Kwartalnik Artystyczny : Kujawy i Pomorze 2000 nr 2(26)

". 


.. 
. . 


- .. 
. . 


.. 
. 


: 


... 


KVV A
 - 
I -T I -:' 


... 


IK 


. - 


" 
.. , 
. . 
I .. 
: . 
. . f .. 
... 
. .. 
0 . . 
: . .. 


'" ,.. '" 
,- . -- 
, I 


LES EDITIONS 
DE MINUIT 


i 


, 


.. 


- 
.. '- .
.." " . .. 

 :.
 ..,.-. .,... r '.. . 
. - 

. . 
- .. - 
. , . 
.. 
. 
. . *m 
, 
" .. 
6 
- .. 
. .. .. 
. . . .. .. 
. ." -o.. . ... . .- -. 
iI 
.. r: 
- 
. ... \. 

 ..,.. . 7 
" ... .. 
.. . ..... 
. . 
. : -.; 
",. 
. . . , . 
.:" 
.. t .. . 
. Ii , . 
t t 
, ." .. 
. ... 
. .. .. ...
>>>
KVVARTALNIK 
IARTI VSTVCZNV 


K U J A W Y P 0 M 0 R Z E 
Nr 2 /26/ 2000 
Biblioteka GI6 
w 8 wna WSP 
Zbior Ydgoszczy 
Y CzasoPism 
Spis rzeczy 


CZESLAW MILOSZ 


Obrz
d / 3 Jeden i wiele / 5 


Rozmmva 
"Wydawca to slowo w liczbie mnogiej" - J E R 6 M ELI N DON, 
dyrektor Editions de Minuit w rozmowie z Markiem K
dzierskim / 9 


MAREK KEDZIERSKI 


o now'! powidc. Autorzy Editions de Minuit / 21 


Autorzy Editions de Minuit 
SAM U E L B E C K E T T Mercier i Camier / 59 
N A T HAL I E S A R R AUT E Tropizmy / 63 
MAR G U E R I TED U R A S Niebieskie oczy czame wlosy / 68 
C LA U DES I M 0 N Le Jardin des Plames / 73 
ROB E R T PIN GET Apokryf / 79 
A L A I N ROB BE - G R ILL E T Ostatnie dni Henri de Corinthe'a /85 
C H R 1ST I A N G A ILL Y Pasja Martina Fissela-Brandta /89 
J E A N E C HEN 0 Z Odchodz
 / 95 
J E A N - PHI LIP PET 0 U S S A I NT Lazienka /101 
E R I C C H E V ILL A R D Dzida posmiertne Thomasa Pilastera / 109 
J E A N R 0 U A U D Prezenty dla was / 115 


ZBIGNIEW HERBERT 
JERZY ANDRZEJEWSKI 


Pana Cogito przyczynek do tragedii Mayerlingu / 121 
Dziennik paryski (2) / 123 


Trzy JViersze 
MARIA DANILEWICZ ZIELINSKA 


*** / 137 


ALEKSANDER JUREWICZ Czyjdspojrzenie/141 
J A NUS Z STY C ZEN Otwarcie grobu swi
tej / 147 Cialo / 148 
Smiertelne wesele / 148 Zamarzni
te poz,!danie / 149 
T opiel coraz wi
ksza / 150 Dziewczynka z chryzamemami / 151 
KA Z I M I E R Z BRA K 0 N I E C K I Z wierszy atlantyckich /153 W AIpach / 156
>>>
Po co pisZf? 
ANN A N A S I LOW S K A Moje pisanie / 159 
TOM A S Z J A S T RUN *** / 161 
JAR 0 S LAW K L E J N 0 C K I * ** / 162 


TOM AS Z J AS T RUN Odcisk /163 Smuga / 163 Usmiech / 164 
Odejscie / 164 
JAR 0 S LAW K L E J N 0 C K I Okno / 165 Wierzbno / 165 
*** (Pozostal jeszcze fax...) / 165 


Plastyka 
PREZENTACJE - JANINA GARDZIELEWSKA /167 
Varia 
M I C HAL G LOW INS K I Czyn urodzinowy / 175 
ALE K SAN D E R J U R E WI C Z Zapiski ze strozowki (7) / 179 
J U L I A N K 0 R N H A USE R Napis / 182 
L E S Z E K S Z A RUG A Wodna piecz
c (5) /187 
Z BIG N I E W Z A K IE W I C Z Ujrzane, w czasie zatrzymane (6) / 195 
Recenzje 
K R Z Y S Z T 0 F M Y S Z K 0 W SKI Inne okolice / 202 
K R Z Y S Z T 0 F M Y S Z K 0 W SKI Na biegunach / 204 
PAW ELM A J E R SKI , Medaliony Rozewiczow / 205 
J E R Z Y G I Z ELL A Swi
ta dla zaawansowanych / 208 
.M A R I A C Y RAN 0 W I C Z Pochwala miloki w staroki / 212 
A D R I A N A S Z Y MAN S K A Wieczne dziecinstwo swiata / 214 


Noty / 218
>>>
\. 


;I 


" 
" 


" 


\ 



 
!:t 

 
- 

 
1:: 
'=' 
c:: 
..; 
ti: 


''\ 


Czeslaw M,losz w B.vdgoszezy, 8 ezerwea 1995. 


CzeslalV Milosz 


Obrz
d 


Ale tak, Bereniko. Nie tyle \vi
cej spokoju, 
Co poblazania dla siebie i innych. 


Nie wymagac od ludzi 
Zalet, dla ktorych nie s,! st\vorzeni: 
Harmonii rozumowan, \vierzen ze sob,! 
Niesprzecznych, zgody 
Pomi
dzy uczynkami i \viar'!, pe\vnosci. 


Zdawaloby si
 przezroczysci, ze \vidac na \\rylot, 
A tam ciemne kl
bi
ce si
 moce. 
M ysl
 teraz 0 J erzym, Atanazym, Kasi, 
o kt6rych nikt nie opo\vie az do s(}dnego dnia. 


3
>>>
Jakiez tam komplikacje! Linia losu 
Rozdziela si
, koziolkuje, skacze w bok, 
Ale zostaje jedna w ludzkiej pami
ci. 
Slowa raz wym6wione S,! im przypisane, 
Choc nie przyznaliby si
 do nich. 
I kiedy nawet chcieli przekazac swiadectwo, 
Nie wyniklo nic z tego, bo gdzie im do prawdy. 
Tacy tedy kl
kamy w naszym kosciele, 


Posr6d kolumn zwienczonych zlotym akantem 
I strojnych anio16w, kt6rych cicnkie tr,!bki 
Obwieszczaj,! za duz,! dla nas wiese. 


Uwaga nasza kr6tka, m6wi Berenika. 
Moja mysl wraca, liturgii na przek6r, 
Do 16zka, lustra, telefonu, kuchni, 
Niezdolna uniese miasta J eruzalem 
Sprzed dw6ch tysi
cy lat, i krwi na krzyzu. 


J ednak szybujemy, chociaz obci,!zeni 
Zapachem sosow, krzykami z w,!skich uliczek, 
Widokiem polci mi
sa w sklepach rzezniczych 
Wzbijaj,!c si
 nad oltarz, kosci61, miasto, 
Obiegaj,!c wiruj,!c,! ziemi
. 


I oni, nasi blizni, oni, Bereniko, 
W tej samej lawce obok, ich swiadomose, 
Moja swiadomose. Oto tajemnica 
Niemal milosnej przemiany mojego "ja" w "my". 


"Jestescie sol,! ziemi, jestescie swiadem ziemi" - 
Powiedzial i przyzywal nas do swojej chwaly, 
Zwyci
zca niepoddanych nikomu praw swiata. 


Wiem, ze przyzywal - mowi Berenika. 
Ale co z w'!tpi,!cymi? Czy daj,! swiadectwo 
Kiedy milcz,! z milosci do J ego imienia? 


A moze my zaczniemy adorowae kamien, 
Zwyczajny polny kamien, sarno jego Bycie, 
I odprawimy modly, nie otwieraj,!c ust? 


4
>>>
J eden i wiele 


, 
LiczbC} zarzC}dza KsiC}z
 Tego Swiata. 
PojedynczosciC} lagodny Bog wlada: 
Lina ratunku i sprawca wyjC}tku, 
W moich blC}dzeniach mieszkal od poczC}tku. 


J eden - przeciwko tabliczce mnozenia, 
Szczegolny, wolny od uogolnienia, 
Bez rC}k i oczu, jednak rzeczywisty, 
Nie istniejC}cy, ale co dzien isty. 


Niech nas nie trwozC} millenia daremne, 
Groty jaszczurow umieraniem ciemne, 
W platach zgnilizny mrowiC}ce si
 zycie, 
Ani odleglych galaktyk mglawice. 


Bo glos czlowieczy w probach nie ustaje, 
Piesn ukladajC}c ku grozie i chwale. 
I wszystkie rzeczy SC} nam ostateczne, 
Obce i pi
kne, ale w sobie sprzeczne. 


Czeslaw Milosz 


5
>>>
;.,. 


" 
.... , \ 
).. 
it. 
. c t 
L i 
0" 
r 
. 
;..- .. 
.. 


4 


.. .... Ewa Bathe/ier 


6 


. 


.
>>>
. - 


... " 


..' . 
.
!

t! 


... 


- 


.: 
.;..:...:: 



 


\ 



 , 


-- 
't"- 


:
:;;
:
 


.... 


\ 
f/Io 
I 


4 


..... 


. .. 


... .... 


.... 


. 


, 


LES EDITIONS 
DE MINUIT 


"It 


*»1 




 . 
.3 



 


ell"" __ 


.. 


. 


. 
. .' 


; 
f. . 
. 
. . 
.. .. . 
'. ,.....".. 
". ..".... . 
. ... ' , 


" 


. 
. 



'. 


I . 


........ 



 


'" 


- 



 .. 


. 


:... 
'- 
.... 
-.... 
'- 

 
.... 

 

 

 
:;,.. 

 


.. 


7
>>>
5 


15 8 EN ATTENDANT CODOT 


VLADIMIR. - II ne viendra pas ce soir. 
GAR
ON. - Non Monsieur. 
VLADIMIR. - Mais il vi
ndra demain. 
GAR
ON. - Qui monsieur. 
VLADIMIR. - Siirement. 
GAR
ON. - Qui monsieur. 


Silence. 
VLADIMIR. - Est..ce que tu as rencontre quel.. 
qu'un ? 
GAR
ON. - Non monsieur. 
VLADIMIR. - Deux autres (if he site) ...hom.. 
meso 
GAR
ON. - Je n'ai vu personne, Monsieur. 
Silence. 
VLADIMIR. - Comment va ton frere ? 
GAR
ON. - II est malade Monsieur. 
VLADIMIR. - C'est peut..etre lui qui est venu 
hier. 
GARc;ON. - Je ne sais pas Monsieur. 
Silence. 
VLADIMIR. - II "a une barbe. Monsieur Go.. 
dot? 
GARC;ON. - Qui Monsieur. 
VLADIMIR. - Blonde ou... (il hesite) ...ou 
noire ? 
... ".d 
't 

.,.. 

LI\ DIM fill - 
 ut.. « fk " J., t , 
G
:' ' u" ll
 reA. Ct\te"'M . 

 -- . 
GA

ON - qu.i 
.w
. 
Vl.A " (:: t" Ato
 . 
I)'
' 
 f-t'1.
 '". t.Y\. .M#'JWlaLr" . 
aA 

q,,, - h. ""e ) - 'S ,.((
 


Fragment katalogu Editions de Minuit z 1956 roku: facsimile jednej ze stron pierwszego wydania 
»Czekajqe na Godota» (1952) poprawionej przez autora, jui po pierwszyeh przedstawieniaeh sztuki, 
z my/Ill: 0 drugim wydaniu (1953). 


8
>>>
"Wydawca to slowo 
w liczbie mnogiej" 


Jerome Lindon, 
dyrektor Editions de Minuit 
w rozmowie z Markiem I(fdzierskim. 



 
) 


" 



 


Marek Kfdzierski: Jako nastolatek byl pan w JJmaquisJJ 
(ruch oporu), majqc zaledwie dwadzieicia trzy lata objql pan kierownictwo otoczone- 
go juz legendq wydawnictwa, w ktorym konspiracyjnie publikowali Eluard, Mauriac, 
Aragon i Paulhan i w ktorym - choc borykalo sif z klopotami finansowymi - pod pa- 
na kierownictJvem 1V ciqgu dziesifciu lat zrodzila sif cala formacja literacka. Mowif 
o JJnouveau roman JJ - nurcie, ktory nie tylko radykalnie zmienil pejzaz literacki we 
Francji i poza jejgranicami, ale i sposob myilenia 0 powieici. 


Jerome Lindon: Kiedy obejmowalem kierownictwo, nie mialem poj
cia, co 
si
 z tym wi'lzalo. Jestem zlym businessmanem, bez zadnego wyksztalcenia 
w tym kierunku. Od razu, dzi
ki Georgesowi Lambrichsowi mialem okazj
 po- 
znac pierwsz'l fal
 pisarzy, tworcow 0 pewnej juz renomie, takich jak Georges 
Bataille, Pierre Klossowski, Maurice Blanchot. Wydawalismy ich ksi'lzki, ktorych 
. nie chcial publikowac Gallimard. Nie bylo to jednak wielk'l zasIug'l, poniewaz 
juz wczdniej znani byli oni jako pisarze. Prawdziwy pocz'ltek Editions de Mi- 
nuit to rok 1950, kiedy w naszych r
kach znalazly si
 pierwsze trzy r
kopisy Sa- 
muela Becketta - powidci Molloy, Malone umiera oraz sztuka Czekajqc na Go- 
dota, zas nieco pozniej powidc Nienazywalne. Pierwsza cz
sc trylogii ukazaia 
si
 w 1951 roku, druga i trzecia odpowiednio rok i dwa lata pozniej, a mi
dzy 
nimi opublikowalismy w 1952 Godota. 


M.K.: Gdyby nie pan, nie wiadomo, czy JJCzekajqc na Godota JJ , chyba najwazniej- 
sza XX - wieczna sztuka teatralna, w ogole doczekalaby sif premiery. 


J .L.: Od wydania ksi'lzek Becketta zacz
la si
 prawdziwa historia wydawnic- 
twa. Nawet jdli zdobylo ono juz pewn'l samodzielnosc ekonomiczn'l, do tego 
czasu niczego wlasnego nie dokonalo. Wszystko zaczyna si
 od Samuela Bec- 
ketta. Alain Robbe-Grillet zwi'lzal si
 z nami, poniewaz bylismy wydawc'l Bec- 
ketta. Michel Butor i kolejni pisarze zjawili si
 tu rowniez dlatego, ze zacz
li- 
smy istniec w dniu wydania MolloyJ a . 


9
>>>
M.K.: OdcztlJVa pan dltlg JVobec Becketta? 


J.L.: Tak, i to z wielu wzgl
dow. Przede wszystkim osobistych, prywatnych, 
bowiem zawsze nie tylko mialem dla niego tyle szacunku i podziwu jako pisarza, 
lecz takze bylem z nim zwiqzany emocjonalnie. Rowniez dlatego, ze nasze wydaw- 
nictwo zapewne nie istnialoby w ogole, w kazdym razie nie w obecnej postaci, gdy- 
by los nie dal nam tej szansy. To byla wielka niespodzianka, ze w malej oficynie, 
ktora praktycznie jeszcze nie zaistniaIa, w moich r
kach znalazly si
 ksiqzki genial- 
ne, calkowicie wyjqtkowe. Bylo to dla mnie cos na miar
 Kafki i Faulknera - nigdy 
bym nie przypuszczal, ze jako wydawc
 moze mnie cos podobnego spotkac. Wte- 
dy po raz pierwszy powiedzialem sobie - a kierowalem Editions de Minuit juz od 
dwoch lat - ze bye moze rzeczywiscie uda mi si
 stworzyc wydawnictwo z praw- 
dziwego zdarzenia. Moglbym mowie 0 Becketcie bez kOflCa, starczyloby na wypel- 
nienie caIej rozmowy 0 naszym \vydawnictwie. Od niego wszystko bierze POCZq- 
tek. Gdyby nie Beckett w 1950 roku, Editions de Minuit okazaloby si
 efemeryd q , 
ktore opublikowalo par
 tytu16w odrzuconych przez Gallimarda. 


M.K.: Po Becketcie mial pan szansf JVprowadzenia do literatury wieht nmvych nazwisk. 


J.L.: Poiniej oczywiscie wydalismy wielu waznych pisarzy. Najpierw pojawil 
si
 Robbe-Grillet. Zacz
lo si
 od wydania jego pierwszej ksiqzki pt. Gumy. Po 
odejkiu Georgesa Lambrichsa objql stanowisko redaktora naczelnego, chyba 
w 1955 roku. Alain odegral wielk q rol
, z racji swych kontaktow ze "swiatem". 
Byl wyrobiony towarzysko - ja osobikie nie jestem taki towarzyski, nie bywam 
"w miekie", nie mam tylu kontaktow, w tym zawodzie to raczej ulomnosc. To 
dzi
ki Alainowi uafili do Minuit tacy pisarze jak Marguerite Duras, ktora przy- 
niosia nam Moderato cantabile, swojq pierwszq powidc. Nie pami
tam doklad- 
nie, w jakich okolicznokiach zjawil si
 tu Claude Simon, ale i on znal Robbe- 
-Grilleta, tak samo jak mnie. Nathalie Sarraute trafila do Minuit rowniez dzi
ki 
Alainowi. Znal jej Tropizmy, ktore przed wojnq ukazaly si
 w wydawnictwie De- 
noel. Zapytal Sarraute, czy nie dalaby nam tej nie wznawianej po wojnie powie- 
sci. Nathalie Sarraute, zawsze bardzo uczciwa i fair wobec swoich wydawcow, 
odpowiedziala: "najpierw musz
 to zaniese Gallimardowi, bo on jest teraz mo- 
im \vydawcq". Ku mojemu zaskoczeniu, i jej pewnie tez, okazalo si
, ze Galli- 
mard odrzucil Tropizmy. Tak wi
c to my wydalismy t
 powiese. Po latach, kie- 
dy \vydawano Sarra ute w bibliotece Plejady u Gallimarda, w krotkiej charakterystyce 
stosunkow Sarra ute i Gallimarda nie podajq tego szczegolu, mowi q , ze powide 
ukazaia si
 W Minuit, ale nie wyjaSniajq, w jakich okolicznosciach. A miala prze- 
ciez ukazae si
 u nich. Szkoda, bo to ksiqzka emblematyczna. Nie znam doklad- 
nych statystyk, ale wydaje mi si
, ze osiqga zdecydowanie najwyzsze naklady. 
Sam tytul wr
cz utozsamia si
 z dzielem pisarki. Zatem te trzy ksiqzki, Modera- 
to cantabile, Tropizmy i Wiatr, wydalismy dzi
ki Robbe-Grilletowi. Poiniej Ala- 
in, z powodu wlasnej pracy pisarskiej i filmowej, nieco si
 oddalil od Minuit. 


10
>>>
W latach siedemdziesiCltych nie pojawial siC; zbyt czc;sto, dlatego od tego mo- 
mentu ja sam czytalem nadsylane rc;kopisy. 


M.K.: Panskie credo jako wydawcy? 


J.L.: Wydawca to slowo w liczbie mnogiej. Bye wydawcCl nie znaczy jedynie 
wybrae manuskrypt, utrzymywae stosunki z autorem, wyprodukowae ksiClzkC;, 
lecz takze zapewnie jej rozpowszechnianie, rowniez w sensie handlowym. Ni- 
gdy nie pozwolilbym sobie na to, zeby zaniedbywae ten ostatni aspekt. Czujc; 
odpowiedzialnose wobec publikowanych utworow i autorow. Polega ona na za- 
pewnieniu im, jak wskazuje samo slowo "publikowae", publicznej egzystencji. 
Nie oznacza to, ze pisarze majCl stae siC; milionerami, tylko ze mogCl przynaj- 
mniej z pisania siC; utrzymae. 


M.K.: To, co zazJVyczaj nazywa sif "zespolem lektorow" w pana JVydawnicnvie na 
ogol ograniczalo sif do dw6ch, trzech osob. Od 1951 roku. zajmujecie ciasne pomieszcze- 
nia w zau.lku nieopodal St.Germain-des-Pres. Wydaje sif, ie z ograniczenia uczynil 
pan cnotf. Jest pan mistrzem w trzymaniu. w ryzach, sku.tecznie przeciwstaJVial sif pan 
zawsze wszelkiej poku.sie ekspansji. 


J .L.: Struktura organizacyjna Minuit jest bardzo "lekka", co oznacza, ze 
tak nasze ogolne koszty, jak i lista plac nie SCl szczegolnie wysokie, co wazne 
jest zwlaszcza w trudnych okresach. PoczCltek byl trudny. Pie1\\'SzCl ksiClzkCl, 
ktoq spotkal sukces komercyjny, byla Przemiana Butora w 1957 roku. Do te- 
go momentu miewalismy fazy niebywalych napic;e, czasami nie starczalo pie- 
nic;dzy do konca miesiClca, bylismy w niezlych opalach, tonc;lismy w dlugach. 
Przet1\valismy tylko dziC;ki rodzinie i przyjaciolom. Na szczc;scie zawsze znaj- 
dowali siC; tacy, co mogli mi pomoc. 


M.K.: Panskie wydawnicTwo praktycznie biorqc zachowalo do dzif pienvotnq struk- 
tu.rf or;ganizacyjnq. 


J.L.: Mamy takCl samCl strukturc;. Kiedy rozpoczynalem pracc;, stanowilismy 
dziesiC;cioosobowy zespol i wydawalismy dwadzieScia tytul6w rocznie. Pic;edzie- 
siClt lat pozniej jest nas dziewic;cioro i wydajemy szesnascie tytulow. 


M.K.: Z tq roinicq, ie wowczas mielifcie w katalogu. dwadziefcia tytulOw, a teraz 
kilkaset. 


J.L.: Z pomocCl nowej technologii mozna obecnie rozporzCldzae dwadzie- 
Scia razy wiC;ksZCl ilosciCl tytulow. PracujCl u nas ludzie 0 wysokich kwalifikacjach, 
ale nie jest ich wic;cej niz w 1948 roku. Gdybysmy urosli wraz z sukcesem Prze- 
miany, bez wCltpienia w nastc;pnych latach napotkalibysmy olbrzymie trudnosci, 


11
>>>
na pewno jako wydawnictwo juz bysmy nie istnieli. Lata po Prix Renaudot by- 
ly tak rrudne, ze pod koniec miesi}ca nie wiadomo bylo jak zaplacie wszystkie 
rachunki i wyplacie pensje pierwszego. Dlatego poiniej zawsze staralem si
 
miee, jak to si
 mowi, uoch
 pieni
dzy w zanadrzu, zeby juz nie ryzykowae ta- 
kiej symacji. Jest to wazne rowniez z tego powodu, ze pewien margines docho- 
du daje nam oczywiscie znacznie wi
ksz} swobod
 w kwestii wyborn tekstow. 
Ktos stoj}cy w obliczu bankructwa nie moze sobie pozwolie na zadne ryzyko. 


M.K.: Wyrainie ograniczyl pan rowniei zakres wydawanych pttblikacji, skttpiajqc 
sif, oprOcz eseistyki httmanistyczneJ
 na Iiteraturze pifkneJ
 a fcifle m01viqc na tekstach, 
z niewieloma wyjqtkami, napisanymi po francusktt, prawie wylqcznie tttworach pro- 
zq, znacznie rzadziej dramatach. 


J.L.: ,V przypadku dramatu prawie zawsze s} to teksty prozaikow, ktorzy 
uprawiali tez dramat, na przyklad Beckett... 


M.K.: .. .Koltes? 


J.L.: Bernard-Marie Koltes tez przyniosl nam najpierw powieSe - La fuite a 
cheval. Pierwszy wydany przez nas tekst dramatyczny Koltesa, Combat de negre 
et de chiens, mial juz dwoch wydawcow. Obaj nie chcieli jej wznowie, pierwszy 
to chyba byl Theatre des Amandiers, drugi Stock - a moze odwrotnie - wydali 
go, ale nie uwazali utworow Koltesa za wystarczaj}co wazne. Dla nas to jeszcze 
jedno korzysrne zrz}dzenie losu. Wie pan, od pocz}tku wi
kszosc naszych au- 
torow to pisarze odrzuceni gdzie indziej. Choeby Beckett, choe to nie on cho- 
dzil do wydawnictw, tylko jego przyszIa zona Suzanne i przyjaciele. Zwracali si
 
najpierw do duzych wydawnictw, nie do malych, to normalne. Wbrew po- 
wszechnemu mniemaniu to nie wydawca wybiera sobie autorow, tylko najpierw 
autor wybiera wydawc
. I jezeli wydawca nie ma w r
kach tekstu, bo zaniesio- 
ny zostal gdzie indziej, nie moze przeciez go opublikowae. Przez dlugi, dlugi 
czas mielismy ten problem, tak bylo jeszcze w wypadku Jeana Echenoza czy Je- 
ana-Philippa Toussainta, a wi
c praktycznie do lat osiemdziesi}tych. Na ogol 
przynoszono nam teksty nie jako pierwszemu wydawcy. Obecnie nieco si
 to 
zmienilo - pisarze mlodego pokolenia, jak Laurent Mauvignier, czy Tanguy 
Viel, zapytani, czy zanosili teksty innemu wydawcy przed nami, cz
sto odpowia- 
daj}: Nie, wyslalem tylko do Editions de Minuit. Ale to od niedawna. 


M.K.: Dlaczego nie przynosili? DIaczego teraz przynoszq? 


J.L.: Poniewaz szukaj} wydawcy 0 takim profilu. Ale to od niedawna. Jean 
Echenoz na przyklad powiedzial: "Nie s}dzilem, ze moje ksi}zki S} wystarcza- 
j}co powazne, zeby je poslae do Minuit". Widzi pan, wydawnictwo ma reputa- 
cj
 powaznego! Podczas gdy dla mnie zawsze, zaczynaj}c od Becketta, liczyl si
 


12
>>>
humor. Ale widae nie tak nas postrzegano - raczej w aspekcie metafizycznym, 
fundamentalnym. Wowczas (zreszt'! do dzis niewiele si
 we Francji w tym 
wzgl
dzie zmienilo) to, co zwi,!zane jest z humorem, uwaza si
 za niezbyt po- 
wazne, w tym sensie, ze nie moze bye wielk,! literatur'!, gdy tymczasem w kra- 
jach anglosaskich czy w Niemczech mozna sobie wyobrazie wielkie dzielo, kto- 
re jest jednoczeSnie peine humoru. Nawet przyklad Kafki jest interesuj'!cy, 
poniewaz to, co pisal Kafka, jakze cz
sto jest arcyzabawne. Bardzo dlugo tego 
u niego nie zauwazano, nawet teraz wi
kszose czytelnikow tego nie dosuzega. 


M.K.: Nikt nie ma odwagi. 


J.L.: Z Beckettem tak sarno. Nikt nie mial odwagi stwierdzie, ze jest zabaw- 
ny. A w moim wypadku juz pierwszy kontakt z tekstem Becketta wywolal ka- 
skady smiechu. Pami
tam, czytalem Molloy'a w meuze i tak si
 smialem, ze nie- 
mal pogubilem luine kartki r
kopisu. Potem zdziwilo mnie, ze pocz'!tkowo 
nikt nie zauwazal tego u Becketta. Dopiero duzo poiniej, juz za spraw,! insce- 
nizacji, zacz
to podkrdlae blazenskose tych sztuk. Ostatnio natomiast ktos 
mnie zaskoczyl stwierdzeniem, ze cech,! ksi,!zek Minuit jest ich komizm. Tego 
tez bym nie powiedzial, nawet jesli tyle humoru mozna znaleie u Echenoza, 
Chevillarda, Laurrenta i innych. Bo przeciez s,! i takie ksi,!zki, a propos ktorych 
nigdy nie wpadlbym na pomysl, ze ukazuj,! poczucie humoru ich autorow. 


M.K.: Trudno by/oby powiedziei, ze Duras miala go zbyt wiele. 


J.L.: Z Simonem jest podobnie. 


M.K.: Nie to jest wifC wspolnym mianownikiem. 


J.L.: Nie ma takiego. Chyba ze - wspolnym mianownikiem byloby moze to, 
ze wszystkie te ksi,!zki czytane byly, omawiane i wybrane przez grup
 ludzi 0 bli- 
skich pogl,!dach (Robbe-Grillet, moja corka Irene i ja). Trudno mi mowie 0 punk- 
tach stycznych, a tym bardziej wspolnym mianowniku. Zreszt'l jako wydawc
 inte- 
resuj'l mnie nie tyle punkty styczne, tylko to, w czym poszczegolni pisarze S,! inni, 
czym si
 rozni,!. Publikowae utwory ludzi, ktorzy odpowiadaj'l jakims wspolnym 
normom - to by mnie zbytnio nie interesowalo. Nowose, ktorej oczekuj
, to wla- 
snie fakt, ze mowi,! mi cos zupelnie innego niz to, co juz znam. Dobry wydawca 
to taki, ktory nie ma pami
ci, ktory potrafi wytworzye w sobie jakby prozni
. 


M.K.: Chce pan dai sif zaskoczyi. 


J.L.: Tak, dae si
 zaskoczye. No wlasnie, cz
sto mnie pytano, jakie obralem 
kryterium wyboru, czy istnieje jakid kryterium. Nie, niczego nie wie si
 z gory. 
Moze tylko pisarz wie, co powinien napisae, ale wydawca - nie. Wydawca jest 


13
>>>
przez caly czas w stanie zachwiania rownowagi, niewiedzy, nidwiadomoki 
i poczucia jakiejs koncowki. W kazdej chwili wszystko wydaje si
 skonczone. 
I nagle cos si
 zaczyna. 
Liczy si
 przede wszystkim - i to jest dla nas najwazniejsze - debiut, pierwsza 
ksi,!zka nieznanego jeszcze autora. NajtrUdniejszym, ale i najbardziej ekscytuj,!cym 
jest owo przejscie od stasis do ruchu, od zera do jednego. Duzo latwiej przejsc od 
jednego do dwoch. Tak jak w samochodzie, kiedy si
 ruszy, dodawanie gazu nie jest 
takie trUdne. Dzis ranD czytalem w jednej z wielkich gazet artykul 0 Toussaincie. 
Gdyby chodzilo 0 jego pierwszy utwor, nie poswi
cono by mu ani slowa, a teraz, 
prosz
, ukazuje si
 dwustronicmvy artykul z duz,! fotografi,! - dlatego, ze to Jean- 
_ Philippe Toussaint. Choc ksi,!zka przeci
tna. Pocz'!wszy od pewnego momentu na- 
sza rola nie jest juz tak istoma, mozna by ustawic na stacji metra automatyczny dys- 
trybutor sprzedaj,!cy Czekajqc na Godota, wkladaloby si
 czterdzidci £Tanko\\' 
i wyci,!galo egzemplarz - na tym etapie \vydawca nie jest tak potrzebny. I to nie jest 
problem jakosci utworu, ten sam wytwor umystu czy ducha staje si
 pewnego dnia 
produktem konsumpcyjnym, tak moze si
 dziac z dobrymi albo zlymi ksi,!zkami. 


Jf.K.: ]eszcze w latach pifcdziesiqtych Bernard Grasset okreflal Minttit mianem 
J)wydawnictwa bez pokryciaJ).]a wolalbym mawic 0 1vydawnictwie odkryc .. Czym rai- 
ni sif z panskiego punktu widzenia JJodkrycieJ) w latach pifcdziesiqtych od dzisiejszego? 


J.L.: To cos zupetnie innego. Juz powiedzialem, jacy autorzy w latach pi
c- 
dziesi'!tych budowali reputacj
 Editions de Minuit. W porz,!dku chronologicznym: 
Samuel Beckett, Nathalie Sarraute, Marguerite Duras, Alain Robbe-Grillet, Michel 
Butor - tych pi
cioro, ktorzy S,! bardzo znani i z powodu ktorych mowi si
 0 no- 
uveau roman. Dwaj ostatni wydawali przede wszystkim w Minuit. Wydawcami Sar- 
raute byli Gallimard i Denoel, nawet Beckett publikowal wczeSniej u Bordasa, 
a przed wojn,! wydawal po angielsku w Routledge. Duras publikowal Robert Ma- 
rin, potem Gallimard. To nie byli debiutanci, to byli juz pisarze - moze niezupet- 
nie w przypadku Becketta, ale na pewno \V przypadku Duras i Sarraute - znani, kto- 
rzy przyszli do Minuit w okolicznokiach, 0 ktorych wspominalem. Byli juz 
w pewnym wieku, Nathalie Sarraute miala 571at, Claude Simon, ktory publikowal 
u dwoch wydawcow - Ie Sagittaire i Calman- 
vy - mial 45 lat, Beckett tez, to nie 
debiutanci, tylko ludzie w pelni uksztaltowani, dojrzali jako pisarze. Duzo latwiej 
dostrzec, przepraszam, wydac, pisarzy, ktorzy nie tylko wydawali juz gdzie indziej, 
ale przede wszystkim dysponuj,! juz petnym warsztatem, niz znalezc nikomu nie- 
znanego dwudziestolatka, ktory jako pisarz nie osi,!gn'!l jeszcze tego punktu doj- 
rzalosci, w ktorym znajdzie si
 moze za dwadzidcia lat. To drugie pokolenie to lu- 
dzie, ktorzy, jezeli si
 nie wyda ich na pocz'!tku, ich dziet, jeszcze niedoskonalych 
w porownaniu z Moderato cantabile czy MolloyJ em , to albo nie opublikuj,! nigdzie, 
albo nie trafi,! juz tutaj. Ktos inny wyda ich najwazniejsze dziela. Otrzymujemy r
- 


. gra stow "edition de decouvert": "edition de la decouverte". 


14
>>>
kopisy, 0 ktorych cz
sto wiemy, ze s(! niedoskonale, ale tlumaczymy sobie: auto- 
rom trzeba udzielie kredytu zaufania. Podejmuj(!c decyzj
 0 publikacji debiutu 
w rzeczywistosci wybieramy nie ten jeden tekst, tylko przyszle dzielo autora. To 
duza roznica. Ryzyko jest znacznie wyzsze. No ale mimo wszystko, moze nie 01- 
brzymie, poniewaz w ci(!gu pi
edziesi
ciu lat wydalismy w sumie niespelna stu pro- 
zaikow, to znaczy srednio dwoch na rok. W ubieglym roku otrzymalismy dwa ty- 
si(!ce siedemset manuskryptow, a opublikowalismy jeden, Loin d'eux (Z dala od 
nich) Laurenta Mauvigniera. W tym roku b
dzie chyba podobnie, wybierzemy tyl- 
ko jedn(! ksi(!zk
 debiutanta sposrod dwoch, trzech tysi
cy nadeslanych. 


M.K.: Wszystkie sq czytane? 


T.L.: Sprawdzamy wszystkie. Zreszq idzie to dose szybko, w wi
kszoSci przy- 
padkow bowiem od razu \vidae, czy to ksi(!zka dla nas, bardzo szybko. Kiedy ma- 
my czas, mozemy od razu powiedziee autoro\vi, w ktorym wydawnictwie mialby 
szans
 publikacji. Ale - niczego mu nie ujmuj(!c - pisarz, ktory moze liczye na 
sukces u Laffonta, prawdopodobnie nie spotkalby si
 z sukcesem w Minuit, i vi- 
ce versa. To S(! sprawy powi(!zan, powinowactw mi
dzy autorem a wydawc(!, nie 
zawsze zdaj(! sobie z nich spraw
 autorzy, ktorzy jakze cz
sto wysylaj(! swoje tek- 
sty nie do wlasciwego wydawcy - dzisiaj juz moze nie tak bardzo, bo dzi
ki roz- 
powszechnieniu si
 kserokopii od razu mog(! wyslae do wszystkich. 
Jeden z autorow, ktorego ksi(!zk
 wlasnie wydalismy, wyslal najpierw r
kopis 
do jednego wydawnictwa z duzej grupy, ktora sku pia \viele oficyn, niezaleznych, 
ale ze wspolnym kapitalem. Ze zdumieniem wysluchalem jego relacji, ze ksi(!zk
 
odrzucilo owo wydawnictwo, w cudzyslowie niezalezne, donosz(!c w liscie, ze nie 
warto wysylae jej do innych wydawcow tej grupy, bo\viem maj(! wspolny zespol 
lektorow. Skoro tak jest, to nie \viadomo wlaSci\vie, dlaczego S(! to wydawnictwa 
niezalezne. Pierwszy odsiew przeprowadzaj(!ludzie z zewn(!trz, ktorzy zazwyczaj 
nie S(! najlepszymi lektoranli, bo ci otrzymuj
 ksi(!zki dopiero po pierwszej selek- 
cji. A przeciez pierwsza selekcja jest naprawd
 istotna, bo\viem dziela naprawd
 
nowatorskie, nie przystaj(!ce do norm, latwo wyeliminowae wlasnie na tym etapie, 
a zatem nie dotr(! one nigdy do prawdziwych lektorow. Co wyjasnia tez, dlacze- 
go az tyle wydanych przez nas utworow odrzucono uprzednio gdzie indziej, nie 
tylko w wielkich wydawnictwach. Nie chc
 podawae naz\visk - jestem pe\vien, ze 
i nam zdarzylo si
 odrzucie rzeczy, ktore opublikowano gdzie indziej. Ale jdli 
ksi(!zka nie zdola wzbudzie naszego entuzjazmu, ci
zko byloby nam j(! bronie. Po 
to, by moc skutecznie bronie dzielo, trzeba bye przekonanym 0 jego wartoSci. 


M.K.: Czy zgodzilby sif pan ze stwierdzeniem, ie rolq wydmvcy jest narzucii pisa- 
rza publicznofci literackiej? 


T.L.: Tak. Moze nie tyle narzucic, ile pozwolie, aby przenikn
lo do niej je- 
go dzieto, zeby dotarlo do czytelnika. Za kazdym razem zaczyna si
 od zera. 


15
>>>
Nie jest przyslugCl wobec autora to, ze zaproponujemy jego ksiClZk
 krytykowi, 
ktory jej nie doceni. Trzeba ukierunkowae nasze wysilki, ale z gory nie da si
 
przewidziee nigdy, wciClz zdarzajCl si
 niespodzianki. Trzeba probowae. Probu- 
jemy, to cz
se pracy wydawcy - publikowae oznacza w sensie doslownym: spra- 
wie, aby ksiClzka przenikn
la do publicznosci. 


M.K.: Utrzymujecie panstwo stosunki z krytykami? 


T.L.: LicZClcych si
 krytykow nie jest znowu tak duzo, bardzo niewiele pism 
ma wplyw na tego typu ksiClZki, "Le Monde", "La Liberation" i garstka innych 
- trzeba by chodzie z krytykami na kolacje, ja tego rue robi
. Pod tym wzgl
- 
dem jestem zlym wydawcCl. Wczdnie id
 spae. Moja corka Irene ma do tego 
wi
cej talentu, ale i ona jest w wydawnictwie juz 0 wpol do dziewiCltej, nie mo- 
ze wi
c przesiadywae do trzeciej nad ranem. 


M.K.: Minuit nie rozporzqdza duiym budietem na reklamf... 


J.L.: Przy ksiClzkach, ktore my wydajemy, reklama nie na wiele si
 przyda. 
Reklama jest dobra na bestsellery, powidci 0 masowym nakladzie. My nie wy- 
dajemy takich ksiClzek. 


M.K.: A nagrody literackie? Wiele ich by/o w ostatnich kilkunastu latach. Prix 
Goncourt za JochankaJ) Duras (1984), Jole chwalyJ) Rouauda (1990), J)Odcho- 
dZfJ) Echenoza (1999), Prix Medicis za 
oje }vielkie mieszkanieJ) Ostera (1999), 
nie mowiq,c 0 drugim po Becketcie Noblifcie z panskiej oficyny, jakim jest Claude Si- 
mon (1985). JochanekJ) rozszedl sif w kilkumilionowym nakladzie, zaf nagrodzo- 
nej w ubieglym roku Goncourtem ksiqiki Echenoza w ciqgu trzech miesifcy sprzeda- 
no 350 tysifCY, 


T.L.: Nagrody literackie zamieniajCl ksiClzk
 w produkt konsumpcyjny. Tekst 
rzecz jasna, pozostaje bez zmian, ale przyznanie nagrody calkowicie zmienia 
podejscie publicznoSci do pisarza, tak w pozytywnym, jak i negatywnym sensie. 
Pewien odlam intelektualistow z reguly nie b
dzie czytal ksiClzki nagrodzonej 
Goncourtem. Echenoz mial szcz
scie, ze przed przyznaniem nagrody Gonco- 
urta zyczliwa mu byla cala ambitna prasa. Kiedy otrzymal nagrod
, ludzie rue 
mogli nagle zmienie zdania, bo juz powiedzieli, ze ksiClzka jest bardzo dobra. 
Zatem mozna tu mowie 0 zgodnoSci opinii. 
Kiedy wydalem Kochanka Duras, telefonowali do mnie przyjaciele i mowili, 
jaka to wspaniala ksiClzka. Trzy miesiClce pozniej, po przyznaniu jej Goncourta 
slyszalem raczej glosy: owszem, czytalem, ale to nie jest wybitna powide. Ma- 
my do czynienia ze swego rodzaju snobizmem a rebours. To wszystko stanowi 
cz
se dobrze nam znanego ukladu, w ktorym musimy umiee si
 znalezc. Jak 
w zeglarstwie, wiatr nigdy rue wieje z dobrej strony, ale trzeba nauczye si
 tak 


16
>>>
go wykorzystac, by plyn(!c we wlaSciw(! stron
 i osi(!gn(!c cel. Czlowiek cz
sto 
si
 myli, zdarzaj(! si
 potkni
cia, czasami jednak si
 udaje. 


M.K.: Panska dzialalnosi rozpifta jest jakby mifdzy dwoma biegunami. Z jednej 
strony jest pan wydawcq autorow jawnie niezaangaiowanych, zajftych bardzo mocno 
sprawami formy, innowacji literackieJ
 adreSttjqcych swe utwory do czytelnika wyraft- 
nowanego. Z drugiej strony, doslmvnie od poczqtku istnienia Minuit, pana wydawnic- 
tJvo nie tmika zaangaimvania, wrfcz przeciwnie, wiele razy zabiera pan glos, lamiqc 
milczenie spoleczenstJva, opmviadajqc sif na przyklad przeciw cenzurze,to znaczy: za 
wolnosciq. Uderzyla mnie panska wypmviedi a propos Samuela Becketta, ktorego jak 
wiadomo nieraz odsqdzano od czci Jvlasnie z powodu jego rzekomej obojftnofci na spra- 
JVY bieiqce, spoleczne i polityczne. Powiedzial pan: )Jestem wydawcq Samuela Becket- 
ta. Jesli ktos mial tf szansf i dostqpil takiego zaszczytu, a zarazem korzysta z wielkie- 
go przywileju iycia w wolnofci 1V wolnym kraju, minimum tego, co powinien uczynii, 
to brond wartmk01V tej wolnofci kiedy zostanq one zagroioneJ). 


J.L.: "Niezaangazowany" nie musi znaczyc "niepomny" - gluchy na kwe- 
stie sprawiedliwoki, krzywdy, rowniez spolecznej. To normalne, ze wydawca 
broni wolnosci wypowiadania si
. 


JJ.K.: W pana iyciorysie wiele by/o epizodow, 11' ktorych opmviadal sif pan za i prze- 
ciw. W historii Mimtit najpienv choiby utarczki z drukarzami, ktorzy odmawiali dru- 
ku apologii zdrajcy (tzw. J)batalia 0 Bataille'a z powodu jego ksiqiki )
'Abbe C. JJ), 
wojna algierska. 


J.L.: Bataille to raczej material na anegdot
, natomiast wojna algierska to by- 
10 cos powaznego. Dlatego, ze wi(!zala si
 z zakazem rozpowszechniania ksi(!- 
zek. Kto, jezeli nie wydawca w pierwszej linii, mialby bronic wolnosci slowa - 
wydawca i autor, ale wydawcy s(! zazwyczaj lepiej zorganizowani niz autorzy. 
Zwlaszcza, ze jestesmy wydawnictwem niezaleznym. A ostatnimi czasy coraz 
mniej jest wydawnictw niezaleznych, poniewaz wi
kszosc z nich albo zostaje 
wl(!czona do duzych domow wydawniczych, albo przyst
puje do grup kapitalo- 
wych. Nie mog(! pozwolic sobie na zaj
cie stanowiska przeciw rz(!dowi, bowiem 
potrzebuj(! poparcia rz(!du w uzyskaniu subsydiow, na rzeczy, ktore nie zawsze 
wi(!z(! si
 z wydawnictwem. Zatem niewiele pozostalo wydawnictw takich jak 
nasze, ktore moze w takich okolicznoSciach si
 wl(!czac. W czasie wojny w Al- 
gierii rowniez Fran\ois Maspero mogl si
 na to zdobyc, wzi(!c na siebie ryzyko, 
pocilgaj(!ce za sob(! w wyj(!tkowej symacji nawet zamkni
cie wydawnictwa. To 
wielki przywilej miec moznosc bronic si
 przeciw wladzy, ryzykowac nawet za 
cen
 zamkni
cia wydawnictwa. 


17
>>>
M.K.: Powroimy do pana zaangaiowania w wojnie algierskiej. 


J.L.: Uwazalem, ze powinienem tak post(!pic, poniewaz zmusily mnie do te- 
go okolicznosci, ale z niecierpliwosci(! czekalem na moment, kiedy nie b
d
 mu- 
sial si
 juz tym zajmowac. 


M.K.: Przypomnijmy: narazil sif pan wydaniem wieht ksiqiek jednoznacznie opo- 
wiadajqcych sif przeciw praktykom lamania praw czlowieka przez armif... 


J .L.: Chodzilo 0 wyjawienie i pot
pienie praktyk torturowania, ktorych do- 
puszczala si
 armia w Algierii. Moze czyniono to ze wzgl
dow praktycznych 
(nie ideologicznych), ale przeciez krancowo sprzecznych z wartosciami demo- 
kracji i praw czlowieka. Pewnego dnia - do tego czasu wydalem juz par
 publi- 
kacji 0 tej wojnie - przekazano mi r
kopis kogos, 0 kim wiedzialem tylko, ze 
nazywa si
 Henri Alleg i przebywa w wi
zieniu w Algierii. Byl to opis tortur, ja- 
kich na nim si
 dopuszczono. Znalazlem si
 wowczas \V sytuacji bardzo deli kat- 
nej. Czy dostarczony mi manuskrypt byl autentyczny? Zostal napisany w wi
- 
zieniu, odr
cznie, a nast
pnie ktos przepisal go na maszynie. Gdybym osmielil 
si
 opublikowac falszywy manuskrypt - na przyklad gdyby to byla prowokacja 
ze strony moich przeciwnikow, bo i tak si
 zdarzalo - nie tylko nie pomoglbym 
sprawie,o ktor(! walczylismy, lecz wr
cz bym jej zaszkodzil. Wyszedlem z zalo- 
zenia, ze sam tekst pomoze mi wyrobic sobie pogl(!d, czy opisane fakty byly au- 
tentyczne. I tu nasun
la si
 nieoczekiwanie paralela z Beckettem - tak samo jak 
przy pierwszej lekturze Molloy'a od razu wiedzialem, ze mam do czynienia z pi- 
sarzem, ktory mowi swoj(! pra\Vd
, ze wyraza cos bardzo gl
bokiego, tak teraz 
mialem wrazenie, ze to, co mov.; ten nieznany mi czlowiek, jest prawd(!. Alleg 
podal nazwisko oficera francuskiego, ktory go torturowal. Znam prawo na tyle, 
by zdawac sobie spraw
, ze jezeli kogos si
 publicznie demaskuje wymieniaj(!c 
przy tym jego nazwisko, istnieje wielkie prawdopodobienstwo, ze b
dzie on 
chcial dochodzic swych praw przed s(!dem. Zwlaszcza wtedy, gdy nie ma zad- 
nych dowodow. Proces w tym wypadku toczylby si
 w Algierii, bo stalo si
 to 
w Algierii. Zwazywszy na panuj(!cy tam wowczas klimat, moje szanse unikni
cia 
wyroku byly niewielkie. Wyrok spowodowalby niew(!tpliwie zamkni
cie wydaw- 
nictwa. Gdybym nawet chcial osobiscie podj(!c takie ryzyko, czy mialem prawo 
podejmowac je wobec pracownikow, ktorzy znalezliby si
 bez pracy? Dosze- 
dlem do wniosku, ze nie powinienem ani wymagac od nich zajmowania stano- 
wiska w sprawach politycznych, ani sugerowac dzialania, ktore niosioby ryzyko 
pozbawienia ich pracy. To moja sprawa - jezeli dojdzie do zamkni
cia, to ja b
- 
d
 za wszystko odpowiedzialny. B
d(! mnie 0 to obwiniac nie tylko pracownicy, 
ale i autorzy. Ale powiedzialem sobie: czuj
, ze r
kopis jest autentyczny, a jeze- 
Ii tak jest, to ci oficerowie, wiedz(!c, ze jest prawdziwy, b
d(! si
 bali isc do s(!- 
duo Pomysl(!, ze skoro ten tekst opublikowalem, mialem widac dowod. Podj(!- 
lem wi
c ryzyko, na szcz
Scie dobrze si
 skonczylo. 


18
>>>
Nawiasem mowi(!c, manuskrypt Allega przyniosl mi Rene Julliard, wielki wy- 
dawca tamtych czasow, wyjasniaj(!c, slusznie zreszt(!, ze mniejszym zlem jest za- 
mkni
cie male go wydawnictwo niz duzego. Dotyczylo to rowniez pism. "Le 
Monde" na przyklad nie uzyl slowa "tortury" prawie do konca wojny algier- 
skiej. Nazywano to wowczas sevices(brutalnosc, zle traktowanie). Mniej niebez- 
pieczne. Bo gdy skonfiskuj(! La Q;testion Henri Allega, to mniejsza strata, niz 
gdyby mieli skonfiskowac sto tysi
cy egzemplarzy gazety. To uswiadamia, ze 
bycie malym nie tylko daje wam niezaleznosc, ale i sil
, ktorej nie maj(! wi el cy . 
Ale podkrdlam, to epizod w dziejach Editions de Minuit. 


M.K.: Otrzymal pan zakaz drttktt? 


J.L.: Zakazano rozpowszechniania jedenastu ksi(!zek. 


M.K.: We Francji. Ale nie moina bylo panu zabronii rozpowszechniania za gra- 
nicq. Tekst Allega, blyskawicznie przetlttmaczony na angie/ski, z przedmowq Sartre'a, 
wydal 1V Londynie doslownie tydzien poiniejJohn Calder. 25 tysifCY egzemplarzy roze- 
szlo sif natychmiast, z opaskq J(siqika zabroniona we Francji". 


J.L.: Tak, wowczas chodzilo 0 sprawy podstawowe - stawk(! bylo istnienie 
demokracji we Francji. Z dzisiejsz(! sytuacj(! nie mozna tego porownywac, ani 
we Francji, ani za granic(!, w kazdym razie w Europie. Zreszt(! wojna algierska 
to tez nie byl hitleryzm, nawet policja traktowala nas z pewn(! poblazliwosci(!, 
w zadnym \\''Ypadku nie przypominalo to Gestapo. Reasumuj(!c: 0 wiele waz- 
niejsze jest, zeby publikowac Becketta niz Allega, ale trzeba publikowac Allega 
w chwilach, kiedy to jest konieczne. 


Jf.K.: A rok szeiidziesiqty osmy? 


J.L.: Bodajze Marks wyrazil si
 0 historii, ze po raz pierwszy rozgrywa si
 
w formie tragedii, a potem powtarza si
 jako farsa. Wydarzenia 1968 roku byly 
zabawne i sympatyczne. Ich autorom wydawalo si
, ze robi(! rewolucj
 1789 ro- 
ku, poslugiwali si
 podobnymi haslami, wyrywali bruk z ulic i wznosili baryka- 
dy jak rewolucjonisci z ubieglych stuleci. Ale nic zasadniczego si
 nie wydarzy- 
10, naprawd
 niczego nie zmienili. Zgoda, wydarzenia sZeScdziesi(!tego osmego 
roku przyczynily si
 do poprawy pewnych rzeczy, przyspieszyly niektore proce- 
sy, mialy zatem aspekt pozytywny. Dzi
ki Bogu nie bylo zadnej ofiary smiertel- 
nej, nie licz(!c ewidentnych wypadkow. Prefekt policji, cal(! SW(! energi
 wlozyl 
w to, zeby nie bylo zabitych. Nie bylo tez skazanych. Charakterystyczne, ze 
wielu przywodcow rewolty studenckiej zajmuje dzisiaj stanowiska ministrow, al- 
bo zasila szeregi takich samych... konformistow. 


19
>>>
M.K.: Jak Cohn-Bendit, kt6ry zasiada dzif w par/amencie. 


T.L.: Jak Cohn-Bendit, choe Cohn-Bendit jest jedynym, ktory pozostaje 
w dalszym ciC}gu nieco... wywrotowy. Przynajmniej mowi takim idiomem. Ale 
SC} inni, ktorzy pracujC} sobie w ministerstwach, albo zostali wielkimi businessma- 
nami. Mozna i tak. 
Przypominam sobie, ze Minuit znalazlo si
 w sytuacji dosye szczegolnej, ja- 
ko ze wydalismy akurat ksiC}zk
 Marcuse'a Czlowiek jednmvymiarmvy, ktora zo- 
stala przyj
ta jako swoista biblia manifestantow - jakby to byl tekst wyjasniajC}- 
cy 1968 rok, co mijalo si
 z prawdC}. Wszystkie ksi
garnie zostaly zamkni
te - 
sprzedawano tylko t
 ksiC}zk
. Okazala si
 bestsellerem. Jako wydawca znala- 
zlem si
 znowu w centrum. Ale nie uczestniczylem w tym jak w rewolucji. Ci 
sami studenci, ktorzy w ciC}gu dnia wznosili barykady, wieczorem zjadali u ro- 
dzicow obiad i wracali na noc do siebie. Nie powinno si
 tego porownywae 
z wojnC} w Algierii, a tym bardziej z Ruchem Oporu. 
Podczas okupacji, jako Zyd, zylem w ustawicznym niepokoju, tak jak i rodzi- 
ceo Przez caly czas wisiala nad nami groiba aresztowania, deportacji. Czulismy 
wi
c t
 presj
 wojny, w liceum rozdawalem ulotki, a potem przylC}czylcm si
 do 
ruchu oporu. Ale b
dC}c w maquis ponosilem mimo wszystko mniejsze ryzyko 
niz drukarze i kolporterzy ksiC}zek -latwiej bylo ich wykrye i aresztowae, wielu 
z nich skazano na smiere. 


M.K.: Ale pan przeciez walezyl z broniq IV rfku. 


T.L.: Tak, bylem dziewi
tnastoletnim chlopakiem, najpierw w ruchu oporu, 
potem w wojsku, to calkiem naturalne, zwazywszy, ze bylem Zydem. To rue 
zadne osi'lgni
cie, bye w ruchu oporu, jak si
 jest przdladowanym. Wielu na 
pewno mialo wi
ksze zaslugi ode mnie, poniewaz w moim wypadku to bylo 
oczywiste, ja nie moglem pozostae neutralny. Wie pan, mam wrazenie, ze 
w moim zyciu to nie ja decydowalem, co mam robie, tylko ze dyktowaly mi to 
okolicznoki. Najpierw znalazlem si
 w ruchu oporu, potem w wydawnictwie, 
potem opublikowalem to, co mi zaproponowano, tak Samuela Becketta, jak 
Henri Allega. Za kazdym razem staralem si
 po prostu jak najwlasciwiej reago- 
wac na to, co podsuwaly mi okolicznoki - zapewne nieraz zdarzalo mi si
 row- 
niez robie cos niewlasciwego - ale wielokrotnie udalo mi si
 postC}pie tak, jak 
powinienem by!. Mog
 sobie jednak wyobrazie, ze gdyby okolicznoki nasun
- 
ly mi inne wybory, to moje zycie potoczyloby si
 inaczej. 


Paryi, JV styezniu 2000 roku. 


20
>>>
Marek [(fdzierski 


a nOWq powiesc. 
Autorzy Editions de Minuit 


WOJNA 


l. 
Natalia Czerniak, c6rka chemika z Iwanowo- Wozruesienska, wychowywala si
 
w Sankt- Petersburgu, Genewie i Paryzu, na przemian u matki lub ojca, m6wi
c 
na co dzien po rosyjsku i po francusku. Urodzona w 1900 roku, czlonek pary- 
skiej lawy adwokackiej od 1925 roku, wykonywala zaw6d razem z m
zem Ray- 
mondem Sarraute, ale w wieku trzydziestu pam lat doszla do przekonania, ze jej 
prawdziwym powolaniem jest literatura. Jej pierwsza powidc, Tropismes (Tropi- 
zmy), ukazala si
 tuz przed wojn
 nakladem wydawnictwa Denoel. Kiedy 
w czerwcu 1940 roku do Paryza wkroczyli Niemcy, Nathalie Sarraute zdecydo- 
wala si
 nie v.'yjezdzac, jak jej ojciec, do Lozanny, tylko pozostac we Francji. 
Oznaczalo to, ze licencj
 adwokack
 musiala zamienic na gwiazd
 Dawida - kt6- 
rej jednakze, zaszywszy si
 w swym malym letnim domku w Jan\'ry, nie nosila. 
Po zadenuncjowaniu jej przez wlakiciela miejscowej piekarni, Nathalie ukrywa- 
la si
 do konca wojny, zmieniaj
c kilkakrotnie miejsce pobytu. Aby widywac si
 
z m
zem i c6rk
, chocby w kawiarni, zaopatrzona w falszywe dokumenty jezdzi- 
la do Paryza z oddalonego 0 kilkadziesi
t kilometr6w Parmain, gdzie - zatrud- 
niona oficjalnie jako guwernantka na pensji - pisala sw
 dmg
 ksi
zk
, Portrait 
d'un illconnu. (Portret nieznajomego). Nie ma w niej wzmianki 0 wojnie, jak 
u Francisa Ponge'a, kt6ry wojenne refleksje zamkn
l w opisach przyrody Le Car- 
net du bois de pins, 1947 (Zapiski z lasu. sosnowego). Wr6ciwszy do Paryza wiosn
 
1944 roku Sarraute zatrzymala si
 u przyjaci61ki z lat szkolnych, Marie Peron, 
kt6rej m
z Alfred, zeslany za dzialalnosc konspiracyjn
 do Mauthausen, nie prze- 
zyl wojny. Po wyzwoleniu Paryza Sarraute powr6cila do swego mieszkania i do 
Cafe Flore przy Saint-Germain. Sartre'owi, kt6rego poznala w trakcie kr6tkiego 
epizodu w pracy podziemnej, dala do przeczytania Portret nieznajomego. Ksi
z- 
k
 z przedmow
 filozofa wydal w 1948 roku Robert Marin, ale po sprzedaniu 
400 egzemplarzy, pozbyl si
 reszty nakladu po cenie makulatury. Na "normal- 
ne" wydanie, u Gallimarda, autorka b
dzie musiala poczekac az do 1957 roku. 
Alfred Peron byl dobrym przyjacielem Samuela Becketta. Pomagal mu duma- 
czyc na francuski wydan
 w 1938 roku w Londynie powidc Alurpby, kt6rej nikt 
nie kupowal. Na wiadomosc 0 wybuchu wojny Beckett, dublinski intelektualista, 
rok wczdniej napi
tnowany przez irlandzkie gazety jako "ateista z Paryza" , prze- 


21
>>>
rwal wakacje w rodzinnym Foxrock pod Dublinem i wrocil do swego (paryskie- 
go) mieszkania przy rue des Favorites. Powie pozniej, ze wolal wojn
 we Francji 
niz pokoj w (neutralnej) Irlandii. Kiedy "dziwna" wojna znalazla swC} kulminacj
 
w prawdziwym ataku na Francj
 z pomini
ciem linii Maginota, od strony Belgii 
i Holandii, trzy dni po rozpocz
ciu paryskiego "exodusu" Beckett i jego przy- 
szla zona Suzanne, zdC}zyli jeszcze wsiC}sc do pociC}gu do Lyonu, skC}d okr
znC} 
drogC}, kolejC}, autostopem i pieszo, przez Vichy, Tuluz
, Cahors, Arcachon, do- 
tarli we wrzdniu... do Paryza. StarajC}c si
 nie zwracac uwagi na wojn
, Beckett 
kontynuowal prac
 nad dumaczeniami, po jakims czasie jednak., wraz z Peronem, 
"znalazl si
" w komorce ruchu oporu 0 nazwie Gloria SMH. Tlumaczyl i prze- 
kazywal wywiadowi brytyjskiemu zaszyfrowane meldunki. Wydal ich agent 
Abwehry nr 162, pseudonim "Biskup". Robert Alesch, spowiednik grupy, po- 
trzebowal pieni
dzy, chocby brytyjskich, na finansowanie swych erotycznych 
eskapad, nie zawahal si
 wi
c zdradzic towarzyszy. Latem 1942 roku aresztowa- 
no wi
kszC} cz
sc Glorii - ponad pi
cdziesi
ciu jej czlonkow. Peron znalazl si
 na 
liscie Gestapo przed Beckettem. Tylko dzi
ki przytomnoSci umysrn Marie, Sa- 
muelowi i Suzanne udalo si
 uciec. Najpierw blC}kali si
 w okolicach Paryza po 
mieszkaniach znajomych. Wtedy wlasnie na jakis czas zatrzymali si
 u Sarraute 
w Janvry. Ale Nathalie, a zwlaszcza jej matk
, przyzwyczajonC} do dobrych ma- 
nier, razilo zachowanie Becketta, ktory spal do porndnia, a w czasie obiadu (we 
Francji spozywa si
 ten posilek nawet w czasie wojny niedlugo po dwunastej) 
oproznial swoj nocnik w zlewie wlasnie wtedy, kiedy w przepdnionej kuchni po- 
dawano do storn. Pieszo, pociC}giem, przypadkowo napotkanymi furmankami, 
nocujC}c pod golym niebem, Beckett dotarl do strefY nieokupowanej. W malow- 
niczym miasteczku Roussillon niedaleko Awinionu przeczekal wojn
, pomagajC}c 
miejscowym rolnikom, czasem i maquis, przez reszt
 czasu sl
czC}c nad Wattem) 
kolejnC} powidciC}, jak si
 okazalo ostatniC} napisanC} po angielsku, dla ktorej poz- 
niej nawet specjalnie nie szukal juz ,"rydawcy. Po oswobodzeniu Paryza, wyjechal 
najpierw do rodziny w Irlandii, potem w misji Irlandzkiego Czerwonego Krzyza 
w Normandii jezdzil w mundurze ci
zarowkC}, ale z wyraznym uczuciem ulgi po- 
wrocil do swego przedwojennego mieszkania - i do literatury. RozpoczC}1 si
 dla 
niego najbardziej produktywny okres w jego zyciu tworczym. Cykl noweli po- 
widci Alercier i Camier, Alo11oy i dwie dalsze cz
sci tak zwanej trylogii oraz Cze- 
kajqc na Godota napisze Beckett juz po francusku. 
Powidc, ktorC} tuz przed wojnC} zaczC}1 pisac Claude Simon, miala si
 nazy- 
wac Le tricheur (Oszust lub Szuler). Urodzony na Madagaskarze w 1913 roku, 
Simon nie zachowal wspomnien ani kraju urodzenia, ani ojca, oficera kawalerii, 
ktory zginC}1 wkrotce po wybuchu wojny swiatowej. Dziecinstwo sp
dzil Clau- 
de z matkc} w regionie winnic RoussiIlon niedaleko Perpignan (ISO km od Ro- 
ussillon Becketta), uczyl si
 w elitarnym College Stanislas w Par)'zu, rowniez 
w stolic)' probowal studiowac matematyk
, marynistyk
, malarstwo, by - jak 
twierdzi, z powodu braku talentu - rzucic nauk
 i wstC}pic do kawalerii 
w LunevilIe. W 1936 roku, szmuglujC}c bron dla (niekomunistycznych, jak pod- 


22
>>>
krdlal) obroncow republiki w Barcelonie, bronil hiszpanskiej demokracji. Nad 
MozC} w Belgii omal nie skonczyl tak, jak ojciec w pierwszej wojnie. ,,17 maja 
1940 roku - powie pozniej - na drodze wiodC}cej z Solre-le-Chateau do Ave- 
snes, znalazlem si
, jak to si
 mowi w oku cyklonu, [...] walka toczyla si
 na za- 
chodzie (Rommel byl juz w Landrecies), wschodzie (Solre-le-Chateau zostalo 
zdobyte zaraz po naszym przejsciu), na poludniu i polnocy. Na tej drodze, nad 
zlomem, pozostawionym w nieladzie na szlaku walk i sporadycznych utarczek, 
panowal spokoj - bl
kitne niebo, ukwiecone IC}ki, wiosenna idylla. Rommel po- 
przedniej nocy wziC}1 tam dziesi
e tysi
cy jencow, spokojnie, we snie, w swoich 
kwaterach, gdy Gamelin zapewnial Churchilla, iz «nie posiada juz zadnych re- 
zerw»." I Wzi
ty do niewoli Simon, przebywal najpierw w okolicach Drezna, 
potem przeslanemu do Francji jencowi udalo si
 uciec na poludnie, gdzie przy- 
stC}pil do ruchu oporu. W "rodzinnych" stronach walczyl w jednym oddziale 
z Raoulem Dufym. Oszust ukazal si
 drukiem w 1946 roku. 
W porownaniu z Sarraute, Beckettem czy Simonem, pozaparyski epizod wo- 
jenny Marguerite Donnadieu byl bardzo kratki. Kiedy minister Mandel w obli- 
czu nadciC}gajC}cych do stolicy Niemcow opuscil miasto i wozil swe kartoteki - 
nim trafily do Vichy pod piecz
 Pierre'a Lavala - okr
znC} drogC} z przystankami 
w Tours i Bordeaux, jego referentka wysiadla juz w Tours, by po kilku tygo- 
dniach wrocie do Paryza. Niemal rowidniczka Simona, jak on urodzona w za- 
morskich terytoriach, Donnadieu po przyjezdzie z Indochin studiowala w Pary- 
zu prawo, matematyk
 i nauki polityczne. Na krotko przed wojnC} rozpocz
la 
prac
 w Ministerstwie do Spraw Kolonii. Pierwsza publikacja Marguerite ukaza- 
la si
 par
 tygodni przed atakiem Niemiec na Francj
. Napisany wspolnie z Phil- 
lipem Roquesem esej polityczny L Jemp ire franfais (Imperium francuskie) wyda- 
la na zamowienie Ministerstwa oficyna Gallimarda. Teza ksiC}zki brzmi, ze 
w obliczu nadciC}gajC}cego germanskiego barbarzynstwa Francj
 zbawie mogC} 
tylko wlasne kolonie. Czytelnik znajdzie w tym tekScie dokladnC} klasyfikacj
 ras 
ze wzgl
du na przydatnosc do obrony imperium (francuskiego), od europejskiej 
przez dalekowschodniC}, Bliski W schod az do czarnej afrykanskiej na szarym 
koncu. Nic dziwnego, ze autorce nie zalezalo pozniej na reedycji tego dziela. 
Na okupowanym Saint-Germain Donnadieu i jej m
zowi, Roberto\vi Antel- 
me, wyszukal mieszkanie pi
tro nizej od wlasnego wplywowy powidciopisarz 
i lektor Gallimarda, Ramon Gonzalez, u ktorego bywali nie tylko rodzimi kola- 
boranci, jak Celine i Drieu la Rochelle, ale i nazistowscy oficjalowie, tacy jak szef 
wydzialu propagandy czy dyrektor Deutsches Institut. 
Na schodach kamienicy przy rue St. Benoit moze zdarzylo si
 Marguerite 
minC}e e1eganckiego Otto Abetza, ambasadora Rzeszy w Paryzu, od imienia kto- 
rego pochodzi nieslawna Liste Otto - spis ksiC}zek na indeksie. Dokument ten, 
wraz z konwencjC} regulujC}cC} dzialalnose wydawniczC} w strefie okupowanej, byl 


I Je me suis trouve dans l'lEil dll cyclone, wywiad z A. de Gaudemar, "Liberation", 11.9.1997. 


23
>>>
logicznym nast
pstwem "dobrowolnej" ugody mi
dzy wydawcami i ksi
garza- 
mi a wladzami okupacyjnymi, oznaczajC}cej wprowadzenie autocenzury. Od je- 
sieni 1940 roku list
 aktualizowano dodajC}c kolejne utwory "oblozone" naka- 
zem wycofania ze sprzedazy - prawda, ze niezbyt scisle realizowanym, gdyz 
nawet w ksi
garniach w centrum Paryza mozna bylo kupie spod lady autorow 
zydowskiego pochodzenia lub lewicowych przekonan - a do takich nalezeli nie 
tylko Aragon, Barbusse, Bloch, Claudel, Duhamel, Malraux, Martin du Gard, 
Maurois, Roland, lecz i Heine, Freud, Einstein i H.G. Wells. Uzupelniana ko- 
lejnymi sugestiami Propaganda Abteilung lista obj
la z czasem praktycznie 
wszystkie przeklady autorow anglosaskich i rosyjskich. W sumie z obiegu wyco- 
fano pol miliona ksiC}zek. Wi
kszose wydawnictw wlC}czala do swych planow tek- 
sty kolaborantow, zwlaszcza w czasach, kiedy wojna wydawala si
 sprzyjae oku- 
pantom. Tylko nieliczne, jak Calmann-Uvy, przerwaly prac
, bC}dz, jak Editions 
du Cerf, nie wydawaly tekstow propagujC}cych idee narodowego socjalizmu. 
Wydawnictwo Gallimard zdecydowalo si
 oddae redakcj
 prestizowej "Nouvel- 
le Revue &anc;aise" Pierre'owi Drieu la Rochelle, placC}c t
 cen
 za pewnC} swo- 
bod
 w publikowaniu tekstow swych dotychczasowych autorow. 
Skutecznym srodkiem manipulowania ruchem \rydawniczym przez urz
dnikow 
Petaina byla reglamentacja papieru. "Wydawcy, wskazani nam przez Propaganda 
Abteilung, ktorzy nie zachowali dyscypliny, zostanC} skrdleni z listy odbiorcow pa- 
pieru z przydzialu", czytamy w okolniku komisji 0 nazwie Comiti d)or;ganisation 
du livre. Wnioski 0 przydzial papieru wydawcy skladali w oddziale 0 nazwie La co- 
mission du contr6le du papier d)edition. To wlaSnie w tej komisji miala swoje biur- 
ko starsza referentka Marguerite Donnadieu. Referentka z ambicjami literackimi, 
to prawda -lepiej, ze ona niz ktos inny. Mogla przeciez wplynC}e na to, by przy- 
dzielono papier na ksiC}zk
 wartosciowC}literacko. Z drugiej strony musiala przeciez 
nie tylko spotykae si
 z drugC} stronC}, z eleganckimi oficerami z Rzeszy (kt6rzy 
zgl
biwszy literatur
 fi-ancuskC} z niemieckC} dokladnosciC}, byli w stanie gruntownie 
nadzorowae prac
 komisji), lecz rowniez podporzC}dkowywae si
 ich zaleceniom. 
Donnadieu umiala wykorzystywae kontakty rozmaitej proweniencji i nie miala 
przed tym zbytnich oporow, przynajmniej poczC}tkowo. PosylajC}c do Gallimarda na 
rue Sebastien- Bottin r
kopis swej pierwszej, jeszcze nieporadnej konstrukcyjnie 
i stylistycznie, powidci 0 rozczarowaniach milosnych wrazliwej dziewczyny z pro- 
wincji, Les impudents (Bezczelni)) nie omieszkala przypomniee, ze nalezy juz do 
kr
gu jego autorow z powodu Imperium francuskiego, potem zas na rozmowy 
z wplywowymi lektorami posylala swych wplywo\rych przyjaci61, powolujC}c si
 
mi
dzy innymi na Ramona Gonzaleza. Na tych faktach nie mozna wszakZe oprzee 
zarzutu kolaboracji - zwlaszcza w swietle pozniejszego uczestnictwa Marguerite 
w ruchu oporu, w komorce pod dowodztwem Franc;ois Mitteranda, ktory wciC}gnC}1 
jC} wraz z m
zem do pracy w podziemiu we wrzdniu 1942 roku. 
Jednym z interesantow referentki Donnadieu byl pracownik oficyny z rue 
Sebastien- Bottin, Dyonis Mascolo, w ktorym od razu si
 zakochala i ktory 
wkrotce stal si
 takze duchowym bratem jej m
za. Dzieje tego menage it trois, 


24
>>>
dobrze znane z ksiC}zek i prasy, nabraly dramatyzmu, kiedy w czerwcu 1944 ro- 
ku Antelme wraz z innymi czlonkami grupy Mitteranda zostal aresztowany, 
a nast
pnie wyslany do Buchenwaldu. Swi
ty laicki, a przy tym intelektualista 
o wielkiej gl
bi, poeta codziennosci, wielki humanista, znany jest zwlaszcza 
z napisanej po powrocie glosnej ksiC}zki L)espece humaine. 
Wojna okazala si
 dla Marguerite szkolC} zycia i umierania. Najpierw przyj
la 
postaw
 wyczekujC}cC}, ze "chyba da si
 zye" cyganskim zyciem wypelnionym ro- 
mansami - przezywanymi i pisanymi, bo pierwszC} powidc wydal PLON latem 
1943, kiedy autorka pisala juz drugC}, La vie tranquille (Spokojne zycie), opubli- 
kowanC} przez Gallimarda w 1944. Za sprawC} swego nonkonformizmu, a moze 
glodu nowych doswiadczen, poczC}tkowo spoglC}dala niemal z podziwem na 
przynajmniej niektorych okupantow (wspominajC}c to, Mascolo b
dzie pozniej 
mowil 0 "erotyzmie egzekucji"). Pierwszy cios wojenny to dla Marguerite syn, 
ktory przyszedl na swiat martwy w maju 1943 roku, drugi to wiadomosc 
o smierci w Indochinach ukochanego mlodszego brata, trzeci - aresztowanie 
Roberta. Przestawszy pisac powidci, Marguerite angazuje si
 politycznie. Jeze- 
Ii zaczyna wojn
 tekstem 0 imperium francuskim, konczy jC}, po przystC}pieniu 
do komunistow, tekstem zatytulowanym Peur des Russes (Strach przed Rosjana- 
mi). Zewn
trznym znakiem przeobrazenia, egzystencjalnego i politycznego, 
jest zmiana nazwiska, ktorym b
dzie podpisywac swe teksty. Od tego czasu 
Donnadieu b
dzie si
 nazywala, od miejsca pochodzenia ojca - Duras. 


2. 
Jean BruIler, (1902-1991), z wyksztalcenia inzynier-elektryk, ktory po stu- 
diach pracowal w Paryzu jako grafik i ilustrator ksiC}zek, mial rowniez ambicje li- 
terackie, ale przed wojnC} nie udalo mu si
 pokazac swego talentu. W 1940 roku 
sp
dzil dlugie tygodnie w oddziale stacjonujC}cym na przedalpejskim plaskowyzu 
Vercors, czekajC}c na wroga, ktory nad Isere praktycznie si
 nie pojawil az do 
podpisania kapitulacji przez Petaina (22 czerwca). Pozniej, kiedy w tej trudno 
dost
pnej okolicy rozwin
la si
 partyzantka, slowo Vercors stalo si
 symbolem 
oporu. Bruller opatrzyl pseudonimem Vercors napisane po powrocie do Paryza 
dlugie opowiadanie 0 tym, jak przeciwstawic si
 barbarzynstwu okupantow, 
zresztc} barbarzynstwll dosyc kulturalnemu, z naszego, wschodniego, punktu wi- 
dzenia (w Polsce utwor ten wydal PIW z mC}dq przedmowC} Jana Blonskiego. 2 ) 
Jak si
 przeciwstawic? Milczeniem. W utworze nie slychac odglosow karabinow 
i dzial. Milczenie morza stawialo sobie za cel - napisze pozniej Sartre - sklonie- 
nie do odmowy Francuz6w, zapraszanych przez Niemcow do wspolpracy. 
Starszy od Brullera Pierre de Lescure (1891-1963), czlowiek piora od lat dwu- 
dziestych - w 1937 roku jego nazwisko wymienialo si
 nawet jako kandydata do 
Prix Goncourt - byl najpierw zarliwym katolikiem (niedoszlym wydawcC} pisma "La 


2 W przekladzie Wadawa Rogowicza, Warszawa 1966. 


25
>>>
Revue des Jeunes"), a nast
pnie romansowal z komunistyczn
 lewic
. W czasie 
okupacji ten rownie radykalny przeciwnik Niemcow i cenzury jak wielbiciel dwu- 
dziestowiecznej literatury anglosaskiej, nie mogl odzalowac ograniczen naklada- 
nych przez kolejne wersje listy Otto - zreszt
 w swej ocenie pisarzy-kolaborantow 
raczej wyolbrzymial ich wplywy i mozliwoSci. Od czasu slynnej mowy Churchilla 
do Francuzow w paidzierniku 1940 roku de Lescure poldadal nadzieje juz tylko 
w Brytyjczykach. Nie dziwi, ze jego nazwisko figurowalo w kartotekach wspolpra- 
cownikow Intelligence Sevice. Zim
 1941/1942, z pelnych temperamentu roz- 
mow Brullera i Lescura zrodzila si
 mysl zalozenia konspiracyjnego wydawnictwa. 
Bruller wspomina: "Kiedy po kl
sce roku 1940, Francja znalazla si
 pod oku- 
pacj
 nazistowsk
, pisarze trancuscy postawieni zostali przed wyborem: albo ko- 
laboracja albo milczenie. Editions de Minuit powstaly po to, by pozwolic im 
wypowiedziec si
 bez wiedzy nieprzyjaciela". Pocz
tkowo Bruller i de Lescure 
chcieli nazwac swoje wydawnictwo Editions souterraines (podziemne), Editions 
des Catacombes (katakumb), Editions de la Liberte (wolnoSci), Editions du Refus 
(ksi
zek odrzuconych), ale, jak wspomina Bruller, "ktoregos dnia, na rue Bona- 
parte, bawilem si
 w mysli slowami: cien, noc, polnoc. W zwi
zku z tym ostatnim 
nagle przypomnialem sobie tytul Duhamela, potem inny MacOriana. La Con- 
fession de Alinuit... La Tradition de Alinuit. Do licha, tego przeciez szukamy: 
Editions de Minuit. W przyplywie wielkiej radosci p
dz
 do Lescure'a..." 3 Mil- 
czenie morza ukazalo si
 drukiem jako pierwsza ksi
zka Editions de Minuit. 
Kontakty Lescure'a rychlo okazaly si
 przydatne w pozyskaniu dla idei wy- 
dawnictwa wielu znanych pisarzy. W czasie, gdy Drieu La Rochelle preparowal 
dla "Nouvelle Revue franc;aise" antysemickie paszkwile, pod tym samym da- 
chem Jean Paulhan pomagal Minuit w zdobywaniu zupdnie innych tekstow. 
Dzi
ki ofiarnosci drukarzy oraz kolporterow od paidziernika 1942 roku do wy- 
zwolenia Paryza w sierpniu 1944 roku ukazalo si
 poza zasi
giem listy Otto 
dwadzidcia ksi
zek; ktorych wartoki literackich nie umniejszyla jakze koniecz- 
na propaganda nadziei. Zbiorowy tom Chroniques interdites (z tekstami m.in. 
Jeana Paulhana i Vercorsa) ujrzal swiatlo dzienne wiosn
 1943 roku, par
 mie- 
si
cy poiniej wybor poezji Paula Eluarda L'honneur des poetes. Nast
pnie wyda- 
wali w Minuit: Louis Aragon Le musee Grevin, Elsa Triolet Les amants d'Avi- 
gnon, Franc;ois Mauriac Le cahier noir. Nawet wojenne opowiadanie Johna 
Steinbecka 0 Norwegii pod okupacj
, The Moon Is Down, 1942 (Ksi{zyc za- 
szedl), ukazalo si
 w Minuit, jako Nuits noires. Teksty pisarzy niemieckich za- 
bronionych przez nazistow zebral w tomie Les bannis Rene Cannac. Milczenie 
morza bilo rekordy podziemnych nakladow - pod pseudonimem Brullera, jak 
s
dzono, musi kryc si
 ktorys z wielkich: Aragon, Mauriac, moze Maritain. 
Jerome Lindon pochodzil z bogatej rodziny mieszczanskiej (pradziadek byl 
wielkim rabinem Francji), spokrewnionej z Bergsonem i kapitanem Dreyfusem. 


3 Vercors, La, bataille du silence: Souvenirs de minuit, Editions de Minuit, Paris 1992, s. 202. 


26
>>>
Chlopiec nie bardzo chcial isc w slady ojca adwokata, bardziej pociC}galy go juz 
od dziecinsrwa ksiC}zki, druki, ilustracje. Po zaj
ciu Paryza przez Niemcow 0 10- 
sy pi
tnastolatka rodzice obawiali si
 do tego stopnia, ze postanowili, iz bez- 
pieczniejszy b
dzie w strefie nieokupowanej. W liceum w Aix-en-Provence, do- 
kC}d wyslano go najpierw, 0 malo nie wpadl w r
ce policji rozprowadzajC}c ulotki 
wzywajC}ce do oporu wobec nazizmu. Wyslano go zatem, mimo jego wyraznego 
sprzeciwu, na ferm
 do wioski w departamencie Tarn. Za mlody do wojska, chlo- 
piec dojrzaly byl juz na tyle, by wziC}c udzial w wojnie - w tej cz
sci Francji, nie- 
daleko masywu Vercors, niedaleko Roussillon, gdzie przebywal Beckett, Perpi- 
gnan, kolo ktorego walczyl Simon, Lindon przystC}pil do pjerwszego oddzialu 
maquis. Bylo ich osmiu, najstarszy mial niespelna 25 lat. Jerome odbyl chrzest 
bojowy w potyczce, w ktorej zginC}1 jego najblizszy przyjaciel. Oddzial, wlC}czo- 
ny do 12. pulku dragonow, jako cz
sc I Armii generala Lattre de Tassigny prze- 
szedl szlak az do Alzacji. Lindon walczyl z broniC} w r
ku zaledwie kilka miesi
- 
cy, ale do dzis podkrdla, ze byla to prawdziwa szkola zycia. Po powrocie do 
Paryza czlonek tego same go ugrupowania w maquis, dyrektor administracyjny 
Editions de Minuit przyjC}1 go do pracy w dziale produkcji. Niespelna trzy lata 
pozniej dwudziestodwuletni Jerome obejmie kierownictwo wydawnicrwa - 
z praktykanta i pracownika w dziale produkcji stal si
 najpierw tegoz kierowru- 
kiem, a niedlugo potem dyrektorem n
kanej klopotami finansowymi oficyny. 


WYISCIE Z PODZIEMIA: MINUIT PO WOJNIE 


1. 
Bruller-Vercors stal si
 moralnym wzorem, \vielkC} postaciC}literarury fi-ancu- 
skiej, przez jakis czas przewodniczyl nawet krajowemu PEN-Clubowi. Minuit 
z instancji moralnej musialo jednak przeobrazic si
 w firm
 kapitalistycznC}, co 
okazalo si
 niemalze kwadraturC} kola. Wydawnictwo rychlo popadlo w tarapaty 
finansowe. BruHer porozni! si
 z de Lescurem, a po jego odejSciu nie zdolal za- 
pobiec konflikto\vi ze srodo\viskiem kombatanckim. Drukarzom i kolporterom 
Milczenia morza trudno byio tlumaczyc, ze ryzykowali zyciem po to, by teraz 
ktos mial do konspiracyjnych tytulow wylC}czne prawa, argumentowac, ze upra- 
\viajC} piractwo wydawnicze, a tym bardziej grozic im sankcjami karnymi. Podzia- 
ly ideologiczne tudziez zroznicowanie interesow finansowych oraz dokonujC}ca 
si
 w jakis czas po wojnie reorientacja literacka spra\vily, ze zmianom modelu nie 
mozna bylo juz si
 przeciwsta\viac. Vercors wolal odejsc niz si
 z tym pogodzic. 
Mlody dyrektor nie mial wprawdzie dos\viadczenia, ale rue brakowalo mu ani 
smialej wizji przyszloSci, ani odwagi, by wdac si
 w tak ryzykowne przedsi
wzi
- 
cie - ad poczC}tku swiadomy, ze b
dzie musial wspierac przedsi
biorstwo wlasny- 
mi pieni
dzmi, ktore zresztc} pozyczal od rodziny i przysztego tdcia. 
Wyjscie z deficytu finansowego okaze si
 dla Lindona trudniejszC} sprawC} niz 
zapoznanie si
 z realiami polityki programowej wydawnicrwa. Zaraz po wojnie 


27
>>>
ton nadawala przede wszystkim polityka i spory ideologiczne 0 ocen
 tak cza- 
sow pogardy, jak i okresu wojennego. vVydawnictwo kojarzylo si
 wowczas 
z kr
gami komunistow bliskimi pismu "Combat". Ale nawet w tym pierwszym 
okresie, wydawnictwo nie waha si
 przyjmowae tekstow kontrowersyjnych, ta- 
kich jak Lettre aux directeurs de la Resistance, list do przywodcow ruchu oporu 
Jeana Paulhana, zwracaj
cego si
 przeciw czystkom ideologicznym, czy nagro- 
dzona Prix de la Resistance ksi
zka J eana Cassou La Alemoire courte, 1953 
(Krotka pami{c). Juz na pocz
tku lat pi
edziesi
tych Minuit sprzeciwia si
 row- 
naniu Niemiec = faszysta, publikuj
c Bialq roz{ Inge Scholl, histori
 niemiec- 
kich studentow, ktorzy zaplacili zyciem za swoj sprzeciw wobec nazizmu: "Je- 
zeli smiere tych szdciu osab nie moze stanowie alibi dla calego narodu 
niemieckiego, to przynajmniej sprzeciwi si
 bezzasadnym uogalnieniom w dru- 
g
 stron
". Rekomendowana przez Paula Ricoeura glosna ksi
zka Karla J asper- 
sa Schttldfrage (KJvestia winy) ukazuje si
 w 1948 roku jako La Cup/abiliti al- 
lemande obok rozpraw Jaspersa 0 Nietzschem i chrzeScijanstwie oraz Strindbergu, 
Van Goghu, Swedenborgu i Holderlinie. W ogale w awczesnych katalogach 
wydawnictwa znajdujemy wiele pozycji z filozofii i eseisryki humanistycznej, 
Blanchot i Bataille s
siaduj
 tu z Gottfriedem Bennem i Edgarem Morinem. Do 
dzis zreszt
, choe 0 tej cZ
Sci dzialalnosci mog
 teraz rylko wspomniee, Minu- 
it publikuje kluczowe teksty wspalczesnej filozofii, lingwisryki, psychiatrii hu- 
manisrycznej, historii, socjologii, takich autoraw jak Jacques Derrida, Gilles De- 
leuze, Emmanuel Levinas, Jean-Franc;ais Lyotard, Pierre Bourdieu, a sposrod 
dumaczonych: Cassirer, Marcuse, Binswanger, Bachtin, Jakobson, Trocki, Ad- 
orno. Te publikacje ukazuj
 si
, jezeli mozna tak powiedziee, w orbicie \ryda- 
wane go od 1946 roku pisma "Critique". Zalozone przez wawczas malo znane- 
go Georgesa Bataille'a, od razu stalo si
 ono jednym z wiod
cych intelektualnie 
pism francuskich, obok swych konkurentaw, "Esprit" i "Les Tcmps modernes", 
w odraznieniu od ktarych mialo formul
 otwart
, nie opowiadaj
c si
 za kon- 
kretn
 ideologi
 (pierwsze utozsamialo si
 z chrzdcijanstwem spolecznym 
i personalizmem Mouniera, drugie z egzystencjalizmem Sartre'a). 
Jerome Lindon przej
l w spadku po Vercorsie wielu pisarzy, a raczej te ich 
utwory, ktarych wolaly nie przyjmowae wielkie \rydawnictwa, zw!aszcza Galli- 
mard, z losami ktarego dzieje Minuit splataj
 si
 do dzisiaj w przedziwny nie- 
raz sposob. Mlody wydawca nie waha! si
 przyj
e ksi
zek odrzuconych na rue 
Sebastien-Bottin, wsrad nich takze tych uwazanych za skandaliczne lub szoku- 
j
ce obyczajowo. Przeciw niektorym protestowali nawet drukarze - LJAbbe C. 
Georgesa Bataille'a zanadto zblizyla si
, ich zdaniem, do apologii kolaboran- 
taw, Jean-Paul Marcela Guersanta zbyt smia!o zajmowa!a si
 sprawami homo- 
seksualizmu. Lindon staral si
, aby ideologiczne spory nie wysuwaly si
 na 
pierwszy plan, swiadomy, ze choe nie moze uchylie si
 od wydawania publicy- 
styki, to prawdziw
 domen
 Minuit powinna bye literatura pi
kna. 
o ile Vercors zaraz po wojnie wypowiedzial wojn
 duzym wydawnictwom, 
takim jak Grasset i Gallimard, zarzucaj
c im skompromitowanie idealow w cza- 


28
>>>
sie okupacji, to pozostawiony przez niego Lindonowi redaktor naczelny Geor- 
ges Lambrichs probowal zlagodzie t
 polityk
 i przynosil od Gallimarda teksty 
zbyt dlugo czekajC}ce tam na wydanie - na trzynascie tytulow Minuit z 1948- 
-1949 az sZeSe pochodzi od pisarzy zwiC}zanych z rue Sebastien- Bottin. Dzi
ki 
kontaktom Lambrichsa w tym pierwszym okresie posrod ksiC}zek Minuit znajdC} 
si
 dziela takich tworcow jak Georges Bataille, Pierre KIossowski, Maurice Blan- 
chot, Jean Cassou, Jean Paulhan, Andre Dhotel, Paul Eluard, Pierre Jean Jouve. 
Domen
 francuskC} uzupelnia kilku autorow anglosaskich - Arthur Miller, Dy- 
lan Thomas, William Faulkner, Herman Melville. 
J ak mozna bylo w trudnych powojennych warunkach utrzymae wydawnictwo 
przy zyciu? Grasset probowal Z\vi
kszae naklady, Gallimard finansowal wzno\vio- 
nC} "Nouvelle NRF" wplywami z inicjatywy znanej publicznie pod nazwC} 
"Detective". Minuit wpadlo na pomysl serii "Grandes Reussites Franc;aises", kto- 
ra pogl
bila tylko deficyt. Na szcz
scie inne przedsi
wzi
cie tego typu, seria "Sta- 
ry Paryz", w wi
kszoki publikacje Jacquesa Hillaireta, pozwolily podreperowae 
uszczuplony przez kl
sk
 "Wielkich sukcesow" budzet wydawnictwa. Powoli 
Lindon zaczyna jednak zdawae sobie spraw
 z tego, ze jego taktykC} musi bye nie 
ekspansja, lecz pogl
bienie tego, co uwaza za autentycznie bliski mu nurt. 


2. 
PierwszC} zapowiedziC} "wyjkia na prostc}" jest sukces literacki - jezeli jeszcze nie 
komercyjny - tekstow Samuela Becketta. Lindon natychmiast przyjmuje do druku 
Molloy)a i Malone umiera oraz rozwaza publikacj
 obiecujC}cego, jego zdaniem, dra- 
matu znanego tylko wtajemniczonym osobliwego geniusza z Irlandii. Nie, to nie 
Czekajqc na Godota jest ow
 sznUcC}, lecz Eleutheria - znacznie dluzszy dramat z kil- 
kunastoma osobami w obsadzie. Kiedy Roger Blin wybiera Godota do malutkiego 
teatru Babylone, Beckett bez zalu rozstaje si
 z Eleutheriq, ktora \rydana zostanie 
dopiero po jego smierci i - jezeli wierzye oswiadczeniom \"ykonawcow testamentu 
- nigdy nie b
dzie wysta\viona na scenie. Recenzja Jeana Blanzata z Molloy)a w "Fi- 
garo Litteraire" sprawia, ze Minuit przestaje bye utozsamiane z kombatanclq lewi- 
cC}. Blanzat, renomowany krytyk paryski, wielka postae intelektualna Resistance 
i przyjaciel Jeana Paulhana, chwali dwudziestoparoletniego wydawc
 za ten wybor. 
I tak na przdomie 1950/1951, kiedy Hillairet stanie si
 na jakis czas podpoq Mi- 
nuit w sensie ekonomicznym, Beckett zostaje filarem artystycznym. 
Znanych autorow, ktorzy pozwoIC} Minuit naprawd
 samodzielnie zaistniec, 
probuje zdobye Lindon takZe przez posuni
cia administracyjne. JesieniC} 1951 
roku, wsparty ponownie przez rodzin
, za stosunkowo niewielkC} sum
 kupuje 
wydawnictwo Le Sagittaire, co daje mu prawa do Bretona, Eluarda, Desnosa, 
Soupaulta i pierwszych ksiC}zek Claude'a Simona. Czyni to chyba po to, zeby 
uprzedzie Gallimarda, ktory ostrzyl juz sobie z
by na to wydawnictwo. Wynikly 
z tego powodu spor z Gallimardem 0 Eluarda rozstrzyga sC}d ukaraniem Lindo- 
na kwotC} dwukrotnie wyzszC} niz zaplacil za Sagittaire. Na szcz
scie inny spor, 
o Desnosa, konczy si
 porazkC} Gallimarda. To ratuje Lindona od ruiny tlnanso- 


29
>>>
wej. Ale to juz czasy, kiedy Editions de Minuit przechodzi z fazy editions de 
decouvert (wydawnictwa niepokrytego deficytu) do editions de La decouverte (wy- 
dawnictwa odkryc). 
Choc miejsce \\ historii zapewni sobie Minuit dzi
ki literaturze pi
knej i pu- 
blikacjom z dziedziny nauk humanistycznych, zdarza si
 wydawnictwll publiko- 
wac ksi(!zki stricte polityczne, zwIaszcza kontrowersyjne. Na miano niepokorne- 
go wydawnictwo zasIuzyIo sobie w czasie kryzysu algierskiego. Minuit 
przyst
puje do tej wojny w pazdzierniku 1957 wraz z publikacj(! Georgesa Ar- 
nauda i Jacquesa Vergesa Pottr Djamila Botthired, 0 skazanej na smierc mlodej 
Algierce, rzekomej czIonkini FLN. Od 1957 do 1962 roku Lindon wydaje dwa- 
dzidcia trzy publikacje zwi(!zane z Algieri(!, z ktorych najwi
kszy rezonans mia- 
Ia La Gangrene, b
d(!ca opisem torturowania mlodych intelektualistow algier- 
skich w Paryzu przy rue des Saussaies - w byIej siedzibie Gestapo. 


3. 
Na przdomie 1950-1951 na bialych okladkach Minuit, wewn(!trz inspirowanej 
przez Gallimarda (acz niebieskiej) ramki, pojawia si
 prosta gwiazdka, ktora do 
dzis pozwala z daleka odroznic ksi(!zki wydawnictwa. Rowniez w tym czasie re- 
dakcja zwalnia zarekwirowany po wojnie Wlochom lokal przy 75, St. Germain 
i przeprowadza si
 na zwolnion(! przez "dom tolerancji
' posesj
 na 7, rue Ber- 
nard-Palissy. W niepozornym budynku przy bocznej uliczce dwa kroki od ko- 
scioia St.-Germain-de-Pres cz
stym gOSciem staje si
 Alain Robbe-Grillet, inzy- 
nier agronom, ktory decyzj
 zostania pisarzem kiadl na karb mlodosci tudziez 
infekcji, jakiej nabawil si
 w zamorskich terytoriach. Jego wydana w Minuit 
w 1953 roku powidc Les Gommes (GumyJ4 spotkaia si
 natychmiast z pozytyw- 
n(! reakcj(!, chwalili j(! Maurice Blanchot i mlody Roland Barthes, ktory niedlugo 
potem stanie si
 papiezem paryskiej krytyki. Kiedy dwa lata pozniej i druga po- 
widc, Le voyeur, 1955 (Podglqdacz)5 wzbudziia ogolne zainteresowanie (nawet 
jezeli sprzedaz miaia skromn(!), Lindon dziel(!cy upodobania literackie Robbe- 
-Grilleta i ceni(!cy jego sugestie, zaproponowal mu stanowisko doradcy literackie- 
go, de facto redaktora naczelnego (Lambrichs, z kt6rym Lindonowi i tak zawsze 
bylo trudno znalezc wspolny j
zyk, pracowal juz u Gallimarda). Nie tylko 
upodobania literackie, takze talenty towarzyskie Robbe-Grilleta zaowocowaly 
pojawieniem si
 w Minuit caIej grupy dotychczas chodz(!cych wlasnymi sciezka- 
mi pisarzy. Robert Pinget, po opublikowaniu trzech ksi(!zek u Laffonta i Galli- 
marda, oddaje Robbe-Grilletowi Graal Filibuste, 1956 (Graal rozb6jnik). Michel 
Butor debiutuje w Minuit w 1954 roku powidci(! Passage de Milan (Mediolan- 
ski pasai), dwa lata pozniej ukazuj(! si
 Odmiany czasu (LJemploi du temps). Clau- 
de Simon trafia na rue Bernard-Palissy po wydaniu w Sagittaire Oszusta i La cor- 
de raide, 1947 (Taniec na linie), zas w wydawnictwie Calmann-Uvy Gullivera, 


" Alain Robbe-Grillet, Gumy, przelozyl Leszek Kossobudzki Warszawa 1959. 
5 Alain Robbe-Grillet, Podglqdaez, przelozyla Loda Katuska-Hotuj, Verbum, Warszawa 1996. 


30
>>>
1952 oraz Le sacre de printemps, 1954 (Swirto wiosny). Wreszcie w 1957 roku 
rowniez Nathalie Sarraute i Marguerite Duras, obie zwi}zane z Gallimardem, po- 
wierzaj} Minuit r
kopisy, jak si
 okaze, swych kluczowych utworow. 
Emile Henriot, krytyk literacki, ktory przejdzie do historii tylko dlatego, ze na- 
pisal recenzj
 w "Le Monde"6, okrdlil dwa nielubiane przez siebie teksty mianem 
nouveau roman -"nowej powidci". To okrdlenie podchwyci Robbe-Grillet, kto- 
ry - choc roznic mi
dzy pisarzami bylo niemalo - b
dzie podkrdlac l}cz}cy ich 
wspolny sprzeciw wobec tradycyjnej powidci oraz zywione przez nich przekona- 
nie, ze nadszedl czas, aby literatura wyzwolila si
 wreszcie z przestarzalych form 
i wymyslila nowe - co postulowala juz Sarraute w LJere de SottpfOn. Duzo wcze- 
sniej, w przedmowie do Portretu nieznajomego, Sartre widcil nadejscie tak zwa- 
nej antypowidci. "Jednym z najbardziej znamiennych cech naszej epoki w litera- 
turze jest sporadyczne i uporczywe pojawianie si
 dziel neguj}cych, ktore mozna 
by okrdlic mianem antypowidci", pisal filozof, zaliczaj}c do tej grupy oprocz Sar- 
raute takze tworczosc Nabokova, Evelyn Waughs i Falszerzy Gide'a. Antypowidc 
zachowuje wprawdzie wygl}d i profil powidci, ale po to tylko, by nas do niej zra- 
zic, idzie bowiem 0 to, "by powidc zaprzeczyla sobie samej, by zniszczyc j} na 
naszych oczach, w tym samym czasie, kiedy rzekomo wynosi si
 j} pod niebiosa." 7 
Lipcowy numer "Esprit" z 1958 roku przypiecz
towal narodziny nouveau roman. 
I tak na rive gauche, w w}skiej kamienicy przy rue Bernard- Palissy przychodzi na 
swiat nowa formacja powidciowa, zwana cz
sto ecole de Minuit. 


4. 
W centrum fotografii z 1959 roku na ulicy przed wejsciem do wydawnictwa stoi 
Pinget, po swej lewicy ma opartego 0 scian
 Becketta, za Pingetem, rownie szczu- 
ply i wysoki, Jerome Lindon. Na lewo od Becketta pani Sarraute, najstarsza z nich, 
w dlugim plaszczu, obok niej Claude Ollier, ktorego glowa, widziana z profilu za- 
slania witryn
 z ksi}zkami. Na lewym skraju fotografii, pod sam} Scian}, Claude Si- 
mon i Alain Robbe-Grillet, chcialoby si
 powiedziec, zaj
ci s} rozmow}. 
Na fotografii brakuje Butora i Duras. Powinni si
 byli na niej znalezc, aby 
w pelni uwiecznic te czasy, wazne dla Minuit, jak i dla historii literatury francu- 
skiej. Jest za to elegancki Claude Mauriac (1914-1996), syn Noblisty i osobisty 
sekretarz de Gaulle'a, ktory u Lindona wprawdzie nie publikowal, ale byl pro- 
pagatorem "nowej powidci". Choc jedna z wczesnych jego ksi}zek nosi tytul 
Aimer Balzac, 1945 (Kochae Balzaka), pisarzy nouveau roman, ktorzy z Balza- 
ca uczynili cel swych atakow na konwencje prozy realistycznej, wspomogl teo- 
retycznie esejami wydanymi w 1958 roku jako Alitterature contemporaine. 
Wspokzesna "antyliteratura" (a raczej "aliteratura", analogicznie do przymiot- 
nika "amoralny") to tworczosc "wyzwolona od upraszczaj}cej latwoSci i wdzi
- 
ku, ktore nadaly literaturze znaczenie pejoratywne". 


6 "Le Monde", 22.5.1957. 
7 Sarraute, (Euvres completes, Gallimard, Paris 1996, s. 35. 


31
>>>
Q 


f 



 


.. 
. 


. , 
\
 


\ 


..... 


""" 


.. 
.. \. 


. 


- 


i.: 
'" 
"'I:: 
Ii: 
:: 
Q 
:: 
.
 

 


- 


.... 

 


Od lewej: Alain Robbe-Grillet, Claude Simon, Claude Mauriae, Jerome Lindon, Robert Pinget, 
Samuel Beckett, Nathalie Sarraute i Claude Oilier -1959 rok. 


, ", , 
o ROKU OW! SZESC POWIESCI W DW ANASCIE MIESI
CY 


Od wiosny 1957 do lata 1958 roku, \V okresie kilkunastu miesi
cy ukazaly si
 
\V Minuit tak wazne powidci jak Tropizmy Sarraute, Wiatr Simona, Przemiana 
Butora, Zalttzja Robbe-Grilleta, Moderato cantabile Duras, Rezyseria Olliera 
oraz Baga Pingera. Kazda z nich wniosla cos waznego tak do ewolucji autora, 
jak i calego ruchu. J ezeli dodamy do nich najwainiejsz} obok .czekajqc na Co- 
dota sztuk
 Samuela Becketta - K011C6wkr, okolice roku 1957 okaz} si
 kluczo- 
wym okresem historii wydawnictwa. 


l. 
Tropizmy to cykl dwudziestu czterech tekstow 0 dlugosci wahaj}cej si
 od jed- 
nej do kilku stron, ktore juz przy pierwszej lekrnrze zwracaj} na siebie uwag
 bra- 
kiem imion, nazwisk, spojnej fabuly. Powidc posiada wi
kszosc cech, ktore po- 
tern urozsamiac si
 b
dzie z nazwiskiem Sarraute. Jej tytul zaczerpn
la autorka 
z biologii, gdzie, jak wiadomo ten okrdla ruchy wzrostowe roslin lub ich cz
sci, 
wywolane dzialaniem okrdlonego bodzca. T ak jak roslina wygina si
 w kierunku 
zrodla swiatla, ciepla, czy wody (tropizm dodatni) lub od nich odchyla (ujemny), 


32
>>>
czlowiek reaguje na czyjd spojrzenie, usmiech, glos. Dla Sarraute ten mechanizm 
stanowi wymykaj}cy si
 kontroli swiadomosci fundament wszelkiego ludzkiego 
obcowania. Powidc nie pr6buje uchwycic stosunk6w mi
dzyludzkich w drama- 
tycznych sytuacjach, w kt6rych zazwyczaj przedstawia si
 milosc i smierc, lecz 
w codziennych, niekiedy banalnych epizodach, zwyklych spotkaniach, rozmo- 
wach przy herbacie czy na klatce schodowej. W niedopitej filizance kawy ktos mo- 
ze nagle odkryc zr6dlo niepokoju - ludzie pr6buj} ukryc owe poruszenia psychi- 
ki, ukrywaj}c si
 za mask} konwencjonalnych zachowan. GrzecznoSciowe zwroty, 
dyskretne sygnaly ekspresji ciala: stereotypowe miny, polozenie warg, ulclad brwi 
etc. - przez wszystko to potrafi przenikn}c m6wi}ca instancja, kt6ra kryje si
 za 
cal} konstelacj} narracyjnych "ja", i dotrzec do owych elementarnych "drgni
c" 
psychicznych. Tropizmy to dialog indywidualnych psychik, wchodz}cych z sob} 
w kontakt, jak to nazywala autorka Sotts-conversation, "pod-rozmowa". Cos z bo- 
hatera filmu Wima Wendersa Niebo nad Berlinem, obdarzonego darem slyszenia 
wypowiadanych na glos mysli mijanych przez siebie ludzi. 
Punktem odniesienia zachowan ludzkich jest dla Sarraute zawsze "drugi czlo- 
wiek", a jezeli interakcja nastawiona jest na zrozumienie drugiej osoby poprzez te 
dyskretne nieraz sygnaly, dzieje si
 tak w tym celu, by - wedtug pisarki - uwiesc t
 
drug} osob
 i nad ni} zapanowac. Podmiot ludzki rozdarty jest mi
dzy ch
ci} utoz- 
samienia z "tym drugim", ws1izgni
cia si
 w niego, a odruchem ucieczki, w nadziei, 
ze b
dzie w stanie si
 obejsc bez niego. Owa iill10wacja w psychologii idzie u Sar- 
raute w parze z zabiegami technicznymi, po ktorych latwo rozpoznac jej proz
. Na- 
leZy do nich, mi
dZ)' iill1ymi, charaktetystyczne dla autorki skupienie na slowach, 
jakby sprawdzanie ich pod lup}- nawet slowa najbardziej niepozome zdawaloby si
, 
zazwyczaj dyskretne i przezroczyste, ujawniaj} naraz swoj} nieprzejrzystosc - pod- 
dane naszemu badawczemu ogl}dowi okazuj} si
 zdradzieckie. Obracaj}c nimi do- 
poki nie ukaz} nam si
 jako obce, autorka ma moznosc dotarcia do tego, co najwaz- 
niejsze, a mianowicie do psychologii obcowania ludzkiego 0 niemal anrropologicznych 
ambicjach. Oczywiscie, ma to wiele wspolnego z Proustem, wobec kt6rego czuje 
autorka dtug, ale ktorego odkrycia wymagaj} jej zdaniem udoskonalenia - wlasnie 
po to, aby w)'razic ruchomosc i rragmentarycznosc psychiki, konieczne jest pojScie 
dalej niz Proust, acz w wyryczonym przez niego kierunku. 
Przypomnijmy, co pisal Sartre 0 antypowidci na przykladzie Sarraute: ze za- 
chowuje ksztalt i pozor)' powidci, ale jej zadaniem jest rozsadzic j} od srodka, 
uzyc formy powidciowej po to, by zakwestionowac tradycyjn} koncepcj
 ga- 
tunku. Filozof podkrdlal sprzeciw autorki Portrettt nieznajomego wobec zalo- 
zonej przez powidciopisarzy z gory, standardowej u nich "zlej wiary". Koniec 
z naiwnosci}, niechaj nastanie czas ironii. Nathalie Sarraute nie chce widziec po- 
staci ani od srodka, ani od zewn}trz, bo jestdmy dla siebie i innych zawsze jed- 
noczeSnie calkowicie na zewn}trz i calkowicie wewn}trz. 


33
>>>
2. 
Moderato cantabile 8 Marguerite Duras oznacza zupdnie inne podejscie do 
psychologii. Na pozor bardziej obiektywna od niejako zalozonego atomowego 
subiektywizmu Sarraute, przedstawia przeciez 0 wiele bardziej egocentryczn} 
(jdli rue narcystyczn}) wizj
 swiata. Na pierwszy rzut oka tak sposob narracji, jak 
fabula powidci wydaj} si
 dosyc powierzchowne i konwencjonalne - opowiada- 
na w trzeciej osobie historia znuzonej zyciem Anny, pdnej melancholii kobiety 
z kr
gow zamoznej burzuazji, matki \vychowuj}cej bez entuzjazmu niesfornego 
syna. Pustk
 jej egzystencji, \vypdnion} jedynie rutyn} lekcji muzyki dla syna, 
przerywa zabojstwo mlodej kobiety w portowej kawiarni, ktorego swiadkami S} 
Anna i byly pracownik w firmie jej m
za. Dziwny zwi}zek, ktory od tego mo- 
mentu zaczyna si
 mi
dzy nimi rozwijac, ma staly punkt odniesienia w owych 
"amants de la mort". Spotkania rozwijaj} si
 zawsze wedtug tego same go scena- 
riusza - nieszcz
sliwa zona z wyzszych sfer upija si
 tanim winem w towarzystwie 
poci}gaj}cego j} w ruewyttumaczalny sposob m
zczyzn}. Ich ostatnie spotkanie 
koncz} slowa niepokoj}co przypominaj}ce pocz}tek powidci. "Chcialbym, zeby 
paru nie zyla, rzekl Chauvin. To juz si
 stalo, mowi Anne Desbaresdes." 
Jak podkrdlali krytycy, bohaterk
 trudno uznac za postac literack} w konwen- 
cjonalnym znaczeniu tego slowa, ale czytelnika uderza autentycznosc jej przeZyc - 
nietrudno utozsamic si
 z jej cierpieruem. Pusty dialog nie pomaga czytelnikowi 
wypdniac stopniowo jeszcze nie podanych przez autork
 szczegolow opowiadanej 
historii, tak by odldadaj}c ksi}zk
 mogi ujrzec w niej wizerunek kobiety z krwi i ko- 
sci, lecz stuZy raczej do gl
bszego zrozumienia stanow psychicznych wyalienowa- 
nej bohaterki. Intryga jest szcz}tkowa, brakuje tak tradycyjnej analizy psychologicz- 
nej, jak i socjologicznie pogl
bionej charakterystyki postaci, a jednak powidc Duras 
jest trafuiejsza psychologicznie od wielu tzw. powieSci psychologicznych. Jej orygi- 
nalnosc bierze si
 nie tyle z charakteru opisywanej historii, ile z ujawnienia si
 tu 
po raz pierwszy w tak skrystalizowany sposob wlaSciwego Duras stopu opisow sce- 
nerii i stan ow ducha. Smutek istnienia, zawod milosny, alkoholowo-egzystencjalne 
ennui, niemozliwa do wprowadzenia w Zycie ch
c zakomunikowania "poza slowa- 
mi" tego, co istotne, pragnienie zerwania z normalnym Zyciem - wszystko to wpi- 
sane jest w opis dziwnie obnazony emocjonalnie, wyrazone w rytmie j
zyka oscy- 
luj}cego mi
dzy slowem a milczeniem, przekazuj}cego doswiadczenie pustych 
miejsc. Opis przyj
cia, ktorego uczestnicy widziani S} oczyma obrzydzonej ich 
swiatem bohaterki, to przyklad juz nie mowy pozornie zaleznej, tyIko (pozorrue 
zaleznej) wizji swiata. Dochodzi do tego jeszcze, tak pozniej typowy dla Duras
 
brak sprecyzowania w ukazywanym swiecie przy jednoczesnej precyzji j
zyka, 
chcialoby si
 rzec: osi}gni
ty poprzez precyzj
 j
zyka
 owe niemal patetyczne, 
acz przejmuj}ce niedopowiedzenia. Czytelnik zaczyna jak u Henry'ego Jamesa, ale 
w miar
 lektury odczuwa niemal fizyczn} dotykalnosc tego, po czym zdania czy 
epizody zaledwie przdlizgiwaly si
 niezdarnie, calej sfery ambiguiti. 


8 Moderato contabile, przelozyla Zofia Cesul, WAB, Warszawa 1998. 


34
>>>
Jak zawsze u autorki J(ochanka wazny jest tez kontekst biograficzny. Powide 
powstala w czasie krotkotrwalego, lecz bardzo intensywnego zwi(!zku Duras ze 
znanym w6wczas pisarzem i wspanialym amantem Gerardem J urlotem. Ich ro- 
mans byl tak peten alkoholu i erotyzmu, ie Duras ledwie zauwaiyla smierc mat- 
ki. Rozstala si
 z Jarlotcm na kilka godzin, by pojsc na jej pogrzeb - ale wie- 
dziala, ie kochanek niecierpliwie czeka na ni(! w hotelu. 
Kobiecy wymiar tej powidci jest inny niz u Sarraute, ostrzejszy, bardziej 
agresywny - od czasu Moderato cantabile wielu krytyk6w az korci, by okrdlic 
choeby najogolniej, na czym polega ten nieortodoksyjny rodzaj feminizmu, wy- 
woluj(!cy u niekt6rych czytelnik6w (m
zczyzn i kobiet) reakcje sprzeciwu i nie- 
pewnosci. Alain Robbe-Grillet, ktory juz we wczesnych utworach Duras do- 
strzegl w samym j(!drze narracji "wielk(! sil
 dywersji", cierpliwie naklanial j(! do 
napisania czegos dla Minuit, az wreszcie zgodzila si
 zdradzie Gallimarda. Czu- 
la znuzenie marnv(! rutyn(! swych kontaktow z ludzmi Gallimarda, kt6rym wy- 
rzucala, ze przestali czytae jej manuskrypty. 0 zgod
 Gastona Gallimarda na 
wydanie w Minuit Duras zabiegala usilnie, czuj(!C, ie brakuje jej powietrza, aby 
zacz(!e nowy etap. Wytchnienie - jak epizod z Jarlotem - okazalo si
 zrazu kr6t- 
kotrwale. Ale Moderato cantabile otworzylo now(! faz
 w jej tw6rczoSci. Na sta- 
rose Duras na nowo zwi(!ze si
 z Minuit - i to na cale dziesi
ciolecie. W latach 
pi
edziesi(!tych dawala jeszcze sobie udzielae rad - Robbe-Grillet sugerowal jej 
lekkie skontrowanie tendencji do melodramatyzmu, pisarka ponoe si
 do tej ra- 
dy dostosowala (filmu Petera Brooka z Jeanne Moreau i Jeanem-Paulem Bel- 
mondo mi
dzy innymi z tego powodu nie mogla scierpiee). Ale kiedy w latach 
osiemdziesi(!tych, zla na realizatora filmowej wersji Kochanka, zaniosla Lindo- 
nowi drug(! wersj
 powidci, Kochanka z morza p6lnocnego, a ten zasugerowal 
liczne zmiany, rozzloScila si
 do tego stopnia, ze podobno do smierci nie wspi
- 
la si
 po stromych schodach budynku Minuit. 


3. 
Powide Simona Wiatr, razem z napisan(! bezposrednio po niej L'Herbe, 1958 
(Trawa), rowniez ma przetomowy w jego dziele charakter. Rozpoczyna najwai- 
niejszy chyba w tworczoSci pisarza okres, w ktorym na pierwsze miejsce wysunie 
si
 kwestia (nie )mozliwosci narzucania ludzkiego porz(!dku i sensu na bezlad 
swiata. Wiatr to historia przygn
biaj(!ca, pulsuj(!ca chaotycznym jak zycie bogac- 
twem, rekonstrukcja zdarzen, w kt6rej 0 palm
 pierwszell.stwa walCZ(! unvierdza- 
j(!ce si
 nawzajem, ale nie potwierdzaj(!ce wzajemnie swych punktow widzenia: 
postrzeganie, pami
e i wyobraznia. Osnuta jest owa historia wok61 czlowieka do- 
brej woli. Nieco stylizowany na Myszkina z Idioty Dostojewskiego Antoine 
Montes, naukowiec badaj(!cy architektur(! romansk(!, otrzymuje w spadku po oj- 
cu (kobieciarzu, kt6rego matka bohatera opuScila b
d(!c w ci(!iy) zrujnowan(! 
wiejsk(! posiadlose. Przez absurdalny splot wydarzen Montes wikla si
 w intryg
 
zakonczon(! smierci(! dziwnie mu bliskiej matki dwojga dzieci oraz jej kochanka 
Cygana. Celem, do ktorego zmierza tak Montes, jak i narracja, jest odtworzenie, 


35
>>>
poza sztucznym porz(!dkiem ustanowionym przez rodzin
, spoleczenstwo i logi- 
k
, pierwotnego chaosu, ktorego symbolem jest wiatr, sila rozp
tana "bez celu, 
skazana na wyczerpywanie si
 bez konca, bez nadziei konca". W swiecie "nor- 
malnym" nie ma porz(!dku, kazda proba porz(!dkowania przeszlosci, rekonstruk- 
cja wydarzen, to wypaczenie prawdziwego charakteru ludzi i swiata. Dochodz(!- 
cy tego, co rozegralo si
 w krainie swiada i wiatru (przypominaj(!cej region 
Roussillon 9, odtwarzaj(! to fragmentarycznie, ulamkowo, dopasowuj(!C do siebie 
rozbite kawalki - kosci, precypitaty zniszczale pod dzialaniem czynnikow rozkla- 
daj(!cych zycie: trwania (czasu), slonca i wiatru. "Nie, to nie z powodu jego opo- 
wiadania, z oczywistego powodu jego niespojnej pami
ci - wszystko musialo jak 
s(!dz
 odbyc si
 jak cos niemal nierzeczywistego, czas zachodzil na siebie jak roz- 
kladany teleskop, nakladal si
 na siebie, zamieral w bezruchu b(!dz si
 rozci(!gal, 
nie tyle z powodu zm
czenia, nieprzespanej nocy (...) ile jakiejs zasadniczej nie- 
zdolnoSci do zdawania sobie sprawy z Zycia, rzeczy, zdarzen, inaczej niz za po- 
srednictwem sensu, serca . "10 
W wydanej w 1960 roku La Route des Flantlres (Droga przez Flandrir), te- 
mat narzucania znaczenia na chaos egzystencji zostaje przedstawiony na mate- 
riale wybornie nadaj(!cym si
 do simonowskiej demonstracji - historii, z jej 
szczegolnym przypadkiem, doswiadczeniem wojny, sytuacji, ktora intensyfikuje 
wrodzony czlowiekowi brak talentu do porz(!dku. Ostatnie zdania powidci do- 
brze ilustruj(! jej styl i przeslanie: ,,Ale czy naprawd
 widzialcm, czy wydawalo mi 
si
 tylko ze widz
 czy po prostu wyobrazilem sobie to juz po wszystkim a moze 
widzialem we snie moze spalem moze nigdy nie przestalem spac z otwartymi 
oczami w bialy dzien kolysany monotonnym tupotem pi
ciu koni tratuj(!cych wla- 
sne cienie uderzeniami kopyt 0 zakloconym rytmie tak ze brzmialo to jak terkot 
zmienny zlewaj(!cy si
 z wlasnym echem tak jak gdyby tylko jeden kon si
 posu- 
wal niekiedy potem znow rozbity rozlozony na poszczegolne dzwi
ki ktore goni- 
ly si
 nawzajem i tak w kolko, wojna roztacza si
 ze tak powiem spokojna wokol 
nas pojedyncze pociski bij(! w opustoszale sady z hukiem gluchym monumental- 
nym przeci:}glym jak trzaskaj(!ce na wietrze drzwi pustego domu krajobraz calko- 
wicie wyludniony pusty pod nieruchomym niebem swiat zatrzymany zastygly bez 
ruchu krusz(!cy si
 rozsypuj(!cy padaj(!cy powoli w gruzy jak budowla opuszczona 
niezdatna do uzytku wydana na past\v
 chaotycznej niedbalej bezosobowej i nisz- 
czycielskiej pracy czasu." II 
Powidc wypdniaj(! impresjonisryczne obrazy postrzezen, wyobrazen i wspo- 
mnien. Sarna narracja przypomina galop pod ogniem nieprzyjaciela - ta proza, 
zmyslowa jak malarst\vo, ktore bylo dla Simona niedoscignionym wzorem twor- 
czym, definiuje i na nowo odkrywa dla czytelnika zmyslowosc - dzwi
ki, za- 


9 Szeg61ne powinowacrwo z ksi.rik'l Simona wykazuje, moim zdaniem, napisany w 1963 roku 
Mroz Thomasa Bernharda - nie tylko z racji stylu i tematyki ale i funkcji opisow krajobrazu dla 
oddania stan6w psychicznych. ' 
:
 Le vent: Tentative de restitution d',!n retabl
 baroque, E
i
ions de Minuit, Paris 1957, s. 146. 
Claude Simon, Droga przez Flandrtf, przetoz y ta Wiera Blenkowska Cz yt elnik Warszawa 1982 
s.315. " , 


36
>>>
pachy, dotyk, kolor. Pelne "zycia wbrew smierci" ewokacje ludzi, zwierz}t i przy- 
rody, naznaczone jakims niemal organicznym erotyzmem, mozna przypisac roz- 
maitym bohaterom, jednakze prawdziwym bohaterem jest szukaj}ca (zazwyczaj 
po omacku) pami
c, swiadomosc, dla ktorej charakterystycznym jest zwykle stan 
dynamicznego nieuporz}dkowania. Na wskros pesymistycznemu swiatopogl}do- 
wi Simona zaprzecza do pewnego stopnia kipi}ca energia sprzeciwu wobec uni- 
cestwienia zycia. W "krancowym" subiektywizmie objawia si
 obiektywnosc woj- 
ny, dziejow, czlowieka. Oto Simonowska formula tego, jak powidc moze 
dostosowac si
 do dwudziestowiecznej swiadomosci, ktorej mechanizmy wymy- 
kaj} si
 tradycyjnej formie powidciowej. Emblematycznym obrazem Simona, jak 
Syzyf Camusa czy Belaqua Becketta, jest slepy Orion z obrazu Poussina. 


4. 
To, ze Simon podwazyl poj
cia przyczynowosci, dominacj
 chronologii i psy- 
chologizmu, jak rowniez konwencjonalne przekonanie 0 podrz
dnoSci opisu 
wobec narracji, musialo przypasc do gustu Robbe-Grilletowi, ktory stal si
 nieja- 
ko z urz
du rzecznikiem "nowej powidci" (ur. w 1922 roku w Bretanii, chodzil 
do liceum w Paryzu, w czasie wojny pracowal jako robotnik przymusowy w po- 
blizu Norymbergii, pozniej studiowal agronomi
 i w tym zawodzie pracowal 
w Bulgarii, Maroko, Gwinei, Gwadelupie i na Martynice). Jezeli Simon maluje 
ludzk} rzeczywistosc jako trz
sawisko - za t
 metafor
 wdzi
czny jestem Zbi- 
gniewowi Bienkowskiemu - to u autora Gum i Zaluzji przedstawiona jest ona ja- 
ko lamiglowka. Zaluzja, nudna "powidc kolonialna" 0 domniemanym trojk}cie 
malzenskim, nie pasuje ani do kategorii powidci kolonialnej, ani romansu. Jest 
nudna, mozna by dodac: fascynuj}co nudna - jak w wypadku sfilmowanego 
przez Alaina Resnais wedlug scenariusza Robbe-Grilleta Zeszlego roku 1V Marien- 
badzie, czytelnik moze odczuwac cos w rodzaju fascynacji ponawianym gestem, 
powtarzanym mot}'wem, od nowa opisan} czynnoSci}, slowem: powtarzalnosci q 
elementow swiata przedstawionego, ktore w ten prosty sposob jakze radykalnie 
go "odzwyczajniaj}". Fascynowac moze tez niekonkluzywnosc przedstawianego 
swiata, skupienie na tym, co nadmierne, redundancja wi
kszej cz
sci sposrod te- 
go, co przesuwa si
 przed naszymi oczyma, owych wielokrotnie rejestrowanych 
aktow percepcji najdrobniejszych (wydawaloby si
) detali - w protokolarnych 
zdaniach 0 warkocie ci
zarowki, 0 butelce koniaku na tacy, wyrazie twarzy po- 
staci, szczegolow ich garderoby, czy dokladnych relacji 0 puklach wlosow boha- 
terki, widzianych pod rozmaitym k}tem, w przeroznych uj
ciach. 
Na narracj
 Zaluzji skladaj} si
 sekwencje przedstawianych obserwacji, za- 
trzymywane, ponownie wprawiane w ruch, jak mechanizmy pami
ci, bo do 
pewnych scen powraca niejednokrotnie, tak ze w koncu mozna pomyslec, 7'e 
wlasciwie nie ma znaczenia, jak naprawd
 si
 one rozgrywaj}. Pewne sceny 
i zdania wracaj} jak w malignie, na przyklad relacja 0 ustach bohaterki, lekko 
rozchylonych na widok pojawiaj}cej si
 na scianie srednich rozmiarow stonogi 
(mniej wi
cej dlugosci palca), ktorej A... - jakze by inaczej - boi si
 panicznie. 


37
>>>
Cala powidc to zapis tego, co widzi i slyszy narrator z okien swego pokoju. 
Jego pole widzenia poprzecinane jest poziomymi listewkami zaluzji oraz piono- 
wymi balustrady ("Sylwetka A... widoczna za oknem sypialni, poprzecinana po- 
ziomo listewkami zaluzji, znikla teraz"). Narrator podaje nam informacje 0 po- 
szczegolnych elementach rozczlonkowanego obrazu. Pocz}tkowo zapewne 
latwiej mu jest opisywac niz czytelnikowi scalac te opisy, skladaj}c podobne ele- 
menty jak fragmenty zabawki typu puzzle. Narratora mozna by nazwac dyskret- 
nym, bo tylko posrednio, przez implikacj
, dochodzimy do wniosku, ze idzie tu 
o m
zczyzn
 opowiadaj}cego 0 spotkaniach swej zony A... z przyjacielem ro- 
dziny 0 imieniu Frank. "Nast
pne okno midci si
 z tylu, za stolem, co zmusza 
do wykonania skr
tu gorn} polow
 ciala" - zdaniami tego typu autor chcial 
podkrdlic odhumanizowany, odpersonalizowany charakter obserwacji. 
Powidc jako lamiglowka zaklada rowniez to, co przychylni strukturalisci, 
Barthes na przyldad, nazywali tworczym czytaniem. Lecture creatrice wymaga 
od czytelnika, aby zerwal z pasywn} tradycj} i zacz}l sam, tak jak w zyciu, ak- 
tywnie poszukiwac sensu tego, co tekst odslania w jego obecnosci. Do od-szy- 
frowania powidci cz
sto niezb
dne jest wielokrotne czytanie, ktore uwolni czy- 
taj}cego od zastalych stereotypow. To, co zazwyczaj podaje si
 czytelnikowi 
jako gotowe, teraz, podobnie jak u surrealistow, wymaga uruchomienia pew- 
nych nie zawsze wykorzystywanych przy tradycyjnej lekturze partii mozgu. We- 
dlug opinii Rolanda Barthesa, Robbe-Grillet stawia sobie za (skromny!) cel: 
"stworzyc powidc obiektywn}." 
"W dziele Robbe-Grilleta - twierdzi krytyk - mamy do czynienia (...) zara- 
zem z protestem przeciwko fabule, anegdocie, psychologii motywacji i z prote- 
stem przeciwko znaczeniu przedmiotow. St}d rola opisu optycznego u tego pi- 
sarza: jdli Robbe-Grillet opisuje przedmioty quasi - geometrycznie, to po to, 
aby obrac je z ludzkiego znaczenia, odczYScic z metafory i antropomorfizmu. 
Drobiazgowosc spojrzenia u Robbe-Grilleta (chodzi zreszt} bardziej 0 rozpro- 
szenie niz 0 drobiazgowosc) jest czysto negatywna, niczego nie ustanawia, a ra- 
czej ustanawia wlasnie nieludzkosc przedmiotu, jest jak lodowata chmura, kto- 
ra spowija nicosc, a tym samym na ni} wskazuje." 12 Spojrzenie u Robbe-Grilleta, 
twierdzi Barthes, nie moze zawierac "niczego ludzkiego, ludzkiej samotnosci, 
ludzkiej metafizyki." 


5. 
Jezeli Robbe-Grillet jest w Zaluzji inzynierem przestrzeni rzutowanej na 
czas, to Michel Butor okazal si
 filozofem czasu narzucanego przestrzeni. J ego 
powidc Przemiana, to respekruj}ca zasad
 jednosci czasu i przestrzeni relacja 
z trwaj}cej 23 godziny i trzydzidci pi
c minut podrozy bohatera z Gare de 
Lyon do Stazione Termini, w ktor} wyrusza on z postanowieniem porzucenia 
zony w Paryzu dla swej rzymskiej kochanki Cecile. Na kolejow} (urodzony 


12 Roland Barthes, Mit i znak. Eseje, wyoor i wst
p Jana Btonskicgo, PIW, Warszawa 1970, s. 206. 


38
>>>
w Lille w 1926 roku autor pochodzil z rodziny kolejarskiej) terazniejszosc - ob- 
serwacje mijanych okolic, spostrzezenia i hipotezy na temat wspolpasazerow - 
nakladaj} si
 wspomnienia bohatera, refleksje nad swym dotychczasowym zy- 
ciem, nasuwaj}ce mu si
 wci}z mysli 0 obu miastach. Pod koniec ksi}zki, niezu- 
pelnie nieoczekiwanie, Delmont zmienia, a raczej odwraca swoj zamiar: nie poj- 
dzie patrzyc z dolu na okna Cecile, nie b
dzie na ni} czekal przy wyjsciu 
z palacu Farnese, trzymaj}c si
 z dala od jej dzielnicy b
dzie sam chodzil po 
wiecznym miekie, wracal wieczorami do swego hotelu, w ktorym, aby wypel- 
nic pustk
 tych dni w Rzymie bez Cecile, zacznie pisac ksi}zk
, a nast
pnie wro- 
ci poci}giem do Paryza. Sam. 
Decyzja 0 powrocie jest tak decyzj} zerwania zwi}zku z rzymsk} kochank}, 
jak i polozenia kresu romansowi bohatera z Rzymem. Przeszlosc dosciga nas 
wci}z i przdciga jako przyszlosc. Delmont, przedstawiciel handlowy 0 refleksyj- 
nym usposobieniu, ma zon
, dzieci, prac
, mieszkanie, czuje jednak, ze graj}c 
rol
 m
za i ojca i nie zdradzaj}c zony zdradza siebie. Z tego powodu postana- 
wia rzucic Paryz dla wydaj}cego si
 mu autentycznym Rzymu. W jego rozumo- 
waniu pojawiaj} si
 wszakze stopniowo szczeliny i p
kni
cia, Delmont zaczyna 
zdawac sobie spraw
, ze u podstaw podj
tej wlasnie decyzji lezy wyalienowana 
fantazja 0 wiecznym midcie, dosyc zres
t} stereotypowy wizerunek metropolii 
poganskiej zmyslowosci. Postanowienie Delmonta nie jest aktem calkowicie 
wolnym i przezroczystym nawet dla niego same go - w chwili podejmowania de- 
cyzji nie jestdmy w stanie rozumiec jasno wlasnych intencji. Jezeli slowo "de- 
cyzja" zast}pimy terminem "projekt egzystencjalny", to mozna powyzsze zda- 
nie uzupelnic refleksj}, ze prawdziwa dialektyka dostrzega jednostk
 jako 
agenta, dzialaj}cego oraz podlegaj}cego dzialaniu. Czlowiek musi wzi}c pod 
uwag
, ze realizuj}c projekt wykroczy poza siebie. Tym samym wkroczylismy na 
delikatny teren filozofii poznego Sartre'a. 
Delikatny z tego chocby wzgl
du, ze tworcy "nowej powidci" podkrdlali 
wielokrotnie swoj sprzeciw wobec Sartre'a, zwlaszcza wobec jego koncepcji li- 
teratury zaangazowanej. Dlatego niewielu zyczliwych Butorowi krytykow dopa- 
trywato si
 wptywow Sartre'a w Przemianie. A przeciez tyle mozna odnalezc po- 
krewienstw mi
dzy rozwazaruami narratora powidci a koncepcj} subiektywnosci 
u Sartre'a (z czasow zbioru Czym jest literatura) - niektore fragmenty az pro- 
sZ} si
, by je interpretowac jako podr
cznikow} wr
cz ilustracj
 sartrowskiej 
mediacji oraz obiektywizacji. Co nie znaczy zreszt}, ze powidc jest nieciekawa 
czy tendencyjna. 
Przemiana J podobnie jak Zaluzja jest swoistym wyczynem, tour de force. 
o ile Robbe-Grillet do tego stopnia wyzbywa si
 psychologizowania, ze jego 
chosisme J reifikacja, staje si
 rodzajem fetyszyzmu, a wi
c nasyca si
 doskonale 
ludzk} intencj}, tak Butor w Przemianie psychologizuj}c i nasycaj}c slowa two- 
rzywem osobistym dociera do jakiejs sfery ponadosobowej, w ktorej handlowiec 
z firmy sprzedaj}cej w Paryzu wloskie maszyny do pisania wl}cza w swoj los 
wielk} Histori
 i J uliana Apostat
. 


39
>>>
Monolog wewn
trzny prowadzony jest w tej powidci Butora dosyc nieocze- 
kiwanie w drugiej osobie liczby mnogiej, bo ta rylko - twierdzil autor - dawa1a 
mu mozliwosc prezentacji punktu widzenia postaci (narrator pierwszoosobowy 
zamyka1by czytelnikow w swej swiadomosci, "on" udawa1oby, ze narratora 
mozna oddzielic od obserwowanej rzeczywistoSci). Ten pomys1 moze nuzyc, 
zastosowany w tak d1ugim tekscie, z podobnym efektem jak w Zaluzji zasada 
nieuzywania pierwszej osoby liczby pojedynczej. Nawiasem mowi}c, narracja 
w drugiej osobie liczby mnogiej nie zawsze jest sensowna w przek1adzie, 0 ile 
pami
tam w polskim przekladzie zastosowano form
 "ry" .13 
Przeciwstawiaj}c strategie Robbe-Grilleta i Butora, Barthes twierdzi, ze ten 
pierwszy opisuje przedmiory, "aby wygnac z nich cz1owieka. Butor natomiast czy- 
ni z nich atrybury objawiaj}ce swiadomosc ludzk}, strz
py czasu i przestrzeni, kto- 
rych czepiaj} si
 cz}steczki, pozosta1oSci osoby ( . . .) [przedmiot] przyczynia si
 do 
pocz
cia samowiedzy, niesmaku, a wi
c odkupienia. "14 Butor nadaje znaczenie 
przedmiotom i faktom, posruguje si
 symbolizmem (podroz cos znaczy, inaczej 
niz u Robbe-Grilleta, ktory wielokrotnie j} parodiowa1), widac u niego ch
c po- 
jednania mi
dzy cz10wiekiem a swiarem, jest to powidc 0 dzia1aniu, tworzeniu. 
Nowa powidc nie chcia1a obarczac swiata przedstawionego refleksj} huma- 
nisryczn} - ale z dzisiejszej perspekrywy, po trzydziestu latach, ani Robbe-Gril- 
let, ani Butor, nie odchodz} radykalnie od humanizmu. Jezeli te dwie ksilzki 
przemawiaj} do nas jeszcze dzis, jezeli w dalszym ci}gu warto je czytac - to jest 
tak w1asnie dlatego, ze dociera do nas ich humanizm. I tak nawet Zaluzja, cho- 
ciaz oczywiScie dla Barthesa by1 to najgorszy scenariusz, staje si
 dla czytelnika 
przede wszystkim ksi}zk} 0 cz10wieku opanowanym zazdroSci} - jej sila wynika 
dok1adnie z tego, czego sobie nie zyczy1 autor. 510wo ,jalousie" oznacza zar6w- 
no "zaluzj
", przez ktoq narrator podgl}da sw} zon
, jak i "zazdrosc", ktora 
kieruje jego obserwacj}. Robbe-Grillet i Barthes upierali si
 przy przedmiocie - 
respektuj} to trumacze na j
zyki, w ktorych nie sposob zachowac t
 dwuznacz- 
nosc. Jednakze w percepcji nie rylko kogos czytaj}cego po francusku "zaluzja" 
zmienia si
 w "zazdrosc", przywracaj}c slowu wartosc symboliczn} i metafi- 
zyczn}. Podobnie ze stonog} - seksualna wymowa tego morywu, nawet gdy 
probuje si
 j} odsymbolizowac nowopowidciowym opisem, jest oczywista dla 
kazdego w miar
 oczytanego czytelnika. 
Na obwolucie polskiego wydania powidci Robbe-Grilleta lS zacytowano slo- 
wa Adama Wazyka, ze sztucznie skonstruowany przez autora model czasu 
otrzyma1 funkcj
 bardzo konkretn}: "jego osobliwa struktura sygnalizuje stan 
uczuciowy, gdy rownoczdnie wszelkie literackie sygnaly emocjonalne, sluz}ce 
zwykle do przedstawienia tego stanu, zostaly usuni
te." Mia1 racj
 kryryk Bruce 


13 podobnie w wypadku Pour vos eadeaux Jeana Rouauda. 
14 Barthes, op.cit. s. 208. 
15 W przekladzie Marii Zenowicz, "Czytelnik", Warszawa 1975. 


40
>>>
Morissette" 16 - humanistyka, wygnana drzwiami, wraca przez uchylone olmo, 
albo raczej tylnymi drzwiami. Slowu r6wnie trudno jest odebrac metafizyczne 
konotacje jak powidci. Jakze cz
sto parodia i ironia tylko to potwierdzaj}.17 


NADZIEJE NOWEJ POWIESCI 


Powidciopisarze nouveau roman brali serio zadania literatury. Przekonany 
o spolecznej doniosloSci eksperyment6w literackich, Michel Butor w jednym 
z wywiad6w z pocz}tku 1957 roku, tak komentowal stwierdzenie dziennikarza: 
"Podobnie jak tacy pisarze jak Samuel Beckett czy Alain Robbe-Grillet, Michel 
Butor nalezy do tych, kt6rzy usiluj} wprowadzic powidc na nowe drogi": "Sly- 
szy si
 glosy, ze obecnie ulega zmianie samo poj
cie literatury. Nie jest juz ona 
wyl}cznie form} rozrywki, jakims luksusowym towarem. W moich oczach to cos 
duzo powazniejszego - st}d owa oboj
tnosc, kt6q zarzuca mi si
 w stosunku 
do czytelnik6w. Ale nie zgadzam si
 z zaangazowaniem, takim, jak wymyslil je 
sobie Sartre po wojnie. Staralem si
 juz okrdlic [...] jak istotn} rol
 spelnia po- 
widc w zyciu spolecznym. Dla mnie owa transformacja formy powidciowej nie 
ulega w}tpliwosci - poswiadczaj} j} wszystkie wielkie powidci dwudziestego 
wieku: forma ewoluuje w kierunku jakiejs nowej poezji, jednoczdnie epickiej 
i dydaktycznej. "18 
Zas Robbe-Grillet w jednym z programowych artykul6w, kt6re \veszly po- 
tem do zbioru Pour un nouveau roman, 1963 (0 nmvq. pmvidc), charakteryzo- 
wal nowy nurt w siedmiu punktach: ze jest on nie teori}, tylko poszukiwaniem, 
ze jest kolejnym etapem rewolucji gatunku powieSciowego, ze interesuje si
 
czlowiekiem oraz jego sytuacj} w swiecie, ze pragnie dotrzec do totalnej subiek- 
tywnoSci, ze zwraca si
 do wszystkich ludzi dobrej \Viary, ze nie narzuca goto- 
wego juz znaczenia, tudziez - jeszcze raz w niezgodzie z Sartrem - ze jedyn} 
form} zaangazowania jest dla pisarza samo pisanie. 


16 Les romans de Robbe-Grillet, Paris 1963. 
17 Jeszcze jedna powidc okolic roku 1957, La mise en scene. Claude Olliera. R6widnik Rob- 
be-Grillcta, w 1955 roku zrezygnowat z posady w ministerstwie, by poswi
cic si
 literaturze, wy- 
dat w Minuit tylko dwie z szesnastu powidci cyklu Le jell d'enfant (Dziecireagra), reszta ukazy- 
wata si
 u Gallimarda ai do 1975 roku. PotC}czone wsp61nymi powtarzalnymi motywami, 
wydarzeniami, sytuacjami oraz postaciami, p
ezentujC} one uniwersu
l 
iemal j
k z Balzaca, lu.z- 
no potC}czone osobC} protagonisty. W wydaneJ w 1958 roku przez MII1U1t La mISt en scene (Rezy- 
seria), nagrodzonej Prix Medicis, odwotu l .C}c si
 do konwencji r6inych odmian powidci (szpie- 
gowska, przygodowa, egzozyczna lub ko onialna, Bild,mgsroman) OIlier skupit si
 na procesie 
odtwarzania przez gt6wnego b?hater
, Lasalle'a, moiliwego przebie
u pod.w6jnego 
10r
ers
'a 
w odlegtym regionie p6tnocneJ MrykI. W pewnym momenCle wydaJe. Sl
, 
e Lassalle OWl, ktory 
coraz bardziej identyfikuje sic z postaciC} zam?rdowanego badacz
, plsa
y Jest ten sam los...r
d 
koniec jednakie bohater porzuca reiysero",:ame swe.go s
e
t
klu ryl
otez I wr.aca.do t
zy.wYJsclo- 
wej, przynajmniej oficjalnie. Ale dla czytclmka bedzle to JUZ mny sWIat. W MmUlt \\'YJdzle potem 
jeszcze tylko jedna powidc OIliera, Ete indim, 1963 (Babie lato). 
18 "Lcs Nouvelles litteraires", 17.1.1957. 


41
>>>
Oprocz sprzeciwu wobec Sartre'a, pisarze Szkoly Minuit byli zgodni w swej 
krytyce Balzaca. Beckett, ktorego trudno zaliczae do grupy, juz na pocz}tku lat 
trzydziestych wkladal w usta jednej ze swych postaci nast
puj}ce slowa: "Czy- 
tac Balzaca to miee wrazenie swiata uspionego chloroformem. Balzac jest abso- 
lutnym mistrzem materialu, moze z nim zrobie, co zechce, moze przewidziee 
i skalkulowae najdrobniejsze perypetie, napisae koniec ksi}zki nim upora si
 z jej 
pierwszym ust
pem. Wszyscy kochamy i lizemy Balzaca, [...] mowimy, ze wspa- 
nialy, dlaczego jednak ten destylat z Euklidesa i Perraulta nazywac «Scenami 
z zycia»? Dlaczego komedi} «ludzk}»?" 19 
W czasie, gdy profesorowie podmoskiewskich akademii nauk powolywali si
 
na zbawienn} dla realizmu socjalistycznego tradycj
 paryskiego mistrza, Robbe- 
-Grillet z ecole de Minuit przypuszczal na calej linii atak na Balzaca tudziez gl
- 
bi
 psychologiczn} w tak zwanej powidci psychologicznej, oskarzaj}c obie tra- 
dycje 0 to, ze s} tylko konwencjami waznymi w partykularnej epoce, ktora 
w polowie dwudziestego wieku nalezy juz do przeszloSci. Realizm to mialo bye 
poj
cie sluz}ce burzuazyjnej ideologii powidci, uzurpuj}cej sobie powszechnl 
waznose, gdy tymczasem formy i zalozenia realizmu powidciowego odzwier- 
ciedlaly zaledwie swiadomose charakterystyczn} w okrdlonym etapie historii. 
Nie akceptuj}c realizmu typu balzakowskiego ze wzgl
du na przestarzal} w ich 
opinii koncepcj
 reprezentacjonizmu, nowi powieSciopisarze szukali antidotum 
w tradycji Flauberta i duzej cz
sci XX-wiecznej moderny, zwlaszcza Prousta, 
Gide'a, Kafki, Joyce'a i Faulknera. 
Bez wzgl
du na roznice mi
dzy poszczegolnymi autorami, "l1owa powieSe" 
zakwestionowala fabul
, anegdot
 oraz bohatera jako centralne kategorie po- 
wieSciowe, odcinala si
 od przestarzalego opowiadania historii, budowania po- 
staci, od porz}dku chronologicznego, linearnoSci akcji tudziez udawanej tr6j- 
wymiarowosci postaci. Ale w odroznieniu od modernizmu powieSciowego 
domagala si
 tez dobrowolnej rezygnacji z symbolu i metafory, sprzeciwiala 
uprzywilejowaniu introspekcji oraz kultowi artyzmu i przeceniania aspektow 
kreacyjnych. Choe zwlaszcza u Pingeta i Sarraute pisanie staje si
 tematem, le- 
piej byloby, gdyby ksi}zka pisala si
 sama, bez artysty - elitarne zainteresowanie 
artyst} jako kims odznaczaj}cym si
 wyzsz} SwiadomoSci} rzeczywistosci, nie 
zgadzalo si
 z duchem czasu. Znacznie stosowniejsze bylyby w tym wzgl
dzie 
anonimowose i wyobcowanie. 
St}d bierze si
 wyczuwana t
sknota za opisem - z tego powodu, ze na przyklad 
opisane gesty nie s} bezposrednimi antropologicznymi - to znaczy antropomor- 
ficznymi - nosnikami sensu. St}d \\)'szydzanie naiwnej wiary, ze czytelnik uwierzy 
w wiarygodnose powidci. Znacznie uczciwiej jest przyznae przed nim, ze zla wia- 
ra nie ma sensu. Gdy opowiadanie staje si
 juz niemal niemozliwe, pisarz ma dwa 
wyjscia: albo sam akt pisani a wysun}e przed anegdot
, albo zademonstrowae swiat 
wprost, unaocznie poza ideologi}, przynajmniej t} "przestarzal}". 


19 Dream of Pair to Middling Women, Arcade Publishing, New York 1992, s. 119-120. 


42
>>>
Powiese nie powinna, oczywiScie, angazowae si
 na rzecz jakiegos celu poli- 
tycznego czy spolecznego, bo to jest historycznie uwarunkowane, sluzy intere- 
som partykularnym jakiejs grupy, ideologii etc. Powidciopisarze nouveau roman 
mieli ambicje stworzenia nowego realizmu, czegos, co bardziej adekwatnie, 
w perspektywie zbiorowych doswiadczen XX wieku, oddaje nasz} rzeczywistose. 
Na rozne sposoby: Robbe-Grillet na przyklad ukazuj}c rozl}cznose swiata ze- 
wn
trznego oraz ludzkich projekcji antropocentrycznych, Sarraute dekonstru- 
uj}c tradycyjn} postae, odslaniaj}c dotychczas niesformulowany poziom interak- 
cji psychicznych, Butor usiluj}c dotrzee do swiadomosci historycznej i do 
kulturowej podstawy naszej wizji rzeczywistosci. Wszyscy cos powidci tradycyj- 
nej odj
li, poddali j} kuracji odchudzaj}cej. Zbyt radykalnej - zdaniem krytykow 
powoli znuzonych eksperymentami nouveau roman. 
Zdaniem zlosliwszych krytykow, nouveau romanciers dopisywali teori
 do 
wlasnej praktyki, po to, by usprawiedliwie niestrawnose swych utworow. Choe 
zamach na Balzaca mial bye dokonany samymi srodkami powidci, literackim eks- 
perymentom krytyka nie tylko wiernie kibicowala, ale i probowala wplyn}e na ich 
przebieg. Blyskotliwi sprzymierzency pisarzy, jak Barthes, Genette, Levi-Strauss, 
Lacan, Foucault okazali si
 zarazem opatrznoSci} i fatum nouveau roman. Cze- 
go innego chcial od powidci Robbe-Grillet niz Barthes, ale w pewnym momen- 
cie obaj wprowadzili nieco zamieszania podpowiadaj}c sobie wzajemnie. Najgor- 
sze jednak przyszlo wraz z radykalizmem Jeana Ricardou, wedlug ktorego 
powide powinna zajmowae si
 nie wyrazaniem czy przedstawianiem rzeczywi- 
stoSci, lecz jej calkowitej eliminacji na rzecz subwersyjnej wobec niej gry j
zyka. 
Ricardou dzielil dogmatycznie wszystkich powidciopisarzy na prekursorow 
i konserwatystow, tych akceptuj}cych mimetyzm, reprezentacjonizm oraz tych, 
ktorzy skupiaj} si
 na materialnoSci j
zyka. Wynikalo to z arbitralnego przeciez 
zalozenia, ze wlasnie produktywny charakter pracy nad j
zykiem najlepiej sprze- 
ciwia si
 reprezentacji mimetycznej. Ricardou wprowadzil nouveau roman 
w slep} uliczk
 "Tel Quel", pisma, ktorego radykalny styl z czasem mogla stra- 
wie jedynie garstka najbardziej zlaknionych teorii czytelnikow. Jego kuszeniu 
ulegl, niestety, Simon w latach siedemdziesi}tych - nic dziwnego, ze potem 
r6wnie gwaltownie b
dzie si
 od Ricardou odcinal. Butor i Sarraute odcinali si
 
od pocz}tku. 
Wi
kszose autoraw nouveau roman byla aktywna jeszcze w latach osiemdzie- 
si}tych i dziewi
edziesi}tych. Kazdy na swaj sposob odrzucil recepty na to, 
czym powide bye powinna (nawet te wlasne), bez wzgl
du na teori
 nvorz}c 
wazne, kluczowe teksty dwudziestowiecznej prozy francuskiej. Choe niektore 
z nich stanowic b
d} klucz odniesienia w negatywnym sensie, nie mozna zapo- 
minac, ze nowa powidc to jedyna "grupa" w literaturze francuskiej od czasaw 
surrealizmll. I nic nie wskazuje, ze w najblizszym czasie pojawi si
 inna. Tym 
bardziej interesllj}ce wydaje si
 zatem, ze pod koniec lat osiemdziesi}tych w Pa- 
ryzu zacz
lo si
 mowie 0 nouveau nottveau roman. I ze ponownie punktem od- 
niesienia byl adres: 7, rue Bernard-Palissy. 


43
>>>
, , 
NOWE NADZIEJE NA NOW A POWIESC? "LES IMPASSIBLES" 


l. 
Lata siedemdziesi}te to okres przesilenia. Stopniowo wypala si
 energia 
strukturalizmu, czytelnicy zaczynaj} nouveau roman kojarzyc z roman illisible, 
powidci} nieczyteln}. Autorzy, ktorzy przej
li si
 ideami Ricardou wybieraj} 
swego rodzaju samobojstwo w eksperymentach "Tel Quel" - pismo ulega za- 
pasci na pocz}tku lat osiemdziesi}tych - inni koryguj} kurs, przekonuj}c czytel- 
nikow, ze ich tworczosc moze rozwijac si
 poza nurtem, w ktory chcialo j} 
wtloczyc pam krytykow. Robbe-Grillet zdumiewa wszystkich, ktorzy pami
tali 
jego manifesty z lat pi
cdziesi}tych, wyznaniem: "Nigdy nie pisalem 0 niczym 
innym niz 0 sobie", rozpoczynaj}cym pierwszy z trzech tomow dosyc tradycyj- 
nej prozy autobiograficznej (Le Miroir qui revient, 1985). Trudno byloby prze- 
widziec, ze akurat tworcy "nowej powidci" zwroc} si
 gremialnie w kiemnku 
autobiografii. DziecinstJvo Sarraute (Gallimard 1983), Geor;giki (1981) Simona, 
J(ochanek (1984) Duras to powidciowa eksploracja mlodosci. Beckett po rady- 
kalnej prozie lat szdcdziesi}tych wplata w narracj
 Towarzymva (1980) w}tki 
jawnie autobiograficzne, dotycz}ce okresu dziecinstwa. 
W latach osiemdziesi}tych "nowa powidc" jest juz zjawiskiem historycznym 
i choc wymienia si
 j} w podr
cznikach literatury wspokzesnej, mlodzi tworcy 
widz} w niej nurt raczej przeciwny spontanicznosci, a zarazem obcy komus, na 
kogo patrz} oni zyczliwszym okiem niz ich poprzednicy - czytelnikowi. Autor 
zaczyna nawet rodzaj romansu z czytelnikiem, w ktorym chce byc stron} aktyw- 
n}, uwodz}c} - jdli nie rzucaj}c} urok. 
Jezeli sami tworcy opowiadaj} si
 za bardziej wyrownanym parytetem autora 
i czytelnika, to jest to rowniez zwi}zane, jak mawiali krytycy z okrdlonej epoki, ze 
zmienion} sytuacj} spoleczno-ekonomiczn}. Kiedy sraje si
 jasne, ze prozie intelek- 
tualnej grozi jednak zepchni
cie na margines - nawet uniwersytecki! - konstatacji 
tej prawdy towarzyszy pewna sldonnosc do ust
pstw. 0 plaisir du texte, cos przy- 
sruguj}cego dot}d jedynie troszcz}cemu si
 0 wlasny rozwoj autorowi, upomina si
 
teraz lekcewazony czytelnik. Nie chce on kupowac ksi}zek trudnych (bron Boze 
nie ci
zkie, ci
zkiego nilet nie kupi!), tym bardziej, ze nikt taki jak Barthes nie uj- 
muje si
 za wymagaj}cym autorem (to dla "nowej nowej powieici:V ujemna strona 
konca epoki terroru teorii). Po odejSciu wielkich teoretykow, wobec zabiegow 
o czytelnika ze strony literatury popularnej i przy rosn}cej wci}z iloSci tytulow na 
rynku ksi
garskim, wzrasta rola recenzenta prasowego, posrednika przy zakupic 
ksi}zki. Sytuacja ambitnego wydawcy staje si
 z roku na rok coraz trudniejsza. Jak 
wydawac w sytuacji, kiedy wiadomo, ze jezeli ksi}zka debiutanta nie doczeka si
 re- 
cenzji w ci}gu trzech tygodni od ukazania si
, to najprawdopodobnieJ przepadnie? 
Editions de Minuit wydaje w latach siedemdziesiltych opr6cz swych "kJasy- 
kow" niewielu nowych autorow - Monique Wittig, Tony'ego Duverta, Jeanne 
Hyvrard i paru jeszcze. Jerome Lindon nie oczekuje podobnego kalibru pisarzy 
jak pokolenia Becketta i Butora. Wydaje mu si
, ze Minuit spelnilo sw} histo- 


44
>>>
ryczn} misj
. Po odejSciu Robbe-Grilleta pozostal sam. Minie kilkanaScie lat, az 
powierzy dzialliteratury corce Irene, ktora wtedy zaczyna dopiero "staz" na rue 
Bernard-Palissy. Lindon jest swiadomy, ze powinien inwestowae w nowych auto- 
row. Dobrze wie, ze wydawnictwo tego typu to przedsi
biorstwo 0 dlugim "cy- 
kIu produkcyjnym" (od wydania Molloy'a do Nagrody Nobla dla Becketta uply- 
n
lo dziewi
tnaScie lat, zas od Wiatru Simona do jego nagrody az dwadzieScia 
osiem), nastawione na zyski umiarkowane, ale plyn}ce regularnie ze sprzedaiy 
slynnych ksi}zek, takich jak czytane w szkolach na calym swiecie Czekajqc na Go- 
dota. Te klasyczne tytuly finansuj}lansowanie nowych pisarzy. Z drugiej strony na 
dodatkowe inwestycje pozwala wydawnictwu kazda wi
ksza nagroda dla jednego 
z jego autorow. "Fundusz debiutantow" zasila cz
se wplywow ze sprzedazy ta- 
kich bestsellerow jak J(ochanek Duras (w samej Francji do dzis rozeszlo si
 niemal 
trzy miliony egzemplarzy), ksi}zki Simona, ktory przezywal czytelniczy renesans 
po 1985 roku, Pole chJValy, za ktore Jean Rouaud otrzymal Prix Goncourt w 1990 
roku, zas ostatnio, w zeszlym roku, z nagrody Goncourta dla J eana Echenoza 
oraz Prix Medicis dla Christiana Ostera. 
Milczenie lat siedemdziesi}tych okazuje si
 oczekiwaniem na krystalizacj
 
nowego. Od 1979 roku Minuit wprowadza w obieg literacki spoq da\Vk
 mlo- 
dej krwi - oprocz Lindona tylko Paul Otchakovsky z P.O.L. oraz Denis Roche 
z Seuil tak systematycznie dbaj} 0 mlody narybek. Nowa fala dociera na rue 
Bernard-Palissy wraz z Jeanem Echenozem (1979), po nim wydaj} Fran
ois 
Bon (od 1980), Jean-Philippe Toussaint (od 1985) oraz Marie Redonnet (od 
1986). Eric Chevillard i Patrick Deville oraz starszy od nich Christian Gailly 
debiutuj} w Minuit w 1987 roku, od 1989 autorami wydawnictwa S} tez Chri- 
stian Oster i Jacques Serena. 
Czasy si
 zmienily - nie tylko tonu nie nadaj} juz teoretycy, lecz od teorii 
najbardziej odzegnuj} si
 sami autorzy. Odwrocili si
 od krytyki, teoretyzowa- 
nia, publicznej refleksji nad wlasnym dzielem, zwlaszcza normatywnej. Odze- 
gnuj} si
 tez od wielkich tematow. W przeciwienstwie do Robbe-Grilleta czy Je- 
ana Ricardou nie chc} kierowae powieSci na nowe tory, a tym bardziej zmieniae 
swiata. Co nie znaczy, ze akceptuj} powide tradycyjn}, ze eksperymenty nouve- 
au roman to niewypal, krotki, nieznacz}cy epizod, "wypadek" historii literatu- 
ry. Ani ze swiat im si
 podoba. 
Pisz} osobno, ale poniewaz zaden z nich nie osi}gn}l pozycji Becketta czy 
Duras (czasy S} takie, ze gdyby nawet byla wsrod nich indywidualnose tej mia- 
ry, nie wiadomo, jaki literacki los przypadlby jej w udziale) krytyka ma sklon- 
nose do l}czenia ich w grupy, szkoly, pqdy, ruchy literackie, czy choeby w jed- 
no pokolenie. Tej grupie, uzupelnionej nazwiskami pokrewnych pisarzy 
z innych wydawnictw, krytycy cz
sto przyklejaj} przerozne etykietki: a to "po- 
kolenie 89", a to "maly renesans powidciowy", czasami pada okrdlenie "mini- 
maliSci". Sam Minllit przedstawil ich jako les impassibles. Jak to przedumaczye? 
"Impassibles" to - w swietle tego co pisz} - niepokorni, niewrazliwi, nieczuli, 
niecierpliwi, moze nawet bezwstydni, bezczelni, niewzruszeni, oboj
tni. 


45
>>>
Zdaniem jednego krytyka Echenoz, Toussaint, Deville pisz} niefTasobliwie, luz- 
no wi}z}c z sob} powidciowe epiwdy. Inny twierdzi, ze dla tej nowej fali charak- 
terystyczna jest przede wszystkim prostota narracji i ze jej autorzy cz
sciej popada- 
j} w litotes (antyfraz
) niz w liryzm. Ktos jeszcze oddziela "minimalistow": 
CheviIlarda, Deville'a, Gailly'ego, Ostera, Toussainta, od tych, ktorzy "oplakuj} 
modern
": Echenoza, Bona, Redonnet. Poswi
cony mlodym numer"La Quinza- 
ine litteraire" w 1989 roku \vieki zmierzch awangardy, powrot do opo\viadania 
i kryzys literatury fTancuskiej. Jezeli zmierzch awangardy, to ci pisarze, ktorzy si
 jej 
przeciwstawiaj}, dobrze zdaj} sobie spraw
 z jej celow. Jezeli powrot do opo\via- 
dania, to tylko w sposob, ktory przezwyci
za wprawdzie ducha radykalnego ekspe- 
rymentu, d}z}cego do wyeliminowania anegdoty, ale nie pla\vi si
 w latwej, ame- 
rykailskiej zlej wierze. Jezeli minimalizm, to ani nie typu amerykanskiego (nie 
przejrzystose styl u spr
zona z banalnosci} opisywanej rzecZ}'\vistoki) 20, ani nie 
zwi}zany bezposrednio z minimalizmem w sztukach plastycznych czy muzyce. 
Owo pokolenie bez wzruszen - czy jest to ruch artystyczny? Czy tendencja? 
Pr}d? Orientacja literacka? Jeszcze jedna nowa fala? W kazdym razie nikt nie 
mowi 0 nowej szkole Minuit. Tworcy znaj} si
, ale pracuj} samotnie, z dala od 
uniwersytetow, z wyj}tkiem Toussainta z dala od mediow. Zadnych proklama- 
cji, zadnych manifestow, nie b
dzie tez wspolnego zdj
cia pod szaq kamienic}. 
W 1989 roku krytyk Jacques-Pierre Arnette 21 upieral si
, ze istnieje juz na- 
wet nouveau nouveau roman - nowa "nowa po\vide". Jej reprezentantami mie- 
liby bye Toussaint (wowczas 28 lat), Bon (35), Echenoz (41), Patrick Delville, 
Bertrand Visage (36), ten ostatni wydaj}cy w Seuil oraz Jean-Marie LacIavatine 
ze stajni Gallimarda. Choe pisarzem najbardziej dojrzalym, 0 najwi
kszym do- 
robku jest Jean Echenoz, za sztandarowego przedstawiciela tego nurtu powie- 
sci Arnette uznaje Toussainta i z tego powodu mo\vi 0 pokoleniu Lazienki. 
Utwor ten przelozony na kilkanascie j
zykow wl}cznie z w
gierskim i korean- 
skim (jak dot}d nie wydany w Polsce, choe gotowe jest dumaczenie calosci), stal 
si
 tekstem kultowym. Za granic} wlasnie Toussaint, ow "Musset pokolenia 
post-modernizmu", jest najbardziej znany. 


2. 
Urodzony w 1947 w Orange niedaleko Awinionu, syn lekarza, Jean Echenoz 
studiowal socjologi
 w Aix-en-Provence, a postanowienie, ze zostanie pisarzem 
powzi}l po lekturze Jarry'ego. Zadebiutowal powidci} gangstersk} z morz po- 
ludniowych Le meridien de Greenwich, (Poludnik Greenwich), histori} geniusza- 
-naukowca uwi
zionego przez mi
dzynarodowy gang na wyspach koralowych 
gdzid w poblizu Australii. Burza Shakespeare'a, Jules Verne, James Bond to 
tylko pocz}tek dlugiej listy odniesien i aluzji, ktorymi raczy nas ksi}zka w swo- 
istym, jazzowym kontrapunkcie. Cherokee, nagrodzona Prix Medicis druga po- 


20 por. G. Bauock, Minimal art: A critical anthology, New York 1968. 
21 "Le Point" nr852, 16.1.1989. 


46
>>>
wieSc Echenoza z 1983 roku, rowniez "kryminal", to pelna nieoczekiwanych 
zwrotow, niedoszlych spotkan, tudziez niedorzecznych poscigow historia milo- 
sna zakonczona... odnalezieniem zagubionego nagrania Cherokee Charlie Par- 
kera. Jej protagoniSci, Chave i Shapiro, stanowi} nowoczesne wcielenie Buvar- 
da i Pecucheta z powidci Flauberta, a jeszcze bardziej beckettowskiej pary 
Merciera i Camiera. W swej trzeciej powidci, L'equipee malaise, 1987 (Eskapa- 
da malajska, ale rowniez "niepewna", "nerwowa", wyprawa m
zczyzn, ktorzy 
si
 nieswojo czuj}) Echenoz zongluje przede wszystkim konwencjami powidci 
przygodowej. To collage ala Echenoz - Conrad a rebours, z domieszk} komik- 
su, zlego Hollywoodu, wci}z w jazzowym rytmie. Z kolei Lac, 1989 to powidc 
szpiegowska z krotkowzrocznym entomologiem Franckiem Chopinem w roli 
glownej, (przedumaczona na polski pod tytulem Park 22 ), zas Les grandes blon- 
des, 1995 (Duie blondynki) - satyra na mialk} papk
 telewizyjn} (producent te- 
lewizyjny programu pod tym tytulem: "niekoniecznie musz} byc duze (...) 
zreszt} wlaSciwie tez prawd
 mowi}c nie musz} byc koniecznie blondynkami"). 
W ostatnich ksi}zkach proza Echenoza staje si
 bardziej powSci}gliwa, choc 
wci}z s} to powidci geograficzne. Victoire, wysoka blondynka z Paryza, boha- 
terka Un an, 1997 (Rok) znalazlszy pewnego ranka obok siebie w lozku martwe 
cialo swojego kochanka Felixa, nie przypominaj}c sobie, co zdarzylo si
 w no- 
cy, zamyka w pospiechu mieszkanie, oproznia konto bankowe, wsiada do poci}- 
gu na Gare de Lyon, dociera pod granic
 hiszpansk} w St. Jean de Luz i \V tam- 
tych okolicach sp
dza mniej wi
cej rok, wypelniony przypadkowymi 
spotkaniami, ustawicznymi przeprowadzkami, w miar
 topnienia zapasu gotow- 
ki, podrozami autostopem, wreszcie noclegami pod golym niebem. Na koniec 
wsiada do poci}gu, wraca do Paryza, i ktoregos dnia widzi Felixa - zywego. 
W powidciach Echenoza nie znajdzie si
 wprawdzie charakterystycznego dla 
nouveau roman radykalnego zamachu na "przestarzale" konwencje, ale nie mo- 
ze byc tez mowy 0 powrocie do Balzaca. Jego specjalnosci} jest raczej re-assem- 
bIage, skladanie na nowo, w tym wypadku odpisywanie i "prze-pisywanie". Eche- 
noz wykorzystuje tak teksty kultury wysokiej, jak popularnej, czerpie ze zrodel 
i technik pozaliterackich (muzyka, film), jak rowniez - w miar
 ewolucji tegoz- 
z wlasnego dziela, si
ga do swych dawnych pomyslow, sytuacji, stylow i przetwa- 
rza je na nowo. Mozna wprawdzie czytac doslownie - naiwnie, ufnie, "niewin- 
nie" - nie dostrzegaj}c ironii. autora, drugiego planu, ale waznym pisarzem sta- 
nie si
 Echenoz dopiero wtedy, gdy zdamy sobie spraw
 z podtekstu jego 
powidci. Choc wydarzenia s} na pierwszy rzut oka solidnie osadzone w realiach, 
ich spi
trzenie w prowadz}cych bezposredni} drog} do niedorzecznoSci opisach 
niedorzecznego lancucha skladaj}cych si
 na intryg
 zdarzen, a przede wszyst- 
kim brak rozwi}zania na koncu, wczdniej czy pozniej skloni} czytelnika do re- 
fleksji 0 prawdziwy sens przedstawianej przez Echenoza rzeczywistoSci, jak r6w- 


22 W przektadzie Anny Wasilewskiej, PIW, Warszawa 1997. 


47
>>>
niez prawdziwy sens takiego przedstawiania rzeczywistoSci. Choc na powrocie 
do fabuly i historii epickiej niby tak autorowi zalezy, w niektorych jego utworach 
drobiazgowy hiperrealizm zwraca si
 oczywiscie przeciw fabule i historii. 
Echenoz wolalby nie mowic 0 pastiszu czy dekonstrukcji, zadowala si
 prze- 
ciwstawieniem swiata rzeczywistego swiatu wyobrazni: z powodu drobiazgowo- 
sci w szczegolach wszystko staje si
 fantastyczne. Co potwierdza nasze podej- 
rzenie, ze autor wykorzystuje srodki powidci kryminalnej czy przygodowej, by 
rozsadzic od srodka pisane przez siebie utwory. Podobnie z psychologi}. "Nie 
lubi
 psychologii. Dlatego nie interesuje mnie badanie psychologii moich posta- 
ci. Ale kiedy pisz
, w jaki sposob oni siedz}, jad} samochodem, czy pij}, mam 
okazj
, by odslonic ich zycie wewn
trzne"23. Oznacza to, ze raczej nie powin- 
nismy szukac u Echenoza proby zasugerowania u opisywanej postaci konwen- 
cjonalnej gl
bi psychologicznej. Tak samo z miloSci} - autor raczej stara si
 j} 
zneutralizowac, przybieraj}c na ogol ironiczny, sarkastyczny ton. 


3. 
W ci}gu dwunastu lat Jean-Philippe Toussaint (urodzony w1957 roku 
w Brukseli) wydal pi
c niedlugich powidci 0 stosunkowo malo skomplikowa- 
nej intrydze (zreszt} ta prostota moze okazac si
 zludn}). W pierwszej, ktora - 
choc nie spotkalo jej zadne oficjalne wyroznienie - od razu przyniosla autoro- 
wi rozglos, opowiadaj}cy w pierwszej osobie narrator, zamk.ni
ty nie tylko w la- 
zience, lecz w calej serii pomieszczen, z ostentacyjn} oboj
tnoSci} gromadzi swe 
spostrzezenia, chcialoby si
 powiedziec: w zdaniach protokolarnych, nanizuj}c 
jakby na nitk
 akcji paciorki drobniutkich zdarzen nie troszcz}c si
 0 ich hierar- 
chizacj
. Nie jest zupelnie pasywny, ale i wlasne czynnoSci, to, czego jest czyn- 
nym wykonawc}, po prostu mu si
 "zdarzaj}" - bez motywacji czy uzasadnie- 
nia. Rowniez w L'appareil-photo, 1989 (Aparat fotograficzny) wydarzenia 
banalne tworz} osnow
 wokol malo oryginalnej intrygi, zas bohater, jakby sli- 
zgaj}c si
 po powierzchni rzeczywistoSci (albo jakby rzeczywistosc zaledwie 
muskala powierzchni
 jego zycia), wdaje si
 w osobliwe zapasy z ni}- za zada- 
nie stawia sobie zm
czyc, wyczerpac rzeczywistosc, "tak jak wyciska si
 olej 
z oliwki". Zapisawszy si
 na nauk
 jazdy, wychodzi z sekretark} szkoly jazdy 
odebrac jej syna ze szkoly, potem sp
dza z sekretark} noc w Londynie (juz bez 
syna), w drodze powrotnej na promie kradnie aparat fotograficzny i kOIlczy film 
zdj
ciami przypadkowych przedmiotow, by nast
pnie wyrzucic go do morza.. 
W Reticence (POJviciqgliwoic, ale slowo to mozna interpretowac jako "pohamo- 
wanie", "powstrzymanie si
") Toussaint bawi si
 konwencj} powidci kryminal- 
nej. Jej protagonista przybywa z synem na tajemnicz} wysp
 de Sasuelo z zamia- 
rem odwiedzenia niejakiego Biaggiego, cos kaze mu jednak powstrzymac si
 - 
do Biaggiego nie id} natychmiast, tylko po kilku nocach sp
dzonych w hotelu. 
Kiedy zastaj} dom zamkni
ty, samochod na posesji, a zwloki kota plywaj}ce 


23 w wywiadzie z Yannem Plougastelem, "L'Evenement", 5-11.2.1987. 


48
>>>
w porcie, bohater zaczyna, wychodz}c od tych trzech elementow, nie tylko bu- 
dowac hipotezy domniemanego mordu Biaggiego, ale co gorsza je weryfiko- 
wac. Tu rowniez Toussaint bawi si
 konwencj} powidciow}, tak jak Gombro- 
wicz w J(osmosie, po cZ
Sci tak jak Beckett w Molloy'u. Narrator chcialby 
zneutralizowac, wyczerpac rzeczywistosc hipotezami, wysuwanymi na podsta- 
wie paru elementow, 0 ktorych nie wiadomo, czy zostaly zmyslone, czy nie. Nie 
ma wielokrotnej rzeczywistoSci, mial powiedziec Toussaint, ale w sztuce ow- 
szem - sztuka jest zwielokrotnieniem. Ostatnia powidc, La tetevision, 1997 (Te- 
lewizja) to jeszcze jedna heroikomiczna potyczka narratora z rzeczywistosci} - 
tym razem rzecz dzieje si
 w Berlinie, gdzie narrator z dnia na dzien postana- 
wia zerwac z nalogiem ogl}dania telewizji. 
Proz
 Toussainta, "farsowego Mozarta z komedii beckettowskiej", charakteryzu- 
je "elegancja wizualna opisow, gwaltowne a nieoczekiwane zaz
bienia akcji, skryte 
podst
pne komentarze, w ktorych narrator przedstawia perypetie bohatera porozu- 
miewawczo mrugaj}c do czytelnika". Autor kpi w iywe oczy z cliches, z ktorych 
przeciez bezwstydnie czerpie. Jego bohater to j
zykowy nieokrzesaniec przechadza- 
j}cy si
 po gOScincu krotkowzrocznego, zadowolonego z siebie swiata. Po Toussa- 
incie widac, ze mogl chodzic na wyldady Lacana czy Barthesa, a przynajmniej odbyl 
kurs uniwersytecki 0 strukruralistach, ale nie mozna twierdzic, ze przyswoil sobie ich 
mysl, a tym bardziej, ze wprowadzil jl w Zycie, tzn. do swej tworczoSci. Na kultur
 
uniwersyteck} wszalcie w jakis sposob wplyn1l, mi
dzy innymi tym, co obce bylo 
Barthesom czy Robbe-Grilletom - szczeniakowarym humorem oraz impertynencj}. 
Proz
 T oussainta, jak i cale pokolenie Lazienki, charakteryzuje tez szczegolne 
upodobanie do jazzu i nowojorskiego kina, postaci jakby z Woody AlIena nie nale- 
z} do rzadkosci. Budowa powieSci nieraz \\)'kazuje paralele z montazem filmowym. 
Kiedy mowa jest 0 "wizualnym monologu wewn
trznym", mimo woli przychodz} 
na mySllata sZeScdziesi}te i cine-romans Robbe-Grilleta. 


4. 
Pokolenie bez wzruszen - dzieci Pereca, Truffauta, reklamy telewizyjnej, pa- 
trz} w niebo nad miastem z nostalgi} Wima Wendersa. Ani z nich prorocy, ani 
polemiSci. Na pewno jednak jako pisarze nie grzesz} konformizmem. Mozna 
odnosic wrazenie, ze i oni, tak jak ich poprzednicy z nouvau roman, choc nie 
tak glosno, destabilizuj} i rozkladaj} od srodka powidc balzakowsk}. Niby de- 
klaruj} powrot do opowidci, ale jakze cz
sto jest to opowidc z przymruzeniem 
oka. Intryga nie powroci juz do swej tradycyjnej, naiwnej, roli i formy - ze wst
- 
pem, nici} przewodni}, konkluzj}. Tu raczej groz} slepe uliczki, lapsusy, dziu- 
ry. Narracja niby jest ci}gta, ale kosztem fragmentaryzacji akcji, bo nadmiar 
ci}gloSci burzy to, czemu ona ma sluzyc. Czasami bawi ich "odwracanie rzeczy- 
wistosci" - przyczyna podana jest wtedy na przyklad jako skutek. 
Narrator nie jest przezroczysty, oboj
tne w ktorej osobie opowiada. Cechu- 
je go uprzejmosc, szykownosc bardzo francuska (w opinii krytyka "The Times 
Literary Supplement"), mieszanka sceptycyzmu i \\)'rafinowanego gusru, sklon- 


49
>>>
nose do parodii, chiod i wyrachowanie, chirurgiczne podejScie do narracji - co 
oznaczae moze takze nieoczekiwane uzycie skalpela tam, gdzie tradycyjnie nie 
oczekiwaloby si
 tego (rodzaj zalamania rytmu, poslizgu semantycznego), 
w tym celu na przyldad, by ucif:}e tok narracji tam, gdzie czekamy na kontynu- 
acj
, bf:}dz wydIuzae w nieskonczonose w miejscu, gdzie oczekujemy ci
cia. 
T eksty Sf:} zwi
zle (jezeli rozgadane, to pdne nadziei, ze czytelnik to zauwaZy), 
podzial na rozdzialy przejrzysty, lektura ma bye lekka. Zatem sldadnia staje si
 
uproszczona i unika niepotrzebnych spi
trzen, ale kiedy do nich dochodzi, do- 
puszcza bl
dy, tak jak w \\ypowiedzi potocznej. Mozna mowie ogolnie 0 beztro- 
sce stylistycznej (wobec konwencjonalnych norm), ktorej towarzyszy duza troska 
o swoistose wlasnego stylu. \V jakis sposob If:}czy sif; to z inwazjf:} sfery intertekstu- 
alnosci, wply\vami trdci kultury, ktorych pochodzenie nidatwo okrdlie - czytajf:}c 
wychwytujemy zapewne tylko niektore sposrod cytatow i aluzji, cz
sto dodatkowo 
banalizowanych, tak z kultury wysokiej, jak kina komercyjnego, telewizji, reklamy. 
Postaci Sf:} rozne, ale wi
cej chyba takich, z ktorych mozna si
 smiae, zwiasz- 
cza z ich malych i duzych nieszcz
se. Ostatnio pojawilo si
 tez sporo postaci 
"wykluczonych", takich, ktorymi media i politycy (francuscy) zajmujf:} si
 row- 
nie cz
sto jak nieszczerze - evasion, exclusion - slowa-klucze, otwierajf:}ce dzien- 
niki telewizyjne. Zresztf:} tak narrator, jak autor, robif:} z bohaterem co tylko 
chcf:}, mogf:} si
 nim bawie, po to, by za chwilf; pozostawie ich nieczule wlasne- 
mu losowi. Kazdy (bohater) zawsze maze przeciez okazae si
 marionetkf:} 
A autorzy? Jakf:} postaw
 przyjmujf:} wobec rzeczywistosci, ktorej nie chcf:} 
zmieniae? Przedrzezniajf:} jf:}, a jednoczdnie wobec niej kapitulujf:}. Trzezwose, 
nonszalancja, ostentacyjny brak dokladnosci - dokladnie tak, jak w zarozumia- 
lym spoleczenstwie przdomu wiekow. \V tym kontekscie zaczyna si
 zabawa 
postaciami - kto wie, moze to jest blizsze prawdziwej roli jednostki w spolc- 
czenstwie ogarni
tym manif:} wirtualnosci? 
Taka prostota, zwi
zlose, trzezwose to rowniez wynik braku tkanki If:}cznej 
w spoleczenstwie, tradycyjnie cementowanym religif:}, moralnoScif:}, idealami wy- 
sokiej kultury (nawet jezeli nieosif:}galnymi). Horyzontem pokolenia Lazienki 
jest mi
kka rzeczywistose komercyjna z jej zasadf:} zast
powalnoSci towar6w i lu- 
dzi. Swiat nie jest juz przygotowanf:} przez totalitarnych tyranow cclf:} smierci, 
tylko supermarketem, w ktorym cokolwiek maze bye zastf:}pione czymkolwiek, 
przy dzwi
kach lekkiej muzyki, skwitowane usmiechem kasjerki. Dopoki ma si
 
pienif:}dze wszystko jest mozliwe, i wszystko si
 da zamienie lub kupie. A jezeli 
juz nic wi
cej nie zmidci si
 w prawdziwej przestrzeni, maze pojawie si
 w wir- 
tualnej, na monitorach. Byleby tylko bylo lekkie, niewymuszone. 
Minimalizm nieczulych wynika z postawy odrzucenia ekspansjonizmu, ale 
ten minimalizm nie jest odj
ciem - "reduktywnf:} su btrakcjf:}", tecz ma raczej 
charakter kumulujf:}cy, zwIaszcza u Echenoza i Toussainta. Taki minimalizm 
rowna si
 dodaniu do wypowiedzi jednego wymiaru. Chcialoby si
 rzec: sztuka 
powidciowa na miar
 czasu. Jej zadaniem jest od srodka wychwycie falsz, zade- 
monstrowae wielkf:} iluzj
, podsunf:}e lustro prostacko krzywe. Czyzby zatem ci 


50
>>>
pisarze ostentacyjnie niezaangazowani mieli wobec balzakowskiego wzoru ten 
sam zarzut, jak nouveau roman - ze nie pasuje do swiata, w ktorym zyj'l? Do- 
datkowo swiadczylaby 0 tym swoista nostalgia za ucieczk'l, zerwaniem mostow, 
maly kult odejscia, dyskretne wykluczenie si
 z nowego, wspanialego swiata. 


, 
MALA ANTOLOGIA AUTOROW EDITIONS DE MINUIT (1). 


Mercieri CamierSamuela Becketta (1906-1989) to pochOOz'lCY z 1946 roku 
jeden z jego pierwszych tekstow proz'l napisanych po fi-ancusku, z tego samego 
okresu co dluzsze opowiadanie Pierwsza milosi. Oba utwory zostaly zreszt'l 0010- 
zone do szuflady, autor po ukOl1czeniu trylogii powidciowej i Czekajqc na Godo- 
ta nie zabiegal nawet 0 ich wydanie. Dopiero po przyznaniu mu nagrody Nobla, 
na prosb
 swych wydawcow, Beckett zdecydowal si
 oba teksty oglosie drukiem. 
Trylogia jest wprawdzie znacznie dojrzalszym dzielem, ale to raczej rytmy dialo- 
gow oraz komizm sytuacji wczdniejszej powidci poprowadz'l Becketta bezposred- 
nio do tworczosci dramatycznej. \V tym sensie Mercier i Camier stano\vi jakby pro- 
totyp napisanej niespelna trzy lata poiniej sztuki, Czekajqc na Godota. Tekst 
powidci przetlumaczyt Beckett na angielski nie, jak to rnial potem w zwyczaju, 
bezposrednio po napisaniu oryginalu(zreszt'l i Murphy'ego przetlumaczyl na fi-an- 
cuski niedlugi czas po publikacji w Londynie), lecz dopiero po uply\vie niemal 
C\vierC\viecza. Rowniez z tego powodu dostarcza on interesuj'lcego materialu po- 
rownawczego, bo\viem w odroznieniu od innych przeldadow autorskich, wersja 
angielska, Mercier and Camier, znacznie mniej wiernie trzyma si
 oryginalu. Ce- 
chuje j'l pra\vie niespotykana gdzie indziej swoboda tak wobec konkretnych slow 
i zdail, jak i calych nawet dluzszych partii tekstu - w przeldadzie brakuje nieraz ca- 
lych pasazy. Rowniez z angielskiej wersji zamieszczonego tu fi-agmentu pornin'll 
Beckett kilka akapitow. Choe sam autor radzil, aby autorzy przeldadow Merciera 
i Camiera trzymali si
 raczej wersji angielskiej, zdecydowalem przetlumaczye tak- 
ze pomini
te fi-agmenty. Acz ze swiadomosci'l, ze autorska redakcja byla sluszna. 


Z kluczowej dla tworczoSci Nathalie Sarraute (1900-1999) po\vidci Tropi- 
zmy, jedynej wydanej na rue Bernard-Palissy, wybralem kilka fragmentow kon- 
cowych. Choe ksi'lzka ukazala si
 najpierw jeszcze przed wojn'l w wydawnictwie 
Denoel, dopiero publikacja nakladem Editions de Minuit moze bye uwazana za 
ostateczn'l wersj
 tego kluczowego dla tworczosci Sarraute tekstu. 


Marguerite Duras (1914-1996) wydala w Minuit pi
tnascie ksi'lzek, wi
k- 
szose z nich w latach osiemdziesi'ltych, w tym centralne dla jej tworczosci Mode- 
rato cantabile oraz Kochanka. W prezentowanym tu fi-agmencie jednej z ostatnich 


. Z uwagi na obj
tosc materialu ninicjsza prezentacja n
e obcj
uje tak wa
ny
h k1asyk
w jak 
Blanchot, Klossowski i Butor, a takie mlodych autorow Editions de MmUlt, do ktokych 
"Kwartajnik Artystyczny" powroci w nastltpnym numerze. (red.) 


51
>>>
ksi}zek Duras w Minuit autorka podejmuje problematyk
 homoseksualizmu - 
niemoznoSci zaakceptowania przez kobiet
 homoseksualizmu poz}danego przez 
ni} m
zczyzny. Les yeux bleus cheveux noirs, 1986 (Niebieskie oczy czarne JVlosy) jest 
jakby bliiniaczym tekstem wobec napisanej cztery lata wczdniej La maladie de la 
mort (Choroby na imieri) 24. \V obu wypadkach prostytutka i homoseksualista za- 
mkni
ci s} w pokoju 7 w przestrzeni niemozliwej milosci - oba utwory to stu- 
dium roznic mi
dzy m
sk} a kobiec} seksualnosci}7 daj}ce si
 odczytywac na 
wielu plaszczyznach, od filozoficzno-feministycznej po estetyczno-teatraln}. 
Swiadoma tego 7 ze jej teksty domagaj} si
 czytania na glos7 autorka rozbila 
calosc na fragmenty stricte narracyjne skontrapunktowane uwagami 0 hipote- 
tycznych aktorach 7 ktorzy mogliby tekst przedstawiac na scenie. Impotencja 
przeradza si
 w potencj
, a przynajmniej w nmozliwen, umozliwione przez wy- 
obraini
 artystyczn}. Tekst wci}ga widza takze przez implikowany voyeuryzm. 
Ale w bardzo znanej inscenizacji Roberta Wilsona z Michelem Piccoli i Lucin- 
d} Childs, rezyser Choroby na imieri w pelni uszanowal zyczenie autorki 7 aby 
spektakl skupial si
 wyl}cznie na akcie czytania. Moze rowniez Niebieskie oczy 
czarne JVlosy znajd} rownie blyskotliwych wykonawcow - ta przerobiona na po- 
widc sztuka nadaje si
 rownie dobrze jak jej poprzedniczka do prezentacji te- 
atralnej - rzecz jasna, nie ilustrUj}cej naiwnie opisywanej fabuly. Jak wiele innych 
w tworczosci Duras, tekst ma podloze autobiograficzne i dedykowany jest ostat- 
niemu towarzyszowi Zycia 7 autorki 7 Yannowi Andrea. 


Fragment prozy Claude' a Simona (ur. 1913) pochodzi z jego ostatniej ksi}z- 
ki, Le Jardin des Plantes. Tytul fragmentu, zgodnie z sugesti} dumaczki, poda- 
no w brzmieniu oryginalnym, odnosi si
 bowiem do konkretnego ogrodu w Pa- 
ryzu, ale sama powidc 7 tak jak juz wczdniej Georgiki czy Akacja tego autora 7 to 
w ogole "ogrod wspomnien». Wydana w kOllcU lat osiemdziesi}tych ta niemal 
czterystustronicowa powieSc jest dowodem zywotnosci tworczej osiemdziesi
- 
cioczteroletniego wowczas pisarza. Ksi}zka stano\vi kontynuacj
 nurtU poszuki- 
wan autobiograficznych. Sam uklad typograficzny »naocznie pokazuje", ze 
w tym ogrodzie pami
ci s}siaduj} ze sob} i cz
sciowo zachodz} na siebie wspo- 
mnienia lektur, osob, pasji intelektualnych, pisanych wczeSniej utworow 7 ogl}da- 
nych pejzaZy. 


Apokryf rozpoczyna centraln} faz
 tworczosci Roberta Pingeta 25( 1919-1997). 
To jego glowny powieSciowy wywod na temat fenomenologii aktu tworczego. Pi- 
sac oznaczalo dla autora oddac glos swojemu tworczemu "ja". Tworca musi naj- 
pierw utrafic w tonacj
, nast
pnie zataczaj}c kola 7 konstrUuj}c hipotezy, wracaj}c 
do pocz}tku i eliminuj}c to, co falszywie brzmi, mozolnie dochodzi do celu. 


24 przetlumaczonej na polski jako Chory na imieri, w przektadzie Rcnaty Szwarcman-Czarno- 
ty, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 1997. 

5 0 tw6rczosci Pingeta por.. 
I
k 
ateri.a!6\
 w "Kw
rtalniku Artystycznym" nr 2/18/1998, 
m.JO. obszerne fragmenty powiesci L'mqulSlto,re (Inkw,zytorium). 


52
>>>
\V 1971 roku Pinget opowiada1, jak sposrod przeroznych komponentow swego 
glosu wybiera zawsze ten, ktory wydaje mu si
 w1asciwy, potem oddziela go od 
innych i opracowuje go dotC:}d, az wy10ni si
 zen postac, ktora stanie si
 narrato- 
rem i z ktoq on zacznie si
 utozsamiac. Innymi slowy, po okrdleruu ramy narra- 
cyjnej, rozmieszcza atomy wariantow zdarzerua wzdluz osi narracji. Czytelnikowi 
Apokryftt pomoglyby na pewno nieco konkretniejsze wskazowki. Juz na samym 
poczC:}tku tej powidci wciC:}gni
ty w wir domys1ow, b1C:}ka si
 posrod raf sugerowa- 
nych przypuszczen, mi
dzy rozmaitymi narzucajC:}cymi si
 interpretacjami, prze- 
nosi uwag
 z jedncgo na drugi poziom hipotez, odsy1ajC:}cych zawsze do swego 
przeciwienstwa lub odwrotnosci. Czy narracja to portret pana zaj
tego obserwa- 
cjC:} owczarza? Czy moze idzie tu 0 proces lektury ksiC:}zki, czytanej przez bratanka 
owego pana? Moze bratanek postanawia czytac na dworze Bukoliki \Vergiliusza? 
J aki zwiC:}zek z owczarzem ma pasterz z czary? Czy na akcj
 czytanej przez nas 
ksiC:}zki sk1ada si
 opis czytania jakiejs innej ksiC:}zki przez owczarza? Mise-en-abtme, 
ulubiona technika nouveau roman, jest sama w sobie zaledwie zr
cznC:} technikC:}, 
czyms neutralnym. Utwory Pingeta stajC:} si
 fascynujC:}ce dopiero wtedy, kiedy au- 
tor zaczyna zadawac w nich pytania zasadnicze - 0 sens Zycia, los jednostki, sa- 
motnosc, zapomnienie. Dopiero w po1C:}czeniu techniki z tematem, realizmu 
z metafizykC:}, objawia si
 subtelnosc kreacji autorskiej Pingeta. 


Fragment piora Alaina Robbe-Grilleta pochodzi z jego ostatniej jak dotC:}d 
ksiC:}zki w Editions de Minuit, trzeciego tomu prozy autobiograficznej, rozpo- 
cz
tej wspomnianym juz tekstem POJvracajqce lustro. Caly cykl autobiograficz- 
ny zbudowany jest na zasadzie przeplatajC:}cych si
 fragmentow bezposrednich 
wspomnien, refleksji, komentarzy autora oraz relacji niejakiego Henri de Corin- 
the'a - zrodzonego troch
 z ducha Borgesa fantastycznego sobowtora autora, 
jego duchowego ojcajbrata, ktory nadaje wszystkiemu wymiar legendy. Rzecz 
jasna, nie odnajdziemy we wspomnianym fragmencie charakterystycznego dla 
autora stylu sprzed lat, chocby znanego z przek1adow jego glownych powidci, 
takich jak Zaluzja czy Gumy. Nie jest to zatem pr6bka czegos, z czym zazwy- 
czaj kojarzy si
 pioro Robbe-Grilleta. Ale potwierdza jego znaczenie w Minuit 
oraz rol
 w paryskim pejzazu literackim. 


Christian Gailly (urodzony w Paryzu w 1943 roku) od 1987 roku opubli- 
kowa1 w Minuit dziewi
c ksiC:}zek, wsrod nich Dit-il, 1987 (- mowi), K.622, 
1989, Be-Bop, 1995. Dit-il, debiut powidciowy, to zwierzenia pisarza nie mo- 
gC:}cego napisac wie1kiego dziela z powodu przepasci dzielC:}cej rzeczywistosc od 
abstrakcyjnego pi
kna Sztuki. K.622 to proba zrekonstruowania emocji towa- 
rzyszC:}cej kiedys sluchaniu koncertu Mozarta. L'air (POJvietrze albo Aria, slowo 
to oznacza tez "wyglqd", "pozor") porusza temat artysty walczC:}cego z tworczC:} 
impotencjC:}, sparalizowanego niedoskona1osciC:} uprawianej dzisiaj sztuki. Boha- 
ter Dring (Dzyn) usiluje rozwiqzac tajemnic
 Wariacji Goldbergowskich rowniez 
po to, by zrozumiec w1asnC:} obsesj
 kobietami i sztukC:} - to raczej Don Quijote 


53
>>>
niz Don Juan, jego przygody opisane s} z ciepl} i wyrozumiala sympati}, peln} 
akceptacji. Poiniej ten indywidualizm jest u Gailly'ego nieco stonowany, Be-Bop 
to wariacja na temat milosci do saksofonu cementuj}cej nieoczekiwan} przyjain 
i solidarnose dwoch obcych sobie m
zczyzn, Evasion to portret zbiorowy cale- 
go miasta, ktorego mieszkancy uciekli od wlasnych idealow. 
\V swej ostatniej ksi}zce, Pasja Martina Pissela-Brandta, Gailly okazuje si
 
zwolennikiem rownie gornolotnego jak muzyka ponadzmyslowego porozumie- 
nia dwojga kochankow, oddzielonych teraz tysi}cami kilometrow. Bohater wy- 
jezdza z domu w atlantyckim departamencie Vendenne i dociera do Azji, gdzie 
mimo nieprzejrzystego dla Europejczyka zbrojnego konfliktu, udaje mu si
 prze- 
ciez jeszcze raz zobaczye ukochan}. \Vybrany fragment, pocz}tek powidci, ilu- 
struje tak logik
 odslaniania zdarzen, od ptaszka do wyjasnienia tajemnicy, jak 
przede wszystkim swoisty styl Gailly'ego - a zwlaszcza jego nerwowe zdanie, tu- 
dziez rytm sekwencji 61 rozdzialow powidci. \Vszystko wydaje si
 precyzyjnie 
wyliczone, utwor Schuberta trwa dokladnie cztery minuty dziewi
tnaScie se- 
kund, zas rudzik wazy 13 do 19 gramow. Jest to sposob mierzenia swiata przez 
muzyka: w koncu wszystko sprowadza si
 do tego, co slyszy. Tym razem to nie 
Charlie Parker czy plyn}ce z junkboxu rytmy Be-Bop wyznaczaj} akompaniament 
slowom, lecz klasyczne ut\Vory Schuberta i Bacha. Do Suity na JViolonczelf solo 
narrator dodaje lapidarny komentarz: "Trzy samotnosci. Tego, ktory pisze. Te- 
go, ktory gra. Tego, ktory slucha". Czy proba przezwyci
zenia samotnosci na- 
prawd
 konczy si
 powodzeniem? Nie ma sensu badac tego szkielkiem i okiem, 
nie wypada pytae w takiej powidci, w ktorej wyobrainia tak zdecydowanie go- 
ruje nad rzeczywistosci}. 


Fragment prozy Je
na Echenoza pochodzi z jego ostatniej, nagrodzonej 
przed paroma miesi}cami Prix Goncourt powidci Je m'en va is. Autor wyznal 
kiedys, ze ruch dla niego - to zycie, zas jego brak rowna si
 smierci. Choe ton 
jego ostatnich utworow jest bardziej spokojny, nie ma mowy 0 tym, by bohate- 
rowie mogli zaprzestae przemieszczania si
 z miejsca na miejsce. Proza Echeno- 
za, czy S} to pastisze kryminalow, powidci milosnych, szpiegowskich czy awan- 
turniczych, nalezy zawsze do gatunku powidci geograficznej. 
T ylko dodanie mnostwa drobnych szczegolow pozwala, aby klamstwo uszlo 
plazem. "Nie znam ani Malazji ani Hawru - przyznawal si
 Echenoz 26 - Kupi- 
lem widokowki. Przypomnialem sobie zaslyszane slowa. Przestudiowalem calC} 
stert
 ksi}zek technicznych 0 uprawie kauczuku, porobilem mas
 notatek. 
Uzbrojony w t
 baz
 prawdy ruszylem ku klamstwu". Po napisaniu Eskapady 
autor dotarl jednak do Madras. Tam w dawnym numerze "National Geogra- 
phic" znalazl artykul 0 zarejestrowanym w St. John w kanadyjskiej prowincji 
New Brunswick statku Nechilik, zrobil szczeg610we notatki i po powrocie do 
Francji wystaral si
 0 fotografi
. 


26 Jean-Babtiste Harang, "Liberation", 16.9.1999. 


54
>>>
Felix Ferrer z powidci Odchodzf, oko1o pi
edziesi}tki, nieco cynik, troch
 lek- 
koduch, leciutko, jak autor, niewrazliwy, obserwuje rzeczywistose oczami autora, 
z charakterystycznym dla autora oderwaniem. Ktoregos dnia Felix, w1asciciel gale- 
rii w Paryzu, rozwiedziony i na pewno rozczarowany, mowi "Odchodz
", wsiada 
na poldad lodo1amacza "Des Groseillers" (slowo groseillier znaczy "krzak porzecz- 
ki", ale Medard Chouart Groseilliers by1 siedemnastowiecznym odkrywc}, bada- 
czem po1nocy Kanady, znanym glownie z handlu futrami), wyrusza w podroz do 
kanadyjskich po1nocnych terytoriow, dociera do wraku uwi
zionego przed laty na 
lodowej mieliznie statku Nechilik i udaje mu si
 (nie ,viadomo jak) zabrae z jego 
poldadu porzucone w czasie katastrofy drogocenne obiekty sztuki eskimoskiej. Za- 
biera je do Francji, zreszt} nie bez przygod, bo nieuczci\\y wspolnik probuje go 
oszukae, co staje si
 intryg} po\vidci kryminalnej - jeszcze raz - w obr
bie powie- 
sci przygodowej. Opis tej intrygi trzeba uzupdnie informacj}, ze po drodze do- 
swiadcza Ferrer kilku wyszukanych momentow z kobietami tudziez zawaru serca, 
lekkiego na szcz
scie - to wystarczy, by i tym razem, jak w poprzedniej powidci 
Echenoza pt. Rok, zapdnie ca1y rok - bez dwoch dni, doldadnie. Na zakonczenie 
raz jeszcze mowi - nie ruszaj}c si
 z miejsca, jak bohaterowie Czekajqc na Godota: 
Odchodz
, juz id
, na mnie czas. Je m'en vais to ostatnie slowa po\vidci. 
Echenoz mnozy punkty widzenia, przygl}da si
 swemu swiatu raz z bliska, raz 
z oddalenia, ale obraz jest zawsze taki sam - ta rzeczywistose wymyka si
 rzeczy- 
wistosci. Wi
c jego narracja tez sta\via sobie za zadanie nieco rozmi
kczye pewne 
twarde realia i prawdy. Jaki jest ten swiat? - na to nie brakuje opisow, ktore tak s} 
nieprawdopodobne, ze musz} bye chyba rzeczywiste. Jak choeby lekko karykatu- 
rainy opis rynku i krytyki sztuki - nie zdziwi10by nas gdyby by1 prawdziwy. 
Orson \Velles mowil, ze sztuka jest k1amstwem pozwalaj}cym zrozumiee rze- 
czywistose, u Echenoza inaczej - tak zwany swiat rzeczywisty sta1 si
 do tego 
stopnia niemozliwy, ze sama rzeczywistose musi bye juz... Idamstwem. 


Poniewaz ostatni} pozycj} w dorobku Jeana-Philippe Toussainta jest wyda- 
ny zim} 2000 roku dosye przeci
tny zbiorek anegdot z podroiy L'Autoportrait 
(it /'etranger), [Atttoportret (za granicq)] zdecydowa1em si
 zaprezentowae jego 
pierwsZCl powiesc. Z pozoru jest to lekkie i p1oche, ale spoza tych pedantycznych opi- 
s6w "niczego specjalnego" wyziera jezeli nie lv1etafizyka, to zapewne jakas me- 
tafizyczka. Choe nie wywo1uje ona ci
zkich skojarzen, to przeciez w powidci 
Toussainta mozna dopatrywae si
 proby (niezobowi
zuj}cej) odpowiedzi na py- 
tanie, jak w nie-psychologicznej konwencji przedstawie poszukiwanie tozsamo- 
sci. Jest to juz metafizyka ery postmodernizmu, kiedy na dzwi
k slowa "gl
bia" , 
kogos takiego jak Toussaint ogarnia pewne zazenowanie, metafizyka lekka, pa- 
pierowa - ale w1asnie w tej antypsychologii zawiera si
 moze przez implikacj
 
metafizyczny Angst, proba wychwycenia "ja", troclw w duchu Becketta. Mo/- 
/oyJ a tez charakteryzowa1 brak namaszczenia wobec swi
toSci, odmowa pury- 
zmu, pomieszanic stylu wysokiego z potocznym, czy wr
cz wulgarnym. I z ta- 
kim odwolywaniem si
 do pewnych kategorii, ktore rozsadzane S} potem od 


55
>>>
srodka, ze Iatwowierni czytelnicy, skionni do uwierzenia autorowi na siowo, 
mogliby uwierzyc, ze to "tylko tyle". Niby jest akcja, niby mamy do czynienia 
z osob}, niby ukazane jest srodowisko - niby-sytuacje ulegaj} niby-rozwi}zaniu. 
Osoby bez smaku, bez preferencji, to na pewno aluzja do Musila, co potwier- 
dza sam autor, ktory ambasadora Austrii w Paryzu nazwal Eigenschften (tytul 
Czlowieka bez wlaiciwoici brzmi w oryginale Mann ohne Eigenschaften). 
\V ogole u Toussainta az si
 roi od aluzji i cytatow, co dodaje tak lekturze, jak 
dumaczeniu jego utworow dodatkowego smaczku. 
Tak, to juz era postmodernizmu i piekielnie Iatwej reprodukcji. Toussaint wy- 
znaje: "Wplyw Becketta byl ogromny, trzeba bylo wielkiego wysilku, bym sif; od 
niego oddalil. Pisz}c Lazienkf juz si
 od niego uwolnilem, ale dwa, trzy lata 
wczeSniej, pisalem teksty, b
d}ce niemal pastiszem Becketta, pastiszem mimo 
woli, bo myslalem, ze pisz
 cos oryginalnego. W Lazience jest Nabokov, ktory 
unosi si
 nad ostatni} cz
sci}, Gombrowicz wokol Polakow, Perec w malych dro- 
biazgach, slowkach, Flaubert nad zdaniem, zas Musil wokol osob i przymiotni- 
kow" . 27 Autor Lazienki nie rozstaje si
 ze sfatygowanymi egzemplarzami Lolity 
i Molloy'a. Ale podejrzane wydaje si
 mu wszystko, co otoczone jest aUf} wyso- 
kiej kultury, cote cultive, przyznaje, ze woli, jak Beckett, niezgrabne, mal dit. 


Eric Chevillard, (ur. 1964), najmIodszy z prezentowanych tu skianiaj}cych 
si
 ku minimalizmowi przedstawicieli nieczulych arogantow, zadebiutowal za- 
bawnym tour-de-force, powidci} pod tytulem Mourir m'enrhume, 1987 (Przezif- 
biam sif od imierci). On rowniez wpisuje si
 w tradycj
 lekkiego chowu - zwiasz- 
cza ze wzgl
du na jego z lekka postrzelonych bohaterow. Jeden z nich chodzi 
z krzeslem na glowie (w powidci z 1997 roku, Au plafond, (Pod sufitem). Bo- 
hater (pelnej paradoksalnych odwrocen wartosci) pierwszej powidci Chevillarda, 
Monsieur Theo, ma wystarczaj}co duzo samozaparcia by umrzec po wyzdrowie- 
niu, jego smierc przejdzie pewnie niezauwazona, "niewidoczna golym okiem, 
b
d
 tam, martwy, dusz} i duchem, udaj}cy wielkie zm
czenie, trzeba mi b
dzie 
sil} zamkn}c oczy". Swiat na opak, podobno rowniez tym razem a la Beckett. Je- 
zeli Beckett brany b
dzie za komika, ktorym byl niew}tpliwie, to tyle przej}1 od 
niego Chevillard. Na razie. Ale nie wyl}czrue. Nowa ksi}zka Chevillarda L'oeu- 
vre posthume de Thomas Pilaster to zapiski posmiertne a la Borges, wl}cznie z cy- 
tatami z autentycznych dokumentow wewn}trz fikcyjnego swiata. 


\V porownaniu z ostentacyjn} beztrosk} i nieczuIoSci} pokolenia Lazienki 
Jean Rouaud (ur. 1952) pisze utwory, ktare mog} si
 wydawac rzemidlnicze, 
powazne, przyci
zkie i dlugie. Nie ma w nich ani minimalizmu, ani beztroskiej 
lekkosci, jest natomiast wielkie przywi}zanie do rodziny, nostalgia za rodzinny- 


27 w wywiadzie z Michele Ammouche-Kremers, w: jeu,zes auteurs de Mi,zuit, red. M.Ammo- 
uche Kremers, H.Hillenaar, Rodopi - Amsterdam/Atlanta, 1994, s. 30. 


56
>>>
mi stronami, emocjonalnose (nawet jdli nie ostentacyjna), tudziez zyczliwy 
bliiniemu ton - wszystko to nie bardzo pasuje do stereotypowego wizerunku 
autora Minuit ostatnich lat. Urodzony w bretonskim Nantes w 1952 roku, Ro- 
uaud studiowalliteratur
, sprzedawal benzyn
, encyklopedie, pisal troch
 dla 
prasy, w wieku okolo trzydziestu lat przeniosl si
 do Paryza, gdzie najpierw pra- 
cowal w ksi
garni w Beaubourg, a potem prowadzil kiosk z gazetami w okoli- 
cach Villette. Tekst swej pierwszej powidci poslal do wielu wydawnictw, Seuil 
i Denoel robili mu wprawdzie nadzieje, ale dopiero Lindon wzi}l go powaznie, 
zasugerowal stylistyczne korekty i wiosn} 1990 roku przyj}l ksi}zk
 do druku. 
Jesieni} nikomu nie znany Rouaud zostallaureatem Nagrody Goncourta - 
przez cztery miesi}ce wydrukowano ponad pol miliona egzemplarzy Les champs 
d'honneur. \V ci}gu kilku lat ksi}zka zostala przedumaczona na dwadzidcia j
- 
zykow. Rouaud zamieszkal w wielkim mieszkaniu w Montpelier. Przyjezdzaj}c 
do Paryza znowu czuje si
 jak prowincjusz. Na pytanie, co znaczy dla niego po- 
wiese, odpowiada: "To wspaniale ewiczenie niezawislosci ducha. Powide 
oczyszcza, odkurza, zmusza do przepf;dzenia stereotypow, pozwala ujrzee, wi- 
dziee coraz wi
cej, coraz dalej, gdy czlowiek ma nieustannie przed sob} zaslo- 
ny, klapki na oczach" .28 
Rouaud zajmuje si
 wyl}cznie przeszlosci} i interesuj} go jedynie historie ro- 
dzinne. W kolejnych powidciach opisuje dziadka, uczestnika I wojny swiatowej 
(Pole chwaly), ojca, niepozornego, dobrotliwego komiwojazera, ktory jednakze 
w czasie II wojny, w odroznieniu ad wielu rodakow, przeciwstawil si
 Niem- 
com Deshommes illustres, 1993 (Slawetni mfzowie), oraz matk
, ktora pustk
 po 
smierci ojca wypelnila rzucaj}c sie; energicznie do pracy w sklepie, i ktorej ostat- 
ni} faz
 bialaczki przedstawia autor w Pour vos cadeaux, 1998 (W podarunku dla 
was). Post-scriptum do tego ostatniego utworu stanowi powide wydana rok 
poiniej Sur la scene comme au ciel, 1999 (Na scenie i w niebie), w ktorej na na- 
malowanym juz portrecie dokonal autor pewnych retuszow. Mi
dzy drug} 
a czwart} powidci} napisal Rouaud Le monde a peu pres, 1996 (Mniej 1vifcej 
swiat) - to autobiograficzna opowide 0 czasach rewolty 1968 roku z bohate- 
rem nieco w stylu \Voody Aliena. 
Kieszonkowe wydanie Pol chwaly z fotografi} znuzonego zolnierza na oldad- 
ce maze sugerowae, ze autor, sprzedawca gazet z kiosku na paryskiej rue de Flan- 
dre idzie sladami autora La route des Flandres. Cos z simonowskiego pot
pienia 
wojny znajdziemy wprawdzie i u mlodszego pisarza, ale ogolnie jego znacznie 
przyst
pniejsze dziela przypominaj} prowincjonaln} sag
 i nie dziwi, iz z jego 
okazji krytykom zdarzalo si
 nawet wymieniae nazwisko Marcela Pagnola. \V po- 
dejsciu do wojny niemall Rouauda niczego z simonowskiej ontologii grz
zawi- 
ska. Wojna, ktora dla kazdego refleksyjnego umyslu jest niemal synonimem 
smierci, jest nieodl}czn} cZ
Sci} i punktem odniesienia jego - tak skupionej na 
prywatnym losie bliskich, anonimowych postaci historii - wizji swiata. 


28 "Evencmcnt". 2-8 IX 1993. 


57
>>>
Krawiec, nauczycielka w szkoIe przykoscielnej, zegarmistrz, wlasciciele skle- 
pu z porcelanf:} (z tej branzy wlasnie bierze autor tytul: Pour vos cadeaux/Ma- 
ison Rouaud to slowa reklamowej popielniczki z fajansu, rymowanka w rodzaju 
»w podarunku od/firmy Rouaud") to drobnomieszczanskie postacie tej pro- 
wincjonalnej sagi. Nie jest to wlasciwie powidc psychologiczna, duzo obserwa- 
cji rejestrowanych jest jakby przez kamer
, opis graniczy czasami z behawiory- 
zmem, zas powazny ton lamany na szcz
scie nie pozbawionymi humoru 
i szczypty autoironii komentarzami. Narracja nie rozwija si
 przez lancuch sko- 
jarzen, tylko raczej wychodzf:}c z punktu centralnego zatacza kola, z rzemidlni- 
czf:} dokladnoscif:}, cofa si
 w przeszlosc i wybiega w przyszlosc, przenoszf:}c si-: 
kolejno od jednego do nast
pnego punktu w
zlowego, zawsze z punktem cen- 
tralnym w perspektywie. Owym centrum jest przypadajf:}ca 26 grudnia, dzien po 
Bozym Narodzeniu terrible anniversaire, rocznica smierci ojca, nieoczekiwanej 
i przedwczesnej, bo w wieku 41 lat, kiedy Jean byl jedenastoletnim chlopcem. 
Punktem w
zlowym jest nieodmiennie "smierc w rodzinie", smierc krewnego. 
Od opisu smierci ojca narrator cofa si
 do dziadka (rok 1916, bloto, scieSnione 
ciala zolnierzy w okopach), potem przedstawia w 1940 roku ojca zywego po- 
sr6d smierci, nast
pnie ojciec umiera, narrator si
 rodzi, odchodzi ciotka, zas 
w czasie gdy Jean pisze sw6j cykl, matka przygotowuje si
, aby dostarczyc mu 
tematu do nowej ksif:}zki. Przez caly czas nie ustaje proces reprodukcji - zeby 
zaradzic smierci, rodzi si
 kolejnych, co umierajf:}. Teraz przyjdzie kolej na nar- 
ratora i jego siostry - piszf:}c 0 przeszlosci swych bliskich Rouaud zajmuje si
 
wlasnf:} przyszloscif:}, z materii wspomnien i wyobraini prz
dzie portrety rodzi- 
ny, by oswoic si
 z tym, ze i on stanie si
 cz
scif:} tego rytmu. Moze racj
 ma 
krytyk Lepape w "Le Monde", ze owe portrety rodziny to pr6ba zblizenia si
 
do tajemnicy wlasnej tozsamoSci. W kazdym razie opisy Rouauda skupione Sf:} 
na lente decomposition du vivant - powolnej dekompozycji jeszcze zywej osoby. 


Marek Kfdzierski 


58
>>>
Samuel Beckett 


Mercier i Camier * 


. 


Koniec fragmentu opisowego. 
Co to za krzyz? - rzekl Camier. 
Znowu oni. 
Posrodku mokradla, niedaleko drogi, za daleko jed- 
nak, by odczytac inskrypcj
, stal prosty krzyz. 
Kiedys wiedzialem - rzekl Mercier - ale nie pami
tam. 
Ja tez kiedys wiedzialem - rzeld Camier - prawie jestem pewien. 
Ale calkiem pewien nie by!. 
Byl to grob patrioty, zawleczonego przez wrogow na to miejsce, w nocy, i stra- 
conego na miejscu. A moze wlekli juz tylko trupa, zeby go tu wyrzucic. Pogrze- 
bano go duzo pozniej, nie bez pompy. Nazywal si
 Masse. Nie robiono z niego 
wielkiej historii, w kr
gach narodowcow. Raczej si
 nie przysluzyl narodowej spra- 
wie. Ale postawiono mu pomnik. 0 wszystkim tym, niew'}tpliwie tez 0 wielu in- 
nych rzeczach, wiedzial Mercier, moze i Camier, 0 niczym jednak nie pami
tali. 
Jakie to straszne - rzekt Camier. 
Chcesz obejrzec? - rzekl Mercier. 
A ty? - rzekl Camier. 
Jak chcesz - rzeld Mercier. 
Na skraju zagajnika wyci
li sobie kije. Raznym szli krokiem - jak na ich wiek. 
Jak si
 dzis ma Mercier? - rzekl Camier. 
N 0 wi
c dobrze - rzekl Mercier - czulem si
 nieraz gorzej. A Camier? 
Powstrzymam si
 od skargi - rzekl Camier. 
Zastanawiali si
, ktory z nich padnie pierwszy. Przebyli dobry kilometr bez slo- 
wa. Juz nie szli pod n;kf;. Maszerowali kazdy po swej stronie drogi, w ten spo- 
sob oddzieleni od siebie niemal cal'} jej szerokoSci'}. JednoczeSnie otworzyli 
usta, Mercier po to, by powiedziec: Nie masz czasami wrazenia..., zas Camier: 
Myslisz, ze tam s'} robaki... 
Slucham - rzekl Camier - co mowileS? 
Nie, nie - rzekt Mercier - ty najpierw. 
Alez nie - rzekl Camier - to nic waznego. 
Nie szkodzi - rzekl Mercier - mow prosz
. 
Naprawd
 - rzekl Camier. 


J.. 
... 
... 
I:: 

 
.
 

 


.... 

 


. Samuel Beckett (1906-1989), Mercier et Camier, Editions de Minuit 1970; powidc nap.isa- 
na w 1946 roku, wydana dopiero po otrzymaniu przez autora Nagrody Nobla; fragment rozdzlalu 
X, s. 142-151. 


59
>>>
Prosz
 ci
 - rzekl Mercier. 
Ty najpierw - rzekl Camier. 
Przerwalem ci - rzekl Mercier. 
To ja ci przerwalem - rzekl Camier. 
Wca1e nie - rzekl Mercier. 
Owszem tak - rzekl Camier. 
Znowu zapadlo milczenie. Przerwal je Mercier, a raczej Camier. 
Przezi
biony jestd? - rzekl Mercier. 
Istotnie, Camier zakaslal. 
Nie wiem, jeszcze troch
 za wczdnie - rzekl Camier. 
Mam nadziej
, ze to nic takiego - rzekl Mercier. 
Pi
kna pogoda - rzekl Camier. 
Prawda? - rzekl Mercier. 
Pi
kne nieuzytki - rzekl Camier. 
Owszem, bardzo pi
kne - rzekl Mercier. 
Popatrz na te wrzosy - rzekl Camier. 
Mercier poparrzyl ostentacyjnie na wrzosy. Zagwizdal. 
Pod spodem jest sam torf - rzekl Camier. 
Kto by przypuszczal - rzekl Mercier. 
Camier ponownie zakaslal. 
Kaszlesz jak skazaniec - rzekl Mercier. 
Myslisz, ze tam s:} robaki - rzekl Camier - tak jak w ziemi? 
Torf ma wsze1kie zalety - rzekl Mercier. 
Aha - rzekl Camier. 
Dobrze konserwuje - rzekl Mercier. 
Ale czy s:} robaki? - rzekl Camier. 
Pogrzebiemy, zobaczymy. Chcesz? - rzekl Mercier. 
J eszcze czego - rzekl Camier - co za pomysl. Zakaslal. 
Dzien byl naprawd
 pi
kny, przynamniej na tyle, na ile moze bye pi
kny, w tych 
okolicach, acz chlodny, a noc tuz tuz. 
Gdzie sp
dzimy noc? - rzekl Camier - Pomyslald 0 tym? 
Dziwne - rzekl Mercier - cz
sto mam wrazenie, ze nie jestdmy sami. A ty nie? 
Nie jestem pewien, czy zrozumialem - rzekl Camier. 
Raz bystry, raz powolny, oto caly Camier. 
Jakby obecnose kogos trzeciego - rzekl Mercier. Spowija nas. Czulem od pierw- 
szego dnia. A przeciez nie jestem nawiedzony. 
Przeszkadza ci to? - rzekl Camier. 
Z pocz:}tku nie - rzekl Mercier. 
A teraz? - rzekl Camier. 
Zaczyna mi troch
 przeszkadzae - rzekl Mercier. 
Istotnie, noc byla tuz tuz. I dobrze dla nich, choe jeszcze tego nie chcie1i przy- 
znae, ze noc byla tuz tuz. 
A kim ty wlasciwie jestd, Camier? - rzekl Mercier. 


60
>>>
J a? - rzekl Camier - ja jestem Camier, Francis Xavier. 
To niewiele - rzekl Mercier. 
Komu to mowisz? - rzekl Camier. 
Moglbym zadac sobie to same pytanie - rzekl Mercier. 
Gdzie b
dziemy nocowac? - rzekl Camier. Pod golym niebem? 
To by nam niezle zrobilo - rzekl Mercier - po nie wiem ilu kolejnych nocach 
u Heleny. Przeleciald j(! jeszcze? 
Probowalem - rzekl Camier - ale nie mialem do tego gloW}'. 
Za duzo tej milosci, ostatnimi czasy - rzekl Mercier. Nie masz wstydu, w two- 
im wieku? Ja bym si
 tak nie napalal. 
Masz racj
, gruczol caly rozpalony - rzekl Camier. BI
dne kolo. 
Ja bym dal troch
 maSci - rzekl Mercier. 
Nie smiem tego dotykac - rzekl Camier. 
A twoja cysta? - rzekl Mercier. 
Nawet 0 niej nie mow - rzekl Camier. 
Nie zablokowala dziury - rzekl Mercier - a kiedys tak si
 tego bald. 
Stoi u wejscia - rzekl Camier - co dzien wi
kszy rozmiar, mimo tego nie blizej 
dziury niz przed dwudziestu laty. Sprobuj to wreszcie poj(!c. 
Na takie sprawy naprawd
 dobra jest woda torfowa - rzekl Mercier. Wystarczy, 
zebys w niej usiadl. Jeszcze by ci schlodzilo przewod. 
Ani sladu drzewa, nie trzeba dodawac. K
pka paproci to tutaj oaza. 
Zmarzniemy tu - rzekl Camier - wilgoc przeniknie nas do szpiku koSci. 
S(! przeciez ruiny - rzekl Mercier. Albo b
dziemy szli, az padniemy z wyczerpa- 
nia. Nie tak dobrze nie robi na zl(! pogod
. 
Za jakis czas istotnie staj(! przed ruinami jakiegos domu, b(!dz fortyfikaeji. Sto- 
j(! juz tak chyba od polwiecza, s(!dz(!c po wygl(!dzie. Nie ma juz innych, w po- 
blizu. Zrobila juz si
 prawie noc. 
Teraz trzeba wybrac - rzekl Mercier. 
Mi
dzy czym? - rzekl Camier. 
Mi
dzy ruin(! a wyczerpaniem - rzekl Mercier. 
Nie mozna by pol(!ezyc jednego z drugim? - rzekl Camier. 
Do nast
pnych nie dojdziemy, nie damy rady - rzekl Mercier. 
To proste - rzekt Camier. 
Tak si
 mowi - rzekl Mercier. 
Wystarczyloby tylko jeszcze troch
 pomaszerowac - rzekl Camier - az do chwi- 
Ii, kiedy uznan1Y, ze mamy juz tylko tyle sily, zeby jeszeze tu dotrzec. Wtedy za- 
wrocimy i jeszcze tu dotrzemy, do tyeh ruin, kompletnie wyczerpani. 
To niebezpieczne - rzekl Mercier. 
A masz cos lepszego do zaproponowania? - rzekl Camier. 
Moglibysmy tu na przyklad zatanczyc - rzekl Mercier - albo generalnie zacz(!c 
wykonywac jakid nagle ruehy. Bez zadnego ryzyka. Mielibysmy pewnosc, ze jak 
tylko b
dziemy mieli dosyc, moglibysmy osun(!c si
 na ziemi
, od razu pod 
oslon(! gruzow. 


61
>>>
Ja jeszcze jakis czas mog1bym wlec si
 na drodze - rzekl Camier - alem nie zdol- 
ny do najmniejszego podskoku. 
To chodz, jeszcze choc sto krokow - rzek1 Mercier. 
Pokusa, zeby nie po1ozyc si
 za wczdnie, zeby z tym skonczyc, jeszcze przed 
koncem, by1azby silniejsza od nas? - rzekl Camier. 
Twoj plan jest jednak pelny pu1apek - rzekl Mercier. Zm
czenie to cos dziwne- 
go, zw1aszcza w ostatnich stadiach, rozwija si
 malymi kroczkami, az do szalen- 
stwa, z absolutnie niepoj
tej przyczyny. Nie mowi(!c juz 0 zapadaj(!cej nocy, 
ktora moze wyprowadzie na nas trz
sawisko. 
Tak mi
dzy nami - rzekl Camier - to czym, tak naprawd
, ryzykujemy? 
Masz racj
 - rzek1 Mercier. 
Wi
c znowu ruszyli do marszu, jezeli to mozna nazwac marszem. 
Wiesz, czasami - rzekl Camier. naprawd
 milo z tob(! porozmawiac. 
Wiesz, ja, w gruncie rzeczy, nie jestem taki zly - rzek1 Mercier. 
Po jakiejs chwili Mercier rzekl: 
Nie s(!dz
, bym zdo1a1 jeszcze pojse duzo dalej. 
Co? Juz? - rzekl Camier. To nogi? Czy stopy? 
To raczej glowa - rzek1 Mercier. 
Byla juz noc, droga znikala w ciemnosci zaledwie par
 metrow dalej. Za wcze- 
snie, zeby zacz
ly swiecic gwiazdy. A ksi
zyc mia1 wzejsc duzo pozniej. Nasta- 
1a pora najwi
kszej ciemnosci. Zatrzymali si
. Ledwie widzieli jeden drugiego, 
oddzieleni szerokoSci(! drogi. Camier podszed1 do Merciera. 
Juz wracamy - rzekl Camier. Oprzyj si
 0 mnie. 
Mowi
 ci, to glowa - rzek1 Mercier. 
Widzisz kszta1ty, ktore nie istniej(! - rzekl Camier - k
py drzew, na przyk1ad, 
tam gdzie nie ma nawet jednego. Zaczynaj(! wylaniac si
 dziwne zwierz
ta, kro- 
wy, gigantyczne konie, we wszystkich kolorach, wy1aniaj(! si
 z mroku, wystar- 
czy bys podnios1 glow
, wysokie stodoly, olbrzymie brogi. Wszystko coraz bar- 
dziej niewyrazne, zamglone, jakbys na wlasnych oczach traci1 wzrok, cha, cha - 
na w1asnych oczach traci1 wzrok. 
Mozesz mnie wzi(!c za r
ce, jezeli chcesz - rzek1 Mercier. 
I tak zawrocili, r
ka w r
ce, duza w ma1ej. 
Masz mokr(! r
k
 - rzek1 Mercier - i kaszlesz. Moze to starcza gruzlica? 


Samuel Beckett 
przeloiyl Marek Kfdzierski 


62
>>>
Nathalie Sarraute 


Tropizmy * 


..... 


11. 
."....... 

 


XIX 


Byl gladki i plaski, dwie rawne powierzchnie - po- 
liczki; nadstawial je kolejno, oni zas napi
tymi warga- 
mi skladali na nich pocalunek. 
Chwytali go i mi
tosili, przewracali na wszystkie strony, deptali, tarzali si
 na nim, 
rozkladali. Obracali nim, raz, i raz, i raz, pokazywali mu niepokoj(!ce, zludne miej- 
sca, slepe drzwi, slepe okna: szedl ku nim latwowiernie i boldnie si
 0 nie obijal. 
Zawsze wiedzieli, jak zawladn(!c nim calkowicie, nie zostawiaj(!c krztyny wol- 
nosci, nie daj(!c chwili wytchnienia, jak schrupac go do ostatniego okruszka. Sze- 
roko po nim st(!pali, dzielili na straszne parcele, kwartaly, przemierzali wzdluz 
i wszerz; niekiedy dawali mu troch
 swobody, zwalniali ukisk, lecz gdy tylko 
zbytnio si
 oddalil, chwytali znowu, brali we wladanie. Od dziecinstwa polubil 
to pochlanianie - pr
zyl si
, rozkoszowal ich kwasnoslodk(! woni(!, poddawa!. 
Swiat, w ktarym go zamkn
li, w ktarym zewsz(!d go otaczali, nie mial wyj- 
kia. Wsz
dzie ich okropna jasnosc, ich oslepiaj(!ce swiado niweluj(!ce wszystko, 
. . . ., , . 
znosz(!ce Cleme I merownoscl. 
Znali jego upodobanie do ich atakaw, jego slabosc, totez nie kr
powali si
. 
Wypatroszyli go doszcz
tnie i wypchali, i wsz
dzie mu pokazywali inne lalki, 
inne kukly. Nie magI im si
 wymkn'lc. MagI tylko grzecznie nadstawiac im dwie 
gladkie powierzchnie policzkaw, jedo(! po drugiej, do pocalunku. 


XX 


Kiedy byl maly, w oocy, podrywal si
 nagle na lazku i wola!. Nadbiegaly, za- 
palaly swiado, braly do qk biale plachty, r
czniki, ubrania i kolejno mu poka- 
zywaly. Nic w nich nie bylo. Sztuki bielizny stawaly si
 w ich r
kach niegrozne, 
kurczyly si
, nieruchomialy i umieraly w blasku swiada. 
Teraz, kiedy byl duzy, zdarzalo mu si
 jeszcze sprowadzac je, zeby si
 wsz
- 
dzie rozejrzaly, sprawdzily, co ma w srodku, wypatrzyly i wzi
ly w swoje r
ce 
kryj
ce si
 w nim w raznych zak(!tkach l
ki, przyjrzaly si
 im w pelnym swietle. 


. Nathalie Sarraute (1900-1999), Tropismes, Editions de Minuit 1957; ostatnie rozdzialy po- 
wiesei. 


63
>>>
Mialy zwyczaj wchodzic i patrzec, on zas szedl im naprzeciw i sam wszystko 
oswietlal, zeby w ciemnosci nie czuc ich \\tyci:}gni
tych po omacku r
. Patrzyly- 
on stal nieruchomo nie smi:}c oddychac - ale nigdzie nie bylo nic, nic, co moglo- 
by przestraszyc, wygl:}dalo na to, ze wszystko jest w porz:}dku, na swoim miejscu, 
wsz
dzie rozpoznawaly swojskie, znane od dawna przedmioty, pokazywaly mu je. 
Nic nie ma. Czego si
 boi? Czasem, tu czy tam, w jakims k:}cie cos jakby nieznacz- 
nie drzalo, lekko si
 chwiej:}c, lecz jednym klepni
ciem ustawialy to jak naleZy, to 
nic takiego, jeden ze znajomych l
k6w - braly go i pokazywaly mu: c6rka jego 
przyjaciela juz wyszla za m:}z? Prawda? Albo czy taki to a taki, kt6ry przeciez byl 
z nim na roku, awansowal i ma zostac odznaczony? Porz:}dkowaly to, wyprosto- 
"ywaly, to nic takiego. Przez chwil
 mial wrazenie, ze jest silniejszy, podniesiony 
na duchu, odnowiony, ale juz czul, jak jego czlonki staj:} si
 ci
zkie, bezwladne, jak 
dr
twiej:} w tym nieruchomym oczekiwaniu, w nozdrzach zaczynalo go szczypac, 
jakby mial stracic przytomnosc; widzialy, jak nagle si
 pochyla, a jego twarz przy- 
biera dziwnie zaabsorbowany i nieobecny wyraz; wtedy, klepi:}c go lekko po po- 
liczkach - podr6ze Windsorow, Lebrun, pi
cioraczki - przywracaly go do Zycia. 
Lecz kiedy dochodzil do siebie i kiedy wreszcie zostawialy go naprawionego, 
oczyszczonego, uporz:}dkowanego, dobrze dostosowanego i przygotowanego, 
odradzal si
 w nim strach na dnie malych przegrooek, szuflad, kt6re otworzyly, 
ruc w nich nie zobaczyly i na powrot zamkn
ly. 


XXI 


W czarnym alpagowym fartuszku, z krzyzem co tydzien przypinanym do 
piersi, byla dziewczynk:} niezwykle "lat\v:}", bardzo poslusznym i bardzo 
grzecznym dzieckiem: "Czy to jest dla dzieci, prosz
 pani?", pytala sprzedaw- 
czyni
, kiedy miala w:}tpliwosci przy zakupie ilustrowanego pisma czy ksi:}zki. 
Nigdy nie moglaby, och nie, za nic na swiecie, juz wtedy, nie moglaby wyjsc 
ze sklepu z tym wzrokiem utkwionym w jej plecy, czuj:}c na plecach, kiedy mia- 
la otworzyc drzwi, zeby wyjsc, spojrzenie sprzedawczyni. 
Teraz byla duza, z malego zol
dzia wyrasta duzy d:}b, tak, tak, czas szyb- 
ko leci, kiedy juz skonczy si
 dwadzidcia lat, lata biegn:} coraz szybciej, 
prawda? oni tez tak uwazali? i siedziala przed nimi w czarnym komplecie, 
kt6ry do wszystkiego pasowal, a poza tym czern, jak wiadomo, zawsze wy- 
gl:}da szykownie... siedziala z r
kami skrzyzowanymi na dobranej kolory- 
stycznie torebce, usmiechni
ta, kiwaj:}ca glow:}, pelna wspolczucia, tak, 
oczywikie, slyszala, wiedziala, jak dlugo trwala agonia ich babki, a swoj:} 
drog:} jaka ona byla silna, pomyslec tylko, to bylo inne pokolenie, w jej wie- 
ku miala jeszcze wszystkie swoje z
by... A co u Madeleine? Jej m:}z... Ach, 
m
zczyzni, gdyby to oni rodzili dzieci, mieliby najwyzej po jednym, to oczy- 
wiste, nie zdobyliby si
 na drugi raz, jej matka, biedna kobieta, zawsze to po- 
wtarzala - Och! och! ojcowie, synowie, matki! - najpierw byla dziewczynka, 
a oni liczyli, ze pierwszy b
dzie syn, nie, nie, jeszcze nie pora, nie wstanie, 


64
>>>
nie odejdzie, nie zostawi ich samych, zostanie tu, przy nich, blisko, mozliwie 
jak najblizej, oczywiscie, rozumie, milo miee starszego brata, kiwa glow(!, 
usmiecha si
, och nie, nie b
dzie pierwsza, mog(! bye spokojni, nie ruszy si
 
st(!d, 0 nie, nie ona, nigdy nie moglaby nagle tego zerwae. Milczee; patrzee 
na nich; i w samym srodku choroby babki podnide si
, i robi(!c wielk(! dziu- 
r
, czmychn(!e obijaj(!c si
 0 sciany i biec krzyCZ(!C posrod przyczajonych wzdluz 
szarych ulic domow, uciekae przeskakuj(!c przez nogi dozorczyn zazywaj(!cych 
chlodu siedz(!c w progu, biec z wykrzywionymi ustami, wykrzykuj(!c bezlad- 
ne slowa, gdy tymczasem dozorczynie podnosie b
d(! wzrok znad robotki, 
a ich m
zowie odloz(! gazet
 na kolana i dopoki nie zniknie za rogiem ulicy, 
utkwi(! w jej plecach spojrzenie. 


XXII 


Czasami, kiedy go nie widzieli, mogl ostroznie, staraj(!c si
 znaleze wokol sie- 
bie cos cieplego, zywego, przesun(!e dloni(! po kolumience kredensu... nie za- 
uwaz(! tego, albo tez pomysl(!, ze probuje tylko - zgodnie z rozpowszechnio- 
nym i w koncu nieszkodliwym zwyczajem - zazegnae jakies nieszcz
Scie, 
"odpukuj(!c w niemalowane drzewo". 
J dli czul za plecami ich skierowany na siebie wzrok, jak zloczynca w komicz- 
nych filmach, ktory czuj(!C na sobie spojrzenie policjanta, zaczyna robie jakid 
nonszalanckie gesty, co sprawia, ze wygl(!da swobodnie i prostodusznie, b
bnil, 
aby ich uspokoie, trzema palcami prawej r
ki, trzy razy po trzy uderzenia, naj- 
lepszy sposob na zazegnywanie zla. Bo tez pilnowali go jeszcze bardziej, od kie- 
dy w swoim pokoju zostal przylapany na czytaniu Biblii. 
Przedmioty tez mialy si
 przed nim na bacznosci i juz od bardzo dawna, kie- 
dy b
d(!c jeszcze maly, zabiegal 0 ich wzgl
dy, probowal si
 z nimi zaprzyjaz- 
nie, przytulie si
 do nich, ogrzae, odmawialy udzialu w grze, nie chcialy stae si
 
tym, czym pragn(!l je uczynie, "poetycznymi wspomnieniami z dziecinstwa". 
Przedmioty jednak byly bardzo opanowane, dobrze wytresowane, mialy dys- 
kretne, anonimowe twarze doswiadczonych slug; wiedzialy, jaka jest ich rola 
i nie odpowiadaly na jego apele w obawie, zapewne, ze wr
czy im zwolnienie. 
Zreszt(! nie licz(!c tego rzadko wykonywanego nidmialego gestu, naprawd
 
na nic sobie nie pozwalal. Z czasem udalo mu si
 poskromie wszystkie glupie 
manie, teraz wr
cz mial ich mniej niz si
 zazwyczaj dopuszcza; nie zbieral na- 
wet znaczk6w - co na oczach wszystkich robili normalni ludzie. Nie zatrzymy- 
\Val si
 nigdy na srodku ulicy, zeby - jak dawniej, popatrzee na promenad
, kie- 
dy to opiekunka, no chodzmy juz! chodzmy! - ci(!gn
la go za r
k
 - 
przechodzil szybko i nigdy nie torowal ruchu na jezdni; przechodzil obok 
przedmiotow, nawet najbardziej uprzejmych, nawet najbardziej ozywionych, 
nie rzucaj(!c im ani jednego porozumiewawczego spojrzenia. 
W efekcie nawet ci sposrod jego przyjaciol i krewnych, ktorzy pasjonowali si
 
psychiatri
, nie mogli zarzucie mu niczego, z wyj(!tkiem moze, przy tym braku 


65
>>>
nicszkodliwych i ozywczych fantazji, przy jcgo nazbyt poslusznym konformi- 
zmic, lckkiej tcndcncji do astenii. 
Ale tolerowali to - bylo to, zwazywszy dobrzc wszystko, mniej niebezpiecz- 
ne, mniej niestosowne. 
Czasami tylko, kiedy byl zbyt zm
czony, za ich rad(! pozwalal sobic na jakis 
samotny wypad. I tam, kiedy przechadzal si
 0 zmierzchu pdnymi koj(!ccj po- 
blazliwosci, osniezonymi cichymi uliczkami, muskal dlonmi czerwonobiale ce- 
gly domow i, przywieraj(!c bokiem do muru, pdcn oba\\', zc zachowuje si
 nie- 
dyskretnie, przez jasn(! szyb
 zagl(!dal do pokoju na parterze, gdzie na 
porcelanowych spodkach ustawiono na oknie doniezki z kwiatami i sk(!d, cieplc, 
masywne, tajemniczo ci
zkie i spoiste przedmioty przesylaly mu - jemu tez, 
chociaz byl nieznajomy i obcy - cz(!stk
 swojego promieniowania; gdzie rog 
stolu, drzwiczki kredensu, slomiana plecionka krzesla wylanialy si
 z polmroku 
i milosiernie zgadzaly si
 stae dla niego, dla niego takze, skoro stoi tam i czeka, 
malym kawalkiem jego wlasnego dziecinstwa. 


XXIII 


Byli brzydcy, byli plascy, pospolici, pozbawieni osobowosci, naprawd
 zbyt 
przestarzali, jak banaly, myslala, ktore tylekroe juz widziala wypisane wsz
dzie, 
u Balzaca, Maupassanta, w Pani Bovary, banaly, kopie, kopie kopii, myslala. 
Tak chcialaby ich odepchn(!e, mocno zlapae i odrzucie bardzo daleko. Ale oni 
stali przy niej spokojnie, usmiechali si
 do niej, uprzejmi, ale pdni godnosci, bar- 
dzo poprawni, przez caly tydzien pracowali, przez calc zycie liezyli tylko na sie- 
bie samych, 0 nic nie prosz(!, 0 nie wi
cej jak tylko moznose widzenia si
 z ni(! 
od czasu do czasu; 0 zacidnienie troch
 wi
zi pomi
dzy ni(! a nimi, poczucie, ze 
nie l(!cz(!ca ich z ni(! wci(!z istnieje. Pragn(! jedynie spytae - to naturalne, wszyscy 
tak robi(!, kiedy w gronie przyjaciol czy krewnych skladaj(! sobie wizyty - spytae 
j(!, co ciekawego robila, czy ostatnio duzo czytala, czy cz
sto wychodzila, czy wi- 
dziala, te czy tamte filmy, czy uwaza, ze S(! dobre... 1m tak bardzo podobal si
 
Michel Simon, J ouvet, swietnie si
 bawili, sp
dzili taki mily wieczor... 
A jdli chodzi 0 tam to, banaly, kopie, Balzaca, Flauberta, Paniq Bovary, och! 
dobrze wiedz(!, znaj(! to wszystko, ale nie boj(! si
 - patrzyli na ni(! grzecznie, 
usmiechali si
, chyba czuli si
 przy niej w bezpiecznym miejscu, chyba wiedzie- 
Ii tez, ze tak dlugo si
 im przygl(!dano, tak dlugo ich odmalowywano, opisywa- 
no, wysysano, ze stali si
 od tego gladcy jak kamyki, cali oszlifowani, bez jednej 
skazy, bez jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Nie b
dzie mogla ich naruszyc. 
Byli bezpieczni. 
Otaczali j(!, wyci(!gali do niej n;ce: "Michel Simon... J ouvet... Ach, trzcba 
byIo, prawda, rezerwowae miejsca duzo wczdniej... Potem jU:l nie dostaloby 
si
 biletow, chyba ze po wygorowanych cenach, zostalyby same loze..." Zacie- 
sniali wi
z nieco bardziej, powoli, delikatnie, nie sprawiaj(!c bolu, poprawiali 
cienk(! nie, ci(!gn
li... 


66
>>>
I po trochu jakas slabosc, uleglosc, potrzeba, zeby si
 do nich zblizyc, zeby 
zostac przez nich zaakceptowanq, pchala jq do ich k6lka. Czula, jak grzecznie 
(Och, tak... Michel Simon... Jouvet...), bardzo grzecznie, niczym mala po- 
sluszna dziewczynka, daje im r
k
 i kr
ci si
 razem z nimi. 
No, wreszcie jestdmy wszyscy razem, grzeczni, robiqcy to, co spodobaloby 
si
 rodzicom, wreszcie wi
c wszyscy tu jestdmy, ukladni, spiewajqcy ch6rem jak 
pilnowane przez niewidzialnego doroslego dobre dzieci, kt6re grzecznie bawi q 
si
 w k6leczko trzymajqc si
 za spocone rqczki. 


XXIV 


Rzadko si
 pokazywali, siedzieli przycupni
ci w mieszkaniach, w ciemnych 
pokojach i czatowali. 
Telefonowali do siebie, myszkowali, rzucali si
 na najmniejszq \Vskaz6wk
, na 
najwqtlejszy znak. 
Niekt6rzy z rozkosz q wycinali z gazety ogloszenie 0 tym, ze jego matka po- 
trzebowala dochodzqcej krawcowej. 
Pami
tali wszystko, zazdrosnie czuwali; trzymajqc si
 za r
ce w dobrze na- 
pi
tym kole, otaczali go. 
lch skromne bractwo 0 twarzach na wp61 zatartych i zamglonych tworzylo 
wok6l niego kolo. 
A kiedy go widzieli, jak pelza wstydliwie, pr6bujqc si
 mi
dzy nich wsliznqc, 
gwaltownie opuszczali splecione r
ce i kucnqwszy wszyscy wok6l niego, mierzy- 
Ii go pustym i upartym spojrzeniem, z nieco infantylnym usmiechem na ustach. 


Nathalie Sarrattte 
przeloiyla Barbara GrzegorzeJVska 


67
>>>
.... 


Marg uerite Duras 
Niebieslde oczy czarne \vlosy* 



 



 
... 
-.\;) 
s: 

 
... 
;: 
... 
-- 
-'- 
::t:: 


Pyta go znowu: Po co pieni!dze? 
On mowi: Zeby placito Zeby dysponowat pani cza- 
sem pod lug mojej woli. Zeby moc zwolnic pani! kie- 
dy tylko zechc
. I zeby miec pewnost, z gory, ze nie 
b
dzie si
 pani sprzeciwiala. Sluchala moich historii, tych ktore zmyslam i tych 
prawdziwych. ana: I zasypiala na bezwladnym czlonku. Konczy zdanie z ksi!z- 
ki: I plakala tu tez czasem. 


..; 

 


Pyta j! po co ten czarny jedwab. ana odpowiada: 
Czarny jedwab, jak czarny worek, zaklada si
 na glow
 skazanym na smierc. 


Sluchanie czytanego tekstu pOJvinno przebiegae zawsze wedlflg podobnego wzo- 
ru, mowi aktor. Za kaidym razem, kiedy pomifdzy jednym milczeniem a drugim 
rozbrzmiewa tekst, aktorzy powinni zastygae i sluchae z najwyiszq zt1vagq, sledzie 
tekst wychwytujqc najmniejsze niuanse intonacji, tak jakby stopniowo z prostoty 
slow moina by bylo wydobye coraz wifcej zrozumienia. 
Aktorzy powinni patrzeC na mficzyznf z historii, tylko sporadycznie na publicz- 
nose. Czasem mogq patrzeC na kobietf, ale nie powinno to bye przypadkowe. 
Owo nie-patrzenie na kobietf powinno bye wyraznie zauJvazalne. 
Nic z tego, co zdarzylo sif mifdzy mfZczyznq a kobietq, nie moZe bye pokazane wprost, 
ani zagrane. Samo czytanie stanowiloby zatem 0 teatralnym ksztalcie tej historii. 
W iadnym z czytanych fragmentow nie powinno sif ujawniae jakief specyficzne 
uczucie. Ani iaden gest. Tylko emocja wynikajqca z odslaniania slow. 
Mficzyzni wystfpowaliby ubrani na bialo. Kobieta bylaby naga. Pomysl, by 
miala na sobie czarne, wieczorowe ubranie, zostal porzucony. 


Mowi mu, ze jest jedn! z tych, ktorzy w nocy chodz! po plazy. On cofa si
 
lekko, jakby nie wierzyl w to co mu powiedziala. Potem jednak mowi ze jej wie- 
rzy. Pyta: Oprocz tego ze tam chodzi, oprocz tej miloSci, co robi? Oprocz te- 
go ze tam chodzi, oprocz tego ze jest w tym pokoju - co? 
Zaslania twarz czarnym jedwabiem. Mowi: jestem pisark!. On nie wie czy 
ona si
 smieje. Nie pyta. 


. Marguerite Duras (1914-1996), Les yeaux bleus eheveux noirs, Editions de Minuit 1986; 
&agment s. 36-49. 


68
>>>
Milkn(!, sluchaj(! si
 nawzajem, kazde we wlasnych myslach. Pytaj(!, nie cze- 
kaj(! na odpowiedz. M6wi(! kazde z osobna. On czeka, az ona cos powie. Lubi 
jej glos, m6wi jej to, nie zawsze slucha jak ludzie mowi(!, ale jej tak, jej glosu 
slucha zawsze. To z powodu jej glosu sprowadzil j(! do tego pokoju. 
ana mowi mu ze kiedys napisze ksi(!zk
 0 tym pokoju, uwaza ze to miej- 
sce jakby przypadkowe, wlasciwie nie mozna tu mieszkac, to pieklo, jak za- 
mkni
ta scena teatm. On mowi ze usun(!l meble, krzesla, lozko, rzeczy oso- 
biste, bo nie mial zaufania, nie znal jej, nigdy nie wiadomo, gdyby kradla. 
Mowi takze ze teraz przeciwnie, teraz si
 obawia ze ona odejdzie kiedy on za- 
snie. Z ni(! zamkni
t(! razem z nim w tym pokoju nie odczuwa z nim az takiej 
rozl(!ki, z tym kochankiem 0 niebieskich oczach czarnych wlosach. Mysli, ze 
to w tym pokoju wlasnie, w tym teatralnym swietle, powinno si
 szukac po- 
cz(!tku owej milosci, kiedys dobrze przed ni(!, kiedy w dziecinstwie kazde la- 
to znosil jak kar
. Nie wyjasnia. 


W pokoju panuje gl
boka cisza, nie dochodzi juz zaden odglos, ani od stro- 
ny drog ani od miasta ani od morza. Noc ma si
 ku koncowi wsz
dzie czysta 
i czarna ksi
zyc znikn(!l. Boj(! si
. On wpatrzony w podlog
 wsluchuje si
 w t
 
przerazaj(!c(! cisz
. Mowi ze to pora kiedy morze jest spokojne ale wody przy- 
plywu juz wzbieraj(! ze cos si
 zacz
lo i nast'lpi teraz szybko ale ze 0 tej godzi- 
nie nocy przejdzie niezauwazone. Ze zawsze zaluje mysl(!c, ze nikt takich zja- 
wisk nie ogl(!da. 
Patrzy na niego, on mowi, szeroko otwarte oczy, za zaslon(!. On jej nie wi- 
dzi, ci(!gle wpatmje si
 w podlog
. Mowi mu, by zamkn(!l oczy jakby odebral 
sobie wzrok i jak slepiec przypomnial sobie j(!, jej twarz. 
Spelnia prosb
. Zamyka oczy, bardzo mocno, dlugo, jak dziecko. Nagle 
przestaje. Mowi: Kiedy zamykam oczy widz
 kogos innego kogo nie znam. 
Ich oczy unikaj(! si
 odwracaj(! od siebie. ana mowi: jestem tu przed panem 
a pan mnie nie widzi boj
 si
. On mowi szybko, zeby opanowac strach. M6wi 
ze to pewnie w zwi(!zku z t(! pOr(! nocy, ze zmieniaj(!cym si
 cyklem morza, ze 
juz nawet chodz(!cych po plazy nie b
dzie ze tylko oni pozostan(! zywi po tej 
stronie miasta. ana mowi mu nie, to nie tak. 
Minie dluzsza chwila zanim znowu b
d(! mowic. Stoi przed nim, z twarz(! 
odkryt(!, bez czarnego jedwabiu. On nie podnosi na ni(! wzroku. Tkwi(! tak 
w bezruchu, dlugi czas. 
Nagle ona odsuwa si
 od niego, odsuwa od swiatla, przesuwa si
 wzdluz 
Sciany. On prosi by powiedziala cos 0 tym chodzeniu po plazy, by mu wy- 
jasnila on nic nie wie jest w midcie od niedawna. ana mowi mu, ze ci lu- 
dzie wyszukuj
 na plazy kryjowek gdzie wspolnie uprawiaj(! milosc i dozna- 
j(! rozkoszy, chociaz nie kochaj(! si
 nie znaj(! prawie nie widz(!. S(! z tego 
miasta i z kilku innych kurortow. On pyta czy S(! tam kobiety. ana mowi 
tak, takze dzieci psy szalency. 


69
>>>
On: Sionce sunie po powierzchni morza. 
Na scianie pokoju, nisko, ukazala si
 sloneczna plama, wpadla przez szpar
 pod 
drzwiami, ma wielkosc dloni, drzy na kamiennej scianie. Zyje zaledwie kilka se- 
kund. Gwaltownie znika, oderwana od sciany z wlasn(! pr
dkosci(!, pr
dkosci(! 
swiatla. On mowi: Juz po sloncu, stalo si
 potem koniec jak w kazdym wi
zieniu. 


ana znowu zaklada czarny jedwab na twarz. On nic juz nie wie, ani 0 jej twa- 
rzy ani 0 jej spojrzeniu. ana wstrz(!sana lekkimi spazmami placze. Mowi mu: to 
nic, to tylko wzruszenie. On najpierw nie dowierza slowu, pyta: Wzruszenie? 
Potem wypowiada je sam, chce je poczue na swoich wargach, bez znaku zapy- 
tania, bez odniesienia: Wzruszenie. 


Sen zmogl j(! zapewne duzo pozniej. SIOI1ce bylo wysoko kiedy nie spala jesz- 
cze. Zasn(!1 wkrotce po niej, tak gl
boko, ze nie uslyszal jak wychodzila z poko- 
ju. Nie bylo jej juz kiedy si
 obudzil. 


Siedzi blisko niej lecz nie dotyka jej ciala. ana zasypia, wyci(!gni
ta w swie- 
tie. Przygl(!da si
 jej sHe w tej szczuplosci, wi(!zaniom jej konczyn. Odsuwa si
 
od niego. Jest bardzo spokojna, gotowa w kazdym momencie nocy zostac lub 
wyjse - wyrzucona. 
Budzi j(!. Kaze jej si
 ubrac i stan(!e w swietle, chce si
 jej przyjrzee. ana spel- 
nia polecenie. Idzie ubiera si
 w zacienionej cz
sci pokoju przy scianie od stro- 
ny morza. Nast
pnie wraca do swiada, staje przed nim. Patrzy na ni(!. 
Jest mloda. Ma na sobie biale tenisowki. Wokol talii niedbale zawi
zany czar- 
ny szal. W czarnych wlosach ciemnoniebiesk(! opask
, tak sarno niesamowicie 
niebiesk(! jak jej oczy. Ma na sobie biale szorty. 
Stoi tu przed nim, on jest pewien, ze moglaby zabic go za to ze j(! tak obu- 
dzil a jednoczdnie moglaby stac tak przed nim cal(! noc. On nie pojmuje sk(!d 
w nich obojgu ta uleglosc wobec tego co si
 zdarza, jakby Bog to zrz(!dzil. 
Pyta j
 czy zawsze tak si
 ubiera. ana mowi tak, od kiedy go poznala. 
Mialam wrazenie ze podobaly si
 panu te kolory dlatego je wkladam. 
Patrzy na ni(! dlugi czas. ana mowi: Nie nigdy przedtem jej nie widzial, az 
do owego wieczoru w nadmorskim barze. Przykro jej. 


Rozbiera si
. Kladzie si
 na swoim miejscu w swietle. Z wSciekloSci(! 
w oczach, placze nie zdaj
c sobie sprawy, on tez. On zauwaza, ze s(! do siebie 
podobni, mowi to jej. ana tez tak uwaza, s(! tego samego wzrostu maj(! tak sa- 
mo niebieskie oczy czarne wlosy. Usmiechaj(! si
 oboje. Mowi mu: A w spojrze- 
niu smutek nocnego krajobrazu. 
Niekiedy to on ubiera si
 w srodku nocy. Maluje sobie oczy, tanczy. Za kaz- 
dym razem jest pewicn, zc jej nie obudzil. Niekicdy sam zaklada niebiesk(! opa- 
sk
 czarny szal. 


70
>>>
Noc. Pyta go czy moglby zrobic to r
lq nie musi si
 zblizac nie musi nawet patrzec. 
On mowi ze nie moze. Nie mogtby tego robic z zadn,! kobieq. Nie jest na- 
wet \V stanie okrdlic uczucia jakie wywolujc w nim jej prosba. Gdyby si
 zgo- 
dzil moze nie chcialby juz jej wi
cej widziec, nigdy, kto wie moze nawet mogl- 
by j'! skrzywdzic. Musiatby wyjsc z tego pokoju i zapomniec. ana mowi ze 
przeciwnie, ona nie moze zapomniec. Ze w sytuacji kiedy nic mi
dzy nimi nie 
ma, pami
c tego co niespdnione to pieklo. 
Patrzy jak ona sama robi to przed nim. U szczytu rozkoszy \Vota zdaje si
 ja- 
kid stowo, bardzo ciche, gtuche, odlegle. Jakby czyjd imi
. Bez znaczenia, nic 
mu nie mowi. Uwaza j'! za wcielenie jakiejs naturalnej skrytosci, bez pami
ci, 
bez winy, niedbala. 
Mowi jej: Nic na to nie poradz
, prosz
 mi wybaczyc gdy zblizam si
 do pa- 
ni poz,!danie jakby mnie opuszczato. 


ana mowi ze z ni,! jest ostatnio tak sarno. 


On mowi ze przed chwil,! wymowita jakid slowo, jakby obce slowo. ana 
mo\\ i, ze w rozpaczy rozkoszy kogos wotala. 
On usmiecha si
, mowi: Nie mog
 wymagac by mowila mi pani wszystko 
o sobie. Nawet za pieni,!dze. 


J ej oczy i wlosy S,! jak u kochankow ktorych on poz,!da: dokladnie taki sam 
niebicski kolor oczu dokladnie takie same wlosy. I ta biala nie poddaj,!ca si
 
stoncn skora. Niekiedy drobne piegi, ale blade, odbarwione przez swiado. I ten 
jej gl
boki sen ktory uwalnia go od jej obecnoSci. 
Bardzo pi
kny zarys twarzy pod czarnym jedwabiem. 
Poruszyta si
. Znowu odkryta przeci,!ga si
 i tak zostaje potem opada i po- 
zostaje jak opadla, pokonana tym odpr
zeniem jakie rodzi si
 niekiedy w skraj- 
nym zm
czel11u. 
Zbliza si
 do niej. Pyta od czcgo odpoczywa co to za zm
czenie. Nie odpo- 
wiada nawet na niego nie patrzy tylko unosi r
k
 i pidci jego twarz usta wokot 
ust okolice ktore chcialaby catowac; twarz nie poddaje si
, ona pieSci nadal, z
- 
by zaciskaj,! si
, twarz odsuwa si
 gwattownie. R
ka opada. 


On pyta czy wedlug niej to 0 co j'! prosil zeby byla w nocy obok niego zna- 
czy zeby spata. ana waha si
, mowi ze chyba tak, ze w ten sposob to zrozu- 
miala: pragn
11 jej przy sobie ale za zaslon,! snu z twarz'! pod czarnym jedwa- 
biem jak zniweczon,! przez jakid inne uczucie. Jest w cieniu, oddalona od 
swiada. Lampa, powleczona czerni
, oswietla jedynie miejsce gdzie S,! ciala. 
Cien lampy prowokuje inne cienie. Bl
kit oczu i biel przdcieradla bl
kit opa- 
ski i bladosc skory pogr,!zyly sit; w cieniu pokoju zielonym jak rosliny na dnie 
morza. ana jest tu, wmieszana w kolory w ciell. wci'!z smutna z powodu nie- 
znanego cierpienia. Taka si
 urodzila. Z tym bt
kitem w oczach. Ta pi
knosc. 


71
>>>
M6wi mu ze to co przezywa z nim teraz bardzo jej odpowiada. Zastanawia 
si
 co by robila gdyby nie spotkali si
 \vtedy w barze. To tu w tym pokoju sp
- 
dzila prawdziwe lato, tu doswiadczyla wstr
tu do wlasnej kobiecosci wlasnego 
ciala wlasnego zycia. On slucha jej podejrzliwie. Usmiecha si
 do niego, pyta czy 
chce by m6wila dalej. On m6wi ze to dla niego nic nowego same komunaly. 
M6wi mu: Nie m6wi
 panu 0 panu, m6wi
 0 mnie przed panem. To ja kom- 
plikuj
. Pana nienawisc do mnie to nie moja sprawa. Dana jest przez Boga, trze- 
ba si
 z ni,! pogodzic, uszanowac j'! jak przyrod
, jak morze. Nie warto przekla- 
dac jej na pana osobisty j
zyk. 
Patrzy na jego zlosc powstrzyman,! w zacisni
tych ustach, w oczach. Smieje 
si
. Milknie. Strach nieraz pojawia si
 w tym pokoju, a tej nocy jeszcze bardziej 
niz uprzednio, nie strach przed smierci,! ale przed cierpieniem, jak przed zwie- 
rz
ciem, ze zrani, ze oszpeci. 


Publicznoie pOJVinna bye pogrqiona JV ciemnoici, kiedy aktor mOJVi. Sztuka roz- 
poczynalaby sif nieustannie, JVraz z kaidym zdaniem, Jvraz z kaidym sloJVem. 


Marguerite Duras 
przeloiyla Ewa Sadoff 


72
>>>
Claude Simon 


Le Jardin des Plantes * 


Kirilow: .. . Widzial Pan kiedy lise, listek z drzewa? 
Stawrogin: Oczywiscie. 
Kirilow: Widzialem ostatnio jeden, pozoUdy, jesz- 
cze troch
 zie1ony, z lekko butwiej,!cymi 
brzegami. Wiatr go unosil. Kiedy mialem dziesi
e lat, w zimie spe- 
cjalnie zamykalem oczy, zeby sobie ""}'obrazie blyszcz,!cy zie10ny iyl- 
kowany lise w SIOl1cU. Otwieralem oczy i rue wierzylem w rzeczywi- 
stose. To, co widzialem, bylo zbyr pi
kne. I znow zamykalem oczy. 
Stawrogin: To alegoria? 
Kirilow: Nie... dlaczego? To nie alegoria. To zwykly lise, po prostu. Lise jest 
dobry. Wszystko jest dobre. 


.... 

 
"i 

 
- 
: 
\.; 
... 

 

 


.. 


..... 
r1: 


10 maja 0 pi'!tej nad ranem Niemcy rozpocz
li ofensyw
 wzdluz calej 
granicy francuskiej, be1gijskiej i holenderskiej. Przypuscili skoncentrowa- 
ny atak na licz,!cym okolo siedemdziesi
ciu kilometrow froncie mi
dzy 
Sedanem a Namur, gdzie zgromadzili trzydzidci trzy (33) dywizje, z cze- 
go siedem (7) pancernych, przeciwko ktorym Prancuzi wyprawili forsow- 
nym marszem z Be1gii zaledwie dziewi
e (9) dywizji: ich najszybsze jed- 
nostki, zlozone z pulkow kawalerii, z czego polowa konno, przekroczyly 
Moz
 11 maja okolo poludnia. Nazajutrz, w niedzie1
 zie1onoswi,!tkow,!, 
czwarta dywizja szwolezerow wobec przewagi wroga rozpierzchla si
 
w bezladzie i, kigana przez awiacj
, z trudem zdolala wieczorem wyco- 
fae si
 za rzek
. Nie maj,!c okazji do walki, w ci'!gu jednego dnia stracila 
okolo jednej czwartej stanu liczebnego. 


Cz
sc (najstarsza) Jardin des Plantes w Paryzu zostala zaprojektowana na 
geometrycznym planie prostok'!ta licz,!cego okolo czterystu metrow dlugoki 
na pi
edziesi'!t szerokosci i ci,!gn,!cego si
 od wybrzezy Sekwany do glownego 
budynku muzeum 0 nieciekawej architekturzc. Ramy rozleglej esplanady stano- 
wi,! dwie aleje platanow, ktorych przycinane co roku listowie tworzy dwa pro- 
ste nieprzerwane mury po obu stronach trawnikow i rabat z nowymi w kazdej 
porze roku kwiatami. Czlowiek postaral si
 tu udomowie, ze tak powiem, 


. Claude Simon (ur. 1913), Le Jardin des Pla"tes, Editions de Minuit 1997; fragment 
s. 61-71. 


73
>>>
i ujarzmic natur
, sprzeciwiaj}e si
 jcj bujnosci i nieumiarkowaniu, by j} podpo- 
rz}dkowac swojej potrzebie ladu i panowania; podobnie reguly teatru klasyez- 
nego zamykaj} j
zyk w nie mniej sztueznej formie, b
d}eej przeciwienstwem 
bezladu, w jakim uzewn
trzniaj} si
 naturalnie nami
tnosci. Do tej sztywnej 
seenerii doehodz} od polnoey ogrod botaniezny, maly ogrodek alpejski ze 
zr
eznie rozmieszezonymi kamieniami oraz ogrod zoologiczny, gdzie mozna 
obejrzec egzoryezne ptaki, w
ze, malpy, niedzwiedzie, dzikie kory, a !Gedys, 
dawniej - zyraf
 i slonie. Na przylegaj}cyeh do ogrodu zboezaeh Gory Swi
tej 
Genowefy zbudowano belweder, stozkowary pagorck okolo pi
tnastometrowej 
wysokoki. Po jego stokaeh biegn} sciezki prowadz}ee do latarni z kutego zela- 
za, do ktorej doehodzi si
 po kamiennyeh stopniach. W przeeiwieostwie do sa- 
dzonyeh pod sznurek drzew i surowyeh dekoraeji kwietnyeh, ta ez
sc wzoruje si
 
na ogrodach zwanyeh angielskimi, unikaj}e jakiegokolwiek efektu symetrii. Wiel- 
kie stuletnie drzewa, w rym eedr 0 ciemnym listowiu, rosn} w otoezeniu uroz- 
maieonej i dzikiej roslinnoki, ktora znalazla si
 tu jakby przypadkowo: bambu- 
sy, pn}ee bluszeze, rozmaityeh gatunkow krzewy tworz} zespol zgodny 
z modnym pod koniee XVIII wieku marzycielskim upodobaniem do Natury, sla- 
wionym przez pisarzy takieh jak Jan Jakub Rousseau ezy Bernardin de Saint-Pier- 
re, ktorego statua zdobi zreszt} zboeze: ubrany w surdut, siedzi w zamysleniu 
na fotelu, a u jego stop dwoje dzicei ba- 
wi si
 w eieniu szerokieh lisci banano\\'- 
ea, rowniez odlanego z bf'lzu. Wskutek 
utlenienia bladozielona barwa pokrywa 
bez roznicy faliste likie bananowea, po- 
liczki dzieci, ieh ubrania, surdut i pi
sc, 
na ktorej opiera si
 mysl}ea twarz pisa- 
rza muskana koniuszkiem gal
zi sosny, 
niebezpieeznie poehylonej pod wla- 
snym ei
zarem i ktorej pieo musiano 
wesprzec zelazn} podpork}. Na malej 
cynkowej tabliezee zawieszonej na pali- 
ku wbitym w ziemi
 u stop drzewa 
mozna przeezytac: Sosna z Aleppo. 
Z drugiej strony alei rOLkladaj} si
 i ma- 
jestaryeznie spadaj} gal
zie wielkiego 
drzcwa. Do jego e
tkowanego pnia 
przybito tabliezk
 z napisem: Platan 
z Anatolii, zasadzony przez J ussieu 
w 1785. 


Zaproszony na kolaej
 w l\1adrasie 
przez zon
 konstruktora samoehodow, 
o ktorym mowi}, ze jest hinduskim For- 
demo Sludzy 0 ciemnyeh twarzaeh, ubra- 
ni na bialo, w rurbanaeh, stoj} na straiy 
u bramy wielkiego ogrodu 0 oswietlo- 
nyeh latarniami alejaeh, w gl
bi ktorego 
wznosi si
 parterowy, jednopoziomowy 
dom. Gospodyni, kobieta ezterodziesto- 
lemia, bardzo pi
kna, ma na sobie o!iw- 
kowozielone sari ze zlot} bordiur}. 
Obok niej eorka 0 przyjemnej twarzy, 
pozbawiona jednak arysrokraryeznej uro- 
dy matki. Wyscielane pomaranezowymi 
poduszkami meble (fotde, kanapy) 
z ciemnego drzewa (heban?), kunsz- 
townie rzezbione w wybujale roslinne 
morywy. Na Scianie wisi nieudana olej- 
na kopia "Pawla i Wirginii uciekaj}cyeh 
przed burz}" pani Vigee-Lebrun: ehlo- 
piee probuje oslonic swoj} towarzyszk
 
szat}, ktor} wzdyma wiatr. Niebo jest ezarne, szata zolta. Obraz okala ei
zka 
zlota rama najezona rzezbami w srylu rokoko. Jest za duza i brzegi obrazu jej 


74
>>>
nie si
gaj,!, widae przdwity. Przy kolacji sludzy, tez w turbanach i na biaIo, uwi- 
jaj,! si
 w milezeniu wokol stotu. Talerze srebrne, w ksztakie czarek. Dla dwoch 
europejskich gosci przyszykowano widelee i noze, natomiast obie kobiety si
ga- 
j'! po jadio i elegancko podnosz,! je do ust dtugimi brunatnymi palcami 0 bla- 
dych paznokciach. Na Scianie jadalni okolo poltorametrowej dlugosci prospekt, 
z tych jakie widuje si
 w witrynach biur podrozy, przedstawiaj,!cy w kolorze pa- 
noramiczny widok Iancucha Alp z J ungfrau, Cervin i Mont Blanc. Przypi
ty po 
prostu wbitymi na skos szpilkami. 


schodzilismy z gory st
pa jeden za drugim konskie zady kolysaly si
 sztywno 
jak to na zboczach torsy jezdzcow lekko odchylone w tyl sionce si
 schowalo by- 
Iem w polowie "")'sokoSci kiedy rozlegly si
 wystrzaty musieli zle namierzye ce- 
lownik bo w tym momencie nie uslyszalem swistu zadnej kuli ruszylismy galo- 
pem zd,!zylem ich zobaczye na drodze za ktor,! dopiero co zniki trzeci szwadron 
wyskakiwali grupkami z furgonetek i biegiem rzucali si
 na ziemi
 w rowie by 
strzelae do nas mierz,!c z flanki bardzo wyraznie widzialem goscia ktory wydawal 
si
 nimi komenderowae dziwnie ubrany w dtugi kremo"")' prochowiec do polo- 
"")' ukryty za drzewem dawal znaki r
k,! Mi
dzy zabudowaniami osady bylismy 
bczpieczni konie kr
cily si
 beziadnie potr,!caly si
 nikt nie wiedzial co robie 
w pewnym momencie w srodku eksplozja konie i ludzie na ziemi ktos powiedzial 
poiniej granat rzucony z okna kto wie mowiono ze wsrod Belgow S,! Ale nagle 
dowodca Ostertag krzykn,!1 Za mn,! galopem w kierunku torow kolejowych pa- 
mi
tam niejasno ze przesadzilismy row galopuj,!c tym razem pod gradem kul 
przez pole sionce znow wyjrzalo tory byly okolone bardzo wysokimi krzewami 
nie do przebycia wi
c wspi
lismy si
 caly czas cwalem na drugie wzgorze i nagle 
ujrzalem blyszcz
ce tory w gl
bi otwartej przede mn,! kolejowej transzei sionce 
znow si
 schowato lata pozniej pami
tam to wszystko w najmniejszych szczego- 
tach Po wojnie wrocilem zobaczye to miejsce osada nazywala si
 Les Fontaine 
(w liczbie pojedynczej) ta transzeja musi miee jakid dziesi
e do dwunasru me- 
trow gl
bokoSci pami
tam ze odruchowo dzgn,!lem j'! ostrog'! z tylu po lewej 
jednoczdnie wodzami sci,!gn,!lem jej szyj
 w t
 sam
 stron
 tak ze oboje zjecha- 
lismy po zboczu bokiem ale gdy znalezlismy si
 na dole zrzuciia mnie z siodia 
natychmiast stan'!tem na nogi zrobilem krok do przodu dotkn,!lem wodzy ko- 
niuszkami paleow ona tez zrobita krok do przodu mogiem niemal chwycie wo- 
dze ale nagle pomkn
la cwalem inne konie bez jeidzcow tez galopowaly mimo 
mnie zadnego nie zdolatem ziapae oddalaly si
 szybko widzialem jak ostatnie 
znikaj,! wi
c zacz
lem biec po torach probuj
c trafiae w podkiady 


Zadna nazwa (chyba ze moze w tych idiomach niezrozumialych dialektach 
o dziwnych brzmicniach, dzikich, gardIowych lub jedwabistych jak krzyk ptaka, 
oria czy jakiegos nadprzyrodzonego zwierz
cia, spokojnego i krwiozerczego - 
i faktycznie, do tego byly podobne: nie to co si
 zwykle nazywa gorami, zwykia 
bariera z nieruchomych skal, szczytow czy szreniowych pol, ale cos zywego, 


75
>>>
przyczajonego i przerazaj,,!cego, z rodziny jaszczurkowatych czy w
zy, zygzako- 
wate jak one, musialy zabijae nie zadaj,,!c sobie najmniejszego rrudu, nawet nie 
drgn,,!wszy, po prostu czekajqc z t"! sam,,! spokojn"! i monstrualn,,! oboj
tnoki,,! 
okrytych lusk,,! lub pancerzem bestii, ktorym \vystarcza, ze s"!, uspione w bezru- 
chu, i ktore znienacka k,,!saj,,! i znow zapadaj,,! w drzemk
 - gory niepokalane, 
moze tylko przez jak,,!s mniej lub bardziej naukow,,! ekspedycj
: pol tuzina m
z- 
czyzn uginaj,,!cych si
 pod ci
zarem przybor6w pomiarowych, przybylych tu nie 
po to, by dokonae jakiegos sportowego czy widowiskowego wyczynu, lecz wy- 
slanych przez jakis instytut panstwowy, geologiczny, geograficzny - albo poli- 
tyczny: bye moze z misj,,! wytyczenia jakiejs absurdalnej czy hipotetycznej gra- 
nicy W tym chaosie, w sk6rzanych ubraniach, czapkach, butach i r
kawicach, 
dyszqcy w rozrzedzonym powietrzu pod ci
zarem ladunk6w, oczy chronione 
przez grube szkla, toruj,,!cy sobie drog
 czekanem, stopien po stopniu, w blysz- 
cz,,!cym sniegu, zatykaj,,!cy bye moze w koncu zgrabialymi r
kami jak,,!s flag
, 
kt6q wiatr podrze na strz
py zanim jeszcze zejd,,! do bazy-obozu - albo, dla 
wi
kszej pewnosci, cynkowej)... zadna nazwa nie okrdlala tych szczyt6w, czy 
raczej tego nadoku, nieskonczonego ci,,!gu g6rskich grzbietow, jakby zakrze- 
plej, oslepiaj,,!cej burzy, 0 kt6rej jowialny dumacz w awionetce umeblowanej 
w srodku jak salon m6wit, pokazujqc j"!, ze bardzo blisko (ale blisko czego, li- 
cz"!c sk,,!d?) przebiega niewidzialna kropkowana linia wyznaczona przy pomocy 
lornetek wedle prastarych ukl.ldow mi
dzy plemionami koczownik6w (musialy 
przeciez istniee niewidoczne, ukryte w rozpadlinach i faldach miejsca przypomi- 
naj,,!ce doliny, WqWozy, parowy, par
 jakichs przejse mozliwych do wykonania 
choeby przez dwa, trzy kr6tkie tygodnie, latem...), jakimis przewodnikami ka- 
rawan albo skosnookimi bandytami, tez odzianymi w sk6ry zwierz"!t, i uroczy- 
kie parafowanych p6iniej na mapie przez innych bandyt6w w jedwabnych suk- 
niach, z pawim piorem na glowie, albo powsci,,!gliwie ubranych z europejska: ale 
gdziez ona przebiegala w tym chaosie, w tym natloku lod6w i migocz,,!cych 
scian, kt6re wylanialy si
 tu i kl
bily, jak gdyby w srodku kontynentu (a raczej 
dwu przylegaj,,!cych do siebie kontynentow), mi
dzy dwoma stepami, dwiema 
pusryniami, w monstrualnej i milcz,,!cej samotnoki, tysi,,!ce kilometrow od ja- 
kiejkolwiek plynnej przestrzeni, jakiegokolwiek oceanu, wyrosla pustynia jesz- 
cze bardziej pustynna, jeszcze bardziej nieublaganie wroga, przeciwienstwo 
oceanow, wszelkiej penetracji, wszelkiego ludzkiego czy zwicrz
cego zycia ),... 
wi
c calkiem blisko, mowil gl6wny dumacz, lez,,! Chiny. 


Na co jeden z pi
tnastu zaproszonych (pi
tnastu goki wybranych jakby 
przypadkowo, w ksi,,!zce telefonicznej tego, co si
 nazywa Rozmaitoki, wsr6d 
kt6rych byt dyplomata zywcem wzi
ty z reklamy pasty do z
b6w, dwoch Tur- 
kow, etiopski malarz w plemiennym stroju, wysztafirowany Kubanczyk, dw6ch 
amerykanskich Murzyn6w, ekonomista, futurolog, drugi m,,!z najpi
kniejszej 
kobiery swiata)... na co jeden z nich (aktor, kt6ry grat Nerona w kinie) opowie- 
dzial zabawnie 0 tym, ze kiedy tam niedawno pojechal, powitat go chor skosno- 


76
>>>
okich dziewcz'!t spiewaj,!cych Hymn do Radosci, stopniowo (byl doskonalym 
aktorem i zabawnie odgrywal t
 scen
) tracil rytm, zbaczal z tom, rozplywal si
 
i falowat, przemieniaj,!c si
 w rodzaj nosowej orientalnej me1opei. 


Pewnej nocy na rowninie spadl snieg. Ale pod jeszcze cieplym jesiennym 
sloncem warstwa bladoniebieskiego sniegu stopniala. Sfotografowano ich razem 
z tlumaczami, w gmpie, przed glownym budynkiem zespolu pawilonow, w kto- 
rych ich ulokowano, rozrzuconych w rozleglym parku obsadzonym drzewami 
owocowymi i topolami. Park byl otoczony ""}'sok,! siatk,! nie do pokonania, bra- 
my strzegli uzbrojeni straznicy w bqzo""}'ch mundurach, ktorzy wychodzili 
z wartowni, zeby podnide szlaban, ilekroe zajezdzat orszak ich samochodow. 
Choe calkiem blisko slychae by to rw,!cy potok wod splywaj,!cych z lodowcow, 
nikomu nie wolno bylo wyjse za ogrodzenie, zeby si
 do niego zblizye, pozo- 
stal niewidzialny, natr
tny, jak niestmdzona kawalkada jakiegos dzikiego stada, 
docz,!cego si
, skacz,!cego, Scigaj,!cego ze sob'!, potrz'!saj'!cego grzywami. Ta 
sama awionetka z przypominaj,!cym salon wn
trzem zawiozla ich na brzeg je- 
ziora 0 mongolskiej nazwie, otoczonego ze wszystkich stron olbrzymimi gora- 
mi. Dziewcz
ta w haftowanych strojach i w toczkach na glowie powitaly ich na 
progu rowniez haftowanego namiotu, gdzie lezaly stosy slodyczy, ktorymi ich 
pocz
stowano. \Vypuszczono w powietrze gol
bie 0 powolnym locie, blyska- 
wicznie chwytane przez sokoly, ktore spadaly na nie jak kamien i zabijaly. Po- 
kazano im jeszcze zapasnikow i ""}'Scigi kirgiskich koni, za ktore w dawnych cza- 
sach arystokraci kupowali na wag
 zlota. Mal,! trybun
 zapelniali wyl,!cznie 
skosnoocy m
zczyzni 0 zohych, ogorzalych i okr,!glych twarzach, w kape1u- 
szach podobnych do tych, jakie nosz'! Tyrolczycy, tyle ze z biatego filcu z czar- 
n,! lamowk,!. \Vielu sposrod najstarszych nosito w klapie marynarki wst'!zeczki 
odznaczen wojskowych. Zmierzch schodzit powoli z gorskich szczytow, ktore 
stopniowo pogqzaly si
 w mroku, niebawem ciemnoniebieskie ponad jeziorem, 
ktore zachowato jeszcze ostatnie blaski zachodu. 


Bye moze Kiritow i Szatow rowniez pracowali w jednej z tych kopalni zlota, 
ktorych opuszczone instalacje dzis jeszcze mozna ogl,!dae w Gorach Skalisrych, 
otoczone matymi zrujnowanymi aglomeracjami, zwanymi Ghost Cities. Wejscia 
chodnikow byle jak zabite deskami, wieze szybowe, zardzewiale wyci,!gi ze zwi- 
saj,!cymi spl'!tanymi kablami przetrwaly jeszcze na stokach, zawieszone nad pry- 
zmami wykopanej ziemi niby ludzkie kosci, szkie1ery zzarte gor,!czk,! zysku, 
gwaltu i chciwoki. Cisz
 zakloca tylko niekiedy jedwabisty szum lekkiej bryzy, 
graj,!cej na tych metalowych harfach, szcz'!tkach maszyn, poskr
canych i ster- 
cz,!cych w g6r
 torach, przysypanych ziemi
 i poprzewracanych wagonikach. 
Wi
kszose drewnianych domow ma zerwane dachy. Przez rozwalone Sciany wi- 
dae puste wn
trza, gdzie lezy czasem kupa be1ek stropowych i krokwi. Inaczej 
niz w miastach zbombardowanych, podpalonych lub spustoszonych w wyniku 
zamieszek - ani sladu zniszczen dokonanych r
k,! cztowieka: tylko czas powoli 


77
>>>
zzarl farb
, drewno i zelazo. Jakby jakid niewidzialne monstrum, niedbale, nie- 
spieszne i lapczywe, bezlitosnie kontynuowalo (wci(!z kontynuowalo) w milcze- 
niu, przejawiaj(!c si
 jedynie tym lekkim drganiem powietrza w spl(!tanych kablach 
i zielskach, okrutn(! prac
 odzyskiwania, przyswajania surowcow wydobytych 
z ziemi lub z lasu, sprowadzaj(!c je do czynnikow pierwszych (tlenki, tkanki), ze- 
by je wchlon(!c w swoj strusi zol(!dek, zacieraj(!c stopniowo nawet wspomnienie 
jakiegokolwiek zycia, jakiejkolwiek ambicji. Tylko jeden dom zachowal na uzytek 
turystow wysoki drewniany fronton, na ktorym luszczeje slowo Saloon, tam znaj- 
duje si
 bar, gdzie siedz(! udaj(!c, ze pij(! i gadaj(!, starzy statysci w wielkich kape- 
luszach, kraciastych koszulach i skorzanych kaftanach z fr
dzlami. 


Inaczej niz ruiny pozostawione przez cywilizacje przeszlosci, ktorych szcz(!tki 
mozna jeszcze podziwiac (swi(!tynie, forum, mury miejskie, areny), uzyte tlltaj 
surowce (drewno i zelazo), z natury nierrwale, s(! skazane na stopniowe zaatako- 
wanie i zniszczenie czy to przez rdz
, czy przez zgnilizn
, totez w odroznieniu 
od sanktuariow, kolumnad i agor pewnego dnia nie zostanie tu ani chodnika, ani 
wyci(!gu, ani wagonu, ani domu, absolutnie nic z tego, co pospieszna i szalona 
z(!dza zysku zbudowala, ziemia znow b
dzie jalowa, lekko tylko tu i tam wypu- 
czona na gruzach, potem po prostu naga, przywrocona do pierwotnego stanu. 


Uniwersytet w Colorado Springs ma w swoim muzeum kolekcj
 rzeibionych 
w drewnie malowanych Chrystusow pochodzenia meksykanskiego. Slady biczowa- 
nia, rozmaite okaleczenia, rana w boku s(! przedstawione z realizmem jednoczdnie 
przypochlebnym i naiwnym: zdarta z kolana skora, zaognione i spllchni
te na 
ksztalt walka cialo tworzy jakby obrz
kly rozowy krater wok61 odsloni
tej nagiej 
kosci. Nie dumacz(!c dlaczego (zbyt ludzki?), Dostojewski pisze gdzid, ze kontem- 
placja namalowanego przez Holbeina martwego Chrystusa z muzeum w Dreznie 
moze zabic w czlowieku wiar
. Obraz jest podluzny, w(!ski, cal(! powierzchni
 wy- 
pelnia cialo nagiego chudego m
zczyzny, lez(!cego na plask z glow(! odrzucon(! do 
tylu i stercz(!cym podbrodkiem, pokrytym ciemnym zarostem. W calym tekscie 
"Poszukiwania" Marcel Proust nigdy nie wspomina 0 istnieniu Boga. 


Claude Simon 
przelozyla Maryna Ochab 


78
>>>
Robert Pinget 


Apokryf * 


, 


,
 1:' 


. , 


I 


\\1 
I . 
,
 
.. 
""'" 



 

-"i 


I I 


Po prostu obraz w centrum. M
zczyzna siedz(!cy na 
stercie kamieni. Moze pasterz, obok niego peleryna i la- 
ska. Chyba mtody, linie ciata jeszcze gi
tkie, tokcie opane na kolanach, gtowa 
wychylona do przodu, podbrodek mi
dzy dtonmi. Wiosy czarne, krociutkie, ryp 
srodziemnomorski, t
 hipotez
 zreszq potwierdzatby szczegolny rodzaj swiada, 
z ktorym kontrasruje sylwetka rudziez fragmenry pejzazu, drzewko 0 szarawych 
lisciach, mogtaby to bye oliwka, a takze skrawek czerwonawej ziemi. 
Wszystko to wpisuje si
 w doskonaly okr(!g, taka rownowaga panuje mi
dzy 
elementami obrazu. Po prawej stronie tuk plecow m
zczyzny, wygi
ta gat(!z na 
gorze, kawatek ziemi po lewej stronie, zw
zaj(!cy si
 nizej az po kamienie, tam 
krzywizna peleryny. 
Postac zatopiona w marzeniach. 
Chciatoby si
 niemal sprawdzie z miar(! w r
ku odlegtosc mi
dzy tymi ele- 
mentami, porownac wielkosc poszczegolnych powierzchni, nanieSc na nie za- 
sadnicze linie kompozycji, zwtaszcza ukosne, ktore bez trudu mozna by spro- 
wadzic do regularnie rozchodz(!cych si
 promieni, mamy bowiem do czynienia 
z okr
giem, ktorego centrum jest gtowa marz(!cego. 
Ale trzeba porzucie ten szkic, bo m
zczyzna wtasnie si
 poruszyt, odchyla si
 
do rytu, prostuje nogi, podnosi rami
, proporcje idealnej figury ulegaj(! narych- 
miastowemu zniszczeniu. 
Marzy si
 zatem, aby z rych samych elementow skomponowac jeszcze jedn(! 
postac, nie uzyskatoby si
 juz jednak tej nieruchomosci pasterza, pejzaz z dru- 
giej strony tez jakby ulegt zmianie. Czy to jest to samo drzewko oliwne, ta sa- 
rna czerwona ziemia, te same kamienie. Najlepiej zastanowic si
 nad rym, przyj- 
muj(!c bezwiednie pozycj
 obserwowanego bohatera, tokcie na kolanach 
podbr6dek podtrzymywany dtonmi. 


. Robert Pinget (1919-1997), L'apoeryphe, Editions de Minuit 1980; fragment s. 9-19. Pre- 
zemacja autora w "Kwartalniku Artystycznym" 2/18/1998. 


79
>>>
II 


Ktos powiada, ze to stara szala pomalowana jasnC} ochq i czerniC}, ktorej cen- 
tralnym motywem jest obraz siedzC}cego na ziemi owczarza, nieznacznie pochylo- 
nego, jak ten, kto marzy bC}dz rozmysla, pod drzewem, przedstawionym w zary- 
sie, mozna dostrzec mniejsze zwierz
ta, kozy albo owce, chyba ze to sC} kamienie. 
Obraz namalowany jest precyzyjnie, nieslychanie czystc} kreskC}, ale szala mu- 
siala si
 kiedys rozbic, a potem zostac sklejona, jeszcze teraz widoczne p
kni
- 
cia zamazujC} miejscami t
 scen
. Mysl, ze to owczarz z powodu laski i pe1eryny 
obok, mlodego wieku, krajobrazu oraz pewnych reminiscencji podobnych po- 
staci, widzianych najprawdopodobniej w muzeach, gdzie cz
sto jakis mlodzie- 
niec glaszcze owieczk
 lub trzyma w ramionach baranka. Ich dobry opiekun. 
Ten wzoruje si
 na bukolikach, jest nagi i bez aureoli. 
Gdy przypatrzymy mu si
 z bliska, zauwazamy p
kni
cie tuz przed twarzC}, 
malutenki kawalek przyklejony odwrotnie nosi znamiona fujarki, dlonie zostaly 
mylnie umieszczone pod brod
, zapewne powinny trzymac instrument. Zatem 
bylby to owczarz muzykant. 
Co do drzewa przedstawionego w zarysie, nie mozemy sprecyzowac do ja- 
kiego gatunku nalezy, mysl 0 drzewku oliwnym przychodzi wam do glowy row- 
niez jako reminiscencja. 


III 


Ktos powiada, ze okrC}g, w jaki wpisuje si
 obraz to obramowanie lunety wy- 
ce10wanej w kierunku pasterza. 
Z tylu w dali rozciC}ga si
 na wszystkie strony rownina, lekko tylko pagorko- 
wata, zeby mozna bylo pokazac caly horyzont. Niebo we wszystkich czterech 
kierunkach. Wspanialy tego grudniowego dnia teren pofaldowany mi
dzy za- 
gajnikami, z pola na pole, od fermy do fermy, bezowy, niebieskawy od mgielki, 
duzy las na poludniu, odlegle miasto na zachodzie, mozna si
 dopatrzyc mu- 
row obronnych i wiezy kolegiaty, na polnocy sady otoczone zywoplotem z glo- 
gu, na wschodzie ziemie uprawne akcentowane tu i 6wdzie samotnym orze- 
chowcem. 
Pasterz przyglC}da si
 temu pejzazowi, wzruszony, to jego ziemie rodzinne, 
srodek swiata. 
Na polach, obsianych wzrastajC}cym zbozem, ledwie widoczne punkty zie1e- 
ni; grupy drzew i zywoploty sc} jak fiolet parmenski, niebieskie dymy dachow 
mieszajC} si
 z warstwami mgly. Kraw
dzie upraw t\vorzC} w punkcie zbieznoSci 
duze gwiazdy przedluzane az po horyzont jak linie rozy \viatrow. 
Pasterz wstal, narzucil na ramiona pe1eryn
, laskC} wskazuje biegnC}cemu obok 
psu uciekajC}cC} w stron
 zagajnika koz
. 
Ktos. po
iada, drzewa oliwkowe tak samo malo pasujC} do tego kraju jak czer- 
wona Zlemla. 


80
>>>
Jego samotnosc jest rzecz jasna pozorna. Od miasta i okolicznych wiosek dzie- 
Ie} go nieznaczne odieglosci. Ucho nie wychwytuje odglosow mieszkancow, pa- 
sterz odroznia je w glowie, oddany swym marzeniom jak owczarz z szali. 
Czystosc linii implikuje zlozonosc relacji. Widac, ze postac w centrum scisle 
zalezy od arabesek i linii prostych, ktore zamykaje} je} w sobie i don przenikaje}, 
aby uwyraznic jej kontury. Tak na przykiad laska uniesiona w kierunku zagajni- 
ka wyznacza Raka z zodiaku, ktory decyduje 0 jego ukosnym polozeniu. Tak sa- 
mo kiedy siedzial na ziemi obok pasterza wychylony byl w kierunku wymaga- 
nym dla Bliinie}t z peryferii lub Strzelca. 


IV 


Zatopiony w marzeniach. 
Luneta wycelowana w kierunku owczarza. 
Postac t
 obserwuje ktos bezimienny, co moze przyczynic si
 do nieporozu- 
mien, jednakze pierwotny zamiar jak si
 wydaje nie stoi w sprzecznosci. Nie bac 
si
 drogi okr
znej, aby uchwycic t
 ostatnie} wizj
, ktorej oddalenie nie ulatwia 
zadania. Idealna postac sama winna jest tego, ze jest nieosie}galna, ale tego jesz- 
cze nie wiemy. Dalismy si
 zmylic pozorom. 
Zlozonosc relacji. 
Poszukac, w przydzielonym czasie. 
N a kominku ostrokrzew, wysoko na belce zawieszona jemiola. 
Wszystko mialoby si
 zacze}c w grudniu, W okolicach Bozego Narodzenia, 
nawrot ciepIa, blotniste drogi, poranne mgly, sennosc krajobrazu przed druge} 
fale} chiodow. 


V 


Wystrzegac si
 zlych nawykow przy pisaniu. 
Ponownie rozpocze}c od zera. 
Dawne ternaty, nie sposob im umkne}c, ale im nie ufac. 
Ksie}zka, ktora ma powstac. 
Dawne tematy pomieszane z codziennymi notatkami. Pogoda, pory roku. 
Serce niezdolne juz si
 przystosowac. I cienka nic opowidci bez znaczenia, jesz- 
cze si
 narzuca, nie "riadomo dlaczego. 
J uz nic do stracenia. 


VI 


Slyszy dzwony ko1egiaty, niebawem angelus, wklada do futeralu swoje} kosz- 
towne} lunet
, potern przygle}da si
 ochrowo-czarnej szali, arce wyobrazonego. 
Szare wzgorza, drzewo Wergiliusza, krzew mastyksowy, janowiec, szakiak oraz 


81
>>>
czystek. Przechadzka pod d
bami korko\\ymi, potem wejscie przez piarg ku 
urwisku, ktorego skal
 oczerwienia wieczorne slonce. 
Nie sposob zmierzye przestrzeni mi
dzy tymi eIemcntami. Najdrobniejsze 
odleglosci okazC} si
 z gory skalkulowane, oddzieIajC}ce jeden obiekt od drugie- 
go, z chwil} ukonczenia dziela. Otwarte na wszystko oczy, na jawie czy we snie, 
zapobiegnC} pomyke nawet w cieniu. 
Dalej si
 przechadzal, pies w
szyl w poblizu drogi, w zywoplotach, na lC}- 
kach, z ktorych halasliwie wzbily si
 w powietrze grube, sploszone kuropat\\y. 
Najmniejszych zarosli, mozna by sledzie ich lot na szde strzalow tlinty. Z pew- 
nosciC} widzialo przechodnia wieIu widniakow przy pracy, natychmiast, z bar- 
dzo daleka, zauwazC} najmniejszy nlCh na swoich terenach. Ten poszedl do la- 
su, tamten orze winnic
, trzeci sadzi buraki. Ale obcy przechodzien nie zdaje 
sobie sprawy z tej uwagi, jego niewprawione oko dostrzega tylko pofaldowanie 
terenu i przeciC}gajC}ce obloki. 
Cos musi si
 wydarzye. 
Jeszcze bez przeczucia, ze si
 stanie. 


VII 


List na brudno lezy na stole, z trudem si
 go czyta zwazywszy wyjC}tkowo 
male pismo i niezliczone poprawki, skreslenia, dopiski.\Vydaje si
, ze to jakid 
nie cierpiC}ce zwloki wezwanie, potrzeba przerwania smierteInego mi1czenia, 
prosba, ale do kogo. Zadnej aluzji co do adresata, zadnego znaku pozwalajC}ce- 
go go okrdlie, brakuje w tekscie drugiej osoby, a przeciez tak usilnie zabiega. 
Albo list przepisany, na czysto, doskonale czyteIny, treSe jednakze rownie ba- 
nalna jak charakter pi sma na kopercie, i tak dotrze do adresata, wykluczone, by 
napotkal jakieS przeszkody, niemozliwe jakiekolwiek wyswietlenie stosunku 
mi
dzy korespondentami, potwierdza to powierzchowna analiza. 
Sdumiony bo1. 
W rocie do analizy nie pisma na liscie tylko namalowanej postaci. 
Glowa jest mala, 0 doskonalych proporcjach, czaszka jajowata, nos prosty, 
powieki opuszczone, usta wC}skie, wydatny podbr6dek. Linie ciala skrajnie 
uproszczone, jakby skr6cone ze wzgl
du na pozycj
 siedzC}cC}, odznaczajC} si
 tC} 
szczeg6lnC} eIegancjC} wlasciwC} figurom ludzkim z greckiej ceramiki. Korpus 
zwinny, dlugie mi
snie konczyn, deIikatnose st6p i dtoni, wC}ska talia, postawa 
niewymuszona. Ulistowienie drzewa, szkicowane zC}bkowanC} ciC}gtc} kreskC}, wy- 
pelnia pustc} przestrzen, pozostawionC} z tylu m
zczyzny z powodu zaokrC}gle- 
nia ramiona, a przed nim przylega do rozwidlen gal
zi oraz do pnia, kt6rego 
przedluzenie zaznaczone jest nizej niemal horyzontalnym zarysem korzenia. Co 
do kamieni, na kt6rych lezy peIeryna, mozliwe ze pierwotnie, przed wspomnia- 
nym p
kni
ciem, si
galy wyzej, wznoszC}c si
 na lewo od kr
gu, na kt6rym po- 
zostala tylko pusta plama, nie liczC}c p6zniej dodanej kreski przedstawiajC}cej bye 
moze stado mniejszych zwierzC}t. 


82
>>>
VIII 


Koza jednakze upiera si
, by skubac liscie jakiegos krzewu, nagle odwraca si
 
do psa groznie nastawiajC}c rogi. Owczarz podchodzi do niej i uderzeniem laski 
po karku zmuszC} jC} do powrotu do stada. Potem siada na skraju lasu i wyjmuje 
z kieszeni pomi
tc} kartk
 papieru, list czy tez list na brudno, ktory, jak si
 wy- 
daje, zaczyna mozolnie odczytywac. Widac jak porusza wargami, jego prawy pa- 
lec wskazujC}cy przesuwa si
 wolno po papierze. 
Nicpewna ortografia, przeszkadzajC}ce w lekturze skreslenia, mnozC} si
 trud- 
nosci. 
Gdyby tak zblizyc si
 do czytajC}cego i rozwiac jego wC}tpliwosci, brak mu do- 
swiadczenia, pochylic si
 nad zapisanym papierem, zobaczymy czy... 
Ale niedlugo zapadnie noc, przechodzien \Vola psa, zawraca, idzie przez las, 
pozniej wchodzi na drozk
, ktora zaprowadzi go prosto do domu. 
Ostrokrzew na kominku. 


IX 


Pan wyszedl jak co dzien rano. Widziano go na ulicy kolo dziewiC}tej. Wszedl 
do baru, gdzie kazal sobie podac bardzo slabe espresso. Stoi przy kontuarze, ale 
przedluza t
 chwil
 jak najbardziej, jak si
 wydaje. Niektorzy obok sc} juz przy 
kie1iszku czerwonego wina, moze piwa, pijC} z pospiechem, zaraz wychodzC}. 
Nikt nie zwraca si
 do niego, a i on nie odzywa si
 slowem, uchodzi za orygi- 
nala, chyba ma bzika, juz nikomu nie przeszkadza. Zawsze z ksiC}zkC} w kiesze- 
ni, nieraz otwiera jC} nawet przy kontuarze, zaglC}da do niej albo zapisuje cos na 
marginesie. Potem wychodzi i idzie dalej uliczkami, w centrum konrynuuje swC} 
porannC} przechadzk
. 
MowiC}, ze ponoc byl profesorem. 
MowiC}, ze chyba pisze wspomnienia. 
M6wiC}, ze pewno skonczy w domu wariatow. 
Ten olbrzymi dom na szancach, w ktorym mieszka, jest w oplakanym stanie, 
stary srnzC}cy, ktory ma si
 nim zajmowac, juz ledwie widzi. On tez wychodzi ra- 
no pi
c minut po swoim panu, ale idzie w przeciwnym kierunku, robic zakupy 
\\ spozywczym, u rzeznika, w piekarni. Sprzedawcy pomagajC} mu liczyc drobne. 
T eraz widziano go na skrzyzowaniu, \Vi
c pewno juz za kwadrans dziesiC}ta. 
Mial juz skn;cic w prawo na g16wnC} ulic
, ale zatrzymal si
 przy witrynie na ro- 
gu, przed sklepem ze starzyznC}. Pochylil si
, zeby przyjrzec si
 czemus na wy- 
stawic, patrzyt dobre par
 minut, nalozyl okulary. Sklepikarz twierdzi, ze inte- 
resuje go stara czara niewiadomego pochodzenia, zresztc} juz naprawiana. Pan 
zapytal go nawet raz 0 cen
, wedlug niego wygorowanC}. 
W mieScie jest trzech handlarzy starzyznC}, zna ich wszystkich, ale nigdy nic nie 
kupuje. Brak pieni
dzy albo dziwactwo, ludzie sklaniajC} si
 do tej drugiej hipotezy. 


83
>>>
Nie, nikomu juz nie przeszkadza, ten stary puchacz, niech sobie robi, co 
chce, nieduzo mu zresztc} juz pozostalo. Nie zeby od poczC}tku nikt si
 nim nie 
interesowal, kiedy wprowadzit si
 tam na g6r
, nowy sC}siad zawsze moze si
 
przydac, mamy swojC} kultur
, czasami czlowiek jest zdany na czyjd przyslugi, 
dobre sC}siedztwo nigdy si
 nie sprzykrzy. Ale on od poczC}tku byl na dystans, le- 
dwie odpowiadal na dzien dobry. Niech mu tam, nikt mu nie b
dzie dokuczat. 
Dowiedziec si
, czy wszyscy tak myslC}. 
Nieduzo pozostalo. 


x 


Nie, nasze miasto nie jest wprawdzie p
pkiem swiata, to byloby straszne. Ale 
nie wolno powiedziec, ze to dziura, od razu zacznC} wyliczac, kolegiata romatl.- 
ska, renesansowy zamek, szance obronne, budynek merostwa, caly ten kram, 
starocie, z kt6rych sc} dumni i z kt6rymi si
 utozsamiajC}, to smieszne, majC} po- 
czucie przynaleznosci, tak jakby historia... 


Robert Pinget 
przeloiyl Marek K
dzierski 


84
>>>
Alain Robbe-Grillet 


Ostatnie dni 
Henri de Corinthe'a * 


. 


Kiedy ta trzecia powidc, Zaluzja, ukazala si
 w 1957 
roku, sytuacja finansowa Minuit byla w dalszym ci
gu 
niepewna. Jerome rozgl
dal si
 za jakims partnerem, 
ktory by zasilil wydawnictwo zastrzykiem gotowki, najch
tniej oczywiscie w po- 
staci kapitalu. Przez jakis czas s
dzilem nawet, ze udalo mi si
 znalezc mlodego 
kandydata - nazywal si
 Wormser, wydawal si
 inteligentny, sympatyczny, zycz- 
liwy wobec literatury, a to tego jeszcze bogaty. Sprawa nie wyszla, nie ze wzgl
- 
du na mnie, zreszt
 sam pomysl okazal si
 chyba nie najlepszy: trudno bylo so- 
bie wyobrazic, zeby Jerome mial z kimkolwiek dzielic si
 wladz
 w firmie, na 
ktorej mu tak zalezalo i do ktorej mial taki emocjonalny stosunek. 
Zaproponowalem mu wtedy rozwi
zanie tymczasowe, zgoda - pod wzgl
- 
dem kapitalowym raczej skromne, ale mog
ce sluzyc na jakis czas jako srodek 
zaradczy, a przynajmniej pozostawic ster tylko w jego r
kach. Podpatrywacz 
zdobyl pewien rozglos, do tego wzgl
dnie dobrze sprzedawal si
 w ksi
gar- 
niach, wi
c i oficyna Gallimarda zacz
la si
 do mnie usmiechac. Wpadlem wi
c 
na pomysl, zeby wyslac im nowy tekst, na poczet ktorego poprosilem 0 zalicz- 
k
 od dziesi
ciu tysi
cy egzemplarzy, co odpowiadalo sprzedanemu nakladowi 
poprzedniej ksi
zki. Pozyczylbym wtedy t
 niewielk
 sum
 Editions de Minuit. 
Jerome zgodzil si
, zebym sprobowal. 
Jean Paulhan, jeden z gl6wnych architektow Prix des Critiques dla Podpatry- 
wacza otaczal mnie iscie ojcowsk
 opiek
 od czasu wznowienia "Nouvelle Revue 
fran
aise" - "la Nouvelle NRF", gdzie do tego czasu publikowal juz mi rozmaite 
teksty: zapiski krytyczne, teoretyzuj
ce eseje, nowele, dlugie fragmenty powidci 
drukowane w kolejnych numerach pisma.To on zatem, szczerze mn
 zaintereso- 
wany, chcial mnie lansowac u Gastona Gallimarda. Natychmiast poczulem, ze tam 
na szczycie moja ksi
zka nie wzbudzila jednak zbytniego entuzjazmu. J eszcze te- 
raz mJm przed oczami t
 nerwow
 scen
, kiedy poprosilem stanowczo 0 jasn
 od- 
powiedz. Paulhan znikn
l za tajemniczymi drzwiami, ktore otworzyly si
 zaraz 
obok jego biurka, naprzeciw biurka Arlanda, w tym olbrzymim pokoju na rue 
Sebastien- Bottin, dzielonym z Dominique Aury, gdzie slynne trio w kazd
 srod
 
odgrywalo niezrownan.} komedi
 literack
, ktor
 rzadko opuszczalem, przyjmu- 


. Alain Robbe-Grillet (ur. 1922), Les den,iers jOlI!,S de c.ori"tht;, Editions de Minuit 1994; 
fragment pochodzi z trzcciej cZ
Sci tej zbcletryzowanC) autoblOgrafil, s. 80-87. 


85
>>>
jC}c ochoczo laskawie mi powierzanC} rolk
 prelegenta-statysty. Rytuat \\ymagat, 
bym gotowat gorC}ce przyj
cie mtodym pisarzom tak, by czuli si
 przy tym moz- 
liwie najbardziej onidmieleni - mimo to, wybornie si
 zawsze bawilem. 
Po kilkunastu minutach Paulhan powrocit z markotnC} minC} i oddat mi r
ko- 
pis z gestem wyraznego zalu, tym razem bez z\\yktej mu sztucznosci i przesa- 
dy: staremu Gallimardowi rzecz si
 nie spodobata. Po I(rolobojstwie, 0 ktorego 
osobliwych losach juz wspominatem, Gumach, przekazanych przez J eana Piela 
swemu przyjacielowi Queneau dla zespotu lektorow, a lezC}cych chyba w zapo- 
mnieniu na dnie jakiegos biurka, byta to trzecia odmowa, ktorC} zaszczycita mnie 
owa czcigodna instytucja. Zbyt dobrze zdaj
 sobie spraw
 z przypadkowosci 
rzC}dzC}cej pracC} w paryskich wydawnictwach, zebym z tego powodu miat zywic 
najmniejszC} uraz
, tym bardziej, ze moj los powidciopisarza - nie mam co do 
tego zadnych wC}tpliwosci - zostat przypiecz
towany gdzie indziej, i to znacz- 
nie bardziej zdecydowanie, w calej pelni, na trWate. 
Zaluzja wyszta zatem w Minuit, ktoremu widac byta sC}dzona, i okazata si
 tak 
wielkim fiaskiem handlowym, ze Gaston Gallimard musial chyba utwierdzic si
 
w przekonaniu, ze miat racj
. Na szcz
scie w tym samym roku Przemiana Miche- 
la Butora otrzymata Prix Renaudot, co by to istnym aktem opatrznosci dla naszej 
matej firmy. Minuit mogto w koncu odetchnC}c. Z okazji mojego slubu Jerome od- 
czuwalnie podni6st pobory swego "doradcy literackiego". Zas Paulhan - niech b
- 
dzie za to po stokroc btogostawiony - \\ystarat mi si
 0 pi
kne mieszkanko w po- 
blizu Lasku Bulonskiego, jasne i wygodne, niemalluksusowe, co graniczyto niemal 
z cudem, zwtaszcza w tamtych czasach. Catherine i ja natychmiast \\yswi
cilismy 
naszC} rodzC}cC} si
 solidarnosc (od tamtej pory absolutnC}) we wsp61nym trudnym 
dziele: postanowilismy sami wykonac w jeszcze swiezych tynkach dopiero co odda- 
nego do uzytku budynku prace malarzy, elektryk6w, stolarzy, dekoratorow ete., za 
kt6q nie bylibysmy w stanie zaplacic. Po kilku miesiC}cach statismy si
 specami od 
r
cznego nakladania wypra\\y oraz wirtuozami profilowanych listew. 
Butor, kt6ry i tak nigdy nie darzyt mnie zbytnic} sympatic}, szybko si
 z Lindonem 
porozni!. Gallimard przyjC}t go z honorami. Z perspekty\\y czasu mozna powiedziec, 
ze nikt na tym nie zyskat, wr
cz przeciwnie. Ale "nowa powidc" zacz
ta istniec. 
Wraz z sukcesem Przemiany wsr6d czytelnikow i hatasem, kt6ry wywolywaly w pa- 
ryskich kr
gach moje teoretyczne artykuliki w "NRF", na parterze "Le Monde", 
gdzie poczciwy Emile Henriot rzucat gromy na wydane jednoczdnie w Minuit mo- 
jC} ZaluzJf i Tropizmy Sarraute, zacz
 krqZyc pogtoski, jakoby zorganizowana gru- 
pa terroryst6w-agitator6w miala naraz wyjsc z podziemia z zamiarem wysadzenia 
w powietrze republiki literackiej. Niestety, byta to ptonna obawa. Grupa nigdy nie 
zostata zorganizowana, zas domniemany terror prawie nie zakl6cit dawnej rutyny. 
Cos jednak si
 narodzito: Sarraute nazwata to przeczuciem - fala zaniepokojenia, 
ekscytacji, smiatosci, kiedy umysty otwarte poczuly jakis powiew swobody. 
Nathalie Sarraute poznalem wiosnC} tego roku w czasie sesji na temat mtodej 
literatury francuskiej zorganizowanej przez Marcela Arlanda w zamku w Eu, na- 
lezC}cego do Brazylijczyk6w, a wczcSniej b
dC}cego rezydencjC} Pedro II, ich ostat- 


86
>>>
niego cesarza. Przyjechalismy tam razem pociC}giem. Wczdniej opublikowatem 
w "Critique" omowienie, pochwalne, ale z niejakC} rezerwC}, jej zbioru L'Ere du 
soupfon, w ktorym po raz pierwszy zebraia w jednym tomie peine temperamen- 
tu artykuly 0 pewnych przestarzalych poj
ciach literackich. Bezposrednie rozmo- 
wy z tc} jawnie rewolucyjnie nastawionC} autorkC}, jej dociekliwosc intelektualna, 
jej poczucie humoru, od razu przekonaly mnie, ze powinnismy zawrzec przymie- 
rze i ze Nowa Powidc rozwija si
 na wielu szlakach. Sarraute szla szlakiem Pro- 
usta, ja - Kafki, Butor - Joyce'a, zas Simon - Faulknera. Nie znositem wszelkie- 
go zastygtego dogmatyzmu, uniformizacji regul, jedynej i wiecznej prawdy. 
Pluralizm byl r
kojmiC} naszego zwiC}zku. W pociC}gu do Eu Nathalie wyznaia mi 
z usmiechem, ze mimo tylu zaakceptowanych rozbieznosci: "I tak jestdmy ban- 
dC} zloczyncow"! DwadzieScia lat pozniej, na spotkaniu w New York University, 
na ktore przybyly dumy, po cz
sci intelektualistow, po cz
sci ciekawych, by usly- 
szec nas w towarzystwie Simona i Pingeta, Nathalie swym Iagodnym glosem 
choc raz zechciaia oddac mi sprawiedliwosc: jej utwory, w jej mniemaniu wazne, 
ale jak si
 obawiala, skazane na milczenie, zostaly zauwazone dzi
ki, jak to na- 
zwaIa, mojej energii tudziez mojemu optymizmowi. 
Nowa powidc, istotnie nigdy nie byia zadnC} szkolC}, a tym bardziej wspolnC} 
teoriC} literackC}. Nawet jej istnienie jako ugrupowania pisarzy bylo od poczC}tku 
kwestionowane, cz
sto przez tych zwiaszcza, ktorych uwaza sit; za glowne po- 
staci tego ruchu. Zapytajcie Butora, Pingeta, Duras, Olliera, nawet Sarraute, czy 
ich ksiC}zki stanowiC} cz
sc Nowej Powiesci. Nikt z nich nie przyzna tego bez wa- 
hania, prawie wszyscy b
dC} od razu chcieli przedstawiac swe zastrzezenia, nie- 
ktorzy (nie zawsze ci sami, zaleznie od epoki) przeciwstawiC} si
 takiemu czy in- 
nemu zaklasyfikowaniu, zaprzeczajC}c gwaltownie i calkowicie si
 wypierajC}c. 
Przyznaj
, ze mnie osobiscie nigdy to zbytnio nie przeszkadzaIo, czy tez - nie- 
stety - zanadto dziwilo. Koniec koncow, moj przyjazny upor zatriumfuje nad 
ich wstrzemit;zliwC} oschlosciC}, nieufnosciC}, egocentryzmem. 
Bowiem juz od ponad cwiercwiecza specjalistyczne pisma na rowni z prasC} 
o duzych nakladach wciC}z zestawiajC} te nazwiska obok mojego, mowiC}c 0 nich 
w kontekScie Nowej Powidci (chocby po to, by po raz kolejny stwierdzic to, co 
powtarzajC} bez znuzenia od lat pi
cdziesiC}tych, ze tym razem juz naprawd
 
umaria!), juz od trzydziestu lat podrt;czniki oraz encyklopedie wyznaczajC} jej 
szczegolne miejsce w XX wieku, wznoszC} przeciw niej protesty nieprzyjaciele, od 
lat padajC} skargi na jcj rzekomC} przeszlC} dyktatur
, uwagi (nieraz cierpkie) 
o znacznym wplywie, jaki wkrotce wywarla i wciC}z jeszcze \V}'\viera na calym 
swiecie, od Stanow Zjednoczonych po Japoni
 i Chiny ludowe, od Szwecji po 
NowC} Zelandit; czy kraje arabskie. Nagroda Nobla, ktorC} obdarzono Claude'a Si- 
mona, a ktora mogia rownie dobrze przypasc Nathalie Sarraute (nie mnie, ja nie 
posiadam rownie czcigodnego profilu!), jest tylko jednym dowodem na istnienie 
tego nie podlegajC}cego dyskusji zjawiska, ktore przeszlo juz do historii. 
Ostroznosc nowych powidciopisarzy wobec tej etykietki wynika z calC} pewno- 
sciC} z wolnoki tw6rczej, do kt6rej slusznie kaZdy z nich roki sobie prawo. J ezeli cos 


87
>>>
ich polC}czylo, to nic innego tylko charakterystyczny dla kazdego duch wlasnej po- 
myslowosci, tudziez wspolne wszystkim dC}zenie do niezaleznosci. To ich funda- 
mentalna innos: pozwalala zawsze zebrac ich w grup
. W istocie Nowa Powidc 
(swiadczC} 0 tym dziela), daleka od posluszenstwa wobec ciasnego kanonu, jakiegos 
kodeksu pisani a, ktory mialby precyzowac obowiC}zki i zakazy, zawsze stanowila nie- 
ustajC}ce poszukiwanie, a kazdy pisarz mial w jej obr
bie isc wlasnym szlakiem aZ do 
celu, nie troszczC}c si
 0 posluszenstwo wobec wspolnych regul, w kazdym razie nie 
w \Vi
kszym stopniu niz 0 stalos: w post
powaniu obranC} sobie tylko drogC}. 
Wbrew cz
stym wojowniczym zawolaniom w L'Ere du soupfon Sarraute czy 
w moich szkicach 0 nOJJ7q pOJViefi, nie bylo zatem nigdy dogmatyzmu, nie bylo 
papieza ani ekskomuniki, ani dyrektora szkoly, ani uczniow, ani figurantow, ani 
pierwszego w szeregu. To, co lC}czy tych samotnikow - na rzadkich "rodzin- 
nych" fotografiach, czy w czasie sesji, na rue Bernard-Palissy, w Cerisy-la-Salle, 
w Ameryce czy gdzie indziej - to ich pasja eksploratorska, wiara w koniecznosc 
wiecznie nowych form, otwartych i nieskr
powanych, bez kompromisow, bez 
powrotu do starego, to znaczy ich sprzeciw wobec norm narracji okrdlanej 
mianem realistycznej, narzuconych przez wczesny wiek dziewi
tnasty, z ktorych 
krytyka akademicka chciala uczynic powszechne prawo. 
Co wyjasnia mi
dzy innymi takze to, ze ich najcz
sciej wymieniani poprzedni- 
cy, bezposredni czy nie (trzeba by tu jeszcze dorzucic Dostojewskiego, Borgesa, 
Queneau, Nabokova...) wydawali si
 rownie rozni od siebie jak sami pisarze no- 
wej powidci. Czy ktos naprawd
 uwaza, ze chcC}c ustanowic kosciol, wybralbym 
takie bractwo heretykow? Ale to na pewno nie przypadek, ze nasza grupa, jak si
 
wydaje, podlega od czterech dziesi
cioleci podobnej z grubsza ewolucji i zapusz- 
cza si
 obecnie, jakby za wspolnC} namowC}, na tereny sC}siadujC}ce z sobC}, choc tym 
razem wyraznie od siebie oddzielone, oddajC}c si
 subweryjnej autobiografii. 
J ak juz podano w poprzednim tomie, urodzilem si
 21 listopada 1889 roku, 
to znaczy, jezeli si
 nie myl
, tego samego dnia, w ktorym dobrotliwy cesarz Bra- 
zylii, don Pedro II, liberal, reformator, przeciwnik niewolnictwa, ktory w ciC}gu 
swego polwiecznego panowania (nie liczC}c lat regencji, otrzymal bowiem koro- 
n
 w wieku lat sZeSciu) tak przysluzyl si
 wlasnemu krajowi, zostal pozbawiony 
wladzy przez spisek wojskowy. Jego prawowita spadkobierczyni, donna Isabella, 
ksi
zniczka Eu, bardzo niepopularna i od miesi
cy juz wtedy na wygnaniu 
w Normandii, trzymala mnie do chrztu w Quimper, w naszej prywatnej krypcie 
katedralnej (nazwisko de Corinthe, ktore rodzina nosi juz od siedmiu stuleci, jest 
hellenistycznym wypaczeniem miana, ktore okrdlalo naszego sredniowiecznego 
feudala, Quimper-Corentin). Alain Robbe-Grillet opowiada w swych pami
tni- 
kach, ze w zamku w Eu, kiedy poznal Nathalie Sarraute, zachowalo si
 jeszcze 
przepi
kne naczynie ze zloconym herbem don Pedro, w ktorym starzy sluzC}cy 
ksi
zniczki Paryza (rowniez z Bragantow), podawali obiad uczestnikom sesji. 


Alain Robbe-Grillet 
przeloiyl Marek Kfdzierski 


88
>>>
Christian Gailly 


. 


Pasja Martina Fissela - Brandta * 


- 


:;:: 
: 
::::: 
C2 
- 
... 

 

 
:;:: 
I:t 

 
.... 
t1:; 


1 
13 do 19 gramow. Tyle wazy rudzik. Czy to wystar- 
czylo, zeby przewazyC? Co przewazyc? To obraz. Plot- 
no. Malowidlo. Wiejska chata nad potokiem. Martin 
Fissel- Brandt nie spotkal nigdy czegos rownie brzydkiego. Okropnosc, w zyciu, 
pewnie tak, ale nie w sztuce, nigdy. 
Rudzik jest pi
kny. Bezczelny. Elegancki. Wyrafinowany. Czasem komplet- 
ny glupek. Usadowit si
 na obrazie. Rama. Gorny lewy rog. I nie mial zamiaru 
odleciec. 
A Martin Fissel, przeciwnie. Powinien. Odjechac. Sp
dzil tu juz tydzien. 
Dlaczego tutaj? Po co? Zeby odpoczC}c. Myslec, byc moze. No wlasnie. Niepo- 
wstrzymana ch
c myslenia. 0 czym? 
o zachowaniu odpowiedniej odleglosci. Zeby go nie przestraszyc. Martin 
Fissel. Jego peine nazwisko brzmi Fissel-Brandt. Poruszyl r
kC}. Tak, gesty. Nie 
za gwaltowne. Nie za szybkie. Nic na sit
. Zbyt cz
sto reagowal gwaltownie. 
Z nim obchodzono si
 podobnie. Tak cz
sto. A wi
c zadnego podst
pu w ru- 
chach, ktore majC} tylko cos oznaczac. Zaznaczyc obecnosc. Dac si
 zrozumiec. 
Zbyt niecierpliwie, to prawda. Ale on si
 spieszyl: Uciekaj. 
Mowit do niego. JednoczeSnie tagodnie, ale zdecydowanie poruszal r
kC}. 
Powiedzial calkiem cicho: Odlec. 
Rudzik nie ruszat si
. WyglC}dat, jakby si
 oS\voit. Czarne, okrC}gle oczy. Dwie 
hebanowe kulki. PrzerazajC}cy gwiezdny cWod. Czarne niebo zimy, nocy, gwiazd. 
Patrzyl poza okno. Podgardle, ruda paproc. Reszta olowiana szarosc lufy karabinu. 
Nieruchomy. Przypanywal si
 wierzcholkom sosen. Podmuchy wiatru zwie- 
waly z nich obloczki w kolorze siarki. Wiosenne pylki. Bo to byla wiosna. Ro- 
ku. Rok niewazny. 
Przysiadl na ramie obrazu, w lewym gornym rogu. Oczy nieruchome. Tak 
jakby chcial powiedziec: mow dalej, machaj sobie. Mnie potrzeba troch
 czasu. 
Pewnie chcial dojsc do siebie. Chyba byl oszolomiony. 
Wlasnie si
 rzucil, glowC} do przodu, uderzenie 0 kuchenne okno bylo moc- 
ne. Nie zauwazyl, ze jest zamkni
te. Zmylily go szyby. Widzial tylko swiado. To 
uderzenic poruszylo Martina Fissela. 


. Christian Gailly (ur. 1943), La Passion de Marti" Fissel-Brandt, Editions de Minuit 1998, 
s. 9-25. 


89
>>>
Ai do tego zlowrogiego odglosu, stukni
cia w(!dego ciala, nie ruszal si
. Nie 
mial odwagi. Pomyslal: Jdli ja tei wejd
 do domu, przestrasz
 go, b
dzie cho- 
ry ze strachu a to moze go zabic. Pomimo tego wstat. 


2 


Siedzial w ogrodzie. Jadl sniadanie. Wlasnie skonczyl. Herbata, grzanki. 
Okruchy strzepn(!l na taras. Dla ptakow. Suzanne zawsze tak robila. 
Nie spat. Malo. Zle. Dwie albo trzy godziny dopiero nad ranem. Szum mo- 
rza nie dawal mu zasn(!c. Ten szum, no i. Ten szum jak, oddech spi(!cego gl
- 
boko czlowieka, no i. Ta mysl. Ci(!gle ta sama. Przywolywala inne. Ci(!gle te sa- 
me. 5wiado dnia dodalo mu otuchy. 
Bylo ladnie. Bylo ladnie od tygodnia. Wyj(!tkowa pogoda. Nigdy, za czasu 
Suzanne, nie midi takiego slonca. Opalil si
. Kazdego rana jadl sniadanie na ta- 
rasie. Z tylu domu. W ogrodzie. 
Rudzik pojawil si
 juz pierwszego ranka. Przycupn(!l na tarasie. Obok odtwa- 
rzacza CD. Martin wl(!czyl urz(!dzenie do pobliskiego gniazdka. Pozostawil je 
na tarasie. Obok drzwi balkonowych. Sluchal pierwszej suity. Jan Sebastian 
Bach. Codziennie jednej. Wiolonczela solo. Trzy samotnosci. Tego, ktory pisze. 
Tego, ktory gra. Tego, ktory slucha. 
Rudzik przysiadal, dziobal okruchy, odlatywal, no i, jeszcze tego ranka. To 
juz ostatni. Martin powinien wyjechac. W soboW. Przyjechal w sobot
, powi- 
nien wyjechac tez w soboW. \Vynaj(!l mieszkanie na tydzien. Typowy dom z nie- 
bieskimi okiennicami. Ktore otwieral co rano. Morze spalo, ciche, dalekie. 
Jeden Pan Bog wie co dzialo si
 w ptasim mozdzku. Rudzik zamiast odleciec 
przemierzal dom w podskokach. 
Drzwi balkonowe byly uchylone z powodu kabla. Nie wejdzie, pomyslal 
Martin. Nie odwazy si
. Przeciwnie, wszedt. Odwaz}'l si
. Martin nie wierzyl 
wlasnym oczom. Zastanawial si
, co zrobic. Czekal. Uplyn
la dosyc dluga chwi- 
la. Ptak nie wychodzil. Martin obserwowal szpar
. W(!skie przejScie. 
Przez t
 szpar
 nigdy nie wyjdzie, pomyslat. Nie przyjdzie mu to do glowy. 
Ptaki nie mysl(!. Nie chodz(! nigdy po swoich sladach. Bowiem myslenie, to jest 
wlasnie to. Jest w potrzasku, uwi
ziony, zlapany w pulapk
. B
dzie szukal swia- 
da, najjasniejszego, pomysli, ze to niebo, a poniewaz wszystko jest zamkni
te, 
wszystkie okna, mog
 sobie wyobrazic, co si
 z nim stanie. Juz to widzialem. Nie 
lubi
 tego widoku. Chce si
 pomoc zwierz
ciu, a to w efekcie pogarsza spraw
. 
Martin spokojnie si
 podniost. Zblizyl si
 spokojnie do drzwi balkonowych. 
Spokojnie je popchn(!t. Oczywiscie spokojnie, ale kiedy wszedl. 


3 


Przerazony rudzik poderwal si
 pionowo w gor
. Siedzial na stole. Tam tez 
byly okruchy. Kqzyl pod sufitem, jakby byl w wirze, ktory go wci(!ga. Po czym 


90
>>>
rzucil si
. Prosto w okienko. Nad zlewem. Male kwadratowe okienko w bialej 
ramie, peine swiada, bl
kitu nieba i zieleni sosen. 
Martin pomyslal: ten ptak spadnie jak kamien. Jak jeden z tych, ktore bral do 
r
ki podczas spacerow po plazy, wazyl w dloni, rzucal a potem otrzepywal r
- 
ce? Nic podobnego. Rudzik zawiesil lot, zatrzymal w miejscu, zawrocil, prze- 
frun
l kuchni
 i wlecial do salonu. 
Martin slyszal jak kr
zy, a potem juz nic nie slyszal. Przypuszczal, ze gdzieS 
przysiadl. Teraz on wszedl do salonu. Rozgl
dal si
, za ptakiem. Wreszcie go 
zobaczyl. Byl tam. Na gorze. Nieruchomy, jakby wypchany. Usadowil si
 na 
obrazie. W lewym rogu ramy. 
Martin otworzyl okna, drzwi balkonowe. Po czym, z odleglosci, zacz
l ma- 
chac r
kami. Liczyl, ze zostanie dostrzezony, zrozumiany. Prosil nawet niebo, 
Stworo;, zeby ten ptak poj
l, ze on, Martin, chce tylko jego dobra. Ladna hi- 
storia. Rudzik nic nie zrozumial. 
Zm
czony, zaniechal dalszych vvysilkow. Poczul, ze ogarnia go czarna roz- 
pacz. I kiedy patrzyl na tego zimnego ptaka, nagle ze zdumieniem zauwazyl, ze 
obraz wisi prosto. 
Pomyslawszy to, sam si
 zdziwil, ze to pomyslal. Ale ta mysl sprawila, ze za- 
dal sobie pytanie: W jaki sposob - zastanawial si
 - taki maly i pi
kny ptak mo- 
ze przechylic tak ci
zki i brzydki obraz? 
Zastanawial si
 nad jego wag
. lIe cos takiego mogloby w ogole waZyc? Nie mial 
poj
cia. Podaj jak
s liczb
. Nie \viem. 30,40 gramow. Mniej. Czekal cierpliwie. 
To dopiero po znikni
ciu rudzika, ktory nareszcie odlecial. Coz takiego zo- 
baczyl? Co znowu moglo go prz)'ci
gn
c? Ai tak, ze si
 zdecydowal. Dodac mu 
sily, zeby wyleciec. Moze to byla po prostu kwestia czasu. Jego czasu. Wlasnego. 
To wlasnie potem Martin zauwazyl, ze obraz si
 przechylil. Ach, tylko tro- 
ch
, dobrze wiem, ale jednak nie wisial prosto. 
Wyci
gn
llew
 n:k
. Poprawil obraz. 


4 


Poprawiaj
c obraz Martin Fissel cos poruszyl. Nawet wi
cej niz poruszyl. 
Zrzucil. Cos spadlo. Nie wiedzial co. Ale zrozumial, ze cos odczepilo si
 zza 
obrazu, teraz zsun
lo si
 po Scianie i wpadlo za kredens. 
Schylil si
, zcby zagl
dn
c pod kredens. Nie mial juz duzo czasu. Lepiej by 
zrobil, opuszczaj
c dom. Niczego nie podejrzewal. Oczywiscie. Niczego si
 nie 
domyslal. Chcial po prostu zobaczyc, co zrzucil. Polozyc to cos z powrotem na 
micjsce. Jdli mozliwe. Naprawic. JeSli si
 da. A jeSli nie, no to do licha, prze- 
prosic, powiedziec tak, zniszczylem, ile jestem winien? 
Powinien zwolnic dom. Wlascicielka mu to powiedziala. JeSli pan moze, 
przed poludniem. Popatrzyl na zegarek. Bylo dopiero wpol do dwunastej. Nie- 
wiele do pakowania. Dwa nie uzyte przeScieradla, czyste, wyprasowane, latwe 
do zapakowania, zapasow
 par
 butow na wypadek, gdyby w czasie marszu po 


91
>>>
plazy, mimo odplywu, jakas fala wyzsza od innyeh, maszynk
 do golenia, szezo- 
teezk
 do z
bow, no i co jeszeze? To wszystko. Mam jeszeze ezas. A wlasnie, 
telewizor, ktorego nie oglC}dalem. Poloz
 go na tylnym siedzeniu. Albo w ba- 
gazniku. Tak, no dobrze. Plyty, odtwarzaez CD. 
WyciC}gnC}1 prawC} r
k
. WsunC}1 rami
 pod kredens. GI
boko, az dotknC}1 scia- 
ny. Natrafil na kurz i paj
ezyn
. Ale dzi
ki Bogu, oeh, dzi
ki Ci Panie, pajC}ka 
juz nie bylo. Byla natomiast ta. J aka ta? Powiedz Martin, co za ta? 


5 


Uznal, ze wyjezdza. Robil tak, jakby wyjeehal. Jeehal powoli. Patrzyl na wC}- 
skC} drog
, drzewa, domy rozsiane wsrod sosen. Tak si
 robi wyjezdzajC}e. Przed 
odjazdem oglC}da si
 miejsee, w ktorym si
 bylo. A kiedy ludzie od siebie od- 
ehodzC} tez si
 oglC}dajC} po raz ostatni, zeby si
 upewnic, ze si
 nie pomylili. 
Z ei
zkim sereem. Albo lekkim. Uf, nareszeie. Najwyzszy ezas. Jaka szkoda. 
Juz? Juz trzeba odejsc? 
Zatrzymac si
. Zaledwie po kilometrze. Wjeehac do miasteezka, wjeehal. Za- 
trzymac si
 przed domem, zatrzymal si
. OdpiC}c pasy, wysiC}sc z samoehodu. 
ZdjC}c okulary sloneezne, zeby porozmawiac z wlascicielkC}. 
Znalazlem to, oznajmil, wpadajC}e w slowo kobiecie, ktoq w glt;bi duszy za- 
wsze uwazal za antypatyeznC}. Jeszeze za ezasu Suzanne. I ta jej mina, ze niby 
nie nie wie. 0 ezym? 0 tym co nie nalezy. Co masz na mysli? Nie. 
Co to jest? zapytala pani Jone. Nazywala si
 Jone. No wlasnie. Nie ma na to 
rady. A zresztc}, eoz to za rozniea Jone, Fissel-Brandt, Leigay. Zadna. 
Nie rozumiem, rzekla. Przeciez zrobilam gruntowne porzC}dki. Od dolu do 
gory. Nie tam, gdzie to znalazlem, pomyslal Martin. Czytala w jego myslaeh. 
Jak to? spytala. Powiedzialem: Nie tam, gdzie to znalazlem, odpowiedzial Mar- 
tin. 
CiC}gnC}1 dalej: Pani jC} zna, t
, no wie pani. Zblizyl jej kopert
 do oezu. Od- 
dalil. To jasne: T
 Sophie Leigay? Opuscil rami
, r
k
 sciskajC}eC} to eos, ezego 
zawartosci nie znal. To na pewno nie waznego. Powiedzmy. 
Zolta koperta. Adres napisany na maszynie. List pewnie tez. Nie przeezytal 
go. Nawet nie wyjC}1 z koperty. Mial takC} pokus
, po ezym nie wiem z szaeun- 
ku ezy straehu. Moze po prostu byl zbyt znuzony, by mieszac si
 w eudze spra- 
Vvy. Na pewno. 
Papier listowy tez pewnie byl zolty. Neseser. Kobieee akeesoria. Moze to list 
od kobiety. Albo od m
zezyzny. M
zezyzny, ktory lubi kolor zolty. Kobiety. 
Od tej. 
Koperta byla zlozona na pol. Czy uzyto jej jako podkladki? Zeby obraz wi- 
sial prosto? No, ehyba jednak nie. Nawet najzwyklejszego listu. A ten taki nie 
byl. A co 0 nim wiesz? On go nie ezytal. Dlaezego? Juz mowilem. 
Nie powiem wi
eej. 
Ale jednak jdli to bylo: Tylko slowko, zeby ci
 powiadomic, ze przyjezdzam 


92
>>>
do Sables poei(!giem 0 osmej. AIbo kroeej: Odbierz mnie z poci(!gu 0 osmej. 
Nawet tego nie wolno ruszae. Nikt nie ma prawa. Dalby si
 zabie za ten poei(!g 
o osmej. Prosz
 to sehowae. Musi mi wystarezye, pomyslal, przeswiadezenie, ze 
to byla ukryta wiadomose. 


6 


Czy ona jest tu stalym gosciem? Traktowal j(! z gory: Czy byla tu ostatnio? 
Kiedy to bylo? 
Ostatniego lata, odpowiedziala Gisele Jone. Nazywala si
 GiseIe. Po prostu. 
Zreszt(! Gisele, Suzanne, Sophie, Anna, co za rozniea? W lipeu, dodala. 
A ezy pani wie, gdzie ona mieszka, mowi Martin dodaj(!c: AIez tak, pani na 
pewno wie, w Maine-et- Loire, jak przypuszezam. Dlaezego w Maine-et- Loire? 
pyta GiseIe Jone a Martin odpowiada: Nie wiem, s(!dz
, ze w Maine-et-Loire, 
poniewaz widz
 tutaj duzo samoehodow z rejestraejami z Maine-et- Loire, ale 
jeSli to nie jest Maine-et- Loire, no to eoz. 
Nie prowadzil takiej rozmowy dokladnie od rygodnia. Ostatni raz rozmawial 
w ubiegl(! sobot
. Tez z Gisele. Z t(! rylko roznie(!, ze tamtej sobory dopiero przy- 
jeehal i spieszyl si
, zeby si
 rozlokowae, a dzisiaj ehee jak najszybciej wyjeehae. 
A wi
c? ponowil pytanie. Gdzie ona mieszka? Jesli wolno mi zapytae. JeSli to 
moja sprawa. S(!dz
, ze tak. Odt(!d to moja sprawa. Gisele Jone patrzyla na niego. 
W Loire-Atlantique? powtorzyl. Ona jest z Nantes? Nie, powiedzialam tak, 
poniewaz rutaj widzi si
 duzo 44. A wi
e 49 ezy 44? 
Gisele ezula si
 niezr
eznie. Ton, natarezywose, bolesny vvyraz oezu Marti- 
na, wszystko to j(! niepokoilo. A jeSli on zwariowal przez ten rydzien bezsenno- 
Sci i samotnoSci? Przyplywy i odplywy morza, huk, ci
zkie dudnienie fal, noe. 
Co wi
eej dr
ezyla j(! mysl: dae si
 zamordowae bial(! broni(!. Przypusemy, ze 
w kazdy inny sposob, ale nie bial(! broni(!, 0 Boze, litoSci! A poza rym zblizalo 
si
 poludnie. Za ehwil
 mieli przyjeehae gOScie. Trzeba posprz(!tae. 
lGedy przyjezdzal z zon(!, myslala, nie musialam nie robie. Zostawiala dom 
w idealnym stanie. 
Chciala zapytae Martina 0 los Suzanne. Celowo ehciala uzye slowa Los. Kie- 
dy kobieta zyje z kims takim. Moze on j(!. AIez nie. 0, to dobry pomysl. Zapy- 
tae go, co u niej slyehae. A jak si
 ma Panska zona? Zabilem j(!, odpowiedzial 
Martin. Oeh, panie Fissel. Nie powinien pan tak mowie. Na takie temary nie na- 
lezy zartowac. A ezy ja zartuj
? zapytal groznie. Nieeh mi pani powie, ezy ja wy- 
gl(!dam na takiego, ktory zarruje? 
Nie ehee pani odpowiedziee? ponowil pytanie. AIez tak, ehciala. AIe nie wiem 
na co, odpowiedziala. Martin przygl(!dal si
 jej. Mial rzeezywiscie dosye grozny 
wygl(!d. 
Nieeh pani poslueha, powiedzial. Tract; z pani
 ezas. I nieeh si
 pani odpr
- 
zy. Mozna by powiedziee, ze pani si
 mnie boi. AIez sk(!d, powiedziala Gisele 
Jone. Tym lepiej, powiedzial Martin. A wi
e wszystko jasne. List, ktory znala- 


93
>>>
zlem ja a nie pani, oddam wlascicielce. Jdli b
dzie mi to po drodze. Bo tego 
jeszcze nie wiem. Wi
c niechze pani b
dzie uprzejma i powie mi, gdzie ona 
mieszka. Nie b
d
 przeciez jezdzil po calym swiecie. Jezeli to niedaleko ode 
mnie, to \V porz(!dku. Jdli nie, to trudno, tu si
 rozdzial zamyka. Wszystko za- 
lezy od pani. A wi
c slucham. 


Christian Gailly 
przeloiyla Barbara Geber 


94
>>>
Jean Echenoz 


" 


Odchodzc; * 


(-----... 


4 


J 



 
.;: 
:!!: 

 


.
 
:!!: 
'" 

 


Byl to lodolamacz dlugoSci stu metrow i szerokosci 
dwudziestu: osiem sprz
zonych turbin parowych 0 mo- 
cy 13 600 koni mechanicznych; maksymalna pr
dkosc 16,20 w
zla; zanurzenie 
7,16 metra. Umieszczono Ferrera w kajucie: meble przytwierdzone do sciany, 
wodny kran na pedal, magnetowid przykr
cony na przedluzeniu jednoosobo- 
wej koi oraz Biblia w szufladzie nocnej szafki. I jeszcze maiy wentylator, calkiem 
tutaj niedorzeczny, jeSli wzi(!c pod uwag
, ze maksymalnie podkr
cone grzejni- 
ki wytwarzaly trzydziestostopniowy upal, panuj(!cy zwykle we wszystkich polar- 
nych wn
trzach, na statkach, w kabinach traktorow, czy w budynkach. Ferrer 
powiesil swoje rzeczy w sciennej szafie, Idad(!c w zasi
gu r
ki, tuz przy koi, pra- 
c
 poswi
con(! eskimoskiej rzeibie. 
Zaloga 
,Des Groseilliers" sldadala si
 z pi
cdziesi
ciu m
zczyzn i z trzech ko- 
biet, ktore Ferrer od razu \\ypatrzyl: mloda kolorowa tyczka obsluguj(!ca liny cu- 
mownicze, obgryzaj(!ca paznokcie ksi
gowa oraz piel
gniarka imieniem Jocelyne, 
o idealnym wygl(!dzie piel
gniarki, dyskretnie umalowana, lekko opalona, sk(!po 
ubrana pod bluz(!, opiekuj(!ca si
 takze bibliotek(! i wideotek(!. Poniewaz Ferrer 
nabierze wkrotce zwyczaju wypozyczarua od niej ksi(!zek i filmow, juz po pam 
dniach dowie si
, ze ona wieczorami odwiedza radiotelegrafist
 0 kwadratowej 
szcz
ce, garbatym nosie i stercz(!cych w(!sach. 11ala zatem szansa, aby bylo jesz- 
cze 0 czym pomowic, ale zobaczymy, zobaczymy, jeszcze do tego rue doszlismy. 
J uz pierwszego dnia Ferrer zawar! na trapie znajomosc z dowodztwem zalo- 
gi. Kapitan wygl(!dal na aktora, drugi oficer l1a konferansjera, ale na tym koniec: 
inni oficerowie, zwierzchnicy b(!di podwladni, nie wyrozniali si
 niczym szcze- 
golnym. Po dokonaniu prezentacji Ferrer poszedl pokr
cic si
 troch
 po obszer- 
nym, ocieplanym wn
trzu lodolamacza, daj(!c si
 uwodzic jego zapachom. Na 
pierwszy rzut oka bylo tu czysto i niczym nie zalatywalo, ale potem, kiedy do- 
lozyl staran, zacz(!l rozpoznawac \V
chowe widma oleju nap
dowego, wonie 
przypalonego duszczu, tytoniu, wymiocin i sprasowanych smieci, a wszystko to 
na plynnym i niewyraznym podkladzie skazonej lub spleSnialej wilgoci, odpro- 
wadzanych Sciekow, zawodzenia syfonow. 


... 

 


. Jean Eehelloz(ur.1947), Je ",J en vais, Editions de Minuit 1999, s. 18-31. 


95
>>>
Glosniki wydawaly polecenia, faceci zgrywali si
 za niedomkni
tymi drzwia- 
mi. W w(!skich przejsciach Ferrer mijal bez slowa ludzi z zalogi, stewardow 
i mechanikow nienawyktych do obecnosci profanow, a w kazdym razie nazbyt 
zaj
tych: wi
kszosc z nich, niezaleznie od zwyklych manewrow, krz(!tala si
 ca- 
ly dzien w duzych warsztatach mechanicznych lub elektrycznych, polozonych 
na nizszych pokladach, gdzie pelno bylo wielkich obrabiarek i mikroskopijnych 
delikatnych przyrz(!dow. Zdolal chwil
 porozmawiac tylko z mlodym nieSmia- 
lym marynarzem, wrazliwym i umi
snionym, ktory pokazal mu par
 przelatuj(!- 
cych ptakow. Nawalnika, kaczk
 edredonow(!, z ktorej robi si
 puchowe koldry, 
fulmara, petrela snieznego, i jak s(!dz
, to bylo raczej wszystko. 
To bylo raczej wszystko: bogate w duszcze positki podawano 0 stalych po- 
rach, wieczorem kazdy mial prawo sp
dzic pol godzinki przy barze i wypic pi- 
wo lub dwa. Pierwszy dzien min(!l na rozmaitych odkryciach, ale nazajutrz, po- 
CZ(!wszy od mglistego poranka, czas zacz(!l si
 rwac. Przez bulaj kabiny Ferrer 
zobaczyl, jak z prawej strony przedefilowala przed nim Nowa Funlandia, zaraz 
potem poplyn
li wzdluz brzegow Labradoru, docieraj(!c do zatoki Davisa, po- 
tem do cieSniny Hudson, a warkot silnikow nigdy nie dawal im si
 we znaki. 
Obmywaj(!c strome falezy brunatnaw(! ochr(! w odcieniu fioletu, mrozne, znie- 
ruchomiale powietrze ci(!Zylo nad morzem rownie nieruchomym, koloru zoltawo- 
-szarego piasku: wokol ani statku, ani podmuchu wiatru, ani ptaka, ktorego bodaj 
najmniejszy ruch moglby wnieSc jakies ozywienie; zadnego odglosu. Bezludne 
brzegi, pokryte mchem i porostami niczym niestarannie ogolone policzki, opadaly 
stromo ku wodzie. Poprzez jednostajn(! mgl
 dawaly si
 odgadywac raczej niz do- 
strzegac wierzcholki i zbocza lodowcow, mkn(!ce w dol z nieuchwytn(! pr
dkosci(!. 
Cisza panowala niepodzielnie az do chwili napotkania pola lodowego. 
Pole bylo z przodu wzgl
dnie w(!skie, totez lodolamacz wbit si
 \V nie fron- 
talnie. Wkrotce jednak natrafil na zwarty masyw i musial zmienic taktyk
: polo- 
zyl si
 na lodzie i zacz(!l go zgniatac calym swoim ci
zarem; jak okiem si
gn(!c, 
miazdzone pole pokryla siec rys. Ferrer zszedl do forpiku, i oddzielony sZeSc- 
dziesi
ciomilimetrow(! warstw(! metalu, sluchal z bliska calego tego loskotu, ist- 
nej sciezki dzwi
kowej z zamku nawiedzanego przez duchy: odglosow skroba- 
nia, poswistow i porykiwan, basow i zgrzytania. Ale kiedy wrocit na gor
, do 
jego uszu dochodzily juz tylko slabe trzaski, jakby plotna dartego z latwosci(! 
tuz ponad ci(!giem nuklearnych lodzi podwodnych, ktore znieruchomiale, mil- 
cz(!ce i sennie osadzone na dnie, daremnie czekaj(! na odwolanie rozkazu, pod- 
czas gdy ich zalogi prowadz(! nieczyste karciane rozgrywki. 
Posuwano si
 do przodu, dni mijaly. Nie napotkali nikogo z wyj(!tkiem inne- 
go blizniaczego lodolamacza. Przez godzin
 oba statki staly burta w burt
, i ru- 
szyly dopiero wtedy, gdy kapitanowie wymienili pomi
dzy sob(! mapy i doku- 
mentacj
, ale na tym koniec. To terytoria nigdy nie odwiedzane, chociaz prawa 
do nich roszcz(! sobie rozne kraje: Skandynawia, bo stamt(!d dotarli tutaj pierw- 
si zwiadowcy, Rosja, bo jest niedaleko, Kanada, bo jest blisko oraz Stany Zjed- 
noczone, bo to Stany Zjednoczone. Dwu lub trzykrotnie dostrzezono bezlud- 


96
>>>
ne wioski na vvybrzezach Labradoru, vvybudowane przez rz(!d centralny dla do- 
bra autochtonow, i POCZ(!wszy od elektrowni, a skonczywszy na kosciele, swiet- 
nie wyposazone. Jednakze tubyIcy, nieprzystosowani do potrzeb owych wn
trz, 
zdewastowali je przed odejsciem i poszli gdzie indziej popelnic samobojstwo. 
W poblizu wypatroszonych barakow, widnialy gdzieniegdzie zesztywniale tusze 
fok, zawieszone na krzyzakach, wspomnienie zapasow zywnosciowych, zabez- 
pieczanych w ten sposob przed bialymi niediwiedziami. 
To bylo ciekawe, bezludne i imponuj(!ce, ale po uplywie pam dni zrobilo si
 
troch
 nudno. I wlasnie wtedy Ferrer stal si
 gorliwym bywaIcem biblioteki, wy- 
pozyczal klasyczne pozycje 0 wyprawach polarnych - Greely'ego, Nansena, Ba- 
rentsa, Nordenskiolda - oraz kasety video wszelkiego rodzaju - rzecz jasna Rio 
Bravo, I(iss Me Deadly, ale takze Perwersyjne kasjerki czy Zachlannq praktykant- 
kf. Te ostatnie dziela wzi(!1 dopiero wtedy, gdy upewnil si
, ze Jocelyne I(!czy 
cos z radiotelegrafist(!: od tamtej pory, nie licz(!c juz na s\Voje szanse u piel
- 
gniarki, nie obawial si
 kompromitacji. Prozne skrupuly: Jocelyne z jednako- 
wym usmiechem, pelnym macierzynskiej wyrozumialosci, wpisywaia mu na 
konto Czterech jeidico1V apokalipsy, czy Przelei nas. Jej usmiech byl tak pogod- 
ny i przyzwalaj(!cy, ze Ferrer bez wahania zacz(!1 co drugi dzien wymyslac sobie 
latwe do symulowania dolegliwosci - bol glowy, oslabienie - i domagal si
 pie- 
l
gnacji - kompresow, masazy. Z POCZ(!tku wszystko szlo dobrze. 


5 


Za to mniej dobrze, sZeSc miesi
cy wczeSniej, szly interesy galerii. Bo w cza- 
sach, 0 ktorych opowiadam, rynek sztuki nie ma si
 swietnie i, nawiasem mowi(!c, 
ostatni elektrokardiogram Ferrera tez nie byl za swietny. Ferrer miewal juz wcze- 
sniej klopoty z sercem, przeszedllekki zawal, ktorego jedyn(! konsekwencj(! byla 
wymuszona rezygnacja z palenia, a w tej mierze specjalista, doktor Feldman, oka- 
zal si
 nieugi
ty. Totez punktowana Marlboro egzystencja Ferrera, ktora do tam- 
rej pory przypominaia wchodzenie po linie z suplami, teraz, pozbawiona tytoniu, 
wygl(!da na niekoncz(!c(! si
 wspinaczk
 po tej samej linie, tyle ze gladkiej. 
W ostatnich latach Ferrer stworzyl sobie maly rezerwat artystow, ktorych re- 
gularnie odwiedzal, czasami im doradzal, wyrainie im przeszkadzal. Nie bylo 
wsrod nich rzeibiarzy, rzccz jasna, byli sami malarze, tacy jak Beucler, Sponti- 
ni, Gourdel, przede wszystkim zas Martinov, ostatnio pracuj(!cy w samej zoki, 
ktorego notowania wlasnie rosly; i bylo takze pam plastykow. Na przyklad Eli- 
seo Schwartz, fachowiec od ekstremalnych temperatur, ktory specjalizowal si
 
w tunelach aerodynamicznych 0 obiegu zamkni
tym (Dlaczego by tu nie 
wmontowac zaworow, podpowiadal mu Ferrer, jednego lub dwoch?), nast
p- 
nie Charles Esterellas, kt6ry usypywal stosiki lukru lub talku (A moze by tak do- 
dac kolor, ryzykowal Ferrer. Nie?), Marie-Nicole Guimard, ktora powi
kszala 
owadzie uk(!szenia (A czemu by nie poprobowac tego samego z g(!sienicami? 
fantazjowal Ferrer. Lub z w
zami?), oraz Rajputek Fracnatz, ktorego intereso- 


97
>>>
\Val wyl(!cznie sen. (Tylko nie przesadz z barbituranami, niepokoil si
 Ferrer.) 
Ale po pierwsze, w tym okresie 0 ich prace nikt specjalnie nie zabiegal, a po dru- 
gie, sami artySci
 zwlaszcza zerwany ze snu Rajputek, dali mu w kOI1cU do zro- 
zumienia, ze jego wizyty s
 malo poz}dane. 
Sprzedaz nie szla za dobrze. Skonczyly si
 czasy, kiedy telefony nie milkly, 
telefaksy niezmordowanie wypluwaly faksy, galerie z calego swiata wci(!z chcia- 
ly wiedziec, co slychac u artystow, dopominaly si
 0 punkt widzenia artystow, 
o biografie i zdj
cia artystow, 0 katalogi i plany wystawiennicze artystow. Par
 
Iat trwala owa dosyc zabawna gor(!czka, i bez trudu mozna bylo zajmowac si
 
cal
 t(! zgraj1, wynajdowac artystom stypendia w Berlinie, fundacje na Florydzie 
Iub prac
 w akademiach sztuki w Strasburgu czy tez w Nancy. Ale wszystko 
wskazywalo na to, ze ta moda przemin
la i zyla ulegla wyczerpaniu. 
Ferrer nie potrafil naklonic do kupna ich dziel nazbyt wielu kolekcjonerow, to- 
tez wiedz(!c z wlasnych obserwacji, ze wzrasta popyt na sztuk
 etniczn(!, od jakie- 
gos czasu poszerzyl pole dzialalnosci. Zaniedbuj
c nieznacznie plasrykow i nie 
przestaj(!c, rzecz jasna, dogI(!dac malarzy, zwlaszcza Gourdela i Martinova - jedne- 
go w pelnym rozkwicie, drugiego wyrazrue w fazie schylku - zamierzal obecnie 
skupic si
 na prakrykach bardziej tradycyjnych. Sztuka bambara, sztuka bantu, in- 
dianska sztuka wielkich ruzin i rzeczy tego rodzaju. Pragn(!c swoje inwestycje wes- 
przec fachowymi poradami, zapewnil sobie uslugi kompetentnego informatora, 
niejakiego Delahaye, ktory trzy razy w rygodniu zapewnial tez galerii stale dyzury. 
Pomimo zawodowych kwalifikacji, Delahaye nie sprawial dobrego wrazenia; 
pozory swiadczyly przeciwko niemu. Delahaye sklada si
 z samych krzywizn. To 
wygi
ry obelisk, na twarzy ma wypisan(! gnusnosc, Iez(!ce odlogiem asymetrycz- 
ne W(!sy zakrywaj(! mu nierawnomiernie cal
 garn
 warg
, wchodz(!c nieomal 
do ust, par
 rosn(!cych na opak wloskow wdziera mu si
 nawet do nozdrzy; to 
obelisk nazbyt dlugi, wygI(!da falszywie, mozna by rzec, ze to podrobka. Gesty 
Delahaye s(! rozkolysane, zaokr(!gIone, jego chad i mysli wydaj(! si
 rownie po- 
kr
tne, zauszniki okularow skrzywione, tak ze nawet szkla nie s
 osadzone na 
tym samym poziomie, slowem, nie ma w nim zadnych Iinii prosrych. Niechze 
pan si
 troch
 wyprostuje, upominal go czasami Ferrer, rozdrazniony. Tamten 
nie reagowal, w porz(!dku, trudno. 
W pierwszych miesi(!cach po wyprowadzce z domku w Issy, Ferrer korzystal 
z nowego rytmu zycia. Maj(!c do dyspozycji r
cznik, kubek i polow
 sciennej 
szaf)r u Laurence, pocz(!tkowo sp
dzal wszystkie noce u niej, przy rue de I' Ar- 
cade. Potem pomalu cos zacz
lo si
 psuc: zjawial si
 tam co drug(!, co trzeci(! 
noc, wkrotce nawet co czwart(!, pozostale noce sp
dzaj(!c w galerii, najpierw 
sam, potem niezupelnie sam, az do dnia kiedy Laurence oswiadczyla: - A teraz 
wynocha st(!d, zjezdzaj, zabieraj swoje zabawki i juz ci
 tu nie ma. 
Dobrze, \V porz(!dku, powiedzial Ferrer (a zreszt(! co mi tam). Ale po zim- 
nej, samotnej nocy sp
dzonej na zapleczu galerii, wstal wczesnie i oto otwiera 
juz drzwi najblizszej agencji nieruchomoSci. Trzeba skonczyc z t(! n
dzn(! nor
. 
Proponuje} mu obejrzenie mieszkania calkiem innego rodzaju, przy rue d' Am- 


98
>>>
sterdam. To bardzo haussmannowskie, wie pan, mowi agent: gzymsy na suficie, 
parkiet joddkowy, dwa livingi i dwa wejscia, podwojne oszklone drzwi, wyso- 
kie lustra nad kominkami z marmuru, szerokie korytarze, sluzbowka i trzymie- 
si
czna kaucja. Dobrze, w porz!dku, mowi Ferrer, bior
. 
Wprowadza si
, zakup paru mebli i naprawa instalacji hydraulicznych to kwe- 
stia tygodnia. I kiedy wreszcie ktoregos wieczoru czuje si
 u siebie, siedz!c 
w jednym ze swoich zmontowanych foteli, ze szklank! w r
ku, zerkaj!c na tele- 
wizor, rozlega si
 dzwonek do drzwi i zjawia si
 Delahaye, calkiem niespodzie- 
wanie. Ja na chwil
, mowi, chcialem panu tylko 0 czyms powiedziec, nie prze- 
szkadzam? Pomniejszona tusza i wzrost nie pozwalaj! mu w zasadzie niczego 
zaslaniac, a jednak wydaje si
, ze za jego plecami, w polmroku podestu, czai si
 
czyjas obecnosc. Ferrer wspina si
 lekko na pake. A tak, mowi Delahaye, odwra- 
caj!c si
, przepraszam. Jest ze mn! znajoma, troch
 nieSmiala. Mozemy wejsc? 
Istniej! osoby, kazdy moze si
 0 rym przekonac, 0 wygl!dzie botanicznym. 
Niektore z nich przywodz! na mysllisciaste gal
zie, drzewa lub kwiary: slonecz- 
nik, trzcin
, czy baobab. Delahaye natomiast, zawsze ile ubrany, przypomina 
owe bezimienne i szarawe chwasry rosnqce w mieScie, pomi
dzy rozchwianymi 
kostkami bruku na podworzu opuszczonego magazynu, w szczelinach pokry- 
waj!cych zrujnowane fasady. Mizerne, leniwe, niepozorne lecz wytrwale, wie- 
dz!, ze odgrywaj! w zyciu posledni! rol
, ale potrafi q jej bronic. 
Anatomia Delahaye'a, jego zachowanie, sposob mowienia, przypomina to 
uparte zielsko, za to jego znajoma przywodzi na mysl calkiem inny styl. Na 
pierwszy rzut oka, ta pi
kna mikz!ca roslina imieniem Victoire, roslina raczej 
dzika niz ozdobna czy tez dekoracyjna, wygl!da pr
dzej na bielunia niz na mi- 
moz
, na roslin
 bardziej ciernist! niz rozrosni
t!, slowem - niezbyt latw!. Po- 
mimo to Ferrer \Vie od razu, ze nie straci jej z oczu: alez prosz
, wejdicie. Po- 
tem sluchaj!c jednym uchem m
tnej opowieSci Delahaye'a, zrobi wszystko, aby 
z min! calkiem niepozornq wypasc interesujqco i przechwycic jak najwi
cej jej 
spojrzei1. Daremny trud, zrazu sukces wydaje si
 odlegly, ale nigdy nie wiado- 
mo. A jednak Delahaye, chociaz mowil nieskladnie, opowiadal tamtego wieczo- 
ru rzeczy calkiem interesuj!ce. 
II wrzeSnia 1957 roku, relacjonowal, na dalekicj polnocy Kanady niewielki 
statek handlowy, Nechilik, znalazl si
 w pulapce nieopodal wybrzezy okr
gu 
Mackenzie, w punkcie, ktorego do dzisiaj dokladnie nie namierzono. Nechilik 
kursowal wowczas pomi
dzy Cambridge Bay a Tuktoyaktuk, i utkn!l na polu 10- 
dowym, majqc na pokladzie ladllnek filter lisich, niediwiedzich i foczych, a tak- 
ze zbior regionalnych starych przedmiotow, niezwykle rzadkich. Nechilik natra- 
fil na skal
 podwodn! i osiadl na mieliinie, skuty szybko zamarzaj!cym lodem. 
Ludzie z zalogi uciekli z unieruchomionego statku, plac!c za sw! brawur
 od- 
mrozeniem qk i nog, i z najwyzszym trudcm dobrn
li do najblizszej bazy, gdzie 
tez nicjednq n;k
 i nog; trzeba bylo amputowac. \V nast
pnych t)'godniach, jak- 
kolwiek wieziony frachtunek przedstawial wysok! wartosc rynkow!, izolacja tam- 
tego regionu odwiodla spolk
 z zatoki Hudsona od pr6by odzyskania statku. 


99
>>>
Delahaye przytaczal zatem te swiezo uzyskane informacje. Dano mu nawet 
do zrozumienia, ze gdyby zechcial, moglby uzyskac szczegolowsze dane doty- 
czC}ce dokladnych wspolrz
dnych miejsca, w ktorym osiadl Nechilik. Wszystko 
to by to dosyc niepewne, ale jdliby udato si
 wyjasnic par
 niewiadomych, ope- 
racja moglaby si
 okazac bardzo korzystna. Klasycznych etapow dotarcia do 
dziela sztuki etnicznej bC}dz do przedmiotow antykwarycznych jest zwykle czte- 
ry lub pi
c. Na ogot taki przedmiot znajduje jakis miejscowy mizerak, potem do 
akcji wkracza lokalny kacyk, ktory kontroluje w swoim rejonie handel tego ro- 
dzaju; nast
pnie posrednik wyspecjalizowany w danej branzy, i wreszcie ostat- 
nie ogniwa lancucha nvorzC} wtasciciel galerii oraz kolekcjoner. Caly ten swiatek 
bogaci si
 oczywiscie coraz bardziej, poniewaz cena przedmiotu wzrasta przy- 
najrnniej dziesi
ciokrotnie na kazdyrn etapie. A zatem gdyby w przypadku Ne- 
chilika udalo si
 zorganizowac wypraw
, mozna by przeprowadzic calC} operacj
 
bezposrednio na miejscu, zyskujC}c na czasie i na pieniC}dzach. 
Jednakze tamtego wieczoru Ferrer, prawd
 mowiC}c, niezbyt uwaznie sluchal 
owej opowidci, coraz bardziej pochloni
ty obecnosciC} Victoire, i zupelnie nie 
mogl przewidziec, ze ona za tydzien u niego zamieszka. WiedzC}c 0 tym juz wte- 
dy, bytby zachwycony, jakkolwiek odczutby, rzecz jasna, pewien niepokoj. Ale 
gdyby oznajmiono mu ponadto, ze osoby zgromadzone u niego tamtego wie- 
czoru, zniknC}, kazda na swoj sposob, przed koncem rniesiC}ca, jego samego nie 
wytC}czajC}c, zaniepokoitby si
 jeszcze bardziej. 


Jean Echenoz 
przeloiyla Anna Wasile}vska 


100
>>>
Jean-Philippe Toussaint 


Lazienka * 


PARYZ 


to 

 
.l.. 
Ii: 
:t 

 

 


1) Kiedy zacz
lem sp
dzac popoludnia w lazience, 
nie spodziewalem si
, ze si
 tam zadomowi
; czas 
uplywal mi przyjemnie, rozmyslalem godzinami w wannie, czasem w ubraniu, 
czasem nago. Edmondsson, ktora dobrze si
 czula w roli opiekunki, uwazala, 
ze stalem si
 pogodniejszy; zdarzalo mi si
 zartowac, smialismy si
. Mowilem 
gwaltownie gestykuluj
c, ze naj\\-ygodniejsze s
 wanny 0 rownoleglych brze- 
gach, z pochylym oparciem i rownym dnem, dzi
ki ktoremu uzytkownik nie 
musi poslugiwac si
 podpork
 pod nogi. 
2) Edmondsson uwazala, ze w mojej odmowie opuszczenia lazienki jest cos 
oschlego, lecz mimo to pomagala mi zarabiaj
c na dom prac
 na pol etatu w ga- 
lerii sztuki. 
3) Wokol siebie mialem szatki, uchwyry na r
czniki, bidet. Umywalka byla 
biala; nad ni
 wisiala polka, na ktorej lezaly szczoteczki do z
bow i nOZyki do go- 
lenia. Na chropowatej scianie naprzeciw mnie widac bylo p
kni
cia; tu i owdzie 
matowa farba upstrzona byla dziurami. Jedna ze szczelin zdawala si
 powi
kszac. 
Godzinami wpatrywalem si
 w jej koilCe, na prozno usiluj
c dostrzec, jak si
 wy- 
dluza. Czasem robilem inne doswiadczenia. W kieszonko\\-ym lusterku przygl
- 
dalem si
 powierzchni mojej twarzy obsenvuj}c jednoczdnie przesuwanie si
 
wskazowki zegarka. Ale po mojej twarzy nie bylo niczego widac. Nigdy. 
4) Pewnego ranka zerwalem sznur do bielizny. Oproznilem wszystkie szafki, 
zdj
lem rzeczy z polek. Wrzuciwszy przybory toaletowe do duzej torby na smieci, 
zacz
lem przenosic do lazienki cz
sc ksi
zek. Kiedy wrocila Edmondsson, oczeki- 
walem jej z ksi
zk
 w r
ku, wyci
gni
ty, opieraj
c skrzyZowane nogi na krarne. 
5) W kOl1cU Edmondsson zawiadomila moich rodzic6w. 
6) Mama przyniosla mi ciastka. Siedz
c na bidecie, z otwartym puddkiem 
mi
dzy nogami, ukladala wypieki na talerzu do zupy. Sprawiala wrazenie zatro- 
skanej, od chwili przyjscia unikala mojego wzroku. Ruchem pdnym zm
czenia 
i smutku podniosla glo\V
, chciala cos powiedziec, lecz zamiast tego wzi
la elder 
i ugryzla kawalek. Powiniend si
 rozenvac, powiedziala, zaj}c si
 jakims spor- 
tem, czy ja wiem. Wytarla k
ciki ust r
kawiczk
. Odpowiedzialem, ze potrzeba 


* Jean-Philippe Toussaint (ur. 1957), opubliko
v
l w Editions de ,
i

it: La salle
de bain, 
1985; Monsieur, 1986; Fappareil-photo, 1989; La retICence, 1991; La televISIon, 1997; L az,ltopor- 
trait (a l'etranger), 2000; przeklad wedlug La salle de bain, s. 9-21. 


101
>>>
rozrywki wydaje mi si
 czyms podejrzanym. A kiedy niemal z usmiechem doda- 
lem, ze niczego tak si
 nie boj
 jak zabawy, zorientowala si
, ze nie sposob ze 
mne} rozmawiac, i odruchowo podala mi ciastko francuskie. 
7) Dwa razy w tygodniu sluchalem radiowego sprawozdania z mistrzostw 
Francji w pike noznej. Audycja trwala dwie godziny. Prezenter z paryskiego stu- 
dia nadawal glosy specjalnych wyslannikow, ktorzy sledzili mecze na poszczegol- 
nych stadionach. Wychodze}c z zalozenia, ze pilka nozna zyskuje, kiedy je} sobie 
wyobrazamy, nigdy nie opuszczalem tych spotkan. Kolysany cieplymi ludzkimi 
glosami sruchalem relacji przy zgaszonym swietle, czasem z zamkni
tymi oczyma. 
8) Odwiedzil mnie przyjaciel rodzicow b
de}cy przejazdem w Paryzu. Dowie- 
dzialem si
 od niego, ze pada deszcz. Wycie}gne}wszy r
k
 w stron
 umywalki, 
dalem mu znak, zeby wzie}l r
czl1ik. Raczej ten zolty, bo drugi jest brudny. 
Przez dluge} chwil
, starannie, wycieral sobie wlosy. Nie wiedzialem, czego ode 
mnie chce. Poniewaz milczenie si
 przedluzalo, zacze}l mi opowiadac 0 swojej 
pracy zawodowej dumacze}c, ze trudnosci, l1a jakie napotyka, Se} nie do przezwy- 
ci
zenia, poniewaz u ich podloza lezy niezgodnosc charakterow osob znajduje}- 
cych si
 na tym samym szczeblu drabiny sluzbowej. Nerwowo mi
tosze}c moj 
r
cznik chodzil wielkimi krokami wzdluz wanny i podniecony wlasnymi wywo- 
dami, stawal si
 coraz bardziej nieprzejednany. Grozil, podnosil glos. Wreszcie 
nazwal Lacoura nieodpowiedzialnym chlystkiem. Staram si
 dokonac rzeczy 
niemozliwych, mowil, niemozliwych, a wszyscy maje} to gdzid. 
9) Nosilem proste ubrania. Bezowe plocienne spodnie, niebieske} koszul
 i glad- 
ki krawat. Materialy ukladaly si\= na moim ciele tak korzystnie, ze w ubraniu spra- 
wialem wrazenie misternie a mocno umi
snionego. Lezalem, odpr
zony, z za- 
mkni
tymi oczyma. Myslalem 0 "bialej damie", deserze skladajqcym si
 z kulki 
waniliowych lodow, ktore} polewa si
 warstwe} goqcej czekolady. Zastanawialem si
 
nad nim od kilku rygodni. Z naukowego punktu widzenia (nie jestem lakomy), do- 
patrywalem si
 w tym zestawieniu rysow doskonalosci. Jak u Mondriana. Plynna 
czekolada na zamrozonej wanilii, gore}co i zimno, spoistosc i cieklosc. Brak rowno- 
wagi i scislosc, dokladnosc. Kurczak, pomimo calej czuloSci, jake} go darz
, nie wy- 
trzymuje porownania. Nie. Zapadalem w sen, kiedy do lazienki weszla Edmonds- 
son, zakr
cila si
 na pi
cie i podala mi dwa listy. Jeden byl z ambasady Austrii. 
Otwarlem go grzebieniem. Edmondsson, ktora zagle}dala mi przez rami
, z naci- 
skiem odczytala moje nazwisko na kartoniku zaproszenia. Poniewaz nie znalem 
zadnych Austriakow ani dyplomatow, powiedziatem, ze pewnie to jakas pomylka. 
10) Siedze}c na brzegu wanny dumaczylem Edmondsson, ze chyba nie jest 
najzdrowiej, w wieku dwudziestu siedmiu, wkrotce dwudziestu dziewi
ciu lat, 
sp
dzac zycie z dala od swiata, w wannie. Powinienem, mowilem ze spuszczo- 
nym wzrokiem gladze}c emali
 wanny, podje}c ryzyko zakl6ccnia spokoju moje- 
go abstrakcyjnego zycia, zeby. Nie dokonczylem zdania. 
11) Nast
pnego dnia wyszedlem z lazienki. 
12) Kabrowinski. A na imi
? spytalem. Witold. Byl to siwowlosy m
zczyzna 
w szarym garniturze siedze}cy w mojej kuchni z fifke} w r
ce. Za jego plecami sie- 


102
>>>
dzial mlodszy. Kabrowinski zerwal si
 i podsun'll mi krzeslo. Myslal, ze jest sam 
w domu, bylo mu wstyd, przepraszal. Chc'lc wytlumaczyc swoj'l obecnosc 
w mieszkaniu, czym pr
dzej mi wyjasnil, ze Edmondsson prosila go 0 odmalo- 
wanie kuchni. Wiedzialem 0 tym. Galeria, gdzie pracowala Edmondsson, wysta- 
wiala w tym czasie obrazy artystow polskich. Poniewaz byli bez grosza, Ed- 
mondsson postanowila z tego skorzystac i odmalowac kuchni
 place}c im 
ponizej obowie}zuj'lcej ceny. 
13) Sp
dzilem spokojny dzien, skr
powany tylko w moich spacerach obec- 
noscie} dwoch Polakow nie wychodz'lcych z kuchni i czekaj'lcych grzecznie na 
farb
, ktorej Edmondsson zapomniala im dostarczyc. Od czasu do czasu Kabro- 
winski pukal do drzwi i wsune}wszy glow
 w szpar
 zadawal mi pytania, na kto- 
re odpowiadalem serdecznie, ze nie mam poj
cia. Od kilku minut przestalem 
ich slyszec. Siedze}c w lozku z plecami opartymi 0 poduszk
, czytalem. Trzasn
- 
ly drzwi wejsciowe, podnioslem glow
. \V chwil
 poiniej zjawila si
 z promien- 
ne} twarze} Edmondsson. Miala ochot
 si
 kochac. 
14) Teraz. 
15) Kochac si
 teraz? Zamkn'llem spokojnie ksie}zk
 pozostawiaje}c w srodku 
palec, zeby nie zmylic strony. Edmondsson smiala si
, podskakiwala na zl'lCZO- 
nych nogach. Rozpi
la bluzk
. Za drzwiami Kabrowinski powiedzial powaznie, 
ze od rana czeka na farb
; mowil cos 0 straconym dniu, 0 braku organizacji. Nie 
przestaje}c si
 smiac, Edmondsson najspokojniej w swiecie otworzyla drzwi i za- 
proponowala, zeby zjedli z nami kolacj
. 
16) Edmondsson parzyla sobie wargi probuj'lc klusek. Siedz'lc na kuchennym 
krzdle z niedbale pochylone} glow'l, jakby nad czyms medytowal, Kabrowinski 
ssal w zamysleniu fitk
. Odke}d dowiedzial si
, dlaczego Edmondsson nie kupila 
farby (mydlarnie byly zamkni
te), narzekal bezustannie, ze jest poniedzialek. Jed- 
noczdnie staral dowiedziec si
, czy mimo wszystko dostanie zaplat
 za dniowk
. 
Edmondsson odpowiadala \\ymijaj'lco. Wyznala, ze tak czy inaczej nie kupilaby 
dzisiaj farby, poniewaz nie wybrala jeszcze koloru, wahaje}c si
 mi
dzy bezem, kto- 
ry, jak si
 obawiala, zaciemni pomieszczenie, a bide} - zawsze lat\vo sit; brudze}ce}. 
Kabrowinski zapytal cicho, czy zamierza cos postanowic przed nadejsciem jutra. 
Nalozyla mu makaronu, podzi
kowal. Nie licz'lc tego, ze byly w nim jakid inne 
niz zwykle mi
czaki, jedlismy spaghetti aile vOl1gole. Piwo bylo letnie, nalewalem 
je, przechylaj
c szklanki. Kabrowinski jadl powoli. Nawijaj'lc starannie spaghetti 
na widdec mowil, ze trzeba zacz'lc malowac jak najpr
dzej, i zwracaje}c sit; do 
mnie z min'l swiatowca spy tal, co myslt; 0 lakierze glicerynowym. Uzasadniaj'lc 
pytanie dodal, ze widzial w komorce dwie puszki. Nie chce}c wyl'lczac sit; z roz- 
mowy odpowiedzialem, ze jesli 0 mnie chodzi, nic 0 tym nie mysl
. Za to Ed- 
mondsson stanowczo sit; sprzeciwila. Rzeczone puszki lakieru, powiedziala nam, 
nie dosc, ze s
 puste, nalez'l do dawnych lokatorow, co byloby drugim powodem 
przemawiaj
cym za tym, zeby sit; nimi nie poslugiwac. 
17) Edmondsson nie zd
zyla jeszcze dokladnie zamkne}c drzwi za goscmi, a juz 
zdejmowala spodnic
 i rajstopy \\'yginaj
c sit; tak, ze spadaly jej z nog. Przez We}- 


103
>>>
skC} szpar
 Kabrowinski przedluzal pozegnania; dzi
kowal za kolacj
, a co do ko- 
lorn, radzil oboj
tny bez. Kiedy Edmondsson chciala ostatecznie zamknC}c drzwi, 
Kabrowinski szybko wsunC}1 w szpar
 qczk
 parasola i przepraszajC}co si
 usmie- 
chajC}c podzi
kowal raz jeszcze, inaczej, za bardzo smaczne przyj
cie. Po chwili 
mikzenia wyciC}gnC}1 parasol i, podczas gdy ukryta za drzwiami Edmondsson sciC}- 
gala majteczki, Kabrowinski przeszedl do rzeczy. Chcial dostac cos a conto obie- 
canej sumy, potrzebowal pieni
dzy na taksowk
 i oplacenie hotelu. Edmondsson 
trzymala si
 dzielnie. Kiedy udalo si
 jej zamknC}c drzwi na klucz, usmiechn
la si
 
do mnie i z golC} pUPC}, wspiC}wszy si
 na pake, wyjrzala przez judasz. Nie odwra- 
cajC}c si
 rozpi
la bluzk
. ZdjC}lem spodnie chcC}c sprawic jej przyjemnosc. 
18) Kiedy rozluznilismy uScisk, przez chwil
 jeszcze siedzielismy nago na- 
przeciw siebie na dywanie w przedpokoju. 
19) W lazience swiado bylo zgaszone, swieca oswietlala Edmondsson miej- 
scami. Krople wody lsnily na jej ciele. Lezala w wannie lekko uderzajC}c wyciC}- 
gni
tymi poziomo r
kami 0 powierzchni
 wody. Patrzylem na niC} w mikzeniu, 
usmiechalismy si
 do siebie. 
20) Lezalem w lozku starajC}c si
 dokonczyc rozdzial. Edmondsson z r
cznikiem 
na gtowie chodzila nago po pokoju poruszajC}c si
 leniwie z wypi
tymi do przodu 
piersiami, r
kami zaS wykonywala powolne ruchy, ktore, zaokqglajC}c si
 w powie- 
trzu, zataczaly mi przed oczami niekonczC}ce si
 spirale. Z palcem opartym na czy- 
tanej linijce, czekalem, az 
d
 mogl podjC}c lektur
. Kr
cC}c si
 w miejscu Edmonds- 
son czytala listy, porzC}dkowala dokumenty. Oddalala si
 od biurka, podchodzila do 
mnie. Siadala na fotelu i poruszajC}c wargami zapoznawala si
 z trdciC} jakiegos dru- 
ku; potem rozprostowywala nogi, wstawala i robila glosne komentarze. Csss, mo- 
wilem od czasu do czasu. Nie nalegala, drapala si
 w udo. Zamyslona przesuwala 
palcem po powierzchni biurka, rozglC}dala si
 wokol siebie i brala jakis papier, ktoI)' 
darla na kawalki. W pewnej chwili znieruchomiala. Niepewnym gestem wzi
la arku- 
sik brystolu i poloZyla si
 obok mnie na lozku. Poniewaz nie podnosilem glowy, po- 
IOZyla kartonik na stronie, ktoq czytalem. Spytalem, czego chce. Nic, chciala tylko 
wiedziec, kto przyslal mi to zaproszenie. Kto? Wahalem si
 z odpowiedziC}. Od kil- 
ku dni mialem czas si
 nad tym zastanowic. Moze sekretariat ambasady Austrii przy- 
sial mi je po prostu przez pomylk
? W tym wypadku jednak trudno bylo zrozumiec, 
dlaczego w adresie nie znalazlo si
 wi
cej bl
dow. A moze tenze sekretariat dostal 
moje dane od kogos znajomego? Niewykluczone. W ostatnim czasie zajmowalem 
si
 w pewnym sensie pracC} badawczC}, mialem do czynienia z historykami, socjolo- 
gami. Bylem asystentem T., ktory kierowal seminarium, mialem studentow, gralem 
w tenisa. Wszystkie te powody wydawaly mi si
 "'ystarczajC}ce, by ludzie chcieli mnie 
u siebie przyjmowac, ale zaden z nich nie tlumaczyl, moim zdaniem, zaproszenia do 
ambasady. Co ona 0 tym mysli? Nic, Edmondsson zasn
la. 
21) Z r
kC} wsuni
tc} pod poduszk
 Edmondsson spy tala placzliwie, ktora go- 
dzina, poniewaz ktos zadzwonil do drzwi. Bylo wczeSnie. Na dworze jeszcze nie 
switalo. Pomimo rozsuni
tych nieco zaslon ani jeden promien swiatla nie zaldo- 
cal panujC}cych w pokoju ciemnoSci. Polmrok lagodzil kontuI)', spowijal Sciany, 


104
>>>
biurko, foteIe. Dzwonek zabrzmial ponownie. Faszysta, powiedziala Edmondsson 
rozespanym glosem. Lezala na brzuchu, nieruchoma, jakby ",yczerpana, r
kami 
wczepiona w posciel. Kiedy dzwonek odezwal si
 po raz trzeci, wyznala mi w kon- 
cu, ze nie czuje si
 na silach wstac i otworzyc. Zaproponowalem pojednawczo, ze 
pojd
 otworzyc razem z niC}; zrobienie tego we dwoje stanowilo, w moim poj
- 
ciu, sruszny kompromis. Edmondsson ubierala si
 bez pospiechu. Kiedy byla go- 
towa, poszedlem za niC} do korytarza zapinajC}c pizam
. Kabrowinski byl zrniesza- 
ny, ze tak dlugo dzwonil. Stal w progu w zapi
tej pod szyj
 kurtce, z szalikiem 
okr
conym wokol szyi. Mi
dzy jego stopami spoczywala przezroczysta torebka 
pelna czegos lepkiego. Podniosl jC} ujrnujC}c dwoma palcami, pocalowal Edmonds- 
son w r
k
 i wszedl do srodka. Kovalskazinski Jean-Marie jeszcze nie przyszedl? - 
zapytal, rozglC}dajC}c si
 wokol siebie. Zaraz si
 zjawi, zapewnil, jest bardzo punk- 
tualny. Spostrzeglszy, ze \Voda z torebki cieknie na dywan i na jego buty, spojrzal 
przepraszajC}co i ostroznie wr
czyl mokry pakunek Edmondsson. Osmiornice, po- 
wiedzial, prezent. Tak, tak, koniecznie: prezent. Usiadl w kuchni na tym samym 
co poprzedniego dnia krzeSle i opowiedzial, ze sp
dzil noc grajC}c w szachy na za- 
pleczu jakiejs kawiarni, a potem zawar! znajomosc z sC}siadem od stolu, mlodym 
facetem, ten zas po zamkni
ciu baru zaciC}gnC}l go do Hal, gdzie kupili skrzynecz- 
k
 osmiornic, ktorC} nast
pnie podzieIili nad ranem w metrze, na stacji Invalides. 
Patrzylern na niego myslC}c 0 czym innym. Edmondsson tez nie sluchala; odkr
- 
cila kran i nalewala wody do czajnika. Kabrowinski rozsiadl si
 wygodnie w kuch- 
ni i energicznie rozcieral sobie r
ce. Przezi
bil si
 sp
dziwszy noc w dlugich 10- 
dowatych magazynach, opowiadal, posrod wiszC}cych wolowych tusz, ktore nam 
opisywat. CyrujC}c z usmieszkiem Soutine'a, mowil 0 surowym mi
sie, krwi, mu- 
chach, mozdzkach, flakach, kiszkach i zgromadzonych w skrzyniach podrobach; 
ohydne szczegoly uzupelnial odpowiednirni gestami zakonczonymi kichni
ciem. 
Sto lat, mowila grzecznie Edmondsson, ktora odwrocona do niego tylem przygo- 
towywala kaw
. Z uniesionym wysoko lokciem wlewala wod
 do filtra. Zapropo- 
nowalem, ze jC} zastC}pi
, aby mogla pojsc po rogaliki (i farb
, dodal Kabrowinski). 
22) Po wyjsciu Edmondsson Kabrowinski pragnC}l, za pozwoleniem, umyc 
sobie z
by, odswiezyc si
 nieco i ogarnC}c. Potraktowalem go bardzo przyjaznie 
z usmiechem wyjasniajC}c, ze lazienka jest rni potrzebna, ale ma do dyspozycji 
zlew, w ktorym lezC} kalmary. Wystarczy polozyc je gdzie indziej; prosz
 si
 nie 
kr
powac, powiedzialem i poszedlem po r
cznik i mydlo. Nast
pnie zamknC}lem 
si
 w lazience. 
23) StojC}c przed lustrem przyglC}dalem si
 uwaznie swojej twarzy. ZdjC}lem 
zegarek, ktory lezal teraz przede mnC} na polce nad umywalkC}. Wskazowka se- 
kundnika obracala si
 wokol tarczy. Trwalem nieruchomo. Za kazdym obrotem 
up1ywala rninuta. Bylo to wolne i przyjemne. Nie spuszczajC}c oczu ze swej twa- 
rzy namydlilem p
dzeI; rozprowadzalem krem na policzkach, na szyi. Wolno 
przesuwajC}c maszynk
 po twarzy, SciC}galem prostokC}ty pianki, a w lustrze zno- 
WU ukazywala si
 skora, napi
ta, lekko zaczerwieniona. Kiedy skonczylem, wlo- 
zylem z powrotem zegarek na r
k
. 


105
>>>
24) Na stole kuchennym, obok swojskiej torebki z rogalikami, staly trzy 
puszki farby. Kabrowinski otworzyl kozikiem jednC} z nich i dowodzil, ze wybor 
pomaranczowej farby do kuchni to ultranowoczesny pomysl. Edmondsson nie 
byla tego pewna i wyjasniala, ze farba nie jest pomaranczowa, lecz jaskrawobe- 
zowa. Odstawila puszki do kC}ta i przyniosla kaw
. Usiadlem. Podczas gdy na- 
lewalem sobie do filizanki, Kabrowinski, naprzeciw mnie, usilowal otworzye ko- 
zikiem sloik dzemu. Jedlismy w milczeniu. Edmondsson przeglC}dala jakid 
czasopismo, dziwila si
, ze nie przedluzono wystawy Rafaela. Kabrowinski wi- 
dzial jC} wczdniej w Londynie. Uwazal, ze Rafael jest niezly. Mowil nam 0 swo- 
ich upodobaniach, wyznal, ze ceni Van Gogha, podziwia Hartunga i Pollocka. 
TrzymajC}c r
k
 pod brod'l, zeby nie sypae okruchow, Edmondsson pospiesznie 
konczyla swoj rogalik. Musiala juz ise, galeri
 otwierano 0 dziesiC}tej. Kabrowin- 
ski, ktory dolewal sobie kawy, nalegal, by przekazala jego najlepsze pozdrowie- 
nia nadzwyczajnemu czlowiekowi, jakim jest dyrektor galerii, ktory wybral jego 
dziela na wystaw
, po czym, przelknC}wszy SPOlY lyk, dodal, ze moglaby tez 
przypomniee temu wspanialemu czlowiekowi, iz w kazdej chwili ch
tnie spotka 
si
 z ewentualnymi nabywcami. Edmondsson czesala si
, przewi}zywala plaszcz 
paskiem. PrzechodzC}c kolo zlewu powiedziala, ze jdli chcemy jde na obiad 
osmiornice, nalezy je wypatrosz}'e i obedrzee ze skoI)'. Kabrowinski szczerze 
przytakiwal. Twarz mial rozpromienionC} i jasnC}. Przechylony do tylu, otad z za- 
dowoleniem usta i zwracajC}c si
 do Edmondsson, ktora byla juz w przedpoko- 
ju, zawolal, zeby nie zapomniala zadzwonie do pracowni, czy litografie gotowe. 
25) Pochylony bokiem, w bialej koszuli pod szarymi szelkami, Kabrowinski 
probowal wsunC}c czubek noza w sliskie cialo jednej z macek rozpostartej na de- 
sce osmiornicy. StojC}cy naprzeciw niego Kovalskazinski Jean-Marie (ktory zjawil 
si
, elegancko ubrany, wkrotce po wyjsciu Edmondsson) przytrzymywal mi
cza- 
ka delikatnymi dlonmi, zeby si
 nie zdliznC}l. Uprzednio zdjC}wszy z r
ki zegarek, 
oddawal si
 tej czynnosci z pewnC} rezenvC}. Z przewiC}zanC} w pasie scierkC} stal pro- 
sto, trzymajC}c sztywno glow
 i zaciskajC}c wargi. Co pewien czas, glosem, w kto- 
rym wyczuwalo si
 znaczny dystans, doradzal jakies miejsce latwiej, wedlug nie- 
go, dost
pne dla ostrza noza. Pochylony, z wlosami wpadajC}cymi do oczu, 
Kabrowinski nie sluchal; krzywil si
, kurczowo zacisni
tymi dlonmi wbijajC}c ko- 
zik w galaretowatC} mas
. Siedzialem w kuchni z nogC} zalozonC} na nog
 i palilem 
papierosa. PatrzC}c na filtr do kawy, skC}d z wolna wydobywala si
 para, zastanawia- 
lem si
, czy mam ise na przyj
cie w ambasadzie Austrii. Czego moglcm si
 po nim 
spodziewae? Przebieg majC}cego si
 odbye w nast
pny wtorek wieczoru zapowia- 
dal si
 bezlitosnie nudno. Wloz
 ciemny garnitur i czarny krawat. Przy wejsciu po- 
kaz
 zaproszenie. Pod krysztalem zyrandoli Isnic b
dC} nagie ramiona, adasowe 
wylogi garniturow. B
d
 z wolna przechadzal si
 po salonach, z lekko pochylonC} 
glowC}. Nie b
d
 si
 odzywal ani usmiechal. B
d
 kroczyl wyprostowany, podejd
 
do okna. Odsun
 palcem zaslon
 i wyjrz
 na ulic
. Noc b
dzie ciemna. Czy b
- 
dzie padal dcszcz? Puszcz
 zaslon
 i wroc
 do stolu z przekC}skami. Przystan
 za 
grupkC} gOSci. B
dzie przemawial ambasador. Nasz kraj dobrze si
 miewa, powie. 


106
>>>
Diagnoza ta, wyplywajC}ca z obiektywnej oceny faktow, padla juz na poczC}tku 
okresowego posiedzenia naszego rzC}du. Stwierdzerue takie jest zas tym bardziej 
wazkie, iz przypada na bardzo trudny moment sytuacji mi
dzynarodowej. B
d
 
go sluchal. On b
dzie przemawial uroczyscie i z wielkC} pewnosciC} siebie. W tej 
pokrzepiajC}cej atmosferze, wyjasni, rozwazono poszczegolne tematy b
dC}ce na 
porzC}dku dnia: w trakcie posiedzenia omowiono wiele problemow, co, dzi
ki 
sprawnej organizacji, umozliwilo mi
dzy innymi dokonanie podsumowan doty- 
czC}cych roznych dziedzin. Teraz stajC} przed nami jakosciowo nowe wymogi: re- 
alizm celow, sprz
zenie wszystkich mozliwosci, rygoryzm zarzC}dzania. Rygo- 
ryzm. Slowo to wywola moj usmiech; b
d
 staral si
 go ukrye, odwroc
 si
 tylem, 
przejd
 do innego salonu trzymajC}c r
k
 w kieszeni, i wyjd
 nie zapominajC}c ode- 
brae szalika w szatni. Po powrocie opowiem Edmondsson, ze dyplomaci doczyli 
si
 kolo mnie chcC}c dowiedziee si
, co mysl
 0 rozbrojeniu, ze kobiety rozpycha- 
ly si
 lokciami, zeby podejse do grupki osob, posrod ktorych przemawialem z kie- 
liszkiem w r
ku i ze sam Eigenschaften, ambasador Austrii, czlowiek surowy, po- 
wsciC}gliwy i uczony, "'yznal, iz bardzo mu zaimponowalem 10tnosciC} umyslu, 
zaskoczylem zelaznC} 10gikC} rozumowania i wreszcie, mowiC}c zupelnie szczerze, 
olSnilem urodC}. Wtedy Edmondsson podniesie wzrok i jej kosci policzkowe uwy- 
datniC} si
 jeszcze bardziej: usmiechnie si
. A potem? Wstalem z krzesla i posze- 
diem zgasie papierosa pod kranem. PrzechodzC}c rzucilem okiem na osmiornic
, 
ktorej gorna polowa, idealnie gladka, byla juz pozbawiona skory. Kabrowinskie- 
mu udalo si
 oddzielie dlugi kawalek szarawej powloki, ale mimo wysilkow rue 
mogl oderwae go od najwi
kszej macki. Ostrzem noza digal energicznie okolic
 
przyssawek i robil naci
cia, zeby zdjC}c skor
. Katar rue ulatwial mu zadania: chwi- 
l
 wczeSniej pot
zne kichni
cie zmusilo go do przerwania pracy i wytarcia palcow. 
26) WyciC}gajC}c nogi, biegnC}c niemal, dralowalem korytarzem do telefonu. 
Okazalo si
, ze to pomylka, telefon do poprzednich lokatorow. W pokoju sza- 
re swiatlo sC}czylo si
 przez tiulowe firanki. Odlozylem sluchawk
 na widelki 
mojego stare go aparatu, okqzylem w zamysleniu biurko i stanC}lem przy oknie. 
Padal deszcz. Ulica byla mokra, chodniki ciemne. Samochody podjezdzaly pod 
domy. lnne, juz zaparkowane, byly mokrc od deszczu. Ludzie przechodzili 
szybko przez ulic
, wchodzili i wychodzili z poczty, ktorej nowoczesny gmach 
stal naprzeciw. Na szybie zacz
la tworzyc si
 mgielka. Poprzez cienkC} warstw
 
pary obscrwowalem przechodniow wysylajC}cych listy. Deszcz nadawal im cechy 
spiskowcow: zatrzymywali si
 przed skrzynkC}, wyciC}gali kopert
 zza pazuchy 
i bardzo szybko, zeby si
 nie zmoczyla, wrzucali w ot\\'or, podnoszC}c wysoko 
kolnierze dla ochrony od deszczu. Zblizylem twarz do okna i, z oczami przy 
szybie, odnioslem nagle wrazenie, ze wszyscy ci ludzie znajdujC} si
 wakwarium. 
Moze si
 bojC}? Akwarium powoli wypelnia si
 wodC}. 
27) Siedzialem na lozku z glowC} w dloniach (zawsze te skrajne pozycje) 
i myslatem sobie, ze ludzie nie bojC} si
 dcszczu; niektorzy obawiali si
 go wy- 
chodzC}c od fryzjera, alc nikt nie l
kat si
 na serio, ze nigdy nie ustanie, ze b
- 
dzie padat bez przerwy zalewajC}c wszystko - unicest\viajC}c wszystko. To ja, sto- 


107
>>>
jC}c przy oknie, przez pomylk
 wyniklC} z obawy, jakC} przejC}1 mnie rozgrywajC}cy 
si
 na moich oczach spektakl, deszcz, przesuwajC}cy si
 ludzie i samochody, 
przestraszylem si
 nagle brzydkiej pogody, podczas gdy w rzeczywistoki prze- 
razil mnie, raz jeszcze, sam uplyw czasu. 
28) Stol przykryty bialC} ceratc}, kuchenny kredens, jego szuflady, polki, okno 
i parapet. Czyms nieznajomym ",ydal mi si
 zlew, ktory mialem przed sobC}, ster- 
ta naczyn do zmywania, kuchenka. Podloga zdawala si
 ciemna, linoleum miej- 
scami si
 odrywalo. Dwie szczotki staly oparte 0 scian
. Widzialem te szczegoly, 
przyglC}dalem si
 im, niezdecydowany, czy wejsc. StojC}c w drzwiach mialem uczu- 
cie, ze jestem w jakims nieznanym miejscu. Kim byli ci ludzie? Co u mnie robili? 
29) Nie przejmujC}c si
 ani ttoch
 mojC} obecnokiC} Polacy kontynuowali rozmo- 
w
, zaj
ci pracC} i spokojni. Ze wzrokiem utkwionym w rozpostartC} na desce bez- 
ksztaltnC} mas
 glowonoga, Kabrowinski wbijal tu i owdzie czubek noza, aby "'y- 
rownac jakC}s wypuklosc. Osmiornica zostala calkowicie pozbawiona skory. Tylko 
na koniuszkach jej konczyn chwytnych zostaly jeszcze, podwini
te jak skarpety, ka- 
walki szarawej powloki. SpadajC}ce z deski macki wily si
 we wszystkie sttony; pel- 
zly po powierzchni zlewu, przechodzily ponad przeszkodami, spotykaly si
, czasem 
wzajemnie na siebie zachodzily. Najdluzsze zwisaly w prozni w roznych miejscach. 
Kabrowinski odloiyl noz i odwracajC}c si
 do mnie oSwiadczyl, ze nabiera wprawy. 
Wedlug niego, mimo ze w zlewie lezalo jeszcze pi
c splC}tanych ze sobC} osmiornic, 
wystarczy mu kwadrans, zeby je oporzC}dzic. Tym lepiej, tym lepiej, pomyslalem 
szukajC}c po kieszeniach papierosow. Zostawilem je w swoim pokoju. 
33) SC} dwa sposoby pattzenia, jak pada deszcz, w domu, przez okno. Pierw- 
szy to utkwic wzrok w jakims punkcie przesttzeni i obserwowac smug
 deszczu 
w wybranym miejscu; sposob ten, nie absorbujC}cy umyslu, nie daje zadnego po- 
j
cia 0 celowosci ruchu. Drugi, wymagajC}cy od oczu wi
kszej zr
cznosci, pole- 
ga na sledzeniu wzrokiem jednej spadajC}cej kropli, od chwili, kiedy ukaze si
 
w polu widzenia, dopoki nie rozprysnie si
 na ziemi. I tak, mozna wyobrazic so- 
bie, ze ruch, choc na pozor gwaltowny, prowadzi w istocie do bezruchu, 
a w konsekwencji, jakkolwiek moze si
 czasem wydawac powolny, bezustannie 
ciC}gnie cialo ku smierci, ktora jest bezruchem. Olio 
34) T eraz lalo jak z cebra: jakby mial spasc wszystek deszcz, wszykiutenki. 
Samochody zwalnialy na mokrej jezdni, po obu stronach kol wznosily si
 fon- 
tanny wody. Poza jednym czy dwoma sunC}cymi poziomo parasolami, ulica zda- 
wala si
 nieruchoma. Ludzie schronili si
 przed wejkiem na poczt
 i Scisni
ci 
czekali na wC}skim podekie, az deszcz si
 uspokoi. Odwrocilem si
 i poszedlem 
otworzyc szaf
; przeszukalem szuflady. Bielizna, koszule, pizamy. Szukalem 
swetra. Czy nigdzie nie ma swetra? Wyszedlem z pokoju i odsuwajC}c nogC} tara- 
sujC}ce przejscie puszki z farbC} otworzylem drzwi od komorki. Schylony, prze- 
stawialem skrzynie, otwieralem walizki w poszukiwaniu cieplego ubrania. 


Jam-Philippe Toussaint 
przelozyla Barbara GrzegorzeJVskn 


108
>>>
Eric Chevillard 


Dziela posmiertne 
Thomasa Pilastera * 


.r 



\ 

 
0:: 

 
..:; 


W Paryzu na ulicy Saint-Honore, pod numerem115 
widnieje nast
pujC}cy napis wyryty na frontonie dawne- 
go laboratorium farmaceutycznego: FABRYKA EKSTRAKT6w OTRZYMY- 
W ANYCH W P ARZE I W PR6ZNI. To pod tym tytulem, i nie zadajC}c sobie 
zadnego trudu, aby wskazac jego pochodzenie, w 1991 roku Thomas Pilaster 
opublikowal swoje notatniki z poprzednich szdciu lat. Kazdy tom zawiera 600 
stron i niewC}tpliwie zaden czytelnik nie b
dzie mial dosyc czasu do stracenia, by 
dotrzec do ich konca: takie ksiC}zki przeglC}da si
 kC}tem oka (patrzC}c krzywym 
okiem!), wzrok zatrzymuje si
 na notatce na chybil trafil, tak jak kciuk i palec 
wskazujC}cy chwytajC} jednego solonego orzeszka ze spodka, wszystko jedno kto- 
rego, wszystkie majC} taki sam smak. Na tym konczy si
 jednak cale porownanie, 
gdyz w koncu zawsze oprozniamy podstawek, podczas gdy nasza ciekawosc do 
ksiC}zki zostaje zaspokojona po trzech linijkach i nie prosi 0 wi
cej. Mozna wi
c 
skwitowac to usmiechem: po co dorzucac kilka kolejnych stron, z tej samej 
beczki, do tych, ktorych nikt nigdy nie przeczytal, ani nie przeczyta. Przyjazn 
ma swoje obowiC}zki, a bliskie stosunki lC}czC}ce mnie z Pilasrerem, zmusily mnie 
do przerzucenia stron jego Fabryki z niewC}tpliwie troch
 mniejszym roztargnie- 
niem niz inni, i zywiC}c nadziej
, ze odwalilem robot
 za czytelnika, kt6ry bylby 
mi wdzi
czny, gdyby tylko 0 tym wiedzial - mog
 zaswiadczyc, ze niewiele 
. .. . , 
mozna z meJ wycIC}gnC}c. 
9 stycznia. Za kazdym razem, kiedy widzC} szaf
, muszC} wykrzyknC}c: Jakiez 
to praktyczne! 
Kazda dobrze strawiona lektura, dodajC}ca sil i zdrowia ducha, jest jednocze- 
snie zwiC}zana z wytrC}ceniem si
 nieczystego osadu, ktorego oczywiscie nie 
omieszkamy wydalic, jak przystalo. 
Nie, ten dziennik nie b
dzie kopalniC} wiadomoSci na temat zycia literackie- 
go mojej epoki. 


.... 
d: 


. Eric Chevillard, (ur. 1964), od debiutu: Mourir m'mrhume, 1987 opublikowat w Editions 
de Minuit dziewi
c ksi.r iek , m. in. Palafox, 1990; Le caoutchouc, 1992; La nebuleuse du. crabe 
(Prix Fenelon), 1993; Au plafond, 1997; przcktad wedtug L 'lEU vre posthllme de Thomas P,laster, 
1999, s. 133-147. 


109
>>>
To dzi
ki mojej zdumiewajC}cej pami
ci, nigdy niczego nie pami
tam! 1 
Nie powstrzymamy masakry sloni, tak diu go, jak nasi wspolobywate1e b
dC} 
wierzye, ze ich male osobiste mordowanie dw6ch lub trzech z tych zwierZC}t na dzien, 
przez zwykle roztargnienie lub cz
sciej przez zaniedbanie, wcale si
 w tej rzezi nie li- 
czy - odpowiedzialnose spoczywa na wszystkich: gdyby wczdniej kazdy okazal tro- 
ch
 wi
cej przezomosci i czujnosci, sytuacja bylaby obecnie mniej niepokoj
ca. 
Zlodziej zostal zlapany na goqcym uczynku w mieszkaniu, do ktorego si
 wla- 
mal: siedzC}c przy pianinie, wydobywal z niego calC} muzyk
 - po Bachu, Mozarcie 
i Beethovenie, zabieral si
 wlasnie do repermaru Schuberta - b
dC}c przekonany, jak 
wyjasnil, ze pieniC}dze i bizuteria byly schowane w gl
bi tej wie1kiej szuflady. Jego 
naiwnose wywolala ogolne rozbawienie. Co si
 tyczy bogatego wlakicie1a, powin- 
szowal sobie, ze tak doskonale ukryl sejf za oryginalnym obrazem Marissa. 
Poezja wietrzeje z wiersza, ktory jC} wieki i objawia. Podobnie jest z karatkC} 
wskazujC}cC} zrodlo wody. Wol
 jC} poza wierszem, zwroconC} zdaniu. 
Gdy czterema zywiolami b
dC} piach, chlor, lod i popio!. 
29 stycznia. Ani zdania od poczC}tku roku. Pioropusz dymu z mojej tajki jest 
rownie zalosny jak ten, ktory wydobywa si
 z kominow starych, likwidowanych 
fabryk, z ktorych jutro zostanC} zwolnieni wszyscy robotnicy. 
Dzisiaj piszC} ksiC}zki: upadly wladca, atleta emeryt stadionow, stara aktorka bez 
pracy, byly idol, i ogolniej, kazdy czlowiek, ktory traci prac
 czy zon
, kazdy czlo- 
wiek nagle dotkni
ty slepotc} lub paralizem - pisae, czyzby to bylo tylko tyle? Je- 
dyna rzecz, jaka pozostala, kiedy czlowiek jest na spalonym, poza boiskiem, uni- 
cestwiony? Sposob, aby :lye nawet poza nawiasem? Czyz wobec tego pra\vdziwym 
pisarzem nie jest ten, kogo tam od poczC}tku wyrzucono, i ktory tam rost? 
21utego. Musialem przejse przez ParyZ z odkurzaczem w ramionach, aby zdae so- 
bie spraw
, jak bardzo ten smieszny przedmiot jest nieodpowiednim towarzystwem. 
Zarazliwe bo1eSci zwalniajC} nas od tego, bysmy okazywali ubolewanie. 
Czy czlowiek przezyje smiere swojej planety? To znaczy: czy b
dzie mial czas 
i srodki, aby osiedlie si
 gdzie indziej w kosmosie, gdy Slonce zgasnie? Odpo- 
wiedz jutro. 
Pod jakim kC}tem spojrzee na plee aniolow? 
51utego, 15. 23. Wlasnie zabilem strzalem z karabinu mojego sC}siada z na- 
przeciwka, przy otwartych oknach zmuszal mnie do sluchania swojej muzyki. 
(Czyzby ludzie, ktorzy poszukujC} Boga, szukali po prostu ciszy?) 
Zabawnym doswiadczeniem byloby udae si
 do kraju, ktorego j
zyka nic 
znamy, nauczywszy si
 tylko przyslow w u:lyciu - powinnismy chyba poradzie 
sobie w kazdej sytuacji? 
(Nikt nie jest prorokiem we wlasnym kraju. Lecz, na szcz
kie, do woli mo- 
ze klamac ten, kto przybywa z da1eka.) 


.. A 
iano
icie powic
z
n Julesa Rcnarda: ,,

m godn:} .podziwu pa.mi
c -: wszystko zapo- 
mmam , LoUIsa Scutenalre a: "Dobr:} mam paml
c - zapommam'" powlcdzemc Georgc'a Pcr- 
rosa: "Mam swietn:} pami
c. Prawie niczego nie pami
tam." ' 


110
>>>
Illutego. W pociC}gu. M
zczyzna, 50 lat, nijaki, kr
cone wlosy, okulary, jaskra- 
wo czerwony krawat w niebieski desen, bardzo wC}tly, wyjmuje z tor by bei:owC} ak.- 
t6wk
, na kt6rej napisal drobnym, czarnym, drzC}cym pismem (aczkolwiek z duzym 
wielkim A, niby inicjal z Also spracht Zarathustra): "Ambicja 90" - i jC} otwiera. 
Por6d przebiegl doskonale: matka i dziecko przezyjC}. 
Definicja Czlowieka: znakomity interpretator Szekspira, Moliera, Czechowa 
i Becketta, grajqcy z duzC} naturalnosciC} i wiarygodnosciC}, w dekoracji, kt6ra wy- 
daje si
 rzeczywista. Jedyne zastrzezenie: zmiany, jakie pozwala sobie wprowa- 
dzie w tekstach, nie zawsze wychodzC} im na dobre. 
Balzac, Trzydziestoletnia kobieta: "Markiza D'Aiglemont przypominala 
pi
kny kwiat, kt6rego korzenie toczy czarny owad". Bzdury, m6wi wydawca, 
kt6ry dobrze zna sw6j zaw6d i stawia nast
pujC}cC} diagnoz
: przewlekle zapale- 
nie szyjki macicy z mozliwosciC} przerodzenia si
 w owrzodzenie zlosliwe". 
13 lutego. Tisseau, dawny fryzjer z Joinville (0 r6znobarwnych oczach do 
obcinania wlos6w ciemnych i blond), umarl na poczC}tku miesiC}ca. J ego salon 
pachnial mokrym psem. Rzeczywiscie, nas strzygl- nas, dzieci - jak pudle kon- 
kursowe - robil to z polotem. Jego praca pozostawiala troch
 do zyczenia, po- 
wiedzmy sobie szczerze. Nozyczki byly za dlugie - zywoplot m6glby przyjse 
do niego na przystrzyzenie. Maszynka skubala nam kark, to byl taki fryzjer dla 
skazanych na smiere, kt6ry uprzedza prac
 gilotyny. Lecz dobry czlowiek. 
Zegnalismy go bardziej potargani, niz po przebudzeniu. Umarl' jak bez niego 
zye? Wczoraj, jego zona rzucila si
 pod pociC}g. 
Czlowiek jest jedynym, istotnym przedmiotem kl6tni mi
dzy psem i kotem. 
15lutego. Obserwacje kliniczne. B61 fizyczny przychodzi z daleka, mozna 
miee przeczucie - przybywa, trawi sw6j knot, zbliza si
 do ciala. 
Czlowiek r6wniez idzie ku niemu, przemierza cz
se drogi, oddaje b610- 
wi swe cialo. 
W b6lu zyje si
 intensywniej, nigdy nie zyje si
 tak bardzo jak \\' b6lu: na- 
sza swiadomose jest \V cierpiC}cej pi
cie, w piekC}cym gardle, w zgnilej nerce, 
schodzi ze swej wyzszej sfery m6zgowej, podr6zuje wraz z krwiC}, z nerwami, 
zastyga \V szpiku kostnym, nabiera w koncu ksztaltu, ksztaltu swojego ciala, 
mieszka w nim, zajmujc je, stapia si
 z nim w jedno. 
B61 wyrywa swiadomose z marze11 0 nidmiertelnosci. Przywoluje jC} do po- 
rzC}dku. Odklada jC} do lamusa. Poniza jC} w ciele. Traktuje jC} jak mi
so. 
B61 jest bez podtekstu, bez przeszlosci ni przyszlosci, jest jedynym sposo- 
bem na zycic w terazniejszosci, jest jedcn i niepodzie1ny, nieprzekupny, od- 
rzuca cal
 sztuk
 i filozofl
, i milosc ludzi, wszystkie subte1nosci ich nowej sy- 
tuacji - on jest jcdnq jedynC} prawdC}. 2 


2 Po niezapowiedzianym przybyciu do Joinville, wprowadzilem si
 n.1 kil
a dni do 
oje
o 
przyjacicla. W moim notesie, pod dat
 15 lu
ego, ta oto notatk
: "Pr
ed .o
lade
, ?twler
Hc 
ostrygi, Thomas skaleczyl si
 nicgroinie w kcmk. Calc popoludme maze Sl
 1 skarzy Jak dZlec- 
ko... ". 


111
>>>
Co za przylepa! Jakby sperma jego ojca byla klejem tapicerskim. 
\V uopikalnym akwarium. Amfiprion, aniol morski, gurami olbrzymi, dr
- 
twa, bysuzyk cyuynowy, liczni zwiedzaj}cy pragn
liby przede wszystkim do- 
wiedziec si
, czy to sif je - to jest glowne pytanie, jakie zadaj} sobie bardzo glo- 
sno, przed kazdym akwarium (ci sami rowniez przed ksi}zk} zadaj} tylko jedno 
pytanie: 0 czym to?) - i raczej niz wisz}cych na wprost ichtiologicznych szcze- 
golow, z przyjemnosci} dowiedzieliby si
 kilku smakowitych przepisow egzo- 
tycznych na przyrz}dzenie tych wszystkich sardynek. 
Okrutny mroz ostatnio. Nie wychodz
 juz bez rubinowych kolczykow. Zro- 
zum, kto moze. 3 
22 lutego. Kolejny krytyk oddaje hold mojej "precyzyjnosci entomologa"... 
Niech mi ktos zacytuje chociaz jednego poet
, ktorego nigdy nie porownano 
do entomologa... Nie wiem, czy sprawdza si
 to rowniez w drug
 suon
 i czy 
zdarza si
, ze porownuje si
 jakiegos entomologa do pisarza. B
d
 musial to 
sprawdzic w "The Lepidopterist's News". 
Choroba to imi
 smierci, jej chrzestne imi
. 
Najdziwniejsze jest jednak to, ze ta wszystkozerczyni nie je uawy, jakby jej nie 
uawila. Je wszystkiego po uoch
, bierze dokladk
, lecz nie je soczystej i mi
k- 
kiej zielonej uawy. Ledwo jej skubnie od czasu do czasu podczas spaceru. 
o wiele lepiej brzmi to po hiszpansku: el hombre prehistorico. Sam me 
wiem, dlaczego. Dokladniej. 
Ktory operetkowy lekarz zaopatrzy mnie w placebo na hipochondri
? 
Koszmar - zostac dozywotnio zamkni
ty w cudzej bibliotece. 
Ludzie pol}czyli si
 w pary, malZenstwa, ktore trwaj}, dlatego, ze pewnego 
dnia, jakis m
zczyzna powiedzial do nieznajomej: "A pani na wakacjach?", lub 
"Czyje s} te pi
kne oczy?" - po czym nast}pily narodziny, urodziny, powstala 
rodzina, dynastia (Ming?). 
Na chodniku mozna znalezc welniane r
kawiczki, ktorych dwa lub trzy pal- 
ce s} zgi
te, wykr
cone, wywrocone: r
ka nigdy by si
 w taki sposob nie ulozy- 
la. Oprocz mojej: przestalem pisae. 
Nie lubi
, gdy mroz chwyta pod koniec zimy, wlasnie w momencie, kiedy 
luty si
 nagle urywa, niedoszly miesi}c, przelamany nasz} wol}, aby ukrocic 
por
 Zlmow}. 
Opadaj}ce powieki poci}gaj} za sob} glow
, wszystkie glowy. 
'Lye, to umierac bez przerwy. 
Czytac, czytac - zyj
 na plecach. Czytelnik jest wywroconym zolwiem. Da- 
leko nie zajdzie. 
Szybciej by mi poszlo, gdybym te suony zamalowal walkiem na czarno. 



, To wealc nie jest ta
e m
dre: ostl}', mroz 
aezerwi
nia f!1u uszy. A to raezcj wstyd powinien 
pahe m';1 twarz - Jak !TI0zna tak g
rdzle swyml ezytelmkaml (na tyle niem
drymi, ze grzeeznic 

?d

 Sl
, aby 
rano leh z.a g
peO\
)? t
n bezpodstawny wyraz wyzszosci jest nie do zniesienia 
! smleszny - smleszny tak Jak Plgmej, ktory spogl
da z gory na kolano wielkoluda, mysl
e, zc to 
Jego gtowa! 


112
>>>
5 marca. Dziennik nabiera sensu i wartosci jedynie, jdli jest szczery. Klam- 
stwo, podstawa kazdej twarczoSci literackiej, byloby w tym wypadku przeciw 
naturze. Liczy si
 tylko prawda: wymagana b
dzie skrupulatnose w oddawaniu 
prawdy, az do bezwstydnosci. To od doldadnosci szczegalu zalezy calose: nale- 
zy si
 wi
c precyzyjnose, sumiennose. Czynilem powyzsze spostrzezenia przed 
chwil(!, id(!c powoli ulic(! Saint-Antoine, przydoczony ci
zarem pumy na ple- 
cach, ktar(! wlasnie zabitem przed Ratuszem. 
7 marca. Nie trzeba bylo dlugo czekae: pi
ciu policjantaw szybko uwin
lo 
si
 z unieszkodliwieniem starego czIowieka, ktary w miejscu publicznym sprze- 
dawal zonkile. 
Te delikatne siosrrzyczki, ktare poswi
caj(! zycie dla zbawienia czIowieka, 
prosz(! go w zamian, aby byl tak dobry i wstawil ich walizki na paIk
 w poci(!- 
gu. Kiepski interes. 
Kiedy teraz 0 tym mysl
, uklad nerwowy zab z chrzcielnicy byl przedmiotem 
okrutnych doswiadczen, podczas lekcji religii w szkole Saint-Anselme, pod ko- 
niec lat czterdziestych. Zanurzalismy te staruszki w k(!pieli z kwasu, post
puj(!C 
zgodnie ze wskazawkami brata katechety, piarami draznilismy ich nerwy na zy- 
wo, aby zbadae ich odruchy - i, rzeczywiscie: machinalnie kl
kaly i sldadaly r
- 
ce, i poruszaly bardzo szybko wargami, bezgIosnie. Udawalo si
 to za kazdym 
razem. Nawet przypi
te pineskami do podkiadek z korka, znajdowaly dose sit, 
aby si
 z nich wyrwae i ustawie w pozycji. Buduj(!ce. 
Nic nie je, w ten sposab jego zol(!dek wst(!pi do niebios, gdy umrze. 4 
Karzel biegnie. J a si
 oci(!gam. Idziemy w tym samym tempie - lecz dok(!d? 
Dwie osoby rozstaj(! si
 na ulicy. Zegnaj(! si
, ostatni zart i kazdy odchodzi 
usmiechni
ty w swoj(! stron
, wtedy na naszej twarzy maluje si
 jeszcze wyraz, 
ktary zna przyjaciel, a jednak coraz mniej, coraz mniej podobny i w miar
, jak 
zagl
biamy si
 w anonimowy, oboj
tny dum, porzucamy ten szczegalny wyraz, 
ktary nas odraznia, t
 jedyn(! w swoim rodzaju twarz, ktaq porrafi(! opisae na- 
si bliscy. Przeciwstawiamy swiatu zwiotczale oblicze, wyraz wyl(!cznie fizyczny, 
twarz, ktarej nikt nie rozpoznaje, a ktara jest wlasnie nasz(! twarz(!. 
Zanim si
 urodzit, rzucit za siebie ostatnie melancholijne spojrzenie. Nast
pnie 
jego okqgla glawka naparla na szyjk
 macicy. Otwieram teraz nawias, pomyslal. 


Eric Chevillard 
przeloiyla Natalia Ponikmvska 


4 W wieku 57 lat, te drobne akcenty antyreligijne, swiadcz
 0 
osc patetrczn
j ni
dojrzatoki 
autora. Mozna by pomyslec, i.e Pilastera przymuszano do uczestmctwa w medzlelne) mszy. 


113
>>>
Jean Rouaud 


Prezenty dla \vas * 


...... 


Na przyklad, masz siedemnaScie czy osiemnakie lat i szy- 
kujesz si
 do s
dzenia sam na sam z matk} ci
zkiego wie- 
czoru, bo nie chcesz jej zostawic samej w czasie swi}t Boze- 
go Narodzenia, tak bliskich strasznej rocznicy. A zwIaszcza 
nie tego wieczora, zamykaj}cego stary rok i rozpoczynaj}ce- 
go nowy. 'Wiesz tme, ze w tym samym momencie wszyscy chIopcy i dziewcz
ta w two- 
im wieku przygotowuj} si
 gOf}czkowo, by uczcic to wydarzenie, to znaczy obejmowac 
si
 pod jemiol} albo gdziekolwiek indziej, pij}c co tylko wpadnie pod r
k
, byle tych kil- 
ka procent alkoholu zapewnilo chwilowe upojenie, podczas gdy Ziemia zaczyna nowy 
obrot wokili Sionca, i za chwil
 nic juz nie 
dzie tak jak przedtem. Ale tobie, ktory od- 
powiedziald odmownie na wszystkie zaproszenia, by dotrzymac towarzystwa swojej 
matce, a wlasciwiej byloby stwierdzic, ze nikt nie pomyslal 0 zaproszeniu, wszystko za- 
dziwiaj}co przypomina w rownie smutnym tonie to, co juz znasz od dawna. To znaczy 
wieczor przed telewizorem, z t} rozniq, Ze teraz na ekranie prezenterzy ubrani S} w gar- 
nitur godny pana Loyala z programu Parada, podczas gdy przed laty u wuja Emila ogl}- 
daleS wyczyny linoskoczkow, poskramiaczy zwierz}t, akrobatow, iluzjonistow, ekwilibry- 
stow, zapowiadane z mnastwem cekinow przez panow w smokingu 0 satynowych 
klapach i w blyszczqcych cylindrach, a teraz wyczyn polega tylko na tym, aby odliczac 
czas, jaki wam pozostal do tej zbrodniczej godziny, ktora \vykonczy stary rok. Odlicza- 
nie w drug} stron
, ktorego boisz si
 najbardziej z powodu koncowego momentu, gdy 
prezenterzy swieqcy si
 jak choinki, podekscytowani jakby uczestniczyli przy narodzi- 
nach wszechSwiata, rzucaj} w chwili nadejkia nowego roku hasIo, zeby obj}c SW} pani}. 
A ty jestd sam z matk}, i nie pozostaje ci nic innego, jak pochylic si
 \V jej stron
, uca- 
Iowac i zlozyc Zyczenia, czego: duzo szcz
kia? Wychodzilo z tego wstydliwie cos w ro- 
dzaju: przede wszystkim zdrowia. Ale "przede wszystkim" oznacza przeciez "przed mi- 
Ioki}". A w siedemnastym roku Zycia ani na sekund
 nie przejdzie ci przez mysI, ze 
zdrowa w}troba wi
cej jest warra niz szcz
scie, jakie daje trzymanie w ramionach uko- 
chanej kobiety. No, ale niech juz 
dzie, ze zdrowie, skoro i tak nie mozna powiedziec 
rzeczy najwazniejszych, na co twoja matka w zamian dorzucala zawsze swoje najlepsze 
zyczenia wszelkich sukces6w, maj}c oczywikie na mysli studia. Wi
c nic atrakcyjnego oa 
ten przyszly rok. Ale przynajmniej najci
Zsze, to znaczy ten ceremonial pozorow (skoro 
nie trzeba niczego oczekiwac, skoro Zycie jest takie, jakie jest, skoro jun-o 
dzie nowym 
dniem identycznym jak wczoraj) przeszlo. Mozna odsapn}c do nast
pnego roku. (...) 



 
to 
.
 
Q 

 


..., 
.
 
:::. 

 


... 

 


. Jean Ro.uaud (ur. 1952), opubli,kowat w Editions de Minuit: Le champs d'honneur, 1990; 
Des hommes ,/lustres, 1993; Le monde a peu pres, 1996; Pour vos eadeaux 1998. Sur la scene eom- 
me au ciel; przeklad wed tug Pour vos eadeaux, s. 132-134, 163-166, 185-186: 


114
>>>
Ale ktoregos roku, poniewaz nic nie nadchodzilo, decydujesz si
, ze wez- 
miesz swoj los we wlasne r
ce. To juz nie moze tak dluzej trwae, ten rok nie b
- 
dzie taki sam jak zeszly, ktory byl taki jak poprzedni. Odt}d koniec ze smutnym 
zyciem marionetki z kieszonkowego teatm kukielek. Od tego momentu, ktory 
sam wybrald i ktory stal si
 prawdziwym momentem startu, zycie zacznie si
 
toczye poci}gaj}c za sob} korowod szcz
sliwych niespodzianek. Ale aby tak si
 
stalo, nie mozna czekac, az rzeczy zechc} uprzejmie same nadejse, nie mozna 
stac obiema stopami w jcdnym bucie. Trzeba, aby nast}pilo dobrowolne prze- 
kroczenie Rubikonu, owo alea iacta est, po ktorym juz nic nie jest jak przed- 
tem. (Opowiesz pozniej 0 tym, w jaki sposob wszystko to, co przydarzylo ci si
 
wspanialego i pi
kncgo, zalezalo od tego decyduj}cego momentu). Wi
c wy- 
chodz}c chylkiem tuz przed polnoc} do swojego pokoju, zostawiaj}c mam
 sa- 
m} przed programem telewizyjnym, gdzie wszyscy szykuj} si
 do swi
towania 
zawsze w ten sam sposob \Vydarzenia, jakby mozna bylo od niego oczekiwac 
czegokolwiek innego, niz zmiany prezenterow, wymyslasz przejscie do nowego 
roku na glowie, trzymaj}c stopy do gory (a nie jest to bynajmniej twoja specjal- 
nose - w czasie egzaminu z gimnastyki na maturze wywaliles si
 nawet przed 
komisj} - i aby nie ryzykowae swcj przyszlosci, pomagasz sobie opieraj}c si
 
o scian
, 0 t
 sam} scian
, 0 ktorq twoja matka kilka lat przedtem walila pi
scia- 
mi wolaj}c na pomoc wuja Emila, jakby rzeczywiScie moglo tam istniec jakid 
tajemnicze przejscie, jakis otwor, przez ktory mozna uciec), przekonany, ze 
w ten sposob, dzi
ki tej zmianie perspektywy, bieg rzeczy takze si
 odmieni, 
smutek zamieni si
 w radose, bezczynnosc w przygody, a samotnosc we frywol- 
ne towarzystwo. Stoisz teraz na glowie, z czolem przycisni
tym do podlogi, 
trz
s}ce si
 ramiona usiluj} utrzymae t
 chwiejn} rownowag
, stopy wysoko 
uniesione, jak niebianski podroznik swi
ty Piotr na krzyzu, liczysz dwanascie 
zlowrozbnych uderzen koscielnego dzwonu, wahaj}c si
, czy zeskoczyc po 
dwunastym, gdyz boisz si
, zeby twoja przepowiednia nie spelnila si
 zaraz, 
obawiasz si
, ze zolta narzuta w kwiatki przykrywaj}ca lozko i podloga pokryta 
czerwonym linoleum, i Sniadanie na trawie, obrazek wisz}cy nad poduszk}, na 
ktorym ubrani m
zczyzni maj} niebywale szcz
scie: urz}dzaj} sobie piknik z na- 
gimi kobietami, i plastikowa lampka na scianie cala w geomerryczny desen, kto- 
rq tak bardzo chciald miee, bo wydawalo ci si
, ze stanowi wzor nowoczesne- 
go gustu, i umywalka, i komodka, ktorq sam sklecild, chc}c udowodnic, ze 
potrafisz rownie dobrze majsterkowac jak twoj ojciec, ze wszystko to zareaguje 
na ogrom zachodz}cych w tobie zmian. Zaczynasz w to oczywiscie w'ltpic po 
powrocie do kuchni, gdzie zaniepokojona twoj} nieobecnosci} matka, na widok 
twojej czerwonej twarzy, z ktorej jeszcze nie zd}zyla odplyn}c krew, pyta nie- 
spokojnie: chory jestd? I widz'lc twoj'l zagniewan} min
, zyczy ci zdrowia na 
caiy przyszty rok. A ty masz do niej zal, ZC 0 nic ci
 nie zapytala, zc nie chciala 
ani przez chwil
, zebys zostal przy niej, masz do niej zal, ze z powrotem nada- 
la rzeczom ich naturalny i rozpaczliwy bieg. 
(... ) 


115
>>>
Rozmawiasz z niC}. Latwiej ci to idzie teraz, gdy zadecydowald, ze odtC}d juz ci
 
nie b
dzie denerwowae, nawet jdli wymieniacie mi
dzy sobC} te same zdania, ktore 
jeszcze tak niedawno doprowadzaly ci
 do pasji. Jej manie, zamiast ci
 irytowae, wy- 
dajC} ci si
 teraz zabawne. No, w miar
 zabawne. To znaczy, niech tylko nie przesa- 
dza, ale juz nie upierasz si
, zeby jej to wyperswadowae. Zgadzasz si
 na to, wiesz, 
ze nie ma sensu jej przekonywae, zeby juz nie zaczynala 0 tak poznej porzc zmywae 
naczyn, zeby odlozyla to na jurro, w koncu moze ma racj
 twierdzC}c, ze stol zasta- 
wiony brudnymi naczyniami z poprzedniego dnia psuje jej calC} przyjemnose sniada- 
nia. Tak wi
c spokojnie znosisz 0 drugiej nad ranem jej uwag
 na temat lekko za- 
mglonej szklanki, ktorC} zaczC}ld mye wed lug jej zasad, to znaczy najpierw szklo, 
potem porcelana, a na koncu sztuece i garnki. Spokojnie znosisz, chociaz chciald jej 
zaoszcz
dzie zm
czenia, to, ze stoi ci za plecami i komentuje bez konca dziwny spo- 
sob, w jaki zmywasz naczynia. Kiedys przerwalbys natychmiast, rzucajC}c zdanie ty- 
pu skoro tak uwazasz, zostawiajC}c matk
 w niepomiernym zdumieniu, co ja mu wla- 
sciwie takiego powiedzialam?, jakbys naprawd
 byl zbytnio przewrazliwiony i nigdy 
nie mozna by ci bylo zwrocie najmniejszej uwagi. Ale teraz koniec. Zdecydowald 
si
 na zawarcie czegos na ksztalt obusrronnego pokoju mi
dzy ludzmi, ktorzy dziel- 
nie walczyli, majC}c przy tym peinC} swiadomose, ze jdli ktord z was jest dzielne, to 
z pewnosciC} ona. Splacild ostatnie dlugi, zalatwild ostateczne pretensje. Przezyla 
zycie, i z jej punktu widzenia uczynila to najlepiej, jak mogla. W imi
 czego mial- 
bys si
 do niej teraz czepiae? Czas, jaki nam pozostal, jest silC} rzeczy wyliczony. 
Wi
c nie b
dziemy si
 wyklocae pod pretekstem, ze kiedys powiedziala jakoby to 
czy tamto, ze powinna byla zrobie to, a nie co innego. Miejmy raczej na wzgl
dzie 
fakt, ze kiedy ktos si
 rodzi jako Annick Bregaud, piC}tego lipca 1922 roku w Riaille, 
w departamencie dolnej Loary, to na pewne rzeczy moze sobie pozwolie, a na inne 
nie. Moze sobie pozwolie na wychowanie samej trojga udanych dzieci w wieku dzie- 
wi
ciu, jedenastu i czternastu lat, kiedy to zostaje wdowC} w czterdziestym pierw- 
szym roku zycia, a to chyba za wczdnie, zeby wziC}e urlop od zycia. Mozna sobie 
takze pozwolie, prowadzC}c maly wiejski sklepik z artykulami gospodarstwa domo- 
wego, na stawianie opom pi
tnastu supermarketom skoncenrrowanym w promieniu 
30 kilometrow, co stanmvi modelowy wprost przyklad 
vizdania sobie z podstawo- 
wych praw ekonomii i swiadczy 0 zelaznym charakterze na uslugach prawdziwej 
smykalki do handlu. Co, jdli podsumowae, jest calkiem niezlym wynikiem, tym bar- 
dziej, ze wszystkim to odpowiadalo. Nawet temu, ktory umarl 26 grudnia... 
Ma poczucie, ze jeszcze rue z wszystkiego si
 rozliczyla, wi
c zdecydowala, ze czas 
podj
cia decyzji 0 zakonczeniu dzialalnosci jeszcze nie nadszedl. Tak dlugo, jak mlo- 
dzi w calym kantonie b
dC} przekazywac ze slinkC} plynC}CC} z ust do ust jej nazwisko, 
tak dlugo, jak jej mozg b
dzie rejestrowal, kto chce ofiarowac co w prezencie komu 
(prowadzi czasem nawet i dziesi
c list prezemow slubnych jednoczdnie, co zmusza 
jC} do zalatwiania zamo\vien ponad tysiC}ca zaproszonych goki), tak dlugo, jak nogi 
b
dC} jC} niosly z pr
dkosciC} przeciC}gu mi
dzy sklepem a magazynem, a schody pro- 
wadzC}ce do piwnicy dadzC} si
 jej we znaki sto razy dziennie, nie widzi wlakiwie po- 
wodu, zeby zamknC}e caly interes na klodk
, a juz na pewno nie stanie si
 tak z po- 


116
>>>
wodu, ktory w imi
 nie wiadomo jakiego prawa ustanawiaIby, ze w starszym wieku 
nalezy przekazac sprawy mIodszemu pokoleniu. Nie wiadomo zreszt}, czy jej najsil- 
niejsz} motywacj} jest przyjemnosc, jak} znajduje w sprawnym funkcjonowaniu jej 
sklepiku, czy tez owo wyzwanie rzucone wszystkim tym, ktorzy tylko czekaj}, zeby 
go zamkn
la. No bo przeciez dlugo tak pani nie poci}gnie. Kiwa powoli glow}, od- 
powiada wymijaj}co, ze oczywiscie, kiedys, zobaczymy, moze w przyszlym roku. Ten 
upor, ta niezgoda na powszechnie obowi}zuj}ce normy wyraznie zawadzaj}. Emery- 
tura? Nigdy - odpowiedziala kiedys. Bylo to zdanie wspaniale. Ale dobrze wie, ze 
wszystko si
 kiedys konczy. Ta iscie teatralna replika byla sztuczk}, wypowiedzian} 
przede wszystkim dla radosci, jak} sprawial jej zawiedziony wY1'az twa1'zy osoby przy- 
pie1'aj}cej j} do mum. Decyzja, zeby p1'zestac p1'acowac, moglaby z pewnosci} zostac 
podj
ta pewnego ranka, w po1'ze sniadania, w momencie, kiedy dzwony wybijaj} go- 
dzin
 dziewi}t'l, to znaczy, ze zamiast spieszyc si
 z otwie1'aniem sklepu, b
dzie sie- 
dziec sobie spokojnie i moczyc w kawie z mlekiem posmarowan} maslem kromk
 
chleba, czytaj}c jednoczdnie uwaznie w swojej gazecie rubryk
 z nekrologami, to 
z pewnoSci} ba1'dziej odpowiadaloby jej charakterowi. Od tego momentu p1'zeszlaby 
do swojego nowego zycia, poddaj}c si
 temu nowemu po1'z}dkowi 1'zeczy bez siowa 
ska1'gi, bez okazania najmniejszego zalu, zmiataj}c jednym "byIo, min
lo, nie ma 
o czym mowic" t1'zydzidci lat calkowitego pog1'}zenia si
 w pracy. P1'zeszkod} dla ta- 
kiego idealnego 1'ozwi}zania jest to, ze nie moze ona schowac calego towaru do wo1'- 
ka jak jakis w
d1'owny handlarz, kt6ry na widok kont1'ole1'a unosi pospiesznie cztery 
1'ogi swojej plachty polozonej wprost na ziemi i sluz}cej za stoisko, i oddala si
 z w
- 
zelkiem na plecach nie czekaj}c, az mu wydadz} 1'eszt
. 
Nasza mama ze swoim sklepem mieszcz}cym si
 w zawi}zanej na w
zel i p1'zycze- 
pionej do kija chuScie, odw1'ocona plecami i oddalaj}ca si
 jak Chaplin, wyruszaj}ca na 
spotkanie ze swoim wspanialym J6zefem, p1'zebywaj}cym w niebiesiech, podczas gdy 
swietlny kr.}g zmniejsza si
 co1'az bardziej, az staje si
 jedynie malym punkcikiem, ta- 
ki final niew}tpliwie p1'zypadlby nam do gustu. Swiada, oklaski, owacja na stoj'lCO, 
\vS1'od widzow 1'ozpoznac mozna pary, kto1'e skladaly u niej zamowienia na wesele, my 
w ostatnim 1'z
dzie beczymy w chusteczki, zaraz potem huraganowy smiech, no bo 
w koncu Chaplin, wyobrazmy sobie nasz} mam
 po drugiej sttonie ekranu, bardziej 
zwariowan} niz kiedykolwiek, odchodz}q w podrygach, to by dopiero swietnie paso- 
walo. Ale rzecz}'\vistosc p1'zedstawia si
 nieco inaczej. Decyzja 0 zamkni
ciu inte1'esu 
musiala zostac podj
ta z duzym wyprzedzeniem i niosia za sob} sze1'eg ponizen: za- 
p1'zestac kupna towaru, odeslac z kwitkiem p1'zedsta\vicieli handlowych, patrzec, jak 
polki w sklepie powoli pustoszej}, klienci coraz rzadziej znajduj} to, po co przyszli 
i odchodz} zawiedzeni, rozpowszechniac t
 zl} nowin
, i nagle to, czego nie sposob 
sobie wyob1'azic ani p1'zezyc: nasza mama sanla w sklepie otoczona towarem, ktorego 
sp1'zedac juz si
 nie daje. A potem to, co stanmvi wlasciwie dla niej niemalze wyrok 
smie1'ci: po raz pierwszy nie przyj}c zamowienia mlodej pary narzeczonych, przekra- 
czaj'lcej z nadziej} prog tej istnej jaskini Ali Baby. Maj} zycie przed sob}, i bardzo pra- 
gn} si
 tym z ni} podzielic, a ona musi z wlasnej woli odmo\vic, zrezygnowac z tej 
transfuzji mlodosci. Inaczej mowi}c, w dniu, kiedy to nast}pi, b
dzie juz po herbacie. 


117
>>>
Przez wiele lat probowald mieszae si
 w to, dawae rady, zastanawiae si
 nad 
mozliwymi rozwi}zaniami, ktore odrzucala gderaj'lc (bo przeeiez skIep i dom to to 
sarno, jak tu zostawie jedno nie opuszczaj}c drugiego? daje ei do zrozumienia po- 
trz}saj}c glow}, ze jak zwykle nic nie rozumiesz), teraz w koncu staje si
 dla eiebie 
oczywiste, ze najlepiej jest zostawie j'l w spokoju, pozwolie robie, co chce i jak chce, 
nie utrudniae jej zyeia, nie zawracae jej glowy tymi wszystkimi historiami. Pomaga- 
j'lc jej wyladowywae ogromne kartony przyniesione przez poslanca, uwalniaj}c to- 
war od stosow przytrzymuj}cego go steropianu, zwracasz jej uwag
 na fakt, ze gdy- 
by prowadzila pasmanteri
, wszystko byloby jednak prostsze, i moglaby poei}gn}e 
tak nawet i do dziewi
edziesi'ltki. Tak, ale to moze robie byle kto, odpowiada jak 
zwykle lapidarnie, odkrywaj}c w ten sposob jedn'l z motywacji tej jej nieustannej ak- 
tywnosei. \V porz}dku, mamo, wszystko jasne. Stanie si
, co ma si
 stae. 
Wi
c rylko z kazd} wizyt} coraz uwazniej obserwujesz, jak upl)'w czasu dziala na 
t
 ci}gle spiesz}C} si
 gdzid drobn} pani}. Czy dlugo jeszcze poei'lgnie w ten spo- 
sob? Sztuczna ondulacja ei'lgle si
 trzyma jak nalezy, ale wlosy s} juz teraz niepoka- 
lanie biale, plecy si
 pochylaj}, nawet jdli drobne kroczki wei'lz drepcz} szybko po 
korytarzu prowadz}cym na podworze. To zadziwiaj}ce, ale pomimo rych oczywi- 
stych oznak starosei, zm
czenie zdaje si
 nie miee nad ni} wladzy. Niew}tpliwie 
ukrywa je. Ale mowisz sobie, ze z pewnosei'l odziedziczyla ten wspanialy kod gene- 
tyczny, ktory jak dot}d wyprodukowal okazy niemal stuletnie. W tym tkwi niew'lt- 
pliwie tajemnica jej cudownej zywotnosei. Zgadzasz si
 ze swoj} mlodsz} siostT}, 
gdy ta prorokuje, ze matka umr.le jak Molier, na scenie, to znaczy, ze odnajd'l j} 
pewnego ranka obejmuj}c} obiema r
kami kas
, lub lez}C} wsrod sztucznych kwia- 
tow przygotowanych na Wszystkich Swi
tych. Co do tego jestdmy zgodni. Dla niej 
bylby to wymarzony koniec. A dla nas szcz
sliwe, tak, zakonczenie sztuki, teraz za- 
czynamy z niepokojem obserwowae jej epilog. (...) 
Zeby ukrye wypadaj}ce wlosy, zamiast zalozye jak}s pcruk
, ktora tak naprawd
 ni- 
kogo nie moze zmylie - zawsze przekrzywiona jak czapka na glowie pijanego m
zczy- 
zny - zdecydowala si
 nosie twarzowy turban upodabniaj}cy j} do Arletty. Kiedy cho- 
dzi drobnymi kroczkami, z obiema r
koma wyei}gni
tymi do przodu, gotowymi do 
uczepienia si
 jakiegos mebla czy opareia 0 scian
, wei}z jeszcze moze sluzye za wzor 
elegancji i dobrych manier. Ten szybko post
puj}cy spadek formy fizycznej wytrzymae 
jest latwiej niz jej naporykany czasem pytaj}cy wzrok, mowi}cy, ze wie, i ze wie, ze ty 
tez wiesz, a jednak czeka na jakid slowo sprawiaj'lce, ze stanie si
 cud i ta choroba 
smierci przemieni si
 w ci
zk'l gryp
, z ktorej przeeiez kiedyS si
 wyjdzie, a potem 
wszystko b
dzie jak dawniej. Ale nie umiesz wymawiae slow pociechy, a zreszt} ona 
by je zbyla wzruszeniem ramion, rozdmialaby si
, gdyby jej na to wystarczalo sil. 
Siedzisz przy niej teraz, gdy agonia si
 zaczyna. Znajdujesz si
 wobec tej tajemni- 
cy, ktor} nie zawsze umiesz sobie uzmyslowie: ta wspaniala ludzka machina za kilka 
godzin przestanie dzialae. Wyst
puj'lc jako glowna organizatorka tych dni, matka 
wszystko przewidziala. Ani jednego zaleglego rachunku, ani jednego nie wloionego 
do odpowiedniej teczki papierka. Od kilku tygodni wszystko wokol siebie uporz}dko- 
wala, chC}c unikn}e, aby ei, ktorzy byli swiadkami jej sukcesu, zobaczyli j} w takim sta- 


118
>>>
nie. Wyl}czyla telefon, kazala mowic, ze nie ma jej dla nikogo oprOcz dzieci. Dzieci S} 
obecne. T woje siostry, jak zawsze, nienaganne, z milosci} trzymaj} j} za r
k
, pochy- 
laj} si
, by zlozyc na jej czole dlugi pocalunek, szepcz} do ucha czule slowka, choc le- 
karze wytlumaczyli warn wszystkim, ze szanse na to, aby cos slyszala, s} bardzo nikle. 
Ale oczywiscie si
 myl}. One to czuj}, zwilzaj} lekko jej wargi, gdy jej smiertelnie bla- 
da twarz krzywi si
 w grymasie, ktory dla nich jest jak jedno z ostatnich slow Chrystu- 
sa na krzyzu. \Vasza mama jest juz tylko jcdn} mal} zmarszczk} lez}C} w poscieli, 
a przeciez nic jeszcze si
 rue zmierua. Ci}gle jeszcze jest wsrod was, z wami. 
Z warni - nie, nie z warni, ze mn}, jak zawsze niezgrabny, niezr
czny, w momencie 
pozegnania proba wyznania milosci, ktore brzmi rowrue dziwrue jak Zyczenia na Nowy 
Rok, jakie jej skladalem, gdy sp
dzalismy swi
ta we dwojk
. Ale teraz juz nie ma co sta- 
wac na glowie, potem nic juz nie b
dzie tak jak przedtem. Owo potem zaczyna si
 
w momencie, gdy otwieraj}c drzwi do jej pokoju, uderza ci
 cisza, a przeciez kilka mi- 
nut temu ta sarna cisza rozbrzmiewala potwomym rz
zeniem konaj}cej, ochryplym, tak 
pospiesznym, ze twoj oddech rue mogl za nim nad}Zyc. Potem, w tej ogromnej ciszy, 
wobec nieruchomego ciala, na ktorego wargach pojawil si
 juz kpi}cy grymas zmarlych, 
dose nawet podobny do tego, ktory zwykIe gokil na jej ustach, slyszysz, jak twoja sio- 
stra oglasza z zadziwieniem: umarIa, jak bySmy si
 juz przyzwyczaili do tej agonii, jak 
gdyby nigdy rue nuala si
 ona skonczyc, jakbysmy mogli si
 zgodzic na to minimum 
obecnosci, ktore juz stalo si
 nam czyms bliskim, znanym, i jakby nie bylo zadnego po- 
wodu, wobec naszych ruewielkich teraz wymagan, aby ktos mial narn je odebrac. I \vte- 
dy dociera do nas nagle, ze nasza zmarla matka skorzystala z naszej chwilowej nieobec- 
nosci, aby oszcz
dzic nam tego ostatniego oddechu, kIatka piersiowa opadla i juz si
 
rue unosi, zeby narn zaoszcz
dzic przerazenia, krzyku i lez. Ale to nonnalne, nie zmie- 
nib si
 nawet w chwili smierci: kochane dzieci, rue rolx:ie sobie ze mn} klopotu. Po- 
tern, wydaje ci si
, ze Zyjesz bez wspomagaj}cego ci
 tlenu. Potem, to, co czujesz, przy- 
pomina gl
boki smutek, ktorego nigdy juz nie rozproszy zadna radosc. Potem, patrzysz 
na telefon, choc wiesz, ze juz rue ma do kogo dzwonic, ze juz rue uslyszysz tarn jej glo- 
su, a jednak, ku wlasnemu zdziwieruu, wyci}gasz r
k
 w stron
 sluchawki. Potem, czu- 
jesz si
 wlasciwie bardziej wolny. Zmniejszaj} si
 twoje we\\'I1
trzne wymagania, nawet 
jdli ci}gle patrzysz na siebie. Tyle ze nie bardzo wiesz, co robic z t} now} wolnoki}. 
Wi
c nie robisz ruc, lub tak niewiele: ona nie przeczyta tych slow, ale mimo to rue czu- 
jesz si
 upowazniony, zeby wyjsc poza opis tego gderania, z ktorym przyzwyczailci si
 
ukladac swoje zycie. Potem, zwracasz uwag
 na to, co w tobie pochodzi prosto od niej. 
JakiS gest, sposob zachowania, i szcz
kiem jest odkryc cos, co zaszylo si
 w samym 
srodku twoich komorek, nietkni
t}, Z)i}C} cz
sc twojej matki. Potem, myjesz salat
 
i wyrzucaj}c tanecznym ruchem r
ki wielkie zielone likie peine chlorofilu, zachowuj}c 
jedynie bialy srodek wielkoki pi
ki, nagle rzucasz na strOnie: przeciez nie jestcimy krO- 
likami. I czujesz, jak gdzid z gl
bi wyplywa na wierzch niby fala rozbryzguj}ca si
 
o brzeg, drwi
cy smiech, ktory dobrze znasz. Nie ma w}tpliwosci, to ona. Ach, smiej
 
si
. Smiej
 si
, patrz}c na siebie. 


Jea11 Rouaud 
przeloiyla Agnieszka Grudzinska 


119
>>>
..f
&.,,"
_ \M,'1
 J... t\"
 J..\A..vr L ...(... 


Ll
os"j 
 \g

 
i 

 
...d ¥J.. 
f
,," &...."]: 
,
 



 ww4
 

,
...,.\!.L 
 j-.) 
 
 ,Ir'''¥ 
 
""t}..AFFE' \\;2""; ..u. S4'Alt 
",,'" -r
 p 
tpr
 ,
') , 
,I 
 

{
 K.;J
 

I". ,+Qo..
 

,,"
rp\
(jJ t.D
c
 

.r
c1... I 

 
k.llc.. 
'.JJ 
 V 
"':4
 

 ""'J,iklw 
V c'11 f'1l. 
 
f
AAJ. b.u- 
 Ve.:4
 
.r..{
 
 sJu.Jf ' 


.
. 
f"..l 
"'"r l-oUl4.. -l-o.\
 
 d..,of.. 
)8l...T 
"3CW v;
 
 J.J" 
.... 
(O
1o.J 1;k I.M 

 J-(",
 
"
 
 
..A". 


IV 


 
 
""J 
i LJ" 

 c.:J'
 
 \J&
') 

;
 
« 

 
 V
 
 

 (.
 
c.yU 

wJ.,-,
 


 1


,)k.


JtJ
 

 

utp 
J-..A.. 


Z arehiwum Zbigniewa Herberta: wiersz z teki Jan Cogito», nie wszedl ostateeznie do 
tomu Jan Cogito» (1974). 


120
>>>
c, 


, . 


" 
i '\ \ 
 

 
\ 
 
;: 

 
... 
: 

 


ZBIGNIEW HERBERT 
/29.10.1924 - 28.7.1998/ 


Zbigniew Herbert 


Pana Cogito przyczynek 
do tragedii Mayerlingu 


WiosnCl roku 1889 moj pradziadek straeil apetyt. Budzil si
 w noey i krzy- 
ezal. Stal si
 ehorobliwie podejrzliwy. Nie ufal juz teraz Cesarzowi, posCldzal 
hrabiego yon Taaffe 0 najgorsze rzeezy, bal si
 zazdrosnej Mizzi Kaspar, 
a 0 stangrecie Bratfisehu i kamerdynerze Losehku mowil, ze za pieniCldze zro- 
biCl wszystko. 
Pradziadek koehal Mari
 V etser
 milosciCl wielkCl skrytCl i beznadziejnCl. Pod 
szarym surdutem tajnego radey dworu szalal pozar, ktorego nie ehcial ugasic. 
Poehylona jak nad wielkanoenCl struc1Cl moja prababka bez gniewu i uniesie- 
nia wbija wielki kuehenny n6:i w pi
kne cialo Marii Vetsery. 
Kto:i mogl przewidziec, ze w tym samym momeneie stanie um
ezone ponad 
miar
 seree mego pradziadka jednoezCle si
 w ten sposob z ciemnCl tragediCl upa- 
dajCleego eesarstwa. 


121
>>>
...I......f... _ _..... ,.......... 'r.......,c ..c.
 . ooT,.£...t ..:....0£ .
 "",__..co ,...;..A.i
 
 _

 
 'OO,.-I",,&..s.Io"'; 
 
ti...._.i...;..... ,,;\
 I
 c.\
 "'.. 
i
. 


i 

 0 
..).1- 
i 
- 1 

 
 
1 


SO'v'l....c4. -14.
. (v......,,) 
"" ...."":1 ............ cto..t-L.t .
 J\S".i... 
1..{.....
..
 h... i...-t M
l.e..-';-f. 
I.......a. "'11,..l-i 
--.o ""01.. 

._.,c . "'-C- .........i. 1 -to...., ".,c.. .. t...!) i."""" -0... 

...
;.......... .:M"'''''1_;..sr U,..d '.0..,.... 0 ......:(
 'fo- 
... "r. . .. _L" .... 
( t -.........__.
 ..... ...s...............' J ;..J.,........ -""''" 
..._.".
 -'L...Ci(. 
1""""" -.' 
T' .

 
.. """"T.-.... . . _. . . .
. . . 
 . 
 -,,'''' 

... .eo.... 

i....... r"'
 ...... t'.-
1 0._,,: . d.............1. ""'_.....s(, 1.....' -+--
 .....r4.op ')00,..- 
",,19(,c.. i i"""t..
 ....;.... .c.c"",,
""'" j...t 'r1...t..........c. 
. 
1"",
 __;.. ct.......s
 
 .........r
 :,.-.f,. 
..:..-c... ... ..\....:.
e.: (......4""'\ \,....WA, -i'1
; -i.._ 
 
S.-t"11t......s."
. 0........ _I()
'" ...,vt'.w
."" Iav-.tc...J 
.. .4 -
... 
 y... ;..s-\1
 ; ....c...J
 "'.(. 
"'+--";"_iM " .
_..,J. 
..d..: c.-.
 
 -t
 c..i ...

 k..... ...:....._"4.... 
..s..
 .oU....c...
 
c-t.;....fcJ ",h,
o"':.. ..._.....4 "cilfo...s
c. -- Cl.ow!v'). \,f,,(W"j ..... 
I..,;{.._. '1c.ot...I"... r-a 

 olo 
-.5":\,1.(,__ Me.c.f.c.. \-v...;.a_ 
 _
 ,...: or..;,
 ..fo.w»D, a,.(,c,. ..o..JO:- 
..-.c. }.o\.oO
j......... .....-- Gto9.:...._ 
MS....
 i o )' o..oW-..

 _.' 4 . I 
1cLiL3 ...... .t...1J 
",-\"o
"'-', 
 \o:O.}.i'1 
._",,.
...sc..i
...
 
 
h..... 
 i,
 oW.... ... 
tloW 
..cMch."';;'.L. 

 __
'\..t.-.--I 
io. . _..l 
 
. _ 1 .. % - , - ..,....tt. {.. \0«-, ..a...n.. "0 ;
..l.. , ....(-.1 

........ 
---......"",,,o.,), 


L
 -:.c...-.
 .:..\

 "",VI&c.. 
 
'" ' 
o.s
c. ,_..... 
j ,,

 ,\-f ..{
..............,...A.t" I"'
'" 


..r':'"""",":',
.-tO 
L 
.. ",.,\¥-..""".
 \(......
, . .".....foe.. 

. 't. - ..,.'\
 ""\. \-((.1.... -.0." ...:c. i-J 
.J.",":
 I.
... -
a...,
 _ '
J 
;' 01 1 e&o ...J
... II.......c.o- i ,..
,.....\DJ "'oL ...."""........,'t ,w.I
 c.o... ct. Ool'c........ ,ok 1 w"':'l&. ,,0-;::: 

..dM..) "":" "7\ (,....__. ...r,,
. 
4
 .,.... "'OJ'-" "..no c.""-i: 1=\.0..... .r
 i)"V\,' .: 
;cI
 \octo. \--......r ".... _ n.o'1
' ,eJ1 ..0.. owi',.to.;.? 
 "'1\..;. laOI.;.o M..",II.

 
 cro,_ 

.i: '........3. 

 
..a _ to r-w"
L_'''' \C"M,i) r-a.
 ...t,
 ot. ,
\-
. 
_i..:. i-':' t
"".

 

-
c.: 

 ... "'
. \oo....J..,)
 
-..
a... 
 -t
",. ....:- 04& ';';c. ",-.;.}l. . tJ-lf- '40°/.. 
 
,Not...... (1:1 s-o),...3 

. 't.oo. 1--...........- ...
;
" y 
...."i......, c(.
 ot.. ..,J..c.. M"-'.U;.".., , i... 01 1 "to 
 
VoI(.&.. 
.., {....e4.....,,
,

 
.,I..c \-I.,J v,/...... \...
 T\.:,,,,i't. of, t.....
:;c.r..
....:.. ...,;......
 
r-b ... M
:'...s ". 
t............... 
....::.. i&
""" 
10 
1 
..., 
 I VII '\
 :'''M...
 
rJ...o .....,I.l"'.......... \.",
....., \-'1
 (X
 . _I" 
..cA uJNt:JJ...._. N6-. .....

 

-(u.. 
",a\..;
 
oJ.o-I..c. """"''''''J "'
""'IV."'1'
 ....

r...;." '\ct(!,t..:.c.."-Co 't.Jc..- ..(..:..{
.... \...f "ro.;' 
.;..
 ..w.-,-L...-'::'. '4

 t'..-aI
 .....
.j "''''''...,...,- t. 3.\' ,oJ.4.- ...s l......t
"t'o(. ,;; .....

 
. '1..;. 
M;"I \wo-04.,.c,,,,,".3 ,
 """"
, i......:.--\..
 
 uJ)"'. io"...-t-....;::.;I... . 
y.ot... t..I.IS'. w,
 1,. \'.:0\'\0. 
 i"';" ..s'\
.-i., ;
 v.... -.:..:c. 1",,0. F
w.-/. 6'
i....1......_ 

.a,.4oio..",,,,.....u-\.""'''''''M ,
01..... "- aJ,..(
.l, c,.
 t...sD.. \"1..4 ..""'.:"';....c.""\.t. h,.)oi1"h''- 
',_
 .., "-......s;""'....:. .... 
. 
......_-..i....., 1oI
 l.;t.-oJA._.:) -.....I
 i 'n
";''3' to ""1"""'" 
.. ......,..0... \' 
 
""V'S "' ""_....c. \ ""'Ie.. 1...,.... 


.c. -
'. '" ""(...""J 
 &
 
h--\ ...s1}
"';' c.. ..
,
 - .. 
 10,),\-&"''''' .......""1""'-..o....1
1 , ..... i. S-bO,
. 
".
....,) Lca.....'.-u. j , ".'o
 1{o.....+1. i '":"')... ...,...c.!.c-.
 
.""
J )t..
... 
 ' ...1.........;.. 


:'o "'-cvc- , I...w.tv.. "' 1 "..."',;..... ' 
\ "... 1.......-. 1 - ..;...._ 0(. .;: ( . 
IV' . 
 
 ,.....v l .. ......Go, .\(1\.\--0......:- 
W 
"''f'''''''''\ ,.,,,,i...
 icJ,.c..'..). ...:t....: ...
-I ""II-,. '0
w...1 ....t\j VII 

....(.. . 
....jo- L 
....;:.;,,,,,"- ...s k...(
J 
).CtM., t,;.,.. "''''''Co&....... 
 '-'1\........ i...-. w".&.o
. .....", , 
 L...c; 
 "'- 
or...
. 
f..
. .}...pl"....'\c.;" (",*,1,,"';'\-0 ",...--.i) ..;.,..... ...e" _..:. . '- , \ 
_ . :...""'1V

 r..........
 ,.'""'c,.....
, 1.0.... 1"\+ 
c.h.....
 "'....'+3' 1or';C. 
.;, lc..:., ot... ..t.-._. 'OIeCo--.
,...

 J. 


.
 
S 
"} 
1 

 

 



I: 
r-..:! 

f 
.1' 

 IJ 
( 
l 

.... 
... " 


....L .. 
.. 
 


.; ''i' 
. I- 
.
 
 
'j; 
.
 j 
° - 
j - 
_J 
to"';. 
Jf 
+ 


- 


} i 
Q 
 

1
 

 
 
 
t:::'... c::: 


Facsimile rfkopisu jednej ze stron J]ziennika paryskiego» ]erzego Andrzejewskiego. 


122
>>>
Jerzy AndrzeJ.ewski 


Dziennik parysld (2) 


, . 


Tylko dla mamy 


pi
tek, 15 I 1960. 
Pod nogami rozpaprane bloto, ale juz powyzej ko- 
Ian mroz, nieduzy, ale dla mnie wystarczaj:}cy, niebo pogodne, zupelnie niebie- 
skie, tylko slonce jest bardzo daleko i na ulicy, a raczej na trotuarze bardzo je 
trudno przechwycie, poniewaz jest to miasto niezniszczone i wsrod normalnych 
ulic nie ma w nim miejsca dla slonca, szczegolnie zimowego. W podobn:} pogo- 
d
 w Warszawie unikam, jak wiesz, wychodzenia na miasto, ale tutaj musz
 to 
robie i to wielokrotnie, marzn
 potwornie, choe mroz doprawdy nie jest duzy 
i wielu biednych, mlodych Francuzow biega w cienkich, krotkich plaszczykach, 
albo nawet bez nich. 
J ak zwykIe bywa - nastroje naszych listow rozmin
1y si
, Ty zacz
las myslee, 
a ja przestalem na skutek zbyt wielu ludzi, zbyt wielu spotkan i czasu dzi
ki te- 
mu rozlatanemu, jak galareta. To okropne, ze w dobry sposob mysli si
 tylko 
wowczas, gdy si
 jest samotnym i zagubionym i wobec zwyklej rzeczywistoSci 
stoimy, jak wobec ogromnej i trudnej do pokonania skaly. Zycie nawet za swoj 
najmniejszy palec przychwycone - natychmiast si
 banalizuje, wszystko, co jest 
za szyb:}, wydaje si
 pi
kniejsze, ale gdy t
 kruch:} przeszkod
 przekroczymy: 
wszystko, nawet powodzenie i ciala trac:} polow
 swych pokus. To, co przezy- 
walem \\' grudniu, bylo dose szczegolne: chyba w moim zyciu jedyne, natomiast 
to, co przezywam teraz, jest czasem i mile, ale w gruncie rzeczy banalne 
i W ostatecznym rozliczeniu bardzo m
cz:}ce. 
Teraz jest godzina dopiero druga, wy akurat siadacie do obiadu, ja juz od go- 
dziny jestem po rum, nie wyobrazasz sobie, jakiej pi
knosci s:} te ogromne drze- 
wa, ktore widz
 przez okno, jedno z nich takiej \\ysokosci, iz szczytem ruda- 
wych gal
zi si
ga naj"'yzszego punktu niebieskiego nieba. Nie wiem, czy pobyt 
tutaj i gdzid indziej da mi cos, czy nie da. MartWi mnie to wszystko, co czytam 
w gazetach, tutaj zafascynowanie Rosj:} wydaje si
 potworne, ale i szowinizm tu 
narasta, jak wrzod, wczoraj dose poinym wieczorem bylem z Jeanem na calosci 
bva1'la GroZ1-zego Eisensteina, Jean - mowi:}c po prostu - jest od kilkunastu dni 
moim przyjacielem, ma osiemnaScie lat, jest bardzo ladny t:} szczegoln:} urod:} 
wynikaj
Gl zc skrzyzowania Francji i Niemcow, poniewaz pochodzi z Lotaryn- 
gii, jest dobry, inteligcntny i sentymentalny, ale takze realistyczny, pisz
 Ci 
o nim przede wszystkim dlatego, abys wiedziala, ze juz od tej strony, mnie sta- 


123
>>>
remu erotomanowi nie groz:} zadne zabl:}kania, najwyzej troch
 kosztow utrzy- 
manych w ramach przyzwoitosci (przy tym ucz
 si
 przy nim francuskiego) - 
otoz bylismy wczoraj na tym filmie i po trzech godzinach wyszedlem z kina zu- 
pdnie rozbity. Tak genialnych rzeczy na pewno malo kto zrobil w filmie, w dru- 
giej cz
sci jest ogromna sekwencja uczty - jedyna w calym filmie kolorowa - ale 
jak kolorowa, cala skomponowana tylko z czerni i czerwieni, nic nie maj:}ca 
wspolnego z realizmem i zupdnie oddech zatykaj:}ca barbarzynsk:} pi
knosci:}. 
Wi
c najwi
ksze artystyczne arcydzido, aktorzy (Czerkasow) zupdnie natchnie- 
ni i wszystko razem rownie straszne i odpychaj:}ce, jak Biesy, czy Zbrodnia i ka- 
ra. Jean, ktory malo co 0 Rosji wie, wyszedl calkiem oczarowany, rozumiem je- 
go oczarowanie, chwilowo bezrobotnego chlopca z Metzu, ale gdy to samo 
oczarowanie miesza mozgi tutejszych intelektualistow - r
ce opadaj:} i tylko glu- 
pi:} zlosliwose mozna w sobie wywolae, iz przyjdzie czas, ze i oni na wlasnych 
wygodnych skorach odczuj:} ten bicz mongolski. Poj
cia nie masz, jak w istocie 
brzydz:} mnie Francuzi, jak mnie brzydzi ich latwy, odgorny intelektualizm, ich 
latwe sformulowania, ktore rozbrzmiewaj:} juz w ustach dzieci (dzieci s:} tu star- 
cze), jak to wszystko wydaje si
 oddechem umieraj:}cego swiata. Wszystkie moje 
obecne kontrowersje z Czeslawem * na tym przede wszystkim polegaj:}, iz ja mu 
zarzucam to, co on mi zarzucal kiedys: latwose odgornego s:}dzenia i wartoscio- 
wania, teraz role si
 odwrocily, ja mowi
: moja skora obchodzi mnie najwi
cej, 
moje uszy, ktore s:} chore, moj nos zbyt dlugi, a on tokuje okqglymi zdaniami 
na samych szczytach, jakby istotnie jeden czlowiek mial szczegolne prawo os:}- 
dzania drugiego czlowieka, nie mowi:}c juz 0 swiecie. 
Nie wiem, kiedy st:}d wyjad
 i gdzie. Rozrachunek za Wielki Tydzien otrzy- 
malem z koncem miesi:}ca, pani Fischer w przyszlym tygodniu b
dzie w Pary- 
zu, spotkanie ze Stockiem mam w dniach najblizszych, Jurek Lisowski Branzy 
raju juz przedumaczyl, zobaczymy co z tego wyniknie, zarysowuj:} si
 pewne 
propozycje filmowe, tu na wszystko trzeba dlugo czekae, 0 nic si
 nie starae 
i tylko bye. W ostatnim czasie dokonalem, jak si
 zdaje, rzeczy dose niezwyklej: 
po spotkaniu z Czapskim - on zacz:}l czytae Niby gaj i wlasnie wczoraj mi tele- 
fonowal, iz nie wyobrazal sobie, ze w caloki jest to wszystko tak znakomite. Je- 
go pochwaly mog:} bye mylne, ale s:} rzadkie, mam bye u niego w przyszl:} sro- 
d
. Coz jeszcze? Znow 0 sobie tokuj
 i tylko 0 sobie, ale to nie dlatego, abym 
byl nieczuly na inne rzeczy i na uczucia innych ludzi, ale dlatego, iz wydaje mi 
si
, ze wszystko co mnie otacza, jest w jakis sposob (mam na mysli stosunek do 
mnie) tylko i jedynie uzaleznione tym, co ja zrobi
. Mojej k1
ski pisarskiej nikt 
nie pokocha i nikt si
 z ni:} nie zaprzyjafni, znacz
 tyle tylko - i1e potrafit; z sie- 
bie w literaturze dae. Zdaj
 sobie z tego spraw
 bardzo dobrze i Ty naj1epiej 
wiesz, dlaczego, gdy mi jest fIe, kryj
 si
 przed ludfmi, nawet najbardziej mi 
przyjaznymi. Jdli mowi
 czasami, iz moim marzeniem byloby trwanie pi
knej 
i mlodej kurwy, to nie z rozpustnej natury to wynika, lecz ze swiadomosci, ze 


* Czestaw Mitosz 


124
>>>
bodaj na krotki czas - pi
knose aniola latwiejsza jest (poniewaz darowana) od 
urokow talentu. B
dC}c pi
knym - wiem, ze jestem pi
kny, natomiast sfera wy- 
obrazni wciC}z i zawsze pozostaje krucha, jak szklo. Tyle na razie, troch
 si
 po- 
loz
, 0 6-tej ma przyjse Jean, cos przyniesie do jedzenia (zrozumienie oszcz
d- 
nosci) i moze wieczorem pojdziemy na Popi61 i diament, znow grany w Paryzu. 
Od kilku dni bohatersko walcz
 z katarem i grypC}. To lekarstwo, ktore Wam po- 
slalem przez Bochwica, zupelnie niezwykle. Wybacz poza tym glupot
 tej pa- 
czuszki, ale naprawd
 nie umiem kupowae i byl poza tym mroz. 


*** 


Juz odbylem popoludniowy odpoczynek, dochodzi piC}ta, stolik mam tuz 
przy oknie i za nim w ogromnym, szumiC}cym ogrodzie juz pierwszy zmierzch, 
ale jeszcze dose jasny, aby nie zapalac swiada, na niskim dachu, ktory zaczyna si
 
tuz za moim oknem, lezy cienka warstewka sniegu, niebo wciC}z czyste i niebie- 
skie, i tylko daleko w gl
bi, poza szarosciC} drzew, lekko zarozowione, jest wiatr, 
bojt; sit;, ze bierze mroz, chyba juz nigdzie dzisiaj nie pojd
, chcialem dopowie- 
dziee w zwiC}zku z tym, co napisalem, iz moja skora i moj nos obchodzC} mnie 
najwi
cej, ze to nie oznacza krancowego egocentryzmu, ale przdwiadczenie, do 
ktorego tutaj wlasciwie doszedlem, iz zabierae glos mozna tylko we wlasnym 
imieniu i na wlasnC} odpowiedzialnose siebie we wszelki osC}d angazujC}c, a rzecz 
na tym tylko polega, 0 ile sprawy mojej skory, moich uszu, mojego nosa mogC} 
lub nie mogC} stae si
 udzialem wi
kszej ilosci ludzi. Jdli smiesznose i boldci 
mojej skory znajdC} zrozumienie u wspolczdnie mi zyjC}cych - wtedy wygrywam, 
poniewaz poprzez mojC} jedynC} i "rylC}cznie mojC} skor
 wypowiadam trdci ogol- 
ne. Brzydzi mnie prezentacja siebie na wyrost i zaczynajC}ca si
 od sformulowan. 
Wlasciwie j
zyk francuski jest obmierzly: byle gowniarz (nie mowiC}c 0 Sagance) 
potrafi tym j
zykiem wyrazie pi
knie brzmiC}cy moralny osC}d. Wiesz chyba, 
o czym mysl
: ta gladka kadencja, ta oczywistose przymiotnik6w i takze dosko- 
nalose skladni, ale rownoczdnie latwose myslowa. Czytalem tu rozne ksiC}zki 
tzw. refleksyjne (Simone Weil i Jeanne Hersch - milose kr6tkc} Czeslawa, kiedy 
Janka byla sama w Stanach, obie Zyd6wki) i szlag mnie trafil, ze one najci
zsze 
sprawy swiata potrafiC} wypowiedziee tak e1egancko. Biedny i tutaj dla wielu 
gorzkich przyczyn znienawidzony Camus - tez, niestety, do tej parafii nalezal. 
Czy wiesz, ze Camus to nie pierwsza ofiara wypadku samochodowego Gallimar- 
da, kt6ry woz prowadzil i w kilka dni p6zniej umarl? PierwszC} jego ofiaq byla 
jego pierwsza zona, a z drugC} jego zonC} mial romans wlasnie Camus. 
Czytam procz "Monda" pras
 tzw. brukowC} i to jest koszmar. Wszystko jest te- 
matcm sensacji, wszystko musi bye opowiedziane z intymnymi szczegolami: choro- 
ba Edith Piaf (akurat 0 jej kulisach wiem dose duzo), dziecko Bardot, smiere tego 
osiemnastoletniego chlopca, kt6ry w noc sylwestrowC} zostal zastrzelony przez mi- 
licjanta i w og6le wszystko, co moze poruszye swinskC} ludzkC} natur
. Nasz swiat 
jest straszny, ale nie trzeba miee zludzen, ze ten jest lepszy. Tu si
 wszystko sprze- 


125
>>>
daje, tu wszystko jest kwesti:} pieni
dzy i wcale mi tego falctu nie lagodzi obecnose 
Notre-Dame, kasztanow rozowo bvitn:}cych na placu Saint-Sulpice oraz Cezanne 
i Rousseau w muzeum "Jeu de Paume". Nie wyobrazasz sobie, ile tu jest biedy, 
i to tej, ktor:} si
 ,vidzi w zm
czonych, szarych twarzach ludzkich w metrze W okre- 
sie wracania z pracy, i rowniez w lokalach, gdzie smiertelnie zm
czeni chlopcy go- 
dzinami stoj:} przy barze lub przy pustym stoliku oczekuj:}c starszego, forsiastego 
zba\viciela. Talc si
 zloZylo, ze na skutek roznych okolicznosci moze nie ostatecz- 
nie, ale dose dobrze poznalem ten swiat i juz chyba z nami, tymi z Polski, cos si
 
takiego dokonalo, ze mimo niesprawiedliwosci u nas si
 dziej:}cych, jestdmy szcze- 
golnie na wszelkie upodlenie i gorycz n
dzy uczuleni. Nie we wszystkich, oczy- 
wiScie, \\'Ypadkach, ale w bardzo ,vielu - tutaj to nie s:} sprawy daj:}ce si
 okrdlie 
regul:} moraln:}, poniewaz to s:} sprawy elementarnej egzystencji. Ale strasznie, jalc 
mi si
 wydaje, rozgadalem si
, juz dochodzi szosta, wci:}z za oknem szum drzew, 
jutro napisz
 jeszcze kilka slow i list wysl
. A wlasnie, wczoraj dostalem list od Jur- 
ka - pokr
cony jalc guma do zucia. Wydaje mi si
, ze moze nie zawsze, ale na pew- 
no w wielu wypadkach - idealnym stanem myslenia po\vinno bye to, co w nauce 
hinduskich jogow okrdlane bywa rozluinieniem wszystkich cz
sci ciala, zupdny 
luz. Rozumiesz, 0 co mi chodzi: odrzucie wszystkie urazy, wstydy, zahamowania, 
poczucie interesu i po prostu, b
d:}c w pdni rozluinionym, mowie. Z tym wszyst- 
kim, moze nawet i mysl:}c, jestem potwornie zm
czony. Ten swobodny i samo- 
dzielny tryb Zycia - juz nie dla mnie. Dla milionow Polalcow, gdyby mysleli 0 so- 
bie, ze S:} w Paryzu, byloby rzecz:} zupdnie niezrozumial:}, iz ,viele godzin sp
dza 
si
 w swoim hotelu i kiedy przychodzi wieczor - nie biegnie si
 po wrazenia, lecz 
zostaje w swoich czterech scianach. Zdaje si
, ze naprawd
 w sposob dyskretny 
przekroczylem pewn:} granic
, poza ktoq jest starose - juz znam skal
 pragnien 
i tme wiem, ile zludzen jest ich natchnieniem. Oczywiscie, mog
 pobiec, mog
 
zobaczye jeszcze jeden pejzaz, jeszcze jedn:} sytuacj
, mog
 przeprowadzie jeszcze 
jedn:} rozmow
, ale co z tego? prawie nic procz jeszcze \vi
kszego zm
czenia. Zda- 
rzaj:} si
, ocz)'\viscie, odchylenia od tej biednej normy, ale coraz rzadsze. Film 
Eisensteina jeszcze dzisiaj mnie gn
bi. Wszystko, co widzialem (prOcz Chaplina), 
jest wobec niego ubogie, lub wymizdrzone. Tam S:} takie rzeczy, ze czlo\viek po 
prostu slabnie i jest przestraszony, ze mozna cos podobnego stworzye. Ale zeby ta- 
lc:} sil
 tworzenia posiadae - trzeba, jak mi si
 wydaje, procz szczegolnego talentu 
- miee jeszcze przed sob:} i wokol siebie taki wlasnie swiat, jaki mieli i Dostojewski 
i Eisenstein. Nigdzie juz dzisiaj nie pojd
. 


sobota, dn. 16 I (rano) 
W nocy mroz dochodzil do IS-stu stopni, teraz tez jest dostatecznie zimno. 
Wyjd
 dopiero na obiad, na trzeci:} mam bye z Ew:} Fiszer na przedstawieniu 
Murzynow Geneta, a 0 szostej spotylcam si
 z Czapskim. W porownaniu z War- 
szaw:} tutejsze moje poranne oblucje odbywaj:} si
 calkiem au ralenti, nie pr
- 
dzej niz mi
dzy osm:} i dziewi:}t:}, wlaSciwie zycie stuprocentowego nieroba i je- 
dynym moim obowi:}zlciem jest sp
dzanie czasu. 


126
>>>
Troch
 mnie dziwi i niepokoi brak wiadomosci z "TworczoSci". Pisatem kil- 
ka tygodni temu do Stryjkowskiego, ani stowa odpowiedzi, a Jarostaw* pisat do 
mnie zaraz po swi
tach i nawet nie wspomniat 0 Bramach raju. Czuj
 w tym 
cos niedobrego. Nie rozumiem rowniez, dlaczego Chudek dzwoni, zamiast 
odpowiedziec na kartk
, ktoq mu przestatem. Zadzwon przy okazji do Wilka 
Macha, pisatem do niego juz dosc dawno, ale obawiam si
, ze pomylitem nu- 
mer domu, przyslij mi jego adres, dobrze? Gdyby na luty zapowiadaly si
 kto- 
poty finansowe, to mi zaraz napisz, a z tych dwustu dolarow odtozonych, prze- 
kaz
 natychmiast st
. 
Miatem zamiar dzisiaj wystac ten list, ale to bez sensu, bo i tak jutro nie ma 
samolotow. Wi
c jeszcze dopisz
 kilka stow wieczorem, albo jutro. 


wieczorem, godz. 10 (po wypraniu koszuli i skarpetek) 
godz. 12 - wychodz
 z hotelu, mroz nie jest duzy, raczej blisko odwilzy, id
 do 
metra Vane au i jednak zeby nie marzn:}c, jad
 az do Odeon, aby 
wziClC tam przesiadk
 na St. Germain. Wychodz
, kupuj
 na rogu 
koto Cafe Flore "Paris soir" i id
 naprzeciw do "Royal", aby na 
oszkIonej werandzie wypic jedno Martini i czytac gazet
. 
godz. l.15 - po przeczytaniu gazety przechodz
 obok do "Ch6pe St. Germa- 
in", jem tzw. sniadanie: kurcz
 z rozna, kawatek ananasa oraz tzw. 
"une demie rouge", czyli 40% litra (950 fr.). 
godz. 2.00 - opuszczam "Ch6pe St. Germain", dochodz
 do metra Mabillion 
i jad
 do dolnej cz
sci dzielnicy Lacinskiej, gdzie obok Hal Win jest 
Theatre de Lutice, tam wtasnie graj:} Murzyno1V Geneta. Mam jeszcze 
przeszto pot godziny czasu, wi
c zachodz
 do najblizszego bistro, pi- 
j
 express i mal)' kieliszek cal-vadosu. Na matej kartce notuj
 zabaw- 
ne szczegoly wynikaj:}ce z tego, ze jedna ze scian bistra jest ogrom- 
nym lustrem. Zegar przede mn:} wskazuje 2.35, ale w lustrze 
wieczornCl 9.25. Moj prawdziwy idzie naprzod, tanlten si
 cofa. 
To znakomite. 
godz. 2.45. \Vychodz
 z bistra i juz widz
, ze idzie ku mnie Ewa Fiszer. Przed- 
stawienie odwotane, zachorowat jeden z aktorow, ale Ewa jest umo- 
wiona ze swoj:} znajom:} w kawiarni na St. Germain, wi
c bierzemy 
metro i jedziemy. Po wyjSciu z metra ja si
 trz
s
 z zimna, wi
c Ewa 
ciClgnie mnie w boczn:} uliczk
, gdzie jest wyprzedaz (styczen - 
wsz
dzie wyprzedaz rzeczy zimowych) i za 1500 fro kupuj
 kamizel- 
k
, ktorej konsystencja waha si
 pomi
dzy skoq i nylonem, ciemno- 
szara, bardzo szykowna i ciepta. Znajoma Ewy - zona Sergiusza 
Goltrymna - (w sztuce Sartre'a), mila i zabawna, gra glown:} rol
 
w sztuce Sagan (premiera w lutym). 


* 


J arostaw I waszkiewicz 


127
>>>
godz. 5.10 - wracam do hotelu i zaraz wychodz
, zeby spotkac si
 z Czapskim. 
PS. Spotkalem Czapskiego, uznal mnie za najwi
kszego pisarza polskiego, 
Jean jest dzisiaj zaj
ty, wi
c wrocilem do domu. Dobrze ze jestes. J. 


Bardzo mi 
brak 
Marcina 


poniedzialek, 18 I, 2 godz. rano 
Drugi moj bardzo poiny powrot do hotelu. Wyszedlem na miasto kolo 11- 
-tej (wczoraj, w niedziel
), 0 12-tej spotkalem si
 z Jeanem w Cafe[...]*na 
Champ Elysees, zjedlismy obok sniadanie i na godz. 2-g:} poszlismy do Cinema 
Ternes na Popi61 i diament. On wzruszony i przej
ty, ja - pelen wielkiej gory- 
czy dla niedobrego rzemiosla Andrzeja. On naprawd
 nic nie umie: tu kazdy in- 
teligentny czlowiek mowi przede wszystkim 0 scenariuszu. Po filmie godzina 
odpoczynku w hotelu i na 7-mCl przyj
cie u markiza de Villfossa, najwi
kszy 
snobizm, kochanie Polski, uwielbienie dla Popiolu i diamentu, szcz
Scie, ze by- 
la rowniez Ania J awicz, ona jedna z ludzi, ktorych poznalem, jest m:}dra i do- 
bra, byl Cavalcanti, taki wielki rezyser jeszcze sprzed wojny, teraz zupelny ra- 
mol, nuda, nuda i tylko to, poniewaz my, ktorzy zyjemy w Polsce, jestesmy 
o wszystko mCldrzejsi niz ci ludzie tutaj. Znamy cierpienie, znamy upodlenie, 
wiemy, co jest klamstwem - oni s:}, jak dzieci. Wyszlismy z AniCl pierwsi (uwa- 
zajCl nas za par
 kochankow) i poszlismy piechot:} w glClb Quarrier Larin (naj- 
pi
kniejsze pejzaze, jakie w ogole widzialem) - martwe katedry, Panteon oswie- 
tlony tylko w gorze, poszlismy do knajpy przy place de l'Soltrapade, tylko 
mlodzi i piosenki z poludniowej Ameryki, smutek coraz wi
kszy, Ania znalazla 
dla J eana prac
, wszystko to jest sen, ale jakos go zapami
tam, pami
tam nie na- 
zwy, lecz kolory i diwi
ki. Jezeli pisz
 0 tej godzinie - to dlatego, ze jest mi 
smiertelnie smutno i na ten smutek naszego doswiadczenia nie ma juz zadnej 
rady. ani SCl smieszni, troch
 bezradni, jeszcze spragnieni nadziei - natomiast 
my wiemy juz wszystko, co nam swiat moze dac: rowniez to, czego swiat mo- 
ze nam odmowic. Tu naprawd
 i bez zgrywy poczulem si
 stary. Zrozum - nie 
latami, nie zm
czeniem, ale swiadomosciCl i wiedzCl. ani SCl jak dzieci, nic nie ro- 
zumiejCl, ale spragnieni sCl, aby przyszedl ktos silny i ich zgwalcil. Nie mysl, ze 
jestem pijany. Owszem, troch
 pilem, ale to nie ma znaczenia. Francuski inte- 
lektualista jest n
dzarzem wobec swiadomosci naszej. To jest swiat przerazajCl- 
cy. Ginie i nie wie, ze to si
 staje. Dobranoc, jest za pi
tnaScie trzecia, jednak 


* Wyraz w r
kopisie trudny do rozszyfrowania. 


128
>>>
trzeba spae. Jutro, a raczej dzisiaj, mam pelen dzien. Dobranoc, na miar
 mo- 
ich malych mozliwosci staram si
 bye rozs:}dnym. Wlasnie gdzid w gl
bi nocy 
zadzwonil zegar, id
 spae. 


poniedzialek, 18 I (godz. 11.15) 
Takiego przezycia, jak dzisiaj, chyba juz od wielu lat nie mialem. Wyszedlem 
z kina opuchni
ty od lez. Bylem na S1Viatlach rampy Chaplina. To jest cos ta- 
kiego, co w ogole si
 nie midci w kryteriach wspokzesnej sztuki. Rozumiem te- 
raz, ze po premierze jeden z krytykow francuskich si
gn:}l do Szekspira. To jest 
wi
cej niz genialne, to jest dla wszystkich - m:}drych i glupich, przez caly film 
nie ma chwili smiechu, ale pod koniec jest scena parodii muzycznej (Chaplin 
i Buster Keaton), czlowiek zdycha ze smiechu i za chwil
 nie moze nie plakae. 
Nie wiem jakim bogom, ale jakims nalezy dzi
kowae, ze wsrod tego obl:}kane- 
go i zagubionego swiata moze si
 znalefe czlowiek - bez pozy, zwyczajny - 
ktory tak moze opowiedzian:} przez siebie histori:} wstrz:}sn:}e. Nie mog
 Ci te- 
go opowiedziee - moze, jak wroc
 - ale, naprawd
, od dawna mi si
 nie przy- 
darzylo, abym rzecz:} zrobion:} przez czlowieka byl tak wstrz:}sni
ty. Wlasciwie 
plakalem przez caly czas. S:} w tym filmie nawet dluzyzny, ale wszystko razem 
na pewno genialne i tylko mozna przed tym pase na kolana. Smutno mi, ze nie 
mozecie tego zobaczye. Dobranoc. 


wtorek, 19 I 
Rano twoj list. Nic nie rozumiem. Wyslalem dwa ogromne listy (jeden z no- 
tatkami od 30-ego grudnia i drugi jako dalszy ci:}g), pierwszy powinien juz byl 
dojse - cztery bite strony. Od Jaroslawa zadnej wiadomosci. Nie ukrywam - bo 
i po co? - ze jestem dose mocno uderzony Twoimi wiadomosciami. A moze na- 
wet i nie nimi, ale moj:} przyszlosci:}. Co ja, wlasciwie, mam robie? Zyj
 tutaj 
w pewnym luksusie, mam nieomal wszystko, jest mi fIe i zupelnie nie wiem, co 
ma bye dalej. Bramy raju ukaz:} si
 najpewniej w miesi
czniku "Temps Moder- 
nes". Francuskie wydanie Popiolu i diamentu jeszcze nie sfinalizowane, ale prawie 
u Stocka pewne. Dzisiaj tam wlasnie bylem i zdaje si
, ze swobod:} mojej okrop- 
nej francuszczyzny zrobilem dobre wrazenie. Nauczylem si
 mowie w sposob zu- 
pelnie bezwstydny i kiedy czuj
 bl:}d - po prostu pytam, jak to naleiy powiedziee. 
Czasem, gdy chodz
 po tym midcie, wydaje mi si
, ze rzecz do napisania na- 
prawd
 wielk:} wci:}z mam przed sob:}, koszula, ktoq kupilem okazala si
 drog:} 
tandet:}, juz ma lekko przetarte mankiety, ale moje spinki s:} naprawd
 pi
kne, 
wszyscy tutaj twierdz:}, ze utylem, teraz jest godzina 7.30 wieczorem, nigdzie 
juz nie wychodz
, kupilem troch
 owocow, wina i sera, po wizycie u Stocka by- 
lem znow u panstwa Villfosse, ona do "Nouvelles l'Hercuvis" pisze duzy arty- 
kul 0 mnie, wci:}z mysl
 0 wczorajszym Chaplinie, ach prawda! - zapomnialem 
wczoraj napisae, ze przed filmem szedl krotki metraz "Mazowsza", kolorowy, 
"wietnie zrobiony, to zupelny szok patriotyzmu - nagle, na ogromnym dzie- 
dzincu przed Palais Chaillot, sk:}d widae ogromn:} panoram
 Paryza z Pante- 


129
>>>
onem w gl
bi - widzisz "Mazowsze" i slyszysz J(ukulkf. Nasz patriotyzm przy- 
pomina niedosyt kochania. Widuj
 tu przewaznie emigracj
 i wszyscy jesteSmy 
zwariowani, jeSli chodzi 0 Polsk
. 
Zupelnie nie wiem, kiedy stld wyjad
. Bioqc na rozsldek i rzecz traktujlc, jak 
interes, powinienem bye tutaj mozliwie dlugo, poniewaz machina dopiero zaczy- 
na si
 rozkr
cae. Tak wi
c nie mysl
, abym przed 15-tym lutym wyjechal stld. 
Co najwazniejsze - nie mam zadnej ochoty na Wlochy. Znow wszystko od no- 
wa zaczynae? Tu juz jestem jakos zadomowiony, juz mam swoje wlasne lokale, 
nowych przyjaciol i juz zaczynam si
 czue, jak u siebie. Ale z czego my b
dzie- 
my zye, kiedy wroc
? Mam tutaj bardzo dobre informacje i czuj
 si
 zupelnie 
bezsilny. Powiedzl, jak Putrament: to jest arcydzielo, i szybko i sprawnie skazl 
na smiere. Zastanawiam si
: co jest w Bramach raju, ze wszyscy piejl takie po- 
chwaly. TreSe? Styl? Poezja? Andrzej Wasilewski, ktory przyjechal tu przed tygo- 
dniem i natychmiast r
kopis pozyczyl od Lisowskiego - powiedzial mi, ze to jest, 
jak Mickiewicza J(siM'i Pielgrzymsnva, napisane w drugiej polowie naszego wie- 
ku. Obawiam si
, ze dokola tej rzeczy rosnie mitologia i rozni ludzie chcl mi 
podlozye treSci, 0 ktorych w ogole - piszlc - nie myslalcm. Ale - zdajc mi si
 - 
ze po raz pierwszy w zyciu napisalcm cos, co sklania si
 ku sferom magii, a gdy 
taka rzecz zostaje spelniona - wyobrainia odbiorcow przerasta wyobraini
 same- 
go tworcy. Wszystko, co tu przezywam, wydaje mi si
 snem. Teraz za moim 
oknem szumil drzewa i przed chwill bit zegar, jestem bardzo zm
czony, nawet 
sobie nie wyobrazasz jak zm
czony, ale to jest koniec dnia, jest teraz pi
tnascie 
po osmej, pojd
 spae za chwil
, a jutro b
d
 mogl posiadae to wszystko, za czym 
t
skni tysilce Polakow: slynne ulice, wie1kie katedry, pijaka spilcego w pelny 
dzien na ulicy, gdzie jest otwor metra, wlasnie wczoraj po kolacji, ktorl jadlem 
z prawnukiem malarza Michalowskiego, spotkalismy takiego typa - spal na tro- 
tuarze wytwornej rue de Rennes, na kratach metra, gdzie jest cieplo, nie mial jed- 
nej nogi, tylko kikut, spal i wszyscy przechodzili obok zupelnie oboj
tnie, powic- 
dzial mi Zygmunt Michalowski (radio Wolna Europa), ze robi to, poniewaz tak 
chce, a ja dodalcm: i panstwo pozwala. Wi
c wlasciwie wolnosc? Dobranoc. 


niedziela, 00. 24 I 60 
Na skutek kryzysu formy narracyjnej - kilka uwag oraz not swiadczlcych 
o intensywnym zyciu duchowym autora: 
1) niepokojlcy brak wiadomoSci od Was oraz niepewnose, czy moje ogromne 
trzy listy ze stycznia do Was doszly. Pierwszy byl dalszym cilgiem poprzcdnie- 
go (30 XII 59) 
2) wczoraj na przyj
ciu u Zulawskich, prosilem Andrzeja Wasilewskiego, zeb\ 
zadzwonil i powiedzial, ze u mnie wszystko w porzldku. 
3) znajomi mowil, ze wyglldam swietnie i odmlodnialem. Nic wiem z czego 
i dlaczego? 
4) Nawet w mrozy chodzitem bez r
kawiczek i nie mam qk opierzchni
tych. 
Tu mi jest cilgle (z wyjltkiem kilku dni) cieplo. Chodz
 w letnim plaszczu i ju' 
bez planu Paryza. 


130
>>>
5) Be;de; tu nie dluzej niz dwa tygodnie: czekam na decyzje; Stocka, przyjazd pa- 
ni Fischer z Monachium oraz sprawe; druku Bram raju w "Temps Modernes". 
6) Listu od ]aroslawa nie otrzymalem, natomiast ]ulek Zulawski pisal do mnie 
z Londynu. 
7) \Vie;c NieJVidzialni czarodzieje dozwoleni? Czytalem wczoraj wywiad Kawa- 
lerowicza w "Trybunie Ludu". 
8) Ze mn! be;dzie wywiad w "Nouvelles Litteraires". ]ednej rzeczv nie moglem 
sobie odmowie, mowi!c 0 Miloszu, jako 0 moim przyjacielu. 
9) \V przyszlym tygodniu zakladam tutaj swoje konto w banku z prawem, ze 
procz mnie jeszcze jeden czlowiek (Zygmunt Hertz) ma prawo podejmowae 
pieniqdze. 
10) Zupelna wiosna. 
11) Jutro chce; ise obejrzee wystawe; Gauguina. 
12) Z pienie;dzmi angielskimi trudnosci, ale moze uda sie; je wydobye (Anglia 
nie wysyla pienie;dzy za granice;). Pisze; w tej sprawie do ]ulka. 
13) \Vlasciwie jest mi prawie dobrze. Odpukaj. 
14) Mowie; po francusku, jak krowa, ale mowie;. Nawet dowcipy. Poza tym, kie- 
dy czuje;, ze cos jest niedobrze - po prostu pytam. \V moim wieku obcy je;zyk 
juz nie wchodzi w uszy. 
15) ]eszczc nie wicm, gdzie pojade; najpierw do Wioch. Chyba do Rzymu i po- 
tem na Capri. Czekajq na mnie jakieS pieni!dze w Genui i propozycja umow 
w lviediolanie. Napisalem na kartce adres, gdzie jak najszybciej nalezy wyslae Po- 
pi6l i dia111ent oraz Nib
'Y gaj. Dla pewnosci jeszcze raz podaje;: Levici Editori, 
via Santa Tecla 5, Milano. 
16) W czwartek leci do \Varszawy Arika Madeyska, ale ze wzgle;dow finanso- 
wych nie wiem jeszcze, czy be;de; mogl cos \Vam przeslae. Poza tym idei do za- 
kupow nie mam. Napisz, co rzeczywiscie potrzebne. 
17) We Wloszech chce; bye nie wie;cej niz poltora, dwa miesilce, aby w kwiet- 
niu tu wrocie. Musze; rozsqdnie dbae, aby tej jedynej - bye moze - okazji nie 
zmarnowae \\' sensie wydawniczym. 
18) Milosz wydal kilka dni temu pie;kI1! ksi!zke; - rodzaj autobiografii: Rodzin- 
na Europa, jest tam 0 mnie kilka bardzo cieplych slow. I tez jako 0 przyjacielu. 
Wie;c rewanz. 
19) Cale dzisiejsze popoludnie poswie;cone korespondencji (tyko interesa). 
20) godz. 19 - chyba nawet nie pojde; na kolacje;. Wczoraj wydarzyla sie; rzecz 
zupelnie humorystyczna. Majqc \\ie;ksze pieni!dze - zawsze wie;ksz! ich cze;sc 
oddajc; Zygmuntowi Hertzowi (on organizacyjnie trzyma "Kulture;"). Otoz nie 
maj!c juz picni
dzy, a u Hertza w dcpozycie posiadaj!c 50 tysie;cy frankow - 
umowilismy si
 przed poludniem u Duponta (wsze;dzie jest Dupont) kolo St. 
Lazare. Gadalismy dwie godziny, potem on pojechal do Maisons Laffitte, ja. na 
St. Germain na obiad i obaj zapomnielismy 0 forsie. Musialem \\ieczorem u Zu- 
lawskich od ]crcmiasza pozyczye (u niego jest 200 dolarow), zeby dzisiaj prze- 
iye - obiad: kura po baskijsku, cos fantastycznego, gotowana w sosie pomido- 


131
>>>
rowym z pieprzem i kidbas! potem ciastko (une tarte) z morelami. Pieni!dze 
przesyla Hertz poczt!, ale to b
dzie dopiero jutro. 
21) W mojej bialej koszuli juz si
 przecieraj! mankiety. 
22) Dopiero niedawno zorientowalem si
, ze moje spinki s! zlote. Perlowa emalia. 
23) Kupilem czarne skarpetki. 
24) Czarne buty gorsze od wloskich: scinaj! siC; gumy na obcasach. 
25) Najprzyjemniejsze znajomosci: Ania ]awicz, panstwo ViIlfosse (on bardzo 
inteligentny arystokrata, dzialacz Ruchu Obrony Pokoju - rozczarowany, ona- 
stara komunistka, jeszcze z Gide'em byla razem w Rosji, wyst!pila z Partii, za- 
kochana w Polsce, zakochana w Popiele i diamencie, to ona zrobila ze mn;} wy- 
wiad; Jean Lenteste - towarzysz wielu moich wieczorow, potrafi mowic takie 
np. monologi: Drodzy przyjaciele, oto zebralismy si
 przy grobie mojej ukocha- 
nej zony, ktorej - na szcz
scie - nigdy nie kochalem, ale ktorej posag przyniosl mi 
bardzo wiele pieni
dzy... Jest to przemowienie wielkiego dyktatora. Wyglasza 
rowniez przemowienia ministrow, profesorow i generalow w tym samym stylu. 
Poza tym, procz kryminalow nie czytal niczego: nawet Balzaca. Ale gdy mowa 
o swobodzie, co wolno, a czego nie wolno - wowczas ze szczegoln! pewnosci! 
siebie i prostot! mowi: llOUS somme, eu Republique. Przedziwny kraj. Tu wolnosc 
jest na wszystkich ustach, ale juz jest mitem. Zyj! chwal! i dum! tradycji, tylko 
tym. Ale te minione wieki istniej! w najbiedniejszym czlowieku i jezeli kurwa mo- 
wi: nous somme, eu Republique, to nie jest w jej ustach frazes, to jest oddech prze- 
szlosci, ktorej - niestety - nie odpowiada chyba zadne echo dnia dzisiejszego. 
26) Akapit 25 za dlugi. 
27) Les clochards - nie ma tu ich wielu, moze kilka tysi
cy. Zasada - nie zara- 
biac na jedzenie. Spi! byle gdzie, czc;sto posrodku rojnej ulicy, na kratach nad 
metrem, bo stamt!d idzie cieplo. Szedlem kiedys z przyjaciclem Zygmunta - 
Zygmuntem Michalowskim (prawnuk malarza, pracuje w Wolncj Europie) 
i wlasnie taki jeden clochard lezal prawie na rogu St. Germain i rue de Rennes, 
lezal na kracie cieplej od metra, dokola dum ludzi, wicIkie magazyny, Micha- 
lowski powiedzial: Spi w ten sposob, bo tak mu si
 podoba, a ja - syn mojego 
narodu - dodalem: i Panstwo mu na to pozwala. 
28) Akapit 27 za dlugi. 
29) M
czylo mnie przez wiele dni, czy zoha kombinacja jest wlasciwa. 
30) Czesia Zulawska twierdzila wczoraj, ze mam najpi
k.niejszc rc;ce ze wszyst- 
kich, jakie zna. 
31) Tydzien temu kupilem nozyczki, musialem. 
32) Uzywam lawendy Yardleya. 
33) M
czarnia prania co wieczor koszuli i skarpetek. Chyba kupi
 drug! koszu- 
I
. Ta stara wloska z orlonu po prostu si
 rozlcciala. 
34) Wci!z si
 nie mog
 wybrac do Luwru. ]ak pisal GalczYI1ski: za duzy wiatr 
na moj! wdn
. 
35) W przyszl! sobot
 mam poznac u Villfossow Jean Cassuu. Francuzi s! 
trudni i w istocic potwornie ekskIuzywni. ]ezcli Villfossowie mnic lubi!, to zda- 


132
>>>
je si
 dlatego, ze jestem dobrze wychowany, troch
 egzotyczny i z t! nasz!, pol- 
sk!, mieszank! sentymentu, ironii i chyba zarliwosci. 
36) Najbardziej myl! mi si
 rodzaje (SkOI1.czyl si
 akurat olowek i musialem za- 
lozyc nowy) - co jest "un", a co "une". 
37) Nie lubi
 pisac nowym dlugopisem. 
38) Chodz!c po mieScie juz nie patrz
 na wystawy. 
39) Dostalem kartk
 od Wilka Macha. 
40) W Hiroschime, mon amour s! takie sceny, ze dopiero je widz!c zrozumia- 
lem, jak mozna doslownie przenidc na ekran Bramy raju. Ale z tym wszyst- 
kim Chaplin najwi
kszy. Tak mi zal, ze nie mozecie zobaczyc SJViatel rampy. 
Ale juz 0 tym pisalem. 
41) Zupdnie inaczej pisze si
 tym dlugopisem, jest twardy. 
42) godz. 20.15 - nawet jestem troch
 glodny, ale juz nie wyjd
. Cieplo 
i wiatr. Drzewa za moim oknem szumi!. Boze, jak tu w istocie jest pi
knie. 
43) Bardzo mnie interesuje, co to b
dzie - to, co po Bramach raju napisz
? 
44) Klad
 si
 i czytam najslawniejsz! powidc ostatniego roku: Le guepard 
(Lampart)" ksi
cia di Lampedusa, jest to jedyna jego powidc, ksi!zka wielkiego 
arystokraty z Sycylii, napisal j! maj!c 60 lat i natychmiast umarl. Posmiertna slawa. 
45) Wypralem koszul
 i skarpetki (godz. 20.45). 
46) Najpi
kniejsz! rzecz! w Hiroschime, mon amour jest odnalezienie stylu fil- 
mowego dla wspomnien i monologu wewn
trznego. 
47) Dla Marcina: pozawczoraj, wracaj!c ze spotkania z Jank! (zjedlismy na 
ostatek skromn! kolacj
 na Bl. des Italiens - sandwich i sok pomidorowy), po 
raz pierwszy znalazlem si
 w metro Palais- Royal. To cos nieprawdopodobnego. 
Niektore metra (Concorde, St. Michel, Abbesses - to jest Sacre-Coeur, Cite - 
maj! schody ruchome, albo windy) s! rozlegle, ale czegos podobnego jeszcze 
nie widzialem, nawet Chate1et jest przy rozleglosci Palais-Royal szczeniak, od- 
bylem korytarzami w
drowk
 chyba cos kolo kilometra. Niektore stacje, np. 
Odeon maj! linie przebiegaj!ce gl
boko pod inn! lini!, wci!z jestem oczarowa- 
ny sprawnosci! i precyzj! tej komunikacji. 
48) Juz si
 wyzbylem "szacunku" dla aut. Tu przechodzien jest pierwszy i na 
. . . 
mego Sl
 uwaza. 
49) Posh; przez Arik
 ostatni numer "Paris Match" (proces Jacconda!) - esen- 
cja tutejszej glupoty, przeczytaj to uwaznie. 
50) A wi
c si
 ktad
 - 21. 


wtorek, 26 I 
Nic nie rozumiem. Dostatcm dzisiaj list od Agnieszki i ani slowa, czy moje 
listy otrzymaliScic i czy Wam Bochwic dor
czyl paczk
 z roznymi drobiazgami: 
mial bye u Was w ubiegly ponicdzialek. Zostawitem t
 paczk
 u niego w hote- 


. Lampnrt- powicSc ksi
cia Giuseppe Tomasi di Lampedusa [1898-1957]; tytut wtoski brzmi 
Ilgattopardo; powidc zostaia wydana we wtoszech w 1958 roku. 


133
>>>
lu, chyba nie zgin
la. I dlaczego Ty si
 nie odzywasz? W ten sposob rzeczywi- 
scie mozna utracic wszelki kontakt.Troch
 si
 niepokoj
, czy moje listy ze 
wzgl
du na swojl grubosc nie utkn
ly gdzid w niepotrzebnym miejscu. 
W paczce byly m. in. kombinacja i ponczochy, torebka dla Agnieszki, slipy 
i podkoszulek dla Marcina, lekarstwa przeciw grypie. 


godz. 19. 
Widzialem si
 dzisiaj z tzw. wydawc! wloskim (Silva z Genui), oczywiscie 
mieszka w hotelu przy Etoile. Jedna dobra wiadomosc: 'Vat zostal u niego kie- 
rownikiem kolekcji slowianskiej. Moj wybor opowiadan ma pojsc jako pierwszy. 
Ciesz
 si
 za Wata, bo to dla niego rozwi!zanie trudnej sytuacji. Tak wi
c we- 
dlug wszelkiego prawdopodobienstwa wyjad
 st!d najdalej za dwa tygodnie do 
Genui i chcialbym troch
 odpoczlc (choc wszyscy mowiC}, ze znakomicie wy- 
glldam i zupelnie nie przypominam tego zmordowanego czlowieka, ktory przy- 
jechal z poczltkiem grudnia) na wloskiej Riwierze, pewnie w Nervi. Dzisiaj pi- 
sz
 do Wata, a adres moj przysl
 Wam na czas. 
Bylem na Zlodziejach rower6JV, Boze, jakie to pi
kne! Marysku, zorientuj siC; 
szybko w sprawach finansowych (Popi61 i diamellt w PIW-ie) i rownie szybko 
mi napisz, czy mam tu wplacic 100 dolarow, czy cale 200. Mysl
, ze to ostat- 
nie. Nie musz
 si
 ubierac, a zresztl wcilz mi si
 wydaje, ze cos tu zrobi
 w sen- 
sie wydawniczym. Na Bramy raju tez mam propozycje wloskie. Za tydzien Li- 
sowski ostatecznie przeklad skonczy. 
Dwaga: jdli nie za poino, to do Levici Editori nie wysylaj Niby gaju tylko 
Popi61. 
A poza tym: w najblizsz! sobot
 mam przyjc;cie 0 21-ej. Chcialbym, zebys 
zatelefonowala mi
dzy 19-20 (lnvalides 18-65), zrob to, bo jestem niespokoj- 
ny, co z listami i w ogole. A jdli nie w sobot
, to w niedzielC; ranD 0 8-ej. 
Jeszcze jedno (ten nowy dlugopis okropnie pisze, poslalem Wam w paczce 
kilka takich) - nie dziw si
, ze pisz
 rowniez i glupstwa, ale piszC; tak, jak mysl
 
i tak, jakbym z Wami rozmawial. Bcz glupich drobiazgow najwic;ksze prawdy 
i uczucia stajl si
 falszywe, nie? Arika leci w czwartek, wi
c jeszcze jutro dopi- 
sz
 kilka slOw - moze cos od Ciebie bc;dzie. List Agnicszki uroczy, ale odpo- 
wicm jej osobno, pocztl i kartkami. Juz nie wychodz
, kupilcm troch
 szynki, 
chleba, wina, czekolady i jem tanio i wygodnie w domu. 
Wczoraj tak lalo, ze musialem kupic parasol. 


27 I 
Dostalem dzisiaj list od Cicbie, ale na skutek roznych okolicznosci nic mog; 
pisac dluzej. Arika opowie. Rozmijania siC; listow zrozumiale, trzcba troche; wy- 
rozumialosci. Caluj
 Was. 


]. 


134
>>>
czwartek, dn" 28 I 
To, co wyzej, to ostatnia strona listu, ktory zabrala ze sobl Arika. Bardzo 
malo ostatnimi tygodniami jl widzialem, poniewaz wcilz gdzid wyjezdzala, 
a ostatniego dnia jej pobytu w Paryzu liczylem, ze zobacz
 si
 z nil wieczorem, 
tymczasem spotkalismy si
 na obiedzie i na szcz
Scie caly list do Ciebie mialem 
przy sobie, procz tej ostatniej stroniczki. 
Zdaje si
, ze poczta troch
 dochodzi do rownowagi: wczoraj mialem Twoj list 
z 21-ego (ten, jak piszesz, przykry), a dzisiaj ranD dostalem nast
pny, z datl25-ego. 
Zupdnie jak w Europie! Bardzo si
 ucieszylem, ze oba moje dwa ostatnie listy do- 
szly, a rowniez paczka si
 ujawnila, bywajl - ostatecznie - sttaty wi
ksze od listow 
i paczek, ale zawsze szkoda pewnych dowodow pami
ci, nawet, jdli bywajl myslo- 
wo sprzeczne i pogmatwane, a materialnie wi
cej niz skromne. Do Agnieszki wysy- 
lan1 dzisiaj pi
e kartek, dlaczego az i akurat pi
e - wyjaSniam to w kartce Nr 1. 
Bylem dzisiaj ranD z EWl Fiszer na wystawie obrazow Gauguina, dose 
dziwaczna vvystawa, prawie sto plocien z roznych muzeow i krajow, malo stosun- 
kowo tych wielkich Gauguinow z ostatniego okresu, gdy zamieszkal na Tahiti, 
plaskich prawie jak freski i zachwycajlcych kolorowoscil, szczegolnie roznymi 
odcicniami rozowosci (jest m. in. ten znany obraz: konie na rozowym brzegu 
morza), natomiast bardzo wiele plocien wczdniejszych, w niczym Gauguina nie 
przypominajlcych, zawsze robionych pod kogos ze wspokzesnych i bez zadnych 
znamion indywidualnosci. \Viszl wi
c troch
 gorsze Cezanne'y, Pisarro, Sisley, 
czasem cos z Van Gogha, a nawet Maneta. Chyba rzadki wypadek, aby artysta 
pod koniec zycia tak osobisty i tak wlasnie osobistl wizj
 swiata odtwarzajlcy 
w obrazach - przez wiele lat byl tylko epigonem i to najrozmaitszych stylow. 
W calosci wi
c w)'stawa ciekawa raczej jako przyczynek do Gauguina, ale samym 
Gauguinem malo nasycajlca. 2-go grudnia ma bye otwarta duza wystawa Van 
Gogha, a nast
pna w jednej z rozlicznych galerii kolo Odeonu \V)Tstawia kilkana- 
scie nowych plocien Kobzdej. Dzisiaj natomiast dla odmiany mam si
 widziee 
wieczorem z Markiem Rudnickim, ktorego tylko raz widzialem i to prze1otnie. 
Juz po1knllem jeden zie10ny proszek antygrypowy, bo jakos niewyraznie si
 czu- 
j
, zaczyna si
 tu epidemia grypy, a zapowiadajl jeszcze jej silne nasilenie 
w zwilzku z przesuwaniem si
 grypy wloskiej na polnoc. Pogoda jest rzeczywi- 
scie zdradliwa, ranD zimno, silpi deszcz, potem nagle przeciera si
, swieci slon- 
ce i momentalnic jest wiosna. Chodz
 wi
c z reguly w letnim plaszczu, bo wol
 
troch
 chwilami zmarznle, niz pocie si
 w ci
zkicj jcsionce. 
Sldzlc z listu Ani Baranowskiej (sckretarki "Tworczosci") do Lisowskiego 
sprawa Bram raju. wcale nic jest definitywnie zakonczona, cilgle jeszczc majl 
nadziej
, ze dojdzie do druku; mysl
, ze Jaroslaw dlatego 0 tej sprawic nie pi- 
sal, czckajlc na ostatcczny wyrok. Jak ktos tu slusznie powiedzial, ze u nas ni
 
nie jest trwalc: i to, co dobre, i to, co zle. Jdli nie ma cilglosci i wytrwaloscl 
w budowaniu, to nie ma jcj rowniez w niszczeniu. 


135
>>>
1 II 
Te1efony zawsze psuj
 korespondencj
, poniewaz - nagle - to, co zostalo na- 
pisane - zostaje zdystansowane przez sprawy - wypadki blizsze. Sp
dzilem dzi- 
siaj par
 koszmarnych godzin w Luwrze (wci
z wiosna, slonce). Nie mozna zna- 
leic si
 nag1e wsrod pam tysi
cy arcydzid. Zbyt silny nacisk nazwisk, slawy, 
przeszlosci. Ostatni list dostalem dzisiaj ranD i wszystko co chcesz, b
dzie kupio- 
ne. Bardzo trudno znaleic torebki bez zlota. Ale znajd
. Wczoraj prawie caly 
dzien sp
dzilem z Ani
 Jawicz, Basi
 Kwiatkowsk
 i Polailskim. Wyj
tkowo by- 
lo przyjemnie. Jedlismy obiad w restauracji chinskiej, a potem dlugie godziny 
wal
salismy si
 w niedzie1nym dumie po wie1kich bulwarach. Basia sliczna, pros- 
ta i urocza. Zdaje si
, ze zrobi tu duz
 karier
. Kolacj
 jedlismy na Montmartrze. 
[Viuore PISANO dit PISANELLO (1380-1451) - portret ksi
zniczki z ro- 
dziny d'Este. * 
Ten portret ksi
zniczki d'Este od lat uwie1bialem. To jest zupdne cudo, po- 
niewaz w tym obrazie jest cos wi
cej, niz zostalo namalowane.] 


niedziela, do. 7 II 
Po Twoim telefonie sprzed tygodnia wyslalem duzo kartek do Ciebie i do 
Marcina, bo jakos nie moglem si
 zabrac na pisanie listu. J akos przejsciowo ile 
si
 czuj
 fizycznie. Obrzydliwa od kilku dni pogoda i wci
z si
 nie mog
 zdecy- 
dowac, co ze sob
 zrobic: zostac tu, czy jechac do WInch. Wiesz, jak mi jest 
trudno podejmowac decyzje, zwlaszcza, ze za kazd
 stoj
 racje na tak i nie. 
Par
 dni temu dalem pani Hager 50 tysi
cy fi-ankow (100 dolarow). Za- 
dzwon do Hagera na te1efon "Kadru" (450-33). 
Przez Ani
 Posner nie mog
 poslac nic wi
cej, bo leci samolotem i jest ob- 
ci
zona jeszcze innymi paczkami. 
Znow troch
 neurastenii, ale to przejdzie. 
Caluj
 Was wszystkich - od jutra zaczn
 pisac normalnie. 
Przyslij mi Marysku, na osobnej kartce wymiary rodzinne: buty, suknie, 
spodnie Marcina i jego numer koszul. 


jerzy Andrzejewski 


· reprodukcja na poczt6wce 


136
>>>
TRZY WIERSZE 


Trzy najwainiejsze wiersze polskiej poezji xx wieku. Po Czeslawie Miloszu ("Kwar- 
talnik Artystyczny" nr 3/15/1997), Stanislawie Lemie (nr 4/16/1997), Janie J6ze- 
fie Szczepanskim (nr 1/17/1998), Ryszardzie Krynickim, (nr 2/18/1998), ks.Janie 
Twardowskim (nr 3/19/1998), Jaroslawie Marku Rymkiewiczu (nr 4/20/1998), 
Kazimierzu Hoffinanie (nr 1/21/1999), Julianie Kornhauserze (nr 2/22/1999), 
Leszku Szarudze (nr 3/23/1999), Piotrze Sommerze (nr 4/24/1999), Gustawie 
Herlingu-GrudziI1skim (nr 1/25/2000) prezentu-jemy wyb6r Marii Danilewicz 
Zielillskiej. 


Maria Danile1vicz Zielinska 


*** 


Nie lubi
 antologii, choc pomagalam Grydzewskiemu w wyszukiwaniu tek- 
stow w 1946, gdy nastr
czalo to duzo trudnosci (- uwidocznione w przedmo- 
wie) i Veritasowi, gdy szedl do druku przedruk antologii Borowego. Wyb6r 
wiersza Herberta jest pojsciem za glosem ogolu, a dwaj skamandryci - to spla- 
cenie dlugu zaprzyjainionym poetom. Wiersz "Kazia" Wierzynskiego powsta- 
wal na moich oczach, a Srebrne i czarne Lechonia to tomik wierszy zakupiony 
w ksi
garni na Krakowskim Przedmidciu w pierwszym dniu roku akademickie- 
go 1924/1925. Uczylismy si
 wtedy wierszy na pami
c, tkwi,! tam nadal, choc 
zachwyt wywietrzal. Szukalam ile zapami
tanego wiersza Rozewicza, dot,!d 
czekam na nadeslanie tekstu. Tu dysponuj
 skromn,! kolekcj
 w dziale poezji 
mojej biblioteki zorientowanej na MICKIEWICZA. 


137
>>>
Zbignie w Herbert 
Pot
ga smaku 


Pani Profcsor Izydorze Dqmbskiej 


To wcale nie wymagalo wielkiego charakteru 
nasza odmowa niezgoda i upor 
mie1ismy odrobin
 koniecznej odwagi 
lecz w gruncie rzeczy byla to sprawa smaku 
Tak smaku 
w ktorym Sl wlokna duszy i chrz!stki sumienia 


Kto \Vie gdyby nas lepiej i pie;kniej kuszono 
slano kobiety rozowe plaskie jak oplatek 
lub fantastyczne twory z obrazow Hieronima Boscha 
lecz pieklo w tym czasie bylo jakie 
mokry dol zaulek mordercow barak 
nazwany palacem sprawiedliwosci 
samogonny Mefisto w leninowskiej kurtce 
posylal w teren wnucze;ta Aurory 
chlopcow 0 twarzach ziemniaczanych 
bardzo brzydkie dziewczyny 0 czerwonych re;kach 


Zaiste ich retoryka byla az nazbyt parciana 
(Marek Tulliusz obracal si
 w grobie) 
lancuchy tautologii pare; poj
e jak cepy 
dialektyka oprawcow zadnej dystynkcji w rozumowaniu 
skladnia pozbawiona urody koniunktiwu 


Tak wi
c estetyka moze bye pomocna w zyciu 
nie nalezy zaniedbywac nauki 0 pi
knie 


Zanim zglosimy akces trzeba pilnie badac 
ksztah architektury rytm b
bnow i piszczalek 
kolory oficjalne nikczemny rytual pogrzebow 


Nasze oczy i uszy odmowily posluchu 
ksi!z
ta naszych zmyslow wybraly dumne wygnanie 


138
>>>
To \Veale nie wymagalo wielkiego eharakteru 
mielismy odrobin
 niezb
dnej odwagi 
leez w gruncie rzeezy byla to sprawa smaku 
Tak smaku 
kt6ry kaze wyjse skrzywic si
 wyeedzie szyderstwo 
ehocby za to mial spase bezeenny kapitel ciala 
glowa 


Z tomu: Zbigniew Hcrbert, Poezje, PIW, Warszawa 1998. 


](azimierz Wierzynski 


*** 


Ktokolwiek jestd bez ojezyzny, 
WstlP tu, gdzie ezekam po kryjomu: 
W ugornej pustee jalowizny 
B
dziemy razem nie miee domu. 


Kto si
 zapatrzyl w tamte strony, 
Gdzie dot!d niebo noe! eiem11! 
Od luny drzy nieugaszonej, 
Nieeh \V noe t
 gl
biej idzie ze mn!. 


Komu si
 sni! wl6ezone kosci 
Przez psy na polaeh, gdzie rozpaez! 
Brzozy odarte jeszcze plaez! 
Nieeh mi to wyzna w samot11osci. 


Bo z mgiel jesiennyeh, przez Scierniska, 
W badylaeh, perzu, kl
bem pnqezy 
Szept jakis z trudem siC; przeeiska 
I w samo seree, \V krew si
 s!ezy. 


Bo 11ie ma ziemi wybieranej, 
Jest tylko ziemia przez11aezona, 
Ze wszystkieh bogaetw - eztery seiany, 
Z ealego swiat.l- tamta strona 


139
>>>
fan Lechon 


*** 


Pytasz, co w moim zyciu z wszystkieh rzeez} glown}, 
Powiem ci: smierc i milosc - obydwie zarowno. 
Jednej oezu si
 ezarnyeh, drugiej - modryeh boj
. 
Te dwie s} me miloki i dwie smierei moje. 


Przez niebo rozgwiezdzone, wposrod noey ezarnej, 
To one p
dz} wieher mi
dzyplanetarny, 
Ten wieher, co d}l w ziemi
 az ludzkosc wydala, 
Na \vieezny smutek duszy, wieezn} rozkosz eiala. 


Na zarnaeh dni si
 miele, dno zyeia si
 wierci, 
By prawdy si
 najgl
bszej dokopac istnienia - 
I jedno wiemy tylko. I nie si
 nie zmienia 
Smierc ehroni od miloki, a milosc od smierci 


Przypisane Wadawowi Zyndramowi KOScialkowskicmu. 


Wiersze z tomu: Wiersze polskie wybrane - Antologia Grydzewskiego. 


140
>>>
Aleksander Jurewicz 


-

 

-- 


lilt: 


, 
.. 


Czyjes spojrzenie 


.-;,.../,
 
-.' 



 

 
... 

 


Pierwsze promienie wschodz'lcego slonca przesi'l- 
kaly przez szyb
, jego rdzawe blyski rozbiegaly si
 po 
podlodze i znikaly z oczu, by po chwili pojawie si
 na 
plachcie gazety sprzed kilku dni, na r
kawie koszuli 
przewieszonej przez por
cz krzesla, wsr6d pustych butelek w k'lcie pokoju. Po 
jeziorze nioslo si
 kwakanie przebudzonych kaczek, slychae bylo stukanie 16dki 
o drewniany pomost, w kuchni pies chleptal wod
. Tej nocy znowu snila mi si
 
N., ale ten sen nie byl mi tak potrzebny jak kiedys. Przez uchylone na taras 
drzwi wslizgiwal si
 poranny chl6d pachn'lcy igliwiem, wilgotnym od rosy 
mchem, pocz'ltkiem jesieni. "To b
dzie pierwsza jesien bez niej", pomyslalem i 
poczulem cierpk'l ulg
. W oczach lez'lcego obok mnie psa zobaczylem, ze od- 
gaduje, 0 czym mysl
. Pr6bowalem cokolwiek zrozumiee z urywk6w snu, ale 
nie potrafilem rozpoznae pustych pokoi ze zwisaj'lcymi tapetami, spleSnialymi 
z wilgoci i z poduczon'l porcelan'l na podlogach trzeszcz'lc'l pod naszymi no- 
gami, w kominku dopalaly si
 resztki drew, a my jak najpr
dzej chcielismy si
 
gdzieS polozye; chyba w tym snie miala na sobie z6ity sweter, z wyci
ciem od- 
slaniaj'lcym delt
 jej piersi, w kt6rym widzialem j'l po raz ostatni... 
Nie myslalem, ze po tym, co si
 stalo, b
dzie chciala 0 mnie pami
tae. Dlatego 
najpierw ze zdziwieniem zobaczylem jej pismo na kopercie, a potem ogarnC}! mnie 
bezsilny l
k przed odpiecz
towaniem listu i przed tym, co mogla do mnie napisae. 
Wyobrazalem, jakbym odczytywal opuszkami pak6w, pisane przez ni'l slowa nie- 
nawisci, zalu, poczucia krzywdy. Usiadlem w mokrym plaszczu i obracalem w dlo- 
niach podluzn
 kopert
 z niebiesk'l nalepk'l przesylki lotniczej. Dopiero kiedy kro- 
pIa deszczu osun
la si
 z r
kawa na kopert
 i pojawit si
 na niej zar6zowiony 
zaciek, wtedy dopicro zauwaiylem stempel austriackiej poczty, jakby zupelnie nie- 
wazne bylo dla mnie sk'ld napisala i myslalem, choe teraz przypominaj'lc sobie sy- 
tuacj
 sprzed trzech tygodni, gdy siedzialem bezradnie z nie otwartym listem od 
kobiety, z kt6r'l nie chcialem juz dluzej bye, nie moglem tamtego siebie rozpoznae. 
Tamto deszczowe popoludnie zdaje mi si
 przywidzeniem, znieksztakonym obra- 
zem, kt6ry musialem zapami
tae z jakiejs ksi'lzki albo z kina. 


. 
'. 
. 
 . 
. ii

' 
'.,
 
 
 


4 


\ 
 
... 
......
 :.t; 
-.r.... 
 

... 
 
t:
 . 
 
:-- :II( t.l:.; 


Aleksander Jurewicz, ur. 1952 w Lidzie. Opublikowal zbio!)' wierszy: Sm, ktory '
a'p'tJv"o ,
i
 byI 
miloiciq, Po dntqiej stro"ie, Nie rtrzelai 
o BentlcsoJJ', Jnkgolfbteg11a'ze burzq..., Dop
k, }eszcze, "me 
JViersze oraz powidci: IV frodku "oey, Ltda (za ktorC} otrz)'mal nagrodt; Czeslaw
 ,Mil?sza o.raz 
3:- 
grodt; Fundacji Marii i Jerzego Kuncewiczow), Pa" Bog me slyszygluchychoraz zblor fehetonow Zycze 
; liryka. Mieszka w Gdalisku. 


141
>>>
List od niej byl kr6tki. Kilka brlzowych plamek w g6rnym rogu moglo suge- 
rowac, ze pisala go w kawiarni. Niecierpliwie przebiegalem wzrokiem po linijkach 
pisanych jej r
kl (wspomnienie jej dotyku na kr6tko zaklulo w pami
ci), chclC jak 
najpr
dzej doczytac do tego miejsca, w kt6rym znajdl si
 spodziewane przeze 
mnie zle slowa. Jednak niczego takiego w jej likie nie bylo, nie wspomniala 0 na- 
szej przeszlosci ani jednym slowem, a ja doczytawszy do konca, zamiast westchnlC 
z ulgl, poczulem raptownl zlosc do niej, jakby brakiem pot
pienia sprawiala mi 
bolesnl przykrosc, jakby wyparla si
 czasu, kiedy bylismy ze sob
, albo zupelnie 
o wszystkim latwo zapomniala. Poczulem si
 przez nil zdradzony. N. pisala 0 m
- 
cZlcych upalach i ucilzliwych dumach turystow rozdeptujlcych Wieden, ze byla 
na Don GiOVfl 1111 im, zal
c si
, ze mogla kupic tylko najtanszy bilet do Opery, 
wspomniala 0 trudnosciach z czytaniem AfalillY \\' oryginale, bo nagle po latach 
przypomniala jej si
 powidc lngeborgi Bachmann. W jej likie nie bylo zadnych 
oskarzen, wyrzutow ani trudnych dla mnie pytall. 
Samotna lodka dryfowala po srebrzlcej si
 wodzie. W g6rze cilgn
la si
 bia- 
la smuga rozdzierajlca niebo na dwie polowy. Pies z lbem wcisni
tym mi
dzy 
barierkami tarasu czegos lub kogos wypatrywal, od czasu do czasu niespokojnie 
poruszal nozdrzami wcilgajlc wrzdniowe powietrze. Ten taras moze pami
taJ 
jl z ubieglej jesieni, kiedy nic nie zapowiadalo konca mi
dzy nami. Bylismy tu- 
taj szcz
sliwi. "Kiedys chyba bylismy szcz
sliwi", powiedzialem glosnym szep- 
tem opierajlc si
 0 framug
 drzwi, az zdziwiony pies odwr6cil si
 w moj
 stro- 
n
 i zamerdal ogonem. Niedawny sen, przypomnienie 0 jej liScie z Wiednia, 
wspomnienie N., z ktoq jeszcze nie tak dawno stalismy obj
ci na tym tarasie, 
w milczeniu wpatrujlc si
 w jezioro, czujlc narastaj
ce w nas pragnienie, w jej 
wlosach szeldcil niewidoczny wiatr... Odwrocilem si
 od jeziora, jakbym nic 
potrafil unieSc w pami
ci ci
zaru wspomnien. Z gal
zi dzikiej rozy, zawieszonej 
u powaly, zwisaly resztki paj
czyny, a moze juz tegoroczne nitki babiego lata. 
Nie przypuszczalcm jadlC tutaj, ze mimo wszystko b
d
 potykal si
 0 nasze 
dawne cienie, ale nie potrafilbym juz niczego w swoim zyciu zmienic. 
Nie moglem teraz sobie przypomniec, gdzie niedawno przeczytalem, ze nie 
wszystko jest zludzeniem, gdy slucha si
 Bacha. Pami
c nie l
czyla mnie z ni- 
kim przy Wariacjach GoldbC1l}OJvskich, to bylo moje niebo, w kt6re nie balem 
si
 patrzec, niebo z diwi
kami klawesynu zamiast chmur i gwiazd. Wtedy zaden 
czas nie wydawal si
 wazny - pusta byla llka dziecinstwa, nie istnialo miasto 
i utica, na ktorej mieszkalem, nie szedlcm nigdzie ani znikld nie wracalem. Ale 
tym razem nie wllczylem plyty i nie usiadlem z filizankl kawy \V fotelu. Pilem 
kaw
 wpatrzony w drugi brzeg jeziora i z6lknlce juz buki, kt6re byly zielone 
kiedy przyjechalem. Poczulem w srodku w
drujlcy z gory na dol zimny kamien 
i g
stl mgl
 przed oczami. Zakrztusilem si
 wypuszczajlc filizank
 z r
ki. La- 
pilC z trudem oddech doszedlem do fotela. W szczelinie powiek zobaczylem 
niespokojne oczy psa stojlcego nad brlZOWl kaluz
 rozlanej kawy. Zapami
ta- 
lem nagrzane sloncem oparcie fotela powlekajlce si
 metalicznym chlodcm i na- 
plywajlcl fal
 pustego l
ku, a potem mi
kkl obezwladniaj
cl cicmnosc. 


142
>>>
Nie wiem, jak dlugo tkwilem skulony w fotelu, zdawalo mi si
, ze slysz
 do- 
bijanie si
 do drzwi i ujadanie Benka miotaj}cego si
 mi
dzy drzwiami a oknem. 
Podnioslem si
 z trudem i poczulem nagly bol, gdy nadepn}lem na kawalek 
rozbitej filizanki. Przed domkiem stala Kaszubka, ktora co drugi dzien przyjez- 
dzala rowerem z jeszcze cieplym, domowym chlebem. 
- Pewno wypite mocie - popatrzyla na mnie z wyrzutem. - Klepia i klepia we 
zamkle dwierze i leno pies jazgocze. 
- Zasn}lem, wie pani, zasn}lem prawie na stoj}co - zacz}lem si
 dumaczyc 
odliczaj}c pieni}dze. - Nigdy czegos takiego nie mialem, a w ogole to zle spa- 
lem tej nocy, snila mi si
 kobieta, z ktoq bylem zeszlej jesieni. Pami
ta j} pani? 
Znowu popatrzyla na mnie zimno podaj}c podluzny bochenek. 
- Nie wygl}dacie na wypitego, ale cos mecie tacziego w oczach, ze az go- 
r}co s
 robi. 
- Pami
ta pani kobiet
, z ktoq kiedys przyjechalem? 
- Nie, nikogo nie pami
tam. Ja nie pami
tna, moze w chcecze sobie przypomn
. 
- Kupowala u pani jajka i mleko, tak dziwnie mruzyla oczy, kiedy byla smutna. 
- One taro wszetczie podobne - machn
la na koniec r
k}. - To przynd
 po- 
jutrze kole polnia. Pasowac ponu? 
Pachnialo nagrzanym lasem, przekwitaj}cymi wrzosami i dymem wypalanych 
gdzid Sciernisk. Odlamalem kawalek chleba i gryz}c tward} skork
 probowalem 
zrozumiec to, co przydarzylo mi si
 niedawno, a po czym niewyraznym przy- 
pomnieniem tlilo si
 bezradne poczucie I
ku i odplywania w mroczny tuneI. 
"A gdybym tak nagle tutaj umarl? Bylaby to niezla puenta mojego Zycia", po- 
myslalem z niezrozumialym spokojem i nie moglem powstrzymac wiruj}cych 
w wyobrazni scen: przerazliwego wycia psa, ktore po jakims czasie zwrociloby 
czyj}s uwag
, moze cos tkn
loby Kaszubk
 i podnioslaby alarm, wizg karetki 
pogotowia na Idnej drodze, szalej}cy pies, ktoremu zrobilem takie swinstwo, 
i co by si
 z nim stalo... Zagwizdalem na niego, a on po chwili wybiegl zziaja- 
ny spomi
dzy krzakow jalowca z kawalkiem s
katej gal
zi w pysku. 
Na podlodze perlily si
 krople krwi z rozci
tej stopy podobne do rozdepta- 
nej jarz
biny. Przypomnialy mi si
 slowa Kaszubki i podszedlem do lustra. Na 
tie odbitego nieba zobaczylem kilkudniowy zarost na twarzy, bqzowy okruszek 
chlebowcj skorki w k}ciku ust i zm
czone sloncem oczy. Wtedy je uslyszalem. 
Frun
1y nad jeziorem klinem wbijaj}c si
 w niebo. \V oddali pokazal si
 nast
p- 
ny czarny zygzak lec}c)'ch ptakow. \Nsluchuj}c si
 w niespokojny klangor dzikich 
g
si znowu poczulem tamten dawny smutek, chociaz juz nie wolalem na ich widok 
dzieci
c} piosenk}, ktorej nauczyla mnie mama. Odlatuj}ce dzikie g
si byly l)'tmem 
mojego kalendarza - od jesieni do jesieni. Usiadlcm za stolem i patrz}c na obloki 
plyn}ce na polnoc probowalem zapanowac nad chaosem mysli i wspomnien. 
To bylo to samo olmo i ten sam stol, co tamtego wrzeSnia. Jedyn} zmian} by- 
10 to, ze patrzylem na plyn}ce nad jeziorem obloki i przelatuj}ce g
si juz san1. My- 
slalcm 0 tym bez zalu. '-IV pewnym momencie zawsze okazuje .si
, 
e milosc i .sa- 
motnosc niczym si
 od siebie nie rozni}. Nie napisala, co rob!, am dlaczego Jest 


143
>>>
w Wiedniu. Niczego, co kiedys bylo mi
dzy nami nie odnajdywalem w jej Iiscie. 
Byl w nim tylko pospiech i chIod, jakby chciaia sobie i mnie zaoszcz
dzie pami
- 
ci 0 nas dwojgu. Probowalem wyobrazie sobie N. pochyIon} nad Iistem, zastana- 
wiaj}c} si
 nad kazdym zdaniem, zaklejaj}c} kopert
, moment wahania przy adre- 
sowaniu, a potem z Iistem w torebce albo w r
ku id}c} uIic} nieznanego miasta 
i wypatruj}G} skrzynki pocztowej; miaia czas zeby si
 rozmyslie. ,
 na t
 pocz- 
towk
 natrafilam w antykwariacie zupdnie przypadkiem i kupilam odruchowo", 
dopisala w postscriptum. }ednak nie zapomniaia i nie miaia do mnie zalu, chociaz 
swojemu przyznaniu si
 do pami
tania nadaia form
 dopisku u dorn kartki. Bye 
moze w ten sposob dawala do zrozumienia, gdzie jest teraz moje miejsce w jej i;y- 
ciu. Nasza przeszlose staia si
 juz tylko pospiesznym dopiskiem do Iistu, mimo- 
wolnym wspolnictwem kobiety i m
zczyzny odzywaj}cym si
 niekiedy trudn} do 
wypowiedzenia pustk}. "Wi
c jednak, wi
c mimo wszystko...", powiedzialem do 
okna i zdziwilem si
, ze cz
sto nie umiem myslee 0 N. w czasie przeszlym. 
Pami
tam jak wzi}lem do r
ki pocztowk
 Iez}c} obok poszarpanej koperty 
i nic specjainego nie zwrocilo mojej uwagi, tylko na troch
 dIuzej zatrzymalem 
si
 nad dwuj
zycznym podpisem pod zdj
ciem. To byia zwykla stara pocztow- 
ka, jakie spotyka si
 w pudiach w antykwariatach Iub na targu staroci, a ktore s} 
tylko dodatkiem do wlasciwej koIekcji starych zegarow Iub militariow. Nigdy 
nie zwracalem na nie szczegoInej uwagi, bardziej interesowaly mnie zegary 
z milcz}cymi wskazowkami, filizanki, co juz zapomnialy dotyku pierwszych ust, 
krore z nich pily, blyszcz}ce bagnety z wypolerowan} z ostrzy krwi}, Iecz nie 
wiem dIaczego najwi
kszym sentymentem darzylem pozytywki. Dlatego nie- 
zbyt uwaznie popatrzylem na przysIan} przez N. pocztowk
 i jeszcze raz wro- 
cilem do listu, jakbym byl pe\\ien, ze moglem cos przeoczye. ]ej siowa wyda- 
waly mi si
 jeszcze zimniejsze niz za pierwszym czytaniem. Podnosz}c znad 
niego oczy napotkalem szary poimrok na Scianach kuchni i zakurzon} koIekcj
 
jej kubkow, ktorych nie wiem dIaczego nie pozbylem si
 do tej pory. Szukaj}c 
papierosow zorientowalem si
, ze ci}gIe siedz
 w wilgotnym pIaszczu i mokrych 
butach. Nie chcialem zachowae tego Iistu. Drzwi po N. zamkn}lem na zawsze, 
chociaz jeszcze j} kochalem, kiedy z okna patrzylem jak wsiadaia do zamowio- 
nej taksowki. Za par
 dni przywiozlem ze schroniska psa Benka. 
Wsrod gal
zi swierku mign}1 rudy plomien wiewiorki, a ja ze zdziwieniem 
spostrzeglem, ze nie jestem juz w swojej kuchni tamtego popoludnia. \Niatr sze- 
Idcil w nadbrzeznych szuwarach i z drugiego brzegu nadci}galy granatowe 
chmury. Pies pachnial jeziorem, wzdrnz ktorego niedawno dlugo chodzilismy. 
W przdwicie mi
dzy drzewami zakolysal si
 kolorowy zagiel. Nie pami
talem 
gdzie po przyjezdzie schowalem zegarek, zeby przynajmniej tutaj nie poddawae 
si
 bezlitosnej tyranii czasu, a mijaj}ce dni oznaczalem kreslq na kartce przykle- 
jonej do Sciany. Chodzilem po pokoju nie mog}c znaleze sobie miejsca. Nara- 
stab we mnie jakas pustka, poczucie czegos niepowrotnie straconego, niezrozu- 
mialy zal osiadal w przelyku jak powstrzymywane tkanie. Zamkn}lem drzwi na 
taras i wrocilem do pokoju. Po szybie Sciekal deszcz i pomysialem, ze tandetn} 


144
>>>
imitacj} powtarza si
 podobna sytuacja, jakby nic wi
cej oprocz deszczu, listu 
od kobiety, z ktoq si
 rozstalem i pocztowki z wiedenskiego antykwariatu nie 
mialo zdarzyc si
 w moim zyciu. Cieply kqg swiada zapalonej lampy zatrzymal 
si
 na parapecie, gdzie pomi
dzy kamieniami wylawianymi przy brzegu jeziora 
lezal szary kartonik z widokiem miasteczka, w ktorym si
 urodzilem. 
Nie byla to jednak zwykla pocztowka, choc wygl}dala na tak}, kiedy pierw- 
szy raz j} zobaczylem. Niewazne, ze nie bylo juz tego miasta, ktorego fragment 
ulicy przedstawiala, a na ktory patrzylem jak na teatraln} dekoracj
 imituj}c} to, 
co momentalnie mam w oczach na dzwi
k slowa: Lida. Teraz patrzylem na 
czarnobialy swiat z pocz}tkow XX wieku juz nie tak jak wtedy, choc zadna ma- 
giczna sila niczego na nim nie zmienila. Po wylozonej brukiem ulicy Wilenskiej 
jechaly dwie furmanki z konmi w holoblach, na trotuarze zatrzymala si
 zacie- 
kawiona grupka osob, z naroznego sklepu obwieszonego szyldami pisanymi cy- 
rylic} wyszli zaintrygowani klienci, na drewnianym plocie wisz} jakid afisze, 
w dalekiej perspektywie zamkni
tej drzewami majaczy kopula cerkwi. Nudna, 
senna chwila w malym miasteczku ozywiona na moment (ale na pewno pozniej 
cz
sto opowiadana) pojawieniem si
 fotografa ustawiaj}cego na ulicy tajemni- 
cz}, przykryt} czarnym suknem machin
. 
Zdumialem si
 widz}c zapisan} szarym, chemicznym olowkiem odwrotn} stro- 
n
 pocztowki. Z prawej strony u gory czemila si
 jak wypalone znami
 okqgla pie- 
cz
c K.D. FELDPOSTSTATION N 11 69. Jej adresatk} byla Frau Martha Flemann 
mieszkaj}ca na ulicy, ktorej nazwy nie mozna bylo odczytac, w Garlitz/ScW. Ale 
jeszcze wi
ksze bylo moje zdziwienie, gdy w miejscu na korespondencj
 przeczy- 
talem: Lida, 9/11 15 . Pocztowka byla dobrze zachowana, jakby wyslano j} dopiero 
par
 dni temu i pewnie dlatego nie przypuszczalem, ze mogla byc kiedykolwiek 
uzywana. Ta data zapisana ciasnym, podluznym pismem... Tan1to miasto juz prze- 
min
lo, ulica Wilenska kilkakrotnie zmieniala nazw
, nast
pne wojny przechodzily 
przez Lid
 i Garlitz, konczylo si
 stulecie, pocztowka wkrotce b
dzie pami}tk} po 
ubieglym wieku. A jak przeszlo Zycie Frau Marthy i tego, ktory do niej pisal z fron- 
tu? W wyobrazni przesuwaly si
 rozne warianty ich Zycia, ale na zaden nie chcia- 
lern si
 zgodzic, balem si
 zmieniac ich prawdziwy los, moglem tylko nachylaj}c si
 
nad pocztowk} sprobowac uslyszec ich daleki, tulaj}cy si
 po wszechswiecie szept 
- "kiedys bylismy...", moze to bylo im najbardziej potrzebne. 
"Droga Martusiu! 
Wczoraj w poludnie przybylem tu po dwuipolgodzinnym marszu w sniegu 
i deszczu. Moj rozkaz kaze mi wczesnym rankiem udac si
 z powrotem do od- 
dzialu. Na szcz
Scie droga powrotna pojdzie gladko. Jest 75 stopni pod kresk}. 
]ak idzie Tobie i Ciotce? Pozdrow prosz
 Ciotk
 i Matk
 Fiszer. 
Serd. pozdrowienia 


Twoj M}z." 
Od tamtego dnia odprysk po czyims dawnym zyciu niespodziewanie utkwil 
w historii mojcj milosci do N. i kolejny raz moglem. usmiechn}c si
 
o.roli przy- 
padku, jak szuler podmieniaj'lcy rozdane wczdniej karty. Bo przeClez gdybym 


145
>>>
0'; 


nie chcial, zeby N. opuscila moje zycie, nawet jdli zdawalem sobie spraw
, ze 
to jest juz chyba moja ostatnia milos(:, gdyby pojechala do innego miasta, a nie 
do Wiednia, w ktorym przypomniala si
 jej czytana w mlodoSci powide i nie 
weszla po ni} do antykwariatu... 0 czym myslala kupuj}c dla mnie pocztowk
 
z umarlym widokiem Lidy? Czy dawala w ten sposob do zrozumienia, ze tak 
naprawd
 nie mozna wiedziee, kiedy cos ostatecznie w zyciu si
 konczy? 
Nie zauwazylem, ze juz przestalo padae i nad bialym od mgly jeziorem za- 
wiesil si
 ksi
Z)TC. \Vyszedlem na taras i posr6d jesiennej ciszy slyszalem skrzy- 
pienie k61 Wielkiego \Vozu. Na nocnym chlodzie drzaly gwiazdy. Nie dawala 
mi spokoju pewna mysl wywolana przez nie skonczon} przeciez jeszcze histori
 
lidzkiej poczt6wki. Myslalem, ze musi bye jeszcze cos ponad czasem przeszlym, 
ktory wydaje si
 bye zamkni
ty, cos ponad dniem, ktory wlasnie si
 konczy i ju- 
trem, kt6re zaraz si
 zacznie. Myslalem, ze jest jakis jeden czas l}cz}cy wszyst- 
kich i wszystko wok6l - czas nieskonczony, jak czyjd niewidoczne spojrzenie, 
ktore czasami czujemy na sobie. Zanurzalem si
 w tym czasie nieskonczonym 
jak we mgle podchodz}cej z J eziora Radunskiego do n6g i rozplywaj}cej si
 po 
podlodze. 
Wrocilem do pokoju i zgasilem lamp
. W szuwarach ptaki nawolywaly si
 
przed snem. Jeszcze nie zdecydowalem si
, czy wyjad
 jutro. Odlamki ksi
zy- 
cowej poswiaty pelgaly po stole i rozswietlaly szaq ulic
 w mojej kiedys Lidzie. 
Pomyslalem 0 N., lecz nie moglem wyobrazie sobie, co moze teraz robie i gdzie 
jest. Kiedys moze tez ktos nas odnajdzie i znowu pol}czy ze sob} i staniemy si
 
dla kogos drobnym okruchem jego zycia. ,\;V ciemnoSci pulsowaly ogniki psich 
oczu, jak dwie na ziemi dogasaj}ce gwiazdy. Nastawilem Bacha. 


Aleksander JureJVicz 


146
>>>
Janusz Styczen 


Otwarcie grobu swi
tej 


.!:: 

 


umaria nie jest mumi}, 
jakby spala, 
jej skora jest swieza i dziewcz
ca, 
usta jakby zaraz mialy cos wyszeptac, 
ale nie szepc}, nie budz
 si
, 
wiedz}, ze nie warto, 
wyszeptalyby to, co aniol szepce, 
a tego nie mozna wyszeptac ludziom, 
jest podobna do aniola, 
moze tak wygl}daj} anioly, 
jej cialo jest jak wlosy: Zywe po smierci, 
cialo zupelnie poza Czasem, 
jej wlosy s} bardzo dlugie, jakby rosly 
obok Czasu, 
i jakby to wlosy oslonily cialo dziewczyny 
przed Czasem, 
moze Czasowi podobaj} si
 wlosy umariej, 
i jej cialo Czas oddal jej samej, 
Czas okqza to cialo i zd}za gdzie indziej, 
patrz}cy na umari} S} pelni l
ku: 
moze Czas zacznie ich okqzac, 
zd}zac poza nimi gdzie indziej, 
i oni znieruchomiej} juz teraz, 
tutaj nad tym otwartym grobem 
stan} si
 martwi w zywych na wiecznosc cialach 



 

 
10.. 

 
I:::: 


.... 

 


Janusz Styczen, urodzil si
 w 1939 roku w Biadolinach Szlacheckich. Debiutowal w "Odrze" 
u Tymoteusza Karpowicza w 1960 roku. Opublikowal wiele tomaw poezji i dwa tomy drama- 
tow. W 1996 roku otrzymal wvraznienie Fundacji Kultury za tom wierszy Groza wtajem"ieze- 
"ia. W roku 1999 wydal tom w'ierszy Wieez"a ,we miloma. Wiersze Stycznia byly dumaczone na 
angiclski, niemiecki, jap0l1ski i serbochorwacki. Mieszka we Wrodawiu. 


147
>>>
Cialo 


ezula si
 tak dobrze w swoim eie1e 
jak w lodzi, 
cialo plyn
lo przez swiat, przez ezas, 
a ona niekiedy wyehylala si
 z eiala 
i patrzyla na daleki horyzont, 
na dzien i noe, 
noe} eialo j} przykrywalo, 
ona nakrywala si
 nim szeze1nie, 
eialo jej r
ee prowadzilo nieomylnie 
w najtajniejsze swoje zr6dlo, 
i ona tam, przy zr6dle ehowala si
 
na eal} noe, 
eialo przez noe napdnialo j} 
zr6dlan} wod} podobn} do rozkoszy, 
ale dlaezego eialo postanowilo 
j} utopic, wyrzueic z siebie 
w gl
bin
 oeeanu, kt6rym jest ezas 
podobny do smierei, 
i dlaezego wlasnie w gl
bi zr6dla rozkoszy 
cialo umideilo swojego dzikiego straznika, 
kt6ry straszliw} broni} nowotworu 
z eiala j} wypyeha 


/ 
Smiertelne wesele 


panna mloda jest w sukni slubnej i w we1onie, 
ale we10n ci}gle poprawia, 
jakby sam Czas eheiala inaezej upi}c, 
patrzy w lustro, by naprawd
 Czas odwr6eic 
na drug} stron
, 


148
>>>
pana mlodego ci}gle nie ma, 
panna mloda widzi w lustrze, ze do pokoju wnosz} 
manwego pan a mlodego, 
tak jakby wnosili go prosto z lustra, 
talc jakby zostal zamordowany w lustrze, 
to jej wahania go zamordowaly, jej w}tpliwosci 
zw}tpily go na smierc, 
to ona w)'wrocila Czas, 
panna mloda pochyla si
 nad noszami, 
ale nie moze odchylic zaslony, 
nie moze popatrzec umarlemu w twarz, 
nie moze spojrzec w twarz wywroconemu Czasowi, 
tak jakby sukni
 slubn} wlozyla odwrotn} stron}, 
tak jakby ona sama byla wywrocona i jakby patrzyla 
do wewn}trz siebie, 
policja zabiera umarlego, 
jakby z powrotem mialo pochlon}c go lustro, 
panna mloda wie, ze jej wewn
trzna smierc 
zaczyna si
 i b
dzie trwala dlugo 


Zamarzni
te pozqdanie 


mart\vy m
zczyzna lezy na saniach, 
na wieczn} mlodosc ukochanego patrzy 
siwowlosa narzeczona, 
po czterdziestu latach odkopano go 
spod sniegu i lodu, 
jakby odkopano go spod jej zycia, 
spod jej czterdziestu lat dojrzalosci, 
spod jej czterdziestu lat staroSci, 
zimnej staroSci 
siwowlosa kobieta chcialaby zdj}c mu ubranie 
i popatrzec na jego nagie cialo, 
jakby wrocila w swoje cialo mlodej 
dziewcz)'ny, 


149
>>>
nigdy jego ciala nie widziala, 
calowali si
 i pidcili r
kami w ciemnosci, 
ukochany ma ciJgle dwadzidcia lat, 
ona jest stara i b
dzie coraz starsza, 
ona nigdy nie zobaczy nagosci ukochanego, 
ubranie przymarzlo, trzeba bylo je zdrapywac, 
jakby ukochany mial na sobie zbroj
 
nie do zdarcia, 
jakby on sam chcial zostac na wiecznosc 
zamarzm
tym czasem, 
kobieta wyobraza sobie czterdzidci lat 
zbitego, g
stego mrozu, 
dusza m
zczyzny przedzierala si
 przez snieg 
i lod, 
i nabierala sniegu i lodu, 
teraz podobna do niewidzialnej gory 
przystan
la przy kobiecie, 
kobieta dopiero teraz czuje, ze jest stara, 
a przeciez byla stara od czterdziestu lat, 
to co kochala, dawno zamarzlo, 
i to nie ona byla tl zimJ, 
inna zima, wieczna zima, rozkosz wyczerpala 
az po lodowiec 


T opiel coraz wi
ksza 


przyszla do niego we snie, 
lezala na kanapie i on nagle 
nalozyl sukienk
 na jej glow
, 
we snie ona nie topila si
 w rzece, 
liScie ze szlamem nie przykrywaly jej glowy, 
we snie ona drzemala na kanapie, 
we snie on dla zabawy 
nalozyl sukienk
 na jej glow
, 
we snie dziewczyna zdj
la sukienk
 z glowy, 


150
>>>
jakby zdj
la calun topieli, 
wstala z kanapy, 
ale on nie widzial jej twarzy, 
jakby chciala mu powiedziec, 
ze jezeli juz ktos wroci z otchlani, 
to w zupelnie innej postaci, 
nie zobaczyl jej twarzy i obudzH si
, 
sukienka scisle nakrywala jej glow
, 
kiedy \\)'dobyli j(} z rzeki, 
chcial wtedy szlochac wszystkimi wodami, 
cal(} topiel(}, 
ale nie starczalo mu siebie 
na t
 ogromn(} topiel, 
. .. . 
1 WCl(}Z me starcza 


Dzie\vczynka z chryzantemami 


dziewczynka trzyma w r
ce chryzantemy, 
ale w tej kawiarni nikt nie kupuje chryzantem, 
dziewczynka stoi blisko drzwi, 
jakby onidmielalo j(} nagromadzenie 
pi
knych przedmiotow, 
dusze ludzi tu siedz(}cych maj(} sk(}d nabierac 
pi
kna, 
ktos wchodzi do kawiarni i dziewczynki 


. . 
me zauwaza, 
nikt, kto wchodzi w srodek nagromadzonego pi
kna, 
.. . . 
JeJ me zauwaza, 
kazdy chce natychmiast dosi(}sc si
 do pi
kna 
i patrzyc, jak z kazd(} chwil(} pi
kniej(} 
ubrania m
zczyzn i kobiet, 
jakby w coraz pi
kniejsze szaty ubieral si
 
sam Czas, 
chryzantcmy jakby wysypaly si
 z duszy dziewczynki, 
nikt nie patrzy w oczy dziewczynki, i nikt 


151
>>>
nie widzi w jej oczach otchlani rozdartej duszy, 
dziewczynka otwiera drzwi kawiarni, 
jakby nie tyle wychodzila z kawiarni, 
ile wydobywala si
 z rumowiska nagromadzonego 
pi
kna, 
z rumowiska pi
knych przedmiot6w, 
ktorymi ludzie zatarasowali swoje dusze, 
jakby roztflcala t
 g6r
 pi
knych przedmiot6w, 
jakby ten nadmiar pi
kna byl bardziej chory 
niz jej chryzantemy 


Janusz Styczen 


152
>>>
I(azimierz Brakoniecki 


Z wierszy atlantyckich 


*** 


Nasi synowie k}pi} si
 w morzu 
A nagi wyschni
ty czlowiek 
Wyblakle patrzy w ich stron
 
Pociera dloni} brunatne uda 
Trze stop} piasek wygrzebuje 
Zdeformowan} tajemnic
 zycia 
Muszelk
 krwi czasu 


Nasi synowie k}pi} si
 w morzu 
Krzycz}c skacz}c nurkuj}c 
Przykrawa ich fala mlodosci 
I nasze rosn}ce wspomnienie 
Patrz
 na ciebie na brzuch tw6j 
Kt6rym mnie kiedys ci
zarna 
Pisz}cego poemat do Boga dotkn
las 
I slysz
 dalekie przyplywy milosci 


Nasi synowie k}pi} si
 w morzu 
Sledzi ich wzrokiem stary czlowiek 
Sledzimy ich swoim bliskim wzrokiem 
Ale oni juz s} we wlasnym morzu 
W owocarni wlasnego kosmosu 


c:. 
1:: 
;it 

 
\ 
 
a, 

 
... 

 
.... 

 


Kazimierz Brakonietki, ur. 1952 w Barczewie, poeta, eseista, dumacz. W drugiej polowie te- 
go roku w wydawnictwie "Borussia" ukaze si
 Muza domOJva. 
')'brane Jviersze z lat 80 i 900raz 
SJviatologia (proza i poezja). Mieszka w Olsztynie. 


153
>>>
*** 


154 


Ocean jest przestrzennie gluchy 
I monotonnie wali w skalne pioropusze pustki 
Pokancerowanym zalosnie p
cherzem diabla 
Ujada pluje wywraca j
zyk i pokazuje genitalia swiatu 
Dzien i wiatr zagl'ldaj'l mu do gardla 
Gdzie resztki snu taplaj'l si
 w grozie 


Walenie nicosci skomlenie pustki prozna noc 
Glucha w halasie miazdzonych kamieni 
P
cherz p
ka i odslania czyst'l kosc kosmosu 
Niestrawion'l przez ogien oniemial'l gl
bi
 
Wszystkie sylaby swiata i wielkie plawne nic 
Ocean rozklada si
 na pust'l przestrzen 
Ktora rz
zi w rozpalonym uchu ziemi 


Jest przez samego siebie glosno pokonany 
Nie slySZ'lC wody nie staj'lc na wysokosci jej wzroku 
Przemijaj'lc w kolistej pustce rozbryzguj'lcej chlodem 
Powalony na plecy powracaj'lcego czasu 
Ktorego my we dwoje ogluszeni zyciem sluchamy 
Dwa mysl'lce bialka wody i agonii 
Zalewa nas poduczona fala duchowych dzwi
kow
>>>
*** 


Co mozna znalezc w morzu 
Poza rum samym 


Swoj} podobizn
 w rozcieranym 
Drobnymi bryzgami piaszezystym dnie 
Swoj l
k w zatopionym horyzoneie? 


Morze jest powraeaj}cym uparcie ruehem 
Zapladniania i patroszenia 
Poez}tkiem i koneem 
Kosmieznej mitologii ci}zy i mowy 


Zaprzyjaznieni z morzem tubylcy 
Chodz} w gumiakaeh po wybrzezu 
I wygrzebuj} z jego euehn}eyeh z
bow 
Swi}teezne darmowe pokarmy 


Co mozna znalezc w morzu 
Poza nim samym 
Kolonie malzy krewetki skorupiaki 
Tafle slonej wody pod paznokciem kamieni 
Biale sliskie przerazenie 
Ktora szybko zalewa smarkami woda 


Nie wiem 
Nie jestem z tej cieplej plawnej polnoey 
Moj zmysl jest jeziorny i ldny 
Moja polnoe jest ostrym kwiatem baltyekiego wiatru 
I kontynentalnego szronu 


Siedz
 przed morzem wpatrzony w morze 
Calkowicie pozbawiony pragnienia 
Ai tu nagle powietrze si
 skrapla 
I rzuea na gal}zk
 malomownej sosny 
Cwierkaj}eego na pozegnanie 
Poehmurnego rudzika 


155
>>>
W Alpach 


156 


1. 


Nie potok 
ale zqca ziemi
 rzeka 
rozwarta t
tnica sily 
nie woda 
ale krew ruszaj}ca przed siebie 
z rozszarpanej rany wielkoluda 
nie kamienie 
cialka krwi skaliste odchody diabla 
zator w srodku nieczystego organizmu 
gardlo stuporu gardlo gory 
bluzgaj}ce piekieln} swi
tosci} 
nie potok nie \Voda nie organizm 
lecz jelita gromu 
schlodzone lodowcem 
ktore docz} limf
 kosmosu 
Hohe Tauern 


2. 


Jest cos co przerasta 
co jest trwalsze 
. . . 
co Cl
 przezYJe 
nieme choc wymowne 
irracjonalne choc widzialne 
niewyrazalne choc dotykalne 
dotykiem innym niz namacalnym 
co moze tylko przenikn}c 
skalisty gwizd swistaka 
na brunatnej poci
tej strumieniami l}ce 
do ktorej wpada 
przestrzenny czas
>>>
3. 


J eszcze jedynie jeden krok 
a potem jeszcze sto 
gora jest nielitosciwa 
za kazd} kraw
dzi} jest cos 
co moze bye wyzsz} prawd} 
praca zaciekawionych kozic 
denerwuje si
 u nasady sniegow 
kiedy id}c prawie po zwierz
cemu 
widzisz sob} oslepiony 
zolty niepozorny kwiatek 
a obok 
zatrzasni
t} w swoim gorskim czasie 
czekoladow} kup
 alpejskiej krO\\'}' 


4. 


Gorska sciezka gubi ci}zenie 
i urywa si
 glosnym spadem 
ani nie wejd
 ani nie zajd
 
trawo sk}pa trawo pom6i: mi 
i wy cieniutkie gal
zie krzakow 
ktorych nawet nie znam mglistej nazwy 
a moze wy mgly ktore si
 udajecie 
tam na dol z misj} niebosklonu 
zaniesiecie chociaz moje puste spojrzenie 
tak stae na dygoc}cych nogach 
kiedy ziemia porusza si
 obl
dnie 
i chwytae oci
zalymi palcami powietrze 
ktorego nie mozna podrzee na drabin
 
nie jestem nawet ryb} w akwarium 
zeby ktos mnie m6gi st}d wyj}e 
ani poct} na skale przeczue 
ani wejse ani zejse 
czuj
 si
 jakbym mial trumn
 
tylko gdzie j} zrzucie 
aby otwarla si
 lekko niebianska droga? 


157
>>>
5. 


Milczenia smierci 
czy zajadle skandowanie 
tych oslizlych skalistych wn
trznosci 
tej ocwiczonej wiatrem sosny 
ktora jedn} stop} jest tu i tam 
a zawsze w przyblizonej upadkiem przestrzeni 


Milczenie kamiennej smierci 
czy przerwana przeze mnie brutalnie 
rozmowa gluchych na wolanie 
chmur skal piramid 
czas zebym st}d odszedl 
o wlasnych silach 
i 0 wszystkim zapomnial 
wrocil do schroniska wegetacji 
z kamiennym w okamgnieniu obliczem 
przyzlemnego maga 


Kazimierz Bl'akoniecki 


158
>>>
PO CO PISZ
? 


Kontynuuj'lc ankiet
, po odpowiedziach: Czeslawa Milosza ("Kwartalnik 
Artystyczny" nr 4/8/1995), Ryszarda Krynickiego, Juliana Kornhausera 
(nr 1/9/1996), Jana Jozefa Szczepanskiego, Tadeusza Konwickiego, Zbignie- 
wa Zakiewicza, Aleksandra Jurewicza, Andrzeja Stasiuka (nr 2/10/1996), Hen- 
ryka Grynberga, Stefana Chwina, Kazimierza Brakonieckiego (nr 3/11/1996), 
Tadeusza Rozewicza, Urszuli Koziol (nr 4/12/1996), Michala Glowmskiego, 
Bogdana Czaykowskiego (nr 1/13/1997), Kazimierza Hoffinana, Janusza Stycz- 
nia (nr 2/14/1997), Grzegorza Musiala, Krzysztofa Karaska (nr 3/15/1997), 
Floriana Smieji, Macieja Niemca (nr4/16/1997), Boleslawa Taborskiego, Ewy 
Sonnenberg (nr 1/17/98), Marka Kt;dzierskiego,LeszkaSzarugi (nr2/18/98), 
Ludmily Marjanskiej, Janusza Szubera, ks. Jana Twardowskiego, Piotra Wojcie- 
chowskiego, Bohdana Zadury (nr 3/19/98), Adriany Szymailskiej, Ewy Kury- 
luk, Urszuli M. Benki (nr 4/20/1998), Jozefa Kurylaka, ks. Jana Sochonia 
(nr 1/21/1999), Ryszarda Kapuklllskiego, Aleksandry Ol
dzkiej- Frybesowej 
(nr 2/22/1999), Macieja Cisly, Miroslawa Dzienia, Piotra Szewca (nr 3/23/1999), 
Krzysztofa Cwiklinskiego, Krzysztofa Lisowskiego (nr 4/24/1999), Stanislawa 
Lema (nr 1/25/2000) zamieszczamy kolejne wypowiedzi. Ci'lg dalszyw nastt;p- 
nym nwnerze. 


Anna Nasilo1vska 


Moje pisanie 


Moje pisanie zacz
lo si
 od wierszy. Mialam 16 lat, 
dy napisalam cykJ za:r,
 
tulowany Oft/ie. Kilka lat pozniej te wiersze ukazaly Sl
 w "Nowym Wyrazle 
i w "Poezji". To byl moj debiut. . . . 
N a studiach polonistycznych nieomal od razu dostalam propozyqe plS

 
szkicow i recenzji poctyckich. Balam si
 tego, totez z POCZ'ltku wolalam plsac 


159
>>>
o prozie: czulam si
 w ten sposob mniej zagrozona w mojej wlasciwej dziedzi- 
nie, choe wtedy juz raczej nie pisywalam wierszy. A potem niepostrzezenie kry- 
tyka literacka i historia literatury staly si
 moim zawodem. I bye moze pisanie 
o literaturze pozarlo moje wiersze, ale zawsze obok normalnej, zawodowej 
dzialalnoSci i wynikaj1cych st1d obowi1zkow piora, pojawialy si
 takie teksty, 
ktore pisalam tylko dlatego, aby sprawdzie czy rozwin1e swoje pomysly. Cz
sto 
usilowalam tez zacierae granice mi
dzy krytyk1 i literaturoznawstwem a literac- 
kim esejem i felietonem. Dose dlugo wydawalo mi si
, ze moim gatunkiem b
- 
dzie esej, w ktorym swobodnie mozna przeskakiwac od literatury do zycia 
i z powrotem. Rowniez w moich tekstach naukowych S1 zreszt1 takie fragmen- 
ty, gdy swiadomie pozwalam sobie na pewne przekroczenie normy. Przykladow 
nie brak nawet w ksi1zce Poezja opisowa Stanislawa Trembeckiego, ktora jest mo- 
im doktoratem. 
To, co zrobilam do tej pory moze komus wydae si
 niezborne. Dwie synte- 
zy historycznoliterackie (Trzydziestolecie 1914-1944 i Literaturn tVsp6lczesna, 
podr
cznik szkolny), ksi1zka 0 poezji Trembeckiego i ksi1zka 0 Wierzynskim, 
tom esejow Miasta i rzecz najtrudniejsza do okreSlenia - Domino. Traktat 0 na- 
rodzinach. Ten ostatni utwor zacz11 zreszt1 nieoczekiwanie rozrastae si
 w dru- 
giej polowie 1999 roku i w tej chwili wchodzi on w sklad wi
kszej caloSci, kto- 
r1 nazwalam Ksifgq poczqtku. 
Mysl
, ze uprawianie krytyki jednoczeSnie stymuluje mnie i blokuje. Musz
 
wiedziee, ile juz napisano na kazdy z tematow. Moja wrazliwose literacka jest 
troch
 wypaczona, bo nieustannie pracuj
 nad jej poszerzaniem. Nie wolno mi 
pozostae tylko przy tym, co rzeczywiScie lubi
 instynktownie, od pierwszej 
chwili i bez zastrzezen. Domino napisalam, gdy znalazlam si
 w sytuacji nieomal 
dziewiczej z literackiego punktu widzenia: urodzilam dziecko i zdalam sobie 
spraw
, ze mojego doswiadczenia nie moglabym odszukae w istniej1cych juz, 
napisanych przez innych utworach. Zapelnilam wi
c po swojemu t
 przestrzen, 
ktora byla wolna. 
Bardzo wiele nauczylam si
 pisz1c Domino i Ksifgf poczqtku. Zrozumialam, 
ze literatura moze i powinna bye scisla. Zeby opowiedziec cos, co b
dzie istot- 
ne, trzeba znaleie fakt, zdarzenie lub element wyobraini. S1 to fragmenty rze- 
czywistoSci, bo i nasza wyobraznia si
 na ni1 sklada. Pracuj1c nad literackim uj
- 
ciem tego znaleziska dokonuje si
 jego analizy, odslaniaj1c nieznane wczeSniej 
sensy i zwi1zki. A wi
c jest si
 odkrywc1, nie wynalazc1 i nie fantast1. 
Nie bardzo wiadomo, do jakiego gatunku literackiego mozna zaliczye Domi- 
no. Poeci bardzo dobrze zrozumieli, ze jest to ksi1zka poetycka, w jednej z re- 
cenzji okrdlono j1 jako powieSe, w katalogu Biblioteki Narodowej figuruje ja- 
ko "miniatury prozatorskie", a byli tez tacy, ktorzy bez specjalnych wahan 
uznali, ze maj1 do czynienia z esejem. To troch
 komplikuje zycie, bo wci1z nie 
wiadomo, czy jestem poetk1, prozaiczk1 czy eseistk1. Na dodatek rownie cz
sto 
postrzegano Domino jako utwor be;d1cy udan1 realizacj1 "kobiecego mowie- 
nia", jak i bardzo podejrzany z feministycznego punktu widzenia. 


160
>>>
Mysl
, ze Domino jest szcz
sliwC} krzyz6wkC} trzech zywio16w: poezji, dyskur- 
su i opowiadania. Zostaly one dobrze splecione. Obecnose tego utworu jest do- 
wodem, ze miejsce, kt6re zaj
lam, jest odn:bne. Nie lezy ono jednak na ubo- 
czu, rylko w centrum. Wszyscy zostali urodzeni i byli najpierw ludimi w taki 
spos6b, jaki wlasciwy jest nieSwiadomemu dziecku. Opisuj
 wi
c doswiadczenie 
kluczowe dla egzystencji i uniwersalne. To, co robi
, przypomina troch
 anali- 
zy filozoficzne, choe posluguj
 si
 konkretami i wlasnym "ja". To odniesienie 
jest jednak uwiarygodnieniem mojego pisania. 


Anna Nasilowska 


Tomasz Jastrun 


*** 


Po co pisz
? Gdyz sprawia mi to przyjemnose, ale czasami tez b6l. OpisujC}c 
swiat w r6znej formie, ratuj
 choeby na chwil
 lub choeby pozornie, to co si
 
nieustannie rozpada w nic. Ale tez SC} powody bardziej przyziemne - nie ma jed- 
nak nieba bez ziemi. Pisz
, gdyz rylko to jako tako potrafi
 robie, a pisaniem za- 
rabiam na zycie. Ale pisz
 tez zupelnie bezinteresownie, aby podzielie si
 swo- 
imi myslami z innymi. Pisz
 tez dlatego, ze piszC}c przez lata popadlem w na16g 
pisania. Nie potrafi
 juz nie pisae. 
Pisanie jest dla mnie formC} podr6zowania, gdy podr6zuj
 fizycznie, tworzt: 
reportaze, podr6zujC}c w sobie, pisz
 wiersze, w glC}b ksiC}zek, recenzje, a jak po- 
wiedzial trafnie jeden z papiezy: "czytanie bez pi6ra jest jak sen". 
Od bodaj szesnastu lat do paryskiej "Kultury" co miesiC}c wysylam tekst, kt6- 
ry jest skrzyzowaniem polirycznego felietonu, reportazu i eseju. Dzi
ki temu 
nalogowi latwiej pogodzie mi si
 z PolskC} i ze swiatem. Najmocniej terapeu- 
tycznC} rol
 poezji i dawania swiadectwa w prozie odczulem w stanie wojennym. 
Pisanie poezji na tIe innego pisania jest odmiennC} sciezkC}, najlatwiejszC}, bo 
wiersz bywa rylko na jeden oddech, najtrudniejszC}, bo im kr6cej rym trudniej, 
i ta Sciezka latwo zarasta. Ostatnio coraz trudniej jest mi ise drogC} poezji, za du- 
zo wazr m6j plecak wyladowany slowami publicysryki. A dzisiaj pisanie wierszy 
jest marszem pod prC}d. Moze to dobrze? Ale chociaz mniej zajmuj
 si
 poezjC}, 
to jednak na co dzien uzywam poeryckiego widzenia i czucia w innych formach 
pisarstwa, wi
c nie mam wrazenia, ze organ poerycki mi obumiera. Ale kto wie? 


161
>>>
Jak ocalic poezj
 w naszej dzungli, poezj
 tez jako synonim roznych czulo- 
sci i wrazliwosci, poezj
 jako delikatnC} roslin
, jako celebracj
 malych i duzych 
form przezywania? - kto wie, czy nie jest to najwazniejsze pytanie poczC}tku no- 
wego wieku. 


Tomasz Jastrun 


jarostaw J(leJ"nocki 


*** 


Po co pisz
? Dobre pytanie. Dobre, bo nie ma prostej odpowiedzi. Gdyby 
brzmialo - "dlaczego" nie byloby sprawy. Ale "po co?" - to znaczy, ze nie chodzi 
o irOdlo, tylko 0 cele tworczosci. Andrzej Stasiuk odpowiedzial swojego czasu, ze 
pisze dla pieni
dzy, poniewaz jest pisarzem egzystencjalnym. Coz za pi
kne klam- 
stwo. Jestem przekonany, ze autor Dukli pisalby takZe wtedy, gdyby dzialalnosc ta 
nie przynosilaby mu zadnych profitow. Albo: chcialbym wierzyc, zeby tak bylo. 
Pytanie: "po co pisz
?" zaldada refleksj
 nad fenomenem recepcji. Najprostsza 
odpowiedi brzmi wi
c: pisz
 dla tych, kt6rym dedykuj
 teksty. Dfam jednoczdnie, 
ze nie SC} jedynymi czytelnikami. To program minimum, mysl
, ze uczciwy. A pro- 
gram maksimum? Och, to ocZ)'\viste! Pisz
, by zyskac nidmiertelnosc. 


Jarosla1V Klejnocki 


162
>>>
Tomasz Jastrun 


-:. 


-. 


Odcisl 


Pami
tajmy 0 sobie 
U silnie 
Nawet kiedy rozsypiC} si
 
Numery naszych telefonow 
Pami
tajmy dotyk dloni 
I smak ust 
I jeszcze raz 
Chwil
 
Kiedy otworzyl si
 widok 
Na morze 
Mewa zakolysala si
 
J ak siwa brew 
Nad naszym okiem 
Stalismy przytuleni 
Jakbysmy brali z siebie odcisk 
Dla potomnych 



 
: 

 

 

 
;: 
.
 

 
\:i 
... 
d:: 


Smuga 


Zapisac lot ptaka 
I nachylenie jego lapek 
Gdy siada na trawie 


Zapisac plC}tanin
 
Naszych drog 


TomRSZ JRStrun, ur. 1950, poeta, eseista, krytyk literacki, reporter. Od 1990 do 1994 dyrektor 
Instytutu Polskiego w Sztokholmie. Autor wielu tomik6w wierszy, m. in. Bez usprawiedliwienia, 
Wrzel polski, 42 wiersze. Opublikowat wybory poezji w Niemczech, Szwecji i Stanach Zjednoczo- 
nych. Za tom Promienie blrdnego kola otrzymat nagrod
 im. Roberta Gravesa. Laureat nagr6d: 
Fundacji Kokielskich, Niezaleznych Dziennikarzy, "Kultury" paryskiej. Wsp6tpracownik "Kultu- 
ry
' paryskiej, "Rzeczypospolitej", "Res Publici", "Polityki", "Twojego Stylu" i "Architektury". 
Mleszka w Warszawie. 


163
>>>
Ich zbieg okolicznosci 
I cieplC} piecz
c 
Pierwszego pocalunku 


Kosmatc} chmur
 
Z ktorej spada kropla 
Ktora przepelnia nasz dzban 
Potem zapach rozstania 
Wnim 
Smug
 swiatla 


U smiech 


Chcialbym 
Zamieszkac w kC}ciku 
Twoich ust 


I zebys nagle 
Zmarszczyla mnie 
Swoim usmiechem 


T ak pogodz
 si
 
Ze starosciC} 


Odejscie 


Slysz
 jak schody 
PrzezuwajC} traw
 
Twoich krokow 


Kiedysjeszcze 
Spotkamy si
 
W mleku wszechswiata 


Tomasz Jastrun 


164
>>>
Jaroslaw J(leJonocki 


Olmo 


I 


dla Jacka 


'" 


- 


Zaraz za skarpC} ogrodki dzialkowe J esieniC} 
albo ktorejs z tych slotnych zim (tak ich wiele 
ostatnio nawiedza mojC} rownin
) widac tylko 
odcienie szarosci Dalej wyspy blokowisk 
Czasami pidci je slonce i wtedy mozna 
patrzec bez konca Dumna elektrocieplownia 
pod wieczor lsni swiadami jakby chciala 
udowodnic ze zyje i oddycha Troch
 nijakich 
pol a w przejrzyste dni Wisla - cienka 
srebrzysta kreska na skraju widzenia 
J dli warto W ogole wyglC}dac to dla 
oblokow na wysokim niebie Dla wiatru 
udowadniajC}cego swe istnienie lekkimi 
ruchami drzew J dli w ogole warto - 
to dla pracy twoich oczu One mowiC}: 
jeszcze jestd ale nie ulegaj zludzeniom 
Nie nasycisz si
 a twoje olmo nie pokazuje 
swiata Wi
c: nie zapominaj si
 


Wierzbno 


Wiele godzin w t)'ch jasnych podziemiach 
Szybkie pociC}gi nadjezdzajC} zapowiadajC}c 
si
 gwizdem p
dem powietrza i naglym skokiem 
adrenaliny Siedz
 na samotnej lawce Czekam 
A oni wchodzC} i wychodzC} WyglC}dajC} jakby 
wiedzieli dokC}d to wszystko zmierza 


jaroslaw Klejnocki, ur. 1963 w Warszawie. Opublikowal: romiki wierszy m.in. Okruchy 
(1997), W drodze do Delft (1998), Krotka historia pruistoczen (1999); zbior esejow Zaglada 
ogrodu (1996); anrologie poeryckie: Po Wojaczku. Brulion i niezaleini i Macie sw,oich poetow 
(z Pawlem Dunin-W:}sowiczem i Krzyszrofem Varg'l) oraz rozpraw
 kryryczn'l ChwIIOJve zawie- 
sunie broni. 0 tlPorczoici pokolenia bruLionu (z Jerzym Sosnowskim). Mieszka w Warszawie. 


165
>>>
Chodz
 po tych oswietlonych wn
trzach 
Pomi
dzy publicznym telefonem a nieczynnym 
( chwilowo) bankomatem kochankowie zapominajC} 
o p
dzC}cych wskazowkach zegara W korytarzach 
mlodziency zapatrzeni w okafelkowane sciany 
I ten swist Wiatr jak poslaniec zagubiony w 
labiryncie Dwa kroki od domu a jednak daleko 


Niewidzialny w dumie T -shirty Sweterki Wypchane 
torby Twarze Drzwi otwierajC} si
 i zamykajC} Kolejka 
rusza J estem tu wsr6d was Czemuz chcialbym zapami
tac 
kazdego skoro nikt nawet nie zatrzymuje na mnie wzroku? 


*** 


dla A. P. 
Pozos tal jeszcze fax ten niezastC}piony 
lC}cznik Ten wehikul wsp61noty Ten ostatni 
krzyzowiec Podobno pami
c wygrywa z 
przestrzeniC} i z czasem Podobno wszystko 
zalezy od naszej woli T ak: pami
c to jest 
jedyna bron W obcych miastach jakkolwiek 
oswojonych zyjemy pami
ciC} i nie konczC}cC} si
 
nigdy t
sknotc} 0 Duchu trzymajC}cy nas przy 
naszym wC}tlym istnieniu 0 bezlitosny czasie: 
wybaczcie nam 


Jest podr6z: nagla pelna pustki 
i nieoczekiwanego spelnienia Jest tylko 
niespokojna mysl i wiatr, och wiatr, 
szukajC}cy naszych zagli. 


Jaroslaw Klejnocki 


166
>>>
PLASTYKA 


Prezentacje 
Janina Gardzielewska 


, 


\ 


f 


\ 


.....:-- 


Brzemienna 


Janina Gardzielewska - forografuje od 1947 roku, cztonek Zwi'lzku Polskich Artyst6w 
Forografik6wod 1953 roku; tytut Excellence FIAP (Mi
dzynarodowa Federacja Sztuki Fotograficznej) 
nadany w 1964 roku. Osiem wystaw indywidualnych, udziat w siedemdziesi
ciu dw6ch wystawach 
okr
gowych, og6lnopolskich, pol skich za graniq i mi
dzynarodowych: w Toruniu, Bydgoszczy, 
Warszawie, Gdansku, Budapeszcie, Rumunii, Meksyku, Grecji, Niemczech, Francji, Belgii, Holandii, 
Czechostowacji, Danii, Argenrynie, Jugostawii, Hiszpanii, Italii. Mieszka w Toruniu. 


167
>>>
\ 


" 


1 
 
Slepy zaulek \ '( ( 
- 
.. 

 


168
>>>
4 
t 


Macierz.:vnstwo 


Pokolema 


.... 



 


169
>>>
I 


- -- ---, 


2- 


'S_ 
. . 
t;c 


, 


, 


... 
.. 
. 
, 

.. 
... ..J 
. - 
,. , 
" 


, I 
I 


\ 


W drzwiach 


170
>>>
, 


\ 



 


Problemy 


, 


A t......cn.... 


... 


61 


.J 
I, 


... 


----- 


----- - 


. 


-- 


. r 


- ----- 


j 


171
>>>
-- 
- '-
 
..- 
 


. 
,
 
.
 \ 
. Iii \ 


-,.
 
-, 


, 


t,.f 


../ 


f 


.... 
... 


" 


\ 


\ 
\ 


Tymon Niesiolowski; z cyklu: Moi znajomi - plastycy torunscy. 


172
>>>
- 



 , 
, 
,. 
, 


.. 


Lucjan Zamelj z cyk/u: Moi znajomi - p/astycy tormlscy. 


173
>>>
\ " 


W starej dzie/nicy 


1958 r. 
1959 r. 
1960 r. 
1960 r. 
1960 r. 
1963 r. 
1965 r. 
1966 r. 
1967 r. 
1970 r. 
1972 r. 
1977 r. 
1983 r. 
1984 r. 
1984 r. 
1985 r. 
1997 r. 


174 


WAZNIEJSZE NAGRODY I WYR6ZNIENIA: 


Nagroda MKiS za 3 prace na OFS Warszawa 
Nagroda WojewOdzka I Stopnia - Bydgoszcz 
Zloty Medal Pescara-Milano 
Srebmy medal dla zestawu polskiego; wystawa zbiorowa w Esllingen 
Nagroda Wojewodzka I stopnia w dziedzinie kultury, Bydgoszcz 
Wyroznienie na Mi
dzynarodowej Wystawie) Budapeszt 
Zloty Medal, K61n 
Grand Prix na OWF) T oruo 
Srebma Plakietka i nagroda honorowa, Berlin 
BI
kitny Szpak za tworczosc i upowszechnienie sztuki fotograficznej, Gdansk 
Zlocisty Jantar) glowna nagroda i dyplom ZPAF 
Medal im. Jana Bulhaka 
I Nagroda na wystawie poplenerowej "Toruo 750" 
I Nagroda na II Toruoskim Plenerze Fotograficznym 
Nagroda I Stopnia MKiS za caloksztalt tworczosci 
Dyplom PTTK za popularyzacj
 T orunia i regionu 
Medal ZPAF za zaslugi dla rozwoju fotografiki polskiej
>>>
V ARIA 


Michal Glowinski 


Czyn urodzinowy 


To wtedy chyba wlasnie "czyn" w tym osobliwym uzyciu zagniezdzil si
 w j
zyku 06- 
cjalnym i rozpowszechnil, nic przeto dziwnego, ze znaczenie to zaledwie kilkanaScie lat 
pozniej odnotowane zostalo w monumentalnym dykcjonarzu. Trudno bylo miee wC}t- 
pliwosci, do jakiej sfery rzeczywistosci odnosily si
 takie formuly jak "podjC}e czyn...", 
"odpowiedziee czynem produkcyjnym na apel...", "uczcie czynem...", a zlepki slowne 
w rodzaju "czynu pierwszomajowego" lub "czynu lipcowego" staly si
 powszechnie 
zrozumiale. Najgorliwsi podejmowali czyny indywidualne, takich jednakze bylo raczej 
niewielu, decydowali si
 na to przede wszystkim przodownicy pracy, 0 ktorych pisano 
na pierwszych stronach gazet, a pryszczaci poeci poswi
cali im rownie patetyczne co 
nieporadne strory, ale tez ci, kt6rzy chcieli si
 z jakichS powodow wyroznie, bo to byla 
dobra metoda, by zostae przez wladze zauwazonym - i pochwalonym. Czyny stanO\vi- 
ly jednak przede wszystkim domen
 zbiorowosci, takich czy innych, w istocie wszelkich, 
nie tylko fabrycznych, rowniez biurowych i szkolnych. Nie zastanawialem si
 w tamtym 
czasie, czy owe tak slawione czyny, do kt6rych wzywano z najrozniejszych okazji, bo 
staly si
 niezbywalnym skladnikiem rytualu, to forma wymuszania darmowej pracy, ze 
swej istoty niemal niewolniczej, bo podejmowanej nie z wlasnej inicjatywy i nie zakon- 
czonej choeby groszowC} zaplatC}, czy tez jest to forma mobilizowania, by ludzie - choe- 
by pod przymusem i w postaci jedynie symbolicznej - nieustannie sluzyli rezimowi, by 
zobowi,!zywali si
 do dzialan takze z okazji, ktore budzC} ich niech
c, a w wielu przy- 
padkach - nawet obrzydzenie, by nie dane im bylo zapomniee, ze wladza ma do nich 
prawo - i moze im kazac, co jej si
 zywnie podoba i to \vtedy rowniez, gdy z pozoru 
chodzi 0 postanowienia wynikajC}ce z wlasnej nie przymuszonej woli. Gra toczyla si
 za- 
tern 0 wymierne korZYSci materialne, czy tez 0 wprowadzenie spoleczenstwa w ciC}gly, 
motywowany ideologicznie ruch, a wi
c 0 nieustannC} mobilizacj
? Mysl
, ze skromna 
historia, jakC} opowiem, pozwoli w jakiejs mierze odpowiedziec na to pytanie. 
Tego roku na przelomie jesieni i zimy rozbila si
 nad PolskC} LudowC}, tak zresztc} jak nad 
wszystkimi krajami, nalezC}cymi do obozu pokoju i socjalizmu, bania z czynami. Podejmo- 
wali je gomicy i hutnicy, ale tez krawcy i \\-)'t'v6rcy wiklinowych koszy, zrzeszeni wodpo- 
wiedniej spoldzielni, pOOejmowaly akty\vistki zjednoczone w Lidze Kobiet, ale i milicjanci 
nie pozostawali gorsi, podejmowali partyjni i bezpartyjni, starzy i mlOOzi, w istocie goto- 
wosc do wykonywania czynu winien przejawiac kazdy, kto ma r
ce i nogi. A jakis znako- 
mity rolnik, bye moze kandydat do roli polskiego Miczurina, zadeklarow
, ze specjalnie - 
wiasnie w czynie - wyhodowal byl nowC} odmian
 buraka cukrowego, duzo lepszC} od 00- 
mian tradycyjnych - i ze zrobil to, czyli uczynil , z myslC} 0 \vielkim jubilacie, ktoremu pra- 


175
>>>
gnie swoje buraczane dzido poswi
cie. Tille i nasza klasa zobowiC}zae si
 musiala do czy- 
nu, oczywiscie krojonego na t
 skromnC} miar
) jaka dla nas byla dost
pna, bo przeciez na- 
wet marzye nie moglismy 0 ulepszaniu buraka) z ktorego wytwory skutecznie osladzalyby 
ludowi kroczenie na drodze do socjalizmu, by nie wspominae nawet 0 wydobyciu dodat- 
kowej tony w
gla, dzi
ki ktorej my si
 mrozow nie boimy, choc idzie zima zla. 
Czynu naszego wiekopomnego dokonae mielismy po lekcjach, z tego tak donioslego 
powodu chyba nieco skroconych) na dwa a moze trzy dni przed swi
tem najwi
kszego 
czlowieka naszych czasow, ozdoby rodu ludzkiego. Mielismy wykopae dol nieopodal 
wC}skotorowej kolejki elektrycznej, IC}czC}cej miasteczko ze stoliq. Nie pami
tam, czy 
uswiadomiono nas, czemu dol ow mialby sluzye, niechybnie jednak to zrobiono, hol- 
downicze czyny musialy przeciez miee rowniez wymiar praktyczny, bo wodz dbal 0 to, 
by poswi
cone wielkim celom dzialania dawaly konkretne wyniki, a wraz z nimi lepsze 
i weselsze stawalo si
 nasze zycie - i cieszyl si
 z kazdego osiC}gni
cia, z wszystkiego, co 
zrobiono dla pokoju i socjalizmu, a przede wszystkim dla ludzkosci, ktorej przewodzi, 
bo jC} swym dobrym i szlachetnym sercem po prostu ukochal. Cieszylby si
 zatem i z te- 
go, co zdzialali licealisci ze skromnej prowincjonalnej szkoly sredniej, jdliby tylko wia- 
domose 0 naszym wysilku do niego doszla. A przeciez dotrze - nawet nie dlatego, ze 
odznacza si
 on cechami, zblizajC}cymi go do tego, ktory osiC}gnC}1 pozycj
 bliskC} Boga, 
ale z tej racji, ze w urodzinowych przeslaniach, sprawozdaniach i meldunkach uwzgl
d- 
niona zostanie takze nasza praca, wliczone zostanie to, co zrobilismy w akcie holdu wy- 
plywajC}cego z najgl
bszych potrzeb duszy. Mielismy zywie przekonanie, ze nasza praca 
nie jest formC} panszczyzny, ale odznacza si
 sensem oczywistym. 
Dano nam kilka lopat i jeszcze moze jakid inne prymitywne narz
dzia, ulatwiajC}ce 
dobranie si
 do ziemi, ktora nie byla wprawdzie w pelni zamarzni
ta, bo w grudniowe 
dni tego roku wielkie mrozy jeszcze nie nadeszly, byla juz jednak niewC}tpliwie Scisni
- 
ta i twarda. Wyruszylismy przeto, by wkrotce znaleze si
 na wyznaczonym miejscu, dro- 
ga zaj
la nam czasu niewiele, bo znajdowalo si
 ono w poblizu ulicy Lipowej, przy kt6- 
rej midcila si
 nasza szkola. Wyruszylismy bez entuzjazmu, tak jakby juz u samego 
poczC}tku ogarn
lo nas nie dajC}ce nad sobC} zapanowae lenistwo, lenistwo zas to - mysl 
t
 napotkalem w czytanym juz w doroslej epoce mojego zycia Dzienniku Jules'a Renard 
- zm
czenie przed wysilkiem. A wi
c chociaz mielismy wykonae czyn, wielkiej ochoty 
do czynu w nas nie bylo. Przejawiali jC} jedynie koledzy b
dC}cy aktywistami, ale nie mial- 
bym pewnosci, czy nie byla ona udawana. Musieli tak si
 zachowywae, bo ich zadaniem 
bylo nie tylko pilnowanie i dozorowanie, ale takze - swiecenie przykladem. To oni, za- 
wsze ideologicznie uswiadomieni, reprezentujC}cy mlodziez przodujC}q i najbardziej po- 
st
powC}, stanowie mieli wzor. 
ZabierajC}c si
 do pracy, winnismy miee nieustannie przed oczyma wodza, ktorego za 
jej sprawC} czcimy. A 0 to trudno nie bylo, raczej przeciwnie, na opor materii natrafial- 
by ten, kto probowalby 0 nim zapomniee. Byl wsz
dzie, spoglC}dal na nas ze wszystkich 
stron, a gdyby bylo to technicznie mozliwe, jego portrety przypinano by agrafkami lub 
przyklejano do ci
zkich olowianych chmur, jakie 0 tej porze roku wiszC} nad naszC} cz
- 
Sci'l Europy, by patrzyl na nas r6wniez z nieba, w tym przypadku zresztc} nader ponu- 
rego. Bo to nie byla tylko sprawa szkolnej akademii czy innych tego rodzaju rytua16w. 
Oddawano mu czese boskC} od lat, ale w te dni jubileuszowe z jeszcze wi
kszC} intensyw- 
nosciC} niz zwykle, po prostu dost
pny nam swiat obracal si
 wok61 jego osoby, to ona 
znalazla si
 w najbardziej eksponowanym punkcie universum. Jego portrety umieszcza- 
no wsz
dzie, nie tylko w prasie i na scianach urz
dow, szk61, fabryk, takze w witrynach 
zieleniakow mi
dzy pietruszkC} i burakami (niewC}tpliwie zwyklymi, nie tymi, ktore d7iel- 
nemu polskiemu agronomowi udalo si
 ulepszye na jego czde), w sklepach z damskC} 


176
>>>
bieliznC}, mi
dzy .biustonoszami i majtkami, jak rowniez wsr6d garnkow, pieczywa czy 
na coraz bardzlej pustych wystawach sklepow mi
snych. Od widoku wC}satej g
by nie 
bylo w owym 
zasi
 uc
eczki. Ale tez i od pochwal wierszem i prozC}; choeby poeta 
w tamte. la
a mezmlerm
 popularny, a przez niekt6rych uwazany za wybitnego czy 
wr
cz wlelkiego, tak slawtl generalissimusa: 


Stalin pok6j niesie swiatu, 
Stalin - wolnoSc, Stalin - radosc, 
Stalin - w6dz proletariatu, 
Jemu slawa! 


Wowczas, gdy znalezlismy si
 po drugiej stronie torow i przyst
powalismy do dziela, 
mielismy go nie tylko przed oczyma, ale takze - by tak powiedziee - w uszach. Hymny 
na jego cZeSe rozbrzmiewaly z radia, a dopelnialy je wojenne pieSni, mi
dzy innymi ta, 
w ktorej powtarzaly si
 slowa: "artilieristy kotorim Stalin dal prikaz". przejawow czci 
bylo duzo, ale lopat - jak szybko si
 okazalo - za malo, wykonywae zatem musimy swoj 
czyn na zmian
, a nie - wszyscy rownoczeSnie. Postanowiono, ze do roboty zabiofC} si
 
chlopcy, dziewcz
ta zas b
dC} nam towarzyszye. Niektore symbolicznie wzi
ly do r
ki 
nasze jakze nowoczesne narz
dzia, dotkn
ly nimi ziemi - i pozostaly bezczynne. Ktos 
przytomnie zdecydowal, ze stanie na zimnie i bierne przyglC}danie si
 temu, jak pracujC} 
inni, do czynu juz nie nalezy, nie stanowi tez wlaSciwej formy uczczenia tego, kt6remu 
wyrazy holdu i uwielbien skladajC} wszyscy ludzie post
pu jak ziemia dluga i szeroka, po- 
zwolono im wi
c rozejse si
 do domow. Wsrod kolezanek raczej niewiele bylo gorli- 
wych adoratorek najwi
kszego wodza w dziejach ludzkoSci, ktory niebawem objawie si
 
mial swiatu rowniez jako genialny j
zykoznawca, totez niewC}tpliwie ucieszyly si
 z ta- 
kiego obrotu rzeczy. To mysmy zostali, by kopac ziemi
: Mirek i Marek, Wojtek i Sla- 
wek, Franek i Janek i kilku innych jeszcze... 
Nie zastanawialem si
 wowczas nad tym, ale dzisiaj jestem swiadom, ze w tym samym 
dniu, 0 tej samej porze, w podobnej sytuacji co nasza klasa znajdowaly si
 ogromne rze- 
sze osob, nie tylko rowieSnikow zaganianych do czynow, bo kazda szkola musiala si
 
przeciez czyms wykazac, takze starszych - robotnikow i urz
dnik6w, gajowych i trakto- 
rzyst6w, chlopow z tworzC}cych si
 wlasnie sp6ldzielni produkcyjnych i pracownik6w 
uspolecznionego handlu, lekarzy i wojskowych, a takze arryst6w... Albowiem caly na- 
rod tego wodza chwali, kt6ry r6wnych sobie nie ma. To - bye moze - wlasnie w tym 
czasie, kiedy my machalismy lopatami, wyruszal z Warszawy do Moskwy pociC}g wiozC}- 
cy urodzinowe podarki od ludu polskiego. Lokomotyw
 zdobil ogromny portret, na 
wagonach wypisane byly hasla peine uwielbienia i sentencje, nikt nie mial prawa zywic 
wC}tpliwoSci co to za pociC}g, nikt tez, kto znajdowal si
 w poblizu jego trasy, nie mial 
prawa go nie dostrzec. A co za wspanialosci w nim si
 znajdowaly! Prawdziwe dary ser- 
ca, makatki, krysztaly, rzezby w w
glu i inne, nie dajC}ce si
 zliczyc przedmioty, b
dC}ce 
dzielem qk polskiego robotnika, chlopa i pracujC}cego inteligenta, by juz nie wspomi- 
nac 0 kilkuset tysiC}cach listow z zyczeniami i homagiami - od starych i mlodych, wy- 
ksztakonych i prostych, a takze dzieci, kt6re do ludu pracujC}cego miast i wsi jeszcze nie 
nalezC}, bo dopiero rozpoczynajC} edukacj
 ale juz wiedzC}, kto jest ich wielkim przyjacie- 
lem i opiekunem. JedenaScie wagonow holdowniczej masy; rytmiczny stukot ich k61 
mial si
 upodobniac do skandowania: Stalin... Stalin... Ale mysmy tego monumentalne- 
go pociC}gu nie widzieli i nie slyszeli, w naszym zasi
gu znaj
owala si
 jedyni
 pod
iej- 
...ka kolejka, zlozona z dwu niewielkich wagonik6w, wypel
lonych po b.rzegl. .Przej

- 
dzala od czasu do czasu i nie budzila zainteresowania, nalezala do naszej codzlennoscl. 


177
>>>
Zdzialalismy niewiele, ale zapadaj
ca wczdnie grudniowa noc nie pozwalala konty- 
nuowae dziela. Pozostawilismy po sobie nieforemny d61, w istocie nie troszcz
c si
 
zbytnio 0 to, czemu on sluzye b
dzie, wystarczylo, ze stanowie mial form
 urodzino- 
wego holdu i nasz dar zlozony u stop ojca narodow. Ucieszylem si
, ze to juz koniec... 
Ulegalem wtedy, mi
dzy pi
tnastym a osiemnastym rokiem zycia, uwodzicielskim cza- 
rom komunistycznej ideologii, nie lubHem jednak tego rodzaju akcji, trudno mi bylo 
z roznych powodow wlC}czyc \\' zbiorowose i z ni
 wspolodczuwae, trudno mi bylo wy- 
krzesac z siebie entuzjazm, ktorego oczekiwano od wszystkich, a udawae go nie potra- 
filem, w istocie zas - nie chcialem. Tego rodzaju obrz
dy wywolywaly we mnie niech
e, 
sklanialy do dystansu i kazaly myslee 0 zwyklym, pozbawionym gl
bszego sensu mar- 
notrawieniu czasu; nie bylem, wieczny wyobcowaniec, zdolny do uczestniczenia 
w zbiorowych emocjach - w zasadzie wszystko jedno czy autentycznych, czy tez sztucZ- 
nie wywolywanych. 
Ale ten okres jubileuszowy zaznaczyl si
 czyms jeszcze, przekonalem si
, ze umiem 
dostrzec smiesznosc czy groteskowose tego, co si
 dzieje. Stalo si
 to nie w czasie owe- 
go osobliwego czynu, 0 jakim tu opowiadam, ale troch
 pozniej, w dniu obrz
dowej 
kulminacji, tym, na ktory przypadaly wlasciwe urodziny. Tego dnia w jednym z ilustro- 
wanych dodatkow ukazala si
 na rozkladowce reprodukcja niezwyklego radzieckiego 
obrazu: byl to syntetyczny widok pierwszej ojczyzny robotnik6w i chlopow, przedsta- 
wiajC}cy najrozniejsze elementy, wyslawiane przez owczesnC} propagand
, a zamiast slon- 
ca - figurowala dostojna i usmiechni
ta postae Jozefa \Vissarionowicza Stalina z plasz- 
czem przewieszonym przez rami
. Pami
tam z najwczdniejszego dziecinstwa, ze przed 
wojnC} produkowano past
 do podl6g, ktora nazywala si
 - przyznac trzeba, ze w pol- 
szczyznie raczej osobliwej - "jasniej slonca". A teraz "jasniej slonca" swiecH wodz, kt6- 
rego zresztc} w patetycznych wyliczankach, ukladaj
cych si
 w swoiste litanie, nazywano 
sloncem naszej epoki. Bye moze usluzny sowiecki pacykarz swiadomie uplastycznial pa- 
negirycznC} metafor
, bardziej prawdopodobne jednak, ze to osobliwe uj
cie wynikalo 
ze swoistej holdowniczej dialektyki i z orientalnych tradycji. Stalin rozjasnial swojC} oso- 
bC} kraj, w ktorym wszystko przebiegalo zgodnie z jego myslC} i wolC}, a slupy elektrycz- 
ne, kombajny i dymy unoszC}ce si
 z fabrycznych kominow swiadczyly, ze rozkwita. Tej 
rozbudowanej alegorii nie mozna bylo nie zauwazye i nie zapami
tae, przy niej plakat)' 
z portretami wodza, umieszczone wsrod p
czk6w wloszczyzny bC}dz damskich desusow 
naprawd
 byly przykladem powSci'lgliwosci i umiarkowania. 
Tuz po dniu kulminacyjnym, w ktorym - jak napisano w jednej z gazet - "ludzkose 
zloiyla hold generalissimusowi Stalinowi", rozpoczynaly si
 ferie swiC}teczne. Dobra to 
byla okazja, by zapomniee 0 cyklu obrz
dowym, w jakim musielismy uczestniczye, 
choe nie wykluczam, ze inicjatorzy i organizatorzy tego niezwyklego homagialnego 
przedsi
wzi
cia chcieli w jakis spos6b spowodowae, by urodziny tyrana i Boze Naro- 
dzenie znalazly si
 w spolecznej swiadomosci na jednej plaszczyznie, obok siebie, 
a przypuszczenie to jest tym bardziej uzasadnione, ze te formy kultu, jakie przywola- 
no, zarezerwowane byly, jdli nie liczye kilku wyjC}tkow z dawnej historii, dla bogo w . 
Zapomnielismy w naszej klasie 0 czynie, ktory musielismy podjC}e (czy raczej za nas go 
podj
to), ostatecznie byl to epizod krotki i niewiele znaczC}cy. Pewnie zapomnieli tak- 
ze inni - i nie pytali choeby 0 to, co si
 stalo z urodzinowymi darami, ktore zajr;1y az 
jedenascie towarowych wagonow, gdzie sc} przechowywane i czy wszystkie utrzymuj
 
si
 w dobrym stanie, bo wsrod prezent6w znalazly si
 rzeczy niew'ltpliwie mniej od 
spizu trwale, jak owe buraki, ktore dla uczczenia wodza wyhodowal przodujC}cy rolnik. 
I chot naszym czynem juz nie zaprzC}talem sobic glowy i nie interesowalem si
 tym, co 
si
 dzieje z dzidem, powstalym w jego wyniku, z zaciekawicniem wysluchalem nowi- 


178
>>>
ny przyniesio
ej 
rzez jed
e
o z kolegow pod koniec roku szkolnego: dol, ktorym na- 
sza klasa uczClla sledemdzleslC}te urodziny Jozefa Wissarionowicza Stalina, zostal zasy- 
pany: Moze jacys inni uczniowie dokonali tego wiekopomnego dziela w ramach czy- 
nu plerWSZOmajowego? 


Michal Glowinski 


Aleksander Jurewicz 


Zapislci ze stroiowki (7) 


Marzec 2000 


Swiado nocnej lampki padlo jakby mocniej na kilka zdan w czytanej do snu Sereniti 
Jaroslawa Iwaszkiewicza i z mglistych, przedsennych powidokow pocz
la wylaniac si
 
kobieca postac, w ktorej z kazdC} chwilC} rozpoznawalem znajome rysy twarzy i ksztalty 
ciala pod jedwabnC} sukienkC}. Na moment drgajC}cy cien polozyl si
 na otwartej stroni- 
cy ksiC}zki akurat w tym miejscu: ".. .chcialem przepatrzyc nasze drogi, ktore na chwil
 
si
 skrzyzowaly, a potem poszly w zupelnie przeciwne strony. Prowadzily jednak do te- 
go, co trzeba zawsze osiC}gnC}c przed ostatecznym rozstaruem." 
Dna nie byla gwiazdC} filmowC} mojego pokolenia, Kanal obejrzalem pozno i przy- 
padkowo, chyba bez emocji. Dna od parunastu dni nie moze wyjsc z pami
ci, a pami
c 
o niej ma smak bezlitosnej goryczy, chcialoby si
 krzyczec, bo wszystko nieublaganie 
przemija, w proch si
 zamienia i nicosc. Zimne usta umarlych dotykajC} moich wargo 
Cienie umarlych usilnie w
drujC} w nocnej ciemnoSci przez pokoj i wilgornymi palcami 
sciskajC} za rami
. DajC} do zrozumienia, ze jeszcze jestdmy im do czegos potrzebni. 
Czasami nie starcza w zyciu czasu, zeby zapomniec naprawd
. B
d
 przez reszt
 zycia 
niosl jC} bezwladnC}, opadajC}CC} przez r
ce, zeby znalezc miejsce lagodne i spokojne, gdzie 
b
dzie mogla nareszcie odpoczC}c. 'Vi
c jeszcze musz
 isc, choc mam coraz slabsze r
- 
ce i coraz mniej sit !\loze ja tez b
d
 komus ciC}zyl w r
kach i pami
ci. 
Przedwczoraj znowu obejrzalem Kmzal. Tamta pi
kna mloda dziewczyna nie miala 
rysow twarzy kobiety, ktol"C} zobaczylem duzo pozniej. 4czniczka Stokrotka. Dwie 
twarze nie nakladaly si
 na siebie i chyba nie dlatego, ze na ekranie miala dla potrzeb 
filmu rozjasnione, pszeniczne wlosy, kiedy w rzeczywistoSci J ej wlosy byly kruczoczar- 
ne. Ale ta druga nie zyla tamtc} dziewczynC} uosabiajC}CC} Jej mlodosc i dawnC}, prze- 
brzmialC} popularnosc - tego nigdy wyraznie nie okazywala. Raz tylko slyszalem, jak 
ktos, starszy ode mnie, mowil do Niej: "Stokrotka", "kochalem si
 w tobie, Stokrotko", 
a Dna wtedy szybko wlewala w siebie kieliszek wodki, jakby byla pewna, ze alkohol 
przywroci jC} na powrot w tanlten czas, albo jeszcze bardziej znieczuli pami
tanie 
o sobie dawnej, 0 sobie z innej wersji zycia. 
Czas jest ciC}gle za krotki, zebym magi przypomniec sobie wi
cej. Spopielale strz
py 
przypadkowych slow i sytuacji, trudne do okrdlenia pory dnia i miesi
cy zatrzymujC} si
 
na st
pialym graficie o16wka, czegos si
 l
kajC}. W zaden sposob rue chce si
 odtworzyc 


179
>>>
zdarzenie, ktore zostalo tylko tajemniczym zapisem na odwrocie Jej fotografii, zapisem 
uczynionym 4 pazdziernika 1976, b
d'1cym cytatem z Doktora Faustusa, kiedy nauczy- 
ciel muzyki Adriana Leverkiihna dumaczy, dlaczego Beethoven nie napisal III cz
sci So- 
naty, op. 111: "Trzecia cz
se? Rozpoczynae na nowo - po takim pozegnaniu? Powrot- 
po takim rozstaniu? Niemozliwe! Stalo si
 tak, ze sonata w owej drugiej, ogromnej cz
- 
Sci doszla do swego kresu, skOI1czyla si
 raz na zawsze. A mowi'1c "sonata" mam na my- 
sli nie tylko t
 wlasnie, w tonacji c-moll, lecz sonat
 w ogole, jako gatunek, jako trady- 
cyjn'1 form
 artystyczn'1 sztuki: ona wtasnie, jako taka, znalazla tu swoj kres, zostata do 
kresu doprowadzona, wypelnita swe przeznaczenie, osi'1gn
la cel swoj, poza ktory wyjse 
juz nie mozna, ona sarna si
 tutaj niweczy i rozwi'1zuje, zegna si
 z nami..." 
Kiedy ona wchodzita na stynne schody Festiwalu Filmowego w Cannes, ja jeszcze 
chyba nie przeczuwatem czekaj'1cej mnie juz niedtugo dalekiej podrozy w niewiadomy 
swiat, a przede wszystkim okrutnie bolesnego rozstania z babci'1. Kiedy pojechalismy 
wreszcie zobaczye, jak wsrod poniemieckich gruzow wytaniaj'1 si
 fundamenty naszego 
przysztego domu, ktory b
dzie naszym schronieniem, Ona gdzid w Bieszczadach gra- 
la Wand
 w Bazie ludzi umarlych; tym filmem potwierdzita swoj aktorski talent, ale juz 
wi
cej w kinie nie by to dla niej niczego, za \vyj'1tkiem kilku epizodycznych rol. Kiedy 
zaczynatem uczye si
 pisae pierwsze litery, Ona napisata sztuk
 Tylko dziewifcdziesiqt 
dziewifc, wystawion'1 w Teatrze Ludowym w Nowej Hucie; w jednym z wywiadow 
zwierzyla si
, ze zamierza kontynuowae pisanie, ale niczego wi
cej nie napisata... 
Patrz
 na kilka fotosow z Kanalu, wpatruj
 si
 w twarz dziewczyny, ktorej nigdy 
nie spotkatem i nie widziatem, ale nie mog
 zobaczye w niej przyszlej twarzy kobie- 
ty, ktof'l si
 stanie. .Moze to przez te nie jej jasne wtosy? Stokrotka. To by to dwadzie- 
Scia lat pozniej... 
Dwadzidcia lat pozniej przez okna s'1czyt si
 wczesny zmierzch i zlewat si
 z kolo- 
rem jej dtugiej sukienki. Trafitem do tego domu przypadkowo, by tern krotko. Zapami
- 
tata, ze bytem w skorzanej czarnej marynarce z podniesionym kotnierzem i - podobno 
- cos lub kogos jej to przypominato. Tak J'1 poznatem, tak si
 spotkalismy. 
Cz
sto widz
 okna tamtego mieszkania i nawet kiedy pali si
 w nich swiado S'1 dla 
mnie od dawna puste i nie potrafi'1 sprawie bolu. Ktoregos majowego przedpotudnia nie 
pojawita si
 na probie Vatzlava Mrozka, gdzie grala Krolow'1, wkrotce miala bye premie- 
ra, telefonowano do domu, ale po drugiej stronie nikt nie podnosit stuchawki. Byta zna- 
na z aranzacji prob samobojczych, ale zawsze znajdowat si
 ktos, kto zareagowat na jej 
wzywaj'1CY telefon. Spotkalem j'1 par
 dni wczdniej, wlasnie jechata do teatru w Sopocie, 
byta w dobrej formie, miatem przyjse na premier
. Ktos z teatru pojechat do jej mieszka- 
nia we Wrzeszczu. By to po wszystkim: alkohol, tabletki, odkr
cony gaz. By to po wszyst- 
kim, choe jeszcze przez kilka miesi
cy w szpitalu nie mogla umrzee Stokrotka. 
Agonia: taki tytut miato miee opowiadanie, ktore probowalem zacz'1e pisae pot ro- 
ku pozniej, jego szcz'1tki znalaztem niedawno. To zarzucone opowiadanie czasami 
przypominalo si
, ale nie jak \vyrzllt sumienia czy poczucie porazki. Malo si
 wie ma- 
j'1c trzydzidci lat i na wszystko - zycie, mitose, smiere, pisanie - patrzy si
 inaczej. Jesz- 
cze wie si
 niewiele, wszystko przyjdzie pozniej, powoli i niespiesznie. Pozniej hory- 
zont b
dzie stawal si
 coraz blizszy i nie b
dzie zamykat nieba, ale stanie si
 drugim 
brzegiem, ktory b
dzie si
 z wolna przyblizal. Z kazdym dniem, z kazdym uczuciem 
i kazd'1 utrat'1 b
dzie stawato si
 coraz ciasniej i mroczniej, a slowa zrobi'1 si
 trudniej- 
sze do \vymowienia. A potem zacznie brakowae slow, bo narastaj'1ce poczucie przemi- 
jania b
dzie trudne do opisania, tak jak prawie niemozliwe jest dokladne opisanie kosz- 
maru, bo najwazniejsze dzieje si
 poza linijkami tekstu. Ale moze do tego opowiadania 
kiedys powroc
, bo widz
 inaczej niz wtedy, choe zostawitbym ten sam pomysl na 


180
>>>
opowiedzenie 0 czyims zyciu, a w tym zyciu musiatby pozostae tez ten jeden drobny 
(a wtedy kluczowy) epizod. Musiatby pozostae list. 
Nie chciatem przyj'le od Niej szarej zniszczonej koperty. Czutem, ze przyjmuj'lc j'l 
popetniam jakis rodzaj swi
tokradztwa, ze koperta powinna byc u Niej, jezeli przez ty- 
Ie lat j'l przechowata. Po wygl'ldzie koperty mogtem si
 zorientowae, ze musiala cz
sto 
przegl'ldae si
 w jej zawartosci jak w pokrywaj'lcym si
 sniedzi'llustrze. I do dzisiaj nie 
wiem, co z ni'l zrobie, przenosz
 j'l z mieszkania do mieszkania, czasami natrafiam na 
ni'l w najmniej spodziewanym momencie. Nie mogtem si
 obronie przed tym niechcia- 
nym podarkiem, staIismy posrodku pokoju, Jej twarz wci'lZ byta pi
kna, miatem nadzie- 
j
, ze kiedys upomni si
 0 kopert
. 
Byta tam szczotka korektorska 6smego dnia tygodnia z "TworczoSci" z odr
czn'l, 
otowkow'l dedykacj'l, gdzieniegdzie podkrdlona fioletowym tuszem, w niektorych 
miejscach przetarta i podklejona. Byly tez dwa zdj
cia. Na odwrocie jednego z nich po- 
znatem Jej pismo: "Mareczku! 4 20 rano, zimno, ponuro, Zb'lszynek. Czekam juz dwie 
godziny! Wysztam z domu wczdniej. 0 18 00 dzwonitam do Forda. Nie bvlo Ciebie. 
Jeszcze raz by tam w domu. Nie by to Ciebie. No coz? Tak! A teraz siedz
 i .t
skni
 jak 
pot
pieniec. O! cholera jak bardzo t
skni
, zebys wiedziat Mareczku i boj
 si
 tak bar- 
dzo. Masz racj
, ze nie wiadomo czy cztowiekowi si
 zechce jeszcze raz wygtupie. I na 
Boga moim najwi
kszym marzeniem jest to, by by to dobrze. Wiem, ze i Ty si
 boisz. 
Ale to od nas zalezy, powiedz, prawda? W moim "ja" zalezy to od Ciebie, Mareczku. 
Tak chciatabym wiedziee czy myslisz tak sarno - i boj
 si
 Marek Marek. Strach - Mu- 
siatam chociaz tak porozmawiae z Tob'l ...." 
W tamten wieczor, gdy pierwszy raz czytatem ten list, spoza zielonych liter zobaczy- 
tern twarz Stokrotki - taka byta, kiedy go pisata, kiedy byta zakochana i moze podczas 
pisania nad ranem listu juz przeczuwata przegran'l swojej mitosci. Poczutem zal do tam- 
tego swiata, ze pozwolit bye Jej wtedy samotn'l, opuszczon'l i zrozpaczon'l, ze by to Jej 
zimno, poczutem do tamtej dziewczyny tkliwose. Pomimo poinej nocnej pory zatele- 
fonowatem, a gdy uslyszatem Jej zaspany gtos nie wiedziatem, co powiedziec, bo zadne 
slowa nie wydawaly mi si
 dobre, a pocieszae juz by to za poino. To przemin
lo, choe 
na pewno cz
sto musiato si
 w Niej odzywae. Zyta wsrod niewielu szcz'ltkow dawnej 
stawy, a teraz zaswiadczaj'lcych 0 jakims bankructwie: "ztota kaczka" za rol
 w Bazie 
ludzi umartych, plakietka Filmowego Lajkonika z podpisem "uznanej przez czytelnikow 
))Gazety Krakowskiej« za najlepsz'l aktork
 roku 1957", zdj
cie z Jeanem Cocteau 
w Cannes, imitacja amfory z Cypru, gdzie byta fetowana, ktora sdukta si
 na moich 
oczach. I jeszcze zwykta tekturowa walizka z gazetowymi wycinkami, fotosami, progra- 
mami teatralnymi, biletami wizytowymi (zapami
tatem bilecik Kazimierza Brandysa, 
w ktorego Inferno wyst
powata - par
 godzin temu uslyszatem w radiu wiadornosc 
o smierci pisarza; to jeszcze jeden dziwny zbieg przypadkow), kilkorna starymi pisrnami 
filmowymi ze swoim zdj
ciern na oktadce, niewiele. Codziennie zasypiata i budzita si
 
wsrod scian ze sladami po przeszlych, krotkich triurnfach, rnusialy bye dla Niej czasarni 
nie do zniesienia, niczym zacieki pojawiaj'lce si
 po niewielkim nawet deszczu. 
A przeciez jeszcze lustra, posrod ktorych przechodzita i za kazdym razem rzucata na 
nie ukradkowe spojrzenia. Tak, rni1cz'lce lustra, z ktoryrni prowadzita jak'lS rozmow
 al- 
bo gr
. Lecz mimo tylu luster w mieszkaniu i ludzi wokot Niej byta sarnoma, coraz bar- 
dziej sarna, coraz cz
stsze byly telefony btagaj'lce 0 obecnose przy Niej. I. czy to \
, kon- 
ell Stokrotka popila za ni'l usrniercaj'lce tabletki wodkC} i poszta do kuchm Odkr
CIC gaz? 
Kim byta naprawd
 w tych ostatnich chwilach traconej swiadomosci, osuwaj'lc si
 kolo 
gazowej kuchenki? A przeciez niemozliwe, zeby wczdniej do kogos nie telefonowala... 


181
>>>
W wagonie pasazer z naprzeciwka rozlozyl gazet
 i na pierwszej stronie "Wieczoru 
\Vybrzeza" zobaczylem Jej zdj
cie, a nad zdj
ciem odwiecznie porazajC}ce slowa: "nie 
zyje". Oprocz skurczu w krtani poczulem ulg
 na mysl, ze wreszcie Jej kilkumiesi
czna 
agonia skonczyla si
. Nie wysiadlem z pociC}gu i nie przelozylem wyjazdu na wakacje. 
Juz bylo absolutnie po wszystkim, nic juz nie moglo si
 zmienie. Tam dokC}d jechalem 
nadchodzily kiedys Ii sty i telegramy od Niej. Wspolpasazer odwrocil placht
 gazety, a ja 
t
po wpatrujC}c si
 w upalny pejzaz migajC}cy za oknem p
dzC}cego pociC}gu, zamiast 
slonca i wybielonego nieba, wciC}z widzialem tamte dwa czarne slowa. 
Od tamtego lata tyle juz razy bylem na cmemarzu na Srebrzysku, lecz do tej pory nie 
wiem, gdzie jest Jej grob i nie chc
 go jeszcze widziee. Nie moglbym na niego spojrzee. 
Przebudzilem si
 i ujrzalem nad sobC} ostre swiado nie zgaszonej lampki. Ksi'lzka zsu- 
n
la si
 z poduszki. Nast
pne zdanie z Serenite ("Prowadzily do uspokojenia, do ostat- 
niej zgody na swiat, do serenite.") nie nalezalo juz jednak do tej historii. 


Aleksander ]ureJvicz 


Julian [(ornhauser 


N apis 


Napis z 1969 roku nie nalezy do ulubionych przez krytyk
 ksiC}zek Herberta. Swiad- 
czy 0 tym wyj:}tkowo mala ilose recenzji, jakie ukazaly si
 zaraz po wydaniu tomiku (co 
bye moze zostalo spowodowane owczesnC} sytuacjC} politycznC}, a co za tym idzie, naci- 
skami cenzury), a takze pozniejsza recepcja, wskazujC}ca na mniejsze zaimeresowanie 
nowym po Studium przedmiotu zbiorem wierszy poety, juz wkrotce opromienionego 
slawC} Pana Cogito. Brak wyraznego uznania dla Napisu moze wynikae z faktu, iz nie 
znajduje si
 w nim zbyt wiele koniecznych, cz
sto imerpretowanych tekstow Herberta. 
Wlasciwie poza SpralVozdaniem z raju i Prologiem oraz Probq- rozwiq-za.nia mitologii 
i Brakiem wfzla trudno tu mowie 0 takich wierszach. Czy zatem Napis nie zasluguje na 
baczniejszC} uwag
? Z calC} pewnokiC} zasluguje, glownie ze wzgl
du na zmian
 dotych- 
czasowej tematyki. Herbert porzuca, choe nie do konca, tematyk
 wojennC} i ref1eksj
 
o roli artysty we wspolczesnym swiecie na rzecz rozwazal1 0 tradycji srodziemnomor- 
skiej i braku w
zla mi
dzy kulturC} antyczn'l i czasem terazniejszym. 
Dlaczego tom nosi tytul Napis? Pami
tamy, ze taki wiersz znajduje si
 w Strunie swia- 
t/a. Herbert nie przedrukowal go w nowym zbiorze, choe - jak wiemy - cz
sto stosowal 
takie powtorki. Skoro wi
c Napis nie znalazl si
 w Napisie, nie ten slad jest tu wazny. 
Slowo nap i s wyst
puje w zbiorze dwa razy, w dwu wierszach. W Pr%glt czytamy: 
"i zgrzebny napis na tych deskach" (chodzi 0 imi
 poleglego partyzama, wymalowane na 
krzyzu). W wierszu Curatia Dionisia: "Napis (skazona lacina) glosi ze Curatia Dionisia 
zyla lat czterdzidci". Oba napisy SC} na grobach, jednym z drugiej wojny, drugim z cza- 


182
>>>
sow antycznych. Napis oznacza tu tyle co pozostatosc po umarlych, zapis historii. W ta- 
kim znaczeniu slowo to zostalo uzyte przez Herberta w wierszu z debiutanckiej ksi.rzki, 
choc bardziej chodzilo tu 0 slowo poetyckie, bezbronne wobec ksztaltu ruin. 
Tematem zbioru jest zatem historia, a wlasciwie wzajemna relacja mi
dzy przeszto- 
ki'l a terazniejszosci'l. Herbert nie przerywaj'lc dialogu z umarlymi, dialogu tak wazne- 
go dla wczesniejszej tworczosci, zastanawia si
 nad konsekwencjami "braku w
zta". To, 
ze tego w
zla od dawna juz nie ma, Herbert widzi nie od dzis. W Prologu Chor mowi: 
"wyrzuc pami'ltki. Spal wspomnienia", ale to po pierwsze niemozliwe, a po drugie nie- 
rozs'ldne. Nierozs'ldne - to zle slowo. Chodzi mi 0 stwierdzenie, ze dla Herberta bol 
istnienia zwi'lzany jest z ci'lgl'l pami
ci'l 0 ruinach przeszloki i ch
tnie poddatby si
 
euforii czasu terazniejszego, zgodnie ze stoick'l filozofi'l rozwaznego godzenia przeciw- 
nosci losu, gdyby nie poczucie braku rozliczenia si
 z tym, co by to. To barbarzyncy 
(w wierszu Longobard01vie) wieszcz'l koniec dawnej epoki, krzycz'lc "nicose, nicose". 
Temu okrzykowi i owej nicoki naIezy cos przeciwstawie. Herbert zdaje sobie spraw
 
z zaniku poczucia tragicznoki w swiecie wspokzesnym. Zamiast pierwiastka tragiczne- 
go dominuje w nim lat\va zgoda na chaos. Wiadomo: realnie istnieje tylko Wieczne Te- 
raz. Nicoki naIezy przeciwstawie cierpienie. Jakie? Cierpienie spowodowane uswiado- 
mieniem sobie braku znaczenia nap i s u, tj. przekazu historycznego. Kazdy napis 
ktamie, bo nie przekazuje calej prawdy 0 tym, co by to. Wszelkie napisy przeksztatcaj'l 
si
 po latach w mity i stereotypy, zamazuj'lc prawd
 pocz'ltku. W nieopublikowanym po 
polsku eseju pt. Lyrik heute Herbert napisat: "Ch
tnie pracuj
 na materiaIe mitologicz- 
nym. Mity S'l to prawzory, ktore przeszlose chcialaby przekazae nam jako odwieczn'l 
m'ldrose, ktore jednak [...] okazuj'l si
 przes'ldami." 1 
Zadaniem poery staje si
 wi
c korekta mitow wynikaj'lca z nieufnosci do przekazu 
historycznego. Odzieraj'lc mit z patosu i bohaterstwa Herbert pragnie dorrzec do praw- 
dy ludzkiej, do samego czlowieka, odkryc w nim person
, z jego jednostkowego cier- 
pienia uczynie etyk
 niepowtarzalnosci. To oczywiscie dotyczy nie tylko "materialu mi- 
tologicznego", 0 czym wiadomo z poprzednich tomow, ale kazdego opisu histo
i. 
Napis, poswi
cony pami
ci Ojca, nie zajmuje si
 wy1'lcznie t'l probIematyk'l. Swiad- 
czy 0 tym choeby Prolog. W nim Herbert przedstawia swoje potozenie, a jednoczeSnie 
wytycza sobie glowny cel. \V wierszu wyst
puj'l dwa podmioty mowi'lce: On iChor. To 
oczywiste, ze On jest mask'l poery. Poeta "plynie pod pr.}d" pami
taj'lc nieustannie 
o kataklizmie wojennym, 0 poleglych rOwieSnikach i poleglym miekie. Pyta rozpaczli- 
wie: "Komu ja gram?" i odpowiada - "Zamkni
tym oknom" i "szczurom co posrod 
smieci tancz'l". Plynie pod pqd, poniewaz wbrew obowi'lzuj'lcym nastrojom ogl'lda si
 
ci'lgle wstecz, nie umiej'lc sobie poradzie z tamtym, mlodzienczym, tragicznym przezy- 
ciem. Plynie pod pr'ld, poniewaz lekce sobie wazy oficjalny program budowania nowej 
wrazliwoki. 0 swoich powinnosciach artystycznych mowi scept)'cznie. Jego glosu nikt 
nie wyslucha. Ale zamkni
te okna symbolizuj'l takze rzeczywistose parryzanck'l. Glos 
poety miat bye wysluchany przede wszystkim przez rych, ktorzy wraz z nim bronili 
. ., .. " 
"Miasta". Ale ich juz nie ma, tak jak nie ma miasta. Zamlast nllasta Jest "puste mleJsce . 
Zamiast tamtego prawdziwego, rodzinnego miasta jest "Row w ktorym plynie m
tna 
rzeka". Ten row "nazywam \Visl'l". Row zamiast rzeki, zamiast ojczyzny "taka ojczy- 
zna". To gorzkic rozpaczliwe st\vierdzenie. I zgoda na milose potowiczn'l, na mitosc, 
na ktoq "nas ska
ali". Zeby j'l jakos uzasadnie, wzbogacic, Herbert udaje si
 w podroz 


I Cyt. za: Karl Dedecius. UpraJl'a ji/ozofi;, [w: I Poznawan;e Herberta (1). pod red. Andrzeja Franaszka. 
Krakow 1998. 


183
>>>
na poszukiwanie nie tyle innej, ile bardziej uniwersalnej, wypetnionej nie dotkni
tymi 
przez kataklizm wartoSciami, ojczyzny. 
Herbert podrozuje naprawd
, ale i w glC}b historii. Strategi
 podroznika zastosowal 
po raz pierwszy, jak wiadomo, w poprzednim tomie, Studium przedmiotu. Dzi
ki po- 
drozowaniu Herbert odkrywa innC} przestrzen, ojczyzn
 duchowC}. Nie wyrzeka si
 
"m
tnej rzeki", poszukuje jednak innego wymiaru egzystencji. Skoro puste miejsce zo- 
stalo zdobyte przez barbarzyncow, trzeba odwolac si
 do swiata wartosci. Ale to poszu- 
kiwanie prawzoru wcale nie musi przynidc pozytywnego rezultatu. Wszak znamy scep- 
tyczny stosunek poety do tzw. odwiecznej mC}drosci. J acek Brzozowski stwierdza, iz 
Herbert si
gajC}c do antyku ukl:ada spojny traktat aksjologiczny, ale nawet w kulturze 
srodziemnomorskiej nie odnajduje miary "dla wartosci" 2. Jaka wi
c jest to podroz? Bez 
niej nie moglby wstC}pic "w nowy zycia strumien", do czego namawia go Chor w Pro- 
logu. Ta podroz odbyta po latach, w trudnym momencie zycia, pozbawiona typowej dla 
mlodosci naiwnej fantazji, nasycona goryczC}, nie moze przynidc spodziewanych efek- 
tow. Nietrudno si
 domyslic, ze pragnienie odzyskania Calosci, spetznie na niczym 
(0 tym b
dzie mowa w jednym z ostatnich wierszy). Herbert nie unika jednak podj
cia 
prob. Podroznik wie wi
cej. Podroz daje poczucie wolnosci. A przeciez dla niej Her- 
bert uczynilby wszystko. 
Napis wi
c, jak si
 wydaje, ma w pewnym sensie ksztalt notatnika z podrozy (praw- 
dziwej i wyimaginowanej). Najpierw Herbert nakrdla tras
 swej podrozy, zarysowuje 
przestrzen, po ktorej b
dzie si
 poruszal. Widac to w wierszach: Wyspa, Zejicie, Miejsce, 
Post6j, Poiegnanie miasta. Jest to hymn pochwalny na cZeSc natury: "Tu pory roku stro- 
ny swiata maj'l dom/i cien jest dobry dobra noc i dobre slonce". Dobroc i spokoj Srod- 
ziemnomorza. Swiat bezkonfliktowy. Ukojenie. Ale ten, wprowadzajC}cy blogi spokoj 
opis, zostaje, raczej niespodziewanie, skonfrontowany ze stanem ducha podroznika. Nie 
byle jakiego. Tego, ktory przezyl wojn
 i ocknC}1 si
 na smietniku. T
 konfrontacj
 
wprowadzajC} wiersze: Przebudzenie, "" "" "", Scieika, Smieri pospolita. Rana jest zbyt swie- 
za, by mozna bylo 0 niej zapomniec. Las kojarzy si
 ciC}gle z rzeczywistoSciC} partyzanc- 
kC}. I smierciC} w mlodym lesie. Czemu Herbert wraca pami
ci'l do czasow wojny? Bo 
wyraznie jest skr
powany mozliwoSciC} rozkoszowania si
 wolnosciC}. Odczuwa wi
c dys- 
komfort, spoglC}dajC}c na katedry, zielone obloki, bl
kit poranka. "Nasza smierc" naprze- 
ciw "dustego zapachu ziemi". 
Nast
pnie podroznik zagl
bia si
 w lekturze Srodziemnomorza. Przywoluje, jak si
 
wydaje, pewne znaki i symbole, zwiC}zane z q tradycjC}: historiC}, religiC}, mitami. Ale czy- 
ta t
 tradycj
 ze sceptycyzmem, ironicznie przymierzajC}c do wlasnego doswiadczenia. 
SC}d nad Jezusem, przesluchanie torturowanego aniola, marsz Longobardow, stare 
opactwo nad Loaf}, starosc krola - to historia "wysoka", niewolna od trudnych moral- 
nych dylematow i ludzkiego nieszcz
scia. Przeciwstawia jej poeta histori
 "niskC}", ro- 
dzimego chowu: walk
 z Moskalami, spory chlopow z ksi
zmi, oplotki w chwastach, 
rozpitego diabla. Wysokie i niskie niczym w zasadzie nie rozniC} si
 od siebie. Wszystko 
tonie w g
stej mgle przeci
tnoSci. To zwykly smiertelnik staje si
 podmiotem historii. 
Ale historia go wywyzsza. Podobnie z mitologiC}. Herbert ukazuje mitologi
 upodlonC}. 
Bogow w zebraczych lachmanach, wycofanie si
 z publicznego zycia Cycerona, boga 
barbarzyncow, Cernunnosa, kolaborujC}cego z nowymi bogami rzymskimi, Charona - 
sluzbist
, zycie rzymskiej kurtyzany, bogow z falszywymi dokumentami, zwyklC} egzy- 
stencj
 antycznych bohaterow, zamieniajC}C'l si
 w blahy melodramat (Brak wfzla). 


2 Jacek Brzowwski, Antyk Herberta [w:] Poznawan;e Herberta (2), pod red. Andrzeja Franaszka, Kra. 
k6w 1999. 


184
>>>
Od wiersza Swit zaczyna si
 "czytanie" natury i kultury. Pochwala cudu poranka. Po- 
chylenie si
 nad kruchym zyciem, nad zwykl'l kropk q , cd ktorej tak wiele zalezy. Zabaw- 
ne rozumienie czasu przy pomocy nadrealistycznej opowidci 0 zegarku na r
k
. Ironicz- 
na przypowidc 0 szukaniu ratunku przed zblizaj'lC'l si
 kl
sk'l zywiolow'l ("nie zabierac 
nikogo z bliskich"). Takze trzy opisy dzid plastycznych. W wierszu Ukladala swe wlosy 
Herbert uzmyslawia sobie ogromn'l przepasc czasu, jaka dzieli go, obecnego smakosza 
szruki, od poprzednich obserwatorOw tego okresu i samej jego bohaterki. W ChiflSkiej 
tapecie zastanawia si
 nad bezbronnosci'l wobec powtarzalnoSci kiczu w szruce. Kicz nie 
przedstawia swiata, kicz go obraza. W Mfczenstwie Pana Naszego Malowane przez Ano- 
nima Z Kr(gu Mistrz6w Nadrenskich dziwi ogromna dysproporcja mi
dzy m
czenstwem 
Jezusa na krzyzu a oboj
tnoSci'l pracuj'lcych zwawo rzemidlnikow, ktorzy przygotowu- 
j'l potrzebne narz
dzia: sznury, gwozdzie, kamien do ostrzenia. 
Bohaterem tych wierszy jest czas. Czas, ktory zmienia nasz stosunek do historii, do 
swiata jako calosci trudnej do ogarni
cia. Herbert usiluje oswoic czas i narur
. Nadac 
im ludzkie oblicze. Sprowadzic na ziemi
. Zastanawiaj'lca jest konstatacja w wierszu G6- 
ra naprzeci1v palacu. Chodzi 0 palac Minosa. Czytamy tam: "Naprawd
 mi
dzy przy- 
rod'l a losem ludzkim /nie ma istotnego zwi'lzku". To S'l dwie linie rownolegle, ktore 
nigdy si
 nie przetn'l. Palac Minosa popadl w ruin
. Ruin
 zas otaczaj'l wonne oliwki. 
Co zostaje z dawnej swietnosci? Tylko opowidci, klamliwe, uciekaj'lce od ludzkiego 
dramatu, przekazy. Natura zas istnieje na przek6r historii, jest tworem ahistorycznym. 
Dlatego wazniejsze od mitologii S'l obrazy wielkich mistrzow. Na nich zostal zatrzyma- 
ny czas i przerosl wszystkich bogow, zolnierzy, wszystkie wydarzenia. Mistrzowie nad- 
renscy dobrze wiedzieli, na czym polega drarm.t historii: na nieprzystawalnosci jednost- 
kowego cierpienia do zwyklej krz'ltaniny. Sztuka wizualna dawnych wiek6w jest 
prawdziwa, w przeciwienstwie do "trojwymiarowych ilustracji z zalosnych podr
czni- 
kow". Te wszystkie Afrodyty, Jowisze, Bachusy to po prostu "hanba natury". Herber- 
ta wi
c interesuje dramat, a nie podr
cznikowa ilustracja. Ludzkie cierpienie, a nie nie- 
ruchomosc. Sztuka a nie ilustracja, plaska tapeta. W jakims sensie podroz "artystyczna" 
a nie turystyczna. Turysta obcuje z ruinami i symboliczn'l wyobrazni'l, artysta zas szuka 
w obcej dla siebie przestrzeni, obcej, ale i rozpoznanej dawno, ruchomych, nie za- 
mkni
tych w stereotypie obrazow zycia. Poeta pragnie, by wszystko zaczynalo si
 od 
nowa, jak czytalismy w Zegarku na rfkf. Ilustracja A&odyty to cos zastyglego, skonczo- 
nego. Ukladaj'lca wlosy inaczej - ma w sobie tajemnic
 czasu, ktory biegnie nadal. 
Podsumowaniem calej podrozy S'l trzy wiersze, ktorymi Herbert konczy sw6j tomik: 
"" "" "" (Zasypiamy na slowach), Dlaczego klasycy i Co bfdzie. Padaj'l w nich wazkie slowa, od- 
nosz'lce si
 do calej tworczoSci poety. Utwory te wyrozniaj'l si
 tez form'l od wczdniej- 
szego cyklu: to nie proza poetycka, ale wielostreficzne wiersze wolne, jakich nota bene 
w zbiorze jest spore (zdecydowanie inny jest tylko Prolog - ma nie tylko struktur
 dra- 
matyczn'l, dialogow'l, ale zostal jako jedyny napisany wierszem nieregularnym rymowa- 
nym). 0 czym nam mowi'l te trzy ostatnie wiersze? Niebezpieczne S'l slowa, ktore wypa- 
dly z caloSci, slowa brakuj:}ce i oderwane, proste rzeczowniki pozbawione zdan.. Te slowa 
uciekaj;} od nas ze swoimi pierwotnymi znaczeniami, zyjemy w swiecie porwanych zdan., 
kaIekich znaczen. Poeta wyraza nadziej
, ze "trdc si
 dopdni (...) i pewnosc na ktorq 
czekamy/zarzuci kotwicf'. Wiemy wi
c, ze Herbertowi brakuje calosci 
 pe
nej? m
c- 
nej podstawy zycia. Podroz, w jak'l si
 wy
ral, upewnia go w .przekonamu, ze 
SI'lg
I
; 
cie tego celu jest mozliwe, ale tylko w wymlarze filozoficznym I za pomo
'l s
tuki. J
eJ' 
Tu odpowiedzi'l jest wiersz nast
pny: Dlaczego klasycy. Tucydydes 0 swe
.me
da
eJ 
- 
prawie w obronie atenskiej kolonii Amfipolis opowiada malo I 
ez emoCJ
. Nle uz
a Sl
 
nad sob'l, choc za swoj bl'ld zaplacil najwyzsz'l cen
, wygnarne z rodzmnego mlasta. 


185
>>>
A jak post
pujC} "generalowie ostatnich wojen"? Skoml'l, zachwalajC} swe bohaterstwo, 
oskarzajC} innych. Tematem sztuki zatem nie ma bye sentymemalny opis i uzalanie si
 nad 
sob'l, 1ecz powSciC}gliwa rejestracja zdarzen, stoicki, beznami
tny stosunek do historii, jak 
w Apollu i Marsjaszu. Nie "mala rozbita dusza", ale kilka niezb
dnych slow. Wszelki au- 
tokomemarz prowadzi do klamstwa. Zamiast odkrywae tajemnic
, wyswietla jej najmniej 
ciekawe, sprzyjajC}ce mityzacji, fragmenty. To my, wsp6lczdni mamy oceniae 
post
powanie dawnych bohaterow, a nie wysluchiwac ich subiektywnej oceny. 
Pewnose, 0 ktorej mowa w poprzednim wierszu, wiC}ze si
 z klasycznym umiarem, 
z harmoniC}, nie poddajC}C'l si
 chwilowej emocji, trdci'l. Cos powinno po nas pozostae. 
Ale nie przeciez placz kochankow w brudnym hotelu. To nie jest wlaSciwy temat sztu- 
ki. Zbyt blisko jest kiczu i zalosnego melodramatu. A co b
dzie, jak "r
ce odpadnC} od 
wierszy?" Ciekawe, ze Herbert stawia to pytanie teraz, w tym komekscie. W komekscie 
oczekiwania na pewnosc i wyboru klasycznego umiaru. Poeta jednak nie daje zadnej od- 
powiedzi. Chcialby, rzecz jasna, by wiersze istnialy dalej, niezaleznie od tego, co stanie 
si
 z ich autorem. To jednoczdnie pytanie 0 to, co jest po drugiej stronie. Herbert 
nazywa jC} bardzo niekanonicznie: innymi gorami, dolinC} i ciemnym lasem. Pod nim, 
pod tym lasem "huczy nowy smiech". Trudno ten opis nazwae pocieszycielskim. \Vyni- 
ka z tego, ze SC} dwa smiechy: towarzyszC}cy naszemu zyciu, bezwzgl
dnie prawdziwy, 
wieszczC}cy pustk
 i ow drugi, czekajC}cy na nas po drugiej stronie, potwierdzajC}cy ni- 
cose. Ta pesymistyczna konstatacja wynika z przeczucia chaosu, braku pewnosci. 
WlaSciwie ta odpowiedz pada dopiero wprost w nast
pnej ksiC}zce Herberta, w Panu 
Cogito, a potwierdza j
 dwunastocz
sciowy cykl 0 Panu Cogito- Herbercie w Raporcie 
z oblfionego Miasta i innych wierszach z 1983 roku. To w nim zostala wyrazona apolo- 
gia swiata "pi
knego i roznego", zycia- podrozy. To tam czytamy 0 poezji jako przed- 
stawianiu urody przemijania "az do konca". W Raporcie... wlasnie z potworem nicoSci 
trudno walczyc. A skoro trudno - bo nicose huczy tu i tam - nie nalezy zazdroScic bo- 
gom i skupie si
 na ocalaniu pi
kna. 
Podroz opisana przez Herberta w Napisie jest tylko potwierdzeniem dawnych niepo- 
kojow, pesymistycznego nastawienia do ogrodu cywilizacji. Nie ty1e moze ogrodu, ile 
opisow ogrodu. Zgodnie z zalozeniem poeta pragnie jako barbarzynca ze Wschodu 
przejse przez ten ogrod, aby zdobye autentyczn'l wiedz
 0 poczC}tkach naszej kulturo- 
wej tozsamoSci. Jest to reimerpretacja dotychczasowej wiedzy. Na czym ona polega, 
najtrafniej Herbert wyrazil w dramacie Rekonstrukcja poety. Przede wszystkim chodzi 
o rekonstrukcjf. Bohaterem tu jest Homer pozbawiony calkowicie aureoli, owego mi- 
tycznego blichtru, ktory zafalszowuje ludzki dramat. Homer jest zwyklym czlowiekiem, 
dobrze umocowanym w codziennoSci. Rekonstrukcja wiedzy polega wi
c na tym, by 
"zaczC}c nie od Achillesa, ale od sandalu". Omawiany zbior wierszy jest klotni'l z napi- 
sami kultury i historii. Z napisami, wi
c naroslymi mitami, oddalajC}cymi wspokzesnego 
czlowieka od zycia. Niczego si
 nie da powt6rzyc, kazdy dramat ma swoj inny powod. 
Jakze to jest dalekie od klasycyzmu! I jak da1ekie od klasycznej swiadomosci ladu 
w swiecie. Wszak w Co bfdzie nie wiadomo, co si
 stanie z wierszami po smierci. Bo jest 
"puste miejsce". Po Miekie, po wartokiach, po mitologii. 


Julian Kornhauser 


186
>>>
Leszek Szaruga 


W odna piecz
c (5) 


42. 
Czytasz nowe wiersze Piotra Sommera i odnajdujesz w nich projekt filozofii j
zyka 
dose przewrotny, a zarazem imeresuj'1cy. Zdajesz sobie spraw
, ze jednym z d'1ien 
wsp
lczesnoSci jest odnalezienie si
 w sferze j
zyka "autentycznego", nie przyszpilone- 
go plsmem, korzystaj'1cego z pewnej naiwnoSci oraz spomanicznosci i widzisz, jak Som- 
mer, t\\"orz'1c swe konstrukcje narracyjne, coraz cz
sciej si
ga pod powierzchni
 "po- 
prawnej polszczyzny literackiej": jego si
ganie po j
zyk dziecinny nie jest juz tylko 
"chwytem" literackim, jest odwolaniem si
 do "mowy zywej", jak w wierszu ot\vieraj'1- 
cym jego tom najnowszy, Piosenka pasterska, a zatytulowanym Cifiki styczen 1997: 
Piotrek jc kasz
 gryczan
 nie dlatego ze jest gtodny ale zeby si
 ogrzac. 
Marcelu, nie kpij z Piotrka. 
Ja nie kpij
, tylko pytam. 
Zauwazasz, ze owa swobodna gra j
zykowa tutaj przedstawiona, a polegaj'1ca na 
zaprzeczeniu nieregularnoSci i wyrazie wiary - naiwnej, wyci'1gaj'1cej zatem konse- 
kwencje z form zaslyszanych - w logik
 gramatyki ("nie kpij" - "nie kpij
") jest za- 
baw'1 nad wyraz powazn'1: odrzuca swoist'l "tresur
 gramatyczn'1", wkuwanie wyj'1t- 
kow, szanowanie nieregularnoSci - tak wtasnie post
puje dziecko, ktore w ten sposob 
odpowiada na rzucane mu przez starszych czy bardziej "wyksztalconych", nie do- 
tkni
tych "niewinnosci'l mowy" uzytkownik6w j
zyka pytanie: "Kpisz czy 0 drog
 
pytasz?". Widzisz, jak przemyslna jest cala konstrukcja tego kr6tkiego, zwartego 
ut\voru: jego logika zbudowana jest na zderzeniu frazy dtugiej z krotkimi, z kt6rych 
pierwsza jest fraz'1 opisow'1, dwie nast
pne zas t\\'orz'1 mini-dialog. Postaci tej scenki 
- widac to w uwaznej lekturze - to ukryty narrator oraz Marcel owemu narratorowi 
odpowiadaj'1cy; pojawia si
 tez Piotrek, 0 ktorym wiemy, ze pozywia si
 kasz'1 grycza- 
n'1, zas czyni to nie dla zaspokojenia glodu, lecz po to, by si
 ogrzae, nie pozywia si
 
zatem, a ogrzewa. Kasza gryczana, wnioskujesz, musi zatem bye gOf'lca, co w wierszu 
wprawdzie wprost nie zostalo powiedziane, ale jest logicznym rozwini
ciem owego 
zdania oznajmuj'lcego. Mozesz si
 teraz domyslae, ze zdanie to wypowiedziane zo- 
stalo przez Marcela, ktory oznajmiaj'1c to urz'1dza sobie kpiny - kpi z jedz'1cego ka- 
sz
 Piotrka. Ale jdli tak, myslisz, to nie jest do konca jasne czy zdanie ot\vieraj'lce 
ut\vor jest zdaniem oznajmuj'1cym, gdyz, jdli Marcel st\\'ierdza w poincie, iz nie kpi, 
a tylko pyta, to wowczas, gdyby rzeczywiscie zdanie wprowadzaj'1ce bylo przezen wy- 
powiedziane, musialoby bye zdaniem pytaj'1cym, zapisanym wszakze jako oznajmuj'1- 
ce, a zatem w pismie zafatszowanym. Tryby si
 zaz
biaj'1, gryz'1 si
 z sob'1, przegryza- 
j'1 wzajemnie, co wprawia ci
 w zaklopotanie, gdyz dostaj'1c si
 w owe tryby nie 
bardzo wiesz, jak samego siebie w ich morderczej pracy ocalie. 
\V miar
 lektury tomu dostrzegasz, ze sprawa si
 komplikuje, szczegolnie wowczas, 
gdy Sommer uruchamia i miesza rozne poziomy j
zyka i dwie jego formy egzystencji, 


187
>>>
z ktorych jedna jest oralna, druga zas pismienna, a ktore, pomieszane, nie dadz'1 si
 od 
siebie oddzielie tworz'1c j
zykow'1 hybryd
 b
d'1q prob'1 narzucenia oralnoSci temu, co 
pismienne, jak w wierszu tytulowym zbioru: 
Czytaj te par
 zdan, jakbym byl 
obcym, innym 
j
zykiem, ktorym moze wci
z jestem 
(choe mowi
 twoimi slowami, posluguj
 si
 
twoimi slowami); 
ktorym bylem mowi
c 
twoim j
zykiem, 
stoj
c za tob
 i sluchaj
c 
bez slowa, 
spiewaj
c 
w twoim j
zyku 
moj
 melodi
. 
Czytaj, jakbys mial sluchac, 
nie rozumiec. 


Zastanawiasz si
 - ale to przy okazji - czy nie zapisal tu Sommer swych doswiadczen 
dumacza poezji: moze to swoisty manifest translatorski? 


43. 
Przerywasz pisanie 0 poezji Sommera, gdyz w trakcie lektury zupelnie innej ksi'1zki - 
no, niezupelnie innej, gdyz zlozonej w wi
kszosci z tekstow autorow zywi'1cych dla 
Sommera podziw - wpadl ci do glowy pomysl napisania historii Em, ktora tak oto si
 
moze rozpocz'1e: 
" - Zaczynam nowe zycie - powiedzial Em. 
I jak powiedzial, tak uczynil Em. Po czym poszedl Em przed siebie..." 
Zastanawiasz si
, jak dlugo, gdybys mial dose czasu, ktorego nie masz i gdybys mial 
dose brakuj'1cej ci cierpliwoSci, wytrzymalbys tak'1 narracj
. 


44. 
Przerwales pisanie 0 poezji Piotra Sommera dlatego, ze przeciez oddald jego tom re- 
dakcji "Zeszytow Literackich", gdzie drukujesz staly felieton zatytulowany SJviat pottyc- 
ki - w odcinku, ktory wlaSnie dald do druku, piszesz 0 poezji Sommera, a poniewaz re- 
dakcja ma w zwyczaju reprodukowae okladki omawianych tomikow, na czas jakis z t'1 
ksi'1zk'1 musiald si
 rozstae (swinia jestd: nie potwierdziles Piotrkowi, ze tom dostald, 
az on, zaniepokojony, kartk
 ci przyslal z pytaniem czy dostales, a ty, swinia jestd, na- 
wet na t'1 kartk
 nie odpowiedziales, choe mogld, choeby tylko telefonicznie, czego nie 
lubisz, krotko, ze tak, Piotrze, dostalem, ale jeszcze rue wiem, jak to gryzc, bo to mnie 
zaskoczylo, do tego stopnia, ze nie umialem ci odpowiedziec od razu, teraz zreszt'1 jesz- 
cze wci'1z nie wiem do konca, co 0 tym s'1dzie, ale potwierdzam, dostalem, swinia je- 
stem, ze nie od razu, ale sam rozumiesz, nie zawsze i nie wszystko mozna od razu, cza- 
sem cos si
 przelezy, potem si
 zapomina i czlowiek jak swinia po prostu si
 zachowuje, 
ale jdli juz tak, to przeciez to pasuje do tej piosenki pasterskiej, choc pasterz to nieko- 
niecznie swiniopas, ale niemal zawsze swintuch, zwlaszcza jdli mlody albo stary, co 
zreszt'1 wszystko jedno, bo przeciez swini'1 mozna bye w kazdym wieku). 
Niemniej intryguje ci
 ci'1gle tytul tego tomu: Piosenka pasterska: czym mialaby owa 
piosenka bye -ludow'1 piosenk q pasterzy czy piosenk'1 0 Zyciu pasterzy, bukolik'1 czyli sie- 


188
>>>
lank q , eklog'1 jalqs czy idyIl'1? Jest wyzwaniem gatunkowym, czy nim nie jest, tego nie 
potrafisz si
 zrazu domyslie, podobnie jak nie jestd pewien czy nie podejmuje tu Som- 
mer gry ze swoimi "interpretantami" z lat ostatnich, ktorzy pisz'1 0 roli codziennoSci 
w jego wierszach - azaliz, pytasz, nie jest to rodzaj "obrazkow z zycia ludu", owa "co- 
dziennose"? - czy wi
c nie mamy tu do czynienia, dodajesz ostroznie, z przewrotnosci'1 
jak'1s, z pewn'1 wolt'1, zwrotem, z ch
ci'1 zmylenia tropow? A stawiasz te kwestie przede 
wszystkim ze wzgl
du na utwor-wytwor, ktory zamyka ksi'1zk
, a ktory jest odpowiedzi'1 
na apel genewskiej Fundacji Koscielskich (ktorej Sommer jest laureatem) zwracaj'1cej si
 
do autorow wyroznionych jej nagrodami 0 wypowiedz - z okazji SO-lecia tej sympatycz- 
nej sk'1din'1d instytucji - ktora to wypowiedz winna nie przekraczae stron pi
ciu bodaj. 
Czytaj'1c ten utwor zauwazyles, ze Sommer robi sobie w nim tak zwane jaja, z Fundacji, 
z jej apelu, ze swojej poezji i z siebie. Czujny jest ten Sommer, myslisz, nieslychanie, nie 
chce si
 dae przylapae na poezji, nie pozwala sobie na laureactwo, ale i wyprobowuje "in- 
stytucj
 zycia literackiego", bada jej poczucie humoru (w Genewie?!), jej granice wytrzy- 
malosci, jej stosunek do samej siebie i do jej laureatow. Ale, dodajesz, Sommer bada tez 
siebie, swoj'1 odpornose, swoje poczucie humoru, swoje granice wytrzymatoSci na swoje 
poczucie humoru, swoj'1 odpornosc na literatur
 i laury instytucji literackich, na gtosy 
krytyki, ostatnio dlan, zwtaszcza ze strony mtodych, przychylne, wreszcie i na siebie sa- 
mego, na swoje wiersze. I tu zauwazasz jeszcze jedno: bada Sommer przeciez i odpor- 
nose wiersza na niepoezj
 oraz granice wytrzymatoSci poezji na siebie sam'1 i na Somme- 
ra. I spostrzeglszy to (ach, uzytd imiestowu, pi
knego imiestowu, ktorego tak 
polszczyzna wszak nie znosi, ach!) zauwazasz takze, ze (uzytd zbitki sylabowej, uwazaj, 
nie potknij si
 0 ten przecinek!) gra Sommera 0 przestrzen dla poetyckiego stowa, choe 
jest zabaw'1, prowadzona jest na smiere i zycie poezji. 
I znow wracasz do tytutu tomu, do tytutowego wiersza: Piosenka pasterska, raz jeszcze: 
Czytaj te par
 zdan, jakbym byl 
obcym, innym 
j
zykiem, kt6rym moze wci
z jestem 
(choc m6wi
 twoimi slowami, posluguj
 si
 
twoimi slowami); 
kt6rym bylem m6wi
c 
twoim j
zykiem, 
stoj:}c za tob
 i stuchaj
c 
bez slowa, 
spiewaj
c 
w twoim j
zyku 
moj
 melodi
. 
Czytaj, jakbys mial sluchac, 
nie rozumiec. 


Czujesz napi
cie narastaj'1ce z kazd'1 linijk'1, z kazdym wersem i w dodatku odczu- 
wasz osobliwosc tego napi
cia. 
Wrocisz jeszcze do tego. 


45. . d' 
Juz coraz mniej rzeczy i spraw na tym swiecie ci
 dziwi. Nie dziwi ci
 
 t
, ze 
 aJ'l- 
cy na polonistyk
 kandydaci nie znaj'1 ani jednego tytulu prasy kul
neJ., am to, ze :e- 
daktor telewiz J 'i edukacyjnej" dzwoni do sekretariatu Stowarzyszerua Pisarzy P;lskich 
" . Ann Ka . , ki . kt! ' h ra gru e zro- 
prosz'1C 0 adresy i telefony Artura Oppmana I y mIens ej, 0 oryc p 


189
>>>
bic edukacyjne filmy. Tak wlakiwie nic ci
 juz nie dziwi, nic ci
 nie zaskoczy. Jestd na- 
wet sklonny uznac, ze z posrmodernisrycznego punkru widzenia smierc pisarza jest \'yda- 
rzeniem relatywnym, ze ten, kto dla jednych umarl, dla innych zyje nadal, to w koncu 
rzecz subiekrywna, niesprawdzalna do konca, wszak jeszcze nie tak dawno minister kulru- 
ry chcial zaprosic do kraju zmarlego na emigracji malarza i w gmncie rzeczy bylo to na- 
wet rozczulaj(!ce, ta jego rroska 0 kontakt z kims, z kim ludzie w kraju tak dlugo kontak- 
ru nie mieli. I w koncu przeciez daleki jestd od tego, by OW(! mniejszosc, a wlaSciwie jllZ 
przydaczaj(!q wi
kszosc, ktora na temat Zycia klllruralnego nie ma dosc pewnych wiado- 
mosci, szykanowac, by si
 w jakis specjalny sposob z niej naigrawac, to nie wypada, to na- 
rusza owej wi
kszoSci godnosc, a od namszania czyjejkolwiek godnoSci jestd daleki, 
wr
cz przeciwnie, czynisz wszystko, by uszanowac odmiennosc, by uznac za rownopraw- 
n(! wizj
 swiata rych nawet, ktorzy chq dzis zaprosic do srudia telewizyjnego poet
 Or- 
-Ota i juz w zadnym razie nie przychodzi ci do glowy pomysl, by posrulowac zwolnienie 
tego redaktora z zajmowanej posady, gdyz wiesz doskonale, iz na rynku praey coraz jest 
trudniej, zaS juz sam fakt, iz czlowiek ow pragnie edukowac maluczkich poprzez przybli- 
zenie im postaci naszych Zy\\)'ch llmarlych, swiadczy dobrze 0 jego inrencjach, w dodat- 
ku nie bez znaczenia "ydaje si
 i to, ze redaktor ow telewizyjny w ogole cos wie 0 istnie- 
niu Kamienskiej i Oppmana, w koncu moglby nie wiedziec nic, gdyz, by POSlllZYC si
 jego 
wlasnym j
zykiem, czytelnosc urworow owych poetow jest stosunkowo niewielka. 
Odnotowujesz wi
c wydarzenie, gdyz i tak wszystko w kulturze jest na wodzie pisa- 
ne, wodn(! piecz
ci(! przybite, plynne wi
c i niepoch\\)'tne. 


46. 
Dwa razy juz wpisald w ten tekst wiersz Sommera Piosenka pasterska, powtorzyld 
ten wiersz, by wrocic do osobliwosci jego j
zyka, gdyz wydaje ci si
, ze nie wiesz do 
konca, jaki to j
zyk, twoj czy jego i nie wiesz tez czy to wiersz do ciebie mowi, czy pod- 
miot liryczny, czy sam Sommer. \Viesz jedynie to, co odczytald, a mianowicie, ze jest 
"obcym, innym j
zykiem", ryle rylko, iz nie jest do konca oczywiste to, ze czytasz w ten 
sposob, gdyz winiend chyba serio wzi(!c posrulat zapisany w poincie: "Czytaj, jakbys 
mial sluchac/nie rozumiee". Nie wiesz jak to ma byc; wiesz jedynie, iz czym innym ma 
byc wedle tego zdania czytanie tak, jakbys mial sluchac, a czym innym czytanie tak, jak- 
bys mial rozumiec. Przy czym od razu zwraca twojC} uwag
 slowo "sluchac", jego dwu- 
znacznosc. Zastanawiasz si
 wi
c, czy chodzi 0 zwrocenie uwagi na muzycznosc urwo- 
ru, czy tez moze 0 posluszenstwo temu, co utwor ci przekazllje. Nie jest to do konca 
jasne, zauwazasz, nie jest czytelne. Jedno jest pewne, wydaje ci si
, a mianowicie to, ze 
nie musisz rozumiec. Ale jdli nie musisz rozumiec, to i tak musisz rozumiec, gdyz mu- 
sisz wybrac mi
dzy interpretacjC} poezji jako "muzyki", jako czegos "slyszalnego", jako 
zestawu dzwi
kow j
zyka, ktory jest "inny", a nawet "obey", a pojmowaniem poezji ja- 
ko jakiegos nakazu, ktoremu winiend posluszensrwo. Czujesz, ze wpuszcza ci
 ten 
wiersz w kanal, ze to pulapka, niebezpieczna i zdradliwa na kazdym kroku, na kazdym 
slowie. Nie chcesz si
 dac w t(! pulapk
 pochwycic, a jednoczdnie czujesz, ze takie po- 
chwycenie rna swoj urok: masz byc posluszny muzyce - muzyce wiersza, muzyce j
zy- 
ka. Nie rozumiesz jednak jak to mozliwe wtedy, gdy czytasz, a nie tylko sluchasz, gdyz 
to, co zapisane jest czym innym niz to, co '\)'powiedziane. Gdzid tu, myslisz, Sommer 
probuje dokonac tego, co niemozliwe, a mianowicie sprowadzenia tego, co pi sane do 
tego, co rnowione, chce wi
c ci wrnowic, ze tylko mowi, a nie pisze, co przeciez nie jest 
do konca szczere, gdyz wmawia ci, iz nie musisz dostrzegac chocby przerzutni, kt6ra 
w rnowionym nie jest tak \\)'razista jak w czytanym. A zatem, srwierdzasz, poezja Som- 
mera znalazla si
 w jakims stanie niedookrdlonym, w stanie, w ktorym sarna substan- 


190
>>>
cjalnosc mowy nie jest poch\\.yrna, odslania swc} dwoistosc i dC}zC}c do jej przezwyci
ze- 
nia chce samC} siebie zwidc poza literatur
, poza slowo pisane, w przestrzen wymowy. 
Chce si
 chyba, podejrzewasz, \\)'mowic z literatury, wypowiedziec posluszenstwo lite- 
raturze. Ty zas, czytajC}c te wiersze, zachowujC}c wobec nich dystans, starajC}c si
 nie dac 
im zwidc i przez to wywidc poza ich przestrzen, d"lz"lc zatem do wiernosci tekstowi, 
ktorego teksrowoSci sam wiersz chce zaprzeczyc, odrzucasz "sluchanie" na rzecz "ro- 
zumienia", ktore sil"l rzeczy musi przerodzic si
 w niezrozumienie, a nawet nieporozu- 
mienie, w brak porozumienia, w spor, ktorego rzetelnosc polega na uznaniu racji, kto- 
rych si
 uznac nie chce, na pogodzeniu si
 z brakiem zgody \\)'nikajC}cym z wysluchania 
tej "piosenki pasterskiej", ktora jest piosenk"l pasterza 0 pasterzach. 


47. 
Porzucasz wreszcie wiersze Sommera, choc wciC}z ci
 wci"lgaj"l w sWC} przestrzen, pro- 
wokujC}, namawiaj"l do rozmawiania. Daj sobie spokoj, mowisz nagle, be 0 jakim to j
- 
zyku on tam mowi? 0 twoim j
zyku, 0 jego j
zyku, 0 j
zyku obcym? - tego dociec nie 
umiesz. Wiesz jedynie, ze sposrod tych mniej wi
cej 6500 j
zykow i narzeczy, jakimi 
swiat si
 dzis posluguje, co kilka dni ginie jedno, znika, zapada si
, przestaje zyc. I przy- 
pominasz sobie ze studiow, jak kros relacjonowal ostatnie dni j
zyka starocerkiewnoslo- 
wianskiego, z ktorego musiald zdawac egzamin, jeden z tych budz"lcych najwi
ksze 
przerazenie: tym j
zykiem mowilo jeszcze par
 osob gdzid w Bulgarii w pocz"ltkach te- 
go stulecia. Dzis jest to dla ciebie j
zyk tak sarno marrwy jak lacina. I nagle zdajesz so- 
bie spraw
 z tego, ze mlody w gnmcie rzeczy, bardzo mlody j
zyk polski, ten wlasnie, 
ktorym teraz mowisz, ktorym poslugujesz si
 nie tylko w mowie, ale takze w pismie, ze 
ten wlasnie j
zyk, mowa rwoja ojczysta, choc wedlug Niemcow mowa twoja matczyna, 
juz teraz, dzisiaj, w tej chwili skazany jest na zaglad
, na przepadek, na zanik i rozply- 
ni
cie si
 w milczeniu, na przeksztakenie si
 w zabytek mm\)' i pismiennictwa, co juz 
i tak szcz
sliwie si
 sklada, poniewaz dzis da si
 juz dokumentowac mow
, jej melodi
, 
rytm, dzwi
k, akcenr, podczas gdy uczeni (tez dzis) wciC}z si
 spieraj"l i do konca zain- 
teresowania tym j
z}'kiem spierac b
dC} 0 to, jak brzmiala lacina w starozytnym Rzymie 
i 0 to, jak akcentowac proz
 Cezara. 
I jakos si
 wcale nie przejmujesz tC} wizj"l smierci twojej mowy ojczystej, nie wzrusza 
ci
 to specjalnie, traktujesz rzecz jako ja.kqs oczywistosc, zas polski jako etap w tworze- 
niu jakiegos nowego j
zyka, bo przeciez wiesz, ze j
zyki nie tylko umieraj"l, lecz takze 
si
 rodzC}. Choc, zastanawiasz si
, moze ten proces rod zenia si
 j
zykow zostal juz po- 
wstrzymany, moze teraz te silniejsze b
d"l \\)'niszczaly te slabsze, b
d"l je sobie podpo- 
rZ"ldkowywaly, b
d"l naginaly je do siebie, do swych regul i zasad, kazaly im tanczyc do 
swej melodii, by w koncu przywidc je do upadku. I tu, zdajesz sobie spraw
, polszczy- 
zna nie ma szans, gdyz slaba jest ta polszczyzna, cienko prz
dzie, brak jej oddechu. 


48. 
Nagle zdajesz sobie spraw
 z faktu, iz daleko, bardzo daleko, moze nawet za daleko 
odszedld od tego, co si
 nazywa zyciem publicznym, Ze stracild z oczu bieg .zdarzen 
politycznych, ze w istocie malo ci
 to wszystko obchodzi i ze nawe
 t
r
, gdy pl
zesz te 
slowa, czynisz to raczej dlatego, by dac wyraz braku zainreresowama zYClem .pubhc
n
m 
niz po to, by tym zyciem si
 zajC}c, tym bardziej, iz jestd prze
onany ,0 tyn:
 ze 
o, n
e 
: 
cie, lecz jakas wegctacja, jakid gry i zabawy, ktorych regul me sposob dZlS pOj
C, jakies 
podchody, w kt6rych juz 0 nic nie chodzi poza dochodzeniem prze
. poszcz.eg:lne p

- 
tie i ugrupowania swych "praw", poza wywazaniem ot\
a
c
 dr
wl, 1 o?WaZa
lem .roz- 
nych naleznosci, krojcniem powyborczego placka, w najmmejszej zas mlerze me 0 mte- 


191
>>>
res kraju, panstwa, ludzi tutaj mieszkaj"lcych, gdyz to juz dawno zostalo zapomniane, sta- 
10 si
 nieistotne, przestalo odgrywac jakClkolwiek rol
 w podejmowaniu decyzji, ponie- 
waz te decyzje, zdajesz sobie z tego spraw
 ry, a takze zdaj"l sobie z tego spraw
 sami za- 
imeresowani, wreszcie i inni ludzie tez sobie z tego zdaj"l spraw
, otoi te decyzje dotycz"l 
juz tylko i wylC}cznie owych politykow, ich karier, ich osobistych interesow, w kazdym ra- 
zie nie doryczC} pospolnego dobra, nie dorycz"l przyszloSci Polski, nie dorycz"l wi
c tego, 
co polirykow rych przeciez juz dawno przestalo obchodzic, zas skoro obchodzic przesta- 
10, to przeciez jest rzeczC} oczywist"l, ze nie b
d"l si
 tym zajmowac. 
Uff, wyrzucild z siebie ten potok slow, daleS upust zlosci, a wlaSciwie nie upust zlo- 
sci, bo w koncu ani to ci
 zi
bi, ani grzeje, lecz wyraz znudzenia. Jeszcze cos w tobie 
wzywa ci
 do przejmowania si
 jednak tym wszystkim, do baczenia na to, co si
 w na 
polirycznej arenie rozgrywa, lecz ty jui wiesz, ze to, co do niedawna bylo jeszcze te- 
arrem, teraz jui nawet prowincjonalnego cyrku nie przypomina, nawet jarmarcznej bu- 
dy. I zastanawiasz si
, czy warto kontynuowac ten nawyk, jakim stalo si
 dla ciebie po 
roku 1989 uczestniczenie w wyborach, a zastanawiasz si
 nad tym, gdyz nie widzisz, na 
kogo mialbys glosowac, widzisz zas, ze ci, na ktorych glosowaleS S"ldz"lC, ze ich obcho- 
dzi Polska, przestali si
 t"l Polsk"l interesowac, interesuj"l si
 za to sobC}. Niech wi
c, my- 
slisz na razie po cichu, ale jui ci te slowa na papier si
 przelewajC}, myslisz wi
c, ze to 
oni sami dla siebie powinni si
 wybierac, byle tylko, dodajesz zaraz, nie przeszkadzali 
w zyciu, nie wtfC}cali si
 w zycie, nie majstrowali przy tym, na czym si
 nie znaj"l. Niech 
maj"l sobie swoje gabinety, niech ustalaj"l wlasne hierarchie, rylko zeby nie psuli tego, co 
inni robi"l i byle si
 nie wtfC}cali do Polski, bo juz sami z niej dawno zrezygnowali. 
Moze, zastanawiasz si
, nalezaloby dla nich utworzyc jakis rezerwat, gdzieS w Bieszcza- 
dach na przyklad, lecz zaraz ten pomysl odrzucasz, bo narychmiast wyobraiasz sobie, jak 
by te nieszcz
sne Bieszczady w wyniku takiej inwazji wygl"ldaly i szkoda ci tych Bieszczad, 
a nade wszystko szkoda rurystow, ktorym w ten sposob odebrano by pi
kne pejzaze. 


49. 
Bawisz si
: 


STAROCERKIEWNOSI:.oWIANSKI 


(w godzin
) 


slowo, ser, slon, sowa, slawa, sak, sok, sik, sila, siwek, sen, sens, slonce, skwar, skwar- 
ka, sklon, sonar, ster, stek, stok, skat, sito, sitwa, sikawka, stos, siosrra, srrawa, staw, 
stawka, stan, skin, siniak, saracen, slowik, slownik, sloik, siew, siewnik, sroka, sraka, sia- 
no, siarka, siekiera, sikorka, skaner, sak, sakwa, swatka, skon, silownia, siwak, stok, skos, 
sos, sosna, slota, serce, stora, seria, serwis... 


ar, atlas, ara, atak, akt, as, awionetka, areal, arras, aster, akant, aktor, arka, akwen, aria, 
akr, arkan, awans, arena, arak, aster... 


car, cerkiew, cera, cewka, cien, do, ciern, cialo, cena, cis, cwat, ciolek, ciek, calka, 
cios, cerata... 


tron, taran, tiara, rran, ton, taksa, tor, troska, treska, rren, towar, tkanka, tlok, tik, tok, 
tarka, tado, rrok, tora, ton, tokarka, tan, taniec, tona, tank, teka, tors, trasa, taras, teren, 
trak, trick, tworek, tonik... 


192
>>>
. rana, ranek, rosa, .rak, rok, rock, rowek, rower, rota, rwa, rata, raca, rakieta, rasa, ra- 
slsta, ren, renta, reWlr , raster, retor... 


oko, owoc, osa, orka, oset, ocet, orkiestra, orkan, otok, owca, osesek... 


kwiat, kwit, kat, kot, kit, kask, kos, kosa, koto, kotek, koran, kora, kran, kantor, kort, 
korona, kila, kir, kara, kawat, kid, ktos, kita, krok, korek, kwik, krew, kret, koncert, kar- 
cer, karta, krata, kotara, kwant, kant, kanka kasa kal klak kres kwark kaw a ka u' ka 
, " , , , , n, 
kanwa, konew, kwota, kra, krok, kon, konar, krasa, krosta, krowa, korekta, koniak, ki- 
no, klonica, koc, kokos, kostka, krokiew, koks, kawon, kanal, kasta... 


wiano, wianek, wiara, wiatr, watra, wrota, werwa, wtos, warta, wir, war, wina, wino, 
wal, won, walek, warkot, war, wrona, wrak, wniosek, wioslo, worek, waran... 


iwa, ii, ikra, iskra, ikona... 
era, eter, ekran, ekierka... 
lata, laska, lono, lan, lowca, lawa, lawka, lania... 


nerka, norka, noc, nektar, nora, nota, nit, niwa, nestor, narta, nerw, nawal, nawa, nit- 
ka, nioska, nos... 


50. 
Szukasz w gaze tach oparcia, ternatu, punktu odniesienia dla s\\)'ch wlasnych zapiskow 
i nie znajdujesz nic, nic si
 nie dzieje, wszystko w Zyciu politycznyrn, naukowyrn czy kul- 
turalnyrn \\)'daje ci si
 mialkie, niegodne uwagi, blahe. Oczywikie, wiesz 0 tyrn, wlasnie 
gdzid na boku, w zaciszu gabinetu, na scenie alternarywnej, w pracowni zapornnianej 
przez krytykow, gdzid tam wlaSnie powstaje arcydzido, gdzid tam zbiera si
 grupa 
zbuntowanych ludzi, ktorych \\)'stC}pienie wstrzC}snie swiatern, gdzid tam pichq si
 no- 
we preparaty, ktorych uzycie doprowadzi do zmiany naszego sposobu zycia. Ale 0 tyrn 
nie rnozesz wciC}z jeszcze przeczytac w gazetach, to SC} inforrnacje wirtualne, jeszcze nie 
obleczone w cialo, zatern w zasadzie nieprzydatne. Ukladasz wi
c sobie rozrnow
 z po- 
slern z partii, ktora niebawem, w najblizszych wyborach zniknie ze sceny, przepadnie 
wraz z kl
skC} forrnacji, ktoq, wspolt\\'orzC}c jC}, jednoczdnie rozbijala, z ktorej zatem 
znikni
ciern ze sceny i on zniknie z parlarnentarnych kuluarow. Ta \\)'rnyslona z nirn roz- 
rnowa bardzo ci
 bawi, gdyz nagle zdajesz sobie spraw
 z tego, co dotychczas urnykalo 
rwej uwagi, zdajesz sobie rnianowicie spraw
 z ludzkiego, bardzo ludzkiego wyrniaru 
owego poslowania, tej "sluzby parlarnentarnej", 0 ktorej naiwnie rnyslatd, ze jest dziala- 
niem na rzecz panstwa, a okazuje si
 dzialaniem na wlasnC} korzySc, w najlepszyrn razie 
na korzysc partii, z ktorej posd pochodzi. W rozmowie dowiadujesz si
, ze w zwiC}zku 
z uswiadornieniern sobie przez niego, iz w najblizszych \\yborach nie b
dzie on juz 
z pewnosciC} wybrany, ze zdaje wi
c sobie spraw
 ze zblizajC}cej si
 kl
ski, przeto on, dzis 
i tylko dzis, gdyz poiniej juz do polityki nie wroci, sprawujC}c kawalek wladzy, postana- 
wia to \\)'korzystac dla siebie samego, dla zalat\vienia s\\yrn krewnym posad, do ustawie- 
nia si
 na najblizsze lata w dobryrn ukladzie. A w zwiC}zku z tyrn, powiada ci ten posd, 
nie rna on teraz czaSll na zajrnowanie si
 sprawarni publicznymi, politykC}. ZresztC}, sly- 
szysz nagle od tego posla, politykC} on gardzi i uwaza, ze "oni" - jacy "oni", pytasz, ale 
on zbywa to lekcewazC}cym machni
ciern r
kCl: co ty tam wiesz - otoz ze "oni" i tak 
o wszystkim decydujC}, zwykly wi
c, szary posd nie ma nic do gadania. Zdurniewa ci
 ta 
rozmowa, kt6rej nigdy nie by to, a ktorej kwestie slyszysz z zadziwiajC}CCl \\)'razistosciC}. 


193
>>>
51. 
Ale, ale... Nie udawaj, ze nie si
 nie dzieje. Dzieje si
 zbyt wiele, bys m6g1 to ogar- 
nC}c, zapanowac nad tym, zdac z rego (sobie) spraw
. Przysluehujesz si
 odglosom 
z Czeezenii z odezuciem grozy i bezradnoki. Ale tam przynajmniej, zauwazasz, skiero- 
wana jest uwaga swiata, podezas gdy ten sam swiat nie widzi - nie ehee widziec, pragnie 
nie widziec - dramaru Kurdow. Te nazwy, myslisz, te odlegloki, ta... no wlasnie: eg- 
zotyka. Zdajesz sobie spraw
 z tego, ze to daleko i blisko jednoezdnie: za kian"l, kto- 
ra jednak skuteeznie wyglusza krzyki mordowanyeh, j
ki rannyeh, wybuehy granarow, 
sene z broni maszynowej, eksplozje rakiet i min. To trwa, myslisz, to b
dzie rrwalo 
i nieeh ei si
 nie zdaje, dodajesz, ze ktos si
 tym zajmie jdli nie b
dzie mial w tym swo- 
jej wlasnej sprawy, swego interesu do zalarwienia. Przeeiwnie: wiesz, ze to b
dzie nara- 
stac, rozpalac si
, rozblyskiwac w eoraz to innyeh miejseaeh na planeeie, az do spa- 
zmu... Przypominasz sobie: ezytald w mlodoki, ze wszystko to moze si
 skonezyc 
spazmem atomO\\)'m - to bylo bardzo rzeezowe opraeowanie i ten termin, bardzo prze- 
eiez ekspresyjny, traktowany byl przez autora ezysto opisowo. 
Kim jestd w tym wszystkim? Co tu robisz? Czytasz wiersze, przygotowujesz si
 do ja- 
kiegos egzaminu, uezysz mlodyeh ludzi skladania rymow, odszukujesz w gazetaeh wiado- 
moki 0 stanie pogody. Jestd zaj
ty, krz"ltasz si
 wokol zyeia, ktore nieublaganie przemi- 
ja, przemija, a 0 tym juz starasz si
 nie myslec, bo to przykre, niemile, budzi I
k. Popatrz: 
jeszeze jeden wiersz. Poparrz: jeszeze jedna eksplozja. Poparrz: ktos siedzi za biurkiem 
i odlieza sylaby rrzynastozgloskowea, kros siedzi za biurkiem i odlieza sekundy do odpa- 
lenia rakiety. Patrz sobie, i tak niewiele wyparrzysz, nie nie zrozumiesz. Wynotowujesz 
z dziennika Scindora Mcirai: ,,Ale to wszystko si
 nie liezy, bo wszystko jest beznadziejne. 
Bogowie ezasami zagrzmi"l, zadrzy ziemia, wyst
puj"l wody, uderza piorun, leez to SC} tyl- 
ko okolieznokiowe intennezza. To, co jest stale, to ludzka podlosc, ehciwosc, proznosc, 
przewrotnosc, okruciensrwo. Zm
ezylem si
, nie ma juz we mnie zadnego sprzeciwu wo- 
bee smierei. Nie ma we mnie zadnyeh pragnien i nie ma juz we mnie protestu". 
Sindor Marai w 1989 popdni! samobojstwo, 0 ezym ezytasz w dodatku do "Tygo- 
dnika Powszeehnego", ktory drukuje fragmenty jego dziennika. Wypisujesz fragment 
tyeh fragmentow do wlasnego dziennika, powtarzasz jego slowa i nie znajdujesz w sobie 
dosc przekonania, by tym slowom zaprzeezyc. Nie dlatego, ze jesrd zm
ezony, nie dla- 
tego, bys mial si
 zgadzac na smierc, nie dlatego rez, ze nie ma w tobie protesru. Dlate- 
go, iz wiesz, ze te slowa SC} prawdziwe, ze mowi"l 0 swiecie, z krorego nie ma ueieezki. 
Czujesz si
 poehwyeony w pulapk
, z ktorej nie ma wyjscia. Wynorowujesz ostatnie slo- 
wa Mcirai: "Czekam na wezwanie. Nie ponaglam, ale i nie opozniam. Nadszedl ezas". 
Wiesz, ze to slowa na kazdC} ehwil
, ze to refren powtarzany przez ezas, ze to do zycia. 
Milkniesz. Znow mowisz. 


Leszek Szaruga 


194
>>>
Zhigniew Zakiewicz 


Ujrzane, w czasie zatrzymane (6) 


SNII:. MI SI
 DZISIAJ PARK "WENECJA" w Lodzi, a to w zwi}zku z rycht} ka- 
nonizacj} btogoslawionej siostry Faustyny Kowalskiej, ktora ma si
 odbyc 30 kwiernia 
tego d\Vutysi
cznego, Jubileuszowego Roku w Rzymie. 
Gdy znalazlem si
 w Lodzi w 1946 roku, a po dwoch larach zamieszkalem niedale- 
ko ulicy Pabianickiej, przy niej, lla wprost ulicy Sanockiej, rozci}gat si
 park, jakze ubo- 
zuchny i lichy w porownaniu z parkiem mego kresowego dziecinstwa. Teren byl pagor- 
kowaty, ze stawami, st}d nazwa "Wenecja"; roslo tam troch
 wiekowych drzew. Ulica 
Pabianicka \\)'chodzi na Plac Leonarda, dzis on si
 nazywa - Niepodleglosci, sk}d pro- 
sto jak strzelil 0 jakis kilomerr wznosi si
 neogotycka, murowana z zoltej cegly katedra 
pod wezwaniem sw. Stanislawa Kostki. 
Byly to rewiry mego niezbyr szcz
sliwego dojrzewania w tym brzydkim miekie, 
cuchn}cych rynsztokow, domkow bez kanalizacji i jakichkolwiek wygod. Z lodzianami 
z mojej dzielnicy Chojny niezbyt mi si
 ukladalo: ich spracowane, szare zycie, dose po- 
wszechne pijansrwo, brak szerszych zainteresowall sprawialy, ze czulem si
 w jakims 
sensie lepszy, duchowo dojrzalszy, pomimo wieku. 
I oto, gdy odkrylem naszC} wielkC} siostr
 Faustyn
, okazato si
, ze Helenka Kowalska, 
jako siedemnastolernia dziewczyna opukiwszy swoj} rodzinn} wid Glogowiec prawie 
przez dwa lata pracowala w Lodzi, w sklepie Marcjanny Sadowskiej przy ulicy Abramo- 
wicza. J uz wczdniej poczula powolanie do zycia zakonnego, ale rodzice si
 temu sprze- 
ciwiali. LOdzkim zwyczajem tamtych czasow, zapewne byla to niedziela, w towarzystwie 
swojej siostry i kolezanek, lldala si
 na potancowk
 na swiezym powietrzll (siostra Fall- 
styna nazwie to "balem".) Wowczas to: "w chwili, kiedy zacz
lam ranczyc - pisze sio- 
stra Fallstyna nagle lljrzalam Jezllsa obok. Jezllsa llm
czonego, obnazonego z szat, 
okrytego calego ranami, ktory mi powiedzial re slowa: Dok}d ci
 cierpiec b
d
 i dok}d 
mnie zwodzic b
dziesz? (...) Po chwili opllscilam potajemnie towarzysrwo i siosrr
, 
lldalam si
 do katedry sw. Stanislawa Kostki (...). Prosilam Pan a, aby mi raczyl dac po- 
znac, co mam czynic dalej Wrem llslyszalam te slowa: Jedz natychmiast do Warszawy, 
tam wst}pisz do klasztoru". (Dz. 9 - 10) 
Okazalo si
, ze OW, jak to nazywala siostra Faustyna - bal, odbyl si
 w parkll "Wene- 
cja". Rowniez katedra sw. Stanislawa Kostki byla mi dobrze znana, jeszcze z lar 1947- 
-1948. Zanim komllnisci rozbili skallting, stamtC}d po Mszy swi
rej \\)'ruszalismy na uli- 
c
 Piotrkowsk} na defilad
. Dzialo si
 to w dnill swi
tego Jerzego. Czasarni tez 
zachodzilem do katedry na Msz
 swi
tC} (niezapomniana rezurekcja 1948 roku!). 
Dopiero w swietle tych wspornnien zrozllmialern, jak gillpie i powierzchowne byly 
moje owczesne s}dy, co do "lodziakow". - Nigdy nie wiadorno, ile gl
bi dllchowej kIy- 
je si
 w sercach prostaczkow Bozych. A Helena Kowalska, ktora nawet nie llkonczyla 
szkoly powszechnej, gdybym j} wowczas spotkal, dajrny na to w sklepie u Marcjanny Sa- 
dowskiej, skrornn}, prostc} sprzedawczyni
?.. Wlasnie, co byrn moglo niej wowczas po- 
myslec i powiedziec? 


195
>>>
A co si
 ryczy dzisiejszego snu. - Slyszalern, ze obecnie w parku "Wenecja", na pa- 
rnie}tk
 powolania blogoslawionej Fausryny, jest posrawiony krzyz, kapliczka, tablica pa- 
rnie}tkowa? - Nie wiern. Od dawna chcialern to miejsce rnego poznego dziecinsrwa i rni- 
srycznej wizji Fausryny - Heleny Kowalskiej, odwiedzic. Ai wreszcie we snie ujrzalern 
pot
zne, stare drzewo, w szpalerze drzew ocieniaj"lcych prowadze}CC} doke}ds drog
.Dzia- 
lo si
 to jakby pod Lodzie}. Pytarn napotkanego rn
zczyzn
, rniejscowego, czy to drze- 
wo pod ktoryrn siostra Faustyna "ujrzala ]ezusa?" Dlaczego wi
c tu nie rna zadnej ta- 
blicy? Napotkany czlowiek dziwi si
, czy nie wysrarcza sarno to pi
kne, pot
zne drzewo, 
\\)'rozniaje}ce si
 wsrod pozosralych? 
Parni
tarn, ze w Lodzi, wlasnie wsrod spracowanego roboczego ludu, rrwal duzy kult 
malej sw. Tereski od Dzieci"ltka ]ezus. Kiedys znalazlern jej figurk
 ukryt"l w rnalyrn fu- 
terale. Typowo odpusto\\)', niezbyr ladny wyrob. Dlaczegos figurka ta, a przez ni"l sw. 
Teresa z Lisieux, przypadla rni do serca. Do tego stopnia, ze swojej pierworodnej cor- 
ce, ktora po mojej rnatce odziedziczyla na pierwsze irni
 Zofia, na drugie dalem Tere- 
sa. I wlaSnie w dniu sw. Teresy od Dziecie}tka ]ezus Zofia wzi
la slub, chociaz nie pla- 
nowalismy tego z gory. 
Dzis teolodzy zgodnie porwierdzaje} wielkie duchowe pokrewienstwo tych dwoch 
swi
rych: Teresy z Lisieux, krora pojawila si
 tuz na progu XX wieku i siostry Fausryny, 
krora rozswietlila koniec rego strasznego stulecia. I wlasnie na progu nowego rysi"lcle- 
cia Helena Kowalska, dzis blogoslawiona Fausryna, b
dzie kanonizowana w Rzyrnie. 
\V nowicjacie, w okresie ci
zkich duchowych doswiadczen, krore teolodzy nazywaj"l 
"noCC} ciernne}", w czas ogolocenia i jakby opuszczenia przez Boga, siostra Fausryna 

v pie}ryrn dniu nowenny do sw. Teresy od Dzieci"ltka ]ezus, we snie, sporyka Mal"l 
Swi
te}. Pociesza ona Fausryn
, ze rowniez duzo cierpiala ("Ale ja nie dowierzarn jej, ze 
ona duzo cierpiala" - pisze Fausryna, co znaczy ze blizej nie znala jej biografii i pisrn). 
Siostra Fausryna, duchowo zrnaltretowana, z ufnosciC} i pokoq dziecka pyta: "Tere- 
niu swi
ta, powiedz rni, czy b
d
 w niebie? - Odpowiedziala rni, ze b
dzie siosrra 
swi
t"l. - Ale, Tereniu czy ja b
d
 tak swi
q jak Ty, na oltarzach? A ona rni odpowie- 
dziala - Tak, b
dziesz swi
te} jak ja, ale musisz ufae Jezusowi". (Dz. 150) 


PISANE ZARAZ PO NAGRODZIE NOBLA. Wislaw
 Szyrnborske} poznalern w po- 
lowie lat siedemdziesi"ltych, gdy zacz"llern regularnie przyjezdzae do zakopianskiej 

torii". Gorski wrzesien jest spokojny, znikaj"l durny turystow, pozostaj"l studenci 
i taternicy, kwitnC} wrzosy i wci"lZ zielenie} si
 hale i gorskie l"lczki, gdy w dolinach - z6l- 
tose. Od lat pani Szyrnborska wlaSnie wrzesien wybrala na miesi"lc wypoczynku. Tam 
tez w 
torii" dosi
gla je} wiese 0 Noblu. Tak si
 zlozylo, ze za pierwszyrn razern za- 
siadlem przy jednyrn stole z krakowske} poetke} i tak juz tradycyjnie pozostalo. 
] ak si
 okazalo z czasern, jej syrnpati
 zyskalern na skutek jakichs nieokrdlonych kre- 
sowych podobiensrw i fluidow, krore mialy rnnie l"lczye z ]asiern Adamskim: znanym 
krakowskirn aktorern, pisarzern i nade wszystko Wolyniakiem (no i bylym m
zern zna- 
kornitej poetki Anny Swirszczynskiej). Osoby znanej mi i bliskiej przez to nasze 
wschodniackie "balagulsrwo". 
Nawet w Zakopanern panie} Szymborske} oraczal sraly kqg wiernych przyjaciol, kt6- 
rzy czasarni wpadali na niedziel
 w gory, zarnieszkiwali w poblizu lub w samym pensjo- 
nacie. W wi
kszoSci byly to starsze panie, ktore nie nazywaly j"l inaczej jak tylko - "na- 
SZ"l Wisi"l", lub pi
kniej - "Wisdke}". Wydawalo si
, ze oczekiwaly one, ze Wisia-Wisdka 
ogrzeje je cieplern wewn
trznym, rozchrnurzy SW"l inteligencje} i zywyrn dowcipern. 
Pewnego razu przyjechala do ,,Astorii" rnilcz"lca, zamkni
ta w sobic, i czulo si
, ze 
bardzo nieszcz
sliwa pani (autorka ksi"lzek dla dziewcz"lt), cierpi"lca na dokuczliw"l bez- 


196
>>>
sennosc. Oczekiwala rylko na przyjazd Wislawy Szymborskiej i dopiero za jej przyby- 
ciem odzyskala glos, ale rozmawiala rylko ze swoj'l Wisi'l. Szymborska byla dla niej je- 
dynym czlowiekiem, z ktorym chciala i potrafila jeszcze utrzymac kontakt. Jak si
 do- 
wie.dzialem, rychlo potem popelnila samobojstwo. 
Ze pani Wislawa nie znosi skrajnoSci, ani gwaltow popelnianych na ludzkim duchu prze- 
konalem si
, gdy Szymborska przeczytala ksi'lik
 moich dziennikow. Dtugo i z przekona- 
niem dumaczyla mi, jak zabojcz'l i niezdrow'l dla kondycji duchowej jest tworczosc Fiodo- 
ra Dostojewskiego. Przypomnial mi si
 wowczas Antoni Czechow, ktory nie znosil 
Dostojewskiego i przypuszczalnie malo go czytal. Rowniei pani Wislawa, po prostu, chcia- 
la mnie wyleczyc z Dostojewskiego. Gdy ja mialem jui za sob'l to totalne zauroczenie. 
Jednym z tematow rozmow byl, dla mnie rowniei bliski, swiat zwierz'lt. Okazalo si
, 
ie pani Wislawa jest wiclk'l znawczyni'l i milosniczk'l malp i malpiatek. Na ten temat lu- 
bi dlugo opowiadac, widac, ie bawi'l j'l te bardzo ludzkie, przedrzezniaj"lce nasz swiat 
zwierz
ta. Gdy opowiedzialem jej, ie widzialem w ZOO w Erfurcie malp
, ktora polo- 
wala na wroble i je poierala, Szymborska zdecydowanie orzekla, ie stworzenie bylo 
chore psychicznie. To si
 zdarza u malp trzymanych w niewoli. Pozniej jednak ogl"lda- 
lern jakis film przyrodniczy, gdzie pewien gatunek malp bywal mi
soierny. 
Inna fascynacja, to stare (i niekoniecznie stare) cmentarze. Od nich naleiy rozpoczy- 
nac zwiedzanie nieznanych okolic. Tam znajduje si
 historia ludzi, ciekawe nazwiska, 
nieraz pornszaj"lce epitafia. Dodalbym od siebie, ie najpi
kniejsze S'l cmentarze "sece- 
syjne", nieraz w niespodziewanych miejscach, jak, na przyklad, w Suwalkach. 
1 ta wiecznie zywa, otwarta ciekawosc swiata, w jego przeroinych, nie raz zaskakuj'l- 
cych przejawach, pozwolila Wislawie Szymborskiej przyznac si
 podczas noblowskich 
uroczystosci do uczuc, ktore zdaj"l si
 zywic rylko dzieci i wlaSnie poeci: "Cokolwiek 
jeszcze pomyslelibysmy 0 rym swiecie - jest on zadziwiaj'lCY". Albo w innym miejscu: 
"Nasze zdziwienie jest samoistne i nie wynika z iadnych z czymkolwiek porownan". 
Szymborska nie znosi wielkich imprez literackich, wiadome to bylo nie od dzis. Bar- 
dzo rzadko pozwolila si
 "ybrac jako delegatka na szumne, parodniowe zjazdy pisarzy 
z okazji wyborn nO\\ych wladz ZLP. Dlatego tez, gdy w 1988 roku w kolejnej edycji 
nagrody literackiej im. S
pa-Szarzynskiego, ktore przyznawalo gdanskie srodowisko 
tworcze, zwi'lzane z duszpasterstwem ojcow dominikanow, i nagroda zostala przyznana 
Wislawie Szymborskiej, nikt nie byl pewien, czy krakowska poetka przyjedzie? 1 oro pa- 
ni Wislawa przyjechala. \Vr
czenie nagrody jak zawsze odbylo si
 w bazylice sw. Miko- 
laja, a potem spotkanie u dominikanow "Na gorce". Pani Wislawa przeczytala sporo 
wierszy. Byla ch
tna do rozmO\\y. Wszyscy czutiSmy si
 pogodni i swobodni. Min'll stan 
wojenny i do 1989 roku bylo par
 krokow. Szymborska powiedziala nam wowczas: 
"Gdzie jak gdzie, ale do Gdanska musialam przyjechac". 
Jej slynne wyklejanki-kolaze zaczC}lem otrzymywac (data znamienna!) po raz pierw- 
szy wlasnie w grudniu 1980 roku, po zwyci
stwie "SolidarnoSci". Na karteczce byl na- 
klejony nagi bobas wpatrzony w aniolka. Natomiast raz jeden zostalem obdarzony ko- 
lorow'l pocztowkC}, na ktorej widzirny milicjantow-wodniakow w bialych czapkach 
i marynarkach, gdzid na wislanej przystani. Z podpisem: "Milicja 

ywat
lsk
. 0 be
- 
pieczenstwo na wodach". 1 to sarno zdanie w dumaczeniu na r:sYJski. Pam Wlslaw
 Pl- 
sala: "Krakow 26, 9, 82 rok.... i w ogole jak si
 panu wiedzle? Co pan teraz plSZe? 
W tych niepismiennych czasach? Na te wszystkie pytan
a, n:am nadziej
, ze :dpo.wie mi 
Pan osobiscie, zajrzawszy do Krakowa. Tymczasem pl
knle Pana pozdrawlarn 1 radz
 
wpatrywac si
 w zalC}czony obrazek godzinami. \Vislawa". .,. .' 
\V 1983 roku, odpisujC}c l1a moj list, pani Szymborska dz!eh Sl
 swy
 mepoko]em 
o dalszy los ZLP: "...na razie chmury na horyzoncie, 10s zW1'lzku wC}tpl1\\'y coraz bar- 


197
>>>
dziej, wi
e moze "Astoria" b
dzie jesieni(! we wladaniu kol. Nawroekiego, Kozniewskie- 
go i Wasilewskiego". Gdy ZLP rozwi(!zano pani Wislawa przyjezdzala juz do zakopian- 
skiej "Halamy". Kartk
 z 1982 roku ozdobila kolazem kalamarza z g
sim piorem 
i z doweipnym pozdrowieniem: "Panu Stryjeowi prosz
 bardzo podzi
kowac: to wiel- 
ka radosc dostac tak(!ladn(! panienk
". Uprzednio \\)'slalem na krakowski adres jedn(! 
z grafik Ryszarda Stryjea. 
Najpi
kniejsz(! kartk
 otrzymalem w szezytO\\)'m okresie stanu wojennego w grudniu 
1984 roku. Na odwroeie kolazu pani Wislawa zaeytowala ealy bdkot owyeh ezasow: 
"Drogi panie Zbigniewie, pomyslnego rozwoju stosunkow mi
dzyludzkieh. Dalszego 
wzrostu stopy zyeiowej na platformie szerokiej konsultaeji. Kolejnyeh sukeesow 
w usprawnianiu efektywnoSci srodkow. Obfityeh posilkow regeneraeyjnyeh na bazie do- 
staw rynkowyeh. Pomyslnosci w zyeiu kulturalno-oswiarowym. I Wesolyeh Swi(!t zyezy 
\Vislawa Szymborska". Na kartee byl naklejony kogut z glow(! zadumanego w(!satego 
pana. \Vyraznie z epoki modern. 
Pami
tam, ze kiedys w "Astorii" pani Wislawa podzartowywala sobie, ze ma juz 
w Poznaniu ulie
 Szymborsk(!. A to st(!d, ze prowadzi ona do Szymborza. Byl to zart 
w dobrym stylu, bo nigdy \Vislawa Szymborska, ani przez ehwil
 nie pomyslala 0 sobie, 
jako 0 patronee polskieh ulic. No i zdarzylo si
... 


GDYBY NIE DOROCZNA GDANSKA NAGRODA "ARTUSA", kror(! ufundowa- 
ly tzw. media: "Dziennik Balryeki", "Radio Plus" i TV Gdallsk, a ktoq za 1999 rok 
otrzymal Kazimierz Nowosielski (w moenej konkureneji, bo byli nominowani do nagro- 
dy: Stefan Chwin, Pawd Huelle i Zbigniew Jankowski) nie poehyIilbym si
 nad t(! pro- 
st(! i gl
bok(! poezj(!. A tworezosc poeryek(! Nowosielskiego znalem, zdawaloby si
 od 
lat. Na"grodzony tomik Znikliwa obecnofi, wydany przez "Polnord-Oskar", poruszyl 
mnie Sw(! gl
bi(!, a zarazem ueiszeniem. 
J dli ktos dzis w polskiej poezji kroezy drog(! wyznaezon(! przez ksi
dza J ana Twar- 
dowskiego, to b
dzie nim poezja Kazimierza Nowosielskiego. Jest ni(! - odnaleziony 
Bog w ueiszeniu i w wielkim zdziwieniu nad tajemniq eodziennoSci w ktorej kryje si
 
Srworea. Nad t(! poezj(!, jako motto mozna postawic histori
 proroka Eliasza z Pierw- 
szej Ksi
gi Krolewskiej, ktory na gorze Horeb poznal obeenosc Boga nie poprzez gwal- 
town(! wiehur
, nie w trz
sieniu ziemi, ani przez ogien (a to wszystko si
 dzialo), ale 
"rozpoznal Go przez glos delikatnej ciszy" (1 Krl. 12-13). 
Znam poetow, ktorzy niejako programowo poszukuj(! i wadz'l si
 z Bogiem, ale oni 
s(! poza t(! cisz'l nie mog'le oderwac si
 od swego "ja" - "ego", wei(!z patrz'l na swego 
Boga z zewn'ltrz. Tymezasem poezja Nowosielskiego jest wyrazem ogarni
eia przez 
sac rum. A to dzi
ki ueiszeniu serea, kontemplaeji swiata i - "poprzestanie na malym, 
aby ukoehac eos wi
eej" (Na ciemnym). Albowiem - "ezasami Bog sehodzi do ezlowie- 
ka nie ogromem ale rzeez(! pozornie mal'l". (Wiersze). 
Ulubionym zywiolem poeryekim Nowosielskiego - "jest sciganie swoj'l pidni'l - raz 
ezule a raz zawzi
eie" - rzeezy i sprawy powszednie, ez
sto wzi
te z zapami
tanego na 
zawsze dziecinstwa poety sp
dzonego na Kujawaeh. B
dzie to - nwiejska izba z obra- 
zem Boskiej Bolesnej (macierzanka przy plocie) kogur piej(!ey po kurzej robocie" 
(lmif). Jego umilowanie zycia jest wlaseiwie przyjmowaniem swiata we franciszkanskiej 
pokorze. St'ld poeta ma prawo zapyrywac: "Jakaz to rzeezywistosc stale wyjawia co nie 
zasluzone?". A ezym jest to nie zasluzone?" - Jest to" ...Sciezka wsrod krzewowl zdzi- 
ezalej porzeezkil noen(! burz(! obmyte niebol koron'l blaskow I kiedy wsehodzi slon- 
eel nagla ezuloscl do spraw zapomnianyehl ksztah liScia brzozowegol poez'ltek i ko- 
nieel w tym co zatajone - jasnoscl i - jednosc". 


198
>>>
Aby osi'lgn'lc to wewn
trzne przekonanie, ze w wielosci rzeczy i spraw, kryje si
 mi- 
lose do tego co zatajone, prowadz'lce do jednosci, trzeba, rzeczywiScie obdarzyc swiat 
"nagl'l czuloSci'l». 0 ten dar modl'l si
 swi
ci, a przeciez prawdziwa poezja jakze bli- 
ska jest kontemplacji. 0 czym rym tak przekonywuj'lCO pisal poeta i zakonnik- trapista 
Thomas Merton. 
Wag
 tej poezji podkrdla poerycka samowiedza (nie darmo Nowosielski jest poloni- 
st'l i znawq polskiej poezji wspolczesnej). Jego praca nad slowem, oszcz
dnym i wywa- 
zonym, przypomina rzezbiarza, ktory zapytany - sk'ld to mistrzostwo? odparl, ze rylko 
odrzuca to, co zb
dne. Nie danno tez stale powtarzaj'lce si
 slowo-klucz: "cisza". Wi'l- 
ze si
 ono z samym procesem tworczym: » W czuloSci slowa - ledwol zauwazalny dukt 
10su:1 odnajdywanie tego co przedl i po - i w rzeczy samejl cicho - najciszej - by nie 
sploszycl tego co jest..." (Czulofi). 
W mowie, ktora wyrasta z ciszy (a wi
c z kontemplacji), poeta znajduje schronienie. 
Zapytuje: - ,,1 coz znaczylbym poza rob'll mo\\'o - porzucony na past\V
1 rozszalalej 
terazniejszosci?" 1 wlasnie w mowie, w - "przenikni
ciu glosul dalekie ksztalty zaist- 
nien: doml profiI d
bowej szafy przy niej lustrol matka poprawia wlosy usmiecha si
1 
juz do siebie dalekiejl ...1 a ro co zostaje - mniej niz cisz'l jestl mi
dzy jednym osu- 
ni
ciem si
 ziarnka piaskul a drugim". (1 coi). 
Jeszcze raz 0 ciszy i 0 samym procesie tworczym: - ".. .slowal wsluchuj'l si
 najpierw I 
w swoj'l wlasn'l cisz
 - a z niejl dopiero ksztalt rzeczy I i obrory zdarzen 1 wtedy I nie- 
widzialne - odnawia przymierzel ze swiadem twojej dloni z kartk'll na stole z rZ'ldkiem 
literl ktore prowadz'l gdzie krew I jeszcze ciepla - dawno umarlych..." (Czytai). 
Kazimierz Nowosielski SW'l gl
bok'l afirmacj
 zycia pi
knie nazywa "jednochwilo- 
wym zwyci
stwem". A w czym to zwyci
stwo si
 kryje? -"W drzeniu swiada w mono- 
tonnym kolowaniu widliszkowl wi RdzawoSci traw pod zmierzchaj'lcym sloncem". 
I jakze m'ldra i gl
boka pointa: ,., To co na chwil
1 wznosi ci
 nad smierc. Nowe wier- 
sze. Wsz)'stkol wszystko..." (Wszystko). Chcialoby si
 rzec za Karolem Wojtyl'l: 
"Chwila mysli wiecznosci'l"... 
Dla Nowosielskiego wiecznosc przenika \\'i
c cal'l rzeczywistosc. Bo nawet opis stry- 
chu zapami
tanego z dziecinstwa, otwiera: "Drzwi do wiecznoSci na zardzewialych za- 
wiasach". (Na strychu). Albo: "Odblask rzeczy wiecznychl czasem dostrzeganyl juz 
tul i teraz...1 Na chwil
 zdumienia ..." (Odblask). 
Stale powracaj'lcym w'ltkiem jest postac matki i ukochanych Kujaw: krainy 
dziecinstwa i wczesnej mlodoSci. Dawno w poezji polskiej nie bylo tak czulego portre- 
tu rodzicielki, juz nie zyj'lcej, ktoq poeta widzi: - "Gdzid - taml w imi
 nieznanej 
zaloSci". Matka poet)' wczeSnie owdowiala, Nowosielski ojca wspomina rzadziej: 
"A z ojceml co si
 stanie - z jego zmierzcheml .. ./gdzie zmidcij wszystko co sly- 
szal?". (Za bramq.). Tylko mozemy domyslac si
 tych nidatwych dziejow ojca: oszmian- 
czuka, wilenskiego akowca, pozniej w armii Berlinga. Rzeczywiscie jego swiat "nie mogl 
si
 zmidcie" na Kujawach, pomimo, ze odnalazl tam drugi dom i zon
. 
1 co jeszcze zbliza mnie do Nowosielskiego? - Moja ma
a 
hodzil
 z 
ajstars
Yr:n 
stryjem Nowosielskiego do tego samego gimnazjum w Osznllame.' g?zle tez u
zyh Sl
 
wujowie, jej bracia i siostra Ewelina. Wspominala 0 rym z rozrze
vmemem. 
 
zlk
 No- 
wosielskiego przyjmowala w gdanskim domu, prawie jak krewmaka. 1 mozhwle, .ze tak 
bylo, bo oszmial1czucy od pokolen si
 spokrewniali. Spowinowacila i spokrewmla nas 
rowniez ta sama Historia... 


UROCZYSKA KASZUB, PUSTKOWIA POROSLE \VRZOSElvl po sam pas, karlo- 
wate sosenki na piaszczystych \\)'dmach, tajemnicze jeziorka w bukO\\)'ch i jodlowych 


199
>>>
gqszezaeh i te z pozoru mite oezka Idne obrosle mehem i porostami. Wsrod nieh pleni 
si
 zurawina. Nieeh jednak uwaza zbieraez, ktoremu spieszno do jagod: w srodku oezka 
tkwi dziwny br,!zowy krzak, bezlistny i omszaly. Jedyny to slad po jeleniu, ktorego wei,!- 
gn
lo zdradliwe bagnisko... 
Tak,! opowidc uslyszalem bawiqe w t
 wiosn
 gdzid pod Bytowem, w gminie Stu- 
dzieniee, po dawnej stronie polskiej. 0 graniey swiadezy dzis nierownosc lasu: gdzie by- 
ly Niemey - starodrzew Idny, a po polskiej - sosniak w srednim wieku i slad po budee 
eelnika. 1 opowidc 0 nieroztropnym zolnierzu, ktory rankiem pierwszego wrzdnia 
w pojedynk
 bronil graniey. "I zostal zastrzelony, a przeciez mogl trafic do niewoli 
i zylby sobie do dzis" - powiadaj,! Kaszubi. 
W tej wlasnie podbytowskiej krainie dane mi bylo sp
dzic par
 dni w dworku kaszub- 
skim. Dom liezy sobie okolo poltora wieku. Belki szerokie, eiosane, w
gly zakladane po 
kaszubsku "na rybi ogon". Drzewo moeno nadgryzione przez ezas. Zdaje si
, ze we- 
tkniesz palee w drzewo a wejdzie do polowy. Ale nie. Dziwnie srwardnialo i trwa wbrew 
ezasowi. Nowy miejski wlaSciciel, co sp
dza tu pol roku, rylko na zim
 wraeaj,!e do ee- 
mentowyeh murow, dworek nakryl trzein'!, grubo, na szerokosc dloni. 1 tak,! sam,! trzei- 
n
 widzialem na daehaeh skansenu w Biskupinie. Od strony polnoenej, za daeh ehwyeil 
si
 meeh, zieleniutki jak swiezy aksamit i jak aksamit g
sry, meeh starowieezny. Na 
szezytaeh dworku piej,! dwa drewniane kogury. 
1 m i e j see w ktorym dom postawiono, ehwyta za seree i przYL;'!ga. Jest to wzgorek nie- 
duZy, obly, tuz przy drodze. Rosn,! na rum rozgal
zione i rueboryezne wic}zy. Przy samym 
wjddzie d,!b: ruewysoki, krzepki i zarazem dramaryezny, gdyz rozdarty. W grubym pruu- 
slad po pozarze, ktory strawil stoj'!q obok stodol
. Pagorek zieleru si
 rusk'!, g
stq traw'! 
w ktorej w spoiruon,! tutaj wiosn
 kwitn,!ldne fiolli oraz miniaturowe zolto-biale bratki. 
J est to nie proste miejsee, ale wielowiekowe Iud z k i e s i e d 1 i s k 0 . Doswiadezo- 
ny budowniezy dawniej wiedzial, ze nie wolno stawiac ludzkiej sadyby byle gdzie. Znal 
on tajemnie
 zlyeh miejse, zyl wodnyeh, gruntow na ktoryeh ludzie latwo ehorowali, 
ci
zko si
 rodzili i gdzie lubily uderzac pioruny. Moze dlatego spalo mi si
 tu wysmie- 
nieie, a i mysli mialem dobre. 
Domostwo wewn'!trz paehnie jak najprawdziwszy poryszkiewiezowski dwor w kto- 
rym zamieszkiwalismy przed wojn,!. w dalekim Molodeeznie. Panuje w nim ta sarna 
zdrowa suehosc, okienka rowniez na szdc szybek, skrzypi,!ee podlogi, rylko powala nie 
taka: nierowna, podobno wyklejana glin,!. Zasuszone kwiary i swieze, kwitn,!ce. Rozne 
starocie - zelazko, moidzierze, lampy, bo nowi wlasciciele to ludzie sztuki. Przed do- 
mem skromne grz,!dki i kwietniki, i miniaturowa sadzaweczka oblozona kamieniem 
i obrosla skalniakami: wodopoj dla drobnyeh, 0 ezekoladowym brzuszku i niebieskim 
lebku, wsz
dobylskieh zi
b. 
Zadziwia kuehnia do ktorej trzeba wehodzic przez male drzwi, sehyliwszy glow
 
w niskim uklonie. Komin rozbudowany pot
znie: w
dzenie tam wisialo; ogrzewa on 
polow
 ezteroizbowego domu. 
Starzy wlaseiciele dawno poumierali. Ostatni pan na wlosciaeh, staruszek, zamieszka- 
ly bodajze w Bytowie, gdy odwiedzil rodzinne gniazdo, zdziwil si
, ze ryle tu zielono- 
ki. - Ano wszystkie zabudowania gospodareze zburzono, znikla gnojownica i bruko- 
wane podworze. Gospodarstwo liczylo dobrze ponad sto hektarow. Dzis na dawnyeh 
piaszezysryeh polaeh rosn,!lasy, rylko strumyk pozos tal ten sam, wijqc si
 wsrod sosnia- 
ka, i podmokle I,!ki na ktoryeh pasie si
 nie wiedziec czyj bialy kon. 
I sarna wioseezka skurezyla si
 do paru gospodarstw, gdyz ziemia tu ezwartej klasy, 
przeznaczona na zalesienie. Znikly wi
e stada bialyeh g
si i niegdys liczna oweza trzo- 
da. Gospodarstwa upadaj,!, a domy rosn'!. To "panstwo" z Gdanska, Siupska a nawet 


200
>>>
z Koszalina buduje na wykupionych dzialkach swoje murowance, w jakims srylu modern 
- troch
 niby dacze i troch
 niby chat
 wiejsk q . Gdyz wokol, w ktorq stron
 si
 obro- 
cisz - jeziora i jeziorka. 
Bylismy nad wod q zanurzonq w starodrzewiu, pami
tajqcym czasy niemieckie. Ciem- 
ne, podlugowate jezioro przechodzi w trz
sawiska i bagniska porosle olch q , wierzb'l 
i gorzko pachn'lC'l czeremch'l. Za wysokim lasem stala wlaSnie luna zachodu, a w sza- 
rych przyziemiach bagiennych, nagle odezwal si
 slowik, aby zamilkn'lc. I znow nastra- 
jac swoj instrument na czarowanie... 
Na drugi dzien pojechalismy do Bytowa. Wyrwawszy si
 z rych ldnych ost
pow, 
ktore zagarniaj'l coraz wi
cej ziemi, wypadlismy w szerokie, otwarte horyzonry pod By- 
towem. Pola zazielenialy g
st'l majow'l runi'l. Slyszalem, ze to Lemkowie tu wyrzuceni, 
tak si
 pracowicie uczepili kaszubskiej ziemi. By tow w swiezych rynkach, czysry i pro- 
wincjonalnie przytulny. Przed lary przyjechalismy tutaj kolejq z Lipusza. Wowczas oglq- 
dalismy pokrzyzacki zamek, wlasnie w odbudowie. Odnajduj
 znajomq stacj
 kolejow'l. 
Jest jak z powidci Grabinskiego: opuszczona. Niby bezbronny krab w pozostawionq 
swemu losowi muszl
 - wepchnql si
 tu PKS, z kasami, biurem, bufetem dla aurobuso- 
wiczow. Kolej obumarla i dzis nie mielibysmy czym powracac z zon'l do Lipusza, z pa- 
f'l bialych pantofelkow tutaj kupionych. 
Wieczorem siedz'lc na miejscu gospodarza: na szerokiej lawie zbudowanej pod polu- 
dniow'l Scian'l domostwa, skqd widok na samotne wi'lzy, na wciqz jeszcze bezlistny dqb, 
ktory stal si
 swoim wlasnym pomnikiem, na drog
, ktorq nikt nie jezdzi i na wysokie 
niebo po ktorym krqzyl jakis wielki, wodny ptak, zuraw czy czapla? - myslalem: ile po- 
kolen zazywalo tu wieczornej sjesry? 0 czym mowiono, czym si
 trapiono? Jakie plany 
na jutro ukladali ci, ktorzy przeszli przez ten dworek niby przez poczekalni
 dworca 
o nazwie "Wiecznosc"? 


Zhigniew Zakiewicz 


201
>>>
RECENZJE 


Krzysztof Myszkowski 
Inne okolice 


Gdzie? W Ameryce; na jej Zachodnim Brzegu; nad Zatok;} San Francisco; w Kalifornii; 
w Berkeley. Kto? Exul; przybysz z prowincjonalnej Europy, z serca Limy, z rajskiej Doliny 
Niewiazy, z Szetejn; obywatel powiatu kiejdanskiego, poeta, profesor literatur 
siowianskich, pojedynczy czlowiek, ktory si
 dziwi. "Udziwnienie" to znany chwyt pisarski, 
mistrzowsko zastosowany w Podroiach Gttliwera, uzyty takze w Zniewolonym umyfle 
napisanym szesnaScie lat przed Widzeniami... 
Dziwny tytul. \V SI01vniku Lindego slowo to oznacza blaski i pozory, a tille widma, 
widziadia, mary. A wi
c: "Blaski (pozory, widma, widziadla, mary) nad Zatok,! San 
Francisco". To slowo kojarzy si
 z Mickiewiczem, u ktorego jest "Widzenie Senatora" i 
"Widzenie ks. Piotra". S,! punkty widzenia i sposoby widzenia. U Prusa widzeme to po pros- 
tu mozliwose patrzenia. I ten tytul sygnuje kalejdoskop ("kalejdoskopiczny uklad, ktorego 
cZ
Sci,! staje si
 kazdy zapis ludzkiego glosu"), szy& (dla Milosza literatura jest szy&em), 
wypraw
 w gl,!b siebie (przedmiotem ksi,!zki jest "swiadomose i wyobrainia w spotkaniu z 
problemami i obrazami, ktore pozostaly menazwane i domagaj;} si
 przeniesiema w j
zyk."). 
"J estern tu" - tak zaczyna si
 ksi,!zka, na ktoq skladaj,! si
 trzydzidci trzy eseje doty- 
CZqce mi
dzy innymi religii, Natury, katolicyzmu, westernu, seksu, cenzury, cnoty, lltopii, 
emigracji, migracji, literatury, Murzynow, tanca smierci. Ale co jest gi6wnym tematem tej 
pasjonujqcej ksiqzki? Na pocz'!tku rozdzialu dwudziestego pi;}tego Milosz mowi: "Po\\'oli, 
okolnie, zblizam si
 do wlasciwego tematu mojej ksiqiki", chociaz przeciez juz niewiele 
zostalo do jej zakonczenia. 
Moj pierwszy kontakt z Widzeniami nad Zatokq San Francisco nie byl tak intensywny 
jak teraz, przy ponownej lekturze. Wtedy t
 ksi,!zk
, wydan'! w Instytllcie Literackim w 
Paryzu w 1969 roku jako 177 tom Biblioteki " Kul tury" , czytalem jak wprowadzaj,!C'l mnie 
w nowy wspanialy swiat powieSciow,! antyutopi
, antidotum na peerelowskie tnlcizny i 
opary. Ale to wszystko co jest w tej ksi,!zce historyczne, polityczne, czy amropologiczne, a 
co bylo podczas pierwszej lektury na pierwszym planie, okazalo si
 tak zrobione: 
wycieniowane i wydestylowane, ze mozna przez t
 istnosc przejsc do gl
bszych i 
wazmejszych warstw tej ksiqzki. Najpierw jest j
zyk - kokon utkany z mowy (z "mojej 
mowy"). Potem jest samotnosc (Ameryka - "kraj samotnosci czlowieka") - znik,!d glosu, 
tak jak w Sonetach krymskich (Jest tylko jedno Miejsce, w ktorym zakorzeniona jest 
wyobrazma). I wtedy w tej wydf'lzonej cisz q samotnoSci zjawia si
 swiadomosc "ja" ("moje 
slodkie ja") - jedynej dotykalnej ostoi i to, co wyraja si
 z wyobrazni i mysli pisarza: 
"Ujawniam po prostu pewne zachcianki mego umystu, zdradzam si
 z tym, ze mam tak;}, 
a me inn,! wrazliwosc i ze wybiera ona jedno, pomija drugie", mowi Milosz i dodaje: 
"naprawd
 przejmuje mme tylko nieublagalnosc czasu i smierci". A wtedy me mozna bye 
bez Boga. Milosz idzie zamaskowany ("larvatus prodeo"), ale przeciez w tych cytatach jest 
jasny i bardzo odwazny; pami
tajmy, ze S,! to lata szesedziesi'lte. 
Swiat rozmienia na drobne; zachwyca, kusi, wplywa i de-formuje. A co jest wazniejsze 
od troski 0 zbawienie duszy? Historia, polityka, Natura, sztuka S,! mocno obecne w tej 
ksi,!zce, ale czymze one S,! bez tego gtownego, podstawowego odniesienia? MiioSl 


202
>>>
mowi: "Tak, z pewnoSci,! troszcz
 si
 0 zbawienie mojej duszy" i dodaje: "Tylko Bog 
moze mnie ocalie, bo wzbijaj,!c si
 ku Niemu, wznosz
 si
 ponad siebie, a prawdziwa 
moja esencja jest nie we mnie, ale ponade mnq. Jak paj,!czek wspinam si
 po nitce i ta 
nitka jest najniew'!tpliwiej i wyl,!cznie moja, zaczepiona tam, skqd przyszedlem i gdzie 
przebywa Ty przemawiaj,!ce do mnie na Ty." 
Nie wiem, czy Milosz czytal pisma OJ cow Pustyni, ale bardw chcialbym przeczytae to, 
co mialby do powiedzenia po ich lekturze, on - tlumacz dziesi
ciu ksiqg Biblii, ktory mowi: 
"Pragn
 Boga, ktory na mnie spojrzy, ktory moje owce i wielblqdy rozmnozy, ktory mnie 
ukocha i wspomoze w nieszcz
sciu, mnie ocali od smierci - nicoSci, ktoremu moglbym co 
dzien swiadczye hold i wdzi
cznose.". Religia, wiara albo choeby tylko cZ
Sciowo zaspoka- 
jaj,! te t
sknoty tak ludzkie jak mowa, alba ich nie zaspokajajq i \vtedy Zycie jest oczeki- 
waniem i poszukiwaniem skierowanym w stron
 Boga. Przychodzi na mysl Beckett. 
Ciekawe jest porownanie Milosza z Jeffersem (,
 mnie co do ciebie?") - rozdzial pt. 
"Carmel" i wiersz. Podejrzliwy i gorliwy Litwin zadaje swoje "pytania naiwne". A rzecz cala 
dzieje si
 i rozgrywa w krolestwie literarury, do ktorej mam - tak jak Milosz - przesadny 
szacunek jako do swoistego "szy&u", ktory pomaga wejse do innego krolestwa. 
Zamiary i intencje pisarzy a to co z nich wynika, to cz
sto dwie rozne sprawy: dziwne 
S,! poslannictwa i przeznaczenia, 0 ktorych na pocz'!tku, a nawet i w srodku drogi si
 nie 
sni: "r
ka pisarza nie jest wedlug mnie calkowicie we wladzy jego woli czy nawet slepych 
nami
tnoSci, inna r
ka j'! trzyma i prowadzi po papierze tak, ze czy jest tego swiadomy, 
czy nie, jego dzielo, juz przez sam sposob, w jaki wi,!zane S,! slowa i zdania, wystawia 
swiadectwo miejscu i momentowi, sluz,!c niedocieczonym przeznaczeniom." Ilu dzis tak 
jeszcze pojmuje literarur
? Niewielu. Ale czy licz,! si
 ci, ktorzy pojmuj,! j'! inaczej? Nie 
rozumiem ludzi, ktorzy pisz,! dla pieni
dzy. To nie S,! pisarze, ale kramarze. Ten podzial, 
o ktorym mowi Milosz, to rozdwojenie zycia na czas sprzedany i czas ocalony, to sprawa 
w zyciu kazdego rozumnego czlowieka bardzo powazna, prawie podstawowa. Co jest dla 
tych pisarzy-kramarzy czasem ocalonym, a co jest czasem sprzedanym, skoro - jak mowi 
Milosz, a ja si
 z tym zgadzam - "dla wi
kszoSci ludzi koniecznoSe sprzeda:iy swojego 
czasu jest kl
skq, ktor'! przyjmuje si
 z rezygnacj'!, jak przyjmuje si
 smiere, bo coz 
mozna na to poradzie"? A z czasem, tak jak i z przesrrzeni q , bez ustanku modelowany- 
mi przez \\1robrazni
, jest jak z tkanin,! namiotu, ktora jest "albo napi
ta, albo 
rozluzniona i lopoqca na wietrze. Bog jako punkt centraIny, do ktorego da si
 odniese 
wszelk,! przestrzen (i czas - przyp. moj K M.), napina tkanin
". 
Swiadomose, rozum, swiado, laska, milose dobra Sq moim zdaniem tematem Widzen 
nad Zatokq San Francisco, a ich swoist q puent'! jest historyjka, ktora zamyka rozdzial 
trzydziesty pierwszy pt. "Rozdzial, w ktorym autor przyznaje si
, ze jest po stronie ludzi 
w braku czegos lepszego": "Kiedys, bardzo dawno temu, id,!c uliq polskiej wioski, 
popadlem w zadum
 na widok kaczek taplaj,!cych si
 w n
dznej kaluzy. Zastanowilo 
mnie to, bo ruz obok w olszynach ptyn
la sliczna rzeczka. Dlaczego one nie id,! do rzecz- 
ki? - zapytalem siedz,!cego na przyzbie starego chlopa. Odpowiedzial: Ba, zeby one 
wiedzialy." Milosz niekiedy godzi si
 na niejasnose i zadomawia si
 w niej. Mowi, ze wie, 
ze popelnia bl
dy. Bliski jest mi Milosz zadomowiony w niejasnosci, ale na pew
o bliZs
y 
jest mi Milosz zadomowiony w Tajemnicy, dla ktorego, co wyznaje w ostatrum .zdaru
 
Widze1i, pisanie jest egzorcyzmem przeciwko zlym duchom. Dlatego droga MIlosza 1 
jego dzielo S,! jednym z najwi
kszych i najwazniejszych swiadectw mijajqcego wieku. 


Krz.vsztof Myszkowski 


Czcslaw Milosz, Widzmia nad Zatokq San Francisco, Wydawnictwo Literackie, Krakow 2000. 


203
>>>
](rzysztof MyszkoJVski 
Na biegunach 


Gdy Milosz chcial rozmawiae 0 Stanislawie Brzozowskim z Gombrowiczem, ten 
powiedzial: ,,0 czym ty mowisz? Jego w ogole nie ma." A jednak Gombrowicz atakuje 
Brzozowskiego w trzecim tomie Dziennika, stara si
 odskoczye od niego prawie na drugi 
biegun. Pami
tam, ze przez Plomienie, Legendf Mlodej Polski i Pamiftnik nie moglem 
przebrn'lc: te ksi'lzki wydaly mi si
 za zawile, wysilone, sztuczne. Kojarzyly si
 wlasnie z 
Gombrowiczem, z jego Dziennikiem, ale nie mialy jego blasku, poloru i polotu. Przy 
mistrzu z Maloszyc Brzozowski wydawal si
 nieopierzony, wlasciwie niewcielony, 
niedokonany. Ale 1vlilosz broni go i wychwala, stawia na piedestale, mowi: "W literaturze 
polskiej XX wieku nie znajdzie si
 pisarz 0 takiej skali i powadze zainteresowan." 
Stanislaw Brzozowski (1878-1911) byl krytykiem literackim 0 usposobieniu filo- 
zoficzno-religijnym, autorem obszernych rozpraw podobnych do poematow ("irytuj'lce 
zwaly lirycznych zdan"). Na pewno mierzyl wysoko. Wypowiedzial wiele zdan 
dziwnych i bardzo dziwnych, wiele zdan oboj
tnych i wiele zdan waznych. Zyl krotko 
i intensywnie, zmarl we Florencji w n
dzy i osamotnieniu. 
Gdy czlowiek jest w czyms dobrze osadzony, jak kasztelanic w swoim kasztelu, i gdy 
ma wielkie ambicje, ktore si
 nie spdniaj'l, bo do ich spdnienia potrzebny jest wielki 
talent, ktorego nie ma, wtedy zaczyna podwazae i atakowac to, w czym byl i w czym jest 
osadzony i zaczyna szukae jakiegos nowego oparcia, innych mozliwosci, zeby od nowa i 
lepiej rozegrae to, czego i tak juz nigdy dobrze nie rozegra. Katalog zainteresowan 
Brzozowskiego jest obszerny: mi
dzy innymi zajmowal si
 egzystencjaln'l analiz'l struk- 
tur historycznych, problemem alienacji, dialektyk'l, marksizmem, heglizmem, material- 
izmem historycznym, antropocentryzmem, chrzeScijanstwem, katolicyzmem. Wydawac 
by si
 moglo - groch z kapust'l. Lecz ten" wszystkoizm" do czegos prowadzil; prowadzil 
do czegos bardzo waznego. Meandry przemienily si
 w prostq lini
, a galimatias w lad. 
Bye czlowiekiem czy bye Polakiem? - pyta dramatycznie Brzozowski. Wspolnictwo 
z Polsk'l szlacheck'l uwaza za najci
zsze oskarzenie! Ta odraza kieruje go w stron
 
Rosji, a wi
c prawie na drugi biegun; zostanie oskarzony 0 wspolprac
 z Ochran'l i 0 
szpiegostwo. Powaznie traktuje Towianskiego! Twierdzi, ze swi
ty Tomasz z Akwinll 
jllz na zawsze nalezy do przeszloSci! Twierdzi, ze przyszlosc nalezy do kJasy robot- 
niczej! Czci kardynala Newmana. Wiruje pomi
dzy sprzecznokiami i pracuje ostro: 
"Nauczyl si
 po francusku i zwiedzil archipelagi Taine'a, Renana, pozniej Sorela, 
Proudhona, Bergsona. Nallczyl si
 po niemieckll i zapoznal si
 z Nietzschem, Heglem, 
Marksem. Wplywy wloskie uwazal za jedne z najbardziej dla siebic dobroczynnych; 
pracowal nad wyborem swego ukochanego przewodnika, osiemnastowiecznego auto- 
ra Jana Baptysty Vico. Kiedy nauczyl si
 po angielsku, jego miloki'l byli Blake, Lamb, 
Coleridge, Browning, nade wszystko Newman i Maredith". Czytal i analizowal dzida 
w sZeScill j
zykach. Cenil Tomasza Manna. Pod koniec zycia zacz'll pisae studillm 0 
Josephie Conradzie. Do trumny kazal wlozyc Boskq Komedif. W rozny bliski sposob 
kojarz'l si
 z nim: Swedenborg, Chesterton, Simone Weil, Camus, Jaspers, Pasternak, 
Teilhard de Chardin, Norwid, Witkacy, Irzykowski, takze Milosz i Gombrowicz. 
Dziwny kasztel i dziwny kasztelanic. Byl albo goqcy albo zimny. Entllzjasta, filriat, 
melancholik. Walczyl ze swoim rozumieniem tradycji i polskoki, co stalo si
 jego obsesj:}. na 
tyle wazn'l, co dziwaczn'l. Ciekawe S'l fascynacje Brzozowskiego Vico i Newmanem, ktorzy 
byli mistrzami Joyce'a, ktory z walki z tradycjq i irlandzkoSci'lllczynil os swojego pisarstwa. 
Brzozowski na krOtko przed smierci'l zlozyl Newmanowi hold w formie modlitwy: dzi
kuje 


204
>>>
kardynalowi za to, ze wyleczyl go z najwi
kszych wad pisarskich, a wi
c i duchowych: zbyt- 
niego liryzmu i demagogii. "Prozno tobie przeciw oScieniowi wierzgac." - mowi q Dzieje 
Apostolskie. Te drogi prowadz,! dalej: na przyklad cd Joyce'a do Becketta. 
Problem mozna sformulowac tak: katolicki - czyli polski (irlandzki). Polski (irlandz- 
ki) - czyli narodowy. Narodowy - czyli ograniczajqcy. Wielkiego talentu trzeba, zeby 
dobrze istniee na rych wysokosciach. Latwo spasc w dol, w blotn'! kaluz
. Wazna jest 
lekcja Becketta, jego ewolucja i sublimacja. Wazna jest takze lekcja Gombrowicza, 
zakonczona minami i grymasami. No bo jaki jest wybor? Czy ogranicza si
 do wyborn 
pomi
dzy obozem Pankracego a okopami Swi
tej Trojcy? Czyli: albo cudzoziem- 
szczyzna, albo sarmaryzm? Lub: liberalizm czy wiara, nadzieja i milosc, augustianskie 
J)credo tit intel/igam "? Niekiedy dlugie i zawite drogi prowadz,! do religijnych olsnien i 
iluminacji. Przykladem swi
ry Pawel i swi
ry Augusryn i poczet innych swi
rych, ktorzy 
chodz,! usmiechni
ci. Spojrzmy na drogi Brzozowskiego, Kijowskiego, Kolakowskiego. 
Brzozowski umarl jako katolik, przyjmujqc sakramenry. Rzecz doryczy wyborow ostate- 
cznych. J ak widac, wybor nie ogranicza si
 do wyborn pomi
dzy obozem Pankracego a 
okopami Swi
tej Trojcy. Jest trzecie ogniwo triady: krzyz. 
"Bezreligijnosc mysli polskiej jest w stanie doprowadzic do rozpaczy." - mowi 
Brzozowski. Jego droga religijna byla niepolska (Newman). Przeniosl swoje doswiad- 
czenia na polski grunt. Sztuka nie zakorzeniona w Bogu, a wi
c w czlowieku, jest 
igraszk,!, wyscigiem na krotk q met
. "Czlowiek jest tak zbudowany, ze dqz,!c do pozna- 
nia siebie odnajduje Boga. (...) Poznaj,!c siebie czlowiek poznaje budow
 bytu, budow
 
prawdy, wrasta w ni q mysl'!, tak jest w ni,! wpojony istnieniem." - mowi Brzozowski. W 
przedmowie do Storge Milosz ostrzega przed tataln,! w skutkach erozj,! wyobrazni religi- 
jnej, a obserwuj,!c to zjawisko w skali swiatowej, konkluduje: "jedynie mozliwa oryginal- 
nose polskiej literatury zalezec b
dzie do przemyslenia podstawowych kwestii religi- 
jnych." A czym zajmuje si
 wspokzesna literatura polska? "Kazde moje przezycie ma 
swoj,! niezaprzeczaln,! wartosc, jest CZqstk'! nieskonczenie waznej, jedynej walki: w kazdej 
chwili rozstrzygam cos i decyzja moja trWa w zyciu." - mowi Brzozowski. 
Potrzebne S,! silne indywidualnosci - bez nich nie b
dzie wielkiego budowania, bez 
nich nie b
dzie nic. "U niektorych silnych indywidualnoSci sprzeczne nakazy 
degeneruj,!cej si
 tradycji i nowych potrzeb wytwarzaly mieszanin
 odrazy i przy- 
wi,!zania, masochistyczne rozdwojenie, przy czym obowiqzek wobec narodowej 
wspolnoty oznaczal u nich wol
 ratowania jej, godnej pogardy, wbrew niej samej." - 
mowi Milosz, wskazujqc jako przyklady Siowackiego, Wyspianskiego, Brzozowskiego 
i Pitsudskiego, ale i jego samego mozna by zaliczye w ten poczet. Ich zycie jakze 
cz
sto bylo zyciem wsrod skorpionow. Domen,! skorpionow jest noc. 


Krzysztof Myszkowski 


Czeslaw Milosz, CzloJViek JJ'srOd skorpiontllv, \Vydawnictwo Znak, Krakow 2000. 


Pawel Majerski 
Medaliony Rozewiczo\V 


Fotokopia lipcowej kartki z kalendarza - wewn1trz "czarnego" t
mu, P?s
od kilku 
ocalonych zdj
e sprzed lat... Podpisana podobnie jak inne reprodukqe w kSI'!zce - for- 


205
>>>
mul,! zwi
zlq, przenikni
t'! wszakie tonern osobistym: "Moj kalendarzyk na rok 1957 
z notk'! 0 smierci Mamy". W kolejnych kratkach takich kalendarzy wydawcy odnotowu- 
j'! zwykle rocznice, \\' rubryce 15 lipca widzirny wi
c informacj
 0 dacie urodzin i smier- 
ci Rembrandta van Rijn. Tadeusz Roiewicz powiada, ie to jego kalendarzyk i rzeczywi- 
scie, pO\vyiej umieszczona jest odr
czna adnotacja posiadacza: "Mama iyje". W okienku 
16 lipca znow dziejowe wydarzenie: ,,16-2. VIII. 1945 - Konferencja Poczdamska", 
a nad nim - pisana grub q lini,!, jak poprzedniego dnia - not atka: "Mama umaria 0 godz. 
10 20 rano". Zapis z 18 lipca sporz,!dzony b
dzie piorem prawie "wypisanym", zdaje si\ 
nawet nikn,!c w bladoki atramentu (tuszu pisaka?): "pogrzeb Mamy 0 godz. 16". Tylko 
tyle: trzy odr
czne zapiski autora Niepokoju z 1957 roku, trzy slady tragedii burz,!cej 
swiat rodzinnego ladu, wcisni
te w plan historii - obiekrywnej, odleglej, obcej. 
Zbior Matka odchodzi Roiewicz rozpoczyna i konsekwemnie komponuje w poetyce 
spojrzenia: "Teraz, kiedy pisz
 te slowa, oczy rnatki spoczywaj,! na mnie. Te oczy, uwaz- 
ne i czule pytajq milcz'!c co ci
 mamvi synku...?" Fragmem inicjalnego akapim po- 
wroci w szkicu Do popraJVki, lecz w odmienionym nieco wariancie: "Teraz kiedy pisz\ 
te slowa oczy Matki spoczywaj,! na mnie. Jest w tych oczach pytanie, ktorego nigdy rni 
nie zadala". Zmienia si
 imerpunkcja zdania i zapis stowa "matka", przypuszczam tei, 
ie wybrzmiewaj,!ce zrazu pytanie nie tyle zapasc mialo w nieistnienie, ile przeksztakic 
winne. A moze bylo zaledwie refleksem pytania, ktore - pozostawszy w strefie milcze- 
nia - stworzylo egzystencjalnq "podszewk,!" wszelkich pozostalych? W takich momen- 
tach filologiczne uwagi dostrzegajqce osobliwoki stylu wyostrzyc mog,! komury utrwa- 
lonego w pismie doswiadczenia. Nie wypowiedziane pytanie przenika bowiern 
opowidc-wyznanie patrz'!cego na zdj
cie poety, pomi
dzy zdaniami, zestawianymi 
fragmemami wspomnien, uswiadamiajqc "t
" stron
 zycia i "tamt'!" stron
 reprodukcji 
- chwili unieruchomionej i utrwalonej. 
W opublikowanej osiem lat wczeSniej Plaskorzeibie Rozewicz pisal takze 0 "drugiej 
stronie", rozmyslajqc 0 pozegnaniu Kornela Filipowicza i swojej niewierze w zycie poza- 
grobowe. W przejrnujqcym wierszu dedykowanym pami
ci Konstantego Puzyny (notabe- 
ne w tomie Matka odchodzi nie przedrukowanym) pojawiala si
 mysl 0 .,tamtyrn brzegu", 
doznanie kresu chroni,!ca - jakby przy zachowaniu nakazu "najmniej slow" - w mitolo- 
gicznym cudzyslowie. W lirycznyrn dialogu wybrzmiewalo zdumienie nikloSci,! potencjal- 
nej caloSci naszego bytu, gdy na pytanie "co zabrac ze sob,!" padala lakoniczna odpo- 
wied:i: "nic". Czy przeszlosc pozostaje jedynie funkcjq parni
ci? Skoro bohater pozostawia 
wszystko, czy i pami
c rue pokruszy si
 tak, iz nikt nie b
dzie w stanie ocalic fragmemow? 
Zatrzymany w migawkowym uj
ciu obraz oczu matki sprawia wraienie, jakby spogl,!- 
dala "z tamtej strony" na zdarzenia, w ktorych nie dane jej bylo uczestniczyc. Widzi 
"wszystko", co wspoltworzy swiat trwajqcy wlaSnie tutaj, zatem to "wszystko", czego 
nie b
dzie mozna zabrac ze sob,!. Ujmuj,!c rzecz cal,! najkrocej: zbior Matka odchodzi 
nie odkrywa naglych olSnien metafizycznych, lecz w slowach koniecznych potwierdza, 
iz dramat smierci rozgrywa si
 posrod tych, ktorzy pozostali. 
W tomie pojawiaj,! si
 pami
tnikowe notatki Stefanii Rozewiczowej ([ WieS mojego 
dziecinstwaJ oraz Rok 1921, 9 paidziernika), urodzonej w roku 1896. Tworz,! one 
"opis obyczajow" utrwalaj,!cy obraz wsi przelornu wiekow: warunki iycia, chlopskie ry- 
maly, garsc osobliwoSci i wspomnienia rozmow. Prosta opowieSc zostala spowita pozy- 
tywistycznym woalem, zapewne tei stylizowala j'! autorka mysl,!c 0 rodzinnej lekcji hi- 
storii dla przyszlych czytelnikow - synow-humanistow. Warto zauwazyc, ii 
mlodzienczymi lekmrami matki byly tomy Kraszewskiego i Rodziewiczowny, lecz 
z uplywem lat ch
tnie poszerzata swoj "kanon" 0 ksi,!iki Prusa, Kadena-Bandrowskie- 
go, Tuwima, Makuszynskiego, Boya - przynoszone do dornu przez ]anusza. 


206
>>>
Sercem ksi;r iki nie s'l jednak kartki z tego pami
tnika, lecz Dziennik gliwicki T ade- 
usza Roiewi
za, w ktorym najwczdniejsza notatka datowana jest na 23 maja, ostatnia 
zas pochodzl z 22 lipca 1957 roku. Utrwalony w relacji z opieki nad matk q dramat ro- 
zegra si
 pomi
dzy faktografi'l pierwszego zdania ("Dzis rano odprowadzilem Matk
 
do szpitala") a inrymnym wyznaniem ostatniej cZ
Sci ("Moja Dobra, Kochana Starusz- 
ko. Caluj
 Twoje r
ce i oczy. Rozmawiam z Tob'l"). Oto okres dwoch miesi
cy, w kto- 
rych poeta siedzi przy biurku "bez jednej mysli w glowie" i powiada, iz z niech
ci'l my- 
sli 0 drukowaniu wierszy. Zmaga si
 z koniecznosci'l poswi
cenia i osaczajqcym 
widmem smierci. Pragnie uciec z miasta, gdyi upalne dni nie pozwalajq na wytchnienie, 
pojawiajq si
 chwile slaboSci, zm
czenie przybiera postac rozdrainienia, zaraz potem - 
ialu. Deszcz pojawi si
 - teatralnie i paradoksalnie wr
cz symbolizujqc dramat tego la- 
ta - w dniu poprzedzaj'lcym pogrzeb. Roiewicz wiele dopowiada jui po spotkaniach 
z matk q , wlaSnie w notatkach, a nie w trakcie szpitalnych odwiedzin. Zapiski akcemuj'l 
dwa oblicza przemiany: staruszka przemienia si
 w dziecko, dorosty syn w opiekuna 
matki. Zamiana 1"01 zostala przeciei wpisana w rytm iycia i wiele &agmemow Dzienni- 
ka do tego W'ltku powraca: "Kocham matk
, jakby byla moim chorym matym dziec- 
kiem", "Matka jak ptaszek - wypije troch
, zje kilka okruszyn sucharka i tak caty dzien, 
ale nie ma sity podnidc glowy, ruszyc nogq". W obrazie po dwudziestu latach znow zo- 
baczymy Rozewicza karmi'lcego matk
, jak dziecko, czerwonym barszczykiem. 
Rozewicz wie, ii matki uleczyc si
 nie da, zas cierpienie b
dzie si
 rylko wzmagalo, 
ale przecid - czy mozna wyrazic to proSciej? - kazdego rank a otwiera ona oczy i widzi 
najblizszych, odczuwa przestrzen domu. Skoro "jest w Matce wielka sila, ktora jej nie 
pozwala umrzec", bol i strach przed smierci'l przemieniaj'l si
 w dlugie poiegnanie mat- 
ki i syna. Poiegnanie z matk'l, ktora w trudnych chwilach, t
skniqc, pod'lzala na J asnq 
Gor
. Roiewiczowi trudno juz b
dzie odnaldc takie miejsce pocieszenia. 
W spisie trdci blok wierszy Tadeusza Rozewicza zostal podzielony na urwory dla oj- 
ca i dla matki. Cztery wiersze poswi
cone ojcu uswiadamiaj'l granice czasu, gdy dziadek 
odwiedza wnuczka, wspominaj'lc minione lata, a syn pisze 0 ojcu, patrz'lc na potomka 
(pojawiaj'l si
 przy rym charakterysryczne dla Roiewicza ukonkretnienia biograficznych 
faktow). Poeta odnajduje lirycznosc w swobodnym, "wyliczankowym" rytmie, by po- 
tern powrOOc do asocjacyjnych zestawien. Obrazy poetyckich bilans6w przenikaj'l si
: zestawienie 
munny i 16dki znow przypomina 0 rzece zapomnienia, "swierkowe wience" przy trumnie wywolu- 
j'l "pod powielq" postac ojca niOSC}cego choink
, skojarzone z siwimq anielskie wlosy kaii wreszcie 
powrOOc do terainiejszoSci. Bohaterowie nie gubi'l si
 tutaj w wieloslowiu. "Wtedy zrozumialem / 
Ze ojciec nas kochal / ale 0 tym nie mowil" - czytamy w dw6ch siekierkach z przeSwiadczeniem, ii 
zwykloSt zdarzoi, odbieranych niekiedy z wsryd1i\\ ym dystansem, moina utIwalic bez ckliwcm 
i sentymentalizmu, nie rraqc sily przenikajc}cego je uczucia. Moina wi
 umknqc przed patosem oraz 
retoI)'czn}m schematem, niestery smakuj'lc pra\\'d
, ii smiere rodzic6w, odarta z fimeralnych gesrow 
i symboli, ukonkremia doznanie, wyzwala ton bezpoSredni. 
Matka odchodzi zawiera &agmenry narracyjne (Tarcza z pajfczyny, Matki Boskiej Grom- 
nicznej), dziennikow'l kartk
 z 27 czerwca 1982 roku, dalej teksry .. .po dJVudziestu latach, 
Gruch, Do popraJVki. Impresja Janusza Rozcwicza [Droga ze szkoly do domtl. Fragment li- 
stuJ z 1940 roku poswiadcza witalisryczne przeiywania miejskiej codziennosci. Mlody po- 
eta wyczuwa puIs miasta, wielobarwne elemenry uticy stopniowo ukladaj'l si
 w przestrzen- 
n'l map
 miasta. Na koncu znajdziemy natomiast wspomnienie W kalejdoskopie... piora 
Stanislawa Rozewicza. Jak widac, ksi'lzki nie mozna sprowadzic do portretu matki, poswi
- 
con a jest takie ojcu, J anuszowi, przybliia mlodszego brata, jest wreszcie istotn'l opowidci'l 
o sobie. Wynika ona bezposrednio z publikacji Nasz starszy Brat i wyznaczaj'lc kolejne spo- 
tkanie rodzinne, przemienia si
 we wspomnieniowe powotywanie do istnienia. 


207
>>>
Trudno oprzec si
 wrazeniu, iz otrzymujemy autobiografi
 uj
t'l w ksztah odpowia- 
daj,!cy "kulrurze fragmenru": zbieran,! z ulamkow, niekiedy rozsypuj,!C'l si
, innym ra- 
zem sumuj,!C'l ocalone cz,!stki. Rownoczdnie jest ona zakorzeniona - na co kryrycy 
zwrocili juz uwag
 - w tradycji sylwicznej. Na okladce umidcil autor medalionowe zdj
- 
cie matki, albowiem ksi,!zka takim medalionem jest, kolejnym medalionem Rozewiczow. 
W przyszlych komentarzach do tworczosci Rozewicza i probach uchwycenia rysu jego 
osobowosci, powracac 
d,! wyznania opatrzone naglowkiem Teraz. Chronos spoglqda 
w nich przez rami
 czlowieka, ktory z trudem notuje: ,,\Viesz, Mamo, rylko Tobie mog
 
to powiedziec na stare lata, mog
 to powiedziec, bo jestem juz starszy od Ciebie... nie 
smialem Ci tego powiedziec, za Zycia... jestem Poetq. Balem si
 tego slowa nigdy go nie 
powiedzialem Ojcu... nie wiedzialem czy si
 godzi cos takiego mowic". Z paradoksem cza- 
su, racjonalnie poj
tego istnienia i bolesnej nieobecnoSci musi sobie poradzic Poeta, 0 czym 
wiemy z lekcji anryczno-renesansowej - "ze dwojej natury zlozony". \Vidok z lotu ptaka 
odmienia przecie:i proporcje, niekiedy zmusza na zawsze do porzucenia pami
ci ksztaltow. 
Antropologowie juz dawno przeanalizowali opozycj
 glosu i smierci. Auror Niepokoju 
wielokrotnie usilowal przekroczyc stref
 ciszy, granice dyskursu i milczenia, teraz znow po- 
wraca do pytan zasadniczych: "Czy poeta to czlowiek, ktory pisze z suchymi oczami treny, 
bo musi dobrze widziec ich form
?" Sam stwierdza, ze pisze "treny", "zebracze treny", 
w innym miejscu u:iyje okreSlenia "lanlent". To musi nurtowac czytajqcego: co z poezjo- 
tworstwem, co ze sztucznoSci'! sztuki, odzwierciedleniem - odczuwanej na wlasnym dele 
_ tragedii, gdy mysl me w
druje juz beztrosko labiryntem wyobrazni, lecz grz
zme w kon- 
krecie bolesnego doswiadczema? A Rozewicz odkrywa okazaly fragment swej prywamoSci. 
PomewaZ uswiadomieme sobie artysrycznej formy dystansuje wobec doswiadczenia, kom- 
ponuje rodzinn,! ksi
g
 wydarzen, w ktorej teksry narracyjne mog,! plynnie przechodzic 
\V zapisy poeryckie, zapiski sprzed lat sqsiaduj'! z niedawno kreSlonymi notatkami. 
Sfera Rozewiczowskich roztrz'!san esterycznych konsekwentnie odslania wymiar 
eryczny. Nie mogloby zatem i teraz zabraknqc slow Norwida: "Z rzeczy swiata tego zo- 
stan'! rylko dwie, / Dwie rylko: poezja i dobroc... i wi
cej nic..." Rozewicz wypowia- 
dal je wielokrotnie, ostatecznie podchwytuje koncowe "mc" i naklada na nie - pi sane 
jak dawniej duz'!liteq - "Nic". 
"Matka umaria 0 godzime 10 2 °rano" - krotka notatka w kalendarzyku, a potem dlu- 
ga, zbierana przez lata, wieloglosowa opowieSc 0 rozstaniu. Rownoczdnie - wspolnym 
zyciu, ktore pozwolilo trwac miloSci. COZ, moze udaloby si
 wlasnie j'! przemycic "na 
drugi brzeg"? Moze wowczas "rylk.o ryle" przemieniloby si
 w "az ryle"? Rzecz jasna- 
jdli ow brzeg nie jest wyl,!cznie okruchem pocieszenia w wielkim micie kultury. 


Pmvel Majerski 


Tadeusz Rozewicz, Matka odchodzi, Wydawnictwo Dolnosl1skie, Wrodaw 1999. 


Jerzy Gizella 
, 
Swi
ta dla zaawansowanych 


Dostaly mi si
 niezle bary za prob
 polemiki z Now,! Fal,! na lamach "Studenta" 
w 1972 roku. Dawne, dobre czasy. Niektorzy si
 na mnie wtedy obrazili, narazilem si
 


208
>>>
wszystkim moznym tego pokolenia. Jak to bywa z mlodymi krytykami - surowo oceni- 
lem niektore ciqgotki srylisryczne i podobienstwa srylu (zbiorowego) w stosunku do po- 
eryki bardzo nie lubianej i atakowanej przez Nowq Fal
 - Orientacji Poeryckiej "Hybry- 
dy". J ednym slowem - nie zachwycilem si
 oryginalnoSci q i odkrywczoSci q tej poetyki. 
Polemizowalem w koncu ze swoimi kolegami i niemal rowidnikami, a nie z poprzed- 
nikami; nie dokuczalem starszym i zasluzonym, ale wschodzqcym gwiazdom. Dzis po- 
zostala mi na pocieszenie rylko mala, skromna sarysfakcja: wielu z przedstawicieli No- 
wej Fali nie lubi, zeby im przypominac wczesn'l tworczosc, sami si
 od niej odcinajq, 
czasem nawet zacieraj'l jej slady. 
Potwierdza te wnioski i dawne intuicje najnowszy wybor wierszy 54-letniego Adama 
Zagajewskiego, wydany w znanym z przeszlosci wydawnictwie PIW. Uzywam zwrotu "z 
przeszloSci" w odniesieniu do roli kilku socjalisrycznych monopoli edytorskich PRL-u i 
tzw. serii "celofanowej" Biblioteki Poetow. Nie tylko tworcy wymigujq si
 od 
przeszloSci, wydawcy rowniez. W serii "celofanowej" (ale teraz juz bez celofanu na 
okladce) wydano kilkudziesi
ciu klasykow, polskich i obcych, wydawca catkowicie jednak 
przemilcza kontynuacj
. Czy jest to proba powrotu do dawnego profilu? Nie wiadomo. 
Moze dla Zagajewskiego przywrocono star'l formul
 na zasadzie wyjqtku, bo innych 
"klasykow" juz nie ma? 
Dziwne to wszystko. Zwyczajem tej serii bylo poprzedzanie wyboru tekstem jakiegos 
znanego krytyka, lepszym lub gorszym, ale innym. Innym nii samoprezentacja. Nie by- 
10 ch
tnych? Czy Zagajewski ich nie zaakceptowal? \V "Przedmowie" autor informuje, 
ze wyborn dokonal w Houston w Teksasie, gdzie co roku prowadzi zaj
cia z "creative 
writing" na uniwersytecie stanowym. Nie jest to wprawdzie Yale, Harvard czy Berkeley, 
ale zawszec Ameryka. Moze w rym podkrdleniu kryje si
 jakaS gl
bsza tajemnica, a mo- 
ie to tak rylko? 
Od 1972 roku Zagajewski wydat kilka tomow wierszy, powidci i esejow. Jest pisarzem 
znanym w Polsce i na swiecie. Od 1982 roku rezyduje w Paryiu, wyklada i naucza \V Tek- 
sasie, jddzi na spotkania autorskie do Sztokholmu, Chicago, Krakowa, Saint Louis, Ber- 
lina, Amsterdamu. Sp
dza wi
c sporo czasu w hotelach i samolotach, na dworcach i lot- 
niskach. Duio wi
c u niego motywow poetyckich i inspiracji zwi'lzanych 
z podroiowaniem. W chwilach wytchnienia od rozmow z wydawcami i dumaczami spa- 
cernje po Paryiu (w towarzystwie zmarlych) i Berlinie, udziela wywiadow (telewizji fin- 
skiej), czyta tomiki poetyckie (
1andelsztama i Brodskiego), slucha muzyki (glownie 
Beethovena, Mozarta, Bacha, Schuberta). Lubi tez stare holenderskie malarstwo i impre- 
sjonistow. Wszystkie wazniejsze nazwiska znajdziemy w jego tekstach: Simone Weil, 
Kierkegaard; jdli pojawia si
 w jednym wierszu Nietzsche, zaraz w nast
pnym jest Scho- 
penhauer. Mojzesz iBeria, Anna Frank i Nelly Sachs, Bergson i Pascal, Danton i Robe- 
spierre, Hitler i Stalin, Jezus i Judasz - mozna tak bez konca. \V tym plebiscycie przywo- 
ly\vania nazwisk dominuje stara, kochana Europa. Stany Zjednoczone reprezentujc tylko 
jedno nazwisko - zgadn'l jedynie ci, ktorzy Sq biegli w filozofii political correctness - Jes- 
se Owensa. Tak. wi
c USA nie maj'l swojej reprezentacji duchowej, reprezentuje j'l wy- 
l'lcznie dzielny sportowiec, bohater olimpiady w Berlinie z 1936 roku. Zagajewski wy- 
znaje w swoim wst
pie, ze pisze w Ameryce duzo. Ale nie pisze - tak jak jego 
poprzednicy (Mitosz - pracownik ambasady PRL-u i !v1ilosz - profesor z Kalifornii, \Vie- 
rZYllski i Tuwim, nie wspominajqc juz 0 Kajetanie W
gierskim i Julianie Ursynie Niem- 
cewiczu, tei klasykach, 0 Ameryce. Dwa, moze trzy, teksry, i to z ostamiego okresu, to 
prawie nic. Nad Amerykqj pi
k.ny i cieply wiersz Houston, szosta po poludniu, i Oglqda- 
jqc Shoah 1V pokoju hotclOJJ1ym. Kilka uwag, troch
 ironii ("statua grzecznosci"), wzmian- 
ka 0 szablonowej architekturze miast amerykallskich, pozbawionych jakiejkolwiek indy- 


209
>>>
widualnoki. 0 ludziach - ani slowa. Kiedy ogl}da Shoah towarzystwo za kian'l halasuje 
i spiewa na cZeSc solenizanta "Happy Birthday", co - zrozumiale - budzi niech
c poery 
z Europy. Niewazne jest czy Adam Zagajewski lllbi, czy nie lubi Ameryki (chyba raczej 
nie lubi), Ameryka nie przedada si
 do jego metafizyki. I to jest znacz'lce. 
Nie ma Ameryki, tej niezdamej i prymitywnej emanacji Europy, i nie ma w tej poezji 
- niez\\ykle szlachetnej i \\ysublimowanej - radoki istnienia. Jest celebrowanie minio- 
nego czasu, przeszloki, kult zmarlych, bolesna pami
c. Ameryka nie lubi kulru zmar- 
lych, liczy si
 rylko ru i teraz, i to co b
dzie, z wykluczeniem l
ku i strachu. Wr
cz kpi 
si
 ze smierci i pogrzebow, najweselszym swi
tem i odpowiednikiem kamawalu jest pe- 
len przebierancow i slodyczy (w koszykach kolo drzwi) Halloween. Szokuje to przyby- 
szow, nawet obeznanych z tradycjami anglosaskimi. Innosc - to takze zasluga akademi- 
kow-behawiorystow: uczyc rylko tego, co prakryczne (zgodnie z zasadami filozofii 
urylitamej) - historia, geografia, j
zyki obce i starozytne - wyrzucono na smietnik. 
Umiej
tnosc poslugiwania si
 komputerem - zupelnie wystarczy. Ostatnio coraz wi
cej 
slychac glosow i opinii, ze ta filozofia jest bl
dna, trzeba przywrocic klasyczn'l wiedz
 
i duchowe wartoki, bez ktorych rozwoj spoleczenstwa jest niepelny, kaleki. Posruluje 
si
 przywrocenie peinych programow nauczania, a nie zalosnej ich parodii. 
Zanim to jednak nast'lpi (a przeciwnikow powroru do tradycji nie brakuje) i Amery- 
ka zechce z powodow terapeurycznych powrocic do tradycji, probuje przybyszow zmu- 
sic do oprymizmu i obowi'lzkowego usmiechu. Ludzie w Europie - podkreSla poeta- 
S'l mniej przyjaini, "ale kamienie b
d'l do was mowily". Pami
c - to podstawowa cecha 
umyslu europejskiego (i wysokiego srylu), to zachowanie calosci kulrury. Spoleczenstwo 
nowoczesne zdaje si
 nie pami
tac tego, 0 czym pisaly wczorajsze gazery, 0 czym mo- 
wily wiadomosci telewizyjne poprzedniego wieczoru. Wydarzenia sprzed pi
ciu czy 
dziesi
ciu lat staj'! si
 zamierzchl,! przeszloki,! i zapomnian'l histori,!. 
Nie jestem pewien, 0 jakim spoleczenstwie mysli Zagajewski przy pisaniu wierszy, i 0 ja- 
kim czytelniku. Czy bardziej napawa go trosk'! Ameryka, czy amerykanizuj'lca si
 w bly- 
skawicznym tempie Europa, produkllj'lCa zast
py (a moze hordy) nowych barbarzyncow. 
W wierszach pisanych na emigracji znikn
la ironia i zjadliwosc "mlodego Zagajewskiego", 
znikn
la dyskusja z biez'lC'l i zmieniaj'lC'l si
 jak kalejdoskop rzeczywistoki'l. Z dwoch kra- 
jowych tomow poeta pozostawil w wyborze rylko po sZeSc tekstow, nazywaj'lc wczesne 
wiersze "poczwamymi", zapewne maj,!c na mysli ich interwencyjn'l i tendencyjn'l poery- 
k
 "mowienia wprost". Wspokzesna krytyka w kraju stale si
 czepia rych wczesnych tek- 
stow, w ktorych nie porrafi - czy raczej nie chce - dopatrzec si
 wi
kszych uniwersalnych 
wartoki. Niech
c do "publicysryki" Nowej Fali jest zreszt'l osi,! jednocz,!C'l ich w zwarty 
ITont "anrynowofalowy". I podrrzymuj,!, jak mog'!, stalc!, wypracowan'l przez komllni- 
srycznych literaruroznawcow tez
 0 walce pokolen. Ich teksry, peine blyskotliwych analiz, 
zdaj'l si
 swiadczyc 0 rym, ze szczerze w to wierz'l. W po1'lczeniu z egoryczn'l i egocen- 
tryczn'l tworczoki'l wlasn'!, daje to efekt tragikomiczny. Mozna im rylko zyczyc, zeby ich 
nast
pcy byli rownie odkrywczy, obiekrywni, i rownie wspanialomyslni. 
Adam Zagajewski od czasu od czasu ponawia w swojej publicysryce i esejach apele 
o zachowanie srylu wysokiego. I S,! to niekiedy apele dramaryczne, peine gl
bokiego 
niepokoju. Jego wiersze S,! wzmocnieniem tego samego przekonania. Nie 0 walk
 po- 
kolen, ale 0 zachowanie ci'lglosci powinnismy si
 starac, z tej perspekrywy mierzyc na- 
sze zycie i wymierzac sprawiedliwosc widzialnemll swiatll. Od Listu, Ody do 1vieloici, Je- 
chac do L1vo1va, PlOtna, Ziemi ognistej az po najnowsze wierszc - rozwija poeta wizj
 
swiata, ktory jest ci'lgloki'l, kruch'l i ulotn'!, peln'l moment6w cierpienia i b6lu, rozpa- 
czy, ale i zachwyru i niepowtarzalnego pi
kna, rozczarowan i kl
sk, ale i powrotoW na- 
dziei, szans ocalenia. I dlatego jllz nie znajdziemy w jego wicrszach dawnej zjadliwosci, 


210
>>>
ironii i zimnego szyderstwa. Juz nie tyle walka ze zlem, przemoq, gwaltem jest najwaz- 
niejszym po
o!a
ie
 poe
. Zlo nadal istnieje, i b
dzie mamie czlowieka, przybieraj'lc 
coraz wymyslme)sze I przy)emne dla umyslu formy. Interwencja literatury niewide tu 
zmieni. Wazniejsze jest zachowanie dobra, t
sknoty do pi
kna, przywolywanie postaci, 
charakterow i czynow ludzi, ktorzy zachowali godnosc i czlowieczenstwo w najbardziej 
tragicznych sytuacjach i w najgorszych czasach oraz najbardziej przekl
tych miejscach. 
Wbrew autoironii Listu od czytelnika, ktory gani poet
 za nadmiar "cieniow, smutku, 
smierci". Nie jest to zapewne glos z kraju, glos kogos, kto szuka ladu i ukojenia w pro- 
mowaniu amnezji, bo w Polsce promuje si
 bardziej konformizm i skandale towarzy- 
skie, czyli styl niski, zeby nie powiedziee zupdnie niski, wr
cz upadly. Co nie znaczy, 
ze przez dowcip, anegdot
 i przekor
, zwlaszcza grotesk
, nie mozna powiedziee rze- 
czy istotnych. Nie tyle metoda jest pot
piona, co zalew szczebiotania 0 sobie, kpiny 
z uniwersaliow, dosadnosc i krzepka, infantylna radosc istnienia, wolna od obowi'lzkow 
wobec swiata i historii. 


J estern sam, troch
 czytarn, troch
 rozrnyslarn 
troch
 slucharn rnuzyki. 


Wyznanie poety brzmi prozaicznie. Ale kryje si
 w nim nie tyle stwierdzenie faktu, wy- 
powiedzianego w duchu kartezjanskiego cogito. Polskie "cogito" ma przecieZ zupelnie 
przyzwoit'l i cz
sto niepowtarzaln'l biografi
 - wystarczy przywolae nazwisko innego po- 
ety, ktorego rodzinna Europa zaczyna si
 w tym samym midcie. I ci'lgle trwa jego obl
- 
zenie. Obl
zenie przez now'l, obq rzeczywistose, ktora zaciera slady przeszlosci, zasypu- 
je irodla pami
ci. 


J estern tam, gdzie jest przyjazll, 
ale nie rna przyjaciol, gdzie rosnie 
oczarowanie, ale nie rna czarow, 
tam, gdzie srniej'l si
 urnarli. 


Samotnosc wsrod zywych, solidarnosc z umarlymi. Tak odczuwal tez swoje obowi'lz- 
ki pan Cogito, bohater poetycki duchowego przewodnika Nowej Fali. 0 t
 kontynu- 
acj
 wlasnie apduje Zagajewski. "Poezja wzywa do wyzszego zycia", "Poezja wzywa do 
zycia, do odwagi / W obliczu cienia ktory si
 powi
ksza". Szkola mistrza b
dzie konty- 
nuowana, jdli jej uczniowie b
d'l sklonni zanurzye si
 ponownie w krainie zwanej "Gre- 
cj'llektur i Jerozolim'l pami
ci". Jdli b
d'l midi odwag
 kontynuowae studia nad prze- 
slaniami mistrzow, i dowieSc, ze jednak poezja nie umaria. 
Zagajewski ma swoj'l szkol
 w Teksasie. Ale tylko w sensie doslownym. Czy ma swo- 
ich uczniow w przenosni? Moze za wczdnie na takie pytanie. Krytyka krajowa pisze 
o nim niewide, a zdarza si
, ze pomija jego tworczosc poetyck'l milczeniem. \Vi
cej 
uwagi poswi
caj} mu specjaliki od prozy, co jest jeszcze jednym z przejawow chaosu 
krytycznego dominuj'lcego w sterze polskiej literatury i kultury. Z jednym moze wyj'lt- 
kiem, ale tez paradoksalnym. Niemal od pierwszego numeru nie mog'l si
 nachwalic je- 
go tworczoki "Zeszyty Literackie". Najpierw lansowaly Zagajewskiego w Paryzu (i Eu- 
ropie), teraz robi} to w Polsce. W kazdym numerze musi bye wiersz (kilka wierszy), lub 
escj tego autora, a jesli nie oryginalny utwor, to wywiad albo reportaz ze spotkania au- 
torskiego. A kiedy w jcdnym z ubieglorocznych numerow ukazalo si
 dziesi
e (10) pa- 
negirycznych i niemal na kolanach pisanych recenzji, nawet opanowany kr)"tyk i wspol- 
Jutor SJI'iata nie przedstmvionego, Julian Kornhauser, nie wytrzymal. Nazwal te prakryki 
cmokierstwcm, a redakcji "Zeszytow" postawil zarzut "kiczowatego post
powania", 
nie licuj}cego z etyk'l dziennikarsk'l i pisarsk}. Kornhauser (a wczeSniej Kisielewski 


211
>>>
i Drewnowski) naZ\val metod
 "ZL" "najbardziej zadziwiaj'lcym przykladem nepoty- 
zmu i arogancji wobec kultury lat dziewi
cdziesi'ltych": 
"Niepoj
te. Niesmaczne. I denerwuj'lce. Karpi11Ski, Baranczak, Zagajewski, Czapski, 
Karpinski, Zagajewski, dumacz Zagajewskiego, Venzlowa, Baranczak, Bienkowska, 
i apiat' od nowa. 0 tym samym i to sarno". 
"Zeszyty Literackie" moze nie post
puj} etycznie, ale metoda lansowania "samych swo- 
ich" nie jest ich wynalazkiem, mozna powiedziee - jest stara jak swiar. Nie inaczej byio 
w dawnych czasach: juz w Oswieceniu pisywano w ten sposob, Stanislaw Trembecki Do 
Ignacego Krasickiego, biskttpa Jvarminskiego, m
 przyjazd jego do Warszawy. Ody, listy, pa- 
negiryki, nie zawsze z ironicznym podtekstem. Popierali si
 romantycy, pozytywiki, mo- 
demisci. T
 sam,! aurorsk} wymian
 grzecznosci kontynuowali skamandryci i awangarda. 
Pami
tam to wzajemne pisanie 0 sobie, ktore mnie irytowalo w pocz'ltkach Nowej 
Fali: Zagajewski 0 Komhauserze, Kornhauser 0 Baranczaku, Baranczak 0 Zagajewskim, 
Zagajewski 0 Krynickim, i apiat' od nowa. Obecne czasy niewiele zmienily, moze tylko 
zwielokrornily tego rodzaju "solidamose grupOW'l" czy pokoleniow'l. Nie zamierzam 
bye s
dzi'l w tym sporze, czy choeby arbitrem elegantiarum. Agresja w lansowaniu tych 
a nie innych aurorow jest cech'l kazdej biez'lcej literatury. A cel (sprawdzony wczdniej 
w Europie i w Stanach) jest w rym wszystkim latwy do rozszytrowania: promocja, pro- 
mocja, promocja, a jak si
 poszcz
ki, to i Nagroda Nobla si
 trati. 1m wczdniej si
 za- 
cznie, tym wi
ksze ma si
 szanse. A ze nagroda ta trafia si
 (oprocz prawdziwych twor- 
cow swiatowych) mizerotom i dzialaczom politycznym - nie szkodzi. Splendor splywa 
na liczne czola, czasem na caly, wi
kszy czy mniejszy narod. 
Ne dose zarrow. Nie wdaj'lc si
 w idiotyczn'l dyskusj
, komu si
 Nobel nalezy, a ko- 
mu nie, chcialbym czytae wiersze Zagajewskiego jak dobre wiersze, teksty literackie, 
a nie zal'lczniki do podania 0 tak'l czy inn'l nagrod
. Tak jak czytuj
 przy nocnej lamp- 
ce ulubionych aurorow. Znanych i nieznanych, ale bliskich duchowo. 


Jerzy Gizella 


Adam Zagajewski, Poine iwifta, PIW, Warszawa 1998. 


Maria Cyranowicz 
Poch\vala milosci \v starosci 


Biala noc milosci Gustawa Herlinga-Grudzinskiego zostala nazwana przez aurora 
opowiesci'l teatraln'l. Mimo woli przywoluje wi
c skojarzenie z niedokonczon'l Powie- 
sciq teatralnq Michala Bulhakowa. Powide Grudzinskiego jednak odwoluje si
 glownie 
do tradycji dziewi
tnastowiecznej powidci rosyjskiej, a tak naprawd
 do dramatu Cze- 
chowowskiego. Drugim tematem tej - eseistycznej w gruncie rzeczy - powidci jest nie- 
smiertelna Wenecja, miasto ukochane przez arrystow wszystkich wiekow. 
Dramaty Czechowa stanowi'l dramatyczne do dla pierwszej cz
sci powidci 
zatytulowanej Rodzenmvo, w ktorej poznajemy glownych bohaterow: rodze11stWo Kle- 
banow, Lukasza i Urszul
. Poznajemy ich u schylku zyciowcj drogi; w Londynie, do kto- 
rego przenidli si
 po drugiej wojnie swiatowej, oczekuj'l na operacj
 Lukasza. Operacja, 
ktora ma odwrocie proces tracenia wzroku przez Lukasza, odb
dzie si
 we Wioszech, co 


212
>>>
przedstawia druga cz
se powieSci, Twarze Wenecji. Wydaje si
 jednak, ze fabuta ma tu 
podrz
dne znaczenie wobec dwoch tematow, na ktorych skoncentrowal si
 Grudzinski. 
Otoz czyni'lC swojego bohatera rezyserem teatralnym, autor pozwala sobie na ingero- 
wanie w sztuki Czechowa po to, zeby pokazae w1asn'l koncepcj
 jego dramatow. Chodzi 
o slynne ostatnie akty u Czechowa, w ktorych zawsze do glosu dochodzi strzelba. Tak jak- 
by dramatopisarz nie wiedzial, co pocz'le z w
ztem dramatycznym i przecinat go jednym 
strzatem. Zdaniem Grudzinskiego fakt, ze pada strzat, niczego nie rozwi'lzuje, a wr
cz 
przeciwnie - powoduje, ze zakOl1czenie sztuki wypada nieefekrownie. l.ukasz Kleban po- 
prawia jednak nie tylko zakOl1czenia sztuk Czechowa, ale ingeruje rez w losy ich bohare- 
row, zmieniaj'lc je na podobiensrwo... wlasnego zycia. Traktuje bowiem scen
 rearraln'l 
jako przesrrzen do odczyniania przeszloSci, krora ci'lzy mu w posraci wyrzutow sumienia. 
Rezyseruje Upadek Camusa po to, zeby ukarae si
 za grzech zazdroSci 0 Urszul
 w mlo- 
dOSci i umyslne odmowienie pomocy ton'icemu Bogdanowi, jej pierwszemu kochankowi. 
Jego siosrra Urszula rowniez "uzywa" reatru, zeby usprawiedliwie si
 w jakis sposob przed 
sam'l sob'l, ze poslubila wlasnego brara. W zasadzie rodzenstwo Zyje niczym w sztukach 
Czechowa, nie dotykaj'i ich zbytnio zawirowania hisrorii, omijaj'l wielkie tragedie, poswi
- 
ceni bez reszty miloSci uznaj'l jej pierwszenstwo w organizacji swiara. Osrarni'l ich zycio- 
w'l prob'l ma bye operacja l.ukasza, niebezpieczna, groz'lca calkowir'l utrar'i wzroku. 
Kiedy przyje:idzaj'i do \Venecji, operacja l.ukasza schodzi jednak na drugi plan, na pierw- 
szym zas narrator przedsrawia nam relacje slawnych art) l srow z ich niezapomnianych po by- 
row w Wenecji. Wenecja jako inspiracja, archetyp wiecznego miasra, miasta nami
tnoSci 
i reatru zycia, krory odzwierciedla rytual kamawatu, pochlania nie tylko autora powidci, ale 
i Urszul
. Ponadto Klebanowie sp
dzaj'l czas przed operacj'l w towarzystwie "wiecznego" 
akrora, cyzelatora jedynej roli, roli arlekina, posraci z commedii de/Parte. Mysl
, ze przed- 
srawione turaj zachwyty Grudzinskiego S'l zrozumiale jedynie dla tych, krorych Wenecja ta- 
scynuje w rownym stopniu, co Byrona, Manna, J amesa czy Borgesa, bo wlaSnie ich ocza- 
mi kaze nam narrator ogl'ldac to miasto. \V ren sposob wprawdzie \Venecja nabiera cech 
"wiecznoSci", ale rez trudno nie odnide wrazenia sztucznoSci rej aporeozy. 
Operacja l.ukasza konczy si
 kl
sk'l, boharer calkowicie traci wzrok i jesr skazany na 
pomoc Urszuli. Jak w rej roli poradzi sobie dalej rodzenstwo-malzenstwo? W swojej hoj- 
noki narrator oferuje nam az dwa epilogi: sentymentalny i romantyczny, jakby obawial 
si
 popdnie bl'ld Czechowa. \V epilogu sentymemalnym boharerowie oddalaj'l si
 od sie- 
bie, l.ukasz nie umie pogodzie si
 z tym, ze nigdv wi
cej nie b
dzie mogl zobaczye Ur- 
szuli, powoli odchodzi w rzeczywistose snu, w krorej zachowal zdolnose "wid zenia" . Po 
jego smierci Urszula umiera rownie tagodnie co m'lz, ale jej srarose nie jesr szcz
sliwa; 
zatopiona w zalu po stracie Lukasza umiera rowniez we snie. Naromiasr w epilogu ro- 
mantycznym bohaterowie postanawiaj'l sami zdecydowae 0 swojej smierci. Jeszcze raz 
Lukasz nadaje kszralr ich przyszlemu losowi, rezyseruj'lc osratnie chwile zycia. Aby unik- 
n'le przypadku, w krorym jedno z nich umrze pielwsze, zosrawiaj'lc na past\\.
 samotno- 
ki drugiego, popdniaj'l dwuosobowe samobojst\vo, zazywaj'lc da\\'k
 lekow nasennych. 
Dzi
ki konkremacji pozostaj'l zl'lczeni ze sobOl juz na zawsze, na wiecznosc. Zwyci
za za- 
tern milosc jako isrora catego ich zycia w kazirodczym b'ldz co b'ldi zwi'lzku. 
Moze wydae si
 dziwna raka pochwala miloSci przez srarose, w krorej zycie uklada si
 
w pasmo wazkich doswiadczell, mozaik
 wspominanych wydarzen i przezyc. Zwlaszcza 
ze narracja nie skupia si
 wcale na opisvwaniu sily nami
tnosci w miloki bohaterow, 
a opowieSc toczy si
 z zachowaniem wtakiwego dla Grudzillskiego "dysransu epickie- 
go", miejscami nawet za gladko, poniewaz nie ma tu oporow, pit;rrz'lcych si
 zazwyczaj 
w powidciach 0 charakrerze psychologicznym. To wszystka sprawia, ze trudno przej'i c 
si
 losami glownych boharerow, rak samo ja rrudno podziwiae \Venecj
 przez okienka 


213
>>>
lirer w napisanych na jej czdc arcydzidach. W zasadzie Biala noc milofci ro opowiasr- 
ka, w krorej, jak juz powiedzialam, fabula skleja remaryczne w'lrki esejow 0 lirerarurze 
i ukochanym mieScie srodziemnomorskim. Opowiasrka ladna i subrelna jak wenecka 
akwarelka \Villiama Turnera na oktadce ksi'lzki. Cieszy oko, ale nie porusza, nie poru- 
sza niczego, poza nerwem wzrokowym. 


Maria Cyranowicz 


Gustaw Herling-Grudzinski, Biala noc milofci, Czytelnik, Warszawa 1999. 


Adriana SZY1na1lska 
Wieczne dziecinsnvo s\viata 


Dla milosnikow prozy Piorra Szewca fakr opublikowania jego nowej ksi'lzki jest nie 
do przecenienia. Po niezapomnianej Zagladzie (dwa wydania: 1987, 1993, przeklad na 
kilka j
zyk6w) pojawia si
 jakby lireracki aneks do tamtej, stworzonej przez emparycz- 
n'l wyobraini
 pisarza rzeczywistoSci. Znowu jestdmy w przedwojennym ZamoSciu, 
chodzimy po ulicy Lisropadowej i innych ulicach miasta, zatrzymujemy si
 w rynku, nad 
brzegiem LabUl1ki. Znowu pdne zmyslowego czaru posracie mieszkancow malego, kre- 
sowego miasteczka przezywaj'l swoje codzienne smutki i radoSci, a opisywane z piery- 
zmem milosnika wszech rzeczy przedmiory i zdarzenia pulsuj'l tajemniczym, podskor- 
nym zyeiem poddanym rytmom narury, kosmosu i dyskrernej czuloSci pisarza. 
Jednak podobiensrwo Zmierzcho1v i porankoJv do Zaglady jest tylez prawie co zlud- 
ne, albowiem ten nowo wykreowany swiat malego miasteczka ma oprocz dorykalnej, 
zmyslowo-czasowej warstwy jeszcze jeden dodatkowy wymiar: nieskonczonosc. Tak, jak 
Zaglada byla prob'l zapisu pewnego stanu swiata w okrdlonym miejscu i czasie, zapisu 
uwznioslonego ukochaniem szczegolu, ocalaj'lcego w wiernej postaei zgladzon'l prze- 
szlosc, tak Zmierzchy i poranki b
d'lc fakrycznie zapisem podobnym, maj'l dodarkow'l 
filozoficzn'l nadbudow
 czasowo-przestrzenn'l przenosz'lC'l ru swiat przedstawiony 
w nadrzeczywisrosc miru. 6w mit nieskonczonego byeia, s\Vi
tosei isrnienia tworzy si
 
dzi
ki perspekrywie plynnoSci, nieograniczonosci, porencjalnoSci wszystkich wydarzen 
i zjawisk opisanych przez Piotra Szewca in statu nascendi. Nic si
 tu definirywnie nie 
konczy i nie zaczyna po to, aby trwac, wszystko dzieje si
 w nierealnoSci czasu zaprze- 
szlego, ktory jest jednoczdnie realnosei'l czasu terazniejszego. Zamojskie "zmierzchy 
i poranki" maj'l swoje nieskonczone odbitki w ponawianym wei'lZ Boskim akcie stwo- 
rzenia, jakby w nieustannym "p'lczkowaniu" rzeczy i wzajemnych mi
dzy nimi relacji. 
Uwaznosc i wrazliwosc pisarza patrz'lcego na isrniej'lcy swiat jak ci'lgle dziej'lCY si
 
cud powoduj'l, ze i czyrelnik zanurza si
 w zmyslowe pi
kno ZmierzchoJV i porankoJv jak 
w rajsk'l wiecznosc. J
zyk Piorra Szewca - j
drny i bogary, a jednoczesnie czuly i uskrzy- 
dlony aromizuj'l rzeczywistosc precyzj'l - nasyca opisywan'l przestrze11 gl
bokim meta- 
fizycznym sensem. Powoluje do isrnienia nie postmodernisryczn'l sieczk
, lecz pdnowy- 
miarowy wszechswiat. Kazde nieomal zdanie tej prozy jest holdem zlozonym 
sakralnoSci isrnienia. Bo tez wszystko, co ru si
 dzieje, ma ow magiczny wymiar rzeczy 
i zdarzen pierwszych. Mircea Eliade opisuj'lc kulrury archaiczne zwraca uwag
 na nie- 
zb
dnosc w nich i nieuniknionosc ryrualu powroru do pocz}tku, po symbolicznym 


214
>>>
usmierceniu, unicestwieniu tego, co si
 przeZylo, zdegenerowalo i urracilo moc pier- 
wornej czystosci. ,,«Mobilnosc» pocz'ltku Swiata jest \\]'razem nadziei czlowieka, ze je- 
go Swiat, nawet jdli bywa od czasu do czasu niszczony w doslownym tego slowa rozu- 
mieniu, b 
 d z i e t u z a w s z e. (...) Asymilacja apokaliprycznej idei destrukcji Swiata 
mozliwa byla rylko dzi
ki temu, ze posiadano wiedz
 0 kosmogonii, to znaczy «tajem- 
nic
» POCZ'ltku Swiata." (Mircea Eliade: Aspekty mitu, Wydawnictwo KR 1998). 
Piotr Szewc zdaje si
 w swoim pisarsrwie przestrzegac tej kosmogonicznej idei: w1asn'l 
\\]'obraini'l ocala przed unicestwieniem to, co bylo na POCZ'ltku n a s z ego swiata: nie 
ryle w jego wlasnym dziecinstwie, ale w dziecinstwie naszych rodzicow czy dziadkow, bo 
to oni dali pocz'ltek indywidualnemu swiatu kazdego z nas. Katasrrofa wojny, katastrofa 
dwudziestowiecznych totalitaryzmow, zniszczyty bezpowrornie tamt'l rzeczywistosc, 
w ktorej koegzystowaly harmonijnie kresowe mieszaniny kultur, wspolzyli ludzie roz- 
nych ras i roznych \\]'znan, w ktorej lad wyznaczal)' blogoslawi'ice wizerunki swi
t)'ch 
z wirrazy, rytmy por roku, wschodow i zachodow slonca, a jednak on, za spraw'l pisar- 
skiej energii i woli, przywraca swiatu tam ten urracony ksztah. Nie jest on jedynym pisa- 
rzem podejmuj'lcym prob
 odczarowania przeszlosci, robi'l to u nas inni z roznym skur- 
kiem: cala tzw. literatura kresowa opiera si
 przecieZ 0 ten archeologiczny wr
cz zabieg 
odkopywania "urraconego czasu". Piotr Szewc czyni to wszakze \\]'j'ltkowo precyzyjnie 
i konsekwemnie, z idealnym wyczuciem literackiej konwencji i subtelnych narz
dzi od- 
powiedzialnych za pisarsk'i robot
, a jednoczdnie - jak przystalo na mistrza - jakby mi- 
mochodem, bez dostrzegalnego \\]'silku. Ma po prostu bezbt
dny insrynkt. Jego swiat 
jest calosci'l zamkni
t'l i urrzyman'l w ryzach konkrernej wizji jak w szklanej kuli. Wzru- 
szenie, jakie nam towarzyszy podczas lektury Zmierzcho1v i porankow, wi'lze si
 wlaSnie 
z tym mitogennym, si
gaj'lC)'m archaicznej magii zabiegiem oczyszczania swiata w celu 
przywrocenia mu dziecinstwa, nadania mu na powrot blasku nieskazitelnoki i swi
toki. 
Czymze innym, jak nie stwarzaniem swiata od nowa, jest pierwsze spojrzenie przez 
okno pani Salomei Goldman po zm
czeniu milosnej nocy: 
"Popchn
la bezszelestnie okno i \\]'chylila glow
. Tuz ponad oknem, z nierownej kra- 
w
dzi dachu, zwisaly grube krople rosy. W ciemnoSci, nie przdwietlonej najstabszym 
promieniem, ledwo rysowaty si
 kontury dachow i komi now z przeciwka. Srebrzystosza- 
ra powloka wilgoci pokrywata blaszany parapet. W dole, wzdtuz catej uIicy Pereca, od jej 
wschodniego kranca po zachodni, zamkni
ty uliq Akademick'l, pdza mgla. Z mgl)' wy- 
lonilo si
 kilka kupieckich budek. (...) Czekaj'lc na swoj'l por
, nie unosit si
 jeszcze 
zaden z dobrze znajomych zapachow z pobliskiego targowiska, zapach wyschlego kon- 
skiego nawozu czy wiruj'lcego w lemie dni kurzu. Zadnej zapowiedzi rych i innych wo- 
ni, ktore miaty napdnic powietrze p6iniej, stopniowo, chwila po chwili i godzina po go- 
dzinie, w zgodnym z kolei rzeczy porz'ldku". Podobnie "pierworne" sOl w Zmierzchach 
i porankach przedstawienia wszystkich rzeczy pojawiaj;}cych si
 w zasi
gu uwagi narrato- 
ra w ci'lgu tego jednego jedynego ukazanego tu dnia, a \\'i
c opisy swiada i cienia w
dru- 
j'lcych po stopniach raruszowych schodow, wypdniaj}cej przestrzen miasta ciszy, 
brz
cz}cych w sadzie owadow, jad'lcego poci'lgu, pas'lcych si
 kr6\\', piorka poniewiera- 
j}cego si
 na sciemisku, markizy topocz'lcej nad drzwiami cukiemi, towaro\\' ze sklepu 
kolonialnego Biny Hechtkopf, zegarow Chaima Brondweina, budki Fajgi Katz, wsz
do- 
bylskich gawronow, polnej gruszy czy koluj}cego nad podmiejskimi IC}kami bociana. 
Dtugo by mozna wyliczac. Chodzi 0 to, ze Piotr Szewc, powoluj'lc do ismienia swiat 
juz zaginiony lub swiat wci;}z istniej;}cych drobiazgow i zjawisk fizycznych, nie zawsze 
juz przez nas zauwazanych jako swi
te w swej powszedniej oczywistoki, dokonuje nie 
rylko zmystowej, ale tei duchowej inicjacji idealnego narratora (i czytelnika) widz'lcego 
wi
cej i inaczej nii przeci
tny zjadacz chleba. Widz'lcego Jvieloz'mc
"e i llieoczYlJ,iste. 


215
>>>
\Vidz
cego pierworn
 swi
tose swiata w akcie jego urealnienia. A mowi
c 0 urealnieniu 
swiata - mysl
 takie po Eliadowsku, gdyi taki wlasnie proces nadawania swiatu znaczen 
skrajnych uaktywnia na kartach swej ksi
iki Piorr Szewc. I chodzi tu 0 cos znacznie wi
- 
cej nii 0 "surrealizm", 0 jakim mowil z okazji drugiego wydania Zaglady Julian Stlyj- 
kowski, czy 0 powszechnie dzis naduiywane poj
cie realizmu magicznego. "Na najbar- 
dziej pierwornym i archaicznym poziomie kllltUry iycie ludzkie bylo same w sobie 
aktem religijnym - odiywianie, iycie plciowe, praca, mialy wartose sakramenru. Do- 
swiadczenie sacrum jest nieodl
cznym elemenrem bycia czlowiekiem iyj'lcym w tym 
swiecie. (...) Sacrum ro (...) doswiadczenie tego, co realne, doswiadczenie zrodla swia- 
domoki isrnienia w swiecie." (Mircea Eliade, Proba labirynttt. RozmoJVY z Claude-Hen- 
ri Rocquetem. \Vydawnictwo Sen, Warszawa 1992.) 
Nie z "zewn'ltrz" przychodzi do nas swiadomose isrnienia, lecz poprzez doswiadcze- 
nie \\'ewn
trzne rozpoznaje si
 ro, co z istoty swej nale:iy do porz'ldku swiadomosci, 
przypomina Eliade. Swiat przywolywany przez Piotra Szewca naleiy do tego wlasnie 
porz'ldku. Nie jest swiatem "zwyczajnym", swiatem zewn
trznym doswiadczanym 
przez zmysly, jest parabol'l swiata nieskonczonego, powracaj'lcego w akcie t
sknoty 
i przypomnienia. Dokonuj'lca si
 tu anamneza osadza rzecz}'\\'istose miasta i powiatu 
w wymiarze idei i powiaru doskonalego. Zamose i powiat zamojski zyskuj
 wi
c rang
 
archetypu miasta i powiatu. Maly Piorrus - bohater ZmierzchoJV i porankoJV i porte-pa- 
role aurora - mowi 0 ich wspolnym dziecinstwie. bloina zaloiye, ie opowide 0 teatral- 
nym afiszu, chudej krowie i czerwonej wst'lice, S'l wspomnieniami samego autora, ale 
jako opowidci zyskuj'lce w ksi'lice pdn'l auronomi
 staj'l si
 rodzajem baSni 0 dziecin- 
stwie. Piorrus jest w powidci Szewca dzieckiem i doroslym jednoczesnie, wiecznym 
dzieckiem, dzieckiem odradzaj'lcym si
, jak powiada Eliade. Claude-Henri Rocquet tak 
interpretuje mirologiczn'l rol
 opowidci wpomnianej u Eliadego: "(...) ludzie sobie 
przypominaj'l. Dzi
ki bajce powracaj'l do dziecinstwa i odnajduj'l jego prawd
. Stary 
czlowiek przypomina 0 czasie sprzed trzydziesru lat, gdy chodzilo si
 do szkoly, ale wy- 
starczy sobie przypomniee ten czas, aby gdzies gl
biej pojawil si
 czas legendarny. Czy- 
Ii podsumowuj'lC: pod warst\v'l historii jest mit, pod warst\v'l mitu pami
e pocz'ltku." 
(Mircea Eliade, Proba labiryntu). Piorrus ze Zmierzchow i porankoJV tei jest mlodszy od 
aurora 0 trzydzidci lat, tei jest chlopcem rozpoczynaj'lcym nauk
 w szkole. Autor dzi
- 
ki niemu, dzi
ki hisroriom jemu przydarzonvm, ma moinose powroru do POCZ'ltku, 
kiedy kaidy krok - po rynku, do sadu i na ganek rodzinnego domu - byl krokiem przez 
swi
tose swiata. 
Mysl
, ie ro rue zabiegi anrropomorfizacji i animizacji, 0 jakich si
 mowi w zwi'lzku 
z proz'l Szewca, decyduj'l 0 niezwykloki przestrzeni i czasu ZmierzchoJV i porankon'. Tu 
chodzi 0 rytual przywracania swiatu pierwornej wiarygodnoki, a wi
c realnosci, a wi
c 
blasku swi
tosci. Nawet imi
 chlopca nalezy do sfery sacrum. "Piorrus" znaczye moie 
przeciez (z laciny) tyle, co "kamyk", a zatem cZ'lstka, elemenr, okruch, fragment. B
d'lc 
CZ'lStk'l, chlopiec jest takze parabol'l calosci, czuj'lC'l, wrazliw'l, otwart
 na wszystko 
wiecznoki'l rzeczy, jest promykiem wsp6ltworz'lcym w powidci swiado wszechswiata. 
Dlatego narrator ma prawo mowie 0 Jvieloznaczeniu i nieocz)'1vistosci: jego inrencj'l jest 
pokazae ro, co zawarte w pulsuj'lcym wn
trzu rzeczy i zdarzen, co jawi si
 niellstaj
co ja- 
ko dar w miluj'lcym wszechswiat spojrzeniu. A takze spojrzenie bliskie jest spojrzeniu Bo- 
ga. To takze spojrzenie Piorrusia, ktory nie odroinia rzeczy wainych i niewaznych, albo- 
wiem dla niego wszystko, a zwtaszcza sprawy marginalne, nie dosrrzegane przez innych, 
maj'l znaczenie pierwszorz
dne. "Matka pami
tala 0 Bozym swiecie, a on nie pami
tal. 
Byl to grzech i kiedys za niego odpowic. Bo Piorrus nie znat miejsca, gdzie si
 Boiy swiat 
zaczyna i co do niego nalezy. Takie miejsce musialo gdzid bye, moze tu, w midcie...". 


216
>>>
W niby-krytycznej ocenie narratora, paradoksalnie, wcale nie ma przygany. To bowiem 
umysl Piotrusia i jego wyobraznia S'l turaj najwyzsz'l miaq rzeczy. Ci wszyscy, konstatu- 
je mi
dzy wierszami pisarz, ktorzy z pych;} "posiadaczy swiata" steruj'l ku sztywnej "doj- 
rzaloki", nie dostrzegaj'l juz w dziecinstwie miary wszechrzeczy, bo ich umysl na zawsze 
wyrosl z basni, jak'l jest rzeczywista struktura bytu. Srac ich jedynie na kpin
, ironi
 i gro- 
tesk
, a one - jako dojrzale reakcje intelektu na zW'lrpienia i l
ki - stanowi'l przeeiez ba- 
z
 wszelkiej destrukcji. Destrukcja bywa nieunikniona, ale budowac wei'lZ od nowa, nie 
zrazaj'lc si
 nawet totaln'l katastrof'l, porrafi tylko dziecko i poeta. 
Chwala Piotrowi Szewcowi za to, ze nie boi si
 naiwnoki pierwszego, dzieci
cego 
spojrzenia na swiat. I, ze w jego kreowaniu jest poet'l. "Tym, co przeksztaka nasze 
smiertelne istnienie i daje nadziej
, jest bowiem poezja." To ostarnie zdanie ze wst
- 
pu Claude-Henri Rocqueta do Proby labiryntu Eliadego. Bo Eliade jest takze poet'l 
i nade wszystko poet'!. Piewq ludzkiej nieobliczalnoki: wyobrazni. A Zamojszczyzna 
Piotra Szewca zawsze w tajemniczy sposob kojarzyla mi si
 z Moldawi'l aurora Sacrum 
i profanum. Obie tchn'l duchem tej samej melancholii. Intensywnosc i liryczna "roz- 
rzutnosc" niektorych doznan ze ZmierzchoJv i porankow przypomina mi z kolei do- 
swiadczenia inicjacyjne Eliadego opowiadane Rocquetowi i spowite tajemniq niewy- 
raialnoki: np. to 0 niebieskiej jaszczurce spotkanej w lesie i jej l
ku przed malym 
dzieckiem lub to 0 swietle w pokoju z zielonymi winogronami sprawiaj'lcym wrazenie 
wn
trza winogrona. Zdarza si
, ze Szewc opisuje pierwsze wrazenia swoich bohaterow 
w nowych sytuacjach, cz
sto tei miesza roine odczueia zmyslowe. Do najbardziej za- 
skakuj'lcych nalez'l jego opisy w
druj'lcego swiada i, przede wszystkim, opisy rozma- 
itych zapachow powracaj'lce wielokrotnie. W zapisie Szewca tworz'l one cale konstela- 
cje zyj,!ce wlasnym tajemniczym zyciem, odrywaj'l si
 od zrodd, wymykaj'l na wolnosc 
i ingeruj'l w zycie reszty swiata. 
Przywolywano w zwi'lzku z proz'l autora Zag/ady Schulza, Prousta, Faulknera, ja wi- 
dz
 wszakie najbardziej bezposredni zwi'lzek Zmierzchow i porankow z opowiekiami 
biblijnymi. Piotr Szewc przywraca bowiem ludziom i sprawom tego swiata autentyczne 
tchnienie Bozego porz'ldku. Pokazuje ludzi grzesznych i dzieei, istoty slabe i niewinne. 
Pokazuje, ile powagi i godnosei kryje si
 w rzeczach z pozoru malych i lekcewazonych. 
Stwarza swoj'l wlasn'l baSn 0 POCZ'ltku, a w basni wszystko jest mozliwe. A wi
c i wst'lZ- 
ka zgubiona przez poslugaczk
 Nin
 i odnaleziona w sadzie przez Piorrusia, a potem 
uwi}zana tam przez niego na gal
zi, zostaje w koncu ocalona przed ostateczn'l samor- 
noki'l. W baSni bowiem nadzieja nigdy nie umiera, dobro i zlo maj,! nieodwracaln'l au- 
tonomi
, a ostateczne wyroki S'l zawsze sprawiedliwe. I na tym polega jej wyzszosc nad 
wszdk'l inn'l konwencj,!literack'l. A takie nad nagim (doroslym) zyeiem. 


Adriana S::.ymanska 


Piotr Szewc, Zmierzcby i pora-nki, Wydawnictwo Litcrackie, Krakow 2000. 


217
>>>
NOTY 


* 


Apokryfy Starego Testamentu to pisma rdigijne powstale na przdomie ery przedehrze- 
kijanskiej i ehrzekijanskiej, a wyrosle z ezytan i egzegezy Biblii Hebrajskiej. Przez wie- 
ki ksztaltowaly \viar
, ref1eksj
 i wyobrazni
 judaizmu, a potem takze ehrzekijan. Z jed- 
nej strony stanowiC} swiadeetwo troski Izrada, zeby w obliezu obeyeh wplywow wiernie 
strzee swojej tozsamoki i umaeniac j'l przez powolywanie si
 na kanon ksi'lg swi
tyeh, 
a z drugiej strony wspoltworz'l historyezne i teologiezne podstawy bardzo wielu poj
c, 
koneepeji i obrazow obeenyeh w Nowym Testamencie. 
Termin "apokryf' jest poehodzenia greekiego (apokryJion) i oznaeza ksi
g
 tajem- 
n'l, ukryt'l; po raz pierwszy uzyl tej nazwy Orygenes w odniesieniu do ksiqg gnostye- 
kieh. Bardziej scisly na okrdlenie tej literatury jest termin "pseudoepigrafia", ozna- 
ezaj'ley dzido falszywie lub niewlasciwie zatytulowane. Zaehowalo si
 w ealosci i we 
fragmentaeh 69 apokryfow znanyeh z oryginalow hebrajskieh, aramejskich i greekich, 
albo ze starozytnyeh przekladow lacinskieh, greckieh, arabskieh i innych. Badane S'l 
one od poez'ltku XVIII wieku i badania te si
 intensyfikuj'l, gdyz coraz lepiej zdaje si
 
spraw
 z doniosloki tyeh tekstow, ktore stanowi'l pomost pozwalaj'lcy zrozumiec 
ewolucj
 mysli teologicznej poznego judaizmu i maj'l niezwykle znaczenie przy inter- 
pretaeji Nowego Testamentu. Wiele tematow zawartych w apokryfach przeszlo do li- 
teratury patrystyeznej. 
Polska edyeja - pierwsza i cz
sciowa - zapowiada dalszy ci'lg badan i publikacji w tej 
dziedzinie. W jej ramaeh zostaly przedstawione opO\viadania i legendy (m. in. Pozosta- 
Ie slowa ]eremiasza), pouczenia i przestrogi (m. in. Testament Abrahama, Apokryf Eze- 
chie/a), piesni i modlitwy (m. in. Psalmy Salomona) oraz apokalipsy apokryficzne (m. in. 
Ksicga Henocha, Wyrocznia Sybilli i Apokalipsa Abrahama). Kazda z ez
sci zawiera 
krotki wst
p i podstawow'l bibliografi
. 


K.M. 


Apokryfy Starego Testamenttt, Oficyna Wydawnicza Vocatio, Warszawa 2000. 


* 


Juz jest tom 9. - Male i JVifksze prozy. Przynosi mi go A., gdy ktoqs z rz
du go- 
dzin
 siedz
 nad Dzie1mikiem paryskim J erzego Andrzejewskiego: " jestem zm
ezo- 
ny, teraz jestem bardzo zm
czony, ehcialbym zasn'lc tak gl
boko, zebym mogl spat, 
nie myslec, i byc dlugo we snie, i zebym przez ten ezas snu niezego nie pragnql, 0 ni- 
ezym nie myslal, zeby zaden i moj i obey sen we snie nie wnikn'll, chcialbym byc tyl- 
ko snem i niepami
ei'l, a potem, gdy si
 zbudz
 - ehcialbym znowu, i jeszcze raz, za- 
pragn'lc zycia." Jest rok 1960 i Jerzy Andrzejewski jest po Bramach raj1l, a przed 
Miazgq. I teraz Miron Bialoszewski: "Lask q ostroznie maeham. Twardomi
kkie. 
Przeszedl mnie dreszez. Ne stoj
. Lask q w dol. Znow wyei:}gam. Maeam ni'l. Lachy. 
Szez
kn
lo. Guzik, guziki. To one. K.lepi
 lask q . Leci kurz." Antypody. Jakby miesz- 


218
>>>
kali na przeciwnych biegunach: inne kadencje zdan, inne rytmy, inne perspektywy. 
Ale i Andrzejewski i Bialoszewski to artySci wybitni, mistrzowie prozy polskiej, wyra- 
ziScie istniej'lcy w swoich pasmach. Obaj zmarli w 1983 roku. 
Tak Dziennik paryski, jak i noW)' tom UtlVorOJV zebranych Mirona Bialoszewskie- 
go S'l dobq okazj'l do powrotu do tych pisarzy. Tom 9. zawiera ostatnie prozy Bia- 
loszewskiego, wszystkie publikowane w latach 1981-1991: male prozy - Dorzutki, 
dziennik z pobytu w sanatorium pt. Konstancin, ObmapYJVanie Europy, czyli dzien- 
nik okrftowy oraz AAAmeryka - takze cos w rodzaju dziennika podrozy. Znowu 
okazuje si
, ze wspokzesna proza polska dziennikami stoi; nie jest to dla prozy naj- 
lepsze wyjScie. 


K.M. 


Miron Bialoszewski, Male i wifksze prozy, Panstwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2000. 


* 


Nowy, nie wiadomo czy nie ostatni, 10. tom Utworow zebranych Mirona Bialoszew- 
skiego: Oha i inne wiersze opublikowane po roku 1980. Cz
sc pierwsza zawiera wier- 
sze nie-wiersze z tomu Stara proza. NOJVe Iviersze (1984), cykle: Namysly i rozmysly, Ko- 
rytarzowiec, Wiersze bez bicia, Fafulety, Wiersze 0 fcianf i najbardziej znane Wiersze baby 
z bloku. Wiersze, liryczno - prozatorskie ci'lgi, zapisy rytmow wewn
trznych i zewn
trz- 
nych, dziwne, przedziwne, udziwnione zapasy z wiecznosci'l, ktora jest, jak mowi pod- 
miot "Span (snu)", nie - do - rzecz - na. 
Cz
sc druga to - Oho, zbior wierszy wydanych w 1985, z Lu. i z Le. i stanowojen- 
no-aaamerykanski Kabaret Kici Koci. Jak porownac Pana Cogito z Raportu z oblfione- 
go Miasta z Kici'l Koci'l, ktora mowi 0 sobie tak: 
J a pi6rystka 
(fruwa przez sen, spada \\' 16zko, budzi si
) 
Ja antypi6rystka 
(wstaje, przewraca si
) 
J a wszystka 
I me 


(Kicia Kocia) 


Zadziwiaj}ee jest w tyeh tokach, w tyeh podzidonych na wersy tokowaniaeh tak bardzo 
j
zykowo roziskrzonyeh, przemieszanie poezji i prozy nie do rozdzidenia. 
I ez
sc trzecia - poezje z tomu tekst6w prozatorskich i poetyekich Obmapywanie Eu- 
ropy. AAAmeryka. Ostatnie n'iersze, wydanego posmiertnie w 1988 roku - zaryrulowa- 
na Ostatnie 11 1 iersze, wiersze napisane przez Bialoszewskiego w ostatnim roku zyeia. Cy- 
k1e, a wlasciwie strz
py, fragmenty, napi
te bolem, eierpieniem, cisz'l i umieraniem, jak 
Ciemne i szare naocznofci, Nammvia"ie na Jvron.v, ezy Odmia"y lapania tchu i - zamy- 
kaj'lce - pojedyneze wiersze: Smieri, Zbiorczofi, DrzeJJ.'a - kJViecie,i - uwaga, SercoJVi- 
sko i napisany na dwadzidcia dwa dni przed smierci'l pt. Choroba. Jak poro\Vnac Pana 
Cogito z Epilogtl burzy z podmiotem - bohaterem lirycznym ostatnieh wierszy Bialo- 
szewskiego, ktory mowi tak: 


219
>>>
mszcz'1 si
 zuzyte metafory 


a doslownoSci biologiczne 
to potwory 


ja - ich skrzyzowanie 
pokrzyzowanie siebie samego 
( Choroba) 


J ak to poj'le? 


K.M. 


Miron Bialoszewski, 0110 i inne Jviersze, Panstwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2000. 


* 


Przepi
knie \"1'dany tom osiemdziesi
ciu osmiu wierszy Emily Dickinson to, we- 
dIe zapowiedzi Ludmily Marjanskiej, dopiero pierwsza szersza prezentacja jej duma- 
czen, wybranych sposrod tych, ktorych dokonala lub nad ktorymi pracuje. Juz pan; 
dziesi
cioleci trwa fascynacja znakomitej polskiej poetki osob:} i tworczosci:} "pi
k- 
nosci z Amherst", jak niekiedy nazywa si
 t
 pustelnic
 z male go miasta w Massa- 
chusetts - cork
 szanowanego w okolicy s
dziego, ktora zaledwie dwa-trzy razy opu- 
Scila rodzinny dom, aby wnet zaszye si
 w nim z powrotem. Odk:}d w 1960 r. 
Marjanska odbyla staz stypendialny Uniwersytetu Washington w Seattle (co stalo 
si
 okazj'l do dwukrotnych odwiedzin w Amherst i w zamienionym na muzeum do- 
mu Dickinsonow), nieprzerwanie trwa jej walka 0 wprowadzenie do polskiej litera- 
tury wlasnych przekladow tej jednej z najwi
kszych poetek j
zyka angielskiego. 
Przekladow, ktorych droga do wydawcow nie byla uslana rozami - zwazywszy 
choeby na fakt, ze w 1965 r. ukazuje si
 w prestizowej PIW-owskiej serii "celofa- 
nowej" obszerny wybor poezji Dickinson w przekladach "wielkiej Illy" - bye moze 
niezbyt przychylnie (co cz
ste wsrod dumaczy) witaj:}cej "konkurencj
". Znamien- 
ne, ze jeszcze w 1990 r. w Wydawnictwie Literackim - jak pisze we wst
pie Mar- 
janska - "gruby tom dumaczen" pierwotnie przyj
ty do druku w pomnikowej »se- 
rii dwuj
zycznej", zostal jej wkrotce bez wi
kszych wyjasnien odeslany. 
Tym bardziej cieszye si
 nalezy, ze wreszcie nadarza si
 okazja do skonfrontowa- 
nia"kanonicznych" w polskiej literaturze przekladow IHakowicz6wny z tymi, ktore we- 
die wlasnej intuicji, fachowosci i talentu sporz:}dzila druga wybitna poetka, poczuwaj:}- 
ca si
 do duchowych i artystycznych powinowactw z Emily Dickinson. Brak wersji 
angielskich utrudnia wprawdzie takie porownanie, ale - zostawmy to anglistom. Zwy- 
klemu zjadaczowi chleba niechaj wystarcz:} bogactwa samego przekladu: zwi
zle psal- 
modie, cz
sto aforystyczne czy epigramatyczne dzi
ki tak ulubionym przez Dickinson 
zabiegom autoironicznym i stosowaniem paradoksu, znakomicie zrtymizowane w nie- 
rzadko balladowej strofie, ale tez nie uchylaj:}ce si
 przed nietypow:} skladni:}, ncologi- 
zmami czy szorstkim rymem - co uczynilo z poezji Dickinson zjawisko oryginalne i nie- 
powtarzalne, wypdniaj:}ce luk
 pomi
dzy poezj'l XVII -wiecznych angielskich 
metafizykow, a T. S. Eliotem. 


220
>>>
Jak zaznaczono na wst
pie, pi
kna i pelna "staropanienskiego wdzi
ku" szata edytor- 
ska z latwoSci:} sytuuje ten tomik nie tylko na poke bibliofila, ale i w obowi:}zkowym 
zestawie rozczytuj:}cego si
 w poezji studenta czy mlodego poety, ktory - oby z takich 
wzorow czerpi:}c - rozpoczynal sw:} nielatw:} drog
. 


..\J.B. 


Emily Dickinson, I jestem roiq - wybor Jvierszy, przelozyla Ludmila Marjanska, "Tw6j Styl", 
\Varszawa 1999. 


* 


Oryginalny, fascynuj:}cy tomik poetycki Janusza Stycznia ma nieforrunny, wr
cz ko- 
mercyjny tytul: Wieczna noc milosna. Fruwaj:}cy wsrod gwiazd aniolek na okladce try- 
wializuje rzecz cal:} i spycha ciekaw:}, jak wspomnialem, pozycj
 do rz
du wierszy ,,0 mi- 
10Sci". Tymczasem, znajdujemy w tej poezji ogromne bogactwo znaczen, aluzji, 
zauroczen, nieslychan:} wprost jaskrawosc, ale i mrocznosc swiata ogl:}danego jakby 
przez uchylone drzwi podswiadomoSci. 
Wiersze, poswi
cone miloSci - jej irodlom, korzeniom i tajemniczym, niszczyciel- 
skim, a takie i ozdrowiel1czym sHorn, maj:} ksztalt uloionych w wiersz opowiadan-ob- 
razow. Ich akcja toczy si
 w sypialni, w opuszczonych, oswietlonych ksi
iycowym 
swiadem pokojach lub nad morzem, na przestrzeniach rozleglych, pustych plai. Ko- 
chankowie iegnaj:} si
, odchodz:} na zawsze. Towarzysz:} im rekwizyty: ksi
iyc, lampa, 
a najcz
sciej kwiat roiy, ktory pelni rozmaite, symboliczne role. Wkraczamy w poety- 
k
 snu. Duia tu rola ksi
iyca, nazwanego "oknem czasu", nocy i jej czarodziejskich 
misteriow. Kochank6w zewsz:}d oplataj:} wlosy (rozrastaj:}ce si
, splywaj:}ce, nieustan- 
nie rozczesywane) - s:} elementem dekoracyjnym, stanowi:} tei symbollosu. 
Poezja, przesycona erotyk:}, fantastyk'l i basniowoSci:}, ma klimat teatru cieni, w kto- 
rym wszystko moie si
 zdarzyc. Metamorfozy, sny, spotkania po latach, Izy, grob samo- 
b6jczyni - tworz:} swiat rodem z Freuda, ale takie z Lesmiana i malarstwa Kazimierza 
Mikulskiego, w ktorym obecny jest humor daj:}cy dystans dla scen przesyconych nisz- 
cz:}cymi nami
tnoSciami. (np. w wierszu Przyrzqdzanie mifsa - matka dziewczyny przy- 
gotowuje mi
so na obiad, a chlopak i dziewczyna w tym czasie "wydobywaj:} ze siebie 
gwaltownie, nami
tnie/mi
so pocalunki"). 
Snuj:} si
 po tym swiecie postacie-alegorie, przer6ine "kr610we jesieni" zbieraj:}ce 
gorliwie liscie opadle z wielkich, parkowych drzew. 
Wiersze maj:} swoj rytm - tworz:} go powtorzenia i refreny. 


E.P. 


Janusz Styczcn, Wieczna 'IDC miloS1ltJ, Wydawnictwo DolnoslC}.Skie, Wrodaw 1999. 


* 


Po Szkicach politycznych, ktore jako 28. tom Dziel Josepha Conrada ukazaly si
 po 
dwudziestu latach od zakonczenia edycji PI\V-u (wczeSniej zostaly wydane w Londy- 
nie), otrzymujemy wydanie Pism filozoficz1zych i politycznych Zygmunta Krasinskiego, 
ktore mialy, 0 czym informuje w slowie "ad Wydawcy" Pawel Hertz, ukazac si
 


221
>>>
w PI\V-owskiej trzytomowej edycji Dzielliterackich w 1973 roku w serii polskiej Pleja- 
dy (wczesniej zostaly wydane w drugim obiegu wydawniczym). 
Pisma filozoficzne i polityczne Zygmunta Krasinskiego s:} wainym swiadectwem zain- 
teresowan trzeciego wieszcza sprawami Polski w szerokim i skomplikowanym polity- 
cznym kontekscie europejskim, a takze religijnym. Pisal je w latach 1841-1858 po pol- 
sku i po francusku, a wi
c po ukonczeniu swoich najwazniejszych dziel: Nie-Boskie} 
Komedii (1833) i Psalmow przyszloici (1846) i trudno je rozumiec bez konfrontacji z wi- 
zjami przedstawionymi w wymienionych wyzej arcydzielach, a takze bez konfrontacji 
z histori:} i ze wspokzesnosci:} Polski. S:} to mi
dzy innymi: otwieraj:}cy, pisany juz pra- 
wie zapomnianym stylem wysokim naktat ,,0 stanowisku Polski z Bozych i ludzkich 
wzgl
dow", memorialy do Guizota, papieza Piusa IX i Napoleona III, listy, a wlasciwie 
odezwy do Montalemberta i Lamartine'a, rozprawka 0 gnozie, fragmenty, relacje, oce- 
ny. Dla czytelnika wspokzesnych gazetowych pisanin ta ksi:}zka b
dzie jak z innego 
swiata: oto moc ducha, jasnosc mysli, sila slowa, a wi
c atrybuty dzisiaj dla wi
kszoSci 
niedost
pne. Dlatego warto rozmawiac i spierac si
 z Krasinskim. Teksty francuskie tlu- 
maczyli: Stanislaw Tarnowski i Leopold Staff 


[(.M. 


Zygmunt Krasinski, Pisma filozoficz1lt i polityczne, Czytelnik, Warszawa 1999. 


* 


Kolejny rarytas edytorski! Ksi:}zka, ktorej chyba juz trafniej i pi
kniej wydac nie moz- 
na: poswi
cony pami
ci malarza Jozefa Rajnfelda (towarzysza w
drowek Jaroslawa 
Iwaszkiewicza po Italii) zbior jego, jak sam pisze w rozdziale wst
pnym - "upajaj:}cych 
wspomnien Sycylii". Cz
sto spisanych jeszcze podczas "okupacyjnej nocy", gdy dzialaly 
"jak haszysz, jak kieliszek wodki", ale w wi
kszosci swiezszej daty, b
d:}cych relacjami 
z podrozy juz powojennych, kontynuowanych po 1955 rok. T
 ksi'lik
 to otwiera si
, to 
zamyka, "wchodz:}c w ni:} i z niej wychodz:}c". Jak ulal pasuje do niej zalecenie Frydery- 
ka Nietzschego z tomu ]utrze1lka: "ksi:}zka taka jak ta nie jest przeznaczona do rozczy- 
rywania si
 i odczyrywania, lecz do przerzucania, zwlaszcza na przechadzce lub w podro- 
zy: trzeba to zagl:}dac do niej, to znow z niej wyglC}dac, nie znajduj:}c wokol siebie nic, 
do czego si
 przywyklo". I rzeczywiscie: co otworzysz na byle stronie - cud! Co zdanie 
- perla! G
sty, soczysty styl Iwaszkiewicza; narracja - czasem wartka, "publicystyczna" 
w najlepszym sensie tego slowa, a czasem rozlewaj'lca si
 w esej, w zleniwiale z nagla dy- 
gresje 0 literaturze, sztuce, 0 historii Wloch i Europy czy w ogole - 0 krzewie pomaran- 
czy za oknem, 0 spotkanej w trattorii trupie w
drownych aktorow czy 0 podobienstwie 
twarzy krola Ferdynanda IV neapolitanskiego, ujrzanej w Capella Palatina w Palermo, do 
dawnej znajomej z Warszawy, Kasi R. A wszystko pisane ze znawstwem prawdziwego, 
"wiejskiego" w dawnym stylu konesera zycia, win, roslin, przypraw i ludzi - kogos, dla 
kogo niepodobienstwem byloby pomylic glos kosa z glosem wilgi. 
Taka ksi:}zka przypomina, ie dzis juz nikt tak nie pisze. Ze nikt z nas - potomkow 
sowieckich blokowisk, karmionych od dziecka propagandow'l popluczyn'l po Europie 
i z rzadka maj'lcych kontakt z tym, co bylo oczywistosci:} dla Iwaszkiewicza (i paru je- 
mu podobnych, dogorywaj:}cych po wojnie w krakowskich czy warszawskich mieszka- 
niach "Europejczykow z prawdziwego zdarzenia") po prostu nie jest w stanie tak napi- 
sac chocby jednego zdania. Na t
 wszak swobod
 pracowaly - jak slynne kosiarki 


222
>>>
przystrzygajC}ce angielskie trawniki - wieki ziemianskich czy inteligenckich dom6w, kon- 
takty z "wujaszkami z Paryza" czy "kuzynkami z Austrii", dyplomy uniwersytetow 
i przekonanie 0 "byciu u siebie" w kazdym znaczC}cym dla tozsamoSci okcydentalnej 
miejscu w Europie. 
Inne pytanie (nasuwajC}ce si
 nieodparcie, choc tyczC}ce zupelnie innych zagadnien): 
jakC} cen
 zaplacil, a moze dalej placi, za swc} europejskosc Iwaszkiewicz ("maczajC}cy 
pi6ro w lazurze nieba Sycylii" w 1955 roku, gdy wielu jego pobratymcow nie mialo in- 
nej okazji do maczania pior, jak w wi
ziennym kalamarzu) pozostawmy, jako w tym 
miejscu niestosowne, bez odpowiedzi. 


M.B. 


Jaroslaw Iwaszkiewicz, Ksiqika 0 Sycylii, Czytelnik, Warszawa 2000. 


* 


o pi
knie wydanych ksiC}zkach pisac juz nie sposob. Polski inteligent, wchodzC}c do 
pierwszej z brzegu ksi
garni, dostaje zawrotu glowy, kociokwiku, katzenjammera oraz 
mdloSci, po czym zamyka oczy i mnC}c w garSci chudC} portmonetk
, wychodzi. 
J ednC} z ksiC}zek z calC} pewnosciC} wywolujC}C'l taki efekt, jest album malzenstwa Mai 
i Jana Lozinskich 0 mi
dzywojennym dwudziestoleciu. Wczdniej ta zasluzona para ba- 
daczy Mi
dzywojnia wydala mniejsze ksiC}zeczki, skupiajC}ce si
 na wybranych dziedzi- 
nach zycia codziennego tamtej niezwyklej, a przez wielu - rownie:i mlodych ludzi 
w Polsce - ukochanej epoki (np. Sport automobilowy JV przedJvojennej Polsce, Podroie ko- 
lejq JV przedJvojennej Polsce czy Bale i ba1lkiety drugiej RzeczpospoliteJJ. 
Obecnie wydany album to jak gdyby podsumowanie wczdniejszych. To - jak piszC} 
autorzy we wst
pie - swoisty "reportaz z przeszlosci, w ktorym wspomnienia, literackie 
relacje i anegdoty ukladajC} si
 w opowidc...". Dodajmy: nie byle jakC} opowidc, skoro 
tekst towarzyszC}cy odtworzonym w "Iuksusowym", "mi
dzywojennym" stylu fotogra- 
fiom, az blyszczy od najpierwszych nazwisk. A to wspomnienia Gombrowicza, Slonim- 
skiego, DC}browskiej, a to Iwaszkiewicz, Pruszynski, Kusniewicz, Kuncewiczowa, a to li- 
sty Lechonia czy zapiski Boy'a, Stommy, Moniki Zeromskiej... 
Milosnikom dose licznie publikowanych obecnie ksiC}zek 0 Mi
dzywojniu - lub sa- 
mych b
dC}cymi materialami irodlowymi (wymienmy chocby wzbudzajC}ce sporo kon- 
trowersji Wycieczki JV DJVudziestolecie Czeslawa Milosza czy wznawiane w pelnych sied- 
miu tomach Dzie1miki Marii DC}browskiej) niezb
dne odtC}d b
dzie do uzupelniajC}cej 
lektury takie kompedium tekstow literackich, zdj
c rodzajowych, reprodukcji afiszow) 
nut, ba, nawet przedmiotow codziennego uzytku, ktore swC} materialnC} zawiesistoSciC} 
przywracajC} trdc slowu "Mi
dzywojnie" (nasuwajC}cemu na mysl inne z kolei slowo - 
"Atlantyd
" - dotyczC}ce innej krainy, podobnie zaginionej w niebycie). 
Najbardziej zapadaj:}cy w pami
c tekst? SpoSrOO opisOw 
ej, Pawiej, M.arszalkowskiej, wsi, 
dworOw, rautow, wyScigOw samochodowych, konkurs6w mod)', fet an)'stycznych, wyjazdow na 
narty, oterty sklepow spozywczych, sklepow obuwniczych, rodzajow klatek schodo- 
wych, wind, kuchni, tramwajow - wybierzmy dosadny i lakoniczny, a umieszczony pod 
zdj
ciem ton'lcego w swiadach nocnego No\\'ego Swiatu z konca lat 30. opis 
larii 
Kuncewiczowej: "Reklamy i wystawy. Elektryczne jelenie skaczC} poprzez minuty) zezo- 
wate Chil1cZyki kiwaj.} glowami za szyb'l, bramy kin wytapetowane cialami wampow, la- 
le fryzjerskie w fiolkowych perukach, tureckie pieczywo, buty z krokodylej skory, poda- 


223
>>>
ne na szkJanych swieqcych podstawkach, zywe kobicty w puszystych lisach, w smugach 
perfum i lepszego zycia, samochody tr:}bi:}, z kawiafl11eci muzyka i zapach wanilii, ra- 
dio krzyczy w sod6wce, w skJepie "His master's voice" na srebrzystej plycie kr
ci si
 tan- 
cerka - dusza gramofonu". 
Najbardziej przejmuj:}ca fotografia? 
Zamykaj:}ce tom zdj
cie trzech usmiechni
tych dziewcz'lt w letnich sukienkach, kaz- 
da z pl6ciennym lub slomkowym kapeluszem w dloni, z ufnoSci:} podaj:}cych sobie dlon 
na pozegnanie, na rogu jednej z willowych ulic Warszawy. Data: lipiec 1939 roku. 


M.B. 


Maja i Jan Lozinsc)', Z"vcie codzienne i niecodzienne w przedwojennej Polsce, Proszynski i S-ka, 
Warszawa 1999. 


PRENUMERATA ROCZNA 
krajowa: 30 zl; zagraniczna: 30 $ USA 
cena numeru archiwalnego 7 zl (8 S USA) 
(wraz z kosztami wysylki) 


Wplaty prosimy kierowac na KONTO: 
Wojew6dzki Osrodek Kultury 
PBKS II O/Bydgoszcz 1l001034-902 779-2101-111-0 
"Kwartalnik Artystyczny" 


TYLKO PRENUMERATA 
zapewnia stale otrzymywanie 
KW ARTALNIKA 
IARTI VSTVCZNEGO 


Utworow nie zamowionych redakcja nie odsyla. 


C Copyright by "KWARTALNIK ARTYSTYCZNY. 
KUJAWY I POMORZE", Bydgoszcz 2000. 


Druk: Color Print, Bydgoszcz, tel.: 345-22-35 
Sklad: FUP, Bydgoszcz, tel.: 341-70-08 


224
>>>
Polecamy najnowsze tytuly 


BIBLIOTEKI KWARTALNIKA ARTYSTYCZNEGO 


Seria EMIGRACJA Seria EMIGRACJA 


r-I
 
 
L ... 
r -I 


.. 


\ 
- 

 lr;T
 


Jan.n. "9f.cialk0Wb 
8i{, me! 


RI 


J an Kott: 
Kofcialkowska POSlzllJllje 
sir Jfzykiem czystym 
i wielostru""ym, 
zanurzo"ym c:;nsnml 
JV stal'opo/s:xz:vznf, 
a/e jednoczef"ie 
"iezmit1mie fniez.vm (..) 
Jest z'lIlkomitq pisarkq. 


n 
(Jl r I 
-I :fJ1_ I 

 l" rl 
-:--v 


Grzegorz Musial 


Bo:tenaKdJ 


........ 


'r 
: . 


, 


\i"". fap,lc-w;a Z
h"'" 
8iurlto Konopnicltiej 


z 
'" 
... 
o 


DZIENNIK 
Z IOWA 


NIE JEST 
GOTOWY 


OI'F.N 


Kazimierz Wierzynski: Ryszard Kapuscinski: Z noty edytorskiej: 


Za fwiadectwo prawdy dnia 
codzie""ego, za jej 
zywe, ma/ownicze Kujawy 
pifmiennictwo po/skie bfdzie 
Dani/ewiczowej wdzifczne. 


J]ziennik Z 101M» Opowiada [abu/arne SII."', 
to jcdna z najwazniejsz.vch pisze Jviersze podobne do 
JV naszej /iteraturze rea/istycznych opowiada'i 
ksiqiek 0 Ameryce. cz.v wrfcz powiefci, naJvet 
jej odl'ea/nione poematy 
majq [abularn.", bieg. 


-------------------------------------------------------------------------------- 


Rowniez polecamy wczesniej wydane pozycje: 


proza: Michal Glowinski Czarlle sezony 
Grzegorz Musial Al Fine 
Krzysztof Myszkowski FUlleb,"e 


poezja: Miroslaw Dziell CierpliJVosc 
J aroslaw Klejnocki W drodze do Delft 
Piotr Matywiecki ZJvyczajlla, SY111boliczlla, p,"aJvdziJVa 


--------------------------------------------------------------------------------
>>>
ISSN 1232-2105 


Samuel Beckett 


Nathalie Sarraute 


Marguerite Duras 


Claude Simon 


Robert Pinget 


Alain Robbe-Grillet 


Christian Gailly 


.. 


..
 - 


. 


j . 
l! . 


" 


.. 


Jean Echenoz 


J. 
.. . " 
...,..... . 
. "- 


Jean-Philippe Toussaint 


Eric Chevillard 


Jean Rouaud 


Cena 8 


. 


. 


I 
a 
\ 


. " 


. .
>>>