/Sponsorzy_028_04_003_0001.djvu

			ZE WSPOMNIEŃ SYBIRSKIEGO ZESŁAŃCA.
<¥>
EDWARD CZAPSKI.
(181»—1888.)
W KRAKOWIE,
KSIĘGARNIA SPÓŁKI WYDAWNICZEJ POLSKIEJ.
		

/Sponsorzy_028_04_004_0001.djvu

			Osobne odbicie z Przeglądu Polskiego z m. Maja 1893 roku.
Nakładem Autora.
W KRAKOWIE, W DRUKARNI «CZASU» FR. KLUCZYCKIEGO I SP.
pod zarządem Józefa Łakocińskiego.
MWSłę
fe
		

/Sponsorzy_028_04_005_0001.djvu

			„Tam, gdzie mogiły i krzyże, na cmentarzach uwieńczo¬
nych cierni zagajem, porosłych piołunu murawą, tam miesz¬
kania nasze; bośmy narodzeni po zgonie matki, z jej śmierci
dźwignęło się życie nasze — więc tam nasze uroczystości
i święta, tam się zbiegają kapłani i wierni, panowie z ludu
czeladką, sędziwi starcy i pacholęta, i na grobach obchodzą
biesiady duchów, święta uroczyste, wiece narodowe. Na groby,
bracia, na groby! Do pogrzebów! To sejmy, to biesiady, to we¬
sela nasze ł).“ Tak przed laty trzydziestu kilku, nawoływał nas
X. Prusinowski do oddawania czci zasłużonym zmarłym w na¬
rodzie. A jednak, w największej części kraju naszego, pod
rosyjskim zaborem, nie wolno czci tej zmarłym oddawać, ani
wspominać zasług ich publicznie. Tam, wedle słów poety, po
dziśdzień:
Umęczonemu — za pomnik grobowy
Zostanie suclie drzewo szubiennicy;
Za całą sławę — krótki płacz kobiecy
I długie, nocne rodaków rozmowy.
Tak też tłómaczymy sobie i ciszę, która zaległa na
grobie lir. Edwarda Czapskiego. Pięć lat od śmierci jego upły¬
nęło w styczniu b. r., a w żadnem piśmie nie spotkaliśmy
się dotąd z obszerniejszą wzmianką o tak zasłużonym i wy¬
rosłym ponad zwykły poziom człowieku, co o tyle tylko nie
dziwne, że życie jego było zbyt bijącym w oczy obrazem
') Mowa żałobna na nabożeństwie za duszę Zygmunta Krasiń¬
skiego w Poznaniu, 30 marca 1859 r.
1*
		

/Sponsorzy_028_04_006_0001.djvu

			4
smutnej doli całego współczesnego mu pokolenia, ażeby doz¬
wolono w kraju ucisku stawiać je przed oczy społeczeństwu.
Staropolskie wychowanie domowe, wśród wspomnień legendy
Napoleońskiej, szkolne mozoły pod okiem 00. Pijarów w Żo¬
liborzu, przerwane katastrofą r. 1830, następnie, po ukończo¬
nych zagranicą naukach, cicha a wytrwała, żelazna praca
w ciasnym zakresie obywatelskich obowiązków, wciąż roz¬
szerzanym wielkodusznemi usiłowaniami — następnie krót¬
sza liczbą lat, lecz niezmierna boleścią epoka męczeństwa,
a wśród niej z jednej strony wyniosła duma wobec wrogów,
niczem się przybić, niczem poniżyć nie dająca, drugiej
względem swoich, „gołębia prostota,“ dziwna swoboda umy¬
słu, podnosząca zawsze ducha cierpiących dokoła, serce go¬
towe do niesienia pomocy uciśnionym i nieszczęśliwym —
w końcu, po ciężkich latach wygnania, powrót do kraju,
gdzie czekały nań mogiły wielu najdroższych istot — oto
treść żywota zacnego człowieka, którego czciła Litwa cała
którego po dziśdzień towarzysze niedoli ze łzą w oku wspo¬
minają.
Niegdyś, w 1863 r., w więzieniu kowieńskiem Karme¬
litów, czytał Edward Czapski historyę Macaulay’a i uderzony
mnóstwem pamiętników, cytowanych przez autora, postano¬
wił swoje spisać wspomnienia, by podobnemu kiedyś mogły
służyć celowi. Spotykaliśmy się potem z tym niepospolitym
człowiekiem kilkakrotnie, w czasie jego pobytów zagranicą,
i dał nam do czytania pamiętniki owe, na wygnaniu spisane.
Sama ich data i nadpis wzruszyły nas niezmiernie: Siewa-
kowa (Katoriny zawód) w Zabajkalskim kraju (oblaści) pod
Czytą 1866 r. 6 Aug. v. s. Kilka nocy w rozgorączkowaniu
spędziliśmy wtedy nad niemi i nie zdołaliśmy się oprzeć
chęci porobienia z nich sobie notatek i wypisów. Sama praca
Czapskiego zaginęła później w podróży, nieszczęśliwym przypad¬
kiem, dziś więc przychodzimy jedynie podzielić się z czytel¬
nikami Przeglądu, uratowanemi z niej przez nas ułamkami,
które pomogły, w połączeniu z własnemi wspomnieniami, do
ułożenia całkowitej biografii tego niezwykłego człowieka.
Chcemy też w ten sposób uczcić pamięć jego, stawić przed oczy
		

/Sponsorzy_028_04_007_0001.djvu

			5
dzisiejszej młodzieży przykład wielkiego charakteru, a zarazem
obraz zajmujący czasów niedawnych jeszcze, a tak już bar¬
dzo odmiennych od dni naszych. Obowiązkiem dziś jest skrzę¬
tnie z bierać fragmenta różne historyi naszej z ciemnych lat
ucisku, te akta męczeńskie, które obecnie ducha rozgrzewają,
a kiedyś złożą się na straszny rys dziejowy, w owym wiel¬
kim dniu, o którym poeta mówi, iż
gdy radość roznieci,
Ludzie wesela krzykiem o niebo uderzą,
A potem długą ciemność niewoli przemierzą,
Siądą — i z wielkiem łkaniem zapłaczą jak dzieci ;
I słychać będzie płacz ogromny Zmartwychwstania.
		

/Sponsorzy_028_04_008_0001.djvu

			I.
Edward Czapski urodził się w Zapolu, w powiecie Słuc-
kim gubernii Mińskiej, 10 czerwca 1819 r. Był synem Sta¬
nisława, wojewodzica chełmińskiego, pułkownika wojsk pol¬
skich, i Zofii Obuchowiczówny, kasztelanki mińskiej; pocho¬
dził więc z rodu, w którym obywatelskie cnoty i służba kra¬
jowa bogato zasiliły skarbiec tradycyj familijnych. Nie mó¬
wiąc już o dawniejszych przodkach, wspomnieć tylko należy
dziada Edwarda, Franciszka Stanisława Kostkę, wojewodę
chełmińskiego, który taki miał mir u mieszczaństwa warszaw¬
skiego, iż w czasie zaburzeń 1794 r., cechy rzemieślnicze
odbywały dobrowolną wartę u drzwi jego domu, cześć w ten
sposób oddając nieposzlakowanej czystości jego uczuć oby¬
watelskich. — Ojciec Edwarda, Stanisław Czapski, urodzony
z Weroniki Radziwiłłówny ’), przyrodniej siostry ks. Karola
„Panie Kochanku,“ sprzedał ojcowiznę Gąszcz i Bąkówko
pod Chełmnem, aby wystawić własnym kosztem 22-gi pułk
piechoty w rezerwach ks. Józefa Poniatowskiego; w 1812 r.
postawiony jakby na straconym posterunku pod Kojdanowem,
dla powstrzymania całego korpusu Czyczagowa, z pułku swego
samotrzeć przy życiu pozostał. Zemścił się na nim Czycza-
gow, paląc do szczętu jego macierzysty po-radziwiłłowski
majątek, Łachwę, a tylko potem brat cioteczny Stanisława, ks.
Dominik Radziwiłł odebrał mu te zrujnowane włości, dając
J) Była ona córką ks. Michała Radziwiłła, hetmana w. lit.,
wojew. wił., i drugiej jego żony, Anny Mycielskiej, kaszte¬
lanki poznańskiej.
		

/Sponsorzy_028_04_009_0001.djvu

			w zamian za nie klacz Kiejdański. — Stryjeczny brat Zofii
z Obuchowiczów Czapskiej, Aleksander Obuehowicz, był
w 1812 r. pułkownikiem artyleryi i o nim to wspomina Mic¬
kiewicz w Panu Tadeuszu, iż z innymi uciekł z domu za
Niemen, by się do legionów' zaciągnąć.
Surowe w domu rodzicielskim odbierał Edward Czap¬
ski wychowanie. Matka jego była typem powagi dawnych
matron staropolskich; u stóp jej codziennie pacierz poranny
i wieczorny odmawiał, ona go czytać uczyła na Pielgrzymie
z Dobromila, a nieodstępnym chłopięcia i starszych jego braci
dozorcą, był pozostały w kraju po klęskach sierżant „wiel¬
kiej armii,“ stary Patryźon (Patrijon), który dziecięcą ich
wyobraźnię karmił opowiadaniami wielkiej epopei z początku
tego wieku. Ojca rzadziej widywały dzieci, i jakkolwiek czułe
im okazywał serce, zawsze z wielką energią i uroczystością
do nich przemawiał i wcześnie usiłował niezwykły hart
w duszach ich wyrobić. Tak 11. p. w niemowlęcym prawie
wieku, kazał im raz kłaść rękę w otwartą, kłami błyskającą
paszczę zabitego przezeń niedźwiedzia, którego przed ganek
przynieść kazał, po powrocie z polowania. Gdy jedno z dzieci
cofnęło się, przerażone widokiem zwierza, zawołał nań grom¬
kim głosem: „Cóż to? boisz się? Dzieciom moim nie-
wolno niczego się lękać! Tchórza zapieram się; to nie moje
dziecko; bom ja nikogo i niczego nie lękał się w życiu,
z żywym niedźwiedziem chodziłem w zapasy, śmiało nieraz
śmierci zajrzałem w oczy. No! tu włóż rękę gdzie kły!“
i sam rączkę dziecka o niedźwiedzie kły przyciskał, a na¬
wet córka jedynaczka musiała przejść tę próbę odwagi.
W r. 1828 Edward Czapski z obydwoma braćmi star¬
szymi, Adolfem i Maryanem, oddanym został do szkoły 00.
Pijarów w Warszawie na Żoliborzu, gdzie w dziwny sposób
postać księdza rektora Ciastowskiego obojga rodziców w pi¬
sanych wspomnieniach na pamięć mu przywodzi: „Czy ty
uważasz“ — zapytuje brata starszego — „jaki ksiądz re¬
ktor do rodziców podobny? kiedy groźny, to przypomina
mamę, a kiedy łaskawszy, to żywy nasz ojciec.“ — Konwikt
szlachecki 00. Pijarów (Collegium Nobilium) liczył wówczas
		

/Sponsorzy_028_04_010_0001.djvu

			stu uczniów, a odchodząc od pierwotnego założenia swego,
przyjmował też mieszczan i nieszlachtę; podobnież konwer-
sacya francuska ustępowała już w nim polszczyznie, a z daw¬
nej reguły pozostał tylko przymus rozmowy u stołu z nau¬
czycielem Francuzem. Prawdziwie rodzicielską opieką ota¬
czali Pijarzy powierzoną im młodzież ; to też wdzięczne im
przez życie Całe zachował Czapski wspomnienie, a w pamięt¬
nikach swoich tak o nich pisał: „Cześć wam, zacni Ojco¬
wie! jakże spokojnie umierałbym dzisiaj na wygnaniu, jeże-
libym wiedział, że synowie moi tylko u takich Żoliborskich
Pijarów zostają na opiece i wychowaniu. Niech ten hołd
wdzięczności wygnańca, ten żałosny głos z pustyni, idzie
w świat naprzeciw przesądom wieku!“ Polityczne wypadki,
poprzedzające rok 1830, a następnie samo powstanie Listo¬
padowe, silnie wstrząsały dziecięcą Edwarda wyobraźnią.
Podczas gdy starsi uczniowie konwiktu należeli do ordynku
przy obrzędzie koronacyjnym Mikołaja I, on z młodszymi
przysłuchiwał się z tarasu ogrodu dzwonom i gromom ar¬
matnim , towarzyszącym obrzędowi. Przez dwa tygodnie,
w galowych mundurkach, oczekiwali napróżno konwiktorowie
odwiedzin autokraty; wreszcie powrócili do zwyczajnego
odzienia, gdy wtem, w czasie obiadu, usłyszano wołanie:
„Imperator! król!“ Otworzyły się nagle główne podwoje
w refektarzu, a w nich ukazał się z groźnem obliczem Mi¬
kołaj, w mundurze polskim, w towarzystwie jenerała Stasia
Potockiego i ministra oświecenia Stanisława Grabowskiego.
Monarcha skosztował zupy i zgromił rektora, że młodzież
niejednostajnie ubrana; następnie obchodząc podkowę stołów,
natrafił na Bolesława Wielogłowskiego, który u rogu stołu
z fantazyą nieco naprzód nogę wysunął.— „Co to jest?“ —
krzyknął zagniewany — „czy w ten sposób wolno ci stać
przed twoim władzcą?“ i nogą trącił chłopca, a zwróciwszy
się ku rektorowi, żywe mu czynił wymówki za nieuszano-
wanie jego ucznia. Złe wrażenie na młodych umysłach wy¬
warły te odwiedziny cesarskie, wrażenie tem gorsze i trwal¬
sze, że w kilka dni potem otrzymali nowe mundury, wła¬
snego pomysłu Mikołaja, i wice-mundury, podobne do ówczes-
		

/Sponsorzy_028_04_011_0001.djvu

			nej policyi warszawskiej; z żalem żegnając piękne mundurki
Stanisława Augusta z herbem Królestwa, nosili odtąd na. gu¬
zikach herb cesarstwa.
W Żoliborzu zastał Czapskiego rok 1830, i tam po raz
pierwszy usłyszał wyraz, dlań wówczas niepojęty: Rewolu-
cya, -powstanie narodowe. W kilka dni po wybuchu, X. rek¬
tor przedstawił kilkudziesięciu konkwiktorów jako ochotników
do wojska narodowego, a sztućce i łyżki zawiózł sam do
mennicy na ofiarę skarbowi narodowemu. Z arsenału, zapro¬
wadzenia Konarskiego, wydobyto karabinki, a w grudniu
dyktator przysłał instruktora i starsi uczniowie rozpoczęli
musztry codzienne. W czasie bitwy pod Grochowem, gorąco
Ojcowie wraz z uczniami się modlili o zwycięstwo; X. Wą-
torski przywodził ich po kolei do lunety na wieży swojego
obserwatoryum, skąd widział mały Edward „ożywione twa¬
rze walczących, wielki pośpiech w marszu, otwarte usta żoł¬
nierzy, którzy śpiewając, szli do boju“ ’). Przez cały rok
1831, dzieci z Litwy i Rusi, nie odbierały ani zasiłków, ani
wiadomości od rodziców, ksiądz rektor był więc przez ten
czas ich karmicielem i ojcem, a nigdy żadnemu z nich tego
nie wymówił. Ostatnie dni rewolucyi i szturm do wałów,
były straszne dla Żoliborza, odgrodzonego wysokim murem
od Gwardyackiej ulicy. „Gwar miasta oblężonego, ruch woj¬
ska, dążącego na sukurs redutom, buk armat, zwyciężył na¬
szą klauzurę klasztorną. Im natarczywiej świat zewnętrzny
wciskał się do tego przybytku nauk i ciszy, tem X. rektor
i jego podwładni zachowywali uporniej powagę i milczenie,
rzekłbyś: senatorowie starożytnego Rzymu, gotowi na przy
jęcie barbarzyńskiego Brennusa.“
Wreszcie gruchnęła piorunem po mieście wieść o ka-
pitulacyi; na tę okropną wiadomość, mały Edward tonąc we
łzach, pobiegł na górę; tam przed łóżkiem upadłszy na ko¬
lana, w strzelistej modlitwie do Boga, ślubował Mu nigdy
nie odstąpić sprawy narodowej i prosił zarazem o pomoc do
’) Miejsca zamknięte cudzysłowem, są wyjęte z zaginionych
Pamiętników Edwarda Czapskiego.
		

/Sponsorzy_028_04_012_0001.djvu

			10
wytrwania w tym ślubie. Nazajutrz po wkroczeniu do War¬
szawy wojsk rosyjskich, kazano X. rektorowi wynosić się
z dwóch obszernych gmachów, tymczasowo na lazaret prze¬
znaczonych. „Wielu konwiktorów w kilka, lub kilkanaście
lat potem, nawiedzili poniewolnie te mury, młodości szczę¬
śliwszej świadki. Cytadelę bowiem warszawską i jej więzie¬
nia od 1837 r. wzniesiono na samym Żoliborzu.“ Piechotą
w ordynku, przeszli uczniowie do nowego mieszkania w ka¬
mienicy Dobrowolskiego; przeraziła ich zmiana fizyognomii
Warszawy, niedawno tak wesołej, boleśnie dotknęło przy¬
zwyczajonych do widoku wojska polskiego, napotykanie ro¬
syjskich sołdatów na każdym niemal kroku.
Zaraz po odbytych egzaminach i popisie, nastąpiła ka¬
sata konwiktu, razem ze szkołą pijarską przy Długiej ulicy,
w r. 1832. Równocześnie też przyjechała po Czapskich matka
ich, chcąc zawieść synów do Berlina na dalsze nauki. Sześć
miesięcy oczekiwali paszportu, wreszcie otrzymawszy go, wy¬
ruszyli w daleką podróż do pruskiej stolicy własnemi końmi
w starożytnej karecie. Przyjęty do niższej tercyi Joachim-
stadzkiego gimnazyum, Edward niemałą znalazł różnicę mię¬
dzy niemieckimi profesorami a polskimi Ojcami Pijarami.
„Profesorowie z wysokich sfer ideałów klassycyzmu i głę¬
bokiej nauki“ — pisał później — „nie schodzili do pozio¬
mych trudów moralnego piastowania powierzonej im mło¬
dzieży. Domagali się tylko zadośćuczynienia formie uszano¬
wania i zewnętrznej karności... Serdeczności nie było żadnej
w stosunkach profesorów z uczniami. Profesorowie sami po¬
zbawieni zapału, nie mogli nim natchnąć swych uczniów.“
Około 1835 r., widział Czapski po raz drugi cesarza
Mikołaja, który bawiąc z żoną w Berlinie, kazał sobie w am¬
basadzie rosyjskiej przedstawić przez hr. Eibeaupierre’a pod¬
danych swoich, przebywających w stolicy w celach nauko¬
wych. Pomiędzy zgromadzonymi w liczbie około 200, zwrócił
na siebie uwagę cara młody Podhorodeński, brunet z wysy¬
pującym się wąsikiem. Podówczas w Rosyi, ta ozdoba twa¬
rzy, była wyłącznym przywilejem wojska; to też car się za¬
chmurzył i dotykając palcem zakazanego puszku nad ustam
		

/Sponsorzy_028_04_013_0001.djvu

			11
dełinkwenta, zawołał groźnie: „Co to jest? zaraz mi to
ogolić! Wąsów nikomu z was nosić nie wolno!“ Wielu z uczą¬
cej się naówczas w Berlinie młodzieży polskiej, odznaczało
się niepospolitemi zdolnościami, a między innymi: Alfons
Wolicki, późniejszy dziekan fakultetu filologicznego przy uni¬
wersytecie charkowskim, świetny autor, tłómacz Fausta, i Iwa¬
nowski, potem profesor uniwersytetu petersburskiego. Medy¬
cyny słuchali z Warszawy: Brandt, Kronenberg, Bentkowski,
który później księdzem został. W gwardyi służyli lub do
egzaminów się przygotowywali: Bronisław Dąbrowski, syn
jenerała, Wiktor Szołdrski, Władysław Łącki i inni; na fa¬
kultety różne uczęszczali: Bilińscy, Radoszewscy, Żółtowscy,
Morawscy, Miączyńscy, Poniuski, Darowski, Mieroszowski,
Motty i t. d. i prawie wszyscy odwiedzali czwartkowe wie¬
czory u matki Czapskiego. Feliks Podlewski, Marchwicki,
Rymarkiewicz, dyrekcyę nad młodzieżą przyjmowali. Rej
wodził nad studentami doktor medycyny, Seweryn Gałę-
zowski, lecz gdy powołany do kraju rozkazem Mikołaja,
rok jeszcze chciał pozostać w Berlinie, rząd pruski kazał mu
opuścić granice państwa. Z matką bywał Edward nieraz
u ks. Ludwiki Radziwiłłowej, wdowy po ks. Antonim, a ciotki
króla Fryderyka Wilhelma IV., która w pierwsze święto wiel¬
kanocne, zamiast polskiego święconego, wielki zawsze obiad
dawała. W salonach matki swej widywał wiele wybitnych
osób, z ówczesnego społeczeństwa polskiego: „Edwarda Ra¬
czyńskiego, zaniedbanego w stroju, zawsze zamyślonego, od¬
powiadającego przecież na zapytania z werwą i oryginalno¬
ścią, a noszącego już we fałdach czoła i brwiach spuszczo¬
nych dominnjący rys smutku; syna jego Rogera, koryfeusza
ówczesnej polskiej młodzieży w Berlinie, i przewyższającego
go jeszcze nauką, a zwłaszcza skromnością i pracą, Augusta
Cieszkowskiego, którego Prolegomena zur Historiosophie
zachwiały powagę Hegla“. Lecz największe wówczas na mło¬
docianym Edwardzie uczyniła wrażenie, postać arcybiskupa
gnieźnieńsko - poznańskiego, Dunina, wezwanego do Berlina
w głośnej sprawie małżeństw mięszanych. Otoczonego atmo¬
sferą protestantyzmu i filozofii, nawiedzały wtedy młodzieńca
		

/Sponsorzy_028_04_014_0001.djvu

			12
powątpiewania religijne; spotkanie to z prześladowanym
arcybiskupem, sprowadziło w myślach jego zwrot stanowczy,
tak, iż postanowił nawet poświęcić się służbie Kościoła i dla
wzmocnienia katolickich przekonań, czytał pilnie Catechismus
Concilii Tridentini ad Parochos. Zajęty marzeniami swemi,
nawykł był wówczas nie przyjmować udziału w tem, co sta¬
nowi praktykę życia towarzyskiego, lekceważył formy i przy¬
musy społeczne; narzekał na to nieraz w późniejszych latach,
ale ztąd może pochodziła oryginalność jego umysłu i sposobu
bycia, tryskająca zawsze w barwnych improwizacyach, bez
względu na osoby, do których przemawiał.
Tymczasem szybko płynęły lata nauki, a rok każdy
przynosił Czapskiemu promocyę z klasy do klasy, jakkolwiek
zawsze średnich miejsc na ławie szkolnej się trzymał. W cza¬
sie wakacyj, zwiedzał z braćmi i matką Poznań, Chełmno,
Gniezno, Kruszwicę, a jeżeli dla zdrowia udać się przyszło
do wód szląskich lub czeskich, wszędzie pilnie szukali oni
pamiątek klęsk albo świetności Polski. „Z czcią zwiedzaliśmy
te narodowe pamiątki, wiedzeni za rękę przez mądrą kobietę,
która kraj rodzinny kochać umiała“. W Berlinie, bojąc się
nie zapomnieć ojczystej mowy wśród potopu obczyzny, jął
się Edward z zapałem czytania dzieł Skargi i brał pry¬
watne lekcye języka polskiego, niekiedy o 6-ej z rana, gdy
0	innej porze dnia czasu mu na nie nie stało. Wreszcie zdał
egzamin dojrzałości, a wtedy pozwolenie ojca, lub zachęta
matki, byłyby go od razu postawiły w rzędzie sług Kościoła.
„Katolicyzm, sędziwy wiekami, szafarz nieskazitelnej prawdy,
która daje żywot wieczny, przejmował mnie oddawna czcią
1	podziwem“ — pisał później — „ale teraz męczeńską ko¬
roną opromieniony, zdawał mi się rozkazywać, abym mu
swoje życie poświęcił. W służbie Kościołowi widziałem także
wtenczas jedyny sposób służby krajowi“. Lecz inne koleje
czekały niebawem wiernego dziecięcym swym ślubom mło¬
dzieńca.
		

/Sponsorzy_028_04_015_0001.djvu

			W kwietniu 1840 r. powracał Edward Czapski z ojcem
do kraju. W Taurogach, na widok pik i nahajek Kozaków,
przez parę wiorst eskortujących pojazd przybyłych z zagra¬
nicy, ciężar mu zaległ piersi, serce jakby zamarło; wTydało
mu się, że wjeżdża do więzienia jakiegoś niezmiernego, wspo¬
mnienia Warszawy i Polski przedrewolucyjnej cisnęły mu
się do głowy i łzy polały się potokiem z oczu. Ojciec, zwy¬
kle wesoły i rozmowny, długie zachowywał milczenie, a wre¬
szcie rzekł do niego: „Do domu niewoli wracasz rozu¬
miesz, jaki los wypadł nam — nie płacz, ale wytrzymaj!“
Pocztą i rzemiennym dyszlem jechali do Kiejdan, wstę¬
pując do pałaców, dworów i dworków szlacheckich, pocie¬
szając niejedną rodzinę, przewiezionemi sekretnie listami od
tułających się po obczyźnie jej członków. Wreszcie ujrzał
zdała młodzieniec kiejdańską farę po-aryańską, panującą nad
miastem i okolicą, trzy wieżyce kalwińskiego kościoła, dre¬
wniany, czarny kościół po-karmelicki, a gdy minęli rynek
i dawne kollegium kalwińskie, na powiatową zamienione
szkołę, stanęli przed domkiem, w którym Stanisław Czapski
od 1827 do 1845 r. mieszkał i pracował. Domek ten niski
i szczupły, lecz dla wszystkich otwarty, zawsze był gwarny
i pełen gości, a chętnie i tłumnie zwiedzali go i wielcy i mali,
z równie szczerą tam gościnnością przyjmowani; dziś mie¬
szka w nim ogrodnik Todtlebenów, których ojcu, po kon¬
fiskacie 1866 roku, cesarz Aleksander II Kiejdany darował.
		

/Sponsorzy_028_04_016_0001.djvu

			14
Długi pobyt w szkołach zagranicznych pozostawił zrazu
Edwardowi pewną trudność we władaniu językiem ojczystym;
gdy mu raz na to ojciec zwrócił uwagę, mocno zawstydzony
zaczął wytrwale pracować nad przyswojeniem sobie w całej
pełni wszystkich bogactw polskiej mowy. To też odtąd wy¬
sławiał się zawsze niesłychanie piękną i poprawną polszczy¬
zną, a ojciec uradowany, z dumą niebawem mawiał: „Mój
syn wychowany w Berlinie, ale dla kraju!“
Po krótkim wypoczynku w Kiejdanach, udali się oby¬
dwaj do Wilna na kontrakty. Miasto ludne i niezmiernie
z powodu jarmarku i kontraktów ożywione, dziwnie odmienny
od dzisiejszego przedstawiało widok! Wrzało tam w całej
pełni życie towarzyskie polskie; świetne bale dawali: ks.
Czetwertyńsey, ks. Pawłowie Sapiehowie, ks. Wittgensteinowa
z domu Barjatyńska, ks. Konstantowie Radziwiłłowie, p. Nie¬
siołowska, z domu Pacówna, siostra jenerała Ludwika, pani
Nesselrodowa z domu Górska, p. Zawiszyna, trzy domy
Tyszkiewiczów, Konstanty Tyzenhauz. Po większej części
tylko domy te najpierwsze w Wilnie utrzymywane były po¬
nad stan, a życie to, rozrzucone i wesołe, zatarło ślady po¬
wstania, a nawet wspomnienia świeższych klęsk kraju, jak
zatopienie Unii w potokach krwi i katastrofa Konarskiego.
Gubernatorowie i wyżsi rosyjscy urzędnicy wojskowi i cy¬
wilni, mówili jednak do obywateli po francusku, po sądach
i kancelaryach wyborowi urzędnicy Polacy polskiego tylko
pomiędzy sobą używali języka, a gdy raz nowo zamianowany
gubernator cywilny Zerebcow, pozwolił sobie na balu jakąś
niekorzystną o Polakach przed Konstantym Platerem uczy¬
nić uwagę, młodzież tańce przerwała i gubernator wszystkich
razem i wielu jeszcze pojedynczo przepraszać musiał. Całe
towarzystwo schodziło się co niedzielę na summę do katedry;
licznych słuchaczy przyciągały kazania, księży: Wawrzyń¬
skiego, Godlewskiego, Rorowskiego, Markiewicza i Krasiń¬
skiego, późniejszego biskupa i wygnańca. Słynący nieco da¬
wniej z niepospolitej wymowy X. Trynkowski, był już wtedy
zesłany do Irkucka, gdzie w 1869 r. czytał imię jego Czap¬
ski na tamecznym cmentarzu. Kapituła wileńska liczyła
		

/Sponsorzy_028_04_017_0001.djvu

			15
w swem łonie wielu zacnych i uczonych ludzi. Biskupa no-
ininata Kłągiewicza niesłusznie winiono, iż słabo bronił klasz¬
torów przeciw kassacie, choć przeciwnie, czynił on co mógł,
a powracając z Wołogdy, dokąd w 1831 r. zesłany został,
miał posłuchanie u cara Mikołaja i takie na nim uczynił
wrażenie, iż gdy w kilka lat później przedstawiono cesa¬
rzowi plany reform, mających służyć ku szerzeniu prawosła¬
wia na Litwie, kazał z niemi czekać do śmierci staruszka.
Jesienią 1840 r. wysłali rodzice Edwarda Czapskiego
do Charkowa, gdzie, pod okiem starszego brata Maryana,
przygotowywał się do egzaminów krajowych i zdawał takowe.
Charków słynął wtedy z gościnności w gościnnej jeszcze
naówczas Rosyi całej. Między profesorami było kilku Pola¬
ków, wśród towarzystwa trafiały się i polskie domy, francuz
czyzna była językiem salonów, a między innymi ogładzony
i wiele w świecie bywający arcbirej Innokenty, dawniejszy
rektor prawosławnej Akademii duchownej w Kijowie, mówił
doskonale po polsku. Zdawszy egzamina, spotkał się Edward
w Charkowie z ciotecznym bratem swej matki, Adamem
Rzewuskim, który przybył tam jako fligel- adjutant w świcie
cesarza, jadącego na rewie do Czugujewa. Rzewuski namó¬
wił wtedy siostrzeńca, aby mu po skończonych manewrach
przez Kursk i Moskwę do Petersburga towarzyszył; tam to
przedstawił on go ministrowi - sekretarzowi stanu Królestwa
Polskiego, Ignacemu Turkułłowi, który obiecał wyjednać
Czapskiemu cesarskie pozwolenie na wstąpienie do służby
w stolicy.
Zaopatrzony w listy wuja, powrócił młodzieniec do ro¬
dziców, aby im plany swoje przedłożyć. Uroczyste było po¬
żegnanie jego z matką, która w długich rozmowach nie
szczędziła mu przestróg, a błogosławiąc na drogę, upominała,
aby się nigdy z Rosyanką nie żenił: „Nam nie wolno z nimi
szukać związków krwi“ — mówiła — „najświetniejsze sto
sunki rodzinne, bogactwo, ani nawet miłość nie powinny mo¬
jego w tym względzie zakazu i jego świętej wagi zmniej¬
szać“. W pierwszych miesiącach 1842 r. rozpoczął Czapski
służbę w kancelaryi cesarskiej sekretaryatu stanu Królestwa
		

/Sponsorzy_028_04_018_0001.djvu

			16
Polskiego i pełnił ją z niałemi przerwami przeszło przez
cztery laty, odznaczając się wielką pracowitością. Sekretaryat
cały składał się wówczas niemal wyłącznie z Polaków.
Coraz częściej wzywał Edwarda minister do gabinetu
swego, rozmaite mu wyznaczając prace; corocznie towarzy¬
szył mu młodzieniec w urzędowej jego podróży do Warszawy,
a wtedy jeździł i mieszkał z nim razem. Wesoło i z upra¬
gnieniem obydwaj podróż tę odbywali, jak studenci na wa-
kacye spieszący, a do północnej stolicy wracali smutni, nie¬
raz zaś po najgorszej drodze, naprzód kołami, potem na sa¬
niach do Petersburga przez 12 dni ciągnęli. Czapski nigdy
nie umiał zdania swego przed ministrem zataić i nieraz ostro
z nim się ścierał; pomimo to lubił go Turkułł i żartując
„zajadłym Litwinem“ nazywał. Długie milowe przechadzki
odbywali razem; nocami czytywał mu Edward głośno do
2-ej lub 3-ej zrana i tylko w złe towarzystwa, w których
dziwne miał upodobanie stary bezżenny minister, nie śmiał
on ze sobą prowadzić młodzieńca, dostrzegłszy odrazu źle
ukrywaną jego niechęć przy pierwszych próbach tego ro¬
dzaju. To też w późniejszych czasach bronił go zawsze
Czapski przeciw często powtarzanemu zarzutowi, iż miał być
narzędziem Mikołaja do zrujnowania materyalnego i moral¬
nego złotej młodzieży warszawskiej. Wedle niego, balet był
takiem narzędziem w rękach policyi, ale baletu właśnie nie
lubił Turkułł, który raczej „lubił naturę nieokrzesaną, bez
sztucznych przypraw różu i bielidła“. Ciekawy obraz mini¬
stra skreślił nam Czapski w swych Pamiętnikach. Wady
Turkułła były według niego wyraźne i w oczy bijące, pod¬
czas gdy dobre strony charakteru swego ukrywał najstaran¬
niej ; niepokonana nieśmiałość łączyła się w nim z ujemnem
bardzo lekceważeniem i świata i siebie; był niezmiernie do¬
broczynnym, a przytem pokornym, lecz „niepopłacała pokora
w społeczeństwie, w którem jest przysłowie: Bije — widać
ma prawo“. Kolegów swych, jak wszystkich Rosyan, za wro¬
gów w duszy poczytywał; cierpiał mocno nad tem, co się
działo w Królestwie, lecz zawsze więcej względów na osoby,
niż zapału dla dobra kraju okazywał; nie lubił krajowej
		

/Sponsorzy_028_04_019_0001.djvu

			17
arystokracyi, unikał jej, lecz nie upokarzał nikogo. Nie czuł
się na siłach, aby z Mikołajem wojować; sądził, iż następca
tronu okaże się powolniejszym jego stanowczym już radom.
Nadzieje te jednakże zawiodły go: wkrótce po wstąpieniu
na tron Aleksandra II, Turkułł ciężko już chory przedstawił
mu memoryał, w którym podawał plany reform liberalnych,
dotyczących samorządu miast i prowincyj w Królestwie,
a zarazem gruntownie dowodził ich nieodzowności. Cesarz po
konferencyi z ks. Gorczakowem odesłał choremu papiery, na
których własnoręcznie napisać raczył: „Rady od moich mini¬
strów nie potrzebuję — oni moje rozkazy tylko spełniać po¬
winni. Wyjedziesz W. Ekscellencya natychmiast do Warszawy,
dokąd ja sam jadę“. Po drodze w Łomży Turkułł ciężej za¬
chorował i zatrzymać się musiał, a tymczasem Aleksander II
dogoniwszy go, posłał doń Gorczakowa. Przez przymknięte
drzwi słyszał wówczas pewien wiarogodny świadek, jak chory
błagał cesarza, za pośrednictwem kanclerza, by wobec maje¬
statu śmierci usłuchał rady sługi swojego, a przestrzegał za¬
razem, iż jeżeli nie zaprowadzi się niezwłocznie stanowczych
zmian, rewolucya w Królestwie niechybnie nastąpi. W go¬
dzinę po odejściu Gorczakowa, przybył sam cesarz do mini¬
stra, ucałował go i przez pół godziny cichym ze sobą roz¬
mawiali głosem ; w przyległym pokoju raz tylko usłyszano
wykrzyknik Turkułła: Quel malheur! Votre Majesté est
très mal conseillée! Zaraz po przyjeździe do Warszawy umarł
Turkułł, a cesarz wkrótce potem zniweczył nadzieje całego
narodu pamiętnemi słowami: Point de rêveries!
Pracując pod rozkazami ministra sekretarza-stanu, mie¬
wał Czapski zwykle wieczory wolne. W Warszawie mile mu
one upływały na odwiedzaniu salonów, do których Turkułł
nie uczęszczał wcale ; bywał więc wówczas między innemi,
u jenerała Krasińskiego, w pałacu niegdyś Czapskich a dziś
Krasińskich na Krakowskiem Przedmieściu, u Tomasza Łu¬
bieńskiego, u Karola Lubeckiego, u jego córki Tekli Włady-
slawowej Wodzickiej, u księcia Dominika Radziwiłła, u pani
Karskiej, Nakwaskiej i Niny Łuszczewskiej, której córka
Deotyma słynęła wtedy jako gienialne dziecko, u Konstan-
2
		

/Sponsorzy_028_04_020_0001.djvu

			tego Tyzenhauza, towarzysza broni i przyjaciela ojca swego,
u „wielkiego pustelnika warszawskiego“ Zygmunta Krasiń¬
skiego, który lubił słuchać, jak mu Edward utwory jego de¬
klamował. Codziennie o 7-ej z rana schodzili się na rannej
kawie u Lursa z Karolem Brzostowskim, przyjacielem ojca
Edwarda. Obszerne drukowano niegdyś nekrologi tego zna¬
komitego obywatela i w nich oceniono należycie jego dzia¬
łalność przemysłową, gospodarczą i administracyjną; prze¬
milczano jednak wtedy, ze względów cenzury, o jego cha¬
rakterze politycznym, o gorącej miłości ojczyzny, która była
główną dźwignią olbrzymiej jego pracowitości. Uczeni, pi¬
sarze, obywatele przejezdni, młodzież, urzędnicy schodzili
się zrana w niedzielę u Leona Łubieńskiego, jednego z lu¬
dzi najdowcipniejszych i najniezależniejszego charakteru
w Polsce.
W Petersburgu obracał się Czapski również w najwy-
kwintniejszem towarzystwie. Polaków niemało było wówczas
w północnej stolicy, a byli to po większej części krewni jego,
jak: ks. Konstanty Lubomirski, cioteczny brat jego matki
z Rzewuskiej jak ona urodzony, Henryk i Adam Rzewuscy,
siostra ich, pani Hańska, którą temi właśnie laty Balzac przy¬
jechał był odwiedzić, jako swą ukochaną lys de la vallée;
obecność francuskiego powieściopisarza w Petersburgu, nie
podobała się jednak cesarzowi, wszystkie więc domy pozo¬
stały dlań zamknięte, co mu wielką przykrość sprawiało.
Wśród wiru wielkiego świata, nie przestawał nasz młody
człowiek stąpać jak lunatyk bez samowiedzy, bez oddania
się otaczającym zatrudnieniom i towarzystwu, zawsze bowiem
myślał jeszcze o stanie duchownym. Dostrzegł tego nawet
X. Hołowiński, ówczesny rektor Akademii duchownej i bi-
skup-sufragan, i nieraz go nawet zapytywał: „Czegóż czekać?
poco się ociągać“.
Jedną z pięknych już wtedy cech charakteru Czapskiego
była niczem niezachwiana stałość w przyjaźni. Takieto
uczucie złączyło go było na całe życie z żoliborskim dawnym
kolegą, Adamem Grossem, mecenasem lubelskim. Gdy tenże
nieszczęśliwie w spisek wmieszany, zamkniętym został w cy-
		

/Sponsorzy_028_04_021_0001.djvu

			19
tadeli, obecny w Warszawie dla urzędowej swej służby
Edward, po raz pierwszy doznał nieużyteczności swego niby-
to wysokiego stanowiska i poufałości z ministrem, gdy ani
odwiedzić przyjaciela, ani nawet dowiedzieć się o dniu wy¬
słania przestępców z cytadeli nie zdołał; poprzestać musiał
tylko na pocieszaniu rodziców jego, ale głębokie ztąd rozgo¬
ryczenie i zniechęcenie do służby zapanowało w jego sercu.
W Petersburgu i on raz na niebezpieczną został narażony
pokusę, w owych czasacli spisków i tajemnych sprzysiężeń;
uratowały go jednak trzeźwość zapatrywań i wielka cywilna
odwaga. Spotykał się w stolicy rosyjskiej z młodym oficerem
Sierakowskim, który w 1863 r. dowodził oddziałem powstań¬
czym na Żmudzi, pod przybranem nazwiskiem Dołęgi; pe¬
wnego razu uwiadomił go z wielką uroczystością młody za¬
paleniec, że należy do spisku, utworzonego między studentami
uniwersytetu i wychowańcami szkoły artyleryi, i namawiać
począł, by przyjął udział „w tej ciemnej robocie“. Czapski
wręcz odmówił, czem oburzony Sierakowski, zaczął mu gro¬
zić śmiercią, jako człowiekowi, przed którym niebezpieczna
tajemnica wyjawioną została. „Nie groź daremnie“ — odrzekł
mu zimno — „jeżeli groźbą chcesz mnie zmusić do spisku.
Uszanuj raczej wolność moją, skoro sam mniemasz poświę¬
cać się dla wolności! Ja spiskować póki życia nie będę,
i nikt w świecie do tego zmusić mnie nie zdoła. Siepaczów
waszycłi nasadźcie, by mnie zamordowali na ulicy — ja się
nie lękam“.
W 1844 r., choroba ojca sprowadziła Czapskiego do
Kiejdan, zkąd dla kuracyi udali się razem do Wilna. Sędziwy
pułkownik powtarzał wówczas synowi: „Dziękuję Bogu, że
mi koniec bliski naznaczył; przychodzą na ten kraj czasy
okropne, nic ich nie odwróci, nie zażegna!‘‘ — i umarł
w 1845 r., jak na prawego chrześcianiua przystało, budując
otaczających go. Po śmierci ojca powrócił Edward do Pe¬
tersburga, a w 1846 r. wystarał się o paszport roczny do
Włoch, i stosując się do życzenia, które mu przed śmiercią
ojciec był objawił, podążył tam za wybraną dlań przez ojca
panienką, chociaż jej nie znał i nie był się jeszcze całko-
2*
		

/Sponsorzy_028_04_022_0001.djvu

			20
wicie pozbył aspiracyj do stanu duchownego. Podróż ta przer¬
wała jego służbę w sekretaryacie stanu, do której już więcej
nie powrócił. Przez Kraków, Wiedeń, Tryest, Wenecyę, Ge¬
nuę, a następnie morzem i przez Neapol, udał się do Castel-
lamare, gdzie bawiło podówczas liczne, wyborowe towarzy¬
stwo polskie. Po zajmujących, wspólnych wycieczkach, wśród
tych jedynych na ziemi pięknością swą okolic, udano się
razem do Rzymu. Wieczne miasto, nieopisane uczyniło wra¬
żenie na duszy młodego entuzyasty, który w dyliżansie rzu¬
cił się na kolana, na widok kopuły św. Piotra. Wielka postać
Piusa IX., górowała wówczas nad wszystkiem w stolicy; co¬
dzienne były demonstracye ludowe na cześć jego, illuminacye,
korowody z pochodniami, serenady i hymny, przerywane
grzmiącemi: Evviva! Pius IX zdawał się niestrudzoną dzia¬
łalnością przekraczać możność ludzką, a na każdym kroku już
wtedy ojcowską miłość Polakom okazywał; odwiedzał Matkę
Makrynę Mieczysławską, przyjmował księży polskich i czułą
ich otaczał opieką; dawał Polakom częste audyencye, a na
jednej z nich, wśród licznie zgromadzonych rodaków, o 11-ej
godzinie wieczorem odebrał i Edward Czapski jego błogo¬
sławieństwo.
Pod włoskiem niebem, odgrywał się tymczasem dla mło¬
dzieńca dramat sercowy w niemałej duchowej rozterce; z je¬
dnej strony wypełniał on wolę ojca, starając się o córkę jego
przyjaciela i towarzysza broni, Helenę Tyzenhauzównę i za¬
mieniał z nią zaręczynowe pierścionki, z drugiej strony, po¬
ciąg do stanu duchownego, gorąca chęć służenia w nim oj¬
czyźnie, były dlań powodem ciężkich walk wewnętrznych.
Napróżno oświadczał mu X. Mossi, 70-letni opat Cystersów,
pod którego przewodnictwem siedmio-dniowe odprawił rekol-
lekcye, iż nie widzi w nim prawdziwego powołania; napróżno
Matka Makryna, w dziwnem jakiemś jasnowidzeniu, prze¬
strzegła go, iż niedobrze czyni, że po zaręczynach się waha;
nie mógł zapanować nad wątpliwościami swemi, ani ich
ukryć, tak, iż zniechęcona narzeczona, zwróciła mu w końcu
pierścionek. Zerwanie to, głośnem stało się w Rzymie, lecz
niemało zdziwił się Czapski, gdy zaraz potem, były amba-
		

/Sponsorzy_028_04_023_0001.djvu

			21
sador Bhidow, bawiący tam dla negocyowania konkordatu
z Rosyą, wezwawszy go do siebie, ostrzegł poufnie, jako
dawnego znajomego z Petersburga, że jest jak najgorzej za¬
pisany u rządu rosyjskiego, tak, iż nigdy mu nie dozwolą
w kraju pozostać, gdyby wstąpił do stanu duchownego. „Zer¬
wałeś Pan z narzeczoną“ — mówił — „wdajesz się z tymi
intrygantami, księżmi polskimi, masz sam podobno księdzem
zostać; lecz chcesz chyba wyrzec się wszelkiej nadziei po¬
wrotu do kraju, albo też w dalekie strony zostać zesłanym“.
Przed opuszczeniem Rzymu, raz jeszcze otrzymał Czapski
błogosławieństwo Piusa IX., na wyrobionej mu przez Opata
Mossi audyencyi prywatnej. Z wielką dobrocią odezwał się
doń wtedy Ojciec św.: „Wiem, że tu byłeś zaręczony“ —
mówił — „że porzucasz narzeczoną i chcesz wstąpić w po¬
czet sług Bożych; lecz tobie dziś tę przestrogę daję, że
w oczach Boga niema stanów, ani powołań różnicy,
i wszystkie prowadzą do Nieba. Kościołowi służyć i poma¬
gać mu można, nie przestając żyć w świecie“. Snać odgadł
proroczym duchem wielki papież, że prawdziwego powołania
kapłańskiego nie było w duszy polskiego młodzieńca i chciał
go temi słowami pocieszyć. Nie osiągnęły, co prawda, celu,
te wyższe jego aspiracye, lecz uchroniły go od niebezpie¬
czeństw, które młodości grozić zwykł}' i nauczyły modlitwy,
a ta stała się dlań na całe życie źródłem pociechy i siły.
Moralne walki i cierpienia, niekorzystny wpływ wy¬
warły wówczas na zdrowie Czapskiego; musiał dla kuracyi
dłużej pozostać za granicą, a władze odpowiednie nie chciały
się zrazu zgodzić na przedłużenie mu paszportu. Piotr Me-
yendorff, ambasador rosyjski w Berlinie, raz nawet tak się
odezwał do niego: „Nie myślę brać na moją odpowiedzial¬
ność konduity politycznej Polaków, a Pańskiej mniej jeszcze
niż czyjejkolwiek; to też wrócisz Pan natychmiast do kraju“.
— „Przeciwnie, pozostanę tu“ — odrzekł Edward — „cho¬
ciażbym miał się wyrzec ojcowskiej opieki rządu, którego
obecnie jestem poddanym“. Mimo to, świadectwo dra Schon-
leina i wpływ ks. Wilhelma Radziwiłła, wyjednały mu wre¬
szcie żądaną prolongatę. Wyruszył więc do wód czeskich,
		

/Sponsorzy_028_04_024_0001.djvu

			22
a korzystając z wczasu, zwiedził Bawaryę, brzegi Kenu, pa-
rowcem po Dunaju jeździł z Wiednia do Pesztu, a wszędzie
badawczem okiem przypatrywał się obyczajom i stanowi po¬
litycznemu ludów, wśród których przebywał. W Węgrzech
dostrzegł wtedy, jak powiadał, „iskrę, z której wybuchają
rewolucye“, i w listach do berlińskich znajomych przepowie¬
dział wypadki 1848 r. Na każdym kroku powtarzali mu
oświeceńsi Węgrzy, iż Polacy są ich braćmi, rozmawiał zaś
z nimi po łacinie, widząc ich nienawiść do niemczyzny. Pe¬
łen zawsze oryginalności i wybijający się z przyjętych ogól¬
nie form, w bardzo rozmaity sposób podróżował zagranicą.
Gdy mu zaciężył jednostajny, kosmopolityczny charakter
podróżnych pierwszej klasy, przesiadał się do drugiej, a je¬
żeli i tam żle trafił, przenosił się do trzeciej, i tu dopiero,
jak sam powiadał, korzystał niemało z przypadkowego zbli¬
żania się do ludzi całkiem innych przyzwyczajeń, położenia
towarzyskiego, a zatem i sposobu zapatrywania na świat
i ludzi. Podobną wiedziony ciekawością, nieraz w Wiedniu
jeździł dyliżansem w ciżbie kucharek, rzemieślników' i uboż¬
szych mieszczan, a znajomi jego z najwyższych sfer towa¬
rzyskich, mówili na to zniecierpliwieni, że „z Edwardem żyć
nie można, bo sobie jeździ z szewcami po mieście w dyli¬
żansach“. „Wielu rzeczy nauczyłem się, tak podróżując“ —
pisał on jednak później — „i nie oddam wiadomości i do¬
świadczenia, nabytego tym łatwym sposobem, za czczy blask
wysokiego towarzystwa i jego kosztowne przymusy.... Pano¬
wie świata nie rozumieją, jakąto wielką krzywdę sobie sa¬
mym wyrządzają, otoczywszy swoje ciasne grono ścianą nie-
przystępności, jak wiele serdecznych uczuć, jak wiele zdro¬
wego zasiłku dla rozumu, przez takie wyniosłe odgraniczenie
się tracą. Ściśnij tylko mozolistą i żylastą rękę rzemieślnika,
a jeżeliś pusty trefniś lub zbytkujący elegant, wnet się za¬
wstydzisz twoich błyszczących paznogci, których delikatna
długość od najmniejszej pracy rękę twą rozpieszczoną
strzeże“.
We Franzensbadzie, po raz pierwszy słyszał Czapski
relacye o rzezi galicyjskiej z ust jej świadków, boleśnie
		

/Sponsorzy_028_04_025_0001.djvu

			23
w najdroższych uczuciach nią dotkniętych. To też nie zdołał
zapanować nad oburzeniem, gdy jadąc dyliżansem, w gronie
Niemców, z Franzensbadu do Karlsbadu, usłyszał, jak jakiś
porucznik austryacki rozpowiadał o straszliwej rzezi, z bez¬
czelną pewnością siebie chwaląc rząd, a znieważając obel¬
gami zamordowane ofiary. Zgromił za to Edward ostro ofi¬
cera, i przemowę swoją zakończył słowami: „Ja w tak złem
towarzystwie dłużej przebywać ani jednej chwili nie mogę,
bo morderstwa tylko morderca pochwalać i słuchać o nich
w milczeniu może!“ Poczem szarpnął za dzwonek, wyskoczył
z powozu i 6 wiorst do Karlsbadu szedł piechotą. W tydzień
po tem zajściu ostrzeżono go, że się znajduje pod dozorem
tajnej policyi.
		

/Sponsorzy_028_04_026_0001.djvu

			Odzyskawszy u wód zupełne zdrowie, a zarazem stra¬
ciwszy wkoiicu przekonanie, ażeby miał rzeczywiste powo¬
łanie do duchownego stanu, powrócił Czapski do kraju w r.
1847 i objął przypadający nań, ze schedy ojczystej, majątek
Kałnoberżę na Żmudzi. I z tą chwilą, z zapałem, będącym
jedną z cech właściwych jego charakteru, oddał się tu ener¬
gicznej, gospodarskiej pracy; nie hołdując w niczem rozpo¬
wszechnionej modzie życia nad stan, odmawiał sobie wszel¬
kiej kosztownej wystawy, blichtrem pogardzał, a chociaż
zrazu usłyszał nieraz przekąsy i krytyki, pokazywał przy¬
kładem swym wytrwale, że można żyć oszczędnie, że trzeba
żyć pracowicie, według zasad uznanych przez siebie, a nie
według panującego złego zwyczaju, tak, iż wreszcie pozyskał
sobie ogólne uznanie, a gospodarstwo wiodło mu się wyśmie¬
nicie. Po węgierskiej kampanii, odzywał się był doń minister
Turkułł, by powrócił do służby rządowej przy jego boku,
lecz młody, a tak czynny obywatel, nie chciał już wtedy
porzucać raz obranego pola pracy. Mianowany kuratorem
szkół powiatu rosieńskiego, starał się ile możności, jak naj¬
większy i najlepszy wpływ na wychowanie publiczne wy¬
wierać. Wielu sędziwych dziś ludzi wspomina też z rozrze¬
wnieniem, jak gorliwy kurator z nienacka nieraz ukazywał
się w szkole, utrzymując i uczniów i profesorów w ciągłem
oczekiwaniu niezapowiadanych nigdy odwiedzin, jak umie¬
jętnie i z widocznem zajęciem sam im stawiał pytania, jak
despotycznie nieraz występywał w obronie interesów uczniów
		

/Sponsorzy_028_04_027_0001.djvu

			—
1
25
i ich promocyj. Funkcye jego kuratorskie obejmowały: pię-
cio-klasową szkolę, t. zw. dworzańską powiatową w Rosie-
niacb, pensyę panien w temże miasteczku, w Retowie i Kro-
żach po jednej dwuklasowej szkole, w Cytowianach szkołę
dwuklasową i pensyę panien. Smutny był stan tych szkół:
z domu po większej części dzieci do nich uczęszczające,
umiały tylko po żmudzku, językiem wykładowym był jednakże
język rosyjski, a nauczywszy w niższych klasach dzieci pol¬
skiego, wykładano im tylko po polsku naukę religii i mo¬
ralności ; obywatelstwo nie miało już wtedy wpływu na wy¬
chowanie publiczne. W Rosieniach prefektem był dymisyo-
nowany oficer marynarki, nałogowy pijak i nieuk wielki.
W pierwszej wizycie szkoły w Cytowianach, przekonał się
Czapski, że dorośli uczniowie po polsku nawet czytać nie
umieją, zapisał więc w księdze wizytatorskiej, iż wymienieni
przez niego młodzi ludzie, nie umiejąc czytać, z wykładu
nauki religii dostatecznie korzystać nie mogą, i naznaczył
im trzechmiesięczny termin do przyswojenia sobie nauki
czytania, wskutek czego przy następnej wizycie wszyscy
już po polsku czytać umieli. W Krożach, niespodzianie przy¬
bywszy o 10-ej zrana, zastał szkołę pustą i zamkniętą; do¬
piero po chwili nadbiegł zdyszany i przestraszony nauczyciel,
wciągnąwszy na prędce wice-mundur, a po nim, w małej
bardzo liczbie zeszli się dopiero uczniowie; była to pierwsza
wizyta młodego kuratora, nie zastał, ani tak zwanego „żur-
nału“, t. j. książki codziennych zapisek, ani księgi wizytacyi,
którą dopiero na poczekaniu uszyto, spis uczniów zawierał
zaś zaledwie dwadzieścia kilka nazwisk.
W lutym r. 1849, jeździł Czapski w interesie przyja¬
ciela swego do Petersburga. Zdziwiło go wówczas zimne
przyjęcie, jakiego doznał ze strony różnych wysoko posta¬
wionych figur urzędowych, wielce dlań dawniej uprzejmych;
później dopiero dowiedział się, iż czynił go niemiłym i nie¬
bezpiecznym w oczach tych służalców, tajny dozór policyi,
pod którym bez swej wiedzy już pozostawał. Jeden Turkułł
okazywał mu dawną serdeczność i salony wyższego peters¬
burskiego towarzystwa pozostały dlań przez to otwarte jak
		

/Sponsorzy_028_04_028_0001.djvu

			26
dawniej. U hrabiów Wielhorskich, z których jeden był żo¬
naty z księżniczką Biron, spotykał na koncertach amator¬
skich synów cesarza z żonami. Charakterystyczne zdarzenie
opowiadał mu w owym czasie wielki petersburski plenipo¬
tent, Zełwietr. Gdy raz biorąc udział w tak zwanem „gula-
niu“ (spacerze uroczystym w rodzaju corso) na wyspie Je-
aginie, w dniu imienin cesarzowej, jechały pojazdy noga za
nogą jeden za drugim, na skręcie zrównał się z Zelwietrem
znajomy senator, i jadąc w jednej linii, rozmawiać ze sobą
poczęli; natychmiast nadbiegł żandarm, nakazując, by sena¬
tor wjechał w ordynek. Jechali więc dalej coraz powolniej,
senator tuż przed Zelwietrem; ścisk, upał, kurzawa były
niezmierne, a hałasy żandarmów zwiększały jeszcze przytłacza¬
jące wrażenie; wtem zatrzymuje się kareta senatora, służący
konwulsyjnie drzwi otwiera, na co natychmiast przyskakuje
oficer żandarmeryi i groźnie zapytuje o przyczynę niepo¬
rządku w pochodzie. — »Pan mój, apopleksyą ruszony, kona“ —
odpowiada służący, a oficer na cały głos krzyczy do woź¬
nicy: „Paszoł!“ lokajowi zaś, wskazując na senatora, dodaje:
„Pust gulajet!“ (niech się dalej spacerem zabawia!) I dłu¬
gich kilka godzin jeszcze, obwożono tak martwe zwłoki se¬
natora, a Zełwietr jechał za niemi, póki się zabawa nie skoń¬
czyła.
Wiele czarujących kobiet spotykał Czapski w kołach,
w których się w Petersburgu obracał, lecz najgłębsze wra¬
żenie uczyniła na nim młoda, prześliczna Rosyanka, do naj¬
wyższej arystokracji należąca; uległ zupełnie jej urokowi,
i jak sam pisał później, „pił coraz chciwiej z tego zdroju
czystych rozkoszy;“ dopiero gdy wuj jego, Henryk Rzewuski
oznajmił mu, że rodzice panny życzą sobie mieć go za zię¬
cia, wspomniał wówczas przestrogę matki, i obudzony ze
snu uroczego, postanowił natychmiast opuścić stolicę. Udał
się więc z pożegnalną wizytą do rodziców dziewczyny, a zna¬
lazłszy sposobność rozmówienia się z nią sam na sam, wy¬
mownie jej przedstawił, ze łzami w oczach, w jak okrutny
sposób istniejące w państwie prawa czynią niemożliwemi
dla katolików związki z prawosławnemi.
		

/Sponsorzy_028_04_029_0001.djvu

			27
Powróciwszy do Kalnoberży, szukał pociechy i zapom¬
nienia w jak najgorliwsze«! pełnieniu rozlicznych obowiąz¬
ków, powodującem częste zatargi z władzami. I tak n. p.
uskarżali się przed nim włościanie, iż żołnierze kwaterujący
w Kałnoberży i Surwiliszkach, okradają ich; Czapski radził
pokrzywdzonym czatować na złodziejów, a gdy im się udało
pochwycić złoczyńcę, odesłał go pod strażą do pułkownika
Jewrejnowa, stojącego kwaterą w Kiejdanach. Lecz jakież
było jego zdziwienie, gdy żołnierza wypuszczono a chłopów
pokrzywdzonych uwięziono, jako winnych napadu na uzbro¬
joną wartę, wskutek czego byliby byli sądzeni jako krymi¬
naliści i skazani na wielką karę, gdyby Maryan Czapski,
brat Edwarda, właściciel Kiejdan i ówczesny marszałek
szlachty powiatu kowieńskiego, nie był swoim wpływem uła¬
godził pułkownika i wyjednał ich oswobodzenie. Innym ra¬
zem, z niemałą trudnością uzyskał nasz dzielny obywatel
u jenerał-gubernatora wileńskiego Bibikowa ułaskawienie
X. Czerniewskiego, kapelana gimnazyum kowieńskiego, oskar¬
żonego przez policmajstra; jedyną rzeczywistą zbrodnią
nieszczęśliwego, było, iż śmiał się z policmajstrem prawo-
wać o zagarnięty przez niego prawem kaduka ogród wa¬
rzywny, należący do kapelanii kowieńskiego gimnazyum. Bi-
bikow nie lubił Czapskiego, chociaż nieraz do słusznych jego
życzeń się stósował, nazywał go Molierem dla jego niepos¬
politego dowcipu, i mówił o nim, że ma język równie ostry
jak nos w profilu. W lipcu 1849 r. obierano nowego mar¬
szałka szlachty dla powiatu kowieńskiego. Maryan Czapski
schodził z urzędowania, gdyż miał zostać guberskim mar¬
szałkiem szlachty, a na swego następcę w powiecie foryto-
wał brata; obrało go też obywatelstwo, lecz rząd odmówił
potwierdzenia i musiano ponowne zwoływać wybory. Gdy
wkrótce potem Czapski wyjeżdżał na urzędową wizytacyę
szkół, przyniósł mu „kluczwójt“ do podpisania kartkę ze zobo¬
wiązaniem nie oddalania się po za granice majątku, bez po-
rzedniego zawiadomienia asesora; nie podpisał tej kartki
i na wizytacyę wyjechał, lecz zarazem wysłał list do jene-
rał-gubernatora z zażaleniem, iż w podobny sposób niższe
		

/Sponsorzy_028_04_030_0001.djvu

			28
władze tamują swobodę jego ruchów w urzędowaniu. To zaj¬
ście ściągnęło ostre napomnienie z góry gubernatorowi Rady-
szczewowi, ale tylko dla tego, gdyż podejrzany nigdy wie¬
dzieć nie powinien, iż za nim śledzą. Odtąd jeździł Czapski
swobodnie dalej, a wkrótce przez ministra Turkułla i hr.
Orłowa wyrobił sobie nawet uwolnienie z pod nadzoru poli¬
cyjnego; równocześnie zaś dowiedział się prywatnie, że jako
przyczyny do postawienia go pod ten nadzór, podanemi były
stosunki jego z emigrantami w Rzymie, liberalne zdania za¬
granicą wygłaszane, ścisła przyjaźń i korespondencya z wy¬
gnańcem nerczyńskim, Adamem Grossem. Wobec rządowych
figur niezwykłą okazywał on zawsze energię, nie pozwolił
się nigdy traktować z góry najwyższym nawet dygnitarzom,
i nigdy sobie w najmniejszej rzeczy uchybić nie dał, lecz
wysoko nosił godność osobistą, a przy ostrym dowcipie,
z wielką przytomnością umysłu stawiał na odpowiedniem
miejscu trafną, acz niezawsze grzeczną odpowiedź.
W 1852 r., na przedstawieniu amatorskiem w Warsza¬
wie, ujrzał Czapski po raz pierwszy pannę Antoninę Różycką,
córkę szambelana Floryana i żony jego Petronelli z Rusiec¬
kich. Pełna uroku dziewczyna, od razu zniewoliła sobie jego
serce. W dwadzieścia lat później, tak pisał o niej na wy¬
gnaniu : „Wspomnienia, które odtąd przywołuję, ciężkim ki¬
rem żałoby osłonione, bo panująca nad niemi postać wyższa
i doskonalsza, już opuściła tę ziemię. Przed 9-cią laty wy¬
darli mi ją ludzie, a od 6 lat przeszło zgon jej opłakuję.
Kiedy przywodzę na myśl jej wdzięczną postać, kiedy roz¬
pamiętywam jej wielkie cnoty, nieznośny ból i żal srogi od¬
biera mi mowę i mąci porządek myśli —■ i jestem, jak zbłą¬
kany na afrykańskiej pustyni pielgrzym, kiedy w igraszce
światła widzi przed sobą wód czystych kryształy, a wić nie¬
stety ! że w nich nie ukoi nigdy śmiertelnego pragnienia...
Ze śmiercią mojej Antosi, wszystek kwiat życia usechł dla
mnie na zawsze.“ Pojechał tedy wkrótce za Różyckimi na
Ukrainę, z zamiarem starania się o ich córkę, z którą wkrótce
się zaręczył. Zwiedzali wówczas razem w licznem gronie
krewnych Humań i Zofiówkę. „Ząb czasu, sprzymierzony
		

/Sponsorzy_028_04_031_0001.djvu

			29
z pazurami konfiskaty osobistej cesarskiej, naznaczył Zofiówkę
tern samem piętnem, jakie wyciskał od lat stu na kraju Pol¬
ski i na prowincyach z nią niegdyś zjednoczonych. W tym
ogrodzie, jak na ukraińskim stepie, jak w całym kraju na¬
szym było: Cicho, smutno, tęskno — jak gdy szczęście mi¬
nie“ Dla niego jednakże ciągnęły się wówczas złote dni
miłości wzajemnej, a zbliżały lata niezwykłego domowego
szczęścia. Ślub odbył się 11 listopada 1852 r., ale dla sła¬
bego zdrowia żony, nie mógł Czapski przed kwietniem na¬
stępnego roku sprowadzić jej do Kałnoberży. Przybywszy
tam nareszcie, stanęła natychmiast na czele domu, a nie zrzu¬
cając na sługi, ani na ochmistrzynie dozoru nad porządkiem
i wzorową w każdym zakątku czystością, sama wszystko
wydawała, rachunki utrzymywała, kosztowała sług potrawy.
Gdy mąż wyjeżdżał, stawała z książką dyspozycyj w ręku
na czele całego gospodarstwa, ale wpływu swego na męża
nie używała nigdy inaczej, jak tylko na pożytek duszy jego
i szczęście ludzi od niego zależących.
W lutym 1855 r., kupił Czapski od Ksawerego Pusłow-
skiego majątek Wiżuny, 620 włók obejmujący, ale zato niemała
czekała go tam praca przy przygotowaniu installacyi, dzier¬
żawcy Wiżun bowiem dawny pałac pfalzgrafowej Neubur-
skiej, z domu Radziwiłłówny, przerobili byli na oborę, on
zaś z obory tej utworzył na nowo dom mieszkalny, niezbyt
piękny wprawdzie, ale. obszerny i bardzo wygodny. Uko¬
chana żona nie powstrzymywała go nigdy od rozszerzania
zakresu działania, to też w każdej użytecznej dla ogółu
pracy brał czynny udział, a chociaż wówczas raził niekiedy
ludzi zbyt ostrem może wypowiadaniem prawdy pod wpły¬
wem silnego wzruszenia, coraz większy przecież sobie jed¬
nał szacunek. Gorliwie popierał projekta nie wypuszczania
w arendę karczem starozakonnym; po powrocie z sejmików,
gdzie przeciw szynkom przemawiał, skasował ich dwanaście
w majątku wiżuńskim po wsiach, jeden tylko w samem mia¬
steczku Wiżunach zostawiając; trzy gorzelnie zamknął i za¬
łożył browar, nie cofając się przed tak znacznem zmniejsze-
		

/Sponsorzy_028_04_032_0001.djvu

			30
niem dochodów; w Kałnoberży, już od 1847 r. wódki nie
pędził, chociaż aparat gorzelniczy posiadał.
W 1858 r. należał Czapski do delegacyi szlachty ko¬
wieńskiej i pracował przez miesiąc w Kownie nad redakcją
projektu i prośby do tronu o uwolnienie włościan od pod¬
daństwa. Cenzorem i kwestorem komitetu tego był człowiek
dojrzałego umysłu i twardej woli, hr. Reinhold Tyzenhauz,
a w komitecie redakcyi zbliżył się Czapski z Edwardem
Romerem, któryr niedawno, po długiem wygnaniu z Wołogdy
był wrócił. Gdy w 1818 r. szlachta na sejmikach, pod laską
Michała Romera, marszałka guberskiego, uroczyście uchwaliła
była prośbę do cesarza Aleksandra I o wolność dla włościan
litewskich, salę obrad zapieczętowano z rozkazu rządu i mil¬
czenie nakazano w tej kwestyi; lecz w 1858 r. inny wiał
duch u góry, a liberalny rząd Aleksandra II szukał przez
chwilę podpory na Litwie przeciw zacofanemu konserwatyz¬
mowi bojarów rosyjskich. To też projekt i prośba komitetu
kowieńskiego łaskawe tym razem przyjęcie u cara znalazły;
mowy w projekcie tym nie było o tak zwanym nadziale, t. j.
nadaniu ziemi na własność włościanom, lecz kres ustępstw spra¬
wiedliwych widzieli delegaci w czynszu wieczystym.
Ściśle z jenerał-gubernatorem wileńskim Nazimowem
zaprzyjaźniony, pewien marszałek powiatowy haniebnie nad¬
używał zaufania powiatu swego, a wysoko postawiony jego
poplecznik zamykał na to oczy. Czapski, przed samym przy¬
jazdem cesarskim do Wilna w r. 1859, wymógł na jenerał-
gubernatorze strachem i grozą, aby namówił przyjaciela do
podania się do dymisyi, czego nie zapomniał mu Nazimow,
i gdy w 4 lata później Edward więziony był w „Peresylnej
Turmie“ w Petersburgu, zapytany przez cesarza o zdanie
o nim, odrzekł, iż go znał zawsze jako człowieka niebez¬
piecznego i fanatyka. Jenerał-gubernator petersburski, hr. Su-
worow, rzekł mu na to na glos w obecności monarchy:
„Jednakżebyś pan Czapskiego nie wysłał na Sybir, ani
skazał na ciężkie roboty!“ — „Nie, — odrzekł Nazimow —
alebym go wydalił z kraju, unikając w ten sposób skutków
jego bardzo złego wpływu.“
		

/Sponsorzy_028_04_033_0001.djvu

			Cesarz w Wilnie 1859 r. na wielkiej audyencyi przyj¬
mował szlachtę gubernii wileńskiej, grodzieńskiej i kowień¬
skiej, a tej ostatniej dziękował za okazaną gotowość do re¬
formy stanu włościańskiego w przemowie, w której zapowia
dał bliską już, nieodzowną społeczną przemianę, uważaną
przez niego jako cel jego rządów. Rozwarte, piękne oczy
Aleksandra II przyrównywał wówczas Czapski do otwartych
na oścież okien, w których nikogo niema. Witano i żegnano
cara okrzykiem: lmrra! licznie zjechała się szlachta na bal,
dany dla niego w domu Ogińskich, i na polowanie cesarskie
u Tyszkiewiczów, lecz zausznicy petersburscy ostrzegali po
cichu Aleksandra, iż nic niema szczerego w tych oznakach
czci i wierności. Sprawiedliwie też, według zapisków Czap¬
skiego, organa emigracyi w Paryżu potępiły te uroczy¬
stości. „Ze wszystkich polityk dla uciśnionych — pisze
on — najgorsza, bo najmniej godności człowieczej odpo¬
wiednia, była i będzie zawsze polityka ustępstw, w mylnej
nadziei zjednania sobie życzliwości panującego i nienasyco¬
nej nigdy zgrai narodowców.“
Pod koniec r. 1860, otrzymał Czapski listy od guberna¬
tora wileńskiego i od lir. Reinholda Tyzenhauza, wzywające
go, aby najpóźniej czwartego dnia po Bożem Narodzeniu, sta¬
nął w Petersburgu i zasiadał tam w komitecie t. zw. podatków
i zborów, ustanowionym w celu przygotowania projektu no¬
wego opodatkowania wódki i napojów, a skasowania mono¬
polu akcyzy. Wyjechał tam natychmiast i zasięgnąwszy po¬
trzebnych informacyj, uczęszczał co wieczór na kilkogodzinne
sesye komitetu. W oryginalny sposób postępował sobie rząd
wobec panów delegatów z prowincyi. Prezydujący Zabołocki
dawał do zrozumienia, że wyższe względy finansowe lub ad¬
ministracyjne są wręcz przeciwne proponowanym przez nich
projektom; sekretarz w sprawozdaniach omijał zręcznie opo-
zycyę delegatów z prowincyi, a rozszerzał się nad argumen-
tacyą delegowanych ministeryalnych i tak, przy zachowanych
formach dyssertacyj liberalnych, prowadziło się nieubłaganie
dalej dzieło despotyzmu. Między innymi członkami komitetu,
pan Kuszelew, doskonały egzemplarz publicysty i reformatora
		

/Sponsorzy_028_04_034_0001.djvu

			32
rosyjskiego, człowiek odrażającej powierzchowności, o wszyst-
kiem rozprawiał, wszystkich zaczepiał, nadawał sobie pozory
przeważnych wpływów. Delegaci zabranych prowincyj bronili
napróźno praw propinacyjnycb dziedzica, kupowanych razem
z majątkami. Raz Kuszelew napadł Polaków, dowodząc, iż
żadnego wynagrodzenia im się nie należy, a gdy ich hanieb¬
nie zaczepił, Czapski zarzucił mu z gwałtownością, iż do
podrzędnych spraw o wódce i piwie mięsza wielkie kwestye
narodowości i praw Polski. „Mam nadzieję — tak mowę
swoją zakończył — iż rząd spraw tych tak lekkomyślnie z po¬
lityką mięszać nie będzie, bo rząd cesarski nie wątpi zapewne
o tem, że sprawiedliwych domagań się całego narodu nie
zaspokoi łaskawem potwierdzeniem propinacyjnego przywi¬
leju.“ Obecny tym debatom minister finansów, baron Reutern
natychmiast glos na to zabrał, tłómacząc, iż zaszło tu nie¬
porozumienie, gdyż Kuszelew żadnych złych intencyj wzglę¬
dem delegowanych zachodnich prowincyj nie miał. Odtąd
przestał Czapski bywać na posiedzeniach i wkrótce z Peters¬
burga wyjechał. Przedtem nieco, na wieczorze u bar. Meyen-
dorffa słyszał, jak jeden z obecnych, poruszony wiadomością
o ruchach warszawskich, zawołał: „Jeżeli Polacy powstaną, to
wszyscy pomożemy rządowi do wytępienia ich!“—„I to pan ta¬
kie zdanie wygłaszasz przedemną?—zawołał Edward—toż bez¬
pieczniej dla mnie w lesie żyć z wilkami i niedźwiedziami, niż
z ludźmi oświeconymi, którzy tak mówią.“ Nigdy nie umiał on
bowiem zdania swego przemilczeć, nie rachując się z następstwa¬
mi, jakie zbyt śmiałe słowo pociągnąć za sobą mogło w kraju,
gdzie wszyscy przywykli na ustach, a ledwie nie na myśli, oko¬
wy nosić. Lubił też powtarzać żartem, iż odważne wypowia¬
danie myśli odziedziczył po przodkach macierzyńskich i cy¬
tował przy tej sposobności wiersz X. Praniewicza, którego
utwory, w rodzaju X. Baki, wielce Mickiewicza bawiły:
I Obuchowicz zacny patryota
Wsławił się tym postępkiem,
Ze wyrzekł: Cnotą jest cnota,
A występek jest występkiem.
		

/Sponsorzy_028_04_035_0001.djvu

			33
W dwa miesiące po powrocie Czapskiego do Wiżun,
postanowiono prosie cesarza o pozwolenie założenia banku
krajowego w Wilnie. Marszałek powiatowy Tukałło ofiarował
się jechać z prośbą tą i projektem do Petersburga i wymógł
na Edwardzie, aby mu towarzyszył. W tydzień więc po wy¬
jeździć marszałka, znowu podążył on za nim nad Newę, a gdy
po wielu próżnych usiłowaniach Tukałło odjechał do domu,
Czapski zobowiązał się pozostać jeszcze czas jakiś w sto¬
licy i ponawiać peryodycznie w tym interesie wizyty u mi-
mistrów Reuterna i Wałujewa. Ale ministrowie byli wówczas
zaprzątnięci słynnemi pożarami stolicy, zapowiadanemi zawsze
dzień jeden naprzód, cesarz zaś zwiedzał miejsca nawiedzone
katastrofą, niekiedy z narażeniem życia. Popłoch wielki pa¬
nował w Petersburgu; właściciele domów lub ich zastępcy
noce całe czuwać musieli, od 9-ej wieczorem do 6-ej zrana
klekotki i świstawki stróżów sen odganiały, żandarmi cygara
z ust wyjmowali jadącym powozami. Przez tydzień cały pa¬
liło się równocześnie w różnych stronach miasta; wreszcie
rzęsiste przez cztery dni trwające deszcze koniec pożarom
położyły, poczem rozszerzyła się pogłoska, że schwytano 480
podpalaczów. Czapski tymczasem nie zasypiał sprawy banku
wileńskiego. Wałuje w prosił go, by nie nalegał, ale i nie
wyjeżdżał z Petersburga, Reutern zaś przewidywał wielkie
trudności. Skracał sobie wówczas Edward chwile oczekiwa¬
nia, przysłuchując się ogólnym narzekaniom na nihilizm, „ten
praktyczny ruski sceptycyzm z teoretycznego europejskiego
wyrodzony, wyrosły z ziarn niewoli, zasiewanych przez ośmio-
wiekowy despotyzm“... „Na tej ziemi klassycznej despo¬
tyzmu— pisał później—despotyzmu i niewolnictwa państwo¬
wego, hipokryzyi i zabobonów religijnych, gwałtów i prze¬
kupstw urzędowych, powstali reformatorowie, którzy zadania
swojego w zniszczeniu wszystkich zasad moralnych szukali.
A tak strasznie obmierzła im cała przeszłość, że radzi byli
dla jej zniszczenia, chociażby i przyszłość społeczeństwa nie-
tylko zachwiać, ale nawet uniemożebnić. Bo przecież bez
zasad moralnych, społeczeństwo ludzkie istnieć nie może...
Zniewolniczone ludy schodzą z powierzchni ziemi, jak sny
3
		

/Sponsorzy_028_04_036_0001.djvu

			34
straszne z powiek rozbudzonego.“ Między schwytanymi pod¬
palaczami znalazł się pewien Małorosyanin z nazwiskiem, koń-
czącem się na ¿ki; wnet rozszerzono wieść, że Polacy posta¬
nowili pożarami zniszczyć stolicę i wszystkie miasta Rosyi,
a rząd opatrzny, tak umiejętnie zbliżył wówczas fałszerstwami
swemi rozruchy, pojawiające się w Polsce, do pożarów sto¬
licy, iż wkrótce do słownika obelg ulicznych przybyło nowe
przezwisko: podżegatiel-palak (podpalacz-Polak). Uśmierzone
ognie w obu stolicach, zapalały jednak po kolei wiele miast
gubernialnych i powiatowych w ciągu lat czterech, aż po rok
1866, a guberskie wiadomości umieszczały nieraz oficyalne
oszczercze ogłoszenia o chwytaniu podpalaczy polskiego po¬
chodzenia. Na to Polacy, dowodnie przekonawszy się o kłam¬
stwie tych ogłoszeń, postanowili oczyścić się z zarzutu przed
publicznością, lecz protestacyi ich nie dopuszczono do druku,
snadż bowiem rząd opiekuńczy pragnął dodać do wszystkich
ucisków wygnania dla naszych zesłanych, groźne jeszcze
objawy nienawiści czerni, mogącej się posunąć aż do ich
wymordowania.
Wielkie wrażenie wywarł niebawem w Petersburgu
głośny zamach Jaroszyńskiego na życie W. ks. Konstantego.
Powstała wówczas na chwilę między Polakami z Rusi i Litwy,
obecnymi w stolicy, myśl adresu wiernopoddańczego do cara,
wypierającego się wszelkiej wspólności ze sprawcami war¬
szawskiej zbrodni. Michał Grabowski, polemizujący wtedy
ze słowianofilem Aksakowem w obronie przeszłości szlachec¬
kiej polskiej na Rusi, zapytał Czapskiego o jego zdanie co do
adresu: „Czy pamiętasz — odrzekł zapytany — ustęp z bio¬
grafii Benjamina Constant, jak on, po długim, biernym opo¬
rze przeciw Bourbonom, zdecydował się wreszcie zawrzeć po¬
kój i zgodę szczerą z Ludwikiem XVIII i publicznie drukiem
militarny despotyzm cesarza potępił? Nazajutrz właśnie pa¬
ryskie gazety donosiły o wylądowaniu Napoleona z wyspy
Elby! W podobnym możecie i wy się znaleść przypadku.
Warszawa nie poprzestanie na moralnym oporze; komplika-
cye europejskie mogą nadać przyszłej wojnie niespodziewane
znaczenie, a wtedy wasza manifestacya nazwie się zdradą
		

/Sponsorzy_028_04_037_0001.djvu

			i nie będzie już dla was miejsca w miłej ojczyznie. Potę¬
piamy ostatni zamach warszawski, bo krwią splamił bierny
opór naszego narodu ; ale czyż dla tej zbrodni Jaroszyńskiego,
sprawa panowania Kosyi nad Polską stała się nietykalną
i świętą? Nie! więc kiedy z obu stron zbrodnia i zaślepie¬
nie walczą o lepsze, to prawy człowiek niech raczej już nie¬
czynny czeka końca tej niedobrej walki, niżby miał kłaść
na wątpliwej szali wagę swego przekonania i pomocy.“ Mi¬
chał Grabowski zadrżał ze wzruszenia, łza zabłysła w jego
smutnem zawsze wejrzeniu, uściskał Czapskiego i mowy już
więcej o adresie nie było.
Spotykał Czapski nieraz w Petersburgu margrabiego
Wielopolskiego, a pisze o nim, iż „charakteryzowała go
wielka wyniosłość, lecz on pierwszy może wniósł ze sobą
w mętne dymy służalstwa i fałszu, zagęszczone od tak dawna
w atmosferze najwyższej petersburskiej, jedyny promień jasny
osobistej godności, którą nazywali zgorszeniem i grubiań-
stwem, złotem lamowani skoczki i błazny.“ Zamach Jaro¬
szyńskiego i wybuch powstania w Królestwie jak najgorszy
wpływ wywarły na sprawę, której Czapski pilnował; ostrze¬
żono go, że nadaremnie siedzi w Petersburgu, gdyż rząd nie
zezwoli nigdy na założenie banku w Wilnie ze względu na
Polaków.
Powrócił tedy do Wiżun, gdzie czekały nań inne urzę¬
dowe prace, był bowiem „ miro wy m pośrednikiem“ od czerwca
1861 r., a trudne obowiązki urzędu tego ze zwykłą sumien¬
nością i poważnem ich pojęciem wypełniał. Intencye pośred- /
ników wśród tego były wogóle jak najlepsze; kastowy in¬
teres ustępował w nich przed względami humanitarnemi
i patryotycznemi, czuli, że się ojczyznie zasługiwali, że może
po raz ostatni szlachta trzymała wówczas w ręku losy swoje
i szczęście włościan, co nie wszyscy obywatele umieli zrozu¬
mieć. W jesieni 18G1 r. na zjeżdzie szlachty wilkomierskiego
powiatu dla wyboru delegata do gubernialnego włościańskiego
komitetu, odzywali się obywatele z tem, że przez czas przej¬
ściowy, zanimby „ustawy“ w życie weszły, nie chcą darować
chłopom ani pańszczyzny, ani „dziakieł“ (danin wszelkiego
3*
		

/Sponsorzy_028_04_038_0001.djvu

			36
rodzaju w naturze). Oburzony tein marszałek Kończą szepnął
Czapskiemu drżącym od wzruszenia głosem: „Cóż, panie
Edwardzie, czyż nic im nie odpowiesz na te niedobre pro-
jekta?“ i zadzwonił, prosząc o głos dla Czapskiego, który
wystąpił wówczas z improwizowaną mową w obronie swobód
włościańskich: „Ratujcie siebie i dzieci wasze! — zawołał
między innemi — jak ratuje doświadczony sternik statek
nawałnicą skołatany; wyrzućcie w głąb morza połowę mienia
waszego, to uratujecie życie i statek wasz. Pamiętajcie, że
to jest chwila, w której możemy jeszcze zapewnie sobie
i dzieciom naszym własność, bezpieczeństwo i stanowisko
społeczne; zrozumiejmy raz przecie, że nie dziś pora liczyć
grosze!“ Gwałtowność mowy, a zwłaszcza ostatnie jej słowa
oburzyły szlachtę, nie posiadał bowiem Czapski pobłażliwości
dla drugich ani łagodności w słowie, z czego też sam w pa¬
miętnikach nieraz się spowiadał, dodając: „Niezwyczajnie
tragiczne koleje późniejszego życia mojego, zaostrzyły jeszcze
we mnie drażliwość — a impetu wiek nawet pohamować nie
zdołał“.
Ciężko szły prace urzędowe „pośrednikawobec cie¬
mnoty ludu, przyjmującego ustawę wolności z równem nie¬
dowierzaniem, jak przyjmował dotychczas ustawy niewoli
i ucisku, trudno było bowiem chłopom pojąć nowe ustawy
zarządu gmin, w wielu zaś miejscach nie chcieli gminowej
starszyzny wybierać. Raz tak Czapskiego ścisnęła za stołem
ciżba niezadowolona, że laską z ołowianą kulą drogę sobie
wśród niej torować musiał. Innym razem proboszcz z ambony
tlómaczyć zaczął ludowi nowe ustawy. „Milcz — poczęli wo¬
łać niechętni — nam tych ksiąg nie trzeba, a tego, czego
chcemy, tego nam nie dajecie“. Na to powstał Czapski
w swej ławce kolatorskiej i W głos prosił księdza, by dal
szych perswazyj zaniechał dla uniknienia zgorszenia w ko¬
ściele. Pośredników zadanie było niezmiernie ciężkiem: z jednej
strony wszelkich dokładali starań, by rząd wyprzedzić w ro¬
bocie „nadziału“, aby mu zamknąć drogę do niecnych pra¬
ktyk zgubnej zasady: divide et impera — z drugiej włościanie
przedstawiali im nieumiarkowane domagania się, a obyrwatele
		

/Sponsorzy_028_04_039_0001.djvu

			37
chcieli w nich mieć obrońców swego interesu, więc od jed¬
nych i od drugich źle byli widziani. Lud nawykły do ogól¬
nie przyjętej z rosyjskimi urzędnikami procedury, próbował
względem nich przekupstwa; a gdy niebawem skasowano
polskich „pośredników“, nasadzono zaś w ich miejsce karye-
rowiczów z głębi Rosyi sprowadzonych, ci skorzystali z tego
usposobienia ludu, by zapewnić sobie dywidendę z niezmier¬
nych łupiestw podwładnych przez starszyzny, by szerzyć
zdzierstwa i nadużycia krzyczące. Kiedy Czapski i jego ko¬
ledzy wprowadzali w życie tak zwane „gramoty“ i treść
łych nowych praw ludowi tłómaczyli, dwuznaczność tekstu
ustawy i dwoistość przewrotna rządu wystąpiła przeciw nim
w całej swej nagości. W instrukcyach bowiem, tłómaczących
niby tekst ustawy i dopełniających ją, rząd coraz wyraźniej
stawał po stronie włościan, a obywateli krzywdził i władzę
pośredników ograniczał na korzyść komitetu gubernialnego
i gubernatora, jakby się gotował na jakieś coup d'état. Wło¬
ścianie Dekszmian i Swiadość oparli się wówczas wszelkim
przełożeniom, namowom i prośbom, trwając w oświadczeniu, iż
nigdy „grarnot“ nie podpiszą. Czapski posyłał na to trzy razy
do kowieńskiego gubernatora po egzekucyę ; przysłano mu na-
koniec kilkunastu żołnierzy z załogi wiłkomierskiej, ale nowo
zamianowany sprawnik, z Moskwy przybyły, przed przystą¬
pieniem do ukarania cielesnego przewodników buntu, zapewnił
ich w długiej przemowie, że rząd nikogo karać nie chce,
a najmniej ukochanych- swych chłopków, lecz, że pan guber¬
nator na wezwanie pośrednika, zmuszony był przysłać wojsko.
Czapski w chwili, gdy miano rozpocząć karę, znajdował się
w izbie, na obrady gminy przeznaczonej ; przybiegł do niego
sprawnik z oznajmieniem, iż nie ma prawa inaczej chłostać
włościan, jak tylko w obecności pośrednika.
Na Żmudzi zaprowadzała się wówczas tak bardzo po¬
żądana dla samorządu gminnego „wstrzemięźliwość“ i sze¬
rzyła się pod opieką bractwa pobożnego pod bezpośrednim
wpływem duchowieństwa. W jednej miejscowości wysmagano
raz relapsów sznurami pod dzwonnicą kościelną, a wypadek
		

/Sponsorzy_028_04_040_0001.djvu

			38
ten posłużył za pretekst ministrowi spraw wewnętrznych do
rozesłania okólnika, zakazującego „stowarzyszeń tak nazwa¬
nej wstrzemięźliwości.“ Zjazd pośredników powiatu wilko-
mierskiego protestował w zbiorowem podaniu do ministra,
zredagowanem przez Czapskiego, przeciw temu rozporządze¬
niu. Odpowiedzi nie było, a „wstrzemięźliwość“ przez żydów
i urzędników prześladowana, znikła w otchłani zaburzeń
r. 1863 i późniejszych porządkowań. A tymczasem nazna¬
czano coraz to nowych sprawników, assesorów, a nawet
„kluczwójtów,“ jakby w oczekiwaniu jakiejś akcyi, w goto¬
waniu się do czegoś. Jacyś wysłużeni oficerowie, o ile z mun¬
durów ich widać było, krążyli po lasach i karczmach, odda¬
lonych od traktów i tłómaczyli, że „ustawne gramoty“ — to
wymysł szlachty i przekupionych przez nią pośredników;
namawiali włościan, aby się na „gramoty“ nie godzili, bo
cesarz chce im oddać darmo całą ziemię, na której siedzą.
W Wiżuńszczyznie trzy dni przepędził taki wichrzyciel, a ra¬
port przesłany o nim do gubernatora, nie doczekał się skutku.
Nie sami zaś Rosyanie tylko, lecz i Litwini młodzi, powypę-
dzani ze szkół lub z kancellaryj, szerzyli między ludem nie¬
chęć tę ku szlachcie, jako emissaryusze rewolucyi socyalnej;
sprawnicy i assesorowie pobłażali im, bo mieli zapewne
instrukcye, by ich nie chwytać, ani im w ich socyalnych
robotach nie przeszkadzać.
Gdy tak coraz ciemniejsze chmury na litewskim wid¬
nokręgu się gromadziły, Czapski używał pełnem sercem roz¬
koszy rodzinnych, nie domyślając się, jak bliskim był ich
kres dla niego. W r. 1861 odwiedziła go w Wiżunach matka,
objechawszy po kolei wszystkie dzieci swoje, w Bukowcu
w Prusiech Zachodnich, w Miropolu na Wołyniu i w Berża-
nach na Żmudzi. „Jak w wieczór dnia pogodnego — pisze
on — słońce, nim zajdzie, łagodniejszem, ale tem bliższem
światłem, wszystkie twory ziemi nawiedza, jakby na czułe
z niemi pożegnanie, tak czcigodna matka moja na schyłku
żywota nieskazitelnego i pracowitego, odbyła wielką ostatnią
swoją podróż, żegnając w ich domach wszystkie czworo
		

/Sponsorzy_028_04_041_0001.djvu

			39
dzieci swoje i ich potomstwo.“ W jesieni r. 1862 młoda pani
Czapska wraz z dziećmi stale w Wilnie zamieszkała, a choć
doktorowie radzili jej wyjazd do wód za granicę, nie dała
jednak w żaden sposób nakłonić się do opuszczenia kraju
w tak niespokojnym czasie i w przeddzień strasznych wy¬
padków, nad rodziną jej i nad ojczyzną wiszących.
		

/Sponsorzy_028_04_042_0001.djvu

			IV.
Wspomnienia epoki, poprzedzającej bezpośrednio pow¬
stanie, pomięszały się nieco co do dat w zaginionych Pamięt¬
nikach Edwarda Czapskiego. „Szczegóły ich — pisał — na¬
ciskają się tłumnie przed wzrokiem w przeszłość zanurzo¬
nym, nikną przecież przed samą katastrofą kraju, i moją
własną, która jak piorunu uderzenie, głuszy wrażenie naj¬
głośniejszych, poprzedzających i następujących grzmotów.“
Po Wielkiej Nocy 1863 r., wróciwszy od chorej żony do
Wiżun, usłyszał on od plenipotenta swego, Wołodźki, iż tenże
nazajutrz uchodzi, wraz z ekonomem z Dobrej Woli, zapaś¬
nikiem i kilkunastu ochotnikami do borów wiżuńskich, na
rozkaz centralnego bezimiennego rządu narodowego. Naza¬
jutrz, w samą Niedzielę Przewodnią, przechodziła przez Wi-
żuny inna partya ochotników z miasteczka Uciany i okolicy;
byli to ludzie bardzo młodzi, po większej części czeladź rze¬
mieślnicza, znajdowało się zaś między nimi dwóch wiel¬
kich pijaków, którzy stanąwszy przed pałacem, prosili
o strawę i wódkę; dostali wino z zakąską, a szewc jedeD,
podochociwszy sobie, strzelił do sufitu w sali jadalnej, po-
czem przed odejściem, domagali się hałaśliwie, aby im pan
domu na drogę pobłogosławił. — „Idźcie panowie z Bogiem —
rzekł Czapski do nich poważnie — jeżeli postanowiliście po¬
święcić się dla Boga i ojczyzny.“ W parę dni potem, gdy już
w lesie wiżuńskim był się ukonstytuował oddział powstańczy
dowódzcy, znanego pod nazwiskiem Gasparowicza, Wołodźko
prosił piśmiennie Czapskiego o zasilenie ich prowiantami.
		

/Sponsorzy_028_04_043_0001.djvu

			Edward naładował niemi brykę, posłał ją do lasu, i sam
w ślad za nią wyruszył. W obozie panował porządek, straże
były gęsto rozstawione, ochotnicy spali, znużeni nocnym po¬
chodem. „Zapalono stosy gałęzi—pisze Czapski — ja usiad¬
łem z Wołodźką i kilku znajomymi przy ogniu, i w głębo-
kiem zamyśleniu porównałem obozującą młodzież do zielo¬
nych gałęzi sosen i jodeł, które dorzucane do grubszych po¬
lan, najpierwsze jaskrawym zajmowały się ogniem, i pomimo
zieleni, nąjpierwsze stawały się pastwą płomieni i znikały
z oczu w popiele. Zdało mi się wyraźnie, że i ja kończę
mój zawód na tym stosie, i z niewymownym żalem patrzy¬
łem na to wszystko.“
Wołodźko ostrzegł był Czapskiego, iż „kluczwójt“ wi-
żuński, Lebediew, niedawno z Rosyi importowany, zgroma¬
dza gospodarzy, każe im przygotowywać się do rewolucyi
socyalnej, i obiecuje, że pod jego dowództwem, wszystką
szlachtę dziedziców, związanych dostawią do sprawnika. Gdy
Lebediew przybył raz z urzędowemi papierami, w chwili,
kiedy dziedzic siadał do bryczki, tenże zawołał nań ostro,
przy oficyalistach i sługach: „Cóż to? — styszę, że robisz
jakieś schadzki i złe rady dajesz włościanom. Miej się ty
na ostrożności, bo czasy niebezpieczne bardzo; możesz wkrótce
sam wisieć.“ Niezadługo potem, chłop pewien, nazwiskiem
Radziwiłłas, oskarżał nieobecnego Lebediewa, w obecności
starosty Saładzisa przed Czapskim, że mu wydarł 5 rubli,
jako wziątkę niesłuszną; ponieważ sprawa ta była za wikłaną,
sprawiedliwy pośrednik chciał więc wysłuchać obydwie strony
i nakazał Radziwilłasowi, by mu do dworu oskarżonego przy¬
prowadził ze wsi skarbowej, o 2 mile odległej, gdzie szerzył
swe praktyki rewolucyjne. Radziwiłłas odjechał, i napotkał
Lebediewa; lecz zamiast z nim do dworu powrócić, zdał go
powstańcom, znajdującym się za urlopem w miasteczku wi-
żuńskiem. Kiedy Czapski przybył do owego obozu, Lebediew
już wisiał, wdowa zaś przyszła nazajutrz do niego, pro¬
sząc, by trupa ze sosny zdjąć kazał. „Pochować trupa nie
mogę — odrzekł Czapski — to do policyi należy, a pow¬
stańcom nie rozkazuję; oni mają swój rząd, ich królem nie
		

/Sponsorzy_028_04_044_0001.djvu

			Ł2
jestem.“ Zaczekawszy następnie trzy dni na policyjne rozpo¬
rządzenie, które nie nadeszło, kazał dopiero starszynie wi-
żuńskiemu, by pochował zwłoki nieszczęsnego agitatora.
Po dość szczęśliwej utarczce w lasach poniewiezkicli,
Sierakowski, dawny Czapskiego znajomy z Petersburga, roz¬
łożył się ze swym oddziałem w Dobejskim lesie i przysłał
mu kartkę, w której pod karą śmierci nakazywał, aby się
przed nim stawił. Pojechał Czapski natychmiast na oznaczone
miejsce i zastał kilkuset ludzi zbrojnych; w głównej kwate¬
rze, Sierakowski z szefem sztabu i adjutantem, siedział po¬
chylony nad mapą; przyjął Edwarda nadzwyczaj grzecznie,
i w sposób poważny i pochlebny wspomniał ich wspólną zna¬
jomość przed dwudziestu laty w Petersburgu. „Dam ci, pa¬
nie Edwardzie — mówił dalej — najwyższy dowód ufno¬
ści w twój rozum, wyjawię ci plan mój: idę do Kurlandyi;
wszyscy są temu przeciwni, bo nie rozumieją znaczenia hi¬
storycznego takiego kroku wojennego; przecież Kurlandya
do Polski należała. Cóż pan na to powiesz?“ — „Jestem
przeciwny takim hazardom. Usposobienie ludu lepsze jest
tutaj, niż gdziekolwiek, z tego więc korzystaćby należało.“
Sierakowski nie wierzył w interwencyę mocarstw zagranicz¬
nych, ale nadzieję w nią podtrzymywał najstaranniej w obo¬
zie, choć połowa tylko wojska jego w palną broń zaopa¬
trzoną była.
Wieczorem powrócił Czapski do domu z bardzo bole-
snem uczuciem. Wkrótce potem, wezwany przez żonę, poje¬
chał do Wilna z sąsiadem, i z nim razem ukazał się w sa¬
lonach jenerał-gubernatora Nazimowa. „Wśród ciżby jenera¬
łów tam obecnych, znajdowali się tacy, którzy wrócili z bitwy
pod Siemiatyczami i z pogromu Langiewicza; widać było
z ich usposobienia, że ta wojna nie skończy się na pobojo¬
wiskach ; na nas patrzyli z gniewem i oburzeniem, a Nazi-
mow zdawał się zażenowany naszą obecnością.“ Nazajutrz
z rana wczorajszy towarzysz proponował Czapskiemu, by
wstąpił do rządu tajnego. Odmówił mu wręcz, następującą
dając odpowiedź: „W tak zdesperowanem położeniu rzeczy,
ja nic nie poradzę; nigdy ci, którzy na czele ruchu stali,
		

/Sponsorzy_028_04_045_0001.djvu

			43
mnie się nie radzili, teraz powinni kończyć sami, co sami
zaczynali; gdybym był stał z nimi na czele rządu, nie był¬
bym nigdy doprowadził do wybuchu. W tej propozycyi, w tym
ostatnim kroku rządu narodowego widzę słabość wielką, ale
uprzedzam, że chociaż do niego należeć nie chcę, rozkazy
jego do końca wypełniać będę.“ Wkrótce potem nakazano
mu zakupić w Rydze kilka egzemplarzy mapy generalnego
sztabu petersburskiego i przesłać je Sierakowskiemu. Gdy
przybył do Rygi, panował tam rozruch wielki, wiedziano już
bowiem o rozgromię i aresztowaniu Sierakowskiego. Gdy tak
niepotrzebne już były mapy, powrócił Czapski do Wilna,
gdzie właśnie były się rozpoczęły straszne dni Murawiew-
skiego panowania. „Fizyognomia miasta nie była do opisa¬
nia — fraszka morowe powietrze! Szeptano, spotykając się
na ulicy, w domach wyglądano trwożliwie z za uszaków,
a w przejeżdżających, eskortowanych przez żandarmów,
rozpoznawano znajomych.“ Już i Czapskiego unikać zaczęli
trwożliwsi, przeczuwając w nim człowieka, nad którym, acz
niewidomie jeszcze, ciężyła niełaska krwawego satrapy. Ile¬
kroć do domu wracał, zastawał zawsze żonę, oczekującą go
we drzwiach z niewymowną trwogą, gdyż z cicha po mie¬
ście krążyła pogłoska, iż go za sprawę „kluczwójta“ Lebe-
diewa aresztować mają.
Na licznem zebraniu prywatnem u marszałka guberskiego
Domejki, poruszono wówczas sprawę adresu wiernopoddańczego
do cesarza, nakazanego przez Mura wiewa. Obecnym był, między
innymi, i pewien znany faworyt Murawiewa, p. S. Marszalek gu-
berski objawił zdanie, iż adres trzeba podpisywać. Czapski za¬
przeczył mu, dowodząc, że wobec srogości rządu, adres podobny
zupełnie nie jest na czasie; S	 zagroził na to, że jeżeli
szlachta adresu nie podpisze, wszystkich obywateli, bez wy¬
jątku, na Sybir wyszła. „Chociażby rząd miał podobne za
miary .— zawołał Czapski — nigdyby nie miał sił dosta¬
tecznych, aby je do skutku doprowadzić!“ Na to S
zacytował przykład Napoleona III, który 200.000 Francuzów
w 1851 r. wysiał do Cayenny. Czapski mu z impetem za¬
przeczył, a w kilka dni później został prywatnie uwiado-
		

/Sponsorzy_028_04_046_0001.djvu

			44
miony, iż grozi mu śledztwo o „kluczwójta,“ które w najsroż-
szy sposób poprowadzonem zostanie, jeżeli on na siebie nie
weźmie zbierania podpisów pod adres, gdyby zaś tego się
podjął, cala sprawa umorzoną zostanie. Odpowiedział bez
namysłu, że woli raczej wszystko poświęcić, auiżeliby miał
cześć utracić, podpisów przeto zbierać nie będzie.
Nadszedł wreszcie dzień 9 czerwca 1863 r., najsroższy
w życiu Czapskiego, „ostatni na długo dzień wolności, pa¬
miętny pierwszy dzień niewoli.“ Była to niedziela, Wraca¬
jąc ze sumy w katedrze, gdy mijał z towarzyszami kamie¬
nicę biskupią na Zanikowej ulicy, spostrzegł u bramy dwóch
policyantów ; wejrzeli w głąb bramy, cisza tam panowała;
od przechodzących dowiedzieli się, że X. biskupa Krasiń¬
skiego wywożą natychmiast. Po obiedzie siedział Czapski
u siebie, w gronie krewnych i dobrych znajomych, pijąc
herbatę; wtem wbiegł służący z oznajmieniem, że w bramie
domu, w którym mieszkał, stało dwóch policyantów. Wstał
Edward, aby sam o tem się przekonać, lecz w tejże chwili
wszedł oficer żandarmeryi z „czastnym prystawem“ i okazali
mu rozkaz wyższej władzy, aby mieszkanie jego zrewido-
wanem zostało. Poszukiwania trwały więcej, niż godzinę; nie
oszczędzono chorej i przerażonej pani domu, ze szczególną
dokładnością bieliznę jej przetrząsając. Potem żandarm ob¬
jawił Czapskiemu, że jest aresztowany; zawieziono go do¬
rożką do fortecy, gdzie żandarm zdał go jej komendantowi,
jenerałowi Wiatkinowi, ten zaś jakiemuś oficerowi, który
z salonu Wiatkina wiódł go przez podwórze fortecy i mię¬
dzy wałami w kazamaty więzienne. Korytarzem trafili do
drzwi na prawo ; otworzono je i zamknęły się zaraz za Czap¬
skim na klucz i zasówkę. W izbie więziennej zastał dwóch
towarzyszów, siedzących przy herbacie; zaprosili go, by pił
z nimi, i tak siedzieli wszyscy trzej zamyśleni, do rozmowy
nie zabierając się wcale. Towarzysze ci, pełni byli dlań od¬
tąd względów i uprzejmości. „Przyzwyczajeni więcej do tru¬
cizny więziennej, ze współczuciem śledzili na nowym sub-
jekcie skutków i wrażeń tej trucizny, której pierwsze gory¬
cze już przemogli sami... W milczeniu, po gorącej modlitwie,
		

/Sponsorzy_028_04_047_0001.djvu

			45
rzuciłem się na łoże, ale sen nie przychodził zasłonić swoim
upragnionym cienieni przepaści groźnej przyszłości, jaka te¬
raz stawała przed oczyma ducha mojego. Wołania straży,
stąpanie częste po korytarzu kamiennym, brzęk zaporów
i kluczów i chrzęst bagneta wewnętrznej warty — to był
najstosowniejszy wtór do cichych westchnień a głębokich bó¬
lów i ogniem gromu palących się myśli moich.“ Po kilko-
godzinnej bezsenności, przerywanej na wpół sennemi marze¬
niami, ulyszał więzień chrzęst karabina bliski, jakby nad
jego łóżkiem; skrzypnęły zapory i klucz we drzwiach, we¬
szło z latarnią trzech ludzi wąsatych; jeden z nich, zamas¬
kowany, położył się prawie na piersiach jego, zbliska mu
się przypatrując, a przez otwory maski przezierało dwoje
błyszczących oczu; drugi na cywilnem odzieniu miał paltot
wojskowy i z niecierpliwością zdawał się czekać skutku od¬
bywającej się próby. Gdy Czapski zwrócił się, by mu w oczy
spojrzeć, nie wytrzymał jego wzroku, trącił zamaskowanego
towarzysza i obaj wybiegli z pośpiechem. Wówczas koledzy
Edwarda objaśnili mu, że to szpiegi z obozu powstańczego
służą komisyi śledczej za świadków, czy tego lub owego
więźnia nie widzieli w obozie.
Nazajutrz przeniesiono Czapskiego do osobnej każni,
gdzie towarzyszem jego jedynym była księga Missale lioma-
num, z której głośno czytał z niezmierną chciwością. „Na
skrzydłach modlitwy duch mój opuszczał tę ziemię, a z nią
i więzienie!“ Później- przeniesiono go znowu do głównego
odwachu fortecznego, gdzie parę tygodni spędził ze swym
pupilem, byłym adjutantem Sierakowskiego, Jarosławem Kos¬
sakowskim. Gdy na Sybir młodzieńca wywieziono, wówczas
sam już pozostał. Nie dozwalano nikomu z nim się widywać,
a wśród tego szesnaście razy stawał przed indagacyjną ko-
misyą; z początku prowadzono go do jej prezesa, jenerała
Wiesiołowskiego, później osobna komisya z dwóch a czasem
z trzech członków złożona przychodziła do niego. Gdy raz
któryś z tych sług Murawiewa zapytał go, dlaczego tak źle
mówi i niejasno pisze po rosyjsku, wychodząc z granic cier¬
pliwości odrzekł: „Widzisz pan z siwiejących włosów moich,
		

/Sponsorzy_028_04_048_0001.djvu

			46
że nauczyciele moi wszyscy już ziemię gryzą, od dawna nie
szukam icli zastępców. Jakikolwiek będzie skutek tego śledz¬
twa, z odpowiedzi moich przecież tyle panowie zrozumieć mu¬
sieliście, że od was, również jak od poprzedzającej komisyi, mało
się nauczę, chociaż nie do was po naukę za młodu chodziłem.
Jedyna rzecz, której bym mógł od was się nauczyć, byłaby
wzorowa rusczyzna, ale w takich warunkach i tego uczyć
się nie miejsce ani pora“. Innym razem znużony bólem głowy,
a przybity na duchu odgłosem tryumfalnych salw armatnich,
od których miasto grzmiało, lakoniczne tylko dawał odpo¬
wiedzi ; major żandarmów zbliżywszy się wówczas do sto¬
liczka, przy którym pisał, rzekł uroczyście do niego: „Pan
Hrabia wiesz, że życie pańskie jest w rękach Jego Ekscellen-
cyi jenerała Murawiewa, a odpowiadasz pan tak, jakbyś nie
rozumiał ważności odpowiedzi, które sam jenerał Murawiew
•czytać będzie“. Czapski na to, folgę dając gwałtownej irry-
tacyi, powstał i rzekł: „Pan i towarzysz jego, panowie
wszyscy, myśleć możecie, że życie wasze, tak jak wasza karj-
«ra, jest w rękach jen. Murawiewa — ja wiem, że życie moje
jest w ręku tego potężnego, jedynego pana, któremu wierzę
i któremu służę, a nie nawet w ręku cesarza. Bóg mi dał życie,
Bóg mi je odbierze, bez Jego dopuszczenia nic p. Murawiew nie
poradzi. To, co wam tu mówię, wydaje się wam głupstwem, tak
zupełnie jak wasze upomnienie jest bezbożnością w oczach mo¬
ich. Nie straszcież mnie więcej sądami Murawiewa, bo one dla
mnie tak mało straszne, jak sądy Boże dla was“.
Po ośmiotygodniowym pobycie w fortecy wileńskiej
wyprawiono Czapskiego z żandarmem do Kowna w połowie
sierpnia; eskortowało ich 16 kozaków w wagonie III klasy.
W połowie drogi usłyszał oddalony wystrzał i spostrzegł, jak
kozak na koniu pomknął z toru kolejowego w bór, kozacy
z długiemi gwintówkami rzucili się do okien, a starszy ich
rzekł do żandarma, wskazując na więźnia: „Wiesz, jaka twoja
powinność!“ — „Znaju, znaj u“ ') — odmruknął żandarm,
wydobył pistolet z za pasa, wyprostował się i z nieśmia-
’) Wiem, wiem.
		

/Sponsorzy_028_04_049_0001.djvu

			47
łością spoglądał na Edwarda, który z pozornym spoko¬
jem zajadał kawał razowego chleba, a wewnętrznie duszę
Bogu polecał, sieroty swoje i matkę ich opiece Jego oddając.
W Kownie jawiono go u wojennego naczelnika, poczem
eskortowanego przez 4 kozaków i żandarma zawieziono do
więzienia pokarmelickiego. „Smotrytiel tiurmy“ ') kazał mu
się rozebrać, a znalazłszy przy nim 400 rs. zabrał mu je
i tamecznym porządkiem zginęły na wieki. Pierwszą noc
w tein więzieniu spał Czapski na słomie pokotem z dwoma
towarzyszami w ciasnym pokoiczku. Nazajutrz wyprowadzono
ich, okno ciasnej izdebki zamalowano wapnem, u drzwi po¬
stawiono wartę, i odtąd przez długie tygodnie pozostał sam
w celi, „sekretną“ zwanej, z której nie wychodził nigdy.
Na korytarzu panował często ruch i hałas, bo tam ubywali
zgromadzeni w przyległych numerach więźniowie przechadzki
dozwolonej. Codziennie wśród tego wzywano go do komisyi,
trzeciej już z rzędu, i tu mu przeciwstawiono świadków: ja¬
kiegoś czeladnika z Uciany, który wiedział o jego bytności
w obozie Sierakowskiego, i Radziwiłłasa, który chcąc sam
się oczyścić, twierdził, że na rozkaz Czapskiego schwytał Le-
bediewa i dostawił go do obozu Gasparowicza. Wielkie nie¬
wygody, zepsute powietrze „sekretnej“, częste dzienne i no¬
cne stawania przed sądem, strawa ograniczona do kromki
chleba z wodą, gdyż herbaty z początku mu nie dawano,
zimnej zupy bowiem i mięsa, które wracając ze śledztwa na
oknie swem zastawał, j-eść wcale nie mógł — wszystko to tak
go osłabiło, iż, niekiedy bywał bliskim omdlenia. Murawiew ko¬
wieński, nieodrodny syn wileńskiego, odwiedzał go w tej
norze, a gdy raz przyszedł z doktorem, prosił go Czapski,
by stosownie do rady lekarskiej pozwolił mu codziennie go¬
dzinę przechadzki na wolnem powietrzu używać. „Mam tu
380 więźniów — odrzekł gubernator — toćby mi straży nie
starczyło, jeżelibym każdemu pozwolił używać przechadzki.
Panu, jako naczelnikowi buntu, najmniej jej dozwolić mogę“.
„Zkądże pan wiesz, że byłem naczelnikiem? — zapytał
*) Dozorca więzienia.
		

/Sponsorzy_028_04_050_0001.djvu

			48
Edward — przecież śledztwo nie ukończone jeszcze, a re¬
zultat jego czyż koniecznie ma się okazać zgodnym z pole¬
ceniami ojca pańskiego? Jeżeliby nawet tak być miało, to
uważam wyrażenie się pańskie, jako szczególną niedyskre-
tuość, która odkrywa prawdziwą nicość waszych mniema¬
nych sądów i śledztw. Ale pomimo to, ja się domagam tego,
do czego mam prawo, i proszę, abyś pan do Wilna raczył
o to zapytać. Jeżeli śmierć moja koniecznie potrzebna, toż
zdrowego powinniście mnie panowie przyprowadzić pod szu-
biennicę“. — „Napiszę o tem do Wilna“ — odpowiedział roz¬
gniewany gubernator, i wyszedł.
Straszne były dni te więzienia, pędzone na najsmu¬
tniejszych rozparniętywaniach, tęsknocie, fizycznych cierpie¬
niach, ucieraniu się z bezlitosnymi katami, ale stokroć
straszniejsze noce. Posłuchajmy, jak okropny ich obraz skre¬
ślił Czapski w swycli zaginionych pamiętnikach. „Po za
wąskim korytarzem, naprzeciw mojej „sekretnej“, trzymano
w numerze związanego więźnia, doktora Jucewicza, który
nie przeniósł higieny więziennej i brutalstwa stróżów, i zwa-
ryował. Co noc prawie około godziny pierwszej, jak świeca
zgaśnie w jego pokoju, domagał się światła, z początku wy¬
raźnie i łagodnie, potem krzyczał przeraźliwie i płakał, bił
głową o zamknięte drzwi, przeklinał oprawców, ryczał jak
dzikie zwierzę, póki się nie doczekał zlitowania nad sobą
stróża albo pierwszego brzasku porannego. Wśród takiej
nocy, gdy siedząc na słomie rozognioną wyobraźnią dopeł¬
niam obraz straszny waryata, nowy głos rozlega się z za
ściany, przy której siedzę. Był tam obok mojej sekretnej la¬
zaret tymczasowy, dokąd znoszono ranionych i chorych wię¬
źniów, schwytanych w ostatnich potyczkach. Wstaję, przykła-
kładam ucho do szczeliny drzwi i słyszę: „Jezus! Marya!
Józefie św.! Proście o księdza — ja umieram!“ Tu nastaje
wielkie zamięszanie, chorzy wstają, tłumnie się gromadzą
koło łóżka umierającego, stukają do drzwi; zamięszanie ro¬
śnie, drzwi otworzono, zamęt rozciąga się po korytarzu, przez
zabielone szyby migają światła, słychać przyspieszone kroki,
ruch ten dąży do mieszkania komendanta. Po chwili słychać
		

/Sponsorzy_028_04_051_0001.djvu

			49
brzęk ostróg oficerskich, troje ludzi ze światłem stąpa; we~
szli do lazaretu. Komendant z oficerem zbliżył się do łoża
umierającego: „Czego chcesz?“ — Kilka głosów: „On chce
księdza, już umiera! “ — Milczenie — potem słaby głos:
„Księdza! spowiedzi!“ a komendant głośno! „Nie będziesz
miał księdza! umieraj jak pies! cesarzowi służyć wiernie nie
chciałeś, a teraz chcesz pojednać się z Bogiem? Nie! Bóg
nie przebaczy tobie, ani ksiądz żaden twej zbrodni... “ Tu
straciłem przytomność, tłuc pięściami począłem we drzwi, za
któremi ta scena się odgrywała. „Blużnisz złoczyńco! po¬
tworze! zabójco!“ wołałem i padłem na ziemię. Z tamtej
strony ktoś wymówił moje nazwisko, a drugi po rusku do¬
dał: „Już i on zwaryował jak tamten doktór“. Krew ude¬
rzyła mi piorunem w skronie, powstałem i szybkim krokiem
biegałem po ciasnej izbie, uciekając od pomięszania zmysłów.
Ale gwar się wznawia w lazarecie, znowu staję przy
drzwiach. Słychać jęk długi, głęboki umierającego, i te
słowa: „Już skonał“. Tego tylko czekał komendant; zawołał
żołnierzy i ciepłe jeszcze zwłoki wynieśli przez korytarz.
Drzwi lazaretu od korytarza spuszczono na zamek — słysza¬
łem jak ktoś z chorych głośno odmawiał Anioł Pański i myśl
moja zraniona postępowała za każdem słowem tej modlitwy.
Płakałem noc całą... W umierającym widziałem uosobione
powstanie i kraj mój, w komendancie bezbożnym Rosyę.
Przez ścianę tylko i na tym samym korytarzu, więziono
wtenczas, obok umierającego 48 księży katolickich za prze¬
stępstwa polityczne“.
Tymczasem nieubłagany Murawiew dalej dzieło zemsty
prowadził i proces Czapskiego taki przybierać począł cha¬
rakter, iż kara śmierci zdawała się nieunikniona. Rodzina
jego wszelkie siły natężała, by go uratować; poruszono dwory
berliński i londyński, i za podwójną interwencyą królowej
Augusty i królowej Wiktoryi, cesarzowa rosyjska telegrafo¬
wała do Murawiewa, aby pod żadnym warunkiem śmiercią
Czapskiego nie karał. Wówczas kazał on sobie przysłać de¬
kret śmierci, wydany już przez sąd wojenny kowieński, prze¬
robił go na dekret katorżnych robót i tak do Kowna odesłał.
4
		

/Sponsorzy_028_04_052_0001.djvu

			50
I odtąd stopniowo rozpoczęło się złagodzenie więzienia dla
nieszczęsnej ofiary; po miesięcznym pobycie w ciemnej ,,se¬
kretnej“, przeprowadzono go do pokoju z wielkiem zakrato-
wanem oknem o czystych szybach; po trzech tygodniach
przeniesiony został do tak zwanego „pokoju powieszonych“.
Tu ktoś mu wrzucił kamień, z kartką następującej treści:
„Pański komisarz i ekonom, Wołodźko i zapaśnik, będą w tych
dniach powieszeni w Wiłkomierzu, trzeba być przygotowanym
na wyjazd do Wiłkomierza i	Wówczas poprosił urzę-
downie o Pismo św. Starego i Nowego Testamentu, które
z największym zapałem czytał dniem i nocą, a opis męki
Chrystusa Pana nigdy nań tak silnego wrażenia nie wywarł,
jak w tych dniach straszliwych. Raz usłyszał, jak pode-
drzwiami zapytał starszy wojskowy stojącego na straży żoł¬
nierza: „Cóż? czy ciągle czyta?“ — „Czyta“. — „Wyraźnie
zwaryował“ —■ mówi starszy, a żołnierz potwierdził, że nie
inaczej: Stało byt’. Temu czytaniu jednakże zawdzięczał
Czapski zupełną równowagę moralną, jaką zachował w tym
czasie. Raz wezwano go przed sąd wojenny. „Po drodze nie¬
dalekiej — powiada — bo przez długość podwórza, uczułem
słodkie wrażenie świeżego powietrza i z rozkoszą słuchałem
świergotania ptaszków, ale idący za mną dwaj sołdaci, no¬
gami mnie tratowali z tyłu krzycząc: W yierod i -paszot! —
umilkły ptaszki przed tym głosem człowieka“.
Dziesięć dni już przebywał Czapski w pokoju powie¬
szonych, gdy ktoś mijając zamalowane jego okno krzyknął
w nie: „Będzie dobrze!“ Nazajutrz objawiono mu, że śledz¬
two jego ukończone i że wolno mu przenieść się pod nr 1,
gdzie 56 więźniów mieszkało razem w pięciu salach, obszer-
nemi podwojami połączonych; tam zastał wielu znajomych.
Pierwszego dnia zauważył szczególną troskliwość wszystkich
więźniów około siebie; przeciągano nocną rozmowę, za ka-
żdem skrzypnięciem drzwi pewien jego dobry znajomy z prze¬
rażeniem spoglądał na wchodzących, a ilekroć obudził się tej
nocy wśród gwaru, od którego odwykł, widział, że ten zna¬
jomy czuwał z widocznym niepokojem; nazajutrz dopiero
odebrawszy z zewnątrz pewną wiadomość, że Czapski śrnier-
		

/Sponsorzy_028_04_053_0001.djvu

			cią karany nie będzie, przyznali się mu towarzysze, iż owej
pierwszej nocy każdej chwili oczekiwali nocnego wyprowa¬
dzenia go na stracenie. Dnia 14 października, po czterech i pół
miesiącach najboleśniejszej rozłąki, dozwolono mu widzieć się
z żoną, którą gubernator Murawiew (syn) sam do więzienia
przywiózł. Zbiegłszy ze schodów, ujął Edward w objęcia
z nieopisanem wzruszeniem, bladą i blizką omdlenia kobietę,
a spostrzegając obecnego przy tem powitaniu dygnitarza, rzekł
do niej po francusku: „Patrz, żono, jesteśmy przedmiotem
ciekawej obserwacyi obcego człowieka. Bądźże panią siebie,
bądź tak wielką jak nieszczęście nasze!“ Gubernator zrozu¬
miał i oddalił się; dwa razy wówczas dozwolono więźniowi
widzieć żonę, poczem radzono jej, by do Wilna wróciła.
Z tą chwilą cokolwiek więcej mając swobody, używał jej
Czapski na ulżenie losu towarzyszów niedoli; odwiedzał bie¬
dniejszych, których moc wielka bez koszul i butów znajdo¬
wała się w dolnem lub podziemnem więzieniu; z rana i wie¬
czorem chodził po różnych numerach, aby nieumiejącym czy¬
tać modlitwy odczytywać. Majętniejsi składali niekiedy ty¬
godniowo do 25 rs. i jemu je oddawali do rozdzielania
między uboższych; na jego ręce litościwe panie z miasta
przesyłały po kilkadziesiąt koszul grubych, które rozdawał
ubogim, wchodząc „do tej strasznej jaskini dolnego więzie¬
nia, gdzie trzymano lud prosty“. Święta Bożego Narodzenia
i Nowego Roku uroczyście w więzieniu obchodzono; po kucyi
jeden z więźniów, siłacz ogromy brał po kolei każdego z to¬
warzyszów na barki i niby dziarski rumak galopował po sa¬
lach; z Czapskim się pośliznął, upadł i zwichnął mu nogę.
Ten to przypadek opóźnił mające właśnie nastąpić jego wy¬
wiezienie; przeniesiono go do lazaretu, gdzie leżał miesiąc
cały. Tu nie było już posiedzeń politycznych, dysput histo¬
rycznych, ani literackich; po nocach ciszę przerywały tylko
jęki chorych na tyfus w pokojach przyległych. Edward le¬
żał zamknięty w izbie z dwoma starcami, z których jeden
straszliwie był robactwem opanowany; tęskno mu więc było
za wielkiem więzieniem pokarmelickiem, za tłumnemi zbio¬
rowiskami, za chóralnemi śpiewami, orkiestrami improwizo-
		

/Sponsorzy_028_04_054_0001.djvu

			52
wanemi, które używając grzebieni zamiast trąb, fletów i skrzy¬
piec, doskonałe partytury wykonywały.
Gdy w stanie nogi Czapskiego nastąpiło wreszcie wi¬
doczne polepszenie, odczytano mu wyrok, skazujący go na
12 lat ciężkich robót i dożywotnie więzienie we wschodniej
Syberyi, z pozbawieniem praw wszelkich i z konfiskatą ma¬
jątku i mogących się z czasem dlań otworzyć jakichkolwiek
sukcessyj. Następnie przewieziono go do turmy, która okro¬
pne na nim uczyniła wrażenie; tam odebrano mu ostatnie zna¬
lezione przy nim 3 rs. i ztamtąd po opatrzeniu nogi przez
doktora, wyprawiono z kolegami na kolej; ponieważ jednakże
iść nie mógł, zamykał więc pochód w otwartej dorożce z żoł¬
nierzem. Przed domem gubernatora zatrzymano się i wszyscy
bez wyjątku katorżnicy, ubrani w siermięgi i okrągłe czapki,
musieli stanąć długim frontem; Czapski, mogący się z trud¬
nością na nogach utrzymać, usiadł na jakiejś ławce. Po chwili
ukazał się przed domem Murawiew i rzuciwszy okiem na
szereg nieszczęsnych, kazał Czapskiego natychmiast w rzędzie
postawić, przyczem potknął się Edward na grudzie i upadł,
ale prędko powstał. Okna gubernatorskiego pałacu pełne były
ciekawych; Murawiew zwolna przechadzał się wzdłuż rzędu
skazanych, potem wsiadł do pojazdu i tryumfalnie jechał na
przód, wiodąc ich do dworca kolei żelaznej. Gdy Czapski
mijał w doróżce więzienie pokarmelickie, wszystkie okna
pierwszego piętra otworzono, koledzy powiewali w nich chu¬
stkami, on podobnym ich sposobem żegnał, a łzy gorącym
potokiem spływały mu po twarzy: „Jeszcze to była ojczyzna
w tem więzieniu!“
W Wilnie wszyscy bez wyjątku pieszo przez miasto do
turmy iść musieli; po drodze Czapski spotkał najlepszego
przyjaciela swego, Edwarda Grotkowskiego, i ten go odpro¬
wadzał jak mógł najdłużej, idąc przy nim na chodniku i za¬
nosząc się od płaczu. W turmie wileńskiej rozlokował się
w ciasnej izdebce na stole między trzema towarzyszami,
z których jeden był fałszerzem pieniędzy, szlacheckiego po¬
chodzenia. Nazajutrz odwiedziła go żona, z księżnicz¬
kami Radziwiłłównami, córkami księcia Konstantego; zacne
		

/Sponsorzy_028_04_055_0001.djvu

			53
te panie wraz z matką, ks. Adelą, Karnicką z domu, dzień
i noc szyły bieliznę dla odchodzących na Sybir partyj, a oj¬
ciec ich często jeździł do jenerał-gubernatora wstawiając się
za więźniami. Gdy w wigilię Bożego Narodzenia przyszedł
prosić o życie dwunastu na śmierć skazanych, tak był wzru¬
szony, iż przez chwilę mówić nie mógł i rozpłakawszy się, na
te tylko zdobył się słowa: „Ostatniej prośby starca, który stoi
nad grobem, nie odrzucaj, panie jenerał-gubernatorze! Janie
wyjdę ztąd, póki nie wyproszę życia dla tych nieszczęśli¬
wych dzieci i stokroć nieszczęśliwszych ich rodzin“.
Nazajutrz tedy po przybyciu Czapskiego do Wilna, we¬
zwano go do mieszkania dozorcy więzienia, gdzie czekała
nań żona, a z nią Bulyczew, krewny Murawiewa. Ten chcąc
mu zapewne coś uprzejmego powiedzieć, winszował, iż nie
prosi o pozwolenie zatrzymania się w turmie wileńskiej, i do¬
dawał: „To jest agonia, nie powinien jej więzień przedłu¬
żać, przez wzgląd na siebie i na drogie mu istoty“. Widząc
wrażenie, jakie te słowa zrobiły na nieszczęśliwej kobiecie,
Czapski zawołał gwałtownie: „Cóż to pan tu o agonii mówisz
dla pocieszenia mojej strapionej żony? Tu agonii żadnej je¬
szcze nie ma. Agonia, to wstęp do śmierci, która czeka nas
wszystkich, ale która do mnie nie przyjdzie, o tem nie wąt¬
pię, zanim nie nawiedzi tych, którzy los mój w rękach swo¬
ich przez chwilę trzymali i doprowadzili mnie do stanu,
w jakim jestem obecnie“. W sam dzień wyjazdu parę godzin
spędził z żoną w pokoiku, przeznaczonym dla oficera, odby¬
wającego straż turmy. Było to ostatnie ich spotkanie na ziemi,
o którem tak wspomina: „Widziałem wtenczas na jawie cud
miłości i poświęcenia się niewiasty: czarem jej potężnej woli
cofnięty do pierwszych miesięcy naszego poznania się i po¬
życia, żyłem miłością i szczęściem doskonałem w ciasnej
izbie turmy. Z domu przynieśli obiad: zastałem potrawy,
które kiedyś lubiłem, ale dziś ani ona ani ja pożywać ich
nie mogliśmy. Kazała mi się ubrać w strój podróżny, który
dla mnie przysposobiła na drogę, a szpilki, igły, nici i gu¬
ziki zaszyła we wstążkę, którą nosiła jako szarfę, kiedy ją
po raz pierwszy w życiu widziałem... Po obiedzie ochmi-
		

/Sponsorzy_028_04_056_0001.djvu

			54
strzyni dzieci przywiozła, musieliśmy udać się do kordegardy
zapełnionej żołdactwem, tam błogosławiłem dziatki, ostatnie
już na wieczność... Potem z piersi każdego z nicli i ze
swoich własnych odjęła po jednym medaliku, związała wszyst¬
kie pięć razem i zawiesiła na mojej szyi. Żołnierze płakali
i wzdychali, siedząc na ławach“. Tymczasem zciemniło się,
dzieci odeszły, małżonkowie powrócili do pokoju oficera i tam
odbywały się ich pożegnania, kiedy weszła niespodziewanie,
spiesząca dniem i nocą z zagranicy siostra Edwarda, Micha¬
lina Czapska. Wkrótce zapukano i zawołano, że „paniom trzeba
wychodzić“; nastąpiło pożegnanie ostatnie, pospieszne, drżące,
nieprzytomne. Kilka godzin trwało następnie gwarne liczenie
więźniów, składanie tłómoczków na sankach, aż około 10-ej
wieczorem wyjechano bramą turemną. „Księżyc oświecał
wkoło nas miasto uśpione, kozactwo na koniach odgradzało
nas od świata i ludzi. Mijałem dom, w którym mieszkała
Antosia z dziećmi, zdawało mi się, że widzę postacie niewiast
kilku w oknie — niewymowny żal mnie objął“. Nad ranem
trzeciego dnia stanęli na dworcu kolei północnej stolicy, a w dro¬
dze nigdzie z III klasy wysiąść im nie pozwalano, chociaż
zatrzymywano się i po kilka, godzin. Gdy Czapski w Peters¬
burgu jechał do „peresylnej tiurmy“, gdzie go miano nieco
dłużej zatrzymać, biegały za sankami chłopcy małe rozno¬
szące pieczywo i wrzucały mu do sanek bułki „sajgami“ zwane;
w 6 tygodni później, ten sam lud obrzucał błotem karetę,
w której go na Sybir wywożono, tak szybko przemieniły tam
opinię kłamstwa urzędowe, w dziennikach przeciw Polakom
w stolicy Rosyi szerzone.
W „peresylnej tiurmie“ osobny dano Czapskiemu pokój,
w którym przyjmował wizyty najwyższej arystokracji peters¬
burskiej, dawni znajomi dawali mu bowiem niezliczone do¬
wody współczucia. Sam książę Suworow, jenerał-gubernator
petersburski, trzy razy go tam odwiedził, z zajęciem pytał
o szczegóły katastrofy, narzekał na Murawiewa, i z żalem
wspominał o machinacyach partyi patryotycznej; wówczas
prosił go Czapski, by mu jednego tylko, a nie dwóch żandar¬
mów eskorty dano dla zmniejszenia kosztów przez rodzinę
		

/Sponsorzy_028_04_057_0001.djvu

			55
jego ponoszonych, ale Murawiew domagał się, by go dobrze
strzeżono, ostrzegając, że zamierza uciec z drogi. Suworow
obiecał wtedy przynajmniej, że mu dobrych ludzi dobierze,
którzy mu służyć będą; omylił się na nich jednak, krzyw¬
dzili bowiem tylko wygnańca i przewoźników, a z otrzyma¬
nych na drogę G00 rs. nikomu rachunku nie zdali. Dał mu
też Suworow listy do gubernatora Niżnego Nowogrodu, do
jenerał-gubernatora Moskwy i do pułkownika żandarmów
w Permie, i wreszcie sam wraz z Adamem Rzewuskim pi¬
sał do tobolskiego jenerał gubernatora Zenowicza; przytem za¬
pewniał Czapskiego, iż wszędzie będzie mógł odpoczywać, a że
władze i mieszkańcy uwzględniać będą położenie nieszczę¬
śliwego wygnańca. Kilka osób ofiarowało mu wtedy również
hojne pieniężne zasiłki, których nie przyjął. Pani Piotrowa
Mayendorff, z domu Buol von Schauenstein, uzyskała dlań na¬
wet osobne pozwolenie na Mszę św., w skutek czego w wię¬
zieniu odprawił Przenajśw. Ofiarę dawny jego znajomy,
X. Łukaszewicz, Dominikanin, i przed nim odbył Czapski spo¬
wiedź wielkanocną. Wiara ta Polaków wprawiała Moskali
w zdumienie, a jeden z nich, za udział w spisku wię¬
ziony, dziwił się, że Czapski tym, co czytać nie umieli,
głośno co wieczór, jak niegdyś w Kownie, modlitwy czyty¬
wał. Księżna Potemkin, protektorka zakładów dobroczynnych
w Petersburgu, odwiedziła go również z polecenia cesarzo¬
wej, troskliwie o stan jego nogi się dopytując, i dała mu list do
jenerał-gubernatora kazańskiego. We dwa dni później, na te¬
legraficzne domaganie się Murawiewa wprost do cesarza
zwrócone, wyprawiono go w dalszą drogę. Nadzieje, czynione
mu przez Suworowa, odrazu miały się nie spełnić. W Niż-
nym Nowogrodzie grzecznie go wprawdzie przyjął jenerał
Odyńcow, ale radził jechać dalej spiesznie, zanim marcowa
droga do reszty w roztoki się nie rozpłynie, „w przeciwnym
bowiem razie — dodał — musiałbyś pan mieszkać w turmie
między rozbójnikami, którzy by pana okraść mogli i wśród
których straszny tyfus panuje“. Na popasie za Niżnym No¬
wogrodem, spotkał Czapski rodaka, który zawrócił z dalszej
stacyi, bo się topił na trakcie i wszystkie tłomoki zamoczył na
		

/Sponsorzy_028_04_058_0001.djvu

			50
drodze, którą Edward miał jechać. Opodal nich, przy bocznym
stoliku oficer jakiś wychwalał sprawiedliwość i zasługi Mu¬
rawie wa, a dowiedziawszy się o nazwisku Czapskiego, za¬
prosił go do swego samowaru, na co jednak wygnaniec od¬
sunął się odeń z oburzeniem, żądając osobnego stolika i sa¬
mowaru. „Nie proszę o gościnność, z której nie mógłbym
korzystać — zawołał — ale o uwzględnienie mojego poło¬
żenia i mojej narodowości; proszę, byś pan przestał wychwa¬
lać tego, który jest potworem ludzkości, hańbą Rosyi, plamą
dziejów panowania Aleksandra II. Ostrzegam pana, że do
katorżnych robót skazany jestem, z pozbawienieniem praw
wszelkich; nic do stracenia nie mając, gotów jestem z de¬
sperackiej pozycyi mojej skorzystać dziś po raz pierwszy.
Nie znęcajże się nad narodem moim, uszanuj we mnie czło¬
wieka i Polaka, albo cię do tego przymuszę kijem w braku
moralnych pobudek, których, jak widzę z mowy twej, nie
znasz wcale“. Przestraszony oficer, zabrał na to z pospiechem
manatki i wyniósł się.
W dalszej podróży za miastem, na środku drogi leżał trup czło¬
wieka, a przy nim siedział wartownik; dalej spotykali zdechłe
konie, pastwę krzykliwych wron i kruków. Na jednej stacyi
minął Czapskiego jadący do Petersburga jenerał-gubernator to¬
bolski, Zenowicz, wspomniał mu o otrzymanych listach i uwia¬
domił zarazem, że z powodu wydanych przez niego rozpo¬
rządzeń, zatrzymają go w Tobolsku, aż do jego powrotu ze
stolicy. Zenowicz, była to znakomita ze wszech miar osobi¬
stość; szorstki wprawdzie w obejściu i ateusz, energiczny
jednak i sumienny do najwyższego stopnia, Polak rodem
i o honor współrodaków dbały, nieraz im ostre prawdy mó¬
wił, wyrzucał lenistwo, marnotrawstwo i inne zdrożności, za¬
klinał, by 5na wygnaniu z własnej się utrzymywali pracy
a nie wyciągali resztek ze zubożałego kraju na swe utrzymanie.
Po spotkaniu z Zenowiczem, jechał Czapski dalej zaw¬
sze z równym pospiechem; w Permie, mocno na nogę cier¬
piąc, posłał żandarma z listem księcia Suworowa do pułko¬
wnika żandarmeryi i dwie godziny pomimo oporu stróżów
czekał na niego; naglony jednak ustawicznie, wyjechał, nie
		

/Sponsorzy_028_04_059_0001.djvu

			doczekawszy się pułkownika, który podobno przybył z wi¬
zytą dopiero po jego odjeździe. List pani Potemkinowej sani
wręczył w Kazaniu adjutantowi jenerał - gubernatora, który
po niejakim czasie powrócił z następującemi słowami: „Do
11-ej zrana wolno panu tu pozostać dla dłuższego nieco wy¬
poczynku ; odpowiedzialność za tę zwłokę w podróży bierze
pan jenerał- gubernator na siebie i nie wątpi, że pan o nic
więcej prosić go nie będziesz“. Opisując tę rozmowę w pa¬
miętnikach, nieszczęsny nasz wygnaniec dodaje: „Zdało mi
się, że z wielkiej jakoby wysokości strącony w przepaść,
chwytam się w nieodzownym upadku moim wszystkich ur¬
wisk występujących i tycli kilku ludzi, do których ręką
sięgnąć zdołałem, ale darmo — krwawiłem tylko o nich
obite boki, bo ludzie byli tak twardzi i ślizcy, jak skały
i kamień“.
Po drodze, na stacyach pocztowych, po lasach i na sze¬
rokich ulicach, drewnianych miast i wsi wielkich, mijał
Czapski piesze partye wygnańców, którzy mu się z wytęże¬
niem przypatrywali. Żandarmi nie pozwalali mu zbliżać się,
ani przemówić do idących, a zdaleka już tabór wygnańców
spostrzegając, kazali pocztarzowi w cwał pędzić. Na jednej
stacyi dwóch chłopów z gniewem wpadło do izby, w której
Czapski siedział, a starszy z nich, wzrostem potężny, tak
krzyczeć doń zaczął: „Powiedz mi, czego wy Polacy się bun¬
tujecie? co wy robicie? Z łaski waszej nam tu żyć ciężko,
oto wszystkie moje konie spędzone od ciągłego przewożenia
Polaków. Co my wam zrobili złego, że nie chcecie z nami
żyć w zgodzie ? Lepszego cara jak Aleksander nie było, a dla
was on jeszcze nie dobry, oj wy !..— „Jeżeli mnie za¬
pytujesz, a chcesz odpowiedzi -- odrzekł Edward spokoj¬
nie— to nie groź, a słuchaj. Człowiek jesteś, to i po ludzku
głos ludzki zrozumiej“. I tu opowiedział po krotce treść i za¬
sadę stosunków Polaków z Eosyą, tak zaś rzecz zakończył:
„Bóg stworzył ciebie Rosyaninem, prawosławnym i poddanym
cara; ten sam Bóg stworzył nas Polakami, katolikami i wol¬
nymi. Ale wy odbieracie nam wolność, religię i obyczaje
ojczyste, a potem dziwicie się, że wam Polacy żyć spokoj-
		

/Sponsorzy_028_04_060_0001.djvu

			—
58
nie nie dają. A przecież po koniec świata, póki jeden Polak
żyć będzie, spokoju mieć nie będziecie — tak jak morderca
i złodziej spokoju, snu i zabezpieczonych wczasów daremnie
od Pana Boga w gorącej modlitwie się doprasza“. Chłopi
spojrzeli po sobie i oddalili się w milczeniu.
Smutny wjechał Czapski w bramę turmy tobolskiej,
gdzie 2000 polskich więźniów gwarnie cisnęło się na spot¬
kanie nowego towarzysza niedoli. Wyznaczono mu osobny
korytarz na trzeciem podwórzu, gdzie mieszkali tak nazwani
dworzanie, t. j. szlachta. Zaczęli tam odrazu nawzajem u sie¬
bie bywać, gawędzić o polityce i literaturze; kółko warszaw¬
skie dawało nawet przedstawienia teatralne sztuk improwi¬
zowanych, lecz dozorca więzienia zakazał im tej zabawy,
już po drugiej reprezentacyi. Zbierano się tedy na prelekcye,
na których amatorowie wykładali geologię, literaturę, histo-
ryę naturalną i powszechną. Gdy Czapski mówił raz o dzie¬
jach powszechnych, dowodząc, że Bóg nie przestał rządzić
światem moralnym, tak jak fizycznym rządzi, nazwano go
zacofanym konserwatystą. Więcej za to powodzenia mieli
mówcy, którzy Krasińskiego i Mickiewicza strącali ze szczy¬
tów polskiego Parnasu, a na opróżnione icli miejsce Słowac¬
kiego stawiali; słuchano nawet z zajęciem jakiegoś socya-
listę. Z Czapskim, w jednym ciasnym numerze mieszkał sto¬
larz, Leopold Felter; ten po całych dniach robił krzyże i wy-
rzynał na nich nazwiska nieboszczyków, umierających na ty¬
fus. Pamiętamy dobrze wzruszenie, które później ogarnęło
raz Edwarda na widok reprodukcyi szkicu Grottgera, przed¬
stawiającego trzech wygnańców syberyjskich, ociosujących
krzyż z datą 1863 r. „Jak Boga kocham! — zawołał —
dziwne jest jasnowidzenie prawdziwego talentu! Ja na tę
scenę przez 10 tygodni w Tobolsku patrzałem własnemi
oczyma.“ Raz Felter zaprowadził go do trupiarni; była to
izba niezamknięta, leżało w niej kilka stężałych na mrozie
trupów; aresztanci Moskale leżeli obok Polaków, równy był
ich ubiór, równie długie włosy i brody; cała różnica tkwiła
w rysach i wyrazie twarzy.
		

/Sponsorzy_028_04_061_0001.djvu

			50
Przed wyprawieniem z Tobolska w dalszą ku wscho¬
dowi drogę, musieli wygnańcy stawiać się osobiście w tak
zwanym „prykazie“ tobolskim; tam stawiano ich pod miarę,
jak rekrutów, a nawet o liczbie zębów przekonywano się.
Gdy zakończyła się dla Czapskiego przykra ta procedura,
urzędnik rzucił mu pod nogi zwój garderoby katorżniczej. —
„Nie potrzebuję tych rzeczy — rzekł Edward — nieda¬
wno w Wilnie umundurowany zostałem, noszę odzienie
własne.“ — „Musisz wziąć, kiedy ci daję, kiedy ci każę!“—
krzyknął urzędnik i nogą odepchnął ku niemu paczkę, gdy
szczęściem nadbiegł jakiś poczciwy kolega i podniósł zawi¬
niątko, oświadczając, że je dla niego do turmy zaniesie.
Po upływie dziesięciu tygodni od przyjazdu Czap¬
skiego do Tobolska, oznajmił mu nareszcie policmajster, że
wyraźny rozkaz Wydziału trzeciego kancelaryi cesarskiej na¬
kazuje mu wyjazd niezwłoczny. Edward na to zaapellował
jeszcze do wice-gubernatora, i znalazłszy się z nim sam na
sam, uwiadomił, że mu gubernator tobolski kazał na siebie
czekać. „Wiem o tem — odrzekł wice - gubernator — ale
w tym razie, wszyscy jenerałowi Murawiewowi ustąpić mu¬
simy.“ Tak to, w głębi Azyi jeszcze, ścigała wygnańca zem¬
sta osławionego tyrana, przed którym ugiąć się nie zechciał.
		

/Sponsorzy_028_04_062_0001.djvu

			;
Y.
Unia 16 czerwca 1864 r., partya, złożona z 13 taranta¬
sów, opuściła tobolskie więzienie, zanurzając się coraz dalej
i dalej w dzikie pustynie wschodu. Z Czapskim jechał na
jednym wózku zacny jakiś obywatel z Rawskiego, aż do
Krasnojarska. Tu zatrzymali się w turmie przez dni dzie¬
sięć; barwa turemnego towarzystwa w Krasnojarsku, była
przeważnie czerwona: dawni komisarze i główni działacze
ruchu powstańczego, wyrzucali w całonocnych dysputach du¬
chownym, wśród nich obecnym, mniemaną icłi oziębłość dla
sprawy narodowej. Z początku Czapski słuchał w milczeniu
ich napadów i słabej obrony zaczepianych; raz wreszcie znie¬
cierpliwiony, tak się do napastników odezwał: „Gdybym był
należał do rządu bezimiennego, nie rzucałbym dziś podejrze¬
nia, ani kamienia nienawiści na nikogo, alebym sobie przy¬
znał, żem brał udział w robocie hazardownej i niewczesnej,
która w samej sobie nosiła zaród nieszczęsnego a bliskiego
końca.“ Te poważne słowa zamknęły usta krzykaczom, tak,
iż odtąd tylko półgłosem ze sobą w obecności Czapskiego
rozmawiali.
Po 10-dniowym wypoczynku, towarzysze Edwarda wraz
z nim, w zmniejszonej nieco liczbie, wyruszyli dalej, dro¬
gami okopanemi i dobrze utrzymanemi, przez kraj piękny,
lecz dziki. Po bokach rosły wysokie trawy, bujne kwiaty,
łasy modrzewiowe i tjdrowe.“ Wsie w jednej linii wyciąg¬
nięte, o 20 lub 30 wiorst jedna od drugiej, nie urozmaicone
drzewami, ani ogrodami, stoją jak szeregi namiotów drew-
		

/Sponsorzy_028_04_063_0001.djvu

			61
nianych, bez daty, bez wdzięku, bez przyszłości zabezpieczo¬
nej. W każdej wsi znajduje się porządna, murowana lub
drewniana cerkiew, której dzwony jednostajnie o pewnych
dnia godzinach wołają na modlitwę; ale cerkwie zawsze pu¬
ste, modlitwy niemasz w obyczajach tego ludu. Śladu też
sławionej niegdyś gościnności u nich już nie zastałem; bramy
domostw z pospiechem zamykano przed zajeżdżającymi,,
a stare kobiety, otworzywszy okno, przeklinały Polaków,
zowiąc ich potępionymi. Późna nocna pora, deszcz całodzienny,
strudzenie wielkie, nic litości nie budziło w tych ludziach...
Czasem zasiedatiel (rządzca) rozlokowywał nas po chatach,
częściej zamykał do etapów; tak nazywają turmy wzdłuż
wszystkich traktów Rosyi, dla podróżujących więźniów pobu¬
dowane... Cerkiew i turmą, to rzeczy nieodzowne we wsi
syberyjskiej, to rys wybitny ich familijnego podobieństwa.
Rząd rosyjski, tak w turmie jak w cerkwi panuje samowład¬
nie, a żeby dłużej panować, nigdzie szkoły nie wybudował.^
Gdzieniegdzie trafiały się i „lazarety,“ w których zatrzymy¬
wano chorych, lecz kto tam życia nie zostawił, wycho¬
dził zwykle odarty ze wszystkiego, co miał przy sobie. To¬
też, gdy należący do tejże samej partyi wygnańców, co
Czapski, książę Witold Giedroyć, na tyfus w drodze zachoro¬
wał, wieźli go dalej towarzysze niedoli, lecząc sami, jak
umieli, a powiatowy lekarz w mieście Tarze, przestrzegł ich,
jako uczciwy człowiek, iż chociaż na 1000 wiorst wokoła
Tary apteki żadnej nie było, lepiej uczynią, próbując dalej
dla chorego dobrych skutków świeżego powietrza w podróży,
aniżeli gdyby go mieli w tamecznym „lazarecie“ zostawić^
zastosowali się więc do jego rady i ks. Gedroyć wyszedł
z ciężkiego tyfusu. W Tomsku cała partya zatrzymała się
w ogromnem więzieniu, z którego po kilku tygodniach wy¬
ruszyli na siedmiu już tylko tarantasach, skazani do ci꿬
kich robót.
W drugiej połowie sierpnia, a więc po dwumiesięcznej
podróży z Tobolska, przybył Czapski z towarzyszami do
Irkucka; tu przez dwa tygodnie czekali na naznaczenie miej¬
sca kary; podali wszyscy prośbę, by ich zesłano do Usola,
		

/Sponsorzy_028_04_064_0001.djvu

			62
0	60 wiorst tylko odległego, lecz nie tak bliskim jeszcze miał
być kres uciążliwej wędrówki. Pewnego wieczora nakazano im
znowu gotować się do drogi i oddano pod straż żandarmów,
a o 2-ej w nocy opuścili Irkuck. Nazajutrz wsiedli, zabierając
ze sobą tarantasy, na skrzypiący i skołatany statek „Kor-
sakow,“ który ich przez dwa dni i dwie nocy przenosił przez
jezioro Bajkalskie; wielkie bałwany utrudniały wylądowanie,
które wreszcie na łodziach uskuteczniono. Na przeciwnym
brzegu sprzedać musieli tarantasy, a Czapski dostał 20 rs.
wehikuł, za który sam niedawno 80 rs. zapłacił. Stąd
400 wiorst na dwukołowych biedach jechali, a że każdy
miał ze sobą kuferek i worków parę, podróż ta była wielce
niewygodna. W połowie września 1864 r., stanęli wreszcie
w Petrowsku, przed wysokim kwadratem ostrokołu czarnego.
Po odbytych formalnościach, otworzono furtę sklepionej drew¬
nianej bramy, i tam z serdeczną radością powitał Czapskiego
dawny jego pupil, Jarosław Kossakowski, i po ciemku pro¬
wadził po ścieżkach, z desek ułożonych nad głęboką kałużą.
Turmą Petrowska była założona wedle planti Mikołaja I; tu
zostali zesłani bohaterowie powstania 1825 r., t. z. deka¬
bryści. Po dziś dzień stoi też tu dom księżnej Trubeckiej,
która wyrzekła się mitry dla siebie i dzieci, by towarzyszyć
mężowi; pamięć wygnańców ówczesnych żyje zaś dotąd mię¬
dzy ludem, który o nich opowiada, iż byli wielkimi panami
1	wydawali dużo pieniędzy, lecz pojęcia nie ma o tem, że
cierpieli dla jakiejś idei.
W dziewięć dni po przybyciu Czapskiego do Petrow¬
ska, chciano go wyprawić z odchodzącą partyą do Nerczyń-
ska, lecz za 8 rs. i siermięgę, kupił sobie zastępcę. Pozo¬
stało tak w Petrowsku z górą stu ludzi: jeden Francuz, je¬
den Włoch, dwóch Litwinów, kilku Galicyan, a zresztą sami
Kongresowiacy. Nominalnym starostą, wybranym wolnemi
głosami tej gminy, był pewien człowiek zacny, lecz niedo¬
świadczony", rzeczywistą zaś jej głową p. Witold Marczewski,
odznaczający się niepospolitemi zdolnościami, dzielnym cha¬
rakterem i formami towarzyskiemi. On to zawiadywał czę¬
ścią gospodarską społeczności petrowskiej i kierował wszyst-
		

/Sponsorzy_028_04_065_0001.djvu

			G3
kiemi robotami, członkom jej powierzonemi; z powołania in¬
żynier, niedawno jeszcze naczelnik kolei żelaznej, znakomi¬
cie urządził petrowską gminę, jej zebrania ogólne dla wy¬
boru urzędników, wspólną kuchnię i podatki na rzecz uboż¬
szych. Więźniowie po kolei skrobali kartofle lub brukiew
w kuchni, czytali i uczyli się. Amatorowie pomagali kole¬
gom, którzy za nędznem wynagrodzeniem, dzień cały żelaz¬
nym młotem rudę kuli. Czapski, przymuszając się do pracy
umysłowej, aby zagłuszyć moralne cierpienia, czytywał co¬
dziennie po 50 stronnic Historyi Cezara Cantu, albo też ich
20 tłómaczył, a wieczorami, przed 20 dobranymi kolegami,
czytał głośno Pamiętniki Paska i Słoioo dziejów polskich
Koronowicza, poczem w tem kółku zajmujące zawięzywały
się dysputy; poważnie też i uroczyście obchodzono w tur-
mie petrowskiej listopadową rocznicę. Mieszkańcy tego wie- 1
zienia, należący po większej części do stanu rzemieślniczego
i mieszczańskiego, szczycili się czerwonością zapatrywań,
wyśpiewywali nieraz groźby na „panów“ i „arystokratów“
i na każdym kroku występowali z niwelatorskiemi preten-
syami, szydząc z t. zw. „partyi białych.“ Pomimo jednakże
różnicy zapatrywań, zaczęto zwolna przywykać do siebie,
i wreszcie wszyscy zżyli się z sobą; Czapski znalazł od
pierwszej chwili nieocenionego towarzysza, przyjaciela i sługę
w Kossakowskim, który najczulszem staraniem i troskliwo¬
ścią zaciągnięty niegdyś dług wdzięczności mu spłacał. Od¬
znaczający się wielką zaradnością, młody ten człowiek wy¬
nalazł w7 mieście Petrowsku polską garkuchnię, skąd im od¬
tąd jeść przynoszono, a po niejakim czasie porozumiał się
z pewnym żydkiem, który mu obiecał przywieść z Wilna
dokładne o żonie i dzieciach Czapskiego wiadomości; przez
niego więc dowiedzieli się, iż po urodzeniu synka p. Czapska
bardzo ciężko i długo chorowała, tak, iż nawet nie mógł jej
osobiście widzieć ów posłaniec; po miesiącu dopiero śmier¬
telnej obawy, otrzymał od niej mąż list, który go nieco uspo¬
koił. Korespondencya wygnańców ścisłej ulegała cenzurze
i nieraz padała ofiarą nieładu lub chciwości kontrolujących
ją urzędników. W taki to sposób przepadły przysłane Ed-
		

/Sponsorzy_028_04_066_0001.djvu

			G4
wardowi przez matkę 100 rs., które ukradł oficer, zawiadu¬
jący kancelaryą w Siewakowej; upominał się o nie Czap¬
ski, lecz po trzech miesiącach otrzymał z kancelaryi atamana
gubernatora Zabajkalskiej Oblasti zakaz czynienia dalszych
poszukiwań.
Drugim miłym Czapskiemu przyjacielem w petrowskiej
turmie, był schorowany a cierpliwy X. Polkowski, który mie¬
wał co niedziela kazania dla wygnańców, zbierających się,
w braku Przenajświętszej Ofiary, na wspólne modlitwy, przez
X. Steckiego im czytane. W maju, wygnańcy zaczęli wycho¬
dzić do lasu, gdzie Marczewski zarysował drogę, a ubożsi
koledzy znajdowali zarobek w kopaniu jej; o o-ej zrana z ro¬
botnikami i konwojem wyruszali ochotnicy i cały dzień w le-
sie przepędzali. Lecz przed końcem maja przyszedł rozkaz,
aby wszyscy więźniowie, do stanów uprzywilejowanych daw¬
niej należący, a więc księża, szlachta i uczeni, wyprawieni
zostali natychmiast do Czy ty, a stamtąd do Siewakowej.
Wyruszyli tedy zaraz i podróż tę odbywali parami i po trzech
z żołnierzami. Kossakowski jechał z Czapskim, a po drodze
dopędzali ich towarzysze, tak iż przed Czy tą już kilka wy¬
gnańczych bryk jechało razem.
Po sześciodniowej podróży, o 8-ej zrana stanęli przed do¬
mem jenerała Dytmara, atamana Oblasti Zabajkalskiej w Czy-
cie; ztamtąd musieli udać się do turmy, gdzie znaleźli ścisk
ogromny, brudy niewypowiedziane i tak wielką ilość ro¬
bactwa, że pomimo częstej niepogody, nie wchodzili wcale
dniem ani nocą do izb ciemnych i plugawych. Urzędnik,
zwany „strapczym“ *), pozwolił im podać w języku francus¬
kim prośbę do Dytmara o niezwłoczne wyprawienie ich da¬
lej, w miejsce, gdzieby zastali dostateczny więzienny porzą¬
dek, aby nocami pod dachem przynajmniej sypiać mogli. Na¬
zajutrz wysłano ich tedy do Siewakowskiej turmy, o 28 wiorst
od Czyty odległej. Późno w nocy stanęli przed bramą, za¬
mykającą wysoki i na pół wiorsty długi płot; ale starosta
siewakowskiego więzienia udał się do komendanta i przyniósł
ł) Rodzaj prokuratora.
		

/Sponsorzy_028_04_067_0001.djvu

			65
więźniom rozkaz jechania o sześć wiorst dalej, do Domny.
Tn nocowali na dworze, pomimo chłodu, opierając się nale¬
ganiom oficera, który ich zmusić chciał do noclegu w brud¬
nych bardzo koszarach straży. Nazajutrz wpuszczono ich do
zagrody więzienia, z garbarni przerobionego; znaleźli tu
znowu wielu kolegów z Petrowska. W kilka tygodni po ich
przybyciu, wyprawiono z Domny do Nerczyńska partyę ze
stu ludzi złożoną, a do niej należał i ów Radziwiłłas, który
zemściwszy się na Lebediewie, następnie kłamliwem zeznaniem
w sądzie, dał Mura wiewowi w ręce pretekst do oskarżenia
Czapskiego; nieszczęśliwy ten człowiek, modlił się głośno od
rana do wieczora, a tak pilnie ukrywał się przed okiem
Czapskiego, iż ten z nim wcale się nie spotkał przez dwa
tygodnie, chociaż w jednem więzieniu przebywali; towarzy¬
sze chcieli Radziwiłłasowi „łaźnię sprawić,“ ale go Edward
wstawieniem się swojem, przed doraźną tą karą, aczkolwiek
nie bez trudności, obronił.
W kilka dni po przyjeżdzie do Domny, gdy wywołano
Czapskiego, aby odebrał kuferek, zatrzymany w Siewakowej,
żołnierz stojący u furty, chwycił go za kołnierz i próbował
wcisnąć napowrót do zagrody; odchodząc prawie od przy¬
tomności na tak brutalne postępowanie, Czapski uderzył żoł¬
daka pod brodę tak silnie, iż się natychmiast z jego ra¬
mion uwolnił, poczem zagroził mu, że jeżeli go się jeszcze
raz dotknie, „zadusi go jak psa.“ Działo się to w obecności
oficera, który zdał o calem zajściu raport atamanowi Dytma
rowi. Nazajutrz przyjechał komendant Siewakowej, p. Zabo-1 i
rowski i zdaleka Czapskiego obserwował, jak gdyby podejrzy- { i
wał stan jego umysłu. Sprawa ta nie miała jednak złycli |
następstw, w odpowiedzi zaś na raport oficera, wydał ata-
man rozkaz , ażeby żołnierze jaknajgrzeczniej z więźniami
politycznymi się obchodzili. Jenerał Dytmar był człowiekiem
dobrego serca, nikomu krzywdy nie wyrządzał i nigdy oso¬
bistą zemstą się nie splamił. Raz cenzor Jelski, zmoskwi-
czony Polak, przyniósł mu list jednego z wygnańców, pełen
złośliwej przeciwko niemu krytyki; dowiedziawszy się do- I
kładnie o jego treści, kazał jenerał zawołać do siebie autora
5
		

/Sponsorzy_028_04_068_0001.djvu

			66
i łagodnemi słowy go napomniał. „Jakimżeż to sposobem
pan, siedząc w turmie — rzekł do niego — mogłeś się
przekonać, że się znajduję pod pantoflem mojej żony i że
ona mną i gubernią rządzi? Odtąd proszę głupstw takich nie
pisywać.“ Poczciwy Dytinar miał zamiar, pod pozorem wy¬
nagradzania za wzorowe postępowanie, wyprowadzić czę¬
ściami wszystkich politycznych więźniów z Siewakowskiej
zagrody; lecz wizyta jenerał-gubernatora Korsakowa i zaszłe
po niej nieporządki, uniemożebniły jego ludzkie projekta.
Wogóle zaś działał on zamało i zbyt często tylko na dobrych
chęciach poprzestawał.
Przez pierwszy tydzień pobytu w Domny, nocował
Czapski w ciasnej piekarni na „narach“ pod piecem, w któ¬
rym od 3-ej w nocy chleb piekli towarzysze jego. Lecz wkrótce
uczynny kolega i imiennik, chociaż nie krewny, Edward
Czapski z Wołynia, wybudował z pomocą kilku Wołyniaków
dla naszego Edwarda szopę na podwórzu; był to dół, ma¬
jący 10 łokci w kwadrat, przykryty i odgraniczony dylami;
w czasie deszczu gęsto go trzeba było lebiodą przykrywać,
tak, iż z początku podobny do psiej budy, przybrał w końcu
kształty kopy siana; tam mieszkał Czapski przez całe 6 tygodni.
Skoro nastały deszcze jesienne i przymrozki, kazano wy¬
gnańcom wybierać się z Domny, która za letnie tylko miesz¬
kanie służyć mogła, wskutek czego ze strachem myśleć po¬
częli, że w liczbie 700 więźni zimować będą w jednej zagrodzie.
W Siewakowej był tak nazwany zawód“ ]) ; budowano
tam od lat kilkunastu łodzie, zwane „barżami,“ na których
przewożono prowianty i sprzęt rządowy do Amurskiego kraju.
Żołnierzy, używanych dawniej do budowania tych statków,
usunięto z wielkich drewnianych koszar, otoczono takowe
płotem wysokim, obejmującym przestrzeń nieforemną na 700
łokci długą, szeroką zaś na sto a miejscami i znacznie mniej.
Na tym to placu pozwolono z dylów budować ziemianki, które
kto chciał budował sam, lub też najętym robotnikiem; ubożsi
najmowali się chętnie do wyciągania belek z rzeki Ingody
*) Fabryka.
		

/Sponsorzy_028_04_069_0001.djvu

			Cu
na brzeg, gdzie wyłądowywały statki. W kilka tygodni sta¬
nął tak rząd ziemianek, wykopanych w ziemi, łokieć tylko
ponad jej powierzchnię wystających. Przed samem przybyciem
do Siewakowej wygnańców z Domny, groźne, aczkolwiek
tajne w zagrodzie tej panowały zaburzenia: starosta Zdzi¬
sław Mitkiewicz, Białorusin, nie podobał się skrajnemu w tur-
mie stronnictwu, niedobitki „żandarmeryi wieszającej“ pow¬
stańczej śmiercią mu groziły, stawać musiał przed sądem
ad hoc wybranym, a tylko Rusin pewien, obroną wymowną,
logiczną i przekonywującą, wymógł na sędziach dekret unie¬
winnienia. W tydzień po przybyciu towarzystwa z Domny do
Siewakowej, Mitkiewicz powołał gminę do nowych wyborów,
składając sam jej rządy. „Kameralni,“ t. j. więźniowie pil¬
nujący porządku w rozmaitych wydziałach koszar lub ziem¬
ianek, zbierali głosy; Czapski wybranym został większością
stu kilkudziesięciu głosów. Wielu życzliwych namawiało go,
aby nie przyjmował tak uciążliwego i niebezpiecznego obo¬
wiązku, on jednakże wolał narazić się na wszystko, „ani¬
żeli, jak powiadał, odmową swoich usług narazić się na długą
rozterkę z własnem sumieniem.“ W zaginionych Pamiętni¬
kach, skreślił on nader zajmujący obraz tej gminy wygnań¬
ców, której rządy przez parę miesięcy sprawował.
„W Siewakowej, wśród zgromadzenia 700 więźniów
ze wszystkich części Polski, uderzało skupianie się miesz¬
kańców pojedynczych prowincyj, odróżnianie się ich między
sobą mową, strojem,, a nawet sposobem życia i pojęciami,
wTeszcie wrogie wzajemnie usposobienie ich kółek ku sobie.
Rusini, t. j. więźniowie z kijowskiej, wołyńskiej i podolskiej
gubernii, śpiewali chórem swoje małoruskie pieśni; w ich de-
mokratyzmie przebijała się dumka hajdamaków i mieszała
się z teoryami Antonowicza, niby naukowo i historyczno-
społecznemi; odróżniali się baraniemi czapkami i szerokiemi
majtkami, stronili więcej od Kongresowiaków, niż od Litwi¬
nów; reprezentantów W. Księstwa Poznańskiego nazywali Niem¬
cami i prawie tak mało rozumieli ich mowę, jak Zmudzinów,
Zemajtysami tu przezywanych. Ci najmniej komunikowali się
z resztą, po żmudzku ze sobą mówili, wielu z nich źle, lub
i
		

/Sponsorzy_028_04_070_0001.djvu

			68
wcale nie umiało po polsku. Więźniowie z Królestwa, Kon-
gresowiakami zwani, mieli swoje odrębne stowarzyszenia,
występowali niby naczelnicy narodu, niby wyżsi ogładą, czy¬
stością mowy i cywilizacyą, i pozwalali sobie urągań i lek¬
ceważenia względem wszystkich innych współplemieńców.
Litwini ze Zmudzinami sympatyzowali, nie okazywali nie¬
chęci Rusinom i stawali z nimi, kiedy trzeba było stawić
opór pretensyom Polaków z Kongresówki. Ulegając nadto
przyrodzonym warunkom społecznym, które za 77 rze¬
kami po za sobą zostawili, dzielili się jeszcze więźnio¬
wie na grupy uczonej uniwersyteckiej młodzieży; obywa¬
tele mniejwięcej wykształceni, doktorowie i artyści tę przed¬
nią grupę niekiedy wspierali, częściej wszakże od niej stro¬
nili. Księża, których było między nami kilkunastu, także
osobne formowali towarzystwo, do którego przymykali się
poważniejsi wiekiem i dobrej myśli prostacy. Ściślejsze mię¬
dzy sobą stosunki utrzymywali podobnież rzemieślnicy i wło¬
ścianie mazowieccy i polscy. Było jeszcze kilku żołnierzy,
z rosyjskiej armii dezerterów, i dwaj Moskale z uniwersy¬
tetu, skazani w sprawie fałszywych manifestów i spisku. Naj -
dzielniejsi pono ze wszystkich byli Rusini. Ziemianki ich,
roboty wszelkie i strawa nawet, którą sami musieli sobie
przygotowywać, była lepsza jak drugich. Między uniwersy¬
tecką ich młodzieżą były też najtęższe głowy n. p. Teodor
Opocki. Litwini, wierni swojemu charakterowi plemiennemu,
nie zalecali się ani strojem malowniczym, ani tężyzną po¬
stawy, ani pieśniami własnemi; ale w ich konduicie poli¬
tycznej, wewnętrznej i zewnętrznej, t. j. w traktowaniu współ¬
więźniów i dozorców ruskich, więcej było rozsądku, jakkol¬
wiek w tym razie wszystko zależało na tem, aby unikać, nie
działać, milczeć, a nie mówić. Tej to właśnie wstrzemięźli¬
wości najmniej było u Polaków z Kongresówki; stąd częste
zajścia z wartami i oficerem, stąd częste dysputy polityczne,
przechwałki, egzageracye i blaga, która wszystkich innych
kłuła w oczy, ale nikogo bardziej, jak Litwinów — może
dla tego właśnie, że przyrodzona ostrożność i pewna niepo-
władność mowy i ruchów Litwinów w wybitnem stoi przeci-
		

/Sponsorzy_028_04_071_0001.djvu

			69
wieństwie z nieostrożną pewnością siebie, z giętkością języka
i gładką powierzchownością Kongresowiaków. Mało było pun¬
któw porozumienia się między Litwinami a nielicznymi przed¬
stawicielami Wielkopolski; toż samo trzeba powiedzieć o sto¬
sunkach tych ostatnich do Rusinów. Jeżeli Wielkopolanie
ulegali niekiedy prowincyonalnej pysze na tem targowisku
próżności, to ich cywilizacya, ich wspomnienia, zawadzały
zawsze pomimowoli o cywilizacyę i ustrój społeczny nie¬
miecki ; szczycili się tem, że byli porucznikami pruskiej land-
wery, że słuchali kursów uniwersyteckich niemieckich, zary¬
wali w mowie o kaszubskie, niezrozumiałe dla reszty wyrażenia,
i chwalili się znajomością niemieckiego języka i wyższością
niezaprzeczoną ustroju państwa pruskiego w porównaniu do
barbarzyństwa rządu rosyjskiego; a przecież widne były na
nich ślady tej wyższej cywilizacyi, pomimo mniej świetnego
wychowania i tępszego może z przyrodzenia umysłu. Gali-
cyanie, chociaż icli było więcej, zachowywali się skromniej
od wszystkich i żyli rozproszeni między narodami. Na ta-
kiem to różnobarwnem tle, którego wielorakie kolory więcej
były mięszane, niż czysto oddzielające się od siebie, wystę¬
powały niektóre postacie pojedyncze i po chwilowem zably-
śnięciu, gasły i zanurzały się w mgle szarej powszedniości
więziennej. Do tej kategoryi liczę kilku mówców, demago¬
gów ze szkoły emigracyjnej, kilku urzędników wyższych
ruchu narodowego, którzy w pierwszych scenach długiej
tragedyi więziennej jaśnieli szychem znikomej władzy —
a nareszcie kilku awanturników, którzy żółte rękawiczki
i lakierowane buty, dla odróżnienia się od surowej nędzy
powszechnej, po brudnych kątach turmy zdziwionym tłumom
pokazywali.“
We wrześniu rozstać się musiał Czapski z ukochanym
towarzyszem Kossakowskim, który jako skazany tylko na
4 lata katorgi, mógł już po za więzienną zagrodą zamiesz¬
kać i zajął się wybudowaniem, tejże jesieni jeszcze, domku
wedle planu, z przyjacielem poprzednio obmyślanego. Po¬
zostały w turmie Edward, zamieszkał wraz z Witoldem
Gedroyciem, Adolfem Strumiłłą i Zygmuntem Sumińskim,
		

/Sponsorzy_028_04_072_0001.djvu

			70
w domkn całkiem ponad ziemią zbudowanym z podwójnych
ścian dylów, zarzuconych trocinami. Ciężko mu nieraz przy¬
chodziło wypełniać obowiązki starosty, o których tak wspo¬
mina: „O piątej z rana, bęben i piszczałka dawały hasło do
odprawy robotników, których jeszcze w tym czasie tylko
dwustu kilkunastu codziennie na robotę kazienną (rządową)
wymagano. W ciemnościach i mgle mroźnego poranka, sta¬
wałem u bramy więziennej. Z tamtej strony, zewnątrz, już
stał kapitan Łytkin, niegdyś żołnierz, dziś główny nasz gos¬
podarz, i liczył kozły ofiarne, dotykając ręką każdego wy¬
chodzącego z tej jaskini, niby cyklop Homera. Ze było rano,
zimno, a odzież nie ciepła, więc się opóźniali jak mogli nasi
robotnicy i często trzeba było na wszystkie strony rozsełać
panów kameralnych, a czasami maroderów po norach pod¬
ziemnych ziemianek wyszukiwać. Na wszystkie niecierpliwe
napędzania i groźby, odpowiadałem długo jednym wyrazem :
Wsiej czas (zaraz!).“ Naczelnik spławu i komendant fortecy
Siewakowskiej, Zaborowski, kradł niemiłosiernie sumy, na
budowanie łodzi przeznaczone. Wyjeżdżając na czas dłuższy
do Irkucka, postanowił liczbę robotnika, którą miał brać co¬
dziennie z turmy, i podniósł ją do trzystu niespełna. Wtedy
ujrzał go Czapski po raz pierwszy, chociaż od dwóch już
tygodni pełnił smutny obowiązek starosty; uskarżył się na
takie powiększenie liczby robotników, które wielce pogorszyło
warunki życia więziennego, za roboty bowiem nic nie pła¬
cono, a pomimo mrozów, nie zaopatrzono pracujących w ko¬
żuchy, ani w ciepłe czapki; lecz tu zaraz na pierwszym kroku
przekonał się, jak mało może sprawić dobrego, będąc sam
narażony na ciężkie każdo-chwilowe upokorzenia.
Wkrótce po wyborze Czapskiego na starostę, zjechał
do Siewakowej jenerał-gubernator Korsakow z atamanem gu¬
bernatorem Dytmarem. Kazano wszystkim więźniom stanąć
we dwa rzędy, tak długie, jak podłużna ulica zagrody; na¬
stępnie utworzono z nich ogromne kolo na placu i otoczono
łańcuchem żołnierzy, a Korsakow w samym środku „prawił
koszałki-opałki o miłosierdziu bezdennem monarchy i swojej
nieograniczonej władzy. Słuchać musieliśmy z odkrytą głową
		

/Sponsorzy_028_04_073_0001.djvu

			71
mowy, z której wynieśliśmy smutne wrażenie, gdyż zakoń¬
czył ją jenerał-gubernator zapowiedzią, iż odtąd wszyscy
więźniowie odbywać będą kazienną robotę.“ Czapski, jako
starosta, wezwany został do boku Korsakowa i Dytmara, by
ich oprowadzać po ziemiankach i koszarach. W sklepie gminy,
gdzie wygnańcy sprzedawali towarzyszom tytoń, cukier, her¬
batę, igły, nici, etc., zapytał Edwarda groźnie gubernator,
czy kupcy nie dopuszczają się oszukaństw względem współ¬
więźniów i zalecił wzbogacającemu się nieuczciwemi zyskami
komendantowi Zaborowskiemu, by pilnie rzetelności w han¬
dlu u więźniów przestrzegał. Spostrzegłszy kilka modrzewi,
świeżo posadzonych przed jedną z ziemianek, zapytał Kor-\
saków, ktoby w niej mieszkał; Czaspki odrzekł, że mieszkają
tu uczeni profesorowie uniwersytetu, Dybowski i Czekanów-;
ski, znakomici naturaliści, i korzystając ze sposobności, pro
sił w ich imieniu, by im wolno było z konwojem chodzić d
lasówr przyległych zbierać florę syberyjską i owady. Leck
Korsakow zawołał: „Oni nie herboryzować, nie uczyć się tu
będą, ale odbywać ciężkie roboty, dla których ich tu przy¬
słano; konwój tylko robotnikom dodaje się według prawa.“
Czapski zauważył na to, że podając prośbę, wypełnił tylko
swój obowiązek, jako starosta, a sądził zarazem, iż dla rządu
więcej byłoby pożytku z naukowych prac takich uczonych,
aniżeli z ich „katorżniczej robocizny.“ Jenerał Dytmar wyjed¬
nał u Korsakowa pozwolenie wysłania 48 katorżników z Sie-
wakowej do Darasunia, o 300 wiorst dalej w Dauryi poło¬
żonego, gdzieby większej swobody używać mogli; na jego
rozkaz, Czapski z Dybowskim sporządzili listę tych uprzy¬
wilejowanych; Edward nie czuł się jednak na siłach do dal¬
szych wędrówek po pustyni, a i serce ciągnęło go do pozo¬
stania w pobliżu miłego towarzysza Kossakowskiego, siebie
więc na owej liście nie umieścił.
Po odjeździe jenerał-gubernatora pogorszył się jeszcze
los więźniów siewakowskich. Chciwość i zdzierstwo urzęd¬
ników, którym ich rzucono na pastwę, nadużycia kapitana
Łytkina, grubiaństwa starego kozaka „zauradchorążego“ (za¬
stępcy chorążego) wprowadzały Czapskiego w częste, a nie-
		

/Sponsorzy_028_04_074_0001.djvu

			72
bezpieczne konfiikta z nimi, gdyż jako gorliwy starosta bro¬
nił, jak mógł, przeciwko wszelkim krzywdom gminę, którą
zarządzał. I tak np. stary „zauradchorąży“ zakazał furman¬
kom, przyjeżdżającym ze wsi okolicznych z prowiantem, pod¬
jeżdżać pod furtę turmy, zanim mu nie odsypią jakowejś
dziesięciny kapusty, kartofli, mleka, rzepy itp. „Poszkodo¬
wani — powiada Czapski widząc, jak gwałtem żołnierze
odganiają prowiant od nich, wzywają mnie, abym takiemu
nadużyciu się sprzeciwił. Idę więc; nie bez trudności prze¬
byłem zamkniętą furtę, ale kiedy zmierzam do komendan¬
tury, o kilkaset kroków od turmy oddalonej, słyszę, jak stary
kozak daje rozkaz żołnierzom, aby mnie nazad pędzili do
turmy. Przyspieszam kroku, słyszę rozkazy kozaka i przekli¬
nania, a kiedy już biedź zacząłem, widzę, że żołnierze z ba¬
gnetami we mnie mierzą. Stanąłem i zagroziłem, że i oni,
i ten, który im tak czynić każe, śmiercią karani będą, jeżeli
mnie zranią, i korzystając z wrażenia słów moich, znowu
spiesznie podbiegłem dalej; stanąłem w przedpokoju i zna¬
lazłem się wobec zastępcy komendanta Zaborowskiego, ma¬
jora Ryka. Bieg przyspieszony mowę mi odebrał; komendant
zdziwiony zapytuje, co mi jest? i nie otrzymując odpowie¬
dzi, wprowadza do pokoju, gdzie mnie pięknej kobiecie, żonie
swojej prezentuje, a śliczne dziecko, złotowłosa córeczka,
biegnie do mnie z ufnością, wspina się do mej twarzy i chce
ucałować. Wspomniałem o żonie, o dziatkach, o rozkoszach
domowego ogniska, do którego od tak dawna tęskniłem,
ciemności mnie ogarniać poczęły. Pani domu podbiegła z krze¬
słem, major na prośbę moją podał szklankę wody i zaraz
siły i mowę odzyskałem. Wysłuchawszy mej skargi, odpro¬
wadził mnie major do furty, zawołał załogę i wydał rozkaz,
aby dla mnie, jako starosty, zawsze furtę otwierano, a żad¬
nych furmanek z prowiantem nigdy nie odganiano od bramy.“
Przy ciągłem powiększaniu liczby robotnika zdarzyło
się, iż raz do oskrobania z przymarzłej już kory modrzewi,
użyto ośmiu czy dziewięciu więźniów, nazwanych „słabosil-
nymi“ przez nadzorców samych; znajdowali się pomiędzy
nimi: jeden doktor medycyny, jeden profesor gimnazjalny
		

/Sponsorzy_028_04_075_0001.djvu

			i kilku akademików, ale żaden z nich siekierą władać nie
umiał, to też przez dzień cały nie zdołali dwócli surowych
kłod ociosać. Oglądając wieczorem roboty, nowy zastępca
komendanta, p. Marków, wpadł w furyę i nieudolnych robot¬
ników kazał wtrącić do „katałaszki,“ nieopalanej nory pod¬
ziemnej , gdzie zamykano za karę kozaków. „Przywołano
mnie około 8-ej wieczorem do komendantury — pisze Czap¬
ski — zastałem zgromadzonych na podwórzu delinkwentów,
otoczeni byli gęstym łańcuchem żołnierzy. Z sieni komen¬
dantury wyniesiono światło, Marków blady jak ściana, zapy¬
lał: „Czy broń nabita?“ Żołnierze odpowiedzieli, że stało się
wedle rozkazu. Więc Marków tak rzecze do straży: „Ja będę
do nich mówił, a jeżeli się który z nich odezwie, albo poru¬
szy, wy strzelajcie!“ Długą miał mowę, którą zakończył groźbą,
że nikomu odtąd nic nie daruje. „A teraz wy idźcie do kata-
łaszki, na chleb i wodę!“—zakomenderował, i żołnierze odpro¬
wadzili do brudnej, ciemnej i mroźnej nory wielkich zbrod¬
niarzy, którzy zawiedli nadzieje*korzyści administracyi spławu,
zasadzającej coraz większe oszczędności na ich robocie da-
remniczej... Wezwany znów, stawać musiałem przed groźnym
władzcą, który i mnie powtórzył swoje groźby, lecz mu tak
odrzekłem: „Niedawno jeszcze pan wychwalałeś mnie przed
jenerałem Dytmarem, jako wzorowego starostę i zaszczyca¬
łeś nawet porównaniem ze starostą więzień Czyty, p. Mar¬
czewskim; nic odtąd się nie zmieniło ani w mojem usposo¬
bieniu, ani w konduicie więźniów Siewakowej, administracya
spławu chce ciągnąć wielkie zyski z roboty katorżników —
stąd całe złe płynie. Pan bronisz interesu administracyi od
wczoraj, a dziś ja oświadczam panu, iż mu w tej robocie
pomagać nie będę. Groźny przed chwilą ceremoniał naocznie
mnie przekonał, że ja starostą już być nie mogę, bo niechcę
plamić siwych włosów moich.“ —„Jakto? to być nie może!
ja nie pozwalam w takiej chwili buntu usuwać się panu!
Miałżebym się na panu zawieść?“—„Pan możesz mnie kazać
zastrzelić swoim sołdatom, którym broń przed chwilą nabić
kazałeś, ale przymusić mnie do tego, abym dzielił z panem
odpowiedzialność jego srogich rządów, tego nie możesz! Jutro
		

/Sponsorzy_028_04_076_0001.djvu

			74
prezentować będę mojego następcę.“ Chociaż parę tygodni
brakowało do terminu kwartałowego, zwykłego urzędowania
starosty, złożył Czapski nazajutrz rządy, a p. Franciszek
Sokołowski, z Królestwa Polskiego, w jego miejsce obranym
został.
Jedną z przykrych bardzo stron życia więźniów po tur¬
mach i etapach było, oprócz brutalstwa straży, ciężkich ogra¬
niczeń wolności i dotkliwych niedostatków fizycznych, ciągłe
niebezpieczeństwo odpowiedzialności solidarnej za wszelkie
nieporządki i zaburzenia, jakieby się zdarzyły w zagrodzie.
Podobne niebezpieczeństwo ciężko zawisło nad głową Siewa-
kowców 6 grudnia 1865 r. wieczorem. Przybyła dnia tego
z Czyty nowa partya katorżników, których starosta zaraz na
wstępie wybił siewakowskiego „zauradchorążegostary ko¬
zak zamknął wszystkich nowo-przybyłych do głównego odwa-
chu i zawołał na swoich żołnierzy: „Do broni!“ Tymczasem,
któryś z nowej partyi, uwolniwszy się, podstąpił do bramy
turemnej i pomocy siewakowskich więźniów wezwał. Wiel¬
kie: Hurra! odpowiedziało z wewnątrz zagrody; śmielsi
zaczęli łamać płot, pomimo, że słyszeli komendę chorążego
i patrzyli na zapalenie stosów bezpieczeństwa i nabijanie
karabinów. Tymczasem starosta Sokołowski wyszedł furtką
do głównego odwachu i układał się z Łytkinem i chorążym,
którzy potracili prawie przytomność ze strachu, poczem prze¬
mówił do swoich i nakłonił ich do odstąpienia od płotu i od¬
dalenia się w porządku. Na tem skończyło się wszystko;
nazajutrz rannego trąbienia nie było, lecz kazano wszystkim
więźniom uszkodzony płot zagrody naprawiać. Więźniowie
wygrali na tej demonstracyi, gdyż niesłychane tchórzostwo
buryackich kozaków wyszło na jaw w tym nocnym alarmie
i nakazało dozorcom być wielce ostrożnymi; odtąd też roboty
przymusowe zupełnie w Siewakowej ustały. Po kilku tygod¬
niach rozpoczęło się śledztwo, a obydwóch starostów uka¬
rano; partyę, która była powodem zawieruchy, wyprowadzono
przedtem jeszcze, nazajutrz po buncie, do Nerczyńska, a po
śledztwie dwudziestu kilku siewakowskich więźniów tamże
popędzono bez żadnych dowodów winy; nadto, przybyły z po-
		

/Sponsorzy_028_04_077_0001.djvu

			75
lecenia Korsakowa, pułkownik Sumorokow, zebrawszy miesz¬
kańców siewakowskiej zagrody wkoło siebie, objawił im, że
za karę nocnego buntu, który wszczęli 6 grudnia, wszyscy
przez sześć miesięcy kajdany na nogach nosić będą. „I znowu
zabrzęczały zewsząd łańcuchy, przypominające nam Petrow-
skie więzienie.“ Jednakże zaniechano i nadal u spławu ro¬
boty daremniczej, ale za bardzo niską płacę najmowano ludzi
do siekiery zdatnych.
Przy budowaniu „barż“ były też roboty łatwiejsze, jak
np. malowanie smołą statków, obijanie szpar pakułami i t. p.
Najwięcej więźniów zajmowało się struganiem kołków sosno¬
wych, potrzebnych do przybijania dna i boków statku do
żeber. Im więcej kołków dziennie przynosili nabierający
wprawy strugacze, tembardziej ich cenę zniżała niesumienna
administracya. Ci, którzy nie najmowali się do robót spławu,
wozili i rąbali drwa, gotowali, prali bieliznę, piekli chleb,
buty szyli i nicowrali odzienia. Młodzież uniwersytecka czy¬
tywała książki naukowe w tłómaczeniu rosyjskiem, uczyła
się po francusku albo po niemiecku. Czapski wobec niejed¬
nego z tych młodych ludzi pełnił gorliwie obowiązki nauczy¬
ciela, a ta jego praca ochotnicza nieraz w ich późniejszem
życiu niemałem okazała się dobrodziejstwem, gdyż utrzymy¬
wali się później niektórzy z nich dawaniem lekcyj w przed¬
miotach, których się od niego nauczyli. Rzadkie wyjątki
szukały zapomnienia na dnie butelki, a zaledwie kilku takich
się znalazło na wielką liczbo więźniów siewakowskich. „Naj¬
dzielniejsi zajmowali się fizyczną lub umysłową pracą, naj¬
słabsi, tęsknotą opanowani, nie byli w siłach przyjęcia jedy¬
nego skutecznego na wszystkie choroby lekarstwa, nie mogli
pracować wcale; z tych niektórzy, szczęśliwsi, zagryźli się
na śmierć, drudzy przegryźli tylko sprężynę równowagi umysłu
i zwaryowali. Chorych wywożono do lazaretu do Czyty, gdzie
dozór nad nimi był lepszy niż w Irkucku, Tomsku i niżeli
w lazaretach Kazania, Niżnego Nowogrodu i tych miast euro¬
pejskiej Eosyi, gdzie morzyli, truli i za życia obdzierali na¬
szych braci chorych, pędzonych etapami do tych mniema¬
nych domów zdrowia, a rzeczywistych jaskini śmierci.“ Łatwo
		

/Sponsorzy_028_04_078_0001.djvu

			76
odgadnąć, że Czapski należał do tych, którzy najenergicz¬
niejszą pracą bronili się od upadku na duchu. Wiedział on
dobrze, że, jak sam pisze, „rozpacz najłatwiejszy znajduje
przystęp do ludzi, którzy o sobie i swoich działań kierunku
i zakresie nic nie zdołali postanowić; miara cierpienia nie
od ciężkości razów, ale od wewnętrznego stanu duszy czło¬
wieka zależy.“ To też starał się on o ile możności miarę tę
osłabiać, zachowując w duszy pogodę poddaniem się woli
Bożej, a czas swój cały zapełniając zajęciami, do których
niekiedy gwałtem się przymuszał. W Siewakowej zaczął pi¬
sać Pamiętniki, których myśl pierwszą powziął w kowień-
skiem po karmelitaiiskiem więzieniu. Co za kontrast przed¬
stawiał mu się w tèj pracy między daleką przeszłością, któ¬
rej wspomnienia przywoływał, a wszystkiem, co go w „ka-
torżnym zawodzie“ otaczało ! To też zastanawiając się nad
świetnemi dniami młodości, z głębokiem zrozumieniem przy¬
taczał wiersz Dantego: Nessun maggior dolore que riccor-
darsi dei tempi felici nella miseria ! ').
W kwietniu 1866 r. obchodzili niektórzy bogatsi wi꟬
niowie z Kongresówki święta Wielkanocne. Zaledwie zasiadł
Czapski za stołem, zastawionym święconem w ziemiance
p. L. Lewińskiego, gdy go powołano nagle do komendanta
Łytkina. Tam oznajmiono mu, że odtąd wolno mu mieszkać
po za zagrodą katorżników, w domu Jarosława Kossakow¬
skiego, ale jeżeli w pół godziny nie opuści zagrody wraz
ze wszystkiemi rzeczami, które do niego należą, najgorsze
to dla niego pociągnie skutki.
O tysiąc kroków po za bramą więzienną, stało rzędem
siedm doników, zbudowanych bez dachu, jako części mniej
potrzebnej zimą w klimacie, gdzie ani wielkich śniegów nie
bywa, ani odwilży żadnej przez wszystkie zimowe miesiące.
Domki te znajdowały się w obrębie kordonu straży zatvodu
spławnego siewakowskiego. W jednym z nich, zbudowanym
w jesieni przez Jarosława Kossakowskiego, zamieszkał tegoż
*) Niemasz większej boleści, jak przypominać sobie wśród
niedoli, dni szczęścia!
		

/Sponsorzy_028_04_079_0001.djvu

			77
dnia jeszcze i przepędził Wielkanocne święta Czapski. Tu
odetchnął nieco we własnym kąciku i względnej wolności po-
33 miesiącach zamknięcia i tułaczki po rozlicznych więzie¬
niach, zaczynając od fortecy wileńskiej i Karmelitów kowień¬
skich. Lecz manifest cesarski, dla wszystkich przestępców*
politycznych zmniejszający karę o połowę, jakkolwiek polep¬
szył nieco własne Edwarda położenie, zagroził mu jednak
równocześnie utratą przyjaciela, kwalifikującego się odtąd na
posieleńca wskutek łaski monarszej. Oczekując chwili ponow7-
nego rozłączenia, cieszyli się sobą tymczasem obaj towarzy¬
sze i we dwóch praca im milszą się wydawała. Jarosław
w jesieni już był rozpoczął uprawę jednej dziesięciny ziemir
ciągnącej się długim a wąskim pasem aż do ramienia rzeki
Ingody. Na wiosnę razem pilnie się krzątali około wspólnej
zagrody; Edward zasadził około domu paręset drzew, które
obaj z przyjacielem pilnie podlewali; wkrótce biały głóg,
czeremchy i azalee bujnem kwieciem się pokryły, ale
w czerwcu pomimo starań, połowa tej plantacyi wyschła,
a w lipcu powracający peryodycznie o tej porze wylew rzeki
zniszczył cały warzywny ogród wygnańców. I tak długoby
jeszcze Kossakowski nie był korzystał z przypadających na
niego praw względnego ułaskawienia, gdyby do uszu jego
nie była doszła wieść, iż w turmie przygotowuje się zbrojne
powstanie, do którego zamierzano przemocą nakłonić nie¬
chętnych, a wprost przeciwnych ruchowi zgładzić ze świata.
Podzielił się tą wiadomością z Czapskim, który przestrzegł
towarzysza niedoli, pełniącego wówczas obowiązki starosty
w turmie, nacisk nań wywierając, aby zapobiegł nieszczęściu.
Nazajutrz zrana nakazano 240 Siewakowcom, którzy już od
trzech przeszło miesięcy na posileńców się kwalifikowali, aby
natychmiast gotowali się do drogi, a następnego dnia, 17 lipca
1866 r., o trzeciej popołudniu odpłynęły „barże,“ napełnione
ułaskawionymi częściowo wygnańcami i ich węzełkami. Wśród
odjeżdżających znajdował się i Jarosław Kossakowski; ze
ściśnionem sercem żegnał go dawny opiekun i przyjaciel.
Cala ta partya oczekiwała w Czycie trzy tygodnie na ure¬
gulowanie papierów; tam odwiedził jeszcze Czapski Kossa-
		

/Sponsorzy_028_04_080_0001.djvu

			78
kowskiego, nocował w teatrze, w którym wyzwoleni kątow¬
nicy dość swobodnie trzymani byli w gromadzie i raz jeszcze
żegnał drogiego towarzysza. Wygnańcy po przybyciu do Ir¬
kucka, wyprawieni zostali na posilenie o 500 i 600 wiorst
-od stolicy Syberyi w oddalone gminy.
Bunt zbrojny Szaramowicza nad brzegami Bajkału, roz-
gromem i śmiercią przywódzców 15 listopada 1866 r. zakoń¬
czony, najgorsze miał następstwa dla posileńców polskich.
Znany jest wiersz Ujejskiego na pamiątkę rozstrzelania
w Irkucku Szaramowicza, Celińskiego, Reinerta i Kotkow¬
skiego, malujący rozpacz bezdenną, która ich popchnęła do
.szalonego kroku:
„Lepsza nam kula, niżli takie życie!“ *)
Rzekli, powstali, rozbroili zbirów,
A gdy broń mieli, to w pierwszym zachwycie
Błysnęła ku nim ziemia łez i kirów.
Potem pustynia, skąd niema wychodu,
Bój, gdzie szczęśliwsi giną, męki głodu.
I znowu dawne pęta
Niedostatek pokarmu i odzieży, a złe obchodzenie się
•dozorców z partyą naszych katorżników, którym kazano ko¬
pać drogę naokoło Bajkału, dały okazyę do tego wybuchu,
podobnego „do samobójstwa zrozpaczonych więźniów, kiedy
oni na sztych niechybnej śmierci z obmierzłych więzów nie¬
woli wydzierają się sami!...“ „Krew polska — pisze dalej
Czapski — trysnęła znowu strumieniem w tych oddalonych
pustyniach Buryatów, którzy z barbarzyństwem dzikich zwie¬
rząt rozkazy wojskowe komendy rosyjskiej wypełniali, ści¬
gając, chwytając i mordując rozproszonych po rozgromię
powstańców. Oburzenie było stąd wielkie w dwóch stolicach
Rosyi, a przestrach hańbiący znamionował najwyższą władzę
Irkucka i wszystkich miasta tego mieszkańców na wiado-
’) Słowa Szaramowicza.
		

/Sponsorzy_028_04_081_0001.djvu

			79
mość o wystąpieniu zbrojnej partyi polskich więźniów na
Krugo-Bajkalskiej drodze. Niepojęta tylko opieszałość zwierzch¬
ności i nieład administracyi, tak więziennej, jak i krajowej,
i zarządu wojska kozaczego, mógł nadać pozory wielkiego
hazardu politycznego buntowi owemu. Takie zbrojne wystą¬
pienie katorżników politycznych w czasie odbywających się
robót z częstokołów etapowych, takie rozbrojenie eskorty
i rozprószenie najbliższych stannic kozaczych, te już nie mo¬
gły się obyć bez niesłychanej niesumienności stróżów.“
Ciężkiemi ciosami osobistemi pamiętnym stał się Czap¬
skiemu pobyt jego w domku nad Ingodą. Tam to wiosną
] 867 r. otrzymał wiadomość o śmierci ukochanej matki, zmar¬
łej w Dreźnie na cholerę we wrześniu 1866 r. O śmierci tej
donosiła mu żona w krótkim, smutnym liście, a w później¬
szych pisała, że jedzie do Petersburga, że jej majątku posa¬
gowego nie oddają. Chodził wtedy nasz wygnaniec samotnie
po brzegach wyschłej prawie do dna rzeki, by się bez świad¬
ków wypłakać. Dręczyły go bez ustanku straszne przeczucia,
że obecny żal i żałoba nie będą ostatnie. I rzeczywiście
w roku następnym doszła go ukrywana przed nim długo
przez litosnych kolegów wieść o śmierci żony, o jej melan¬
cholii i tragicznym zgonie po uratowaniu z płomieni. Pod
wpływem bezmiernego smutku, biegał jak opętany po zmro¬
żonej ziemi, która szronem osypana, mieniła się blaskiem
dyamentów pod jagkrawemi promieniami zimowego słońca.
Wówczas mimowoli przychodził mu na myśl wiersz Malczew¬
skiego: „To czegóż chcesz pacholę? — Uciec od rozpaczy!“
W pierwszym wybuchu boleści, nie był w stanie pracować
i dopiero po upływie dwóch tygodni powrócił wielkiem wy¬
sileniem woli do przyjętej oddawna higieny moralnej; znowu
zaczął czytać, tłómaczyć, uczyć kolegów, lecz, jak sam po¬
wiada, nie odzyskał już nigdy pierwotnych sił odporu prze¬
ciw niedoli, od tak dawna go trapiącej. Na śmierć syna naj¬
starszego, Stanisława, w kilka miesięcy po śmierci żony, już
tylko krótkie łzy mu zostały; czuł, że śmierci sieroty ojciec
winszować sobie powinien. „Jak za rewolucyi francuskiej —
pisze — żaden wyższy umysł, żadne czyste serce nie mogło
		

/Sponsorzy_028_04_082_0001.djvu

			80
\
drogich ofiar śmierci opłakiwać bez bolesnego przekonania,
że umarli przecież szczęśliwsi byli od żyjących, tak i za dni
naszych winszować, acz ze łzami krwawego żalu, możemy
drogim cieniom naszych, wyższych sercem i umysłem krew¬
nych, że lekką stopą podnieśli się w wyższe duchów czys¬
tych krainy i odwrócili się od ziemi, zlanej łzami i krwią,
a splamionej spodleniem się zwyciężonych i tryumfami zwy¬
cięzców.“
Oprócz książek, zajmowało też Czapskiego gospodar¬
stwo ; podosadzał nanowo wyschłe drzewka, wysadził 60 pu¬
dów kartofli, wielką dla wygnańca sumę 80 rubli w rolę
włożył, prowadząc rozpaczliwą walkę przeciw najniekorzyst¬
niejszym warunkom położenia i klimatu. Nawodnienie lip¬
cowe, pochodzące z topnienia śniegów na szczytach Jabłono-
wego łańcucha gór, niweczyło corocznie jego pracę. Nie
żałował jej jednak, bo znalazł naśladowców, a choć praca
z przyczyny wylewów materyalnej korzyści nie przynosiła,
zdrowiej było więźniom pracować na roli, niż siedząc bez¬
czynnie, tęsknić do kraju. Każda praca dobrowolna dziwnie
jednak utrudnianą bywała nieszczęśliwym więźniom przez
zbieg niesprzyjających okoliczności. „System rządu zasadzał
się na tem, by nigdy długo na jednem miejscu nie zostawiać
skazanych na ciężkie roboty, ani posileńców. Straty pie¬
niężne i zawód moralny, wynikające z owych nieustannych
przenosin, nieprzebytą były zawsze dla nas zaporą w urzą¬
dzeniu racyonalnem naszych zajęć i sposobu życia. Nieraz
ludzie dobrej woli poczynali uczyć się rzemiosła; tylko co
rozpoczęli, bywało, robotę szewiecką, a tu szewców wywożą
do Czyty albo do Nerczyńska, a partacze sami zostają w Sie-
wakowej.“
		

/Sponsorzy_028_04_083_0001.djvu

			VI.
W kwietniu 1868 r. objawiono Czapskiemu pociesza¬
jącą wiadomość, że skończyły się dla niego lata katorgi,
0	połowę przez manifest 1866 r. skrócone. Żegluga jeszcze
się nie rozpoczynała na jeziorze Bajkalskiem, a w Czycie
tymczasem zamieszkać nie chciał; pozwolono mu więc osiąść
na wsi przy partyi, z dwudziestu wygnańców złożonej, gdzie
go do własnej izby zaprosił jeden z krewnych jego teścio¬
wej. W maju, wbrew ograniczeniom, dotyczącym katorżników,
udających się na posilenie, dozwolił Czapskiemu jenerał Dyt-
mar jechać do Irkucka pocztą, z dodanym mu dla straży
żołnierzem, za co ściągnął na siebie wymówkę urzędową od
Korsakowa. Lecz gdy trojka wygnańca stanęła w stolicy
syberyjskiej przed domem cywilnego gubernatora Erna, spot¬
kała go przykra niespodzianka; usłyszał z sieni, jak groźny
dygnitarz wyrzekł w swym gabinecie fatalne słowo: w tiurma!
1	wkrótce znalazł się w turmie irkuckiej, w towarzystwie sa¬
mych Kosyan, awanturiiików, fałszerzy, złodziei, niemniej
zdziwionych jak on, jego do nich przybyciem; skorzystał
wkrótce z ich stosunków z miastem, by przesłać Kossakow¬
skiemu kartkę z wiadomością o sobie; lecz upłynęły dwa dni,
zanim się udało wiernemu przyjacielowi uzyskać dla niego
pozwolenie, aby z nim razem zamieszkał. „Skromne jego
mieszkanie wydało mi się przepychem po tylu latach nędzy,“
pisze Czapski.
Podobnie jak Kossakowski, wielu Polaków, skazanych
na posilenie, wyjednało sobie pozwolenie mieszkania w sto-
6
		

/Sponsorzy_028_04_084_0001.djvu

			licy Syberyi. Nie obchodziło się to bez wielkich trudności,
zwłaszcza po buncie Szaramowicza; „najłatwiej było osiadać
w Irkucku doktorom naszym, którzy z uprzejmą powierz¬
chownością łączyli więcej nauki i sumiennej praktyki, niżeli
gburowate nieuki ruskie; stawali oni odrazu na czele całego
towarzystwa wygnańców, swoich leczyli darmo, wyjednywali
im posady, kredyt, nauczycielskie zajęcia, a sami niemal
wszyscy domy otwarte prowadzili.“ Pełen zasług był między
innymi Dr. Józef Łigowski, który kości swe w Irkucku na
ziemi wygnania złożył.
Grą w karty lubiło czas zabijać towarzystwo polskie
w Irkucku; to też nie bywało prawie zgromadzenia bez zie¬
lonych stolików7. Czapski w karty grać nie umiał, przecha¬
dzał się więc tylko wówczas naokoło stolików, witając zna¬
jomych, lub siadał samotny w7 smutnej zadumie. Co ponie¬
działek pozostawał u siebie cały wieczór z gotowym samo¬
warem, by przyjmować herbatą łaskawych gości. Chociaż
tam nigdy gry nie było, przychodzili doń i tacy, którzy
karty lubili; poważne rozmowy, sprawozdania z ostatnich
dzienników lub pism peryodycznych, z książek czytywanych
z biblioteki wygnańców, i dysputy, dotyczące ich treści, zaj¬
mowały przyjemnie parę godzin. Śladu już nie było wówczas
w Irkucku z biblioteki, założonej tam niegdyś przez Różę
z Łubieńskich Sobańską; rozpożyczył ją w dobrej wierze bez
rewersów X. Szwermicki (zesłany w 1842 r. z augustowskiej
gubernii, a następnie wyniesiony na probostwo irkuckie),
i przepadła. Parafia irkucka rozciąga się na sto mil przy¬
najmniej i żadna dyeeezya Europy zachodniej nie wyrównywa
Vio tej parafii co do przestrzeni. Wygnańcy więc z 1863 i\,
podobnie jak ich poprzednicy, założyli nową bibliotekę,
a książki do niej sprowadzano z Warszawy.
Doktorowie i nauczyciele języków i muzyki, z położe¬
nia swego zmuszeni do stosunków z tubylcami, byli kanałem,
pośredniczącym między dwoma odrębuenii zupełnie i oddziel-
nemi towarzystwami Polaków i Moskali. „Mieliśmy swoich
przekupniów, którzy obracając szczuplemi swemi i towarzy¬
szów funduszami, pozakładali sklepiki; mieliśmy swoich kraw-
		

/Sponsorzy_028_04_085_0001.djvu

			83
ców, szewców, tokarzy, stolarzy, murarzy, zdunów, kiełbaśni-
ków... Wielu najmowało się jako dorożkarze. Ludzie pieniężni
zakładali traktyernie i wychodziliby nieźle na tem, gdyby
nie panujący na Syberyi zwyczaj ucztowania na kredyt.“
Schodzili się polscy wygnańcy za stołem p. Markowskiego
lub p. Ciesielskiego, lecz gdy zajrzał tam pijany czynownilc
lub rosyjski profesor gimnazyalny, wynosili się chyłkiem dla
uniknienia awantury. Kulikowski, utalentowany architekt, bu¬
dował cerkiew, wzniesioną w Irkucku na pamiątkę cudow¬
nego uratowania Aleksandra II z zamachu Karakazowa; on
też rzeźbił piękny ołtarz nowy, w stylu gotyckim, w kato¬
lickim irkuckim kościele. Czapski bywał wtedy u niego,
a raz wznosząc toast na cześć artysty, przyrównał go do
Wita Stwosza i temi doń przemówił słowy: „Tobie, wybrau-
cze sióstr dziewięciu, nie wykluto źrenicy, ale w chwili sta¬
nowczej rozwoju artystycznego, odebrano ci z przed chciwych
piękności oczu wszystkie źródła natchnienia, wszystkie wzory
mistrzów, wygnano w strony, ubogie w ciepło, bezludne,
gdzie chyba tylko w gwiazdach wieczornego nieba lub bry¬
łach gwiaździstych śniegu wybierać możesz kształty, twoim
pomysłom przydatne. Niedonośne łaski ludzi, albo ostateczne
wyroki Tego, który i rządzonymi i rządzącymi włada, roz¬
proszą może wkrótce, rozproszą nanowo w różne strony po
ziemi, albo i pod ziemią zanurzą tych, którzy teraz zwykli
klękać u stóp gotyckiego ołtarza twojego. Iluż z nas zniknie
bez śladu! Tyś przecie jeden pomnik talentu i pobożności
swojej zostawił. Cześć tobie! wdzięczność tobie, że myśl po¬
bożnych, przyciśniona do ziemi mrozami klimatu, chłodem
od ludzi, ciężarem uporczywych a obszernych nieszczęść na¬
szych, wznosi się przecież na chwilę po szczeblach mister¬
nych, przeźroczystych wieżyc twoich, wspierana piętrzącemi
się lukami twojemi, wzlatuje ku niebu“...
Wśród lata przeniósł się Czapski z nieodstępnym towa¬
rzyszem Kossakowskim na wiejskie mieszkanie o wiorst 30
od stolicy; kupili sobie krowę i konia i mieszkali przez dwa
miesiące u kolegów niedoli, Baczyzmalskiego i Komorow¬
skiego. Ci dwaj ostatni, wraz z Kossakowskim, zagorzali
6*
		

/Sponsorzy_028_04_086_0001.djvu

			84
myśliwi, wychodzili ze świtem do lasu i dnie całe polowali
na sarny; Czapski w domu zostawał, czytał, pełł warzywo
i oddawał się innym ogrodniczym zajęciom. Raz ukradziono
im krowę; długo trwały poszukiwania, biedne zwierzę padło
bow iem ofiarą żarłoczności katorżników ussolskich; lecz za¬
żalenia naszych wygnańców skutku żadnego nie odniosły.
Nocami zakradali się nawet do nich złodzieje przez często¬
kół i wykopywali kartofle; w październiku więc ściągnął
znowu Czapski z Kossakowskim do miasta na zimowe leże
Wiosną 1869 r. opuścił jednak Czapskiego ten najlepszy
towarzysz, przeniesiony znowu wskutek nowego manifestu
cesarskiego dla wygnańców 1863 r., do permskiej gubernii.
Po nim odjeżdżał Koman hr. Bniński z żoną, Antoni Jeleński
z żoną, Witold ks. Gedroyć, Parwe i inni. Każdy odjazd ob¬
chodzono uroczyście a bez zazdrości, zbierając się gromadnie
u wyjeżdżający cli w wigilię ich odjazdu wieczorem.
Po wyjeżdzie Kossakowskiego, obok ciszy, zaległa w kwa¬
terze Czapskiego tęsknota i smutek, niczem nie przerywany.
Z zapałem pożerał książki, dwa razy na dzień opuszczał
mieszkanie, około godziny 1-ej idąc na obiad do Markow¬
skiego, a przed wieczorem na spacer samotny, więc z kijem
żelaznym w ręku. Czasem bywał w teatrze, jak np. 22 grud¬
nia 1869 r., w którymto dniu powróciwszy z przedstawienia
sztuki A. N. Ostrowskiego, p. t. Goraczeje sierdce (Płonące
serce), malującej opłakany stan rodzinny, moralny i obycza¬
jowy kupiectwa rosyjskiego, zanotował sobie różne, płynące
stąd filozoficzne poglądy, uwagi i wrażenia. Zdała odgłos
spraw europejskich żywo go interesował; spisywał sobie
różne trzeźwe poglądy polityczne, rozbiory literackie; bronił,
jeszcze przed przerwaniem soboru watykańskiego, nieomyl¬
ności papiezkiej przeciw jednemu z towarzyszów niedoli.
Polacy na wygnaniu, zbierając się, radzi politykowali i gor¬
liwie czytywali gazety; do dysput tych politycznych nieraz
mięszał się i Czapski, chociaż dzienników czytać mu zaka¬
zali lekarze, gdyż go zanadto treść ich wzburzała. W r. 1870
przewidywał z góry smutny koniec wojny niemiecko fran¬
cuskiej ; zrazu brano mu wielce za złe pessymistyczne jego
		

/Sponsorzy_028_04_087_0001.djvu

			85
w tym względzie zapatrywania, gdy jednakże wypadki je
usprawiedliwiły, jednomyślność powróciła między niego a to¬
warzyszów ; Moskale, niemniej jak Polacy, litowali się nad
upadkiem Francyi, nie podzielając w tem zapatrywań ów¬
czesnego rządu.
Wkrótce po wyjeździe Jarosława Kossakowskiego do
Permu, zaczęły powracać przez Irkuck gęste partye wygnań¬
ców z Siewakowej, Darasunia i Nerczyńskich kopalni. Od¬
wiedzał ich wtedy Czapski w turmie, by im usłużyć, a szla¬
chetne jego serce, smutkiem przejęte na widok ich siermięg
i nędzy, wyrzucało mu, że był od nich swobodniejszym.
Niektórych więźniów udało się mu wpływami swemi w Ir¬
kucku zatrzymać, innych wysyłano na 'posilenie do bliższych
rzadko, a zwykle do dalszych włości Irkuckiej lub Krasno-
jerskiej gubernii. Między powracającymi napotkał wówczas
syna wiernego przyjaciela i sługi rodziny swojej, Michała
Grzybowskiego, i mieszkał z nim przez kilka miesięcy. Ojciec
Michała, Jan Grzybowski, jedna z najsympatyczniejszych
postaci wpośród dziecinnych i młodzieńczych wspomnień
Czapskiego, od 17 roku życia pracę swą oddawał rodzinie
kasztelana Obuchowicza jako sekretarz, marszałek dworu,
a wreszcie przez długie lata rządzca, i zżył się z rodziną,
dla której pracował; był on prawdziwie typową postacią cza¬
sów minionych, w twardej pracy żył ubogi, i prócz wycho¬
wania, nic dzieciom własnym nie pozostawił; dwie tylko
kategorye czynów i myśli ludzkich rozróżniał, odpowiadające
dwom pojęciom: „godzi się“ i „nie godzi.“
Ciężkim był bardzo żywot zostających w Irkucku ubo¬
gich wygnańców; musieli najmować się rękodzielnikom jako
czeladnicy. Kupcy i przedsiębiorcy nasi w stolicy Syberyi
prawie wszyscy pobankrutowali. Nie lepiej działo się wy¬
gnańcom, przeniesionym drogą ułaskawienia do wschodnich
gubernij europejskiej Rosyi. Listy od kolegów pouczały, że
zwolnienie ich ze stopnia kary było geograficzne tylko, a nie
cywilne, ani polityczne. Cenzura nad korespondencyą tych
ułaskawionych srożej się praktykowała, a nadzór policyjny
był tem dotkliwszy, im mniejsza liczba ofiar mu podlegała.
		

/Sponsorzy_028_04_088_0001.djvu

			86
Na własne oczy widział Czapski dwie prośby, w których,
internowani do europejskich gubernij suplikanci, błagali
o dozwolenie im powrotu do Syberyi. Ubodzy umierali z głodu,
kiedy ich nie dochodziło wyznaczone dla nich strawne w ilo¬
ści 6 rs. miesięcznie. Ludzie wykształceni nie mieli prawa
dawać lekcyj, a zakaz ten, okólnikiem ministra spraw we¬
wnętrznych ogłoszony, skrupulatniejsze znalazł zastosowanie
w europejskich guberniach, aniżeli w Syberyi. Tam i tu naj¬
pewniejszy miewali zarobek nauczyciele muzyki i tańców.
Rząd rosyjski wolał, „aby jego poddani raczej nic nie umieli,
aniżeliby razem z nauką zasłyszeć coś mieli o swobodzie,
0	prawach człowieka i jego godności.“ Przypatrzył się był
Czapski rosyjskim pedagogom syberyjskim; spotykał ich pod¬
chmielonych u p. Markowskiego, wykrzykujących najnieprzy-
zwoitsze narodowe przekleństwa i szukających zaczepki z Po¬
lakami. Niefortunnym był tedy ów pomysł ministra, zagra¬
dzający poddanym drogę do pedagogów polskich. „Znałem
ja w Piotrowsku zacnego bardzo komendanta turmy — pisze
Czapski; — w jego konduicie i powierzchowności zauważy¬
liśmy bijący kontrast z postaciami, które po tylu innych tur¬
mach napotykaliśmy. Ten był małomówny, poważny, trzeźwy
1	pracowity, srogi, ale zarówno dla wszystkich więźniów;
słowem człowiek, oddany obowiązkowi i służbie swojej, któ¬
rej złe strony moralne snać czuł dotkliwie, bo jednostajnie
bywał smutny. Odkryliśmy po kilku miesiącach zagadkę:
nasz komendant był uczniem jednego z wygnańców, wysła¬
nych z Litwy na Sybir wskutek sprawy Konarskiego w 1839 r.“
W Irkucku, jak wyżej wspomnieliśmy, pomimo srogich zaka¬
zów władzy, wielu wygnańców wyłącznie dawaniem lekcyj
zarabiało na życie; niektórzy z nich znakomicie byli uzdol¬
nieni, lecz zepsucie, panujące w tamtejszych rodzinach, wpływ
ich niweczyło.
Kilkoletni pobyt wygnańców polskich na Syberyi i w Ir¬
kucku, złagodził uczucia nienawiści, wlane ku nim w serca
tamecznych mieszkańców, przez oczerniania oficyalne, sze¬
rzone po gazetach i broszurach moskiewskich. „Jako trucizna
silniej działać zwykła na czczy żołądek, tak i moralna tru-
		

/Sponsorzy_028_04_089_0001.djvu

			cizna fałszów i nienawiści, sprecypitowana w książkach Kra¬
jewskiego i we wstępnych artykułach Moskiewskiego Wiest-
nika, Gołosa i Birżowych Wiedomosti podziałała potężnie na
nieoświeconą publiczność zauralską. Nieraz w kordegardach
Wilna i Petersburga syllabizować się uczyła straż wojskowa
na książeczce': Russkcija Prawda—polska ja lirywda... Rząd
rosyjski i jego płatni heroldowie tak nazwanej opinii publicz¬
nej, szerzą tain potrzebę polityezno-moralną wyniszczenia
plemienia polskiego, razem z jego wiarą, językiem i trady-
cyami. Oni uczą dziejów7, nie aby przed współczesnymi od¬
kryć zasłonę przeszłości, ale aby ją zakryć i potem wydać
wyrok mniemanej najnowszej nauki, że Polska nigdy nie
istniała. Publiczność syberyjska uwierzyła snadno temu, tak
jak uwierzyła, że zsyłani na jej ziemię Polacy truli, mordo¬
wali i pastwili się nad bezbronnymi Moskalami, że nie praw
swoich, nie wolności dobijali się, ale godzili na zniszczenie
wielkiego państwa i wymordowanie wszystkich Rosyan i wszyst¬
kich prawosławnych Europy i Azyi. Bunt na Krugobajkal-
skiej drodze wszczęty, wznowił obawy i odrazę miejscowych
mieszkańców do Polaków, a przypominając im krwawe aneg¬
doty Rnsskiej Prawdy Krajewskiego, rzucił na Syberyą rzą¬
dzących i rządzonych strach paniczny.“ Z początku bardzo
niechętnie przyjmowali Sybiracy do swych domów lokatorów
Polaków; z czasem dopiero, przekonawszy się, o ile są deli¬
katniejsi i regularniej płacący od Rosyan. zaczęli im nad
Rosyanami pierwszeństwo dawać. Gospodyni Czapskiego, za¬
znajomiwszy się z nim lepiej, opowiadała mu, że ją prze¬
strzegali Moskale przed przybyciem Polaków o wielkich ich
mniemanych zbrodniach i niebezpieczeństwie zamieszkania
z nimi pod jednym dachem. „Oni przecie zapewniali nas, że
wy niechrysty (niechrześcianie),“ dodawała z oburzeniem.
Smutny nad wyraz jest do dziśdnia stan moralny spo¬
łeczeństwa syberyjskiego; wielokrotnie nad nim i Czapski
się zastanawiał z towarzyszami swej niedoli. „Kończyliśmy
zawsze nasze rozmowy — pisze w Pamiętnikach — przepo¬
wiednią bankructwa owych bogaczów milionowych, którzy na
skrzydłach ślepej fortuny wzniósłszy się bogactwem nad ró-
		

/Sponsorzy_028_04_090_0001.djvu

			88
wieśników swych ciemnych, nieokrzesanych i podłych, nie
zdobywają się na statek i rozum, a po krótkotrwałem nad
używaniu szczęścia, sami, nie doczekawszy się zapewnienia
losu potomstwu, schodzą z niem razem do ciżby pospólstwa,
z którego niedawno bez zasługi byli wypłynęli.“ Podobne
bankructwo, a z niem śmierć polityczną przewidywał Edward
i dla Rosyi, liczącej (do r. 1877) lat 265 nieprzerwanego
prawie, a niepraktykowanego w dziejach szczęścia oręża
i dyplomacyi, przy braku patryotyzmu, godności osobistej
i wytrwałej pracy, przy niedostatku cnót publicznych i oby¬
czajów rodzinnych. „Niezmierna przestrzeń, ta podstawa ma
teryalna narodów i państw, jest tak korzystną dla Rosyi —
pisze Czapski — że tym jednym ehlebem podbojów długo
jeszcze żyć może, tem dłużej, im wyraźniejszy upadek mo¬
ralny, objawiający się w całej współczesnej Europie; wyni¬
kający z niego niedostatek solidarności starych narodów
cywilizowanych, trwałości szczęścia Rosyi użycza, a temsa-
mem godzinę wewnętrznej katastrofy, jej grożącej, opóźnia.“
A jak te, tak i dalsze spostrzeżenia Czapskiego o spo¬
łeczeństwie syberyjskiem, spisane w zaginionym Pamiętniku,
warto tu podać, cechuje je bowiem prawda bezstronna i wy¬
jątkowa znajomość przedmiotu. „Zewnetrzność, jest cechą
dominującą społeczności irkuckiej, w czem ona naśladuje
Rosyan wszechkrajów i klimatów, w czem gotowe jej przed¬
stawia wzory sam rząd i wszystkich stopni urzędnicy. Oto
w dzień Angieła, tj. imienin, zgromadzają się goście i ro¬
dzina, aby uczcić Solenizanta. Na osobnym stole stoją wódki
i nalewki, obok przekąska, bardzo starannie podana. Po ko¬
lei każdy gość formułę powitania i powinszowania jakby
z rytuału kościelnego recytuje; potem na wyraźne zaprosze¬
nie gospodarza skosztuje wódki, na ponowioną zachętę jego
zjć kawałeczek zakąski, posiedzi milczący obok milczącego
kolegi gościa, poczem szastanie nogami, i ukłony, i frazesy
pożegnania uroczystość kończą. Jeżeliby ktoś z gości pozwo¬
lił sobie folgować apetytowi i dobrze do sytości chciał się
nakarmić za stołem, suto zastawionym jadłem, uchodziłby za
człowieka niecywilizowanego. Jeżeliby, korzystając z obec-
		

/Sponsorzy_028_04_091_0001.djvu

			ności kilkunastu słuchaczy, zajął głos w jakimś ważniejszym
przedmiocie, niktby go nie słuchał, i to tylkoby wskórał, że
nazwanoby go oryginałem (czudak). Więc cóż oni robią,
kiedy się zejdą? zapytasz. W męzkiem towarzystwie czas
schodzi na kosterstwie wyłącznie, lub na pijatyce i hulan¬
kach. Pijatyki odbywają się podczas wszystkich świąt więk¬
szych ; rozpustne hulanki latem, a szczególniej wiosną na
majówkach, wśród zarośli brzozowych pod Irkuckiem, późno
w noc się ciągnących... W czasie zapust, ludność cała wycho
dzi za miasto, na rzekę; tam są wystawione lodowe góry,
tam ścigają się saneczkami o pojedynczych rysakach. W ty¬
godniach wielkanocnych i zielonoświątkowych, budują na
placu w mieście karuzele, i tak się zabawiają. Najuboższych
ludzi widziałem, dobijających się o miejsce, bo im nietyle
0	zabawę, jak o to chodzi, aby ich widziano bawiących się
1	używających. Wyższe towarzystwo zakłada kluby; tam co¬
dziennie wysoka gra trwa do brzasku, a nadto bywają bale
świetne dla dam, ale prawdziwej zabawy, z potrzeb towa-
rzyskości wypływającej, nie znaleść tam; wszystko to naśla¬
dowanie i moda, zaprawione próżnością i bezdenną nudą...
Związek małżeński, stosunek rodziców do dzieci, matek na¬
wet do córek, ogołocony z wewnętrznego uczucia, nieogrzany
przyrodzonem ciepłem, jak wszystko, co widzisz w społeczeń¬
stwie tutejszem, jest tylko pozorem. Mężowie nie zwykli się
w niczem radzić u żon swoich, utrzymują je w niewolnictwie
prawie i wiecznem dzieciństwie; kończy się zawsze na tem,
że, na wzór męża, i żona ma swe grzeszne tajemnice przed
swym panem i mężem; spółka interesu materyalnego, wsku¬
tek takich uparte obustronnych, nie może się potem ostać
bez oszukaństwa. Nikogo ta wojna domowa nareszcie nie
gorszy, bo jest powszechną niestety! Społeczność petersbur¬
ską, którą znałem od 1842 po 1861 r., scharakteryzował
w rozmowie poufnej ze mną Balzac kiedyś, mówiąc, że to
jest wojna wszystkich przeciwko wszystkim. Jakże łatwo nad
tak rozbitem społeczeństwem panować i utrzymywać wszyst¬
kich w grozie samowładztwa!... Posty odbywają się tutaj
w mieszczaństwie uboższem i między ludem z niepraktyko-
		

/Sponsorzy_028_04_092_0001.djvu

			90
waną 11 nas skrupulatnością. Aby nie splamić postu, nie uży¬
wają do herbaty cukru, ale miód lub wyciski z oleju cedro¬
wych orzechów z miodem zmięszane; przez cały post żyją
taką herbatą, z chlebem suchym dwa lub trzy razy na dzień
podawaną; mimo wielkich mrozów adwentu lub przedwiel-
kanocnej pory trzymają się krzepko, choć u wszystkich cera
przez ten czas blakuje.“
„Istnieje tam formuła do pozbywania się żebraków bez
datku: Nie progniewajtieś — Boh daść'). Po tych słowach
żebrak z pokorą odchodzi, bez oburzenia ani gniewu. Zarobki
w kraju żyznym a bezludnym, łatwe; cóż sprowadza na tę
ziemię, mlekiem i miodem płynącą, patiperyzm? Oto usposo¬
bienie moralne ludności napływowej: pijaństwo i nierząd.
Zimą właściciele kopalni złota werbują i wyprawiają z miasta
najemników do swoich kopalni; opłacenie długów miejskich,
oporządzenie od stóp do głów, a co najważniejsza, ostatnia
hulanka przed wyprawą w taigi'-), tyle kosztuje, że przez
parę miesięcy, a czasem już przez całą kampanię półroczną
nic już robotnik nie odbiera od właściciela kopalni... Taką
hulankę, taką pewność przyszłości, lekceważenie zdrowia
i chwili obecnej, uważam być cechą całego narodu rosyj¬
skiego. Zdolność cielesnych i moralnych wielkich wysileń
w niebezpiecznych godzinach żywota, ratuje i pojedynczych
ludzi i naród cały z zawiklań i trudności, w które się samo¬
chcąc najniebaczniej wikłają... I tak w Charkowie przed
egzaminami pochłaniali ryczałtowie kajety, spisywane na prc-
lekcyach, po 16 i 20 godzin dziennie przez miesiąc cały,
gdyż przez rok albo cztery lata poprzedzające bardzo mało
pracowali; pożytek jednorazowy z takiego uczenia się wystar¬
cza często wymaganiom egzaminu, niekiedy nad podziw
świetnego, ale wątpię, aby wystarczył na żywot i starość,
i tu spotykamy znowu powierzchowność tylko, która istotą
jest całego życia rosyjskiego.“
*) „Nie gniewajcie się, Bóg was opatrzy.“
2) Puszcze leśne.
		

/Sponsorzy_028_04_093_0001.djvu

			91
„Przedsiębiorcy tam ani o jeden stopień nie są uczciwsi
od tej tłuszczy włóczęgów, których najmują do ciężkich ro¬
bót. Oni w tych odludnych kopalniach i płukalniach złota,
otoczonych nieprzebytemi lasami i moczarami, sami dostar¬
czają wyrobnikom żywności, odzieży, i wTe wszystkie potrzeby
ich zaopatrują za tak wysoką cenę, iż po- zakończeniu ra¬
chunków, zdarłszy ich niemiłosiernie, zostają wT czystym
awantażu .. Wyrobnik, wracając do domu z zarobkiem, na¬
trafia na brodiahę (włóczęgę), który go zamorduje lub okrad¬
nie i okaleczy, a nawet gdyby szczęśliwie uszedł napaści,
w domu zastaje chatę bez okien, bez drzwi, opuszczoną;
żona, a może tylko towarzyszka doćzesna, znalazła sobie
innego męża lub towarzysza i przeniosła się na mieszkanie
gdzieś bardzo daleko, a dziecię umieściła może w jakiej cha¬
cie, gdzie gospodarze bezdzietni za swoje takie sieroty przyj¬
mują radzi. Zrozpaczony wyrobnik zapłacze nad swoją dolą
gorzko, a potem zajdzie do najbliższego szynku i tam pić
zacznie tem potworniej, im dłużej żył wstrzemięźliwie, aż
nareszcie pijanego we własnej wsi spotka to, czego uniknąć
potrafił na pustyni: obedrą go, i znowu zawerbuje się na
przyszłą kampanię, bogdajby z lepszym skutkiem.“
—	—
		

/Sponsorzy_028_04_094_0001.djvu

			VII.
W takich warunkach skończył już był Czapski rok
trzeci pobytu w stolicy Syberyi wschodniej i już nadzieja
zawsze pożądanego a coraz nieprawdopodobniejszego powrotu
do kraju osłabła, w nim była do tyła, że prędkiej śmierci
nieraz sobie życzył. Jak najserdeczniej i w jak najlepszych
intencyach, ale w niewłaściwy sposób przez rodzinę jego
żony prowadzone starania o powrót jego z wygnania, wręcz
przeciwny dotąd były osiągnęły skutek. Cesarz Aleksander II
zakazał surowo, aby nikt w jego otoczeniu nie wymówił na¬
wet nazwiska wygnańca, tak, iż zdawało się, że mu na da¬
lekiej Syberyi rzeczywiście przyjdzie kości położyć, gdy
wskutek niespodziewanego już przezeń zastosowania do niego
manifestu cesarskiego, otrzymał w końcu rozkaz przeniesienia
się do Samarskiej gubernii, i to już nie jako posileniec, lecz
jako zwyczajny wygnaniec, surowemu nadzorowi policyi pod¬
dany. Czapski tak był już wtedy walką złamany i tak przy¬
zwyczajony dó nieszczęścia, że z początku nawet cieszyć się
nie umiał tą zmianą losu. „Wiadomość tę przyjąłem prawie
obojętnie — pisze — takie są skutki długich cierpień i tęs¬
knoty, takie następstwa tej szczególnej higieny moralnej,
której od lat tylu używałem. Zasadzała się ona głównie na
tem, aby bardzo żywo obchodzące mnie uczucia i myśli w sa¬
mym zarodzie wytępiać, aby równowagą wewnętrzną zacho¬
wywać pozory zewnętrznego spokoju i godności człowieczej,
aby głównie utrzymać resztki sił i zdrowia, które oddawna
szwankować zaczynało. Najmniejsze wysilenie fizyczne, głośna
		

/Sponsorzy_028_04_095_0001.djvu

			93
rozmowa, poruszenie wewnętrzne, odbierało mi glos i oddech.
Noce spędzałem bezsenne, w bojowaniu krwawem z myślą
i czuciami, wyrywającemi się ku ojczystej zagrodzie, do osie¬
roconych dziatek, do współrodaków pohańbionych, męczonych
i deptanych. A jam w tych chwilach myśli me gwałtem kie¬
rował na przedmioty teoretyczne i oddalone, szukając dla
nich pokarmu w książce tego dnia czytanej, w myśli wypi¬
sanej przezemnie samego w moich literackich notatkach.
I teraz, kiedy mi do lepszej przyszłości zatętniło silniej serce,
rzekłem sobie, jak przywykłem: Więc nie myśl teraz o tem,
byś nie zwaryował, nie umarł może!“
Gdy wybiła dlań nareszcie godzina odjazdu, ze łzami
żegnanym był przez towarzyszy, którzy go nazywali „gwiazdą,
przyświecającą im w niedoli.“ Zdarzyło się nam w później¬
szych latach poznać kilku z nich i być świadkiem, jak ze
łzami wspominali Czapskiego, podziwiając jego nieporównaną
energię, dziwną swobodę umysłu i ten popęd idealistyczny,
który odrywał jego myśl od własnej niedoli i unosił zawsze
w sfery najwyższe.
W Samarze, podobnie jak w Irkucku, zjednał sobie od-
razu Czapski szacunek i miłość współwygnańców. Tu już
zakosztował uciech rodzinnego życia, sprowadziwszy do sie¬
bie dwie córki niedorosłe, których dalszem wychowaniem
sam się zajął. Nieraz odbywali wspólne dalekie przechadzki
po polach tak urodzajnych, iż gdy je pług przewraca, pokry¬
wają się olbrzymiemi pieczarkami, wielkości półmisków. Lud
tameczny nie próbował nigdy smaku tych wybornych grzy¬
bów i gorszono się wielce, widząc, jak je ochmistrzyni Ed¬
warda, sprowadzona z Litwy, w kuchni przyrządzała. A nie
był to jedyny powód niewinnego zgorszenia, dawany miesz¬
kańcom gubernii Samarskiej przez rodzinę wygnańca. W Sto-
łypinie, dokąd wysłał Czapski córki latem dla kąpieli siar-
czanych, hodowano po domach z zabobonną czcią, podobnie
jak w większej części Rosyi, miryady karakonów (blatta
orientalis). Z zapadnięciem nocy obrzydliwy ten owad skó-
rzastokrzydły, czarny i długi, napadał gromadnie pościele
wygnanek, łzy przestrachu i obrzydzenia w nich wywołując.
		

/Sponsorzy_028_04_096_0001.djvu

				
			

/Sponsorzy_028_04_097_0001.djvu

			każdemu prawowiernemu wyznawcy, wykształciła w nim naj¬
misterniej unię prawdy z fałszem. Potworna unia taka, choćby
bezsamowiedną płodziła hipokryzyę, odbiera przecież zawsze
i koniecznie człowiekowi potężną dźwignię woli, gasi światło
sumienia; więc zabija życie wewnętrzne serca i myśli, życie
ducha, ten konieczny warunek, to wszechmocne loyoę, które
stając się ciałem oświeca umysł, uszlachetnia uczucia i po¬
prawia obyczaje jednostek, loyo^, które w dziedzinie poli¬
tycznej wykształca sprawiedliwość i wolność narodów. Za¬
prawdę, ani katolicyzm Polaków, ani prawowierność grecka
Słowian tureckich, nie uśmierzą pragnienia u krynicy rosyj¬
skiego prawosławia; bo w niej innej wody nie masz, jedno
umarła, bo anioł już od wieków nie schodzi do tych wód
stojących, by je niebieską siłą poruszyć i udzielić im sił
uzdrawiających! Na ich zgniłej powierzchni kwitną tylko
lakierowane wieżyce murowanych świątyń, na które chłopek
z płaczem i przekleństwem zwozić musiał zdaleka materyał;
tam kwitną na piersiach zimnych i spodlonych sług ołtarza
gwiazdy i krzyże, dyamentowane fałszywym blaskiem łaski
carów i icli politycznej prawowierności.“
Bolał więc Czapski głęboko nad ogólnem wyuzdaniem
obyczajów w świecie całym, nad osłabieniem i upadkiem
charakterów, brakiem ideałów, którym się wiek nasz odzna¬
cza. Zajmował się żywo wszystkiemi naukowemi, literackiemi
i społecznemi kwestyami, a nieraz też rzucał na papier w za¬
piskach swych codziennych głębokie polityczne poglądy. Oto
np. co pisze po zawartym pokoju między Francyą a Niem¬
cami: „Zginęła solidarność europejska, a na jej miejscu staje
jako zasada polityki: separatyzm, nieinterwencya i tak na¬
zwana lokalizacya każdej wojny w Europie wydarzającej się.
Tak więc odłożono znów na czas nieokreślony kwestyę
wschodnią, krzywdę polską, epilepsyę austryacką, amputacyę
duńską i coraz niebezpieczniej szerzone zabory rosyjskie.
Tym torem idąc, znajdzie się kiedyś Europa w położeniu
temsamem, w jakiem znalazła się Grecya wobec Filipa Ma¬
cedońskiego. Europy pogromcą będzie albo Rosya albo Ame¬
ryka... Po bacchanaliach sobkowstwa powszechnego, stara
		

/Sponsorzy_028_04_098_0001.djvu

			96
Europa przebywa peryod powszechnego osłabienia —niestety!
w przededniu może swej bitwy Cheronejskiej... Polska z Al-
zacyą i Lotaryngią, Litwa z kaukazkimi Czerkiesy i krym¬
skimi Tatary, radeby już powrócić do owycli pół-barbarzyń-
skich czasów, kiedy zdobywca zwykł był ograniczać prawa
dominium swojego na wymagania podatków i umiarkowanej
służby wojennej, a nietykał nigdy obyczajów, języka i wiary
ludów podbitych.“
W Samarze co sobota schodzili się u Czapskiego liczni
goście-wygnańcy, z przyjemnością uczęszczając na jego pry¬
watne i jakby rodzinne odczyty, na ożywioną i pouczającą
rozmowę, na niewyczerpane deklamacye; umiał bowiem Czap¬
ski na pamięć co najpiękniejsze utwory Mickiewicza i Kra¬
sińskiego i chętnie je w porywający sposób wygłaszał.
Serca wszystkich lgnęły do niego, a gdy w r. 1872 wyru¬
szył do Libawy, wskutek ułaskawienia przez cesarza, cała
Samara prawie, nietylko wygnańcy, ale i Moskale, co żyło,
wyległo na przystań, skąd z dziećmi miał statkiem po Woł¬
dze odjeżdżać.
Powrót swój w cywilizowane strony, zawdzięczał na-
j reszcie Czapski lir. Piotrowi Szuwałowowi, synowi Polki, Ale-
; ksandrowiczówny z domu, który wówczas pracował w III od-
| dziale, a później był ambasadorem w Anglii. Przez całe lat
kilka, podczas gdy specyalna niełaska monarsza zawisła nad
głową wygnańca, nosił zacny Rosyanin przy sobie wyrok
ułaskawienia Czapskiego i czyhał tylko na sposobność uzys¬
kania dlań podpisu autokraty. W 1872 r. przed samemi wiel-
kotygodniowemi rekollekcyami, Aleksander II był w osobliwie
dobrym humorze i żegnając wieczorem ulubionego ministra,
rzekł do niego: „Przebacz mi, jeżelim ci kiedy zawinił, jutro
rozpoczynam ćwiczenia duchowne, chciałbym się ze wszyst¬
kimi pojednać.“ — „Najjaśniejszy Panie! — zawołał minister,
który przez cały czas urzędowania swego nie opuścił ani
jednej sposobności przyjścia w pomoc nieszczęśliwym —
skoro tak wspaniałomyślnie jesteś usposobionym, naznacz tę
chwilę wielkim aktem miłosierdzia, oto ułaskawienie Edwarda
Czapskiego, niechżeż je Wasza Cesarska Mość podpisać ra-
		

/Sponsorzy_028_04_099_0001.djvu

			97
czy.“ Cesarz zmarszczył brwi, ale podpisał. I snać nie bez
przezwyciężenia przyszło mu wykonać ten drobny akt spra¬
wiedliwości względem jednej z milionowych ofiar jego pano¬
wania, bo gdy w pierwsze święto Wielkanocy ujrzał na
swych pokojach jednego z wysoko .postawionych krewnych
Czapskiego, nietylko węzłami krwi, ale i ścisłej przyjaźni
z nim połączonego, podszedł prosto ku niemu i z grożnem
spojrzeniem zapytał: „Cóż powiesz na to, że ułaskawiłem
tego zbrodniarza, tego łotra *), krewnego twego, Edwarda
Czapskiego?“ — „Najjaśniejszy Panie! — odparł śmiało za¬
gadnięty, nisko się pochylając w pełnym uszanowania ukło¬
nie — są zbrodnie, które nie licują z pewnemi nazwami“ 2).
Cesarz szybko się odwrócił i odszedł w inną stronę, i przez
dni kilka nie raczył spojrzeć na zbyt śmiałego dworzanina.
W Libawie całe grono dzieci swoich miał już przy sobie
Czapski: obydwaj synowie jego uczęszczali tam do szkół,
córki dalej się kształciły, a wiatr od południa przynosił wy¬
gnańcowi powiewy stron rodzinnych, niezbyt już oddalonych;
coraz częściej odwiedzali go też krewni i dawnych lat przy¬
jaciele. Ułaskawienie monarsze pozwalało mu przebywać
w całej Rosyi, z wyjątkiem tak zwanego siewiero-zapadnawo
kraja (północno-zachodniego kraju), nieszczęsnego teatru po¬
wstania ostatniego i krwawej jego represyi. Przez lat więc
kilka nie mógł zamieszkać na ukochanej Litwie, Warszawę
jednakże odwiedził już we wrześniu 1873 r. Gdy Żmudź
przejeżdżał w wagonie, brat jego Adolf witał go na stacyi
Szawlach; to zwróciło nań uwagę i stał się wnet przedmio¬
tem ogólnej ciekawości, patrzano nań „jak na człowieka,
któryby z grobu powracał między żyjących.“ Włos wygnańca
szronem był pokryty, lecz w duszy jego nie wygasła iskra
młodzieńczego zapału ; to też dziwiła go maska obojętności,
którą naród przywdział, oburzał się przeciw niej i z głębo¬
kim smutkiem spisywał swe wrażenia i rozmyślania w tej
podróży i latach następnych.
‘) Ce criminel, ce scélérat de cousin à vous.
a) Il y « certains crimes qui ne riment pas avec certains noms.
7
		

/Sponsorzy_028_04_100_0001.djvu

			98
„Fizyognomia miasta (Warszawy) zastosowana do współ¬
czesnych wymagań błyskotliwego przepychu i zapędnego
współubiegania się przemysłowego. Panem, et circenses rząd
hojnie rozdaje w m ak ad a m i z o w a nr cli ulicach, wiszących mo¬
stach, zieleniejących ogrodach i skwerach, w fontannach, ope¬
rach, baletach, cyrkach i paradach. Napisy ulic i szyldy
wszystkie błyszczą kirylicą. Wojska i oficerów wszędzie spo¬
tykam mnóstwo. Wyraz ogólny osób, z któretni się rozmijani,
raczej poważny i smutny, niż płochy i wesoły, jaki był pa¬
nujący w Warszawie od lat stu przeszło. W kościołach na¬
bożnie klęczą i modlą się, niby w katakumbach prześlado¬
wani chrześcianie. Mieszczaństwo średnie i pospólstwo, doroż¬
karze, słudzy hotelowi i Stróże, odznaczają się jakąś oprys-
kliwością, przed trzydziestu, a nawet piętnastu laty im obcą.
Mowa polska — wyrugowana, ze sądów i szkoły — jeszcze
żyje w kościele i teatrze, w gazetach, czasopismach i książ¬
kach, aż kiedyś stopniowo i stamtąd wyciśnięta, schroni się
w domowe zacisze, do ogniska rodzinnego, by chyba z niem
razem zagasnąć“ (r. 1873).
„Ci, którzy robili ostatnie powstanie w Królestwie, na
Litwie i Rusi (wolny jestem od tego ciężkiego zarzutu), uka¬
rani są usposobieniem, dziś powszechnem w kraju, tak po-
dobnem do paraliżu polityczno-moralnego... Po jedenastu
leciech pozostali w kraju patrzą na niedobitki bohaterów
i męczenników powstania z politowaniem, a wszelkie, by
najostrożniejsze przeciwdziałanie jawnym gwałtom, sama na¬
wet umiarkowana przeciw nim protestacya, uważaną jest na
Litwie za szaleństwo i manię niebezpieczną, bo tylko szkod¬
liwą... Upadek moralny idzie w ślad za upadkiem politycz¬
nym ; nie można tarzać się po ziemi, posoką zbryzganej, nie
można z pod deptających nóg zwycięzcy ostać się zwycię¬
żonemu w nieskazitelnej czystości i świetności wojownika,
który tylko nogą dotykał ziemi, ale nie padał jeszcze nigdy.
To też i dziwić się nie można przerażeniu powszechnemu
w kraju i temu podłemu usposobieniu poświęcenia wszyst¬
kiego dla miłej spokojności chwili obecnej... Odmiany syste-
inatu rządu w bliskim czasie spodziewać się nie można, wie-
		

/Sponsorzy_028_04_101_0001.djvu

			99
dząc, że Królestwo i polskie prowincye od lat jedenastu służą
najskuteczniej porządkowi publicznemu wszechrosyjskiemu,
jako deversorium, jako jama odpływowa do zlewania tędy
wszelakich nieczystości i brudów, w które tak obfituje offi-
cina Imperii. Ogromem swoim przerażająca ruina, w którą
cały nasz naród zapadł, pokrywa się coraz gęstszą warstwą
popiołu ostatecznego upokorzenia, zdaje się prawie, że iskra
wewnętrznego życia narodu już zagasła... bo po nad zimne
popioły osobistych korzyści i ogólnego poniżenia, nie podno¬
szą się już ku niebu cieple dymy wyższych poczuć, a choćby
tylko marzeń o sprawiedliwszej przyszłości. Sprawiedliwość
nieskazitelnej Opatrzności nic nie jest winna człowiekowi po¬
jedynczemu ani zbiorowemu, który sam z upadkiem swoim
się pogodził, który sam pracę dziejową zaniechał gwoli dzi¬
siejszego spokoju, który w ciemnej jaskini niewolnictwa
krząta się zapamiętale a wyłącznie o chleb codzienny, o wy¬
godę i bezpieczeństwo urojone tylko“...
„Nemezys dziejowa już w księgach swych zapisywała
nieraz imiona, które po latach wielu sama wykreślała, bo
znikały z ziemi, jako cień. Stopniowe wyludnianie ziemi pol¬
skiej i litewskiej, tj. znikanie ludzi miłości, tęskniących za
ojczyzną, strzegących światła, myśli, cnoty przodków, ludzi
wiernych zwyczajom ojczystym z ich karnością nieodzowną,
upadek powszechny stanu materyalnego tej klasy, która do¬
tąd innych nie miała tradycyj, jedno polskie, a która — na
naszą zgubę — sama jedna polski element na Litwie i Rusi
przedstawiała, a dotąd nie zdobyła sobie w ludzie sprzymie¬
rzeńca w takowem narodowem przedstawicielstwie, upadek
moralny, religijny i obyczajowy tych, co się jeszcze Polakami
być mienią—oto gońce ostatecznego wyroku... na wykreśle¬
nie imienia naszego z pocztu żyjących. A przecież wyrok
ten jeszcze nie zapadł, ani wolno było Kościuszce wyrzec
złowrogich słów tych: Finis Poloniae! — współcześni i naj¬
bliżsi jemu potomni zaprzeczali takiemu podaniu. Eksperyen-
cya dziejowa lat pięćdziesięciu ostatnich, dokonana na Grecyi,
Włoszech i Węgrzech, żywotność uciśnionej zawsze Irlandyi—
oto tyleż przekonywających dowodów, że w ostateczności,
		

/Sponsorzy_028_04_102_0001.djvu

			100
kiedy kweslya życia lub śmierci jakiego narodu na zegarze
dziejów wybija, nikt inny, jeno naród ten, sam, wyrok o sobie
wydaje i sam zań odpowiada. Pamiętajmy o tein!...“
„Do rozbitków strasznie podobni, jeszcze raz, i teraz
właśnie, naprężmy wszystkie siły nasze ostatnie, aby wśród
burzy utrzymać się na szczątkach rozbitego okrętu naszego,
zaciśnijmy potężnie usta, aby były czyste od wód gorzko-
slonycb materyalizmu wieku. Groźne ryki uraganów pansla-
wizmu rosyjskiego, piętrzących się w niebo i spychających
w otchłań, bałwany socyalno-komunistycznych przewrotów,
niech nie zagłuszają w n;is nieskazitelnego wyroku sumienia
narodowego. W ostatniej chwili niech miłość zwiąże w jedną
społeczność wszystkich tych, których prawa społeczne daw¬
niej na kasty rozdzielały.“
„Od czasu, jak uprzywilejowana część narodu bronić
kraju przestawała, najsprawiedliwiej należał się udział w po¬
siadaniu ziemi i równouprawnienie całemu ludowi polskiemu.
Rząd rosyjski skorzystał z tego peccatum omissionis szlachty,
oddał ludowi ziemię i prawa, które mu sami dać oddawna
powinniśmy byli. Ale czyż teraz jeszcze, po reformie wło¬
ściańskiej, niczem już z ludem szlachta podzielić się nie ma?
Dajmyż ludowi naszemu miłość całem sercem, dajmy to, czego
tępiciele imienia polskiego nigdy mu dać nie mogą. Ze¬
pchnięta z wyżyn władzy i bogactw, szlachta dawna i ci
wszyscy, którzy ją światłem i stanowiskiem zastępują, niech
utrzymają się na czele ludu, niech go prowadzą, aby zapom¬
niał wieki ucisku i przebaczył krzywdy swoje. A kiedy bez¬
bożna nauka wciela się w potwory coraz obrzydliwsze mię¬
dzynarodowej i wewnętrznej polityki, kiedy nietylko rządy,
ale i opinia, tak nazwana publiczna, największych dwóch
plemion, Rosyan i Niemców, jawnie urąga sprawiedliwości,
a czci samą tylko materyalną siłę — to Polska szukać musi
zbawienia w sile moralnej, by miłością i poświęceniem do¬
pełnić swego przeznaczenia“...
„Odrębność religijna, mocniejsza przecież i skuteczniej¬
sza dla uciśnionego narodu, niż wszystkie różnice tradycyi,
języka i obyczajów; skuteczniejsza nawet za dni naszych,
		

/Sponsorzy_028_04_103_0001.djvu

			101
kiedy tak snadno rządom narzucać nowe obyczaje, wypleniać
mowę ojczystą, przerabiać nawet prawa karności i obrzędy
wyznań rządzonych“ (r. 1874).
Takie-to zdrowe zapatrywania i wzniosie zasady, wy¬
powiadane z niesłychaną werwą, podziwiali w Czapskim
wszyscy, którzy mieli szczęście po powrocie z wygnania
zbliżyć się do niego. Wiek, ani przebyte koleje nie osłabiły
w niczem siły jego przekonań, nie odjęły przyrodzonej ży¬
wości. W 1875 r. objął na Litwie majątek macierzyński Swo-
jatycze i tam zamieszkał w starości pałac, w którym część
jego promiennego dzieciństwa była ubiegła. Tu oddał się
znowu z zapałem zawodowi ziemiańskiemu; rozmiłowany
w ogrodnictwie, przesadzał, szczepił i pielęgnował drzewka,
podobnie jak niegdyś nad Ingodą; zaszczepiał równocześnie
dokoła wiarę w ideały, ufność w lepszą przyszłość. Świeżość
jego umysłu wzbudzała dlań ogólne uwielbienie, porywające
mowy, przy różnych rodzinnych uroczystościach miewane, głę¬
boko wzruszały serca słuchaczów; pełen zamiłowania dla
poezyi, a wielkim darem deklamacyi obdarzony, łzy wyciskał
tym, przed którymi skarby swej pamięci roztaczał; zdumie¬
wał wiedzą wszechstronną, zapałem młodzieńczym, powagą
imponującą, a młode pokolenie z rzewnem uczuciem patrzało
na tę piękną, wyniosłą postać białowłosą, będącą typem daw¬
niejszych czasów.
Wobec rządu i jego sojuszników, do ostatniej chwili
życia śmiało występował, nie umiejąc ukryć oburzenia na
widok jawnych gwałtów i niesprawiedliwości, co niekiedy
strachem przejmowało świadków jego uniesień. Gdy pierwszy
raz po tjdoletniem wygnaniu wracał na ukochaną Litwę, na
stacyach kolei żelaznej raził go mocno urzędowy język ro¬
syjski, panoszący się wszędzie, podczas gdy ojczystym pol¬
skim zaledwie szeptać się ośmielała publiczność, zbyt pomna
na Murawiewowskie czasy, liaz zażądał przy bufecie her¬
baty.—Stakan czaju? ')—zapytała kelnerka po rosyjsku, a gdy
na powtórzone po polsku żądanie, po raz drugi przetłómacze-
1) Szklankę herbaty ?
		

/Sponsorzy_028_04_104_0001.djvu

			102
nie jego po rosyjsku usłyszał, zabrakło mu cierpliwości. —
„Gdy teu oto podróżny — rzekł, wskazując na siedzącego
opodal jenerała moskiewskiego — zbliży się do bufetu, to
mu stakan czctju proponujcie; ja żądam szklanki herbaty
i nie pozwolę, aby panny bufetowe rolę russyfikatorek wzglę¬
dem mnie pełniły.“ Obecni z przestrachem słów tych głośno
wypowiedzianych słuchali, truchlejąc o ich możliwe następ¬
stwa, których jednakże tym razem nie było.
Nie szczędził Czapskiemu Bóg dotkliwych ciosów i w ostat¬
nich, w porównaniu z przeszłością spokojniejszych latach ży¬
cia: stracił jednego po drugim obydwóch braci; ze starszym,
Maryanem, jak on wygnańcem i tułaczem, nie widział się
już na tej ziemi po wypadkach 1863 r. Szczęśliwie za mąż
wydawszy córki, opłakiwać musiał przedwczesny zgon młod¬
szego syna Edwarda w dwudziestym pierwszym roku życia,
i nieuleczalną chorobę starszego Floryana, której ostatecznego
kresu sam już nie doczekał.
Pod pozornym spokojem i swobodą zewnętrzną, głęboko
nurtująca boleść w duszy jego, wyrodziła w nim chorobę
sercową na Syberyi jeszcze Z latami wzmagała się ona, aż
wreszcie w połączeniu z zapaleniem płuc, położyła koniec
jego pracowitemu i pożytecznemu żywotowi w styczniu 1888 r.
Zachorował nagle w podróży u krewnych, z wielką poboż¬
nością przyjął SŚ. Sakramenta. Ostatnie słowa jego były,
wśród gorączkowego majaczenia powtarzane z niechęcią wy¬
razy: „Ach! ci panslawiści!... ci panslawiści“!... Snadż na¬
wet wśród walki ze śmiercią stawało mu jeszcze w oczach
niebezpieczeństwo, którego za życia tak bardzo dla ukocha¬
nej ojczyzny się obawiał. Pochowany został w Wilnie na
cmentarzu Rosą zwanym, gdzie spoczywa obok żony, z którą
go na 25 lat przed śmiercią rozłączyło okrucieństwo Mura-
wiewa. Lakoniczna wzmianka w dziennikach o jego zgonie
i pogrzebie, bez wszelkich nekrologicznych dodatków, oznaj¬
miła Litwie stratę jednego z najzacniejszych jej obywateli.
Ciężkiem było życie Edwarda Czapskiego; przebył on
Gehennę Sybiru, wycierpiał wszystkie upokorzenia i wszyst¬
kie tęsknoty, doznał wszelkich pokus, które są udziałem po-
		

/Sponsorzy_028_04_105_0001.djvu

			niewolnycli tej krainy mieszkańców, nigdy jednak wśród
tego najgłębszy jego smutek nie przechodził w beznadziejny
pessymizm, nigdy z ust jego nie wydarł się okrzyk, będący
piekła, ale nie czyśćca godłem: Lasciate ogni speranza...
Gorąca wiara była mu gwiazdą przewodnią i w najstraszniej¬
szych chwilach brouił się przeciw rozpaczy pokornem powta¬
rzaniem następujących słów z hymnu św. Ambrożego: In te,
Domine, speravi — non confundar in aeternum! Te słowa
były godłem jego w latach męczeństwa; niemi krzepił upa¬
dającego ducha, one też powinny jako napis wyryte być na
jego grobie, jak są spuścizną jego ducha dla nas, przypo¬
minających tu jego żywot. A gdy czasem i nam się wydaje,
że boleści naszych przebrała się już miara, że ciemność jedynie
i wieczna ciemność przed nami panuje, pamiętajmy, że jest
Bóg, który łzy nasze ciągle liczy i powtarzajmy tylko z dzie¬
cięcą ufnością: In te, Domine, speravi — non confundar in
aeternum.
		

/Sponsorzy_028_04_106_0001.djvu

			Biblioteka Główna UMK
(inninniuniiiiiNiiinniiuiiiiiiiiii
300046729223