z ręki Schnorra, 


122 


-
>>>
'";1. 


.. 


, \\ 


\,\' "(,' .',,) 



 


\ 


-"-J .I: 



 


JÓZEF SIMMLER 


SMIERĆ BARBARY 


jednego z nazarejczyków monachijskich. W Akademji Simmler kole- 
gował z Pilotym i niewątpliwie dzielił jego zapał do malarstwa hi- 
storycznego. Ich wspólnym mistrzem był Delaroche. którego dzieła 
Simmler poznał w oryginałach. Ostatecznie artystę tego urobiło nie 
Monachjum. lecz Paryż. Jego ..Zygmunt i Barbara" jest pod każdym 
względem p e n d a n t do ..Synów Edwarda w T over". których Sim- 
mler w swoim czasie skopjował. Rysunek ścisły i szlachetny, który 
nas zastanawia. zwłaszcza w portretach. mógł zdobyć tylko w Pary- 

u. - podobnież i koloryt - powściągliwy, czarniawy. ale zwykle 
sz1achetny. nie jest rodem z pracowni monachijskich. 
W dziele Simmlera jest dużo pracy. wiedzy. inteligencji i kultu- 
ry. Ale ani oryginalności. ani temperamentu malarskiego. Obrazy je- 
go pod względem psychologicznym stoją na poziomie podręcznika do 
historji dla niższych klas szkoły średniej. W przysiędze Jadwigi. - 
ta ostatnia jest anielsko czysta. Jagiełło podejrz1iwy i zabobonny. 
dygnitarz trzymający Ewangelję - uroczysty. a prałat. stojący poza 
królem - z oczami wniebowziętemi - śmieszny. Jest to naiwnie 
opowiedziana anegdota historyczna. malowana z dużym nakładem 
wiedzy technicznej. 


123 


-
>>>
- 


.... 


\. 
, 
\\ 
· .11 . 
.
:..
.rl 

 .., V ",. 
'1 


! 


I 


O't 


'V; 


JÓZEF SIMMLER 


PORTRET 


W śród portretów wyróżniają się kobiece. Simmler lepiej odczu- 
wał wdzięk postaci kobiecych i umiał dać im ruch prosty anie ba- 
nalny, odnaleźć właściwy charakter w stroju i uczesaniu. Portrety 
Simmlera są dobrze rysowane i starannie malowane; najsłabszą ich 
stroną jest koloryt. 
Simmler był pierwszym artystą, który przyniósł na grunt war- 
szawski kulturę artystyczną Zachodu. Warszawa ówczesna była za- 
ściankiem, - nie tylko o ścierających' się w malarstwie prądach nic 
tu nie wiedziano, ale prawie że nie widziano prac stojących na pozio- 
mie europejskim. Simmler, a później Gerson, byli pierwszymi, któ- 
rzy malowali z modela, odczuwali potrzebę natury, - umieli naryso- 
wać i namalować z natury głowę, palec, buty, czy koronki. 


Niewiele dalej poza to posunął malarstwo historyczne G e r s on. 
Dzisiejsze pokolenie artystów pamięta jeszcze wysokiego, srebr- 
nowłosego starca, o żywem a dobrotliwem spojrzeniu czarnych oczu 
i majestatycznym T'lchu. W szkole rysunkowej, dokąd przychodził 


124 


-
>>>
na korektę, uczniowie widzieli w nim Jowisza gromowładnego - na- 
zywali go "majstrem", w czem kryło się ich uznanie, szacunek i mi- 
łość. Przez długie lata był ten artysta patrjarchą sztuki warszaw- 
skiej, wychowawcą licznych pokoleń artystów, wyrocznią we wszyst- 
kich sprawach artystycznych, - człowiekiem niezmordowanej pra- 
cy na terenie malarstwa, teorji sztuki, kształcenia młodzieży, spraw 
społecznych i t. d. 
WOJCIECH GERSON (1831-1901), uczył się początkowo u Piw ar- 
skiego i Breslauera w Warszawie. W 1853 r. pojechał do Akademji 
Petersburskiej. Akademja ta nie była wówczas gorsza ani lepsza od 
innych. Uczniowie mieli wprawdzie modela żywego, ale musieli z re- 
guły przerabiać Iwanów i Michaiłów na Apollinów i Germaników, 
których odlewy stały tuż obok, dla wykazania "niedoskonałości na- 
tury". Studja cieniowano kreseczkami, pięknemi jak "wzorki" z przed 
40 lat. W salach ściany były pomalowane na rudo, dla otrzymania 
"złocistych" refleksów. W kompozycjach chodziło o piękne grupy, 
piękną postawę i szlachetne ruchy bohaterów. Tematy były zawsze 
biblijne lub historyczne. Istniała specjalna sala, zapełniona "wzoro- 
wemi" kompozycjami, na których nowowstępujący uczyli się sztuki 
komponowania, t. j. przyswajali jej szablon. 
Panował tu duch rutyny odwiecznej, odziany w togę takiego do- 
stojeństwa, że nowicjusz sądził się być istotnie w "świątyni sztuki",- 
i po paru latach pracy usilnej stawał się kaleką, t. j. wyzbywał 
wszystkiego, co było obserwacją żywą, uczuciem, intuicją, świeżo- 
ścią - słowem - najcenniejszych pierwiastków twórczości. 
Po paroletnim pobycie w tej akademji jedzie Gerson do Paryża, 
gdzie mistrz Cogniet, artysta dużej kultury, dokończył jego edukacji. 
W dalszym ciągu karjerę otwierał mu znowu Petersburg, propo- 
nując w Akademji katedrę profesora, Gerson jednak odrzucił propo- 
zycję, aby pracować w kraju dla kraju. 
Stanisław Witkiewicz w swojej "Sztuce i krytyce u nas" zapy- 
tuje z załamaniem rąk "Dlaczego p. Gerson nie maluje pejzaży"... 
"Dlaczego zamiast z takiem staraniem opracowanych pań i panów 
na raucie u króla Kazimierza, zamiast tych wszystkich marjonetek, 
ociekłych rudą farbą, nie posłał na wystawę paryską - górskiego 
czy mazurskiego pejzażu, który tak znakomicie odczuwa"... 
Odpowiedź prosta. Malując krajobrazy, Gerson z.apewneby się 
doczekał pośmiertnego uznania i został sławą europejską, ale praw- 
dopodobnie zanimby to nastąpiło, musiałby umrzeć z głodu, zejść ze 
świata jako zapoznany, bez wpływu i znaczenia artysta. Warszawa 


125
>>>
I - 

 
...:, 

 
" 
r '..' . 
., - 
.... 
, 
, 
-i 
,', . 
.. 
1 " 
\ 
" 
\ 1 
, , 
, 
'-.., -- 
r- 

\ 
" 
.I . 
.
 ... 

 
IŁ 


WOJCIECH GERSON 


KRZYZACY 


ówczesna nie miała potrzeby sztuki, nie miała opinji artystycznej 
żadnej, żadnych tradycyj - nic... 
Aby żyć, musiał Gerson malować świętych do kościołów, - 
a obrazy historyczne tworzył poczęści z zamiłowania szczerego, po- 
części z apostolstwa - a także dla powagi i godności swego pędzla. 
Albowiem historyczne malarstwo było wówczas jedynem, o którem 
się wogóle mówiło. 


126 


-
>>>
"\ 



 


, ) 
",' 


, 
......
 i 


J 
l., 
. 'ł 
, 


f 
, 


Ol 


'

'''' .

 


'. 


.;: 


'
, 


- '. 


.. 


. ....:
- 


,. 
- '. 


)", 


:o:: 
- 
N 
U 
.;z 
 
f-o 
U1 


o 
:o:: 
.... 

 
f-o 
 
::o: 
:z: 
 
....
>>>
Zresztą obrazy te mają dużo zalet. Są dobrze rysowane, są ma- 
lowane ze szczerym temperamentem malarskim, mają niekiedy w tle 
pierwszorzędny krajobraz. Tylko układ ogólny i bohaterowie są bez 
cienia prawdy i życia. "Krzyżacy" bez widocznej potrzeby ustawili 
się w piękną grupę pośrodku obrazu i grzecznie pozują, trzymając 
w ręku dziewicę z obnażonem łonem. Podobnie teatralnym żywym 
obrazem jest "Zamordowanie św. Wojciecha", "Wjazd Kazimierza 
Sprawiedliwego do Krakowa", "Sobieski" ospale żegnający się z ro- 
dziną, "Kiejstut", "Jagiełło", "Królowa Jadwiga przyjmująca dary 
ślubne" i "Przemysław", śpiący z ukrytą pod plecami poduszką dla 
pięknej linji piersi i t. d. 
Ale jako profesor zapominał Gerson o akademickich komuna- 
łach, pięknych linjach i poprawionej naturze. Przeciwnie - uczniom 
mówił o ścisłem studjowaniu natury i do niej zawsze odsyłał, nie na- 
rzucał im swoich ideałów, nie paczył talentów, - dał każdemu zdro- 
wą podstawę, na której można było budować, co tam kto w sobie miał. 
Z pracowni jego wyszli ludzie tak do siebie niepodobni, jak Wy- 
czółkowski, Chełmoński, Pankiewicz, Podkowiński, Piechowski 
i iluż innych! 


Dzieje Polski jako motyw malarstwa w jedne m tylko mieszczą 
się nazwisku - JANA MATEJKI (1838---1893). On jeden tylko ode- 
zwał się głosem stuleci minionych, co z dziejowej dali wołały o swe- 
go Homera. Poprzednicy jego robili rzeczy wyuczone i zimne. Ich 
malarstwo jest płodem zachodniej "Szkoły historycznej", gdzie przy 
pomocy archeologji, modela i kostjumu robiono ilustracje mniej lub 
więcej poprawne i - martwe - do podręczników historji. 
Dzieło Matejki nie powstało z recept i wzorów szkoły historycz- 
nej, ale jest wyprutem z jego trzewiów, zrodzonem w męce ducha 
i w straszliwem napięciu twórczem. 
W tern znaczeniu Matejko nie ma poprzedników. Jest zupełnie 
samotny. Łączenie jego nazwiska z imieniem Grottgera jest dowol- 
nością, niewiele mówiącą, bo ich nic nie zbliża, chyba to, że Grottger 
najpiękniejsze swe rzeczy również w bólu tworzył. Tych artystów 
dzielą przepaści. 
Grottger, mimo cały fenomenalny talent, wiele wziął od mi- 
strzów epoki, - sam do niej należy i wypowiada się jej środkami. T o- 
nam tłumaczy ten rys idealizmu, czy romantyzmu, tak znamienny dla 
jego sztuki. 
Matejko jest genjalnym samoukiem. Swój "styl" i całą zdumie-, 
wającą doskonałość środków malarskich sobie tylko zawdzięcza.. 


128 



 


-
>>>
:\ 
j .' , 
\ \. 


.. 
. 


t'
 



. 
-- 


.. ....... . . 
."Ut;' 

 


" 


.,J, 



.
: '. 
.
 ., 

 
" -\. 

-
 
-... -I 

 ,.. \ 

. ,\ 

, '" . 


,
. 
,,,), 


... 
\ 


.. 


(. , 


.. 


., 


...... 
_
 ; '1 


,. ... 


.'
_.' 
ł 
...,
.. 
.. ;'

 , 


 . 
:,+- ....
 , 
\ ' , 
".. i'
\ 


,. 


\ 


.
 
ł 


,'\. 


-0\, 
I' 

, \. 


",ł \ "1 

. , 

 V 
"' I 
'A.. 



, i 
\
. 



, 
.... 


, 


,'" 


J 



 
 
.
'IJ :
. 
\:, 
. 



Ir' 


J 
\ 
.' 


. " 



 

 

, 



 .
>>>
-
>>>
,.... 


ol 


. 


,. 
. . 
.... 
 


.. 
.. 
..". "',,- 
. 


04L... . . . 
.
..--
 
 
.t;.,:.... 
 
___ '.r.1' 


". 


. I 


;,. 


f -... 


ł: 
,. 'to 


,- 


.  

 




.. :ł-: 


.' 


- 


..... 


.. 


- '/. 
, 


'
 


" 


.,. 
 ...... 


'). 


'" 


". 
'.
 
łC' ,', 
; 
:..\ .... 
... 
 , .. 
, . 
, 

 


--- 


... 


't 
,.ł .. . , 
". ',- 
 
. ". 
..
i ''\J 

 . .. 
"- 
t . 


, - 


.. 


-', 


, , 


i.. 


'"I; 


...t". ... ._. "'.. 


 ..

 -:; 


. 0, 
j-:" 


, .
 


... 


,

 


JAN MATEJKO 


r... ".- 


KAZANIE SKARGI. JAN ZAMOYSKI 


Nauka u Stattlera i Anschiitza, - wpływy Krakowa, Monachjum 
i Wiednia nie tknęły go. Prowadziła go potęga utajonych w nim 
uczuć i także fanatyczna,' instynktowna cześć dla prawdy i natury. 
Innych mistrzów nie miał. 


Mal.nlwo pollkie-9 


129
>>>
Grottger był człowiekiem świeckim., Lubił towarzystwo, zaba- 
wy, tańce, knajpę. Był czuły i kochliwy, miał wybuchy humoru i we- 
sela, słowem - był człowiekiem normalnym i Matejkę gorszyły na- 
wet "płoche koncepty" grottgerowskiej kompanji. 
Był on zupełnie inny. Był człowiekiem nie z tego świata. Na ży- 
cie bieżące, codzienne - patrzał jak lunatyk - błędnemi oczami: 
nie widział go, nie chciał zrozumieć jego płytkości i pospolitości try- 


" 
, 




. . ... 


\!.' 


,,7' 
No' 


. 
$ 
r 1 i, 

 


.-. 


. 


\. 


'i. , 

 


-' 

 
,,-, 
, . 



 


,. 



, 
...' -OY' 


. 
 
 ..... 
'\ 


.. 


,
 


.....11' 


' 
 ':.:.A\' 
. 'J" . 
. ." 
0.- la 


-=:..ł:if; 


r
. ::. 


. , 
 

..- 

. 
.,
 
,\-. 


.' 


," 

 


.' 
.. 


..
. 
, . 


'-t 


JAN MATEJKO 


REYTAN. M. PONIATOWSKI i CZARTORYSKI 


wjalnej. Matejko żył w świecie idei wielkich, ogromne uczucia pierś 
mu rozpierały, - więc zajęty niemi, odwracał się od tej nędzy i sza- 
rzyzny życiowej, na którą oczy nasze muszą nieustannie patrzeć. 
Dlatego od lat najwcześniejszych on - starzec bez młodości - 
zatapia się w starych kronikach, w starych budynkach, w starych 
zbrojach i szatach, - pogrąża w ten świat umarły, który miał siłą 
genjuszu z grobu wywołać, czy też - stworzyć po raz wtóry... Ten 


130
>>>
świat umarły był dla niego realnym jego światem, a życie --L tylko 
ciężką, często bolesną zmorą. 
W Grottgerze - wtedy nawet, kiedy rysuje grupę niedobitków, 
ginących u stóp sztandaru, albo pola trupami zasłane - w istocie 
rzeczy niema pesymizmu. Poprostu - oto nadeszła fala klęsk i nie- 
szczęść - burza, - ale po burzy znów będzie jasno i słonecznie. Bo 



t -- \. 
\
.\ 
I I, 

 -, 
.... . 
 . ':)- 
. ).. ... 
." 
'. \. 
, o iw;. 
 
t 
, 
'p
 . 
- 

 .cr.-f" , " 
/, r' 
. .. 

 
r 
, : - 
"" 
:..... 


..., \ -... - 
\\ I 
. 
 
J 1- 


. I 


I 
:... .. 

. ':- , .d 
ol , 

 1 



 


,-.: 


lo; ł.. 
r:. 



 
'
rl. 


l.... 
\ 
_". 


..}f ł 


'" 


:.
 , . 
I ' 
. 
 
. ..." 



 


.. \ 
\ 


-f- 
\i 


,\ 
 


" c. 


.. '"-. ' . 
.,
 


, , 


.... 


.
. 


JAN MATEJKO 


BATORY POD PSKOWEM (Irag.J 


w nim samym, w jego duszy prostej, gołębiej i zawsze młodej - by- 
ło - na dnie - coś dziecinnie jasnego. 
A z dzieł Matejki wieje pesymizm beznadziejny i bezgraniczny. 
Niepojętem jest, jak ten drobny i wątły człowieczek nie załamał się 
duchowo pod jego brzemieniem. Ale drobny Matejko miał duszę ol- 
brzyma: skupioną w sobie i bezdennie smutną, a tak potężną, jak du- 
sza Buonarotti. Bo on należał do rodziny wielkich tragików świata _ 


131
>>>
jak Dante i Michał Anioł, do jakiejś wspaniałej rasy wygasłej - ma- 
stodontów ducha. 
MATEJKO urodził się 1838 r. w cichym podówczas Krakowie. 
Ojciec jego, Czech z pochodzenia, był muzykiem i pr.owadził życie 
. . 
skromne i ciche. Ale poczerniałe mury prastarego grodu, wspaniałe 
królewskie grobowce Wawelu, wspomnienia przeszłości, związane 
z każdym zakątkiem miasta, - hejnał, co się rozlegał z wieży Ma- 
rjackiej w godzinę ciszy nocnej - wszystko to przemawiało głębo- 
kim głosem do wrażliwej duszy chłopięcej i budziło w niej wizje wie- 
ków minionych, sny o ich pięknie, poezji i potędze. 
Dlatego roztaq!nionem uchem słuchał wykładów gimnazjum 
św. Anny, ale już wcześnie kopjował dawne oręże, ubrania, sprzęty 
i budynki z natury, według starych sztychów, albo rzeźb, a wreszcie 
gromadził otrzymane od ciotek i sióstr stare szmatki, wstążki, ga- 
lony, hafty i t. p. 
W krakowskiej szkole sztuk pięknych niewiele mógł mu dać 
pedantyczny i nudny Stattler, a Łuszczkiewicz - tylko pewne 
wskazówki archeologiczne. Miał tu jednak modela i możność pra- 
cy - i szedł szybko własnen'li siłami. Jego "portret rodziny" z 1854 r. 
zdradza uderzającą Holbeinowską prostotę i naiwną prawdę układu 
całości i charakteru głów. 
Mając lat 20, śpieszy Matejko do Monachjum, aby "uforemnić 
dary boże". Spędził tam zaledwo 10 miesięcy, słuchając pilnie korek- 
ty Anschiitza, której nie rozumiał ani słowa. Nie przeszkadzało to, 
że już w Monachjum namalował "Otrucie królowej Bony", któreby 
przyniosło zaszczyt nietylko Anschiitzowi, ale samemu Delaroche:owi. 
Obraz przedziwny w kolorze, śliczny w rysunku, głęboki w psy- 
chologicznem ujęciu Bony. Pozowała mu do tego lokatorka gospo- 
dyni, ale tylko 3 razy, bo ją nudził nieznający niemieckiego języka, 
nieznany malarz. Wspaniałą suknię Bony namalował z kawałka po- 
siadanej starej szmaty!... 
Obraz ten wykazuje zupełnie dojrzałego artystę i niewiadomo 
poco Matejko jeździł w następstwie do Wiednia. Ale w Wiedniu sie- 
dział zaledwo 2 miesiące. Nie podobała mu się akademja i jej profe- 
sorowie. Zrozumiał, że może już sobie zaufać, i powrócił do Krakowa. 
Wypadki warszawskie głęboko niepokoiły Matejkę i sączyły 
mu w duszę obawy i niepokoje, kt
rym dał wyraz w "Stańczyku": co 
w ciszy nocnej słyszy nie słyszalne trzeszczenie murów Rzeczypo- 
spolitej i patrzy smutnemi oczami w dal nieskończoną. Stańczyk ma 
twarz Matejki. Skomponowany w duchu Delaroche'a, góruje nad 
tamtym siłą wyrazu i naturalizmem szczegółów. Rąk tak splecionych 


132
>>>
nigdy Delaroche nie namalował, a kto chce zrozumieć, jak Matejko 
poświęcał piękno dla prawdy, ten niech porówna układ nóg Stań- 
czyka z odpowiednią kompozycją Grottgera np. "Sygnałem" z Li- 
tuanji... 
Nadeszły dni styczniowe i wybuch powstania. Matejko z Szuj- 
skim dowoził broń do obozu Langiewicza i 500 guldenów dał na wy- 
prawę Miechowską, ale z wycieczki wrócił złamany i pewien fa- 
talnego końca. Jasnowidzącym jego oczom hałaśliwy obóz dyktato- 
ra powiedział wszystko... 
W tym nastroju obmyśla "Kazanie Skargi". Skończył je w 1864 r. 
Obraz namalowany z mistrzostwem Van-Dycka. Ale wspaniałe 
w wyrazie głowy gaszą nawet mistrzostwo techniczne. Wśród nich- 
obok pięknej i genjalnie obojętnej twarzy króla jezuity - niezapo- 
mniane wrażenie robi głowa Zamoyskiego. Oczy starca zamigotały na- 
gle, rzadki włos siwy podniósł się na głowie, a cała twarz naraz jak- 
by mrozem ścięta, w straszliwym dreszczu przeczuć... Za "Skargę" 
w Paryżu dostał Matejko medal złoty. 
Ostatniem dziełem tej trylogji rozpaczy - i jednym krzykiem 
bólu jest "Reytan". Cała galerja typów, jakich sztuka nie widziała 
dotąd: Poniński z twarzą bezczelną opoja i gwałtownika, nieporów- 
nany Potocki o pięknej marmurowej głowie, rażonej obuchem wsty- 
du, nieporównany w ruchu Branecki, pochylony ku Reytanowi. A da- 
lej cały szereg innych, wśród których króluje ks. Michał Poniatow- 
ski, prymas. Odwrócony tyłem do "burdy" - cera pielęgnowana, 
delikatna i zwiędła, ręce kobiece, mętne oczy nikczemnika - i usta, 
z których się syk gadziny wydobywa. Obok niego równie genjalnie 
pojęty ks. Michał Czartoryski, z twarzą porytą rozpustą, - starczą, 
niepewną - wygląda jak coś, co niegdyś było może człowiekiem - 
dziś jest łachem brudnym i martwym. 
Cały dramat serca Matejki, - rozpacz pogromu powstania, i re- 
sztek nadziei starganych - przemawia przez te twarze jurgieltni- 
ków najjaśniejszej Imperatorowej, które artysta piętnuje jak żela- 
zem rozpalonem. 
Ale tego dramatu nikt nie zrozumiał, nawet przyjaciele Matej- 
ki. "Po co on ten wstyd malował?... woła Siemieński - między so- 
bą dobrze, ale obcym(?I) do spowiedzi serc naszych wara!... "Obraz,- 
wtórował Kraszewski - malowany po mistrzowsku, ale obmyślony 
po studencku; - piękny obraz, ale zły uczynek. Policzkować trupa 
matki nie godzi się"... 
"Trup matki" zaś w osobie kliki Stańczykowskiej obraził się 
i podjął bojkot mistrza. Ktoś mu poradził wysłać obraz do Peters- 


133 


-
>>>
burga - "tam kupią"... "Kupili żywych - odpowiedział Matejko - 
mogą kupić i malowanych". W istocie dzieło nabył Franciszek Józef. 
"Reytan" - dziś poczerniały - w swoim czasie jasny, chłodny 
w tonie, ciążący ku przewadze fioletów - zupełnie różnił się od 
ciepłego tonu "Skargi". Jest to wynikiem wrażeń paryskich. Ma- 
tejko był w Paryżu 1865 r. Po drodze wstąpił do Drezna, ale w słyn- 
nej galerji ,,
ie znalazł nic szczególnego". Za to zachwyciły go zbio- 
ry archeologiczne w G r fi n e G e w o l b e... Oczy tego artysty rwało 
ku sobie piękno dawnych strojów, oręży i t. p., one to były jego nau- 
czycielem estetyki. Misja narodowa, którą nosił w sobie, namiętność 
archeologa i popędy malarskie - stapiają się u niego w nierozłączne 
jedno. 
Po wyładowaniu nadmiaru bólu w "Reytanie" Matejko zrozu- 
miał, że trzeba coś dać narodowi "ku pokrzepieniu serc", upadłych 
w nieszczęściu. Teraz maluje dalszy ciąg coraz to większych płó- 
cien: "Unję" (1869), "Batorego pod Pskowem" (1872) i "Grunwald" 
(1878), każde na innem założeniu kolorystycznem. Unja miała nie- 
gdyś ton ciepły zielonkawy, - "Batory" do dziś dnia pozostał żółta- 
wym (poczęści pod działaniem lakieru) a w Grunwaldzie jest prze- 
waga cz.erwonych tonów. 
Żeby zrozumieć, co twórczego wkładał Matejko w swe malowa- 
ne postacie, trzeba porównać współczesne portrety Batorego z tern, 
co wydobył z niego mistrz krakowski. Na tamtych widzimy jedynie 
protokół twarzy, - nic z tego, co jest jej charakterem i wyrazem. 
Matejko oparł się na nich, ale, zamiast "protokółu", dał żywego czło- 
wieka, o krótkiej szyi, rozrosłych barach i straszliwej mocy ducha, 
zaklętej w tych rysach kamiennych. Niemniej wspaniale odczutym 
jest Cyprjan władyka, z chlebem, solą klęczący u stóp pogromcy Mo- 
skwy - i wpatrzony w niego wzrokiem strachu i nienawiści, - i Pos- 
sewin w czerni, o twarzy skupionej i gestach cichych a władczych, 
i Iwan Naszczokin, dobroduszny bojar, zabierający się do uderzania 
czołem. 
Ale szczyt potęgi osiąga Matejko w Grunwaldzie. 
O tern dziele marzył jesz.cze w młodości, ale teraz Sedan i rugi 
pruskie przyśpieszyły wykonanie zamiarów. W 1877 r. zwiedzał Ma- 
tejko Prusy, był w Gdańsku, Malborgu i na polach Tannenberga, wi- 
dział i odczuł wszystkiemi nerwami typy junkrów pruskich - hała- 
śliwych, butnych i pewnych siebie. 
Żadne słowa nie opiszą genjalnie odczutego ultra-niemieckiego 
typu W. Mistrza Ulryka, - połysku jego oczu, w które śmierć za- 
ziera, drgania warg niedomkniętych i nozdrzy ściągniętych konwul- 


134
>>>
, , 


syjnym skurczem. Ta jedna głowa wystarczyłaby każdemu artyście 
do nieśmiertelności - w dziele Matejki jest ona tylko jednym z ty- 
siąca klejnotów. 
Pancerze, mieniące się bogactwem refleksów różnobarwnych 
i błękitnawych półtonów stali, karaceny, aksamity, jedwabie złotem 
przetykane, kolczugi i t. p. są malowane z łudzącą do
konałością, 
z bezprzykładnym temperamentem malarskim i miłością natury. Ża- 
den kochanek nie pieścił tak miłośnie kochanki - nie przeżywał 
z nią takich szalonych uniesień, jak Matejko - w obcowaniu z tą 
wspaniałą martwą i żywą naturą. Postaci leżącego Lichtensteina, 


,,--- 


,. -- 


'\,.,; 
 " 


, . 


":ł 


...1., '-.. 
 
.,;. 


: ... 



 


l.'j
 
,,:, 



 


""- 


ł. 
I '. - 


. __0':' .._: 


..... 



, 


.. 


""
..', 


'- 


,"j. 


,
 


, 


'=\,.". 


. .-. 


.;.. 


.: 


.... 
.-'."" 


,.- 



 


\ 


, 


... 


ł. 


.... 


, , 



... -- 


JAN MATEJKO 


GRUNWALD. MARKW ARD 


padającego z koniem Konrada Białego, albo Markwarda komando- 
ra - są malowane tak, że "Velasquez przed niemi kapelusz. zdejmie". 
I ten straszliwy tłok, gdzie wszystkie postacie pchają się na plan 
pierwszy - i górująca nad wszystkiem, bijąca jak żar z pieca, nad- 
ludzka potęga zaklęta w tej Gigantomachji, potęga, której nie ma 
żaden z naj znakomitszych malarzy współczesnych, ani J. P. Lau- 
rens, ani Riepin, ani Surikow, ani Rochegrosse. 


. 


1 


135 


-
>>>
. 


Nawet konie są tu jakiejś niebywałej rasy - bestyj apokalip- 
tycznych, tak potężnych i gorejących ogniem wewnętrznym, - jak 
ludzie. Koń Witołda ma jego duszę: l e c i jak n a s k r z y d ł a c h - 
rozpalony walką i zwycięstwem. - leci tak. jak gdyby niósł na sobie 
losy całej Polski. 
Koń powalony pod księciem Konradem Białym ma w "twarzy"- 
wyraz straszliwego przerażenia... Koń Wielkiego Mistrza jest ciężki 
potwornie, a nie czujący ciężaru, miotający się jak w ogniu. 
Ktoby dał wiarę, że autor tego nadludzkiego obrazu korzył się 
w Rzymie przed lichem malowidłem dwóch uczniów Rafaela, szpe- 
cącem ściany Watykanu - "Bitwą Konstantyna..... - 
Obraz wywołał szalone uniesienie i nietylko tematem, który 
przypomniał nieszczęsnemu narodowi dni jego mocy i chwały, - ale 
tą właśnie - intuicyjnie wyczutą przez tłum potęgą twórczą. 
Potem aż do końca snuje się szereg kolosalnych płócien: "Hołd 
pruski", 
,OdsieC\z wiedeńska", "Joanna d'Arc", ..Kościuszko pod 
Racławicami" - nie mówiąc o szeregu pomniejszych, wśród których 
są drobne arcydzieła. Arcydzieła są nawet wśród szkiców jak np. 
"Klęska Lignicka" z serji "Dzieje cywilizacji w Polsce". 
Matejko czuł się pomazańcem i płaszcz swego majestatu nosił 
dostojnie... Nie było kupiectwa i interesowności w tej duszy świętej. 
"Hołd pruski" ofiarował dla Muzeum Narodowego, "Odsiecz wie- 
deńską" dla Watykanu, który chciał tą drogą pozyskać dla obrony 
interesów polskich, "Joannę d'Arc" przeznaczał dla Francji, aby ją 
zjednać dla Polski... Rozumie się, te nadzieje okazały się zawodne, 
ale ważny tu jest szlachetny, ofiarny odruch jego serca. 
Stojąc u szczytu sławy, jako światowa wielkość, nie wahał się 
zabrać do polichromji kościoła Marjackiego i stworzył dzieło czaro- 
dziejskie. Kto jest cokolwiek wrażliwy na sztukę, ten wyjść nie może 
z tej cudownej świątyni, z pod uroku niepojętej harmonji barwnej, 
działającej na duszę jak muzyka, osiągniętej zresztą bardzo prostemi 
środkami. Ta polichromja otwiera cały szereg podobnych prac młod- 
szego pokolenia artystów, jak Mehoffer, Wyspiański, Trojanowski 
Edward, Uziembło i in. 
Podobnie jego prześliczne rysunki starych budynków, zwłaszcza 
cudownych domów Starego Wiśnicza, dokąd Matejko jeździł jako na- 
rzeczony panny Giebułtowskiej, są czemś bezcennem dla dzisiejszych 
badaczy dawnego budownictwa polskiego, oraz młodych architek- 
tów, chcących nawiązać nić tradycji. 
Dzieło olbrzymie człowieka, o siłach twórczych wielkich mi- 
strzów minionych wieków, zabłąkanego w naszą epokę schyłkową. 


136 


... 


-
>>>
Olbrzymie - i mimo wszystko, co się 
nione. 
Największy z krytyków polskich, Witkiewicz, 
ce tylko znakomitego malarza wyrazu. 
Jest to słuszne. Taką siłę wyrazu zaledwo osiągają w najlep- 
szych swych dziełach Millais i Burne-Jones albo Surikow. Przytem 
skala uczuć Matejki jest ogromna. Oddawał on setne odcienia bólu, 
grozy, nienawiści, trwogi. zemsty. ekstazy. wstydu, niepokoju. roz- 
paczy. uniesienia walki, tryumfu zwycięstwa - malował twarze sty- 
gnące w podmuchu śmierci. albo znieruchomiałe w osłupieniu bole- 
snem. Na jedno tylko nie znalazł miejsca - na to, co jest błogością, 
jasnym promieniem życia - cichym szczęścia uśmiechem. Uśmiech- 
tak zresztą rzadki na jego płótnach - nigdy nie jest błogim. Jest al- 
bo jak przez łzy. - albo szyderski i kłamliwy, albo demoniczny, jak 
śmiech szatana. 
Bo on sam tego promienia nie zaznał. Wpatrzony w wizję dzie- 
jową. w sercu ma burzę i grozę, a przed oczami cokolwiek bądźby 
malował - straszliwy koniec, - pogrom, - ostatni akt tragedji na- 
rodu polskiego. 
Ale w y r a z nie pokrywa całości talentu Matejki. 
Witkiewicz - będąc z całem uznaniem dla indywidualności wo- 
góle, nie docenił jej w Matejce, - przy tern, jako realista przysięgły, 
powtarza zarzuty braku perspektywy - logiki światła i t. d. Mó- 
wiąc o Grunwaldzie. twierdzi, że gdyby było możliwe usunąć wszyst- 
kie jego braki - wprowadzić plener, perspektywę, logiczną budowę 
grup i t. d., to obraz robiłby wstrząsające - nie do przeżycia wra- 
żenie. 
W tern się myli. Ten "poprawiony" Grunwald nie robiłby zu- 
pełnie wrażenia... Wiadomo. że "poprawione" rysunki średniowiecz- 
nych minjaturzystów. - albo poprawione formy assyryjskie, czy 
egipskie - stają się zupełnie nudne, tracą swój styl i charakter. Co 
jest słuszne dla stylu epoki. to jest słuszne dla stylu jednostki. 
W dziele Matejki jest niedoceniony w czasach Witkiewicza s t y l. 
Składa się na niego mieszanina wszystkiego: i głębia wyrazu, i archa- 
izm kompozycji, i ultranaturalizm szczegółów, i przewaga ich nad 
całością, i brak pleneru, i chaos przestrzenny, i potargana linja, jaką 
są obrysowane twarze i t. d. Wszystko razem dzikie, naiwne i ge- 
njalne. 
Braki jego często są świadome. Plener, impresjonizm. o których 
słyszał - nie pociągał go. "Dobre to - mówił - ale nie dla mnie. 
Czyż mam poświęcać dla plam wyraz moich figur"... I brak perspek- 


pisało o Matejce - niedoce- 
I I 
dojrzał w Matej- 


137
>>>
tywy tłumaczy się nie tylko słabym wzrokiem Matejki, ale tern, że 
miał zbyt wiele do powiedzenia. Na wszystkich "brakach", tak jak 
na kolorycie, kompozycji i t. d., kładzie potężne piętno stylu jego 
indywidualność. 
Matejko nie zaważył zgoła na szali rozwoju sztuki europejskiej, 
nie otworzył jej nowych horyzontów, nie wskazał nowych podstaw 
i kierunków. Rzecz osobliwa - dokonywali tego artyści mniej in- 
dywidualni i mniej potężni od niego - przeważnie Francuzi, ludzie 
zupełnie innej konstrukcji duchowej, - których nęciły wyłącznie 
zagadnienia f o r m y m a l a r s k i e j. 
Matejko stoi poza obrębem tych zagadnień - jak skała ogrom- 
ny, samotny jak olbrzym kopalny. Stoi - wsłuchany w ogromny 
głos własnych instynktów twórczych, w grzmoty podziemnych, 
wstrząsających mu dusz.ę uczuć. 
Dzieło jego dla narodu polskiego stało się ewangelją, świętym 
symbolem przeszłości. Jej wizję dziejową on nam narzucił, i narzu- 
cił z nieprzepartą siłą suggestji. A ta przeszłość nie jest ani uśmiech- 
nięta, ani smutna, ani sielska i anielska, ani pospolita - ale taka, 
jaką ją widział Matejko w swej duszy proroka i wieszcza. Bije z niej 
majestat dziejów, królewski majestat stuleci zapadłych w wiecz- 
ność, i świeci nad nią krwawa łuna tragedji narodu, nad którym za- 
wisł miecz dziejowego fatum. A nad wszystkiem rozlana jest moc 
nadludzka, potęga bohaterska jakiejś zaginionej, wygasłej rasy ol- 
brzymów. 
Dla serc polskich, zdławionych nędzą lat po ostatnim pogromie- 
sztuka Matejki była - jak poezja wielkich romantyków - czemś 
krzepiącem i tęgiem, jak dźwięk dzwonów spiżowych, słyszanych 
w odległem dzieciństwie. 
W malarstwie polskiem Matejko był zjawą cudowną. Pokazał 
artystom taką doskonałość kształtu, taką formę malarską, o jakiej 
żaden z nich marzyć nie śmiał. I ze zdumieniem patrzeli na to roz- 
pętanie potęgi niebywałej, na te płótna kolosalne - światy zalud- 
nione przez jakieś rasy bohaterskie i nadludzkie. 
On sam wystrzela ponad wszystkich i wszystko. Najwięksi ar- 
tyści nikną wobec niego. Jest w nim żywioł, - ale - żywioł okuty 
wolą i pracą - i- niesłychana w sztuce XIX w. potęga i wiara 
w siebie. 
Następców nie zostawił, kierunku nie stworzył, bo siłą jego jak 
siłą Michała Anioła, jest nie nowa doktryna, ani nowa metoda ma- 
lowania, ale - uczucie, t. j. coś, czego ani nauczyć, ani przekaz.ać 
dziedzictwem niepodobna. 


138 


-
>>>
Zmarł po życiu bohaterskiem dn. 1 listopada 1893 r. 
Dzień śmierci Matejki był dniem żałoby narodowej. Dzwon zyg- 
muntowski wydzwaniał mu pożegnanie, odprowadzał. do grobu. 
gdzie go witały drogie mu za życia prochy umarłych królów. 
Razem z nim pochowano polskie malarstwo historyczne. 


Szkołę historyczną uzupełnia jeszcz
 kilka nazwisk. 


LEOPOLD LOEFFLER (1828-1898). po krótkiej nauce we Lwowie 
pojechał w 1846 r. jako młody chłopiec do Wiednia i tam rozpoczął 



\ 
 - 
\,\ 

\,,, " 
,. ,. 
. , 


,\ 
.' 


-, 


'., 


. l 
'I" 


,/ 


r 


j 


i/',' 


'... l 


.... 


& 


. 
 


LEOPOLD LOEFFLER 


POWRÓT Z JASSYRU 


swą karjerę artystyczną pod kierunkiem modnego malarza anegdo- 
tek sielskich, Waldmiillera. Ten wczesny wpływ, a także brak wy- 
bitnej samodzielności, rozstrzygnęły o przyszłym charakterze prac 
Loefflera. Późniejsze studja w Monachjum i Paryżu wzmocniły tro- 
chę jego formę - a zwłaszcza koloryt, - najlepszą stronę obrazów 
Loefflera. T em dziwniejszy jest kontrast formy, bądź co bądź po- 
prawnej, z ujęciem przedmiotu tak śmiesznie sentymentalnem, - 
sentymentalnem nawet dla owej epoki. Loeffler był w Paryżu i mógł 
widzieć Millet i Courbet i Meissonier. jednak jego mdły niemiecki 


139
>>>
temperament nie odczuł potężnego realizmu - ducha prawdy, bi- 
jącego z ich dzieł. Dlatego jego "Powroty z Jassyru", "Po napadzie 
Tatarów", "Śmierć Czarnieckiego" i t. p. robią dziś wrażenie śmie- 
sznych żywych obrazów w teatrze prowincjonalnym. 
Loeffler" osiadł w Krakowie, gdzie został profesorem tamtejszej 
Szkoły sztuk pięknych, bez głębszego zresztą wpływu na młodzież. 
Znaczenie jego w rozwoju polskiego malarstwa historycznego polega 
na tern, że on pierwszy zamiast dramatów dziejowych z udziałem 
królów, wodzów, mężów stanu i t. d. wprowadza skromniejszy - 
"rodzaj historyczny". 
Tym utartym już na Zachodzie - ale nowym u nas gościńcem 
potoczyło się malarstwo wielu innych artystów tej epoki. Zasadni- 


. "j- 


'- -" 
.,.'\.
.... 


.... 


_" 


r 
i 


II 


..... -- 


"\ 


'A 
, '\- 


'"-- - 



 


£ 


.-. 
. 



 


.,-" 



 


--'!:
... 
:, 
l 


- 
 


-. ..r
...... 
,
 


"" 


\ 


" 


.,.- 


'ł... 


'-'" 


- " 


JÓZEF BRANDT 


KOZAK I DZIEWCZYNA 


czą ich cechą jest anegdotyzm literacki, który pochłaniał uwagę ar- 
tystów i odwracał ją od zadań wyłącznie malarskich. Z grupy tej wy- 
różnia się niezwykłym talentem JOZEF BRANDT (1841-1915). W jego 
dziele mniej jest nacisku na anegdotę, a więcej na wartości malar- 
skie, zwłaszcza - dekoracyjne. Brandt więcej niż inni myślał o tern, 
w jakiego koloru szarawary ubrać swego Kozaka, jaki mu dodać 
kaftan, pas i t. p., co postawić poza nim, aby dobrze odbijał barwą 
i sylwetą od tła, - jak nakryć biały murek czerwoną dachówką, co 
będzie lepiej pokazać poza nim - błękit nieba, czy ciemną głębię 
zieleni sadu i t. d. 


140 


l 


...
>>>
1 


,., 
..... 


..l! 


) 


,
 
. ' 


" 


I' 


'. 


..... 




 
,-j" 


..; 



 


-it" 
:"I!' ".,,,,,- 


. , 


, 


,'" \ 


... 


. ł 
", 


.....,... 


t 
.' Iii, 
, 


) 
, 
. 


, 
p' ' 


.
' 


_o. j' 


. \ 


l, 



, 


 
:z: 
;( 
- 
o 

 
C) 

 

 
N 
e: 
C) 
O 
c.. 


'I 


N 
U 

 
O 

 
!I: 
U 

 


N 
e: 

 
:(
>>>
Talentu tego artysty nie można mierzyć miarą jego "Wyjazdu 
Jana III z Wilanowa", znajdującego się w zbiorach Zachęty war- 
szawskiej, - bo sąd wypadłby bardzo daleki od prawdy. Jan III jest 
jednem z późnych i zupełnie poronionych dzieł Brandta. 
Obrazów właściwie historycznych malował on niewiele. Najbar- 
dziej znana jest jego - jeszcz.e archaiczna - "Bitwa pod Chocimern" 
(Zachęta), dalej ,,2ółkiewski pod Cecorą", "Atak husarji pod Wied- 
niem". Ale naprawdę pociągały go batalistyczno-obyczajowe sceny 
z przeszłości polskiej XVII w. Jak później Sienkiewicza, tak i jego 
porwał duch tej bohaterskiej epoki, malowniczość kozaczyzny, pięk- 
no zamarłe stepów ukraińskich i jarów podolskich. Jego płótna prze- 
noszą nas w świat 
wanturniczej epopei lisowczyków, Kozaków, Ta- 
tarów i buńczucznej kresowej szlachty polskiej. Wszystko to bije 
się, goni, ucieka, podchodzi, wystawia czaty, przechodzi brody, pro- 
wadzi jeńców i t. d. To znów wytacza Brandt na słoneczne stepy 
barwny pochód Kozaków, z hetmanem na czele, z teorbanami, litau- 
rami, piszczałkami - ogromną pieśnią witających rodzime stepy, 
wśród łopotu sztandarów i parskania koni... Albo mniej wojownicze 
przeprawy przez rzeczkę, złamane mosty, przygody w drodze, bała- 
guły, jarmarki końskie, uliczki malowniczych miasteczek kresowych, 
ciasne, strome, zapchane ludźmi, końmi, taratajkami - zalane słoń- 
cem, zapylone kurzem. Istny barwny kalejdoskop życia kresów pol- 
skich. 
W obrazach tych, dalekich od tragedji matejkowskiej, strona 
psychologiczna gra rolę podrzędną, zato bije z nich świetna pomy- 
słowość epiczna, skojarzona z ogromnym smakiem dekoracyjnym, 
dzięki któremu artysta buduje niezmiernie malowniczą mozaikę 
obrazu. Składają się na nią długogrzywe, garbatonose konie kozac- 
kie, czy tatarskie, siodła, oręże, terlice, chorągwie, burki, kilimy, 
hełmy, rusznice i t. d. Wszelki kształt dostarcza Brandtowi motywu 
zręcznie kombinowanych ze sobą plamek i łatek barwnych, - sta- 
pianych w harmonje z dużem, choć niezbyt oryginalne m poczuciem 
kolorystycznem. Brandt miał w pędzlu ten sam niezrównany i barw- 
ny dar opowiadania, co i w rozmowie. . 
Syn lekarza ze Szczebrzeszyna, po ukończeniu szkół w Warsza- 
wie jako 16-letni chłopiec znalazł się w Paryżu, gdzie się zapisał do 
Szkoły Dróg i Mostów. Ale losy zrządziły, że się tu poznał z Kossa- 
kiem. Ten, już w owym czasie 30-toparoletni artysta, poradził mu 
wyjazd do Monachjum - do słynnego batalisty i profesora Franca 
Adama. W Monachjum znalazł się Brandt już 1860 r. i w tymże cza- 
sie wystawia w Zachęcie pierwsze prace. Przyjechał tu na lat kilka, 


141
>>>
. 1,11/ 
I ,(,:9 "'/ ' 

 · -- '0 "t ';r ,
' 
\ ::;
{?

' . ,/ 
r' , ! : ł ' 
 
 ' :' , 
 '. 
"I, -!' .
, -.;; I 

}; J ..'
 ::} "",.1 
.
 
' .,:" . Jf';"' 
,p; . .:;:. 'f ;
 j' jIj,':', " 
, . (:..\), ':" f -- --- 

\

, I 
, , 
' _ '." , " 
 ' :- i1l , 
 -'
ł :.
\';y-- 
t_ 
 
 I
 
\'. : 
{ 
'
' "; , .,' ,L,. 
;.. 
.... ( .:-; 't.:.; ,
,..,,' , , ,'" ' - ' 
... "-.;.\.:":" '{ 
:..;._ 1$ . ..., . _. 
-. '. - ",- 
 I
. .......r 
"',;.' x:. '.'; :.. . . .' ;,\.. '\ ';';-, ;,,' ""
 ,. 
,
 
.-,
.,' 
/:
 
 ,: . ,,-,' I" ': I (X\', /', ':.i
'i:.- c - 
I
 ':;
. '. ".'..:..
:.-'
_.,.- 
::
- . 
:.. '\.\_ ',_ ' ..'. .... .'.
:'. -.ol. __;.-- :..-: '" - 

 . _: '. - . 
 . . '

. ,'(
.
 
. ,. 
 
 
. . _-.....:...
 Jj".-- - 
- ,,,- CA.. . -
- 
 '-" 
, -..'" - --..:..., -=- - - -
 ------ 
\- 
 . 
 "
 c..
...
:-'

--.:.;.:;;,--. _ 
.- A 'łJ ..,. \. '.- 

.' 
 ' '
'_, 
... --.....i

 
 .. _ .. __
.....- 
- 


-. 
. 
:. " 
. '";'- 
ti. \
"-- 

....... .. \ li'" 
" - 
 '\-""--: 
.
, \:, : 
....';'
. . 
 



, 
'
 " 


.T.. 
 
"

'. 


'- 


"," 


JÓZEF BRANDT 


J,( .: 


ULICA W CHOCIMIU 


a pozostał na życie całe. Do Warszawy nie było poco wracać. Tu 
zaś miał tak niezbędną atmosferę podniet artystycznych - muzeów, 
wystaw, kolegów, - młodzieży z całego świata, zjeżdżającej się do 
akademji, - a zarazem znalazł tu wymarzony rynek zbytu dla swych 
niepoliczonych płócien o egzotycznych, uderzających cudzoziem- 
ców tematach. 
Ale z krajem nie zerwał. Na lato zjeżdżał do Orońska, majątku 
swego w Radomskiem, gdzie spędzał je wśród studjów, z rodziną, 
z przyjaciółmi, z uczniami, dla których wystawił osobną pracownię. 


142
>>>
l 


" 

 .... 

 
 
t ' , 
I 
." 
9 '.. 


· -ł 
 
J:!. 


.' . 


1'\' _I :_." 
.._
 'łł.,;, 
... :. 


Ol. 


"" 


. 


.. . 


" 
i-= _ 



, , 


" 


..i 


... 


" 



a _ 
, 


.' 


r- 
)- 


.... 


t 



, 
9 



:, 


, 


l' 


::, 


\
. ",. 


JÓZEF BRANDT 


POWITANIE STEPU {lraementJ 


Uczył ich, gościł, polował nawet z nimi. Wszyscy kochali w nim do- 
brego, uczynnego człowieka, wybornego gawędziarza i świetnego 
artystę. Całe życie lubił opowiadać o Kossaku, któremu istotnie wiele 
w swym rozwoju zawdzięczał, i o Ukrainie, dokąd z Kossakiem jeź- 
dził, i która pozostawiła w nim niezatarte wspomnienie. Z niej to 
przywiózł przed laty te teorbany, szable, siodła, terlice, kilimy, uzdy, 
tarcze, garnki etc. 
W Monachjum miał wspaniałą pracownię, odwiedzaną przez 
licznych cudzoziemców i rodaków, a dom jego ogniskował życie pol- 
skie tego miasta, rozumie się - życie artystyczne. 
Do ostatnich chwil nie wypuszczał z rąk pędzla. Naturalnie obra- 
zy późniejszej epoki nie mają świeżości dawnych, więcej w nich ma- 
niery brawurowej, mniej barwności, za dużo asfaltowych tonów. 
Brandt jednak był już stary. Zmarł 1915 r. wstrząśnięty wypadkami 
wielkiej wojny. 


143
>>>
Jeżeli tematy prac Brandt
 krążą dookoła przeszłości 
Polski, to u innego malarza emigranta i ten związek się urywa. 
WŁADYSŁAW BAKAŁOWICZ (1831-1906), wychowaniec warszawskiej 
Szkoły Sztuk Pięknych, z początku tylko próbował sił na tematach 
polskich. Ale kiedy 1863 wyjechał do Paryża. zobaczył Luwr i Holen- 
drów. zapatrzył się na białe atłasowe suknie dam Terborga. zwraca 
się rychło do historji Francji, ku czemu mostem posłużyli mu Wale- 
zjusze. Technicznie bardzo zdolny, wykonał mnóstwo niewielkich 
obrazów modnego "rodzaju historycznego" z końca XVI lub początku 
XVII w. - epoki. którą sumiennie wystudjował. Uczty. tańce, odwie- 


- 
, 


l 


". :i 


" 


-- : 


tJ . 

, 


... 
4 


.t- 


,",' 
:t
:
\ . . 
'.. .. " ..... .. ,.... .. 
, 
- ,,- .,......... 


..... 
.;...'" 


WŁADYSŁAW BAKAt OWICZ 


... 


PROSBA 


dziny, trefnisie. pazie. Walezjusze, Buckinghamy - dostarczyli mu 
anegdot historycznych niezbyt głęboko pojętych. oraz p(e.tekstu do 
bardzo poprawnego malowania starych szaf. krzeseł, dywanów, podu- 
szek, kotar. puzder, koronkowych kołnierzów i t. p. rekwizytów kuch- 
ni historyczno-rodzajowego malarstwa. Powodzenie utrwaliło go 
w przekonaniu, że idzie drogą właściwą. Zmarł w Paryżu 1906 r. 


Mniej burżuazyjny i słodki 
d Władysława Bakałowicza jest 
KAZIMIERZ ALCHIMOWICZ (1840-1917). Po powrocie z Syberji. dokąd 


144
>>>
. , l \ " 'Y ; 
,., 
 
J -
_r- ' .., 
'J .--łt .2 

 


p,,,\ 


'. 


, 



 
" 
. 


';l\'" ...1. 
. 
 ' 
", .
 
L.. 
:-. r, 
1 . ..... 
-
 
, 

...

 
.. "-
, 


. " '. 


....0 _ 
. .'1..... -... . 



 
..
 


J/f' 


;t 

. 


.. 
" .. 
. 
 
, " 


..... 


- - , 
--
 


, 



. 


-.".- 
.,.
. 


... 
. , 
. . -; ,.ł.)II. 
'-.I.
:'
 


"'\. 



- 


" 


.. 


'I 


" 


," 



 


u
>>>
'. 


, " 



f 


," 


r "
 


. " - 
-
 . " 
--, 


,.
- "..\"; 


_rt - 



, 


.... 


.. 


-ł. 


. 
 


HENRYK SIEMIRADZKI 


NA GRECKIM TARASIE 


był zesłany za udział w powstaniu, trafił do Warszawy i tu zaczął stu- 
dja pod kierunkiem Gersona, które potem uzupełnia w Monachjum 
i Paryżu. 
Przykład mistrza i wrodzone poczucie barwy kazały mu zwrócić 
się do dziejów, gdzie wspaniałe ubrania małżonków Karlińskich, Wi- 
tołdów, Margierów, Łokietków, Zygmuntów Augustów i t. d. pozwa- 
lały mu upajać się dźwięcznemi zestawieniami barw żywych i har- 
monijnych. Jednym z piękniejszych obrazów był pogrzeb Giedymina, 
gdzie z mroków zielonej puszczy wyłania się barwny orszak, niosą- 
cy ciało księcia litewskiego. Alchimowicz, urodzony na Litwie, chęt- 
nie zwracał się do dziejów i legend litewskich. 
Dziś obrazy jego straciły to, co było w nich najlepszem - kolor. 
Spłowiałe i poczerniałe - zdradzają już tylko brak stylu, pogłębie- 
nia formy i dramatu duchowego bohaterów. 


Z innych malarzy trzymali się historycznego kierunku SZYMON 
BUCHBINDER (ur. 1850), autor maleńkich obrazków jedno lub pa- 
rofigurowych, poprawnie obmyślanych i kończonych. i) FLORJAN CYNK 
(1838.- 1910), MAGDALENA BUTTOWT ANDRZEJKOWICZ (ur. 1852), 
CYPRJAN DYLCZYŃSKI (1836-1909) i kilku uczniów Matejki, których 
nazwiska mogą być pominięte nawet przez bardzo wyrozumiałego 
historyka. 


I) Szymon Buchbinder był bratem Józefa. również malarza. Józef Buchbin- 
der był malarzem kościelnym, zdolnym. ale zmarnowanym. 


146 


lo. 


.........-
>>>
'to 




 l. 
 

 
"" 
, t. -. . ' . ":.. 
 . 
Ił ,,
,,¥i''' '. 
.
' 


- " 

 "'. , 


'- J 
." 
. 


, 
.,.. 


\ ";
 'J! 
I 


. 
. 'l" 


..ł- 


" .('. 


oJ-', 


.....-.- 


, . 
, l 
, +--- I 


-,. .
,' 
-c.. 



, 


'

4 '\1 
I 


"'-, '. 


\ 

(' 

 

1 
,/ /..... 
-....... ' 
'. 
-:. 
' ,
 


'-'I 


, . 


-., 


.r 


, , 
'O'" 


-
: . 


.
...... 


HENRYK SIEMIRADZKI 


CHRYSTUS W DOMU MARJI I MARTY 


Wiele względów wyróżnia z tej grupy HŁNR YKA SIEMIRADZKIEGO 
(1843-1902). Jego światem nie jest dawna Polska, ale dawna Hella- 
da i Roma. Jego obrazy nie są ilustracjami "momentów" historycz- 
nych, ale - przynajmniej pozornie - ilustracją obyczajów starożyt- 
ności. Tak samo ton i cały charakter płócien uderzająco różni go od 
naszej szkoły historycznej. 
Syn kresowego Polaka z Nowogródka - oficera w służbie ro- 
syjskiej - Siemiradzki urodził się w mikołajewskich czasach w Bieł- 
gorodzie pod Charkowem. Pierwszym nauczycielem jego w gimna- 
zjum charkowskiem był Bezpierczi, prawowierny klasyk ze szkoły 
Briułłowa. Za jego natchnieniem Siemiradzki po skończeniu uniwer- 
sytetu 1864 r. pojechał do Akademji Petersburskiej, w której prze- 
siedział lat S, zniósł ją bez walki i protestu, a po zdobyciu wszyst- 
kich srebrnych i złotych medalów wyjechał za granicę. 
Tym sposobem najwrażliwsze lata młodości spędził zdala od kra- 
ju - obcy jego wstrząśnieniom, interesom i uczuciom. Ale i rosyj- 
skiego życia również nie odczuwał - nic go z niem nie łączyło i je- 
go dobrowolna expatrjacja nie jest wcale dziełem przypadku. 
W 1870 r. wyjeżdża Siemiradzki do Monachjum, ale nie czuł się 
tam dobrze, bo już po roku widzimy go we Florencji, jakby szukają- 
cego miejsca i warunków dla twórczości swej odpowiednich. 
W r. 1872 przenosi się z Florencji do Rzymu i tu już na stałe pozo- 
staje, odwiedzając od czasu do czasu kraj, albo jeżdżąc na studja 


147
>>>
krajobrazu do Amam, Salerno i innych miejscowości południowych 
Włoch. 
Za dzieła swe otrzymał w Paryżu różnemi czasy złoty medal, dy- 
plom honorowy i legję honorową - wreszcie został członkiem pary- 
skiej Akademji Sztuk Pięknych 1888 r. Po Matejce - jedynym. 
W r. 1879 będąc w Krakowie na jubileuszu Kraszewskiego, ofia- 
rował krajowi swoje "Pochodnie Nerona", z tern aby stanowiły za- 
wiązek Muzeum Narodowego. 
W Rzymie trzymał się na uboczu, żył w wielkim świecie, miał 
własną willę ze wspaniałą pracownią, gdzie wykonywał zamówie- 
nia dla licznych cerkwi i budynków publicznych w Rosji. Tu spę- 
dził lwią część życia. Zmarł 1902 r. 
Mimo całą trzeźwość jego natury duchowej - Siemiradzkiego 
nie interesowało życie współczesne. Dlatego unikał Paryża i jego 
sztuki naturalistycznej - i przenosił się w przeszłość, ale nie polską. 
Przeszłość polska nie przemawiała do jego malarskiej wrażliwości. 
Wolał tematy antyczne, mitologiczne, biblijne i t. p., bo te dawały 
mu sposobność malowania tego, co najbardziej lubił. A lubił malo- 
wać białe i barwne tkaniny, pięknie udrapowane na manekinie, mar- 
mury, po których ślizgają się promienie słońca, bronzy, złoto, 
wschodnie dywany, nagie ciało, naczynia kosztowne, przedmioty 
srebrne i t. p. Na jednym z pierwszych jego obrazów "Sprzedaż amu- 
letów" nagi Nubijczyk o czarnej połyskującej skórze pokazuje dwom 
bogato ubranym damom rzymskim kosztowne przedmioty, posiada- 
jące moc czarodziejską. W tle przepyszne dywany, posągi, marmury 
i t. d. W obrazie "Wazon czy kobieta" bogaty patrycjusz w białej 
todze siedzi, trzymając na kolanach kosztowne naczynie, przed nim 
dwóch Syryjczyków pokazuje mu inny towar - nagą, pięknie zbu- 
dowaną niewolnicę. Z prawej strony młodzieniec, bujający kolanem 
krzesło, wpatruje się w nagą piękność, a w tle znów cały przepych 
azjatyckich dywanów. marmurów, bronzów złoconych, skór lam- 
parcich i t. d. 
Wszystkie te przedmioty są malowane z niesłychaną miłością 
martwej natury i maestrją porywającą. Ich łudząca oko doskonałość, 
żywe, ale miękko stonowane barwy, harmonijne zestawienia tonów, 
miłe i zręczne linje całości kompozycji - odrazu zwróciły uwagę na 
pierwszorzędny talent młodego malarza. Krytyka się nim zajęła, 
choć nie zawsze entuzjastycznie. Zarzucono mu słaby i pobieżny ry- 
sunek figur, które są tylko schematami postaci ludzkiej, banalnemi 
ogólnikami, pozbawionemi zupełnie cech indywidualnych. Nadto brak 
im ruchu i wyrazu, t. j. właściwego życia, co jest tern jaskrawsze, że 


148
>>>
Siemiradzki zwykle wprowadza do swych obrazów motywy psycho- 
logiczne. Figury jego mają p o z y, ale nie mają ruchu. Tak pozujące- 
mi są kobiety kupujące amulety, Chrystus u Marji i Marty, wszystkie 
postaci we "F ryne", w "Dirce chrześcijańskiej" i t. p. 
"T a strona psychiczna-pisze Witkiewicz.-jest najsłabszą stroną 
figur Siemiradzkiego. Nie włada on a b s o l u t n i e w y r a z e m i nie 
jest w stanie twarzą 
 ruchem człowieka wypowiedzieć tego, co z je- 
go uczuć nazewnątrz się przejawia. Żadne stany psychiczne, żadne 
porywy uczuć - poza akademickim szablonem nie patrzą z twarzy 
przez niego malowanych. Jego ludzie nie mają charakteru indywi- 
dualnego, nie mają nerwów, ani namiętności - nie myślą i nie czują. 
Kobieta w obrazie "Za przykładem bogów" ma ten sam wyraz znu- 
dzenia, co - pozująca w "Jaskini Piratów", co - Rzymianka, pa- 
trząca na męczeństwo chrześcijan. A przecież jedną całuje kocha- 
nek, druga związana powrozami siedzi w jaskini, trzecia patrzy na 
coś, co mogło wzruszać, a przynajmniej - interesować nawet Rzy- 
mianki" ... 
A gdzieindziej - mówiąc o obrazie "Fryne" i wyrazie jego 
figur: "Właściwie niema go tu wcale. Zaledwo kilka schematycznych 
wykrzywień twarzy, jakie można odnaleźć w podręcznikach o wy- 
razie uczuć, - poza tem tylko ten grymas jakby znudzenia, tak czę- 
sto przez Siemiradzkiego używany"... 
"Ludzie ci - to pozbawieni talentu i indywidualności aktorzy, 
nie pewni swoich słów i ruchów, zażenowani wobec widzów, skrępo- 
wani i lękający się każdego gwałtowniejszego skurczu mięśni i sil- 
niejszego wybuchu głosu". 
Krytyka Witkiewicza jest zupełnie słuszna, ale jednostronna, 
dlatego pomija wiele dodatnich wartości Siemiradzkiego i niedocenia 
rzeczy zasadniczej - jego talentu - jego ś w i e t n e g o malowania. 
Twórczość Siemiradzkiego jest istotnie wyzbyta z pierwiastku 
psychologicznego, ale było wielu i bardzo znakomitych malarzy, 
o których można powiedzieć to samo. Cały świat czci genjalne dzieło 
Tycjana, zatytułowane na domysł "Miłość ziemska i niebieska" - 
nie wiedząc, co naprawdę wyobraża, co to są za dwie damy, czego 
chcą i jaki jest związek psychiczny między niemi... 
Siemiradzki jest duchowo pokrewny twórcom późnego Odrodze- 
nia włoskiego, jak oni pogodny i zrównoważony, jak oni wrażliwy 
na melodyjność linji i barwy. W obrazach jego człowiek ma tylko rolę 
przedmiotu, a wszelkie malowane przedmioty splatają się tu w pięk- 
ny arabesk linijny i - w zespół barwny, o odrębnej, jemu tylko wła- 
ściwej, harmonji - jasnej i spokojnej. 


149 


-
>>>
;I: 
[T1 
z 
::o 
- 

 
CI) 
iT1 
:s:: 
:;a 
;I- 
t:I 
N 
::s 


E 
;l- 
N 

 I 
i I 


,. 
. 

 
'. ""', 
" 
" ji! " 
- . 
\\..,:... 
; 
 ' 
 
: '
ł " 
"t. . 
"
' 
 
,;r. I 
'Af.. 1 

:'.!ł
 




 


". '. I 
'. . 


....... ,; 


-r- 
Mor 
l.")'!. 
'" 
I" 
.- 
I 
, 



-
. 


4 

 
'" 
.... 


, . 


';." 


r 


"-.. 


..
 ,., J 
 ,"
 


'. 
"-,,( \ . 
. 
- ,;
;
\! 


,'
' 


-.-.... 


"', ! 


\
. ':' 


"J
ł1


 , 
..."..:1- . 

;I 
 .,.
 
.'\, . 


" 


, ..... 
. . \!fj ",.' 
l 


,', 
1 Ił,,, '\. 
\ ' "'. :.r. '".'l 
{t.' " 

. 1 .. 
. .
, " ...ł
" . 
: " ,


 ...
 


,tr I 


,. ". 
 . 


. '. 
-\...;:" 


łb
 


... 


. .
"O' 


,.. ...: 
'\ - 
'; 
. " .... 
t 
... 
" ',..- 
;f'
 ... 
. Ó 
, . 
.... , .. 
\. 
I I (' J 
. 
t' . 
" 


-..... '
>>>
II 


Zaznacza się w nich silnie pierwiastek .dekoracyjny, co spostrzegł 
już Witkiewicz. Jednakże Siemiradzki dalej nie poszedł i nie tworzył 
f o r m y d e kor a c y j n e j, jak później Klirnt, pozostał na tym sa- 
mym gruncie, co wielcy malarze Odrodzenia, Veronese, Tiepolo i in. 
Na powstanie formy dekoracyjnej było w jego czasach za wcześnie, - 
on sam zaś nie był naturą poszukującą, twórczą w zakresie formy - 
indywidualnością dość śmiałą i zdobywczą. 
Środek ciężkości leży gdzieindziej. Siemiradzki jest znakomitym 
kompozytorem w wielkim stylu i pierwszorzędnym malarzem krajo- 
brazu. Już w pierwszych obrazach powstałych w Rzymie przenosi 
całą akcję pod gołe niebo. Jawnogrzesznica, malowana 1872, jest 
pierwszą na wielką skalę podjętą próbą pleneru, zresztą o kompo- 
zycji silnie- jeszcze akademickiej. Potem coraz gęściej posypały się 
inne: "Taniec wśród mieczów", "Sąd Parysa" - a wreszcie wszyst- 
kie prawie późniejsze obrazy. 
"Chrystus u Marji i Marty" siedzi na ławie kamiennej, z lewej 
strony w głębi rodzaj podsieni, winem zarosłej. Przez listowie wina, 
poprzez korony bliskich oliwek, przedzierają się promienie słońca 
i kładą złociste plamy na odzieź Chrystusa, na Marję, na płyty ka- 
mienne podsieni, na dywanik, rozesłany u stóp Chrystusa. 
Trudno wypowiedzieć słowami przedziwny efekt światła sło- 
necznego, osiągnięty przez niesłychanie subtelne ustosunkowanie bo- 
gatej skali tonów światła i cienia. I nietylko pierwsze plany, ale cały 
pejzaż w głębi zdaje się drgać w suchem, rozpalonem, przesyconem 
słońcem powietrzu. Szczegóły niektóre, jak szal błękitny Marji, pień 
oliwki, dzban na przodzie obrazu, gołębie w głębi - są zdumiewają- 
cem arcydziełem techniki malarskiej. 
Efekt światła był tutaj tern trudniejszy, że Siemiradzki wcale nie 
przeciemnia cieni, jak to robiono dawniej dla spotęgowania świa- 
teł, - ale przeciwnie - traktuje cień jasno i powietrznie. 
Takiem samem arcydziełem są marmury schodów we Fryne. Kto 
nie widział w oryginale, z jaką brawurą techniczną i z jakiem poczu- 
ciem tonu traktowane są szpachlą te wielkie płyty zwietrzałych, wil- 
gotnych, okrytych zieloną pleśnią marmurów, - ten nie może wyo- 
brazić sobie, do jakiego stopnia może dojść doskonałość malarska 
w oddaniu pewnego motywu. Nic lepszego nie zostawili nam Holen- 
drzy w swoich wnętrzach czy martwych naturach. Tu jest zadanie 
inne, ale rozwiązane równie klasycznie. 
We "Fryne" i w wielu drobniejszych obrazach na dalszym planie 
widzimy poprzez pnie oliwek przepyszne zalane słońcem pejzaże, 


151
>>>
jasne, barwne, słoneczne,. drgające. Zwykle zatoka, szafirowe tafle 
morza, w dali brzeg odległy, górzysty, gęsto migotający skałą. 
W Siemiradzkim musimy uczcić jednego z największych malarzy 
krajobrazu naszej epoki. Pejzaż jego powtarza się i nie ma nastroju, 
jak pejzaże bócklinowskie, ale ma szaloną, swobodną i brawurową 
technikę, oraz - w najwyższym stopniu - to, do czego dążyli im- 
presjoniści - światło i powietrze. Zadanie to podjął i rozwiązał nie- 
zależnie od impresjonistów - i w tym samym czasie, co oni. O jakich- 
kolwiek wpływach mowy być nie może. 
O talencie jego nie można sądzić ani z bardzo poczerniałych "Po- 
chodni Nerolla", ani z "Dirce Chrześcijańskiej", która jest jednym 
z najsłabszych pod każdym względem obrazów Siemiradzkiego. 
Zresztą czas niesie wszystkim im zagładę, bo farby czernieją i przy- 
szłe pokolenie już nie będzie miało wyobrażenia o pierwotnej świet- 
ności jego kolorytu. - Przytem wiele pięknych prac wykonanych 
było dla Rosji ') albo przez nią zakupionych, jak: "Chrystus u Marji 
i Marty", "Fryne", a z dawniejszych - "Jawnogrzesznica", - pozo- 
stanie ogółowi polskiemu nieznanych. 


Pomijaj -\c malarzy drugorzędnych, jak WIESIOLOWSKI LUDWIK 
(1854 - 1892), portrecista BADOWSKI ADAM (1857 - 1903) i inni, 
czarom świata antycznego uległ jeszcze jeden malarz zdolny, a nade- 
wszystko pracowity - STEFAN BAKALOWICZ (ur. 1857 r.). 
Uczeń Gersona, akademik petersburski, mając lat 25, wyjechał 
za przykładem ojca szukać szczęścia za granicą, ale nie do Paryża, 
tylko do Rzymu, i tu już na stałe pozostał. Zaprzyjaźniony z Siemi- 
radzkim, nie poszedł jednak w jego kierunku, raczej Alma Tademy. 
Wykonał liczne, niewielkie, starannie kończone a bez tempera- 
mentu malowane obrazy z życia starożytnego Rzymu. Umiarkowanie 
teatralny, bardzo poprawny w formie. stara się wlać trochę życia 
w antyczne tematy, malując wprost z natury swoich gladjatorów, 
kwiaciarki pompejańskie, pretorów, patrycjuszów i t. p. 
W 1904 r. był na Wschodzie, zwiedził Egipt, cieszył się ciepłem 
światłem niskiego słońca, grzejącem białe mury, wykonał nową serję 
prac z Arabami i kapłanami egipskimi w białych szatach. W tych 
obrazach unika anegdoty - i stara się poprzestać na założeniach 
czysto malarskich, nie wnosząc jednak do nich nic indywidualnego. 


1) ..Wio ma" i "Jutrzenka" plafony dla Nieczajewa Malcewa w Petersbur
u. 
oraz kolosalne płótna "Spalenie zwłok Rusa" i "Ofiary Swiatosława" dla Muzeum 
Rumiancowa w Moskwie. 


152
>>>
Nie można zamknąć tego cyklu "historyków" bez przypomnienia 
nazwiska JANA CZESŁAWA MONIUSZKI (1853 - 1908). syna znanego 
twórcy Halki. Świetnych zdolności i bardzo płodny ten artysta, po- 
mimo trzechletnich studjów w Akademji Petersburskiej, nie nauczył 
się pracować poważnie. Lekkomyślny, wesoły cygan, odrazu rzucił 
się do kompozycji, do - "obrazów", malowanych pośpiesznie na ta- 
nią sprzedaż - z pamięci, chlastanych szeroko i ze smakiem. ale 
bardzo manierycznie i płytko. Czasem tylko jakiś z natury malowany 
szczegół: kapelusz. rękawiczki czy bucik - świetnem odczuciem 
formy mówi, czem mógłby być Moniuszko. 
Obrazy jego. oparte na tematach z końca XVIII, albo początku 
XIX w.. świadczą nietylko o nadzwyczajnej łatwości kompozycyjnej, 
ale - zawsze prawie - mają ciekawe założenia, a przynajmniej - 
ciekawe pomysły kolorystyczne. Czarne sprzęty wspaniale odbijają 
na tle żółtej ściany. biały lampas gra jak srebro na granatowych 
spodniach ułana, każda barwa lokalna kładziona śmiało, wszystkie 
razem łączą się w dźwięczny i miły zespół. Moniuszko był wielkim 
talentem kolorystycznym. zmarnowanym wskutek zgubnego wpływu 
otoczenia i braku szlachetnych, artystycznych podniet.
>>>
) 


"- 

 


j
>>>
I 


RUCH NATURALISTYCZNY 


REALISCI 
PLENER I IMPRESJONIZM 
KRAJOBRAZ
>>>

>>>
RUCH 
NATURALISTYCZNY 


REALIŚCI 


PĘCZARSKI 
BUDKOWSKI 


GIERYMSKI MAX. GIERYMSKI ALEKSANDER 
CHEŁMOŃSKI 


W. KOWALSKI. CZACHÓRSKI. PIECHOWSKI 
RYSZKIEWICZ. KOTSIS. F. EJSMOND. PIOTROWSKI 
ŁUSKINA. KONIUSZKO. KONOPACKI. BIUŃSKA 


C;ZYMANOWSKI. BOZNAŃSKA. JASIŃSKI. GROCHOLSKI 


W. K O S S A K 
BR. AJDUKIEWICZE. ROSEN. CHEŁMIŃSKI. POCHWALSKI 


LENT Z 
KAMIEŃSKI ANTONI 
GORS KI. BAGIEŃSKI 
CHMIELOWSKI. WITKIEWICZ. KOTARBIŃSKI 


I B l wa"zawslriem Muzeum Narodowem znajdują się dwa 

 

 

 bardzo godne uwagi obrazy. Jeden z nich wyobraża. jak 
się zdaje. dwóch szulerów. oglądających przy świetle 
g świecy fałszywy banknot, - drugi - człowieka lat śred- 
nich. z bródką napoleonką. badającego także przy świecy monetę 
złotą. Obrazy te małobarwne. prawie monochromje. zastanawiają 
dwukrotnie i bardzo uporczywie i sumiennie studjowanym motywem 


157
>>>
światła, doskonałym jego rozkładem na twarzach osób działających, 
a przedewszystkiem - ich wyrazem. Wyraz ten zwłaszcza u szulerów 
jest odczuty genjalnie. Jeden z nich krzywi gębę niemiłosiernie, drugi 
(i ten jest najciekawszy) roześmiał się drwiąco i klepie pierwszego po 
ramieniu. 
Figury prawie naturalnej wielkości, do połowy zasłonięte stołem, 
na którym nastawiano wszelką martwą naturę, zdradzają niewątpli- 
wy wpływ Quintyna Metsysa, wówczas mało jeszcze znanego mistrza. 
Autor jednak poza ogólną konstrukcją obrazu nie naśladuje flamandz- 
kiego mistrza, lecz obserwuje i tworzy zadziwiająco samodzielnie. 


Twórcą tych dzieł jest dawno umarły i zapomniany artysta war- 
szawski - FELIKS PĘCZARSKI. Biografowie zapomnieli o nim, nie- 
znana jest data jego śmierci i urodzin. Obrazy swe wystawiał między 
1830 a 1850 rokiem, były to sceny osnute na tle życia ówczesnej War- 
szawy, uderzały odrębnością charakteru i, jak stwierdza Gerson, 
nie były bez wpływu na młodzież. - Jest to zrozumiałe - w Pęczar- 
skim przy całym braku dobrej szkoły, właściwym ówczesnemu po- 
koleniu, uderza fenomenalne i bardzo samodzielne odczucie życia. 


Jego obraz "Honoratka" wyobraża wnętrze słynnej w czasach 
Mochnackiego kawiarni na ulicy Długiej. Poza brakami perspekty- 
wy, z którą biedny głuchoniemy malarz nie umiał sobie poradzić, jaka 
niezwykła świeżość i bystrość obserwacji I Jak naturalnie zajęty ga- 
zetą gość na pierwszym planie I Inny grający w szachy, stary jego- 
mość w okularach, trzyma figurę w ręku, nie mogąc się na ruch zde- 
cydować. Jakiś mały pan, stojący obok, z wielką flegmą przygląda się 
grze. Ale arcydziełem ruchu i wyrazu jest młody człowiek, grający 
w warcaby, który zrobił posunięcie rozstrzygające i roześmiał się 
nagłym, urywanym, nerwowym śmiechem, zadziwiająco zaobserwo- 
wanym. Nawet braki perspektywiczne obrazu pochodzą stąd, że 
malarz ustawił stalugi zbyt blisko malowanych osób, i powtórzył zbyt 
wiernie karykaturalne stosunki, które się wskutek tego wytworzyły. 
W szystko pełne życia i humoru, a bez 'żadnych anegdotycznych po- 
mysłów w rodzaju Knaussa, bez podkreślań, poprawek, upiększeń itp. 
Pęczarski jest samorodkiem, miał wszelkie dane na pierwszo- 
rzędnego artystę i, gdyby się urodził w Paryżu, byłby nim został. Ale 
niestety, żył w świecie, który nie umiał szlifować swoich diamentów, 
i Pęczarski - niedouczony, niedopowiedziany malarz, utonął w za- 
pomnieniu. T en zapomniany artysta jest ojcem naturalizmu w malar- 
stwie polskiem. 


158
>>>
- 


.' 


'. 


.. ' 


1" 
, 
'\ 


" 
, 


" 


. 


.." ." 


'" r-o II 
"' . .-- 
---- 


FELIKS PĘCZARSKI 


SZULERZY 


Istota bowiem naturalizmu tkwi nietyle w temacie rodzajowym. 
ile w sposobie wyrażenia go - ujęcia życia... Dlatego z obowiązku tyl- 
ko historja sztuki wspomina BUDKOWSKlEGO GUSTAWA (1813-1884). 
T en miał wszystko, czego brakowało Pęczarskiemu, ale nie miał jego 
samodzielności i poczucia życia. Dlatego. mimo że z Petersburga. 
Diisseldorfu. Paryża. Rzymu wyniósł stosunkowo duży zapas wie- 
dzy. jednak nie umiał jej zużyć w sposób twórczy. Jego zimne. nie- 
odczute rodzajowe obrazy. jak "Wdowa" przed portretem męża. "Da- 
ma z psem". "Paź", wąchający łakomie kwiatek na piersiach mocno 
wydekoltowanej piękności, Włoszka klęcząca u konfesjonału "Przed 


159
>>>
,'- 


-, 



. 


. 



 


. 


FELIKS PĘCZARS"J 


HONORATKA 


spowiedzią" i t. p., konwencjonalne w kompozycji, poprawne w wy- 
konaniu, mało kolorystyczne - nie wnoszą do sztuki nic własnego, 
nic z tego, co się daje świeżością ducha i szczerością obserwacji. 


Podobnie fałszywy naturalizm daje nam KOTSIS ALEKSANDER 
(1836---1877), mdły i bezindywidualny malarz scen z życia chłopskie- 
go, wzorowanych w formie i treści na anegdotycznem malarstwie nie- 
mieckiem. Dzieci wypijają pokryjomu świeżo udojone mleko, roz- 


160 


...
>>>
. 
i.
' 


I 
I ' 
j' 


'o
 
-- 



 


. 


:- 


;. 
 ,'
 
.' 

. . . 
. .,P. ,'- 


. 
. , . 
.
' . 
- 


I 
/, -. 


- 
N 
I: 
IJ 
....I 

 
N 
VI 


:;;: 
VI 
I: 
 
N 
U 
LLT 
p., 
VI 
:.: 
:J 
IJ 
.....
>>>
. 
",- 
. 
.. - .
 
 
E 
..:r-- i* 
 
, . 

,.' 
-. 
... 
- .. 
 
,"" 
';' 


" ,. 


" 


f 11 


\ 


.: " 


MAXYMILJAN GIERYMSKI 


PIKIETA POWSTAŃCZA /lragmenl) 


gniewana matka daje im klapsy, dziewczyna rozlała śmietanę i stoi 
nad nią przestraszona i t. p. Kotsis ma dobre chęci, maluje zagrodę 
polską z natury, wnętrze izby z natury, tylko nie umie się zdobyć 
na prawdę typów i .surową powagę życia chłopskiego. 
Epigonem tego kierunku jest malarz gładziutko malowanych 
anegdotek ludowych, EJSMOND FRANCISZEK (ur. 1859) spóźniony bar- 
dzo, bo o dwadzieścia trzy lat od Kotsisa młodszy. 


Natomiast godny wspomnienia, zwłaszcza w zakresie portretu, 
który wyczuwa w charakterze jak mało kto ze współczesnych, jest 
ALFRED RoMER (1832-1897). 


Poszczególne pierwiastki istotnego naturalizmu dają się wykryć 
i w sztuce Matejki. Czemże innem jest np. jego forma tak doskonała, 
jego nieprawdopodobna namiętność, z jaką odtwarza ściśle z natury 
każdy kawałek swego obrazu. - Jest w tern coś pokrewnego prera- 
faelitom angielskim, ale mistrzostwo formy Matejki przechodzi wszyst- 
ko, co było w tym czasie namalowane w Anglji. 


162 


---
>>>
Musiała jednakże i o Polskę uderzyć fala "naturalizmu klasyczne- 
go" - naturalizmu Zoli, Cou
ertów i Leiblów. Stało się to w latach 
70-tych i BO-tych głównie na terenie warszawskim. - Nadeszła ona 
nie bezpośrednio z Paryża, ale przeważnie z Monachjum, które w tym 
okresie stało się wybitnem ogniskiem artystycznem, dokąd tłumnie 
ciągnęła młodzież polska. Wszyscy prawie artyści tego pokolenia spę- 
dzili w Monachjum po kilka lat, niektórzy, jak Brandt, Wierusz-Ko- 
walski, Czachórski, Grocholski i inni - mieszkali tam stale. Kolonja 
polska była tu wyjątkowo silna i żywotna. Stosunki z Bawarami przy- 
jacielskie. Temperatura pracy wysoka. 
Jednak szkoła, której szukano w Monachjum, nie przeszkodziła, 
że naturalizm polski przejawił się w sposób nawskroś samodzielny 
i w formie i w treści. W spólnem i jedynem hasłem, wszystkich obo- 
wiązującem - było - dobrze obserwować i ściśle z natury malować. 
Wybitniejsi malarze dosyć prędko pozbywali się brunatnych "sosów" 
monachijskich - jedynej naleciałości szkoły - i odnajdywali własną 
formę artystyczną. Jeżeli zaś mówić o "wpływach", to na młodzież 
polską wpływała nietyle niemiecka sztuka, ile najwybitniejsi artyści 
kolonji polskiej. 
Jednocześnie atmosfera, panująca w kraju po upadku stycznio- 
wego powstania, stanowiła podatny grunt do rozwoju naturalizmu 
w sztuce. Pozytywizm warszawski silił się na trzeźwe, realne ujmo- 
wanie zagadnień społecznych, wydrwiwał fantazję i wszelki roman- 
tyzm ducha. W nauce wyraził się na terenie warszawskim - głównie 
popularyzacją wiedzy przyrodniczej, na terenie zaś krakowskim ba- 
daniami historycznemi również owianemi duchem trzeźwego i bezli- 
tosnego krytycyzmu. 
Jeżeli mimo to wszystko malarstwo naturalistyczne nie zostało 
przyjęte z otwartemi rękami, to tylko dlatego, że sztuka wogóle nie 
była potrzebą życia polskiego, i że jej dzieje w XIX w. stanowią po- 
prostu martyrologję talentów. 


I 
t, 


Najpierwszymi i najbardziej objektywnymi przedstawicielami no- 
wego prądu byli bracia G i e r y m s c y. 
Synowie urzędnika w szpitalu Ujazdowskim, dzieci miasta nowo- 
czesnego, bez wspomnień promiennych na wsi spędzonej młodości, 
obcy i niechętni szlachetczyźnie, jej tradycjom i ideałom, bardzo 
trzeźwi, bardzo krytyczni - szukali tej trzeźwości i w malarstwie. - 
Szukali prawdy nagiej, bez fantazji, bez uczuć i bez upiększeń. Matej- 
ko nawet nie umiał ich wzruszyć. Max wyrażał się o nim przecież - 
"to nie jest malarz..... Miał go za literata i historyka... 


163
>>>
'VI 
I,}.I\, 


l 


:\:ł 
f ł 


..,... 


... 
.- .:..
 ::-;;.
- 

. 


]: l, 
\... 


i .. :\' ,-) 


,- , , 


I 


" 


.,.
 
.
,.....- , 
:! '. 
... '. '" 
 


-'_o 


I _ 
t
-.; 


.
 -. 
...



. - . - 
..-' --
-
 



..... 


- 
-:..- 



 



-

 


-- " 
". ---....... "'- 
-- 


I 


MAXYMILJAN GIERYMSKI 


ULICA W MIASTECZKU 


Już W sztuce starszego z braci, MAXYMILJANA GIERYMSKIEGO 
(1847-1874), przebija wyraźnie zerwanie z tradycją - nuta chłodne- 
go, ale głębokiego realizmu. Dosyć porównać jego "Pikietę powstań- 
czą" z odpowiednim rysunkiem np. Lituanji Grottgera. U Gierymskie- 
go niema żadnego dramatycznego momentu, żadnego bohaterstwa 
i żadnego bohatera. Jest tylko dwóch zwykłych ludzi, na pospolitych 
szkapiątkach. Spokojnie siedzą na koniach, pilnie poglądając w dal, 
bez żadnych objawów głębszych wzruszeń. Podobnież doskonale po- 
myślana jest figura chłopa, niby niedbale, bez śladu patosu zwrócone- 
go w podejrzaną stronę.-Tak samo pojęta jest jego "Rewizja w dwor- 
ku szlacheckim", w której dopatrzył przedewszystkiem malowniczą 
stronę światła księżycowego. 
Kiedy się patrzy na te prace Maxa, ma się wrażenie nie poema- 
tów natchnionych, jak u Grottgera, ale prawdy nagiej, a objektywnej. 
Są to ogromnie ścisłe, fotograficzne niemal dokumenty. Czuć w nich 
umysł świetnie obserwacyjny, ścisły, ale - chłodny. Do obrazu nie 
przemknął ślad żadnego wzruszenia poza czysto malarskiem. 
Jeszcze silniej ten duch trzeźwej, objektywnej obserwacji przebija 
w jego scenach z małego miasteczka. Prosto skomponowane, pełne cha- 
rakteru domy i grupy ludzi - bez żadnego wyraźnego celu wyległych 
na ulicę; robią wrażenie uchwyconych w całej ich przypadkowości 
ruchu przez fotografję migawkową. 
Maxymiljan Gierymski po pierwszych studjach w Warszawie, ja- 
ko młody 20-letni chłopiec wyjechał do Monachjum. Tu świetne jego 
zdolności zwróciły odrazu uwagę profesorów Akademji, a także 


164
>>>
"'
 


I
' 



 


, 
t. 


" 


.' 
\ 


\ 

 , 


,ł 
 


" 
;" .- 


;,ł 


\;, . 
'\-' 
, ,t\; 
. . 


, .. 
\ l 


,. 


. , 


'. 


_\.a. 
..... 


...
 


\ ).. 
.. _. \ 



 



(.' . 


'. 



 


1
 
. 


!' 
'I. ..........- 
;, .. 


'. 


'1 
,. 


..;.;z 


, -:..-.r
. - 
, _ · łOI"; .. _ 


'.
 

-d 


ALEKSANDER GIERYMSKI 


W ALTANIE 


Brandta, z którym Max wszedł w bliski i ciepły stosunek. - Już 
w 1868 r. Gierymski wynajmuje sobie własną pracownię, prócz tego 
maluje li słynnego batalisty, Franca Adama. Po pierwszej wystawie. 
na którą posłał swoją "Wieczornicę" i "Pojedynek Tarły" - zaczyna 
się okres powodzenia. Obrazy Maxa - zwłaszcza sceny z XVIIIw. 
polowania p a r f o r c e. pojedynki z doskonale malowane mi końmi 
wyróżniane przez krytykę niemiecką, nagradzane na wystawach, na- 
bywali chętnie bogaci Anglicy. Trwało to jednak krótko. Już 1873 r. 
choroba piersiowa zapędziła Gierymskiego do Meranu, a w następnym 
umiera on w Reichenhallu, mając lat zaledwo 27! 
Trudno powiedzieć ostatnie słowo o jego talencie. bądź co bądź 
niewypowiedzianym. W tern, co wykonać zdążył. ujawniły się nie- 
zwykłe zdolności o d t wór c z e. oparte na obserwacji chłodnej, nau- 
kowej niemal, nieskażonej fantazją, indywidualne mi popędami, wybu- 
chami temperamentu malarskiego i t. d. Dalszy ciąg zerwanej przed- 
wcześnie nici podjął młodszy brat jego - Aleksander. 
Jeżeli karjera artystyczna Maxa Gierymskiego była jednym 
szeregiem powodzeń zdumiewających, niewytłumaczonych nawet 
jego istotnym talentem, - to jakże inaczej ułożyło się życie 


165 


.. 


. 


J
>>>
r-- 


"' 


4 1 


t.;. 


".; 


, ' 


-, 


-- 


.' 


'. 


I 
, 
,
 


ALEKSANDER GIERYMSKI 


PRZED POGRZEBEM 


ALEKSANDRA GIERYMSKIEGO (1849-1901). Poszło ono pod pewnym 
względem szlakami dobrze wydeptane mi przez artystów polskich - 
szlakami nędzy, zapoznania, szamotań się daremnych, obłędu i śmier- 
ci w szpitalu. 
Kiedy po krótkim pobycie w warszawskiej Szkole Rysunkowej 
pojechał Aleksander. na wezwanie brata, do Monachjum, powodzenie 
zdawało mu się uśmiechać. Profesorowie akademji zwrócili uwagę na 
jego niezwykłe zdolności, wyróżniali go i nagradzali. Po kilku latach 
pracy obaj bracia pojechali do Rzymu. Tam to powstaje wielki obraz 
Aleksandra .,Austerja" i drugi "Gra w mora". Oba one wykazują du- 
że opanowanie techniki malarskiej. a jednocześnie zastanawiają sła- 
bem odczuwaniem życia, t. j. tego, co było nerwem malarstwa np. 
Chełmońskiego. I w późniejszych pracach Gierymskiego figury mają 
w sobie coś z pozującego modela albo też - fotografji z natury. 
Świadczy o tern aż nadto wymownie jego "W altanie". 
Po dłuższym pobycie za granicą Gierymski 1879 r. przyjechał do 
Warszawy na stałe, malować "Polskę". - "To jest Żydów i k..." jak 
sam dodał. Powstaje tu szereg niewielkich jego obrazów "Trąbki". 
"Solec". "Piaskarze", "Nad Wisłą", "Brama na Starem Mieście" i in., 
a także mnóstwo rysunków - widoków Warszawy lub Kaźmierza. 


166 


...........
>>>
. 


. "'-'-' 
.10.':. 


'
y. I 
'\..: ;::.
 ' 
, . 


. , 
, 


:l' 

I.... 


'-1 

,-
I., "..:-"_, 
,,
. 7-i'."'- - .4j... 't. 
1,- "'v - 
 . _ _
 


I I 
II j I i 
I. , I 


..: 


.... ....-'\.'\:... 


'. 


I
- 
I 
I 


:- 


-. ..;
 .-'- 



... . 


" 


-... o., 


,', 




--
.
- 
- 
1
 
-fT - 
....
 - 


-;i
 
. 
_ .. :-?-_- 
----e-:- -
 
 
- I 
 


. 
-.. 
--....... 


'l' 


. 


,4-:- 

'iJL ,.:c-'E=".. 
-:..-::

-
 

 
--.:::. 
- ::.. -ł):;-: 


:; I 



 



 


-- 


ALEKSANDER GIERYMSKI 


PIASKARZE 


zwłaszcza licznych 1883 r., umieszczanych przeważnie w Tygodniku 
Powszechnym. 
Dziesięć lat trwało to borykanie się artysty z sobą samym, 
z własną sztuką i ze społeczeństwem, którem boleśnie gardził, a któ- 
re nie umiało mu wzamian dać nic więcej nad chłodny szacunek. 
Wreszcie wyjeżdża Gierymski z Warszawy, rozgoryczony i zranio- 
ny, - przebywa kolejno w Paryżu, Krakowie, Monachjum, Włoszech. 
pochłonięty niezmordowaną, a wycz.erpującą go pracą. Wszędzie się 
czuje źle i bezdomnie. Wreszcie kiedy zaczęło mu świtać powodze- 
nie, siły jego duchowe okazały się stargane doszczętnie. Podczas po- 
bytu we Włoszech Gierymski ulega obłędowi, a 1901 r. umiera nie 
w szpitalu jedynie dzięki przyjacielskiej opiece, jaką go otoczył rzeź- 
biarz Madeyski. stale mieszkający w Rzymie. 
Dzieło jego nie jest zupełnie jednolite. Pierwsze prace - nace- 
chowane wpływem brata - są czemś ogromnie różnem od jego póź- 
niejszej ..Gry w mora" i innych tej epoki. T e znów zdają się nie mieć 
nic wspólnego z obrazami czasów warszawskich. Patrząc na te ostat- 
nie, ma się wrażenie, jakby artysta zrywał z łatwemi tńumfami prze- 
szłości, które sam uważa za szkolne. czy próbne, - i -zaczął wszyst- 


167
>>>
ko od nowa. Dopiero w warszawskich "Sokach" i "Piaskarzach" wi- 
dać jasno, że Gierymski jest opętany przez demona ścisłości. T rudno 
wyrazić. ile pracy zaciekłej, ile ob5.erwacji, ile subtelności rysunko- 
wej - z namiętnością prymitywa wkłada Gierymski w te skromne 
płótna. Figury ludzkie poprostu nie modeluje, a rzeźbi, - tak samo 
zresztą kamienie bruku. odrzwia portalu na Starem Mieście, piasek 
na gabarach, oślizgłe, mokre belki tratew i całą tę martwą naturę na- 
szego Powiśla. Barwa jest tu na drugim planie, - obrazy są trzymane 
w dość ciemnym, brunatnym, ciepłym tonie. 
Paryż i Włochy przyniosły dalsze przemiany. We Włoszech wraż- 
liwość artystyczną Gierymskiego uderzyły zabytki dawnej sztuki _ 
cudowne kościoły byzantyjskie, romańskie, gotyckie, ich spatyno- 
wane ściany, ich marmurowe ambony i nagrobki, ich ołtarze, taber- 
nakle, chrzcielnice i t. p. połyskujące złotem, zdobne bronzem, wy- 
kładane kosztownemi kamieniami, ich mozajki, posadzki, stare sprzę- 
ty-całe to wspaniałe muzeum, cudowny zespół sztuki, jaki znajdzie- 
my VI każdym niemal starym kościele włoskim. - Przedewszystkiem 
zaś porywało go światło, wsączające się przez witraże okien, bory- 
kające z mrokiem zalegającym wnętrze, połyskujące na mozajkach, na 
złocie, na barwnych szlifowanych marmurach, na włosach modlących 
się kobiet. Pociągała go wspaniała malowniczość tej natury martwej, 
jej spokój i uległość, które tak odpowiadały wyjątkowo silnym po- 
pędom o d t wór c z y m Gierymskiego i zarazem oszczędzały mu 
wszelkich wysiłków wyobraźni. - Tej zresztą Gierymski nie uzna- 
wał, i w sztuce jego wyobraźnia nie ma nic do powiedzenia. Jego 
włoskie wnętrza, takie jak katedra w Sienie, Capella Palatina w Pa- 
lermo, S-ty Marek w Wenecji i t. d. są - podobnie jak dzieła Ho- 
lendrów - arcydziełami formy malarskiej, objektywnego odtwarzania 
natury i zrozumienia poezji światła. To wyjątkowe odczuwanie świa- 
tła jest jednym z najistotniejsżych rysów jego talentu. 
W dzieła te włożył Gierymski całą cześć dla natury, całą miłość, 
jaką miał dla niej w swojem skrytem, pozornie chłodnem sercu. 
Szukając coraz to nowych zadań i trudności, zwraca się Gierym- 
ski do studjów nad efektami światła pod gołem niebem. Ale nie nęcą 
go słoneczne plenery, które mu się wydawały za tanie i pospolite. 
Uwagę Gierymskiego zajęły dramaty barwnych świateł ulicy - bla- 
ski latarń gazowych i elektrycznych, walczące z poświatą dnia gasną- 
cego - z delikatnem, zamierającem światłem zorzy. Już w "Trąb- 
kach" nie Żydzi modlący się są bohaterami obrazu, ale gorące światło 
pozachodnie... Na podobnem założeniu powstaje szereg później- 
szych - pierwszorzędnych dzieł tego artysty, jak "Plac Maksymilja- 


168
>>>
I 


..
....... 
j.:-- -:- . C" 
, ' il -....... 
 
t}j "'1 

. 

; . 'l", ,
fJ} .. . -t) ,II , 
ir.:l " 
.a; ., 
...... L. 
.. l 
..' . .... I. 
. 
. . '.'" 
 
" ,-. 

 


" 



 ..... 


.........., 


",. 


". 
, 



 


-.:: 


. I, 

. 


. " 


.... 


,-- 


.... 


(i 


---
>>>
.. 


t
>>>
na w Monachjum". gdzie motywem jest kontrast świateł sztucznycb 
i naturalnych, - jak paryskie widoki Sekwany. Luwru i t. d. Se- 
kwanę malował wielokrotnie. Raz chłonie ona w siebie złocisto zielo- 
nawą światłość zorzy - i cała żyje w rozedrganiu blasków. na tle 
których majaczą ciemne sylwety holowników. ciągnących gabary. To 
znów wszystko zatopione jest w jasno sinawej mgle, która zalewa mia- 
sto, zaciera sylwety Luwru, spowija liljową dymką wody Sekwany, - 
tylko na niebie wśród sinych chmur otworzyła się wąska, prosta 
szczelina seledynowej smugi błękitu. 
Potem przeszedł do efektów nocy. - W "Luwrze" widzimy po- 
przez ogromny łuk, wybity w ciemnej masie murów budynku, kawa- 
łek placu Zgody, rozświetlony szeregiem lamp elektrycznych. Mo- 
tywem zasadniczym obrazu był tu kontrast blado fioletowego światła 
elektrycznego, z cytronowo-żółtąwem lampy gazowej, zawieszonej 
na murze pierwszego planu. W mglistem powietrzu majaczą ciemne. 
miękkie w konturach, doskonale odczute sylwety przechodniów. 
T e wnętrza, a zwłaszcza widoki uliczne. oparte są nietyle na za- 
łożeniach rysunkowych, jak "Piaskarze" i "Stare Miasto" - ale na 
kolorystycznych. Wymagała tego sama natura zadań - studjum świa- 
tła; mury, mosty. parowce, postaci ludzkie są tu czemś pomocni- 
czem, - 
.łużącem jedynie do wykazania jego efektów. 
Rozwiązać te zadania mogła jedynie barwa. Gierymski nie miał 
żywiołowego, subjektywnego jej poczucia. jak Makart, Delacroix albo 
Monticelli; jednakże przez zapamiętałe studjowanie efektów światła 
doszedł do odtwarzania go z iście łudzącą doskonałością, - opanował 
ogromną skalę tonów, aż do najsubtelniejszych, ledwo uchwytnych. 
zawisłych od drgnięcia światła na grudce grubo położonej farby. Za- 
wzięta, dziesiątki lat trwająca walka z naturą - zakończyła się zwy- 
cięstwem artysty. Nie przyszło ono darmo. Duch Gierymskiego za- 
łamał się i zapadł w mrok. - Ostatnie prace. do których należy "Wi- 
dok z Werony" (w Zachęcie warszawskiej), znamionują zupełnie wy- 
raźny rozkład jego władz twórczych. 
Życie Gierymskiego było ciężkie. Sztuka nie dała mu radości, 
jak tylu innym. przeciwnie - była dręczycielką i ssała jego żywą 
krew. Upędzając się za chimerą doskonałości objektywnej, walczył 
o nią bohatersko, bez pardonu i kompromisu. Dręczony nadmiarem 
chorobliwego krytycyzmu, latami całemi przerabiał swoje obrazy. 
skrobał je, przemalowywał, często psuł doskonale zaczęte. Często 
krajał, kopał i wyrzucał. 
Gdyby Gierymski był tem, co nazywamy silną indywidualnością. 
t. j. miał wyobraźnię i jasny -. zdecydowany w kierunku popęd twór- 


169
>>>
czy, jak Blake, Monticelli, czy Wyspiański - byłby szedł bez wa- 
hania po linji swoich instynktów, tworzyłby sztukę żywiołowo - z jej 
"brakami" i "zaletami" - świadomy, że tu idzie o przejaw indywi- 
dualnego genjuszu, a nie o prawdę objektywną. 
Ale Gierymski tych pozytywnych popędów twórczych nie miał. 
Natomiast opętała go siła negatywna, niszcząca - superkrytycyzm. 
Dlatego w męce i. miotaniu się bez końca stargał siły i załamał się 
wreszcie. 
I życie c z ł o w i e k a również było ciężkie. Przeszedł je w sa- 
motności, bez bliskich i serdecznych stosunków z ludźmi, bez jednego 
promienia miłości. Szorstki, ironiczny, przykry w stosunkach - 
trzymał się na uboczu, nosił w sobie zarody choroby umysłowej, któ- 
rej dwukrotnie ulegał. Ze "społeczeństwem" stosunek był żaden. 
Gierymski uderzył się o jego chłodpą obojętność, cierpiał nad każdą 
lekceważącą krytyką, czuł się jak liść oderwany od drzewa. - "Oj- 
czyzną moją - mawiał z bolesną ironją - Szpital ujazdowski"... Nie- 
porozumienie to, jak sądził, płynęło stąd, że dla powodzenia w War- 
szawce niezbędną jest blaga, reklamka, stosuneczki i tym podobne 
świństwa, na które się otrząsał. Ważniejszym jednak powodem było, 
że ogół - w malarstwie jego nie widział poezji, uczucia, nie znalazł 
wzruszającej treści literackiej, o którą mógłby zaczepić myśl - i dla 
której wybaczyłby artyście jego doskonałość formy... Ta mogła prze- 
mówić tylko do wyjątkowych w sensie kultury i upodobań jednostek. 
A tych - niestety - było wówczas jeszcze zamało. 


f 


W drugiej połowie XIX w. dokonały się na ziemi naszej zasadni- 
cze zmiany i to nietylko polityczne. Zmienił się typ życia i cały wy- 
gląd naszego kraju. 
Dawna Polska, ta, o której pisali z sercem wezbranem miłością 
i tęsknotą nasi poeci romantycy, - ta, za którą marły z szablą w dło- 
ni i rozpaczą w sercu pokolenia ojców i dziadów naszych, ta Polska 
odeszła w przeszłość niepowrotną w oczach jednego czy dwóch po- 
koleń. Starł ją duch czasu. Zniknęły dawne - tęgie i zamaszyste _ 
rasowe typy szlacheckie, poszedł w niepamięć odwieczny obyczaj, 
poburzono stare dworki i wycięto lasy, aby pobudować nowe... Wy- 
przedano lub poniszczono piękne stare sprzęty. 
Tak samo zmieniła się wieś i ludek wiejski. Wieś rozpadła się 
na kolonje... kmiotek zrzucił sukmanę - ustroił się w modny"surdut 
i melonik, - z wędrówek na "saxy" przyniósł nowe pojęcia i nowy 
obyczaj, - a raczej b rak wszelkiego obyczaju... 


170
>>>
. " 


( 
I 



 
...---.& 
....... 
:.. 


, , 


' 


., 
....- 


J 

 
 
. 


1 


-...;:., '. 
........ 


...... 
............... 


II 


"'-. 



)'1 
-i "l 
,.. 
\' 
t. 


\ 
i 



, 


.\ 


"l 



 l 


, 
, 
" 



.. 


I; 


". - I 


ALEKSANDER GIERYMSKI 


KOŚCIÓŁ ŚW. MARKA 


I krajobraz nie ostał się wobec tego potoku zmian. Wycięto pra- 
stare puszcze, co mu dawały swoiste piętno, - na ich miejscu tu 
i owdzie stanął zagajniczek, w rzędy siany, - rozległe aż po hory- 
zont pola wielkich majątków ustąpiły miejsca drobnym, posiekanym 
grzędom kolonistów, - wszędzie stanęły cegielnie, tartaki i zady- 


171
>>>
miły kominy fabryczne. Wielkie linje dawnel!o krajobrazu - znikły. 
Nawet klimat stracił tęgość i jędrność dawną. 
Piękny sen szlacheckiego bytu, w którym dźwięczały tony głębo- 
kiej poezji, ten sen piękny - do końca prześniony - sczezł nagle. 
zasunął się w otchłanie czasu - i stał legendą dla nowych ludzi. 
Odrębną dotąd i pełną charakteru ziemię polską - pokrył środkowo 
europejski retusz. 
Zanim się to stało - ściślej - kiedy się to już działo - znalazła 
ona swego ostatniego i największego barda - Chełmońskiego. 
Wprawdzie już w poprzedniem pokoleniu Juljusz Kossak wyśpie- 
wał swoją "pieśń o ziemi naszej". ale Kossak, mimo swój tak świetny 
i samorodny talent, nie ma ani głębi, ani burzliwej potęgi Chełmoń- 
skiego. Przytem zawsze krępował go brak szkoły - wiedzy arty- 
stycznej - jaka uderza w pracach Chełmońskiego. 
Do tego - Kossak jest dziecięciem zeszłowiecznego romantyzmu. 
Nietylko przeszło.ść, ale i teraźniejszość - życie wsi polskiej - po- 
lowania, przejażdżki, stadniny i t. p. traktuje łatwo, zręcznie. z wiel- 
kiem odczuciem, ale nie bez pewnego idealjzmu, właściwel!o jego 
epoce. 
Chełmoński dojrzewał już w innym świecie. W młodości jego 
grzmiały i toczyły się od końca do końca Europy hasła naturalizmu. 
Szukano prawdy i charakteru w ich najwyższej dostępnej malarstwu 
potędze. Zwrócono oczy wyłącznie na życie bieżące, bo tylko ono 
było dostępne studjom bezpośrednim, - ale zato pogłębiono zrozu- 
mienie tego życia i oddawano je z nieznaną przedtem ścisłością. 
Chełmoński jest niewątpliwie dziecięciem tej epoki, ale jego przy- 
należność do "szkoły" bardzo luźna. Ma on nietylko swój własny 
świat. ale także swój własny sposób widzenia - i własne środki ma- 
larskie. Jego potężna indywidualność. jel!o burzliwy temperament, 
jego siła uczucia i I!łęboka poezja ducha - rozsadzają poprostu ramy 
naturalizmu. Dzieło jego jest w gruncie czemś, co nie przylel!a do 
ram żadnej szkoły. 


, 


JOZEF CHEŁMOŃSKI (1850-1914), ur. we wsi Boczkach na Ma- 
zowszu, uczył się w Warszawie pod kierunkiem Gersona, ale przy 
całej czci dla mistrza - poszedł rychło własną drogą. W roku 1871 
wyjeżdża do Monachjum, tam już maluje więcej u siebie w pracowni, 
aniżeli w Akademji. Pozostawał tu krótko - dwa lata zl!órą zaledwie. 
Już w Monachjum powstają wybitne obrazy Chełmońskiego jak 
"Deszcz". "Muzyka w karczmie", "Pocztarek" i in. Jednakże ani 
Monachjum. ani krótki zresztą i przelotny pobyt w Petersburgu nie 


172 


.J
>>>
/
 


. 


.,' 


I 
.' 


. 


.. 


.1 


--, 
- fło-"'r 


JÓZEF CHEŁMOŃSKI 


NA FOLWARKU 


ł 


podziałały na niego tak, jak wycieczki na Ukrainę między latami 
1870-1875. Stamtąd przyszło objawienie. Zobaczył tam bujny i sze- 
roki pejzaż - stepy, których ogrom i poezja piersi mu rozparły. Zo- 
baczył wspaniałe, osobliwe typy szlachty kresowej, jakby z innego 
stulecia, - w strojach, ruchach, obyczajach staroświeckich, uchowa- 
nych tu w zapadłym ukraińskim kącie. Do tego galerja nieoceniona 
służby dworskiej, chłopów, dziadów, bałagułów, wreszcie polowania, 
jarmarki, czwórki rozszalałe - życie rwące, bujne - pełne charak- 
teru. 
Ocknął się w Chełmońskim dziki, nieokiełzany temperament ste- 
powca. Zachciało mu się oddać to cudowne życie kresów w całym 
jego uroku siły i charakteru - i w całej poezji stepów. 
Tam zbudził się wielki Chełmoński, - Ukraina zrodziła naj- 
większe jego arcydzieła. 
Ogromną rolę odgrywa w nich koń... 
Takich koni sztuka dotąd nie znała. Nietylko Ajdukiewicz, ale 
nawet Brandt, nawet Kowalski dalecy są od tej siły, tembardziej zaś 
znakomici bataliści francuscy. Meissonier znał wprawdzie kształt 
konia tak. jak M. Anioł - człowieka, ale nie umiał poprostu zrobić 
z tego użytku, bo nie odczuwał ruchu. Aime Morot maluje olbrzy- 
mie - naturalnej wielkości konie z maestrją i wiedzą ogromną, a na- 
wet nie bez poczucia ruchu, ale w tej wiedzy i poczuciu jest więcej 
studjów. nauki - i - fotografji, aniżeli właściwej intuicji. Morot jest 
chłodnym badaczem. Chełmoński zaś nie tylko zna budowę konia 
wogóle. ale rozróżnia c e c h y i n d y w i d u a l n e - daje portrety 


173
>>>
" 


\ 


ł"; , ,I 
'- 


. 


"
 


, 


ł 


: \ 
( 


.'\ 
. ' 


., 


i. 


t: 

. . 



 



 


/' :'. I' 

. 
. 


. 
, 
".\,' 
... 


II 


" 
. - 


.. 
. ... 



" . 
. . f . 
.
 - , 


. 
 .1 


"- 
'"e: 
¥
 
 
.

 
. . 
'... 


."e 


. .. '"':, 
1 i. 
'. 


'.':' 
': h 


- I 
\.. 


....." 
. 


'.-." "'. 


,. , 

r 


.
 



':.' 
.
 


',... .:.. 


'1 


JÓZEF CHELMOl'iSKI 


DZIADY 


koni jak i ludzi, - a wreszcie o d c z u w a i c h r u c h i p s y c h i k ę 
tak - jakby się sam wcielał w zwierzę... 
..Na folwarku" pod schyłek pylnego dnia letniego odbywają się 
oględziny - wczoraj, czy dziś nawet, kupionego ze stadniny konia. 
Przed starego pana przyprowadził fornal karego ogiera tęgiej, krę- 
pej budowy. Ale zwierzę nieufnie i wrogo tuli uszy, wyciąga chrapy 
i toczy krwawemi oczyma ku o b c e m u... Tylne nogi odsadził da- 
leko w tył i podał się cały naprzód tym niesłychanie wyczutym, przez 
nikogo dotąd nie podpatrzonym ruchem. 
Niemniej genjalnie skomponowana jest w ..Odjeździe" czwórka 
rwących, bijących niecierpliwie kopytami, pobrzękujących janczara- 
mi - z trudnością przez fornala wstrzymywanych koni. A jeszcze 
większem - i na które słów brak - arcydziełem jest ta czwórka 
, wioząca ..starego pana" w saniach, po podmarzniętem błocie ukraiń- 
skiem, w czasie poczynających się roztopów. Czcmś nieopisanem 
są te trzy łby białych, rwących się rześko, owianych wiosennym wia- 


114 


-
>>>
I 



. 
0): 
, "'1'1- 
J- 
\ 
.,. 
,
 
" 
ł 
. 
ł 
-n 
.... 
,,' .
 lO "r... _ 
....... t. ..;::r 
... '-
 

-- J 
, , ..,:.,... 
. -- . , 
ł Jt
 . 40 
#0.- .... 
 
. ". 
1 
-- 
.. 
... \ . 
'I .. , , 

 *" - 
JÓZEF CHEŁMONSKI WY JAZD (lrallmenł) 


trem stepu - koni. A jednym cudem odczucia jest tarantowata klacz 
z brzegu, którą przed chwilą Wasyl czy Stepan podciął ostro bi- 
czem... Poderwanie się nagłe klaczy, ruch jej tylnej nogi, - ogona, 
którym sobie "poprawia" uderzenie - jest czemś zupełnie niebywa- 
lem w dziejach malarstwa. 
Podobnie ta "Trójka" rozszalałych bestyj, pędząca "dartego orła" 
po ulicy jakiegoś rosyjskiego miasteczka. Podobnie koń, zapadający 
w grząską ziemię i - postękujący z wysiłku pod ciężarem olbrzy- 
miego chłopa ze srogą gębą i nahajem w garści - wiszący w war- 
szawskiej Zachęcie. 
Tylko w Polsce mógł się urodzić artysta tak bezprzykładnie od- 
czuwający konia... W tej Polsce, gdzie pokolenia całe - życie spę- 
dzały na .koniu, gdzie koń dzielił z jeźdźcem sławę wiekopomnych 
zwycięstw i walk bohaterskich - wspaniałej epopei jazdy polskiej. 


175
>>>
Koń wszedł - wsiąknął do naszej duszy i krwi. Nawet w dz.i- 
siejszym miegzczuchu odzywa się ten atawizm niezmożony - i dziec- 
ku polskiemu nie można zrobić większej radości, jak kupując mu ko- 
nika. - Tak samo dziecko angielskie będzie się najwięcej cieszyć 
łódeczką, czy statkiem maleńkim... 
Chełmoński zresztą - natura pierwotna i żywiołOowa - ma w sn- 
bie jakiś genjusz pierwotny w odczuwaniu zwierząt wngóle. Działa tu 
nietylkn nieprawdOoPodnbna pamięć wzrnknwa, ale jeszcze caś duchn- 
wega, cn gOo z tym światem zespala. Jakież nieporównane są jego psy 
np. "Na fnlwarku", - a zwłaszcza to psiątka, co pozazdrościła innym 
pieszczot z panią i pędzi jak npętane-"upochlebia agone i usami",- 
lekko - ledwo sylwetą zaznaczone... Albn wielki kundys, cn zawsze 
chOodzi ze "starym panem" i jest tak samn paważny jak Qn, - a teraz 
Ooto bawi się w znawcę i siedząc, przygląda się uważnie nabytemu 
agierowi. 
Na nbrazie "NOoc" - w zbiorach Kronenberga - stQi stróż nocny 
z całą gromadą świeżn wypuszczanych psów, wobec których niczem 
są zwierzęce pnematy Kiplinga. Gdzieindziej tak samo genjalnie od- 
czute zające, żórawie, drQpie i t. d., adczute zawsze w c h w i I i p e w- 
n y c h p r z e żyć d u c h n w y c h... Chełmoński jest najgenjalniej- 
szym obserwatnrem ż y c i a wszelkiej istoty. 
Nie wyłączając człowieka. - Chełmnński, który formalnych por- 
tretów prawie nie malował, odczuwa jak nikt Oogromną skalę typów 
całej drabiny spnłecznej - i nbrazy jegn rnją się od takich partretów 
przygodnych. 
Jakże wyczuty jest w charakterze stary, ale jary, a kostyczny 
pan, nglądający knnia "Na fnlwarku". I jak nglądający!... rnzkraczony, 
pnchylany, z rękami w tyle, z fajką w garści, w przedpntnpnwych nku- 
larach na nosie... 
W "Odjeździe" sanie wyjechały za wrota. Ale "lewy z brzegu" 
pOodejrzanie zadźwięczał kOoPytem... Stary pan zgniewany, aż cybuch 
z gęby wypuścił i łaje parobka, - nczy złe nic dnbrego nie wróżą... 
Młody pan wychylił się mQcnn, spnziera troskliwie a bacznie, szuka- 
jąc padejrzanegOo kapy ta... Wasyl uszy pn snbie pnłożył i pary z gęby 
nie puszcza, - wie, że niednbrze ndpnwiadać, kiedy stary pan ma cy- 
buch w garści... 
Na jednym Oobrazie - z jarmarku w małej mieścinie ukraińskiej 
wracają dziady - niepOorównane typy dawnych rezunów - brną pi- 
jani, trzymając się jeden drugiegOo w gęstej patoce ukraińskiegOo błota. 
Te lata warszawskie i parę najbliższych spędznnych już w Paryżu 
są złntym nkresem twórczOości ChełmnńskiegQ. On Paryża wyjechał 


\ 


176
>>>
'.... , 



, 

, 



- 



: 
'!'
J 


f,. 


.... . 


\ 



 " 
y 
, 
.. 
. 
,- 
; . 
, , 
, 
I 
," t. 
1. ti 
 
') 
" \ 
\, .. ., 
'L 
.. 
, 
. 
łr 
j .. 
) r' 
'ł , 
, 

 ' ł 
j' - ł;: 
, : " 
I' . 
.
 
'tl
 " 
\ "',
>>>

>>>
z Godebskim 1875 r. Teraz zaczęły się czasy niebywałych powodzeń. 
Goupil, handlarz dziełami sztuki, tak się zapalił do jego obrazów, że 
kupił zgóry wszystkie jeszcze nienamalowane, t. j. zastrzegł sobie 
prawo pierwokupu. Na wystawie światowej 1889 otrzymuje Chełmoń- 
ski złoty medal. Obrazy jego są rozchwytywane przez bogatych cu- 
dzoziemców - głównie Amerykanów. Większość bezcennych dzieł 
wywędrowała za Ocean. 
W 1879 r. Chełmoński żeni się i rychło potem zaczyna blednąć je- 
go gwiazda. Aby zaspokoić nieskończenie rosnące potrzeby "rodzin- 
ne", musiał ciągle malować i sprzedawać. Malował wciąż Ukrainę- 
z pamięci, z dawnych zatartych wspomnień i starych studjów. Obrazy 
jego-nie wsparte na ciągłych a żywych obserwacjach i podnietach- 
powtarzają się, a wreszcie - gasną. Jednocześnie kończy się okres 
życiowych powodzeń Chełmońskiego. 
Po 14 latach powraca do kraju i osiada samotny w Kuklówce, ci- 
chej wsi pod Grodziskiem, zdala od wrzawy i jarmarku miejskiego. 
Teraz zaczyna się nowy, - ale już bardzo odmienny okres jego twór- 
czości... 
Radosny, zdrowy, wiecznie śmiejący się niegdyś młodzieniec, - 
powrócił - syt wprawdzie sławy, ale z duszą śmiertelnie zranioną 
i zatrutą, - złamany duchowo i zrażony do ludzi. Całe dnie, a nie- 
kiedy i noce, umie spędzać w polu, na łące, nad brzegami stawów 
i mokradeł - szukając w samotności i wśród przyrody milczącej ulgi 
dla swej zbolałej duszy. Nawet od najbliższych przyjaciół odsunął 
się - zdziwaczały i chory. 
T en stan musiał się odbić i na jego sztuce. Znika z niej bezpo- 
wrotnie dawny rozhukany temperament artysty i dawna bujność i roz- 
mach. Już nie dojeżdżacze i polowania, - nie trójki i czwórki roz- 
szalałe, ale ubogi pejzaż mazowiecki 'staje się jedynym prawie moty- 
wem jego obrazów. Nerw życia - tego rwącego się i tryskającego 
z płócien życia - schnie. Uderzenie pędzla staje się niepewne, - 
nawet barwy blakną i płowieją, jakby i im krwi zabrakło. 
Chełmoński te-j epoki jest dobrze w kraju znany i sąd ogółu o nim 
na tych głównie opiera się pracach. Jednakże mimo pewne rysy 
orle - jest to epoka schyłkowa, jakkolwiek od czasu do czasu zjawia 
się i teraz dzieło wielkiej miary, - jak np. ..Piorun" albo "Orka", 
w której woły są tak genjalnie wyczute, jak konie z najlepszych cza- 
sów Chełmońskiego. 
Na ogół jednak przeważa krajobraz. 
Od wczesnej młodości Chełmoński malował krajobrazy (tylo- 
krotnie o d r z u c a n e przez jury naszych wystaw!...) - a zwłaszcza 


M_I_niwo pot.kie - 12 


177 


.1-
>>>
.. 


... 


.: 


-, 


. . 


c,,\ 


1- 


... 


., 



 


"'-0. 


'
- 
 
-;. 
--" ' 



 


\ 
" 


.,. .- 
L 


,.D 
-' 


.....-., , 


.. 


ł'
__.- 


..... 
-...,., -- 


JÓZEF CHEŁMONSKl 


CZWÓRKA 


nDce księżycowe, do których uporczywie pDwracał. Dziwnie go nęciła 
głębOoka cisza nocy, niebo ciemne, zadęte tumanem gwiazd, zielDnawo- 
srebrzysta - i mistyczna pDświata miesiąca. W tej ciszy czuł lepiej 
świeży oddech ziemi i - bicie własnego serca. 
O wartOości tych i tym podobnych prac jegD nie rDzstrzyga ani 
kDmpDzycja - zawsze bardzo prosta, ani efekt dekoracyjny, za któ- 
rym się wcale nie upędzał, - ani technika, ani barwy - bD i te ze- 
szły teraz na plan drugi, jak cała czystD malarska strona Dbrazów 
jego. WartOość ich tkwi w głębDkim, uczuciOowym stosunku artysty dD 
przyrOody. Chełmoński jakgdyby przypadł dD niej piersią, wsłuchał się 
w jej Dddech, podpatrzył ją w chwilach najtajniejszych, najbardziej ci- 
chych, zazdrośnie ukrywanych przed Dkiem tłumu letników i majów- 
kDwiczów. 
Widział żórawie zapadające na nocleg, - chmurki, jak - w ci- 
chem zaraniu - podnDszą się z nDcnego łoża na horyzoncie, spędzone 
zbliżającym się wschDdem słDńca, smugę śniegu, CD sypie się z pod 
nóg wielkiego ptaka, siadającegD na gałęzi w głębokiej ciszy lasu. - 
Słuchał żabich koncertów D wieczornej zorzy, uśmiechał się bladD do 
wiDsennego strumyka rozigranegD Dd roztDpóW, dD pDszumu nagich 
krzaczków nabrzeżnych, i do niskich, włóczących się nad ziemią 
chmur. Piorun, strasząc pastuszków, padał blisko i napełniał wilgDtną 
atmDsferę' dziwną, liljową światłością. KurDpatwy stadem pomykały 
w zadymkę u jegD stóp. - MDtywy najprDstsze, przez nikDgo dotąd 
nie tykane. 
Nie pojmie całej nieprzebranej poezji krajobrazów Chełmońskie- 
go ten, kDgD nie nęci samotność w polu, cicha godzina zmierzchu, szum 


178 


............
>>>
" 


l 
t 
la 
I 


...
 
t - 
. ! 
, t , 
" 
l"" 
I j. 


" . 


\, 


" 


:1 


. 
.. 


..,,; 



 


.. 1. . - 


.- 
 


" 


-o( 
:.: 
cG 
o 


g 
'" 
.z 
o 
:E 

 

 
:c 
u 
"" 

 
N 
-o 
....
>>>
'L, 
\" 


""" 



 


-"...., , 


JÓZEF CHEł.MOI'lSKI 


2ABI KONCERT 


wiatru w sosnach i w topolach, - kto nie umie godzinami patrzeć 
w szare, sunące po niebie obłoki dnia srebrnego, - leżeć w polu 
w prażących promieniach słońca, słuchając z przymkniętemi oczami 
radosnych pieśni skowronków. 
Trzeba to wszystko przeżyć duszą... Trzeba umieć słuchać kum- 
kania żab po zachodzie, niby dźwięku głuchego zatopionych dzwonów, 
płynącego z głębiny wód... Trzeba stąpać cichutko w ciepłą księżyco- 
wą noc po piaszczystej drodze wśród uśpionych białych chat - i rów- 
nie śpiących psów, zwiniętych w kłębek - w piasku przed chału- 
pami... 
Zaden z artystów polskich nie podszedł tak blisko do przyrody, nie 
stopił z nią w jedno, - nie wczuł aż do zapamiętania w mistykę świę- 
tą jej nastrojów. Nie objął jej całej jakąś dziwną a wielką, religijną po- 
prostu, miłością... 
Chełmoński zmarł w Kuklówce 6 kwietnia 1914. 
Jego wielka i tak niezmiernie polska indywidualność malarska, 
jego zgoła fenomenalne poczucie życia, jego święta, żywiołowa miłość 
ziemi rodzinnej - stawiają go na odrębnem miejscu w dziejach twór- 
czości polskiej - bezpośrednio obok Matejki. W przyszłym Pan- 
teonie sztuki naszej ci dwaj legną na najpierwszych miejscach. 


Potęga temperamentu i poezji, hucząca w dziele Chełmońskiego, 
oczarowała artystów jego pokolenia, - wielu próbowało iść jego śla- 


180
>>>
darni. Najbardziej płodnymi i znanymi malarzami tej grupy byli Ry- 
szkiewicz i Łoś. 


JOZEF RYSZKIEWICZ ur. 1856 r. 1) w Warszawie, uczeń Gersona, 
Akademji petersburskiej i monachijskiej, obdarzany liczne mi meda- 
lami na wystawach Europy i Ameryki, jest "koniarzem z tempera- 
mentu" . 


- -4- 
 
-I. , 
/'
 
 
# 
(.-' 
 
.
 
4 

, 
-A 
\.. lr 
.s \ 

 
I I " 
, ,,
 \ 
I. .'fII/, . i . 
"\ wL' .. \ 
"- ..... 

I l' , 

 
 
... 


\ . 
ALFRED WIERUSZ-KOW ALSKl 


POWRÓT Z JARMARKU 


Urodzony w Sławucie na Wołyniu WŁODZIMIERZ ŁOś (1849- 
1889) kształcił się w krak. Szkole Sztuk Pięknych i Akademji mona- 
chijskiej, a potem pracował u Brandta. Liczne jego obrazy odtwarza- 
jące ze szczerością i umiłowaniem sceny z życia Podola i Wołynia, 
mało są znane w kraju, gdyż większość ich została sprzedana do Ame- 
ryki. 


j 


l) (Zm. 1925). 


181
>>>
. 


Chełmoński jest na wyżynie nieosiągnionej. W jego ogromnym cie- 
niu giną wybitni nawet artyści, zwłaszcza pokrewni mu w rodzaju 
twórczości. Do takich należy ALFRED WIERUSZ-KOW ALSKI (1849- 
1915). 
Urodzony w Suwałkach, jako 19-1etni młodzieniec wstępuje do 
szkoły rysunkowej w Warszawie i po kilku latach wyjeżdża do Mo- 
nachjum, gdzie trafił do majsterszuli Wagnera. Ale więcej niż Wa- 
gnerowi, zawdzięcza Brandtowi, a najwięcej sobie. 
W. Kowalski zaczynał świetnie. Jego "Melancholik" - samotny 
wilk na śniegu w zimową noc księżycową w otoczeniu polskiego pej- 
zażu, nabyty był przez Pinakotekę monachijską. Potem zaczęły się 
nieskończone obrazy z życia wsi polskiej: "Do kościoła", "Z kościo- 
ła", "Na jarmark", "Na wesele", "Na pastwisku" i t. d., gdzie widzimy 
roześmiane dziewczęta i zuchowatych parobków, pędzących wozem 
zaprzężonym w białe, ślicznie rysOwane konie, - wszystko na tle 
uderzająco polskiej w charakterze okolicy. 
Ale najsłynniejsze były sceny z wilkami. W .-Kowalski wystu- 
djował wilka jak mało kto, z wyjątkiem Chełmońskiego. Lecz Cheł. 
mońskiego polowania na wilki należą do najsłabszych rzeczy tego ar- 
tysty - a Kowalskiego do najsilniejszych. 
Zwykle noc zimowa, szalony pęd sani, zapienione konie, osza- 
lałe ze strachu, rwą co ducha w piersiach poprzez zarośla. W saniach 
ktoś z okiem obłąkanem zaciska krócicę w garści, tam dalej wali się 
jakaś bestja, farbując śnieg posoką. W całości - nie banalne ze- 
stawienie ludzi, koni i wilków, ale istotny, do dna wyczuty dramat, 
gdzie chodzi o śmierć i życie, oddany ze zdumiewającą swobodą, praw- 
dą i rozmaitością warjantów jednego i tego samego pomysłu. 
Obrazy te miały szalone powodzenie, kupowali je bogaci Niemcy, 
a zwłaszcza Anglicy i Amerykanie. To stało się przyczyną zguby 
fwietnego talentu. Nie mogąc nastarczyć popytowi, wykonywał prace 
bardzo liczne, ale pobieżne, powtarzające się, coraz słabsze, nadra- 
biając brawurową, mistrzowską techniką. Koloryt zaniedbał zupełnie. 
Obrazy zamieniają się niemal w monochromję - kombinacje ciepłego 
asfaltowego - i - chłodnych, jasnych, atramentowych tonów. Koń 
coraz częściej malowany z fotografji - a wkońcu z pamięci, co uła- 
twiała artyście ogromna znajomość kształtu i ruchu konia, nie lęka- 
jąca się najsilniejszych ulubionych przez niego skrótów. 
Zmarł 1915 r. 
Jeżeli Gierymski Aleksander ze zdolnościami stosunkowo skrom- 
nemi przez bohaterskie wysiłki osiągnął wyniki, przechodzące niemal 
miarę jego zdolności, - to Czachórski przeciwnie: cały olbrzymi ta- 


182
>>>
I 
. 


'f' 


-ł "" 
::J 
J c::I 
 
.: o:: 
ł. 
o. 
J 


_ ; C;' 


., 
'. 


'... .......... 


.,' 
l, 




 
...', 


.
 


If 



 
.. .... 

-

 
... ' 


.. 
. r 


. ' 



 
ł 


f" 



 


'\ 
\ 


-.. . 
"., " 


.. 


. 
 


.i 


" 
, 
i 
I 
... ' S2 
VJ 
-ł 
 

 
O 
... :..: 
.- N 
VJ 
4 '! , ::J 
o:: 
. I ;.:I 
I ' I 
 
1 ., CI 

 
!:: 
-ł 

>>>
. 
t..
 



. 

 
.
"'
. 


. . 
.;" (..1:" 


..--..:).

 



 ., 
.. I, '- . ., I 
,'ł.;, .. .....': 
... ł 



. 


, , 
i h ",. #Ir...... 



 


." 



, 
, ,. \.'\ 
V,
 


. ,'.,--'; 
," . 


T
... 



.. ,. "'r,. ' 
, p -
.y. '
I '\ i ł :!
\ '. 
"\' \ ! , 
.;. . ;:::.- .'y-i/I\ , 
 
. " "-v... , .;d' v' . . .....
 
 

 II ,'.,' .."--'
ł ,t
':\- 

 
 ;.ł\.. "'0 \\ ',' , I"JA 


 .L\;. \ . . 
.j;- , ..fi....-!.II{;+' tjtu; 
 
'Jij'
 . " 
,-1

 l, '0 ....'"
o_ b
/
 -y' t.. --Jt(ł
\
 \.' ') 


,... , 

;'M' _ . 
 
\.t
 
;'.
. 
. "'
 
 ."Io""'
 


 
J -'-. . 
',,' " .,., 


.
, ,. 
_.
 ' "" 


.-. t{ . 
... 


:,I.' . 
'J 
.' . 


..... l. 


..
., 



.., 
\.\. 


" , 


"
 


ALFRED WIERUSZ-KOWALSKI 


NIEBEZPIECZNA JAZDA 


t 


lent odtwórczy zmarnował i przehandlował, wskutek braku przymio- 
tów ducha, które cechowały tamtego - woli wytężonej, niedrzemią- 
cego sumienia artystycznego i pogardy dla powodzenia. 


WŁADYSŁAW CZACHORSKI (1850-1911), ur. w majątku rodzin- 
nym Grabowczyki w Lubelskiem, - po paroletniej pracy w warsz. 
Szkole Szt. Pięknych przeniósł się do Monachjum i stał się wkrótce 
chlubą "majsterszuli" Piloty'ego. Po trzech latach pracy u tegoż nie- 
tylko dorównał mistrzowi, ale go przewyższył, o czem świadczy tak 
wymownie jego "Zaczytana". Dama w szarej sukni i czarnej okrywce 
podwiązanej u szyi śliczną, ciemno-niebieską wstążką, siedzi na fotelu 
w pracowni, - trzymając książkę w ręku. - Lekkość skończenia, 
wspaniały ciepły, nasycony ton obrazu, ślicznie - odniechcenia dra- 
śnięte, a tak żywe szczegóły martwej natury świadczą o zupełnym 
rozwoju tego fenomenalnego talentu. Obraz ten namalował, mając 
lat 22!... Zapowiada on pierwszorzędnego malarza europejskiego. 
W tym duchu są jego prace z lat następnych "Do klasztoru" 
i "Hamlet", szlachetne w kompozycji, inteligentnie obmyślane, piękne 
w kolorze. 
Te pierwsze kilka lat były najpiękniejszą epoką twórczości Cza- 
chórskiego. W każdej pracy widać jej m a l a r s k i e obmyślenie, do 


184 


.... 



 


-
>>>
'!. .. 


... .. 


ł 


WŁADYSŁAW CZACHÓRSKI 


ZACZYTANA 


którego dorabia się l i t e r a c k i temat. Śliczny w kolorze szkic "Po- 
grzebu wenecjanki", cały na złotem tle, mówi nam wiele o tym trium- 
fie malarstwa nad anegdotą obrazu. Ale koroną wszystkiego są jego 
"wnętrza" - niewielkie, bezpretensjonalne, w których wypowiada 
się najsilniej maestrja tego zdumiewającego wirtuoza. Tu nęci go pół- 
mrok powietrzny ko
cioła barokowego, - balustrada z białego mar- 
muru na pierwszym planie, pilastry z czarnego, złocone ramy ołtarza, 
połyski, refleksy, drgania świateł. Tam wspaniała sala pałacu Do- 
żów w Wenecji z przepysznym pułapem, złoconemi pilastrami i sze- 
regiem malowideł ściennych - nieprawdopodobnie piękna w tonie. 
Gdzieindziej skromne, bielone wnętrze jakiegoś klasztor\! - wszę- 
dzie ta sama fenomenalna doskonałość formy. Taki wykwintny ry- 
sunek, taką subtelność i bogactwo nasyconych tonów, taką lekkość 
wykonania spotykamy jedynie u mistrzów, jak Fortuny albo Dagnan 
Bouveret. T e to prace dają miarę czem mógłby być Czachórski, gdyby 
od siebie więcej wymagał. 
T ego zdolnego, szczęśliwego, bez wysiłku pracującego artystę 
zgubiło powodzenie. Kupowano jego prace za tern większe sumy, im 


185 


- 


-
>>>
:. 


- I 
,'-. 


" 


I
 



 
I 


ł,.- .' 


, 
'\ 


'\ 


- .... 


'" 


.' -". 


-
 
 
,I, . . 
I '1t
 


l 


....... 
, 


ta" 
L'" 


. . 


j 


.... 


WOJCIECH PIECHOWSKI 


TOAST WESELNY 


były po malarsku gorsz.e. Stąd niepoliczona moc "typowych Czachór- 
skich". Motyw mniej więcej jeden: dama z twarzą lalkowatą, w ja- 
kiemś ultraburżuazyjnem otoczeniu. Zwykle siedzi przy stoliku, na 
stoliku wazony i kwiaty, za nią gobeliny i lustra, toaleta bogata - 
wszystko bezgranicznie banalne, ale wykończone zdumiewająco pra- 
cowicie. Jest to poprostu doskonałość kolorowej foto
rafji równa, 
nudna i bezosobista. - W tern malarstwie nie widać ani troski o ja- 
kieś zadania malarskie, ani o dekoracyjny układ, niema tam śladu tem- 
peramentu w samem malowaniu, w dotknięciu pędzlem, - żadne
o 
odruchu żywszego - jest to dzieło martwej maszyny, ale nie żywego, 
czującego człowieka. 
Te właśnie "Oczekiwania", "Zapytania", "Listy miłosne" i t. d. 
stały się mogiłą wielkiego talentu. Śmierć artysty 1911 r. była tylko 
ostatnią formalnością dramatu, który rozegrał się o wiele wcześniej: 
artysta w Czachórskim dawno już nie żył, zmarł tylko powszechnie 
żałowany, nadzwyczajnej dobroci i anielskiej pogody charakteru 
c z ł o w i e k... 


Trudno wystawić sobie większe przeciwieństwo, jak między 
na handel malowanemi pięknościami Czachórskiego a dziełem 
PIECHOWSKlEGO WOJCIECHA (1850-1911). Kto chce zrozumieć jedne 
i drugie, niech je dobrze z sobą porówna. 


186 


..
>>>
" 


-r.. 


\,

..' 
,.. 


.; . "l: 


'. 



 


, 


\ . 


. 
. . -.... 

 .', 4
! ;, 
,
 .:.. .'. 
:.,/' 



 


-\ 


, \ 


;' . 


.,; I.. 
 


\' 


" 


. 


\,' 


::- 
\" 


, 
:;.-.' 



, ,} 



 


) 


'-- 
L 


4 ,. . . 
, 
"t- -- " 
"'--
\' . 
1,.. C
'... 
 '"'.", 


- 



 


WOJCIECH PIECHOWSKI 


OCZEPINY 


1 


W prostej i niewyszukanej sztuce Piechowskiego niewiele jest 
szkoły. Gerson czy Akademja monachijska mało tu zaważyły. Ry- 
sem jej zasadniczym jest bezgraniczna szczerość w naiwnem i bez,.. 
pośredniem odtwarzaniu życia dworku szlacheckiego, plebanji, czy 
chałupy chłopskiej. Jest w Piechowskim coś z prymitywa samouka, 
jakim był niegdyś Breughel "chłopski", albo bliżej szukając - nasz 
Pęczarski. 
Syn drobnego obywatela z Mławskiego, Piechowski spędził mło- 
dość i zresztą całe prawie życie na wsi, w otoczeniu licznej rodziny 
i sąsiadów, miłych, typów bajecmych, doskonale zakonserwowanych 
w zapadłym kącie Mazowsza. Własnemi oczami, zbliska, widział owe 
"Podbierania pszczół", "Oczepiny", "Toasty weselne", "Procesje", 
sceny "W karczmie", "Marjasze na plebanji", "Księdza śpieszącego 
z wiatykiem" i t.d. Był tu żywym świadkiem, a najczęściej i aktorem. 
Dusza prosta, niezłożona, anielskiej dobroci, patrzy na tych bliskich 
sobie ludzi z pogodnym, wolnym od żółci uśmiechem. Zna ich i kocha. 
Jeżeli do jego obrazów przeniknęło coś z ducha satyry, ogromnie zre- 
sztą dobrodusznej, to - mimowiednie, dzięki jedynie bardzo wierne- 
mu odtworzeniu tego małego światka, podpatrywanego zawsze na 
gorącym uczynku, oddawanego z portretową dokładnością. "Wojtka" 
rozpierało jedno tylko pragnienie - oddać wszystko zupełnie tak, jak 
było, bez żadnych przeinaczeń, fantazji, poprawek i t. p. Stąd- 


187
>>>
obok widocznych braków - uderzają nas w jego dziełach te skarby 
obserwacji: galerja typów nieporównanych - podpiłej młodzieży 
w zaciasnych kołnierzykach i źle skrojonych frakach, grajka (w "Ocze- 
pinach") z włosami spoconemi, spadającemi na czoło, rznącego od 
ucha, p r z y t u P u j ą c e g o n o g ą,... drużbów, druchen, ciekawych, 
księży pod dobrą datą i t. p. 
W późniejszym okresie Piechowski, człowiek prostej a głębokiej 
wiary, zwraca się do dramatu ewangelicznego, porywa się na ogrom- 
ne płótna - "Ukrzyżowanie", "Chrystus wśród siepaczy" i t. d. Jest 
w nich jakaś szczerość i wzruszenie święte - rzeczy od wieków za- 
pomniane w sztuce kościelnej. Jest i dramat silnie odczuty, zwłaszcza 
w postaci Chrystusa, jest nawet coś ciekawego w archeologicznych 
szczegółach. - Ale braki malarskie występują tu silniej, niż w nie- 
wielkich, bezpośrednio z natury malowanych obrazach życia. Przytem 
Piechowski, jak fra Angelico, nie rozumie zła, gwałtu, złości, siły bru- 
talnej. - Jego draby biczujące Chrystusa mają kształty mdłe i zalane, 
ruchy bezcelowe, niezdecydowane, ani śladu siły i energji. 
Jedna z późnych jego prac, "Myśl", wskazuje, że Piechowski 
wszedł na niewłaściwą dla siebie ścieżkę - chce faszerować swoje 
malarstwo filozof ją i symboliką. Próba jest poroniona, ale nie przekre- 
śla wcale wzruszających w swym naiwnym realizmie dzieł pięknej _ 
młodej epoki tego artysty: 



 


Obok tych gwiazd pierwszorzędnych, do tegoż okresu i do sztuki 
monachijskiej należy GROCHOLSKI STANISŁAW, ur. 1858. Malował 
on pierotów i maseczki na balu, Żydów modlących się - bardzo 
modny w kołach monachijskich temat, - i liczne sceny z życia ludu 
huculskiego. Szerokie kompozycje, o wielkich nagich powierzchniach, 
z niewielką ilością figur, mają coś ascetycznego w stylu, w linji, na- 
wet w barwie. Grocholski dużo umiał i dobrze uczył. Otworzył w Mo- 
nachjum własną szkołę, dokąd uczęszczało wielu artystów polskich, 
a nawet i to w większości - cudzoziemców. 


I 


Wiele wrzawy z pomocą Kurjera Warszawskiego zrobiło w swoim 
czasie imię SZYMANOWSKIEGO WACŁAWA (ur. 1859 r.). Po pięciu la- 
tach nauki u Godebskiego w Paryżu przyjechał ten młody rzeźbiarz 
w 1880 r. do Monachjum i zabrał się do malarstwa. Świetnych zdol- 
ności, ale mało indywidualny, a bardzo wrażliwy, Szymanowski, pod- 
niecony przez otoczenie, namalował tu szereg obrazów z życia hucul- 
skiego, jak "Zwierzenia", a zwłaszcza "Kłótnia hucułów", za którą 
w Paryżu otrzymał poźniej medal złoty. 


188 


ł 
ł 
..
>>>
-r;" 


ttt ' 
.. -' . 
- . 

. 
,- 


- ,. , 


, 
. 


. I' 


, 
'. . 


. 


'- 


..' 
I ,
 ' I 
... 
 o!.}\ 


.t 


r: 


.. 


- rI" I 
 


" 



 


......' 


..... 


 


..... 


;;II. ? 


W ACtA W SZYMANOWSKI 


POGAWĘDKA GÓRALI 


W innych pracach malarskich artysta ten zdradzał bardzo silny 
wpływ Bastien Lepage'a. Wreszcie syt laurów, powrócił do rzeźby, 
w której jednakże również wyczuwa się zbyt wyraźnie echa potęż- 
nych indywidualności współczesnych, Meunier, Rodina i in. 


Również sprzeniewierzył się ideałom młodości ZDZISŁAW JASIIliSKI 
(ur. 1862). Po nauce w warszawskiej klasie rysunkowej i w akademji 
krakowskiej - Monachjum otworzyło mu nowe horyzonty. W jego 
głośnej, tamże namalowanej "Chorej matce" niema śladów senty- 
mentalizmu Gersona, ani też wpływu Matejki. W głównej postaci 
o bladej twarzy i zapadłych oczach dźwięczą tony sz.czerego natura- 
lizmu. Ton obrazu monachijski - brunatny, ale dosyć jasny. - W po- 
dobnym duchu malowany jest "W celi klasztornej", z ciałem zakon- 
nicy, której przez okno promień słońca pada na głowę. 
W późniejszych pracach Jasińskiego gasną te pierwiastki. Pomy- 
sły stają się stopniowo sentymentalne, koloryt z ciemnego ale szla- 


189
>>>
chetnego tonu monachijskiego przeobraził się w pstrą kolorkowość. 
Artysta poszedł drogą, nic wspólnego z naturalizmem nie mającą. 


Współczesną tym artystom wychowanką Monachjum była przed- 
wcześnie zmarła portrecistka ANNA BILIŃSKA (1857-1892). 


Z innych malarzy tej epoki, którzy mniej lub więcej zaznaczyli 
swój udział w ruchu naturalistycznym, można wymienić krakowskich 
malarzy LIPIŃSKIEGO HIPOLITA (1848-1884), ł-USKINĘ WŁODZIMIERZA 
(1849-1894), KONIUSZKĘ WACŁAWA (1854-1899),-z warszawskich 
zaś zdolnego, choć mało. indywidualnego JANA KONOP ACKIEGO 
(1856-1894), oraz OWIDZKIEGO JANA (1852-1913). 


Odrębną grupę stanowią "bataliści", których ta epoka wydała 
kilku, oczywiście bardzo różnej miary. Większość cieszyła się ogrom- 
nem powodzeniem, niektórzy czasowo albo stale byli malarzami "na- 
dwornymi". 


Taki los spotkał TADEUSZA AJDUKIEWICZA (1852-1916). 
Karjera jego życiowa była świetna. Po nauce w Szkole krakow- 
skiej, a później u Brandta w Monachjum, wykwintny panicz zwiedził 
Paryż, potem - Ukrainę, Egipt, Syrję, Anatolję, wreszcie 1882 r. 
osiadł w Wiedniu, gdzie zajął wspaniałą pracownię po Makarcie. 
Tu stosunki z arystokracją polską utorowały mu drogę do Dworu, 
został ulubieńcem Franciszka Józefa. W charakterze nadwornego 
malarza namalował mnóstwo portretów, za które mu płacono ba- 
jońskie sumy, a także liczne 'rewje, przyjęcia, polowania dworskie i t. p. 
zręczne, poprawne, ale płytkie i mało indywidualne. Także wspo- 
mnienia ze Wschodu. Dosyć jednakże porównać jego araby z ogie- 
rem Chełmońskiego z obrazu - "Na folwarku", aby odczuć przepaść, , 
jaka dzieli te dwa pozornie pokrewne sobie talenty. 


Nazwisko, a potrochu i sławę dzielił z nim młodszy brat 
ZYGMUNT AJDUKIEWICZ (ur. 1861-1917), którego Tadeusz - stojąc 
wówczas na szczycie powodzenia - powołał do siebie do Wiednia. 
W malarstwie idzie on nie nową, ale dobrze wypróbowaną ścieżką 
starszego brata. - Uzyskuje złote i srebrne medale (Wiedeń, Berlin, 
Lwów). Mieszka stale w Wiedniu, w 1890 odwiedza Paryż. Maluje 
portrety znanych osobistości oraz sceny rodzajowe. 


190
>>>
. 
/,'
 -.,:-.. '''I
 
i . 
... 


.- 


..t. .. , 
... 


:. 


- .-... 
\ - 
,:"\ 
 . :,'. 
,t ".. 

 ,', ," 


,.---, 


:} 


......
 
I . '
", . 


'
 
-ł o .. 



 
.:
, ,:'. 

, 
I': 


.

,
 -;;:- 
, ! -', 


:-.... . 


... 


, --:.. , 
--..... 
... 


--ł 


'., #, 


-
 " 
. Ji1III", . '! 
'.-,' 6,;J. 
....ty....o. ' 


, 
..\- 


,. 


.
 - 


I .
 
 f' 11. 


-::.
..... ... };, ..
. t . 
 . l .. 
 
'-Ąf' ,,',Ii. " '. -, '-:.:
. -'t" " 
 
'.' II..J.- )Ił.:ł. 
 ,'" .: 'i\ 
 . 
· ': ...
1
 ", , .. .
" ,\

,,". .
.... 1 001 '..,. 
." '-'" 
".' 
 
 "l:
 
.. t, ,\'t1'
-:,. I ' 
"ca.J ! "". - U ,I'" .
:
 )"'\' -":4__ 
, , " " '\.' 
 ' 
" . ( 


"" 


'.... 


.. 


TADEUSZ AJDUKIEWICZ 


Z MOTYWÓW WSCHODNICH 


Najświetniejszym talentem z tej grupy jest WOJCIECH KOSSAK 
(ur. 1857). Syn Juljusza - po ojcu odziedziczył wielkie poczucie ko- 
nia i temperament rycerski. Mistrz Brandt rozwinął tylko te pierwiast- 
ki - i dał młodemu Kossakowi szkołę, której brak odczuwał jego 
genjalny ojciec. Kossak, - urodzony batalista, kocha się w kam- 
panjach Księstwa Warszawskiego oraz - 1831 r. a wreszcie - we 
współczesnych bitwach, na które patrzył żywemi oczami. Wstecz 
poza epokę Napoleona nie sięga. 
Kto z dzisiejszego pokolenia nie zna jego "Olszyny Grochow- 
skiej", albo kozaków pędzących z wyciem po Krakowskiem Przed- 
mieściu w dniu zamachu na Berga. Kto nie pamięta wspaniałej pa- 
noramy "Berezyna", malowanej wspólnie z Fałatem, użytym tu wy- 
łącznie do krajobrazu. Gdzieindziej Kozacy, przejeżdżając obok tru- 
pów, żegnają się pobożnie (było to jeszcze przed wojną!...). Gdzie- 
indziej ukryta za murem pod Gravelotte orkiestra grzmi "Jeszcze Pol- 
ska nie zginęła" pułkom poznańskim, rzucającym się na francuskie 
mitraljezy. Orkiestrą dyryguje gruby, brzuchaty, ogromnie wyczuty 
w typie Prusak. 


191 


--
>>>
.. 
- . 
,:' ;

; 
I r
 
'. -ł'(';' . 41:) ,,
 
_ _ ---Ł- ił:..... 


E 
o 
..... 
(') 
i'i1 
(') 
:x 

 
o 
en 
en 
 

 


o 
t"' 
en 
N 
- 
Z 

 
 


! ..." 
.!
 


," 


M 
, ...ł; 


.. 
J; 


. . .y 
, .).' 


'.. A. 
. 

 '; -- 
 

 : 7,' 
 -''1 
....' .".r 

.. "
 

 


. .' 


}r-;t , 
"\. ", -a.., I.,., . '" 

" 

 
\ł' 
- 


;, 


ei' 
\I'" ' 



--- 


:G 
.
-\, ' 


. 


\ 


¥ *' \ 

.. 

 ' 
- " . 


\ " 
e.
\

\ 
. ,ł: 

 


....
' 
 
..... 

..,.-; 


... 



 

. 



 


" - 


. . ł-
' 



'" 
.;. 


'6 
.. 


,- 


,.
... - 
 


/ 


..
 


.1 


ł 


. 


\ 



 
. ., \ 
. 
 
J'......,fo:. 
'
' . 


.' 


"I' 


. 


',{
I 
... 
l. 
I . 


'_ "1 .... 
\ 


, ' 


.
, 



 


...
 


\ 


.('.
>>>
'l
....ł.

' 
 
..., ;
....
. 

 . . t . f " 
 _ 
i 
J '... ... 
, 
. .' oJ, 
., ' ... 


- I 
. 


----Sl 
i- . 


,
 t 
, 
I, .
.,"
 
ł. .',\. 


, 
_ '081' \ 


{ł 


,. 
-.-- 


.-
 . . . 



, 


..... 


r 
. 


. 


",,_o 



 


\ . 


., 
,. -., 
-t 
'I '\ 
\: I 

 
" 
-.... 
#' : -"',"" 
. "- 
,I 1# , 
'''. 
J. "'ę.. 
..' 


-ł 


," ... , 
--- . 
*
t-. 
 


! 


L_ 


.. 



 - '. 
........ . . 
 
, 
 
-, . 
 


yetuL., 


WOJCIECH KOSSAK 


z DEPESZĄ 


Duża wiedza rysunkO'wa, zręczna kO'mpO'zycja, nadzwyczajne od- 
czucie ruchu kO'nia i dramatu bO'jO'wego żO'łnierza każą zapomnieć 
o braku PO'głębienia czystO' malarskiegO', a zwłaszcza zaniedbaniu 
barwy, widO'cznem szczególniej w PO'rtretach KO'ssaka, gdzie nie mial 
sposO'bności zabłysnąć wyżej wymienionemi przymiotami. 


ZdawałO' się, że na tym artyście kO'ńczy się szereg znakO'mitych 
malarzy kO'nia. Jednakże czasy nO'wsze ujawniły wybitną zdolnO'ść 


Malar.lwo pol.kie - 13 


193
>>>
w tym kierunku - talent JANA KOTOWSKlEGO (ur. 1885), uczeń 
Wyczółkowskiego, który zdaje się wiele zapowiadać doskonałemi 
w typie i charakterze końmi. 
Dla ścisłości należy wymienić jeszcze dwóch malarzy, których 
prace ze sztuką właściwą mają małQ wspólnego, jednakże cieszyły się 
dużem powodzeniem na rynku obrazów. 


JAN ROSEN (ur. 1854 r.), malarz bez temperamentu, bez indywi- 
dualności i poczucia wartości malarskich, jest człowiekiem ogromnej 
i sumiennej pracy, oraz gruntownym znawcą kostjumologji wojskowej 
czasów napoleońskich i - Królestwa Kongresowego. Obrazy jego 
budzą interes, niekiedy wysoki, ale nie jako dzieła sztuki, tylko jako 
ilustracje do historji. W Warszawie, w epoce najdotkliwszego ucisku 
rosyjskiego, Rosen umiał poruszyć serca wszystkich wystawieniem 
"Przeglądu wojsk na Saskim placu" przez ks. Konstantego. Obrazy 
jego nadają się znakomicie do użytku szkolnego, jako tablice poglą- 
dowe do nauki historji w klasach wyższych. 


Malarstwo JANA CHEŁMIŃSKIEGO (ur. 1851 T.) jest przedrzeźnia- 
niem Meissonier'a, z domieszką motywów i pomysłów połapanych 
u wszystkich koniarzy i batalistów świata. Rozległy handel obrazami, 
jaki prowadzi na obu półkulach ten zabiegliwy artysta, jest w odwrot- 
nym stosunku do ich wartości malarskiej. 


Godzi się też poświęcić tu parę słów znakomitemu malarzowi 
PAWŁOWI KOWALEWSKIEMU. Syn Józefa Kowalewskiego, profesora 
Szkoły Głównej, zesłanego do Kazania, przyszedł tamże na świat 
z matki Rosjanki. Uczył się w Akademji Petersburskiej. Skończył ją, 
dostał stypendjum i pojechał do Paryża. - Sławę zdobył wczesnym 
obrazem "Rozkopywanie Pompei". - Potem przerzucił się do koni 
i tematów batalistycznych. Świetny, trochę suchy rysownik zwracał 
na siebie uwagę na wystawach zagranicznych. U nas w kraju jest 
wcale nieznany. 


Jeżeli pominąć znanego w swoim czasie LEOPOLDA HOROVITZA 
(1844--1917), Żyda węgierskiego, czas dłuższy pracującego w Warsza- 
wie, portrecistę pracowitego, ale bez talentu, - to epoka naturalizmu 
wydała dwóch wybitnych w tym zakresie malarzy - Pochwalskiego 
i Lenca. 


KAZIMIERZ POCHWALSKI (ur. 1856), artysta zdolny, z dobrą szko- 
łą, - od 1893 r. profesor akademji wiedeńskiej, prócz wielu anegdo- 


194
>>>
ST ANISł A W LENC 


PORTRET FRENKLA 


tycznych obrazków, namalował dużo portretów, wprawdzie wolnych 
od założeń czysto malarskich, ale bardzo poprawnych i prostych 
w kompozycji. Z tern wszystkiem nie wychodzą one daleko po za za- 
kres fotograficznego układu i fotograficznego podobieństwa, co 
stwierdza jedna z najlepszych jego prac - portr-et Henryka Sienkie- 
wicza. 


LENC STANISŁAW (1862 - 1920) jest głębszym i bardziej żywioło- 
wym naturalistą, zaraze
 - bardziej twórczym. 
T ęgi kolos z niewielką głową, o potężnej szczęce i zwężonej 
czaszce, o rysach grubych, a mięsistych, już powierzchownością zdra- 
dzał naturę prozaiczną, ciężką i trzeźwą, drwiącą z poezji i fantazji, 


195 


..... 


-
>>>
uznającą jedyny ideał - prawdę, w całej jej surowej nagości i potę- 
dze charakteru. 
Taką istotnie była jego sztuka. Lenc znał i studjował wielu daw- 
nych wielkich portrecistów, ale jego gwiazdą przewodnią w ciągu ży- 
cia był stary Franc Hals. Doskonałe fragmenty z dzieł tego mistrza 
wisiały na ścianach jego gabinetu, lubił zawsze na nie patrzeć, a na- 
wet malował się czasem w prasowanej kryzie i holenderskim kape- 
luszu. 
Hals otwierał mu oczy na tajemnice życia i charakteru, a zara- 
zem uczył formy malarskiej energicznej, śmiałej, a szerokiej. 
Lenc nigdy nie był modnym portrecistą. Malował najczęściej nie 
na zamówienie, a z amatorstwa portrety wybitnych osób: muzyków, 
uczonych, lekarzy, aktorów i t. p. Jabłonowski historyk tkwi głęboko 
w fotelu, wsparty na dłoni, zatopiony w myślach o minionych czasach, 
Michał Hertz, muzyk, siedzi z założonemi po napoleońsku rękami, 
przekręconą główką i szukając natchnienia, goni wzrokiem muchy po 
suficie. Frenkiel robi poważną, a śmiech budzącą minę i t. p. Wszę- 
dzie szukał za wszelką cenę życia i charakteru, z przyjemnością pod- 
kreślał śliwkową barwę i kształt nosa profesora M., warjackie oczy, 
nerwowe tik'i twarzy, artystyczny nieład długich włosów i t. p. - 
u innych. Robił także portrety grupowe, jak T -wa Naukowego, by- 
łych profesorów 
'Łkoły Głównej i t. p. 
Lenc zawsz
 lubił szeroko malować, ale na szczycie karjery ar- 
tystycznej doszedł do istotnego mistrzostwa. Bryłę głowy, lub - co 
trudniejsze - dłoni - modeluje śmiało, energicznie, szerokiemi mi- 
strzowskiemi uderzeniami pędzla, z nieporównaną wprawą, odczu- 
ciem kształtu i zrozumieniem konstrukcji. 
Wszystkie te przymioty cechują jednak (podobnie jak u Lenba- 
cha) wyłącznie portrety męskie. Nie było mu dane wszystko, co 
tchnie lekkością i wdziękiem, - nie rozumiał wytwornej linji i ruchu 
kobiet i unikał ich malowania. Natomiast miał słabość do "kompo- 
zycyj" , do scen złożonych, które mu dawały możność kombinowania 
na płótnie kilku figur. Tak powstał "Strajk", "Lombard", "Mówca lu- 
dowy", "Fanfara", "Wino, kobieta i śpiew" i t. p. obrazy wbrew in- 
tencjom autora sztuczne i nieodczute. 
Lenc nie był kolorystą. Barwy jego są 
iężkie i ciemne, sprowa- 
dzone do bronzowych, szarych, czarnych i oliwkowych, naogół - cie- 
płych - tonów. Ale w tej ubogiej gammie umiał dojść do miłych, choć 
niekoniecznie nowych harmonij. 


196
>>>
.....'." 
(,;r 


" 


1ir
 


'- 


S' 
... 


.
. 
. r-\ 


\, 


ST ANISł.A W LENC 


PORTRET HERTZA 


Do licznych (często przygodnych) ilustratorów tej epoki należy 
ANTONI KAMIEŃSKI (ur. 1861 r.). Nie był on nigdy tak płodny, tak 
efektowny i dekoracyjny, jak - w ubiegłym okresie Andriolli. Ma 
jednak własne, i niemniej wysokie wartości. Syn obywatela z Gro- 
dzieńszczyzny, z urodzenia wątły, pobudliwy i bardzo nerwowy - 


197
>>>
w sztuce swojej jest dość nierówny. Doskonały rysownik, zapraszany 
jeszcze 1892 r. jako współpracownik do paryskiej I II u s t r a t i o n, 
najswobodniej się czuje, operując lekką, nerwową kreską, tu i owdzie 
podtonowaną. Jego drobne, rysowane portrety, jak Boznańskiej, Wy- 
spiańskiego i in. świadczą o głębszem odczuciu psychologicznem. 
Twórcę "Wyzwolenia" scharakteryzował w prostym szkicu, zdumie- 
wająco silnie: jasne oczy marzyciela, poety jasnowidzącego, patrzą 
wprost, gdzieś poza widza, pełne niezgłębionego smutku. 
Wśród właściwych ilustracyj, zamieszczanych najczęściej w "Ty- 
godniku Ilustrowanym", niektóre - do Kry s t Y i A n a s t a z j i - 
są doskonałe nietylko dla wykwintności rysunku i kompozycji, ale 
zarazem dla oryginalnego nerwu dramatycznego. 


I. 


l'!. 


. 
I." . 


..;- 


.... , 



 \ 


#- 

L. p ;.1::. 
. . ....4 -.2'1"' ....,. 
..--

 .t //i--!i-ś.,....:r
l 
 
- . - :.«:;: 
 iś'-. 

1'1.. X:A 
- ... .4. . 


, 


ANTONI KAMlENSKI 


MOST NOTRE DAME W PARYZU 


Te odczuwania psychologiczne, a także potrzeba wypowiedze- 
nia swojej cierpiącej duszy - prowadziły niekiedy Kamieńskiego do 
pomysłów zgoła romantycznych, pełnych przenośni i symbolów. Ta- 
kim był jego cykl "Pieśni o życiu". Na jednym z rysunków (,,3D-ty rok 
życia") widzimy poustawiane niby nagrobki symboliczne wszystkiego, 
co było wielkie i szlachetne w duszy ludzkiej. Wśród tego cmentarza 
siedzi para zapasionych egoistów: on liczy pieniądze, ona karmi 
dziecko... W rogu obrazu tragiczna cytata Maupassant: "O życie! ży- 
cie - co ty robisz z ludzi... O ludzie! ludzie - co wy robicie z ży- 
. I? 
CIem. .... 


. 


198 


...........
>>>
I 


Z innych, już zapóźnionych przedstawicieli ilustracji reali- 
stycznej wymienić można KAZIMIERZA GORSKIEGO !(urodz. 1869) 
i STANISŁAWA BAGIEŃSKIEGO (ur. 1876) płodne
o batalistę i koniarza. 


Ta bujna epoka miała i swoich teoretyków. 
Takim teoretykiem był CHMIELOWSKI ADAM (1846 - 1920), 
wysoce niepospolity człowiek, ex-powstaniec, niepłodny malarz, 
uczeń szkoły warszawskiej, a potem od 1868 r. monachijskiej aka- 
demji. Chmielowski nie pisał wprawdzie, ale wiele i głęboko my- 
ślał, sądy swoje wypowiadał wśród kolegów, na których miał wpływ 


},' 
. 
:"'\\1': 
 
\.;:
\
 
 
, '\; 
,', \ 


;... .r. 
 


t,' .'; 


" 


"...... --,;:
 


.... 


. h..'-. 
.\ 

.
, ":
ho 
", ....:'- ""I 
. ': l ' '. 
I: L 
, . 
,: i 
. I, 


' l ' 
, ' 
" ;IJ 
, - 


.  


.\' 


, 



; ........... 

 
'
 
..

 
_ ł
_'w"ł-KdIJ'ł_'1
:- 


I., 


\.. 


-- 


ANTONI KAMIEŃSKI 


PORTRET ST. WITKIEWICZA 


ogromny. Nawet Witkiewicz wiele zawdzięczał obcowaniu z tym 
niezwykłym człowiekiem. Chmielowski zniechęcił się jednak do sztu- 
ki i zraził do życia' świeckiego. Dru
ą część swego życia, jako "brat 
Albert" poświęcił pomocy ubogim i nieszczęśliwym. Zmarł w drew- 
nianym klasztorku przez się wzniesionym w odludnym zakątku Tatr, 
na stokach Giewontu 1920 r. 


Chmielowski pozostał nieznany szerszemu ogółowi. Natomiast 
dał się szeroko poznać świetny pisarz, myśliciel i pierwszy krytyk 


199 


........
>>>
polski o europejskim zakroju STANISŁAW WITKIEWICZ (1851- 
1915). 
Syn zesłańca. urodzony na Syberji, znalazł się w Warszawie 
w epoce przełomowej, a stąd wraz z innymi malarzami pojechał na 
studja dalsze do Monachjum, gdzie zbliżył się z całą kolonją, szcze- 
gólniej z Chmielowskim. Chełmońskim i Piotrowskim Antonim. Jed- 
nakże w dalszem życiu zaważył on na losach sztuki polskiej nie jako 
malarz, ale jako pisarz, krytyk i polemista niezwykłego talentu. 
Szeroko zakrojona była lin ja jego pióra. Uderzył całą siłą mło- 
dego uczucia i bojowego temperamentu na wszelkie grzechy naszego 
życia. Pierwszy zauważył potworny stosunek społeczeństwa do sztuki 
i piętnował je ze straszliwym bólem człowieka, który widział tego 
skutki: trwonienie żywych sił narodu, marnowanie najświetniejszych 
talentów, pochłanianych przez topielisko nędzy, choroby, rozpaczy, 
obojętności powszechnej. Obnażył z heroiczną odwagą całą nędzę 
krytyki warszawskiej: w szeregu świetnych w sensie dialektycznym 
artykułów wytknął i wydrwił bezprzykładnie jej nieuctwo, nieznajo- 
mość przedmiotu, jałowość sądów i szermowanie frazesem. Sypały się 
wióry z kurjerkowych krytyków i z trzaskiem runął autorytet profe- 
sora Struwego, jednego z głównych filarów krytyki i estetyki war- 
szawskiej. 
Krytyk - śmiały i cięty uznanych i przecenianych wielkości. ry- 
cerski i nieustraszony obrońca talentów nieuznanych, jak Chełmoń- 
ski. Gierymski, Piechowski, Kurzawa i inni, w licznych artykułach 
umieszczanych w Wędrowcu, w Bibl. Warszaw., Tygodn. Ilustr. i in- 
nych pismach, rozwinął cały program naturalizmu w sztuce, dążenie 
do naukowo ścisłego, objektywnego odtwarzania' świata, w jego li- 
njach, barwach, światłocieniach, perspektywach i t. d. Prace te wy- 
dał w zbiorku pod tytułem "Sztuka i krytyka u nas". 
Do piękniejszych prac Witkiewicza należy prześliczna, szeroko 
zakrojona monografja Juljusza Kossaka. Z innych napisał studjum 
o Gierymskim Aleksandrze, o Matejce (parokrotnie). o "Dziwnym 
człowieku" i t. p. On to jeden z pierwszych pisał o "stylu zakopiań- 
skim" i dał początek badaniom sztuki ludowej z e s t a n o w i s k a 
a r t y s t Y c. z n e g o. . 
W 1886 r. znalazł się Witkiewicz w zapadłej wioszczynie ta- 
trzańskiej Zakopanem. - Oczarowany cudowną przyrodą górską 
i niezwykłem życiem i charakterem górali, wracał tu parokrotnie, 
a wreszcie - dotknięty chorobą płuc - osiadł w Zakopanem na 
stałe. Cały swój zachwyt i miłość tego dziwnego świata utrwalił 
w przepięknej, przez siebie samego ilustrowanej, książce "Na prze- 


200
>>>
łęczy", a także - w innej późniejszej "z Tatr", gdzie jednak porusza 
problematy wyłącznie psychologiczne. 
Umysł głęboki i oryginalny, na każdą rzecz umiał spojrzeć z wła- 
snego punktu widzenia. W śród licznych jego prac wyróżnia się wspa- 
niałe studjum "Mickiewicz jako kolorysta", o którem Klaczko wy- 
raził się jako o najlepszej rzeczy, jaką wogóle napisano o Mickiewiczu. 
Dusza niezwykle szlachetna i gorąca, przyjaciel Chałubińskiego. 
Paderewskiego, Sienkiewicza, szanowany przez przyjaciół i wrogów 
po życiu pełnem walk i chwały zgasł dn. 5 września 1915 r. 


Historja sztuki polskiej nie może pominąć nazwiska MIŁOSZA 
KOTARBIŃSKIEGO (ur. 1854), syna tejże bohaterskiej epoki. Jak ma- 
larz dał on sztuce niewiele i sam świadomy tego zresztą, rychło ma- 
larstwo porzucił. Trochę publicysta, poświęcił się przedewszystkiem 
pracy pedagogicznej. Człowiek wysokiej kultury. giętkiego i wnikli- 
wego umysłu, pedagog z zamiłowania. oddał sztuce rzetelne usługi, 
kształcąc szereg młodych pokoleń w dobrej szkole i zdrowych poję- 
ciach... Niezwykła prawość. bezstronność, samodzielność sądu i wy- 
sokie przymioty charakteru - zjednały mu szacunek artystów wszel- 
kich bez wyjątku grup i kierunków. 


Wszystkich tych ludzi znał i opisuje HENRYK PIĄTKOWSKI 
(ur. 1853). należący do ich pokolenia. Na polu twórczem dał się mało 
poznać, natomiast jest on żywą kroniką swojej epoki. Ruchliwy i to- 
warzyski - w Monachjum. Paryżu, czy gdzieindziej porobił znajo- 
mości z mnóstwem artystów i gromadził o nich wiadomości. Od lat 
wielu jest niewyczerpanym dostawcą życiorysów zmarłych artystów 
dla czasopism warszawskich.
>>>

>>>
RUCH 
NATURALISTYCZNY 


. 


PLENER 


. 
l 


IMPRESJONIZM 


WYCZÓŁKOWSKI. T. AXENTOWICZ. MASŁOWSKI 
P ANKIEWICZ. PODKOWIŃSKI 
KĘDZIERSKI. WOLSKI. TAŃSKI. CIĄGLIŃSKI 


AUGUSTYNOWICZ. TETMAJER. WODZINOWSKI 
ROZW ADOWSKI 
KRZYŻANOWSKI 
SIESTRZENCEWICZ 


IBl ;mpr.,jonizm;. zaczęto w Pol,c. mówić od czasu pamięt- 

 nej wystawy paryskich prac Pankiewicza i Podkowiń- 

 skiego 1889 r. Wrażenie wystawy było piorunujące. Zro- 

 zumiano ją, i słusznie, jako nieulękłe wyzwanie rzucone 
starej sztuce. Zatrzęsły się ze zgrozy wszystkie patentowane wiel- 
kości warszawskie, ale młodzież przyjęła ją jak Objawienie. Zerwała 
się burza, która oczyściła trochę zatęchłą atmosferę Warszawy. 
Ale duch pleneru właściwego niewidzialnemi szlakami torował 
sobie drogę do najdalszych zakątków Europy. - W czasie kiedy Pan- 
kiewicz i Podkowiński siedzieli jeszcze w Paryżu, w Polsce rodził 
się samoistnie plener właściwy - w cichości zupełnej, bez walk 


203
>>>
i zgiełku, bez wzorów paryskich i wszelkich podniet zachodniej sto- 
licy sztuki. 


Pion erem jego był WYCZOŁKOWSKI LEON (ur. 1852). 
Na portrecie jego widzimy twarz suchą, o wystających kościach 
policzkowych, tatarskich oczach i energicznym długim nosie - twarz 
dziką - jakiegoś kresowego szlachcica. Tylko oczy patrzą spojrze- 
niem dziecka, pełne pogody ducha, zapału i młodzieńczego blasku... 
T e oczy mówią prawdę. W tern dziecku przyrody żyje młodość 
i świeżość zdumiewająca dziś jeszcze w 70-letnim artyście I Żyje mi- 
łość wielka a b e z i n t e r e s o w n a dla sztuki, - i zapał stwierdzo- 
ny nie pustą deklamacją, ale niestrudzoną - bohaterską poprostu 
pracą kilkudziesięciu lat... 
Jego sztuka jest żywem przeciwstawieniem malarstwu tematów. 
Wprawdzie podpisuje on swoje obrazy jako "Druida skamieniałego", 
"Kopanie buraków" czy "Orkę na Ukrainie", - bo jakiś tytuł trzeba 
było im dać, ale w gruncie są one wolne absolutnie od treści anegdo- 
tycznej - i zadania ich są wyłącznie formalne - czysto malarskie. 
Naturalnie jeżeli pominąć pierwsze prace, jeszcze w szkole Matejki 
wykonane jak np. "Ucieczkę Maryny Mniszchówny". 
Już wczesne jego "Wesołe pacholęta" barwnie ubrane, igrające 
na zielonej łące, zdradzają wybitnego kolorystę, szukającego zadań 
czysto malarskich. Zyskały one mocną podstawę, kiedy Wyczółkow- 
ski pojechał na Ukrainę i zaczął samodzielne studja pleneru. Powstaje 
cały szereg prac wspaniałych, osnutych na m o t y w a c h ś w i a t ł a- 
przeważnie - słońca pod zachód. Przypada to na 80-te i 90-te lata 
XIX w. Nikt z artystów polskich nie dotarł do tak zdumiewających 
efektów świetlnych. Jego rybacy w czerwonym blasku zachodu pło- 
ną poprostu na tle sinej cichej wody, albo zielonkawego, nasyconego 
złotem nieba. Niebieskie, sine, liljowe refleksy od strony cienia, cu- 
downie dopełniają śmiałą czerwień świateł i zamieniają malowidło 
poprostu w życie samo, ociekające gorącą purpurą zachodu. - Tak 
pojęte jest "Kopanie buraków", "Orka na Ukrainie", "Druid skamie- 
niały" i inne. 
Od skarbów natury - nasycony już jej światłem i syt tryumfów- 
Wyczółkowski przechodzi do skarbów sztuki. Nęcą go sarkofagi kró- 
lewskie gdzieś w mrocznej kaplicy, pajęczyną osnute, na których 
drga skąpe światło, przedzierające się przez okna; - nęci - wspa- 
niała srebrna trumna świętego Stanisława; to znów kapy, ornaty 
barwne, złotem przetykane, krzyże, kielichy, emalje - cały "skar- 
biec Wawelski", który przeniósł na papier w świetnej, nieporównanej 


204
>>>
- 



 


( :) 


\
. . 
. ... 
\" 


I 


\.. 


,l 


---:1 


( 
.
J. " 

. 


') 



 


'ł 



 


". 


\ 


.,. , 


\.. "o 

 "\,. 


. . 


. 
'\ '" - 

 .& \) . 
.- . " \ ' 
-'t, . I 
" 


), 


h 


j 


,\ ,,
\ 


- """ " 
J- '. 


'-, - 


. . 


... 


--
>>>
. ł 
I 


t
>>>
. ! 


"\ 


-ł 


" 


..... 


.... 


,'..# ' 
,.;) l.. 
J1 J #. 
.t ,
 

 .-..:" 
\=.: 
 
:-ł --ł 
I 't' 
f . 
ił ł , 
I . -ł ....., 
. i 
" ' . \.....
. - 

I 
 
, J' 
'\ 
ł' 
 

\ ._
' \, 
. \
 
- 
s
"¥ I" 
-:;fł; \1 


 
 l' 


, , 


. 
. 


'- 


\ 
,. - 


'.'7: ' 
.1 


.- 


w..: 
\...... - 


'.. 


:
... 


..... 


kY'- 
 

- 
. ' 
j 


, 


, 
I . 


, 




 
. .......... 
.. 
ł
 
.
. 
 
..;"}
 \ ", i
 
.. ..;::::. 
,. '.- 
 

. '1:. - 
.
 


."" 
'" 


I, 


'" 


a 
 

 
o 
:: 
'" 
 
V 



 
V 

 
o 
:: 
..,J 
-o 
N 
u 
- 

 
z 
o 

 
....l
>>>
F 


-'o 


";: 


r../\ 

 


\ 

. 


.
 


l' 
-\ 
\ 


,. 


,
 

. 


" 


. ......:.:. 


.'_ 
 __: '.ł 


 .. , I . Po 
ił: w......... 
. ....... 


. .- 



. 


. -.. 


,
 
:r' _ 
 \ 
, ';\ 
,. .'-- 
.- 


.;.- 


'r
... 


.' 


" 


LEON WYCZÓŁKOWSKI 


GÓRAL 


technice pastelowej. Teraz świeżo przeszedł od farb olejnych do tem- 
pery, a zwłaszcza pastelu i upojony czarem tegoż, lekkością techniki, 
siłą i bogactwem tonu - probuje wszystkich jego tajemnic i dociera 
poprostu do granic możliwości. Jego Skarbiec Wawelski to szereg 
arcydzieł techniki i poczucia formy malarskiej. 
Tym samym wirtuozem kolorystą upajającym jest Wyczółkowski 
Leon w portretach. Jeszcze w "Portrecie matki" są ślady szkoły mo- 
nachijskiej - brunatne ciemne sosy. Ale w późniejszych - olejnych 
a zwłaszcza pastelowych, jakże daleko pozostawił poza sobą Mona- 
chjum. Każdy portret - zresztą ślicznie rysowany energicznym sztry- 
chem, zamienia się w świetną improwizację, w barwną symfonję to- 
nów, śmiało i lekko rzucanych nerwową ręką. Zwłaszcza niektóre 
pastelowe wyglądają jak wspaniałe bajeczne hafty o fantastycznych 
zgoła linjach nici... 
I ta druga czy trzecia miłość wyczerpała się jednak. Wyczółkow- 
ski dotarł do dna trudności, pokonał je zwycięsko i - złożył narzę- 
dzia walki... 
T era z pali się do g r a f i k i. T echnika bowiem - wszelka nie- 
znana technika ma dla niego urok niezwalczony, cieszy go sama w so- 


206 


---
>>>
"Kraków", "Gdańsk", "Białowieża", "Ukraina", "Wawel" i "Teka 
legjonowa" . 
Pracownia jego staje się jakiemś laboratorium. On sam alchemi- 
kiem średniowiecznym, wiecznie szukającym kamienia filozoficznego, 
z pomocą którego tworzy się złoto szczerego piękna. Zawsze świe- 
ży, - wobec czarodziejstw każdej nowej techniki wzruszony, jak 
młodzieniec wobec czarów białego ciała oblubienicy. 
W miarę jak się zagłębiał w otchłanie grafiki, obojętniał dla 
barw, porzucił malarstwo olejne i pastelowe i, oczarowany nowemi 
wzruszeniami, patrzy na tamto jako na grzechy młodości. 
Od 1895 r., t. j. od czasów reformy Akademji Sztuk Pięknych, 
Wyczółkowski jest jej profesorem i stale mieszka w Krakowie. 
Uczniów swoich rozwijał nie teorją, ale poprostu przykładem. Kiedy 
słów zbrakło, brał paletę ucznia do rąk i pokazywał poglądowo, co 
i jak trzeba malować... 


AXENTOWICZ TEODOR (ur. 1859) należy do epoki przełomowej- 
i w sztuce jego wyczuwa się dawniejsze podłoże naturalistyczne - 
oraz nowsze - nawarstwiane z tego, co do sztuki wnosił impresjo- 
nizm a później - dążenie do stylu. 
Kiedy młody podówczas Axentowicz w 1878 roku przyjechał 
z Krakowa do Monachjum, kierunkiem panującym bezwzględnie był 
tu naturalizm. Artysta nie mógł mu nie ulec: zyskał w nim zdrowe 
podstawy, na których wsparły się jego dalsze przemiany. Życie ludu 
ruskiego wschodniej Małopolski dało mu temat do szeregu obrazów 
znakomicie obserwowanych, świetnych w rysunku, pełnych prawdy 
niepretensjonalnej w układzie - zarazem bardzo malowniczych - 
dzięki malowniczym strojom, chorągwiom, dzbanom i t. d. tego ludu 
tak artystycznego w swych instynktach. Wreszcie, światło, słońce, 
śnieg dało im jasność i tęgość plam. Takim jest "Pogrzeb na Rusi", 
"Święcenie wody" i cały szereg innych aż do studjów pojedynczych 
figur. - Podobnie "Zajęcie Wiirtzburga przez Francuzów 1811 r." od- 
słania nam Axentowicza jako znakomitego malarza wyrazu. Zwła- 
szcza świetną jest grupa przerażonych mieszczan, z wybladłym, trzę- 
sącym się burmistrzem na czele. 
Po Monachjum przyszedł Paryż. 13-letni pobyt Axentowicza 
w tem mieście pogłębił formę tego artysty, dał jej więcej powietrzno- 
ści, jasności, barwności i wykwintu. Nie przechodząc wprost do re- 
wolucyjnego obozu impresjonistów, Axentowicz przyswoił sobie cen- 
niejsze ich zdobycze. Arcydziełem tej epoki jest jego "Oberek" 
młody parobek z dziewuchą - w tańcu tak zawrotnie szybkim, że 


208
>>>
. 
I . "'"' ... 
.. " 




 


-- 

'."% 


.11 
- 
..;''''' 
-# 


c,.-i 



 


. 


..... 


'. 
... 


. t. 


," 
.. 


-1"1 
. , 
. \ 

 


.. 



 


\.' ) l 


I.. 


, 
j 


. 


...... 


LEON WYCZÓŁKOWSKI 


KROKIET 


bie, jej możliwości nowe, jej rodzaj kreski, tonacji, jej styl i środki. Po 
krótkiej zabawie z fluorofortą przechodzi Wyczółkowski do kwaso- 
rytu, wypuszcza szereg wspaniałych plansz o tęgiej, żywej, energicz- 
nie trawionej kresce. Probuje ze wzruszeniem wszelkich sposobów 
tej cudownej techniki, za każdem nowem doświadczeniem, z bijącem 
sercem oczekuje wyników - ogląda wydobyte z pod prasy odbitki, 
koryguje, znów odbija, probuje tinty, miękkiego werniksu i t. d. 
Wreszcie zaspokojony i ciągle rwący się do nowych światów _ 
przerzuca się do litografji. I tu także stare zabytki architektury nęcą 
go i dają pretekst do cudownych improwizacyj kreski miękkiej, aksa- 
mitnej, subtelnej i żywej, zdradzającej najlżejszy nacisk ołówka. Po- 
wstają jedna za drugą nieporównane serje: "Warszawa", "Lublin", 


207
>>>
- 


I 
;4 


"'- 


- .....' 


) 
\.... 


, 


l . 
,.. " ',...".. 
\---fIff 


,. 


.., 



 


-'=. 


.... 
 

 
.' ( 
- , 
 

 ...... 
"" 
 
"
 
, , .' ...., 
, j '. 
- 

 f 
\. , l 
'. 
. , \. 
, .1 
I , 
I :. ;
. 

 

. \ '
" \' 
\ 
" "'.' "- '\ 
" ,
 
" !i 
, 
TEODOR AXENTOWICZ AFISZ 


oko nie chwyta już sylwety i linje konturów zacierają się, jak na mi- 
gawkowej fotografji. Zarazem dał tu śliczne, bogate harmonje białych 
i czerwonych tonów. 
Portrety malował Axentowicz jeszcze w Monachjum. W Paryżu 
zaś wstąpił do pracowni modnego portrecisty Carolusa Duran, aby 
posiąść tajemnice jego powodzenia. Ale więcej niż Duranowi zawdzię- 
cza innym, świetniejszym malarzom. Uwagę jego zwrócili Boldini 
i Whistler. Axentowicz odczuł jak mało kto ich lekkość, wdzięk ukła- 
du, świeżość barw, życie osób portretowanych, śmiałą indywidualną 
formę. Skądinąd Japończycy otwierali mu oczy na wartości deko- 
racyjne kompozycji. Wszystko to wsiąkło do jego sztuki i już jako wy- 
bitny malarz znany autor portretu Sary Bernard jedzie Axentowicz 
do Londynu, gdzie robi kopje z Velasqueza, studjuje Gainsborough 
i maluje portrety bogatej burżuazji z City. Szczególniej - portrety 


Malanlwo polskie - 14 


209
>>>
,'. 


l ' 


--
 


.. : . 


....- 



 


. 


, oM 


I..... 



 . . 


TEODOR AXENTOWICZ 


OBEREK 


kobiece, które piękny malarz o czarnych oczach i powłóczystem spoj- 
rzeniu daleko lepiej odczuwał. 
Axentowicz miał nietylko pewną rękę, ale i duży smak. Nie silił 
się zrobić duplikat oryginału z holbeinowską prawdą charakteru 
twarzy, - ale umiał swoje piękne damy ubrać, uczesać, wydobyć 
z nich nie zwykły wdzięk linji, zrobić je piękniejszemi i bardziej styl 0- 
wemi. T o zapewniło mu powodzenie i stało się w końcu powodem 
zbanalizowania jego sztuki. Zbyt wielki popyt zatruł artystę, wydo- 
był z niego zadużo prac pospiesznych i artystycznie tanich. 
W talencie jego dźwięczy pewna nuta specjalna: wysokie poczu- 
cie wartości dekoracyjnych dzieła. W lekkich pastelach uderza smak, 
z jakim komponuje owe główki, czy półfigury kobietek ubranych albo 
półnagich, ślicznych, żywych i pikantnych. Axentowicz, jak nikt inny, 
pamięta, aby dać im piękne tło perłowo szare, albo żółtawe, albo błę- 
kitnawe, niekiedy czerwone o wyszukanym odcieniu. Umie w niem 
umieścić dla plamy dzban, kwiat czy posążek. Wie, jak udrapować 
pierś kawałkiem połyskującego jedwabiu albo wzorzystej materji, otu- 
lić szyję ciemnem futerkiem, drasnąć srebrno szary staniczek paru 
pręgami czarnych obszywek - i t. d. Łososiowy szezlong, żółta po- 


210 



 


......
>>>
duszka, perłowe tło, czarna suknia, biała pierś, kasztanowate włosy 
stworzą piękny dekoracyjny zespół plam harmonijnych i zadziwia- 
jąco lekkich. 
Od 1895 L, p.owołany na stanowisko profesora Akademji Sztuk 
Pięknych, stale mieszka w Krakowie. Zresztą rola jego jako peda- 
goga była zupełnie skromna. 
Od czasu do czasu ten damski malarz wystawia świetnie, z 
łę- 
bokim realizmem pomyślaną scenę ludową, albo nawet obraz histo- 
ryczny, jak wspomniane wyżej "Zajęcie Wiirtzburga", jak "Posłowie 
polscy u Henryka Walezjusza" - albo sceny z życia ludu ruskiego. 
Jest w nim jakby dwóch artystów: dawny - naturalista - malarz 
życia, - i nowy - malarz pięknej, wyszukanej linji i stylowej. de- 
koracyjnej plamy. 
Mimo wszelkie różnice istnieje przecież jakiś rys pokrewieństwa 
między wczesnym Masłowskim a Wojtkiem Piechowskim. Może bę- 
dzie nim pewna przewa
a samouctwa u obu tych artystów, brak ze- 
wnętrznej maestrji technicznej. a bardziej jeszcze - wspólna im obu 
niezwykła. dziecięca pO
)Tostu, świeżość, wrażliwość i samodzielność 
obserwacji. 


Młodość STANISŁAWA MASŁOWSKIEGO (ur. 1854) należy do epoki 
realizmu. I on także palił się do sukmany i kożucha. Jednak wrodzone 
poczucie charakteru pozwoliło mu oddać nietylko malowniczość ubio- 
rów, ale żywych. bajecznych chłopów, nieporównanych w sylwecie 
i ruchu, rozprawiających, pijących, wracających z pijatyki na chwiej- 
nych nogach, naradzających się na zebraniu gminnem, baraniejących 
wobec "Komisarza" i t. p. Wszystko z mnóstwem niezmiernie ży- 
wych, oryginalnie podpatrzonych szczegółów. 
Z tern samem poczuciem charakteru rysuje on "Starego słu
ę" 
w znoszonym kontuszu, patrzącego z poza rogowych okularów, "Ba- 
bunię" nieruchorną, tkwiącą oczami w przestrzeniach, zatopioną we 
wspomnieniach pięknych dni, co wyjrzały ku niej z otwartej szkatuł- 
ki, pełnej pożółkłych listów... To znów przechodzi do krajobrazu, do 
ubogiej równiny mazowieckiej, gdzie - na zrudziałym wy
onie - jak 
kolorowy groch rozsypane, pasą się liczne kwiatule, czarnule i kra- 
sule ...żywe, barwne plamki obrazu. 
Ukraina, dokąd jeździł w cią
u kilku lat, dała mu nowe wzru- 
szenia, pogłębiła poezję ducha, wprowadziła w świat nieznanych do- 
tąd nastrojów. Taką perłą poezji jest je
o "Duma Jaremy". 
Zorza. Na stepie już mroczno, - tylko na niebie piętrzy się i sto- 
ży o
romny zwał obłoków, i świeci jasno jak upiór. Na pierwszym 


211
>>>
CI 
--i 
 
21 
. ,ł 
CI 
t'"' 
 ( , 
E 
 
3: er , 
 .. -;,
 
CI J. 
t'"' 
O , 
E I 
CI 

 


ol · 
W .
 
..\:
 t i l, 
. 1\ ; ł 
- -..ł.'" 
" . '* I- ,., . , " 


. )" 1. :- 


ł 

, 
1" J 
f
 
l 
OC - 


.. 


". 
\. 

 
.' 
\t .. 
. . 
ł . ., 
- . 
-.L 1 
· J t':. -
. 
/' i 

;. J 
, » 
.. 
'
;\ . 
t 

 
 
.- 
I 



 ' 


o,. 


...-: 

- 


r 


.-.:. 
.. 

 


'. . I 
I 
I"" \ .. 
 ł 
 -, 'J' 
CI ) 
tT1 . ',1 
:: ... ł 
.- 


.........
>>>
planie dwoje młodych obok siebie. Stoją z przedziwną prostotą, bez 
żadnych ckliwych sentymentów i anegdotycznych obrzydliwości. Mo- 
łodycia w białej koszuli, ze wstęgami we włosach i czerwoną prze- 
paską. Mołojec - w czapie i burce - gra na dudce. Oboje stoją za- 
słuchani w głębokiej ciszy stepu. Słucha dziwnej starej dumki i koń 
gniady, i jasny nieruchomy obłok na niebie, i ogromne ślazy białe, 
niesamowicie jasne, gęsto rozkwitłe po stepie... Wysoka czapa ko- 
zacka tęgą, ciemną plamą odcina od jasnego obłoku - i stanowi wę- 
zeł całej tonacji tero przepiękne
o obrazu. 



. 



. 
 


. ".. --". 


......... 
, ..- 


, . 


, 
l . 

 
i 
, 


,.0-. 


'. 
....' 


._.:.ł. 


.. 


-
 


;.- 


..... 


" 


STANISŁAW MASŁOWSKI 


CHŁOPI 


A potem nadszedł przewrót i poszły w kąt dawne sentymenty 
i dawny ciemny o silnych barwach ton obrazu. Masłowski poznał im- 
presjonistów i zobaczył malarstwo japońskie z jego wykwintem nie- 
porównanym, lekkością kreski i tonu, odrzuceniem wszelkiego pier- 
wiastku literackiego. 
Z energją i zapałem młodzieńca zrzuca Masłowski starą skórę. 
Zaczyna teraz malować wyłącznie akwarellą, w której się rozsmako- 
wał dla lekkości i przejrzystości tonu. 


213
>>>
Jego zjazd ku wiosce ukraińskiej, gdzie z pod jednolitego płaszcza 
śniegów tu i owdzie tylko przeziera plamka komina, ściany, badylów 
czy strzechy, robi zupełnie wrażenie japońskiego pędzla. 
"Lasek" - rzadka smuga, raczej koronka sosen w dali - biedny. 
przetrzebiony polski lasek - jest arcydziełem wyczucia charakteru 
w najuboższym i najmniej wdzięcznym motywie pejzażu polskiego. 
Mniej japoński niż poprzedni, ma jednak tę swobodną lekkość szkicu 
oclniechcenia rzuconego, właściwą nowemu stylowi artysty. 
Podobnie "Cyganka" dekoracyjnie potraktowana, dla barwnych 
plam, czerwonego fartuszka i żółtych bursztynów rzucona na papier. 
Tym zdobyczom pozostał Masłowski wierny aż do ostatnich cza- 
sów. - Chce być tylko i wyłącznie malarzem. wierzy jedynie w pla- 
mę barwną. w lekkość kreski, jasność tonu i naiwność formy. 
. 


Zupełnie odrębne stanowisko i w tej grupie i w całem malarstwie 
polskiem zajmuje JOZEF PANKIEWICZ (ur. 1867). Na jego sztukę zło- 
żyły się niepos[:olite zdolności odtwórcze, inteligencja chłodna i zrów- 
noważona, wykwintny smak sybaryty artystycznego. olbrzymia pra- 
ca i fanatyczna miłość sztuki. Brak indywidualności zastępuje mu _ 
obok kultury i wysokiej inteligencji - dziwna świeżość i giętkość du- 
cha, która pozwala przerzucać się do coraz to nowych, ściślej - naj- 
nowszych kierunków. Pankiewicz chłonie każdy z nich, eksperymen- 
tuje w szeregu obrazów i zaznajamia w ten sposób własny kraj z prą- 
dami malarstwa paryskiego. 
We wczesnej, młodzieńczej jeszcze epoce ulegał on wpływom 
Aleksandra Gierymskiego. Wyrazem tego był "Targ za Żelazną Bra- 
mą" - wspaniałe studjum kapusty, marchwi, wszelkiej martwej i ży- 
wej natury, malowane pod gołem niebem, jakkolwiek trzymane _ 
jeszcze w archaicznej, ciemnej, choć barwnej - surowej tonacji. 
Potem przyszedł Petersburg, a wreszcie Paryż, dokąd wyjechał 
z nieodstępnym przyjacielem Podkowińskim 1889 r. Tam ich obu ocza- 
rował impresjonizm, ściślej mówiąc - p o i n t y l i z m 1), posługujący 
się tylko czystemi barwami, kładzionemi obok siebie - i mieszającemi 
się w oku widza. Obaj artyści przerzucili się natychmiast do skrajnego 
pointylizmu i upajali siłą czystej ultramaryny, kraplaku i żółtej, kła- 
dzionych na surowo. Z tych silnych dawek nowej sztuki urodziły się 
setki studjów. a przedewszystkiem większy obraz Pankiewicza "Targ 
na kwiaty". w nowej, jasnej niezmiernie żywej gamie utrzymany. 
Prace te wystawione w Warszawie spowodowały burzę - i zwróciły 


') Patrz Historja Malarstwa XIX w. I m p r e s j o n i z m. 


214 


. ' ......
>>>
\.. 
 
I " ł 
I: ''L . 
.. 
I, 
I i ., 
r, , " 
I, I, .- 
I. . . \ a!
 
" 
.. , C} 
, 
. . 



-..a
-. .-- , 


f( ' 
 


,\ 


...... 


"
>>>
- 


........
>>>
. 


JÓZEF PANKIEWICZ 


PORTRET DZIEWCZYNKI 


na obu artystów powszechną uwagę. Podkowiński stał się bożyszczem 
młodzieży artystycznej. Przejęty misją, nie strudzony apostoł obchodził 
pracownie młodych, zarządzał gruntowną reformą palety, z wyrzuce- 
niem czarnej i białej farby, - i wtajemniczał adeptów w arkana no- 
wej metody malowania. 
Ale Pankiewicz rychło strząsnął z siebie pointylizm i przerzucił 
do kierunku wręcz przeciwnego. Jeszcze w Paryżu zainteresowały go 


215 


-ł
>>>
..., 


. .. 


., 


.t. 


4.. 


j 


,i'. 



 I 


.-,
 
..
" 

:C 


... ::r...... 


, 
 

 


'. " . 
# ' -., 
.
 
" : 
I V 
/ 
't.o"", 
1'_ ! o. 


, 


"i. 


. 
-4.. 


.i". 


. 
-, 


'C" 


,-, 


.. . 
;- 


- .. 


.
 
'i' 
- - 


..... - 


'. 


JÓZEF PANKIEWICZ 


TARG NA KWIATY 


prace Carriere'a, znakomitego poety światła i mistrza światłocieniu, 
czarniawe monochromje, o miękkich, roztapiających się kształtach. 
Z tego nowego olśnienia powstały "Czarne łabędzie" - na sadzawce 
w ogrodzie Saskim, czarniawy uproszczony w kompozycji, miękki 
w sylwetach obraz. Miękko
ć tę jednak umiał Pankiewicz przenieść 
i do bogatszej skali barw. Arcydziełem takiej kombinacji jest jego 
"Portret dziewczynki" w czerwonej sukience, wspartej o krzesło. 
Z kolei nastąpił okres akwaforty, której zresztą pozostał Pankie- 
wicz wierny aż do dni ostatnich. Jest w tych pracach lekkość kreski, 
i wykwint wyrafinowanej sztuki Paryża, i wyszukanie dekoracyjny 
układ całości. 
Wreszcie wypłynął Cezanne, pociągnął ku sobie gorętsze i cie- 
lfawsze temperamenty i wprowadził Pankiewicza do nowego świata. 
Przeżył tam artysta polski niby Gierda w domku wróżki - lat kilka 
i pokazał Warszawie, jak rozumie Cezanne'a w kilkudziesięciu płót- 
nach wystawionych w Zachęcie 1921 r. Przeważnie pejzaże w tonacji 
atramentowej, traktowane z wielką swobodą w upraszczaniu kształ- 
tów. 
W ostatnich piętnastu latach Paryż zamienił się w istny tygiel, 
gdzie się smażą i ścierają wzajemnie liczne nowe kierunki, błyszczą 


216 


" 
I
>>>
« 

, ::E 
o( 
l:: 
:J 
 
« 

- z 
N 
o( 
....:I 
!LI 
N 
... o( 
N 
e,:) 
l:: 
o( 
l- 
I. ł, ' -ł 
t 
\. "- 
, 
.'. 
. . .. 
\, .-' 
. . 

. 
.. .f 
! 
'

 it. 

 
,. 
.--.' .... 

 
t . .., 
." \ '\,. 
" 
.., 



. .. 
.,.' 
" 
, 
.\ 
\.ł.' " ,
, 
L f\' 
l '''', 
, 
" \:
 
II"" I 
I , .. 
\ 
, , 
, 
N 
'" U 

 . . 
 
..... !LI 
:;;: 
Z 
{ , '" o( 
10 
tJ.. 
!LI 
N 
-O 
...,
>>>
_
r 
." 


".... 


. " 


, 
.... 


.. 


.. 


.... 


... ,,- 


'. 
. 


r'
"""''''.' -: \ ',,' 


ol' . 



 


WŁADYSŁAW PODKOWIŃSKI 


TANCERKA 


krótkotrwałem światłem coraz to nowe gwiazdy talentów. Z tego ty- 
gla wybiera Pankiewicz coraz to inne stopy kruszców, z któremi sy- 
stematycznie zapoznaje polską publiczność. 


Mniej szczęśliwym był PODKOWIŃSKI (186fr-1895). Po powrocie 
do Warszawy propagandę ustną popierał żywem malarstwem. Złago- 
dził pierwotne rozpętanie barw, poniechał twarzy malowanych (w cie- 
niu) kraplakiem, z włosami z ultramaryny czystej - i, bardziej zrów- 


218
>>>
noważony, studjował efekty pleneru. Malował liczne pejzaże z figura- 
mi kobiet w barwnych sukniach, utrzymane w nowej, świeżej-chłod- 
nej tonacji, o błękitnawych cieniach, surowej jasnej zieleni łąk i pstrym 
od cieniów i świateł - wydeptanym piasku drogi. Talent kolorystycz- 
ny w tej nowej gamie tworzył niekiedy wybitne dzieła jak np. "Tan- 
cerkę" w zielonej, wyszukanej. tiulowej sukience, czarnych pończo- 
szkach i białych pantofelkach, bardzo piękną w sylwecie i tonacji, - 
niekiedy znów rzeczy tak nieudane, jak portret C. Jankowskiego 
w zbiorach Zachęty warszawskiej. - Talent jego świetnie przejawił 
się w licznych ilustracjach jeszcze w latach 80-ych przed wyjazdem 
do Paryża. Wśród nich są pierwszorzędne perły talentu, jak "Wejście 
na llI:askaradę", "Konsekracja kościoła" a zwłaszcza "Scena z opery 
N o e-". Trudno uwierzyć, że prace te wykonał młodziutki 21-letni 
artysta. 
W ostatnich paru latach niedługiego życia przeszedł Podkowiń- 
ski do tematów nastrojowych i zmienił formę zasadniczo, przekreśla- 
jąc wszystkie dotychczasowe swoje eksperymenty w zakresie formy 
malarskiej. 


KĘDZIERSKI APOLONJUSZ (ur. 1861 r.) był ulubionym uczniem 
Brandta, jednakże ceniąc mistrza wysoko, nie poszedł jego śladami. 
Dał spokój "Wózkom tatarskim" i zwrócił się do ludu i do przyrody: 
malował pola nagie, żółte lasy jesienne i chojaki okryte grubą kołdrą 
śniegu, - zbiory siana, święcone, dziewczyny zajęte pracą w podwó- 
rzu chłopskiem, zalanem światłem słonecznem. Od ciemnych mona- 
chijskich tonów przeszedł do pleneru, do światła i barwy, do efektów 
kolorystycznych. Upraszczając coraz bardziej tematy, często sprowa- 
dzone do głowy dziewczęcej, wnosił do nich coraz więcej treści ma- 
larskiej. Z sylwety, z motywu światła, z pstrych ubrań chłopskich, 
z piór kogutów na płocie - wydobywał coraz silniejsze wartości de- 
koracyjne. Po serji ulubionych "Rybaków", w których plener święci 
tryumfy, przeszedł wkońcu do delikatnych akwareli, lekkich, stylo- 
wych, sprowadzonych do kombinacji plam płaskich. Zawsze młody, 
zapalny, probował różnych rodzajów sztuki, nie wyłączając garnków 
chłopskich, które sam modelował i sam malował. 


Pokrewny mu talentem jest CZESŁAW T AŃSKI (ur. 1863), ':Wt
r - 
lekko, szkicowo rzucanych na papier akwareli z życia ulicy, scen ba- 
talistycznych, koni i pejzaży. 


219
>>>
1- 


-' 
"..4 
, .. 
. .. 
'," 
I 


. . 


) , 
t,ł.. 
. " 
,1.; ;. 
I 
, . 
.\ 


,.t 



' 


, , 
'.'.. . . .... : i , ;'.ł- 
" ".. .... 
.
. ' 
 .. . ";'
..... "!:. ,.
.
'.. 

" . '..'.
 

:: ., 
, . .. .,. . ,. ..... .'.. .- 
,i'
' . 


'.. 


"
 ' 
, .' 
. f '
 . '. '
', 

\ =t ', 
, . , 
"0, . ;- t .- ł 
,
 i.' ",' 
. . 
I..I\ }"r '-- 


" 


\ 


\ 


" tt' 


.t' 
,., .1 '. 


APOLONJUSZ KĘDZIERSKI 


G
OW A WIEJSKIEJ DZIEWCZYNY 


. 


Podobnież świetnego talentu malarz WŁODZIMIERZ WOLSKI 
(1859 - 1894). Wpływy Gersona, Matejki i szkoły monachijskiej mało 
na nim zaważyły. Już w pierwszych niemal obrazach wypowiada się 
jako natura samodzielna, doskonały obserwator konia i człowieka, 
malarz z niezwykłem poczuciem życia. Jego świetny "Epizod z wojen 
napoleońskich", z cyganką pochylającą się do stóp Cesarza, jego "Re- 
konesans", a wreszcie "Wypadek w drodze" dają poznać zupełnie już 
dojrzałego artystę. Nieporównany jest pocztyljon, który trochę "cięty", 
zdrzemnął się i wypadł z sani; teraz - na czworakach, nieprzytomny 
jeszcze, niebardzo wie, co się stało. 
W "Scenie przed karczmą" znika element anegdotyczny. Paro- 
bek poi konie, zerkając ku dziewczynie. Ton ogólny jasny, plener roz- 
puścił gęstość cieni i zabarwiał całość chłodnym, szarawym refleksem. 
Potem już Wolski do ciemnego tonu nie umiał wrócić. Nawet "Wypa- 
dek w cyrku" jest zalany jasnem, bez silnych kontrastów światłem... 
Tę świetną twórczość przeciął 1892 r. obłęd a w dwa lata później 
śmierć. Utarty szlak artystów polskich. 


220
>>>
,- '. 


. 


.-.. 


--- -.,. 



"! 


I 
I 


". 


."'f 

 i:, 


. . ..... 


., 
" 
. ' 


'. 
,. 
-.. ; ,.- 



 ',
 


) . 


" 


...: , I 
\ ' . 
:\..,. ,.- 
. -, .
 _: 
. 
". ,.' !t.- \ . 
'. -' , . ' 
., . 



,. 


'." 


.... 


-,
 
-- '" 
iI. .... 


..,. 
 
 


T 


;. 


,"----- 


.- 


- 


.. 


, . 



 -.,. 


OjOJ 


... .- 

 


, 


- 


.' 


i 
. 


- -..... - 
........ 
 

 --.
 =::- 


. ł.,-ol I 
. -.\\f:', 
f;, :"''-,., 


'" 


.."" .
 


.- , 


..." 


., 
". ....t-. - 
-: :-..
 


-I,. - 


'. 
4, 


"'
)!:. 

. ...-ł-. '\, .- 
, 



 


-.( 
' ..,... 
_-'::-'.- - 


!',\. 


" r...
 


I 


-=. 

;_.-: 



.. - 


:-'\1; f. ',' .' 
- 
'. 
.,.. '" ''''.ł..
'':we.\.(ł'. 


APOLONJUSZ KĘDZIERSKI 


NAD RZEKĄ 


Emigracja artystów w tym okresie zmniejszyła się, lecz nie ustała. 
Przybywa jej nawet nowy teren - Rosja, w której wybitne ogniska 
sztuki, szczodra opieka Dworu i żywe zamiłowanie ogółu do sztuki - 
wytworzyły warunki ponętne dla artystów. W końcu XIX, w po- 
czątku XX stulecia liczni i wybitni artyści polscy mieszkają w Pe- 
tersburgu, Moskwie, Kijowie, albo głębokiej prowincji. - Malarze 
i architekci. 


221
>>>
... 



 


-. 
. 


- 
.... 
" 
;:., .."\ 



 -..-: ..:
\. ........- 
,"'ft...... ,
,

 
) , 
tIt.""""" 

'.'
'-' 
- 
 -
- 
 ",,- 


.
. 

 ........... -'" 


-------ł:. 


"..-..,. 


,,
' 


l 


-.rłJl'_ 


.. 
",:. 


(: 


--' 


1 


" 


-;. 


ot 
- . I ł 
\ \. 
.. 'I 
o', 


, " 

;o - 


'--ł 
 . 


.: .;
--'.. 
.-. 
. . .. ":ift... ." 



... -.' . . 



ii --..:


, 
-"'"-
 .,.... 
- ....... 

-' ..
... 
... '. 


-. ", 
.-- :; . ..... 
, 
.--.. 
'. . 

1' ..... . ..... .... 


. ;';""'40- 
-'0" 


STANISŁAW WOLSKI 


PRZED KARCZMĄ 


Do tej kolonji należy JAN CIĄGLIŃSKI (1859-1913). Urodzony 
w Warszawie, zapisał się tu na medycynę. - Ale powołanie zwróciło 

o do Gersona, a niedługo potem do Petersburga. Złoty medal za 
"Sadzawkę w Siloe" ułatwił mu wyjazd za 
ranicę. Zresztą Cią
liński 
wiele podróżował w ciągu całego życia. Zwiedził kraje Zachodu, po- 
tem Krym. Kaukaz, Turcję, Maroko, Tunis, Egipt, Palestynę, Indje. 
Zewsząd przywoził liczne studja. Mieszkał stale w Petersburgu, _ 
w kraju wystawiał mało, i w gruncie rzeczy jest u nas malarzem nie- 
znanym. Jednakże polskość swą zachował nietkniętą i za granicą 
wystawiał obrazy swoje, przeważnie portrety i krajobrazy w oddziale 
polskim (Berlin, Paryż). 
Wybitny kolorysta-impresjonista. był ogromnie ceniony w ro- 
syjskich kołach artystycznych. "Ciągliński - pisze o nim Benois _ 
był zawsze pionerem. Jeszcze 1880 r. stał się głośny, jako wybitny 
uczeń akademji, który nie wahał się zerwać z tradycyjnym konwe- 
nansem i wprowadził do swej sztuki element efektów świetlnych, 
oraz - bardziej swobodną technikę..... "Wtedy już zajął miejsce 
pierwszego n a s z e 
 o (!) impresjonisty..... 


222 


.... 


-
>>>
I
i,: 
l. . 
i 
l:' " 


f .: 


'\ 


".\ '. 


}.,. 
.:,.,
.. ,\ 
. ..... 


, '... 
\ .., 

'\ \. 'tł\- 
, ' 


, f -":, 

 ' '
 ,;.J, ł . 
. ....:; ",\t.' . o. 
,'.'. ".,, '(, - . 
'\
 ,.'.- 't. 
; . -';\:'-.,. .tl.- 
., ( .. . 
-II.," . '. .. t\\ l. 

 '. 
. 


I' 
'! 


WŁODZIMIERZ TETMAJER 


WESElE 


Miły, pogodny, wysoce społeczny, czynny, był kochany i bardzo 
ceniony. 1906 r. zostaje profesorem akademji, a 1911 r. Senat aka- 
demicki mianował go członkiem honorowym tej instytucji. 
Talentem i rodzajem malarstwa jest on trochę pokrewny Ma- 
słowskiemu w drugiej epoce tego malarza, tylko bardziej dźwięczny 
w gamie barwnej, bardziej nerwewy w fakturze i bardziej panujący 
nad formą. Brak mu natomiast poczucia 2,ycia, rysu, który jest u Ma- 
słowskiego rdzennym. 
Pokolenie wyżej scharakteryzowane dokonało przewrotu, - na- 
stępne miało drogę już utorowaną i bez wysiłku nią poszło. Zacho- 
wało ono jasny ton obrazów, który stał się stopniowo zdobyczą ca- 
łego malarstwa, a zarazem złagodziło jaskrawe przejawy temperamen- 
tu pionerów rewolucji. Zbyt bliscy (chronologicznie) poprzednikom, 
aby ich można zaliczyć do epigonów kierunku, - stoją jednak na 
przełomie i nic zasadniczo nowego do malarstwa nie wnoszą. 


Do tej grupy należy TETMAJER WŁODZIMIERZ (urodz. 1862). I) 
Wesoły, żywego temperamentu - do tańca i różańca, do wypitki i wy- 
bitki, jest nieocenionym w kompanji kolegą, politykiem ludowym, ory- 
ginałem, chłopomanem żonatym z chłopką i wychowującym dzieci po 
chłopsku, posłem niegdyś do Parlamentu, dziś do Sejmu warszawskie- 


') (Zmarł 1923 r.). 


223 


-
>>>
I .. 


r, 


l 
. i 


-
.,- 


, , 


! .h' 


" 
,
.' . 


" 
...... . ...... '.ł, 



 ;. :-}f.
 


f

:' 
.- 


" .. ..'
" 


-.' 


" 
" 


., 


... . 
.. 



 :"

4'
\. -
. 


-r ' 


",; 



 


"
 


" 


., 


,... 
... 
0'- .:.:,.' 


-t
_ 


t, 


"5; 'l
. 
(, 


-:--- 


,rl .. 


} : 



 -
f

' 


. \. 


") 


J: 


-'
 


,. 


''*'' 


,..ł.,- 



 


t., 


- .... ':' . " 


, , 
.,', .
 


w. 
", 
 
 



.. 


.' 



, 


OLGA BOZNANSKA 


PORTRET 


go i t. p. Nawał tak różnych zajęć nie pozwolił temu zdolnemu mala- 
rzowi skupić się na malarstwie i pogłębić jego wartości. 


Bardziej wiernym swej sztuce jest ALEKSANDER AUGUSTYNOWICZ 
(ur. 1865 r.), zdolnyakwarellista lwowski. Zresztą maluje i olejno 
oprócz portretów, wśród których są bardzo dobre (kardynała Sem- 
bratowicza, - córek artysty), maluje chętnie dziwne martwe na- 
tury - "Okno snycerza", "Malarz bogów", pokrewni tamtym "Chłop- 
cy z szopką", "Szopkarz" i t. p. Malarz zdolny, nierówny, technicznie 
bardzo wyrobiony. 


224 


- 


....
>>>
WODZINOWSKI WINCENTY (ur. 1866 r.) maluje sceny ludO'we, jak 
"Odpoczyne'k żniwiarzy", "Na swojską nutę", "Wesele", "PO'grzeb", 
"Summa" i t. d. zabarwiO'ne zewnętrznym naturalizmem, utrzymane 
w jasnej gamie, - w istacie rzeczy - mdłe i burżuazyjne, a tempie 
życia adczuwanem słaba, - pamysłach malarskich ubagich i nie- 
śmiałych. 
Najmładszym z tej grupy Małapalan jest ROZW ADOWSKI ZYGMUNT 
(ur. 1870). Obrazy jegO', asnute na tle życia wsi, alba batalistyczne, 
świadczą a dabrej szkale, dużem paczuciu ruchu ludzi i koni i dużej 
zręczności w złożanych kO'mpO'zycjach. 
W zakresie PO'rtretu z ruchem impresjO'nistycznym wiążą się dwa 
nazwiska: B Q Z n a ń s k i e j iKr z y ż a n o w s k i e g o. 


OLGA BOZNAŃSKA (ur. 1865) większą część życia twórczego spę- 
dziła w Paryżu, - wystawia przeważnie za granicą, gdzie była wie- 
lokrotnie wyróżniana i nagradzana. 
Ona tO' pierwsza z portrecistów polskich wchO'dzi na drogę sztuki 
stylO'wej, na którą najbardziej O'tworzył jej oczy Whistler. Zamiast re- 
alnej postaci, - duplikatu madela, pawtarzającegO' jegO' kształt z bru- 
talnaścią figury waskO'wej, Boznańska daje wizję światłO'cieniową, de- 
likatną, miękką, zatartą, wibrującą. Każde da tknięcie jej pędzla ma 
pewną rO'lę artystyczną w mO'zajce abrazu. Z miękkiej - niekiedy aż 
manierycznie - mO'delującej maskę mozajki, ze szczególną siłą wystę- 
pują oczy, żywa i głębako patrzące. Wszystko awiane dużem paczuciem 
koloru, zamieniane na cichą, dyskretnie stłumianą harmO'nję barwną. 
Oddawna już kresowe ziemie polskie były w PO'lsce rezerwua- 
rem niepO'spolitych serc, charakterów i talentów. Dały nam O'ne pierw- 
szorzędnych poetów w epO'ce rO'mantyzmu i nie przestały zasilać du- 
chO'wego skarbca narodu aż do ostatnich czasów. Wołyń, Podole, 
a zwłaszcza Ukraina miała w swem powietrzu jakieś tajemnicze mO'- 
ce. Bo choć zdawna już zamilkły i dźwięki teO'rbanów i grzmot samo- 
pałów, i zagO'ny tatarskie przestały już deptać te ziemie, jednak dziś 
jeszcze we krwi jej dzieci grają wielkie, żywiołowe siły - i ponO'si je 
bujnaść temperamentu, z powietrza Dzikich Pól przez dziadów ich 
wessana. Ci nawet, CO' na czas jakiś choćby dO' tej krainy przyjadą, 
czują się silniejsi, śmielsi, żyją życiem wewnętrznem bardziej natężO'- 
nem i bujnem. Tak była z ChełmO'ńskim, Masłowskim i wielu innymi. 
Te ziemie dały malarstwu StraszyńskiegO', StanisławskiegO', Pru- 
szkO'wskiegO' Witolda, MańkawskiegO' Józefa i wielu innych. Stamtąd 
wiatry przywiały KrzyżanO'wskiegO'. 


Malarstwo pol.kie - 15 


225 


110...
>>>
r 


\. 


-, 



 \ 


.. 

 J 


.Ii 
, 


, I 
l. _I 
I 


, /-4 7 
J ' 


,. 


'" 


KONRAD KRZY ZA NO WSK I 


PORTRET ZONY 


KONRAD KRZY1:ANOWSKI (1872-1922) urodził się w Kremien- 
czugu. Syn zubożałej rodziny szlacheckiej, zjawił się w Petersburgu 
około 1894 r.. - szukając ogni świętych w tamtejszej akademji. Ale 
ciężka nędza, a bardziej jeszcze nauka akademicka zraziły go. 
Nie znając języka, nie mając pieniędzy, ruszył 1897 do Monachjum 
i tam szczęśliwie trafił na Holosy. niepospolitego malarza i profesora, 
który zwrócił uwagę na niezwykłego chłopca. Pod jego kierunkiem 
pracował Krzyżanowski w ciągu lat trzech z niesłychanym zapałem, 
którego nie mogła zgasić nawet straszliwa nędza. Holosy otwierał mu 
oczy na tajemnice światła. na logikę rozkładu jego na powierzchni 
brył, na subtelność efektów światłocieniowych, na budowę, połyski, 
życie i wyraz oka w twarzy ludzkiej. Jednym z pierwszych płodów tej 
nauki był autoportret - jedyny jaki Krzyżanowski namalował: chra- 
py rozdęte. w oczach błysk płomieni, usta zaciśnięte, głowa dumnie 
wzniesiona - jakby rzucał wyzwanie losom i gotował się do skoku 
w życie twórcze. 


226
>>>
.{ 


(-- 


... 


'!I. t 


i 
J 


)- 



. 


11-..)N
,;.----I.. 7 ' . 
,/ .,tj' 


" . 
- - --- -- ---- 


KONRAD KRZYZANOWSKI SZKIC PORTRETU 


Pędzony głęboką, choć prawie podświadomą tęsknotą do nie zna- 
nej ojczyzny, znalazł się 1900 r. w Warszawie. Bez stosunków, bez 
pieniędzy, bez zdolności do jakichkolwiek kompromisów w sztuce, że 
nie zmarniał jak tylu innych w tern złowrogiem mieście, to jest dziwną 
tajemnicą losu. W jakimś pustym sklepie urządził pracownię, w której 
rychło - niewiadomo skąd znalazło się kilku "uczniów". Krzyżanow- 
ski ich uczył. malował sam z nimi, niektórych bezdomnych przyjął na 
"sublokatorów", dzieląc się z nimi wszystkiem co miał, chlebem, ko- 
szulą, - a kiedy nie miał nic, nawet na obiad, czytywał im wiersze 
polskich i rosyjskich poetów, - albo Przybyszewskiego, który go 
oczarował dziwnem bogactwem mowy i śmiałością myśli. A czytał do- 
skonale, jak pierwszorzędny artysta, ze wzruszeniem głębokiem, prze- 
żywając w duszy wszystko, co śpiewały skrzydlate słowa... 
W Warszawie już nazawsze pozostał. W dwa lata później powo- 
łano go na profesora świeżo otworzonej, staraniem Stabrowskiego 
Szkoły Sztuk Pięknych. Krzyżanowski był jej filarem, - uczniowie 
ubóstwiali go i garnęli się tłumnie. Porywał ich niesłychanym tempe- 
ramentem, żywiołO\
ą naturą, bogactwem serca i fanatyczną, mło- 
dzieńczą miłością sztuki. W oryginalnym - swoim własnym żargo- 
nie, do którego wtrącał gęsto słowa rosyjskie, niemieckie i węgier- 


227
>>>
skie, starał się im szczepić naukę Holosy, a zarazem swoją własną, 
zdobytą doświadczeniem wiedzę. Nie mógł oczywiście trafić do ich lo- 
giki, wielu nie rozumiało długo, czego mistrz od nich chce, ale brzmie- 
niem głosu, połyskiem oczu, uśmiechem, gestem porywał ich serca 
i wyobraźnie, zmuszał do pracy i do wysiłków ogromnych. Sam ich 
kochał jak ojciec, oddawał im się cały, jeździł z nimi na plener, sam 
malował, pilnował ich pracy, łajał, bił, całował. W potrzebie dzielił 
się ostatnim groszem. 
W ciągu tych dwudziestu z górą lat życia, spędzonych wytrwale 
w Warszawie, namalował olbrzymią ilość portretów. Nie portretów 
zamówionych, lecz robionych dla przyjaciół, ofiarowywanych mode- 
lom... A portret nie był dla niego równą i spokojną robotą malarza ko- 
pisty natury,-ale szaloną walką, wściekłem zdobywaniem twierdz 
niezdobytych... Niejednokrotnie skończoną prawie rzecz ścierał do- 
szczętnie, malował drugi i trzeci raz, zmieniał parokrotnie płótna, aby 
wreszcie rzecz już wystudjowaną do dna - zacząć odnowa i postawić 
jednym zamachem, jednym najwyższym wysiłkiem twórczym. 
W pierwszych swych pracach, gdzie czuć jeszcze pewne echa Ho- 
losy, Krzyżanowski mało zwraca uwagi na kolor, operuje pr
eważnie 
światłocieniem, śmiałemi, szerokiemi rzutami pędz1a wydobywa 
z ciemnego tła bryłę twarzy i połyski oczu zawsze żywych. Ale nie- 
długo potem ton ogólny jaśnieje, tła stają się bardziej powietrzne 
i lekkie, a w ciepłej czarniawej gamie rodzi się bogactwo dziwnie 
harmonijnych tonów. 
Ostatniem przepięknem dziełem tej serji jest portret pani G. 
Biała, wyszukanie chłodna w tonie twarz z zadartym noskiem i ma- 
rzącemi, anielskiemi oczami przypomina niby Madonnę w ciemnych, 
niezmiernej siły włosach i czarnej, upr
szczonej, sprowadzonej do 
ogólnej ciemnej sylwety sukni, na tle której majaczą nieukończone, 
splecione dłonie. Krzyżanowski lubił po wystudjowaniu dłoni kończyć 
je mistrzowsko, w kilku śmiałych, lekkich, niby odniechcenia ruchach 
pędzla. 
W ciągu życia całego malarz ten nie zatrzymuje się na żadnym 
t y p i e portretu. Wciąż idzie naprzód, stawia sobie coraz to nowe, 
czysto malarskie zadania, zwłaszcza w zakresie kompozycji. Nie za- 
dowala go życie modela i brawurowa, szalona technika, - coraz śmie- 
lej wprowadza kolor. Na miejscu ciemnych, przejrzystych głębi, w tle 
widnieje szafirowa niesłychanie śmiało wzięta ściana, albo biała, 
żółta czy jakakolwiek inna opona, w oryginalnym, wyszukanym tonie. 
Modele kładą na siebie bajecznie kolorowe kamizelki, zawiązują 
fantazyjne krawaty, zielone jak malachity i szmaragdy szmatki, poma- 


228
>>>
- 



 
 
 .=£ , 


-' 


'. . 
, 
"I' 


." 



 -I 


-"""'.;.- ; 


-- 


r ' 
" 


."j 


,; 


" 
. 


. " 


- 


\. 


...., 


-
 



..J 


,. 


er 


\. 


'
. I 



 . 


, . 



 
u 



. 


.. 


.' 
"., 
... 


'- 
\\ 


l 



.
>>>
. 


\
>>>
4. " 
.. 
. ....... \
. '. 
.
--ł 
. . , 
, 


f 


'- 


.... 




 

 
'--
 

 


J 


-- 



 



 
"t,: 


\ 


, "", 


'-- 
". 


" 


1. 


; 
 


, '." 


!I 


.. 


,
 
 


,"
 


.
:(. 'A 


KONRAD KRZYZANOWSKI 


PORTRET 


rańczowe bluzki i t. p. Powstają bogate, złożone i dźwięczne harmo- 
nje barwne. Czasem model siedzi na tle fortepianów, obrazów i t. p. 
martwej natury, czasem portret zamienia się w scenę w pokoju ja- 
snym. pełnym światła, z różnych stron płynącego. przy stole siedzą 
panie zajęte pracą... 
Nawet w samej technice ciągłe szukania. Mimo - specjalne za- 
miłowanie do "dyr-dyr"... szerokich rzutów pędzla. niektóre główki 
kończy Krzyżanowski z finezją, godną Cloueta, wogóle zmienia techni- 
kę wielokrotnie odpowiednio do natury modela. Portret dziobatego 
malarza Dworzaka w słońcu maluje, grubo rzucając grudki farby 
pędzlem, paznogciem, szpachlą. portret świeżej twarzyczki dziewczę- 
cej potrafi namalować jak prymityw - że pędzla zupełnie nie znać,- 
widać tylko rozpływające się miękko tony. Liczne prace wykonane 


229 


\
>>>
są wieczorem. Artysta nie chciał tracić czasu. party żywiołową potrze- 
bą malowania, zabrał się do pracy przy lampie i tak się do niej przy- 
zwyczaił, że opanował zupełnie barwę i malował równie pewnie jak 
we dnie. 
W ciągu dwudziestu z górą lat przechodził ten burzliwy artysta 
od ciemnych. naturalistycznych popiersi w świetle silnie skupionem, 
do jasnych wnętrz i barwnych postaci, - od jasnych wnętrz do ple- 
neru, od pleneru do stylu... 
Jego poczucie stylu najsilniej może przejawia się w krajobrazach, 
które zwykle przywoził z lata. Nie są to wierne studja natury, ale 
impresje malarskie, traktowane zupełnie subjektywnie. Natura jest tu 
uproszczana i przekształcana z całą swobodą. Ciemne, intensywne 
w tonie niebo, szalone - jak u Greco - obłoki. niebywałe zielenie 
drzew, wspaniałe majestatyczne linje ziemi. Wszędzie silna i bardzo 
osobista interpretacja natury - jej barw i kształtów - stylowa i nad 
miarę artystyczna. 
Subjektywizm jest górującym rysem jego twórczości. Nawet 
w osoby portretowane wkładał - i to z energją żywiołową - to, co 
sam w nich dopatrzył, własne wyobrażenia o ich psychice, charakte- 
rze i przeżyciach. Niema tam nic fotograficznego. Wszędzie swego ro- 
dzaju idealizacja czy interpretacja typu. ale żywa, bez maniery, za 
każdym razem inna. I wszędzie - nie maska nieruchoma - ale prze- 
dziwne, mieniące się tysiącem odcieI;li wyrazu - ż y c i e. 
Olbrzymią pracę tego wielkiego artysty można było ocenić do- 
piero na wystawie pośmiertnej 1922 r.. gdzie zgromadzono około 
500 prac. t. j. mniej więcej połowę jego dorobku artystycznego. 
Liczne i pierwszorzędne dzieła pozostały w Kijowie, gdzie Krzyża- 
nowski przebył okres okupacji niemieckiej. Około setki innych nie 
można było znaleźć albo zmieścić na wystawie. Zajaśniała tu cała ży- 
wotność jego talentu i bohaterskość ducha, co do ostatniego tchu wal- , . 
czył o czystość swej sztuki. której nie skaził żadnym kompromisem, 
żadnem nagięciem do smaku tłumu. . 


W zakresie ilustracyj, a raczej r y s u n k u. wśród tego poko- 
lenia wybitne miejsce zajmuje ST ANI SŁAW BOHUSZ-SIESTRZENCEWICZ. 
Urodzony na Litwie (1866 r.), studjował w ciągu kilku lat na wy- 
dziale batalistycznym akademji petersburskiej. Naturalnie atrakcją 
jej był nie tyle bezzębny już staruszek Willewalde, malarz mikoła- 
jewskiej doby, ile koń gwardyjski. lub kozacki, który codzień cierpli- 
wie pozował w ciągu 4-ch godzin w sali "batalistów". Już wówczas 
zresztą pracował Siestrzencewicz samodzielnie nad kompozycją i wy- 


230 


... 


-
>>>
- 


... 



' 



 



 



... - 


\ 


KONRAD KRZY2ANOWSKI 


PORTRET
>>>
" 


A' 


-f' 


- 


, , 
 


't" 


,- 

 ;... 
, 


. ' 


'/ 


" 


..... 
-' 


.. 
, 


'" 



 +.;, . 
, ... 


\. 


t- ... 


", 


. 


. 
":;..
 .... 

\ 
 
... 


. ' 


.' 



. ".-" 
_ '.. 

ł ..". 


t ...;,.,,
 . 
. 
",
 - .

. 
" "I'" '
. '"..
. 
.
 -. \" 


. .-..... 
"...- 



, 


.-. 


..- 


t 


STANISŁAW BOHUSZ-SIESTRZENCEWICZ 


W MIASTECZKU 


stawiał obrazy. Pobyt w Monachjum i Paryżu niewiele do tej szkoły 
dorzucił. 
Światem tego artysty jest miasteczko litewskie, z jego malowni- 
czą, błotnistą ulicą o zapadłych, staroświeckich domkach, - war- 
chołem dni jarmarcznych, szwargotem żydostwa, trzaskiem biczów, 
kwikiem i strachaniem się koni i nieporównaną galerją typów ludo- 
wych. W swych gwaszach, w śmiałych akwarelIach a przedewszyst- 
kiem w rysunkach piórem, jakby odniechcenia rzuconych, dał Sie- 
strzencewicz przedziwny obraz tego świata. Subtelność rysunku, 
a bystra obserwacja życia i charakteru form, znakomity ruch i typ 
koni, malowniczość i swoboda układu - stanowią o pierwszorzędnej 
wartości tych prac, zadziwiająco lekkich w stylu, istnych impresyj, 
dalekich od ciężko, uporczywie wykończanych ilustracyj epoki na- 
turalizmu. 


Obok tych artystów, w dziełach których pierwiastek rodzimy 
dźwięczy mniej lub więcej silnie, jest liczna grupa - przeważnie mie- I 
szkających za granicą, chłonących jej kulturę, oderwanych od kraju 
i w sztuce swojej często wynarodowionych doszczętnie. I - 


232
>>>
. 


" 


. 
... 


-I. 


;\, 
, "0', 
'
.
 
". 


. ,'ł 



 
wJ 
-- 


fi 


:... 


:". 
, 
-'"' 
, ,t 


- 


-i 


\ ł 


"'-- 


)r 


" 


.; 


\ 
'''.''-' 
 
\\;, 
, 

f \ " 
. . I . 
\.' / 1 
.J 

 


. 


J 

ć\ 


..... 


, 
;ł-
 


f 


__ f 


"'- ' . 
A1 ł
P. 
\ \'\., . 
\\
 
"" 


.\ , 
:, ' 



 


. 


'V 


IGNACY PIEJilKOWSKI 


Ró20W A DAMA 


Wśród nich wyróżnia się wybitnemi zdolnościami i wielkiem 
opanowaniem formy IGNACY PIEŃKOWSKI (ur. 1877 r.), autor licz- 
nych i dobrych portretów, dekoracyjnych w układzie, z bogatą mar- 
twą naturą wnętrza w tle, komponowanych jak obraz, rysowanych 
i malowanych po mistrzowsku. Pieńkowski piękne lata życia spędził 
w Paryżu i uległ działaniu jego wysokiej, a obcej kultury. W 1911 r. 
został powołany do warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych, a w parę 
lat później do akademji krakowskiej. 


Zanim przejdziemy do ostatniego kierunku w malarstwie pol- 
-skiem - dziejów fantazji i stylu, dobrze będzie w tern miejscu rzu- 
cić okiem wstecz na to, co zrobiła sztuka polska w zakresie pejzażu 
w ciągu całego XIX w.
>>>

>>>
RUCH 
NATURALISTYCZNY 


KRAJOBRAZ 


ZALESKI 
BRESLAUER. SCHOUPPE 
GRYGLEWSKI 


SZERMENTOWSKI. GERSON 


MALEC KI 
BRZOZOWSKI. BROCHOCKI. KOCHANOWSKI. SIDOROWICZ. POCIECHA 


F A L A T. S T A N I S L A W S K I 
GALIMSKI. WEYSSENHOFF. JANOWSKI 
ŻUKOWSKI 
RAPACKI. POPOWSKI 
ZIOMEK. KOW ALEWSK[ 
CIEŚLEWSKI. TRZEBIŃSKI. KOPCZYŃSKI 
MAŃKOWSKI 
STAN. CZAJKOWSKI. SZCZYGLIŃSKI 
KAMOCKI. FILIPKIEWICZ 


. 
 ' Europie zachodniej krajobraz był jedną z ważnych pod- 
!
 
 lM staw odrodzenia malarstwa w XIX w. Świat starożytny, 

\
 rJ również jak i odrodzenie nie pozostawił nam wybitnych 
,
 8 dzieł tego rodzaju, nie tyranizował sztuki świetną tra- 
dycją. Co zaś do Holendrów-to ich krajobraz n a t u r a l i s t y c z n y 
również nie mógł manierować artystów. Wreszcie w obcowaniu z na- 
turą codzienną malarz mimo woli zbliża się do niej, ulega jej urokom 
-i daje się powodować wrażeniom bezpośrednim. 


235
>>>
--" 


.. 


! 


. :l- 
I'. ] 
-i 
, 


ł 


t' 
" 
, ., 


- 


1 1 
1 1 1 ' I 
'. I 
!, I 
'i' 
.-lir 
,. 


I I 


ł-
' 
L

.. "I 
.

.:a. I 
ł 
.
..;4!: I 
to."
 
j ....... I 

...
 
;fi..Z'" 
- 

. 
.' - 


. .- 


' , " --.:\ 
I", 
I 


. " 


IIL 


MARCIN ZALESKI 


OSTRA BRAMA 


Ale w Polsce zamiłowanie do krajobrazu było stosunkowo słabe, 
wprost przeciwnie jak w Rosji, gdzie przyroda odgrywa ogromną rolę 
i w malarstwie i w poezji. Natura polska wrażliwa i burzliwa, jedno- 
cześnie mało skupiona i kontemplacyjna - nie odczuwała dość jasno 
piękna przyrody - i krajobraz w malarstwie naszem od początku 
rozwijał się słabo i był najbardziej chłodnym (aż do czasu Chełmoń- 
skiego) i zarazem najbardziej realistycznym odłamem malarstwa. 


Ojcem krajobrazu polskiego jest MARCIN ZALESKI (1796- 
1877). Malarz obcy fantazji i niewrażliwy na mistyczny urok przy- 
rody, pali się do starych murów, ulic, budynków, które odtwarza 
z wielką miłością i zrozumieniem ich malarskich wartości. Nauka 
w uczelniach Krakowa i Warszawy nie dała mu wiele. Natomiast- 


236
>>>
( 


podnietą i objawieniem były obrazy Bernardo Bellotto, które znał, 
podziwiał i studjował. One to otworzyły mu oczy na zadania malar- 
stwa miast. W niepoliczonych widokach Warszawy, Wilna, Krako- 
wa i całej zresztą Polski - zdejmował on swego rodzaju maskę po- 
śmiertną kraju. Maska ta jednak nie jest martwym protokółem su- 
chych kształtów architektonicznych. Zaleski bowiem zbyt dobrze 
czuje linję, proporcje, a przedewszystkiem światła. Mówi to każdy 
jego obraz. Promienie słońca grają na żółtawych murach, na brunatno 
czerwonych dachówkach, na spatynowanej zielono miedzi kopuł 
i hełmów na dzwonnicach. Wielkie part je szeroko traktowanych cie- 
niów potęgują siłą kontrastu blask świateł. U góry rozdziera mury 
żywa plama błękitu nieba, a białe chmury podnoszą natężenie 
wszystkich barw. Efekt kolorystyczny lubi Zaleski wzmocnić, rozsy- 
pując dla okrasy na tę całość drobne barwne plamki przechodniów: 
cywilów w tabaczkowych surdutach i siwych cylindrach, żołnierzy 
w niebieskich mundurach i czerwonych wyłogach, kobiet strojnych 
jak kwiaty, parasolek białych, niebieskich, czerwonych i t. d. 
Poczucie światła jeszcze silniej przebija się w licznych w n ę - 
t r z a c h kaplic, kościołów, komnat pałacowych (Wilano''''\, Dołho- 
byczowa i in.). Czasem wprowadza i tu snop promieni słonecznych, 
który kładzie jasne plamy na lśniącej posadzce. i napełnia blaskiem 
całe wnętrze. 
W warszawskiem Muzeum Narodowem jest prześliczny portret 
własny podobno pędzla Zaleskiego. Młody człowiek o smukłych, 
ogromnie wyczutych linjach siedzi wprost ku widzowi zwrócony. Gło- 
wa subtelnie i szeroko malowana, piękna barwa i cały arabesk kom- 
pozycji odsłaniają nowe, mało znane strony talentu Zaleskiego. 
Był to zdolny artysta, ceniony zwłaszcza w pierwszej połowie 
ubiegłego stulecia. Na stanowisku profesora b. Szkoły Sztuk Pięk- 
nych w Warszawie - wykształcił kilku artystów, którzy szli jego 
śladami. 2aden z nich jednak nie dorównał mu talentem i wyro- 
bieniem. 


W Wilnie w pierwszej połowie wieku pracowało kilku pejzaży- 
stów, niektórzy nawet zdolni, jak 2 a m e t t, nowego nic jednak do 
tej sztuki nie wnoszą. 


Wybitnym spadkobiercą Zaleskiego jest GRYGLEWSKI ALEKSANDER 
(1833 - 1879). Urodzony w Krakowie, w szkole Sztuk Pięknych 
u Stattlera zetknął się z Grottgerem i Matejką. Z "Matjasz:kiem". 


237
>>>
- 


( 


,
 t 
I ł 
"(;
 ' l. ... ! III 
" ł 


; 
 
; r;1 
\ 



 . 
, 



. II 


" 
.c 


-'lit 



 


"I 


- 


Ił 


- I 


ALEKSANDER GRYGLEWSKI 


WAWEL 


o pięć lat młodszym. przyjaźń była tak żywa, że wspólnie malowali 
obraz - wnętrze kpścioła Marjackiego - a potem razem pojechali 
do Monachjum. Ale Matejko spędził tam kilka miesięcy, a Gry- 
glewski kilka lat. 
Po powrocie do kraju Gryglewski osiada w Krakowie i maluje 
prawie wyłącznie wnętrza. Ale nie schematy perspektywiczne, tylko 
żywe, bogate w treść obrazy, wykonane wykwintnie, z dużem poczu- 
ciem światła i koloru. Bogate ołtarze barokowe, złocone kolumny, 
trumny srebrne, nagrobki i t. d. stanowią piękną martwą naturę, 
którą malarz pieści pędzlem i światłem. Znane są jego wnętrza ko- 
ścioła Marjackiego, katedry na Wawelu z trumną św. Stanisława, 


238
>>>
ratusza na Kaźmierzu i t. p. Gryglewski przyjeżdżał do Warszawy. 
malował komnaty królewskie w Wilanowie, - objeżdżał dawne 
miasta i zamki małopolskie, malował sale pałacu Koniecpolskich 
w Podhorcach i t. d. 
Zrzadka malował także widoki uliczne starego Krakowa. 
Trawiony chorobą wewnętrzną, wyjechał 1879 r. do Gdańska. 
Tutaj podczas malowania podwórca w ratuszu dotknięty ostrym na- 
padem obłędu. rzucił się przez okno i zabił na miejscu. 


Jednakże krajobraz właściwy mało ma Zaleskiemu do zawdzię- 
czenia. Jeżeli pominąć Norblina, który zresztą tylko dorywczo zaj- 
mował się pejzażem, to drogę krajobrazowi polskiemu torował 
w XIX w. CHRYSTJAN BRESLAUER (1802 - 1860), urodzony w War- 
szawie. Po długoletnich studjach za granicą, gdzie się przyjaźnił 
zAchenbachem, kopjował Ruysdaela i podziwiał Calame 'a, powraca 
Breslauer do Warszawy i obejmuje pejzaż w niedawno założonej 
Szkole Sztuk Pięknych. Tu stał się ulubieńcem młodzieży. Malutki, 
brzuchaty, ogolony, zaniedbany w ubraniu - bezgranicznie dobry 
dla uczniów, był mistrzem licznych pokoleń pejzażystów. Z jego to 
szkoły wyszedł Gerson, Szermentowski, Malecki, Brzozowski, Świe- 
szewski i inni. Latem jeździł z uczniami na plener, niekiedy daleko--- 
na Litwę, a nawet do Finlandji. . 
Krajobrazy jego są fantazjami mniej luh więcej malowniczemi 
w duchu Calame'a. Lubił widoki gór, które studjował w Tyrolu, 
w Tatrach, nawet w Norwegji. Obok układu konwencjonalnego i ma- 
łego zrozumienia roli światła, pory roku i t. p. widać u Breslauera 
niezłą szkołę rysunku. O kolorycie jego dziś poczerniałych bardzo 
obrazów trudno nam mówić. 


Pokrewnym mu malarzem, choć z gorszą szkołą, był ALFRED 
SCHOUPPt (1812 - 1899), autor manierycznych, t..,ez charakteru, źle 
rysowanych i nieśmiało, mdło malowanych pejza"'y. 
Dopiero w połowie wieku zjawia się dwóch wybitnych arty- 
stów, twórców właściwego krajobrazu polskiego: Szermentowski 
i Gerson. Obaj wyszli ze szkoły Breslauera, ale zostawili ją daleko 
poza sobą. 


JÓZEF SZERMENTOWSKI (1833 - 1876) urodził się u stóp gór 
Świętokrzyskich, w malowniczem miasteczku Bodzentynie. Dzięki 
poparciu dobrych ludzi, którzy ocenili zdolności dziecka. jako 17-let- 
ni chłopiec znalazł się w Warszawie, gdzie wstąpił do Szkoły Sztuk 


239
>>>
Pięknych. Tu się nauczył rysować i zapoznał z użyciem farb, zara- 
zem zbliżył się do grupy wybitnie zdolnych młodych artystów, jak 
Gerson, Kostrzewski, Henryk Pillati, Władysław Bakaławicz i inni. 
Potem to grDna pawiększył trochę starszy ad nich Kossak, który 
świeżo przyjechał z Petersburga. Wszystko młDde, garące, bijące 
nadzieją serca. 
Piękne lata polskie spędzali ci młodzi ludzie na wsi, wędrując 
dla studjów po kraju, pa malowniczych zakątkach gór Świętokrzy- 
skich, po Sandamierskiem, Kieleckiem, Krakowskiem, zatrzymując 
się tam, gdzie im się podabałO', gdzie była coś da malowania, gdzie 
znaleźli gaścinny dach nad głową. Zwłaszcza Gerson i Szermentow- 
ski byli niezmordDwani w tych wycieczkach i przywazili z każdej 
stasy studjów. 


\. 



-, 



 



.1I 


- ....
 ł 
........ 


:- .- 


, .. 


- 



.; 
-... -- 


JÓZEF SZERMENTOWSKI 


PRZED KO
CIOlEM 


Ta obcowanie z przyrodą polską, te obrazki - raczej studja - 
wprast z natury malowane, urabiały w Szermentowskim artystę 
i otwierały mu oczy na wdzięk, prostotę i sWDisty charakter pejzażu 
pDlskiega. JegO' niewielkie Dbrazki tej epDki, malawane lekko, ści- 
śle, z wielką maestrją - każą nam uznać w młO'dym ich autarze zu- 
pełnie skończonegO' artystę. 
Zrozumieli tO' profesorowie i wyjednali SzermentDwskiemu sty- 
pendjum rządDwe, z pomacą któregO' jedzie an 1858 r. dO' Paryża. Tu 
zetknął się z dziełami szkoły barbizońskiej. T e zwróciły jegO' uwagę, 
jak D tern świadczą prace artysty, ale głębszegO' przewrotu sprawić 


240
>>>
nie mogły, bo Szermentowski był już urobionym i to w duchu ich 
dążeń artystą. 
W Paryżu było mu dobrze. Jego krajobrazy polskie były czemś 
egzotycznem dla Francuzów i cieszyły się dużem powodzeniem. 
"Szerment" pozostał wierny studjom i wspomnieniom młodości, któ- 
re od czasu do czasu odświeżał, wracając na lato dO' kraju. Ale O'bra- 
zy jego rO'zO'stały tam i najpiękniejszy okres twórczy SzermentO'w- 
skiego h:odO'bnie jak i ChełmońskiegO') jest w kraju małO' znany. . 
Zmarł w Paryżu, mając lat 43. 
On to i G e r s o n są twórcami właściwegO' pejzażu polskiegO'. 


.. 


' 


",. 


,--łi 


'.., 



 
:p:. 


., 


"'$
 


, ' 


"__J 


'- 


JOZEF SZERMENTOWSKI 


KRAJOBRAZ 


Dziwna przepaść dzieli obrazy historyczne tego ostatni
gO' O'd 
twórczości jegO' jakO' pejzażysty. Konwencjonalny malarz maneki- 
nów, ubranych w historyczne kostjumy, w zetknięciu z przyrodą ży- 
wą staje się fanatycznym, a nawet nieśmiałym jej czcicielem. Z wy- 
cieczek swoich przywoził stosy olejnych i akwarellO'wych studjów, 
tchnących szczerym i bezwzględnym naturalizmem. - Wiele z nich 
wyobraża dawne zabytki budO'wnictwa polskiego (często już dziś 
nieistniejące), ale zawsze wprO'wadzone w całość krajobrazu. Robił 
częstO' drO'biazgO'we arcynaturalistyczne studja gałęzi, listków, kO'na- 


Malarsiwo polskIe - 16 


241
>>>
:J.... 


,'t 



 
.;' 


". 


.._
'O:.. 


" 


f. 


'ł' 
 



. 
'. 


":, 


,'" 


...... _..-.:'0;__;.... 


, ... 
.
. . 

.,. :,.rr;,:,
 - . 


.;.....;--- 


-:"':-_
 



. 


""""'
. 


.._
 
.,;. 


c. 


WOJCIECH GERSON 


WIDOK Z CMENTARZA W ZAKOPANEM 


rów, drzew pełnych charakteru, studjował stany nieba i efekty świa- 
tła, studjował przyrodę w najmniej nawet interesujących godzinach- 
i oddawał bez wahania i poprawek to, co mogło się wydawać cał- 
kiem ubogiem w treść. t. j. w linję i barwę. Nadzwyczajne opanowa- 
nie środków malarstwa - pozwalało mu szybko i maestralnie roz- 
wiązywać trudne zadania, notować zmienne, przemijające zjawiska 
światła. 
Gerson zwiedził całą niemal Polskę, ale najbardziej upodobał 
sobie przyrodę tatrzańską. W późniejszych latach jeździł co roku do 
Zakopanego, gdzie wszyscy znali wysoką, uroczystą postać i żywe, 
małe oczki srebrnowłosego starca w serdaczku, ruszającego z pu- 
dłem na studja. Z drobnych studjów i notatek powstawały duże obra- 
zy, niekiedy wspaniałe, romantyczne w sposób naturalny, bez żadne- 
go transponowania skali tonów, albo przerabiania kompozycji. Jego 
widok na Wołoszyn i Koszystą, malowany z cmentarza zakopiańskie- 
go, podczas kiedy wszystko w Zakopanem okryte jest jak kołdrą cie- 
niem olbrzymiej chmury, a tylko w dali połyskuje lazur czystego nie- 
ba i na tle jego ostro odcięte sylwety gór - jest arcydziełem kompo-. 
zycji i techniki. Malował tam blade i mdłe południa w dolinie Koście- 
liskiej, ciemne granitowe szczyty Rysów, ciężkie chmury toczące się 
pod Reglami, chaos olbrzymich granitowych zwałów; gdzieś w odle- 


242
>>>
głej dzikiej dolinie górskiej. Czę
to po podmalowaniu pędzlem brał do 
ręki szpachlę i kończył nią obraz, śmiało rzucając masy farby na 
płótno, jak mularz tynkujący mur kielnią... 
W obrazach historycznych daje często swym bohaterom wspa- 
niałe pełne życia tło pejzażowe. Tak jest w "Powrocie Kazimierza 
Mnicha" I gdzie nad ciemną, błotnistą ziemią - rozpostarł wspaniałe, 
groźne niebo, po którem suną zawały ciężkich, ołowianych chmur. 
Wpływ Gersona na rozwój pejzażu w Polsce był większy niż 
Szermentowskiego, który po wyjeździe do Paryża stał się u nas pra- 
wie nieznanym, a przecież wyjechał jako młody 25-letni chłopiec!... 
Gerson pozostał , malował i wystawiał swoje krajobrazy. Nie 
przywiązywał zresztą do nich większej wagi. Dopiero Witkiewicz 
w świetny choć zjadliwy sposób wykazał wartość Gersona, jako pej- 
zażysty i otworzył społeczeństwu oczy na najistotniejsze pierwiastki 
talentu tego malarza. Podobnie czcił go Chełmoński, który mu za- 
wdzięczał w młodości wiele podniet i wiele cennych, głębokich wska- 
zówek. 
Chełmoński, br. Gierymscy i Wierusz-Kowalski, o których wyżej 
było już mówione, zamykają tę kartę pejzażu polskiego. 


Obok nich zresztą pracuje w ciszy grupa malarzy mniej zdol- 
nych, którzy jednak pewną rolę w życiu naszem spełnili. Takim był 
BRZOZOWSKI FELIKS (1836 - 1892), autor miłych archaicznych - 
jakby w duchu Pola rysunków wsi , zwłaszcza ostępów leśnych - ze 
wspaniałemi drzewami, wśród których pomyka lis, albo umiera zra- 
niona łania. 


Rówieśnikiem jego był MALECKI WŁADYSŁAW (1836 - 1900), 
malarz, którego dziwnie tragiczne losy są jakimś symbolem doli arty- 
sty polskiego XIX w. 
Malecki w młodości pracował przy znanym dekoratorze teatrów 
warszawskich - Sachetti'm. Jednocześnie uczył się u Breslauera, 
a później wyjechał do Wiednia, Monachjum i dalej. W świecie umiał 
sobie dawać radę, wystawiał obrazy, nabywane za duże pieniądze 
przez cudzoziemców, w Londynie otrzymał złoty medal w tym sa- 
mym roku i salonie, kiedy ten zaszczyt spotkał Alma-Tademę. Obraz 
nagrodzony - ..Sejm Bociani" znajduje się dziś w krakowskiem Mu- 
zeum Narodowem. 
Kiedy Malecki w 90-ych latach wraca do kraju, spotyka go roz- 
czarowanie bolesne. Spodziewanego miejsca w dekoratorni nie otrzy- 
mał. Na wystawione obrazy nikt nie zwrócił uwagi, nie kupowano 


243
>>>
I . 


--- 
.o.-....f ..... 
.. '. ;.I.O',
. 


-
 


.... 
" 
"., 


,.: ..... 


--,"- 


-. ,', .". -'.: 


-,' " 


'. 


.., 


j..J 


.-' :1 


'--:, _ 


.
: 
 
... 



. 


J.

 
, . -ł- 


!' 


WŁADYSŁAW MALEC KI 


SEJM BOCIANI 


ich. Zaczęły się czasy ciężkie. Naciśnięty przez nędzę, stary już ar- 
tysta zdecydował się przyjąć miejsce nauczyciela gdzieś na prowin- 
cji. Ale zrażony do ludzi, posępny i małomówny, długo tu nie wy- 
trzymał. Po paru latach opuszcza to stanowisko i udaje się do Szy- 
dłowca. gdzie miejscowy burmistrz dał mu bezpłatnie jakiś lokalik 
miejski - izbę nagą. W tej izbie znaleziono pewnego południa mar- 
twe zwłoki Maleckiego z paletą w ręku. - Umarł z głodu. Zostawił 
po sobie około 600 krajobrazów. 


. 


Do tegoż pokolenia pejzażystów należy ALEKSANDER śWIESZEWSKI 
(1839 -1895), a potem młodsi od niego MICHAŁ POCIECHA (ur. 1852), 
WALERY BROCHOCKI (ur. 1849-1923), SIDOROWICZ ZYGMUNT (1848 - 
1881). przedwcześnie zapomniany zdolny pejzażysta. - - KOCHANOWSKI 
ROMAN (ur. 1856 r.). 


Dopiero z F a ł a t e m i S t a n i s ł a w s k i m krajobraz wcho- 
dzi w nowy okres. na którym piętno zasadnicze wycisnął impresjo- 
nizm. Teraz już nie będzie objektywnej, starannie we wszystkich 
szcze
ółach kończonej przyrody, - ale raczej impresje, swobodne 


244
>>>
I 


i śmiałe w środkach, dążące do oddania wrażenia danego motywu 
światła. Światło zalało dawny krajobraz, dotąd raczej rysowany niż 
malowany, zagrały dźwięczne, nieznane dawniej plamy barwne, po- 
wiał jakby wiatr świeży od zimowych, zasypanych śniegiem, ozłoco- 
nych słońcem pól, nad któremi zwisło czarownej głębi i siły turku- 
sowe, przeczyste niebo. 
Impresyjne traktowanie krajobrazu dało malarzom śmiałość no- 
wych środków i pewną przewagę barwie, ale nie zrywało ze zdrową 
tradycją naturalizmu. Artyści w dalszym ciągu przestrzegają bardzo 
charakteru danego zakątka, pory roku, godziny dnia - słowem 
wszystkich właściwości pejzażu "rodzimego", bynajmniej nie gardząc 
doskonałym rysunkiem bądź całości, bądź szczegółów. 
Jakże mało pierwsze prace Fałata zdradzają przyszłego wirtuo- 
za? I Bezbarwne, nieśmiałe akwarelki, ostrożnie i wątle rysowane, 
niczem nie zapowiadają świetnej karjery artystycznej tego malarza. 


JULJAN FAŁAT (1853) urodził się w Tuligłowach w Małopolsce. 
Zanim został malarzem, był geometrą. Jako taki wiele dni spędził 
w polu, z łańcuchem i astrolabją, żył pod słońcem i deszczem, obser- 
wował przyrodę o każdej porze dnia i roku i potrochu próbował ma- 
lować. Kiedy w roku 1879 zobaczył na międzynarodowej wystawie 
Monachijskiej akwarellowy portret Wagnera, malowany przez angiel- 
skiego artystę Herkomera, zrozumiał nareszcie swoje powołanie. 
Szybki w decyzji, rzuca zawód dotychczasowy i zostaje w Mona- 
chjum. Ale praca u sztycharza Raaba dała mu jedynie pewną wiedzę 
rysunkową. W gruncie - źródła sztuki Fałata są w nim samym. Po- 
moc z zewnątrz sprowadzała się raczej do podniet. W istocie Fałat 
jest samoukiem, jak każdy zresztą wybitnych zdolności artysta. 
Wrażliwy, żywy, bardzo ruchliwy, szukał tych podniet we Wło- 
szech, w Hiszpanji, a wreszcie VI podróży naokoło świata 1884 r. 
Zewsząd wracał obładowany studjami i wrażeniami. Po powrocie 
osiadł w Krakowie i tam już większą część życia spędził. 
W Fałacie nie szukajmy natury cichej, kontemplacyjnej, poe- 
tyckiej. Artysta ten lubi szalenie życie i cierpi na głód wrażeń. Po- 
przez jego płótna czy papiery poprostu pędzi strumień życia, wartki 
jak obrazy w kinematografie. 
Fałat malował wszystko: wnętrza kościołów podczas nabożeń- 
stwa, sceny ludowe, Rołe damy alegoryczne, bekowiska jeleni, por- 
trety - zresztą doskonałe i t. p. Jego sceny z polowań są czemś nie- 
porównanem. Typy chłopów, leśników, dojeżdżaczy wspaniałe, 
w charakterze swobodne i znakomicie podpatrzone w ruchu, żywe 


245
>>>
w spojrzeniu, w wyrazie, przyłapane na garącym uczynku, subtelnie 
rysawane - są takiemi samemi klejnatami prawdy życiawej, jak 
niedźwiedzie, psy, łasie, ptaki i t. d. 
Ale najświetniejszą kartą jego sztuki i najbardziej istotnym ner- 
wem talentu są jegO' krajabrazy, zresztą i w innych płótnach jaka tła 
użyte. Uderzają ane nie paezją i nastrajem, jak krajobrazy Chełmań- 
skiego, ale przedewszystkiem świetnością wykanania. Przyrodę ka- 
chał Fałat po swojemu-za zieleń jej łąk, za woń jej kwiatów, za ży- 
wy błękit nieba-przedewszystkiem i najbardziej za światła, za blask 
słańca, który daje te cudawne, silne tony jegO' palecie. 
Nigdy niesyty życia, maluje i łąki zielane, i ciemne sylwety sta- 
rych lip skupianych u wiejskiegO' kaściołka, i siną wstęgę Tatr na 
haryzoncie, i widaki miejskie z ich wspaniałą starą architekturą 


, 



. 
, -r.. po 


-. ' 
'Ą 
#{ 
, 


"" 
\ . 
 
\.J ' ,I..
:" ' lo 
I ;..,I
. ,- 
4...J
 ...:;:'; 
... 
ł:. 
 
..41. ..; ....
: ...... 
'i- 
:. ,
.;:J., : 
.... 

.'
' 
.",. .... 
....... ,,,-. .. ... 
.. ,.
_:

 



1- 



:--
 


.. 


.' .,. 


'. 


, 
.A 


. . 
'-"1 
.fi
 
ff. 


JULJAN FALAT 


NIEDŻWIEDZIA NIOSĄ 


ale najbardziej sabą - mistrzem wirtuazem niedaścignianym staje 
się w wid ak ach zimy. 
Jest caś niedowypowiedzenia w jegO' ujęciu światła zimawegO', 
w blasku słańca grającegO' na śniegach, na bursztynawych ścianach 
adległych lasów, na zagajach, na abłokach pędzących pa niebie. 
Panorama Berezyny, w której malawał pejzaż, robiła wrażenie 
takie, jakby nas cudem jakim niewiadome siły przeniasły nagle 
z brudnej Karawej ulicy na razległe litewskie pustacie - gdzie ni- 
skie zimawe słańce gra na zaśnieżanych wzgórzach i złaci ściany ad- 
ległych lasów, pad cudawnym, upajającym błękitem półnacnega 
nieba. 


246
>>>
Jego strumienie, płynące niby wstęgi pawie wśród złotego śnie- 
gu, haftowanego w cieniach czystym kobaltem, są arcydziełami świa- 
tła, a zarazem techniki maestralnej, bardzo swobodnej w środkach, 
potęgującej wszystkie tony dla podniesienia blasku światła. 
Fałat zdumiewa techniką. Nietyle olejną, choć i tu widać szalo- 
ne opanowanie formy i tonu w szerokich, śmiałych, ogromnych rzu- 
tach pędzla - ile w akwarelli. Żaden z malarzy polskich nie czuje 
tak wody w farbie, a raczej na papierze. Papier jest mokry, albo wil- 
gotny - a farba bądź po nim spływa, bądź wsiąka, łącząc się w pół- 
przypadkowe zlewiska, tworząc jakieś marmurki naturalne - w któ- 
rych czuć styl akwarelli - wodę. Tony bierze w niesłychanej czy- 


......
 
. , -. l 


--- r
 
': :{:- 

/ 
.f$."j .' 
t 
 '- 


, 


, 


, 
" 


\\, 


"- 
...... 



 


, 
,
 
, 


,
 


, 


. , 
 


... 



t' 
I' 


" 



 \'" 
{ 


,,- 


\.. 


'i
 
;- , 


\.,' 


I 


" 


-' 



 .#-. 


..- 


,. 


JULJAN FAł AT 


STARY KOSCIÓł 


stości, a gdzie potrzeba, w niesłychanem natężeniu - nie ustępujące 
zgoła olejnym. Zdarza się, że c z y s t y, ciepły w tonie papier, tylko 
tu i owdzie w cieniu draśnięty kobaltem-staje się śniegiem zalanym 
słońcem. Jedno dotknięcie dokonywa tego cudu. Jest to maestrja 
godna Besnard'a, albo najlepszych angielskich akwarellistów. 
Wszystko to osiąga Falat stopniowo, idąc niewzruszenie na- 
przód do ostatnich niemal czasów, ale bez tych ciężkich, głuchych 
walk, jakich polem było życie np. Gierymskiego. Nadzwyczajna in- 
tuicja, której tamtemu brakło, wyprowadzała go łatwo ze wszystkich 
trudności sztuki. 


247
>>>
Zadziwiająca jest też karjera życiowa tego artysty. Syn ludu, 
ex-
eometra, staje się świetnym malarzem i ulubieńcem hi
h-life'u. 
Podejmowany przez najpierwsze domy polskie, wzywany przez Ra- 
dziwiłłów do Nieświeża na słynne polowania, zwraca na siebie uwa- 
gę Wilhelma II, jest mu przedstawiony, wezwany do Berlina, gdzie 
robi dla cesarza szereg obrazów. 
W 1895 r. po śmierci Matejki powołują 
o na stanowisko Dy- 
rektora krakowskiej Akademji Sztuk Pięknych. Zasługą jest Fałata, 
że wezwał do współpracy odrazu szereg najwybitniejszych artystów 
polskich: Wyczółkowskiego, Axentowicza, Stanisławskiego, Mal- 
czewskiego, reorganizując w ten sposób uczelnię, która przedtem - 
poza kolosalnym (i dlate
o groźnym dla uczniów) Matejką innych sił 
poważniejszych nie miała. 
Mimo lat 70 jest Fałat ciągle młodym w swej sztuce i nawet na- 
gina ją do ducha czasu, przechodząc do formy coraz szerszej, coraz 
swobodniejszej, coraz bardziej indywidualnej. 


JAN STANISŁAWSKI (1861-1907) urodził się w Olszanie na Ukrai- 
nie, a szkoły średnie kończył aż w Kazaniu, gdzie ojciec jego, profe- 
sor filozofji i tłumacz Dantego, był na zesłaniu. Przyszły malarz nie 
zdawał sobie sprawy ze swego powołania i spokojnie studjował wyż- 
szą matematykę w uniwersytecie warszawskim, a potem petersbur- 
skim. W Petersburgu zobaczył skarby Ermitażu i młodą sztukę "pie- 
redwiżnikow". T e wrażenia rozstrzygnęły o jego losach. Zamiast się 
ubiegać o profesurę w uniwersytecie warszawskim, początkuje u Ger- 
sona, a potem jedzie do Krakowa do Szkoły Sztuk Pięknych. Po ro- 
ku uczuł, że mu za ciasno i wyjechał do Paryża, gdzie przebył 10 lat. 
Stamtąd zresztą robił częste wycieczki do Krakowa, Lwowa, na ro- 
dzinną Ukrainę i t. d. W Paryżu zbliżył się z Chełmońskim, stojącym 
wówczas na szczycie powodzenia, i tu zaczął swą świetną karjerę ma- 
larską. 
Już jako znanego, wysoko cenionego w stolicy sztuki malarza, 
powołuje go Fałat do objęcia katedry pejzażu, w świeżo reformowa- 
nej krakowskiej akademji Sztuk Pięknych. Tutaj też spędził Stani- 
sławski resztę życia. 
Brzuchaty olbrzym, inteli
entny, bystry, dowcipny, despotycz- 
ny, z żywiołowym ukraińskim temperamentem, trząsł całą arkadją 
nowej uczelni i jej urzędowym dyrektorem, umiał wiązać rozbieżne 
dążności grona profesorów, łagodzić ich nieporozumienia, prowadzić 
ku wspólnym celom. W tym charakterze oddał akademji usługi bez- 



 
I 
'I 


248
>>>
1 


. , 
I ;-- 
  
 .' 

 . 

 I ), 
I 
I " 

 



 I 


L 


. 


.... t I
>>>
)
>>>
--....... 


1 


....- 


..... 


... 


I ; 



 


, 
 

 
 1 
'" 
.. 
.. 
-...... 


" . 


\ 


. 
 


.
 


, '. 


... 


.1,_, . 


r 


\Ii,. 


\.' . 
.' 


.... 


.. 


, . 
'- 



 


J 


JAN STANISŁAWSKI 


KRAJOBRAZ UKRAI
SKI 


cenne. Zarazem wychował i wyrobił szereg zdolnych pejzażystów 
i położył podwaliny "krakowskiej szkole" krajobrazu. 
Przy tern dużo malował. T en potężny mężczyzna był twórcą ma- 
leńkich, właściwych mu obrazków, malowanych w ciągu jednego - 
wyjątkowo - dwóch posiedzeń na deseczkach, mieszczących się 
w jego pudle do farb. Obrazki te mają świeżość impresji i techniki, ja- 
kie daje malowanie wprost z natury, a zarazem - w ich kompozycji, 
w jej linjach, w całem ujęciu motywu, w znakomitern zrozumieniu 
światła - wypowiada się silnie pierwiastek twórczy. Subtelny kolo- 
rysta, umie samą tonacją obrazu scharakteryzować naturę dnia, po- 
rę roku i motyw światła. Upaja się słońcem, którego setne odcienia 
i rodzaje gry na obłokach powtarza w coraz to nowych odmianach. 
Niebo nasycone światłem gra tu ważną rolę, jego ton coraz to inny, 
obłoki srebrzyste, złociste, ametystowe. opalowe. albo ciężkie, oło- 
wiane szarego dnia - są poematami światła. Energicznie zarysowa- 
ne linje krajobrazu z dziwną jasnością tłumaczą nam, że jesteśmy bądź 
pod Krakowem, bądź na Podhalu, bądź na Ukrainie - tak bardzo 
mistrz umie wybrać i podkreślić, co jest dla danej okolicy najbardziej 


249
>>>
charakterystyczne. Lubi on na tych maleńkich deszczułkach rozsnu- 
wać ogromne przestrzenie, sięgające hen, do odległego horyzontu, 
rzadko tylko poprzestaje na pierwszym planie. Zna ogromnie wartość 
malarską sylwety i w jej duchu upraszcza kształty, bez wyraźnej ich 
stylizacji. BogactlVo środków ma nieprzebrane. zarówno w skali to- 
- 


I 


I I 


. 


.. 


- 


- 


" 
.......,
 


I 
. I 



 "..' 


- 


L 


JAN ST ANISLA WSKI 


TOPOLE 


nów, jak i w sposobie rysowania przedmiotów pędzlem. Rysuje 
ślicznie - w miarę potrzeby szeroko, lub skończenie, miękko lub 
twardo, rzadką lub gęstą farbą, wczuwając się zawsze w ducha efek- 
tu i odwołując do obserwacji bezpośredniej. 


250 


--
>>>
Każda jego deszczułka stawała się maleńkim klejnotem, który 
kiedyś będzie w muzeach ceniony równie, jak drobne obrazy T er- 
borgów i Metsu. 
Ale Stanisławski, którego sposób malowania jest zawsze szero- 
ki.- umie przystosować się i do największej skali płócien. 1895 r. 
pomaga Fałatowi w Berlinie malować krajobraz w panoramie Bere- 
zyny; później we Lwowie malował pejzaż Golgoty. Jest w nim gięt- 
kość i siła i żywiołowe napięcie twórcze, coś, co przywiózł z "błękit- 
nych pól" Ukrainy, albo z zawołżańskich stepów. Obok Fałata jest 
on największym pejzażystą polskim ostatnich lat XIX w. Czarował 
ludzi nietylko swoją sztuką, ale i swoją osobą. Porywał ich zapałem, 
tęgością myśli i dosadną obrazowością mowy. Znakomity malarz ro- 
syjski Nestierow, którego oprowadzał po Krakowie, dokąd tenże 
przejazdem zawitał - pisze z zachwytem o tym niepospolitym czło- 
wieku i artyście. 


Pejzaż polski w czasach Stanisławskiego byłby imponujący, gdy- 
by nie to, że jego przedstawiciele, rozproszeni po świecie, nie mogli 
się nigdzie zogniskować. Jedni żyją w Kijowie, inni w Moskwie, inni 
we Lwowie, inni w Paryżu, inni w Warszawie. 


W Kijowie stale mieszkał WŁADYSŁAW GALlMSKI, tamże urodzo- 
ny 1860. T ego kresowego artysty Polska zupełnie nie zna, ponieważ 
wychowanek akademji petersburskiej, zbliżony do kół artystycznych 
rosyjskich, pociągnięty wysoką kulturą artystyczną obu stolic Rosji- 
tam wyłącznie wystawiał. Jest cenionym i zdolnym artystą. Jego 
"W sosnowym lesie" nabyło muzeum Aleksandra III w Petersburgu. 
"Stary młyn" znajduje się w muzeum w Charkowie. liczne obrazy- 
rozsypane po prywatnych zbiorach rosyjskich - do kraju nigdy nie 
trafiły, mimo że Galimski uważa się szczerze za Polaka. 


HENRYK WEYSSENHOFF (1859-1922) przeżył w dzieciństwie silne 
wrażenia, kiedy matka, jadąc do ojca zesłańca - do Kungura 
w permskiej gubernji, odbyła długą i uciążliwą podróż Wołgą i Kamą, 
potem - końmi poprzez olbrzymie stepowe przestrzenie, dzikie wą- 
wozy i pierwotne lasy. Tych wrażeń świeżych i potężnych nie zatarła 
później akademja petersburska ani monachijska. 
Weyssenhoff jest nieprzejednanym naturalistą. W Petersburgu 
jeszcze przejął się ścisłością rysunkową, która została mu na życie ca- 
łe. Swoje obrazy - zakątki rodzinnej Żmujdzi, łąki litewskie, zamar- 
złe topieliska Polesia - rysuje niesłychanie sumiennie. Impresjonizm 


251
>>>
",., 


\ 


.... 
'... . 


. -' - 
 .. 
- -..-- ...;. ---- ( ..- - 
. -::-..- 
 =--=--\:

:.¥
 -...- , I 



 : 
-.- __
__...:t""_ 
 -.,
 _ -'. - A

 

 
...
-ł-'C't
 

- 
:-;;' $"'iio


':-.
 
:- 

.. . =---..::._- 
- . _1.. . ' 

 ..\.'
 . 
- .......-:-
 - -. .. 

 

 II!::...., ."'. .. - .
- 
-.P - . . .-- 
 ---=- '. '.",. ";"d:
. 
.........'';'..7 
....... _ --.--. 

 : - -, . "" ". ........ 
..

 '...;..... '. 
.'-.... "'-

....;;...
 ..:.... 4ir. _' . 
- ,.' . ..;" 
 -......_
 -: 
 -...1!....... 
.... - 


...,-,,; - . . 
- 
 .:
. -.uJi '""-7
', 
. .....:.' . -'
-'\;.
 
 
--ł, '01.....: '-_ '-_ 
, -- - "-
- - 
 


': !I 

_c 
-ł. ...-= ,
 
---.'
 
- -- 

 """- 
- .. 
-,.;... 


..t... '" 


I' 


HENRYK WEYSSENHOFF 


SNIEG 


dał mu jedynie jaśniejszą, śmielszą, barwniejszą skalę tonów, tkwi 
ona jednak w ramach rysunku ostro, po rzeźbiarsku pojęt,-:go. 
Namiętny myśliwy, lubił umieszczać w obrazach swoich łosie. 
niedźwiedzie, wilki i inne zwierzęta, rysowane z wielką znajomością 
kształtu, ruchu i obyczajów. 
Najświetniejszym z tej grupy malarzem jest WKOWSKI ST ANISŁAW 
ur. 1873 w Grodzieńszczyźnie we wsi Jędrychowie, wychowany 
w Rosji i tam stale mieszkający.') Doskonały rysownik i przedziwny 
kolorysta, należy do najlepszych przedstawicieli krajobrazu rosyj- 
skiego. Jego wystawione niegdyś w Zachęcie warszawskiej "Stogi" 
na łące w świetle zorzy były czemś czarującem. Tony bogate, a prze- 
dziwnie zharmonizowane w cichej miękkiej gamie gasnącego dnia, 
zdradzały najsubtelniejszego kolorystę szkoły naturalistycznej. Od 
obrazu szedł chłód wieczorny i zapach skoszonej łąki. Ale obraz nie 
zwrócił niczyjej uwagi, wrócił, skąd go przysłano, i już więcej Żukow- 
ski nie zadawał sobie trudu obsyłania prowincjonalnej dziury, gdzie 
nię umieją cenić sztuki. 


Najmłodszym z nich jest JANOWSKI STANISŁAW (ur. 1866 r.), 
ceniony pejzażysta lwowski. On to był głównym pomocnikiem mo- 
nachijskiego artysty Boli era, który z grupą polskich artystów nama- 
lował jedną z najpiękniejszych na świecie panoram "Tatry". 


') (Obecnie mieszka i wystawia w Warszawie). 


252
>>>
-I 


I 1 Ił'" . . lU.:'-+' 
f 
 '#-.. i \ '- If- ,) l t 
r . '. 
 ,
 \ '
 t.  , . ' "- " /. I 
. 1 .- 
. ,'1 
". j':
 T
 l j, "'ł 
, 


ł: r 
'1 .1 


.. - 

l
.' ł 
l-\ł 
I ;, ;'., \ Ij 
.,.: " ;- . " I 
ł '
 ł 
.,.. ':
 t 


,", 


" i. 
,,', '""'1- 
Jh 


ł 


I, " 
. t, ", 


, - , " 
., 
" 



", 
I 


\ 
I 1 
'ił J . 
-J..- 


: I ,'. 
.

 


-
.' 


.\" .. 
,.. 


. 
-- 
" 


r. 


, ' 


... 


-.;...1;: 


-ł 


... 


.f..... --...... 


, 


.....
 .- 


o:; 



 



 


ST ANISLA W ZUKOWSKI 


ROZTOPY WIOSENNE 


Warszawscy pejzażyści należą do pokolenia o kilka lat młodsze- 
go i nie stanowią zwartej stylowo grupy. W końcu XIX i początku 
XX w. najbardziej typowym dla Warszawy byli Rapacki i Popowski, 
obaj zrośnięci z nią bardzo, nie ciekawi nowych prądów i obcych bo- 
gów, obaj mają linję rozwoju zupełnie prostą, bez żadnych zgięć i od- 
chyleń. 


I' 


JOZEF RAPACKI (ur. 1871) zaczynał świetnie prostemi, natura- 
listycznemi pejzażami, w których słabo czuć pewien wpływ Gierym- 
ski ego i naukę Gersona. Mając lat 17, wystawił pierwsze obrazy, 
które zwróciły na niego uwagę. Ale powodzenia życiowe spowodo- 
wały w dalszym ciągu stałe obniżanie się poziomu artystycznego iego 
prac. Nie czuje się w nich żadnych wysiłków, poszukiwań, wzruszeń 
żadnych artystycznych zadań. Zapewne pragnął on p r o s t O t y 
w kompozycji, ale ta prostota była niepomysłowa, banalna i nudna. 
Niewątpliwie cenił p r a w d ę koloru, ale dał tylko ubóstwo barw 
i oleograficzną pospolitość tonu. Podobnie z rysunkiem i charak- 
terem. 


253 


........
>>>
, . , '-, I 4, 
," .,' \ " , "..'ł "-"...,
 
, .. , \ '. 'I

 .,. :ł' 
; , 
. ! .
 ., " .', 1 
"'J ...... . l ! ... 
-, ,i ' . r 

 
, .
1 \ f.' _
l. f '.'
\ .. 
l' , .. 
l .\ ,. ., 1.J.. ,'{'. ( ..' 
.' .' :..'j , ' 1'iłł " ""'f 

 ,,1 
 :-. f l "l' . 
; .
I,' "," -. - 
 
 - :- 
" I , 
" l 
\' T. 
P . 
t 


, , . 



 


.t_ : 


..fr,,!,: , 


-r - 


.. 
, 


--4 . 

--:

 
. -'
' - ..,....: 



.
.:,;.
: - 


.JOZEF RAPACKI 


DROGA JESIENIĄ 


. Ten wesoły, dowcipny, miły, koleżeński malarz w tysiącach 
swych płócien daje sztukę zupełnie do siebie niepodobną: sztukę bez 
życia, bez charakteru, bez pomysłu, - sztukę, która zamało jest sztu- 
ką, a nic - twórczością. 


POPOWSKI STEFAN, dziecię Warszawy, ur. 1870 r., zaczynał 
o wiele skromniej, ale zaszedł dalej. Niema w nim romantyki, ani poe- 
zji, bo pogromy Witkiewiczowskie wywołały panikę w stosunku do 
tych wartości. Podobnie obcym był impresjonizmowi i zdobyczom 
współczesnego kolorytu. Ale przez zaciekłe, uparte i wielokrotne stu- 
dja jednego i tego samego motywu-dochodził do wysokiego poziomu 
prawdy. Zwłaszcza opanował noce księżycowe, ze srebrnemi baran- 
kami obłoków dookoła bladego miesiąca, i pozostawił kilka cennych 
prac z tej serji. Gdzieindziej tak samo studjował efekty słońca. 
W pojmowaniu sztuki nie schodził z obranej drogi i do ostatka pozo- 
stał wierny ideałom młodości. 
Więcej życia, rozmaitości i indywidualnego stylu znajdziemy 
w krajobrazie miast. Dawne tradycje Zaleskiego zostały podjęte 
przez kilku artystów, w związku z większą uwagą zwróconą na daw- 
ne zabytki, na stare dzielnice miejskie, na malowniczość dawnych 
miasteczek polskich. Prace Glogera, założenie T -wa Opieki nad Za- 
bytkami Przeszłości, jego wystawy i fotograf je, - propaganda krajo- 


254 


- 


....
>>>
--ł 


STEFAN POPOWSKI 


NOC 


znawcza Janowskiego Aleksandra - zbudziły powszechne zaintere- 
sowanie się tern, co pozostało widome dla oka z dawnego piękna 
Polski. 


Kraków wcześniej już został ogarnięty tym prądem i wydał zna- 
nego akwarellistę TONDOSA (ur. 1854). W Warszawie pracuje cała 
grupa artystów o bardzo różnym charakterze i poziomie sztuki. 


TADEUSZ CIESLEWSKI (ur. 1870) po nauce w warszawskiej Szko- 
le Rysunkowej i rocznym pobycie w Paryżu próbował z różnem po- 
wodzeniem szczęścia w zakresie krajobrazu. Dopiero podróż do 
Gdańska 1909 r. otworzyła mu oczy na piękno starych murów i dziel- 
nic miasta. Oczarowany Gdańskiem, wraca do Warszawy, aby spoj- 
rzeć na nią nowemi oczami. Odtąd bez przerwy wystawia naturali- 
stycznie pojęte jej widoki uliczne. Najciekawszym jednak jest Cie- 
ślewski w swoich "wnętrzach" - zwykle - własnej pracowni, kom- 
ponowanych z dużym smakiem, malowanych swobodnie i wykwint- 
nie, utrzymanych w tonach szlachetnych i harmonijnych. 


255
>>>
TRZEBIŃSKI MARJAN (ur. 1871) w obrazach swych, pomyślanych 
nie bez wpływu Gierymskiego, zwraca się do krajobrazu miejskiego. 
Jednakże pierwotną miękką, ciemną manierę porzuca dosyć rychło, 
a zapalony do zabytków, zaczyna je opisywać pędzlem w sposób wię- 
cej naukowy, aniżeli artystyczny. Suchy piórkowy kontur, napu- 
szczany rzadką, konwencjonalną akwareli ową farbą, jest jego środ- 


. 
. .. 


. .:'T ", 
) ,-o 
'i "-. 


, 
. . 
. -- 


, . 

::}.. . 
, "!,. 
-,t. r. ( 
.'
. I 
. 
t . 


,- 



 


.' 


,. 


. I 


. , 


I' . . 
. _. r -
 .-- 
'''
-'''5:' ,.--*,";. 
- ',1!1,--' 'J
'
. 1f 
' 1/£ ...', 
"1.:..... 
....'A jp'
 " ," 
-
., ,.,\
 .\ - . 
.. ;. , 


-
..# 
i,),. 


-
 


-. 


]1 
1 
.\ 
. . 


" 


,I 
I 



 


'. 



. 


,... . 


;'? '. ..,..... 

 . 
 . 
  
 . ,t, , :t _ 
 . 
."_ .. ...-:;" . ...:
 
 : _ . . ":':. , _ ...... 
 _ "" ' _ ' . - 
 

.
 
 
. __ -,.'''' ,
--..." 
 ..- . 
.,ł. .
..-: . '..
':'"-"":1. . .. . .. . 
 .. _ _ ,. . .
,:; _ 
.' ;,e(,'"'-.... t.._ " '. ""-o; -.' . 


BRON. KOPCZYŃSKI 


KOŚCIÓŁ ŚW. BARBARY W.KRAKOWIE 


kiem technicznym. Zagadnienia światła, koloru i nastroju są przy- 
tern zupełnie pominięte, natomiast kreseczka piórem oddaje dokład- 
nie wszelkie szczegóły danego budynku. Trzebiński jest znawcą kraju 
i jego zabytków, objechał całą Polskę, zatrzymując się wszędzie i ro- 
biąc z natury widoki, dużej wartości dla badaczy i miłośników zabyt- 
ków architektury. 


256 


- 


..........
>>>
Na tę samą drogę wstępuje młodszy od niego BRONISŁAW 
KOPCZYŃSKI (ur. 1882). Uczeń pro£. Unierzyskiego i Axentowicza, ner- 
wowy, ruchliwy, ogromnie pracowity, od samego początku okazuje 
nerw z a b y t kar z a... Malarz zdolny, w najlepszych swoich pra- 
cach (zwłaszcza wnętrzach) zdobywa się na niezwykłą subtelność 
tonu, świadczącą, co za wartości artystyczne mógłby wydobyć 
w swych pracach, gdyby na tę ich stronę większy kładł nacisk. PÓŹ- 
niej jednak artysta ten zbyt ulega instynktowi archeologa i maluje 
obrazy, które budzą zainteresowanie nietyle wykonaniem, ile wybo- 
rem motywu. Ma bowiem niezwykły smak w wyszukiwaniu cieka- 
wych zakątków starych dzielnic miejskich. Sztuka Kopczyńskiego 
zrywa z naturalizmem, jest obojętna na efekty światła i rzadko bar- 
dzo stawia sobie zadania kolorystyczne. Swobodna, stylowa, utrzy- 
mana w tonach neutralnych, szarawych - i - bardzo wrażliwa na 
linję. Kopczyński świadomy jest wartości naiwnej, żywej i pełnej 
wdzięku linji starych budowli, zarówno jak ich spatynowanej, odra- 
panej powierzchni. W swoich fragmentach Wilna, Torunia, Kazimie- 
rza, Lublina, czy Warszawy tę naiwność linji i patynę czasu podkre- 
śla niezwykle dobitnie, otwiera oczy widzów na jej urok, przeciw- 
stawia ją suchej, pedantycznej, sztywnej linji budowli współczesnych. 


Wyjątkowe stanowisko w tej grupie zajmuje JOZEF MAŃKOWSKI 
(1868 - 1915), malarz zupełnie u nas nieznany, mimo że mieszkał 
i pracował w Warszawie w ciągu kilkunastu lat. Mańkowski pocho- 
dził z polskiej rodziny osiadłej w Żytomierzu, gdzie przyszedł na 
świat.') Po ukończeniu szkoły odeskiej przyjechał do Petersburga 
i wstąpił do Akademji S. P. Tu odrazu zwrócił na siebie uwagę ory- 
ginalną umysłowością, a przedewszystkiem nadzwyczajnem, wysoce 
indywidualnem odczuwaniem barwy. Studja jego były czemś nie- 
zwykłem, z podziwem przyglądali im się koledzy a ze zgorszeniem 
profesorowie. Nagi model stawał się mozajką plam barwnych, często 
zupełnie czystych, tak jak wypłynęły z tubki... Te plamki zlewały się 
w harmonję o wielkiem natężeniu tonów, dziwnej ich sile i przejrzy- 
stości. - Wyznając zasadę naturalizmu i dążąc do prawdy, tworzył 
sztukę oryginalnie stylową w calem ujęciu formy. Późniejsza praca 
II profesora Kuindżi, znakomitego artysty i pedagoga, jeszcze pogłę- 
biła te dążenia i zmieniła formę stylu, nie zmieniając jego ducha. 
1899 r. przyjeżdża Mańkowski do Warszawy i obejmuje katedrę 
rysunku w świeżo otworzonej politechnice warszawskiej. Praca ze 


I) Matka jego była p r z y m u s o woprawosławną, z tego powodu i on także. 


Malarstwo polskie - 17 


257
>>>
"1 Ą. 
, " ..! 
... t': _,.1 , 
. ' 
.' 
., 
I 
-- 
., 
: \ l 
\ 
I 
.J. -t . 
" .,- 
,"' 
ł ......, 
" 
'\. ...'" 
, , 
. 
.. ,. .. 
.. 
..' . 


. . "1 
.- 


, 


, 


\ 


JÓZEF MAŃKOWSKI 


W OGRODZIE 


studentami niewiele przeszkodziła jego zajęciom malarskim. A były 
to szczególne zajęcia. Mańkowski lubił wałęsać się po mieście, zaglą- 
dać do modnych kawiarni, do ogrodów, na targi, na przedmieścia - 
zwłaszcza w godzinach popołudniowych, zimą czy latem. T o były jego 
studja. Obserwował zwłaszcza efekty światła i tonację barwną. Cza- 
sem robił za świeża notatkę. Czasem ratował się dla rysunku foto- 
grafją, której jednak nigdy nie kopjował. Była mu ona tylko przy- 
pomnieniem pewnej sylwety czy ruchu. 


258
>>>
.... - t:-
 
 


:l 


- 


-..'I, ,_ 
. 


.. 
, 


" 


.' 
"",..- 


--.. .... 


..". ."
- 
" 

l':: : ::,...:.. , 
r
 '0.: .

".-
\,

 
,.;
. ,'. ',ł;,:_ ł -ł"'''' 
... 


'l,.. .,. ,re. 


{; "ł 
 \ 


J..' 
t 


-- 


"' 


.."' 
 
 

.
 
o
+! " 


.: 
., 



""l O 


.' 


, ,''i.'J: : 
O "1 ",\...ł ,;:;." 
..
:.
. 


... 
ł 
. 
 


'" . 
4 .' . 
- " ' 


-,- 


 



 


-.-... 
1.' , 



,- 


... _ '!L
".:- 


JÓZEF MAŃKOWSKI 


KLASZTOR O ZACHODZIE 


Potem w domu malował rzeczy widziane, fragmenty podmiejskie, 
kawałki ogrodów, z panienkami kupującemi kwiaty, kawiarnie ze 
światłami sztucznemi, dorożki, oficerów - wszystko zupełnie wolne 
od anegdoty - umieszczone w pewnem otoczeniu jedynie dla plamy 
barwnej. Najważniejszą częścią tego był krajobraz miejski - a raczej 
światło łamiące się na murach budowli, parkanach, drzewach, para- 
solkach, wsiąkające w chmury i w błękity nieba. 
Po pięć i dziesięć razy powracał do jednego motywu, tworząc 
warjanty niesłychanie kolorystyczne, malowane najczęściej akwa- 
rellą, szeroko jak Fałat, trzymane w oryginalnej, ciepłej gamie. 
Szczególniej upodobał sobie Kaźmierz nad Wisłą, jeździł tam co 
roku w ciągu lat kilku, malując zapamiętale widoki tej cudownej mie- 
ściny. Najbardziej lubił godziny podwieczorne, kiedy niskie już słońce 
nasyca złotem obłoki, trawy, mury, drzewa, błękit niebieski- 
wszystko. 
Powstały tą drogą setki obrazów wprost z natury malowanych, 
kończonych w domu. Malowane śmiało, szeroko - formę traktują 


259
>>>
w bardzo oryginalny sposób. - w paru uderzeniach pędzla oddając 
sumarycznie umieszczane dla plamy figury ludzi, koni, psów. 
Mańkowski. cichy, zamknięty w sobie człowiek, nie dbał o pu- 
bliczność, o zakup i popularność. Sztuka jego jest jak sztuka Van- 
Gogha - niby świegotem ptaszka - dla siebie samego tworzona. 
Nawet nie cenił jej wcale, nie wystawiał ani sprzedawał obrazów. 
których całe stosy leżały na podłodze pracowni. Aż przyszła chwila, 
kiedy je zniszczył masowo. Straszliwa, niedoleczona choroba położyła 
kres jego twórczości. W napadzie obłędu popalił swoje akwarelle 
i rysunki, studja olejne, wszystko prawie, co miał w pracowni. Oca- 
lało zaledwie kilkadziesiąt płócien ostatniej epoki, które dziś są rzad- 
kością niesłychaną. 
Umarł w T workach. 


Pod wpływem Fałata, a przedewszystkiem Stanisław!'kiego rodzi 
się odrębna. zwarta - krakowska szkoła krajobrazu, której słupami 
są uczniowie Stanisławskiego - Czajkowski, Szczygliński, Kamocki 
i Filipkiewicz. Wszystko malarze zdolni, wyrobieni, mający dużo po- 
czucia barwy i - charakteru rodzimego pejzażu. Mimo wybitne po- 
krewieństwa mają oni pewne rysy indywidualne. 


ST ANISŁA W CZAJKOWSKI (ur. 1878), 'wybitnie zdolny kolorysta. ro- 
zumie dobrze wartość barwnej plamy w kompozycji pejzażu. Kraj- 
obrazy jego krakowskie, a zwłaszcza holenderskie. są w gruncie har- 
monjami barwnemi, zręczną mozajką śmiałych plam barwnych 
i dźwięcznych, któremi się artysta upaja. Najmniej z całej grupy rea- 
lista, mniej od innych wrażliwy jest na charakter miejscowości. Na- 
tura daje mu raczej podnietę, aniżeli wzór. W późniejszych pracach 
stoi u wrót sztuki stylowej. Najlepszy w niewielkich, bezpośrednio 
z natury malowanych płótnach. 


HENRYK SZCZYGLIŃSKI (ur. 1870 r.) ma zamiłowanie do wielkich 
płócien - nocy zimowych z ciemną sylwetą samotnego kościołka 
w głębi i cieniami drzew. kładącemi się na śniegu. Lubi stare, piękne 
dworki. widziane poprzez pnie i konary drzew na Plantach krakow- 
skich, - lubi rozległe przestrzenie i wiatry hulające w polu. Kompo- 
zycje jego szeroko pomyślane, szeroko malowane, zdradzające dąże- 
nie do nastroju - w barwach są mniej dźwięczne niż u Czajkowskie- 
go, bardziej szarawe, zresztą - szlachetne, - w japońskich wyszu- 
kanych tonach trzymane. 


260
>>>
::I! 
1-'1 
'"" 
o 
U 
I 
o 

 
::I! 
- 

 '" 
- 

 
I) 
1-'1 
N 
,4 .S N 
, k - 
'" 
aJ 
,.;. O 
..w ł 
 ..., 
- 
I '" 
I- 
 
, '; 
. 
-' 
I 
\', ':0 ' , 
-', 


 
 


(' 



 
j
 ... 

 , 
'I 
,00 ", 
) 
., .' 

 \ '\: '\ .",V (. 
, "- ,
 ł i' 
'. "J 
, 
" 
..... 
 
" 
l...... " - 
\ 


'. 
..
 
.
 I 
; I 
'.' 


. .1 


:;2 
I) 

 
O 

 
..... 
- 
N 
U 

 
- 
'"" 
I) 
Z 
- 

 
I)
>>>
-- 


" ' 


f ' 


.. ;, 


'I 


, " 



 
l 


,1 . 
I 


, 
, 


'" 


-i-- 



-- 
 
\. 
. 



 


, 1\ 


_..;c= 


-- 


HENRYK SZCZYGLI"fSKI 


HALABARDNIK 


STANISŁAW KAMOCKI (ur. 1875 r.) szkołę Stanisławskiego uzu- 
pełniał w Paryżu i Włoszech. Maluje krajobraz okolic Krakowa - 
"Zboża", "Kopy", "Ziemniaki", mury Tyńca, kiedyindziej cerkiewki 
wschodniej Małopolski, albo tatrzańskie hale usypane głazami. Szuka 
uporczywie efektów słonecznych, maluje szeroko, energicznie. Ostat- 
nio został profesorem akademji krakowskiej. 


Najmłodszym z tej grupy jest STEFAN FILIPKIEWICZ (ur. 1879). 
Młodość jego przypadła na pierwsze tryumfy "Polskiej 
ztuki stoso- 
wanej". Pod wpływem tego nastroju wyszukiwał stare kaplice, piękne 
kościołki drewniane, otoczone drzewami i t. p. Potem porwała go na- 
tura sama "Odwilże", "Pierwsze śniegi", "Obłoki jesienią", Tatry 
w śniegach leżące, strumienie wiosenne wartko płynące, w których 
drobnej fali migoce odbicie słońca, grającego na nagich jeszcze pę- 
dach drzew. Zdolny kolorysta, w kompozycji mniej szeroki od Szczy- 
glińskiego, maluje obok krajobrazu kwiaty, wnętrza i t. d. szeroką, 
jasną, właściwą całej tej szkole manierą. 


262
>>>
Wszyscy ci artyści mają wybitne zamiłowanie do śniegu, na któ- 
rego czar otworzył im oczy Fałat. Śnieg wprowadza jasne plamy do 
ich obrazów, podnosi wartość wszystkich innych tonów i daje sro- 
sobność do szerokich rzutów pędzla. Przytem - słońcu daje on prze- 
śliczne, bardzo czyste i dźwięczne tony. 


Wpływ akademji krakow
kiej sięgnął i do Warszawy. Uczniem 
Stanisławskiego jest BRONISŁAW KOWALEWSKI (ur. 1870), zdolny ma- 
larz, mniej od tamtych śmiały w kolorze, ale mający duże poczucie 
poezji natury. Maluje krajobraz nadwiślański lub północny, gdzie 
spokojne jeziora śpią cicho wśród majestatycznych lasów na wzgó- 
rzach. 


TEODOR ZIOMEK (ur. 1878) zapowiadał się bardzo ciekawie, ale 
w ciągu karjery malarskiej coraz bardziej oddalał się od stylu i twór- 
czych zadań w malarstwie, na rzecz wiernie, odtwórczo kopjowanych 
z natury "widoczków". 


Wszyscy artyści, omówieni w tych rozdziałach, spełnili zadanie 
ścisłego odtworzenia otaczającego ich świata. Jedni - starsi r- ro- 
bili to w sposób możliwie objektywny, drudzy - młodsi - traktowali 
ten świat jako impresję osobistą. Jedni kładli nacisk na pierwiastek 
życiowy, inni - na czysto malarski - linję i plamę barwną. Jedne 
i drugie zadania były postawione jasno i rozstrzygnięte świetnie przez 
naj znakomitszych artystów obu pokoleń. 
Z kolei równolegle do ruchu europejskiego i w Polsce wybiła go- 
dzina, kiedy zrozumiano, że obok świata prozy istnieje świat poezji, 
obok rzeczywistości zewnętrznej - inna - wewnętrzna, subjektyw- 
na wizja artysty, w niewiadomych głębinach i labiryntach ducha po- 
częta. Że sztuka nie jest odtworzeniem natury, ale przejawem popę- 
du twórczego w kierunku linji i barwy. 
Tu znajdą ujście siły twórcze rasy, jej pomysłowość, fantazja 
i poczucie stylu. One to stworzą odrębny - właściwy już naszym cza- 
som odłam malarstwa polskiego. 


ł\ 


..t..... 


.J
>>>

>>>
STYL 


I 


FANT,AZJA 


PRU SZ KOWSKI WITOLD. PODKOWIŃSKI 


....... ...--- 


MALCZEWSKI 
WYSPIAŃSKI. MEHOFFER 
W A WRZENIECKI 
TROJANOWSKI EDWARD. TICHY. CZAJKOWSKI JóZEF 
FRYCZ. BUKOWSKI. MASZKOWSKI. BRUZDO WIC Z 
NOSKOWSKI 
ST ABROWSKI. RUSZCZYC 
ŚLE WIN SKI. SIEDLECKI. DES KUK WY GR ZYW ALSKI 
WOJTKIEWICZ 


GA WINSKI. HOFFMANN. WEISS. SICHULSKI. UZIEMBŁO 
BUYKO.BENDA 
PRUSZKOWSKI. BORUCINSKI. LECHOWSKI 
BOROWSKI. ROGUSKI 
STRYJENSKA 
JAKIMOWICZ. SKOCZYLAS. BARTŁOMIEJCZYK 
BRANDEL. MONDRAL. MACKIEWICZ. JASTRZĘBOWSKI 
JOHN 
L. CZECHOWSKI. JAMON'D sLENDZINSKI 


l a . . m 
 I ni trzeźwa, reali,lyczna "luka G;..ym,kich, ani w,pan;a- 

 ły - w gruncie z naturalizmu wyrosły - plener Wyczół- 
kowskich i F ałatów nie mógł zaspokoić najistotniejszych 

 potrzeb ducha polskiego. Sami nasi naturaliści to spo- 
strzegali, i w sztuce ich przebłyskują ciągle pierwiastki romantyczne. 
U Chełmońskiego trzeźwość realisty łamał rozszalały temperament 


265 



..... 


...
>>>
indywidualny, - a potem cicha poezja samotności; - Wilki i polo- 
wania Wierusza Kowalskiego już przez sam temat wprowadzają nas 
w inny świat, daleki od prozy i pospolitości życia; - Piechowski 
w dziełach takich jak "Ukrzyżowanie" albo "Chrystus wśród siepa- 
czów" Ulkazuje wcale inne oblicze, aniżeli w pełnych charakteru sce- 
nach z życia dworu i plebanji; - podobnie W. Kossak, Wyczółkow- 
ski, Podkowiński i inni. 
W psychice poh-kiej uczucie i fantazja stanowią jeden z najbar- 
dziej rdzennych rysów. W sztuce wielkopańskiej i kościelnej daw- 
nych czasów tłumiły je bardzo silne wpływy obce - zachodnie. Za- 
to w sztuce ludowej. a także w baśniach. podaniach, klechdach i pie- 
śniach ludowych - tętno ich zawsze było silne. I jest silne dziś na- 
wet, co stwierdza zdumiewająca pomysłowość twórcza dzieci pol- 
skich do lat 10 - 12, t. j. do czasu, póki system szkolny nie wytrzebi 
skutecznie - jeżeli nie uczucia, to - wyobraźni dziecka. 
Oba te pierwiastki w sztuce XIX w. wypowiadają się z potęgą 
niesłychaną, niespotykaną u innych ludów europejskich. Jednakże 
mają one odrębne, właściwe nam zabarwienie... W malarstwie fran- 
cuskiem energ.ja uczuciowa gra rolę podrzędną. W najlepszym razie 
skupia się ona na zadaniach czysto f o r m a l n y c h, t. j. dotyczą- 
cych sposobów widzenia i ujmowania natury. jej malarskiej interpre- 
tacji. Malarstwo stało się tutaj ogromnem laboratorjum, gdzie doko- 
nywają się coraz to nowe próby, dotyczące f o r m y malarskiej. 
Jednakże w odnajdywaniu nowej formy przewodnikiem jest przede- 
wszystkiem intelekt. 
W Polsce instynkty i wzruszenia malarskie twórcy kojarzą się 
stale i w sposób nierozerwalny z uczuciami odmiennego porządku, 
zrodzonemi przez dramat indywidualny, narodowy. społeczny i t. d., 
tworząc zespół psychiczny złożony i bogaty. Zwłaszcza potężny tu 
był wpływ tragedji narodowej. która w ciągu stulecia urabiała psy- 
chikę najpiękniejszych dusz naszych. 
W malarstwie poprostu powtarza się dramat naszej poezji. Bo 
jedno i drugie były dziełem pogrobowców. co przyszli na świat wśród 
nocy ciemnej. i serca ich rwały się do utraconych słońc. Jak niegdyś 
poezja romantyczna przeżyła okres świętej egzaltacji i wydała dzieła 
genjalne, które stały się ewangelją narodową pokoleń. tak później 
malarstwo, skoro tylko przyszło do głosu - uderza odrazu w ten kró- 
lewski, zaczarowany dzwon. 
Odczuło ono dramat upadku równie silnie, jak i poezja. W og- 
niach świętego bólu dokonywa się misterjum Odkupienia. Wszystko, 
co było nieszczęściem narodu, a nawet jego upodleniem i hańbą - 


J 
, 


266 


.... 


.........
>>>
sztuka przekuwa na szczerozłotą koronę cierniową, tworząc dzieła 
nie znanej dotychczas potęgi. 


Pierwsi wypowiedzieli swoje ważkie słowa Grottger i Matejko. 
Po nich przyszli inni, z których każdy na swój sposób krwawi 
pierś własną. Bo w tym poszumie uczuć słychać tylko jęki, na radO'ść, 
pogodę cichą - niema tu miejsca. Życie polskie po ostatnim wybuchu 
lat 60-ych stało się tak ciężkie, a wreszcie podłe, że wrażliwe O'czy 
artystów odwracają się od niego. Starają się znaleźć jakieś inne, ode- 
rwane światy - ciche przystanie dla serc, nazbyt zbolałych i zmę- 
czonych. 


Pierwszym, który toruje tę drO'gę malarstwu uczuć, był niesłusz- 
nie i nazbyt prędko zapomniany WITOLD PRUSZKOWSKI (1846--1896). 
Urodzony na Pobereżu - w dzieciństwie jeszcze poznał Ukrai- 
nę - ziemię cudowną, noszącą jeszcze wówczas nie doszczętnie starty 
ślad dawnego, bujnego życia. Jest dziwna i bezmierna tęsknota w tej 
ziemi mogił i westchnień, milczącym świadku wielkich burz i ty- 
siącznych bojów - które szalały tutaj w ciągu wieków. Dziś wielkie 
milczenie zaległo krainę, skończył się epos bohaterski, została tylkO' 
melancholja wspomnień, zostały pieśni, co jak kwiaty z tej ziemi wy- 
rosły - smutne, jak żadne inne na świecie, - został cudowny poe- 
mat "Marji" - i tęskne "szumki i dumki" Zaleskiego. 
Pruszkowski kO'chał tę ziemię, wychO'wał się na niej, - mieszkał 
jakiś czas w Kijowie, który był dO' 60-ych lat najpiękniejszem miastem 
na Wschodzie Europy. Na jego pięknej, szlachetnej twarzy zO'stał na 
życie całe ten O'dcień zadumy i cichego, przytajonegO' w oczach smutku. 
Potem otwO'rzył się przed nim świat polskiej poezji romantycz- 
nej, zwłaszcza Krasiński i Słowacki wstrząsali dreszczem tę duszę 
wrażliwą. Anhellemu poświęcił nawet cały szereg obrazów jak 
"Eloe", "Śmierć Ellenai" - "Anhelli". 
Jak wszyscy artyści jegO' czasów - PruszkO'wski przeszedł przez 
Kraków, MO'nachjum, Paryż - ale - w odwrotnym porządku, zaczy- 
nając od Paryża, a kończąc na Krakowie, - u Matejki, gdzie się zna- 
lazł w 1872 r., mając lat 26. Pod okiem Matejki powstaje duży jego- 
i jedyny - O'braz historyczny "Piast". Obraz ten - miły zresztą w to- 
nie i budowie - nie zaleca się niczem szczególnem. Jest dziwnie ja- 
sny, przejrzysty, ciepły w tO'nie, - niema w nim ciemnych plam, ener- 
Ricznych, śmiałych kontrastów i silnej modelacji. Najciekawszą jego 
strO'ną jest to, że nie ma w sobie prawie nic matejkO'wskiegO'... Wszyst- 
kie słabsze talenty wychodziły z pracO'wni Matejki tak nasiąkłe jego 


267
>>>
"'.... 
- ' 
ł. I ..,JJ: 
.T 

 
. ), 
..... " 
I , 
.. t 
.. \ 
.- ' 


" 


.11 



d 


I 


\ 
. 
\ 


\. ' 


-, . .f-: 
'. 


..... 


, 


'{" 



" 
.. "'- 
-
 


: .-.- 


I; 


, 1 


... 


'C', 


WITOLD PRUSZKOWSKI 


MADEJ 


stylem, że dzieła ich robią pierwsze wrażenie lichych plagjatów. Tak 
było z Rokossowskim, Eljaszem, Męciną, Krzeszem i in. Pruszkow- 
ski. jak oni, czcił mistrza, ale szedł własną drogą i to bez wyraźne
o 
wysiłku. 
Pruszkowski lubił lud i cią
nął do nie
o. Osiadł wkońcu w Mni- 
kowie pod Krakowem, aby żyć z nim bliżej. Ale nie było w tern zu- 
pełnie idejowego chłopomaństwa. tylko poprostu upodobanie arty- 
styczne. Kochał wieś, pola, samotność. godziny ciszy kojącej, - lu- 
bił poezję ludu, jego typ życia, jego świeżość duszy, niezgan
renowa- 
nej jeszcze agitacją polityczną zgrai quasi demokratycznych karjero- 


268
>>>
-" 


, 


" 
\ 
I 
'\ 
r Ił '- 
" '/:r" li 
"Li'\ 
I \ ' , 'ł 
-- 
, . \ 
.- ,,' 
I } 
"J '- -:\=o. 
.-, . 
. . . . -, 
. ,. t 
,.' ,v,. 
"- 
,.... , \
 
 
.
 . 
- ;." '\ 
, ; 
, 


;;. 


, 


1("' 
..-; 


'-.;: 


... . 

 


WITOLD PRUSZKOWSKI 


SMOK WAWELSKI 


wiczów. Malował "Pastuszki" i "Niedziele zielne", a nawet w "Zacza- 
rowanych skrzypkach" bohaterem jest chłopiec wiejski, idący na to- 
pielisko. 
W pierwszym okresie w pracach Pruszkowskiego przeważa kon- 
wencjonalny trochę, ciepły ton, i nawet konwencjonalny układ. Cykl 
Anhellego, Zaczarowane skrzypki i inne prace są jeszcze archaiczne. 
Później, w latach SO-tych, Pruszkowski odnajduje siebie samego. 


269 


.....!JIo...
>>>
W licznych obrazach jak "Spadająca gwiazda" a zwłaszcza "Madej", 
"Płanetnik", "Wizja", "Śmierć na kwiatach" ujawnia się w Pru- 
szkowskim świeżość fantazji i niezwykłe poczucie kolorystyczne. 
Obrazy te są utrzymane w wyszukanej chłodnej gamie, często z prze- 
wagą właściwych mu błękitnawych tonów. 
W "Wizji" z niezwykłą śmiałością komponuje całość na tle sil- 
nego, ciemnego szafiru nieba, czy może gór i grot zaczarowanych. 
Na tych szafirach zamajaczyła niewyraźnie migotliwa wizja dziwne- 
go - w gorących barwach trzymanego tłumu. Purpury i świty chłop- 
skie, kołpaki, hełmy, korony, infuły, pasy lite. Nad tłumem połyskują 
złote krzyże i łopocą proporce. Prowadzi ten pochód - niby mgła 
w powietrzu zawieszona - postać dziewicy w koronie i Glorji - nie- 
wyraźna i gorąca jak dym, łuną pożaru oblany. 
Ta zatarta f a t a m o r g a n a zdaje się odbijać w powietrzu, 
niby w szybie lustrzanej, co jeszcze potęguje jej nierealny charakter 
Zjawy. 
Najpiękniejszym w barwach znanym mi obrazem Pruszkowskie- 
go jest "Śmierć na kwiatach", gdzie cudownie zharmonizował ślicz- 
nie malowane chłodne w tonie róże z bladem, delikatnie zref1ekso- 
wanem ciałem leżącej na nich kobiety. 
W grupie tych późniejszych prac Pruszkowski wyzbył się za- 
ległości dawnej szkoły romantycznej, znalazł własne środki malar- 
skie i wypowiedział się t wór c Z o, co pozwala włączyć go do now- 
szej formacji artystycznej. W dziełach jego nie szukajmy potęgi, ale 
jest w nich własny odcień delikatnego, zupełnie współczesnego 
liryzmu. 
Pruszkowski nie był doceniany. Żył w epoce, kiedy na widownię 
występują nowe, nieuznane talenty obu braci Gierymskich i Chełmoń- 
skiego, którym toruje drogę świetne pióro Witkiewicza i jego świet- 
nie sformułowane, ale jednostronne teorje naturalizmu. W czasach 
kiedy te hasła triumfowały - Pruszkowski był jednym z niewielu, co 
umiał się oprzeć prądowi - i iść dalej samotny i nieuznany własną 
drogą. 


Na rubieży tych dwóch różnych światów, naturalizmu i fantazji, 
stoi JACEK MALCZEWSKI (1855). Życie tego artysty ubiegło w bólu, 
miotaniu i rozterce wewnętrznej, - w walkach ducha, poszukiwa- 
niach i przeradzaniach się. Mimo powodzenie zewnętrzne - stało się 
ono jednym dramatem, którego dzieje opowiada jego sztuka. 
J. Malczewski, ur. w Radomiu, uczył się naprzód w krakowskiej 
Szkole S. P., potem w Paryżu w E c o l e d e s B e a u x - A rt s 


270
>>>
I 
r
 
.
 
, . 

 't.
 
\ 
....... 
" 
 - 
,
 

 \' l 
....' 
\ 
 


JACEK MALCZEWSKI 


SZYPRY 


1877-79. Prócz podróży do Azji Mniejszej, która pozostała bez wpły- 
wu na jego twórczość, zwiedza Włochy, a w latach 1885--86 pracuje 
w Monachjum. Resztę życia spędza w Krakowie, gdzie od lat wielu 
jest profesorem Akademji Sztuk Pięknych. Żyje w samotności. Pra- 
cuje ogromnie. O sobie i swej sztuce nie lubi mówić. 
Jako 8-letnie dziecko widział on zawieruchę 63-go roku, przeżył 
jej grozę wyjątkowo głęboko naturą wrażliwego pacholęcia - i po- 
niósł dalej w życie wspomnienia pogromu. Potem był świadkiem 
pogrzebanych nadziei narodu i patrzył żywemi oczami na zemstę 
wroga. 
Jako młodzieniec pił ze świętych zdrojów naszej poezji roman- 
tycznej. Przeżył wszystkie ognie bólów i wszystkie tęsknoty jej twór- 
ców. Zwłaszcza Anhelli zapadł mu głęboko w duszę - i w ciągu ca- 
łego życia był wiernym towarzyszem. 


271
>>>
. 
, 


- : 
 
, 
,I 
, . 
'. ",," ..'Ii 
/ 
II 

- 
II 
" 

 - 


4ta 


,..,. 


, 
f 


JACEK MALCZEWSKI 


TRAGEDJA ARTYSTY 


Z tym łańcuchem bólu powlókł się Malczewski w życie i on to 
wycisnął wybitne piętno na całej jego twórczości. Bo koło jego wyo- 
brażeń malarskich zazębiało się o tryby koła klęski narodowej: Mal- 
czewski zrozumiał, że jego misja leży poza sferą harmonji czystej i, że 
twórczy wysiłek życia należy złożyć na ołtarzu Boga-Ojczyzny. 
To skojarzenie zrodziło długi, nigdy nieukończony cykl m a r t y- 
r o log j i p o I s k i e j. 
"Śmierć wygnanki", namalowana 1884 r., mało zapowiada póź- 
niejszego Malczewskiego, - jest tylko świadectwem dużej jego wie- 
dzy rysunkowej i inteligentnej budowy obrazu. Dopiero w później- 
szych pracach brzmią coraz silniej akcenty dramatu, wyczutego z nie- 
zwykłą siłą i głębią. Na jednym z jego "Etapów" widzimy wśród gro- 
mady więźniów przepyszną postać młodego chłopca. Wyciągnięty na 
tapczanie, nieprzytomny, leży w agonji, twarz zapadła, zgorączkowa- 
na, z otwartych ust dobywa się rzężenie przedśmiertne. Obok - na 
ręku wsparty towarzysz niedoli - człowiek stary - trzyma krzyżyk 


272
>>>
',' 


4. .., 


" 
.....' \ 
-",
 
. , 


. 
:' 


... 
.. 


, 

, 
, '" 


" , 


':'I. 


, " 


-

 

.. 


I, 


l 
"1 


.t 



 


. . 


, 
. U J 
' . 
T....,6
 ' 


\ 


. ."-
 


"'; 


----.. 


,,- 


. -. . ""
', }.. , 
- ':,- \:' _'", "ł._
_l
- ,". 
 

\,-, ,_o \
 


,,. 
J 


JACEK MALCZEWSKI 


MELANCHOLJA (fragment) 


mały przed umierającym, - oczy nieruchome wbił w przestrzeń z wy- 
razem bezmiernego, zastygłello bólu. 
Niewielki obraz z 1893 r. dla cenzury warszawskiej zatytułowany 
"Szypry" - jest w kompozycji prostszy i świeższy, w tonie - jaśniej- 
szy. Kilku ludzi siedzi w izbie nagiej i zimnej dookoła stołu. Siedzą 
milcząco i nieruchorno, każdy wpatrzony przed siebie - myślami 
w dalekiej ojczyźnie. Twarzą jednego chłopca targa skurcz konwul- 
syjny, jakby lada chwila miał wybuchnąć łkaniem... Święcone wy- 
gnańców! 
W tym duchu pojęte są jego liczne "Areszty", "Zesłania", "Sy- 
biracy", "Ostatnie etapy" i t. d. Jednakże w końcu tego okresu prze- 
chodzi od e p i z o d ó w - do idei ogólniejszych - s y n t e z, o w i a- 
n y c h d u c h e m s y m b o l u. 
Taką jest "Melancholja". 
W olbrzymiej pracowni malarskiej - w szarą godzinę ciszy za- 
roił się przed oczami artysty dziwaczny tłum widm. 
Oto w głębi - w dali - małe dzieci biegną gromadą, trzymając 
kosy w drobnych dłoniach - rwą się gdzieś na niewidzialnego wro- 
ga. Oto bliżej już nie dzieci. ale mężowie rzucają się naprzód, jakby 
chcąc rozbić piersiami krwawą kratę niewoli, - jeden zwłaszcza - 


Malar.two pol.kie, 18 


273 


--
>>>
z rękami do góry wzniesionemi - wspaniały w pełnym grozy ruchu 
i wyrazie twarzy. 
A jeszcze bliżej walą się jak snopy ciała pobitych, - inni - ku 
prawej stronie - znów się oddalają, ale już bezbronni, z szynelem 
sołdackim na grzbiecie, z modlitwą na ustach... Ostatni opierają sen- 
ne, tragiczne głowy na przedpiersiu okna - do snu wiecznego się 
kładą. 
Tak symbolizuje Malczewski porywy, nadzieje, walki i rozpacze 
pokoleń - załamane w wizji artysty. 
Patrząc na te obrazy, malowane z wstrząsającym naturalizmem, 
trudno jest uwierzyć, aby w sztuce ich twórcy mogła kiedykolwiek 
wybitńiejszą rolę odgrywać fantazja. Tymczasem od samego począt- 
ku snują się przeróżne "Igraszki z faunem", "Żywiołowe siły", "Tań- 
czące driady" i t. p. Najbardziej znamiennym dla dalszej twórczości 
jest cykl "Rusałek". 
Na pierwszym obrazie - łąka. Snują się po niej białe mgły. Ku 
dziecku pastuszkowi podlatuje - wiatrem unoszona zjawa - młoda 
dziewczyna O dziwnym uśmiechu i niesamowitych oczach. Inne dzieci 
patrzą zdumione i przerażone. 
Ciąg dalszy. Nagi, jałowy wygon polski. Wiatr przyniósł skąd- 
ciś rusałkę - i zaplątał ją w długich łodygach dziewanny. Nie tę na- 
gą rusałkę z obrazów romantycznych, ale - ubraną z wiejska dziew- 
czynę - co przyklękła - uśmiechnięta, zapłoniona jak zorza, ślicz- 
na... Teraz już chłopiec nie ucieka, ale sam się ku niej skrada, - czai, 
jakby motyla miał schwytać. Z boku siedzą na łące pastuszki, patrzą 
na niego jak na obłąkanego, - rusałki nie widzą. 
A oto epilog. Nad brzegiem stawu, wśród trzcin szumiących leży 
ciało topielca, dookoła rusałki przewalające się ruchem fali wpatru- 
ją się w zwłoki. 
Cykl ten jest poniekąd manifestem dalszej twórczości Jacka, 
wstępem do tego, co nazwę t r a g e d j ą a r t y s t Y i, co jest osno- 
wą większości jego obrazów. 
Naprawdę pastuszek nie utonął, tylko poprostu poszedł za gło- 
sem zwodnic - został artystą... Teraz w pracowni jego zjawia się 
gość osobliwy. Półkobieta naga, o tęczowych skrzydłach, - półty- 
grysica. Miękko, bezszelestnie stąpają potwornie ciężkie łapy, dziw- 
na istota zagląda w oczy, łasi się, ociera jak kot, oślepia blaskiem 
skrzydeł. Pożądana - a śmiercionośna Sztuka, Muza, Sława czy Złu- 
da - wielka Dręczycielka artysty. 
On sam żelazem przykuty do palety albo do stalug, to siedzi 
w męce niemocy, ze stygmatem cierpień na twarzy, to - usiłuje ze- 


274
>>>
t 


;

 
-- 


... 


. , 



t 
'\. 
':'-. 


.
 
lL 


.. 


...lo... 


-, 



 


... 


.. 


/", 
: 
,.'. 

 
\ t 
. .1-.. 


" 


. - 
 . 


.. . 


, 
.
 


" 
! 


.:- 


- .. 


. 
 
 ).'"" 
.
 
.. . 


(, 
. 
." 
, 
., 
f 
'J .ł.e..w. , 
.. 


....
>>>

>>>
rwać z rąk żelaza, - albo konwulsyjnie trzyma się sprzętów, - oczy 
podkrążone, twarz trupia - ślady straszliwej prostracji ducha. 
Setki razy powraca Malczewski do warjantów tego motywu. 
Często rozsnuwa go w tryptykach. Sens ich mniej więcej taki. Na 
pierwszem polu Chimera uwodzi dziecię czarem melodji słodkiej, _ 
na drugiem - leży, gniotąc ciężarem ciała martwe zwłoki artysty, 
na trzeciem - sama wali się martwa... Bo sztuka umiera razem z jej 
twórcą... 
Już samo tylko niesłychane odczucie tych obrazów świadczy, że 
Malczewski nie bawi się tu jakimś "pomysłem", ale poprostu maluje 
własny dramat. W czem jednak może tkwić dramat artysty tak wy- 
jątkowo płodnego i cieszącego się również wyjątkowem powodze- 
. ? 
nIem. ... 
W okresie, kiedy Malczewski malował swoje Sybiry i kopalnie, 
w malarstwie europejskiem dokonał się przewrót doniosły. Od czar- 
niawego naturalizmu Courbet'a sztuka poprzez impresjonizm doszła 
do jasnego pleneru, pełnego słońca, blasku i refleksów, bogato bar- 
wiących każdą bryłę, w tern świetle postawioną. Zaczyna się tryum- 
falny pochód nowej sztuki, t. j. - światła i barwy. 
T ymczasem obrazy Jacka - przy całem jego fenomenalnem po- 
czuciu kształtu - w kolorycie były brunatne i zgoła nieciekawe. Po- 
chłonięty zadaniami psychologicznemi, Malczewski barwę zaniedbał, 
dopiero teraz ogólny prąd kolorystyczny dał mu ten brak silnie po- 
czuć. Dlatego podjął on spóźnione i bohaterskie usiłowania - chciał 
postawić malarstwo swoje na nowych zasadach. Zaczął zaciekłe stu- 
dja pleneru na własną rękę i istotnie po kilkoletnich wysiłkach wy- 
brnął z czarniawych monachijskich tonów pierwszej epoki. 
Czy jednak osiągnął barwność? 
Stanowczo - n i e. Jego nowa forma malarska jest przykra dla 
każdego oka, wrażliwego na barwy. Powierzchnia przedmiotów dziw- 
nie twarda, sucha i metaliczna, - barwy kolorkowe i niezharmoni- 
zowane. Malczewski zdaje się o tern wiedzieć, ale wszelkie wysiłki 
jego okazały się daremne, bo wrażliwość na barwy już została przy- 
tępiona. 
To jest pierwsze źródło "tragedji artysty", - ale nie jedyne. 
Są jeszcze inne, głębokie i tragiczne kolizje, tkwiące w jego du- 
chowej konstrukcji i dlatego - nie do usunięcia. 
Z chwilą, kiedy Malczewski przechodzi do dziedziny fantazji 
i chce ze sztuki zrobić jej powolne narzędzie - okazuje się nowy 
rozdźwięk: fantazja Jacka ma charakter w y b i t n i e I i t e r a c k i, 


275
>>>
to znaczy - zamyka się w wątku literackiego tematu. Temu temato- 
wi należy dać fantazyjną f o r m ę m a l a r s k ą. I tu cała trudność. 
Albowiem cały sposób widzenia Malczewskiego jest zgoła nie 
fantazyjny. Syn epoki naturalizmu, zna on tylko świat doskonale trzy- 
wymiarowy, w którym wszystko jest należycie rozłożone, logiczne, 
ścisłe, naukowo umotywowane - - ruchy, skróty, światłocień, ana- 
tomja, perspektywa i t. d. W jego świecie niema cudów, jak w świe- 
cie Blacke'a, Klimta, Wyspiańskiego czy Mehoffera, gdzie niebywałe 
kwiaty, płomienie, tęcze, chmury, gwiazdy, anioły - splatają się 
w jakieś zaziemskie akordy, - oderwane i - burzące logikę życia 
i przyrody, aby na jej miejscu ustalić inną - w i z j i m a l a r s k i e j. 
W Jacku tej wizji niema. Jego fantazje są dziwnie trzeźwe i ści- 
słe, - jego chimery mają skórę opaloną na dłoniach i karku - białą 
gdzieindziej, - jego fauny są portretowane, jego widma mają brutal- 
ną i ciężką bryłowatość. Wyobraźnia jego jest tak okuta zmysłem 
rzeczywistości, że natura stała się tyranem artysty. Nie śmie on i nie 
może stanąć ponad nią. Realne widzenie jest mu kulą u nogi, łańcu- 
chem ducha - ciężkim i nie do zerwania. 
W tern zdaje się tkwić główny powód tej rozterki ducha, - mę- 
ki wewnętrznej, która żyje we wszystkich jego pracach i jest wypi- 
sana na niepoliczonych autoportretach artysty. 
Męką była walka twórcza, p r z e r a d z a n i e s i ę w bólach. 
W ciągu lat Malczewski wyzbywa się burych tonów w obrazie 
i staje, jeżeli nie harmonijnym i kolorystycznym, to przynajmniej ja- 
snym i widobarwnym. Co więcej - pozbywa się dawnej konwencjo- 
nalnej kompozycji i tworzy jej nowy typ. Zamiast grup figur nieco 
w głębi obrazu, otoczonych marginesem przestrzeni - wystarczy mu 
głowa, kawałek tułowiu i fragmenty rąk na pierwszym planie. Te 
tworzą główny arabesk, - poprzez jego oczka widać jasny krajo- 
braz. W tym duchu skomponowana jest większość jego obrazów, po- 
czynając od ostatnich lat XIX w. 
Treścią ich - dalszy ciąg męczącej tułaczki ziemskiej. 
Teraz zaludniają płótna jacyś starcy półnadzy, z ciałem pokry- 
tern bliznami, Derwidzi, prorocy niesłuchani - tułacze wieczni i bez- 
domni. Krążą oni po świecie, szukają czegoś - może odpowiedzi na 
jakieś straszne, do warg przymarłe pytania. 
Niekiedy probują rozbić lody mrozem ściętych studzien, szukają 
zdrojów świętych, a znajdują zatrute. Dookoła stoją dziewki wiejskie 
z dzbanami w ręku. 
Czasem zamiast tułacza w szynelu niewolnika zjawia się u stud- 
ni Ellenai w syberyjskim futrzanym kapturze... 


276
>>>
- 
, 
I- 
f: 
I 
 - I 
'I 
i 
I 
........ 
.... 

 lo 
- 1 
'. 
, 
, "\ 
" \. " 
.. - , 
\. , 
" 
-- \ 
JACEK MALCZEWSKI ŚMIERĆ 


Aż wreszcie zmęczonego wędrówką ziemską Derwida zaczyna 
kołysać myśl o śmierci - wielkiej ukoicielce niedoli ziemskich. Z tych 
snów urodził się cykl T h a n a t o s. Ostatni jego obraz przedstawia 
chwilę pojednania. W blaskach miesiąca stoi postać jakże niepodob- 
na do banalnego kościotrupa w prześcieradle I W jej ostrym profilu 
zatliło się coś jak współczucie, - litościwe palce zaciskają mocno 
powieki starca, który przed nią klęczy. Ręce kurczowo związał jak 
do modlitwy i, dzwoniąc zębami, podaje naprzód głowę nieporówna- 
nym ruchem, 


277
>>>
Ale naprawdę śmierć zapomniała o Derwidzie. Bez przeszkód 
wszedł on w lata, kiedy lepiej widzi się i rozumie poezję przyrody. 
Kosmaty faun pociągnął go za brodę, - motyle siadły mu na porwa- 
nych strunach skrzypiec. Przyroda odezwała się wołaniom jego ser- 
ca, - usłyszał jej głos w szumie drzew, kołysanych wiatrem, w za- 
pachu kwiatyszków polnych, w słonecznej pieśni nie widzialnych sko- 
wronków, w stadach obłoków, pędzących po niebie, w dreszczach 
nadchodzących wiosen. 
Te głosy były mu pasmem objawień, ale niekoniecznie radosnych. 
Przypadły one na jesienne dnie artysty, a polskie jesienie rzadko by- 
wają purpurowe i złote. 
Więc na flet fauna, brzmiący pieśnią życia, na jego "nieznane 
nuty" łuna bólu występuje na twarz słuchająceg(j, straszliwe drgania 
targają mu czoło - odgłosy wewnętrznych utajonych burz, - żalów 
za tern, co niepowrotne... 
Dopiero "Skowronek" niesie coś kojącego. Skrzydlata Muza 
przyniosła tę ptaszynę, pieśniarkę błękitów - balsam dla bólu, - 
podnietę dla omdlałych natchnień artysty. Jemu wzruszenie nozdrza 
rozwarło, drgnęły niezdolne do uśmiechu wargi i złagodniał rys od- 
wiecznej, do twarzy przymarzłej goryczy. Odpowiedział mu w tej 
chwili krajobraz: smugi wody stojącej w brózdach zagonów wyprę- 
żyły się i napięły, jak struny na piersi ziemi... 
Odkąd skowronki i fauny zamieszkały pracownię artysty, daw- 
ni jej mieszkańcy odchodzą precz, - krwawe, widma wygnańców 
i męczenników zesunęły się z jej ścian, stały się zamglonym epizo- 
dem młodości, na który on sam patrzy nie bez smutku i rozczaro- 
wania. 
Już oddawna ciernie wątpliwości oplotły mu duszę. Oto stoi 
przy studni, z której zaczerpnął wody, z twarzą zmieszaną - nie wi- 
dzący, co począć. Dookoła rozlega się rychot faunów i śmiech nagich, 
jurnych nimf... 
Gdzieindziej jeszcze wyraźniej słychać szmer tej spowiedzi ży- 
cia. Oto znów on sam w polu, ale już bez szynela niewolnika... Wy- 
zwolony, - trzyma w ręku kwiatyszek polny. Po obu stronach stoją 
dwie nieodstępne dotąd towarzyszki życia: Polska dawna skuta żela- 
zem - majestatyczna i zrezygnowana i - Polska młoda - zdrowa 
dziewka, która z krzykiem usiłuje zerwać żelaza z rąk. Ale "wyzwo- 
lony" nie słucha, tylko usiłuje ochronić swój kwiatyszek delikatnym 
ruchem dłoni... 
Aż wreszcie w 1908 r. zjawia się obraz, malowany w ciągu lat 
czterech, dojrzały i przeżyty do dna, - "Złudzenia". 


l 


J 
I 


278
>>>
U podnóża znanej nam z lat dawnych drabiny - stoi "mistrz", 
wspaniały w sylwecie i ruchu, z chmurą siwych włosów na czole. 
Z niewypowiedzianym smutkiem patrzy gdzieś w dół - daleko w sie- 
bie - gdzie leżą nagie ciała pobitych, skąd wyciągają się dłonie 
w kajdany zakute i - unosi się poszmer jęków, szeptów i westchnień. 
Milczący stoi mistrz na pobojowisku dawnych snów, nad gruza- 
mi dzieł własnego ducha, - stoi w zadumie głębokiej, a bolesnej, 
ale - hardy i niezłomny. 


. LI 


ł 


t. 
t: 
":1 


.,. 


...... 


. 
t 


ł 



 


J 


'. \' 


.. 


.... 



 
.. 


JACEK MALCZEWSKI 


ZŁUDZENIA 


To jest c r e d o Malczewskiego, - likwidacja całych epok ży- 
cia i dawnych ideałów. Na tern kończy się jednak cykl twórczych 
przemian artysty. To, co namalował od 1910 r., nie wnosi do jego dzie- 
ła nic prawie nowego - godnego uwagi. 


279
>>>
Uzupełnieniem tego malowanego życiorysu są jego niepoliczone 
autoportrety. Widzimy na nich twarz nerwową i niespokojną, ścią- 
gniętą wolą - nie na tyle jednak, aby mogła ukryć cierpienie. Nie 
mogąc ukryć, stroi je artysta z humorem wisielca - w pancerze i mo- 
nokle, habity i kamizelki, albo wkłada sobie na głowę dziurawy prze- 
tak, niby czapkę błazeńską, co osłania krwawiące rany. 
Dzieło Malczewskiego jest ogromne, jak artystów wielkich, twór- 
czych epok. Uderza w niem rozległość i głębia koncepcyj - i wyso- 
ce oryginalna jego własna forma, która umie tak wiele wyrazić z po- 
mocą kawałków postaci - fragmentów głów i rąk, i - tak rzadka 
doskonałość rysunkowa, i - niezmierne odczucie złożonych drama- 
tów ducha, wyrażonych nietyle symboliką, ile z pomocą przedziwne- 
go wyrazu twarzy ludzkiej. 
Jednakże aby dojść do miary właściwej, należy pamiętać oczemś, 
co jest niejako poza sztuką - w samym człowieku. O tych ogniach, 
co mu pierś spaliły, - o wszystkich niemocach, porywach i wal- 
kach, - o wielkich a niespełnionych chceniach, - o życiu dosto;- 
nem, przez które kroczy samotny, gardząc łatwą karjerą, względami 
publiczności, przyjacielską reklamą. 
Sztuka jego nie jest czemś samem w sobie, ale dziwnie zrośnięta 
z całem jego duchowem życiem indywidualnem, - a - życie indy- 
widualne - z życiem jego kraju i pokolenia. 
W tern znaczeniu sztuka Malczewskiego jest sztuką narodową t). 


Malczewski był usłyszany. Za jego i Pruszkowskiego sprawą zro- 
zumiał nieszczęsny WŁADYSŁAW PODKOWIŃSKI (1866-1895), że malo- 
wanie portretów i krajobrazów kolorowemi kropkami nie wyczerpu- 
je zadań malarstwa. Kiedy przyszły czasy najgorsze, kiedy smagały 
go nędza, choroba, a wreszcie fatalna miłość - zwrócił się malarz do 
swojej wiernej sztuki, aby wyśpiewała skargę biednego serca i wszel- 
kie bóle ostatnich lat tego krótkiego żywota. 
Wtedy to powstają obrazy, w których zrywa wreszcie z doktry- 
ną pointylizmu i odnajduje własną drogę. Jej etapy znaczą "Bajka", 
"Marsz żałobny", "Szał", "Taniec szkieletów". 
Szał jest najszczerszym, najoryginalniejszym i najpotężniejszym. 
W nim znalazł Podkowiński swoje wyzwolenie naj zupełniejsze. 
Ani śladu dawnych kolorków i dziubanych końcem pędzla ude- 
rzeń, - ani cienia dawnych chłodnych, niebieskawych tonów. Tech- 


I) Dłu:tsze studjum o Jacku Malczewskim, napisane w r. 1913, znajduje się 
w rękopisie. 


280
>>>
.. 


.j 
.",. 
c\
 


-
 


\ " 


" 


.
 


,- 


.- t 
. , 
. 


" 


t
 



.:... 


". 


Iff." .. 


t" 
t-., 


.'r l 


;, 


-.... .-- 


p
 'h,: I 
I 1.' 


..'
. . 
,
 


-, , 
'..1 


WŁADYSŁAW PODKOWIJ'SKI 


NA' CMENTARZU 


nika szeroka, uderzenie pędzla ogromne i gorączkowe, ton olbrzy- 
miego płótna czarniawy, ciepły i ponury. Z ciemnych kosmicznych 
przepaści wyrywa się szalonym skokiem czarny apokaliptyczny koń- 
smok, raczej - upiór, czy widmo konia. Mimo rysunek zły i fanta- 
styczny - bije z niego niewysłowiona moc wyrazu. Z pyska rozdar- 
tego spadają płaty piany, ozór wywalony, oko krwawe i wysadzone- 
grzywa w chmurę rozwiana: 
Rwie się i miota rozszalała bestja pod uściskiem złocistej, nagiej 
dziewczyny, co przywarła gorącem ciałem do jej grzbietu, - sama 
w upojeniu potępieńczem splata swój obłok płomiennych włosów 
z czarną chmurą grzywy. 
"Szał" wyładował w marzeniu fantastycznem enerj
ję twórczą 
artysty, ale nie mógł zmienić fatalnego biegu przeznaczeń. Dn. 5 stycz- 
nia 1895 r. nie miękkie złociste włosy kobiece, tylko twardy uścisk 
śmierci prżyniósł ulgę tej duszy znękanej, kładąc kres jej ziemskiej 
wędrówce w 29-ym roku jej trwania. 


W 1894 r. ukazał się cykl rysunków do Iljady, najosobliwszych, 
jakie kiedykolwiek widziano, wywracających do góry nogami pojęcia 
artystów o proporcjach, skrótach, kompozycji oraz - pojęcia archeo- 
logów o Grecji archaicznej. Wśród szerokiej publiczności nic nie by- 


281
>>>
, ... 
"' 
,. , 


,. . 


. , 


WŁADYSŁAW PODKOWIŃSKI 


SZAŁ 


ło do wywrócenia, zrozumiała ona jednak, że ma przed sobą coś ob- 
cego, czego dotąd nie widziała - i to wystarczyło, aby ją usposobić 
wrogo. 
Na jednym z tych rysunków na brzegu morskim siedzi bajeczny 
Achilles - jasnowłosy, siwooki, z twarzą raczej mazurską niż grec- 
ką, - w postawie, która musiała niesłychanie zgorszyć archeologów, 
tak dalece była przeciwieństwem uroczystych postaw, w jakich do- 


282
>>>
tąd widywano bogów i bohaterów greckich. W Rłębi wloką się po mo- 
rzu obłoki, jakich nigdy oko ludzkie nie widziało. 
Na innym - na tle czarnej gwiaździstej nocy stoi Apollo. Od 
harfy, w której struny uderza, odrywają się niby fale drżące mgły 
białawej - i biegną w przestrzeń - widome symbole dźwięków... 
Gdzieindziej tenże Apollo - puszcza na Greków mordercze 
strzały. Przykucnięty, ciało w straszliwem napięciu mięśni, zdaje się 
drgać gniewem aż do ostatniego palca u nóg, prawa dłoń, co przed 
chwilą puściła cięciwę - jeszcze ma palce konwulsyjnie zgięte. 
Swietlista aura bije od jego głowy, - a od cięciwy łuku odrywają się 
fale rozedrganego powietrza. Jakże innym jest ten bóg miotany gnie- 
wem - jak dalekim od niezmąconego majestatu Apollina belweder- 
skiego!... 
A oto na tle ciemnej nocy płyną - niby obłoki w powietrzu _ 
jasne, martwe ciała pobitych mężów. Bezwładną rękę jednego z nich 
ujął dłonią Merkury - i prowadzi cały ten orszak widm do bram 
Hadesu. 
l t. d. 


Autorem tych rysunków był 25 -letni artysta ST ANISŁA W 
WYSPIAŃSKI (1869-1907), uczeń Matejki, wychowaniec krakowskiej 
Szkoły Sztuk Pięknych, który świeżo właśnie pojechał do Paryża. 
Z wyjątkiem garści młodych artystów rysunki nie podobały się. 
Nawet staruszek Gerson widział w nich tylko "chorobliwe dziwac- 
twa" - ubolewał nad brakiem poprawności i logiki. 
Rozumie się Wyspiański "poprawnym" tu nie był i wcale nie 
dlatego, aby nie umiał dobrze narysować ręki, nogi albo wody. 
W twórczości bowiem niema nic gorszego nad poprawność. Popraw- 
nym był Simmler i Loff1er... Wyspiański zdeptał poprawność i w tern, 
co nazwano jego błędami - stanął nie p o d nią - ale p o n a d nią. 
Ilustrując Homera, chciał być tak samo jak Homer barbarzyń- 
skim i twardym, potężnym i świeżym. I zarazem - chciał być sobą - 
po swojemu interpretować ducha Grecji homerowskiej. Dlatego daje 
przewagę linji, odrzuca perspektywę, zmienia proporcje, wprowadza 
fantazyjne pomysły, archaizuje, a raczej uprymitywnia kompozycję. 
Niema w tern wszystkiem śladu niewolniczej pracy odtwórcy, 
erudyty ślęczącego w rysunkach waz greckich. To nie jest dzieło 
uczonego archeologa, ale śmiałe, natchnione, pewne siebie improwi- 
zacje twórcze w duchu Homera, albo raczej - osobliwa mieszanina 
pierwiastków homerowskich i piastowskich, - prawdy epopei i - 
fantazji indywidualnej. 


283
>>>
Już w tym cyklu Wyspiański, niewierny uczeń Matejki, zdobył 
bez wysiłku to, o co daremnie walczył w ciągu całego życia Malczew- 
ski - formę indywidualną - stylową, oderwaną od rzeczywistości. 
Po raz pierwszy stało się oczywistem, że w sztuce istnieją dwie praw- 
dy. Jedna - dostępna szerokim tłumom - to zupełna, formalna zgod- 
ność obrazu z tem, co ma przedstawiać: z. kawałkiem życia realnego. 
Druga prawda - znana jest tylko twórcom. Jest to prawda głęb- 
sza i bardziej zatajona: polega na zgodności obrazu z ideją, w głębi 
ducha poczętą - z jego wizją. A przecież wizja niekoniecznie może 
być jasna, okr
ślona dokładnie, jak fotograf ja. Wizja może być chao- 
sem, płomieniem rwącym, gorączką wyobraźni, obrazem zmętnionym 
i niedopowiedzianym. Czy w tym razie realistyczna forma Matejk, 
lub Malczewskiego byłaby wiernym obrazem .takiej gorączki i pło- 
. .? 
mlem . ... 
Forma malarska musi więc się urabiać - stylizować indywidual- 
nie _ odpowiednio do id€i, do temperamentu artysty, do jego wizji 
malarskiej. Dlatego inną formę ma Klimt, inną Bilibin, jeszcze inną 
Beardsley, - ale wszyscy oni wyzwalają sztukę z formy naturali- 
stycznej. Rozumieją, że studjum natury jest tylko środkiem, ale nie 
celem sztuki. 
T o wyzwolenie z wiekowych tradycyj malarstwa nie było rzeczą 
łatwą, jak to stwierdziła twórczość Malczewskiego. 
Dla Wyspiańskiego jednak natura nie jest wzorem niewzruszo- 
nym, tylko podnietą, - środek ciężkości jego dzieła tkwi w nim sa- 
mym. Dlatego z taką łatwością strząsnął z siebie akademicką formę 
malarską. W jego pracach niema śladu tych kajdan logiki: logiki 
przestrzeni, światła, naturalnego układu i związku przedmiotów i t.d. 
I to wcale nie jest jego słabością - tylko jego siłą. 
Wyspiański natury nie lekceważy, przeciwnie - obserwuje ją 
bardzo pilnie, ale - jako pan, nie jako sługa... Bierze z niej to, co mu 
jest potrzebne, resztę odrzuca. Dlatego w najskromniejszym nawet 
jego szkicu żyje duch natury. Solski w roli "Strażnika niezłomnego" 
ma twarz a k t o r a - wysmarowaną szminką, brwi naklejone, usta 
malowane, cała maska ściągnięta, - na głowie nie włosy, ale peru- 
ka i t. d. Patrząc na ten pastel, nie mamy jednej chwili wątpliwości, 
że to jest u c h a rak t e r y z o w a n y aktor. 
Na znakomitym, niewielkim portrecie pastelowym Mehoffera 
widać tylko głowę, kawałek torsu i kawałki rąk. Jednak zdajemy so- 
bie doskonale sprawę z pozycji całej figury, sposobu siedzenia etc. 
Podobnie genjalnie wyczuty jest w ruchu Rydel, którego widać nad- 
zwyczajną w charakterze głowę, wspartą na suchej, kościstej dłoni, 



 
\ 


284
>>>
i 
I '" 
\]". 


, , 



 


'\ 


.t. 


, '. 
I.... -ł. 
. , 


,. 



, 


'
 
. 
,,'ł" 
1i:- 
q 
, 


..,.. ,. 


.
o
't 


.J 


r 


.\ 


- 
_ 1" .. . '" 


" , 
..... '. 



,. 
.. 


STANISł AW WYSPIAIijSKI 


,.... 


- 


.
 


ł 


, 


:,
\ ) 



.- 
. 
.- '1 
.'....
i.:;. 
 


. ' 
... 
'" 


',. 
, 


.... " 


'. 



 


.. ,", 


" 


.
 ". 
." 


---ł. -_ _"
 



 . 
 

'" .
t\ , 
)':'
- 
'. 


,." 


' .,.
" 


...' 


.\...' ... 


WIDOK NA KOPIEC KOSCIUSZKI
>>>
Jej dalszy ciąg - cienki jak laska - ginie gdzieś w przepaściach 
mankietu i suto sfałdowanego rękawa. 
Kto sobie zada trud porównania tych albo innych pasteli Wy- 
spiańskiego np. z jakim męskim portretem Simmlera, ten zrozumie 
różnicę pomiędzy "duchem" natury, a "formą" natury. Pomiędzy sto- 
sunkiem artysty do niej władczym, - a stosunkiem niewolnika. 
To, co artysta bierze z natury - rzecz jasna - nie jest dziełem 
przypadku, ale wypływa z natury jego wizji, oraz jego woli twórczej. 
Wyspiański jest malarzem nastroju, narzędziem zaś tego nastroju, 
który mu podsuwa jego instynkt i upodobanie, jest linja - miękka, 
pastelowa kreska. Jego proces twórczy przedziwnie odsłania nam 
postać św. Salomei - pastel, później użyty do witrażu u F ranciszka- 
nów. Z jak nieprawdopodobną siłą i prostotą wyraża Wyspiański jej 
stan duchowy!... święta z e s z t Y w n i a ł a wek s t a z i e... 
Ze z drę t w i a ł y c h jej rąk wypadła korona. Dłonie - niby 
źle rysowane i niezgrabne - są jednak niesłychanie wymowne 
w swych sztywnych, połamanych linjach. Zdrętwiałe! I ta sztywność 
jest w każd)'m calu kompozycji, wszystkie sylwety, wszystkie linje 
szaty są jak druty wysztywnione, czem znakomicie potęgują nastrój 
całości. Tak samo głowa - genjalna w ruchu, czy raczej - znieru- 
chomieniu, - tak samo - sucha, ściągnięta dreszczem maska twa- 
rzy świętej. 
Jasnem jest, że Wyspiański maluje tu nie z natury, ale z widze- fi 
nia wewnętrznego, z wizji malarskiej. Dlatego giną mu z oczu wszyst- -;' 
kie szczegóły drugorzędne, które my zauważymy, obserwując naturę 
biernie. Wizja Wyspiańskiego gubi to wszystko, co nie zmierza bez- 
pośrednio do celu, t. j. do wywołania pewnego nastroju czy wyrazu. 
T en wyraz daje się osiągnąć niekoniecznie w złożonych kompo- 
zycjach. Tai się on w najskromniejszej, pojedyńczej głowie, - w twar- 
dem, zawziętem spojrzeniu siwych chłopskich oczu na jednem ze stu- 
djów postaci jego żony, w portretach dziewcząt więdnących przed- 
wcześnie jak kwiaty, a zwłaszcza w twarzach dzieci. Wyspiański szu- 
ka w nich subtelnych, lirycznych odcieni wyrazu, ale ujmuje go i wy- 
powiada bardzo po męsku. 
Przedziwnym sentymentem owiana jest jego C a r i t a s. Twa- 
rze dziewcząt bardzo chłopskie i bardzo dziecinne, o niewyrobionych, 
naiwną linją obciągniętych rysach i ciepłem, nieśmiałem spojrzeniu 
biednych, jasnych oczu. Włosy proste, łapięta chude. Przedziwnym 
ruchem garną się ku sobie te dwie istotki, rzucone ręką Niewiado- 
mego na świat twardy i bezlitosny, przed którego chłodem broni je 
ta skorupka wzajemnej miłości i zaufania. 


286
>>>
-- 


:' 


Żaden wogóle malarz polski nie umiał wydobyć tyle treści uczu- 
ciowej z prostego motywu głowy dziecięcej. Głów tych pozostawił 
Wyspiański setki. Wśród nich są arcydzieła wyrazu i formy. Wszyst- 
ko bez żadnych sensacyjnych wypadków. 
Rysunki czy pastele Wyspiańskiego noszą zawsze pewien cha- 
rakter pośpieszny i gorączkowy, jakby oczy artysty skierowane by- 
ły gdzieś dalej poza rysunek. Wyspiański formy swojej nie pieści 
z miłością wirtuoza, nie cyzeluje jak np. Mehoffer. Ołówek czy pastel 
jest dla niego nie celem sam w sobie, ale poprostu drogą do się- 
gania w rdzeń, w istotę zjawisk, albo raczej - subjektywnych, przez 
zjawiska wywoływanych nastrojów. 
Co wcale nie wyklucza wdzięku formy. W C a r i t a s - jak 
i gdzie indziej - operuje on przeważnie kreską żywą, bogatą, obej- 
mującą duże - prawie płaskie plamy tonów lokalnych, - modelo- 
wane także kreską, jak np. ubranie starszej dziewczynki. 
I w barwach te tony delikatne, emaljowe, bardzo oryginalnie zel 
stawiane - tworzą jasne i nowe w naszej sztuce a piękne harmonje. 
Już w Caritas - wprowadzenie kompozycji w ramy, rozbicie 
jej na pola barwne, bogaty arabesk linijny kompozycji - mówią wy- 
raźnie o niezwykle wyczutych wartościach dekoracyjnych tej pracy. 
A j
szcze łatwiej dostrzegamy je w "Macierzyństwie". 
Plamy twarzy i rąk, włosów, ubrań płaskie. Ubrania kompono- 
wane specjalnie na bogaty wzór, którym są ozdobione, w tle prze- 
śliczne liście i grupy kwiatów pelargonji, umieszczone dla plamy, wy- 
stylizowane z ogromnym dekoracyjnym smakiem. T ak samo uczesa- 
nie sióstr i żółte wstęgi w ich włosach mają rolę czysto dekoracyjną. 
Z tego ich stylu przegląda i świadoma wola i genjusz dekoracyjny 
Wyspiańskiego. 
T en to genjusz, skojarzony z olbrzymią siłą uczuć, i to uczuć 
wielkich, obejmujących rozległe i różnorodne dziedziny życia,-sprzę- 
gnięty z rozpętaną potęgą twórczą - tworzył istotnie jedyną w swo- 
im rodzaju psychikę malarską i powoływał Wyspiańskiego do wiel- ) 
kich zadań dekoracyjnych. -J 
Przypadek zdawał się temu sprzyjać. Kiedy po dwuletnim po- 
bycie w Paryżu 1892-4 r. artysta powraca do Krakowa, gdzie już 
do końca niedługiego życia pozostał, zaczęto tam właśnie polichro- 
mję kościoła Franciszkanów. Zwrócono się do Wyspiańskiego, aby 
doprowadził polichromję do końca. Propozycja była zbyt kusząca. 
Wyspiański zgodził się, mimo fatalne warunki, konieczność pewnego 
przystosowania do części już zrobionych, oraz - komponowania 
dzieła tak złożonego nagwałt - z dnia na dzień. Wreszcie ciągłe nie- 


287
>>>
· _
. 
.x.
 
, 
_
. ,.Jr 


..1"':,.. 


.., 


'J 



 



 


( 


,
(. 


, 'i-
 


:- 


.'\ '-:.' 


.' 


I 
, 


.... . ,
 


s 


.'
 
.
, 

" 
.
 



 


. 
 \" '.' 
",- l' 


-- 
h 


,4.) 


. {)1 


,
 
ti.:.'''"' ," 
.,. ., 
"' 


, 
I -:O. 
I ' \ . '1 


. ...: 


.......
 


..., 


" , 


STANISŁAW WYSPIAŃSKI 


MACIERZYŃSTWO 


porozumienia z władzami kościoła, ludźmi bez kultury artystycznej- 
udaremniały naj śmielsze ideje artysty. 
Mimo to wszystko witraże i kilka znakomitych partyj dekoracji 
ściennej zrobiły z te
o kościoła istotnie święty przybytek sztuki. 


! l 
,.1, __ 


1 , ' , 
, . 
. ,1 


, . 


,- , 
""'t 



. l ł 
;ł . 


I 
V, '.
'.' I 


ST. WYSPIAŃSKI 


PORTRET RYDLA 


Dziś już mało kto pamięta piorunujące wrażenie, jakie sprawiły 
w Warszawie jego kartony do witraży u Franciszkanów. Olbrzymie 
masy papieru zawaliły od góry do dołu całe sale Zachęty. Na nich 
kolosalne, śmiałe nad wyraz - w niebywałych motywach utrzymane 


, I 


288 


,
>>>
- 


kompozycje, pomyślane szeroko, ujęte olbrzymiemi linjami, tchnące 
świeżością i potęgą nieopisaną. 
Oto szereg niewiast - klarysek. W mniszych - ciemnych habi- 
tach, stąpają wolno, rytmicznie, zamodlone głęboko. Pod niemi i nad 
niemi dzieje się coś, co zdruzgotało od jednego ciosu wszelkie trady- 
cje gotyckich witraży. Świat roślin niebywałych, olbrzymich, jakby 
z dna morskiego pnących się ku górze, obwieszonych kolosalnemi 
kwia tarni. 
Oto święty Franciszek z oczyma mistyka i wizjonera stoi prosto, 
bez cienia patosu i melodramatu w ruchu, - ręce skromnie i pokor- 
nie podniesione, na dłoniach krwawe plamy stygmatów. I dookoła 
niego pnie się roślinność, ale jakże inna! Nad głową wije się niby las 
olbrzymich łodyg cierniowych - symbolu Męki - z pośród, których 
wyłania się wizja Chrystusa. Ręce jego w ruchu podobnym, aby tern 
silniej zaznaczyć związek mistyczny obu postaci. 
Ciekawą jest idea kolorystyczna obu tych witrażów. Witraż św. 
Franciszka - utrzymany w gorących tonach czerwonych, rdzawych 
i żółtych - wygląda jak krzak gorejący. A kiedy przenosimy oko 
od tych płomieni i złota na drugi witraż --1 po tamtej stronie ołtarza- 
to tern silniej odczuwamy potęgę kontrastu - świeży, dziwny świat 
tonów chłodnych, zielonych, granatowych, modrych, szarawych, czar- 
niawych fioletów i t. p. 
I tak wzajemnie potęgują swój wyraz i podniecają swe barwy 
oba te okna. 
Bóg Ojciec z okna zachodniego nawy ma mniej wartości kolory- 
stycznych, ale za to więcej potęgi w kompozycji mas. 
W tych i w innych jego pomnikowych dziełach nie szukajmy ko- 
kieterji, sprytu, chęci oczarowania widza miłemi sz:zegółami. Uderza 
tu nas wcale nie r u c h l i w ość wyobraźni, ale jej s i ł a m ę- 
s k a - potęga i jednolitość wizji. Jeżeliby tę sztukę porównać ze 
światem dźwięków, to symbolem dzieła Wyspiańskiego nie będą 
stłumione, łzami nabrzmiałe tony wiolonczeli, ani czarowne, melo. 
dyjne świegotania fletu, - ale d z won, - potężne, zwarte w so- 
bie, wolne i królewskie uderzenia dzwonu... 
Wyspiański czuł potęgą swych uczuć i wyobraźni i palił się do 
rzeczy wielkich. Roił, że Polskę przeobrazi i tchnie w nią własną 
moc, - chciał budować, malować, - pisał, przetwarzał teatr, wzy- 
wał wszystkie sztuki do wielkich zadań. 
Podniecony przez pierwszą - próbną w isto::ie rzeczy pracę - 
rwał się do polichromji wnętrz. Polichromja jest dla malarza cudow- 
nem zadaniem. Jeżeli niewielki kawałek płótna może zrobić na wi- 


Malanlwo polakie - 19 


289
>>>
dzu głębokie wrażenie, to jakąż potęgą ogarnie go 
całe malowane wnętrze, gdzie barwy i kształty 
obejmują go ze wszystkich stron, zamykają w so- 
bie ogromnemi malowanemi powierzchniami... 
--.. Z nieodpartą siłą łamią jego opór, przenikają w du- 
_'\" szę, sycą ją swoją harmonją - (albo dysonansem) 
barw i linij, drażnią połyskiem złota, zbliżają się, 
oddalają, rozjaśniają - albo giną w mrokach... Na- 
wet światło, co tu prz.enika zabarwione przez szkła 
witrażu, zdaje się sączyć jakieś moce tajemnicze. 
Jest to świat cudów i czarodziejstwa. 
Wyspiański stanął na progu tego świata. Da- 
lej nie poszedł, bo drogę mu zaparły trywjalne 
chamstwo i małoduszność. 
Kto nie pamięta, jak ofiarował się d a r m o 
polichromować kaplicę Marjacką na Jasnej Górze. 
śnił cudowne rzeczy na ścianach tego przybytku, 
gdzie w skupieniu klęka co roku 300.000 ludu 
z różnych okolic Polski. Widział już na tych ścia- 
nach i sklepieniach powstające natchnione obra- 
zy nadludzkiej, niedościgłej potęgi. I pierś mu 
wzbierała nadzieją proroczą, że każdy kto stam- 
tąd wyjdzie, uniesie gdzieś w zakątku ducha choć- 
by drobną cząstkę tej zaklętej, bohaterskiej mocy... 
Tak samo beznadziejnie palił się do Wawelu, 
do swego Akropolu. I z tym samym skutkiem. Tyl- 
ko tu rolę "ojca Rejmana" odegrał kardynał Pu- 
zyna. 
Z marzeń nieobjętych pozostały nikłe strzępy: częściowa poli- 
chromja Franciszkanów i nieprzyjęte kartony upiorów wawelskich. 
Było ich trzy: Henryk Pobożny, Św. Stanisław i Kaźmierz Wiel- 
ki. Wszystkie są przerażające grozą nastroju. Najpotężniejszy jest 
Kazimierz Wielki. Potężny i wielki w tej zdumiewającej prostocie 
kompozycji, sprowadzonej do jednej tylko postaci, odrzucającej 
wszelkie cacka dekoracyjne i konwenanse stylowe. Z tej olbrzymiej 
postaci bije straszliwy majestat śmierci i purpury i - straszniejszy 
jeszcze - bólu, zapiekłego w oczach królewskiego upiora, któremu 
po stuleciach dano jest patrzeć na mękę i hańbę narodu swego. 1) 


'\ 


...... \ 


-: 



 
f 


.
 


I 


ST. WYSPIANSKI 

WIĘTA SALOMEA 


. 


290 



 
j 


I) Bardziej szczegółowy rozbiór i zestawienia znaleźć można w pracy mojej 
..Wiedza o sztuce".
>>>
- 


Wszystko daremne. Niezrozumiany. 
Kiedy się to rozważa, staje się jasnem, dlaczego Stwosze, Chodo- 
wieccy, Kucharscy, Płońscy rzucają kraj, szukając gdzieindziej chle- 
ba i uznania, dlaczego przepijają swój genjusz Moniuszko, Kurzawa 
i tylu innych, - dlaczego Grottger i W ojtkiewicz giną przedwcze- 
sme. Dlaczego kraj tak bezprzykładnie bogaty w talenty, - tak 
bezprzykładnie trwoni genjusz krwi i ducha własnego. 
Wyspiański królewską purpurą dumy okrył swoją tragedję ar- 
tysty. Tragedję ogromnego, nikomu niepotrzebnego talentu, - trage- 
dję siły bez funkcji, - motoru bez kół i transmisji... 
Do tego dramat innego porządku. Straszliwa, nieuleczalna cho- 
roba trawiła mu ciało. Żyjąc i tworząc, czuł Wyspiański za sobą ści- 
gające go demony śmierci i obłędu. Każde jego nowe dzieło było wy- 
rwane niejako z ich paszczy. Może stąd to piętno pracy gorączko- 
wej, wytężonej i niespokojnej - piętno niecierpliwego pośpiechu, tak 
częste w jego dziełach malarskich. 
Do tego tragedja Polski. Rozsnuwał ją przed laty Grottger, po- 
tem Matejko i Malczewski. Najmłodszym z tych "synów bólu" był 
Wyspiański. 
Kiedy się zjawił, było już po wszystkiem. Po walce, po pogromie 
i po zemście. Ścichły nawet jęki męczenników. Cisza grobu śmiertel- 
nym całunem okryła Polskę współczesną. Wyspiański jeden miał od- 
wagę ten całun zerwać - i to, co zobaczyły jego jasnowidzące oczy- 
twarz mu zbieliło i kazało wywołać z grobów upiór Kazimierza. 
O tern mówią nam już nie jego obrazy, ale jego prace literackie. 
Wyspiański zrozumiał, że jako malarz pozostanie nieznany masom. 
Szukając dróg do duszy narodu, zwrócił się do pióra i sceny. Do tra- 
gedji polskiej wniósł motyw nowy i najstraszni£jszy - r o z kła d 
d u c h a n a r o d u - ten "ból bólów" - przeczuwany przez Kra- 
sińskiego. 
Jeszcze w W e s e l u ma on współczucie dla tych fantastów 
i romantyków, dla lunatyków, kręcących się w sennym tańcu pod 
muzykę chochoła: 


"Tak się kręcom, pot z nich ścieka, - boleść lica 
przyobleka... Jak ich zwolnić od tych mąk..... 


Ale to, co w W e s e l u jest tylko przeczuciem mętnem, zamie- 
nia się w przerażającą pewność w W y z w o l e n i u - tej straszli- 
wej spowiedzi Wyspiańskiego: 


"Wszystko jest: ziemia i kraj, i ojczyzna, i ludzie... 
..tylko naród się zgubił..... 


291
>>>
Ludzie są - tylko jacy.... Mówi nam o nich Muza, do której 
zwraca się Konrad: 


"Muzo I chcę naród przedstawić... 


MUZA 


"A... to musi się odbywać tak 
by naród mógł się bawić: 
trzeba dekoracje ustawić. 
pamiętać o każdym sprzęcie, 
umieścić w budce suflera 


A gdy już wszystko gotowe. 
rozkazać grać na rozpoczęcie 
poloneza, - jeśli polski temat... 
i rzucić jako pierwszą kartę 
w i e l k i e s ł o w o... 


Zamierało w bólu gorące serce Wyspiańskiego. kiedy zamiast 
uczuć, w duszach miałkich plewy ludzkiej znajdował jedynie frazes. 
Z jaką rozpaczą musiał brać do ręki pióro, wiedząc, że słowo stra- 
ciło wagę i znaczenie... Że genjusz poezji prowadzi naród do grobu - 
pozbawia go zdolności czynu, dając wzamian wzruszenia płytkie i zni- 
kome, jedyne, do jakich ten jest zdolny. 
I w chłopów nie ma wiary, on - co się z chłopką ożenił, i tak 
chętnie chłopskie dzieci malował. Zbyt jasno widzi, że 


"tam jeszcze dymne palenisko 
"kurzą
e - a już śmierć duchowa blisko". 


Z tej strasznej spowiedzi serca polskiego biją ból gniew, jak 
z oczu Mojżesza M. Anioła. Bezlitośnie prorokuje: 


"Ujrzycie inne światło. ja wam nawet pokażę drogę... Ale wam dobiec 
nie starczy sił i skrzydła opadną wam w zimnie w pół drogi... Spadnie- 
cie w noc - zziębłe, strudzone ćmy, - motyle... 


Ścigające demony dopędziły wreszcie ofiarę. Poraził ją obłęd 
i straszne cierpienia fizyczne, którym kres położyła śmierć dn. 28.XI 
1907 r. Prysnął złoty róg, na którym naród nie chciał, czy nie umiał 
zagrać. 


Wyspiański zrobił ogromnie wiele, ale wypowiedzieć się nie zdą- 
żył. Są ludzie, których dzieło przechodzi ich własną miarę, którzy, 
ogniskując w sobie cudze wysiłki twórcze, zrobili z pomocą innych, 


292
>>>
, 


-.,,: ., 


.. 


-łt 
::i 


. 


.... 
,,' 


...... 


" 


, 


'- 


-.... 
. :---..... 


\ 
.. 
," I 

 ;

 
.::.
 . 
 
 )t 
_ ' ,'r\'ł'


 \' 
----. 
J

 -.
 .... 
'-;- - ",- 


... ,--. 
-;- 


J 


.ty 


....., 


.

. 


.
>>>

>>>
dzięki szczęśliwym okolicznościom zewnętrznym - więcej, niż w isto- 
cie byli w stanie. 
Są inni, których nie można mierzyć miarą ich dzieła, bo poza tern, 
co zrobili, są w nich u t a j o n e m o ż l i w o ś c i, n i e o b jęt e, mo- 
żliwości, co nie znalazły warunków zewnętrznych do ujawnienia się 


,. 
." , 
.. J 
..) . 

 .:tr\ 


 ł 
Ffrł 
 
-I "" 
--- ,." , 

fl!
 ... . !
1 
r 

 
. 
,'
' 
"1\ ], ) 
ł 
\\1 
'i
 


ST. WYSPIAJilSKI 


KAZIMIERZ WIELKI 


w całej potędze. Wyspiański do tych należy. Znamy go z ułamków, 
z paru kuponów, odciętych od olbrzymiego, nie wyzyskanego kapitału. 
Ze szkoły Matejki wyszło dwóch malarzy pierwszorzędnych - 
dekoratorów w wielkim stylu - Wyspiański i Mehoffer. W Wy- 
spiańskim styl ten urabiała przemagająca wszystko potęga uczuć 


293
>>>
nadludzkich, potęga indywidualności wyjątkowej i gigantycznej. 
W Mehofferze górował nadzwyczajny zmysł malowniczości, bogata 
pomysłowość ornamentalna i ogromna wiedza, kierowana wybitną 
inteligencją artystyczną. 
Dla Wyspiańskiego Paryż był podnietą silną, ale przemijającą- 
rozszerzył tylko jego horyzonty i podniósł skalę wymagań. Dla Me- 
hoffera był on szkołą. W murach Ecole des Beaux Arts 
opanował on formę rysunkową linijną tak, jak mało który nietylko 
z artystów polskich, ale nawet francuskich, najlepszych rysowników 
na świecie I Co ważniejsza - Paryż otworzył mu oczy na cuda sztu- 
ki dekoracyjnej. I to nietylko jej skarby zgromadzone w Luwrze i in- 
nych muzeach, ale także w kościołach, w starych katedrach średnio- 
wiecznej Francji. Tu zobaczył Mehoffer cudowną i jedyną w swoim 
rodzaju sztukę - witraż. Nietylko zobaczył: studjował, notował, wy- 
krył wszelkie jej tajemnice, zrozumiał na niej wielkie prawa s t y l u 
w z a l e ż n o ś c i o d t e c h n i k i. 
Na wyniki nie było mu sądzono długo czekać. 


W r. 1894 ogłoszono konkurs międzynarodowy na witraż do sta- 
rej katedry w Fryburgu szwajcarskim. Z całego świata napłynęło na 
ów konkurs około 40 prac. Nagrodzono uderzający poczuciem stylu 
projekt nadesłany z Krakowa,-autorem okazał się JÓZEF MEHOFFER 
(ur. 1869), - wykonał go, mając lat 26. Konkurs ten otworzył mu bra- 
my do olbrzymiej pracy życia całego - projektów na kilkanaście 
olbrzymich witraży nawy, a później prezbyterjum. 
Żeby ocenić ich charakter i znaczenie we współczesnem odradza- 
niu się sztuki dekoracyjnej, trzeba pamiętać, że tradycje witrażów 
zostały od kilku stuleci zatracone, i sama sztuka na lądzie europej- 
skim właściwie nie istnieje aż do końca XIX w. To, co nazywano "wi- 
trażami", a - wykonywano w różnych bogobojnych "zakładach św. 
Łukasza", nie miało nic wspólnego ani z twórczością, ani ze stylem. 
Były to poprostu ordynarne i bez poczucia tonu malowane pędzlem 
na dużych arkuszach bezbarwnego szkła kopje - z obrazów wło- 
skich lub f1amand
kich mistrzów. Nawet znakomity Burne-Jones 
w swych witrażach posługuje się przeważnie malowaniem na b y l e 
jak krajanych płytach szkła, tak że linje ołowiu idą niezależnie od 
rysunku. 
Stylowy witraż zrodziły wieki średnie. Kiedy w XI stuleciu za- 
częto szklić duże powierzchnie okien, nie umiano wyrabiać płytek 
większych nad dłoń ludzką. Z tych małych kawałków szkła barwio- 
nego w masie, odpowiednio do linij kompozycji przykrajanego, skła- 


294 


t
>>>
. , 


.' Q .' '-'" ..' 
-y- 
h - , 

"ł' ..

 
._
 


: I 


..:.-. Ii 


\ 
","-- , \\J.' 
\ I 
, 
lo ,\,. 

 t 
" \' 
" 
\
i \ 
\
 ,.1 I 
, 
"' . -" 
'. I 
. ' - I 
- . I 
co.- --.. 9 , 
.. 
 
ł tli\.. ') 
. ..
>>>
-
>>>
I 


. 


dana abraz, łącząc je z sabą z pamocą ołowiu. Środkami więc były tu 
kształt szkła, barwa szkła i grube pręgi oławiu. Ta wszystko nadała 
witrażam piętna stylu. Pazostawała tylkO' zlekka uzupełnić farmę 
przy pamocy c i e n i ó w, malowanych i wypalanych. W miarę pa- 
stępu epaki rola tych malawań rozszerza się, kształty zaś wykrawa- 
ne i linja ołowiu tracą znaczenie kompazycyjne. Renesans - wragi 
wagóle wszelkiemu stylawi - niesie tej sztuce stopniawą zagładę '). 
Odradza ją dapiera wiek XX w. Zrozumiano wreszcie cały 
wdzięk ołowianych spain, które budują kształt i arabesk linijny kam- 
pazycji, - zrazumiano, że są one wcale nie "złem koniecznem", ale- 
przedziwnem narzędziem w ręku artysty, który umie wyzyskać po- 
tęgę tegO' środka. Zrozumiana, że skala barw, atrzymywanych w szkle 
kalarowem, stakratnie przewyższa ubagą paletę f a r b d a m a 10- 
w a n i a n a s z kle. Że te szkła barwne mają przy tern czystaść 
i patęgę tanu, dającą się porównać jedynie chyba z blaskiem drogich 
kamieni. Zrozumiana, że malawanie jest tylkO' skramnym dodatkiem, 
który użyty niewłaściwie - w nadmiarze - brudzi i abciąża tan 
szkła. DlategO' unikana tego smarowania szkieł i stosawana je z ko- 
niecznaści tam, gdzie była niezbędne np. dla wyrażenia szczegółów 
twarzy, palców u rąk i t. p., używana go również dla spatynawania 
szkieł - zwłaszcza w miejscach przyległych da ołowianej aprawy, 
aby zmiękczyć astrość granicy. 
Nawet braki techniczne dawnych szkieł okazały się źródłem 
przymiatów witrażu. Szkła dawne nigdy nie są gładkie, równe i czy- 
ste, - zawsze wewnątrz są pełne bąbelków i skaz, na powierzchni 
nierówne - pagięte, tu grubsze, tam cieńsze i t. p. Dzięki tym wła- 
śnie "brakom" światło, przechodząc przez te szkła, daje im życie, - 
zdają się ane iskrzyć, drgać, mienić się. Dzisiaj wprawdzie huty na- 
sze umieją fabrykować szyby lagrowe i lustrzane, ale niepodob
a ich 
używać do witrażów, bo ich idealnie gładka powierzchnia robi fa- 
talne wrażenie czegoś martwego i fabrycznego, nie mówiąc o tern, 
że pozwala w i d z i e Ć, c o j e s t p o z a w;' t r a ż e m -- a więc 
drzewa, domy, kaminy, obłaki i t. p. 
Dlatego fabryki dzisiejsze wyrabiają specjalne rodzaje barwnych 
szkieł - nierównych, pomarszczonych, z bąbelkami etc., które pod 
nazwą "antycznych" albo "katedralnych" są powszechnie używane 
da witrażÓw. 


l) Patrz to zagadnienie omówione obszerniej-w ksią:l:ce "Wiedza o sztuce" 
tegoż autora. 


295 


.....
>>>
Nie wiem, czy Mehoffer był pierwszym, który te prawdy zrozu- 
miał, ale niewątpliwie był najgenjalniejszym. Nikt tak jak on nie 
umiał zastosować nauki, wydobytej z witrażów średniowiecznych, 
do tworzenia form nowych. Na europejskich wystawach międzynaro- 
dowych jego projekty fryburskie zwracały powszechną uwagę nie- 
tylko - wyszukaną stylowością form, ale - przepysznym rysunkiem, 
bogactwem wyobrażni, siłą barw i ogro- 
mem podjętych zadań. 
Oto św. Katarzyna w czerwonym pła- 
szczu stoi z palmą w ręku. spoglądając 
w dół na koło męczeństwa. cała utrzyma- 
na w czerwonych. wiśniowych i złocistych 
tonach. Wyżej za nią chłodny. fantastycz- 
ny pejzaż. złożony w barwach indygo. gra- 
natowych. jasnych-szaro-zielonawych i- 
ametysowych.-na tern czarne sylwety zło- 
wrogich ptaków u góry. Niżej-znów inna 
kolorystyczna part ja: ogromne złocisto-żół- 
te kwiaty. na ich tle fragment sylwety ko- 
ła o tonach szaro-niebieskawej stali. - je- 
szcze niżej-niby na dnie morskiem- -legło 
blade ciało świętej. Chmura ogrom'nych 
kwiatów dziwnych okrywa jej nagość. wśród 
nich przecudna głowa anioła. który dłonią 
zasłania sobie oczy. 
Obok podobnie pojęta św. Barbara. 
Można to opisać kawałek po kawałku. 
ale żadne słowa nie są w stanie wyrazić 
tej bogatej i dźwięcznej harmonji barw. 
ani fantastycznie stylizowanych kształtów 
kwiatów. drzew, chmur i t. p. 
Poczucie malowniczości tego artysty 
jest poprostu bezprzykładne. Co za cuda 
tworzy grupa Szwajcarów z witrażu "Mat- 
ki Boskiej Zwycięskiej". gdzie drzewca 
sztandarów. proporce. wstęgi rozwiane w powietrzu. i wyciągnięte 
ręce zwycięzców tworzą wspaniały. czarodziejski arabesk-istny se- 
zam barwnych. fantastycznych. muzykalnie zbudowanych plam. 
Z nieporównaną pomysłowością twórczą zapełnia Mehoffer ol- 
brzymie powierzchnie setkami motywów. przetopionych na prześlicz- 
ny ornament. gdzie postaci ludzkie, obłoki, drzewa, kwiaty. dymy ka- 


-, 


"'", 



:- 


c 



 


. 


dt .. 


..... 



 



 ' 


... "", 


" 



',? 


.... 
. 


'. 
" 


, 

 


ijii, 

. iii 


 jih. ;
T
 

 .' \' . 
41 
, 
 
. 

j 


J. MEHOFFER ANIOL WOJNY 


lo 


. 



 



 


296
>>>
dzideł, gwiazdy, płomienie, tęcze splatają się w przepyszne - dziw- 
nie rytmiczne i dźwięczne harmonje barwne. Igra on z żonglerską 
zręcznością tysiącem cudownych tonów, przeplata je z sobą, prze- 
sypuje te barwne szkiełka niby drogie kamienie w garsteczce, ciesząc 
się blaskiem czarodziejskich cacek, co są radością świeżych, dziecię- 


.. 
\ 
\ · , ł . . 
I 
t . , ., 
I . 
j 

 . . : \..f

L ' , 
, J "'łO' 
. . 
J " 
, 

. .... 
, , " 
\ ; r , 
. 
""Ii,. 
. . . 
, ; 
. 
... 
\ 
" . 


. 
ł 


" 
. 


, 
'J 


, 
'I 



 


ł 
. 


, 
, 


,'\ 


ł 



 


\ \' 


JÓZEF MEHOFFER 


ŚW. BARBARA i Św. KATARZYNA 


cych oczu. Podobnie i lin ja nigdy nie jest bierna, zawsze użyta twór- 
czo dla wyrażenia danego kształtu - żywa, bogata, rozmaita. 
Takaż sama pomysłowość w szczegółach. Skrzydła aniołów - 
dawniej zwyczajne, białe skrzydła gęsie, pod ręką Mehoffera zamie- 
niają się w jakieś czarodziejskie, najbogatsze, coraz to inaczej pomy- 
ślane kształty stylowe. Dosyć porównać skrzydła aniołów z "P. Naj- 


297
>>>
lo' 
, 


," 


/ 


,,\. 


...... 


,
 


'. 



 . 


-') 


,; " 
" 
 
M'J ' .1l
.' .,
 


\ '--' 


I '.J
J!!.- 
 
-ł ,t 


. .,). . 
 if 
/'1 )... . 
1 . 
)... 
' 
 

, 


" 


,r 
r 


"f 


,
 


,\ 


1ł-. 
::-
 


.. 


'L 
..... 



- 
'- .... 


, " 


!';i 
..,. " 
. t 


,t
 
(.L.\ 
',1 - .. 


" 


'I 


, ". 


k: 
:;'\' 



 


-1 


JÓZEF MEHOFFER 


SZKIC WITRA2:U 


świętszego Sakramentu", z aniołami do kaplicy św. Krzyża, z prze- 
pysznemi skrzydłami anioła z V i t a s o m n i u m b r e v e 1), a wresz- 
cie z aniołem do polichromji płockiej, gdzie - wyzwolone ze sztyw- 


I) Zrobione dla fabryki witraży Żeleńskiego w Krakowie. 


298
>>>
ności piór i wszelkich gęsich zaległości - stają się one rytmicznym 
wytryskiem plam ametystowych, rdzawych i gorących ciemnych fio- 
letów, przeplatanych fantastycznemi pręgami złota. 
Witraże fryburskie są wielkiem dziełem życia Mehoffera: oddał 
im wiele lat i największe wysiłki twórcze. Dla kraju wykonał tylko 
prace na mniejszą skalę zakrojone, jak - okna Wawelu, niewielkie 
okna do kościoła w Jutrosinie w Poznańskiem, okno w katedrze 
lwowskiej, okna do kaplic zamkowych w Gołuchowie i Baranowie. 
Inne czekają. Dwa przepiękne projekty na okna do kaplicy św. Krzy- 
ża na Wawelu, dotąd nie są wykonane, - a zamiast ślicznego projek- 
tu na witraż Wincentego Kadłubka w tejże katedrze 1), wykonano in- 
ny, - trzeciorzędnego malarzyny, brudną, nieudolną szmatę, która 
po dziś dzień szpeci ściany katedry. Domorośli znawcy, którzy nie- 
gdyś zdławili pomnikowe malarstwo Wyspiańskiego, tamują dostęp 
do sanktuarjów polskich i Mehofferowi, radzi albo go uniknąć wo- 
góle, albo nagiąć sztukę jego do własnego smaku. 


Niemniej godne uwagi są jego pomnikowe polichromje. Matej- 
1'0, malując 1890 r. kościół Mariacki - miał gest patrjarchy, wskazu- 
jącego drogę pokoleniom. Polichromja ta wstrząsnęła jak piorun świat 
malarski: wykazała mu, jak potężne efekty dają się tu osiągnąć przy 
pomocy zupełnie prostych środków, i jak czarownie wdzięczne pola 
otwierają się tutaj dla sztuki. Nieprzeparty urok tego dzieła ogarnął 
malarzy. Każdy, w kim taiła się odrobina dekoracyjnego smaku, śnił 
o malowaniu wnętrza. W ciągu najbliższych lat 25 szereg wybitnych 
artystów dorwał się do kościołów i wykonał kilkanaście pięknych 
polichromij. 
Jedną z pierwszych wykonał Mehoffer w t. zw. skarbcu na Wa- 
welu. Wnętrze to, nakryte ślicznem, gotyckiem sklepieniem, cudow- 
nie się do tego nadawało. Mehoffer, malując je, odstąpił od gotyckich 
tradycyj Matejki: tonacja całości jest inna - własna, pojęcie orna- 
mentu nawskroś współczesne, kompozycja figur zupełnie oryginalna. 
Ton tła sklepień niebieski, ale nie jak szafir ultramaryny, tylko 
jaśniejszy, z odcieniem morskim, - na którym przepysznie grają 
złociste, czarno pręgowane żebra, bogato zdobione u podstaw moty- 
wami korony Jagiellońskiej. Niżej - biegnie cokół, zamknięty od gó- 
ry fryzem kwiatowym, prześlicznym w rysunku, silnie przestylizo- 
wanym z przewagą tonów chłodnych, seledynowych, tu i owdzie pod- 
niesionych ciemnym granatem i złotem. Między nim a żebrami przy- 


') (Wykonane w roku 1925). 


299
>>>
ściennemi pozostały niezamalowane, ostrołukowe pola, czekające na 
kompozycję figuralną. Dzisiaj jedyną jej part ją są dwa anioły - Po- 
koju i - Wojny. Pierwszy - ogromnie polski - w koszulinie białej 
i w butach, przepasany wzorzystą szarfą - trzyma dziewczęcym ru- 
chem gałązkę wierzbiny w ręku. Drugi we wspaniałej kwiatobarwnej 
jace, ściągniętej bacowskim skórzanym pasem, idzie - z płomieni- 
stym mieczem w dłoni, ale twarz i ruch lewej ręki odsłania udręcze- 


'. 


, .' 


.J 


L..' 
-.. 


',( 


JÓZEF MEHOFFER 


PORTRET KSIĘDZA 


me a n i o ł a, stąpającego "w dymie pożarów w kurzu krwi brat- 
niej" ... 


Na tym samym Wawelu jest perła polichromji - kaplica Sza- 
frańców, cała w rdzawym tonie utrzymana: ściany gładkie, tylko ko- 
puła rozwiązana wspaniale, z wieńcem chłopiąt - aniołów, rycerzy, 
na tle przepysznej łuski, - aniołów, związanych z sobą w jeden de- 
koracyjny pierścień nieporównanego bogactwa barwy i rysunku. 


I 


300
>>>
Dzieje projektów polichromji prastarej katedry płockiej są jed- 
nym o pomstę do Boga wołającym skandalem. Przepiękny projekt 
Mehoffera, który mógł był z niej zrobić cudowny, drogi każdemu ser- 
cu polskiemu zabytek, został zmarnowany wskutek tego, że w Pol- 
sce na stanowiska odpowiedzialne powołuje się ludzi bez kultury ar- 
tystycznej, którzy uznają jedynie sztukę banalną i płaską na miarę 
ich własnych dusz. Dlatego wbrew konkursowi i umowom - poli- 
chromję tej katedry powierzono nieznanemu, ale protegowanemu 
przez infułatów płockich malarzynie, który ją zhańbił malowidłem 
niewypowiedzianej banalności, nieudolnem i bezstylowem. 
Grabarze sztuki polskiej i ducha twórczości świętego! Czy nie 
o was to mówi Pismo święte: 


"Biada wam nauczeni w piśmie i faryzeusze obłudni, boście jako groby, 
"których nie widać.... a ludzie, którzy chodzą po nich, nie wiedzą 
"o nich..... 
"Biada wam Zakonnikom' boście wzięli klucz umiejętności; samiście 
"nie weszli - a tym, którzy wnijść chcieli, zabranialiście..... 


Niech wam odpowiedzą na to nie sumienia wasze, zbyt prze- 
wrotne i zakłamane, - ale cienie Wyspiańskiego, który legł w gro- 
bie, z rozpaczą niewypowiedzianego genjusza. 
Mehoffer maluje i obrazy naturalistyczne, t. j. portrety, wnętrza, 
widoki miast czy wsi i t. p. W portretach wyczuwa się mdstlniej zwią- 
zek z jego kierunkiem dekoracyjnym, dzięki niezwykłemu zrozumie- 
niu sylwet, linij i walorów. Niektóre nawet przypominają budową styl 
witrażowy, jak np. portret księdza, siedzącego z brewjarzem w dło- 
ni, na tle prezbyterjum jego własnego kościołka, tle, które dzięki stal- 
lom, chorągwiom, kwiatom, balustradzie i t. p. jest rozbite na drobne 
barwne plamy, niby szkiełka, brak im tylko grubych ołowianych kon- 
turów. 
Natomiast we wnętrzach i krajobrazach stoi on na gruncie na- 
turalistycznym, - zwłaszcza ostatnie są dziwnie bezbarwne i nie- 
śmiałe, jakby urodziły się pod pędzlem zupełnie innego artysty. 


W niektórych pracach dekoracyjnych ostatnich lat daje się od- 
czuć pewien wpływ Wyspiańskiego. W witrażach przecznicy katedry 
na Wawelu czuć pewne uproszczenie kompozycji, dążenie do nastro- 
ju i podporządkowanie mu malowniczych szczegółów zdobniczych. 


Artysta niestrudzony. Jego potrzebom twórczym nie wystarcza 
ta moc olbrzymich kartonów dekoracyjnych, ani setki obrazów na- 


301
>>>
turalistycznych. Bada on niestrudzenie coraz to nowe techniki, na 
które w pracach swoich kładł zawsze tak silny nacisk. Wystudjował 
gruntownie nawet tak mało znaną i nieużywaną dotąd technikę fre- 
sku i wykonał w niej ciekawe próbne kompozycje, dziwnie śmiałe 
i silne w kolorze. Pracuje ołówkiem, rylcem, zajmuje się grafiką. Od 
wielu lat jest profesorem krakowskiej Akademji Sztuk Pięknych, 
z pracowni jego wyszedł szereg doskonale przygotowanych w sensie 
technicznym artystów. 


Historja malarstwa polskiego w rozdziale, gdzie się mówi o stylu 
i fantazji nie może pominąć imienia warszawskiego malarza Wa- 
w r z e n i e c k i e g o. 


MARJAN WAWRZENIECKI (ur. 1863 r.) należy do starszego poko- 
lenia i nalei_ałoby go umieścić przed Wyspiańskim i Mehofferem, ale 
tylko ze względów chronologicznych. O pracach tego artysty byłoby 
niewiele do powiedzenia ze względu na ich dyletantyzm, gdyby nie 
to, że był on jednym z pierwszych, którzy jeszcze w czasach natura- 
lizmu Witkiewicza stanęli wyraźnie na gruncie sztuki stylowej. 
Wawrzeniecki ma dużo pomysłowości literackiej i zmysłu deko- 
racyjnego. Wy"tawia setki obrazów ze smokami, wężami, posągami 
Światowida, skałami o dziwnej architekturze, przedewszystkiem jed- 
nak z nieustającą wizją tęgich, gołych kobietek, nad któremi znęca 
się potwór społeczny. Mamy więc pławienie, biczowanie, przypieka- 
nie, krzyżowanie, wiązanie u "pala męczarni", prysznic pod zimną 
siklawą i t. p. formalną kolekcję ofiar sadyzmu mężczyzny. 
Ujęte przez talent bardziej twórczy i z lepszą szkołą, tematy te 
byłyby może wstrząsające. Ale słaby, a - co gorsza - banalny ry- 
sunek figur pozbawia je charakteru i wszelkiego interesu. Koloryt 
jest bądź ordynarny, bądź harmonizowany, ale z banalnością oleogra- 
fji. W kompozycji wyczuwa się pewien schemat. Nawet styl nie jest 
wytrzymany jednolicie; obok płaskiego aż blaszanego nieba-natura- 
listycznie podcieniowany obłok! Formie Wawrzenieckiego brakuje 
czegoś, żeby sztuka jego była istotną sztuką. Nie ma on ani naiwności 
twórczej dziecka, ani wyrafinowania artysty. 


Dotąd badanie sztuki ludowej (o ile się tern wogóle zajmowanol) 
uchodziło bądź - za niewinną manję, podobnie jak zbieranie starych 
marek, bądź - za pracę naukową, godną szacunku, niezbędną do za- 


302
>>>
drukowywania tomów bibuły, której przeznaczeniem - butwieć nie- 
czytanej w szafach bibljotek publicznych. 
Dopiero Witkiewicz i Matlakowski - dziwnie świeża i bogata 
dusza, lekarz i artysta z poczucia - porwani o d kry c i e m "stylu 
zakopiańskiego" i zdumieni jego oryginalnem pięknem - pierwsi 
umieli zainteresować tern zagadnieniem czytający ogół. tchnąć weń 
własny zapał - i nadać sprawie cechy żywotności. Początek był zro- 
biony. 
W jesieni 1900 r. znalazł się na bruku krakowskim młody malarz, 
E d war d T r o j a n o w s k i, świeżo przybyły z Paryża. Spędził tam 
półtora roku w szkole Jean Paul Laurence, - ale więcej dały mu mu- 
zea, a przedewszystkiem wrażenia wielkiej wystawy międzynarodo- 
wej. Były tam prześlicznie urządzone pawilony szwedzki i finlandzki, 
z ich młodą sztuką, uderzająco świeżą i oryginalną. Na tejże wysta- 
wie. w oddziale austrjackim, był pokój urządzony "w sposobie zako- 
piańskim", sparodjowanym przez barokistę wiedeńskiego, prof. Ko- 
vatsa ze Lwowa. Porównanie jednego i drugich obciążyło Trojanow- 
skiego brzemieniem gorzkich, ale płodnych myśli. 
W Krakowie artysta ten poznał Karola Tichego, Jar.a Bukow- 
skiego, Karola Frycza, a także młodego prawnika z Kijowa. Jerze- 
go Warchałowskiego, człowieka, który nie będąc malarzem, miał 
jednak w tym kierunku dużo świeżości, zapału i energji. ''''"krótce po- 
tem przyjechał z Wiednia Józef Czajkowski, który tam studjował 
sztukę stosowaną. W gronie tych młodych ludzi mówiono wiele 
o sprawach sztuki polskiej, zrozumiano, że Polska musi wziąć udział 
w europejskim ruchu artystycznym, że musi rozszerzyć ciasne dotąd 
pojęcie s z t u k i i ogarnąć nią całość życia, że nowe usiłowania na- 
leży oprzeć na sztuce ludu polskiego. która, najmniej skażona przez 
naleciałości stylów zachodnich, winna być nie wzorem. ale podstawą 
i punktem wyjścia twórczości współczesnej. 
Na zebraniu 1 października 1901 r. słowo stało się ciałem. Sta- 
nęła nowa młoda organizacja pod nazwą "P o l s k a S z t u k a S t o- 
s o w a n a". Prócz wyżej wymienionych, w liczbie jej wybitnych 
członków znaleźli się - z pośród artystów - Stanisławski, Wyspiań- 
ski, Mehoffer, Bruzdowicz, Tetmajer i inni '). Witkiewicza powołano 
na członka honorowego. 
Z niezwykłą energją zabrała się ta drobna grupka do dzieła. 
Zwróciła odrazu uwagę na rzemiosła krakowskie i weszła w bliższy 


') Pierwszym prezesem P. S. S. był prof. uniwersytetu Karol Potkański. na- 
stępnym Warchałowski. 


303
>>>
-r 


stosunek z ich przedstawicielami: stolarzami, drukarzami, jubilera- 
mi i t. d. Zaczęła się ciekawa epoka współpracy artystów i rzemieśl- 
ników. Po wystawie drukarskiej 1903 r. wszystkie poważniejsz.e dru- 
karnie krakowskie przyjęły kierowników artystycznych - tak silne 
było jej wrażenie i tak dobitną nauka poglądowa. P o l s k a S z t u- 
k a S t o s o w a n a ogłaszała konkursy na afisze, ex-librysy, inicja- 
ły i ozdoby drukarskie,-na żetony, firanki, sprzęty i całkowite urzą- 
dzenia wnętrz, dostarczała wzorów na kilimy warsztatom tkackim, 


..
 


,. '..... .. .;.... . 
 r: '" 
I'
 ..,.,..., 

,. " 
.1\ ..,.,. . ::'IL 

..,;..,.,-.. _..J-... ""'- .« 


-:r" Ił- f . 
...; 
'",-, 
'
 ,.. 
. ,..., 
j'.........r 
-- - 


"'.. 
'
. 
.. :-
" 



 



. 



 


.' .. 


. 
 


" 


.. . 


;
 


Jp, 


..... 
--- ........:...., 


.... 
... 
" 
\.' 


t A\ 
, '. 
,.- 


" 
r 
j 



 . 


..,., 


..AWAwlAW 


\; : 
- '.. 


.... 


EDWARD TROJANOWSKl 


SZKIC POLlCHROMJl 


projekty sprzętów - koszykarskim i t. p. Urządzała wystawy bu- 
downictwa drzewnego, zabytków sztuki ludowej, a także "usiłowań 
współczesnych": projektów na meble, dworki, wyroby metalowe 
i t. d. Zgromadziła cenne zbiory zabytków sztuki ludowej, urządziła 
stację graficzną, zdobyła się na własne wydawnictwo, z wielkim wy- 
siłkiem i zaparciem się siebie przez artystów prowadzone, przyjęte 
w kraju rozumie się z lekceważeniem, ale należycie cenione za jego 


304
>>>
granicami. Londyńskie S t u d i o natychmiast zaproponowało wy- 
mianę numerów... Córka słynnego Alma Tademy została członkiem 
T-wa i namówiła je na urządzenie wystawy kilimów w Londynie, 
gdzie miały szalone powodzenie. Spowodowało to odrazu wielkie za- 
mówienie, którego T -wo nie przyjęło, obawiając się produkcji maso- 
wej - fabrycznej. 
Dzięki temu ruchowi artyści zapoznali się z wielu rzeczami, do- 
tąd dla nich samych nowemi. Otwierały im się coraz to nowe światy 
idei i form: zrozumieli związek pomiędzy rzemiosłem a sztuką, wnik- 
nęli w tajemnice konstrukcji i techniki przedmiotów, i odczuli z nich 
wypływające piękno s t y l u, - zaczęli się palić do rzeczy porzuco- 
nych dawniej rzemieślnikom, albo uzurpowanych przez architektu- 
rę, - zaczęli projektować tkaniny, sprzęty, wnętrza, domki i t. d. 
Zwracano się do nich z zaufaniem: restauracja Starego Teatru po- 
wierzyła im całkowite urządzenie wnętrza, a potem wszelkie miej- 
skie i magistrackie budynki były im powierzane do zaopatrzenia. 
Świadomość nowych zadań sztuki zaczęła przenikać do szerszych 
kół laików. Smak publiczności podniósł się bardzo wyraźnie, przy- 
najmniej na terenie krakowskim. Sfery warszawskie zachowywały się 
wobec dążeń tej grupy pionerów z niechętną rezerwą. 
Kilka wybitnych talentów ujawniło się w ogniu tych nowych 
'prac. 


EDW ARD TROJANOWSKI (1873 r.), urodzony w Kole, jako młody 
19-1etni chłopiec przyjechał do Petersburga, gdzie poznał Krzyża- 
nowskiego, Ruszczyca i kilku innych Polaków. Akademja. w murach 
której spędził 4 lata, dawała mu modela, ale tak, jak i innym, żadnej 
wiedLY szerszej. Szukając lepszych warunków pracy, znalazł się 
w Paryżu i tam zbudził się w nim przyszły działacz Polskiej Sztuki 
Stosowanej. Powołany do Warszawy na profesora Szkoły Sztuk Pięk- 
nych, mieszka tu od 1905 r. Uczył młodzież sztuki stosowanej o tyle, 
o ile było to możliwe w szkole bez warsztatów. Z jego to pracowni 
wyszli: B a r t ł o m i c j c z y k, T om. K a m i ń s k i Z y g m u n t, 
R o g u s k i, R o z h i c k a '), Pęk a I s k i i wielu innych. 
W śród tych zajęć - bez wytchnienia pracował twórczo. Kompo- 
nował kilimy i gobeliny, znakomicie wykonywane na warsztatach 
p. śliwińskiej, robił afisze, wiele okładek do książek, asygnaty, mar- 
ki i t. p., projektował sprzęty i wnętrze teatru Polskiego w Warsza- 


') zmarła 1925 r. 


Malarsiwo polskie - 20 


305
>>>
wie, teatru w Wilnie, dla osób prywatnych, dla siebie. Nadewszystko 
palił się do polichromji kościelnej: malował kaplicę w Gostyninie 
i kościół w Małkini z urządzeniem wnętrza, brał liczne na
rody na 
konkursach na polichromje i t. d. Wystudjował technikę tempera 
i a l f r e s c o. W wolnych chwilach malował szare krajobrazy nad- 
wiślańskie. 
Kochał się zawsze w sztuce ludowej. Bardzo muzykalny, wy
ry- 
wał kujawiaki i oberki z takiem odczuciem, jakie
oby mu pozazdro- 


i 


... ... 


" 


'. 


KAROL TlCHY 


ELEGJA 


ścił zawodowy artysta muzyk. Ta sztuka chłopska wpłynęła i do jego 
twórczości, dała jej prostotę, tężyznę i świeżość, nie powodując zre- 
sztą naśladownictwa, - uwolniła od balastu stylów historycznych, 
dała odczucie wdzięku naiwnej linji, wysubtelizowała niezwykłą wra- 
żliwość estetyczną. 


306
>>>
I 


KAROL TICHY (ur. 1871 r.), krakowianin, pamiętający jeszcze 
szkołę Matejki, po krótkim pobycie w Monachjum znalazł się w Pa- 
ryżu, gdzie był jednym z niewielu, dla których otwarły się podwoje 
E c o l e d e s B e a u x A r t s. Tam Bonnat dał mu dobrą szkołę 
rysunku, pierwszorzędną francuską szkołę. Po powrocie do Krako- 
wa zetknął się on z Trojanowskim i odtąd razem pracowali w P. S. S. 
1904 r. powołany na profesora warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych, 
gdzie kolegował z Krzyżanowskim, Ruszczycem, Stabrowskim i in., 
miał jednak własną pracownię, z której wyszedł szereg doskonale 
wyrobionych uczniów. 
Tichy maluje mało. Dał się poznać "Elegją" . W śród szpaleru za- 
konnic z płonącemi gromnicami; karawaniarz niesie pod pachą tru- 
mienkę dziecka. Potem wystawiał zrzadka rysunki - najczęściej 
głowy - lekko, subtelnie rysowane, czysto światłocieniowe, maja- 
czące jak duchy, mglisto, jakby przez gazę widziane. 
W zakresie sztuki stosowanej zwracały uwagę jego kilimy, dziw- 
nie szeroko i oryginalnie komponowane, utrzymane w prześlicznej 
szaro-żółtej harmonji. Natomiast krytyka pominęła milczeniem jego 
przepyszne dekoracje teatralne. Jakkolwiek Warszawa ma dwóch 
doskonałych dekoratorów, to jednak takiego zrozumienia przestrze- 
ni, takiego wytrzymania stylu, a przedewszystkiem takiej subtelno- 
ści kolorytu nie spotkamy nigdzie. Wykonał prześliczne dekoracje 
do teatru Polskiego. 
Arcydziełem jego było "Babie Koło" Arystofanesa. Z pomocą 
prawie bezbarwnej - białawo-szarej architektury, plamy wściekłe- 
go błękitu w głębi ponad kolumnami i kremowego w złocie szacie po- 
sągu, osiągnął efekt zdumiewającego bogactwa i harmonji niewysło- 
wionej tonów, przy wielkiej zresztą prostocie układu. Na skromnem 
tle marmurowo-szarawej architektury przepysznie odcinały się barw- 
ne plamy stroju aktorów, również przez niego komponowane. 
Kiedy po stopniowem zgaśnięciu P. S. S. powstało "K o ł o a r- 
ty stów, pracujących w przemyśle artystycznym", 
Tichy został prezesem tego grona, zawierającego elitę artystów pol- 
skich. Jest tu niezastąpiony jako praca, jako inicjatywa, jako energja 
twórcza. Na tym terenie jest istną studnią wiedzy. W zakresie cera- 
miki, tkactwa, farbierstwa, koronkarstwa, stolarstwa i t. p. jest nie- 
tylko człowiekiem najwytworniejszego smaku, ale znawcą pierwszo- 
rzędnym t e c h n i k i. Zna wszystko i to d o g r u n t u, zna nietyl- 
ko z książek, ale z praktyki osobistej. Sam musi wszystko przerobić, 
sprawdzić, doświadczyć. 
Cały ten ogrom wiedzy ma dla siebie. Tworzy mało. Wiedzę od- 


307
>>>
daje młodzieży. Kiedy otworzono państwowe Kursy Pedagogiczne 
dla nauczycieli rysunku, powierzono Tichemu ich kierownictwo. No- 
wej pracy oddał się z zapałem młodzieńca i zaparciem siebie bene- 
dyktyna. Z kursów stworzył pierwszorzędną uczelnię artystyczną, 
uzupełnioną przez studja pedagogiczne i szeroką, na sztuce stosowa- 
nej opartą, kulturę artystyczną. Na wystawach dorocznych prac 
uczniów można tu widzieć najoryginalniej prowadzone próby stu- 
djów, - prace uczniów, polegające nietylko na malowaniu aktów 
akwarellą czy pastelem, ale zarazem projekty wywieszek blaszanych, 
witraży, wnętrz wykonanych całkowicie w zmniejszonej skali, brył 
geometrycznych, {,ryginalnie wyklejanych wycinankami własnego po- 
mysłu, zwierząt i wszelkich kompozycyj modelowanych w glinie i po- 
lichromowanych, mozajki z papierków kolorowych, odlewy z masy 
papierowej, wykonane przez uczniów i t. d. Wystawy arcyciekawe, 
na które, niestety, nikt prócz malarzy nie chodził, wobec braku re- 
klam y w prasie. 
Wytworny znawca sztuki i zbieracz, Tichy objechał pół świata, 
żeby się uczyć jej dziejów nie z książki, alę wprost z życia - z za- 
bytków. Mówi o niej chętnie i ciekawie. Malutki, niby król krasno- 
ludków, z dużą głową i mądremi oczami dziecka, w których mienią 
się przypływy uczuć, ten człowiek czystego serca i obyczajów, du- 
chowo świeży jak gimnazista, jest bóstwem młodzieży, poza nią jed- 
nak za mało znany, za mało ceniony, - za mały wpływ mający na 
bieg spraw artystycznych w Polsce. Zanadto samotny. 


CZAJKOWSKI JOZEF (ur. 1872 r.) uczył się w akademji monachij- 
skiej, w Paryżu u B. Constans i J. P. Laurens'a, wreszcie w Wiedniu 
w tamtejszej Kunstgewerbeschule. Malarz, architekt, pracuje w prze- 
myśle artystycznym, naj chętniej w stolarstwie, którego logika kon- 
strukcyjna i siła materjału najbardziej przemawia do jego pozytyw- 
nego umysłu. Jego sprzęty-pięknie pomyślane w kształcie i w k o- 
lor z e, mają coś pokrewnego sprzętom epoki Biedermajera, stano- 
wią jakby oryginalną, twórczą odmianę tamtych. Jest pracownikiem 
bardzo wszechstronnym, upartym, ścisłym i energicznym. 
Czajkowski maluje niekiedy portrety, ale najmilszym mu tere- 
nem jest krajobraz polski, przyczem w charakterze jest on bliski 
młodej krakowskiej szkole pejzażu. Prace jego szeroko komponowane 
i szerokie w uderzeniu pędzlem - świadczą o pewności kształtu 
i wielkie m a oryginalnem poczuciu barwy. Z kilku prostych moty- 
wów, jak srebrzyste niebo dnia szarego, stare, zarosłe mchem strze- 
chy stodół, drewniane ściany izby, niekiedy malowane niebiesko lub 


308
>>>
\. 


I 
'. 


'
 
... 


" 
 
.. 
II 't.. , 
I' ", 
\. 
. 
I 
-.. 
, 

, 
'. 
..... ., 
'. 
"- ; 
r-- "'''" , "', 
,
 .
. 
,.... 
r '" 
II 
'I 
- 


, 
, 
. t 


" 


:ł.;.- 


...
>>>

>>>
....----- 


.. 


l' ' 
. . 


. 
.. 


,.' 



 


.( 


., . 


" 


a'.. . 


" 


" 


. ' 
, ' 


"',' 


.: Ai(I, 
-' 


, , ',. , 


." 
, ' 


JOZEF CZAJKOWSKI 


RYSUNEK 


biało, - jasna zieleń trawy. ciemne korony topoli i t. d. tworzy on 
istne poematy barw. Lubi wieś i lato. Niekiedy maluje stary piękny 
kościół z tłumem ludku, odświętnie przybranego. który się wyroił po 
sumie. Charakter polskiej wsi i krajobrazu wyczuwa nadzwyczajnie. 
W malarstwie stoi właściwie na gruncie naturalizmu. 


JAN BUKOWSKI lur. 1873 T.), Małopolanin, po nauce w szkole 
krakowskiej studjował w Monachjum specjalnie grafikę i sztukę sto- 


309
>>>
sowaną. Obdarzony bogatą pomysłowością dekoracyjną, zwrócił się 
zrazu do polichromji wnętrz, malował kaplicę kościoła klasztornego 
w Kętach, oraz kościół w Bolesławiu kaliskim. 
Przedewszystkiem jednak stał się głośny dzięki pracom drukar- 
5kim, niepoliczonym okładkom książek, pomyślanych bogato a swo- 
bodnie, w niespokojnych, trochę barokowych linjach trzymanym, _ 
dzięki afiszom, inicjałom, ozdobom drukarskim etc. Na terenie książki 
zasługi Bukowskiego są wyjątkowe. On to z E. Trojanowskim pierwsi 
wprowadzili ducha Polski współczesnej do tego dzieła sztuki. Re- 
szta zrobiła się sama, łatwo, siłami młodszego pokolenia, któremu 
drogę wytyczyli. 


KAROL FRYCZ (ur. 1876 r.), świetnych zdolności malarz, zazna- 
czył się najwięcej jako dekorator sceny. Najpiękniejsze dekoracje 
dał w Teatrze Polskim w pierwszych latach jego istnienia. Urządził 
wnętrze (w pierwszych latach istnienia Tow. P. S. S.) w sali cukierni 
Michalika w Krakowie. Bardzo fantazyjne, charakterystyczne, bez 
naśladownictwa obcego. W Warszawie dekorował salę restauracyj- 
ną w hotelu Angielskim. Ma dużo smaku i jednolitości charakteru 
w szczegółach. Poza tern restaurował i zdobił kościół w Szczuszynie 
(Małopolska) i kilka kaplic. 
Do tejże grupy należał jeszcze bardzo zdolny malarz dekorator 
KAROL MASZKOWSKI (urodzony 1872) oraz BRUZDOWICZ FRANCISZEK 
(zm. 1912), zdolny polichromista, choć mniej od tamtych oryginalny. 


Sztuka dekoracyjna na terenie warszawskim przedstawiała się 
o wiele skromniej. Pionerem jej był TADEUSZ NOSKOWSKI (ur. 1876). 
Podejmował się polichromji kościołów, do której się tak palił, wyko- 
nywał ją z takim nadzwyczajnym nakładem pracy i kosztów, że stale 
dokładał do każdego takiego przedsiębiorstwa. Zrażony, wycofał się 
z tej dziedziny pracy. 


Z akademji petersburskiej wyszło dwóch kresowych, dobrze zna- 
nych polskiemu ogółowi artystów - S t a b r o w s k i i R u s z c z y c. 


KAZIMIERZ STABROWSKI (ur. 1867 r.) ukończył akademję obra- 
zem "Mahomet w pustyni", opartym na studjach, przywiezionych ze 
świeżo odbytej podróży na Wschód. Przedsiębiorczy uczeń akademji 
odbył ją jako pątnik, zwiedził Egipt i Palestynę - i syt wrażeń wró- 
cił do Petersburga. 


310
>>>
L 


1 


KAZIMIERZ STABROWSKI 


PIORUN 


Na terenie warszawskim dał się poznać, jako twórca młodej 
Szkoły Sztuk Pięknych, otworzonej 1904 r. mimo zadziwiającą obo- 
jętność ogółu dla tej sprawy. Pierwszy zespół profesorów dobrany 
był znakomicie. Stanowili go Krzyżanowski, Tichy, Ruszczyc, Troja- 
nowski, Ksawery Dunikowski i Pajzderski Tomasz. Wszyscy wnieśli 
w jej mury wybitny talent i porywający zapał dla sprawy. Pierwsze 
5-lecie stanowiło naj świetniejszą kartę szkoły. Młodzież cisnęła się 
tłumnie i pracowała niesłychanie. Przez tę szkołę przeszła cała pra- 
wie młoda sztuka warszawska. 
Jako malarz znany jest Stabrowski z szeregu portretów, często 
fantastycznie kostjumowanych, - a także z krajobrazów nastrojo- 
wych. Najsilniejszym przejawem jego talentu był tu cykl "Burza", - 
szereg wielkich płócien, niby symbolicznych obrazów dramatu ziemi 
polskiej. Miasto płonące, nad niem burzliwe kłęby czarnego dymu 
i chmur, oblanych blaskiem pożogi. Piorun, jak słup ognia, spada ze 
straszliwego nieba, oświetlając zbity tłum czarnych mogilnych krzy- 
żów na wzgórzu. Rozległe perspektywy smutnej krainy, nad którą 
wichrzą się burze dziwaczne, nieba zasnate falą chmur szarych, si- 
nych albo czerwonych. 
Natura żywa, wrażliwa, impulsywna, umie ze świeżością dziecka 
zainteresować się różnemi dziedzinami życia, w których natych
iast 


311 


.
>>>
bierze czynny udział. T o pracownia jego staje się fabryką farb i pa- 
steli, to pochłaniają go studja nad ceramiką. Wiedza tajemna i nie- 
zwykłe fenomeny nieznanych sił przyrody odwróciły umysł tego ar- 
tysty od malarstwa i najistotniejszych jego zadań. 


FERDYNAND RUSZCZYC (urodz. 1870 r. w Bogdanowie), również 
syn ziemi litewskiej, po skończeniu wydziału prawa na uniwersyte- 
cie petersburskim, wstąpił tamże do Akademji Sztuk Pięknych. Z po- 
czątku zapowiadał się mało interesująco. Dopiero po paru latach pra- 
cy, zwłaszcza pod kierunkiem Kuindżi, nastąpił nieoczekiwany roz- 
kwit tego niezwykłe go talentu. Z akademji Ruszczyc wyszedł jako 
wyrobiony artysta. Do tego niewiele już dodały, krótkotrwałe zre- 
sztą, podróże za granicę. 
Ogół polski poznał go z obrazu "Ziemia", Ze zwykłej sceny orld 
zrobił Ruszczyc wspaniały symboliczny dramat. Pod niebem ogrom- 
nem, na które m kłębią się masy potężnych, zawalnych obłoków, stoi 
cicho w łuk wygięty grzbiet Ziemi żywicielki. Z za wzgórza wysu- 
wają się sylwety wołów i oracza, owianych wiatrem wiosennym. Do- 
syć porównać ten obraz z "Orką" Chełmońskiego, żeby odczuć w nim 
nową epokę: poryw romantyzmu i duch symbolu, obcy zupełnie sztu- 
ce tamtego pokolenia. 
Takim romantykiem jest Ruszczyc w "Balladzie", gdzie wśród 
alei drzew jesiennych, miotanych wichrem, mkną w szalonym pędzie 
konie zaprzężone do karocy. Niebo zalegają olbrzymie, groźne, skłę- 
bione zwały chmur. 
Także we wspaniałej kompozycji "N e c m e r g i t u r " l), gdzie 
burzliwe i spienione - ruchome wzgórza wodne oceanu pruje sym- 
boliczny statek - nawa królewska, płynąca nieustraszenie pod roz- 
piętemi żaglami, łopocąca purpurową flagą, płonąca blaskiem lamp, 
rzucająca wyzwanie burzom i losom. Obraz był malowany w stra- 
szliwych czasach, kiedy nawa polska trzeszczała pod naporem fali 
germańskiej i rosyjskiej... 
Nawet do skromnego "Dworku" zarosłego winem, spurpurowio- 
nem od jesiennych chłodów, przeniknął duch dziwnego sentymentu 
i niepokojących, tajemniczych nastrojów. 
Śmiały kolorysta w obrazach swoich daje wspaniałe symfonje 


t 
, 
\to 


312 


1 

 
J 
I 


') "Niech nie zatonie".
>>>
r 


" 


.... 
-, 


1". 
- 


;' 


, , 
.
 
.. 
--\\. 
\ 
(' ,
 
.. , " 


t. 1 


'" 


.\ ' 


\ '. 
, 
,. .' 
\ 
... - 


.. 


, 
,. 


I 
\ 


- 


\ .. 
" &. 
" 


, 


( 


" 


'I 
I 
I 
) 
I
>>>

>>>
.. 
.. 
i. 
11. 
ł 
f. ł 


.'. 
'- - 



 

- 


. 


_ -fb 


- 


-:fł 


FERDYNAND RUSZCZYC 


NEC MERGITUR!, 


harwne, O bajecznem napięciu poszczególnych tonów. Słońce wio- 
senne złoci młode pnie drzew i kładzie ich niebieskie cienie na za- 
późnionym śniegu. Strumień leśny, woda w "Upuście", gdzieindziej 
fala morska mieni całem bogactwem przepysznych pawich tonów. 
Ruszczyc wiele zawdzięcza świetnej rosyjskiej szkole pejzażystów, 
różni go jednak od tamtych - ów, tak polski, i Rosjanom nieznany 
romantyzm, porywy fantazji. 
Artysta ten był czas jakiś profesorem warszawskiej Szkoły Sztuk 
Pięknych, a potem Akademji krakowskiej, - ale zrażony stosun'kami, 
przeniósł się do Wilna, gdzie zajęcia społeczne porwały go i oddaliły 
od pracy twórczej. Głębokiej inteligencji i wykwintnego obyczaju, ma 
on dar czarowania ludzi swoją osobą, równie jak sztuką. Po odzyska- 
niu Wilna położył ogromne, choć ciche, zasługi przy organizacji tam- 
tejszego uniwersytetu, a szczególniej wydziału Sztuk Pięknych. 


313 


-
>>>
Autor niniejszej pracy ELIGJUSZ NIEWIADOMSKI (1869 - 1923) 
należy do tej samej grupy artystów, kończących w swoim czasie Aka- 
demję w Petersburgu, który tak twórczością swoją malarską, jako 
też i wykładami historji sztuki i wydawnictwami wielce się przy- 
czynił do rozwoju polskiej sztuki plastycznej. 
Z jego prac malarskich poza licznemi portretami wymienić na- 
leży obrazy kompozycyjne jak: Polonja, Człowiek leśny, Centaury, 
Lech, Władca, Anioł Śmierci, szereg aktów kobiecych i pejzaże, 
z większych zaś prac dekoracyjnych polichromję kościoła farnego 
w Koninie l). 


! 


Do paryskiej grupy artystów należy WŁADYSŁAW śLEWIŃSKI 
(1855-1918), który wziął się do malarstwa późno, wystawiać zaczął 
w ostatnich latach XIX w. w Paryżu, gdzie uległ silnie wpływom Ce- 
zanne'a i Van-Gogha i malował w ich duchu krajobrazy i martwe 
natury: kwiaty i owoce. 


FRANCISZEK SIEDLECKI (ur. 1867 r.), znany ze swoich gwaszów, 
kompozycyj fantastycznych, owianych duchem Gustawa Moreau, któ- 
rego prace poznał w Paryżu. Siedlecki pracuje dużo na polu grafiki. 
Najwybitniejszą jego pracą tej kategorji jest portret Nietschego 
w akwaforcie. 


Fi- 


DESKUROWI JOZEFOWI (ur. 1861 - 1905) również Paryż odsło- 
nił tajemnice "Sfinksa", "Tysiąca i jednej nocy" i t. p., które utrwalał 
w cyklach rysunków. Mimo wieloletnią naukę w Krakowie, Mona- 
chjum, Pradze, Paryżu, Deskur pozostał zdolnym i ciekawym dyletan- 
tem. W jego dziwnie, jednoplanowo stylizowanych rysunkach bez- 
barwnych, prawie konturowych, uderza obok form banalnych i dy- 
letanckich - fantazja niezwykła, oryginalna, karmiona sztuką i li- 
teraturą indyjską. Mało znany ten "i zapomniany artysta był jednym 
z pierwszych, którzy torowali u nas drogę sztuce stylowej. 
Wśród zdolnych ale mało oryginalnych i nieśmiałych artystów, 
pracujących już na schyłku ubiegłego wieku - wymienić można 
F. M. Wy gr zy wal skiego i Ed war d a Ok unia. 


I 
1 


I) Przypisek wydawcy. 


314 


)
>>>
.l 


I 


I 
I 


Pi- 


1 


l, 
I 


J 


- 


. 


I 


--, 
I 


... 


..... 


" J 


( 


.. 


Ił 


I, 
1\ , 
.
 '.. 


, 



. ,
 


'"""", 


l 


-
>>>
.
>>>
Artyści, którzy występują na widownię w wieku XX-ym, nie 
mieli do zwalczania żadnych tradycyj naturalizmu, bo te zostały już 
zwalone wysiłkiem poprzedniego pokolenia. W sztukę nową - swo- 
bodną, indywidualną, stylową - wchodzą oni łatwo, bo ją wynieśli 
ze szkoły. Jeżeli ulegają jakim wpływom, to bądź mistrzów polskich 
scharakteryzowanych wyżej, bądź - naleciałościom zachodnim, 
wpływom Cezanne'a, Greco, Van Gogha, neoimpresjonistów francu- 
skich, - albo wreszcie kubistów, futurystów i t. p., czyli, mówiąc 
szerzej - formistów. 
Twórców w wielkim stylu na miarę Matejków, Chełmońskich, 
czy Wyspiańskich to pokolenie dotąd nie wydało. Poza tern jednak 
liczy bardzo wielu artystów zdolnych, płodnych, nawet oryginalnych, 
dokoła których roi się tłum plagjatorów, fałszerzy dawnych i nowych 
kierunków, mistyfikatorów, pokrywających nieuctwo i nieudolność 
oczywistą płaszczem "formy indywidualnej", - a wreszcie wszel- 
kiego rodzaju pospolitych niedołęgów. Tych ostatnich trudniej jest 
rozpoznać, aniżeliby się zdawało, bo wszelkie dawne kryterja zo- 
stały pogrzebane, ścisły rysunek, tęgie studjum naturalistyczne ni- 
kogo nie obowiązuje, a tanią manierkę tego czy innego odłamu for- 
mistów dość łatwo sobie każdy może przyswoić. Sprawę utrudnia 
nadto ogólna dezorjentacja w pojęciach dotyczących sztuki, przyja- 
cielska albo płatna reklama, robiona w pismach różnym koterjom 
i jednostkom. Ogólne zatracenie wszelkiej s k a l i wartości. 
Dlatego zadanie wydobycia z tego mrowia jednostek wybitnych, 
bez narażenia się na omyłki i opuszczenia, nie jest łatwe. Należy 
jednak zrobić krok pierwszy: wydobyć i rozklasyfikować materjał 
najcenniejszy . 


Hetmanem pogrobowym tego pokolenia jest WITOLD WOJTKIEWICZ 
(1880-1909). W krótkiem i smutnem życiu twórczem wykazał on in- 
dywidualność niezwykłą: własną oryginalną koncepcję świata, oraz 
własną formę malarską. 
Uczeń akademji krakowskiej, nie uległ wpływom wyraźnym żad- 
nego z jej profesorów. Szedł własną swoją ścieżyną. Życie było dla 
niego niby ogrodem, gdzie trochę kwiatków, trochę błota i parę drze- 
wek - patyczków wątłych i suchotniczych - opasuje biały, niski 
mur. W tym ogrodzie krążą dziwne symboliczne postaci, niby lalki 
automaty, traktowane z jakimś nieznanym sztuce, tragicznym humo- 
rem powieszonego. Jedna latka ciągnie za sobą drugą, ta ,druga ma 


315
>>>
ręce związane i toczy się na kółkach... Gdzieindziej O n a z dziec- 
kiem odchodzi w jedną, O n na koniku drewnianym w drugą stronę,- 


E 
:; 
o 
r- 
e 
E 
o 
.... 
o-j 
;o; 
[;:j 
E 
n 
N 


- ..J!# 


" 


't--. 


.
 
-.... 



 



 
.- 
 


....... 


- 
 


, 
.. .' 



 


..... 


.. 



 


. .. 


- 


,- 


. 


. 


- 


- 
.-.i 



 
- 
..
j 
.1 

 I 
, 
,. 
tI:I 
 
.... 
;o; 
 
o 
:::II 
- 
(') 
[T1 ot I 
:::II oJ 
N 
c: 


- 
.
. \ 
- .' :,,=,"T 
. 


4.. 


. ." 


... 


.. 


"Rozstanie"... I t. d. - istny teatr marionetek ludzkich w smutnym 
i pustym ogrodzie życia. 
W "Wyzwoleniu" - przy trumnie zmarłego zasiadł śmieszny, 
uroczyście smętny orszak młodych osób w papierowych - z pióra- 


316 


..
>>>
mi - kapeluszach, z pod których patrzą tragiczne, tępe oczy. W głę- 
bi u stóp trumny stoją drobne lalki i ciekawie przypatrują się tym 
uroczystym strażnikom. 
W ojtkiewicz chętnie maluje dzieci, ale nie te czyste, miłe, umyte 
"pociechy" matek, bawiące się z pieskami, uśmiechające do widzów, 


i' 


... 


'9'- 


.. 


,......, . 


-- 


. , 
--- 


I 


. " 


WOJCIECH WEISS 


PORTRET CHŁOPCÓW 


albo płaczące nad rozbitą lalką. U Wojtkiewicza dzieci są dziwne, 
zwyro:łniałe, o wielkich czaszkach, przestraszonych oczach, pełne 
niewytłumaczonych lęków, zaglądające przez szpary w parkanie do 
ogrodu życia. W "Krucjacie dzieci" kilka takich śmiesznych, brzyd- 
kich i smutnych istot wlecze się pustą drogą, nad którą wiatr przega- 
nia burzliwe chmury. Nie dla uciechy mieszczuchów malowane są te 
dziwne stworzenia. 
Wszystko traktowane lekko, szkicowo, odniechcenia, formy 
zatarte, niedomówione, skala barw jasna, harmonijna, ale dziwnie 
bezkrewna, umierająca. 
W ojtkiewicz patrzy z wyżyny na ten świat, niby z lotu ptaka, 
jakby sam ptakiem odleciał od życia i nie brał już w niem udziału. 
Patrzy z rozdzierającym uśmiechem - ni to ironji, ni to smutnego, 
wszystko rozumiejącego pobłażania. 
Nieszczęśliwa miłość i nieuleczalna choroba zatruły to młode, 


317 


\ 


- 


...
>>>
świetnie rokujące życie. W ojtkiewicz widział śmierć zbliżającą się 
niechybnie. Wraca chętnie do jej motywu. Pastele jego nabierają 
wówczas tonów lekkiej koronki czarnej, rzuconej na róże lub błękity. 
W "Dniu Zadusznym" słyszy on i rysuje dzwony, huczące w ciemnych 
przestworach, które rychło i jego otoczyły mrokiem wiekuistym. 


Z pośród wychowanków akademji krakowskiej najdalej od sztuki 
stylowej i od wszelkiej fantazji stoi WOJCIECH WEISS (ur. w Ru- 


I .. 
/ ; 


1
 '-
, ' 
""- 


!.\
 
I. "
 


1
 4 
'J'I/" 
II ,i., 


-...."..... :"-.. 


!'\ 
i J ' ;
:' 
. },
,", 
, "
'
\
i 
 .""'" 'f.' 
': \ ,,"t'-: \:7 ..... 
" ' 
 ,. '
:;i; 

,i. Ó 
, "'-i
:.. -ł.!_:..\ ':\.:-._'1.: ł 
.-' "tif/, ' 
 
, ," \,;.'i" ') ,.. 
r...i':1' ..
t!(1 \ 
 
.t, \
iXł,t \ \ 
I
--:
 ,

t\\
, \:i 


JAN REMBOWSKI 


GÓRAL 


munji 1875). Artysta bardzo zdolny, a zarazem mało indywidualny 
i wrażliwy na sztukę ostatniej mody. Zaczynał od świetnie malowa- 
nych portretów naturalistycznych, potem pod wpływem Cezanne'a 
i innych francuskich modernistów przeszedł do gołych kobiet na 
białych prześcieradłach, do formy uproszczonej, i jasnej perłowej wy- 
szukanej skali tonów, nie schodząc zasadniczo z dawnego gruntu na- 
turalizmu. 


Uczniem Akademji krakowskiej jest też JAN REMBOWSKI 


318 


.. 


-
>>>
t 


I 
i 


l 


- 


.-- 
I. 


,----.. 
. 

 

 
. . 
\\ 
'. 
I 
, 

 
i " 
- . "' 


'
 


". 


'0\ 


li 
li'. 


.
t 
'- 



". 


.'
 
, .. 


, 
, 


'\ 


" 


.' 



'. 
,ł 
I 


.. 


.! , 
'J ł" 
 - 
, 'T l'' 
 


 '.. 
... _..:1- iI 'II Jol 
'k.....""" ,.,  "_,, '" 

. -' .
". '.... - 
.... I " Or 
. -."\" 
...' 
 - 


.- 


I-. . 
."..t""" ... 


.:" 
. 


i"\" ,
. 



 


.
' .Ir' ... 
 ,.... 
1\ ,';w .
_ 
" ",", 
.. 


,ł 


. 


.. 


.. 


." 


,. 


" 


'- 


ANTONI GAWIŃSKI 


SWIĘTA RODZINA 


(1879 - 1923), rysownik i rzeźbiarz, autor licznych znakomicie od- 
czutych portretów i rysunków. 
GA WIŃSKI ANTONI (ur. 1876) był długie lata uczniem Gersona. 
Ten nie zdołał nauczyć go rysować, ale zaszczepił mu wiarę w siebie 
i we własne popędy artystyczne. Z usposobienia romantyk o zakroju 
trochę literackim. Pobyt we Florencji i cuda dawnej sztuki włoskiej 
zbudziły wrodzony mu zmysł dekoracyjny i poczucie barwy. Niewiel- 
kie obrazy Gawińskiego' - tempera, albo akwarelIowe - imają się 
tematów różnych. Fantastyczne krajobrazy, bohaterowie Fausta, kró- 
lowie polscy, ogrody anielskie, samotne groby, źródła miłości i t. p. 
są tu pretekstem do ustawiania w pewnym dekoracyjnym porządku 
drzew, budynków, kwiatów, aniołów etc., traktowanych energiczną, 
dźwięczną plamą barwną. Gawiński lubi operować kontrastami mas 
gorących i chłodnych, wkrapiając w nie kilka żywych, gorejących 
plamek. Najciekawsze, wyjątkowej siły efekty barwne osiąga w dro- 
biazgach. Formę stylizuje zdecydowanie w oryginalny, właściwy mu 
sposób. 


Lwowski zdolny artysta SICHULSKI KAZIMIERZ (ur. 1879) na- 
malował nieprawdopodobną ilość hucułów w pojedynczych obrazach 
albo tryptykach, gdzie figury szeroko naturalistycznie pojętych chłop- 
ców i dziewcząt w białych koszulach i czerwonych zapaskach do- 


319
>>>
skonale wypełniają pole obrazu. Do stylu przechodzi jedynie w pro- 
jektach witrażowych. Jest to jedyna t e c h n i k a, którą zrozumiał. 
W jej rygorach tworzy wielkie, wielofigurowe kompozycje, doskonale 
rysowane i bardzo ciekawe w sensie dekoracyjnym. Zresztą powtarza 
się. Wogóle robi wrażenie, jakby sam siebie nie rozumiał i nie wie- 
dział, jak ma pokierować swym istotnie dużym talentem. Jest to naj- 
poważniejszy z grupy artystów lwowskich, do której zaliczyć również 
należy P a u t s c h a i Jar o c k i e g o. 


I 



, ,I. 



... i. 


. -.," 


, .'v 
'. 
..J 


'; 'lo- 


. 
_1" - 
"!!tlr'" ',,:. '... 

.,
:.;' 


.,r I )" , 
.. '\ ił. 
)J '
 '1 

V' 
, ... .. 
-... -- .... 
- 
. '" 


, 


'"\ 


... 
.... 
. . 
J 
I . 

 


\ 

 . 
, 

 



 
.ł- 
. . 

 
v 


." - ł . .. t-j. 
 
. -.""".- ... 

- 


,. . 


VLASTIMIR HOFMANN 


MADONNA ZE SZPAKIEM 


Wybitne piętno szkoły Malczewskiego nosi twórczość jego ucznia 
V l a s t i m i r a H o f m a n n a, urodzonego w Czechach 1881 r. 
Hofmann zapowiadał się świetnie. Ze szkoły Malczewskiego wy- 
niósł znakomite przygotowanie rysunkowe. W sobie miał poczucie 
barw i przedewszystkiem dekoracyjnych wartości w kompozycji. 
Kompozycja pierwszych jego obrazów była świeża, nadzwyczaj wy- 
czuta w linjach i - mimo że nosiła dosyć wyraźne piętno szkoły, 
jednak Hofmann i tu wprowadził własny odcień pojmowania piękna. 


t 


320 


-
>>>
" 
f 


. 


Malantwo polskie 
- 21 


- 



, 
I 


." 
{ 


ł 


" 




 


I '.;"
 


(. 



. 


.
 ' 
. 
'. 


'-. 


'";) 
"-- 


-\ 


-... "\ 


( 


" 


I. 


.... lo 


" 


.
... 


- 
"-.- 


\. 


...
 


-' 


") 


\ 


-, ... 


;; 


,.. 


-.' 


-,---- 


J.- 


"I- 'I' 
ł 
., ..

 
. . 



 
I- 

 



 
CI) 

 
:J 
:t: 
U 
;;; 
N 
I: 

 
:E 
N 
 
:.:
>>>
Jego "Madonna ze szpakiem", dziewczyna wiejska z dzieckiem 
w chustę zawiniętem na kolanach. klęcząca na trawie, wśród wiosen- 
nego kra:obrazu, jego "Trzej królowie", "Św. Jan", "Z kolendą" i in. 
są komponowane prześlicznie w sensie dekoracyjnym i owiane głęb- 
szym, oryginalnym sentymentem. 
Kompozycja sprowadza się stale do jednego typu. Na pierwszym 
planie jedna, dwie. a najchętniej trzy figury całkowite, albo do pół 
ciała, - za tą grupą przeziera taki lub inny, zestrojony z nią barwą 
i nastrojem pejzaż. 
Prace Hofmanna z drugiego dziesiątka lat XX w., a zwłaszcza 
ostatnie, zdradzają nie zmianę stylu, ale daleko posunięte zużycie ta- 
lentu. Barwy stały się brudne, technika nieśmiała. wyraz mniej wy- 
czuty i świeży. Jedynie tylko rysunek trzyma się jako tako na daw- 
nym poziomie. 


Zdolnym kolorystą, grafikiem, malarzem polichromji wnętrz 
i twórcą witrażów jest UZIEMBŁO HENRYK (ur. 1879), autor licznych 
krajobrazów, scen żołnierskich. typów ludowych i t. p. oraz 
BUYKO ST ANISŁA W. uczeń Stanisławskiego, zamieszkały w Paryżu od 
lat 20. Buyko kocha się w murach miast. maluje fragmenty Paryża. 
jego świątynie i zakątki starych dzielnic, albo wreszcie włoskie 
miasta, z ich ciasnemi ulicami. płachtami błękitu między mura- 
mi i słońcem, złocącem ściany domów. W sztuce jego ani śladu 
dawnego stylu Canaletto. Wszelki motyw zamienia się tu w plamę. 
naiwną. nie regularną. niesłychanie uproszczoną. Jego włoskie krajo- 
brazy stają się orgją rozpętanych. rozszalałych kolorów. rzucanych 
śmiało akwarellą na wilgotny wsiąkliwy papier. Niebo mieni się zie- 
lonym błękitem ogromnej siły, - mury płoną gorącemi tonami, 
wszystko zdaje się być nasycone pyłem złocistym. Nie są to "widoki" 
miast, ani nawet ich impresje. - ale jakieś wizje zmącone. o zatar- 
tych szczegółach, niesłychanie subjektywne, niesłychanie barwne 
radosne. Buyko jest najwięk
zym akwarellistą tego pokolenia. 


Mimo późniejsze studja w Monachjum i w Paryżu do szkoł
 kra- 
kowskiej należy ZOFJA STRYJEŃSKA, jedna z najmłodszych w tej gru- 
pie. Kraków dał jej pewien ton wybitnie swojski. któremu pozostała 
wierną. Zaczynała odrazu od ilustrowania bajek ludowych ,,0 dwóch 
braciach - Biedzile i Okpile", ,,0 chłopku roztropku". ,,0 dziadu 
kościelnym", ,,0 plackach i o prawdzie" i t. p. Ten styl pierwotny 
zasto
owała jeszcze w ilustracjach do Monachomachji. barwnych, sil- 
nych w uproszczeniu, pełnych charakteru i życia. 


322 


.... 


-
>>>
- 


Potem nastąpiła zmiana. Stryjeńska przechodzi bądź do kontu- 
rowych szkiców, z niesłychaną brawurą kreski i odczuciem życia rzu- 
canych, - czasem draśniętych surową zieloną, lub czerwoną farbą, 
w duchu dawnych drzeworytów ludowych, - bądź też do wielkich, 
jasnych, zwykle chłodnych w tonie, bardzo stylowo pojętych 
akwarell. 
Wśród ostatnich wyróżnia się serja "Bogów słowiańskich". 



 


-- 
" '
, 
1... ... . ..; 
I . 
.' "--., ",--,o-o
' 
.
\,. . 
. '- --.; li 
:

,\
 
.'-. ) 


t 


.... 


.

. 


.. 


, 
..... 
l,' 


. 


, 
\ 


l
 

) 


(... - 


,. 


t 
-4... 

 

 


c 
l 



 \ -, 
. ' 
. . 
\ 
. 
 \. l. , 
er. _ 


, \;.- 


.... 


." : 
-(' 
-," \ 
'1 l 


.... 
"'. 
'.- 


": 


. 
'...... 


'.' 

 


\. 
., 


\ 

 
"\ - 


-w 
, 


I'. 
----r -=\ 
\- .-' - ,... " 
l - 
''''

 ffI?'
 
d:T'l"'"!'IŁ I LJ_
  


... 



. 


ZOFJA STRYJENSKA 


DZIEDZILlA 


323
>>>
, 
" 
... 
 
) 


\ .,- lA. 

 
\,\ """. 
i 

 
 I 
) . 
. 
\- " 
., 
, 
\ 
L '"\ '- 
'- 


I . 


.. 


ZOFJA STRYJEŃSKA 


ILUSTRACJA Z MONACHOMACHJI 


Dziwne, wielkie postaci, dalekie od wszelkich usiłowań archai- 
zowania, pojęte współcześnie, rzucone na papier czysty lekkim stry- 
chem pędzla, - nietyle malowidła właściwe, ile jasno podkolorowane 


324
>>>
kantury. Śliczny rysunek jest tu ubaczną wartaścią, a najbardziej 
uderzającą i aryginalną, jest ich bagata, bardzo swaista linja, i nad- 
zwyczajna parnysławaść dekaracyjna, śmiała kambinująca naj różna- 
rodniejsze motywy w zwarte, dobrze związane harmonje linijne. Je- 
żeli paminąć bardzO' kabiecą - i zaiste zdumiewającą inwencję w za- 
kresie straju, to jest ta sztuka dziwnie męska, silna, wstrzemięźliwa, 
abca miękkiemu wdziękowi i niezwykle w swej fantazji paważna. 


, 


W tej krakawskiej grupie odrębne stanowiska zajmuje twórczaść 
WINCENTEGO DRABIKA (ur. 1881 r.). Od dziecka prawie pazosta- 
wiany samemu sabie, miał on twardą młodość. Jeszcze jaka wycho- 
waniec krakowskiej "Przemysłówki" podczas lata pracował dla za- 
robku w dekoratorniach wiedeńskich. Potem dastał się do Akademji 
i pracował u Wyspiańskiego, wchodząc również w zetknięcie z ży- 
ciem teatru: tu poznał zbliska scenę i zrozumiał z,wiązek malarstwa 
z treścią i duchem sztuki. 
W r. 1905 powałany na kierawnika dekaratarni teatru PalskiegO', 
przeniósł się do Warszawy. Wykonywał początkawo projekty Fry- 
cza, a wreszcie swoje własne. Odtąd pozO'stał już w stalicy, z wyjąt- 
kiem lat Wielkiej Wojny, kiedy, wysłany do Rosji, pracawał w Sama- 
rze, w MO'skwie i Kijowie - w teatrach polskich. 
Wybitnie zdolny i śmiały artysta, zrywa z szablanem dawnej na- 
turalistycznej dekoracji, dąży do stylu, da wywołania linjami i tanem 
kompazycji nastroju adpowiedniegO' sztuce. Ma dużą pomysłowość 
i potrafi prostemi środkami osiągać silne efekty. 


W ACŁA W BOROWSKI (ur. 1885) ma w swojej wytwornej sztuce 
najmniej pierwiastku polskiegO'. Obrazy jego o formie wysace styla- 
wej, utrzymane w delikatnej, gO'belinowej gamie błękitnawych, różo- 
wych i szarawych tonów, są pięknemi dekaracyjnemi p a n n e a u x, 
z fantastycznemi, a O'bcemi postaciami ludzi, matywami architektury 
i pejzażu. Borowski kształcił się w Krakowie u MehO'ffera. Później- 
szy kilkO'letni pobyt we Florencji i Paryżu urobił kosmopalityczny 
styl jegO' obrazów. 


Warszawa nie starała się nadążyć za kulturą Krakowa. Miasto 
przemysłowe, quasi stołeczne, duchawO' najbardziej zgangrenowane 
ze wszystkich miast polskich, miałO' swoją słynną aperetkę, kabaret 
amatorski Momus, modną wówczas mleczarnię "Udziałową", miało 
Messalkę i Kawecką - cO' wszystko razem wystarczała w zupełno- 
ści. Jednakże upór i wytrwałość Stabrowskiego przemogły i stała 


325
>>>
- 


4- 
#. , 
Ił.... '. 
- , \ l' . 
I 
" : I 


, t'o 
I - 
. t 

.4. 
f .. 
. . 
1. . o 
l , ',' r . 0-" 
.
 
\ . , 

 \ 

 

J- -' 


TADEUSZ PRUSZKOWSKI 


PIASTUNY 


się, że składka kilkudziesięciu ludzi zamożnych umożliwiła - żebrac- 
kie wprawdzie - ale bądź co bądź - istnienie Szkoły Sztuk Pięk- 
nych. Ta, mimo nędzę I=oddaszy, w których musiała się mieścić, mimo 
brak tysiąca udogodnień i pomocy naukowych, które ma najlichsza 
akademja zagraniczna,-stała się jednak, dzięki doborowi profesorów, 
'II 
ogniskiem żywem i to - przynajmniej w pierwszych latach - o wy- 
sokiej temperaturze. W niem to przekuto na artystów szereg samo- 
rodnych bryłek talentu. 


Z pracowni Krzyżanowskiego wyszedł PRUSZKOWSKI TADEUSZ 
(ur. 1888) i mimo wszystko dotąd nosi na sobie piętno jego szkoły. 
Szeroka, brawurowa technika, energiczna plama barwna, grudki 
światełek na źrenicach, na końcu nosa, na czole - mają swoje źródła 
jeszcze w sztuce mistrza. Także pewien grunt naturalizmu w całej 
formie malarskiej Pruszkowskiego. Poza tern - zwłaszcza w więk- 


326
>>>
.... "ł' 


ł 
» 


JI\' I 
\" \ 


J 


..... 


. r 


r 


'. 


. I 


MIKOŁAJ CZURLANIS 


SONATA MORSKA (FINALE) 


szych kompozycjach - szuka on własnych dróg. W "Polonji" ciemna, 
ciepła sylweta gromady śpiących rycerzy na tle srebrzystego nieba 
zarówno tonem, jak i rodzajem kompozycji nie przypomina już stylu 
"Krzyżaka". Jednakże kompozycje większe tego artysty są owocem 
raczej pewnego wysiłku twórczego, aniżeli żywej, tryskającej jak 
zdrój pomysłowości i - najlepszym pozostaje Pruszkowski w swoich 
drobnych pracach. 


Uczniem Stabrowskiego jest MiKOŁAJ CZURLANIS (1875-1912), 
z zawodu muzyk. Po śmierci artysty urządzona wystawa (w Peters- 
burgu) wykazała dziwny, nie zwykły jego talent. 


BORUCIŃSKI MICHAŁ (ur. 1885) zaczynał w Szkole bardzo śmiało, 
skończył lękliwie. Jego portret fantastyczny w bibułkowym kostjumie 


327
>>>
na tle wspaniałego witrażu zapowiadał zuchwałego w kompozycji 
i barwach artystę. Szereg prac dalszych wykazuje duże zmiany. Jego 
"Polonja", "Spokój" i inne świadczą o doskonałem opanowaniu ry- 
sunku i głębszych poszukiwaniach w zakresie wyrazu, zarazem ude- 
rzają formą przekończoną aż do suchości i ubóstwem barwy. Boru- 
ciński jest sumiennym, pracowitym i dużej kultury artystą, o niewy- 
bitnej zresztą indywidualności. 


"r 

-( 


I". 


.
 


, 


. 


1 · \ 


BRUNO LECHOWSKI 


, 


BAJKA 


BRUNO LECHOWSKI (ur. 1887) nie ma dobrej szkoły dwóch po- 
przednich. Rysunek jego jest słaby, a co gorsza - niekiedy banalny. 
Natomiast jest bardziej od tamtych indywidualny. Ma zdumiewającą 
fantazję malarską i dar kompozycyjny, nadzwyczajne poczucie linji 
i stylu i niezwykłą (choć nierówną) wrażliwość na barwy. Publicz- 
ność go nie rozumie, a on publiczność lekceważy. Maluje tylko to, co 
j e m u s a m e m u się podoba. Obrazów swoich nie opatruje nawet 
tytułami, rozumiejąc, że tytuł nie wyjaśni malarskich wartości dzieła. 
W jego płótnach rycerze, zwiedęta, drzewa, fauny, mnichy, ptaki 


328
>>>
fantastyczne, obłDki, aniDły i t. d. są tylkO' pretekstem do snucia mD- 
zajki plam barwnych, żywych, śmiałych, niekiedy przepysznie zhar- 
mDnizowanych. Z paru ciepłych brunatnych postaci na pierwszym 
planie, rozciągniętych w złDżDną sylwetę, przez której oka prześwie- 
ca zieleń jaskrawa, umie Dn zrobić cały poemat barwny. 
W rysunkach tuszem, wykDnywanych pędzlem miękkim czarno 
białO', z kilku gałązek drzew, z obłaków i innych motywów krajo- 
brazu, z jaskółek, pelikanów i t. d. robi przepyszne koronki O' mięk- 
kiej, bogatej linji, tęgiej, oryginalnie kreską wydobytej plamie i nie- 
pDrównanej pDmysłowości. Jest to ogromny talent dekoracyjny, wy- 
posażDny w fantazję zgola wyjątkDWą. 
PDza tern - dziwny człowiek: niegdyś kierownik "klubu uliczni- 
ków", ogrodnik, - hodowca wspaniałych kaktusów, - sam przyrzą- 
dza sobie farby, marzy D życiu samDtnem z kozami i ptakami DSWO- 
jonemi, jak Robinson na bezludnej wyspie. 


Z młodszych wychowańców Szkoły zwraca uwagę zdolny malarz 
WŁADYSŁAW ROGUSKI (ur. 1890), któregO' twórczość odrazu zmierza 
ku stylowi. Pro£. E. Trojanowski zwrócił jego uwagę na wartości 
sztuki ludowej, jej świeżo
ć,. naiwność i dekoracyjność. Roguski stu- 
djDwał dawne obrazy na szkle, drzeworyty ludowe i wszelkie "boho- 
mazy" częstochDwskie. Odczuł z nie zwykłą siłą ducha sztuki ludo- 
wej; dał temu wyraz w swoich litografjach kolorowycb na motyw 
"Matki Boskiej", "UkrzyżDwania" i t. d. Marzył D wskrzeszeniu 
obraznictwa ludowegO' i ujęciu gO' przez artystów. Jest w swojem ma- 
larstwie ogromnie polski, a zarazem współczesny, - bardzO' dekora- 
cyjny, jednocześnie lekki, naiwny w rysunku, Dryginalnie harmDnijny 
w tDnacji. 


Do dawniejszych uczmow KrzyżanDwskiegD należy świetny 
i śmiały, choć niepogłębiDny talent GWOZDECKIEGO GUSTAWA 
(ur. akołD 1883 r.). Artysta ten, stale mieszkający w Paryżu, uległ sil- 
nie wpływDwi nDwszych prądów w sztuce francuskiej. 


Świetnym rysDwnikiem i ilustratDrem jest KAMIL MACKIEWI;:Z 
(ur. 1882). Zwróciły na niegO' uwagę znakomite rysunki - ilustracje 
pobytu vi Dbozie jeńców "Czyściec niemiecki". Cechują ten zbiDrek 
dDskonała szkoła, odczucie kreski, siła charakteru w pDstaci ludz- 
kiej, i silne zacięcie karykaturzysty. TO' samO' dałO' się odczuć na wy- 


329
>>>
-"., ., 
,... 
. ł \ 

:t, łIr 
f 


.. 


11'\ 1 


'} 


\, 
\ 


- j 


WŁADYSŁAW ROGUSKI 


MADONNA 


stawie jego 1922 r. w J!alerji drobnych portrecików oficerów polskich, 
całej galerji umyślnie przeszarżowanych w charakterze postaci, ryso- 
wanych piórem, podkolorowanych akwarellą. Mackiewicz jest ucz- 
niem Konrada Krzyżanowskiego, ale naprawdę urobił go pobyt 
w Londynie w szkole ilustratorskiej. Z ducha swych prac i z ich for- 
my jest on więcej Anglikiem niż Polakiem, zresztą bez naśladownic- 
twa poszczególnych rysowników angielskich. 


Wśród najmłodsze
o pokolenia, które wyszło z Kursów Tiche- 

o, świetne nadzieje rokuje urodzona na Haiti (1899 r.) WANDA 
TlPPENHAUER. 


ł 
I 


330
>>>
-
 


., 



i 
. . 

 
 


,,- 
.
 
-- 



 


... 




 


, 
\ 
.. 
\ 
\ 


\ .. . 


i\ 
.\ 
. \' 


l' 


1- 


--
 


" 


KAMIL MACKIEWICZ 


KARYKATURY OFtCERÓW 


ł 


Zaledwo po paru latach nauki malarstwa wystawia w 1921 r. 
około 40 prac, a w rok później również kilkadziesiąt - na wystawie 
grupy artystów liS u r s u m C o r d a" w Zachęcie. 
Artystka ta łączy naturalną (nie sztuczną) naiwność formy z po- 
mysłowością nieprawdopodobną, zwłaszcza w zakresie ornamentu. 
Tym - sypie pełnemi garściami i przetyka nim niby nicią złotą całą 
kompozycję. Umie dać mu prostotę malowniczą, życie, dowcip, fan- 
tazję, coś zarazem barbarzyńskiego i wyrafinowanego. 
Fenomenalny talent dekoracyjny powołuje tę artystkę do wiel- 
kich zadań w zakresie malarstwa pomnikowego. 


Już po wielkiej wojnie obok dawnych ognisk sztuki polskiej Kra- 
kowa, Warszawy i Lwowa - daje się zauważyć ruch w Poznaniu, 


331 


-.... 


I 
-'
>>>
1A.NQ I 


/ 


'l 
'\.. 
;i"
' 


J- 


) '/ /. 1 " 
/ f

 , 
I,::'" 
J q' 

ćj 




 - 


::--... 


- "" 
':::':;.
:. 


i" 

) 



_... \. 



 ""
' 
---.::
. ", -",,",,, ,\- 
 
-,
"'- 
_ .-r') 7 i 


WLADYSLA WSKOcZYLAS 


¥UE NIGCIY 
NIEZAGlNIE 


-. 
--h- 


,'J 


ł 


, 

 
'" 


" 


-j 
 


, 
,,
 
. -' 



 



I/I
 


- 
ł1- 


JANOSIK 


a także w Wilnie. W tern ostatniem mieście odżywają dawne tradycje 
Rusterna. Poza młodzieżą skupioną na Wydziale Sztuk Pięknych 
w uniwersytecie, pracuje grupa niez.ależnych artystów, wśród któ- 
rych widać ludzi wyrobionych i talenty godne uwagi, jak C z e- 
c h o w s k i, B r o n i s ł a w J a m o n t, pejzażysta dekoracyjny, 
a zwłaszcza L u d o m i r Ś I e n d z i ń s k i, malarz figur, doskonały 
rysownik, podejmujący zadania psychologiczne i nastrojowe. 


Jednocześnie wspaniały rozwój grafiki. 
Odradzająca się w całej Europie grafika pociągnęła ku sobie 
i u nas licznych artystów, którzy zwrócili się do oryginalnej litogra- 
fji, drzeworytu, a najczęściej do kwasorytu (akwaforty). Zresztą są 
wśród grafików artyści nie pracujący technicznie, ale dający jedynie 
projekty do reprodukowania ich sposobami fotochemicznemi. Do tej 
ostatniej grupy należy E d m u n d B a r t ł o m i e j c z Y k, wy- 


ł 
ł 


332 


t
>>>
kwintny artysta, o nadzwyczajnem poczuciu kreski i wogóle wartości 
dekoracyjnych na terenie grafiki. Wykonał liczne, wysoce artystyczne 
pro;ekty marek, asygnat, okładek na książki, afiszów, akcyj i t. p. 
Z młodszych dali się poznać jako zdolni artyści E d m u n d J o h n, 
L u d w i k G a r d o w s k i i T a d e u s z G r o n o w ski. 


Nad litograf ją, którą na terenie warszawskim szczepił swemi 
wystawami Wyczółkowski, - a bezpośrednio - nauką w szkole - 
E. Trojanowski. pracują ZYGMUNT KAMIŃSKI (ur. 1888) i młodszy od 
niego WŁADYSŁAW ROGUSKI. Ten ostatni szczególniej zajęty techniką 
litografji barwnej. 


Oryginalny drzeworyt odradza u nas W ł a d y s ł a w S k o- 
c z y l a s (ur. 1882). Artysta ten, oparty o tradycję drzeworytu ludo- 
wego, przywraca tej gałęzi grafiki charakter twórczy. Sam tnie 
w drzewie własne pomysły, aby nie zatracić poczucia właściwej tech- 
niki, a co za tern idzie i stylu. Najbardziej śmiałą w stylu i energiczną 
w charakterze jest jego seria "Zbójnicka", gdzie wykazał niezwykłe 
bogactwo środków traktowania powierzchni w skromnym zakresie 
czarnej kreski - względnie - czarnej plamy. 


ł 
I 


Akwafortę twórczą szczepili na gruncie sztuki polskiej F e l i k s 
J a s i ń s k i, W y c z ó ł k o w s k i, S i e d l e c k i. M i e c z. K o t a r- 
b i ń s k i, Z o f j a S t a I1I k i e w i c z, J a b ł c z Y ń s k i, P a n k i e- 
w i c z. Dzisiaj pracują nad nią: M o n d r a l, R u b c z a k i K o n- 
s t a n t y B r a n d e I, zdolni i wyrobieni artyści. także wybitnie zdol- 
ny i wszechstronny Woj c i e c h J a s te z ę b o w s k i (ur. 1883), 
któremu najpiękniejsze lata życia zabrala wojna: legjony polskie 
i wojsko polskie. 
Odrębną i ju£ zamkniętą kartę stanowi dzieło przedwcze- 
śnie zmarłego MIECZYSŁAWA JAKIMOWICZA (1881-1916). W je- 
go oryginalnych, niezwykle nastrojowych kompozycjach, jak 
"Rybak", "Dziwne oczy", "Autoportret" i inne, dźwię- 
czy nuta odrębna w znaczeniu środków malar- 
skich - i - nastroju ogólnego. Są to prze- 
śliczne harmonje czarnych i szarych 
plam, spokojnych, uproszczo- 
nych i w Iinji i w tonie. 


l'
>>>
J.(
>>>
1 


TREŚĆ 


CZĘSĆ I. PRELUDJA 1760-1860 
EPOKA ST ANISŁA WOWSKA I JEJ TRADYCJE. . 
KRóLESTWO KONGRESOWE. OKRES P ASKIEWI- 
CZOWSKI . . . . . . . . . . . . . . . 


CZĘSĆ II. ZŁOTY WIEK MALARSTW A POLSKIEGO 
1860-1920 
ROMANTYZM W POLSCE . 
MALARSTWO HISTORYCZNE 
RUCH NA TURALISTYCZNY 
REALIśCI . . . . . . 
PLENER l IMPRESJONIZM 
KRAJOBRAZ . . 
STYL I F ANT AZJA . . 


Str. 


9 


45 


77 
121 


157 
203 
235 
265
>>>
l
>>>
s 


p 


I 


s 


R 


y 


c 


I 


N 


Sir. 


SMUGLEWICZ FRANCISZEK. Portret pani Gronowskiej. Wilno. Zbiory 
T -wa Przyjaciół Nauk 11 
BACCIARELLI MARCELLO. Plafon. Warszawa. Zamek Królewski 12 
BACCIARELLI MARCELLO. Portret damy (Ks. Kurlandzkiej). Warszawa. 
Pałac w Łazienkach 13 
LAMPI JAN CHRZCICIEL. Portret Sołtyka. Warszawa. Muzeum Narodowe 14 
GRASSI JOZEF. Księżna Krystyna Lichnowska. Wiedeń. Zbiory Lichten- 
steina 15 
PITSCHMANN JOZEF. Portret Stanisława Augusta. Warszawa. Mu- 
zeum Narodowe 18 
BERNARDO BELLOTTO. Klasztor Brygidek. Warszawa. Zamek Królewski 20 
NORBLIN PIOTR. Koncert w Parku. Kraków. Muzeum Czartoryskich 22 
NORBLIN PIOTR. Wskrzeszenie Łazarza. Lwów. Zbiory prof. Wł. Szymo- 
nowicza . 23 
NOR BLIN PIOTR. Trębacz. Kraków. Własność K. Popiela . 24 
NORBLIN PIOTR. Krajobraz Polski 25 
CHODOWIECKI DANIEL. Rodzina 27 
CHODOWIECKI DANIEL. Praczka. Altona. Własność prof. Wichern. 28 
CHODOWIECKI DANIEL. Szczęście w miłości. Warszawa. Z egzempla. 
rza Muzeum Narodowego 30 
CHODOWIECKI DANIEL. Kwasorytnik 31 
KUCHARSKI ALEKSANDER. Zofja Potocka. Berlin. Staatsmuseum 32 
KUCHARSKI ALEKSANDER. Marja Antonina w TempIe. Zbiory ks. de 
Mortemart . 33 
WOJNIAKOWSKI KAZIMIERZ. Portret. Warszawa. Muzeum Narodowe. 35 
ORŁOWSKI ALEKSANDER. Dwaj szlachcice. Warszawa. Własn. Szymo- 
na Neumana. 36 
ORŁOWSKI ALEKSANDER. Dandys 38 
ORŁOWSKI ALEKSANDER. Przy ognisku. Kraków. Muzeum Narodowe 39 
PŁOŃSKI MICHAŁ Głowa starca. Warszawa. Muzeum Narodowe 41 
PŁOŃSKI MICHAŁ. Dama. Sucha. Zbiory Wł. hr. Branicl!iego . 42 
BRODOWSKI ANTONI. Gniew Saula. Warszawa. Muz. Narodowe 47 
BRODOWSKI ANTONI. Portret własny. Warszawa. Muz. Narodowe 48 
WAŃKOWICZ WALENTY. Adam Mickiewicz. Warszawa. Bibl. Krasińskich. 51 
SOKOŁOWSKI JAKOB. St. Małachowski i gen. Morawski. Warszawa, j. w. 53 
SOKOŁOWSKI JAKOB. Walerjan hr. Krasiński. Warszawa, j w. 54 
PIWARSKI FELIKS. Pijacy. Warszawa Muzeum Narodowe. 55 
PIW AR SKI FELIKS. Spekulacja. Warszawa. j. w. . 56 
KIELESIŃSKI WINCENTY KAJETAN. Warszawa. Muzeum Narodowe_. 57
>>>
Sir. 


LEWICKI JAN. Scena z Verbum Nobile. Warszawa. Z egzemplarza zbiorów 
Dominika Witke-Jeżewskiego 59 
GŁOWACKI JOZEF. Portret. Warszawa. T-wo Zachęty Sztuk Pięknych 60 
DĄBROWSKI BONAWENTURA. Portret kupca. Warszawa. j. w. 61 
REJCHAN ALOIZY. Portret. Lwów. Galerja miejska 62 
DAM EL JAN. Rysunek. Warszawa. Zbiory Dominika Witke-Jeżewskiego 63 
RUSIECKI KANUT. Głowa śmiejącego się Włocha. Wilno. T-wo Przyja- 
ciół Nauk 64 
SMOKOWSKI WINCENTY. Szkic. Warszawa. Muzeum Narodowe 65 
MICHAŁOWSKI PIOTR. Powóz z damami. Warszawa. T-wo Zachęty Szt. 


 
 
MICHAŁOWSKI PIOTR Perszerony. Foto. z Wystawy Michałowskiego. Wlr- 
szawa. 1913 . 69 
MICHAŁOWSKI PIOTR. Studjum. Kraków. Własność hr. Michałowskiej. 71 
MICHAŁOWSKI PIOTR. Pocztyljon na koniu- Poznań. T owo Przyjaciół Nauk. 72 
KWIATKOWSKI TEOFIL. Polonez Szopena. Warszawa. Zbiory D. Witke- 
Jeżewskiego . 81 
KOSSAK JULJUSZ. Omnibus żydowski . 84 
KOSSAK JULJUSZ. Beduin 85 
KOSSAK JULJUSZ. Hetman. Kraków. Muzeum Narodowe 87 
KOSSAK JULJUSZ. Przejście Lisowczyków przez Ren. 88 
KOSSAK JULJUSZ. Brony 89 
GROTTGER ARTUR. Ekwipaż. Lwów. Własność M. Pawlikowskiego. 91 
GROTTGER ARTUR. W pracowni. Kołomyja, dyr. J. Skupniewicz . 93 
GROTTGER ARTUR. Modlitwa wieczorna. Kraków. Muzeum Narodowe. 
Depozyt. 94 
GROTTGER ARTUR. Pastuszki 95 
GROTTGER ARTUR. Znak. Z cyklu Lituanja. Kraków. Muz. Narodowe 96a 
STRASZYŃSKI LEONARD. W pracowni Bacciarelli. Warszawa. Własność 
Stan. Lilpopa. 97 
CHLEBOWSKI ST ANISŁA W. Szkic batalistyczny. Kraków. Własność He- 
leny Biechońskiej . 99 
RODAKOWSKI HENRYK. Portret gen. Dembiilskiego. Kr"ków. Muzeum 
Narodowe 101 
RODAKOWSKI HENRYK. Portret Matki. Kraków. Własn. Z. Rodakowskiego. 102 
KAPLIŃSKI LEON. Głowa suchotnika. Warszawa. Tow. Zach. Szt. P. 104 
KAPLIŃSKI LEON. Kobziarz włoski. Warszawa. Muzeum Narodowe. 105 
KOSTRZEW SKI FRANCISZEK. Akwarella. Warszawa. T-wo Zachęty Szt. 
Pięknych 107 
PILLATI HENRYK. Utarczka z Turkiem. Warszawa, j. w. . 108 
ANDRIOLLI ELWIRO. Niemcy idąl Warszawa. Tow. Zachęty Szt. Piękno 
Egzemplarz z Albumu Ungra 110 
ANDRIOLLI ELWIRO. Ruiny zamku. Warszawa. wydawn. "Andriolli" 1904. 111 
ANDRIOLLI ELWIRO. Przy grobie. Warszaw 'ł. j. w. 112 
SANDOZ ADOLF. Kobieta Eaharyjska. Kraków. T-wo Przyjaciół Szt. Piękno 114 
KOTARBIŃSKI WILHELM. Szkic. Warszawa. Wystawa Sztuki . 115 
1:MURKO FRANCISZEK. Zuzanna. Kraków. Muzeum Narodowe. 117 
ST ACHIEWICZ PIOTR. Ilustracja do "Etienne Marcel". 118
>>>
LESSER ALEKSANDER. Wydobycie zwłok Wandy. Warszawa. T-wo Za- 
chęty Sztuk Pięknych . 
SIMMLER JOZEF. Smierć Barbary Radziwiłłówny. Warszawa. T-wo Za- 
chęty Sztuk Pięknych . 
SIMMLER JOZEF. Portret. 
GERSON WOJCIECH. Krzyżacy. Warszawa. Własność rodziny ś. p. Gersona. 
MATEJKO JAN. Stańczyk. Warszawa. Muzeum Narodowe. - 
MATEJKO JAN. Kazanie Skargi. Jan Zamov
ki. Warszawa. T-wo Zachęty 
Sztuk Pięknych. Depozyt . 
MATEJKO JAN. Rejtan. Michał Poniatowski i Czartoryski. Warszawa. 
Zamek Królewski. 
MATEJKO JAN. Batory pod Pskowem (fra
.'. Warszawa. T-wo Zachęty 
Sztuk PiI,knych. Depozyt 
MATEJKO JAN. Rejtan (frag.). Warszawa. Zamek Królewski 
MATEJKO JAN. Grunwald. Markward. Warszawa. T-wo Zach Szt. Pięk. 
MATEJKO JAN. Grunwald. Wielki Mistrz Warszawa. j. w. 
LOEFFLER LEOPOLD. Powrót z jassyru. Warszawa. T-wo Zach. Szt. Pięk. 
BRANDT JOZEF. Kozak i dziewczyna. Warszawa. j. w. 
BRANDT JOZEF. Ulica w Chocimiu Warszawa. j. w., z egzemplarza Al- 
bumu Ungra . 
BRANDT JOZEF. Powitanie stepu (frag.) 
BAKAŁOWICZ WŁADYSŁAW. Prośba. Warszawa. Zbiory Dominika \xiI- 
ke-Jeżewskiego 
ALCHIMOWICZ KAZIMIERZ. Pogrzeb Gedymina. Kraków. Muz. Narod. 
SIEMIRADZKI HENRYK. Na greckim tarasie. 
SIEMIRADZKI HENRYK. Chrystus w domu Marji i Marty. Petersburg. 
Akademja Sztuk Pięknych . 
SIEMIRADZKI HENRYK. Wazon czy kobieta. Warszawa. Własność Ka- 
rola Lilpopa . 
PĘCZARSKI FELIKS. Szulerzy. Warszawa. Muzeum Narodowe . 
PĘCZARSKI FELIKS. Honoratka. Warszawa. Album Sztuki Polskiej 1901. 
PĘCZARSKI FELIKS. Szulerzy. Warszawa. Muzeum Narodowe 
GIERYMSKI MAXYMILJAN. Pikieta powstańcza (frag.) 
GIERYMSKI MAXYMILJAN. Ulica w miasteczku. Warszawa. T-wo Za- 
chęty Sztuk Pięknych . 
GIERYMSKI ALEKSANDER. W altanie. Warszawa. j. w. 
GIERYMSKI ALEKSANDER. Przed pogrzebem. Warszawa. Muz. Narod. 
GIERYMSKI ALEKSANDER. Piaskarze. Warszawa. j. w. 
GIERYMSKI ALEKSANDER. Plac Maksymiljana. Monachjum 
GIERYMSKI ALEKSANDER. Kościół św. Marka. Warszawa. T-wo Zachęty 
Sztuk Pięknych 
CHEŁMOŃSKI JOZEF. Na folwarku. Kraków. Muzeum Narodowe. Depozyt. 
CHEŁMOŃSKI JOZEF. Dziady. 
CHEŁMOŃSKI JOZEF. Wyjazd (frag.) 
CHEŁMOŃSKI JOZEF. W saniach. Warszawa. Zamek Królewski. Zbiory 
państwowe. Depozyt . 
CHEŁMOŃSKI JOZEF. Czwórka 
CHEŁMOŃSKI JOZEF. Orka . 


Sir. 


122 


123 
124 
126 
127 


129 


130 


131 
132a 
135 
136a 
139 
140 


142 
143 


144 
145 
146 


147 


150 
159 
160 
161 
162 


164 
165 
166 
167 
168a 


171 . 
173 
174 
175 


176a 
178 
179
>>>
Sir. 
CHEŁMOŃSKI JOZEF. Żabi koncert 180 
WIERUSZ-KOW ALSKI ALFRED. Powrót z jarmarku 181 
WIERUSZ-KOW ALSKI ALFRED. Rabuś. Własność dr. Gaszyńskiego. 183) 
WIERUSZ-KOW ALSKI A1..FRED. Niebezpieczna jazda. Warszawa. Z egzem- 
plarza zbiorów Dominika Witke-Jeżewskiego . 184 
CZACHORSKI WŁADYSŁAW. Zaczytana. Warszawa. Własność Edwarda 
Nathansona . 185 
PIECHOWSKI WOJCIECH. Toast weselny. Warszawa. Muzeum Narodowe. 186 
PIECHOWSKI WOJCIECH. Oczepiny. Warszawa. T-wo Zach. Szt. Pięknych. 187 
SZYMANOWSKI W ACŁA W. Pogawędka górali 189 
AJDUKIEWICZ TADEUSZ. Z motywów wschodnich 191 
KOSSAK WOJCIECH. Olszynka 192 
KOSSAK WOJCIECH. Z depeszą . 193 
LENC STANISŁAW. Portret Frenkla, Warszawa. Własność art. Mieczy- 
sława Frenkla 195 
LENC STANISŁAW. Portr€\ Hertza. 197 
KAMIEŃSKI ANTONI. Mcst Notre Dame w Paryżu. War!izawa. Własność 
dr. R. Sinołęckiego 198 
KAMIEŃSKI ANTONI. Portret Stanisława Witkiewicza. Warszawa. Wła- 
sność dr. R. Sinołęckiego . 199 
WYCZOŁKOWSKI LEON. Portret własny. Warszawa. T-\\"0 Zach. Szt. Pięk. 204a 
WYCZOtKOWSKI LEON. Sarkofagi. Poznań Muzeum Wielkopolskie 205 
WYCZOŁKOWSKI LEON. Góral 206 
WYCZOŁKOWSKI LEON. Krokiet. Warszawa. Własność p. Kossuthowej. 207 
AXENTOWICZ TEODOR. Afisz 209 
AXENTOWICZ TEODOR. Oberek. Warszawa. T-wo Zachęty Sztuk Piękno 210 
MASŁOWSKI STANISŁAW. Lasek. Warszawa. Własność Bohdana Wydźgi. 212 
MASŁOWSKI STANISŁAW. Chłopi. Warszawa. Muzeum Narodowe. 213 
MASŁOWSKI ST ANISŁAW. Duma Jaremy. Warszawa. Muzeum Narodowe. 214a 
PANKIEWICZ JOZEF. Portret dziewczynki. Warszawa. Własn. pani Lau- 
rysiewicz 215 
PANKIEWICZ JOZEF. Targ na kwiaty. Łódź. Własność br. Heintzla 216 
PANKIEWICZ JOZEF. Targ za Żelazną Bramą 217 
PODKOWIŃSKI WŁADYSŁAW. Tancerka 218 
KĘDZIERSKI APOLONJUSZ. Głowa wiejskiej dziewczyny. 220 
KĘDZIERSKI APOLONJUSZ. Nad rzeką. Warszawa. Własn. L. Goldstanda. 221 
WOLSKI STANISŁAW. Przed karczmą 222 
TETMAJER WŁODZIMIERZ. Wesele 223 
BOZNAŃSKA OLGA. Portret . 224 
KRZY
ANOWSKI KONRAD. Portrełżony. Warszawa. T -wo Zach. Szt. Piękno 226 
KRZY
ANOWSKI KONRAD. Szkic portretu. Warszawa. Własność Micha- 
liny Krzyżanowskiej . 227 
KRZY
ANOWSKI KONRAD. Portret Słońskiego. Warszawa. Własność 
Edwarda Słońskiego 228a 
KRZY
ANOWSKI KONRAD. Portret. Warszawa. Własność Marji Niewia- 
domskiej 229 
KRZY
ANOWSKI KONRAD. Portret. Warszawa. Zamek Królewski. Zbiory 
państwowe . 231
>>>
Str. 
BOHUSZ-SIESTRZENCEWICZ STANISŁAW. W miasteczku 232 
PIEŃKOWSKI IGNACY. Różowa dama . 233 
ZALESKI MARCIN. Ostra Brama w Wilnie. Warszawa. Własność hr. Po- 
tockief.!o. 236 
GRYGLEWSKI ALEKSANDER. Wawel. Warszawa. Muzeum Narodowe 238 
SZERMENTOWSKI JOZEF. Przed kościołem. 240 
SZERMENTOWSKI JOZEF. Krajobraz Warszawa. Muzeum Narodowe 241 
GERSON WOJCIECH. Widok z cmentarr:a w Zakopanem . 242 
MALECKI WŁADYSŁAW. Sejm bociani. Kraków. Muzeum Ni rodowe 244 
FAŁAT JULJAN. Niedżwiedzia niosą 246 
FAŁAT JULJAN. Stary kościół 247 
FAŁAT JULJAN. Snieg . U8a 
STANISŁAWSKI JAN. Krajobraz ukraiński. Kraków. Muzeum Narodowe. 249 
STANISŁAWSKI JAN. Topole. Kraków. Muzeum Narodowe 250 
WEYSSENHOFF HENRYK. Snieg. Warszawa. lbiory Dominika Witke- 
Jeżewskiego . 252 
ZUKOWSKI STANISŁAW. Roztopy wiosenne 253 
RAPACKI JOZEF. Droga jesienią 254 
POPOWSKI STEFAN. Noc. W'lrszawa. T'wo Zachęty Sztuk Pięknych 255 
KOPCZYŃSKI BRONISŁAW. Kościół św. Barbary w Krakowie . 256 
MAŃKOWSKI JOZEF. W ogrodzie. Warszawa. Własność Marji Mańkowskiej 2511 
MAŃKO WSK I JOZEF. Klasztor o zachodzie. Własność M. Mańkowskiej 259 
CZAJKOWSKI ST ANI SŁAW. Krajobraz ze starym klasztorem . 261 
SZCZYGLlŃSKI HENRYK. Halabardnik . 262 
PRUSZKOWSKI WITOLD, Madej. Warszawa. T-wo Zachęty Szt. Pięknych. 268 
PRUSZKOWSKI WITOLD. Smok wawelski . 269 
MALCZEWSKI JACEK. Szypry. Warszawa. Wła
ość hr. Wł. Tyszkiewicza. 271 
MALCZEWSKI JACEK. Tragedja artysty. WarM.awa. Wła!'llość hr. Wł. 
Tyszkiewicza. 272 
MALCZEWSKI JACEK. Melancholja (łrag.). Kraków. Własność hr. Edwarda 
RaczYńskiego 273 
MALCZEWSKI JACEK. Derwid. Kraków. Muzeum Narodowe. oddział im. 
F. Jasieńskiego 274a 
MALCZEWSKI JACEK. Smicrć. Warszawa. Zamek Królewski. Zbiory 
państwowe . 277 
MALCZEWSKI JACEK. Złudzenia. 279 
PODKOWIIiISKI WŁADYSŁAW. Na cmentarzu. Warszawa. Z egzemplarza 
zbiorów Dominika Wilke-Jeżewskiego. 281 
PODKOWIŃSKI WŁADYSŁAW. Szał. Kraków. Muzeum Narodowe. oddział 
im. F. Jasieńskiego .. 282 
WYSPIAŃSKI ST ANISŁA W. Widok na Kopiec Kościuszki Kraków. Muz. 
Narodowe, oddział im. F. J
słeńskietło. 285 
WYSPIAŃSKI ST ANI SŁAW. Apollo miotający strzały. Kraków. Własność 
rodziny ś. p. L. LeSEczy
skiej . 286a 
WYSPIAŃSKI ST ANISŁA W. Macierzyństwo. Kraków. Muzeum Narodowe, 
oddział im. F. Jasieńskiego. 288 
WYSPIAŃSKI ST ANISŁA W. Portret Rydla. Kraków. Własność Feliksa 




 m 


..
>>>
. 
. 


WYSPIAŃSKI STANISŁAW. SW. Salomea. Kraków. Włamość rodziny 
ś. p. L. Leszczyńskiej . 
WYSPIAŃSKI ST ANISŁA W. Kazimierz Wielki. Kraków. Muzeum Narod. 
MEHOFFER JOZEF. Witraż Poznańskie. Kościół w Jutrosinie . 
MEHOFFER JOZEF. Anioł wojny. Kraków. Skarbiec na Wawelu 
MEHOFFER JOZEF. SW. Barbara i św. Katarzyna. Kartony do katedry 
we F. yburgu. 
MEHOFFER JOZEF. Szkic witrażu do kaplicy św. Krzyża na Wawelu 
MEHOFFER JOZEF. Portret księdza. Paraf ja Morawicka 
TROJANOWSKI EDWARD. Szkic polichromji do kościoła w Kamieńcu 
Podolskim 
TICHY KAROL. Elegja. Warszawa. Zamek Król. Zbiory państwowe. 
TICHY KAROL. Rysunek. 
CZAJKOWSKI JOZEF. Pastel. 
ST ABROWSKI KAZIMIERZ. Piorun 
RUSZCZYC FERDYNAND. Ballada. Warszawa. Własność rodziny Hen- 
ryka Sienkiewicza 
RUSZCZYC FERDYNAND. Nec mergiturl Wilno. Włas:T-wa Przyjaciół Nauk. 
WOJTKIEWICZ WITOLD. Bajka o Rycerzu. Warszawa. T-wo Zachęty 
Sztuk Pięknych 
WOJTKIEWICZ WITOLD. Krucjata dziecięca Warszawa. Zamek Królew- 
ski. Zbiory państwowe. 
WEISS WOJCIECH. Portret chłopców. Kraków. Własn. pr«;f K. Górski ego 
REMBOWSKI JAN. Góral. 
GA WJŃSKI ANTONI. Swięta Rodzina . 
HOFMANN VLASTIMIL. Madonna ze szpakiem 
SICHULSKI KAZIMIERZ. Witraż . 
STRY JEŃSKA ZOF JA. Dziedzilia. Wan;zawa. "Bogi Słowiańskie" 
STRYJEŃSKA ZOF JA. Ilustracja do Monachomachji 
PRUSZKOWSKI TADEUSZ. Piastuny 
CZURLANIS MIKOŁAJ. Sonata morska (Finale) 
LECHOWSKI BRUNO. Bajka . 
ROGUSKI WŁADYSŁAW. Madonna 
MACKIEWICZ KAMIL. Karykaturyoficerów Warszawa. Własność p. Kar- 
pińskiego 
SKOCZYLAS WŁADYSŁAW Janosik. Warszawa. "Serja zbójnicka". 


Sir. 
290 
293 
294a 
296 
297 
298 
300 
304 
306 
308a 
309 
311 
312a 
313 
'316 
316a 
317 
318 
319 ,- 
320 
321 
323 
324 
326 
327 
328 
330 
331 
332
>>>
; 


SKOROWIDZ 


AR,rYSTÓW 


Sir. Str. 
Ajdukiewicz Tadeusz 1852 -1916 190 Chełmiński Jan 1851-1925 194 
A;dukiewicz Zygmunt 1861- 1917 190 Chełmoński Józef 1850-1914 172 
Alchimowicz Kazimierz 1840 - 1917 144 Chlebowski Stanisław 1835-1885 98 
Andriolli Elwiro 1836 - 1893 109 Chmielowski Adam 1846 -1920 199 
Andrzejkowicz Magdalena ur. 1852 146 Chodowiecki Daniel 1726-1797 27 
Augustynowicz Aleksander ur. 1865 224 Ciągliński Jan 1859-1913 222 
Axentowicz Teodor ur. 1859 208 Cieślewski Tadeusz ur. 1870 255 
Bacciarelli Marcello Cober Marcin 10 
1731 - 1818 15 Cynk Florjan 1838-1910 146 
Bachmatowicz Kazimierz zm. 1837 64 Czachórski Władysław 1850-1911 184 
Badowski Adam 1857-1903 152 Czajkowski Józef ur. 1872 308 
Bagieński Stanisław ur. 1876 199 Czajkowski Stanisław ur. 1878 260 
Bakałowicz Stefan ur. 1857 152 Czechowicz Szymon 1689-1775 11 
Bakałowicz Władysław 1831-1906 144 Czechowski 332 
," BarUomiejczyk Edmund 332 
Czurlanis Mikołaj 1875-1912 327 
Batowski-Kaczor Stanisław ur. 1866 119 
Bechon Karol 1732 - 1812 16 Damel Jan 1780 - 1840 64 
Bellotto Bernardo 1720-1780 20 Dąbrowski Bonawentura 1800-1861 62 
Bilińska Anna 1857 - 1892 190 Deskur Józef 1861- -1905 314 
Blank Ar.toni 1785 - 1844 49 Dębicki Napoleon 1820 -1865 60 
Borowski Wacław ur. 1885 325 Dmochowski Wincenty 64 
Boruciński,Michał ur. 1885 327 Dolabella Tomasz ur:ok. 1570-1650 10 
Boznańska Olga ur. 1865 225 Drabik Wincenty ur. 1881 325 
Brandel Konstanty 333 Dylczyński Cyprjan 1836-1909 146 
Brandt Józef 1841 - 1915 140 
Breslauer Chrystjan 1802 - 1860 239 Ejsmond Franciszek ur. 1859 162 
Brochocki Walery 1849 - 1923 244 Fałat Juljan ur. 1853 245 
Brodowski Antoni 1784 - 1832 46 Filipkiewicz Stefan ur. 1879 262 
Brodowski Józef 49 Frycz Karol ur. 1876 310 
Brodowski Józef (syn Antoniego) 
1828 - 1900 49 Galimski Władysław ur. 1860 251 
Bruzdowicz Franciszek zm. 1912 310 Gardowski Ludwik 333 
Brzozowski Feliks 1836-1892 109. 243 Gawiński Antoni ur. 1876 319 
Buchbinder Szymon ur. 1850 146 Gerson Wojciech 1831-1901 125,241 
Buchbinder Józef 146 Gierdziejewskl Ignacy 1826-1860 85 
Budkowski Gustaw 1813 - 1884 159 Gierymski Aleksander 1849-1901 166 
Bukowski Jan ur. 1873 309 Gierymski Maksymiljan 1847-1874 164 
Buyko Stanisław 322 Głowacki Józef 1789-1858 61
>>>
Gorecki Tadeusz 1825-18
 r 
Gorski Konstanty ur. 1869 - 
Grabowski Andrzej 1833 - 1886 
Grassi Józef 1757-1838 
Grocholski Stanisław ur. 1859 
Gronowski Tadeusz 
Grottger Artur 1837 1867 
Gruszecki Antoni 1725-1793 
Gryglewski Aleksander 1833 - 1879 
Gwozdecki Gustaw ur. 1883 
Hadziewicz Rafał 1806-1886 
Hesse 
Hofmann Vlaslimil ur. 1881 
Horowitz Leopold 1844-1917 
Jabłczyński Feliks 
Jakimowicz Mieczysław 1881 1916 
Jamontł-Bronisław 
Janowski Stanisław ur. 1866 
Jarocki Władysław 
Jasiński Zdzisław ur. 1863 
Jasiński Feliks ur. 1862 
Jastrzębowski Wojciech ur. 1883 
John Edmund 
Kamieński Antoni ur. 1861 
Kamiński Zygmunt ur. 1888 
Kamocki Stanisław ur. 1875 
Kaniewski Ksawery 1809-1870 
Kapliński Leon 1826-1873 
Karczewski Juljan 
Kędzierski Apolonjusz ur. 1861 
Kielesiński Wincenty Kajetan.1808- 
1849 
Kochanowski Roman 1856 
Kokular Aleksander 1793-1846 
Konicz Tadeusz 1700-1780 
Koniuszko Wacław 1854-1899 
Konopacki Jan 1856-1894 
Kopczyński Bronisław ur. 1882 
Kosiński Józef 1753 - 1821 
Kossak Juljusz 1824--1899 
Kossak Wojciech ur. 1857 
Kostrzewski Franciszek 1826-1911 
Kotarbiński Miłosz ur. 1854 
Kotarbiński Mieczysław ur. 1890 
Kotarbiński Wilhelm 1849 - 1921 
Kotowski Jan ur. 1885 
Kotsis Aleksander 1836 - 1877 


Str. 
106 
199 
109 
17 
188 
333 
90 
14 
237 
329 
49 
66 
320 
194 
333 
333 
332 
252 
320 
189 
333 
333 
333 
197 
333 
262 
48 
103 
64 
219 


Kowalewski Paweł 
Kowalewski Bronisław ur. 1870 
Kowalski Alfred Wierusz 1849-1915 
Krafft Adam 1724-1793 
Krudowski Franciszek ur. 1860 
Krzyżanowski Konrad 1872-1922 
Kucharski Aleksander 1741-1819 
Kukiewicz Konstanty 
Kulesza 
Kunicki Leon 1828-1873 
Kwiatkowski Teofil 1809-1901 


Lampi Jan Chrzciciel 1751-1830 
Lampi Franciszek 1783-1852 
Lechowski Bruno ur. 1887 
Ledziński 
Lenc Stanisław 1862-1920 
Leopolski Wilhelm 1830-1892 
Lesseur Wincenty 1745 - 1813 
Lesser Aleksander 1814-1884 
Lewicki Jan 1795- 1871 
Lexycki Franciszek zm. 1668 
Lipiński Hipolit 1848-1884 
Loeffler Leopold 1828-1898 
Lubienieccy bracia 


Łęski Józef 1760-1825 
Łoś Włodzimierz 1849--1889 
Łukaszewicz Józefat 1789 - 1850 
Łuskina Włodzimierz 1849 - 1894 
Mackiewicz Kamil ur. 1882 
Malczewski Jacek ur. 1855 
Malecki Władysław 1836-1900 
Mańkowski Józef 1868-1915 
Marszałkiewicz Stanisław 1789-1872 
Marteau Ludwik "1720 -1805 
Masłowski Stanisław 1854-1926 
Maszkowski Jan 1793-1865 
Maszkowski Karol ur. 1872 
Matejko Jan 1838 -1893 
Mehoffer Józef ur. 1869 
Merwart Paweł 1855-1902 
Michałowski Piotr 1802-1855 
Milakowski 
Miszewski Juljusz zm. 1826 
Mock Jan Samuel zm. 1740 
Mondral 
Moniuszko Jan Czesław 1853- 1908 


56 
244 
47 
12 
190 
190 
257 
32 
83 
191 
107 
201 
333 
114 
194 
160 


Sir 
194 
263 
182 
17 
116 
226 
30 
64 
66 
109 
80 


, 


'1 


17 
50 
328 
66 
195 
106 
33 
122 
58 
10 
190 
139 
10 


33 
148 
64 
190 
329 
270 
243 
257 
63 
16 
211 
90 
310 
128 
294 
117 
66 
66 
66 
10 
333 
153 


I.
>>>
, 


Str. 
Niewiadomski Eligjusz 1869-1923 314 
Norblin Piotr de la Gourdaine 
1745-1830 21 
Noskowski Tadeusz ur. 1876 310 
Oborski Aleksander 1779 - 1841 52 
Okuń Edward 314 
Oleszczyński Antoni 1794 - 1879 52 
Oleszkiewicz Józef 1777 - 1830 43 
Orłowski Aleksander 1777 - 1832 36 
Owidzki Jan 1852-1913 190 


Pankiewicz J6zef ur. 1867 
Pautsch Fryderyk 
Peszka Józef 1767-1831 
Pęczarski Feliks 
Piątkowski Henryk ur. 1853 
Piechowski Wojciech 1850 - 1911 
Pieńkowski Ignacy ur. 1877 
Pillati Henryk 1832-1894 
Pillement 
Piotrowski Antoni Maxymiljan 1813- 
1875 50 
Piotrowski Antoni 1853-1924 200 
Pitschmann J6zef 1758-1834 19 
Piwarski Feliks 1794-1859 54 
Plersz Bogumił 1732-1817 29 
Płoński Michał 1782-1812 42 
Pochwalski Kazimierz ur. 1855 194 
Pociecha Michał ur. 1852 244 
Podkowiński Władysław 1866-1895 218,280 
Popowski Stefan ur. 1870 254 
Pruszkowski Witold 1846 - 1896 267 
Pruszkowski Tadeusz ur. 1888 326 
Przybylski 66 


214.333 
320 
33 
158 
201 
186 
233 
108 
34 


I. 


Radwański Andrzej 1712 -1762 
Rapacki J6zef 1871 
Rejchan Józef 1762-1822 
Rejchan Aloizy 1808-1861 
Rembowski Jan 1879-1923 
Rodakowski Henryk 1823 - 
Roguski Władysław ur. 1890 
Romer Alfred 1832-1897 
Rosen Jan ur. 1854 
Rozwadowski Zygmunt ur. 1870 
Rubczak 
Rusiecki Kanut 1801-1860 
Rustern Jan 1770-1835 


14 
253 
33 
63 
319 
1894 100 
329.333 
162 
194 
225 
333 
65 
40 


I Str. 
Ruszczyc Ferdynand ur. 1870 312 
Ryszkiewicz Józef 1856-1925 181 


Sandoz Adolf ur. 1848 113 
Schouppe Alfred 1812-1899 239 
Sichulski Kazimierz ur. 1879 319 
Sidorowicz Zygmunt 1848-1881 244 
Siedlecki Franciszek ur. 1867 314,333 
SiemiginowskiJerzy Eleuter ur. oko- 
ło 1660 - 1711 
Siemiradzki Henryk 1848 - 1902 
Siestrzencewicz Bohusz Stanisław 
ur. 1866 
Simmler J6zef 1823-1868 
Schło Jan 
Skoczylas Władysław ur. 1882 
Slendziński Ludomir 
Slewiński Władysław 1855 - 1918 
Sławecki 
Smokowski Wincenty 1797 - 1850 
Smuglewicz F randszek 1745 -1807 
Sokołowski Jakób 1784-1837 
Stabrowski Kazimierz ur. 1867 
Stachiewicz Piotr ur, 1858 
Stachowicz Michał 1768 -1835 
Stanisławski Jan 1861-1907 
Stankiewicz Zofja ur. 1862 
Stattler Wojciech 1800-1882 
Straszyński Leonard 1828 - 1879 
Stryjeńska Zofja 
Styka Jan 1858 - 1925 
Suchodolski January 1795 - 1875 
Swieszewski Aleksander 1839-1895 
Sylwester Ludwik de Mirys 1700 
1785 
Szczygliński Henryk ur. 1870 
Szermentowski J6zef 1833 - 1876 
Szymanowski Wacław ur. 1859 


T ań ski Czesław ur. 1863 
Taubert Gustaw' 1754-1839 
Tepa Franciszek 1828-1889 
Tetmajer Włodzimierz 1862-1923 
Tichy Karol ur. 1871 
Tippenhauer Wanda ur. 1899 
Tokarski Mateusz 1747-1807 
Tondos Stanisław ur. 1854 
Topolski Maciej 1766-1813 
Trojanowski Edward ur. 1873 


10 
147 


230 
122 
34 
333 
332 
314 
66 
65 
13 
53 
310 
117 
35 
248 
333 
49 
96 
322 
117 
182 
244 


14 
260 
239 
188 


219 
17 
106 
223 
307 
330 
32 
2
5 
33 
303,305
>>>
Troszel Jak6b 1753-1839 
Trzebiń
ki Marjan ur. 1871 
Uziembło Henryk ur. 1879 
Vogel Zygmunt 1764 1826 
Wańkowicz Walenty 1799 - 1842 
Wawrzeniecki Marjan ur. 1863 
Weiss Wojciech ur. 1875 
Weyssenhoff Henryk 1859 - 1922 
Wiesiołowski Ludwik 1854 - 1892 
Witkiewicz Stanisław 1851 - 1915 
Wodzinowski Wincenty ur. 1866 


Sir. 
10 
256 
322 
35 


Sir. 
W ojniakowski Kazimierz 34 
Wojtkiewicz Witold 1880-1909 315 
Wolski Stanisław 1859 - 1894 220 
Wyczółkowski Leon ur. 1852 204,333 
Wygrzewaiski Feliks M. ur. 1875 314 
Wyspiański Stanisław 1869-1907 283 


51 
302 
318 
251 
152 
200 
225 


Zaleski Marcin 1796 -1877 
Ziomek Teodor ur. 1878 


236 
263 


Żamett Albert 1820 - 1875 
Żmurko Francbzek 1859-1910 
Żukowski Stanisław ur. 1873 


66,237 
116 
252 


Biblioteka Gl' 
IIII/IIIIIIIIIIIIIHIIII/I HHl/mllnHlnll1!u 
 K 
30 00 41528231 
, 1

ł'!Qljl[(
""'lł' 


SPROSTOWANIA 


Str. 72 
85 
123 
309 
" 320 


Zamiast 
tytuł ryciny Żołnierz 
Beduin na koniu 
Smierć Barbary 
Rysunek 
Vlaslimir 


Powinno byc 
Pocztyljon na koniu 
Beduin 
Smierć Barbary Radziwiłłówny 
Pastel 
Vlastimil 


wf
 
- 
10
54
>>>

>>>
"-1
>>>