/Czasopisma_185_15_129_0001.djvu

			NA ANTENIE
Rok XV	AUDYCJE ROZGŁOŚNI POLSKIEJ RADIA WOLNA EUROPA Nr 174
Pod redakcją PAWŁA ZAREMBY i ALINY GRABOWSKIEJ
W numerze między innymi:
Polski wrzesień — Podszewka agrarnego manewru —
Styl propagandy partyjnej — Wywiad z kard. Cooke‘m po
wizycie w Polsce — Strajk w Pabianicach — Jak się zacho¬
wali panowie dziennikarze — Krytyka eurokomunizmu w
Moskwie i Warszawie — Polscy komuniści w 1920 r. — Sto¬
sunki na granicy sowiecko-chińskiej — Problem bomby
neutronowej — Stosunek milicji do obywateli — Sklepy „ko¬
mercjalne".
AKTUALNE ZAGADNIENIA
DYWERSJI IDEOLOGICZNEJ
(MnerM p«iwmoj na MWmii POf, ufttU
Broszury „do użytku wewnętrznego” Wydziału Pracy Ideowo-Wychowawczej KC
Orzeł Biały — Na Antenie, październik 1977
13
		

/Czasopisma_185_15_130_0001.djvu

			ANDRZEJ POMIAN
POLSKI WRZESIEŃ
Społeczeństwo polskie zdawało sobie sprawę z wiszącego
nad nim niebezpieczeństwa wojny już od wiosny 1939 roku,
kiedy to 21 marca Hitler zażądał od Rzeczypospolitej ustępstw
terytorialnych nie do przyjęcia, a gdy je rząd polski od¬
rzucił, zerwał 28 kwietnia pakt nieagresji.
Mieliśmy jednak nadzieję, że propolska postawa Francji
i Anglii zdoła groźbę tę odwrócić. Toteż najazd niemiecki
rozpoczęty 1 września o godzinie 4.45 rano — stanowił dla
nas ogromny wstrząs. Oto znów spadła na Polskę straszliwa
wojna. Nim Polacy zdążyli się dobrze otrząsnąć ze skut¬
ków 123 lat niewoli i zniszczeń spowodowanych przez 1.
wojnę światową, a następnie przez najazd bolszewicki 1920
roku.
Nowoczesne organizmy państwowe, polityczne, społeczne
i gospodarcze dojrzewały w XIX wieku, kiedy naród polski
rozdarty pomiędzy trzech zaborców nie był panem własnych
losów. Gdy w 1918 roku Rzeczpospolita powstała znów do
niepodległego bytu, nie miała ani dostatecznych kadr urzęd¬
niczych, ani należytego doświadczenia politycznego, ani go¬
spodarki przygotowanej do samodzielnego funkcjonowania.
Trzeba było zaimprowizować cały aparat państwowy i wśród
ogromnych trudności gospodarczych, pogłębionych kryzysem
światowym, scalać żmudnie trzy zabory, z których każdy
Żył przedtem w całkiem odmiennych warunkach od pozo¬
stałych. 20 lat niepodległości — to był okres za krótki, aby
podołać w pełni olbrzymim stojącym przed nami zadaniom.
Przyjęliśmy więc najazd niemiecki z ciężkim sercem, lecz
zarazem z ogromną determinacją obrony niepodległości. Nie
byliśmy jednak psychicznie przygotowani na to, co się stało.
Polska napadnięta najpierw przez Niemców, a następnie
przez Związek Sowiecki, broniła się przez 35 dni. Od 1
września do 5 października — siedem razy dłużej niż potem
Holandia, cztery razy dłużej niż Belgia, przeszło dwa razy
dłużej niż Jugosławia, o pięć dni z grubsza dłużej niż
Francja, jedna z czołowych ówczesnych potęg wojskowych
Europy.
Społeczeństwo polskie zrozumiało to jednak dopiero póź¬
niej, we wrześniu 1939 roku widziało jedynie czołgi nie¬
mieckie prące stałe naprzód. Niebo opanowane całkowicie
przez wrogie samoloty. Potworne straty na każdym kroku,
zadawane — jak się zdawało — prawie bezkarnie. Widziało
też rozpaczliwą, twardą obronę, ale tylko w odosobnionych
ośrodkach oporu, takich jak Westerplatte, Gdynia, Oksywie,
Warszawa, Modlin, Hel.
Ówczesny rząd ze zrozumiałych zresztą powodów taił
prawdę o olbrzymiej przewadze Niemców. Gdy więc 5 paź¬
dziernika ostatni bój regularny dobiegł końca pod Kockiem,
naród polski nie mógł pogodzić się z przegraną kampanią,
a zwłaszcza ze stylem przegranej.
Społeczeństwo było przekonane, że dowództwo polskie za¬
wiodło, wskutek czego żołnierz nie mógł dać z siebie wszyst¬
kiego, do czego był zdolny. Tymczasem naród czuł w sobie
moc duchową do dalszej walki. Nie uwierzył ani przez chwi¬
lę, nawet później, gdy padła Francja, aby Trzecia Rzesza
mogła wygrać wojnę. Nie mając dalszej możności zmagać
się otwarcie w polu, przeszedł do walki podziemnej i wrzał
chęcią dowiedzenia swej mocy, zmazania tego, co odczuwał
jako hańbę zbyt wielkiej przegranej. Z tego przekonania
0	konieczności walki o niepodległość w miarę całych sił
narodu i poczucia niezawinionej przez naród jako całość
klęski — miało się zrodzić 5 lat później — Powstanie War¬
szawskie.
Czy Polska mogła była uniknąć wojny przy ówczesnym
układzie sił w Europie? Nie mogła. Jak dowiodła tajna zmo¬
wa niemiecko-sowiecka z 23 sierpnia 1939 roku — naród
polski, jak sam zresztą oceniał, żył pomiędzy dwoma znacz¬
nie silniejszymi od niego wrogami.
Z żadnym z nich nie mógł ułożyć prawdziwie trwałych,
pokojowych stosunków. Trzecia Rzesza proponowała Polsce
wspólny marsz przeciwko Związkowi Sowieckiemu. Rzecz¬
pospolita nie mogła jednak zgodzić się na sojusz z takim
państwem — jak hitlerowskie Niemcy. Sojusz ten zresztą —
jak obawiano się — a jak tego dowiódł następnie przykład
Węgier, Włoch, Słowacji, oznaczałby z czasem całkowite
podporządkowanie znacznie słabszej Polski potężniejszej Rze¬
szy, faktyczną utratę niepodległości, a ponadto oderwanie
zachodniej części kraju. Z drugiej strony — Rzeczpospolita
nie mogła się zgodzić na ewentualny przemarsz Armii Czer¬
wonej przez nasze ziemie. Wiedziała bowiem dobrze, co
potwierdziły późniejsze wypadki, że Związek Sowiecki nigdy
by z nich dobrowolnie nie ustąpił. Mogliśmy zatem jedynie
starać się zachować równowagę pomiędzy Niemcami a Ro¬
sją, co czyniliśmy; wzmocnić, a przynajmniej utrzymać przy¬
mierze z Francją i zdobyć nowych sprzymierzeńców na Za¬
chodzie — jak to się stało, gdy W. Brytania udzieliła naj¬
pierw Polsce gwarancji, a następnie zawarła z nią sojusz.
Dzięki temu napaść niemiecka na Polskę dała początek 2.
wojnie światowej, podczas której sprawa polska była prob¬
lemem międzynarodowym, a nie targiem niemiecko-sowiec-
kim o nasze ziemie.
Czy mogliśmy byli wygrać kampanię wrześniową? Trzecia
Rzesza tylko tą częścią sił zbrojnych, których przeciwko nam
użyła, górowała nad wojskiem polskim ogromnie siłą ognio¬
wą i ruchliwością oraz dwukrotnie w ludziach, pięciokrotnie
w lotnictwie, ośmiokrotnie w broni pancernej. Ponadto ini¬
cjatywa ataku i oskrzydlenie strategiczne Polski od północy
1	południa — dawały Niemcom dodatkową wielką przewagę.
Sytuacja przedstawiałaby się jednak inaczej, gdyby Fran¬
cja rozpoczęła ofensywę na Zachodzie najpóźniej 17 wrze¬
śnia — jak była przyrzekła.
Niemcy rzuciły przeciwko Polsce swe siły główne, w tym
wszystkie jednostki szybkie, pozostawiając na pograniczu
przyfrancuskim tylko oddziały osłonowe. Uderzenie francu¬
skie zmusiłoby Berlin do wycofania z Polski znacznej części
jednostek bojowych, co mogłoby nam pozwolić na zorga¬
nizowanie i utrzymanie linii obrony. Wojna na dwa fronty
mogłaby się skończyć w 1939 roku klęską Niemiec. Hitler
miał co prawda tajnego sojusznika, Związek Sowiecki, ale
Moskwa prowadziła swoją własną grę. Uderzyła na Polskę
17 września, właśnie tego dnia, gdy ofensywa francuska po¬
ił
Orzeł Biały — Na Antenie, październik 1977
		

/Czasopisma_185_15_131_0001.djvu

			PODSZWEKA AGRARNEGO MANEWRU
Głośno jest w PRL o „manewrze gospodarczym". Ma on
sprawić, żeby by to lepiej niż dotychczas pod względem eko¬
nomicznym, ale żeby równocześnie partia nie musiała się
przyznawać, że źle jest z powodu błędnego planowania i
niesłusznych Założeń, uchwalonych na VI i VII zjeździe
PZPR. Nie zmienia się więc niby planu, ani ogólnych za¬
łożeń, przeciwnie — chwali się je, twierdząc, że tylko ...
akcenty nieco inaczej się rozłoży. Na przykład w inwesty¬
cjach, w budownictwie mieszkaniowym, w produkcji! na
zaopatrzenie rynku, w traktowaniu rzemiosła itd.
Jest także taki manewr agrarny: ile razy mówi się o po¬
lityce rolnej PZPR, chwali się ją, że zdała w pełni egza¬
min, co więcej — cieszy się ogólnym poparciem. A po¬
tem ... o nieco innym rozłożeniu akcentów. Najbardziej
na czoło wysuwaną sprawą jest tu polityka gruntowa. O
niej mówiły uchwały kilku kolejnych plenów, na jej te¬
mat wypowiadali się wielokrotnie Gierek i Jaroszewicz, de¬
batował Sejm. Nie przyznając się więc do tego, że polityka
przyspieszonej socjalizacji rolnictwa, forsowana zwłaszcza od
XV plenum w 1974 r., zaaprobowana przez VII zjazd, znie¬
chęciła chłopów do produkcji (co znalazło gwałtowny wy¬
raz w katastrofie hodowlanej) — partia oświadczyła, że
..nadal" będzie popierać wszystkie sektory w rolnictwie, a
więc i gospodarstwa indywidualne, które będą miały zie¬
lone światło, będą wspomagane przez państwo, nie będą
dyskryminowane, a między innymi będą mogły nabywać
grunty PFZ. Oczywiście, każdy wie, że słowo „nadal" ab¬
solutnie tu nie pasuje, bo dotychczas było przeaiwnie. Po¬
woływanie się więc na niezmienność owej „słusznej" poli¬
tyki agrarnej, zaaprobowanej przez VII zjazd — to tylko
dialektyczna frazeologia. Każdy wie, że partia po prostu
n'ie jest zdolna do przyznania się do błędów. Wiedzą to i
chłopi. Ale machnęliby na tę partyjną słabość ręką. gdyby
mogiii liczyć na to, co w nowych zapowiedziach jest istotne.
Że oto teraz będą mogli kupować grunty PFZ, że nikit im
nie będzie stawiał przeszkód w powiększaniu gospodarstw,
że będą otrzymywać odpowiednią pomoc. Dość było „od¬
górnych" wypowiedzi, że jeśli dotychczas tu i tam było pod
tym względem nie najlepiej, to tylko z winy władz tereno-
winna się była rozpocząć, lecz nie rozpoczęła. Atak so¬
wiecki na tyły wojsk polskich odwiódł ostatecznie Paryż od
wszelkich zamiarów natarcia i przesądził losy kampanii wrze-
śniowej. Źródłem naszej przegranej była zmowa i napaść
niemiecko-sowiecka. Ale bierność Zachodu odegrała również
szkodliwą rolę. Czas, a zwłaszcza lepsza znajomość faktów
zmienia perspektywy i oceny. Kampania wrześniowa z nie¬
wybaczalnej klęski stała się w naszych oczach przede wszyst¬
kim przykładem niezwykłego bohaterstwa żołnierza polskiego
w obronie niepodległości i wolności. Początkiem długich
zmagań, które nie przyniosły nam wprawdzie takiego zwy¬
cięstwa, jakiego pragnęliśmy, lecz mimo to stworzyły wa¬
runki przetrwania do lepszego czasu.
Andrzej Pomian
wych, które nie w pełni rozumiały zamierzenia partii. Ale
teraz już będą rozumiały! Krytykowano naczelników za
przekazywanie ich ziemi PFZ wyłącznie do sektora socja¬
listycznego, mówiono o „odwróceniu zagadnienia". W
„Pionie' pisano nawet, ze SKR-y „przejn "ją ziemię, jeśli
nie biorą jej chłopi". A Więc że dotychczasowe zasady są
odwrócone, chłopi już nie będą dyskryminowani, nie będą
trzymani; na samym końcu listy w polityce gruntowej. Mó¬
wiono też, że tryb nabywania nieruchomości PFZ przez chło¬
pów będzie uproszczony, że wiadze gminne i banki spół¬
dzielcze wyjdą chłopom naprzeciw. Słowem — zielone świat¬
ło, chłopi mogą być pewni przyszłości, rozwojowi rolnic¬
twa indywidualnego nic już nie będzie stać na przeszkodzie.
Tak mówiono po IV plenum, ale w polityce gruntowej
nic się jednak nie zmieniło. Nastąpiło V plenum, i nic, i po¬
lem VI plenum, całkiem zasadnicze, i dalej nic. Wciąż mó¬
wiono to samo, zachęcano chłopów do inwestycji i pracy,
podkreślano możliwość powiększania gospodarstw indywi¬
dualnych. ale przełomu w polityce gruntowej jak nie było,
tak nie ma. W pół roku po VI plenum okazuje się, że w
wielu województwach nawet jeszcze nie przystąpiono do
sprzedaży ziemi chłopom, choć reflektantów jest bardzo
dużo. Ziemię przeznacza się. tak jak było dotychczas, prze¬
de wszystkim dla sektora socjalistycznego. W innych wo¬
jewództwach sprzedaż gruntów PFZ ch'opom ogranicza się
do zupełnie minimalnych obszarów. W niektórych woje¬
wództwach „zapomniano" wstawić do planów rozwoju gmin
rubrykę „sprzedaż ziemi rolnikom indywidualnym" i dla¬
tego nie było tej sprzedaży. Obiecywano uaktualnić te pla¬
ny, dokonać ich korekty. Ale jak się raz po raz okazuje,
trudne do skorygowania są te plany. Rząd omawia na przy¬
kład na swych posiedzeniach „przebieg realizacji programu
gospodarki ziemią", opierając się na planach „opracowanych
na przełomie lat 1975-76“. A właśnie te plany były głów¬
nym powodem zniechęcenia chłopów, one przecież były fak¬
tycznie zdezawuowane przez IV, V i VI plenum!
Sytuacja jest więc taka, że chłopi nadal natrafiają na
trudności nie do pokonania w powiększaniu obszaru go¬
spodarstw. Tylko uznani za „rolników rozwojowych" otrzy¬
mują poparcie, zarówno w przydziałach środków produkcji,
jak ;i w możliwościach dokupienia ziemi. Dotyczy to więc
niewielu „wybranych", gospodarstw specjalistycznych albo
zespołów rolników. Inni, choćby dobrze gospodarzyli i mieli
wszelkie warunki rozwoju, są przez władze pomijani.
Oto przykład — jeden z tysięcy. Młody chłop, Ryszard
Rąbkowski, przejął po starym, schorowanym ojcu podupad¬
łe gospodarstwo i ciężkim wysiłkiem postawił je na nogi.
I oto stoi przed problemem: co dalej? Bo do dalszego roz¬
woju potrzebna mu pomoc, taka jaką normalnie każdy rol¬
nik powinien od każdego państwa otrzymać. Zwrócił się
do urzędu gminy z podaniem o przyznanie mu talonu na
kupno ciągnika. Zwrócił Się o pożyczkę. Odmówiono. Jego
gospodarstwo nie jest „rozwojowe".
Tysiące podań chłopskich o ziemię z takich samych po-
(Dokończenie na str. 16)
Orzeł Biały — Na Antenie, październik 1977
15
		

/Czasopisma_185_15_132_0001.djvu

			ARCYBISKUP NOWEGO JORKU O POLSCE
Po powrocie z siedmiodniowej wizyty w Polsce, kardynał
Cooke udzielił wywiadu wydawcy „Nowego Dziennika", po¬
lonijnej gazety, wychodzącej w Nowym Jorku, Bolesławowi
Wierzbiańskiemu. Oto treść tego wywiadu.
Arcybiskup Nowego Jorku rozpoczął wywiad od słów po¬
witania wypowiedzianych po polsku: „Dzień dobry, szczęść
Boże i mech będzie 'pochwalony Jezus Chrystus". Słów tych
nauczył się podczas pobytu w Polsce.
Dokądkolwiek przybył, witały go entuzjastyczne tłumy,
choć trasa podróży n.ie została oficjalnie podana do wiado¬
mości. Oczywiste było, że dla Polaków wizyta arcybiskupa
Nowego Jorku miała szczególne znaczenie, co zauważył.
Podczas powitania na lotnisku w Warszawie kardynał po¬
wiedział:
Przywożę wam pozdrowienia, wyrazy miłości i podziwu
od amerykańskiej Polonii i od całego narodu amerykańskie¬
go. Stoję dzisiaj na polskiej ziemi, o czym od dawna ma¬
rzyłem i cieszę się z tego, tak jak radowali się Polacy przy¬
bywający na ziemię amerykańską. Polacy przynieśli swą
szczerą wiarę do Stanów Zjednoczonych. Wszyscy kocha¬
my Matkę Bożą, Królową Korony Polskiej. Wdzięczny jes¬
tem Bogu i Matce Boskiej, iż mogłem przyjechać tutaj i
dziękuję polskiej Hierarchii i wam wszystkim za możność
spotkania się z wami i dzielenia z wami wiary, którą po¬
siadacie, pomimo przeciwności i cierpień, jakie spadały na
was przez stulecia. Podczas mego krótkiego pobytu w wa¬
szym kraju chcę się modlić z wami, aby Bóg czuwał nad
Polską.
Przed wyjazdem do Polski kardynał określił swą podróż
jako pielgrzymkę, podczas której chce się modlić wspólnie
z Polakami, aile będąc w Polsce uświadomił sobie, że jego
wizyta jest dla Polaków również dowodem solidarności
(Dokończenie ze str. 15)
wodów się odrzuca. A równocześnie, tam gdzie ziemię po
staremu przeznacza się tylko do sekitora socjalistycznego,
twierdzi się, że chłopi nie wykazują zainteresowania powięk¬
szaniem gospodarstw. Podobnie z jednej strony przeznacza
się wielkie środki finansowe na kredyty dla chłopów po¬
większających gospodarstwa, a z drugiej — bank gospodar¬
ki żywnościowej udziela tych kredytów tylko wybranym, a
o n.ie-wybranych mówi, że „nie mają koncepcji nowoczesne¬
go gospodarzenia".
W tych warunkach trudno mówić nie tylko o przełomie,
ale nawet o niewielkim postępie w gospodarce ziiemią. Za
słowami nie idą czyny. Przy takiej jak obecnie polityce grun¬
towej — partia rzeczywiście może twierdzić, że nie zmie¬
niła założeń, uchwalonych na siódmym zjeździe. Ale w
tym kontekście słowo „manewr" nabiera charakterystycznego
znaczenia. Że oto władze tak manewrują, żeby sprawić
na opinii publicznej wrażenie pomocy dla chłopów indywi¬
dualnych, podczas gdy dają ją tylko nielicznym wybranym,
ogromnej większości przeznaczając drogę nie rozwoju, lecz
zaniku w interesie socjalizacji. Ale czy taka polityka może
istotnie dać korzystne zmiany w rolnictwie jako całości, czy
przyczyni snę do poprawy zaopatrzenia kraju w żywność?
Marek Celt
Ameryki z polskim narodem. Do tego aspektu siwej podró¬
ży kardynał nawiązał w wywiadzie kilkakrotnie. Zaznaczył
też, iż fakt że w jego nowojorskiej diecezji oraz w całych
Stanach Zjednoczonych żyją miliony Polaków, nadał jego
podróży znaczenie swego rodzaju misji.
W Warszawie arcybiskup Nowego Jorku spotkał się z Pry¬
masem Polski i innymi przedstawicielami Episkopatu. Kar¬
dynał Cooke mówi:
Zastałem Prymasa w dobrym zdrowiu, pełnego siły fi¬
zycznej i mocy duchowej. Jestem w pełni zorientowany w
sytuacji Kościoła i religii w Polsce, w szczegółach walki o
nauczanie religii i w trudnościach, jakie są udziałem Polaków.
Zauważyłem, jak pełna jest identyfikacja patriotyzmu i re-
ligii w narodzie polskim i jaka stąd płynie siła.
Po zwiedzeniu Warszawy kardynał był pełen podziwu dla
odbudowy zniszczonej w czasie wojny stolicy. Z Warszawy
udał się do Niepokalanowa, aby znaleźć się w cela, w któ¬
rej mieszkał błogosławiony Maksymilian Kolbe. Kardynał
ma dla niego specjalny pietyzm. Ojciec Kolbe — mówi —
jest świętym naszych czasów, symbolem poświęcenia się dla
innych.
Wizyta kardynała w Szczecinie, Kamieniu, Koszalinie i
Kołobrzegu okazała się niezwykle interesująca. Zarówno ar¬
cybiskup Nowego Jorku jak i obecny w czasie wywiadu prałat
Lawrence Kennedy, który towarzyszył kardynałowi w podró¬
ży do Polski, podkreślają odbudowanie tych terenów ze
zniszczeń wojennych, dokonane przez Polaków. Witając w
Koszalinie zebranych kardynał wykazał dużą znajomość his¬
torii odwiedzanego przez siebie kraju. Mówiąc o chrzcie
Polski i Mieszku Pierwszym dodał:
Wówczas ochrzczono zaledwie kilkuset członków najbliż¬
szego otoczenia księcia. Dzisiaj woda chrztu obmywa 30 mi¬
lionów Polaków. Dzięki opiece Boskiej źródła tej wody nigdy
w Polsce nie wyschną.
W Kołobrzegu kardynał mówił o triumfach a także ostat¬
nich cierpieniach, zmaganiach li troskach narodu polskiego,
wspominając o powrocie do Polski po wiekach, jej starych
ziem, kardynał wyraził podziękę dla Papieża, który ustano¬
wił na tych ziemiach polską administrację kościelną.
Głębokie wrażenie wywarł na arcybiskupie Nowego Jorku
pobyt w Częstochowie, która była następnym etapem podró¬
ży. O swej pielgrzymce na Jasną Górę opowiada z entu¬
zjazmem:
Patrząc na tysiące ludzi — nie mogłem oczom uwierzyć.
Były to niezliczone tłumy, które przybyły z całego kraju,
przyjechali też pielgrzymi z Węgier i Czechosłowacji, prze¬
ważali ludzie młodzi i w sile wieku. Przychodzili do mnie,
zasypali nas kwiatami. Zdaję sobie sprawę, że moja obec¬
ność w Częstochowie, duchowej stolicy Polski, była dla Po¬
laków znakiem* że nie są zapomniani przez resztę świata i
Stany Zjednoczone.
Odprawienie mszy św. przed cudownym obrazem Matki
Boskiej stało się dla kardynała wielkim przeżycliem, mówi
o nim ze wzruszeniem. Przytacza jednocześnie słowa, jakich
użył w swoim kazaniu wygłoszonym w obecności kardyna¬
łów Wyszyńskiego i Wojtyły, biskupów, zakonników, księ¬
ży' i pielgrzymów:
16
Orzeł Biały — Na Antenie, październik 1977
		

/Czasopisma_185_15_133_0001.djvu

			Uznaliście Marię za Królową i Matkę. Jej rządy w Pol¬
sce trwają królewskie i cierniowe, ale kraj wasz nigdy nie
utracił siły, aby się odrodzić, powstać i iść naprzód. Wzy¬
wam was, byście następnym pokoleniom przekazali ducho¬
we bogactwo, które zawsze posiadaliście: wiarę, niezłomne¬
go ducha, uczciwość, gotowość do poświęceń, wolę przetrwa¬
nia i niezniszczalną nadzieję. Jest to bogactwo tysiąca lat
waszej kultury i chrześcijaństwa.
Po zwiedzeniu byłego obozu koncentracyjnego w Oświę¬
cimiu i miejsca kaźni Ojca Maksymiliana Kolbe, arcybis¬
kup Nowego Jorku udał się do Krakowa. Rołę gospodarza
pełni i w Krakowie kardynał Karol Wojtyła, o którym kar¬
dynał Cooke mówił, iż jest zawsze czynnym, mądrym i peł¬
nym osobistego uroku duszpasterzem.
Kraków ujął kardynała Cooke‘a bogactwem zabytków i tra¬
dycji, a także nastrojem panującym wśród mieszkańców.
Kiedy odprawiał mszę św. w kościele Marilackitn, mury
świiątyni pękały od wiernych. Przybyło kilka tystięcy ludzii.
Wiem — powiedział w kazaniu 'kardynał — ze Kraków
jest największym, żywym polskim muzeum, skarbnicą na¬
rodowej kultury, historii, nauki i sztuki. Wymieniając ołtarz
Wiiita Stwosza, zaznaczył, że powstał on w tym samym okre¬
sie czasu, w którym została odkryta Ameryka.
Kardynał Cooke i prałat Kennedy z przejęciem opowia¬
dają o Krakowie i jego mieszkańcach, o tym jak po nabo¬
żeństwie tłum nie rozszedł się, ale rósł. Tysiące ludzii wy¬
pełniły Rynek li wznosiły okrzyki1 na cześć Stanów Zjedno¬
czonych i Polski i śpiewały „Sto lat!“. Obaj amerykańscy
goście zapamiętali, słowa pieśnli. Wyszliśmy z kardynałem
Wojtyłą na balkon ■— opowiada arcybiskup Nowego Jarku
—	entuzjazm był ogromny. Odpowiedziałem okrzykiem —
„Niech żyje Polska!". Nigdy nie zapomnę mego pobytu \v
Krakowie i mszy odprawionej w kościele Mariackim.
Kardynał Cooke zwiedził również Uniwersytet Jagielloń¬
ski, który wydał takich świętych jak Jan Kanty i uczonych
na miarę Mikołaja Kopernika. Duże wrażenie wywarł na
kardynale kośdiół w Nowej Hucie zbudowany w kształcie
statku. Jest jakby bezpieczną łodzią — mówi — Bożym
schronieniem. Dodaje przy tym, iż po zobaczeniu w Polsce
tylu zabytków historycznych i kulturalnych, rozumie teraz
lepiej dumę amerykańskiej Polonii z jej narodowego dzie¬
dzictwa.
Podsumowując wizytę w Polsce kardynał mówi:
Wywiozłem z mej pasterskiej podróży podziw dla wspa¬
niałego polskiego narodu. Jego tętniąca życiem wiara stała
się dla mnie natchnieniem. Nie wątpię, że Matka Boża
opiekuje się Polską i widzę w tym nadzieję na przyszłość.
Wywiozłem z Polski przekonanie, że patriotyzm i wiara Po¬
laków wiążą się ze sobą nierozerwalnie w cierpieniu i ra¬
dości a także w aspiracjach i dążeniach do realizacji praw
człowieka, sprawiedliwości i pokoju. Wielkie wrażenie zro¬
biły na mnie — kontynuuje kardynał — silne w Polsce wię¬
zy rodzinne i otwartość i życzliwość młodzieży. Będę zaw¬
sze pamiętał twarze młodych chłopców i dziewcząt pol¬
skich. Ich entuzjazm jest przemożny, ich przywiązanie do
religii i chęć walki o jej nauczanie a także pragnienie wie¬
dzy są widoczne na każdym kroku. Podziwiam wielkie dzie¬
dzictwo historyczne i kulturalne Polaków. Mam nadzieję
że przyszłość da im dostateczną ilość bodźców dla dążenia
do lepszych warunków życia, mieszkań, stopy życiowej.
Moja pielgrzymka — kończy kardynał Cooke — była nie
tylko wyrazem chęci przebywania z Polakami, ale jej celem
było też zamanifestowanie miłości nas wszystkich dla pol¬
skiego narodu, podkreślenie naszego związku i solidarnoś¬
ci z nim, w jego zmaganiach, trudnościach i radościach.
Pragnę bardzo, aby Polacy, którzy okazali mi tyle serca,
gościnności i entuzjazmu, wiedzieli o tym. Z całego serca
przekazuję im mój okrzyk z Krakowa: „Niech żyje Polska!".
Arcybiskup Nowiego Jorku podkreśla jeszcze nadzwyczaj¬
ną gościnność kardynała Wyszyńskiego i kardynała Wojtyły,
biskupów, księży i całego polskiego narodu, za którą ser¬
decznie dziękuje.
Wywiad przeprowadził Bolesław Wierzbiański
STYL PROPAGANDY PARTYJNEJ
Epokę rządów Gierka charakteryzuje oryginalny, różniący
się od innych (krajów „socjalistycznych", budzący zresztą
mieszane uczucia — iton. Od czasu pamiętnego „Pomożecie
—	pomożemy!", z różnym nasileniem w różnych okresach —
w wystąpieniach jego i w propagandzie partyjnej pojawia się
w podtekście obliczony na odzew emoajonalny nawet wśród
niechętnych reżymowi — apel nie tyle nawet o pomoc, co
o zrozumienie. Daje się dyskretnie społeczeństwu odczuć,
że nawet jeśli z wieloma rzeczami się nie zgadza — nie
ma na to rady, jak nie ma dla Polski innej drogi niż ta,
na którą wepchnęła ją historia. Jest to innymi słowy sła¬
wetny argument „geopolityczny".
Szczerze, czy też fałszywie nadłamanym głosem publicyści
partyjni — ze zręcznością zależną od lilndywidualnych uzdol¬
nień — podsuwają od czasu do czasu myśl, że zarówno
„kierownictwo1* — jak i oni, piszący w jego imieniu — ro¬
zumieją tęsknoty i potrzeby społeczeństwa, by zaraz potem
nadać swojej argumentacji następujący bieg: wszystko to ład¬
nie, ale cóż nlie traćmy z oczu rzeczywistości w jakiej żyje¬
my, a zwłaszcza nie próbujmy niczego kwestionować. Zwie¬
rajmy szeregi dokoła przywódców, którzy wiedzą co robią.
Wszystko inne to awanturnictwo, nawet gdyby budziło sym¬
patię. Ludzie, którzy się upominają o zmiany, łudzą was
mirażami, niebezpiecznymi, a poza tym bez widoków na
urzeczywistnienie.
Parafrazuję tu tylko wersję najsubtelniejszą, stanowiącą
wspomniany właśnie na wstępie „nowy ton". Równolegle
istnieje również brutalniejsza, w tradycyjnym stylu utrzyma¬
na propaganda, ale nie chcę nią się ituitaj zająć — tylko
tą właśnie „współczującą" społeczeństwu, która swoimi „na-
prowadzeniami", niedomówieniami, dyskretnymi mrugnięcia¬
mi oka, próbuje sprawić wrażenie, że się szuka dialogu w
tym sensie przynajmniej, że oto udziela się opinii społecznej
odpowiedzi, co prawda ostrożnie spreparowanych, ale zaw¬
sze, dotyczących zagadnień rzeczywiście nurtujących i istot¬
nych.
Za przykład takiej propagandy uznać można — jeśli się
odrzuci balast sloganowo napisanych (a może również i do-
Orzeł Biały — Na Antenie, październik 1977
17
		

/Czasopisma_185_15_134_0001.djvu

			pisanych) zdań — niedawny artykuł Michała Misiornego
„Zaklinacze czasu przeszłego" w „Trybunie Ludu" z 8 sier¬
pnia br. — usiłujący przekonać czytelnika o bezcelowości
wszelkiej opozycji. Warto rozpatrzyć w szczegółach jak się
to robi.
Dlaczego zaitem, zdaniem Misiornego, opozycja w Polsce
Ludowej nie tylko nie ma widoków powodzenia, ale jakoby
łudząc marzeniami nie do spełnienia — odgrywa ujemną,
niebezpieczną nawet rolę? Zanim publicysta partyjny spró¬
buje znaleźć odpowiedź na to pytanie, nagromadzi zdania,
które brzmią tak jalkby sam ikliedyś, jeśli nie podzielał, to
w każdym razie znał i rozumiał tęsknoty wielu Polaków
w pierwszych laitach powojennych, którzy robili sobie na¬
dzieje, że Zachód im pomoże, że pozwoli wydostać się z
nowej opresji, w jakiej się znaleźli. Cóż — kiedy z czasem
doszedł do wniosku, że na przeszkodzie temu stoi twairda
rzeczywistość i że jedyna droga, która prowadzi do pewnej
przyszłośoi Polski, jest ta właśnie po której prowadzi ją
partia komunistyczna. Miisiorny pisze:
Warto .. . porozmawiać o białym koniu. Biały koń miał
się zjawić w czterdziestym piątym, lub czterdziestym szóstym
roku ... Potem miał przygalopować w okresie wojny kore¬
ańskiej i też się nie pojawił. ..
Wyszydziwszy w ten sposób rzeczywiście naiwnie wyglą¬
dające, zwłaszcza z 'perspektywy historycznej, złudzenia wie¬
lu rodaków, będące — dodajmy — normalnym odruchem
społeczeństwa, które w obliczu nowego terroru próbuje jak
może dodać sobie odwagi — publicysta partyjny lekką ręką
staWia znak równania między itamtymi nastrojami a tymi,
w jakich zrodziła się obecna opozycja demokratyczna bę¬
dąca zresztą zjawiskiem na skalę szerszą niitż Polska, Aha
wyraźnie wyczuwa się w tym co pisze: Znowu liczycie, że
ktoś wam pomoże, że się gdzieś coś ruszy? — Przecież to
tylko ciąg dalszy legendy o Małym koniu, tylko że nazywa
się to dziś (inaczej. I pisze:
Nowa nazwa brzmi: „COŚ". Coś się stanie! Kiedy? Na
wiosnę? Coś się stanie! Kiedy? Może jutro, może za mie¬
siąc. 1 tak od nowa.
To ,ji tak odnowa" stanowi rodzaj pointy ii ma z całym
naciskiem zaznaczyć, że wszelkie próby poprawy Polski Lu¬
dowej, czy się ją lubi, czy nie (a auitor przy tym nawet
szczególnie się nie upiera) — to jedno wielkie obracanie się
w błędnym kole. Nic Się nie da zrobić. Marzenia o tym,
że „coś się stanie" są czystym „irracjonalizmem" — .prze¬
strzega Miisiorny. Słowo to jest mu potrzebne i będzie jesz¬
cze powracać. Opozycja bowiem, jaiką w groteskowy sposób
maluje -publicysta pailtyjny, nabiera w jego ujęciu już nie
tyle nawet i charakteru wrogów Polski Ludowej i socjalizmu
—- bo zbyt wielu jest takich, Iktórych to wcale nie raziło —
ale przede wszystkim 'Staje się bliżej nieokreśloną, trochę
upiorną garstką marzyoieli — o których Mfeiorny pisze:
Żyją w świecie rzeczywistości wyśnionej i urojonej . . .
Albo:
Współcześni przeciwnicy socjalizmu mienią się racjonali¬
stami, w niektórych kręgach na Zachodzie przyznano im na¬
wet patenty intelektualistów. Nie oznacza to jednak, że zre¬
zygnowali z irracjonalizmu w swej agitacji politycznej, że
nie korzystają z legendy białego konia.
Takie wygrywanie z uporem ciągle w itym samym reiestrze
motywu „białego konia" li „irracjonalizmu" — ma podwójny
cel. Z jednej strony jest to podtekst: ja nawet to mogę zro¬
zumieć, kto by nie chciał żebyśmy żyli lepiej i byli gospo¬
darzami u siebie? Ale Ikto nam w tym pomoże? Może ten
Zachód, co tyle razy wystawiał nas do wiatru? I tu przy
tych fałszywie porozumiewawczych tonach obliczonych na
reakcję, że „jednak w tym coś jest" — przemyca się równo¬
legle grube fałszerstwo — jakoby opozycja, to znaczy kto
konkretnie: Komitat Obrony Robotników, Ruch Obrony
Praw Człowieka i Obywatela, profesor Lipiński, Jan Józef
Lipski, Michnik? — rzeczywiście zapowiadali jakąś wyzwo-
licielską krucjatę zachodnią! Aż się nie chce wierzyć, że
można sobie pozwolić na równie piramidalnie absurdalne
wywody.
Podobnie jest z tą „wrogością do socjalizmu" — o której
pisze Miisiorny — zakładając niewiedzę czytelnika, w czym
sam przejawia tak przezeń potępiany „irracjonalizm", albo¬
wiem w dobie rozwoju radiofonii w Polsce jest dość ludzi,
którzy dobrze wiedzą, że KOR powstał na fali Strajków
robotniczych i że wielu jego działaczy przywiązanych jest
do ideologii socjalistycznej w prawdziwym tego słowa zna¬
czeniu. Tym niedorzeczniej i nieprzyzwoiciej brzmi kolejna
insynuacja publicysty partyjnego, jakoby opozycji chodziło
o „przywrócenie kapitalizmu". Przytaczam:
Chciałoby się ich nazwać zaklinaczami czasu przeszłego
niedokonanego. Proponują bowiem powroty do formy orga¬
nizacji społeczeństwa, które były już sprawdzone (z dotktli-
wym skutkiem) na organizmie naszego kraju w latach 1918
— 1939 ...
Na jakiej podstawie opiera się to twierdzenie? Ani jeden
dokument KOR-u czy Ruchu Obrony Praw Człowieka i
Obywatela w swych zawsze rzeczowych i jak najbardziej
przystosowanych do rzeczywistości żądaniach — nie zawiera
akcentów nostalgii do czasów, kltóre zresztą istotnie można
wspominać z sentymentem, bo była (jednak Polska Niepod¬
legła, wywalczona kosztem tylu poświęceń i w której Po¬
lacy byli dobrymi czy złymi — ale zawsze, gospodarzami
u siebie.
Gorzej kiedy dla publicysty partii włączającej do swego
repertuaru propagandowego patriotyzm, 20-lecie Polski Nie¬
podległej służyć może tylko jako straszak.
Cały artykuł Misiornego w „Trybunie Ludu" zbudowany
jest na tego rodzaju insynuacjach, podanych- w „pseudo-
ludzki" i „współczujący" sposób, z takim oto bardzo „ludz¬
kim" morałem: Siedźmy cicho i wystrzegajmy się pokus i tak
będzie najlepiej. Mamy na czele ludzi, którzy wiedzą o co
chodzi i robią co mogą. Jaka by ta Polska Ludowa nie by¬
ła, nie ma innej alternatywy. Tak „łagodząco" rozmawia
niekiedy inteligentny sędzia śledczy z aresztowanym. Ale
można wąitipić czy tego rodzaju przemowy kierowane do spo¬
łeczeństwa przyczynią się do stworzenia klimatu opartego
0	pewne minimum zaufania między rządzącymi i rządzony¬
mi, o które kierownictwo zabiega.
W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy społeczeństwo wy¬
raźnie powiedziało ustami swych autentycznych rzeczników
1	przedstawicieli co myśli o tego rodzaju radach i co jego
zdaniem można i (trzeba zrobić także i w obecnych geo¬
politycznych warunkach, które bynajmniej nie usprawiedli¬
wiają niczyjej bezczynności.
Tadeusz Mieleszko
18
Orzeł Biały — Na Antenie, październik 1977
		

/Czasopisma_185_15_135_0001.djvu

			Jak się zachowali Panowie Dziennikarze
Naczelny redaktor „Trybuny Ludu“ Józef Barecki z okazji
rocznicowego festynu tej gazety udzielił wywiadu, który
braJtnie „Życie Warszawy" zatytułowało: „Dziennikarstwo
pojmujemy jaiko służbę społeczną*1.
Motyw ten, wyeksponowany w tytule, powtarza się kilka¬
krotnie w treści wywiadu. Barecki przeciwstawia sobie środki
przekazu w krajach komunistycznych i kapitalistycznych:
„Nasza prasa jest własnością społeczną, prasa burżuazyj-
na — własnością prywatną, coraz częściej — monopolistycz¬
ną ... treść naszych gazet, publicystyka i informacja mają
charakter poznawczy, podporządkowane są potrzebom ogól¬
nospołecznym, orientacji czytelnika w rzeczywistych proble¬
mach, upowszechnianiu tego co potrzebne, pożyteczne, co
służy człowiekowi".
To położenie nacisku na zasadę, że środki przekazu w
PRL „służą odbiorcy", że go „orientują w rzeczywistych pro¬
blemach" i „upowszechniają to co pożyteczne**, nie wydaje
się przypadkowe. Szef „Trybuny Ludu“ chce jakby „dodać
ducha** swoim ludziom ...
Jakże się bowiem czuiją ci dziennikarze, ci .pracownicy
aparatu propagandy, ci lektorzy, autorzy broszurek szkole¬
niowych, którzy nie tak dawno ochoczo „ruszyli na całego**,
gdy władze dały znak do zmasowanej kampanii przeciwko
polskim działaczom demokratycznym? Jak się czują na przy¬
kład panowie: Bogdan Koliński, Michał Misiomy, Dominik
Horodyńskii, Marian Kuszewski, Marek Jaworski, Tomasz
Persidoik, Jerzy Olbrych, Bronisław Gołębiowski, Leszek Ju-
cewicz, publikujący niewybredne ataki na Komitet Obrony
Robotników w czołowych partyjnych organach PZPR —
„Trybunie Ludu“, „Życiu Warszawy**, „Walce Młodych**,
„Głosie Pracy““, „Kulturze**, w broszurach „Zagadnienia
i materiały**, przeznaczonych do użytku wewnętrznego? Jak
się czuje niejaki Lew z „Żołnierza Wolności**, albo literat
Stanisław Ryszard Dobrowolski, który na stadionie war¬
szawskim w ubiegłym roku, po zajściach czerwcowych, pod
czerwonymi sztandarami, przed ustawionymi rzędem mikro¬
fonami, wołał: „Ja się wstydzę za tych z Ursusa, ja się
wstydzę za tych z Radomia**...
Jak się dziś czują ci panowie?
Dziś, gdy w kierownictwie przeważył rozsądek politycz¬
ny? Gdy władze dokonały posunięcia, zmieniającego kurs
o 180 stopni, zwolniły z aresztu działaczy KOR-u, a z wię¬
zienia — robotników uczestnicząych w ubiegłorocznych de¬
monstracjach, gdy dla nikogo nie ulega wątpliwości, że to
posunięcie stanowi jawne zaprzeczenie polityki represji .. .
Jeśliby nawet spojrzeć na działalność środków przekazu
PRL z punktu widzenia polityki władz sprzed kilku tygodni
czy kilku miesięcy, jeśliby nawet założyć, że wówczas wła¬
dze te uznawały, iż działacze KOR-u są winni jakiegoś na¬
ruszenia przepisów i należy zbadać czy nie wymierzyć im
kary —• to jednak w dalszym ciągu i pozostaje otwarta za¬
sadnicza kwestia: jak można w prasie, w publikacjach, w
masowych wydawnictwach z góry osądzać ludzi:, przeciw
którym dopiero toczy isię dochodzenie! A przecież tak wła¬
śnie (wstąpili ci nadgorliwcy, którzy na pierwszy sygnał z
góry tek ochoczo ruszyli do ataku, posługując się każdym
niemal oszczerstwem jakie im przyszło do głowy. Posunęli
się do publicznego wysunięcia sugestii, że tu chodzi o zdra¬
dę narodu. W prasie i publikacjach ideologicznych roiło się
od określeń „znany reakcjonista**, „działacz syjonistyczny
powiązany z kołami imperialistycznymi i wrogami. Polski**,
„człowiek zasłużony dla prawicy**, „cyniczny gracz politycz-
ny“, „organizator wrogich wystąpień wobec narodu i pań-
stwa“. W środkach iprzekazu oznajmiano tak, jakby to było
już gdzieś ustalone i dowiedzione, że działacze demokratycz¬
ni, ci z KOR-u i Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywa¬
tela pragną rzekomo „nawrotu do kapitalizmu**, „restauracji
kapitalizmu w Polsce**. Nawet personalnie obrażano w trak¬
cie tej kampanii szanowanych, znanych, wybitnych, zasłużo¬
nych ludzi — patriotów, naukowców, pisarzy, artystów, kaz¬
nodziejów, społeczników, działaczy robotniczych.
Żadnemu z nich nie dano już nie tylko szansy obrony
swego dobrego imienia, lecz choćby możliwości poinformo¬
wania opinii czego pragną, czego się domagają, o co im
chodzi. Czy na tym polega — według szefa partyjnej „Try¬
buny Ludu“ — służba społeczna dziennikarstwa PRL? Czy
to tak wygląda „poznawczy** — jak to określa — charakter
publicystyki i informacji oraz „orientaoja czytelnika w rze¬
czywistych problemach?**
Barecki powiada, że dziennikarstwo PRL to „służba spo-
łeczna**. Ale z przytoczonych faktów wynika, że owa rze¬
koma służba sprowadza się do lekceważenia odbiorcy, skoro
bez zmrużenia powiek przekazuje mu się z jednakowym za¬
pałem sprzeczne z sobą poglądy lub milczy, gdy władze
zmieniają kurs polityczny. Jest to także przykład lekcewa¬
żenia dwumilionowej rzeszy członków PZPR-u. Nie tak
dawno propagandziści wygłaszali im płomienne odczyty
przeciwko „wrogom narodu i państwa** i namawiali do czuj¬
ności wobec „reakcjonistów liczących na restaurację kapi-
talizmu** — czym tłumaczą dziś zmianę stanowiska władz?
Czy może uznali, że tłumaczyć nie trzeba, bo członek partii
jest istotą mało skomplikowaną i pozbawioną krytycyzmu?
Jeszcze raz pytamy: jak się dziś czują ci, co tak skru¬
pulatnie wykonywali niedawno polecenia propagandowe?
Szczególnie, że zarazem przychodzą na myśl nazwiska pub¬
licystów, którzy jednak wstrzymali się od bezpośrednich na¬
paści na działaczy demokratycznych. A więc — można było
zachować godność własną i godność zawodową nawet pra¬
cując w aparacie propagandy i informacji...
Opinia w Polsce, opinia w świecie interesująca się spra¬
wami polskimi, a także koledzy-dziennikarze dobrze to wie¬
dzą, i pamiętają jak się kto zachowuje w „godzinie próby**...
A. G.
Orzeł Biały — Na Antenie, październik 1977
19
		

/Czasopisma_185_15_136_0001.djvu

			STRAJK W PABIANICACH
Przemilczanie strajków d akcji protestacyjnych zaióg ro¬
botniczych nie oznacza rozwiązania problemu Stosunków
między światem pracy ii czynnikami dysponującymi środkami
produlkaji. Przeciwnie, brak uporządkowanego ustawodaw¬
stwa strajkowego przyczynia się w dużym stopniu zarówno
do nieodpowiedzialnego traktowania spraw pracowniczych
przez administrację zakładów pracy, jak też do ostrych, a
niekiedy nawet gwałtownych wystąpień załóg produkcyjnych.
Uwagi te nasuwają się w związku z wiadomościami o
sierpniowych strajkach robotników w Pabianickich Zakła¬
dach Wytwórczych Lamp Żarowych, zatrudniających około
3.000 pracowników. Jak doniosły zachodlnie agencje pra¬
sowe, powołując się na dane z Komitetu Obrony Robot¬
ników w Warszawie, załoga pabianickiej fabryki lamp od¬
wołała się do spontanicznej akcji protestacyjnej, gdyż po¬
czuła się pokrzywdzona podczas sierpniowej wypłaty wyna¬
grodzeń.
Rocznica śmierci Generała
Romana Abrahama
Minęła pierwsza rocznica zgonu ostatniego dowódcy Jazdy
Polskiej, niezłomnego żołnierza Niepodległej Rzeczypospoli¬
tej, generała brygady Romana Abrahama, obrońcy Lwowa
w 1919 r. dowódcy grupy operacyjnej kawalerii w Armii
„Poznań” w 1939 r. kawalera srebrnego i złotego krzyża
Virituti Militari, czterokrotnie Krzyża Walecznych, Krzyża
Niepodległości z Mieczami, Orderu Polonia Restituta,
Śląskiego Krzyża Powstańczego, trzykrotnie złotego Krzy¬
ża Zasługi i Francuskiej Legii Honorowej.
Przypomnijmy za ówczesną relacją z „Tygodnika Pow¬
szechnego", jak przed rokiem wyglądało w warszawskiej
katedrze pożegnanie zasłużonego dla Ojczyzny generała:
Archikatedra Warszawska — 31 sierpnia 1976, godzina
17. Zbity tłum wypełnia świątynię, wylewa się na ulicą
Świętojańską. Z chóru rozlega się głos trąbki. Trzykrotny
hejnał wojska polskiego, „Bracia do bitwy". Aż ciarki prze¬
chodzą po grzbiecie. Niezwykła to w kościele muzyka. Ale
też i niezwykła odbywa się tu uroczystość. Trumna na kata¬
falku okryta biało-czerwoną flagą. Orzeł. Rogatywka z ge¬
neralskim wężykiem. Mnóstwo kwiatów. Są wieńce, są skrom¬
niejsze wiązanki, są pojedyncze goździki czy róże. Jest sio¬
dło kawaleryjskie, lanca z proporcem i szabla. Jest puduszka
z orderami. Stoi warta honorowa. Jest zmiana co chwila. Cy¬
wilne odświętne ubrania mieszają się z historycznymi już
dziś mundurami: Legiony, powstańcy wielkopolscy, śląscy,
warszawscy i żołnierze Września. Misterium świadomości
narodowej.
Było to rok temu. A w środę, 31 sierpnia 1977, o godzinie
18 w warszawskim kościele Ojców Paulinów przy ulicy Pręta,
została odprawiona msza św. za duszę niezłomnego Żołnierza
Niepodległej Rzeczypospolitej, generała brygady Romana
Abrahama.
Według niekompletnych danych, przekazanych przez dzien¬
nikarzy zachodnich z powołaniem na Komitet Obrony Ro-
bitników, pierwszy strajk załogi tych zakładów odbył się
w dniach od 10 do 13 sierpnia. Był spowodowany tym,
że robotnicy otrzymali wypłatę za okres dwóch tygodni oko¬
ło 50% mniejszą niż zwykle. Wynosiła ona średnio po 700
zł. To znaczy w granicach 1.500 zł miesięcznie, gdy wcze¬
śniejsze zarobki w tej fabryce (kształtowały się ostatnio na
poziomie 3.000 zł miesięcznie. Jako powód obniżenia wy¬
płaty zarobków administracja zakładów podała: niedobór w
dostawie surowców, trudności okresu urlopowego i dużą
ilość zwolnień chorobowych. Według informacji podanych
przez KOR robotnicy przerwali strajk po trzech dniach, gdy
otrzymali obietnicę, że należne im wynagrodzenia zostaną
wyrównane. Jednakże 25 sierpnia doszło tam do ponownego
strajku, który trwał półtora dnia, ponieważ administracja
obietnicy wyrównań nie dotrzymała.
Korespondenci zagraniczni zaznaczali, że na początku
września Komitet Obrony Robotników nie posiadał jeszcze
bliższych danych ilu robotników brało udział w tych straj¬
kach. Ustalił on jednak, że w wyniku drugiego strajku wy¬
płacono robotnikom wyrównanie za pierwszą połowę sierp¬
nia, przeciętnie po 800 zł. Nie było Iteż wobec uczestników
i organizatorów tego protestu żadneij: akcji.
Jakie wypływają Stąd wnioskii?
Po pierwsze okazuje się, że urzędowa informacja o po¬
stawie i wystąpieniach załóg robotniczych w PRL jest nie¬
pełna, gdyż środlki masowego przekazu nie zajmują się tymi
sprawami z punktu widzenia interesów ludzi pracy. Po dru¬
gie, wynika z tego, że ruch zawodowy PRL nie ujmuje się
za interesami robotników, gdy tym ostatnim dzieje się krzw-
da. W prasie związkowej o sierpniowym strajku w Pabia¬
nicach brak było jakiejkolwiek informacji.
A stąd trzeci wniosek: obywatelski Komitet Obrony Ro¬
botników w Warszawie, powołany do życia we wrześniu
zeszłego roku dla obrony ofiar zeszłorocznych poczerwco-
wych represji, postanowił zwrócić uwagę szerokiej opinii —
krajowej i zagranicznej — na inne niezałaitwione, lub nie¬
właściwie załatwiane sprawy ludzi pracy w PRL.
Do spraw tych należą wieloletnie już zabiegi o ustawowe
uregulowanie robotniczego prawa do strajku, chociażby tyl¬
ko W tych granicach w jakich jestt to praktykowane od sze¬
regu lat w komunistycznej Jugosławii. Tam prasa i radio,
kontrolowane przez Związelk Komunistów Jugosławii, infor¬
mują na bieżąco o akcjach protestacyjnych załóg robotni¬
czych w postaci przerwania pracy i podają do publicznej
wiadomości jakie są lich przyczyny. Ustaliło się przy tym
przeświadczenie, że umożliwienie załogom ogłaszania na znak
proitestu przerw w pracy — bo tak nazywa się tam strajki
— wpływa na większe zainteresowanie administracji przed¬
siębiorstw sprawami bytowymi załóg i przyczynia się do
lepszego rozwiązywania wielu kwestii socjalno-bytowych.
Natomiast w PRL sprawy te mają się inaczej: związki są
nieobecne, gdy dochodzi do akcji protestacyjnych załóg, cho¬
ciaż po doświadczeniach z grudnia 1970 roku sugerowano,
że będą się itymi sprawami zajmowały.
Wydaje się, że w niektórych kołach centralnego aparatu
PZPR sprawa legalizacji strajków robotniczych — protesta¬
cyjnych przerw w pracy — budzi ostatnio większe zaintere-
20
Orzeł Biały — Na Antenie, październik 1977
		

/Czasopisma_185_15_137_0001.djvu

			sowanie. Wskazuje na to np. wypowiedź redaktorów „Poli¬
tyki" i „Trybuny Ludu“ M. Rakowskiego i J. Bareckiego.
Na tym 'de ma swoje uzasadnienie postulat Komitetu Obro¬
ny Robotników z 2 maja br. wskazujący na potrzebę zmiany
52. artykułu Kodeksu Pracy lub jego interpretacji w taki
sposób, aby udział w strajku ni© mógł być więcej pretek¬
stem do karnego usuwania ludzi z pracy. Jeszcze dalej po¬
sunęli się pod tym względem trzej robotnicy z Grudziądza,
których za udział w zeszłorocznych Strajkach zwolniono z
pracy. Zwrócili się oni listem do Gienka, jako do szefa
PZPR, o pełną rehabilitację wszystkich robotników, którzy
brali udział w zeszłorocznych strajkach i wskazywali przy
tym, że i tak „wszyscy robotnicy mają prawo strajkować",
ponieważ gwarantuje im to prawo międzynarodowa kon¬
wencja podpisana także przez rząd PRL.
Toteż zwracając uwagę na sierpniowe strajki robotników
w Pabianicach, o których prasa PZPR nie informowała,
Komitet Obrony Robotników wskazuje po prostu raz jeszcze
na oczywistą potrzebę formalnego uregulowania robotniczego
prawa do strajku. Zachodzi bowiem potrzeba stworzenia za¬
łogom możliwości takiej właśnie samoobrony interesów pra¬
cowniczych, gdy administracja popełnia błędy, których świat
pracy i tak tolerować nie może.
Tadeusz Podgórski
JAROSZEWICZ O ZŁYM
STANIE ROLNICTWA
W obecnej sytuacji, Kraju rolnictwo jest problemem pierw¬
szoplanowym. Wszyscy rozumieją, że znajduje siię w upad¬
ku i jeśli się z niego nie podniesie — kryzys zaopatrzenia w
żywność i w ważne surowce rolne rzutować będzie — i to
w sposób bodaj decydujący — na całość gospodarki naro¬
dowej, na jej sukces lub niepowodzenie.
O	stanie polskiego rolnictwa decydują obecnie — i decy¬
dować będą nadal — rolnicy 'indywidualni. Mają oni w
swoich rękach ogromną większość zasobów ziemi i — mniej
kosztując państwo — są bardziiej wydajni niż sektor uspo¬
łeczniony.
Jeśli więc od niioh, od rolników indywidualnych, zależy
tak wiele — to warto spytać jak się czują, jak gospodarzą,
czego Się można po nich spodziewać w najbliższym czasie.
Częściową odpowiedź na to pytanie znajdujemy w wystą¬
pieniu Jaroszewicza na Plenum KW PZPR we Wrocławiu.
Mówi on:
...Ogólna sytuacja jest taka, że spośród 3.150.000 gospo¬
darstw chłopskich, ponad jeden milion pracuje poniżej wska¬
źników wydajności możliwych do osiągnięcia nawet przy
niewielkim wysiłku.
Innymi słowy, według oceny Jaroszewicza, jedna trzecia
rolników indywidualnych mogłaby — i to nawet przy nie¬
wielkim wysiłku — osiągnąć lepsze wyniki) produkcyjne niż
osiąga obecnie, lecz tego niewielkiego wysiłku nie wykazuje,
nie wkłada. Nie chce czy nie może? Jaroszewicz nie wska¬
zuje na przyczyny, po prostu stwierdza fakt. Tak, jakby
tu chodziło nie o stan rzeczy, który jest wynikiem długofa¬
lowej, trwającej dziesiątki lat polityki rolnej, za którą od¬
powiedzialność ponosi partia rządząca — inicjator, egzeku¬
tor i kontroler tej polityki — partia, do której kierownictwa
Piotr Jaroszewicz od dawna należy. Jakby tu chodziło o
odpowiedzialność iinnej partii i innych ludzi — innej dok¬
tryny i innej strategii niż ta, którą forsuje PZPR.
Oczywiście, nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie ob¬
ciążał partii skutkami powodzi, nie będzie jej w pełni czy¬
nił odpowi edzią Iną za ten „nielaskawy dla ro lnictwa rok“
— jak go określa Jaroszewicz. Upadek polskiego rolnictwa
datuje się nie od roku, ma swoje główne źródła w dawnym
i obecnym stosunku partii do rolnictwa, traktowanego przez
nią nie ityle w kategoriach ekonomicznych co ideologicznych
i	politycznych.
Partia komunistyczna hołduje doktrynie, która gospodarkę
rolną — jej największy, decydujący, prywatny sektor —
ograniczała ii ogranicza, a praktycznie niszczyła i niszczy od
lat trzydziestu w imię „socjalistycznej" wsi. Obecne, tech¬
niczne zacofanie polskiego rolnictwa jest wynikiem tego
właśnie, doktrynerskiego celu. Przez wiele lat zabraniano
chłopom posiadania traktorów. Potem sprzedawano im tyl¬
ko stare. Obecne przydziały traktorów dla rolnictwa indy¬
widualnego są horendalnie nie wystarczające — w praktyce,
bez przeszkód, można ciągniki kupować tylko za twardą
walutę. Park maszynowy chłopów indywidualnych skła¬
da się w ogromnej większości z maszyn starych. Na skutek
polityki partii rolnictwo chłopskie jest katastrofalnie roz¬
drobnione. Komasacja była przez wiele lat źle widziana i
wstrzymywana, żeby się chłopstwo nie umocniło ... Obec¬
nie komasację prowadzi się głównie nie w 'interesie rolni¬
ków indywidualnych lecz, w interesie sektora socjalistyczne¬
go. Wynik? Przeciętny obszar gospodarstwa chłopskiego jest
dzisiaj mniejszy niż przed kilkunastu laty. .
Oblicza się, że w obecnej pięciolatce około 40.000 rolni¬
ków zamieni gospodarstwa za rentę. Opuszczą oni dwa mi¬
liony hektarów ziemi. Więcej niż 109i polskich użytków
rolnych. Doświadczenia wskazują, że sektor uspołeczniony
ziemi tej przejąć — praktycznie — nie potrafi lub nie mo¬
że. Z powodu nieudolności i biurokracji chłopska ziemia
przejęta przez ten sektor przez 5-6 lat jest wykorzystywana
słabo lub nie jest wykorzystywana w ogóle. A więc marno¬
trawstwo ziemi — skarbu ogólnonarodowego — na skalę
olbrzymią. Czy można tego przerażającego marnotrawstwa
uniknąć?
Można. Według badań „Instytutu Ekonomiki Rolnej" pół
miliona gospodarstw chłopskich, czyli co szóste gospodar¬
stwo indywidualne, ma pełną możność wchłonięcia ziem
leżących — w zasadzie — odłogiem. A więc dawać im,
dawać im tę ziemię jak najprędzej! — podpowiada rozsą¬
dek. Niestety, dogmat jest silniejszy. Ziemię daje się przede
wszystkim sektorowi „socjalistycznemu".
Koszty „uspołeczniania rolnictwa" są ogromne. Tylko w
1976 roku dotacje państwa na każdy hektar użytków rol¬
nych będących w dyspozycji PGR-ów wyniosły blisko 14
tys. zł, a na całość gospodarki PGR-owskiej — 44 mld zł.
Mlirno to, w bieżącym roku, dotacje mają być jeszcze więk¬
sze. (Społeczny koszt każdego hektara w spółdzielniach kó¬
łek rolniczych jest jeszcze wyższy). Zagospodarowanie każ¬
dego nowego hektara ziiemi przejętej od rolnika indywidual¬
nego, kosztuje Państwowe Gospodarstwo Rolne około 60
tys. złotych!
Orzeł Biały — Na Antenie, październik 1977
21
		

/Czasopisma_185_15_138_0001.djvu

			Co o polityce rolnej partii myślą obywatele? Zacytujmy
glos z Kraju drukowany w piśmie „Opiniia“, wydawanym
poza zasięgiem cenzury przez Ruch Obrony Praw Człowie¬
ka i, Obywatela:
Po kilku pociągnięciach politycznych na początku lat sie¬
demdziesiątych, takich jak zniesienie dostaw obowiązkowych
— pociągnięciach, które zdawały się otwierać na owe per¬
spektywy — polityka partii wobec indywidualnych rolników
wróciła do dawnego nurtu. Do ograniczania rozwoju indy¬
widualnych gospodarstw rolnych przez dyskryminowanie rol¬
ników przy sprzedaży lub przydziale środków produkcji (ma¬
teriałów budowlanych, maszyn rolniczych, pasz, węgla a
nawet nawozów), przez hamowanie sprzedaży ziemi, pró¬
by przeforsowania ustawy o przymusowym przejmowaniu
przez państwo prywatnych gospodarstw rolnych i ogólnie
stwarzania atmosfery stałego zagrożenia i tymczasowości.
Partia czeka aż kadry indywidualnych rolników wykruszą
się zupełnie i cieszy się z każdego gospodarstwa przekaza¬
nego do Państwowego Funduszu Ziemi, choćby ta ziemia
pozostawała odłogiem. Ale to nie jest żaden program dla
rolnictwa, lecz jałowe stanowisko więźnia skompromitowa¬
nych dogmatów, które w naszej sytuacji oznacza politykę
samobójczą.
Oto krajowa „Opinia". Bynajmniej nie odosobniona. Czy
zna te niespokojne, zatroskane myśli Jaroszewicz, gdy na¬
rzekał, że tylu chłopów nie dość pracuje?
Stanisław Julicki
******************************************
KOMUNIŚCI POLSCY
I ROK 1920
Wokół przypadającej 15 sierpnia kolejnej rocznicy wiel¬
kiego zwycięstwa jakie młoda armia polska odniosła w 1920
roku nad stojącymi u wrót Warszawy wojskami bolszewic¬
kiej Rosji — w kraju panuje dalej urzędowe milczenie. Jest
to rocznica od lat już wykreślona z podręczników szkolnych
i kalendarzy historycznych wydarzeń. Dla rządzącej dziś
Polską partii jest to bowiem rocznica z wielu względów zbyt
niewygodna.
Obala bowiem i demaskuje wciąż obowiązujące pseudo¬
naukowe tezy i propagandowe legendy o stosunku sowiec¬
kiej Rosiji do niepodległości Polski i o roli jaką odegrała
wówczas nieliczna garstka polskich komunistów, garstka lu¬
dzi wyniesionych potem w PRL do rangi bohaterów naro¬
dowych i prekursorów rzekomo niepodległościowych trady¬
cji, na które partia teraz tak często się powołuje.
Ale witedy zaraz po 1. wojnie światowej komuniści polscy
nie ukrywali wcale swego stosunku ani swych intencji wobec
młodego państwa polskiego, odrodzonego po przeszło 100-
letniej niewoli.
Na pierwszym zjeździe Komunistycznej Pantii Robotniczej
Polski w grudniu 1918 roku zasadnicza deklaracja ideowa
stwierdzała jasno i bez niedomówień:
Proletariat polski odrzuca wszelkie hasła polityczne jak
autonomia, usamodzielnienie, samookreślenie.
W łuitym 1920 roku ta sama Komunistyczna Partia Ro¬
botnicza Polski przyjmuje uchwałę, która głosi:
Zbrojna pomoc proletariatu rosyjskiego, gdyby jej potrze¬
bowała dojrzewająca rewolucja polska, nie byłaby najazdem
ani też wyrazem tendencji imperialistycznych.
W okresie wojny polsko-bolszewickiej grupka komunistów
polskich wystąpiła już z otwartą przyłbicą. Komuniści wy¬
dają wówczas setki ulotek i manifestów :i tak zwanych roz¬
kazów. Wzywają w nich żołnierzy polskich do dezercji, ak¬
tów sabotażu i zdrady. Organizują akcję szpiegowską i dy¬
wersję. W jednej z takich ulotek w tych oto słowach zwra¬
cali się do polskich żołnierzy:
Macie broń, użyjcie jej jak należy. Gdy wam każą wal¬
czyć z Armią Czerwoną, walcie we łby oficerów. Łączcie
się z Czerwoną Armią!
25 stycznia 1920 roku Komitet Centralny Komunistycznej
Partii Robotniczej Polski wydał kolejną odezwę, zwracając
się do polskich żołnierzy z takim wezwaniem:
Żołnierze! Nie spełniajcie rozkazów f^ych katów i ciemię-
życieli. Bratajcie się z Armią Czerwoną, zwróćcie broń prze¬
ciwko generałom i oficerom ... Niech żyje Rosja Sowiecka!
30 lipca 1920 roku po zaijęciu Białegostoku przez Czer¬
woną Armię, dowodzoną przez Tuchaczewskiego, powstaje
tam tak zwany Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski.
W Skład jego wchodzą tacy „bohaterowie" dzisiejszej Polski
Ludowej, jak Julian Marchlewski, Feliks Dzierżyński ii Fe¬
liks Kon.
W Białymstoku Tuchaczewski wita ich jako „członków
czerwonego rządu polskiego". Miał to być tzw. rząd Polskiej
Republiki Rad, jednaj z wielu sowieckich republik, jak dziś
Uzbekistan czy Białoruś.
Co do tego Marchlewski, Dzierżyński, Kon i towarzysze
z Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski nie pozo¬
stawiali zresztą najmniejszych wątpliwości. Wydany przez
nich komunikat z 30 lipca 1920 roku stwierdzał, że jego
celem będzie:
Aż do chwili stworzenia stałego rządu robotniczo-włościań-
skiego w Polsce kłaść podwaliny pod przyszły ustrój ra¬
dziecki Polskiej Socjalistycznej Republiki Rad.
W dzień później 31 lipca 1920 roku ten sam niedoszły
rząd Polskiej Socjalistycznej Republiki Rad wydał odezwę
do polskich żołnierzy w tych słowach wzywając ich do bun¬
tu i zdrady:
Bierzcie do niewoli swych oficerów i śpieszcie w jednych
szeregach z Armią Czerwoną do Warszawy. Do czynu to¬
warzysze!
7 sierpnia 1920 r., kiedy wojska Tuchaczewskiego znaj¬
dowały się już u wrót Warszawy, Tymczasowy Komitet Re¬
wolucyjny wydaje odezwę do komunistów zachodniej Euro¬
py, aby sabotowali wszelką akoję pomocy dla Polski. Oto
fragment:
Ani jednego człowieka, ani jednego działa, ani jednego
naboju dla armii konrrewolucjonistów polskich. Niech żyje
Rosja Sowiecka!
Żywot tego Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego nie
był długi. Po zwycięskim uderzeniu Piłsudskiego znad Wie¬
prza rozbita Armia Czerwona rozpoczęła w popłochu od¬
wrót na całym froncie. Wraz z nią uciekał do Rosji Tym¬
czasowy Komitet Marchlewskiego, Dzierżyńskiego i Kona.
Uciekali ludzie, którym w PRL stawia się dziś pomniki,
których wynosi się na piedestał narodowych bohaterów. To-
22
Orzeł Biały — Na Antenie, październik 1977
		

/Czasopisma_185_15_139_0001.djvu

			warzyszyła im wóczas powszechna pogarda i potępienie ca¬
łego narodu. Wszystkich jego warstw i pokoleń. Potępienie,
które najlepiej chyba wyraził Stefan Żeromski w tych oto
słowach określając ówczesną rolę tej garstki polskich 'komu¬
nistów:
Kto na ziemię ojczystą chociażby grzeszną i złą wroga od¬
wiecznego naprowadził, zdeptał ją, stratował, splądrował,
spalił, złupił rękoma cudzoziemskiego żołdactwa — ten wy¬
zuł się z ojczyzny.
J.P.
EUROKOMUNIZM MIĘDZY
PRAWDA' I „TRYBUNĄ LUDU'
##
Nie jest tajemnicą, że zjawisko zwane Eurokomunizmem
przysparza Moskwie i podległym jej reżymom Europy
środkowo-wschodniej sporo kłopotu. Dobrym przykładem
jest sposób, w jaki to nowe odchylenie w ruchu komuni¬
stycznym zostało potraktowane przez PZPR oraz jak Mosk¬
wa pokwitowała analizę tej kwestii, przeprowadzoną przez
„Trybunę Ludu“ w Warszawie.
W konflikcie między partią sowiecką a eurokomunista-
mi w’adze PRL zajmowały od dłuższego czasu stanowisko
niiemai neutralnego obserwatora a nie wyraźnie zdeklaro¬
wanej strony w ostrej debacie. Wprawdzie na począitku
łipca „Trybuna Ludu“ przedrukowała obszerne wyjątki z
artykułu moskiewskiego „Nowoje Wremia", gwałtownie ata-
kującegio przywódcę komunistów hiszpańskich Santiago Ca-
rillo, ale własny udzał organu PZPR w tym sporze ideo¬
logicznym był nadal wyraźnie ograniczony.
Zwrot nastąpił w czasie wizyty Gierka na Krymie, gdzie
szef PZPR był przyjęty przez Breżniewa. Nazajutrz trze¬
ciego sierpnia, „Trybuna Ludu“ zamieściła długi artykuł
zastępcy redaktora naczelnego Jerzego Kraszewskiego, za¬
tytułowany „Jedność ruchu celem nadrzędnym". Był to
pierwszy niedwuznaczny atak ze strony PZPR na książkę
komunisty hiszpańskiego, ,,Eurokomunizm i państwo". Co
prawda komunikat wydany po rozmowie Breżniew-Gierek
nie wymieniał wśród tematów ich dyskusji problemów mię¬
dzynarodowego ruchu komunistycznego. Trudno jednak
przyjąć, że Kreml nie wywierał nacisku na PZPR, aby pu¬
blicznie dołączyła do krytyków eurokomunizmu. Skądinąd
wiadomo, że szef PZPR — który czytuje i paryski „Le
Monde-1, i „bratniii“ organ „Humanite", orientuje się, że
sprawa eurokomunlizmu nie przedstawia się tak jednoznacz¬
nie jak to malują w Moskwie. Czy uległ presji moskiewskiej,
czy też elementy dogmatyczne w kierownictwOe skorzystały
z jego nieobecności w Warszawie aby sipełraić z nawiązką
życzenie Kremla? W warunkach tajemniczości jaką otacza
się w PRL tego rodzaju kwestie pytania te pozostają bez
odpowiedzi. W każdym raziiie jednak nie ulega wątpliwości
że dogmatycy partyjni upatrują w eurokomuniiźmiie wspól¬
nika rodzimego rowizjonizmu i wewnętrznej opozycji, więc
atak na Carillę był oałkowicie po ich myśl.
Tyle jeśli ohodzi o przyczyny zwrotu dokonanego przez
PZPR w ooeniiie „odchylenia" eurokomunizmu. W artykule
Kraszewskiego dopatrzeć się można trzech głównych elemen¬
tów. Są to: potępienie „herezjii" Santiago Carillo, ostry atak
nia -tzw. buirżuazyjne środki masowego przekazu oraz bez¬
warunkowa aprobata tak drogiej Moskie koncepcji prole¬
tariackiego internacjonalizmu. Czy jednak publicysta „Try¬
buny I.udu" spełnił należycie powierzone mu zadanie? Są¬
dząc po artykule, jaki ukazał się pięć dni później w mo¬
skiewskiej „Prawdzie" wydaje się, że nie zupełnie. Organ
KPZR bowiem streszczając wywody Kraszewskiego, pomi¬
nął niektóre zasadnicze ustępy. Widocznie „Prawda" za¬
strzegła sobie prawo cenzury poglądów własnych aliantów
ideologicznych — jeżeli odbiegają jej zdaniiem od ścisłej
prawomy ś ln ości.
Dla przykładu Kraszewski przytoczył w swym artykule
argumentację byłego amerykańskiego Sekretarza Stanu Kis-
sungera, że u podstaw sukcesów eurokomunizmu tkwią pew¬
ne słabości ustrojów demokratycznych na Zachodzie. Ten
fragment został przez „Prawdę" przemilczany. Zapewne
zwracanie uwagi na sukcesy eurokomunizmu jest, w opinii
Moskwy, nie na miejscu w artykule poświęconym potępieniu
tegoż odchylenia.
Podwójnej cenzurze uległy poglądy szefa partii węgierskiej
Kadara na eurokomunizm, wyrażone w niedawnym wywia¬
dzie z zachodnioniemiecką gazetą „Frankfurter Rundschau".
Już „Trybuna Ludu" bez należytego wykropkowania, opuś¬
ciła oświadczenie Kadara, że obowiązkiem każdej partii jest
szanowanlie tradycji własnego narodu oraz określonych cech
własnego kraju i społeczeństwa. „Prawda" zaś w ogóle po¬
minęła argumenty Kadara, znanego ze swego umiaru wo¬
bec eurokomunizmu.
Ale najbardziej znamienne jest opuszczenie przez „Praw¬
dę" przytoczonej przez Kraszewskiego cytaty z przemówie¬
nia wygłoszonego przez Gierka rok temu na wschodnio-
bsriinsfciej konferencji europejskich partii komunistycznych.
Szef PZPR oświadczył wówczas, że socjalizm jest — „for¬
macją młodą, która w żadnej dziedzinie nie powiedziała
jeszcze ostatniego słowa, która znajduje się w ciągłym roz¬
woju, w stałym, poszukiwaniu coraz lepszych rozwiązań dla
problemów, które istnieją i które przynosi życie". Pominię¬
cie przez organ Kremla tej wypowiedzi szefa rządzącej par-
1i:li sprzymierzonego kraju stanowi nie tylko przejaw braku
kurtuazji. Jest też nowym dowodem, że Moskwa nie uznaje
wezwań do szukania innych, lepszych rozwiązań z chwilą
gdy, jej zdaniem, wzór idealny — czytaj sowiecki — dany
jest wszystkim do naśladowania. Jest to postawa znamienna
—	ku rozwadze zarówno eurokomunistów jak i iicih prze¬
ciwników ...
Andrzej Krzeczunowicz
PRZEPRASZAM, CZY TU
BIJA?
Marek Maliszewski, mieszkający w Ząbkach kolo War¬
szawy, czekał 8 maja br. wieczorem na pociąg odjeżdża¬
jący z Małkini. Nagle — poczuł uderzenie w tył głowy.
Napastnikami okazali się dwaj pracownicy PKP, nota bene
—	pijani. Maliszewskiego — bez dania racji, bez wyjaśnie¬
nia nawet o co chodzi — zaciągnięto na komisariat milicji.
Tam sierżanci MO kazali mu wyjąć zawartość teczki. W
Orzeł Biały — Na Antenie, październik 1977
23
		

/Czasopisma_185_15_140_0001.djvu

			trakcie gdy ofiara wyciągała swoje rzeczy kolejarze ponow¬
nie przystąpili do akcji. W obecności funkcjonariuszy MO
bulli Maliszewskiego w głowę i w żołądek tak, że stracił
przytomność. Gdy oprzytomniał zauważył że oprawcy
sprawdzają mu zawartość kieszeni. Prosił, by mu zostawio¬
no rzeczy, bo są drogie i potrzebne. Wówczas jeden z mi¬
licjantów zaczął go walić pałką. Po szyi i po łopatkach.
Wreszcie, naipastnicy pokłócili się między sobą czy zosta¬
wić te rzeczy.
Gdy dwutygodnik „Plon" w numerze z 21 sierpnia br. za¬
mieścił lilst Marka Maliszewskiego i dał mu tytuł „Czy tacy
ludzie mogą nosić mundury1*, mijały już dwa miesiące,
ale poszkodowany nadal nie otrzymał satysfakcji, nadal
śledztwo nie było zakończone i nadal jeszcze nie wymie¬
rzono napastnikom kary.
Sprawa nie ie$t odosobniona. Oto, co się zdarzyło 9 siierp-
na br. między godziną 9 a 10 rano w Niemysłowie, w wo¬
jewództwie łódzkim.
Tego dnia przyjechało do Niemysłowa dwóch urzędni¬
ków z gmiiny w Poddębicach, pięciu robotników i trzech
milicjantów, by eksmitować z bezprawnie zajętej, starej wa¬
lącej się szkoły Mariana Tracza, jego żonę i dzieci. Żona
Tracza jest pielęgniarką w Niemysłowie.
Ponieważ dziesięć osób obawiało się jakoś Tracza, jego
żony i małych dzieci — zadzwonili do Poddębic i kierow¬
nik komisariatu przysłał jeszcze dwóch funkcjonariuszy.
Czylli — w sumie było ich dwunastu.
A oto opis zajścia według relacji samego Mariana Tracza:
Przyjechali rano. Jeszcze spałem. Otworzyłem drzwi i
wtargnęli do środka. Pytam, gdzie mają nakaz. To mili¬
cjanci za pały. Ja — za nóż ogrodniczy. Czmychnęli na
dwór. Juz myślałem, ze dali spokój, też wywszedłem i dłu¬
bałem przy motorze ...
... Wtedy podeszło pięciu. Prawa rączka — pod lewą. 1 —
w kółeczko. Ja byłem w ORMO, to ja wiem co taki chwyt
znaczy ... W rękach mieli pały .. .
Tracz wycofuje się do domu, tam się barykaduje, gotuje
wrzątek, żeby odeprzeć napastników. Wobec tego — mili¬
cjanci postanawiają „wziąć go sposobem”, udają że trzeba
zbadać papiery, a na komisariacie wszystko się wyjaśni.
Tracz opowiada:
Przez okienko pokazywałem, że mam cały plik dokumen¬
tów i odwołań. To sierżant mówi: skończmy z tym cyrkiem.
Jak pan masz papiery — to jedziemy do Poddębic i wszyst¬
ko się wyjaśni... Pojechałem, a tam mnie przetrzymali
na komisariacie. Puścili przed wieczorem. Jak wróciłem, by¬
ło po wszystkim. Zostałem w jednej koszuli i spodniach.
Wszystkie rzeczy — zamknięte w remizie. Nocowaliśmy pod
namiotem.
Łódzki „Dziennik Popularny" relacjonując tę historię opa¬
truje ją uwagą: pozostaje sporo znaków zapytania, pozo¬
staje pewien niepokój — czy to wszystko musiało tak wy¬
glądać?
Zestawiając oba materiały — jeden z dwutygodnika
„Plon“, drugi z gazety wojewódzkiej, przychodzi na myśl
pyitanie: Czyżby brutalność służby bezpieczeństwa i milicji,
nieliczenie się z opinią, brak poszanowania dla godności
ludzkiej osoby, nagle przestały być tematem tabu? Dotych¬
czas — co jak co — ale właśnie postać milicjanta czy or-
mowca to była w propagandzie istna świętość. Przedstawia¬
no go zawsze jako ujmującego, kulturalnego, wykształcone¬
go obrońcę porządku publicznego, którego głównym zada¬
niem jest zwalczanie chuligaństwa — oczywiście przy po¬
mocy praworządnych metod. Najczęściej pokazywano funk¬
cjonariuszy MO jak troskliwie przeprowadzają staruszki
przez jezdnię. Już sam pomysł, że milicja mogłaby kogo¬
kolwiek bić pałami, nawet — że w ogóle pały posiada —
wykluczony był z propagandowych opisów i relacji.
To jest zastanawiające, że prasa peerelowska o takich spra¬
wach napisała. Nawet — jeśli nieśmiało, nawet jeśli, jak
redakcja „Pk>nu“ zastrzega Się, że był to fakt odosobniony,
nie mogący rzucać Cienia na ogół funkcjonariuszy. Czyżby
jakaś podyktowana względami pragmatycznymi próba prze¬
łamania mitu? Czyżby jakiś zdrowy odruch? Oznaka jakiejś
zmiany atmosfery w wyniku społecznego nacisku?
Lecz nie sposób oprzeć się też i innej refleksji: Brutal¬
ność milicjantów to nile jest przypadek, lecz klimat w jakim
się ich wychowuje, to przeświadczenie, że ich czyny na mo¬
cy odgórnych wytycznych pozostaną bezkarne — i ukryte
w cieniu. W tym właśnie duchu wychowały ich również
nauki płynące z wydarzeń czerwcowych. Bezkarne pozo¬
stały „śdieżklii zdrcwiia“, łamanie kości w śledztwie ii na uli¬
cy, fałszywe zeznania. Bezkarny pozostał fizyczny terror
jaki zastosowali wobec obywateli i bezkarne — brutalne
łamanie praworządności. Żadna gazeta nie zamieściła praw¬
dziwego opisu zachowania się milicjantów i ormowców w
trakcie zajść czerwcowych i później, gdy zarządzono maso¬
we represje. Nikt nie drukował takiego choćby zdania, cy¬
tuję za pismem „Plon": „Jeden z milicjantów zaczął bić mnie
pałką po szyi i łopatkach".
A przecież skala jest nieporównywalna. Tam — represje
były masowe, tu — dotyczą dwóch oby wątli.
Można chyba założyć, że publikowanie na łamach prasy
takich spraw, jak te z którymi spotkali się Marian Tracz
i Marek Maliszewski mogłaby nawet wnieść pewien „świeży
powiew“ w Stosunki między aparatem milicyjnym a opinią.
Lecz dopiero ujawnienie prawdy o zachowaniu się MO,
ORMO i Służby Bezpieczeństwa w czerwcu — i po czerwcu,
dopiero napiętnowanie winnych, mogłoby zadolowić obrażo¬
ną godność obywateli i zarazem — tezę taką można chyba
śmiało postawić — mogłoby w oczach społeczeństwa usta¬
wić milicjantów we właściwej dla nich roli stróżów prawa
i porządku publicznego.
Alina Grabowska
DOKUMENTY NADANE PRZEZ RWE
między 13 sierpnia a 12 września 1977
w całości lub w fragmentach:
1. Oświadczenie KOIi-u z 5 lipca br. 2. Deklaracja
ROPCiO o zadaniach ruchu. 3. Komunikat KOR-u nr 12
z 24 lipca br. 4. „OPINIA" nr 4: Zwrot pamiątek z
ZSRR, Gierek o opozycji na spotkaniu z dziennika¬
rzami; Rocznice sierpniowe; Strukturalne przyczyny
kryzysu; List ROPCiO do władz PRL na rocznicę kon¬
ferencji w Helsinkach; 5. Oświadczenie KOR-u o straj¬
ku w Pabianicach; 6. List Ozjasza Szechtera do „Ży¬
cia Warszawy".
Przekazane w streszczeniu: 1. Myśli o dzisiejszej
ojczyźnie — dokument PPN; 2. „List otwarty do pi¬
sarza Romana Bratnego" (Stanisław Barańczak —
Zapis nr 2); 3. „Wiara i kalkulacja" — w odpowiedzi
profesorowi Janowi Szczepańskiemu (Jacek Bocheń¬
ski — Zapis nr 2).
24
Orzeł Biały — Na Antenie, październik 1977
		

/Czasopisma_185_15_141_0001.djvu

			ŻEGNAMY KOLEGÓW
ś.p. STANISŁAW ZADROŻNY
W Londynie zmarł 1 września 1977 r. Stanisław Zadrożny,
nasz długoletni kolega redakcyjny.
Z głębokim smutkiem zabieram głos, bo jest to pożegna¬
nie. Pożegnanie AK-owca i przyjaciela.
Był koleżeński, uczyny, ideowo oddany pracy i dlatego
pozostawił po sobie szczery żal wśród tych, którzy go znali,
cenili i otaczali życzliwością.
Stanisław Zadrożny mai życie twarde, ale bogate. Za¬
wdzięczał je walorom swego charakteru i uporowi w prze¬
łamywaniu przeszkód.
Z wiejskiej chaty na Podlasiu potrafił własnym wysił¬
kiem przejść przez gimnazjum i ukończyć studia prawnicze
w Warszawie. Ale jego zainteresowania nie mieściły się w
ramach kariery prawniczej. Pociągało go życie publiczne i
społeczne.
W czasie studiów znalazł się w szeregach odpowiadają¬
cego mu ideowo Związku Polskiej Młodzieży Demokratycz¬
nej. W tym też okresie zafascynowały go sprawy morza,
a że miał w sobie powołanie pisarskie — szybko porzucił
suche paragrafy kodeksów dla pióra.
Został redaktorem pierwszego polskiego wydawnictwa te¬
go typu, jakim był miesięcznik „Szkwał“ — organ Akade¬
mickiego Związku Morskiego. Związek ten i jego pismo speł¬
niały pionierską rolę w kierowaniu zainteresowań młodzieży
na polskie szlaki na morzach.
Owocem tych morskich zainteresowań Stanisława Zadroż-
nego były nie tylko liczne audycje i reportaże radiowe o
Gdyni i ludziach związanych z tym — rosnącym z dnia
na dzień — portem, lecz również wydana przed wojną
książka, której tytuł mówił za siebie: „Na gdyńskim szlaku“.
Był to zbiór impresji i essejów, gdyż ten rodzaj twórczości
specjalnie mu odpowiadał. Łączył w nim zawsze — i wtedy
i później — pewne nuty romantyzmu z ostrym spojrzeniem
na realizm życia, zwarty styl jasno wyrażał myśl autora. Ta
zwięzłość nie uszczuplała barwności opisu.
Na rok przed wojną ten zamiłowany marynista został
sekretarzem generalnym Pomorskiej Rozgłośni Polskiego Ra¬
dia w Toruniu. Od pracy radiowej — której pozostał wier¬
ny przez długie lata — oderwał go Wrzesień. Jako ar tyle-
rzysta walczył nad Bzurą — a później — gdy przedzierał
się przez Kampinos do Warszawy — osaczony przez Niem¬
ców dostał się do niewoli.
Uciekł z niej po paru miesiącach by rozpocząć nowy roz¬
dział swego życia w szeregach Polski Podziemnej. Te właś¬
nie lata bardzo nas zbliżyły i dały początek trwałej przy¬
jaźni. Gdy otrzymałem polecenie przygotowania propagandy
AK na okres jawnej walki — rzecz jasna, że musiałem po¬
myśleć o przyszłych audycjach wojskowych i własnej radio¬
stacji.
Pierwszy kolega wkrótce po obarczeniu go tym zada¬
niem został aresztowany. Szukając następcy natrafiłem na
Stanisława Zadrożnego. Wybór okazał się doskonały. Cały
swój zapał i młodzieńczą energię poświęcił temu — niełat¬
wemu w ówczesnych warunkach — zadaniu. Potrafił zgro¬
madzić w zespole referatu radiowego BIP-u Komendy
Głównej AK duże grono wybitnych pisarzy, dziennikarzy i
radiowców o głośnych — przed wojną i później — na¬
zwiskach.
Pisał o tym w swej książce wydanej przed 13 laty w Lon¬
dynie pt. „Tu Warszawa — dzieje radiostacji powstańczej
Błyskawica". \ia ona walory zarówno literackie jak i —
opartego na wiernym autentyźmie — dokumentu historycz¬
nego. Jest tym cenniejsza, że na ogół ciężka i niebezpieczna
praca żołnierzy propagandy jest nieznana i zapomniana.
A przecież w walczącej przez dwa miesiące Warszawie
mieliśmy jedyną w historii wszystkich ruchów podziemnych
ostatniej wojny — radiostację foniczną Armii Krajowej. Z
,,Pawłiczem“ — bo taki był wówczas pseudonim Zadrożne¬
go — widywałem się w czasie Powstania ustawicznie dla
omawiania programów Błyskawicy, której oddany był ca¬
łym sercem.
Po Powstaniu byliśmy razem przez cztery miesiące w Of¬
lagu. Zadrożny potem znalazł się na Zachodzie, a ja —
w Krakowie. Przez parę miesięcy pracował w programie pol¬
skim Radia Luksemburg podległego wtedy naczelnemu do¬
wództwu wojsk alianckich. Gdy linia polityczna tej Roz¬
głośni zaczynała przybierać ugodową postawę wobec re¬
żymu Bieruta, Zadrożny bez najmniejszego wahania rzucił
dobre stanowisko i znalazł się w Paryżu, znosząc niedo¬
statki i biedę emigrancką. która w niczym nie osłabiła jego
woli działania i postawy ideowej.
W 1952 r. rozpoczął pracę w naszej Rozgłośni — był w
niej przeszło dwadzieścia lat wypełniając chlubnie ten dłu¬
gi i bogaty rozdział w swym życiorysie. Słuchaczom w Kra¬
ju był początkowo znany pod pseudonimem „Antoni Za¬
rzecki", gdy na zmianę z Wiktorem Trościanką prowadził
audycje „Odwrotna strona medalu". Później przed mikrofo¬
nem powrócił do swego nazwiska w wielu różnych pro¬
gramach.
Po przejściu na emeryturę został redaktorem naczelnym
miesięcznika kombatanckiego „Orzeł Biały" w Londynie.
Pod jego kierownictwem pismo przeżywało swój rozwój i
stały wzrost poczytności. Nic dziwnego, gdyż i tej pracy
poświęcił — jak każdej innej spełnianej robocie — zapał
i oddanie.
Przed rokiem dała o sobie pierwszy znak ciężka i nie¬
uleczalna choroba. Stanisław Zadrożny zdawał sobie spra¬
wę z tego co mu grozi. Nie załamał się jednak poczuciem
beznadziejności. Wykazał siłę charakteru i pracował ze
zdwojoną energią. Chwilami tylko wspominał, że zrobi to,
czy tamto ... jeśli jeszcze dożyje.
Opieka lekarska i operacje nie zapobiegły postępom cho¬
roby. Na ostatnią ciężką operację szedł w pełni świadomoś¬
ci niebezpieczeństwa. Traktował to po męsku, bez rozczu¬
lania się nad swym losem. Do ostatniej chwili myślał o
swej pracy redaktorskiej. Na cztery dni przed śmiercią mó¬
wił mi, że już przygotował materiały do numeru paździer¬
nikowego „Orła Białego" i o planie numeru następnego.
Stanisław Zadrożny był człowiekiem odważnym nie tylko
jako żołnierz na polu walki czy w służbie podziemnej. Ja¬
ko człowiek ideowy i prawy miał zawsze odwagę mówienia
prawdy — zgodnie ze swoim sumieniem — nawet wtedy
jeśli mogło to przysporzyć mu przykrości.
Miał duży talent literacki, którego nie zdążył przy swoich
codziennych zajęciach w pełni ujawnić. Pozostawił wiele ma¬
szynopisów, które miały znaleźć się w projektowanej przez
niego książce.
Orzeł Biały — Na Antenie, październik 1977
25
		

/Czasopisma_185_15_142_0001.djvu

			Był — w pełnym tego słowa znaczeniu — człowiekiem
dobrym, potrafiącym wybaczać nawet tym, którzy wyrządzili
mu krzywdę. O swoich zasługach nie mówił — uważał po
prostu, ze wykonywał zwykły obowiązek, wynikający z jego
postawy życiowej.
Był człowiekiem uczuciowym i ze szczególnym sentymen¬
tem wspominał rodzinne Podlasie i młode — choć gorzkie
nieraz — lata chłopca dorastającego w wiejskiej biedzie.
Nie pozostawiło to jednak w jego psychice żadnych urazów.
Szedł przez życie własną drogą — a była to droga prosta
— i o własnych siłach.
Gdy żegnam Go — to mam przekonanie, że wyrażam
również uczucia jego kolegów radiowych i wielu AK-owców
zagranicą i w Kraju.
Żegnam Go jako niezapomnianego kierownika powstań¬
czei Błyskawicy jako ofiarnego i odważnego żołnierza AK,
jako zasłużonego radiowca i jako swego wieloletniego przy¬
jaciela.
Tadeusz żenczykowski
s.p. KAJETAN
CZARKOWSKI-GOLEJEWSKI
W Bawarii, w dn. 4 września zmarł nagle przeżywszy 80
lat Kajetan Czarkowski-Golejewski, wieloletni szef Biura Stu¬
diów i Ocen Radia Wolna Europa. Jako jego następca nie
waham się nazwać Go człowiekiem barwnym, o niespokoj¬
nym duchu, który z równą fantazją dosiadał konia, jak i
sadowił się w czymś co dziś nazwalibyśmy latającą skrzy¬
nią, a co wtedy zwano szumnie i dumnie samolotem.
W takiej właśnie, jak sam pisze w swych 'Wspomnieniach,
,,standartowej maszynie“ typu Moth, po polsku nie brzmi
to zbyt dumnie, bo znaczy ,,mól“, o znakach lotniczych
SP-AEU, wyprawił się na Daleki Wschód, z zamiarem do¬
tarcia, jeśliby się udało, do Australii. Wyprawą tą zyskał
rozgłos i sympatię, a jeśli nie wrócił w glorii, jak Skarżyń¬
ski czy Żwirko i Wigura, to chyba tylko dlatego, że miał
pecha. Wystartował w barwach Lwowskiego Klubu Akade¬
mickiego w dniu 15 marca 1931 r. a rejestracja lotu miała
miejsce w dniu 13 marca. Ta feralna trzynastka zaważyła,
podkreślał w swych wspomnieniach, przesądny jak każdy
pilot, Kajetan Czarkowski-Golejewski. Udało mu się przele¬
cieć Bliski Wschód, Afganistan, Indie i Birmę, ale pod Bang¬
kokiem, w trzy tygodnie po starcie, podczas których towa¬
rzyszył mu wiernie pech, nastąpiła 4 kwietnia, kraksa. Sa¬
molot trzeba było odpisać na straty, pilota łatano dobrych
parę miesięcy w szpitalu. „A wie pan, panie Kazimierzu,
co wtedy robiłem z nudów? — opowiadał mi wiele lat po¬
tem — Haftowałem". Ładne zajęcie dla ułana i pilota.
Trudno mi powiedzieć, czy Czarkowski-Golejewski był
w pierwszym rzędzie ułanem czy pilotem. Do służby w Woj¬
sku Polskim w 1939 r. zameldował się jako porucznik dy¬
plomowany 8. pułku ułanów księcia Józefa Poniatowskiego
i jako obserwator pilot. Konno jeździł chyba od dziecka,
bo pochodzi Z podolskiej rodziny ziemiańskiej, lecz karie¬
rę ułana ukończył w 1926 r. po owym maju, który nie
wszystkim na zdrowie wyszedł. Skoncentrował wtedy swą
energię na lotnictwie. Wśród fachowców znany był jako
jeden z pionierów lotnictwa i szybownictwa. Drugą świa-
tówkę przeszedł „na wyspie", czyli w Wielkiej Brytanii,
wpierw w sztabie 1. dywizji pancernej gen. Maczka, potem
w Oddzielę II Sztabu Głównego. W Radiu Wolna Europa
pracował jedenaście lat, do 1961 r., potem przeszedł na
emeryturę i osiadł w miejscowości Buch nad jeziorem Am-
mer, godzina drogi samochodem od Monachium.
Cóż jeszcze należałoby powiedzieć o Kajetanie Czarkow-
skim-Golejewskim? Że urodził się w 1897 r. w miejscowości
Zagrobela na Podolu, że do szkoły powszechnej chodził
we Lwowie, do gimnazjum w Wiedniu, niedaleko też Wied¬
nia, w Stockerau ukończył austriacką szkołę oficerską. Nie
na tym jednak poprzestał. Po dwuletnich studiach na pa¬
ryskiej Sorbonie powrócił do Lwowa, gdzie ukończył stu¬
dia prawnicze na Uniwersytecie Jana Kazimierza.
Wszechstronne zainteresowania, obycie, dar opowiadania,
bezpośredniość i szczerość, zjednały mu tylko przyjaciół.
Czarkowskiego-Golejewskiego trudno było nie lubić. Dziś,
gdy się melduje na wiekuistym odwachu, życzyć mu na¬
leży, by „się tam za nim wstawił Olbromski i Cedro", by
mu nie zrobiono krzywdy, boć „żyl jak prawy ułan, lam¬
part ale zuch".
Kazimierz Zamorski
PROBLEM BOMBY
NAUTRONOWEJ
w świetle prasy zachodniej
W korespondencji z Moskwy zach odmo niemlieck i dzień-
nilik „Stuttgairtier Zeiltung“ stwierdza, że po raz pierwszy od
wojny wietnamskiej Krem! rozpętał masową kampanię anty-
arnery kańską. Zainscenizowany „gniew ludu“ kieruje się
przeciw polityce obronnej Stanów Zjednoczonych zwłaszcza
przeciw bombie neutronowej.
Na razie prezydent Carter odłożył decyzję w sprawie pro¬
dukcji tej broni. Podejmie ją dopiero po przestudiowaniu
materiałów przedstawionych przez Pentagon oraz po na¬
radach z członkami Kongresu i sojusznikami Stanów Zjed¬
noczonych w Europie zachodniej.
Amerykański „Christian Science Monitor" również w ko¬
respondencji z Moskwy pisze, że Kreml J jego wschodnio¬
europejscy sojusznicy prowadzą niezwykle ostrą kampanię,
twierdząc jakoby bomba neutronowa była szczególnie po¬
tworną bronią masowej zagłady. Ka.mpan.ia zdumiewa gwał¬
townością, ale jej cele propagandowe są przejrzyste.
Paryski dziennik „France Soir“ ironizuje, że oto nagle
robotnicy we Władywostoku drżą z oburzenia, i podobne
uczucia miotają związkami zawodowymi' w Mongałii lub
bułgarskim komsomołem. Czytamy tamże:
Sierpień jest sezonem ogórkowym, więc na ogół bez sen¬
sacji. lecz w tym roku nowy potwór wielce niepokoi ro¬
dzinę państw komunistycznych. Jest nim bomba neutrono¬
wa. Dzień po dniu dochodzi więc do protestów — przeciw
niej i to w najdziwniejszych formach. Tymczasem bomba
ta jest dopiero w stadium projektu. Właściwością jej ma być
to, że razi żołnierzy na polu walki nie uszkadzając ich
uzbrojenia. Już dwadzieścia osiem partii komunistycznych
wystąpiło z protestem przeciw tak strasznej potworności.
„France Soir“ wskazuje na całą obłudę tej kampanii.
Bomba neutronowa jest przecież w założeniu bronią tak¬
tyczną, stosowaną przeciw wojskom przeciwnika na froncie
i to w ograniczonym promieniu. Nie powoduje zniszczeń
materialnych jak inne bomby. Jej działanie jest jak strzał
26
Orzeł Biały — Na Antenie, październik 1977
		

/Czasopisma_185_15_143_0001.djvu

			z procy w porównaniu ze spustoszeniem jakie wywołałoby
zrzucenie bomby atomowej czy wodorowej, których olbrzy¬
mi arsenał mają już przedeż zarówno Ameryka jak Rosja.
A tymczasem Moskwa nie prowadzi kampanii przeciw bom¬
bie atomowej i wodorowej — klasycznym broniom ma¬
sowej zagłady. Dodajmy, że rokowania Ameryki z Moskwą
o	ograniczenie zbrojeń utknęły w impasie między innymi
dlatego, że Kreml sprzeciwia się propozycji Waszyngtonu,
by zredukować te arsenały nuklearne każdego z super-mo-
carstw.
Powołując yię na komunistyczną „Unita" — dziennik
„France Soir“ podkreśla, że sowiecka doktryna strategicz¬
na na wypadek wojny przewiduje użycie potężnych głowic
nuklearnych, a więc właśnie broni masowej zagłady. Dzien¬
nik francuski wyraża zdumienie, że zachodnie partie komu¬
nistyczne poszły na lep propagandy moskiewskiej, popiera¬
jąc kampanię Kremla przeciw obronności Zachodu. Partie
te głoszą swą niezależność od niego, powinny więc wiedzieć,
że są bezpieczne tylko pod ochroną Sojuszu Atlantyckie¬
go. Doświadczenia Czechosłowacji 7. roku 1968 dowiodły,
że Moskwa toleruje tylko socjalizm własnego chowu, a jej
czołgi zawsze są gotowe przywołać heretyków do porząd¬
ku, jeślli im ktoś nie zagradzi drogi.
Szwajcarski dziennik „Neue Zurcher Zeitung“ wskazuje,
że bomba neutronowa jest szczególnie skutecznym środkiem
obrony przeciwpancernej. Stąd właśnie wzburzenie Moskwy,
która posługując się hasłami humanitarnymi prowadzi kam¬
panię przeciw tej rzekomo szczególnie nieludzkiej broni.
Ameryce najwyraźniej powiódł się nowy przełom tech¬
niczny w toczącym się wciąż wyścigu zbrojeń, Moskwa
oburza się, ale zapewne sama pracuje nad stworzeniem ta-
kfej samej lub podobnej brani.
Dziennik „Westfalische Nachrichten" wskazuje, że gdyby
zachód uzbroił się w bombę neutronową, na nic nie zda¬
łaby się Moskwie jej broń pancerna, w której rozwój tyle
włożyła. Bomba neutronowa stanowiłaby bardzo skutecz¬
ny środek odstraszenia przed agresją Armii Czerwonej.
Dziienntik podkreśla, że ludzkość nie życzy sobie żadnej
wojny, atomowej czy innej. Przeciwdziałanie temu niebez¬
pieczeństwu powinno być najwyższym nakazem polityki.
Ale nie wystarczy tylko mówić o rozbrojeniu trzeba tego
chcieć i w tym kierunku działać.
Inny dziennik zachód n ioniemiecki .Deutsche Zeitung"
przypomina, że w Europie siły Układu Warszawskiego mają
znaczną przewagę nad siłami Zachodu pod względem liczby
żołnierza i tradycyjnego uzbrojenia. Rosja dysponuje dziś
największą w dziejach ofensywną machiną wojenną, której
trzonem są czołgi. Na rokowaniach wiedeńskich państwa
zachodnie usilnie zabiegają o zgodę Układu Warszawskiego
na wzajemne wyrównanie sił i zmniejszenie ich do stanu,
któryby uniemożliwił każdej ze stron dokonanie agresji z
nadzieją na sukces. Ale Wschód stale torpeduje te stara¬
nia Zachodu. Chce bowiem faktycznie 'i* formalnie utrwa¬
lić swą przewagę. Dziennik przypomina, z kolei, że bom¬
ba neutronowa jest idealną bronią przeciwpancerną. Właści¬
wie należałoby mówić o granatach neutronowych. Są one
zgubne dla załóg 'pancernych, ale nie powodują zniszczeń
materialnych i w ogóle żadnych szkód w dalszej odległości
poza polem wałki. Jest to więc broń ściśle ograniczona do
starć zbrojnych, odmiennie od tylu innych broni, szerzą¬
cych śmierć i zniszczenie na olbrzymich obszarach.
Dziennik zachodnioniemiecki wskazuje dalej, że występo¬
wanie z argumentami moralnymi przeciw tej broni może
mieć uzasadnienie tylko wtedy, jeśli s ę jednocześnie nie
przemilcza skandalu jaktim jest istnienie bomb atomowych
i	wodorowych, których użycie musi doprowadzić do heka-
tomby. Niezależnie od zmasowanych sił tradycyjnych —
Związek Sowiecki zainstalował 700 rakilet z głowicami nu¬
klearnymi, które wycelowane są stale na różne cele w Eu¬
ropie zachodniej. Nie potrzebowałaby cna żadnych nowo¬
czesnych bromi, gdyby nie to zagrożenie.
Dziennik „Frakfurter Allgemeine" wskazuje, że Wschód
ogromnie rozbudował swoją broń pancerną. Na przedpolu
między żelazną kurtyną a Wisłą zajmuje pozycje 19.000
czołgów. A dalej w drugim rzucie dalszych 20.000. Gdyby
Zachód wyposażył się w bombę neutronową, te komunistycz¬
ne czołgi stałyby się szmelcem na kółkach. Udałoby się w
ten sposób zneutralizować główną broń Czerwonej Armii,
jaką właśnie stanowią Przestałaby też ona być środkiem
nacisku psychologicznego na Europę. Stąd wściekła kam¬
pania Moskwy przeciw bombie neutronowej.
Na lamach organu włoskiej partii komunistycznej „Uni¬
ta" rzeczoznawca wojskowy prof. Sillvestri omawia bombę
neutronową, określając ją, jako idealną broń przeciwpancer¬
ną. Jest to broń defensywna a nie ofensywna. Mówi się
jakoby jej użycie mogło ułatwić przejście od wojny „zwyk¬
łej" do nuklearnej. Ale — jak wskazuje publicysta „Unita"
— bomba neutronowa już sama odstrasza od agresji. Tak
czy inaczej sowiecka doktryna wojenna już teraz przewi¬
duje masowe użycie głowc nuklearnych. Jest to broń po¬
wodująca ogólne spustoszenie, zarówno wśród wojska, jak
wśród lud mści cywilnej. Dlatego też wywody na temat
wojny zwykłej i wojny nuklearnej są czysto teoretyczne.
Prof. Silvestri podkreśla, że gdyby Zachód mliał zrezygno¬
wać z amerykańskiej bomby neutronowej, to musiałby w
jakiś inny sposób zapewnić swą obroność. Oczywiście, w
grę może wchodzić wstrzymanie zbrojeń, ale odpowiedni
układ musi stwarzać realne gwarancje bezpieczeństwa i prze¬
widywać ustępstwa drugiej strony. Sprawy bomby neutro¬
nowej nie można dyskutować w oderwaniu od całokształtu
sytuacji stratrgicznej, a tak robią ci komuniści włoscy, któ¬
rzy diją sie użyć jako narzędzie wiadomej propagandy.
CO SIĘ DZIEJE NA GRANICY
SOWIECKO—CHIŃSKIEJ
Abdullah Rahim z Komitetu Rewolucyjnego Sinkiangu za¬
prosił w dn. 3 lipea pięciu dziennikarzy zachodnich by od¬
wiedzili miasto Urumczi i zapoznali się z sytuacją na gra¬
nicy chińsko -sowieckiej. Zaproszenie cudzoziemców do Sin¬
kiangu jest faktem bez precedensu, gdyż wszystko so się
tam dzieje Pekin otacza tajemnicą. Rahim, narodowości
ujgurskiej — jednej z kilku mniejszości w Sinkiangu — po¬
wiedział, że ze strony sowieckiej rozmaite grupy przekra¬
czają nielegalnie granicę i że chińskie wojska graniczne są
w pogotowiu by odeprzeć agresora.
Pismo ,.Przegląd Pekiński" 3 czerwca potępiło wojnę psy¬
chologiczną prowadzoną przez ZSRR przeciw Singkiangowi
czylti Turkiestanowi chińskiemu a zmierzającą do skłócenia
zamieszkujących go mniejszości turkmeńskaej. ujgurskiej i
kazackiej z ludnością chińską, by z czasem oderwać tę wiel-
Orzeł Biały — Na Antenie, październik 1977
27
		

/Czasopisma_185_15_144_0001.djvu

			ką prowincję od Chin. „Przegląd Pekiński** nazwał przy
tym Sinkiang ^awangardą chińskiego frontu w walce z so¬
wieckim rerwizjonizmem i socjal-iiimperializmem".
Niedawno Radio Pekin ostrzegało słuchaczy, by zawsze
byli gotowi wobec możliwości nagłego ataku sowieckiego,
gdyż niepohamowane ambicje „rewizjonistów z Moskwy"
zmierzają nadal do podporządkowania sobie Chin. Przypo¬
minając niespodziewaną zbrojną inwazję przeciw Czecho¬
słowacji Radilo Pekin wszywało obywateli do ciągłej czuj¬
ności i gotowości by odeprzeć możliwy najazd.
Czołowe pismo chińskie „Czerwony Sztandar** 5 lipca tak
przestrzegało: „Chiny muszą wyposażyć swoje siły obron¬
ne |vv zdobycze nowoczesnej nauki i techniki wojskowej iby
móc pokonać agresora
Co jesit przyczyną tych chińskich alarmów? Zapewne przy¬
czyn jest cały szereg. Jedną z nich może być stworzenie
ajtmiosfery zagrożenia Chin przez Rosję, by w ten sposób
skłioniić Stany Zjednoczone do wzmocnienia potencjału woj¬
skowego Pekinu dostawami nowoczesnej broni.
Choć Piekiin prowadzi ostrą walkę propagandową z Mosk¬
wą, w jego alarmach o zagrożeniu ze strony Rosji jest też
wOele prawdy, szczególnie gdy mowa o sowieckich przygo¬
towaniach do agresji na granaty Kazachstanu i Sinkiangu.
Paktem jest, że środki przekazu w sowieckiej Azji Środko¬
wej starają snę wciąż wzbudzać antysowiiackie nastroje wśród
U jg urów i Kazachów w Sinkiangu, odwołując się do ich
Więźli etnicznej z rodakami po stronie ZSRR. Nawołują
także do oderwania różnych prowincji granicznych od Chin.
Postawę Moskwy wobec Chin przedstawiła „Prawda" z 15
maja w wyraźnie inspirowanym przez Kreml artykule
Aleksandrowa, pt. „Pekin chce zniszczyć odprężenie pod
pokrywką antysowietyzmu". Czerwcowy numer „Komunista"
stwierdza autorytatywnie, że na akty dobrej woli ze strony
Moskwy po zgonie Mao Tse-tunga, nowi przywódcy w Pe¬
kinie odpowiedzieli zaostrzeniem kampanii anty sowieckiej.
Bez względu na to, kto — Pekin czy Moskwa — zaostrza¬
ją napięcie jest faktem, że od dwóch przeszło miesięcy sto¬
sunki między obu krajami uległy dalszemu pogorszeniu.
Włodzimierz Sznarbachowski
WZROST CEN I SKLEPY
KOMERCJALNE
Stały wzroslt cen — i to zarówno artykułów żywnościo¬
wych, jak i poszukiwanych na rynku wyrobów przemysło¬
wych — stal Się ostatnio na tyle powszechnym zjawiskiem,
że już się tego nie próbuje ukrywać. Pisze się o tym otwar¬
cie w prasie i mówi w audycjach Radia Warszawa i pro¬
gramach telewizji. Coraz częściej iteż poddaje się publicznej
krytyce zabiegi prowadzące do tzw. „ukrytych** — w rze¬
czywistości jednak nie dających się ukryć — podwyżek cen.
Wprowadza się je zasadniczo w sposób dwojaki: przez
zmianę opakowania części składowych lub wyglądu danego
wyrobu lub też poprzez zwiększenie dostaw towarów droż¬
szych, przy równoczesnym ograniczeniu, lub nawet zupeł¬
nym zlikwidowaniu — dostaw artykułów tańszych tego sa¬
mego typu, sprzedawanych dotychczas po tzw. „normal¬
nych" cenach.
Krytykując tego rodzaju zabiegi, krajowi dziennikarze i
publicyści z reguły niestety unikają — lub też muszą uni¬
kać — stawiania przysłowiowej kropki nad „i“. Odpowie¬
dzialnością za te manipulacje obciąża się więc zjednoczenia,
przedsiębiorstwa i dyrekcje zakładów pracy, pomijając fakt,
że ten powszechny już teraz proces wzrostu cen niie mógłby
się odbywać bez co najmniej cichej aprobaty władz cen¬
tralnych. Jest to boWiem z ich punktu widzenia bardziej
psychologicznie i propagandowo strawna metoda wprowa¬
dzenia podwyżek cen bez potrzeby publicznej dyskusji, kon¬
sultacji i -podejmowania jednorazowych, nie zawsze jak
wiadomo popularnych decyzji odgórnych.
Najlepszym dowodem, że tak właśnie jest — mogą być
wyrastające ostatnio jak grzyby po deszczu, tzw. „sklepy
komercjalne".
W relacji z Kraju tak to oceniono:
Sklepy komercjalne nazywają się różnie, np. „sklep gar¬
mażerii delikatesowej", „Centrala Handlu Cukrem", „Punkt
Masarski" itd.
Pierwsze sklepy komercjalne powstały w Warszawie i
sprzedawały cukier po wysokich, tzw. „wolnorynkowych"
cenach. Potem wprowadzono także handel mięsem i wędli¬
nami. Obowiązują w nich ceny mniej więcej takie, jakie
proponował Jaroszewicz w ubiegłym roku, to znaczy od
60% do 80% wyższe od cen normalnych.
Np. szynka, która kosztuje w „Delikatesach“ 110 zł za
kilogram — o ile można ją w ogóle tam dostać — w skle¬
pach komercjalnych, zwanych „Garmażeriami delikatesowy¬
mi", kosztuje 190 zł. Podczas gdy w „Delikatesach" szynkę
można nabyć tylko w pewnych dniach, i to zwykle po kilku¬
godzinnym wystawaniu w kolejkach — w „Garmażerii de-
likatesowej" jest o szynkę łatwiej i przed tymi sklepami
kolejki są rzadsze.
Ilość takich właśnie sklepów komercjalnych wzrosła
ostatnio bardzo szybko. Są one już prawie w każdym mieś¬
cie wojewódzkim ; tam gdzie ich nie ma — zapowiada się,
Że zostaną wkrótce otwarte. W większych miastach woje¬
wódzkich jest już teraz po kilku takich sklepów. Jeśli cho¬
dzi o żywność, są one nawet lepiej zaopatrzone niż sklepy
PEWEX-u. Można w nich dostać poszukiwane konserwy
mięsne, zarówno krajowe, jak i pochodzące z importu kon¬
serwy rybne. Wszystko oczywiście po owych tzw. „cenach
komercjalnych", o kilkadziesiąt procent wyższych od cen
w sklepach zwykłych, w których zresztą tych towarów nie
można albo w ogóle kupić, albo też dostaje się je po pro¬
tekcji, „spod lady".
Tyle relacja, jaką otrzymaliśmy niedawno od słuchacza z
Kraju.
Warto dodać, że podobny system wprowadza się również
ostatnio przy sprzedaży wyrobów przemysłowych. Ze skle¬
pów znikają towary tańsze, pojawiają się inne, po wyższych
cenach, na które nlie każdy przeciętnie zarabiający obywa¬
tel może sobie pozwolić.
Prawie niedostępne np. są obecnie koszule, sprzedawane
w ubiegłym roku po 200 zł, pod dostatkiem natomiast jest
koszul, za które trzeba płacić teraz 250 albo 300 zł. Za¬
czynają też powstawać sklepy, w których wyłącznie sprze¬
daje się tego rodzaju luksusy. Zacytujmy przykładowo „Mo¬
dę Polską", gdzie krawat kosztuje 320 zl, a letnie sandały
dla pań — 1200 złotych.
Tzw. „sklepy komercjalne" nie są oczywiście wymysłem
spekulantów lub „prywaciarzy". Są to instytucje państwo¬
we, otwierane z inicjatywy władz i pozostające pod ich kon¬
trolą.
J.P.
28
Orzeł Biały — Na Antenie, październik 1977