/Magazyn_133_09_001_0001.djvu

			TDTTUTGkd
U.M.K.
Toruń.
330402
I. N. GONCZÄROW
OBŁOMOW
ROMANS W DWU TOMACH
PRZEŁOŻYŁ
FR. RAWITA^GAWROŃSKI
TOM I
WARSZAWA 1922
INSTYTUT WYDAWNICZY »BIBLJOTEKA POLSKA«
J
		

/Magazyn_133_09_003_0001.djvu

			cjśo 3 o\
G t * t / J"1 y.
OBLOMOW
		

/Magazyn_133_09_005_0001.djvu

			I. N. GONCZAROW
OBŁOMOW
ROMANS W DWU TOMACH
PRZEŁOŻYŁ
FR. RAWITA-GAWROŃSKI
TOM I
WARSZAWA 1922
INSTyTUT WYDAWNICZY »BIBLJOTEKA POLSKA.
		

/Magazyn_133_09_006_0001.djvu

			Zakłady graficzne Inst. Wydawn. „Biblj. Polska“ w Bydgoszczy
/
		

/Magazyn_133_09_007_0001.djvu

			CZĘŚĆ PIERWSZA
		

/Magazyn_133_09_008_0001.djvu

			'< W,~>
		

/Magazyn_133_09_009_0001.djvu

			W mieszkaniu swojem, na ulicy Grochowej,
w domu, którego ludności starczyłoby na całe miasto
powiatowe, rano leżał w łóżku Ilja Iljicz Obłomow.
Był to człowiek trzydziestu paru lat, średniego
wzrostu, przyjemnej powierzchowności, o mocno
szarych oczach, ale w rysach jego twarzy nie
dostrzegało się żadnej myśli, żadnego skupienia.
Myśl, jak ptak, błądziła po twarzy: pokazywała siej
w oczach, siadała na półotwartych ustach, chowała
się w zmarszczkach czoła, niekiedy znikała zupełnie,
a wówczas na niej malowała się spokojna, równa
obojętność. Z twarzy przechodziła ona na całą jego
postać i zdawało się, że ją widać było nawet w fał¬
dach szlafroka.
Niekiedy wyraz jego twarzy przybierał charakter
niby zmęczenia, niby znudzenia. Ani zmęczenie,
ani nuda nie mogły wszakże ani na chwilę pozbawić
twarzy wyrazu tej miękkości, która zdawała się być
zasadniczym rysem nietylko twarzy lecz i duszy.
Wyglądała ona otwarcie i jaśniała we wzroku,
w uśmiechu, w każdym ruchu głowy i rąk. Człowiek
obdarzony nawet bardzo powierzchowną obserwacją,
najbardziej chłodny, spojrzawszy na Obłomowa,
musiałby powiedzieć: musi to być dobry człowiek,
prosta natura. Ktoby jednak dłużej i życzliwiej
Obłomow. T. I.	1
		

/Magazyn_133_09_010_0001.djvu

			wpatrywał się w tę twarz, minąłby ją zamyślony
i z uśmiechem.
Cera twarzy Ilji Iljicza nie była ani rumianą,
ani smagłą, ani błaclą — nijaką, poprostu, może
dlatego Obłomow osunął się, postarzał się przed¬
wcześnie, czy wskutek braku ruchu czy powietrza,
a może jednego i drugiego. Wogóle ciało jego,
sądząc według przyciszonej białej barwy szyi, małych
nieco obrzmiałych rąk i również białych ramion,
wydawało się w mężczyźnie zbyt wypieszczonem.
Ruchy jego, nawet gdy był wzburzony, odzna¬
czały się pewną miękkością i powolnością, nie pozba¬
wioną estetycznego wdzięku. Gdy z duszy wysuwała
mu się na twarz chmura trosk, wzrok jego
zamącał się, na czole zjawiały się fałdy, a twarz
wyrażała kolejno wątpliwość, smutek, lęk nawet,
ale rzadko wzburzenie takie objawiało się w formie
określonej myśli, a jeszcze rzadziej przeobrażało się
w stały jakiś zamiar. Wszystko kończyło się wes¬
tchnieniem, apatją i niby półsennością.
Ubranie Obło mowa odpowiadało zupełnie jego
spokojnemu wyrazowi twarzy, jego wydelikaconemu
ciału. Miał on na sobie szlafrok z prawdziwej perskiej
materji, prawdziwie wschodniego typu, bez najmniej¬
szego podobieństwa do Europy; nie posiadał żadnych
kutasów, aksamitów, żadnych zagięć, ale był tak ob¬
szerny, że Obłomow mógł dwukrotnie owinąć się
nim. Rękawy, stosownie do mody azjatyckiej, szły
szeroko od palców ręki do ramienia. Chociaż szlaf¬
rok ten utracił zczasem świeżość swoich barw,
a nabrał natomiast brudu, zachował jednak w zupeł¬
ności swój charakter wschodni i doskonałość
materji.
Szlafrok ten posiadał w oczach Obłomowa nie-
		

/Magazyn_133_09_011_0001.djvu

			ocenione przymioty: miękkość i elastyczność. On
nie czuł go na sobie. Szlafrok, jak posłuszny nie¬
wolnik, stosował sie do najlżejszych ruchów właści¬
ciela.
Obłomow w domu chodził zawsze bez krawatki
i bez kamizelki, gdyż lubił swobodne ruchy. Pan¬
tofle nosił długie, miękkie, szerokie, ażeby wstając
z łóżka i nie patrząc, odrazu trafić w nie nogą.
heżenie Ilji Iljicza nie było wynikiem konie¬
czności, jak u chorego, który chce spać, lub też
z przypadku, gdy ktoś zmęczony, ani przyjemnością,
jak u człowieka leniwego, pragnącego zasnąć wogóle
— było to czemś norinalnem w jego życiu. Gdy
przebywał w domu — a on zawsze był w domu —
Obłomow leżał i to zawsze w tym samym pokoju,
który był jego gabinetem, sypialnym i bawialnym
pokojem. Mieszkanie jego składało się z trzecli
innych pokojów, ale on rzadko zaglądał do nich.
chyba rano i to nie codziennie, gdy służący zamiatał
jego gabinet, co niezawsze miało miejsce. W po¬
kojach tych meble były zakryte pokrowcami, rolety
spuszczone.
. Pokój, w którym leżał Obłomow, wydawał się
na pierwszy rzut oka bardzo ładnie umeblowanym:
było tam biurko z czerwonego drzewa, dwie kanapki
pokryte .jedwabną materją, parawan obciągnięty
czerwoną materją, na której widać było wyszy¬
wane ptaki, nie widziane nigdy w przyrodzie, i nie¬
bywałe owoce. Były tam jedwabne firanki, dywany,
kilka obrazów, trochę ozdóbek bronzowych i porce¬
lanowych i mnóstwo pięknych drobiazgów.
Ale doświadczony wzrok człowieka, obdarzonego
smakiem estetycznym, z jednego rzutu oka na
wszystko, co tu było, dostrzegłby chęć zachowania
1*
		

/Magazyn_133_09_012_0001.djvu

			pozorów dobrego smaku — byle wzrok ludzki zado-
wolnić. Oblomow myślał o tern wtenczas, gdy
meblował swoje mieszkanie. Wybredny smak nie
zadowoliłby się oglądaniem ciężkich, niezgrabnych
krzeseł z czerwonego drzewa, ani też mało estety -
cznemi etażerkami. Tylna część jednej kanapki osia¬
dła nieco, fornirowane części wydęły się.
Taki sam charakter miały wszystkie drobnostki,
wazy i obrazy.
Oblomow obojętnym był na przyozdobienie
swego gabinetu, patrzył na to chłodno, jak gdy¬
by pytał: kto też wpakował to wszystko tutaj ?
Równie obojętnie, jak Oblomow na swoją własność,
zapatrywał się na nią, może jeszcze bardziej obo¬
jętnie, służący jego Zachar. Przypatrzywszy się
bliżej, gabinet uderzał wprost w oczy swoim brudem
i niechlujstwem.
Na ścianie, obok obrazów, w festonach zwieszała
się pajęczyna, przesiąknięta kurzem; lustro, zamiast
odbijania różnych przedmiotów, mogłoby raczej
służyć za deskę do pisania, tak bardzo było kurzem
pokryte. Na dywanie były różne plamy. Na ka¬
napie leżał ręcznik, na stole widać było prawie co
rano niesprzątnięte od wieczerzy talerze, solniczkę,
ogryzione kosteczki i okruszyny chleba. Gdyby nie
talerze i nie oparta o róg łóżka fajka na długim
cybuchu, gdyby nie sam gospodarz, leżący na niem,
można byłoby przypuszczać, że tu nikt nie mieszka,
— do tego stopnia wszystko było zapylone, spło¬
wiałe — wogóle brakło śladów żywego człowieka.
Na etażerce leżało wprawdzie parę otwartych ksią¬
żek, sterczał jakiś dziennik, na biurku widać było
atrament i pióra, ale, gdyby do kałamarza ktoś
włożył pióro, wypędziłby tylko przelękłą muchę.
		

/Magazyn_133_09_013_0001.djvu

			Ilja Iljicz obudził sit;, wbrew zwyczajowi, bardzo
wcześnie, około godziny ósmej. Wyglądał na bardzo
zakłopotanego. Na twarzy jego malowały się na-
przemiany — niby przestrach, niby tęsknota i za¬
gniewanie. Widać było, że odbywała się w nim
walka wewnętrzna, ale rozum jeszcze z pomocą
nie przychodził.
Cała rzecz w tem, że Obłomow otrzymał wczoraj
nieprzyjemny list od swego rządcy. Wiadomo,
0	jakich tematach może pisywać rządca: nieurodzaj,
podatki, zmniejszenie dochodu i t. p. Chociaż rządca
1	zeszłego roku i dawniej pisywał listy takiej samej
treści, ale ten list ostatni podziałał na niego tak
przykro, jak każda niemiła niespodzianka.
Alboż to rzecz małej wagi? Proszę pomyśleć
o środkach zażegnania tych wszystkich kłopotów.
Trzeba jednak oddać sprawiedliwość Obłomowowi:
on po pierwszym nieprzyjemnym liście od rządcy
przed kilkoma laty począł obmyślać, jak przepro¬
wadzić różne ulepszenia w zarządzie majątkiem.
Według tego planu należało przeprowadzić różne
zmiany — ekonomiczne, policyjne i inne. Plan
szakże nie był jeszcze w całości obmyślony, a przy¬
kre listy zarządcy powtarzały się co roku, zmuszały
go do zastanawiania się, a zatem mąciły mu spokój.
Obłomow rozumiał potrzebę jakiejś stanowczej
decyzji, zanim plan będzie ostatecznie obmyślony.
Natychmiast po przebudzeniu się postanowił
się umyć, wypić herbatę, namyśleć się, coś skombi-
nować, zanotować i wogóle całą tą sprawą zająć
się na ser jo.
Już od pół godziny leżał, męcząc się samym
zamiarem podjęcia tej pracy, ale rozmyślił się, że
rzecież może to zrobić i później, a herbatę można
		

/Magazyn_133_09_014_0001.djvu

			wypić, jak zwykle, w łóżku — przecież leżenie nie
przeszkadza mu myśleć.
Tak też zrobił. Po herbacie podniósł się na
łóżku, miał zamiar wstać, a nawet spoglądał na
pantofle. Spuścił już jedną nogę z łóżka, ale na¬
tychmiast prawie wsunął ją pod kołdrę.
Zegar wydzwonił pół do dziesiątej. Ilja Iljicz
poruszył się niespokojnie.
—	Cóż ja sobie myślę w samej rzeczy! — krzy¬
knął prawie głośno, niecierpliwie. Trzebaż mieć
sumienie i brać się do roboty. Gdyby człowiek
pozwolił sobie tylko — oho!
—	Zachar! — krzyknął.
W pokoju, oddzielonym od Ilji lljicza tylko nie¬
wielkim korytarzem, wydało się, jak gdyby pies
łańcuchowy warknął, potem uderzenie nóg o po¬
dłogę, jak gdyby ktoś zeskoczył z wysokości. To
właśnie Zachar zeskoczył z leżanki, na której
zwykle leżał, drzemiąc.
Do pokoju wtoczył się starszy mężczyzna w sza¬
rym surducie, pękniętym pod pachą, z pod
którego wyglądał kawałek koszuli, w szarej kami¬
zelce, z miedzianemi guzikami, o głowie łysej, jak
kolano, i tak niezwykłej obfitości bokobrodach, że
każdej strony ich starczyłoby na wielką brodę.
Zachar nie usiłował zmienić ani swego wyglądu,
ani postawy, ani nawet ubrania, w którem chodził
na wsi. Ubranie sprawiał mu Obłomow według
wzoru, wywiezionego ze wsi. Szary surdut i szara
kamizelka tem bardziej mu się podobały, że to
ubranie przypominało mu liberję, jaką nosił niegdyś,
towarzysząc państwu do cerkwi lub z wizytą. Li¬
ber ja w jego pojęciu była najgodniejszem świa¬
dectwem dostojności domu Obłomowych.
		

/Magazyn_133_09_015_0001.djvu

			Więcej nic nie przypominało mu szerokiego pań¬
skiego życia i spokoju głuchej wsi. Starzy rodzice
Obłomowa umarli, a portrety familijne zostały na
wsi i pewnie gdzieś na strychu leżą w zapomnieniu.
Opowiadania o życiu w starym dworze i o godności
rodziny zamierają powoli i żyją tylko w pamięci
pozostałych na wsi starych ludzi. Dlatego też
Zachar cenił swój szary surdut. Ten surdut przeto
i jeszcze trochę śladów w wyrazie twarzy i zacho¬
waniu się Obłomowa przypominało mu jego rodzi¬
ców. Takie same kaprysy miał i młody Obłomow:
chociaż mruczał, a nieraz i głośno zwymyślał, ale
Zachar uważał je jako objaw pańskiej woli, pań¬
skiego prawa, przypominało mu to wszystko czasy
przeżytej potęgi i wielkości.
Bez tycli kaprysów nie odczuwał on władzy
pańskiej; bez nich nic nie budziło w nim wspomnień
0	młodości, o wsi, którą opuścili dawno, nie przy¬
pominało opowiadań o starym dworze, jedynej
kroniki, powtarzanej przez starych ludzi i niańki —
z rodu w ród.
Dom Obłomowych należał niegdyś do wielkich
1	znakomitych w swToim zakątku, a potem, Bóg wie
jakim sposobem, ubożał, malał i wkońcu zatarł
się między szlacheckiemi rodami. Tylko posiwiali
starzy słudzy przechowywali tradycyjnie i powta¬
rzali jedni drugim opowiadania o przeszłości, prze¬
chowując je jako najdroższe pamiątki.
Oto dlaczego ZacliaV tak kochał, swój szary
surdut. Może i bokobrody swoje kochał dlatego,
że widział starych służących pańskiego dworu, ozdo¬
bionych tą arystokratyczną oznaką.
Ilja Iljicz, pogrążony w zamyśleniu, długo nie
		

/Magazyn_133_09_016_0001.djvu

			spostrzegał wejścia Zachara. Zachar stal i milczał.
Zakaszlał wreszcie.
—	Czego ty chcesz? — spytał IIja Iljicz.
—	Pan mnie wołał.
—	Wołałem ? Dlaczego wolałem ciebie — nie
pamiątam — odpowiedział Obłomow, przeciągając
się. .— Wracaj do siebie, a ja sobie przypomnę.
Zachar wyszedł, a Ilja Iljicz leżał i nie przestawał
myśleć o przeklętym liście.
Minęło pół godziny.
—	Dość tego leżenia! — trzeba nareszcie wsta¬
wać... Aha, a możebym ja jeszcze raz pilnie prze¬
czytał list rządcy, a potem dopiero wstanę. — Zachar !
. Znowu słychać było ten sam skok i głośniejsze
warczenie. Zachar wszedł, a Obłomow znowu za¬
myślił się. Zachar stał ze dwie minuty, nieprzy¬
chylnie bokiem spoglądając na pana — wreszcie
chciał odejść.
—	A ty dokąd ? — spytał nagle Obłomow.
—	Pan nic nie mówi, pocóż mam stać daremnie ?
—' odpowiedział ochrypłym głosem Zachar. Głos
utracił jakoby wtedy jeszcze — powiadał — gdy
jeździł na polowanie z chartami, wówczas wiatr
go zawiał.
Stał półobrócony do Obłomowa i zezem spo¬
glądał na niego.
—	Cóż to, czy nogi ci uschły, że nie możesz
ustać? Widzisz przecież, że jestem zamyślony —
więc czekaj! Mało ci jeszcze leżenia ? Odszukaj
list, który wczoraj otrzymałem od rządcy. Gdzieżeś
go zapodział?
—	J aki list ? Żadnego listu nie widziałem -—
odpowiedział Zachar.
		

/Magazyn_133_09_017_0001.djvu

			1
Przecież ty go sam odebrałeś /. rąk roznosi-
eiela. Przypomnij sobie — taki był zabrukany!
—	Skądże ja mam wiedzieć, gdzie go pau
położył — mówił Zachar, uderzając ręką po różnych
papierach, leżących na stole.
—	Ty nigdy nic nie wiesz! W tamtem pudelku
poszukaj! Może spadł za kanapę. Widzisz, oparcie
od kanapy dotychczas niepoprawione. Mógłbyś
przecie zawołać stolarza i kazać poprawić. Sam
przecież złamałeś! O niczem nie pomyślisz!
—	Nie łamałem wcale — odpowiedział Zachar.
— sama się złamała. Nie wieki przecież miało trwać,
musiało się kiedyś złamać!
Ilja Iljicz nie oponował.
/ — Cóż, znalazłeś? — zapytał.
—	O, tu są jakieś listy.
—	Nie te wcale!
—	Innych niema — odrzekł Zachar.
—	Dobrze, dobrze — ruszaj! — niecierpliwie odpo¬
wiedział Obłomow. — Jak wstanę, sam poszukam.
Zachar wrócił do siebie. Ledwie oparł się rękami
o leżankę, gdy usłyszał gwałtowne wołanie:
—	Zachar! Zachar!
—	Ach, Boże mój! — mruczał, wchodząc do
gabinetu. — Co to za męczarnia! Gdyby już śmierć
rychlej mnie zabrała!
—	Czego pan chce — mówił — opierając
się jedną ręką o odrzwia i stojąc bokiem, lekcewa¬
żąco zwrócony do Obłomowa tak, że ledwie pół-
okiem mógł go widzieć, a Obłomow widział tylko
jedną stronę bokobrodu, nastroszoną jak krzak,
z którego lada chwila jakiś ptak wyleci.
—	Chustkę do nosa! Prędzej! Mógłbyś się sam
		

/Magazyn_133_09_018_0001.djvu

			przecież domyśleć! Nie widzisz ? — ostrym głosem
mówił Ilja Iljicz.
Zachar nie okazał ani zdziwienia, ani niezado¬
wolenia, wysłuchawszy rozkazu i wymówki, uważając
widocznie jedno i drugie za rzecz słuszną i natu¬
ralną.
—	A skądże ja mogą wiedzieć, gdzie chustka
do nosa — odmruknął — i począł chodzić po po¬
koju, obmacując każde krzesło, chociaż widać było
i bez tego, że na krześle nic nie leży.
—	Wszystko pan gubi! — mruczał, otwierając
drzwi do bawialnego pokoju, aby zobaczyć, czytam
chustki niema.
—	Dokąd? Tutaj szukaj! Od trzech dni ja
w bawialnym pokoju nie byłem.
—	Prędzej! Prędzej! — naglił Ilja Iljicz.
—	Gdzie chustka ? Niema chustki! — mówił
Zachar, rozchylając obie ręce i spoglądając w różne
kąty. — Otóż jest! —krzyknął swoim chrypliwym
głosem. — Siedzi pan na niej... widać, koniec sterczy.
Leży pan na chustce i szuka chustki!
Nie mówiąc nic więcej, Zachar zamierzał odejść.
Nieprzyjemną była Obłomowowi taka niewła¬
ściwość z jego strony, znalazł więc inny sposób
gderania na Zachara.
—	A czystość u ciebie jaka! Kurz wszędzie —
Boże! Spójrz tylko po kątach! Nic nie robisz!
—	Już jeżeli ja nic nie robię... — zaczął Zachar
obrażonym tonem. — Życia nie żałuję... kurze zmia¬
tam... pokoje zamiatam prawie codziennie.
Ręką wskazał na środek pokoju i na stół, na
którym były jeszcze resztki wczorajszego obiadu.
		

/Magazyn_133_09_019_0001.djvu

			11
—	Tu... tu... wszystko zamieciono, uporządko¬
wano, jak na wesele, czegóż więcej trzeba?
—	A to co ? A to co ? — przerwał mu Ilja Iljicz,
wskazując na ściany i na sufit — a to ? a to ?
Wskazywał na ręcznik, który od wczorajszego
rana leżał nietknięty, na talerz, leżący na stole
z kawałkiem chleba.
—	No, to przecież mogę zabrać — rzekł z pewną
wyrozumiałością Zachar, biorąc talerz.
—	Tylko to ? A kurz na ścianach ? A pajęczyna ?
mówił Obłomow, wskazując jedno i drugie.
—	To przecież ja przed Wielkanocą obmiatam...
Wtenczas obrazy czyszczę, pajęczynę zdejmuję...
—	A książek i obrazów nie trzeba okurzać ?
—	Książki i obrazy przed Bożem Narodzeniem.
Wtenczas my z Anisią wszystko oczyścimy. A teraz
kiedy to robić ? Pan zawsze siedzi w domu.
—	Chodzę przecież czasem do teatru... czasem
z wizytą... Wtenczas...
—	Jakież porządki można robić w nocy!
Obłomow z wyrzutem spojrzał na Zachara,
pokiwał głową i westchnął. Zachar obojętnie spojrzał
przez okno i także westchnął. Pan widocznie my¬
ślał: ,,ty jesteś jeszcze większy Obłomow, niż ja“.
A Zachar: ,,kłamiesz, ty tylko majster do gadania,
a kurze i pajęczyny tobie najmniej w głowie“.
—	Czy ty rozumiesz — mówił Ilja Iljicz, — że
od kurzu mole się mnożą. — Czasem i pluskwę
widuję na ścianie!
—	U mnie i pchły są! — obojętnie zauważył
Zachar.
—	Czyż to dobrze ? To obrzydliwość! — rzekł
Obłomow.
Zachar zaśmiał się na całą szerokość gęby, tak
		

/Magazyn_133_09_020_0001.djvu

			ze uśmiech ogarnął nawet bokobrody, aż sie roz¬
sunęły na dwie strony, a cala twarz wyglądała, jak
jedna wielka czerwona plama.
—	Czyż to moja wina, że pluskwy są na świecie ?
•— zauważył z pewnem zdziwieniem. — Czy to ja
je stworzyłem ?
—	Przecież to od brudu — powiedział Obłomow.
— Poco ty kłamiesz tylko ?
—	I brudy nie ja wymyśliłem.
—	U ciebie przecież myszy po nocy biegają —
ja słyszą.
—	I myszy przecież nie ja wymyśliłem. Takiego
paskudztwa, jak myszy, koty, pluskwy, wszędzie
mnóstwo.
—	Przecież gdzie indziej niema ani moli, ani
pluskiew.
Na twarzy Zachara malowało się niedowierza¬
nie, a raczej pewność, że to nie może być prawdą.
—	U mnie tego wszystkiego mnóstwo, każdej
pluskwy nie upilnuję, w każdą szczelinkę nie zalezę.
A sam Obłomow zdaje się myślał: eóżby to było
za spanie bez pluskiew.
—	Zamiataj, śmiecie zabieraj z kątów — uczył
Obłomow — i nie będzie tego wszystkiego.
—	Dzisiaj sprzątniesz, a jutro znowu jest! —
zauważył Zacliar.
—	Nie nazbiera się! Nie powinno.
—	Nazbiera się! Ja wiem — twierdził Zachar.
—	Jak nazbiera się, to wymieć!
—	Jakto? Codziennie wszystkie kąty sprzą¬
tać ? — spytał Zachar. Co to za życie! Niech lepiej
Pan Bóg duszę zabierze!
—	Dlaczegóż u innych panuje czystość? —
rzekł Obłomow, — Spójrz tylko naprzeciwko —
		

/Magazyn_133_09_021_0001.djvu

			- 13 -
u stroiciela fortepianów... miło spojrzeć — a u niego
przecież jedna tylko służąca.
—	Skąd u Niemców śmiecie się weźmie — nagle
zawołał Zachar. — Proszę się przypatrzeć, jak oni
żyją! Tam cała rodzina przez cały tydzień jedną
kość ogryza. Surdut z pleców ojca przechodzi na
syna, a ze syna znowu na ojca. Żony ich i córki
noszą suknie króciutkie... Ciągle podciągają pod
siebie nogi, jak gęsie. Skąd się u nich śmiecie weźmie ?
U nich niema tego, ażeby w szafach całemi latami
przechowywać stare zużyte ubrania, albo żeby po
kątach gromadziły się całe kupy skórek od chleba.
U nich i skórki nie znajdziesz nigdzie, narobią su¬
charów i przy piwie zjedzą.
Zachar, mówiąc o tem wstrętnem dla niego życiu,
splunął na ziemię.
—	Niema co gadać! — zauważył Ilja Iljicz —
idź lepiej sprzątać!
—	Czasem człowiek i chciałby sprzątać, ale sam
pan nie pozwala.
—	Znowu swoje! Wszędzie ja tobie przeszka¬
dzam !
—	Oczywiście! Pan zawsze w domu siedzi,
jakże sprzątać. Proszę wyjść na cały dzień, a wten¬
czas sprzątnę.
—	Co ty jeszcze wymyślisz ? Wyjść! Ruszaj
lepiej do siebie.
—	Doprawdy — twierdził swoje Zachar — gdy¬
by pan dzisiaj wyszedł, zrobilibyśmy porządek
z Anisią. Ale i tak we dwoje nie damy sobie rady...
trzeba jeszcze parę bab podnająć, aby naczynie
pomyć.
—	O, co za pomysły! — Baby najmować!
Ruszaj, ruszaj!
		

/Magazyn_133_09_022_0001.djvu

			— 14 —
Obłomow już był nawet niezadowolony, że wy¬
wołał tę całą rozmowę. Ciągle zapominał o tern,
że jak tylko dotknąć tej sprawy, zaraz kłopoty
sypią się ze wszech stron.
On pragnąłby, ażeby w domu panował porządek
i czystość, ale żeby to się stało niewidocznie, samo
przez się, a Zachar zaraz rozpoczynał awantury,
jak tylko wysunęła się-sprawa kurzu, pajęczyny,
mycia podłóg i t. p. W takicli razach poczynał do¬
wodzić ile to będzie z tego powodu ambarasu w do¬
mu, dobrze wiedząc, że to wszystko przestracli wy¬
wołuje u Obło mowa.
Zachar wyszedł, a Obłomow zamyślił się. Zegar
wybił pół godziny.
—	Cóż to ? — z przestrachem prawie zawołał
Ilja Iljicz. — Jedenasta godzina niezadługo, a ja
jeszcze nie wstałem, nie umyłem się! Zachar ! Zachar!
W przedpokoju odezwał się głos:
—	Ach, Boże mój ! — a później znany już skok
z leżanki.
—	Przygotowałeś wszystko do umycia się?
—	Dawno przygotowałem. Dlaczego pan nie
wstaje ?
—	Dlaczegóż nie powiesz, żeś przygotował.
Byłbym już dawno wstał. Ruszaj że, ja idę wnet
za tobą. Mam dziś zajęcie i zasiądę do pisania.
Zachar wyszedł, a po chwili wrócił, niosąc za¬
pisany zabrudzony zeszycik i kawałeczki papieru.
—	Jeżeli ma pan pisać, to przy tej sposobności
proszę rachunki sprawdzić i należytość zapłacić.
—	J akie rachunki ? J aką należytość ? — z nie¬
zadowoleniem spytał Ilja Iljicz.
—	Od rzeźnika, za jarzyny, praczce, piekarzowi...
Wszyscy upominają się o pieniądze.
		

/Magazyn_133_09_023_0001.djvu

			- 15 -
—	Tylko o pieniądzach myśleć trzeba! — mru¬
knął Ilja Iljicz. — Dlaczego nie mówisz o wydatkach
natychmiast, ale dopiero kiedy się dużo tego nazbiera ?
—	Przecież sam mię pan odpędzał i mówił: jutro,
jutro...
—	A teraz chyba nie można odłożyć do jutra ?
—	Nie, zbyt nalegają. Nie chcą dawać na
kredyt. Dzisiaj przecież 1-go.
—	Ach! — westchnął Obłomow — nowy kłopot!
Czegóż stoisz? Połóż książeczkę na stole. Ja zaraz
wstanę, umyję się i zobaczę. Do umycia się wszystko
gotowe ?
—	Gotowe...
—	Teraz...
Począł, stękając, podnosić się z pościeli, ażeby
wstać.
—	Zapomniałem powiedzieć — zaczął Zacliar —
onegdaj, kiedy pan wypoczywał, zarządca domu
przysyłał stróża z wypowiedzeniem mieszkania, gdyż
lokal ten jest mu niezbędnie potrzebny.
—	Cóż ważnego? Jeśli potrzeba usunąć się,
naturalnie usuniemy się. Ale poco ty mnie nudzisz
tem wszystkiem? Już wczoraj mówiłeś mi o tem.
—	Mnie także naprzykrzają się...
—	Powiedz, że wyniesiemy się.
—	Powiadają, że już od miesiąca upominają się
o to..., że policję zawiadomią...
—	Niech zawiadamiają!— ostro odrzekł Obło¬
mow. — My i sami opuścimy to mieszkanie za dwa
— trzy tygodnie, jak pociepłeje...
—	Za dwa — trzy tygodnie! A rządca powiada:
za tydzień przyjdą rzemieślnicy i burzyć wszystko
będą! Wynoście się jutro albo pojutrze.
—	He, he, he! Jaki pośpiech! Jeszcze czego!
		

/Magazyn_133_09_024_0001.djvu

			— 16 —
Może każą jeszcze zaraz opuścić lokal! Ty ani
słówka mnie o tern. nie gadaj! Już raz ci o tem
mówiłem, a ty znowu swoje — rozumiesz?
—	Cóż ja mam robić? — odezwał się Zachar.
—	Co robić ? — Ty tem się wykręcasz ode mnie —
odpowiedział Ilja Iljicz. — Ty mnie o to pytasz! Co
mnie do tego? Nie zaprzątaj mi głowy, jak
chcesz, tak rób, byle tylko nie zmieniać mieszkania.
Nie możesz tej przysługi zrobić panu?
—	Jakże, ojczulku, Ilja Iljiczu mam się tem roz¬
porządzić? — zaczął on, sapiąc miękko. — Dom
przecież nie do mnie należy, jakże nie opuścić
cudzego domu, kiedy z niego pędzą ? Gdyby dom do
mnie należał, ja z największą przyjemnością...
—	Nie możnaby ich przekonać w jakiś sposób ?
My przecież mieszkamy tu dawno, płacimy regu¬
larnie...
—	Mówiłem... — odparł Zachar.
—	Cóż oni ?
—	Co? Oni swoje... proszę się wynosić... nam
lokal potrzebny... musimy przerobić...
Z naszego mieszkania i z mieszkania doktora
chcą zrobić wspólne... na wesele syna gospodarza.
—	Ach, Boże mój! — gniewnie zawołał Obło-
mow. —Ze też jeszcze nie brak takich osłów, którzy
się chcą żenić!
Odwrócił się tyłem.
—	Możeby pan napisał do gospodarza — rzekł
Zachar — możeby on pana nie ruszył stąd, a roz¬
począł burzyć tamten lokal...
Zachar ręką machnął w powietrzu.
—	Dobrze. Jak wstanę — napiszę. Ruszaj do
siebie, a ja pomyślę. Ty nic nie potrafisz zrobić —
dorzucił, — i o tem głupstwie muszę sam myśleć.
		

/Magazyn_133_09_025_0001.djvu

			- 1? —
Zachar wyszedł, a Obłomow począł myśleć.
Ale i tu nie obeszło się bez kłopotu — o ozem
myśleć ? O liście do rządcy, o zmianie mieszkania,
czy też sprawdzać rachunki ? Gubił się w kłopotach
domowych i leżał, od czasu do czasu z jednego boku
przewracając się na drugi. Chwilami wyrywały mu
się z ust: Boże mój! Wszędzie kłopoty życia
dosięgną człowieka.
Niewiadomo, jak długo leżałby był jeszcze Obło¬
mow w tej niepewności, co robić, gdyby w przedpo¬
koju nie odezwał się dzwonek.
— Już jest ktoś! — rzucił Obłomow, zawijając
się w szlafrok, — a ja jeszcze w łóżku! Wstyd. —
Któżby to był, tak wcześnie.
rzężąc, ż ciekawością ku drzwiom spoglądał.
Obłomow. T. I.
UNIvwrpsvrecKÄ
2
		

/Magazyn_133_09_026_0001.djvu

			II.
Wszedł młody człowiek około 25 lat, obraz zdro¬
wia. Usta, policzki, oczy śmiały mu się. Zazdrość
brała patrzeć na niego.
Uczesany i ubrany był bez zarzutu. Świeżością
'błyszczała jego bielizna, twarz, rękawiczki,- frak.
Przy kamizelce wisiał elegancki łańctiszek, obcią¬
żony mnóstwem breloków. Wyjął z kieszeni cie-
niuchną batystową chusteczkę, wciągnął zapach
jakichś wschodnich perfum, niedbale otarł nią twarz,
wygładził kapelusz, otrzepał lakierowane trzewiki.
—	A, Wołkow! J ak się pan miewa! — krzyknął
Ilja Iljicz.
—	Jak się pan ma, panie Obłomow — mówił,
zbliżając się do niego elegancki jegomość.
—	Proszę się nie zbliżać, nie zbliżać! — wołał
Obłomow — pan przychodzi z zimnego powietrza!
—	O, pieszczochu, sybaryto — mówił Wołkow,
rozglądając się, gdzieby położyć kapelusz i, widząc,
że wszędzie kurz, zatrzymał go w ręku; rozsunął
obie poły fraka, aby usiąść na krześle, ale wpatrzyw¬
szy się pilnie — stał.
—	Pan jeszcze nie wstał! Jakiż pan ma na
sobie szlafrok! Takie już dawno wyszły z mody
— usiłował niby zawstydzić Obło mowa.
—	To nie szlafrok, to chałat bucharski — od-
		

/Magazyn_133_09_027_0001.djvu

			- 19 -
powiedział Obłomow, obwijając dokoła ciała swój
chałat.
—	J akże zdrowie pana ?
—	Jakże zdrowie! — odpowiedział poziewając
Oblomow.—Męczą mnie przypływy krwi. A pan jak
się miewa ?
—	Ja? Wcale dobrze. Zdrów jestem i wesół,
zupełnie wesół — rzekł z uczuciem żywości młody
człowiek.
—	Skądże to pan tak wcześnie ?
—	Od krawca. Zobacz pan, jaki frak — mówił
Wołkow, obracając się koło Obłomowa.
—	Bardzo piękny. Z wielkim gustem uszyty —
odpowiedział Obłomow — tylko dlaczego on taki
szeroki ztyłu ?
—	Bo on do konnej jazdy.
—	Aha ! Więc pan jeździ konno ?
—	Naturalnie. Na dzień dzisiejszy umyślnie
frak zamówiłem. Przecież to dzisiaj pierwszego
Maja. Z Goriunowym jedziemy do Katerinenhof.
Ach! Pan nic nie wie. Miszę Goriunina awansowali,
toteż my dzisiaj popisujemy się — z zachwytem
zakończył Wołkow.
—	Tak... — odpowiedział Obłomow.
—	On na kasztanowatym koniu — ciągnął Woł¬
kow — u nich w pułku wszystkie konie muszą być
takiej maści... mój koń kary... A pan jak będzie?
Piechotą, czy w powozie?...
—	Ja? Nijak...
—	Jakto? Na 1-go Maja nic być w Katerinen¬
hof ie ! Co wy, Ilja Iljicz, mówicie! — mówił ze zdzi¬
wieniem Wołkow. — Tam będą wszyscy!
—	Co pan mówi, wszyscy! — leniwie odpowie¬
dział Obłomow.
O*
		

/Magazyn_133_09_028_0001.djvu

			—	Mój miły Ilja Iljiczu, jedźcie! Będzie Sofja
Mikołojówna z Iyidją, w powozie, we dwie... W po¬
wozie jest ławeczka... gdyby pan z nami...
—	Nie myślę wcale siedzieć na ławeczce, a zresztą,
co ja tam będę robił?
—	Jeśli pan chce, Misza drugiego konia panu da.
—	Bóg wie, co się wymyśla! — prawie sam do
siebie zauważył Oblomow. — Co panu tak Goriunowy
siedzą w głowie ?
—	Ach, — krzyknął gorąco Wołkow — po¬
wiedzieć ?
—	Proszę.
—	Nikomu pan nie powie — słowo honoru ? —
pytał Wołkow, siadając na kanapie.
—	Słowo honoru.
—	Ja... zakochałem się w Lidji — wyszeptał.
—	Brawo! Dawno ? Ona zdaje się taka mi¬
lutka...
—	Od trzech tygodni! — z głębokiem westchnie¬
niem odpowiedział Wołkow. — A Misza zakochał się
w Daszy.
—	W jakiej Daszy?
—	Skąd pan spadłeś, panie Oblomow ? Nie znasz
pan Daszeńki ? Cała stolica szaleje, patrząc, jak ona
tańczy! Dziś my z Miszą idziemy na balet. On
rzuci bukiet... Trzeba jego prowadzić, on taki nie¬
śmiały, niewiniątko... Ach, muszę jechać i kupić
jeszcze kamelje!
—	Jeszcze czego! Przyjeżdżaj pan na obiad...
pomówimy. Ja mam dwa kłopoty...
—	Nie mogę... Dziś jestem proszony na obiad
do księcia Tiumenjewa... Tam będzie cala rodzina
Goriunowych i ona... ona... Bidińka — dodał szep¬
tem. Coś pan tak zapomniał o księciu? Taki
		

/Magazyn_133_09_029_0001.djvu

			wesoły dom... a na jakim wysokim stopniu towa¬
rzyskim... A willa? Tonie w kwiatach! Dodano
galerję — gotliique. Batem zapowiadają się tam
tańce, żywe obrazy. Pan będzie bywał ?
—	Nie, myślę, że nie będę.
—	Acli, co za dom! Tej zimy, co środy mniej
pięćdziesięciu ludzi nie bywało, a niekiedy i do stu
dochodziło.
—	Boże! Boże! Co to za nudy piekielne mu¬
siały być!
—	Niemożliwe! Nudy? Im więcej, tem weselej,
lidja bywała tam... Z początku nie zwróciłem na
nią uwagi... Nagle zaśpiewał on:
Daremnie zapomnieć się staram,
Namiętność rozsądkiem zwyciężyć...
Zaśpiewawszy — usiadł na krześle, potem zerwał
się i począł kurz otrzepywać z ubrania.
—	J akie kurze u pana wszędzie!
—	To wina Zachara! — żalił się Obłomow.
—	No, na mnie czas! — zawołał Wołkow.
— Jadę na poszukiwanie kamelji do bukietu Miszy.
Au revoir.
—	Proszę z baletu zajechać do mnie na her¬
batę. Opowie pan, jak to tam było.
—	Nie mogę... Dałem słowo Musinskim, że
u nich będę. Dzisiaj u nich jour fixe. Niech i pan
jedzie — chce pan, przedstawię pana...
—	Nie. Co tam robić ?
—	U Musinskicli ? Zmiłuj się pan! Tam połowa
miasta bywa. To taki dom, gdzie o wszystkiem
mówić można.
—	To właśnie i źle, że o wszystkiem — zauważył
Obłomow,
		

/Magazyn_133_09_030_0001.djvu

			—	Niech pan bywa w cloniu Miezdrowych
przerwał Wołkow — tam tylko mowa o sztuce.
vSlychac tylko: Szkoła wenecka, Beethoven, Bach,
Leonardo da Vinci.
—	Ciągle o tem samem, to takie nudne! Toż
to muszą być pedanci — dodał, ziewając, Obłomow.
—	Trudno panu dogodzić! Czyż mało domów,
gdzie można byłoby bywać! Teraz wszędzie są
jour-fix’y: u Sawinkowych we czwartek obiad,
u Makłaszinycli piątki, u Wizniecowych — niedziele,
u księcia Tiumenjewa — środy. Ja, naprzykład, #
mam wszystkie dnie zajęte— z iskrzącemi się oczyma
zawołał Wołkow.
—	I nie leni się pan, włóczyć się codziennie ?
—	Irenie się ? Dlaczego ? Przeciwnie, bardzo
wesoło ! — zawołał z zadowoleniem. — Rano coś się
czyta — trzeba być au courant wszystkiego, znać
wszystkie nowiny. Ja, chwała Bogu, mam obo¬
wiązek taki, że nie potrzebuję bywać w urzędzie.
Dwa razy na tydzień posiedzę trochę, zjem obiad
u jenerała, potem wizyty tam, gdzie się zaniedbało
trochę, a potem... nowa aktorka, we francuskim lub
w rosyjskim teatrze. Będzie opera — zaabonuje się.
Teraz — zakochałem się... Rozpoczyna się lato,
Misza ma otrzymać urlop, wyjadę z nim na wieś na
miesiąc — dla rozmaitości. Będą polo'wania. U są¬
siadów bals champetres. Z Iyidją będę w lasku
spacerować, pływać łódką, rwać kwiaty... Dowi¬
dzenia — rzekł wreszcie, nadaremnie starając się
oglądnąć siebie Zprzodu i ztyłu w zakurzonem
lustrze.
—	Poczekaj pan — zatrzymywał go Obłomow.
— Właśnie miałem zamiar pomówić z panem o inte¬
resach,
		

/Magazyn_133_09_031_0001.djvu

			— 23
—	Pardon. Nie mam czasu — śpieszył się Woł-
kow. —lanym razem. Chodź pan ze mną na ostrygi,
tam i o interesach pogadamy. Jedź pan. Misza
płaci.
—	Nie. Bóg z wami — odpowiedział Obłomow.
—	Zatem — dowidzenia.
Wyszedł i wrócił.
—	Widział pan to? — rzekł, pokazując rękę
z doskonale obciągniętą rękawiczką.
—	Co to jest? — nie bez zdziwienia spytał
Obłomow.
—	Niech się pan przypatrzy... prawda, jakie to
przyjemne... Nowy wynalazek lacets! Widzi pan,
jak to doskonale ściąga. Dawniej trzeba było pól
godziny tracić na zapinanie guzików, a teraz po¬
ciągnąć sznureczek — i już. Tylko co nadeszły
z Paryża. Przywiozę panu jedną parę na próbę.
—	Dobrze. Niech pan przywiezie.
—	A zobacz pan to... to bardzo ładne — mówił
odnalazłszy jedną drobnostkę wśród breloków — bilet
wizytowy z zagiętym rogiem.
—	Nie przeczytam napisu.
—	Mr. prince M. Michel — mówił Wołkow. —
Nazwiska nie wpisał. To on mi podarował na
święta, zamiast jajka wielkanocnego. Dowidzenia
zatem — au revoir. Boże mój! J ak to wesoło na
świecie!
I znikł za drzwiami.
—	W dziesięciu miejscach jednego dnia bywać —
nieszczęśliwy! — myślał Obłomow. — I to ma być
życie! — Ramionami poruszył. —I gdzież tu człowiek ?
Na ile części on rozdrabnia się i rozsypuje ? Oczy¬
wiście, nieźle jest i do teatru zajrzeć, i zakochać
się w jakiejś lyidji... ona bardzo milutka! Na wsi
\
		

/Magazyn_133_09_032_0001.djvu

			— 24 —
kwiaty z nią zrywać, przechadzać sie — dobrze,
ale w dziesięciu miejscach jednego dnia bywać —
0	biedaku! — zawyrokował. Przewrócił się na
grzbiet i cieszył się, że nie ma takich głupich pra¬
gnień i myśli, że się nie włóczy, lecz leży spokojnie,
zachowując godność człowieka i spokój.
Nowe uderzenie dzwonka przerwało jego roz¬
myślania.
Wszedł nowy gość.
Był to mężczyzna w ciemno-zielonym fraku
z herbami na guzikach, gładko ogolony, z ciemnemi
bokobrodami, otaczającemi równo jego twarz o spo¬
kojnym, myślącym, spracowanym wyrazie oczu
1	zamyślonym uśmiechu na ustach.
—	Jak się masz, Sudbinski I — wesoło zawołał
()błomow. — hedwieś się zdobył odwiedzić starego
znajomego. Nie zbliżaj się! Nie zbliżaj się. Przy¬
chodzisz z zimnego powietrza.
—	J ak się masz! Dawno wybierałem się do
ciebie — zaczął gość, — ale ty nie wiesz, co za dja-
belska służba u nas! Spójrz! Pełną walizę wiozę
referatów, ale na wszelki wypadek dałem rozkaz ku-
rjerowi, aby tu pędził. Ani przez chwilę nie można
sobą rozporządzać!
—	Ty dopiero na służbę! Zwykle około dzie¬
siątej godziny.
—	Dawniej — tak, ale teraz o dwunastej jeżdżę.
Na ostatni wyraz położył nacisk.
—	Domyślam się... Zostałeś szefem wydziału!
Dawno ?
Sudbinski z pewnym akcentem głową skinął.
—	W Wielkim tygodniu — odpowiedział. — Ale
ile pracy — strach! Od ósmej do dwunastej w domu,
od dwunastej w urzędzie, a wieczorami jeszcze
		

/Magazyn_133_09_033_0001.djvu

			— 25 -
w domu pracują. Odzwyczaiłem się zupełnie od
towarzystwa ludzi.
—	Hm... Naczelnik wydziału! Tak — to rozu¬
miem ! — rzekł Obłomow. — Winszują. Przecież ra¬
zem rozpoczynaliśmy służbą. Za rok pewnie radcą
zostaniesz!
—	Co zaś! Bóg z tobą! Dopiero w tym roku
order z koroną otrzymałem — myślałem, że za wy¬
bitną pracę, a tymczasem zostałem awansowany na
urzędzie. Nie można przez dwa lata z rzędu awan¬
sować.
—	Przychodź na obiad — oblejemy awans —
rzeki Obłomow.
—	Nie mogę. Dziś jestem na obiedzie u wice¬
dyrektora. Na czwartek muszę referat przygotować
— piekielna robota! Na wiadomościach z gubernji
nie można polegać. Trzeba je sprawdzić. Foma
Fomicz taki ostrożny — wszystko chce sam robić.
Dziś zaraz po obiedzie wspólnie zasiądziemy do
roboty.
—	Jakto? Zaraz po obiedzie? — spytał z nie¬
ufnością Obłomow.
—	A ty jak myślisz! Dobrze będzie, gdy wcze¬
śnie skończymy i zdołam jeszcze w Katerinenhof
pojechać. Wstąpiłem, aby się zapytać, czybyś nie
pojechał? Zajechałbym po ciebie.
—	Niezdrów jestem trochę, nie mogę ! — skrzy¬
wiwszy się powiedział Obłomow.— Przytem i zajęcia
dużo — nie mogę!
—	Szkoda — zauważył »Sudbinski — dzień
taki piękny. Mam nadzieję odetchnąć trochę.
—	Cóż tam nowego u was? — spytał Obłomow.
—	Tak... dużo nowego... W listach skasowano
„najniższy sługa“, a tylko kazano pisać „proszę
		

/Magazyn_133_09_034_0001.djvu

			— 26 —
przyjąć zapewnienie“, formularzy urzędowych nie
kazano już przedkładać po dwa egzemplarze. U nas
tworzą trzy sekcje jeszcze i dodają dwóch urzędni¬
ków do „osobnych poruczeń“. Komisję naszą ska¬
sowano. Dużo nowego!
—	A cóż tam z naszymi byłymi kolegami ?
—	Tymczasem — nic. Swinkin zgubił cały
zeszyt jakiejś sprawy!
—	Tak ? Cóż na to dyrektor ? — spytał Oblo-
mow drżącym nieco głosem.
Pamiętając o dawnej służbie, przeląkł się.
—	Kazał nagrodę wstrzymać, dopóki nie od¬
szuka. Sprawa ważna — o ściągnięcie należytości
pieniężnych. Dyrektor przypuszcza, że on ją zgubił
— umyślnie — szeptem prawie powiedział Sudbinski.
—	Nie może być! — krzyknął Obłomow.
—	Nie, nie! To niesłuszne posądzenie — po¬
twierdził poważnie z akcentem protekcyjnym Sud¬
binski. — Swinkin lekkoducli tylko. Czasem czort
wie, jakie wnioski robi.— wszystko poplącze. Na¬
męczyłem się z nim niemało, ale pożytku z tego
niema. Ot, poprostu, zawieruszył się gdzieś cały
zeszyt — potem się znajdzie...
—	Tak zatem, ciągle w pracy... harujesz... —
rzekł Obłomow.
—	Strach! Strach! Oczywiście z takim czło¬
wiekiem, jak Foma Fomicz, przyjemnie służyć, bez
nagrody nie pozostawia nikogo. O tym nawet
pamięta, kto nic nie robi. Jak tylko przyjdzie
komuś czas nagrody za dobrą służbę, natychmiast
przedstawia go. Gdy komuś nie przyszedł jeszcze
czas na wyższy stopień służbowy lub order, wyrobi
dla niego nagrodę pieniężną...
—	Ty ile pobierasz ?
		

/Magazyn_133_09_035_0001.djvu

			— 27 -
—	Niewiele. Pensji 1200 rubli, dodatek na
wikt 750, na mieszkanie 600, dodatku 900, na po¬
dróże 500 i nagrody około 1000.
—	Fu! — To nielada! — krzyknął Obłomow,
zeskoczywszy z pościeli. —Cóż to, głos masz piękny,
czy co ? Pensja jak śpiewakowi włoskiemu.
—	Cóż to jest. Ot Pereswietow pensją dodatko¬
wą otrzymuje, a robi mniej ode mnie i nic nie ro¬
zumie. On nie ma tylko takiej opinji, jak ja. Mnie
oceniają należycie — dodał, skromnie spuszczając
wzrok. —Minister wczoraj powiedział o mnie: że
jestem ozdobą ministerjum.
—	Zucli z ciebie! — zawołałOblomow.—Tylko
pracować od ósmej do dwunastej, od dwunastej do
piątej, a potem w domu jeszcze... oj, oj, oj!
Głową pokręcił.
—	A cóżbym ja robił, gdybym nie służył ? —
spytał Sudbinski.
—	O zajęcie nie trudno... czytałbyś, pisałbyś... —
odpowiedział Obłomow.
—	Przecież ja i teraz nic innego nie robię, tylko
czytam i piszę.
—	Nie o to chodzi... mógłbyś drukować...
—	Nie każdy przecie może być literatem. Choć¬
by i ty — nic nie piszesz, — zauważył Sudbinski.
—	Ale ja mam maj ątek ziemski — westchnąwszy,
odpowiedział Oblomow. — Teraz obmyślam nowy
plan, wprowadzam ulepszenia. Strasznie się męczę...
A ty przecież cudze pole orzesz, nie własne.
—	Cóż robić ? Trzeba pracować, kiedy zato
płacą. Potem wvpocznę. Fonia Fomicz myśli wy¬
naleźć jakąś podróż wyłącznie dla mnie... wtenczas
otrzymam jezdne na pięć koni, po trzy ruble dzien¬
nie, potem nagroda..,
		

/Magazyn_133_09_036_0001.djvu

			—	Oli, nie żałują! — z pewną zawiścią zauważył
Obłomow, potem westchnął i zamyślił się.
—	Pieniędzy potrzeba... w jesieni żenię się —
dodał Sudbinski.
—	Co tobie ? W samej rzeczy ? Z kim ? —
z zainteresowaniem zapytał Obłomow.
—	Nie żartuj, z Murasziną. Pamiętasz, na
letnisku mieszkali koło nas. Byłeś na herbacie
u mnie i zdaje się, widziałeś ją.
—	Nie, nie pamiętam. Ładna ? — spytał Oblo-
mow.
—	Tak, bardzo milutka, jedźmy, jeśli chcesz,
do nich na obiad.
Obłomow zatrwożył się.
—	Dobrze... tylko...
—	W przyszłym tygodniu—dorzucił Sudbinski.
—	Tak, tak, tak, w przyszłym tygodniu — rzekł •
radośnie Obłomow'— jeszcze moje ubranie nie go¬
towe. Czy to dobra partja dla ciebie?
—	Tak. Ojciec jest rzeczywistym radcą stanu...
daje posagu dziesięć tysięcy... mieszkanie bezpłatne
w rządowym gmachu. Oddaje nam połowę — dwa¬
naście pokojów, meble rządowe, opał, światło także
rządowe. Można żyć.
- Można. Oczywiście. Taki to Sudbinski —
dodał nie bez zazdrości Obłomow.
—	Na wesele Ilja Iljicz proszę. Będziesz moim
drużbą.
—	Jakże! Oczywiście! — odpowiedział Oblo-
mow. — No, a co porabiają Kuzniecow, Wasiljew,
Machów ?
—	Kuzniecow dawno się ożenił, Macliow zajął
moje miejsce, a Wasiljewa do Polski przenieśli.
		

/Magazyn_133_09_037_0001.djvu

			Iwan Piotrowicz dostał order Włodzimierza, Olesz-
kin już jest Ekscelencją...
—	Dobry chłopiec — zauważył Obłomow.
—	Taki uczynny — dodał Sudbinski, — nie¬
ma u niego chęci wysunięcia się naprzód, podsta¬
wienia komuś nogi, ogadać kogoś. Robi, co może,
dobrego.
—	Charakter miękki, równy — zauważył Oblo-
mow.
—	Bardzo dobry człowiek. Czasem czegoś nie-
dopatrzysz, naplączesz, nie te, co potrzeba, zacy¬
tujesz paragrafy, nic — każe tylko innemu popra¬
wić, przerobić.
—	A nasz Semion Semionowicz, to niepopraw¬
ny ! Prawdziwy majster do blagowania. Nie¬
dawno co on spłatał: z gubernji przyszła propozycja,
ażeby przy budynkach, należących do naszego
ministerj um, zbudować budki dla psów, żeby strze¬
gły rządowego majątku przed złodziejami. Archi¬
tekt nasz, człowiek dzielny, znający się na rzeczy,
ułożył bardzo skromny preliminarz wydatków. Ceny
wydały mu się zbyt wysokie, począł więc wypyty¬
wać, ile też może kosztować budowa psiej budki.
Okazało się, że o trzydzieści kopiejek mniej, niż
było w preliminarzu — i zrobił z tego doniesienie
urzędowe.
Znowu zadzwonił dzwonek w przedpokoju.
—	Dowidzenia ! — rzucił urzędnik. — Zagadałem
się, a tam może będę potrzebny.
—	Zostań jeszcze ! — zachęcał Obłomow. — Przy
tej sposobności naradzę się z tobą — mam dwa
wielkie kłopoty...
—	Nie, nie, nie... W tych dnia cli znowu zajadę
do ciebie... Dowidzenia.
		

/Magazyn_133_09_038_0001.djvu

			„Zagrzązł kochany przyjaciel, po uszy zagrzązł —*
myślał Obłomow, śledząc wzrokiem za odchodzą¬
cym. I ślepy, i głuchy, i niemy dla wszystkiego
innego w świecie. A pójdzie wysoko, pocznie pro¬
wadzić wielkie sprawy, „czynów“ nachwyta... Na¬
zywa się to u nas karjerą! A jak mało potrzeba do
tego człowiekowi rozumu, woli, uczucia — i po¬
co to ? Przeżyje życie całe i nic się w nim nie po¬
ruszy, nic... A tymczasem pracuje od dwunastej do
piątej w kancelarji... od ósmej do dwunastej w domu.
Biedny człowiek!“
Ogarnęło go uczucie spokojnej radości, że on od
dziewiątej do trzeciej, od ósmej do dziewiątej może
sobie leżeć na kanapie i dumny był, że nie po¬
trzebował przedkładać referatów, pisać — że myśli
jego i uczucia są wolne.
Filozofując, Obłomow nie spostrzegł nawet, że
przy łóżku jego stoi niewielki, czarniutki człowieczek,
z hiszpańską bródką, z olbrzymiemi wąsami i boko¬
brodami. Ubrany był z pewną rozmyślną nie-
dbałością.' 1
—	Dzień dobry panu, Ilja Iljicz.
—	Dzień dobry, panie Pienkin... Proszę nie zbli¬
żać się do mnie, pan przychodzi z zimna — zauważył
Obłomow.
—	O, dziwaku! Zawsze pan jesteś niepopraw¬
nym, beztroskliwym leniwcem!
—	Tak, beztroskliwym ! — odparł Obłomow. —
Zaraz panu pokażę listy od rządcy. Co się człowiek
nad tem namęczyć musi, a pan powiada: bez-
troskliwy.
»Skąd pan wraca?
—	Z księgarni. Chciałem się dowiedzieć, czy nie
wyszedł nowy zeszyt miesięcznika.
		

/Magazyn_133_09_039_0001.djvu

			— 31 —
Czytał pan mój artykuł?
—	Nie.
—	Przyślą panu. Niech pan przeczyta.
—	O czemże to ? — spytał Obłomow, mocno
ziewając.
—	O handlu, o emancypacji kobiet, o pięknych
dniach kwietniowych, jakie nam w udziale przy¬
padły, i o nowym wynalazku chemicznym, zapobie¬
gającym pożarom. Jak można, żebyś pan tego nie
czytał! Przecież w tem całe nasze codzienne życie.
J a przedewszystkiem walczą o realny kierunek
w literaturze.
—	Dużo pan ma zającia ? spytał Obłomow.
—	Tak. Dosyć. Co tygodnia dwa artykuły do
dziennika, potem piszą sprawozdania krytyczne
z literatury nadobnej, a teraz właśnie napisałem
opowiadanie...
—	O czem ?
—	O tem, jak w pewnem mieście naczelnik
policji po pyskach wali mieszczan.
—• To rzeczywiście kierunek realny —' zauważył
Obłomow.
—	Prawda ? — stwierdził zadowolony literat. —
Ja tu poruszani taką oto myśl, i nie wątpią, że jest
ona nową i śmiałą: Pewien podróżny był świadkiem
takiego pyskobicia i, widząc sią z gubernatorem,
poskarżył mu sią. Ten nakazał urządnikowi, jadą¬
cemu w tamte strony, ażeby zebrał wiadomości, co
też to za osobistość i jaki charakter tego naczelnika.
Urządnik zwołał mieszczan, niby dla informacji
w sprawach handlowych, i przy tej sposobności
wypytał o wszystko. A mieszczanie — co pan myśli ?
Kłaniają sią, uśmiechają sią, a naczelnika policji
pod niebiosa wynoszą. Urządnik począł wypytywać
		

/Magazyn_133_09_040_0001.djvu

			— 32 —
postronnych ludzi i okazało się, że mieszczanie
straszliwi oszuści: sprzedają zepsute towary, oszu¬
kują na wadze i mierze nawet rząd, że są niemoralni,
że bicie ich zatem — jest zupełnie słuszną karą...
—	A zatem owo pyskobicie w powieści pańskiej
jest czem'ś podobnem do starożytnego tragicznego
fatum — zauważył Oblomow.
—	Tak jest — odpowiedział Pienkin.—Pan masz
dużo taktu, Ilja Iljicz. Pan musisz pisać! Otóż
udało mi się wykazać i samowolę naczelnika policji,
i rozwiązłość obyczajów śród ludu, i niewłaściwą
organizację pracy urzędników, i konieczność suro¬
wych, ale sprawiedliwych kar... Prawda, jest to
myśl... nowa.
—	Tak. Szczególnie dla mnie — zauważył
Obłomow. — Ja tak mało czytuję...
—	W rzeczy samej, nie widać u pana książek ! —
rzekł Pienkin. — Zaklinam pana, niech pan jedną rzecz
przeczyta, jedną rzecz... właśnie wykańcza się do
druku poemat p. t. „Miłość -kubaniarza do nie¬
rządnicy“... Nie mogę panu powiedzieć, kto jest
autorem... to sekret...
—	Jakaż to treść ?
—	Odmalowany tu cały mechanizm naszego
społecznego ruchu, wszystko to w barwach poe¬
tyckich. Wszystkie sprężyny poruszone, wszystkie
stopnie drabiny społecznej wskazane. Jak na sąd,
powołał tu autor słabego zdegenerowanego arysto¬
kratę, roje oszukujących go kubaniarzy i różne
stopnie upadłych kobiet — są to Francuzki, Niemki,
Czuchonki i — wszystko, wszystko... odmalowane
z uderzająco żywym realizmem i prawdą... Sły¬
szałem, jak mówiono: to wielki pisarz! Jest w nim
coś z Danta, coś z Szekspira...
		

/Magazyn_133_09_041_0001.djvu

			— 33 —
—	Aż tędy trafił! — z podziwieniem zawołał
Obłomow i aż podniósł się na łóżku.
Pienkin zamilkł, spostrzegłszy, że rzeczywiście
za daleko zaszedł.
—	Jak pan przeczyta, zobaczy pan sam —
dodał Pienkin już bez entuzjazmu.
—	Nie, panie Pienkin, ja nie będę czytał.
—	Dlaczego ? To zrobiło wrażenie, o tern roz¬
prawiają.
—	Niech sobie gadają! Inni nic przecież do
roboty innego nie mają, jak tylko gadać.
—	Choćby dla ciekawości niech pan przeczyta!
—	Co ja tam znajdę ? — odrzekł Obłomow. — Po¬
co się pisze takie rzeczy ? Dla zadowolenia siebie.
—	Jakto, siebie? Jaka ogromna wierność ry¬
sunku ! Wszystko prawdziwe — portrety jak żywe.
Kogo wziąć — kupca, urzędnika, oficera, pieka¬
rza — wszyscy, jak żywi.
—	I pocóż to wszystko ? Dla uciechy chyba,
że każdy, kogo trącisz, jest podobny do siebie ? A ży¬
cia przecie w tem niema, niema jego zrozumienia
ani współczucia, niema tego, co wy nazywacie huma¬
nizmem. Tylko miłość własna. Odmalowują oni
złodziejów, nierządnice tak, jak spotykają na ulicy —
i prowadzą wprost do więzienia. W opowiadaniach
takich nie wyczujesz ,,nie widzianych łez“, lecz
tylko łatwo widziany śmiech pospolity i — złość
ludzką.
—	Czegóż więcej trzeba ? Bardzo pięknie... Pan
sam się przecież wypowiedział: kipiąca złość, żół¬
ciowe prześladowanie błędów, szyderczy śmiech nad
upadłym,człowiekiem... Tu jest wszystko.
—	Nie, nie wszystko! — wzburzony nagle za¬
wołał Obłomow — przedstaw złodzieja, nierządnicę,
Obłomow. T. I.
		

/Magazyn_133_09_042_0001.djvu

			— 34 —
zadowolonego z siebie głupca, ale i o człowieku nie
należy zapominać. Gdzież tu ta ludzkość ? Wy
chcecie tylko głową pisać — prawie syczącym
głosem mówił Obłomow. — Wam się zdaje, że myśl
nie potrzebuje serca. Nie, ona się zapładnia miłością.
Wyciągnijcie ręką do upadłego człowieka, aby go
podnieść, płaczcie nad nim, gdy on ginie, ale nie
znęcajcie się nad nim. Kochajcie go, uczcijcie w nim
samego siebie, traktujcie go, jak siebie, wtenczas
będę czytał to, co napiszecie i głowę przed wami
schylę — rzekł i znowu pochylił się powoli na
poduszkę. — Malują oni złodzieja, prostytutkę —
mówił dalej,— a o człowieku zapominają, albo nie
umieją go namalować. Cóż wtem widzi pan piękne¬
go ? Jakie barwy poetyckie dostrzega pan ? Potę¬
piajcie nierząd, błoto, ale zmiłujcie się — dajcie
pokój poezji.
—	Cóżbyś pan kazał malować? Naturę, róże,
słowika, mroźne poranki, gdy wszystko kipi i żyje
dokoła. Nam potrzebna naga fizjolog ja istoty ludz¬
kiej, — nie czas teraz na piosnki.
—	Człowieka! Człowieka malujcie! — mówił
Obłomow. — Umiłujcie go.
—	Kochać wyzyskiwacza, obłudnika, urzędnika,
złodzieja albo idjotę ? Co panu Pan Bóg dał! Widać,
że pana nie interesuje literatura — gorączkowo
oponował Pienkin. — Nie, ich trzeba karać, wyrzucić
ze środowiska ludzkiego, ze społeczeństwa!
—	Wyrzucić ze środowiska społecznego!
nagle przemówił jakby natchniony Obłomow, sta¬
nąwszy przed Pienkinem. — To znaczy, zapomnieć,
że w tem niegodnem naczyniu tkwił szlachetny
pierwiastek, że ten człowiek zepsuty nie przestał
hyc człowiekiem, .że on — to pan sam. Wyrzucić!
		

/Magazyn_133_09_043_0001.djvu

			- 35
A jakże pan wyrzuci go z ludzkości, z łona przyrody,
pozbawi go miłosierdzia bożego — prawie krzyczał
Obłotnow ze wzrokiem płonącym.
—	Aż tędy pan zaszedł! — zawołał zdziwiony
Pienkin.
Obłomow spostrzegł, że istotnie zaszedł za
daleko. Nagle zamilkł, postał chwilkę, ziewnął
i powoli położył się na łóżku.
Zamyślił się.
—	Cóż pan czyta ? — spytał Pienkin.
—	Ja? Zwykle podróże...
Znowu zamilkł.
—	Niechże pan ten poemat przeczyta po wyj¬
ściu. Przynieść go ?
Obłomow przecząco głową pokiwał.
—	Więc panu moje opowiadanie przyślę.
Obłomow, na znak zgody, głową skinął.
—	A tymczasem... muszę spieszyć do drukarni —
rzekł Pienkin. — A wie pan, poco przyszedłem do
pana ? Chciałem zaproponować panu jechać ze mną do
Katerinenhof... mam powóz. Na jutro muszę na¬
pisać feljetono wycieczce... przypatrywalibyśmy się
razem. Czegobym ja nie dojrzał, panby uzupełnił.
Byłoby weselej. Pojedziemy...
—	Nie. Niezdrów jestem trochę — odrzekł
Obłomow, krzywiąc się trochę i przykrywając się
kołdrą. — Lękam się wilgoci... Jeszcze nie wyschło
wszystko. A możebyś pan lepiej na obiad do mnie
przyszedł... porozmawialibyśmy... Ja mam dwa
wielkie zmartwienia...
—	Nie. Dzisiaj cała nasza redakcja u Saint-
Georgea... Stąd też i na zabawę ludową pojedziemy.
W nocy muszę pisać, a przed świtem do drukarni
odesłać.
3*
		

/Magazyn_133_09_044_0001.djvu

			Dowidzenia zatem.
—	Dowidzenia, Pienkin.
„Pisać w nocy — myślał Obłomow — a kiedyż
spać? A tymczasem pewnie jakie pięć tysięcy ro¬
cznie zarabia. Ciężki chleb. Ale pisać, pisać ciągle...
rozdrabiać myśl i duszę na atomy, zmieniać prze¬
konania, handlować rozumem i wyobraźnią, gwałcić
własną naturę, burzyć się, kipieć, płonąć, nie znać
spokoju, zawsze do czegoś dążyć... Tylko pisać
zawsze... pisać... kręcić się, jak kolo, jak maszyna...
Pisz dziś, jutro, pojutrze. Przyjdzie święto, lato
nastanie, a ty ciągle pisz, pisz... Kiedyż ma się za¬
trzymać i wypocząć? Biedak...“
Zwrócił głowę do stołu — gładko wszędzie...
atrament wysechł, pióra ani śladu — i cieszył się, że
może spoczywać sobie bez trosk, jak nowonaro¬
dzone dziecię, że się nie rozprasza, nie sprzedaje nic...
,,A list od rządcy, a mieszkanie?“ — przypo¬
mniało mu się nagle. Zamyślił się.
Znowu ktoś zadzwonił.
—	Cóż to za raut u mnie dzisiaj ? — rzekł
Obłomow i czekał, kto wejdzie.
Wszedł ktoś nieokreślonych lat i nieokreślonego
wyrazu twarzy, tak, że trudno byłoby odgadnąć,
w jakim jest wieku. Nie był ani piękny, ani brzydki,
ani słusznego, ani niskiego wzrostu, nie blondyn
i nie brunet. Przyroda nie obdarzyła go żadnym
wybitnym rysem, ani dodatnim, ani ujemnym.
Jedni nazywali go Iwanem Iwanowiczem, inni Iwa¬
nem Wasylewiczem, niektórzy zaś Iwanem Michajły-
czem. I nazwisko jego wymawiano rozmaicie:
jedni mówili Iwanow, drudzy Wasiljewym albo
Andrejewym nazywali, a niektórym zdawało się,
że on Aleksiejew. Gdy ktoś obcy usłyszy po raz
		

/Magazyn_133_09_045_0001.djvu

			- 37
pierwszy jego imię — zapomni natychmiast i imię
i jego fizjognomję. Gdy on coś powie — nie zatrzyma
się to w niczyjej pamięci. Obecność jego w towa¬
rzystwie nic temu towarzystwu nie doda, a brak
jego nie ujmie. Dowcipu, oryginalności, jakoteż
innych właściwości nie było ani w umyśle, ani
w jego budowie fizycznej.
Może on i potrafiłby opowiedzieć przynajmniej,
co widział i słyszał, i bodaj tem zainteresować in¬
nych, ale 011 nigdzie nie bywał. Urodził się w Peters ¬
burgu i nigdzie z Petersburga nie wyjeżdżał —
widział zatem i słyszał to wszystko, co widzieli
i słyszeli wszyscy.
Czy był on sympatyczny? Czy kochał, nie¬
nawidził, cierpiał ? Może i kochał, i nienawidził,
i cierpiał, bo od tego nikt wolny nie jest. Ale on
usiłował wszystkicli kochać. Są tacy ludzie, w któ¬
rych, pomimo usiłowań, nie można obudzić nieprzy-
jaźni i mściwości. Cobyś z nimi nie robił, oni zawsze
się przymilają. Oddać im trzeba wprawdzie spra¬
wiedliwość, że gdyby miłość ich podzielić na stopnie,
nie sięgałaby ona nigdy stopnia upału. Chociaż
0	takich ludziach powiadają, że są dobrzy, bo ko¬
chają wszystkich, w rzeczywistości oni nie kochają
nikogo, a dobrymi są dlatego tylko, że nie są źli.
Jeśli w obecności takiego człowieka ktoś da
jałmużnę, i 011 dorzuci swój grosik, jeśli zwymy¬
ślają — i on będzie wymyślał, jeśli zaśmieją się —i on
śmiać się będzie. Nie można go uważać za bogatego,
bo bogatym nie jest — jest raczej biedakiem — ale
1	ubogim nie można go nazywać, bo są biedniejsi
od niego.
Roczny jego dochód na trzysta rubli obliczać
można, zajmuje przy tem gdzieś jakiś malutki urzę-
		

/Magazyn_133_09_046_0001.djvu

			— 38 —
dzik i pobiera tam niewielką pensją. Nędzy nie
cierpi, pieniędzy od nikogo nie pożycza, a pożyczać
od niego—nikomu nawet do głowy nie przychodzi.
Na służbie nie posiada on żadnego określonego
zajęcia, gdyż zwierzchnicy jego nie mogli nigdy
zmiarkować, co on potrafi robić lepiej a co gorzej,
z czego możnaby wywnioskować, do czego on zdolny.
Jeśli mu wydzielą jakąś czynność, on tak się z niej
wywiąże, że zwierzchnik nie wie, co właściwie my¬
śleć o jego robocie. Popatrzy raz i drugi, przeczyta
parę razy i powie: proszę zostawić, rozpatrzę się
jutro... Właściwie jest to prawie tak, jak trzeba.
Nigdy na jego twarzy nie można dostrzec ża¬
dnego śladu troski, zamyślenia, coby dowodziło,
że w tej chwili on sam ze sobą rozmawia, ale też
i nie widać nigdy, aby on ciekawe spojrzenie za¬
trzymał na jakimś przedmiocie, ażeby go zbadać.
Spotka się czasem ze znajomym na ulicy. —
Dokąd pan idzie ? — Idę na służbę, do sklepu albo
odwiedzić kogoś. — Chodź pan ze mną — powie
ktoś, na pocztę, do krawca albo na przechadzkę.
On idzie, — zachodzi na pocztę, do krawca, prze¬
chadza się zupełnie w przeciwnej stronie, niż sam
podążał.
Jeśli ktoś, oprócz matki, wie o tem, że się zjawił
na. świecie, to w ciągu życia z pewnością nikt go
nie dostrzega, a jeśli umrze— nikt nie pożałuje go
i nie ucieszy się jego śmiercią. On nie ma ani przy¬
jaciół ani wrogów — ale dużo znajomych. Może tylko
w czasie pogrzebu ktoś uczci to nieokreślone indy¬
widuum zdjęciem kapelusza lub głębokiem pochy¬
leniem głowy, może z ciekawości*zapyta:■ kogo to
chowają? Dowie się i wnet zapomni.
Otóż ten Aleksiejew, Wasiljew, Andrejew —
		

/Magazyn_133_09_047_0001.djvu

			— 39 —
mniejsza o nazwisko — to jakieś niepełne, niejasne,
bezosobiste przypomnienie masy ludowej, głuchy
jej odblask.
Nawet Zachar w czasie otwartych swoich gawęd
przy bramie lub w sklepiku, charakteryzując
różnych gości swego barina, zawsze się zacinał, ile
razy wspomnieć wypadało tego... Aleksiejewa. Dłu¬
go namyślał się, długo szukał jakiegoś wybitnego
rysu w jego zewnętrznej postaci, w zachowaniu się
lub charakterze, ażeby można się było uczepić,
machał zwykle ręką i mówił: ten ani z pierza ani
z mięsa.
—	A! — powitał go Obłomow. — To pan, panie
Aleksiejew. Dzień dobry panu... Proszę się nie
zbliżać... nie wyciągnę do pana ręki, pan z zimnego
powietrza przychodzi!
—	Co panu Pan Bóg dał! Jakie zimne powietrze.
Nie miałem zamiaru zupełnie zachodzić dziś do
pana — rzekł Aleksiejew, — ale spotkałem Owczyni-
na, który mnie zaprowadził do siebie. Ja po pana
przychodzę, Ilja Iljicz. Pojedziemy do Owczynina.
Tam Matwiej Andreicz, Aljanow, Kazimir Alberto-
wicz Pchaj ło, Wasyl Sewastjanowicz Kołymiakin.
—	Pocóż się oni tak zebrali i czego chcą ode mnie ?
—	Owczynin prosi pana na obiad.
—	Hm... na obiad... — powtórzył Obłomow
obojętnie.	0
—	A potem wszyscy jadą^do Kateriuenhofu.
Kazali panu powiedzieć, abyś) pa u powóz wynajął.
—	A tam co robić ?
—	Jakto — co? Dziś tam zabawa. Nie wie
pan chyba, że dziś pierwszego Maja?
—	Poczekaj pan, ja pomyślę — odpowiedział
Obłomow.
		

/Magazyn_133_09_048_0001.djvu

			40
Niechże pan wstaje, czas się ubierać.
—	Poczekaj pan trochę, jeszcze wcześnie.
Dobre wcześnie! Prosili, abyś pan na dwu¬
nastą przyjechał. Zjemy obiad wcześnie, o godzinie
drugiej — i na zabawę! Jedźmy już. Zawołać
służącego, aby pana ubierał?
—	Ubierać się? Ja jeszcze się nie umyłem.
—	To niech się pan umywa.
Aleksiejew począł chodzić po pokoj u, zatrzymyma 1
się przed obrazem, który już tysiąc razy oglądał,
spojrzał niedbale w okno, wziął jakąś drobnostkę
z etażerki, pokręcił nią w ręki’, popatrzył ze wszech
stron na nią i położył, potem chodził znowu poświ¬
stując, — wszystko to, ażeby nie przeszkadzać
Obłomowowi wstać i umyć się. Minęło dziesięć
minut.
—	Cóż tam, 11 ja Iljicz?
- Co?
—	Leży pan jeszcze ?
—	Czyż trzeba wstawać ?
Naturalnie. Na nas czekają. Chcesz pan
przecie jechać.
* Dokąd? Ja wcale nie chciałem nigdzie je¬
chać.
—	Przecież llja Iljicz mówiliście tylko co: poje-
dziemy na obiad do Owczynina, a potem do Kate-
rinenhof...
—	Na taką wilgoć mam jechać! Czego ja tam
będę szukał. Na deszcz się zbiera, zobaczymy, jak
na dworze... pochmurno, — leniwie odpowiedział
Obłomow.
—	Ależ ani chmurki na niebie, a pan wymyślił
deszcz. Pochmurno dlatego, że okna u pana nie
myte oddawna. Brudu na nich, brudu moc! Ani
		

/Magazyn_133_09_049_0001.djvu

			41 —
płomyczka bożego nic widać i roleta przytem do
połowy zwieszona.
—	Niechże pan pójdzie i słówko tylko piśnie
Zacharo wi, 011 zaraz panu bab do tego zaproponuje
i na cały dzień z domu wypędzi!
Obłomow zamyślił się, a Aleksiejew bębnił pal¬
cami po stole, przy którym siedział i bezmyślnie
wodził oczyma po ścianach 1 po suficie.
—	J akże będzie ? Co robić ? Czy ubiera się pan,
czy nie ? — zapytał po kilku chwilach.
—	Co?
—	Do Katerinenhof przecie.
—	Co wam tak wpadł do głowy ten .Katerinen¬
hof — z gniewem odezwał się Obłomow. — Nie chce
pan tu siedzieć? Zimno w pokoju, zapach może
jaki nieprzyjemny, że się pan tak szarpie.
—	Ależ nie. U pana zawsze mi bardzo przy¬
jemnie... Zupełnie jestem zadowolony — rzekł
Aleksiejew.
—	A gdy tu dobrze, pocóż szukać innego miej¬
sca? Zostań pan lepiej cały dzień u mnie, zjemy
obiad, a wieczorem — z Panem Bogiem! Ale! Ja
przecież nie mogę jechać! Przecież dziś sobota —
Tarantjew u mnie na obiedzie.
—	Jeżeli to tak... bardzo dobrze... jak wy... —
odpowiedział Aleksiejew.
—	A o moich kłopotach ja nic panu nie mówi¬
łem ? — z żywością zapytał Obłomow.
—	O jakicli sprawach? Nic nie wiem — rzekł
Aleksiejew, wpatrując się w niego.
—	Dlaczego ja nie wstaję tak długo ? Oto tak
leżę i myślę, jak się z biedy wyplątać?
—	Cóż to takiego ? — spytał Aleksiejew, usiłując
zrobić wystraszoną minę.
		

/Magazyn_133_09_050_0001.djvu

			— 42 —
—	Dwa nieszczęścia! Sam nie wiem, jak z tego
wybrnę!
—	J akież to ?
—	Mieszkanie wypowiedzieli mi... wyobraź
pan sobie. Trzeba się przenosić.
Co to kłopotu, targania się — pomyśleć straszno !
Od ośmiu lat przecież tu mieszkam. Piękną sztuczkę
urządził ze mną gospodarz! Proszę wynosić się —
powiada — jak najprędzej.
—	Jak najprędzej ? Nagli — widocznie potrze¬
buje. Przenosiny — to bardzo przykra rzecz.
Z przenosinami mnóstwo zawsze kłopotów — rzekł
Aleksiejew. — Mnóstwo rzeczy się zgubi, potłucze
się... to bardzo przykro. A pańskie mieszkanie
takie przyjemne — ile pan płaci ?
—	Niełatwo znaleźć drugie takie mieszkanie,
w dodatku w pośpiechu. Mieszkanie suche, ciepłe,
dom spokojny, raz tylko przez ten czas mnie
okradli. Ot, sufit, naprzykład, wydaje się niezbyt
trwałym, zaprawa odęła się, ale przecież się nie wali!
—	Szczególna rzecz! — zauważył Aleksie]ew,
kiwając głową.
—	Gdyby to można tak się urządzić, ażeby...
się nie przenosić? — w zamyśleniu, niby sam do
siebie, przemówił Obłomow.
—	Przecież pan wynajmuje ten lokal kontrak¬
towo! — rzekł Aleksiejew, oglądając pokój od
sufitu do podłogi.
—	Tak, ale termin już minął... a potem już
płaciłem miesięcznie, tylko nie wiem właściwie, od
jakiego czasu.
—- Cóż pan myśli robić? — spytał po pewnym
czasie Aleksiejew — zostać czy wyprowadzić się?
		

/Magazyn_133_09_051_0001.djvu

			Zupełnie nie myślę o tem... nawet myśleć
nie chcę. Niech Zachar coś wymyśli.
—	A niektórzy tak bardzo lubią przeprowadzki!
- odezwał się Aleksiejew — i tylko w tem przy¬
jemność upatrują, że mogą ciągle mieszkanie zmie¬
niać.
—	Niech i ci „niektórzy“ zmieniają mieszkania.
A ja znosić nie mogę wszelkich zmian — tem bar¬
dziej mieszkań ! — rzekł Obłomow. — Nieclmo pan
spojrzy, co rządca pisze do mnie. Zaraz panu list
pokażę... gdzie też ten list? Zachar! Zachar!
—	O, Matko Boska ! — zachrypiał Zachar, zeska¬
kując z przypiecka. Żeby też mnie Pan Bóg zabrał
z tego świata!
—	Cóż, znalazłeś list ?
—	Gdzież go będę szukał? Czy ja wiem, jaki
list panu potrzebny? Nie umiem przecież czytać.
—	Wszystko jedno, ale poszukaj.
—	Przecież wczoraj wieczorem pan sam jakiś
list czytał, a potem już go nie widziałem.
—	Gdzieżby się oh zapodział? — z gniewem
odezwał się U ja Iljięz. — Przecież go nie połknąłem.
Doskonale pamiętam, żeś ty go z rąk moich wziął
i gdzieś tu wetknął. Otóż i list — widzisz!
Podniósł kołdrę i z fałdów jej wypadł list.
—	A pan zawsze wszystko na mnie składa...
—	No, dosyć tego, dosyć! — równocześnie pra¬
wie mówili Obłomow i Zachar.
Zachar wyszedł, a Obłomow począł czytać list,
pisany jakimś kwasem, na szarym papierze, zapie¬
czętowany pospolitym lakiem. Wielkie blade li¬
tery, nie dotykając się siebie, ciągnęły się uroczystą
procesją po równi pochyłej od górnego rogu do
		

/Magazyn_133_09_052_0001.djvu

			— 44 —
dolnego. Pochód ten przerywał się niekiedy wielkim
żydem atramentowym.
„Wielmożny Panie — rozpoczął Obłomow
wysoko urodzony ojcze nasz i karmicielu, Uja Iljicz... “
Po tym wstępie Oblomow opuścił kilka powitań
i życzeń zdrowia i od środka czytał znowu:
,,Donoszą twojej barskiej miłości, że w twojej
ojcowiźnie wszystko idzie dobrze. Od czterech
przeszło tygodni niema deszczu, widocznie rozgnie¬
waliśmy Pana Boga, że deszczu nie posyła. Naj¬
starsi ludzie takiej posuchy nie pamiętają. Jare
posiewy spaliło, jak ogniem. Oziminy w niektórych
miejscach gąsienica zjadła, w innych mrozy uszko¬
dziły. Przeoraliśmy część na jare zboża, ale nie¬
wiadomo, co z tego będzie... Może miłościwy Pan
Bóg zlituje się nad twoją barską miłością, a o siebie
nie troszczymy się, gdyby nawet zdechnąć wypadło.
Przed dniem św. Iwana trzech chłopów uciekło:
Łaptjew, Bułoczek, a także Waśka, Kuzniecowa
syn. Wypędziłem baby, aby szły szukać mężów,
poszły i nie wróciły. Powiadają, że mieszkają
w Czełkacli, a do Czełek pojechał kum mój z Wer-
chlewa. Rządca go tam wysłał, powiadają, że jakąś
sochę zamorską przywieźli, kazał na tę sochę po¬
patrzyć. Nakazywałem mu o zbiegłych chłopach,
kłaniałem się sprawnikowi i prosiłem, powiada:
,,podaj bumagę, a wtenczas spróbujemy wszelkich
sposobów, aby zbiegłych powrócić do miejsca za¬
mieszkania“, a oprócz tego nic nie powiedział,
a ja upadłem do nóg jego i ze łzami błagałem, a on
grubym głosem krzyknął: ,,ruszaj precz! powiedziano
tobie, że wszystko będzie zrobione, co można —
podaj bumagę!“ A bumagi ja nie podawał. A nająć
u nas nikogo nie można — wszystko idzie na Wołgę,
		

/Magazyn_133_09_053_0001.djvu

			- 45 —
na robotę, na barkasy wynajmują się. Taki to teraz
głupi naród u nas, ojczulku Ilja Iljicz! Płótna na¬
szego w tym roki^ na jarmark wysyłać nie będą —
suszarnię i błechownię na klucz zaniknąłem, a Sy-
czudze kazałem dzień i noc pilnować, aby czego
pańskiego nie ukradli, — on chłop trzeźwy, a ja
sam także dzień i noc pilnuję jego. Inni mocno piją
i wypraszają się na „obroki“ — na wolne roboty
za pewną opłatą właścicielowi. W opłatach po¬
datkowych także braki: tego roku, ojczulku nasz,
będzie mały dochodzik, pewnie o jakie dwa tysiące
mniej w stosunku do zeszłego roku, oby tylko po¬
sucha ostatecznie nas nie zrujnowała. A to wyślemy,
0	czem Twojej Miłości piszę“.
Potem następowały zapewnienia wierności i pod¬
pis: ,,Starosta twój — rządca z chłopów miejsco¬
wych — najniższy rab Prokop Wytiahuszkin, własną
ręką rękę przyłożył“. Z powodu nieumiejętności
pisania starosty stał krzyżyk i dopisek: ,,A pisał
to ze słów starosty szwagier jego, Demko Kriwoj“.
Obłomow spojrzał na koniec listu.
—	Ani miesiąca ani roku niema — zauważył
Oblomow — widocznie list od zeszłego roku leżał
u starosty. Dlatego też tu i dzień św. Iwana
1	posucha! Przypomniał sobie!
Obłomow zamyślił się.
—	Ha, jak to się panu podoba! Proponuje
,, jako by ze dwie tysiączki mniej“.
Ileż to pozostanie? Ileż to ja zeszłego roku mia¬
łem? Ja nie mówiłem panu?
Aleksiejew podniósł oczy do sufitu i zamyślił się.
—	Trzeba Sztolca zapytać, jak przyjedzie —
ciągnął Oblomow — zdaje się, siedem czy osiem
tysięcy... Źle nie zapisywać! On teraz sprowadzi
		

/Magazyn_133_09_054_0001.djvu

			46
clochód do sześciu tysięcy... Przecież ja z głodu
umrę... z czego żyć?
—	Pocóż się martwić, Ilja Iljicz ? — pocieszał
Aleksiejew. — Dwa tysiące, to nie żart}’. Powiadają,
że Aleksy Login w tym roku będzie miał także
o dwa tysiące mniej... otrzyma tylko dwanaście za¬
miast czternastu tysięcy.
—	Ależ dwanaście, to nie sześć! — przerwał mu
Obłomow. — Zupełnie mnie zdenerwował rządca. Je¬
żeli rzeczywiście nieurodzaj i posucha, to pocóż
mnie martwić?
—	Tak... rzeczywiście... — począł Aleksiejew —
nie należało. Ale czyż można delikatności oczekiwać
od chama. Oni nic nie rozumieją.
—	Cóżbyś pan zrobił na ino jem miejscu! —
spytał Obłomow, wpatrując się pytająco w Aleksie-
jewa, ze słodką nadzieją — a może on przecież coś
wymyśli ?
—	Trzeba zastanowić się, Ilja Iljicz, niepodobna
zdecydować odrazu.
—	Do gubernatora chyba napisać, czy co ? —
w zamyśleniu mówił Obłomow.
—	A kto/ u was gubernatorem? — spytał
Aleksiejew.
Ilja Iljicz nie odpowiadał. Zamyślił się. Aleksie¬
jew zamilkł i także myślał o czemś.
Obłomow, obracając list w ręku, ujął głowę
w dłonie, łokcie o kolana oparł i tak siedział czas
jakiś pod wpływem bezpłodnych myśli.
—	Gdybyż przynajmniej choć Sztolc prędzej
przyjecliał! — przemówił wreszcie.
Pewnie, że rychło wróci, a licho wie, gdzie on się
teraz szasta. On by coś poradził.
		

/Magazyn_133_09_055_0001.djvu

			— 4? —
Znowu posmutniał. Długo obaj milczeli. Oblo-
mow ocknął się pierwszy.
— Trzeba coś robić koniecznie!—rzekł z akcen¬
tem stanowczym — i o mało nie powstał z pościeli—
działać jak najrychlej, nie zwlekając. Najprzód...
W tej chwili odezwał się gwałtownie dzwonek,
tak, że Obłomow i Aleksiejew drgnęli, a Zachar
w jednej sekundzie zeskoczył z leżanki.
		

/Magazyn_133_09_056_0001.djvu

			/
III.
W domu? — odezwał się w przedpokoju
gruby i donośny głos.
— Dokądże w tym czasie iść ? — jeszcze nie-
grzeczniej odpowiedział Zachar.
Wszedł człowiek około czterdziestu lat, należąc}7
do kategorji olbrzymów: wysoki, o szerokich ple¬
cach, masywnej postawy, z wydatnemi rysami
twarzy, o wielkiej głowie, lecz krótkiej i szerokiej
szyi, z wielkiemi wybałuszonemi oczyma, o mięsi¬
stych wargach. Spojrzenie na tego człowieka nasu¬
wało myśl o czemś pospolitem i niechlujnem. Widać
było, że on nie zwracał zbyt wielkiej uwagi na czy¬
stość swego ubrania. Golił się również niezbyt
często. Widocznie było to dla niego rzeczą obo¬
jętną. Brak estetyki w ubraniu nie martwił go.
Nosił je z cyniczną obojętnością.
Był to Michej Andreicz Tarantjew, ziomek Oblo-
mpwa.
Tarantjew patrzył na wszystko ponuro, z od¬
cieniem pogardy, z jawną nieżyczliwością do wszyst¬
kiego, co go otaczało, gotów łajać wszystkich i wszyst¬
ko na świecie, jak gdyby obrażony niesprawiedli¬
wością, niedość oceniany w swojej godności, jak
prześladowany przez los silny charakter, który
niedobrowolnie i ponuro mu się poddaje.
		

/Magazyn_133_09_057_0001.djvu

			— 49 —
Rucliy jego były śmiałe i zamaszyste. Przema¬
wiał głośno i ostro, prawie zawsze gniewnie. Z więk¬
szego oddalenia wydawało się, jak gdyby puste
wozy przez most przejeżdżały. Nie krępował się
011 nigdy niczyją obecnością, w kieszeni nie szukał
wyrazów, wogóle ze wszystkimi zachowywał się
w sposób grubjański, nie wyłączając przyjaciół, jak
gdyby dawał do zrozumienia, że rozmawiając z czło¬
wiekiem, lub nawet będąc u niego na obiedzie czy
wieczerzy, zaszczyt mu czyni.
Tarantjew miał rozum bystry i przebiegły. Nikt
lepiej od niego nie rozstrzygał jakiejś sprawy co¬
dziennej, lub zagmatwanej sprawy sądowej. On
w mig tworzył cały plan postępowania w .tym lub
innym wypadku, bardzo zręcznie przytaczał dowody,
a wkońcu zawsze jeszcze nagadał niegrzeczności
temu, kto się go radził.
Sam zaś, jak przed dwudziestu pięciu laty, jako
pisarz w jakiejś kancelarji, rozpocząwszy swoją
karjerę, tak na tym samym urzędziku doczekał się
siwego włosa. Ani jemu, ani też żadnemu z jego
zwierzchników nie przychodziła myśl do głowy
o awansie.
Rzecz w tem, że Tarantjew był tylko majster od
gadania. Słowami wszystkie kwestje 011 rozwiązy¬
wał jasno i łatwo, ale gdy tylko trzeba było palcem
ruszyć i sprawę popchnąć, czyli jego własną teorję
zastosować, przedstawiał się 011 zupełnie innym
człowiekiem: sprawa wydawała mu się ciężką,
zdrowie nie dopisywało, nie wypadało tak robić, pod¬
suwała się inna .sprawa, ale którą tylko weźmie
w swoje ręce, z każdej Bóg wie, co zrobi. Zupełnie
jak dziecko: tu nie dopatrzy, tam nie zna jakiejś
drobnostki, ówdzie spóźni» się i zakończy tem, że
Obłorriow. T. I.	4
		

/Magazyn_133_09_058_0001.djvu

			- 50 -
całą sprawę w połowie rzuci, albo też ją rozpocznie
od końca i tak wszystko popsuje, że nietylko nie
można złego poprawić, ale jeszcze wyła je zato.
Ojciec jego, pisarz starego typu na prowincji»
pozostawił synowi w spadku umiejętność pokątnego
adwokatowania i swoje w tym kierunku doświad¬
czenie, zręcznie nabyte w gmachu sądowym. Ale
los inaczej pokierował. Ojciec, który sam kiedyś
nabywał nauki za liche miedziaki, nie chciał, ażeby
syn jego był zacofańcem i pragnął, ażeby się nauczył
czegokolwiek, trochę więcej, niż pokątnego adwokato-
wania. Przez trzy lata posyłał go przeto do popa,
ażeby się uczył łaciny.
Zdolny chłopak w ciągu trzech lat zgryzł grama¬
tykę i syntaksę, i już począł trochę rozumieć Kor-
neljusza Neposa, gdy ojciec zawyrokował, że i tego
dosyć, co umiał, gdyż i te szczupłe wiadomości dają
mu ogromną przewagę nad starem pokoleniem i że
dalsza nauka mogłaby nawet zaszkodzić mu w służ¬
bie w sądownictwie.
Szesnastoletni Michej, nie wiedząc, co robić ze
swoją łaciną, począł w domu rodzicielskim zapomi¬
nać ją potrosze w oczekiwaniu zaszczytu asysto¬
wania stronom w sądzie ziemskim lub powiatowym.
Uczestniczył natomiast we wszystkich hulankach
i w tej właśnie szkole, śród szczerej zabawy, roz¬
winął się bystry umysł młodego człowieka.
Z młodzieńczą wrażliwością wsłuchiwał się w opo¬
wiadania ojca i jego kolegów o różnych sprawach
cywilnych i kryminalnych, o wyjątkowo ciekawych
wypadkach, jakie zdarzały się w praktyce wszyst¬
kich ,,chodatajów“ starych czasów.
Wszystko to nie doprowadziło do niczego. Z Mi-
		

/Magazyn_133_09_059_0001.djvu

			cheja nie wyrobił się człowiek czynu, chociaż wszelkie
usiłowania ojca chyliły się ku temu, i może byłyby
się zakończyły pożądanym skutkiem, gdyby los
nie stanął na przeszkodzie zamiarom starego ojca.
Michej przyswoił sobie w samej rzeczy całą teorję
ojcowskich rozmów, należało ją tylko zastosować,
ale z powodu śmierci ojca nie zdołał zostać aplikan¬
tem sądowym. Zawiózł go do Petersburga jakiś
przyjaciel ojca, umieścił jako pisarza w jakiejś in¬
stytucji — i zapomniał o nim.
Tak więc Tarantjew pozostał teoretykiem przez
całe życie. Na służbie nic nie miał do czynienia
z łaciną i bardzo niewyraźną teorją prowadzenia
tak lub inaczej różnych czystych i nieczystych spraw.
Nosił więc w sobie spoczywającą świadomość siły,
zamkniętej na zawsze przez wrogie mu okoliczności,
bez nadziei ujawnienia jej. Tak, według bajek,
zamykane były w zaczarowanych ścianach złe duchy,
pozbawione możności szkodzenia ludziom. Może
skutkiem tej świadomości siły w sobie, Tar ant jew
był gburowaty w stosunkach, nieżyczliwy, zawsze
zły i opryskliwy.
Z goryczą i pogardą patrzył na swoje codzien¬
ne zajęcia: przepisywanie różnych „papierów“,
zeszywanie fascykułów różnych spraw i t. p. Uśmie¬
chała mu się zdaleka jedyna, ostatnia nadzieja —
przejść na służbę do monopolu spirytusu. Na tej
drodze tylko widział dogodną dla siebie zamianę
specjalności, pozostałej po ojcu, lecz nie zdobytej.
W oczekiwaniu tego, gotową już teorję, stosowaną
przez ojca do działalności i życia, kubanów i prze-
cherstwa, pominąwszy główne i godne jej zastoso¬
wanie na prowincji, przystosowywał do wszelkich
możliwych warunków własnego życia w Petersburgu.
		

/Magazyn_133_09_060_0001.djvu

			Yeorję tę stosował do wszystkich swoich przyja¬
cielskich stosunków, pominąwszy urzędowe.
Był to kubaniarz w duszy, według znanej mu
teorji; brał kubany z braku spraw i stron, od ko¬
legów służbowych, od przyjaciół, Bóg wie, jak i zaco.
Zmuszał, kogo tylko mógł, przebiegłością i narzu¬
caniem się do traktamentu, wymagał od każdego nie¬
zasłużonego szacunku, bywał natrętnym. Nigdy nie
wstydził się i nie martwił tem, że ubranie jego
było wyszargane, ale mocno się niepokoił, gdy
w perspektywie dnia nie widział, gdzieby można było
zjeść obfity obiad, a dobrze go podlać winem i wódką.
Wobec swoich znajomych byl on w roli brytana
łańcuchowego, który szczeka na wszystkich, nie
pozwala nikomu ruszyć się, ale który niewątpliwie
wlot pochwyci kawał mięsa, bez względu nato,
kto go rzuci i skąd on leci.
Tacy to byli obaj goście Obłomowa.
Poco ci dwaj rosyjscy proletarjusze chodzili
do niego? Wiedzieli bardzo dobrze, dlaczego: pić,
jeść i palić dobre cygara. Znajdowali tam ciepłe,
wygodne mieszkanie i, jeśli nie życzliwe, to obo¬
jętne przyjęcie.
Ale poco wpuszczał ich do siebie Oblomow?
Wątpię, czy zdawał sobie z tego sprawę. Zdaje się
jednak z tej racji, że dotychczas w naszych dalekich
prowincjonalnych Obłomówkach, w każdym za¬
możnym domu, tłoczy się gromadka podobnych
figur, obojga pici, bez chleba, bez rzemiosła, bez
rąk zdatnych do pracy produkcyjnej, obdarzona
tylko żołądkiem do trawienia, — ale zawsze z ty¬
tułem lub godnością urzędową.
Nie brak jeszcze sybarytów, którzy takich ludzi
		

/Magazyn_133_09_061_0001.djvu

			uważają za uzupełnienie swego życia. Oni nudziliby
się bez tego na świecie. Któż znajdzie wtenczas
zapodzianą gdzieś tabakierkę, kto podniesie chu¬
steczkę do nosa, gdy spadnie ? Przed kim można
uskarżać się na ból głowy, licząc na współczucie,
opowiedzieć przykry sen i poprosić o wytłumaczenie ?
Kto będzie czytać książkę przed zaśnięciem i pomoże
zasnąć ? Niekiedy takiego proletarjusza wysyła się
do pobliskiego miasteczka po sprawunki, używa
się go do pomocy w gospodarstwie. Nie można
przecież samemu zajmować się wszystkiem!
Tarantjew wywoływał dużo hałasu, wyprowadzał
Obłomowa z nieruchomości i nudów. Krzyczał,
kłócił się, urządzał rodzaj widowiska, ułatwiając
w ten sposób Obłomowowi milczenie i bezczynność.
Do pokoju, w którym panowała senność i cisza,
Tarantjew wnosił ruch i życie, a niekiedy i wiado¬
mości z zewnątrz. Obłomow mógł słuchać, patrzeć,
nie poruszając nawet palcem, na coś hałaśliwego,
ruchomego, gadającego. Posiadał przytem tę dobro-
duszność, iż wierzył, że Tarantjew może istotnie dać
mu jakąś dobrą radę.
Wizyty Aleksiejewa znosił z innego zupełnie,
ale ważnego powodu. Gdy Obłomow chciał spędzać
czas według swego upodobania, to jest leżeć milcząc,
drzemać lub chodzić po pokoju, Aleksiejewa jak
gdyby nie było w pokoju: on także milczał, drzemał,
zaglądał do książki, przyglądał się, ziewając do łez,
obrazom i różnym drobnostkom. W takim stanie
mógł przetrwać trzy doby. Gdy Obłomow nudził
się samotnością i uczuł potrzebę mówienia, czytania,
rozprawiania lub był nieco wzburzony — był on
zawsze pokornym i usłużnym słucłiaczem, współ¬
czującym, z jednaką cierpliwością milczący, jak
		

/Magazyn_133_09_062_0001.djvu

			— 54 —
słuchający rozmowy i podzielający jego poglądy,
bez względu nato, jakie były.
Inni goście odwiedzali go rzadko, zachodzili na
kilka minut, jak trzej pierwsi. Z tymi wszystkimi
Obłomow powoli zrywał stosunki. Zainteresował
się czasem jakąś wiadomością, kilkominutową roz¬
mową, potem, zadowolony, milczał. Im trzeba było
odpłacać wzajemnością, udawać zainteresowanie tem,
co ich interesowało. Oni w tłumie ludzkim kąpali
się niejako; każdy rozumiał życie po swojemu, czego
zgoła nie chciał rozumieć Obłomow, a tymczasem
oni wciągali go w ten wir życia. To właśnie mu
nie podobało się, odtrącało go, nie odpowiadało
jego nastrojowi.
Był jednak jeden człowiek, który także mącił
mu spokój. On lubił i nowiny, i świat, i naukę, i życie,
ale je pojmował głębiej, szerzej. Obłomow, chociaż
był grzeczny dla wszystkich, jego jednego kochał,
jemu jednemu wierz}’!, może dlatego, że rósł, uczył
się i żył z nim razem. Był to Andrej Karłowicz
Sztolc.
On podróżował, ale Obłomow oczekiwał jego
powrotu z dnia na dzień.
		

/Magazyn_133_09_063_0001.djvu

			IV
—	Jak się masz, zemlaku — urwanym głosem
przemówił Tarantjew, wyciągając obrosłą włosem
rękę do Obło mowa. Cóż, to ty leżysz dotychczas,
jak kłoda?
—	Nie zbliżaj się! Nie zbliżaj się! Przychodzisz
z zimna! — mówił Obłomow, przykrywając się
kołdrą.
—	Cóż jeszcze wymyślisz — z zimna!
krzyknął Tarantjew. No, no, bierz rękę, kiedy ci
podaję! Wkrótce już dwunasta godzina, a ty jeszcze
miętosisz się w łóżku!
Chciał dźwignąć Obłomowa z łóżka, ale Obło¬
mow uprzedził go, zwiesiwszy szybko obie nogi
i odrazu trafił niemi w pantofle.
—	Właśnie sam już chciałem wstać — odpo
wiedział ziewając.
—	Wiem ja, jak ty wstajesz: tybyś tu i do obiadu
się miętosił. Hej ! Zachar! Gdzież ty tam scho¬
wałeś się, stary durniu! Prędzej! Pomagaj panu
się ubierać.
—	A pan niecli sobie sprawi własnego Zachara,
a potem będzie go pan łajał! — odpowiedział
Zachar, wchodząc do pokoju i złośliwie spojrzawszy
na Tarantjewa. — Oto naniósł pan biota, jak jaki
roznosiciel z ulicy — dodał.
		

/Magazyn_133_09_064_0001.djvu

			— 56 -
On jeszcze tu gada, — małpi pysk! — rzeki
Tarantjew i podniósł nogę, aby ztyłu kopnąć Za¬
chara, ale Zachar "stanął, odwrócił się do niego
i przybrał pozę obronną.
—	Niech pan tylko trąci! — zachrypiał po
swojemu. — Co to takiego ? Ja odejdę — rzekł i po¬
czął się cofać.
—	Ależ daj pokój, Michej Andreicz! J akiś ty
niespokojny ! Poco go zaczepiasz — rzekł Obłomow.
— Zachar ! Dawaj, co trzeba!
Zachar wrócił i, spoglądając ukosem na Taran-
tjewa — szybko przeszedł koło niego.
{ Obłomow, oparłszy się o niego, niby niedbale,
jak człowiek bardzo zmęczony, dźwignął się z po¬
ścieli i, niechętnie przeszedłszy do fotelu, usiadł
i siedział bez ruchu.
Zachar wziął ze stolika pomady, grzebień i szczot¬
kę, napomadował włosy, rozczesał, podzielił i szczot¬
ką wygładził.
—	Będzie się pan teraz umywał ?
—	Poczekam trochę, a ty odejdź.
—	A to dopiero! I pan tutaj! — zawołał
Tarantjew, zwracając się do Aleksiejewa, gdy Za¬
char włosy przyczesywał.— Dawno pana nie widzia¬
łem. Krewny pański, to wielka Świnia. Dawno, to
chciałem panu powiedzieć.
—	J aki krewny ? J a nie mam wcale krewnych —
trwożliwie odpowiedział Aleksiejew zdziwiony, wy¬
trzeszczywszy oczy na Tarantjewa.
—	No, ten, co służy tu. Afanasjew go zowią —
jakto, nie krewny!
—	Ależ ja nie Afanasjew, lecz Aleksiejew i nie
mam wcale krewnych.
		

/Magazyn_133_09_065_0001.djvu

			— 57
- Jakto, nie krewny! Taki przecież, jak pan,
niepokaźny i także zowią go Wasi lej Nikołaj ewiez.
Jak Boga kocham, nie krewny! Ja jestem
Iwan Aleksiejewicz.
—	Wszystko jedno! Podobny do pana. Tylko
on Świnia, proszę mu to powiedzieć, jak się z nim
pan zobaczy.
—	Ja go nie znam i nigdy nie widziałem! —
odpowiedział Aleksiejew, otwierając tabakierkę.
—	Da j no powąchać !— rzekł Tarantjew. — Ależ
to prosta tabaka, nie francuska. Tak jest — zawy¬
rokował powąchawszy. — Dlaczego nie francuska
dokończył ostro. — Tak, takiej świni, jak pański
krewny, ja jeszcze nie widziałem — ciągnął Taran-
tjew. — Przed dwoma laty mniej więcej pożyczyłem
od niego pięćdziesiąt rubli. No! Wielka to suma
pięćdziesiąt rubli — łatwo zapomnieć przecie. Nie, on
pamięta. Po upływie miesiąca spotykamy się: ,,a jak¬
że dłużek?“ — pyta. Znudził mnie poprostu. Nie
dość tego, wczoraj przychodzi do kancelarji: „pew¬
nie pan teraz pensję otrzymał, więc i dług może
oddać“. Dałem mu dobrą pensję, począłem przy
wszystkich wstydzić, ledwie do drzwi trafił. „Ubogi
człowiek, sam potrzebuje“. Przecież i ja potrzebuję.
Cóż to ja bogacz jestem, ażeby mu pięćdziesiąt
rubli rzucać. Dajno, kochanku, cygaro.
—	Cygara są w pudełku, na etażerce — odpo¬
wiedział Oblomow.
Zamyślony siedział w fotelu w leniwie niedbałej
pozycji, nie zwracając wcale uwagi nato, co się
koło niego działo, co się mówiło. Troskliwie przy¬
patrywał się i gładził swoje białe ręce.
—	Zawsze te same ? — ostro spytał Tarantjew,
wyjąwszy cygaro i spoglądając na Obłomowa,
		

/Magazyn_133_09_066_0001.djvu

			— 58 —
Tak, te same — machinalnie odpowiedział
Obłomow.
A ja przecież ci mówiłem, abyś innych
kupił, zagranicznych. Otóż tak ty pamiętasz, co
ci mówię! Pamiętaj, aby na następną sobotę
były koniecznie, bo nie przyjdę. Ależ to paskudztwo !
— zawołał, zapaliwszy cygaro i wciągnąwszy parę
łyków dymu. — Zupełnie palić nie można!
—	'IV wcześnie dzisiaj przyszedłeś, Michej An-
dreicz — rzekł Obłomow, ziewając.
—	Sprzykrzyłem się tobie, czy co ?
—	Nie, ja tylko tak zauważyłem. Zwykle przy¬
chodzisz wprost na obiad, a teraz dopiero pierwsza
godzina.
—	Ja umyślnie wcześnie przyszedłem, aby się
dowiedzieć, jaki będzie obiad. Zwykle Bóg wie
czem mnie karmisz, przyszedłem przeto dowiedzieć
się: jaki też to na.dzisiaj zamówiłeś obiad?
—	Dowiedz się w kuchni — odpowiedział Oblo-
mow.
Tarantjew wyszedł.
—	Zmiłuj się! — zawołał wróciwszy — woło¬
wina i cielęcina! Ech, bracie Obłomow, nie umiesz
żyć, a przecież obywatel ziemski! J akiś ty barin ?
Żyjesz po mieszczańsku, nie umiesz ugościć przyja¬
ciela. Maderę kupiłeś?
—	Nie wiem, zapytaj Zachara, — nie słuchając
prawie, odpowiedział Obłomow — tam pewnie jest
wino.
—	To, pewnie dawne, od Niemca. O, nie, kup
w angielskim sklepie.
—	I tego wystarczy — jeszcze posyłać!
—	Poczekaj! Daj pieniądze, ja będę przechodzi!
I
		

/Magazyn_133_09_067_0001.djvu

			— 59 —
tamtą stroną, po drodze kupię. Muszę jeszcze zajść
do znajomego.
Oblomow przewracać począł w pudełeczku i wy¬
jął dziesięciorublową czerwoną asygnatę.
—	Madera kosztuje siedem rubli, a tu masz
dziesięć — zauważył.
—	Daj wszystko, sam resztę zwrócę. Nie bój się.
Pochwycił z rąk dziesięciorublówkę i zręcznie
wsunął do kieszeni.
—	No, więc idę! — zawołał Tarantjew — a na
piątą godzinę wrócę. Muszę jeszcze tu i owdzie
zajść. Obiecano mi jakieś zajęcie w kantorze mono¬
polowym... kazano się dowiadywać... Ale ot co, Ilja
Iljicz, czybyś ty dzisiaj nie najął powozu do Kate-
rinenhof — i mnie byś zabrał.
Obłomow głową pokiwał przecząco.
—	Lenistwo czy skąpstwo ? Tyś worek praw¬
dziwy — powiedział. — Tymczasem — dowidzenia.
—	.Poczekaj, Micliej Andreicz! — zawołał Oblo¬
mow. — Muszę się z tobą naradzić w pewnej sprawie.
Cóż tam jeszcze? Mów prędzej, nie mam
czasu.
—	Widzisz... dwa nieszczęścia na mnie spadły
nagle. Z mieszkania pędzą...
—	Pewnie nie płacisz, więc słusznie! — odpo¬
wiedział Tarantjew «i chciał odejść.
Gadaj z nim! Komorne ja zawsze naprzód
płacę. Wcale nie, moje mieszkanie chcą przerabiać...
Ależ poczekaj! Dokąd śpieszysz ? Powiedz, co robić ?
Naglą... powiadają, ażebym się za tydzień wy¬
nosił...
—	Cóż ja za doradca jestem? Daremnie wy¬
obrażasz sobie...
—	Ja zupełnie nic sobie nie wyobrażam. Nic
		

/Magazyn_133_09_068_0001.djvu

			- GO —
żartuj i nie krzycz, ale pomyśl raczej, co robić.
Ty człowiek praktyczny...
Tarantjew już go nie sluclial, lecz myślał nad
czemś.
—	No, niech tak będzie! Podziękuj mnie
rzekł on zdejmując kapelusz i siadając — i do
obiadu każ podać szampana. Sprawa twoja za¬
łatwiona.
—	Cóż takiego ? — spytał Obłomow.
—	Szampan będzie ?
—	Może być, jeżeli rada będzie tego warta.
—	Nie, ty nie zasługujesz nato, aby ci rady
dawać. Czy ja ci daremnie mam radzić? Poradź
się jego — wskazał na Aleksiejewa — albo jego
krewnego.
—	No, no, dosyć... gadaj — naglił Obłomow.
—	Oto tak... jutro możesz przeprowadzić się na
inne mieszkanie.
—	Co za pomysł! O tem ja sam wiedziałem.
—	Czekaj! Nie przeszkadzaj! — krzyknął Ta¬
rantjew. — J utro możesz przeprowadzić się do mojej
kumy na Wyborgską stronę.
—	Coś ty wymyślił! Na Wyborgską stronę?
Ależ tam w zimie, powiadają, wilki wyją.
—	Zdarza się... przybiegają z ostrowów, ale cóż
to ciebie obchodzi ?
—	Tam nudy, pustka, nikogo niema.
—	Łżesz! Tam kuma moja mieszka... ma
własny dom z wielkiemi ogrodami. Jest to kobieta
szlacheckiego urodzenia, wdowa z dwojgiem dzieci.
Przy niej brat mieszka, nieżonaty, ale głowa! —
nie taka, jak u tego, co w kącie siedzi — rzekł wska¬
zując Aleksiejewa. — Mnie z tobą razem za pas
Wetknie,
		

/Magazyn_133_09_069_0001.djvu

			— 61 —
Ale cóż to wszystko mnie obchodzi ? —z akcen¬
tem niecierpliwości odpowiedział Obłomow.— Ja sie
tam nie przeprowadzę.
—	Zobaczymy, czy ty się nie przeprowadzisz.
Nie, bracie, skoro o radę pytasz — to słuchaj, co
mówię.
Nie przeprowadzę się tam — odciął stanowczo
()blomow.
Kiedy tak, to niech cię djabłi wezmą!
odpowiedział Tarantjew, nałożywszy kapelusz i ku
drzwiom ruszył.
Nawrócił jednak.
- Dziwak jesteś — rzekł. — Tak ci tutaj słodko
siedzieć ?
—	Wszystko w pobliżu — mówił Obłomow. —-
Tu są i'sklepy, i teatr, i przyjaciele, i znajomi...
Środek miasta... wszystko...
Co-o-o ? — przerwał mu Tarantjew — a daw-
noś ty z domu wychodził? Powiedzno? Kiedy
byłeś w teatrze? Do jaki cli znajomych chodzisz ?
Pytam cię: na jakiego djabła tobie ten środek
miasta ?
—	Jakto, naco? Różnie się zdarza.
—	Widzisz — i sam nie wiesz, naco! A tam,
pomyśl tylko: będziesz mieszkać u mojej kumy,,
szlachetnej kobiety, w spokoju, cicho, nikt cię
nie ruszy, żadnego hałasu, wszędzie czysto, przy¬
jemnie. Spójrz tylko — przecież ty mieszkasz, jak
w brudnym zajeździe, a przecież jesteś barin, potniesz -
czik! A tam — czystość, cisza. Jest z kim i słowo
zamienić, jeśli się znudzisz. Oprócz mnie nikt
cię odwiedzać nie będzie. Jest dwoje dzieci —
baw się z niemi, ile chcesz! Czegóż chcesz więcej ?
A wygoda, wygoda jaka... Ile tu płacisz?
		

/Magazyn_133_09_070_0001.djvu

			— G2 —
—	Półtora tysiąca.
—	A tam tysiąc zapłacisz prawie za cały dom!
A jakie śliczne, jasne pokoje! Ona dawno pragnęła
mieć cichego, akuratnego lokatora... Otóż, ja ciebie
i polecam...
Obłomow niedecydująco głową pokiwał na znak
protestu.
—	Łżesz, przeprowadzisz się! — rzekł Ta-
rantjew. Pomyśl tylko: przecież to o połowę taniej
wypadnie. Na samem mieszkaniu pięćset rubli
oszczędzisz. Wikt będziesz miał dwa razy lepszy
i czysty... Ani kucharka, ani Zachar okradać cię
nie będą...
W przedpokoju słychać było mruczenie.
—	I porządku więcej — ciągnął dalej Tarantjew.
— Przecież teraz obrzydliwość bierze usiąść przy
twoim obiedzie. Chcesz pieprzu —- niema, octu —
nie kupiono, noże nie oczyszczone, bielizna, jak
mówisz, ginie, kurzu pełno wszędzie. Słowem,
obrzydliwość! A tam kobieta będzie gospodarować!
Ani tobie, ani twemu durniowi Zacharowi...
W przedpokoju słychać było silniejsze mruczenie.
—	Temu staremu kundysowi — ciągnął Ta¬
rant jew — nie potrzeba będzie myśleć o niczem:
wszystko będziesz miał gotowe. Nad czem tu my¬
śleć? Przeprowadzaj się — i koniec...
—	Jakże to tak nagle, ni z tego ni z owego na
Wyborgslcą stronę...
—	Gadaj z nim! — mówił Tarantjew, ocierając
pot z czoła. — Teraz lato, a tam, to to samo, co na
letnisku. Poco ty gnijesz tu przez całe lato na tej
Grochowej ? Tam ogród Bezborodki. Ochta pod
bokiem. Newa o dwa kroki. Ogród do wyłącznego
użytku, ani kurzu, ani braku powietrza! Niema
		

/Magazyn_133_09_071_0001.djvu

			O ozem myśleć. Ja zaraz, jeszcze przed obiadem
polecą do niej, daj mi pieniądze na dorożkę —
a jutro wasza przeprowadzka!
. — Co to za człowiek ! — rzeki Oblomow. — Nagle
wymyśli czort wie co takiego, — na Wyborgską
stroną... Wymyślić nie trudno. Ty znajdź jakąś
radą na to, ażeby tutaj pozostać. Od ośmiu lat tu
mieszkam... nie chcę się przeprowadzać.
—	Rzecz skończona! Ty się przeprowadzisz-
Jadę natychmiast do kumy... potem dowiem się
jeszcze tutaj...
Poszedł.
—	Poczekaj! Poczekaj! Dokąd ? — zatrzymy¬
wał go Obłomow. — Ja mam jeszcze ważniejszy in¬
teres do ciebie. Zobacz, jaki ja liścik miły od mego
starosty otrzymałem, i zdecyduj, co mam robić.
—	Uważasz... ty już takim się urodziłeś. Nic
nie potrafisz sam zrobić. Wszystko — ja i ja. Do
czego ty się przydałeś ? Nie człowiek, ale prosto —
słoma!
—	Zachar! Gdzie ten list ? — Znowu gdzieś go
Zachar zawieruszył.
—	Oto właśnie list starosty — rzekł Aleksiejew,
podając zmięty papier.
—	Tak, właśnie ten list — potwierdził Obłomow
— i począł czytać głośno.
—	Co na to powiesz ? Co mam robić ? — spytał
Ilja Iljicz, przeczytawszy go. — Posucha... niedopłaty
podatkowe...
—	Przepadłeś! Zupełnie przepadłeś! — mówił
Tarantjew.
—	Dlaczegóż przepadłem ?
—	Wiąc nie przepadłeś?
		

/Magazyn_133_09_072_0001.djvu

			— (>4 —
—	Jeżeli przepadłem, to daj radę, aby złe po¬
prawić.
—	A cóż ty mnie zato ?
—	Mówiłem — będzie szampan, czegóż chcesz
więcej ?
—	Szampan za wyszukanie mieszkania. Ja
ci wyświadczam dobrodziejstwo, a ty nie odczu¬
wasz tego, poprostu — jesteś niewdzięczny! Po¬
szukaj sam mieszkania, ale co to mieszkanie! Naj¬
ważniejszą rzeczą, że będziesz miał spokój, jakbyś
mieszkał u własnej siostry. Dwoje dzieci, brat
nieżonaty, ja będę odwiedzać cię codziennie...
—	Dobrze, dobrze... — przerwał Obłomow
ty poradź mi teraz, co mam ze starostą począć ?
—	Nie, dodaj porteru do obiadu, to powiem.
—	Porteru mu się zachciało! Mało ci ?
—	W takim razie, dowidzenia! — rzekł Ta-
rantjew, wkładając kapelusz.
Ach, Boże mój! Tu starosta pisze, że będzie
,,ze dwa tysiące mniej“, a on jeszcze porter dodał!
Dobrze więc, kup porteru.
- Dawaj że jeszcze pieniędzy! — rzekł Ta¬
ran tjew.
—	Przecież ci pozostanie reszta z czerwonej ?
—	A na dorożkę na Wyborgską stronę... — od-
powiedział Tarantjew.
Obłomow wyjął jeszcze rubla i z niechęcią mu
go podsunął.
—	Starosta twój oszust! — ot, co ja ci po¬
wiem — odrzekł Tarantjew, chowając rubla do
kieszeni, — a ty wierzysz mu, otworzywszy gębę.
Słyszysz, jaką 011 piosnkę śpiewa: posucha, nieuro¬
dzaj, niedopłaty, chłopi uciekają. Łże, wszystko
		

/Magazyn_133_09_073_0001.djvu

			— 65 —
łże! Słyszałem, że w naszyć]i stronach, w Szumi-
łowej ojcowiźnie, zeszłorocznym urodzajem wszyscy
popłacili swoje długi, a Szumiłowski majątek tylko
przecie o pięćdziesiąt wiorst od twego, a dlaczegóż
tam posucha nie wypaliła zboża ? Wymyślił
niedopłaty ! A czego on miał pilnować ? Dlaczego
zaniedbał ? Skąd te niedopłaty ? Cóż to, roboty
czy odbytu w naszych stronach niema ? To roz¬
bójnik! Jabym go nauczył! Chłopi rozeszli się —
a 011 sam przecież złupił z nich, ile zdołał — i roz¬
puścił, a sprawnikowi ani myślał się skarżyć.
—	Nie może być — zaoponował Obłomow, —
011 przecież i odpowiedź sprawnika w liście przy¬
tacza, tak szczerze...
—	Ach, ty! Nic nie rozumiesz! Wszyscy oszuści
piszą bardzo gładko — możesz mi wierzyć! Oto,
naprzykład, — mówił dalej, wskazując na Aleksie-
jewa — siedzi uczciwa dusza, owca prawdziwa
a czy napisze 011 gładko? Nigdy! A krewny jego,
chociaż Świnia i bestja — ten napisze. I ty nie po¬
trafisz napisać prosto. To znaczy, że starosta twój
już dla tego samego jest skotem, że zręcznie i prosto
napisał. Widzisz, jak słowa pięknie uszykował:
„przywrócić na miejsce zamieszkania“.
—	Cóż z nim począć ?
—	Natychmiast go wyrzuć!
—	A kogo na jego miejsce ? Ja nie znam przecież
moich chłopów. Inny może jeszcze będzie gorszy...
Od dwunastu lat nie byłem w majątku.
—	Jedź sam na wieś. Bez tego nie obejdzie się.
Pomieszkaj tam przez łato, a w jesieni — do nowego
mieszkania. Ja już postaram się o to, ażeby było
gotowe.
—	Na nowe mieszkanie, sam, na wieś! Tylko
Oblomow. T. I.
		

/Magazyn_133_09_074_0001.djvu

			— 66 —
rozpaczliwe projekty mi podsuwasz, — z niechę¬
cią odpowiedział Oblomow. — Nie, ażeby uniknąć
ostateczności, przytrzymywać sią środka...
—	No, bracie Ilja Iljicz, ty się zmarnujesz zu¬
pełnie. Ja na twojem miejscu zadłużyłbym majątek
dawno, a za te pieniądze kupiłbym inny, albo dom
tutaj, w dobrem miejscu — to warte twego
majątku ! Potem zadłużyłbym dom — a kupił inny...
Gdybym ja miał twój majątek, toby dopiero o
mnie ludzie zagadali.
—	Przestań sie chwalić, a wymyśl coś takiego,
ażeby mieszkania nie zmieniać, na wieś nie jechać
i żeby się wszystko zrobiło... — zauważył Oblomow.
—	Ale czyż ruszysz sie ty kiedykolwiek z miejsca
—	mówił Tarantjew. — Spójrz tylko na siebie, do
czego ty .zdatny? Jaki pożytek z ciebie ojczyźnie?
Na wieś nie może jechać!
—	Teraz nie czas jeszcze jechać — odpowiedział
Ilja Iljicz — muszą pierwej wykończyć plan reorgani¬
zacji majątku, który mam zamiar przeprowadzić...
Ale, wesz co, Michej Andreicz — nagle zaczął Obło-
mow — pojedź ty. Sprawą całą znasz, miejscowość
także, a ja nie pożałowałbym zwrócić ci koszta
podróży.
—	Cóż to ja, rządca twój jestem, czy.co? —
z dumą odpowiedział Tarantjew. — Ja już odzwy¬
czaiłem sią od obcowania z mużykami.
—	Co robić ? — w zamyśleniu mówił Oblomow.
—	Doprawdy nie wiem...
—	Napisz do sprawnika, zapytaj, czy mówił mu
starosta o włóczących sią mużykach — radził
Tarantjew — i poproś, ażeby zajechał na wieś.
Potem napisz do gubernatora, ażeby kazał spraw-
nikowi dowiedzieć sią o zachowaniu sią starosty.
		

/Magazyn_133_09_075_0001.djvu

			- 67
,,Proszę okazać Ekscelencjo ojcowskie współczucie
i okiem miłości wem spojrzeć na nieuniknione gro¬
żące mi nieszczęście, skutkiem samowolnego za¬
chowania się starosty, i zupełną ruinę, jaka mnie
czeka wraz z żoną i drobnemi dziećmi, pozostawszy
bez kawałka chleba wraz z dwanaściorgiem dzieci...“
Obłomow zaśmiał się.
—	Gdzie ja znajdę tyle dzieci, jeśli mi je każą
pokazać? — rzekł.
—	Nie wyłguj się, pisz: z dwanaściorgiem dzie¬
ci... prześlizgnie się koło uszu... sprawdzać nikt nie
będzie, ale zato będzie „naturalnie“... Gubernator
odda list sekretarzowi, a ty i do niego napisz —
rozumie się z dołączeniem — on wyda odpowiednie
dyspozycje... Do sąsiadów się zwróć; kogo ty tam
znasz ?
—	Dobrynicz blisko— rzekł Obłomow. — Ja tu¬
taj widuję się z nim często. Teraz on tam właśnie.
—	I do niego napisz, poproś pięknie: ,zobowią¬
żesz mnie pan głęboko i zrobisz wielką przysługę, jako
chrześcijanin, przyjaciel i sąsiad“. Do listu dołącz
jakiś petersburski prezencik... cygar, naprzykład.
Tak zrób, a ty nic nie rozumiesz. Zgubiony człowiek!
U mnie starosta potańczyłby. Dałbym mu. Kiedy
tam poczta odchodzi ?
—	Pojutrze — odpowiedział Obłomow.
—	Siadaj zatem i pisz zaraz!
—	Ależ dopiero pojutrze, pocóż zaraz ? — za¬
uważył Obłomow. — Można przecież i jutro. Ale
posłuchaj no Micliej Andreicz — dodał — dokonaj
do reszty „dobrodziejstwa...“ Niech już tak będzie,
a ja każę dodać do obiadu jeszcze jaką rybę, lub
pieczeń z drobiu.
—	Co więcej ? — pytał Tarantjew.
5*
I
		

/Magazyn_133_09_076_0001.djvu

			— 68 -
—	Siądź i napisz! Dużo ci to czasu zajmie,
trzy listy napisać! Ty tak „naturalnie" opowiadasz
— dodał, usiłując ukryć uśmiech — a Iwan Aleksie-
jewicz mógłby przepisać...
—	O, co jeszcze wymyślisz! — odpowiedział
Tarantjew. — Mam jeszcze pisać! Ja już i w urzędzie
od trzech dni nie piszę. Jak tylko siądę do pisania,
zaraz łza z lewego oka płynie, a gdy się schylę —
głowa mi się kręci... Leniwiec z ciebie, leniwiec!
Za kopiejkę nawet nie pójdziesz, IIja Iljicz.
—	Ach, żeby choć Andrej rychlej wrócił! —po¬
wiedział Oblomow — onby poprawił wszystko.
—	Ot, znalazłeś dobrodzieja! — przerwał mu
Tarantjew. — Niemiec przeklęty, zręczna szelma!
Tarantjew odczuwał jakieś tajemnicze obrzy¬
dzenie w stosunku do cudzoziemców. W jego oczach
Francuz, Niemiec, Włoch, Anglik byli synonimami
oszusta, szachraja, rozbójnika. Nawet nie robił
różnicy w narodowościach, wszyscy w jego oczach
byli jednacy.
—	Słuchaj Michej Andreicz! — ostro odezwał
się Oblomow — prosiłem cię, abyś nie rozpuszczał
języka, szczególnie o człowieku, którego cenię, który
jest mi bliski...
—	Bliski ? — z nienawiścią odezwał się Ta¬
rantjew. — Cóż on — krewny jaki ? Niemiec —
wiadomo, i koniec.
—	Bliższy od wszelkich krewnych... Ja wspólnie
z nim rosłem, chodziłem do szkoły i nie pozwolę
obrażać...
Tarantjew poczerwieniał ze złości.
—	Ha, jeśli ty mnie zamieniasz na Niemca, to
noga moja więcej u ciebie nie postanie.
		

/Magazyn_133_09_077_0001.djvu

			69 -
Nałożył kapelusz i ku drzwiom ruszył. Obłomow
nagle zmiękł.
—	Uszanowałbyś w nim mego przyjaciela i
ostrożniej odzywał się — oto, czego żądam. Zdaje się,
niewielka usługa — dodał.
—	Szanować Niemca? — rzekł z najwyższą
pogardą Tarantjew. — Zacóż to?
—	Już ci powiedziałem... chociażby zato, że
rósł i uczył się razem ze mną.
—	Wielka rzecz! Czy to z jednym człowiek się
uczył!
—	Cklyby on był tutaj, jużby mnie dawno wy¬
bawił ze wszystkich kłopotów i nie prosił ani o porter,
ani o szampana — powiedział Obłomow.
—	A... więc wymawiasz mi to! Niech cię
djabli wezmą z twoim porterem i szampanem!
Masz! Weź swoje pieniądze... Gdzież to je scho¬
wałem ? Widzisz, zapomniałem zupełnie, gdzie wło¬
żyłem te przeklęte pieniądze!
Wyjął z kieszeni jakiś zasmolony, zapisany pa¬
pierek.
—	Nie, to nie to! — rzekł. — Gdzie u licha ?
Przeszukiwał kieszenie.
—	Nie trudź się, nie szukaj! — rzekł Obłomow.
— Ja ci nie wymawiam, tylko proszę, abyś się od¬
zywał grzeczniej o człowieku, którego szanuję i który
tak wiele dobrego dla mnie zrobił...
—	Wiele... — złośliwie zauważył Tarantjew. —
Poczekaj, on jeszcze więcej zrobi, tylko go słuchaj!
—	Poco mówisz mnie o tem ? — spytał Obło¬
mow.
- A poto, żeTTgdy twój Niemiec oblupi cię
ze skórj'-, ażebyś wiedział, jak zamieniać swego ziem-
laka, rosyjską duszę, na jakiegoś włóczęgę...
		

/Magazyn_133_09_078_0001.djvu

			—	Posłuchaj Michej Andreicz... — zaczął Oblo-
mow.
—	Niema co słuchać! Słuchałem długo... Mia¬
łem z twego powodu dużo zmartwień! Bogu tylko
wiadomo, iłe razy zniewagę połknąłem... Ojciec jego
tam w Saksonji chleba nie widywał, a tu przyjeżdża
i nos zadziera do góry...
—	Poco o umarłych mówisz ? Czem zawinił
ojciec ?
—	Obaj winni, ojciec i syn -r- ponuro odpo¬
wiedział Tarantjew i ręką machnął. — Niedarmo
mój ojciec radził unikać Niemców, a on tylu ludzi
różnych znał w swojem życiu!
—	Dlaczegóż, naprzykład, nie podoba ci się
ojciec! — pytał IIja Iljicz.
—	A'dlatego, że przyjechał do naszej gubernji
w jednym surducie i trzewikach, w późnej jesieni,
a tymczasem synowi zostawił majątek — cóż to
znaczy ?
—	Synowi zostawił tylko czterdzieści tysięcy.
Z tego coś wziął w posagu za drugą żoną, a resztę
zdobył tem, że belferował u różnych ludzi, ma¬
jątkami rządził, pensje dobre brał. Czemże ojciec
zawinił ? Dlaczego syn winien ?
—	Piękny chłopczyk! W krótkim czasie z o j -
cowskich czterdziestu zrobił trzysta, dosłużył się
radcy dworu, wielki uczony... a teraz gdzieś
podróżuje ! Wszędzie dobrze trafił! Czyż to wszyst¬
ko prawdziwy rosyjski człowiek robić będzie ?
Rosyjski człowiek jedno sobie wybierze — i to
nie śpieszy się, pomaleńku, cichutko, byle jak,
a ten — patrz! Gdyby w monopolu pracował—no,
wiadomo, z czego wzbogaciłby się, a to z niczego,,
tak sobie — fu! fu! To nieczyste sprawy! Jabym
		

/Magazyn_133_09_079_0001.djvu

			poci sąd oddal takich panów! Ot i teraz - włóczy
się, Bóg wie gdzie — mówił Tarantjew. — Poco się
on włóczy po cudzych krajach?
—	Uczy się... Chce wszystko widzieć, wiedzieć
—	Uczyć się! Mało go jeszcze uczyli! Co to
jest? On łże poprostu, nie wierz mu. On ciebie
w żywe oczy oszukuje, jak małego chłopczyka.
Czyż dojrzali już ludzie uczą się jeszcze? Słu¬
chasz, co ci plecie ? Czyż radcowie dworu uczą
się? Ot, i ty byłeś w szkole, a czy teraz uczysz
się ? Cóż on tam, w niemieckiej szkole pewnie siedzi
i lekcje kuje ? Łże — i koniec. Słyszałem, że po-
& jechał oglądać jakąś maszynę — pewnie prasę
C dla robienia rosyjskich bumażek... Jabym go
4' wprost do więzienia... Akcje jakieś... Ach, te
^ akcje, jak one mnie drażnią!
Obłomow zaczął się śmiać.
—	Cóż ty mi zęby pokazujesz? Alboż’to~nie¬
prawda, co mówię ?
—	No, zostawmy tę sprawę! — przerwał mu
Ilja Iljicz. — Idź z panem Bogiem, dokąd chcesz, a ja
z Iwanem Aleksiejewiczem popiszemy wszystkie
te listy i postaram się naszkicować mój plan....
wszystko to razem zrobimy...
Tarantjew wyszedł do przedpokoju, nagle się
wrócił.
—	Zupełnie zapomniałem! Miałem interes do
ciebie od rana — zaczął on łagodnym głosem. — Ju¬
tro mam być na weselu. Kokotow się żeni. Po¬
życz mi, ziemlaczlcu, twego fraka... mój, uważasz,
trochę się obszargał...
—	Jakże można — odpowiedział Obłomow
nachmurzony z powodu takiej prośby. — Mój frak
nie pasuje na ciebie.
		

/Magazyn_133_09_080_0001.djvu

			- Przeciwnie, zupełnie pasuje — przerwał Ta
rantjew. — Pamiętasz, przymierzyłem kiedyś twój
surdut, — jak ulany na mnie. Zachar! Chodźno
tutaj, stary bydlaku — krzyknął Tarantjew.
Zachar ryknął jak niedźwiedź, ale nie przyszedł.
—	Zawołaj go, IIja Iljicz. Co to on u ciebie taki
hardy — uskarżał się Tarantjew.
—	Zachar! — zawołał Obłomow.
—	A żeby was tam! — doleciało z przedpokoju,
a równocześnie dał się słyszeć skok z przypiecka.
—	No, czego pan chce ? — zwrócił się do Ta¬
rant jewa.
—	Przynieś tu mój czarny frak! — rozkazał
Ilja Iljicz. — Michej Andreicz przymierzy, czy pasuje
na niego... jutro na wesele chce pożyczyć...
—	Nie dam fraka! — stanowczo odpowiedział
Zachar.
—	Jak ty śmiesz, kiedy pan ci każe ? — krzy¬
knął Tarantjew. — Dlaczego ty Ilja Iljicz nie oddasz
go do domu poprawy ?
—	No, jeszcze czego brakło — starego do domu
poprawy posyłać! — rzekł Obłomow. — Przynieś
Zachar frak, nie sprzeciwiaj się!
—	Nie dam! — chłodno odpowiedział Zachar. —
Niech pierwej zwróci kamizelkę i naszą koszulę.
Od pięciu miesięcy już u niego w gościnie. Kiedyś
pożyczył na imieniny — i tyle tylko widziałem!
Kamizelka aksamitna, a koszula z holenderskiego
płótna, dwadzieścia pięć rubli kosztuje. Nie dam
fraka!
—	Nu, do widzenia! czort was bierz! —
ze złością zawołał Tarantjew, odchodząc i grożąc
Zacharowi pięścią. — Pamiętaj, Ilja Iljicz, ja wy-
		

/Magazyn_133_09_081_0001.djvu

			najmę dla ciebie mieszkanie — słyszysz ? — do¬
rzucił.
—	No, 110, dobrze, dobrze! — niecierpliwie
odpowiedział Obłomow, ażeby się tylko odczepić
od niego.
—	A ty napisz tam, co potrzeba — ciągnął
Tarantjew. — Nie zapomnij napisać do gubernatora,
że masz dwanaścioro dzieci, „jedno mniejsze od
drugiego“. A o piątej, ażeby zupa była na stole!
A czemu nie zamówiłeś „pieroga“?
Ale Obłomow milczał. Już dawno go nie słuclial
i, przymrużywszy oczy, o czem innem myślał.
Po odejściu Tarantjewa w pokoju zapanowała
niezmącona cisza przez kilka minut. Obłomow był
zdenerwowany i listem starosty, i przeprowadzką,
jaka go czekała, a po części zmęczony hałaśliwem
trzepaniem Tarantjewa. Wkońcu westchnął.
—	Cóż, pan nie pisze ? — cicho zapytał Aleksie-
jew. — Zatemperowałbym panu pióro ?
—	Niech pan zatemperuje i proszę sobie odejść
z Panem Bogiem — odrzekł Obłomow. — Ja już
sam napiszę... pan przepisze tylko...
—	Bardzo dobrze! — odpowiedział Aleksiejew.
— W samej rzeczy przeszkadzałbym panu... A ja
tymczasem pójdę i powiem, ażeby nie czekali
na pana z wycieczką do Katerinenhofu. Dowi¬
dzenia, IIja Iljicz.
Ale Ilja Iljicz nie słuchał. Podgiąwszy nogi,
siedział na fotelu i, oparłszy się, trwał niby w pół¬
drzemce, niby w zamyśleniu.
		

/Magazyn_133_09_082_0001.djvu

			V.
Qblomow, szlachcic z urodzenia, sekretarz kole-
gjalny według rangi, mieszkał w Petersburgu od
dwunastu lat i ani razu nie opuszczał go. Z po¬
czątku, póki rodzice żyli, mieszkał skromniej,
zadowalniał się dwoma pokoikami wraz z Zacha-
rem, którego zabrał ze wsi ze sobą. Po śmierci
ojca i matki, został jedynym właścicielem trzystu
pięćdziesięciu dusz, które mu się dostały w spadku
w jakiejś dalekiej gubernji, prawie w Azji.
Zamiast pięciu, otrzymywał siedem do dzie¬
sięciu tysięcy rubli asygnacyjnych dochodu, a wów¬
czas i życie jego popłynęło szerszem korytem.
Wynajął lokal obszerniejszy, trzymał kucharza,
miał parę koni i powóz.
Wówczas był jeszcze młodym i jakkolwiek
wielką ruchliwością nie odznaczał się nigdy, miał
jednak jakieś pragnienia, czegoś spodziewał się,
czegoś oczekiwał od losu i od siebie samego. Przygo¬
towywał się do odegrania jakiejś roli, przede wszyst-
kiem na służbie rządowej, co spowodowało właściwie
przyjazd jego do Petersburga. Myślał także o za¬
jęciu pewnego stanowiska w towarzystwie, wkońcu,
w dalekiej perspektywie, na przejściu już od lat
młodzieńczych do dojrzałych, w wyobraźni jego
błyszczało i uśmiechało się szczęście rodzinne.
		

/Magazyn_133_09_083_0001.djvu

			Ale dnie mijały za dniami, lata szły za latami,
młodzieńczy puch przemienił się w szorstką brodę,
promienie oczu stały się dwoma ciemnemi punk¬
tami, całość zaokrągliła się, włosy poczęły nieli-
tościwie wypadać, wydzwoniła trzydziestka, a 011
11a żadnem stanowisku nie posunął się ani o krok
naprzód, stał zawsze przed progiem swojej przy¬
szłości, tak samo, jak przed dziesięciu laty.
Ciągle namyślał się i przygotowywał do roz¬
poczęcia życia, malując różnemi barwami własną
przyszłość. Ale z każdym mijającym rokiem blakła
w tem malowidle jakaś barwa.
Życie jego dzieliło się na dwie połowy: jedna
składała się z pracy i nudów — w jego pojęciu
były to synonimy, druga — ze spokoju i łagodnycli
rozrywek. Z tego powodu służba rządowa, już
na samym początku, wydała mu się bardzo nie¬
przyjemną.
Wychowany w głębi prowincji śród łagodnycli
i serdecznych zwyczajów i obyczajów rodziny,
przechodząc w ciągu dwudziestu lat z objęć w objęcia
różnych krewnych, przyjaciół i znajomych, do tego
stopnia był przepojony pierwiastkiem życia ro¬
dzinnego, że i przyszły urząd przedstawiał się
mu jako coś podobnego do zajęć rodzinnych,
w rodzaju, ilaprzykład, obojętnego zapisywania
w książce przychodu i rozchodu, jak to czynił
jego ojciec.
Zdawało mu się, że urzędnicy pewnej dykasterji
tworzą coś podobnego do dobrze spojonego ro¬
dzinnego grona, żyjącego w ciągłej trosce, ażeby
wszystkim było spokojnie i przyjemnie; że urzę¬
dowanie nie jest wcale obowiązkowem przyzwy¬
czajeniem, którego trzeba pilnie i codziennie prze-
		

/Magazyn_133_09_084_0001.djvu

			— 76 —
strzegąc, że słota, upał lub wprost zwykła nie¬
dyspozycja mogą być zupełnie słusznym powodem
do zaniedbania urzędu.
Kiedy spostrzegł, że tylko cliyba trzęsienie ziemi
mogło być przyczyną dostateczną do opuszczenia
godzin służbowych, a od trzęsienia ziemi Petersburg,
jak na nieszczęście, był wolny, chyba zatem powódź
tylko mogła być przeszkodą, ale zdarzała się
rzadko — bardzo się zasmucił.
Jeszcze bardziej niepokoiło Oblomowa, kiedy
ujrzał przed swojemi oczyma pakiety z nadpisem:
pilne, bardzo pilne, kiedy mu kazano robić różne
dochodzenia, wypisy, przeglądać zeszyty różnych
spraw, zapisywać zeszyty dwucalowej grubości,
które jak na żart zwały się „notatnikami“, a wszyst¬
ko miało być zrobione prędko; kiedy wydawało
się, że wszyscy gdzieś się śpieszą, nie mając chwilki
na czekanie, że ledwie jedna robota skończona,
chwytać się trzeba za drugą, za trzecią — i tak
bez końca.
Parę razy budzono go w nocy z rozkazem zro¬
bienia jakiegoś raportu, lub kur jer wywoływał
go z wizyty dla załatwienia jakiejś ważnej sprawy.
Wszystko to budziło w nim przestrach i niechęć.
— Kiedyż' żyć ? Kiedyż żyć ? — myślał mimo¬
wolnie.
O zwierzchniku swoim w domu jeszcze słyszał,
że jest ojcem dla podwładnych i wyrobił sobie
0	nim najbardziej sympatyczne, rodzinne pojęcie.
Wyobrażał go sobie czemś podobnem do łagodnego
1	dobrego ojca, który tylko o tein myśli, ażeby
podwładnych swoich za pracę, a często i bez pracy
odznaczać ijpamiętać nietylko o ich potrzebach,
lecz i o przyjemnościach.
		

/Magazyn_133_09_085_0001.djvu

			— 77 —
Ilji Iljiczowi zdawało się, że zwierzchnik do tego
stopnia wchodzi w położenie podwładnego, że
troszczy się o to, czy dobrze noc przepędził, dla¬
czego oczy ma mętne i czy nie boli go głowa.
Ale ciężko się rozczarował zaraz pierwszego
dnia swego urzędowania. Jak tylko zwierzchnik
przyjechał do biura, rozpoczynała się gorączkowa
bieganina, wszyscy chodzili zaaferowani, potrącając
jeden drugiego. Niektórzy wprost oglądali sami
siebie, ażeby się jak najlepiej sprezentować zwierz¬
chnikowi.
Później spostrzegł Obłomow, że niebrak zwierz¬
chników, którzy ujrzawszy przed sobą zalęknio¬
nego urzędnika, widzą w tern pewien szacunek
dla siebie, a nieraz pilność i zdolność do „służby“.
Ilja Iljicz nie potrzebował lękać się swego zwierz¬
chnika, który był dobrym i łagodnym w obejściu'
człowiekiem. Nikomu nigdy nic złego nie zrobił,
podwładni byli z niego’ zadowoleni i nie życzyli
sobie lepszego. Nikt nie usłyszał nigdy od niego
przykrego słowa, ani krzyknięcia, ani podniesienia
głosu. On nigdy nic nie żądał, ale prosił. Każdego
traktował przez pan.
Ale wszyscy niepokoili się w jego obecności.
Na jego łagodne słowa odpowiadali głosem trochę
przelękłym, jakim zwykle nie przemawiali.
Ilja Iljicza także lęk ogarniał, gdy zwierzchnik
zbliżał się do niego. I on tracił głos właściwy,
który nabierał intonacji uległej i brzydkiej.
Nacierpiał się Ilja Iljicz w urzędzie od strachu
i smutku przy dobrym i niewymagającym zwierz¬
chniku. Bóg wie, coby się z nim stało, gdyby miał
pracować pod surowym i wymagającym!
Na tym urzędzie spędził Obłomow ze dwa lata;
		

/Magazyn_133_09_086_0001.djvu

			- 78 -
być może, byłby i dalej ciągnął, gdyby osobliwy
wypadek nie zmusił go do opuszczenia stanowiska.
Kiedyś bardzo ważny akt urzędowy wysłał do
Astrachania zamiast do Arcliangielska. Sprawa
się wyjaśniła. Poczęto poszukiwać winowajcy.
Wszyscy z niecierpliwością oczekiwali, jak zwierz¬
chnik przywoła Obłomowa i swoim zimnym spo¬
kojnym głosem zapyta: ,,czy to pan wysłałeś
ten akt do Arcliangielska?“ — Jakim głosem od¬
powie IIja Iljicz ?
Niektórzy przypuszczali, że mu wcale nie od¬
powie — nie zdoła!
Widząc przestraszone twarze innych, Ilja Iljicz
i sam się przeląkł, chociaż myślał, jak i inni, że
zwierzchnik ograniczy się do wymówki. Sumienie
bardziej mu ciążyło, niż spodziewana wymówka.
Obłomow nie czekał na zasłużoną karę, wrócił
do domu i przysłał — świadectwo lekarskie.
Świadectwo brzmiało: ,,ja, niżej podpisany,
świadczę wraz z odbiciem mojej pieczęci, że Se¬
kretarz kolegjalny Ilja Iljicz Obłomow jest chory
na otłuszczenie serca z rozszerzeniem lewej jego poło¬
wy (hypertrophia cordis cum dilatione ejus ventriculi
sinistri),połączone z chronicznym bólem wątroby (he-
titis), co przy dalszym rozwoju choroby zagraża jego
życiu. Przyczyną tego jest, jak się zdaje, codzienne
urzędowanie. Skutkiem tego dla uniknięcia po¬
wtórnych przypadków, jako też wzmożenia się choro¬
by, uważam za rzecz konieczną, ażeby Obłomow
na czas jakiś przerwał urzędowanie i wogóle pole¬
cam mu wstrzymanie się od zajęć umysłowych i ja¬
kiejkolwiek działalności.“
Ale to pomogło tylko na czas krótki. Trzeba
było przecież wyzdrowieć, a zatem w perspektywie -
		

/Magazyn_133_09_087_0001.djvu

			— 79 —
było także codzienne urzędowanie. Obłomow nie
wytrzymał i podał się do dymisji. Tak się zakoń¬
czyła narazie, ale już się nie rozpoczynała, jego
kar jera służbowa.
Nie lepiej mu się powiodła rola w towarzystwie.
W pierwszych latach pobytu jego w Petersburgu,
w latach młodzieńczych, spokojne zwykłe rysy jego
twarzy ożywiały się często, oczy błyszczały ogniem
życia. Promieniowały one światłem życia, nadziei,
siły. Marzył, jak i inni, miewał różne nadzieje,
bawił się w sposób dziecinny i cierpiał, jak dziecko.
Ale to wszystko było bardzo dawno, w ty cli
szczęśliwych chwilach, kiedy się w każdym człowieku
widzi przyjaciela, kiedy się człowiek kocha w każdej
kobiecie i każdej gotów jest oddać swoją rękę i serce,
co też nieraz ktoś zrobi, czego potem żałuje przez
całe życie.
W tych błogosławionych chwilach na Ilję Iljicza
]jadało niejedno miękkie, aksamitne, namiętne spoj¬
rzenie z tłumu piękności, przypadło mu w udziale nie¬
mało wiele obiecujących uśmiechów, kilka przy¬
godnych całusów i jeszcze więcej przyjacielskich
uścisków ręki, tak mocnych, że aż łzy wyciskały.
Zresztą, nigdy nie ulegał on pięknościom, nie
był ich niewolnikiem ani nawet pilnym wielbi¬
cielem, chociażby dlatego, że wszelkie bliskie
stosunki z kobietami zawsze sprowadzają wiele
kłopotów.
Rzadko los stykał go w towarzystwie z kobietą
któraby zdołała porwać go choć na kilka dni i prze¬
konać, że jest zakochanym. Wszelkie jego intrygi
miłosne nie kończyły się romansem. Zatrzymy¬
wały się na samym początku, ą swoją prostotą
		

/Magazyn_133_09_088_0001.djvu

			— 80 —
i czystością nie ustępowały zupełnie romansom
pierwszej lepszej, starszej nieco pensjonarki.
Najbardziej unikał bladych, smutnych dzie¬
wic z czarnemi oczyma, w których błyszczą
„męczące dnie i grzeszne noce“, dziewic z niewia-
domemi nikomu radościami i smutkami, które
zawsze mają zrobić jakieś zwierzenia, coś powie¬
dzieć, a kiedy wypadnie mówić — drżą, zale¬
wają się łzami, potem zarzucają ręce na szyję
przyjaciela, patrzą mu w oczy, potem w niebo,
opowiadają, że życie ich skazane na nieszczęścia,
a niekiedy nawet mdleją. Dusza jego była jeszcze
czysta i dziewicza. Może czekała jeszcze na swoje
ukochanie, swoje oparcie, na swoją patetyczną
namiętność, ale z latami zaprzestała, zdaje się,
czekać i zrezygnowała.
Ilja Iljicz jeszcze chłodniej pożegnał się z gro¬
madą przyjaciół. Natychmiast po pierwszym liście
starosty, zawiadamiającym go o niedopłatach i nie¬
urodzajach, zamienił starego swego przyjaciela ku¬
charza na kucharkę, potem konie sprzedał i pozbył
się innych „przyjaciół".
Nic go nie wywabiało z domu i codziennie
coraz wytrwałej przesiadywał w swoim pokoju.
Z początku przykrem mu się wydawało chodzić
cały dzień w zwykłem ubraniu, potem lękał się
proszonych obiadów, najchętniej zaś przebywał
w kawalerskiem towarzystwie, gdzie można było
zdjąć krawatkę, rozpiąć kamizelkę, siedzieć ]_bez-
ceremonjalnie, a nawet godzinkę wypocząć.
Wkrótce sprzykrzyło mu się wychodzenie wie¬
czorem — trzeba wciągać frak, golić się codziennie.
Wyczytał gdzieś, że ranne powietrze zdrowe,
wieczorne szkodliwe — i począł obawiać się wilgoci.
		

/Magazyn_133_09_089_0001.djvu

			- öi -
Nie zważając na te wszystkie dziwactwa, przy¬
jacielowi jego, Sztolcowi, udawało się wyciągać go
na wizyty. Ale Sztolc często podróżował —
jeździł do Moskwy, do Niżnego-Nowogrodu, na
Krym, a niekiedy i zagranicę. W czasie jego nie¬
obecności Obłomow znowu pogrążał się w odoso¬
bnienie i samotność, z których wyrwać by go
mogła tylko jakaś nadzwyczajna okoliczność. Ale
nic podobnego nie było i nie przewidywało się.
Do tego wszystkiego przyplątała się do niego
zczasem dziecinna bojaźliwość, oczekiwanie jakie¬
goś niebezpieczeństwa i czegoś złego od wszyst¬
kiego, co wchodziło w sferę jego codziennego życia,
— było to zwykłe następstwo odzwyczajenia się
od wszelkich zewnętrznych wpływów.
Nie przestraszało go naprzykład wcale pęknię¬
cie sufitu w mieszkaniu, do którego przyzwyczaił
się i nie przychodziło mu do głowy że powietrze
nie odświeżane w pokoju, jest szkodliwe, a ciągłe
przebywanie w takiem powietrzu jest bardziej
dla zdrowia niebezpieczne, niż chłód wieczorny;
że przepełnianie codzienne żołądka jest pewnego
rodzaju powolnem zabijaniem siebie, ale on do tego
przyzwyczaił się i nie lękał się.
Ale nie przyzwyczaił się do ruchu, do życia,
do stykania się z tłumem ludzi. W tłumie czuł
brak powietrza, do łódki siadał z myślą, ażeby jak
najrychlej znaleźć się na drugim brzegu, w karecie
siedząc, myślał o tem, że konie poniosą i zabić się
może.
Nietylko strach nerwowy ogarniał go, lękał się
on otaczającej go ciszy, a często wprost nie wiedział,
dlaczego ogarnia go drżenie. Czasem trwożliwie
spoglądał do ciemnego kąta, jakby oczekując
Obłomow. T. I.	6
		

/Magazyn_133_09_090_0001.djvu

			82 •
w swej wyobraźni, że musi sit; tani ukazać coś
nadzwyczajnego.
Tak zakończyła się jego rola w towarzystwie.
Niedbale machnął ręką na wszystkie młodzieńcze
marzenia, które go zawiodły lub które on zawiódł,
na wszystkie mile i jaśniejsze wspomnienia,
które niekiedy'i u starych wywołują mocne bicie
serca.
		

/Magazyn_133_09_091_0001.djvu

			VI.
Cóż robił on w domu ? Czyta! ? Pisał ? Pra ¬
cował ?
Tak, jeżeli mu wpadła do ręki książka lub
dziennik.
Gdy się dowie, że wyszło jakieś wybitniejsze
dzieło, zjawia się w nim chęć zapoznania się
z niem. Szuka i prosi o książkę. Gdy ją otrzyma
rychło, zabiera się zaraz do czytania, wytwarza
sobie jakieś pojęcie o tem, co przeczytał. Jeszcze
krok dalej — i ogarnąłby treść całą. A tymczasem
spójrz: on już leży, spoglądając apatycznie w sufit,
a książka, nie przeczytana do końca, spoczywa obok.
Obojętność ogarniała go jeszcze rychlej, niż
zachwyt — już nigdy nie wracał do porzuconej
nie przeczytanej książki.
A przecie uczył się kiedyś, jak inni, do piętnastu
lat na jakiejś pensji prywatnej, potem starzy
Obłomowy, po długiej walce ze sobą, zdecydo¬
wali się wysłać Iljaszę do Moskwy, gdzie, chcąc
czy nie chcąc, musiał przejść odpowiedni program
naukowy.
Trwożliwy, apatyczny charakter, upodobanie
do lenistwa i kaprysów nie objawiały się zbytnio
w szkole, śród obcych ludzi, gdzie nie robiono
żadnych wyjątków dla domorosłych papineczków.
fi*
		

/Magazyn_133_09_092_0001.djvu

			8t: —^
Z konieczności musiał w szkole siedzieć prosto,
słuchać, co mówią nauczyciele, gdyż nic innego nie
wolno było robić. Z trudem przeto, z westchnie¬
niem musiał się uczyć zadanych lekcyj.
Wszystko to uważał jako karę za grzechy,
którą Bóg na ludzi zsyła.
Poza tę linję, którą nauczyciel w podręczniku
paznogciem zakreślił, nigdy nie zaglądał, ża¬
dnych pytań nie zadawał, żadnych wyjaśnień nie
żądał. Zadowalniał się tem, co było napisane,
dokuczliwej ciekawości nie objawiał do niczego,
nawet wtenczas, gdy nie wszystko rozumiał, co
słyszał i czego się uczył.
Jeśli z trudem wielkim pokonał jakąś księgę,
którą nazywano statystyką, historją lub ekonomją
polityczną — był zupełnie zadowolony.
Gdy Sztolc przynosił mu książki, które nale¬
żałoby jeszcze przeczytać, ażeby uzupełnić zdo¬
bytą wiedzę, Obłomow długo w milczeniu spo¬
glądał na niego.
— I ty, Brutusie, przeciwko mnie! —- mówił
z westchnieniem, biorąc książkę.
Nienaturalnem i ciężkiem wydawało mu się
czytanie.
,,Pocóż te wszystkie zeszyty, na zapisanie któ¬
rych zmarnowało się tak dużo papieru i atramentu ?
Poco podręczniki szkolne ? Poco sześć lub siedem
lat zupełnego oderwania się od ludzi, wszystkie
surowości szkolne, kary, męczarnie, przesiadywania
nad książką ? Poco przeszkadzano biegać, swawolić,
weselić się, jeżeli jeszcze nie wszystko skończone?“
„Kiedyż żyć nareszcie? — pytał sam siebie.
Kiedyż zacząć korzystać z kapitału wiedzy, jeśli
on jeszcze do niczego nieprzydatny w życiu ?
		

/Magazyn_133_09_093_0001.djvu

			Kkouomja polityczna, algebra, geometrja —- co
ja z tern wszystkiem będę robił w Obłomówce ?“
,,A historja? — Przecież nudy tylko sprowadza.
Uczysz się, czytasz, że oto tam i tam spadły nie¬
szczęścia na człowieka: natęża siły, morduje się,
cierpi, pracuje i czeka jasnych dni. Przyszły na¬
reszcie: i historja powinnaby odetchnąć, — nie:
znowu chmury na horyzoncie, zwaliła się budowa,
znowu pracuj, morduj się... I jasne dnie trwają
niedługo — uciekają, a życie ciągle płynie, płynie,
wszystko wali się i wali“.
Poważne czytanie męczyło go. Myślicielom nie
udało się rozbudzić w nim zamiłowania do poszu¬
kiwania prawdy.
Poeci natomiast żywiej go poruszyli. Był
młodzieńcem, jak i wszyscy. I jemu przypadł
w udziale szczęśliwy moment życia, niezdradza-
jący nikogo, uśmiechający się do każdego: rozkwit
sił, nadziei, pożądań szczęścia, chwały, czynów,
okres silniejszego bicia serca, pulsu, tęsknot, pło¬
miennych snów i słodkicli łez. Rozum i serce za¬
kwitły: otrząsnął się z drzemki, dusza zapragnęła
czynu.
Sztolc dopomógł mu przedłużyć ten moment,
o ile można było dla takiego charakteru, jakim los
obdarzył jego przyjaciela. Podchwycił zamiłowanie
Obłomowa i przez półtora roku trzymał umysł jego
w napięciu dla myśli i nauki.
Wyzyskując entuzjastyczny polot młodzieńczego
rozmarzenia, do czytywania poezji dodawał i inne
cele. Oprócz przyjemności, pokazywał mu zdaleka
w perspektywie drogę swego i jego życia i pociągał
ku przyszłości. Obaj w zachwyceniu płakali, dawali
		

/Magazyn_133_09_094_0001.djvu

			sobie uroczyście przyrzeczenia iść zawsze drogą
rozumną i jasną.
Młodzieńczy zapał Sztolca zarażał Obłomowa,
który zapalał sie do pracy dla dalekiego, ale jakiegoś
wysokiego celu. Życie wydało kwiat, ale kwiat bez
owocu. Obłomow wkrótce wytrzeźwiał i tylko kiedy
"niekiedy według wskazówek Sztolca przeczytał
jakąś książkę, ale i to bez zapału, powoli, leniwie
ślizgał się po kartkach książki.
Urywał na najbardziej interesującym miejscu,
jeśli w tej chwili podano obiad lub nadchodziła pora
snu. Kładł książkę okładką do góry, szedł na obiad
lub gasił, świecę i kładł się spać.
Jeśli dostawał pierwszy tom, po przeczytaniu nie
prosił o drugi, a gdy otrzymał — cz}rtał powoli.
Później nie zdobywał się na przeczytanie i pierw¬
szego tomu, a czas przepędzał, oparłszy łokieć o stół,
a na dłoniach głowę. Czasem pod łokieć podsuwał
tę właśnie książkę, którą od Sztolca otrzymał do
czytania.
Tak zakończył swoją naukową karjerę Obłomow.
Chwila, w której wysłuchał ostatniej lekcji, była
Herkulesowemi słupami jego uczoności. Dyrektor
zakładu na świadectwie szkolnem, jak niegdyś na¬
uczyciel na podręczniku paznogciem, zaznaczył kres
jego wiedzy, poza który Obłomow nie czuł się już
w obowiązku posuwać swoich naukowych rozmyślań.
yW głowie jego utworzyło się pewnego rodzaju
archiwum martwych rzeczy, osób, epok, liczb,
religji, niczem nie związanych ze sobą różnych poli¬
tyczno-ekonomicznych i innych pewników.
Było to coś podobnego do bibljoteki, składającej
się z rozbitych tomów z różnych dziedzin wiedzy.
Dziwnie podziałała nauka na Ilję Iłjicza: u niego
		

/Magazyn_133_09_095_0001.djvu

			• $7 —
życie od nauki dzieliła przepaść, przez którą nie
usiłował nawet przejść. Życie według jego pojęcia
było czemś odrębnem, i nauka odrębnem. Uczył
sit- wszelkich praw istniejących i nieistniejących,
przeszedł szkołą praktycznego sądownictwa, a kiedy
z powodu jakiejś kradzieży w domu trzeba było
zawiadomić policją, położył przed sobą papier,
wziął pióro, myślał, myślał- — i kazał napisać za¬
wiadomienie swemu pisarzowi.
Rachunki na wsi prowadził starosta. „Poćóż
do tego wszystkiego była potrzebna nauka?“ —
myślał.
Powrócił przeto do swojej samotności bez wiel¬
kiego obciążenia nauką, która mogłaby dać jakiś
kierunek wolno bujającej lub drzemiącej av jego
głowie myśli.
Cóż on robił ? Bawił się_ w malowanie obrazu
przyszłego swego życia. W życiu własnem widział '
on tyle mądrości i tyle poezji, że przeliczyćby tego
nie można bez ksiąg i uczoności.
Opuściwszy urząd i zaniechawszy stosunków
towarzyskich, Obłomow począł inaczej zapatrywać
się na zadanie swojej przyszłości. Zastanawiając się
nad nią, doszedł do przekonania, że krąg jego dzia¬
łalności i życia zamyka się w nim samym.
Zdało mu się, że w udziale przypadło mu szczę¬
ście domowe. Dotychczas nie znał zupełnie stanu
własnych interesów, któremi czasem zajmował się
Sztolc. Nie znal swoich przychodów i rozchodów
budżetu nie układał nigdy.
Stary Obłomow, w takim stanie jak odziedziczył
maj ątek po ojcu, zostawił synowi. Chociaż całe swoje
życie przemieszkał na wsi, nie mędrkował, nie szedł
śladem nowożytnych gospodarzy, którzy lamią ^obie
		

/Magazyn_133_09_096_0001.djvu

			— 88 —
głowę nad różnemi ulepszeniami, byle zwiększyć
dochody z ziemi lub rozszerzyć i utrwalić dawne.
W jaki sposób i jakiem ziarnem obsiewano role
przy dziadku, jakie były drogi zbytu produktów
wiejskich dawniej — tak wszystko zostało.
Wprawdzie stary Obłomow był bardzo zadowo¬
lony z dobrego urodzaju i wyższej ceny produktów,
ale urodzaj i wyższe ceny nazywał on błogosławień¬
stwem bożem. Nie lubił tylko wymysłów różnycłi
i naciągań w celu zdobycia pieniędzy.
—	Ojcowie i dziadowie nie głupsi byli od nas —
mawiał on zwykle w odpowiedzi na różne rady,
w jego mniemaniu szkodliwe, a jednak przeżyli
szczęśliwie wiek swój i my z łaski Boga przeżyjemy
bez głodu.
Otrzymując z majątku bez żadnych nadzwy¬
czajnych starań tyle, aby mu, razem z rodziną
i różnymi przyjaciółmi starczyło na obfity obiad
i wieczerzę, dziękował zato Bogu, a wszelkie sta¬
rania o uzyskanie większego dochodu nazywał grze¬
chem.
Jeśli mu ekonom przynosił dwa tysiące, scho¬
wawszy trzeci do kieszeni i, ze łzami uskarżał się
na grad, posuchę lub nieurodzaj, Obłomow żegnał
się i także ze łzami mówił:
—	Boża to wola. Z Panem Bogiem nie można
się spierać. Dziękujmy Bogu i zato, co jest.
Po śmierci starych Obłomowych, gospodarstwo
na wsi nietylko nie ulepszyło się, ale, jak widać
z listu starosty, było jeszcze gorsze. Oczywiście,
Iljilljiczowi wypadało samemu pojechać na wieś i zna¬
leźć przyczynę ciągłego zmniejszania się dochodu.
On też nosił się z tym zamiarem, ale zawsze
odkładał, w znacznej mierze z tego powodu, że
		

/Magazyn_133_09_097_0001.djvu

			— 89 —
wyjazd był według niego czemś nowem, prawie nie-
wykonalnem.
W życiu swojem odbył tylko jedną podróż, oto¬
czony pierzynami, pokrowcami, walizami, śród szy¬
nek, bułek, gotowanego i pieczonego drobiu, w asy¬
stencji licznej usługi.
W taki sposób odbył podróż ze wsi do Moskwy,
i uważał ją jako normę podróży. A teraz — po¬
wiadano mu — tak nie podróżują: trzeba pędzić
na złamanie karku!
Następnie Ilja Iljicz i z tego jeszcze powodu od¬
kładał swoją podróż, że miał zamiar zająć się pilnie
własnemi interesami.
Nie był on już podobny do ojca i dziada. Kończył
szkoły, żył w świecie i wszystko to budziło w nim
inne uczucia i nastroje. Zwiększenia własnych do¬
chodów nietylko nie uważał za grzech, ale był
przeświadczenia, że każdy obywatel państwa obo¬
wiązany jest uczciwą pracą przyczyniać się do po¬
wszechnego dobrobytu.
Skutkiem tego do planu jego życia w przyszłości
wchodziła potrzeba wprowadzenia do zarządu ma¬
jątkiem i włościanami nowych i świeżych myśli,
odpowiednich nowym prądom czasu.
Podstawowe idee tego planu i główne jego części
składowe nosił on już oddawna w głowie, brakło
tylko szczegółów i budżetu wydatków.
Od kilku lat bezustannie pracował nad tym
planem, rozmyślał — leżąc czy chodząc, w domu czy
w odwiedzinach; dopełniał lub zmieniał niektóre
szczegóły, przypominał sobie w dzień to, co zapomniał
w nocy. Niekiedy błysnęła nowa jakaś myśl w gło¬
wie, niby błyskawica — i głowa zaczynała pracować.
Nie chciał być drobiazgowym wykonawcą cu-
		

/Magazyn_133_09_098_0001.djvu

			dżych myśli, ale sam być twórcą i wykonawcą
własnych idei.
Rano, wstawszy z łóżka, po herbacie, kładzie się
na kanapie, opiera głową na ręku i myśli, nie szczę¬
dząc wysiłku, tak długo, aż się umysł zmęczy od
ciężkiej pracy, a sumienie szepnie mu: dziś napraco¬
wałeś się dosyć nad myślami o powszechnym po¬
żytku .
Wtenczas dopiero decyduje się odpocząć po
trudach i zmienić pozycję na mniej surową i zamy¬
śloną, lecz bardziej wygodną dla marzeń.
Uwolniwszy się od tych zajęć, Obłomow lubił
zajmować się sobą i żyć w świecie, przez siebie
tworzonym.
Dostępną mu była rozkosz wysokich po¬
mysłów i poczucie ogólno-ludzkich cierpień. Nieraz
w głębi duszy płakał nad cierpieniami ludzkości,
a wtenczas ogarniały go niewyraźne, bezimienne
tęsknoty i smutki; pragnąłby pędzić gdzieś daleko,
w jakiś nieznany świat — zapewne ten, który wska¬
zywał mu Sztolc.
Słodkie łzy spływały mu niekiedy po twarzy.
Zdarzało się i to, że wstręt go ogarniał, gdy
myślał o wadach, o kłamstwie, obmowie, panujących
powszechnie, a wówczas budziła się w nim chęć
wskazania ludzkości jej własnych ran, rozigrywały się
myśli i błądziły po głowie, jak bałwany morskie,
potem rosły w zamiary, paliły mu krew, naprężały
jego muskuły i żyły, zamiary przeobrażały się
w chęci czynu. Poruszony siłą moralną, zmieniał
swą pozycję na kanapie co chwila, z błyszczącemi
oczyma podnosił się, wyciągał rękę przed siebie
i wzrokiem natchnionym spoglądał dokoła. Zdawało
się, że dążenia jego w czyn się zamienią, a wtedy,
\
		

/Magazyn_133_09_099_0001.djvu

			91 —
0	Boże ! Jakie cuda, jakie błogosławione następstwa
spłynęłyby na ludzkość z jego wysokich usiłowań!
Tymczasem minie ranek, dzień pochyla sie ku
wieczorowi, a z nim razem pochylają sie ku spoko¬
jowi zmęczone siły Obłomowa; burze i falowania
myśli uspokajają sie w duszy, głowa wytrzeźwia się
z różnych myśli i krew po wolniej obiegać poczyna.
Obłomow w cichem zamyśleniu układa sie na
grzbiecie, wzrok utkwiony w okno i na niebo, ze
smutkiem żegna zachodzące słońce, wspaniale cho¬
wające sią za czyimś czteropiętrowym domem.
A ileż to, ile razy wodził wzrokiem i żegnał to
zachodzące słońce!
Rano — znowu życie, znowu kłopoty, znowu
troski i marzenia! On lubi wyobrażać sobie, że jest
jakimś niezwyciężonym wodzem, przed którym nie-
tylko Napoleon, ale Jerusłan Łazarewicz jest niczem.
Wymyśla, naprzykład, różne powody do wojny —
1	sprowadza różne narody / Afryki na Europę;
albo marzy o nowych wojnach krzyżowych, walczy,
decyduje o losach narodów, rujnuje miasta, lituje
się nad jednymi, karze innych, olśniewa świat czy-
>ami potęgi i szlachetności.
Niekiedy przybiera rolę myśliciela, wielkiego
artysty, przed którym pochylają się wszystkie głowy,
011 zbiera laury, tłumy gonią za nim, wołając:
Patrzcie ! Patrzcie ! Oto idzie Obłomow, nasz
wielki Ilja Iljicz.
W ciężkicłi chwilach rozmyślań martwią go kło¬
poty i troski. Przewraca się wtedy z boku na
look lub twarzą do poduszki. Niekiedy traci zu¬
pełnie równowagę, wtenczas dźwiga się z pościeli,
klęka i poczyna się modlić gorąco, szczerze, prosząc
Boga o odwrócenie od niego burzy.
		

/Magazyn_133_09_100_0001.djvu

			— 92 —
Potem, oddawszy losy swoje do dyspozycji niebu,
znowu staje się spokojnym, obojętnym na wszystko
na świecie, — a burza niech sobie huczy, jak chce.
W ten sposób daje on ujście swoim siłom mo¬
ralnym, miota się często całemi dniami i tylko
wówczas dopiero ocknie się z głębokich westchnień,
z zawrotnych marzeń lub od trosk męczących, gdy
dzień skłania się ku wieczorowi, a olbrzymia kula
świetlana pocznie się chować za czteropiętrowym
domem.
Wówczas żegna je zamyślonem spojrzeniem,
smutnym uśmiechem i wolny od wzruszeń spo¬
czywa.
Nikt nie znał i nie widział wewnętrznego życia
Ilji Iljicza. Wszystkim zdawało się, że Obłomow leży,
ot tak sobie, i tuczy się na zdrowie i, że więcej niczego
od niego oczekiwać nie można, że rzeczą jest wątpli¬
wą nawet, czy plączą się w jego głowie jakie myśli.
Tak też oceniano go wszędzie, gdzie tylko go znano.
O jego zdolnościach, o wewnętrznej wulkanicznej
pracy, odbywającej się w głowie, o jego dobrem
sercu mógłby zaświadczyć tylko Sztolc, ale Sztolca
nigdy nie było w Petersburgu.
Jedynie Zachar, całe życie obsługujący swego
barina, znał szczegółowo całe jego wewnętrzne życie,
ale on wierzył, że wspólnie ze swoim panem coś
robią i żyją normalnie, jak należy, że inaczej żyć
nie należy.
i
4
		

/Magazyn_133_09_101_0001.djvu

			VII.
Zacliar miał już przeszło pięćdziesiąt lat. Nie
był już w prostej linji potomkiem tych rosyjskich
rycerzy lokaj stwa, bez strachu i zmazy, przepełnio¬
nych wiernością do swoich panów aż do zapomnienia
0	sobie, którzy posiadali wszelkie cnoty, a pozba¬
wieni byli wad.
Zachar był rycerzem i ze strachem i z licznemi wa¬
dami. Należał on do dwóch okresów historycznych
1	oba odbiły się na jego charakterze. Jeden okres
pozostawił mu w dziedzictwie wierność dla domu
Obłomowycli, a drugi, późniejszy, dał mu pewną
obłudę i dość rozwiązłe obyczaje.
Szczerze oddany swemu panu, rzadko kiedy nie
obelgi wał go. Jako sługa dawnych czasów, często
wstrzymywał Obłomowa od rozrzutności i niewstrze-
mięźliwości, ale sam lubił wypić z przyjaciółmi na
rachunek swego barina. Dawny sługa był nieszko¬
dliwy, jak eunuch, a ten ciągle biegał niby do kumy,
ale bardzo podejrzanego gatunku. Tamten pilniej
od wszelkiej kasy żelaznej pilnował pańskich pie¬
niędzy, a Zachar bardzo chętnie przy każdym ra¬
chunku doliczał panu dziesięć kopiejek, a zawsze
schował do swej kieszeni leżącego na stole pana
miedzianego piętaka. Jeśli Ilja Iljiez zapomniał upo-
		

/Magazyn_133_09_102_0001.djvu

			mnieć się o reszty z jakiegoś rachunku, Zachar nigdy
już jej nie zwracał.
Grubszych pieniędzy nie kradł, może 'być dla¬
tego, że potrzeby jego mierzyły isię na piętaki
i griwienniki, a może lęka i sie, że Obłomow się
spostrzeże, ale nigdy nie grzeszył zbytkiem uczci¬
wości .
Star}- sługa umarłby raczej z głodu, pilnując
jadła, jak dobrze wytresowany pies myśliwski, ale
nie ruszył go, a Zachar czekał tylko na dobrą spo¬
sobność, ażeby zjeść i wypić to, co do niego nie
należało. Tamten myślał tylko o tem, ażeby barin
nie był głodny i martwił się, kiedy nie miał
apetytu, a Zachar, martwił się, gdy pan zjadał
wszystko doszczętnie, co miał na talerzu.
Oprócz tego Zachar lubił ploteczki. W kuchni,
w sklepiku, w czasie rozmów w bramie, skarżył się
codziennie na ciężkie życie, że takiego złego pana,
jak Obłomow, z pewnością nikt nie widział: jest on
kapryśny, skąpy, zly, w niczem mu dogodzić nie
można, słowem —- lepiej umrzeć, niż służyć u niego.
Robił to wszystko Zachar nie z powodu złośliwości,
nie w chęci szkodzenia swemu panu, a tak — z przy¬
zwyczajenia, które odziedziczył od ojca i dziada, —
nawymyślać dobrze panu przy każdej sposobności.
Niekiedy z nudów, z braku materjału do ga¬
wędy, albo żeby zyskać więcej na powadze śród
słuchaczy, opowiadał niestworzone rzeczy.
— Mój pan zaleca się do tej wdowy... — mówił
w zaufaniu niby swoim cłirypliwym głosem, cicho —
wczoraj liścik do niej posłał.
Albo oświadczał, że pan jego jest takim karcia¬
rzem i pijakiem, jakiego świat nie widział; że calemi
nocami klepie w karty lub upija się zwykłą gorzałką.
		

/Magazyn_133_09_103_0001.djvu

			Tymczasem nic podobnego nic miało nigeh
miejsca. IIja Hucz żadnej wdowy nie odwiedzał,
w nocy spokojnie sypiał, kart do rąk nie brał.
Zachar jest niechlujny. Golił sie rzadko i chociaż
mył ręce i twarz, ale czynił to raczej dla pozoru,
gdyż brudu /. niego żadne mydło nie obmyje. Gdy
chodził do łaźni, to ręce jego przez dwie godziny
tylko były czerwone, a później, jak zwykle, czarne.
Jest on niezgrabny. Gdy otwiera bramę lub
drzwi, odchyli jedną połowę — druga tymczasem
zamyka się, otwiera drugą — pierwsza.się zamyka.
Nie podniesie on nigdy odrazu /. podłogi £ani
chustki, ani jakiejś drobnostki, ale parę raxy musi
się schylać, aby ją ująć, a gdy podniesie — naj¬
częściej upuści znowu.
Gdy niesie przez pokój tacę z naczyniem lub
inne rzeczy, to wszystko, co jest na wierzchu, poczyna
spadać, jak tylko krok zrobi. Gdy spada jedna
rzecz, on zrobi zawsze niezręczny ruch, aby ją za¬
trzymać i skutkiem tego spadną dwie inne.
Patrzy, otworzywszy gębę, na spadające przedmioty,
a nie na te, jakie zostały w ręku, trzyma zatem
tacę ukośnie — i wszystko poczyna spadać. I tak
z jednego końca pokoju na drugi przeniesie nieraz
tylko jeden kieliszek lub talerz, a nieraz z prze¬
kleństwem rzuca resztę na stół i tłucze.
Przechodząc przez pokój, nogą potrąci o róg
stołu, o krzesło, niezawsze trafi wr otwartą połowę
drzwi, ramieniem dotknie drugiej i przytem na-
wymyśla obu połowom, wyłaje gospodarza domu
albo stolarza, który je robił.
W gabinecie Oblomowa wszystko połamane lub
potłuczone, a szczególnie drobiazgi, wymagające
ostrożnego obchodzenia się — wszystko dzięki Za-
		

/Magazyn_133_09_104_0001.djvu

			— 96 -
charowi. Każdą rzecz bierze do rąk jednakowo,
nie robiąc między niemi żadnej różnicy.
Gdy mu każą, naprzykład, uciąć knot u
świecy lub nalać szklankę wody, tyle siły zużyje
ile potrzeba na otworzenie bramy.
Najgorzej gdy Zacharowi przyjdzie chęć dogo¬
dzenia panu: sprzątnąć pokoje, oczyścić, słowem
wszystko doprowadzić do porządku! Wówczas
wszystko padało ofiarą; żołnierz nieprzyjacielski,
wtargnąwszy do domu, nie mógłby uczynić większej
szkody. Rozpoczynało się gruchotanie, rzucanie roz¬
maitych rzeczy na podłogę, tłuczenie naczynia, prze¬
wracanie krzeseł, a kończyło się wszystko na tem,
że trzeba go było poprostu wypędzić z pokoju lub
on sam usuwał się, łając i przeklinając wszystkich.
Na szczęście, rzadko się w nim objawiała taka
pilność.
Wszystko to zapewne pochodziło stąd, że wy¬
chowanie swoje służbowe i ruchy nabywał on nie
w małych, wytwornie ozdobionych gabinetach i bu¬
duarach miejskich, natłoczonych czort wie jakiemi
drobnostkami, lecz na wsi, śród spokoju, wielkich
obszarów i wolnego powietrza.
Tam przyzwyczaił się on do usługi, niczem nie
krępując swoich ruchów, śród mebli masywnych;
nabrał wprawy do obchodzenia się z narzędziami
mocnej budowy, jak łopata, dżagan, żelazne, mocne
rączki przy drzwiach, a z krzesłami takiemi, że
z trudem tylko można je było z miejsca na miejsce
przesunąć.
Inne rzeczy — jak lichtarz, lampa, parawan,
lub tym podobne, mogą trzy, cztery lata stać na swo*
jem miejscu— i całe, a gdy się ich tylko dotknie
Zachar — pozostają już tylko kawałki.
		

/Magazyn_133_09_105_0001.djvu

			— 97 —
— Ach i — krzyknie on tylko, zdziwiony, przy
Obło mowie. Niechno pan spojrzy — co za dziwo —
wziąłem tylko do rąk — i złamało się.
Czasem wcale nic nie powie, tylko, zepsuwszy coś,
chyłkiem postawi na to samo miejsce, a potem
przekonywa Oblomowa, że to 011 sam zepsuł. Cza¬
sem broni się tem, jakeśmy to już mówili, — że
wszystko musi mieć swój koniec. Każda rzecz,
chociażby nawet z żelaza, nie może przecież trwać
wieki.
W pierwszych dwóch wypadkach można byłoby
się jeszcze z nim spierać, ale gdy w ostateczności
występował z ostatnim argumentem, wszelkie prze¬
konywanie było bezskuteczne i czuł się upsrawiedłi-
wionym — bez apelacji.
■ Zachar raz na zawsze miał własny sposób po¬
stępowania, którego dobrowolnie nie przekraczał
nigdy.
Rano nastawiał samowar, czyścił buty i tylko
to ubranie, którego Obłomow żądał, ale nie to,
którego nie żądał. Mogło ono wisieć dziesięć lat
spokojnie.
Następnie zamiatał — nie każdego dnia wszakże—
środek pokoju, nie ruszając nigdy kątów i ścierał
kurze tylko z tego stołu, na którym nic nie było,
ażeby nic z niego nie zdejmować.
Potem uważał, że już ma wszelkie prawo drzemać
na leżance, albo 7, Anisią gawędzić w kuchni lub
z obcą służbą przed bramą. Nic więcej go nie ob¬
chodziło.
Gdy mu kazano robić coś ponadto, spełniał
polecenie niechętnie, po sprzeczce i usiłowaniach
przekonania o zupełnej bezużyteczności tego żąda¬
nia lub niemożliwości wypełnienia go.
Obłomow. T. I.
		

/Magazyn_133_09_106_0001.djvu

			— 98 —
Nie było żadnego sposobu go zmusić, ażeby do
zwykłych swoich zająć wprowadził jeszcze jakieś
inne.
Gdy mu kazano wymyć, wyczyścić jakąś rzecz,
odnieść lub przynieść, zwykle, krzywiąc sie, spełniał
polecenie; ale jeśli żądano, ażeby iunym razem speł¬
nił tę samą czynność, to wszelkie ustępstwo na tym
punkcie z jego strony było niemożliwe.
Co drugi, trzeci dzień trzeba było kazać mu
robić to samo, co pociągało za sobą te same nie¬
przyjemne następstwa.
Bez względu na to, że Zacliar lubił upić się,
że plotkował, że ściągał ze stołu piętaki i griwien-
niki, że tłukł różne sprzęty i był leniwcem, był on
jednak sługą oddanym swemu panu.
Onby się wcale nie namyślał, gdyby wypadło
utonąć lub spłonąć w ogniu za swego pana, nie
uważaj ąc tego zgoła za czyn godny podziwienia lub też
jakiejś nagrody. Uważał to za rzecz tak natu¬
ralną, że inaczej byćby nawet nie mogło i postąpiłby
tak bez żadnych rozumowań.
Na tym punkcie nie miał on żadnych teoryj.
Nigdy mu nawet do głowy nie przyszło analizować
swoje uczucia i obowiązki względem Ilji Iljicza.
Sam je przecież nie wymyślał: przejął je od ojca,
dziada, braci, całej służby dworskiej, ze sfery, w któ¬
rej się urodził i wyrósł, co wszystko weszło w jego
życie, jego krew.
Zacliar umarłby w zastępstwie swego barina,
uważając to za swój niechybny, przyrodzony obo¬
wiązek. Niczem było dla niego rzucić się na śmierć,
tak samo jak pies, spotkawszy w lesie zwierza,
rzuca się na niego, nie zastanawiając się wcale nad
tern dlaczego ma się rzucić on, a nie jego pan.
		

/Magazyn_133_09_107_0001.djvu

			Nazewnątrz nietylko nie okazywał żadnego
pochlebstwa wobec pana, lecz zachowywał się
grubjańsko lub zbyt po przyjacielsku, wymyślał
mu bez żartów za każdą drobnostkę, a nawet
obgadywał go przy bramie, ale to wszystko tylko
na chwilę zasłaniało, lecz zgoła nie zmniejszało jego
uczuć rodzinnych i przywiązania nietylko do osoby
Ilji Iljicza, lecz do wszystkiego, co było związane
/, imieniem Obłomowych. Wszystko to było bliskie,
miłe x drogie Zacharowi.
Być może nawet, że to uczucie było w sprze¬
czności z poglądem jego na osobę Obłomowa, być
może, że znajomość charakteru barina nasuwała Za-
charowi inne przekonania. Zapewne, gdyby ktoś wy¬
jaśnił Zacharo wi, jaki stopień przywiązania łączy
go z panem, byłby oponował temu.
Zachar kochał Obłomowa, jak kot swoje strychy ,
jak pies swoją budę, w której urodził się i wyrósł.
W sferze takiego przywiązania wyrabiały się u niego
osobiste wrażenia.
Naprzykład woźnicę Obłomowa on kochał więcej
niż kucharza, dziewkę od bydła, Barbarę, więcej niż
obu poprzednich, a Ilję Iljicza najmniej ze wszyst¬
kich, ale mimo to kucharz Obłomowa był według
niego najlepszym w świecie, a Ilja Iljicz przewyższał
wszystkich , ,pomieszczyków ‘ ‘.
Bufetowego sługi, Taraski, znosić nie mógł, ale
tego samego Taraskę nie zamieniałby na najlepszego
człowieka w całym świecie tylko dlatego, że Taraska
był sługą Obłomowych.
Po grubjańsku i lekceważąco traktował Obło¬
mowa tak samo, jak szaman po grubjańsku i lekce¬
ważąco traktuje swego bożka: on go okurza, opuszcza
na ziemię, czasem potrąci ze złością, mimo to w du-
		

/Magazyn_133_09_108_0001.djvu

			— 100
szy jego nieodłączną jest świadomość ideowej wyż¬
szości natury tego bożka nad nim.
Najmniejszy powód wystarczał,- ażeby prze¬
świadczenie to w duszy Zachara wywołać i patrzeć
na swego barina z uczuciem czci, czasem nawet
zjawiła się u niego łza wzruszenia. Nigdy mu na myśl
nie przyszło przyrównać kogoś do swego barina, łub .
Boże uchowaj, oceniać go wyżej.
Zachar na rozmaitych panów i gości, odwiedza¬
jących Obłomowa, spoglądał nieco z góry, służąc
im nawet, podając herbatę i t. p. z pewną łaska¬
wością, jakby dawał do zrozumienia, że czyni im
zaszczyt tylko dlatego, że oni są z wizytą u jego
pana. Na zapytania odpowiadał gburowato.
—	Barin wypoczywa — odpowiadał, — po¬
gardliwie oglądając przybyłego od nóg do głowy.
Niekiedy zamiast plotek i obgadywania, Zachąr
poczynał ponad miarę wychwalać Ilję Iljicza, wy¬
wyższać we wszystkich sklepikach, na schadzkach,
przy bramie, a wówczas nie było końca zachwytom.
Nagle poczynał wyliczać wszystkie zalety swego
barina, jego rozum, miękkość, szczodrość, dobroć;
a jeśli panu jego brakło zalet dla panegiryku, brał
je u innych i ozdabiał go świetnością urodzenia;
bogactwem i niezwykłą potęgą.
Jeśli trzeba było nastraszyć stróża podwórzowego,
rządcę domu, a nawet samego właściciela, on stra¬
szył zawsze swoim panem.
—	Powiem ja panu— mówił grożąc ! — Będziesz
miał co opowiadać!
Większej powagi, nad swego pana, on nie znał
wcale.
Pozornie stosunki Zachara z panem były zawsze
na wojennej stopie. Będąc ciągle razem, obrzydli
«
		

/Magazyn_133_09_109_0001.djvu

			sobie wzajemnie. Zbyt bliskie całodzienne stosunki
ludzi ze sobą, dla jednej i dla drugiej strony nie
zawsze są bez zarzutu; z jednej i drugiej strony
trzeba wiele doświadczenia życiowego, logiki i ser¬
decznego ciepła, aby zadowalniać się tylko zaletami,
nie kłuć nikogo i nie wyrzucać sobie wzajemnie
usterek.
Iljalljicz znał jedną wielką zaletę Zachara: jego
bezgraniczne przywiązanie do siebie i przyzwyczaił
się do niej, uważając widocznie, że inaczej być nie
może i nie powinno. Przyzwyczaiwszy się do tego
raz na zawsze, już nie pieścił się tern, nie cieszył się,
a równocześnie nie mógł cierpliwie znosić różnych
drobnych usterek Zachara.
Dla Zachara był on już także zbyt ciężkim do
znoszenia.
Jeśli Zachar, chowając w głębi duszy szczere
przywiązanie do swego pana, właściwe starym słu¬
gom, różnił się od nich współczesnemi wadami, to
i Ilja Iljicz, oceniając wewnętrznie jego przywiązanie,
nie miał już dla niego tego serdecznego, rodzinnego
prawie uczucia, jakie starzy panowie dla sług swoich
żywili. Pozwalał sobie nieraz ostro wykłócić się
z Zacharem.
Przebywszy w młodości swojej lokajską służbę
w pańskim dworze,Zachar był przeznaczony jako opie¬
kun dla Ilji Iljicza, do jego obsługi. Od tego momentu
zapatrywał się na siebie jako na pewnego rodzaju
zbytek arystokratycznego domu, przeznaczony dla
podtrzymywania powagi i blasku starożytnego rodu,
nie zaś jako na przedmiot koniecznej potrzeby.
Dlatego też, ubrawszy panicza rano, a rozebrawszy
wieczór do pościeli, w ciągu całego dnia nic nie robił.
I^eniwy z natury, był leniwym także z powodu
		

/Magazyn_133_09_110_0001.djvu

			102 —
swego lokajskiego wychowania. Hardo się stawiał
śród służby; nie zadawał sobie trudu ani nastawie
samowaru, ani pozamiatać w przedpokoju. Albo
drzemał w przedpokoju, lub szedł na gawędę do
kuclmi folwarcznej lub pańskiej, lub skrzyżowawszy
ręce na piersiach, wystawał przed wrotami, w pól-
sennem zamyśleniu, wodząc okiem na wszystkie
strony.
Po takiem próżniaczem życiu spadł na niego
nieoczekiwanie ciężar dźwigania na swoich plecach
służby całego domu! Trzeba było i usługiwać panu,
i zamiatać, i dom w czystości utrzymywać i ciągle
biegać za tem lub owem. Skutkiem tego wszystkiego
duszę jego ogarnęła jakaś posępność, w stosunkach
/.jawiła się gburowatość i ostrość: stąd też mruczał
za każdym razem, jak tylko głos pana zmuszał go do
wstawania z leżanki.
Bez względu jednak na tę zewnętrzną ponurość
i dzikość, Zachar posiadał serce miękkie i dobre.
Lubił czas spędzać z dziećmi. Na dworze lub przed
bramą widywano go często otoczonego dziećmi.
Godził kłócących się, łajał, urządzał im zabawy,
albo wprost siedział w ich gronie, wziąwszy jedno
na jedne kolano, drugie na drugie, za szyję obejmo¬
wał go jakiś swawolnik i gładził jego bokobrody.
Obłomow przeszkadzał w spokoj nem życiu Za-
charowi, żądając co chwila jego usług lub obecności
koło siebie, tymczasem gdy serce, towarzyskie uspo¬
sobienie jego, zamiłowanie w bezczynności, i wieczna,
nigdy nieustająca potrzeba przeżuwania czegoś,
wiodła go albo do kumy, albo do kuchni, albo do
sklepiku, a w ostateczności przed wrota.
Oddawna znali się wzajemnie i żyli wspólnie, we
dwójkę. Zachar był niańką małego Obłomowa, nosił
		

/Magazyn_133_09_111_0001.djvu

			go na ręku, a Oblomow pamiętał, że zamłodu byl
chłopakiem młodym, zręcznym, zazdrosnym i lu¬
biącym jeść.
Między nimi istniał stary, nierozerwalny związek.
Ponieważ Ilja Iljicz nie mógł ani wstać, ani położyć
się do łóżka bez jego pomocy, Zachar nie mógł
wyobrazić sobie innego pana, oprócz Ilji Iljicza-
innego zajęcia, jak ubieranie i rozbieranie go, gru-
bjańskie zachowanie się, chytrzenie, obelgiwanie,
a równocześnie wewnętrzna pokora przed nim.
		

/Magazyn_133_09_112_0001.djvu

			I
VIII.
Zamknąwszy drzwi za Tarantjewym i Aleksie-
jewym po ich wyjściu, Zacliar nie usiadł na swojej
leżance, oczekując rychłego wezwania, gdyż słyszał,
że Obłomow miał zamiar coś pisać. Ale w gabinecie
Obłomowa było cicho, jak w grobie.
Zachar spojrzał przez szczelinę. Ilja Iljicz leżał
na kanapie, oparłszy głową o dłonie. Przed nim
leżała książka. Zachar otworzył drzwi.
. — Czegóż znowu pan leży? — zapytał.
—	Nie przeszkadzaj — widzisz, czytam! — od¬
ciął mu Obłomow.
—	Czas już umyć się i pisać — mówił natrętnie
Zachar.
—	Rzeczywiście — czas... — ocknął się Ilja
Iljicz. — Odejdź. Ja pomyślę.
Podskakując na leżankę, Zachar mruczał:
—	Kiedyż to on znowu zdołał się położyć.
Zręczny!
Obłomow przeczytał pożółkłą przez czas stronę,
na której przerwał czytanie przed miesiącem. Po¬
łożył książkę i ziewnął, potem pogrążył się w myślach
o ,,dwóch nieszczęściach“.
—	Jakie nudy! — szeptał, — wyciągając lub
kurcząc nogę.
Uczuwał w sobie skłonność do słodkiej bezczyn-
		

/Magazyn_133_09_113_0001.djvu

			105 —
tiości, do marzeń. Spoglądał na niebo, szukając
swego ukochanego słońca. Było już ono u zaniku
i tylko światłem swojem jarzącem oblewało białem
wapnem powleczoną ścianą sąsiedniego domu, za
który chowało się wieczorami.
— Nie, najprzód robota! — ostro pomyślał, —
a potem...
Wiejskie rano minęło już dawno, a petersbur¬
skie mijało dopiero. Do uszu Ilji Iljicza dolatywał
z podwórza mieszany hałas ludzkich i nie ludzkich
głosów: śpiew wędrownych artystów, przy zwykłym
wtórze szczekania psów. Pokazywano „morskiego
zwierza“, proponowano do kupna przeróżne pro¬
dukty.
Tymczasem, leżąc na grzbiecie, podłożywszy
obie ręce pod głowę, Ilja Iljicz obmyślał plan reor¬
ganizacji majątku. Szybko zastanowił się nad kil¬
koma punktami, dotyczącemi chłopskich opłat,
orki, obmyślił nowe sposoby zapobieżenia ucieczce
chłopów i ich lenistwu i począł zastanawiać się nad
urządzeniem własnego życia na wsi.
Mocno go zajmowała budowa mieszkalnego domu.
Z przyjemnością myślał o rozkładzie pokojów, za¬
stanawiał się nad długością i szerokością jadalni,
pokoju bilardowego, nad tem, w którą stronę miały¬
by być zwrócone okna jego gabinetu. Nie zapomniał
nawet o meblach i dywanach.
Następnie rozmieścił odpowiednio oficyny i ich
wielkość, stosownie do ilości odwiedzających go
gości, stajnie, budynki służbowe i t. p.
Potem zwróciwszy myśl swoją na ogród, zdecy¬
dował się pozostawić nietkniętemi stare lipy i dęby,
tak jak są; grusze i jabłonie wyrąbać/a miejsce ich
zastąpić akacjami. Nie zapomniał i o parku, ale
%
		

/Magazyn_133_09_114_0001.djvu

			106 —
zrobiwszy w umyśle preliminarz wydatków, uznał
że za drogoby kosztował i odlożyi tę sprawę na
później. Przeszedł natomiast do ogrodu kwiatowego
i oranżerji.
Tu prześlizgnęła mu się kusząca myśl o przyszłych
owocach tak żywo, że zdało mu się, że już mieszka
na wsi, w majątku dobrze urządzonym według swego
planu i że już tam żyje spokojnie i bezczynnie.
Zdało mu się, że siedzi w cichy, letni wieczór pod
baldachimem z liści, przez które nie przedziera się
słońce, z fajką na długim cybuchu, wciąga łagodnie
dym w siebie i w zamyśleniu spogląda na widok,
wychylający się z poza drzew. Rozkoszuje się
otaczającą go świeżością, pełną ciszy, a wdali
żółcieje pole, słońce się schyla za znany mu dobrze
lasek brzozo wy i rumieńcem pokrywa gładką, jak
zwierciadło, powierzchnię stawu. Z pól podnoszą się
opary, zaczyna być cliłodno, zmierzch zapada.
Chłopi tłumnie wracają do domu.
Próżnująca służba siedzi pod wrotami. Dolatują
wesołe głosy, śmiechy, brzęk bałałajki, dziewczęta
się bawią. Obok niego biegają jego własne dzieciaki,
włażą mu na kolana, czepiają się szyi... Przy sa¬
mowarze siedzi królowa' tego wszystkiego, co go
otacza, bóstwo jego... kobieta... żona. A tymczasem
w jadalni, umeblowanej z artystyczną prostotą,
błysnęły miłe światełka — nakrywają właśnie do
stołu. Słychać przyjemny dźwięk ustawianycli kry¬
ształów. Zachar, awansowany na marszałka dworu,
z wielkiemi siwemi bokobrodami rozkłada srebro,
a co chwila wypada mu coś z rąk na podłogę —
szklanka, widelce. Siadają do obficie zastawionej
wieczerzy. Przy stole siedzi także towarzysz jego
dziecinnych łat i wypróbowany przyjaciel — Sztolc
		

/Magazyn_133_09_115_0001.djvu

			i inne znane mu twarze. Po wieczerzy idą
spać...
Twarz Obłomowa nagle zapłonęła rumieńcem
szczęścia. Marzenie było tak jasne, żywe, pełne
poezji, że mimowoli pochylił się do poduszki. Uczuł
nagle pragnienie pokochania kogoś i cichego szczę¬
ścia; zapragnął oglądać pola i wzgórza swojej ojco¬
wizny, swego domu, posiadania żony, dzieci...
Poleżawszy kilka minut spokojnie, znowu się na
grzbiet położył. Na twarzy jego malowało się ła¬
godne, wzruszające uczucie szczęśliwości.
Z pewną przyjemnością i powoli wyciągnął nogi,
skutkiem czego spodnie od dołu zawinęły się nieco,
ale nie spostrzegł nawet tego małego nieporządku.
Usłużne marzenie unosiło go lekko i wolno w daleką
przyszłość.
Teraz ogarnęła go ulubiona myśl, marzył o ma¬
leńkiej kolonji przyjaciół, którzy będą mieszkać
w folwarczkach lub fermach, oddalonych od niego
o dziesięć, piętnaście wiorst dookoła jego wsi i na-
przemiany codziennie będą się odwiedzać wzajemnie,
wspólnie spożywać obiady, wieczerze, tańczyć. Ma¬
rzyły mu się tylko jasne, słoneczne dnie, pogodne
twarze bez trosk, bez zmarszczek na czole, uśmie¬
chnięte zawsze, okrągłe, z mocnym rumieńcem,
z podwójnym podbródkiem, z niezawodzącym nigdy
apetytem. Marzyło mu się wieczne lato, wesołość,
dobra kuchnia, miękkie lenistwo...
—	Boże! Boże! — wymówił w pełni swego
szczęścia — i ocknął się.
Z dziedzińca pięć głosów naraz wrzeszczało:
—	Ziemniaków! Piasku! Piasku! Węgle! Węgle!
Dajcie cokolwiek miłosierni państwo na budowę
domu bożego!
		

/Magazyn_133_09_116_0001.djvu

			— 108 —
Z sąsiedniego budującego się jeszcze domu,
dolatywał stuk toporów, krzyk robotników.
—	Ach ! — smutnie westchną! Jlja Iljicz. —Co za
życie! Co za obrzydliwość ten wrzask stolicy.
Kiedyż przyjdzie to rajskie, pożądane życie
śród pól swoich, śród gajów ? Co za rozkosz siedzieć
teraz pod drzewem, przez gałęzie spoglądać na
słoneczko i liczyć ptaszki ćwierkające na gałązkach.
Tu ci na trawie rozłożą obiad, śniadanie przyniesie
ci jakaś służąca z obfitemi rumieńcami, z gołemi,
okrągłemi, utuczonemi ramionami, z ogorzałą od
słońca szyją. W ziemię niby szelma patrzy i uśmie¬
cha się... Kiedyż to będzie?
—	A plan, a starosta, a mieszkanie? — przy¬
pomniało mu się nagle.
—	Tak, tak! — pośpiesznie przemówił Ilja Iljicz.
— Zaraz! Natychmiast!
Obłomow podniósł się szybko i usiadł, potem
nogi opuścił na podłogę, trafił odrazu w swoje
pantofle i siedział chwilkę w tej pozycji, następnie
powstał i stał parę minut zamyślony.
—	Zachar! Zachar! — krzyknął głośno, spo¬
glądając na stół i na kałamarz.
—	Cóż tam jeszcze? — słychać było, równo¬
cześnie ze skokiem z leżanki.
—	Ze też jeszcze nogi mnie noszą! — dorzucił
chrypliwym głosem Zachar.
—	Zachar! — powtórzył Ilja Iljicz zamyślony,
nie przestając patrzeć na stół.
—	Ot, co bracie... — mówił patrząc na kałamarz...
Nie dokończył frazesu i znowu się zamyślił.
Począł wyciągać ręce do góry, kolana wyprężać
i ziewać...
—	Tam gdzieś pozostał jeszcze ser — począł
W
		

/Magazyn_133_09_117_0001.djvu

			mówić powoli, wyciągając się — tak, ser... przynieś
madery... do obiadu jeszcze daleko... przekąszą coś...
—	Jaki ser został ? — zapytał Zachar. Nic
nie zostało.
—	Jakto nie zostało? — przerwał Ilja Iljicz.—
Przecież pamiętani doskonale... Taki jeszcze ka¬
wałek pozostał...
—	Nie, nie! Żaden kawałek nie został! —
twierdził Zachar.
—	Był! — krzyczał Ilja Iljicz.
-	Nie było! — odpowiedział Zachar.
—	Więc pójdź i kup!
—	Proszę o pieniądze.
—* Tam leżą drobne... weź...
-	Ależ tu tylko rubel i czterdzieści kopiejek,
a trzeba rubel sześćdziesiąt.
—	Przecież tam jeszcze miedziaki leżały.
—	Nie widziałem — odpowiedział Zachar, prze¬
stępu jąc z nogi na nogę. — Srebrne pieniądze były,
więc są, a miedziaków nie było, nie widziałem.
—	Były... wczoraj chłopak sam mnie resztę
oddał.
—	Przy mnie przecież dawał — odpowiedział
Zachar.—Widziałem, że drobne były, ale miedziaków
nie widziałem.
—	Chyba Tarantjew wziął... — pomyślał trochę
niepewny Oblomow. Ale nie, tenby wszystko wziął.
—	Więc cóż tam jest jeszcze?
—	Nic niema. Może co wczorajszej szynki zo¬
stało u Anisi ? — rzekł Zachar.
—	Czy przynieść ?
—	Przynieś, co jest. Ale jak to może być, aby
nie było ?
—	Nie było — rzekł stanowczo Zachar i wyszedł.
		

/Magazyn_133_09_118_0001.djvu

			— 110 —
llja Iljicz zamyślony powoli przechadzał się
po pokoju.
—	Tak... Wiele kłopotów—mówił cicho. — Do
wykończenia planu wiele jeszcze braknie! A ser
przecie został jeszcze... — ciągnął w zamyśleniu... —
Zjadł go z pewnością Zachar, a mówi, że nie było!
('»dzież to się mogły zatartarzyć miedziaki ? — mówił,
szukając ich na stole.
Po kwadransie wszedł Zachar, otwierając drzwi
tacą, którą w obu rękach trzymał, ale wszedłszy
do pokoju, chciał drzwi przymknąć; nie trafił w nie,
tylko w pustą przestrzeń. Taca pochyliła się, kie¬
liszek spadł na podłogę, a z nim razem korek od
karafki i bułka.
—	Ani kroku bez tego ! — rzekł llja Iljicz. — Pod¬
nieś przynajmniej to, co spadło — a on stoi i gapi
się.
Zachar, trzymając tacę w ręku, schylił się, ab>
podnieść bułkę, ale przysiadłszy, spostrzegł, że obie
ręce ma zajęte i nie ma czem podnieść.
—	Ano, podnieś! — z uśmiechem rzekł llja
Iljicz. — Cóż? Nie można?
—	Ach, te przeklęte! — ze złością krzyknął
Zachar, łając przedmioty, które spadły. — Kto to
widział przed samym obiadem śniadanie spożywać!
Postawił tacę i podniósł to, co spadło. Wziął
bułkę, dmuchnął na nią i położył na stole.
llja Iljicz począł jeść, a Zachar, stanąwszy
w pewnem od niego oddaleniu, spoglądał nań bo¬
kiem, mając widocznie zamiar coś powiedzieć.
Ale Obłomow jadł, nie zwracając na niego naj¬
mniejszej uwagi.
Zachar zakaszlał parę razy.
Obłomow milczał.
		

/Magazyn_133_09_119_0001.djvu

			_ jJl _
—	Rządca domu znowu tylko co przysyłał —
nieśmiało zaczął Zachar, — przedsiębiorca był
u niego i pytał, czy można oglądać mieszkanie pana !
Z powodu przeróbki właśnie...
Ilja Iljicz jadł, nie odpowiadając wcale.
Zacliar, pomilczawszy, rzekł jeszcze ciszej:
—	Ilja Iljicz...
Obłomow udawał, że nie słyszy.
—	Na przyszły tydzień każą opuścić mieszkanie
— prawie szepnął Zachar.
—	Zabroniłem ci mówić mi o tem — ostro
odezwał się Ilja Iljicz i, wstawszy, zbliżył się do
Zachara.
Zacliar cofnął się.
—	Jaki z ciebie jadowity człowiek! — z pewnem
uczuciem przemówił Oblomow.
Zachar obraził się.
—	O! — odpowiedział — zły jestem! Jakiż
ja jadowity? Nikogo nie zabiłem.
—	Jakto, nie jadowity? — powtórzył Ilja
Iljicz. — Ty zatruwasz mi życie.
—	Ja nie jadowity! — powtarzał Zachar.
Poco ty ciągle mówisz mi o mieszkaniu ?
Cóż mam robić ?
—	A ja co mam robić ?
—	Chciał pan przecież napisać do gospodarza
domu!
—	Napiszę. Poczekaj. Nie można odrazu.
—	Mógłby pan teraz napisać.
—	Teraz, teraz! Teraz zajęty jestem ważniej-
szemi sprawami. Ty myślisz, że to tak łatwo, jak
drwa rąbać — szach, mach! Ot — wkładając
pióro do kałamarza, zauważył Obłomow — nawet
atramentu niema ! Jakże mam pisać ?
		

/Magazyn_133_09_120_0001.djvu

			/
- liä -
—	Zaraz dodam trochę kwasu! — rzekł Zacliar
— wziął kałamarz, szybko odszedł do przedpokoju,
a Obłomow począł szukać papieru.
—	I papieru także niema! — mówił sam do
siebie; obmacywał stół, Wysuwał szufladę — niema
i niema! Ach, ten Zachar! Życie mi poprostu
obrzydło przez niego.
—	Jakże ty nie jadowity człowiek — rzekł
IIja Iljicz do wchodzącego Zachara — o niczem nie
pamiętasz. Przecież w domu papieru niema!
—	Cóż to za kara na mnie, Ilja Iljicz! Jestem
przecież chrześcijaninem — pocóż mnie tak znie¬
ważać ! J adowity! My przy starym barinie uro¬
dzili się i wyrośli, 011 i szczeniętami nas nazywał,
i za uszy ciągnął, ale takiego słowa nie usłysze¬
liśmy nigdy, nikt tak nie łajał! Czyż to kara za
grzechy ? — Oto ma pan papier, proszę.
Wziął z etażerki i podał Obłomowowi pół arkusza
szarego papieru.
—	Czyż na tym papierze można pisać ? —
spytał Obłomow, rzuciwszy papier.— Tym papierem
w nocy szklankę przykrywałem, ażeby tam nie
wpadło co... jadowitego.
Zachar odwrócił się i patrzył 11a ścianę.
—	No, mniejsza o to. Daj tutaj. Bruljon
napiszę, a Aleksiejew przepisze.
Ilja Iljicz usiadł przy stole i szybko napisał:
„Wielmożny Panie“
—	Szkaradny atrament! — rzekł. — Pamiętaj,
Zachar! u mnie musisz ucho ostro trzymać
i robić wszystko, jak należy!
Pomyślał trochę i począł pisać.
„Lokal, zajmowany przeze mnie na drugiem pię¬
trze, który zamierza Pan przerobić, odpowiada w zu-
		

/Magazyn_133_09_121_0001.djvu

			pełności memu sposobowi życia i przyzwyczajeniom,
które nabyłem skutkiem długiego w nim przemiesz¬
kiwania. Dowiedziawszy się o tern od mego
poddanego, Zachara Trafiniowa, że pan oświadczył
mu, że zajmowane przeze mnie mieszkanie...
Obłomow zatrzymał się i przeczytał, co napisał.
—	Niegładko... — zauważył — dwa razy
zajmowana... która zbyteczna?...
Coś szeptał i przestawiał wyrazy. Wypadło, że
„który" może się odnosić także do piętra. Począł
myśleć i poprawił wreszcie. Przekreślał jedne,
wstawiał inne wyrazy. Ciągle wydawało mu się,
że to co napisał jest albo bez sensu, albo niegładko
wyszło.
—	Ani rusz poprawić! — rzekł niecierpliwie. —
Czort z nim, z listem! Mam sobie głowę mitrężyć
takiem głupstwem! Odzwyczaiłem się zupełnie
pisywać listy w interesie. Już blisko trzecia godzina.
—	Zachar, masz!
Przedarł list na cztery części i rzucił na podłogę.
—	Widziałeś? — spytał.
—	Widziałem — odpowiedział Zachar, zbie¬
rając kawałki papieru.
—	Daj mi przeto spokój z mieszkaniem!
A to co masz w ręku ?
—	Rachunki.
—	Ach, Boże mój ! Ty mnie zamęczysz zu¬
pełnie ! Ile tam, mów, prędzej!
—	Rzeźnikowi 85 rubli 54 kopiejki.
Ilja Iljicz w ręce klasnął.
—	Zwarjowałeś chyba! Tylko rzeźnikowi taką
masę pieniędzy!
—	Od trzech miesięcy nic nie płacono... zebrało
Obłoinow. T. I.
		

/Magazyn_133_09_122_0001.djvu

			— 114 —
się dużo... Niech pan popatrzy zapisano...
nie ukradł nikt przecie!
—	Jakże z ciebie nie jadowity człowiek! —
rzekł Obłomow. — Na miljon mięsa nakupił! I gdzież
to wszystko poszło? Gdybyż przynajmniej na
pożytek!
—	Przecież nie ja zjadłem! — odgryzał się
Zachar.
—	Nie? Nie jadłeś?
—	Cóż mnie pan jedzenie wymawia! Proszę
spojrzeć!
Podsuwał mu rachunki.
—	Komuż tam jeszcze? — pytał Ilja Iljicz,
odsuwając z gniewem zasmolony zeszycik.
—	Jeszcze 121 rubli 18 kopiejek piekarzowi
i za jarzyny.
—	To ruina! To do niczego nie podobne!
krzyczał Obłomow, rzucając się w gniewie. — Czy
ty krowa jesteś czy co, aby tyle trawy zjeść?
—	Nie, ja* nie krowa, ja jestem jadowity czło¬
wiek — z goryczą zauważył Zachar i odwrócił się
bokiem do Ilji Iljicza. — Gdybyś pan nie wpuszczał
do domu Michę ja Andreicza, mniej by wszyst¬
kiego wychodziło — zauważył.
—	No, ileż to będzie tego wszystkiego, rachuj!
— rzekł Ilja Iljicz i począł liczyć.
Zachar także robił rachunek na palcach.
—	Czort wie, co takiego wychodzi, za każdym
razem co innego! — rzekł Obłomow.
—	Ile u ciebie? Dwieście rubli, czy co?
—	Proszę poczekać' trochę! — mówił Zachar,
nachmurzywszy się i mrucząc — osiem dziesiątków
a dziesięć dziesiątków, to razem osiemnaście dzie¬
siątków, a dwa dziesiątki...
		

/Magazyn_133_09_123_0001.djvu

			— lip —
—	No, nigdy tego nie skończysz! — rzeki
Ilja Iljicz, — idino do siebie i przyjdziesz z ra¬
chunkami jutro... a pamiętaj także o papierze
i atramencie... Co za masa pieniędzy! Mówiłem,
ażeby płacić częściami, niewielkiemi sumami... Nie,
on ciągnie, ażeby wszystko na raz! Miły narodek !
—	Dwieście pięć rubli, siedemdziesiąt dwie
kopiejki — rzekł Zachar, obliczywszy wszystko. —
Proszę dać pieniądze!
—	Jakto? Zaraz? Poczekaj, ja porachuję
jeszcze jutro.
—	Wola wasza, Ilja Iljicz... oni proszą.
—	No, no, dosyć! Zostaw mnie. Powiedzia¬
łem jutro, to znaczy, że jutro dam ci pieniądze.
Wracaj do siebie. Ja mam zajęcie... ważniejsze
od tego sprawy...
Ilja Iljicz usiadł w fotelu, nogi pod siebie pod-
giął i nie miał jeszcze czasu zamyślić się, gdy dal
się słyszeć dzwonek.
Zjawił się człowieczek małego wzrostu, z dość
umiarkowanie wypiętym brzuszkiem, z białą twa¬
rzą, rumianemi policzkami i z łysiną, którą od
potylicy, niby wstęga, otaczały czarne, gęste włosy.
Łysina była okrąglutka, czysta i tak się lśniła, jakby
była wytoczona z kości słoniowej. Twarz gościa
miała wyraz troskliwej uwagi na wszystko, co
widział, odznaczała się umiarkowaniem w spoj¬
rzeniu i uśmiechu i skromnie urzędową grzecznością.
Miał na sobie zwykły frak, otwierający się
szeroko i wygodnie, jak wrota, przy samem
dotknięciu się. Bielizna na nim była czysta
i połyskująca, jakby do towarzystwa łysinie. Na
palcu wskazującym prawej ręki błyszczał wielki
masywny pierścień z jakimś ciemnym kamyczkiem,
8*
		

/Magazyn_133_09_124_0001.djvu

			— 116
■— Doktór! J akie losy sprowadziły tu pana! —-
krzyknął Obłomow, wyciągając jedną ręką do
gościa, a drugą podsuwając mu krzesło.
—	Widzę, że pan ciągle zdrów... nie woła mnie...
nudziłem się i sam przyszedłem — odpowiedział
żartując doktór. — Nie — dodał potem poważnie —
byłem o piętro wyżej u pańskiego sąsiada i przy¬
szedłem pana odwiedzić.
—	Dziękuję. A cóż to sąsiadowi?
—	Co... trzy, cztery tygodnie, a może do
jesieni dociągnie, a potem... woda w piersi... koniec
wiadomy. No, a pan jak?
Obłomow smutnie pokiwał głową.
—	Źle, doktorze. Myślałem właśnie poradzić
się pana. Nie wiem, co mam robić. Żołądek prawie
nie funkcjonuje... pod piersiami czuję ciężar...
zgaga mnie męczy, oddech ciężki... — recytował
z miną zafrasowaną Obłomow.
—	Daj pan ręlcę... — Doktór ujął puls i na minutę
oczy przymrużył. — A kaszel jest? — zapytał.
—	Nocami... zwykle po kolacji.
—	Hm... Odczuwa pan mocniejsze bicie serca?
Głowa boli ?
Doktór zrobił jeszcze kilka podobnych pytań,
potem pochylił swoją łysinę i głęboko zamyślił
się. Po dwóch minutach nagle podniósł głowę
i głosem stanowczym rzekł:
—	Jeśli pan jeszcze dwa, trzy lata przemiesz-
ka w tym klimacie, będzie pan ciągle leżeć,
jeść tłuste i ciężkie potrawy — skończy pan na
apopleksję.
Obłomow zadrżał.
—	Cóż mam robić? Na miłość Boga, niech
pan da jaką radę.
		

/Magazyn_133_09_125_0001.djvu

			117 —
—	Robić to, co robią inni — jechać zagranicą.
—	Zagranicę! — ze zdziwieniem powtórzył
Obłomow.
—	Tak. A co ?
—	Zmiłuj się, doktorze! Zagranicę! Jakże
to^ można ?
—	Dlaczego nie można ?
Obłomow milcząco spojrzał po sobie, potem
obejrzał swój gabinet i machinalnie powtórzył:
—	Zagranicę!
—	Cóż panu przeszkadza?
—	Jakto — co? Wszystko...
—	Co to znaczy wszystko ? Pieniędzy niema ?
—	Tak, tak, tak, pieniędzy rzeczywiście nie¬
ma — z żywością odpowiedział Obłomow, urado¬
wany, że doktór podsunął mu przeszkodę, za którą
mógł się schować z głową. Niechno pan spojrzy,
co starosta do mnie pisze... Gdzież ten list? Gdzież
go położyłem... Zachar!
—	Dobrze, dobrze — rzekł doktór — to nie
moja rzecz. Moim obowiązkiem jest uprzedzić
pana,1 że pan musi zmienić sposób życia, miejsce,
powietrze, zajęcie — wszystko.
—	Dobrze, ja pomyślę — rzekł Obłomow. —
Dokądże mam jechać i co robić ? — zapytał.
—	Jedź .pan do Kissingen albo do Ems —
zaczął doktór — tam zostanie pan przez czerwiec
i lipiec... proszę pić wody; potem pojedzie pan do
Szwajcarji, do Tyrolu na kurację winogradową.
Tam pozostanie pan przez wrzesień i październik...
—	Czort wie, co takiego, do Tyrolu! — mru¬
knął ledwie dosłyszalnym głosem Ilja Iljicz.
—	Potem... na suche powietrze... do Egiptu,
naprzykład, wyjechać,,,
		

/Magazyn_133_09_126_0001.djvu

			— 118 —
—	Tędy! — pomyślał Obłomow.
—- Proszę wszelkie troski i kłopoty odsunąć od
siebie.
—	Dobrze to panu mówić — zauważył Oblo-
mow — pan nie otrzymuje od starosty takich li¬
stów, jak ja...
—	Trzeba także unikać myślenia — ciągnął
doktór.
—	Myślenia ?
—	Tak, natężenia umysłowego.
—	A plan reorganizacji majątku! Zmiłuj się
pan! Przecież nie jestem kołkiem z osiny !
—	Jak pan chce. Moim obowiązkiem jest tylko
ostrzec pana. Namiętnych wzruszeń trzeba także
unikać — one szkodzą zdrowiu i kuracji. Starać
się rozerwać się konną jazdą, tańcami, umiarko¬
wanym ruchem na czystem powietrzu, przyjemną
rozmową, osobliwie z damami, ażeby serce biło
lekko od przyjemnych wrażeń.
Obłomow słuchał z pochyloną głową.
—	A potem?
—	Potem od czytania, pisania niech pana
Pan Bóg strzeże! Proszę sobie wynająć willę,
z oknami na południe, ażeby było dużo kwiatów,
w pobliżu — muzyka, kobiety...
—	A dieta jaka ?
—	Mięsnych pokarmów wogóle proszę unikać...
mącznycli i chłodnych potraw także nie wolno.
Może pan spożywać lekki buljon, młode jarzyny,
ale ostrożnie, bo teraz wszędzie grasuje cholera,
trzeba zatem być ostrożnym... Chodzić, ruszać
się przynajmniej osiem godzin dziennie. Strzelbę
niech pan sobie kupi...
—	Boże mój! — jęknął Obłomow,
		

/Magazyn_133_09_127_0001.djvu

			119 —
—	Wkońcu — rzekł doktor — w zimie musi
pan jechać do Paryża i tam w wirze życia' proszę
szukać rozrywki. Nie myśleć tylko dużo: z teatru
na bal, na maskaradę, za miasto, z wizytami, ażeby
pana otaczali przyjaciele, wesołość, śmiech...
—	Czy więcej już niczego nie potrzeba ? — spytał
Obłomow ze źle ukrytym gniewem.
Doktór zamyślił się.
—	Chyba jeszcze używać morskiego powietrza...
Siądzie pan na parostatek w Londynie i można
odbyć przejażdżkę do Ameryki.
Wstał i począł się żegnać.
—	Jeśli pan to wszystko wypełni akuratnie...
— mówił.
—	Dobrze, dobrze! Z pewnością wypełnię, —
złośliwie odpowiadał Obłomow, asystując dokto¬
rowi do drzwi.
Doktór wyszedł, zostawiwszy Obłomowa w bar¬
dzo smutnym nastroju. Zamknął oczy, założył
sobie ręce na głowę, skurczył się w fotelu i tak
siedział, nie patrząc nigdzie i nic nie odczuwając.
Z tyłu ktoś się nieśmiało odezwał.
—	Ilja Iljicz!
—	No ? — spytał Obłomow.
—	A cóż zarządcy domu powiedzieć ?
—	O czem ?
—	O zmianie mieszkania przecież!
—	Ty znowu z tem samem ? — zdziwiony
spytał Obłomow.
—	Cóż mam robić, batiuszka Ilja Iljicz, cóż
mam robić? Proszę rozsądzić: życie moje i bez
tego gorzkie... do grobu patrzę...
Nie, ty widać mnie chcesz do grobu wpędzić
		

/Magazyn_133_09_128_0001.djvu

			— 120 —
tą zmianą mieszkania — rzekł Obłomow.—Posłuchaj,
co doktór mówił...
Zachar nie znalazł na to odpowiedzi, tylko
westchnął tak głęboko, aż końce chusteczki na
szyi mu zadrgały.
—	Czy chcesz mnie zabić, czy co! — spytał
Obłomow. — Obrzydłem ci — co ? Ha, mów!
—	Pan Bóg z panem ! Proszę żyć sobie na zdro¬
wie. Kto panu źle życzy? — mruczał Zachar,
zmartwiony tragicznym zwrotem, jaki przybrała
rozmowa.
—	Ty! — rzekł Ilja Ujicz. — Zabroniłem ci
wspominać nawet o zmianie mieszkania, to mnie
rozdrażnia — zrozum to. I tak zdrowie moje
niewiele warte.
—	Ja myślałem... dlaczegożby... myślałem
nie zmienić... — drżącym ze wzruszenia głosem
mówił Zachar.
—	Dlaczego nie zmienić! Tak lekko są¬
dzisz o tem! — mówił Obłomow, przysuwając się
z krzesłem do Zachara. — Ale czyś dobrze zro¬
zumiał, co to znaczy zmienić mieszkanie — co ?
Z pewnością nie pomyślałeś ?
—	Prawda, nie pomyślałem—z pokorą odpo¬
wiedział Zachar, gotów zawsze zgodzić się z panem,
byle nie doprowadzać go do patetycznych scen,
które wydawały mu się gorsze od gorzkiej rzepy.
—	Nie pomyślałeś, więc słuchaj i rozważ —
można zmienić, czy nie ? Co to znaczy zmienić ?
To znaczy: wynoś się, barin, na cały dzień i tak
jak jesteś ubrany, chodź przez cały dzień...
—	A cóż to wielkiego, gdyby nawet wypadło
wyjść? — zauważył Zachar. — Dlaczegożby nie
wyjść na cały dzień. Niezdrowo przecież ciągle
		

/Magazyn_133_09_129_0001.djvu

			— 121 —
siedzieć w domu. Oto, jak pan teraz źle wygląda!
Dawniej był pan jak ogóreczek okrągły, a teraz
od czasu jak pan przesiaduje w domu, Bóg wie do
czego podobny. Pochodziłby pan po ulicy, po¬
patrzył na miasto lub na co innego...
—	Przestań gadać głupstwa, a słuchaj !
rzekł Obłomow. — Chodzić po ulicy!
—	Tak, z pewnością — mówił Zachar z wielkiem
zacięciem. — Ot, powiadają, przywieźli jakiegoś nie¬
słychanego potwora — można pójść, popatrzeć.
Do teatru, na maskaradę panby poszedł, a my-
byśmy tymczasem przeprowadzkę urządzili...
—	Nie pleć głupstw! Bardzo się troszczysz
o mój spokój! Według ciebie — włócz się cały dzień,
czy to ciebie boli , że będę musiał Bóg wie gdzie
zjeść obiad, że nie będę mógł spocząć po obiedzie.
Beze mnie urządzać przeprowadzkę! Nie dopatrzę
— to przywiozą same czerepy. Wiem ja — ze
wzrastaj ącem przekonaniem mówił Obłomow —
co to znaczy przeprowadzka! To znaczy, grucho-
tanie wszystkiego, hałas, szum. Wszystkie rzeczy
zwalą na podłogę: tu się znajdą i kufry, i oparcie
od kanapy, i obrazy, i cybuchy, i książki i jakieś
butelki, których się nigdy nie widziało, a tu czort
wie skąd się weźmie! Pilnuj wszystkiego, aby nic
nie pogubiono i nie pogruchotano... Jedna połowa tu,
druga — na wozie lub na no wem mieszkaniu.
Zechcesz zapalić, weźmiesz cybuch, a tytoń
już pojechał... Chcesz usiąść — niema na czem.
Czego się dotkniesz — powalasz się kurzem. Umyć
się niema gdzie i chodź z takiemi rękami, jak twoje,
cały dzień...
—	Moje ręce czyste — zauważył Zachar, poka¬
zując zamiast dłoni niby dwie podeszwy,
		

/Magazyn_133_09_130_0001.djvu

			122
Nie pokazuj tylko ! — rzeki Ilja Iljicz, odwra¬
cając się. — Zechcesz pić — ciągnął dalej Obłomow,
— weźmiesz karafkę do rąk, a szklanki niema...
—	Można przecież i z karafki się napić
dobrodusznie zauważył Zacliar.
—	Tak, u ciebie wszystko można: i nie zamiatać,
i kurzów nie ścierać, i dywanów nie trzepać. A na
no wem mieszkaniu — mówił Ilja Iljicz, zachwy¬
cając się sam żywością obrazu przeprowadzki —
ze trzy dni będzie nieład, wszystko nie na swojem
miejscu: obrazy pod ścianą, kalosze na łóżku,
buty w jednym węzełku związane z herbatą i po¬
madą. Spojrzysz — nóżka przy fotelu złamana,
szkło w ramach przy obrazach stłuczone, a na
kanapie — plamy. O co zapytasz tylko — niema;
nikt nie wie, czy zgubiono, czy zapomniano na
dawnem mieszkaniu. Pędź tam...
—	Czasem się i tak zdarza, że dziesięć razy
z miejsca na miejsce pędzisz — przerwał Zachar.
—	Otóż widzisz! — mówił dalej Obłomow —
Na nowem mieszkaniu wstaniesz rano — ile kłopotów !
Ani wody, ani węgla do samowara niema. A w zimie,
w chłodnym pokoju trzeba nieraz siedzieć; drzewa
niema — biegaj, szukaj, pożyczaj!
—- Niewiadomo zresztą, jakich sąsiadów Bóg da
zauważył Zachar. — Są tacy, u których nietylko
wiązki drzewa, ale kubła wody nie wyprosisz...
—	Otóż to właśnie ! — dodał Ilja Iljicz.— Przepro¬
wadzisz się — wieczorem zdawałoby się już koniec
kłopotom, nie — jeszcze ze dwa tygodnie trzeba się
mozolić. Zdaje się już wszystko pozakładane,
spojrzysz — czegoś jednak braknie: rolety zawiesić,
		

/Magazyn_133_09_131_0001.djvu

			gwoździe wbić pod obrazki. Duszę z ciebie wy¬
ciągnie! Życie obrzydnie... A wydatki, wydatki...
—	Przeszłym razem, przed ośmiu laty, około
dwustu rubli kosztowało, pamiętam, jak dziś —
potwierdził Zachar.
—	Ładna zabawka ! — rzeki Ilja Iljicz. — A jak
dziko mieszkać z początku na nowej siedzibie! Nie-
rychło się przyzwyczaisz! Ja co najmniej przez
pięć nocy spać nie będę na no wem mieszkaniu,
tęsknota mnie zamęczy, gdy wstanę i zobaczę za¬
miast tego szyldu tokarza coś innego naprzeciwko.
Jeśli przez okno przed obiadem nie wyjrzy ta sta¬
ruszka z ostrzyżonemi włosami, przykro mi będzie...
Teraz chyba sam już widzisz, do czegoś chciał
doprowadzić swego barina — a ? — spytał z wy¬
mówką Ilja Iljicz.
—	Widzę — szepnął pokornie Zachar.
—	Dlaczegóż więc zachęcasz mnie do przepro¬
wadzki ? Czyż siły ludzkie wystarczą, aby przenieść
to wszystko ?
—	Myślałem, że inni także nie gorsi od nas, a
przeprowadzają się przecież, to i my moglibyśmy -
powiedział Zachar.
—	Co ? Co ? — zdziwionym głosem nagle za¬
pytał Ilja Iljicz, podniósłszy się z fotela. — Co po¬
wiedziałeś ?
Zachar zmartwił się, nie domyślając się, jaki po¬
wód mógł wywołać zdziwienie i patetyczny gest
Obłomowa. Milczał.
—	Inni nie gorsi! — z przerażeniem powtórzył
Ilja Iljicz. —: Oto do czego się dogadałeś! Teraz już
wiem, że ja dla ciebie wszystko jedno, co —
„ drugi!“
		

/Magazyn_133_09_132_0001.djvu

			— 124 —
Obłomow ironicznie ukłonił się przed Zacharem
i twarzy nadał wyraz w wysokim stopniu obrażonej
miłości własnej.
—	Zmiłujcie się, Ilja Iljicz ! Czyż ja porównywani
pana z kimkolwiek bądź...
—	Precz z przed oczu! — rozkazująco zawołał
Obłomow, drzwi ręką wskazując. — Widzieć cię nie
chcę! ,,Drudzy“ — ha — pięknie!
Zachar, głęboko westchnąwszy, oddalił się.
—	Co za głupie życie, pomyśleć tylko ! — mru¬
czał, siadając na leżance.
—	O, Boże mój! — jęczał Obłomow. —Miałem
szczery zamiar cały ranek poświęcić pracy, a tym¬
czasem zdenerwowany jestem na cały dzień! Któż
temu winien ? Mój własny sługa, wierny, wypróbo¬
wany — a co powiedział! J ak on mógł to powiedzieć !
Obłomow długo nie mógł się uspokoić: kładł się,
wstawał, chodził po pokoju, znowu się kładł. W po¬
równaniu jego z „innymi“, przez Zachara, widział
złamanie prawa na wyłączne pierwszeństwo przed
wszystkimi.
Wnikał w treść tego porównania, analizując,
kto to są ci „drudzy“ i czem on sam jest ? W jakim
stopniu możliwe i słuszne takie porównanie i jak
ciężką jest obraza, której się wobec niego Zachar do¬
puścił. Czy on był istotnie przekonany, że Ilja
Iljicz wszystko jedno, co ktoś „drugi“, czy też to
tylko wyrwało mu się z ust, bez zastanowienia?
Wszystko to zadrasnęło miłość własną Obłomowa
i postanowił wyjaśnić Zacharowi różnicę między
nim a tymi, których Zachar obejmował wyrazem
„drudzy“, „inni“, i dać mu odczuć całą obrzydliwość
takiego pojmowania rzeczy.
- Zachar! — zawołał powoli i uroczyście.
		

/Magazyn_133_09_133_0001.djvu

			— 125 —
Zachar, usłyszawszy to wołanie, nie zeskoczył,
jak zwykle z leżanki, stukając butami, nie zamru¬
czał, lecz powoli zlazł z przypiecka i bokiem, cicho,
niechętnie, jak pies, który z dźwięku głosu swego
pana odgaduje, że znaną jest jego wina, że go wo¬
łają do rozprawy...
Zachar otworzył drzwi do połowy, ale wejść nie
zdecydował się.
—	Wejdź! — rzekł Ilja Iljicz.
Chociaż drzwi otwierały się swobodnie, lecz Zachar
odchylił je tylko tak, aby nie można było przejść —
i zatrzymawszy się we drzwiach, nie wchodził.
Obłomow siedział na łóżku.
—	Zbliż się tutaj! — rzekł rozkazująco.
Zachar z trudem wysunął się z drzwi, zamknął
je za sobą i mocno oparł się o nie plecami.
—	Tu! — mówił Ilja Iljicz, wskazując palcem
miejsce przy sobie.
Zachar zrobił pół kroku — i zatrzymał się na
kilka kroków przed Obłomowym.
—	Bliżej ! — rzekł Obłomow.
Zachar zrobił ruch jakby postąpił, a tymczasem
pochylił się tylko, stuknął nogą i stał na miejscu.
Ilja Iljicz, widząc, że nie udaje mu się w żaden
sposób bliżej go ku sobie przyciągnąć, dał mu
spokój i tylko przyglądał mu się z wyrzutem.
Zachar czuł, że zachowanie się jego wobec pana
jest niewłaściwe, robił taką minę, jak gdyby go nie
dostrzegał, stał przeto jeszcze więcej bokiem zwró¬
cony, niż zwykle, ale ani na chwilę nie spuszczał
z oczu Ilji Iljicza.
Potem wytrwale począł patrzeć bokiem na lewo:
widział tam znane mu dawno przedmioty — festony
		

/Magazyn_133_09_134_0001.djvu

			— 126
z pajęczyny, wiszące nad obrazami i pająka, jakby
żywe oskarżenie jego niedbalstwa.
—	Zachar! — cicho ale z godnością przemówił
IIja Iljicz.
Zachar milczał i myślał: „Czego mu jeszcze
trzeba? Drugiego Zachara, czy co? Przecież ja
tutaj stoję“ — i wzrok swój przesunął z lewej na
prawą stronę, jakby omijając Obłomowa. Tam
0	niedbalstwie jego mówiło lustro, na którem na
podobieństwo koronki przyczepiły się złomy kurzu
1	odbijało jego własną posępną i wcale nie piękną
twarz. Z niechęcią odwrócił oczy od tego przy¬
krego a tak mu dobrze znanego przedmiotu i zdecy¬
dował się wzrok swój na chwilkę zatrzymać na IIji
Iljiczu.
-—Nie zdołał jednak oprzeć się wyrazowi wymówki,
jaki widział w twarzy Ilji Iljicza i wzrok spuścił na
dół. Tu znowu dywan, poplamiony, piętnami kurzu
pokryty, świadczył o niezbyt wielkiej jego pilności.
—	Zachar! — z uczuciem powtórzył Ilja Iljicz.
—	Czego pan sobie życzy ? — ledwie dosłyszal¬
nym głosem przemówił Zachar i drgnął niedostrze¬
galnie, przeczuwając patetyczną mowę.
—	Podaj mi kwasu! — rzekł Ilja Iljicz.
Iyżej się zrobiło na sercu Zacliarowi. Uradowany
rzucił się zręcznie, jak chłopak, w stronę bufetu
i kwas przyniósł.
—	Jakże się czujesz? — łagodnie spytał Ilja
Iljicz, nadpiwszy trochę kwasu i trzymając jeszcze
szklankę w ręku. Prawda, że niedobrze ?
Posępny wyraz twarzy Zachara nagle złagodniał,
a w oczach jego błysnęło światełko żalu za winy.
Ogarnęło go uczucie pewnej czci dla sw'ego pana.
Począł wprost patrzyć mu w oczy.
		

/Magazyn_133_09_135_0001.djvu

			—	Czy też odczuwasz swoją winą? — spytał
Ilja IIjłez.
,,Cóż to znowu za taka wina? — myślał Zachar
z goryczą. — Głupstwo takie. Przecież mimo woli
człowiek zapłakałby, kiedy cię tak zacznie przy¬
piekać !“
—	Cóż, Ilja Iljicz — zaczął z najniższej nuty
swego diapazonu, — nic przecież nie powiedziałem
prócz tego, że...
—	Nie! Ty jesteś zły człowiek! — przerwał mu
Obłomow — czy rozumiesz, coś zrobił? Od¬
powiadaj !
Zachar nie odpowiadał i zupełnie nie rozumiał
swojej winy. Nie przeszkodziło mu to z uczuciem
zupełnej pokory spojrzeć na swego barina. Nawet
głowę nieco pochylił, jakby w poczuciu winy.
Jakże nie mówić o tobie, żeś jadowity czło¬
wiek ? — rzekł Obłomow.
Zachar milczał, tylko mrugnął kilka razy.
Zasmuciłeś swego pana — powolnie prze¬
mówił Ilja Iljicz i pilnie wpatrywał się w Zachara,
jakby ciesząc się jego zmartwieniem.
Zachar nie wiedział, gdzie się schować.
—	Więc zasmuciłeś? — pytał Ilja Iljicz.
—	Zasmuciłem... — szeptem przemówił Zachar,
prawie nieprzytomny od tego nowego ,,przykrego“
słowa.
Wzrok jego latał na wszystkie strony: na prawo,
na lewo, prosto, jakby szukając zbawienia i znowu
przed jego oczyma przesuwała się pajęczyna, kurz
i własna postać w brudnem lustrze.
„Ach, gdyby się pod ziemię zapaść! — Ach,
śmierć nie przychodzi!“ — myślał on, widząc, że
		

/Magazyn_133_09_136_0001.djvu

			— 128 —
nie uniknie patetycznej sceny, choćby nie¬
wiadomo jak się kręcił.
Powieki drgały mu coraz bardziej, czuł, że jeszcze
chwilka i łzy mu trysną,. Nareszcie odpowiedział
panu słowami znanej pieśni, ale w prozie:
—	Czemże ja zasmuciłem pana IIja Iljicza? —
prawie przez łzy pytał Zachar.
—	Czem? Ty pomyśl tylko, co to znaczy:
jak ,,inni?“
Zamilkł i patrzył na Zachara.
—	Powiedzieć ci, co to znaczy ?
Zachar poruszył się jak niedźwiedź w barłogu
i westchnął głośno.
—	,,Trmi“ — o których myślałeś — to hołysze
bezdomni, to ludzie prości, niewykształceni, którzy
mieszkają w brudzie, ubóstwie, na poddaszach.
Sypiają na wojłoku, byle gdzie, na dworze. Co
takiemu stać się może? Nic... Żre tylko kartofle
i śledzie. Nędza pędzi go z kąta w kąt — toteż się
włóczy przez cały dzień. Taki może łatwo przepro¬
wadzić się na inne mieszkanie. I^agajew, naprzykład,
weźmie swoją linję pod pachę, dwie koszule za¬
winie w chustkę do nosa i idzie sobie... „A dokąd
idziesz?“ — ktoś spyta. „Przeprowadzam się“
odpowie. Otóż tacy to są „inni“. A według ciebie
ja także jestem „inny“ — co?
Zachar spojrzał na pana, przestąpił z nogi na
nogę i myślał.
—	Co to j est., ,inny ? “ — mówił dalej Obłomow. —
„Inny“ jest to taki człowiek, który sam sobie buty
czyści, sam się ubiera, chociaż czasem i na pana
wygląda, ale łże — on nie wie nawet, co to jest
usługa. Posłać po coś — niema kogo, sam pędzi,
w piecu sam sobie pali, a czasem i kurze omiata...
		

/Magazyn_133_09_137_0001.djvu

			— 129 —
—	Pomiędzy Niemcami dużo jest takich, —
ponuro zauważył Zachar.
—	Otóż to! A ja? Jak myślisz? Ja także
„inny?“
—	Pan zupełnie inny — odpowiedział żałośnie
Zachar, nie rozumiejąc wcale, czego wymaga od
niego barin. Bóg wie, co się to stało...
—	Ja zupełnie „inny" — tak? Uważaj tylko,
co ty mówisz! Zastanów się, jak „inny" mieszka,
żyje. „Inny“ pracuje bezustauku, biega, kłopocze
się — mówił Obłomow — jeśli nie zapracuje, to i jeść
nie ma co. „Inny“ kłania się, „inny“ prosi, poniża
się... A ja? Ha, decyduj! Jak ty myślisz, czy ja
także „inny“ — co?
—	Przestań już, batiuszka, męczyć mnie żałosne-
nń słowy — prosił Zachar. Ach, ty Boże mój!
—	Ja „inny“! Czy ja szamoczę się o kawałek
clileba, czy ja pracuję? Nie mam co jeść — co?
Czy ja wyglądam tak, jakby na mnie była skóra
i kości ? Czy mnie braknie czegokolwiek ? Podać,
usłużyć, zrobić coś — jest komu. Ja ani razu nie
wciągnąłem sobie skarpetki na nogi, od kiedy żyję,
Bogu dzięki! O co się mam troszczyć i dlaczego ?
Komuż ja to mówię? Przecież ty od dzieciństwa
mnie obsługiwałeś. Ty wszystko wiesz, wszystko
widziałeś. Wierzę, że ja wychowany jestem miękko,
że ani chłodu ani głodu nigdy nie zaznałem, nędzy nie
znam, na chleb codzienny nie pracowałem i wogóle
grubą robotą nie zajmowałem się. Jakże to tobie
starczyło odwagi porównywać mnie z „innymi“?
Czyż moje zdrowie takie, jak tych „innych?“ Czyż
ja mogę wszystko to robić, co oni ? Wszystko to
znosić ?
Zachar stracił stanowczo wszelką możność zro-
Obłomow. T. I.	9
		

/Magazyn_133_09_138_0001.djvu

			— 130 —
zumienia mowy Obło mowa, ale usta jego nadęły
się od wewnętrznego wstrząśnienia. Patetyczna
mowa grzmiała, jak ciężka chmura nad jego głową.
On milczał.
—	Zachar! — powtórzył Ilja Iljicz.
—	Czego pan sobie życzy? — ledwie dosły¬
szalnym głosem spytał Zachar.
1— Podaj mi jeszcze kwasu.
Zachar przyniósł kwasu, a gdy Ilja Iljicz napił się
i oddał mu szklankę, Zachar zręcznie nawrócił do
siebie.
—	Nie, nie, poczekaj! — przemówił Oblomow —
powiedz mi, jak mogłeś tak strasznie obrazić
swego pana, którego dzieckiem nosiłeś na ręku,
któremu życie całe służysz i który cię obsypuje
dobrodziejstwami ?
Zachar nie wytrzymał. Słowo „dobrodziejstwo“
dotknęło go. Począł mrugać oczyma coraz częściej.
Im mniej rozumiał, co mówił Ilja Iljicz, tem stawał się
smutniejszym.
—	Winien jestem, Ilja Iljicz — począł swoim
skrzypiącym głosem. Z głupoty to zrobiłem, praw¬
dziwie z głupoty...
Nie rozumiejąc zupełnie, co mianowicie złego
zrobił, nie mógł znaleźć odpowiedniego zakończenia
na usprawiedliwienie się.
—	A ja — mówił dalej Obłomow głosem czło¬
wieka obrażonego i nie ocenionego według swojej
godności — troskam się w dzień i w nocy, pracuję,
nieraz głowa się pali, serce zamiera, po nocy nie
sypiam, myślę tylko o tem, ażeby lepiej było...
komu ? Wszystko wam, chłopom, a zatem i o to¬
bie. Ty myślisz zapewne nieraz, widząc, że się koł¬
drą nakryję z głową, że ja leżę, jak pień i śpię.
		

/Magazyn_133_09_139_0001.djvu

			- 131 -
O, nie, ja nie śpię, ale myślę ciągle nad tern, ażeby
chłopom w niczem nie stała się krzywda, ażeby
nikomu nie zazdrościli, nie narzekali na mnie przed
Bogiem na strasznym sądzie, ale modlili się za moją
duszę i dobrze wspominali. Niewdzięczni — z gorz¬
kim uśmiechem zakończył Obłomow.
Zachar wzruszony był zupełnie ostatniemi ża-
łosnemi słowy Ilji Iljicza. Począł potrosze popłaki¬
wać. Szypienie i chrypienie jego zlały się tym razem
w jeden nieokreślony odgłos, podobny chyba tylko
do chińskiego gonga lub indyjskiego tam-tamu.
—	Ojczulku, Ilja Iljicz, przestańcie! — błagał.
—	Dosyć tego. Bóg wie, jakie rzeczy pan opowiada.
O, matko święta, Bogarodzico! Jakież to nieszczę¬
ście nagle i nieoczekiwanie spadło na mnie...
—	A ty — mówił dalej, nie słuchając go Obło¬
mow -— tybyś się powinien był wstydzić wymawiać
takie słowa! Oto jaką żmiję 'wygrzałem na swojej
piersi!
—	Żmiję! — krzyknął Zachar, klasnąwszy w ręce
i uderzył w płacz tak żałosny, jak gdyby kilkadzie¬
siąt żuków wleciało do pokoju z bzykaniem.—Kiedyż
to ja o żmiji mówiłem — jęczał Zachar śród płaczu.
—	Ja jej, wstrętnej, nawet we śnie nigdy nie
oglądam!
Obydwaj przestali nareszcie rozumieć jeden dru¬
giego, a wkońcu każdy z nich samego siebie.
—	Jakże to, język ci się przewrócił? — cią¬
gnął Ilja Iljicz. — W planie moim naznaczyłem
ci osobny dom, stalą ordynarję z ziarna, nazna¬
czyłem pensję! Byłbyś rządcą i marszałkiem dworu,
i adwokatem moich spraw. Mużyki kłanialiby ci się
do pasa, przemawiając: Zachar Trofimowicz, Za¬
char Trofimowicz! A tyś jeszcze niezadowolony,
9*
		

/Magazyn_133_09_140_0001.djvu

			— 132 -
do „innych“ mnie porównywasz! Oto jaka nagroda!
Tak to szanujesz swego barina!
Zachar nie przestawał płakać, a Ilja Iljicz sam
był wzruszony. Obciążając Zachara wymówkami,
sam czuł się tak głęboko wstrząśniętym w tej chwili
i przekonanym o dobrodziejstwach, jakiemi obsypał
swoich włościan, że ostatnie wymówki wypowiedział
już drżącym głosem i ze łzami w oczach.
- Teraz idź z Panem Bogiem — rzekł z rezygna¬
cją do Zachara.—Ale poczekaj, podaj mi jeszcze
kwasu! W gardle ślina mi zaschła... Sam mógłbyś
się domyśleć... Słyszysz przecie, barin clirypi. Oto
do czego doprowadiłześ!
Mam nadzieję, żeś swoje przewinienie zro¬
zumiał — mówił Ilja Iljicz, kiedy Zachar kwas mu
przyniósł — i, na przyszłość, nie będziesz porówny¬
wał mnie z „innymi“. Aby zatrzeć swoją winę,
trzeba żebyś w jakiś sposób ułożył się z gospoda¬
rzem, ażeby nie zmieniać mieszkania. Ładnie
dbasz o spokój swego pana: zdenerwowałeś mnie
zupełnie i pozbawiłeś jakiejś nowej może, poży¬
tecznej myśli. Kogoż zubożyłem ? Samego przecież
siebie, bo dla was poświęciłem się, dla was
podałem się do dymisji, dla was siedzę, jak w wię¬
zieniu... Ale Bóg z tobą! Bije właśnie trzecia go¬
dzina. Dwie godziny jeszcze do obiadu — co można
przez dwie godziny zrobić! Nic ! A różnych spraw
moc. Niech już tak będzie — list przygotuję na
następną pocztę, a plan naszkicuję jutro. Teraz
położę się trochę... zmęczyłem się bardzo. Spuść
rolety i nikogo nie wpuszczaj, ażeby mi nie przeszka¬
dzano... Może na jaką godzinkę zasnę, a o wpół
do piątej mnie zbudzisz.
Zachar począł się troskać o Obłomowa: najprzód
		

/Magazyn_133_09_141_0001.djvu

			przykrył go dobrze i kołdrą podwinął pod niego,
zapuścił rolety, zamknął drzwi i odszedł do siebie.
—	Żebyś ty zdechł! djable prawdziwy! — mru¬
czał, ocierając resztki łez i wdrapując się na swoją
leżankę. — Prawdziwy czort! Osobny dom, ogród,
pensja! — mówił Zachar, który z całego przemówie¬
nia tyle tylko zrozumiał. — Majster gorzkie słowa
przemawiać, po sercu jak nożem rżnie... Tu jest
mój dom, tu mój Ogród, tutaj i nogi wyciągnę!
mówił, ze złością uderzając ręką o leżankę.—Pensja!
Jak nie ściągniesz grzywny lub piętaka, to i tytoniu
niema zaco kupić i kumy niema czem potraktować!
Żeby i tobie tak było! Myślę tylko: czemu już
śmierć nie przychodzi!
Ilja Iljicz położył się nawznak, ale nie od razu
mógł zasnąć. Myślał, myślał, miotał się śród tych
myśli.
—	Dwa nieszczęścia naraz! — mówił obwi-
jając się kołdrą i zakrywając głowę. — Proszę
wytrzymać!
W samej zaś rzeczy, te dwa nieszczęścia: zło¬
wieszczy list starosty i spodziewana przeprowadzka,
przestały już trwożyć Obłomowa i przechodziły już
w krainę przykrych wspomnień.
,,Do tej biedy, jaką mi zagrażał .starosta, jest
jeszcze daleko — myślał Obłomow, — do tego czasu
niejedno może się zmienić: może przyjdą deszcze
i poprawią się zboża; może starosta wyrówna
niedobory podatkowe; zbiegłych chłopów może po¬
licja powróci „na miejsce zamieszkania“.
,,Dokąd mogli uciec ci chłopi? —myślał dalej
i zagłębił się w artystyczne szczegóły ucieczki. —
Pewnie uciekli w nocy... bez chleba... była pewnie
wilgoć... Gdzie oni spać będą? W lesie? Czyż to
		

/Magazyn_133_09_142_0001.djvu

			— 134
możliwe ? W chałupie, chociaż nie ba rdzo pachnie,
ale za to ciepło“.
„Pocóż się martwić? — myślał. — Niezadługo
i plan będzie gotów, niema przeto potrzeby dręczyć
się przedwcześnie... Ach, ja...“
Myśl o przeprowadzce trwożyła go więcej. Było
to zupełnie niedawne „nieszczęście“, ale w umyśle
Obło mowa i ta sprawa znajdowała uspokajające
rozwiązanie, była już przeto przeszłością, liistorją.
Chociaż ze smutkiem przewidywał przeprowadzkę,
jako nieuniknioną konieczność, ale w tę sprawę
wmieszał się Tarantjew. Mimo to w myśli swojej
odsuwał tę konieczność swego życia bodaj na ty¬
dzień —i w ten sposób zyskiwał cały tydzień spokoju.
,,A może jeszcze Zacharowi uda się sprawę tak
poprowadzić, że nie trzeba będzie się przeprowa¬
dzać. Jakoś to będzie! Może nowe adaptacje miesz¬
kania odłożą do następnego lata, może zupełnie za¬
niechają... Jakoś przecie się zrobi. Przecież nie¬
podobna w samej rzeczy przeprowadzać się!“
Tak naprzemian niepokoił się lub uspokajał,
a wkońcu w całym szeregu uspokajających słówek —
,,a może, może być lub jakoś to będzie“ i tym razem,
jak zawsze, Obłomow znajdował cały magazyn
nadziei i pociech. Jak w skarbnicy ojców, znaj¬
dował w tych słówkach obronę od ,,dwóch nie¬
szczęść“.
Już lekkie, przyjemne uspokojenie ogarniało jego
członki i niby mgłą jakąś osłaniało jego uczu¬
cia, jak lekkie przymrozki marszczą powierzchnię
wód, jeszcze chwilka — i świadomość ulotniłaby się
Bóg wie gdzie, gdy Ilja^Iljicz obudził się nagle
i otworzył oczy.
— Ach, ja jeszcze się nie umyłem! Jakże to
		

/Magazyn_133_09_143_0001.djvu

			się stało ? Przecież nic jeszcze nie zrobiłem do¬
tychczas — wyszeptał Obłomow. — Chciałem plan
mój przenieść na papier — i nic nie napisałem; do
sprawnika nie napisałem, do gubernatora także,
do gospodarza domu — również, zacząłem tylko
pisać, ale nie skończyłem, rachunków nie sprawdzi¬
łem, pieniędzy nie dałem... Cały ranek zmarno¬
wałem !
Zamyślił się...
- Cóż to takiego ? Ktoś „inny“ byłby to zrobił
błysnęło mu w głowie. — „Inny“, „inny“ —
Cóż to takiego ten „inny“?
Począł się zastanawiać nad porównaniem siebie
z „innymi“. Począł myśleć, myśleć i powoli w umy¬
śle jego począł wytwarzać się pogląd zupełnie
odmienny od tego, jaki wykładał Zacharowi o „in¬
nym“.
Musiał przyznać, że ktoś inny zdołałby już był
napisać wszystkie listy, tak, ażeby wyrazy „który“
i „jak“ nie stykały się ze sobą, zdołałby spokojnie
urządzić przeprowadzkę, plan byłby już ułożył
i na wieś wyjechał.
— Przecież i ja mógłbym to wszystko... —
myślał,—przecież ja umiem także pisać. Pisywałem
przecież nie takie listy, ale coś poważniejszego!
Ktoś „inny“ i szlafroka nigdy nie nosi — mimowoli
dodał do charakterystyki „innego“. — Gdzież się to
wszystko podziało ? Przecież przeprowadzka nie jest
wielką sztuką, trzeba tylko chcieć ! Ktoś „inny“... -
Obłomow ziewnął—mało sypia, cieszy się życiem,
bywa wszędzie, wszystko widzi, wszystko go in¬
teresuje. .. A ja? Ja? Ja nie jestem tym „innym “ —
dodał ze smutkiem i zadumał się głęboko, głowę
wysunąwszy z pod kołdry.
		

/Magazyn_133_09_144_0001.djvu

			Była to chwila, jedna z jasnych w życiu' Obło-
mowa, gdy badał siebie.
Iyęk go ogarnął, gdy nagle w jego duszy jasno
i żywo zarysowała się świadomość losu człowieka,
kiedy w jego umyśle stanęło porównanie między
przeznaczeniem człowieka a jego własnem życiem,
a w głowie budziły się jedna za drugą, bez ładu,
trwożliwie różne sprawy życiowe, jak ptaki drzemią¬
ce na ruinach budzone jasnym promieniem słońca.
Smutnie i boleśnie odczuł swoją niedojrzałość
obywatelską, powstrzymanie rozwoju sił moralnycli,
ociężałość, przeszkadzającą mu we wszystkiem.
I zawiść go męczyła, że inni żyć mogą szeroko,
pełnem życiem, a jemu jak gdyby ciężki kamień
leżał na wąskiej i złej ścieżce życia.
W nieśmiałej jego duszy _ poczęło się budzić
męczące samopoczucie, że niektóre strony jego
charakteru nie ujawniły się zupełnie, inne ledwie
się^zarysowały, ale żadna nie rozwinęła się w pełni.
A tymczasem przeczuwał chorobliwie, że prze¬
chowuje w sobie, jak w grobie, jakieś piękne,
jaśniejsze pierwiastki, może dotychczas już zamarłe
zupełnie, a może tylko spoczywające jak złoto
we wnętrznościach ziemi i że dawno należałoby już
wydobyć je i puścić w obieg, jako monetę. Ale
skarb ten ciężko i głęboko przyciśnięty rożnem,
Bóg wie skąd, naniesionem śmieciem. Zdawało
mu się, że ktoś ukradł i zakopał we własnej jego
duszy ten skarb, złożony mu w darze przez świat
i życie. Coś mu przeszkadzało rzucić się na arenę
życia i pędzić jak okręt pełnemi żaglami rozumu
i woli. Jakiś wróg ukryty położył swoją ciężką
rękę na samym początku jego drogi życia i odrzucił
go daleko z prostej ścieżki przeznaczenia.
		

/Magazyn_133_09_145_0001.djvu

			137
I zdawało mu się, że trudno już wydobyć ąię z tej
głuszy i dzikiego otoczenia na właściwą ścieżką.
Las go otacza dokoła, w duszy coraz częściej
panuje ciemność. Ścieżka zarasta coraz bardziej.
Świadomość tego stanu budzi się coraz rzadziej
i tylko na chwilę porusza drzemiące siły. Rozum
i wola, sparaliżowane dawno, beznadziejnie zdaje się
czekają na powrót do zdrowia.
Stosunki jego życia rozdrabniały się do mi¬
kroskopijnych rozmiarów, ale i z temi drobiazgami
nie mógł sobie dać rady. Przerzucał się od
jednych do drugich, jak z fali na falę, ale nigdy nie
znajdował dość silnej woli, ażeby oprzeć się
jednym, a rozumem opanować drugie.
Ciężko odczuwał też następstwa takiej spo¬
wiedzi przed sobą samym. Bezpłodne żale za prze-
szłem, gorące wyrzuty sumienia kłuły go, jak igły.
Wszelkiemi siłami usiłował zrzucić z siebie ten
ciężar wyrzutów, znaleźć winowajcę poza sobą
i żądło sumienia ku niemu zwrócić. Ale na kogo ?
—	Wszystkiemu winien Zachar! — wyszeptał.
Przypomniawszy jednak wszystkie szczegóły sceny
z Zacharem, twarz zapłonęła mu rumieńcem wstydu.
—	Coby było, gdyby ktoś słyszał to wszystko ? —
myślał, drętwiejąc na samo wspomnienie. — Chwała
Bogu, że Zachar nie potrafi opowiedzieć tego wszyst¬
kiego nikomu, zresztą, nikt mu nie uwierzy —
dzięki Bogu.
Oblomow wzdychał, przeklinał siebie, przewra¬
cał się z boku na bok, szukał winowajcy i nie znaj¬
dował go. Wzdychania jego doszły nawet do uszu
Zachara.
—	O, jak go tam kwas rozpiera! — mruczał
złośliwie Zachar.
		

/Magazyn_133_09_146_0001.djvu

			Dlaczegóż to właśnie „taki“ jestem? —
ze łzami prawie pytał sam siebie Obłomow i głowę
wetknął poci kołdrę.
Szukając bez skutku tego złowrogiego pier¬
wiastku, który mu przeszkadzał żyć, jak należy,
jak żyją „inni“, westchnął, zamknął oczy i po
kilku chwilach drzemka poczęła znowu opano¬
wywać jego uczucia.
- Jabym także... pragnął... — myślał nie bez
wysiłku — coś takiego... Czyż matka natura już
tak bardzo mnie upośledziła ? Ależ nie, Bogu
dzięki... skarżyć się nie mogę...
Potem dało się słyszeć uspokajające westchnienie.
Od wzruszenia przeszedł on do normalnego swego
stanu — spokoju i apatji.
—	Widocznie taki mój los... Cóż mam robić? —
szeptał, gdy sen go już ogarniał.
—	O dwa tysiące mniej dochodu — nagle głośno
przez sen zawołał. — Zaraz, zaraz, poczekaj! —
i przebudził się napoły.
—	Jednak... ciekawą rzeczą byłoby wiedzieć...
dlaczego ja jestem... ,,taki'‘ ? — przemówił znów
szeptem. Powieki zamknęły się mu zupełnie.
Tak — dlaczego ? Zapewne... stało się to... dlatego...
— starał się wypowiedzieć — i nie wypowiedział.
Tak więc nie znalazł prawdziwej przyczyny.
Język i usta zamarły w jednej chwili na niedopo¬
wiedzianej myśli i pozostały wpółotwarte. Zamiast
wyrazu słyszeć się dało westchnienie, a po chwili
słychać już było tylko równy oddech spokojnie
śpiącego człowieka.
»Sen powstrzymał powolny i leniwy bieg jego
myśli i przeniósł go w jednej chwili w inną epokę,
do innych ludzi, do innych miejsc.
		

/Magazyn_133_09_147_0001.djvu

			IX.
vSEN OBŁOMOWA.
Gdzie my ? W jakiż to błogosławiony kącik
ziemi przeniósł nas sen Obłomowa? Jakiż to kraj
cudów!
Niema tam wprawdzie morza, niema wysokie) i
gór, skał i przepaści, ani nieprzebytych puszcz,
niema nic potężnego, dzikiego, posępnego.
Poco nam to dzikie i potężne ? Morze — na-
przykład? Bóg z nieni. Ono tylko napełnia
człowieka smutkiem. Patrząc na nie — chce się
płakać. Serce trwoży się na widok tej nieobjętej
płaszczyzny morza, wzrok nie ma na czem spocząć
i męczy się widokiem jednostajnego, nieskończenie
wielkiego obrazu.
Wycie i szalone gromy bałwanów nie dają nic
łagodnego słabemu słuchowi. Powtarzają one tylko
swoją, jedyną, tę samą od początku świata, po¬
nurą pieśń nieodgadnionej treści. Wypowiada ono
zawsze te same jęki, te same skargi, jakby skaza¬
nego na wieczne męczarnie dziwo tworu i czyjeś
przeraźliwe, złowieszcze głosy. Nie słychać tu szcze¬
biotu ptaków, tylko czajki, jak opętane, smutnie
latają nad wybrzeżem i krążą nad wodą.
Ginie ryk zwierząt wobec tych jęków przyrody,
niczem jest głos człowieka, a sam człowiek wydaje
się takim małym, wątłym, tak niepostrzeżenie
		

/Magazyn_133_09_148_0001.djvu

			140
zaciera się w drobnych szczegółach potężnego,
szerokiego obrazu! Może dlatego tak mu jest
ciężko patrzeć na morze.
Nie, Bóg z niem, z tem morzem! Nawet
jego cisza i nieruchomość nie budzą radosnego
uczucia w duszy człowieka. W dostrzeżonem po¬
ruszaniu się fali morskiej widzi się zawsze tę samą
nieobjętą, chociaż drzemiącą potęgę, która czasem
tak złośliwie śmieje się z dumnej woli człowieka
i tak głęboko chowa jego zuchwałe pomysły,
wszystkie jego kłopoty i trudy.
Góry i przepaście stworzył Bóg także nie dla
rozradowania człowieka. Mają one w sobie moc
grozy i strachu, jak wysunięte i zwrócone ku
niemu pazury i zęby jakiegoś dzikiego zwie¬
rza. Zbyt często przypominają nam naszą wą¬
tłość i każą drżeć w strachu i trosce o życie. A niebo
nad temi skalami i przepaściami wydaje się takiem
jakiemś dalekiem, jak gdyby odsunęło się od ludzi.
Innym był zupełnie ten kącik spokojny, w któ¬
rym znalazł się Obłomow.
Niebo tam wydaje się jak gdyby bliżej nachy¬
lone było do ziemi, nie dlatego ażeby miotać na
nią swoje strzały płomienne, przeciwnie, ażeby
ją raczej objąć z miłością. Ono tak niewysoko
wisi nad głową człowieka, ażeby go objąć rodzi¬
cielską opieką spokoju, ażeby każdy kącik ziemi
uchronić od niepowodzeń.
Słońce jasno i ciepło świeci przez pół roku,
a potem odchodzi powoli, jak gdyby nie chciało
odejść. Obraca się, jak gdyby pragnęło jeszcze raz
spojrzeć na ukochane przez siebie miejsce i jeszcze
w jesieni, śród złej pogody, obdarzyć go dniem
ciepłym i jasnym.
		

/Magazyn_133_09_149_0001.djvu

			141 -
Tam góry wydają się, jak gdyby były tylko
naśladowaniem tych wielkich, strasznych gór, dźwi¬
gniętych przez naturę, ażeby niepokoić wyobraźnię.
Jest to rząd pochyłych pagórków, z których przy¬
jemnie, dla zabawy, zjeżdżać na grzbiecie lub sie¬
dzieć na wierzchołku, spoglądać w zamyśleniu na
zachodzące słońce.
Rzeka płynie wesoło, swawoląc i igrając — to
rozlewa się w szeroki staw, to bystrą nicią się
przesuwa, to uspokaja się jakby w zamyśleniu
i ledwie dostrzegalnie czołga po kamieniach, a po
bokach jej szemrzą strumyki, jakby zapraszając
do snu.
Cały zakątek w obszarze piętnastu lub dwu¬
dziestu wiorst — to szereg malowniczych weso¬
łych, uśmiechniętych, widoków. Piaszczyste i ła¬
godnie pochyłe brzegi rzeki, drobne krzaki, podsu¬
wające się ku wodzie z pagórków, wykrzywiony
parów ze strumykiem na dnie i gaj brzozowy, —
wszystko to wydaje się po mistrzowsku dobrane
jedno do drugiego i po mistrzowsku malownicze.
Zmęczone wstrząśnieniem lub nawet nieznająćej
tego zakątku serce ludzkie pragnie się schronić
do tego zapomnianego kącika i żyć tu nikomu nie-
znanem szczęściem. Wszystko wróży tam długo¬
wieczne życie do siwego włosa i do snu podobną,
niedostrzeżoną przez nikogo, śmierć.
Prawidłowo i niezmącenie mijają tam pory
roku. Według kalendarza, w marcu przychodzi
wiosna, spłyną groźne potoki z pagórków, odtaje
ziemia: ciepła para unosić się pocznie nad nią;
chłop zrzuca swój kożuch, w jednej koszuli wy¬
chodzi na powietrze, i ręką zrobiwszy daszek nad czo¬
łem, długo cieszy się słońcem, z radością prostując
		

/Magazyn_133_09_150_0001.djvu

			__ !4t> —
plecy; potem pociągnie, odwrócona do góiy no¬
gami, telegę, na jedną, na drugą stronę, opatrzy
i potrąci nogą, lężącą bezczynnie pod pokryciem
sochę, jakby się sposobił do zwykłych swoich trudów.
Nie wracają tu nagle zawieje wiosenne, nie za¬
sypują pól, nie łamią drzew. Zima, jak chłodna
ale uczciwa krasawica, nie zmienia swego charak¬
teru aż do kresu, naznaczonego jej przez naturę;
nie drażni nieoczekiwaną odwilżą, nie skręca wielkie-
mi mrozami, wszystkiemu życiu do niemożliwości.
Wszystko tu idzie w niezmiennym porządku, na¬
kreślonym przez naturę.
W listopadzie przychodzą śniegi i mrozy, które
w okresie święcenia wody, na Jordan, wzmagają
się do tego stopnia, że chłop, wyszedłszy na chwilkę
z izby, wraca z soplami lodu na brodzie; w lutym
bystre jego powonienie już czuje w powietrzu
zapach wiosny.
A lato! L,ato osobliwie cudowne w tym kraju.
Tam trzeba szukać świeżego suchego powietrza,
przepojonego nie zapachem pomaraiiczowego kwiatu
i lauru, ale zapachem piołunu, sosny i czeremchy;
tam trzeba szukać jasnych dni i orzeźwiających
ciepłem, lecz nie palących promieni słońca i przez
trzy miesiące prawie bezobłocznego nieba.
Ody się rozpoczną pogodne dnie, to trwają trzy
— cztery tygodnie; wieczory i noce są tam ciepłe.
Gwiazdy przyjaźnie, życzliwie świecą na niebie.
Jeśli deszcz pada — co za błogosławiony letni
deszcz! Spadnie ostro, obficie, wesoło, potoczą
się niby kropliste i ciepłe łzy nagle uradowanego
człowieka, a ledwie ustanie — słońce zjawia się
znowu i z wesołym uśmiechem miłości przegląda
		

/Magazyn_133_09_151_0001.djvu

			— 143 —
wszystko, osusza pola i pagórki i cały kraj znowu
uśmiecha się szczęściem na podziękę słońcu.
Radośnie wita rolnik każdy deszcz. Deszczyk
namoczy, słoneczko wysuszy, — pociesza sam
siebie, z przyjemnością podstawiając plecy i twarz
pod krople ulewnego deszczu.
Burze nie straszne, ale dobroczynne w tym
kraju. Przychodzą one zawsze prawie w tym
samym czasie, nie zapominając nigdy o dniu
świętego Eljasza, jakby dlatego, ażeby śród ludzi
prostych utrzymać stare podanie. I liczba burz
i siła ich, zdaje się, są co roku te same, jak gdyby
z kazny carskiej wydzielała się co roku taka sama
ilość elektryczności.
Gwałtowny cli burz ani huraganów nie bywa
w tym kraju.
Nigdy nic podobnego nie czytał nikt w dzien¬
nikach o tym ukochanym przez Boga zakątku.
I nigdy nic nie byłoby wydrukowane i nicby
o nim nie słyszano, gdyby wdowa po chłopie -
rolniku, 28-mioletnia, Maryna Kubkowa, nie uro¬
dziła była odrazu czterech chłopaków, — o czem
niepodobna było przemilczeć.
Nie karał Bóg tego kraju ani egipskiemi, ani
zwykłemi chorobami. Nikt z mieszkańców nie
widział i nie pamięta żadnych strasznych znamion
na niebie, ani kul ognistych, ani nagłych ciemności;
niema tam jadowitych żmij, szarańcza nie zalatuje
tli nigdy, niema ryczących lwów, groźnych ty¬
grysów, ani nawet niedźwiedzi i wilków — bo niema
lasów. Po polach i po wsi błądzą tylko stadami
pasące się krowy, beczą owce, gdakają kury.
Bóg wie, czy zadowolniłaby poetę lub marzy¬
ciela przyroda tego spokojnego zakątka. Panowie
		

/Magazyn_133_09_152_0001.djvu

			— 144
ci, jak wiadomo, lubią wpatrywać się w księżyc
i słuchać trelów słowika. Lubią oni widzieć w księ¬
życu kokietkę, któraby się stroiła w paljowe
obłoki, prześlizgiwała się tajemniczo przez gałęzie
drzew, albo rozsypywała snopy srebrzystycli pro¬
mieni przed oczyma swoich adoratorów.
A w tym kraju nikt nie wie nawet, co to jest
księżyc, wszyscy nazywali go miesiącem. Podobny
do dobrze wyczyszczonej miedzianej tacy, dobro¬
dusznie spoglądał on pełnem okiem na wsie
i pola.
Nadaremnie poeta patrzyłby na niego wzrokiem
pełnym zachwytu, tak samo dobrodusznie spoglą¬
dałby on na poetę, tak, jak wiejska krasawica,
o okrągłej twarzy, spogląda na namiętne i wy¬
mowne spojrzenia miejskiego kawalera.
O słowikacli także tam nie słyszano, może
dlatego, że brakło cienistych krzaków i róż, ale
natomiast jaka obfitość przepiórek ! W lecie, w czasie
żniw, chłopaki łapią je rękami.
Proszę tylko nie myśleć, ażeby przepiórki były
tam przedmiotem gastronomicznej rozkoszy, nie,
taka rozwiązłość nie przeniknęła jeszcze do ludności
tego kraju. Przepiórka, jako żywność, nie była
prawnie dozwolona. Ona tam bawi ludzkie ucho
tylko śpiewem, dlatego też w każdym domu prawie,
pod strzechą, wisi w klatce przepiórka.
Poeta i marzyciel nie byłby wcale zadowolony
nawet ogólnym widokiem tej skromnej i prostej
miejscowości. Nie mogliby tam oglądać żadnego
wieczoru w szwajcarskim lub szkockim stylu, gdzie
cała przyroda — las,, woda, ściany domów i pa¬
górki piaszczyste płoną krwawo-złocistym ogniem,
a na tle tego krwawego oświetlenia odcina się
		

/Magazyn_133_09_153_0001.djvu

			— 145 —
jasno na kręconej piaszczystej drożynie kawalkada
mężczyzn, towarzyszących jakiejś lady w jej wy¬
cieczce do posępnych ruin i wracający cli w mocne
mury zamku. Tam oczekuje na nich powieść
o walce dwóch róż, którą dziad opowiedział, dzika
sarna na wieczerzę i odśpiewana przy dźwięku
lutni przez młodą miss ballada, — obrazy, któremi
tak się bawiła nasza wyobraźnia, rozbudzona pió¬
rem Walter Scotta.
Nie, tego wszystkiego nie było w naszym kraju.
Wszystko ciche, senne w dwóch — trzech wio¬
skach, z których się składał ten zakątek. L,eżały
one niedaleko jedna od drugiej, jakby przypad¬
kowo jakąś potężną ręką rzucone i rozsypały się
w różne strony. I tak zostały dotychczas.
Jedna chałupa wpadła na brzeg parowu i tam
zawisła od niepamiętnych czasów prawie w po¬
wietrzu, podparta tylko trzema żerdziami. Kilka
pokoleń przemieszkało w niej szczęśliwie.
Zdaje się, że i kurze straszno byłoby wejść do
niej, a tam przecież mieszka z żoną Onisim Susłow,
chłop rosły, który w tej izbie nie może stanąć
wyprostowany.
Nie każdy nawet potrafi wejść do izby Oni-
sima — chyba gdyby ktoś uprosił ją, ażeby się
odwróciła.
Ganeczek od wejścia wisiał nad przepaścią;
by się do niego dostać, trzeba było jedną ręką
uchwycić się trawy, drugą podstrzesza izby,
a potem dopiero wstąpić na ganek.
Druga chałupa przytuliła się do pagórka, jak
gniazdo jaskółcze. Tam trzy przypadkowo znalazły
się obok siebie rzędem, a dwie stoją na dnie parowu.
Cicho i sennie we wsi. Milczące chałupy otwarte
Obłomow. T. I.
10
		

/Magazyn_133_09_154_0001.djvu

			— 146 —
naoścież. Nie widać ani żywej duszy. Tylko
muchy latają gromadami i brzęczą w dusznem
powietrzu izby.
Wszedłszy do izby, nadaremnie zawołasz głośno;
martwe milczenie będzie odpowiedzią na głos twój.
Rzadko w jakiej izbie odezwie się jęk bolesny lub
głuchy kaszel starej kobiety, dożywającej życia
swego na piecu, albo wysunie się z przegródki
bosy, o długich włosach trzyletni chłopaczek
w jednej koszulinie, milcząco, ciekawie spojrzy na
nieznajomego i trwożliwie schowa się znowu.
Taka sama głęboka cisza i spokój na polu.
Tylko gdzie niegdzie jak mrówka porusza się
na czarnej niwie, pod upalnym znojem, oracz,
przyciskając sochę i oblewając się potem.
Cisza i niezmącony spokój panują także w oby¬
czajach ludzi tego kraju. Ani rabunków, ani mor¬
derstwa, ani innych strasznych wypadków nie
bywa tam wcale; ani silne namiętności, ani zuchwałe
przedsiębiorstwa nie wstrząsały nimi.
Jakieżby to namiętności i jakie przedsię¬
biorstwa mogły icli wstrząsać? Każdy znał tam
samego siebie. Mieszkańcy tutejsi daleko od innych
ludzi przebywali. Najbliższe wsie i miasteczka po¬
wiatowe były oddalone od nich o dwadzieścia pięć
do trzydziestu wiorst.
Chłopi, w określonym czasie, wozili zboże do
najbliższej przystani na Wołdze, która była dla
nich Kolchidą i słupami Herkulesa i raz na rok
niektórzy jeździli na jarmark, — innych stosunków
z nikim nie miewali.	\
Wszystkie ich interesy były skupione w nich
samych; nie krzyżowały się ani łączyły się z innenńj
Wiedzieli, że o ośmdziesiąt wiorst od nich była
		

/Magazyn_133_09_155_0001.djvu

			— 147 —
„gubernja" czyli miasto gubernjalne, ale jeździli
tam rzadko. Wiedzieli, że dalej jest Saratow
albo Niżnij, słyszeli, że jest Moskwa i Pitier, że za
Pitrem mieszkają Francuzy czy Niemcy, a dalej
był już dla nich, jak w starożytności, ciemny świat,
nieznane kraje, zaludnione cudackiemi zwierzę¬
tami, ludźmi o dwóch głowach, olbrzymami. Na¬
stępnie poczynała się ciemność i nareszcie wszystko
kończyło się tą olbrzymią rybą, na której świat
spoczywa.
Ponieważ przez kącik ten nie wiodły żadne
prawie drogi, nie było też sposobności zaczer¬
pnięcia najnowszych wiadomości o tem, co się
dzieje na świecie; wyrobnicy drewnianych naczyń
mieszkali tylko o dwadzieścia wiorst od nich,
i tyleż wiedzieli, co oni. Nie mogli nawet porównać
z innymi swego życia — nie wiedzieli, czy
żyją dobrze, czy też źle, czy są bogaci czy biedni,
czy można byłoby żądać czegoś jeszcze, co już
posiadają inni.
Szczęśliwi ci ludzie żyli w tem przekonaniu, że
inaczej nie powinno być i być nie może,
że inni ludzie żyją tak samo i, że żyć inaczej jest
grzechem.
Nie uwierzyliby nawet, gdyby im powiedziano,
że inni orzą nieco inaczej, inaczej sieją, żyją, sprze¬
dają. — Jakież namiętności i wzruszenia mogli oni
przeżywać ?
Jak wszyscy ludzie, mieli oni swoje troski
i kłopoty: płacenie podatków lub opłat, lenistwo
i sen, ale wszystko to znosili spokojnie, bez burzenia
się krwi.
W ciągu ostatnich lat pięciu nikt tam nie umarł,
nietylko śmiercią nadzwyczajną, lecz i zwyczajną.
10*
		

/Magazyn_133_09_156_0001.djvu

			148 -
A jeśli kto ze starości lub innej jakiej zastarzałej
choroby zasypiał snem wiecznym, długo tam nie
mogli wy dziwić się takiemu niezwykłemu zdarzeniu.
Ale wcale nie dziwiło to nikogo, gdy kowal Taras
o mało sam nie zaparzył się na śmierć w swojej
izdebce i to do tego stopnia, że trzeba go było
oblewać wodą,
Z przestępstw, jedno tylko, mianowicie kradzież
grochu, marchwi i rzepy z ogrodów, było bardzo
rozpowszechnione. Raz znikły dwa prosiaki i kura - -
wypadek, który poruszył całe najbliższe sąsiedztwo.
Przypisywano to jednogłośnie fabrykantom drewnia¬
nych naczyń, którzy dzień przedtem przeciągali tą
stroną na jarmark całym swoim obozem. Wogóle
zaś wypadki różnego rodzaju zdarzały się tu rzadko.
Raz jeszcze wprawdzie znaleziono człowieka,
leżącego w rowie za przysiółkiem, który widocznie
odłączył się był od arteli, przechodzącej tędy do
miasta.
Chłopacy wiejscy pierwsi go spostrzegli i z prze¬
rażeniem przylecieli do wsi z wiadomością o jakimś
strasznym smoku, który leży w rowie, dodając, że
on pędził za nimi i o mało nie zjadł Kużki.
Odważniejsi chłopi, uzbroiwszy się w widły i to-
pory, gromadą tam ruszyli.
— Gdzie was licho pędzi — wstrzymywali ich
starsi. — Czy szyje macie zbyt mocne ? Czego
tam szukacie ? Nie ruszajcie się, kiedy was nie
pędzą!
Ale chłopi poszli i, stanąwszy o kilkadziesiąt
kroków od wskazanego miejsca, zaczęli wywoływać
potwora różnemi głosami. Ale odpowiedzi nie było
żadnej. Poczekawszy trochę, znowu posunęli się
naprzód.
		

/Magazyn_133_09_157_0001.djvu

			149
W rowie leżał chłop, głową oparłszy sie o ściankę;
koło niego leżały worek i kij podróżny, na którym
wisiały dwie pary łapci.
Chłopi nie decydowali się podchodzić bliżej i za-
czepiać go.
—	Hej! Ty! Bracie! — krzyczeli pokolei,
skrobiąc się z tyłu głowy albo w plecy. — Jak
tam cię zwać — hej ty! Co tu robisz ?
Podróżny poruszył głową, jakby ją usiłował
podnieść, ale nie mógł— widocznie był chory lub
bardzo zmęczony.
Ktoś chciał go potrącić widłami.
—	Nie zaczepiaj ! Nie zaczepiaj! — krzyknęli
inni.— Skąd wiemy, co to za sztuka — widzisz, nic
nie mówi... Może to taki... Nie ruszajcie go, rebiata !
—	Wracajmy ! — zakrzyczeli inni. — Dobrze mó¬
wią: wracajmy! Czy on nasz krewny, czy co?
I wszyscy powrócili nazad do wsi, opowiedziaw¬
szy starym, że tam leżał człowiek nie tutejszy, nic
nie mówi i Bóg wie, co on tam za jeden...
—	Nie tutejszy, więc go nie zaczepiajcie ! —mó¬
wili starzy, siedząc na przyzbie, oparłszy głowy
o kolana . — Niech tam sobie! I chodzić nie trzeba
było!
Taki to był kącik, do którego we śnie zawitał
Obłomow.
Z trzech czy czterech, rozrzuconych tam wiosek
jedna nazywała się Sosnówka, druga — Wawiłówka,
o wiorstę tylko oddalone od siebie.
Sosnówka i Wawiłówka były dziedzicznemi wio¬
skami rodziny Obłomowych, i dlatego nazywano je
zwykle Obłomówką.
W Sosnówce była siedziba i rezydencja rodziny.
W oddaleniu pięciu wiorst od Sosnówki była wieś
		

/Magazyn_133_09_158_0001.djvu

			150
Wierchlowo, która niegdyś należała także do rodziny
Obłomowych, ale już dawno przeszła w inne ręce
wraz z kilkoma chałupami, niegdyś do tej wsi
przypisanemi.
Wieś ta należała do bogatego właściciela, który
nigdy nie zaglądał do swego majątku, a oddał go
w zarząd rządcy, Niemca.
Otóż i cala geograf ja tego zakątka.
IIja Iljicz przebudził się rano w swojem malut-
kiem łóżeczku. Siedem lat miał dopiero. Wesoło
mu, lekko.
Jaki śliczny, różowy, pełniutki! Pysio takie
krąglutkie. Niejeden swawolnik nadmie się umyśl¬
nie, a nie będzie miał takich!
Niania czeka, aż się przebudzi. Poczyna mu
naciągać pończoszki, on nie pozwala, swawoli, no¬
gami trzepie. Niania łapie, przytrzymuje—śmieją
się oboje.
Wreszcie udało się jej postawić go na nogi,
umywa go, przyczesuje główkę i prowadzi do matki.
Obłomow, ujrzawszy dawno już nieżyjącą matkę,
zadrżał z radości — tak ją bardzo kochał. We śnie.
powoli spłynęły mu z pod rzęs i zatrzymały się
dwie ciepłe łzy.
Matka obsypała go namiętnemi pocałunkami,
obejrzała go troskliwemi matczynemi oczyma, czy
oczęta nie są mętne, czy nic nie boli, wypytała
niańkę, czy dobrze spał, czy się w nocy nie budził,
czy nie rzucał się przez sen, czy nie miał gorączki ?
Potem za rękę go ujęła i do obrazu przypro¬
wadziła.
Tam, ukląkłszy i objąwszy go ręką, podpowia¬
dała mu słowa modlitwy.
Chłopiec niechętnie powtarzał je i spoglądał
		

/Magazyn_133_09_159_0001.djvu

			w okno, przez które wpadało do pokoju świeże
powietrze i zapach bzów.
—	Mamo, czy pójdziemy dzisiaj na przechadzkę ?
— spytał nagle, przerywając modlitwę.
—	Pójdziem, duszko, pójdziem — szybko od¬
powiedziała matka, nie podnosząc wzroku od ikony
i śpiesząc dokończyć święte słowa modlitwy.
Chłopczyk powtarzał je niechętnie, a matka
wkładała w nie całą swoją duszę.
Potem poszli do ojca, potem na ranną herbatę.
Przy śniadaniu Obłomow zobaczył przy stole
mieszkającą u nich starą ciotkę, staruszkę osiem¬
dziesięcioletnią, ze starą trzęsącą się głową, gniewa¬
jącą się bezustannie na swoją dziewkę służebną, która
stojąc za jej krzesłem, posługiwała. Tam były
i trzy stare panny, dalekie kuzynki jego ojca i szwa¬
gier o trochę niepełnym rozumie; jakiś właściciel
„siedmiu dusz“, Czekmenjew, który przyjechał
w gościnę i jeszcze jacyś staruszkowie i staruszki.
Ledwie się zjawił Ilja Iljicz, wszyscy z tej zgrai
i świty brali go pokolei w ramiona, obsypywali
nieproszonemi pocałunkami, karesami, pochleb¬
stwami . Potem rozpoczynało się karmienie go bu¬
łeczkami, sucharkami, śmietanką.
Wkońcu matka popieściła go jeszcze i pozwoliła
bawić się w ogrodzie, na dworze, na łączce, surowo
nakazawszy niańce, ażeby nie zostawiała go samego,
nie pozwalała zbliżać się do koni, psów, do
kozia, nie odchodziła od domu zbyt daleko, a przede-
wszystkiem nie pozwalała mu zbliżać się do parowu,
jako bardzo strasznego miejsca, mającego w całej
okolicy złą opinję.
Tam kiedyś znaleziono psa, którego uznano za
wściekłego dlatego tylko, że iiciekał od ludzi, a gdy
		

/Magazyn_133_09_160_0001.djvu

			— 152 —
zrobiono ua niego wyprawą z widiami i toporami —
nagle znikł kędyś za górą. I)o parowu zwożono
padlinę; przypuszczano, że tam mogą być i wilcy
i rozbójnicy i może jakieś takie zwierzęta, których
nietylko w tej okolicy, ale i na świecie nie było.
Chłopiec nie czekał na ostrzeżenia matki i po
śniadaniu zaraz pomknął na dziedziniec.	y
Z radosnym podziwem, jak gdyby po raz
pierwszy go oglądał, obiegł dom rodzicielski do¬
koła , obejrzał go zewsząd — pochylone na bok ze
starości wrota, osiadły trochę pośrodku dach domu,
na którym porastał delikatny zielony mech, rusza¬
jący się ganek wraz z różnemi dobudówkami, za-	*
niedbany stary sad.
Strasznie jeszcze przytem chciało mu się wysko¬
czyć na starą galeryjkę, otaczającą dom, ażeby
stamtąd spojrzeć na rzeczkę, ale galeryjka bardzo
podgniła, ledwie — ledwie się trzymała. Wolno
chodzić tam tylko ,,ludziom“, ale „państwo“ —
tam nie chodzi.
Chłopiec nie zważał na surowe ostrzeżenia matki
i już się zbliżał do tak nęcący cli go wschodków,
gdy na ganku ukazała się niania i w samą porę
zdołała go pochwycić. Więc rzucił się w stronę szopy	v
z sianem, ażeby krętemi wscliodkami na wierzch
się dostać; niania ledwie zdołała dobiec do szopy,
U ja Iljicz już pędził do gołębnika; ledwie przybiegła	|’j
w porę, ażeby mu przeszkodzić, on już pędził na
folwark, a stamtąd, Boże uchowaj, mógł się dostać
i do parowu.
— Ach, Boże mój! co za chłopczysko niespo¬
kojne — mówiła niańka. — Nie możesz ani chwilki
posiedzieć spokojnie, paniczu. Wstyd!
Cały dzień, i wszystkie dnie i wszystkie noce niani
		

/Magazyn_133_09_161_0001.djvu

			wypełnione były bieganiną lub troską, żywą ra¬
dością z jakiegoś, powodu lub obawą, że gdzieś
upadnie, rozbije sobie nos. Cieszyła ją szczera
dobroć dziecka lub smutnie zamyślała się nad daleką
jego przyszłością. Tern tylko biło jej serce, temi
uczuciami ogrzewała się krew starej niani i podtrzy¬
mywało się senne życie, które bez tych wrażeń już
byłoby dawno zgasło.
Niezawsze jednak bywał Iłja Iljicz tak rzeźwym.
Czasem nagle posmutnieje, uspokoi się, siądzie przy
niani i wpatruje się w nią pilnie. Dziecinny umysł
jego przygląda się wszystkim otaczającym go,
zjawiskom, które głęboko zapadają w duszę, rosną
i dojrzewają z nim razem.
Ranek cudowny. Powietrze świeże. Słońce nie
podniosło się jeszcze wysoko. Od domu, drzew,
gołębnika kładły się już długie cienie. W sadzie
i na dworze utworzyły się ciemne kąciki, pełne
świeżości, nęcące do snu i rozmyślań. Daleko tylko
łan żyta, wydaje się, jak gdyby ogniem płonął a po¬
wierzchnia wody na rzeczce tak świeci i błyszczy,
że aż oczy bolą.
—	Dlaczego to nianiu tutaj ciemno, a tam tak
jasno ? — pyta dziecko.
—	Dlatego, batiuszka, że słońce idzie na spotka¬
nie księżyca, a nie widzi go, więc się chmurzy, a jak
zobaczy zdaleka, wnet rozjaśnię je.
Zamyśli się dziecko i ciągle spogląda dokoła.
Widział, jak Antyp pojechał z beczką po wodę,
a po ziemi razem z nim idzie drugi Antyp, dzie-
sięćkroć większy od tamtego, a beczka tak wielka,
jak dom, a cień, padający od konia, całą prawie
łąkę zakrył. Przesunął się przez łąkę i znikł za górą,
		

/Magazyn_133_09_162_0001.djvu

			154 —
a Alltyp jeszcze z dziedzińca dworskiego nie wy¬
jechał.
Chłopiec zrobił także dwa kroki. Jeszcze krok —
i schowałby się za górę. Chciałby spojrzeć za te
górę, aby zobaczyć, gdzie się koń podział ? Pobiegł
szybko do bramy. Wtem z okna doleciał głos matki:
—	Niania! Nie widzisz, że dziecko na słońce
wybiegło! Zaprowadź je w cień. Słońce rozgrzeje
mu głowę, będzie bolała, nudności przyjdą, apetyt
straci. On bez dozoru i do parowu dobiegnie!
—	Uh... swawolnik... — cicho pomrukuje niania,
ciągnąc go za rękę na ganek.
Patrzy dziecko i swoim pilnym wzrokiem przy¬
swaja sobie wszystko, co robią starsi, na czem mija
im cały ranek.
Żaden szczegół, żaden drobiazg nie ujdzie
przed ciekawym wzrokiem dziecka. W duszy jego
niezatartemi rysami malują się obrazy domowego
życia. Podatny jego umysł, przepojony żywemi
wrażeniami i przykładami, nieświadomie tworzy
sobie program własnego życia, wzorując je na życiu
otoczenia.
Nie można powiedzieć, ażeby ranki mijały w do¬
mu Oblomowycli bezpożytecznie. Stuk noży, sie¬
kających kotlety i jarzyny w kuchni do pańskiego
stołu, słychać było nawet we wsi.
Z izby piekarnianej, gdzie się gromadziła czeladź,
słychać było warczenie wrzecion lub cichy, cienki
starczy głos baby, z którego nie można było wnio¬
skować, czy ona płacze, czy też zawodzi nieskończoną
nigdy, smętną pieśń bez słów.
Na dworze, gdy tylko Antyp przyjechał z beczką
wody, z różnych kątów wypełzali ku niej ludzie
Z wiadrami, korytami, dzbankami,
		

/Magazyn_133_09_163_0001.djvu

			Tu stara baba niesie ze spiżarni do kuchni miską
z mąką, kupą jajek; tam kucharz wyleje nagle wodą
przez okno i obleje Archipa, który cały dzień, nie
spuszczając oka, spogląda do kuchni, uśmiechając
się obłudnie i oblizując.
Stary Obłomow także nie jest bez zającia. Cały
ranek siedzi przy oknie i przypatruje sią bacznie
wszystkiemu, co sią dzieje na dworze.
—	Hej, Ignaszka! — co ty niesiesz, duraku? —
pyta zdążającego do dworu jakiegoś człowieka.
—	Niosą noże ostrzyć do piekarni — odpowiada,
nie patrząc nawet na barina.
—	Nieś, nieś! A uważaj, ażeby były dobrze
wyostrzone.
Potem zatrzyma jakąś babę.
—	Hej, baba, baba! Którędy chodziłaś?
—	Do piwnicy, batiuszka — odpowiada żatrzy-
mawszy sią i, przykrywszy oczy ręką, spogląda do
okna. — Mleko do kuchni brałam.
—	Idź, idź! A uważaj, abyś mleka nie rozlała.
—	A ty, podstrzelony Zacha r, gdzie pędzisz zno¬
wu. Dam ja ci bieganie! Widzą, że już trzeci raz
pędzisz! Ruszaj nazad do przedpokoju!
1 Zachar wracał na drzemką do przedpokoju.
Gdy krowy powrócą z pastwiska, stary Obłomow
pierwszy zatroska się o to, ażeby je napojono; gdy
ujrzy przez okno, że kundys goni za kurą, na¬
tychmiast postara się, ażeby zapobiec nieporząd¬
kom.
Żona jego także bardzo zajęta: przez trzy
godziny radzi z Awerkiem nad tem, w jaki sposób
z mężowskiej fufajki przerobić kurteczkę dla IIjuszy.
Sama kreśli kredą wzór i pilnuje, ażeby Awerka
sukna nie ukradł. Potem idzie do garderoby, każdej
		

/Magazyn_133_09_164_0001.djvu

			156
dziewce wyznacza robotę — ile ma zrobić koronki.
Potem woła ze sobą Nastasję Iwanównę lub »Ste-
panidę Agapównę i idzie do sadu zobaczyć, o ile
przez noc podrosły jabłka, czy nie spadło jakie,
już dojrzałe. Tam trzeba przegiąć, tam podciąć ga¬
łązkę. Zawsze jest zajęcie.
Ale największą troską jej była kuchnia i obiad.
Przed obiadem odbywały się narady całego domu.
Nawet starą ciotkę przywoływano. Każdy propo¬
nował swoją ulubioną potrawę: jeden zupę z po¬
dróbkami, ten makaron, inny flaczki. Jeden radził
ciemny, mięsny sos, drugi — biały.
Każdą radę brano pod rozwagę, omawiano do¬
kładnie, a potem przyjmowano ją lub odrzucano —
o czem decydowała gospodyni domu.
Do kuchni z rozkazami biegała bezustannie
Nastasja Piotrówna łub Stepanida Agapówna, ażeby
0	czemś przypomnieć kucharzowi, coś dodać, coś
odmienić, posłać cukru, miodu, wina do potrawy,
przekonać się, czy kucharz użył wszystkiego, co mu
posłano.
Troska o jedzenie była pierwszą i główną troską
życia w Obłomówce. Jakie tuczne cielęta bywały
tam na wszelkie prazdniki! J aki drób hodowano!
Ile dobrych pomysłów, ile trudów i kłopotów trzeba
było przebyć, zanim się go wyhodowało! Indyki
1	kurczęta, przeznaczone na imieniny lub na inne
uroczyste dnie, tuczono orzechami, gęsi pozbawiano
ruchu. Na kilka dni już przed uroczystością wieszano
je w workach, aby się przepoiły tłuszczem. Jakie
były tam zapasy konfitur, wędlin, pieczywa! Jakie
miody, jakie kwasy, jakie pasztety robiono w Obło-
mowce! W świąteczne i uroczyste dnie praca się
podwajała,
		

/Magazyn_133_09_165_0001.djvu

			l)o południa wszyscy się jeszcze więcej ruszali,
troszczyli, wszystko żyło pełnem życiem pracy,
ruchliwem, jak u mrówek. Wtenczas stukanie noży
w kuchni było głośniejsze, służące po kilkakroć od¬
bywały wędrówkę ze spiżarni do kuchni, niosąc
podwójną ilość mąki i jaj; w kurnikach bywało
więcej jęków i przelewania krwi.
Wypiekał się olbrzymi pasztet — pirog, — który
sami państwo jeszcze na drugi dzień spożywać ra¬
czyli. Na trzeci i czwarty dzień resztki szły do¬
piero do garderoby. W ten sposób pirog dożywał
swego życia do piątku, a wówczas dopiero, drogą
osobliwej- laski, koniec jego, czerstwy i już bez
nadziania, dostawał Antyp, który, przeżegnawszy
się należycie, z nieustraszoną odwagą i trzaskiem
łomotał tę skamieniałość, rozkoszując się świado¬
mością, że jest to pirog „pański“, — jak archeolog, co
z rozkoszą pije liche wino ze starożytnego czerępka.
A chłopiec ciągle patrzył i swoim dziecinnym
umysłem wszystko obserwował. Widział on, jak po
w kłopotach lecz z pożytkiem spędzonym poranku
następowało południe i obiad.
Południe upalne. Na niebie nie widać jednego
obłoczka. Słońce nieruchomo nad głową wisi
i pali trawę. Powietrze jest bez ruchu. Ani woda,
ani żaden listek nie drgnie na drzewie. Nad wsią
i nad polem panuje niezmącona cisza — zdaje się,
że wszystko wymarło. Słychać o dwadzieścia sążni,
jak żuk przeleci i brzęczy. Donośnie i daleko płynie
głos ludzki. Z gęstej trawy dolatuje tylko odgłos
chrapania, jak gdyby ktoś spał tam słodkim snem.
W całym domu panuje niezmącona cisza. Nad¬
szedł czas zwykłego poobiedniego spoczynku.
Dziecko widzi, że ojciec, matka, stara ciotka,
		

/Magazyn_133_09_166_0001.djvu

			— 158 —
cały akompanjament codziennych pieczeniarzy, ro¬
zeszli się po kątach. Kto go nie miał, to jeden szedł
na siano, drugi do sadu, trzeci szukał chłodu
w sieniach, a inny, przykrywszy twarz chustką, od
much, zasypiał tam, gdzie go sen zmorzył i do snu
pochylił obfity obiad. Ogrodnik rozciągnął się
w ogrodzie pod wiśnią, furman spał w stajni.
Ilja Iljicz zajrzał do izby czeladnej — wszyscy
spali pokotem: na ławkach, na podłodze, w sieniach.
Tylko dzieci, pozostawione same sobie, pełzały po
dworze i bawiły się w piasku. Pies głęboko schował
się do swojej budy, rad, że nie ma na kogo szczekać.
Można było cały dom przejść z końca
w koniec i nie spotkać żywej duszy. Można było
zabrać wszystkie sprzęty i wywieźć ze dworu, —
nikt nie przeszkodziłby z pewnością. Tylko złodziei
w tym kraju nie było.
Był to jakiś sen niezwyciężony, pochłaniający
wszystkich — jakieś podobieństwo do śmierci.
Wszystko martwe, tylko z różnych kątów słychać
było chrapanie na różne tony.
Czasem ktoś przez sen podniesie głowę, bez-
myślnem i zdziwionem okiem spojrzy na wszystkie
strony, przewróci się na drugi bok i, nie otwierając
oczu, plunie, poruszy ustami, coś mruknie pod
nosem — i zasypia.
Ktoś inny szybko, bez żadnego namysłu, nagle
skoczy na równe nogi i, nie tracąc chwili drogo¬
cennej , pochwyci dzbanek z kwasem, dmuchnie, aby
odpłynęły do drugiego brzegu, pływające po wierz¬
chu muchy, które, nieruchome dotychczas, poczy¬
nają się ruszać, jakby się pragnęły wydobyć ze
dzbanka, pociągnie kwasu i znowu, jak nieżywy,
pada i śpi.
		

/Magazyn_133_09_167_0001.djvu

			A chłopczyk na wszystko patrzył i zapamiętywał.
On z nianią po obiedzie wychodził także na po¬
wietrze. Ale i niania, bez względu na całą surowość
rozkazu baryni i wbrew swojej własnej woli, nie
mogła się sprzeciwić opanowaniu jej przez sen. Ona
ulegała także chorobie senności, panującej powsze¬
chnie w Obłomowce.
Z początku, pilnie uważała na dziecko, nie pozwa¬
lała daleko odejść od siebie, ostro karciła za swawolę,
ale potem, czując zbliżające się oznaki zarazy, po¬
częła go prosić, aby nie wychodził za bramę, nie
drażnił kozła, nie łaził do gołębnika.
Sama zaś siadała gdzieś w cieniu — na ganku,
na progu piwnicy lub wprost na trawie, jakby się
zdawało, w tym zamiarze, aby robić pończochę
i pilnować dziecka. Wkrótce coraz leniwiej kiwając
głową, starała się powstrzymać swawolę chłopaka.
— Ach, jeszcze wlezie ten swawolnik na ga-
lerję — myślała jak przez sen — albo, co gorsza,
do parowu...
Głowa staruchy chyliła się do kolan, pończocha
z rąk wypadła. Chłopiec zginął jej z przed oczu.
Otworzywszy usta, poczęła lekko chrapać.
A on z niecierpliwością oczekiwał tej chwili, gdyż
wtedy dopiero rozpoczynało się jego samodzielne
życie.
Był wtedy jeden na całym świecie. Na palcach,
cichutko uciekał od niani i oglądał wszystkich, gdzie
kto spał tylko. Zatrzymał się. Popatrzył ciekawie
na tego, który się budzi, plunie lub coś przez sen
zamamroce, potem z drżącem sercem wskoczył na
galerję, obleciał ją dokoła po trzęsących się deskach,
właził do gołębnika, uciekał w głąb sadu, słuchał,
jak brzęczą żuki i daleko śledził oczyma ich lot;
		

/Magazyn_133_09_168_0001.djvu

			— 160 —
przysłuchiwał się, jak coś strzyka w trawie; szu¬
kał i łapał to stworzonko, które mu mąciło ciszę.
Złapie konika polnego, urwie mu skrzydełka i patrzy,
co on będzie robił, lub przewlecze przez jego ciało
słomkę i przypatruje się, jak lata. Z ciekawością,
bojąc się oddychać, przypatruje się pająkowi, ssą¬
cemu krew z muchy, przysłuchuje się, jak biedna
ofiara brzęczy w jego łapkach, a kończy tem, że
zabija i dręczyciela i ofiarę.
Potem złazi do rowu, ryje ziemię i szuka jakichś
korzonków, które oczyszcza z kory i zjada ze sma¬
kiem większym, niż jabłka i konfitury,'*które do¬
staje od matki.
Biegnie za wrota. Chciałby dobiec koniecznie
do brzozowego lasku, w pięć minut już byłby tam,
nie drogą, krążąc daleko, ale przez płoty, jamy
i rowy, lecz boi się — mówią, że tam djabeł leśny
i straszą jakieś potwory.
Chciałby się i do parowu dostać — niedaleko, za¬
ledwie pięćdziesiąt sążni od ogrodu. Już przybiegł
prawie do samego brzegu, przymknął oczy, chciał
spojrzeć w głąb, jak w głąb krateru... gdy na¬
gle w wyobraźni jego rozbudziły się wszystkie
podania i gadania i strach go ogarnął. Napół żywy
popędził z'powrotem, a drżąc ze strachu, rzucił się
do niańki i zbudził staruszkę.
Ona otrząsnęła się ze snu, poprawiła chustkę
na głowie, palcem wetknęła pod chustkę kosmyki
siwych włosów i, udając że nie spała wcale, podej-
rzliwem spojrzeniem spogląda na Iljuszę, potem
na okna dworu i poczyna drżącemi rękami prze¬
tykać druty, robiąc dalej pończochę, którą z kolan
podniosła.
Tymczasem upał powoli zmniejszał się. Przy-
		

/Magazyn_133_09_169_0001.djvu

			— 161 —
roda poczynała się ożywiać. Słońce posunęło się
bliżej lasu.
I w domu powoli poczęła się przerywać cisza.
W jednym końcu domu gdzieś drzwi skrzypnęły,
na dworze dały się słyszeć czyjeś kroki, na sianie
ktoś począł kichać.
Wkrótce potem służący niósł z kuchni olbrzymi
samowar, uginając się pod jego ciężarem. Do¬
mowi poczęli schodzić się na wieczorną herbatę:
ten miał twarz jakby pomiętą, oczy łzami zaszłe,
ów wycisnął sobie przez sen czerwone piętno na
twarzy i skroniach, trzeci zaś półsennym przemawiał
jeszcze głosem. Wszyscy sapią jeszcze, wzdychają,
poziewają, skrobią się w głowę i prostują ledwie
przychodząc do siebie.
Obiad i sen zbudziły uieugaszone pragnienie, •
które pali gardło. Wypijają po dwanaście szklanek
herbaty — nic nie pomaga. Dają się słyszeć wes¬
tchnienia i niby jęki. Dla ugaszenia pragnienia
piją sok borówkowy, wodę z nastoju z gruszek,
kwas, a niektórzy sprawiają sobie ulgę wprost
lekarskiemi zabiegami, byle suchość w gardle po¬
konać.
Wszyscy usiłują pozbyć się pragnienia, niby
jakiejś kary Bożej. Wszyscy męczą się i trapią,
jak karawana w pustyni Arabji, która nigdzie źródła
wody napotkać nie może.
Iljusza też kolo mamy. Wpatruje się nie bez
zdziwienia w otaczające go twarze, przysłuchuje
się ich sennej, bezbarwnej rozmowie. Wesoło spo¬
gląda na nich. Ciekawem wydaje mu się każde
głupstwo, które z icli ust wychodzi.
Po herbacie wszyscy czemś się zajmują: jeden
idzie nad brzeg rzeczki, potrącając nogą kamienie
Obloiuow. T. I.	11
		

/Magazyn_133_09_170_0001.djvu

			— 162 —
do wody; drugi siedzi przy oknie i łowi oczyma
każde drobne zdarzenie: przebiegnie kot przez
dziedziniec, przeleci wrona — on śledzi ruchy
jednej i drugiej, zwracając w tę stronę głowę.
Niekiedy tak siedzą na oknie całemi dniami, na słoń¬
cu psy, wodząc wzrokiem za każdym przechodniem.
Matka bierze głowę IIjuszy, opiera ją o kolana
i powoli rozczesuje włosy, ciesząc się ich miękkością,
zmuszając niejako Nastasję Twanównę i Stepanidę
Agopdwnę by także się zachwycały, rozmawia
z niemi o przyszłości Iljuszy, robiąc go bohaterem
jakiegoś świetnego, przez nią samą wymyślonego
eposu. A te — złote góry mu przepowiadają.
Rozpoczyna się zmierzch. W kuchni znowu
poczyna trzeszczeć ogień, znowu rozlega się jedno¬
stajny, drobny stuk noży — gotuje się wieczerza.
Służba dworska zebrała się przed bramą. Znowu
słychać bałałajkę, śmiechy. Jyudzie grają w orła
i reszkę.
Słońce już się schowało za las. Rzuciło na po¬
żegnanie kilka ledwie ciepłych promieni, które,
niby pas złocisty, przesunęły się przez las, jasnem
złotem oświetlając wierzchołki drzew. Potem pro¬
mienie gasły jeden za drugim. Ostatni promień
długo palił się jeszcze, jak cienka igla przeszył
gęstwinę leśną i zgasł śród gałęzi.
Zacierały się wszelkie kształty przedmiotów;
z początku przybierały barwę szarą, potem prze¬
obrażały się w ciemną masę. Śpiew ptaków rozlegał
sie coraz rzadziej, a wkrótce umilkł zupełnie.
Jedna tylko jakaś ptaszyna, jakby naprzekór
innym, ćwierkała głosem jednostajnym, coraz rza¬
dziej i rzadziej, wreszcie świsnęła słabo i bez
dźwięcznie po raz ostatni, zatrzepotała skrzy-
		

/Magazyn_133_09_171_0001.djvu

			— 163 —
dętkami, poruszywszy lekko listki koło siebie...
i zasnęła.
Wszystko ucichło. Rozlegał się tylko silny
trzeszczący głos kowalika. Nad ziemią podniosły się
białe opary i powiały nad łąką i rzeką. Po
chwili i rzeka jakby się uspokoiła, jakieś pluśnię-
cie dało się słyszeć po raz ostatni — i ona także
znieruchomiała.
Dal się uczuwać wilgotny zapach powietrza.
Ciemność zwiększała się coraz bardziej... Grupy drzew
wyglądały niby jakieś wielkie potwory. W lesie
było straszno: słychać było jakieś skrzypienie,
niby głos potwora, przechodzącego z jednego miejsca
na drugie, a sucha gałąź drzewa, zdaje się chrzęści
pod jego nogami.
Na niebie błysnęło jarzące światełko gwiazd,
niby oczy jakieś dalekie, a w oknach domu zaja¬
śniały światła.
Wszystko ogarnęła uroczysta, wielka cisza na¬
tury. Nadeszła chwila, kiedy mocniej pracuje twór¬
czy duch człowieka, bujniej kipią poetyckie myśli,
w sercu namiętniej odzywa się uczucie, silniej męczy
je tęsknota, \ kiedy w pospolitej i posępnej duszy
człowieka rychlej dojrzewa ziarno zbrodni i kiedy...
w Obłomówce wszyscy już śpią spokojnie i mocno.
—	Mamo! Chodźmy na przechadzkę — mówi
Iljusza.
—	Bóg z tobą! Teraz na przechadzkę ! — odpo¬
wiada matka — wilgoć, możesz się przeziębić i stra¬
sznie... w lesie teraz chodzi djabeł, co porywa
małe dzieci.
—	Dokąd je unosi? Jak on wygląda? Gdzie
mieszka! — wypytuje dziecko.
11*
l
		

/Magazyn_133_09_172_0001.djvu

			- 164 -
Matka pozwalała swobodnie bujać swojej wy¬
obraźni.
Dziecko slucliało, zamykając i otwierając oczy,
aż dopóki sen nie owładnął niem zupełnie. Przy¬
chodziła niańka, brała je z kolan matki i odnosiła
śpiące — z przewieszoną przez ramię głową — do
łóżeczka.
— Otóż i dzień już minął, cliwała Bogu
mówili Oblomowcy — kładąc się do łóżka, postę¬
kując i-żegnając się nabożnie krzyżem świętym.
Przeżyliśmy go szczęśliwie. Daj Boże i jutro takie.
Dzięki ci, Boże! Dzięki ci, Boże!
Potem śniło się Obłomowowi, że w ciepły,
zimowy wieczór przytula się do niani, a ona
szeptem opowiada mu o jakimś dalekim, niezna¬
nym kraju, gdzie niema ani nocy ani zimy, gdzie
dzieją się same cuda, gdzie rzeki płyną mlekiem
i miodem, gdzie cały rok nikt nic nie robi, gdzie
przez cały dzionek ludzie tylko przechadzają się
bezczynnie, a chłopcy tacy dzielni, jak Ilja Iljicz,
a tacy piękni, że ani piórem opisać nie można, ani
w bajce opowiedzieć.
Jest tam także i dobra czarownica, która się
u nas zjawia jako ryba-szczuka; umiłuje sobie
jakiegoś wybrańca, cichego, bezbronnego, mówiąc
innemi słowami, jakiegoś leniucha i niedołęgę,
którego wszyscy wyzyskują; ni z tego ni z owego
obsypuje go różnemi dobrodziejstwami. Całą jego
pracą jest jedzenie i piękne ubieranie się; potem
żeni się wkońcu z jakąś niebywałą pięknością Mili-
trisą Kirbitjewną.
Dziecko nastawiwszy uszu, z pałającym wzro¬
kiem namiętnie słucha opowiadania.
Niańka, czy bajka, były tak zręczne, że starannie
		

/Magazyn_133_09_173_0001.djvu

			unikały w opowiadaniu wszystkiego, co w samej
rzeczy istnieje na świecie. Wyobraźnia i rozum,
przesycone wymysłem, pozostawały już skrzy wio -
nemi aż cło późnej starości. Niańka dobrodusznie
opowiadała mu bajką o duraczku Jemidju, —
złośliwą i mściwą satyrą o naszych praojcach,
a może nawet o nas samych.
Chociaż sią Ilja Iljicz, dorósłszy już, przekonał,
że niema rzek, płynących mlekiem i miodem,
niema dobrych czarownic, i żartował z uśmiechem
z opowiadań niani, jednak był to uśmiech nieszczery'
i towarzyszyło mu ciche westchnienie. Bajka u niego
zlała sią z życiem. Nieświadomie, z tąsknotą nieraz,;
'myślał o tem, dlaczego bajka nie jest życiem, a ży¬
cie — bajką.
Mimo woli marzył o Militrysie Kirbitjewnie,
ciągnąło go coś w te kraje, gdzie przechadzka jest
jedyną pracą — gdzie niema trosk i smutków.
Na zawsze pozostała w nim chętka poleżeć na
piecu, przechadzać sią w pięknem ubraniu, na które
się nie pracowało i zjeść na rachunek dobrej cza¬
rownicy.
Stary Obłomow i dziad jego także słuchiwali
tych samych bajek w dzieciństwie, które w ste-
reotypowem opowiadaniu wszystkich nianek i ,,dia-
diek“ przechowały się przez wieki aż do naszych
czasów.
Niania tymczasem przesuwa drugi obraz przed
wyobraźnią dziecka.
Opowiada mu o wielkich czynach naszych kra¬
jowych Ulisesów i Achilesów, o zuchwałych dzie¬
jach Ilji Muromca, Dobryni Nikitycza, Aloszi Po¬
powicza, o Pałkanie — bohaterze, o podróżnym
Koleszycu, o tem, jak oni wędrowali przez Ruś,
		

/Magazyn_133_09_174_0001.djvu

			jak gromili niezliczone pułki bisunnanów, jak
między .sobą spierali się o to, kto duszkiem wypije
czarą zielonego wina i nawet nie chrząknie; potem
opowiadała o złych rozbójnikach, śpiących ca-
równach, skamieniałych miastach i ludziach,
wkońcu przychodziła do demonologji, opowiadając
0	upiorach, potworach, wilkołakach.
Z prostotą i dobrodusznością Homera, z tryska¬
jącą życiem wiernością w szczegółach i plasty¬
cznością obrazów wciskał sie w ,dziecinną pamięć
1	wyobraźnię Ilji Iljicza cały światjrosyjskiego życia,
stworzony przez naszycli własnych Homerydów
owych starych zamierzchłych czasów, kiedy czło¬
wiek nie umiał dać sobie jeszcze rady z niebez¬
pieczeństwem i tajemnicami przyrody, kiedy drżał
przed wilkołakiem i djabłem leśnym, a u Aloszy
Popowicza szukał obrony od otaczających go nie¬
szczęść; kiedy w powietrzu, - w wodzie, w lesie,
w polu pełno było różnych cudów.
Straszne i niepewne było życie człowieka w owych
czasach. Niebezpiecznie było wyjść nawet za próg
domu: pochwyci go jakiś zwierz dziki, zarżnie
rozbójnik, zły Tatarzyn odbierze mu wszystko,
albo zginie bez wieści, i śladu po nim nie zostanie.
Zjawiały się nagle na niebie jakieś znaki —
kule, slupy ogniste; tam nad świeżą mogiłą ognik
zabłyśnie, albo w lesie ktoś błądzi, niby z latarnią,
to zaśmieje się dzikim głosem, to oczyma błyśnie
w ciemności.
I z samym człowiekiem działo się coś niepo¬
jętego: oto żyje, żyje długo i dobrze — nagle
coś pocznie gadać niezrozumiałego, lub krzyczeć
nieswoim głosem, lub błądzi napół senny po nocy;
innego — ni z tego ni z owego — zgniecie coś, skręci,
		

/Magazyn_133_09_175_0001.djvu

			— 167
rzuci o ziemię — a zanim to się stało, kura zapiała
jak kogut, kruk na dachu zakrakał.
, 'Gubił się w domysłach słaby umysł człowieka,
z przestrachem patrząc na życie, i w wyobraźni
szukał klucza do rozwiązania tajemnicy przyrody
i swojej własnej.
A może senność, wieczna cisza leniwego życia,
brak zupełny ruchu i wszelkich rzeczywistych
strachów, zdarzeń i niebezpieczeństw, zmuszały
człowieka do tworzenia, śród realnego świata,
drugiego, innego, jakiegoś niezwykłego i do szukania
w nim dzikiej swobody i radości dla rozpróżniaczo-
nej wyobraźni lub rozwiązywania zagadki zwykłego
związku zjawisk i przyczyn poza samemi zjawiskami.
W ciemnocie żyli nasi przodkowie, nie oskrzy¬
dlali, nie hamowali własnej woli, a potem dziwili
się naiwnie, lękali się czegoś złego lub niewygód
życia i doszukiwali się przyczyn w niemych i nie¬
jasnych hieroglifach przyrody.
Jako przyczynę śmierci drugiego uważali wyno¬
szenie zmarłego z domn naprzód głową przez wrota,
a nie nogami; pożar był dlatego, że trzy poprzednie
noce pies wył żałośnie pod oknem. Pilnie też prze¬
strzegali, aby umarłego wynoszono zwróconego
nogami do bramy, ale jadali po dawnemu, i tyleż
co dawniej, sypiali po dawnemu na gołej trawie,
a wyjącego psa bili albo wypędzali z dziedzińca,
zaś iskry z niedopalonego łuczywa spadały po daw¬
nemu w szczeliny spróchniałej podłogi.
I dziś jeszcze człowiek rosyjski, śród otaczającej
go surowej rzeczywistości, pozbawionej wszelkich
złudzeń, lubi wierzyć w ponętne opowiadania staro¬
żytnych bajek i długo może jeszcze nie pozbędzie
się tej wiary.
		

/Magazyn_133_09_176_0001.djvu

			168 - -
Słuchając fantastycznych opowiadań niani o Zlo¬
tem runie i Żar-ptaku, o przeszkodach i tajemnicach
otaczających zaczarowane zamki, chłopiec się sroży,
wyobrażając sobie, że jest jakimś bohaterem,
a mrowie przebiega mu po plecach lub ginie ze
strachu o niepowodzenia zuchwałego bohatera.
Opowiadanie szło za opowiadaniem. Niania
mówiła z uniesieniem, malowniczemi obrazami,
niekiedy nawet z natchnieniem, gdyż sama- wie¬
rzyła prawie własnym opowiadaniom. Oczy sta¬
ruszki iskrzyły się ogniem, głowa chwiała ze wzru¬
szenia, głos podnosił się do niezwykłego napięcia.
Dziecko, ogarnięte nieświadomym przestrachem,
przytulało się do niej ze łzami w oczach.
Czy była mowa o upiorach, które o północy
powstają z mogiły, czy o ofiarach, męczących się
w niewoli u jakiegoś dziwo tworu, czy o niedźwie¬
dziu z drewnianą nogą, który chodzi od wsi do wsi
i szuka odrąbanej mu, prawdziwej nogi — włosy
chłopaka jeżyły się na głowie. Wyobraźnia dzie¬
cinna to zamierała, to burzyła się. Odbywał się
w nim proces słodko drażniący, ale chorobliwy;
nerwy naciągały się, jak struny.
Kiedy niańka ponuro powtarzała słowa nie¬
dźwiedzia: „skrzyp, skrzyp moja nogo lipowa;
chodziłem po wsiach i siołach, wszystkie baby
śpią, ale jedna baba nie śpi, siedzi na mojej skórze,
warzy moje mięso, moją sierść przędzie“ — i t. p.;
kiedy niedźwiedź wchodził nareszcie do izby i chciał
porwać tego, który go nogi pozbawił, — chłopiec
nie wytrzymy wał — drżąc ze strachu, z przeraźliwym
krzykiem rzucał się na ręce niani... Z oczu tryskały
łzy przestrachu, ale śmiał się równocześnie z ra-
		

/Magazyn_133_09_177_0001.djvu

			l^ff C fXj£-/y\ć Ov /(aas£> C 'QwZ-
— IBS) —
dości, że nie jest w pazurach niedźwiedzia, lecz
na leżance, obok niani.
Wyobraźnia chłopczyka napełniła się strasznemi
widmami; przestrach i bojaźń może na zawsze
osiadły w jego duszy. Bojaźliwie ogląda się do¬
koła i widzi w życiu zawsze tylko coś złego,
szkodliwego, marzy ciągle o tym kraju zaczaro¬
wanym, gdzie zło nie istnieje, niema żadnych kło¬
potów, smutków, gdzie mieszka Militrisa Kirbi-
tjewna, gdzie dobrze karmią i stroją—bezpłatnie...
Bajka panuje nietylko nad dziećmi w Oblo-
mówce, władzę swoją i wpływ rozpościera i nad
starszymi. Wszyscy w domu i na wsi, poczynając
od barina, jego żony aż do tęgiego kowala Tarasa,
— drżą niewiadomo dlaczego w ciemności, wieczo¬
rem; każde drzewo w umyśle ich przeobraża się
w olbrzyma, każdy krzak—w wertep rozbójniczy.
Stuk okiennicy, wycie wiatru w kominie wy¬
woływały bladość na twarzy mężczyzn, kobiet
i dzieci. Nikt w dniu święcenia wody nie wyjdzie
po dziesiątej godzinie wieczorem za bramę; w noc
przedwielkanocną nikt nie wejdzie do stajni, bojąc
się spotkania się tam z „domowym“ djabłem.
W Oblomówce we' wszystko wierzono: w istnienie
wilkołaków i upiorów. Gdy im kto powie, że kopicą
siana wędrowała sama po polu, nie zawahają się
nawet — uwierzą; powie zaś, że to nie baran,
ale coś innego, że Marfa albo Stefanida wiedźma,
będą się lękać i barana i Marfy. Do głowy im nawet
nie przyjdzie zapytać i przekonać się, czy baran
w rzeczy samej nie jest baranem, dlaczego Marfa
została wiedźmą, a jeszcze i temu nawymyślają,
ktoby nie wierzył, — tak wielką jest wiara
w Oblomówce w rzeczy nadprzyrodzone.
		

/Magazyn_133_09_178_0001.djvu

			170
Ilja Iljicz przekonał się później, że świat powstał
bardzo prosto, że umarli z grobu nie wstają, że
olbrzyma — gdy się tylko jaki urodzi—wnet w ba¬
łaganach pokazują za pieniądze, a rozbójników bio¬
rą do więzienia. Chociaż wiara w rzeczy nad¬
przyrodzone zaciera się zczasem, pozostają jednak
resztki strachu i bojaźni.
Dowiedział się też Ilja Iljicz, że nieszczęścia
nie spotykają ludzi od dziwotworów, a o tycli, jakie
są, ledwie coś wiedział, ale na każdym kroku
oczekiwał czegoś nadzwyczajnego i lękał się. I teraz
jeszcze, gdy pozostanie w ciemnym pokoju, albo
ujrzy umarłego, trwoży się tym przestrachem,
który niegdyś zapadł w jego dziecinną duszę.
Śmiejąc się ze strachów rano, blednie przed niemi
wieczorem.
Następnie Ilja Iljicz byl już chłopakiem trzy¬
nasto- czternasto-letnim.
Uczył się we wsi Wiercliłowie, o pięć wiorst tylko
od Obłomówki. Rządca tamtejszy, Niemiec Sztolc,
prowadził rodzaj pensjonatu dla dzieci mieszkańców
z okolicy.
Miał także syna Andrzeja, równych prawie
lat z Oblomowym. Był tam też chłopczyk, który
nigdy prawie się nie uczył i chorował na wy¬
raźne skrofuły. Całe dzieciństwo prawie spędził
z zawiązanemi oczyma i uszami i ciągle popłakiwał
z tego powodu, że mieszkał nie u babusi, lecz w cu¬
dzym domu, śród złych ludzi — że nikt go nawet
nie popieści, nikt nie upiecze mu smacznego_ pie¬
rożka, który tak lubił.
Oprócz tych — innych dzieci uarazie w pen¬
sjonacie nie było.
Nic nie pomogło. Ojciec i matka kazali swa-
-
		

/Magazyn_133_09_179_0001.djvu

			wolnemu Iljuszy się uczyć. Niemało było z tego
powodu łez, jęków i kaprysów. Odwieźli go wkońcu.
Niemiec był człowiekiem dzielnym i ostrym —
jak wszyscy prawie Niemcy. Może pod jego okiem
Iljusza i zdołałby nauczyć się czegoś pożytecznego,
gdyby Obłomówka była o pięćset wiorst od Wier-
chłowa. Jak się tu uczyć? Uroczy wpływ obło-
mowskiej atmosfery, sposobu życia, przyzwyczajeń
rozciągał się aż do Wierchłowa. Przecież i on two¬
rzył niegdyś część Obłomówki. Oprócz domu
Sztolca, wszystko oddychało tam lenistwem pier¬
wotnego człowieka, prostotą obyczajów, ciszą i nie-
ruchawością.
Rozum i serce dziecka wchłonęły w siebie obrazy,
sceny i zwyczaje codziennego życia pierwej, nim
zobaczył pierwszą książkę. A któż wie, jak wcze¬
śnie rozpoczyna się u dziecka rozwój ziarnka rozu¬
mu? Jak śledzić, kiedy budzą się w młodzieńczej
duszy pierwsze pojęcia i wrażenia?
Może z tą chwilą, kiedy dziecko rozpoczynało
wymawiać pierwsze wyrazy, a może wtedy, kiedy
nietylko nie wymawiało i nie chodziło jeszcze, lecz
tylko patrzyło na wszystko niemem, badawczem
spojrzeniem, które dorośli ludzie-nazywają ,,tępem“,
a ono właśnie widziało i odgadywało znaczenie
i związek zjawisk otaczającej go sfery, ale nie umiało
opowiedzieć tego ani sobie, ani innym.
Może Iljusza oddawua już spostrzega i rozumie,
co mówią i robią przy nim, — jak ojciec jego w gład¬
kich pantalonach, w rudej kurcie na wacie, cafy
dzień przechadza się tylko z kąta w kąt, zażywa
tabakę, uciera nos i chodzi, ręce wtył założywszy,
a matka kręci się od kawy do herbaty, od herbaty
do obiadu; że ojcu przez myśl nie przejdzie nawet
		

/Magazyn_133_09_180_0001.djvu

			przekonać się, ile kopie siana ukoszono, ile na żęto,
i ukarać, kogo należy, za próżniactwo. Tvecz gdy
mu chustkę od nosa nieryclilo podadzą, krzyczy
o nieporządku w domu i gotów jest cały dom do
góry nogami przewrócić.
Może w dziecinnym jego umyśle dawno rozwią¬
zała się zagadka, że tak właśnie a nie inaczej żyć
trzeba, jak żyją kolo niego wszyscy starsi ludzie.
W jaki sposób inaczej mógłby on rozwiązać tę za¬
gadkę ?
A cóż robiono w Obłomówce ?
Czy zapytywał tam kto siebie: poco życie dane
człowiekowi? Bóg wie. Jak odpowiadano na to
pytanie? Prawdopodobnie nie odpowiadano wcale,
tak rzecz cała wydawała się prostą i jasną.
Nie dochodził tam nigdy słuch o ciężkiem, pra¬
co witem życiu, o ludziach, którzy noszą w duszy
swojej troski ciężkiej pracy—snujących się bez po¬
trzeby z jednego końca ziemi na drugi lub poświę¬
cających całe życie wiecznej, nieskończonej pracy.
Niezbyt także wierzyli Obłomowcy w istnienie
zmartwień duchowych i za życie nie uważali wie¬
cznych dążeń ku czemuś. Obawiali się jak ognia
budzenia wszelkich namiętności. Jak u innych ludzi
życie spalało się od wulkanicznej pracy wewnętrznego
duchowego ognia, tak dusza Obłomowców spokojnie,
bez przeszkód topiła się w miękkiem ciele.
Nie znaczyło ich życie, jak innych, ani przed-
wczesnemi zmarszczkami, ni moralnemi, wstrząsa-
jącemi ciosami i cierpieniem.
(' .Dobrzy ci ludzie nieinaczej patrzyli na życie, jak
naJ ideał spokoju i bezczynności, który w rzadkich
wypadkach może być tylko zamącony czemś nie-
		

/Magazyn_133_09_181_0001.djvu

			— w -
oczekiwanem, jak: chorobą, stratą majątkową, kłó¬
tnią, a między innemi — także pracą.
Pracę uważali oni jako karę, którą Pan Bóg
jeszcze praojcom naszym wyznaczył, ale miłować jej
nie mogli. Przy każdej sposobności unikali jej,
uważając to za możliwe i słuszne.
Nigdy nie martwili się żadnemi umysłowemi lub
moralnemi kwestjami, dlatego też zawsze cieszyli się
kwitnącem zdrowiem i wesołością; dlatego żyli
tam długo.
Mężczyźni w czterdziestu latach wyglądali, jak
młodzieńcy, starzy nie walczyli z ciężką, męczącą
śmiercią, a dożywszy do kresu niemożliwości, umie¬
rali, niby ukradkiem, cicho, stygnąc powoli i nie¬
dosłyszalnie wydając ostatnie tchnienie. Dlatego
też i powiadają, że dawniej ludzie byli — mocniejsi.
Rzeczywiście — mocniejsi. Dawniej nie trosz¬
czono się o to, ażeby dziecku wyjaśnić znaczenie
życia i przysposobić je odpowiednio, jak do czegoś
mądrego i poważnego; nie męczyli go nad książką,
która tylko budzi w umyśle mnóstwo kwestyj —
a kwestje wogóle trawią rozum i serce i skracają
życie.
Szemat życia był już wyrobiony, w całości od¬
dany dzieciom przez rodziców, tak samo, jak oni
przejęli go od dziadów, dziadowie od pradziadów,
z nakazem zachowania go w całości i nienaruszonym,
jak ogień Westy. Jak się wszystko robiło przy
dziadach i ojcach, tak robiło się przy ojcullji Iłjicza,
tak może i dotychczas jeszcze robi się w Oblomówce.
Nad czemże mieli myśleć ? Czem się niepokoić ?
Co poznawać ? Do jakich celów dążyć?
Niczego nie było potrzeba. Życie, jak spokojna
rzeka, płynęło koło nich. Mogli tylko siedzieć nad
		

/Magazyn_133_09_182_0001.djvu

			— 174 —
brzegiem tej rzeki i obserwować niezbędne zjawiska
które pokolei, nie wzywane zgoła, stawały przed
każdym z nich.
I oto w sennej wyobraźni Ilji Ujicza poczęły
się zjawiać kolejno, jak żywe obrazy, trzy główne
akty życia, które odgrywały .się w jego rodzinie,
jak również u krewnych i znajomych. Były to:
urodziny, wesele i pogrzeb.
Potem ciągnęła się różnobarwna procesja we¬
sołych i smutnych scen dramatu życia: chrzciny,
imieniny, posty, szumne obiady rodzinnych zjazdów,
powitań, powinszowali, urzędowych łez i uśmiechów.
Wszystko odbywało się z punktualnością, po¬
ważnie i uroczyście.
Zdawało mu się nawet, że ogląda znajome twarze,
widzi ich miny przy różnych obrzędach, ich troskli¬
wość, kłopoty. Choćby nię wiedzieć jakie drażliwe
swatanie, uroczyste wesele lub imieniny, ze wszyst¬
kiego wywiążą się według wszelkich reguł. Gdzie
kogo posadzić, co i jak podać do stołu, kto ma z kim
jechać do ceremonji, jaki zachować porządek, —
pód tym względem nigdy nikt nie popełnił w Obło-
mówce najmniejszej omyłki.
Czy tam może nie umieją hodować dzieci ? Dość
spojrzeć tylko na tych różowych i tęgicli Kupidyn-
ków, jakich noszą i wodzą za sobą tamtejsze ma¬
musie. Przecież jest to ich dumą posiadać krą-
glutkie, tłuściutkie i zdrowe dzieciaki.
Gotowe one wyrzec się wiosny, znać jej wcale
liie zechcą, jeśli na początku jej nie upieką skowron¬
ka. Jak mogą nie wiedzieć, i nie zrobić tego?
W tem całe ich życie i nauka, wszystkie icli
smutki i radości; dlatego też pędzą od siebie
wszelką inną troskę i smutek, nie znając innych
		

/Magazyn_133_09_183_0001.djvu

			— 175 —
rozkoszy. Życie icli wypełniało się wyłącznie temi
zasaduiczemi, niezbędnemu wypadkami, które też
bezwzględnie karmiły ich rozum i serce.
Z bijącem ze wzruszenia sercem, oczekiwały one
każdego obrzędu: uczty, ceremoniału, a potem
ochrzciwszy, ożeniwszy lub pogrzebawszy człowieka,
zapominały o nim i jego losie, pogrążając się
w zwykłej apatji, z której otrząsał je nowy podobny
wypadek — imieniny, wesele lub chrzciny.
Gdy tylko dziecko się urodziło, było pierwszą
troską rodziców, o ile można najdokładniej, bez wszel¬
kich opuszczeń, wypełnić wszystkie wymagane przy¬
zwoitością obrzędy, to jest: po chrzcinach wydać
ucztę, a potem dopiero rozpoczynało się troskliwe
pielęgnowanie dziecka.
Zadaniem matki i niańki było wyhodować zdrowe
dziecko: pilnować, ażeby się nie zaziębiło, ażeby na
niem nie spoczęło złe oko i strzec je od innych wro¬
gich okoliczności. Troskliwie pamiętano o tem, ażeby
dziecko było wesołe i jadło wiele.
Gdy tylko chłopca postawią już na nogi, to jest
kiedy niańka już mu niepotrzebna, do ^serca matki
wkrada się tajemna myśl, ażeby mu wyszukać żonę:
także zdrową i rumianą.
Znowu przychodzi okres różnych obrzędów i uczt,
wreszcie wesele, — na tem się skupia cały patos
życia.
Potem już się wszystko powtarzało: urodziny
dzieci, obrzędy, uczty, aż dopóki pogrzeb nie zmienił
dekoracji, ale nie nadlugo. Jedne twarze zmieniają
drugie, dzieci wchodzą w wiek młodzieńczy, stają
się narzeczonymi, żenią się, płodzą podobnych do
siebie, — i tak życie według tego programu ciągnie
		

/Magazyn_133_09_184_0001.djvu

			- 176 -
się jednakową, nieprzerwaną nicią, która się prze
cina niewidzialnie tylko śmiercią.
Prawda, przychodziły niekiedy i inne troski,
ale Obłomowcy znosili je z wytrwałością, pełną
stoicyzmu. Troski, pokręciwszy się nad ich gło¬
wami, odlatywały, jak ptaki, które przyleciawszy
do gładkiej ściany i nie mając gdzie się przytulić,
uderzą skrzydłami o gładki kamień — i odlecą.
Tak, naprzykład, pewnego razu zawaliła się
część galer j i jednego domu, grzebiąc kwokę
z kurczętami. Byłoby się dostało i Aksinji, żonie
Antypa, która usiadła była pod galer ją, lecz w tym
czasie, na szczęście swoje, odeszła.
Gwałt zrobił się w domu. Zbiegli się wszyscy od
wielkiego do małego, przestraszeni, wyobraziwszy
sobie, coby to było, gdyby zamiast kwoki z kur¬
czętami, przechadzała się, tam sama barina
z IIją Iljiczem.
Wszyscy krzyknęli z podziwu i poczęli jedni
na drugich zwalać winę, że nikomu do głowy nie
przyszło przypomnieć — kazać naprawić — na¬
prawić wreszcie.
Wszyscy* się dziwili, że galer ja się zawaliła,
a dzień przedtem dziwiono się — jak to ona tak
długo się trzyma!
Rozpoczęły się troski i kłopoty na temat, jak ją
naprawić, litowano się nad kwoką z kurczętami
i wszyscy powoli rozeszli się do swoich kątów,
surowo zabroniwszy podprowadzać tutaj Ilję Iljicza.
Następnie, po trzech tygodniach kazano A11-
druszce, Petruszce i Waśce uprzątnąć zwalone deski
i balaski i zanieść je do szopy, ażeby nie leżały na
drodze. Tam leżały spokojnie do wiosny.
Stary Obłomow, ile razy ujrzy je przez okno,
		

/Magazyn_133_09_185_0001.djvu

			— 177 —
tyle razy zatroszczy się myślą o naprawie: każe za¬
wołać cieślę, poczną radzić, jak lepiej: zrobić nową
galer ję, czy też i resztę usunąć ? Potem odeśle go
do domu, powiedziawszy:
—	Wracaj sobie, a ja pomyślę.
Trwało to tak długo, aż kiedyś Waśka czy
Mot’ka doniósł Oblomowowi, że kiedy on, Mot’ka,
dziś rario oglądał resztkę galerji, rogi zupełnie ode¬
szły od ściany i lada chwila druga część się zwali.
Zawołano wtedy cieślę na ostateczną naradę
i zdecydowano rozwalonemi częściami podeprzeć po¬
zostałą jeszcze galerję, co też ku końcowi miesiąca
zrobiono.
—	Znowu będzie wyglądać galerja, jak nowa! —
mówił stary do żony. — Spójrz tylko, jak Fiedot
pięknie rozstawił bierwiona, jak kolumny w domu
naszego marszałka szlachty. Ot, teraz i pięknie —
znowu na długo!
Ktoś mu przypomniał, że przy tej sposobności
dobrze byłoby poprawić bramę i ganek, bo po¬
między stopnie włażą do piwnicy nietyłko koty, ale
i świnie.
—	Tak, tak, trzeba — troskliwie zauważył Ilja
Iwanowicz i poszedł zaraz oglądać ganek.
—	\V samej rzeczy, widzisz, jak to się wszystko
zupełnie rozchwiało — mówił, poruszając ganeczek
nogami, jak kołyskę.
—	Ale on odrazu, jak go zrobiono, chwiał się —
zauważył ktoś.
—	Cóż, że się chwiał — odpowiedział Obłomow,
— ale przecież się nie zawalił. Szesnaście lat bez
poprawy stoi. Dobrze go wtedy zrobił Ł,uka! To
był dopiero cieśla nielada! Umarł... niech mu Pan
Obloraow. T. L	12
		

/Magazyn_133_09_186_0001.djvu

			— 178 —
Bóg da wieczne królowanie ! Teraz popsuli się ludzie,
żaden już tak nie zrobi.
I obracał oczy w inną stroną. A-ganeczek, po¬
wiadają, chwieje się dotychczas, i wcale się nie
zwalił.
Widać, że w samej rzeczy Łuka był tęgim
cieślą.
Trzeba jednak oddać starym sprawiedliwość —
czasem gdy przyjdzie jaka przykrość lub niewy¬
goda, nieraz się zatroskają, uniosą się, rozgniewają.
— Jak można — powiadają — dopuścić do tego
i zostawić to lub owo? Należy zaraz zapobiec
temu.
Imówią dłuższy czas o tem, w jaki sposób po¬
prawić mostek na rowie, albo jak ogrodzić w pew-
nem miejscu sad, ażeby bydło nie psuło drzew
owocowych, gdyż część płotu w jednem miejscu zwa¬
liła się zupełnie i leży na ziemi.
IIja Iwanowicz rozciągał swoją troskliwość do
tego stopnia, że pewnego razu, przechadzając się po
ogrodzie, własnoręcznie podniósł kawałek płotu,
wzdychając i kwękając i kazał ogrodnikowi, ażeby
jak najszybciej wbił dwie żerdzie. Dzięki tej tro¬
skliwości Obłomowa, płot stał jeszcze całe lato i do¬
piero -w zimie śnieg go zwalił.
Wkońcu doszło nawet do tego, że na mostku
założono trzy nowe deski, zaraz po tem, gdy Anty])
zwalił się z niego wraz z beczką i koniem do rowu.
Jeszcze nie zdołał wyzdrowieć z potłuczenia się,
a już mostek był poprawiony.
Kiedy ogrodzenie ponownie spadło, użyły sobie
trochę na tem krowy i kozy: zjadły tylko kilka
krzaków porzeczek i zaczęły ogryzać dziesiątą lipę,
ale jabłonek nie zaczepiły jeszcze, bo właśnie wy-
		

/Magazyn_133_09_187_0001.djvu

			170 -
dano rozporządzenie podeprzeć plot jak należy,
a nawet okopać go rowkiem.
Ale dostało się dobrze dwom krowom i kozie,
które przyłapano na gorącym uczynku, — obito im
boki, jak się patrzy!
Sni się jeszcze Ilji Iljiczowi wielki, ciemny, go¬
ścinny pokój w rodzicielskim domu, z jasionowe-
mi starożytnemi fotelami, pokrytemi pokrowcami,
z wielką niekształtną kanapą, obitą spłowiałym
błękitnym aksamitem w centki i jednym wielkim,
obitym skórą, fotelem.
Zbliża się długi wieczór zimowy.
Matka siedzi na kanapie, podgiąwszy nogi pod
siebie i powoli, leniwemi ruchami robi dziecinną
pończoszkę, ziewając od. czasu do czasu i skrobiąc
się drutem od pończochy w głowę.
Obok niej siedzą Nastaja Iwauówna i Pelagija
Ignatjewna i, wetknąwszy nosy w robotę, pilnie
bardzo coś szyją na święta dla Iljuszy, dla jego ojca
lub dla siebie.
Ojciec, założywszy ręce wtył, chodzi po pokoju
z kąta w kąt, zupełnie zadowolony. Siądzie w fotelu,
posiedzi trochę, potem wstanie, znowu chodzi,
pilnie przysłuchując się szelestowi własnych kroków.
Wreszcie zażyje tabaki, wytrze nos, znowu zażyje...
W pokoju mato wem światłem pali się jedna
łojówka — i to dozwolone było tylko w zimowe
lub jesienne wieczory. W czasie letnich miesięcy
wszyscy starali się kłaść spać i wstawali przy dzień-
nem świetle.
Działo się to częściowo z przyzwyczajenia, czę¬
ściowo dla oszczędności.
Wszystkiego, czego nie produkowano w domu,
lecz zdobywano kupnem, Obło mówcy bardzo skąpili.
12*
		

/Magazyn_133_09_188_0001.djvu

			— 180 —
Na przyjęcie gościa z całą gościnnością zarżną
oni tucznego indyka, albo tuzin kurcząt, ale zbyte¬
cznego rodzynka do potrawy nie dadzą, a twarz ich
blednieje na widok gościa, nalewającego sobie kie¬
liszek wina.
Wogóle jednak takiej rozrzutności tam nie by¬
wało: zrobiłby to chyba jakiś narwaniec, potępiony
przez opinję publiczną, ale takiego gościa do domu
nie wpuszczą.
Nie, nie takie tam bywały obyczaje: gość w tym
domu bez trzykrotnego zaproszenia nie dotknie się
do niczego. On wie doskonale, że jednorazowe za¬
proszenie zawiera raczej prośbę odmówienia propo¬
nowanej potrawy lub wina.
Nie dla każdego gościa zapalą dwie świece. Świe¬
ce kupowano w mieście za pieniądze, oszczędzano je
przeto, jak każdą rzecz kupioną. Wszystkie kupione
rzeczy przechowywały się pod kluczem samej pani
domu. Nawet ogarki od świec oszczędnie przecho¬
wywano i rachowano.
Naogół nie lubiono tam wydawać pieniędzy.
Chociażby coś było bardzo potrzebne, pieniądze na
to wydawano zawsze z wielkim żalem i to jeśli
wydatek był nieznaczny. Większym wydatkom to¬
warzyszyły zawsze jęki, żale i łajania.
Obłomowcy zdecydowani byli cierpieć raczej
niewygody wszelkiego rodzaju, nawet przyzwycza¬
jali się nie uważać ich za niewygody, byle nie wy¬
dawać pieniędzy.
Skutkiem tego i kanapa w bawialnym pokoju
była cała w plamach, dlatego skórzany fotel llji
Iwanowicza nazywano tylko skórzanym; w samej
zaś rzeczy zamiast skóry były tam jakieś strzępki
i sznurki; skóry pozostało tylko kawałek na tylnem
		

/Magazyn_133_09_189_0001.djvu

			181
oparciu, reszta od pięciu lat porwała się na strzępy
i odpadła. Może dlatego i wszystkie wrota były
zawsze krzywe i ganek się chwiał. Zapłacić za coś
najbardziej potrzebnego jednorazowo dwieście, trzy¬
sta, pięćset rubli, wydawało się im prawie samo¬
bójstwem.
Dowiedziawszy się, że jeden z młodych obywa¬
teli z okolicy jeździł do Moskwy i zapłacił tam za
tuzin koszul trzysta rubli, dwadzieścia pięć rubli za
buty i czterdzieści za kamizelkę, stary Oblomow
przeżegnał się i rzekł prędko z przerażeniem:
• — Takiego panicza trzebaby do więzienia wpa¬
kować.
Naogól byli obojętni na wszelkie polityczno-
ekonomiczne doktryny o konieczności szybkiego
i żywego obrotu kapitału, na zwiększenie produkcji
i jej wymianę. W prostocie duszy oni jedynie ro¬
zumieli i w życie wprowadzali zasadę — że kapital
najlepiej trzymać w żelaznym schowku.
Na fotelach w bawialnym pokoju siedzą i drzemią
zarówno gospodarze, jak i zwykli mieszkańcy Oblo-
mówki.
Śród siedzących najczęściej panuje milczenie —:
wszyscy przecież codziennie widują się ze sobą;
wzajemne tematy do rozmowy są już wyczerpane
i zbadane. Nowiny z zewnątrz przychodzą skąpo.
Cicho, słychać tylko ciężkie stukanie butów do¬
mowej roboty Ilji Iwanowicza. Zegar ścienny,
zamknięty w szafce, wydaje głuchy dźwięk wa¬
hadła i tylko szmer przerwanej lub odgryzanej zę¬
bami nici przez Pelagję Ignatjewnę lub Nastasję
Iwanównę przerywa głęboką ciszę.
Tak mija czasem pół godziny. Tylko kiedy
niekiedy ktoś ziewnie głośno, usta krzyżem świętym
		

/Magazyn_133_09_190_0001.djvu

			\
— 182 —
przeżegna i przemówi: Boże, zmiłuj sie nade
mną.
Za nim ziewnie sąsiad, potem drugi, jak gdyby
na komendą otwierają usta — i tak zaraźliwa roz¬
rywka obejdzie wszystkich. Czasem tylko u kogoś
przy mocniejszem ziewnięciu łza się ukaże.
Ilja Iwanowicz podejdzie do okna, spojrzy i po¬
wie z pewnem zdziwieniem:
—	Dopiero piąta godzina, a już tak ciemno.
—	Tak — ktoś odpowie — w tym czasie zwykle
ciemno, przychodzą długie wieczory.
Na wiosnę zdziwi się i ucieszy, że następują
już dnie dłuższe. Spytajcie jednak, poco im te
długie dnie — sami nie wiedzą.
I znowu wszyscy milczą.
Ktoś pocznie rozjaśniać świecę, która nagle zga¬
śnie. Wszyscy się wstrząsną.
—	Gość nieoczekiwany — ktoś powie koniecznie.
Czasem na ten temat nawiąże się rozmowa.
—• Któżby to mógł być ? — odezwie' się pani
domu. — Może Nastasj a Fiodorówna ? Ach, dalby to
Bóg! Ale nie, ona może dopiero przed świętami
przyjechać. Cóżby to była za radość! Tobyśmy
się nacałowały i napłakały razem! I na ranne na¬
bożeństwo, i na mszę razem. Ale nie zdążyłabym
za nią. Ja, chociaż młodszą jestem od niej, nie
potrafiłabym stać tak długo!
- A kiedyżto ona odjechała od nas? — spyta
Ilja Iwanowicz. — Zdaje się po świętym Kljaszu ?
—	Cóż, ty, Ilja Iwanowicz, naplączesz zawsze!
O wiele wcześniej wyjechała.
—	Zdaje się, że na św. Piotra i Pawła tu była —-
twierdzi Ilja Iwanowicz,
		

/Magazyn_133_09_191_0001.djvu

			— 183 —
—	Ty zawsze tak! — z wyrzutem odpowie żona.
— Sprzeczasz się — wstyd tylko.
—	Jakto nie, nie na Piotra i Pawła! Wtenczas
właśnie pierogi z grzybami ciągle bywały— ona tak
je lubi...
—	Ależ to Mar ja Onisimówna, ona lubi pierogi
z grzybami. Jak ty tego nie pamiętasz! Ale i Mar ja
Onisimówna nie na Eljasza, lecz na Prochora i Ni-
kanora była.
Rachunek czasu prowadzili Obłomowcy według
świąt. Działo się to może częściowo i dlatego, że
"z wyjątkiem starego Obłomowa, inni mylili się ciągle
w miesiącach i datach.
Zamilknie zwyciężony Ilja Iwauowicz i znowu całe
towarzystwo zastygnie w drzemce. Iljusza, scho¬
wawszy się za plecy matki, także drzemie, a czasem
zasypia zupełnie.
—	Tak — odezwie się wreszcie ktoś z gości,
westchnąwszy głęboko — mąż Marji Onisimówny
nieboszczyk co za chłop był, Bóg z nim, zdrowiu-
teńki — a umarł! Do sześćdziesięciu lat nie dociągnął.
Taki mógłby przecie żyć sto lat!
—	Wszyscy umrzemy, kiedy komu Bóg prze¬
znaczy! — mówi Pelagja Ignatjewua westchnąwszy.
Jedni umierają, a oto u Chłopowych, powiadają,
ledwie jedne chrzciny minęły, następują drugie.
Powiadają, że Anna Andriejewna znowu po połogu.
Byłoby to już szóste dziecko.
—	Czy to jedna Anna Andriejewna! — rzekła
gospodyni. — Gdy brata jej ożenią — to dopiero
posypią się dzieci. A kłopotów będzie — strach!
Młodzi dorastają — także żenić trzeba, potem córki
trzeba wydawać, a gdzie są starający się? Teraz
		

/Magazyn_133_09_192_0001.djvu

			— 194 —
każdy za posagiem patrzy, i posag musi być w go¬
tówce...
—- O czem to wy rozmawiacie ? — spytał IIja
Iwanowicz, zbliżywszy się do rozmawiających.
—	A mówimy, że...
Powtarzają mu całą rozmowę.
—	Ot, życie ludzkie!—akcentem pocieszającym
odezwał się Ilja Iwanowicz. — Jeden umiera, drugi
się rodzi, trzeci żeni się, a my wszyscy starzejemy
się nietylko z roku na rok, ale z dnia na dzień!
Czem się to dzieje ? Czyżby to nie było dobrze,
gdyby każdy dzień był podobny do wczorajszego,
a jutro jak wczoraj. Smutno się robi, kiedy
o tern pomyślisz...
—	Stary, się starzeje, a młody rośnie — odezwie
się z kąta jakiś cienki głos.
—	Trzeba Bogu dziękować za to, co jest i nie
myśleć o niczem! — ostro zauważyła gospodyni.
—	Prawda, prawda! — lękliwie ale szybko po¬
wiedział Ilja Iwanowicz, któremu zachciało się
trochę pofilozofować — począł znowu mierzyć kro¬
kami pokój.
Znowu długie zapanowało milczenie, słychać
było tylko szelest nici.
Czasem gospodyni przerwie milczenie.
—	Tak, ciemno na dworze... — odezwie się.—
Gdy, Bóg da, doczekamy świąt, przyjadą swoi
w odwiedziny i będzie weselej. Nie spostrzeżesz, jak
minie wieczór. Gdyby Melanja Petrowna przy¬
jechała — toby dopiero było wesoło! Czego ona
nie wymyśli! I z ołowiu wrylewać, i wosk topić, i za
wrota wybiegać chłopów o imiona pytać — wszystkie
dziewki zbałamuci. Zabawy różne wymyśla... taką
już jej natura!
		

/Magazyn_133_09_193_0001.djvu

			—	Światowa kobieta — zauważył jeden ze słu¬
chaczy. — Przed trzema laty ona także wymyśliła
ślizgawkę z gór... wtedy, kiedy Luka Sawicz czoło
sobie rozbił.
Wszyscy ożywili się nagle, spojrzeli na Lukę
Sawicza i śmiać się poczęli.
Jak to było, Luka Sawicz, opowiedz nam —
mówi Ilja Iwanowicz i śmieje się do rozpuku.
—	O czem tu gadać ! — odpowiada Luka Sawicz
trochę zagniewąny. —Wszystko to wymyślał Aleksiej
Naumycz. Nic podobnego nie było wcale.
—	He !—odezwali się wszyscy chórem. — Jakto
nic nie było! Przecież my żyjemy jeszcze i pamię¬
tamy... A leb, leb... dotychczas szramę widać!
I znów śmiecli powszechny.
—' Jest tu się z czego śmiać... —stara się przerwać
ten wybuch Luka Sawicz. — Jabym... i nie tego...
ale ten Waśka zbój... saneczki stare podsunął...
rozlazły się pode mną... a ja wtedy...
Powszechny śmiech zagłuszył jego opowiadanie.
Nadaremnie usiłował dokończyć historję wypadku,
śmiech opanował całe towarzystwo, przeszedł do
przedpokoju, do garderoby, ogarnął dom cały.
Wszyscy przypomnieli sobie zabawny wypadek,
i śmiali się długo, ciesząc się, jak bogowie olim¬
pijscy. Ledwie śmiech przygłuszy się nieco, znowu
ktoś doda jakiś szczegół — i znowu wybuch.
Wkońcu z trudem uspokoili się wszyscy.
A teraz na święta będziesz saneczkował,
Luka Sawicz ? — spytał pomilczawszy chwilkę Ilja
Iwanowicz.
Znowu wybuch śmiechu, trwający dziesięć minut.
—	A możeby kazać Antypce w czasie postu
znowu górkę do saneczkowania przygotować? —
		

/Magazyn_133_09_194_0001.djvu

			— 186 —
rzeki Obłomow. — Łuka Sawicz wielki amator
saneczkowania... radby już zacząć...
L,ecz śmiech całego towarzystwa przerwał mu
mowę.
—	Ale czy saneczki cale ? — ktoś spytał, wstrzy¬
mując się od śmiechu.
Znowu śmiech.
Długo śmieli się wszyscy. Nareszcie poczęli uspo¬
kajać się powoli. Jeden ocierał łzy, drugi nos,
trzeci straszliwie zakaszlał się i pluł, z trudem
mówiąc:
—	Ach, Boże mój ! Mało mnie kaszel nie za¬
dusił. Naśmiałem się wtedy, jak Boga kocham!
Prawdziwy grzech! J ak on wtedy grzbietem do
góry, a poły kaftana — na dwie strony...
Tu nastąpił ostateczny, najdłużej trwający wy¬
buch śmiechu, a potem wszystko ucichło. Jeden
westchnął, drugi ziewnął głośno, przygadując, wresz¬
cie zapanowało milczenie.
Słychać było tylko ruchy wahadła zegara, stu¬
kanie butów Obłomowa i lekki trzask odrywanej nici.
Nagle Ilja Iwanowicz stanął pośród pokoju
i z twarzą przerażoną chwycił się za koniec nosa.
—	Cóż to znowu za bieda przyczepiła się?
Patrzcie! — zawołał. — Ktoś umrze... świerzbi mnie
koniec nosa...
—	Ach, mój Boże! —- klasnąwszy w dłonie
krzyknęła żona. — Ktoś umrze nie wtedy, kiedy
koniec nosa świerzbi, ale kiedy świerzbi siodełko na
nosie. Ty Ilja Iwanowicz, jakże ty nie pamiętasz
tego. To samo powiedz kiedyś przy gościach —
a wstydu się nałykasz...
—	A cóż to znaczy, jeżeli tylko koniec nosa
świerzbi ? — zawstydzony spytał Ilja Iwanowicz.
		

/Magazyn_133_09_195_0001.djvu

			— 187 —
—	To znaczy do kieliszka zaglądać... a ty o umar¬
łym pleciesz!
—	Wszystko się mąci! — rzekł U ja Iwanowicz.
Trudno zapamiętać: to z boku nos świerzbi, to
na końcu, to brwi...
—	Jeśli z boku — podchwyciła Pelagja Iwa-
nówna — to oznacza nowinę, jeśli brwi — to ktoś
będzie płakał, jeśli czoło — będzie się kłaniał;
z prawej strony świerzbi u mężczyzny, z lewej —
u kobiety. Jeśli świerzbią uszy — to na deszcz,
usta — będzie się ktoś całował, wąsy — prezenty
zjadać, łokcie — spanie na nowem miejscu, po-
deszwy — oznaczają podróż.
—	No, Pelagja Iwanówna maładica! — zawy¬
rokował Ilja Iwanowicz. — A jeszcze... jeśli potylica
swędzi — to masło będzie tanie...
Damy poczęły się śmiać i szeptać sobie do uclia,
niektórzy z mężczyzn się uśmiechali. Zdawało się,
że znowu śmiech wybuchnie, ale w tej chwili usły¬
szano w pokoju odgłos podobny do warczenia psa
i prychania kota, kiedy zamierzają rzucić się na
siebie. To zegar począł wybijać godzinę.
—	He! Dziewiąta godzina — z radosnem zdzi¬
wieniem krzyknął Ilja Iwanowicz. — Patrzaj! Nie
spostrzegliśmy, jak czas minął! Hej! Waśka!
Wańka ! Mo tka!
We drzwiach stanęły trzy zaspane twarze.
—	Cóż, wy nie nakrywacie do stołu ? — ze
zdziwieniem i gniewem zapytał Obłomow. — Żaden
z was nie pomyśli o nas. No, czegóż czekacie?
Prędzej! Dawać wódkę!
—	Otóż dlatego koniec nosa swędził! — za¬
uważyła Pelagja Iwanówna. — Będzie pan pił
wódkę i zaglądnie do kieliszka.
		

/Magazyn_133_09_196_0001.djvu

			— 188 —
Po wieczerzy, pocałowawszy się między sobą
i przeżegnawszy siebie wzajemnie, wszyscy odchodzą
do swoich łóżek i sen ogarnia ich spokojne głowy.
Widzi Ilja Ilicz nie jeden i nie dwa takie wieczory
ale dnie, miesiące, lata uchodzą w przeszłość tak
samo.
Nie* nie naruszało jednostajności takiego życia,
a Obłomowcom ono nie ciążyło. Nie wyobrażali też
sobie, że można żyć inaczej, a gdyby mogli — to
tej zmiany ze strachem byliby się wyrzekli.
Innego życia i nie pragnęli i nie lubiliby.
Przykro by im było, gdyby zaszły jakieś okoli¬
czności, któreby wpłynęły na zmianę tego trybu
życia. Żąłby zagryzł ich, gcłyby jutro miało być nie¬
podobne do dnia dzisiejszego, a pojutrze do jutra.
Poco im rozmaitości, przemiany, innego życia,
czego tak pragną niektórzy? Niech też inni piją
z tej czary, a im, Obłomowcom, nic do tego. Niecli
sobie inni żyją, jak chcą.
Wszelkie zmiany, choćby nawet i na dobre,
wymagają kłopotów, trosk, biegania. Nie siedź na
miejscu — handluj, pisz, ruszaj się, — to nie żarty!
Obłomowcy przez całe dziesiątki lat sapali,
drzemali, ziewali albo śmiali się dobrodusznie, za-
dowalniając się wiejską wesołością, lub zebrawszy
się w kółko, opowiadali sobie, co kto widział we
śnie.
Jeśli sen był straszny, wszyscy zamyślali się nad
tern, lękając się naprawdę; jeśli proroczy — wszyscy
szczerze cieszyli się albo smucili, stosownie do
tego, czy sen był wesoły lub smutny. Jeśli sen
wymagał jakiej ostrożności — natychmiast starano
się zapobiec temu.
Jeśli nie to, to grają w duraka lub ,,kozyr“.
		

/Magazyn_133_09_197_0001.djvu

			- 189 —
ii w święta z gośćmi w bostona, albo kładą wielkie
„pasjanse“, wróżą na króla czerwiennego lub na
żołędną damę, przepowiadając małżeństwo.
Czasem przyjedzie jakaś Natalja Fadiejewila
w gościną na tydzień lub dwa. Z początku starsze
kobiety zrobią przegląd całej okolicy, kto i jak
żyje, co robi. Zaglądną nietylko do małżeńskiego
życia, ale nawet w zakulisowe jego strony, w naj¬
tajniejsze pomysły i zamiary każdego, wlezą do
duszy jego, wyłają, osądzą winnych, a najsurowiej
niewinnych mężów. Potem wyliczą, gdzie i jakie
były imieniny, chrzciny, urodziny, kto i czem trak¬
tował, kogo proszono, a kogo nie.
Zmęczywszy się tem, poczną sobie wzajemnie
pokazywać nowe suknie, płaszcze, nawet spódnice
i pończochy. Gospodyni chwali się płótnem, nićmi,
koronkami domowej roboty.
Ale i ten temat wyczerpie się. Wtenczas spę¬
dzają godziny na piciu kawy, herbaty, na spoży¬
waniu konfitur. Potem dopiero zaczyna się mil¬
czenie.
»Siedzą długo, spoglądając na siebie wzajemnie,
niekiedy ciężko wzdychając. Czasem któraś zapłacze
bez powodu.
—	Co tobie, ma tuszka ? — spyta ktoś z przera¬
żeniem.
—	O, smutno, gołąbeczko — odpowiada gość
z westchnieniem. — Rozgniewaliśmy grzeszni Pana
Boga... Nic dobrego spodziewać się nie możlla.
—• Ach, nie strasz, nie trwóż nas! — przerywa
gospodyni.
—	Tak, tak — twierdzi tamta. — Ostatnie dnie
przyszły... jeden naród na drugi powstanie, jedno
		

/Magazyn_133_09_198_0001.djvu

			190 —
carstwo na drugie... nastąpi koniec świata, Nataljo
v. -o Fadiejewno — i obie płaczą rzewnie.
Żadnego powodu do tego ze strony Natalji
Fadiejewny nie było i nikt na nikogo nie powstawał,
nawet komety w tym roku nie było, ale stare kobiety
miewają czasem smutne przeczucia.
Rzadko bardzo takie przepędzanie czasu prze¬
rywa jakiś nadzwyczajny wypadek: kiedy naprzy-
kład, wszyscy w całym domu, od wielkiego do małego,
zaczadziej ą.
O innych chorobach nie słychać było ani w domu,
ani na wsi, chyba ktoś po nocy natknie się na jakiś
dół, spadnie ze strychu z sianem, albo z dachu
spadnie deska i łeb komuś rozwali.
Ale wszystko to zdarzało się rzadko, a wobec
takicli nieprzewidzianych wypadków stosowano do¬
mowe, wypróbowane środki lecznicze: rozcierano
bolące miejsce przed zorzą, dawano wypić święconej
wody, coś poszeptano — i wszystko mijało.
Zaczadzenie zdarzało się dość często. Wtenczas
wszyscy nieruchomo leżeli na łóżkach, słychać było
jęki i westchnienia. Jeden okłada sobie głowę kiszo-
nemi ogórkami i zawiąże ją ręcznikiem; drugi kładzie
żurawiny do uszu i wącha chrzan, trzeci w jednej
koszuli wychodzi na mróz, czwarty leży bez czucia
na podłodze.
Zdarzało się to perjodycznie raz lub dwa razy na
miesiąc, bo ciepła nie lubiano puszczać daremnie do
komina i zamykano zasuwy pieców, kiedy w nich
jeszcze paliły się ogniki, jak w „Robercie djable“.
Ani do leżanki, ani do żadnego pieca nie można było
przyłożyć ręki, ażeby bąbel nie wyskoczył.
Raz tylko jednostajność tego życia przerwana
została wypadkiem rzeczywiście nieoczekiwanym.
		

/Magazyn_133_09_199_0001.djvu

			— 191 —
Gdy, odpocząwszy po ciężkim obiedzie, wszyscy
zeszli się na herbatę, powrócił z miasta obłomowski
mużyk i długo szukał czegoś w zanadrzu; znalazł
nareszcie zmięty list na imię II j i Iwanowicza Obło-
rnowa.
Wszyscy zaniemieli. Gospodyni nawet pobladła
trochę na twarzy. Wszystkich oczy zwróciły się
i nosy pochyliły w stronę listu.
Co za niespodzianka ! Od kogo to być może ?
— oprzytomniawszy trochę, spytała żona.
Oblomow ujął list i z podziwem obracał go
w ręku, nie wiedząc, co począć.
—	Skąd go wziąłeś? — pytał muzyka. —Kto ci
go dał ?
—	W zajeździe, w mieście, tam gdziem się za¬
trzymał — mówię ci. Z poczty dwa razy przycho¬
dzili pytać, czy niema tu jakiego mużyka z Obło-
mówki... jest list do waszego barina...
- No ?
—	No... ja najprzód schowałem się... sołdat
z listem odszedł. Ale djaczek z Wierchłówki widział
mnie i powiedział... Sołdat przyszedł raz drugi.
A jak przyszedł drugi raz, począł mnie łajać i oddal
list... piętaka zapłaciłem. Pytam go: cóż mam
z listem robić ? Gdzie go oddać ? Kazano oddać
waszej miłości.
—	Pocożeś go wziął? — gniewnie zapytała
barinia.
—	Ja nie chciałem. Naco nam ten list? Nam
nie trzeba. Nam, powiadam, nie kazano brać listów,
nie śmiem brać... idźcie sami z listem! Ale sołdat
począł mię strasznie łajać... chciał się naczalstwu
na mnie skarżyć... więc wziąłem.
—	Durak! — zakończyła barinia,
		

/Magazyn_133_09_200_0001.djvu

			— 192 —
—	Od kogo to może być ? — w zamyśleniu pytał
Oblomow, przypatrując sie adresowi.
Pismo jak gdyby znajome... .
Xyist począł krążyć z rąk do rąk. Poczęto roz¬
prawiać, odgadywać, od kogo i coby tam być mogło ?
Wszystkich ogarnęła niepewność.
Ił ja Iwanowicz kazał wyszukać okulary. Z pół-
tory godziny szukano. Nałożył na nos i już miał
zamiar list otworzyć...
—	Daj pokój! Nie otwieraj! IIja Iwanowicz —
z trwogą zatrzymała żona jego rękę — kto to wie,
jaki to list... Jeszcze się może nieszczęście jakie
przytrafić. Wiesz, jacy teraz ludzie na świecie!
Jutro albo pojutrze przeczytasz — nie ucieknie.
Obłomow list wraz z okularami schował pod
klucz. Wszyscy usiedli do herbaty. Iyist mógłby
tam lata cale przeleżeć, gdyby nie był zjawiskiem
niezwykłem w Obłomówce i nie zaniepokoił umysłów
wszystkich. Przy herbacie, jeszcze na drugi dzień,
nie było innej rozmowy — tylko o liście.
Nareszcie cierpliwość pękła. Czwartego dnia ze¬
brali się wszyscy i z trwogą list rozpieczętowali.
Obłomow spojrzał na podpis.
—	Radiszczew!—przeczytał. — A... to przecież
od Filipa Matwiejewicza !
—	A... a... e... e... Otóż od kogo! — dało się
słyszeć ze wszystkicli stron. — To on jeszcze żyje
dotychczas? Patrz! Jeszcze nie umarł! No, chwała
Bogu! Co też on pisze ?
Obłomow począł czytać głośno. Pokazało się, że
Filip Matwiejewicz prosi o przepis na robienie piwa,
które zwykle doskonale warzyli w Obłomówce.
—	Posłać! Posłać mu! — krzyknęli wszyscy.
-— Trzeba napisać list...
		

/Magazyn_133_09_201_0001.djvu

			193
Upłynęło ze dwa tygodnie.
—	Trzeba, trzeba napisać! — mówił Ilja Iwa¬
nowicz do żony. — Ale gdzie przepis ?
—	A gdzie ? — pytała żona. — Trzeba poszukać...
Poszukaj, czego się śpieszysz... Da Bóg, doczekam}'
świąt... zjemy święcone... Wtedy napiszesz... nie
ucieknie...
—	W rzeczy' samej, w czasie świąt napiszę —
odrzekł Ilja Iwanowicz.
W czasie świąt znowu o liście było mowa. Ilja
Iwanowicz zebrał się nareszcie napisać. Poszedł do
swego gabinetu, nałożył okulary i usiadł przy stole.
W domu zapanowała niezmącona cisza. Usłudze
nakazano nie stukać i nie hałasować. Barin pisze ! —
mówili jedni drugim głosem trwożliwym i powa¬
żnym, jakim zwykle mówią w domu, gdy leży trup
na katafalku.
L,edwie tylko napisał: Wielmożny Panie —-
powoli, krzywo, drżącą rękąitak ostrożnie, jak gdyby
robił coś niebezpiecznego, gdy weszła żona.
—	Szukałam; szukałam — niema przepisu! —
powiedziała. — Trzebaby jeszcze poszukać w sypial¬
nym pokoju w szafie.
—	Pocztę trzeba wysłać — odparł Ilja Iwanowicz.
—	A ileż to kosztuje ?
Oblomow wyszukał stary kalendarz.
—	Czterdzieście kopiejek — rzekł.
—	Czterdzieście kopiejek na głupstwo wyda¬
wać!— zauważyła żona. — Poczekamy lepiej, może
jaka okazja będzie do miasta. Każ chłopom,
ażeby się dowiadywali.
—	W samej rzeczy, okazją lepiej — odpowie¬
dział Ilja Iwanowicz — strząsnął pióro, zamknął
kałamarz i zdjął okulary.
Oblomow. T. I.	,	13
		

/Magazyn_133_09_202_0001.djvu

			— 194 —
-— Istotnie, tak będzie lepiej — zakończył.
Nie ucieknie, zdołamy jeszcze wysłać.
Niewiadomo, czy Fiłip Matwiejewicz doczekał
się przepisu.
Ilja Iwanowicz brał nawet czasem książkę do ręki,
wszystko jedno jaką. Nie przypuszczał nawet,
że czytanie może być jakąś potrzebą. Uważał
je poprostu za zbytek, za coś tąkiego, bez czego
można się obejść bardzo łatwo, tak samo, jak można
zawiesić obraz na ścianie, ale można i nie wieszać;
można pójść na przechadzkę, ale można i nie
pójść. Dlatego też było dla niego rzeczą obo¬
jętną, jaką książkę czyta. On patrzył na nią, jak
na rozrywkę, z nudów, kiedy nic nie było do roboty.
— Dawno już nie czytałem książki — powie.
Albo niekiedy zmieni frazes: ano, poczytani trochę,
—- albo wprost bez myśli żadnej, wypadkiem z nie¬
wielkiej kupy książek, które mu po bracie zostały,
wyjmie pierwszą lepszą. Czy Golikow wpadnie
mu do ręki, czy ,,Sennik najnowszy“, Cheraskowa
„Rossiada“, czy coś »Sumarokowa, czy wkońcu
jakieś wiadomości z przed trzech lat — wszystko
mu jedno, wszystko czytał z jednakową przy¬
jemnością, dodając od czasu do czasu:
— Uważasz, co wymyślił! Prawdziwy rozbój¬
nik ! Oby ci pusto było!
Wykrzykniki te odnosiły się do autorów, którzy
wogóle w oczacli jego nie cieszyli się żadnym sza¬
cunkiem. Miał on dla pisarzy szczególnego rodzaju
lekceważenie, jakie miewali ludzie dawnych cza¬
sów... Wszelkiego rodzaju pisarzy uważał za weso¬
łych chłopców, hulaków, pijaków i takich zaba-
wiaczy publiczności, jak, dajmy na to — tancerzy
bałaganowych, linoskoczków.
		

/Magazyn_133_09_203_0001.djvu

			195 -
Czasem, z gazety z przed trzech lat, przeczyta coś
obecnym lub opowie.
—	Oto z Hagi piszą — powiadał — że J. K.
Mość Król raczył szczęśliwie powrócić do pałacu,
z krótkotrwałej podróży — i przy tej sposobności
przez okulary obejrzy wszystkich swoich słuchaczy.
Albo też.
—	W Wiedniu taki a taki poseł otrzymał swoje
kredy ty wy.
—	A tu oto piszą — czytał dalej — że powieści
pani Genlis przełożone zostały na język rosyjski.
—	Nato zapewne tłumaczą — zauważy ktoś zę
słuchaczy — ażeby od naszego brata dworjanina
wytumaniać pieniądze.
A biedny Iljusza jeździ a jeździ do Sztolca na
naukę, hedwie się obudzi w poniedziałek, już
go smutek ogarnia. Słyszy ostry głos Waśki z ganku:
—	Antijka! Zakładaj bułanego, panicza do
Niemca odwieźć!
Serce mu zadrży. Zasmucony przychodzi do
matki. Matka wie poco i pocznie pigułkę ozłacać,
wzdychając na samą myśl tygodniowej rozłąki
z synalkiem.
Nie wiedzą, czem go nakarmić tego ranka —
napieką bułeczek, rogalików, dadzą mu wędliny
do koszyka, suchych i mokrych przysmaków, a na¬
wet specjałów spożywczych. We wszystko to
zaopatrywano go pod tym pretekstem, że u Niemca
chude pożywienie.
—	Tam się nie nakarmisz — mówili Obto-
mowcy, — na obiad dadzą ci zupkę, pieczeń, kar¬
tofli, a na wieczerzę — ,,morgen fri, nos utri“.
Najczęściej Ilji Iljiczowi śnią się takie poniedział¬
ki, kiedy nie słyszy głosu Waśki, nawołującego do
13*
		

/Magazyn_133_09_204_0001.djvu

			zaprzęgania bułanego konia i kiedy matka przy
rannej herbacie wita go uśmiechem i przyjemną
nowiną:
—	Dzisiaj nie pojedziesz. W czwartek wielkie
święto, nie warto na trzy dni jeździć.
Albo nagle zakomunikuje mu:
—	Dziś tydzień pełen kłopotów — nie do
nauki! Będą piec bliny !
A jeśli i nie ta przeszkoda, to matka w ponie¬
działek, popatrzywszy pilnie na niego, powie:
—	Cóż to dzisiaj, oczy masz takie nieświeże.
Zdrów jesteś ?
Pokiwa głową.
Chytry chłopak zdrowiuteńki, ale milczy.
—	Zostań przez ten tydzień w domu, a potem,
zobaczymy, co Bóg da.
Wszyscy w domu byli przekonani, że nauki
i kłopoty domowe nigdy nie powinny łączyć się
ze sobą, albo że święto w czwartek jest nieprze¬
kraczalną przeszkodą do nauki na cały tydzień.
Chyba tylko jakiś służący albo dziewka, których
wyłają za panicza, mruknie:
—	Pieszczoszek! Obyś już prędko do swego
Niemca odjechał!
Czasem się zdarza, że An typka we środku ty¬
godnia zjawia się u Niemca na swoim bułanym
koniu, aby zabrać Ilję Iljicza.
—	Przyjechała — powiada — Mar ja Sawiszna
lub Natalja Fadiejewna w gościnę, albo Kuzowkowie
z dziećmi, proszę wracać do domu!
Czasem przez trzy tygodnie Iljusza próżnuje
w domu, a potem — patrz — już i do wielkiego
tygodnia niedaleko, potem święta, potem ktoś
w domu, niewiadomo dlaczego, zadecyduje, że
		

/Magazyn_133_09_205_0001.djvu

			107
w Fominym tygodniu nie uczą się. Do lata pozostają
dwa tygodnie — nie warto jechać, a w lecie i sam
Niemiec wypoczywa —■ można tedy nauką zostawić
do jesieni.
Wszystko to, wziąwszy w rachubą, pokazuje
sią, że Ilja Iljicz pół roku próżnuje, ale jak rośnie
przez ten czas! J akiej tuszy nabierze! J ak sypia
dobrze! Nie nacieszą sią nim w domu, przeciwnie,
uważają, że gdy wraca w sobotą od Niemca, bywa
chudy i blady.
—	Czy to o nieszcząście trudno! — mówili
ojciec i matka. — Nauka nie ucieknie, a zdrowia
kupić nie można; zdrowie najdroższe mu w życiu.
Widzisz, on z nauki przyjechał, jakby ze szpi¬
tala wyszedł... Ciałka mu spadnie... chudziutki
taki... a swawolnik — radby tylko biegać.
—	Tak — zauważał ojciec — nauka, to nie nasz
brat! Najsilniejszego w barani róg skrąci!
Kochający dziecko rodzice ciągle wynajdywali
powody do zatrzymywania syna w domu. Po¬
wodów, poza świątami, nie brakło nigdy. W zimie
zdawało sią nieraz, że — za zimno, w lecie — za
gorąco, nie można jechać, a czasem i deszcz zacznie
padać, w jesieni słota przeszkadza. Czasem Antipka
niepewny — patrzy jakoś niedobrze, pokaże sią,
że sią upił, może być bieda — w drodze zagrząźnie,
przewróci sią.
Obłomowcy usiłowali jednak powodom tym na¬
dać jak najwiącej pozorów słuszności w swoich
własnych oczach, a szczególnie w oczach Sztolca,
który w oczy i poza oczy donerweterował na takie
niedbalstwo.
Czasy Prostakowycli i Skotininycli dawno już
minęły. Przysłowie: „wiedza to światło, a nie-
		

/Magazyn_133_09_206_0001.djvu

			198
wiedza — ćma“ błądziło już po wsiach i siołach
wraz z książkami, rozwożonemi przez wędrownych
księgarzy.
Starzy ludzie rozumieli potrzebę wykształcenia,
ale oceniali je tylko zewnętrznie. Widzieli, że ci
i owi zajmowali stanowiska poważne, otrzymywali
,,czyny“, ,,chresty“ i pieniądze nie inną drogą,
jak tylko przez naukę; widzieli, że krucho bywało
ze starymi kancelaryjnymi urzędnikami, zagorza¬
łymi służbistami i wielbicielami dawnych metod,
przyzwyczajonymi do „kawyczek“ i „kruczków“.
Poczęły krążyć złowieszcze wieści o konie¬
czności nietylko umiejętności pisania, ale i o po¬
trzebie innych, niesłychanych dotychczas nauk.
Między tytułem radcy a kolegjalnym asesorem
była przepaść; ażeby przejść przez most, trzeba
było posiadać stopień naukowy.
Starzy służbiści, wychowankowie rutyny i ku-
banów, wymierali. Wielu z nich, którzy jeszcze nie
zdołali umrzeć, usunięto ze stanowiska z powodu
niedostateczności wiedzy, innym wytoczono pro¬
cesy; najszczęśliwsi byli ci, którzy, pożegnawszy
się z nowym porządkiem, usunęli się dobrowolnie
i schronili do spokojnych kątów, nabytych nie¬
zbyt — uczciwemi środkami.
Obłomowcy rozumieli, o co chodzi, rozumieli
potrzebę wykształcenia, ale tylko z punktu wygody
materjalnej. O wewnętrznej potrzebie nauki mieli
wszakże pojęcie bardzo niewyraźne i dalekie od
istoty rzeczy. Chcieli też i dla swego IIj uszy
zdobyć jakieś świetne przywileje.
Marzyli dla niego o złotem haftowanym* mun¬
durze radcy w najwyższej izbie, —^ matce
śniło się nawet gubernatorstwo. Ale godności te
		

/Magazyn_133_09_207_0001.djvu

			chcieliby zdobyć byle jak, jak najtaniej, rozmaitemi
sztuczkami ominąć rozrzucone na drodze do nauki
i godności kamienie i przeszkody, bez trudu prze¬
skakiwać przez nie, — — uczyć się lekuchno, jak
najmniej, nie wyczerpując duszy i ciała, nie do
utraty błogosławionej, w dziecinnych latach zdo¬
bytej tuszy, a tak sobie, byle tylko zachować prze¬
pisane formalności i zdobyć w jakiś sposób dyplom,
opiewający, że Iljusza „przeszedł wszystkie nauki
i sztuki“.
Cały ten obłomowski system wychowania na¬
potkał silną opozycją w systemie Sztolca. Walka
z obu stron była ciężka. Sztolc prosto, ale jawnie
i uporczywie zwalczał przeciwników, którzy uchy¬
lali się od ciosów w różny sposób, opisany już przez nas.
Decydujące zwycięstwo nie przechylało się.
Może niemiecka wytrwałość zwyciężyłaby sko¬
stniałość Obłomowców, ale Niemiec spotkał prze¬
szkodę na własnej swojej stronie. Rzecz w tem,
że syn Sztolca psuł Obło mowa: podpowiadał mu,
lub robił za niego lekcje i przekłady.
IIji Iljięzowi jasno przedstawia się we śnie własne
jego życie w domu rodzicielskim i życie u Sztolca.
W domu, ledwie się obudzi, już przy łóżku
stoi Zacharko, późniejszy znakomity jego kamer¬
dyner, Zachar Trofimowicz.
Zachar, jak niegdyś niańka, naciąga mu skar¬
petki, buty, a Iljusza, już czternastoletni chłopak,
robi tyle tylko, że leżąc podstawia mu jedną
lub drugą nogę, a gdy się coś wyda mu nie według
myśli, rżnie go nogą w nos.
Gdy niezadowolony Zacharko się poskarży,
to od starych otrzymuje jeszcze dodatkowego sztur-
chańca.
		

/Magazyn_133_09_208_0001.djvu

			— 200 —
Potem Zacharko rozczesuje mu włosy grzebieniem,
wciąga kurtką, ostrożnie wsuwając ręce Ilji Ilicza
do rękawów, aby go nie utrudzać zbytecznie i przy¬
pomina mu, że trzeba jeszcze zrobić to i owo, umyć
się rano lub t. p.
Gdy IIja Iljicz zapragnie czego, dość mu tylko
skinąć ręką, a kilkoro sług rzuca się, by mu usłużyć;
chce coś wziąć, a nie może dosięgnąć, zapragnie
czegoś, coś mu trzeba przynieść, i jako chłopiec
młody chętnieby sam sobie usłużył, ojciec, matka,
trzy ciotki w jeden głos się odezwą:
— Dokąd? Czego? A Waśka? A Wańka?
A Zacharko poco ? Hej ! Wańka, Waśka! Za¬
charko! Coż wy gapie patrzycie? Ja wam...
I nie udało się nigdy Ilji Iljiczowi zrobić coś
dla siebie samemu.
Wkrótce przekonał się, że jest to daleko wy¬
godniej — i nauczył się pokrzykiwać.
Czy zejdzie ze wschodów, czy wyjdzie na dzie¬
dziniec — nie obejdzie się bez troski, aby nie upadł,
nie potłukł się.
Gdy zechce w zimie wyjść do sieni albo otwo¬
rzyć okno, aby odświeżyć powietrze, zaraz woła¬
nia: dokąd? jak można? Nie biegaj, nie chodź,
nie otwieraj — przeziębisz się...
Iljusza nie bez zmartwienia zostawał w pokoju,
pielęgnowany, jak kwiatek egzotyczny w cieplarni,
pod szkłem, rósł powoli, blado.
Niekiedy budzi się taki żywy i świeży, taki
wesoły; czuje, że coś w nim gra, kipi, jak gdyby
wskoczył w niego jakiś djablik, który go drażni
i jakby zaprasza, aby wlazł na dach, siadł na konia
i popędził w pole, na łąkę, gdzie koszą siano, albo
skoczył na płot, aby rozdroczyć psy wiejskie.
		

/Magazyn_133_09_209_0001.djvu

			201
Czasem chciałby pędem przelecieć przez wieś,
potem w pole, w zarośla, do brzozowego gaju,
albo w trzy skoki zlecieć na dno parowu, albo
z chłopakami pobawić się w śnieżki lub po mo¬
cować się z nimi.
Djablik jakiś wewnątrz siedzący wciąż go pod¬
nosi, Wstrzymuje się, krzepi, wkońcu nie wytrzy¬
ma i nagle bez czapki, jednym skokiem z gan¬
ku — już jest na dworze, za bramą, uchwyci po dro¬
dze parę garści śniegu i pędzi do kupy chłopaków.
Świeży wiatr jak nożem rżnie mu twarz,
mróz szczypie w uszy, usta i chłód w gardło wla¬
tuje, a pierś całą ogarnia jakaś radość. Pędzi, ile
nóg starczy, krzyczy, śmieje się.
Dopadł chłopaków, — bęc śnieżką, — nie
trafił, ledwie chciał drugą śnieżkę zrobić, gdy
w twarz go uderzyła cała bomba śniegu. Upadł,
boli go, bo nie przywykł do tego, ale wesół,
śmieje się, choć oczy łez pełne...
W domu tymczasem gwałt się zrobił — Iljuszy
niema! Na dziedziniec wyskoczył Zacharko, za
nim Waśka, Mitka, Wańka, biegną wszyscy jak
opętani przez dziedziniec.
Za nimi pędzą dwa psy, chwytając ich za pięty,
gdyż, jak wiadomo, nie mogą obojętnie patrzeć
na pędzącego człowieka.
L/udzie pędzą z krzykiem i jękiem, psy szcze¬
kają— wszystko leci przez wieś.
Dobiegli do chłopaków i rozpoczęli rozprawę
po swojemu: jednego za łeb, drugiego za uszy,
innego w potylicę, dostało się groźby i ojcom.
Potem dopiero opanowali panicza: ubrali go
w przyniesioną szatę ojcowską, okutali dwiema
kołdrami i z triumfem na ręku przynieśli do domu.
		

/Magazyn_133_09_210_0001.djvu

			202 -
W domu już go mieli za zaginionego, Gdy
jednak ujrzano go zdrowego i całego, radość rodzi¬
ców była nie do opisania. Podziękowano Panu Bo¬
gu za wybawienie go z nieszczęścia, napojono miętą,
odwarem bzu, na noc nastojem z malin i przez
trzy dni przetrzymano go w pościeli. Dla niego
jedno tylko było lekarstwo — znowu polecieć
i bawić się w śnieżki.
		

/Magazyn_133_09_211_0001.djvu

			t
X.
Gdy tylko chrapanie Ilji Iljicza doszło do uszu
Zachara, zeskoczył ostrożnie, bez szmeru z le¬
żanki, wysunął się na palcach do sieni, zamknął
drzwi na klucz i wyszedł za bramę.
—	A, Zachar Trofimycz! Prosimy bardzo!
Dawno nie było was widać — mówili różnemi
głosy furmani, lokaje, baby, chłopaki.
—	Cóż tam z waszym ? Wyszedł, czy co ? —
spytał stróż podwórzowy.
—	Spi, aż chrapie ! —ponuro odpowiedział Zachar.
—	Cóż takiego? — pytał kuczer.—Wcześnie
jeszcze spać o tej porze. Niezdrów, czy co ?
—	Ha! Niezdrów! Nalizał sią! — odpowie¬
dział Zachar takim, tonem, jak gdyby wierzył w to,
co mówił. — Nie uwierzycie — sam jeden wypił
półtory butelki Madery.
—	E... — z zazdrością rzucił kuczer.
—	Cóż to on dzisiaj tak sobie podhulal ? —
spytała jedna z kobiet.
—	Nie, Tatjana Iwanówna! — odpowiedział
Zachar, rzuciwszy na nią bokiem spojrzenie, —
to nie tylko dzisiaj, już on zupełnie do niczego.
Mówić nawet o tem przykro.
—	Tak samo i moja! — westchnąwszy zauwa¬
żyła.
		

/Magazyn_133_09_212_0001.djvu

			204 -
—	A cóż Tatjana Iwanówna, pojedzie gdzie
dzisiaj czy nie ? —spytał kuczer. — Jabym chciał nie¬
daleko stąd pójść...
—	Gdzie ją poniesie! — odrzekła Tatjana. —
Siedzi ze swoim ukochanym i nie napatrzą się
na siebie.
—	On do was często zachodzi — zauważył
stróż. — Dokuczył mnie, przeklęty! Już wszyscy
przyjdą, wszyscy wyjdą, on zawsze ostatni, a w do¬
datku jeszcze łaje, dlaczego frontowe drzwi nie
otwarte... O! Będę ja dla niego stać na szyldwachu
przed gankiem!
—	Głupiec jakiś — rzekła Tatjana — takiego
drugiego proszę poszukać! Jakie on prezenty jej
znosi! Ona wystroi się jak paw i przechadza się
nadęta. A gdyby kto zobaczył jaką spódnicę,
jakie pończochy nosi — wprost wstyd patrzeć!
Szyi po dwa tygodnie nie myje, a twarz tylko
smaruje... Człowiek nieraz zgrzeszy, doprawdy
myśląc: ,,Ach, ty nędzarko ! Włożyłabyś chustkę na
głowę i szłabyś do monasteru z bohomolcami..."
Wszyscy, oprócz Zachara, zaśmieli się.
—	Doprawdy tak! — ciągnęła Tatjana. — Jak
państwo może przyjmować taką do swego towa¬
rzystwa ?
—	O, Tatjana — to zuch baba! Nie zginie... —
posypały się pochwały.
—	A dokąd to wybraliście się ? — ktoś spytał.
— Co to macie w węzełku ?
—	Niosę suknię tej elegantki do szwaczki.
Powiada, że za szeroka! A my jak poczniemy
z Duniaszą tuszę jej ściągać, to-potem przez trzy
dni nic robić nie można — tak się ręce namęczą.
No, muszę już iść! Dowidzenia !
		

/Magazyn_133_09_213_0001.djvu

			— 205
—	Dowidzenia! Dowidzenia! — odezwały się
różne głosy.
, — Dowidzenia, Tatjana Iwanówna! — rzekł
kuczer — proszę przyjść wieczorkiem.
—	Nie wiem jak to będzie... może przyjdę...
a to tak... Dowidzenia!
—	Dowidzenia! — krzyknęli wszyscy.
Na pożegnanie kuczer jeszcze rzucił:
—	Dowidzenia, Tatjana Iwanówna.
-	Dowidzenia! — krzyknęła odchodząc.
Po jej odejściu Zachar jak gdyby oczekiwał
na swoją kolej. Usiadł na żelaznym słupku przy
bramie i począł chwiać nogami, ponurym i obo¬
jętnym wzrokiem spoglądając na przechodzących
i przejeżdżających.
-	No, a wasz barin jak dzisiaj, Zachar Tro-
fimycz ? — spytał stróż.
—	Tak jak zawsze, biesi się z tłuszczu — odpo¬
wiedział Zachar. — Z twojej to łaski nacierpiałem
się niemało —1 wszystko z powodu mieszkania!
Wścieka się — strasznie nie chce się przeprowadzać...
—	A cóż ja jestem winien? — rzekł stróż.
Według mnie, niech sobie mieszka choć wiek cały!
Czy to ja tutaj jestem gospodarzem? Każą mnie...
Gdybym był gospodarzem... ja przecież nie go¬
spodarz...
—	Cóż on, łaje czy co ? — ktoś spytał.
—	Ale jak łaje! Gdyby tylko Pan Bóg dał
siłę znieść to wszystko!
—	Co ? To jeszcze dobry pan kiedy tylko łaje —
zauważył jakiś lokaj, otwierając skrzypiącą krągłą
tabakierkę; ręce wszystkich, z wyjątkiem Zachara,
wyciągnęły się po szczypkę tabaki. Wszyscy po¬
częli wąchać, kichać i pluć.
* .
		

/Magazyn_133_09_214_0001.djvu

			—	Jeśli łaje — to lepiej — mówił tenże;
im więcej łaje, tem lepiej. Jak łaje, to nie będzie
bił! Ja miałem raz takiego, że jeszcze nie po-
miarkujesz coś zrobił, a on cię już za łeb trzyma.
Zachar z pogardliwym uśmiechem czekał, aż
tamten skończy i rzekł do kuczera:
—	Zbezcześci człowieka za nie! Wszystko
dla niego — niczem.
—	Trudno dogodzić, widać — zauważył stróż.
—	Hi... — zachrypiał Zachar mocno, przymru¬
żywszy oczy. Taki wymyślny, że strach! I to
nie tak, i tamto nie tak, i chodzić nie potrafisz,
i usłużyć nie umiesz, i tłuczesz wszystko, i nie
czyścisz, i kradniesz, i zjadasz... Tfu! na ciebie.
Dziś rzucił się na mnie — wstyd powiedzieć o co!
Kawałeczek sera z tamtego tygodnia został, psu
niema co rzucić, ale nie! Ty nie śmiej tego ruszyć.
Spytał o ser. Niema — powiadam. — I zaczął swoje!
Ciebie trzeba powiesić — powiada — zgotować
w gorącej wodzie i rozpalonemi do czerwoności
kleszczami rwać... Kół osinowy wbić w ciebie
trzeba! A sam wciąż się zbliża, zbliża... Ha, co
wy myślicie o tem ? Niedawno, sam nie wiem jak,
oparzyłem mu trochę nogę wrzątkiem — jak on
wrzaśnie! Gdybym nie odskoczył, byłby mnie
kułakiem w pierś buchnął... Tak, chciał to zrobić.
Z pewnością byłby buchnął!
Kuczer głową pokręcił, a stróż rzekł:
—	Ostry barin, nic nie popuści!
—	Jeśli tylko łaje, to dobry barin — flegma¬
tycznie odezwał się ten sam lokaj. —Bywa gorszy,
choć nie wymyśla. Patrzy, patrzy, a potem nagle —
chwyci cię za włosy jeszcześ nie zmiarkował, zaco!
—	To trudno — ciągnął Zachar, nie zwracając
		

/Magazyn_133_09_215_0001.djvu

			— 207 —
najmniejszej uwagi na słowa lokaja, — noga mu
jeszcze się nie zgoila... ciągle smaruje ją maścią.
Tak, jeszcze!
—	Ładny barin! — rzeki dwornik.
—	Boże uchowaj od niego ! — mówił Zachar. —
Kiedyś zabije człowieka, jak mi Bóg miły, na śmierć
zabije! Za lada głupstwo burzy się, łysym... —
nie chce się nawet dokończyć tej łajanki. A dzisiaj
coś nowego wymyślił: ,,ty jadowity“ — powiada.
Ze też się mu język nie skręcił.
—	Ale cóż to znaczy ! — mówił ten sam lokaj. —
Jeśli tylko łaje, to jeszcze chwała Bogu... daj Boże
zdrowie takiemu... Ale gdy ciągle milczy... Idziesz
koło niego, on patrzy, patrzy, a potem za włosy
chwyta, jak ten, u którego ja służyłem. Jeśli
tylko wymyśla — to nic...
—	Tak się tobie i należy, — zauważył Zachar
ze złością — zato, że się wtrącasz niepotrzebnie.
Jabym cię jeszcze nie tak...
—	Jakże on ciebie, Zachar Trofimycz nazywa —
„łysym czortem" czy co? — spytał piętnastoletni
kozaczek.
Zachar powoli głowę ku niemu zwrócił i mętny
wzrok na nim zatrzymał.
—	Pilnuj ty swego nosa! — złośliwie rzeki
Zachar. — Jesteś jeszcze bardzo młody a ciekawy.
Nic sobie z tego nie będę robił, że ty — jeneralski,
czub ci naskubię! Ruszaj na swoje miejsce!
Kozaczek odsunął się o dwa kroki, zatrzymał się
i z uśmiechem patrzył na Zachara.
—	Co ty mi zęby pokazujesz! — z fur ją za¬
chrypiał Zachar. — Pamiętaj, wpadniesz ty mi w ręce,
ja ci uszy naprostuję ! Nie zechcesz zębów pokazywać!
W tej chwili z sieni wybiegł słuszny lokaj
		

/Magazyn_133_09_216_0001.djvu

			208
W trzewikach i w liberyjnym fraku ze Sznurami.
Zbliżył się do kozaczka, dal mu najprzód av pysk.
a potem nazwał durniem.
—	Zaco mnie bijecie, Matwiej Mosieicz ? —
spytał zdziwiony i zawstydzony kozaczek, trzymając
się ręką za twarz i nerwowo mrugając.
—	A... ty jeszcze gadasz ! — odpowiedział lokaj.
--Ja za tobą gonią po całym domu, a ty sobie tutaj
przesiadujesz!
Pochwycił go jedną ręką za włosy, schylił mu gło¬
wę i trzy razy metodycznie, spokojnie uderzył go
kułakiem po karku.
—	Barin pięć razy dzwonił — dodał jako mo¬
ralną naukę, — a mnie łają za takiego, jak ty
szczeniaka! Ruszaj!
I gestem rozkazającym wskazał mu wschody.
Chłopiec stal przez chwilkę z wahaniem, mru¬
gnął dwa razy, spojrzał na lokaja i, widząc, że już
niema naco czekać, chyba na powtórzenie kułaków,
wstrząsnął czupryną i poszedł na schody.
Był to prawdziwy triumf dla Zachara.
Dobrze go, dobrze, Matwiej Mosieicz! Jesz¬
cze! Jeszcze! — dogadywał Zacliar, ciesząc się
złośliwie. — Mało! Mało! Ach, Matwiej Mosieicz,
dziękuję bardzo! Nadto już ciekawy chłopiec...
Oto masz „łysego czorta“. Będziesz jeszcze zęby
pokazywał ?
Służba śmiała się radośnie, przyjacielsko po¬
dzielając i zachowanie się lokaja, poniewierającego
kozaczka, i złośliwą radość Zachara. Tylko kozaczek
nie budził współczucia.
—	Otóż tak samo — począł znowu pierwszy
lokaj — ni z tego, ni z owego mój dawny barin...
Czasem myślisz, jakby się trochę rozweselić,
		

/Magazyn_133_09_217_0001.djvu

			209 —
a on nagle, jakby domyślał się, czego chcesz, prze¬
chodzi obok, porwie cię za włosy, jak Matwiej
Mosieicz Andriuszkę. A jeżeli tylko łaje — cóż to
znaczy! Wielka rzecz, gdy cię nazwie „łysym
czortem!“
—	Ciebie możeby także uchwycił jego barin —
odpowiedział kuczer, —wskazuj ąc głową do Zachara,—
popatrz, jaki masz wojłok na głowie! A Zachara
za co uchwyci? On ma głowę, jak tykwa... Chyba
złapie za te dwie brody, co na bokach mu wiszą,
tam jest za co uchwycić!
Wszyscy się zaśmiali, a Zachar jak gdyby dostał
w łeb obuchem, tak był zdziwiony odezwaniem
się kuczera, z którym zwykle miewał przyjacielskie
rozmowy.
—	Słuchaj no, jak ja poskarżę się memu panu,
on z pewnością znajdzie za co cię wytargać...
Wygładzi ci na pewno brodę, widzisz, jaką masz
kędzierzawą!
—	Tęgi też twój barin, gdy cudzym kuczerom
będzie brody wygładzał! Jak będziecie mieli swego
kuczera, wtenczas niech mu brodę wygładza !
—	Ciebie może wziąć — zachrypiał Zachar —
takiego nicponia ? Nie wart jesteś nawet tego, aby
cię samego pod mego barina zaprząc!
—	Ej, barin! — złośliwie zauważył kuczer, —
gdzieście wy sobie takiego wykopali!
Powiedziawszy to, zaśmiał się sam. Stróż,
cyrulik i lokaj, obrońca systemu polajanek —
śmiać się poczęli.
—	Śmiejcie się, śmiejcie, a ja poskarżę się
panu — chrypiał Zachar. — A ty — zwrócił się do
stróża — powinienbyś powstrzymywać tych rozbójni¬
ków. Poczekaj, powiem ja panu, będziesz miał!
Oblomow. T. T.	14
		

/Magazyn_133_09_218_0001.djvu

			‘21Ö
—	No, dosyć, dosyć Zachar Trofimycz — uspo¬
kajał stróż. — Co on ci złego zrobił ?
—	Jak on śmie tak odzywać się o moim panu! —
głośno zaprotestował Zachar, wskazując kuczera. —
Czy on wie, kto mój pan? — z pewnem uszanowa¬
niem pytał Zachar. — Ty i we śnie — zwrócił się
do kuczera — nie zobaczysz takiego pana — dobry,
rozumny, piękny! A twój ? Podobny do chudej
kobyły! Wstyd patrzeć, gdy wyjeżdżacie z domu
na swojej burej kobyle, jak żebraki! A twój jar-
miak — dziur, zliczyć nie można!
W samej rzeczy jarmiak był zupełnie cały.
—	Ale tego to nie znajdziesz! — przerwał kuczer
i szybkim ruchem ręki wyciągnął mu z pod pachy
sterczącą koszulę.
—	No, dosyć już, dosyć! — uspokajał stróż,
przegradzając ich rękoma.
—	Ha! Ty drzesz mi ubranie! — krzyczał
Zachar, wyciągając jeszcze więcej koszulę. — Pocze¬
kaj ! Pokażę to panu. Patrzcie, co on zrobił —
ubranie mi podarł!
—	Jakto ? Ja ? — rzekł kuczer trochę strwo¬
żony. — To ci może twój barin wyszarpał!
—	Co, mój barin? — mówił Zachar — To
dobra dusza, to złoto nie barin, daj mu Boże zdrowie.
Jest mi u niego tak dobrze, że i w niebie lepiej nie
będzie. Niczego mi nigdy nie brak. Nigdy, jak
żyję, durniem mnie nie nazwał. Żyję u niego
w spokoju, w dostatku, jadam to, co i on, idę, gdzie
chcę — ot, co ! A na wsi mam własny dom, własny
ogród, ordynarja zawsze gotowa, mużyki do pasa
mi się kłaniają... Ja u niego rządzę, ja marszałkuję
w domu... a wy co macie u swego pana?
Z gniewu brakło mu głosu, ażeby ostatecznie
		

/Magazyn_133_09_219_0001.djvu

			— 211 —
pokonać swego przeciwnika. Zatrzymał się chwil¬
kę, aby nabrać sił i myślał, jakiegoby jeszcze użyć
jadowitego słowa, ale nie mógł go znaleźć ze
zbytku nagromadzonej żółci.
—	Poczekaj ! Zobaczysz jeszcze, co dostaniesz
za podarcie ubrania — skończył nareszcie.
Zaczepiwszy IIję Iljicza, dotknęli do żywego
i Zachara. Poruszyli jego dumę i miłość własną.
Obudziła się w nim życzliwość z całą siłą. Gotów byl
żółcią obryzgać nietylko swego przeciwnika, ale
jego pana, wszystkich jego krewnych, których nie
znał i nie wiedział nawet czy są, wszystkich jego
znajomych. Powtórzył z zadziwiającą dokładnością
wszystkie złośliwe plotki, rozgłaszane przez
służbę o swoich panach, według dawnych opowia¬
dań kuczera.
—	A wy ze swoim panem co ? Hołysze prze¬
klęci, Zydy, gorsi od Niemca ! — krzyczał. — Wiem
ja, kto był waszym dziadkiem — sługa sklepowy na
miejskim targu. Kiedy wczoraj goście wasi wyszli,
myślałem sobie — czy to nie oszuści jacy wtargnęli
do domu — litość brała patrzeć! Matka także
handlowali na bazarze, pod golem niebem kradzio¬
ną i starą odzieżą.
—	Dosyć, dosyć już! — uspokajał stróż.
—	Tak ! — krzyczał Zachar. — Mój barin, dzięki
Bogu, bojarskiego rodu, przyjaciele jego — jenerały,
grafy, książęta. I nie każdego grafa posadzi jeszcze
przy sobie. Niejeden przyjdzie — i czeka w przed¬
pokoju... Bywają u niego autorowie, tacy, co książki
pisźą...
—	Cóż to znowu ża wielcy panowie, tacy, co
książki piszą! — pytał stróż, chcąc przerwać rozmowę
czynownicy jacy, czy co ?
U*
$
«
		

/Magazyn_133_09_220_0001.djvu

			- -212
—	Nie! To tacy panowie, którzy sami wymyślają
Co się im podoba., co chcą — wyjaśnił Zachar.
—	Cóż oni u was robią ? — dopytywał się stróż ?
—	Co? Jeden o fajkę poprosi, drugi o co inne¬
go...—odpowiedział Zachar i zatrzymał się, ujrzawszy,
że wszyscy prawie uśmiechają się złośliwie.
—	A wy tu wszyscy draby i łotry — ilu was tu
jest! — prędko przemówił Zachar, obrzuciwszy
wzrokiem całe towarzystwo. — Dadzą wam drzeć
cudze ubranie ! Pójdę i opowiem panu ! — i szybko
poszedł do siebie.
—	Daj spokój! Poczekaj! Poczekaj! — mity¬
gował go stróż. — Pójdziemy lepiej do piwiarni... no,
chodźmy...
Zachar się zatrzymał, odwrócił się szybko i, nie
patrząc na zebranych, wybiegł na ulicę. Nie obra¬
cając się wcale, doszedł do samych drzwi piwiarni,
która była naprzeciwko. Tu dopiero stanął, obej¬
rzał się ponurym wzrokiem i skinął ręką na cale
towarzystwo, zachęcając, aby szli za nim.
Wszyscy się rozeszli. Jedni do piwiarni, drudzy
do domu. Został tylko lokaj.
—	Cóż za wielkie nieszczęście, gdy powie panu ?
— mówił flegmatycznie sam do siebie, otwierając
powoli tabakierkę. — Ze wszystkiego widać, że barin
dobry — więc cóż ? Zwymyśla tylko! Niewielka
bieda kiedy wylaje. Ä inny patrzy, patrzy, a po¬
tem —- łap za włosy...
		

/Magazyn_133_09_221_0001.djvu

			Ledwie wybiła czwarta, Zacliar ostrożnie, bez
hałasu otworzył przedpokój i na palcach przeszedł
do swego pokoju. Potem zbliżył sie do drzwi, wio¬
dących do gabinetu Ilji Iljicza i przyłożył ucho,
potem przysiadł i do dziurki od klucza zbliżył oko.
W gabinecie słychać było równomierne chra¬
panie.
—	Spi...— szepnął.—Trzeba budzić, wkrótce pól
do piątej.
Zakaszlał i wszedł do gabinetu.
—	Ilja Iljicz! Ilja Iljicz!— rzekł cicho, stojąc
u wezgłowia Obłomowa.
Tylko chrapanie rozlegało się dalej.
—	Oh, śpi! — rzekł Zachar —- snem kamiennym.
—	Ilja Iljicz!
Zlekka pociągnął Obłomowa za rękaw.
—	Proszę wstawać! Pół do piątej!
Ilja Iljicz coś zamruczał na tę zachętę, ale się
nie rozbudził.
—	Ilja Iljicz ! Proszę wstawać ! To wstyd przecie !
— mówił Zachar, podnosząc glos.
Odpowiedzi nie było.
—	Ilja Iljicz! — wołał Zachar, pociągając go za
rękaw.
Oblomow powoli obrócił głowę i z trudem
		

/Magazyn_133_09_222_0001.djvu

			«
— 214 —
jednem okiem spojrzał na Zachara, jakby sparali¬
żowany.
—	Kto tu ? — zapytał skrzypiącym głosem.
—	To ja... Proszę wstawać!
—	Idź precz! — mruknął Ilja Iljicz i znowu
zapadł w ciężki sen.
Zamiast chrapania, dało się słyszeć świstanie
przez nos. Zacliar pociągnął go za połę.
—	Czego chcesz? — groźnie zapytał Obłomow,
otworzywszy nagle oczy.
—	Pan kazał się zbudzić!
-— Wiem, wiem. Spełniłeś mój rozkaz, a teraz
ruszaj precz. Reszta do mnie należy.
—	Nie pójdę — mówił Zachar, pociągając go
znowu za rękaw.
—	Nie ruszaj mnie... — łagodnie przemówił Ilja
Iljicz i, wetknąwszy głowę w poduszkę, znowu począł
chrapać.
—	Nie można Ilja Ilicz — mówił Zacliar, —•
jabym rad, ale nie można!
I poruszył Obłomowa.
—	Zmiłuj się, daj mi spokój, nie przeszkadzaj
prosił Obłomow, otwierając oczy.
—	Tak, nie przeszkadzaj, a potem będzie się
pan gniewał, żem nie rozbudził.
—	Ach, Boże mój! Co to za człowiek! — mówił
Obłomow.— Pozwól mi choć minutkę jeszcze spać...
co to jedna minuta? Ja przecież sam wiem...
Ilja Iljicz nagle zamilkł i zasnął.
—	Umiesz tylko spać! — mówił Zachar, prze¬
konany, że barin nie słyszy.
—	Widzisz go — leży jak kół osinowy! I poco
się urodziłeś ? Wstawaj! — mówię ci! — zahu¬
czał Zachar,
		

/Magazyn_133_09_223_0001.djvu

			—	Co ? Co ? — groźnie przemówił Obłomow,
podnosząc głowę.
—	Dlaczego pan nie wstaje ? — miękkim głosem
odezwał się Zachar.
—	Nie! Ty jak powiedziałeś? Co? Jak ty śmiesz
tak przemawiać ?
—	Jak?
—	Po grubjańsku!
—	Ależ to panu przez sen tak się wydało! Jak
Boga kocham, przez sen!
—	Myślałeś, że śpię? Ja nie śpię, wszystko
słyszę...
Ledwie to wymówił, znowu zasnął.
—	Ha! — mówił Zachar w rozpaczy — biedna
moja głowa! Poco leżysz, jak kłoda! Na ciebie
przykro patrzeć. Spójrzcie dobrzy ludzie — tfu !
—	Proszę wstawać, wstawać! — nagle przemó¬
wił przestraszonym głosem. — Ilja Iljicz, proszę
spojrzeć, co się koło pana dzieje!
Obłomow szybko podniósł głowę, spojrzał dokoła
i znowu, westchnąwszy głęboko, położył się.
—	Zostaw mnie w spokoju ! — rzekł poważnie.
Kazałem ci się zbudzić, a teraz zmieniam
rozkaz — słyszysz! Sam się obudzę, kiedy zechcę.
Czasem Zachar odejdzie, powiedziawszy tylko:
—	Zdychaj ! Czort z tobą!
Innym razem uprze się przy swojem. I tera/,
się uparł.
—	Proszę wstawać! Proszę wstawać! — krzy¬
knął na całe gardło, uchwyciwszy Obło mowa obiema
rękami za połę i za rękaw.
Obłomow nagle i nieoczekiwanie skoczył ną
równe nogi i rzucił się na Zachara,
		

/Magazyn_133_09_224_0001.djvu

			/
— 216 —
—	Poczekaj ! Ja ciebie nauczę, jak mnie nie¬
pokoić, kiedy wypoczywam.
Zachar co sił stało odskoczył od niego. Zrobiwszy
trzy kroki, Obłomow rozbudził się ze snu zupełnie,
począł wyciągać się i ziewać.
—	Daj... kwasu... — rzekł ziewając.
W tej chwili za plecami Zachara rozległ się we¬
soły śmiech. Oglądnęli się obaj.
—	Sztolc! Sztolc! — krzyknął uradowany
Obłomow, rzucając się na gościa.
—	Andrej Iwanycz! — przemówił Zachar.
Sztolc nie przestawał śmiać się do rozpuku. Wi¬
dział 011 całą tę scenę.
		

/Magazyn_133_09_225_0001.djvu

			CZĘSG DRUGA
		

/Magazyn_133_09_226_0001.djvu

			0
		

/Magazyn_133_09_227_0001.djvu

			I.
Sztolc był Niemcem tylko napół, po ojcu.
Matka była Rosjanką. Religję wyznawał prawo¬
sławną. Rodzinną mową jego był język rosyjski.
Nauczył się tego języka od matki i w szkole, w uni¬
wersytecie, w zabawach z rówieśnikami na wsi,
w rozmowach z ich ojcami i na bazarach moskiew¬
skich. Znajomość niemieckiego języka zdobył po
ojcu i z książek.
We wsi Wierchłowie, gdzie ojciec jego był rządcą,
Sztolc wyrósł i chował się. W ósmym roku życia sie¬
dział już wraz z ojcem nad mapą geograficzną,
czytał Herdera, Wielanda, biblję i robił rachunki
dla włościan, mieszczan i fabrykantów, a z Inatką
czytał historję biblijną, uczył się bajek Kryłowa
i jako tako rozumiał Telemaka.
Oderwawszy się od książek i rachunków, pędził
z wiejskimi chłopakami wybierać ptasie gniazda,
a nieraz przy lekcji lub przy modlitwie z kieszeni
jego odzywały się piski młodych kawek.
Bywało i tak, że ojciec po obiedzie siedzi pod
drzewem w ogrodzie i pali fajkę, a matka robi coś
na drutach lub wyszywa, gdy nagle z ulicy dolatują
hałasy, krzyki i do domu wpada tłum ludzi.
— Co się stało ? — pyta przestraszona matka,
		

/Magazyn_133_09_228_0001.djvu

			220 —
—	Pewnie znowu prowadzą Andrzeja — od¬
powiada obojętnie ojciec.
Drzwi otwierają się naoścież i tłum chłopów,
bab, chłopaków wpada do ogrodu. W rzeczy samej
przyprowadzano Andrzeja, ale w jakim stanie —
bez butów, w porwanem ubraniu, z rozbitym nosem,
u niego lub u innego chłopaka.
Matka była zawsze niespokojną, gdy Andrzej
nagle wymykał się z domu na całe pół dnia i, gdyby
tylko ojciec nie opierał się stanowczo, ażeby mu
nie przeszkadzać, matka trzymałaby go przy sobie.
Ona go umyje, zmieni bieliznę, ubranie, i An-
driusza przez połowę dnia chodzi czyściutki i grzeczny.
Wieczorem lub rano znowu go ktoś przyprowadzi
zabrudzonego,' z roztrzepaną c^ipryną, ledwie go
poznać można, lub chłopi przywiozą go na wozie
z sianem, lub wreszcie v. rybakami na lodzi niewód
zapuszcza.
Matka we Izach, a ojciec nic — śmieje się.
—	Dobrym będzie burszem! dobrym burszem!—
powie czasem..
' —Zmiłuj się, Iwan Bogdanycz — powiada mu —
nie mija dzień, aby gdzie sobie nie nabił siniaka
lub nosa do krwi nie rozbił.
—	Cóżby to był za chłopiec, gdyby ani razu sobie
lub komu innemu nosa nie rozbił ? — odpowiada
ojciec, śmiejąc się.
Matka popłacze, popłacze, potem siada do forte¬
pianu i grając coś Herza, łzy jej spływają na kla¬
wisze. Przyprowadzają lub przywożą Andriuszę;
pocznie 011 coś opowiadać tak jasno, tak żywo, że
rozśmieszy ją wreszcie. A jaki pojętny! Wkrótce
Telemaka rozumiał jak i ona, a grał z nią na cztery
ręce,
		

/Magazyn_133_09_229_0001.djvu

			221
Raz przepadł gdzieś na cały tydzień. Matka oczy
Wypłakała, a ojciec —- iiic, chodzi po ogrodzie
i kurzy fajeczkę.
—	Gdyby to syn Obłomowa zginął — odpowiada
na propozycją żony pojechania na poszukiwanie, —
jabym całą wieś na nogi postawił, poruszył policję,
ale Andrzej wróci. O, dobry bursz z niego!
Na drugi dzień znaleziono Andriuszę spokojnie
śpiącego w sAvojem łóżku, a pod łóżkiem leżała
czyjaś strzelba, proch i śrut.
—	Gdzieżeś się ty kręcił? Skąd wziąłeś strzel¬
bę? — zasypała go matka pytaniami. — Dla¬
czego milczysz ?
—	Tak! — ty^_ tylko było odpowiedzi.
—	Czy tłumaczenie z Korneljusza Neposa na
język niemiecki zrobione ? — zapytał ojciec.
—	Nie.
Ojciec wziął go jedną ręką za kark, wyprowadził
za bramę, nałożył mu czapkę na głowę i dał ztyłu
takiego kopniaka, że chłopiec się przewrócił.
—	Ruszaj, skąd przyszedłeś i wracaj z prze¬
kładem, zamiast jednego, dwóch rozdziałów Neposa.
Żebyś się nauczył także roli, którą ci zakreśliła
matka, — bez tego nie wracaj.
Andrzej wrócił po tygodniu: przyniósł przekład
Neposa i nauczył się roli.
Gdy podrósł, ojciec sadzał go koło siebie na re¬
sorową bryczkę, dawał lejce do rąk i kazał się wieźć
do fabryki, potem w pole, do miasta, do skle¬
pów po sprawunki, do urzędów sądowych. Nie¬
raz kazał obejrzeć jakąś glinę; sam weźmie ją
na palec, powącha, czasem liźnie, potem da synowi
do powąchania i wyjaśni, co to za gatunek i do czego
		

/Magazyn_133_09_230_0001.djvu

			— 222 —
9
tnoże służyć. Czasem pojadą zobaczyć, jak wypa¬
lają potaż, dziegieć, topią tłuszcz.
Czternasto- piętnasto-letni chłopczyk wyjeżdżał
nieraz sam na bryczulce lub konno z torbą przez
plecy lub przytroczonej przy siodle w rozmaitych
sprawach ojca do miasta i nigdy nie zdarzyło się,
ażeby zapomniał o czem lub coś przeinaczył, nie
dopatrzył, zrobił źle.
— Recht gut, mein lieber J unge! — powiadał
ojciec, wysłuchawszy sprawozdania syna i klepiąc
go po ramieniu szeroką dłonią, płacił mu dwa—trzy
ruble, stosownie do wartości spełnionego poru-
czenia.
A matka potem długo wymywała kopeć, błoto,
gliną lub słoninę z rąk i ubrania Andriuszy.
Niezupełnie jej się podobało takie ciężkie, prak¬
tyczne wychowanie chłopca. Iyękała się, że syn
wyrobi się na takiego samego praktycznego burżuja,
jakim był ojciec. Na cały naród niemiecki ona
patrzyła, jak na tłum patentowanych burżujów;
nie lubiła tego grubego samochwalstwa i pewności
siebie, z jaką rasa niemiecka nosiła swoją tysiąc¬
letnią mieszczańską kulturę — jak krowa dźwiga
swoje rogi, nie mogąc ich ukryć.
Według jej pojęcia, w całym narodzie niemieckim
nie było i nie mogło być ani jednego dżentelmena.
W niemieckim charakterze nie dostrzegała żadnej
miękkości, delikatności, wyrozumiałości, nic z tego,
co życie na świecie czyni przyj emnem, co łatwo
pozwala obejść każdę regułę, złamać obyczaj, nie
zastosować się do przepisów.
Nie, ci ludzie szorstko łamią wszystko, naci¬
skają na to, co w ich pojęciu jest słuszne, co sobie
		

/Magazyn_133_09_231_0001.djvu

			- m —
iraz do głowy wbili; gotowi są w ścianę łbem wa¬
lić, byleby, w ich przekonaniu, postąpić słusznie.
Ona była guwernantką w zamożnym domu
i miała sposobność zwiedzić obce kraje. Przeje¬
chała przez całe Niemcy, a wszystkicli Niemców
złączyła w jedną kupę — palących fajki na krótkich
cybuszkach, plujących przez zęby praktykantów
sklepowych, rzemieślników, kupców, wyciągniętych
prosto, jak kije, oficerów z żołnierskiemi pyskami
i urzędników z pospolitemi twarzami, zdatnych
tylko do grubej roboty, do ciężkiego zdobywania
grosza, do głupiego porządku, do nudnego i pedan¬
tycznego spełniania obowiązków.
W jeden tłum spędzała wszystkich tych biur-
gerów z ogrubiałemi rękami, z mieszczańską świe¬
żością na twarzy i prostacką mową.
,,Jak chcesz, ubierz Niemca — myślała ona —
daj mu najcieńszą bieliznę, obuj w lakierowane
trzewiki, daj mu żółte rękawiczki, a mimo to
będzie wyglądał cały, jakby był wykrojony z pospo¬
litego juchtu. Z pod białych mankietów wyglądać
będą szorstkie, grube, czerwone ręce, a choćby
najwykwintniej był odziany, wydaje się, jak pie¬
karz albo lokaj bufetowy. Te grube łapy zdają
się aż prosić, ażeby w nie wetknąć szydło lub —
jest to już wiele — smyczek w orkiestrze.
W synu swoim widzieć chciała ideał jakiegoś
nowożytnego barina. Choć pod względem świetności
rodu byłby on dorobkiewiczem, synem ojca-miesz*
czanina, ale z matki miałby krew szlachecką,
byłby bielutkim, pięknie zbudowanym chłopakiem,
z małemi rękami i nogami, z czystą twarzą, z jasnym,
bystrym wzrokiem, takim, na jakich ona napatrzyła
		

/Magazyn_133_09_232_0001.djvu

			— 224 —
»
się w rosyjskich zamożnych domach i zagranicą
— ale nie u Niemców.
Nie życzyła sobie wcale, ażeby on sam obracał
kamienie w żarnach, wracał do domu z fabryk
i pól, jak ojciec, w zatłuszczonerń ubraniu, powalany
gnojem, z brudnemi, czerwonemi, zgrubiałemi rę¬
kami i z wilczym apetytem.
Poczęła tedy strzyc Andriuszy włosy, zawijać
kędziory, szyć piękne kołnierzyki, zamawiała w mie¬
ście wykwintne ubranie, zachęcała, by wsłuchi¬
wał się w pełną myśli muzykę Herza, śpiewała mu
0	kwiatach i poezji życia, mówiła o świetnej przy¬
szłości jako żołnierza, lub pisarza, marzyła z nim
razem o wysokiej roli, jaką mu wypadnie może
odegrać w życiu.	1
Czyżby to wszystko miało rozbić się o robienie
rachunków i odczytywanie zasmolonych chłopskich
zapisków i obcowanie z rzemieślnikami!
Znienawidziła nawet tę bryczulkę, na której
Andriusza jeździł do miasta, i ceratowy płaszcz,
podarowany mu przez ojca, i zamszowe żółte ręka¬
wiczki — wszystkie te pospolite atrybuty pracowi¬
tego życia.
Na nieszczęście, Andriusza uczył się świetnie
1	ojciec zrobił go korepetytorem w swoim małym
pensjonacie.
Niechby już tak było, ale on wyznaczył mu
pensję, jak jakiemuś rzemieślnikowi, zupełnie po
niemiecku, — po dziesięć rubli miesięcznie i kazał
mu kwitować z otrzymanych pieniędzy.
Uciesz się, dobra matko: twój syn wyrósł na
glebie rosyjskiej nie w codziennym tłumie, z miesz-
czańskiemi krowiemi rogami, z rękoma, obracają-
cemi kamienie Żarnowe.
		

/Magazyn_133_09_233_0001.djvu

			— 225 —
W pobliżu była Oblomówka, tam codziennie
święto! Tam odsuwają [od siebie wszelką pracę,
jako niewolą, tam barin nie wstaje przed wscho¬
dem słońca, nie chodzi do fabryk, nie dotyka ma¬
szyn, smarowanych oliwą.
Ale i w samym Wierchłowie jest wielki dom,
który przez większą część roku bywa zamknięty;
tam też często zagląda swawolny chłopiec i widzi
wielkie salony, galerje, poczerniałe portrety na ścia¬
nach, nie o pospolitych twarzach i czerwonych
zgrubiałych rękach, lecz o ciemno-błękitnych oczach,
o włosach napudrowanycli i białycli delikatnych
twarzach, o pełnych piersiach i białych rękach
z szafirowemi żyłkami, dumnie trzymających szpa¬
dy. Przesuwa się przed nim szereg pokoleń, które
przeżyły szlachetnie próżniacze życie w rozkoszy,
w adamaszkach, koronkach i aksamitach.
W twarzach ich widzi historję świetny cli cza¬
sów, bitew, nazwisk, czyta w nich powieść o dawnych
latach, nie taką, jaką sto razy opowiadał mu ojciec,
paląc fajkę i plując, o życiu w Saksonji, spędzonem
między brukwią i kartoflami, między ogrodem
a rynkiem w miasteczku.
Raz na trzy lata zamek ten wypełniał się ludźmi,
kipiał życiem, ożywiał się balami, zabawą. Długie
galer je nocami świeciły ogniem.
Przyjeżdżali tu książę i księżna z rodziną. Książę,
stary już człowiek z przekwitłą twarzą, z mętnemi,
wyłupiastemi oczyma, z wielkiem w centkach czołem,
z trzema gwiazdami na piersi, ze złotą tabakierką
w ręku, z wysoką trzciną, zakończoną gałką z bry¬
lantami, w aksamitnych butach. Księżna — kobieta
wspaniała pięknością, wzrostem i objętością, do
której jak gdyby nikt nigdy się nie zbliżał, nie
Obłomow. T. I.
15
		

/Magazyn_133_09_234_0001.djvu

			— 226 —
P
objął jej, nie pocałował, nawet sam książę, — chociaż
mieli pięcioro dzieci.
Ona wydawała się wyższą ponad ten świat, do
którego raz na trzy lata raczyła się zbliżyć. Nie
rozmawiała z nikim, nie wyjeżdżała nigdy, lecz sia¬
dywała zwykle z trzema staruszkami w narożnym
zielonym salonie, a przez ogród krytą galer ją cho¬
dziła do cerkwi i siadywała na krześle za parawanem.
W domu natomiast, oprócz księcia i księżnej,
wszyscy byli tak pełni życia i wesołości, że Andriu-
sza sweini dziecinnemi zielonemi oczyma patrzył
na trzy — cztery różne sfery, a bystrem spojrzeniem
ciekawie lecz nieświadomie obserwował typy tego
różnorodnego tłumu, jak na maskaradzie.
Byli tu książęta Pierre i Michel, z których pierw¬
szy natychmiast nauczył Andriuszę, jak biją cap¬
strzyk w kawalerji, a jak w piechocie, jakie szable
i ostrogi noszą huzarzy, a jakie mają dragoni,
jakiej maści są konie w każdym pułku i do ja¬
kiego koniecznie trzeba wstąpić po ukończeniu nauk,
ażeby odpowiadało to godności książąt.
Drugi, Michel, ledwie się zapoznał z Andriuszą,
wnet go postawił na „pozycji“ i począł walić go
kułakami, gdzie trafił, w brzuch, w nos i oświadczył,
że to — angielskie boksowanie.
Po trzech dniach, dzięki tylko wiejskiej świe¬
żości i muskulaturze rąk, rozwalił mu nos po angiel¬
sku i po rosyjsku, bez żadnej osobnej nauki i odrazu
zyskał sobie powagę u młodych książąt.
Były jeszcze dwie księżniczki, dziewczątka jede¬
nasto- i dwunastoletnie, wysokie, zgrabne, strojnie
ubrane, z nikim nie rozmawiające, nikomu nie kła¬
niające się i obawiające się mużyków.
Była także guwernantka M-lle Ernestine, która
		

/Magazyn_133_09_235_0001.djvu

			— 227 —
chodziła na kawę do matki Andriuszy i nauczyła ją
zawijać mu loki. Niekiedy sama brała jego głowę,
kładła sobie na kolana i zawijała mu włosy w pa¬
pierki, z mocnym bólem, a potem ująwszy ją bia-
lemi rączkami, całowała bardzo łaskawie!
Był też Niemiec, który na tokarni wyrabiał
z drzewa tabakierki i guziki; nauczyciel muzyki,
zawsze pijany od niedzieli do niedzieli; cały sztab
pokojówek, wreszcie mnóstwo psów i piesków.
Wszystko to wypełniało dom i wieś całą hała¬
sem, krzykiem i muzyką.
Z jednej strony Obłomówka, a z drugiej zamek
książęcy z szerokim rozmachem wielkopańskiego
życia, spotkały się z niemieckim żywiołem i prze¬
szkodziły Andriuszy stać się dobrym burszem i fili¬
strem.
Ojciec Andriuszy byl agronomem, technologiem,
nauczycielem. Od ojca swego fermera brał on lekcje
praktycznej agronomji, na fabrykach saskich uczył
się technologji, a w najbliższym uniwersytecie,
gdzie było około czterdziestu profesorów, nabył
chęci uczenia innych tego, co ledwie zdołało mu
wbić do głowy czterdziestu mędrców.
Dalej nie poszedł i z uporem wrócił do domu,
zdecydowany zabrać się do roboty. Ojciec dał mu
sto talarów, nowy plecak i puścił na cztery strony
świata.
Od tego czasu Iwan Bogdanowicz nie ujrzał już
ani rodziny, ani ojca. Przez sześć lat podróżował po
Szwajcarji i Austrji, a od dwudziestu lat mieszkał
w Rosji i błogosławił swoim losom.
Pobierał nauki w uniwersytecie, uważał przeto
za rzecz potrzebną wysłać tam i syna; mniejsza o to,
że nie będzie to uniwersytet niemiecki, lecz rosyjski,
15*
		

/Magazyn_133_09_236_0001.djvu

			— 228 —
że uniwersytet ten wywrze stanowczy wpływ na
jego syna i wywoła przewrót w jego życiu, daleko
odsuwając go z tej drogi, o której ojciec marzył dla
niego.
Wszystko to układało się u niego bardzo prosto:
chciał przykładem swego ojca prowadzić prostą
linją syna, nie podejrzewając wcale, że warjacje
Herza, opowiadania matki, galer je i buduar w ksią¬
żęcym zamku wąską drożynę niemiecką przerobią
na szeroką drogę, o której nie marzyli nigdy ani
dziad jego, ani ojciec, ani on sam.
Należy przyznać, że stary Sztolc nie był pedan¬
tem na tym punkcie i nie upierałby się przy swo-
jem; nie umiałby jednak wytyczyć dla syna in¬
nej drogi.
Mało się o to troszczył poniekąd. Gdy syn po¬
wrócił z uniwersytetu i przemieszkał trzy miesiące
w domu, ojciec oświadczył mu, że nic nie ma do
roboty w Wierchłowie, że nawet Obłoinowa wysiano
do Petersburga, że zatem i on musi wyjechać.
Dlaczego miał jechać do Petersburga, dlaczego
nie mógł zostać w Wierchłowie i pomagać ojcu w za¬
rządzie majątkiem, nad tem się stary nie zastanawiał.
Pamiętał tylko, że gdy sam ukończył uniwersytet,
to ojciec wysłał go od siebie.
I on wysłał syna gdyż taki był zwyczaj w Niem¬
czech. Matka już nie żyła, nie było przeto komu
się sprzeciwić.
W dzień wyjazdu syna Iwan Bohdanowicz dał
mu sto rubli i powiedział:
Pojedziesz konno do gubernjalnego miasta,
tam otrzymasz od Kalinnikowa trzysta pięćdziesiąt
rubli, a konia zostawisz u niego. Gdybyś go nie
zastał, konia sprzedaj, tam niezadługo będzie jar-
		

/Magazyn_133_09_237_0001.djvu

			mark, każdy da ci czterysta rubli. Na dojazd do
Moskwy będzie ci potrzeba czterdzieści rubli, stam¬
tąd do Petersburga siedemdziesiąt pięć wystarczy.
Potem — rób co clicesz. Zajmowałeś się ze mną
różnemi sprawami, wiesz zatem, że pewien kapital
posiadam, ale przed śmiercią moją nie licz na niego,
a ja pewnie pożyję jeszcze jakie lat dwadzieścia —
chyba kamień spadnie mi na głowę. Ivampka moja
pali się dobrze i oliwy ma dosyć. Wykształcenie
otrzymałeś dobre, wszelkie karjery zatem przed
tobą otwarte: możesz być urzędnikiem, kupcem,
nawet pisarzem — nie wiem, jaką drogę wybierzesz,
do czego czujesz upodobanie?
—	Zobaczę, czy nie możnaby wszystkiego spró¬
bować — odpowiedział Andrzej.
Ojciec zaśmiał się na całe gardło i począł klepać
syna po ramieniu tak mocno, że i końby nie wy¬
trzymał.
—	No, a jeśli ci zabraknie jakichś wiadomości,
jeśli nie zdołasz odrazu trafić na swoją drogę, i bę¬
dziesz potrzebował porady lub zechcesz się o coś
zapytać, idź do Reinholda, on ci da radę. O! —
dodał, podnosząc palce do góry i kiwając głową —
to człowiek... to... — Chciał go pochwalić i nie
znajdował odpowiedniego wyrazu. — Przywędro¬
waliśmy z nim razem z Saksonji. On ma cztero¬
piętrową kamienicę. Dam ci adres.
—	Nie potrzeba wcale... — odpowiedział Andrzej.
— Pójdę do niego, kiedy będę już miał czteropię¬
trową kamienicę, a teraz obejdę się bez niego...
Ojciec poklepał go znowu po ramieniu.
Andrzej siadł na konia. Do siodła był przytro¬
czony plecak i zwitek; — był tam ceratowy płaszcz,
ciężkie, gwoździami podbite buty, była bielizna
		

/Magazyn_133_09_238_0001.djvu

			— 230 —
#
z wierchlowskiego płótna, trochę kupnych rzeczy,
wziętych na życzenie ojca, piękny frak z cien¬
kiego sukna, kilka cienkich koszul i trzewiki, za¬
mówione w Moskwie, jeszcze na życzenie matki.
—	No! — rzekł ojciec.
—	No! — odpowiedział syn.
—	Wszystko ? — spytał ojciec.
—	Wszystko — odpowiedział syn.
Spojrzeli na siebie, jak gdyby wzajemnie chcieli
się przeniknąć.
Tymczasem koło domu zebrała się kupka cieka¬
wych sąsiadów, patrzących z otwartemi gębami, jak
rządca będzie wyprawiał syna w daleką podróż.
Ojciec z synem uścisnęli sobie ręce. Andrzej
odjechał dobrym krokiem.
—	A to szczeniak! Ani łzy nie uronił! — mó¬
wili sąsiedzi. — Oto dwa kruki siedzą na płocie i kra-
czą — nakraczą ci one na drogę — poczekaj!
—	Co jemu kruki zrobią! On na Iwana Kupałę
sam w lesie po krzakach się włóczy. Do nich nic
się nie przyczepi. Naszemu bratu toby nie uszło!
—	Ale i stary poganin, także dobry! — zauwa¬
żyła jakaś matka — jak kocię wyrzucił go na ulicę.
Nie pocałował nawet — nie przyzwyczajony.
—	Poczekaj! Poczekaj, Andrzeju! — krzyknął
ojciec.
Andrzej zatrzymał konia.
—	A... przemówiło widać serce! — ktoś w tłumie
odezwał się z pochwałą.
—	No ? — spytał Andrzej.
—	Popręgi słabo przyciągnięte.
—	Dojadę do Szamszenki, tam poprawię. Nie
chcę tracić czasu... muszę jeszcze przyjechać przed
zachodem słońca.
		

/Magazyn_133_09_239_0001.djvu

			— 231 —
- No! — rzekł ojciec, machnąwszy ręką.
—	No! —• kiwnąwszy głową, odpowiedział syn
i schylił się tylko trochę, aby dać koniowi ostrogi.
—	Ach, wy psy, prawdziwe psy ! Jak obcy jeden
drugiemu! — mówili sąsiedzi.
Nagle płacz rozległ się w tłumie. Jakaś kobieta
nie wytrzymała,.
—	Ach, ty mój biedaku! — gadała, ocierając
łzy końcem chustki, zawiązanej na głowie — nie masz
rodzonej mateczki, biedny sieroto, niema cię komu
błogosławić... Niech choć ja cię przeżegnam mój
ty śliczny!...
Andrzej podjechał do niej, zeskoczył z siodła,
objął starą kobietę i chciał już odjechać; nagle
zapłakał, gdy ona go całowała i krzyż w powietrzu
kreśliła. Zdało się mu, że w jej gorących słowach
słyszy głos matki i stanęła mu na chwilkę przed
oczyma jej dobra postać.
Jeszcze raz pocałował staruszkę, otarł szybko łzy
i skoczył na konia. Uderzył go mocno i znikł w obło ¬
kach kurzu. Za nim z dwóch stron biegły trzy
wiejskie kundysy, szczekając głośno.
		

/Magazyn_133_09_240_0001.djvu

			II.
Sztolc był rówieśnikiem Obło mowa i miał już
także przeszło trzydziestkę. Był już urzędnikiem,
porzucił urząd, zajął się różnemi sprawami i był
w rzeczy samej właścicielem kamienicy i posiada¬
czem pewnego kapitału. Był spólnikiem jakiegoś
towarzystwa eksportowego.
W ciągłym był ruchu: gdy spółka potrzebuje
wysłać ajenta do Belgji lub Anglji, — wysyłają
jego; gdy potrzeba wypracować jakiś nowy projekt,
opracować nowy pomysł — jego wybierają. Nie¬
zależnie od pracy nie gardzi towarzystwem, czytuje
dużo, ale kiedy mu na to wszystko czasu starczy,
Bóg wie!
Zdaje się, że cały zbudowany jest z kości, z mu-
skułów i nerwów — jak angielski koń wyścigowy.
J est on szczupły, policzków braknie prawie zupełnie
— same tylko kości i muskuły, — ani śladu tłuszczo¬
wego zaokrąglenia. Barwa jego twarzy różowa, ale
niema na niej rumieńców. Oczy nieco zielonkawe,
lecz wyraziste.
Ruchów zbytecznych nie miał zupełnie. Gdy
siedział — siedział spokojnie, jeśli zaś coś robił,
to używał tyle tylko mimiki i ruchu, ile było po¬
trzeba.
Jak w organizmie jego nie było nic zbytecznego,
		

/Magazyn_133_09_241_0001.djvu

			— 233 —
tak i w etycznych stosunkach swego życia starał się
zachować równowagę, usiłując godzić praktyczne
wymagania z wykwintnemi potrzebami ducha. Dwie
te lin je życia szły u niego równolegle; ale nigdy nie
plątały się w trudno rozwiązujące się węzełki.
Szedł zawsze nogą pewną, mocno; żył według
budżetu; tracił każdy dzień jak i każdy rubel bez¬
ustannie kontrolując siebie, swój czas, pracę, siły
duszy i serca.
Rządził i kierował, jak ruchami rąk, krokami
nóg, wszelkiemi smutkami i radościami i zacho¬
wywał się wobec nich, jak wobec złej i dobrej po¬
gody.
Otwierał parasol, gdy padał deszcz — cierpiał,
jak długo trwał smutek, ale nie upadał na duchu,
lecz raczej z pewnem zacięciem się i dumą, zno¬
sił spokojnie cierpienie, gdyż przyczynę zawsze
przypisywał sam sobie i nie wieszał go, jak kaftan,
na cudzym gwoździu.
Radość cieszyła go, jak kwiat zerwany przy
drodze — dopóki nie uwiądł — nie dopijał kielicha do
tej kropelki goryczy, która leży na dnie każdej
rozkoszy!
Mieć równy, spokojny pogląd na życie było
najważniejszem jego zadaniem. Dążąc powoli do
rozwiązania tej zagadki, rozumiał całą jej trudność;
dumny był i zadowolony wewnętrznie, kiedy doj¬
rzał skrzywienie swojej drogi i mógł ją znowu
prosto pokierować.
,.Bardzo trudno żyć mądrze i iść prosto“ —
mówił często sam sobie i bystrym okiem patrzył
przed siebie, uważając, gdzie się załamuje krzywizna,
gdzie pochyłość, gdzie nić życia poczyna się plątać
w nieprawidłowy i zawikłany węzeł.
«
		

/Magazyn_133_09_242_0001.djvu

			— 234 —
Najbardziej lękał sią wyobraźni — tego‘nieszcze¬
rego towarzysza podróży, który z jednej strony
ma twarz przyjacielską, a z drugiej wrogą; przy¬
jaciela — gdy najmniej mu wierzysz, i wroga —
gdy uwierzysz jego zwodniczym szeptom.
Obawiał się wszelkich marzeń, a jeśli wchodził
w ten świat, to jak do groty, nad którą napisano:
ma solitude, mon hermitage, mon repos i z oblicze¬
niem chwili, kiedy wyjść z niej należy.
Dla marzeń, dla zagadkowych i tajemniczych
myśli, nie było miejsca w jego duszy. To, co się nie
poddawało analizie doświadczenia, nie miało cha¬
rakteru praktycznej prawdy, było w jego oczacli
optycznem złudzeniem, takiem lub innem odbiciem
świateł i barw na siatce wzrokowej lub też faktem,
który się jeszcze nie dał sprawdzić.
Nie było u niego i tego dyletantyzmu, który lubi
bujać w krainie cudów, domysłów i wynalazków,
o tysiąc lat wyprzedzając ludzkość. On uporczywie
zatrzymywał się przed progiem tajemnicy, nie oka¬
zując ani bo jaźni dziecka, ani wątpliwości człowieka
zbyt siebie pewnego, lecz czekał, aż się znajdzie
klucz do niej.
Równie delikatnie i ostrożnie, jak kontrolował
swoją wyobraźnię, kontrolował także serce. Często
poślizgnąwszy się na tym punkcie, musiał się przy¬
znać, że sfera wszelkich serdecznych wahań była
dlań jeszcze wogóle łerra incognita.
Szczerze dziękował losowi, jeśli w tej nieznanej
krainie udało mu się zawczasu poznać różnicę między
kłamstwem o sztucznym rumieńcu a bladą rzeczy¬
wistością. Nie martwił się, gdy od fałszu, przykry¬
tego sztucznemi kwiatami, wypadło mu się odsunąć,
nie upadał, gdy tylko gorąco i mocno uderzyło jego
		

/Magazyn_133_09_243_0001.djvu

			serce, radował się natomiast szczerze, jeśli nie oblało
się ono krwią, jeśli chłodny pot nie wystąpił mu na
czoło i nie padał od tego długi cień w jego życiu.
Za szczęśliwego uważał siebie już i dlatego,
że mógł się utrzymać na jednakiej wysokości i pę¬
dząc na łyżwach uczucia, nie przeskoczył przez
cienką linję, oddzielającą świat prawdziwego uczucia
od kłamstwa i sentymentalizmu, świat prawdy od
śmieszności, że nawracając nie wpadł na suchą,
piaszczystą, jałową glebę grubjaństwa, pozowania
na rozum, niewiary, drobiazgowości i oschłości serca.
Nawet śród uniesienia czuł grunt pod nogami,
i dość siły w sobie, ażeby w razie ostateczności
szarpnąć się i być wolnym. Jego nie oślepiała
piękność, nie zapominał się przeto do poniżania
godności mężczyzny, nie bywał niewolnikiem, ,,nie
leżał u nóg“ piękności, chociaż nie był wolny od
wzruszeń płomiennych i radości.
Nie uniżał się przed martwą potęgą, zachował na ¬
tomiast całą siłę duszy, moc ciała — był dumnym
ze swej wstrzemięźliwości. Czuć było od niego
powiew świeżości i siły, przed którą'" ustępowały
najbardziej natarczywe kobiety.
Znał wartość tych rzadkich i cennych zalet i tak
skąpo niemi szafował, że zwano go samolubem, czło¬
wiekiem pozbawionym uczuć. Wstrzymywanie się
od uniesień, umiejętność nieprzekraczania granic
naturalnego, swobodnego stanu duszy uważano
w nim jako wadę, ale równocześnie usprawiedli¬
wiano z zawiścią i podziwieniem kogoś innego, kto
z rozmachem pędził w błoto, marnując własne
i cudze życie.
— Namiętność wszystko usprawiedliwia — mó¬
wiono dokoła niego, — a pan zamknięty w swoim
		

/Magazyn_133_09_244_0001.djvu

			egoizmie strzeże tylko siebie — zobaczymy, dla
kogo.
— Dla kogoś jednak strzegę — odpowiadał
w zamyśleniu, jak gdyby w dal jakąś patrzył,
i nie wierzył po dawnemu w poezją namiętności,
nie zachwycał się burzliwemi objawiami i ruinami,
pozostałemi potem, leeziszukał ideału życia i dążno¬
ści człowieka w suro wem pojmowaniu i wykony¬
waniu obowiązków życia.
Im więcej obarczano go zarzutami, tem więcej
zacinał się w swoim uporze i w dyskusjach na
ten temat wpadał często w purytański fanatyzm.
Utrzymywał, że „normalnem przeznaczeniem czło¬
wieka jest przeżyć cztery pory roku, to jest cztery
okresy życia, bez skoków, a naczynie życia przy¬
nieść do ostatniego dnia, nie wylawszy ani jednej
kropli bez potrzeby; że równe i powolne palenie się
ognia jest lepsze, niż wielkie pożary, bez względu
na to, jaka poezja w nich płonieNa zakończenie
dodawał, że ,,byłby szczęśliwy, gdyby mu się udało
sprawdzić na sobie własne przekonania; nie ma
jednak nadziei na urzeczywistnienie tego, jako rzeczy
bardzo trudnej“.
Sam zaś postępował z uporem wybraną drogą.
Nie widywano, ażeby zamyślał się nad czemś
chorobliwie, męcząco; widocznie nie dręczyły go
żadne wyrzuty zbolałego serca i duszy, nie tracił
nigdy przytomności w skomplikowanych, trudnycli
i nowych warunkach; zbliżał się do nich, jak do
dawnych znajomych, jakby z nimi po raz drugi na¬
wiązywał stosunek, odwiedzał znane już miejsca.
Cokolwiekby mu się zdarzyło, umiał odrazu
znaleźć najwłaściwszy sposób wyjścia, właśnie taki,
jaki byłjpotrzebny, — jak klucznica z pęku kluczy,
		

/Magazyn_133_09_245_0001.djvu

			- 23? -
wiszących jej u pasa, wybierze odrazu ten, który
potrzebny do otwarcia tych lub innych drzwi.
Przedewszystkiem cenił 011 uporczywość w doj¬
ściu do obranego celu; było to w jego oczach dowo¬
dem charakteru i ludziom, posiadającym te cechy,
okazywał zawsze najwięcej szacunku, bez względu
na wielkość ich celów.
— To prawdziwi ludzie! — mawiał.
Nie trzeba dodawać, że sam szedł do swego celu
śmiało, zwyciężając wszelkie przeszkody i wtenczas
chyba się cofał, gdy na swojej drodze spotykał
ścianę lub przepaść.
Ale niezdolny był zupełnie uzbroić się w tę od¬
wagę, która, zakrywszy oczy, rzuca się na ścianę lub
chce przeskoczyć przepaść — a może uda się.
On wymierzy ścianę i przepaść, a jeśli nie znajdzie
sposobu obejść przeszkody —- odejdzie, bez względu
na to, co o nim będą mówili.
Ażeby wytworzyć taki charakter, może właśnie
były potrzebne takie złożone składniki, śród jakich
kształcił się Sztołc. Działacze nasi oddawna ukła¬
dali się w pięć — sześć typów i form stereotypowych,
leniwie półokiem spoglądając dokoła, przykładając
rękę do społecznej maszyny, napół sennie posuwając
ją zwyczajną drogą, stawiąc nogę za nogą w ślad
zostawiony przez poprzednika. Nagle oczy obudziły
się z drzemki, dały się słyszeć szerokie, ostre kroki,
żywe głosy... Ilu Sztolców powinno się znaleźć pod
rosyjskiemi nazwiskami!
Jak taki człowiek mógł się zbliżyć do Obłomowa,
którego każdy rys, każdy krok, cała jego istota
była protestem przeciwko życiu Sztołca? Jest to,
zdaje się, pytanie już rozwiązane —/wprost prze¬
ciwne sobie ostateczności, jeśli nie są* powodem do
		

/Magazyn_133_09_246_0001.djvu

			— 238 —
sympatji, to w każdym razie jej nie przeszka¬
dzają^/
Przywiązały ich przytem do siebie wspólnie spę¬
dzone dzieciństwo i szkoła — dwie mocne sprężyny;
następnie dobra, miękka rosyjska miłość, jaką ob¬
ficie obdarzano w rodzinie Obłomowych niemieckiego
potomka, wkońcu rola silniejszego, czem Sztolc
górował wobec Obłomowa pod względem fizycznym
i moralnym, ale przedewszystkiem to, że w charak¬
terze Obłomowa leżał jasny i dobry pierwiastek,
przeniknięty głęboką sympatją do wszystkiego, co
jest piękne i dobre, i co tylko odezwało się echem
na to proste, szczere i wiecznie prawdziwe uczucie.
Kto tylko przypadkowo lub umyślnie zajrzał
w tę dobrą dziecinną duszę, chociażby był nawet po¬
nury, zły, nie mógł odmówić wzajemności, a gdyby
okoliczności przeszkadzały zbliżeniu się, to zacho¬
wywał przynajmniej dobrą, szczerą pamięć.
Andrzej, odrywając się od różnych spraw lub od
udziału w życiu towarzyskiem, z wieczorku czy balu,
jechał ażeby posiedzieć na szerokiej kanapie Obło¬
mowa i w lekkiej rozmowie odetchnąć i uspokoić
zmąconą lub zmęczoną duszę. Zawsze doświadczał
tego uspokajającego uczucia, jakiego doświadcza
człowiek, gdy ze wspaniałych salonów przychodzi
do własnego domu lub nasyciwszy się pięknościami
południowej przyrody, chętnie wraca do brzozowego
gaju, gdzie bawi! się dzieckiem.
)
		

/Magazyn_133_09_247_0001.djvu

			III.
—	Jak się masz, Iljusza! Jakże się cieszę, że
cię widzę! No, jakże ci się powodzi? Zdrów
jesteś ? — pytał Sztolc.
—	O, nie ! Zle, bracie Andrzeju ! — westchnąwszy
odpowiedział Obłomow. — Jakie tam zdrowie!
—	Cóż ? chory jesteś ? — spytał trwożliwie
Sztolc.
—	Jęczmień mi się rzucił na oko. Tamtego ty¬
godnia jeden zeszedł z prawego oka, a teraz robi
się drugi.
—	Tylko tyle ? Naspaleś go sobie, bracie —
odpowiedział śmiejąc się.
—	Dobre „tylko“! Zgaga piecze. Posłuchaj, co
mi przedwczoraj powiedział doktór: ,,jedź pan
powiada — za granicę, bo może być apopleksja“.
—	No, a ty co ?
—	Nie pojadę.
—	Dlaczego ?
—	Zmiłuj się! Posłuchaj no dalej co 011 na¬
gadał: „trzeba żyć w górach, jechać do Egiptu, do
Ameryki“...
—	Cóż? — z zimną krwią powiedział Sztolc.
— W Egipcie posiedzisz trzy tygodnie, w Ame¬
ryce także trzy...
No, bracie Andrzeju, widzę, ty także to samo !
		

/Magazyn_133_09_248_0001.djvu

			— 240 —
Byl jeden tylko rozumny człowiek, ale i ten oszalał.
Któż to jeździ do Ameryki i Egiptu! Anglicy — ale
tych już tak Pan Bóg stworzył,, bo też i u nich
ciasno. Ale u nas — kto pojedzie ? Chyba ktoś
zwarjowany, komu życie niemiłe.
—	W samej rzeczy — w ielkie bohaterstwo ! Sia-
dasz cło powozu albo na okręt, oddychasz świeżem
powietrzem, przyglądasz się obcym kra jom, miastom,
obyczajom, rozmaitym cudom... Ach, ty! Jakże
twoje sprawy, co się dzieje w Oblomówce ?
—	Ach! — zawołał Obłomow i ręką machnął.
—	Co się stało ?
—	Co ? — Życie całe porusza!
Więc chwała Bogu! — rzekł Sztolc.
—	J akto chwała Bogu ! J ak gdyby ono po głowie
gładziło— a to przyczepi się, jak w szkole do spokoj¬
nego ucznia — to uszczypnie cichutko, to prosto na
leb się zwali i piasku nasypie... Wytrzymać nie
można!
Ty już jesteś zanadto — spokojny. Cóż się
stało ? — pytał Sztolc.
Dwa nieszczęścia...
—	J akie ?
Zrujnowany jestem zupełnie.
—	J akto ?
—	Zaraz ci przeczytam, co pisze starosta...
Gdzież ten list ? Zacliar! Zacliar !
Zachar odszukał list. Sztolc go przeczytał i za¬
śmiał się widocznie z jego stylu.
—	Co za oszust ten starosta ! — powiedział. —
Porozpędzał chłopów — i skarży się! kepi ej byłby
zrobił, gdyby im dał paszporty i puścił na cztery
wiatry!
		

/Magazyn_133_09_249_0001.djvu

			- Mi -
—	Zmiłuj się! Tego się im wszystkim zachce ! —
zaprotestował Obłomow.
—	Niech sobie idą! — zauważył spokojnie Sztolc.
—	Komu dobrze i wygodnie na miejscu, ten nie
ucieknie. Gdy mu niedobrze, to niedobrze i tobie,
—	pocóż go trzymać?
—	Znowu coś wymyśliłeś! — mówił Ilja Iljicz. —
W Obłomówce chłopi spokojni, zadomowieni, poco
.się mają włóczyć?
—- A ty nie wiesz — odpowiedział Sztolc —
w Wierchłowie port mają urządzić, i postanowiono
przeprowadzić bitą drogę, tak, że i z Obłomówki
będzie niedaleko od wielkiego gościńca, w mieście
będzie jarmark...
—	Ach, Boże mój! Tego jeszcze brakowało! —
zawołał Oblomow. — Obłomówka była w zaciszu, na
stronie, a teraz jarmarki, wielka droga! Chłopi
poczną zaglądać do miasta, nas będą kupcy na¬
jeżdżać... Wszystko przepadło! Nieszczęście!
Sztolc się zaśmiał.
—	Alboż to nie nieszczęście ? Mużyki żyli spo¬
kojnie. Nic nie było słychać ani dobrego, ani złego,
swoje odrabiali, nigdzie się nie wałęsali, a teraz
się zdemoralizuj ą! Zaczną pić herbatę, kawę, nosić
aksamitne spodnie, harmoniki kupią, buty juchtowe...
Nie będzie z tego pożytku!
—	Jeżeli to wszystko, to rzeczywiście mało po¬
żytku — zauważył Sztolc. — Ty zaprowadź szkołę
we wsi...
—	Czy nie za wcześnie ? — rzekł Obłomow. —
Nauka szkodzi mużykowi... Gdy się czegoś nauczy,
to i orać przestanie!
—	Ależ nie dziwacz ! Przecież chłopi będą czytać
Oblmnow. T. I.	,	IG
		

/Magazyn_133_09_250_0001.djvu

			— 242 —
o tern, jak trzeba orać. Słuchaj jednak, ty nie żar¬
tuj. W tym roku musisz sam jechać na wieś.
—	Tak, prawda... Ale mój plan jeszcze niezu¬
pełnie... — nieśmiało zauważył Obłomow.
—	Żadnego planu niepotrzeba ! — rzekł Sztolc. —
Ty tylko jedź tam... Na miejscu zobaczysz, co trzeba
robić. Zadługo sie z tym planem bawisz. Czyż
w samej rzeczy jeszcze nie wszystko gotowe? Cóż
ty robisz?
—	Ach, bracie, czy to mam tylko tyle zajęcia
co z majątkiem! A drugie nieszczęście?
—	J akież to ?
—	Z mieszkania pędzą!
—	Jakto — pędzą?
—	A tak... proszę się wyprowadzić — powiadają
— i koniec.
—	Cóż w tem złego ?
—	Jakto — co? Już cały grzbiet i boki sobie
otarłem obracając się i myśląc o tych kłopotach. Sam
przecież jestem... i to i owo potrzeba zrobić... ra¬
chunki sprawdzić... tu płać, tam płać, a tu — prze¬
prowadzka ! Pieniędzy mnóstwo się wydaje, a sam
nie wiem naco! Niedługo czekać, a zostanę bez
grosza!
—	To ty rozpróżniaczyłeś się strasznie, kiedy ci
ciężko z mieszkania się ruszyć! — ze zdziwieniem
zawołał Sztolc. —A propos pieniędzy... dużo masz?
Daj mi pięćset rubli, muszę zaraz wysłać... jutro
z naszego biura wezmę...
—	Poczekaj... przypomnę sobie... Niedawno ze
wsi przysłano tysiąc... a teraz zostało... poczekaj,
obliczę się...
Obłomow począł szukać po szufladkach
—	Tu... dziesięć... dwadzieścia... tu dwieście...
		

/Magazyn_133_09_251_0001.djvu

			jeszcze dwadzieścia... A tu były miedziaki... Za-
char! Zachar!
Zacliar jak zwykle zeskoczył z leżanki i wszedł
do pokoju.
—	Tu leżały dwie grzywny na stole... wczoraj
położyłem...
—	Cóż to, Ilja Iljicz, ciągle z temi grzywnami!
J a już panu wczoraj mówiłem, że tu żadnych dwóch
grywien nie było...
—	J akto nie było! Gdy kupowałeś pomarań¬
cze — wydano ci resztę.
—	Pewnie dał pan komuś i zapomniał — od¬
powiedział Zachar, nawracając do drzwi.
Sztolc się zaśmiał.
—	Ach, wy Obłomowcy! — rzekł. — Nie wiecie,
ile macie pieniędzy w kieszeni!
—	A Andrzejowi Micheiczowi jakie pieniądze
pan dawał? — przypominał Zachar.
Aha!... To Tarantjew wziął jeszcze dziesięć
rubli — zwrócił się Oblomow do Sztolca— a ja za¬
pomniałem.
—	Pocóż ty puszczasz takie bydlę do siebie ? —
zauważył Sztolc.
—• Dlaczego puszczać ? — wtrącił się do roz¬
mowy Zachar. — Przyjdzie, jak do swego mieszkania,
albo do restauracji. Koszulę i kamizelkę pańską
zabrał — i wspominaj o tem tylko, że były! Nie¬
dawno i frak chciał zabrać... ,,Pozwól spróbować“ —
powiada. Żebyście wy, Andrzeju Iwanowiczu, trochę
go przytrzymali...
—	Nie twoja rzecz, Zachar. Ruszaj do siebie! —•
ostro odezwał się Obłomow.
—	-Daj mi arkusz listowego papieru... muszę
napisać list — rzekł Sztolc.
16*
		

/Magazyn_133_09_252_0001.djvu

			- 244 —
—	Zachar! Daj papieru! Andrzej Iwanowicz
potrzebuje.
—	Przecież niema... onegdaj jeszcze szukali... —
odezwał się z przedpokoju Zacliar, nie wchodząc
nawet.
—	Kawałeczek bodaj! — nalegał Andrzej.
Obłomow szukał na stole i nie znalazł.
—	Daj mi choć twój bilet wizytowy.
—	Dawno już nie mam żadnego — zauważył
Obłomow.
—	Co się z tobą dzieje! — z ironją powiedział
Sztolc. — Przecież masz zamiar coś robić, plan jakiś
opracować... Powiedz mi, gdzie ty bywasz? Z kim
masz stosunki ?
—	U kogo mam bywać? Rzadko wychodzą...
Siedzę w domu... Ten plan mnie męczy... a przytem
mieszkanie jeszcze... Tarantjew obiecał wyszukać...
—	Kto u ciebie bywa ?
—	Przychodzą czasem... Tarantjew, Aleksie je w...
Onegdaj doktór wstąpił... Pienkin był, Sudbiński,
Wołkow...
—	Nie widzę u ciebie książek... — zauważył
Sztolc.
—	Oh, książka... — Obłomow wskazał na leżącą
na stole książkę.
—	Co to ? — spytał Sztolc, spojrzawszy. — „Po¬
dróż do Afryki“... Ależ kartka, na której zatrzy¬
małeś się, już pożółkła... Nie widzę dzienników...
Czytasz dzienniki ?
—	Nie, druk zbyt drobny, oczy się psują...
Niema zresztą potrzeby — jeżeli zdarzy się co no¬
wego, to ze wszystkich stron mówią o tem...
—	Bój się Boga, Iljusza! — rzekł Sztolc, spoj¬
rzawszy zdziwionem okiem na Obłomowa.—Więc cóż
		

/Magazyn_133_09_253_0001.djvu

			ty robisz ? J ak kawał ciasta skręcisz się i leżysz —
co ?
—	Prawda, Andrzeju... jak kawał ciasta, —
smutnie zauważył Obłomow.
—	Czyż świadomość złego jest obroną?
—	Nie, to tylko odpowiedź na twoje słowa,
lecz nie obrona, — westchnąwszy rzekł Obłomow.
—	Trzeba się obudzić z tego snu...
—	Dawniej próbowałem — nie udało się, a te¬
raz... poco? Nikt mnie nie wola, dusza nie wy¬
rywa się, rozum usnął spokojnie — zakończył z le¬
dwie dostrzegalną goryczą. —Nie mówmy otem...
Skąd ty wracasz ?
—	Z Kijowa. Za dwa tygodnie wyjadę za
granicę. Jedź i ty ze mną...
—	Dobrze... może... —- rzekł Obłomow.
—	Siadaj i pisz podanie o paszport, a jutro
oddasz.
—	O, zaraz — jutro ! — zaprotestował Obłomow.
Poco taki pośpiech — czy kto goni ? Pomyślimy,
pogadamy, a potem — co Bóg da ! Najprzód chyba
na wieś, a' potem zagranicę.
—	Dlaczegóż potem? Przecież doktór kazał
jechać. Pozbądź się najprzód tłuszczu, ciężaru ciała,
wtenczas i senność duszy cię opuści. Potrzebna
przecież i fizyczna i duchowa gimnastyka.
—	Nie, Andrzeju! Wszystko to mnie zmęczy —
zdrowie moje liche. Nie, już lepiej zostaw mnie
w spokoju... Jedź sobie sam.
Sztolc spojrzał na leżącego Oblomowa, Obłomow
na Sztolca.
Sztolc głową pokiwał. Obłomow westchnął.
—	Ty, zdaje mi się i żyć się lenisz — zauważył
Sztolc,
		

/Magazyn_133_09_254_0001.djvu

			Tak, prawdę mówisz, Andrzeju... lenię się.
Andrzej myślał nad tern jakby go z tej śpiączki
rozruszać, a tymczasem przypatrywał mu się w mil¬
czeniu. Nagle się zaśmiał.
- A cóż to masz, widzę, jedną skarpetkę ui-
cianą, a drugą bawełnianą — rzekł, wskazując na
nogi Obłomowa. — I koszulę też na odwrót wdziałeś!
Obłomow spojrzał na nogi, potem na koszulę.
—	Prawda — zauważył zdetonowany trochę. —
Tego Zachara to mi Pan Bóg zesłał chyba za karę.
Nie uwierzysz, jak on mnie wymęczył! Spiera się
ze mną, gada niegrzeczności, a o robotę nie pytaj !
—	Ach, Iljusza, Iljusza! — rzekł Sztolc. — Nie!
Nie mogę cię zostawić tak, jak jesteś. Za tydzień
nie poznasz siebie. Wieczorem zakomunikuję ci
szczegółowy plan, co będziemy dalej robić. A teraz
ubieraj się! Poczekaj! Podniosę cię... Zachar! —
krzyknął. — Dawaj ubranie Ilji Iljiczowi!
—	Dokąd? Zmiłuj się? Co tobie? Zaraz przyj¬
dą Tarantjew z Aleksie jewym na obiad. Potem
chcieli...
Sztolc, nie słuchając tego, mówił:
—	Zachar! Dawaj panu ubranie ! Ubieraj go !
Słucham, batiuszka Andrej Iwanycz... za¬
raz... tylko wyczyszczę buty — z akcentem zado¬
wolenia rzekł Zachar.
—	Jakto ? Do piątej godziny nie miałeś czasu
oczyścić butów?
—	Były czyszczone jeszcze przed tygodniem,
ale barin nie wychodził, więc trochę zblakły.
—	Dawaj, jakie są. Moje walizy wnieś do ba¬
wialnego pokoju. Ja u was zamieszkam. Zaraz
się ubiorę. I ty, Ilja, bądź gotów. Po drodze zjemy
pbiad... potem pojedziemy do jednych, do drugich..,
		

/Magazyn_133_09_255_0001.djvu

			— 247 —
—	Ależ ty tego... jakże tak nagle? Poczekaj!
Pozwól pomyśleć... jestem nie ogolony...
—	Niema o czem myśleć i w głowę się skrobać.
Ogolisz się po drodze. Zawiozę cię.
—	Do kogoż mamy jechać ? — ze smutkiem
zawołał Obłomow. — Do nieznajomych? Co ty
jeszcze wymyślisz! Pójdę raczej do Iwana Gie-
rasimowicza... od trzech dni tam nie bytem...
—	Coż to za Iwan Gierasimowicz ?
—	Służyliśmy kiedyś razem...
—	Ten siwy egzekutor ? Także znalazłeś! Co
za przyjemność z takim bałwanem czas tracić!
—	Jak ty ostro odzywasz się czasem o ludziach,
Andrzeju. A przecież to dobry człowiek, tylko
holenderskich koszul nie nosi...
—	Co u niego robić ? O czem z nim mówić ?
— pytał Sztolc.
—	U niego w domu, wiesz, tak jakoś porząd¬
nie, przytulnie... Pokoje małe, kanapy głębokie,
z głową się schowasz jakby cię nie było. Okna zu¬
pełnie prawie zakryte bluszczami i kaktusami, tuzin
kanarków, trzy psy, takie poczciwe. Zakąska zaw¬
sze na stole. Na obrazach sceny familijne. Jak
przyjdziesz — odejść się nie chce. Siedzisz i nie
troszczysz się, nie myślisz o niczem. Czujesz, że
koło ciebie jest człowiek nieuczony i, o żadnej
wymianie myśli z nim mowy być nie może, ale
natomiast niema w nim przebiegłości, jest dobry,
gościnny, bez pretensji, i nie obmówi cię poza oczy.
—	Cóż wy robicie?
—	Co? Gdy przyjdę, siedzimy sobie na ka¬
napach jeden naprzeciwko drugiego z założonemi
nogami; on pali fajkę...
—	A ty?
		

/Magazyn_133_09_256_0001.djvu

			— 248 —
-— J a także palę! Słucham, jak kanarki śpiewają,..
Potem Marfa przynosi samowar...
—	Tarantjew, Iwan Gierasimicz! — mówił Sztolc,
wzruszając ramionami. — Ubieraj się prędzej! —
naglił. — A Tarantjewowi, powiesz jak przyjdzie —
zwrócił się do Zachara — żemyna obiedzie w domu
nie będziemy i że Ilja Iljicz przez całe lato nie będzie
jadał obiadów w domu, a w jesieni będzie miał dużo
zajęcia i widywać się z nim nie może.
—	Powiem, nie zapomnę, wszystko powiem —
mówił Zachar, — a jak dziś z obiadem?
—	Zjesz go sam, z kim zechcesz, na zdrowie!
—	Słucham. 1
Po dziesięciu minutach Sztolc wyszedł ubrany,
ogolony i uczesany, a Obłomow melancholijnie sie¬
dział na łóżku, powoli zapinając kołnierz od koszuli
i nie mogąc trafić guzikiem do dziurki. Przed nim
Zachar, klęcząc na jednem kolanie, trzymał nie-
oczyszczony but, ująwszy go w rękę jak półmisek,
gotów do wciągania go, gdy barin zapnie na gu¬
ziczek koszulę.
—	Ty jeszcze butów nie wciągnąłeś! — zdzi¬
wiony zawołał Sztolc. — Iljusza, prędzej, prędzej!
—	Ale dokąd? Dlaczego? — smutnie pytał
Obłomow. — Czego ja tam będę szukał! Zasiedzia¬
łem się zanadto ! Daj mi spokój!
—	Prędzej, prędzej! — naglił Sztolc.
		

/Magazyn_133_09_257_0001.djvu

			IV
Chociaż już było dość późno, zdołali jeszcze za¬
łatwić niektóre sprawy. Sztołc zaprosił na obiad ja¬
kiegoś właściciela kopalni złota, z którym pojechali
razem na letnisko na herbatą, gdzie zastaną większe
towarzystwo i, Obłomow z zupełnej samotności
został nagle przerzucony w tłum ludzi. Późną nocą
wrócili do domu.
Na drugi, na trzeci dzień znowu to samo i tak
niepostrzeżenie minął cały tydzień. Obłomow pro¬
testował, uskarżał sie, kłócił, ale dał sią powodo¬
wać i wsządzie towarzyszył przyjacielowi.
Pewnego razu, wróciwszy późną nocą do domu,
próbował sią oprzeć takiemu zbyt ruchliwemu
życiu.
—	Przez cały dzień — mruczał, wciągając swój
szlafrok — nie zdejmujesz butów —• nogi tylko swę¬
dzą! Nie podoba mi sią zupełnie to wasze —
petersburskie życie! — mówił Obłomow, kładąc sią
na kanapie.
—	Jakież ci sią podoba ?
—	Nie takie, jak tu.
—	Cóż właściwie ci sią niepodoba?
—	Wszystko. Bezustanna bieganina bez treści,
ciągła gra lichych namiątności, chęć szkodzenia
cudzym sprawom, plotki, różne sądy, docinania
		

/Magazyn_133_09_258_0001.djvu

			— 250 —
jeden drugiemu, oglądanie człowieka od stóp do
głowy. Gdy się słyszy, o czem mówią — to sie
łeb kręci, ogłupieć można. A zdaje się nieraz, że
ludzie tacy rozumni, z wyrazem godności na twarzy.
»Słychać tylko: temu dali to i to, ten otrzymał ko¬
rzystną dzierżawę. ,,Na Boga, za co ? — ktoś pyta.
Ten przegrał wczoraj w klubie majątek, ten bierze
trzysta tysięcy!“ Nudy, nudy, nudy! Gdzież poza
tem wszystkiem człowiek ? Gdzie się on ukrył ?
Tak się rozmienił, jak pieniądz na drobną monetę.
—	Coś jednak powinno zajmować świat i ludzi —
odrzekł Sztolc. — Każdy ma swoje interesy — na
to. jest życie!
—	Świat, towarzystwo! Ty pewnie umyślnie,
Andrzeju, ciągniesz mnie w ten świat i towa¬
rzystwa, ażeby pozbawić mnie chęci bywania tam.
Życie — dobra rzecz życie. Ale czego tam szukać ?
Rozumu, serca? Zważ tylko — gdzie jest ośrodek,
kolo którego wszystko to wiruje? Niema go. Nie¬
ma nic głębszego, co by cię porwało, uniosło.
Wszystko to umarli, śpiący ludzie, gorsi ode mnie —
ci wszyscy światowcy z towarzystwa! Co ich po¬
ciąga do życia ? Oni nie leżą wprawdzie, ale nudzą
się całemi dniami, jak muchy latając z miejsca na
miejsce, a jaki z tego pożytek ? Wejdziesz do salonu
i nie napatrzysz się, jak symetrycznie siedzą goście,
jak spokojnie i poważnie tkwią — przy kartach. Nie¬
ma co mówić, spełniają wielkie zadanie życia! Do¬
skonały przykład dla umysłu, poszukującego ru¬
chu, życia. Czyż to nie trupy ? Czyż nie śpią oni
cale życie, siedząc? Dlaczego ja jestem więcej
winny od nich, leżąc w domu i nie mordując głowy
trójkami i waletami ?
—	To są stare rzeczy! O tem tysiące razy już
		

/Magazyn_133_09_259_0001.djvu

			251 —
mówiono — zauważył Andrzej. — Czy niemasz in¬
nych zarzutów ?
— A nasza młodzież, tak zwana ,.złota“, co
ona robi ? Czyż nie śpi włócząc się piechotą, jeżdżąc
po Newskim prospekcie lub czas spędzając na
tańcach ? Codzienne puste marnowanie czasu!
A spojrzno, z jaką dumą i nieświadomą godnością
patrzą oni na każdego, kto nie tak, jak oni ubrany,
jakiem pogardliwym wzrokiem mierzą człowieka,
gdy nie posiada odpowiedniego im stanowiska. Bie¬
daki ! Oni na serjo myślą, że są wyżsi ponad szary
tłum. „My służymy tam — powiadają, — gdzie
oprócz nas niema nikogo; w teatrze zajmujemy
pierwsze rzędy foteli, bywamy na balach u księcia,
dokąd nikt, oprócz nas, nie ma dostępu! A gdy się
zejdą razem — popiją się i pobiją między sobą, jak
dzicy ludzie. Czyż to są żywi, nie śpiący ludzie ?
Nietylko młodzi tak się zachowują —- spójrz na
starszych. Zbiorą się, nakarmi jeden drugiego,
a jednak nie pociąga ich ku sobie ani gościnność, ani
dobroć. Przychodzą na obiad, na wieczerzę, jak do
urzędu, bez radości, zimno, ażeby się wzajemnie
pochwalić dobrym kucharzem, pięknym salonem,
a potem wyśmieją się wzajemnie i jeden drugiemu
nogę podstawi. Przed trzema dniami przy obiedzie
nie wiedziałem, gdzie schować oczy, choćby pod stół
wleźć, gdy rozpoczęto szarpać dobre imię nieobe¬
cnych. „Ten głupiec, ten nicpoń, tamten złodziej,
inny śmieszny człowiek!“ Prawdziwa naganka!
Mówiąc to, spoglądają jeden na drugiego takim
wzrokiem, jak gdyby myśleli: „wyjdź tylko za
drzwi — i o tobie powiedzą to samo“. Pocóż się
schodzą, jeśli wszyscy tacy? Pocóż tak mocno ści¬
skają sobie ręce? Tu niema ani szczerej radości,
		

/Magazyn_133_09_260_0001.djvu

			ani wzajemnej sympatji! Starają się przyjmować
u siebie tylko jakichś wielkich gości. ,,U mnie był
ten a ten, ja byłem u tego i tego“. Cóż to za życie ?
Ja nie chcą takiego! Ja się tam niczego nie nauczę,
nic nie skorzystam!
—	Wiesz co, Iljusza — rzekł Sztolc — ty rozu¬
mujesz, jak ktoś, kto powiada: w starych księgach
to a to pisano. W każdym razie i to dobrze, że
rozumujesz, że nie śpisz, ale co więcej ? — Gadaj!
—	O czem tu gadać! Przypatrz się tylko —
tutaj nikt nie ma zdrowej, świeżej twarzy.
—	Klimat taki — przerwał Sztolc. I ty masz
twarz zmiętą, i ty nie włóczysz się z wizytami,
tylko leżysz.
—	Nikt nie ma jasnego, spokojnego spojrzenia —
' ciągnął Obłomow — jedni zarażają się od drugich
kłopotami, troskami, chorobliwie czegoś szukają.
Gdybyż szukali prawdy lub czegoś pożytecznego dla
innych, nie — oni zielenieją, gdy ktoś inny ma po¬
wodzenie. U jednego troska: jutro muszę zajść do
izby sądowej po informacje; od pięciu lat ciągnie się
sprawa, przez pięć lat noszę w głowie jedną tylko
myśl, aby innego zwalić, a na jego miejscu zbudować
gmach własnego dobrobytu. Przez pięć lat chodzić,
przesiadywać i wzdychać w przedpokojach — to
chyba ideał i cel życia! Inny dręczy się tem, że
codziennie musi chodzić do urzędu i siedzieć tam do
godziny piątej, a tamten ciężko wzdycha, że takiego
szczęścia zdobyć nie może!
—	Filozofujesz Iljusza! — rzekł Sztolc. ■— Wszy¬
scy mają jakieś pragnienia, tylko tobie niczego
nie trzeba!
—	Wiesz, ten żółty pan w okularach — ciągnął
Obłomow — przyczepił się do mnie: czy czytałem
		

/Magazyn_133_09_261_0001.djvu

			ttlowę jakiegoś posła i oczy na mnie wytrzeszczył,
gdy mu powiedziałem, że nie czytuję dzienników.
Począł mi gadać o Dudwiku Filipie, jak gdyby
był jego rodzonym ojcem! Potem znowu mę¬
czył mnie pytaniem: co myślą o wyjeździe posła
dyplomatycznego z Rzymu ? Wartoż skazywać
siebie na codzienne wysłuchiwanie wszechświato¬
wych nowinek, krzyczeć przez cały tydzień i nie
nakrzyczeć się! Dzisiaj Mechmed Ali wysłał statek
do Konstantynopla, a on lamie sobie głowę nad tem:
dlaczego ? J utro nie udało się coś Don Karlosowi —
on znowu w strasznym niepokoju. Tam rozpoczęto
budować kanał, ówdzie oddział wojska wysłano na
wschód — ojcowie moi — znowu zapaliło się!
Twarz mu się zmieniła, pędzi, krzyczy, jakby to
wojsko na niego miało uderzyć. Rozważają, roz¬
myślają— tak i tak, a nudzą się przytem, bo to ich
nie zajmuje. Mimo wszystkie krzyki widać tylko —
sen. »Są to rzeczy dla nicli obojętne — oni chodzą
w cudzym kapeluszu. Właściwie do roboty nic nie
mają, więc rozpraszają się na wszystkie strony, nie
dążąc do żadnego punktu. Pod tą niby wszech¬
stronnością kryje się pustka, brak zamiłowania do
wszystkiego. Ale wybrać skromną, małą drogę
pracy, iść nią i własny głęboki ślad ryć na niej —
to nudne, niewidoczne, tam wszechwiedza do ni¬
czego i niema komu piaskiem oczu zasypywać!
—	My z tobą Iljusza nie rozpraszamy się ? Gdzież
nasza skromna, mała droga pracy ? — spytał Sztolc.
Obłomow zamilkł.
—	Ja także kończę właśnie... plan —odpowie¬
dział. — Bóg z nim! — dodał gniewnie. Ja nikogo
nie zaczepiam, niczego nie szukam. Tylko w tem, co
jest, nie widzę normalnego życia. Nie, to nie życie,
		

/Magazyn_133_09_262_0001.djvu

			— 254 —
to tylko wykrzywianie życia, tego ideału, jaki czło¬
wiekowi jako cel wskazała przyroda...
—	Cóż to za ideał — normalne życie ?
Obłomow milczał.
—	Powiedz mi, jakibyś sobie nakreślił plan
życia ? — pytał Sztolc.
—	Już nakreśliłem.
—	Jaki? Powiedz, proszą cię, jaki?
—	Jaki ? — powtórzył Obłomow, przewróciwszy
się na plecy i patrząc w sufit. — Jaki ? — Pojechał¬
bym na wieś.
—	Cóż ci przeszkadza ?
—	Nie wykończyłem swego planu reorganizacji
gospodarstwa. Następnie — wyjechałbym nie sam,
ale z żoną...
—	A... więc tak? I owszem, z Panem Bogiem...
Czegóż czekasz ? Jeszcze trzy — cztery lata i żadna
za ciebie nie pójdzie...
—	Cóż robić ? Taki los. Nie mam dość nato
pieniędzy!
—	Zmiłuj się! A Obłomówka? Trzysta dusz...
—	I cóż ? Z czego tu żyć z żoną ?
—	We dwoje — z czego żyć ?
—	Dzieci przyjdą...
—	Dzieci wychowasz... Same sobie potem dadzą
radę. Nakierować tylko trzeba.
—	Dziękuję. Jak tu szlachtę rosyjską przerabiać
na rzemieślników? — odrzekł sucho Obłomow. —
Ale oprócz dzieci, jakże to żyć we dwoje ? Tak się
tylko mówi: we dwoje z żoną, a w samej rzeczy —
tylko się ożenisz, wnet będziesz miał w domu ró¬
żne baby. Zajrzyj tylko do pierwszej lepszej rodzi¬
ny — krewne, nie krewne, klucznice, jeśli stale
u ciebie nie mieszkają, to przychodzą na kawę,
/
		

/Magazyn_133_09_263_0001.djvu

			— • 255 -
lra obiad... Jakże z trzystu duszami wykarmic teil
cały pensjonat?
—	Dobrze. A gdyby ci ktoś podarował jeszcze
trzysta tysięcy, co byś zrobił ? — zapytał Sztołc
/. wielkiem zainteresowaniem.
—	Zaraz do banku ! — odpowiedział Obłomow —
i żyłbym z procentów.
—	Tam płacą mały procent. Dlaczegóż nie
przystąpić do jakiej spółki — llaprzykład naszej ?
—	Nie, Andrzeju, mnie nie okpisz.
—	Zatem, i mniebyś nie wierzył ?
—	Za nic. Nie o ciebie tu chodzi... Wszystko
się stać może. Jeżeli spółka zbankrutuje, został¬
bym bez grosza. Inna rzecz bank...
—	Dobrze. Ale cóżbyś ty robił ?
—	Pojechałbym do nowego, dobrze urządzonego
domu. W sąsiedztwie mieszkaliby dobrzy sąsiedzi,
ty, naprzykład... Ale gdzież tarn ! Ty nie usiedzisz
na jednem miejscu...
—	A czy tybyś zawsze siedział ? Nigdziebyś
nie jeździł ?
—	Za nic!
—	Pocóż ludzie budują koleje, jeśli ma
być ideałem człowieka siedzieć na jednem
miejscu ? Zaproponujmy, Iljusza, aby tego nie
robiono, bo my jeździć nie będziemy!
—	I bez nas będzie dużo podróżnych. Czyż mało
rządców, pomocników, kupców, urzędników, podró¬
żujących próżniaków, którym własnego kąta brak*
nie ? Ci niech się włóczą.
—	A cożeś ty za jeden ?
Oblomow milczał.
—	Do jakiego rodzaju ludzi zaliczasz, siebie?
Spytaj Zachara,
		

/Magazyn_133_09_264_0001.djvu

			Sztolc spełnił życzenie Obło mowa.
—	Zachar! — krzyknął.
Wszedł Zachar z zaspanemi oczyma.
—	Kto tu leży ? — spytał Andrzej.
Zachar momentalnie ocknął się i podejrzliwie
spojrzał na Sztolca, potem na Obłomowa.
—	J akto — kto ? Czyż pan nie widzi ?
—	Nie widzę — odpowiedział Sztolc.
—	Co za dziwo ! Przecież to barin, Ilja Iljicz.
Uśmiechnął się.
—	Dobrze. Możesz odejść.
—	Barin! — powtórzył Sztolc i głośno się za¬
śmiał.
—	Dżentelmen! — z gniewem poprawił Obło-
mow.
—	Nie, nie, tyś barin! — mówił Sztolc, śmiejąc
się na całe gardło.
—	J akaż to różnica ? — rzeki Obłomow. — Dżen¬
telmen to także barin.
—	Dżentelmen, to taki barin — określał Sztolc,
—• który sam sobie wciąga skarpetki i buty.
—	Tak, dżentelmen sam... gdyż ma mało służ¬
by, ale Rosjanin...
—	No, malujże dalej ideał swego życia... Do¬
brzy sąsiedzi dokoła — cóż dalej ? Jakbyś ty dnie
spędzał ?
—	Wstaję rano -— mówił Oblomow, podkłada¬
jąc ręce pod głowę, a na twarzy widać było za¬
dowolenie. Myślami już był na wsi. — Pogoda
piękna, niebo szafirowe, ani obłoczka na liiem.
Jedna strona domu w moim planie posiada balkon,
zwrócony na wschód, na ogród, na pole, druga —
na wieś. W oczekiwaniu przebudzenia się żony,
wdziewam szlafrok, przechadzam się po ogrodzie,
		

/Magazyn_133_09_265_0001.djvu

			— 257 —
oddycham rannem powietrzem... poszukam ogro¬
dnika... podlewamy razem kwiaty, przystrzygamy
krzewy. Robię bukiet dla żony. Potem idą do wanny
lub do rzeki — kąpię się. Wracam. Balkon jest
otwarty. Na balkonie żona w szlafroku, w czepeczku
rannym, który ledwie — ledwie sią trzyma, tylko
patrzyć — a spadnie... Czeka na mnie... „herbata
na stole“ — mówi. — Pocałunek... herbata... Jaki
wygodny fotel! Siadani przy stole — sucharki,
śmietanka, świeżutkie masło...
—	A potem ?
—	Potem, wdziawszy wolny surdut lub jakąś
kurtką, obejmują tal ją żony, idziemy spokojną,
ciemną aleją — cicho, w zamyśleniu, milcząco,
albo myślimy głośno, marzymy, licząc chwile szczę¬
ścia, jak uderzenia pulsu, słuchamy, jak bije i za¬
miera serce... przyroda współczuje z nami... Niepo¬
strzeżenie dochodzimy do rzeki, idziemy w pole...
Rozlega sią łagodny plusk wody, kłosy zbóż kołyszą
sią od wiatru... upal... siadamy w łódką... żona pro¬
wadzi... ledwie podnosi wiosło...
Poetyzujesz, Iljusza — przerwał Sztolc.
—	Tak, jestem poetą w życiu, bo i samo ży¬
cie — to poezja. Wolno ludziom ją kazić! Potem
można zajść do oranżerji — ciągnął Obłomow,
sam upojony ideałem własnego szczęścia.
Wydobywał z wyobraźni już gotowe, dawno
malowane przez siebie obrazy i mówił z ożywieniem,
nie zatrzymując się.
—	Zobaczyć morele, winograd, powiedzieć, co
podać do stołu, potem powrócić, zjeść lekkie śnia¬
danie i czekać na przyjazd gości... Tymczasem
przynoszą liścik do żony od jakiejś Marji Pio-
trówny i książkę z nutami; przysłano ananas
OWomow. T. I.
17
		

/Magazyn_133_09_266_0001.djvu

			- 258 —
w podarunku. Olbrzymi arbuz,, który dojrzał w in¬
spektach, wyślesz sąsiadowi na jutrzejszy obiad na
który też tam pojedziesz... A w kuchni tymczasem
wre robota: kucharz w białym, jak śnieg, fartuchu
i kołpaku zajęty — postawi jedną patelnie — zdej¬
mie, postawi drugą, tam coś pomiesza, tu wałkuje
ciasto owadzie wodę wyleje... kręci lody... jarzynę
sieka... stukają noże... Przed obiadem przyjemnie
zajrzeć do kuchni, odkryć rondel, powąchać, po¬
patrzeć, jak się robi pierożki, jak się krem ubija...
Potem położyć się na kanapkę, żona przeczyta
coś nowego, zatrzymujemy się, spieramy... Wtem
goście jadą— naprzykład ty z żoną...
—	Tak, więc i mnie ożeniłeś ?
—	Naturalnie.. Jeszcze dwóch — trzech przy¬
jaciół — zawsze te same twarze. Rozpoczynamy
wczorajszą niedokończona rozmowę, dowcipkujemy,
lub panuje wymowne milczenie, zamyślenie, nie
z powodu utraconego urzędu lub jakiejś sprawy
w senacie, lecz z pełni zaspokojonych pragnień
życia... zaduma przyjemności... Nie usłyszysz fili-
piki z pianą na ustach przeciw nieobecnemu, nie
złowisz w powietrzu rzuconego spojrzenia, które
mówi: będzie to i o tobie, gdy tylko za drzwi wyj¬
dziesz. Kogo nie lubisz, kto ci nieżyczliwy, z tym nie
będziesz spożywać chleba i soli. W oczach rozma¬
wiającego ujrzysz sympatję, w żarcie — szczerą,
niezłośliwą wesołość... Wszystko ci po duszy.
Co w oczach, w słowach — to i w sercu... Po obie-
dzie na tarasie — mokka, hawan na...
—	Ty wszystko malujesz tak samo, jak bywało
u ojców i dziadów.
- Nie, nie to — odezwał się Obłomow, prawie
obrażony — jakże tak samo? Czyż moja żona
		

/Magazyn_133_09_267_0001.djvu

			- 259 -
pilnowałaby, jak się warzą konfitury, jak się suszą
grzyby ? Czyż liczyłaby motki lnu i mierzyła
płótno bab wiejskich? Czyż dziewki trzepałaby
po pysku? Czy tam były nuty, książki, fortepian,
meble kunsztowne ?
—	No, a ty sam?
—	I ja nie czytywałbym zeszłorocznych dzień -
ników, nie jeździłbym w teleżce, jadłbym nie ma¬
karon i gęś pieczoną, ale wyćwiczyłbym kucharza
w klubie angielskim albo u ambasadora...
—	A potem ?
—	Potem, jak przyjdą upały, wysłalibyśmy
wóz z samowarem i z deserem do brzozowego gaju,
albo też w pole, na skoszoną trawę, rozesłano by
dywany pod stogami siana i tak rozkoszowali¬
byśmy się od cholodźca do befszteku. Chłopi wra¬
cają z pola z kosami na ramionach, tam przesunie
się wóz, naładowany sianem, tak że ani telegi ani
konia nie widać; na szczycie sterczy czapka mu-
żyka ubrana w kwiaty i główka dziecinna; ówdzie
śpiewa tłum bosonogich bab z sierpami na ramio¬
nach... Zobaczyły panów swoich, ucichły, kła¬
niając się niziutko. Jedna z nich z ogorzałą
szyją, z gołemi łokciami, z bojaźliwie spuszczo-
nemi ale złośliwemi oczyma, niby się broni od
pańskich karesów, a sama taka szczęśliwa... tyl¬
ko... żeby żona nie zobaczyła, Boże uchowaj!
I sam Obłomow i Sztolc śmieli się do rozpuku.
—	Wilgoć w polu — kończył Obłomow — ciemno,
mgła, jak morze odwrócone zwiesza się nad żytem...
konie rżą, biją ziemię kopytami — czas do domu.
W domu już zapalono światła, w kuchni pięć noży
bije o stoły... na patelni grzyby, kotlety, jagody
leśne... tu muzyka... Casta diva... Casta dival —
17*
		

/Magazyn_133_09_268_0001.djvu

			- m -
zaśpiewał Obłomow. — Nie mogę obojętnie wspo¬
mnieć o Casta diva — prześpiewawszy początek Cäva-
łiny rzekł Obłomow, — jak wypłakuje serce
ta kobieta! Jaka tęsknota zamknięta w tych
dźwiękach! I nikt nic nie wie dokoła... ona sama
jedna... Tajemnica tylko jej cięży — ona ją księ¬
życowi powierza...
—	Lubisz tę arję? Bardzo się cieszę... Prze¬
ślicznie ją śpiewa Olga Iljińska. Poznajomię was
—	to głos, to śpiew! I sama zresztą — jakie
czarujące dziecko! Zresztą, może ja nie jestem
sędzią objektywnym — mam do niej słabość...
Ale nie odrywaj się, nie odrywaj się od opowia¬
dania — dodał Sztolc — opowiadaj dalej...
—	No — ciągnął Obłomow — cóż ci jeszcze
powiedzieć. Już wszystko... Goście rozchodzą się
do oficyn, do pawilonów, a jutro rozejdą się znowu
—	jedni z wędką na ryby, inni ze strzelbą, a inni,
ot tak — siedzą sobie...
—	Siedzą... nic w ręku? — pytał Sztolc.
—	Czegóż ty jeszcze chcesz? Przypuśćmy —
chustka od nosa. Cóż — nie chciałbyś tak pożyć
trochę ? — spytał Obłomow — co ? Czy to nie
życie ?
—	I do śmierci to samo ?
—	Do siwego włosa, do grobowej deski. To
życie!
—	Nie, to nie życie!
.— Jakto nie życie? Czego tu braknie? Po¬
myśl tylko: nie ujrzałbyś tu ani jednej bladej,
zmęczonej cierpieniem twarzy, żadnej troski, nie sły¬
szałbyś żadnego pytania, ani o senacie, o giełdzie,
o akcjach, o memorjałach, o audjencji u mini¬
stra, o czynach, o dodatku do pensji. Wszystkie
		

/Magazyn_133_09_269_0001.djvu

			— 261 —
rozmowy bez żadnych zamiarów. Nigdybyś nie
potrzebował zmieniać mieszkania. A to jedno ile
kosztuje zdrowia? To nie życie?
—	Nie, to nie życie! — z uporem przemówił
Sztolc.
—	Cóż to jest, według twego zdania?
—	To... — Sztolc zamyślił się, jakby szukał odpo¬
wiedniego wyrazu — to jakaś Obłomowszczyzna —
rzekł wkońcu.
—	O-bło-mow-szczyzna! — powoli powtórzył IIja
Iljicz, zdziwiony tym strasznym wyrazem i dzie¬
ląc go na sylaby. O-bło-mow-szczyzna!
Dziwnie i badawczo spojrzał na Andrzeja.
—	A gdzież ideał życia według twego zdania?
Cóż nie jest Obłomowszczyzną ? — bez namiętności,
bojaźliwie trochę zapytał. — Czyż nie wszyscy dążą
do tego, o czem ja marzę? Zmiłuj się — dodał
śmielej — wszakże celem waszego szarpania się,
uniesienia, wojny, handlu, polityki, czyż to nie
chęć zdobycia spokoju, nie dążenie do ideału utra¬
conego raju?
—	Ale u ciebie i utopja ma charakter obło-
mowski — zauważył Sztolc.
—	Przecież wszyscy szukają wypoczynku i spo¬
koju — bronił się Obłomow.
—	Nie wszyscy. I ty sam przed dziesięciu
laty nie tego szukałeś w życiu.
—	Czegóż ja szukałem? — ze zdziwieniem
zapytał Obłomow, cofając się myślą w przeszłość.
—	Przypomnij sobie... pomyśl... gdzie twoje
książki., twoje przekłady różnych autorów?
—	Zachar gdzieś zapodział! — odpowiedział
Obłomow. — Pewnie leżą w kącie.
—	W kącie — z wyrzutem zauważył Sztolc. —
		

/Magazyn_133_09_270_0001.djvu

			W tym samym kącie spoczywają i marzenia twoje:
,,służyć ojczyźnie, póki siły starczą, bo Rosja
potrzebuje rąk i głów dla korzystania z niewyczer¬
panych źródeł“ — to twoje własne słowa; „pracować
aby wypoczynek był słodszy, a wypoczywać, to
znaczy żyć drugą piękną, artystyczną połową
swego życia, życiem artystów, poetów“. Wszystkie
te nadzieje także Zacliar rzucił do kąta ! Przypomnij
sobie... po ukończeniu nauk chciałeś zwiedzić obce
kraje, ażeby lepiej poznać i ukocłiać własną ojczyznę.
„Całe życie — to myśl i trud“—mówiłeś wtedy —
,,praca, choćby nikomu nieznana, ciemna, ale nie¬
przerwana, a śmierć z samopoczuciem, że się swój
obowiązek spełniło“. Co ? W jakim kącie to wszystko
teraz spoczywa ?
—	Tak... tak... — mówił Oblomow, niespo¬
kojnie słuchając każdego wyrazu Sztolca — pa¬
miętam... ja rzeczywiście... zdaje się. Jakże to -—
zawołał nagle, przypomniawszy sobie przeszłość,
pamiętam Andrzeju, mieliśmy zamiar wzdłuż i
wszerz zmierzyć całą Europę, piechotą przejść
przez Szwaj car ję, poparzyć nogi na Wezuwjuszu,
zajść do Herkulanum. Małośmy nie szaleli z ra¬
dości. Tyle głupstw!
—	Głupstwa! — z wymówką powtórzył Sztolc.—
Czyż to nie ty ze łzami w oczach mówiłeś, patrząc
na reprodukcję Madonn Rafaela, Nocy Corregia,
Apolla Belwederskiego: ,,Mój Boże! czyż nigdy
nie uda się nam oglądać oryginałów, i zaniemieć
w potędze wzruszenia, że stoimy przed dziełem
Michel-Angelo, Tycjanai depczemy ziemię Rzymu?
Czyż życie całe spędzić na tem, ażeby mirty, cy¬
prysy i pomarańcze oglądać tylko w oranżerjach,
• a nie w ich ojczyznie? Nie oddychać powietrzem
		

/Magazyn_133_09_271_0001.djvu

			I
— 263 —
Włoch, nie wchłaniać w siebie błękitów tamtego
nieba?“ Ileż to innych jeszcze sztucznych ogni
wylatywało z twojej głowy ! A teraz to — głupstwo !
—	Tak... tak... pamiętam — mówił Obłomow,
wmyślając się w przeszłość. —Wtenczas wziąłeś
mnie za rękę i powiedziałeś: „dajmy sobie słowo
nie umrzeć zanim nie ujrzymy tego wszystkiego.“
—	Pamiętam — ciągnął Sztolc — kiedy mi
przyniosłeś przekład Say’a z dedykacją na imie¬
niny moje... Przekład mam do dziś dnia. A jak
ty się spierałeś z nauczycielem matematyki i chcia¬
łeś koniecznie wiedzieć, poco ci koła i kwadrat}'’ —
i dałeś spokój dyskusji. Zacząłeś uczyć się po
angielsku — i nie douczyłeś się! Kiedy ja powzią¬
łem plan wyjechania za granicę i zaglądnięcia do
niemieckich uniwersytetów, ty skoczyłeś, objąłeś
mię za szyję i uroczyście rzekłeś podając mi rękę:
,,Ja twój jestem, Andrzeju! Z tobą wszędzie!“
— To przecież własne twoje słowa. Ty byłeś
zawsze potrosze aktorem. Cóż powiesz, Iljusza ?
Ja już dwa razy jeździłem za granicę i uzupeł¬
niałem swą wiedzę, siadając skromnie na uczniow¬
skich ławach w Bonn, w Erlangen, a potem
poznałem Europę, jak własny majątek. Przypuść¬
my, że podróże — to zbytek i nie wszyscy mogą,
nie wszyscy są poniekąd obowiązani do tego, ale Ro¬
sja? Ja zmierzyłem Rosję wzdłuż i wszerz... Pra¬
cuję...
—	Kiedyś przestaniesz przecież pracować —
zauważył Obłomow.
—	Nigdy nie przestanę. Dlaczego ?
—	Gdy podwoisz swój majątek — rzekł Obło¬
mow.
		

/Magazyn_133_09_272_0001.djvu

			Gdy nawet poczwórnie powiększę — nie
przestanę.
- Z jakiegoż powodu — przemówił, pomil-
' zawszy trochę — ty się szarpiesz, jeśli nie masz
celu zabezpieczyć sobie życia, a potem wypocząć
w spokoju ?
—	Obłomowszczyzna wiejska!
—	Albo zdobywszy na urzędzie powagę i sta¬
nowisko w społeczeństwie, w zaszczytnej bezczyn¬
ności spożywać owoce zasłużonego spokoju...
—	Petersburska Obłomowszczyzna!
—	Kiedyż żyć ? -— z gniewem odpowiedział
Obłomow na słowa Sztolca. — Dlaczegóż męczyć się
całe życie ?
—	Dla samej potrzeby pracy — więcej dla nicze¬
go. Praca — to obraz, treść,.potęga i cel życia —
przynajmniej mego. Ty wypędziłeś pracę z życia —
i do czegóż ono podobne ? Spróbuję cię podnieść
— może po raz ostatni. Jeśli ty po tem wszyst-
kiem nie przestaniesz tu jeszcze przesiadywać z Ta-
rantjewymi i Aleksiejewymi różnych gatunków, —
to zginiesz marnie, staniesz się ciężarem nawet dla
samego siebie. Teraz albo nigdy!
Obłomow słuchał, patrząc na niego przelęknio-
nemi oczyma. Zdawało się, że przyjaciel postawił
przed nim zwierciadło, w którem on poznał samego
siebie — i przestraszył się.
—	Nie wyrzekaj na mnie, Andrzeju, ale wskaż
raczej drogę wyjścia — począł mówić, westchnąw¬
szy. — Ja sam zamęczam się tem wszystkiem i gdy¬
byś ty podpatrzył i wysłuchał mnie, choćby dziś,
gdy sam sobie grób kopię i płaczę nad sobą — nie¬
skończone byłyby twoje wymówki. Wszystko
wiem, wszystko rozumiem, ale braknie mi sity
		

/Magazyn_133_09_273_0001.djvu

			—
— 265 —
i wuli. Daj mi twoją wolę, twój rozum i prowadź
gdzie chcesz. Za twoim przykładem może ja pójdę,
ale sam nie ruszę się z miejsca. Prawdę mówisz:
,,teraz albo nigdy już więcej.“ Jeszcze rok — i bę¬
dzie za późno.
—	Czyś to ty, Iljusza ? — mówił Andrzej. — Ja
pamiętam cię szczupłym, pełnym żywości chłop¬
czykiem, jak codziennie z Preczysteńki chodziłeś
na Kudrino. Tam w ogródku... nie zapomniałeś
dwóch sióstr? Czy pamiętasz, jakeś im dawał
Rousseau'a, Schillera, Goethego, Byrona, a od¬
bierałeś od nich romanse Cottina, Geulisa... uda¬
wałeś przed niemi powagę... chciałeś kształcić ich
smak estetyczny?
Obłomow skoczył z kanapy.
—	Jakto, Andrzeju! Ty i o tern pamiętasz?
Prawda. Marzyłem wraz z niemi, mówiłem o przy¬
szłości, rozwijałem plany, różne myśli i... uczucia
takie, w tajemnicy przed tobą, ab}^ się z nich nie
śmiał. Tak, to wszystko zamarło i nie powtórzyło
się nigdy! Gdzie się to wszystko podziało? Dla¬
czego zgasło ? Nie rozumiem! Ńie było żadnych
burz, żadnych wstrząśnień w mojem życiu. Nie
straciłem nic, żadne jarzmo nie cięży na mojem
sumieniu — ono czyste, jak szkło. Żaden cios nie
przygłuszył we mnie miłości własnej, a jednak,
Bóg wie dlaczego, wszystko ginie, przepada!
Westchnął.
—	Wiesz, Andrzeju, że w życiu mojem nie było
ani niszczącego, ani budującego ognia. Ono nie było
podobne do poranku, pełnego barw, na które pada
światło późniejszego dnia, jak u innych, i płonic
jasno, i wszystko wre, żyje w świetle południa, a po¬
tem coraz ciszej i ciszej, coraz bledsze, wreszcie po-
		

/Magazyn_133_09_274_0001.djvu

			— 266 —
woli, naturalnie gaśnie ku wieczorowi. Nie, moje
życie rozpoczęło się od gaśnięcia. Dziwne to, a jednak
prawdziwe! Od pierwszej chwili, kiedy mną ogarnęło
samopoczucie, przekonałem się, że gasnę. Począłem
marnieć przy pisaniu referatów w kancelarji, potem
marniałem, zapoznając się przez czytanie z praw¬
dami, z któremi nie wiedziałem, co począć w życiu;
marniałem z przyjaciółmi, słuchając rozmów, plotek,
naigrawań się, złej i chłodnej gawędy, widząc przy¬
jaźń, podtrzymywaną schadzkami bez celu, bez
sympatji; marniałem, włócząc się smutny po New¬
skim prospekcie śród futer szopowych i bobrowych
kołnierzy, na wieczorach, na różnych fajfach, gdzie	|
mnie witano chętnie, jako niezły materjał na męża;
marnowałem i rozpraszałem na drobiazgi życie
i rozum, włócząc się z miasta na letnisko, z letniska
na ulicę Grochową, poznając wiosnę po transpor¬
tach homarów i ostryg, jesień i zimę po śniegu,
lato po wycieczkach. Życie całe było tylko leniwą
i spokojną drzemką, jak u innych. Nawet miłość
własna — na co się ona rozpraszała? Ażeby za¬
mawiać ubranie u pierwszorzędnych krawców!
Być przyjętym w pewnym domu! Ażeby książę
jakiś uścisnął mi rękę! A przecież miłość własna —
to sól życia. Gdzieś się ono podziało ? Albo ja
nie zrozumiałem życia, albo ono nic nie warte, —
lepszego ja nie znałem, nie widziałem, nikt mi go
nie wskazał. Ty zjawiałeś się i znikałeś, jak kometa,
a ja zapominałem o wszystkiem i — marnowa¬
łem się.
Sztolc nie odpowiadał, jak dawniej, lekcewa-
żącem szyderstwem na słowa Obłomowa. Słuchał
i milczał ponuro.
— Powiedziałeś mi wczoraj, że twarz moja
		

/Magazyn_133_09_275_0001.djvu

			nie wygląda świeżo, że jest zmiętą — mówił Obło-
mow, — tak, ja jestem jak stary, nieużyteczny
już, wyszargany kaftan, zniszczony nie przez nie¬
pogodę, przez pracę, ale dlatego, że przez dwa¬
naście lat światło we mnie było zamknięte, które
szukając wyjścia, przepalało własne więzienie, ale
nie wyszło na świat i zgasło'. Tak, mój kochany
Andrzeju, minęło dwanaście lat — już mi się ode¬
chciało budzić się.
—	Dlaczegóż nie wyrwałeś się z tycli więzów,
nie uciekłeś, ale milcząco marniałeś? — niecier¬
pliwie pytał Sztolc.
—	Dokąd ?
—	Dokąd ? Choćby ze swymi mużykami na
Wołgę! Tam więcej życia, są jakieś sprawy, jakiś
cel, praca. Jabym uciekł na Sybir, do Sitchy.
—	Ty zawsze doradzasz radykalne środki le¬
cznicze — zauważył Obłomow ponuro. — Ale
czyż ja jeden? Spójrz tylko: Michajłow, Petrow,
Siemionow, Aleksiejew, Stiepanow... Nie wyliczysz
wszystkich. Nasze imię — legjon!
Sztolc ciągle jeszcze był pod wpływem tej spo¬
wiedzi i milczał. Potem westchnął.
—	Tak, dużo upłynęło wody! — rzekł.—Janie
zostawię cię tutaj. Wy wiozę stąd, najprzód za granicę,
potem na wieś — schudniesz trochę, przestaniesz
dziwaczyć, a wkońcu i zajęcie jakieś wyszukamy.
—	Ach, tak — jedźmy stąd gdziekolwiek! —
wymknęło się Obłomowowi.
—	Jutro rozpoczniemy starania o paszport za
granicę... potem przysposobimy się do wyjazdu...
Nie porzucę tego planu, słyszysz, Iljusza?
—	Ty zaraz — jutro! — zaprotestował Oblo-
mow, jak gdyby spadł z obłoków.
		

/Magazyn_133_09_276_0001.djvu

			—	A tybyś chciał może ,,nie odkładać do jutra,
co można zrobić dziś?“ Taki pośpiech! Dziś już
późno — dodał Sztolc, — ale za dwa tygodnie bę¬
dziemy już daleko...
—	Jakto — za dwa tygodnie... Zmiłuj się, tak
nagle!—mówił Obłomow.—Pozwól obmyśleć wszyst¬
ko, przygotować się... Potrzebny jakiś powóz... Za
trzy miesiące może...
—	Też wymyśliłeś — powóz! Do granicy
dojedziemy pocztą, albo statkiem parowym do Lu¬
beki— jak będzie wygodniej — a tam już w wielu
miejscach koleje żelazne.
—	A mieszkanie, a Zachar, a Obłomówka ?
Trzebaż dać jakieś dyspozycje — bronił się Obłomow.
—	Obłomowszczyzna ! Obłomowszczyzna ! — za¬
wołał Sztolc, śmiejąc się, potem wziął świecę, powie¬
dział dobranoc Obłomowowi i poszedł spać. —Te¬
raz albo nigdy! pamiętaj ! — dodał, zwróciwszy się
do Obło mowa i zamykając drzwi.
		

/Magazyn_133_09_277_0001.djvu

			V.
,,Teraz albo nigdy!“ — stanęły przed Obłomo-
wym groźne słowa, gdy tylko się obudził.
Wstał z łóżka, przeszedł się parą razy po pokoju,
zajrzał do bawialnego pokoju — Sztolc siedzi i pisze.
—	Zachar! — zawołał.
Nie słychać wcale zwykłego skoku z leżanki.
Zachar się nie zjawia. Sztolc wysłał go na pocztą.
Obłomow zbliżył się do owego zakurzonego stołu,
usiadł, wziął pióro, włożył do kałamarza, ale niebyło
atramentu; zaczął szukać papieru — także niema.
Zamyślił się i machinalnie począł rysować coś
palcem na zapylonym stole; spostrzegł, że napisał:
Obłomowszczy zna.
Szybko starł ten wyraz rękawem. Wyraz ten
śnił mu się w nocy, wypisany ogniem na ścianie, jak
Baltazara we słowa.
Wrócił Zachar, a nie zastawszy Obłomowa, jak
zwykle, w pościeli, zdziwił się bardzo, ujrzaw¬
szy go już na nogach. W jego tępem spojrzeniu
błyszczał także wyraz ,,Obłomowszczyzna“.
—	Jeden wyraz — myślał Ilja Iljicz, — ale
jaki ,,jadowity!“
Zachar, jak zawsze, wziął grzebień, szczot¬
kę, ręcznik i zbliżył się do Obłomowa, aby go
uczesać.
		

/Magazyn_133_09_278_0001.djvu

			- 270 -
—	Idź do czorta! — głośno zawołał Ilja
Iljicz — i wytrącił z rąk Zachara szczotkę— grzebień
011 sam już opuścił na podłogę.
—	Czy pan się jeszcze położy? — spytał.—Po¬
prawiłbym pościel.
—	Przynieś mi atramentu i papieru — rzekł
Obłomow.
I zamyślił się nad słowami: „teraz lub nigdy!“
Wsłuchując się w to rozpaczliwe wołanie rozu¬
mu i woli, uświadamiał sobie i ważył to, co jeszcze
mu zostało jako resztki woli. Gdzie poniesie,
gdzie złoży te ostatnie resztki.
Po milczącej zadumie, porwał pióro, wyciągnął
z kąta książkę i w ciągu godziny chciał przeczytać,
przemyśleć, wypisać wszystko, czego nie przeczytał,
nie przemyślał, nie napisał w ciągu lat dziesięciu.
Co ma teraz robić ? Iść naprzód, czy stać ? To
obłomowskie pytanie wydawało mu się głębszem od
hamletowskiego. I§ć naprzód — to znaczyło zrzucić
szeroki chałat nietylko z piec, lecz także z duszy,
z rozumu; razem z kurzem i pajęczyną na ścianach
zrzucić pajęczynę z oczu, — i przejrzeć!
Który pierwszy krok uczynić ? Od czego zacząć ?
Niewiem... nie mogę... nie! Ja się tylko wykręcam.
Sztok tu blisko — wszystko powie.
A co on powie ? ,,Za tydzień — powie — napisać
szczegółową instrukcję swemu pełnomocnikowi i wy¬
słać na wieś. Na Obłomówkę zaciągnąć bankową
pożyczkę, dokupić gruntów, podać plan budowy
domu, opróżnić mieszkanie, wziąć paszport i jechać
na pół roku za granicę, pozbyć się zbytecznego
tłuszczu, zrzucić ten ciężar, odświeżyć duszę tem
powietrzem, o którem niegdyś marzył z przyjacielem,
żyć bez szlafroka, bez Zachara i Tarantjewa, same-
		

/Magazyn_133_09_279_0001.djvu

			— 271 —
mu wdziewać skarpetki i zdejmować buty, spać
tylko w nocy, podróżować, jak wszyscy, statkiem
parowym lub koleją, potem... Potem... cieszyć się
w Oblomówce, wiedzieć, co posiew, co młodźba,
dlaczego chłop bywa ubogi lub bogaty, chodzić
w pole, jeździć na wybory, na fabrykę, do młyna, do
przystani. Niezależnie od tego czytać dzienniki,
książki, troszczyć się o to, dlaczego Anglicy wysiali
okręt na wschód..."
Oto, co mnie powie! To znaczy iść naprzód...
I tak cale życie! Żegnaj mój poetyczny ideale
życia ! Będzie to jakaś kuźnia, nie życie; bezustanny
płomień, gorąco, trzask, hałas... Kiedyż żyć? Czyż
nie lepiej zostawić tak, jak było!
Zostać ? To znaczy, wdziewać koszulę na wywrót,
słuchać tupotu Zacharowego skakania z leżanki,
jadać obiady z Tarantjewym, mniej myśleć o wszyst-
kiem, nie doczytać do końca podróży do Afryki
i spokojnie zestarzeć się w mieszkaniu kumy Ta¬
rant je wa.
„Teraz lub nigdy!" ,,Być albo nie być!“—Obło-
mow podniósł się na fotelu, ale nie trafił odrazu
nogami w pantofle i usiadł znowu.
Po dwóch tygodniach Sztolc wyjechał do Anglji,
wziąwszy słowo od Obłomowa, że przyjedzie wprost
do Paryża. Ilja Iljicz paszport już miał w pogoto¬
wiu ; zamówił nawet płaszcz podróżny, kupił czapkę.
Tak się posunęło wszystko!
Już Zachar bardzo mądrze dowodził, że dość
zamówić jedną parę butów, a do drugiej dać tylko
podeszwy. Oblomow kupił kołdrę, wełnianą koszulę,
podróżny neseser, chciał nawet kupić worek na
prowizję, ale dziesięciu ludzi przekonało go, że za¬
granicą z workiem prowizji nie podróżują.
		

/Magazyn_133_09_280_0001.djvu

			— 272 -
Zachar biegał do rzemieślników, do sklepów, pot
go oblewał, ale niemało naskładał sobie grywien
i piętaków, pozostałych z kupna w sklepach, choć
przeklinał Andrzeja Iwanowicza i wszystkich, kto
wymyślił podróże.
—	Góż on tam sam jeden będzie robił ? — mówił
w sklepiku.—Tam, jak powiadają, usługują państwu
dziewki. Jakże dziewka potrafi buty ściągnąć?
Jak będzie skarpetki panu wciągać na gole nogi?
Uśmiechnął się tak szeroko, że bokobrody na
strony mu się rozbiegły i głową pokiwał. Obłomow
nie lenił się napisać, co ma wziąść ze sobą, a co
w domu zostawić. Meble i różne sprzęty polecił
Tarantjewowi odwieźć na nowe mieszkanie do kumy,
na Wyborgską stronę, zamknąć w trzech pokojach
i pilnować do jego powrotu z zagranicy.
Już znajomi Oblomowa, jedni z niedowierzaniem,
inni z uśmiechem, niektórzy nawet z pewnego ro¬
dzaju przestrachem mówili: jedzie... Proszę sobie
wyobrazić — Obłomow ruszył się z miejsca!
Ale Obłomow nie wyjechał ani za miesiąc,— ani
za trzy.
W przeddzień wyjazdu obrzękły mu usta.
—	Mucha ukąsiła ! Nie mogę przecież z takiemi
ustami jechać nad morze!
Nadszedł sierpień. Sztolc dawno już w Paryżu,
pisze do niego wzburzone listy, ale odpowiedzi nie
otrzymuje.
Dlaczego ? Zapewne atrament wysechł w kałama¬
rzu, może niema papieru?
Nie, kałamarz pełen atramentu. Na stole leżą
listy, papier, nawet rządowy, z herbem państwa.
Może dlatego, że w stylu oblomowskim często spo¬
tykają się ze sobą ,,który" i ,,co", a może Ilja Ujicz
		

/Magazyn_133_09_281_0001.djvu

			— 273 —
w stanowczych słowach — teraz lub nigdy, zatrzy¬
mał się na — nigdy, założył ręce pod głowę i —
zasnął, a Zachar nadaremnie go budzi ?
Zapisawszy kilka stron, nie użył wcale dwa razy
przy sobie „który“, styl jego był gładki, a niekiedy
nawet Wykwintny i piękny, jak w te chwile, kiedy
wraz ze Sztolcem marzył o życiu pełnem pracy—
0	podróży...
Wstaje o godzinie siódmej, czyta, nosi gdzieś
książki. Na twarzy ani senności, ani zmęczenia,
ani nudów. Na policzkach nawet pokazał się rumie¬
niec, w oczach blask, coś w rodzaju odwagi, albo
przynajmniej pewności siebie. Szlafroka nie wdzie¬
wa. Tarantjew zawiózł go do kumy wraz z meblami.
Obłomow siedzi z książką w ręku lub pisze
w zwykłem codziennem ubraniu. Na szyi lekka
krawatka. Wykładany kołnierzyk błyszczy biało¬
ścią, jak śnieg. Wychodzi w surducie bardzo ładnie
skrojonym, w eleganckim kapeluszu. Wstał od
biurka... coś podśpiewuje...
Siedzi przy oknie w swym pokoju — mieszkając
na letnisku o kilka wiorst od miasta, — przed nim
leży bukiet kwiatów. Pisze coś bardzo pośpiesznie,
ale ciągle spogląda przez okno i krzaki na drogę
— i znowu pisze.
Nagle na drożynie zachrzęścił piasek pod czyjąś
lekką stopą. Obłomow rzucił pióro, chwycił
bukiet i popędził do okna.
— To pani, Olgo Siergiejewna ? Zaraz, zaraz !—
rzucił w powietrze — pochwycił kapelusz, laskę, wy¬
biegł do bramki, podał rękę jakiejś pięknej kobiecie
1	znikł z nią razem w lesie, śród olbrzymich jodeł.
Z poza jakiegoś kąta pokazał się Zachar, popa¬
trzył za idącym, zamknął pokój i poszedł do kuchni.
Obłomow. T. I.	18
		

/Magazyn_133_09_282_0001.djvu

			— 274 —
—	Poszedł! — rzekł do Anisji.
—	A na obiad wróci?
—	Kto go wie, — jak przez sen odpowiedział
Zachar.
Zachar taki sam, jak dawniej: takie same wiel¬
kie bokobrody, nieogolony, ta sama szara kami¬
zelka i rozprucie pod pachą, ale ożenił się z Anis ją
—	czy skutkiem zerwania stosunku z kumą, czy
też tak, z przekonania, że człowiek musi się ożenić.
Ożenił się zatem, ale wbrew przysłowiu — nie od¬
mienił się.
Sztolc zaznajomił Obłomowa z Olgą i jej ciotką.
Gdy go przywiózł do domu ciotki Olgi po raz
pierwszy, zastano tam gości. Obłomow, jak zwykle,
czuł się jakoś niedość swobodnym, ciężkim.
—	Dobrze byłoby zdjąć rękawiczki — pomyślał
—	przecież w pokoju ciepło... Jak ja się odzwy¬
czaiłem od wszystkiego!
Sztolc usiadł przy Oldze, która siedząc w fo¬
telu, oparta plecami, dość daleko od stołu, przy
którym pito herbatę, obojętnie przyglądała się temu,
co się koło niej działo.
Bardzo ucieszyła się przyjściem Sztolca. Cho¬
ciaż oczy jej nie zapaliły się blaskiem, twarz nie
okryła się rumieńcem, ale zajaśniał na niej równy,
spokojny wyraz, a na ustach zjawił się uśmiech.
Nazywała go przyjacielem i lubiła za to, że ją
zawsze pobudzał do śmiechu, nie pozwalając nudzić
się, ale i lękała się go nieco, bo się czuła wobec nie¬
go trochę dzieckiem.
Gdy w umyśle jej budziło się jakieś pytanie>
powstawała wątpliwość, ona zaraz wypowiadała
się przed nim — uznawała jego wyższość nad sobą
		

/Magazyn_133_09_283_0001.djvu

			- 275 -
i nieraz czuła się upokorzona własną niedojrzałością
umysłu i lat.
Sztolc zachwycał się nią bez żadnych zamiarów,
jako pięknem stworzeniem, pelnem zapachu świe¬
żości, rozumu i uczuć. W oczach jego była tylko
prześlicznem dzieckiem, pełnem nadziei na przy¬
szłość.
Mimo to rozmawiał z nią chętniej i częściej,niż
z innemi kobietami, gdyż ona, chociaż nieświadomie,
szła prostą, naturalną drogą życia, a dzięki szczę¬
śliwej naturze, zdrowemu rozsądkowi, nieprzerafi-
nowanemu wychowaniu, nie uchylała się od szcze¬
rego wypowiadania myśli, uczuć, woli aż do naj¬
mniejszego, ledwie dostrzeżonego poruszenia oczu,
ust, ręki.
Może dlatego szła ona tak pewnym krokiem
tą drogą, że od czasu do czasu słyszała obok siebie
kroki jeszcze pewniejsze „przyjaciela“, któremu
ufała i do jego kroku własny stosowała.
Mimo wszystko, u rzadko której dziewczyny
można było spotkać tyle prostoty, naturalnej swo¬
body spojrzenia, słowa, czynu. Nie można było
nigdy wyczytać w jej twarzy i oczach: „teraz
zacisnę trochę usta i zamyślę się — to mnie do
twarzy. Spojrzę tam i przelęknę się, lekko krzyknę —
zaraz się do mnie zbliżą. Siądę przy fortepianie
i wysunę trochę koniec trzewika...“
Nie było u niej ani min żadnych, ani kokieterji,
żadnego kłamstwa, żadnej sztucznej powłoki, ani
zamiarów. Dlatego też ją cenił — tylko prawie jeden
Sztolc, dlatego niejeden mazur przesiedziała sama,
nie nudząc się, a patrząc na nią, najbardziej roz¬
mowni panowie stawali się nieśmiałymi, nie wie¬
dząc, jak do niej przemawiać.
18*
		

/Magazyn_133_09_284_0001.djvu

			Jedni uważali ją za kobietę bardzo prostą, zgoła
nie głęboką, gdyż z ust jej nie spadały mądre sen¬
tencje o życiu, o miłości, ani też bystre, nieoczeki¬
wane, śmiałe repliki, wyczytane lub podsłuchane
sądy o muzyce lub literaturze. Mówiła mało,
tylko to, co myślała, omijali ją przeto rozumni
i wytrawni kawalerowie, niewytrawni zaś uważali
za zbyt mądrą i obawiali się jej. Sztolc tylko roz¬
mawiał z nią i rozśmieszał.
Lubiła ona bardzo muzykę, śpiewała najchętniej
bez świadków, chyba w obecności Sztolca lub przy¬
jaciółki z pensji, a śpiewała tak, jak według Sztolca,
żadna dziewczyna nie śpiewa.
Ledwie usiadł on przy niej, w pokoju roz¬
legał się śmiech tak dźwięczny, tak szczery, tak
zaraźliwy, że kto go usłyszał, z pewnością zaśmiał
się sam, nie wiedząc, dlaczego.
Ale nie zawsze śmieszył ją Sztolc. Przez półgo¬
dziny nieraz słuchała ciekawie jego mowy, a później
spojrzenie swoje jeszcze z większą ciekawością prze¬
nosiła na Obło mowa. Obłomow od tych spojrzeń
rad byłby się schować pod ziemię.
—	Co oni o mnie mówią ? — myślał, patrząc
na nich z ukosa niespokojnym wzrokiem. Chciał
już odejść, ale ciotka Olgi wołała go do siebie
i sadzała obok pod krzyżowym ogniem spojrzeń
wszystkich rozmawiających.
Bojaźliwie zwrócił oczy na Sztolca, ale tego
już nie było; spojrzał na Olgę — i spotkał się z tem
samem, utkwionem w niego ciekawem spojrzeniem.
—	Jeszcze patrzy! — pomyślał i z niepokojem
począł oglądać własne ubranie.
Otarł chustką twarz, myśląc, że może ma zawala¬
ny nos, poprawił krawatkę — może się rozwiązała,
		

/Magazyn_133_09_285_0001.djvu

			co zdarzało mu się nieraz. Nie, zdaje się, wszystko
w porządku, a ona patrzy!
Służący podał mu filiżankę herbaty i podsunął
tacę z ciastkami. Chciał przygłuszyć w sobie
niepokój, okazać się śmiałym i wziął taką ilość su¬
charków, biszkoptów i rogalków, że obok siedząca
dziewczynka zaśmiała się. Inni spoglądali na tę
masę, leżącą przed nim, z ciekawością.
—	Boże mój! i ona patrzy! — myślał Obło-
mow. — Co ja z tą masą zrobię?
Nie patrząc nawet, widział, że Olga wstała
i przeszła na inną stronę. IYżej mu się na sercu
zrobiło.
A dziewczynka wpatrzyła się w niego, czekając,
co on zrobi z sucharkami.
—	Zjem jak najprędzej ! — pomyślał i począł
prędko zjadać biszkopty, które na szczęście same
rozpływały się w ustach.
Zostały już tylko dwa sucharki, on westchnął
swobodniej i zdecydował się spojrzeć w tę stronę,
gdzie poszła Olga.
Boże ! Ona stoi pod lustrem, oparłszy się o pod¬
stawę i śledzi go spojrzeniem. Zdaje się, że opuściła
swój kącik tylko dlatego, aby mogła swobodnie
patrzeć na niego. Dojrzała jego niezręczność z ciast¬
kami.
Przy kolacji siedziała na drugim końcu stołu,
rozmawiała, jadła i, zdawało się, że już się przestała
nim interesować. Ale ledwie tylko Obłomow trwożli¬
wie zwracał się w jej stronę w nadziei, że może już
przestała patrzeć, spotykał się z jej wzrokiem,
pełnym ciekawości, a jednak dobrym.
Gdy po wieczerzy Obłomow począł gorączkowo że¬
gnać się z ciotką, ona poprosiła go na jutrzejszy
		

/Magazyn_133_09_286_0001.djvu

			— 278 —
obiad i poleciła zaprosić także w jej imieniu
Sztolca.
Ilja Iljicz ukłonił się i, nie podnosząc oczu, skie- .
rował sie ku drzwiom, obok których stał fortepian.
Spojrzał — przy nim siedziała Olga i patrzyła
na niego z wielką ciekawością. Zdało mu sie, że się
uśmiechała.
— Pewnie jej Andrzej nagadał o mnie różne
głupstwa — że na nogach miałem odmienne skar¬
petki, że koszula była na wywrót — pomyślał
i wrócił do domu nachmurzony swemi domysłami
i zaproszeniem i;a obiad, które przyjął ukłonem,
to znaczy, zgodził się na nie.
Od tej chwili uporczywe spojrzenia Olgi nie
wychodziły mu z głowy. Nadaremnie położył się
na grzbiecie, jak długi, nadaremnie starał się
przybrać najbardziej niedbałe pozycje, najbardziej
dla snu dogodne, nie mógł zasnąć — i tyle! Szlaf¬
rok wydał mu się wstrętnym; Zachar głupi i nie¬
znośny; kurz z pajęczyną nie do zniesienia. Kazał
wyrzucić z pokoju kilka obrzydliwych obrazów,
które mu wmówił jakiś handlarz, opiekujący się
biednymi artystami, poprawił roletę, która oddaw-
na się nie podnosiła, zawołał Anisję i kazał wy¬
myć okna. Potem położył się i przez całą godzinę
myślał — o Oldze.
Najprzód pilnie począł badać jej powierzchow¬
ność, malował w pamięci jej portret.
Ściśle rzecz biorąc, Olga nie była wcale piękna,
nie miała ani zbyt białej płci, ani jasnego kolorytu
policzków i ust, a oczy nie paliły się zgoła promie¬
niami wewnętrznego ognia. Nie miała korali na
ustach, perłowych ząbków, ani malutkich jak
		

/Magazyn_133_09_287_0001.djvu

			— 279 —
u pięcioletniego dziecka rączek i paluszków, jak
winograd.
Ale gdyby ją kto chciał uważać jako posąg,
to byłaby posągiem gracji i harmonji. Dość
słusznemu wzrostowi odpowiadała wielkość głowy,
wielkości głowy — owal twarzy i jej proporcjonal¬
ność. Wszystko to razem wziąwszy, harmonizo¬
wało z ramionami, ramiona — z całością figury.
Kto ją tylko spotykał, nawet najbardziej roz¬
targniony, chwilowo zatrzymywał się przed tą
istotą tak prawdziwie artystycznie zbudowaną.
Nos tworzył ledwie widocznie wypukłą deli¬
katną linję, usta cienkie i przeważnie ściśnięte —
oznaka zawsze w jakimś kierunku zwróconej myśli.
Ta sama obecność żywej myśli widoczna była
w bystrem, zawsze czujnem spojrzeniu, jej ciem¬
nych szaro-błękitnycli oczu, przed któremi nic
nie przeszło obojętnie. Brwi nadawały szczególniej¬
szy wyraz oczom: nie były one łukowate, nie
zaokrąglały oczu, nie były cieniutko sztucznie
ułożone, ale przedstawiały się jako duże, jasne,
puszyste wstążeczki, o włosach prosto stojących;
lecz rzadko były symetryczne; jedna była ledwie
dostrzegalnie wyższą od drugiej, a nad'[nią był
ledwie widoczny fałdzik, który zdawałjj się mó¬
wić, że tu myśl się kończy.
Idąc, Olga lekko nachylała głowę naprzód —
głowę pełną wdzięku i szlachetności, osadzoną na
cienkiej, dumnej szyi. Poruszała się calem ciałem,
idąc lekko, prawie niewidocznie.
— Dlaczego ona wczoraj tak uporczywie pa¬
trzyła na mnie ? — myślał Obłomow.—Andrzej zakli¬
na się, że ani o skarpetkach, ani o koszuli jeszcze
nie mówił, ale opowiadał tylko o przyjaźni z nim,
		

/Magazyn_133_09_288_0001.djvu

			— 280 —
o tem jak rośli, uczyli się — wszystko, co było
dobrego, a miedzy innemi mówił i o tem, jak bardzo
nieszczęśliwym był Obłomow — jak marnuje sie
w nim wszystko, co jest dobre, z braku czynnego
pierwiastku życia, jakie jego życie blade, jak...
— Jakiż to powód do uśmiechów ? — myślał
dalej Obłomow. — Jeśli ona ma odrobinę serca,
to powinno ono raczej zadrgać, krwią się oblać
z żalu, a ona... ha, Bóg z nią! Przestanę myśleć!
Pojadę tylko dziś na obiad, a potem — ani nogą!...
Mijały dnie za dniami, a on tam ugrzązł nietylko
obiema nogami, ale z rękoma i głową.
Pewnego pięknego poranku Tarantjew prze¬
wiózł wszystkie jego sprzęty do swojej kumy,
na Wyborgską stronę, a Obłomow trzy dni przeżył,
jak nigdy — bez pościeli, bez kanapy, a obiady
jadał u ciotki Olgi.
Nagle pokazało się, że naprzeciwko letniska,
w którem obie mieszkały, jeden dom był wolny.
Obłomow wynajął go nie patrząc i tam zamieszkał.
Z Olgą spędzał dnie od rana do wieczora, czytał
z nią, przynosił kwiaty, pływał łódką na jeziorze,
chodził po górach... on, Obłomow.
Czegóż nie bywa na świecie ? A jak się to
stało? Bardzo prosto.
Gdy razem ze Sztolcem byli na obiedzie u jej
ciotki, Obłomow w czasie obiadu tak samo się
męczył, jak poprzednio, jadł pod jej spojrzeniem,
mówił, czując, że na nim jak słońce spoczywa jej
wzrok, pali go, trwoży, porusza nerwy, krew.
Zaledwie na balkonie, zapaliwszy cygaro, udało
mu się w dymie tytoniowym ukryć się przed tym
milczącym, natarczywym wzrokiem.
-r—- Co to takiego ? — mówił kręcąc się na wszyst-
		

/Magazyn_133_09_289_0001.djvu

			— 281 —
kie strony. Przecież to męczarnia! Pocóż mam jej
służyć za przedmiot rozrywki ? Na nikogo tak
nie patrzy — nie ma śmiałości. Ja jestem spokoj¬
niejszy, to też ona... Pomówię z nią i wypowiem
raczej sam to wszystko, co ona z duszy mojej wy¬
ciąga swoim wzrokiem.
Nagle zjawiła się przed nim na progu balkonu.
Podsunął jej krzesło — usiadła obok niego.
—	Czy to prawda, że się pan bardzo nudzi ? -—
spytała.
—	Prawda — odpowiedział Obłomow, — ale
niebardzo... Mam różne zajęcia...
—	Andrzej Iwanycz mówił, że pan opraco¬
wuje jakiś plan.
—	Tak. Chcę wyjechać na wieś, pomieszkać
tam trochę... Przygotowuję'się powoli.
—	A za granicę pan nie jedzie ?
—	Z pewnością... Jak tylko Andrzej Iwanycz
będzie gotów.
—	Chętnie pan jedzie ?
—	Tak, bardzo chętnie...
Spojrzał na nią. Uśmiech przebiegał po jej
twarzy: to błysnął w oczach, to na policzkach
się prześlizgnął. Tylko usta były ściśnięte, jak
zawsze. Zabrakło mu odwagi skłaniać spokojnie.
—	Leniwy jestem trochę... — powiedział, —
ale...
Przykro mu było, że ona tak łatwo, prawie
milcząco, wydobyła z niego wyznanie o lenistwie.
—	Czem ona u licha, dla mnie? Boję się jej,
czy co ? — myślał.
—	Leniwy... — powtórzyła Olga z ledwie do¬
strzegalną złośliwością. —Czy to może być? Mężczy¬
zna leniwy ? Nie rozumiem tego,
/
		

/Magazyn_133_09_290_0001.djvu

			- 282 —
—	Cóż w tern jest tak trudnego do zrozumienia ?
— myślał. — Rzecz bardzo prosta.
—	Ja zawsze prawie siedzę w domu, dlatego
Andrzej myśli, że ja...
—	Ale pan pewnie dużo pisze — rzekła —
czyta. Czyta pan?
Wpatrzyła się w niego pilnie.
—	Nie, nie czytam... — wyrwało mu sie
z przestrachu, ażeby nie zechciała go egzaminować.
- Dlaczego ? — zaśmiawszy się, spytała.
Obłomow także zaśmiał się.
—	Myślałem, że pani pyta mnie o jakąś po¬
wieść. — Nie czytam powieści.
—	Nie zgadł pan. Miałam na myśli podróże...
Oblomow pilnie spojrzał na nią. Cała jej twarz
była roześmiana, lecz usta — nie.
—	O, to sztuczka! — pomyślał. Z nią trzeba
być ostrożnym.
—	Cóż pan czyta ? — pytała zaciekawiona.
—	Ja rzeczywiście... lubię więcej podróże.
—	Do Afryki ? — spytała złośliwie i cicho.
Oblomow poczerwieniał, domyślając się, nie
bez słuszności, że wiedziała nietylko o tem, co on
czyta, ale jak czyta.
—	Pan muzykalny? — spytała, aby go wy¬
prowadzić z zakłopotania.
W tej chwili wszedł Sztolc.
Iljusza! Wiesz, powiedziałem Oldze Sier¬
giej ewnie, że ty namiętnie lubisz muzykę i pro¬
siłem, aby coś zaśpiewała... Casta diva...
—	Pocóż ty mnie ogadujesz ? — odpowiedział
Obłomow. — Ja wcale namiętnie nie lubię muzyki.
—	Dobry jesteś! — przerwał Sztolc. —On zdaje
się obraził się nawet! Ja go przedstawiam jako
		

/Magazyn_133_09_291_0001.djvu

			— 283 —
porządnego człowieka, a 011 stara się rozczarować
wszystkich!
—	Bronię się tylko przed rolą amatora. Jest
to wątpliwa i trudna rola.
J akąż muzykę lubi pan najwięcej ? — spy¬
tała Olga.
—	Trudno na to pytanie odpowiedzieć! Wszel¬
ką! Czasem z przyjemnością wsłuchuję się w grę
zwykłej katarynki, która poruszy jakiś miły mi
motyw, zachowany w pamięci; innym razem
uciekam w połowie opery; niekiedy wzruszy mnie
Meyerbeer, nawet pieśń z barki rybackiej — sto¬
sownie do nastroju! A czasem i od Mozarta zaty¬
kam uszy...
—	To znaczy, że pan rzeczywiście lubi muzykę.
—	A więc, niech nam pani coś zaśpiewa, Olgo
Siergiej ewna — prosił Sztolc.
—	A jeśli pan Obłomow teraz w takim na¬
stroju, że uszy zatka? — rzekła, zwracając się
do niego.
—	Teraz należałoby powiedzieć jakiś komple¬
ment — odrzekł Obłomow. — Ja nie umiem, a gdy¬
bym nawet umiał, nie miałbym odwagi.
—	Dlaczego ?
—	A jeśli pani źle śpiewa! — naiwnie zauważył
Obłomow. — Potem byłoby mi nieprzyjemnie.
—	Jak wczoraj z sucharkami! — wyrwało się
jej — i poczerwieniała. Bóg wie, coby dala, aby
tego nie powiedzieć. — Przepraszam... niegrzeczną
jestem...
Obłomow nie oczekiwał tego i zmieszał się.
—	Jest to złośliwa zdrada! — rzekł półgłosem.
—	Nie, może tylko maleńka zemsta i to, jak
		

/Magazyn_133_09_292_0001.djvu

			— 284 —
mi Bóg miły, nie rozmyślna za to, że pan nie zdo¬
był się nawet na komplement dla mnie.
—	Może sie zdobędę, gdy usłyszę.
- A chce pan, abym śpiewała? — spytała.
Nie, to on elice — odrzekł Obłomow, wska¬
zując na Sztolca.
—	A pan?
Obłomow przecząco głową pokiwał.
—	Ja nie mogę chcieć tego, czego nie znam.
—	O, ty niegrzeczny jesteś, Iljusza ! —zauważył
Sztolc. — Oto co znaczy zasiedzieć się w domu
i wdziewać skarpetki...
—	Zmiłuj się, Andrzeju przerwał mu Oblo-
mow, nie dając mu mówić. — Nic mnie nie kosztuje
powiedzieć: ,,och, ja rad będę bardzo... szczęśliwy...
pani zapewne pięknie śpiewa i t. d.“ Czyż to po¬
trzebne ?
—	Ale pan mógłby przynajmniej życzyć sobie,
abym śpiewała... chociażby z ciekawości.
—	Nie śmiem — odrzekł Obłomow, — pani
nie jest aktorką.
—	A więc ja panu zaśpiewam — zwróciła się
do Sztolca.
—	Iljusza, przygotuj się na komplement.
Tymczasem nadszedł wieczór. Zapalono światło,
które jak księżyc przeświecało przez kratki balkonu,
owitego bluszczem. Zmierzch pokrył rysy twarzy
i całą postać Olgi i narzucił na wszystko niby welon
jakiś. Twarz jej była ukryta w cieniu, słychać
było tylko miękki, ale mocny głos, z pewnem
drżeniem uczucia.
Śpiewała różne ar je i romanse według wska¬
zówek Sztolca. W jednych odbijało się cierpienie,
z jakiemś niejasnem przeczuciem szczęścia, w innych
		

/Magazyn_133_09_293_0001.djvu

			— 285 -
brzmiała radość, ale w dźwiękach głosu ukrywała
się tęsknota.
Słowa, dźwięki tego czystego dziewiczego głosu
wywoływały bicie serca, drżenie nerwów, oczy
iskrzyły się albo napływały łzami. Chciałoby się
umrzeć, zasnąć przy tych dźwiękach, ale w tej
samej chwili serce pragnęło życia...
Na Obłomowa uderzały płomienie, tracił prawie
przytomność, z trudnością powstrzymywał łzy, a
jeszcze z większym trudem powstrzymywał uczu¬
cie jakiejś radości, która wyrywała mu się z duszy
krzykiem. Dawno nie odczuwał on w sobie ta¬
kiej świeżości, takiej siły, która, zdawało się, wy¬
rwała się z głębin duszy, gotowa do czynu.
W tej chwili wyjechałby nawet za granicę,
gdyby mógł tylko siąść i jechać.
Na zakończenie zaśpiewała Casta diva. Wszyst¬
kie zachwyty, wszystkie myśli, które jak błyska¬
wica przelatywały w głowie, dreszcz, jak igły,
kłujący ciało, — wszystko to tak przygnębiło
Obłomowa, że prawie stracił przytomność.
—	Czy dzisiaj zadowolony pan ze mnie? —
spytała Sztolca, przestawszy śpiewać.
—	Proszę zapytać Obłomowa, co on powie ?
—	Ach! — wyrwało się Ilji Iljiczowi.
Nagle pochwycił rękę Olgi, ale puścił natych¬
miast i zażenował się.
—	Przepraszam... — wyszeptał.
—	Słyszy pani ? — rzekł Sztolc. — Powiedz
sumiennie, Ilja, dawno przeżywałeś takie chwile ?
—	Mogło to być dziś rano, jeśli pod oknami
grała zgrzytająca katarynka — wtrąciła do roz¬
mowy Olga z takim akcentem dobroci, że nie było
w nim ani szpilek, ani sarkazmu.
		

/Magazyn_133_09_294_0001.djvu

			— 286 —
Obłomow z wymówką spojrzał na nią.
—	U niego dotychczas w mieszkaniu podwójne
okna, nie słychać, co zewnątrz się dzieje —
dodał Sztolc.
Takiem samem spojrzeniem obrzucił Obłomow
i Sztolca.
Sztolc ujął rękę Olgi.
—7 Nie wiem, z jakiego powodu, ale dzisiaj
śpiewała pani tak, jak nigdy, przynajmniej ja
dawno nie słyszałem. Oto mój komplement
rzekł, obcałowując każdy palec jej ręki.
Sztolc odjechał. Obłomow także chciał od¬
jechać, ale Sztolc i Olga go zatrzymali.
—	Ja mam pilną sprawę do załatwienia
zauważył, — a ty przecież pójdziesz leżeć... jeszcze
wcześnie...
—	Andrzeju ! Andrzeju! — tonem proszą¬
cym przemówił Obłomow. — Nie, ja dzisiaj nie
mogę zostać — jadę.
Wróciwszy, nie spał noc całą. Smutny, zamyślo¬
ny chodził po pokoju. Ze świtem wyszedł z do¬
mu i błądził ulicami nad Newą, myśląc Bóg wie
0	czem.
Po trzech dniach znowu był tam z wizytą
1	wieczorem, kiedy inni gości zasiedli do stolika,
on z Olgą przypadkiem znaleźli się przy forte¬
pianie. Ciotkę bolała głowa; siedziała w drugim
pokoju i wąchała lekarstwo.
—	Chce pan, pokażę panu kolekcję rycin,
jakie Andrzej Iwanycz przywiózł mi z Odesy —
rzekła Olga. — On panu nie pokazywał ?
—	Pani, zdaje się, z obowiązku gospodyni,
chce mnie bawić. Ale nadaremnie.
—	Dlaczego nadaremnie ? Pragnęłabym, ażeby
		

/Magazyn_133_09_295_0001.djvu

			— 287 -
się pan tutaj nie nudził, jak w domu, ażeby panu
było dobrze, swobodnie, ażeby pan nie odjechał...
leżeć.
—	O jakież to złośliwie ironiczne stworzenie! —
pomyślał Obłomow, zachwycając się mimo wo li
każdym jej ruchem.
—	Pani chce, ażeby mnie było lekko,-swobodnie,
żebym się nie nudził? — powtórzył.
—	Tak! — odpowiedziała, patrząc na niego
z uczuciem jeszcze większej ciekawości i dobroci,
niż onegdaj.
—	W takim razie proszę przedewszystkiem nie
patrzeć na mnie tak, jak teraz i jak onegdaj.
Ciekawość w jej oczach zwiększyła się.
—	Oto mianowicie, z powodu takich spoj¬
rzeń jest mi nijako.
—	Dlaczego nijako ? — spytała miękkim akcen¬
tem i ciekawość znikła z jej oczu.
—	Nie wiem, ale zdaje mi się, że tem spojrze¬
niem chce pani wydobyć ze mnie tajemnice, o któ¬
rych nie chciałoby się, aby wszyscy wiedzieli...
szczególnie pani.
—	Dlaczego? Pan jesteś przyjacielem Andrzeja,
Andrzej moim, a zatem...
—	A zatem niema powodu, ażeby pani wie¬
działa o mnie to, co wie Andrzej Iwauycz — do¬
kończył.
—	Przyczyny niema, ale jest możliwość...
—	Dzięki zbytniej szczerości mego przyjaciela.
Zła to usługa z jego strony.
—	Czy między wami są tajemnice? — spytała.
— Może są zbrodnie... —dodała, śmiejąc się i od¬
suwając się od niego.
—	Może... — odpowiedział westchnąwszy.
i
		

/Magazyn_133_09_296_0001.djvu

			— 288 -
—	Tak, jest to wielkie przestępstwo, — rzekła
bojaźliwie i cicho — wdziewać odmienne skarpetki
na każdą nogę.
Obłomow wziął do rąk kapelusz.
—	Nie mogę wytrzymać! — rzeki. I pani
clice, ażeby mnie było dobrze. Ja przestanę kochać
Andrzeja! On i o tem pani opowiedział!
—	Dzisiaj ogromnie rozśmieszył mnie tem...
Ciągle mnie śmieszy. Przepraszam, nie będę mówić
0	tem... I patrzeć będę inaczej...
Przybrała wyraz twarzy złośliwie poważny.
—	Ale to dopiero — ciągnęła dalej. —
Nie patrzę, przedewszystkiem jak wczoraj, a zatem
jest panu teraz swobodnie i lekko. Teraz —
następnie: co trzeba robić, ażeby się pan nie nudził ?
On spojrzał śmiało w jej szaro-błękitne oczy,
pełne dobroci.
—	Widzi pan... pan sam patrzy teraz na mnie
tak dziwnie.
Obłomow w samej rzeczy patrzył na nią niby
nie wzrokiem, lecz myślą, wolą, jak magnetyzer,
ale prawie nieświadomie, nie mogąc oczu oderwać.
—	Mój boże! jaka ona śliczna... — myślał. —
1	są przecież takie na świecie — i patrzył w jej
oczy prawie przestraszonym wzrokiem. — Ta bia¬
łość twarzy... te oczy, w których jak w głębinie
jakiejś ciemno, a jednocześnie coś błyszczy, dusza
pewnie... Uśmiech można odczytywać, jak książkę...
za uśmiechem — te zęby, głowa... jak ona lekko
spoczywa na ramionach, chwieje się, jak kwiat,
oddycha zapachem... Tak, ja przecie coś wydo¬
bywam z jej głębi — myślał. — Coś z trudem od
niej przechodzi do mnie. Pod sercem coś zaczyna
ruszać się, bić. Zdaje się, że odczuwam coś nie-
		

/Magazyn_133_09_297_0001.djvu

			— 289 —
potrzebnego, czego nigdy nie było... Mój
Boże! jakie to szczęście patrzeć na nią! Oddech
zapiera!
Jak wicher, przelatywały te myśli w jego gło¬
wie i patrzył na nią, jak się patrzy w przestrzeń
nieskończoną, w bezdenną przepaść, w zupełnem
zapomnieniu się, z rozkoszą pełną słodyczy.
—	No, dosyć tego, panie Obłomow... jak się
panu patrzy teraz... — mówiła z pewnem zacię¬
ciem odwracając głowę, ale ciekawość brała górę
i ona też nie spuszczała z niego oka.
On nie słyszał tego, co mówiła.
Wciąż tylko patrzył i patrzył, milcząco kon¬
trolując własne uczucia. W głowie huczały niby
jakieś fale, przelewające się z niesłychanym po¬
śpiechem. Nie zdołał pohamować własnych myśli.
Uciekały jak spłoszone ptaki, a w lewym boku,
pod sercem coś go zabolało.
—	Niechże pan tak dziwnie na mnie nie spo¬
gląda — rzekła, — mnie to także drażni. I pan
pewnie coś chce z mojej duszy wydobyć...
—	Co ja mogę wydobyć... — zauważył machi¬
nalnie.
—	Ja mam także plany rozpoczęte i niewy¬
kończone — zauważyła.
Ocknął się skutkiem tej wzmianki o niewy¬
kończonych planach.
—	Dziwna rzecz — zauważył — pani jest zło¬
śliwą, a jednak spojrzenie pani dobre. Nie daremnie
mówią, że kobietom wierzyć nie można — kłamią
one z rozmysłem i bez rozmysłu — spojrzeniem,
uśmiechem, rumieńcem na twarzy, nawet omdle¬
niem.
Olga nie pozwoliła wzmocnić się temu wrażeniu:
Oblomow. T. I.	19
		

/Magazyn_133_09_298_0001.djvu

			— 290 —
milcząco wzięła z rąk jego kapelusz i usiadła na
krześle.
—	Nie będą już, nie będę! — zawołała z żywo¬
ścią.— Ach, ten nieznośny język! Doprawdy, nie
śmiałam sią z pana. — Powiedziała to tak śpiewnie, że
w mowie tej czuć było drganie uczucia.
Obłomow uspokoił się.
- Ach, ten Andrzej ! — zawołał z wymówką.
—	No, teraz możemy przystąpić do — następnie.
A zatem: cóż robić następnie, ażeby się pan nie
nudził? — spytała.
—	Proszę zaśpiewać!
—	Jest to właśnie ten komplement, którego
oczekiwałam! — przerwała mu z radością. —
Wie pan — mówiła dalej z ożywieniem — gdyby
pan przed trzema dniami nie powiedział po moim
śpiewie ,,ach“ — jabym całą noc nie spała, może-
bym nawet płakała.
—	Dlaczego? — spytał Obłomow.
Olga zamyśliła się.
—	Nie wiem.
—	Pani posiada dużo miłości własnej — może
dlatego.
—	Tak, rzeczywiście dlatego — odpowiedziała
w zamyśleniu, uderzając palcami jednej ręki o kla¬
wisze. —-Ale miłość własna jest we wszystkiem...
i dużo. Andrzej Iwanycz powiada, że jest to prawie
jedyna siła, która wolą kieruje. Otóż, zdaje się,
że panu braknie tej dźwigni, dlatego też' wszystko...
Olga nie dokończyła frazesu.
—	Co ? — pytał Obłomow.
—	Nic... tak... — zatarła domysł. Ja lubię
Andrzeja Iwanycza — ciągnęła — nie za to tylko,
że on mnie rozśmiesza; czasem kiedy on mówi —
		

/Magazyn_133_09_299_0001.djvu

			— 291 —
ja płaczą. I nie dlatego, że on mnie lubi, lecz zdaje
się za to, że on lubi mnie więcej, niż inne... Widzi
pan, dokąd się wkradła miłość własna.
—	Pani lubi Andrzeja ? — spytał 'Obłomow —
i naprężony pytający wzrok utkwił w jej oczy.
—	Naturalnie. Jeżeli on przedkłada mnie nad
inne, tem bardziej jajego, — odpowiedziała poważnie.
Obłomow patrzył na nią milcząco; ona odpo¬
wiadała mu także milczącem spojrzeniem.
—	Ale on lubi także Annę Wasiljewnę, i Zanaidę
Michajłównę, ale inaczej — on z niemi nie prze¬
siaduje po dwie godziny, nie rozśmiesza ich i nic
nie opowiada szczerze. Z niemi rozmawia o in¬
teresach, o teatrze, o nowościach, a ze mną rozmawia,
jak z siostrą — spiesznie dodała. Niekiedy nawet
zwymyśla mnie, gdy czegoś nie zrozumiem dość
prędko lub nie zgodzę się na jego pogląd. A im nie
wymyśla. Za to ja go jeszcze więcej lubię. Miłość
własna... dodała w zamyśleniu — nie rozumiem,
w jaki sposób ona się łączy z moim śpiewem ?
O moim śpiewie inni już mi mówili dużo pięknych
rzeczy, a pan nie chciałeś nawet słuchać, pana
trzeba było dopiero zmuszać. Gdyby pan odszedł,
nie powiedziawszy słówka, gdybym w twarzy pań¬
skiej nic nie wyczytała, zachorowałabym, zdaje się...
Tak, rzeczywiście — to miłość własna — powiedziała
stanowczo.
—	A czy pani rzeczywiście zatiważyla coś w mo¬
jej twarzy? — spytał.
—	Ł,zy, chociaż pan ukrywałeś je. To zły znak
u mężczyzn —• oni się wstydzą własnej miękkości.
Jest to także miłość własna, ale fałszywa. Nie łez,
ale swego rozumu powinni by się raczej wstydzić,
on często się myli. Nawet Andrzej Iwanycz —
19*
		

/Magazyn_133_09_300_0001.djvu

			- 292 -
i ten się wstydzi swego serca. Mówiłam 11111 o tein —
i on się zgodził ze mną. A pan ?
—	Z czemże można się nie godzić, patrząc na
panią? — spytał.
—	Jeszcze komplement — i to jaki!
Wahała się, jak go określić.
—	Banalny — dopowiedział Obłomow, nie spusz¬
czając z niej oka.
Ona uśmiechem potwierdziła jego słowa.
—	Otóż ja tego się lękałem. kiedy nie chciałem
prosić pani o śpiew. Co można powiedzieć, słu¬
chając poraź pierwszy? A coś powiedzieć trzeba.
Trudno być rozumnym i szczerym równocześnie,
osobliwie co do wyrażenia uczuć pod wpływem ta¬
kiego wrażenia, jak wtedy...
—	A ja rzeczywiście śpiewałam wówczas, jak
rzadko mi się zdarza — może dotychczas nigdy...
Proszę mnie o śpiew nie prosić, tak, jak wówczas
j a j uż śpiewać nie będę... Jeszcze raz zaśpiewam... —
rzekła i w tej chwili twarz jej, zdaje się, drgnęła,
oczy błysnęły, usiadła, wzięła kilka mocnych akor¬
dów i zaśpiewała...
Mój Boże! Czego w tym śpiewie nie było!
Nadzieja, niewyraźny lęk czegoś, burza, uniesienia
szczęścia — wszystko to było w jej śpiewie —
i głosie.
Długo śpiewała, od czasu do czasu odwracając
się do niego i jak dziecko pytała: czy dosyć?
—	Dosyć? Nie. Jeszcze to...
I śpiewała znowu.
Na policzkach jej wykwitały rumieńce ze wzru¬
szenia. Niekiedy przez twarz przelatywały ognię
serdecznych wrażeń, błysnął płomień tak dojrzałego
uczucia, jak gdyby sercem przeżywała daleką przy-
		

/Magazyn_133_09_301_0001.djvu

			— 293 —
szłość swego życia i nagle ten płomyczek zagasł,
a głos znowu brzmiał świeżo, jak dźwięk srebra.
I Obłomow przeżywał takie same chwile. Zda¬
wało mu się, że żyje, że przeżywa te wszystkie stany
nie przez dzień lub dwa, ale przez lata całe.
Oboje, spokojni zewnętrznie, tłumili w sobie
wewnętrzny ogień, przeżywali te same wzruszenia
i nastroje. Były to objawy tych uczuć, które mogły
widocznie kiedyś obudzić się w młodych duszach,
teraz będących tylko pod wpływem chwilowych
domysłów i wzlotów drzemiących sił życia.
Zakończyła śpiew długim akordem i głos jej
w nim utonął. Wstrzymała się nagle, złożyła ręce
na kolanach i, wzruszona, wzburzona spojrzała
na Obło mowa.
Na twarzy jego jaśniała zorza zbudzonego,
z głębin duszy wydobytego szczęścia. Oczy, błysz¬
czące łzami, utkwione były w Olgę.
Teraz, jak on ongiś, wzięła go mimowolnie za
rękę.
—	Co panu ? — spytała. — Ma pan twarz tak
zmienioną. Dlaczego ?
Olga wiedziała, dlaczego twarz jego była zmie¬
niona i wewnętrznie triumfowała, ciesząc się wra¬
żeniem, wywołanem jej siłą.
—	Niech pan spojrzy do lustra — rzekła z uśmie¬
chem, pokazując mu w zwierciadle jego własną
twarz. — Oczy panu błyszczą... łzy... Boże! Jak
głęboko odczuwa pan muzykę!
—	Nie, to nie muzyka tak działa na mnie, to...
miłość — rzekł cicho.
Olga nagle puściła jego rękę i wyraz jej twarzy
zmienił się. Spojrzenie jej spotkało się z jego wzro¬
kiem w twarz jej utkwionym. Był to wzrok nie
		

/Magazyn_133_09_302_0001.djvu

			— 294 —
ruchomy, prawie szalony. To nie Obłomow patrzył,
ale namiętność.
Olga zrozumiała, że słowo miłość wyrwało się
z ust nieświadomie, że jest ono — prawdą.
Obłomow oprzytomniał. Chwycił kapelusz i, nie
oglądając się, wybiegł z pokoju. Ona nie odprowa¬
dzała go już zaciekawionem spojrzeniem, lecz długo
nieporuszona stała przy fortepianie, jak posąg,
i uporczywie patrzyła w ziemię. Tylko pierś jej
mocno podnosiła się i opadała.
\
		

/Magazyn_133_09_303_0001.djvu

			Śród leniwego leżenia w różnych pozycjach,
śród tępej drzemki i śród natchnionych uniesień,
na pierwszym planie zawsze zjawiała sie Obłomo-
wowi kobieta, jako żona, niekiedy—jako kochanka.
W jego marzeniach unosił się obraz wysokiej,
kształtnej kobiety, z rękoma spokojnie złożonenii
na piersi, ze spokojnem ale dumnem spojrzeniem,
niedbale spoczywającej śród bluszczów w gaju,
lekko stąpającej po dywanie, po piasku alei, z gibką
talją, z głową z wdziękiem spoczywającą na szyi,
z zamyśloną, twarzą — jako ideał, jako wcielenie
życia, pełne rozkoszy i uroczystego spokoju, jak
sam spokój.
Najprzód śniła mu się cala w kwiatach przed
ołtarzem, w długim woalu, potem u wezgłowia mał¬
żeńskiego loża, ze spojrzeniem wstydliwie spuszczo-
nem, wkońcu jako matka, otoczona dziećmi.
Marzył mu się jej uśmiech na ustach nie namiętny
zgoła, oczy nie wilgotne od pragnień, ale uśmiech
pełen sympatji dla niego, dla męża, a pełen wyrozu¬
miałości dla innych; spojrzenie dobre tylko dla niego,
dla innych wstydliwe, a nawet surowe.
On wcale nie pragnął widzieć w niej wzruszeń,
namiętnych marzeń, wybuchów łez, tęsknot, nie¬
mocy, potem szalonego przeskoku do radości. Nie
		

/Magazyn_133_09_304_0001.djvu

			— 296 —
miała nagle okrywać się bladością, omdlewać, prze¬
bywać wstrząśnień nerwowych.
- Takie.kobiety miewają kochanków — my¬
ślał. — Dużo z niemi kłopotu: doktorowie, ■wyjazdy
do wód i mnóstwo innych fantazyj. Przy nich spać
nie można spokojnie.
Obok dumnie wstydliwej, spokojnej żony może
człowiek zasypiać spokojnie. Zasypiać z tą pewno¬
ścią, że obudziwszy się, spotka to samo łagodne,
sympatyczne spojrzenie. Przez dwadzieścia, trzy¬
dzieści lat, na swoje życzliwe spojrzenie, spotkałby,
jako odpowiedź, w jej oczach, ten sam łagodny,
miękko świecący promień sympatji. I tak aż do
grobu!
— Czyż to właśnie nie jest tajemniczym celem
każdego — myślał — znaleźć w swoim przyjacielu
niezmienny obraz spokoju, wieczną i równą zawsze
falę uczucia ? Jest to stała norma miłości; kto tylko
ją przekracza, zmienia się lub ochładza, prze¬
chodzi cierpienie. A zatem mój ideał jest ogólno¬
ludzkim ideałem. Czyż to nie jest ostatecznym wy¬
nikiem, wyjaśniającym wzajemne stosunki obu płci ?
Dać namiętności prawidłowe ujście, wskazać
kierunek życia — jak rzece — dla pożytku całego
kraju, jest to zadanie wszechludzkie, szczyt postępu,
na który wspinają się George Sand’y, ale spadają.
Po rozwiązaniu tej zagadki, niema już ani zdrady
ani ochładzania się stosunków, lecz zawsze tylko
równomierne bicie spokojnie szczęśliwego serca —
a zatem życie całkowicie wypełnione, wieczny tok
życia, wieczne zdrowie moralne.
Bywają przykłady takiego szczęścia, ale rzadkie.
Są to zjawiska wyjątkowe. Powiadają, że trzeba
się do tego urodzić. Kto wie, czy nie przez odpo-
		

/Magazyn_133_09_305_0001.djvu

			297 —
wiednie wychowanie można je osiągnąć świado¬
mie ?
Namiętność! To rzecz bardzo piękna w poezji,
a nawet na scenie, gdzie w płaszczach, z nożami
przechadzają się aktorowie, a potem i zabici i mor¬
dercy idą razem na kolację.
Gdyby też i namiętności tak się kończyły! Ale
po nich pozostaje dym, swąd, a szczęścia niema!
Jako wspomnienia pozostają wstyd i rozpacz.
Jeśli kogo spotka takie nieszczęście — namiętność
— to tak samo, jak się zdarza nieraz trafić na
górzystą, ciężką drogę, na której i konie padają
i ludzie się męczą, a wieś rodzinną już widać. Nie
trzeba jej tracić z widoku, ale prędzej, prędzej wy¬
dobyć się z takiej drogi!
Tak, namiętność trzeba ująć w karby, zadusić,
utopić w życiu małżeńskiem!
Oblomow z przestrachem uciekłby od kobiety,
gdyby ona nagle przeszyła go wzrokiem, albo sama
jęknęła i upadła mu na ramię z zamkniętemi
oczyma, a potem ocknęła się i objęła za szyję tak,
że ledwie nie udusi... To ogień sztuczny, wysa¬
dzenie w powietrze beczki z prochem, a potem —
co? Ogłuszenie, opalenie włosów, oślepienie!
Jakąż kobietą jest Olga?
Długo po wyrwaniu się mu tego wyznania nie
widzieli się ze sobą na osobności. On chował się, jak
uczeń, gdy tylko ujrzał Olgę, ona zmieniła się
w obecności jego: nie bywała zbyt ożywioną i zbyt
chłodną, ale raczej zamyśloną.
Zdawało się, iż żałowała tego, że się stało coś, co
przeszkodziło jej dręczyć Obłomowa, utkwiwszy
w niego zaciekawiony wzrok i dobrodusznie szpil-
		

/Magazyn_133_09_306_0001.djvu

			•298 —
kować go dogadywaniem o jego lenistwie, niezrę¬
czności i ciągiem leżeniu.
Ogarniało ją uczucie komizmu, ale miało ono cha¬
rakter uczucia matki, która uśmiecha się, patrząc
na dziwaczne ubranie dziecka swego. Sztolc wy¬
jechał. Przykro jej było, że niema komu śpiewać.
Fortepian był zamknięty — słowem, obojgu ciężył
jakiś przymus, okowy, oboje odczuwali skrępo¬
wanie.
A wszystko tak się dobrze rozpoczęło! Jak
łatwo zbliżyli się do siebie! Charakter Oblomowa
był mniej skomplikowany od Sztolca i miększy.
Nie śmieszył jej jak tamten i żarty łatwo prze¬
baczał.
Sztolc, wyjeżdżając, prosił ją, by czuwała nad
Obłomowym, przeszkadzała mu przesiadywać w do¬
mu. W jej rozumnej, pięknej głowie już powstał
był cały plan, w jaki sposób odzwyczaić Oblomowa
od spania po obiedzie; nietylko spać — ona nie
pozwoli mu położyć się nawet na kanapie w ciągu
dnia. Zobowiąże go do tego słowem.
Marzyła o tem, że „każe mu przeczytać książki“,
które Sztolc zostawił, wyjeżdżając, potem czytywać
codziennie dzienniki i opowiadać jej nowiny, pisywać
dyspozycje staroście, dokończyć wypracowanie pla¬
nu urządzenia majątku, przygotować się do wyjazdu
zagranicę, — słowem, nie pozwoli mu drzemać.
Wskaże mu cel życia, zmusi go pokochać znowu
wszystko, dlaczego zobojętniał, a Sztolc, powróciw¬
szy, nie pozna go.
I tego cudu dokona sama — milcząca, trwożliwa,
której dotychczas nikt nie słuchał, która jeszcze nie
rozpoczęła życia sama. Ona to właśnie dokona ta¬
kiego przeobrażenia.
I
		

/Magazyn_133_09_307_0001.djvu

			— 299 —
Już się ono rozpoczęło z chwilą, kiedy po raz
pierwszy śpiewała. Obłomow już był inny.
Będzie zatem żyć, działać, błogosławić ją i życie.
Powróci umarłego do życia. Jakaż to chwała dla
doktora, który śmiertelnie choremu* powróci zdro¬
wie ! A przecież jest czemś większem jeszcze ura¬
tować moralnie marniejący rozum i duszę!
Radosne drżenie dumy opanowywało ją na myśl,
że będzie mogła spełnić wielkie zadanie, przezna¬
czone jej losem. Już go w myśli robiła swoim sekre¬
tarzem, bibljotekarzem...
I nagle wszystko to mogło runąć! Nie wiedziała,
jak wyjść z tego położenia i dlatego milczała, spot-
kawszy się z Obłomowym.
Obłomow zaś dręczył się tem, że ją przestraszył,
obraził i oczekiwał piorunowych spojrzeń, zimnego
traktowania, drżał ujrzawszy ją, uciekał przed nią.
W tym czasie już zamieszkał na letnisku i przez
trzy dni chodził przez krzaki i błota do lasu, na wieś
lub siadywał przed wrotami chałup chłopskich,
przypatrywał się biegającym dzieciom, pasącym się
cielętom, patrzył, jak kaczki pluskają się na jeziorku.
Przed domem był staw, park wielki, ale lękał się iść
tam, ażeby się nie spotkać z Olgą.
— Skorciło mnie wyrwać się! — myślał.
Nie stawiał nawet sobie pytania, czy wy¬
rwała mu się w samej rzeczy z ust prawda, czy to
był tylko chwilowy wpływ muzyki na nerwy.
Uczucie niezręczności, wstydu, jak on się wy¬
rażał, z powodu jego zachowania się, przeszkadzały
mu zastanowić się nad tem, czy to było uniesienie
się tylko i czem dla niego była Olga ? Nie zasta¬
nawiał się zupełnie nad tem, że do serca jego coś
przylgnęło, czego nie było przedtem. Wszystkie
		

/Magazyn_133_09_308_0001.djvu

			— 300 —
uczucia skręciły się u niego w jeden węzeł — wstyd.
Jeśli zaś chwilami zjawiała się w jego wyobraźni,
wtedy stawał przed nim także ów ideał spokoju
i szczęścia w życiu. W obrazie tym dostrzegał Olgę.
Wszystko zlewało się w jednolitą całość.
— Ach, co ja narobiłem! — mówił. Wszystkom
zmarnował! Chwała Bogu, że Sztolc wyjechał.
Jeszcze nie miała czasu mu opowiedzieć. Wtenczas
choć pod ziemię się chowaj ! Miłość, łzy — czy to
mnie do twarzy? I ciotka Olgi nie zaprasza mnie...
pewnie już wie wszystko... O, Boże!
Tak myślał, zdążając w parku w najdalszą boczną
drożynę.
Olga zastanawiała się jedynie nad tem, jakie
będzie jej spotkanie z Obłomowym, jak minie ?
Czy trzeba zamilczeć, jak gdyby nic nie zaszło, czy
też coś mu powiedzieć!
Ale co powiedzieć? Zrobić zagniewaną minę,
spojrzeć na niego wyniośle, czy też wcale nie patrzeć,
lecz dumnie i sucho zauważyć, że nigdy nie spodzie¬
wała się po nim... za kogo on ją ma, pozwalając »
sobie na taką zuchwałość? Tak Soniczka w czasie
mazura odpowiedziała jakiemuś kornetowi, chociaż
wszelkiemi siłami usiłowała zamącić mu głowę.
Właściwie, cóż w tem jest — zuchwałego ? —
pytała sama siebie. —Jeżeli on w samej rzeczy żywi
to uczucie, dlaczegóż nie wypowiedzieć? Ale —
jakże to tak nagle, ledwie się poznajomił... Tego
nikt inny za’nicby nie powiedział, widząc kobietę
zaledwie dwa razy, nikt nie mógłby tak prędko
pokochać. To mógł zrobić tylko Obłomow...
Przypomniała sobie, że kiedyś czytała i słyszała,
jak miłość nagle ogarnia człowieka.
Tak, była to chwila uniesienia. Teraz on oczu
		

/Magazyn_133_09_309_0001.djvu

			- 301 —
nie pokazuje — wstyd mu... Cli)"ba to nie zuchwa¬
łość ? A któż winien ? — myślała. — Naturalnie An¬
drzej Iwanycz, boć to przecie on zmusił ją do
śpiewu.
Ale Obłomow z początku nie okazywał chęci
słuchania. To ją gniewało... i ona starała się...
Mocno poczerwieniała, tak, usiłowała ze wszystkich
sil rozruszać go trochę...
Sztolc mówił o nim, że jest apatyczny, że nic
go nie zajmuje, że wszystkie uczucia w nim wygasły...
Chciała się przekonać, czy już w nim-nic niema —
i oto śpiewała, śpiewała... jak nigdy...
Mój Boże! Przecież ja sama jestem winna...
poproszę go o przebaczenie... Czego? — nasuwało
się pytanie. Co mu powiem? M-sie Obłomow...
winną jestem... wciągałam pana... Jaki wstyd!
,,To nieprawda ! — powiedziała, uniósłszy się. — Kto
śmie tak myśleć! Czyż wiedziałam, jak się to za¬
kończy ? A gdyby tego wszystkiego nie było ?
Gdyby ,,to“ nie wyrwało mu się... co wtedy? —
pytała sama siebie. — Nie wiem“.
Od tego dnia począwszy, doświadczała dziwnego
jakiegoś uczucia... widocznie była obrażoną... Jakiś
żar ją pali... na policzkach wykwitają rumieńce...
— Rozdrażnienie... maleńka febra... — mówił
doktór.
Czego narobił ten Obłomow! O, trzeba mu dać
dobrą lekcję, ażeby się coś podobnego nie powtó¬
rzyło ! Poproszę ciotki, ażeby mu wypowiedziała
nasz dom. On nie powinien się zapominać! Jak on
śmiał... — myślała, przechadzając się w parku
z roziskrzonem okiem.
Nagle usłyszała czyjeś kroki.
Ktoś idzie... — pomyślał Obłomow.
		

/Magazyn_133_09_310_0001.djvu

			1 stanęli wprost naprzeciwko siebie.
—	Olga Siergiejewna... — przemówił on drżąc,
jak liść osiny.
—	Ilja Iljicz... — wymówiła nieśmiało.
—	Dzień dobry pani — rzekł Obłomow.
—	Dzień dobry!
—	Pani dokąd idzie ?
—	Ja... tak...—odpowiedziała,niepodnoszącoczu.
—	Przeszkadzam pani ?
—	O, wcale nie! — odrzekła, spojrzawszy na
niego bystro i ciekawie.
—	Pozwoli pani towarzyszyć sobie! — spytał
nagle, bystre na nią rzuciwszy spojrzenie.
W milczeniu szli dalej. Ani przed karą od na¬
uczyciela, ani przed ściągniętemi brwiami dyrektora
nie biło nigdy tak mocno serce Obło mowa, jak teraz.
Chciał coś powiedzieć, zmuszał sie, ale słowa
nie zrywały sie z języka. Tylko serce biło mocno,
jak przed przeczuwanem nieszczęściem.
—	Nie otrzymał pan listu od Andrzeja Iwa-
nycza ? — spytała.
—	Otrzymałem.
—	Cóż on pisze ?
—	Czeka na.mnie w Paryżu.
—	Cóż pan na to ?
—	Pojadę.
—	Kiedy ?
—	Już... może jutro... gdy się wybiorę.
—	Dlaczego tak prędko ? — spytała.
Obłomow milczał.
—	Nie podoba się panu letnisko... a może... Niech
pan powie: dlaczego chce pan jechać?
—	Zuchwały! On jeszcze chce wyjechać... —
myślała.
		

/Magazyn_133_09_311_0001.djvu

			—	3(13 —
—	Czegoś mi bardzo przykro... jakoś nieswojo...
coś mnie pali — odpowiedział nie patrząc.
Olga milcząco zerwała gałązkę bzu i wąchała
ją, zakrywszy sobie nos.
—	Proszą powąchać... jak ślicznie pachnie —
powiedziała i dotknęła gałązką nosa.
—	Ach! Oto konwalje... Proszę poczekać, ja
narwę — rzeki Oblomow, nachylając się do ziemi.
Są milsze, gdyż mają zapach pól i gajów... więcej
mają w sobie przyrody, a bez tylko koło domu
rośnie... ciągle się wciska do okien jego mdły za¬
pach... Widzi pani, jeszcze rosa nie wyschła na
płatkach konwalji.
Podał jej kilka konwalij.
—	A rezedy nie lubi pan ? — spytała.
—	Nie, zbyt mocny zapach. Nie lubię ani róż,
ani rezedy. Wogóle — nie lubię kwiatów.
W polu jeszcze ujdzie, ale w pokoju tyle z niemi
kłopotów, śmiecia...
—	A pan lubi czystość w pokoju? Niecierpi
pan śmiecia? — spytała złośliwie spoglądając na
niego.
—	Tak, ale mam służącego, który... —
bąknął. — ,,0, złośliwa dziewczyna !“ —- pomyślał.
—	Pojedzie pan wprost do Paryża ?
—	Tak. Sztolc już dawno czeka na mnie.
—	Napiszę list do niego — odwiezie pan —
rzekła.
—	Ale proszę dziś napisać... Jutro wracam
do miasta.
—	Jutro ? — spytała. — Dlaczego tak prędko ?
Zdaje się, że pana ktoś pędzi.
—	Tak, pędzi...
—	Kto?
		

/Magazyn_133_09_312_0001.djvu

			- 304 -
•— Wstyd — szepnął.
—	Wstyd — powtórzyła Olga machinalnie. —
„Teraz mu powiem — myślała — mosje Oblomow,
nigdy nie oczekiwałam...“
—	Tak, Olgo Siergiejewna — rzeki z przy¬
musem.—Ja myślę, że pani się dziwi, gniewa się...
—	Teraz powiem — myślała—stosowna chwila.
Serce bije mocno.
—	Ach, Boże mój! Nie mogę.
Oblomow starał się w twarz jej spojrzeć, od¬
gadnąć jej myśli, ale Olga wąchała konwalje i bez
i uie wiedziała, co począć, co powiedzieć?
—	Ach, Soniczka natychmiast cośby wymy¬
śliła — myślała, — a ja jestem taka głupia.
—	Ja zapomniałam zupełnie... — rzekła wreszcie.
—	Proszę mi wierzyć, stało się to zupełnie
mimo woli... nie mogłem się powstrzymać...
począł mówić, nabierając śmiałości. Gdyby wów¬
czas pioruny biły, kamień spadłby na mnie — ja
byłbym wyrzekł to słowo. Niepodobna było
utrzymać go żadną mocą... Na miłość Boga,
niech pani nie myśli, abym ja chciał... Za chwilę
potem nie wiem cobym byl dał, ażeby wycofać
ten nieostrożny wyraz...
Olga szła, schyliwszy głowę, i wąchała kwiaty.
—	Niechże pani zapomni o tem — ciągnął
dalej — zapomni tem bardziej, że jest to nie¬
prawda.
—	Nieprawda ? — powtórzyła nagle, wyprosto¬
wawszy się i kwiaty wypadły jej z rąk.
Oczy jej otworzyły się szeroko i błysnęły zdzi¬
wieniem.
—	Więc nieprawda ? — powtórzyła.
		

/Magazyn_133_09_313_0001.djvu

			•— Tak, na miłość Boga, proszę się nie gniewać
i zapomnieć. Upewniam panią, było to tylko
chwilowe uniesienie... skutek muzyki.
—	Więc muzyka winna!
Twarz Olgi zmieniła się. Dwie różowe plamki
na twarzy znikły, oczy pobladły.
—	Zatem, nic niema... — myślała. On odwo¬
łał swoje nieostrożne słowo, więc niema się o co teraz
gniewać... I bardzo dobrze... Teraz spokój... Można,
jak dawniej, rozmawiać, żartować...
Przechodząc koło drzewa, szybko wyciągnęła
rękę i urwała gałązkę, potem listek jeden oderwała
ustami i gałązkę rzuciła na ziemię.
—	Pani nie gniewa się ? Zapomniała ? — pytał
Obłomow, schylając się ku niej.
—	O co tu idzie? Czego pan prosi? — ze
wzruszeniem i gniewem pytała, odwracając się
od niego.—Już zapomniałam... złą mam pamięć...
Obłomow milczał i nie wiedział, co począć.
Widział tylko gniew nagły, ale nie wiedział przy¬
czyny.
—	Mój Boże! — myślała Olga. Wszystko
wróciło do porządku. Całego zdarzenia — jakby
nie było... i chwała Bogu... Ach, Boże mój... Cóż
to jest? Ach, Soniczko, Soniczko, jaka ty szczę¬
śliwa !
—	Wrócę do domu! — rzekła, przyśpieszając
kroku i wchodząc w inną aleję.
zy ją dusiły, bała się zapłakać.
—	Nie tędy... tu bliżej... — zauważył Obłomow.
—	Dureń jestem! — pomyślał smutnie. —
Trzeba było wyjaśnić wszystko! Jeszcze więcej
tem ją teraz obraziłem. Nie trzeba było przypomi¬
nać... tak wszystkoby minęło, samo się zapomnia-
Obłomow. T. I.	20
		

/Magazyn_133_09_314_0001.djvu

			— 306 —
ło. Teraz niema co długo myśleć, trzeba wyprosić
przebaczenie!
—	Dlatego zapewne było mi przykro — myślała,
że nie powiedziałam mu: ,,M-sie Obłomow, nie ocze¬
kiwałam, ażeby pan pozwolił sobie... On uprzedził
mnie....
„Nieprawda!“ — pomyśleć tylko... więc on
kłamał... J ak on śmiał!
—	Czy rzeczywiście pani zapomniała ? — spytał
cicho.
—	Zapomniałam! Wszystko zapomniałam! —
mówiła szybko, wracając do domu.
—	Proszę dać rękę na dowód, że pani się nie
gniewa.
Olga, nie patrząc na niego, podała mu końce
palców, a ledwie je dotknął, cofnęła rękę.
—	Nie, pani się gniewa! — rzekł westchnąwszy.
— Jak ja mam przekonać panią, że to było unie¬
sienie, że nie pozwoliłbym sobie zapomnieć się.—
Nie, już widocznie nie będę mógł słuchać śpiewu
pani...
—	Niech pan nie zapewnia, niepotrzebne mi
pańskie zapewnienie — przemówiła prędko, z akcen¬
tem niezadowolenia. — Ja też śpiewać nie będę...
—	Dobrze, będę milczał — rzekł — tylko na
miłość Boga niech pani tak nie odchodzi, bo na du¬
szy mojej ciężyć będzie to jak kamień...
Olga zwolniła kroku i poczęła uważniej przysłu¬
chiwać się jego słowom.
—	Jeśli to prawda, że pani zapłakałaby, nie
usłyszawszy mego ,,ach“ po śpiewie, to teraz, jeśli
pani tak odejdzie, nie uśmiechnie się, nie poda mi
ręki po przyjacielsku, ja... Niech mi pani wy ba-
		

/Magazyn_133_09_315_0001.djvu

			— 307
czy, Olgo Siergiejewna... ja zachoruję... nogi drżą
pode mną... ledwie stoją...
—	Dlaczego ? — spytała nagle Olga, patrząc
na niego.
—	Ja nie wiem... — wstyd mnie opuścił... ja
się nie wstydzę mego słowa... zdaje mi się, że
w niem...
Znowu mrówki przeszły mu pod sercem, znowu
zdało mu się, że coś niepotrzebnego wymknęło mu
się, znowu jej dobre i ciekawe spojrzenie paliło go.
Ona z wdziękiem zwróciła się do niego i niecier¬
pliwie czekała odpowiedzi.
—	Cóż w niem ? — spytała.
—	Boję się mówić... pani się rozgniewa.
—	Proszę mówić! — rzekła rozkazująco.
Obłomow milczał.
—	Więc cóż!
—	Ja chcę płakać, patrząc na panią... Widzi
pani, ja nie mam miłości własnej, nie wstydzę się
serca...
—	Dlacźegoż płakać! — pytała, a na policzkach
jej znowu zakwitły dwa rumieńce.
—	Ja ciągle słyszę głos pani... ja czuję...
—	Co ? — i łzy popłynęły jej z oczu. Z naprę¬
żeniem czekała odpowiedzi.
Zbliżyli się do ganku.
—	Czuję... — śpieszył dopowiedzieć Obłomow,
i zatrzymał się.
Olga powoli, jakby z trudem, szła po wschodkacli.
—	Tę samą muzykę... to same wzruszenie...
to samo uczucie... — proszę mi wybaczyć, do¬
prawdy nie umiem panować nad sobą...
—	M-sie Obłomow... — zaczęła ostro, a twarz
jej nagle zajaśniała uśmiechem — nie gniewam
20*
		

/Magazyn_133_09_316_0001.djvu

			— '308 —
się... przebaczam—rzekła łagodnie — tylko innym
razem...
Olga, nie odwracając sie, wyciągnęła do niego
rękę. Oblomow pochwycił ją i w dłoń pocałował.
Ona cicho zacisnęła usta i w jednej chwili znikła za
drzwiami.
Oblomow został, jak gdyby wrósł w ziemię.
		

/Magazyn_133_09_317_0001.djvu

			VII.
Długo patrzył za nią z otwartemi ustami i błą¬
dził wzrokiem po krzakach...
Przeszli koło niego jacyś ludzie. Ptak prze¬
leciał. Jakaś baba, mijając go, spytała, czy nie
kupi jagód — on stał nieruchomy.
Nawrócił i poszedł znowu powoli, doszedł do
połowy drogi, schylił się, podniósł kouwalje, rzu¬
cone przez Olgą, gałązką bzu, zerwaną przez nią
i ciśniętą gniewnie.
—	Pocóż to wszystko ? — począł rozmyślać.
—- Ach, głupiec, głupiec ze mnie! — krzyknął
prawie i szybkim krokiem szedł aleją. — Prosi¬
łem o przebaczenie, a ona... nie może być... Co za
myśl!
Szczęśliwy, jaśniejący, jak gdyby mu księżyc
świecił na czole — według wyrażenia się niańki —
usiadł w kącie kanapy i palcem na zakurzonym
stole napisał: Olga.
—	Ach, jaki kurz! — zauważył, ocknąwszy się
z zachwytu. — Zachar! Zacliar! — wołał długo, gdyż
Zachar z furmanami siedział przy bramie, wy¬
chodzącej na boczną uliczkę.
—	Chodź! — groźnym szeptem powiedziała
Anisja, ciągnąc go za rękaw. — Barin oddawna cię
woła,
		

/Magazyn_133_09_318_0001.djvu

			— 310 —
—	Spójrzno Zachar, co to takiego — rzekł
łagodnie Obłomow. Gniewać się teraz nie był
w stanie. — Ty i tutaj chcesz również zaprowadzić
taki nieład — kurze i pajęczynę? Przepraszam
cię, nie pozwolę na to! Olga Siergiejewna przy
każdem spotkaniu się mówi mnie: pan lubi śmiecie...
—	Dobrze im mówić! Oni maj ą pięcioro służby !
—	odrzekł Zachar, zwracając się ku drzwiom.
—	Ty dokąd ? Weź ścierkę i zetrzyj. Prze¬
cież tu usiąść nie można, ani oprzeć się...
Zachar spochmurniał i bokiem popatrzył na
Ilję Iljicza.
—	Tędy idzie! — pomyślał — nowe ostre
słówko wynalazł. Znamy je.
—	Zetrzyj! Czego patrzysz ? — rzekł Obłomow.
—	Poco ścieiać? Już dziesięć razy ścierałem
—	odpowiedział uparcie.
—	Skądże kurz, skoro ścierałeś? Patrz tu,
tu! Ażeby go nie było — zetrzyj L
—	Zmiatałem już... — upierał się Zachar —
Dziesięć razy nie będę zamiatał. Kurz nalatuje
z ulicy... Tu pole... wieś... kurzu na ulicy dużo.
—	Ty Zachar Trofimycz — odezwała się Anisja,
wyjrzawszy nagle z drugiego pokoju, — najprzód
zamiatasz podłogę, a potem ścierasz kurze... kurz
znowu osiada... Mógłbyś przedtem...
—	A ty pocoś tu przyszła, mnie uczyć ? — ze
złością zachrypiał Zachar. — Ruszaj na swoje miej¬
sce !
—	Któż to widział najprzód zamiatać, a po¬
tem sprzątać? Barin dlatego się gniewa...
—	No, no, no! — począł krzyczeć i podniósł
rękę, aby ją trącić w piersi.
Anisja uśmiechnęła się i odeszła, Obłomow
		

/Magazyn_133_09_319_0001.djvu

			— 311 —
skinął na Zachara ręką, aby też odszedł. Po¬
tem pochylił głowę na wyszywaną poduszkę, rękę
przyłożył do serca i przysłuchiwał się jego biciu.
—	Przecież to szkodzi — pomyślał — co robić ?
Poradzić się doktora ? On gotów jeszcze wysłać
mię do Abisynji!
Dopóki Zachar nie ożenił się z Anisją, każde
z nich pilnowało swojej roboty, nie wtrącając się
do drugiego. Anis ja znała rynek i kuchnię, a robie¬
niem porządków zajmowała się tylko wtedy, gdy
myto podłogę.
Po pobraniu się, dostęp do pańskich pokojów
był dla niej wolny. Pomagała Zacharowi. W po¬
koju było czyściej i wogóle niektóre obowiązki
męża wzięła na siebie, częściowo dobrowolnie,
częściowo Zachar despotycznie włożył je na nią.
—	Weźno, wy trzep dywan! — chrypiał rozka¬
zująco. Albo: — sprzątnęłabyś tam tę kupę,
co leży w kącie, a niepotrzebne rzeczy zabrała
do kuchni.
Tak szczęśliwie minął miesiąc. W mieszkaniu
było czysto. Barin nie robił ostrych wymówek, a
Zachar próżnował. Ale takie błogosławione życie mi¬
nęło z następującego powodu:
Gdy tylko Zachar z Anisją poczęli wspólnie
gospodarować w mieszkaniu Ilji Iljicza, wszystko
co zrobił Zachar okazywało się głupstwem. Każ¬
dy krok jego — jest zły. Przez pięćdziesiąt pięć
lat obracał się Zachar w świecie i zdawało mu
się, że wszystko, co robi, jest doskonaleni. Na¬
gle we dwa tygodnie po ślubie Anisja przekonała
go, że on właściwie — do niczego! Anisja dowio¬
dła mu to tak cicho, z taką pobłażliwością,
z jaką się tylko traktuje dzieci albo zupełnych
		

/Magazyn_133_09_320_0001.djvu

			— ,312 —
niedołęgów i uśmiechała się przytem, patrząc na
niego.
—	Ty, Zaeliar Trofimycz, niepotrzebnie zamy¬
kasz zasuwę w piecu, a potem dopiero otwierasz
okno — ochładzasz pokój.
—	A kiedyż, według ciebie, trzeba otwierać ? —
spytał z szorstkością męża.
—	Wtedy, gdy palisz w piecu — powietrze wyj¬
dzie, potem ogrzeje się znowu — odpowiedziała
spokojnie.
- Toś głupia! — odpowiedział. — Dwadzieścia
lat tak robiłem, a teraz dla ciebie będzie inaczej ?
Na półce w szafie leżały obok siebie cukier,
herbata, cytryna, różne srebro, a tuż obok szuwaks,
szczotki i mydło.
Raz przyszedłszy, zauważył, że mydło leży
na umywalni, szczotki i szuwaks w kuchni, a cukier
i herbata w osobnej przegródce w komodzie.
—	Poco ty to wszystko przewracasz mi po
swojemu? — zapytał groźnie. — Ja umyślnie
wszystko trzymam w jednem miejscu, aby było
pod ręką, a ty rozrzucasz po różnych kątach.
—	Ażeby herbata nie naciągała zapachem my¬
dła — odpowiedziała mu łagodnie.
Innym razem pokazała mu na ubraniu IIj i
Iljicza kilka dziur, zrobionych przez mole i powie¬
działa, że raz na tydzień trzeba wy trzepać i oczy¬
ścić ubranie.
—	Pozwól, ja to trzepaczką wy trzepię — za¬
uważyła spokojnie.
Zachar wyrwał jej z rąk trzepaczkę i frak i począł
się gniewać na IIję Iljicza, że mu wymyśla za roz¬
mnożenie się prusaków. Przecież ,,nie ja ich wymy¬
śliłem“. Anis ja milcząc zabrała z półki kawałki
/
		

/Magazyn_133_09_321_0001.djvu

			— 313 —
i zaschłe okruszyny czarnego clileba, które tu Bóg
wie od jak dawna leżały, wymiotła i wymyła szafę,
naczynie — i prusaki znikły prawie zupełnie.
Zachar, mimo wszystko, jeszcze się niebardzo
orjentował, o co chodzi, i uważał, że ona robi to wszyst¬
ko z pilności. Razu jednego niósł tacę z filiżankami
i szklankami, gdy ją przechylił i część szkła spadła,
począł swoim zwyczajem łajać, omal nie upuściwszy
tacy. Anisja wzięła od niego tacę, postawiła inne
szklanki, dodała jeszcze cukierniczkę i chleb, po¬
kazując mu, jak trzymać tacę. Potem przeszła się,
po pokoju parę razy z tacą w ręku, pochylając ją
na różne strony — i nic się nawet nie poruszyło.
Zachar zrozumiał, że Anisja rozumniejsza od niego !
—	Oto, widzisz, tak trzeba robić — zauważyła
spokojnie.
Spojrzał na nią z tępą wyniosłością, a Anisja
uśmiechnęła się tylko.
Wyrwał jej z rąk tacę, potłukł znowu szklanki
i od tego czasu miał już żal do niej.
—	Ach, ty, baba, sołdatka jakaś, chcesz mnie
rozumu uczyć! Czy u nas w Obłomówce taki był
dom? Na mnie opierało się wszystko. Lokajów
wraz z chłopakami było piętnastu. Wy, baby,
nawet pojęcia o tern nie macie! A ty mnie tutaj!...
—	Ja przecież ci źle nie życzę... — poczęła
się bronić.
—	Dosyć, dosyć, dosyć! — chrypiał, robiąc
gest ręką, jakby ją chciał uderzyć w piersi. Ru¬
szaj z pańskich pokojów precz do kuchni! Tam
twoje babskie sprawy!
Anisja uśmiechnęła się i wyszła, a on zachmu¬
rzonym wzrokiem wiódł za nią.
Duma jego była zadraśnięta i niegrzecznie
		

/Magazyn_133_09_322_0001.djvu

			— 314 -
traktował żonę. Gdy jednak zdarzało się, że Ilja
Iljicz zażądał czegoś i nie można było tego znaleźć
lub coś się stłukło, kiedy w domu zapanował bezład
i nad głową Zachara wisiała burza, groźna przy-
kremi wymówkami, Zacliar dawał znaki Anisji,
wskazując na gabinet Obłomowa pałcem i szeptem,
ale rozkazująco mówił:
— Pójdźno do pana, czego on tam chce.
Anis ja wchodziła i burza kończyła się zwykłem
wyjaśnieniem. Sam Zachar, ile razy Ilja Iljicz
począł przemawiać z wymówkami, proponował za¬
wołać Anisję.
Znowu wszystko szłoby po staremu w miesz¬
kaniu Obłomowa, gdyby nie Anisja. Ona nieświa¬
domie już się zaliczała do domu Obłomowych, dzie¬
liła nierozerwalny związek swego męża z tym do¬
mem, życiem i osobą Ilji Iljicza, a jej kobiece oko
i troskliwa ręka czuwały w zaniedbanych jego
pokojach.
I^edwie Zachar gdzieś wyjdzie, Anisja po-
ściera kurze ze stołów, z kanap, przewietrzy pokój,
naprawi rolety, postawi na właściwem miejscu
leżące po środku pokoju buty, schowa wiszące
na fotelach spodnie, uporządkuje ubranie, nawet
papier, ołówki, pióra i nożyczki na stole — wszystko
to zrobi prędko, obrzuci pilnem spojrzeniem cały
pokój, przesunie jakieś krzesło, przymknie nie¬
domkniętą szafę, weźmie ze stołu serwetkę
i szybko zemknie do kuchni, jak tylko usłyszy
skrzyp butów Zachara.
Była to żywa, zręczna kobieta około czter¬
dziestu siedmiu lat, z uśmiechem troski na ustach,
z bystremi, biegającemi na wszystkie strony oczyma,
o mocnej szyi, wydatnych piersiach, i z czer-
		

/Magazyn_133_09_323_0001.djvu

			— 315 —
wonemi, silnemi, nigdy nie próżnuj ącemi rę¬
koma.
Twarzy jej nie było prawie wcale widać. Na
przód wybijał się tylko nos. Nie był on wprawdzie
wielki, ale tak źle pasował do twarzy, jakby był
tylko przyczepiony, a przytem dolna część jego
była trochę podniesiona do góry, dlatego też i twarz
nieco zakrywał. Była ona tak niewidoczna, wy¬
blakła, że nos dawno już rzucił się w oczy, a twa¬
rzy nie dostrzegało się prawie.
Dużo na świecie takich mężów, jak Zachar.
Nieraz i dyplomata niedbale wysłucha rady żony,
ściągnie ramionami, a wkońcu — pójdzie za jej
radą.
Traktują oni swoje żony tak samo opryskliwie
lub lekceważąco, że ledwie raczą przemawiać,
uważając je albo za „baby“, jak Zachar, albo za
kwiatki, któremi się bawią po ukończeniu poważnego
zajęcia i pracy.
Południe już dawno ogrzewało drożyny parku.
Wszyscy siedzieli w cieniu wielkich parasoli, tylko
niańki z dziećmi odważnie przechadzały się gru¬
pami lub siedziały na trawie pod palącemi pro¬
mieniami południa.
Obłomow wciąż jeszcze leżał na kanapie, roz¬
myślając nad treścią porannej rozmowy z Olgą.
— Ona mnie kocha, w niej tkwi jakieś uczucie
dla mnie. Czyżby to było możliwe ? Myśli o mnie...
dla mnie śpiewała tak namiętnie, a muzyka oboje
nas zaraziła sympatją.
Duma zajaśniała w nim, obudziło się życie —
jego barwy i promienie, których do niedawna
jeszcze nie dostrzegał. Zdawało mu się, że jest już
Z nią razem zagranicą, w Szwajcarji, na jeziorach
		

/Magazyn_133_09_324_0001.djvu

			— 316 —
włoskich, przechadza się po ruinach Rzymu, płynie
gondolą, gubi się w tłumie Paiyża, Londynu,
a potem, potem... w swoim raju na ziemi, w Obło-
mówce.
Ona — bóstwo z miłym szczebiotem, z arty¬
styczną białą twarzyczką, z cienką delikatną szyją...
Chłopi moi nic równie pięknego nie widzieli.
Upadną przed nią twarzą do ziemi, jak przed anio¬
łem. Ona cicho stąpa po trawie, on z nią... śpiewa
mu. Obłomow czuje życie w sobie, jego cichy sze¬
lest, odczuwa plusk jego fali... i zamyśla się nad
ziszczonem marzeniem, nad pełnią swego szczęścia.
Nagle twarz mu spochmurniała.
—	Nie, to być nie może! — zawołał głośno
prawie. Wstał z kanapy i chodził po pokoju. — Ko¬
cha mnie ośmieszonego, z sennem wejrzeniem,
z wyblakłemi policzkami... Nie, ona się tylko śmie¬
je ze mnie...
Stanął przed lustrem i przypatrywał się sam
sobie, z początku bardzo krytycznie, potem
wzrok jego wyjaśniać się począł, uśmiechnął się
nawet...
—	Zdaje mi się, że wyglądam lepiej, świeżej niż
w mieście — rzekł — spojrzenie moje nie jest
mętne... Zaczął się był tworzyć jęczmień na oku —
i znikł... Pewnie to powietrze tutejsze tak działa...
dużo chodzę, wina nie piję wcale, nie leżę zupełnie...
Nie trzeba i do Egiptu jechać!
Przyszedł służący od Marji Michajłowny, ciotki
Olgi, prosić na obiad.
—	Idę, idę! — zawołał Obłomow,
Służący odszedł.
—	Poczekaj!... masz...
Dał mu napiwek,
		

/Magazyn_133_09_325_0001.djvu

			- 317 -
Uczul jakąś wesołość, radość. W całej przyro¬
dzie tak jasno, judzie tacy dobrzy... używają życia,
szczęście błyszczy na twarzy wszystkich. Tylko
Zachar ponury, bokiem ciągle spogląda na swego
pana... Anisja uśmiecha sią dobrodusznie...
Psa mieć będę... — myśli Obłomow, — kota
lepiej... tak, lepiej kota, kot łagodniejszy...
mruczek...
— Jednakże... Olga mnie kocha — myślał,
idąc do niej. — Młode, świeże stworzenie! Przed
wyobraźnią jej otwiera sią teraz najbardziej poe¬
tyczna strona życia. Śnić sią jej powinni młodzieńcy
0	czarnych kędziorach, zgrabni, słusznego wzrostu,
z zamyśloną twarzą, ukrytą silą, z odwagą w obli¬
czu, z uśmiechem, pełnym dumy, z tą iskrą w oczach,
która ma moc przyciągania ku sobie, która drży
1	błyszczy w spojrzeniu i sięga aż do serca, z mięk¬
kim świeżym głosem, który dźwięczy, jak struna.
Ale przecież kochają nietylko młodzieńców z odwagą
w twarzy, zgrabnie tańczących mazura lub pięknie
jeżdżących konno. Olga nie jest tuzinkową dziew¬
czynką, której serce można zdobyć wąsami, ucho
połechtać brzękiem szabli; ale takiej trzeba czegoś
innego... wielkiego rozumu naprzykład; aby kobieta
pochyliła przed nim głowę, trzeba, ażeby cały świat
schylał się przed nim... A czemże ja jestem?
Obłomow — nic więcej. Sztolc, naprzykład, to inna
rzecz. Sztolc — rozum, siła, umiejętność pano¬
wania nad sobą, nad innymi, nad losem. Do kogo
przyjdzie, z kim się zetknie, patrz — już go opa¬
nował, gra na nim, jak na instrumencie... A ja?...
Z Zacharem nawet nie dam sobie rady, ze sobą
samym... ja — Obłomow. Sztolc! Boże! Prze¬
cież ona go kocha — pomyślał z przestrachem —
		

/Magazyn_133_09_326_0001.djvu

			— 318 —
sama powiedziała, jak przyjaciela... ależ to kłam¬
stwo, może nawet nieświadome... Nie może istnieć
przyjaźń między mężczyzną a kobietą...
Szedł powolnie, coraz powolniej, targany wątpli¬
wościami.
—	A jeśli ona tylko mnie kokietuje? Jeżeli
tylko...
Zatrzymał się i jakby zdrętwiał na chwilę.
—	Jeżeli to złośliwość, zmowa... Skąd mogło
mi przyjść na myśl, że ona mnie kocha ? Nic prze¬
cież nie powiedziała. Jest to szatański szept miłości
własnej... Andrzej ? Nie może być... ona taka...
taka... Ona taka! — nagle zawołał prawie, spo¬
strzegłszy idącą naprzeciw Olgę.
Olga z wesołym uśmiechem wyciągnęła rękę ku
niemu.
—	Nie, ona nie taka, ona nie kłamie uczucia —
zadecydował. — Te, które kłamią, nie patrzą takiem
łagodnem spojrzeniem, nie mają takiego szczerego
uśmiechu... One się śmieją głupio... Ale ona —
przecież nie powiedziała, że kocha! — znowu nagłe
zbudziła się wątpliwość, pełna przestrachu... — To
tylko domysł... Może gniew... Boże! w jaką prze¬
paść wpadłem!
—	Co to pan ma w ręku ? — spytała go.
—	Gałązkę.
—	Jaką gałązkę ?
—	Pani widzi... gałązkę bzu...
—	Skąd pan wziął ? Tu niema bzów... Którędy
pan szedł ?
—	Pani wczoraj zerwała i — rzuciła.
—	Dlaczego pan ją podniósł?
		

/Magazyn_133_09_327_0001.djvu

			- 319 —
j— Podobało mi sic to, że pani rzuciła ją z gnie¬
wem.
—	Podoba się gniew ! To coś nowego ! Dlaczego ?
—	Nie powiem.
—	Niech pan powie... ja proszę...
—	Za nic, za żadne skarby!
—	Błagam pana!
On skinął przecząco głową.
—	A jeśli... ja śpiewać będę?
—	Wtedy... .może...
—	Zatem, tylko muzyka działa na pana? —
spytała ściągnąwszy brwi. — Więc to — prawda ?
—	Tak, muzyka z duszy pani.
—	Będę śpiewać... Casta diva... Casta di... —
zaczęła wezwaniem Normy — i zatrzymała się.
—	Teraz proszę mówić!
Obłomow walczył czas jakiś ze sobą.
—	Nie, nie ! powiedział jeszcze bardziej stanow¬
czym głosem, niż poprzednio. Jeśli to nieprawda,
jeśli mnie tylko tak się zdawało... — Nigdy!
Nigdy!
—	Cóż to może być? Coś przerażającego? —
rzekła utkwiwszy myśl w tym punkcie, a spojrzenie
w jego twarzy.
W twarzy jej odbijała się powoli świadomość.
W każdym jej rysie skupiał się promyk domysłu
i nagle cała twarz zajaśniała pewnością... Tak
słońce niekiedy, wychodząc z za obłoku, powoli
oświeca jeden krzak, drugi, potem dachy — i nagle
oświeci cały krajobraz... '
Olga już odgadła myśl Obło mowa.
—	Nie, nie, język mój nie chce mnie słuchać...
Proszę nie pytać nawet.
		

/Magazyn_133_09_328_0001.djvu

			320 -
—	Ja też nie pytam — odpowiedziała obojętnie.
—	Jakto? Przecież tylko co...
—	Wracajmy do domu — nie odpowiadającymi,
poważnie powiedziała Olga. — Ciotka nas czeka...
Poszła przodem. On został z ciotką. Olga udała
siq wprost do swego pokoju.
		

/Magazyn_133_09_329_0001.djvu

			VIII.
Cały ten dzień byl dla Oblomowa dniem po¬
wolnego rozczarowania. Spędził go w towarzystwie
ciotki Olgi, kobiety rozumnej, poważnej, ubranej
zawsze w jedwabną, bardzo dobrze skrojoną suknię,
zawsze w pięknych koronkowych kołnierzykach.
»Stroik na głowie był także zgrabnej roboty, z gustem
wykonany i wstążki dobrane nie bez kokieterji
do jej pięćdziesięciu lat, ale do twarzy świeżej jeszcze.
Na łańcuszku miała pince-nez oprawne w złoto.
Gesty jej były pełne godności. Bardzo zgrabnie
umiała drapować się w bogaty szal, zręcznie opierać
się o wyszywaną poduszkę, poważnie siedzieć na
kanapie. Nigdy jej nie widać było przy robocie.
Schylać się, szyć, zajmować się drobiazgami, nie
było jej do twarzy. Nawet rozkazy lokajom i poko¬
jówkom wydawała tonem niedbałym, krótko i sucho.
Czytywała coś niekiedy, ale nigdy nie pisywała.
Mówiła ładnie, najchętniej po francusku. Spostrzegła
natychmiast, że Obłomow nie włada swobodnie tym
językiem i już na drugi dzień poczęła rozmawiać
z nim po rosyjsku.
W rozmowie nie unosiła się, nie udawała uczonej.
W głowie jej istniała jakby jakaś linja, której
nie przekraczała nigdy. Widać było ze wszyst-
Oblumow. T. I.	21.
		

/Magazyn_133_09_330_0001.djvu

			— 322 —
kiego, że wszelka sympatja, nawet miłość, stanowią
lub stanowiły w jej życiu równorzędne z innemi
składniki, gdy u innych kobiet odrazu spostrzec
można, że miłość, jeśli nie w rzeczywistości, to w stó¬
wach przynajmniej jest treścią ich życia i że wszyst¬
ko inne dotyka życia tylko bokiem, o ile pozostaje
miejsce po miłości.
U tej kobiety przodowała przedewszystkiem
umiejętność życia, kierowanie sobą, utrzymywanie
równowagi między myślą a zamiarami, zamiarami
a możliwością ich spełnienia. Nie można było ni¬
gdy ją zaskoczyć nieprzygotowaną, jak czujnego
wroga, którego ile razy starasz się podejść, zawsze
się spotkasz z jego wyczekującym wzrokiem.
Polem jej życia był świat, w znaczeniu towa-
rzyskiem, i dlatego takt i ostrożność wyprzedzały
każdą jej myśl, każde słowo, każdy ruch.
Nigdy przed nikim nie odkrywała tajemnych
drżeń swego serca, przed nikim nie zwierzała się
z swoich tajemnic. Nikt przy niej nie widywał przyja¬
ciółki staruszki, przed którąby szeptała swoje zwie¬
rzenia przy filiżance kawy. Tylko z baronem I/ang-
wagen często spędzała samotne wieczory i przesia¬
dywała niekiedy do północy, ale zawsze przy Oldze
— i to najczęściej milcząco, ale jakoś poważnie i ro¬
zumnie, jak gdyby oboje znali jakąś tajemnicę,
o której inni nie wiedzą. I tyle tylko.
Widocznie przyjemność im sprawia być razem
ze sobą — oto jedyny wniosek, jaki się nasuwał,
patrząc na nich. Traktowała barona tak samo, jak
innych, uprzejmie, z pewną dobrocią, ale także
równo i spokojnie.
Złe języki korzystały z tego ipoczęto przypominać
jakąś starą przyjaźń, wspólną wycieczką za granicę,
		

/Magazyn_133_09_331_0001.djvu

			- 323 —
ale w stosunkach icli wzajemnych nie można byle
dostrzec jakiejś osobliwej utajonej sympatji, a prze¬
cież byłoby się to wybiło nazewnątrz.
Równocześnie był on opiekunem niewielkiego
majątku Olgi, na którym ciążyła jakaś prywatna
hipoteka z powodu zobowiązań rządowych.
Baron prowadził proces, to jest, kazał jakiemuś
czynownikowi pisywać ,,bumagi“, sam je czytał
przez szkła, podpisywał i tegoż samego czynow-
nika wysyłał do sądów, a sam, dzięki swoim sto¬
sunkom, z pożytkiem popierał proces. Miał nadzieję
na rychle i korzystne zakończenie. Ta okoliczność
przerwała plotkowanie, a w domu poczęto uważać
barona jako krewnego.
Miał już blisko pięćdziesiątkę, ale odznaczał się
świeżością twarzy; farbował tylko wąsy i troszeczkę
utykał na jedną nogę. Baron bywał grzeczny bez
zarzutu, nigdy nie palił przy paniach, nie zakładał
nogi na nogę i ostro ganił młodych ludzi, którzy
w towarzystwie pozwalali sobie rozpierać się w fote¬
lach i podnosić kolana i buty prawie do wysokości
nosa. Siadywał, nawet w pokoju, w rękawiczkach,
a zdejmował je tylko do obiadu.
Ubierał się według ostatniej mody, a przy fraku
miał kilka różnokolorowych wstążeczek. Jeździł
zawsze karetą i nadzwyczajnie dbał o konie.
Zanim wsiadł do powozu, obchodził go dokoła,
oglądał uprząż, nawet kopyta koni, a czasem wyj¬
mował czystą chustkę i pocierał po grzbiecie koni,
ażeby się przekonać, czy dobrze oczyszczone.
Znajomych witał uprzejmym, łaskawym uśmie¬
chem, nieznajomego — z początku cliło dno, ale gdy
już został przedstawiony, chłód zastępował uśmie-
21*
		

/Magazyn_133_09_332_0001.djvu

			— ä24 —
cliem, a nieznajomy mógł już na ten uśmiech liczyć
zawsze.
Rozmawiał o wszystkiem: o cnocie, o dro¬
ży źnie, o naukach, o towarzystwie z jednaką jasno¬
ścią. Opinję swoją wypowiadał w jasnej i wykoń¬
czonej formie, jak gdyby przemawiał sentencjami
już gotowemi, spisanemi w jakimś podręczniku
i wydanemi dla pożytku czytelników i słu¬
chaczy.
Stosunek Olgi do ciotki był dotychczas spokojny
i naturalny. Co do czułości, nie przekraczały one
nigdy granic umiarkowania. Cień niezadowolenia
nigdy miedzy obie nie padał.
Działo się to częściowo skutkiem charakteru
Marji Michajłówny, ciotki Olgi, ale również z braku
jakiegokolwiek powodu do innego zachowania się.
Ciotka nie miała nawet zamiaru żądać od Olgi cze¬
goś, coby wręcz było przeciwne jej życzeniom. Oldze
zaś i we śnie nie roiłoby się nie spełnić życzenia
ciotki, nie pójść za jej radą.
Czemże się objawiały te życzenia ? W wyborze
sukni, uczesaniu głowy, w tem naprzykład, czy
jechać do teatru francuskiego, czy na operę.
Olga posłuszna była o tyle, o ile ciotka wyrażała
życzenia lub udzielała rad — zgoła nic więcej.
A życzenia te były zawsze wypowiadane spokojnie,
aż do oschłości — w granicach praw ciotki — ale
nie dalej.
vStosunek ten był tak bezbarwny, że nie można
było w żaden sposób zdecydować, czy w charakte¬
rze ciotki są jakiekolwiek pretensje do posłuszeństwa
Olgi lub do jej uczuć serdecznych, czy też w chara¬
kterze Olgi są jakieś głębsze uczucia.
Natomiast na pierwszy rzut oka, spojrzawszy
		

/Magazyn_133_09_333_0001.djvu

			tylko na nie, można było odgadnąć, że to ciotka
i siostrzenica, a nie matka i córka.
—	Jade po sprawunki — mówiła ciotka —
może ci czego potrzeba.
—	Tak, ciociu, chciałabym zamienić moją suknią
łiłjową — odpowiedziała Olga, — i obie pojechały
razem.
Albo też:
—	Nie, ciociu, niczego mi nie trzeba... Nie¬
dawno byłam w sklepach.
Ciotka ujmowała ją dwoma palcami za policzki,
całowała w czoło, Olga ciotką — w rąką i jedna
jechała, druga — zostawała.
—	Wynajmierny tą samą willą... — rzeknie ciotka
ani pytająco, ani decydująco, jak gdyby sama z sobą
rozmawiała i nie mogła sią zdecydować.
—	Tak, tam bardzo ładnie — odpowie Olga.
I wiłlą wynaj mywano.
A jeśli Olga powie:
•— Ach, ciociu, czy też cioci nie znudził sią ten
las i piasek ? Może lepiej poszukać w innej stronie.
—	Poszukajmy... — odpowie ciotka.
—	Pojedziemy do teatru ? Dawno już mówią
o tej sztuce — mówi ciotka.
—> Z przyjemnością — odpowiada Olga, bez tego
pośpiechu, który komuś chciałby zrobić przyjemność
lub był wyrazem poddania sią cudzej woli.
Czasem posprzeczały się łagodnie.
—	Zmiłuj sią ma chere, czyż ci do twarzy zielone
wstążki ? — mówiła ciotka. — Weź raczej paljowe.
—	Ach, ciociu... już sześć razy je miałam...
Znudzą sią nareszcie.
—	Weź pensee.
—	A czy'ciocia te woli ?
		

/Magazyn_133_09_334_0001.djvu

			— 326 —
Ciotka wpatrywała się i powoli kiwała głową.
—	Jak chcesz, ma chere... Ja na twojem miejscu
wzięłabym pensee lub paljowe.
—	Nie, ciociu, ja lepiej tę wezmę — odpowia¬
dała łagodnie Olga i brała tę wstążkę, która jej się
podobała.
Olga pytała o radę ciotkę nie jak powagę, której
wyrok miał być dla niej prawem, ale tak, jak gdyby
pytała o radę inną kobietę, bardziej doświadczoną
od niej.
—	Czy ciocia czytała tę książkę ? Co to jest ? —
zapytywała.
—	Ach, co za obrzydliwość! — odpowiadała
ciotka, odsuwając, ale nie chowając książki i nie
broniąc wcale przeczytania jej Oldze.
Oldze nigdyby nie przyszło do głowy przeczytać.
Jeśli obie wahały się sąd wydać, zwracano się do
barona albo do Sztolca, gdy był obecny, i książkę
czytano lub nie, według ich opinji.
—	Kochana Olgo — powie czasem ciotka —
o tym młodym człowieku, który rozmawiał z tobą
u Zawadzkich, opowiadano mi jakąś nieciekawą
historję.
I tyle. A dalej to już rzecz Olgi rozmawiać
z nim lub nie.
Zjawienie się Obło mowa w ich domu nie budziło
żadnych wątpliwości, nie zwracało żadnej pilnej
uwagi ani ze strony ciotki ani Olgi, ani nawet
barona i Sztolca. Sztolc starał się zetknąć swego
przyjaciela z takim domem, gdzie było porządnie,
gdzie nietylko nie zaproponują zasnąć po obiedzie,
lecz gdzie nie wypada zakładać nogi na nogę,
gdzie trzeba być przyzwoicie ubranym, pamiętać,
co się mówi, — słowem, nie można ani zadrzemać,
		

/Magazyn_133_09_335_0001.djvu

			ani zachowywać się zbyt swobodnie, gdzie ciągle
żywo omawiano współczesne wypadki.
Następnie zdawało sią Sztokowi, że wprowa¬
dzenie do sennego życia Obłomowa młodej, sym¬
patycznej, rozumnej, a poniekąd sarkastycznej tro¬
chę kobiety równałoby się wniesieniu do ciemnego
pokoju lampy, która oświeci wszystkie ciemne kąty,
wniesie do nich trochę ciepła i w pokoju będzie
weselej.
Oto było wszystko, czego on pragnął, poznajo¬
miwszy swego przyjaciela z Olgą. Nie przewidywał
wcale, że między Olgą a Obłomowym zapali się
sztuczny ogień.
Ilja Iljicz dwie godziny przesiedział z ciotką
bardzo grzecznie, ani razu nie założył nogi na nogę,
rozmawiał przyzwoicie o wszystkiem, nawet dwa
razy bardzo zręcznie podsunął jej stołeczek pod nogi.
Nadjechał baron. Uśmiechnął się grzecznie i grze¬
cznie uścisnął mu rękę.
Obłomow zachowywał się jeszcze poprawniej
i wszystko troje byli wzajemnie zupełnie z siebie
zadowoleni.
Ciotka na rozmowy Obłomowa z Olgą, na jego
wycieczki patrzyła... raczej powiedzieć należy —
nie patrzyła wcale. Gdyby chodziła na przechadzki
z jakimś młodym człowiekiem, z typu frantów sa¬
lonowych — to inna sprawa. Ona i wówczas nicby
nie powiedziała, ale z właściwym sobie taktem
wprowadziłaby niepostrzeżenie inny porządek: po¬
szłaby parę razy z nimi, dałaby im do towarzystwa
kogoś trzeciego — i wycieczki zakończyłyby się
same przez się.
Ale chodzenie najprzechadzkę z ,,M-sie Obłomo¬
wym“, siedzenie z nim w kącie wielkiego salonu, na
		

/Magazyn_133_09_336_0001.djvu

			— 828 —
balkonie... cóż z tego? Jemu już trzydziestka
minęła... nie będzie jej przecież głupstw gadać...
dawać głupie książki do czytania... Nic podobnego
nikomu do głowy nie przychodziło.
Wreszcie ciotka słyszała, jak Sztolc w przeddzień
wyjazdu prosił Olgę, ażeby nie pozwalała drzemać
Obłomowowi, aby nie pozwalała mu sypiać, męczyła
go, tyranizowała, obarczała różnemi poleceniami
— słowem, dysponowała nim. I ją prosił także, by
miała oko na Obło mowa, zapraszała go do siebie,
wyciągała na przechadzki, na wyjazdy, poruszała go
wszelkiemi możliwemi sposobami, gdyby nie wy¬
jechał zagranicę.
Dopóki on siedział z ciotką, Olga nie przy¬
chodziła. Czas płynął powoli. Obłomow przeżywał
znowu — to chłód, to gorączkę. Teraz już odgady¬
wał przyczynę zmiany w Oldze. Przemiana ta wy¬
dawała mu się jeszcze cięższą, niż stan poprzedni.
Z powodu poprzedniej omyłki czuł przerażenie
i wstyd, a teraz było mu jakoś ciężko, niedobrze, zimno
i smutno na sercu, jak śród wilgotnej, deszczowej
pogody. Dał jej do zrozumienia, że domyślał się
jej miłości dla siebie, a może jeszcze domyślał się
niesłusznie. To już byłoby w rzeczy samej obrazą,
któraby się naprawić nie dała. A gdyby i od¬
gadł — to jak niezręcznie! Zachował się, jak samo¬
chwał.
Mógł odstraszyć uczucie, pukające nieśmiało do
dziewiczego serca, jak ptaka, siadającego ostrożnie
i lekko na gałązce, odstrasza szmer postronny —
i odlatuje.
Oblomow z drżącem sercem oczekiwał zjawienia
się Olgi do obiadu, ciekawy, jak będzie mówić, jak
będzie patrzeć na niego.
		

/Magazyn_133_09_337_0001.djvu

			Przyszła nareszcie. Spojrzawszy lig nią, ledwie
mógł ją poznać. Zupełnie inny wyraz twarzy, głos
nawet inny.
Młody, naiwny, prawie dziecinny uśmiech ani
razu nie ukazał się na jej ustach; ani razu nie spoj¬
rzała tak otwarcie, tem cieką wem spojrzeniem, jak
dawniej, w którem odbijała sią ciekawość, niepewność
lub wątpliwość, jak gdyby nie miała już o co pytać,
nic nie chciała wiedzieć, niczemu się dziwić.
Wzrok jej nie błądził za nim, jak dawniej. Pa¬
trzyła na niego tak, jak gdyby go znała długo,
dawno poznała, jakby on dla niej był niczem, zu¬
pełnie niczem — jak baron. Zdawało mu sią, jak
gdyby jej przez rok nie widział, a ona przez ten
czas dojrzała.
Nie było w niej ani surowości, ani wczorajszego
gniewu. Żartowała, śmiała się nawet, na zapytania
odpowiadała jasno — dawniej na nie nicby nie odpo¬
wiedziała. Widać było, że się zdecydowała zmusić
do robienia tego, co robiły inne, a czego ona
nie robiła przedtem. Tej swobody, tego braku przy¬
musu, który pozwalał wszystko wypowiedzieć, co
było w myśli — już ani dostrzec. Gdzie się to
wszystko podziało ?
Po obiedzie Oblomow zbliżył się do niej i za¬
pytał, czy nie wyjdzie przejść się?
Nie odpowiadając mu, Olga zwróciła się do
ciotki.
—	Pójdziemy przejść się?
—	Chyba niedaleko... — odpowiedziała ciotka.
Każ mi podać parasolkę.
I poszli wszyscy. Chodzili mało. Patrzyli w dal,
na Petersburg, doszli do lasu i powrócili na balkon.
—	Pani. zdaje się, dzisiaj nie jest usposobioną
		

/Magazyn_133_09_338_0001.djvu

			do śpiewu ? L,ękam się nawet prosić — rzeki Obło-
mow w nadziei, że może się zakończy ten przymus,
może wróci dawna wesołość, lub czy bodaj w je-
dnem słowie nie przeleci jej uśmiech; może w śpiewie
błyśnie promyczek szczerości, naiwności i za¬
ufania.
—	Gorąco! — odpowiedziała ciotka.
—	Nic to... spróbuję... — rzekła Olga i usiadła
do fortepianu.
On słuchał — i uszom własnym nie wierzył.
To nie ona —- gdzież dawny, pełen namiętności
dźwięk jej głosu?
Śpiewała tak czysto, tak poprawnie, tak..., jak
śpiewają wszystkie panienki, gdy je proszą śpiewać
w towarzystwie — bez przyjemności. W śpiew ten
nie włożyła swojej duszy, dlatego też w słuchaczu
nie poruszył się żaden nerw.
Czy ona kłamie swoim uczuciom, czy udaje, czy
gniewa się? Niczego nie podobna się domyśleć:
patrzy łagodnie, rozmawia chętnie, ale rozmawia tak,
jak śpiewa — jak wszystkie... Co to być może?
Obłomow, nie doczekawszy się herbaty, wziął
kapelusz i wyszedł.
—	Niech pan częściej przychodzi — rzekła
ciotka, — w dnie zwykłe my zawsze same..: jeśli
się pan nie znudzi... W niedzielę zawsze więcej
osób, nie znudzi się pan z pewnością...
Baron powstał i grzecznie mu się skłonił. Olga
skinęła mu głową, jak dobremu znajomemu, a gdy
wyszedł, zwróciła się do okna, patrzyła i obojętnie
przysłuchiwała się krokom Obłomowa.
Kilka tych dni, które upłynęły, może tydzień,
głęboko podziałały na nią, daleko naprzód posunęły
jej samopoczucie. Tylko kobiety zdolne są do ta-
		

/Magazyn_133_09_339_0001.djvu

			— 331 —
kiego szybkiego rozwoju sił, rozkwitu wszystkich
stron swojej duszy.
Zdawało się, że Olga przeszła cały okres życia,
obliczając nie na dnie, lecz na godziny. Każdą go¬
dzinę ledwie dostrzegalnego doświadczenia, zda¬
rzenia, które minęły jak lot ptaka obok nosa m꿬
czyzny, dziewczyna podchwytywała z niewyjaśnioną
bystrością. Śledziła lot tego ptaka, a krzywizna
jego lotu pozostawała jej w pamięci, jak ślad nie da¬
jący się wywabić — wskazówką, lekcją.
Tam, gdzie mężczyźnie potrzebny słup wiorstowy
z napisem, jej wystarczał szmer przepływającego
wiatru, ledwie dostrzegalne dla ucha wstrząśnienie
powietrza.
Dlaczego tak nagle, wskutek jakich przyczyn, na
twarzy dziewczyny jeszcze przed tygodniem spo¬
kojnej, bez troski, zdolnej do naiwnego śmiechu,
osiada myśl poważna ? Co to za myśl ? O czem ?
Zdaje się, że wszystko w tej myśli spoczywa, cała
logika, cała praktyczna filozof ja mężczyzny, cały
system życią!
Kuzynek rozstał się z nią niedawno — była
wówczas małą dziewczynką. On ukończył szkołę
wojskową, wdział mundur oficera; ujrzawszy ją, po¬
pędził w zamiarze, jak dawniej, poklepania jej po ra¬
mieniu, pokręcenia się z nią, ujęcia za ręce, skakania
po krzesłach, po kanapach... nagle spojrzawszy na
nią, zdziwił się, odszedł zmartwiony i zrozumiał,
’ że on jest jeszcze chłopcem, a ona — już kobietą!
Skąd? Co się stało ? Dramat? Wypadek jakiś
nadzwyczajny? Jakaś nowina, o której wie już
całe miasto ?
Nie. Ani mama, ani ciotka, ani wujaszek, ani
nawet pokojówka — nikt nic nie wie. I nie było
		

/Magazyn_133_09_340_0001.djvu

			— 332 —
czasu na coś nadzwyczajnego. Przetańczyła tylko
dwa mazury, parę kontradansów — i głowa ją roz¬
bolała... nie spala w nocy...
A potem znowu wszystko minęło, ale twarz jej
nabrała innego wyrazu: już teraz inaczej patrzy, nie
śmieje się zbyt głośno, całej gruszki nie wkłada
odrazu do ust, nie opowiada „jak u nich na pensji“...
Ona także ukoliczyła nauki...
Obłomow po paru dniach, jak niegdyś kuzynek,
nie poznał Olgi. Patrzył na nią bojaźliwie, ona na
niego śmiało, ale bez tej ciekawości, jaką zdradzała
przedtem, bez łagodności — tak, jak inne.
—	Co się z nią stało ? O czem ona teraz myśli,
co czuje? —Obłomow gubił się w domysłach.—Jak
mi Bóg miły, nic nie rozumiem!
Nie mógł zrozumieć tego, że stało się z nią to, co
się dzieje z mężczyzną w dwudziestu pięciu latach
przy pomocy dwudziestu pięciu profesorów i bibljo-
tek, po różnych podróżach po świecie, niekiedy na¬
wet ze stratą pewnego aromatu czystej duszy, świe¬
żości myśli i — włosów — to znaczy, że ona wstąpiła
w sferę samowiedzy. Wstęp ten odbył się łatwo
i kosztował ją niewiele.
—	Nie, to zbyt ciężkie i nieznośne — zauważył
Obłomow. — Przeniosę się na Wyborgską stronę, bę¬
dę czytał, pracował, pojadę do Obłomówki... sam —
dodał z westchnieniem. — Bez niej ! Żegnaj mi, mój
raju, mój cichy, jasny ideale życia!
Nie poszedł do ciotki ani na czwarty, ani na
piąty dzień, nie czytał, i nie pisał. Wyszedł fia prze¬
chadzkę — droga pełna kurzu, wiodąca pod górę...
—	Poco się mam włóczyć w taki upał! — po¬
myślał, — ziewnął, wrócił do domu, położył się
na kanapie i zasnął snem ciężkim, jak niegdyś
		

/Magazyn_133_09_341_0001.djvu

			— 333 -
sypia! na ulicy Grochowej w pokoju pełnym kurzu,
z opuszczonemi roletami.
Smutne mial sny. Zbudził sie — przed nim
stal stół nakryty, barszcz, befsztek. Dalej Zachar
patrząc zaspanem okiem w okno trzeciego pokoju.
Anisja dzwoni talerzami.
Skończył obiad, usiadł przy oknie. Głupio mu,
nudy, ciągłe sam. Dokąd iść ? Nic mu się nie chce.
Weszła Anisja.
—	Proszą popatrzeć... przynieśli kociątko od
sąsiadów... Pan wczoraj pytał...
Położyła mu kociątko na kolanach.
Obłomow począł je głaskać. Ale i z kotkiem nudy.
—	Zachar! — zawołał.
—	Słucham... — odezwał się Zacliar.
—	Ja się może przeniosę do miasta — rzeki
Obłomow.
—	Do miasta ? Przecież mieszkania niema.
—	A na Wyborgską stronę?
—	Cóż to będzie ? Z jednego letniska przeprowa¬
dzać się na drugie ? — rzekł Zachar. — Czego
tam szukać? Nie widzieliśmy Michę ja Andreicza.
—	Tu niewygodnie.
—	Jeszcze raz się przeprowadzać! Mój Boże!
Namęczyliśmy się tutaj! Nie mogę doszukać się
dwóch filiżanek i szczotki do zamiatania. Jeżeli za¬
brał Michej Andreicz — to się już trzeba z niemi
pożegnać.
Obłomow milczał. Zachar odszedł lecz wrócił na¬
tychmiast, ciągnąc za sobą kufer i podróżną torebkę.
—	Az tem co robić? Sprzedać, czy co?
rzekł, trąciwszy kufer nogą.
—	Czy ty zwarjowałeś? Ja w tych dniach wy-
		

/Magazyn_133_09_342_0001.djvu

			— 334 —
jadę za granicą! — przemówił z gniewem Oblo-
mow.
—	Zagranicę! — nagle uśmiechnąwszy się rzeki
Zachar. — Dobrze to mówić — zagranicę!
—	Co ciebie tak dz.iwi ? Poj adę i rzecz skoń¬
czona... paszport już mam...
A któż tam buty panu będzie ściągał? —
z ironią zauważył Zacliar. — Dziewczęta, czy co ?
Tam zmarnieje pan beze mnie.
Znowu uśmiechnął się, aż bokobrody i brwi mu
się podniosły.
—	Głupstwa tylko pleciesz! Zabierz to i wynoś
się! — rzekł z gniewem Oblomow.
Na drugi dzień, ledwie Obłomow obudził się
o dziesiątej godzinie, Zachar, podając mu herbatę,
powiedział, że kiedy rano chodził do piekarza, spot¬
kał tam panienkę.
—	Jaką panienkę ?
—	Jaką? Olgę Siergiejewnę.
- Więc cóż ? — niecierpliwie spytał Obłomow.
—	Co ? Kazała się kłaniać, pytała o zdrowie,
co barin robi ?.
—	Cóżeś ty powiedział ?
—	Powiedziałem, że zdrów... cóż mu się miało stać ?
Dlaczego ty dodajesz-swoje głupie uwagi? —
zauważył Obłomow.— ,,Co się mu miało stać?“ —
powtórzył. — Skąd ty wiesz, co się ze mną dzieje ?
Co więcej ?
—	Pytała, gdzie barin jadl wczoraj obiad ?
—	I cóż ?
—, Powiedziałem, że w domu, że i kolację jadl
w domu. ,,A twój pan w domu jada wieczerzę?“ -
spytała. — ,,Tylko dwoje kurcząt raczył zjeść...“ —
rzekłem.
		

/Magazyn_133_09_343_0001.djvu

			— 335 —
—	Dureń! — mocno krzyknął Oblomow.
—	Dlaczego dureń ? Czy to nie prawda ? — od¬
powiedział. — Kosteczki nawet pokażę...
—	Ach, dureń z ciebie! — powtórzył Obłomow.
Cóż ona na to ?
—	Uśmiechnęła się. „A cóż tak mało ?“ — po¬
wiedziała.
—	Ach, jakiż osieł! — mówił Obłomow. — Tybyś
jeszcze powiedział, że na wywrót koszule wciągam!
—	Nie pytano o to, więc nie mówiłem.
—	O cóż więcej pytała ?
—	Pytała, co barin przez te dni robił ?
—	Cóż ty na to ?
—	- Nic nie robił — powiedziałem — leżał przez
cały czas.
—	Ach! — krzyknął Obłomow, podniósłszy pięść
do góry. — Idź precz! — zawołał groźnie. — Jeśli
ty jeszcze raz będziesz miał śmiałość opowiadać
o mnie takie głupstwa, zobaczysz, co ja z tobą
zrobię! Jaki jadowity człowiek!
—	Czy miałem łgać na starość? — bronił się
Zachar.
—	Idź precz! ■— zawołał IIja Iljicz.
Łajanie dla Zachara — to nic. Byleby tylko
zjadliwych słów nie było.
—	Powiedziałem, że barin chce odjechać na
Wyborgską stronę — dokończył Zachar.
—	Ruszaj! — rozkazująco rzekł Obłomow.
Zachar wyszedł i westchnął głośno. Obłomow
począł pić herbatę.
Wypił herbatę, a z kupy bułek i rogalków zjadł
tylko jedną, obawiając się niepowśeiągliwości języ¬
ka Zachara. Potem zapalił cygaro i usiadł przy sto¬
le. Wziął w rękę jakąś książkę, przeczytał jedną
		

/Magazyn_133_09_344_0001.djvu

			— 33G —
stronę, chciał ją odwrócić, ale książka była nie-
rozcięta. Obłomow rozciął ją palcem. Po brzegach
utworzyły się strzępy, a książka była cudzą własno¬
ścią, należała właśnie do Sztolca, u którego, co do
książek, panował nadzwyczajny porządek — ucho¬
waj Boże coś zepsuć! Papier, ołówki, różne dro¬
biazgi, gdzie tylko położy — nie wolno stamtąd
ruszyć.
Trzeba było wziąć rozcinacz, ale go pod ręką nie
było. Możnaby rozcinać zwykłym nożem, ale Oblo-
mow wolał usiąść na kanapie, a książkę położyć,
skąd wziął. Ivedwie oparł się o poduszkę, ażeby
wygodniej leżeć, gdy wszedł Zachar.
—	Ale panienka prosiła, aby barin przyszedł do
tego... ach, jak jego...
—	Czemużeś tego nie powiedział wcześniej...
przed dwiema godzinami ? — spytał.
—	Kazał pan odejść... nie mogłem dokoiiczyć...
—	Ty gubisz mnie, Zachar! — patetycznie za¬
wołał Obłomow.
—	Ten znowu swoje! — myślał Zachar — od¬
wróciwszy ku niemu lewy policzek i patrząc na
ścianę. — Znowu jak onegdaj wlepi jakieś słówko!
—	Dokąd przyjść ? — pytał Obłomow.
—	A na... do tego... kto go wie ? Ogrodu czy.co...
—	Do parku ?
—	Tak jest... do parku... „Przejść się — po¬
wiada, — ja tam będę.“
—	Ubieraj mię!
Obłomow przeszedł cały park, zaglądał we wszyst¬
kie kąty, — nigdzie niema Olgi! Poszedł tą aleją,
gdzie się przed nią usprawiedliwiał i zastał ją, sie¬
dzącą na ławeczce, niedaleko od tego miejsca, gdzie
zerwała i rzuciła na ziemię gałązkę bzu.
		

/Magazyn_133_09_345_0001.djvu

			— 33? —
—	Myślałam, że pan już nie przyjdzie — za¬
uważyła łagodnie.
—	Oddawna szukam pani w całym parku.
—	Wiedziałam, że będzie pan szukał, i dla¬
tego tu usiadłam. Byłam pewna, że pan przejdzie
tędy!
Chciał ją zapytać: „dlaczego tak myślała“, ale
spojrzawszy na nią, zamilkł.
Wyraz jej twarzy był już inny, niż wtenczas,
kiedy się z nim tutaj przechadzała, taki, jaki
miała, gdy ją opuścił po raz ostatni i który w nim
taki lęk obudził. I grzeczność była jakaś hamu¬
jąca się. Wogóle miała wyraz twarzy skupiony.
Wiedział, że w domysły i naiwne pytania bawić się
z nią nie można, że wesoły, dziecinny okres przeżyty.
To, co było niedopowiedziane, do czego można
byłoby zbliżyć się jakiemś zręcznem pytaniem,
— już było między nimi zamknięte bez słów nie¬
potrzebnych, bez wyjaśnień; powrócić do dawnego
nastroju już nie można było.
—	Dawno już pana nie widziałam! — rzekła.
Obłomow milczał. On chciał dać jej w jakiś
sposób do zrozumienia, że czar ich tajemnego sto¬
sunku już przeminął, że mu cięży to skupienie,
jakiem otoczyła siebie, jak obłokiem, jak gdyby
weszła w głąb samej siebie, że on nie wie, co ma
robić, jak się zachowywać.
Ale czuł, że najmniejsze napomknienie jej o tem
wywoła u niej zdziwienie, potem jeszcze chłodniej¬
szą będzie w stosunku z nim, a wtedy — wszystko
stracone! Zgaśnie i ta iskra uczucia, którą tak
niezręcznie przytłumił. Trzeba ją znowu rozdmu¬
chać spokojnie i ostrożnie, ale jak? — Zupełnie
nie wiedział.
Obłomow. T. I.
22
		

/Magazyn_133_09_346_0001.djvu

			— 338 —
Obłomow mial nieświadome poczucie, że ona
urosła prawie ponad jego głowę, że od tej chwili
niema już powrotu do dziecinnej wiary, że stanęli
nad brzegiem Rubikonu, a utracone szczęście jest
już na drugim brzegu. Trzeba przekroczyć.
Jak? A jeśli on tylko sam przekroczy ?
Olga jaśniej rozumowała od niego, lepiej rozu¬
miała, co się w nim odbywa i dlatego przewaga
była po jej stronie. Ona otwarcie zaglądała w jego
duszę, widziała, jak się tam na dnie budziło uczucie,
jak szalało tam i wybijało się nazewnątrz. Rozu¬
miała, że wszelka przebiegłość, krętactwo i kokie-
terja — narzędzia Soniczki — były wobec Obło mowa
zbyteczne, bo nie przewidywała oporu i walki'.
»Spostrzegła nawet i to, że bez względu na jej
młodość do niej należy pierwsza rola w tej sym-
patji, a od niego można było tylko oczekiwać
głębokiego wrażenia, namiętności, leniwej pokory,
wiecznej liarmonji z każdem uderzeniem jej serca,
ale nigdy objaWu woli i czynnej myśli.
Odrazu zauważyła swój wpływ nad nim i podo¬
bała się jej ta rola — gwiazdy, przewodniczki życia,
promienia światła, jaki ona rzuci nad stojącem
jeziorem, odbijającem to światło. Dobrze oceniała
swoją przewagę w tym pojedynku.
W tej komedji albo tragedji, stosownie do oko¬
liczności, obie osoby działające zjawiały się prawie
zawsze w jednakowym charakterze: dręczyciela lub
dręczycielki i — ofiary.
Olga, jak każda kobieta, w roli pierwszej, to
jest dręczycielki, mniej od innych i nieświadomie
odmawiała sobie przyjemności poigrania trochę jak
kotka z myszką; czasem wyrwie się jej nagłe, jak
błyskawica, blask uczucia, a potem również nagle
		

/Magazyn_133_09_347_0001.djvu

			— 339 —
znowu się skupia i zamyka się w sobie. Ale daleko
częściej popychała go naprzód, wiedząc, że z własnej
woli nie postąpi ani kroku i pozostanie nierucho¬
mym tam, gdzie ona go zostawi.
;— Byłeś pan zajęty? — spytała, wyszywając
coś na kanwie.
—	Powiedziałbym — zajęty, — ale ten Zachar,—
pomyślał.
—	Tak, czytałem trochę — odpowiedział nie¬
dbale.
- Co mianowicie ? Romans ? — pytała i pod¬
niosła na niego oczy, ażeby się przekonać, jaki
będzie miał wyraz twarzy, kłamiąc.
—	Nie, ja powieści prawie nie czytuję-— odpo¬
wiedział spokojnie. — Czytałem „Historję odkryć
i wynalazków".
—	Chwała Bogu, że choć jedną kartkę dzisiaj
przeczytałem — pomyślał.
—	Po rosyjsku?
—	Nie, po angielsku.
—	Czytuje pan po angielsku?
—	Trochę ciężko, ale czytam. A pani... nie była
pani w mieście? — spytał raczej dlatego, ażeby
zatuszować rozmowę o książkach.
—	Nie. Nie wyjeżdżałam z domu. Ja zawsze
pracuję w tej alei.
—	Zawsze tutaj ?
-— Tak. Bardzo mi się tu podoba. Wdzięczną
jestem bardzo panu, żeś mi ją wskazał. Tędy nikt
prawie nie przechodzi.
—	Rzeczywiście.
Zamilkli oboje.
—	U pana jęczmień znikł już zupełnie? — spy¬
tała, patrząc na prawe jego oko.
22*
		

/Magazyn_133_09_348_0001.djvu

			— 340 —
Obłomow poczerwieniał.
—	Już znikł, chwała Bogu.
—	Niech pan przykłada płateczek namoczony
w winie, jak tylko oko zacznie swędzić — jęczmień
z pewnością, się nie utworzy. Nauczyłam się tego
od niani.
—	Cóż ona ciągle mówi o jęczmieniu! — po¬
myślał.
—	Niech pan nie jada kolacji dodała po¬
ważnie.
—	Zachar! poruszyło się u niego coś w gardle
przeciwko Zacharowi.
—	Wystarczy tylko zjeść dobrą kolację— mó¬
wiła Olga, nie podnosząc na niego oczu, — a potem
przez dwa— trzy dni poleżeć—i jęczmień z pew¬
nością się utworzy!
—	Du-r-r-reń ! — coś jakby gruchnęło w głębi
Obłomowa.
—	Co to pani robi? — spytał, ażeby zmienić
treść rozmowy.
—	Zakładkę do książki — powiedziała, odwi-
jając zwitek kanwy — dla barona. Ładna?
—	Bardzo ładny wzór, bardzo miły... to ga¬
łązka bzu.
—	Zdaje się... tak... — odpowiedziała niedbale.—
Wybrałam pierwszy lepszy wzór, jaki mi wpadł
w rękę.
I, poczerwieniawszy trochę, zwinęła zgrabnie
kanwę.
—	A jednak to nudne, jeśli się ma przewlekać
zbyt długo — pomyślał — i nic z niej wydobyć nie
można. Sztolc wydobyłby, a ja nie umiem.
Obłomow nachmurzył się i sennym wzrokiem
		

/Magazyn_133_09_349_0001.djvu

			— 341 —
patrzył dokoła. Olga spojrzała na niego, potem
schowała robótkę do koszyka.
—	Chodźmy do lasku — rzekła, oddając mu
koszyk do niesienia. Rozpięła parasolkę, poprawiła
na sobie ubranie i poszli.
—	Dlaczego pan dzisiaj w złym humorze? —
spytała.
—	Nie wiem Olgo Siergiej ewna. Zresztą, czego
mam być wesół i jak?
—	Proszę się czemś zająć, stykać się częściej
z ludźmi.
—- Zająć się? Zająć się można, gdy się ma cel
przed sobą. Jakiż ja mam ceł? Nie mam go wcale.
—	Cel — życie.
—	Jeśli się nie wie, dlaczego się żyje, to się
żyje z dnia na dzień. Cieszysz się, gdy dzień mi¬
nie,'a snem zamkniesz smutne pytanie: pocóś dzień
przeżył i poco żyć będziesz jutro ?
Olga słuchała w milczeniu. W suro wem spoj¬
rzeniu, w ściągniętych brwiach, w linji ust chowało _
się niezadowolenie i pełzało jak wąż niedowierzanie
i lekceważenie.
—	Dłaczegoś dzień przeżył? — powtórzyła
pytanie. — Czy może istnieć jakieś życie, któreby
nikomu nie było potrzebne ?
—	Może. Naprzykład, moje...
Czyżby pan dotychczas nie wiedział, jaki cel
pańskiego życia? — spytała i stanęła.-—Nie wierzę.
Pan siebie obmawia... Gdyby tak było, pan nie
byłby wart życia...
—	Już minąłem to miejsce, gdzie był mój cel
i przed sobą nic już nie widzę.
Westchnął. Olga uśmiechnęła się.
—• Niema nic? — powtórzyła z ożywieniem.
		

/Magazyn_133_09_350_0001.djvu

			— 342 —
wesoło i ze śmiechem, jak gdyby mu nie wierzyła
i przeczuwała, że czegoś jeszcze nie dopowiedział.
—	Proszę się śmiać! A jednak jest to prawdą...
Olga szła powoli, pochyliwszy głowę.
—	Dla czego i dla kogo żyć ? będę — mówił,
idąc za nią. — Czego szukać ? Dokąd skierować myśl ?
Zamiary ? Kwiat życia spadł, zostały tylko ciernie.
Olga szła powoli, ledwie słuchając tego, co mówił.
Mimochodem zerwała gałązkę bzu i, nie patrząc na
Obłomowa, ją mu podała.
—	Co to ? — spytał zdziwiony.
—	Gałązka.
—	Jaka gałązka ? — pytał, szeroko otworzywszy
oczy.
—	Bzu.
—	Wiem... ale co ona oznacza?
—	Kwiat życia i...
Zatrzymał się. Olga stanęła także.
—	I...? — powtórzył pytająco Obłomow.
—	I mój gniew — rzekła, patrząc wprost na
niego skupionym wzrokiem, a uśmiech jej ust zdawał
się mówić, iż wie, co robi.
Obłok tajemniczości znikł z jej twarzy. Spoj¬
rzenie jej było wymowne i zrozumiałe. Olga jak
gdyby rozmyślnie otworzyła pewną stronę księgi
i pozwoliła przeczytać w niej pożądany ustęp.
—	Zatem... ja mogę mieć... spodziewać się...
wybuchnął radośnie.
—	Wszystkiego... ale...
Nagle zamilkła.
Obłomow jakby zmartwychwstał. Olga prawie
go nie poznała. Mglista, senna prawie jego twarz
przeobraziła się, wzrok się rozszerzył, rumieńce
lik azały się na policzkach, zbudziły się myśli, woczacli
		

/Magazyn_133_09_351_0001.djvu

			— 343 —
błysnęły pragnienia i wola. W nieruchomej dotych¬
czas twarzy Oblomowa Olga dojrzała nagle zjawie¬
nie się celu życia.
—	Życie, życie znowu się przede mną otwiera —
zawołał jak w malignie. — Ono w twarzy pani, w jej
uśmiechu, w tej gałązce, w Casta diva... we wszyst-
kiem.
Olga pokiwała głową przecząco.
—	Nie, nie wszystko... to tylko połowa.
—	Lepsza?
—	Może. Przypuszczam.
—	A gdzież druga połowa? Cóż jeszcze?
—	Proszę szukać.
—	Dlaczego ?
—	Ażeby nie zgubić pierwszej — dokończyła.
Podała mu ramię i poszli do domu.
Obłomow z zachwytem choć nieznacznie rzucał
spojrzenia na jej kibić, jej główkę, na włosy i ściskał
gałązkę bzu.
—	Wszystko to moje... moje... — myślał i nie
wierzył sam sobie.
—	Pan nie przeprowadzi się na Wyborgską
stronę? — spytała, gdy odchodził do domu.
On zaśmiał się i nawet nie nazwał Zachara
durniem.
		

/Magazyn_133_09_352_0001.djvu

			I
IX.
Od tej chwili nie było już nagłych zmian w po¬
stępowaniu Olgi. Zachowywała się jednostajnie,
spokojnie wobec ciotki, w towarzystwie, ale od¬
czuwała życie tylko w obecności Obłomowa. Nie
pytała już nikogo, co ma robić, jak postępować!
Nie myślała, jak o powadze, ó Soniczce.
W miarę rozwijania się przed nią różny cli stopni
życia, to jest uczucia, bystro obserwowała wszelkie
zmiany, czujnie przysłuchiwała się głosowi swego
instynktu, sprawdzała zapomocą niewielkiego za¬
pasu własnych doświadczeń i szła ostrożnie, badając
nogą grunt, na którym stanęła.
Kogo zresztą miała pytać ? Ciotki ? Ona nad
takiemi pytaniami przechodziła tak lekko i zgra¬
bnie,'że Oldze nigdy nie udawało się różne jej
odezwania się sprowadzić do jakiegoś jednego
punktu i zapamiętać. Sztolca nie było. Obło¬
mowa? Ależ to Galatea, wobec której sama musiała
być Pigmaljonem.
Życie jej wypełniało się tak spokojnie, tak
niepostrzeżenie dla nikogo, że żyła w zupełnie no¬
wej atmosferze, nie zwracając na siebie niczyjej
uwagi, bez wzajemnych uniesień i burz. Według
innych — robiła to samo, co dawniej, ale zupełnie
inaczej,
v
		

/Magazyn_133_09_353_0001.djvu

			— 345 —
Bywała w teatrze francuskim, ale treść sztuki
wiązała zawsze z własnem życiem; jeśli czytała
książkę, to znajdowała tam zawsze iskrą własnego
rozumu, błyszczał ogień własnych jej uczuć, za¬
pisane były wczoraj wypowiedziane słowa, jak
gdyby autor podsłuchiwał, jak bije teraz jej serce.
W lesie te same drzewa, ale szum ich ma dla
niej osobliwe znaczenie; między nią a drzewami
istniała jakaś harmonja. Ptaki nie szczebiocą,
lub śpiewają — one rozmawiają ze sobą. Wszystko
obok niej mówi, wszystko odpowiada jej na¬
strojowi. Kwiat rozwija się — a ona słyszy, jako¬
by jego oddech.
We snach zjawił się także odblask nowego
życia. Ożywiły się zjawy obrazami, z któremi
niekiedy głośno rozmawiała... Coś one mówiły,
ale tak niewyraźnie, że nie rozumiała ich i także
niezrozumiałemi słowami przemawiała do nich.
Tylko Kat ja mówiła jej rano: panienka w nocy
bredziła.
Olga przypomniała sobie przepowiednię Sztolea,
który mówił jej często, że dotychczas nie zaczęła
żyć. Obrażała się niekiedy, że ją uważa za dziew¬
czynkę, chociaż ma ona już lat dwadzieścia. Te¬
raz dopiero zrozumiała, że miał słuszność, gdyż
teraz dopiero żyć zaczęła.
— Kiedy wszystkie siły zagrają w organizmie
pani, — mówił Sztolc — wtedy dopiero rozpocznie
się życie i dokoła ujrzy pani to, na co teraz oczy
są zamknięte, usłyszy — czego teraz nie słyszy.
Zagra muzyka nerwów, usłyszy pani szum życia,
będzie przysłuchiwać się rośnieniu trawy. Proszę
poczekać, nie śpieszyć się, życie przyjdzie samo,
Przyszło w samej rzeczy.
		

/Magazyn_133_09_354_0001.djvu

			— 346 —
—	To zapewne grają siły wewnętrzne, ocknął
się organizm — mówiła jego własnemi słowami,
wsłuchując się w nieznane drżenia i pilnie ale nie¬
śmiało obserwując każde nowe budzenie się siły.
Olga nie poddała się marzycielstwu, nie oddzia¬
łał na nią szept liści, nie męczyły nocne widziadła;
niekiedy zdawało jej się jakby ktoś schylał się
w nocy nad jej uchem i szeptał niejasne, niezrozu¬
miałe wyrazy. Wstawszy z łóżka, wypijała szklan¬
kę wody, otwierała okno, chustką odświeżała twarz
i odrazu wytrzeźwiała się ze snów i marzeń.
Obłomowowi, gdy się tylko obudził, stawał
przed oczyma, obraz Olgi w całej postaci, z ga¬
łązką bzu w ręku. Zasypiał z myślą o niej, szedł
na przechadzkę, czytał ■— zawsze ona była z nim
razem.
W myśli prowadził z nią nieskończone rozmowy
— we dnie i w nocy. Do „Historji odkryć i wyna¬
lazków" dodawał on jeszcze nowe odkrycia w ze¬
wnętrznej postaci Olgi lub jej charakteru, myślał,
jakby się z nią nagle spotkać, posłać książkę,
zrobić jakiś podarunek.
Gdy spotka wszy się z nią rozmawiał, wracając
sam do domu, dalej ciągnął rozmowę, a do wcho¬
dzącego do pokoju Zachara, miękkim, łagodnym
głosem, jak gdyby do Olgi, mówił:
—	Ty łysy czorcie, znowu mi dałeś nieoczysz-
czone buty! Pamiętaj, aby to było po raz ostatni.
Obojętny, próżniaczy nastrój opuścił go od tej
chwili, kiedy Olga śpiewała po raz pierwszy. Od
tego czasu nie żył już dawnem życiem, kiedy mu
było wszystko jedno, czy leżeć i patrzeć 'na ścianę,
czy w jego mieszkaniu jest Aleksiejew, czy on sam
siedzi u Iwana Gerasimowicza. Minęły te dnie kiedy
		

/Magazyn_133_09_355_0001.djvu

			— 347 -
nie pragnął nikogo i niczego ani od dnia, ani
od nocy.
Teraz i dzień i noc, każda godzina poranku miała
swój obraz, pełny tęczowych promieni, lub bez¬
barwny i ponury, stosownie do tego, czy na jego tle
przesuwała się postać Olgi lub czas mijał bez niej —
a zatem przechodził bez wrażeń i nudnie.
Wszystko to odbijało się w całej jego istocie:
w głowie plątała się sieć bezustannych kombinacyj,
domysłów, przewidzeń, męczarni, niepewności,
a wszystko to zależne było od pytania: Czy będzie
się z nią widział lub nie ? Co powie ? Co zrobi ?
Jak spojrzy? Jakie mu da polecenie, o co 011 ją za¬
pyta, czy będzie zadowolona lub nie ? Wszystkie
te pytania były codziennem zagadnieniem jego życia.
— Ach, gdyby można było odczuwać tylko
ciepło miłości bez udręczeń ! — marzył Obłomow. —
Nie, życie pędzi naprzód — gdzie pójdziesz, wszę¬
dzie pali jego ogień. Ile nagle weszło do niego ruchu,
ile zajęcia! Miłość — jakaż to trudna szkoła życia!
Zdołał już przeczytać kilka książek. Olga
prosiła go, aby treść opowiadał i z niewzruszoną
cierpliwością go słuchała. Napisał kilka listów do
starosty, usunął go, natomiast za pośrednictwem
Sztolca oddał majątek w zarząd jednemu z są¬
siadów. Byłby nawet pojechał na wieś, gdyby uwa¬
żał za możliwe opuścić Olgę.
Przestał jadać wieczerze i od dwóch tygodni
nie kładł się w ciągu dnia.
W ciągu kilku tygodni zwiedzili wszystkie oko¬
lice Petersburga. Z ciotką, Olgą i baronem bywali
na wszystkich zamiejskich koncertach, na wielkich
zabawach. Zamyślali dotrzeć do Finlandji, zwiedzić
wodospad Imatry.
		

/Magazyn_133_09_356_0001.djvu

			— 348 —
Gdyby to zależało od Oblomowa, byłby z pew¬
nością nie wyszedł poza park, ale Olga zawsze coś
nowego wymyśliła, a, gdy na propozycję wyjazdu
kiedykolwiek zawahał się z odpowiedzią — wy¬
cieczka z pewnością przychodziła do skutku. Wten¬
czas zadowolenie Olgi trwało, zdaje się, bez końca.
Na kilka wiorst od letniska, nie było pagórka, na
którymby po kilka razy nie był.
Sympatje ich wzajemne wzrastały, rozwijały
się i objawiały, jak zwykle u ludzi. Olga roz¬
kwitła w pełni, jak jej uczucie. W oczach jej było
więcej światła, w ruchach — gracji, piersi jej roz¬
winęły się i falowały równo.
—	Wypiękniałaś na letnisku, Olgo — mówiła
ciotka.
Uśmiech barona zdawał się powtarzać także
ten komplement.
Olga z rumieńcem na twarzy schyliła głowę na
ramię ciotki, a ciotka głaskała ją po twarzy.
Olga! .Olga! — ostrożnie, szeptem prawie
wolał na nią Óbłomow u podnóży góry, gdzie mu
naznaczyła schadzkę, ażeby stąd pójść jrazem na
przechadzkę.
Odpowiedzi nie było. Spojrzał na zegarek.
—	Olgo Siergiejewna! — zawołał głośno.
Znowu milczenie.
Olga siedziała na górze, słyszała wołanie i, wstrzy¬
mując się od śmiechu, milczała. Chciała, ażeby 011
wszedł na górę.
—	Olgo Siergiej ewna! — wołał, przedarłszy
się przez krzaki do połowy góry i głowę do szczytu
podnosząc.
—	Na wpół do szóstej powiedziała przecież.,, —
myślał,
		

/Magazyn_133_09_357_0001.djvu

			- 349 —
Olga nie wytrzymała i śmiać się poczęła.
—	Olga! Olga! Ach! pani tam...
I począł wdrapywać się na szczyt.
—	Acli! Że też chce się pani bawić się w chowa¬
nego na górze!
Usiadł przy niej.
-	Ażeby mnie pomęczyć trochę, sama się pani
męczy.
-	Skąd pan przychodzi ? Wprost z domu ? —
spytała.
—	Nie, byłem u pani. Pytałem — powiedziano
mi, że już niema.
—	Gożeś pan dzisiaj robił ?
—	Dzisiaj...
—	Wymyślał pan Zacharowi — dopow ^ziała.
Zaśmiał się, jak się śmieje z czegoś zu. nie
niemożliwego.
—	Nie. Czytałem Revue... Ale proszę posłu¬
chać...
Nic jednak nie powiedział. Usiadł tylko przy niej
i wpatrywał się w profil jej twarzy, w głowę, w ruchy
jej rąk, gdy przewlekała igłę przez kanwę i wyjmo¬
wała ją. Utkwił w nią wzrok i nie mógł go oderwać.
Sam siedział nieruchomo. Tylko oczy jego
zwracały się w lewo lub w prawo, to wdół, stosow¬
nie do ruchu jej rąk. W jego wnętrzu kipiało życie :
krew krążyła mocniej, serce biło silniej i drgało —
wszystko to oddziaływało na niego tak silnie, że
oddychał powoli i ciężko — jak oddychają przed
karą śmierci lub w chwili rozkoszy duchowej.
Obłomow był, jak niemy. Nie mógł się poruszać,
tylko wilgotne ze. wzruszenia oczy nieruchomo były
utkwione w Olgę.
Ona rzucała na niego czasem głębokie spojrzę-
		

/Magazyn_133_09_358_0001.djvu

			— 350 —
nie, odczytywała zbyt wyraźną treść z jego twa¬
rzy i myślała:
— Mój Boże! J ak on mnie kocha! He mięk¬
kości w jego uczuciu!
I cieszyła się i dumną była, że on, powalony,
leży u jej nóg.
Chwila symbolicznych napomknień, wyrazistych
uśmiechów, gałęzi bzu minęła bezpowrotnie. Miłość
stawała się sroższą, bardziej wymagającą, poczęła
się przeradzać w pewnego rodzaju obowiązek. Po¬
wstały wzajemne prawa. Obie strony stawały się
coraz bardziej dla siebie zrozumiałe: znikały wątpli¬
wości, nieporozumienia, a miejsce ich zajmowały
sprawy wyraźne i poważne.
Olga dotykała go ciągle sarkazmem za lata
strawione w próżniactwie, wydawała surowy wyrok,
prześladowała jego apatję głębiej, prawdziwiej, niż
to czynił Sztolc. Potem w miarę większego wzajem¬
nego zbliżania się, od sarkazmów nad zwiędłem
i niedołężnem życiem Obłomowa, przeszła do despo¬
tycznego narzucania mu swojej woli, odważnie mó¬
wiąc mu o celach życia i obowiązkach, bezwzględnie
wymagając od niego ruchu, bezustannie budziła
jego umysł, bądź zmuszając go do rozważania ja¬
kiejś delikatnej życiowej sprawy, którą sama do¬
brze znała, bądź sama narzucała mu się z jakąś
kwestją niejasną lub niedostępną dla niej.
Oblomow szamotał się, mozolił głowę, wykręcał
się, ażeby nie poniżyć się zbytnio w oczach Olgi
lub dopomóc jej do rozwikłania jakiejś zagadki,
zamiast po bohatersku tylko rozciąć.
Cała taktyka kobieca Olgi była przesiąknięta
miękką sympatją; wszystkie jego usiłowania, by
		

/Magazyn_133_09_359_0001.djvu

			— 351 —
dorównać jej umysłowi, miały cechę namiętnej mi¬
łości.
Często wyczerpany kładł się u nóg jej, przykładał
rękę do serca i nasłuchiwał jego bicia, nie spuszcza¬
jąc z niej wzroku, pełnego podziwu i zachwytu.
— Jak on mnie kocha! — myślała Olga w ta¬
kich chwilach, wpatrując się w niego.
Gdy jednak spostrzegała w nim ukryte i zatajone
dawne rysy charakteru — a umiała głęboko wpatry¬
wać się w duszę Obłomowa — opuszczenie się, ledwie
dostrzeżoną drzemkę duszy, wnet zasypywała go
wymówkami, w których czuć jednak było- obawę
pomylenia się, a niekiedy żal do samej siebie za
zbytnią surowość.
Gdy mu tylko przyszła chętka ziewnąć i ledwie
otworzył usta, spotykał się ze wzrokiem pełnym zdzi¬
wienia i zamykał gwałtownie. Olga prześlado¬
wała najlżejszy nawet cień senności, przemykający
się po jego twarzy. Pytała go nietylko o to, co robi,
lecz także o to, co będzie robił.
Silniej jeszcze niż od wymówek, budziła się w nim
żywotność, gdy dostrzegał, że jego zmęczenie udzie¬
lało się i jej, że stawała się wtedy jak gdyby lekce¬
ważącą i zimną. Wówczas opanowywała go go¬
rączka życia, podwajały się siły, ruchliwość
i cień niknął wtenczas, a sympatja znowu bić po¬
czynała silnem, jasnem tętnem.
Wszystkie te troski jednak nie przekraczały
magicznego koła miłości. Działalność Obłomowa była
negatywną: nie sypiał w dzień, czytał, niekiedy
myślał o napisaniu planu urządzenia majątku, dużo
chodził, dużo jeździł. Dalszy jednak kierunek, sama
istota życia, czyn — wszystko to jeszcze było
w okresie zamiarów.
		

/Magazyn_133_09_360_0001.djvu

			- 'M -
—	Jakiegoż jeszcze życia i działalności wymaga
Andrzej ? — pytał Obłomow, wpatrując się przed
siebie, ażeby nie zasnąć po obiedzie. — Czyż to nie
życie ? Czyż miłość nie jest obowiązkiem ? Gdyby
on spróbował! Każdy dzień piechotą co najmniej
dziesięć wiorst przemierzyć! Wczoraj nocowałem
w mieście, w lichym hoteliku, ubrany, tylko
zdjął ein'bu ty. Nawet Zachara nie było — a wszystko
dzięki jej poleceniom!
Najbardziej uciążliwem było dla niego, gdy
Olga zgłaszała sięzjakiemś wyjątkowem pytaniem
i żądała, jak od jakiegoś profesora, zupełnego
zadośćuczynienia. Zdarzało się to często nie z po¬
wodu jakiegoś pedantyzmu, lecz wprost z chęci
zaspokojenia ciekawości. Niekiedy zapominała o
właściwym celu zapytania, stosunku do Obło-
mowa, lecz interesowała się samem pytaniem,
jego treścią.
—	Dlaczego my nie możemy się tego uczyć ? —
pytała zamyślona i gniewna, słuchając niekiedy
chciwie, urywkami rozmowy o ezemś, co uważają
zwykle za niepotrzebne dla kobiety.
Razu pewnego wprost zwróciła się do niego
z pytaniem: co to są podwójne gwiazdy?—Obło¬
mow był nieostrożny, wspomniał o Herschlu. Olga
wysłała go do miasta, kazała przeczytać książkę
i opowiadać, dopóki nie zadowoliła swojej cieka¬
wości.	«
Innym razem, znowu przez nieostrożność, wspo¬
mniał coś w rozmowie z baronem o szkołach malar¬
stwa — znowu miał na tydzień roboty — czytać,
opowiadać, potem pojechali do Ermitażu, a tam
musiał tłumaczyć na obrazach to, co przeczytał.
		

/Magazyn_133_09_361_0001.djvu

			Potem wyszukiwał staloryty lepszych obrazów i mi¬
strzów.
Jeśli mu się zdarzyło powiedzieć cokolwiek
nie namyślając sie — wnet go zasypywała pyta¬
niami.
Biedny Oblomow to powtarzał rzeczy zapo¬
mniane, to jeździł do księgarni po nowe książki,
a niekiedy nie spal noc całą, szukał, czytał, ażeby
jutro rano, niby niechcący, odpowiedzieć na wczo¬
rajsze pytanie — niby przypominając sobie.
Olga zasypywała go pytaniami nie z powodu
kobiecej ciekawości, nie z powodu chwilowego
kaprysu, by wiedzieć to lub inne, ale z naciskiem,
niecierpliwie, a gdy Oblomow ociągał się, męczyła
go długiem badawczem spojrzeniem. Jak on drżał
pod tym wzrokiem!
-	Dlaczego pan nic nie mówi ? Dlaczego pan
milczy ? — pytała go. — Możnaby myśleć, że się
pan nudzi.
Ach ! — wyrzucał z siebie, jak gdyby przy¬
chodził do przytomności po omdleniu.— Jak ja
kocham panią!
-	W samej rzeczy ? A gdybym nie zapytała,
niktby się nie domyślił.
Czyż w rzeczy samej pani nie odczuwa tego,
co się we mnie dzieje? — zaczął. — Pani wie...
Ja nawet mówię z trudnością. Ot tu — proszę
dać rękę — coś mi przeszkadza, jak gdyby ciężar
jakiś leżał... jak kamień... jak się zdarza w ciężkim
smutku, a tymczasem, dziwna rzecz, śród rozpaczy
i szczęścia, w organizmie naszym odbywa się ten
sam proces: czuje się ciężar na duszy, trudno od¬
dychać, chce się płakać... Gdybym zapłakał, uczuł¬
bym tak, jak w smutku =■— ulgę od łez.
Oblomow . T. I.	23
		

/Magazyn_133_09_362_0001.djvu

			— 354 —
Olga spojrzała na niego milcząco, jak gdyby
ważyła prawdziwość jego wyrazów, porównywała
z tern co miał wypisane na twarzy — i uśmie¬
chnęła się. Sprawdzenie wyszło na jego korzyść. Na
twarzy rozlało się iiczucie szczęścia, pełne takiego
spokoju, którego nic nie jest wstanie zamącić. Wi¬
dać był°. że nie odczuwała ciężaru na sercu,
że panowała w niem błogość, jak w przyrodzie,
w cichy poranek.
—	Co się ze mną dzieje ? — pytał w zamyśleniu
niby sam siebie Obłomow.
—	Powiedzieć: co ?
—	Proszę.
—	Pan... zakochany.
—	Tak, z pewnością — potwierdził, odciągając
jej rękę od kanwy, nie całując, a tylko mocno palce
jej przyciskając do swoich ust i, zdaje się, mając
zamiar długo je tak zatrzymać.
Olga próbowała powoli cofnąć rękę, ale Obło-
mow trzymał ją mocno.
—	Proszę puścić... dosyć — powiedziała.
—	A pani? — spytał. Pani... nie jest zako¬
chana...
—	Zakochana? Nie. Ja tego nie lubię. Ko¬
cham pana — i tylko! — rzekła, patrząc długo
na niego, jakby sprawdzała — czy kocha rzeczy¬
wiście.
—	Ko—cham! — rzekł Obłomow z naciskiem.
Ale kochać można ojca, matkę, niańkę, nawet
pieska — wszystko to się pokrywa tym ogólnikiem
— kocham — jak starym...
—	Szlafrokiem? — spytała śmiejąc się. Apro¬
pos — gdzie pański szlafrok ?
—	Jaki? Nie miałem żadnego.
		

/Magazyn_133_09_363_0001.djvu

			— 355 —
Olga spojrzała na niego z uśmiechem wymówki.
—	Pani o starym szlafroku! — zawołał.— Ja
czekam, dusza zamiera we mnie z niecierpliwości
by usłyszeć, jak z serca pani wyrywa się to uczucie,
jakiem imieniem nazwie je pani, a pani... O, Olgo!
Tak, ja jestem w pani zakochany i bez tego nie
może być czystej miłości. Nie gestem zakochany
w ojcu, w matce, w niańce, a kocham ich.
—	Nie wiem — odpowiedziała zamyślona, jak
gdyby wchodząc w głąb siebie i usiłując poznać,
co się w niej dzieje. Nie wiem, czy jestem zako¬
chana w panu, jeśli nie — to może jeszcze nie
nadeszła chwila. Wiem tylko jedno — że tak
głęboko nie kochałam ani ojca, ani matki, ani
niańki...
—	J akaż to różnica ? Czy pani odczuwa coś
innego ? — dopytywał się.
A pan clicc wiedzieć ? — spytała złośliwie.
—	Tak, tak, tak! Czyż pani nie odczuwa
konieczności wypowiedzenia się ?
—	Dlaczego pan chce wiedzieć ?
—	Ażeby żyć tern uczuciem każdej chwili —
dziś, całą noc, jutro... do nowego oglądania pani.
Ja tern tylko żyję.
—	Otóż widzi pan, pan musi codziennie od¬
świeżać zapas swego uczucia — oto w tem tkwi
różnica między zakochanym a kochającym. Ja...
—	Pani ? — niecierpliwie pytał Obłomow.
—	Ja kocham inaczej—powiedziana, oparłszy
się plecami o ławeczkę i błądząc wzrokiem po
obłokach. — Mnie bez pana — przykro, rozstawać
się z panem na krótko — żal, na długo — boleśnie.
Ja raz na zawsze poznałam, widziałam i wierzę,
że pan mnie kocha i jestem szczęśliwa, chociaż
		

/Magazyn_133_09_364_0001.djvu

			pan nie będzie powtarzać, że — kocha. Więcej
i lepiej kochać ja nie umiem.
—	Są to słowa... jak gdyby Kordelji — pomyślał
Obłomow, patrząc namiętnie na Olgę.
-	Gdybyś pan umarł — mówiła dalej powoli
—	jabym nosiła żałobną suknię do końca życia
i nie uśmiechnęła się nigdy. Pokocha pan inną —
nie będę narzekać i przeklinać, a w duszy życzyć
panu będę szczęścia... Dla mnie kochać — to
to samo, co żyć, a życie...
Poszukiwała odpowiedniego wyrażenia.
—	Życie — to dług i obowiązek, miłość za¬
tem — to także dług. Bóg mi ją zesłał — do¬
powiedziała, podniósłszy wzrok do góry — i kazał
kochać.
—	Kordelja! — głośno zawołał Obłomow.
Ma dopiero dwudziesty pierwszy rok! Więc to
jest według pani miłość — dodał w zamyśleniu.
—	Taki I ja będę miała dość siły, ażeby żyć
i kochać całe życie.
—	Kto ją natchnął temi słowy? — myślał
Obłomow, patrząc na Olgę z uczuciem czci. — Prze¬
cież nie drogą doświadczenia, przez męki, ogień
i dym przyszła do tego jasnego, prostego pojmo¬
wania miłości i życia...
-	A są przecież radości żywe, są namiętności
—	odezwał się.
—	Nie znam icli — odpowiedziała. — Nie do¬
świadczałam tego i nie rozumiem, co to jest.
—	O, jakże ja teraz rozumiem!
—	Być może, zczasem i ja doświadczę, może
i ja będę przeżywać te same uniesienia, jakie pan
przeżywa, będę patrzyć na pana i nie wierzyć,
czy to pan istotnie stoi przede mną... Byłoby to
		

/Magazyn_133_09_365_0001.djvu

			— 357 —
bardzo zabawne! — dodała wesoło. — Myślę, że
ciotka to spostrzegła, jak się pan czasem patrzy.
—	W czemże właściwie widzi pani szczęście
w miłości — pytał — jeśli pani nie odczuwa tych
żywych wzruszeń, jakie ja przeżywam?
—	W czem ? Oto w tein —- rzekła, wskazuj ac
na niego, na siebie, na otaczającą ich samotność.
— Czyż to nie szczęście ? Czyż żyłam kiedykolwiek
takiem życiem? Dawniej jabym tu kwadransu
nie wysiedziała sama bez książki, bez muzyki,
śród tych drzew tylko. Nudziły mnie rozmowy
z mężczyznami, z wyjątkiem Andrzeja Iwanycza.
Myślałam o tem, ażeby jak najprędzej pozostać
samej... A teraz... nawet milczeć we dwoje... wesoło.
Powiodła wzrokiem dokoła, po drzewach, po
trawie, potem zatrzymała go na twarzy Obłomowa,
uśmiechnęła się i podała mu rękę.
—	Czyż nie doznam przykrości, gdy pan będzie
odchodził? — dodała. Czyż nie będę się śpieszyć,
aby zasnąć najprędzej i nie widzieć długiej nocy
przed sobą? Czyż jutro rano nie poślę do pana?...
Czyż...
Twarz Obłomowa rozjaśniała się po każdym
słowie, w spojrzeniu lśniły promienie.
—	Tak, tak! — mówił — ja także wyczekuję
rana, dla mnie także noce są ciężkie. I ja jutro poślę
do pani, nie w interesie, lecz żeby tylko o jeden
raz więcej powtórzyć imię pani i usłyszeć dźwięk
jego, dowiedzieć się o jakiejś drobnostce, dotyczącej
pani, zazdrościć im, że oni oglądali już panią...
My myślimy, oczekujemy, żyjemy i mamy jednakie
nadzieje. Proszę mi wybaczyć moje wątpliwości.
Jestem pewny, że pani mnie kocha, jak nie kochała
nigdy przedtem, ani ojca, ani ciotki, ani...
		

/Magazyn_133_09_366_0001.djvu

			— 358 —
—	Ani pieska... — dokończyła i zaśmiała się. —
Proszę też wierzyć mi, jak ja wierzę panu... pro¬
szę się nie męczyć wątpliwościami, nie trwożyć
niemi szczęścia, bo inaczej odleci. Co raz nazwałam
mojem, tego już nie zwrócę nikomu, chyba odejmą,
przemocą. Ja to dobrze rozumiem, chociaż młodą
jeszcze jestem, ale... Czy wie pan — powiedziała
głosem stanowczym — w ciągu miesiąca naszej zna¬
jomości dużo przemyślałam i doświadczyłam, jak
gdybym przeczytała wielką księgę... powoli... dla
siebie. Proszę przeto nie wątpić.
—	Nie mogę nie wątpić — przerwał jej — proszę
tego nie żądać. Teraz przy pani ja wierzę wszyst¬
kiemu. Spojrzenie pani, głos — wszystko mówi.
Pani patrzy na mnie i, zdaje mi się, że przemawia.
Mnie słowa niepotrzebne, ja umiem czytać spojrzenia
pani. Ale gdy pani nie widzę, rozpoczyna się taka
męcząca gra w zwątpienie, w zapytania, że muszę
biec do pani, popatrzeć... Bez tego ja nie wierzę.
Co to jest!
—	Ja zaś wierzę panu — dlaczegóż nie!
—	J akżeby pani mogła nie wierzyć! Przed
panią szaleniec zarażony namiętnością! W oczacli
moich, myślę, pani widzi siebie, jak w zwier¬
ciadle. Pani ma dwadzieścia lat. Proszę spojrzeć
na siebie: czy jest mężczyzna, któryby, ujrzawszy
panią, nie spłacił pani daniny, chociażby spojrze¬
niem tylko, a gdy pozna panią, słuchać będzie,
patrzeć, a potem — kochać! O, tak — można
rozum stracić ! A pani taka zawsze jednakowa, taka
spokojna. Gdy minie dzień łub dwa i nie usłyszę
od pani ,,kocham“ — już się rozpoczyna nie¬
pokój ...
Wskazał na serce.
		

/Magazyn_133_09_367_0001.djvu

			— 359 —
—	Kocham! Kocham! Kocham! Oto masz
zapas na trzy dni, — rzekła, wstając z ławeczki.
—	Pani ciągle żartuje, a ze mną co się dzieje! —
westchnął schodząc z góry.
Tak dźwięczał w ich rozmowie zawsze ten sam
motyw w różnych warjantach. Zetknięcia się ich,
rozmowy, była to tylko pieśń, dźwięki, jedno i to
samo światło, które gorzało jasno, tylko załamy¬
wało się i rozdrabniało się w różowych, zielonych,
paljowych przebłyskach, drżąc w otaczającej go
atmosferze. Każdy dzień, każda godzina przynosiły
nowe dźwięki, nowe promienie, ale światło było to
•samo, dźwięczał ten sam motyw.
Oboje wsłuchiwali się w te dźwięki i śpieszyli
je wyśpiewać, jedno przed drugiem; jutro zadźwię¬
czą nowe dźwięki, zabłysną nowe promienie; za¬
pominano to, co prześpiewano wczoraj.
, -< )lga ubierała swoje wylewy serca w te barwy,
jakie odbijała w danej chwili jej wyobraźnia, była
pewną, że były wiernem odbiciem natury i z nie¬
winną, nieświadomą koki eter ją, zjawiała się w tych
pięknych barwach przed oczyma przyjaciela.
Obłomow wierzył jeszcze więcej w czystość
tych zaczarowanych dźwięków, w upajające światło
i starał się jej przedstawić w pełnem uzbrojeniu
namiętności, pokazać jej cały blask, całą potęgę
ognia, żrącego jego duszę.
Oboje nie kłamali uczuć ani przed sobą, ani jedno
przed drugiem. Powtarzali to, co mówiło serce,
a głos jego odbijał się od wyobraźni.
Dla Obłomowa małą było rzeczą, czy Olga
zjawiała się jako Kordelja i była w rzeczy samej
wiernem jej odbiciem, lub czy poszłaby nową
ścieżką i przekształciła się w inne widziadło, byleby
		

/Magazyn_133_09_368_0001.djvu

			— 360 —
zjawiała się w tych barwach i świetle, w jakich nosił
ją w s wo jem sercu — byle on byl zadowolony.
I Olga nie rozwiązywała tego pytania, czy jej
namiętny przyjaciel rzuciłby się w paszczę lwa,
gdyby w nią wpadła jej rękawiczka, czy skoczyłby na
jej rozkaz w przepaść, byleby ona widziała objawy
tej namiętności, byle został wierny ideałowi m꿬
czyzny, przytem mężczyzny, którego ona zbudziła
do życia, byleby od promienia jej wzroku, od jej
uśmiechu zapalał się w nim ogień siły i byleby nie
przestawał widzieć w niej celu życia.
Dlatego też w przelotnym obrazie Kordelji,
w ogniu namiętności Obłomowa odbiła się tylko
jedna chwila, jeden przelotny oddech miłości, jeden
jej poranek, jedna przyjemna barwa. A jutro
jutro może już błyśnie co innego, może równie
będzie piękne, ale inne.
		

/Magazyn_133_09_369_0001.djvu

			X.
Obłomow znajdował się w stanie człowieka, któ¬
ry tylko co przeprowadził okiem zachodzące słońce
i rozkoszuje się rumianemi śladami jego przejścia,
nie odrywając oczu od wieczornej zorzy, nie obraca¬
jąc się poza siebie, skąd noc nadchodzi, myśląc tyl¬
ko o powrocie jutra, ciepła i światła.
I^eżał na kanapie i upajał się ostatniemi wraże¬
niami widzenia się z nią wczoraj. „Kocham, kocham,
kocham“ drgało mu jeszcze w uszach piękniej, niż
wszelki śpiew Olgi; jeszcze na nim spoczywały
ostatnie promienie jej spojrzeń. Doszukiwał się
w nich treści, określał stopień jej uczuć i już poczy¬
nał drzemać, gdy nagle...
Rano wstał blady i nachmurzony ze śladami sło¬
dzonej bezsennie nocy: czoło przeorały zmarszczki,
oczy bez blasku, brak pragnienia czegokolwiek.
Dawna pewność siebie, wesołe, bystre spojrzenie,
umiarkowana świadomość ruchów człowieka czemś
zajętego — wszystko znikło.
Herbatę wypił bez chęci, nie dotknął żadnej
książki, nie usiadł przy biurku, zapalił cygaro w za¬
myśleniu i padł na kanapę. Dawniej byłby się
położył, teraz odzwyczaił się i nawet go nic nie
ciągnęło do poduszki. Oparł się tylko o nią łokciem
znak, że dawniej chętnie się na nią pochylał.
		

/Magazyn_133_09_370_0001.djvu

			Był zamyślony, niekiedy wzdychał, wzruszał
ramionami, kręcił głową, ruchem pełnym świado¬
mości winy.
Jakaś myśl poruszała go mocno, ale nie miłość.
Unosił się wprawdzie przed nim obraz Olgi, ale zda¬
wało się, że był w jakiemś oddaleniu, we mgle, bez
oświetlenia, jak gdyby to nie była ona. Oblomow
wpatrywał się w niego mętnym wzrokiem i wzdychał.
—	Żyj, jak Bóg ci przeznaczył, a nie jak chcesz —
mądra reguła, ale...
Zamyślił się.
Tak, nie można żyć, jak się chce, to jasne —
począł w nim odzywać się jakiś ponury, złośliwy
głos. Wpadniesz w chaos sprzeczności, których nie
rozpłacze ludzki rozum, choćby był najbardziej głę¬
boki i zuchwały. Wczoraj pragnąłeś, dziś zdobywasz,
czegoś tak namiętnie pragnął aż do niemocy, a po¬
jutrze czerwieniejesz ze wstydu, żeś pragnął, potem
przeklinasz życie — poco to wszystko się stało —
oto takie bywa następstwo samodzielnego, zuchwa¬
łego kroku w życiu, jednego samowolnego wyrazu —
chcę. Trzeba iść, ostrożnie szukając drogi, na nie¬
jedno zakrywać oczy i nie marzyć o szczęściu, nie
.śmieć narzekać, że ono od nas uciekło — oto życie!
Kto to wymyślił, że życie jest szczęściem i rozkoszą.
Głupcy! Życie jest długiem — powiada Olga -
obowiązkiem, a obowiązek bywa ciężki. Trzeba go
jednak spełnić!
Oblomow westchnął.
—	Nie zobaczę się z Olgą... Boże mój! Ty
otworzyłeś mi oczy i wskazałeś powinność do speł¬
nienia — mówił, podniósłszy oczy ku niebu — skąd¬
że mam wziąć do tego siły ? Rozstać się! Teraz
można to jeszcze uczynić, chociaż z bólem serca,
		

/Magazyn_133_09_371_0001.djvu

			— 363 —
za to później nie będziesz przeklinać, że sie
nie rozstałeś. Zaraz ktoś od niej przyjdzie. Chciała
mi przysłać... Nie spodziewa się tego...
Cóż to za przyczyna takiej zmiany? Jakiż to
wiatr powiał nagle na Obłomowa ? J akie chmury
nasunął ? Dlaczego włożył on na siebie taki smutny
obowiązek ? A przecież wczoraj jeszcze patrzył
wr duszą Olgi i widział tam jasny swój świat, jasną
przyszłość, odczytywał w niej własny i jej horoskop.
Cóż sie stało ? Pewnie powieczerzał i leżał na grzbie¬
cie a nastrój poetyczny ustąpił miejsca strachom.
Często sie zdarza zasnąć latem w cichy bezobło-
c/.ny wieczór, błyszczący gwiazdami, z myślą o tem,
jak jutro w jaskrawych barwach zabłyśnie poranek,
jak wesoło będzie zagłębiać sie w gęstwinę leśną
i w cieniu drzew ukrywać się przed upałem! Zbudzi
cię nagle szmer kroplistego deszczu, szare, smutne
chmury, zimno, wilgoć...
Obłomow wieczorem, jak zwykle, przysłuchiwał
się biciu własnego serca, potem zbadał je rękoma,
sprawdził, czy się zwiększyło stwardnienie, potem
zagłębił się w analizowaniu własnego szczęścia, nagle
napotkał kroplę goryczy i otruł się.
Trucizna podziałała prędko i mocno. \Y myśli
przebiegał całe swoje życie. Poraź już może setny
ogarnęły jego serce żal i spóźniony smutek za prze¬
szłością. Wyobrażał sobie, czem byłby już teraz,
gdyby żył pełnem i wszechstronnem życiem, gdyby
byl czynnym i stanęło przed nim pytanie: czem jest
teraz, jak może, jak mogła pokochać go Olga —
i zaco ?
Czy to nie omyłka ? — zaświeciło mu nagle
w umyśle, jak błysk piorunu. Piorun wpadł w samo
serce i rozbił je. Obłomow jęknął.
		

/Magazyn_133_09_372_0001.djvu

			— 364 —
—	Omyłka! Tak jest! — krążyło mu po głowie.
—	Kocham, kocham, kocham ! — zadrgało mu na¬
gle w pamięci i serce poczęło się ogrzewać, lecz
znowu równie nagle ochłodło. Owo trzykrotne ,,ko¬
cham“ Olgi — cóż to jest właściwie? Złudzenie
uszu, złośliwy szept pustego serca, nie miłość, ale
tylko przeczucie miłości.
Głos ten kiedyś się odezwie i zadźwięczy tak
silnie, uderzy w tak mocny akord, że wszyscy
zadrżą! Dowie się o tem ciotka i baron, a echo
tego głosu poleci daleko. Nie będzie to uczucie
szemrać tak cicho, jak strumień, chowający się
w trawie.
Ona teraz tak cicho kocha, jak wyszywa na
kanwie. Powoli wysnuwa się wzór, jeszcze wolniej
wysuwa go ona nazewnątrz, potem kładzie wszyst¬
ko — i zapomina. Tak, to tylko przygotowanie się
do miłości, próba, a on — jest tylko pierwszym
lepszym, znośnym objektem, który nasunął się
pierwszy — na próbę, przypadkowo.
W samej rzeczy — cóż ich zbliżyło ? Przypadek
tylko. Byłaby nigdy nie zwróciła na niego uwagi,
gdyby nie wskazał go Sztolc i nie zaraził młodego,
wrażliwego jej serca. Zjawiło się dla niego współ¬
czucie, egoistyczna troska nie dać zasnąć leniwej
duszy, a potem — porzucić ją.
—	W tem właśnie tkwi wszystko! — zawołał
z przerażeniem, wstając z łóżka i drżącą ręką za¬
palając świecę. — Nic innego w tem nie było i niema !
Cała jej istota już pragnęła kochać, serce jej czekało
czujnie — i oto on nadarzył się przypadkowo, przez
omyłkę... Gdy się tylko zjawi ktoś inny, ona ze
strachem ocknie się z błędu! J ak wtedy spój rzy
na niego, jak się odwróci... okropność! Właściwie
		

/Magazyn_133_09_373_0001.djvu

			— 365 —
ja kradną cudzy skarb! Ja — złodziejem tylko
jestem! Co ja robią! Co robią! Jak ja oślepłem —
mój Boże!
Obłomow spojrzał w zwierciadło: był blady,
żółty, oczy mątne. Przypomniał sobie tych młodych
szczęśliwców o świeżem, wilgotnem oku, o zarny-
ślonem, silnem, głąbokiem spojrzeniu, jak u niej,
z drżącą iskrą w oczach, z pewnością zwycięstwa
w uśmiechu, ze śmiałym krokiem i dźwięcznym
głosem. Doczeka się chyba, że jeden z takich stanie
przed nią. Płomienie zabłysną jej na twarzy, spoj¬
rzy na niego, Obłomowa... i wybuchnie śmiechem!
Znowu spojrzał w zwierciadło.
-	Takich, jak ja, nie kochają! — rzekł.
Potem położył się i twarz ukrył w poduszce.
—	Żegnam cię, Olgo... bądź zdrowa i szczęśli¬
wa ! — zakończył.
—	Zacliar! — zawołał rano. — Jeśli od Iljinskich
przyjdzie do mnie służący, powiedz, że mnie niema,
wyjechałem do miasta.
—	Słucham!
-	Ale... nie... lepiej napiszę do niej — pomy¬
ślał. — Dziwnem może się jej wydać, że nagle
znikłem... Trzeba koniecznie rzecz wyjaśnić.
Usiadł przy biurku i począł pisać namiętnie
i szybko, z gorączkowym pośpiechem, inaczej niż na
początku mają pisał do gospodarza domu. Ani razu
nie spotkały się ze sobą ani ,,który“ ani ,,co“.
,,Zdziwi to panią, Olgo Siergiejewna, — pisał —
gdy zamiast mnie, otrzyma pani list, chociaż my
widujemy się tak często. Proszę go przeczytać do
końca a przekona się pani, że inaczej postąpić nie
mogę. Powinienbym był zacząć od tego listu,
		

/Magazyn_133_09_374_0001.djvu

			wówczas oboje nie obarczalibyśmy naszego su¬
mienia wyrzutami. Ale i dziś jeszcze krok mój nie
jest spóźniony. Pokochaliśmy się wzajemnie tak
nieoczekiwanie, tak prędko, jakbyśmy oboje byli nie¬
przytomni — i to mi przeszkodziło ocknąć się
wcześniej. Przytem, patrząc na panią, słuchając
pani całemi godzinami, któżby chciał przyjąć na
siebie dobrowolnie ciężar wytrzeźwienia się z tego
czaru? Skąd w jednej chwili nabrać tyle mocy
i siły woli, ażeby zatrzymać się nad pochyłością
i nie pójść za jej spadkiem? I ja codziennie myśla¬
łem: „oprę się pokusie i zatrzymam się w czas,
przecież to ode mnie zależy“ — a jednak uniosłem
się. Teraz rozpoczyna się walka, do której po¬
trzebna mi pomoc pani. Dzisiaj dopiero, śród nieprze¬
spanej nocy zrozumiałem, po jak bardzo śliskiej
stąpam drodze, gdyż wczoraj udało mi się głębiej
spojrzeć w przepaść, w którą wpadam i zdecydo¬
wałem się zatrzymać.
„Mówię tylko o sobie, nie z powodu egoizmu,
lecz dlatego, że gdy będę leżał na dnie tej prze¬
paści, pani będzie, mimo wszystko, jak czysty anioł,
latać wysoko i wątpię, czy zechce pani wtedy
spojrzeć na duo przepaści. Proszę mnie wysłuchać.
Bez żadnycli podejrzeń, prosto i szczerze powiem:
pani mnie nie kocha i nie może kochać. Proszę
wierzyć memu doświadczeniu i wierzyć bezwarun¬
kowo. Serce moje poczęło już bić oddawna, wpraw¬
dzie bardzo nierówno i nieregularnie, ale to samo
właśnie nauczyło mnie rozróżniać prawidłowe jego
bicie od przypadkowych uderzeń. Pani wol¬
no, ale mnie nie można nie wiedzieć o tem, gdzie
jest prawda, gdzie błąd; na mnie też spoczywa
obowiązek przestrzec tego, kto jeszcze nie zdołał
		

/Magazyn_133_09_375_0001.djvu

			— 367 —
poznać takiego stanu. I oto ostrzegani panią
pani jest w błędzie, proszę się cofnąć.
„Póki między nami miłość zjawiała się jak
lekkie uśmiechnięte widziadło, dopóki dźwięczała
w Casta diva, unosiła się z zapachu gałązki bzu,
w niedopowiedzianem współuczuciu, w niewinnem
spojrzeniu, nie dowierzałem jej, uważając ją za grę
wyobraźni, za szept miłości własnej. Ale zabaw¬
ka minęła. Zachorowałem na miłość, odczułem
objawy namiętności. Pani poczęła być poważną
i skupioną, a wtedy, właściwie teraz dopiero, prze¬
ląkłem się, przekonawszy się, że wypada mi za¬
trzymać się i rozważyć, co to jest.
„Powiedziałem, że kocham panią, pani odwza¬
jemniła się tem samem uczuciem. Czy pani nie
słyszy, że w tem dźwięczy dysonans ? Tak, ale
usłyszeć pani może dopiero wtedy, gdy będę
na dnie przepaści. Proszę się mnie przyjrzeć,
wmyśleć się w całą moją istotę — czy pani może
mnie kochać i czy w samej rzeczy kocha mnie
pani ? Pani powiedziała mi wczoraj: kocham,,
kocham, kocham. Nie, nie, nie — odpowiadam
z całą pewnością.
„Pani mnie nie kocha, ale pani nie kłamie
śpieszę dodać — nie oszukuje mnie. Pani nie może •
odpowiedzieć ,,tak“, kiedy na dnie duszy pani spo¬
czywa ,,nie“. Ja chcę tylko udowodnić pani, że to,
co pani nazywa miłością, nie jest miłością teraźniej¬
szą lecz przyszłą; jest to tylko nieświadoma po¬
trzeba miłości, która z braku prawdziwego pokarmu,
prawdziwego ognia, żywi się fałszywym, sztucznym,
zimnym ogniem. Potrzeba ta objawia się często u ko¬
biet wobec dzieci, wobec innej kobiety lub wprost
we łzach, we wstrząśnieniach histerycznych. Od
		

/Magazyn_133_09_376_0001.djvu

			— 368 —
pierwszej chwili naszego poznania się, powinien
byłbym powiedzieć pani: ,,pani jest w błędzie,
przed panią nie ten, kogo pani oczekuje, o którym
marzy. Proszę poczekać — on przyjdzie, a wtedy
pani przejrzy. Pani będzie robić wymówki sama
sobie i wstydzić się własnej omyłki, a mnie te wy¬
mówki i ten wstyd ból będą sprawiały— oto co
powinien byłbym powiedzieć pani, gdyby natura
dała mi od urodzenia przewidujący rozum i żywszą
duszę, wkońcu, gdybym był wobec pani szczerszy*..
Mówiłem nawet, przypomina pan i sobie, ale z jaką
obawą, ażeby pani nie uwierzyła temu, ażeby to
się nie stało. Mówiłem naprzód to wszystko, co
inni mogą powiedzieć potem. Ażeby usposobić
panią, by nie słuchała i nie wierzyła, śpieszyłem
widzieć się z panią i myślałem: nie wiem, kiedy się
ów inny zjawi, a tymczasem ja jestem szczęśliwy.
Oto taką jest logika uniesienia się i namiętności!
„Teraz myślę inaczej.
,,A co się stanie, gdy się przy wiążę do pani;
kiedy oglądanie jej stanie się nie rozkoszą, lecz
koniecznością, kiedy miłość wgryzie się w serce -
niedaremnie czuję stwardniałość koło niego? Jak
się oderwać wtedy? Czy przeżyję ten ból? Źle
będzie ze mną. J a i teraz bez lęku pomyśleć o tem
nie mogę. Gdyby pani była bardziej doświadczoną,
starszą, wówczas błogosławiłbym moje szczęście
i podał rękę pani na zawsze. A tak...
„Dlaczegóż piszę? Dlaczego nie przyszedłem
sam powiedzieć pani, że chęć oglądania pani rośnie
we mnie z dniem każdym, a widzieć się z nią nie
mogę i nie wypada ? Powiedzieć to wszystko pani
w oczy — czyżby mi starczyło siły ? Niech
pani sama osądzi! Czasem pragnąłbym powiedzieć
		

/Magazyn_133_09_377_0001.djvu

			- 369 -
coś podobnego do tego, a tymczasem mówię co
innego. Może na twarzy pani ujrzałbym odbicie
smutku — jeśli to prawda, że pani nie nudziła się
ze mną, — może pani, nie zrozumiawszy moicłi
dobrych zamiarów, obraziłaby się — nie prze¬
niósłbym tego. Począłbym mówić co innego, moje
uczciwe zamiary rozleciałyby się w proch i skoń¬
czyłoby się wszystko ponownem spotkaniem się na
drugi dzień. Teraz zupełnie co innego: Nie widzę
przed sobą łagodnych oczu pani, dobrej i pięknej
twarzyczki, papier jest cierpliwy i milczy, ale też
i ja piszę spokojnie — kłamię — nie zobaczymy się
więcej. To jest prawdą. —
,,Inny napisałby: piszę i oblewam się łzami,
ale ja nie chcę pozować przed panią, ani drapować
się smutkiem, gdyż nie clićę wzmacniać mego
bólu, rozjątrzać żalu i smutku. Całe to drapowanie
się miewa zwykle na celu zapuszczanie głębiej
korzeni w grunt uczucia, a ja pragnę zniweczyć
w pani i w sobie jego nasiona. Czyż przystało
płakać uwodzicielom lub sentymentalnym marzy¬
cielom, którzy zapomocą frazesów usiłują ułowić
w sidła nieostrożną miłość własną kobiet? Mówię
to pani żegnając się z nią, jak się żegna z dobrym
przyjacielem, który w daleką odjeżdża drogę. Za
trzy tygodnie, za miesiąc byłoby już za późno
i ciężko. Miłość robi zwykle bardzo szybkie po¬
stępy — jest to gorączka duszy.
;,I teraz już jestem Bóg wie do czego podobny,
nie liczę ani godzin ani minut, nie znam wschodu
i zachodu słońca, a całe życie moje obraca się
koło tego: widział — nie widział, zobaczę — nie
zobaczę, przychodziła, nie przyszła, przyjdzie...
Wszystko to do twarzy młodości, która lekko
Obłomow. T. T.	24
		

/Magazyn_133_09_378_0001.djvu

			— 370 —
przebywa przyjemne i nieprzyjemne wzruszenia,
a mnie do twarzy spokój, chociażby nudny, senny —
bo go znam, a z burzą nie dam sobie rady.
,,Wielu dziwiłoby się mojej decyzji: czego on
ucieka? — spytają jedni; inni będą śmiać się
ze mnie. Niech tak będzie, ja i na to jestem zde¬
cydowany. Jeśli się zdecydowałem nie widzieć
się z panią, — to zdecydowałem się na wszystko!
,,\V głębokim moim smutku pocieszam się tem
tylko, że ten krótki epizod w naszem życiu pozo¬
stawi w duszy mojej na zawsze takie czyste i wonne
wspomnienie, że ono jedno wystarczy, aby dusza
nie pogrążyła się w dawną swoją senność, a pani,
nie zrobiwszy nic złego, stanie się przewodni¬
kiem przyszłego normalnego życia. Żegnam panią.
Niech pani odleci, jak spłoszony ptak zlatuje
z gałęzi, na której usiadł przez omyłkę, wesoło
i śmiało“.
Obłomow pisał z ożywieniem. Pióro latało po
papierze. Oczy mu błyszczały, gorzały policzki. List
był długi, jak zwykle listy miłosne, jak zwykłe
przerzucanie się słowami.
—	Dziwna rzecz — myślał Obłomow — nie
jest mi ani przykro ani ciężko. Jestem prawie
szczęśliwy. Skąd to pochodzi? Może dlatego,
że razem z listem spadł mi ciężar z duszy.
Odczytał list, złożył i zapieczętował.
—	Zachar! — rzekł — gdy przyjdzie służący,
oddaj mu ten list dla panny Olgi.
—	Słucham.
Obłomow w samej rzeczy uczuł pewną ulgę,
pewną radość. Usiadł z nogami na kanapie i za¬
pytał, czy nie byłoby czego do zjedzenia na śnia¬
danie? Zjadł dwa jajka i zapalił cygaro. I serce
		

/Magazyn_133_09_379_0001.djvu

			— 371 —
i żołądek były zaspokojone — on żył. Wyobrażał
sobie zdziwienie Olgi, gdy list otrzyma, jaki będzie
wyraz jej twarzy, gdy przeczyta, eo będzie
potem ?
Cieszył się perspektywą tego dnia. Z drżeniem
serca przysłuchiwał się każdemu poruszeniu drzwi,
czy nie przychodzi służący, czy Olga już czyta
list. Nie — w przedpokoju cicho.
—	Cóżby to miało oznaczać ? — myślał z nie¬
pokojem. — Czyżby nikogo nie było — jakże
to być może ?
Ale głos tajemny zdawał się mu szeptać: cze¬
góż się niepokoisz ? Przecież pragniesz tylko,
ażeby nic nie było, ażeby zerwać stosunek ? — Ale
on przytłumiał ten głos.
Po półgodzinie dowołał się nareszcie Za¬
chara, który rozmawiał w bramie z furmanami.
—	Nikogo nie było ? Nikt nie przychodził ?
—	Przychodzili.
—	No. Cóż ty ?
—	Powiedziałem, że pana niema, że pan wyje¬
chał do miasta.
Obłomow zrobił wielkie oczy.
—	Dlaczego tak powiedziałeś ? — spytał. — Cóż
ci kazałem powiedzieć, gdy przyjdzie służący?
—	Ależ służący nie przychodził, tylko poko¬
jówka — z niezmąconą zimną krwią odpowiedział
Zachar.
—	A list oddałeś ?
—	Nie. Wszakże pan z początku kazał powie¬
dzieć, że go niema w domu, a potem oddać list.
Jak przyjdzie służący — to list oddam.
—	Nie, nie!... Ty wprost jesteś zabójcą! Gdzie
list ? Daj go tutaj! — wołał Obłomow.
24*
		

/Magazyn_133_09_380_0001.djvu

			p
— 372 —
Zachar przyniósł list należycie zmięty i zbru-
kany.
—	Umyj ręce! Zmiłuj się! — rzekł Obłomow
wskazując na plamy.
—	Moje ręce czyste — odpowiedział Zachar,
patrząc na stronę.
—	Anisja! Anisja! — wołał Obłomow.
Anis ja otworzyła drzwi i w połowie się za¬
trzymała.
—	Zobacz, co wyrabia Zachar, — skarżył
się Obłomow. — Weź ten list i oddaj go służącemu
albo pokojówce, jeśli przyjdzie od Iljinskich.
—	Słyszę, batiuszka. Iyist oddam.
Gdy tylko weszła do przedpokoju, Zachar wy¬
rwał jej list z rąk.
—	Ruszaj! Ruszaj! Pilnuj swoich babskich
spraw!
Wkrótce potem przyszła znowu pokojówka.
Zachar otworzył drzwi. Anisja zbliżyła się do
pokojówki, ale ten i gniewem spojrzał na nią.
—	Ty tu poco ? — spytał, chrypiąc.
—	Przyszłam tylko posłuchać, co ty...
—	No, no, no! — zagrzmiał Zachar, zamach¬
nąwszy się na nią pięścią. — Wynoś się!
Anisja posłuchała i, uśmiechnąwszy się odeszła
do drugiego pokoju. Patrzyła przez szczelinę drzwi,
przysłuchując się, czy Zachar zrobi rzeczywiście
to, co powiedział Obłomow.
Uja Iljicz, usłyszawszy hałas, wyszedł.	,
—	Czego chcesz, Katja? — spytał.
—	Panienka kazała zapytać, gdzie pan wy¬
jechał, a pan, widzę, nie wyjechał — w domu.
Pobiegnę i powiem, że pan jest. — Ruszyła do
odejścia.
\
		

/Magazyn_133_09_381_0001.djvu

			— 373 —
—	Jestem w domu... To ten wszystko bała¬
muci — rzekł Obłomow. — Masz list, oddaj go
panience.
—	Słucham. Oddam.
—	Gdzie panienka teraz ?
—	Poszła przejść się po wsi. Kazała powie¬
dzieć, że jeśli pan już przeczytał książkę, aby
pan przyszedł do ogrodu o drugiej godzinie.
Katja wyszła.
—	Nie, nie pójdę... — myślał Ilja Iljicz — poco
drażnić uczucia, skoro wszystko ma być skończone ?
Mimo woli jednak skierował się do wsi.
Zdaleka widział Olgę, idącą wierzchołkiem góry,
widział, jak dopędziła ją Katja i list wręczyła, widział
jak Olga zatrzymała się chwilę, spojrzała na list,
pomyślała nad czemś, potem skinęła naKatję, a sa-
:ma poszła aleją w kierunku parku.
Obłomow począł okrążać górę i z drugiego końca
wszedł do tej samej alei. Doszedłszy do środka,
usiadł na trawie i jakby na nią czekał.
—	Ona tu przyjdzie — myślał — tylko popa¬
trzę na nią zdaleka... jak ona to przyjęła... i niespo-
strzeżony odejdę na zawsze.
Z zamieraj ącem sercem oczekiwał jej kroków.
Nikogo. Cicho. Przyroda żyła pełnem życiem.
Dokoła wrzała niewidoczna, drobna robota. Wszyst¬
ko otaczał wspaniały spokój.
W trawie wszystko żyło — ruszało się, pełzało.
Tu mrówki biegają na wszystkie strony, zakłopo¬
tane, zajęte, spotykają się ze sobą, rozbiegają się,
śpieszą — zupełnie jak gdyby się patrzyło z wyso¬
kości na rynek: takie same kupki, taki sam ruch, —
tak samo kręcą się ludzie.
Tu trzmiel brzęczy koło kwiatka i wpełza do
		

/Magazyn_133_09_382_0001.djvu

			— 374 —
środka kielicha; mucliy skupiły się kolo kropli
soku, jaka wystąpiła z kory pękniętej lipy; tam ptak
kędyś w gęstwinie oddawna powtarza ten sam
dźwięk — może przywołuje towarzyszkę.
Dwa motyle, kręcąc się koło siebie, jak
w walcu, w powietrzu pędzą koło pni drzewnych.
Trawa pachnie. Brzmi ona nie milknącemi gło¬
sami...
—	Jaki tu ruch! — myślał Obłomow, wpatru-
jąc się w to życie i wsłuchując się w różne szmery
przyrody. A napozór tak cicho, spokojnie.
Ale skrzypu kroków nie było słychać. — Na¬
reszcie... ach! — westchnął Obłomow powoli rozchy¬
lając gałęzie krzaków. Ona, ona... Cóż to? Pła¬
cze ! Boże mój!
Olga szła powoli i chusteczką ocierała łzy. Le¬
dwie je otrze, napływają nowe. Ona się wstydzi,
połyka je, pragnie ukryć, nawet wobec drzew — i nie
może. Obłomow nigdy nie widział łez Olgi, nie spo¬
dziewał się ich. Paliły go one, ale nie czuł gorąca,
lecz tylko ciepło.
IIja Iljicz szybkiemi krokami zbliżył się do niej.
—	Olga! Olga! — mówił miękko, idąc za nią.
Ona drgnęła, obejrzała się, spojrzała na niego
ze zdziwieniem, potem odwróciła się i poszła dalej.
Obłomow szedł obok niej.
—	Pani płacze ?
Łzy z oczu jej popłynęły silniej. Nie mogła już
ich powstrzymać. Przycisnęła chustkę do oczu,
wybuchnęła głośnym płaczem i usiadła na pierwszej
ławeczce.
—	Co ja narobiłem! — szeptał przerażony.
Ujął jej rękę i starał się oderwać od twarzy.
—	Proszę mnie zostawić! — przemówiła. Pro-
		

/Magazyn_133_09_383_0001.djvu

			— 375 —
szę odejść! Poco pan tutaj ? Wiem, żem nie po¬
winna płakać — po czem ? Pan ma słuszność, tak,
wszystko zdarzyć się może.
—	Co zrobić, aby tych łez nie było ? — pytał,
uklęknąwszy przed nią. Proszę mówić, proszę roz¬
kazywać — wszystko zrobię.
—	Pan zrobiłeś wszystko, abym płakała, a za¬
trzymać łzy — nie w pańskiej mocy. Pan nie ma
tej siły. Proszę mnie zostawić! — mówiła, wachlu¬
jąc się chusteczką.
Ilja Iljicz spojrzał na nią i zdaje się wyczytał
w niej przekleństwo.
—	Nieszczęsny list! — zawołał z wyrzutem.
Olga otworzyła koszyk, wyjęła list i wręczyła mu.
—	Proszę go wziąć... zabrać ze sobą, ażebym
długo jeszcze nie płakała, patrząc na niego.
Milcząc schował list do kieszeni i siedział, głowę
schyliwszy.
—	Odda przynajmniej pani sprawiedliwość mo¬
im zamiarom — rzekł cicho. —To dowodzi, jak dro-
giem dla mnie jest szczęście pani.
—	Tak, drogie — odrzekła, westchnąwszy. — Nie,
Ilja Iljicz, pan widocznie zazdrościł mi mego ci¬
chego szczęścia i pośpieszył je zamącić.
—	Zamącić ? Chyba pani nie czytała mego listu ?
Ja pani powtórzę...
—	Nie doczytałam, bo łzy zalały mi oczy. Ach,
jam jeszcze głupia! Domyślałam się reszty. Pro¬
szę nie powtarzać, abym nie płakała znowu... —
Znowu łzy popłynęły.
—	Czyż nie dlatego chcę panią opuścić, że jej
szczęście widzę dopiero w innej niż ze mną przy¬
szłości, że dla tego szczęścia sam siebie składam
		

/Magazyn_133_09_384_0001.djvu

			— 376 -
w ofierze ? Czy robię to obojętnie ? Czyż w głębi
nie łka cała moja istota? Dlaczegóż ja to robię?
—	Dlaczego ? — powtórzyła.
Nagle przestała płakać i zwróciła się do niego.
—	Dlatego, dlaczego schowałeś się pan teraz
w krzakach—ażeby zobaczyć, czy będę płakać i jak
będę płakać — oto dlatego! Gdybyś pan pragnął
szczerze tego, co napisałeś w liście, gdybyś pan był
przekonany, że rozstać się trzeba, wyjechałby pan
za granicę, nie widząc się ze inną.
—	Co za myśl! — rzekł z wymówką. Nie po¬
wiedziałem jeszcze wszystkiego.
Przeraziła go ta uwaga, gdyż nagle zrozumiał,
że to była prawda.
—	Tak, wczoraj potrzebne było panu moje
,,kochani“, dziś potrzebne panu moje łzy, a jutro
zechce pan może widzieć, jak będę umierać.
—	Olga! Czyż można tak mnie obrażać ? Czyż
nie wierzy pani w samej rzeczy, że dziś oddałbym
połowę mego życia, ażeby słyszeć śmiech pani i nie
widzieć łez ?
—	Teraz może, kiedyś już pan widział, jak opła¬
kuje pana kobieta... Nie! — dodała — pan nie ma
serca. Gdybyś pan istotnie nie chciał moich łez,
nie uczyniłbyś pan tego, coś uczynił.
—	Czyż ja mogłem przypuszczać! — krzykiem
prawie przemówił Obłomow, przyciskając obie
dłonie do piersi.
—	Serce kochające ma swój rozum — zauwa¬
żyła — ono wie, czego pragnie i przewiduje, co stać
się może. Wczoraj nie mogłam tu przyjść, gdyż
mieliśmy niespodzianą wizytę, ale wiedziałam, że
pana dręczyłoby oczekiwanie, miałbyś może noc
bezsenną lecz przyszłam mimo to, bo nie chciałam
		

/Magazyn_133_09_385_0001.djvu

			— 377 —
pańskiego niepokoju... A pan jest wesoły, gdy
ja płaczą... Proszą patrzeć, patrzeć, cieszyć się...
Olga znowu płakać poczęła.
—	Ja i bez tego źłe spałem, Olgo... Noc
mnie zmęczyła...
—	I panu żal było, że ja spałam dobrze, że się
nie dręczę ? — Prawda ? — przerwała mu. —
Gdybym dzisiaj nie płakała, pan i dzisiaj
spałby źle.
—	Cóż mam robić ? Czy prosić o przebaczenie ?
—	zapytał ze słodyczą, pełną pokory.
—	Przebaczenia proszą dzieci lub ludzie, którzy
w tłumie nastąpią komuś na nogę; tu przeprasza¬
nie nie pomoże — rzekła, wachlując się chusteczką.
—	Ale, Olgo, jeżeli to prawda? Jeśli mój do¬
mysł słuszny/a miłość pani tylko omyłką? Jeśli
pani pokocha innego i, spojrzawszy na mnie wtedy,
poczerwienieje...
—	Cóż z tego ? — spytała, patrząc na niego tak
badawczym, głębokim wzrokiem pełnym ironji,
że Obłomow się zmięszał.
—	Ona coś pragnie wydobyć ze mnie... — myślał.
—	Bądź ostrożny, Ilja Iljicz.
—	J akto — co z tego ? — powtórzył machinal¬
nie, niespokojnie patrząc na nią, nie domyślając
się wcale jaka myśl tworzy się w jej głowie i jak
usprawiedliwi swoje: co z tego — kiedy w samej
rzeczy niepodobna usprawiedliwić miłości, jeśli
ona jest tylko omyłką...
Olga patrzyła na niego wzrokiem pewnym
i widocznie panowała nad swoją myślą.
—	Pan lęka się — odpowiedziała z wymówką —
„upaść na dno przepaści“, pan lęka się przyszłego
		

/Magazyn_133_09_386_0001.djvu

			upokorzenia, gdy kochać pana przestaną... ,,Źle
bądzie ze mną...“ — pisze pan.
Obłomow nie rozumiał, o co chodzi.
—	Ale mnie wtenczas bądzie dobrze, gdy po¬
kocham innego — zatem bądą szczęśliwa! A pan
powiada, że przewiduje moje szcząście i gotów jest
oddać za nie życie.
Ilja Iljicz wpatrzył sią w nią pilnie, szeroko
otwierając powieki.
—	Także logika! — szepnął. — Przyznam sią,
że sią tego nie spodziewałem.
Olga mierzyła go złośliwie od stóp do głowy.
—	A szczęście, z powodu którego pan rozum
traci ? — mówiła dalej. — A te poranki i wieczory,
a ten park, a moje „kocham“, wszystko to nic nie
warte, żadnej ceny, żadnej ofiary, żadnego
bólu ?
—	Ach, gdybym się mógł pod ziemię schować!
— myślał Obłomow, dręcząc się wewnętrznie w miarę
tego, jak myśl Olgi stawała się coraz wyraźniejszą.
—	A jeśli — zaczęła akcentując pytanie —
pana zmęczy ta miłość, jak zmęczyły książki,
urząd, towarzystwo ludzkie; jeśli zczasem, bez
współzawodniczki, bez innej miłości zaśnie pan
nagle przy mnie, jak u siebie na kanapie, a głos
mój nie obudzi pana; jeśli puchlina koło serca
opadnie, jeśli już nie kobieta, lecz szlafrok będzie
panu drogi ?
—	Olga! To niemożliwe! — przerwał z nie¬
zadowoleniem, odsuwając się od niej.
—	Dlaczego niemożliwe? — spytała.— Pan mówi
że „pomyliłam się“, że pokocham innego, a ja myślę
również nieraz, że pan przestanie mnie kochać.
A co wtedy? Jak ja usprawiedliwią sama siebie
		

/Magazyn_133_09_387_0001.djvu

			— 879 —
wobec tego, co robią? Gdyby nawet ludzie nic mi
nie powiedzieli, co ja sama sobie powiem? Z tego
powodu i ja miewam nieraz bezsenne noce, ale
nie męczę pana domysłami o przyszłości, bo mam
wiarę w dobrą przyszłość. Moje pojęcie szczęścia jest
silniejsze od strachu. Dla mnie ma wartość to,
gdy z mego powodu błysną panu oczy, gdy pan
szuka mnie, wdzierając się na szczyty pagórków,
gdy pan zapomina o lenistwie i pędzi śród upału
do miasta, aby tam kupić bukiet dla mnie, przy¬
wieźć książkę, gdy widzę, że zmuszam pana do
uśmiechu, do pragnień życia... Ja oczekuję i szu¬
kam jednego tylko — szczęścia i wierzę, że je
znalazłam. Jeśli się pomylę, jeśli prawda, że będę
je opłakiwać, czuję przynajmniej — tu rękę przy¬
łożyła do serca — że niema winy z mojej strony —
to znaczy, że los nie przeznaczył mi szczęścia.
Nie dał go Bóg. Nie boję się łez przyszłości.
Płacz mój nie będzie daremny — za łzy moje coś
kupiłam... Mnie było tak dobrze... — zakończyła.
—	Niechże znowu będzie dobrze! — prosił
Obłomow.
—	A pan tylko ponure obrazy widzi w przy¬
szłości. Panu szczęście niepotrzebne. Jest to nie¬
wdzięczność — mówiła dalej, — to nie miłość, to...
—	Egoizm — dopowiedział Obłomow.
Nie miał odwagi spojrzeć na Olgę, mówić,
prosić przebaczenia.
—	Proszę iść — rzekła ledwie dosłyszalnym
głosem — dokąd pan szedł.
Obłomow spojrzał na nią. I^ez już nie było —
wyschły. Olga zamyślona patrzyła w ziemię i para¬
solem kreśliła na piasku jakieś linje.
—	Niech się pan znowu położy na grzbiecie —
		

/Magazyn_133_09_388_0001.djvu

			— 380 —
dodała, — nie pomyli się pan, „nie wpadnie w prze¬
paść“.
—. — Ja zatrułem siebie i zatrułem panią, zamiast
tego, ażeby być tylko szczęśliwym... — szeptał
niby usprawiedliwiając się.
—	Proszę pijać kwas — nie zatruje się pan —
kłuła go dalej.
—	Olga! To nie jest wspaniałomyślność! Po
tem gdy ja już sam siebie ukarałem zeznaniem...
—	Tak, w słowach pan siebie karze, rzuca się
w przepaść, oddaje pół życia, a gdy przyjdzie wątpli¬
wość, noc bezsenna, jak wtenczas, staje się pan
czułym dla siebie samego, ostrożnym, troskliwym,
zapobiegliwie patrzącym w przyszłość!
—	Jakaż to prawda, jaka prosta prawda! —
myślał, wstydząc się głośno przyznać się do niej.
Dlaczegóż on ją sam nie zrozumiał, lecz wy¬
tłumaczyła mu kobieta, która ledwie żyć zaczynała.
Jak to się prędko stało! ^ Niedawno jeszcze była
dzieckiem.
—	Już więcej nie mamy o czem mówić — za¬
kończyła, wstając. — Żegnam pana, Ilja Iljicz,
i życzę... spokoju... Wszak w tem widzi pan swoje
szczęście.
—	Olga! Nie! Na miłość Boga — nie! Teraz
gdy wszystko znowu stało się jasne, pioszę mię
nie odpędzać od siebie! — mówił, ująwszy jej rękę.
—	Czegóż pan sobie życzy ode mnie? Pan
wątpi, czy miłość moja dla pana nie jest omyłką,
a ja nie mogę uspokoić pańskiej wątpliwości. Może
być, że to omyłka — nie wiem...
Obłomow puścił jej rękę. Znowu nóż wisiał
nad nim.
—	Jakto — nie wie pani ? Nic pani uczucie
		

/Magazyn_133_09_389_0001.djvu

			— 381 —
nie mówi? —■ spytał z akcentem powątpiewania.
—	Czy pani przypuszcza...
—	Ja nic nie przypuszczam. Powiedziałam
już to panu wczoraj. Co zaś odczuwam i co będzie
po roku? Nie wiem. Czyż po jednem szczęściu
przychodzi drugie, a potem trzecie — równe pierw¬
szemu? — pytała, patrząc w twarz jego pilnie.
—	Proszę mówić, pan doświadczeńszy ode mnie.
Obłomow nie chciał już umacniać jej wtem prze¬
konaniu. Milczał, chwiejąc jedną ręką drzewkiem
akacji.
—	Nie, kocha się tylko raz! — powiedział,
jak uczeń wyuczony lekcji.
—	Otóż widzi pan i ja w to wierzę — dodała.
—	Jeśli zaś to nie jest prawdą, być może, że i ja
przestałabym kochać pana, może być, że odczuję
gorycz mojej omyłki—i pan także... może się roz¬
staniemy! Ale kochać dwa —- trzy razy — nie,
nie! Nie chcę w to wierzyć.
Ilja Iljicz westchnął. Owo „może być“ poruszało
jego duszą i w zamyśleniu szedł za nią. Z każdym
krokiem było mu lżej. Wymyślona przez niego
śród nocy bezsennej „omyłka“ była daleką przy¬
szłością...
—	Przecież to nie miłość tylko — myślał, —
ale całe życie takie... Jeśliby każdy wypadek uważać
za omyłkę, to cóż nie będzie omyłką ? Cóż to jest ?
Czyż ja nagle oślepłem?
—	Olga — rzekł, ledwie dotykając palcami jej
talji.
Zatrzymała się.
—	Pani rozumniejsza ode mnie...
Olga zrobiła przeczący ruch głową.
—	Nie. Jestem tylko prostsza i śmielsza. Czego
		

/Magazyn_133_09_390_0001.djvu

			się pan lęka? Czy w samej rzeczy pan myśli, że
można przestać kochać? — spytała z pewnością,
pełną dumy.
—	Teraz i ja nie lękam się! — rzekł z mocą.
—	Przyszłość z panią nie straszna!
—	Słowa te czytałam niedawno... u Sue’go,
zdaje się — zauważyła nagle z ironją, zwróciwszy
się do niego. — Tylko tam kobieta zwraca je do
mężczyzny...
Rumieniec oblał twarz Obłomowa.
—	Olgo! Niecb wszystko zostanie jak było
wczoraj—błagał ją. Już nie będę się lękał „omyłek“.
Olga milczała.
—	Czy tak? — zapytał nieśmiało.
Znowu milczenie.
—	Jeśli pani mówić nie chce, proszę dać jakiś
znak przebaczenia... gałązkę bzu.
—	Bzy już zwiędły, zmarniały — odpowiedziała.
Widzi pan, jakie poblakłe!
—	Zwiędły... poblakły... — mówił Obłomow,
patrząc na bzy. — Ale i list mój już zblakł — do¬
dał nagle.
Ona głową zachwiała przecząco. Obłomow szedł
za nią i rozmyślał o liście, o wczorajszem szczęściu,
o zwiędłych bzach.
—	W samej rzeczy — myślał —bzy więdną... Poco
ten list... Dlaczego nie spałem całą noc, a rano pisałem ?
Teraz oto... jaki znowu spokój w duszy... — Ziewnął
nieznacznie. — Strasznie chcę spać! Gdyby listu nie
było, nie byłoby i tego... onaby nie płakała, wszyst¬
ko zostałoby, jak wczoraj. Siedzielibyśmy spokojnie
w tej samej alei, patrzyli na siebie wzajemnie, roz¬
mawiali o szczęściu. I dziś byłoby to samo i jutro...
—	Ziewnął szeroko.
		

/Magazyn_133_09_391_0001.djvu

			— m —
Następnie myślał o tem, coby się stało, gdyby list
osiągnął swój cel, gdyby ona podzielała jego pogląd,
przestraszyła się, jak on, omyłki i dalekich burz
w przyszłości, gdyby uległa jego tak zwanemu do¬
świadczeniu, rozsądkowi i zgodziła się rozstać się
z nim, zapomnieć wzajemnie o sobie ?
Boże uchowaj! Pożegnać się, jechać do miasta
na nowe mieszkanie! Poszłyby za tem bezsenna
noc, męczące jutro, nieznośne pojutrze, a potem
dnie coraz bledsze, bledsze...
Coby to było ? Wszak to śmierć. A jednak było¬
by to się stało. Zachorowałbym. Nie pragnę roz¬
łąki, nie przeniósłbym jej. Wymodliłbym widzenie
się z nią. Pocóż ja pisałem ten list?
—	Olgo Siergiejewna! — przemówił.
—	Czego pan sobie życzy ?
—	Do wszystkich moich wyznań, musiałbym
dodać jeszcze jedno...
—	J akie ?
—	List ten był zupełnie niepotrzebny...
—	Nieprawda, on był niezbędny — rzekła decy¬
dująco.
Olga odwróciła się i zaśmiała, ujrzawszy
z wyrazu twarzy, że go senność opuściła, a oczy
otwarły się ze zdziwienia.
—	Niezbędny? — powtórzył powoli, wpatrując
się zdziwionym wzrokiem w jej plecy.
Ale widział tylko dwa ukośne skrawki mantyli.
—	Cóż znaczą te łzy i narzekania ? — myślał. —
Czyż to tylko przebiegłość ? — Ale w Oldze nie było
jej. Dawno o tem wiedział.
Bawią się w przebiegłość tylko mniej lub więcej
ograniczone kobiety. Gdy im zabraknie prawdzi¬
wego rozumu, puszczają w ruch przebiegłość dla
		

/Magazyn_133_09_392_0001.djvu

			— 384 —
poruszania drobnych sprężynek życia, robią jak
koronki swoją codzienną małą politykę, nie dostrze¬
gając, jak obok nich układają się główne linje życia,
ani w którą stronę one się kierują i gdzie złączą,
Przebiegłość — to drobna moneta, za którą nie¬
wiele kupić można. Za drobną monetę można przeżyć
godzinę, dwie — tak samo, przebiegłością można po¬
kryć tylko drobiazg, oszukać kogoś, coś przeina¬
czyć, ale nie starczy jej, aby objąć szerokie hory¬
zonty, poznać początek i koniec jakiegoś wielkiego
zdarzenia.
Przebiegłość jest krótkowzroczna. Dostrzega
tylko, to co widzi pod nosem, nie patrzy wdał i dla
tego wpada często w tę samą pułapkę, którą nasta¬
wia na innych.
Olga jest tylko rozumną kobietą. Chociażby
dzisiejsze wątpliwości — jak ona rozwiązała je
łatwo i jasno ! I tak zawsze. Dotychczas pojmuje
treść rzeczy, idąc ku temu drogą prostą.
Przebiegłość podobną jest do myszy, która biega,
chowa się... Charakter Olgi inny. Cóż to zatem jest ?
Co w tem nowego ?
—	Dlaczego list był niezbędny? — spytał.
—	Dlaczego ? — powtórzyła i szybko zwróciła
się do niego z wesołą twarzą, zadowolona z tego, że
na każdym kroku potrafi go zadziwić. — Dlatego —
poczęła mówić powoli, z zastanowieniem— że pan
nie spałeś całą noc, pisałeś tylko dla mnie. Ja także
jestem egoistką! Tyle najprzód...
—	Dlaczegóż pani robiła mi wymówki, kiedy
teraz zgadza się ze mną? — przerwał.
—	Dlatego, że pan wymyślił drażnienie mnie.
Ja ich nie wymyśliłam, one same przyszły. Cieszę
się z tego, że już minęły, a pan przygotowywał je
		

/Magazyn_133_09_393_0001.djvu

			— 385 —
i cieszył siq-przedtem. Pan zły człowiek i dlatego
panu robiłam wymówki. Następnie... W liście pań¬
skim jest myśl, uczucie... Pan przeżyłeś tę noc
i ranek nie według swego zwyczaju, lecz tak jak
pragną, abyś pan żył, przyjaciel pański i ja — to po
drugie. Trzecie zaś...
Podeszła do niego tak blisko, że krew uderzyła
mu do serca i głowy. Obłomow począł ciężko oddy¬
chać ze wzruszenia. Olga patrzyła mu wprost
w oczy.
—	Po trzecie dlatego, że w liście tym, jak w zwier¬
ciadle, odbija się pańska miękkość duszy, pańska
ostrożność, pańska troska o mnie, lęk o moje szczę¬
ście, pańskie czyste sumienie... wszystko, co opo¬
wiadał mi o panu Andrzej Iwanycz i co ja po¬
kochałam, zaco zapominam o pańskiem lenistwie...
apatji... Pan mimowoli otworzył w tym liście moją
duszę... Pan nie jesteś egoistą, Ilja Iljicz. Napisałeś
pan ten list nie dlatego, ażeby się rozstać ze mną,
tego pan nie chciał, pan lękał się oszukać mnie...
Tam przemawiała w panu uczciwość, inaczej list ten
obraziłby mnie i duma nie wycisnęłaby mi łez!
Widzi pan, ja wiem, dlaczego kocham pana i nie
lękam się omyłki... Co do pana, ja się nie pomylę...
Zdawało się Obłomowowi, że Olga, gdy to mówiła,
była otoczona jakimś blaskiem, jasnością. Oczy jej
świeciły zwycięstwem miłości, świadomością swojej
siły. Na jej policzkach pokazały się rumieńce. On
to wszystko wywołał. Poruszeniem swego uczciwe¬
go serca rzucił w jej duszę ten ogień, te rumieńce,
ten blask.
—	Olgo! Pani... wyższa ponad wszystkie ko¬
biety... pani największa kobieta na świecie! — za¬
wołał w zachwycie, nieprzytomny prawie i ręce
Obłomow. T. I.
2r>
		

/Magazyn_133_09_394_0001.djvu

			— 386 —
wyciągnął ku niej. — Na miłość Boga! J eden pocału¬
nek na znak niewysłowionego szczęścia — wyszeptał,
jak w malignie.
Nagle cofnęła się o krok od niego. Triumfujący
blask oczu, rumieńce znikły, w łagodnych dotych¬
czas oczach zaświecił gniew.
—	Nigdy! Nigdy! Proszę się nie zbliżać—z prze¬
strachem prawie i lękiem zawołała, wyciągając przed
siebie obie ręce i parasolkę, jakby się pragnęła od
niego oddzielić i zatrzymała się, jak wkopana w zie¬
mię, skamieniała, bez oddechu prawie, w gioźnej
postawie, z gniewem w oczach.
Obłomow ocknął się nagle. Widział przed sobą
nie łagodną Olgę, lecz obrażoną boginię dumy i gnie¬
wu, z ustami zaciśniętemi, z błyskawicami w oczach.
—	Proszę przebaczyć... — wyszeptał zmartwio¬
ny, upokorzony.
Olga powoli odwróciła się i poszła gniewna, rzu¬
cając na niego przez ramię badawcze spojrzenie.
Obłomow postępował powoli; podobny był do psa,
który kopnięty nogą, idzie, wlokąc za sobą ogon.
Przyśpieszyła kroku, ale ujrzawszy twarz je¬
go, stłumiła w sobie uśmiech i poszła spokojnie,
tylko drgała chwilami. Rumieńce ukazywał}'' się jej
to na jednym, to na drugim policzku.
W miarę jak szła, twarz jej się rozjaśniała, od¬
dech stawał się bardziej równomierny i spokojny
i krok się wyrównał. Spostrzegła, jak owo ,,nigdy“
było świętem dla Obłomowa. Gniew jej powoli
przygasał i ustępował miejsca litości. Szła wolniej,
wolniej...
Chciała złagodzić swoje uniesienie i przemyśli -
wała, jakby to zrobić, jak do niego przemówić.
—	Wszystko zepsułem! — myślał Obłomow.—
		

/Magazyn_133_09_395_0001.djvu

			— 387 —
To prawdziwa omyłka! Nigdy! Nigdy! Boże... bzy
zwiędły... — myślał, patrząc na poblakłe, wiszące liście
bzu... — wczoraj zblakły... list także... i ta chwila
najpiękniejsza w mojem życiu, kiedy z ust kobiety,
jak głos z nieba, usłyszałem po raz pierwszy, co
we mnie jest dobrego... I to poblakło.
Spojrzał na Olgę. Zatrzymała się i czekała na
niego, spuściwszy oczy.
—	Proszę mi dać list — rzekła cicho.
—	Zblakł już... — powiedział, oddając list.
Olga jeszcze bardziej zbliżyła się do niego i schy¬
liła głowę, tak, że powieki miała niemal spuszczone.
Drżała lekko. Wzięła list i, nie podnosząc głowy,
stała.
—	Przestraszył mnie pan! — rzekła łagodnie.
—	Proszę przebaczyć... — przemówił.
Olga milczała.
—	To groźne „nigdy“ — zaczął smutnie i west¬
chnął.
—	Zblednie... — powiedziała ledwie dosłyszalnie,
czerwieniejąc.
Rzuciła na niego wstydliwe, łagodne spojrzenie,
ujęła obie jego ręce, ścisnęła je mocno a potem przy¬
łożyła do swego serca.
—	Słyszy pan, jak bije! — powiedziała. — Pan
mnie przestraszył. Proszę puścić !
Nie patrząc nawet na Obłomowa, pobiegła dro¬
żyną, podniósłszy nieco zprzodu suknię.
—	Gdzie pani tak pędzi! Zmęczyłem się... Nie
mogę podążać za panią...
—	Proszę mnie zostawić! Ja tak śpieszę, ażeby
śpiewać, śpiewać, śpiewać! — mówiła z rozpaloną
twarzą. — Coś mnie pierś gniecie... boli prawie...
52*
		

/Magazyn_133_09_396_0001.djvu

			— 388 —
Obło ino w został na miejscu i długo patrzył za
nią, jak za odlatującym aniołem.
—	Czyż i ta chwila zblednie? — myślał ze
smutkiem i nie odczuwał, czy idzie, czy stoi na
miejscu.
—	Bzy zwiędły... — myślał dalej — wczoraj
minęło. Minęła noc pełna widziadeł, dusząca, ci꿬
ka... Tak, i ta chwila minie, jak bzy... Ale gdy noc
dzisiejsza mijała, w tym samym czasie budził się
kwitnący poranek...
—	Cóż to takiego ? — głośno prawie wykrzyknął.—
I miłość także... miłość ? A ja myślałem, że ona jak
ciepłe południe będzie wisieć nad kochającymi się
i nic się nie poruszy, nic nie zadrży w jej atmosferze,
— ale i w miłości niema spokoju, i ona podąża gdzieś
naprzód, jak „całe życie“ — jak mówi Sztolc. Jeszcze
się nie urodził nowy Jozue, któryby jej powiedział:
„stój, nie ruszaj się!“ Cóż będzie jutro'? — z lękiem
pytał siebie i leniwo, w zamyśleniu podążył do domu.
Mijając okna Olgi, słyszał, jak jej pierś ściśnięta
szukała ulgi w dźwiękach Szuberta i jakby łkała od
szczęścia.
Mój Boże! Jak pięknie żyć na świecie.
		

/Magazyn_133_09_397_0001.djvu

			XI.
Obłomow zastał w domu list od Sztolca, który
rozpoczynał i kończył się słowami ,,teraz albo
nigdy!“, potem były wymówki za zasiedziałość, za¬
chęta do przyjazdu koniecznie do Szwajcarji i Włoch,
dokąd się Sztolc wybierał. Gdyby zaś nie chciał się
ruszyć za granicę, — radził mu — aby jechał na
wieś, obejrzeć swoje gospodarstwo, rozbudzić za¬
niedbane życie swoich muzyków, sprawdzić i wy¬
jaśnić swoje dochody i dać osobiście dyspozycje
co do budowy nowego domu.
„Pamiętaj naszą umowę — pisał — teraz albo
nigdy!“ — kończąc list.
— Teraz, teraz, teraz! — powtarzał Obłomow. —
Andrzej nie wie, jaki poemat śpiewa moja dusza.
Jakiego on pragnie jeszcze zajęcia? Czyż ja mogę
kiedykolwiek i czemkolwiek zajmować się więcej,
niż teraz ? Niechby on spróbował! Czytamy o Fran-
cuzach i Anglikach, że oni ciągle pracują, że wszyst¬
ko u nich polega na rozumie. Podróżują sobie po
całej Europie, niektórzy nawet po Azji i Afryce tak
sobie, bez żadnego zajęcia: jedni aby rysować, inni
wykopują starożytności, polują na lwy, łapią różne
węże. Albo — przesiadują w domu w szla-
chetnem próżniactwie: jedzą śniadania i obiady
z przyjaciółmi, z kobietami — oto całe ich zajęcie !
		

/Magazyn_133_09_398_0001.djvu

			— 390 —
Dlaczegóż ja mam żyć, jak skazany do ciężkich
robót? To Andrzej tylko wymyślił: „pracuj, pracuj
jak koń!“ Dlaczego? Nie jestem głodny, nie-
odziany. Olga znowu mnie zapytywała, czy mam
zamiar pojechać do Obłomówki ?...
Usiadł pośpiesznie i począł pisać, kombinować,
jeździł nawet do architekty. Wkrótce na niewielkim
stoliku leżał plan domu i ogrodu. Dom mieszkalny
dla rodziny, obszerny, z dwoma balkonami.
— Tu ja, tu Olga, tutaj pokój sypialny, tam dzie¬
cinny... — mówił uśmiechając się. — „Ale chłopi,
chłopi!“ — myślał — i uśmiech znikał, a występo¬
wała natomiast zmarszczka na czole. Sąsiad pisze
szczegółowo — mówi o orce, o omłotacli... Jakie
nudy! i proponuje na wspólny koszt zbudować
drogę do wielkiej handlowej osady... most przez
rzekę. Prosi na ten cel o trzy tysiące, chce dług
zaciągnąć na Obłomówkę... A skąd ja mam wiedzieć,
czy to potrzebne? Czy będzie z tego pożytek? Czy
mnie nie oszukuje ? Przypuśćmy, że nie, jest to
człowiek uczciwy, Sztolc zna go, ale i on przecież
może się omylić, a ja wydam pieniądze ! Trzy tysiące
— to wiele! Skąd wziąć ? Nie — to straszne! Pisze
jeszcze, ażeby niektórych chłopów wysiedlić na
puste pola, żąda rady jak najśpieszniej. Obowiązuje
się wysłać wszystkie papiery, potrzebne dla zacią¬
gnięcia długu na majątek. Mam mu przysłać pełno¬
mocnictwo, zaświadczone w izbie sądowej — oto
czego mu się zachciewa! A ja nie wiem nawet, gdzie
są te urzędy.
Już minął drugi tydzień, a Obłomow nie odpowie¬
dział na list, tymczasem nawet Olga zapytuje go, czy
był już w Izbie sądowej ? Niedawno Sztolc pisał do
niego i do niej z zapytaniem: ,,co on robi?“
		

/Magazyn_133_09_399_0001.djvu

			— 391 —
Wprawdzie Olga mogła tylko powierzchownie
śledzić działalność swego przyjaciela, i to w sferze
tylko dostępnej dla niej. Czy wesoło wygląda, czy chę¬
tnie jeździ wszędzie, czy w godzinach oznaczonych
zjawia się w lasku, o ile interesują go nowiny wiej¬
skie, ogólna rozmowa. Najtroskliwiej uważała, ażeby
nie tracił z widoku głównego celu życia. Gdy nawet
pytała o izbę sądową, to tylko, dlatego ażeby coś
odpisać Sztolcawi o zajęciach jego przyjaciela.
Lato było w całej pełni. Lipiec mijał. Pogoda
prześliczna. Obłomow prawie nigdy nie opuszczał
Olgi: w pogodny dzień w parku, w upalny połu¬
dniowy czas chronił się z nią do lasu, między sosny,
i siedząc u jej nóg, czytał... Ona wyszywała już
drugą część kanwy — dla niego.
Tak przeżywali upalne lato, a chmury, nad¬
biegające czasami, mijały ich.
Jeśli Obłomow miewał ciężkie sny, jeśli w sercu
budziły się wątpliwości, Olga jak anioł stała na straży:
spojrzy w ]ego twarz swojem pogodnem spojrzeniem,
wydobędzie, co mu leży na sercu, — i znowu wszyst¬
ko spokojnie, znowu fala uczucia płynie równo, jak
rzeka, w której zwierciadle odbija się niebo.
Pogląd Olgi na życie, na miłość stał się jeszcze
bardziej wyraźnym i pogodnym. Z większą niż
dawniej pewnością rozglądała się koło siebie, nie
martwiąc się przyszłością. Rozwinęły się w niej
nowe struny umysłu, nowe rysy charakteru, obja¬
wiające się albo w poetyckiej różnobarwności, albo
prawidłowo, jasno, stopniowo i naturalnie.
Rozwinął się w niej pewnego rodzaju upór, który
zwyciężał nietylko grozę losu, ale nawet lenistwo
i apatję Obłomowa. Gdy poweźmie jakiś zamiar —
wnet wre u niej robota. Mówi tylko o jednem, a gdy
		

/Magazyn_133_09_400_0001.djvu

			nawet nie mówi, to widać, że umysł jej zajęty czemś
jednem, że nie zapomni o tern, nie porzuci, wszystko
rozważy i dopnie tego, czego chciała.
Obłomow nie mógł zrozumieć, skąd się brało
u niej tyle siły, tyle taktu — aby wiedzieć jak,
i umieć dać sobie radę, bez względu na to, jakie
wypadki ją zaskoczą.
— To dlatego — myślał — że ma jedną brew
krzywą, zawsze trochę podniesioną do góry, a nad
nią cieniutką, ledwie widoczną rysę. Tam, w tej
rysie siedzi jej upór.
Choć twarz jej wyraża pogodę i spokój, linijka
ta nie znika nigdy i brew nie układa się równo.
Niema ani zewnętrznej siły, ani rzutów i ostrych
skłonności. Wytrwałość w zamiarach i upór ani
na odrobinę nie wytrącają ją ze sfery kobiecej.
Ona nie pragnie być lwicą, ostremi słowami
karcić niezręcznego czciciela, bystrością umysłu
zadziwić wszystkich w salonie, ażeby ktoś z kąta
krzyknął: brawo, brawo!
Olga nie jest pozbawioną nawet lękliwości, wła¬
ściwej kobiecie. Nie zadrży wprawdzie, gdy ujrzy
mysz, nie zemdleje z powodu upadnięcia krzesła,
ale boi się odejść daleko od domu, zejdzie z drogi,
ujrzawszy chłopa, który jej się wyda podejrzanym,
na noc zapuszcza roletę, ażeby — złodziej nie
wlazł. Wszystko po kobiecemu.
Jest przytem nadzwyczaj dostępna uczuciu li¬
tości. Ivzy nie trudno u niej wywołać. Do serca jej
dostęp łatwy. W miłości niezmiernie łagodna. We
wszystkich jej stosunkach z ludźmi widać miękkość,
łagodny współudział, słowem — jest to kobieta.
Niekiedy rozmowa jej błyśnie iskrą sarkazmu',
		

/Magazyn_133_09_401_0001.djvu

			— 393 —
ale w tein tyle piękna, taki miły rozum, że każdy
rad się poddaje jej sarkazmom.
Natomiast nie lęka się ona przeciągów, chodzi
wieczorem lekko ubrana — i nic. Tryska z niej zdro¬
wie. Jada z apetytem, ma swoje ulubione potrawy
i potrafi je ugotować.
Wszystko to zna wiele z jej znajomych, ale nie¬
wiele wie, jak postąpić w danym wypadku, a jeśli
i wie, to albo z doświadczenia innych albo ze sły¬
szenia. Jeśli trzeba zrobić tak lub inaczej — zaraz
się powołują na jakąś powagę — ciotki, kuzynki...
Wiele nie wie nawet, czego żądać, a jeśli się zde¬
cydują, to niepewnie, tak, że — może trzeba, może
nie trzeba. To zapewne dlatego, że mają brwi
równe, łukowate, zbyteczne włoski wyrwane i nie
mają linijki na czole.
Między Olgą a Obłomowym ułożył się niedostrze¬
galny dla innych stosunek. Każde spojrzenie, każde
słowo, powiedziane przy obcych, miało dla nich
swoje znaczenie. We wszystkiem dostrzegali oni
napomknienie o miłości.
Olga nieraz oblewała się rumieńcem, gdy przy
stole opowiadał ktoś liistorję czyjejś miłości, po¬
dobną do przeżywanej przez nich. A ponieważ
wszystkie historje miłosne podobne są do siebie,
musiała się często czerwienić.
I Obłomow, zmieszany opowiadaniem, nieraz
przy herbacie brał taką ilość sucharków, że aż ktoś
parskał śmiechem.
Oboje stali się czujni i ostrożni. Czasem Olga
wcale nie mówiła ciotce, że widziała się z Oblomo-
wym, a on w domu zapowiadał, że jedzie do miasta,
a tymczasem szedł do parku.
Jednak pomimo jasności umysłu Olgi, pomimo
		

/Magazyn_133_09_402_0001.djvu

			— 394 —
jej świeżości i zdrowia, poczęły się u niej zjawiać
nieznane dotychczas chorobliwe oznaki. Ogarniał ja,
niekiedy niepokój, nad którym zastanawiała sie.
i nie umiała go sobie wytłumaczyć.
Niekiedy w skwarne południe, idąc pod rękę
z Obłomowym, niedbale oparta o jego ramię, szła
machinalnie w jakiemś osłabieniu i uporczywem mil¬
czeniu. Żywość jej zacierała się, wzrok bywał zmę¬
czony, bez życia, nieruchomy, utkwiony niby w je¬
den punkt. Leniła się nawet zwrócić go w inną stronę.
Czuje jakiś ciężar. Coś jej ściska pierś, niepokoi
ją. Zdejmuje mantylkę, chusteczkę z ramion, ale i to
nie pomaga. Odczuwa wciąż ucisk. Coś ciśnie, gniecie.
Chce się położyć pod drzewem i tak leżeć
całemi godzinami.
Obłomow miesza się. Gałązką liściastą ochładza
jej twarz, ale ona niecierpliwym ruchem uchyla
się od jego troskliwości.
Potem westchnie nagle, spojrzy dokoła z obu¬
dzoną świadomością, zatrzyma wzrok na Obło-
mowie, uściśnie mu rękę, uśmiechnie się i znowu
wraca dawna żywość i uśmiech, znowu opanowuje
siebie.
J ednego wieczora wpadła w taki stan roz¬
drażnienia, w pewnego rodzaju lunatyzm mi¬
łości, że Obłomow ujrzał ją w zupełnie odmiennem
oświetleniu.
Powietrze było parne, gorące. Od lasu z szu¬
mem wiał ciepły wiatr, niebo zakłębiło się cięż-
kiemi obłokami. Coraz było ciemniej i ciemniej.
— Deszcz będzie — rzekł baron i odjechał do
domu.
Ciotka odeszła do swego pokoju. Olga długo w za¬
myśleniu grała na fortepianie. Wreszcie przestała.
		

/Magazyn_133_09_403_0001.djvu

			— 395 —
—	Nie mogę — rzekła — palce mi drżą, go¬
rąco. Pójdziemy przejść się do ogrodu.
Długo przechadzali się alejami w milczeniu,
ręka w rękę. Ręce Olgi były wilgotne i miękkie.
Minęli park, weszli do lasu.
Drzewa i krzewy łączyły się w jedną posępną
czarną masę. O dwa kroki przed nimi nic już nie
było widać, tylko szara, wężykowata linja ozna¬
czała kierunek drogi.
Olga pilnie wpatrywała się w ciemność i przy¬
tulała się do Oblomowa. Szli oboje w milczeniu.
—	Boję się... — drgnąwszy nagle odezwała
się Olga, kiedy prawie omackiem przechodzili ciemną
aleję, otoczoną z dwóch stron czarną ścianą lasu.
—	Czego ? Nie bój się, Olgo, przecież jestem
przy tobie.
—	I ciebie się boję! — szepnęła.prawie. — Jakiś
dziwny lęk, bez powodu. Serce mi zamiera...
Daj rękę! Słyszysz, jak bije.
Wstrząsała się co chwila i oglądała się dokoła.
—	Widzisz, widzisz ? — szepnęła drżąca, chwy¬
tając obu rękoma ramię Oblomowa. — Nie wi¬
dzisz ? W ciemności ktoś się przesunął.
Jeszcze mocniej przytuliła się do niego.
—	Nikogo niema — uspokajał ją, ale i jemu
mrowie przeszło po plecach.
—	Zakryj mi oczy prędzej, prędzej, czemkol-
wiek... lepiej... — szeptała. — Teraz już nic... To
nerwy — dodała wzruszona. — Znowu! Znowu!
Patrz — kto to ? Usiądźmy na ławeczce.
Obłomow począł omackiem szukać ławeczki.
Znalazł i posadził ją.
—	Wracajmy do domu, Olgo. Ty nie jesteś
zdrowa.
		

/Magazyn_133_09_404_0001.djvu

			Schyliła mu głowę na ramią.
—	Nie, nie, tu powietrze czystsze — odpo¬
wiedziała. Tu, przy sercu czuję ciśnienie.
Czuł jej gorący oddech na swojej twarzy. Do¬
tknął jej głowy ręką — była gorąca. Oddech miała
ciężki. Westchnienia sprawiały jej ulgę.
—	Czy nie lepiej wracać do domu ? — zachęcał
zaniepokojony. — Trzeba się położyć.
—	Nie, nie, nie! Zostaw mnie w spokoju!
Nie dotykaj mnie... Tu we mnie się pali — wska¬
zała na piersi.
—	Doprawdy, wróćmy do domu! — nalegał
Obłomow.
-— Nie... poczekaj... to przejdzie.
Ściskała jego rękę, i od czasu do czasu wpa¬
trywała się mu w twarz długo i milcząco. Potem
poczęła płakać, z. początku cicho, a później przeszło
w szlochanie. Obłomow nie wiedział, co robić.
—	Na miłość Boga, Olgo, wracajmy do domu!
— prosił.
—	Nie, nie... — odpowiadała łkając. — Nie prze¬
szkadzaj mi wypłakać się... Ogień wypłynie przez
łzy... będzie mi lżej. To nerwy grają.
Słyszał) w ciemności jej ciężki oddech, i czuł, jak
na ręce spadały mu jej łzy gorące. Drżąco, mocno
ściskała mu rękę.
On nie poruszył nawet palcem. Wstrzymywał
oddech. Głowa Olgi spoczywała mu na ramieniu.
Oddech jej ciepłem owiewał mu twarz. Dreszcz
go ogarniał także, ale nie śmiał ustami dotknąć
jej policzka.
Powoli Olga poczęła się uspokajać. Oddech
stawał się równiejszy. Zamilkła zupełnie. Obło¬
mow myślał, że usnęła i lękał się ją poruszyć.
		

/Magazyn_133_09_405_0001.djvu

			— 397 —
—	Olga! — odezwał się cicho.
—	Co ? — odpowiedziała mu tak samo i wes¬
tchnęła głośno. — Teraz... już przeszło — rzekła ła¬
godnie. Lżej mi, oddycham swobodnie.
—	Wracajmy! — zachęcał znowu.
—	Wracajmy! — powtórzyła niechętnie. — Mój
drogi! — szepnęła w upojeniu, uścisnęła mu mocno
rękę i, oparłszy się o ramię, niepewnym krokiem
podążyła do domu.
W salonie Obłomow spojrzał na nią, wydala
mu się słabą, ale uśmiechnęła się dziwnym, nieświa¬
domym uśmiechem, jak gdyby pod wpływem roz¬
marzenia.
Obłomow posadził ją na kanapie, ukląkł przed
nią i kilka razy w zachwycie pocałował jej rękę.
Olga z tym samym uśmiechem patrzyła na
niego, nie usuwając rąk z jego dłoni i wzrokiem
odprowadziła go aż do drzwi.
Obłomow odwrócił się drzwiach. Spojrzenie Olgi
szło za nim. Twarz jej wyrażała zmęczenie, a na
ustach miała ten sam gorący uśmiech, jak gdyby
się go pozbyć nie mogła.
Odszedł w zamyśleniu. Gdzieś już widział
taki uśmiech. Przypomniał mu się jakiś obraz,
gdzie była kobieta tak samo uśmiechnięta... ale
to nie Kordelja...
Nazajutrz posłał dowiedzieć się o jej zdrowiu.
Kazano powiedzieć:
—	Dobrze, dzięki Bogu! Prosimy na dzisiejszy
obiad, a wieczorem wszyscy jedziemy oglądać ognie
sztuczne o pięć wiorst od letniska.
Nie wierzył i sam poszedł. Olga była świeża,
jak kwiat. W oczach blask, żywość, na policzkach
rumieńce, głos dźwięczny, jak dawniej. Ale nagle
		

/Magazyn_133_09_406_0001.djvu

			— 398
zesztywniała i ledwie uie krzyknęła, gdy Obłomow
zbliżył się do niej. Spąsowiała cała, gdy ją zapytał:
—	Jak sie pani czuje po dniu wczorajszym?
—	Małe nerwowe rozdrażnienie — odpowie¬
działa prędko.— Ciotka mówi, że trzeba wcześniej
iść spać... To niedawno ze mną...
Nie dokończyła i odwróciła się, jak gdyby prosiła
o litość. Co ją tak poruszyło ? Sama nie wie. Dla¬
czego ją gryzło i paliło wspomnienie wczorajszego
wieczoru i dziwnego rozstroju nerwów ?
I wstyd jej czegoś było i zła była na kogoś —
może na siebie, może na Oblomowa. A niekiedy
zdawało jej się, że Obłomow milszym stał się dla
niej, bliższym, że czuje pociąg do niego... do łez
prawie, jak gdyby czuła, że w dniu wczorajszym
między nim a nią zaszło jakieś powinowactwo.
Olga długo nie mogła usnąć. Rano długo
wzburzona przechadzała się sama aleją od parku
do domu i z powrotem, myślała o czemś, gubiła
się w domysłach, to była pochmurną, to nagle
oblewała się rumieńcem i uśmiechała się do cze¬
goś — lecz do żadnych stanowczych myśli nie
dochodziła.
—	Ach, Soniczko! — mówiła w gniewie. — Jakaś
ty szczęśliwa! Wnet odgadłabyś zagadkę!
A Obłomow? Dlaczego stał się jakby nie¬
mym i nieruchomym wczorajszego wieczora, cho¬
ciaż gorący jej oddech palił mu policzek, a łzy
piekące spadały mu na rękę, chociaż niósł ją prawie
w swoich ramionach do domu i słyszał nieskromny
szept jej serca. A inni ? Inni patrzą tak zuchwale...
Chociaż Obłomow przeżył młodość w otoczeniu
towarzyszy wszystko wiedzących, którzy już dawno
rozwiązali wszystkie kwestje życia, w nic nie wie-
		

/Magazyn_133_09_407_0001.djvu

			— 399 —
rzyli i analizowali wszystko chłodno i mądrze,
ale w duszy jego błyszczała czcze wiara w przy¬
jaźń, w miłość, w cześć ludzką. Chociaż nieraz
mylił się co do ludzi i serce jego nad tern cierpiało,
lecz ani razu nie zachwiały się w nim podstawy uczci¬
wości i wiara w nią. W tajnikach swojej duszy
schylał głowę przed czystością kobiety, uznawał
jej władzę moralną, jej prawa i składał jej ofiary.
Nie posiadał on wszakże dość mocy charakteru,
ażeby jawnie przyznać się do czci dla pierwiastku
dobra i szacunku dla niewinności. W cichości
upajał się jej aromatem, ale jawnie zwiększał
niekiedy chór cyników, wyśmiewających podej¬
rzaną niewinność kobiet i do głośnego chóru do¬
rzucał swoje słówko.
Nigdy nie wnikał w to, jak wielką wagę mają
wyrazy dobro, prawda, czystość, rzucane w potok
rozmów ludzkich, jakie głębokie bruzdy żłobią
one. Nie myślał, że wypowiedziane głośno i śmiało,
bez fałszywego wstydu, z męską odwagą, nie utoną
w głupich krzykach światowych satyrów, lecz po¬
grążą się jak perły w głębię życia, a muszla dla
nich zawsze się znajdzie.
Niejeden dobre słowo zatrzymywał na ustach,
czerwieniejąc ze wstydu, ale śmiało i głośno rzucał
słowo lekkomyślne, nie przypuszczając, że ono na
nieszczęście także nie ginie marnie, pozostawia¬
jąc po sobie długą pręgę złego, często nie dającą
się usunąć.
Ale czynne winy nie ciążyły na Obło mowie.
Żadne piętno wymówki o chłodny, bezduszny
cynizm, bez namiętności i bez walki, nie ciążyło
na nim i na jego sumieniu. Nigdy nie mógł obo¬
jętnie przysłuchiwać się temu, jak jeden zamieniał
		

/Magazyn_133_09_408_0001.djvu

			— 400 —
konia lub meble z taką samą łatwością, jak inny —
kobiety i jakie koszty pociągały te zamiany.
Nieraz doznawał bólu na wiadomość o utraconej
przez mężczyznę godności i czci, doznawał przy¬
krości na wiadomość o upadku obcej mu kobiety,
ale milczał, obawiając się szyderstwa.
Trzeba było ten stan' jego duszy odgadywać.
Olga odgadła.
Mężczyźni śmieją się z takich durniów, ale
kobiety odrazu ich poznają. Czyste, uczciwe
kobiety lubią ich — przez współczucie, zepsute
szukają zbliżenia się z nimi, ażeby się odświeżyć
cudzą świeżością.
Lato mijało, uciekało. Poranki i wieczory sta¬
wały się ciemne i wilgotne. Nietylko okwitły
już bzy i lipy, minął już okres jagód. Oblomow.
widywał codziennie Olgę.
Tymczasem dopędził on życie, to jest przyzwy¬
czaił się znowu do tego wszystkiego, od czego odwyki
już był dawno. Wiedział, dlaczego poseł francuski
opuścił Rzym, dlaczego Anglicy na Wschód wysy¬
łają okręty. Interesował się tem, kiedy zbudują
nową kolej żelazną do Niemiec lub Francji. Ale
nie myślał o nowej drodze, wiodącej z Obłomówki
do wielkiej osady handlowej, nie był w izbie sądo¬
wej i nie poświadczył urzędowo pełnomocnictwa.
Sztokowi na listy nie odpisał.
Zapoznał się tylko z tem, o czem codziennie
rozmawiano w domu Olgi, co wyczytał w otrzy¬
mywanych tam dziennikach i dość pilnie, dzięki
wymaganiom Olgi, śledził bieżące życie zagraniczne.
Wszystko inne tonęło w atmosferze czystej miłości.
Bez względu na częste zmiany w tej różowej
atmosferze, głównem tłem był bezobłoczny spo-
		

/Magazyn_133_09_409_0001.djvu

			— 401 —
kój horyzontu. Nieraz Olga zamyślała sic; nad
Obłomowym, nad swoją dla niego miłością, gdyż
pomimo miłości dużo jeszcze pozostawało jej czasu
i miejsca w sercu. Nie na wszystkie pytania
znajdowała właściwą i gotową odpowiedź z jego
strony i wola jego niezawsze dawała oddźwięk
na jej wolę; na jej siłę i pragnienie życia on od¬
powiadał tylko namiętnem spojrzeniem — więc
wpadała w ciężką zadumę. Coś zimnego, jak wąż,
wciskało się do jej serca, ochładzało marzenia
i spokojny, fantastyczny świat szczęścia nabierał
barw jesiennego dnia, w którym wszystko po¬
wleka się szarą barwą.
Zastanawiała się nad tem, skąd pochodzi taki
brak pełności szczęścia ? Czego właściwie jeszcze
brak ? Co jeszcze potrzebne ? Czyż to tylko
los, przeznaczenie — kochać Obłomowa ? Miłość
ta znajduje oddźwięk w jego prostocie, w jego
wierze w ideał dobra, a przedewszystkiem w jego
delikatnem uczuciu, tak delikatnem, jakiego nigdy
nie spotykała u mężczyzn.
Cóż z tego, że nie na każdy jej pogląd odpo¬
wiada on zrozumiałym jej poglądem, żenieto, czego-
by pragnęła, dźwięczy w jego głosie, co jej kiedyś,
kiedyś dźwięczało już raz niby we śnie, niby na
jawie... To wyobraźnia tylko działa, to nerwy,
pocóż ich słuchać i mędrkować ?
Gdyby nawet chciała wyrzec się tej miłości —
jak się wyrzec? Rzecz się stała. Ona kocha. Po¬
zbyć się tej miłości dobrowolnie, jak sukni, nie
można... „Nie można kochać dwa razy w życiu“
— myślała. Mówią, że to — niemoralne.
Tak uczyła się ona kochać, badała miłość, a każ¬
dy nowy krok przyjmowała łzami lub uśmiechem,
Obłomcm. T. T.	26
		

/Magazyn_133_09_410_0001.djvu

			— 402 —
pełnym zadumy. Potem dopiero zjawiał sie. ów
skupiony wyraz twarzy, który ukrywał i łzy
i uśmiech, a który tak przestraszał Obłomowa.
Ale o tych myślach, o tej walce ze sobą nawet
mu nie wspominała.
Miłość nie nauczyła niczego IIje Iljicza. Zasypiał
w swojej słodkiej drzemce, o której marzył nieraz
głośno wobec Sztolca. Czasem poczynał wierzyć,
że życie może być podobnem do nieba bez obłoków
i marzyła mu się Obłomówka, pełna dobrycli przy¬
jaciół, z którymi spokojnie siadywałby na tarasie
i czas spędzał w pełni szczęścia.
I teraz, poddawał się chętnie tym marzeniom
w tajemnicy przed Olgą. Nagle nadleciała chmura.
Razu pewnego powoli, leniwie, milcząco wracali
z jakiejś wycieczki i poczęli już mijać wielką drogę,
gdy w obłoku kurzu nadjechał powóz. W powozie sie¬
działa Soniczka z mężem i jeszcze jakimś panem
i panią.
— Olga! Olga! Olga Siergiejewna! — za¬
brzmiały okrzyki.
Powóz się zatrzymał. Panowie i panie wysiedli
z powozu, otoczyli Olgę, poczęli witać się, całować,
mówić wszyscy naraz, nie spostrzegając wcale
Obłomowa. Nagle wszyscy spojrzeli na niego. Je¬
den z panów patrzył na niego przez szkła.
—	Kto to ? —; spytała cicho Soniczka.
—	Ilja Iljicz Obłomow... — przedstawiła go
Olga.
Wszyscy poszli piechotą do domu. Obłomow
był nie w humorze. Puścił towarzystwo przo¬
dem i już przy płocie podniósł nogę, żeby przez
żyto przemknąć się do domu, gdy Olga go zatrzymała.
		

/Magazyn_133_09_411_0001.djvu

			— 403 —
Nicby przeciw temu nie mial Obłomow, ale panie
i panowie spojrzeli na niego tak dziwnie — lecz to
go nie zraziło. Dawniej nigdy inaczej nie patrzo¬
no na niego dzięki jego sennemu wyglądowi i nie¬
dbałemu ubraniu.
Ale tem samem dziwnem spojrzeniem panie i pa¬
nowie patrzyli także na Olgę. Od tego dziwnego
spoglądania na nią chłód go owionął, począł odczu¬
wać jakiś ból, taki dręczący, że nie wytrzymał,
opuścił towarzystwo i w ponurem zamyśleniu wrócił
do domu.
Na drugi dzień ani miła gawęda, ani wesołość
Olgi nie mogły go rozweselić. Na jej stanowcze
pytania wymawiał się bólem głowy i cierpliwie
pozwolił sobie nalać na głowę wody kolońskiej za
cale siedmdziesiąt pięć kopiejek.
Na trzeci dzień, kiedy wszyscy późno już wró¬
cili do domu, ciotka zbyt ciekawem okiem spój rżała
na nich, szczególnie na niego, potem opuściła wdół
swoje obrzękłe powieki, chociaż oczy zdawały się
patrzeć jeszcze, i przez całą minutę wąchała spirytus
w zamyśleniu.
Męczyło to Obło mowa, lecz milczał. Nie zdecy¬
dował się swoich uwag udzielić Oldze, lękając się
ją zatrwożyć, przerazić, a prawdę mówiąc, lękał
się także i o siebie — lękał się zburzyć ten
niczem niezamącony spokój jakiemś ważnem za¬
pytaniem.
To już nie pytanie — czy ona przez omyłkę lub
nie, go pokochała, ale czy nie jest omyłką cała ta
miłość, owe widywania się z Olgą w lesie i po¬
wroty późnym wieczorem ?
— Ja pragnąłem pocałunku — myślał z prze¬
rażeniem — a przecież to przestępstwo kryminalne
26*
j
		

/Magazyn_133_09_412_0001.djvu

			— 404 —
w kodeksie moralności — i nie byle jakie, niemałe !
Wiele stopni prowadzi do niego: uścisk dłoni, wy¬
znania, listy... Wszystko to już było. Jednakże —
myślał dalej — prostując się i podnosząc głowę —
zamiary moje były uczciwe, ja...
Nagle obłok znikł. Przed nim stanęła w całej
jasności, jak w ubraniu świątecznem, Oblomówka,
cała w blaskach promieni słonecznych, z zielonemi
wzgórzami, ze srebrną wstęgą rzeki... On idzie
z Olgą zamyślony, długą szeroką aleją, ręką dotyka
jej talji, siedzą na tarasie, w pawiloniku...
Przed nią wszyscy ze czcią pochylają głowy —
słowem, wszystko to, co on opowiadał Sztolcowi.
—	Tak, tak, tak — myślał z pewnym lękiem —
ależ od tego trzeba było zacząć! Owe trzykrotne
,,kocham“, gałązka bzu, wyznanie — wszystko
to powinno być poręką szczęścia całego życia i nie
powtórzyć się u czystej kobiety. A cóż ja jestem ?
Kto ja jestem? — uderzały go te pytania, jak mło¬
tem o głowę.
—	Jestem tylko uwodzicielem, włóczę się
za dziewczyną. Braknie tylko, ażebym, jak ten
obrzydliwy stary celadon z załzawionemi oczyma
i czerwonym nosem, wetknął w dziurkę od surduta
skradziony dziewczynie kwiatek i szeptał na ucho
przyjacielowi o swojem zwycięstwie, ażeby... ażeby...
Ach, mój Boże! Dokąd ja zabrnąłem! Oto tu —
przepaść. Olga nie unosi się wysoko, ponad nią,
ona na dnie przepaści — zaco ? zaco ?
Siły go opuszczały. Płakał jak dziecko dlatego,
że nagle zblakly tęczowe barwy jego życia, że Olga
stanie się ofiarą. Miłość jego była zatem niczem
innem, jak tylko zbrodnią, plamą na jego sumieniu.
Za chwilę wzburzony umysł się rozjaśnił, gdy
		

/Magazyn_133_09_413_0001.djvu

			- 405 —
Obłomow zrozumiał, że to wszystko może mieć
prawidłowe zakończenie — wyciągnąć do niej rękę
z pierścionkiem.
—	Tak, tak, tak! — mówił z radosnem drże¬
niem, a odpowiedzią będzie wstydliwe spojrzenie —-
zgody. Olga nie odpowie ani słówka, poczerwie¬
nieje, uśmiechnie się z głębi dusz}7, potem oczy
jej wypełnią się łzami...
I^zy i uśmiech, milcząco wyciągnięta ręka, po¬
tem żywa, wesoła radość, szczęśliwy pośpiech w ru¬
chach, potem długa — długa rozmowa, szept na
osobności, pełen zaufania szept dusz, tajemna umo¬
wa zlania podwójnego życia w jedno...
Nawet w pustych napozór rozmowach o codzien¬
nych sprawach widzieć będą tylko miłość. Nikt
nie będzie tak zuchwałym, ażeby śmiał ich obrazić
spojrzeniem.
, Twarz jego nabrała wyrazu poważnego, suro¬
wego.
—	Tak — rozmawiał dalej sam ze sobą — to
jest świat prawdziwego, szlachetnego i pewnego
szczęścia! Ukrywałem dotychczas te kwiaty, wstyd
mi było unosić się zapachem miłości, jak młodzie¬
niec, szukać spotykania się, błądzić przy księżycu,
podsłuchiwać bicia dziewiczego serca, łowić drże¬
nia jej marzeń... Boże!
Poczerwieniał aż po same uszy.
—	Dzisiaj wieczorem dowie się Olga, jakie suro¬
we obowiązki nakłada miłość. Dziś będzie ostatnie
widzenie się jej ze mną sam na sam, dziś...
Przyłożył rękę do serca—biło mocno, ale równo,
jak powinno bić u ludzi uczciwych. Znowu po¬
częła go dręczyć myśl, że Olga zasmuci się z po¬
czątku, kiedy on powie, że trzeba zaniechać wi-
		

/Magazyn_133_09_414_0001.djvu

			— 406 —
dywania się sam na sam; potem nieśmiało wy¬
powie jej swoje zamiary, ale naprzód przekona się,
co ona myśli, upije się jej niepokojem, a potem...
Dalej marzyło mu się jej wstydliwe zezwolenie,
uśmiech, łzy, milcząco wyciągnięta ręka, długie
rozmowy półszeptem i pocałunek wobec wszyst¬
kich.
		

/Magazyn_133_09_415_0001.djvu

			XII.
Obłomow wybiegi na poszukiwanie Olgi. W do¬
mu powiedziano mu, że wyszła. Poszedł na wieś —
niema. »Spostrzegł ją wreszcie zdała. Wychodziła
na szczyt góry, jak anioł ku niebu. Widział, jak
lekko stąpa nogą, jak pochyla się jej postać.
Podążył za nią. Ona ledwie dotyka trawy —
jakby leciała. Ilja Iljicz w połowie góry począł
wołać. Olga zatrzymała się i czekała na niego, ale
gdy 011 się tylko zbliżał do niej na parę sążni, szła
naprzód i znowu długa przestrzeń ich dzieliła. Po¬
tem znowu się zatrzymała z uśmiechem.
Obłomow stanął nareszcie, pewny, że i ona nie
pójdzie dalej. Zbiegła rzeczywiście o kilka kroków
wdół, ]5odała mu rękę i śmiejąc się pociągnęła ku
sobie.
Weszli do lasku. Obłomow zdjął kapelusz. Olga
chusteczką otarła mu czoło i parasolką poczęła mu
wachlować twarz.
Olga była to żywą, rozmowną, wesołą, unoszącą
się milem uczuciem, to nagle wpadała w zamyślenie.
- Zgadnij, co robiłam wczoraj ? — spytała,
gdy usiedli w cieniu.
—	Czytałaś ?
Potrząsnęła przecząco głową.
—	Pisałaś ?
		

/Magazyn_133_09_416_0001.djvu

			— 408 —
—	Nie.
—	Śpiewałaś?
—	Nie. Wróżyłam! — powiedziała. — Wczo¬
raj przyszła klucznica od hrabiów. Ona umie wró¬
żyć z kart. Poprosiłam ją.
—	I cóż ?
—	Nic. Wypadła droga... potem jakiś tłum
i wszędzie — blondyn. Poczerwieniałam cała, gdy
ona nagle powiedziała w obecności Katji, że o mnie
myśli król czerwienny. Kiedy chciała mówić, o kim
ja myślę — zmieszałam karty i uciekłam. Ty my¬
ślisz o mnie ? — spytała nagle.
—	Ach! — rzekł Obłomow — gdyby można
było mniej myśleć!
—	A ja? — w zamyśleniu mówiła Olga.
Ja już zapomniałam, jak ludzie żyją inaczej. Kiedy
tamtego tygodnia nachmurzyłeś się i przez dwa
dni nie przychodziłeś — pamiętasz, rozgniewałeś
się, ja nagle zmieniłam się — byłam zła. Gniewałam
się na Katję, jak ty na Zachara. Widziałam, że ona
pocichu płakała, lecz mnie wcale żal jej niebyło. Nie
odpowiadałam ciotce, nie słuchałam, co ona mówi,
nic nie robiłam, niczego nie chciałam. Gdyś tylko
przyszedł — odmieniłam się nagle. Podarowałam
Katji liljową sukienkę...
—	To miłość ! — patetycznie zauważył ()błomow.
—	Co ? Iyiljowa sukienka ?
—	Wszystko! Ze słów twoich poznaję siebie.
I dla mnie bez ciebie niema ani dnia, ani życia. W no¬
cy śnią mi się ciągle kwitnące doliny. Zobaczę
ciebie — jestem dobry, czynny; niema cię
smutno mi, ogarnia mnie lenistwo, chcę się położyć
i nie myśleć o niczem... Kochaj ! Nie wstydź się
swojej miłości...
		

/Magazyn_133_09_417_0001.djvu

			— 409 —
Nagle zamilkł.
Co też ja mówią! Przecież nie dlatego przy¬
szedłem ! — pomyślał i począł pokaszliwać, zmarsz¬
czywszy brwi.
—	A gdy nagle umrą ? — spytała go.
—	Co za myśl! — odpowiedział niedbale.
—	Tak — ciągnęła dalej Olga, — zaziąbią sie.
potem gorączka. Ty przyjdziesz tu — mnie niema,
pójdziesz do nas, powiedzą: chora. Wrócisz jutro -
to samo. Okiennice zamknięte. Doktor kiwa głową.
Katja wyjdzie do ciebie we łzach, i cicho szepnie
ci: chora, umiera...
—	Ach! —krzyknął Obłomow.
Olga się zaśmiała.
—	Co z tobą będzie wtedy? — pytała, patrząc
mu w twarz.
- Co ? Oszaleję, albo się zastrzelę, a ty — nagle
wyzdrowiejesz!
—	Nie, nie, nie! Daj pokój! — mówiła z prze¬
strachem. — Czego dogadaliśmy się! Tylko ty po
śmierci nie przychodź do mnie, boją się umarłych...
Obłomow się zaśmiał. Olga także.
—	Mój Boże! Jakie my dzieci! — zawołała
otrzeźwiając się z paplania.
IIja Ijlicz zakaszlał znowu.
—	Słuchaj... chciałem ci powiedzieć...
Co ? — spytała, zwróciwszy się do niego.
Obłomow zamilkł.
—	No, mówże — mówiła, ciągnąc go za rękaw.
—	Nic... tak... — rzekł przelękniony.
—	Nic... ty coś masz w myśli.
Obłomow milczał.
Jeśli coś strasznego, to lepiej nie mów. Nie
lepiej mów, mów.
		

/Magazyn_133_09_418_0001.djvu

			— 410 —
—	Ależ to nic — głupstwo.
-	Nie, nie... coś jest — mów... — nalegała,
mocno trzymając go za obie klapy surduta, tak
mocno, że musiał obracać twarz na prawo lub na
lewo, ażeby pocałować jej rękę.
Nie odwracałby głowy, gdyby w uszach nie
brzmiało groźne: „nigdy“.
—	Powiedz przecie! — nalegała.
1— Nie można... nie trzeba....
-	Jakże to... mówiłeś, że „wzajemne zaufanie
jest podstawą wzajemnego szczęścia“, że „nie po¬
winno być żadnej myśli w sercu, której by oko
przyjaciela przeczytać nie mogło...“ Czyje to słowa ?
-	Chciałem tylko powiedzieć... — zaczął po¬
woli — że ja tak cię kocham, tak kocham, że
gdyby...
Obłomow wstrzymał się.
Cóż dalej ? — pytała niecierpliwie.
-	Że gdybyś ty teraz pokochała innego i on
mógłby cię zrobić szczęśliwszą, ja... milcząc połknął¬
bym moją boleść i odstąpiłbym mu swoje miejsce.
Olga wypuściła nagle z rąk klapy surduta.
Dlaczego ? — spytała go ze zdziwieniem.
Nie rozumiem tego. Ja nie odstąpiłabym ciebie ni¬
komu. Nie chcę, ażebyś ty był szczęśliwy beze mnie.
Cóż w tem jest bardzo mądrego. Nie rozumiem.
Spojrzenie jej w zamyśleniu błądziło po szczy¬
tach drzew.
—	To znaczy, że ty mnie nie kochasz ? — spy¬
tała potem.
—	Przeciwnie. Kocham cię do samozapomnie-
uia, jeśli chcę złożyć ofiarę z siebie.
—	Ale dlaczego ? Kto cię o to prosi ?
		

/Magazyn_133_09_419_0001.djvu

			— 411 —
Ja mówię: w takim wypadku, gdybyś ty
pokochała innego.
—	Innego ? Oszalałeś ! Dlaczego, skoro kocham
ciebie. Czy ty pokochałbyś inną?
-	Poco ty mnie słuchasz! Ja, Bóg wie, co
mówią, a ty wierzysz. Ależ ja zupełnie co innego
chciałem powiedzieć...
—	Cożeś chciał powiedzieć ?
-	Chciałem powiedzieć, że jestem winowajcą
wobec ciebie... oddawna.
—	W czem ? Jak ? Nie kochasz ? Żartowałeś
może ? Mów!
—	Nie, nie, nie... wszystko nie to — mówił
zmieszany. Widzisz... — zaczął niezdecydowany —
my widujemy się ze sobą jakby — potajemnie...
Potajemnie? Dlaczego potajemnie ? Ja pra¬
wie zawszą mówię ciotce, że ciebie widziałam.
—	Czy rzeczywiście zawsze ? — spytał ze zdzi¬
wieniem.
—	Cóż w tem złego ?
Winien jestem, bo dawno powinien byłem
powiedzieć ci, że tak się nie robi.
—	Ależ ty powiedziałeś już...
-	Powiedziałem już ? A ? W samej rzeczy na¬
pomknąłem... To znaczy, zrobiłem wszystko, co do
mnie należało.
Poweselał trochę i rad był, że Olga tak lekko
zdjęła z niego ciężar odpowiedzialności.
—	J eszcze co ? — pytała dalej.
—	Jeszcze... ależ to tylko tyle...
-	Nieprawda! — stanowczo rzekła Olga. Jesz¬
cze czegoś nie powiedziałeś.
-	Myślałem... — mówił, starając się zbagateli¬
zować własne słowa — że...
		

/Magazyn_133_09_420_0001.djvu

			— 412 -
Obłomow zamilkł. Olga czekała.
—	...Że musimy się rzadziej widywać.
Bojaźliwie spojrzał na nią.
Olga milczała.
—	Dlaczego ? — spytała, pomyślawszy.
—	Mnie niepokoi... sumienie. My tak długo
pozostajemy tylko sami; niepokoją się, serce mi
drży... Tyś także niespokojna... lękam się — do¬
kończył z wysiłkiem.
—	Czego ?
—	Tyś młoda i nie znasz wszystkich niebez¬
pieczeństw. Czasem człowiek nie umie zapanować
nad sobą. Grać w nim poczyna jakaś siła piekielna,
na serce pada cień, a w oczach migają błyskawice.
Jasność umysłu zaciemnia się. Szacunek dla czy¬
stości, dla niewinności unosi jakiś wicher, człowiek
traci przytomność, oddycha namiętnością, przestaje
sobą kierować — i wówczas pod jego nogami otwiera
się przepaść.
Obłomow drgnął nawet.
—- Więc cóż ? Niech się otwiera! — rzekła,
patrząc na niego szeroko otwartemi oczyma.
On milczał. Więcej nic już do powiedzenia
nie było, dalej nic nie mógł mówić.
Olga wpatrywała się w niego długo, jak gdyby
w zmarszczkach na jego czole czytała pisane myśli,
a sama przypominała sobie każde jego słowo, spoj¬
rzenie; w myśli przesuwała się przed nią cała hi-
storja jej miłości. Zatrzymała się na tym ciemnym
wieczorze w ogrodzie i poczerwieniała.
—	Ciągle gadasz głupstwa ! — rzuciła mu prędko,
patrząc na stronę. — Żadnych piorunów w oczach
twoich nie widziałam... Ty patrzysz na mnie tak, jak
moja niania... Kuźminiszna ! — dodała, śmiejąc się
		

/Magazyn_133_09_421_0001.djvu

			— 413 —
Żartujesz Olgo, a ja bez żartów mówią...
i nie wszystko jeszcze powiedziałem.
—	Cóż jeszcze ? —pytała.—Jakaż tam przepaść ?
Obłomow westchnął.
—	A to, że nie wypada nam widywać się... bez
towarzystwa.
—	Dlaczego ?
—	Niedobrze.
Olga zamyśliła się.
- Tak, mówią, że to niedobrze... — powiedziała
w zamyśleniu, — ale dlaczego ?
Co powiedzą, gdy się dowiedzą, gdy się
rozniesie...
—	Kto powie? Ja nie mam matki, która jedna
miałaby prawo zapytać mnie: dlaczego widuję się
z tobą ? Przed nią jedną zapłakałabym i powiedziała,
że złego nic nie robię i ty także. Ona uwierzyłaby.
Któż inny ? — spytała.
—	Ciotka.
—	Ciotka?
Olga smutnie i przecząco pokiwała głową.
—	Ona nigdy nie zapyta. Gdybym ją opuściła
nawet zupełnie’, onaby mnie nie szukała i nie pytała
o mnie, a ja nie przyszłabym powiedzieć jej, gdziem
była i com robiła. Któż jeszcze?
Inni... wszyscy... Niedawno Soniczka pa¬
trzyła na ciebie i na mnie i uśmiechała się. Ci pano¬
wie i panie, które z nią były — także.
Opowiedział jej cały swój niepokój, w jakim
przez ten czas przebywał.
—	Póki ona tylko patrzyła na mnie — dodał —
nic sobie z tego nie robiłem, ale gdy takie samo spoj¬
rzenie padło na ciebie, ręce i nogi mi opadły...
—	Więc cóż? — spytała zimno.
		

/Magazyn_133_09_422_0001.djvu

			— 414 —
—	Otóż od tej chwili dzień i noc myślą, jak
uprzedzić rozgłos... Troszczyłem sie, abyś się nie
przeląkła... Dawno chciałem mówić o tem z toba,.
- Niepotrzebna troska! — rzekła. — Wiedzia¬
łam o tem i bez ciebie...
—	Wiedziałaś ? — spytał zdziwiony.
—	Tak. Soniczka mówiła ze mną, wypytywała,
drażniła, nawet uczyła, jak mam z tobą postępować.
—	Ani słówkiem nie wspomniałaś o tem, Olgo —
rzekł z wymówką.
—	Ty także nie powiedziałeś dotychczas ani
sławka o swojej trosce.
—	Cożeś jej odpowiedziała ?
—	Nic. Cóż miałam na to odpowiadać ? Po¬
czerwieniałam tylko.
—	Mój Boże! Do czego doszło — poczerwienia¬
łaś ! — zawołał Obłomow. — j acy my nieostrożni
jesteśmy. Co z tego będzie ?
Pytająco patrzył na nią.
—	Nie wiem — odpowiedziała prosto.
Obłomow myślał, że się uspokoi, podzieliwszy się
z Olgą swoją troską, że w oczach jej, w jej jasnych
słowach znajdzie silę woli, więc teraz, nie otrzy¬
mawszy stanowczej odpowiedzi, upadł na duchu.
Na twarzy odbił się wyraz niepewności, wzrok
błądził dokoła. Już go poczęła pożerać gorączka.
Zapomniał prawie o Oldze. Przed jego oczyma prze¬
suwali się Soniczka z mężem, goście, słyszał icli roz¬
mowy, śmiech. ,
Olga, zamiast okazania zwykłej swojej przy¬
tomności umysłu, milczała, obojętnie spoglądała na
mego i jeszcze chłodniej wymawiała swoje ,,nie
wiem“. A Obłomow nie zadał sobie trudu, czy nie
umiał wniknąć w treść tego ,,nie wiem“.
		

/Magazyn_133_09_423_0001.djvu

			— 415 —
I milczał. Bez cudzej pomocy myśl albo za¬
miar nie dojrzewały jak jabłko, które samo spada
dojrzawszy; trzeba go było zerwać.
Olga przez kilka chwil wpatrywała się w niego,
potem wciągnęła na siebie mantylkę, zdjęła chustkę
z gałęzi, nie spiesząc się, zawiązała lla gloAvie, wzięła
do rąk parasolkę.
—	Dokąd ? Tak spiesznie ? — spytał, ocknąwszy
się, Oblomow.
—	Późno już. Prawdę powiedziałeś —- w smu-
tuem zamyśleniu odezwała się Olga — żeśmy zaszli
za daleko, a wyjścia niema. Trzeba się jak naj¬
rychlej rozstać i zatrzeć dawne ślady. Bądź zdrów 1
—	rzekła sucho, lekko skinęła głowę i poszła drożyną.
—	Olga, zmiłuj się! Ach, mój Boże! Jakże nie
widywać się? Ależ ja...
Ona nie słuchała i poszła prędzej. Piasek trzesz¬
czał pod jej nogami.
-	Olga Siergiejewna! — krzyknął Oblomow.
Nie słuchała. Szła dalej.
—	Na miłość Boga, wróć! — zawołał głosem
lez pełnym. — Ja jestem winowajcą, trzeba mnie wy¬
słuchać. Boże mój! Czy ma ona serce ? O, kobiety !
Oblomow usiadł i obiema rękami twarz zakrył.
Szelest kroków ustał.
-	Odeszła! — rzekł prawie z przestrachem
. i podniósł głowę.
Olga stała przed nim.
Z radością pochwycił jej rękę.
—	Nie odeszłaś? Nie odejdziesz? — mówił.
—	Nie odchodź! Pamiętaj — jeśli ty mnie opuścisz
—	jestem trupem!
—	A jeśli nie odejdę — jestem zbrodniarką
i ty pamiętaj o tem Iljusza.
		

/Magazyn_133_09_424_0001.djvu

			— 416 —
—	Ach, nie!
—	Jakto nie? Jeśli Soniczka z mężem jeszcze
raz nas razem zobaczą — zginęłam.
Obłomow drgnął.
-	Słuchaj — zaczął pośpiesznie — nie wszystko
jeszcze powiedziałem... — Zatrzymał się.
To, co w domu wydawało mu się tak prostem,
naturalnem, koniecznem, tak mu się uśmiechało, co
wydawało mu się szczęściem, nagle otwarło się
przed nim, jak przepaść. Nie miał tyle siły, ażeby
ją ominąć. Trzeba było zdobyć się na krok sta-
uowczy, zdecydowany.
—	Ktoś idzie! — zauważyła Olga.
W bocznej drożynie słyszeć się dały czyjeś kroki.
—	Może Soniczka ? — spytał Obłomow patrząc
z przestrachem, nieruchomo.
Przeszło dwóch nieznajomych mężczyzn z jakąś
panią. Obłomow uczuł ulgę.
-	Olgo! — zaczął prędko, ująwszy ją za rękę.
Pójdźmy w tamtą stronę, tam niema nikogo.
Usiądziemy.
Posadził ją na ławeczce, a sam usiadł przy niej
na trawie.
—	Ty uniosłaś się, odeszłaś, a ja nie wszystko
powiedziałem — odezwał się.
—	Ja znowu odejdę i nie wrócę więcej, jeśli mam
być dla ciebie igraszką. Tobie raz już podobały się
Izy moje, teraz może chciałbyś, abym u nóg twych
leżała i chcesz powoli uczynić ze mnie swoją nie¬
wolnicę, będziesz kaprysić, prawić mi morały, potem
płakać, przestraszać się Bóg wie czego i mnie prze¬
straszać, a wkońcu pytać: co mamy robić ? Proszę
pamiętać, Ilja Iljicz — rzekła dumnie, — wstając
z ławeczki, że podrosłam już dużo od tej chwili,
		

/Magazyn_133_09_425_0001.djvu

			— 417 —
kiedym pana poznała, i wiem, jak sią nazywa gra,
jaką pan prowadzisz... ale łez moich pan już więcej
nie zobaczy.
—	Ach, Boże mój ! Ja nie bawię się! — rzekł
stanowczo.
—	Tem gorzej dla pana — zauważyła sucho.
Na wszystkie pańskie strachy, ostrzeżenia i zagadki
powiem tylko jedno: do dnia dzisiejszego ja pana
kochałam i nie wiedziałam, co mam robić, teraz
wiem — zakończyła stanowczo, powstając do odej¬
ścia — i radzić się pana nie będę.
—	I ja wiem — rzekł Obłomow, biorąc ją za
rękę i sadzając na ławeczce. — Zamilkł na chwilkę,
jakby nabierał tchu. — Zrozum to, że serce moje
przepełnione jednem tylko pragnieniem, w głowie —
jedna tylko myśl, ale ani wola, ani język nie chcą
mnie słuchać. Chcę mówić — słowa mnie nie słu¬
chają. A jednak wszystko tak proste, tak... Do¬
pomóż mi, Olgo.
—	Ja nie wiem, co pan myśli.
—	Na miłość Boga! bez tego „pan“. Twoje
dziwne spojrzenie unicestwia mnie, słowa, jakby
pod wpływem mrozu, w lód się obracają...
Olga zaśmiała się.
—	Tyś prawdziwy szaleniec! — rzekła, poło¬
żywszy mu rękę na głowie.
—	Tak, tak... odzyskałem dar myśli i słowa.
Olgo! — zawołał, uklęknąwszy przed nią — bądź
moją żoną!
Olga milczała i wzrok odwróciła w przeciwną
stronę.
—	Olgo! podaj mi rękę!
Nie wyciągnęła do niego ręki. Sam ją ujął i do
ust przycisnął. Nie odejmowała jej. Ręka była
ObJomow. T. X.
27
		

/Magazyn_133_09_426_0001.djvu

			— 418 —
ciepła, miękka i ledwie, ledwie wilgotna. Oblo-
mow usiłował spojrzeć jej w twarz. Olga odwracała
się coraz bardziej.
—	Milczenie? — rzekł lękliwie i pytająco,
całując jej rękę.
—	Znak zgody — dokończyła cicho, nie od¬
wracając się.
—	Co ty teraz czujesz? Co myślisz? — pytał,
przypominając sobie swoje marzenia o wstydliwej
zgodzie, o łzach.
—	Co też ty mówisz! — odpowiedziała, nie
przestając błądzić wzrokiem po okolicy, po lesie.
Tylko falowanie piersi wskazywało, że panowała
nad sobą.
—	Czy ma łzy w oczach ? — myślał Obłomow,
ale Olga uporczywie patrzyła w ziemię.
—	Tyś obojętna, spokojna! — mówił, usi¬
łując rękę jej pociągnąć ku sobie.
—- Ani obojętna, ani spokojna.
—	Dlaczego ?
—	Dlatego, żem dawno to przewidziała i przy¬
zwyczaiłam się do tej myśli.
- Dawno... — ze zdziwieniem powtórzył Obło¬
mow.
Tak, od tej chwili, gdy dałam ci gałązkę
bzu... i w myśli powiedziałam sobie...
. Olga nie dokończyła.
—	Od tej chwili!
Obłomow otworzył ramiona, ażeby ją uścisnąć.
—	Przepaść otwiera się... błyskawice świecą...
ostrożniej! — powiedziała złośliwie, zręcznie uchy¬
lając się od objęć i rękę jego odsuwając parasolką.
On przypomniał sobie groźne „nigdy“ i poha¬
mował się.
		

/Magazyn_133_09_427_0001.djvu

			- 419 -
Ależ ty nigdy nie mówiłaś o tem... niczem
nie dałaś do zrozumienia...
—	My nie wychodzimy zamąż — nas wydają
albo biorą.
Od tej chwili... — w zamyśleniu powtarzał
Oblomow.
-	Myślisz, że gdybym nie rozumiała twoich
zamiarów, byłabym tu sama jedna z tobą, prze¬
siadywałabym z tobą, siedziałabym wieczorami
w altance, słuchała i zwierzała się przed tobą -
odpowiedziała mu z dumą.
—	Więc to... — zaczął, z twarzą zmienioną
i wypuszczając z dłoni swej jej rękę.
Straszna myśl powstała w jego głowie. Olga
patrzyła na niego ze spokojną wyniosłością i upor¬
czywie milczała. On chciałby widzieć w tej chwili
nie dumę i wyniosłość, lecz łzy, namiętność, odu¬
rzenie szczęściem choć na chwilę, a potem
niechby już życie popłynęło w niezmąconym spo¬
koju !
A tu — ani wybuchu łez z powodu nie¬
oczekiwanego szczęścia, ani wstydliwej zgody! Jak
to zrozumieć ?
W sercu jego zbudziła się i poruszyła żmija
zazdrości, wątpliwości. Czy ona mnie kocha, czy
tylko wychodzi zamąż ?
—	Ale jest inna jeszcze droga do szczęścia —
zauważył.
—	Jaka?
-	Niekiedy miłość nie czeka, nie jest cierpliwą,
nie oblicza... Kobieta cała w płomieniach, drżąca,
doznaje równocześnie wstrząśnień i radości, jakich...
—	Ją nie znam tej drogi.
To droga, gdy kobieta poświęca wszystko —
		

/Magazyn_133_09_428_0001.djvu

			— 420 —
obmowę, cześć, ale znajduje nagrodę w miłości —
ona jej zastąpi wszystko.
—	Czyż nam potrzebna taka droga ?
—	Nie!
Chciałbyś na tej drodze szukać szczęścia
kosztem mego spokoju i czci ?
—	O, nie, nie! klnę się na Boga, że nie! —
zaprotestował gorąco.
— Ppcóż mówiłeś o tem ?
—	Doprawdy, sam nie wiem...
Domyślam się. Chciałeś się dowiedzieć, czy
zdolna byłabym poświęcić dla ciebie mój spokój,
czy poszłabym z tobą taką drogą ? Czy tak ?
—	Tak, zdaje się, domyślasz się... Cóż?
—	Nigdy! Za nic w świecie! — odpowiedziała
stanowczo.
Obłomow zamyślił się, potem westchnął.
—	Tak, to ciężka droga i wielkiej trzeba mi¬
łości, ażeby kobieta mogła pójść za mężczyzną,
ginąć, ale — kochać.
Obłomow pytająco spojrzał jej w oczy. Twarz
jej była spokojną, tylko linijka nad brwią poru¬
szyła się.
Wyobraź sobie — mówił — że Soniczka,
która nie warta jest twego małego palca, przy
spotkaniu się z tobą — nie poznałaby cię.
Olga uśmiechnęła się, ale spojrzenie jej było
jak dawniej pogodne. Obłomowa unosiła pycha
egoizmu — doprosić się ofiary z serca Olgi i upoić
się nią.
—	Wyobraź sobie, że mężczyźni, spotykając
się z tobą, nie spuszczaliby wzroku z uczuciem
szacunku, lecz patrzyliby na ciebie z aroganckim,
złośliwym uśmiechem.
		

/Magazyn_133_09_429_0001.djvu

			421 —
Obłomow spojrzał na nią.
Olga niedbale końcem parasolki poruszała jakiś
kamyczek na piasku.
—	Weszłabyś do salonu i kilka czepków po¬
ruszyłoby się z oburzeniem na głowie, jeden od¬
sunąłby się od ciebie... ale twoja duma byłaby
zawsze jednaka — czułabyś i rozumiała, że mimo
wszystko, jesteś wyższą i lepszą od nich.
—	Poco ty mi opowiadasz takie straszne rzeczy ?
— rzekła spokojnie. Ja taką drogą nie pójdę
nigdy.
—	Nigdy ? — spytał grobowym głosem.
—	Nigdy!
—	Tak — ciągnął w zamyśleniu. Ty nie miała¬
byś siły spojrzeć wstydowi w oczy. Nie lękałabyś
się może śmierci — śmierć nie jest straszną, ale
przygotowania do niej, ciągłe cierpienia... nie wy¬
trzymałabyś... zmarniała — tak?
Obłomow ciągle patrzył badawczo jej w oczy.
Olga spoglądała wesoło. Straszny obraz, malo¬
wany przez Oblomowa, nie przestraszał jej. Na
ustacli jej zaigrał lekki uśmiech.
—	Ja nie mam zamiaru ani zmarnieć ani
umierać. Wszystko to — na nic — powiedziała.
Można nie iść tą drogą, ale kochać jeszcze goręcej.
—	Dlaczegóż ty nie poszłabyś tą drogą, kiedy
się nie lękasz ? — pytał natarczywie, prawie z gnie¬
wem.
—	Dlatego, że na niej... później zawsze — roz¬
stają się — powiedziała, — a ja, rozstać się
z tobą? !...
Olga zatrzymała się, położyła mu rękę na ramie¬
niu, długo patrzyła na niego i nagle, rzuciwszy
		

/Magazyn_133_09_430_0001.djvu

			parasolkę na. bok, szybko i namiętnie objęła go za
szyję, pocałowała, potem poczerwieniała, przytuliła
twarz do jego piersi i cicho dodała:
— ...Nigdy!
Obłomow krzyknął radośnie i padł na trawę
do nóg Olgi.
		

/Magazyn_133_09_431_0001.djvu

			INSTYTUT WYDAWNICZY
„BIBLJOTEKA POLSKA“
POLECA NASTĘPUJĄCE WYDAWNICTWA WŁASNE:
Askcnazy Sz., Książę Józef Poniatowski. Z ilustracjami
brosz, i w opr. płóc
Balzac, Fizjologja małżeństwa. (Przełożył Boy) 2 tomy
—	Małe niedole pożycia małżeńskiego. (Przełożył Boy)
—	Ostatnie wcielene Vautrina. (Przełożył Boy) . .
—	Stracone złudzenia. (Przełożył Boy)
Berent W., Żywe kamienie. Ozdobił Wacław Borowski.
Wydanie wytworne brosz, i w opr. płóc
Toż wydanie zwykłe
—	Próchno. Powieść.
Boy, Słówka. Z portretem autora. Wydanie V. . . .
Brantome, Żywoty Pań Swowolnych. (Przeł. Boy) 2 tomy
Bunikiewicz W., Stanisław Lentz. Z 12 portretami . . .
Byron J. G., Don Juan. Wyd. wytworne, brosz., opr.
w płótno i opr. w skórę
Chmurski A. Dr., Spółki z ograniczoną odpowiedzialn. .
Diderot, Kubuś fatalista i jego pan. (Przełożył Boy)
Dobrzyński Wł. Dr., Kooperatywy mieszkaniowe . . .
Gonczarow., Obłomow. Powieść w 2-ch tomach. Z ro¬
syjskiego przełożył Fr. Rawita-Gawroński ....
Górski A., O zmartwychwstanie
Jarosz Wł., Dzieje Polski. Z 66 ryc., brosz, i opr. . . .
Kaden-Bandrowski J., Piłsudczycy
—	Proch. Powieść
—	Wiosna 1920
Kasprowicz J., Hymny, — w oprawie
Ligocki E., Historjeo Panu Bazylim. Z ilustracjami W.
Borowskiego, brosz, i oprawne
—	Nemesis, brosz, i oprawne		 .
—	Nowa legenda 1920
—	W ogrodzie róż, brosz, i oprawne
Makowski W. Kodeks karny, Tom I. ^
—Kodeks karny, Tom II.	> brosz, i opr. .
—	Kodeks karny, Tom III	j
Makuszyński K,, Awantury arabskie
—	Perły i Wieprze. Wydanie IV
—	Po mlecznej drodze. (Wydanie nowe)
—	Rzeczy wesołe. Ilustrował K. Mackiewicz. Wydanie
na pięknym papierze
—	Straszliwe przygody
		

/Magazyn_133_09_432_0001.djvu

			Mereżkowski D., Carewicz Aleksy.(PrzełożyłW. Rogowicz)
Milaszewska W., Veni Creator. Nowele
Orkan Wł., Drzewiej. Powieść . . . .	. .
—	Wesele Prometeusza. Nowele
—	W roztokach. Powieść, 2 tomy
Pascal, Prowincj alki. (Przełożył Boy)
Porębowicz E., Dante. Z ilustracjami i barwnym por¬
tretem Dantego, brosz, i opr. w płótno		 •
Prevost X; Historja Manon Lescaut. (Przeł. Boy). Powieść
Rabska Z., Ręka Fatmy. Nowele. . .
Radziwiłłowicz R. Dr., Myśli o myśleniu. Szkice psycholog.
Rafałski J. Inż., Własny port polski na Bałtyku. Z mapą
i tablicami
Rittner T., Duchy w mieście. Powieść . .
—	Między nocą a brzaskiem. Powieść ....
Rousseau J. J., Wyznania, I. (Przełożył Boy) ....
Iłu! fer J. Posłanie do dusz		 •
Shakespeare W. Sonety. Przekład Jana Kasprowicza.
Wydanie miniaturowe brosz, i opr. w skórę . . .
Sieroszewski W., Topiel. Powieść
—	Pisma t. I
_	— t. II
-	- t. III . . 			 • • •
Sinko T. Pro!. Dr. Antyk Wyspiańskiego. Wydanie dru¬
gie z ilustracjami brosz, i w opr. płóc
Słoński E., Syn, powieść
Staff L., Dzień duszy, brosz, i w oprawie
—	Godiwa, brosz, i w oprawie
—	Południca. •••
—	Ptakom niebieskim
—	Skarb, brosz, i w oprawie
—	Sny o potędze, w oprawie . • . • _
—	Szumiąca muszla, brosz, i w oprawie ....
—	Tęcza łez i krwi, brosz, i w oprawie
—	Wybór poezyj, brosz, i w oprawie
Stendhal, Czerwone i czarne. Powieść. (Przeł. Boy), 2 t.
Szczęsny A., Baśnie wiosenne. Ilustr. Z. Plewińska, w opr.
Weryho M., Wskazówki dla osób zakładających i prowa¬
dzących ochrony. (Z planami budynków). . . . .
Weyssenhoff J., Cudno i Ziemia Cudeńska. Powieść
—	Soból i panna. Powieść
—	Żywot i myśli Zygm. Podfilipskiego .
Wilde O., Sztuka i życie. Wybrał i przełożył M. Wierz¬
biński broszur, i oprawne . . . . _
Woroniecki E. M., Wały graniczne. Powieść
Żeromski St., Ponad śnieg bielszym się stanę . . . .
Żuławski, J., Na srebrnym globie (w druku)
—	Stara Ziemia
—	Zwycięzca