/Magazyn_102_06_001_0001.djvu

			Biblioteka I
UMK
Toruń
		

/Magazyn_102_06_004_0001.djvu

			
		

/Magazyn_102_06_005_0001.djvu

			SZMAT ZIEMI I ŻYCIA.
		

/Magazyn_102_06_006_0001.djvu

			
		

/Magazyn_102_06_007_0001.djvu

			SZMAT ZIEMI I ŻYCIA...
OPISY I WSPOMNIENIA
Z PRZEDMOWĄ CZESŁAWA JANKOWSKIEGO
WILN O
SKŁAD GŁÓWNY W KSIĘGARNI GEBETHNERA I WOLFFA
W WARSZAWIE I W WILNIE
19 2 8
		

/Magazyn_102_06_008_0001.djvu

			TŁOCZONO W DRUKARNI „LUX”, WILNO, PORTOWA 7
		

/Magazyn_102_06_009_0001.djvu

			początkach tegorocznego lata otrzymałem, podznaczony her-
bozuym pseudonimem „Nałęcz” sporego rozmiaru rękopis
„dla przejrzenia", jako zawierający niektóre mogące mnie
zainteresować fakty i wiadomości a pochodzące bezpośrednio z naj-
wiarogodniejszego źródła.
Przypuszczenie było najzupełniej trafne. Wystarczy powiedzieć, że
rękopis, będący rodzajem pamiętnika, zawierał mnóstwo materjału od¬
noszącego się do dziejów Oszmiańszczyzny, czyli tych właśnie stron,
które sercu memu są najbliższe. Jedynie, niestety, w mowie niemieckiej
istnieje wyraz specjalny—die Heima t—dla określenia stron rodzin¬
nych, co w ukochaniu ludzkiem tak się mają do Ojczyzny—das Va-
terland—jak np. najbliższe rodzeństwo do ogółu rodaków. Rękopis,
który mi dano w ręce, wskroś był przepojony chwytającą za serce mi¬
łością właśnie stron rodzinnych, miłością tem wyższej próby, że nieja¬
ko nabytą po osiedleniu się na Oszmiańskiej ziemi *). Tchnął tez rękopis
gorącem, jakby jakiemś żywiołowem przywiązaniem do ziemi; każdy
w nim frazes układał się samorzutnie jakby w rytm najrdzenniej z i e-
miańskich, tradycyjnych uczuć, w rytm ziemiańskiej ideologji, zie¬
miańskiego światopoglądu. Nietykalność ziemskiej fortuny rodowej; jej
dziedziczność; z pokolenia w pokolenie przekazywane poczucie, że prawy
ziemianin, choćby życie całe przebujał po szerokim świecie, w grób po¬
winien położyć się tam, gdzie stała jego kolebka—oto lej tmotywy,
którem zastał winące się po rękopisie, mnie powierzonym, jakby jakie
złote nici jakiegoś pięknego, staroświeckiego, słuckiego pasa.
Wszystko tam było w onym pamiętniku... wszystko, co „klejno¬
towi szlacheckiemu' nadaje heraldyczną autentyczność, wszystko aż do
*) Mam tu na myśli p. margrabinę Janinę z hr. Ostrorogów-Sadowskich
Umiastowską.
		

/Magazyn_102_06_010_0001.djvu

			rozłożystych konarów genealogicznych drzew, wrosłych oczywiście ko¬
rzeniami w „niepamiętne czasy”.
Bił też z rękopisu rozmach nietylko pióra, trzymanego w ręku
wcale mocno, lecz i rozmach myśli, śmigającej prostemi linjami jakichś
jakby karabelowych cięć. Jednocześnie zaś czuć było jak pióro, oder¬
wawszy się od pełnych blasku wspomnień, bierze impet hazardu aby
nie zadrżeć wobec—„dziwnej czasów przemiany”. Zadrżeć? Przenigdy!
Niech się dzieje, co ma się stać, aby tylko pamięć nie zagi¬
nęła o tem, co było! Jeżeli pogrzebaną być ma PRZESZŁOSC,
w gruzy rozbita, niechże stanie się to przy jaknajdonośniejśzem biciu
we dzwony i niech pomnik nie byle jaki stanie nad mogiłą — aby po
wieki wieczne pamiętano, że wielki pan zeszedł z tego świata!
*
Rękopis, rozpadający się najwyraźniej na część historyczną
i część pamiętnikową, poprzedzał krótki wstęp zatytułowany cha¬
rakterystycznie: „Ze skazanego na zagładę świata. O tem, co ginie
i o tych, co odeszli”.
Oto z owego wstępu okresów para:
„Po wszechświatowej wojnie, gdy powstała znowu wymarzona,
wyczekiwana, odrodzona Polska, sejm wprowadził w 1920-tym roku
w czyn: reformę rolną, stosując ją najpierw na t. zw. Kresach. To
zmusiło właścicieli większych majątków na dawnej Litzuie do ich par¬
celowania.
A te wielkie fortuny ziemskie powstały po większej części z pra¬
cy, zapobiegliwości i oszczędności całego szeregu pokoleń. Nieraz całe
pokolenia broniły wśród naj trudniej szych okoliczności, ciężkie ponosząc
ofiary, ziemskich swoich majątków rodowych, aby ich wróg żaden nie
tknął. Całe szeregi pokoleń żyły i pracowały na swoim zagonie pod¬
trzymywane nadzieją, że siedziby ich znajdą się kiedyś znowu bez¬
pieczne i nietknięte we własnem państwie narodu polskiego, we wskrze¬
szonej Polsce. I oto powstała znów Polska... wszelako nowy rząd pol¬
ski postanowił zniszczyć to, co pokolenia przechowały i uratowały.
Przykład mamy przed oczami: wielką ziemską fortunę w Osz-
miańszczyźnie oddziedziczoną przez margrabinę na Zemłosławiu Umia-
		

/Magazyn_102_06_011_0001.djvu

			— 7 —
i
słowo-Umiastowską po mężu hrabim Władysławie Umiasłowskim. For¬
tuna ta, dzięki nowemu układowi warunków i okoliczności, zniknie
z powierzchni kraju. A wielki ten szmat ziemi powstał—jak zobaczy¬
my—z pracy i oszczędności całego szeregu pokoleń.
Znikną warsztaty pracy, gdzie włościanie z sąsiednich wsi, dobrze
zarabiając, brali dobry przykład we wszystkiem, uczyli się porządku
i gospodarstwa, ulepszali i ozdabiali swoje chaty, obsadzali je sadami,
słowem wzbogacali się, jak to widać do dziś dnia z dobrobytu okolicz¬
nych włościan. Znikną nietylko warsztaty pracy ale i źródła, które do¬
starczały miastom i krajowi najpotrzebniej szych do życia produktów;
zniknie produkcyjna siła gospodarcza, której nigdy małe gospodarstwa
nie zastąpią. Zniknie życie patryarchalne po dworach wiejskich. Znikną
piękne siedziby, starożytne dwory, stanowiące zagranicą nietylko ozdo¬
bę lecz i bogactwo kraju.
Rozpada się u nas i rozdrabnia to, co piękność i bogactwo kraju
stanowiło. Z głębokim żalem patrzymy na to... Niech choć wspom¬
nienie zostanie o tem, co... idzie na zagładę, tudzież o tych, co ztąd
odeszli pozostawiwszy tu ślad ciężkiej nieraz i żmudnej pracy dla do¬
bra Ojczyzny".
Wstęp zamyka strofa z wiersza Teofila Gautiera wyjęta:
Dla mych więc zmarłych, dla nieboszczyków
Wiersze w pęk zwijam nieśmiertelników,
Krzyże z nich kuję, filary,
Posąg anioła, który przy grobie
Stoi schylony w niemej żałobie,
Roniąc łzy ciche do czary...
*
Rękopis zawierał opis tudzież dzieje wprawdzie jednej tylko ziem¬
skiej fortuny na Wileńszczyznie, pięknej i rozległej gdyż aż w Miń-
szczyznę sięgającej, lecz jakże bardzo charakterystyczne dzieje, rzuca¬
jące światło na analogiczne losy jakiegoż mnóstwa ziemskich fortun
w nowej Polsce! Pamiętnikowa część rękopisu sięgała daleko po
za widnokrąg jednej w Oszmiańszczyżnie majętności ziemskiej, zawie-
*
		

/Magazyn_102_06_012_0001.djvu

			— 8 —
rając niejeden ciekawy i cenny przyczynek do obyczajowego
obrazu naszego ziemiaństwa z drugiej potowy minionego stulecia. Wre¬
szcie dodane do rękopisu i tworzące z nim całość nierozdzielną doku¬
menty wydały mi się być również cennemi chociażby tylko przyczyn¬
kami do materjałów, któremi przyszły historyk nie pogardzi.
Względy te wszystkie zdecydowały mię doradzać wydanie rę¬
kopisu w kształcie książki zaopatrzonej w ilustracje, w wizerunki i wi¬
doki — a bez najmniejszych zmian w tekście, tylko nadając układowi
całości porządek możliwie chronologiczny, tudzież nieodzowną przej¬
rzystość.
Tak się też oto i stało. Po zarysie rodowodu Umiastowskich idą
kolejno dzieje poszczególnych majątków, których imponujący kompleks
stanowił ziemską fortunę Władysława hr. Umiastowskiego: więc dzieje
Klewicy, Zemłosławia, Konwaliszek, Giełoż, Doubuciszek z przyległo-
ściami w powiecie Oszmiańskim, a Puziniewicz, Koszelewa, Niańkowa
też z przyległościami w Mińszczyznie. Również na plan pierwszy
występują wizerunki kolejnych tych majętności dziedziców, a wspom¬
nienia osobiste margrabiny Janiny z hr. Ostrorogów-Sadowskich Umia-
stowskiej niemało dodają ożywienia i urozmaicenia suchej, z natury
rzeczy, dokumentalnej naracji.
Książka, do której wydania udało mi się rękę przyłożyć, jest peł¬
nym pietyzmu pomnikiem. Z takich pomników uczą się potomni prze¬
szłości własnego kraju. A słowo jest po nad spiż trwalsze! Po zró¬
wnanych z ziemią gmachach, po zoranych polach, po zniweczonej kul¬
turze zostaje Słowo—co jak nieśmiertelny rapsod Homera mówi wciąż
i mówi o Troi, której nie pozostało śladu lub o ludziach, co żyli
choćby przed tysiącami lat.
CZESŁAW JANKOWSKI.
Wilno. Grudzień. 1927.
		

/Magazyn_102_06_013_0001.djvu

			VMIASTOWSCY
Herb Roch III-ci
		

/Magazyn_102_06_014_0001.djvu

			PIERZ CHAŁÓW - UMIASTOWSKICH
RODOWÓD.
		

/Magazyn_102_06_016_0001.djvu

			Protoplastą Pierzchałów - Umiastowskich herbu Roch III-ci był
w 1238-ym roku comes Rościsław, od którego, jak widać z do¬
kumentów, pierwszymi z comesów Pierzchałów - Umiastowskich
byli Wojciech-Albrecht i Mateusz, wnukowie Tomasza Pierzchały-
Umiastowskiego. Od posiadanej pod Warszawą dużej, starodawnej majęt¬
ności Umiastowo, wzięli sobie w roku 1430-ym nazwisko Umiastow-
ski J). Z rozmaitych aktów widać, że Umiastowscy oprócz Umiastowa
posiadali w XV-ym wieku wiele innych osad i wsi na Mazowszu,
w Szwecji, na Inflantach, a następnie na Litwie.
Po rodzonych braciach Wojciechu-Albrechcie i Mateuszu pozo¬
stało liczne potomstwo, z którego syn Wojciecha-Albrechta Jan Umia-
stowski, brat Stanisława, oddziedziczywszy po ojcu znaczne kapitały,
kupił w 1531 r. rozległy majątek Klimonty i zaczął podpisywać się
z Klimont Umiastowski. Był on w prostej linji protoplastą Umiastow¬
skich osiadłych na Litwie, jak świadczą Niesiecki, Kojałowicz i Ko¬
siński. Ożeniony z Marjanną Krassowską, wnuczką słynnego bogacza,
Mikołaja kasztelana wiskiego, zostawił trzech synów: Piotra, Wojcie¬
cha i Jana.
Piotr był doktorem filozofji i medycyny, które studjował w Kra¬
kowie i w Paryżu. Był znakomitym lekarzem i autorem wielu dzieł.
Słynął też z miłosierdzia; biednych leczył darmo i hojnie wspierał.
Umarł w 1600 r. pozostawiwszy znaczny majątek swemu bratu Janowi.
Ów Jan Pierzchała z Klimont Nandelstaedt - Umiastowski2), nie¬
pospolicie skrzętny i gospodarny, miał oddziedziczone, nabyte w 1583 r.
duże posiadłości Dukszniany i Jurkowlany w pow. Oszmiańskim3).
Kupił też około 1583 r. rozległe majątki na Inflantach z miastem i re¬
zydencją Nandelstaedt pod Rewlem, wskutek czego następcy jego
*) „Akta Warszawskie” 1430—1450. Kosiński, Niesiecki i Kojałowicz.
2)	Kojałowicz, Niesiecki. Encyklopedja Orgelbranda t. XXVI.
3)	Jak świadczy dokument oryginalny znajdujący się w zbiorach p. Bronisława
Umiastowskiego.
		

/Magazyn_102_06_017_0001.djvu

			— 12 —
podpisywali się z Klimont Nandelstaedt Pierzchała-Umiastowscy. Miał
czterech synów: Eustachego, Franciszka, Krzysztofa-Michała i Jana-
Kazimierza, najstarszego z braci.
Jan-Kazimierz, piszący się stale Pierzchała z Klimont Nandel¬
staedt Umiastowski, sekretarz królewski w 1612 r., cześnik w 1616 r.,
sędzia ziemski w 1646 r. na
§ ostatek podkomorzy brzesko-
litewski, mąż niepospolitych
zdolności, nauki i wymowy,
marszałek Izby Poselskiej,
odziedziczył po ojcu w 1646 r.
obszerne majątki na Inflantach
z miastem Nandelstaedt i zapi¬
sany został do szlachty szwedz¬
kiej oraz inflandzkiej. Jako
marszałek sejmu w 1653 r.
elekcję Jana-Kazimierza pod-
| pisał. Wspomina o nim Nie-
siecki z wielkiemi pochwałami.
Żonaty był z Halszką ksi꿬
niczką Ogińską i zostawił po
sobie syna Jana-Fabjana. Syn
Jana-Fabjana, Ernest-Wilhelm,
posiadał znaczne dobra na In¬
flantach. Osiadł w ojczyźnie
swoich przodków w Polsce
w 1684 r. w kupionym od An¬
toniego Antoszewskiego ma-
Zostawił dwuch synów: Jana-
JAN KAZIMIERZ UMIASTOWSKI
sekretarz królewski, marszałek sejmu
w 1653.
jątku Szakarnia w powiecie Upitskim.
Korneljusza i Jana-Hieronima.
Jan Hieronim Pierzchała z Klimont Nandelstaedt Umiastowski,
wnuk Jana Fabjana, prawnuk Jana Kazimierza, służył w przybocznej
gwardji króla Augusta II. Cześnik wołyński w 1762 r. major artylerji,
a zarazem zapalony gospodarz, powiększył znacznie swoją ziemską
fortunę kupując majątek na Litwie od Stefana Kuncewicza Opitę-
Talkowszczyznę w 1760 r., a w 1764 r. Zarańkowszczyznę. Umarł
w sile wieku w 1769 r. Zostawił pięciu synów: Jana, Marcina, To¬
masza i Jakóba (Antoni młodo zmarł), którzy w 1798 r. jako osied¬
leni na Litwie, do szlachty b. gubernji Wileńskiej zostali zaliczeni.
Jan otrzymał po ojcu Zarańkowszczyznę i Opitę - Talkowszczyznę
		

/Magazyn_102_06_018_0001.djvu

			— 13 —
w pow. Oszmiańskim. Opitę odziedziczyli jego spadkobiercy, a Za-
rańkowszczyznę sprzedał.
Jeszcze koło roku 1876-go mieszkała w Opicie-Talkowszczyźnie Hi-
iarowa Umiastowska w mocno podupadłym rezydencjonalnym domu. Mar¬
szałek Władysław Umiastowski z Żemłosławia wybudował dla niej swoim
kosztem porządny bardzo dom nowy. Po jej śmierci synowie Talkow-
szczyznę w latach 1880 rozparcelowali, dom mieszkalny gdzieś prze¬
niesiono i śladu już dziś majątkowych zabudowań w Talkowszczyź-
nie niema.
Jeden z synów Jana Hieronima Jakób comes Pierzchała z Kli-
mont Nandelstaedt Umiastowski ur. w 1764 r. zm. 18 grudnia 1809 r.
w Żemłosławiu, posiadał już w 1790 r. Giełoże i Dowbuciszki z przy-
ległościami w pow. Oszmiańskim, a w 1786 r. kupił majątek Klewicę
z przyległościami. W r. 1807 nabył majątek Żemłosław z przyległo-
ściami i tam zamieszkał. Następnie kupił majątek Kwiatkowce z przy¬
ległościami oraz lasami tudzież miasteczko Sobotniki. Był jednogłośnie
wybrany marszałkiem powiatu Oszmiańskiego w r. 1800.
Brat jego Jan posiadał w pow. Oszmiańskim Opitę-Talkowszczy-
znę i Zarańkowszczyznę, a brat Tomasz Umiastowski posiadał majątek
Berdowszczyznę z folwarkami, czyli że w 1809 r. znaczna część po¬
wiatu Oszmiańskiego była w rękach Umiastowskich jeszcze przed
przemarszem armji Napoleona przez Oszmianę.
Tyle niech tylko będzie — dla orjentacji czytelnika — najsumarycz-
niejszego zarysu rodowodu Pierzchałózo-Umiastowskich, zaczerpniętego
z dziel najwybitniejszych naszych heraldyków, jak Paprocki, Kojalowicz,
Niesiecki, Kosiński i inni, tudzież z dzieła „Powiat Oszmiański. Ma-
terjaly do dziejów ziemi i ludzi“ Cz. Jankowskiego.
		

/Magazyn_102_06_020_0001.djvu

			KLEWICA I JEJ DZIEJE
		

/Magazyn_102_06_021_0001.djvu

			I
I
		

/Magazyn_102_06_022_0001.djvu

			PIERWSZY DZIEDZIC K LEWI CY JAKÓB
UMIASTOWSKI
W glebę rodzinną na posiew świeży
Rzucone ziarno błogo się pleni...
akób Comes Pierzchała z Klimont Nandelstaedt Umiastowski, ur.
w 1764 r. był wnukiem Ernesta Wilhelma, który pierwszy z Pierzcha-
łów z Klimont Nandel¬
staedt Umiastowskich
nabył w 1684 r. w powiecie
Upitskim majątek Szakarnię,
a synem był Marjanny Ba-
gieńskiej i Jana Hieronima,
który kupił w powiecie Osz-
miańskim w 1764 r. dwa ma¬
jątki: Opitę-Talkowszczy-
znę i Zarankowszczyznę.
Poświęciwszy się za-
młodu służbie obywatelskiej,
piastował, już mając zale¬
dwie 23 lata w 1760 r. urząd
komornika granicznego lidz-
kiego. Dźwiga się szybko
na szczeble urzędów: jest
sędzią grodzkim oszmiań-
skim w 1789, a sędzią ziem¬
skim w 1792. Gorliwie po¬
pierał w swym powiecie U-
stawy Sejmu Czteroletniego
i odwodził współobywateli
od łączenia się z konfede¬
racją Targowicką. Po upadku Kraju, powszechnie poważany, jedno¬
myślnie powołany został w 1800-ym roku przez szlachtę oszmiań-
MARS Z ALEK JAKÓB UMIASTOWSKI.
(Kopja obrazu olejnego).
		

/Magazyn_102_06_023_0001.djvu

			— 18 —
ską na najwyższy urząd marszałka oszmiańskiego. Był ożeniony z Anną,
córką Krzysztofa księcia z Kozielska Puzyny i Marjanny z hrabiów
Judyckich księżnej Puzyniny, ostatniej swego rodu.
Posiadając po ojcu swoim znaczną sumę pieniędzy, za radą star¬
szego brata Tomasza, będąc sam praktycznym i pracowitym, zaczął
skupować w powiecie Oszmiańskim majętności ziemskie i posiadał już
około 1700 r. Giełoże, pojezuicki majątek, kupiony od Dybowskiego
z pięknym lasem, pięknie położony, z dobrą ziemią; dalej Doubuciszki,
bardzo pięknie położone o 4 wiorsty od miasteczka Dziewieniszek,
z dobrą glebą, na której rosną dęby, z dużym młynem, z dużym sta¬
wem zarybionym, obfitym w pstrągi.
KLEWICA.	Aleja wiodąca do dworu.
W r. 1796 kupił, razem z bratem Marcinem do połowy, Klezuicę
z przyległościami od Wincentego Grabskiego w pow. Oszmiańskim.
W pćł roku potem Marcin, który nie lubił rolnictwa, odstąpił i drugą
połowę Klewicy Jakóbowi, przez co cała Klewica stała się w 1796-ym
roku własnością niepodzielną Jakóba.
Do Klewicy należały wtedy wsie: Lepie, Koczany, Zarzeczany,
Borcie i inne.
W 1805 r. kupił Jakób Umiastowski Zemłosław i tam się przeniósł.
Umarł Jakób Umiastowski 18 grudnia 1809-ym roku.
Klewica w powiecie Oszmiańskim leży nad rzeką Klewą wpa¬
dającą do spławnej rzeki Gawji.
		

/Magazyn_102_06_024_0001.djvu

			— 19 —
Ziemia dobra, żyzna, łąk poddostatkiem, lasy bardzo piękne, zwa¬
ne puszczą Klewicką. Klewica leży o 20 wiorst od Oszmiany, 28 wiorst
od stacji kolei Bieniakonie, o 14 wiorst od handlowego miasteczka
Dziewieniszki z kościołem i pocztą. Okolica bardzo ładna.
Klewica jeszcze dotąd robi wrażenie pańskiego dworu z ładnym,
dużym chociaż drewnianym domem mieszkalnym wstaropolskim stylu,któ¬
ry z biegiem czasu, jak widać, przerabianiami zeszpecony został. Jeszcze
w 1922 r. okna duże były wszędzie, parkiety w pokojach, piece bar¬
dzo ładne; dom suchy, ciepły z bardzo dużym ładnym gankiem o cha¬
rakterystycznych słupach, co dawało domowi pałacowy wygląd. Po
bokach były dwie duże, okazałe oficyny. Wszystko otoczone jest sa¬
dami, lipowemi i klonowemi staremi alejami, łączącemi dwór z lasem
tuż położonym, jakby z parkiem.
Kościół parafjalny w Graużyszkach o 10 wiorst, fundowany był
z drzewa, z lasów Klewickich przez Jakóba Umiastowskiego, a w samej
Klewicy jest kościołek drewniany należący do dworu, po dziś dzień
istniejący, wzniesiony przez marszałkową Annę Umiastowską.
m
DWÓR W KLEWICY.
		

/Magazyn_102_06_025_0001.djvu

			MARSZAŁKOWA ANNA
„Błogosławieni mitosierni,
albowiem oni miłosierdzia dostąpią”.
Marszałkowa Anna Jakóbowa z comesów z Klimont Nandelstaedt
Pierzchała Umiastowska, urodzona w 1764 roku, zmarła 31 gru¬
dnia 1851 r, była córką księcia Krzysztofa z Kozielska Puzyny
i Marjanny z hrabiów Judyckich. Pani to była wielkich zalet,
niezwykłego rozumu iser-
Bca. Bardzo starannie wy¬
chowywała córkę Teklę,
późniejszą marszałkową
Marcinową Ważyńską
oraz trzech synów: Anto¬
niego, Ludwika i Kazimie¬
rza, których byłaopiekun-
ką, a opiekunem ich był
brat męża sędzia Tomasz
Umiastowski.
Do czasu przyjścia do
pełnoletności synów mie¬
szkała marszałkowa Anna
w Żemłosławiu. Następ-
nie, stosownie do zosta¬
wionych przez męża roz¬
porządzeń, podzieliła mię¬
dzy synami majątki, a mia¬
nowicie: najstarszy An¬
toni otrzymał majątek
Kwiatkowce w powiecie
MARSZAŁKOWA ANNA UMIASTOWSKA. Oszmiańskim z przyległo-
(portret olejny nieznanego artysty).	. pobUzkie m;aste_
czko Subotniki ze wszystkiemi domkami i gruntami oraz młynem i lasem,
drugi syn Ludwik otrzymał Żemłosław z przyległościami, a trzeci, naj-
		

/Magazyn_102_06_026_0001.djvu

			— 21 —
młodszy, Kazimierz najmniej otrzymał, bo tylko folwark Kazimierzowo
osobno leżący, gdyż z czasem po śmierci matki, Anny Umiastowskiej,
miał otrzymać Klewicę.
Sama zaś marszałkowa Anna przeniosła się na rezydencję do Kle-
wicy, gdzie miała swój kościołek i stałego kapelana zakonnika staru¬
szka, który jeszcze za czasów posiadania Klewicy przez ś. p. Alberta
Umiastowskiego u niego rezydował i w Klewicy umarł.
KOŚCIOŁEK W KLEWICY.
Była to nietylko rozumna, ale i nabożna, dobroczynna pani.
W czasie wszechświatowej wojny zniszczony został w Zemłosła-
wiu obraz ofiarowany jej przez szanujących ją bardzo sąsiadów, co
prawda nieudolnej roboty, ale miły przez swoją treść, przedstawiający
dwór w Klewicy otoczony kalekami, nędzarzami, a na ganku marszał-
kową Annę rozdającą jałmużnę. U dołu malowidła widniał napis: „Nikt
nie odejdzie od progu dworu Klewickiego bez jałmużny, porady, lub
słowa pociechy”.
A
		

/Magazyn_102_06_027_0001.djvu

			— 22 —
Była marszałkowa gospodarną i mądrze oszczędną, ale podobnie jak
zmarły jej małżonek, marszałek Jakób, lubiła wszystko co piękne i wytworne.
Spędzała kilka zimowych miesięcy w Wilnie w domu swoim przy
ul. Dominikańskiej 13, gdzie wspaniałe jej salony i przyjęcia były znane
jak niemniej piękne jej konie u karety. O pewnej godzinie widywano
je codziennie przed kaplicą Matki Boskiej Ostrobramskiej, gdzie mar¬
szałkowa słuchała mszy świętej.
Zycie zakończyła w Klewicy i pochowaną została przy mężu,
w grobach rodzinnych, w kościele parafjalnym w Subotnikach.
W Klewicy też trzymała ulubione przez nią piękne konie i ekwi-
paże. Starzy ludzie opowiadali, między nimi wierny jej kucharz, który
służył trzem pokoleniom w Zemłosławiu, Józef Hryniuk, ze wsi żemło-
sławskiej, Dobrowlany, że staruszka marszałkowa Anna w niedziele
i święta przyjeżdżała do dzieci do Żemłosławia „świecącą” dużą karetą
we cztery konie, z furmanem i dwoma hajdukami z tyłu na desce stoją¬
cymi w liberji, w białych rękawiczkach i w białych pończochach.
Całość klucza majątku Klewica już jest rozparcelowana, tylko
w ośrodku majątku mieści się obecnie zarząd posiadłości margrabiny
Umiastowskiej. Gdy w leśniczówce Giełoże stanie nowy budynek miesz¬
kalny, zarząd dóbr margrabiny ma być tam przeniesiony, poczem zaraz
zamierza margrabina Umiastowska podarować ośrodek Klewicy Brat¬
niej Pomocy Akademików w Wilnie na Kolonię Odpoczynkową.
KOŚCIÓŁ W DZ1E WIENISZKA CH.
		

/Magazyn_102_06_028_0001.djvu

			KLEWICA W POSIADANIU ALBERTA
UMI ASTOWSKIEGO
1 nie wiem co milsze nad ludzkie wejrzenie?
Co czystsze nad wodę przeczystą?
Co lepsze nad dobre u ludzi wspomnienie?
Co droższe nad ziemię ojczystą?
Teofil Lenartowicz.
lbert-Florjan comes z Klimont Nandelstaedt Pierzchała Umia-
tstowski urodzony 4 maja 1840 r. zmarły 1 stycznia 1876 r.,
często podpisywał się Nandelstaedt-Umiastowski od majęt¬
ności przodków Nandelstaedt, na Inflantach położonych.
Babka jego marszałkowa Anna Umiastowska po śmierci swej
»	w 1851-szym roku nastąpionej, zostawiła Klewicę swemu najmłodszemu
synowi marszałkowi Kazimierzowi Umiastowskiemu, a gdy syn jego
Albert skończył nauki, otrzymał Klewicę na rezydencję. Kształcił się
w Liceum cesarskiem w Petersburgu.
Był to młodzieniec nad wyraz inteligentny, urodziwy, towarzyski
i wesoły; dużo miał przyjaciół, a najulubieńszą jego rozrywką było
polowanie, które często uprawiał w Klewicy z sąsiadami.
Matka wysłała go do Nicei, bo był szczupły a bardzo wysoki, więc
obawiano się o jego zdrowie. Tam się zajmował numizmatyką, bibljofil-
stwem oraz zbieraniem starożytnych sztychów, a gdy wrócił do Wilna,
zamiłowaniu temu oddał się całą duszą. Zebrał z trudem bardzo cenną
bibljotekę, pełną rozmaitych naukowych i poważnych dzieł (wśród nich
wiele łacińskich), między któremi niejeden jaśniał t. zw. biały kruk.
Księgozbiór prezentował się i nazewnątrz okazale. Oprawy książek,
w skóry i pergaminy, sporządzane były pod osobistym kierunkiem dzie¬
dzica Klewicy.
Albert Umiastowski wcześnie zmarł, nieżonaty, w Wilnie, w do¬
mu matki swej przy ulicy Trockiej 19, jeszcze za jej życia. Pochowany
został w grobach rodzinnych w parafjalnym kościele w Subotnikach,
gdzie nazwisko jego upamiętnia w kościele płyta czarna marmurowa,
		

/Magazyn_102_06_029_0001.djvu

			— 24 —
którą sam wybrał za życia, a będąca kopją tablicy Św. Kazimierza
na zewnętrznej ścianie Bazyliki wileńskiej.
Po śmierci Alberta Umiastowskiego bibljoteka Klewicka przyłą¬
czoną została do zbioru książek ś. p. Władysława Umiastowskiego
w Żemłosławiu. Skatalogował ją i ostatecznie uporządkował w óśmiu
ogromnych szafach dę¬
bowych ksiądz profesor
Dembiński ze Lwowa.
Niestety, bibljoteka
żemłosławska wraz z całą
ruchomością znajdującą
się w pałacu, zrabowana
została w czasie 3-let-
niego pobytu Niemców
w pałacu żemłosławskim
i dwukrotnego w nim
przebywania bolszewi¬
ków, a także przez dwor¬
skich parobków i okolicz¬
nych włościan, szukają¬
cych w książkach pie¬
niędzy.
Posiadał też Albert
Umiastowski kilkanaście
cennych obrazów szkoły
francuskiej i holender¬
skiej, które za życia swe-
ALBERT UMIASTOWSKI go odstąpił bratu swemu
(z olejnego obrazu).	Władysławowi, posiada¬
jącemu także kilkanaście
cennych obrazów, (obecnie są własnością margrabiny Janiny Umiastow-
skiej, która zamierza je zapisać dla Muzeum Narodowego w Warsza¬
wie bo Towarzystwo Przyjaciół Nauk w Wilnie już prawie niema miejsca
na obrazy). Część obrazów zginęła przy rabowaniu Zemłosławia, reszta
ocalała, jako znajdująca się wtedy w Warszawie, w mieszkaniu mar¬
grabiny. Drobne przedmioty wartości artystycznej zgromadzone w cza¬
sie pożycia ze ś. p. hr. Władysławem Umiastowskim, a które udało się
uratować w czasie wojny wszechświatowej, zamierza margrabina zapi¬
sać Towarzystwu Przyjaciół Nauk w Wilnie.
		

/Magazyn_102_06_030_0001.djvu

			BERDOWSZCZYZNA W DZIEDZICTWIE
UMIASTOWSKICH
		

/Magazyn_102_06_032_0001.djvu

			Tomasz comes z Klimont Nandelstaedt Pierzchała-Umiastowski
mąż sprawiedliwy i mądry, urodzony w 1760 r. zmarły 5 kwiet¬
nia 1822 roku, był synem Jana-Hieronima, a bratem Jakóba.
Regent ziemski lidzki i oszmiański w 1782 r., regent Trybunału
Głównego Litewskiego w
1792 roku, sędzia ziemski
oszmiański w 1806 r., osta¬
tecznie prezes Sądów Głó¬
wnych Litewskich, był nie¬
zmiernie zdolny, znał dosko¬
nale prawo i napisał dzieło
„Proces Litewski”, które
przez czas długi uchodziło
w palestrze za kodeks nie¬
zachwiany. W 1798 r. był
deputatem wywodowym.
Niezmiernie pracowi¬
ty a zamiłowany gospodarz,
chociaż posiadał majątek
Berdowszczyznę, ponieważ
brat jego najstarszy Jan
otrzymał po ojcu Opitę -
Talkowszczyznę, kupioną w
1760 roku oraz Zakrzew-
szczyznę, a młodszy Jakób
posiadał Doubuciszki i Gie-
łoże, tudzież Klewicę wOsz-
miańskim powiecie,— wziął
jeszcze w dzierżawą niedaleko położone Gieranony i Lipniszki. Tomasz
Umiastowski brał czynny udział w rewolucji Kościuszkowskiej, należał
do Rady Zarządzającej a emigrując po zdobyciu Wilna, na swój mają¬
tek Berdowszczyznę wydał bratu Jakóbowi, którego bardzo lubił i któ¬
remu stale pomagał, prawa wszelkie. Wróciwszy do kraju praw tych
TOMASZ U MIAST O WSKI.
		

/Magazyn_102_06_033_0001.djvu

			— 28 —
Jakóbowi nie cofnął, tylko sam osiadł w ukochanej Berdowszczyźnie,
gdzie i Bogu oddał ducha, jak się wyżej rzekło 5 kwietnia 1822 roku.
Brat Tomasza najmłodszy, Jakób, marszałek oszmiański umarł sto¬
sunkowo młodo, jeszcze przed prezesem Tomaszem, któremu umiera¬
jąc opiekę nad dziećmi swojemi zostawił, bo był Tomasz nietylko
dobrego serca i uczynny, ale bardzo zdolny do prowadzenia interesów,
jak, między innemi, stwierdza np. Morawski w książce swojej pamięt¬
nikowej „Dziesięć lat mej młodości w Wilnie”.
W tej książce Morawski pisząc o zasługach, rozumie, uczynności,
szlachetności serca Tomasza Umiastowskiego, wspomina, o niewdzięcz¬
ności ludzkiej, a mianowicie bratanków rodzonych po bracie Jakóbie,
których majątkami opiekował się jaknajlepiej. Wytoczyli mu proces
powołując się na jakieś niesłuszne pretensje i przegrali. Ścisła rzetel¬
ność zniewala dodać, że proces prowadził tylko starszy bratanek Antoni,
znany ze swego popędliwego charakteru i działający często bez zasta¬
nowienia. On to rościł do Tomasza jakieś urojone pretensje nietylko
we własnem imieniu lecz i dwóch nieletnich jeszcze braci.
Ci dwaj młodsi bracia, Ludwik i Kazimierz, doszedłszy do peł-
noletności, najwyraźniej oświadczyli, że bez ich wiedzy brat to uczynił,
zwrócili się z przeprosinami do swego stryja, serdecznie żałując tego,
co się stało bez ich wiedzy, oświadczając największą wdzięczność.
Dobry stryj przebaczył i umierając większą część majątku swego im
przekazał.
Wiadomość ta pochodzi z aktów sądowych ocalałych z archiwum
Zemłosławskiego, zniszczonego w czasie wojny wszechświatowej, a także
z testamentu tam znajdującego się, sędziego Tomasza, w którym przy
końcu wyraża swą wolę by był pochowany w grobach rodzinnych
w Subotnikach, gdzie też spoczywają jego tak zacne prochy przy bra¬
cie Jakóbie. W starym kościołku Subotnickim był napis łaciński: „Hic
quiescit Thomas, filius Joannis-Heronimi de Klimont Umiastowski,
Praeses Supr. Tribunalis Lithuan. Obiit Vilnae A. D. MDCCCXXII.
die V Aprilis. Vixit LXIl annos“. Napis ten powtórzono w nowym
kościele Subotnickim po polsku.
Umarł Tomasz Umiastowski nieżonaty, a Berdowszczyzna przy
rozrachunkach rodzinnych przeszła w posiadanie brata, sędziego Anto¬
niego. Po Antonim syn jego Emil, marszałek oszmiański i wice-gu-
bernator grodzieński, odziedziczył majątek Kwiatkowce z folwarkami
i lasami, miasteczko Subotniki z domami, gruntami i młynem, a także
majątek Berdowszczyznę z folwarkami i lasami.
		

/Magazyn_102_06_034_0001.djvu

			- 29 —
Kwiatkowce i Subotniki odziedziczył po ojcu Emilu syn Marjan.
Domki z gruntami w Subotnikach rozsprzedał, a Kwiatkowce po jego
śmierci, jako posag córek, poszły w obce ręce.
Berdowszczyzna dostała się po śmierci ś. p. marszałka Emila synowi
jego sędziemu Bronisławowi Umiastowskiemu, który brał czynny udział
w życiu społecznem miasta Wilna; był radnym Wilna od 1905 roku
do 1927 r.; w czasie okupacji niemieckiej był prezesem Tow. Rolni¬
czego Wileńskiego; jest wice-prezesem Rady Wojewódzkiej Związku
Ziemian. Przez cztery lata był kwestorem wileńskiego uniwersytetu
Stefana Batorego i jednym z jego organizatorów; jest sędzią honoro-
DAWNY KOŚCIÓŁ SUBOTNICKI
z przybudowaną kaplicą murowaną gdzie pochowany był marszałek
Jakób Umiastowski■
wym wileńskiego sądu okręgowego. Ożeniony z Heleną Salmonowi-
czówną ma trzy córki: Jadwigę, posiadającą dyplom doktora filozofji
uniwersytetu wileńskiego (filologja starożytna), Aleksandrę, utalento¬
waną pjanistkę, tudzież najstarszą Krystynę, lubiącą nad wszystko
gospodarstwo wiejskie. Jej to oddał ojciec w 1924 r. majątek Berdow-
szczyznę gdy wyszła zamąż za mecenasa Witolda Goławskiego. Pań¬
stwo Goławscy mają syna Stanisława, urodzonego 8 maja 1925 roku.
Bronisławowstwo zaś Umiastowscy mieszkają stale w Wilnie w pięk¬
nym własnym domu zwanym „Willa Roch”, przy placu Łukiskim.
		

/Magazyn_102_06_035_0001.djvu

			— 30 —
Adwokat Witold Goławski, herbu Jastrzębiec, był przez trzy lata
ochotnikiem w wojsku polskiem od 1918 do 1920 roku, odznaczył się
walecznością podczas zdobywania Wilna, posiada krzyże: znak pułku
Mińskiego strzelców konnych 1918 r., krzyż dywizji Litewsko-Białoru-
skiej, dyplom ochotniczy podpisany przez generała Szeptyckiego,
krzyż z frontu Litewsko-Białoruskiego. Jest właścicielem majątku Jastrzą-
bińce w powiecie Swięciańskim, który sam kupił. Majątek matki, Ste¬
fanów, w powiecie Wiłkomierskim, ojciec jego sprzedał.
Siostra sędziego Bronisława Umiastowskiego, Melanja, poślubiła
Leona Szostakowskiego, herbu Łabędź, prawnika, zesłanego na Syberję
w 1881 r. Wraz z rodzicami podążyła na Syberję w 1885 r. jako narze¬
czona wygnańca. W Permie odbył się ślub, a w 1890 roku nastąpił
szczęśliwy, po tylu ciężkich próbach, powrót do kraju. Leonowstwo
Szostakowscy mieli trzy córki i dwóch synów, z których Henryk, che¬
mik, żonaty jest z Antoniną Lubańską, córką Aleksandra (mają córkę
Marję-Teresę urodzoną w 1926 r.), Stefan, inżynier, żonaty jest z He¬
leną Meysztowiczówną, córką Aleksandra, właściciela majątku Pojoście
w b. gub. Kowieńskiej i Zyrmun w województwie Wileńskiem, pre¬
zesa Banku Ziemskiego w Wilnie, b. suwerena Litwy Środkowej,
obecnego ministra sprawiedliwości Rzeczypospolitej Polskiej, tudzież
Zofji z hr. Kossakowskich córki hr. Stanisława Kossakowskiego. Ste-
fanowstwo Szostakowscy mają syna Henryka, urodzonego w 1926 r.
Obaj bracia mieszkają wraz z żonami w odziedziczonym po rodzicach
pałacyku na wileńskiej Małej Pohulance. Z ogrodu, otaczającego pała¬
cyk, roztacza się przepiękny widok na miasto.
		

/Magazyn_102_06_036_0001.djvu

			ŻEMŁOSŁAW
		

/Magazyn_102_06_038_0001.djvu

			PIERWSI DZIEDZICE ŻEMŁOSŁAWIA
Nabył Żemłosław z przyległościami Jakób comes z Klimont Nan-
delstaedt Pierzchała Umiastowski herbu Roch III. w r. 1805,
jak dowodzą stare dokumenty, które się znajdowały w archi¬
wum w Żemłosławiu, a według danych przytoczonych w „Powie¬
cie Oszmiańskim” Cz. Jankowskiego, w 1807 r. — od Kieniewicza, mar¬
szałka mozyrskiego, który kilka miesięcy przedtem był Żemłosław
nabył od Józefa Szczytta, a Szczytt zaś od Żemłły. Jakób Umiastow¬
ski przeniósł swoją rezydencję z Klewicy do Żemłosławia, gdzie z żoną
zamieszkał.
Oto jak ówczesny Żemłosław opisuje Cz. Jankowski: „Czasu dzie¬
dzictwa Jakóba Umiastowskiego liczył Żemłosław 213 dusz męskich
i 198 żeńskich, a w obręb dworski wchodziły wsie: Rudnia, Żemajtuki,
Wysockie, Szadziuny, Szarkucie, Ławkieniki, Huta, Podworańce.
Rezydowali dziedzice żemłosławia w dużym pałacu z drzewa bru¬
sowego, malowanym na biało, pod gontowym łamanym dachem. Pałac
miał cztery ganki, przed gankami latarnie, węgły tarcicami futrowane,
szarym malowane kolorem i żółte ramy u okien. Najparadniejszy pokój
bawialny miał ściany powleczone płótnem białem holenderskiem, piec
„fizyczny” z kafel saledynowych, parkiet sosnowy, sufit z tarcic, płót¬
nem ociągnięty, malowany na biało. Przednią ozdobę sali stanowiła
statua gipsowa cesarza Aleksandra I-go. W ogrodzie nawprost drzwi
prowadzących z salonu stała drewniana kaplica”.
Marszałkowstwo Jakóbostwo Umiastowscy jęli rezydencję swoją
rozbudowywać i przyozdabiać. Zbudowali przedewszystkiem nad rzeką
Gawją drewnianą, częściowo murowaną gorzelnię, która była czynną
do czasu wybudowania nowej, wielkiej, murowanej gorzelni w r. 1885
przez Władysława Umiastowskiego. Dalej wybudował marszałek Jakób
duży spichlerz murowany, co dowodzi, że wymagały tego niemałe uro¬
dzaje. Spichlerz ten dwupiętrowy dotąd istnieje w bardzo dobrym
stanie, ma na całym froncie arkady pod które zajeżdżają wozy. Dolna
część stawiona jest z bardzo grubego muru z żelaznemi drzwiami.
3
		

/Magazyn_102_06_039_0001.djvu

			— 34 —
Służyła za skarbiec dla przechowywania dokumentów w bezpieczeń¬
stwie od pożarów, bo wówczas stał jeszcze pałac drewniany po Żemle
i Szczytach i drewniane były oficyny.
Marszałek Jakób kupił Subotniki od Radziwiłła z kościołem i licz-
nemi domkami, gruntami, kawałkiem lasu i młynem oraz Kwiatkowce
z folwarkami, dużemi lasami i licznemi włościami, a o dziesięć wiorst
od Zemłosławia założył na pasiekach po wyrąbanym lesie folwark
Rockiszki, założył folwark Kazimierzowo, majątek Ludwinów tudzież
kilka pomniejszych folwarków.
Po bardzo pracowitym, czynnym życiu zmarł w 1809 r. w Zem-
łosławiu. Pochowany w Subotnikach, gdzie żona jego, marszałkowa
STAROŚWIECKI SPICHLERZ W ŻEMŁOSŁAWJU
zbudowany za dziedzictwa marszałka Jakóba Umiastowskiego.
Anna, do drewnianego kościoła dobudowała z boku kaplicę z podzie¬
miem dla pochowania męża i na groby rodzinne.
Kapliczka drewniana w Żemłosławiu w ogrodzie po Szczytach
ciągle była naprawiana, ale w końcu cała zmurszała; za czasów mar-
szałkowej Józefy po powstaniu przewróciła się, a rząd rosyjski nie dał
pozwolenia na wybudowanie nowej.
Zostawił po sobie Jakób Umiastowski córkę jedynaczkę Teklę,
późniejszą marszałkową Marcinową Ważyńską oraz trzech synów. Wdo¬
wa po Jakóbie, Anna, po dojściu synów do pełnoletności przeniosła się
do Klewicy, a majątki rozdzieliła między synów. Najstarszy Antoni
		

/Magazyn_102_06_040_0001.djvu

			— 35 —
otrzymał Kwiatkowce z folwarkami i lasami, miasteczko Subotniki nad
rzeką Gawją, z domami, gruntami, lasem i młynem i po śmierci stryja
Tomasza majątek Berdowszczyznę. Drugi syn Ludwik otrzymał Żem-
łosław z folwarkami: Hutą, Zalesiem, Rockiszkami. W 1828 roku bez-
żenny zeszedł ze świata. Kazimierz, najmłodszy, otrzymał po ojcu
folwark Kazimierzowo, który utworzony został przez marszałka Jakóba
Umiastowskiego na początku 1804 roku gdy mu się urodził syn Kazi¬
mierz, od którego imienia folwark otrzymał nazwę. Kazimierz Umia-
stowski objąwszy Kazimierzowo gospodarzył tam i mieszkał aż do
nastąpionej w Dreźnie w 1828 r. śmierci brata starszego chorążego
Ludwika Umiastowskiego, który mu zapisał umierając majątek Żemłosław.
Stara lipowa aleja dotąd istniejąca w Kazimierzowie, była sadzona
za marszałka Jakóba Umiastowskiego.
Folwark Kazimierzowo, o wiorst 5 od miasteczka Dziewieniszek,
o wiorst 17 od kolei żelaznej (stacja Juraciszki, druga od Lidy),
o wiorst 25 od Wilna, ładne miał i wygodne położenie.
		

/Magazyn_102_06_041_0001.djvu

			PA N C H O RĄŻY
„Nauka dobra rzecz, lepszy rozum,
a najlepsze — serce*.
L. Rydel.
Chorąży Ludwik comes z Klimont Nandelstaedt Pierzchała Umia-
stowski odziedziczył Żemłosław po swoim ojcu marszałku Jakó-
bie Umiastowskim. Bardzo czynny i usłużny, lubił pomódz
każdemu i oddawał się chętnie służbie publicznej. W 1826 r.
na obradach szlacheckich elekcyjnych powiatu Oszmiańskiego trzej
Umiastowcy otrzymali urzędy powiatowe, mianowicie: Ludwik—chorą¬
żego, Hilary Umiastowski — sędziego ziemskiego a na prezydenta gra¬
nicznego powołano Antoniego Umiastowskiego.
Chorąży Ludwik, zamiłowany gospodarz i myśliwy, bardzo mło¬
dym jeszcze będąc, uszkodził sobie kość pacierzową spadając z konia;
musiał wyjechać dla leczenia się zagranicę, gdzie umarł mając lat dwa¬
dzieścia kilka w Dreźnie dnia 8 listopada 1828 r. i tam został pocho¬
wany. Nagrobek jego opisał Marylski w dziele „Pomniki i mogiły
Polaków zagranicą ”. Służący chorążego, włościanin z pod Zemłosławia,
powrócił z Drezna do kraju przywożąc testament swego nieboszczyka
pana. Spadkobiercą swoim uczynił chorąży Umiastowski młodszego
brata swego Kazimierza, który gospodarował w otrzymanym od ojca
folwarku Kazimierzowie.
Ciekawy bardzo ów testament zaginął w Żemłosławiu w czasie
wojny 1914—1920. W nim to ś. p. Ludwik wyrażał pochwały dla brata
młodszego Kazimierza za jego pracowitość i porządek, co go skłoniło
do zapisania mu swego majątku.
Kazimierz to Umiastowski wystawił na mogile drezdeńskiej Ludwi¬
ka Umiastowskiego wzmiankowany wyżej pomnik.
Bratanek Ludwika Umiastowskiego a syn Kazimierza, Władysław
hr. Umiastowski, będąc w 1898 r. w Dreźnie, pomnik odnowił i aby
mogiłę uchronić od ewentualnego zrównania jej z ziemią, położył na
niej u stóp pomnika ogromną płytę z granitu, otoczoną ładną żelazną
		

/Magazyn_102_06_042_0001.djvu

			— 37 —
kratą. Zakupił też wieczystą mszę świętą odprawianą w rocznicę zgonu
Ludwika Umiastowskiego i złożeniem odpowiedniej sumy utrzymanie
w porządku mogiły i pomnika zabezpieczył.
POMNIK LUDWIKA
UMIASTOWSKIEGO W DREŹNIE.
Gdy hr. Władysław przyjechał powtórnie do Drezna zobaczyć
wykończony już pomnik, żona jego przywiozła z Zemłosławia wieńce
z nieśmiertelników i złożyła je na grobie dawnego dziedzica Zemłosławia.
Na pomniku, na płycie czarnego granitu taki jest położony napis
(ułożony przez Kazimierza Umiastowskiego):
D. O. M.
Obca mogiła dzieli Cię od świata,
Kraj oddalony zwłoki Twoje kryje,
Drogi Ludwiku! ale w sercu brata
Na ziemi przodków pamiątka Twa żyje.
Proch mój nie spocznie z Twoim w jednym grobie,
Lecz umrę, rzewnie lejąc łzy po Tobie.
		

/Magazyn_102_06_043_0001.djvu

			— 38 —
Pamięci chorążego Ludwika Umiastowskiego poświęcona też jest
płyta marmurowa w presbiterjum nowego kościoła w Subotnikach, zbu¬
dowanego przez hrabiostwo Władysławowstwo Umiastowskich, a po¬
święconego w 1904 roku.
Na płycie wpuszczonej w ścianę Subotnickiego kościoła położono
napis taki:
Ś. f P-
LUDWIK UMIASTOWSKI
z Zemłosławia na Litwie
zmarł mając lat dwadzieścia kilka
w Dreźnie
8 listopada 1828 r.
Do tego napisu przydane jest epitafjum wierszowane, z drezdeń¬
skiego pomnika, przytoczone powyżej.
		

/Magazyn_102_06_044_0001.djvu

			ŻEMŁOSŁAW W DZIEDZICTWIE KAZIMIERZA
I JÓZEFY UMIASTOWSKICH
M
e
V V
Porządek, oszczędność i praca
ludzi wzbogaca.
'arszałek Kazimierz comes z Klimont Nandelstaedt Pierzchała
Umiastowski, urodzo-
ny w 1804 roku, prze¬
niósł się w 1828-ym
ze swego, otrzymanego od oj¬
ca folwarku Kazimierzowo do
odziedziczonego po bracie Lu¬
dwiku Żemłosławia, a pojąwszy
za żonę w 1832 r. Józefę Du-
nin-Rajecką, córkę marszałka
nowogródzkiego Franciszka,
pannę bardzo praktyczną i go¬
spodarną, z wielkim zapałem,
podzielanym przez żonę, za¬
brał się do gospodarzenia w
Zemłosławiu oraz należących
doń folwarkach i lasach.
W czasach gdy Kazimierz
Umiastowski starał się o przy¬
szłą swą żonę, marszałek Fran¬
ciszek Dunin-Rajecki mieszkał
z rodziną stale w Możejkowie
Wielkim, który przez długie
lata trzymał w zastawie za po¬
życzone hr. Chodkiewiczom,
posiadaczom tego majątku, pieniądze. Wielki Możejków przeszedł na¬
stępnie w posiadanie Grabowskich. Nabył go od Chodkiewiczów ojciec
hr. Stanisława Grabowskiego.
MARSZAŁEK
KAZIMIERZ UMIASTOWSKI.
(Według portretu olejnego).
		

/Magazyn_102_06_045_0001.djvu

			— 40 —
Hrabia Stanisław opowiadał przed wojną, że jeszcze żyła u niego
we dworze stara kobiecina, która pamiętała „pięknego kawalera",
młodego Umiastowskiego, który często przyjeżdżał do panienki Józefy
w konkury i pokazywała rogowy pokój gościnny, gdzie mieszkał.
Dom ten obecnie nie istnieje, a Wielki Możejkow przeszedł w posia¬
danie p. Stefanowej Wereszczakowej siostry zmarłego w Paryżu i tam
pochowanego hr. Grabowskiego.
Kazimierzostwo Umiastowscy po przeniesieniu się z Kazimierzo-
wa do Zemłosławia mieszkali w dobrym jeszcze ówczesnym pałacu
stawionym przez Szczytów, a zbudowali na miejscu starych drewnia¬
nych dwie boczne murowane oficyny piętrowe, piękną murowaną
ŻEMŁOSŁAW.	Oficyna w lewo od pałacu.
piętrową lodownię, połączoną ze składem na wędliny i oranżerję.
Za oficyną dobudowano ogromne stajnie, wozownie i maneż, gdzie
marszałek sam — później z synami — w dnie niepogody jeździł konno,
bo był wielkim amatorem koni i konnej jazdy. Było wyjazdowych
48 koni; obory i wołownie były zawsze pełne inwentarza zaś stajnie
roboczych koni.
Gdy ś. p. Kazimierz, szanowany i ceniony przez wszystkich za
piękne cechy swego charakteru i rozum, jednogłośnie wybrany został
na najzaszczytniejsze stanowisko marszałka szlachty powiatu Oszmiań-
skiego, zastępowała go w zarządzeniu gospodarstwem dzielna, pracowita
		

/Magazyn_102_06_046_0001.djvu

			— 41 —
żona, która obok praktyczności bardzo lubiła estetykę i pod jej kie¬
runkiem zewnętrzny wygląd stawianych budynków był zawsze ładny
i ozdobny.
Marszałkowstwo mieli pięcioro dzieci, z których Konstancja umarła
małem dzieckiem i pochowana jest w grobach rodzinnych w Subotni-
kach pod kościołem, a sy-		__
nowie: Władysław, Al¬
bert oraz córki Alek¬
sandra i Gabrjela wycho¬
wywali się pomyślnie pod
kierunkiem bardzo do¬
brych, ale rozumnie suro¬
wych rodziców. Oprócz
nauk wymagano od dzie¬
ci we wszystkiem staran¬
ności i akuratności — na¬
wet wielkiego porządku
w ubraniu. Zycie prowa¬
dzono dość odosobnione,
wypełnione pracą, gospo¬
darstwem tudzież upięk
szaniem parku Żemło
sławskiego, zagospodaro
wywaniem Zemłosławi;
i folwarków, gdzie ulep
szano ustawicznie kulturę
rolną i zasadzano sady.
Po części dokupu-
jąc ziemi, po części po
wyrąbanych lasach utwo¬
rzyli marszałkowstwo fol¬
warki: Jawiele-Korołejgi
i bardzo dobry folwark Albertyn oraz kupili pobliski majątek Konwaliszki
wraz z miasteczkiem i lasami od Karola Jankowskiego dziedzica Polan.
To też przy ciągłych zajęciach około gospodarstwa ziemska fortuna
dziedziców Zemłosławia w oczach rosła, a z nią, jak to często bywa, za¬
zdrość sąsiadów i nawet krewnych, którzy własne majątki jeżeli nie trwo¬
nili to zaniedbywali i pomniejszali. Lecz, jak pięknie pisał Kochanowski:
Złego złość zniszczy, a człowiek cnotliwy
Jest w Twej opiece, Boże sprawiedliwy!
MARSZAŁKOWA JÓZEFA UMIASTOWSKA
Z SYNEM ALBERTEM.
(Dagerolyp).
		

/Magazyn_102_06_047_0001.djvu

			— 42 —
Gdy córki dorosły, spędzali marszałkowstwo zimę w Wilnie, mie¬
szkając we własnym domu przy ulicy Dominikańskiej Nr. 13, gdzie od¬
bywały się piękne bale. Wkrótce obie córki wyszły zamąż: Gabrjela za
Konstantego Skirmunta właściciela Szemetowszczyzny w powiecie
Swięciańskim, a Aleksandra za Mikołaja Półkozica Wolskiego dzie¬
dzica majątku Bienin i Ze-
laźnicy w powiecie No¬
wogródzkim. Obie córki
otrzymały od rodziców
duże posagi i wyprawy
i wydały im piśmienne
zrzeczenia się wszelkich
praw do majątków.
Aleksandra Półko-
zic Wolska umarła w 1859
roku i pochowana spo¬
czywa w kościele w Lip-
niszkach.
Marszałek Kazi¬
mierz i żona jego Józefa
stanowili przykładne mał¬
żeństwo, bardzo kochają¬
ce się, nabożne, zgodne,
świecące przykładem dla
wszystkich. Dla włościan
byli oboje istną opatrz¬
nością. Marszalek Kazi¬
mierz umarł nagle w Zem-
łosławiu w roku 1863-cim.
Pochowany został w pod¬
ziemiach parafjalnego ko-
KAPLICZKA W ŻEMŁOSŁAWIU ścioła w Subotnikach
zbudowana przez marszałkową Józefę Umiastowską. Nie od rzeczy
wspomnieć o pamiątce
rodzinnej, pięknie oprawionej książce do nabożeństwa należącej do
ś. p. marszałka Kazimierza, w której od dnia ślubu, na umyślnie na
ten cel wprawionych licznych stronicach białych, zapisywał wszystkie
pamiętne dla niego daty, jak: dzień ślubu, dzień śmierci rodziców,
urodziny dzieci, dnie kiedy się spowiadał i t. p. Niestety, ksią¬
żka ta zginęła z archiwum Żemłosławskiego w czasie wojny.
		

/Magazyn_102_06_048_0001.djvu

			— 43 —
Marszałek Kazimierz był bardzo systematyczny, na wszystko
miał oznaczony czas. Zwykle rano szedł (prawie zawsze z żoną) do
prawej oficyny z filarami, gdzie miał na parterze dwa pokoje zajęte
na osobistą kancelarję. Po przeciwległej stronie sieni były dwa pokoje
kancelaryjne dla zarządu, gdzie przychodzili interesanci i oficjaliści.
W osobistej kancelarji marszałek robił rachunki i rozmaite kombinacje co
do gospodarstwa i lasów; szedł krytym kurytarzem do stajni, kontrolował
czy konie dobrze oczyszczone, nakarmione i przepędzane na linkach
po dużem podwórzu, a, jak się nadmieniło, we dworze samych cugo¬
wych koni było 48. Gdy kto z interesantów potrzebował widzieć się
z dziedzicem, służący stojący na rozkazy w sieni, meldował i wpusz-
ŻEMŁOSŁAW.	Oficyna po prawej stronie pałacu.
czał. Cały ranek był spędzany w taki sposób przy pracy. Wracali
marszałkowstwo do pałacu do toaletowego pokoju dla przebrania się
i już po południu pod żadnym pozorem nie wolno było żadnemu inte¬
resantowi ich inkomodować. Popołudnie poświęcone było czytaniu,
zwiedzaniu folwarków lub spacerom, po większej części konno. Nawet
gdy synowie dorośli, nie uszło nic przed okiem ojca, ale uwagi były
robione w nadzwyczaj delikatny sposób. Był np. zwyczaj, gdy syno¬
wie przebywali w Żemłosławiu, że pod wieczór wyjeżdżali na spacer
z ojcem konno, najczęściej do lasu, prześliczną drogą do Surwiliszek,
lub w stronę Zalesia. Pewnego razu syn Władysław zauważył, że ojciec
przygląda się z konia jego nodze, a gdy wrócił do domu zobaczył,
		

/Magazyn_102_06_049_0001.djvu

			— 44 —
że but jego jest rozdarty; zaraz też przybiegł do jego pokoju służący
i przyniósł nowe buty ze słowami: „Pan marszałek prosi aby panicz
butów tych, które miał dzisiaj, więcej nie wkładał”. Na tem skończyło
się — mowy o tem więcej nie było — ale syn Władysław odtąd pilnie
baczył aby dziurawego buta nie włożyć.
Rozkład dnia zmieniał się, gdy wyjeżdżał marszałek do Oszmiany.
ORANŻERJA W ŻEMŁOSŁAW1U
zbudowana za dziedzictwa marszałka Kazimierza
Umiasłowskiego.
Była do wojny w Żemłosławiu, jeszcze po marszałku Jakóbie,
wielka skrzynia żelazna, wspaniała zewnątrz a szczególnie oryginalna
gdy się podniosło wierzch i widać było misterne zamki. Służyła ona
marszałkowi Kazimierzowi za skarbiec, gdy jeździł na sejmiki do
Oszmiany. Drugą podobną posiadał marszałek Franciszek Dunin-Raje-
cki, którą brał z sobą jeżdżąc do Nowogródka. Była to „kasa” pana
marszałka.
		

/Magazyn_102_06_050_0001.djvu

			— 45 -
Po śmierci obu marszałków zarówno „skarbiec” jak i „kasa” służyły
w Żemłosławiu za skład dla archiwum najcenniejszych familijnych doku¬
mentów. Niestety, straszliwa dewastacja wojenna nie oszczędziła ani
„skarbca” ani „kasy”. Obie skrzynie z ich zawartością znikły bez śladu.
Po śmierci ś. p. marszałka Kazimierza Umiastowskiego w 1863 r.
żona jego marszałkowa Józefa przebywała nadal w Żemłosławiu, gdyż
marszałek Kazimierz testamentem zapisał jej był wszystko w dożywo¬
cie. Synowi Władysławowi oddane były Puziniewicze w powiecie No¬
wogródzkim, a synowi Albertowi Klewica w powiecie Oszmiańskim,
o 20 wiorst od Zemłosławia położona.
Po marszałku Kazimierzu była dożywotniczką żona jego mar¬
szałkowa Józefa do śmierci, nastąpionej 28 maja 1877 r. Odziedziczył
po niej Żemłosław marszałek Władysław hr. Umiastowski, po którego
zgonie w 1905 r. właścicielką została żona hrabina Janina Umiastowska.
ŻEMŁOSŁAW.	Lodownia.
		

/Magazyn_102_06_051_0001.djvu

			KONWALISZKI WCHODZĄ W SKŁAD ZIEMSKIEJ
FORTUNY UMIASTOWSKICH
Sztuka to dusza narodu. Sztuka jest
i będzie zawsze cząstką Bóstwa.
Józef Kenig.
Konwaliszki w powiecie Oszmiańskim, o 10 wiorst od stacji
kolei Bieniakonie około 50 wiorst końmi gościńcem od Wilna
położone, nabyli w 1786 r. Franciszek podczaszy smoleński
i Mikołaj miecznik oszmiański Jankowscy herbu Jastrzębiec
od podkanclerzego Chreptowicza, a Karol Jankowski żonaty z Wandą
DOM MIESZKALNY W KONWALISZKACH
w obecnym sianie.
z Poźniaków Benisławską, sprzedał je w 1850 r. marszałkowi Kazimie¬
rzowi Umiastowskiemu z Zemłosławia.
Jest to obszerna, piękna posiadłość, bardzo sympatyczny szla¬
checki dwór, który miał duży dom mieszkalny obecnie zmniejszony,
		

/Magazyn_102_06_052_0001.djvu

			— 47 —
otoczony staremi alejami lipowemi i klonowemi oraz sadem, z dobrą
żytnią ziemią, z pięknemi łąkami tudzież ślicznemi, dużemi lasami.
Budynki dobre, spichlerz z filarami (niegdyś podobno zbór arjański)
z murowaną gorzelnią z kamienia polnego, zbudowaną około 1890 r.
przez właściciela hr. Władysława Umiastowskiego. O pół wiorsty
jest duże handlowe miasteczko Konwaliszki, do majątku należące,
z pocztą, telegrafem i sklepami oraz, ze szkołą powszechną na grun¬
cie oraz w budynku podarowanym w 1927 r. przez właścicielkę Kon-
waliszek margrabinę Janinę Umiastowską.
W pośrodku miasteczka stoi kościół przed paru laty zbudowany,
drewniany, na miejscu spalonego. W podziemiach kościoła pochowani
KONWALISZKI.
Stary spichlerz, podobno przerobiony z kościoła arjańslciego.
leżą dawni właściciele Konwaliszek, fundatorowie kościoła, nieistnieją¬
cego już dziś członkowie rodziny Jankowskich herbu Jastrzębiec:
Ambroży marszałek oszmiański, brat jego Aloizy weteran wojsk Napo¬
leońskich i kanonik Mikołaj.
Karolostwo Jankowscy zostawili sobie drugi piękny majątek
rodzinny Polany z folwarkami Chodźkuny i Legowszczyzna w powie¬
cie Oszmiańskim, który przeszedł do rąk znanego literata i publi¬
cysty Czesława Jankowskiego, ożenionego z Marją Jasieńską. Owdo¬
wiał w r. 1919 a jedyna córka jego wyszła zamąż za d-ra Marce¬
lego Szarotę, byłego posła Rzeczypospolitej Polskiej w Wiedniu,
w Kłajpedzie i w Charkowie.
		

/Magazyn_102_06_053_0001.djvu

			Po śmierci marszałka Kazimierza Umiastowskiego w 1863 r. została
dożywotniczką wszystkich jego majątków żona jego marszałkowa Józefa
z Dunin-Rajeckich Umiastowska. Po śmierci marszalkowej Józefy Umia-
stowskiej w 1877 r. odziedziczył Konwaliszki jedyny syn jej marszałek
Władysław Umiastowski. Po jego śmierci w 1905 r. została właścicielką
Konwaliszek żona jego Janina z hr. Ostroróg Sadowskich hrabina
Umiastowska, obecna margrabina Janina Umiastowska (Tytuł nadany
przez papieża Benedykta XV-go w 1920 r.). Dziedziczka Konwali¬
szek zamierza oddać ośrodek majątku z budynkami na kolonję odpo¬
czynkową dla literatów i artystów (malarzy, rzeźbiarzy i muzyków).
W dobre dostały się ręce Konwaliszki! Patrjotyzm marszałka
Kazimierza Umiastowskiego i jego spadkobierców utrzymał w ręku
polskiem piękny majątek, który obecnie hojnem ma zostać uposaże¬
niem dla krzewicieli kultury i sztuki w kraju naszym.
		

/Magazyn_102_06_054_0001.djvu

			MARSZAŁKOWA JÓZEFA
Śmierć wyrywa nieraz ludziom pół duszy,
rozdziera serce na strzępy, a jednak żyć trzeba!
Anatol Krzyżanowski.
Po śmierci męża marszałka Kazimierza pozostała po nim wdowa
sama jedna w Żemłosławiu, — gdzie na każdem miejscu jakże
drogie dla niej były wspomnienia! Prawie nigdzie nie wyjeż¬
dżała z ukochanego Żemłosławia i oddała się całkowicie gospo¬
darstwu, tudzież ozdabianiu Żemłosławia, częste synów przyjmując
odwiedziny.
Jak wszędzie tak i przez Żemłosław przyjeżdżali powstańcy, któ¬
rzy po nakarmieniu i otrzymaniu zapomogi dalej pędzili, żydzi mia¬
steczka Dziewieniszki, pragnąc zmylić podejrzenia, że fabrykują fał¬
szywe ruble, z czego miasteczko słynęło, nieustannie alarmowali policję
i wojsko „donosami”. Oni to donieśli, że marszałkowa Umiastowska
powstańców hojnie wspiera. Policja zjawiła się w Zemłosławiu i mar-
szałkową, staruszkę, pieszo w kajdanach pognano do Oszmiany. Syn
Władysław, gdy się o tem dowiedział, poleciał do Wilna i dzięki jego
staraniom, marszałkowa wolność odzyskała. Wtedy lękając się o synów,
wymogła na nich i wyrobiła pozwolenie na wyjazd zagranicę, a sama
została na straży majątków. Była to dzielna pod każdym względem
niewiasta. „Czem jest mądrość książkowa — pisał Sienkiewicz — w po¬
równaniu z prostą mądrością prawego kobiecego serca!”.
Ponieważ we wszystkich folwarkach gospodarka była własna,
przeto często bardzo marszałkowa, w wysokich butach, objeżdżała
folwarki, sama kontrolując czynności ekonomów. Najczęściej odwie¬
dzała Rockiszki, gdzie hodowała źrebięta, bo konie bardzo lubiła.
Zburzywszy do fundamentów dawny dom mieszkalny, tak zwany
„pałac”, jeszcze z czasów byłego właściciela Żemłosławia, Żemły,
wybudowała na jego miejscu pałac obecnie stojący w Zemłosławiu
murowany, bardzo gustowny, podobny do Łazienkowskiego, ale wyż¬
szy. Dwa stare modrzewie, stojące między pałacem a stawem pamię¬
tają stary pałac przed którym stały. Postawiła ładną altanę drewnianą
4
		

/Magazyn_102_06_055_0001.djvu

			— 50 —
w ślicznym miejscu, w parku nad rzeką Gawją tuż przy pałacu, w któ¬
rej później jej synowa Władysławowa Umiastowska za rosyjskich cza¬
sów odprawiała majowe nabożeństwo, bo na budowę domowej kapliczki
rząd nie dawał pozwolenia ale modlić się nie mógł zabronić. Marszał¬
kowa Józefa postawiła kapliczkę murowaną z krzyżem przy drodze,
którą jeździła z mężem do kościoła, do Subotnik; pilnowała sadzenia
drzew w parku, przed domem i na drogach, słowem, zdobiła wciąż
i zdobiła ukochany Zemłosław.
Dobrze pisał Kochanowski:
Zona uczciwa ozdoba mążowi,
Ona najpierwsza podpora domowi,
Na niej rząd wszystek, swego męża ona
Głowy korona.
PAŁAC W ŻEMŁOSŁAW1U	Front
Trzymała rocznych stolarzy, którzy wyrabiali i rzeźbili meble
podług jej rysunków, bardzo ładne. Był szczególniej piękny jeden
stół orzechowy, politurowany, mozaiką z drzewa inkrustowany. Miał
brzegi i nogi bogato rzeźbione, a na wiązaniu duży stał orzeł z roz-
winiętemi skrzydłami. Podobno dwóch stolarzy kilka lat ten stół robiło.
Marszałkowa sama lubiła zajmować się malowaniem i nakrapianiem
rozmaitych mebelków i pudełek.
Marszałkowa Józefa nabyła od marszałka Emila Umiastowskiego
po roku 1861-ym na prawie zastawu, gdyż wtedy Polakom nie wolno
		

/Magazyn_102_06_056_0001.djvu

			— 51 —
było oficjalnie kupować ziemi, majątek Kwiatkowce i miasteczko
Subotniki z kościołem i grobami rodzinnemi przy kościele, płacąc
znacznie więcej od innych kupców. Syn jej marszałek Władysław po
niej majątek Kwiatkowce i miasteczko Subotniki odziedziczył. Wszyst¬
kie domki w Subotnikach należały do hr. Władysława, który nierad
był, że żydzi rzemieślnicy osiedlają się w Subotnikach. Żydom nie-
pozwalał oddawać w dzierżawę domków, a sprowadzał chrześćjan
(szewca, krawca, kowala) z Wilna i nietylko że oddawał im na po¬
czątek darmo w dzierżawę domki, ale pożyczał nawet pieniądze na
zapoczątkowanie interesu. Jednak pomimo tych ulg czynionych chrześci¬
janom, nie można było ich do pracy przyzwyczaić i kończyło się za¬
wsze na pijaństwie i bankructwie—a żydzi zarabiali. Później, po roku
1870-ym hr. Władysław zaproponował marszałkowi Emilowi by Kwiat¬
kowce i Subotniki wziął z powrotem, dla synów, na co nastąpiła zgo¬
da, i po uregulowaniu kwestji pieniężnej majątek i miasteczko wziął
marszałek Emil z powrotem ze wszystkiemi domkami i gruntami. Dzię¬
ki więc marszałkowej Umiastowskiej Kwiatkowce i Subotniki zostały
w rękach marszałka Emila i jego synów.
Marszałkowa Józefa kilka lat przed śmiercią była trapiona dłuż¬
szą chorobą, dla leczenia której przebywała w Wilnie. Śmierć syna
Alberta w 1876 r. była dla niej okropnym ciosem. Urodzona w 1814 r.
umarła w Wilnie w 1877 r. Pochowana w podziemiach kościoła w Su¬
botnikach, spoczywa tam obok męża.
Po jej śmierci majątki w gub. Wileńskiej i Mińskiej położone
oraz dwa domy w Wilnie przeszły na własność jedynego syna Wła¬
dysława. Obie córki: Aleksandra Półkozic-Wolska która wcześnie
umarła i Gabrjela Konstantowa Skirmuntowa, otrzymały w swoim cza¬
sie duże posagi, wykluczające wszelkie pretensje do spadku po rodzi¬
cach. Pomimo to, matka zapisała w testamencie córce Gabrjeli Kon-
stantowej Skirmuntowej w dożywocie majątek Lewków z folwarkiem
Humnicze, w pow. Wilejskim położony. Ponieważ atoli administracja
dożywotniczki często przekraczała swoje prawa, sprzedając np. drze¬
wo i t. p., na co administracja dóbr marszałka Władysława Umiastow-
skiego nie pozwalała, przez to dochodziło do nieprzyjemnych konflik¬
tów. Dla ich uniknięcia zaproponował marszałek Władysław siostrze
wykupienie od niej dożywocia na Lewkowie za umówioną sumę, na
co się ona zgodziła.
Po śmierci marszałka Władysława Umiastowskiego, majątek Lew¬
ków był własnością jego małżonki hrabiny Janiny. Oddalenie od Żemło-
sławia (dojeżdżało się do stacji Mołodeczno, a ztamtąd 20 wiorst
		

/Magazyn_102_06_057_0001.djvu

			— 52 —
końmi) czyniły zarząd tego majątku uciążliwym. To skłoniło hrabinę
Umiastowską do rozprzedania około 1912 r. lasu i pól Lewkowskich
drogą parcelacji miejscowej ludności. Skorzystało też z tego kilku słu¬
żących dworskich katolików, którym hr. Umiastowska wyrobiła pozwo¬
lenie na kupienie pewnej ilości ziemi wbrew wyraźnemu brzmieniu
tak zwanego „ukazu grudniowego”.
Sam ośrodek Lewkowa, będący blisko teraźniejszej granicy bol¬
szewickiej, został sprzedany dopiero po wojnie, około 1919 r. Polakowi.
		

/Magazyn_102_06_058_0001.djvu

			WŁADYSŁAW H R. UMIASTOWSKI
„Piękno duchowe
- to światło prawdy”.
Klemens Podwysocki.
M:
'arszałek hrabia
Władysław z Kli-
mont Nandel-
staedt Pierzcha¬
ła - Umiastowski urodził
się dn. 13 marca 1833 r. w
Wilnie przy ulicy Domi¬
nikańskiej w kolumnowej
sali, w domu (Nr. 13)
swoich rodziców odzie¬
dziczonym po babce mar-
szałkowej Annie Umia-
stowskiej, a który obec¬
nie jest własnością mar¬
grabiny Janiny Umiastow-
skiej.
Już w dziewiątym
roku życia mały Władyś
zawieziony został przez
rodziców, jeszcze końmi,
do Petersburga na naukę.
Już w 9-ym roku życia
przejawiał się we wszyst-
kiem poważny i akuratny
charakter dziecka. Na ko-
DZ1E WIĘCIOLETNI
WŁADYSŁAW HR. UMIASTOWSKI
w mundurku uczniów cesarskiego Liceum
w Petersburgu. (Dageroiyp z roku 1842).
pji dagerotypu, robionego w Petersburgu w 1842 r., widać, że Wła¬
dyś będąc u fotografa miał przy sobie, założone za guziki mundurka,
pozwolenie dyrekcji liceum na wyjście do miasta. Po ukończeniu Ce¬
sarskiego Liceum wstąpił do pułku huzarów Grodzieńskich imienia hr.
		

/Magazyn_102_06_059_0001.djvu

			— 54 —
von der Pahlena, i opuściwszy armję czynną w randze sztabs-rotmi-
strza, objął dany mu przez rodziców majątek Puzyniewicze nad Niem¬
nem, niedaleko Nowogródka oraz miasteczek Mira i Horodzieja w ów¬
czesnej gubernji Mińskiej.
Pomimo kilku lat spędzonych w wojsku, gdzie był bardzo ce¬
niony u władz za dobre wypełnianie obowiązków, nie * lubił hulasz-
WŁADYSŁA W HK. UMIASTOWSKI
w mundurze sztabs-rotmistrza huzarów. (Portret olejny).
czego życia, był czynny i oddany gospodarstwu w Puzyniewiczach,
które doprowadził do wielkiego porządku. Lubił życie poważne, lek¬
turę, sztuki piękne, poezję i dlatego w miesiącach wolnych od zajęć
gospodarskich, ponieważ dla Polaków wszelka praca dla dobra Oj¬
czyzny była niedostępna, wyjeżdżał do kulturalnych krajów zagranicę,
co umysł jego i wiedzę bardzo wzbogaciło i zrobiło zeń człowieka ze
		

/Magazyn_102_06_060_0001.djvu

			— 55 —
wszech miar wykształconego i niepospolitego. Zwiedził szczegółowiej
Hiszpanję, Anglję, Włochy, Szwajcarię, Belgję, Holandię i Francję,
gdzie się zapoznał z wieloma wybitnemi osobistościami. Między inne-
mi przyjaźnił się z nim twórca „Trzech Muszkieterów” Aleksander
Dumas oraz syn jego, słynny kómedjopisarz, a także Arsene Houssaye
i syn jego historyk Henryk Houssaye. Znał tam wtedy wszystkie zna¬
komitości, ale korespondencje i pamiątki zaginęły w Żemłosławiu
podczas wojny z niemcami i napadu bolszewików między latami
1915 — 1920. Przypadkiem zostały odnalezione, reprodukowane tutaj,
fotografje niektóre z dedykacjami.
Ciekawy jest do zanotowania fakt, że jeden z tych pisarzy, gdy
budował sobie pałacyk w Paryżu, zastał na kupionym placu, gdzie
miał go stawić, bardzo duże, stare drzewo, które pożałował zrąbać.
Zostawił je też rosnące w taki sposób, że drzewo przechodziło przez
jeden z pokoi i korona wychodziła ponad dach. Chociaż Paryż jest
miastem bardzo zadrzewionem, jednak widać, że ludzie tam nawet
takie jedno drzewo szanują... A u nas!..
Hrabia Władysław zawsze, do końca życia, mnóstwo gazet
i czasopism zarówno polskich jak zagranicznych prenumerował i na
wieś i do Wilna. Przebywając w Paryżu tak przywykł czytać dzień
w dzień „Figaro”, że nie mógł z niem się już rozstać nawet podczas
rozgłośnej „Dreyfusjady”, kiedy to hr. Władysław bynajmniej stano¬
wiska „Figara” nie podzielał.
Po śmierci hrabiego „Figaro”, aczkolwiek powiadomione o zgo¬
nie swego wieloletniego wiernego czytelnika i odbiorcę, nie przestało
przychodzić do Żemłosławia. Do wdowy po hr. Władysławie zwró¬
ciła się redakcja popularnej gazety nietylko z wyrazami gorącej kon-
dolencji lecz prosząc o szczegóły biograficzne. Jakoż niebawem uka¬
zało się w „Figarze” piękne wspomnienie pośmiertne, w którem ś. p.
hr. Władysław nazwany był najwierniejszym i najdawniejszym, bo od
lat czterdziestu, prenumeratorem.
Ulubioną też lekturą hr. Władysława był petersburski „Kraj”,
który stale abonował. Po zgonie dziedzica Żemłosławia zarówno
w „Kraju”, jak w wielu czasopismach warszawskich, krakowskich i za¬
granicznych pojawiły się mniej lub więcej obszerne nekrologi.
S. p. Władysław przebywał przez dłuższy czas w Krakowie. Jego
stosunek z jednym i drugim Dumasem i obydwoma Hussayami i innymi
w Paryżu literatami, a także ze znakomitościami w Krakowie rozwinęły
w nim gust do sztuk teatralnych. Z Puzyniewicz pisywał o polskim
teatrze artykuły do tygodnika paryskiego „L’Artiste”, przetłómaczył
		

/Magazyn_102_06_061_0001.djvu

			56
S	lŁUSCW/v
v'	*4
a *OtO$raf
Z aKl»Ó	f,Cin]
W POZNANIU
Uli C a W ilheimo w ska 25
W BERLINIE *J
pod Lipami Nr 47
o*.
/t/t.
(
ANTONINA HOFFMANOWA
według fotogr. zdjęcia Zeuschnera
w Poznaniu,
F/fiDwrr; koi nn Arom/,.
—mm
		

/Magazyn_102_06_062_0001.djvu

			— 57 —
Panu Władysławowi
Umiaslowskiemu z uczuciem
poważania i przyjaźni.
1866.	Jan Chęciński.
HELENA MODRZEJEWSKA
(według fotogr. Zeuschnera w Poznaniu)
W POZNANIU
-
		

/Magazyn_102_06_063_0001.djvu

			
		

/Magazyn_102_06_064_0001.djvu

			— 59 —
HENRYK DULĘBA
JÓZEF KREMER
		

/Magazyn_102_06_065_0001.djvu

			60 —
HENRY HOUSSA YE
A Monsieur Wladislas Umiastow-
ski un ancien Polonais de 1848.
Paris 8-bre 67. §	N Cl d d T.
		

/Magazyn_102_06_066_0001.djvu

			ALEKSANDER DUMAS, syn.
Syn „naturalny" twórcy „Trzech
Muszkieterów”, ur. w 1824 r. zm.
w 1859. Autor słynnych powieści
„L’affaire*Clemenceau” i „La Da¬
mę aux camelias” oraz całego sze¬
regu utworów komedjowych („Le
Demi-monde”, „L’Etrangere” i in.)
		

/Magazyn_102_06_067_0001.djvu

			62
ARSENE HOUSSA YE
Arsene Houssaye literat francuski, ur. 1815 r.
autor wręcz niezliczonej ilości szkiców, nowel, za¬
rysów historycznych, essay’ów, studjów krytycz¬
nych a i feljetonista zawołany, grał za Drugiego
Cesarstwa wielką rolę w literackim świecie Paryża
tudzież w prasie nadsekwańskiej, głównie z racji
rozległych swoich stosunków oraz wzglądów u
dworu. Słynęły przyjęcia, któremi uraczał w swoim
pałacyku paryskim elitę inteligencji i kwiat beau
monde'u.
Syn jego Henry Houssaye ur. 1848 r. jeden
z naczelnych współpracowników słynnej „Revue
des Deux Mondes", historyk, członek wielu towa¬
rzystw naukowych napisał najgruntowniejsze dzie¬
je najwspanialszej kampanji Napoleona („Mille
huit cent quatorze”).
Nadnr (właściwe nazwisko Felix Tournachon)
literat, rysownik i aeronauta ur. 1820 najczystszej
krwi paryżanin. Podczas pobytu w Niemczech
w 1848 bił się za polską sprawę, co przypłacił
więzieniem. Po powrocie do Paryża zasłynął jako
karykaturzysta tudzież kierownik znakomitego
atelier fotograficznego. W 1863 wzbijał się pod
chmury na kolosalnym własnym balonie; po kilku
pół-katastrofach doleciał aż pod Hanower. W 1870
Nadara ballons captifs oddały wielkie usługi arm-
jom francuskim.
		

/Magazyn_102_06_068_0001.djvu

			— 63 —
na język polski kilka komedyj, jak np.: „Myśli Pani Aubry” Al. Du¬
masa syna, grywaną z wielkiem powodzeniem w Krakowie. Było to
za czasów kiedy na firmamencie teatralnym krakowskim jaśniała Anto¬
nina Hofmanowa a wschodziła nań pełna blasku gwiazda: Helena Mo¬
drzejewska.
Brat młodszy hr. Władysława, Albert Umiastowski, wyprzedził
matkę do grobu w r. 1876, a po śmierci matki w r. 1877 Władysław
Umiastowski objął Zemłosław z przy-
ległościami, którego był jedynym
dziedzicem.
Z otrzymanego po matce ka¬
pitału, nie chcąc aby oszczędności
matki, do której był przywiązany,
rozeszły się bez pożytku żadnego,
kupił w Warszawie plac wychodzą¬
cy na trzy ulice: na Aleje Ujazdow¬
skie, ulicę Wilczą i Mokotowską
i wybudował na tym placu dwa
domy według planu p. Heuricha,
mającego wówczas reputację jedne¬
go z najlepszych architektów w
Warszawie. Budowa została skoń¬
czona w r. 1880 czy 1881.
Wówczas mieszkał hr. Włady¬
sław w Wilnie w domu odziedzi¬
czonym po ojcu i przez niego ku¬
pionym przed 1850 r. przy ul. Troc- WŁADYSŁAW HR. UMIASTOWSKI
kiej Nr. 19 na rogu Zawalnej. O ile według fotografji paryskiej z r. 1867-go.
wiadomo, dom ten jest w ręku Umia-
stowskich około 80-ciu lat. Później były mieszkania gruntownie prze¬
rabiane przez syna, marszałka Władysława Umiastowskiego, w 1878,
a ostatnio przez margrabinę Umiastowską około 1912 r.
Pomimo niechęci do urzędu z naznaczenia, był Władysław Umia¬
stowski marszałkiem Trockim od 1878 z powodu usilnych nalegań
generał-gubernatora Albedyńskiego, od których wymówić się nie mógł.
Będąc człowiekiem bardzo obowiązkowym i akuratnym w spełnianiu
przyjętych na siebie obowiązków, owe marszałkowanie zabierało mu
sporo czasu, więc po kilku latach podał się do dymisji, aby oddać
się zarządowi swoich majątków. Osiedlił się w Żemłosławiu i ożenił
w 1882 r. z hrabianką Janiną Zofją Moniką Ostroróg-Sadowską.
		

/Magazyn_102_06_069_0001.djvu

			— 64 —
Wyżej wzmiankowane dwa domy w Warszawie przy Alei Uja¬
zdowskiej Nr. 43 i Wilczej Nr. 2 oraz Mokotowskiej należą obecnie
do margrabiny Janiny Umiastowskiej, jak również podarowany jej
przez męża na imieniny w 1890 r. pałacyk przy ul. Polnej Nr. 37
w Warszawie. Pałacyk wznosi się w niemałym ogrodzie. Okupowało
go wojsko niemieckie; zajmowało następnie wojsko polskie. Do dziś
dnia go zajmuje i, niestety, pustoszy. Skoro tylko zwrócony będzie
właścicielce, margrabina zamierza gruntownie go odremontować i do¬
prowadzić do pierwotnego ładnego stanu.
		

/Magazyn_102_06_070_0001.djvu

			KSIĘGI WSPOMNIEŃ
Wspomnienie to cicha nuta,
Wyjęta z tonów przeszłości,
Wspomnienie — to nić wysnuta
Z dawniejszej przędzy młodości,
Wspomnienie — to dźwięk łańcucha,
Co łączy rozpacz z nadzieją,
Wspomnienie — to puszcza głucha
Gdzie tylko groby bieleją.
		

/Magazyn_102_06_072_0001.djvu

			HRABIA JAN-ADAM OSTRORÓG-SADOWSKI
Janina, Zofja, Monika
obecna margrabina
Umiastowska jest
córką hrabiego Jana-
Adama Ostroróg-Sadow-
skiego herbu Nałęcz (de¬
wiza herbowa „Amor pa-
triae lex mea”), urodzo¬
nego w 1805 r. zm. 1868 r.
i Aleksandry z Pęche-
rzewskich herbu Oksza
Bokij, ur. w 1831 r. zm.
w 1917 r.
Hr.Jan po ukończe¬
niu gimnazjum i uniwer¬
sytetu w Kijowie był ofi¬
cerem dawnych wojsk
polskich w 1830, a w 1831
adjutantem generała Do-
bieckiego. Następnie
kształcił się zagranicą w
Hejdelbergu i w Mona-
chjum, i posiadał dyplom
doktora obojga praw. W
Monachjum uprawiał tak¬
że malarstwo i zostawił po sobie całą serję dobrych obrazów. Z racji
gruntownej nauki i wielkiej zacności był kilkakrotnie obierany depu¬
tatem powiatu Humańskiego. W 1846 r. otrzymał od Deputacji Wy-
wodowej gub. Kijowskiej potwierdzenie tytułu hrabiowskiego oraz przy¬
domku Ostroróg, już dawniej przodkom jego przyznanego. Cesarsko-
Rosyjski Departament Heroldji tytuł ten potwierdził jako posiadany
już w 1518-tym r. przez Ostrorogów, hrabiów Państwa Rzymskiego.
JAN ADAM HR. OSTRORÓG-SADOWSKI
według starego portretu olejnego.
		

/Magazyn_102_06_073_0001.djvu

			— 68 —
(Wasylewski w książce p. t. „Nić Arjadny” wspomina pod datą wojny
polsko-rosyjskiej 1830 —1831 podkomorzostwo Ostroróg-Sadowskich
tudzież Andrzeja hr. Ostroróg-Sadowskiego. Byli to rodzice hr. Jana-
Adama i jego stryjeczny brat).
Ojciec hr. Jana-Adama, hr. Józef Ostroróg-Sadowski, był oże¬
niony z Moniką hrabianką z Latoszyna Latalską ostatnią swojego
MONIKA HRABIANKA Z LATOSZYNA LATALSKA
HRABINA JÓZEFOWA OSTRORÓG - SADOWSKA
rodu i posiadał w Królestwie w b. gub. Radomskiej majątki Brzesce,
Branków i Biejków, które odziedziczył młodszy syn Józef, a Jan-Adam
odziedziczył Lewkówkę na Ukrainie koło Humania.
Hr. Jan-Adam Ostroróg-Sadowski ożenił się w 1850 r. w Kijowie
z Aleksandrą Pęcherzewską herbu Bokij i osiadł we wspomnianym
dziedzicznym swym majątku ukraińskim, w Lewkówce.
		

/Magazyn_102_06_074_0001.djvu

			— 69 —
Hrabiostwu urodziło się w Lewkówce sześcioro dzieci, z których
pięcioro umarło.
Z Lewkówki było daleko do kolei, daleko do doktora, a drogi
ukraińskie często bywały nie do przebycia, więc pobyt na wsi z ma-
HRABINA ALEKSANDRA Z PĘCHF.RZEWSKICH
OSTRORÓG-SADOWSKA
Portret Józefa Simlera.
łemi dziećmi dawał powód do częstych niepokojów — zwłaszcza
o zdrowie dzieci. To skłoniło hr. Jana do sprzedania Lewkówki sąsia¬
dowi hr. Potockiemu i przeniesienia się do Królestwa, gdzie młodszy
brat jego Józef miał odziedziczone po ojcu posiadłości w Radomskiem.
W latach pięćdziesiątych kupił hr. Jan-Adam w b. gubernji
		

/Magazyn_102_06_075_0001.djvu

			— 70 —
Piotrkowskiej od Taidy z hr. Małachowskich hr. Rzewuskiej piękny ma¬
jątek Moszczenicę, ślicznie położoną nad bystrą rzeczką Moszczanką,
z dużym, wygodnym, murowanym domem, w którym wychodzące na
południe okna salonów oraz jadalni były jak drzwi duże, całe oszklone
do dołu i otwierały się jak drzwi prosto na ogród. Był prześliczny
park ze stawami, z
wielką oranżerją, fi-
giarnią, cytryniarnią
i pomarańczarnią, z
ogromną murowaną
gorzelnią, ślicznemi
zabudowaniami go-
spodarskiemi, z mu¬
rowanym kościołem.
Kasztanami i akacja¬
mi wysadzane aleje
łączyły majątek Mosz¬
czenicę z majątkiem
Rękoraj, należącym
do Moszczenicy z fol¬
warkami Kossow i Po¬
myków, z tartakami	*■
oraz z dużemi lasami.
Całość miała obszaru
przeszło 300 włók, a
oba majątki odległe	*
były tylko o trzy wior¬
sty od kolei(StacjaBa-
bydrogi żelaznejWar-
szawsko Wiedeńskiej)
zaś do miasta guber-
njaln. Piotrkowa by¬
ło tylko siedm wiorst.
Hr. Jan był bardzo przedsiębiorczy; widział przyszłość kraju
w handlu i w przemyśle. Wybudował tartaki parowe dla wywożenia
desek zagranicę, wybudował cegielnię i całe gospodarstwo urządził
na sposób zagraniczny. Kolej Warszawsko-Wiedeńska przechodziła
przez samą Moszczenicę i tartak Moszczenicki miał swoją odnogę ko¬
lejową, na której stawały wagony i zabierały deski.	»,
Brat hr. Jana, Józef hr. Ostroróg - Sadowski, dziedzic majątków
JAN ADAM HR. OSTRORÓG-SADOWSKI
według portretu malowanego w Monachjum.
		

/Magazyn_102_06_076_0001.djvu

			— 71 —
Brześce, Biejków, Branków i Szczyty w ziemi Warszawskiej i w Ra¬
domskiem położonych, magister prawa, sekretarz Heroldji Królestwa
Polskiego, urodzony w Lewkówce, zmarł w Trenczynie w 1851 r. Oże¬
niony był z Rozalją Sarjusz Skrokowską (ur. 1822, zm. w 1847 r.),
miał syna Kazimierza oraz córkę Paulinę, któremi opiekował się hr.
Jan-Adam po śmierci brata.
Syn hr. Józefa, Kazimierz (urodzony w 1831 r.), po skończeniu
wyższych szkół w Warszawie studjował agronomję w Heidelbergu.
Powróciwszy do kraju ożenił
się wcześnie z panną Wandą
Rutkowską herbu Pobóg i o-
siadł w swoich majątkach po oj¬
cu w gub. Radomskiej odzie¬
dziczonych Brześce, Biejków
i Branków. Córka Paulina,
która z siedmioletniej dziew¬
czynki urosła na pannę bar¬
dzo starannie przez stryjostwa
w ich domu wychowaną, po¬
mimo nastręczających się kilku
bardzo dobrych partyj zamąż
wychodzić nie chciała i do¬
szedłszy do pełnoletności w
1863 r. wstąpiła do zakonu
Felicjanek w Warszawie, po
wygnaniu których z zaboru ro¬
syjskiego ze znacznego posa¬
gu, wynoszącego 350,000 rub.
w gotówce, kupiła w Krako¬
wie obszerny plac na Smoleń¬
sku i wybudowała duży klasz¬
tor z pięknym kościołem. Koń¬
ca budowy kościoła nie do¬
czekała. Pożegnała żywot doczesny jako przełożona 12-go stycznia
1877 r. mając lat 35 pod imieniem zakonnem Matki Marji-Rafaeli.
Synowie hr. Kazimierza, Józef i Jan, zmarli młodo nieżenni. Hr. Jan
umarł młodym chłopcem a hr. Józef prawnik, literat i publicysta, kandydat
praw uniwersytetu warszawskiego, adwokat przysięgły, autor wielu prac
z dziedziny heraldyki, zmarł w 1909 r. mając lat 38. Spoczywa na cmen¬
tarzu Powązkowskim w grobie ś. p. Aleksandry hr. Ostroróg-Sadowskiej.
HRABIANKA PAULINA OSTRORÓG-
SADOWSKA
		

/Magazyn_102_06_077_0001.djvu

			— 72 —
Przed śmiercią hr. Jan-Adam odwiózł syna urodzonego na
Ukrainie i młodszego urodzonego 1858 r. w Warszawie, do Jezuitów
do Metz. Miał zamiar kształcić starszego na inżyniera, bo uważał że
podniesienie przemysłu i budowanie fabryk jest konieczne dla kraju
OLEŚ i JAN INK A,
dzieci hrabiostwa Ostroróg-Sadowsktch, z niańką Marysią.
i najpożyteczniejsze. Pisywał często do starszego syna i te listy były
prawdziwym poematem. Malowała się w nich cała hr. Jana-Adama
troskliwość o kierunek moralny syna, o jego charakter. Rady i nauki
które mu dawał, co do kierunku nauk aby pożytecznym być dla ro¬
dziny i kraju, były godne wydrukowania jako wzór dla ojców. Nie-
f
		

/Magazyn_102_06_078_0001.djvu

			— 73 —
stety i te, w Warszawie schowane na pamiątkę u matki, w jej mieszka¬
niu podczas wszechświatowej wojny zaginęły.
Wskutek wojny francusko-niemieckiej musiała matka odebrać
synów z zakładu Jezuitów w Metz w 1870 r. i kształciła ich dalej
w Warszawie.
HRABIA JAN ADAM OSTRORÓG-SADO WSKI
Z MAŁŻONKĄ
Niestety, po dojściu do pełnoletności starszego syna, rada fami¬
lijna uważała za stosowne oddać jemu Moszczenicę z warunkiem
spłacenia nieletniego rodzeństwa. To była wielka omyłka, bo młody
dziedzic był lekkiego charakteru, wkrótce sprzedał Moszczenicę.
Teraz jest własnością jakichś przedsiębiorców, którzy w Moszczenicy
pozakładali fabryki wyrobów lnianych. Dziś, oświetlona elektryczno-
		

/Magazyn_102_06_079_0001.djvu

			— 74 —
ścią, pełna domków dla robotników, wre życiem, jest punktem prze¬
mysłowym i daje wielkie dochody, ale straciła zupełnie dawny swój
wygląd pańskiej rezydencji. Właściciela konie biegają na wyścigach
w Warszawie, ale gospodarstwo w Moszczenicy małe, grunta rozpar¬
celowane a park zupełnie zaniedbany.
Hr. Jan-Adam rozumiał, że Moszczenica jest doskonałym miej¬
scem dla zastosowania tam przemysłu, bo doskonały grunt, lasy piękne
i położenie do tego było stworzone. Niestety, śmierć przerwała jego
pracę i nie dała doprowadzić do końca wielu zamiarów.
Hr. Jan-Adam osierocił żonę, trzech synów i jedną córkę, z któ¬
rych dwoje maleńkiemi dziećmi. Zmarł w Moszczenicy na zapalenie
płuc w 1868 r. i tam spoczywa pochowany na cmentarzu.
Synowie Jego starsi Piotr i Aleksander zmarli, Kazimierz żyje,
ale synów nie ma i będzie prawdopodobnie ostatnim z tego rodu.
Tablica, umieszczona w kościele w Moszczenicy utrwala pamięć
ś. p. hr. Jana-Adama, małżonki jego ś. p. hr. Aleksandry oraz ich
syna Aleksandra.
Oto jak brzmi napis na onej tablicy:
Ś. f p.
JAN ADAM HRABIA OSTRORÓG-SADOWSKI
herbu Nałęcz Ostrorogózu syn hr. Józefa dziedzica Lewkówki z przy-
ległościami pod Humaniem na Ukrainie i Moniki ostatniej z rodu hra¬
biów z Latoszyna Lalalskich, dziedzic Lewkówki, doktór obojga praw,
oficer dawnych wojsk polskich, właściciel Moszczenicy, Rękoraja, Po-
mykowa i Kosowa, ur. 9.1 1807 w Lezukówce zm. 13.IV 1868 w majątku
swoim Moszczenicy gdzie pochowany na cmentarzu we własnym grobie.
Zona Jego
Ś. P. ALEKSANDRA HRABINA OSTRORÓG-SADOWSKA
córka generała Aleksandra Pęcherzewskiego herbu Bokij i Zofji z Mi-
likont-Narwojszów ur. 16.111.1831 zm. 5.XI. 1917 n. s. w Carskiem
Siole w czasie wszechświatowej wojny. Ciało sprowadzono do War¬
szawy 28.111.1925 do własnego grobu na Powązkach, kwatera 19.
Syn Ich
Ś. P. AKEKSANDER HRABIA OSTRORÓG-SADOWSKI
ur. 20.111.1858 r, zm. 28.Xl.1887 r. zu San-Remo skąd ciało sprowa¬
dzono do Warszawy gdzie spoczywa obok Matki.
WIECZNY ODPOCZYNEK RACZ IM DAĆ PANIE.
		

/Magazyn_102_06_080_0001.djvu

			HRABINA ALEKSANDRA JANOWA OSTRORÓG-
SADOWSKA
„Przeszła przez życie dobrze czyniąc".
Hrabina Aleksandra Janowa Ostroróg-Sadowska herbu Nałęcz,
z rodu Pęcherzewskich herbu Oksza czyli Bokij, była matką
Janiny hr. Umiastowskiej. Najdawniejsza o rodzie Pęcherzew-
skich wzmianka znajduje się w Aktach Krakowskich 1396 r.,
w których jest wiadomość, że protoplaści tej rodziny: Jan i Piotr byli
dziedzicami na Pęcherzewie (Patrz „Pomniki starodawnych praw pol¬
skich" Helda tom 3 i Akta Grodzkie Wiślickie z 1401 r.). Synowie
ich Paweł i Mikołaj Pęcherzewscy dziedziczyli na majątku Pęcherze-
wie i innych. Wnuk Jan Pęcherzewski dziedzic na majątkach Dylew
i innych, był rejentem królewskim w 1471 r. Wnuk jego Jakób Pę-
cherzewski burgrabia wieluński, starosta kiełczygłowski, wielokrotnie
cytowany w aktach Wieluńskich, Sieradzkich i Odtrzeszkowskich,
posiadał w 1530 majątek Prusiecko w pobliżu Brześnicy oraz części
Wikłowa, Jampola i Borownic. Aleksander Pęcherzewski, kapitan gwardji
króla Stanisława Augusta w 1790, znany z męstwa i gorliwości w 1783,
otrzymał dyplom na przyznane mu dawno szlachectwo. Król w wyda¬
nym mu przywileju oświadcza: „że rodzina Pęcherzewskich należała
od wieków do stanu rycerskiego”, lecz dowody zaginęły w zawieru¬
chach krajowych i wojnach szwedzkich. Ow Aleksander Pęcherzewski
zmienił herb rodzinny Oksza dodaniem złotego kawalerskiego krzyża,
co uczyniło z herbu Oksza herb Bokij.
Syn jego Wawrzyniec Pęcherzewski ur. w 1751 r. ożeniony ze
Skoropadzką, z rodziny hetmana Ukrainy z czasów wojny wszech¬
światowej, był majorem wojska Kościuszki w 1794. Odznaczony w bit¬
wach pod Chełmem, Gołkowem i podczas oblężenia Pragi, umarł
w 1816 r. Syn jego: Aleksander-Tomasz Pęcherzewski herbu Bokij
czyli Oksza urodzony na Podolu w 1782 r. wstąpił do wojska w 1803
odbył zaszczytnie wszystkie kampanje Napoleońskie, był pod Auster-
litzem i pod Friedlandem, pod Lipskiem i pod Paryżem w 1814 r.,
		

/Magazyn_102_06_081_0001.djvu

			— le¬
li w 1830 r. został mianowany generałem lejtenantem i komendantem
Warszawy. W 1831-szym gdy zawrzała insurekcja, podał się do dy¬
misji niechcąc walczyć przeciwko rodakom. Jak opowiadał naoczny
świadek Mikołaj hr. Tyszkiewicz (z linji Ukraińskiej), gdy generał
Aleksander Pęcherzewski, którego w Warszawie bardzo ceniono, wy¬
jeżdżał z Warszawy, mieszkańcy zebrani na placu z odkrytemi gło-
ALEKSANDFR PĘCHERZEWSKl,
generał, ojciec hrabiny Aleksandry Ostrorćg-Sadowskicj.
Portret olejny.
wami, żegnali go ze wzruszeniem. Śmiałego charakteru, pragnący zwie¬
dzić obce kraje, w młodym wieku obrał sobie stan wojskowy i, jak
się rzekło, już w 1803 r. pociągnął z wojskiem walczyć zagranicą.
Wychowany przez bogobojnych rodziców, ugruntowany przez nich
w zasadach religji, był przez życie całe niemniej gorącym katolikiem
jak dobrym Polakiem, szczerze poważany i ceniony przez wszystkich,
którzy go dobrze znali. Żonaty był z Zofją z Milikontów-Narwoyszów
L
		

/Magazyn_102_06_082_0001.djvu

			herbu Jastrzębiec, której matka była Narbuttówna z domu. Było to
czule kochające się i przykładne pod każdym względem małżeństwo.
Pani generałowa Zofja była to osoba miła i dystyngowana. Mało udzie¬
lała się towarzystwu choć go w Kijowie nie brakło. Mocno nerwowa,
wiecznie obawiała się wypadku, a najbardziej stoczenia się powozu
z którego ze wzgórz, w które Kijów tak obfituje. Jeździła nie inaczej
ZOFJA Z MILIKONTÓW NARWOYSZÓW
GhNERAŁO W A ALEKSANDRO W A PĘCHERZE WSKA
jak czwórką; zazwyczaj tylko do kościoła. Pomimo to całe polskie
towarzystwo, nie licząc się z wizytami pani generałowej, bywało chętnie
i tłumnie w domu generałostwa Pęcherzewskich,—jak o tem opowia¬
dały margrabinie Umiastowskiej wiekowe osoby, które jeszcze same
u generałostwa Pęcherzewskich w Kijowie bywały. Generał Aleksan¬
der Pęcherzewski miał z Zofji Milikont-Narwoyszówny dwanaścioro
		

/Magazyn_102_06_083_0001.djvu

			— 78 —
dzieci, z których najmłodsza Aleksandra, ur. w 1831 r. wyszła w 1850 r.
zamąż za hr. Jana Ostroróg-Sadowskiego.
Hrabina Aleksandra z Pęcherzewskich Ostroróg-Sadowska gdy
czworo dzieci straciła w majątku Lewkówce na Ukrainie, osiadła
w Moszczenicy w pięćdziesiątych latach, a mając wielkie nabożeństwo
do Matki Boskiej Częstochowskiej, najpierw wraz z wychowanką swoją
hrabianką Pauliną Ostroróg-Sadowską, późniejszą zakonnicą felicjanką
Marją Rafaelą, zorganizowała pielgrzymkę z Moszczenicy do Częstocho¬
wy 18 mil pieszo. Przyłączyli się znajomi i krewni oraz wioski sąsied¬
nie. Chociaż postępowały za
pielgrzymką powozy, nikt nie
wsiadł do nich. Panie wszystkie
i panowie doszli do Częstocho¬
wy piechotą, a wrócili do Mosz-
czeciny koleją.
Hrabina Aleksandra była to
pani dobra i nabożna. Przestrze¬
gała wykonywania przykazań re-
ligijnych i kościelnych i chociaż
dla innych była możliwie względ¬
ną, dla siebie jednak surową i tak
np. sama ukraińskim obyczajem
cały Wielki Post, czyli przez 40
dni pościła ściśle na oleju — do
późnego wieku. Była bardzo tro¬
skliwą matką. Gdy została młodą
wdową w 1868 r. z czworgiem
dzieci, poświęciła się wyłącznie
dzieciom, gospodarstwu i intere¬
som, które prowadziła jaknajlepiej i miała czas na wszystko.
Nabożeństwo majowe odprawiała hr. Aleksandra w oszklonej
małej werandzie przy domu, a wychodzącej na ogród, zawsze wieczo¬
rem po robocie, na które zbierali się wszyscy domowi i robotnicy.
Utrzymywanie porządku w tej kapliczce, na ołtarzu oraz ozdabianie
go kwiatami było obowiązkiem małej Janiny; do syna najmłodszego,
jako zakrystjana, należało sprzątanie, zapalanie świec i ich gaszenie
oraz dzwonienie. Lekcje religji dawał proboszcz, sędziwy ksiądz Jó¬
zef Kempski, który miał stałe miejsce honorowe przy stole, al¬
bowiem często dwór odwiedzał, dawał rady, asystował z hrabiną przy
egzaminach przedmiotów naukowych, muzyki i śpiewu, więc był pra-
MANIUSIA OSTRORÓG-SADOWSKA,
córka hrabiostwa Jana i Aleksandry, zmarła
w Łemkowie w trzecim roku życia, w 1855 r.
		

/Magazyn_102_06_084_0001.djvu

			wie codziennym gościem. W niedzielę przyjeżdżał drugi proboszcz
z majątku Rękoraj ks. Marceli Januszkiewicz (w Srocku był kościół
parafjalny, o cztery wiorsty od Rękoraja).
Pracowita i czynna, wstawała hr. Aleksandra o piątej rano i naj¬
pierw udawała się z garderobiannemi przez kwieciste łąki do ślicznie
położonego kościoła, a zimą podczas roratów widziano światło latarek
udającej się do kościoła po śniegu, ze służebnicami swemi, nabożnej
pani. Cały dzień zajęta rachunkami, prowadzeniem interesów i gospo¬
darstwem domowem, które znała doskonale, w chwilach wolnych, jako
odpoczynek, wykonywała prze¬
śliczne roboty Lz nadzwyczajną
starannością. Przeważnie dla koś¬
ciołów. Piękność hrabiny oraz ży¬
cie jej szlachetne i pełne godnoś¬
ci przyciągały konkurentów o jej
rękę—lecz oddana dzieciom, wo¬
lała dla ich dobra pozostać wdową.
Córkę wychowywała stale
przy sobie, pod troskliwem okiem
swojem, mając dla niej jedną nau¬
czycielkę Polkę, drugą cudzo¬
ziemkę, a dla młodszego syna
nauczyciela. Starsi synowie byli
w szkołach, przyjeżdżali na waka¬
cje, a i gości bywało dużo, tedy
dzieci miały odpowiednie towa¬
rzystwo. We dworze Moszczeni¬
ckim było zawsze gwarno i we¬
soło, bo sama pani mimo wielu
trosk, miała charakter wesoły,
dbała by po naukach dzieci miały odpowiednie zdrowe rozrywki, to
też dzieciństwo ich, pomimo że ojciec wcześnie umarł, było dzięki
matce bardzo szczęśliwe.
Latem odbywały się „wyścigi konne” albo wokoło dużego klom¬
bu, albo przez park prosto do gorzelni; była urządzona niby to try¬
buna z sędziami, którzy rozdawali medale w formie monet przedziu¬
rawionych złotych, srebrnych i miedzianych na czerwonych lub nie¬
bieskich kokardach. Konno jechali trzej synowie, nauczyciele, nauczy¬
cielki i młodzież z pośród gości, a mała wówczas Janinka, koniecz¬
nie też brała udział w wyścigach na swoim, przybranym w kolorowe
ALEKSANDRA HR. OSTRORÓG-
SADOWSKA
(w żałobie po zgonie męża).
		

/Magazyn_102_06_085_0001.djvu

			— 80 —
frendzle i dzwonki osiołku; przy osiołku biegł, podganiając go, stały
jego furman Bartek. Janina na osiołku przybywała naturalnie ostatnia,
ale to zawsze przyjmowano hucznemi oklaskami i śmiechem. Dopiero
mieszkając w Warszawie, już podlotkiem będąc, brała lekcje konnej
jazdy w maneżu, gdzie przeskakiwała zręcznie przeszkody i wyjeż¬
dżała konno do Łazienek ze swoim nauczycielem, właścicielem maneżu,
panem Krauze i żoną jego, a hrabina matka towarzyszyła w powozie.
Albo jakież to były miłe i wesołe lekcje gimnastyki w Moszczenicy!
Była w parku na trawie wybudowana duża, z najrozmaitszemi przy-
borami gimnastyka, dzieło specjalistów żołnierzy. Latem przyjeżdżał
z Piotrkowa nauczyciel gimnastyki; wówczas chłopcy i goście popisy¬
wali się zręcznością, a gdy spadali na trawę, ileż to było śmiechu!
Były rozdawane nagrody. W zimie odbywały się lekcje tańca pod kie¬
runkiem nauczyciela z Piotrkowa, na które i goście z sąsiedztwa przy¬
jeżdżali, na ten dziecinny „Kinderbal”. Urządzano amatorskie teatry, jeż¬
dżono na łyżwach i na saneczkach po lodzie. Cóżto za chóralne były
śpiewy i koncerty! Hrabina matka bardzo ładnie śpiewała i uczyła
dzieci śpiewu.
A gdy nadchodziły święta Bożego Narodzenia, każde z dzieci
samo wybierało jedno drzewko prosto z lasu dla siebie i wszyscy ra¬
zem ubierali jedno lub dwa drzewka dla spodziewanych na Święta
gości. Każde z dzieci wyklejało z papieru, według wskazówek nau¬
czycielek, rozmaite łańcuchy kolorowe, koszyczki, pudełeczka, lalki,
malowane anioły; matka zaś rozdawała owoce, pierniki, bakalje i świe¬
czki dla ubrania drzewek. Przygotowania te trwały kilka tygodni. Każ¬
dy musiał sam udekorować swoje drzewko, a wszyscy razem przyspa-
sabiali drzewka dla gości. Jakież to rozmyślania były i w sekrecie
robione ozdoby, żeby własne drzewko było jaknajlepiej ubrane! Sto¬
łowy pokój był. badzo duży i obok salon także ogromny; więc po
Wilji wychodziło się z jadalni do salonu gdzie jaśniało już — by¬
wało—cztery, pięć, sześć drzewek rzęsiście oświeconych. Widok był
niezwykle ładny. Z za drzewek rozbrzmiewały kolędy śpiewane przez
dzieci służby, którym wszyscy wtórowali i następowało rozdawanie
niespodziankowych podarunków.
Kolej przecinała pola Moszczenicy o pół wiorsy od dworu oraz
drogę wysadzaną staremi kasztanami, prowadzącą do majątku Ręko-
raj. Miejsce to, cel częstych, bardzo pięknych spacerów, zamykane
z obu stron barjerami, nazywano „Przejazd”. Do tego to Przejazdu
dzieci często chodziły na spacer, a już bez chyby wtedy, gdy znajo¬
mi (wracający z Warszawy lub z zagranicy), uprzedziwszy którego
-
		

/Magazyn_102_06_086_0001.djvu

			— 81 —
dnia będą przyjeżdżali, pudełka z cukierkami lub inne niespodzianki
dzieciom przez okna wagonu rzucali.
Ponieważ stacja drogi żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej Baby
oddalona była tylko o trzy wiorsty od dworu Moszczenickiego, czę¬
sto jeżdżono spacerem dla porozmawiania z przejeżdżającymi zna¬
jomymi.
Nazwa stacji „Baby” bywała dawniej i później często powodem
śmiechu gdy pociąg stawał a konduktor wołał „Baby, wysiadać!". Po¬
dróżni widząc wsiadające na stacji nader często dwie bardzo niemło¬
de hrabianki Małachowskie z Moszczenicy, byli przekonani, że kon¬
duktor omylił się lub zażartował sobie wołając: „Baby... wysiadać!".
Do Piotrkowa, o 7 wiorst od Moszczenicy, jeżdżono końmi przez
śliczny las lub koleją do teatru albo dla interesów i za sprawunkami,
a i do Warszawy od stacji Baby było jazdy kurjerskim pociągiem
wszystkiego trzy godziny. A jakież to były miłe wycieczki coroczne
do Częstochowy!
Kilka razy woziła matka dzieci na kurację do Ciechocinka i za¬
granicę do Kreuznach. Po drodze zatrzymywano się w Drezdnie
gdzie przebywało kilka rodzin polskich znajomych. Zwiedzano Saską
Szwajcarję, której górskie powietrze było dzieciom zalecone.
O całej tej dziecięcej i młodzieńczej, szczęśliwej przeszłości,
chociaż już tak dalekiej, pozostało święte, niezatarte wspomnienie
w duszy margrabiny. A była matki faworytką. Hrabina Aleksandra
po stracie pierwszego dziecka, ślicznej Maniusi, miała z rzędu siedmiu
synów. Uszczęśliwiona była z przyjścia na świat drugiej córeczki,
Janiny. Ofiarowała ją Matce Boskiej Częstochowskiej i do ósmego
roku życia ubierała wyłącznie w niebieskim kolorze.
*
Hrabina Aleksandra była obdarzona nadzwyczajną, odziedziczona
po rodzicach, urodą; malować jej ręce dopraszali się artyści. Była
bardzo starannie wychowana, niezwykle dobrego serca i miłego, ła¬
godnego charakteru, przez wszystkich którzy ją znali łubiana i bardzo
ceniona, a przez biednych kochana, bo była bardzo miłosierna i chętnie
wszystkim dopomagała.
Gdy około roku 1876-go syn starszy objął gospodarstwo w Mo¬
szczenicy, wyjechała dla wychowania córki na stałe do Warszawy na
zimę. Dwie stałe nauczycielki dawały lekcje pod kierunkiem matki,
która sama asystowała przy lekcjach z nauczycielami i była przyja¬
ciółką, prawie nieodstępną towarzyszką córki aż do jej zamążpójścia.
6
		

/Magazyn_102_06_087_0001.djvu

			1
— 82 —
Świetne to były wówczas czasy w Warszawie! Na karnawał,
w czasie postu, na wyścigi zjeżdżały się rodziny z Ukrainy, Podola
Litwy, Wołynia; hotele były przepełnione, nie brakło paniom ani ba¬
lów ani kawalerów do tańca, a panna Janina (rzadkie to jeszcze wów¬
czas było imię) dobrze tańczyła, była zawsze w pierwszej parze w ma¬
zurze, a w kotyljonach suknia jej była obwieszona jak frendzlą koty-
ljonowemi orderami, które
młodzież, wówczas bardzo
elegancka, na klęczkach jej
przypinała. To też sławny
dyrygent Lewandowski z
całą swoją orkiestrą wstawał
na jej powitanie, gdy po sali
balowej mimo nich przecho¬
dziła, a powszechną zwraca¬
ła uwagę tańcząc mazura—
przedziwnie pięknie. Miała'
wielkie powodzenie i nie
brakło pretendentów do jej
ręki, prawdopodobnie dlate¬
go, że ich nie pragnęła, nie
szukała, nie kokietowała, a
szła na bal aby się bawić
tańcem, muzyką i wesołoś¬
cią, tylko bez myśli o mę¬
żu. Gdy się który oświad¬
czył, do czego ani ona ani
matka nie zachęcały niko¬
go (wręcz chyba przeciw¬
nie!) otrzymywał w sposób
JANINA HR. OSTRORÓC-SADOWSKA bardzo delikatny rekuzę z
w karnawałowym stroju NeapolUanki.	prośbą nie bywania więcej.
Nikt nigdy o tej odprawie
nie wiedział. A jednak przytrafiła się ona siedmiu bardzo porządnym,
majętnym obywatelom z Królestwa Polskiego. Ósmego bardzo boga¬
tego—był to baron K.—poznała panna Janina w salonie państwa Gros-
smanów, gdzie grał na wiolonczelli bardzo ładnie; był elegancki i ro¬
zumny. Tego wieczora w potocznej rozmowie dowiedział się, że p. Ja¬
nina w ciągu maja bywa o 7-ej rano w Saskim ogrodzie, gdzie pije wodę
źródlaną. Na drugi dzień, jak zawsze, przyszła p. Janina z angielką
		

/Magazyn_102_06_088_0001.djvu

			— 83 —
miss Burns do Saskiego ogrodu, i przy studni (gdzie głuchoniemi zakładu
rozlewali słynną, znakomitą wodę źródlaną) zastała barona K. którego
pałac znajdował się prawie tuż obok Saskiego ogrodu. Towarzyszył przy
spacerze, a w ciągu dnia złożył wizytę matce. Na drugi dzień znowu
już czekał u źródła i znowu towarzyszył przy spacerze. Następnych
dni p. Janina z angielką poszły w inną stronę na spacer, pozbawiając
siebie owej prosto ze źródła smacznej, świeżej wody, żeby nie spo¬
tkać owego pana, tak mało znanego. Wkrótce zjawili się u jej matki,
w charakterze swatów, starsza wiekiem p. Emilja Sierzputowska, me-
lomanka szeroko znana wówczas w sferach muzykalnych, z p. Ludwi¬
kiem Grossmanem. Przyszli w imieniu barona K. zapytać czy może
bywać jako starający się o p. Janinę? Nadmienili przytem, że w dzień
zaręczyn, oprócz biżuterji, złoży jej na własność 300.000 rubli lub
więcej — rzecz do omówienia — a po ślubie wszystko, co się należy
żonie. Odpowiedź jednogłośna matki i córki była—odmowna.
Panna Janina wolała prelekcje i wieczory muzyczne niż bale.
Wygłaszali właśnie słynnie prelekcje w wielkiej sali ratusza rozmaici
znakomici ludzie, jak Stanisław hr. Tarnowski, prof. Rostafiński, Hen¬
ryk Sienkiewicz, hr. Dzieduszycki i wielu innych. Hrabianka Janina
była uszczęśliwiona mogąc poznać osobiście ludzi tak wybitnych,
a w dodatku sympatycznych.
Były wtenczas w Warszawie dwa salony gdzie muzyka kwitła,
gdzie można było spotkać najznakomitszych artystów. Był to salon
dyrektora Konserwatorjum Aleksandra Zarzyckiego i jego małżonki
oraz salon państwa Ludwikostwa Grossmanów, gdzie oprócz arysto¬
kracji rodowej bywał cały niemal świat artystyczny i literacki. Można
tam było spotkać Sarasate’go, panią Sembrich-Kochańską, panią Artót-
Padilla i jej męża, Paderewskiego, skrzypka Władysława Górskiego
z żoną, obecną panią Paderewską, Reszków i wiele innych niepospo¬
litych osobistości.
Wszystko to było bardzo zajmujące ale największe zaintereso¬
wanie obudziło panny Janiny, gdy matka pojechała z nią do Krakowa,
Wiednia, Wenecji i Padwy. W Krakowie już dawniej była i wszystkie
pamiątki narodowe znała i przejęta niemi była ale Wiedeń, Padwę,
Wenecję pierwszy raz oglądała. Wszystko, co widziała, w zachwyt ją
wprawiało, jak muzea, galerje, cudna natura. Po Wenecji były jej
przewodniczkami córki pani Cosimy Wagner, które Wenecję, oczy¬
wiście, doskonale znały.
Licznych Świętych Pańskich relikwje spoczywają po kościołach
weneckich. Przedewszystkiem, jak wiadomo, świętego Marka, w ba-
		

/Magazyn_102_06_089_0001.djvu

			— 84 —
t
zylice. Gdy się jedzie z dworca kolejowego po Canale Grandę, ude¬
rza wzrok, po lewej stronie, na ścianie jednego z kościołów duży na¬
pis następującej treści: „Lucia—Yergine di Siracusa—Martire di Chri-
sto—in questo tempio riposa.—Ali’ Italia, al Mondo impetri Luce e Pace".
Co ma znaczyć: „Łucja, dziewica z Syrakuzy, umęczona dla Chry¬
stusa, spoczywa w tej świątyni. Włochom i całemu światu daj światło
i pokój”. Owa Łucja była to dziewica ze znakomitego rodu, bogata
i piękna. Została chrześcijanką w czasach największego prześladowa¬
nia. Pewien młodzieniec, któremu nie chciała być powolną, złożywszy
dozgonne śluby Chrystusowi, wydał ją, że jest Chrześcijanką. Pojma¬
na przez zbirów, śmierć męczeńską poniosła 13 grudnia 304 roku.
Wykłuto jej oczy lecz natychmiast drugie wystąpiły. Kościół zaliczył
ją w poczet świętych. Wierni błagają świątą Łucję o światło oczu
i duszy; to też wiele za jej przyczyną stało się cudów przywrócenia
ślepym wzroku.
Panna Janina wróciła do Warszawy z gitarą, ciągle piosnki wło¬
skie śpiewała i po włosku się uczyła.	11
Pięknych balów w Warszawie, zwłaszcza w karnawale, nie bra¬
kło. Panna Janina nie lubiła często bywać na balach; raz, dwa razy
na tydzień nie więcej, chociaż miała zaprosiny prawie na każdy dzień
tygodnia. Ciągle czegoś się uczyła: śpiewu, malarstwa i t. p. a bale
przeszkadzały. Równocześnie bywająca z nią w bawiącym się świecie
panna Komarówna chwaliła się, że w ciągu jednego karnawału tań¬
czyła 36 razy. Wyszła potem zamąż za p. Gawrońskiego.
Na bale publiczne matka nie prowadziła p. Janiny. Raz tylko
od jednego z nich nie można było wymówić się, gdy p. Konstantowa
Górska z domu księżniczka Galicyn wespół z hr. Krasińską urządzały
kostjumowy ba! na szpital dziecięcy i całe towarzystwo na nim było.
Panna Janina chciała się początkowo przebrać za wenecjankę lecz w re¬
zultacie wystąpiła jako neapolitanka. Bal był prześliczny, kostjumy
nadzwyczajne, a najwspanialszy był kostjum hr. Edwardowej Raczyń¬
skiej z domu Krasińskiej jako Królowej. Miała na sobie wszystkie
wspaniałe klejnoty rodziny Raczyńskich i Krasińskich, a musiało ich
być dużo skoro, w owe czasy, kiedy złodziejstwo nie było tak roz-	*\
powszechnione jak teraz, pojechała na bal eskortowana przez
dwóch detektywów, którzy nie spuszczali jej z oka stojąc przy drzwiach
sali ratuszowej i z powrotem do domu odwieźli. Na drugi dzień pi¬
sano w gazetach, że powszechną na balu uwagę zwracały dwie panie;
jedna świetna królowa w przepysznych brylantach i drogocennych
kamieniach, druga skromna neapolitanka — jaśniejąca przedziwną uro-
A.
		

/Magazyn_102_06_090_0001.djvu

			— 85 —
dą i wdziękiem. Był też drugi piękny bal w prywatnym domu mar-
szałkowej Burbiny (ze Żmudzi), która wówczas mieszkała w pałacowej
kamienicy na rogu Alei Ujazdowskich i ulicy Pięknej.
Pannę Janinę ubierała matka na wieczory tylko w modne wów¬
czas tarlatany i iluzje, które były śliczne ale niepraktyczne, bo mo¬
gły służyć na dwa wieczory najwyżej lecz jakże cudnie i świeżo wy¬
glądało się w delikatnych falbankach i „riuszach”! Wyglądało się jak
motyl. Do blado-różowej sukni brało się we włosy białą lub różową
kamelję, drugą wpinało się u gorsu; do białej sukni — pąsowe kamelje,
a zawsze tylko żywe!
P. Janina do dziś dnia pamięta, że na tym właśnie balu u mar-
szałkowej Burbiny miała żółtą, bladą, iluzjową suknię, a przy gorsie
i we włosach herbaciane, żywe róże, tak zwane „rose-the”. Bawiła
się, jak zawsze, bardzo dobrze. Kilka razy wzrok jej, jakby pociągnięty
magnesem, zwrócił się w stronę, gdzie opodal we framudze okna, stał
jakiś pan, który ścigał ją oczami, ale nie tańczył. Gdy przyszła pora
kolacji, panna Janina, jak zwykle, szukała swej matki, żeby jeżeli nie
przy tym samym stole, to przynajmniej w tym samym pokoju znaleźć
miejsce (Któraby dziś panna o tem pomyślała!) i znalazła matkę już
siedzącą, a przy niej owego pana, którego wzrok ją zamagnetyzował.
Matka skinęła głową, dając córce znak, że ją widzi, aczkolwiek sie¬
dzącą dalej. Wracając do domu, powiedziała córce, że przy prezen¬
tacji powiedziano jej, że to węgier. Nazwiska wszelako nie dosłyszała.
Na drugi dzień było u matki przyjęcie (już były w modzie five o’cIock’i).
Stary lokaj, poczciwy, jeszcze z Moszczenicy, Piotr, tak wybełkotał
nazwisko jakieś, że nie można było zrozumieć. Wszedł ów pan z balu...
ów „węgier”. Przy kolacji na balu u pani marszałkowej matka po¬
wiedziała mu, że niedawno wróciła z córką z zagranicy, więc w ciągu
wizyty wypytywał p. Janinę o wrażenia.
Naturalnie nie było końca jej zachwytom nad Wenecją. Intere¬
sowały gościa zwłaszcza szczegóły poznania rodziny Ryszarda Wagnera
i wielu znakomitych osobistości. Sławna Cosima Wagner, córka Lista,
była czarująca. Panna Janina nie mogła dosyć się jej napatrzeć. Wa¬
gner anonsując: „Ich werde Katzenmusik machen!” siadał do fortepjanu
i grał prześlicznie, a gdy czasami się droczył „mit der lieben Janina”,
z którą się zaprzyjaźniły jego córki, otwierał fortepjan mówiąc: „Jetzt
werde ich eine polnische Uwertiire spielen” — i jednym palcem rąbał
„Wlazł kotek na płotek”. Wtedy „Hebe Janina” gniewała się, a Wa¬
gner pośpieszał dla uspokojenia zagrać coś Chopina. Wtedy stawała
zgoda.
		

/Magazyn_102_06_091_0001.djvu

			— 86 —
Wagner — jak go panna Janina zapamiętała — był sobie bardzo
zwyczajnym człowiekiem. Po pokojach i salach prześlicznego pałacu
Vendramin-Calergis przy Canale Grandę, gdzie mieszkał z rodziną
i gdzie wkrótce umarł, chodził w pantoflach, w aksamitnym berecie,
z nieodstępną w ustach, krótką fajką. Rodzina Wagnera była bardzo
sympatyczna: trzy starsze córki pani Cosimy, Daniela, Blandyna i Isolda,
były z pierwszego jej małżeństwa z Biilowem, zaś Ewa i Zygfryd były
dziećmi Wagnera. Cała rodzina polubiła szczerze „die Hebe Janina".
Szczególniej po wypadku, który jej się zdarzył, gdy wysiadając z gon¬
doli przed pałacem Vendramin, zamiast wskoczyć na schody pałacu,
wpadła do kanału... Matka krzyknęła z przerażenia, gondoljer chwycił
za suknię i wyciągnął. Gdy tak cała ociekająca wodą pokazała się
w przedpokoju u Wagnerów, nie było końca śmiechom... Panny za¬
brały ją do swego pokoju aby wysuszyć suknię, ale zamiast dać jej
tymczasem jaką własną codzienną suknię, ubrały ją w jakiś śmieszny,
ze sławnego karnawału weneckiego, maskaradowy kostjum i bawiono
się doskonale.
Do sztambuchu panny Janiny wpisał Ryszard Wagner:
„Man sieht sich, lernt sich kennen,
Man liebt sich, muss sich trennen”
I podpisał: „Richard Wagner fur seine ganze Familie".
Przez długie lata korespondowała p. Janina, już będąc zamężną,
z Blandyną Bulów, która wyszła zamąż za włocha hr. Gravina w Pa¬
lermo. Starsza Daniela poślubiła jakiegoś niemieckiego profesora z Bonn.
Zapraszały obie aby przyjechać do nich do Bayreutu, lecz to się jakoś
nigdy nie złożyło.
Wszystkich tych opowiadań słuchał gość z wielkiem zaintereso¬
waniem, a gdy p. Janina powiedziała: „Pan wczoraj wcale nie tańczył,
pewno pan tylko czardasza tańczy?” — odrzekł: „Ja nigdy nie tań¬
czyłem; tembardziej dlaczegożbym miał właśnie czardasza tańczyć?
Czy wyglądam na węgra?” — „Wczoraj mej matce powiedziano, że
pan jest węgier — to zapewne jakaś omyłka. Na Węgrzech nie by¬
łam, ale w Wiedniu w hotelu widziałam w narodowych strojach po¬
słów węgrów, z Izby Panów...” i dodała: „Kiedy to nam wolno bę¬
dzie ubrać się w kontusze?” — „O! — rzekł gość — to nieprędko
jeszcze nastąpi, ale że się stanie, święcie wierzę”.
Długo przeciągnęła się pierwsza rozmowa, niebanalna wcale. Jakby
zadzierżgnął się jakiś węzeł sympatji... Dopiero w kilka dni, gdy gość
powtórnie przyszedł, dał lokajowi Piotrowi, aby go wręczył paniom,
anonsując go, bilet wizytowy, na którym obie przeczytały po raz pierw-
		

/Magazyn_102_06_092_0001.djvu

			szy nieznane im całkiem nazwisko „Władysław Umiastowski” wraz z do¬
piskiem ołówkiem: „Polak, nie węgier”.
Nadchodziło lato. Hrabina odjechała z córką na wieś; Włady¬
sław Umiastowski wrócił do siebie na wieś, czy do Wilna. Następnej
zimy znów się w Warszawie spotkano. Latem nastąpiły oświadczyny
uwieńczone zgodą córki i matki, a we dwa tygodnie (tak, jak sobie
tego gorąco życzył narzeczony) odbył się ślub w Warszawie w ko¬
ściele PP. Wizytek.
Dawał ślub przybyły ze wsi ks. kanonik Marceli Januszkiewicz
(który chrzcił pannę młodą) w asystencji ks. Zygmunta Chełmickiego,
który pannie młodej wykładał Historję Kościoła, a był jednym z filarów
Stronnictwa Polityki Realnej i sekretarzem Rady Regencyjnej za okupacji
niemieckiej. Trzecim asystentem przy ślubie był ks. kanonik Marmo,
ówczesny proboszcz parafji S-go Krzyża i oddawna przyjaciel domu
panny młodej. Dziś już wszyscy trzej nie żyją!
Po ślubie i daleko później, ilekroć państwo Umiastowscy bywali
w Warszawie, zawsze z przyjemnością patrzyli na dom, gdzie był bal
marszałkowej Burbiny, dziwiąc się, że właśnie on, ten litwin (a nie
węgier), który rzadko bywał w Warszawie, przyjechał na ten bal
umyślnie z Wiednia, usilnie zaproszony przez marszałkową, dobrą
znajomą, która chciała go swatać z hrabianką Z., na tym balu bę¬
dącą. A w rzeczywistości, jakże inaczej się stało!
Ten bal zapewne pamięta jeszcze prezes Wileńskiego Związku
Ziemian, p. Hipolit Gieczewicz. Był na nim z małżonką; były siostry
jego obie panny Gieczewiczówny, bardzo przystojne; była starsza
córka marszałkowej Burbiny, p. Walewska i dużo innych było osób
z Litwy; była cała ówczesna Warszawa, należąca do „towarzystwa”,
bawiąca się po prywatnych salonach.
Gdy następnie bywali hrabiostwo Umiastowscy razem w Wene¬
cji, zawsze wspominali pierwsze dziewczęce wrażenia i przygody
panny Janiny w Wenecji. Pojechali razem do Padwy, aby pomodlić
się przy grobie św. Antoniego, gdzie się ona modliła, a także, wkrótce
po ślubie, odwiedzili razem grób hr. Jana Ostroróg - Sadowskiego
w Moszczennicy.
W wiele lat później — mówiąc nawiasem — gdy w 1925 r.
margrabina Janina Umiastowska, po ciężkiej chorobie przebytej w Wil¬
nie, wyjechała dla leczenia się na zimę do Włoch, wracając po odby¬
ciu Jubileuszu w Rzymie na początku 1926 r. do kraju, ponieważ
w Polsce było jeszcze za zimno, przebyła kilka tygodni w Wenecji.
Chociaż tyle lat przeszło od pierwszej jej bytności w Wenecji z matką,
		

/Magazyn_102_06_093_0001.djvu

			— 88 —
jednak Wenecja pozostała zawsze tą samą Wenecją. Tylko już za¬
czynały po kanałach śmigać... motorówki i omnibusy na łodziach, nie¬
wątpliwie bardzo praktyczne, ale to nie pełne romantycznego czaru
gondole, których, niestety, coraz już dziś w Wenecji mniej. Nie wi¬
dać też dawnych, w strojach weneckich postaci kobiecych, w szero¬
kich, czarnych, fałdzistych spódnicach, w kolorowym dużym szalu,
obecnie tak modnym, z wachlarzem w ręku, z wielkiemi w uszach kol¬
czykami, w koronkowej, czarnej chustce lub z ogromnym grzebieniem
na wysoko postawionej, bujnej fryzurze. Dokoła widać krótkie, wąskie
spódniczki i krótko poucinane włosy...
W słynnych Prokuratorjach — muzeum. Król i królowa, przy¬
bywając do Wenecji, stają w sędziwym, głośnym na świat cały hotelu
Danieli. To też jest obecnie jednym z najdroższych na kuli ziemskiej,
dostępnym chyba dla amerykańskich miljarderów i indyjskich maha¬
radżów. Austrji i austrjaków wenecjanie nienawidzą. Zapomnieć im
nie mogą barbarzyńskiego bombardowania Wenecji w czasie wojny
wszechświatowej.
Wielkie mają wenecjanie nabożeństwo do Matki Boskiej w ba¬
zylice św. Marka „Detta la Nicopea”. Jej to przypisywane jest ocale¬
nie Wenecji podczas wspomnianego bombardowania miasta z aero¬
planów. Tak np. jedna bomba padłszy tuż przed bazyliką, nie naru¬
szyła świątyni w najmniejszej mierze. Na tem miejscu położono tabli¬
cę marmurową pamiątkową. A i słynna Campanilla, rozpadając się
w gruzy przed laty, nie zawadziła o bazylikę, co też przypisywane
jest opiece i cudowi Matki Boskiej Nikopejskiej z bazyliki św. Marka.
To też dzień w dzień widzieć można tłum ludzi, cisnących się do Jej
ołtarza całego w wotach drogocennych, od pierwszej mszy o 6-tej
rano do ostatniej południowej. Na podziękowanie Matce Boskiej za
cudowne ocalenie Wenecji od bomb austrjackich wzniesiony jest
kościół na Lido.
*
Hrabina Aleksandra Ostroróg-Sadowska żyła długo, 87 lat. Sę¬
dziwa ta pani, prawdziwa staropolska matrona, zawsze czynna, inte¬
resowała się do ostatniej chwili życia wszystkiem, co się na świecie
działo. Była wzorem cnót chrześcijańskich i zasług rodzinnych. Bóg
był jej ucieczką i mocą.
Umarła, przeżywszy męża o 49 lat, 23 października (5 listopada)
1917 r. w Carskiem Siole. Zwłoki jej złożono czasowo w podziemiach
carsko-sielskiego kościoła.
		

/Magazyn_102_06_094_0001.djvu

			— 89 —
Podczas powodzi, tak częstej w Petersburgu, woda zalała pod¬
ziemia kościoła Sw. Katarzyny w Petersburgu, gdzie stało mnóstwo
trumien ze szczątkami zmarłych stałych mieszkańców stolicy nadnew-
skiej. Trumny, które sądzono, że wieki stać będą nie ruszone, były
nieopatrzone, t. j. nie lutowane. Łatwo sobie wyobrazić popłoch na
wiadomość, że rząd sowiecki postanowił trumny uprzątnąć. Wiele rodzin
wniosło natychmiast prośby
0	pozwolenie zabrania zwłok
1	popiołów najbliższych kre¬
wnych. Wśród proszących
była między innemi p. Zofja
z Kierbedziów Dymszyna,
której matka i mąż, b. poseł
do Dumy Państwowej, dziel¬
ny obrońca Chełmszczyzny,
spoczywali w trumnach w
podziemiach kościoła Sw.
Katarzyny. Z wielkim tru¬
dem, poruszywszy niebo i
ziemię, za pośrednictwem
warszawskiego ministerstwa
spraw zagranicznych a kon¬
sulatu polskiego w Peters¬
burgu, udało się wyjednać
zgodę rządu sowieckiego na
wydanie rodzinom zwłok
najbliższych krewnych dla
ewentualnego przewiezienia
ich do Polski. Tylko nie zde¬
cydowano się ruszyć trum¬
ny ze szczątkami króla Sta¬
nisława Augusta Poniatow¬
skiego, obawiając się „de-
monstracyj”.
Trumna ze zwłokami hrabiny Ostroróg-Sadowskiej, stojąca w pod¬
ziemiach kościelnych w Carskiem Siole, była dobrze przysposobiona do
przewozu, mocno zalutowana. Właściwie były dwie trumny: dębowa
i cynkowa, obie wpuszczone w skrzynię. Wobec pozwolenia, danego
przez rząd sowiecki na przewiezienie do Polski trumien z pod kościoła
Sw. Katarzyny, łatwiej było takąż uzyskać „łaskę” dla zwłok hrabiny
i
		

/Magazyn_102_06_095_0001.djvu

			— 90 —
Ostroróg-Sadowskiej. Przewieziono tedy trumnę z Carskiego Sioła do
Petersburga. Urzędnicy sowieccy uważali za stosowne otworzyć i zre¬
widować ją dla przekonania się czy przypadkiem jakie „skarby” nie
są w niej ukryte.
Gorliwe zabiegi margrabiny Janiny Umiastowskiej osiągnęły upra¬
gniony rezultat. Wraz z 28 trumnami z podziemia Sw. Katarzyny trumna
ze zwłokami ś.p. hr. Ostroróg-
Sadowskiej przewieziona zo¬
stała szczęśliwie do pogranicz¬
nych Stołpców, gdzie wobec
urzędnika naszego minister¬
stwa i księży zostały trumny
oddane oczekującym na nie
rodzinom.
Zwłoki hr. Aleksandry Ostro¬
róg-Sadowskiej, przewiezione
do Warszawy, spoczęły w koś¬
ciele Bernardynów na Kra-
kowskiem Przedmieściu, bo w
tym kościele nieboszczka za¬
pisana była do kilku bractw.
Z kościoła też Bernardynów
nastąpiło wyprowadzenie
zwłok na Powązki.
Pogrzeb ś. p. hrabiny Alek¬
sandry był rzetelnym wyrazem
wielkiej sympatji, która ją w
Warszawie otaczała. Za trumną
szło mnóstwo osób ze sfer to¬
warzyskich, postępował cały
szereg przyjaciół i najbliższych
znajomych. Przodem, przed
konduktem, szły ochronki przez nieboszczkę hojnie wspierane, szły
delegacje towarzystw dobroczynnych ze sztandarami.
Na Powązkach spoczęły zwłoki ś. p. Aleksandry Ostroróg-Sa¬
dowskiej w grobie rodzinnym, zapisanym w księgach cmentarnych
Powązkowskich jako: „Kwatera Nr. 19, Rząd I, linja 7 B C”. W gro¬
bowcu spoczywały już zwłoki hr. Aleksandra Ostroróg - Sadowskiego
zmarłego w San-Remo na włoskiej Riwierze.
ALEKSANDER HR. OSTROROG-
SADOWSKI
syn hr. Jana i hr. Aleksandry, zmarły w 29-n
roku życia w San Remo.
		

/Magazyn_102_06_096_0001.djvu

			GRÓB ALEKSANDRY HR. OSTRORÓGSADOWSKIEJ
NA POWĄZKACH W WARSZAWIE.
		

/Magazyn_102_06_097_0001.djvu

			— 92 —
W 1925 r. grobowiec odnowiono gruntownie zarówno we wnę¬
trzu jak i na zewnątrz.
Na czarnych z granitu tablicach widnieją na nim cztery napisy.
A mianowicie:
Tu spoczywa
Ś. P. ALEKSANDRA JANOWA
HR. OSTRORÓG-SADOWSKA
Córka Zofji z Milikontów-Narwoj-
szów i generała Aleksandra Pę-
cherzewskich, herbu Topór, ur.
w Słonimie 16. III. 1831 r., zm.
w Carskiem Siole 5 listopada
1917 r. Ciało przybyło do uko¬
chanej przez Nią Warszawy 28
marca 1925 r.
Niech ojczysta ziemia lekką Jej
będzie, a dusza świetlana niech
zazna zasłużonego wiecznego
szczęścia w Niebiosach.
Serce miała i w serce patrzała.
Tu spoczywa
Ś. P. ALEKSANDER
HR. OSTRORÓG-SADOWSKI
herbu Nałęcz.
Syn hr. Jana właściciela dóbr
Moszczenica w gubernji Piotrkow¬
skiej i Aleksandry z Pęcherzew-
skich herbu Topor, ur. w War¬
szawie 20 marca 1858 r., zm.
w San Remo 28 listopada 1887 r.
Wieczny pokój racz Mu dać
Panie!
Ś. P. JAN NAŁĘCZ
Hr. OSTRORÓG-SADOWSKI
Syn Moniki ostatniej z rodu hra¬
bianki z Latoszyna Latalskiej
i hr. Józefa dziedzica Lewkówki
z przyległościami na Ukrainie,
doktór obojga praw i filozofji,
oficer dawnych wojsk polsk.,
dziedzic Lewkówki, właściciel
Moszczenicy, Rękoraja, Pomyko-
wa i Kossowa w Ziemi Piotrkow¬
skiej, ur. 9. I. 1807 r. w Lew-
kówce, zm. 13. IV. 1868 r. w Mo¬
szczenicy, gdzie pochowany.
Pracował, jakby miał żyć wiecz¬
nie, żył jakby miał jutro umierać.
Tu spoczywa
Ś. P. JÓZEF
HR. OSTRORÓG-SADOWSKI
prawnik, literat, publicysta, syn
hr. Kazimierza właściciela dóbr
Brześce w gubernji Radomskiej i
Wandy z Rutkowskich herbu Po-
bóg, ur. w Brześcach 8 maja
1871 r. zm. w Warszawie 17 lu¬
tego 1909 r.
Wieczny odpoczynek racz Mu
dać Panie!
		

/Magazyn_102_06_098_0001.djvu

			HRABIOSTWO WŁADYSŁAW 1 JANINA UMIASTOWSCY
W ŻEMŁOSŁAWIU
„Les peuples heureux riont pas d’histoire”
Gdy marszałek Wła¬
dysław w 1882 ro¬
ku ożenił się z hra¬
bianką Janiną, Zo-
f ją, Moniką Ostroróg-Sadow-
ską, prosiła go żona, aby
zaraz po ślubie (który się
odbył w kościele PP. Wi¬
zytek w Warszawie, dnia 15
lipca) pojechać wprost do
Zemłosławia, ale ponieważ
pałac odnawiano i nie moż¬
na było w nim mieszkać, wy¬
jechali państwo młodzi za¬
granicę. Jednak po pół ro¬
ku, chociaż pałac jeszcze nie
był skończony, zdecydowali
się powrócić do Zemłosła¬
wia i zamieszkać w lewej
murowanej oficynie, gdzie
im było bardzo miło, przy¬
jemnie i dobrze. Rok też
cały w prowizorycznej tej
swojej rezydencji, nie skar¬
żąc się bynajmniej, prze-
mieszkali. Tymczasem w pa- WŁADYSŁAW HR. UMIASTOWSKI
łacu zmieniano drzwi, okna,
ulegał zmianie rozkład niektórych pokoi, kładziono nowe parkiety, usta¬
wiano marmurowe kominki paryskie, ściany zdobiono wszędzie boaze-
		

/Magazyn_102_06_099_0001.djvu

			— 94 —
rjami. Oboje państwo doglądali robót, a gdy wszystko było skończone,
zajęli się wewnętrznem urządzaniem pałacu gdyż postanowili stale
mieszkać w Zemłosławiu.
Młoda żona chciała się zająć gospodarstwem kobiecem, hodowlą
specjalnie drobiu i t. p., ale marszałek prosił, aby tylko zdaleka tą
częścią gospodarswa kierowała, sama zaś pomagała mu w zajęciach ma¬
jątkowych. Wniesiono przeto do gabinetu marszałka drugie biórko
i tam wspólnie czas prędko im przechodził. Pomoc to była żadna
właściwie, ale między rachunkami, wspólnem czytaniem, gawędką, albo
przysłuchiwaniem się rozmowie z rządcą o interesach, czas upływał
mile, bo i to młodą panią bardzo zajmowało.
Po tych zajęciach wychodzili razem oglądać roboty w ogrodzie
i w parku, prowadzone pod kierunkiem francuskiego ogrodnika p. Ja-
mais z Werek. Zmieniono plan podjazu. Przeprowadzono drogę
z parku wprost do pałacu, okrążającą duży trawnik pełny róż. U tej
nowej drogi dziedzice Zemłosławia sami zasadzili dwadzieści cztery
lipy, które dziś już sporo cieniu dają. Między lipami zasadzono dzikie
wino, co rychło zaczęło piękne od drzewa do drzewa tworzyć festony.
Park za stawem został znacznie powiększony. Przez kilka lat w mie¬
siącach wiosennych i letnich pracowało w ogrodzie, parku i dokoła
pałacu po 40 robotników dziennie. Ulepszano ziemię dla bystrzejszego
i piękniejszego wzrostu posadzonych drzew, kopiąc ogromne doły,
nawożąc je gliną i najlepszą ziemią. Sadzono drzewa i krzewy, dosa-
dzano drzewek do starego parku, zakładanego przez rodziców jeszcze
i dziadów.
Między bramą wjazdową a oborami był ogromny plac pusty,
piasczysty, bez żadnych dróg. Jeżdżono po nim jak kto chciał pod¬
nosząc tumany kurzu. To też plac ten nazywał marszałek żartobliwie
Saharą. Plac ten przecięto prawidłowemi drogami do gorzelni, do obór,
da krzyża w kierunku na Subotniki. Posadzono przy drogach tych kasz¬
tanowe duże drzewa i bzy, po brzegach płotek z ciętych jodełek
a na placach pomiędzy temi drogami zasadzono, o ile się dało, same
drzewa jodłowe tak, że owa dawna „Sahara” pięknym jest teraz la¬
skiem, oddzielającym zabudowania pałacowe od gospodarskich, ślicz¬
nym podjazdem do pałacu; jest jakby dalszym ciągiem parku. Po
śmierci męża postawiła hrabina na tle tego lasku figurę Matki Boskiej.
Widać ją z przed ganku pałacowego bielejącą w głębi perspektywy
• alei lipowej.
Można powiedzieć, że całe otoczenie dworu Żemłosławskiego to
jeden park. Za mostem nad Gawją jeszcze marszałkowa Józefa kazała
		

/Magazyn_102_06_100_0001.djvu

			— 95 —
usypać wysoko groblę, bo Gawja tu rozlewała, wyrywała ziemię
i tamowała przejazd do pałacu; osadziła drzewami c'ałą część rzeki
która z powodu kanałów prowadzonych od rzeki Gawji do obecnego
młyna i na Rudnię (t. j. do osady z domkami dla służby dworskiej),
tworzy kilka dużych półwyspów ze staremi pięknemi liściastemi drze-
HRABIN A JANINA UMIASTOWSKA
wami. Te półwyspy oblewane przez dość szeroką, bystrą, wijącą się
jak wstęga Gawję, rozlewającą co roku wiosną dość szeroko, te kanały
chroniące od zalewów, tę krajobrazową całość, tworzącą wraz z mnó¬
stwem drzew rodzaj ślicznego parku, nazywał hr. Władysław „Wenecją”.
Wśród tej Wenecji stoi kilka domków i młyn, do których od pałacu
		

/Magazyn_102_06_101_0001.djvu

			— 96 —
przez park pałacowy prowadzi droga wprost do lasu i mieszkania mły¬
narza, na tak. zwane „Ustronie”. Krajobrazowo jest to niewątpliwie
najpiękniejsza „okolica” Żemłosławskiego dworu. Po przez drzewa
u drogi biegącej stokiem lekkiego wzgórza roztacza się przepiękny
widok na rozległe łąki, przez które wije się Gawja w malowniczych
skrętach. W głębi krajobrazu, otaczając go ze wszech stron stoją Ze-
młosławskie lasy. Inna znów droga prowadzi groblą ku nieistniejącej
dziś już poczcie, za okupacji niemieckiej skasowanej. Margrabina za¬
mierza znowu postawić na tęmże miejscu domek dla stacji poczto¬
wej oraz telegrafu, którą możnaby bez trudu wznowić.
ŻEMŁ OSŁA W.	„ Wenecja”
Ciągle dosadzano drzewa po drogach do Huty, do Klewicy, do
Subotnik, a także do wszystkich folwarków. Trafnie mówi przysłowie
iż: dobrym był człowiekiem ten, co sadził drzewa, latem dające cień,
a na śniegu drogę wskazujące. A nieustannie trzeba było wydawać
z lasów drzewka do sadzenia w folwarkach, zaś drzewka owocowe dla
folwarczanych sadów bo niszczenie drzewek przy drogach a szczepów
po sadach, jak wiadomo, ciężko u nas wykorzenić.
Zagranicą surowe kary zapobiegają tej barbarji; u nas panuje
zupełna pod tym względem bezkarność. Może urządzane po wsiach
święta sadzenia drzewek przez dziatwę szkolną zaprawią ludność do
		

/Magazyn_102_06_102_0001.djvu

			97 -
szanowania drzew, tyle piękności przysparzających krajobrazom a lu¬
dziom pożytku. Przykład też dobry robi swoje. W wioskach Żemło-
sławskich, a szczególniej bliżej dworu położonych, widać koło chat
pięknie rosnące drzewa i sady; chaty są wszystkie z kominami, du-
żemi oknami, dość czyste. Bo też dobrze działo się wiejskiemu ludowi
w szerokim Żemłosławia promieniu. Marszałek Władysław przez eko¬
nomów i dozorców pilnować kazał, aby robota szła akuratnie i pilnie,
lecz dla wygody robotników płacono im nie tygodniowo, jak to zwykle
bywa, ale codziennie po robocie. Gdy kto w czem zawinił, zapisy¬
wano go na czas jakiś na czarną deskę i nie brano do roboty, co
ŻEMŁ OSŁA W.	„ Ustronie”
było największą karą, bo robotników w licznych wioskach Żemło-
sławia nigdy nie brakło.
Najgorzej było z kradzieżami w lasach, bo chociaż sprzedawano
okolicznym wioskom na ich potrzeby drzewo bardzo tanio, jednak
nic nie pomagało, włościanie kradli i kradli, na łąkach wypasali trawę,
worywali się w granice pól dworskich. Sądy rosyjskie albo nie karały
wcale, lub wypuszczały winowajcę zaraz z „kozy”. To też dwór
Zemłosławski starał się zawsze ugodowo rzecz załatwiać; zebrało się
jednak pod koniec życia marszałka nakazów wykonawczych na 16.000
rubli, których nie uzyskiwał od chłopów, nie chcąc ich niszczyć,
7
		

/Magazyn_102_06_103_0001.djvu

			— 98 —
a trzymał jako postrach, aby wstrzymywać od kradzieży i innych dal¬
szych nadużyć.
Cały dwór Żemłosławski z folwarkiem tak jest położony, że sta-
JANIN A HR. UMI ASTÓW SKA
nowi jakby kwadrat otoczony z czterech stion drogami publicznemi,
nieprzechodzącemi wcale przez dwór. Nikt jadący np. do m. Subotnik,
lub na pocztę do Zemłosławia, do młyna, lub do Bieniakoń, nie po-
		

/Magazyn_102_06_104_0001.djvu

			— 99 —
trzebował przejeżdżać przez dwór, lecz okoliczni wieśniacy woleli
zawsze przejeżdżać przez dworską siedzibę, bo zawsze znalazło się
coś do chwycenia po drodze, garść owoców, kawałek żelaza, a choćby
WŁADYSŁAW HR. UMIASTOWSKI
i kwiatów narwać, nie wspominając o przeszkadzaniu gawędami w ro¬
bocie tudzież nieostrożnem rzucaniu niedopałków papierosowych. To
też owe włóczenie się, najczęściej z papierosami, przejezdnych i prze-
		

/Magazyn_102_06_105_0001.djvu

			— 100 —
chodniów (także często pijanych) przez siedzibę dworską było przez
dziedziców Żemłosławia wzbronione. Oficjaliści i sami dziedzice nieraz
zawracali furmanki i pieszych, wskazując im bliższą dla nich, nie
przez siedzibę idącą drogę. To się bardzo włościanom nie podobało.
Było to jednak konieczne, aby się zabezpieczyć od pożaru i od wszel¬
kich przykrości jakby mieszkania na publicznej drodze. Naturalnie,
interesanci mieli zupełną swobodę przybywania do zarządu Zemło-
sławskich dóbr końmi czy pieszo, specjalną dla nich drogą tak samo
i robotnicy na wypłatę codzienną.
PAŁAC W ŻF.MŁOSŁAWIU od strony parku
Dziedzice ciągle byli zajęci to w domu, to zwiedzaniem fol¬
warków, to tworzeniem nowych po wyciętym lesie jak Janinów Wła¬
dysławów, Rochów, Umiastów. W Puziniewiczach powstawał nowy
folwark Nowe-Klimonty. Dziedzic Zemłosławski ciągle zajęty, mało
udzielał się sąsiadom, zresztą dość dalekim i nielicznym. Czasu na
wizyty nie było. Odwiedzali tylko Zemłosław państwo Janowstwo
Dmochowscy z Jakuni. (Obecnym dziedzicem Jakuni jest najmłodszy
z trzech synów, p. Józef Dmochowski, żonaty i mający kilkoro dzieci).
Pan Jan Dmochowski był amatorem wielkim koni, jak marszałek.
Jeździli przeto czasami razem kupować konie a także krowy lub woły
za Niemen, do Mira, do Horodyszcza i innych miejscowości. Latem
przyjeżdżali krewni dziedziców, znajomi z Warszawy lubować się
		

/Magazyn_102_06_106_0001.djvu

			— 101 —
balsamicznem powietrzem leśnem Żemłosławia, krzepić się kąpielami
w wijące się niedaleko pałacu rzece Gawji, w dużej łazience pod
dachem, z której się wychodziło wprost na rzekę. Inni przyjeżdżali
specjalnie na śpiew słowików, których całe koncerty rozlegały się po
Zemłosławskich lasach i zadrzewieniach.
Wieczorem, po skwarnym dniu, siedząc na werendzie pięknie
oświetlonej, wśród roślin, przy kolacji, pod obrazem Matki Boskiej
Ostrobramskiej, przysłuchując się słowikom, wpatrując się w gę¬
ste drzewa parku i fantastycznym ich cieniom, gdy przy oświetle¬
niu księżyca wszystko ukazuje się w tajemniczej jakiejś postaci,
a sowa jeszcze zahu¬
czy raz po raz w par¬
ku; gdy cudny zapach
kwiatów napełnia po¬
wietrze, wtedy zdawa¬
ło się wszystkim, że
ów Zemłosław to ja¬
kieś zaczarowane miej-
sce urocze, w któ-
rem o wszystkiem
złem, które bywa na
świecie, zapomina
się i każdy choć
chwilowo czuje się
szczęśliwym.
Oboje hrabio-
stwo lubili kwiaty,
więc koło pałacu ze
wszystkich stron było	PAWIE W ŻEMŁOSŁAWIU
ich pełno najrozmait¬
szych, osobliwie róż wszelkich gatunków. Wczesnym rankiem, hrabina
z nożyczkami w ręku, z pokojówką, niosącą koszyk, sama zrywała
i ucinała róże ostrożnie, troskliwie, żeby żadnego krzaku, żadnego
pączka nie uszkodzić i ubierała niemi stół jadalny. W innych poko¬
jach wszędzie było też pełno kwiatów. Pokoje w pałacu i oficynie
gościnnej (gdzie mieszkano, gdy było więcej gości) były takie miłe,
chłodne latem, nigdy much, tyle słońca i powietrza! Po zrywaniu róż
odbywało się karmienie własną ręką łabędzi nadzwyczajnego gatunku
oraz kaczek na stawie, najrozmaiszych, ślicznych pawi ciemnych i bia¬
łych, indyków piaskowego koloru, nareszcie sarenek, nie zapominając
		

/Magazyn_102_06_107_0001.djvu

			— 102 —
0	żórawiu w parku. Wszystko to zbiegało się lub zlatywało, jakby
„dzień dobry” życząc dziedziczce.
Potem zbierano się do kapliczki urządzonej w dawnej ładnej
altanie, w kształcie domku z wieżyczką i sygnaturką. Zbudowana by¬
ła ta altana jeszcze przez marszałkową Józefę. W kapliczce nie brakło
nawet minjaturowej zakrystji. Ksiądz, który przyjeżdżał na lato do
Zemłosławia dla porządkowania bibljoteki, odprawiał Mszę św. Otwie¬
rano szeroko drzwi i choć się sporo ludzi zebrało, każdy mógł do¬
skonale widzieć celebrującego kapłana. Bywało, którego innego lata
przyjeżdżał ksiądz Lewandowski, który kształcił się w Paryżu lub
ksiądz profesor Nowicki z Warszawy.
Po mszy wracano na śniadanie na werendę, obszerną jak salon.
Nastawała jedna z najprzyjemniejszych chwil w dniu, mianowicie
otwieranie torby przyniesionej z poczty Żemłosławskiej, więc czytanie
listów, przeglądanie wielkiej ilości gazet i ilustracyj; gawędzono, czy¬
tano, pisano, każdy robił co chciał, czasami grano w cienistym miej¬
scu w krokieta lub w innem miejscu w tennisa lub w cerf-volant’a,
albo w kręgle. Obiad podawano w stołowym pokoju — tak miłym!
A w chłodniejsze dnie na werendzie. Po obiedzie chwilka swobodnej
siesty dla wszystkich, a zaraz potem przejażdżka łódką po stawie
1	połów ryb na stawie i rzece tuż przy pałacu miłą nastręczały roz¬
rywkę. Dość wcześnie jechano na spacer do cienistego lasu w naj¬
rozmaitszych wehikułach. Hrabia Władysław w amerykanie sam po¬
woził, wioząc trzy osoby; hrabina Janina w tak zwanym „panier”,
zaprzężonym w białe kucyki w tureckich pstrych chomątach — jechała
z bratem. Matka w wygodnym wiedeńskim fajetonie z kilkoma oso¬
bami. Był dla gości brek, były konie pod siodłami i szła wesoła jazda
śliczną drogą przez las do Zalesia lub do Dobrowlańskiej cegielni,
aby wrócić inną drogą lub koło poczty w stronę Surwiliszek. Droga
tak piękna w tym cudnym lesie, a powietrze sosen tak orzeźwiające!
Czasami był w lesie popas podwieczorkowy i szło się trochę piechotą
lub powracało inną jeszcze drogą do domu. Wtedy podwieczorek był
przygotowany w parku—lecz gdzie, w jakiem miejscu nikt nie wie¬
dział. Trzeba było szukać. Tego, kto pierwszy znalazł, witano radoś-
nemi okrzykami, jakby Amerykę odkrył!
Często szło się piechotą w kierunku zawsze uroczego „Ustro¬
nia” w drugiem lesie tuż za parkiem, w stronę Klewicy, wysoko nad
łąkami położego. Z „Ustronia” widać było Zakazankę, dawny zajazd
przy trakcie, właściwie karczmę, do której dworskim ludziom niewol-
no było chodzić i dlatego nazywała się Zakazanka. Innym celem czę-
		

/Magazyn_102_06_108_0001.djvu

			— 103 —
stych spacerów była Rudnia, formalna osada domków dla parobków.
Tam właśnie była poczta i telegraf urządzone przez hr. Władysława,
istne dobrodziejstwo dla całej okolicy bo poczt wówczas na wsi było
mało. Nie byłoż to prawdziwe szczęście mieć codziennie gazety i listy
podczas pobytu w Zemłosławiu, a gdy dziedzice bawili zagranicą,
w rzeczywiście cywilizowanych krajach, jakże przyjemnie było mieć
tego samego dnia telegraficzną odpowiedź z Zemłosławia!
We wspomnianej przed chwilą Rudni domy przeznaczone dla
parobków i wogóle dla służby folwarcznej były drewniane lecz dobre
i czyste. Każda rodzina miała własne mieszkanie z osobnem wejściem
i ogrodem. Dwa domy były murowane i obszerne, dla czterech ro¬
dzin każdy; okna duże dawały aż nadto światła, krowy i trzoda
ZkMŁOSŁA W.	Dom zarządzającego gospodarstwem
chlewna parobków i służby miały wygodną oborę w dawnej karczmie,
we wspomnianej wyżej Zakazance, tuż przy Rudni. Wogóle mieszka¬
nia dla służby w Zemłosławiu słynęły na szeroką okolicę; o stałą
posadę w Zemłosławiu zabiegano; sam kontroler rządowy wydał hr.
Władysławowi nader pochlebną atestację na piśmie potwierdzającą
dobry stan i wygodę mieszkań dawanych parobkom i służbie fol¬
warcznej w Zemłosławiu.
W zimie życie dziedziców było bardzo czynne i pracowite.
Eksploatację lasów prowadził hr. Władysław jako własne przedsię¬
biorstwo, nie dając siebie wyzyskiwać żydom. Wyrabiano po lasach
drzewo towarowe, wysyłano zagranicę, co wymagało pilnego dozoru
i prowadzenia skomplikowanej rachunkowości.
Szła gorzelnia, zbudowana w 1885 r. przez hr. Władysława na
		

/Magazyn_102_06_109_0001.djvu

			— 104 —
cztery zatory, wzorowo urządzona. Produkowaną wódkę wysyłano
zagranicę. W Żemłosławiu nikt wódki nie pił stosując się do surowego
zakazu dziedzica. Obok gorzelni kazał hr. Władysław wznieść ośmio-
ścienną cysternę. W gorzelni szła praca, ze zmianą robotników, dniem
i nocą. W związku z intensywnym rozwojem gorzelnictwa, sadzono
w Żemłosławiu wielką ilość kartofli; brakującą dostarczali bądź dzier¬
żawcy folwarków bądź okoliczni ziemianie, radzi ze stałego zbytu
kartofli do gorzelni w Żemłosławiu i skwapliwie z tego zbytu korzy¬
stający. Pędzono też wódkę z żyta i kukurydzy. Pomagał hr. Włady¬
sławowi w zaprowadzaniu płodozmianów i rozwijaniu coraz intensyw¬
niejszego gospodarstwa rolnego
zawodowy agronom p. Ludwik
Rossman z Warszawy.
W oborach Żemłosławia stało
opasowych wołów sto — czasami
więcej—a sześćdziesiąt krów za¬
pisanych było do pachtu.
Dziedzic Żemłosławia wnikał
osobiście w każdy szczegół go¬
spodarki, w sprowadzanie ma¬
szyn rolniczych, w kombinacje
zasiewów. W jego ręku spoczy¬
wał naczelny kierunek wszystkich
spraw i robót. Praca ta była du¬
ża i wyczerpująca. Nadaremnie
żona usiłowała hamować hrabie¬
go Władysława niestrudzoną pra¬
cowitość mogącą zaszkodzić zdro¬
wiu. Powoływał się zawsze na
dobro umiłowanej gospodarki, na
pzysłowiowe oko pańskie, co konia tuczy, na trudności i prze¬
szkody, które zwalczać trzeba, aby w możliwie dobrym stanie kulturę
rolną w Żemłosławiu utrzymać.
Tylko zimą popołudniu dawał siebie nakłonić do przejażdżki san¬
kami w towarzystwie żony. Powoził sam. Jechano ładnemi lasami.
Żemłosławskiemi, to iglastemi, pełnemi żywicznej woni, to liściastemi.
Przemiłe to były spacery... Niebacząc, że, bywało, wilków oczy za-
migocą pod lasem.
Wśród zajęć gospodarskich, niebanalnych rozmów, wśród książek,
wśród nieraz bardzo żmudnych prac w gabinecie męża niepostrzeże-
ŻEMŁOSŁAW.	Skład dla spirytusu
		

/Magazyn_102_06_110_0001.djvu

			— 105 —
nie upływał czas młodej pani przeplatany malowaniem, a często śpie¬
wem i muzyką. Zycie płynęło w Zemłosławskim pałacu przyjemnie,
miło, lekko i szybko.
Z jakiemże uczuciem, w lat sporo potem, czytała margrabina Umia-
stowska w szwajcarskich gazetach wiadomości o wejściu wojsk nie¬
mieckich do Wilna... o zajęciu przez nie „cudnego” Zemłosławia,
z którego Niemcy pośpieszyli uczynić śliczny „Kurort”! Jakże, w sa¬
mej rzeczy, nadawał się na istną stację klimatyczną z żywicowemi,
głębokiemi lasami swemi, tak dobrze przecie ich dziedziczce znane-
mi, z suchym swoim, ożywczym klimatem...
Wystarczy jeden przykład. Oto brat hrabiny, Aleksander hr.
ŻEMŁOSŁAW.	Obory, wotownie, stajnie dla koni roboczych
Ostroróg-Sadowski, gdy mając lat 27 zapadł na chorobę piersiową,
przez trzy lata jeździł na Riwierę, do Meranu, do Egiptu, a tylko
w Zemłosławiu czuł rzeczywistą ulgę i gorączki nie zaznawał.
*
Z nastaniem wiosny ożywiał się dwór Zemłosławski niepomiernie
od rozpoczynającego się znowu ruchu fabrycznego. Było tedy znów
sporo pracy dla dziedziców przy dozorowaniu robót ciesielskich i ma¬
larskich, przy czuwaniu nad racjonalnem ich prowadzeniem, przy obmy¬
ślaniu i realizowaniu dalszych pomysłów budowlanych. Już i tartak
wodny pracował — poruszany w następstwie lokomobilą. Nazwę miał
„Stella”. Gdy się szło do tartaku albo do gorzelni, nie sposób było
nie przystanąć przed roztaczającym się od niej widokiem na łąki ze
wstęgą Gawji, na olchy malowniczo znaczące jej kręte brzegi, na
		

/Magazyn_102_06_111_0001.djvu

			— 106 —
ścianę lasu w głębi krajobrazu. Dobrze ktoś się wyraził, że żadna,
najpiękniejsza dekoracja teatralna takiemu widokowi nie dorówna.
Na podwórzu folwarcznym wybudował hr. Władysław okazały
„magazyn” dla maszyn i narzędzi rolniczych, na Wysokiem podmuro¬
waniu, z cegły i cementu. Przy młynie wodnym założono garncarnię,
potem walusz *).
Rozrastały się ogrody warzywne, które też nie uchodziły bacz¬
ności dziedziców; a tu i sad owocowy coraz większej pilności i opieki
wymagał. Słowem — było czem się zająć i zajęcia ani na chwilkę
nie brakło.
Od dawna już czynił hr. Władysław starania u władz, aby mu
pozwolono wybudować w Subotnikach nowy kościół — murowany.
W Subotnikach stał stary drewniany kościołek nieduży, fundacji jeszcze
w 1774 r. byłego właściciela Subotnik Jerzego Abramowicza. Mar¬
szałkowa Anna Jakóbowa Umiastowska dobudowała do kościołka,
w 1809 r. kaplicę murowaną, gdzie — jak się już mówiło — złożono
śmiertelne zwłoki marszałka Jakóba. Kaplica trzymała się krzepko;
natomiast stary kościołek chylił się coraz bardziej ku upadkowi.
Po długich korowodach rząd uznał, że w Subotnikach można
nowy kościół postawić pod warunkiem atoli, że będzie kubek w ku¬
bek tych rozmiarów, co stary kościół. Broń Boże, nie większy! Trze¬
ba było przystać i na taki warunek, oczywiście rezerwując sobie sko¬
rygowanie go... przy bardziej sprzyjających okolicznościach.
Zaczęło się tedy budowanie nowego kościoła przy pomocy oko¬
licznego ludu wiejskiego. Parafjan było około 6.000 „dusz”. Gdy
przyszło jednak do zwożenia kamieni (z pól okolicznych) na funda¬
menty, nikt niechciał ruszyć ani ręką ani nogą. Ceglarnia w Zemło-
sławiu mogła wyprodukować cegieł ile by tylko ich było potrzeba,
lecz hr. Władysław nie uznawał je za wystarczające, co do wyglądu;
nie wyrabiano zaś we dworze Zemłosławskim dachówek wcale. Po¬
jechał tedy hr. Władysław z żoną do południowej Francji, gdzie spo¬
rządzane są najlepsze maszyny do wyrabiania prasowanych dachówek
zwanych „marsylskiemi”, maszyny te sprowadził do Zemłosławia
i w Dobroblanach zaczęto niezwłocznie wyrabiać przy pomocy tych
francuskich maszyn zarówno dachówki jak cegłę przeznaczone dla
budowy nowego kościoła w Subotnikach.
Dużo było trudności, dużo nieprzyjemności przy tej budowie.
*) Właściwie: folu#z — do wałkowania, zbijania, do „folowania” sukna włas¬
nego wyrobu. W stronach podwileńskich inaczej się nie mówi, jak „walusz”.
		

/Magazyn_102_06_112_0001.djvu

			— 107 —
Nie wspominając o pr/.yczepkach i nieustannej „kontroli” władz rzą¬
dowych, przeszkadzali w robocie najbardziej ci, co sami nie przykła-
JANIN A Z HR. OSTRORÓC-SADO WSKICH
WŁADYSŁAWOWA HR. UM1ASTOWSKA
dając ręki, nawet palca do zbożnego dzieła, patrzyli zawistnem okiem
na kogoś co... coś robi! Byli i tacy, którzy uważali, że wymknęła się
im gratka ponieważ nie oni wzięli w ryczałtową antrepryzę (podrad)
		

/Magazyn_102_06_113_0001.djvu

			— 108 —
budowanie kościoła. Hr. Władysław nie bacząc na wszystko budował
kościół sam, nie spodziewając się i nie wzywając niczyjej pomocy.
I w roku 1904-tym doprowadził do dobrego końca wszczęte dzieło.
Tegoż roku, 1904-go nastąpiła konsekracja nowego kościoła w Su-
botnikach.
Stary, drewniany kościołek został sumptem hr. Umiastowskiego
przeniesiony na inne miejsce, na cmentarz ogólny, tudzież odremon¬
towany. Odprawiały się w nim nabożeństwa podczas trwania budowy
nowego kościoła. Dotąd ów stary kościołek stoi na cmentarzu subot-
nickim.
Wśród tylu interesów i kłopotów nieraz miewał hr. Władysław
dużo przykrości i irytacji, co zdrowiu szkodziło, wyjeżdżało się więc
czasami do miejsc kuracyjnych zagranicę lub dla samej przyjemności
podróżowania i zwiedzania obcych krajów. Hrabina, będąc mężatką
nie karnawałowała nigdy, było jej to obojętne, ale lubiła zwiedzać
obce kraje, a posiadając pięć obcych języków czuła się wszędzie jak
u siebie w domu. W mężu zaś miała miłego i doświadczonego prze¬
wodnika, obytego gruntownie z zagranicą, niestrudzonego w podróży
i w zwiedzaniu. Nie było dla niego zbyt wysokiej wieży; nie było
zbyt ogromnonego gmachu, choćby to był sam kościół św. św. Pio¬
tra i Pawła w Rzymie.
W czasie jednej z takich zagranicznych podróży, w r. 1904,
hr. Władysław zasłabł na serce. Lekarze stwierdzili, że nadużył mor¬
skich, zbyt zimnych dla niego, kąpieli w Ostendzie. Pomimo, że nie
brakło tam powag medycznych, jak prof. Banti i inni, żona niespo¬
kojna, sprowadziła z Monachjum znanego profesora Oertla, specjalistę
dla chorób serca. Po odbytem konsyljum lekarze mało robili nadziei...
Hrabina zatelegrafowała do krewnych oraz do monsignora Skirmunta
w Rzymie, który niezwłocznie do Monachjum przyjechał i bawiąc przez
kilka tygodni we Francji, nie odstępował chorego wuja. Oprócz wi¬
zyt profesorów, czuwał dniem i nocą przy chorym stały lekarz, czu¬
wała pielęgniarka. Dzięki staraniom żony zdrowie hr. Władysława
poprawiło się. Po kilku tygodniach wstawać potroszę zaczął. Hra-
biostwo mieszkali we wspaniałym pałacu hr. Buturlina przy via dei
Servi. W wózku przewożono hr. Władysława z parterowego mieszka¬
nia do ogrodu pełnego kamelij, róż i palm.
Podczas pobytu hrabiostwa Umiastowskich we Florencji, piękno
to miasto nawiedziło trzęsienie ziemi. Właśnie byli u hrabiostwa na
obiedzie państwo Alfredostwo Romerowie z uroczą córką Heleną, kie¬
dy nawet ze ścian w jadalni zwierciadła pospadały. Pod niemiłem wra-
		

/Magazyn_102_06_114_0001.djvu

			— 109 —
żeniem spędzili hrabiostwo Umiastowscy w parku dwie całe doby,
nie wracając pod dach nawet na noc. Co prawda, nie przykre to było
intermezzo — wśród przepychu kwiatów, pod przepięknem niebem.
Minęła zima. Zdrowie hr. Władysława polepszyło się znacznie;
gdy przeto nastało upalne lato florenckie, wypadło pomyśleć o po¬
wrocie do kraju. Oczywiście zachowując jaknajwyszukańsze ostrożno¬
ści, aby chory mógł długą podróż odbyć wygodnie i bezpiecznie. To¬
warzyszyli nieodstępnie hr. Władysławowi lekarz dr. Bosi, dwóch pie¬
lęgniarzy, lokaj Carlo i służąca
Polka,p. Stanisława Gieryn. To¬
warzyszył najzacniejszy mon-
signore Skirmunt, siostrzeniec
hrabiego. Jechano zaś osobnym
wagonem sypialnym, który, w
razie, broń Boże, pogorszenia się
choremu, mógł być odczepiony
w danem mieście lub na danym
postoju.
Pierwszy dłuższy popas
uczyniono w Salso Maggiore, zna¬
nej miejscowości leczniczej z sil-
nemi źródłami solnemi i siarcza¬
nem!—między Piacenzą i Parmą.
Następnym etapem było Mo-
nachjum. Tamtejszy słynny lekarz
dr. Oertel zalecał hrabiemu nie
zajmować się wcale interesami
majątkowemi, nawet nie wracać
zbyt pośpiesznie do kraju, tylko
spędzić lato w Bawarji pod je¬
go, doktora Oertla, nadzorem.
Gdy po lecie spędzonem w Bawarji wypadło jeszcze zimę prze¬
być we Włoszech, pobyt hrabiostwa zagranicą potrwał równo trzy lata.
Zato z jakąż radością wrócono do ukochanego Żemłosławia!
Nic nie stracił w oczach dziedziców w porównaniu nawet do najpięk¬
niejszych stron świata. Zastano nietylko wszelkie wygody wiejskiej
wzorowo urządzonej rezydencji, lecz i wzorowy porządek. Hr. Wła¬
dysław miał formalną pasję kupować rzeczy ładne i ozdobne —
dla Żemłosławia, ściągać je, ze wszech stron, jak się wyrażał „do
gniazda”. Z Paryża, z Wiednia, zewsząd zwoził do Żemłosławia co
WŁADYSŁAW HR. UMIASTOWSKI
		

/Magazyn_102_06_115_0001.djvu

			— 110 —
mu się, bywało, podoba po magazynach, na wystawach. Dużo z tem
nieraz było kłopotu, ze sprowadzaniem zakupów z zagranicy, potem
z przewożeniem ich ze stacji kolei do Zemłosławia na platformie re¬
sorowej... Lecz hr. Władysław tak lubił otaczać żonę wszystkiem, co
piękne i urok domowego zacisza podnosi! Łatwo przeto sobie wy¬
obrazić ile po tak długim zagranicą pobycie przybyło do pałacu
w Zemłosławiu stylowych mebli, obrazów, kandelabrów, dywanów,
różnych ozdobnych wyrobów z kutego żelaza, kryształów i majolik,
marmurów i wszelkiego rodzaju drobiazgów...
*
Autor „Powiatu Oszmiańskiego” p. Cz. Jankowski, w wędrówkach
swoich przybył do Zemłosławia od strony Surwiliszek.
Oto, co pisze:
„Melancholja jakaś dziwna leży na całej okolicy, a wyobrazić
sobie łatwo, co tu za ponure nastroje dobywać musi dzień słotny,
jesienny, jak bezbrzeżna mglistość natenczas, jaka pustka beznadziejna
panować tu muszą. Lecz droga zapada w piękny, czysty bór sosnowy,
i przeciąwszy go w kwadrans, wjeżdżamy z boru jakby w kraj ja¬
kiś inny! Tuż na skraju boru u samej drogi poczta. Tak, poczta i to
nietylko z jakąś tam krzywo u drzwi przybitą skrzynką do listów,
ale ze słupem telegraficznym u węgła. To już Żemłosław, to już jego
specjalna stacja pocztowa i telegraficzna, łącząca rezydencję ze stacją
Poleskiej kolei Bieniakonie, odległą o wiorst trzydzieści z okładem.
Jak nożem odciął skończyło się bezludne pustkowie, ogarnia nas
ruch, życie, posypały się domy, domki, ogrody warzywne—ba, nawet
jaśminy i bzy. Migają dworskie „kary”, krzątanina w polu, na najlich¬
szej nawet chatce ponad drzwiami widnieje numer porządkowy i li¬
tera oddziału lub kategorji, a oto i palisada skręca wprawo ku dworowi.
Dworu ozdobą przednią jest—pałac. Nie łatwo znaleść rezydencję
łączącą tak pięknie okazałość z dobrym smakiem. W głębi wjazdo¬
wej alei, u szerokiego trawnika kolistego, wznosi się gmach, przypo¬
minający zdaleka Łazienki podwarszawskie, a z bliska podwileńską
Wakę Tyszkiewiczów. Na froncie od podjazdu cztery kolumny, a za
niemi w głębi otwarty, by się wyrazić, przedpokój, powiedzmy z an¬
gielska „hall”, wyłożony mozaiką, pełen kwiatów, lekkich ogrodo¬
wych mebli, tworzący bardzo miły letni salon. Na piętrze, dokąd pro¬
wadzą lekkie, nader gustowne schody, po jednej stronie salon recepcjo-
nalny, po drugiej również obszerna bibljoteka. Księgozbiór bogaty,
ciekawy, przedewszystkiem jako spora kolekcja bardzo cennych i na-
t
		

/Magazyn_102_06_116_0001.djvu

			— 111 —
der rzadkich druków polskich, gromadzonych z zamiłowaniem i zna¬
wstwem jeszcze przez ś. p. Alberta Umiastowskiego.
Pałac wznoszący się dziś w Zemłosławiu stawiła matka dzisiej¬
szego właściciela; wewnętrzne, nader wykwintne urządzenie dał mu
sam hr. Władysław. W pierwszej połowie kończącego się wieku stał
w Zemłosławiu, obecnie zniesiony do fundamentów, dom rezydencjo-
nalny obszerny i wygodny, ale pod względem architektonicznym
o	wiele skromniejszy. Rzec można, że w całym Zemłosławiu jedynemi
zabytkami dawnych czasów pozostały drzewa, piękne i obfite drzewa,
okalające pałac, tworzące cieniste promenady o staj kilka od pałacu,
płynące jakby lasem wzdłuż brzegów bystrej Gawji, przecinającej
staw, tuż przed pałacem leżący. Żemłosław, jakim jest dziś, jest dzie-
ŻEMŁOSŁA W.	PAŁA C
łem nowoczesnym, sprawia wrażenie przedewszystkiem pańskiej wile-
gjatury, gdzie najbliższemu otoczeniu dziedziców dano iście zagra¬
niczny kosmopolityczny komfort.
Nigdy też w ciągu całego swego istnienia nie miał Żemłosław
tak wspaniałego wyglądu, takich rezydencji pańskiej cech niemiał.
Przez lata całe, rzecz można, przez wieki, sąsiadowały ze sobą na
nieosobliwych jego gruntach siedziby drobnej szlachty, potem roz-
pęczniał i zaokrąglił się pod ręką Żemłłów, którzy mu nazwę nadali,
nie imponując wszakże nigdy ani obszarem, ani żyznością. Dopiero
w ostatnich czasach spadł na Żemłosław cudotwórczy deszcz monety
i	powyrastały wśród ubogiego krajobrazu okazałe budowle; zadymiły
gorzelnie, rozpięły się druty telegraficzne i nazwa żemłosław nabrała
niebywałego klangoru oraz szerokiego rozgłosu na powiat. Zbiegły się
doń przedewszystkiem, czasu stałego przebywania w Zemłosławiu hr.
1
		

/Magazyn_102_06_117_0001.djvu

			— 112 —
Władysława, nicie przeróżnych interesów, związanych z niemałą,
a rozległą fortuną dziedzica.
Dziś, gdy hr. Umiastowscy przeważnie za granicami kraju prze¬
bywają, Zemłosław przycichł i rozpostarł się nad nim pewien odcień
zapomnienia. Rozpędem już tylko, przed laty nadanym, utrzymuje się
na stopie, na którą go nagle wyniesiono. Podobnie jednak jak nie
był nigdy, tak i nie jest do dziś dnia warsztatem rolniczym lub prze¬
mysłowym, jest przedewszystkiem letnią rezydencją, odpowiadającą
zamożności i nawyknieniom dziedziców”.
Szanowny autor „Powiatu Oszmiańskiego” zwrócił mało uwagi
na gospodarstwo postanowione już wówczas na wysokim stopniu
kultury, co jeszcze przez rodziców i dziadów właścicieli Zemłosławia
było zapoczątkowane. Po istnieniu tam poprzedniej gorzelni przez
blizko lat sto i pędzeniu nowej o 4 zatorach (zdaje się po 160 pu¬
dów każdy dziennie) przy ilości z górą 200 sztuk krów, wołów
oprócz koni roboczych dworskich, parobkowskich i młodzieży, grunt
chociaż gliniasto-szczerkowy stał się, ulepszany przez lat tyle, tak
dobrym, że dawały doskonałe plony: amerykańskie żyto z pełnym du¬
żym kłosem i ogromną słomą, przewyższającą wzrost człowieka, na¬
stępnie kartofle przepyszne, z wielką ilością krochmalu do gorzelni,
oraz drugi ich gatunek smaczny, sypki, dla jedzenia, potem owsy,
grochy, koniczyna, saradele, łubiny; a na specjalnych polach doświad¬
czalnych poszukiwano jeszcze lepszych rezultatów. Deski, gonty i t. p.
wyrabiało się u siebie, drzewo z lasu wyrabiało się na swój rachunek
i spławiało po Gawji do Niemna, zagranicę, cegły prasowane prze¬
śliczne i dachówki wyrabiano maszynami zagranicznemi w cegielni
Dobrowlańskiej. Posługiwano się wszelkiemi maszynami i narzędziami
rolniczemi najlepszych systemów. Czynne były lokomobila, młocarnia,
sieczkarnia, sprężynowe brony, pługi najlepsze, słowem wszystkie
ulepszenia jak żniwiarki, grabarki i t. p.—bo chociaż okolice obfitują
w kamienie, jednak w Żemłosławiu na składowych polach wszystkich
nigdzie kamienia nie było widać. Pola były z kamieni zapobiegliwie
oczyszczone.
Więc Zemłosław nie był nigdy tylko „letnią rezydencją”, ale rze¬
czywiście warsztatem rolniczym i przemysłowym — co prawda, za¬
spokajającym głównie potrzeby samego Zemłosławia i folwarków. Ziarna
sprzedawano dużo, pomimo że używano dużo żyta na zatory i nawet
na wódkę w gorzelni. Kukurydzę sprowadzano całemi wagonami.
Zakładać jakieś inne fabryki przy oddaleniu od kolei (chociaż
później przybyła kolej Wilno-Równe ze stacją Juraciszki o 10—12
		

/Magazyn_102_06_118_0001.djvu

			wiorst) niewytrzymywało kalkulacji. Puszczało się na takie hazardy
wielu obywateli, lecz rezultat był zawsze opłakany. Cóż z tego, że
sąsiedzi „podziwiali” nową fabrykę, a jakiś importowany byk lub ba-
ran otrzymał nagrodę na wystawie? Majątek nie przynosił nic. Dobrze
jeszcze jeśli się na bankructwie nie skończyło.
Zemłosław był nietylko przemysłowym, ale i gospodarczym, ro¬
zumnie urządzonym warsztatem w całem znaczeniu tego słowa, jakby
oazą w tamtych stronach, mlekiem i miodem płynącą, bo i dużo
miodu wyrabiały pszczółki żemłosławskie. Przerabiano we dworze ów
miód na staropolski miodek, którego w piwnicach było po kilkaset
GORZELNIA W ZEMŁOSŁAWIU
butelek. Gdy hr. Władysław zawiózł kiedyś do Londynu* kilka takich
butelek, znawcy i smakosze wyrażali swój zachwyt i wypytywali, czy
nie można dużej ilości takiego smakołyku sprowadzić. Zemłosław był
z przyrodzenia jakby stworzony na ogromną pasiekę bo oprócz bzów,
kasztanów i drzew owocowych kwitnących, oprócz masy kwiatów
w parku, koło pałacu, ma łąki i brzegi pól usiane kwieciem.
Hr. Władysław był człowiekiem poważnym i rozumnie prowa¬
dził gospodarstwo, żeby deficytów nie było, a wszystko szło coraz
lepiej; przytem dbał o piękno, porządek, dostatek, wygody. W całym
Zemłosławiu nawet w szerokim Zemłosławia promieniu, kazał drogi
naprawiać. Gdy się jechało na kolej do Bieniakoń (30 do 32 wiorst)
		

/Magazyn_102_06_119_0001.djvu

			- 114 -
lekkim fajetonem we cztery konie w lejc przez cudne lasy (i to swoje
własne prawie wszystkie) tak szanowane i doskonale zagospodarzone,
po dobrej drodze — doprawdy, ani się spostrzegło, ani się odczuło
2V2 godziny jazdy. Był to zbyt krótki cudny spacer! Konie, po wię¬
kszej części własnego chowu, od urodzenia przyzwyczajone do pia¬
szczystych dróg, nawet po głębokim piasku nie zwalniały biegu. Wy¬
jeżdżało się latem raniutko za interesami do Wilna, powracało chłod-
kiem na kolację do Zemłosławia. Miało się wrażenie — bardzo przy¬
jemnego spaceru.
Zemłosław nie był „przedewszyskiem letnią rezydencją”, gdyż
przez czas długi hrabiostwo Umiastowscy stale przebywali w Zemło-
sławiu wyjeżdżając zagranicę tylko na kurację lub na krótko.
Po owej zaś ciężkiej chorobie hr. Władysława, opisanej wyżej,
i po trzech latach spędzonych przymusowo .wówczas zagranicą znowu
większą część roku spędzano w Zemłosławiu wyjeżdżając do cieplej¬
szego klimatu tylko na najzimniejsze miesiące zimowe, czego zdrowie
hr. Władysława nieodzownie wymagało. W Zemłosławiu w czasie nie¬
obecności dziedzica wszystko szło normalnym trybem wedle planu
i dyspozycji hr. Władysława.
Zima z 1904 na 1905 rok była niezwykle mroźna i ciężka. Po¬
mimo to hr. Władysław, niechcąc przerywać zajęć w Zemłosławiu,
z wyjazdem zagranicę zwlekał i zwlekał...
Około 4-tej nad ranem 16-go stycznia 1905 roku s. st. nagle
na anewryzm serca życie zakończył w Wilnie w hotelu St. Georges—
gdzie zatrzymał się był przejazdem wraz z małżonką.
*
Zgasł człowiek wyjątkowej prawości, kochający swą ojczystą zie¬
mię i kraj, dla którego, można powiedzieć, że się poświęcił. Miał tyle
razy sposobność otrzymać ogromne sumy sprzedając swoje ziemie
i żyć bez troski w pięknym kraju o ciepłym klimacie, a jednak nie
chciał oddać tej ziemi w rosyjskie ręce i pracował, borykał się wśród
rozlicznych trudności — dla pożytku kraju. Miał to przekonanie, że
dobrobyt pojedyńczych obywateli stanowi bogactwo kraju, a piękne
siedziby są jego ozdobą i chwałą. „Kto Ojczyźnie swej służy — po¬
wiada Skarga—sam sobie służy, bo w niej wszystko się jego za¬
myka”.
Był hr. Władysław wesołego i miłego, łatwego bardzo charakte¬
ru w codziennem pożyciu. Niezwykle uprzejmy dla obcych, cenił
ludzi według ich moralnej wartości, nie kłaniał się ani mamonie, ani
		

/Magazyn_102_06_120_0001.djvu

			— 115 —
stanowisku, tylko nie lubił poufalenia się, nie był „wylany*', nie" był
skory do „ściskania się” i całowania „po staropolsku”, „z dubeltówki”.
Zawsze zamknięty w sobie, dopóki kogoś bliżej nie poznał, nie grał
w karty, nie pił, był człowiekiem serjo, przeto wśród ludzi mniej¬
szej wartości moralnej i charakteru oraz innej sfery, nie był, jak to
mówią, „popularnym”.
Był najlepszym oby¬
watelem kraju, synem, mę¬
żem, bratem, przyjacielem
człowiekiem bardzo deli¬
katnych uczuć, nieznającym
kompromisów z sumieniem
Dewizą jego herbową było
„Frangas non flectas”—i w
samej rzeczy gotów był za¬
wsze rychlej złamać się niż
zgiąć. W zasadach był nie¬
złomnie stały. Katolik do¬
bry i gorliwy, powtarzał
często: „Trzeba żyć tak,
jakby się miało jutro um¬
rzeć, a pracować tak, jak¬
by się miało żyć wiecznie”.
1 tak też sam żył.
Podług woli zmarłego,
piśmiennie wyrażonej po-
grzeb był skromny. Życzył WŁADYSŁAW HR. UMIASTOWSKI,
sobie,aby jeden tylko ksiądz według zdjącia fotograficznego wykonanego w Kis-
prowadził kondukt i aby	singen w 1904 r.
karawan był jednokonny.
I jeden tylko ksiądz nabożeństwo w kościele odprawił. W rzęsiście
oświetlonym kościele św. Katarzyny mszę świętą odprawił jeden tylko
ksiądz: metropolita Ropp—bez żadnej asysty. Tylko w kościele było
dużo kleryków, odmawiających półgłosem modlitwy, a przed kościo¬
łem zebrała się wielka ilość żebraków, którym rządca domów hrabiny
Umiastowskiej rozdał duży worek srebrnej monety. Z racji głębokiego
śniegu karawan był dwukonny, gdyż koń jeden by nie pociągnął*
Przeprowadziło trumnę aż na dworzec kolei sporo osób, nie bacząc
		

/Magazyn_102_06_121_0001.djvu

			— 116 —
że ulice po kostki zaśnieżone. Przeprowadził proboszcz kościoła św.
Katarzyny. Podczas całej eksportacji bito w Ostrobramskie dzwony.
Trumnę wstawiono do kirem i zielenią obitego wagonu. Tuż w dru¬
gim jechała hr. Umiastowska z kuzynem oraz oficjalistami zarządu
majątków i z osobistą służbą.
Pociąg ruszył w kierunku na Lidę do Bieniakoń.
Nikt z zaproszonych na pogrzeb przez żonę zmarłego najbliż¬
szych krewnych nie pojechał do Zemłosławia, chociaż niektórzy byli
właśnie w Wilnie w dniu śmierci hr. Władysława — i, o ile wierzyć
ludziom złośliwym, dowiadywali się u adwokata jaki by mógł być
testament. Drudzy, dowiedziawszy się, że zmarły wszystko żonie lego¬
wał, uważali, że bytność ich na pogrzebie straciła rację bytu. Przy¬
pomnieli zresztą sobie, że muszą niezwłocznie jechać do siebie, na
wieś, do domu przyjmować kartofle zwożone do gorzelni, w czem
oczywiście, jak zwykle bywało, namiestnik lub ekonom niemógł dzie¬
dzica zastąpić...
W Bieniakoniach czekał na przyjęcie zwłok proboszcz z Kon-
waliszek. Nazajutrz pochód żałobny ruszył z Bieniakoń. Proboszcz
konwaliski jechał w pierwszych saniach z krzyżem. Pochód pogrze¬
bowy był w swej prostocie niezwykle poważny i uroczyście swojski.
Trumna spoczywała na katafalku na płozach, obitym pięknie kirem, przy¬
branym zielenią; dwóch chłopców stajennych w nowych chłopskich
sukmanach stało na stopniach przytrzymując trumnę dla bezpieczeństwa,
choć była przywiązana. Powoził furman dworski czterema ulubionemi
wielkiemi końmi w lejc. Od Bieniakoń do Subotnik była droga roz¬
kopana i jedliną — z własnych lasów — usypana. Gdy pochód ruszył,
uderzyły dzwony bieniakońskiego kościoła i biły nieustannie, biły...
Słychać je było jeszcze, kiedy odezwały się z daleka konwaliskie
dzwony. 1 popłynął z Konwaliszek dźwięk dzwonów towarzysząc
pochodowi do Dziewieniszek, gdzie go dzwony tamtejszego kościoła
powitały. Tak przez całą drogę podawały dzwonom dzwony wieść
żałobną, towarzysząc do mogiły dziedzicowi Zemłosławia.
A po wioskach i miasteczkach gęsto klękał lud pobożny wiejski
w śnieg głęboki u drogi, kędy pochód żałobny przeciągał. Obnażone
głowy, gorący szept pacierzy, łzy w niejednych oczach świadczyły
o szczerem ludzi rozrzewnieniu. Za trumną jechała w saniach hrabina
Umiastowska z siostrzeńcem swej matki, za nią jechali starsi oficja¬
liści zarządów, jechała służba osobista hrabiostwa.
Zaspy śniegu były ogromne. Dzień był przepiękny, słoneczny.
Iskrzyły się pola jak brylantami; grubo oszronione lasy roztaczały
		

/Magazyn_102_06_122_0001.djvu

			— 117 —
czarujący przepych dokoła — gdy na czarnym karawanie po przez
biel niezmierzoną śniegów jechał wolno tych pól i lasów właściciel,
przez pola swoje i lasy, po raz ostatni... aby się na wieczny odpo¬
czynek w grobowcu rodzinnym położyć.
Dojechano do Zemłosławia. Przed bramą parku naprzeciw pała¬
cu, tam gdzie teraz wznosi się figura Matki Boskiej, kondukt stanął.
Ksiądz w krótkiem przemówieniu wspomniał, że przodkowie zmarłego,
którzy tu przed nim żyli, błogosławią go za jego pożyteczne i po¬
bożne życie; że ich dusze żegnają go w Zemłosławiu, a czekają na
niego w niebie, tam, gdzie spokój i szczęście wieczne. Skropił wodą
ŻEMŁ OSŁAW.
Aleja wjazdowa prowadząca do pałacu, z figurą Matki Boskiej w głąbi.
Lipy sadzili sami hr. Władysław i kr. Janina wkrótce po ślubie.
święconą trumnę zmarłego tu gdzie on żył i pracował. Modlitwy za
niego zmówił na głos. Wtórzyli kapłanowi wszyscy z konduktu ża¬
łobnego. Dworska służba klęczała wokoło.
Zapadł wieczór. Zapalono liczne pochodnie, najgęściej koło
trumny i przed krzyżem — i ruszył dalej kondukt wśród tych świa¬
teł, po przez śniegi bezkreśne, po przez cudnie oszronione lasy.
Na spotkanie wybiegło mu, rozlegające się szeroko po zapadającej
już nocy, bicie we dzwony kościelne — w Subotnikach.
Tam był kres ostatniej ziemskiej wędrówki hrabiego Władysława—
do progu fundowanego przezeń koś-cioła.
		

/Magazyn_102_06_123_0001.djvu

			— 118 —
WNĘTRZE KOŚCIOŁA W SUBOTN1KACH FUN¬
DACJI WŁADYSŁAWA HR. U MI AST O WSKIEG O.
Przed balaskami widać wejście do grobów rodzinnych
w podziemiach kościoła.
		

/Magazyn_102_06_124_0001.djvu

			— 119 —
W Subotnikach ustawiono trumnę na wysokim katafalku po¬
środku rzęsiście oświetlonego i przepełnionego zielenią kościoła. Na
drugi dzień, po nabożeństwie, zniesiono trumnę do niedokończonego
jeszcze podziemia, gdzie pierwszy spoczął, na wieczny spoczynek,
sam fundator kościoła.
Właścicielką Zemłosławia z przyległościami oraz majątków w gu-
bernji Mińskiej została hrabina Janina Umiastowska.
GRÓB RODZINNY U Ml AS TO WSKICH W KOŚCIELE
SUBOTNICKIM
		

/Magazyn_102_06_126_0001.djvu

			ZIEMSKA FORTUNA
WŁADYSŁAWA HR. UMIASTOWSKIEGO
		

/Magazyn_102_06_128_0001.djvu

			I. W WILEŃSZCZYZNIE I MIŃSZCZYZNIE.
Hrabina Janina Umiastowska po śmierci męża hrabiego Włady¬
sława Umiastowskiego nastąpionej w 1905 r. została wła¬
ścicielką 17.920.56 dziesięcin ziemi w gubernjach Wileńskiej
i Mińskiej. W roku 1922 posiadała margrabina Umiastowska
już tylko około 14.902.18 dziesięcin w skutek następujących zmian:
W 1911 r. dn. 5 listopada kupiła od p. Marjana Umiastowskiego,
syna ś. p. marszałka Emila Umiastowskiego, młyn wodny w Subotni-
kach wraz z ziemią (razem ornej, łąk, ogrodów, paszy dziesięcin
3.95, osobno lasu dziesięcin 55,25, a razem dziesięcin 59.20) *). Młyn
po kupieniu był gruntownie odremontowany i odnowiony.
Przed wojną hrabina sprzedała Rybaki, dom z ogrodami, między
wioskami za Zemłosławiem (1,15 dziesięcin).
Również przed wojną hrabina sprzedała majątek Lewków w po¬
wiecie Wilejskim położony, 20 wiorst od stacji Mołodeczno, niedaleko
rosyjskiej granicy na rozparcelowanie wśród miejscowej ludności, a także
służbie dworskiej, razem dziesięcin 1.666.92, a osobno sprzedała tam
lasu dziesięcin 1.389.49 razem dziesięcin 3.056.41. W tem jest poli¬
czony i sam ośrodek Lewkowa, który sprzedała hrabina dopiero
w 1919 r. szlachcicowi — polakowi. Dwór Lewkowie ma nowy
porządny dom mieszkalny, doskonały sad, dwie oficyny, młyn, byłą
gorzelnię nad rzeką, jest ładnie położony, ale bliskość granicy bol¬
szewickiej czyni tam pobyt bardzo niemiłym. Wkrótce po sprzedaży
Lewkowa bolszewicy żonę nowego właściciela w jego nieobecności
porwali; na szczęście udało mu się ją wyrewindykować.
Po wojnie między 1919 a 1920 r. sprzedała hrabina w Niańko-
wie pustoszy między włościańskiemi gruntami koło 35 dziesięcin.
Wskutek powyższych zmian, przed przystąpieniem do parcelacji
posiadała hrabina Umiastowska około 14.902.18 dziesięcin.
*
Akt kupna zapisany w księdze wieczystej Wileńskiego Notarjalnego Ar¬
chiwum (powiat Oszmiański) za 1911 r., stron. 199 i 200 za Nr, 99,
		

/Magazyn_102_06_129_0001.djvu

			— 124 —
Posiadłości ziemskie Władysława hr. Umiastowskiego — w dnia
1-ym listopada 1903 r. — te były:
MAJĄTEK ŻEMŁOSŁAW1)
z kolonją Rudnia, młynem Zemłosławskim i tartakiem, karczemną
działką w zaścianku Hołynka i młynem „Hołynka”, ogrodem przy
wiosce Podworańce, karczemnemi działkami Bołtuciowo, Brodówka,
Zakazanka, Rybaki i zaściankami Bołtuciowo, Hołynka - Brodówka -
Rudnia, Szałaszowo.
FOLWARK HUTA.
FOLWARK ZALESIE
z karczemnym „ucżąstkiem” Czerwonka, cegielnią Dobrowlany i za¬
ściankiem Dobrowlany.
MAJĄTEK KLEWICA'2)
z młynem Tartak (też Huta, też Raszkusiańska) karczemnym „ucząst-
kiem” Klewica, terpentyniarnią, kuźnią, zaściankami Klewica, Tartak
Raszkuciański i z sianokosem Neckiszki.
FOLWARK ANNOPOL
z młynem.
FOLWARK UMIASTOW.
FOLWARK KAROŁEJGI.
FOLWARK LUDWINÓW
z karczemnemi działkami Sołomianka i Dejlidka oraz zaściankami
Borówka i Bokówka.
FOLWARK JAWELE
z zaściankiem Jawele.
FOLWARK DOBROMYŚL.
FOLWARK KAZIMIERZÓW
z młynem Rudnia.
') Według planu geom. A. Borowika, weryfikowanego przez geometrę guber-
njalnego Liszkina.
a) Według planu sporządzonego przez geom. B. G. Barankiewicza, spraw¬
dzonego przez gub. geometrę Liszkina,
		

/Magazyn_102_06_130_0001.djvu

			— 125 —
MAJĄTEK KONWALISZKI')
z folwarkiem Olimpin, zaściankiem Olimpin, miasteczkiem Konwa-
liszki, młynem Lepie, zaściankami Siemiona-Pasieka i Miżany, łąkami
w lasach Nietycz, Sołka, Zaolimpin, Klimiszki i Cytuszki, łąkami Ka-
zimierzowskiemi, Ludwinowskiemi i Korolejskiemi.
FOLWARK ALBERTYN
z karczemnym „ucząstkiem” Dubinka, zaściankami Dubinka, Zaja-
szowszczyzna i Szwedzka-Grobla.
FOLWARK ROCHÓW.
FOLWARK JANINÓW.
FOLWARK WŁADYSŁAWÓW.
FOLWARK GIEDUNY
z karczemnym „ucząstkiem” Giedunka.
MAJĄTEK DAUBUCISZK12)
z karczemnym „ucząstkiem” Daubuciszki, zaściankami Rymoszy,
Szulni i Piaski.
FOLWARK ROCK1SZKI3)
z łąkami w lasach Bołociszki i karczemnym „ucząstkiem” Krakuny.
MAJĄTEK GIEŁOŻE4)
z cegielnią, zaściankiem Giełoże i karczemnym „ucząstkiem” No-
wodolka.
MAJĄTEK LEWKÓW5)
z folwarkiem Humnicze, leśnemi „ucząstkami” Czysty i Górzysty-Bór,
chutorem Siedzica, lasami Popławy, Lubcz, Kobyli-Łóg, Durowska-
Góra, Chwieniowo, Arbuzowo i Kuksino.
1)	Zgodnie z planem sporządzonym w 1879 r. przez geom. A. Borowika,
sprawdzonym przez gub. geometrę Liszkina.
2)	Zgodnie z takimże planem z r. 1879-go.
:i) Zgodnie z planem z r. 1877-go sporządzonym przez geom. Barancewicza
sprawdzonym przez gub. geometrę Liszkina.
4)	Zgodnie z planem z r. 1878-go sporządzonym przez geom. Barancewicza,
sprawdzonym przez gub. geom. Liszkina.
5)	Zgodnie z planem sporządzonym w 1893-go r. przez geometrę Mrozow¬
skiego, tudzież z planem pustosznych działek wśród gruntów włościan wioski Cze-
		

/Magazyn_102_06_131_0001.djvu

			— 126 —
MAJĄTEK KOSZELEWO
z „ucząstkami” sianokośnemi wśród sianokosów skarbowej wioski
i folwarku Kuścin, łąkami w trzech leśnych „ucząstkach” Iscewka
w lesie Zabia-Łąka i w dwóch lasach Sadowniki, z zaściankami
Klony, Iscewska i Bursackie, oddzielną działką w lesie Sieliszcze,
oddzielonym w tymże lesie Sieliszcze ornym gruntem okrążonym ze
wszystkich stron skarbową ziemią wioski Siecewin i gruntami wsi
Jurzdyk.
MAJĄTEK NIAŃKO W2)
z dwoma młynami przy wiosce Niańkowie i przy wiosce Rakiewicze,
szachownicą w wiosce .Rakiewicze, szachownicą w wiosce Niańków,
oddzielnym lasem Plissa i zaściankiem w lesie Plissa.
MAJĄTEK PUZINIEW1CZE3)
z folwarkami Ottonów i Stary-Dwór, lasami Postawnik i Gaj, folwar¬
kiem Borek, lasami Borek, Rum, Nowizna, Cierebież i Czarna-Puszcza,
pustoszną działką Nowizna, folwarkiem Nowe-Klimonty, lasami Tere-
bostino, Ostęp, Kryniczne i Nort, lasem Malinnik i działkami w wio¬
skach Lądki, Stare-Sioło i Nowe-Sioło.
Razem ziemi 17.920.56 dziesięcin.
II. ROCKISZKI.
Rockiszki, położone w powiecie Oszmiańskim, odległe o 8 wiorst
od Zemłosławia, a o 6 wiorst od miasteczka Dziewieniszki, były
około 1805 r. przez marszałka Jakóba Umiastowskiego wydzielone
jako samodzielna majętność z gruntów Żemłosławskich. Majątek miał
dobre, ładne łąki nader odpowiednie dla hodowli inwentarza.
Po śmierci chorążego Ludwika Umiastowskiego — dziedzica
Zemłosławia, a starszego brata Kazimierza, któremu ś. p. Ludwik
Zemłosław zapisał—przeniósł się Kazimierz Umiastowski z folwarku
chy, sporządzonym w czerwcu 1894 r. przez geometrę Mrozowskiego, oraz zgodnie
z planem pustosznych działek wśród gruntów włościan wioski Łatygol, sporządzo¬
nym w czerwcu 1894 r. przez geometrę A. Mrozowskiego.
') Zgodnie z planem z r. 1855-go sporządzonym przez geom. K. M. Grossa.
2)	Zgodnie z planem sporządzonym w 1877-go r. przez geometrę Barance-
wicza.
3)	Zgodnie z planem sporządzonym w 1903-go r. przez geometrę M. J. Kre-
nickiego.
		

/Magazyn_102_06_132_0001.djvu

			Kazimierzowo, gdzie mieszkał, do Żemłosławia w 1828 r. Ożenił się
w r. 1832 z Józefą Dunin-Rajecką córką marszałka nowogródzkiego
Franciszka. Oboje bardzo lubili konie. Marszałkowa Józefa Umia-
stowska, zostawszy w 1863-cim wdową, często z Żemłosławia jeździła
do Rockiszek cieszyć się widokiem hodowanych tam źrebiąt, a i prze¬
konać się czy mają należyty dozór.
W 1922 r. nabył Rockiszki od margrabiny Janiny Umiastowskiej
mecenas Maciej Jamontt, lubiący wieś i Zemłosławskie okolice, gdzie
matka jego, nieżyjąca już dziś Marja ze Swiackiewiczów Kazimierzowa
Jamonttowa, gospodarna i praktyczna, owdowiawszy, gospodarowała
DWÓR W ROCKISZKACH
w Kwiatkowcach. Do Kwiatkowców mecenas Jamontt, będąc studen¬
tem uniwersytetu, często przyjeżdżał i szczerze był się do stron tam¬
tejszych przywiązał.
Po kupieniu Rockiszek zajął się mecenas Maciej Jamontt ener¬
gicznie gospodarstwem, nie zapominając o oporządzeniu i zdobieniu
ukochanego wiejskiego home’u. Już w r. 1922 postawił na miejscu
starego nowy, ładny dom, w stylu dawnych dworków polskich, oto¬
czony staremi drzewami. Sztamowe róże w przednich gatunkach wy¬
rosły jak z pod ziemi; dzikie wino ganek oplotło; zapachniały bzy
i jaśminy. Pobiegły polem aleje kasztanowa i brzozowa, a las sosno¬
wy przylegający do dworu stał się, umiejętnie prowadzony, prześlicz¬
nym parkiem. Jak na szlachecki dwór przystało, u wjazdowej bramy
		

/Magazyn_102_06_133_0001.djvu

			— 128 —
murowanej Chrystus Pan z krzyża błogosławi domowi, dziedzicom —
i gościom, których w Rockiszkach nigdy nie brak.
Po za domem mieszkalnym i oficyną wybudowane zostały czwo¬
rak, gumno i obora. Pola są zdrenowane a łąki osuszone odkrytemi
rowami.
Stary kniaziowski ród Jamonttów herbu Pobóg ma gniazda
swoje rodzinne na Żmudzi gdzie do rodu tego należały dobra ziem¬
skie: Ełkas Jamonttyszki, Jakubajcie Goroławkie, Jamoncie Sakieliszki,
Urbszyszki, Niewiardowskiszki, Łunajcie, Medyngiany, Petrele i inne
pomniejsze. Do ziemi i gleby ojczystej zawżdy lgnęli Jamonttowie;
dziedzic Rockiszek, aczkolwiek palestrant z zawodu, wysoko cenio¬
ny obrońca prawny wileński, bujnie dał folgę zamiłowaniom swoim
do gospodarki wiejskiej. Oprócz Rockiszek ma jeszcze drugą posia¬
dłość ziemską, Grzymałówkę, ładnie położoną i w dobrej glebie nie¬
daleko Werek i Kalwarji pod Wilnem.
III. PUZINIEWICZE.
Marszałek nowogródzki Franciszek Dunin-Rajecki herbu Łabędź,
b. komisarz nowogródzki z ramienia rządu Napoleona w 1812 roku,
oraz żona jego Barbara z Mierzejewskich, właściciele rodowych ma¬
jątków Puziniewicze, Koszelew, Niańków i Rajce w b. gubernji Miń¬
skiej położonych, — mieli trzy córki i syna Ottona.
Otton Dunin-Rajecki, z przyrodzenia słabowity, umarł w młodym
wieku na obczyznie, w Nicei dn. 5 marca 1838 r. i na tamtejszym
cmentarzu leży pogrzebany. Rodzice nie zdążyli czasowego nagrobka
na stały zamienić. Dopiero siestrzan nieboszczyka Albert Umiastow-
ski będąc na Rivierze w marcu 1861-go roku marmurową tablicą du¬
żych rozmiarów miejsce wiecznego spoczynku Ottona Dunin-Rajec-
kiego upamiętnił, a brat Alberta Umiastowskiego, Władysław hr. Umia-
stowski, nadgrobek utrwalił i pięknie ozdobił tudzież plac cmentarny
na wieczne czasy zakupił (Concession a perpełuite Nr 3359).
Napis na grobowcu brzmi:
Ś. P.
OTTON DUNIN-RAJECKI
Tu spoczywa
Ś. p. Otton syn Franciszka Dunin-Rajecki
zmarły w Nizzy 4 marca 1838 r.
prosi o troje Pozdrowień.
		

/Magazyn_102_06_134_0001.djvu

			— 129 —
„Dn. 22 marca 1861 r.—
brzmi dalej napis na grobowcu—
siostrzan przywiązany Albert
Umiastowski pamiątką to miej¬
sce uczcił”.
Dn. 13 grudnia 1899 r. po¬
mnik odnowił, obramował, krzyż
postawił, ziemię na wieczność
kupił (Concession a perpetuite
Nr. 3359) przywiązany siostrze¬
niec Władysław Umiastowski.
*
Z trzech córek Franciszka
Dunin-Rajeckiego najstarsza
Ludwika otrzymała od rodziców
majątek Rajce i poślubiła mar¬
szałka nowogródzkiego Józefa
Wereszczakę dziedzica Smol-
czyc, który synów miał dwóch:
Kazimierza i Franciszka.
Druga, Józefa, wyszła za-
mąż za Kazimierza Umiastow-
skiego, marszałka oszmiańskie-
go, dziedzica Zemłosławia z
przyległościami.
Trzecia z córek Franciszka Dunin- Kajeckiego, Aleksandra, nieza¬
mężna, zmarła zagranicą w sanatorjum w Niemczech (w Leubus, w 1881 r.)
Marszałek Władysław hr. Umiastowski pomnik wzniósł na jej grobie.
Trzy przeto siostry Duninówny-Rajeckie, mianowicie marszałkowa
Wereszczakowa, marszałkowa Józefa Kazimierzowa Umiastowska
i niezamężna Aleksandra Dunin-Rajecka, były dziedziczkami majątków
Koszelew, Puziniewicze i Niańków położonych w najurodzajniejszej
okolicy Nowogródczyzny, zwanej Ukrainą Litewską.
Do śmierci marszałkowej Umiastowskiej było to dziedzictwo nie¬
podzielne. Dopiero po jej śmierci oraz marszałkowej Wereszczakowej,
spadkobiercami zostali synowie obu sióstr, a cioteczni bracia: Kazi¬
mierz Wereszczaka i Franciszek, właściciel po matce majątku Rajce,
oraz marszałek Władysław Umiastowski.
Przy podziale tej ziemskiej fortuny to znaczy majątków Ko-
szelewa, Puziniewicz z lasami oraz Niańkowa, bracia Kazimierz
POMNIK W NICEI
NA CMENTARZU „DU CHaTEAU"
OTTONA DUNIN- RAJECKIEGO
DZIEDZICA PUZINIEWICZ
9
		

/Magazyn_102_06_135_0001.djvu

			— 130 —
i Franciszek Wereszczakowie, którzy nie lubili zajmować się gospodar¬
stwem, wyrzekli się swych części w naturze i zostali spłaceni przez
marszałka Władysława Umiastowskiego, który tym sposobem został około
roku 1880 jedynym właścicielem Koszelewa, Puziniewicz i Niańkowa.
Po śmierci hrabiego Władysława Umiastowskiego właścicielką
tych trzech majątków została wdowa po nim hrabina Janina Umia-
stowska, późniejsza margrabina Umiastowo-Umiastowska, jak brzmi
jej tytuł w Bulli Papieża Benedykta XV z 1921 r.
Majątek Puziniewicze w gubernji Mińskiej, o wiorst kilka od
Nowogródka, od Mira i Horodzieja, z folwarkami Olimpin, Stary Dwór
i Borek oraz leśniczówkami: Kryniczne i Rum, posiadający piękne lasy,
położony w doskonałej pszennej glebie, był—jak się rzekło—posagiem
córki marszałka Franciszka Dunin-Rajeckiego, marszałkowej Józefy
Umiastowskiej, która Puziniewicze oddała starszemu synowi, sztabs-
rotmistrzowi huzarów grodzieńskich hr. Pahlena, Władysławowi Umia-
stowskiemu do zamieszkania, gdy wyszedł z Liceum petersburskiego
i z wojska. Młody sztabs-rotmistrz był wielkim amatorem i znawcą
koni, zamiłowanym gospodarzem. Zajął się energicznie gospodarstwem,
wybudował w Puziniewiczach piękny, obszerny, murowany dom, za¬
sadził duże sady i park przed domem, wzniósł nowe budowle gospo¬
darskie, wszystko doprowadził do porządku i mieszkał w Puziniewi¬
czach około lat dwudziestu (do 1880 r.) jako kawaler. Później gdy
już mieszkał w Zemłosławiu, po wyrąbaniu cząstki lasu w Puziniewi¬
czach założył tam nowy folwark Nowe-Klimonty nazwane na pamiątkę
majątku Klimonty, które kupił w 1531 r. Jan Pierzchała Umiastowski
protoplasta litewskich Umiastowskich, i ztąd zaczął podpisywać się
„z Klimont Umiastowski”.
Dopiero w kilka lat po śmierci brata swego Alberta Umiastow¬
skiego, który umarł w 1876 r. i po śmierci matki zmarłej w 1877 r.
przeniósł sztabs-rotmistrz Władysław Umiastowski rezydencję swoją
z Puziniewicz do Żemłosławia, którego był jedynym dziedzicem.
Często później zwykł był mawiać, że lata spokoju spędzone
w Puziniewiczach były najszczęśliwsze. Nieznał wówczas co to kło¬
poty, które zaczęły dawać się dokuczliwie we znaki z chwilą, gdy
odziedziczył inne majątki.
W Puziniewiczach często znajdywano rozmaite wykopaliska, jak
narzędzia jakieś z czasów dawnych, a na parę lat przed wojną garnek
ze srebrnemi monetami, rozchwytanemi przez robotników. Do rąk hra¬
biny Umiastowskiej doszły tylko dwie monety srebrne, bardzo ciekawe,
które ma zamiar dać do zbiorów Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Wilnie.
		

/Magazyn_102_06_136_0001.djvu

			— 131 —
W czasie wszechświatowej wojny dom w Puziniewiczach, poło¬
żony blizko frontu, został, jak i cały majątek wraz z lasami, do¬
szczętnie zrujnowany, a ponieważ ludność jest po większej części
w okolicy unicka, obecna właścicielka Puziniewicz, margrabina Umia-
stowska, zamyśliła zaludnić tę ziemię elementem katolickim, czysto
polskim i w tym celu przeprowadziła dłuższą korespondencję z wie¬
loma osobami w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. Ztamtąd
miało przybyć do Puziniewicz za pośrednictwem biur emigracyjnych
kilkadziesiąt rodzin polskich, pragnących wrócić do kraju. Byłby to
element inteligentny, zamożny, z kulturą amerykańską, gospodarny,
któryby świecił przykładem miejscowej ludności w gospodarstwie, co
do porządku, co do trzeźwości a z czasem łącząc się ślubnemi wię¬
zami z ludnością miejscową, powiększył by w okolicy liczbę rodzin
katolickich. Część ziemi miała być sprzedana miejscowej ludności,
najwięcej potrzebującym.
Po wojnie wszechświatowej, jeszcze przed ogłoszeniem prawa
o przymusowej parcelacji, majątki Koszelew i Puziniewicze zabrane
zostały przez oddziały żołnierzy polskich pod dowództwem pułkow¬
nika Dąb-Biernackiego. Żadne starania o odebranie z powrotem tej
ziemi od żołnierzy nie pomogły, bo jeszcze nie istniał wówczas Naj¬
wyższy Trybunał w Warszawie, który, jak wiadomo, wiele innych
majątków w równy sposób zagarniętych, właścicielom pozwracał.
Zagarnięcie Puziniewicz przez żołnierzy polskich w niwecz obró¬
ciło wszystkie, o których się wyżej wspomniało, pożyteczne zamiary
margrabiny Umiastowskiej.
Obdzieleni ziemią żołnierze oddawali ją żydom w dzierżawę,
przez co doskonała ziemia została wyjałowiona, a ludność miejscowa,
nie mogąc kupić ziemi, do dziś dnia bardzo źle jest usposobiona dla
Rządu Polskiego. Wielu ludzi z miasta poosiadało na parcelach, na
których, rzecz prosta, żadnego prawidłowego gospodarstwa niema
sposobu prowadzić. I tak zmarnował się, wreszcie znikł bez śladu
piękny majątek, którego bogate plony były przez lat wiele istnem
dobrodziejstwem dla dalszych i bliższych miast, miasteczek i wiosek.
RAJCE.
Trzecia córka marszałka nowogródzkiego Franciszka Dunin-Ra-
jeckiego, Ludwika, marszałkowa Wereszczakowa odziedziczyła po
ojcu Rajce. Odziedziczył je po niej syn młodszy Franciszek. W dzie¬
dzictwie starszego syna, Kazimierza, były Smolczyce.
		

/Magazyn_102_06_137_0001.djvu

			— 132.—
Rajce jest to, w dosko¬
nałej ziemi położony, mają¬
tek w powiecie Nowogródz¬
kim, z bardzo ładnym, ob¬
szernym domem, cudnym
parkiem z wyborowemi ga¬
tunkami rzadkich drzew i
krzewów.
Franciszek Wereszcza-
ka, amator botanik, park ten
ciągle jeszcze ozdabiał do
samej śmierci. Był żonaty
z córką znanego prawnika
warszawskiego Karoliną
Thieme—polką. Wereszcza-
kowie zeszli zeświata bez-
dzieni. Majątek Rajce prze¬
szedł spadkiem na starsze¬
go brata Kazimierza We-
reszczakę, który umarł bez-
żenny zostawując śliczne
MARSZAŁEK FRANCISZEK DUNIN- Rajce swoim krewnym hr.
RAJkCKI	Putkamerom. W chwili obec-
dziedzic Puziniewicz, Koszelewa i Niańkowa, dziad , i • d • J L 1 •
po matce Władysława hr. Umiaslowskiego. nej należą Kajce uo hrabi¬
ny Żółtowskiej, Putkame-
równy z domu, wnuczki Maryli z Wereszczaków hr. Putkamerowej,
zajmującej tak obszerne miejsce w dziejach młodości „chmurnej i gór¬
nej” Mickiewicza.
KOSZELEW.
Koszelew, w gubernji Mińskiej położony, został po śmierci mar¬
szałka nowogródzkiego Franciszka Dunin - Rajeckiego herbu Łabędź
własnością córki jego niezamężnej Aleksandry Wilhelminy Dunin-
Rajeckiej i jej rezydencją.
Za życia jeszcze rodziców, w ich domu przebywając, dowie¬
działa się, mając lat 18, o śmierci jedynego brata Ottona Dunin-
Rajeckiego, którego wysłali rodzice dla leczenia się do Nicei i który
tam umarł. Ta wiadomość wstrząsnąwszy nią do głębi, przyprawiła ją
o nieuleczalną chorobę nerwową. Po śmierci rodziców osiadła w odzie-
		

/Magazyn_102_06_138_0001.djvu

			— 133 —
dziczonym po nich majątku, w pięknym Koszelewie, w bardzo wy¬
godnym domu, gdzie mieszkała z nieodstępną towarzyszką i służbą,
pod daleką ale jednak troskliwą opieką starszej siostry marszałkowej
Józefy Umiastowskiej, mieszkającej w Zemłosławiu. Leczono dzie¬
dziczkę Koszelewa nader zapobiegliwie, w czem przodowała siostra,
marszałkowa Umiastowska. Wszelkie atoli zabiegi były bezowocne.
Siostrzeniec Aleksandry Dunin - Rajeckiej, Władysław Umiastowski,
zostawszy jej opiekunem przewiózł ją najtroskliwiej do doskonałego
sanatorjum w Niemczech, w Leubus, i tam zalokował.
STAROŚWIECKI DOM W KOSZELEWIE
zwany teatrem, gdzie dawane były przedstawienie za czasów przebywa¬
nia w kraju armji NapoleQna; dawna rezydencja marszałka Dunina-
Rajeckiego, obecnie całkiem wewnątrz przerobiona.
Tam też Aleksandra Dunin-Rajecka w 62 roku życia, w 1881 roku,
życie zakończyła i tamże nad jej mogiłą wzniósł pomnik siostrzeniec
Władysław hr. Umiastowski.
Koszelew z folwarkiem Kuścin, z cegielnią i leśniczówką, ma
doskonałą pszenną ziemię. O dziesięć wiorst szosą ma stację Nowo-
jelnię kolei żelaznej Wilno—Równe a przez sam dwór biegnie linja
wązkotorówki łączącej Koszelew z Nowogródkiem (wiorst ośm).
Dom mieszkalny duży, wygodny, otoczony sadami, z widokiem
na śliczne łany i łąki poniżej w dolinie leżące i na daleko ciągnące
		

/Magazyn_102_06_139_0001.djvu

			— 134 —
się, malownicze lasy sosnowe, jodłowe i liściaste. Przez lasy te winie
się jak wstęga szosa.
Zawierucha wojenna przeszła przez Koszelew nie wyrządzając
dworowi, szczególnie jego wygodnym zabudowaniom, tak dotkliwych
jak gdzieindziej strat. Budowle dziś jeszcze są w dobrym stanie.
Niektóre zwracają uwagę oryginalnością, jak staroświecki „Swironek”.
W roku 1925 postawiony został na skraju lasu duży dom dla leśni¬
czego.
Trochę w stronie stoi duży murowany dom z wielkiemi oknami,
jak opowiadają starzy ludzie, budowany przez marszałka Franciszka
DOM MIESZKALNY W KOS ZE LEWIE
w teraźniejszym swoim wyglądzie, od frontu.
Dunin-Rajeckiego dla przedstawień teatralnych. Tak to i było w istocie.
Większą część gmachu zajmowała jeszcze w 1919 roku bardzo wielka
sala, po bokach zaś z jednej i z drugiej strony były dwie komnaty
dla aktorów i aktorek. Przed wejściem do sali był wielki przedpokój
dla przechadzających się w czasie antraktów gości. Starzy ludzie pa¬
miętają jeszcze staruszka, który za czasów Napoleońskich z polecenia
marszałka Franciszka Dunin-Rajeckiego, komisarza Napoleońskiego na
powiat Nowogródzki, rozwoził zaproszenia na widowiska teatralne
w Koszelewie. Do niedawna jeszcze żyli ludzie, którym staruszek
troje dziwów o tych przedstawieniach opowiadał, a i o przyjęciach,
dla których były zawsze pożądaną okazją.
		

/Magazyn_102_06_140_0001.djvu

			— 135 —
Koszelew należy niejako do nowogródzkiej skarbnicy pamiątek
i wspomnień Mickiewiczowskich. Któż niezna inwokacji z „Pana Tadeu¬
sza”: „Rówieśniki litewskich wielkich kniaziów, drzewa Białowieży, Świ-
GLORJETA W KOSZELEWIF.
tuż u szosy, opodal dworu. Do krzyża stojącego zupo-
środku budozuli, między filarami przywiązane są różne
podania i legendy.
tezi, Ponar, Koszelewa! — których cień padał niegdyś na koronne gło¬
wy — Groźnego Witenesa, wielkiego Mindowy — I Gedymina...”.
W sąsiedztwie Koszelewa — Tuhanowicze, dziś, jak wiadomo,
podczas wojny zdewastowane doszczętnie. „Murowanki” Mickie¬
wicza ani śladu. Zniszczenie. Ruina. DziedziczkaTuhanowicz w ciężkiej
		

/Magazyn_102_06_141_0001.djvu

			— 136 -
materjalnej niedoli, a starcie Tuhanowicz z oblicza ziemi zadało jej
cios moralny niepowetowany niczem.
W porównaniu do Tuhanowicz los obszedł się z Koszelewem
względnie łaskawie. Pomimo wielkich przemian, które musiały nowe
czasy sprowadzić, dziś jeszcze wyobrażenie mieć można czem była
dziesiątki lat temu rezydencja marszałka Dunin-Rajeckiego.
Po śmierci hr. Władysława Umiastowskiego właścicielką Kosze-
lewa została i jest nią' w chwili obecnej margrabina Janina Umia-
stowo-Umiastowska.
N I A Ń K Ó W.
Nańków w b. gubernji Mińskiej, to jeden, jak to mówią, ogród
od brzegu do brzegu. Przepyszna ziemia pszenna w najlepszym ga¬
tunku a wyjątkowo urodzajna. Dziedzictwo niegdyś, już w XVII-tym
DWÓR W NI ANKO WIE
wieku Dunin - Rajeckich herbu Łabędź, przeszło na hr. Władysława
Umiastowskiego w spadku fpo?matce marszałkowej Unrastowskiej córce
marszałka Franciszka Dunin-Rajeckiego.
Dom mieszkalny w Niańkowie wielkopański, duży, piękny, w staro¬
polskim stylu o łamanym dachu; okna wysokie, parkiety; wielkie su-
teryny tworzą jakby wysoki parter domu. Zabudowania gospodarskie
liczne i w dobrym stanie, wygodne. Park. Pociągi wązkotorówki do
Nowogródka stają na skraju parku tuż koło dworu. Do Nowogródka
wiorst dwadzieści. Stacja kolejowa w Nowojelni.
Po śmierci Władysława hr. Umiastowskiego przeszedł Niańków
na własność margrabiny Janiny Umiastowo-Umiastowskiej, jak brzmi
obecny tytuł wdowy po hrabim Władysławie (Bulla Papieża Bene¬
dykta XV-go z 1921 roku). Margrabina Umiastowska parceluje Niań¬
ków—pod przymusem reformy rolnej.
		

/Magazyn_102_06_142_0001.djvu

			MARGRABINA UMIASTOWSKA
Hrabina Władysławowa Umiastowska obejmuje dziedzictwo mężowskiej for¬
tuny.—Jej zarządzenia, prace, zamiary i cele.—Pożoga wojenna i rewolucyjna.— Hra¬
bina Umiastowska w Petersburgu i Carskiem Siole.—Powrót do wolnej Ojczyzny.—
Nowe czasy. —Ziemska fortuna Umiastowskich rozdrabia się i rozpada pod przymu¬
sową parcelacją. — Margrabina ratuje dla dobra publicznego resztki magnackie
fortuny.
		

/Magazyn_102_06_143_0001.djvu

			]
		

/Magazyn_102_06_144_0001.djvu

			„Kto serce postradał, ten sarn jakby
naprawdę umarł”.
f
Śmierć hrabiego Władysława Umiastowskiego była dla jego mał¬
żonki okropnym ciosem.
Owego fatalnego dnia, o czwartej rano 16-go stycznia
1905-go roku, gdy z pokoju hotelowego, w którym skonał, nie¬
mal nagle, dziedzic Zemłosławia, wyszli lekarz i ksiądz, hrabina Umia-
stowska padła na ziemię u łoża zmarłego i, niemogąc dłużej powstrzy¬
mać objawów boleści, zaniosła się głośnym płaczem... Głową o zie¬
mię biła, niemal od zmysłów odchodząc.
Po niejakim czasie poczucie obowiązku wzięło górę nad żalem
rozsadzającym serce. Trzebaż przecie było zająć się — pogrzebem!
A któż miał się nim zająć? Niebyło nikogo, któryby w tej ciężkiej,
nad wyraz ciężkiej chwili rękę podał zrozpaczonej, samotnej, wyczer¬
panej z sił kobiecie.
Była szósta rano. Hrabina wysłała skreślonych na prędce słów
kilka do doradcy prawnego nieboszczyka męża: mecenasa Marjana
Strumiłły. Pomimo niezwykle wczesnej pory, przybył natychmiast do
hotelu Swiętojerskiego i z całą chrześćjańską ofiarnością oraz cechującą
go zacności i uczynnością pomagał hrabinie oddawać zmarłemu ostat¬
nią posługę; nawet ubierać zmarłego — gdyż hrabina niechciała aby
drogie jej zwłoki tknęła obca ręka.
Gdy w pośrodku saloniku stanął niski katafalk z trumną, wśród
zieleni i świateł, zacny p. Władysław Bończa-Osmołowski, ówczesny
rządca domu, zajął się przygotowaniami do pogrzebu. J. Eks. ks. bi¬
skup wileński Edward baron Ropp odradzał hrabinie, zważywszy na
wielkie śniegi i okrutne mrozy, przewozić natychmiast zwłoki do Su-
botnik. Należałoby, jego zdaniem, złożyć je prowizorycznie w kata'
kumbach na Rossie i doczekać wiosny. Hrabina jednak obstawała przy
przewiezieniu zwłok niezwlekając do Subotnik — co się też i stało,
jak w poprzednich rozdziałach niniejszej książki jest opowiedziane.
Tymczasem, przyjechała z Warszawy do Wilna matka hrabiny
Umiastowskiej, lecz niemogąc jechać na wieś z powodu silnych mro-
		

/Magazyn_102_06_145_0001.djvu

			— 140 —
zów, zamieszkała w hotelu Swiętojerskim czekając na powrót córki
z Subotnik.
Ludzie złośliwi i nie podejrzewający, że mogą istnieć inne uczu¬
cia niż ich własne, rozpuszczali plotki, że hrabina Umiastowska tak
rozpacza po stracie męża ponieważ... nic jej nie zapisał! Był to zaś
fałsz i psychologiczny i faktyczny. S. p. hrabia Władysław na wiele
lat przed śmiercią sporządził legaty na imię żony — pomimo gorących
jej sprzeciwów. Wszystko, cała fortuna hrabiego Władysława, oprócz
niektórych ziemskich posiadłości (na co były potrzebne specjalne for¬
malności) była zapisana na imię hrabiny Janiny Umiastowskiej. Sama
też ona posiadała znaczne kapitały własne. Tedy „zaopatrzenie” miała
aż nadto wystarczające i nie potrzebowała niczego się już „spodzie¬
wać” po hojności męża. A z jakąż dobrocią, z jaką troskliwością był
on wszystko obmyślił, aby z jego wyraźnej woli, niczego po jego
ewentualnym zgonie nie zabrakło ukochanej żonie!
Powtarzał jej nie raz lecz wiele razy:
— Jeżelibym umarł, pamiętaj, że w torbie mojej jest dokument
z napisem na kopercie moją ręką „Na wypadek mojej śmierci”. Jeśli
by chciano opieczętowywać ruchomość, zabezpieczając ją do czasu
otworzenia testamentu, pokaż dokument. Opieczętowywanie będzie
zbyteczne.
S. p. hrabia Władysław i to był przewidział! Jakoż natychmiast
po jego zgonie zjawił się urzędnik z pieczęcią. Hrabina pokazała mu
dokument, o którym zmarły wspominał, i — niczego, dosłownie niczego
nie tknęły władze w Zemłosławiu. Wszystko tam poszło bez najmniej¬
szej przerwy zwykłym trybem.
Lecz zdrowie hrabiny nie wytrzymało ciężkiej, nazbyt ciężkiej
próby. Aby oderwać się od miejsc, przywodzących jej na pamięć
tyle wspomnień o zmarłym, przejechała — z matką — do Warszawy
i tam poważnie rozchorowała się. Dzięki tylko troskliwym zabiegom
d-ra Pawińskiego udało się powstrzymać silne ataki anginy pectoris *).
Wróciwszy mniejwięcej do zdrowia, pośpieszyła hrabina Umia¬
stowska wrócić do Zemłosławia. Czekało tam na nią mnóstwo zajęć
i — jak rozumiała — obowiązków.
Czekał też na dokończenie nowy kościół w Subotnikach, fundacji
ś. p. hrabiego Władysława, gdzie sam spoczął w podziemiach gro¬
bowych.
*) Ręce byty tak obrzmiałe, od osłabienia serca, że obrączkę ślubną, aby ją
zdjąć, trzeba było rozpiłować.
i
		

/Magazyn_102_06_147_0001.djvu

			— 142 —
Rzecz się zaś z Subotnickim kościołem tak miała:
Do starego kościołka, wzniesionego jeszcze w 1755 roku, kazała
marszałkowa Anna Umiastowska — jak o tem już była mowa — dobu¬
dować murowaną kapliczkę, w której podziemia miano złożyć zwłoki
marszałka Jakóba. Wciąż jednak w owej kapliczce stały niezamuro-
wane trumny i marszałka Jakóba i żony jego Anny, i marszałka Ka¬
zimierza Umiastowskiego oraz jego żony, i Alberta Umiastowskiego
tudzież siostry jego Konstancji Umiastowskiej; stała także we framu¬
dze, zbyt dla niej obszernej, trumienka ze zwłokami syna sędziego
Bronisława Umiastowskiego, wreszcie kilka jeszcze małych trumienek
czekało na zabezpieczenie ich w zamurowanem pomieszczeniu. Stały
tylko w niszy zamurowanej: trumna ze zwłokami Tomasza Umiastow¬
skiego zmarłego w 1822 r. sędziego ziemskiego oszmiańskiego oraz
jego brata Antoniego.
Hr. Władysław Umiastowski zaprojektował nowy kościół tak,
aby główne wejście obrócone było w stronę drogi wiodącej do mia¬
steczka. Wszelako stojące w podziemiach kapliczki, o której przed
chwilą była mowa, trumny, już tam wmurowane, nie miałyby wcale
być ruszone z racji obawy aby się przy przenoszeniu w proch nie
rozsypały. Przeniesione zaś bezwzględnie do nowego kościoła musiały
być te trumny które stały w kapliczce nie wmurowane, a które —
jak się potem okazało — służba kościelna świętokradczo otwierała
pokazując nieboszczyków ludziom takiego widowiska ciekawym.
Tylko trumny ze zwłokami marszałkowej Józefy oraz Alberta
Umiastowskiego były metalowe. Reszta trumien była z drzewa. Dla
bezpieczeństwa obłożono je deskami przy przenoszeniu z kaplicy
murowanej do kapliczki na cmentarzu zbudowanej specjalnie dla zło¬
żenia w niej trumien gdzieby stały do czasu ukończenia podziemi no¬
wego kościoła. Przeniesione do cmentarnej kapliczki trumny—w licz¬
bie sześciu—wstawiono z zachowaniem najskrupulatniejszej ostrożności
do sześciu nowych trumień ad hoc sporządzonych, tak że obecnie
zwłoki nieboszczyków spoczywają każda w podwójnej trumnie.
Wszystko to było dokonane jeszcze za życia hrabiego Władysława.
Po przeniesieniu trumien, ksiądz proboszcz je poświęcił przy odpo¬
wiednich modłach poczem kapliczkę na cmentarzu zamknął.
Gdy hrabia Władysław umarł, podziemia nowego kościoła nie
były jeszcze gotowe. Hrabina Umiastowska postanowiła jednak nie
czekając na ich ostateczne wykończenie, zwłoki ś. p. męża i fundatora
złożyć w podziemiach nowego kościoła aby trumny z miejsca na
miejsce nie przenosić. Więc framugę pięknie wytynkowano z cemen-
		

/Magazyn_102_06_148_0001.djvu

			— 143 —
tem żeby prędzej wyschła, pomalowano na biało i trumnę ś. p. hra¬
biego Władysława w nią wstawiono. Nad trumną wsunięto daleko
odstającą od trumny jakby pochwę drewnianą, pomalowaną na czarno
i na ową pochwę wlewano do niszy, zamurowując w miarę zala¬
nia, masę cementową. Masa, nie dotykając trumny, zaraz kamieniała
a gdy dosięgła sklepienia niszy, niszę zamurowano. Całą tę robotę
wykonano w obecności hrabiny bardzo starannie, aby cement był
jak skała i nigdy nikt już trumny
nie mógł poruszyć. Choćby na¬
wet kościół bombardowano—cze¬
go się potem podczas wojny mo¬
żna było spodziewać.
Gdy hrabina Umiastowska
po wyzdrowieniu przyjechała
umyślnie do Zemłosławia, aby
wszystkie trumny przenieść do
podziemia nowego kościoła, od¬
było się uroczyste żałobne na¬
bożeństwo, w zielonością przy¬
branym kościele. Proboszcz z
krzyżem i śpiewem udał się do
kapliczki tymczasowej drewnia¬
nej stojącej na cmentarzu, wy¬
niesiono z niej sześć trumien, i
przeniesiono uroczyście do no¬
wego kościoła. Odśpiewano eg¬
zekwie, mszę odprawiono i po
poświęceniu trumien i modlitwach,
jak na pogrzebie, proboszcz od¬
prowadził każdą trumnę do pod¬
ziemia, gdzie trumny kolejno we
framugi wstawiano, zalewając
każdą framugę cementem — jak framugę w której spoczęły zwłoki
ś. p. hrabiego Władysława Umiastowskiego. Sama hrabina Umiastow¬
ska obecną była przy wykonywaniu tych robót. Póki one trwały, co-
dzień rano przyjeżdżała do Subotnik i wychodziła z podziemi koś¬
cielnych dopiero gdy robota była skończona. Trwało to dni dziesięć.
Przy budowaniu kościoła hrabia Władysław zrobił i drugie pod¬
ziemie dla drugiej linji Umiastowskich, dla potomków prezesa Anto¬
niego, mniejsze niż środkowe, bo miejsce nie pozwalało na większe,
KOŚCIÓŁ W SUBOTNIKACH
fundacji Władysława hr. Umiastowskiego.
		

/Magazyn_102_06_149_0001.djvu

			— 144 —
ale także z osobnem wejściem koło bocznego ołtarza. Druga linja
Umiastowskich, po prezesie Antonim, nie chciała zostawić trumien
Tomasza i Antoniego Umiastowskich tam gdzie stały, w zamurowaniu,
w starej kaplicy przy starym kościele.
1 stało się to, co musiało się stać. Gdy trumny odmurowano
i z miejsca ruszono, prochy rozsypały się. Przesypano je łopatami do
nowych trumien. Miano przewozić do innego majątku. Nie przewie¬
ziono. Szczątki śmiertelne Tomasza Umiastowskiego i Antoniego jego
brata leżały długo w kapliczce czasowej cmentarnej gdy kościół i pod¬
ziemia były dawno już gotowe. Ponieważ nikt nie zajął się przenie¬
sieniem tych trumien do podziemia kościelnego i trumien nie zabierał,
przeto hr. Umiastowska prosiła proboszcza aby się zaopiekował trum¬
nami i wniósł je do podziemia kościoła w Subotnikach, do przygoto¬
wanej na to osobnej katakumby, co proboszcz uskutecznił.
Przy budowie wspaniałego mauzoleum katakumbowego pod głów¬
nym ołtarzem nie obeszło się bez przeszkód i zgryzot. Sprowadzony
z Lublina przez hr. Umiastowską majster-kamieniarz Nowak okazał się
fuszerem, w dodatku niesumiennym. W ciągu paru lat wykładał kryptę
grobowcową marmurem i granitem. Marmury były w złym gatunku oraz
z dziurami zalanemi dla niepoznanki cementem. Trzeba było wyła.
mywać. Sporo to pociągnęło za sobą: zmarnowanego kosztu i dokucz¬
liwej zgryzoty. Dopiero kamieniarze, sprowadzeni ze Szwecji, wyko¬
nali robotę bez zarzutu. Mozajkowe sklepienie, zamówione u Salvia-
ti’ego w Wenecji było gotowe. Wybuchła wojna. Obstalunek hrabiny
Umiastowskiej zniszczyły pociski armatnie jeczcze loco Yenezia. Tedy
w 1927-ym r. zamówiła hr. Umiastowska nowe sklepienie wyobra¬
żające strop niebieski usiany gwiazdami. Dokoła herby: Umiastow¬
skich (Roch III), hr. Ostroróg-Sadowskich (Nałęcz), Pęcherzewskich
(Bokij), hr. Dunin-Rajeckich (Łabędź), hr. z Latoszyna-Latalskich, Ba-
gieńskich, Mierzejewskich, Milikontów-Narwoyszów, Judyckich.
Obok katakumby ze zwłokami małżonka kazała hrabina Umia¬
stowska zostawić miejsce wolne — dla siebie.
NA TEM MIEJSCU KŁADZIEMY OBSZERNIEJSZĄ WIADO¬
MOŚĆ O NOWYM KOŚCIELE W SUBOTNIKACH I DOKONA¬
NYCH W JEGO WNĘTRZU ROBOTACH.
Pierwszy kościół w Subotnikach wzniósł — przed wiekami, gdyż
w 1573-cim roku Wojciech-Albrecht Radziwiłł marszałek W. Ks. Li-
		

/Magazyn_102_06_150_0001.djvu

			— 145 —
Łewskiego. Był to kościół drewniany. Domniemanie pożar kres jego
istnieniu położył, gdyż nie było go już wcale gdy w roku 1753-cim nowy,
drugi z kolei kościół w Subotnikach, również drewniany, stawili ów¬
cześni Subotnik dziedzice Jerzy Abramowicz starosta starodubowski
i żona jego Marjanna. Kościół ich fundacji, pod wezwaniem św. Je¬
rzego, był już w bardzo niepomyślnym stanie, gdy hrabiostwo Wła¬
dysław i Janina Umiastow-
scy właściciele Zemłosławia,
w parafji Subotnickiej leżą¬
cego, kładli na przełomie
z XIX-go na XX-te stule¬
cie fundamenty pod nowy —
murowany — kościół w Su¬
botnikach, trzeci z kolei.
Stary kościół fundacji Ab¬
ramowiczów, jako nie na¬
dający się już nawet do naj-
gruntowniejszego odrestau¬
rowania—rozebrano. Istnieć
przestał. Przeniesiono go na
ogólny cmentarz; z pozosta¬
łych materjałów starego koś¬
cioła zbudowano kaplicę
niedużą, stojącą obecnie na
cmentarzu Subotnickim.
Nowy kościół fundacji
hr. hr. Umiastowskich, kon¬
sekrowany w 1904 r., nie-
był jeszcze wewnątrz cał¬
kowicie wykończony, gdy
hr. Umiastowska przystąpiła
w 1906-tym, po zgonie hr.
Władysława Umiastowskiego, do robót mających nowej świątyni na¬
dać ostateczną postać.
Nowy kościół w Subotnikach jest w czystym stylu gotyckim. Bu¬
dowany jest z najpiękniejszej czerwonej cegły prasowanej, na cemen¬
cie; gzemsy są też z czerwonej cegły wyrabiane, zatem możliwie naj¬
trwalsze. Świątynia ma kształt krzyża. W prawem ramieniu zakrystja;
w lewem loża fundatorów.
Nad głównem wejściem do kościoła wznosi się wysoka wieża
NOWY KOSCIOŁ W SUBOTNIKACH. Front
10
		

/Magazyn_102_06_151_0001.djvu

			— 146 —
z dzwonami zakończona wielkim masywnym z żelaza kutego krzyżem
i chociaż kościół oddalony jest od Zemłosławia o 3Va wiorsty słychać
tam w pogodne dnie subotnickie dzwony, a krzyż widać z niektó¬
rych miejsc.
Wewnątrz kościół ma trzy nawy bardzo wysokie z pięknem skle¬
pieniem. Dach kryty jest marsylską dachówką, a nad wielkim ołta¬
rzem jest wieżyczka z sygnaturką pokryta, podobnie jak i główna
wieża i wszystkie występy, cynkową blachą. Z cynkowej też blachy
są rynny.
Wokoło kościoła jest obszerny cmentarz, otoczony wysokim mu-
rem z kamienia polnego i wapna, zrobiony w 1885-tym roku ze skła¬
dek parafjan, w zupełnie dobrym stanie dziś jeszcze. W tym murze
w równych odstępach jest sześć kapliczek murowanych małych, bez
okien i drzwi. Przed niemi odmawiany jest Różaniec i czytane są
Ewangelje w czasie procesji Bożego Ciała. W głębi kapliczek na ścia¬
nie są święte malowidła niezłej roboty swojskich malarzy. Brama w tym
murze wiodąca do kościoła z obszernego placu miasteczka, wprost
wejścia głównego, jest żelazna podwójna z dwoma furtkami między
czterema słupami z cegieł, w stylu kościoła, po jego zbudowaniu zro¬
biona przez parafjan.
Z polecenia hr. Umiastowskiej wykonał dla Subotnickiego koś¬
cioła pomnik zmarłego fundatora, hr. Władysława, znany artysta rze¬
źbiarz Otto z Warszawy. Pomnik wykonany jest z marmuru kielec¬
kiego; płyta dla nazwiska z bronzu; nad płytą: portret hrabiego z cza¬
sów młodości w mundurze wojskowym z mozaiki wykonanej przez za¬
kład Salviatiego w Wenecji, ze śliczną z brązu złoconego ramą wyszłą
z warsztatów firmy braci Łopieńskich w Warszawie; nad ramą wstęga
z dewizą zmarłego: „Frangas non flectas” i korona hrabiowska. Por¬
tret podtrzymują dwie postacie alegoryczne z białego kararyjskiego
marmuru, przedstawiające jedna Naukę, druga Wiarę. Pod pomnikiem
fundatora widać niedużą czarną tablicę oznaczającą miejsce, gdzie
obok niego ma kiedyś spocząć małżonka.
Po prawej stronie i lewej ołtarza głównego są dwie tablice mar¬
murowe ojca i matki fundatora pochowanych w podziemiach. Użyty
na tablice marmur kielecki (krajowy) okazał się nietrwałym, a przy¬
najmniej kruszy się, aczkolwiek nie wystawiony na wpływy atmosfe¬
ryczne. Hrabina Umiastowska zamierza tablice marmurowe zmienić na
granitowe, jako o wiele trwalsze w naszym klimacie.
Na drugiej ścianie, naprzeciwko pomnika fundatora kościoła,
umieszczone są inne pamiątkowe tablice: dziadów fundatora t. j. mar-
		

/Magazyn_102_06_152_0001.djvu

			— 147 —
szałka Jakóba tudzież żony jego Anny, nieletniej siostry fundatora,
Kostusi Umiastowskiej, a tablice te okalają kopję z czarnego marmuru
tablicy Sw. Kazimierza z zewnętrznej ściany Bazyliki wileńskiej. Na
niej, na tej kopji, widnieje imię Alberta Umiastowskiego, brata fun¬
datora. Sam był dla siebie taką tablicę wybrał; przeznaczona dla
drewnianego kościoła, wydaje się za małą na ścianie dużego, muro¬
wanego kościoła. Wszyscy ci zmarli pochowani w podziemiach oraz
osoby należące do rodziny Umiastowskich, a zmarłe zagranicą, mają
także swoje pamiątkowe tablice, na tejże ścianie w prezbiterjum. Są
to: wuj i ciotka fundatora ś. p. Otton i Aleksandra Wilhelmina Du-
KOŚC1ÓŁ W SUBOTNIKACH.
Ołtarz główny. Po bokach na ścianie tablice pamiątkowe. Na prawo
ambona gotycka.
nin-Rajeccy, stryj fundatora, a dawniejszy właściciel Żemłosławia, cho¬
rąży Ludwik Umiastowski (pochowany w Dreźnie na dawnym cmen¬
tarzu obecnie w środku miasta leżącym. Ściany w prezbiterjum pod
pomnikiem fundatora i naprzeciwko pod pamiątkowemi tablicami ro-
dzinnemi są wyłożone kieleckim marmurem, tworzącym obramowanie
okien do loży oraz drzwi dwojga prowadzących do zakrystji.
Roboty te wszystkie, kilka lat trwające byłyby znacznie prędzej
wykonane, gdyby nie proboszczowie subotniccy, którzy nieradzi byli
z tego, że nie im powierzona była budowa kościoła. Zwłaszcza nie-
podobało się to ks. proboszczowi Borodziczowi. Zaczął intrygować
przeciwko fundatorce i uspasabiać przeciw niej miejscową ludność
		

/Magazyn_102_06_153_0001.djvu

			— 148 —
wymyślając najrozmaitsze brednie. W rezultacie jednak ludzie poznali
się rychło na tych machinacjach, a ks. Borodzicz zniewolony był kraj
nasz opuścić.
Osobistej hrabiny Umiastowskiej fundacji jest piękna ambona
gotycka, dębowa ze złoceniem i rzeźbionemi na niej imionami Jezusa
i Maryi, oraz herbami fundatorów.
Ofiarowała też hr. Umiastowska Krzyż duży z brązu złoconego
do wielkiego ołtarza, 10 dużych takichże z bronzu złoconego lichtarzy,
oraz lampę gotycką z brązu przed ołtarz.
Organ z dawnego kościołka (z powiększonemi głosami i grun¬
townie zremontowany kosztem hr. Władysława Umiastowskiego) spo¬
rządzony był kosztem Jakóba Umiastowskiego, marszałka oszmiań-
skiego jeszcze w 1809 r. jak świadczy napis na białej tablicy, na or¬
ganach umieszczonej. W r. 1895-ym nowy organ ofiarował do koś¬
cioła Subotnickiego syn Kazimierza Umiastowskiego a wnuk Jakóba,
hr. Władysław Umiastowski. Chór jest bardzo obszerny. Z daru na¬
tomiast hrabiny Władysławowej pochodzi w kościele Subotnickim
chrzcielnica z marmuru różowego z przykrywką z bronzu z herbami,
z dużą miedzianą misą na wodę, bardzo ładną. Fundacji też hrabiny
są piękne, z kutego żelaza kratki otaczające chrzcielnicę przy loży
fundatorów. Takież same kratki z kutego żelaza, podwójne, fundowane
przez hrabinę, dzielą prezbiterjum na dwie części, a to dlatego, aby
tłum modlących się nie cisnął się zbytnio aż pod sam wielki ołtarz,
do czego tak bardzo jest skłonna „arystokracja” miasteczkowa a i nie
dają jej siebie pod tym względem wyprzedzić okoliczni obywatele-
sąsiedzi.
Niemcy, gospodarujący samowolnie w Subotnikach podczas oku¬
pacji kraju, wydarli z kraty, o której mowa, zdobiące ją herby i mo¬
nogramy fundatorów z bronzu; zdarli ramę okalającą portret fundatora;
wydarli monogramy i herby z bronzu z drzwi prowadzących do za-
krystji; nie wyliczyć wszystkich popełnionych dewastacyj barbarzyń¬
skich. Hrabina Umiastowska obstalowała w Warszawie, w 1926 r.
nową ramę marmurową do portretu zgasłego małżonka; dzięki akurat-
ności naszych rzemieślników rama dotąd — niegotowa.
Wielki ołtarz, dębowy, gotycki, suto złocony, z warsztatów war¬
szawskich Sw. Wojciecha pochodzący, fundowany przez hr. Włady¬
sława, rychło trzeba było naprawiać i przerabiać. Dokonała tego hra¬
bina Władysławowa. Ołtarz jest obecnie rzetelnem dziełem sztuki
rzeźbiarskiej. Wysokie cymborium z dębu, suto złocone podtrzymują
Aniołowie. U szczytu cymborium: złocony Baranek Boży.
		

/Magazyn_102_06_154_0001.djvu

			— 149 —
Obraz do wielkiego ołtarza wykonano, z polecenia hr. Umiastow-
skiej, w Bawarji. Jest to srebrna tablica masywna z figurą na niej en
relief św. Władysława, kopją takiejże figury św. Stanisława z kaplicy
św.św. Stanisława i Władysława w Bazylice wileńskiej. Na obrazie —
ważącym około dziesięciu kilogramów — wyryty jest napis: „SANCTI
LAD1SLAI HUNGARIAE REG1S SACRUM AD MEMORIAM DI-
LECTI MARITI LADISLAI COMITIS*UMIASTOWSKI MCMVI.
XX. VII. VI. HAC EFFIGIE ADORNAT UXOR. Papież Pius X-ty
obdarzył ten obraz odpustami doń przywiązanemi.
Po bokach w wielkim ołtarzu stoją figury św.św. Piotra i Pawła.
U samej góry: figura Chrystusa; na antepedjum Serca Jezusa i Maryi;
po bokach herby fundatorów.
W ołtarzu bocznym — fundowanym przez hr. Umiastowską — też
w stylu gotyckim: piękny obraz za szkłem Matki Boskiej Szkaplernej,
pendzla Mordasewicza (obecnie już nieżyjącego, utalentowanego arty¬
sty warszawskiego). Na dzień Matki Boskiej Szkaplernej przypada
w Subotnikach odpust. U góry w bocznym ołtarzu umieszczony jest
przeniesiony z dawnego, starego kościoła Subotnickiego nieduży ma¬
lowany na miedzi, w srebrnej szacie, wizerunek Matki Boskiej Łaska¬
wej, cudami słynący. Na srebrnej sukience oraz na dwóch koronach
srebrnych, pozłacanych: sztuk 20 perełek i brylancików. Wotów srebr¬
nych, zawieszonych na ołtarzu ogółem 54 sztuki. Na antepedjum wid¬
nieją: Serce Najśw. Marji Panny oraz herby kolatorów.
Fundacji też hrabiny Umiastowskiej (czerwiec 1913 r.) są Stacje
Męki Pańskiej zdobiące, w liczbie czternastu, ściany kościoła Subot¬
nickiego. Z masy są kamiennej, polichromowe, pięknej roboty *).
Dokoła ścian biegnie wysoka wzrostu człowieka boazerja, w prez¬
biterium dębowa, masywna, zaś w całym kościele sosnowa, „pod dąb”
bejcowana. Ściany malowane na kolor blado-niebieski.
Pod amboną — dwie ławki masywne, jesionowe, o Wysokiem
oparciu, jakby jakie stalle. Przorobione są z wielkiej ławki hrabiostwa
Umiastowskich w dawnym, starym kościele Subotnickim. Przy jednej
ławce stoi piękna chorągiew z ciężkiego adamaszku z wizerunkiem
św. Władysława, patrona fundatora (też dar hrabiny Umiastowskiej).
Jest i trzecia ławka: z sosnowego drzewa, na żółto malowana. Jest to
była ławka marszałkowstwa Kazimierzostwa Umiastowskich. Wszyst¬
kie trzy ławki mają z tyłu adnotację, że należą do Zemłosławia.
*) Dawne Stacje kościoła Subotnickiego, ryciny kolorowe pod szkłem, w ram¬
kach, przeniesione zostały do kościoła w Klewicy. Również i dawne, nieduże, drew¬
niane tabernaculum subotnickie też przeniesiono do klewickiego kościoła.
		

/Magazyn_102_06_155_0001.djvu

			— 150 —
Za chrzcielnicą znajduje się loża z dwoma dużemi gotyckiemi
oknami o ramach z kutego żelaza (szyby nieduże). Okna wychodzą
na ołtarz główny. Jest to loża Fundatorów. Wchodzi się do niej wprost
z cmentarza. Klucze do loży, podobnie jak i klucze do środkowego,
głównego podziemia, przechowywane są w pałacu Żemłosławskim.
Światło pada do wnętrza loży z okien wychodzących na cmentarz.
Zakrystja przestronna* i wygodna. Wiodą z niej na piętro, do
skarbca, gdzie przechowywane są rekwizyty kościelne, kręte schody
z kutego żelaza. Wtrąćmy na tem miejscu, że przy wyporządzaniu
wewnątrz kościoła Subotnickiego stosowano obficie kute żelazo. Pełno
jego wszędzie, po drzwiach, oknach i kratach.
Podłoga na całym kościele cementowa, w płyty białe i czarne.
Do podziemia głównego prowadzą drzwi zamczyste, masywne
żelazne, które po otworzeniu mają po bokach mosiężne kraty stano¬
wiące razem z otwartemi drzwiami, podbitemi mosiężną blachą, w około
wejścia do podziemia otwartego, zagrodzenie dla bezpieczeństwa aby
nikt przez nieuwagę nie wpadł, gdy drzwi otwarte.
Podziemie czyli kryta pod prezbiterjum dokąd prowadzą szero¬
kie, wygodne kamienne schody z miejscowego granitu, zakończone
drzwiami ażurowemi, z kutego żelaza, dla jej zamykania, ma, jak
już na innem miejscu powiedziano, ściany wyłożone szwedzkim
granitem jasno-bronzowego koloru, a zaś część ściany naprzeciwko
trzech małych okien będąca, od strony kościoła, w której jest tak
zwane kolumbarjum czyli miejsce z trumnami, wyłożona jest czar-
nym granitem. W samym środku tej ściany są ażurowe z kutego że¬
laza stojące drzwi. Nad niemi widnieje nadpis: „GROB RODZINY
HRABIEGO WŁADYSŁAWA UMIASTOWSKIEGO” (Duże litery
z bronzu oraz herb Roch III pod koroną).
Sufit krypty sklepiony, będzie pokryty mozaiką wenecką ze słyn¬
nej fabryki Salviati’ego. Będzie on wyobrażał niebo usiane gwiazdami.
Dokoła pobiegnie szlak w arabeski kolorowe i złocone, zaś na głów¬
nym łuku sklepienia umieszczone będą w kolorach heraldycznych
herby rodzinne, w liczbie dziesięciu. Ogółem pokrytych będzie mo¬
zaiką osiemdziesiąt kilka metrów kwadratowych. Po długiej zwłoce,
która nastąpiła z racji opowiedzianych już na innem miejscu okolicz¬
ności, mozaika teraz dopiero przybyła z Wenecji do Subotnik. Kła¬
dzenie jej rozpocznie się w czasie możliwie najbliższym.
Posadzka w krypcie kamienna. Alternują ze sobą płyty czarne
i szarego koloru. W pośrodku krypty wznosi się ołtarz. Ma kształt
stołu z krzyżem z miejscowego polnego granitu. Całość trzymana w stylu
		

/Magazyn_102_06_156_0001.djvu

			- 151 -
katakumbowym (monogram Chrystusa, Alfa i Omega) sprawia swoją
prostotą bardzo piękne monumentalne wrażenie.
Po prawej stronie krypty grobowej spoczywają zwłoki marszałka
Jakóba Umiastowskiego i żony jego Anny, w górnym szeregu kata-
KOSCIÓŁ W SUB O T NIK A CH.
Nawa boczna z ołtarzem Matki Boskiej Szkaplernej w głębi.
kumb: sędziego Tomasza Umiastowskiego oraz Alberta Umiastowskiego.
Pomiędzy dolnym a górnym rzędem pochowana leży ś. p. Kostusia
Umiastowska, małoletnia siostra fundatora. Po lewej stronie w dolnym
rzędzie: trumny marszałka Kazimierza Umiastowskiego i jego mał¬
żonki — w górnym rzędzie: trumna hrabiego Władysława Umiastow-
		

/Magazyn_102_06_157_0001.djvu

			— 152 —
skiego, obok którego miejsce wolne dla siebie zarezerwowała hrabina
Janina Władysławowa Umiastowska.
W drugiej, tuż obok krypcie, do której wejście znajduje się przy
bocznym ołtarzu Matki Boskiej Rożańcowej (drzwi do podziemia pro¬
wadzą żelazne, masywne) grobowce ma swoje linja rodowa Antoniego
Umiastowskiego, który tam jest pochowany. Tam też spoczywają
śmiertelne szczątki jego prawnuka, nieletniego syna sędziego Broni¬
sława Umiastowskiego; tam też stoi kilka trumien niedużych rozmia¬
rami, przeniesionych ze starego kościoła Subotnickiego. Syn Anto¬
niego Umiastowskiego, marszałek Emil Umiastowski stale mieszkał
w Wilnie i pogrzebany jest — podobnie jak i jego małżonka — na
wileńskiej Rossie.
Requiescanł in pace... „Błogosławieni umarli, którzy w Panu
umierają — powiada św. Jan w „Objawieniu” swojem (XIV.13)—Od¬
tąd już mówi Duch aby odpoczęli od prac swoich, albowiem uczynki
ich za niemi idą”.
W granicach teraźniejszej Republiki Litewskiej znajdziemy je¬
szcze jedną mogiłę znaczoną herbem Roch Ill-ci. Jest to mogiła Bar¬
bary Umiastowskiej.
Pewien znajomy ze Żmudzi opowiadał o niej hrabinie Umiasto¬
wskiej. Ciało Barbary Umiastowskiej — według tej relacji — ma się
znajdować w kolściele parafjalnym w Zemielanach (niedaleko stacji
kolejowej Łusza lub Zagory). Spoczywa w szklanej trumnie a tak jest
dotąd świeże, jakby w dniu zgonu. Co zaś najważniejsze to to, że
ludność miejscowa czci ś. p. Barbarę Umiastowską jak świętą, utrzy¬
mując, iż za jej przyczyną dzieją się cuda. W odpowiedzi na list hr.
Umiastowskiej proboszcz żemielański fakty te potwierdził lecz życio¬
rysu ś. p. Barbary Umiastowskiej nie przysłał.
Przedwojenne to sprawy. Podczas wojennej zawieruchy list pro¬
boszcza zaginął; relacja też owego znajomego hrabiny z Litwy Ko¬
wieńskiej zatarła się w pamięci. Ze jednak w owej relacji była jakaś
choćby tylko część prawdy, dowodzi fakt, iż niedawno jeszcze miała
hr. Umiastowska wiadomość z Litwy, że gdy do grobu Barbary Umia¬
stowskiej zaczęły napływać formalne pielgrzymki, rząd rosyjski — przed
samą wojną — kazał trumnę „świętej” zamurować.
Faktem też jest niezbitym, bo przez najwiarygodniejsze doku¬
menty stwierdzonym, że Umiastowscy posiadali swojego czasu liczne
dobra na Żmudzi. Tak np. w posiadaniu ich były rozległe dobra Al¬
brechtów, których sama nazwa przywodzi na pamięć Albrechta Pierz-
chałę Umiastowskiego. Do Albrechtowa należała wieś Krupie — później-
		

/Magazyn_102_06_158_0001.djvu

			- 153 —
sze miasteczko, w powiecie Szawelskim. Wymieńmy też jako swojego
czasu należące do Umiastowskich: Wysoki Dwór i Girkańce. Dobra te
odziedziczyła Anna Umiastowska poślubiona majorowi wojsk polskich
Józefowi Szukszcie. Tym rzeczy składem dobra Umiastowskich prze¬
szły do Szuksztów. Wiadomo zaś, że Józef i Anna Szuksztowie wy¬
stawili w Krupiach kościół w roku 1803-cim, oraz altarję wyposaża¬
jąc je we włókę ziemi. Może owa Barbara Umiastowska, czczona jako
święta, była krewną, może siostrą Anny z Umiastowskich Szukściny?
Ze zaś była już za życia poczytywana za świętą dowodzi okoliczność,
KOŚCIÓŁ W SUBOTNIKACH.
Organy na chórze.
że zwłoki jej złożono do trumny szklanej umieszczając ją w kościele,
nie w podziemiach lecz domniemanie na miejscu dostępnem dla
wiernych. *)
Jeżeli zaś w samej rzeczy Bóg pobłogosławił ród Umiastowskich
świętą, z krwi ich poczętą, to dlaczegóż by nie mieli Umiastowscy
zwracać się do niej, z wiarą i ufnością żmudzkiego ludu, który mu¬
siał, widać, zaznać istotnie łask osobliwych za przyczyną Barbary
*) W kościele w Tarascon nad Rodanem, we Francji południowej, oglądałem
doskonale zakonserwowane zwłoki świętej Wiktorji czy Barbary (dziś już nie pa¬
miętam) spoczywające pod jednym z bocznych ołtarzów. Widać je jak na dłoni z po
za wielkiej szyby szklanej, stanowiącej ołtarzowe antepedjum.	Cz. J.
		

/Magazyn_102_06_159_0001.djvu

			— 154 —
Umiastowskiej skoro cześć jej jak świętej oddawał? „Dziękujmy
Bogu, że byłaś naszą — powiada św. Heronim — co więcej, że je¬
steś naszą, bo wszystko żyje w Bogu i kto wraca do Pana, zostaje
wśród swojej rodziny”.
Na cmentarzu okalającym kościół Subotnicki leżą dwa nieduże
kamienie nadgrobne. Na jednym z nich wyczytać jeszcze można na¬
zwisko Jankowskich, na drugim napis całkowicie już zatarty. Opodal
wznosi się Krzyż Jubileuszowy drewniany; nieduży pomnik kamienny
oznacza miejsce wiecznego spoczynku któregoś z proboszczów. Furtka
w murze cmentarnym prowadzi do ogrodu plebanji.
Plebanja subotnicka to duży dom drewniany, wygodny, gontem
kryty, na wysokich fundamentach, deskami szalowany. Ganeczek
szklany; siedm pokoi; w dobudówce kuchnia i mieszkanie dla służby.
Nad Gawją stoi plebanja, w ładnej okolicy. W sadzie 60 pięknych
drzew owocowych; opodal lasek olchowy (w r. 1908 było 200 sztuk
olchowych drzew). Budynków gospodarskich sporo. Lodownia drew¬
niana; murowany sklep kryty deskami, wędlarnia z desek, drwalnia,
dwa śpichrze pod jednym dachem, kryte gontem, stajnia, wozownia,
nieduży chlew pod jednym dachem słomianym, chlew dla bydła, odryna
na siano pod jednym dachem gontowym. Na dziedzińcu studnia z ka¬
miennym zrębem. Dom dla służby kościelnej drewniany, kryty da¬
chówką (1918); przylegają doń, jako przybudówki dwa składziki, chle-
wek i odrynka pod jednym dachem słomianym. Opodal studnia z ka¬
miennym zrębem.
W r. 1908 deportowano z Subotnik do Rybińska ks. probo¬
szcza Józefa Borodzicza. Tegoż roku 8 października sporządzony
był, podpisany przez dziekana z Wiszniewa ks. Nikodema Tarasewi¬
cza, akt zdawczy i doręczony był nowemu proboszczowi subotnickiemu
ks. Tomaszowi Zebrowskiemu (który do dziś dnia na probostwie
w Subotnikach siedzi).
Z inwentarza sporządzonego 15 kwietnia 1909 r. widać, że ko¬
ściół w Subotnikach zaliczony był oficjalnie przez rząd rosyjski do
piątej kategorji; że należało do kościoła ogółem 15 morgów i 215
prętów ziemi (łąki, ziemia orna, wygony „Wary”). Należało też do
kościoła w Subotnikach 9 morgów ornej ziemi o cztery wiorsty od
kościoła, przy wsi Dowgiałowszczyzna, tudzież należały łąki zwane
Andruniszki, przy wsi Czechowce nad Gawją o trzy wiorsty od Su¬
botnik oddalone; ogółem 23 dziesięciny.
Proboszcz subotnicki pobierał od rządu rosyjskiego 230 rubli
pensji rocznie.
		

/Magazyn_102_06_160_0001.djvu

			— 155 —
Z aktu zdawczego z 1908 r. widać, że wtedy parafja Subotnicka
posiadała dusz męskich 3.241, a żeńskich 3.290; ksiąg metrycznych
urodzeń od 1616 r. do 1903 r. sztuk 26; ksiąg ślubnych od 1615 r.
do 1908 r. sztuk 15; ksiąg o zejściach od 1796 r. do 1908 r. sztuk 8.
W księgach kościelnych żadnych zapisów ani funduszów dla
kościoła niema.
Odpusty odbywają się 23 kwietnia w dzień św. Jerzego, pod
którego wezwaniem był dawny drewniany kościół i 27 czerwca w dzień
św. Władysława króla, pod którego wezwaniem jest zbudowany nowy
murowany kościół. Nabożeństwo 40-to godzinne odbywa się w dzień
Matki Boskiej Różańcowej w pierwszą niedzielę października.
Nowy inwentarz kościoła sporządzony 2 czerwca 1921 r. w cza¬
sie wizyty J. E. ks. biskupa wileńskiego Matulewicza mało różni się
od poprzedniego robionego w 1908 r.
Z tych inwentarzy widać, że kościół Subotnicki jest we wszystko
dobrze zaopatrzony. Nowy jak stary inwentarz bardzo jest niedokładny.
Zawiera po większej części same ogólniki np. „krzyżów rozmaitej wiel¬
kości 15, z których 4 posrebrzane i jeden posrebrzany procesjonalny”.
Ten „jeden” to piękny wielki procesjonalny krzyż platerowany t. j.
nakładany srebrem, kupiony przez ś. p. hr. Władysława Umiastow-
skiego na pogrzeb matki ś. p. marszałkowej Józefy, gdy ciało jej pro¬
wadzono z Wilna do Subotnik. Wtedy także kupił hr. Władysław
Umiastowski sześć dużych nakładanych srebrem lichtarzy, które obecnie
stoją na ołtarzu Matki Boskiej Różańcowej i krzyż srebrny nakładany
stojący na ołtarzu (prawdopodobnie jeden z tych czterech z inwenta-
rzowanych).
Dalej wyraża się inwentarz jak następuje: „Chorągwi do pro¬
cesji 6”. Nie wymieniono jakie, a może być wielka różnica w ich ja¬
kości i wartości, gdyż np. między temi sześcioma chorągwiami jest
kosztowna chorągiew z adamaszku jedwabnego z artystycznie wyma¬
lowanym św. Władysławem królem, patronem kościoła, ofiarowana
przez hr. Umiastowską razem z pokrowcem. W inwentarzu napisano tak:
„Dywanów różnej wielkości sztuk 8 domowej roboty i kupionych fabrycz¬
nych sztuk 6”. Wielka może być przecież różnica w wielkości i jakości
dywanów. Tak hr. Umiastowska, dawniej jeszcze za innego proboszcza,
ofiarowała do prezbiterjum bardzo piękny dywan mniej więcej 5X6
metrów, duży, w bukiety kolorowe na jasnem tle. Dawniej także ofia¬
rowała hr. Umiastowska jeden kielich srebrny nakładany, drugi z du¬
szką grzejącą ręce odprawiającego mszę świętą również dzwonek do
ołtarza o 4-ch dzwonkach. Siadu ich w inwentarzu niema. Hr. Umia-
		

/Magazyn_102_06_161_0001.djvu

			— 156 —
stowska przywiozła z zagranicy bardzo piękny mszał... Śladu o nim
niema w inwentarzu. Ofiarowała kapę żałobną i kilka ornatów. Żad¬
nej wzmianki o tem w inwentarzu nie znajdziemy. W czasach przed¬
wojennych ofiarowała ś. p. hrabina Aleksandra Ostroróg - Sadowska
dwa piękne ornaty adamaszkowe białe, z których jeden z własnoręcz¬
nie wykonanym haftem w arabeski kolorowe, z wełny, w formie słupa,
a drugi z liljami na żółtem tle własnoręcznej pięknej roboty jedwabiami
wyszywany w formie Krzyża. Na podszewce ornatów napisane były
nazwiska ofiarodawczyń i data. W inwentarzu powiedziane jest tylko:
„Ornatów białych 9, czerwonych 5, fjoletowych 4, zielonych, żałob-
PROCESJA OKRĄŻAJĄCA KOŚCIÓŁ W SUBOTNIKACH.
nych 4”. Przecież ornat ornatowi nie jest równy i mógłby jaki słu¬
żący kościelny zabrać kosztowny ornat zamieniwszy go na byle jaki.
Dlaczego o jednej tylko kapie napisano, że była ofiarowana przez
Bigoniów ze wsi Slósarze i że kosztowała 65 rb., a o innych rzeczach
za wyjątkiem kilku nic nie napisano, ani jakie są, ani od kogo po¬
chodzą lub kiedy kupione zostały z pieniędzy kościelnych? Wiadomo
np., że ś. p. marszałkowa Emilowa Umiastowska ofiarowała ornat i wy¬
haftowała ładne antypedjum do dawnego jeszcze kościoła, ale w in¬
wentarzu wzmianki o tem niema, jak o wielu innych przedmiotach,
które nie ulegają zniszczeniu przez dziesiątki lat.
Te tak niedokładne iwentarze kościołów w Subotnikach, w Kle-
wicy i w Konwaliszkach znajdują się obecnie w archiwum margra¬
biny Umiastowskiej. Wartość ich bardzo mała, gdyż są nadzwyczaj
		

/Magazyn_102_06_162_0001.djvu

			— 157 —
niedokładne. Inwentarz kościoła w Konwaliszkach trochę jest dokład¬
niejszy, ale także niema tam opisu przedmiotu, ani daty, kiedy był
ofiarowany, ani nazwiska ofiarodawcy, lub wzmianki, że kupiony zo¬
stał z dochodów kościoła. A jednak dawne polskie inwentarze ko¬
ścielne dokładnie robione były, zawierały nieraz cenne dla history¬
ków wiadomości. Tak było dawniej...
Opieszałe sporządzanie teraźniejszych inwentarzów nie zachęca
bynajmniej do darów i ofiar na rzecz kościoła.
Po oddaniu ostatniej, pogrzebowej posługi przodkom swoim i za¬
bezpieczeniu ich prochów po wieczne czasy w murach kościelnych —
wróciła hr. Umiastowska ze wsi do Wilna dla dopełnienia formalności
połączonych z prawnem objęciem przez nią sukcesji po ś. p. małżonku.
W Wilnie uregulowaniem prawa własności spadkobierczyni ziemskiej
fortuny dziedzica Zemłosławia zajął się mecenas Marjan Strumiłło, a zaś
w Zemłosławiu zarezydował na czas dłuższy, nieznany wówczas oso¬
biście hr. Umiastowskiej, późniejszy wice-prezydent m. Wilna p. Jan
Łokuciewski — poddając najskrupulatniejszej rewizji księgi gospodar¬
skie, umowy dzierżawne, kontrakty, wszelkie dokumenty odnoszące
się do spraw majątkowych.
Prawo zabezpiecza wszędzie porządek dziedziczenia np. po
kimś, co umarł bezdzietny lub nie zdążywszy sporządzić testamentu.
W dzielnicy zaboru rosyjskiego, noszącej oficjalną nazwę „Siewiero-
Zapadnyj Kraj”, to znaczy na terenie ziemskiej fortuny ś. p. hr. Wła¬
dysława Umiastowskiego, obowiązywał oczywiście kodeks rosyjski
czyniący -— w przeciwieństwie do obowiązującego w b. Królestwie
Polskiem kodeksu Napoleona — różne zastrzeżenia, co do majątków
t. zw. rodowych.
Przeto też w b. Królestwie Polskiem nikt nie wysnuwał żadnych
kombinacyj czy kalkulacyj opartych na możliwości dziedziczenia po
tym lub owym bezdzietnym krewnym, na którego się śmierć — rachuje.
Jeżeli zaś okazuje mu się jakie szczególnie względy sercem lub czy¬
nem, wynikiem to jest szczerych uczuć rzetelnej życzliwości, nic nie
mających wspólnego z — rachubą.
Na tak zwanych zaś Kresach w wielu, bardzo wielu wypadkach
t. zw. „najbliżsi krewni” osobnikowi, który jest kawalerem lub żona¬
tym bezdzietnym, życzą jak najprędszej śmierci, wyczekują jego śmierci
z niecierpliwością, dowiadują się po bankach ile ma kapitałów, a po
majątkach, czy sprzedaje lasy i t. p. Intrygują „najserdeczniejsze sio¬
stry”, żeby przeszkodzić małżeństwu lub starają się poróżnić żonę
		

/Magazyn_102_06_163_0001.djvu

			— 158 —
z mężem, wysilając się na najbrzydsze postępki, żeby to, co ten oso¬
bnik ma pozostało dla nich.
Przytem ignorują ową ciotkę lub owego wuja, po których mają
nadzieję dziedziczyć i nie dbają wcale o dobre z nimi stosunki, o po¬
zyskanie ich serca... Ten wuj czy ciocia często prawie ich wcale nie
znają. Bo i poco? 1 tak wszystko musi być ich! Przeciwnie, wyraźną
obojętność wykazują i niezadowolenie gdy zachodzi jaka zmiana w ży¬
ciu owej osoby, coby mogła uszczuplić spodziewany spadek. Zapo¬
minają, zaślepieni chciwością, że jest oznaczony porządek dziedziczenia
na wypadek śmierci bez testamentu.
Panny wychodzą zamąż nie z inklinacji serca lecz upatrując ta¬
kiego „oblubieńca”, który napewno będzie dziedziczył po ciotce lub
wuju, bo kawalerowie, konkurując o pannę, mówią o tem głośno, jako
0	ważnej okoliczności, wpływającej na decyzję. Czyliż to nie jest
wstrętne, że w rodzinach tak otwarcie i często się mówi: „Jak umrze
ten nasz krewny, czy owa nasza krewna, będziemy bogaci!” Mówi się
to najspokojniej nawet wobec dzieci, a te znowuż powtarzają: „Ach!
żeby też prędzej umarł wujcio lub ciocia!” Mówi się bez najmniejszej
żeny o spadku, na który się liczy najniechybniej: „Tak, to będzie na¬
sze... a i to... a i to jeszcze... wszystko będzie nasze! Wszystko musi
być nasze!” Jeżeli zaś spodziewana gratka ominie, wówczas: krzyki
1	lamenty: „Ach, skrzywdzeni jesteśmy niegodnie!” Jak gdyby ktoś, kto
pracował, powiększał swój majątek, oszczędzał, nie mógł tego, co po¬
siada, oddać komu wedle własnego upodobania lub przeznaczyć na
cele, które się jemu podobają ale oddać musi koniecznie jakimś kre¬
wnym, którzy wcale na to nie zasługują swojem odnoszeniem się do
jego osoby, a także pod względem charakteru, o których się wie do¬
brze, że tak jak swoje stracili lub tracą, tak dalej tracić będą wszystko,
co im się w ręce dostanie...
Smiesznem jest, jak za życia osoby, które wyglądają śmierci
tego kogoś, krzywo patrzą na żonę lub męża, a po śmierci, jak po za¬
wiedzionych nadziejach, wyraźną niechęć okazują tak dla nich jak i dla
zmarłego. Możnaby tu przytoczyć rozmaite pod tym względem czyny
nie do uwierzenia. I tak postępują nawet ludzie bardzo nabożni, na
oko bardzo religijni.
Lecz poco odwoływać się do tych lub owych przepisów praw¬
nych. Czyliż sama logika nie wskazuje, że każdy może rozporządzić
się swoją własnością jak chce? Czyliż nie jest to jego święte prawo?
Rozporządzając swym funduszem na wypadek śmierci, postano¬
wił hr. Władysław powierzyć go całkowicie w pewne i wypróbowane
		

/Magazyn_102_06_164_0001.djvu

			— 159 —
ręce swej żony, kochającej ten kraj i zapatrującej się poważnie na życie.
Postanowienie to jeszcze za życia swego potrafił w takie ująć formy prawne,
że po zgonie hrabiego żona jego rozporządzała bezspornie całym fundu¬
szem którym dzielić się z kimkolwiek nie miała najmniejszego obowiązku.
Krewni nie mogli niczego oczekiwać ani do niczego pretendo¬
wać, ale hrabina przez dobroć serca chciała im dać pamiątkę po
swoim mężu, a ich krewnym i podarowała im 310.000 rubli w gotówce
zaraz, t. j. latem 1905 r., co było ogromną sumą. Chciała im dać ziemię ale
oni woleli gotówkę, chociaż łatwiej im było gospodarować niż kobiecie.
To co hrabina wypłaciła było niezaprzeczenie wyłącznie wyrazem
dobrej i nieprzymuszonej jej woli, a bynajmniej żadnym „uznaniem praw
spadkowych”, akt zaś dzielczy był tylko formą, w którą ujęta została
wolna i nieprzymuszona wola.
*
Po uporządkowaniu prawa własności pojechała hrabina Umia-
stowska z matką dla leczenia się do Kissingen, skąd powróciwszy,
zabrała się do gospodarzenia w majątkach swoich.
Zaraz na wstępie poprosiła proboszczów swoich, aby po kazaniu
oznajmili z ambony włościanom, że hrabina objęła w posiadanie ma¬
jątki nieboszczyka hrabiego i że, chcąc im okazać swoją życzliwość,
kary za kradzieże i inne przekroczenia w ogólnej sumie 16.000 rubli,
na które posiada odpowiednie listy wykonawcze, im darowuje, w na¬
dziei, że narażać siebie na więcej kar już nie będą, listy zaś wyko¬
nawcze hrabina niszczy. Przy tych słowach sam proboszcz w oczach
włościan zniszczenia pozwów płatniczych dokonywał.
Niebawem potem, pewnego dnia, gdy hrabina była zagranicą
włościanie z sąsiednich wiosek przyszli zaorywać dla siebie pole pod
samym parkiem żemłosławskim, czego nawet nigdy dawniej nie robili,
mówiąc: „Oho! kiedy ona nam tyle podarowała, to widać że się nas
boi — trzeba brać ile się da!”. Było to właśnie w 1905 r. kiedy się
na „rewolucję” zabierało. Rządca zatelegrafował o tym najezdzie do
gubernatora hr. Pahlena, który dowiedziawszy się, że hrabina z taką
hojnością umorzyła 16.000 rb. sztrafów należnych jej od włościan, za¬
raz przysłał żołnierzy, włościan ukarał i — zapanował znów spokój.
W zimie, gdy hrabina powróciła do Zemłosławia, zaczęły sypać
się wieści i pogłoski, że włościanie zamierzają napadać na dwory, że
kręci się wśród nich mnóstwo podżegaczy, żydów z miasteczka Dzie-
wieniszek. Nie czekając sprawdzenia się tych wiadomości, tak bardzo
prawdopodobnych w owych niespokojnych czasach — hrabina za¬
brawszy co najważniejsze dokumenty i plany majątkowe, wyjechała
		

/Magazyn_102_06_165_0001.djvu

			— 160 —
omijając Dziewieniszki, przez Bieniakonie do Wilna. Towarzyszyli jej
rządca, sekretarka, panna służąca i lokaj. W Wilnie prosiła guberna¬
tora o danie jej 12 żołnierzy do Zemłosławia dla ochrony dworu oraz
folwarków tudzież dla towarzyszenia oficjalistom przy rozjazdach. Tak
się też stało. Rzeczona straż pełniła w Zemłosławiu funkcję załogi
przez lat kilka.
Zagrożona strajkiem kolejowym, przerwaniem komunikacji mię¬
dzy Wilnem a Żemłosławiem, wobec perspektywy ustania ruchu ko¬
lejowego między Wilnem a Warszawą (co też i nastąpiło) pośpieszyła
hr. Umiastowska wyjechać do matki, do Warszawy, korzystając z pociągu,
który istotnie był na czas dłuższy ostatnim na linji Wilno—Warszawa.
Z Warszawy wysłała hrabina jeszcze w 1905 r. wszystkie swoje
kapitały, dla zabezpieczenia ich przed rewolucją, do Berlina i uloko¬
wała je tam w dobrych bardzo papierach procentowych niemieckich
zdeponowanych w banku S. Bleichrodera. Kapitały te w następstwie
aż do czasu wybuchnięcia Wielkiej Wojny, raczej do 1 lipca 1914 r.
znacznie powiększyła po sprzedaży Lewkowa i lasów oraz placów
przy ul. Mokotowskiej w Warszawie. W chwili, gdy jej kapitały,
zlokowane w Berlinie, zabrane jej zostały nieprawnie, wynosiły one
dwa i pół miljona marek niemieckich w papierach i w gotówce.
Gdy niepokój co do możliwości rozpętania się „rewolucji” mi¬
nął, wróciła hr. Umiastowska wraz z matką, sekretarką i panną słu¬
żącą do Zemłosławia, aby tam spokojnie zająć się pracą — w duchu
zasady „Każdy powinien zostawić po sobie pamiątkę, że nie żył na-
próżno na świecie”.
Nic łatwiejszego nie było dla hrabiny Umiastowskiej, jak za¬
sklepić się w egoistycznem życiu kogoś, który ma wszystkiego dosyć
i tylko patrzy, aby tego, co posiada, nie uszczuplić na cele — „nie¬
produktywne”. Mogła przecie hr. Umiastowska, skąpiąc groszem, np.
budowle w Zemłosławiu tylko podtrzymywać i remontować byle jak...
Starczyło by tych budowli, nawet rozwalających się powoli na całe
jej, choćby najdłuższe życie. Poco robić „wkłady”? Poco pracować
dla jakichś tam dalszych pokoleń? Wszelako nie po tej linji najmniej¬
szego oporu szły hr. Umiastowskiej zamierzenia i ambicje. Wciąż
stały jej w pamięci długie ze ś. p. małżonkiem rozmowy, w których
on jej plany swoje rozwijał — i ambicją było hr. Umiastowskiej, ce¬
lem jej prac i zabiegów było plany te rozwijać, dopełniać i urzeczy¬
wistniać tak, jakby niemi kierowała wciąż jeszcze ręka nieodżałowa¬
nego Zemłosławia dziedzica.
		

/Magazyn_102_06_166_0001.djvu

			— 161 —
Dwakroć hrabinę zawiodła nadzieja zostania matką. To też czę¬
stym tematem rozmów jej z mężem były rozważania: co stanie się
z ziemską fortuną, z funduszem wogóle całym, co go rodzice i dzia¬
dowie hrabiego gromadzili, pracowitością wytrwałą oraz mądrą oszczę¬
dnością przysparzali, co go sam hr. Władysław dzięki własnej pie¬
czołowitości znacznie powiększył? Co ma się stać z całą tą zasobno¬
ścią, w którą się tyle pracy, tyle trosk, a i tyle serca włożyło?
Hrabina zawsze i nieodmiennie obstawała za tem, aby hrabia
nie legował jej osobiście na wypadek swej śmierci całej fortuny, po
nim pozostałej, lecz zostawił jej po sobie ileby uważał, że dla potrzeb
jej jest niezbędne, a resztę przeznaczył na cele, które by sam obmyślił
i które by jemu samemu wydawały się być najgodniejszemi poparcia.
Na to hr. Władysław odpowiadał:
— Rosyjskie teraz mamy rządy. Nie dopuszczą one do żadnego
popierania, osobliwie hojniejszą jaką fundacją, celów, w rozumieniu
rządu rosyjskiego „niepożądanych”. Co najwyżej możnaby jaki szpital
ufundować, jaką instytucję użyteczności publicznej, powszechnej... To
są rzeczy niewątpliwie piękne i chwalebne, lecz — pierwszy lepszy
magistrat może takiego dzieła dokonać, jak założenie, dajmy na to,
szpitala. Ja nie doczekam — mówił hrabia dalej — lepszych czasów.
Lecz ty, wierzę święcie, zobaczysz je własnemi jeszcze oczyma. Do¬
czekasz, że ten nasz kraj znowu polskim będzie... Tak musi być, tak
ma stać się — pierwej lub później! Trzeba przeto fortunę, którą po¬
siadamy, zachować na te czasy, kiedy będzie mogła służyć rzeczy¬
wiście wielkim a dziś niedostępnym celom. Nie rozpraszajmy fortuny
naszej na drobne cele, na zapomogi doraźne, na stypendja i t. p. Ty,
doczekawszy lepszych czasów, będziesz mogła to, co ci po sobie zo¬
stawię, obrócić na coś większego... Wyobrażam sobie np. w Żemło-
sławiu szkołę wraz z internatem... na dużą skalę... gdzieby w tej
cudnej, tak zdrowej, tak wprost klimatycznej miejscowości mogła mło¬
dzież polska wychowywać się i kształcić nie szukając obcych bogów
zagranicą, nie tułając się po obczyźnie, zrastając się duszą i sercem
z krajem rodzinnym, wyrastając tu, w Zemłosławiu, na dzielnych kraju
własnego obywateli.
Tak mawiał nieraz ś. p. Władysław hr. Umiastowski.
Hrabina bała się brać na siebie odpowiedzialność za losy tak
znacznej fortuny... „Nie potrafię!” — mówiła. „Mogę paść ofiarą ludzi
przewrotnych i podstępnych, których jest tyle na świecie”.
Doradzała wreszcie hrabiemu adoptować dziecko—uczynić spad¬
kobiercą swoim przybranego syna.
11
		

/Magazyn_102_06_167_0001.djvu

			— 162 —
Na to hrabia:
— Jeżelibym miał nawet najrodzeńszego syna, oddałbym mu tylko
część tego, co posiadam. Niechby pracował... niechby dorabiał się...
A resztę majątku obróciłbym na cele, o których mówimy tak często.
Bo czyliż to się nie zdarza, że rodzice zbierają i gromadzą, ba, że
kilka pokoleń zbiera i gromadzi a jaki miły synalek roztrwoni... prze¬
hula!... Jeżelibym się zdecydował adoptować syna to chyba jedynie dla
tego aby wdowa po mnie pozostała miała w nim podporę i opiekę.
Lecz czy można na to liczyć bez zawodu? Kto wie jaki by się trafił
człowiek... Natomiast tobie — mówił hr. Władysław zwracając się do
żony — bezgranicznie i święcie ufam; wierzę mocno, że ty mnie ro¬
zumiesz, że w intencje moje wniknęłaś głęboko i, że ty jedna potra¬
fisz moje zamiary urzeczywistnić. Ty funduszu, po mnie w spadku
wziętego, nie zmarnujesz... ty go w rękach swych mocno utrzymasz
aż do chwili, kiedy będzie mógł być obrócony na cele, o jakich ma¬
rzę. Mam też niepłonną nadzieję, że znajdziesz ludzi, którzy ci dobrą
radą i życzliwą pomocą służyć będą. Mnie zaś, na tamtym świecie,
błogo będzie i miło myśleć, że powstaje rzecz dobra dla społeczeń¬
stwa — z twojej ręki.
Oto rozmowy serdeczne, przyjacielskie, które głęboko utkwiły
w pamięci hrabiny Umiastowskiej i nadały wyraźny kierunek całej
gospodarce prowadzonej przez nią w Zemłosławiu i innych majątkach,
wszystkiej jej pracy łożonej w rozległą ziemską fortunę ś. p. hrabiego
Władysława.
Więc tedy, nie wspominając o nieustannych remontach budowli,
0	kryciu dachów gontami, nawet o stawianiu np. nowych leśniczó¬
wek itp. — przypomnijmy przedewszystkiem postawienie w Zemło¬
sławiu trzech fundamentalnych budynków gospodarskich z doskonałej
cegły, wyrabianej we własnej ceglarni w Dobrowlanach. Są to: dwie duże
obory na sto sztuk bydła każda oraz stajnia — mniejsza — dla koni
roboczych. Budowle te tworzą duży kwadrat z podwórzem wpośrod-
ku, niezbyt daleko ale i nie za bardzo blisko gorzelni stojący, skąd
rurami szła t. zw. „braha” bezpośrednio do obory-wołowni.
Stawiane były te trzy fundamentalne budowle przez najlepszych
mularzy i kamieniarzy sprowadzonych do Zemłosławia. Cementu
1	wapna nie szczędzono. Budowle wznoszono szerokie i wewnątrz
światłe, umiejętnie wentylowane, w pobliżu rzeki. Również nad rzeką
aczkolwiek na innem miejscu, stały chlewy dla nierogacizny, w od¬
dali, aby powietrza nie psuły chociaż wzorowo utrzymywane.
		

/Magazyn_102_06_168_0001.djvu

			— 163 —
Gdy pomimo dobrego obchodzenia się z włościanami sąsiednich
wiosek i upominania ich, stosunki między wioskami a dworem sta¬
wały się coraz gorsze, a kradzieże, wrywania się w dworską ziemię,
wypaszanie łąk itp. stawały się coraz dokuczliwsze, postanowiła hra¬
bina oddać Zemłosław, Hutę i Zalesie w dzierżawę. I w myśl tego
planu zaczęła w Zemłosławiu budować dom dla dzierżawcy.
Miejsce wybrane było jaknajodpowiedniejsze. Dom stanął drew¬
niany ale na bardzo wysokim fundamencie, na piwnicach, o 6 poko¬
jach, z dużemi oknami, filungowemi drzwiami, kaflowemi piecami,
z werandą, osadzony drzewami, niezbyt daleko od gorzelni, z wi-
MA TKA BOSKA ŻEMŁO SŁAWSKA
nawprosł wjazdowej alei pałacowej.
dokiem na warzywny ogród i sady, a dalej trochę na podwórze mię¬
dzy nowemi budynkami, na lewo na wymurowany za rządów ś. p. hr.
Władysława skład maszyn i narzędzi rolniczych wreszcie na dawne
gumno. Wszystko z okien tego domu widać jak na dłoni: całe „obej¬
ście” gospodarskie.
Gospodarstwo więc rolne we dworze Żemłosławskim z wygod¬
nym dojazdem ze wszystkich stron, tworzyło jakby osobny folwark
z własnym sadem, wygodny, w odpowiedniem do tego miejscu, w cen¬
trze gospodarstwa, oddzielony zupełnie od pałacu i parku przez la¬
sek, jakby parkowy, który to gospodarstwo zasłaniał, a którego drze¬
wa wysokie od — nie daj, Boże! — ognia chronią.
		

/Magazyn_102_06_169_0001.djvu

			— 164 —
W tym to rodzaju parku, nawprost wjazdowej bramy pałacowej
postawiła hrabina figurę błogosławiącej Najświętszej Marji Panny
z napisem „Mater Dei, ora pro nobis”. Pod figurą Matki Boskiej
ustawiona jest duża cementowa ława. Po obu bokach statui wznoszą
się wysokie latarnie żelazne. Zdobią całość kląby kwiatów.
W folwarku Huta wybudowała hrabina, na wysokim fundamen¬
cie z cegieł, murowany dom z dużemi oknami, z gankiem, z dachem
podwójnym, tudzież drewniany dom dla parobków.
W cegielni dobrowlańskiej koło Żemłosławia wyrabiano dalej do¬
skonałą cegłę przeznaczoną na wybudowanie projektowanej przez
hrabinę szkoły w Żemłosławiu. Przed wojną było już gotowych
60.000 cegieł. Niestety, Niemcy wysprzedali ich 30.000, ale gdy hra¬
bina w 1922 r. urządzenie projektowanych szkół w Żemłosławiu od¬
dała pod opiekę wileńskiemu uniwersytetowi, było jeszcze w Dobro-
wlanach 30.000 cegieł. Rzecz to dużej wagi, bo cegły, osobliwie
dobrej nigdzie w pobliżu Żemłosławia dostać nie można.
W powyższym okresie, od śmierci hr. Władysława do wojny,
po zdjęciu ciężkiej żałoby, którą nosiła hrabina półtora roku, życie
jej napozór przyjęło normalny charakter. Wyjeżdżała z matką na ku¬
rację z racji nadwątlonego zdrowia matczynego lub własnego bądź
do Monachjum, bądź na Rivierę, do Kissingen, do Meranu, albo ze
swoją nieodłączną sekretarką, p. Stefanją Baniewićz, do Berlina dla
leczenia oczu; czasami zimę spędzała dłuższy czas w Warszawie
w swoim domu na rogu Alej Ujazdowskich Nr. 43 i ul. Wilczej Nr. 2
gdzie stale mieszkała matka hrabiny Umiastowskiej. Obok tej kamie¬
nicy narożnej jest drugi dom również własność hr. Umiastowskiego
stanowiący na rogu Wilczej i Mokotowskiej, mający wspólne z tym
pierwszym domem podwórze. Pod ścisłą swoją kontrolą trzymała hra¬
bina obie kamienice, jako też i podarowaną jej dawniej jeszcze kie¬
dyś przez ś. p. męża na imieniny ładną willę z ogrodem przy ul. Pol¬
nej oraz dwie duże posesje z kilkoma domkami parterowemi przy
ul. Mokotowskiej. Przed samą wojną przedała je hr. Umiastowska
księciu M. Woronieckiemu; od niego zaś kupił je ks. Lubomirski;
z kolei przeszły od ks. Lubomirskiego we władanie pewnej współ-
dzielni mieszkaniowej, która wybudowała jeden ogromny dom na te¬
renie obu posesyj.
Lato spędzała hrabina zazwyczaj w Żemłosławiu, dokąd przy¬
jeżdżała hr. Aleksandra Ostroróg-Sadowska ze swoją towarzyszką
panną Ewą Zielonkówną i panią Zielonkową wdową, byłą właścicielką
majątku Merecz koło Jaszun. Na Merecz zagiął był parol pewien ge-
		

/Magazyn_102_06_170_0001.djvu

			— 165 —
nerał, Rosjanin, przyjaciel wileńskiego generał-gubernatora Kochanowa.
Kochanow tak sprawę pokierował, że p. Zielonko był zmuszony wy¬
stawić Merecz na licytację. Nabył majątek — oczywiście — generał.
Dotąd sam tam siedzi jeżeli nie jego szczęśliwi spadkobiercy.
Bywał w Zemłosławiu już wiekowy ks. profesor Stefan Dembiń¬
ski ze Lwowa, były spowiednik śp. hr. Władysława, który w Żemło-
sławiu mszę św. odprawiał, katalogował bibljotekę karteczkowym
sposobem, a także kładł
pasjanse dla matki hra¬
biny Umiastowskiej,
bawiącej w Zemłosła-
wiu, grał z nią w be-
zika i był bardzo mi¬
łym towarzyszem. Póź¬
niej bywali inni kape¬
lani: ksiądz Lewan¬
dowski z Paryża i ks.
profesor Nowicki z
Warszawy, stały lekarz
domowy hrabiny Ost¬
roróg - Sadowskiej De
Caroli (podobnojużnie
żyje)później Dr. Adelt,
asystent profesora Pa-
wińskiego, wszelako
żaden nadługie miesią¬
ce z Warszawy odda¬
lać się nie mógł, a zły
stan sercahrabiny-mat-
ki wymagał ciągłej le¬
karskiej opieki. W oko¬
licy Zemłosławia nie
było dobrych lekarzy.
Po długoletniej sekretarce pannie Stefanji Baniewiczównie miała
hrabina za sekretarkę panią Teresę Undrewiczową i bardzo miłą an¬
gielkę miss Florence. Przyjeżdżali do Żemłosławia architekci i inży¬
nierowie z Wilna i z Warszawy, z Wenecji przyjechał Włoch dla
wzięcia rozmiarów na mozaikę w podziemiach kościoła i dla rozmai¬
tych robót w kościele i w Zemłosławiu. Z Warszawy przyjeżdżał
z fabryki odlewni, artysta, dla zdjęcia miary i zrobienia na słupach
HRABINA ALEKSANDRA OSTRORÓG-
SADOWSKA
z kapelanem i lekarzem przed pałacem w Zem¬
łosławiu.
		

/Magazyn_102_06_171_0001.djvu

			— 166 —
korynckich pałacu Zemłosławskiego zamiast gipsowych fryzów, które
ciągle spadały, zupełnie takich samych, klasycznych, ale cynkowych,
pomalowanych na kolor ścian pałacowych; przyjeżdżał Niemiec
z nad Renu dla wzięcia miary na zrobienie czterech orłów na wieży
pałacu i wazonów na słupach przy barjerze okalającej dach. Ozdoby
te były w ścisłym związku z uplanowaną przez ś. p. hr. Władysława
alternatywą, zawsze mile przez hrabinę wspominaną. Oto jeśli by
miał się urodzić syn—stanęłyby na pałacowym dachu w Zemłosławiu
(jako ozdoby) figury mitologicznych bohaterów lub rycerzy. Jeśliby
miała przyjść na świat córka, ozdobionoby dach pałacowy — wazo¬
nami dla kwiatów.
Po śmierci ś. p. hr. Władysława umyśliła hrabina ustawić na
wieży cztery wielkie orły miedziane z rozportartemi do lotu skrzyd¬
łami, a na innych mniejszych słupach — wazony. Niemiec zrobił
umowę, otrzymał a conto 2000 rb., ale przyszła wojna tyle lat trwa¬
jąca, fabryka była nieczynna i tak w zawieszeniu wszystko pozostało,
ale hrabina nosi się z myślą nawiązania korespondencji z fabryką.
Może teraz, po wojnie, da się dawny zamiar urzeczywistnić.
W sąsiadującym z Zemłosławiem majątku Zakrzewszczyzna, prze¬
bywał specjalista leśniczy wróciwszy z posady w lasach państwowych
na Syberji do kraju, na stałe. Zajął się lasami hrabiny Umiastowskiej.
Był to rzeczywisty radca stanu p. Wincenty Jankowski, (już nie żyje,
majątek jego odziedziczyła siostra pani Jodkowa). Pod jego kierun¬
kiem pracowało w oficynie zarządu trzech stałych, z Czech spro¬
wadzonych geometrów, którzy robili nowe plany leśnego gospodarstwa,
co hrabinę bardzo interesowało, bo nadzwyczaj lubiła lasy, jako
ozdobę kraju i szanowała je. Parobcy mieli wyznaczoną ilość drzewa
opałowego, służba pałacowa także i śmiano się, że gdy w Surwili-
szkach sąsiednich o 7 wiorst sprzedawano drzewo a hrabina Umiastow-
ska przeważnie kupowała je, bo w Zemłosławskich lasach nie było
gałęzi, a trzeba było brać na opał suchostój, a jak suchostoju nie
było,—trzeba było posyłać do lasów dalej położonych, aby lasy koło
Zemłosłowia jak najmniej trzebić, więc żeby zaoszczędzić zmęczenia
koniom oraz swojego drzewa lepszego, które mogło służyć na deski,
wolała hrabina tanio kupić drzewo opałowe w Surwiliszkach. Desek
zawsze był w Zemłosławiu zapas wielki, suchych, najrozmaitszego
gatunku drzewa i grubości w specjalnym składzie urządzonym w sta-
rej gorzelni. Z Klewicy zwożono jesiony i klony, z Koszelewa dęby,
z innych lasów lipy i t. p. na deski. Gdy się okazało, że niektóre
pnie w Zemłosławskich lasach trzeba było zrąbać, aby się nie prze-
		

/Magazyn_102_06_172_0001.djvu

			— 167 —
starzały, hrabina sprzedała je kupcom — ale gdy posłyszała huk wa¬
lących się pni, taki żal ją ogarnął, że wyjechała z Zemłosławia,
aby tego nie słyszeć, a korzystając z kłótni dwuch wspólników,
w dalszych lasach pozwoliła dalej 'rąbać, ale za pnie w Zemłosław-
skim lesie pieniądze kupcom zwróciła i drzewa zostały nietknięte
i nic już odtąd w Zemłosławskich lasach nie rąbano. Wogóle w la¬
sach przy drogach grubych drzew nie wolno było nigy rąbać,
te były specjalnie znaczone i tworzyły między młodemi drzewami jak¬
by aleje ze staruszków, ale zupełnie dobrych, niezepsutych, a zadzi¬
wiających swoją grubością i pięknością wiekowych świadków lat
minionych.
Jak wyżej powiedziano, sporządzono plany bardzo szczegółowe
leśnego gospodarstwa po wszystkich majątkach, ale dla Zemłosławia
były czynione rozmaite wyjątki, nie chodziło bowiem o eksploato¬
wanie tam lasu dochodowe, lecz o zachowanie na konieczne tylko
potrzeby dworu, jako ozdobę i dla zdrowotności okolicy. Był taki
naczelnik z Komitetu Leśnego, p. Sielanin, który spotkawszy hra¬
binę zawsze powtarzał: „Wam Grafinia sledujet podniesti ordien,
nagradu za tszczatielnost’ i biereżliwost’ i choroszeje obraszczenje s lie-
sami, z czudnymi waszymi liesami”.
Jak widać z powyższego, hrabina wszystko ulepszała, w gospo¬
darstwie była nad wyraz czynną, tyle za jej rządów nowych
robót dokonano począwszy od doprowadzenia do obecnego stanu
kościoła w Subotnikach a kończąc na tylu nowych i fundamental¬
nych budynkach postawionych — przed wojną jeszcze — w samym
Zemłosławiu i po folwarkach.
Często hr. Umiastowska rozmawiała z matką swoją o zgasłym
hr. Władysławie, o jego dobroci, o zaletach niezwykłego pod każdym
względem człowieka. W pałacu żemłosławskim w wielu pokojach były
zmarłego hrabiego portrety. Jego osobiste pokoje stały nietknięte,
tak umeblowane, i pełne drobnych przedmiotów, które do jego słu¬
żyły użytku, jak za życia nieboszczyka. W jego gabinecie na tem
miejscu gdzie on pracował, pracowała teraz jego żona, niestety,
sama, bez ukochanego towarzysza! Wszystko w Zemłosławiu upię¬
kszała, ozdabiała tak jak dawniej, róże rano zbierała, pawie i łabędzie
karmiła. Dzień schodził przyjemnie na werandzie przy czytaniu lub
rozmowie. Hrabina miała przy sobie ukochaną matkę, więc życie
układało się względnie szczęśliwie.
		

/Magazyn_102_06_173_0001.djvu

			— 168 —
Nie przeszkadzało to jednak, aby często na myśl jej nie przy¬
chodziły nieśmiertelne słowa Danta :
Nessun maggior dolore
Che ricordarsi del tempo felice
Nella miseria !
Tymczasem miały spaść na hr. Umiastowską innego jeszcze ro¬
dzaju nieszczęścia, które ją przekonały jak głęboką prawdę zawiera
aforyzm:
„Plus on connait les hommes — plus on aime les chiens”.
*
Gdy już widocznem było, że wkrótce wybuchnie wojna, hrabina
z matką i towarzyszką wyjechała z Zemłosławia do Wilna, aby wy¬
robić zagraniczne paszporty i pojechać przez Berlin do Szwajcarji.
Zamiarem jej było pozostawić tam na czas wojny staruszkę matkę
z towarzyszką, tudzież złożyć tam, na wypadek rewolucji w Rosji,
kapitały, zabezpieczyć je odpowiednią walutą, poczem samej wrócić
do kraju, ażeby bronić swego mienia.
Tymczasem, wprowadzona rozmyślnie w błąd kłamstwami i fał-
szywemi wiadomościami, wstrzymała swój wyjazd zagranicę, i granicę
zamknięto. Do Wilna weszli Niemcy. Hrabina znalazła się w Peters¬
burgu jak zamurowana. Korzystając z tej, z góry ukartowanej sytuacji,
pewna osoba, której nazwiskiem nie warto szpecić kart tej książki,
a która zdołała pozyskać zaufanie hrabiny, nadużywszy jej plenipo¬
tencji, podniosła z banku Bleichrodera w Berlinie zlokowane tam
hrabiny kapitały w sumie 2'/2 miljona niemieckich złotych marek,
przywłaszczyła więc je sobie zamiast wysłać na imię hrabiny do
Szwajcarji. *) Zmuszono tem hrabinę do wytoczenia zagranicą, ale do¬
piero po skończonej wojnie, szeregu procesów w celu odebrania przy¬
właszczonych pieniędzy.
Procesy te, kłopotliwe i kosztowne, zostały, rzecz prosta, w końcu
przez hrabinę wygrane, jednak wyegzekwowanie zasądzonych kapita¬
łów napotyka na trudności dzięki ludziom, którzy zawsze się znajdą tam
gdzie chodzi o udzielenie pomocy przy ukrywaniu nadużyć dających
pewność i nadzieję na podział zysków.
Gdy cię krzywdzą źli ludzie, ty szanuj sam siebie,
Nie mów im czego warci lecz co godne ciebie.
Hrabina, zostawszy sama ze staruszką matką w całkiem jej ob¬
cym Petersburgu bo Wilno, przez Niemców zdobyte, odcięte było
od stolicy Rosji, a droga uciążliwa i niebiezpieczna przez Haparandę
*) O tych kapitałach była mowa w poprzednich rozdziałach niniejszej książki.
		

/Magazyn_102_06_174_0001.djvu

			— 169 —
była wręcz niedostępną dla sędziwej hrabiny Ostroróg-Sadowskiej,
o życie której hrabina drżała — ze zmartwienia, niepokoju i ciągłej
obawy — rozchorowała się.
Co hrabina przez przeciąg trzech lat wycierpiała w Petersburgu
oraz w Carskiem Siole, trudno byłoby opisać. Wystarczy przytoczyć
szczegółów kilka. W skutek nieporozumienia wynikłego co do jej osoby
z powodu rzekomych wrogich jakichś wystąpień zagranicą przeciwko
rządowi rosyjskiemu, zaaresztowano hrabinie jej kapitały, które miała
w Petersburgu, została tedy bez grosza ze staruszką matką i sześ¬
cioma osobami. Nie mogąc znikąd dostać pieniędzy, żyła w ciągłem
zmartwieniu, zaś gdy areszt, po długich staraniach, prowadzonych
przez adwokata petersburskiego, który miał stosunki, został zdjęty,
pozostał niepokój o dalsze losy, które trudno było przewidzieć, jaki
obrót wezmą.
Tak np. razu pewnego otrzymuje hrabina wezwanie do ministerstwa
spraw zagranicznych. Tam pokazują jej list adresowany do niej z za¬
granicy i przejęty. W liście mnóstwo wymyślań na rząd rosyjski i jego
postępki, tudzież wiadomości dotyczące wojny bardzo a bardzo dla
rządu rosyjskiego „niepożądane”. Straszny list! Otrzymanie takiego
listu w czasie wojny mogło pociągnąć za sobą nietylko uwięzienie
lecz zesłanie na Syberję. Na szczęście nic z tego hrabinie nie groziło.
W ministerstwie spraw zagranicznych oświadczono jej, że rząd
rosyjski, dzięki tajnej swej policji, zna osobę, która list pisała, że wie
o przyswojeniu przez nią berlińskich kapitałów hrabiny. Ministerstwo
zdaje sobie dokładnie sprawę, że ta osoba, przebywająca bezpiecznie
zagranicą, rozmyślnie taki list napisała do hrabiny do Petersburga —
aby ją zgubić, aby, uwięziona lub zesłana, nie mogła upominać się
o wyrządzoną jej ciężką krzywdę, któraby nawet może pozostała
wieczną tajemnicą. Co zaś do hrabiny samej, to władze rosyjskie
wiedzą, że nie zajmuje się w najmniejszej mierze polityką, jest osobą
niebudzącą podejrzeń. Tedy nic jej nie grozi. Niech tylko — powiedziano
jej w ministerstwie — zerwie zupełnie z osobą, która do niej ów pod¬
stępny list napisała, niech żadnych od niej korespondencyj nie przyj¬
muje — jeżeli niechce grubo narazić się rosyjskim władzom.
Na tem się szczęśliwie skończyło. Nie była to jednak ani pier¬
wsza ani ostatnia próba zaszkodzenia hrabinie przez ową przebywa¬
jącą za granicą osobę. Podczas pobytu swego w Petersburgu i Car¬
skiem Siole bezbronna i osamotniona kobieta była raz po raz celem
niecnych intryg i podstępów zmierzających do najfatalniejszego skom¬
promitowania jej w oczach rządu rosyjskiego.
		

/Magazyn_102_06_175_0001.djvu

			— 170 —
Trzeba jednak było zabrać się energicznie do ratowania — o ile
się da — kapitałów bezprawnie zagarniętych w Berlinie.
Niebacząc na drogę tak bardzo wówczas niepewną, puszcza się
hrabina w podróż za granicę — via Bukareszt.
Zamiar hrabiny dotarcia do Berlina, a z Berlina do Szwajcarji
via Bukareszt nie udał się, a oto z racji jakiej przygody:
Posłem wówczas rosyjskim w Bukareszcie był p. Koziełł-Poklew-
ski. Szło mu o jakąś sprawę, w której hrabina Janina najmniejszej
nie grała roli i dążył do jakichś celów, o których nie miała najlżej¬
szego pojęcia. Nie przeszkodziło to jej dostać się w matnię jakichś
intryg knutych przez p. bukareszteńskiego ambasadora. Nagle i nie¬
spodziewanie, po drodze do Bukaresztu, w Unghieni, na stacji pogra¬
nicznej zostaje hrabina — aresztowana! Bynajmniej nie zatrzymana
z racji jakichś skomplikowanych formalności celnych, dla jakiejś nad¬
zwyczajnej rewizji lecz jest aresztowana i internowana w jakimś z pod
ciemnej gwiazdy zajeździe żydowskim, na szczęście jeszcze, że w jed¬
nym pokoju ze swoją towarzyszką podróży panią Wasilewską.
Od tej chwili jest panem życia i śmierci hrabiny — rosyjski
żandarm naczelny w Unghieni, wszechwładnie tam rządzący.
Z Wilnem niema żadnego sposobu skomunikować się. Nikt tam
oczywiście nic nie wie o fatalnej przygodzie, która spotkała hrabi¬
nę — gdzieś na granicy rumuńskiej. Nikt nie domyśla się... skąd-by
mógł przypuszczać! Sytuacja okropna. Hrabina jest bezradna i bez¬
bronna. Pod oknami pokoju, w którym jest więziona, stoją na warcie
żandarmi — w mundurach z akselbantami, w białych rękawiczkach,
jak od największej parady. Strzeżona jest hrabina czujnie i zna¬
komicie.
Ratunek jednak miał się znaleść istnym trafem, czy zrządzeniem
Opatrzności, w osobie małej Żydóweczki, pokojówki, jedynej istoty
mającej dostęp do hrabiny. Było zaś tak, że hrabina wiedziała, iż syn
pewnego wileńskiego notarjusza (miał swój urząd w Wilnie przy ulicy
Wielkiej nad sklepem Fiorentiniego) będzie z zagranicy wracał do
Wilna właśnie przez Bukareszt i przez Unghieni. Pisze tedy hrabina
najpierw nazwisko swoje na drzwiach od strony kurytafza. Potem
woła żydóweczkę-pokojówkę i powiada jej:
— Poprosisz gospodarza zajazdu aby chodził na każdy pociąg
przybywający z Bukaresztu i pilnie wypytywał czy nie jedzie nim pan
o takiem to a takiem nazwisku (ów syn wileńskiego notarjusza). Niech
mu powie, że hrabina, której nazwisko na drzwiach jest napisane, jest
uwięziona w Unghieni przez żandarmów rosyjskich i niech ów podró-
		

/Magazyn_102_06_176_0001.djvu

			— 171 —
żujący pan, przyjechawszy do Wilna, natychmiast da o tem znać wi¬
leńskiemu gubernatorowi Wierowkinowi. Niech mu powie, że hrabina
prosi o pomoc...
Jakiemi argumentami poparła hrabina instrukcje dane żydówecz-
ce-pokojówce i żydowi-gospodarzowi, to nie należy do historji i do
rzeczy. Dość, że wszystko tak się akurat stało. Powiadomiony
0	wszystkiem gubernator Wierowkin *) zatelegrafował do gubernatora
w Kiszyniowie. Ten wysłał do Unghieni generała z misją specjalną
zbadania sprawy. Interwencja zrobiła swoje. Wszystko się wyjaśniło.
Przedewszystkiem to, że zaaresztowanie hrabiny było grubem bez¬
prawiem. Za taką samowolę naczelny żandarm w Unghieni został
przykładnie ukarany: otrzymał dymisję. Nie wynadgrodziła ona oczy¬
wiście hrabinie ciężkich niepokojów i zmartwień ale — dziękować
trzeba było Panu Bogu, że na tem się skończyło. Ileż to osób, pod¬
czas wojny, osobliwie w czasie chaosu początkowego, wręcz „prze¬
padło bez wieści” w analogicznych okolicznościach!
Hrabina, istnym cudem uratowana z niebezpieczeństwa, które
nie wiedzieć jakie mogło mieć dla niej następstwa — nie pojechała
do Bukaresztu. Wróciła do Petersburga. Tam nie omieszkała opowie¬
dzieć, co ją spotkało prezesowi rady ministrów Goremykinowi i jego
małżonce, z którymi w towarzyskich pozostawała stosunkach. Zaznana
krzywda ułatwiła jej otrzymanie, za pośrednictwem premjera, paszportu
zagranicznego do Szwajcarji — na kurację. Jak się rzekło, nie o ku¬
rację żadną chodziło, tylko o odzyskanie kapitałów berlińskich. Po¬
stanowiła tedy hrabina jechać zagranicę — zalokowawszy wpierw
jednak w Petersburgu sędziwą matkę swoją możliwie najwygodniej
1	najbezpieczniej.
Hrabina Ostroróg-Sadowska zamieszkała z nieodstępną panną słu¬
żącą oraz dwoma towarzyszkami. Odwiedzał ją codzień doktór Sztulern.
Odjechała hrabina z Petersburga z ciężkiem sercem, niepokojąc
się o matkę, mając przed sobą uciążliwą i niebezpieczną podróż bo
czasy były bardzo burzliwe, koleje przepełnione wojskiem, morza
usiane minami — a w dodatku trapiły hrabinę i troski materjalne
gdyż, wyzuta z dochodów, liczyć mogła tylko na odzyskanie choćby
części utraconych w Berlinie kapitałów.
*) Gubernator Wierowkin znał dobrze hrabinę Umiastowską nietylko osobi¬
ście lecz i z jej samarytańskiej działalności zaraz po wybuchu wojny. Hrabina
w kamienicy swej w Wilnie, przy ul. Trockiej 19 ufundowała szpital wojenny na
70 łóżek tudzież drugi, mniejszy, połowy, na froncie.
		

/Magazyn_102_06_177_0001.djvu

			— 172 —
Podróży zaś do Szwajcarji z Petersburga nJe można było odbyć
inaczej jak przez Finlandję, Szwecję, Norwegję, Anglję i Francję...
Takie wówczas były czasy. W chwili przybywania statku do portu
zasłaniano w kajutach wszystkie okna, aby nikomu z pasażerów nie
przyszło na myśl... fotografować tego, co się w porcie dzieje. A czy
statek nie mógł w każdej chwili natknąć się na minę i wylecieć
w powietrze!
Przybywa hrabina, z towa¬
rzyszką swoją, do New-Castle
w Anglji. Późny wieczór.
W mieście strajk generalny ro¬
botników kopalnianych. Piją
na zabój, awanturują się. Ho¬
tele przepełnione; nigdzie nie¬
ma pokoju. Dorożkarz, obje¬
chawszy dobrą część miasta
oświadcza o północy, że więcej
jeździć nie będzie, że kufry
zwala na bruki niech obie pa¬
nie robią z sobą, co im się spo¬
doba. Dał się ubłagać... Jakaś
litościwa gospodyni hoteliku,
w którym by się i śledź już
nie zmieścił, wyjednała telefo¬
nicznie nocleg dla hrabiny i jej
towarzyszki w jakimś obskur¬
nym, przeraźliwym zajeździe
gdzie nigdy żadna kobieta nie
HR. JANINA UMIASTOWSKA	staje. Innym razem—przy prze¬
or Petersburgu w r. 1915-ym. Zdjęcie fotogra- jeżdżaniu granicy ze Szwajcarji
ficzne wykonane dla paszportu zagranicznego. do Francji (w powrotnej dro¬
dze do Petersburga)—nie dość,
że cały bagaż hrabiny przetrząśnięto w sposób niepraktykowany ni¬
gdy i nigdzie przed wojną, ale ją samą poddano rewizji osobistej.
Dokonała tego kobieta specjalistka — szorując i szorując hrabiny
obnażone plecy. Na oburzone pytania: co też dokazuje i co to ma
znaczyć? — odpowiedziała: „Niech pani dziękuje, że nie sadzamy
jej do wanny badając czy w wodzie nie wystąpi gdzie na ciele jakie
tajne pismo chemiczne!” Brano hrabinę i jej towarzyszkę, pannę Wa¬
silewską, w krzyżowy ogień drobiazgowych indagacyj. Rozpytywano
		

/Magazyn_102_06_178_0001.djvu

			— 173 —
co to są za osoby, których fotografje znalazły się w kufrze hrabiny,
co robią, jaki stosunek łączy ich z hrabiną. Osobliwie intrygowało
urzędników celnych, że dwie kobiety, tylko przejechawszy przez Szwaj-
carję chcą wrócić do Rosji niebacząc na tak niezmiernie niebezpie¬
czną, ponowną podróż, która je czeka...
A w Londynie to rozpasanie we dnie wojska wyruszającego
na plac boju!.. A w nocy grobowa cisza i światła reflektorów łażące
po niebie, po przez mgłę, w poszukiwaniu aeroplanów nieprzyjaciel¬
skich! Te pociągi sunące się bez sygnałów, z pogaszonemi w wago¬
nach lub do ostateczności przyćmionemi światłami... Co za nastrój!
Znowuż Paryż pogrążony też w ciemnościach, jakby wyludniony...
W mieszkaniach okna zasłonięte z nastaniem zmroku, a nad latarniami
...abas-jour’y, dlatego aby światło ich nie było drogowskazem dla
miotających bomby aeroplanów!
Wszystko to, wszystko, całą podróż swoją — trwającą dwa mie¬
siące — opisała hrabina szczegółowo. Niestety, spory rękopis zaginął
w Carskiem Siole wraz z tyloma dokumentami, z klejnotami, pienię¬
dzmi, srebrami, bielizną, ze wszystkiem, co się zdążyło przewieść z Ze-
młosławia nad Newę...
*
W Petersburgu, z powodu choroby matki i swojej, nie mogła
hrabina dłużej mieszkać — a ponieważ Carskie Sioło było najbliżej,
najwygodniej położone, więc nie przewidując (w r. 1916-tym) że wy¬
buchnie rewolucja, hrabina wynajęła willę w Carskiem Siole, bo hoteli
tam nie było. Gdy sprowadziła się do Carskiego Sioła z matką, z dwo¬
ma towarzyszkami, dwoma pannami, kucharką i lokajem, każdy krok
wszystkich był pilnowany przez tajną policję, o każdej porze dnia ja¬
cyś ludzie podchodzili pod same okna, szpiegując. Zaniepokojona hra¬
bina dowiedziała się, że to zawsze tak bywa z powodu przebywa¬
nia w Carskiem Siole dworu cesarskiego, że każdego nowoprzybyłego
szpiegują. Hrabina dla zabezpieczenia się od natręctwa policji po¬
dobnie jak w Petersburgu chodziła do Zimnego Dworca dla przygo¬
towywania opatrunków i bielizny dla rannych, taksamo zapisała się
do Jekatieryńskiego Dworca w Carskiem Siole, gdzie przy jednym
stole z arystokratkaro.i rosyjskiemi pracowała, a kilka razy z cesarzową
Aleksandrą i w. księżniczkami Tatjaną i Olgą.
W Carskiem Siole była hrabina jedyną Polką uczęstniczącą w tych
samarytańskich zajęciach. W Petersburgu we Dworcu Zimowym pra¬
cowała również pani z Żabko-Protopowiczów Władysławowa Siano-
rzęcka, żona byłego posła do Dumy, która następnie, gdy wybuchła
		

/Magazyn_102_06_179_0001.djvu

			— 174 —
rewolucja nie chciała zanic opuścić swojego pięknie urządzonego
mieszkania, była zaaresztowana i wszystko straciwszy, dopiero koło
1920 r. wróciła do Polski ciężko chora i u brata swojego w Jaszu-
nach pod Wilnem umarła.
Gdy wybuchła rewolucja i dwór carski zarezydował w Carskiem
Siole, stało się ono jeszcze niebezpieczniejsze. Willa gdzie mieszkała
z matką hrabina stała w dobrem miejscu przy głównej ulicy wiodącej
z dworca kolejowego do rezydencjonalnego pałacu, przeto carska ro¬
dzina, dwór, świta wszyscy ministrowie tamtędy przejeżdżali. Często
ich widać było. Hrabina widziała cesarza i cesarzówne, już pod strażą,
chodzących po parku przy pałacu w 1917 r.
Wtedy to, gdy w Rosji zaczęło organizować się wojsko polskie
i niepodległość zaczęła nam świtać, a hrabina zamierzała wyjechać
do Szwajcarji dla ratowania, jak się już nadmieniło, zabranych jej pie¬
niędzy, sporządziła testament, w którym wyraziła swoją wolę, aby
Zemłosław oddanny był na cele szkolnictwa polskiego. Świadkami
byli: p. Stefan Chodakowski z Grodzieńszczyzny i dr. Lipiński. Od¬
pis testamentu tego, sporządzony u notarjusza Komarnickiego w Pe¬
tersburgu urzędującego przy ul. Newski Prospekt vis-a-vis Banku Wa¬
welberga, pozostał w Banku Międzynarodowym razem ze wszystkiemi
dokumentami i pamiątkami. Pomagał p. Chodakowski hrabinie przy
sporządzaniu spisów potrzebnych dla uzyskania odszkodowania za
straty wyrządzone przez wojska rosyjskie w czasie wojny. Były ko¬
szty niemałe, ale nic z tego nie wyszło.
Wróciwszy ze Szwajcarji do Carskiego Sioła, zastała hrabina
matkę, staruszkę 85 letnią w niedobrem zdrowiu — a i sama rozcho¬
rowała się.
Dopiero gdy zdrowie obu pań nieco się poprawiło, można było
pomyśleć o wyjeździe, o powrocie do kraju, chociażby mocno faty¬
gującą, okólną drogą np. na Sztokholm.
P. Aleksander Lednicki ułatwił im oraz dla ich służącej otrzy¬
manie paszportów. Wszystko było przygotowane do wyjazdu via
Sztokhom. W październiku się to działo 1917 r. Nawet bilety kole¬
jowe do Sztokholmu były już zamówione. I oto nagle, w tej właśnie
chwili, wybucha rewolucja, sędziwa hrabina Ostroróg-Sadowska, z prze¬
strachu i nerwowego wstrząsu, zostaje tknięta paraliżem i po dwóch
tygodniach umiera, 23 października (5 listopada) 1917 r.
Jaki to był cios dla hrabiny Umiastowskiej, łatwo sobie wyo¬
brazić. Traciła ostatnią w życiu pociechę.
Rewolucja była w pełni, metalowych trumien nie było wcale,
		

/Magazyn_102_06_180_0001.djvu

			— 175 -
porządnych gotowych drewnianych także nie było, zrobiono więc no¬
wą dębową, specjalnie obitą wewnątrz i pod wierzchem cynkową
blachą z brzegami wystającemi z blachy do lutowania, (jak jest wy¬
magane dla wywozu z kraju) to jest jakby drugą trumnę, wyłożoną
jedwabiem. Przez trzy dni spoczywało ciało otoczone świecami i kwia¬
tami w saloniku willi, w mieszkaniu matki i córki oraz ich towarzy¬
szek. Msze odprawiał przy zwłokach kanonik miejscowy przez trzy
dni. Zwłoki eksportowano na karawanie z mieszkania do kościoła
w Carskiem Siole z wielkiemi ostróżnościami aby nie natknąć się na
włóczące się po mieście bandy pijanych żołnierzy, gotowych na wszystko.
Karawan musiał jechać możliwie szybko.
Po nabożeństwie w kościele w Carskiem Siole trumna została
wniesiona do podziemia kościoła, tam ją zalutowano, przybito desz-
czułkę mosiężną z nazwiskiem do trumny dębowej i takową wsta¬
wiono do skrzyni drewnianej pomalowanej na czarno z krzyżem bia¬
łym i blachą z nazwiskiem. Zwłoki były najskrupulatniej przysposo¬
bione do przewiezienia ich do Warszawy. Mogło to jednak nastąpić
dopiero w ośm lat potem — jak opisaliśmy na innem miejscu.
*
Powróciwszy z pogrzebu matki do domu, zastała hrabina list od
pewnego doktora, Polaka, w którym prosił, aby nie tracąc minuty
czasu, z podręczną choćby tylko torebką, poszła zaraz z jedną ze
swoich przybocznych osób do szpitala, gdzie dla hrabiny zatrzymał
pokój, gdyż takie nastały czasy, że pozostawać nadal w willi pry¬
watnej jest rzeczą wprost ryzykowną. Hrabina zatelefonowała zaraz
doktorowi, że niema serca zostawiać w niepewności losu obu swych
towarzyszek: pannę Michalinę Andrzejkowiczównę i pannę Konstancję
Czarkowską, oraz pannę służącą ś. p. matki, Marję Wołejszo, wresz¬
cie kucharkę i lokajową, wszystkie Polki, a samej schronić się do
bezpiecznego szpitala. Jednak ponieważ i tak już hrabina miała wy¬
jechać zabierając ze sobą matkę i p. Wasilewską, a wymienione osoby
były dawniej w Petersburgu i paszportów nie dostały, w dodatku
doktor zapewniał, że nic się im złego nie stanie, gdy w willi pozo¬
staną — przeto zdecydowała się hrabina udać się do szpitala w to¬
warzystwie Marji Wasilewskiej.
Tam obie ubrano w chałaty szpitalne i ulokowano w oddziel¬
nym pokoju, nie na ogólnej sali. Komunikacja kolejowa była z Pe¬
tersburgiem przerwana. Wypadło tydzień czekać na pociąg — i to
jeszcze towarowy! W ciągu tego czasu hrabina wymykała się rankami
ze szpitala do kościoła, do trumny matki, tam w podziemiach stoją-
		

/Magazyn_102_06_181_0001.djvu

			— 176 —
cej. Podczas pobytu hrabiny w szpitalu omal, że nie ugodziły weń
dwie bomby, które w bezpośredniem sąsiedztwie zburzyły dwa domy.
W ciągu trzech lat spędzonych w Petersburgu zebrało się sporo
ponabywanych przez hrabinę mebli, bielizny, pościeli, porcelany i t. p.
Cała ta ruchomość przewieziona do willi w Carskiem Siole została
tam — „na składzie”. Oczywiście nigdy już jej hrabina nie miała
oglądać. Rzeczy do osobistego użytku służące oraz srebra, wreszcie
dokumenty, papiery procentowe niektóre ulokowane w kufrach w ho¬
telu „Regina” w Petersburgu — przepadły. Przepadły też wszystkie
waluty pieniężne oraz gotówka zdeponowana w banku petersburskim.
W Banku Petersburskim pozostały też najdroższe pamiątki hrabiny,
jak np. książka do nabożeństwa ułożona cała z najpiękniejszych mo¬
dlitw, pisana ręką ś. p. hrabiny Aleksandry Ostroróg-Sadowskiej,
w pięknej oprawie, ofiarowana na pamiątkę córce.
Została też druga książka do nabożeństwa polska, drukowana,
również w ozdobnej oprawie. Na białych jej kartkach napisał ś. p. hr.
Władysław Umiastowski wiersz H. Cantala — jakby wróżebny dla
hrabiny Władysławowej. Brzmiał tak:
Si Vous ne souffrez pas, Vous soufrirez ua jour,
Le malheur n’a jamais rien respecte, Madame,
Ni les graces du front, ni les graces d e 1 ame,
Ni le fruit d’or, qui tremble a 1’arbre de 1'amour.
Preparez-vous d’avance a ces luttes futures
Pour braver 1’heure triste quand tout tombe a la fois.
Si Vous souffrez, soyez fiere de Vos blessures
Et posez Votre tete a 1’ornbre de la Croix.
On se lasse d’aimer, on se fatigue a vivre,
L’EvangiIe seul gueri les coeurs troubles.
Lisez pieusement se Livre, le seul Iivre!
Ceux qui l’ont lu sont morts, ou se sont consoles.
Pożegnawszy się z trumną ś. p. matki, niezdolna w swym żalu
pogodzić się z myślą, że przywiozła ją żywą, a odjeżdża bez niej, —
pojechała hrabina pierwszym pociągiem do Petersburga i stanęła w ho¬
telu „Regina”. O nowy paszport, bo udzielony jej przez p. Lednic¬
kiego nie miał już znaczenia, musiała starać się u bolszewików w In¬
stytucie Smolnym. Istne to było piekło, ten Instytut. Brud, smród, tłok.
Po długich staraniach wydano paszport „Towaryszczu Umiastowskoj”
i „Towaryszczu Wasilewskoj”. Po ulicach walały się trupy. Banki były
szczelnie zamknięte. Mowy być nie mogło choćby tylko o dostaniu
się do wnętrza banku. Hrabina, do reszty wyczerpana z sił i energji,
wyjechała do Sztokholmu. Stanęła tam w końcu listopada 1917 roku.
*
		

/Magazyn_102_06_182_0001.djvu

			— 177 —
Ach, ten powrót — przez Sztokholm do kraju! Cóż to była za
istna droga krzyżowa.
Wracała hrabina Umiastowska z Petersburga do Warszawy w świe¬
żej żałobie po ukochanej matce, zgnębiona moralnie, ze zdrowiem sil¬
nie nadszarpanem. Kapitały zlokowane w Banku Międzynarodowym,
który z Warszawy ewakuował się do Petersburga, tamże, nad Newą —
przepadły. O odzyskaniu choćby części kapitałów, skradzionych w Ber¬
linie, mowy już nie było. Ciężka sytuacja materjalna powiększała jesz¬
cze udręki duchowe.
W Warszawie zastała hrabina mieszkanie swoje i ś. p. matki
zdewastowane, obrabowane doszczętnie. Rządca domu ani myślał
interwenjować i ratować; uczciwości mu na to nie starczyło.
Był już rok 1918-ty.
W Wilnie zastała hrabina mieszkanie swoje we własnej kamie¬
nicy przy ulicy Trockiej wprawdzie mocno przez Niemców poddewa-
stowane lecz nie całkiem jeszcze ograbione. Pojechała do Zemłosła-
wia, uzyskawszy zgodę władz niemieckich na „oddanie” jej pałacu,
w którym pp. niemieccy wojacy urządzili sobie „Erhohlungsheim”.
Niestety jednak nie znalazło się już w Zemłosławiu ani jednego ze
25-ciu powozów — do wysłania po dziedziczkę na stację kolei, nie
znalazło się ani jednego konia z mnóstwa koni cugowych pozostawio¬
nych w Zemłosławiu. Powozy, konie, uprząż... wszystko było skrupu¬
latnie i doszczętnie zarekwirowane. Aby dziedziczka Żemłosławia
mogła ze stacji kolei do własnego dojechać dworu, pożyczył jej bry¬
czkę p. Karol Wagner właściciel wspaniałych pobliskich Solecznik,
prezes wileńskiego Towarzystwa Rolniczego. Konie trzeba było —
wynająć...
Najętemi końmi, pożyczony bryczką zajechała hrabina Umiastow¬
ska przed pałac Żemłosławski.
Stoi jak stał! Bogu niech będą dzięki! Może i wewnętrzne urzą¬
dzenie ocalało!
Już jednak to, co ujrzała w hall’u rozwiało wszelkie pod tym
względem złudzenie. Pusty był — zupełnie. Biegnie hrabina po scho¬
dach na piętro... Tak też: pustka i ruina. Wszystko wywiezione, zra¬
bowane. Zaledwie gdzie niegdzie stoi jakiś mebel połamany i walają
się jakieś przedmioty najwidoczniej z jakiejś paki lub kufra dobyte.
Dokoła... puste, nagie ściany! Siadu nie zostało: całego wytwornego,
bogatego urządzenia, na które składały się zapobiegliwość nietylko
ostatnich dziedziców Żemłosławia ale jeczcze i dziadów i pradziadów...
Zniknęły bez śladu drogocenne dywany, dzieła sztuki, kandelabry, go-
12
		

/Magazyn_102_06_183_0001.djvu

			— 178 —
beliny, bronzy, obrazy, zegary, nawet fotografje pamiątkowe, tak bez¬
cenne dla tych, co je zbierali, tak bez żadnej wartości dla barbarzyń¬
ców, co je poniszczyli... Ocalała tylko jakimś cudem część księgo¬
zbioru. Hrabina zarządziła najśpieszniejsze przewiezienie do Wilna
pozostałości bibljoteki, owinięte w płótna na wynajętych furmankach,
bo niebyło sposobu sporządzać skrzyń. Sama hrabina własnoręcznie
zapakowała krucyfiks zdjęty ze ściany, podarte album, kilka pozosta¬
łych kieliszków kryształowych... Zabezpieczono też od zagłady nie¬
które połamane meble staroświeckie, aby z czasem odrestaurować —
te pamiątki.
Park i ogród nie uległy zniszczeniu.
*
Wojska rosyjskie tylko przeciągnęły przez Żemłosław. Najadły się,
napiły, ile było futer zabrały — i pociągnęły dalej.
Nadciągnęły wojska niemieckie z najwidoczniejszym zamiarem
rozlokowania się w Żemłosławiu na dobre, a z całą wrodzoną Niem¬
com systematycznością. Rozpoczęło się od tego, że usunięto cał¬
kowicie z pałacu Niemkę, pannę Herminję Preuss, usunięto poko¬
jówki tudzież człowieka pilnującego pałacu, wrzeszcie nawet z kan-
celarji zarządu dóbr Żemłosławskich leśniczego, p. Kosińskiego, który
był się przypadkiem znalazł w Żemłosławiu, przybywszy dla dokona¬
nia pewnych dorywczych robót. Mówiąc nawiasem, p. Kosiński rychło
potem rozchorował się i w Żemłosławiu umarł.
Panna Preuss jęła błagać okupantów aby pałacu nie dewasto¬
wali; tłumaczyła, im że dziedzice Zemłosławia nigdy żadnej nienawiści
do Niemców nie żywili, już jak z tego widać jasno, że oprócz niej
samej, rodowitej Niemki, było sporo zawsze w Żemłosławiu na służ¬
bie osób narodowości niemieckiej; była panna służąca, Niemka, był
ogrodnik Niemiec, z Niemiec był sprowadzony jeden z gorzelanych.
Wszystkim im — mówiła — było w Żemłosławiu bardzo dobrze.
Cóż na to Niemcy, zdawałoby się ludzie kulturalni i cywilizo¬
wani? Biedną, schorowaną staruszkę, siedmdziesięcioletnią pannę Pre¬
uss, w dodatku ślepą na jedno oko, bez żadnej ceremonji zepchnęli
najbrutalniej w świecie ze schodów pałacowych, aż biedaczka szwank
poniosła. To też rozchorowała się jeszcze bardziej w oficynie gdzie za¬
mieszkała, i zaraz po opuszczeniu przez Niemców Żemłosławia zmarła.
Inny przykład „kulturalności” — „kulturtragerów”. Przechodzące
przez dwór kobiety rewidowali do naga. A gdy raz kilku mężczyzn
		

/Magazyn_102_06_184_0001.djvu

			- 179 —
ośmieliło się wypoczywać w lesie pod dworem na drodze do Bienia-
koń, i gdy natychmiast nie zerwali się na nogi aby się „rozejść” jak
im kazano, Niemcy jednemu z nich przebili brzuch i konającemu przy¬
glądali się dowcipkując... Nieprawdopodobne a prawdziwe.
Odbywały się też w pałacu i „zabawy”. Panowie niemieccy ofi¬
cerowie, przebrawszy się w podobywane z szaf i kufrów ...suknie hra¬
biny Umiastowskiej, hasali
na zabój z dziewczętami
w sali blbljotecznej, przy-
czem oczywiście tualety hra¬
biny szły w strzępy.
Zaczęło się systematycz¬
ne wywożenie do Niemiec
wszelkiego rodzaju „Kriegs-
beute”. Więc przedewszyst-	*
kiem mebli, luster i t. p.
Najgorliwszą pod względem
przywłaszczania sobie cu¬
dzej własności była pewna
siostra-pielęgniarka tytuło¬
wana baronową. Ta najgorli-
wiej wyprzątała biurka, ku¬
fry, szafy z niezliczonych
znajdujących się tam rzeczy,
aby tylko wspomnieć o dro¬
gocennej kolekcji wachla¬
rzy, o przyborach tualeto-
wych w srebro oprawnych
i t. p. i t. p. Wszystko to
pakowano do skrzyń i wy¬
wożono do Berlina — głów¬
nie do matki owej Schwe-
ster - Baronesse.
Owa Schwester - Baronesse zarządzała też gospodarstwem domo-
wem w okupowanym pałacu Zemłosławskim. Jako pamiątka po niejj
pozostały niektóre menu obiadów wypisywane na... kartkach katolo-
gowych bibljoteki Zemłosławskiej. Jedno takie menu podaje się tu
w reprodukcji.
Hrabina Umiastowska, rozejrzawszy się po Żemłosławiu zwie¬
dziła wszystkie leżące w powiecie Oszmiańskim i po części Nowo-
..—
		

/Magazyn_102_06_185_0001.djvu

			— 180 —
grodzkim folwarki — bryczką, ze skórą łosiową i poduszeczkę po¬
dróżną dla noclegów, to końmi, to koleją, w towarzystwie rządcy
oraz p. Wasilewskiej. Pocieszyło ją to, że lasy wogóle ucierpiały
niewiele.
Nastąpiło opuszczanie przez Niemców Wileńszczyzny a jedno¬
cześnie zagrożenie jej przez bolszewicką nawałę. Wilno gotowało się
do — samoobrony.
Pułkownik Bobiatyński już stał na czele formalnego sztabu samo¬
obrony i tworzył jej kadry rezydując na Zarzeczu w pałacu Hone-
stich*). Hrabina Umiastowska, wróciwszy ze wsi do Wilna, oddała mu
karabiny niemieckie porzucone w Zemłosławiu, zakopane i odnalezione
przez żemłosławskich leśników a w kamienicy swojej przy ulicy Troc¬
kiej wyporządza porządną lokatę dla kilkanastu ludzi i koni samo¬
obrony.
Sama zaś, w towarzystwie rządcy i p. Wasilewskiej, ostatnim po¬
ciągiem, który wyszedł jeszcze regularnie z Wilna po wyjściu Niem¬
ców, odjeżdża do Warszawy — w wagonie towarowym, siedząc na
pakach pełnych uratowanych obrazów i książek i wszelkiej drobniej¬
szej ruchomości. Wiozła też korespondencję poufną generała Wejtki
do prof. Kolankowskiego świeżo mianowanego pierwszym Komisa¬
rzem Generalnym Ziem Wschodnich.
Droga z Wilna do Warszawy był to nietylko obraz bezprzykład¬
nego zamętu, była też i wcale niebezpieczną. Chwila była przełomowa.
Kraj przechodził z deszczu pod rynnę: z pod okupacji niemieckiej
pod stokroć okropniejsze bolszewickie rządy. Bóg strzegł hrabinę
Umiastowską. Udało jej się dostać szczęśliwie do Warszawy z reszt¬
kami mienia. W Warszawie też przeżyła okres bolszewickiego najazdu
na Wilno i Wileńszczyzne.
Wróciła do Wilna — na krótko — dopiero już w 1919 r. po
opanowaniu miasta przez wojsko polskie pod wodzą Piłsudskiego;
wróciła na krótko czując się nieskończenie wyczerpaną przez pe¬
tersburskie przejścia. Zdrowie coraz bardziej domagało się gruntownej
kuracji. To też niezwlekając wraca hrabina do Warszawy i wyjeżdża
zagranicę, do miejscowości kuracyjnej Joachimsthal w Czechach.
Lecz oto — podczas gdy hrabina jeszcze tam bawi — następuje
katastrofalne zwalenie się hord bolszewickich na Wilno i istna ich la¬
wina zaczyna toczyć się, toczyć... aż pod mury Warszawy. Hrabina
*) Honesti’owie pochodzą, jak wiadomo, z włoskiego książęcego rodu Della
Torretta Honesti, — spolonizowane: Honesti herbu Wieżyczka.
		

/Magazyn_102_06_186_0001.djvu

			— 181 —
Umiastowska jest w sytuacji wręcz krytycznej. Miała z sobą tyle tylko
pieniędzy ile ich na bieżące wydatki kuracyjne potrzeba było. Wy¬
dało się jej wskazane przejechać do Berlina, pod opiekę ówczesnego
posła polskiego w Berlinie p. Ignacego Szebeki. W Berlinie też do¬
czekała hrabina „cudu nad Wisłą" dokonanego za przyczyną łaski Boga
Najwyższego oraz przedziwnej waleczności wojsk naszych.
Wróciła do Wilna. W kamienicy swojej na Trockiej, gęsto ku¬
lami karabinowemi posiekanej, z powybijanemi szybami okien zastała
porozkwaterowywanych po mieszkaniach oficerów wojsk polskich,
w mieszkaniach, które poprzedni lokatorowie, bolszewicy, zdążyli
gruntownie obrabować i zdewastować.
Niemało było kłopotu z odzyskaniem mieszkań pozajmowanych
przez naszą generalicję... Udało się też odzyskać coś niecoś z mebli
rozproszonych po całem mieście, Bóg wie jakim zrządzeniem losu
pozawlekanych tam gdzieby się ich nikt szukać nie domyślił.
*
Wojna się skończyła. Niby trochę normalniejsze wróciło życie,
ależ jakie? Wszystko zabrane już do reszty i w Wilnie i w Zemło-
sławiu! Rządca leniwy, tchórz, niedołężny, bibljoteki do Wilna nie
przywiózł i wszystko przepadło! To już nie Niemcy, nie bolszewicy,
ale swoi parobcy niszczyli i włościanie rabowali! W pałacu Zemło-
sławskim i oficynie okna z szybami belgijskiemi powyrywane, zabrane,
a gdzie ramy zostały, to szyby belgijskie, najpiękniejsze, wyrżnięte.
Klamki, zamki przy drzwiach powyrywane, drzwiczki od pieców także.
Lustra nad kominkami, chociaż ramy zostały, bo wmurowane, ale
lustra pobite. Wszystko po wyjściu bolszewików zrabowane zostało
przez parobków i włościan; oni to kasy rozbijali, myśląc że w nich
są pieniądze, darli książki w bibljotece szukając w nich pieniędzy,
z wielkich oprawnych w skórę ksiąg zdzierali skóry i robili z nich
dla siebie „kamasze”, a pergaminy obracali na „onuczki”, książki
zaś palili...
Tyle nieszczęść, tyle klęsk i kłopotów i strat zwaliło się na hrabinę,
że nawet jej niewyczerpana energja zdawała się niewytrzymać tak
niebywałej próby. A trzeba było i wytrzymać i przetrwać! Trzeba
było w dalszym ciągu nie upadać na duchu i życie na nowo rozpo¬
czynać... Trzeba było odbudowywać to, co rozpadło się w gruzy trze¬
ba było na gruzach Przeszłości zabezpieczać Teraźniejszość i budować
Przyszłość — ze słowami Augusta Cieszkowskiego w sercu i na ustach:
„Wielkość człowieka spoczywa w sile jego ducha”.
		

/Magazyn_102_06_187_0001.djvu

			— 182 —
Jeszcze w czasie okupowania przez Niemców Zemłosławia zmarł
we dworze długoletni żemłosławski kucharz Józef Hryniuk, wierny
sługa. Umarła też, jak się wyżej nadmieniło, zaraz po ustaniu nie¬
mieckiej okupacji Herminja Preuss. Oboje pochowani zostali na
cmentarzu w Subotnikach, pod prowizorycznemi drewnianemi krzyżami,
które z polecenia margrabiny Umiastowskiej zamieniono w 1926 roku
na kamienne nagrobki z żelaznemi krzyżami i stosownemi napisami.
Oto brzmienie tych napisów:
Ś. P. HERMINJA PREUSS. Służyła wiernie lat 30 u hrabiostwa
Władysława i Janiny Umiastowskich w Zemłosławiu, gdzie zmarła
mając lat 70 w 1919 r. Wieczny pokój racz jej dać, Panie! — Krzyż
postawiła margrabina Janina Umiastowska z Zemłosławia.
Ś. P. JÓZEF HRYNIUK Z DOBROWLAN. Doskonały kucharz,
poczciwy człowiek, służył trzem pokoleniom lat 80 w Zemłosławiu:
marszałkowi Jakóbowi i Annie Umiastowskim, synowi marszałkowi
Kazimierzowi i Józefie Umiastowskim, wnukowi hrabiemu Władysła¬
wowi i Janinie Umiastowskim. Umarł mając 90 lat w 1917 r. Wieczny
odpoczynek racz mu dać, Panie! — Krzyż postawiła margrabina Ja¬
nina Umiastowska z Zemłosławia.
*
Dzierżawca Żemłosławski wrócił do warsztatu swej pracy na¬
tychmiast po zniknięciu z kraju bolszewików, na wiosnę roku 1919-go.
Wrócił prosząc o pozwolenie pozostania na dzierżawie Zemłosławia aż
do eksspiracji kontraktu. Oczywiście, słaba to tylko być mogła gospo¬
darka... ale hrabina Umiastowska zgodziła się; pozwoliła nawet dzierżaw¬
cy korzystać ze współpracy włościan okolicznych. Lecz nastąpiła po¬
nowna inwazja bolszewicka, przerwała znowu gospodarkę w Zemło¬
sławiu nawet tak bardzo uproszczoną. Gdy zaś raz jeszcze — i miej¬
my nadzieję, że na zawsze — bolszewicy kraj opuścili, hrabina za¬
brała się energicznie do podniesienia tak bardzo podupadłej w Ze¬
młosławiu gospodarki. Zdecydowana była natychmiast po upłynięciu
dzierżawy własną gospodarkę zaprowadzić i wznowić świetne czasy
Zemłosławskiej kultury rolnej. Wydatek na kupienia inwentarza, na
sporządzenie maszyn i narzędzi rolniczych etc. należało przedwidy-
wać ogromny. Ścisłe obrachunki wykazały sumy jeszcze większe niż
hrabina przewidywała. Trzeba też było na gwałt uporządkować i do
przedwojennego doprowadzić stanu — folwarki.
Wówczas to zajaśniała hrabinie myśl: czyby nienależało już te¬
raz wprowadzić w życie od dawna żywiony zamiar uczynienie z Ze-
		

/Magazyn_102_06_188_0001.djvu

			— 183 —
młosławia fundacji na jaki wielki i doniosły cel publiczny? Niech już
teraz — myślała — owa instytucja, w której ręce ma być Zemłosław
oddany, zacznie go co rychlej przysposabiać do zamierzonego celu
i przeznaczenia... Poco ma — czekać, aż dziedziczka Zemłosławia oczy
zamknie? Bo trzeba wiedzieć, że już istniał najlegalniejszy w świecie
testament sporządzony przez hrabinę Umiastowską w Petersburgu
zawierający dokładny nakaz jej „ostatniej woli” oddania Zemłosławia
na cele użyteczności publicznej. Przełom w losach Wilna i Wileń-
szczyzny nastąpiony z roku 1920-go na 1921-szy wydał się margra¬
binie Umiastowo-Umiastowskiej (to taki już odtąd tytuł dawać jej bę¬
dziemy zgodnie z brzmieniem bulli papieża Benedykta XV-go) całkiem
odpowiednim dla wcielenia w życie dawno powziętego zamiaru.
Był się właśnie odrodził uniwersytet wileński Stefana Batorego.
Na niego przedewszystkiem zwróciły się oczy margrabiny. Postano¬
wiła w ręce senatu akademickiego sędziwej uczelni wileńskiej złożyć
Zemłosławską fundację. Jakże pięknie wzywał Syrokomla:
Nie gońcie za motylem, nie próżnujcie gnuśnie!
Do roboty! Do czynu! Bo hańba kto uśnie,
Kto swej niespetni ofiary!
To też. już niebawem po powrocie z Petersburga rozpoczęła
margrabina długie konferencje co do oddania Zemłosławia uniwersyte¬
towi wileńskiemu przedewszystkiem z byłym swoim doradcą prawnym,
wówczas notarjuszem p. Adolfem Zmaczyńskim oraz z mecenasem
Maciejem Jamonttem, doskonałym znawcą stosunków i warunków
miejscowych, interesującym się żywą każdą miejscową sprawą spo¬
łeczną, wtajemniczonego w zamiary margrabiny, rozumiejącego całą
doniosłość uplanowanej przez nią fundacji.
Trzeba też silnie podkreślić, że był to czas... dojrzewania t. zw.
reformy rolnej, której podstawą miało być przymusowe parcelowanie
większych posiadłości ziemskich. Zemłosław był zagrożony parcelacją.
Trzeba go było ratować; trzeba było nie dopuścić do zniweczenia
odwiecznego warsztatu pracy rolnej. To periculum in mora przyśpie¬
szyło decyzję margrabiny.
Jaką zaś drogą został zrealizowany jej plan, jak powstała i jak
się w konkretne kształty przyoblekła wielka Fundacja Zemłosławska —
mowa będzie w osobnym rozdziale, całej sprawie poświęconym.
*
Tymczasem poprzestajemy tylko na stwierdzeniu faktu, że o tym¬
że czasie, o którym mowa, najpiękniejsze majątki margrabiny, w No-
		

/Magazyn_102_06_189_0001.djvu

			— 184 —
wogródzkiem położone, zostały bez uprzedniego wyroku tych lub
owych urzędów, wręcz zajęte przez dywizję pułkownika Dąb-Biernac-
kiego i rozparcelowane między żołnierzy. Nie wchodząc w ocenę
Społeczną, ekonomiczną i polityczną tego rodzaju nadzielania ziemią
choćby najbardziej zasłużonego i walecznego wojska, stwierdzić wolno
jedynie fakt, który dla nikogo nie jest tajemnicą, że działki ziemi
dostały się po większej części ludziom, którzy nigdy z rolą nic nie
mieli do czynienia, a nawet nie żywili do niej żadnego ukocha¬
nia i pożądania, że mnóstwo osadników wojskowych bądź oddało
w dzierżawę swoje nadziały żydom, bądź zgoła je porzuciło, jako
warsztat pracy nie wytrzymującej kalkulacji, przez co znaczne bar¬
dzo obszary, nieraz najpiękniejszej gleby legły odłogiem lub skan¬
dalicznie podupadły w kulturze rolnej lub na długie lata zabójczo
wyjałowiały.
Teraz zaś oto: jakże się przedstawia stan ogólny parcelacji do¬
konanej w obrębie ziemskiej fortuny hr. Władysława Umiastowskiego
przeszłej we władanie margrabiny Umiastowo-Umiastowskiej.
Stosunki prawne i ekonomiczne zniewalały do parcelowania ziemi,
a z drugiej strony urzędy ziemskie robiły wszystko, aby tę parcelację
utrudnić. Posłowie ze swej strony agitowali wśród włościan, odradza¬
jąc im kupno ziemi, obiecując że ją otrzymają darmo. Urzędy ziemskie
z powodu najnierozsądniejszej nieraz skargi wszczynały na miejscu
rozmaite dochodzenia i wstrzymywały parcelację, co wszystko razem
wzięte rozuchwalało włościan i psuło ostatecznie stosunki między
wsią a dworem. Coraz bardziej demagogiczne ustawy sypały się
z Warszawy, a urzędnicy miejscowi jeden przed drugim prześcigali
się w skrupulatnem wprowadzeniu ich w życie.
W tych warunkach została przeprowadzona przy udziale Parce-
lacyjnego Banku Polskiego w Wilnie parcelacja w większej części
kluczów Klewickiego, Giełożskiego i Konwaliskiego.
Ogólne warunki ekonomiczne, utrudnienia rządowe, jak również
braki w organizacji Banku Parcelacyjnego spowodowały, że rezultaty
tej parcelacji były nie tylko bardzo ujemne, ale jaknajgorsze pod
każdym względem.
Miało się wrażenie, że każdy z panów urzędników poczytywał
sobie za zasługę narodową niszczenie i zgładzanie z powierzchni ziemi
majątków szlacheckich, które przetrwały wszelkie burze w ciągu
kilkunastu wieków i były w tym kraju jedyną prawie ostoją polskości.
Na przymusową tedy parcelację poszły:
Ziemie majątku Klewica, folwark Annopol, folwark Dobromyśl
		

/Magazyn_102_06_190_0001.djvu

			— 185 —
część pól folwarku Kazimierzowo, folwark Władysławów. Wszystkie
te ziemie dostały się w posiadanie okolicznej ludności.
Następnie uległy parcelacji:
Majątek Konwaliszki, folwark Albertyn, folwark Gieduny, ma¬
jątek Doubuciszki z zaściankami, (wszystkie wymienione ziemie po-
nabywała z parcelacji ludność okoliczna).
Majątek Rockiszki z lasem i łąkami kupił mecenas Maciej Ja-
montt.
Ośrodek folwarku Kazimierzowo otrzymał w darze sędzia Alek¬
sander Półkozic Wolski.
Młyn Rudnia przy Kazimierzowie kupił były dzierżawca Kazi-
mierzowa, Hrehorowicz.
Dalej rozparcelowane zostały:
Ziemie folwarku Giełoże, folwark Umiastów, folwark Janinów,
folwark Rochów, części folwarku Ludwinów i folwarku Jawiele.
Ziemie folwarku Korelejgi włączone zostały do lasów, leśni¬
czówkę Daubiciszki włączono do lasów na gajówkę.
Ośrodek folwarku Korołejgi włączono do lasów na gajówkę,
Ośrodek folw. Ludwinowo włączono do lasów na gajówkę.
Folwarki powyższe, począwszy od Gieloż, zajęte były przez
cały czas przez wojska niemieckie i, nie uprawiane, zarosły tak du-
żemi drzewami, że szkoda było wycinać drzew, a karczowanie i do¬
prowadzenie do dawnego stanu tych folwarków przy ówczesnych
a i obecnych warunkach ekonomicznych byłoby wręcz niemożliwością.
Majątek Niańków w Nowogródzkiej ziemi rozparcelowany został
wśród miejscowej ludności.
Majątek Koszelew w Nowogródzkiej ziemi zabrany w 1922 r.
przez żołnierzy.
Majątek Puziniewicze w powiecie Nowogródzkim zabrany został
przez żołnieży w 1922 r.
Nieduże ośrodki: Klewicy, Konwaliszek i Giełoż zostawiła mar¬
grabina dla siebie (co prawo przewiduje), również cegielnię w Dau-
biciszkach, oraz młyn w Subotnikach.
		

/Magazyn_102_06_191_0001.djvu

			H
		

/Magazyn_102_06_192_0001.djvu

			MONSIGNOR K. SKIRMUNT
Niektóre wiadomości dotyczące mons. dr. Kazimierza Skirmunta protonotariusza
apostolskiego wspomnianego na stronicy 108-ej książki niniejszej.
		

/Magazyn_102_06_193_0001.djvu

			-
		

/Magazyn_102_06_194_0001.djvu

			Protonotarjusz apostolski (infułat) monsignior dr. Kazimierz Skir-
munt, którego przodkowie pochodzą z rodu udzielnych kniaziów
litewskich, jest siostrzeńcem ś. p. hrabiego Władysława Umia-
stowskiego a starszym synem ś. p. Gabrjeli z Umiastowskich
Konstantowej Skirmuntowej (herbu Dąb) pani na Szemetowszczyźnie
gdzie w zbudowanym przez siebie przy dworze kościele, w gro¬
bach rodzinnych jest pochowana. Wcześnie zostawszy wdową, oddała
się całkowicie gospodarstwu, które doskonale prowadziła. Powszech¬
nie była szanowana jako pod każdym względem czcigodna matrona-
Urodzona 13 (25) czerwca 1838 r. umarła 3 stycznia 1922 r.
Monsignior Dr. Skirmunt ukończył uniwersytet w Dorpacie jako
prawnik, ale czując powołanie do stanu duchownego wyjechał z kraju
gdyż w ówczesnych warunkach kapłanowi gorąco przywiązanemu do
Stolicy Apostolskiej i o szerszych aspiracjach trudno byłoby bardzo
misję swoją wykonywać. Przyjąwszy obywatelstwo austryjackie we
Lwowie w 1891 roku przeniósł się zaraz potem do Krakowa pod
skrzydła opiekuńcze J. E. kardynała Dunajewskiego, który go wyjąt¬
kowo łaskawemi względami obdarzał. Rychło potem przejechał do
Rzymu aby tam wstąpić do prowadzonego przez o. o. jezuitów Ko-
legjum Niemiecko-Węgierskiego fundacji św. Ignacego (ubiór czfr-
wony). Dn. 28 października 1893 r. został księdzem a w 1895 otrzy¬
mał stopień doktora teologji w papieskim Uniwersytecie Gregorjańskim,
też prowadzonym przez o.o. jezuitów.
Prałat Skirmunt był wówczas jednym z niewielu w Rzymie
księży polskich znających dokładnie nasze stosunki i potrzeby reli¬
gijne za rosyjskich czasów i wyświadczył też Kościołowi w Polsce
a osobliwie na Litwie ówczesnej nie jedną ważną usługę. Każdy
Polak przyjeżdżający do Rzymu wie dobrze, iż liczyć może na radę
i pomoc monsignora Skirmunta, zawsze uczynnego i niewyczerpanej
serdeczności. Dawne jego mieszkanie w Rzymie na Via delle Finaze
było dobrze znane wszystkim Polakom zarówno duchownym jak
świeckim, ileż to razy gościnnie tam przyjmowanym, a także i bisku-
		

/Magazyn_102_06_195_0001.djvu

			— 190 —
pom rozmaitych narodowości! Podczas długiego bowiem pobytu
w Rzymie monsig. Skirmunt rozległe bardzo zawiązał stosunki ze sfe¬
rami kościelnemi z różnych krajów.
Przy stałej życzliwości Watykanu, zbliżony osobiście do papieżów
Piusa X i Benedykta XV otrzymać mógł godność biskupią, którą mu
kilkakrotnie proponowano. Zawsze jednak wymawiał się — uważając
siebie za niegodnego i nie chcąc zabierać miejsca innym. Niezwykle
skromny, o honory nie dbający, zupełnie bezinteresowny, nie brał nigdy
od Watykanu żadnego wynagrodzenia, zadawalniając się dochodem ze
swego majątku. Wolno przypuszczać, że trudno byłoby mu rozstać
się kiedykolwiek z Rzymem. Zrósł się z nim, zżył przez lat czterdzie¬
ści jak z drugą przybraną Ojczyzną.
W czasie wojny musiał, jako obywatel austryjacki, opuścić Rzym.
Przez czas dłuższy przebywał w Szwajcarji w Einsiedeln. Tam w za¬
stępstwie zmarłego już dziś opata o. Tomasza Bosstarta, z którym go
bardzo serdeczny i długoletni łączył stosunek, odprawiał, jako infułat,
mszę pontyfikalną w dniu uroczystości Matki Boskiej Einsiedelskiej.
Ceniono tam pobożność jego i świętobliwość, miano dla niego szczerą
przyjaźń i już w 1907 r. mianowano go członkiem honorowym einsie-
delnskiego klasztoru Benedyktynów i obdarzono wielkiemi duchownemi
przywilejami; gdy zaś w roku 1919 poprosił o obywatelstwo mia¬
steczka Einsiedeln, które znał od 1883 r., miejscowy zarząd gminny
jednogłośnie zaproponował ludności miasteczka nadanie mons. Skir-
muntowi obywatelstwa, a ludność też jednogłośnie ten wniosek po¬
twierdziła.
W Einsiedeln też obchodził 28 października 1918 roku XXV
rocznicę święceń kapłańskich, a 1-go listopada tegoż roku odprawił
mszę św. jubileuszową w cudownej kaplicy Matki Boskiej udzielając
obecnym papieskiego błogosławieństwa. Z okazji też jego jubileuszu
nadał mu papież Benedykt XV godność protonotarjusza apostol¬
skiego.
W czasie kiedy mons. Skirmunt był jeszcze w Einsiedeln utwo¬
rzyło się w Rzymie przy Watykanie poselstwo polskie. Zapropono¬
wano mu urząd radcy kanonicznego przy nowem poselstwie. Ponieważ
były pewne trudności z powodu których skłaniał się do dania od¬
mownej odpowiedzi, otrzymał od kardynała sekretarza stanu wyraźną
wskazówkę, że tak wymieniony kardynał Gasparri, sekretarz stanu,
jak i sam Ojciec Św. Benedykt XV radziby go widzieć na tem sta¬
nowisku. To go skłoniło do przyjęcia wymienionego urzędu niebacząc
na trudności osobistej natury.
		

/Magazyn_102_06_196_0001.djvu

			— 191 —
Monsignor Skirmunt posiada bardzo cenne, ciekawe autografy
dwóch papieży.
Zawsze wierny, kochający syn Matki Boskiej Ostrobramskiej na
pamiątkę święceń kapłańskich otrzymanych 1-go listopada 1893 roku
u grobu Sw. Stanisława Kostki oraz pierwszej mszy św. ofiarował Kole¬
gium Niemiecko-Węgierskiemu duży obraz Matki Boskiej Ostrobram¬
skiej z dedykacją i obraz ten zawsze wisi w miejscu honorowem przy
wejściu do mieszkania o. rektora.
Drugi z kolei poseł Rzeczypospolitej Polskiej przy Watykanie,
p. Wł. Skrzyński, obejmując w 1921 r. poselstwo, podczas powitalnego
obiadu w Rzymie, w ścisłem kułku, wzniósł toast na cześć monsing.
Skirmunta, jako „swego poprzednika w ciężkich dla Polski czasach”.
W 192.7 r. musiał być monsignor Skirmunt szczęśliwy gdy
j. E. ks. metropolita arcybiskup wileński Romuald Jałbrzykowski
otrzymał za jego pośrednictwem dekret o koronacji cudownego
obrazu Matki Boskiej Ostrobramskiej. Prośbę do ojca św. Piusa XI
o ten dekret podał ks. arcybiskup osobiście, będąc w Rzymie w sty¬
czniu 1927 r. a przeprowadzenie formalności powierzył mons. Skir-
muntowi.
W tymże roku 1927 od 20 do 23 sierpnia odbył się w Einsie-
deln Zjazd Eucharystyczny. Zjechał się cały episkopat szwajcarski,
był też Nuncjusz z Berna jako delegat papieski i na bawiącego
chwilowo w klasztorze mons. Skirmunta wypadło, jako na protonotar¬
iusza apostolskiego, odprawić dwa razy msze św. pontyfikalne w cza¬
sie zjazdu.
*
Wkrótce będzie wysłany do Rzymu, do ambassady polskiej
przy Watykanie, na ręce ks. prałata Skirmunta obraz Matki Boskiej
Ostrobramskiej ofiarowany przez margrabinę Umiastowską do koś¬
cioła polskiego Sw. Stanisława na via Delie Botteghe Oscure, gdzie
dotąd żadnego obrazu Matki Boskiej Ostrobramskiej z polskiego
Wilna wśród polskich pamiątek nie ma. Obraz ofiarowany przez mar¬
grabinę Umiastowską jest kopją obrazu z Kaplicy Ostrobramskiej, tylko
znacznie mniejszy, według rozmiarów danych przez księdza prałata
Florczaka, zarządzającego kościołem Sw. Stanisława. Wielkość jest
zastosowana do wielkości znajdującego się tam od lat 300 obrazu
Matki Boskiej Częstochowskiej. Te dwa obrazy Królowej Polski będą
się znajdowały naprzeciw siebie na dwóch bocznych ołtarzach przy
głównym ołtarzu. Obraz przeznaczony do Rzymu jest bardzo ładny,
szata i korony z massywnego srebra, grubo złocone, cyzelowane,
		

/Magazyn_102_06_197_0001.djvu

			— 192 —
artystycznie wykonane przez p. Gorzuchowskiego w Wilnie, który
zrobił dwie nowe korony i odnawiał szatę Matki Boskiej w Ostrobra-
mie na uroczystość Jej Koronacji w 192/ r. Rama jest także srebrna
stylowa z Orłem Polskim na wierzchołku ramy. Pod nim wijąca się
wstęga z napisem: „Witaj Królowo, Matko Miłosierdzia”. U dołu ra¬
my są herby ofiarodawczyni, jej nazwisko i profesora uniwersytetu
Stefana Batorego Kubickiego, którego pomysłu jest rysunek ramy,
oraz nazwisko wykonawcy całego obrazu p. Gorzuchowskiego z Wilna.
Jednocześnie z obrazem wysłany będzie do kościoła Sw. Stani¬
sława piękny ornat z adamaszku koloru amarantowego ze środkową
częścią ręcznie wyhaftowaną różnemi kolorami podług wzoru starego
pasa słuckiego przez hrabinę Aleksandrę Ostroróg-Sadowską, matkę,
margrabiny Umiastowskiej.
		

/Magazyn_102_06_198_0001.djvu

			KOŚCIÓŁ I DOM POLSKI W RZYMIE
		

/Magazyn_102_06_200_0001.djvu

			Podobnie jak przed wiekami—pisze ks. Janicki w monografji swo¬
jej „Polski Kościół i Dom Sw. Stanisława w Rzymie” — papież
Inocenty XI-ty poprowadził husarję polską króla Sobieskiego do
ataku na Turków pod Wiedniem, grożących zagładą Chrześicjań-
stwu, tak w roku 1920-tym, skoro tylko gruchnęła po świecie wieść
hiobowa o zbliżaniu się hord bolszewickich do Warszawy, pośpieszył
papież Benedykt XV-ty z odsieczą Warszawie i Chrześcijaństwu.
W pamiętnych na zawsze krytycznych dniach lipcowych i sierp¬
niowych 1920-go roku za cel wszystkich swoich intencyj w modlit¬
wach i mszach świętych obrał papież — ocalenie Polski. W rzymskim
kościele Del Gesu odprawił na tę intencję uroczystą mszę świętą
8-go sierpnia 1920 r. ks. Włodzimierz Ledóchowski generał Zakonu
Jezuitów. Na ołtarzu wówczas były wystawione relikwie błogosł. An¬
drzeja Boboli’ego. Zaś ks. prałat Kazimierz Skirmunt odprawił wyłą¬
cznie dla polskiej kolonji w Rzymie nabożeństwo błagalne w kościele
Sw. Stanisława. Kardynał wikary ogłosił nabożeństwo irające się od¬
być w kościele Del Gesu na intencję ocalenia Polski, a Ojciec Święty
w liście do kardynała wikarego to jego zarządzenie aprobował i po¬
chwalił, wzywając ze swej strony cały Kościół Katolicki do modłów
za Polskę.
Na wezwanie Benedykta XV-go modliły się za nas w ukryciu
klasztornem od świata tysiące dusz wybranych — przełożeni zaś za¬
konów oraz biskupi podawali sobie coraz dalej rzucone z wyżyn
Opoki Piotrowej hasło... 1 tak szła ta modlitwa, zataczając coraz
szersze kręgi... przekroczyła mury Wiecznego Miasta, rozgorzała szcze¬
gólnym ogniem w płomiennej duszy kardynała Mercier, ogarnęła Ko¬
ściół, doszła do największego natężenia w chwilach stanowiących
o losach Polski zmagań się z wrogiem pod Warszawą. Był to praw¬
dziwy szturm modłów do nieba — i cel osiągnął.
W tydzień potem bohaterska armja polska z księdzem Skorupką
na czele, który dodając wojsku polskiemu otuchy, sam z krzyżem
w ręku szedł do boju, w którym zginął odrzucając wroga od War-
		

/Magazyn_102_06_201_0001.djvu

			— 196 —
szawy — złamała piekielną moc wroga. Wyrazem serdecznej podzięki
Boga za odniesione zwycięstwo było nabożeństwo dziękczynne odpra¬
wione w świątyni naszej w Rzymie.
W kilka tygodni po wypędzeniu bolszewików z Polski przybywa
do kościoła Sw. Stanisława kardynał Achilles Ratti, pierwszy nuncjusz
w odrodzonej Polsce, który po wyniesieniu do godności książęcia
Kościoła, a przed udaniem się na stolicę arcybiskupią Medjolanu,
pragnął pożegnać się z kolonją polską, odprawiając dla niej mszę św.
Rzewna ta chwila odżyła całą siłą wspomnień, gdy w lutym 1922,
obaj kardynałowie polscy, ks. prymas Edmund Dalbor i ks. arcybiskup
Aleksander Kakowski, po skończonem konklawe, uczęstniczyli w uro-
czystem Te Deum u św. Stanisława z okazji wyboru Piusa XI. Cele¬
brował ks. biskup Ignacy Dubowski. Piękny nasz kościół wypełnił
się po brzegi.
W przeddzień święta Wielkiejnocy 1923 r., całym światem cy¬
wilizowanym wstrząsnęła do głębi wieść o męczeńskiej śmierci ks. pra¬
łata Konstantego Budkiewicza w Petersburgu. Nabożeństwo żałobne
za kapłana bohatera, odprawione w naszym kościele 12 kwietnia, dało
powód do wzruszającej manifestacji współczucia ze strony całej, rzec
można, Europy. Dziewięciu kardynałów zasiadło w prezbiterjum, mię¬
dzy nimi kardynał dziekan Vanutelli i kardynał sekretarz stanu Gas-
parri. Przybył majordomus mons. Samper i wielu innych dostojników
oraz wszyscy prawie generałowie zakonów. Dyplomaci akredytowani
przy Watykanie i Kwirynale stawili się w komplecie.
W rok po tej żałobnej uroczystości Bóg zesłał radośną. Dnia
8 maja 1924 roku stanął w Rzymie ks. arcybiskup Cieplak. Natych¬
miast po przyjeździe udał się do kościoła Sw. Stanisława, by tu wo¬
bec rodaków odprawić najświętszą ofiarę. Była to z pewnością jedna
z najwymowniejszych chwil historycznych, których kiedykolwiek był
świadkiem kościół polski w Rzymie. Sprawozdawca jednego z dzien¬
ników włoskich tak opisuje wrażenia z tego nabożeństwa: „Kościół
narodowy Polaków przy ulicy Botteghe Oscure przepełniony. Na twa¬
rzach znać jakieś przejęcie czcią i pokorą w wyższym stopniu niż to
się zwykle widzi u wiernych podczas nabożeństwa. Bo przy wielkim
ołtarzu odprawia mszę kapłan słynny już oddawna wśród duchowień¬
stwa ze swej słodyczy, pobożności i pokory, a obecnie bardziej jesz¬
cze wielkoduszny i większą czcią otaczany z powodu świeżego mę¬
czeństwa — ks. arcybiskup Cieplak. Przybył dziś zrana ten sędziwy
prałat, dziwnie przypominający rysami i wyrazem słodyczy Piusa X.
I zaraz po długiej podróży, nie bacząc na zmęczenie, chciał sprawo-
		

/Magazyn_102_06_202_0001.djvu

			— 197 —
wać obrząd święty wobec swych rodaków. Jest to jeden z tych lu¬
dzi, których się nie zapomina, choćby ich się raz tylko widziało. Je¬
den z tych, których słodycz sama sprawia, że przed nimi drżą nisz¬
czyciele świątyń Bożych i bałwochwalcy demagogiczni. A po mszy
przemawiał z jakąś mistyczną pokorą, w ciszy słuchany przez ludzi
swojej ziemi. Mówił głosem cichym jak Apostoł, w głosie jego był
ton tak głęboko ludzki, że nawet ci się wzruszyli, co nie rozumieli
jego języka i znaczenia słów”.
*
Kościół polski pod wezwaniem Sw. Stanisława biskupa i męczen¬
nika, Patrona Polski, — pisze ksiądz Janicki — znajduje się przy ulicy
Botteghe Oscure, w samym środku Rzymu, w blizkości Kapitolu. Skromna
i niepokaźna budowla mało się nazewnątrz wyróżnia wśród domów
doń przylegających, jednakże wewnątrz obfituje w dzieła sztuki, a za¬
wierając pokaźną liczbę pamiątek polskich, przywodzi na pamięć naj¬
radośniejsze, to znów najboleśniejsze wspomnienia, przez co czyni
wielkie wrażenie. Istotnie, dzieje Polski niepodległej i Polski w nie¬
woli znalazły w historji tego kościoła wyraźne odbicie.
Jak każda narodowość katolicka, przybywająca od najdawniej¬
szych czasów do Progów Apostolskich, miała swój kościół wraz
z przytułkiem dla pielgrzymów, podobnie i Polska uzyskała taką in¬
stytucję własną. Gdy w roku jubileuszowym 1575 pielgrzymi polscy
w znacznej liczbie do Rzymu przybyli, znaleźli się w rozpaczliwem
położeniu dla braku przytułku. Był wówczas w Rzymie mąż opatrz¬
nościowy, chluba nietylko Polski, ale i całego Kościoła, ks. Stanisław
Hozjusz, biskup warmiński, który po przybyciu do Rzymu, dla wybit¬
nych zasług został mianowany kardynałem przez papieża Piusa IV.
Hozjusz widząc niedolę i smutne położenie rodaków, śpieszy, jak
mógł, z pomocą nie poprzestał na jałmużnie, dom swój gościnnie
otworzył. Wreszcie zwrócił się do Ojca Sw. Grzegorza XIII, by Oj¬
ciec Sw. i dla polskiego narodu raczył wyznaczyć i darować odpo¬
wiedni kościół i dom w Wiecznem Mieście, gdzieby pielgrzymi pol¬
scy znaleźli schronienie i opiekę.
Prośby tej wysłuchał Grzegorz XIII i polecił wyszukać odpo¬
wiedni kościół. Wybór padł na kościół parafjalny San Salvatore, czyli
Zbawiciela przy ulicy Botteghe Oscure. Kościół wciśnięty był między
różne budowle, które gnieździły się w ruinach Cyrku Flaminjusza
i wzniesienie hospicjum w tych warunkach wymagało dużych kosztów
i znacznego nakładu pracy: trzeba było domy sąsiednie wykupić
i dokonać gruntownej regulacji terenu, ale miejscowość uchodziła za
		

/Magazyn_102_06_203_0001.djvu

			— 198 —
zdrową i kardynał Hozjusz przekonawszy się o tem, nieoglądał się
na dalsze trudności.
Układ z proboszczem o zamianę benificjum i przeniesienie pa-
rafji stanął w październiku 1578 i służył za podstawę do drugiej prośby
Hozjusza, na którą Ojciec Sw. odpowiedział przychylnie, rozkazując
15 października 13/8 wygotować Bullę erekcyjną, zawierającą daro¬
wiznę kościoła Zbawiciela na rzecz narodowości, czyli t. zw. nacji
polskiej w Rzymie. W imieniu swojem i nacji kardynał Hozjusz objął
w posiadanie kościół San Salvatore dnia 6 grudnia 1578 r. i zamie¬
rzał niezwłocznie przebudować kościół oraz wystawić nowy dom,
czyli gospodę dla pielgrzymów polskich. W tej zbożnej pracy zasko-
czyła go śmierć 24 lipca albo v edług świeżo naówczas zreformowa¬
nego kalendarza przez Grzegorza XIII 5 sierpnia 1579 roku.
Ale pozostał nadal w Rzymie ks. Stanisław Reszka, najwierniej¬
szy wykonawca woli zmarłego i jego to wyłącznie energji przypisać
należy, że w dniu 18 sierpnia 1580 r. zaczęto w Imię Boże kłaść fun¬
damenty pod nowy gmach. Reszka uzyskał na cele budowy dużo
ofiar, z których pierwsza najznaczniejsza znalazła się w testamencie
kardynała Hozjusza 1000 skudów, 1000 dukatów od królowej Anny
Jagiellonki, 300 dukatów od króla Stefana Batorego i wiele innych.
Konsekracji kościoła pod wezwaniem Zbawiciela i Sw. Stani¬
sława B. M. dokonał książę biskup krakowski, kardynał Jerzy Radzi¬
wiłł dnia 13 października 1591 roku.
Tak więc kardynał Hozjusz jako inicjator, a jego powiernik ks.
Stanisław Reszka, jako wykonawca; stali się twórcami wielkiego i dla
narodu po wszystkie czasy zbożnego dzieła, ich nazwiska pozo¬
staną na zawsze związane z historją kościoła i zakładu św. Stani¬
sława w Rzymie.
W Stolicy Chrześcijaństwa spoczywają drogocenne szczątki kar¬
dynała Hozjusza w kościele jego tytularnym Najśw. Panny na Zaty-
brzu. Nagrobek kardynałowi postawili tamże bratanek jego i ks. Sta¬
nisław Reszka. Napis głosi chwałę zmarłego w następujących słowach
(w tłómaczeniu):
„Stanisław Hozjusz, polak, św. Rzymskiego Kościoła kardynał,
kapłan, biskup warmiński, wielki penitencjarjusz. Zasłynął chwałą świą¬
tobliwości żywota, nauką i wymową. Najgorliwszy obrońca Wiary
Katolickiej, wzorem był starożytnej cnoty i pieczy pasterskiej przez
pokorę, miłość, czystość i szczodrobliwość. Sekty kacerzy pismem
i najmędrszą radą zbijał, wielu od błędu odwołał. Najpomyślniej
ważne poselstwa o pokój Kościoła Bożego u Karola V i Ferdynanda
		

/Magazyn_102_06_204_0001.djvu

			- 199 —
cesarzów sprawował, a przedewszystkiem na św. sobór Trydencki
w imieniu Piusa IV wysłany, Rzeczypospolitej Chrześcijańskiej walne
oddał usługi. W cnót wszystkich sławę i przykład do naśladowania
obfitując, zasnął w Panu 24 lipca 1579 roku, w wieku lat 76. Stani¬
sław stryjowi i Stanisław Reszka opiekunowi najszczodrobliwszemu»
wykonawcy testamentu".
*
Kościół i Hospicjum św. Stanisława osiągnęły w ciągu w. XVII
znaczny dobrobyt. Kronika zapisuje odwiedziny i ofiary coznakomi-
trzych gości polskich w Wiecznem Mieście. Obok podejmowania piel¬
grzymów z Polski ma Zakład św. Stanisława obowiązek przyjmować
na mieszkanie młodzież udającą się do Rzymu dla nauki. Istniał
znaczny zapis księcia biskupa krakowskiego Jakóba Zadzika, który
testamentem z r. 1642 ufundował stypendjum dla alumna teologji,
prezentowanego przez kapitułę krakowską. Archiwum kościoła po¬
siada osobną księgę odnoszącą się do tej fundacji, a jak stąd wynika,
korzystało z niej przeszło dwudziestu alumnów, ostatni w r. 1773.
W taki sposób urzeczywistniało Hospicjum św. Stanisława cele,
jakie mu nakreślił wielki założyciel. Niemniej i kościół, w myśl fun¬
datora, stał się łącznikiem między Polską a Rzymem. Jak zadanie
spełniał, widać z kroniki kościoła, zawierającej opisy uroczystych na¬
bożeństw ilekroć nadeszły z kraju radośne czy smutne wieści. Głoś-
nem echem odbijały się te wieści w Stolicy Chrześcijaństwa. Wszak
wówczas to naród polski bezustannie walczyć musiał na śmierć i życie
z potężnym wrogiem, wrogiem nie tylko Polski ale i Chrześcijaństwa
całego. Zmagania się bohaterskie wyniosły nas do roli „przedmurza
Chrześcijaństwa”. Polska walczyła tyleż w obronie własnej, w swojem
imieniu, co i w imieniu wszystkich narodów chrześcijańskich, a za
wolność Kościoła.
Ofiarny czyn Polski uznawali w całej pełni papieże, starając się
przybywać Polsce z pomocą i moralną i materjalną.
Grzegorz XV w pamiętnym roku wojny tureckiej 1621 wydaje
brewe do wszystkich kościołów rzymskich, nakazując modły błagalne
o zwycięstwo nad Turkami i Tatarami, którzy olbrzymią falą uderzyli
na Polskę. Takież korne błagania poprzedziły zwycięstwo pod Cho-
cimem, jedno z najświetniejszych w historji polskiej.
A na wieczną pamiątkę zwycięstwa tenże papież dorocznie
dzień 10 października obrzędem kościelnym polakom obchodzić po¬
zwolił, zaś jego następca Urban VIII w tym celu polecił ułożyć mszę
św. oraz pacierze kapłańskie, które się do dni naszych odmawiają.
		

/Magazyn_102_06_205_0001.djvu

			— 200 —
Nietylko odgłosy wojenne dosięgały Stolicy Chrześcijaństwa.
Inne doniosłe wydarzenia w kraju przyjmowano w Rzymie z równą
świadomością ich wagi. Wspaniałą uroczystość dziękczynną obcho¬
dzono w kościele św. Stanisława 28 grudnia 1632 roku z powodu
elekcji Władysława IV. Dziesięciu kardynałów było obecnych, mowę
wygłosił rektor kościoła ks. Stefan Sieciński, kanonik przemyski. Po
odśpiewaniu hymnu, „Te Deum laudamus”, odezwały się potężnym
głosem trąby, a przy wyjściu kardynałów ze świątyni bito z moździerzy.
Pod rokiem 1633 kronika zapisuje słynny wjazd do Rzymu posła
królewskiego Jerzego Ossolińskiego z Tęczyna. Wjazd ten należy do
najświetniejszych parad barokowych jakie zna historja: podziwiany
był przez rzymian i cudzoziemców, dawał istotny obraz potęgi Polski
która za Władysława IV miała w Europie pierwszorzędne znaczenie.
Następnego roku w sam dzień św. Stanisława siedmiu kardyna¬
łów było na dziękczynnem nabożeństwie odprawionem po otrzymaniu
wiadomości o zwycięstwie króla nad Moskwą.
Jednakże rychło znów poczęły nadciągać chmury. Oczy Rzymu
z lękiem i trwogą zwracają się ku Polsce. Innocenty X nakazuje
modły błagalne we wszystkich kościołach rzymskich. Wreszcie we
wrześniu 1651 roku nadchodzi radośna wiadomość o zwycięstwie pod
Beresteczkiem. Papież zwołuje wnet święte Kolegjum do swej kaplicy
domowej Kwirynału i sam intonuje dziękczynne Te Deum.
We cztery lata później srogie klęski spadają na Polskę. Karol
Gustaw, król szwedzki napaścią rozbojniczą depcąc wszelkie prawa,
zalewa kraj cały swem żołnierstwem. Moskale uderzają od południa.
Zdawało się że Polska niechybnie pójdzie na łup najeźdźców. Lecz
wówczas niespodziewany, cudowny opór stawiła Częstochowa, gdzie
'duszą obrony był przeor Paulinów kapłan bohater Augustyn Kordecki.
Wieść radośną przyjmuje całem sercem Aleksander VII. W bazylice
św. Marka sam papież rozpoczyna dziękczynne Te Deum i z tym
śpiewem podąża w procesji ,,z odkrytą głową mimo że deszcz pa¬
dał” (dodaje kronika) w asyście 29 kardynałów do kościoła św. Sta¬
nisława i tutaj na klęczkach kornie do Boga zanosi dzięki za pomoc
i miłosierdzie okazane Polsce, a prosi Boga ,,by wojsko polskie
taką natchnął siłą i mocą, iżby wniwecz obróciło wszelkie zakusy
wrogów i walne nadal odniosło zwycięstwo”.
Zupełne też zwycięstwo przyniósł rok 1660 w którym na
stąpił pokój ze Szwedami, a nieco później rozgromienie moskali i ko¬
zaków. W styczniu 1661 r. widzimy Aleksandra VII po raz wtóry
		

/Magazyn_102_06_206_0001.djvu

			— 201 —
w kościele naszym wznoszącego do niebios uroczyste Te Deum za
zwycięstwo polaków.
Krótko jednak trwał los pomyślny. Wewnętrzne niesnaski do¬
prowadziły do abdykacji króla Jana Kazimierza w r. 1668. Papież
Klemens IX. wobec groźnego położenia Polski, dwukrotnie przybywa
do kościoła św. Stanisława celem uproszenia pomocy Bożej dla
Polaków, „aby Bóg uchronił Polskę od grożących niebezpieczeństw
i w spokoju zachował”.
Niestety, ciężkie jeszcze miały spaść na kraj nasz próby i do¬
świadczenia. Rok 1672 zapisał jedną z najczarniejszych kart w dzie¬
jach polskich. Waśnie i niezgody rozdzierały kraj, podczas gdy rów¬
nocześnie najazd turecki niszczył ziemie polskie. Gdy groźne te wieści
doszły do Rzymu, papież Klemens X ogłosił powszechny jubileusz,
który miał całą społeczność chrześcijańską zgromadzić w modlitwie
za Ojczyznę naszą. By zachęcić do większej gorliwości i pobożności
w odprawianiu jubileuszu, papież osobiście w asystencji kardynałów,
odwiedza w procesji kościoły przez siebie wyznaczone między innemi
także i nasz polski kościół, gdzie wobec wystawionego Najświętszego
Sakramentu błaga ze łzami w oczach o zwycięstwo dla żołnierza pol¬
skiego. I Bóg okazał znowu opiekę nad Polską. Hetman Sobieski po¬
prowadził dzielne hufce i zwyciężył. Było to po raz drugi pod Cho-
cimem, dnia 11 listopada 1673 roku. Radośna wieść o zwycięstwie
wstrząsnęła do głębi Stolicę Chrześcijaństwa. Uroczyste Te Deum
odprawił sam Ojciec św. w kaplicy domowej Kwirynału, w otoczeniu
kardynałów oraz licznych posłów i przedstawicieli państw chrześci¬
jańskich. Z niezwykłym przepychem odbyło się w kilka dni później
nabożeństwo dziękczynne u św. Stanisława. Uroczystość tę uświetniło
obecnością swoją 29 kardynałów, których nazwiska dokładnie wy¬
mienia kronika kościoła. Widomy znak wielkiego zwycięstwa, zdo¬
byczną chorągiew proroka przysłał niebawem Sobieski przez woje-
wodzica chełmińskiego Jana Gumińskiego do Rzymu, gdzie ją papież
w bazylice św. Piotra umieścić kazał.
W maju 1674 r. Jan Sobieski jednomyślnie zostaje obrany kró¬
lem polskim.
We wrześniu 1683 r. cały świat chrześcijański drżał przed potęgą
wojsk tureckich, które już od 15 lipca tegoż roku oblegały Wiedeń.
Cesarz austrjacki Leopold błagał Innocentego XI aby użył wszelkich
sposobów na ratunek chrześcijaństwa. Wszystkich oczy zwróciły się
na Sobieskiego, tylokrotnego pogromcę turków. Nuncjusz papieski
i poseł cesarski na klęczkach prosili króla polskiego i wołali: „Królu
		

/Magazyn_102_06_207_0001.djvu

			— 202 —
ratuj Wiedeń, ratuj Chrześcijaństwo”! Papież dla uproszenia pomyśl¬
ności orężowi chrześcijańskiemu ogłosił powszechny jubileusz. Odtąd
po całej Polsce, wszerz i wzdłuż, po wsiach i miastach rozlegały się
głosy o wojnie z turkami, tak iż zdawało się, jakby na nowo wojny
krzyżowe się rozpoczynały. Ale i w Rzymie żarliwie i gorąco modlono
się o zwycięstwo dla świętej sprawy. U św. Stanisława, dnia 12 września
odprawia się uroczyste nabożeństwo wobec licznie zebranego ludu
i przedziwne zrządzenie Boskie! — tego samego dnia Jan III świetne
odnosi zwycięstwo, siebie i oręż polski nieśmiertelną okrywa sławą,
całą Europę chrześcijańską na wieki uwalnia od przemocy mahome-
tanizmu. Zawiadamiając Ojca św. o swoim tryumfie, król polski, jako
bohater chrześcijański posłał zdobytą chorągiew do Rzymu przez
Tomasza Talenti oraz ks. Jana Denhoffa, opata mogilskiego. Dnia
27 września tegoż roku ks. Denhoff wręczył uroczyście w kaplicy
domowej na Kwirynale Innocentemu XI ową chorągiew.
W ogólności Rzym posiada kilka pamiątek tego zwycięstwa. Ko¬
ściół imienia Marji przy Forum Trajana z woli Innocentego XI przypo¬
mina potomności to sławne wydarzenie. Uwiecznia je również tablica
spiżowa w kościele Najśw. Panny Anielskiej, umieszczona w posadzce.
Sam wreszcie pomnik Innocentego XI w bazylice św. Piotra jest zarazem
wspomnieniem wiktorji wiedeńskiej, przedstawia ją bowiem w płaskorzeź¬
bie cokołu, jako najważniejsze zdarzenie za tego pontyfikatu. We dwieście
lat później w r. 1883, Polska i świat chrześcijański obchodzą uroczyście
tę rocznicę. Do Rzymu przybywa delegacja polska i wręcza Leonowi XIII
jako dar narodowy, obraz Matejki „Sobieski pod Wiedniem".
W'kilka lat później najazd króla szwedzkiego Karola XII wpro¬
wadza Polskę w stan opłakany. Klemens XI dla odwrócenia klęski
zarządza powszechne modły i osobiście przybywa do kościoła św.
Stanisława, by uczęstniczyć w czterdziestogodzinnem nabożeństwie.
W piśmie ogłaszającem to nabożeństwo kardynał wikary Gasparo di
Carpegna w imieniu papieża nazywa Polskę przedmurzem wiary ka¬
tolickiej: Antemurale della Fede Cattolica. Klemens XI wielokrotnie
odwiedzał polski kościół. Dzień 8 maja 1703 roku szczególnie pa¬
miętny stał się w dziejach naszej świątyni, bo w dniu tym w uroczy¬
stość św. Stanisława, sam ojciec św. odprawił najświętszą ofiarę,
pierwszą i jedyną dotąd tu mszę papieską. Na mszy tej obecna była
także i królowa Marja Kazimiera.
Wiek XVIII w dziejach naszego kościoła jest okresem przebu¬
dowy. W r. 1712 architekt polski Benedykt Renard przedstawia pro¬
jekt kościoła i nowego hospicjum po obu stronach facjaty.
		

/Magazyn_102_06_208_0001.djvu

			— 203 —
Sporo czasu upłynęło, zanim fundacja wielkiego Hozjusza do¬
czekała się właściwego odnowiciela. Stał się nim Jędrzej Stanisław
Załuski, książę biskup krakowski. Sławny ten fundator biblioteki
w Warszawie, jeden z najzasłużeńszych synów Polski, wdał się oso¬
biście w sprawy rzymskiego hospicjum i z wielką energją przeprowa¬
dził reformę zakładu w latach 1749—1757.
W okresie podziałów zakład, aczkolwiek nadszarpany podczas
ogólnego zamieszania, nie był zagrożony bezpośrednio, jako instytucja
mająca niezależne istnienie prawne i położona poza obrębem prze¬
mocy państw zaborczych. Tymczasem zagłada groziła skądinąd.
W r. 1798 rewolucyjne wojska francuskie wkroczyły do Rzymu i zajęły
hospicjum, opuszczone przez administratorów, jako własność bezpań¬
ską. Wówczas to jenerał Henryk Dąbrowski, przybywszy do Rzymu
z legjonami polskiemi—mówi współczesna wzmianka—otworzył kościół
i, obchodząc święto patrona 8 maja tegoż roku nabożeństwo odprawić
kazał, i był przytomny na niem wraz ze współrodakami. W r. 1810
podczas drugiej inwazji francuskiej, sprzedano nabywcom gmach ho¬
spicjum. Kościół, zapewne z przyległem mieszkaniem dla kapelana,
powrócił wówczas do bezpośredniej zależności od wikarjatu miasta.
Zdawałoby się, że dzieło Hozjusza uległo zupełnemu zniszczeniu, ale
prawo pogwałcone przyszło wkrótce do słowa.
Po Kongresie Wiedeńskim rząd francuski, dopełniając zobowiązań,
zwrócił skarbowi papieskiemu sumę uzyskaną ze sprzedaży.
Pius VII przez kardynała sekretarza stanu Consalviego, pismem
z 29 września 1818 r. wydał orzeczenie, że przywraca instytucję
„zgodnie z fundacją Grzegorza XIII i kardynała Hozjusza". Przystą¬
piono do wykupu domów. Najgorzej się stało, że biskupi zwrócili się
przytem o protekcję do „króla" Aleksandra, ten zaś wziął sprawę
w swoje ręce i działał w Rzymie przez swego ambasadora.
Po powstaniu Iistopadowem przedstawicielstwo rosyjskie było
jedynym panem zakładu i nie wypuściło z rąk kościoła św. Stanisława
aż do ostatnich czasów. Sto lat okrągło trzymali rękę na zakładzie
naszym rosjanie. Bezpośredni zarząd kościoła i domów sprawowali
z ramienia rządu rosyjskiego włosi. Takim zarządcą od r. 1864—1868
był wysłużony dyrektor... baletu cesarskiego w Petersburgu. Admini¬
strowanie zakładu miało być dodatkiem do jego chleba... dobrze za¬
służonego.
Od r. 1870 nie ukrywano się już z zamiarem unicestwienia insty¬
tucji. Gdy się to nie udało, zaczęła się wysilona praca nad rusyfikacją
i kościoła i schroniska.
		

/Magazyn_102_06_209_0001.djvu

			— 204 —
W r. 1875 znalazło schronienie u św. Stanisława 26 pielgrzymów
wyłącznie rosjan.
Hospicjum nazywa się już „Ospizio Imperiale di San Stanislao
pei pellegrini della Nazione Russa”, a niebawem kościół św. Stani¬
sława uchodzić zacznie za „Chiesa Russa”.
Dekret króla włoskiego z dnia 1 grudnia 1871 r. uznaje niety¬
kalność wszystkich instytucyj religijnych cudzoziemskich, jako podle¬
gających jedynie juryzdykcji papieskiej. Stanowisko to rządu włoskiego,
a przedewszystkiem protest Piusa IX wielkiego miłośnika i przyjaciela
polaków, sprawiły, że starania potężnych ambasadorów carskich
0	sprzedaż zakładu spełzły na niczem.
Z chwilą upadku carskiej Rosji opinja polska, zarówno w kraju
jak w Rzymie, poczęła się domagać wydobycia Sw. Stanisława z rąk
obcych. Jednakże z powodu wielu z czasem nagromadzonych powikłań
1	trudności załatwiono ostatecznie sprawę dopiero w r. 1920. Rosjanie
ustąpili z naszej instytucji 11 marca tego roku. Węzeł łączący zakład
z księciem biskupem krakowskim, zerwany brutalnie w r. 1798, nie
nawiązany mimo obietnic Aleksandra I, po stu latach zadzierzgnął się
na nowo. Z ramienia księcia biskupa Sapiehy, a za zgodą episkopatu
polskiego objął rządy kościoła ks. prałat Józef Florczak, sędzia Try¬
bunału św. Roty Rzymskiej.
Kościół oddano w stanie opłakanym. Po rozkradzeniu kosztow¬
nych naczyń i aparatów starożytnych, zniszczony wewnątrz i zewnątrz,
przedstawiał kościół nasz obraz smutny i wołał o jaknajrychlejszą
naprawę. W krótkim czasie dokonano odnowienia i odświeżenia świą¬
tyni, która odrazu nawiązując do świetnej swej tradycji, stała się
ośrodkiem religijno-narodowego życia kolonji polskiej w Rzymie. Kro¬
nika kościoła, na nowo znów rozpoczęta, zapisała w tak krótkim czasie
sporo dni wielkiej podniosłości.
W grudniu 1920 roku ujrzał wreszcie kościół po tylu latach
znowu swego zwierzchnika w osobie biskupa krakowskiego księcia
Adama Stefana Sapiehy, który w dzień Bożego Narodzenia, w kościele
św. Stanisława w Rzymie odprawił solenną Mszę Świętą.
*
Na facjacie Kościoła Polskiego widnieje nadpis: „Templum
S. Salvatori et Stanislai E. M. Hospit. Nation. Polonor. MDLXXX”.
Pomimo że zaginęły drogocenne srebrne i złote przedmioty
w czasie okupacji rosyjskiej, pozostały szczęściem bardzo cenne
obrazy przedstawiające Świętych Polskich, dzieła Szymona Czecho¬
wicza, Antiveduto della Grammatica, Tadeusza Konicza i Salvatora
		

/Magazyn_102_06_210_0001.djvu

			— ‘205 —
Monosilio, a na sklepieniu główny fresk przedstawiający tryumf Św.
Stanisława w otoczeniu Świętych Polskich, malowany przez Fr. Smu-
glewicza, należący do najpiękniejszych w Rzymie.
Przy kościele jest gmach obszerny, gdzie według intencji fundatora
kardynała Hozjusza przebywać mają pielgrzymi z Polski, ale obecnie
jest w większej części zajęty przez lokatorórów, a rząd polski prze¬
znaczył 13 pokoi przy bibliotece dla studentów Akademii Umiejętno¬
ści w Krakowie. Pieczę nad bardzo szczupłem Hospicjum mają obe¬
cnie siostry Nazaretanki, których jest przy Hospicjum kilka, a reszta
sióstr Nazaretanek ma swoją siedzibę w dalszej dzielnicy Rzymu. Co
do akademików kształcących się, to, według sprawiedliwości, akade¬
micy z uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, którzy jadą na stu-
dje do Rzymu, powinniby mieć także prawo do bezpłatnego mieszka¬
nia w Polskiem Hospicjum nietylko jako polacy, ale przez pamięć na
króla Stefana Batorego, który na budowę kościoła i hospicjum pol¬
skiego w Rzymie ofiarował 300 dukatów.
Jest w Rzymie drugi kościół polski mniejszy od starożytnego
kościoła Sw. Stanisława, zbudowany przez o. o. Zmartwychwstańców
obok ich klasztoru tuż przy Placu Hiszpańskim, ale niewidoczny on
jest z placu, bo stoi w głębi uliczki Sw. Sebastjana.
W czasie gdy był rektorem o. o. Zmartwychwstańców ks. Smo-
likowski *) brakowało jeszcze dwóch malowanych szyb u drzwi wcho-
dowych. Hrabia Władysław Umiastowski z Żemłosławia, zafundował
w swojem i żony imieniu te dwie szyby malowane. Na jednej z nich
wyobrażone jest „Zwiastowanie” z herbami fundatorów a na drugiej
„Wniebowstąpienie”.
*) Po wyjeździe o. Smolikowskiego do Ameryki objął rektorat o. o. Zmart¬
wychwstańców o. Czorba. Umarł niedawno. Obecnie w klasztorze rzymskim o. o.
Zmartwychwstańców przebywają nietylko ojcowie polacy ale i innych narodowości.
		

/Magazyn_102_06_211_0001.djvu

			
		

/Magazyn_102_06_212_0001.djvu

			FUNDACJE SPOŁECZNE
MARGRABINY UM1ASTOWSKIEJ
		

/Magazyn_102_06_214_0001.djvu

			FUNDACJA ŻEMŁOSŁAWSKA
Z nastaniem niepodległości Polski przyszła pora na zrealizowanie
dawnych zamierzeń ś. p. hr. Władysława Umiastowskiego. Sta¬
nęły teraz otworem zamknięte pod rządami rosyjskiemi szerokie
możliwości rozdyspono¬
wania funduszem na dowolne cele
społeczne. Margrabina Umiasto-
wska, jak to nieraz lubiła powta¬
rzać, uważała siebie zawsze za
mandatarjuszkę ś. p. męża swe¬
go, której on powierzył swoją
fortunę, zgromadzoną pracąi mą¬
drą oszczędnością szeregu poko¬
leń. Nader skromna co do oso¬
bistych wymagań, potrzebująca
dla siebie bardzo mało, odrazu
wykazała magnacki gest gdy przy¬
szło do wykonania wspólnych
zamierzeń, dawno jeszcze przed
nastaniam niepodległości projek¬
towanych z mężem.
W krotce po otwarciu w Wil¬
nie uniwersytetu Stefana Batore¬
go oświadczała margrabina w gro¬
nie zaufanych swych doradców, że
pragnie oddać uniwersytetowi na
cele oświatowe ani mniej ani wię¬
cej tylko całe dobra swoje Żemło- MARGRABINA UMIASTOWSKA
sławskie, skład tych dobr wcho- według fotografii paryskiej z roku 1924
dzą trzy majątki: Zemłosław, Huta
i Zalesie, których obszar ogólny
wynosi 2.200 hektarów — w tem 1.200 hektarów wysoko wartościo¬
wego lasu sosnowego o wyjątkowej wyniosłości i skali gatunku. Ko¬
ronę tych dóbr stanowi wspaniała, prawdziwie wielkopańska rezydencja
		

/Magazyn_102_06_215_0001.djvu

			— 210 —
w Żemłosławiu. Nie mówiąc już o pałacu, przypominającym Łazienki
Królewskie w Warszawie, każda z dwu piętrowych murowanych oficyn
mogłaby służyć za pałac i stanowić ozdobę niebylejakiego dworu.
Inne, również fundamentalne, budowle oraz duży park, rozrzucony
nad brzegiem rzeki Gawji, tworzą całość, jakim niewiele równych
znajdzie się w naszym kraju. Niezależnie od walorów estetycznych,
dobra te przedstawiają ogromną bo kilkumiljonową wartość.
Taki to niepowszedni objekt przeznaczyła margrabina na dar dla
celów oświaty krajowej. W dniu 6 marca 1922 r. fundacja Zemłosław-
ska stała się faktem. Wszystkie jej warunki i szczegóły zostały ujęte
w akcie notarjalnym, zeznanym przez margrabinę tegoż dnia przed
notarjuszem Adolfem Zmaczyńskim w Wilnie (Repertorjum Nr. 1803).
Akt ten podpisał ze strony uniwersytetu ówczesny rektor profesor
Wiktor Staniewicz.
Niezależnie od dóbr Zemłosławskich dołączyła margrabina do
swej fundacji całą sumę odszkodowaniową, która jej się należała od
rządu za przyjęte na własność państwa, należące do niej, majątki:
Koszelew i Puzieniewicze położone w Województwie Nowogródz-
kiem o łącznym obszarze 1.400 hektarów użytków rolnych. Sumy te,
nawet przy niegrzeszącym bezstronością, jak zawsze, szacunku naszych
urzędów ziemskich wyniosły jednak pokaźną kwotę złotych. Ponadto
założywszy w ten sposób fundament pod swoją fundację, w trosce
o jej dalszy byt i rozwój, zobowiązała się margrabina w wyżej przy¬
toczonym akcie wypłacać na jej cele Fundacji Zemłosławskiej co roku
czwartą część dochodów, jakie będzie miała w eksploatacji pozosta¬
łych w jej władaniu rozległych i wysokocennych lasów. Dochody te
znakomicie zasilają gotowizną poczynania Fundacji.
Zdawało się, że dokonawszy tak społecznego dzieła, będzie już
teraz margrabina Umiastowska cieszyła się niem do końca życia,
oglądając płynące zeń dla kraju i narodu korzyści. Stało się jednak
inaczej. Nie ominął Fundacji Zemłosławskiej los niejednej u nas fun¬
dacji prywatnej. Zamiast zadowolenia i radości dla ofiarodawców przy¬
nosiły im one nierzadko troskę, kłopoty i zmartwienia, a społeczeń¬
stwu nie dawały żadnej korzyści. Tak też było i w tym wypadku.
Na powody i przyczyny otworzą nam oczy następujące treściwe
lecz zasadnicze uwagi.
Wszystkie bodaj uniwersytety na świecie zorganizowane są na
zasadach samorządu. Władza kierownicza spoczywa zwykle w rękach
Kollegjum, powstającego z wyboru, tak zw. Senatu. Organem wyko¬
nawczym Senatu jest Rektor Uniwersytetu obierany na jeden rok. Orga-
		

/Magazyn_102_06_216_0001.djvu

			- 211 —
nizacja taka, gdy chodzi o wybór sił naukowych i wogóle o wew¬
nętrzne życie akademickie, życie uczelni, może jest dobra, jednak
w zakresie gospodarczej strony życia, gdy chodzi o stosunki uniwer¬
sytetu na zewnątrz, zwłaszcza gdy uniwersytet posiada w swym za¬
rządzie większy majątek państwowy lub własny, wtedy organizacja
taka wykazuje wszelkie braki kollegjalnego rządzenia, tem większe,
że kollegjum senackie składa się z samych profesorów, to jest ludzi
nauki, oderwanych od życia i niemających najczęściej pojęcia o real¬
nych jego stronach. Rektor, przeważnie co roku inny, obierany jak
zwykle z pośród ludzi mających najmniej dla siebie niechętnych,
a więc przeważnie człowiek kompromisowy, również niewiele może
zrobić. Nie zdąży choćby jako tako zorjentować się w powierzonych
mu sprawach, już kończy się jego kadencja, już staje na czele uni¬
wersytetu nowy rektor, zupełnie niezorenjtowany, który po roku rów¬
nież ustąpi miejsca swemu następcy. Zdawać by się mogło, że spec¬
jalnie chodzi o to aby u steru władzy wykonawczej uniwersytetu stał
zawsze ktoś, jaknajmniej znający powierzone jego pieczy i rządowi
sprawy. Zasadnicza możność nowego wyboru rektora jest zwykle wy¬
jątkiem, zaś pozostawanie byłego rektora w charakterze pro-rektora
przy nowym rektorze, niby to dla utrzymania ciągłości w pracach
organu wykonawczego, nietylko nie osięga celu, ale przeciwnie, wnosi
jak gdyby pierwiastek kollegjalny i do tego organu, co robi go jeszcze
bardziej niezdecydowanym oraz powolnie działającym. To też wszyscy,
czyje interesy życiowe tak czy inaczej stykają się z uniwersytetem
mają Krzyż Pański, gdy chodzi o szybkie, jasne i zdecydowane załat¬
wienie spraw i konfliktów życiowych, wynikające ze skomplikowanej
organizacji i niebywale szybkiego tempa życia współczesnego. Słu¬
sznie niegdyś powiedział poeta niemiecki: „Hundertzwanzig Profesoren!
...Vaterland du bist verloren!” Wszystkie te ujemne strony ogólnej
organizacji uniwersyteckiej w odniesieniu do Uniwersytetu Wileńskiego
ujawniły się wyjątkowo jaskrawo. W łonie senatu uniwersyteckiego
jakby w jakiej miniaturowej Izbie Sejmowej ścierały się najrozmaitsze
prądy... polityczne i socjalne, a o sprawach konkretnych mało kto
miał pojęcie i mało niemi się interesował. O tem jak znikomo małą
rolę gra Uniwersytet Wileński wśród społeczeństwa wileńskiego,
a i wogóle w kraju, nad tem rozwodzić się niema potrzeby jako o rze¬
czy powszechnie znanej. Odwrotnie jednak społeczeństwo nasze ży¬
wo interesuje się „swoim” uniwersytetem i pilnie śledzi: jakiemi cha¬
dza drogami. Jest cierpliwe; do wystąpień nie skore, tem przeto na
baczniejszą zasługuje uwagę zaingerowanie tegoż społeczeństwa w go-
		

/Magazyn_102_06_217_0001.djvu

			— 212 —
spodarkę Uniwersytetu Stefana Batorego w Fundacji Żemłosławskiej,
tak wreszcie — innego nie znaleźć wyrażenia — jak skandaliczną,
że latem 1924 r. oto jaką odezwę do senatu Uniwersytetu Wileńskiego
uczuli się zniewoleni wystosować zbiorowo najpoważniejsi niektórzy
przedstawiciele naszego polskiego wileńskiego społeczeństwa.
Oto tekst odezwy:
Do Senatu Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie.
r
Naukowa Fundacja Zemłosławska imienia Władysława i Janiny
hr. Umiastowskich przedstawiająca doniosły dorobek kulturalny i chlubę
naszego kraju stanowi zawsze przedmiot żywego zainteresowania
opinji społecznej.
Od pewnego czasu krążą wśród społeczeństwa wersje niepoko¬
jące o losach tej fundacji.
Niepokój ten się wzmógł po dwóch konferencjach zwołanych
przez fundatorkę margrabinę Umiastowską, która się podzieliła z nami
swą troską o przyszłość swego dzieła.
Nieprzesądzając żadnych okoliczności sprawy i nie przypisując
sobie żadnych kompetencyj po nad prawo i obowiązek obywatelski
troszczenia się o dobro ogólne, pozwalamy sobie zwrócić się do Se¬
natu Uniwersytetu z gorącem poparciem prośby margrabiny Umiasto-
wskiej o niezwłoczne zwołanie doraźnej komisji porozumiewawczej.
Dajemy wyraz nadziei, iż obywatelskie uczucia członków Senatu
podyktują decyzję Kollegjum, która w niczem nie rozminie się z opi-
nją społeczną powodującą nasze wystąpienie.
Hieronim Mohl	Aleksander Achmatowicz
Konrad Niedziałkowski	Stanisław Bochwic
Jan Obst, redaktor	Jerzy Czapski
Marjan hr. Plater	Stanisław Łopaciński
B. Umiastowski	Kazimierz Świątecki
Wilno, dnia 14 czerwca 1924 r.
Zwrócili się też nie już do Senatu Uniwersytetu Stefana Batorego,
lecz ad personam do rektora, również zbiorowo, mieszkańcy najbli¬
żej z Żemłosławiem sąsiadujących wsi. Oto, co w swej skardze (ba
tak jest zatytułowana) pisali między innemi Ignacy Narbutt, Stanisław
Juchniewicz, L. Narbutt, St. Miksza, M. Juchniewicz, Ig. Narbutt.
Fr. Miksza, J. Miksza, S. Narbutt, F. Wasilewski.
„Z wielką przykrością przychodzi nam, ludziom prostym, bez
wykształcenia, udawać się ze skargą do Waszej Magnificencji na Niego
		

/Magazyn_102_06_218_0001.djvu

			— 213 —
Samego, ludziom prostym na Człowieka, którego zespół Uniwersytetu
wybrał i postawił na swojem czele. Tego Uniwersytetu, który pod
godłem największego z królów polskich bądź dał Polsce, bądź posia¬
dał w swoim składzie tylu Wielkich Ludzi.
Niech nam Wasza Magnificencja wybaczy, piórem, które to pisze,
nie kieruje nic więcej prócz bólu Polaka, obrażonego w swej godności
narodowej, którego Bóg ukarał ciężko za jego może szowinizm, że
przygląda się z bliska polskiej gospodarce takiej ślamazarnej, niedo¬
łężnej, bez inicjatywy, bez myśli, takiej... nie śmiem pisać ostatniego
wyrazu, który mi się gwałtem ciśnie, a którego słuszność udowodnimy.
Gospodarki takiej moskal by się wstydził.
J. W. Hrabina Umiastowska darowała Uniwersytetowi dobra
Żemłosław. Był to dar książęcy. Cześć jej za to.
Owóż ośmielamy się Waszą. Magnificencję zapytać prawem Po¬
laków, obywateli Wolnej Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej, czy
wiesz co się z tym darem dzieje? Czyś był tam z raz jeden? Czyś
się zajął taką bogatą, żyzną placówką, darowaną pod posiew polskiej
kultury tu, nie na kresach jeszcze, ale z celem aby promieniowała na
jak najdalsze kresy?
Gdy Żemłosław przechodził z rąk hrabiny Umiastowskiej w ręce
Uniwersytetu, radości naszej nie było granic. Czego myśmy się nie
spodziewali!
W naiwności swojej widzieliśmy ten Żemłosław, że nam przy¬
świecać będzie, że nam, starym, będzie przykładem, wzorem, zachętą
w ciężkiej pracy, a dla naszych dzieci oświatą rolną, nauką gospo¬
darstwa. A wiesz, Wasza Magnificencjo, czem jest? Przedmiotem drwin.
Ludziska się śmieją bez grzecznościowego zakrycia buzi kułakiem.
I... śmieją się słusznie.
Na roli jest tam gospodarstwo na „tretinu”, dewastacja i znisz¬
czenie, marnowanie gleby i darów przyrody, jakiego wstyd by było
najciemniejszemu białoruskiemu mużykowi, któryby się nigdy na tak
podłe gospodarstwo nie puścił, gdyż wiedziałby, że zginie. W lecie—
system rabunkowy. Tu też planu na przyszłość niema żadnego, prócz
zniszczyć, z małą nawet dla teraźniejszości korzyścią. Dozoru jak się
należy niema, bo to, co jest, czyli jego parodja — na kryminał tylko
zasługuje.
Słowem my, sąsiedzi, zamiast owych spodziewanych pod ręką
rasowych ogierów, buchai, knurów, zamiast najpierwszych, najplenniej¬
szych i najdorodniejszych zbóż, zamiast dobrego przykładu i nauki
		

/Magazyn_102_06_219_0001.djvu

			— 214 —
mamy tylko zły przykład, deprawację, śmiech komu wesoło i... słu¬
szne oburzenie.”
Taki był głos powszechny.
Dał mu dosadny wyraz, Czesław Jankowski oświetlając w „Sło¬
wie” wileńskiem w szeregu artykułów całą sprawę Fundacji Zemłos-
ławskiej. To bezstronne a ściśle wierne ujęcie w żywy obraz niesły¬
chanej gospodarki uniwersyteckiej w Zemłosławiu — ogłoszony nie¬
bawem w broszurze zatytułowanej „Fundacja Zemłosławska” i szeroko
rozpowszechnionej — było dla ogółu społeczeństwa naszego istną
rewelacją.
Poruszyła się opinja publiczna. Prasa powitała broszurę Cz. Jan¬
kowskiego komentarzami wysoce dla uniwersytetu wileńskiego kom-
promitującemi. Może najostrzej wystąpił w obronie zmarnowanej wspa¬
niałej fundacji tak bardzo i na Wileńszczyźnie poczytny „Ilustrowany
Kurjer Codzienny” krakowski.
Jakże reagowała sama margrabina Umiastowska na to, co się
działo?
Gdy bezpośredni zarząd nad Fundacją Żemłosławską został przez
senat uniwersytetu oddany profesorowi Rogoyskiemu, jak się okazało
człowiekowi do tego zupełnie nieodpowiedniemu, który nietylko do¬
prowadził Fundację do stanu zupełnego upadku, ale i samemu uni¬
wersytetowi przyczynił niemało zasłużonego kłopotu, zwracała się
margrabina Umiastowska niejednokrotnie do Senatu Akademickiego
zwracając mu uwagę na wielką krzywdę, która się dzieje dobru pu¬
blicznemu. Widząc atoli, że jej perswazje i rady nie powstrzymują
bynajmniej zupełnego zaprzepaszczania przez senat jej ukochanego
dzieła, wyczerpawszy wszelkie środki perswazji, tłumaczeń, ostrzeżeń,
nawet rejentalnych wezwań, była margrabina Umiastowska zmuszona
przesłać w listopadzie 1926 r. p. ministrowi oświecenia publicznego
następujące oświadczenie malujące w streszczeniu przebieg tych mi¬
łych stosunków, które wytworzył uniwersytet na tle powierzenia mu
tak wybitnego dzieła społecznego.
Oto tekst dosłowny pisma margrabiny Umiastowskiej:
DO PANA MINISTRA
WYZNAŃ RELIGIJNYCH I OŚWIECENIA PUBLICZNEGO.
Aktem darowizny z dnia 6 marca 1922 r. (załącznik Nr. 1)
utworzona została przezemnie „Fundacja Naukowa Imienia Władysława
i Janiny Umiastowskich” w zakresie i na warunkach, w tym akcie
wyszczególnionych.
		

/Magazyn_102_06_220_0001.djvu

			— 215 —
W dniu 26 listopada 1923 roku aktem, zeznanym przed Włady¬
sławem Dembińskim, notarjuszem w Warszawie (załącznik Nr. 2),
zakres fundacji został przezemnie rozszerzony orzez uznanie prawa
Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie do 25% sum, płynących nie
tylko z bieżącej eksploatacji lasów zgodnie z zezwoleniami urzędów
leśnych, lecz także od szacunku całości dóbr moich wraz z lasami
w tym czasie przeznaczonemi do sprzedaży.
Pragnąc jeszcze za życia swego oglądać powstanie i rozwój dzieła
społecznego, podjętego z najczystszej intencji służenia dobru Odrodzo¬
nej Ojczyzny, za życia też swego przekazałam Uniwersytetowi Stefana
Batorego w Wilnie wyszczególnione w akcie darowizny majątki i po-
zatem przystąpiłam do wypłacania Uniwersytetowi odpowiednich sum,
wynikających z przyjętych przezemnie zobowiązań.
Jednocześnie testamentem swym, sporządzonym w dniu zeznania
aktu darowizny — 6 marca 1922 roku — zapisałam wspomnianemu
Uniwersytetowi na cele mej Fundacji cały mój majątek, jaki w dniu
śmierci mej będzie do mnie należeć. Składając w ręce Uniwesytetu
n:i cele oświaty narodowej cały swój fundusz, zebrany pracą i oszczę¬
dnością szeregu pokoleń, byłam głęboko przekonana, że robię z niego
użytek najlepszy.
Nie myląc się, co do celu i uważając zazusze, iż oświata jest
jedną z najważniejszych podstaw i rękojmią przyszłości Państwa na¬
szego, widzę jednak obecnie, jak bardzo się pomyliłam w wyborze
instytucji, na którą włożyłam wykonanie mojego dzieła.
Senat Akademicki, kolegjalne ciało wyborcze o składzie, co rok
się zmieniającym, a przytem sładające się z ludzi nauki, w życiu
praktycznem wcale nieorjentujących się, okazał się organem zupełnie
nieodpowiednim do zarządu interesami Fundacji, wymagającemi, zwła¬
szcza w obecnych czasach, wszelkich przesileń, umiejętności, energji,
orjentacji, szybkich decyzyj i jeszcze szybszego działania. Od pierwszych
już dni powsiania Fundacji Senat Akademicki zaczął zdradzać całko¬
witą nieumiejętność wzięcia się do rzeczy. Krzyżujące się w senacie
różne wpływy i opinje łącznie z nieszczęśliwym wyborem przez senat
pełnomocnika do spraw Fundacji, z biegiem czasu wytworzyły nietylko
zdeklarowaną sytuację kompletnego marnowania powierzonego senatowi
dzieła, ale również niezrozumiałą dla mnie tendencję działania, gdzie
się dało, na szkodę fundacji.
Opisany stan rzeczy uwidacznia się w swym rozwoju z treści
załączników pod Nr. Nr. 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13, 14, 15, i 16.
Stan ten daje się streścić w następujących słowach: majątki fun-
		

/Magazyn_102_06_221_0001.djvu

			— 216 —
dacyjne zamiast świecić przykładem wzorowego gospodarstwa, znajdują
się w stanie zupełnego zaniedbania i opuszczenia, hipoteka tych ma¬
jątków, nielegalnie obciążana długiem, zadłużenie ogólne bez żadnych
środków do jego pokrycia sięga cyfry ćwierci miljona złotych, przez
działanie senatu na moją szkodę wprowadzona dezorganizacja do mo¬
ich interesów osobistych, gdziekolwiek się one z interesami Fundacji
stykają, w rezultacie zamknięto wiele źródeł moich dochodów, przez
co uniwersytet sam pozbawił Fundację wpływów z- 25°/o tych docho¬
dów; przez nieopłacenie rat Wileńskiemu Bankowi Ziemskiemu ma¬
jątek Fundacyjny Zemłosław wystawiony był na licytację, z której
zdjęty został po opłaceniu przezemnie zaległych należności; las rąbany
jest w zakresie, przekraczającym potrzebę likwidacji serwitutów, i tem
uszczupla się majątek Fundacyjny; przez cztery lata żadne ze świad¬
czeń, wymówionych na moją korzyść w par. 4-ym aktu darowizny
z dnia 6 marca 1922 roku, nie zostało przez Uniwersytet w najmniej¬
szej mierze otrzymane, żadne z przyjętych przez Senat zobowiązań,
wyszczególnionych w piśmie dziekana profesora Zawadzkiego z dn.
61XI-1923 roku, nie zostało dotrzymane (załącznik Nr. 16).
Szukając wciąż wyjścia z wytworzonej sytuacji, zwracałam się
niezliczone razy osobiście i przez swego zastępcę prawnego do Senatu,
przekładając mu okoliczności, zaprzepaszczające Fundację i mój fun¬
dusz na nią ofiarowany, Senat jednak pozostawał głuchy na wszelkie
moje ostrzeżenia, deklaracje i interwencje, za rektoratu zaś rektora
Parczewskiego zgodził się omówić niektóre sprawy Fundacji, jednak ze
względu na swoją „powagę" tylko na „zebraniu towar zyskiem’ (!),
przytem uwarunkowanem moją obecnością bez udziału żadnych innych
osób z mej strony i bez moich zastępców prawnych (załącznik Nr. 4).
Oczywiście, że na podobną, mówiąc oględnie, nietaktowną propozycję
nie zgodziłam się.
Niewiadomo jak długo trwałby opisany stan rzeczy i do jakiej
jeszcze ruiny doszłoby powierzona Senatowi Fundacja gdyby kredyto-
rzy uniwersytetu, wyczerpawszy wszelkie środki porozumienia się z Se¬
natem, nie zagrozili ze wszystkich stron przemusową egzekutywą swych
należności. Pod wpływem krytycznej sytuacji Senat widział się znie¬
wolony szukać wyjścia w nawiązaniu stosunków ze mną. Z radością
powitałam tę chęć Senatu, bo jeszcze się łudziłam, że może się uda
wyprowadzić Fundację na drogę uzdrowienia panujących w niej sto¬
sunków. Upoważniony przez senat wice-prezes Towarzystwa Rolniczego
w Wilnie, a obecnie dyrektor Wydziału Rolnego w Państwowym Banku
Rolnym w Warszawie p. Józef Borowski i mój zastępca prawny me-
		

/Magazyn_102_06_222_0001.djvu

			— 217 —
cenas Maciej Jamonłt po kilku miesiącach pracy, komisyjnych oględzi¬
nach na miejscu i wszechstronem zbadaniu sprawy opracowali wspólnie
projekt układu, który podpisany został z jednej stony przezemnie,
a z drugiej strony przez wspomnianego przedstawiciela Senatu p. Bo¬
rowskiego (załącznik Nr. 17).
Mimo, iż od złożenia Senatowi tego projektu upływa już dwa
miesiące, a stan Fundacji z każdym dniem się pogarsza, Senat dotych¬
czas niezaakceptował tego projektu. Jednocześnie dowiaduję się, iż
tenże Senat mimo podpisania przez jego przedstawiciela układu ugod-
liwego, przedsięwziął w osobie swego pełnomocnika szereg konsultacyj
i narad w celu wytoczenia mi jakichś bezpodstawnych procesów. Po-
zatem tenże Senat w osobie swegoż pełnomocnika w asystencji dwuch
członków Senatu stara się po za mojemi plecami o podniesienie z Mi¬
nisterstwa Reform sum należnych mi za przyjęte na cele osadnictwa
wojskowego majątki moje Koszelew i Puzieniewicze, do których to
sum uniwersytet miałby prawo dopiero po zaakceptowaniu układu
ugodliwego. Zniewoliło to mnie do wysłania Senatowi Akademickiemu
oświadczenia rejentalnego z dnia 25października r. b. (załącznik Nr. 18)
i wyznaczenia terminu prekluzyjnego dla akceptacji układu.
Ponieważ termin ten minął, a Senat układu nie zaakceptował,
uważam układ ten za niedoszły do skutku z winy Senatu.
Po tej już ostatniej nieudanej próbie dojścia z senatem do poro¬
zumienia przychodzę do przekonania, że Senat Akademicki absolutnie
nie jest w stanie sprostać włożonemu nań zadaniu zarządzania Fun¬
dacją i że jeśli takowa dłużej pozostać będzie w jego rękach, zostanie
zupełnie zmarnowana.
Nie mogąc do tego dopuścić i niemając na myśli bynajmniej
odebrania Fundacji z powrotem, pragnęłabym zarząd jej powierzyć
Instytucji więcej do tego, niż Uniwersytet Wileński odpowiedniej, da-
jącej gwarancję jej rozwoju i trwania na wieczne czasy.
Pragnęłabym tego dokonać w porozumieniu z Ministerstwem
Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego tak w odniesieniu do
wyboru wzmiankowanej instytucji, jak i rodzaju zakładów naukowych,
najbardziej dla Państwa obecnie potrzebnych, które należałoby stworzyć.
Wobec powyższego pozwalam sobie upraszać Pana Ministra:
1)	Wejrzeć w stosunki, panujące w Fundacj imienia ś. p. męża
mojego i mego imienia.
2)	Uznać te stosunki za nielicujące ze stanowiskiem Uniwersytetu
i zaprzepaszczające dzieło społeczne.
3)	Spowodować zrzeczenie się przez Senat Akademicki Uniwersy-
		

/Magazyn_102_06_223_0001.djvu

			— 218 —
te tu Stefana Batorego prowadzenia omawianej Fundacji, co,
jak się okazało, przekracza jego siły i możność.
4) Polecić właściwym organom podległego Panu Ministrowi Mi¬
nisterstwa porozumieć się ze mną w celu innego zużytkowania
ofiarowanego przezemnie Funduszu dla celów oświaty.
W odpowiedzi na to wystąpienie margrabiny ówczesny minister
oświaty p. Dobrucki, uznając najwidoczniej całą zasadność przedłożeń
margrabiny, w piśmie z dnia 22 lutego 1927 r. N. O. Praw. 323/27
wyraził gotowość przejęcia Fundacji we własny zarząd ministerstwa
do czasu rozstrzygnięcia kwestji zmiany jej celu i, co zatem idzie,
odebrania tego zarządu z rąk uniwersytetu.
W międzyczasie zaszły jednak pewne zmiany w stosunkach uni¬
wersyteckich. Ówczesny rektor profesor Pigoń — acz uczony huma¬
nista, okazał się człowiekiem wyjątkowo dobrze orjentującym się w za¬
gadnieniach życia praktycznego, a przytem człowiekiem energicznym
i stanowczym. Zrozumiał prędko całą absurdalność prowadzenia wojny
z fundatorką w urojonej obronie... jej własnego dzieła! W rezultacie
zarząd Fundacji przeszedł z rąk dotychczasowego jej administratora
profesora Rogoyskiego w ręce profesora Zygmunta Jundziłła i wice¬
prezesa Wileńskiego Towarzystwa Rolniczego p. Ruszczyca. Znając
tych ludzi z najlepszej strony i żywiąc do nich zupełne zaufanie,
postanowiła margrabina jeszcze raz zapróbować dojścia do porozumie¬
nia z senatem. Wobec tego na propozycję ministerstwa oświecenia
publicznego objęcia Fundacji we własny zarząd ministerstwa, odpo¬
wiedziała margrabina następującem pismem z dnia 15 marca 1927 r.
DO PANA MINISTRA
WYZNAŃ RELIGIJNYCH I OŚWIECENIA PUBLICZNEGO.
Stan zdrowia mego nie pozwolił mi wcześniej odpowiedzieć na
pismo Pana Ministra z dnia 22 lutego r. b. za Nr. O. Praw. 323 27.
Składam Panu Ministrowi gorące podziękowanie za łaskawy
wzgląd i przychylne potraktowanie żywo obchodzącej mię sprawy.
W międzyczasie jednak zaszły pewne zmiany w stosunkach uni¬
wersyteckich, a mianowicie: senat akademicki powierzył prawną ad¬
ministrację mojej Fundacji p. profesorowi Zygmuntowi Jundziłłowi,
a gospodarczy jej zarząd p. Zygmuntowi Ruszczycowi.
Ponieważ do obu tych panów żywię zupełne zaufanie, chciałabym
jeszcze raz spróbować dojścia z senatem akademickim do porozumienia,
		

/Magazyn_102_06_224_0001.djvu

			— 219 —
co ze względu na osoby p. Z. Jundzilła i p. Z. Ruszczy ca nie wydaje
mi się, jak uprzednio, rzeczą zupełnie beznadziejną.
Czyniąc ze swej strony ostatni wysiłek przywrócenia niezbędnych
dla rozwoju mojej Fundacji stosunków, nie mogę jednak przed osta¬
tecznym ujawnieniem wyników zapoczątkowanej nanowo współpracy
uważać, aby petycja moja o zmianie celu Fundacji, złożona na ręce
Pana Ministra w dniu 10 listopada 1927 r., stała się już nieaktulną.
Przeciwnie upraszam Pana Ministra petycję tę traktować jako
pozostającą w zawieszeniu, i tylko dalszy rozwój stosunków wykaże,
czy będę prosiła pozostawić ją bez rozpoznania, czy też nadać jej
dalszy bieg.
Z chwilą stanięcia u steru Fundacji pp. Jundziłła i Ruszczyca
zapoczątkowaną została nowa ■era w jej stosunkach. Wspólnie wypraco¬
wany został projekt nowego statutu Fundacji, wprowadzone zostały pew¬
ne zmiany w organizacji jej władz, rokujące na przyszłość uniknięcie
wszelkich tarć i nieporozumień pomiędzy uniwersytetem a fundatorką;
sprecyzowany został bliżej cel Fundacji z przeniesieniem punku jej
ciężkości na powołanie do życia na miejscu w Zemłosławiu średniego
zakładu naukowego o typie gimnazjum klasycznego z internatem dla
uczących się, wreszcie zaprojektowany został szereg instytutów do¬
świadczalnych z dziedziny agronomji i kobiecego gospodarstwa wiej¬
skiego. Gospodarstwo w Zemłosławiu, zupełnie dotąd zaniedbane
w ostatnich dwuch latach, dzięki pomocy materjalnej fundatorki i fa¬
chowemu kierownictwu p. Ruszczyca zaczęło w szybkiem tempie pod¬
nosić się i dziś już niejedno warte jest w Zemłosławiu do widzenia.
Jeśli tak pójdzie dalej — a jest po temu wszelka nadzieja — stanie się
w krotce Zemłosław tem, czem być powinien i jakiem go chce widzieć
fundatorka — to jest wzorem i przykładem gospodarstwa dla ogrom¬
nej połaci kraju, producentem gatunkowych nasion i zarodowej mło¬
dzieży wszelkiego inwentarza, polem doświadcza!nem w najszerszem
tego słowa znaczeniu. Dziś już można oczekiwać, że z chwilą wejścia
w życie nowego statutu Fundacji zacznie się ona rozwijać normalnie
i przyniesie krajowi ten pożytek, którego od niej ma prawo oczeki¬
wać społeczeństwo.
Jednem słowem mamy prawo uważać, że pierwszy, tak bardzo
niefortunny okres dziejów i losów Fundacji Zemłosławskiej przeszedł
nieodwołalnie i bezpowrotnie — do Historji. Jeżeliśmy przeto, w naj¬
treściwszym zarysie, naszkicowali przebieg faz, przez które przecho-
		

/Magazyn_102_06_225_0001.djvu

			— 220 —
dziły stosunki wzajemne uniwersytetu do Fundacji i margrabiny Umia-
stowskiej do senatu akademickiego, uczyniliśmy to jedynie w poczuciu
obowiązku, do którego każdy poruszający sprawą publiczną, i to jesz¬
cze tak wyjątkowej dla naszego kraju doniosłości jak Fundacja Żem-
łosławska, powinien poczuwać się wobec właśnie wspomnianej owej
Historji, co jako magister vitae powinna być odbiciem czystej i bez¬
względnej Prawdy.
KAZ1MIERZOWO
Wśród majątków należących do margrabiny Umiastowskiej był
majątek Kazimierzowo położony w powiecie Oszmiańskim, utworzony
przez marszałka Jakóba Umiastowskiego na wydzielonych z jego dóbr
ziemiach, w roku urodzin najmłodszego syna Kazimierza i nazwany
jego imieniem.
Gdy ów syn doszedł do pełnoletności, otrzymał majątek Kazimie¬
rzowo na własność i w nim rozpoczął Swą pracę na roli. Po śmierci
marszałka Kazimierza majątek Kazimierzowo przeszedł w dziedzictwie
do syna jego ś. p. Władysława Umiastowskiego a następnie po jego
śmierci do żony jego Janiny. Po wojnie margrabina darowała ten
majątek sędziemu Aleksandrowi Półkozic Wolskiemu synowi siostry
ś. p. męża swego hr. Władysława, ponieważ sędzia Wolski uskarża
się, że „tęskni do stron rodzinnych” a niema gdzieby tam mógł osiąść.
W roku 1929 dowiedziała się margrabina, że sędzia Wolski za¬
mierza sprzedać Kazimierzów i petraktuje o to z różnymi kupcami.
Nie chcąc do tego dopuścić ażeby majątek od tylu lat będący w ro¬
dzie Umiastowskich przeszedł w ręce niepowołane i uległ rozdrobnie¬
niu, a z czasem może i zupełnej zagładzie, postanowiła margrabina
odkupić z powrotem swój własny, a darowany majątek i oddać go
Centrali Opieki Rodzicielskiej w Wilnie na cele opieki nad młodzieżą
szkolną potrzebującą poratowania zdrowia i wypoczynku na wsi.
W tym celu ofiarowała wspomnianemu Towarzystwu 5.000 do¬
larów, za które to pieniądze majątek Kazimierzowo został nabyty od
sędziego Wolskiego i dziś już gości w ciągu lata z górą 60 słabowi¬
tych dzieci napawających się świeżem powietrzem i dobrodziejstwami
wsi w uroczej i niezmiernie pod względem klimatu zdrowotnej miej¬
scowości.
W ten sposób uratowała margrabina Umiastowska pamiątkę ro¬
dzinną. od zagłady i przyczyniła się jednocześnie do dzieła społecz¬
nego wyjątkowo pożytecznego.
		

/Magazyn_102_06_226_0001.djvu

			— 221 —
KONWALISZKI
Ośrodek tego majątku położonego w powiecie Oszmiańskim,
w gminie Dziewieniskiej, z licznemi zabudowaniami i ładnym dworem
mieszkalnym, z dużym ogrodem owocowym okolonym staremi alejami
lipowemi przeznaczyła margrabina na osadę wypoczynkową dla arty¬
stów, uczonych i literatów.
Majątek ten posiada znakomite warunki zdrowotne, położony
jest około dużych lasów nad brzegiem ruczaju.
O pół wiorsty od majątku znajduje się miasteczko Konwaliszki
z kościołem, pocztą, telefonem i telegrafem.
Stacja kolei żelaznej Bieniakonie na szlaku Wilno—Lida odległe
jest o osiem wiorst od majątku.
Tuż przy majątku kursują autobusy bezpośredniej komunikacji
z Wilnem.
Wszystkie te warunki, jak nie można lepiej, nadają się dla celu
na który przeznaczone zostały Konwaliszki.
K L E W I C A
Majątek ten położony w powiecie Oszmiańskim, w gminie Dzie¬
wieniskiej, leży na skraju ogromnych lasów ciągnących się w stronę
Oszmiany i pod względem zdrowotnym posiada warunki wprost ku¬
racyjne.
Znajdującą się w tym majątku ogromną oficynę o kilkunastu
pokojach przeznaczyła margrabina na letnisko wypoczynkowe dla
niezamożnej młodzieży akademickiej zmuszonej szukać poratowania
zdrowia po trudach szkolnych i warunkach życia wielkomiejskiego.
W tym celu poleciła margrabina przebudować i urządzić ofi¬
cynę zastosowując ją do jej przeznaczenia.
Budynek ten z przylegającym doń ogrodem owocowym będzie
stanowił we dworze osobną całość, która nosić będzie nazwę „Al¬
bertyn” na pamiątkę i od imienia ś. p. Alberta Umiastowskiego
jednego z poprzednich właścicieli Klewicy, brata ś. p. męża mar¬
grabiny Umiastowskiej.
		

/Magazyn_102_06_228_0001.djvu

			E P I L O G O S
Das Alte sturzt, es andert sich die Zeit,
Lind neues Leben bluht aus den Ruinen...
SCHILLER: „WILH. TELL.
a tem urywa się rękopis, który miałem w ręku i do którego
ukazania się oto w wydaniu ksiąikowem możem się w pew¬
nej mierze namową przyczynił.
Starałem się też mojemi wskazówkami nadać fragmenta¬
rycznemu rękopisowi przechodzącemu, doić często, z suchej, doku¬
mentowanej naracji w pamiętnik i odwrotnie — układ zapewnia
jący całości nieodzozuną dla czytelnika ciągłość i przejrzystość.
Pisząc przedmowę bezpośrednio po przejrzeniu rękopisu, zazna¬
czyłem ogólny jego charakter tkwiący głęboko w naszych tradycjach
ziemiańskich, puszący się tu i owdzie splendorem rodu, kładący jakby
żywiołowo duszę całą w zagon rodzinny i rodzinne strony, przeciw¬
stawiający się nie bez odcienia melancholji, gdzie tylko zdarzyła się
okazja, „czasów dziwnej przemianie” zaś wręcz wrogo wszelkiemu tak
zwanemu „uniwersalizmowi” wciskającemu się dziś zewsząd w powo¬
jenne przewartościowywanie wszelkich dotychczasowych, ba, nawet
„najświętszych” wartości.
W druku — niektóre speci/iczne cechy tej monograficzno-histo-
ryczno-pamiętnikowej książki wysunęły się niemal na pierwszy plan.
Ręczyć mogę, że wielu będą raziły swoją staroświeckością.
Któż wie? Może nie jednemu czytelnikowi wydadzą się tak dalece...
		

/Magazyn_102_06_229_0001.djvu

			— 224 —
nie do zniesienia, ze książkę niedoczytaną z trzaskiem zamknie i ci¬
śnie na stół.
Nie byłoby w tem nic dziwnego — u nas w Polsce. Nic łatwiej¬
szego jak Polaka zrazić. Niema na świecie narodu, któryby tak jak
my wręcz nie umiał spożytkowywać ludzi, jak się to mówi,
z dobrodziejstwem inwentarza, zaś fakty dokonane i nieodwołalne
wydarzenia nie umiał czy nie był w stanie brać cum grano s a-
l i s. Aby przemódz siebie i (najczęściej z racji powierzchownego dro¬
biazgu lub jakiegoś podrzędnego szczegółu) nie zrażać się do czło¬
wieka mającego w sobie nawet tęgi materjał na najpożądańszego, naj¬
ofiarniejszego, najpożyteczniejszego obywatela kraju, na to aby spo¬
żytkować takiego człowieka i dać mu skwapliwie odpowiednie miejsce
na szerokiej dziedzinie pracy publicznej... na to my, Polacy, jesteśmy
niestety — zamało mądrzy.
Niema takiej rudy, w którejby się nie kryła choćby szczypta je¬
żeli nie złota to równego złotu, drogocennego, najszlachetniejszego
w świecie metalu. Trzeba go tylko chcieć i umieć wyłuskać, wypłu¬
kać, dobyć — choćby sam wygląd powierzchowny rudy niewiele co
dobrego wróżył, a tembardziej opornością swoją i szorstkością... zra¬
żał! Podobnie — nie biorąc w rachubę znikome wyjątki — niema
duszy ludzkiej na świecie, w którejby choćby tylko błysku szczerozło¬
tego nie było... Ach, my Polacy! Dla nas to, właśnie dla nas, choć
nie myśląc o nas, ukuł jakiś mędrzec aforyzm głoszący, że jeżeliby
nos Kleopatry był odrobinę krótszy — inaczej by dziś świat wyglądał.
Tak się też rzecz ma ze staroświeckością. Ach, co za
słaroświecczyzna! Cóż za przestarzałość! Któż będzie się w tem grze¬
bał? Jakiż człowiek współczesny wytrzyma w takiej atmosferze? To
przecie jakby kogo trzymano przy dwuch świecach woskowych w ja¬
kimś od Bóg wie kiedy, może nigdy nie przewietrzanym prababecznym
alkierzu! A jednak — cóż to jest staroświeckość? Staroświeckość!
Odwracając się od niej ze wzruszeniem ramion, wypadłoby wyrzec
się w czambuł wszystkiego, co wydała ludzkość w ciągu całych wie¬
ków swego istnienia. Staroświeckość!.. Tylko „starzy” Grecy i „starzy”
Rzymianie pozostali wiekuiście młodymi. Wszystka reszta na Bożym
świecie powlekła się przecie i nie przestaje powlekać się stopniowo —
staroświeckością.
Może nie tak?
*
Dziś gdy mamy przed sobą całokształt wydanej książki i mo¬
żemy wszystkie jej linje architektoniczne objąć jakby z lotu ptakay
\
		

/Magazyn_102_06_230_0001.djvu

			— 225 —
widzimy jasno jak książka podnosi się wciąż i podnosi nieprzerwanie,
aby wreszcie dosięgnąć najwyższej swojej, by tak rzec, ideowej plat¬
formy.
I ten właśnie zasadniczy kierunek wzwyż stanowi książki całej:
nieprzemijającą wartość, dokumentową doniosłość i mocną rację bytu
jej zuydania.
Widzimy jak Pierzchałowie Umiastowscy lub, jak pisali się sta¬
rodawnie jeszcze przed ukazaniem się na Ziemi Oszmiańskiej, z Kli-
mont Nandelstaedt Umiastowscy, kładli najpierw, zarządzając skrzęt¬
nie, zapobieglizuie a pracowicie swoją ziemską fortuną: mocne funda¬
menty pod niezależny dobrobyt poczytując to za pierwszy obowiązek
społeczny. Słusznie i sprawiedliwie. Była to praca u podstaw—twarda
i mądra. Z proletarjackiego bowiem pauperyzmu cóż może dla kraju
urosnąć? Chyba doktrynerskie możnowładztwo ludu zagarnięte pod
najokrutniejszy i najfatalniejszy terror przez szołdrów i aferzystów
z pod ciemnej gwiazdy — jak to o miedzę w teraźniejszej Rosji So¬
wieckiej widzimy.
Oglądamy dalej nieustanny rozrost ziemskiej fortuny Umiastow-
skich uwieńczony pełnym jej rozkwitem. Spokojnie, bez wstrząsów,
w ciągu długich lat przechodzi ona tradycyjnym obywatelskim oby¬
czajem z pokolenia do pokolenia dziedziców i dziedziczek... toczy się...
jest w normalnym ruchu zwykłej ewolucji wszechrzeczy i spraw na
ziemskim padole. Aż wreszcie staje — na martwym punkcie.
Dziedzic na Zemłosławszczyźnie i mnogich włościach, któremu
Bóg poskąpił bezpośredniego spadkobiercy i po mieczu i po kądzieli,
kładzie się na sen wiekuisty w kryptę grobową Subotnickiego kościo¬
ła—zdążywszy wszelako złożyć całe brzemię ziemskiej swej fortuny
i niepodzielną odpowiedzialność za jej losy: żonie, co dzieliła z nim
nietylko wielkopańskie wśród społeczeństwa stanowisko — lecz i myśl
każdą. Ją też ostatni dziedzic Zemłosławia wtajemniczył z bezgra-
nicznem zaufaniem w zamiary swoje i plany.
I ziemska fortuna Umiastowskich ruszyła z martwego punktu
i znowu zaczęła iść wzwyż.
Skołatana przez bezprzykładne klęski wojenne, co się na kraj
nasz waliły, tudzież przez różne inne przeciwieństwa losu, ratowana
bez wytchnienia przez margrabinę Umiastowską, która wszelako uszczu¬
planiu się jej już zapobiedz nie mogła, zbliżała się Zemłosławszczyzna
do ostatniego etapu dziejów swoich, do ideowego apogeum służby
i ofiarności obywatelskiej.
		

/Magazyn_102_06_231_0001.djvu

			— 226 —
Rozłożona przez margrabinę Umiastowską na mądrze pomyślane
fundacje społeczne, zasilane ponadto dotacjami pieniężnemi niepospo¬
licie hojnemi, których rozmiary nie dadzą się dziś jeszcze w ścisłe
ująć cyfry, ziemska fortuna Umiastowskich, stanowiąca jeszcze po¬
tężny „szmat ziemi”, dosięga szczytu swych przeznaczeń i, oderwana
od wszelkich (choćby tylko domniemanych) egoizmów własności pry¬
watnej, od wszelkiej prywaty—kładzie się, w oczach naszych, jak wy¬
razić się wolno bez krzty patosu: NA OŁTARZU OJCZYZNY.
I oto jest niepowszedniej książki niniejszej: kwintesencja, cyrkuł
jej obiegu, równego i konsekwentnego jak wskazówek zegara — i morał•
*
A margrabina Umiastowska? Czyliżby ona, dobrowolna szaf arka
dorobku całych pokoleń, miała wśród mogił i grobowców, które dziś
już ją tylko otaczają, zostać z pustemi rękami? Ona, której głęboki
pietyzm dla „swoich nieboszczyków" widnieje z tylu kart książki ni¬
niejszej, co tych „swoich nieboszczyków” najdroższych stała się jakby
pogrobową opiekunką, strażniczką pamięci o nich, aby nie wygasło
ich dobre imię, aby go żadna nawet najdrobniejsza skaza nie drasnęła?
Parabolicznie wypadnie mi mówić, lecz sądzę — zrozumiale.
Z gimnazjalnych jeszcze moich czasów pozostał mi w pamięci
dwuwiersz łaciński wplątany w komentarz do którejś z mów Cycerona.
Śmieszne! Bywa, że jakaś głupia cytata przyplącze się na całe życie...
Oto dziś jeszcze mogę przytoczyć, z pamięci, ręczę, że najwierniej,
dwuwiersz starego Enniusza pisany w archaicznej, przedpotopowej ła¬
cinie o cudackich zwrotach, wyszłych dawno temu całkowicie z obiegu.
Nemo me tacrumis decoreł, neque funera fletu
Fnxii. Cur? Voliło vivos per ora virum.
Gdy kiedyś umrę — brzemią te prastare dwa heksametry w wol¬
nej transpozycji polskiej — niech mnie nikt nie zaszczyca łzami i pła¬
czki niech nie zawodzą. Dlaczego?—spytacie. Bo imię moje nie zej¬
dzie z ust i z pamięci ludzi.
A u Horacego znajdziemy — oczywiście w niezrównanej, najpięk¬
niejszej mowie, jaka kiedykolwiek była ludzką mową — trzy lapidarne
wyrazy jakby złotemi literami wrąbane w marmur: „NON OMNIS
MORIAR”. Wszystek nie zczeznę.
Dałby Bóg aby każdy z nas mógł to o sobie powiedzieć!
CZESŁAW JANKOWSKI
		

/Magazyn_102_06_232_0001.djvu

			SPIS RZECZY
WSTĘPNE SŁOWO CZ. JANKOWSKIEGO	5
PIERZCHAŁÓW-UMIASTOWSKICH RODOWÓD	9
KLEWICA 1 JEJ DZIEJE	15
Pierwszy dziedzic Klewicy, Jakób Umiastowski	17
Marszałkowa Anna	20
Klewica w posiadaniu Alberta Umiastowskiego	23
BERDOWSZCZYZNA W DZIEDZICTWIE UMIASTOWSKICH	25
ŻEMŁOSŁAW	31
Pierwsi dziedzice Zemłosławia	33
Pan chorąży	36
Zemłosław w dziedzictwie Kazimierza i Józefy Umiastowskich .... 39
Konwaliszki wchodzą w skład ziemskiej fortuny Umiastowskich ... 46
Marszałkowa Józefa	49
Władysław hr. Umiastowski 		 ..... 51
Z KSIĘGI WSPOMNIEŃ	65
Hrabia Jan-Adam Ostroróg-Sadowski 		67
Hrabina Aleksandra Janina Ostroróg-Sadowska	75
Hrabiostwo Władysław i Janina Umiastowscy w Zemłosławiu ... . . . 91
ZIEMSKA FORTUNA WŁADYSAWA HR. UMIASTOWSKIEGO . . . . .121
W Wileńszczyźnie i Mińszczyźnie	123
Rockiszki . . . . *	126
Puziniewicze	128
Rajce 		131
Koszelew	132
Niańków	136
MARGRABINA UMIASTOWSKA	137
MONSIGNOR SKIRMUNT	187
KOŚCIÓŁ I DOM POLSKI W RZYMIE	193
FUNDACJE SPOŁECZNE MARGRABINY UMIASTOWSKIEJ	207
Fundacja Zemłosławska	209
Kazimierzowo	220
Konwaliszki	221
Klewica	221
EPILOGOS . 		223
		

/Magazyn_102_06_235_0001.djvu

			Biblioteka Główna UMK
300047472790
		

/Magazyn_102_06_237_0001.djvu

			Biblioteka Główna UMK
300047472790