/Archiwum_002_01_129_0001.djvu

			London, 27th June, 1971 
Re&istercd at the G.P.O. 8!1 a DeWlpaper 


\Cena 20p. I , Dm 6 stroni 
Rok XXVI nr 26 (1317) 
LONDYN 27 czerwca 1971 


BARBARA TOPORSKA 




L 


NAJ LEPSZA z nowej serii 
Polskiej Fundacji Kultural- 
nej - zawyrokowałam po ,?r
eczyta- 
niu "Ligi ocalałych" JadwIgI Mau- 
rer.*) W stwierdzeniu tym było 
ździebłko goryczy. bo wolałaby
 
wierzyć że Barbara Toporska w tej 
samej serii jest lep
za. 
o. ale p
zy- 
najmniej nikt 
n!e me ,?osądzl o 
stronniczość. KSlązka pam Maurer 
mnie oczarowała. 
Dlaczego? 
Nie mam wprawy w pisaniu recen- 
zji. Mam natomiast wprawę 
 
za- 
sadnianiu sądów, nawyk wymeslOny 
nie tyłe ze szkoły, co 'Z jadalnego po- 
koju. Mój ojciec nie znosił ,:m?wie- 
:łia na wiatr". - Zastanów SIę l po- 
wiedz przyciskał. Skutek był 
wprawdzie taki żeśmy się. dzieci, 
najpierw nauczyły milczeć 
r
y stole 
niż zastanawiać, aż udało mI SIę prze- 
cież uzasadnić moją awersję do za- 
bielanego barszczu jego - brudnym 
kolorem. W nagrodę dostawałam od- 
tąd czysty barszcz. wielki przywilej, 
bo u nas dzieci musiały jeść wszyst- 
ko. Inna rzecz, że ojciec też przeszedł 
na czysty barszcz, więc .dzisiaj wcale 
nie jestem pewna. czy Jego motywy 
by 'Y w tym wypadku bez reszty pe- 
dagogiczne. 
Na pytanie, dlaczego ..Liga oca- 
lałych" tak mi się spodobała. pierw- 
sza odpowiedziała pamięć. Dawno, 
dawno temu zachwycił!l mnie książ- 
ka SheI'Wood Aooers'Ona p.t. "Wa,nes- 
burg. Ohio". podobnie jak u p. Mau- 
rer był to zbiór opowiadań, powią- 
za
ych luźno osobą narratora, który 
występował czasami jako aktor zd=;- 
rzeń, czasami jako ich kronikarz. N!c 
musiały to być zresztą zdarzema 
szczególnie ważne. skoro żadnego z 
nich nie zapamiętałam, jak nie z.apa- 
mi.,:tałam obraLu owego Winesburg. 
Sądzę że z tej samej przy
zyny czy- 
telnicy "Ligi ocalałych" me utrw
lą 
sobie żadnego konkretnego wyobraze- 
nia o Monachium, chociaż jedność 
miejsca akcji odgrywa w obu 
siąż- 
kach wiążącą rolę. Są to mlast
- 
przeznaczen:a. Takie w których nIC 
nie jest dostatecinie ważne wobec 
tego że się w nich mU5i żyć, albo że 
się chce z nich uciec. 
U Andersona - o ile mnie pamięć 
nie zwodzi, a zwodzić może, skoro 
musiałam sięgnąć do leksykonu, aby 
sopie tytui książki przypomnieć -- 
przekleństwem ludzi, rzec.zywistymi 
lub urojonym. było ł"!1ałe 
I
st
czko. 
Gdzieś poza nim mIało kIplec owo 
pełne życie, ów wielki świat. rosną- 
cej jak na drożdżach. AmerY
1 z ,?o- 
czatku naszego stulecIa, tak IZ rodZIn- 
na' prowincja wydawała się zsyłk
, 

połecznym nawia.,em, w któr
m moz- 
na było tylko się dusić, dZlwac
eć, 
poddawać o zmierzchu fantazjom 
niewyżytych ambicji i tęsknot.. albo 
starać się uciec. Niedobitki WOjenne 
w opowieściach Jadwigi Maurer two- 
rzą - na gruzach pokonaneg
 Mona- 
chium swoje własne małe mIasteczko. 
Jego rynkiem. jego c
ntrum ies
 u: 
chodźcza stołówka, Jego artenaml 
ulice prowadzące do składów. i urzę- 
dów z kolejkami po różnorakI ,.przy- 
dział", A w stołówce ważniejsza od 
zupy, od przelotnych f1irtgłuszap
cym 
gwarze swoich planów I nadzIeI na 
wyjazd bezpowrotny w lepszą przy- 
szłoŚĆ. W małym Wine
burg., w st:;- 
nie Ohio, wszyscy mles
kancy Stę 
znal,i.. i wlszyscy byli sobIe obcy. tą 
przyrodzoną obcości.ą, jaka oddZIela 
.:z/cM';eka od człowieka, a tym bar- 
dziej jest dotkliwa. im ciaśni.ej ,usta- 
wione są jej ściany. Rozbltkow . z 
.,Iigi" łączą silniejsz

 .zd,!wałoby SIę, 
więzy, a i one przeclez me są. v: st
: 
nie przetrwać o wiele d'uzeJ mz 
UNRRA i przymus moral!lY zwa

 
wiernością. i nie są 
 stan}e. prz
blc 
otoku owej nieprzemkalnoscl. skazu- 
jącej każdego człowieka na san:ł 0t - 
ność. Przeciwnie: nawe
 młodz
 z 
..ocalałych" zac
O\yu)ą SIę tak.. Ja
- 
by riowiedzieli SIę JUZ od C
musa .,_e 
szaleństwo miłości jest ch
clą posIa- 
dania bez reszty kochan
J oso.by,. a 
więc niemożliwością; ośwJa,dczaJą. Sl
, 
kojarzą, rozchodzą bez pr<;>by wtar¥- 
nięcia w granice cudzego Ja. RO
I
 
natomia.,t rzeczy jeszc
e. bardZIej 
beznadziejne: mówią,. mowlą o, so- 
bie, czego nie chce mkt słuchac.. . 
1':a tych zbieżnościach. podoblen- 
'itwo obu powieści 
są to, Jednak dla 
mnie powieści} się me konczy. A tym 
bardziej nie tłumaczy za
h
ytu. n
d 
bardzo dawną lekturą. jakI. 
I SIę 
powtórzy' przy czytaniu ..LIgI oca: 
lałych". Wspólny 
Ia p'. M.aurer. I 
Andersona - tak Jak mI SIę. ter.az 
przypomniał - je
t sposób .udzl

la- 
nia ludzi i zdarzen. Omal me uzył.lm 
słowa .,alchemia", które od
zucam 
ze względu na zbyt 
reteł-lsJ
nal
y 
wydźwięk. chociaż wydaje 
I Sl
 ŚCIS- 
łe. Bo chodLi tu o poszukIwa
le ta: 
jemniczych związków i symbolI. czyli 
p
 prostu poetyzowanie. Czy jest to 
technika antyreali
tyczna? Przypom- 
nę czytelnikom .,
ia
omo$c,i:' opo- 
wiadanie p.t. .,DzIad I baba , które 
Jesr jednym z rozd
ia.łów .
Ligi. 	
			

/Archiwum_002_01_130_0001.djvu

			2 


WLADOMOŚCI 


Nr 13\7. 27th June, 197t 


W ACŁA W SOLSKI 


, 
DZIEN 


K AlDY ma sentyment do miasta, 
w którym Się urodził I w któ- 
rym spędził dZlec,lń",two. Ja też, ale 
we mme t.o uczucie powstało dopIe- 
ro po wYJeźdz:e z ŁodzI. OpuścIłem 
mOje rodzinne miasto na sallllym po- 
cZ'1'tku pierwszej wCJ'ny ŚWIatoweJ. 
mając szesnaśCIe lat. MÓJ oJciec me 
lubIł Niemców. Nic mu pewme - 
ani mOlej rodzime - nie groZIło w 
rdzie zajęcIa przez n.ch mla"ita, ale 
petanowIł wyjechać. Nie była to dla 
mego łatwa decyzja. MIał w ŁodzI 
ustaloną praktykę lekarską, wahał 
SIę do ostatnieJ chwlh. WYjechaliśmy 
końmI, bo pOCIągów jUZ nie było. o 
szóstej rano. Całą noc pakowaliśmy 
rzeczy Pomagała nam panna Elza, 
z którą nad ranem przeszedłem na 
ty Była narzeczoną mOjego starsze- 
go brata Antomego, \Vyje;hała raze:n 
z namI. 
Pamlęt,am Że wszyscy byli w we- 
sołym nastroJu. ja rze
zYWlkle, z po- 
wodów, o których zaraz napIszę. I,nnl 
mcże tylko nadrablah miną. Jechd- 
lIśmy do WaJrszawy. nie ZJwykłą dro- 
gą, którą JUZ przecIęły wOjska me- 
mleckle. tylko przez Łowicz. W Ło- 
WICZU na rynku kob.ety w koloro- 
wych P,lslastych spódnicach sp-ze- 
dawały z koszyków renklody. Matka 
powiedziała że Ich suknie są bardzo 
ładne. a oJciec że myślał 11. Istnielą 
jUZ tylko nd obrazkach. PMniej mkt 
jUZ niC me mówił, jechaliśmy dalej 
w milczenIU. 
Byłem w 'w.e1sołym nastroju dlate- 
go ze komeczme chciałem wyjeclhać 
z Łodzi. bo nienawidziłem mOjego ro- 
dzmnego miasta. WIem to na pewno, 
mam piśmienne dowody że tak było. 
\\- wIeku lat pIętnastu czy szesnastu 
pIsałem pamlętmk. który Się później 
gdzieś zawieruszył, ale matka odna- 
lazła go i przesłała mi do Paryża 
rok czy dwa lata przed wybuchem 
drugiej WOJiI1Y śWiatowej. I otóż te!1 
pamIętnik był przepojony wrogością 
do ŁodzI Napisałem w nim że 
"Łodź. to siedlisko fałszu I obłudy. 
musI być zmIeCiona l. powIerzchm 
zIemi". ZapamIętałem to zdame. pa- 
mIętam l IOne, równie mądre I oble- 
czonc w tak samo Jaskrawe językowe 
szaty. 
Takle mOJe nastawienie do rodZIn- 
nego miasta płynęło. Jak teraz s
dzę. 
z dwóch źródeł. Pierwszym był bunt 
przeciwko temu że dm bIegły jedno- 
staj11le. jeden Zd dr.uglm, I me SIę 
wokół mme nie zmlemało. Chciał- 
bym pewn:e. żeby życIe było jak 
wZJllI'osła 'poWIeśĆ. w k,tóreJ WCiąŻ 
SIę dLleje cOŚ nowego I której boha- 
terowie mówIą rzeczy ważne I głę- 
bokIe. a me mielą językIem na takie 
tematy jak hardość l pyskatość słu- 
zących. na co nleodmlenme uskarżali 
Się bywający u moich rodzICów go- 
!>cle ł rosło też we mOle uczucie 
mechęcl. jeśh me wrogo' d. do wIelu 
kQlegów. z tego powodu że. jak mi 
Się zdawało, byli nieszczerzy, albo na- 
wet tylko dlatego że podobały Im 
Się kSiążki, które Uiwlaiałem za kiep- 
skie. Brak tolemnCJi oddalał mme 
ad mOIch rówleśmków I czymł mnie 
samctnym Bardzo tD Jest przykra 
cec'ha. bo płyme z pychy i szkodzi 
zaW'ize więcej samemu so[)!e nil. in- 
nym. 
Drugim pDwodem mDJego, jak by 
SIę dZIś pDwledziało. wyobcowania, 
było to że mój horyzont myślowy 
zamykał Się Łodzl
. Wydawało mi 
sle że zło Istmeje tylko w mOIm mIe- 
ście. że mogło wyrosnąć tylko na Jego 
gT'U'l1cle. że wystarczy wył"Uszyć w 
ŚWldt. żeby wszyistko SIę zmlemłQ, 
oczywiście na lepsze. Rosyijskie przy- 
słowIe słuszme powiada ze dobrze jest 
zawsze tam, gdzIe nas nie ma 
A WIęc W takim nastroju wyjecha- 
łem z Łodzi w pieTlWszyc'h dniach 
Slerplllla 1914. Wróciłem dopierD po 
c:łterdzu
.otu sześCIU latach. i to tylko 
113 jedną dobę 


* 


Przyjechałem. a właścIwIe przyle- 
CIałem samololem z NowegD Jorku 
do Warszawy wczesnym latem r. 
1960. Warszawy. którą pamIętalem. 
me było. była Inna Warszawa. jakby 
córka tamtej, której rysy przypomi- 
nały tamtą. ale która mIała SWOją 
własną twarz. własny rytm l własne 
ruchy uhc. biegnących inaczej niż 
dawniej. Obejmowały miasto pętlą 
na Placu Umi Lubeloskiej. przebijały 
Się loU'nelem przez KrakowskIe Przed- 
mIeśCie od stmłlY Zamku Królew- 
skiego . płynęły przez gęsto kiedyś 
7ahudowa'ne okolIce a teraz pustynie, 
I jak wyschmęte stmm;eme w"ląkały 
w ziemie i stawały bezradnIe tam 
gdzie była uhca Żelazna. a teraz sta- 
ły stManme porozwalane domy. 
Ale to Jest o Warszawie. a miałem 
pl
ać Q Łcdzl. POjechałem do ŁodzI 
me dlatego że do niej tęskl11łem 
Tęsknota. po tak drugim czasie. za- 
miera. Bardzo tęskniłem w ciągu 
'PIerwszych lat po wYjeźdzIe. Łód! 
każdej nocy ml Się śruła. ale stopnio- 
WD tę
knlłem coraz mniej. POjecha- 
łem. żeby wzbudzIć w sobIe dawne 
przeżycia l myśh. moją wc?esną mło- 
dość. Żeby Się. po prostu mówiąc. 
wzru,zyt. To wzrusze11le było mI po- 
trzebne, me dla odzyskania spokoJu 
duc'ha, tylko przeciwnie. dla wzhu- 
rzenia. d
a ozywiema go. Taka ożyw- 
cza k
ple1 Jest potrzebna każdemu. 
w każdym razie każdemu by SIę 
przydała. bo z wIekiem każdy CZłD- 
wiek pod,leJe. wo,inlej lub szybciej. 
mmej lub WIęcel, I coraz częściej za- 
wIera kompromisy ze sWOIm własnym 
sumlemem: Rolę wywaru z igieł 
sosnQwych w tej kąpielI mcże czasa- 
mi spełn'ć czytame nIektórych kSlą- 
zek. znanych z bardzo wczesnych lat. 
rzadziej s,potka11la z ludźmi z tam- 
tyc'h czasów. rzadziej dlatego że to 


*} Frdgment z przygotowywanej do 
druk u kSlązk I Wspomnienia osobiste". 


w 


są już mni ludzIe. że się tymczasem 
nm e11l h , a kslążkl me. Ale l kSIąż- 
kI są za słabym bodźcem dla od- 
tworzenia w sobIe uczuć l myśli wczes 
nych lat, zawsze najlepszych I naj- 
czystszych. które Się późmej stępiają 
i mkną. Widok ulIc I domów dZleclń- 
'sLwa, mówIłem sobie, podZIała sIl- 
mej 
Za,wiózł m11le do L:Jdzl z Warsza- 
wy samochodem przYJaCIel. NIe był 
łodziamnem. zamieszkał w Łodzi dQ- 
plero po drugIej WOjl1Ie. Jechaliśmy 
szosą, wykładaną czarną kamIenną 
kostką. me-pełna dWIe godzmy. Py- 
tał mme po drodze, czym Się róŻim 
kraj'ohraz polskI od amerykańsluego. 
zaproponował, żebym zamknął na 
chwIlę oczy l przypommał sobIe, Jak 
tam wyglądają pela, oglądane z sa- 
mochodu. Mogłem mu tO' powledzlec 
bez zamykania oczu. W Polsce zIe- 
mię Się uprawia, pokrajana jest na 
prostokąty. w każdym cOŚ rośme, coś 
SIę w każdym maczej zieleni, a tam 
me. Tam można jechać sallllochodem 
cały dZień szcsą I me zobaczyć am 
jednego uprawianego pola. Dlacze- 
go? Czy Ziemia jest meurodzajna? 
Owszem, bardzo jest urodzajna. Zn:l- 
JDmy Polak. który się trochę na tym 
zna. założył sobIe niedaleko Nowt:- 
go Jorku ogród warzywny i bardzo 
sobie tę amerykańską ZIemIę chwah. 
m6wI ze w całej Polsce takiej me 
było Ą.le w Ameryce jest dużo zIe- 
mI, me opłaca Się jej uprawiać, to 
Się robi tam jUrź: na wIelką skalę, tyl- 
ko w mektórych stanach, na dJhrzy- 
mich obszarach. a późmej rozwozI 
ja
zYlny I Owoce po całej Ameryce. 
Wielce to jest ImponuJące. ty'lko ze 
jabłka smakują jak gruszkI, a fasola 

ak samo jak pomidory, a właściwie 
zadne jarzyny am Dwoce me mają 

maku am zapachu. Z pOWQdu nadu- 
zywanJa sZJtuczlnych nawozów, Jak 
rówmeż dldtegD że wszystko dOjorze- 
wa JUż podczas transportu, bez !Słoń- 
ca, Straszm
 bogaty kraj. mruknął 
mOJ przYjIacIel. O tym że owoce I 
jarzyny me mają w Ameryce smaku 
me me powIedział Pewme nie uWIe- 
rzył. W Polsce w takle rzeczy me 
wierzą. 
Mój przYjaciel mIeszkał przy UcrlCV 
N aJrUltowlcza , która za mOIch czasów 
nazywała Się DZIelną. Na jej końcu 
tam 
łaśme, gdzIe mieszkał, gra"; 
Się wowczas. 
a polach w piłkę nuż- 
ną. .Poje
hallsmy najPIerw do n ego 
a poźmej, na kolaCJę, do Tlyolll du- 
zej . restal1racj
 pod gDłym ni
bem, 
gdZIe grała 'Orkiestra l tańczon.o. 
Da,\Vmej był tam .ogrodek Meister- 
haus"u., n,emlecklego klub{;, mgdy 
tam w srodku me byłem. Sledzlehśmy 
przy dług
m stole, mne miejsca były 
wolne Przyisladł SIę do nas blady 
młodzlen.lec bez krawata z dwoma 
dZiewczynamI. wyglądającYIITII skrom- 
me, Jak on. zapy'tał grzecmie o po- 
zwollem
, zaJillIlll uSiedli. ZjaiWlł się 
kelner I powiedział że tej trójce me 
me poda. am do JedzenIa, am do PI- 
cia. - Nie? - zap}'ltał dla pewnoścI 
młodziemec. Kelner niC me odpo- 
WIedZiał. Wszyscy trDje wstalI i SlpO- 
kOjme wyszli. powolnym krokiem O 
co chodzi? Om JUŻ wIedzą o co cho- 
dZI. rzucił keLnelr. Ja ich znam. Nie 
mają plemędzy. Liczą na tO' że ktoś 
Za 11lch zapłaci. 
, Na Plotrkow&klej> kiedy wracalI- 
smy, było ClemnQ, u wiele clemruej 
mz na warszawskich ulicach. ZIelone 
neony na dachach wzywały do ku- 
powama meblI. Czy w ŁodzI jest tak 
duzo mebli? Nie, roześml'ał SIę mój 
przyjaciel. wcale nie ma Można cza- 
saml dostać, ale rzadko 
POjechaliśmy do niego, bo zrobiło 
SIę póŹino. Na dnugl dZIeń, z samego 
rana. poszedłem do Helenowd to by- 
ło blisko, tuz obok Za mOIch łódz- 
kich czasów ten park był na krańcu 
miasta. Jechało SIę do mego zieloną 
czwórką. ZlelQną. bo tramwaje w 
mmm mieście miały wtedy kolorowe 
numery. Przypomniałem sobie coś, 
o czym me myślałem przez prawIe 
pół wieku: że na amentarz Jechała 
żółta trójka. na dworzec kolejowy 
bIało-czarna jedynka. Numer ImiI u- 
mIeszczano na kolorowej tarczy. 
dZiękI czemu JUż z daleka było wld.l;, 
Jaki tramwaj nadchodzI. Żadne 111ne 
mIas10 nie miało tramwajów z takI- 
mi nlUmeraml. a ponJeważ był to wy- 
nalazek pro, t y l pDż}'lteczny, WIęc go 
skasowano. Pewme to zrDblła rada 
mlej 


kurz. NIe było też zaczarowanej gro- 
ty na stawie, Dpatrzon,ej Dkienkaml 
Q kolorowych szybach, które baiTwI- 
ły 1Jwa,rz na seledynowo, wyglądało 
Się wówczas Jak upIór albo amoł. 
Drzelwa pewme WYCIęto na opał, ale 
grota? Na CD mogła być komu po- 
trzebna? Przeżyłem w tej grocie pro- 
IDg mOJeJ pierwszej mIłości. 
POjechałem z Helenowa tramwa- 
Jem dQ centrum miasta. Wysiadłem 
przed Grand Hotelem. NIe, bezzęb- 
nego !.tarego gazocla,rza przed hote- 
lem me było. No pewnie, był już 
wtedy bardzD stary, teraz mIałby sto 
lat, chyba więcej. 
Ten gazeclaiTz odegrał w mOim 
ŻYCIU wazną rolę. Kochałem Się, kie- 
dy miałem piętnaście lat, w pamen- 
ce I,mlemem HeJa., absołutme bez 
wzajemnoścI. Rozgoryczony jej obo- 
Ję:,ną względem mme postawą napI- 
sałem plerw,sze moje opoIwJadame. 
które Się nazywało "Życie" i było 
wstrząsająco smutne. Tytuł zapoży- 
czyłem od Maupassanta (,.La vle"). 
Podip'sałem opDwiadanle pseudDni- 
mem "Nel" i posłałem je anommo- 
wo do ..Kunera Łódzkiego" MIało 
być początkowo "Hel", na cześ;; Heli. 
ale że Jest półwysep Hel zmlemłem 
H na N. Fakt że opowladame wy- 
drukowazesnaścle lat życIa. 
była teraz przychodnia d'a niemowląt 
Wpuszczono mme do niego nie od ra- 
zu NajpIerW odbyła SIę w przedpoko- 
jU trochę szorstka rozmowa. młoda le- 
karka me mogła albo me chciała 
zrozumIeć o co mi chodZI. podejrze- 
wała ze Jestem byłym właśCilclelem 
domu l przYjechałem aż z AmerykI, 
żeby Się D mÓJ dom upommeć. takle 
wypadki. powIedziała, JUż się w Ło- 
dZI zdarzały. Ale zjawIła Się plelęg- 
marka. sltars'za kobieta, ta miała ,mllC 
podejścIe. Późmej przyszły jeszcze 
dWie. może lekarki, może ,pIelęgniar- 
kI. Pokazały mi całe mIeszkame, 
wszystkIe pokoje jeden po drugim. 
Wcale Się me zmlemło. Tylko że w 
stołowym była teraz poczekaima : 
wszędzie były biurLwe meble. Po- 
szedłem do o.tatlI1lego pokoJu, mo- 
Jego własnego. w Mórym mlcszkd- 
łem. kIedy mÓJ staliszy brat wYje- 
chał na studia do Paryża 
- Może pan lU chce chwulkę sam 
posiedzieć? - zapytała jedna z ple- 
lęgmarek. 
Odgadła mOje myśli. właśme tego 
chcIałem. SwoJą drogą, myślałem, 
Jak to Dna wycwła! Żadna Amery- 
kanka by me wyczuła, al];! AngleJkd. 
F
a",cuzka? J uz prędzej. ale pewme 
tez me. 
Zos1awlła mme w pokoJu samego. 
Patrzałem przez oknu na ogródek, 
okno było u.jęte w te same. znajome 
ramy. przypommałem sobIe że coś 
w I1Jlch wycll1ałem scyzDryklem OJ- 
nalazłem ślady. ale wszystko zama- 
zanO' gęstą białą fa'rbą Ogródek na 
dole jeszcze Islmał. ĆWleTkały w mm 
'wróble. Długiego balkonu-w.erandy. 
obejmującej trzy pokOJe, me było. 
Sterczały tylko w powietrzu zardze- 
wiałe szyny. na których s'ę kiedyś 
trzymała. W całej ŁodzI wystawały 
z domów takle szyny, grożąc szero- 
kD rozwartymi ramlOnalllli uhcom I 
przechodmom BaLkony pozdeJlIllowa- 
no. bo Się zawalały ze SotaroŚCI, a 
remcntować domów me miał kto. 


Siedziałem w swoim pokojlll dobrv 
kwadrans, trochę sztucznie uśmie- 
chając Się do sIebIe samego. że mb)' 
po tylu latach. patrzcIe państwo... 
W'reszcle wyszedłem. Po drugIej stro- 
me ulllcy me było J'Uż ogródka Grand 
HoteLu, w k
órym w Lecie grała 
orkleSl
ra symfomczna pod batutą 
Józefa OZ1mlńsklego. Koncerty by- 
ło słychać w naszym mleszkamu i 
jeszcze dZiś. kiedy w JakImś obcym 
mieścIe słyszę z oddali muzykę, wy- 
daje mi Się przez chwilę że jestem 
w ŁodzI. w swoim pokoJu w pasażu 
Majera. 
Ogródek po drugIej strome ulicy 
zabudowano, wzno 
JUŻ widać. Jechałem w naMroJu przy- 
gnęblel1la. Żle mnie przYjęły łódzkie 
u.llce. a na pożegnal1le mlaS1D pogrc- 
ZJlł,o mi pIęśCią. To dwukrolne spot- 
kal1le z ullllysłDwD chorym starusz- 
kiem me mor,głQ być przypadkowt:, 
wSLystko. co Się na. ŚWieCIe dZIeje, 
mUb 1 1ało nastąpić z JakIchś poprzed- 
mo dZiałających przyczyl!1. a waJria;i 
CZę!.tD wyczUlwają 100. czego me wi- 
dzą tak Ziwam ludZJle normallI1l. WIęC 
ten Jego gest coś znaczył. pewme to 
ze me wDlno mi juiŻ było chodzIć 
po ulicach Łcdzl I szukać na nich 
wstrząsów i wzruszeń. bo za długo 
wałęsałem Się po ŚWIeCIe I zdradzI- 
łem mOJe mIasto. 
Pociąg stanął na chwIlę w Gro- 
dZIsku Po perome kotoś chodZIł twar- 
dym krokIem. słyszałem Jego k.rokl 
JeS?CZe w chwIlI kJedy pociąg rusza/. 
Nikt do pOOląglU nlle wsiadł, byłem 
w przedziale sam No tak. powie- 
dZIałem sobIe. ten wana,t nie mógł 
wiedzieć co napisałem wtedy w dZIen- 
I1Iku o mOIm mieŚOle I jak bardzo 
ohclałem z n:ego wyjechać. ale mógł 
to wYCZUĆ. 


Wacław Solski 


MIECZYSŁAW GIERGIELEWICZ 


Słowo 


'VZMAGAJĄCE SIĘ w Kraju za- 
jęcie dla hteratury okresu mię- 
dzywojennego wydobyło z łagodnego 
półzapommema postać jednego z 
głośnych w sWOIm czasIe heroldów 
sarmackIej wersjI futuryzmu, Bruno- 
na JasIeńskIego. Na rOdZImej widow- 
m literackIej pozostawał tylko w mło- 
doścI. Losy swoJe skojarzył z komu- 
nizmem. Mając lat dwadzieścIa pięć 
wyjechał w r. 1926 do FrancJI. na- 
stępnie zaś udał Się do Związku So 
wIeckIego. Mmł ambicję uzyskama 
rangi pIsarza rosYjskiego I USIłował 
pIsać po rosYjsku UdzIelał SIę rów- 
meż życiu organizacyjnemu rosYjskIch 
lIteratów. Oskarżony przez władze o 
herezję, poszedł na wygnanie l w r 
1939 zgmął od tyfusu. W okresIe po- 
stalinowskim został oczyszczony z za- 
rzutów l odzyskał zaszczytne miejsce 
na ParnasIe komunistycznym. 
Jasieńskiemu pośwIęca Się w cza- 
sach ostatnich niemało uwagi Na- 
zWIsko jego powtarza SIę często w 
kSIążkach o ukroJu pamlętmkars- 
klm. m.m. Brzękowsklego J Sterna. 
Za główną jego zasługę poczytuje SIę 
bunt przecIwko uznanym konwencjom 
i ożywIenie fermentu kulturalnego 
Ocena estetyczna jego dorobku pisar 
sKIego w perspektywIe mmlonych lat 
przedstawia się skromnie. Wiele prze- 
Jął od swych poprzedników z okresu 
Młodej PolskI; zapożyczał SIę rów- 
meż odwazme wobec pisarzy rosyj- 
skich zwłaszcza zaś SJewierianina, 
Bloka, Jesjenina i Majakowskiego 
WIersze jego zdają SIę wskazywać ze 
na przekór śWIatoburczym manifes- 
tom styl jego niewiele odbIegał od 
tradYCJI. Jeśh chodzI o rymowanie, 
nalezal bezspornie do mIstrzów. Na- 
tomiast jego pomysły ortograficzne 
grzeszyły nieznajOmOścIą prostych za- 
sad fonetykI Rozgłos zawdzlęcuł 
pomysłowel reklamie, ujawniającej 
SIę czy to w jednodmówkach o za- 
kroJu ,.Noża w bzuhu". czy hałaśli- 
wych poezokoncertach GruntowmeJ- 
sze przeobrażema nastąpIły w pol- 
skiej poetyce dopIero za sprawą kra- 
kowsklel awangardy. 
BiografowIe JasIeńskIego podają, 
lako datę jego urodzema rok 1901. 
Niepodobna tej daty podawać w wąt- 
phwość; niemniej wczesne wystąple- 
ma tego poety pozostawIały takie 
wrazeme że urodził się l1Ieco wcześ- 
nieJ - lub też dOjrzał wyjątkowo 
szybko Szkołę średnią ukończył w 
Krakowie. po czym rozpoczął studia 
na Umwersytecle JagIellońskIm Jak 
podaje Brzękowskl, pIerwsze wIeczo- 
ry ..KatarynkI" krakowskIej przy u- 
dZIale Tytusa CzyżewskIego, Stanisła- 
wa Młodozeńca l JasieńskIego odby- 
wały Się w r. 1917. Rok 1919 przy- 
niósl pierwsze futurystyczne Jedno- 
dniówki Zbiór poetyckI JasIeńskiego 
pod tytułem ..But w butonierce" wy- 
szedł dOPIero w r. 1921 
Zagadkową luką pozostaje w tym 
zestawieniu rok 1920 Co w tym cza- 
sie robił JasIeński? Wskutek alarmu- 
Jących wydarzeń na wschodzIe zaJę- 
cia umwersyteckie zostały zakończo- 
nc wcześl1Ie. początek zaś nowego 
roku akademickiego przesUnięto nd 0- 


o 


Brunonie Jasieńskim 


statnie dm listopada. MłodzIeż um- 
wersytecka zgłaszała Się masowo do 
szeregów wUjskowych W atmosfe- 
rze powszechnego napIęCIa awang,u- 
dOWI poecI nie mogh oczekIwać od- 
dŹWIęku wśród tłumów Rzecz cIeka- 
wa że właśnie w r. 1920 wyszły w 
druku zbiory Lechonia (,.Karmazyn:>- 
wy poemat"). Leśmiana ("Łąka") i 
TuwIma ("Sokrates tańczący"). oraz 
ukazał SIę ..Skamander" W grę wcho- 
dzih Jednak pIsarze o kIlka lat star- 
si. 
Wobec grożącego krajowI niebez- 
pIeczeństwa społeczeństwo oczekiwa- 
ło że cała młodzIeż męska zdolna do 
noszenia hronl wstąpi do armII Po- 
bór me dZIałał zbyt sprawme, zresztą 
nie mógł Jeszcze objąć roczmków 
wcze
mejszych. Trudnościom zapo 
bIegały zgłoszenia ochotnicze. Studen 
tom jako potenCjalnym ofIcerom przy- 
sługlwa'o prawo wstąplema do pod 
chorązówkl, ale ukończenie tego ro- 
dzaju szkół pochłonęłoby zbyt wIele 
czasu OkolicznoścI zmuszały do jak 
naj szybszego tempa szkolema. tak aby 
nowiCjusze mogli co rychlej znaleźć 
SIę na froncie. Dlatego tworzono dla 
szeregowych "z cenzusem" szkoły 
podofIcerskie o wyraźnie zakreślonej 
speCjalizaCji Jedną z takIch placó- 
wek powołano do życia w Chełmnie 
gdzIe mogła SIę takze przydać Jako 
strazmca ziemI pomorskIej Tutaj 
właśme skierowano studentów z róż- 
nych ośrodków umwersytecklch. m in 
z Warszawy i Krakowa Wśród nich 
znalazł SIę strzelec z cenzusem. Bru- 
non JasIeński. 
Wobec ruchomego zakroju walk 
bromą szczególnie użyteczną okaza- 
ły Sl
 w praktyce bOjowej ciężkie ka- 
rabmy maszynowe. Nie był to naj 
bezpleczmejszy rodzaj służby. gdyz 
przy starcIach wysIłek nieprzYjaciela 
zmIerzał przede wszystkIm do uClsze- 
ma gmazd karabmów maszynowych 
Kadry osób z wyzszym wykształce- 
mem były szczupłe, WIęC nieroztrop- 
ne szafowanie nimI zakrawało na 
rozrzutno
ć. Nie była to jednak właś- 
ciwa pora dla tego rodzaju sknerst- 
wa. Zresztą czas naglił. trzeba WIęC 
było Slęg,IĆ po matenał ludzkI o sta- 
ranmejszym przygotowaniu umysło- 
nym. nadający Się do szybkiego 
'izkolenia, 
Program zajęć był uCIążlIwy 
Strzelcy z cenzusem musieh najpIerW 
przebrnąć przez pełny kurs rekruckI. 
bez którego nie było mowy o póź- 
melszym awansie na podoficerów. 
Duzo czasu pochłamała nauka o bro- 
ni Młoda armia polska nie miała 
jeszcze sprzętu własnego, lecz mUSIa- 
ła korzystać z broni czy to odziedzi- 
czoneJ po trzech zaborach. czy zdo- 
byczneJ. czy wreszcie uzyskanej -- 
zazwyczaj 7a wielkIe pIeniądze - od 
serdecznych sOJuszmków. Jeśli chodzI 
o cIężkIe l łekkle karabiny maszyno- 
we. chaos był szczególnie kłopoth- 
wy. Każdy z systemów mIał odmien- 
ny mechanizm Ponieważ nlepodoh- 
na było przewIdzieć. jaka broń znaj- 
dzie zastosowame n,\ froncIe, należa- 
10 przestudIować wszelkie możliwe 
odml.Il1Y sprzętu. NIe wystarcuł.l 


zndlomość ogólna; trzeba było pamię- 
tać o każdej śrubce, mutrze I sprę- 
żyme Na dobitkę od początku star3- 
no Się o jdk n.ljwlększy pośpiech. Re- 
gularne zajęcIa rozpoczęły SIę okolo 
połowy hpca. dowództwo zaś lIczyło 
SIę pOWdzme z tym że przy końcu 
slerol1la przYJść może próba ogmoW'l. 
Dla techników i przyszłych inży- 
nierów składame l rozbieranie kara- 
bmów m,lszynowych problemu nie 
stanowiło. natommst humaniści mu- 
sleh Się uobrze n.lbledzlć, La- 
mm Maksymy, Hotchklssy. Lewisy, 
Schwarzlose'y I mne szczekające po- 
twory przestały być dl,l nich zagad- 
ką. Instruktorzy byli meubłagani. 
Wiadomo że dawne staroświeckIe ka- 
rabmy maszynowe lubIły SIę zacmać, 
WIęC obsługa musiała być przygoto- 
wana na to. aby w kazdeJ chwIli nIe 
tylko zacIęcie usunąć. ale nawet do 
konać mljkomecznieJszej naprawy. I 
to w warunkach bOJowych. Matenał 
instruktorski nie zawsze stał na ta- 
kIm poziomie, aby mógł cenzusow- 
ców zadowolić. PrzysłowIOWY był 
wstęP. od którego podofIcerowIe star- 
szej daty zaczynali SWÓj wykład o 
każdym nowym narzędziu masowej 
śmIercI. ..Karabm maszynowy skła- 
da sle z dwóch cześci części metalo- 
weJ l części drzewianneJ" T,\ką for- 
mułę wbIto meborakom do głowy I 
tego samego wymagali od swoich 
elewów. 
I nną udrękę stanowi'o utrzymywa- 
nie brom w porządku. Czyszc?eme 
sprzętu maszynowego l zwykłych. 
recznych karabmów zajmowało po- 
kaźną część codzIennych zajęć. Kto 
me sprostał wymagamom. nie otrzy. 
mywał przepu'itkl na mIasto I musIał 
tkwIć w ieczor,l m I w koszarach Wie 
le zależało od szczęśliwego przypad- 
ku Strzelcy z cenzusem. którym do- 
stawała Sle broń w znośnym stame. 
kłopotu z przeglądem karabmów me 
mielI Zdarzało SIę jednak że kto
 o- 
trzymał stary karabin wykopany z 
zIemI po całych miesIącach rdzewle- 
ma Wówczas doprowadzeme lufy do 
takIego 
tanu. aby błyszczała l,lk 
słońce, było me podobIeństwem. WIe- 
dzieli o tym instruktorzy. ale pome- 
waż czuwało nad mml baczne oko 
ofIcerskie. WIęC musieli być bez- 
względm. Dla pechowców czułe sło 
W,I pIosenki ,.Kochanką mOJą je
t 
kara bm" zakrawały po trosze na md- 
soch Izm. 
PodZiał na drużyny odbył SIę wed- 
ług wzrostu Ponieważ JasieńskI na- 
leżał do mężczyzn wysokIch. znalazł 
SIę w pIerwszej drużynie I podczas 
zbIórek zdobił prawe skrzydło Nie- 
odstępnym lego towarzyszem był za- 
g,ldkowy młodzlemec nazwIskIem Wi- 
told Wolff PrzystoJny, o ciemnej 
cerze, z ponętnym wąsIkiem. przypo- 
mmał meco wygladem młodego Alek 
sandra Wat,\. Głucho było n,l świe- 
cie o jego dorobku literackIm. PISY- 
wał jednak wiersze staraląc SIę ucho- 
dZl(,< za poetę awangardowego. Obaj 
miStrZOWie mało udzIelali się otocze- 
mu I strul1I11 od pleśmarstwa żotmer- 
sklego. które doroblłu Się na mIeJscu 
mnych Wlcszczów. Wultf wspummał 


czasem o rzekomych związkach, ja- 
kie miały łączyć go ze znaną fIrmą 
kSIęgarską. NIc me wIadomo o Jego 
losach późmejszych. 
Machma wyszkoleniowa funkcJo- 
nowała sprawnie. cho;; me bez zgrzy- 
tów. Ze zrozumiałych względów ko- 

isje lekarskie me były w tym cza- 
sie wybredne. Wśród przyszłych 
strzelców wyborowych znalazł się stu- 
dent-prawnik. który używał na co 
dZień szkieł o sIle 12 dIOptriI, czyh b::z 
okularów był prawIe mewIdomy. 
NIeborak dawał sobie jakoś radę z 
musztrą. I nauką o brom, Ilekroć jed- 
nak wOjsko ruszalo n,1 strzelmcę, le- 
gItymował SIę wymkaml tak żałosny- 
mI. że mstruktorzy wzruszali bezrad- 
me ramIOnami Zdarzały Się l boles- 
ne dram,Lty indywIdualne. Na wspom- 
meme zasługuje np. zdolny pl3msta, 
który zdawał sobIe sprawę ze nosze- 
me ciężkIego sprzętu pozbawI go na 
zawsze tego aksamItnego dotknięcia 
kl
wlszy. którym górował nad inny- 
mI muzykamI. W latach późniejszych 
porzucIł muzykę I związał SIę z fil- 
mem. ostateczme jednak wykoleił SIę 
I trafIł do zakładu dla nerwowo cho- 
rych. 
Wobec stałych mtensywnych wysIł- 
ków fIzycznych nabierała wagI spra- 
wa wyzywlenia. M Imo trudnoścI z 
do
tawą, mImo braku mektórych 
produktów. mimo nieporadnoścI ku- 
charzy posIłkI były znośne. Zdarza- 
ły Się Jednak zatargI, które w kIlku 
przypadkach doprowadziły do zakłó- 
cema dyscypliny Raz np na wiecze- 
rZę podano zUPę z amerykańskIego 
bobu. w której na powlerzchm oSiad- 
ła warstwa białych robaków. Podob- 
nu nie była mesmaczna, Jednak sto- 
łowmcy kapryśme odmówIli spożycia 
tego dama Wdał Się w sprawę ko- 
mendant. który polecił wydanie su- 
chego prowIantu. przeznaczonego na 
czarną godzmę. W ogóle zwierzchni- 
cy łatwego zadama nie mieli Naj- 
cięzszą komplikację stworzyła bodaj 
IrOniczna postawa. jaką cenzusowcy 
zajmowali wobec mektórych obowią- 
zuJących przepisów dyscyplinarnych I 
- co gorsza - wobec personelu in- 
struktorskIego Jako zasługę dowódz- 
twa poczytać nalezy uniknięcIe za- 
t,lrgów poważmejszych. 
Stosunki z mIejscową ludnokią by- 
ły dość anemIczne Drogi wzaJemne- 
go współżycia jeszcze Sle nie ustali- 
ły. Natur,lInie ofIcerowIe podejmo- 
wali wysIłkI, aby ukazać zołnlerzy w 
lak najkorzystnIejszym śWIetle. Stąd 
płynęła dbałość o sprawne maszero- 
wame oddziałów przez mIasto I o 
zgodny. głośny śpiew. Repertuar pio- 
senkowy był dość bogaty, górowały 
melodIe legionowe I folklor. Ku 
chwale szkoły stwIerdzić należy że 
wyskoków o pornografIcznym zakro- 
lU zdoła la uniknąć Popisy wokalne 
nie przychodziłY bez wysiłku: me 
kazdv zdobywał Się na efektowny 
śpiew gdy na ramIeniu ciążył dwu- 
uZlestokllowy kadłub Hotchkissa z 
karbowaną stalową chłodnicą. Zwyk- 


.
		

/Archiwum_002_01_131_0001.djvu

			Nr 1317, 27th June. 1971 


MAREK NIZICH
NIZIŃSKl 


PIEKNI 
.. 
JESZCZE ZOSTAŁO TYLKO 
KILKA DNI z 1969 roku. Zno- 
wu święta Bożego Narodzenia, zno- 
wu będzie Nowy Rok i Sylwester. 
Znowu Kalifornia. piękne słońce, 
czyste niebo. .,smog"u nawet nie ma. 
Nie ma też już tutaj Marka Hłas- 
ki, nie ma także już Krzysztofa Ko- 
medy-Trzcińskiego. Marek jest na 
cmentarzu w Wiesbaden w Niem- 
czech. a Krzysztof na cmentarzu w 
Warszawie. 
Daleko od siebie. rozdzieleni gra- 
nicami. zostawili nas nagle. odeszli 
drogą bez powrotów. 


.:. 


Zdawałoby się że zupełnie odręb- 
nie wydarzyły się dwie tragedie, dwie 
tragiczne śmierci. Dwóch ludzi. któ- 
rzy mieli jeszcze tak wiele do po- 
wiedzenia, zafascynowanych pas:ą 
życia i twórczości. zmarło. Marek 
Hłasko - pisarz. Krzysztof Komc- 
da - kompozytor. Wiesbaden - 
Warszawa. 
Przewijały się w prasie łączne 
wzmianki o nich obu. W Hollywood 
kto< mówił że tak umierają. utalen- 
towani Polacy, że Marka gnębiła cho- 
roba Krzysia i miał wyrzuty sumie- 
nia. nie pomógł, kiedy powinien. 
Plotka w Polsce głosiła że Marek 
rąbnął Krzysztofa butelką, ktoś pi- 
<;ał że Krzysztof miał wypadek na 
nartach wodnych. 


.:. 


Wieczór. Dzwoni telefon, mówi 
Wojtek Frykowski. 
- Proszę przyjedź, miałem taki 
cholerny dzień, rozbiłem się na tym 
małym motocyklu Sharon. gość mi 
zajechał. przeleciałem mu przez 
maske samochodu. 
Wojtek i Gibby - jego dziewczy- 
na. Gibby pije wino, ja piwo. a Woj- 
tek resztki jakiejś wódki. Dziwne. bo 
Wojtek już nie za dobrze znosi al- 
koho1. Jadę do domu, prysznic i do 
łóżka... 
Telefon. , 
- No stary, no, gdzie byłeś? 
Dzwonimy do ciebie cały wieczór... 
no, natychmiast przyjeżdżaj.. " no, 
musisz, koniecznie - mówi Krzysz- 
tof. 
- Krzysiu. jest późno, jutro rano 
mam spotkanie... 


le jednak m'odo<ć i ambicja robiły 
swoje. 
W ostatniej dekadzie sierpnia za- 
panowało w szkole wielkie napięcie. 
Zachodziła obawa że luźne oddziały 
kawalerii rosyjskiej przedn
 się od 
północy aż na Pomorze. Szkola pod- 
oficerska ciężkich karabinów maszy- 
nowych otrzymała rozkaz stanięcia w 
pogotowiu bojowym. Przez kilka nocy 
trwało czuwanie w otwartym polu; 
wystawiano warty i wysyłano patro- 
le na zwiady. Ostatecznie wiadomo
- 
ci z głównego teatru wojennego oka- 
zały się jak najszczęśliwsze. Niemniej 
przez czas pewien utrzymywał się 
stan alarmowy. W końcu jednak na- 
dzieje na chrzest bojowy zawiodły i 
zajęcia wrócily do normalnego trybu. 
Od połowy września stosunki w 
szkole uległy jakby pewnemu ucisze- 
niu. Przygasł nieco zapał, pośpiech 
stał się mniej natrętny. Skorzystał i z 
tej zmiany nastrojów Jasieński i jego 
komiliton, aby wystąpić z projektem 
współnego występu poetyckiego. Nikt 
im przeszkód nie stawiał. Znalazła 
si,.: duża sala i któregoś niedzielnego 
popołudnia powtórzyła się w zacisz- 
nym Chełmnie scena. przypominająca 
warszawskie i krakowskie poezokon- 
certy. Gremialnie przybyli towarzysz;: 
broni oraz zwierzchnicy. z komen- 
dantem i jego małżonką na miejscu 
naczelnvm. Ale i ludność miejscowa 
ukalała' zaciekawienie dla niezwyk!cj 
imprezy. Pierwsze rzędy zaczerniły 
się gęsto sutannami duchowieństwa. 
Historyczny recital otworzył Wi- 
told Wolff, którego utwory sprawiły 
jednak zawód i poruszenia nie wy- 
wolały. Inaczej by!o z Jasieńskim. 
Był świetnym recytatorem i zręcznie 
uwydatniał puenty. Głośny poemat. 
od którego miał otrzymać tytuł jego 
pierwszy tom po
tycki. wydał się słu- 
chaczom nie tyle przejawem mega- 
lomanii, ile niefrasubliwym żartem 
młodości: 


Tak mi dobrze, tak 1I1O}0, aż rechoce 
[ się serce. 
Same nogi mnie niosą Rdzieś - i po 
[co mi Rdzie? 
Idę młody, genialny, niosę but w 
[bIllonierce, 
Tym, co za mną nie zdążą, echo 
[powie: Adiel/! 


Dobre wrażenie wzbudził ,.Marsz", 
i to mimo prowokacyjnie uwydatnio- 
nej dedykacji ..siostrom od św. Sam- 
ki" (którą zresztą nie wszyscy mogli 
oosłyszeć!. Prymitywny efe
t ska
- 
dowanego rytmu przez podział 
az- 
dcgo wiersza na cztery ogmwa 
brzmiał w uszach elewów jak echo 
wspólnych doświadczeń pod.czas re- 
kruckiego okresu. Rozległy Się nawet 
oklaski,- do których zachęcały wtrą- 
cone tu i ówdzie sentymentalnc 
wspominki wielkomiejskie: 
tam! Tam. Dalej. Za kantem. 
Palli. Biała. Z pękiem. Chryzantem. 
Pani. Fiała. Czekała. W ok"ie. 
Kwiat. Spadł. Kapnie. Na stopnie. 
życzliwy nastrój 7mienił się. gdy 
autor sięgnął po wiersze f? temata

 
bardziej drastycznych. WOjacy bawlh 
się nadal świetnie, ale wśród. tubyl- 
ców zwłaszc7a pań, zaczęły Się mc- 
przyjemne szmerki. Jeden. z. księży 
po jakimś dosadnym 
yrazemu, k,t?- 
re Jasieński ze smakIem podkreshl. 
demonstracyjnie wyszedł. Naturalnie 
obaj bohaterowie występu właśnie te- 
go pragnęli: zależało im na tym, aby 


- No, to my przyjedziemy do 
ciebie - stwierdza. 
Wygląda na to że coś pił, słyszę 
w słuchawce głos Marka, który 
śpiewa: 
- "A mnie jest szkoda lata i let- 
nich złotych wspomnień. _ . ". 
- Rany, nie. to ja zaraz do was 
przyjadę! - Pomyślałem sobie o 
moich sąsiadach. Też byłby numer! 
-- No, to czekamy - kończy 
Krzysztof. 
Noc. Pierwsza nad ranem. Holly- 
wood. góry i kręte uliczki. Sunset 
Boulevard, Doheny. Oriole Drive i 
wreszcie dom Krzysia. Przy wąskiej 
stromej uliczce - cul-de-sac. Par- 
kuję wóz przed schodami. Słyszę 
Marka, Krzysztof gra coś na forte- 
pianie. akompaniuje mu. Marek po 
swojemu śpiewa; put'c. put'c pul'c. 
tupiąc do taktu. Dzwonię i dzwonię. 
nikt nie otwiera. wchodz,.: po zbo- 
czu, przez mały ogródek koło base- 
nu. 


.:. 


Krzysztof i ja. nim poznaliśmy 
Marka, przeżywaliśmy jego pierwsze 
publikowane opowiadania. Każdy to 
wtedy przcży.wal. każdy kto potra- 
fił czytać. 
Marek Hłasko był wtedy tym Je- 
dynym człowiekiem. który miał na 
tyle odwagi, czelności i talentu, by 
spisać fakty. 
Krzysztof w tym czasie był no- 
watorem. jazzmanem, kompozyto- 
rem. który wprowadzał zupełnie no- 
wy nurt do jazzu. Jazz Komedy wy- 
chodzi zupełnie poza granice kon- 
wencji - tego, co jeszcze można 
nazwać jazzem. W Polsce przez lata 
Komeda tworzył dla siebie i grona 
ludzi, którzy mu sprzyjali i go rozu- 
mieli. wreszcie doczekał się momen- 
tu kiedy jazzowi udzielono w Pol- 
sce amnestii. 
Pozwolono. 
Komeda swoimi sukcesami nagro- 
dził <;woich bli,.kich, którzy ślepo w 
niego wierzyli i robili wszystko, by 
Kom!::da - lekarz z wykształcenia. 
został Komedą - kochankiem swo- 
Jcgo wymarzonego jazzu. 
Następuje współpraca: Roman Po- 
lański i Krzysztof Komeda. Komeda 
komponuje muzyk,.: do prawie wszy- 
stkich filmów Polańskiego. Dwie o- 
sobowości na jednej długości fali. 


zgorszyć mieszczuchów. Prowokacyj- 
nie zabrzmiał w poruszonej sali 
wiersz "Rzygające posągi" z chłopię- 
co naiwną strofą: 


!\'a klawiszach usiadły pokrzywione 
[bemole, 
Pr;:.erailiwie sir nudzą i ziewają 
[uaaa . . . 
Rozebrana Gioconda stoi w majtkach 
[na stole 
I napiera się głośno cacao-choix. 


Niebawem wysunęła się ze saii jesz- 
cze jedna sutanna. a w ślad za nią 
poszybował mundur oficerski z to- 
warzyszeniem długiej wieczorowej 
sukni. Słowa, które po półwieczu nie 
poruszyłyby zapewne nawet nielet- 
nich dziewczątek, na prowincji po- 
morsk)ej wydawały się zuchwalstwem 
i grubiaństwem. Niebawem uroczys- 
te przemarsze osób zgorszonych po- 
przez długie przejścia między krze- 
słami aż do odległych drzwi przybra- 
ły zakrój epidemii. Szczególnie ciężką 
próbą ncrwów stał się dla wrażliw- 
szych słuchaczy i słuchaczek poemat 
"Miasto", odczytany bezkompromi- 
sowo z należytymi akcentami, bez 
pruderyjnych skrótów: 


Na rogu dom. 
Jasllo oświetlony. 
Różowe firanki. 
C;ąło. Przytulnie. 
Burdel. 


Tu znów nie tylko osoba duchow- 
na. ale i jedna z pań, żona któregoś 
z oficerów. uznała za stosowne zade- 
monstrować swój nie<;mak opuszcza- 
jąc dostojnie salę. To pewna że pu- 
bliczność zawodu Jasieńskiemu nie 
sprawiła. Ilekroć padlo jakieś bar- 
dziej dosadne określenie nowi de- 
zerterzy wychodzili spies
nie na uli- 
c
. Największą wytrwałość okazywa- 
ła iona komendanta szkoły. urocza 
dama o bujnej. nieco barokowej u- 
rodzie. Cierpliwie stawiła czoła o- 
kropnościom wielkomiejskim. efek- 
townie spiętrzonym przez J asieńskie- 
go. Ale i na nią przyszła kreska. 
Doszło do intymnego epizodu, który 
Jasieński odtworzył z iście aktor 
<;kim zacięciem: 


Na trzec;1II piętrze światełko. 
Starszy pan zwabił do siebie 
[siedmioletnią dziewczynkę 
I gwałci ją na fotelu. 
Dziecko lila oczy szeroko otwarte.. 


Panią komendantową odwaga o. 
puściła. Majestatycznie uniosła ob- 
załą kibić i szepnę!a po cichu tak że 
słychać ją. było w ostatnich rzędach 
sali: 
- Mężu, chodźmy. 
Poza kolegami ze szkoły niewiele 
osób dotrwało do końca recitalu. u- 
cieczka filistrów zakrawała na po- 
grom, tryumf poetów wątpliwości nie 
budził. Wystąpienie futurystów w 
Chełmnie było jednym z tych para- 
doksówobyczajowych. których los 
nie poskąpił odrodzonej Rzeczypospo- 
litei. W zestawiepiu z późniejszymi lo- 
sami Jasieńskiego paradoksem był 
również jego pięciomiesięczny pobyt 
w chełmińskiej SCKM. uwieńczony 
w końcu listopada naszywkami pod- 
oficerskimi. Rzecz w zapomnieni;: 
pójść chyba nie powinna. Bez niej nic 
byłaby zupełna ani biografia Jasień- 
skiego. ani historia polskiego futu- 
ryzmu. 


l\1ieczyslaw Gier2ielewic;r. 


W.IADOMOŚCI 


3 


TRZYDZIESTOLETNI 


"'i:. 
\ 
, 
u.1:i 
:,;
 I:' 


." 


... 


, 'ł 
. J ; 
- 
. ...... 
'> ... 


h, 



 ;.;:"." 


" 


" 


Komeda jeździ z koncertami po 
Europie. Komponuje muzykę do fil- 
mów w Szwecji. Danii, Holandii. 
KomponuJe przepiękny jazzowy pod- 
kład muzyczny do przekładów pol- 
skiej poezji. wydanych na płycie w 
NRF. Współpracuiąc z Jerzym Abra- 
towskim pisze musical "Wygnanie z 
raju". Piosenka z niego "Jesteś mo- 
ją miłością". śpiewana przez Annę 
German, staje sie przebojem. Musical 
czeka na wystawienie. 
W grudniu 1967 Komeda przy;eż- 
dża do Hollywood. Polański kończy 
zdjęcia do "Rosemary's Baby". Ko- 
meda zabiera si,.: do komponowania 
muzyki. Spotkania w studio. Kon- 
sultacje. N\łgrywa muzykę. 
Film Romana Polańskiego ma 
wielkie powodzenie. Kołysanka z 
filmu ukazuje się na płytach w dwu- 
nastu wersjach. Wydana zostaje pły- 
ta z muzyką z całego filmu. 
Nic nie stoi na przeszkodzie, by 
Komeda został jednym z najbar- 
dziej poszukiwanych tu kompozyto- 
rów filmowych. M uzyka filmowa 
Komedy wychodzi poza konwencje 
tutaj przyjęte. Nie ma w niej na- 
miastki sentymentalnych. tyle razy 
powtarzających się dźwięków. Jest 
tylku nowatorskie oddanie filmu. 
Obraz i muzyka jaka jedna uzupeł- 
niająca się kompozycja. Komeda 
ma kontrakt z wytwórnią Paramount 
na trzy tilmy. Od czasów wojny jest 
to sukces bez precedensu. 


.:. 


Los Marka Hłaski byi trudniej- 
szy. Od lat Marek żył w świecie, 
gdzie mówiono innym językiem niż 
ten, w którym pisał. Od trzech lat 
Mar
k mieszkał w Los Angeles, w 
mieście, które szczyci się Beverly 
Hills, BeI-Air i jednocześnie ma w 
swoich granicach' Watts. Nie powo- 
dziło się w Los Angeles Markowi za 
dobrze. ale egzystował i chłonął w 
siebie wszystkie kontrasty kosmopo. 
litycznego społeczeństwa. Marek żył 
dla swojej sztuki i był wspaniałym 
reżyserem <;wojego życia. Nawet sza- 
ra codzienna zwyc7ajność nie pozwa- 
la!aby mu zapomnieć że gra rolę 
główną i ją reżyseruje. 
Krzysztof za to potrafił stwarzać 
wrażenie cudownie naiwnego czło- 
wieka. Była to naiwność dziecka. 
które wie że dorosły mówi mu nie- 
prawdę. ale ta nieprawda jest tak 
piękna że chce w nią uwierzyć, by 
nie spotkać się z zawodem. 
Marek wprowadzał w czyn swoje 
pomysły i obserwował, czy reakcje 
były zgodne z jego założeniami. 
Wyciągał wnioski słuszne lub nie 
i pisał. 
Prowadziło to czasem do bardzo 
drastycznych sytuacji. Oddanych 
przyjaciół Marek miał niewielu. 
Miał za to wielu "życzliwych wro- 
gów", którzy poznali "degenerata" 
i stali z boku czekając co z tego 
będzie. Była to szalona słabość Mar- 
ka że przy swojej silnej woli, wy- 
stawiał ludzi słabych na próby. pró- 
by z reguły kończące się fiaskiem. 
Marek 
ukał. Marek nosił przy- 
schniętą, głęb;)ko ukrywaną w sobie 
maniacką wiarę w dobroć ludzką. 
sprawiedliwość Bożą, w odwzajem- 
nio'ną mi/ość oddanej bezgranicznie 
kobiety. piękną, romantyczną i sen- 
tymentalną. Marek przez całe swoje 
życie chciał znaleźć kobietę. której 
by codziennie mógł kupować siedem 
c7erwonych róż i tańczyć z nią tan- 
go. 
. Doszedł do stanu kiedy się panicz- 
me bał kogoś lub coś polubić, po- 
kochać. by nie przeżywać po raz 
nie wiadomo który goryczy rozsta- 
nia i chwil bezsilnej samotności. 
Stał się wtedy przez siebie stwo- 
rzonym bufonem, ranił ludzi pierw- 
szy, ndawał niezasłużone ciosy i 
przeżywał cierpki smak tych sytua- 
cji sam, wyłączając na tygodnie te- 
lefon. 
Pil. 
Wszyscy się od Marka powoli od- 
suwali. zostawiając go gdzieś na bo- 
ku. mało próbując go choć trochę 
zrozumieć - w swojeJ małostkowoś- 
ci zatrzaskiwali drzwi przed pijakiem. 
awanturnikiem i łobuzem. 


.:. 


łt. 



-- 


... 


..... 


.I 


" 


-' 



............... 


.... 


.. 


t 



\.. 


.; 


". 


Marek Hlasko i Krzysztof Komeda- Trzciński 


Ludzie tutaj maią mało czasu. W 
ogóle go im brakuje dla tych, co 
wciśnięci w tłum szukają pamiątko- 
wych spinek, zamiast w zamieszaniu. 
krzyku i szamot:miu, wyjąć inne są- 
siadowi z mankietów. 


.:. 


Marek umiał być przyjacielem. 
potrafił zdjąć ostatni ciuch z siebie. 
by okryć tego, co podał mu tylko 
jeden palec we właściwym momen- 
cie. Wtedy, kiedy tego właśnie po- 
trzebował. Ale nie poprosił. 
Marek tutaj, w Los Angeles, prze- 
żył najbardziej upokarzające chwile 
swojego życia. Nie chodzi o to że 
pracował w tartaku nosząc deski. 
że gdzieś indziej w innej pracy no- 
sił inne ciężary, czy jak w ostatniej 
pracy w Los Angeles. ciężkie arku- 
sze blachy. które ranią ręce. On to 
lubił, bYł silny, pięknie zbudowany. 
mógł to robić i wlaśnie chciał to 
robić. 
Nigdy nie chciał żadnej pracy za 
biurkiem. Praca za biurkiem nie 
dawałaby mu nic o czym mógłby 
pisać. 
Szukał w Ameryce wypłowiałych 
śladów Jacka Londona i jego boha- 
terów. Śmiał si;;: głośno. kiedy sobie 
przypominaliśmy sentymentalne fan- 
tazje Karola "vIaya. jego Old Shat- 
terha'nda i jego Winnetou. 
Znalazł namiastkę tych pas;onują- 
cych lektur dzieciństwa w tartakach, 
na plugawych uliczkach ,.down- 
town "u, w "likier storach" i par- 
szywych barach na Santa M onica. 
naprzeciw Samuel Go1dwyn Studio. 
i była to la namiastka jego przygody. 
Nigdy nie spelnionej. zawsze zawie- 
szonej w jutrze. 
Marka upokorzyła Ameryka. jaką 
iest ona dzisiaj. Ludzie, którzy ją 
zamieszkują. Konflikty, z którymi - 
emigrantowi z wyboru lub przypad- 
ku. który przeszedł drugą wojnę 
światową jako gówniarz. ale widział 
i zrozumiał - jest się trudno utoż- 
samić. Ludzie, którzy mało rozu- 
mieją. ale których nie można winić, 
lub im cokolwiek zarzucać. To jest 
ich świat. Świat, do którego osobiste 
wspomnienia. leki i niepokoje, wca- 
le nie dają biletu wstępu - wręcz 
odwrotnie. Inny był Marka Izrael. 
inna była Marka Europa. 
Tutaj Marek już się przestał pa- 
sjonować samochodami. a i samolot 
też nie był dla niego następnym kro- 
kiem w chmurach. Romantyzm lotu 
przekształcił się w przyziemn
 po- 
trzebę. Smutne, bo polegalo to na 
tym że Marck już dłużej nie mógł 
prowadzić jako instruktor nauki 
jazdy samochodem i brać dolary za 
te godziny. Za dużo już mbł man- 
datów za jazdę po pijanemu... Ten 
samolot i ta jego nauka latania. to 
była jedyna i ostatnia ucieczka, jaką 
Marek tu mial. Chciał zostać in- 
struktorem pilotażu... miał nadzieję. 
Marek chciał stworzyć sobie co- 
dzienną egzysteocję. by zarobić na 
chleb i "mielone mięso", by później 
móc zamkn=!ć się spokojnie w domu 
i pisać. Do tego dążył. Przez długi 
czas mieszkał w klitce. w pokoiku, 
którego okna zasłaniał czarną płach- 
tą materiału, a dziurkę od klucza 
zatykał watą. by nie widzieć dnia i 
nie słyszeć kroków na korytarzu. 
Marek żYł nocą. 


.:. 


Krzysztof Komeda. z właściwą 
sobie subtelnością, od pierw
zego 
momentu uchwycił atmosferę otacza- 
jącą Marka. O każdej porze dnia i 
nocy drzwi Krzvsztofa były dla 
Marka otwarte. a i w lodówce zaw- 
sze było kilka butelek piwa. Krzysz- 
tof i Marek to była odwzajemniona 
miłość od pierwszego wejrzenia. 
Były i dysonanse, małe i śmieszne. bo 
czyż była kiedyś miłość bez zazdroś- 
ci? Jeśli była. to trzeba stworzyć in. 

************************
 

 * 
= Udzial wszystkich czytelników * 
* ..Wiadomo
ci" w ankiecie na = 
= temat nagrody Nobla (por. * 
* ogłoszenie w nr. 1298 "Wiado- = 
= mości") jest obowiązkowy. Za = 
* uchylanie się od obowiązku * 
* I . . d ' * 
* g osowama przewl zlane są * 
= drakońskie kary. = 
* 
 
************************** 


FotografIO autora 



' 
 
:-
 ." 


->; 


:\ 


'
, 


, 
,'1 ' 
, :;:. ) 


- 


- 



, 
 


ne słowo albo na miłość. albo na 
7azdrość. .. 


.:. 


Gdy wszedłem pr7ez drzwi od o- 
grodu. w ogóle sie nie zdziwili. 
- No. to wreszcie jesteś - po- 
wiedział Krzysztof. 
- Mareczku. to musimy coś wy- 
pić. .. - mówi Marek. 
- A co masz? 
- Wiesz. zostało niedużo. " myś- 
my już jeździli na Suns!::t do skle- 
pu. '. zaraz pojedziemy. .. kupimy... 
Krzysztof <;iedzi przy fortepianie, 
gra i kardynalnie fałszuje. 
Marek patrzy się jak03 dziwnie. 
Zaczynaj
 się słowne śmieszności i 
w pewnym momencie złe żarty. 
Poleciałem głową w lustro po Mar- 
ka uścisku. 
Krzysztof wstał od fortepianu i 
obwieścił że musimy Markowi spuś- 
cić lanie. - a jak sobie nie damy 
rady, to zaraz zadzwonimy po Fry- 
ka. przyjedzie i pomoże... 
Marek jest wściekły, na siebie. 
Wiem. o czym myśli... Czy jest mu 
przykro'! Czyż ona jest ważna? Ona 
je<;t tylko symbolem. Symbolem ży- 
cia. T} Iko w danej chwili. Za mądry 
jest na to. aby tego nie widzieć i nie 
czuć. Śmieć, odpadek. ochłap dht 
niego. Jeszcze jeden przypadek. seksu 
po prysznicu. 
ZgrzyLmie zębami, nerwowe spoj- 
r7enia, duszności. deptanie dywanu, 
ręce pocięte przez blachę w pracy. 
Rany na dłoniach. 


.:. 


U Krzysztofa jest dziewczyna. Zig- 
norowała towarzystwo i śpi. Marek 
wie. N ie może jej efemeralnej obec- 
ności przetrawić. Mowi mi. kiedy 
Krzysztof wys?euł z pokoju: ,.bo 
wiesz. on się dzi<;iaj z tą swoją ży- 
(łówką pokłócił. chciała, żeby pisał 
muzykę do jej izraelskie; poezji, 
któr
 pisze szmondacką angielszczyz- 
ną
 Coooo?" Uśmiech i długi znak 
zapytania. 
Dziewczyna-pielgrzym, ale bez wło- 

Iennicy. Dziewczyna-pielgrzym, ale 
autostopem. Możliwie najnowszym 
modelem samochodu. Docelowy przy- 
stanek __o Hollywood. Tam, gdzie mit 
o sławje. karierze i o fabrykach 
snów pn:eobraża si,.: w codzienny 
..koszmar" - jeść, forsa na czynsz, 
bvle gdzieś iść. może dzisiaj kogoś 
spotkam? Gdzie serce nie idzie za 
miłot 
pojechać do szpitala, mowi że Krzy- 
siowi wirus grypy doszedł do mózgu. 
Separatka pełna lekarzy i pielęg- 
niarek. Aparaty. druty i ekrany i nie- 
przytomny Krzysztof na łóżku. Py- 
tam dra Gabora, co jest z Krzysz- 
tofem? Stoimy na korytarzu sami. 
mówi mi że Krzysztof umiera i że 
nie ma nadziei. Pytam go. czy wie- 
dział o przygodzie Krzysztofa na 
spacerze? Nie, nie wiedział. Wypy- 
tuje. jak to było. Nic nie ukrywam, 
mówie o wszystkim z detalami. Nie 
czas na fałszywe wstydy. 
Rozklejony na płaszczyzny. dzwo- 
ni,.: do Hłaski. wiem że sam nie wy- 
trzymam. Marek przyjeżdża za kil- 
ka minut i też jest w rozpaczliwym 
stanie. Gabor przyprowadza neuro- 
loga i chirurga, wypytują o objawy 
po upadku. Poza tym że narzekał 
sporadycznie na ból głowy i prawie 
upijał się jednym kieliszkiem wim do 
obiadu. nie było żadnych - by; taki 
jak zawsze. dobry. kochany. przy- 
jaciel. za którym si,.: tęskni. 
Badania i natychmiast operacja. 
My: Marek. dziewczyna i ja. siedzi- 
my w restauracji na Fairfax, blisko 
szpitala i udajemy że jesteśmy głod- 
ni. Coś trzeba robić z czasem. Mi- 
jają dwie długie godziny. Operacja 
si,.: udała. Usunęli skrzep, który na- 
ciskał na mózg. Krzysio żyje. Naj- 
bliż
ze 48 godzin pokaże co może byt 
dalej. Marck z potworną prośbą w 
oczach pyta mnie. czy Krzysio nie 
miał jakiegoś wypadku na nartach. 
- Nie. nie miał. 
Marek wypytuje lekarzy, co było 
przyczyną. Przyczyny nie ma, bo. 
kto wie, S:I skutki - chirurg mówi 
- albo kilka tygodni temu, albo lata 
wstecz K to wie? 
Wigilia, którą Krzysio planował 
w Cortina, u nas się w ogole n'e od- 
była. Sam <;mutek i nędza. Marek o- 
biecał że przyjedzie, ale się gdzieś 


zawieruszył. Musiał chyba sam z 
sob,j w domu siedzieć przeżywaj=!c 
swoje masochistyczne akty. A może 
i nie? 
Po dwoch tygodniach Krzysztof 
otworzył oczy. Patrzył si,.:, ale sądzę 
że nic i nikogo nie widział. Marek. 
żona Krzysia, która przyleciała z 
Polski. zj1ajomi i ja. nic 'nie miało 
sensu. 
D7ien w dzień bylismy w szpitalu, 
z nadziej.
, z desperackimi myślami, 
łudząc się że nie może w ten właś- 
nie sposob skończyć się człowiek tak 
utalentowany. zdolny. życzliwy i 
dobry. Że dobry Bóg udzieli dys- 
pensy. 


.:. 


Krzysztofa zabrała do Polski żona, 
Zofia Komedowa-Trzcińska, i zmarł 
w Warszawie :!3 kwietnia 1969. W 
Sopocie wystawiono musical ..Wy- 
gnanie z raju". 
Marka już tutaj nie było, wyje- 
chał do Izraela i do Europy. Zlikwi- 
dował mieszkanie. bo miał tam po- 
zost"1Ć dłuższy czas. 
W retrospekcji \Hacają tylko 
wspomnienia słów, które Mar
k mi 
tak często powtarzał: 
- Zobaczysz. stary. Krzysio nas 
je
Lcze łopatą przyklepie. 
Wraca także zła fraza często wy- 
powiadana: 
- Je
li Krzysio umrze, to i ja też 
pójdę. '. 
Powtarzana w chwilach smutku. 
żalu i rozpaczy. kiedy Krzysztof 
jeszcze żył. Marek tylko był tym jed- 
nym, który przeczuwał. My wszyscy 
liczyliśmy na jakąś amnesti,.: i nie 
dopuszczaliśmy myśli że Krzysztof 
Komeda będzie sparaliżowany. tym 
mniej że tego nie przeżyje. 
Marek: aktor, reżyser i scenarzys- 
ta wszystkich swoich poczynań, wy- 
rei:yserow;:ł piękn4 awantur,.: u mnie 
w domu. której głównym tematem 
było: "Wy. skurwysyny. się bawicie, 
a tam człowiek umiera". 
Marek wiedział. Później było mor- 
dobicie. Bogu ducha winne nożycz- 
ki wreczone przez Marka policji jako 
"dowód rzeczowy"; policja zabrała 
tych. których Marek sprowokował. 
Trudno. Nie można było inaczej. 
Marek si,.: delektował widokiem po- 
licji w Ameryce_ Czarny mundur, 
rewdwer w holstrze - ale n,jc me 
mog:! 7robić. Tylko co on powie. 
Szczenięcc lata bólu. strachu. głodu, 
wojny i okupacji_ Czyż można się 
dziwić'! 
Za tamte lata, za tamte czasy. tu 
znalazł tę spr.lwiedliwość. Niewy- 
n1iern:!. ,>krzywioną, ale jego. I iył 
zamknięty w swoim świecie, pe'en 
obaw. długich nocy wyimaginowa- 
nych zjaw, kiedy otwarta wnęka 
drzwi staje się symbolem zbrodni. 
nies7częścia, groźbą niespełnioną. 
Kiedy już tak strasznie trudno jest' 
być samym z sobą. Kiedy człowiek 
szuka. tęskni, ma niby coś. surogat 
na dni kilka przyszlych. 
l znowu co, i znowu gdzie'! 
l nic się nie 
pełnia i znowu dzień. 
Słoneczny dzień w Kalifornii i tyl- 
ko "smog". 


.:. 


Dlatego chyb:.. ci dwaj Polacy, 
I\.rzysztof i Marek. tak łatwo zna- 
leźli wspólny język. Krzysztof się 
trudził przy fortepianie. kiedy Marek 
zaczynał pisać_ Krzysztof dawał 
koncerty. Marek drukował. 
Zostało jeszcze tylko kilka dni z 
tego roku. 
Tyle nieszcz
ść... Krzysztof 1\.0- 
meda-Trzciń'iki. Marek Hłasko, bied- 
ny W"jtek Frykowski. prześliczna 

haron Tate, dobra Gibby Fo!ger... 


.:. 


Różnymi. makabry.;znymi droga- 
mi zeszli się. są gdzieś razem. 


:\Jarek 
il.ich-Niziński. 




"""""
"""""""-."""""".i 


Grudzień I Q69 



 
11. . _ 


o 



o
t 
"J,.'ł
 



1
 ,.. 
\.

,..
 


-_.....
......
._...._......._...
 ,
		

/Archiwum_002_01_132_0001.djvu

			4 


WIADOMOŚCI 


Nr 1317. 27th June, 1971 


DANUTA IRENA BIEŃKOWSKA 


. 
Zycie zaczyna się po czterdziestce 


pO CZTERDZIESTCE jeszcze n;e 
jest .,na wszystko za późno". 
wręcz przeoiw11o:e. jeszcze widu z nas 
je...t w t.zw. ..zenicie sił" twórczych. 
oDko1wiek to oznacza. Poza tym bro- 
nii nas mag:a potężJnych 6logai!lów - 
..L:,[e begil!1s at forty", "you are as 
old Ilt,awaj i nie s>
rasz nas KonradQ- 
wy.m w:dmem. bo i my mamy sWQje 
upiory na co dzień, które nam zupeł- 
nie wystarczą. 


... Już szron na głowie 
Już nie to zdrowie 
A w sercu ciągle maj... 


Można ten maj sprokurować na 
szereg różnych sposobów. W XX 
v: ieku 
prawdzie nie sprzedają ..elik- 
siru wiecznej młodości". ale roz- 
lIczne zielamje i t.zw. ,.heaL'th rood 

tores" up<:wl.iają n,a
 na każdym 
kwku że przy odpowl
edi!lliej diec.ie 
mOŻJna zachować na długie la
a zdro- 
wie i siły. Chcdzi '" gruncie rzeay 
o giupsliwa - 11.<1 śnjadanie jakies 
<.lro'żdże w płynie. podprawi'OlI1e prosz- 
kiem z morskich IWOdOToOtSt6w. Jeszcze 
pół tuzina innyc,h składn:'ków I uw. 
..mleko tygr}sie" działa niezawodnie. 
zwłaszcza na tych. którzy łatwo ule- 
gają sugi:sti{)m. 
Inną pO'PuJ.a'
:ną obse3ją jest 
pra- 
wa wagi. Stracenie określJnej ilości 
fU:l,tów. mcżli!Wl:e szybki powrót do 
wymiarow ,.młodzieżowych" - są 
kwestią żyail3 i śmiiercli. W każdym 
dcmu jest waga. i członkowiii: rodzi 
n} z omdlewającym sercem patrzą. 
jak pomimo wsz}stkicih wysiłków nic 
im nie ub}wa. Na,tomias
 lini,a "mło- 
dzieżowa". choćby z fałdami zwiot- 
czałej skóry na szyi. daje kobietom 
poczuCIile że znów mogą wY'<'!tąpić w 
bikini. k jeszcze to i tamto może 
się zdarz}ć. a kobieta w wieku bal- 
Hkowskim... (.,In prailse of older 
women"). 


..Przygoda" czeka przewaŻ:nie już za 
p:erwszym rogiem, w Polsce odb}wa 
,..ię to przeważnIe na wczasach (..moja 
wczasowa miłość"), gdzie kuracjusze, 
nawet w dwuosobowych pokojach, 
ustalają kołejkę - teraz ja z ni
. za 
godz,inę ty z nią - i nic nie m..p:i 

zczęś.c,:ra, clhyba że uko,ehanemu gro- 
zi zawał i w momentach uniesień nag- 
le pr7erywa. by sprawdzić puls. po 
czym mówi: "Kochanie, jeszcze nie 
jest tak źle. Możemy kontynuować. 
W razie czego wezwij lekarza". 
W północnej Ameryce spra wa 
,.chaty" n:e jelS1 przeszkodą - sa- 
moc'hód i małe konto w banku sprzy- 
jają wszystkim ..przygodom". Są 
nawet sposoby na żony, które s'ę wy- 
syła na Florydę, lub po szczególnie 
udanym Wlieczorze (z k.im innym) 
wręcza się im w domu bukiet kwia- 
ILÓW ("Kochanie, poczekaj w samO- 
chodzie. JeszclJe muszę kupić kwiaty 
dla żOlny"). 
Więc są wszystkie ,.rekwizyty" - 
prz}ćm:oOne świa,tło w barze, "bloody 
Mary" ,\\o kieliszkach, jakaś meksy- 
kańska .,canz{)'I1'a" - on ma sztyw- 
i!lY kołnti:crzyk, który go lekko dławi 
(..telJl nie,szczęsny podbródek"). ona 
sam szyk, ..midi" i wstążeczkę na 
szyi - a jednak czegoś tu brak. 
To moie ten maj za balrdzo już 
sma,kuje jesien':ą. To maiŻe konoec, 
każdy kon,iec. zbyt łd.two daje się 
prze,w.idzieć. Chociai rozegmć tę 
p31
lti'ę można na wi.ełe !>posobów. Ma- 
b kto. jak żołnierz w polskiej aneg- 
doc,ie, mówli prosto z moSi:U: ..Dość 

YClh 
igli. dość tych rozmów o re- 
ligii. Mania ohodź do łóżka". 
Rozmowy. rzecz jasna. są. pTze- 
ważn'e dcść dużo zwierzeń. ba,rdz,) 
cZę
to n3J:ury erotycznej, choć nie 
zalwsze. 
"Sam się S'obie dziwię k mam ta- 
k:,e powodzenie u kobiet. Pc prostu 
to jakiś magnels. Sam nÓe w.iem ;:0 
je przyciąga". ' 
..Od piierwszej chwi,l,i., kiedy pamą 
zobaczyłem. czułem k nie będz,ie [o 
ta.ka zn,ajomość przecięt
a. Pani jest 
taka 
pecjalnl3. Nie wiem, jak to okre- 
śł,ić". 
..Czy nie s4dzi pani że z żyda na- 
leży korzystać? Każda dobJ1d chwila 
j

t jak 
zampan.. Musuje. ::!łoci się, 
pije go scrę powoli. aż do dna". 
..Jest pani moją ostatnią miłością. 
Niech się pani zdecyduje. bo czas 
nam ucieka". (Inaczej mówiąc. per- 
>IPektywa chryzantem i zapalonych 
śWI:ecze,k prz} t'
ullTInie z dnia na 
dz,ień na,biera większych cech real- 
ności. A więc .,kochajmy się! "). 
Najpierw sprawd:z,imy puts i łyk- 
niemy hormonową tabletkę. a potem 
oddamy slię t.zw. "rozkoszy". gdy co 
parę minut dZIwoni thotelowy tele- 
fon. pod drlJwiami stoi kellner (..Czy 
nie chciała pani. tej szyneczki?"). a 
rury w łazience wydają gtośne svki. 
Ale to są właśnie te ..niezapomnian
 
chw,ile", po których lżej będz:e po- 
dobnO' l'eżeć w cieniu więdnących 
chryzantem. 
Jest oczywiście jeszcze iJlny wy- 
miar. mniej efoO
yczny. ale bardziej 
ludzki, który jednak coś wncsi w 
życ,ie. M ożna się wtedy dowiedzieć 
(i to iest bez znaczenia. czy to będzie 
w łóżku, czy w pa.rku na ławce) ż.: 
to i owo mimo wszystko nie wyszło. 
Żona jest niby niezła, ale przypo- 
mina zdeptany pantofel. Dzieci są też 
niczego. ale takie przeciętlne. Ten miał 
zostać malarzem, a ten drugi pr.lw- 
nikiem. a teraz chodzą do biura, ro- 


Początki kartografii wojskowej w 
1918-1920*> 


łnż. Marian Hełm-Pirgo, major Kor- 
pusu Geografów. wydał ostatnio pod 
powyższym tytułem niewielką pracę, 
ktora zaznajamia nas z dziejami pol- 
skiej kartografii (i topografii!) w czasie 
wojny polsko-ukrainskiej 1918-1919 i 
częsciowo w czasie wojny polsko-rosyj- 
skiej 1919-1920. 
Jak sam tytuł te) pracy wskazuje, 
przedstawia ona jedynie część działalno- 
sci zespołu topografów i kartografów w 
okresie istnienia niepodległej Rzeczypo- 
spolitej Polskiej. 


*) Inż. Marian Helm-Pirgo, Major 
Korpusu Geografów, PoczątJki kartogra- 
fii wojskowej w Polsce Odrodzonej 
(1918-1920). Nowy Jork, Polski Instytut 
Naukowy w Ameryce, 1971; str. 21 i 
Inl. 


Piśmiennictwo wojskowe polskie 
a- 
niedbało tę dziedzinę i nie dało społe- 
czeństwu polskiemu żadnego obrazu do- 
niosłej pracy zespołu oficerów i pra- 
cowników cywilnych. inżynierów, nad 
wykonaniem pełnego obrazu ziem Rze- 
czypospolitej Polskiej w formie map 
różnej skali. 
Prace te były niezwykle ważne. Bez 
dobrych map niemożliwa jest żadna 
operacja wojskowa, podobnie jak np. 
bez zaopatrzenia wojska w amunicję. 
Bez mapy nie sposób pomyśleć o wstęp- 
nej pracy każdego dowódcy wojskowe- 
go - od naczelnego wodza do zastęp- 
cy dowódcy plutonu (podoficera). 


'***************************************************
 
* * 
* * 
* * 
= Best-seller emigracyjny w roku 1959 i me na!!rodzona "atlantyda" = 
= roku lQ60 = 
* * 
i MICHAł. K. PAWLIKOWSKI i 
* * 

 Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskieeo i 
* * 
* * 
* * 
* * 
= ..Sqdz(, że jel:O powieś:- pr:.etrwa". 
 
* Stanislaw Baliński * 
* * 
* * 
= Pozostałe egzemplarze do nabycia u autora: = 
* 2128 Stuart Street, Berkeley, California 94705 * 
* * 
= (ena la egzemplarz z przesyłką oraz poprawkami i dedykacją autora: = 
= $5.00 = 
* * 
* * 

***************************************************

 

***W***********************************
 
. . 
: POSZUKIWANIE : 
. . 
: Syn Wiktora BRU MERA, teatrologa zmarłego w r. 194] w Szkocji, : 
. jest poszukiwany prlez osobę w kraju, przygotowującą pracę naukową * 
. o jego ojcu. Wszelkie intormacje należy kierować na adres: * 
: Prot Tymon Terlecki, Slavic Department, : 
. The University of Chicago, * 
. /130 East 59th Strcet, Chicago. III. 60637 1..' 
. * 
* * 










*















.












 


dzą dzied i wno'szą wp/aty na miesz- 
kania .spółdzielcze. Gdz,ieś zginęły po 
drodze marzenia o wielkiej przyszło- . 
śc.i. "Nasza mała stabi,li,za,cja" cza- 
sami uWlierra, jak niewygodl!1Y bul. . 
W pracy jest te,ż ni'by wszySitko w 
porządku. ma się PDZY'cj'ę, nawet 
własną sekretarkę, ale jak długo to 
pot'rwa? 
Z t,rudem w;moszony gmac1h za- 
wodowego preSitiżu i domowego 
szczęścia jest często fasadą. za któ- 
rą nie kryje się nic, miną zamku, IV 
którym SitlfaiSzy. 
Życ,ie powoli wysycha, jest cOIraz 
więcej przeszłośo
, o przyszłości wo. 
Emy n:e mówić. 


* 


Na nowojorskiej scenie dwole 
zgrz}l1białych st3JruiSzkóow pww:adzlło 
taką I1O'zmowę: 
- Czy pamiętasz tę noc na Capri, 
gdy ta,k pięknie śpi,ewały stowiki i 
wręczyłeś mi złoty pierścionek? 
- Ja n:e byłem z tobą n,a Capri. 
To byt twój p:erwszy mąż. 
Za dwadzieścia la,t niektórzy z nas 
będą sobie wspominać: 
-. Czy pamiętasz. jak mnie pozna- 
łeś na wczasach w sanatorium w Ku- 
dowej. ja.kie tam były wieczory w 
pa,rku? 
- Ja nie byłem nigdy w Kudowej. 
To był t'wój inny kochalIlek. 
A na razie wzn'o"imy tcas[ dla 
wszystkich czterdziestolatków. Ktoś 
klaszcze w dłonie. 
- Pa,nie j panowie. pan Iks chce 
zabrać głos. 


* 


"Szanown.i pań
two, .nie miejCie mi 
za złe. nie byłem Mickiewiczem. ani 
l!1awet Hłaską. Nigdy nie należałem 
do .,pięknych. dwudziestoletnich" . 
Nalwet moich 75 koc'łllai!lek nie prze- 
waży s.za

. Tu s:ę zresztą nie liczy 
illQŚć, ale jakoś, a o tym... Boże się 
poiŻal. Człowiek m\IJSi w czymś się 
wybić, nie W'oJnlo mu być wciąż ze- 
rem. Nawlelt jeś'Li jest zerem, mu"i 
udalwać że nae jes,t. panow.ie, j,a też 
mogłem być Hemingwayem. mogłem 
,polo'wać na słonie, mogł'em być cel- 
n:kiem. albo kJs:ędzem. Mogłem 
przeżyć wielką mi'łość. mogłem po- 
pełnić morderstwo. mogłem... czy ja 
wi.em. M cże po pJ"iost'u byłem w ja- 
kichś ramadh. w których było mI 
cil3/Sno. potem już nie tak ciasno. 
Moż.e te ramy stworzyłem 
obie sam. 
Przestałem być sobą, może po pro- 
stu ncigdy sobą ni,e zostałem. Chcja- 
łem siebie urodzić, wygrzebać s,ię z 
jajka, stanąć na właSll1ych n'Ogach, 
własnymi oczyma spojlrzeć w św,i,at, 
ale to za bardzo b{)'l.i. urodzili mmc 
in'ni. te,raz chodzę na szcZJudł'ach j 
pa'1:rz
 przez cudze oklJJ1atfy. Więc 
jeśli mnie nie '>tać na orryginalność. 
proszę mi wybaczyć. Ja sam o tym 
w:em. Zresztą oryg,in.dlność przesta- 
ła być w modzie, bo zbyt łai\Jwo pro- 
wadzi na 'bezdroża i man" 30 CZERWCA 1946 


W zwięzłej analizie historycznej ru- 
chu socjalistycznego p.t. "Socjalizm 
i komunizm", Adam Pragier wska- 
zuje na pojawienie się nowego jego 
zagrożenia - totalizmu. W pierw- 
szym etapie ruchu jedynym wro- 
giem socjalizmu był kapitalizm. 
.,Marx nie przewidywał totalizmu 
wywodzącego się z rewolucji spo- 
łecznej " - pisze Adam Pragier. 
..Przed socjalizmem stanęło tedy za- 
gadnienie stosunku do państwa, w 
którym nie ma kapitalizmu prywat- 
nego, ale w którym nie ma też sw.)- 
bodnej pracy; stosunku do pań- 
stwa wrogiego kapitalizmowi i gło- 
szącego rewolucję społeczną na ca- 
Iym świecie. lecz sprawującego za.. 
razem przymus wobec swojej lud- 
ności nie znany w dziejach". [...] 
Walka z nowym przeciwnikiem nie 
[oczy się o zniesienie nadwartości. 
ale o coś cał,kiem innego - o poj- 
mowanie znaczenia istoty ludzkiej ". 
. Wiersze: ,.Liberum veto" Mariana 
Hemara oraz Mariana Pankowskie- 
go ,.Germanie" i "Pompea". 
Adam Kossowski drukuje pełne 
szacunku i miłości wspomnienie ;) 
profesorze Leonardzie Pękaiskim. 
Autor. jeszcze jako student akademii 
krakowskiej. by.ł współpracownikiem 
znakomitego malarza przy wykony- 
waniu fryzów na Wawelu, rozpo- 
czętym w r_ 1927. Współpraca 1a 
przerodziła się w długoletnią przy- 
jaźń. "Wielki odnowiciel Wawelu". 
prof. Adolf Szyszko-Bohus7 znalazł 
w Pękalskim malarza, któremu 
mógł bezpiecznie powierzyć rekon- 
strukcję renesansowych fryzów i po- 
lichromię stropów wawelskich. Wraz 
z Pękalskim pracowali na Wawełu 
tacy malarze jak: Józef Pankie- 
wicz. F. S. Kowarski, Zbigniew Pro- 
naszko, Zygmunt Wałiszewski, Jó- 
zef Jarema, Jan Cybis i Lucjan 
Adwentowicz. Poza kompozycjami 
monumentalnymi Pękaiski malował 
mnóstwo martwych natur. pejzaży 
i portretów. 
,.Kariera i rozwój Pękaiskiego, 
tak jak i rozwój wielu innych no- 
woczesnych malarzy okresu między- 
wojennego. są ściśle związane z od- 
drodzeniem się państwa polskiego 
po pierwszej wojnie. [...1 Te dwa- 
dzieścia lat były okresem bujności ! 
rozwoju nowoczesnej i niezależnej 
sztuki [...1 kontakt z zagranicą i 
poparcie państwa dla sztuki nie 
miały równego przykładu w naszej 
historii" - kończy Adam Kossow- 
ski. 


. 


CZESŁAW JEśMAN 


Czyżby koniec przygód Józefa Zakrzewskiego? 


pRZEDE WSZYSTKIM protestuję: 
autor i w}dawca na ostatniej 
stronie ..R7eki granicznej" zapowia- 
dają iż jest to "czwarta i ostatnia 
część" "Dziejów Józefa Zakrzewskie- 
go".*) .Mam nadzieję że obydwaj się 
zreflektują. ,.Dzieje" są jedynym u- 
danym polskim roman-f/ew'e od koń- 
ca wojny. 
Nie jest tajemnicą że jego autor nie 
posiada willi na Majorce i nie kupuje 
krawatów na Jermyn Street w Lon- 
dynie. Pisze. bo po pierwsze. ma ta- 
lent, po drugie. chce pisać. a po trze- 
cie. musi. z bardzo prozaicznych po- 
wodów. Nie pamiętam kto ułożvł 
dość dwuznaczny wierszyk: ..mądry 
pisze dla zabawy, głupi czyta. bo cie- 
kawy". To nie jest zupełnie tak. ale 
Balzac i tylu, tylu innych też pisało, 
a nie ..tworzyło piórem" albo zba- 
'wiało ludzkość czy wZDUl,lZało trooy, 
dlatego że musieli płacić za bilet. 
za mleko j za odmiany tl1Ucizn, bez 
których. mimo nawoływań puryta- 
nów i ludzi cierpiących na wrzody 
w żołądku. obejść się jest trudno. 
To mała przygrywka. Chodzi o to 
że Łobodowski. nie pisząc "literac- 
ko" o dziejach Józefa Zakrzewskiego. 
zdołał. chyba o to nie dbając. wycza- 
rować z odległości jednego pokole- 
nia trafny i prawdziwy, a nade 
wszystko barwny obraz polskiej pro- 
wincji uniwersyteckiej w okresie po- 

ięd
y dwoma 
ojnami. Zdawałoby 
SIę ze to całkiem proste: Siiąść i 
"machm!ć" tak jak było. Tymczasem 
jest to znacznie trudniejsze niż po- 
pełnić powieść o Ramzesie II czy 
epokowe dzielo pod tytułem , PoI- 
ska, Niemcy, Beskidy a Sowiety". 
albo ..Czyżby przyszłość Brandta?" 
albo ..Kościół, Gierek i piguła a'nty- 
koncepcyjna". Jeszcze gorsze są fry- 
muśne powieścio-reminiscencje .,z k lu- 
cze
 "'. Ró
ne .,Doliny rzeki". "Za- 
głęhla ł. Ja , rzeczy tego rodzaju. 
Zostają więc na placu pamiętniki- 
powieści Michała K Pawlikowskiego. 
poza tym uczonego slawisty. i Józc- 
fa. Łobodowskiego. poza tym praw- 
dZIwego poety (... wstrzymuję się tu 
od !nny<:h przymiotników, ale mU..;zę 
stwierdzIć ze wszystkie jego wiersze 
czytal!1. a np:.. Nie, to byłoby nie- 
właś
lwe. I?ajmy. 
pokój z negatyw- 
nymi .nazwlsk
lmł obnoszącymi się z 
sobą pk. z medogotowanym jajkiem 
n
 . w,/tłej łyż.ce) i,. co najniehezpiecz- 
mejsze 
Ia .mego jako powieściopisa- 
rza, dZlenmka ,.gadanego" i druko- 
wane[!o. 
W sadze o Józefie Zakrzewskim 
Lublin żyje. Może dlatego iż zabaw- 
ny.m zbiegiem okoliczności Łobodow- 

kl też ma na imię Józef i. podOobnie 
jak cen.:lr.aoln'talg,i
 to zresz- 
tą najsilniejszy napęd sztuki. Może 
ni,eprawda, s:,lniej-sza jest mił,ość. Ale 
t'u w MonItrealu miłość gdzieś się za- 
podziała. Ani jednego portretu. Uko- 
chane nie mają widoczn:ie czasu na 
pozowanie. Bo w Kanadzie czas to 
naprawdę pieniądz. 
Pani ElŻJbieta Plater-Ty.zkiewiczo- 
wa to wielki talent. Znam jej t.wór- 
czość od pół TOku zaledwie. Zdążyła 
zrobić siedmiomilowy postęp. Ale na 
porządną pracę r'te ma czasu. Syno- 
wie studiują. Ona mus.i pracowac. 
Pani A,n,na Maria Batory uczyła się 
tylko rok w londyńskiej akademii. 
Potem prz}'5zło małżeńsltlwo, dzieci. 
Po os,iemnastu latach wzięła się Lnc>- 
wu do pędzla. Czuje Ka'nadę. Czują 
ją zresztą. j-ak mało kto z rodolWitych 


Kanadyjczyków, ci przesiedleńcy z 
SU'Woałk i Wi,lna. Piani Sinalrska 11Ie 
uczyła s'ię ni.gdy. Żyła lata całe na 
kanadyjskiej farmie. To bardzo cięż- 
kie życ,i,e dla ,inteligenta. Ale z tej 
leśnej g
uszy przywi.ozła świehllie od. 
czu:e obrazy. Św.ierki i białopienne 
brzozy. Maluje trochę jak przedlW'o- 
jenny malarz białoruskich pu,>zcz LU- 
kowski. Nie słyszała nigdy zresztą o 
jego is,tnieniu. Leśna ścieżka lśniąca 
gołoledzią wiedZlie do kanadyjskiej 
autos[rad}. Mogłaby być dl10gą do 
Mołodeczna. Obok bryzgające pianą 
fale oceanu. To dzieła p. O'RDurke 
z domu Niezaby7\owskiej, córki mi- 
nistlra rolnitC\owa. 
Kr
jobmzy Jastrzembskiego to 
zbiór portretów różnych tra	
			

/Archiwum_002_01_133_0001.djvu

			Nr 1317. 27th June. 1971 


PUSZKA 


\Bli
ki W 
ehód 


W czwartym roku wojny sześoio- 
dniowej. gdy trwają Il'okowan'ia pod 
patronatem ONZ, pro'wadwlIle przez: 
mediatora Gunnara Jarrill1ga, mają- 
ce dopr,()Owadzić do pokoju na Bli- 
skim Wschodzie. zdaje się nie zan.o- 
sić na pokój. ani 
akże l1Ia wznowie- 
nie dzi,ałań woje11ll1ych. Po dwu ok
e- 
sach zalwlieszenia broni fonna,llnie 
zawartego. po zakończeniu drugiego 
ok'l'esu. 7 marca b.r., choć Egipt 
wciąż wygraża. nie wznawia jednak 
żddnych kroków wojennych, lzlrael 
zaś obwieścił że będz.ie się ograni- 
czał wyłącznie do obrony. w przy- 
padku gdyby miał być zaatakowany 
przez któreś z pańs.tw arabs.k,:ch. W 
@rę wlClhoozi tu praktycznie tylko 
Egi,pt i w mniejszym stopn.iu Jorda- 
nia i Syr,ia. inne pańsrwa arabskie 
'!'Obią mniej lub więcej krzy,ku, ale 
n
e są skłonne do czynnych wystą- 
pień. 
Jest tlO położenie, które sprzyjd 
rokowan:,om. Spodziewać by się te- 
dy można że będą one się posu- 
wały naprzód. czy chodiażby toczy- 
ły wokoło realnych punktów kon- 
flikt'u. A jednak tak nie jest. So- 
wietom jak najbardziej zależy na 
utrzymaniu stanu napięcia, co po- 
zwala im na coraz głębsze przenika- 
nie w całym obszarze b1i,skowLSChod- 
nim. Z drogiej strony, Sowiety nie 
życzą sobie "konfrontacji" z Ame- 
"yką i chcą jak najdłużej utrzymać 
istniejący dziś stan rzeczy. To:eż wy- 
.stąjpiły one z inicjatywą zwołania 
konferencji czterech mocarstw (A- 
mery,ka. Sowiety, W,ieJka Brytania. 
Francja), które by między sobą 
uzgodniły i narzooi-ły Izraelowi wa- 
runki pokoju. NajpeWln,iej do takiej 
konferencji nie dojdzie, gdyi sprze- 
ciwia się jej Ameryka, jedyna po- 
śród moca,rstw broniąca Izraela. ja- 
ko ostoi swoich wpływów na Bli- 
skim Wsdh, odz'ie 1lJiezmiemie waż- 
nych z uwa,gi na złoża naft.o,we. 
Właśc'
'wie w glnubych za
ysach wa- 
run.ki pokoju są już od dawna sfor- 
muł1o'Wane. Rada Bezpieczeństwa 
ONZ uchwaliła ż:e Izrael ma prawo 
do ist,nienia jako państwlO SUiWe'ren- 
ne. w graln,icach ,.uznanych i bez- 
p,iecznych". Trzeba więc. po prandord. 


, 
WOREK JUDASZOW 


WIADOMOSCf 


RozlDow-a 


W je
':eni r. 1940, siedząc i n.udząc 
się w .obozie dla demobilizujących 
s:ę żołnierzy polskach, w obozie Notre 
Oame de Livron Pl'es Caylu,s. zało- 
żyłem pisemko. p.t. ,.Wrócimy", od- 
bijane na pOlWielaczu. O złapa'l1:iu dru- 
ka.rni nie było mowy, zwłaszcza na 
tym odludZiiu nad Ta11l1em. Legalnie 
wyc'hcdzi,ło wtedy w nieokupowanej 
zonie tyIko jedno po
skie czasopismo, 
mi,anowicie ..Wllarus Polski", wyda- 
wany bodajże w Lyonie. Ale właśnie 
dlatego że było legalne, nie mogło 
piso.ć tak, j.ak tego sobie życzyły i 
cczeki'wały rzesze wojennych uchodź- 
ców w tej częśoi FJ'ancji. która zna- 
lazła się pod władzą Vichy, czyLi we 
Fmncji ..petainD.....",kiej... 
K1iedyś trze'ba będzie SiZczegółowo 

en ..1'ivroński" .okres opi,sać. Nocne 
rodaków rozmowy w stalrym młynie 
nad LiVironem. gdzie m1eszkał pro- 
feslGIr Henryk Palm bach, kt6ry w 
kilka lat później zginął w hitlerow- 
skiej katowni. To on. rozporządza- 
jąc skromnymi funduszami jako de- 
legat Polskiego Czerwonego Krzyża 
na obóz, sfinan'''Dwał wydan:e pierw- 

zego numeru "Wrócimy". Wojsko- 
we w
adze francuskie patrzyły na na- 
szą działalność przez paJ.ce. bo prze- 
cież, gdyby choiały, mogłyby oałą 
:tffiprezę zdusić >II' zarodku. 
Był między nami młody, począ
ku- 
jący p:l'>arz cZCI_ki. Rclbel1t Vlach, 
prz}'tulony w ..aspimnck'
m baraku' 
na sfałszowanych papierach pDlskie- 
go podchorążego. Do jednego z 
pierwszych numerów ..Wrócimy" na- 
pisał artykuł. w którym uzasadniał po. 
li,tykę Hachy, a więc tym samym 
brak jakiegokolwiek sprzeciwu w 
marcu 1939, nie mówiąc już o mona- 
chijskiej kapitulacji. Znając nastroje 
żołnierzy. opatrzyłem artykuł Vlac,h:ł 
odpc'w:,ednim komenlialrzem redakcyj- 
n}'m. któ.TY trochę go zdziwił, a tro- 

hę urazIł. O}'lskutował ze mną spo- 
kojnie i kul1u'r'dLnie, acre d::> porozu- 
mienia nie doszło. Ano, mie mogło 
dojŚĆ. bo przedtem była Biała Góra 
i wszystkie jej konsekiwencje. 
Przypomnialem to sobie po przeczy- 
taniu artykułu Adama Pragiera 
..Amba"ad'Or Juliusz Luk,asiewicz" 
(nr 1309 ,.Wiadomości"). Chodzi o 
tę cZęść artykułu. w której Pragier 
omówił jesień r. 1938, gdy pewien 
zbrodniarrz. pewien bufon i dwóch 
n;:eo.dpowiedZ'i,aJnych dUJ1nt:ów spot- 
kali się w stolicy Bawari'i. by sku- 
tecznie rozparcelOW'dć pań,
two cze- 
chosłowackie. Przy okazji 
ragier _. 
jak n.ajbardziej słusznie - skryty.ko- 
",:ał pohtykę polską, choć zapewne 
me uwzględnił wszystkich elemen
óW. 
W żywoUlym interesie polskim leżało 
niedo'Puszczenie do MonacTh!lum. Ale 
jak? Jedyna mDżliwość to było za- 
granie va banque. Tylko że przed- 
tem mus:!'iążę siedmiogrodz- 
kie, Gabl1ięstwa pośpieszył. A że 
T Uirkowrie k'u odsieczy nie zdążyli. 
cesarscy czesk,ie wojsko wraz z sied- 
miogradzkimi posiłkami znieśli pod 
We:iSbel1giiem. także Białą Górą zwa- 
nym. i od tej n1eszczę
nej potrzeby 
przyszedł kres na ślachtę czeską, bo 
jeon,i galrdło dali. a inni ku obcym 

!emi'om uchodzić musid.i". 
Tu duch KlonOfWica zamilkł na 
dłuższą chwilę i już obawiałem SIę 
że z
,iknie, aJoiści po przenwie pne- 
mówIł pDnownae. ..Nacja czeska prze- 
trwała, mOlWę i obyczaj ojczysty za- 
chowując, ale rycenskiej fantazj,i po- 
zbyć się musi! 
naJ
y
s7ej . potęgi subiektywizmem. jest 
w'
s
le najlepszym nauczycielem wolnej 
op!nll. Zbyszewski kocha się w przesa- 
dZie, w "o\'erstatement". A robi to L 
grac!ą.. odwagą. erudycją, niez.nośnym 
WdzIękIem. Podkreślając w ten sposob 

zgl
dność k.ażdej opinii. ktorą wyra- 
za. l zmuszając czytelnika do emocj,J- 
nalnego zaangażowania (proszę się 
przyznać, szanowny Worku. że Worek 
sam w tę pułapkę wpadł! Bo świado- 
mie czy instynktownie. Zbyszewski wła- 
śnie s
awia nam pułapki!). 


Kiedyś ta kontrowersyjna sztuka 
pUblicystyki kwitła w Polsce bogato, 
jak najpiękniejszy ogród pełen cudnych 
i jakże różnych kwiatowo Mielismy rów- 
nocześnie i Boya i łrzykowskiego i N,,- 
waczyńskiego i Nowakowskiego i... Bo- 
że, aż tchu mi z zachwytu brak. I co 
nam z tej glorii pozostało'? Kilku nie- 
dobitków, parę nowych zastrachanych 
talentów. bojących się własnych krnąbr- 
nych myśli? I mamy naszego ,.niezno- 
śnego" Zbyszewskiego, i Pan go nam 
wpycha do Worka że żmijami? Właśnie 
Pan?? 
Ale może i dobrze że go Pan we- 
pchnął. Wylezie z tego worka nawet 
nie poczuwszy ukąszeń, bo takich ta- 
lentów jad się nie ima. 
Na zakończenie. niech mi wolno bę- 
dzie przypomnieć wszem wobec bezcen- 
ną maksymę ostatniej wielkiej "Złotej 
Wolności Polskiej", wolności grydzew- 
skiej: "...niech sobie piszą co i jdk chcą, 
byle dobrze...". Co Pana serdecznie pro- 
szę czynić jak najczęsciej. 


Barbara S,ubsk:l. 


OD OśMIU LAT 


ZNANY I UZNANY ZA DOSKONAL 
 
in formator- przewod nik 


POLSKI 


Bohdarna O. Jeżewskiego. 


LONDYN 


wydanie ósme 


rozszerzone do 80 stron, nowa piękna barwna mapa 
centmlnego Londynu, kolorowy pfan kole
ek podziemnych, 
obszerny skorowidz (ponad 500 has,
ł), kopatnia wiadomości 
i adresów 


NIEZBĘDNY DLA WSZYSTKICH 


w Wielkiej Brytanii - 151-. w innych krajach rÓW1I1owartosć 
$ (US) 2.00 
księgarnie i kioski oraz li wydawcy: 
TAURUS (Publishers and Distributors) Ltd., 
298 Nol1thfield Ave.. London W.5
		

/Archiwum_002_01_134_0001.djvu

			6 


WIADOMOSCI 


Nr 1317, 27th June, 1971 


WIELKA FLAGA POLSKA POWIEWA 
NAD MAŁĄ WYSPĄ BRYTYJSKĄ 


""- 


Fot. autora, Londyn. 


PAMIĘCI POLAKÓW 
ZMARŁYCH ł ZAM ClONYCH 
W OBOZACH HITLEROWSKICH 
NA TEJ WYSPIE 
W LATACH .9 O - 1940'S 


, 


"Lewa 


W maju b.r. odbyło się w Monachium 
wręczenie autorowi powie
ci "Lewa 
wolna" nagrody literackiej w wysoko- 
ści 150 dolarów, ufundowanej przez 
inicjatorów Koła Przyjaciół Twórczo- 
ści Józefa Mackiewicza. Składając IV 
ręce pisarza tę nagrodę p. Alfons Ja- 
cewicz z Meksyku powiedział m.in.: 


.,Jako przedstawiciel Zarządu ŚWiato.. 
wego Koła Przyj'aciół Twórczości Jó- 
zefa Mackiewicza, przybyłem do Mo- 
nachium celem wręczenia naszemu zna- 
komitemu pisarzowi skmmnej nagrody 
literackiej za jego doskonałą książk
 
'Lewa wolna'... 
.,Przewodnią myślą książki jest że 


I " 
wona 


nagrodzona 


komunizm - t
 zgubę dzisiejszej ludz- 
kości - można było, z łatwością, znisL- 
czyć w zaraniu jego powstania. Urato- 
wano go od zagłady, i dziś widzimy 
wszystkie straszliwe konsekwencje tego, 
wyrażając się delikatnie, błędu. 
,.Zarząd naszego Koła postanowił 
przyznać Józefowi Mackiewiczowi tę 
nagrodę w kilka miesięcy po masakrze 
robotników portowych w Gdańsku, 
Gdyni i Szczecinie. Jak wiadomo, Józef 
Mackiewicz pracował, pod okupacją so- 
wiecką, jako zwykły robotnik. 
,.Przyznano tę nagrodę również w tym 
celu, aby upamiętnić 50-ą rocznic
 
sławnych bojow kawalerii polskiej z 
konnymi armiami Budiennego i Gaja. 


Mnie zaś, jako byłego szwoleżera, wy- 
brano do tej zaszczytnej misji złożeni:l 
tego czeku na ręce byłego ochotnika- 
ułana, który w ciągu bez mała dwoch 
lat walczył szablą i lancą z najeźdźcą 
bolszewickim a dziś walczy nadal swym 
mistrzowskim piórem z naj.niebezpiecz- 
niejszą odmianą bolszewizmu, z tak 
zwanym 'komunizmem z ludzką twa- 
rzą!. .. 
,.Przyjmij, Drogi Panie J6zefie, tę 
skromną 'polską nagrodę Nobla' za 
'Lewą wolną'. Oby następna nagroda 
za Twój geniusz pisarski, ciężką pracę 
i niezłomny charakter była prawdziwą 
nagrodą Nobla, czego Ci życzy z całe- 
go serca nasz zarząd". 


s 


I 


o 


o 


w 


..;Ya początku było Słou'o 
i Bo{{iem było Słowo". 


Słowo było u Bo{{a 


l\Ta planecie, istnie1ącej lV p-rzeslu'o-rzach rnocą wiroll'an;a, 
t.vcil' zatacza koło - 


Na końcu musi być Słowo, punkt 
/yc::nv pOll's/ania. 


C
łoll'iek ze Słowa powstał, ze Słowa, 11 i" - z pmchu 
i w slowo się obróci. 


Sam Ró{{ się zasmuci, 
Cdv rialo stanie się Słou'em, początkiem iS/llie"ia 
i .Iam BÓ!{ się uśmiecha, {{dy mocą pr:e:llaczclIia 
Słowo s/aje się ciałem i clłou'ami płvnie. 
Balsam dlo ludzkiej nędz...., i rz.elw w dolil/lc. 


... 


Marmurowa tablica na pomniku ku czci ofiar hitleryzmu, zmarłych w obo. 
zach koncentracyjnych na wyspie Alderney (Wyspy Normandzkie na kanale 
La Manche). Ufundowana przez Man
 i Mariusza Hrynkiewicz-Moczulskicil. 
Janinę Miodyńską i Halinę Chwalibóg z Londynu, odsłonięta przez delegację 
pod przewodnictwem gen. A. B. Hro,'hwicz-Lewińskiego w czasie wielkiej pu- 
blicznej uroczystości 27 sierpnia 1
7t). 


PllOt(J
raph by COllrtesy ol Mr. G. Reed, London. 


""'" 


:.,..
 


:;,t.- . I"
. ;:: 


:+.1.1 


". ," 


..;;r";.. 


-:.i...... 


..
 Ił', 


". .. -:...; >
 


.... 
"""4łIllON'f) 
.U.Q:1IA
 


..The Hammond Memorial" na wyspie Aldemey. ufundowany przez ro. 
dzinę miejscowych obywateli. ku upamiętnieniu ofiar hitleryzmu, zmarłych 
w obozach niemieckich w czasie okupaCji wyspy w latach 1940-1945. 
WśrÓd flag narodów, których obywatele znaleźli się w obozach koncentra- 
cYJnych na wyspie. pierwsza z lewej - flaga polska (umieszczona od chwili 
wybudowania tego pomnika). Tablica polska (fotografia powyżej) pierw- 
sza z lewej. 


Wyspa Alderney czy też Aurigny, 
trzecia co do wielkości wyspa archipe- 
lagu na kanale La Manche, w pobliżu 
francuskiego półwyspu Cotentin (Doln