/Archiwum_002_05_239_0001.djvu

			London 10lh Septem1>er 1967 


Registered at the G. P. O. as a newspaper 


Cena 3.. -9 d. I 
Rok XXII 
LONDYN 


I Dziś 6 stron I 


nr 37 (1119) 
10 września 1967 


Nagroda 


" Wiadomości" 


za 


8 lIpca b r. odbyło Się w Bibliotece 
Polskiej w Londyme, której kierow- 
mctwo uprZejmIe I goścInnie udzielIło 
na ten. cel pięknej salI oZ przyległym 
do mej ogrodem, .zebranie jury na- 
grody "WIadomości" .za najwybItniej- 
szą kSlązkę plsaEza polskIego wyda- 
ną na emIgracji w r. 1966; nagrodę 
tę w. w
SOkOŚCI 100 gWineI ufundowa
1 
syn l <:orkI Adama Ludwika ks. Czar- 
toryskI
go .w trzydziestą rocznacę 
zgonu Ich ojca. 
Jury nagrody wybrane zostało 
w plebiscycie czytelnIków ,WIa- 
domości" (por. rezultaty W nr: 706) 
W następującym składzie: Stani- 

ła
 
alińslci, Fer
ynand Goetel (po 
smlerCI Goetla na jego mIejsce został 
wybrap.y JulIusz Sakowskl), Wl1I.cław 
GrubInska, MIeczysław Grydzewski 
Oskar Halecki, Marian Kukiel Józef 
Lobodowski, Józef .Macklewi
 Cze- 
sław M.iłosz, Zygmunt Nowakowsk. 
(po. śmierci Nowakowskiego na jego 
mIejSCe został wybrany Jan Blelato- 
WICZ, po śmierci Blelatowlcza MIChał 
Chmielowiec), Tadeusz Nowakowski 
Jan Rostworowski, Tymon Terlecki' 
KaZiimierz Wierzyński, Józef WIttlin' 
Miłosz wyboru do jury me przYjął 
(por. "Wiadomości", nr 710). 
W zebraniu wzięło udział 8 człon- 
ków jury: BaLlńskJl, ChmielowIec, 
GrubińskI, Kukiel, Mackiewicz, Rost- 
worowski, Sakowski, Wlel1zyński 
pEzedstawiciel wydawnictwa "WIadO
 
mości" Antom Borman oraz funda- 
torki nagrody panie Elzbieta Zamoy- 
ska .i Jolanta Radziwiłłowa i fundatC'r 
nagTody poetyckiej Jan Badeni. 


Redaktor "Wliadomości" MIeczysław 
GrydzewskJi przesłał z klimki, w któ- 
rej się leczy, następujący list: 


GRYDZEWSKI 


Drodzy Koledzy' Jest mi nie.zmier- 
me przykro ze Z powodów ode mme 
mezaleZll1ych iIlie mogę wziąć udziału 
w dZilsLejszym posiedzeniu jUlTY. Prze- 

yłam zyczenia mteresujących obrad 
1 trafnego wybora najwybitniejszej 
książki. 
Lączę rÓiWlIlleż serdeczne podzięko- 

alllle hOjnym ofIarodawcom za 
Bch dar, który umożliWIł przyznamE' 
nagrody w tym roku. 


BORMAN 


Szanowni państwo! Witam państwa 
w }miemu 
łasnym 
 Grydzewskiego, 
ktory polecIł mI panstwa serdecznie 
pozdr
0'Yić .i zacnych jarorów prze- 
proSIC ze nIe moze w tym roku WZ1ąĆ 
udziału w obradach JUry naszej do- 
rocznej nag1rody. 
Pragnę rówmez najserdecznJej po- 
dziękować łaskawym panIOm za ufun- 
dowanie tego.rocznej nagrody .za naj- 
wybltmejSzą kSlązkę r. 1966 Olaz p. 
Badememu .za nagrodę poetycką. 
Na zakończenie tego przydługiego 
przemówtema pragnę jeszcze najmoc- 
mej przeprosić czcIgodnych jurOlOW 
za zawód, Jaki .ich dZIŚ spotkał, ze 
z powodu choroby Glydzewsklego me 
będzIemy Ich dZIś podejmowali tra- 
dycyjnym obIadem. Przy.rzekam ze 
ten zawód 1m powetujemy w przy- 
szłym roku podwójną uc,7Jtą na In- 
tenCje ozdrolWiałego Grydza, który, 
mam nadzieję, wezmle równIeż udział 
w obradach. 
Pana gen. Kuklela poproszę o ła- 
skawe objęcie przewodmctwa dZISIej- 
szym obIadom. 


Kl'KIEL 


Ze swej strony muszę powied7Jleć 
ze czajemy Się tutaj bardzo osamot- 
nIeni skoro nie ma tego, który był 

uszą tej instytucJI - jaką jest to 
jury od tylu lat - l był przeclez na- 
szym ustawodawcą a oktrojował nam 
naszą konstytucję, a nawet niestety 
niebywale zawiłą ordynację wybol- 
czą, które to okolIczności sprawIają 
ze jako pełmący funkcję przewodni- 
czącego ze starszeństwa, ale z po- 
wodu tegoz starszeństwa coraz bar- 
dziej niedomagający na słuchu, będę 
zmuszony ubłagać kolegę Sakowskle- 
go, aby tej wyborczej CZ
ŚCI naszego 
posledzema przewodniczył i pokiero- 
wał funkcją całego skomplIkowanego 
aparatu. 
Za!lJlm jednak przystąpImy do wła- 
śCIwych obrad, chcIałbym powIedzIeć 

lka słów o tym, którego imienIem 
jest nazwana nagroda tegoroczna. 
MIałem go zaszczyt znać, pracowae 
w instytucji do niego należącej, 
Współplacować w WIelu Ezeczach 
przez wiele Jat i byłem przed 30 la- 
ty śW.Iadklem składama jego zwłok 
w rodzinnych grobach w Sieniawle. 
Książę Adam Ludwik CzartorylOki, 
OIg1lerdowicz, był zarazem prawnu- 
kiem króla Ludwika FilIpa, spoklew- 
monym z wieloma domami panują- 
cymi ,i wieloma dynastiamI "des rOIS 
en eXIl" :i reprezentował tl:adYCję 
iktóra skończyła się gwałtownie w 0- 
ikresie pIerwszej wojny śWIatowej, 
tradycję EOlropy jeszcze przeważme 
monarchIcznej. Sam brał odpowIe- 
dZIalność za swe bardzo daże mIenie 
z rodzinnym dziedzIctwem .i tytuł nie- 
wątpliwy do zabranych niegdyś przez 
l1ząd carski Puław; był jeszcze jed- 
nym z wielkich panów, ale przede 
WszystkIm sługą SWOjego kraju, słu- 
gą pełnym zaparcia się sIebie w speł- 
niamu swoich obowiązków. To mie- 
nie, które było Jego udzIałem, słu- 
żyło tak, że jedna ol'dynacja, siemaw- 
ska, utrzY1mywała, a me był to ma- 
ły koszt, Muzeum ks. Czartoryskich; 
druga ordynacja, gołuchowska, która 
Poźniej mu przypadła, utr.zymywała 
l'l1I1ą instytucJę: Muzeum Gołuchow- 
skie. Inne majątki ilaź były ObCIąŻO- 
ne dziełami dobroczynnymI: szkoły, 
ochronki, kościoły, kaplice, a wśród 
koścIołów, o czym niewielu WIe, 
Przyłozył się do powstania polskiego 
kościoła tu na Devomi. 
Z posiadaniem Hótel Lambert łą- 
C,zyła się opieka nad Adampolem, nad 
Zakładem św. Kazimierza, a do pew- 
łlego czasu tytuł własności BIblioteki 
PolskIej. Ogrom obowiązków. Przy 
tym nIesłychana skromność. Tytułów 
nie przyjmował od zaborców i umkał 
wszelkJiego od nich uzależnienia sie- 
bie i swego nazw.iska. Służył z za- 
parciem się siebie w Czerwonym 
Krzyżu w czasie pierwszej wojny, 
służył później jak mógł powstałej 
Rzeczypospolitej, zarówno jako czło- 


TYGODNIK 




<1a
cj
 i d administracja: 67 Great Russell 
ree , n on, W.C.l, tel. CHA 3644. - Pre- 
numerata kwartalna 35s w Sta h Z 
noczonych i Kanadzie $5.25, w Be

 250Jf
- 
belg., we Frl;łncjl 24 fr., w Niemczech 21 DM' 
Vj SzWajCarll 24 fr. szw., we Włoszech 29
 
hrow, yv Innych krajach rownowartość $525 
- 
m!ana adresu ls. - Czeki należ 
 
 
stawlac na "Wiadomości". - Ogłoszeni
' a
- 
mlmstracja "WIadomości". Cena za l cal x 
l szpalta 30s. 


najwybitniejszą książkę pisarza polskiego wydaną na emigracji w r. 1966 
Laureatka: BARBARA TOPORSKA 


PRZEBIEG 


OBRAD 


JURY 


BAUŃSKI 
Dwie dłuższe opowieści Marka Hła- 
SkI - "Nawrócony w Jaffie" i Opo- 
wiem wam o Esther" - które"zgła- 

zam do nagrody "WiadomoścI" za 
najlepszą książkę pIsarza emIgra- 
cyjnego za r. 1966, odznaczają Się 
mocnym l energicznym, nieraz dra- 
pIeżnym, a nawet wulgarnym stylem 
Plsar:Skl!ll' NIe jest to styl, który mi 
specJalme odpowiada. Ałe na tle dzI- 
SIeJszej polskiej produkcji powIeścio- 
wej,. nasyC{).nej barokiem lIterackIm 
l, .mewlar

odną wprost egotycz-TIO- 
SOlą (lubosc, z Jaką t.zw. nowocześni 
pis,arze m,
wią o so
ie l analIzują 
kazdy sWOJ odrolch Jest zjawiskiem 
zdumiewającym!), Hłasko wnOSI do 
IItera.tury,. nawet w swoich słabszych 
opowJadamach, oddech bezpośredmo- 
ŚCI, siły i odwagi. 
Odwaga Marka Hłaski nie wymka 
jak u iiIlnych modernistów, z mozol
 
nego wyszukiwanIa Jalciejś nowości 
efektu lab sł?wa, które by szoko
 
wały czytelnIka (choć właściwIe 
współozesny czytelnik stał SIę JUż cał- 
kOWllcle meczuły na wszelkie ,szoki" 
nowoczesnej sztuki), ale wy
iika z 
charakteru .i talentu samego pisarza 
ze sw?istego wyboru. jego Pl1zeŻYĆ i 
reakcja na te przeŻYCIa. 
Wspomnę o jeszcze jednym ważkim 
atucie pisarstwa Marka Hłaski. Hła- 
sko Jest pisarzem, ujawniającym 
WCiąŻ w swoich książkach przeróżne 
mozliwości na ,przyszłość. Gdy się czy- 
t
 utwory wIększości współczesnych 
pisal1ZY, to po przeczytamu Jednej 
książki ma .się wrażenie - i wraże- 
me to Jest przeważme słuszne - że 
z góry można przewidzieć w jakIm 
rodzaju i na jakle tematy będą ci 
pIsarze dalej pisae. O .Marku Hłasce 
tego powiedzIeć nie można. W jego 
kSIążkach wieje wiatr l'OzlIcznych 
mozliwoścl, nieoczekiwanych porny- 
naglO- słów 1 reakcji l1a to, co go otacza. 
W iksiązkach Hłaski dyszy zawsze 
oddech, niespokojny, oddech niespo- 
dZianki!... To stanowi Ich atrakcję. 
Czytam zawsze ksIążki Hłaski jed- 
nym tchem, a tak SIę powinno zaw- 
sze czytać powieści. NIestety, tego 
o wielOJ współczesnych pow:Jeściach i 
powIeściowych dZIennikach powIe- 
dzieć nie jestem w stanie. 
.. .. .. 
Na drugim miejscu - postawiłem, 
.z mokiem napIsaną, książkę Wiesła- 
wa A Lasocklego p t. "Zwierzęta i 
żołmerze". 
I znowu kSIążka, której temat jest 
mi w tej chwiLi raczej daleki. Wy- 
znaJę że z coraz większym wysiłkiem 
oprzedzieram się przez iksiążki na te- 
maty wojenne. 
Książka Lasockiego ma w sobie od- 
dech humanitarny - w renesanso- 
wym tego słowa znaczeniu. MImo gro- 
zy wojny i jej następstw - autor 
wydobył .ze swych przeżyć wiele tkli- 
wych, serdecznych wspomnień, a 
wspomniema te dotyczyły .zwierząt, 
jaJcie na1potY1kał podczas zaw
ruchy 
wojennej, "Psychiczna uroda zwie- 
rząt" - takI podtytuł chCIałoby się 
dać tej ślIczme napisanej książce, za 
którą jestem wdzięczny autorowi. Pa- 
miętnik Jego zbliżył mnie - w ok- 
rutnym Ś!Wlec1e łudzi - do SiZlachet- 
nego świata zwierząt, o którym pod- 
czas wojny - jakze niesłusznie - 
7'n.(}mnIałem. 
. . . 
Trzecia ikslązka, którą pr.zedsta- 
Wilam do emigracyjnej nagrody "Wia- 
domości", to dzieło Zygmunta Nagór- 
skiego p.t. "Wojna w Londynie". Jest 
!-<' l1?ądrze napisany, poważny, solidny 
1 Wlerme odtwarzający prawdę pa- 
miętmk Josów i działan emigracji 
polskiej w Anghi w ,latach 1940-ch. 
JeślI w Kraju ukazują się z rzadka 
wydawnict
.a czr. arty
uły na tema- 
ty emlgracJ
 polItycznej, są przeważ- 
nie IzatTuwane fałszem i tendencYJ- 
nOŚCIą. Dlatego też każda pozycja z 
tej dziedziny, OJtrzY1mana w duchu 
prawdy, dokładności i obiektywizmu, 
staje się waznym przyczynkiem hi- 
storycznym. To sprawia że książka 
Nagórsklego zasługuje na odznacze- 
nie, na wyróżnienie, 


nek polskiej misji wojskowej l jako 
prezes naszego komItetu plebu;,:yto- 
wego na Mazurach Przyszła wolna 
Pols,ka. W 1?tosunku do niej mógł 
mlec pretensję o Puławy zagrabione 
nIeg1dyś - toć tyle ludzI prawowało 
SIę oZ Polską o rózne utracone w po- 

stamach majątkI. Ks. Adam chciał, 
zeby - skoro Puławy są siedzibą In- 
stytutu Rolniczego l SkOlO majątek 
temu służy - znalazła g,ię na daw- 
nym pałacu z powrotem Pogoń Czar- 
toryskich 11 napis ,;imienIa Czartory- 
skICh". Te
 me uzyskał. A herby 
Czar
rysklch zmknęły właśme za 
rządow polskIch. 7..alu o to w iSoercu 
me mIał. I byłem wielokrotnie śWlad- 

Iem Jego stosunku do spraw pub- 
lIcznych, stosunku pełnego zlozumie- 
ma dla róznych ludzI, dla róznych 
poglądów.- bardzo humamtarnego 
l og
'Omme ,humanistycznego, jego 
wllelkleJ llUłOSCI dla pEzeszłoścl Jego 
wielkIej miłości dla dorobku k
ltury 
polskiej i obcej. 
W Paryzu oCzywiścIe czuł SIę tak 
samo jak w WarszawIe, tak samo jak 
w KrakowIe. I przemknięte było jego 

YClł: - tak. samo J
k Jego ś.p. mał- 
ZOnkl - mIłosIerdzIem chrześcIJań- 
skim, posuwającym Się niemal do ab- 
negaCji w stosunku do siebie, do 0- 
szczędzał:ł'ia na sobIe ponad to co wy- 
dawało SIę dopus.zczalnym, do poŚWlę- 
cema . prawdziwie 
ranclszkańskIego. 
G.hclałbym, azebysmy przypomnIeli 
sobie zatem, pod CZYIm imieniem ma- 
ją SIę toczyć nasze dzisiejsze obrady. 
Ufandowały tegoroczną nagrodę 
córkI kSIęcia Adama Ludwika, z któ- 
rych są wśród nas panie !za Zamoy- 
ska i Jolanta Radziwiłłowa, wraz z 
Jedynym zyjącym jego synem, Wła- 
dy:sławem Należy się .Im za to szcze- 
la wdzlęczno,;e. 


ŻYCZENIA 
DLA GRYDZEWSKIEGO 


N 
 wniosek przewodniczącego ze- 
branI uc!lwahLi wysłanie następującej 
depeszy do redaktora "WIadomości" 
MIeczysława G rydzewskiego. 
"DrogIemu nam wszystkim Mle- 
c
ysławowI GrydzewskIemu, l1iezastą- 
pIOnemu amfitrIonowi naszych do- 
r!?cznych zebrań, z życzemami szyb- 
kiego powrotu do redakcji i do "aka- 
demll Grydzewskiego". 


KANDYDATURY 


Członkowie Jury zgłosilI do 
dy następujące kSIążki: 
Stanisław Bałiński: l) "NawrócO'l1Y 
w Jaffle" Ma'l'ka HłaskI, 2) "Zwle- 
IZęta l zołmelze" WIesława Lasockle- 
Iklego, 3) "Wojna w Londynie" Zyg- 
munta Nagórskiego. 
Michał Chmielowiec: l) "D.ziennak 
1961-1966" WItolda Gombrowicza, 2) 
I 3) (ex aequo): "Siostry" Barbary 
Toporsklej l "KrótkI żywot bohatera 
pozytywnego" PIOtra Guzego. 
Wacław Grubiński: l) "Czas prze- 
szły dokonany" Adama PragIera, 2) 
"Krótki żywot bohatera pozytywne- 
go" Guzego, 3) "Bomby l myszy" 
MBny TomkiewlCz. 
Oskar Halecki: l) "Materiały hi- 
storyczne" Kazimierza Sosnkowskle- 
go, 2) "Dialogi oZ Sowietami" Stani- 
sława Vmcenza, 3) "Patrząc wstecz" 
Ferdynanda Goetla. 
Marian Kukiel: l) "Krótki żywot 
bohatera pozytywnego" Guzego, 2) 
"Czas przeszły dokonalIlY" Pragliera, 
3) "Chleb" Teorlozji IJislewicz. 
Józef Lobodowski: "Kirótki żywot 
bohatera pozytywnego" Guzego. 
Józef Mackiewicz: "Czas pr.zeszły 
dokonany" Pragi era. 
Tadeusz Nowakowski: "Krótki ży- 
wot bohatera pozytywnego" Guz.ego. 
Jan Rostworowski: l) "Siostry" 
Toporskiej, 2) ,,.sen Cytadela Gaj" 
Adama Czerniawskiego. 
Juliusz Sakowski: l) "KolorowI lu- 
dzie" ZdzIsława Czermańskiego, 2) 
"Siostry" Toporskiej, 3) "Krótki ży- 
wot bohatera pozytywnego" Guzego. 
Tymon Terlecki: l) "Godzma dzi- 
kieJ kaCZkI" Aleksandra Janty, 2) 
"Czarna koronka" MarIana Czuch- 
nowskiego, 3) "Siostry" Toporskiej. 
Kazimierz Wierzyński: "Krótki ży- 
wot bohatera pozytywnego" Guzego. 
Józef Wittlin: l) "Krótki żywot 
bohatera pozytywnego" Guzego, 2) 
"Rosa MystIca" Zbigniewa Grabow- 
skJiego, 3) "Przy granicy" Pawła Ly- 
ska. 


* 
Trzech nieobecnych jurorów prze- 
słało następujące listy. 


HALECKI 


Dziękując bardzo za zaproszenie na 
doroczne zeooanie jury nagrody 
"WIadomości", muszę l1iestety znowu 
zawiadomić że moja obecność będzIe 
nIemożlIwa. W ogóle mOlsmłem .za- 
niechać wszelkich podróży. 
Przede wszystkim p;roszę o słówko 
wiadomości, jaki jest stan zdrowia p. 
redaktola Grydzewskiego. Niepokoi 
mme brak jego -podpisu na zaprosze- 
niu. życzę gorąco, aby wrócił Jak naj- 
szybciej i naj zupełniej do dawnych 
sił i do działalności, która zawsze 
wzbudzała ogólny podziw. 


NOW AKOWSKI 


żałuję że mnie n.ie ma w Londy- 
nie. Duch ochoczy, ale ciało mdłe. 
Nieobecni l1ie mają głosu, a tym 
bardziej nie powinnI agitować na 
rzecz swoich kandydatów. Mój kan- 
dydat, na srzczęście, reklamy nie po- 
trzebuJe! 
Pl1zesądm, przywiązujący wagę do 
argumentacji w dyskusjach lIterac- 
kich, zechcą łaskawie wysłuchać prze- 
mówienia KazImierza WlelZyńskiego. 
Verba verltatls, panie K
Im.ierzu! 
Nie WIem jeszcze co Pan powIe, ale 
to kwestia zaufanIa i dobrych prze- 
czuć! 


TERLECKI 
. D,!iękuję za zaproszeme na zebra- 
me Jury nagrody "WiadomośCI". Nae- 
stet.y ze względów na t.zw. wyzszą 
kom.eeZlllość zostajemy tego lata w 
Stanach, me mogę WIęc skor.zystae z 
zaprosze!1 Ia . Oczywiście będę obeCll1Y 
duchem l będę wam wszystkIm towa- 
rzyszył najlepszymI życzeniami. 
* 
Po .odczytaniu .powyższych listów 
obecl1l. na zebramu członkowie j :JJry 
1lIab.rab głos w porządku alfabetycz- 
nym swoich nazwisk. 


CHMIELOWIEC 


Pozwolę sobie przypomnieć kandy- 
datury, które wysunąłem do nagrody 
i które były JUŻ o
łoszone w "Wia- 
domościach". Na pIerwszym miejscu 
'POstawIłem, podobme jak w zeszłym 
rok!! - tak -że wchodzi to juz w tra- 
dycJę - książkę Wdtolda Gombrowi- 
cza,. śCIślej mÓWIąc: trzec[ tom jego 
"DzIennika". Nie jest on właściwie 
książką, bo dopIero razem z "Operet- 
ką" składa się na książk
, ale "Ope- 
retkę" ŚWIadomIe wyłączam dlatego 
że to według mnie jest jak gdyby lib- 
retto, które ocenić można dopiero na 
scenie. ALe "Dziennik" jest moją 
pIerwSZą kandydaturą. 
JeżeLI l w zeszłym roku i w tym 
roku na pierwszym miejsc:! wymie- 
nIam Gombrowicza, to dlatego że 
twórczość jego najlepiej zaspoka- 
ja te wymagania, które stawiam li- 
teraturze. To jest książka, która naj- 
bardziej skłama do snucIa własnych 
myśli, do sprzeczania się z autorem, 
do rewidOlWania swoich poglądów pod 
wpływem tego co on mówi, To jest 
Ikslązka, która - bez przesady - za- 
wiera filozofię autora, powiedziałbym 
nawet: sys-tem filozoficzny, któremu 


Barbara Toporska 


czujemy. potrzebę. przeciws
wić się, 
a 
 kazd3:m raZIe w zetkmęch SIę 
z mm s
oj.e wł
sne poglądy pogłębić 
czy WYClenlowac. 
Bardzo często joa,ko komplement pod 
adresem. książk.i mÓWI się ze "me 
mozna Się od mej odelwać". "Dzlen- 
I1Lk" Gombrowicza Jest dla mnie 

sIążką, od której trzeba, d należy 
l człowiek musi się ciągle odrywaĆ 
właśnie po to, ażeby się zastanowIĆ 
- co sam 1!1yślI na dany temat, tak 
paradoksalme, przekorme, a często 
tak 
łęboko poruszony pEZez Gom- 
,browlcza. 
Bardzo trudno mi się było zdecydo- 
wa
 co d? m:ejsca dr.uglego I trzeciego 
- l własclwle do tej pory nie Jestem 
zdecy
o
any. Wysunąłem tutaj dwie 
pOWlesCl - bardzo różne, obie bardzo 
wybl tne, bardzo do siebie niepodobne 
chociaż łączą je pewne fakty. Jed
 
nym z tych faktów, ciekawym, jest 
że ] "Siostry" pam Barbary Topor- 
sklej i "Krótki zywot bohatela pozy- 
tywnego" PIOtra Guzego to są w 
swoim rodzaju debiuty pisarzy bar- 
dzo JUŻ wprawnych ,i doswiadczonych 
'W innych dziedzinach, t-ktÓEZY teraz 
po r8.z pierwszy weszlI na teren pro- 
zy powieściowej, i to wes...l1 - mOIm 
zdaniem - bardzo pewnym kIokiem. 
Przede wszystkim dalI nam rzecz, 

tóra się stała d...isiaj rzadkością w 
IIteratur.ze zarówno w kraju jak i na 
emIgraCJI: dalI nam wybitne powieści 
ws,półczesne, dziejące się dz.isiaj, po- 
WIeŚCI nie uCiekające od bolesnych, 
trudl1ych, draż.liwych, nawet wstydli- 
wych plObiernów naszej teraźmejszo- 
ŚCI. Jeśli miaŁbym już swoje sympa- 
tie wyrazie, to raczej skłamałbym się 
ku wyrÓ7,nieniu kSIążki pani Topor- 
skiej. Dlatego że obraz tej naszej dzi- 
siejszeJ rzeczywistości u mej jest - 
według mme - rozleglejszy li bar- 
dziej zrównoważony. Guzy s.kOlplł się 
- powiedzIałbym' moze z wIększą na- 
wet mocą niż Toporska - na jednym, 
bardzo ponWl'ym odcmku. U Topor- 
skiej są i mroki, ale Jest i śWIatło 
dzienne, jest tu słońce, które ośwD.eca 
złych I dobrych, albo powIedziałbym 
może - am złych ani dobrych, dla- 
tego że Toporska nie przyjmuje tych 
podziałów: wszyscy jesteśmy właści- 
wie pl1zeciętni - .ani źli ani dobrz¥. 
Nie Wiem, może to Jest mÓJ optymI- 
stycZiIlY temperament, a może mOJe 
poczucie równowagi - że ksiązka 
Guzego jest jednak dla mme tylko 
reflektorem, bardzo mocnym, ale w 
zupełnych mrokach nocy I skierowa- 
nym na jeden tylko odcinek. 
Ogólnie jeszcze chCIałbym powie- 
dzieć, że g'dy rozważałem wszystkie 
kandydatUlY, wszystkie wY$unięte do 
nagrody książkI, ogłoszone w zesdym 
roku - uderzyło mnie że to był rok 
wyjątkowo bogaty, nikt go me moze 
nazwać chudym. Zaryzykowałbym na- 
wet .twIerdzenie, że w tym roku było 
moze 10 kSiążek, które gdyby wyszły 
w Innych latach, .zasługiwałyby bar- 
"ziej na nagrodę mż książki wowczas 
wyróżmone. Może to szczęśliwy przy- 
padek że był to rok 'lllillennijny? NIe 
będę wymieniał .ich wszystkich, ale 
proszę mi pozwolić wymiellllć trzy, 
które mi było najtrudmej wyeUm.im- 
wać z mOjej troJki. Te trzy ksiązki 
to: Zdzisława Czermańskiego "Kolo- 
rOlWi ludzie", Adama Pragiera "Czas 
przeszły dokonany" i Wita Tarnaw- 
skiiego "MóJ oJciec'. 


GRUBIŃSKI 


Kiedy w nr. 1106 "WiadomoścI" 
przeczytałem, 'kogo moi szanowni ko- 
Jedzy v: jury oproponują do nagrody, 
oprzelecIało mi przez głow
 że obrady 
nasze w tym roku będą właściwie 
jakby. zbY1teczne, bo jaż same te pro- 
pozycJe, podane przez "Wiadomosci", 
stanowią głosowanie, w którym ab- 
solutną większość otrzymał Piotr Gu- 
'LY Otrz
m
ł 8 g10sów :za ULWO\" J;.t. 
"KrótkI żywot bohatera pozytywne- 
go". DrugIe miejsce (4 głosy) zajęła 
śW1ietna pisarka, pani Barbara Topor- 
ska, .za. powieść p.t. "Siostry". Na 
rt;rzecim miejscu znalazł SIę prof. A- 
dam PragIer, autor ogromnego tomu 
pamiętnikarskiego p.t. "Czas przeszły 
dokonany" (3 głosy). Poza tym wy- 
sumęto 14 kandydatów (czyli 'Po jed- 
nym głosie każdy), zaczynając od p. 
GombrO'Wlcza, kończąc na p Lysku. 
'l'akiego bogactwa kandydatów do na- 
grody literackiej nie wysuwał, o Ile 
się nie mylę, żaden zespół jurorowski 
za mojego życia. świadczy to chyba 
niewątplIWIe o dwóch wybitnych 'Lja- 
WIskach: że nie brak nam talentów 
pisarskich, i że jury "WIadomości" 
składa się z 'krytY1ków wrażlIwych a 
czujnych. 
Z punktu widzenia formalnego czyli 
statutowego, a WIęc obowiązującego, 
nagrodę przyznajemy dopiero po de- 
batach (nieraz dośe długjch) i przez 
głosowanie eliminacyjne. Czeka nas 
tedy wieczó.r niezwykle urozmaicony' 
siedemnaście przemówień, gdyby j:1ry 
stawiło się w komplecie, co, niestety, 
nigdy się nie zdarza. 
Moimi kandydatam
 są: prof. Pra- 


gier, PIOtr Guzy i Mllla Tomklewlcz. 
Na plerwszy.m mIeJSCU postawiłbym 
"Czas przeszły dokonany", pomewaz 
Jego znaczeme jest według mnie tro- 
jakie: lIterackIe, historyczne i polI- 
tyczne: potoczysta narraCja lite
acka, 
ŚWIadectwo historyczne i analiza po- 
lItyczna. "Czas przeszły dokonany" 
czyta Się z tym większym zaIntere- 
sowamem że wszyscy ten czas zna- 
my .z osobistego doświadczenia - 
przynajmniej my, panowIe starsi. Z 
tego powodu nie potrzebuję się roz- 
wodzić nad tą mepospolItą kSIęgą 
bystrego obserwatora, p.rzemklIwego 
dZIałacza s-połecznego, posła na sejm 
I mJiniSltra. Powiem krótko że głosuję 
na "Czas przeszły dokonany" jako na 
dZIełO o trwałej wartoścI lIterackiej 
. i niezbędne w biblIotece kazdego kul- 
turalnego Polaka. 
A teraz Guzy. 
Z literackiego punktu widzenia - 
a te
 
łaśme pUlllkit jet dla nas. naj- 
wazmeJszy, kSlązka p.t. "KrotkI ży- 
wot bohatera pozytywnego" nalezy do 
naJśw.ietniejszych manifestacji pI!;!ar- 
SkICh nie tylko ostatniego roku. Z hi- 
stolycznego 'Punktu widzenia jest to 
dokument bolesny, świadectwo naj- 
czarniejszych plzeżyć, Jakie nam wy- 
padło plzetrwać w naszych niełat- 
wych pelegrynacjach narodowych. 
Istmeje w języku rosyjskim powie- 
dzenie ludowe, które brzmJ w orygi- 
nale: "Nllet toj stupIeni, niże kotoroj 
nie moh by !past' czełowlek". Po pol- 
sku by to brzmiało: ,;Podłość hd
a 
nie ma granic". ,O tej straSzliwej 
zdolności staczania Się serc ludzkIch 
w bezdeń ciemmejszą mż ciemność, 
dał wstrząsającą powieść PIOtr Guzy. 
PowiedzIałem "poWlieść", mógłbym 
})na lecz pralWdz.iwa, poSLada tym 
wIększą wa!-"tość. !"I0żna się zgadzać 
z poglądamI Prag.Iera lub nie' ja w 
wielu wypadkach się nie zgad:dun. Co 
Jednak mnie. <,Jsobiście w jego książ- 
ce .najbardzlej porywa, to przywró- 
ceme normalnych kJryteriów w ocenie 
O,p.lsywanej przez nIego prawdy histo- 
rycznej. Ta mezaciesniona do współ- 
cz
snych wymagań szero.kość myśli, 
Ikto
ą odczuwa się również w ściśle 
subiektywnym stosunku autora do 
rzeczy widzIanych, przezywanych, do- 
konanych. Szerokosć, która wyłącza 
płaską Jednostronnośe, wpływa, być 
'moze, decydująco na ciekawość z ja- 
ką pochłallla SIę to dZIeło. Nie ma 

 n!m klęPUjąC«;go schlebiania panu- 
Jącej m
dzle, clema podskakierstwa 
do obowiązujących na dZień dzisiej- 
szy poglądów. Natomiast jest dużo, - 
mImo SiOcjabzmu autora, - dużo cie- 
nIa .tego "wśteczmctwa" (w cudzy- 
słowie), który pada od wielkich t.ra- 
dycji obiektYWizmu z okresu przed- 
l ewolucYJnego. 
Juliusz Sakowski napisał w Wia- 
d
mościach" 
oskonałą o książc
' Pra- 
glera recenzję. W tej chw.i1I nie ma 
tu, OCZYWIśCie, czasu na drugą recen- 
Zję ChcIałbym ,podkreślić że książka 
Praglt'ra wydaje mi się nje tylko naj- 
lepszą ksiązką ubIegłego roku ale 
może. n
jważmejSiZą książką ubiegłego 
dZiesIęcIOlecIa. 
Stąd powstało we mnie naplawdę 
głębokie pr.zekonanie, do którego SIę 
z całą otwartością przy:znaję, że kan- 
dydatura Pragiera jest w bieżącym 
Jury ka!!dydatarą w ,istocIe bezkon- 
kurenCyjną. B.yłem więc zaskoczony 

o przeczytalllu w "Wiadomościach" 
lIsty zgłoszeń, i po teraz tu wypo- 
"\\ ledzi
nych opiniach, ogromną prze- 
wagI! .Innego kandydata, mianowiCIe 
kSlązkl Guzego "Krótki żywot boha- 
tera. pozytywne
::. POnieważ Jest 
własme "dysk
sJa . nad zgłoszonymi 
kandydaturamI, a me wyobrażam jej 
sobIe 
nac!,-eJ jak w mekrępowanej 
WYPOWiedzI własnego zdam a, pozwa- 
la!!1 sobie z ,tego skorzystać. I proszę 
mI wybaczyc ze to mOje zdanie znacz- 
nie odbIega od wypowledziianych już 
tu oplnn co do kSiążki Guzego. 
"Krótki żywot bohatera pozytyw- 
nego" jest tytułem ironicznym. Cho- 
dZI tu w rzeczywistości o przedsta- 
wieme bohatera "negatywnego". Otóż 
to pr
edst!lwl:en1e w kSllążce Guzego 
wydaje mi Się typowym produktem 
tego co.faiIlia literackich wartości, któ- 
Ie nam narzucIł komunistyczny soc- 
realizm, a zapozyczył później naro- 
dowy pol-leaILzm. Wzór ten, Jak wia- 
domo, wymaga aby bohater pozytyw- 
ny w każdym wypadku okazał się 
"ty
" d
atnim,. natomi:l;st prze- 
cIwnIk, wrog, a WIęC postac z góry 
negatywna, nie tylko "typem" ujem- 
nym, ale czarnym jak noc. To .znaczy 
me tylko pod względem ideowo-poli- 
tycznym, ale pod każdym innym. Zły, 
odrażający, plugawy. W istocie tego 
.rodzaju "realizmy" nIe stanoWIą nic 
tak bardzo nowego. Znaliśmy je zaw- 
sze z pewnego rodzaju konwencji. pie- 
lęgnowanych zwłaszcza w charakte- 
rystycznych sprawozdaniach gazeto- 
wych, gdzie przemówienie gene.rała 
mu.siało być "kEzepiące serca", kaza- 
nie biskupa "podniosłe", natomiast 
uśmi.ech zbrodniarza na ławie oskar- 
żonych obowiązkowo "obleśny". Ko- 
munIzm wprowadził je tylko do god- 
!!ości lIteratury, i kazał z podobnych 
mf
tYlnych k
n
enc
,i twor,zye "rea- 
'l
zm , kaz
ł pI8aC kSIążkI trzymając 
SIlę gotowej sztancy. Juz taki Bertolt 
Brecht w SWOIm "Drei Groschen Ro- 
man" Pl"zedstawia nam np. wyższego 
urzędnika admiralicji brytyjskiej, 
.który me dość że kradnie, bierze ła- 
pówki, wysyła żołnierzy do Afryki 
w dziurawych okrętach, ale przy 0- 
'kazji i sprzedaje własną ŻOiIlę, i ma 
CLałO gąbczaste, i śmielrlzi sam i t.d. 
i t.d. 
Weźmy wielkiego twóreę "odwilży" 
sowieckIej, IlIę Erenburga. Jego po- 
stacie zachodnioeuropejskich burżu- 
jów w "Upadku Paryża", albo w po- 
'WIeści "Burja", mają oblicze bardziej 
przypominające świński ryj niż twarz 
ludzką. Słowem, powiedziałbym: 
"spłasznoj" kicz. Później 'Przychodzi 
woj.na i z kolei mamy Niemców, jak 



..F.a gdz weJewa 
 jego "Młodej Gwar- 
LI , le taki Niemiec nosi pod ko- 
SiZul.ą .zra
owane w SoWIetach zegarki 
ł k bIZU
el1lę, boI się .zdjąć żeby me 
u ,radlI, WIęc przez rok SI
 lJloie m e 
l s!IUerdm )UZ z daleka jak zarai
; 
a J
yną. jego rozrywką jest poka- 
zywac dZleckOJ cukIerek, a gdy ono 
de WY I C,I k ąg
 .rączkę, to samemu oZjadac 
e tUJąc Się płac.zem dzieckia ' 
. Tego rodzaja wzór, niestety: prze- 
Jęty zo
tał z Ip"ubsza przez rodzImy 
pol-realIzm. NIe będę tu przytacz ł 
1ICznych p
zykładów. Ogramczę SIę do 
zac.ytowanla 
S?tnIO wydanej na 
emIgraCji powIescI, w kto rej to me- 


I Kurt Gnelsen zwykł był pmy 
swa
tle gwIazd W letnIe wieczory ma- 

zyc o zbombardowaniu Wa.rs.z.awy 
l... cY
Uję: ,!rozkosz.ny dreszcz pr.ze
 
mka w jego ciało na myśl Jak będą 
pę
a.c 
szkl, łamaą się przetrącone 
kosCil. l" mokra l1?-iazga wytryska z 
gru-zow ..'. A ze jeszcze me jest tak 
daleko, WIęc na razie spaceruje o 
ulIca,ch I sta!-"a SIę możlIw.ie gę
o 
opluc chodnIki Warszawy 
. Proszę państwa, pr.zed
tawienie w 
lIteraturze .t.zw. "t)"pOwych" rzeczy 
wypranych. Z. c.ec
 prawdy i żywego 
it°w-Ieka JezelI me jest zwyczajnym 
Iczem, to co najmniej nazywa Się 
przedstaWIen!
 papierowym. Każda 
Jednostronnosc musi być zawsze pła- 
ska. Na to !!ie ma rady. Mnie SIę 

ka pb
skojednostronna literatura 
nie wydaje g
 n
gradzania. 
Bohaterem kSIążkI Gu
ego me jest 
tym razem burzuj zachodnIoeuropej- 
SkI, ani S,S.-Mann ;nIemiecki tylko 
z kolei f
nkcjonariOlsz Bezpieki. Ale 
przedstawiony według wspomnianego 
typow.ego wzoru. Nie człowiek al
 
ika.tarynka obrzydlIwości. NIe odbiega 
tez od" tego w
oru Jej pseudogrote- 
skowosc. NatomIast dwie rzeczy mają 
o
 tego wzoru rzekomo odcinać. 
Plerw.sza, to m
szoplkowanie książki 
sło.wmctwem wyjątkowo wulgarnym, 
Ik
ore Teodozja LI.slewlcz słuSiZme po- 
rownuJe 
o obormka. Bez żadnego u- 
zasadmema takiego wł"śn.ie słownic- 
twa. 
bsolutlLle bez koniecznoś.ci dla 
oddama autentycznego rzekomo ob- 
razu Tak 50ble tylko. żeby było ponu- 
rzej. Dl uga rzecz, to forma mająca 
praw
opodobme nadać kSiążce charak- 
ter nlE

ał eks
Iymentu awangardo- 
wego: jest bOWIem od począ.tku do 
konca napIsana bez jednego akapitu 
To ma. ł>.Yc n
we i modne. Są już te
 
l1aZ kSlązkl pisane nawet bez .znaków 
p
zestankowych. Na szczęŚCJ.e me wy_ 
rozma!1e jeszcze za to nagrodami lI- 
terackimi. 


ROSTWOROWSKI 


Gdyby ręka t.zw. dziejow ciskała 
nas.po rozległych obszarach własnego 
kraju" a me - co jest specjalnoścIą 
Pol
kow - WYCIerała nami cad ze ką- 
ty I gdyby tą ręką była WOjna o 
ulządzeme domu, a rIle - co est 
specjalnością polakow - bój o jod- 
zyskame kraju przez ;prowadzenie 
WOjen zagramcznych, słowem, gdyby 
nasz ,lo
 był mlLlej polski, a bardziej 
,rosYJskI, "SIOStry" Barbary To or- 
sklej, byłyby JeSZCze blIżej spokiew- 
mone z "Doktorem ŻIWagO" niż s 
Zanll:l;st kuzynostwa mówiłoby SIę 
 
rodzens tWle. 
Ale i tak podobIeństw widzę tu bar- 
dzo wIeIł:: \kataklIzmy ktore wysa- 
dZiły z s
odla. całe pokolenia, prze- 
m
zne dZiałam e pr.zypadkow, dZIęki 
ktorym bohaterowIe, Jak bezwolne 
k.ukły w go
ującym się kotle, gubią 
SIę, ?	
			

/Archiwum_002_05_240_0001.djvu

			2 



 


o 


X. Bonifacy l\1iązek 
laureat nagrody za wier..ze 


bieraniem kolorów i ustawianiem de- 
koracji, by teraz sprawa pryncypial- 
na rozegl ała Hę już jak na żywej dło- 
ni, a Ill.!e na papierze. 
Oczywiście "sprawa pryncypialL\a", 
,.część programowa", to brzllli fał- 
szywie l niebezpiecznie, zwłaszc7'1 tu, 
gdzie odbywa Się zdejmowanie masek, 
patroszenie emblematów, rzeź mitów. 
Jeżeli z tej rzezi wyłoni się jakiś je- 
den aksjomat pełnego człowieczeil- 
stwa, będzie nim chyba właśnie pra- 
wo, wszędzie, zawsze i bez ograni- 
czeń, do patroszenia emblematów i 
zabijania mitów. Prawo do odnawia- 
nia wciąż własnej nagości. Może to 
i niew:iele, ale nigdzie człowiekowi 
więcej nie było obi-ecane, a tam gdzie 
było obiecane, nigdy nie było do- 
trzymane. 
Nagrodzmy tę książkę dzisiaj. Po- 
dobnie jak Pasternak, Toporska na- 
pisała sWOJą powieść we właściwej 
por.ze, co oczywIście nie jest kwe
tlą 
przypadku, ale uczulema na kli!llat 
własnej e{>oki, a to znów decyduje o 
randze pisarza. Barometr naszych 
czasów stoi nisko i ciągle spada. zy- 
jemy między przykazaniem naJświęt- 
szego dobrobytu i wirydarzem złotych 
myśli pierwszego sekr:eta
za 
M.ao. 
żyjemy w epoce tuc
e.m.a Ślę mI.tow:- 
gIgantów i coraz mniej Jes.t na zIe
I, 
w eterze, w lIteraturze mIeJSC, gdzie 
by się nie wciskał naU(
zycielski pa- 
luch "wIelkiego brata". NapI:zeci
 
niego wybiegają ratunkowo l
telI- 
gentne, oświecone, pięknie napIsane 
ł najszlachetniej wzruszające, bo wzru- 
szające umysł, "SIOstry" Barbary To: 
porskiej, jak prawo do oddechu 1 
także do starośwIeckiej dDbreJ śmier- 
ci, z grobem, napisem na 
amiemu 
i dwoma brzozamI nad napIsem, co 
brzmi prawie jak szczęście. 
.. . . 
Na drugim mieJscu posta
iłem. tom 
wierszy Adama Czermawsklego. 
Wprawd:Die sam pisuję wiersze, ale 
nie zachodzi tu wypadek zmowy c.zy 
kumoterstwa poetów, gdyż moje me- 
liczne spotkania z Cz
rma
s
Im a- 
siane były - oględme mowll
c -:- 
cierniami. Niemniej zdarzyło Się ze 
w ostatnim jego zbiorze p.
. , Sen 
Cytadela Gaj" znalazłem kilka u- 
tworów, Iktore mme uderzyły przede 
wszystkim tym, jak trudno ł wysoko 
ten młody poeta celuJe. I czas
m .tr
: 
fia. A że zwłaszcza w poeZJI, .Ilosc 
nie gra roli, to ,,czasem" kwalIfIkuje 
do nagrodzenia. ., 
WYSOkI I trudny cel CzernI
wskl!!: 
go, to ustrzelenie autentY,cznej mY:,1I 
strzałą li ryki i. Czasem mysi 
ywa me- 
donoszona i WIersz nadto oSolę skręca. 
Czasem lIryka n
edomaga.I utwór 
przeSltaje być poezJą. NatomIast zda- 
rza się że ten polujący 
 dob
'ym 
rynsztunkiem, z szeroką wIedzą. I o- 
strym umysłem poeta, przynosI do 
domu prawdziwą zdobycz: 
Boć nie tyl1w zalJach desek w tartaku 
[I krzyk mew na skatach 
ale też In'awu fL 


,--. 
 
\

 - 

. .:..." 
" ./ 
ł '
T 


Barbara Toporska 
autoportret 


GLOSOW
\NIE 


W głosowaniu orientacyjnym Ba1iń- 
ski głosował na Hłaskę, Chmielowiec 
- na Gombrowicza, Grublńskl i Ku- 
kiel - na Guzego, Mackiewicz - na 
Pragiera, Rostworowski - na Topor- 
ską, Sakows
i - na Czermańsklego, 
WIerzyński - na Guzego. 
W plerwsiZym normałnym głosowa- 
niu Guzy otrzymał 3 głosy (Grublń- 
sklego, Kukiela i Wiierzyńskiego), To- 
porska - 2 głosy (ChmIelowca i Ro- 
stworowskiego), Czermański - 2 gło- 
sy (Balińsklego i Sakowsklego), Pra- 
gier - l głos (Mackiewicza). 
W głosowaniu drugim (po odpad- 
nięciu kandydatury Pragiera, który 
otrzymał najmniej głosow) Guzy I 
Toporska otrzymalI po 3 głosy. Na 
Guzego głosowali GrabińskI, Kukiel 
n IWlerzyński. Na Toporsika - Babń- 
ski, Chmielowiec i Rostworowsk". 
Czermański otrzymał 2 głosy (Mac- 
kiewicza I Sakowskiego). 
W g-łosowamu trzecim (po odpad- 
nięciu ka'1dydatury Czermańskiego) 
Toporska uzyskała 4 głosy (Baliń- 
sklego, Chlmelowca, Sakowskiego i 
Rostworowskiego), Guzy - 3 głosy 
(Grublńskiego, Kukiela i Wierzyń- 
skiego). 
W ten sposób nagroda w wysokoścI 
100 gWll1el, ufundDwana przez córki 
I syna Adama Lu,lwika ks. Czall"tory- 

,kiego, przypadła BARB \.RZE TO- 
PORSKlEJ za "Siostry". 


.NAGRODA POETYCKA 


Do ufunrlowaaeJ przez Jana Bade- 
n:ego nagrody w wysokoścI 50 gWI- 
nei za wiersz lub wIersze drukowane 
w ..WiadDmościach" w r. 1966 wy- 
sumęto dWIe kandy>datury: Mariana 
Hemara za przekłady "Sonetów" 
SzekspIra l X. Bonifacego Miązka za 
cykl wierszy drukowanych w "Waa- 
(!o.mOśc13ch" w ciągu abległego roku. 
Na Hemara głosowali: Bahńskl, Mac- 
kiewH
z i Rostw.orowski; na X. Miąz- 
ka: Chmielow,i€'C, Grubiński, Kukiel, 
Sako.wskl 
 WIerzyński. W ten spo- 
sób nagroda przypadła X. Boniface- 
mu i\'Iiązkowi. 


* 


LaureacI obu nagród wysłalI 
n3sLępuJące listy do r'edaktora "Wia- 
domoścI", Mieczysława Gry{1zewskie- 
go: 


TOPORSKA 


W ręce Pana, założyciela i u:sta- 
wodawcy czcIgodnej EMIGRACYJ- 
NEJ -gdyby-AKADEMII, wytrwałego 
I wytrawnego patrona literatury i pi- 
sarzy, składam mOJe gorące podzię- 
kowania dla Jury "WiadOmOŚCI" i 
fundatorów nagrody Im. Adama Lud- 
wika CzartoryskIego za zas,zczytny 
dar, który otrzymałam. Moją ogrom- 
ną radość mąci jedyme niepokój, dla- 
czego me nagrodzono książ
1 Pra- 

iera?! Gdyby mOJe "Siostry" miały 
przegrać w fmałoweJ rozgrywce o 
tytuł najlepszej książki r. 1966 do 
"Czasu przeszłego dokonanego", uwa- 
żałrubym to za wielkie wyróżnienie, 
za ukDrDnowanie marzeń autorskich. 
Co nie oznacza, niestety, zmiany w 
stosunkOl do 100 gwinei, które ściskam 
z zadowoleniem, juz bez zastrzeżeń, 
w garści. CzuJę Się więc zaskoczona, 
zaszczycona, uszczęśliwnona i skon- 
fundowana. 
życzę J>anu 'szybkiego powrotu do 
zdrowia i redaktorskiego hm11ka, oraz 
łączę wyrazy głębokiego szacunku. 


X. l\1IĄ.ZEK 


Głęboko wzruszony uznaniem jakie 
mnie spotkało ze strony redakcji 
"WiadDmości" i ze strony Pana Re- 
daktora, składam swoJe najgorętsze 
pod:Diękowania za wszystko. Ufam że 
mDże bogow,ie londyńskich kolacji li- 
terackich zaproszą na tę ucztę i bied- 
nego kSlężYlnę, a wtedy osobIcie złożę 
Panu swoje uszanowanie i będę miał 
szczęście Go poznać. Przeclez tyle 
Wam kochani z "Wiadomości" za- 
wdzięczam.. . 
Jeszc.ze raz najgoręcej dziękuję Pa- 
nu za okazaną mi życzliwość i za- 
pewniam o swoim przywią.zaniu. 


Ul
awa 
Ul- 
O\n'jWI"T 3
 
:- 
 ....::-.... 
..'".... .{.......-:::ł;..
 


Słynne blisko od stu lat, zna- 
komite strucelki z makiem 
wyrobu cukierni BLIKLEGO 
w Warszawie są do nabycia 
we wszystkich polskich skle- 
pach żywnościowych w Lon- 
dynie.
		

/Archiwum_002_05_241_0001.djvu

			Nr 1119, 10th September, 1967 


11 \ :: " 
-:= d 
 :
;; 
*
 '
-
 j 
i ;;\ 
L 
l(i
\ 


" 
llf
 


:4'
 
_'1/ 


\ 
\ ---.) 
,( 
'I 
\ 

 


Róży-Marii i Markowi 
za nieocenioną współpracę. 
R. N. 


l. 


Cz;y ZłUlSZ morze? 
Nie sjJ1uzcza z nas oka 
i wszystko widzi. 


Ciebie - 
gdy przewracasz się sennie 
na pias-:.czyst)'m brzegu. 


Mnie - 
gdy gonię za mewami 
w biało-zielonych falach. 


Ciebie - 
{{dy z podniesioną spódniczki}: 
brodzisz /10 kolana lt' wod!le. 


Zakochanych 
samotn....,ch 
wszvst kicl,. 


Jeśli chcemy poznać siebie 
m1lSi1l1Y po:z:nał morze. 


II. 


To było tak 
zani m mnie zobaczyłaś: 
dawałem się unosić fali 
donikąd. 
Zahipnotyzowany słOtlce m, 
kłóciłem się z fokami 
płynącymi do brzeg1', 
rwcałl'm kaczki 
z płaskich kamicni. 
Nie budowałem już 
- zbyt dorosły - 
zamków z piasku. 
Moje pałace 
bvlv za morzami 
lV kręgu wyobratni. 


Odwiedzałem bary na brzegu 
rozmawiałem z jahmiś ludtmi 
na plaiy. 


Czasem - 
małe sypialnie 
zastępowały mi plażę. 


Niosła mnie fala. 


Czasem - 
s:..ukałem ratunku 
zapadając nocą w poduszkę snu. 


Patrzyłem na świat 
przez brudne szyby przypadkowych pokoi 
z u
miechem spoglądałem w sufit 
leiąc na podartym materacu. 
Albo gnałem sa,mochodem p.o ulfcach 
i całowałem dZIewczęta w wmdne. 


Czasem - 
płakałem 
chyba nad sobą. 
Kochałem się w ładnych dziewnynach 
pocią{{ała mnie kaida bratnia dusza. 
U nOJiła mnie fala. 


Zanim poznałem ciebie. 


III. 


Widzisz, 
jak łatwo pasujemy do siebie
 
Tak - jakby Bóg stworzył tylko nas. 
Jakby w tym nadmorskim mieście 
nie mieszkał nikt - 
tylko my. 


Ą wielkie, wygodne łóiko 
było kołyską 


/'-- 
 

I I : 
\ 
'
I; 1\ "- 
I'
 \ 

I: 
\\ 
" 
l.\ 
. 


V 


 %-
-- .- 


/f 
/t 



 


ROD 'McKUEN 


WIADOMO
CI 


przełożyła RóżA NOWOTARSKA 


POETA 


I 


MOR 


E 


rysunki WŁADYSŁAWA ZA WOJSKIEGO 


dla dil'ojga małych dzieci 
z wulnym miejscem 
jJrzezllaczonvm na prezenty. 


Jutru 
kupię ci w prezencie 
slone precle, 
różowe muszle 
i bild w podróż dukoła pokoju 
i z powrot(,l1l. 


I c:crwone róże - 
ntljpospolitszy podarunek zakoclwnych. 
Każdy może dostać pierścionek 
 brylantem 
i parę butów od święta, 
krawaty, halki, 
IJiłki lellisowe i slrzelby. 
Jdć ch/eb z masłem i szwlką 
i czasem, kawałek tortu 
i lody w nagTOdę, 
jdli jest grzrc:n....'. 


A my- 
mamv siebie. 


JVies.::? - znala::.lem kiedy.\ 
dwadzidcia dolarów. 
1\1 iałem wted...., dziesięć lat 
kupiłem sobie 
kolorml'e w)'cinanki, 
wiccwe pióTO 
i .wywr....'k - 
pien"s:..e 11' moim życiu. 


A malce, 
flaszecz.lcę tanich perfu m, 
Ryłem bogatv - 
przez h'dz.ieri. miałem wszwtka. 


Jaka s:..koda. te riehie lI'ted\' liiI' wałem. 


11. 


Gdy ;:,apada samotna noc . . 
a wspomnienia nie pr1..yblliaJą snu 
i ui(> /)()maga 1Ul1Cet stos kolorowych . 
magazynow 


gdy /li l' ma dokl£d iść 
I Ilu hogo '/1st ulll'Orz'\'L - 


SJnóbuj myśleć u. słO/icu
. . 
jah prze.:'wietl
 z!elo
le LISCle 
biegl/ie prolluenlaml 
::.a twoi m samochode l1l 
rozjaśnia włusy . 
Idących lla p.lai)! l ud1../, 
rozpryshuje .Hę Iskrami 
w wudz.ie 
TOzbi tej pędem moturówek 
biegnie w lobą po lmgorkach 
i co rano 
wy r:"llCCl l ie z łóżka. 


A w południe , 
gdy dudlOd:i do. sz.czylu weba 
wsz)'stkich ogai lila pogodlle szalenstu'u. 


Pamiętaj - . 
fale są białe i wysokIe 
nie spiesz się, , 
gdv jedną zdobęd-:.lt'.
:.. 
drilga nllr/płynie. 


Lata lll/S dz.ielą 
ud wchodu słO/lea, 
mam'\' bard:o duio czasu. 


Nuc będ:..ie bc:..k.sięż)'COll'a. 


A taaz - 
teraz jest połudme. 


v, 


Zbiegły się u schyłku dma 
przelotne deszcze. 


Morze oczekuje nocy. 


Miasto przysiadło 
białymi domami 
nad szarą zatoką 
patrzy w morze 
i czeka 
co będ:..ie. 


Już wszystkie łodzie 
wróciły do portu 
noc ma być zimna 
jeśli nie zmieni się wiatr. 


Uciekaj przed chłodem 
ukryj się - 
tutaj. 


VI. 


Ale się rozlJadało - - - -- 


Tara, ra, ra, ra, tara, ra, ra, ra, - - - - - 


Czy lubisz deszcz! 
A może przeszkadza ci, że tak mokro" 


Znam miejsca, gdzie deszcz nie uslawał 
i marzyłem 
by go wreszcie zabrakło. 


A teraz, pogodziłem się z deszczem. 


Chwvcimy w dłonie strugi 
jak lśniącą linę 


spadniemy z deuczem lla FrancJł( 
zajrzymy w okna Ew'otry 
wrócimy do domu ulewą. 


A jeśli ci będzie smutno 
opuszczać Paryż 
uie placz: 
kupił( ci l1:isia z plus:..u i :..lota. 


Obudź się, obudź.. 
Statek odpływa za chwilę. 
Po.\piesz się, jesteśmy 
póinie1li. 


Czv nie je.
t ci zimno
 


Czy lubisz deszcz
 


VII, 


Popatrz tylko 
jak teraz ludzie tariczą. 
Każdy sobie, 
udć metrów jedno od drugiego. 


Albo siedzą w barach 
i patrzą tęlJO 
przed siebie, 


..... . \\ 
., 
ł , 
. ł 2,50 


... 


.- 
 


Rod Mch.uen 


Sagle, jest druga po południu 
a oni siedzą i patrzą. 
Bądź.my inni, 
uie zakładajmy dziwacwych ubrań, 
nie pozwólmv 
aby włosy zasłaniały nam oczy 
i świat. 


Zapomnijmy o sWlecie 
spńjrzmv wzajemnie na siebie. 


Zostawmy 
Imtv na koturnachI 
kulekcje motyli 
i stare melodie 
z lat trzydziestych. 


Nie chcę tańczyć 


Jestem zmęczony. 


Chciałbym tylko iść pru'd siebie 
i poznać 
niepoznane miejsca. 


JeHi musisz lańczyć w dzieri 
zachowaj rwc 
dla miło
ci. 


I jeszcze jedno: 
powiedz - 
jak ci na imię? 


nlI. 


C Jl1nury 
lo nie skrzydła aniołów z bajki 
lecz po prostu chmury. 
Dobre, lub złe - 
uigdy nie wiadomo. 


Gdybym miał dłuŻJze ręce 
rozpędz.iłbym cJl1nury 
lub przesunął je 
nad irme morze. 


Ale jestem tylko człowiekiem 
który pragnie rzeczy nieosiągalnych 
i chce :znaleźć to, co najtmdniejsze: 
samego siebie. 


przes:edlem w życiu długą drogę 
i nauczyłem się wiele. 
JViem, 
że samemu trzeba tworzyć szczęście. 
Miłe drobiaz{{i układać w wielkie rado.fci 
a dobre chwile 
chować 
na złe czasy. 


Ale nie udało mi SIę nigdy 
rozpędzić chmur. 


Pumóż rm 
Proszę . 


l>", 


Była.\ tak długo na plaży 
że jesteś cała słor/cem. 


Masz zbyt rozpalone ciało 
aby cię brać. 


Zrozum: 
chciałbym cię wziąć już 
teraz. 
Ale zaczekam - 
nuc jest bli.
k(}. 


Odwróć się od plaży 
popatrz na kwiaty w ogrodzIe 
na motyle 
lla wysokich łod)'gach. 


Pomyśl o słońcu 
które zachodzi 
jak zawsze. 


x. 


Czy można czemukolwiek zaufać" 


Cz.y mO'::lIa wwierzyć morzu
 


Przyplpva - odpływa. 


W iatr je zaledwie zmarszczył 
wczoraj - 
jlltro - 
połamie prz)'bJ"zeitle dr-:.ewa. 


Fale 
rozbiją o skały 
statki i żeglany 
a i l111ych 
z tą samą beztroską 
doprowadzą 
bezpiecznie do portu. 


Koc/tam morze 
ale to nie zmniejs1..a 
mego Jtrachu przed mm. 


KOc/lam ciebie 
ale lIie zawsze wiem 
kim jesteś 
i co c:z:ujes
. 


Chciałbym czasem 
zobaczyć siebie 
twoimi oczami. 


Rozbić każde twe słowo 
lla najdrobniejs
e cząsteczki 
wtedv bvm wied!iał 
co każde z nich :z:nac
y. 


A tak'! 
Kulę .
i{ gdy ci twarz tęieje 
martwię 
gdv .
ię Jmiejesz zbyt gło
no. 
Z niepokojem oczekuję burzy 
która musi nadef.(ć. 


XI. 
Przykładam muszlę 
du ucha 
I z szumem morza 
wraca wszystko: 
złoto słońca 
błękit nieba Sródziemnomorza 
dzieci biegające po plaży. 
Szeregi ptaszków 
maszerujące w pośpiechu 
cio wody i z powrotem 
do wody i z powrotem. 


Gdy chcę uciec 
wspomnieniem 
od złych chwil - 
Przykładam muszlę 
do ucha 
I z szumem morza 
wraca wszystko: 
tamten dzień 
i ty. 
Zapomniałbym o cyganach, 


Pomvśl - co miło
ć może 
Każe nam wierzyć 
w horoskopy, 
wróżby 
 ręki, 
przepowiednie 
i mll.
zlt? morskie. 


Wierzę w miłość - 
r.hociai dzisiaj nie łatwo wie17..Yć. 


Miło.fć to wielka przygoda - 
większa 
od wysadzania mostów w powielne 
od podróży do Chicago. 
lepsza nawet 
od ucieczki 
 domu 


do cyganów. 


XII. 


Znam drzewo 
pochvlone nad brzegiem, 


3 


. 
,-' I 




\.\
, . 
\; \
 . 


\ 

 łł' \
" \ 
· ,Ii
',\ 
I :'
 
'\ 
,
\I\ 


) 


którego gałęzie kąpią SIę w wodzie, 


lółci się trawa 
pod ich zielenią 
i leżą tam barwne kamŻinie. 


Jeśli na chwilę zapomnis.:: 
() nowej miłości 
JJójdziemy lUzem pod to drzewo 
i może 
odllajllz.iemv sił( na nowo. 


Pamił(tasz 
jak wiewiórki 
uciekały nam spod nóg 
z szeleJtem jesiennvch liJci? 


Jak ch mili)! biegły po niebie
 


Pamiętasz świerszcze 
11kryte IW trawie? 


Mówiliśmy: 
dudzą nam koncert dopina 
lIa Boże 1\"amd:enil'. 


Jlli d;:ieli, 
od7l'rńć głoll'{ i spÓjrz lIa mme. 


Po polIIdni II pójdzinllv 
nadx.y na plażę. 
Jloie cię przekonam 
że jestem taki 
jak zaWJze. 


Powiedz: 
oczekilllała.f 
c;:e{{oś więcej ode mnie
 
Jaki ma smak tll'oja nOll'a rniłaJn 


.Ta - 
pnesiqkłt'1n calv tobq. 
Bvliśm)! p,zecież razem 
tak długo. 


Gdvbym dzi
 
mó,!!:ł odnaleźć które5 wczoraj. 
odnalazlbvm ciebie 


7ła 1l0WO 


AllI. 


X adejdzie czas 
111ny 
gdy już nie będę 
się uśmiechał tak, 
jak dziś rano 
albo 
jak w zcszłym tygod lU ll. 
Gdy nie obrócisz głowy 
w moją stronę 
w takim przytuleniu 
jak wczoraj w nocy 
jak dziś za dnia 
na ulicy. 


Lnd:..ie rozchodzą się 
w przeciw 11 e strollY 
tak 
jak przydlOdx.ą do siebie 
z różnych stron. 


Tvlko że rozejście 
jest trudniejsze. 


Je.lli trzeba 
mzejdimy się 
w słoneczną niedzielę. 


Fala przyplywa - 
fala odpływa. 


Bardzo cię koc/tam 
wierz mi. 


A jdli nil' dotrzv11lałl'm CI w/my 
to dla morza - tylko. 


Rod McKuen, 
z angielskiego przełożyła 
Hóźn Nowotar!!ka. 


// 


......... II 


I I 
I ... 



 


-
		

/Archiwum_002_05_242_0001.djvu

			4 


LECH PASZKOWSKI 


CONRAD 


,,\V gruncie rzecz} sztu- 
ka władania okrł:tami jest 
mO.le plt:l..mejsza niŻ sztuka 
władania ludzmi". 
("Zwierciadło morza") 
I 
CONRAD walaz) się w AustralII 
po raz trzecI w r. 1888 jako ka- 
pItan barku "Otago".*) JakkolwIek 
zaglowlec ten był zbudowany W Glas- 
gow, Jego portem macIerzystym była 
Adelalde - toteż był właścIwie stat- 
kIem australIjskIm. HistorIa pierw- 
szego dowodztwa Conrada i jego 
sluzby w marynarce "austrahjsklej" 
(nazwy takIej zaczęto używać dopIe- 
ro w kIlkanaście lat poźruej) rozpo- 
częła się z chwIlą ObjęcIa komendy 
barku. 
ChWIlę tę oddaje Conrad z głębo- 
kIm uczucIem na kartach "SmugI 
CIema". G(ly z bICIem serca i drze- 
niem podniósł oczy na SWOj pIerw- 
szy okręt - los go me zawlOdł: 
"Przede mną stał mÓJ statek Jego 
kadłub, jego maszty i reje napawały 
mOje oczy glęboklm zadowolemem. 
Uczucie pustkI życIowej, nurtujące 
mme od kilku miesięcy, stracIło nag- 
le swój gorzkI posmak i zabojczą 
władzę nade mną, r07Jpłynęło SIę w 
radosnym uniesieniu. Na pIerwszy 
rzut oka poznałem ze mam przed 
sobą plerws7Jorzędny Sitatek, IStOtę 
harmomjną w każdym calu, o prze- 
pysznych proporcjach. Stmmnek wy- 
sokoscl masztow do kadłuba był wręcz 
bez zarzutu. JakIkolwIek był wIek 
tego statku l Jakiekolwiek jego dZIe- 
je, zachowa I on pIętno szlachetne- 
go pochodzenl8. Nalezał do tego ty- 
pu statków, które dZIęki swe) kon- 
strukcj I i doskonałemu wykonczemu 
nigdy SIę me starzeją. Pośród innych, 
znacznie od mego większych, stOją- 
cych w porcie na kotWIcy, mÓJ wy- 
roimał SIę postawą i "rasą" - Jak 
arabski rumak pełnej krwI spośrod 
gromady kom pociągowych". (Przeł. 
JadwIga KornlloWlczowa). 


:\lA WUDACH ZATUKI 

YJA}I
KIEJ 
Po odbycIu czterech podroży mIę- 
dzy Smgapore l Borneo Conrad ze- 
szedł na ląd 4 stycznia 1888 z zamIa- 
rem uda.llla SIę do Europy. W dwa 
tygodme pÓŹniej został wezwany u- 
r7ędowo w Smgapore do objęcIa do- 
wodztwa "Otago", stojącego w Bang- 
ko
. Komendę statku objął mIędzy 
2 l 6 lutego, a w trzy dm późmej 
odpłynął z Bangkok, zabierając pe- 
łen ładunek d,rzewa tekowego, z za- 
mIarem pozeglowama wprost do Syd- 
ney. zegluga ta została opLSana do- 
syc WIernIe w "Smudze clenIa" l sze- 
roko komentowana w kSIążce Norma- 
na Sherry'ego "Conrad's Eastern 
World" (Por. mOje omówleme "Con- 
rad l Dalek1 Wschód" w nr 1090 
"WIadomoścI"). 
Jak mo
na wywmoskować ze ,,Smu- 
gi cIenIa", a Iowmeż potwIerdza to 
kurs wykreślony na mapIe mOrSkIej 
znalezionej w papIerach Conrada, 
trzymał SIę on połnocno-wschodnlch 
brzegów ZatokI SyjamskIej. W kIlku 
miejscach Conrad robI aluzje do prze- 
razenla pIerwszego ofIcera wskutek 
plZedzlwnych mam.wrow kdpltand w 
Zatoce Syjam8iloeJ. NaJprawdopodob- 
mej Conrad wobec zaniku wlah'ów 
plObował łapać bryzy lub t.zw. wIat- 
ry "rosowe" WIejąCe nocą od lądu 
na morze, a ranem odwrotnie, i pod- 
chodzIł przy tym na l yzykown.ł od- 
ległośc do nleoswletlonych brzegowo 
Po przybycIU do Smgapore, ] mar- 
ca, zabrano z "Otago" trzech mary- 
narzy do szpItala (dwóch Norwegów 
I Anghka), a na Ich mIejsce Con- 
rad przyjął czterech marynarzy, 
Szweda, Duńczyka i dwoch AnglI- 
kow. W dwa dm późnieJ odesłano do 
szpitala czwartego marynarza l ka- 
pItan zaangażował FIna, a gdy ten 
nie zJawIł SIę na czas, jeszcze jedne- 
go Anghka, 


UFU'EIW\\ IE BARKU 
"OT AGO" 
W "Smudze cIenIa", "Falku", "Taj- 
nym SOjuSZThlku", "Uśml£chu szczęs- 
CI" I "ZwIerciadle morza" występuje 
często postać pIerwszego oficera z 
"Otago" - Burnsa. Byl mm Char- 
les Born, pochodzący z Sydney, ale 
jak wynIka z dokumentów, urod7..0ny 
w NIemczech w I. 1854. Można przy- 
puszc
ć że przybył on do Ausha- 
In w czasIe gOl ąCZkI złota jako ma- 
ły chłopak l byl zupełme zaustralIzo- 
wany. (W "Lordzle Jlmle" kapItan 
"Patny" jest ,;renegatem", NIemcem 
z Nowej PoludmoweJ Walu). 
Postać Borna o suchej, ponurej 
twarzy, z wIechcIamI rudych, ster- 
czących wąsow, musIała zrobIć na 
Conladz
-e Wlazenle, skoro do nIej 
wIacał tyle razy. Com'ad czuł do me- 
go niechęć, ale z drugIe] strony wIel- 
kI POdZIW dla tęgIego marynarza. 
Ten stosunek kapItana do pIerwsze- 
go oflcela Je.st najlepIej oddany w 
"ZwIercIadle morza": "..ze wszyst- 
kICh mych pIerwszych ofICerow ten, 
któremu najbardzIej ufałem, nazy- 
wał SIę B. MIał rude wąsy, chudą 
czerwoną twarz I nI€SpokoJne oczy. 
Był to marynarz pełnowartoścIOWY. 
"AnalIzując teraz, po WIelu latach, 
pozostałość uczuć, które wynikły z 
zetkmęcla SIę naszych indywIdual- 
nOŚCI, odkrywam w mch bez WIelkIe- 
go zdZIWIenia coś w rodzaju mechę- 
CI. W gruncIe rzeczy sądzę, że dla 
młodego dowodcy był to naJ przy- 
krzeJszy kolega, JakIego sobIe moz- 
na wystawIć, powIedzIałbym, ze mIal 
trochę zanadto tego poCZUCIa mebez- 
pieczeństwa, które w maI ynarzu JESt 
tak bezcenne RobIł wrażeme bardzo 
niepokojące, gdyż zdawało SIę, ze go- 
tów jest ustawlczme zmagać SIę z 
jakąś klęską, nawet gdy sIedzIał 
przy stole po mOjej prawIcy nad ta- 
lerzem z peklowaną wołow1'l1ą. Poś- 
pIeszę dodać, IŻ posIadał także ową 
drugą cechę mezbędną dla odpowIe- 
dZIalnego marynarza - pełną wIa- 
rę w siebIe. W tym sęk, że POsIa- 
dał obie te zalety w stopnIU mepo- 
kOJącym. Jego wiecZl11Ie czuJne za- 
chowanIe, urywa'lla, nerwowa roz- 
mowa, nawet Jego jak gdyby umy
l- 
ne mIlczenie mogły nasuwać podej- 
rzenie - l sądzę, że Je nasuwały - 
iż jego zdaniem statek me jest ani 
ChWIlI beJlpleczny w mych rękach. 
TalkI był człowIek pilnujący kotWIC 
na barku o mespełna pIęcIUset to- 
nach - moim pierwszym dowództ- 
WIe - stateczku, który nie Istmeje 
JUŻ na tej ZIemI, lecz który z całą 
pewnością będzIe tkliwIe wspomina- 
ny, póki Ja żyję. zadna kotwIca nIe 


*) POIT. część I: "Porucznik z Loch 
EtIve" w 1118 nr. "WIadomoścI". 


mogłaby przy rzucam u zaplątać SIę 
w łańcuch pod przenIkhwym okIem 
pana B. Przyjemme było mleć to 
pOCZUCIe, gdy na otwmteJ !e(JJZle sły- 
szało SIę w kabInie wycie wIatru; ale 
były chwIle, kIedy me cIel pIałem pa- 
na B całą duszą. Po sposobIe, w Ja- 
kI czaS{:m na mme spoglądał, sądzę 
że odpłacał mI SIę meraz z nawląz
 
ką. Tak SIę z)ozyio, że obaj kocha- 
IIsmy mały bark bardzo seI dec:ł.me. 
l była to wła,me odwrotna stlona 
,!IEocenIunych zalet pana B., IŻ W 
zaden sposob nie mogł SIę :ł.dobyc n.l 
prześwladczeme, że statek jest w 
mOIch rękach bezpIeczny. Po pIerw- 
sze, pan B. był o plęC lat starszy 
ode mnIe, w epoce zYCIa, kIEdy pięĆ 
lat naprawdę coś znaczy, albowIem ja 
Imałem dwadzIeścIa dZIewIęć [w rze- 
CZYWIstOŚCI 30], a on trzydzlescl c:ł.te- 
ry; po wtóre, zaraz po opuszczenIU 
portu (nie wIdzę powodu, aby taIc. 
ze był to Bangkok) m
tóre z mOIch 
manewlOW na wodach ZatokI Syjam- 
skIej napędzIły panu B. strachu, cze- 
go mI nie mogł zapommeć. Od tam- 
tej chwlh żywIł stale taJ£mną, gorz- 
ką myśl orneJ bezwzględnej, zuchwa- 
łej lekkumyślnoścI. Lecz wnoszę, IZ 
polubIlIśmy się po uplywie dwoch lat 
i trzech mIesięcy L w rzecZYWIstOŚCI 
rok trzy miesIące - L. P.] wspol- 
n€go życIa - chyba że męskI uścIsk 
dłQm przy rozstamu nic me znaczy, 
"Ogmwem mIędzy namI był okręt; 
l. w tym właśme okręt - choć po- 
sIada cechy kobIece, choć miłość do 
mego nie ma mc wspólnego z roz- 
sądkIem - w tym wlaśme okręt róz- 
m SIę od kobIety. Byłem stlaSZnIe 
przejęty swym pIerwszym dowodz- 
twem, czemu SIę dZIWIĆ nIe mozna 
l
cz mUSrLę przyznać, ze UCZUCIa pan
 
B. były wzmoślejsze. Kazdemu z na" 
OCZYWIŚCIe zależało nI£lZmlernle na 
plę
nym wyglądzie ukochanego o- 
bIektu; a choc ja bylem tym, ktolY 
7Jblerał na lądzIe pochwały dla stat- 
ku, panu B przypadło w udzIale u- 
czucie głębszej dumy, podobne do 
Ul'zuCJa odJanej panny słuzącej. W 
tym wiernym, pełnym chełphwości 
przywIązaniu do małego stateczku B 
posuwał SIę tak daleko, że chodzIł l 
otrzepywał k
rz oSIadły na POlItUlo- 
waneJ poręczy z tekowego drzewa - 
I to Jedwabną chustką do nosa, darem 
pam B., jak mI SIę zdaje 
"Oto Jak SIę plZeJaw1ała Jeg-o nll- 
łość do statku. A w swym W"panI.I- 
łym pOCZUCIU niebezpIeczeństwa po- 
sunął SIę l az do o
wIadczema: "N u, 
pame kapltame, z pana doprawdy 
JEst szczęścIarz!"' 
"Powiedział to tonem znaczacym, 
choć mekomeczUle zaczepnym, I chy- 
ba wl'odzony takt powstlzymał nllę 
od zapytanIa: "Co pan chce włascI- 
wIe przez to powledzleć
" 
"Zrozumiałem lepiej znac7;enie je- 
go słow po JakmIs czaSIe, gdy pewnE'j 
mrocznej nucy znaleźliśmy SIę w 
cIężkIej OpreSjI podczas wścIekłego 
sztormowego wIatru wIejącego ku 
lądowI. \Vezwałem pana B. na po- 
kład. aby mI pomógł lOzpatlzyc na- 
sze bardzo pizykle położeme. Nic 
mielIśmy wówczas czasu namyslać 

;)ę głębolw I pan B. stleśclł SIę w 
słowach: .,Tak czy owak, paskudnie 
to wygląda; ale pan, pame kapIta- 
nie, ze wszystkIego się zawsze wy- 
plącze." (Plzekład Ameh ZagorskieJ) 
Oprócz Borna zastal Conrad 11.1 
"Otago" drugiego oflcela, mlodego 
AnglIkd, nazwIskIem Isaac Jackson 
lIczącego 23 lata. Niestety me zna
 
lazłem dokumentu stwierdzającego 
kIedy Jackson zeszedł z "Otago " mo 
je przypuszczeme, w artykule "Con- 
rad i Daleki Wschód", że zachorował 
poważme w SlIngapore, nIe wydaje nl1 
SIę ob
cme trafnc; zeszedł on ze stat- 
ku plawdQpodobme w Melbourne, w 

zerwcu 1888. Na JEgO mIejsce PIZY- 
jął Conlad 26-letmego Fma F. Tot- 
termana, który odbyl z mm rejsy na 
l\Iaulltlus l z powrotem do Australl1. 
PonIeważ obaj of:celowle bylI mło- 
dz
: trudno orzec, ktol'ego "młodzI- 
ka wspomma w "Smudze cIEma" 
olaz w "F.llku", dając mu nazwIsko 
Tottersen. MIał to być ,.najl!,'łupszy" 
człolWl1ek JakIego Comad kIedykol1wl-ek 
spotkał na pokładzie okI ętu, nuszący 
w tropIkalnym upale futrzaną czap- 
kę. 


UEJH Z 
INGAPOHE 
DO SYDNE\ 
"Sydney lVlornmg Hewld", z 8 ma- 
Ja 1888, zamIeścIł dość obszerną no- 
tatkę, prawIe 200 słów, o podroży 
"Otago", z ktorej dOWIadujemy SIę 
ze bark wsz£dł do zatokI sydneysklej 
o 9-ej rano dnia poprzedniego, wpro- 
wadzony przez holownIk "IrnslstIble" 
l rzucIł kotwIcę pIZy Ehz.abeth Bay 
KapItan ośwIadczyi że w Zatoce Sy- 
JamskIej miał bardzo słabe wIatIy, 
Jak rÓWnIeż na Morzu ChińskIm i 
.Jawańsklm. CIeśmOJ1ę Sundajską prze- 
płYnIęto 15 marca. Passaty połud- 
mowo-wschodnie były bardzo lekkIe 
l mosłv żaglowIec az do 2G-go 10W- 
nolezmka. PIzylądek Leeuwm mimę- 
to 15 kWletma. gdy uduzyła w sta- 
tek bardzo cIężka burza z zachodu. 
Sztorm szalał z mesłabnącą wścIek- 
łoścIą przez dwa dm zamm przycichł. 
Bark trzymał SIę nadzwyczaj dobrze 
l POZ.1 braniem wody na pokładzIe 
nie domał u'unięto bark do Railway Wharf 
gdzIe kończył załadunek, zablerają
 
853 becz,kI, 1093 worki z siarozanem 
amon
aku (sulphate ammonia), 1180 
workow nawozu, 600 skrzyń z myd- 
łem i 7 beczek z łojem, przeznaczo- 
nych do Port LoUIS. NaZWIsko kapi- 
t
na "Otago" występuje w tym okre- 
SIe, w gazetach sydneysklch, w róż- 
nych formach: Korzemouskl, Korzen- 
towSkI, KorzenIowskI (poprawnie) i 
H. Conrad. 


PRZEZ CIEŚNINĘ TOHRESA 
Podczas ładowania statku przysz- 
ła Conradowi myśl by poprowadzić 
,Otago" do portu przeznaczenia przez 
Cleśmnę Torresa zamiast normalnie 
przYjętą drogą wokół południowych 


wy,bI'zezy AusLtall1. Wysłał WllęC list 
do armatOl ow w AdelaJdzIe, motywu- 
Jąc swój projekt. Oczekiwał z me- 
pokojem odpowl€dzi, ale gdy wnsz- 
Cle nadeszła, zamIast spodzIewanego 
łajal!la, otrzymał zgodę właśclcwh 
statku, choClaz musleh zapłacIć do- 
datkową stawkę za ubezpleczeme. 
Widoczme armatolzy cemh nowego 
kaplitana, mIelI do mego zaufame l 
chcIeli by czuł SIę zadowolony na 
swym stanowisku 
Pomeważ zblIzał SIę okres CISZ 
morskIch na molZU Arafura, Conrad 
z mezwykłym pośpiechem wyprowa- 
dZIł statek na OCt:)ln podczas ciężkIe- 
go sztolmu połudmowo-zachodmego 
w dniu 7 s'erpma. Zarowno pIlot jak 
I szyper holowmka byli zgor.szem 
"s.zaleństwem" kapItana. Gwałtowny 
wIcher gnał "Otago" z taką 
zybkoś- 
Clą IŻ dZIewIątego dnia był już bhsko 
brzegów Nowej Gwinei, 
PrZejŚCIe przez cieśninę opIsał 
Com ad w sztuce "Geografia i nIe- 
którzy jej odkrywcy": "NIe bez pew- 
nej emOCJI, dowodząc prawdopodob- 
me pierwszym, a na pewno ostat- 
mm statkIem handlowym, jakI wiózł 
ładunek tą drogą - z Sydney na wy- 
spę MauritIUs - ustawiłem o świ 
Cle, u weJścIa do CIeŚnIny koło Bligh, 
wszystkIe, jakie SIę dało, żagle w 
dryf. Otaczały mme zewsząd puste, 
wyml£CJ,one wlatrem_ oŚWIetlone 
słońcem wody, z lekk'l przesłonięte 
jasną mgIełką. PIerwszą rzeczą, na 
jakiej zatrzymał się mÓJ wzrok 
wśród Igraszek zielonych, biało za- 
kapturzonych fal, była czarna pla- 
ma wskazujijca znakomicie, gdzie 
kończy SIę ławica pIaskowa. Ta pla- 


Ałek
andra 


Janty 


:\LEKSANDER JANTA był już 

 przed WOjną i pozostał do dZI- 
siaj (choć z wIekIem coraz częścIej 
wykracza poza SWOją specjalność ku 
szeI1szym kręgom IIteratU1Y) jednym 
z naszych naJśwletmejszych mistrzow 
leportazu - uzdolmonym szczEgól- 
nie do tego zadama bystroścIą oka, 
umleJętnosclą chwytania zjawIsk na 
gorąco, trzeŹwoścIą oceny I lust but 
Tlot least dalem wyciągama ogólnych 
wmoskow z poszczegolnych zdarzeń. 
Zachłanność życia l urzeczenie 
przestrzemą nosIły Jantę od naj- 
wcześniejszych lat po globIe ZIem- 
skIm wszędzIe gdzie dZIało SIę coś 
llIecodzlennego, uder.zającego wy- 
obraźmę - czy były to m£.zwykłe 
poczynania ludzkIe, czy wybuchy ży- 
wIOłu, czy godna poznama Jednóstka. 
DZIsIaj, Jak tylu mnych, wymoslo 
go na dobre l chyba jUZ na stałe do 
Stanow Zjednoczonych. Ale l tam 
Jego wędrowmczy duch me zaznaje 
spokoju Tyle, że miast włóczyć Się 
po kontynentach, Janta coraz bar- 
dZIej przerzuca SIę na odkrywcze wy- 
IJl awy do umwersyteckICh blbhotek, 
Plywatnych kSlęgozbiolÓW, folIaLw 
starych czasopism - wyławIając tam 
COl az to nowe, bezpowrotme, zdawa- 
łoby SIę, zanurzone w pIZeszło
cl, 
skarby. 
MIałem osobl
cle sposobność prze- 
konama SIę o jego zadzlwlaJacych 
zdolnościach w tym kIerunku, o nu- 
Sle wIetrzącym meomylme, gdzie mo- 
że SIę coś llIezwykłego 1 godnego poz- 
nania ukrywać. KIedy w setną IOCZ- 
mcę urod.zln Conrada redagowałem 
zblor szklcow p t "CoillI'I8d żywy", Jan- 
ta, do którego zwrócIłem SIę, jak do 
WIelu mnych pIsarzy, o jakIś wkład 
do tej ksiązkI, potrafIł w krótkim cza- 
sIe zebrać dla mme i opatrzyć bar- 
dzo cIekawym komentarzem wIązan- 
kę tak cennych i dotychczas niezna- 
nych hstów l tekstów Conrada (nl1ę- 
dzy Illnych pIerwszy zalązek rękopisu 
"LOlda Jlma"), że odkrywcza pra- 
ca tego I odzaju zabrałaby nawet 
zaVlOdowemu conradyścIe na pewno 
wIele miesIęcy - jeśli by w ogole 
nuał szczęŚCIe dotrzeć do takich źró- 
deł. 
Gdy spOjrzeć na długą hstę wyda- 
nych dotychczas kSlązek Janty, jaka 
mIeśCI się u końca "KSIęgI podróży, 
przygód i przypomnleń",*) spotyka 
się tam memal połowę tytułów o 
mniej lub wIęcej reportażowym cha- 
rakterze, z których niej£den pobrz- 
mIewa w pamIęcI jako pasjonująca 
lekt
ra, ale. które dawno znikły juz 
z kSIęgarskIego rynku a I w bIblio- 
tekach me zawsze są do otrzymania. 
Dobrze WIęc stało SIę i memała to 
zasługa PolskIej FundacjI Kultural- 
nej że przyna] mniej część reporta- 
żowego dorobku Janty została przy- 
pommana I udostępniona czytelni- 
kom w doskonale zestawionym tomIe 
ósmej seni Biblioteki P.F.K. 


") Ałeksander Janta. Księga po- 
dróży, przygód i przypommeń. Okład- 
kę ploJektowała Danuta Laskowska. 
Londyn, Polska Fundacja Kulturalna, 
1967; str 2
9 I 1nl. 


Wachlarz tematów - jak zresz- 
t.. zdral.za sam tytuł - Jest tu bal- 
dzo szerokI, a nIe ma prawIe takIe- 
go, ktory by me zaclekawmł odsło- 
nięciem mało znanych krajów, zda- 
rzeń, ludzI, czy ośwIetleniem Ich z 
JakIejś szczególrue IntereSującej stro- 
ny. Z równą pasją czyta SIę WIęc W 
tej "KsIędze" o przelotach nad mo- 
zaIką panstewek AmerykI środkowej, 
wyprawIe dla badama zaćmlema 
słońca w JaponiI, obozIe nudystow w 
KalIformi, uboJu zWIerząt w ChIca- 
go, nabycIu AlaskI od RosJan, czy 
mezwykłej postacI blblIofda Rosen- 
bacha. 
Sercem "KsIęgi" jest dla mnie jed- 
nak sena reportazy o poLskich ,tram- 
pach'. Są one naplsa'lle me' tylko 
z świetną znajomoścIą tematu od jego 
skrytej oczom podszewki, z werwą l 
wżyciem SIę w szczególną dolę l psy- 
chIkę tych nałogowców wędrowama, 
ale cały cykl przepaja żywa, wyraź- 
me osobista sympatIa autora, - któ- 
ry sam Jest prz£cleż trampem z du- 
cha. KIedy Janta pISze: ,.Muszą od 
razu zyć. . . wyrywają się w ŚWIat. . . 
jadą! Ryzykują wszystko w szalonej 
plOble podbIcIa świata. Podbijają go 
w lezultacle na tyle, na Ile Ich stać 
wedlu!,: n.lj lepszej wolI, najwIększe
 
go wysiłku NIe mówIę, ze podbIJą. 
NIe n;ówlę,,, że mogą ZWYClęZYĆ. Ale 
probUJą. . . - to o sWOIch wła- 
snych UCZUCIach l mmzemach pIsarz 
składa wyzname. NIc też dZIwnego 
że ów cykl szkICów o trampach, napI- 
sany jeszcze przed wojną, a do dzi- 
SIaJ Jednako aktualny I żywy, ma 
rozmach l plastyczność jakIejś mlOJ1la- 
tUl owej epopei. 
Korzystam z tego przykładu sztu- 
kI report.ażoweJ wysokIej klasy, by 
rOZSZeTzyc tutaj to, co napIsałem w 
swoim artykule "Reportaż I s:ł.tuka" 
("WIadomoścI" nr 1092) o artystycz- 
nej randze tego rodzaju lIterackJego 
- a co me przez wSZYStkICh zosta- 
ło nalezycie zrozumiane, jak mogłem 
zorIentować się z późniejszych reak- 
CJI w obl'Ome tych wmtoścI lepor- 
tazu, których nIe miałem zamiaru 
kwestIOnować. 
W moim altykule me odmaWIałem 
I eport8Żowl naleznego mu w lItera- 
turze miejsca, Jak to mterpretowali 
mektórzy, lecz starałem SIę ustalIć 
jego artystyczną rangę w tej dZledzl- 
n.le. Wystę
owałem Więc nie prze- 
CIW reportazowI, jako rodzajowI lI- 
terackIemu, lecz przecIW reportażo- 
WOŚCI, tendencjI do powierzchownego 
nie 
rz
ytego wewnętrzme, dZIen
 
mka,rsklego stosunku do materIału 
ZYCIa' kWla opanowała niepokojąco 
hteraturę naszego czasu. 
To samo ostrzeżeon.ie dotyczy oczy- 
wiście samego repol1tażu - który tym 
bardZIe} nalezy do lIteratury, lm 
mmeJ Jest własnle "leportażowy" (w 
powyzej określonym znaczemu) lm 
większy udział w jego kształtov.:amu 
bIerze osobowość samego pisar.za, 
jego własllle odczuwame rzeczy l SWOI- 
sta sIła wyrazu. Jest tylko jedna 
granica, której naJ doskonalszy na- 
wet repol'taż, bez zmieniema samej 
swoJej istoty, nie potrafI przekro- 
czyć: gramca czystej, twórczej sztu- 


kl. Matellał zycla bowIem, ażeby o- 
SIągnąć na}wyzszą rangę artystycz- 
ną, musI przeorgamzować SIę w 'nową, 
SWOIStą całosć w samym pIsarzu 
DZIeło sztukI, w czystym tego słowa 
znaczenIU, jest zawsze przetworem 
krystalIzacją, me odbIcIem życIOwej 
treścI. 
Poruszyłem tutaj ten temat, cho- 
CIai omawIany jUZ Innym razem, ce- 
lowo - ksiązka Janty bowIem Jest 
doskonałym przykładem zarowno 
pl zynależnoścl reportażu do sztukI 
.Iak granIc do jakich ta przynależ- 
ność mOze sięgać. Sam Janta wypo- 
wIedzIał SIę ZI esztą na ten temat bar- 
dzo cIekawIe w wynuame lIstów któ- 
I ą w związku ż mOIm artykułem 
pIZeprowadzlhśmy: "Wydawało nl1 
SIę zawsze, ze leportaż to surOWIec 
wszelkiego pisarstwa l ze odwracając 
porządek, można by meJednemu z 
wIelkIch pIsarzy, a to znaczy wIel- 
kich opowIadaczy świata widzIanego, 
wypommeć stosowanie tej samej 
techmkI, lekko Ją tylko kamuflując, 
Iby pozór flkCjJ, zamIast bezpośred- 
nie] relacJI, był zachowany. Wkompo- 
nowame takich śWIadectw w powIeść 
jest sztuka uplawmną stale plzez 
powIeścIOpIsarzy". 
PodpIsUję SIę pod każdym zdamem 
tej wYPowIedzI z tym ze polożyłbym 
nacIsk na słowo "wkomponowame". 
KatedlY składają SIę właśnie z ka- 
mlem wkomponowanych w porywa- 
jące dZIeła architektomczneJ SZtUkI 
]\T lejeden ze SZkICÓW, zaw.allych ,; 
"Księdze" Janty czeka tylko na 
wkomponowanie w wIększą twórczą 
całość l to bez szhfowama, bo au- 
tor nadał lm od razu szlIf doskona- 
łOŚCI, gdy powstawały. Podkreśliłem 
jUZ poprzedmo celnI! artystyczną 
wymowę reportażu o polskich tram- 
pach - a to samo naleiy powIedzieć 
o wstrząsającym opIsIe uboJU ZWIe- 
rząt w ChIcago czy subte,lneJ humo- 
l'esCe spotkam a z Pearl Buck - by 
wylIczyć tylko najbardziej dla mme 
pamiętne. 
Swój wspommany juz tutaj arty- 
kuł o repOl tażu kończyłem w ten 
sposób: "Pa
alZ, który ma naplawdę 
cos do pOWIedzenia, może pisać tak- 
że znakomIte reportaze - ale me 
zatrzymuje się na mch, me potIaf1 
ca}y w nIch SIę zmIeścIć". Bogata l 
WIelostronna twórezość Janty jest 
potwlerdzemem tej zasady. W przed- 
mowIe do zbIOru "Losy i ludzIe" o- 
kreślIł on swój stosunek do repor- 
tazowego dZlenmkarstwa, jako punkt 
WYjŚCIa ale nie dojścia. Na zakoń- 
czeme zaś niech mi będzIe wolno 
przytoczyć Jeszcze Jedną prywatJną 
wypowIedź J anty z lIstu do mme: 
..Rad. bym zabrać się wreszcie do 
plsama naprawdę - dotąd bowiem 
z lIteraturą cIągle jestem dopIero 
w stame narzeczeństwa, a warunkI 
odkładają datę ślubu". 
Zyczę autOlowI "KSięgi podróży 
przygód i przypomnień", by data t
 
nastąpIła jak na,Jprędz€j, a wnosząc 
z 39-u "narzeczeńskich" pOZyCjI (wy- 
kazanych u końca ..KSIęgI") ślub to 
powinien być pIerwszej klasy. 


Wit Tarnawski. 


ma wyglądała na wrak JakIegoś nie- 
dużego statku. 
"ZmienIłem z lekka kieI unek aby 
przepłynąć możlIwIe blIsko, v: na- 
dZIel, że zdołam odczytać lIteI y na 
lUfIe. Były JUż wyblakłe. Nazwa 
startku brzmiała "HonC!lulu". Nazwy 
portu macIerzystego me mogłem się 
dopatrzyć. HLStorla żYCIa statku zna- 
na jest teraz Jedynie Bogu, a wichry 
?rl dawna musiały JUŻ wzme
ć dokoła 
jego szczątków spokojny g"lób z tego 
samego pIasku, na którym skonał. 
W trzydzieścI sześć gOdZIlIl późnIej, 
z których dZIewięć statek stał na kot- 
WICY, zbliżając SIę do końca cIeśni- 
ny, dostrzegłem wyschnięty, szary 
wrak wielkIego amerykańskiego o- 
krętu leżący wysoko, Iloza zasIęgIem 
fal, na najbardziej wysumętym na 
południe krańcu rafy Wojownika. 
Leiał tam od lat. Słyszałem o mm. 
Przeszedł do legendy. WY'nurzał SIę 
jak olbrzymie l złowrogIe me'l1lent
 
?/lon, wyniesIOne przez załamujące 
SIę śwIatło tego pogodnego popołud- 
ma ponad odległą hmę horyzontu ry- 
SUjącego SIę pOnlzej tarczy zachodzą- 
cego słońca. 
,.1 tak wypłynąłem z cleśmny Tor- 
Ies, zanim zmrok oSIadł na wodach. 
W chwIli gdy Jasne słońce zachodzIło 
w dalI przed dZIobem mego statku. 
wyznaczy
em położenie małej wy:sep- 
kI, by znow wyruszyć daleJ; wysepk.l 
ta był
 
IC me znaczącą drobIna 
Ciemnej ZIemI, sterczącą samotlllle 
Jak wysunięty wartowmk rozczłon- 
kowanych lądów i wód, stOjący na 
strazy brzegów morza Arafura." 
(Przekład Marll Korniłowiczówny). 


"I1HAlH:\." Z PORT LOUIS 
Po 5-1 dmach żeglugi, 
u wrześma 
1888, "Otago" stanął w Port LoUIs 
na wyspie MaurItius. Z pobytu na 
wyspIe zachował SIę śWIetny OpIS 
Conrada, według relacjI Pawła Lang- 
101s, podany przez Jean-Aubry'ego w 
Jego biografii "ZycIe Conrada"_ 00- 
wlqdujemy SIę tam ze zawsze ele- 
gallckl k.upltan K'OrzemowskI nazy- 
wany był przez kolegów-kapltanow 
"l"	
			

/Archiwum_002_05_243_0001.djvu

			r 1119, 10th September, 1967 


TV londy}iskim "Dzienniku Polskim i Dzienniku żolnierza" ukazal się 
świetny wie}'<>z Mariana Hemara p.t. "Szczęśliwej 1Jodróży", który za laska. 
wą zgodą autora i T'edakcji t.ego ddennika po'>'walamy sobie przedrukować. 


\IARIAN HEMAR 
Szczęśliwej podróży 


Aż mi wyrsLić trudno 
Jak ja się cieszę Da to, 
Że podobno z wizytą, 
Nim jeszcze minie lato, 


Jak wola na balkonie 
Do wdzięcznych Lotyszow, w Rydze: 


"Niech żyje wolna Lotwa!" 
A z Sowietów dolata 
Oficjalna rcakcja: 
Gorąca aprobata! 


Ma przybyć do kraju jedna 
W pierwszych na świecie figur, 
WÓdz, którego cechuje 
Temperament i wigór, 


A on, któremu tak wstrętna 
Wszelka jest hegemonia, 
Już w Talinie - i wola: 
"Niech żyje wolna Estonia!" 


I polityczny polot, 
i historyczna rola - 
Na myśli mam, rzecz jasna, 
Generala de Gaulle'a, 


Co w Moskwie się spotyka 
Z zupełną aprobatą! 
Aż mi trudno wyrazić 
Jak ja się cieszę na to, 


Tę postać podniecającą 
I w zalety bo
atą - 
Aż mi trudno wyrazić 
Jak ja się cieszę na to, 


Co myślę, to wpadam 
W zapal iście wariacki: 
Balkon Hotelu George'a 
Wychodzi na Plac Mariacki, 


Że on, niezmordowany, 
Choć w tak !podeszlym wieku, 
Teraz na wschód się wybiera 
W turę - prosto z Kwebeku, 


Na balkonie 
eneral, 
Natchnienie mu lśni z oblic7a, 
Patrzy przed siebie na pomnik 
Adama Mickiewicza." 


Gdzie - wiadomo wam przecie 
Jako persona grata 
Wzbudzil ogromną sensację. 
Wobec calego świata 


Na stopniach tef;to pomnika... 
Kto pamięta? Kto powie? 
Pól wieku temu general 
Foch stal tutaj, we Lwowie, 


W7niósl jeden dzielny okrzyk 
Z balkonu w Montrealu,.. 
I zaraz, od Gór Skalistych 
Do Alp, i het, do Urału 


Generał Foch, marszalek 
Tej samej Francji, siostrzycy, 
Odbieral defiladę 
Tutaj, na tej ulicy, 


Rozlegl się echem donośnym 
Je
o krzyk dookolny, 
Grzmiąc: "Vive le Quebec libre!" 
"Niech żyje Kwebek wolny!" 


A teraz nad tą ulicą 
Francuski hetman polny 
Ręce podnosi i slyszę: 
"Niech żyje - krzyczy 


Lwów 
[ wolny!"' 


Jaki entuzjazm tIumu, 
Jaka radosna wrzawa 
Odpowiedziala mu! Jakie 
Zatrzepotaly brawa! 


W każdym czlowieku w tlumie 
RozedrJ!;al każda fibrę, 
Gdy dlonie wzniósl i z góry 
"Vive" - wolal "Ie Quebec 
Uibre!" 


Ten okrzyk 
rzmi piorunem, 
Ten okrzyk huczyannatą! 
I spotyka się z pełną 
Sowiecką aprobatą! 


A on serca okrzykiem 
Jakby ostrogą spina: 
"Niech żvje wolna Bialoru61:.'łi1.e
e ._..__." -
o
 
1>O
n, _..._....-..-..-..-....-. ł..1>0 
...........;
 eho'te&O ) 
i;\
-\ ".s'f\O tłJ'G'L1.ł. 
RP' 1.0 0 'te."o1.. tłJ'G'L1.ł.) 
C 1.0 1I\ł!,. 27 0 'ta."o1.. 
'L1."o't'1.':.1. C 27 1I\ł!,- , eS t1\1.

C"!) 1\C;Jł.) 
1ie1.1. e 't1.n 17 ć:ra.g e O co1n'P't'. t1PJ.: 1\C;Jł.) 
1>e't'se.n 27 0 
. 2 O co1nY't'. t'fl\l\ 
,,'}; @ 1I1i!.- 4: ) 
1'1. 3 g" @ 27 0 JCł.
ł. 
ce.'to't' tscz;łił. 
,!'t'e '}O a,1tI.'P. 
1\0 "o3 d en 




....d'h:' \ 
f' 
iift 
.:-:....:." 

 
r
: 
::
 


".,,':". 
f: 
 


nal.6 


....
 
;i'! 


22 ROLAND GAROENS. S.W.7 . FRfę -3175.
		

/Archiwum_002_05_244_0001.djvu

			. 


w
 I A D O M O ś C I 


SILVA 


TAKŻE HERBARZ SWEGO 
RODZAJU 
Pod hasłem "ocalić od zapomnienia" 
Olgierd Boorewicz ("Sagi wars-zaw- 
skie czyli sensacyjll1e i powszednie, 
romantyczne i prozaiczne dzjeje dzie- 
$ięciu wielkich rodów warszawskich". 
Warszawa, "Czytelnik", 1967; str. 
169 d liIll.). daje interesujący 
,zarys dziesięciu rodów :zasłużonych 
dla kultury, sztuki i przemysłu sto- 
licy. Rodów tych jest lcilkaset. Wy- 
bór był trudny - autor musiał ogra- 
niczyć się do dziesięciu, które liczą 
co najmmej trzy pokolEmia i konty- 
nuują świetne tradycje w postaci ;no- 
wych, /po dziś dz.ień -żyjących i dzia- 
łających pokoleń. 
Mamy tutaj "Ród Bacciarell:ich", 
"Hiszpańskich", "Dynastię Gebethll1e- 
rów", "Brunów", "Korotyńskich", 
"Rodzinę Bursche", "Ród Marconich", 
"Ród Kotarbińskich", "Klan Rapac- 
kich", "Spiessów", przy czym war- 
szawski "herbarz" lilie ograiIliC2a się 
do suchych życiorysów, ale usiany 
jest .ref.leksjami, dygresjami, histo- 
ryjkami, anegdotami a nadto rozmo- 
wami oz jeszcze żyjącymi 'Pl1ZedSta- 
wicielami tych rodów. 
Jeśli chodzi o .rody pochodzenia :n.ie- 
polskiego, oSzczególniej niemieckiego, 
najbardziej uderzający jest fenomen 
patriotyzmu, ujawniający się nie tyl- 
ko w pracy, ale w ofier
e żyda dla 
Polski, ;nawet wtedy gdy jak w wy- 
padka BUl"s-chów można było uniknąć 
ostatecznych konsekwencji, nawet nie 
uciekającs.ię do honorowego kompr()- 
mi.su czy milczenia ale 'po oprostu 
przez nieoprowokowanie okupanta. 
- Wer siiIld Sie? - py.ta Himmler 
jednego z więźniów. 
- Edmund Bursche, profesor uni- 
wersytebu wal1sza,wskiego - brzmi 
odpowiedź. 
- Jesteś .zdrajcą! - grzmi Hi.mm- 
ler. 
- Ngdy nie byłem i ilLie będę 
wrajcą mojej ojczy.ZII1Y - rzuca dum- 
nie opryszkowi Bursche. 
LISTY ST ANISŁA W A 
MACKIEWICZA 
W postaci. odbitiki - jak się zda- 
je - z paryskiej "Kultury" (choć 
nigdzie nie jeSit to zaznaczone) uka- 
zał się szkic Michała K. PaM'likow- 
skiego "StanisłatW Mackiewicz w Li- 
stach do pmyjaciela", na który skła- 
dają sie wyjątki z Listów Mackiewi- 
cza do PatWlikowski'ego, pisaiIlych z 
Paryża i z Warszawy, Wyjątki te, 
jak wszystko mackiewiczowskie, czy- 
ta 5Iię z wieLką przyjemnością, podzi- 
wiając pasję autora, który oczywiście 
nie .mieścił się IW ramach żadnego 
pisma, .z jakim współpracował i któ- 
ry jak Niemojewski, Belmont, Nowa- 
czyński powinien był wypowiadać się 
na łamach swojej własnej, wyłącznie 
swojej, trybuny, bez żadnego krępu- 
jącego sąsiedztwa, choć taki,e są- 
siedztwo nigdy go nie 
rępowało. 
PawlikOlWski jest emtuzjastą Mac- 
kiewicza niemal bez zastrzeżeń i 
podnosi szczególnie jego dar przewi- 
dywaiIlia. Tak IIlp. Mackiewicz prze- 
widział wybach wojny a również to 
że w najlepszym wypadku Polska 
straci ziemie wschodnie. Warto dodać 
że Mackiewicz pr.zed swoim pow,rotem 
do Polski stał się zwoJ.enniklem pmy- 
łączenia ziem ,zac!t
dnich.. W .d
lszym 
ciągu bro.nił swoJeJ mama
kLeJ 
on- 
cepcji że gwarancja brytyjska mlał
 
na celu rzucenie Hitlera na Polskę I 
odw;rócenie jego uwagi od Zachodu, 
a'Czkolwiek iIligdy ,nie ,potraf.ił o.
'PO- 
w.iedz.ieć na opytanie, dlaczego. HItler 
miałby się bardziej lic
>,ć z P
lsk
 
pozbawioną tej gwaraiIlCJI, ty
 wlęoeJ 
że jej bezuży
ość trafme oce- 
nił. 
Przy całym swoim pesymistycznym 
realizmie gdy chodziło o Polskę, Mac- 

U".m:ur.ur.:umuuumu: 
Zakupię lub wypożyczę 


,,0 Z I M I N Ę" 
WACŁAWA BERENTA 


w pierwszym wydaniu (sprzed 
pierwszej wojny światowej). 
ZgłoSzenia proszę wysyłać pod 
- 'resem: 


M.f-' 


"Wiadomości" , 


67, Great Russell Street, 
London, W.C.l. 
nttttUtlllllllllru: 

 


RERUM 


kiewicz przywiązywał nierealistyczną 
wagę do różnych pozorów dyplomaty- 
czno.-urzędniczych, które da'WIlo po- 
wiDlllY były zostać odłożone do Jamu- 
sa albo co .najwyżej ,,ad acta"; nie 
przestawały go. fascynować różne roz- 
grywki bez znaczenia, jakieś dekla- 
racje li noty, brał na serio .siebie w 
roli "premiera", udzielał dymisji, od- 
woływał ambasadorów, a nawet pO 
oSitatecznym zerwaniu .z emigracją 
niepodległościową nie ,przestawała go 
ta emigracja fascynować, inte.resował 
się każdym drobiazgiem personaJ.nym, 
zaprzeczając tym co wtedy pi
ł nie 
tylko całej swojej dotychczasowej po- 
stawie politycznej, ale trzeźwemu 
stosunkowi do formalis.tycznych fik- 
cji. 


* 


PaJWlikowski pl,zytacza obf.icie sądy 
Mackiewicza o ,pisarzaoh i zjawiskach 
lite.rackich. Są to t.zw. "sweepi'ng 
statements", świadczące me ty}'ko o 
braku znajomości ,literatury i o za- 
rozumialstwie .na skalę dotąd nie prak- 
ty.kowaną, ale o zupełnym .braku po- 
czucia hierarchii oraz proporcji przy 
zestaw:iani:1 rzeczy ważnych i niewa- 
żnych. .Wiadomo że gusty pisarzy są 
ikapryśne d 7m1iemne, wiadomo że Toł- 
stoj nie uznawał Szekspira, Mickie- 
Woia - Słowackiego, Weyssenhoff - 
Wyspiańskiego, ale był w tym wsay- 
stkim jakiś ład, było rozeznanie, nIe 
było pomieszania r
eczy ważnych z 
.nieważnymi, sądy były niespraWTiedli- 
we ale ni.e było olej samej klatki dla 
orłów i drobnoustrojów, w braku 10- 
gi.ki był sens, w beZiSoosie była lo- 
gika, 
Dlaczego np. Lechoń jest "cZ/kaw- 
ką po Krasińskim" i dlaC2eg'Q talent 
opuścił go "przeszło 30 lat temu", 
dlaczego Mackiewicz 'traci czas na 
czyta.llJie "IIWanowa" Czechowa a ro- 
bi,enie taki'Ch o.dkryć jak że nowele 
Czechowa oŚą ,lepsze od jego satuk, dla- 
czego Weyssenhoffa "trzyma" Mac- 
kielWioz za pisarza pierwszej klasy 
(nb. owego "trzymania" Grydzewski 
by na pewno nie puśc.ił) , a jeśli tak 
(słusznie), dlaczego ośmiela się zesta- 
w,iać go z Leskowem a nawet z Ku- 
prinem, dlaczego chwali się że lIIig'dy 
nie czytał Norwida, dlaczego przestał 
uważać Kasp'rowicza za poetęi pos-ta- 
nowił skreślić całą Orzeszkową jako 
pisarkę "tr.zecio.rzędną" (ejże?), Mni- 
S'zkównę zrównać z żeromskim? Mic- 
kiewicza uważa jednak Mackie'W
 za 
poetę 'Większego od .Puszk;1na, przy 
czym tr.zeba mu być wdzięcznym że 
nie napisał "większego nawet od Pu- 
szkina". 
Uoznanie Krzywos:zewskiego, Kie- 
drzyń,skiego i Wroczyńskiego za 
"chłam (szmelc)" jest prawdziwą 
rewelacJą d nie chce .się wierzyć że 
nikomu to nie przyszło wcześniej do 
do głowy. 
* 
PawLikowski ,przytacza fragment li- 
stu Mackiewicza, w którym MacJde- 
wicz zal'zuca Grydzewskiemu że prze- 
robił Studnickiema zda.nie: "w takim 
to roku ostatecznie zerwałem z en- 
d.ec;ją" na: "w talcim to .roku wr,stą- 
.piłem z .stronnictwa narodowego'. 
Studnicki pisał językiem wyjątko- 
wo niechlujnym i rękopisy jego wy- 
magały starannego spolszczenia, lecz 
jak wszys.tki.e ręko.plsy wymagające 
poprawek były przed oddaniem do 
składania pr.zekazywallle autorowi do 
aprobaty. Ale nawet gdyby tak nie 
było, redaktor "W:iadomości" we był 
(i nie jest) zupełnym idiotą. i nie 
mógłby zaproponować autoroWI takiej 
idiotycznej poprawki, aczkolwiek 
przyznaje że w 'poważnym artykule 
publiicyst)"Cznym .raziłyby go zawsze 
skróty "endek", ,,&ocjał", "pepesiak", 
Od teg"Q j,ednak droga daleka do 
7Jmioany słów: "zerwanie z endecją" 
na -słowa "wyśtąpienie ze Stronnic- 
tWia Narodowego", rÓlWnie daleko jak 
od polsrozy.zny Sienkiewicza do pol- 
£zczy.zny Mackiewicza, Tutaj coś 
Stud,

y:.
-;r 
.:. 


- 


"'
\i: \. 


;... .... 
-..
"""'" 


Scena z ,,{'zarownej nocy" Sławomira Mrożka. 


WITKACY I MROZEK 
W SAN FRANCISCO 
"San Francisko ChronicIe" po- 
św.ię::a dwa artykuły (24 
 27 lipca 
b.r.) tego SoaIIDego pióra (P. Knicker- 
bocker) wystaM'aonym w San F.ran- 
cis-co /State College ,Main Theatre 
sztukom Stanisława Ignacego WiŁ. 
kiewicza ..Wariat i zakonnica" i Sła- 
womira Mrożk'a "Czarowna noc". 
.Pierwszy z a:rty.kułów, poprzedzają- 
cy ,premierę, określa ją jako wyda- 
rzenie historycznego zDacz'enia w 
tradycji teatru dramatycznego Sta- 
IIlÓW. Mrożek jest już znany w Eu- 
ropie, ale sztuka Witkiewicza nie 
hyła jeszcze nig.d:zie grana w języ- 
ku a.ngielski1m. Obie sztuki .reżysero- 
wał Jan Kott. 
fuz,ekładu obydwu dokonali: D. S. 
Dure.r 4'PoLak, który wykłada na 
dwóch uniwersytetach kalifornij- 
slcich) d D. C. Gerould (Amerykanin, 
autOO' .satuk teatmlnych, znający ję- 
zyk rosyjSIki). Gerould wyżej stawia 
prekursorską oryginalność Witkiewi- 
cza, m.iżeli twórezość Mll'O'żka. Nowo- 
czesny ,teatr 'Polski nie jest - jego 
zdaniem - bUllltem przeciw drama- 
towi mieszczańskiemu, jak we Fran- 
cji, AIIlgldi 
 w Ameryce, ale nawro- 
tem do tradycji narodowej, w ,któI'€j 


K 


o 


SOLIDARNOSC Z IZRAELEM 


Do redaktora "Wiadomości" 


W zwi
zku z apelem w sprawie 
solidarności 7< II
raelem ("Wiadomo- 
ści", nr U09) poniżej poiiajem)' dal- 
szr. ciąg podpisów (por, "Wiadomo- 
ŚCI", nr 1114' w kolejności w jakiej 
do nas doszły i listę tę zamykamy. 
Kazimierz i Lidia Iranek-Osmeccy, 
Londyn; Jerzy i Janina Zaremba, To- 
ronto; E. M, Zaremba, Toronto; Ja- 
nina Morawska, Francja; Mieczysław 
Szurnański, Francja; H. Ba.rański, 
mjr, komendant obozu szkoły podcho- 
rążych w Manchester pr.zesyła pod- 
pisy uczniów s;o:koły: Z. Rytwiński: 
A. Dzieżak; A. Kossowski; T. Mu- 
siał; B. Balicki; W, Zadara-Chną- 
stowski; S, Bal'ańska, Z. Barański i 
M. Barański; J. Sąsiadek oraz sze- 
snaśc.ie dalszych Po.dpisów, nieczytel- 
nych; Bronisław Praszałowicz, New 
Winds-or; Helena Burczak Ahramowa, 
New Windsor; W.itold Zahorski, 
Rzym; ks. Bonifacy Miązek, Wiedeń; 
prof. Tymon Terlecki, Chicago; Tola 
Korian, Chicago; Felicja Kranc, Chi- 
cago; Kazimierz Kranc, Chicago; M,i- 
chał Peszke, Chicago; Stanisław i 
Oli-mpia świaniewiczowie, Notre- 
Dame, Indiana; Andrzej Chciuk, Au- 
sb.alia; dl' .w
told Babiński, Mont- 
real; FeLiks Drabczyk, Toronto; Ma- 
ria-Antonina i Tadeusz Sołowijowie, 
Montreal; Krystyna Westfalowa, 
Glasgow; Tadeusz Różycki, Pa-ovi- 
dence; Adam Radziejowski, Chicago; 
Antoni Sz,aszkiewioz, Edmonton, Al- 
berta; Halina Kolbuszowska, Hamil- 
ton; Cecylia Ohwiałkowska, Kanada; 
Wanda, .Wacław, Krzysztof i A. Li- 
berto wie, .Montreal; Jan Tatomir, 
Edynburg; Tomasz Kempiński, Pro- 
vidence. 


Józef Czapski 
(M a i s o n s - L a f f i t t e). 


WYJASNIENIE 


Do redaktora "Wiadomości" 


W związku z rzekomym moim li- 
stem otwartym do redakcji londyń- 
slci:J "Kroniki", nr 18 (231), iZ 6 
IIllaJa 1967, str. 9, ,proszę o umiesz- 
czenie na łamach "Wiadomości" na- 
stępuj ącego wy jaśnienia: 
l) Ten "list otwal'ty" jest mi SIt y- 
fikacją, częściowo opartą na f.rag- 
mentach mojej prywatnej korespon- 
dencji z panem Bolesławem świder- 
skim i ogłoszoną samowolnie bez mo- 
jej wiedzy i !Zgody. Ni.gdy nie upo- 
ważniałem ndakcji "Kroniki" do pu- 


'w 'POprzednim 6-śtronicowym nume- 
rze (1118) "Wliadomośc.i" (6 i/lustra- 
cji): Bo
dan Czaykowski: Mała po- 
dróż na Wschód. - Antoni Pospie- 
szałski : AntY'kOlllcepcja ,i 'l1.ieomyl- 
ność Kościoła. - Bronisław Przy- 
łuski: Kto potrafi... - Aleksander 
Wat: Oda tmzecia. - Józef Czap- 
ski: Nad grobem 'poety. - Alek- 
sander Wat: ..."Nie pozwalam wam 
za.pomnieć..." Andrzej Chciuk: 
Ni,eodgadniony świat czyl:i lila sza 
strona uLicy. -- Wanda Zborowska: 
Józefa Machay-Mi,kowa. - ;\Iina 
Tomkiewicz: ,PewnegO' razu na gó- 
rze Skopus. - Janina Sury nowa- 
Wyczółkowska: NoasiZe ulubione wier- 
sze - od.powiedź na ankietę "Wia- 
domości"_ - Jerzy Drobnik: Rzy- 
mianie nad Renem. '- Pandora: Pu- 
szka. Dt> Gaulle. - Kazimierz Trę- 
,bicki: poJj-tY1ka w oozach kompe- 
,tentne
o sceptyka. - IJ:"nacy Wie- 
niewski: ,Osobliwa historiog.rafia. - 
Michał K. Pawlikowski: Okno na 
Rosję. - Kronika. -- Koresponden- 
cja (Maria Solowijowa. Romana 
Rezler. Jan Plecak. Aniela Kłosow- 
ska. Konstanty Czechowiez. Fryde- 
rvk Goldschlag. Kajetan Czarkow- 
ski-Golejewski. Mieczysław Eizen- 
man). - Or-si: Pochwała Czermań- 
skiego. - Czytelnicy o "Wiadomo- 
ściach". Książki nadesłane. - Jaw- 
nuta: OSitatni łam. 


scena obrazowała symbole, metafo- 
ry i abstrakcje. Podkreśla niezwyk- 
łość twórczości WitkielWicza, któ,ra 
wyprzedzdła współczesność pół wae- 
ku temu. Artykuł opiera się na tych 
twierdzeniach ,tłumacza, 
Drugi, będący już r,ecenzją z pl'€- 
mieTY, powtarza mniej więcej podob- 
ną ocenę, w
mocnriolną bezpośredni- 
mi wrażeniami recemzenta, które jed- 
naJk wypowiadają się głównie w epi- 
tetach: oszołamiające, podiniecające, 
nieoczekiiwane, fantastyczne. Powo- 
łuje się ponownie na Geroulda, w 
którego oczach sztuki te "wytwo.rnie 
,zwariowane, autentycznie abs".1rdal- 
ne, niedor.zeczni,e wykwiJnLne" mogą 
zaskoczyć, ale nie mogą znudzić. 
R. A. Og1ar w "The Berkeley 
Barb", oZai;nteresowany wszechstron- 
nością Kotta i jego stosunkienI do 
teatru, czemu dał wyraz w prze- 
iprowal!lzonym na krótko przedtem 
wyw.ia,u,Zlie z nim, pOŚlWięca w.ięcej u- 
wagi jego reżY'serii (tytuł recenzji 
bl1zmi "From Pole ,to Pole"), którą 
uważa za wYS()ICe ipomysłową, nowo- 
czesną i opobudz,ająca wyobraźnię. 
Po sformułowaiIliu ,lci1ku zarzutów co 
do ternopa (.zbyt wolnego w pierw- 
szym akcie) i sposobu oddania pew- 
n)"Ch efektów, chwali surrealizm sty- 


r 


e 


s 


p 


bUkowania jakiejkolwiek mojej de- 
klaracji. Posyłałem tam do druku j,e- 
dynie prace czysto literackie (nOlWe- 
le, opowiadania i reportaże). 
2) Mies7Jkając stale w Brazylii nie 
orientuję się w' pl10blemaeh i sporach 
politycznych pos'zczególnych grup 
emigracji polskiej w Londynie i nig- 
dy się do nich w żaden sPo.sób nie 
mieszałem. 
3) Nigdy nie miałem ,inteiIlcji 
szkodzenia "Wiadomościom", które 
uważam za jedyme prawdzilWe lite- 
rackie pismo polskiej emig1racji, nie- 
zbędnie pot
zebne dla całości polskie- 
go życia kulturalnego. 
4) Nie zamier= zrywać kOilltak- 
tu z "Wiadomościami". Natomiast li- 
stem z 24 lipca 1967 zażądałem od 
pana świderskiego zwrotu wszystkich 
moich materiałów uprzednio pl1zesła- 
nych, a dotąd jesZCiZe nie publi
oWoa- 
nych. Nie ma tam między nimi aiIli 
artykułów politycznych, ani żadnych 
deklaracji. 
5) Reakcja moja na ten fakt nad- 
użyc,ia mojego nazwiska nastąpiła tak 
późno jedynie dlatego że dowiedzia- 
łem się o nim dopiero 22 li:pca 1967, 
kiedy to otrzymałem nr 18 (231) ty- 
godnika_ "Kropika", numer autorski. 
w związku z zamies.zcZOlllym tam mo- 
im reportażem p.t. "Polowanie na 
zbrodniarzy". Nie prenumeruję .,Kro- 
niki". 
Aleksander Porembiński 
(S a o P.a u l o). 


ZŁY DUCH PODNIECA, 
PSUJE KREW I DRAŻNI 


Do redaktora "Wiadomości" 
Dawno już nie pisałem do "Wia- 
domości". Nie dlatego że brak jest 
tematu - przeciwnie. Niemal każdy 
numer pisma pobudza do myślenia, 
pasjonuje, zachęca do polemiki. 
N a pozór nic się nie zmieniło. 
"Wiadomości" nadal są ciekawe, 
barwne, nieraz frapujące dzięki do- 
borowi artykułów i współpracy naj- 
przedll1iejszych autorów jakich posia- 
parny. 
Zdawać się mogło że wszystko to- 
ezy się po staremu, że posiadają.c 
liczne rzesze "dozgonnych" czytelni- 
ków pismo utrwalHo swą pozycję i 
nadal nie przestanie być strawą du- 
chową dopóki isŁiIJ.ieć będą emigra- 
cyjne środowiska rozsiane po całym 
świecie. 
A jednak uważnie śled.ząc roz;wój 
pisma dostrzega się w nim pewne 
.zmiany jego charakteru i nastawie- 
nia. "Coś złego dzieje się w państwie 
duńskim" - trzeba to o.twarcie po- 
wiedzieć. 


N 


I 


K 


A.l , 

ł 
a 
..«
 # 
'.. 


Nr 1119, 10th September, 1961 


A 


-t-._, 


", 


- 


'-- 
.
: .' 


.. 
-.. 


-
.>o- 


11\ 


Scena z II akt u "W arial:1 i zakonnic,)''' Stanislawa Ignacego 
Witkiewicza. 


.lu, zwłaszcza w "apokaliptycznym" 
fiinale Woitkiewicza. Poza tym anali- 
zuje szczegółowo grę aktorów. 
Recenzja Ogam zaleca sie bezpo- 
,średniością i szczerością, .która dyk- 
tuje ma wY'znanie że przez 25 .lat 
nie widział ani jednej s.ztuki pol- 
skiej, dOlpiero wkI'8Czając w 26-y 
rok życia stanął wobec trzech naraz. 
T.rzecią jest "The Dossier (Karto- 
teka)" Różew.ioza, o której się nie 
wypowiada, prócz wstępnej ogóliIli- 
I-Gowej uwagi że wszystkie trzy są 
w 'najwyższym stopniu godne w,idze- 
nioa. 
Recenzja "San Francisco Exami- 
ne.r" (28 Hpca) nie wnosi nowych 
elementów oceny. Krótkie streszcze- 
nie Witkiew.ioza - IVIraż,ek .zdecy- 
dowanie mniej się podobał - i omó- 
wienie gry aktorskiej, utopione w 
nadmiarze przymiot'ników. 
Ogólny pogląd ma twórczość oby- 
dwu dramaturgów, zamieszczony w 
programie, daje wymi.eniony już 
wS'PółLłumacz sztuk, D. C. Gerould. 


BUDZYŃSKI, Sł,ONIl\lSKI 
I GOMBROWICZ W LONDYNIE 
Teatr Po.lskii Z.A.S.P. w Londyni,e 
otwiera sezon 1967/1968 współczesną 


on 


de 


n 


Od pewnego czasu "Wiadomości" 
zatracają swą od.rębność i ideowe 
oblicze, coraz to bardziej upodabnl..'l- 
jąc się do paryskiej "Kultury". E- 
wolucjonizm pisma o WYJraźnym już 
zabarwieniu liberalno-rewizjonistycz- 
nym daje się wyczuwać .tak dalece 
że to co jeszcze wczoraj było nie do 
pomyślenia, dziś uchodzi za normal- 
ny objaw zachodzących w tygodniku 
tym przemian. 
Choć Ipozo8'tała ta sama 
zata, 
duch zm
enił się nie do p
nania. 
Szereg ostatnio drukowanych arty- 
kułów i korespondencji niepotrzeb- 
nie podnieca, psuje krew i drażni. 
Zaczęło się od korespondencji p. 
Dominika Morawskiego o pobycie 
"prezydenta" Ochaba w Rzymie (nr 
1107), IW której autol' roztkliwiooy 
trzepotaniem polskich flag na Kapi- 
tolu broni polskiej racji stanu źle 
reprezentowanej przez palitruka so- 
wieckieg"Q. 
Słuszne zastrzeżenia Adama Pra- 
giera i Karola Poz.nańskiego p. Mo- 
rawski zbywa uwagą że nie mają oni 
monopolu na postawę niepodległo- 
ściową i patriotyzm. 
Artykuł Józefa Mackiewicza p.t. 
"DToga PanL.... (.nr 1092, wzbudził 
nie mnie
szą lecz utrzymaną w bar- 
dziej umiarkO'wanym tonie polemikę, 
choć żaden z obrońców ,
nOlWego ładu" 
ni.e .potrafił przekonywająco udowod- 
;nić że autool' nie miał racji. 
CzyŻ ci panowie nares.zcie zrozu- 
mieją że w i,stniejącym obecnie w 
Polsce ustroju nie ma ani krzty sa- 
modzieLności polityc,mej i kultural- 
nej, że wszystko dokonuje się tam 
ipOd dyktando Moskwy? 
"Wiadomości" dotychczas posiada- 
ły wyraźnie skrystalizowaną orienta- 
cję niepodlegościową zjednując sobie 
czytelników, dziś, jak wygląda, prze- 
żywają kryzys, z którego daj Boże 
by wyszły zwycięsko zawracając z 
błędnej, jakiże niebezpiecznej drogd, 
Jan K. Narolewski 
(Chicago). 


"TRZE{'IA RZECZPOSPOLlT A" 


Do redaktora "Wiadomości" 


Z przyjemnoŚicią przeczytałam 
krótki a treściwy artykuł Dominika 
Morawskiego w "Wiadomościach" (nr 
1112\ oraz replikę Karola Poznań- 
skiego (nr 1117). Zabieram głos w 
dyskusji, bo należę do wymienionych 
w niej roczników polskiej inteligen- 
cji powojennej (studia na dwu an- 
gielskich uniwersytetach), które po- 
dabno mają popierać obu przeciwni- 
ków jed,nocz
nie. Ja natomiast wy- 


Czytelnicy o "Wiadomościach" 


I. 8.: Wspaniały ..Countdown" 

omualda Chudz,ikowskiego (.nT 1117). 
Kito to? Naopi.sane ba-rdzo młodo - 
a przecież autor musi być jaż w peł- 
nym kwiecie wieku! Takiej jęd.rnej 
prozy nie czytałem o.d czasów nie- 
odżałowanego AndJ1Zeja Bobkowskie- 
go. Gratulacje! 
J. G.: Doskonałe oopowiadaiIlie Chu- 
dZiitkowlskiego! Nare&zoie coś praw- 
dziwie Uterackiego w "Wiadomo- 
ściach"... 
M. G.: "Countdown" to jedm.a z 
najlepszych r.zeczy, jakie czytałam 
w "Wliadomościach"... 
J. M. w Bloomingtown, Indiana: 
"Wiadomości" są naprawd e bardzo 
dobre i ciekaiWe. Zgadzam się z któ- 
rymś z czytell!1lików że wiersz i ko- 
mentarz trzeba było dać razem. Ten 
ulubiony wiersz nie musi być aż na 
pieTIWszej stronie. W ten sposób roz- 
bija się kompozycję, zanim czy tel- 
nilk znwlazł (komentarz, zapomniał 
już o wierszu albo zaczął czytać coś 
innego. 
R. N. w Waszyngtonie: ...Prze- 
czytałam "Zdradziłam Chrystusa" 
I.rooy Hradyskiej (nr 111.2). Rzecz 
jest doskonała. Najzwyczajniej do- 


skonała - szkoda że tego nie mam 
w jęzY'ku angielskim, bo bym to 
p.róbowała tutaj gdZii,eś umieścić... 
K.i,edyś czy.tałam "short story" p.t. 
"A Man Who Looked Litke Jesus" 
- już n
e ,pamiętam c,zyjego auto.r- 
stwa. W jakimś bardzo da.lekim rz-l- 
eie, temat ni,by ten sam - tylko 
że u Hradyskiej opowiadanie aż 
pęcznieje od tej zwykłej codzienno- 
ści i (}u zwykłych ludzkich powie- 
dzeń - pomieszania wzruszenia z 
niecierpliwością i zniecierpliwieniem 
- a tam .racz,ej o.bracało się wszyst- 
ko w kręgu cierpienia, współc.zucia, 
tragedi,i człaWtieka tracącego dziec- 
ko... 
S. T. w Rapallo: ...Wyskrobałem 
te ;
OO() li.rów i załączam je, tak by 
nadal dostawać ..WiadomOŚici", bez 
których pusto w domu! 
A. C. w Presto n : Celny artykuł 
Jadwig,i .Maurer 'p.t. ..Osiem uwag 
o "Nawróco.nYIlll w Jaffie" (nr 1116) 
przy,paść do gustu musi każdemu 
rozumiejącemu, a i w z,achwy.t wpro- 
wadzić za myśli wartkoie... 
J. J. w St. Gallen: ...W "W,iado- 
mościach" ostatnio niesłychanie oży- 
wione dyskusje. Ja jestem całko- 
wicie zdania Józefa Mackie'Wicz{l. 


komedią Wiktora Budzyńskiego w 
tr
ech aktach p.t. "Waiting Room" 
(tylko tytuł jest angielski, sztuka 
jest polska i w języku d w tematy- 
ce). Reżyseria - Leopolda Kiela- 
nowskiego, scenografia - Tadeusza 
Orłowicza. Udział biorą: ,Maria Ar- 
czyńska, Danata Phillipp, Barbara 
Reń-ska, JOaJnna Rewkowska, Krzy- 
sztof Jakubowicz, Roman Rats-chka, 
Witold Scheybal .i Stanisław Zięcia- 
kiiewicz. 
W przygotowaniu ,są dalsze dwie 

ztuki palskich autorów współcze- 
snych: "Rodzina" Antoniego Sła- 
nimskiego i ..Operetka" Witolda 
Gombl'owicza. I 
GALERIA GRABOWSKIEGO 
Od 15 !'ierpnia do 29 wlrześni'a b.r. 
wystaw,iają swe prace w Galerii 
Grabowskiego (84 Sloane Avenue, 
S.W.3) następujący artyści: Jules de 
Goede, Ha-l,ender zamieszkały w Au- 
stmlii, Anglik Doug.las Jeal, Wil1y 
Tir rodem z Niemiec od r. 1938 
o!'iadły w Ang.J.ii (uczy w szkO'le 
sz.luk pięknych w Leeds), Brtan 
Creach (uczy w Ki.ngston College of 
Art) i Jugo.słowianin Predrag Ne- 
skov.ic . 


c 


. 
1 


a 


znaję szlachetną zasadę że Polacy 
nie gęsi i że dlatego najlepiej jest 
przemawiać w imieniu własnym lub, 
co najwyżej, o.sób dobrze sobie zna- 
nych - bez prób zgnębienia oponen- 
ta rzeszami urojo.nych stronników i 
k,ibiców. 
W przeciwieństwie do obu panow, 
nie mam konkretnych danych, a tym 
bardziej upoważnienia, by pl1zema- 
wiać w imieniu bardzo licznej grupy 
ludzi myślących. Stwierdzam więc - 
a przekonałam się że większość zu,a- 
jomych z tej kategorii myśli podob- 
nie - że nie podzielam całkowicie 
poglądów żadnej ze stron, natomiast 
mój sposób Wlidzenia "sprawy pol- 
skiej" we współczesnym świecie jest 
dość bliski !poglądom p. Morawskiego. 
Niedawno byłam w Polsce, co dość 
pQfWażnie uzupełniłO' moją znajomość 
jej spraw, a swe wiadomości o "Dru- 
giej" Rzeczypospolitej opieram przede 
wszystkim na całkiem obfitej lektu- 
r.ze wydawnictw p,rzedwojennych, 
których raczej nie wypada posądzać 
o gomułkowską propagandę. Gdyb
. 
więc zaistniała tak (antastyc.zna sy- 
tuacja że mus,iałabym nagle zamiesz- 
kać w "Drugiej" czy "T11zeciej", wed- 
le własnego UiZnania, .to dla wielu ,po- 
wodów niekoniec7lnie pod'padających 
pod kategorię prywaty wybrałabym 
jednak "Trzecią", choć pozostawia 
sporo do życzen
a. 
Dodam jeszoze, że z byle jakio!j 
mapy, nawet tej bez reżymowego. 
imprimatur, łatwo pmekonać się na- 
ocznie że mimo epoloowych zmian w 
powojennym śWliecie, Polska c,iągle 
jeszcze leży nad Wisłą, Cho.Ć ci i owi 
odmawiają jej na to. swego zezwole- 
nia. A może czas by wreszcie było 
restaurować liberum veto? 


Hanna Świderska 
(Perivale). 


4 JEDYNKI I ZIARNKO PIEPRZU 


Do redaktora "Wiadomości" 
Za numer oznaczony czterema je- 
dynkami (nr 1111) należą się redak- 
cji .cztery jedynki czyl
, mówiąc ję- 
zykJem s7Jkollllym, cztery najlepsze 
noty. Pięknie i z umian>m napisał 
GO}dschlag, interEsująco Leitgeoor, 
prohę 'przekornego stylu dał Chciuk, 
po długim milczeniu wrócił na ostat- 
nią stronę Silva: welcome home! 
Ale pochwały psują i dlatego do 
słodyczy trzeba dorzucić przynaJ- 
mniej ziarnko pieprzu. W zna:komicle 
ujętym portrecie literackim gen. 
Zulaufa znalazło się zdanie że ..woj- 
sko unikało duchowieństwa" - oczy- 
wiście nie w całej chyba Polsce, tyl- 
ko w Kielcach. Nie można autorowi 
robić zarzutu, że po prostu stwier- 
dza fakt. Ale nieco dalej pisze że 
przyczyną tego unikania było "po- 
stępo,wanie biskupa Losińskiego, któ- 
ry w swoim czasie potępił legioni- 
stów, a przywiązany do carskiej 
przysięgi, nawet po wojnie 1918-1920 
uważał Polskę za państwo SezoIW- 
we". Czyżby ten piskup - swoją 
drogą niepotrzebnie poróżniony z 
legionistami - nie wiedział że po 
r. 1920 białego caratu i cara już nie 
było? Trudno w to uwierzyć! 
I za późno dziś żałować że moda 
na pojednawcze dialogi, ekumenicz- 
ne i tym podobne, przyszła dopiero 
w ostalbnich latach, po II Soborze 
Watykań.swim. Może by i duchowień- 
stwo zmiemiło postępQfWanie i może 
by wojsko (czy tęż legioniści, Mich- 
niewicz stawia, zdaje się, znak rów- 
nania pomiędzy tymi dwoma słowa- 
mi) przestało "duchowieństwa uni- 
kać". Przekonałoby się wtedy że mo- 
że nawet w diecezj
 kieleckiej, pod 
władllą biskupa-antylegionisty, byli 
księża o innej orientacji, tacy jak 
bp. Bandurs
i lub tacy jak ów ultra- 
tolerancyj;ny kapelan legionistów z 
"Gałąz,kj rozmarynu". Jak,by to by- 
lo ładnie i pożytecznie. gdyby nas i 
4awniej i teraz naprawdę "mniej 
dzieliło niż łączylo" ! 


X. Wojciech Sojka 
(Erie). 


Ostatni lam 


WŁADZE SOWIECKIE mają 
- 
snąCe kłopoty ze swoimi pisarzamI. 
Jeszcze nie przebrzmiały echa wy- 
stąpienia Sołżenłcyna na zjeździe 
Związku Pisarzy Sowieckich, gda.ie 
domagał się zniesienia cenzury, a 
wybuchła sprawa czołowego poety 
nowego pokolenia, Andreja WormIie- 
sjenskiego. W liście skierowanym do 
moskiewskiej "Prawdy" WOZll1ies- 
jenskij oskarżył Związek Pisarzy 
o szerzenie kłamstw w ZlWiązku z 
niedoszłą wizytą poety w Nowym 
Jorku, gdzie miał recytować SWo.je 
utwory. OskaTŻenie rzucone przez 
W O'miesjelliSkiego pod adresem 
Związku Pisarzy jest naj cięższe ze 
słyszanych dotychczas w Rosji. O- 
czywiście "Prawda" nie ogłosiła 
listu Wowiesjenskiego, c.hocia'Ż 
wzywa on to pismo by było wierne 
swojej nazwie. Zamiast "Prawdy" 
list poety umieściły paryski "Mo.n- 
de" i nowojorski "Times". Nieba- 
wem po liście WOZll1iesjenskiego 
Po.jawił się w "Observer"ze londyń- 
skim list żony Jurija Daniela, ska- 
zanego lila katorgę .za rzekome 
szkalOlWanie ustroju sowieckiego. 
żona Daniela napi'sala list do naj- 
wyższych władz swojegO kraju, jak 
również i do gazet rosyjskich, za- 
rzucając komendantowi obozu cał- 
kowite be
prawie, a strażnikom 0- 
bozu znęcanie się nad jej mężem. 
Pani Da.niel odwołuje się do kon: 
stytucji sowieckiej, gwarantującej 
prawa człowieka i obywatela i da 
karty praw ludzkich O.N.Z., którą 
również Rosja podpisała. Przedtem 
tego rodzaju listy i protesty po- 
krywano całkowitym milczeniem, 
dzisiaj jednak znajdują one sz
b- 
ko drogę na Zachód; m
na powIe- 
dzieć że Rosja sied
 dzisiaj na 
cenzurowanym świata. 8'kończyla 
się epoka tajemnicy i świat zachod- 
ni patrzy dzisiaj Moskwie na pal- 
ce, jeżeli chodzi o tra
towanie pi- 
sarzy i wybitnych przedstaw.icieli 
życia umysłowego. Podobnie czuj.nie 
śl
zi się i piętnuje próby rozdmu- 
chIwania antysemityzmu w Rosjł na 
tle konfliktu izraelsko-arabskiego. 
ANTY-IZRAELSKIE stanowisko So- 
wietów i ich satelitów skłoniło pisa- 
rza słowackiego Ladislawa MneC\ko 
do opuszczenia Ozechosłowacji i 
wyjazdu do Izraela. Mnecko ogło- 
sił swoją śmiałą książkę p.t. "Smak 
władzy" w Wiedniu, gdyż nie mogła 
się ona pojawić w Pradze, a w 
wywiadzie udzielonym jednemu 
 
pIsm N.R.F. stwierdził że brzydzI 
się propagandą anty-izraelską i 
popieraniem państw, których celem 
je
t. ekstermi.nacja narodu żydow- 
skIego. Mnecko przybył. do Izraela, 
a władze czeskie pozbawiły go 0- 
bywatelstwa. 


"THE V ALLEY OF SILENCE _ 
Catholic Thought in Contemporary 
Poland", oto tytuł książki lIczącej 
niemal 4UU stron druku, która po- 
jawiła się nakładem uąiwersytetu 
Notre Dame w Stanach Zjedno- 
czonych i wyszła równocześnie w 
Londynie. Redaktorem książki jest 
X: JamesJ. Zatko, który postaiIlO- 
wIł zebrac prace profesorów Kato- 
lickiego Uniwersytetu Lubelskiego 
i przedstawić je światu anglo- 
saskiemu. Na ksIążkę składają się 
referaty 18 autorów z kardynalem 
Stefanem Wyszyńskim na czele. 
JANUSZA KORCZAKA przypomnIa- 
no społeczeństwu angielskiemu z 
o
azji aresztowania jednego z naj- 
wIększych zbrodniarzy wojennyctI 
FraIl2ia Stangla, wydanego w 
czerwcu b.r. przez Brazylię sądonI 
N,R.F, Londyński "Observer" zaz- 
nacza że wśród ofiar Treblinki któ- 
rym to obozem kierował Stangl, 
znaj
ował się Janusz Korczak, zna- 
komIty pisarz, lekarz, wychowawca 
i współczesny męczennik, który nie 
opuścił powieł"ZOlllych swej opiec!' 
dzieci. 


FILM NA TLE "ULISSESA" Joy- 
ce'a, który cieszył się wielkim pa- 
wodzeniem w Londynie, nie zosta- 
ni
 wyświetlony na tegorocUlym f
- 
stlwaJu w Edy;nburgu. Kierownl: 

t
1? fes
iwalu sprzeciwiło się tej 
InIcJatYWIe, a nawet projekt Wy- 
świetlenia filmu poza festiwalem, 
ale w czasie jego trwania, napoty- 
ka na duże trudności. 
JOE ORTON, młody dramaturg o 
którego zgonie pisaliśmy niedaw- 
no, sprawia kłopoty nie tylko za 
życia aile i po śmierci. Joe Orton, 
zamordowany młotkiem pr.zez swo- 
jego przyjaciela, Kennetha Halli- 
weBa, któ.ry mieszk.ał z nim w jed- 
nym pokoiku w londyńskiej dziel- 
nicy Islington, pozostawił ostatnią 
wolę, w której wszys,tko zapisał 
Halliwellowi. Nie było to mało! 
skoro za prawa filmowe do sztukI 
"Loot" otrzymał on 100 tysięcy fUiIl- 
tów szterlingów. Okazało się jed- 
nak że i Halliwell zostawił testa- 
ment, w którym oddawał wszystkie 
swoje ziemskie dobra - Ortonowi. 
Sąd angielski stoi przed niesłycha- 
nie s-komplikowaiIlym zagadnieni
 
prawnym, gdyż obaj testatorzy nIe 
żyją. Przypuszc'zaluie majątkiem 
zarówno samobójcy jak i zamordo o 
wanego podzielą się ich rodzimY' 
"Guardian" wyraża sąd że HaIl
- 
weU nauczył Ortona rzemiosła pI- 
sarskiego, chociaż sam uważał się 
.za nieudanego ,pisarza. Orton tak 
się rozwinął że wywołał zazdro
ć 
swego mentora, co stanowić mogła 
tło morderstwa. 


"A DlARY IN THE STRICT SENSE 
qF TH.E 
ERM" - tak.i tytuł no- 
SI 'pamlętmk znakomitego antropl?- 
loga i socjologa, Bronisława MalI- 
nowskiego, którego nazwisko ota- 
cZ!ł- ": 
glii wielki mir. Są to P
- 
mlętmkl, a raczej dz.iennik zap
- 
sków Malinowskiego z lat 1914-1915 
oraź 1917-1918, kiedy przebywał '!!" 
na Nowej Gwinei i w MelaneZJI: 
Pisane były po polsku z dodatkaJ1l! 
w innych językach; Malinowsk!. 
znał świetnie język niemiecki I 
francOIski a śzybko przyswajał 
- 
bie angielski. Zapiski Malinowskl e - 
g;
 p
zełożył Norbert Guterman z 
Nowego Jorku, znany tłumacz z. 
polskiego. 


Jawnuta. 


- 


Publllhed by "WIadomosd", 
67 G_t "u_U S_t, W.C.I, 
aM prinłed by Whl. &11. PrHI Ltd., (T.U." 
1 VI... Lane, TooIe)' St, S.E.I. T.L 01.407 14J I.